Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

08/03/2026

[KP] Welcome to my Brooklyn meltdown

Tamsin Passalis — podgląd karty
Tamsin Passalis

Mówili, że jest zdolna.
Miała raptem dwanaście lat, kiedy wygrała pierwszy konkurs międzynarodowy. Bolały ją palce i było jej strasznie gorąco od świateł reflektorów i niewywietrzonej sali koncertowej, miała spękane do krwi usta. Podszedł do niej i poklepał ją lekko po plecach swoimi długimi palcami, niskim głosem składając gratulacje jej matce, jakby to ona przed chwilą goniła samą siebie w Scherzo Goens’a, śpiewała przed śmiercią w Łabędziu Saint-Saëns’a i opowiadała historyjkę w Humoresce Dworzaka. Jakby to ona spędzała każdą wolną chwilę przy instrumencie, który wciąż ranił.

Mówili, że ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Miała piętnaście lat, kiedy poklepał ją swoimi długimi palcami po ramieniu i powiedział, że jest jedyna w swoim rodzaju. Zdolna, pracowita i piękna. Inne niż wszystkie znane mu kobiety, dojrzalsza od nich znacząco i rozkwita niczym kwiat, kiedy tylko gra. Grała więc jeszcze więcej, byle tylko ją chwalił i całował, prosił, by mógł zostać jej tajemnicą.

Mówili, żeby się za bardzo nie spieszyła.
Miała osiemnaście lat, kiedy założył na jej palec obrączkę trzęsącymi się, długimi palcami. Sam rok wcześniej skończył czterdzieści pięć i mówił jej, że to właśnie był znak, że powinien uklęknąć przed ukochaną kobietą i jej się oświadczyć. Jej matka im błogosławiła mówiąc, że ma szczęście, że trafiła na takiego mężczyznę i powinna całować ziemię, po której chodził. Całowała, ale chyba nie o to chodziło jej matce.

Mówili, żeby uciekała.
Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Najpierw słowami o jej braku wartości, a później dłonią o długich palcach, wprost w policzek, który chwilę wcześniej czule całował. Ubierał ją pięknie, dbał, by zdrowo jadła i kazał dużo ćwiczyć, dużo grać, by była jeszcze lepsza, tylko później narzekał, że palce ma krzywe, zgrubiałe na końcach i kciuk zdeformowany, z dwoma niemal przezroczystymi, pożółkłymi naroślami w miejscu, gdzie skóra dotykała metalowych strun.

Mówili, że im przykro.
Miała dwadzieścia cztery lata, kiedy pochowała męża i ostatni raz widziała jego długie palce, które miały już nigdy więcej nie zacisnąć się zbyt mocno na jej nadgarstku.

Teraz nie mówią już nic.

Shannon Kelly
Mama | pielęgniarka osób starszych
13.05.1970
„Ma tylko ją na tym świecie. I obojętnie, jaka by nie była, to jest stanowi słowo klucz, bo innych jest brak, więc trzyma się tej jedynej rodzinnej relacji, jaka jej jeszcze się ostała, choćby miała ranić ją do żywego mięsa.”
Noah O’Hara
Sąsiad | uczeń
12.01.2009
„Początkowo podejrzewała, że Młody może się nią zauroczył – była próżna i miała w domu lustro, wiedziała, że może się podobać nawet chłopcu w takim wieku; w końcu ona sama mając tyle lat co on stanowczo wykazywała zainteresowanie znacznie starszymi od siebie mężczyznami. Dodatkowo mógł postrzegać ją jako pewien rodzaj wybawicielki, kiedy kilka razy pomagała mu zarówno ukryć pijaństwo matki, jak i jego samego wyciągała z tarapatów. Po kilku miesiącach Tamsin doszła do wniosku, że Noah widzi w niej coś znacznie gorszego, na co zupełnie nie była przygotowana. Noah widział w niej przyjaciółkę.”

Pierwszy raz wiolonczelę w ręku trzymała w wieku pięciu lat w ramach poznawania instrumentów przez dzieci w przedszkolu. Stwierdziła wtedy, że fajnie jest grać na wiolonczeli, bo można siedzieć – nie trzeba stać jak przy skrzypcach czy flecie, a przy tym wszystkim ma przyjemny, niski dźwięk. Nie było tam miejsca na wybuch nagłej fascynacji, miłości – ot, obserwacja dziecka i prosty wybór komfortu, gdy tata zapytał ją, który instrument spodobał jej się najbardziej.

Przypadek zadecydował, że zamiast pianistką została wiolonczelistką. Przypadkiem też straciła ojca w wieku ośmiu lat, ale później w jej życiu coraz mniej miejsca było na przypadki.

W wieku dwunastu lat poznała Cartera – jako podopieczna fundacji jego matki widziała w nim sympatycznego mężczyznę, który wyjątkowo dużo czasu poświęcał na słuchanie tego, co miała do powiedzenia, co było niezwykle miłą odmianą w porównaniu do tego, co czekało ją ze strony innych dorosłych. Im brakowało cierpliwości do jej chaotycznych wywodów, niedokończonych myśli i wciąż infantylnego podejścia do świata, a on słuchał i potrafił powiedzieć o jej grze więcej niż grzecznościowe „ładnie”.

Mając piętnaście lat, tyle wzrostu co teraz i właściwie tylko biodra węższe, bo od tamtej pory aż tak dużo się nie zmieniła, nie mieszkała już z mamą. Łapała się różnych stypendiów, zaproszeń do szkół, jeździła z kursu na kurs, podstawową naukę zostawiając na szarym końcu, byle tylko zdać z klasy do klasy, co wcale takie trudne nie było. Bo podróże kształcą, a sam tryb życia powodował presję, dzięki której wszystkie egzaminy zdawała bez większych problemów, choć z wieloma zarwanymi nocami – to, że lubiła robić wiele rzeczy na ostatnią chwilę, towarzyszyło jej od zawsze. Tata nie żył od dawna, mama była zajęta swoim życiem, a Carter potrafił pojawić się we właściwym miejscu i czasie, by ją pocieszyć, wesprzeć czy wysłuchać. Jak przyjaciel.

Tylko że przyjacielem przestał być szybko, a ona dopiero po czasie zrozumiała, że to nie była miłość – nie z początku, bo zgadzała się na wszystko ze strachu, że straci jedyną stałą w swoim życiu. Miała osiemnaście lat, kiedy zgodziła się za niego wyjść, stawiając za warunek, że musi skończyć studia, i to było coś, co pozwoliło jej przetrwać najtrudniejsze lata.

Z perspektywy postronnych osób mogła zostać uznana za naciągaczkę – młoda dziewczyna, która zakręciła się przy starszym mężczyźnie; jej mąż mógł być postrzegany jako ten, który wygrał na loterii. Szczupła, ładna, potulna… Pewnie gdyby to ostatnie się zgadzało, nie mieliby tylu problemów albo przynajmniej nie zaczęłyby się namnażać w tempie, którego nie potrafili wyhamować. Aż do pierwszego razu.

Nie lubi o tym mówić. Właściwie to nie chce o tym mówić wcale, wypierając z siebie wydarzenia, które miały miejsce pod koniec związku, który trwał ponad jedną trzecią jej życia. Carter coraz więcej pił, coraz więcej bił i gdy już miała odłożoną kwotę, która miała zabezpieczyć jej byt na kilka miesięcy po odejściu, Carter… zmarł.

A ona od kilku lat buduje swój świat na nowo, ucząc się dorosłości bez starszego partnera u boku.

Odautorsko

Cześć! Jesteśmy chętne i otwarte na wszystko. Spotkać ją można niemal wszędzie — od bankietu po słaby bar z marnym jazzem czy metro w środku nocy.

Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.

Pozdrawiam i zapraszam. P.S. Kod EMME - przerobiony

Spotkać mnie można pod: highoctanewater@gmail.com

Emme

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz