RELACJE
Amélie Blackwell
Matka // 21.01.1969, Paryż, FrancjaUosobienie elegancji, stylu i gracji. Delikatna, kobieca i subtelna.
Edgar Blackwell
Ojciec // 03.09.1965, Nowy JorkPrezes i założyciel Maison Noire Group. Pracoholik.
ELSA BLACKWELL
Siostra // 02.09.2000-12.01.2020Delikatna, krucha istota, która umarła z miłości.
JOSETTE BLACKWELL
Cześć, na zdjęciach Amanda Seyfried, cytat w tytule pochodzi z piosenki Apocalypse, cytat w karcie to Richelle Mead. Za wygląd karty dziękuję Ayliri. ♥ Kontakt: poethic.love@gmail.com
urodzona 12.03.1998 roku w Nowym Jorku // dyrektor kreatywna w Maison Noire Group // zaburzenie dysocjacyjne tożsamości, osobowość mnoga — niestwierdzona i nieleczona // rezydencja na Upper East Side dzielona z rodzicami // apartament w SoHo // Porsche 911 Turbo S
TTEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST-TEKST
Serce kobiety jest niezgłębioną tajemnicą
Jej makijaż jest zawsze nieskazitelny i delikatny, a włosy ułożone tak, jakby nawet wiatr musiał wcześniej uzyskać zgodę na ich poruszenie. Urodziła się w świecie błysku fleszy, drogich perfum i nazwisk otwierających drzwi szybciej niż niejeden klucz. Córka modelki, która przez lata była twarzą wielu modowych magazynów i biznesmena, który zbudował swoje imperium ciężką pracą i wytrwałością od samych fundamentów. Ludzie, spoglądając na nią z daleka, widzieli szczęście, bogactwo i obraz idealnej rodziny. Rzeczywiście tak było, przynajmniej do momentu wypadku jej siostry, który tak naprawdę był samobójstwem, ale ten fakt nigdy nie wyszedł poza mury ich domu. Wtedy Josette czuła, że cała piękna fasada pękła, a pozostały tylko ból i rozpacz, w których zatraciła się cała rodzina. Jej matkę całkowicie pochłonęła depresja i czerwone, aromatyczne wino, w którym każdego dnia szukała ukojenia. Jej ojciec jeszcze bardziej zatracił się w pracy, która stała się całym jego światem. A ona? Cały ból, który w sobie nosiła, schowała głęboko na dnie serca i zrobiła wszystko, co mogła, by nigdy nie wydostał się na powierzchnię. Poszła w ślady ojca, pracując u jego boku i pozwalając, by praca pochłonęła cały jej czas. Projektuje kampanie, kreuje trendy, sprzedaje ludziom marzenia zapakowane w estetyczne pudełka. Potrafi godzinami siedzieć nad jednym projektem, poprawiając detale niewidoczne dla nikogo poza nią. Pracuje za dwóch, śpi za pół człowieka. Perfekcja jest jedyną rzeczą, która utrzymuje ją w całości.
Jest spokojna, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Piękna, inteligentna i poukładana. Nosi eleganckie garnitury w kolorze kości słoniowej, czarne jedwabne koszule i biżuterię tak subtelną, że ledwie muska jej bladą skórę. Uśmiecha się oszczędnie, jakby każda emocja była walutą, której nie zamierza wydawać bez potrzeby. Trzyma ludzi na dystans, kierując się rozsądkiem i chłodną kalkulacją, a nie sercem, któremu nie pozwoli dochodzić do głosu. Jest uprzejma, ale niedostępna. Obecna, lecz nieuchwytna. Przypomina zamknięte drzwi w pięknym domu. Nikt jednak nie wie, że za nimi ktoś nieustannie wali pięściami w ściany. Nocą, gdy Josette zasypia, czasami pojawia się ta druga. Yvette przychodzi wraz z pierwszym cieniem wieczoru, jak kochanka, której nigdy nie zaproszono, a która mimo to zna drogę do środka. Jest Francuzką z krwi i kości. Namiętną, szaloną i kapryśną. Mówi uwodzicielskim głosem z miękkim akcentem, śmieje się głośno, patrzy ludziom prosto w oczy i nigdy nie odwraca wzroku jako pierwsza. Kocha czerwone usta, wysokie obcasy, wyzywające stroje, ekstrawagancką biżuterię i mężczyzn. Lubi patrzeć, jak ci tracą dla niej głowę i zmysły. Uwielbia świadomość, że potrafi jednym spojrzeniem zburzyć czyjś spokój. Mężczyźni zakochują się w niej zbyt łatwo. Ona zaś ich porzuca, zostawiając za sobą zgliszcza. Wie jedno, miłość jest najokrutniejszą bronią, jaką wymyślił świat. Yvette postanowiła nauczyć się nią władać. W mieszkaniu przechowuje kolekcję fantazyjnych sztyletów. Długich, smukłych, ozdobionych francuskimi ornamentami i srebrnymi rękojeściami. Czasami, gdy wiatr uniesie jej sukienkę pod czerwoną podwiązką uda miga srebrne ostrze. A może to tylko wyobraźnia daje Ci w kość?
Tam, gdzie Josette buduje, Yvette niszczy. Tam, gdzie jedna starannie zszywa pęknięcia, druga wkłada w nie palce i rozrywa je jeszcze szerzej. Yvette jest zachłanna na uwagę. Na pożądanie. Na władzę. Wchodzi do pomieszczenia i natychmiast staje się jego centrum, ściągając na siebie wygłodniałe spojrzenia. Zostawia po sobie rozbite małżeństwa, niespełnione obietnice i mężczyzn, którzy jeszcze długo nie potrafią zrozumieć, dlaczego oddali jej wszystko za kilka spojrzeń i jeden uśmiech. Przynosi innym szaleństwo, bezsenne noce i obsesje. Josette potrzebuje kontroli, by nie oszaleć. Yvette potrzebuje chaosu, by czuć, że żyje. Jedna tworzy imperia, druga podpala je dla widoku płomieni.
[Dzień dobry, cześć i czołem :) Już wczoraj przeklikałam sobie KP Josette, ale dopiero dzisiaj mam czas na spokojnie usiąść do laptopa i również na spokojnie ją skomentować. A jest co skomentować :) Ciekawy pomysł na postać, natomiast jeszcze bardziej jestem ciekawa tego, jak z takim zaburzeniem Josette/Yvette będzie funkcjonować w wątkach :) Na pewno w związku z tym będziesz miała więcej... zabawy ;)
OdpowiedzUsuńA jeśli chodzi o zabawę, to życzę Ci, aby ta była udana, a wątki nie dawały spać po nocach :)
PS. Tak jeszcze administracyjnie muszę wspomnieć, że coś w kodzie KP psuje nam szablon na blogu - konkretnie widżet po lewej stronie, ten, gdzie aktualnie widać tylko te trzy kropeczki, a powinny być tam informacje o postach fabularnych, więc proszę, zerknijcie z Ayliri na kod, z góry dziękuję :)]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Chyba udało się naprawić szablon, haha :D Cieszę się, że mogłam pomóc, ot co, Josette to naprawdę ciekawa postać, więc miło było ją poznać od strony... technicznej.
OdpowiedzUsuńBardzo fajny pomysł z różnymi kobietami w jednym ciele. Jak wspomniała Mama Muminka, pewnie przez to będziesz miała więcej zabawy – i totalnie w to nie wątpię! Niech tylko Nowy Jork to przetrwa xD
Baw się dobrze i życzę wiele, wiele weny!]
Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova
[Prowadzenie takiej postaci musi być nie lada wyzwaniem, ale od czasu do czasu warto wyjść poza własną strefę komfortu. Poza tym myślę, że może wyjść z tego naprawdę ciekawa zabawa :D Dlatego niech czasu na pisanie nigdy Ci nie brakuje, a wątki wciągają bez reszty i same prowadzą do co raz to ciekawszych pomysłów. Miłej zabawy!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
[Dobry wieczór!
OdpowiedzUsuńPodpisuję się pod słowami poprzedniczek i nie wiem czy mogę dodać coś więcej. Interesująca postać z Josette/Yvette. To nie tylko wyzwanie pisarskie, ale i dla postaci jakie to musi być uciążliwe. Nie ukrywam, że jestem ciekawa w jaki sposób poprowadzisz tę postać i dokąd Cię historia Josette zaprowadzi. Swoją drogą imię Josette zawsze kojarzyło mi się z takimi delikatnymi dziewczynami i w zasadzie to nawet pasuje to do Twojej postaci, a potem wychodzi na wierzch Yvette i... Już nie wiadomo co myśleć. ;) Oby tylko nikomu krzywdy tym sztyletem, który przy sobie nosi nie zrobiła!^^
Życzę dobrej zabawy na blogu i wciągających wątków. W razie chęci zapraszam, choć jeszcze nie wiem na co i kiedy, bo grafik mocno napięty do końca czerwca, ale gdyby pojawiła się chęć śmiało!]
Sloane Fletcher & Zane Maddox
Hej! Dawno nie widziałam już na blogu tak intensywnej, żeńskiej postaci, a że na wizerunku widnieje w dodatku moja ukochana Amanda, to i nie mogłam przejść obok Josette obojętnie. ^^ Osobowość mnoga to nie lada pisarska gratka, ale mam nadzieję, że mimo to będzie Ci się pisało tutaj lekko i przyjemnie.
OdpowiedzUsuńWitajcie w Nowym Jorku! :D Niech wena nie gaśnie, a wątki spędzają sen z powiek. Powodzenia!
MARCUS LOCKHART
Dużo się może kryć za słowem wakacyjny, więc może dopowiesz, co chodzi Ci po głowie? ^^ Mogłabym być na taki wątek chętna, jeśli nie będzie Ci przeszkadzało nienajszybsze tempo odpisów...
OdpowiedzUsuńPodrzucam maila, tam nam będzie łatwiej coś ustalić: nothingetsforgiven@gmail.com.
MARCUS LOCKHART
[Pomysł bardzo mi się podoba, ale jak sama zauważyłaś jemu ciężko byłoby złamać serce. No i od dawna Zane ma obsesję na punkcie jednej dziewczyny. Każda kolejna na jego drodze to tylko dodatek, którym szybko się nudzi. :D Wpadłam na trochę inny pomysł, który może Ci się spodoba albo mnie pogonisz^^ Co byś powiedziała na to, aby Zane dołożył cegiełkę do śmierci siostry Josette? Nie wiem co prawda w jaki sposób odebrała sobie życie, Ale jeśli to były jakieś tabletki to Zane mógł jej je dostarczyć. Josette z kolei, jeśli Ci to pasuje, mogłaby wziąć sobie za cel, aby dowiedzieć się kto sprzedał jej siostrze to, co ostatecznie ją zabiło. Lub może zrobiłaby to raczej Yvette. Już wedle Twojego uznania. ^^ Niezobowiązująco Zane mógł się z Josette też spotykać. Oczywiście ukrywając to, że jest dilerem. Elsa w jakiś sposób się dowiedzieć mogła i to wykorzystała, a Zane… Cóż, raczej by się tym nieszczególnie przejął 😅 Bądź Zane może wiedzieć kto sprzedał Elsie towar, Ale oczywiście nic by tez nie powiedział. A po jej śmierci drogi Josette i Zane mogły rozejść się same. On sam pewnie chciałby się odsunąć na bok, noooo i też jej rodzicom się mogło nie podobać, ze Josette prowadzą się z jakaś przybłęda;D]
OdpowiedzUsuńZane Maddox
[I weź tu teraz bądź mądra i powiedz takiej - hej, kochana, w życiu najważniejsze jest to, żeby być sobą!
OdpowiedzUsuńAle którą wersją, się pytam? :D Cześć, dzień dobry, taka postać to i pisarska zabawa, i ogromne wyzwanie, bardzo podziwiam!]
Leif Zweig
[To wybór zostawię Tobie, która opcja Ci bardziej pasuje. ^^ Mógł sprzedać jej tylko tabletki lub mogła za nim biegać, a Zane nieszczególnie odwzajemniałby zaloty. Zane (i ja ;D) konsekwencji się nie boimy. Coś czuję, że on niejedno życie ma na sumieniu i nawet o tym nie wie. Taki biznes, nic się nie poradzi. ^^ Jeśli miał być tą nieszczęśliwą miłością Elsy to trzeba byłoby pomyśleć nad tym, gdzie i jak ona go w ogóle poznała. Zane nie jest zbyt towarzyski i w sumie nie przepuszcza do siebie innych. Chyba, że ma ku temu powód. Może też opcja z tym, że tylko sprzedał jej tabletki będzie lepsza. Mi pasują obie opcje. Trzeba je tylko trochę doszlifować i będzie elegancko. :D]
OdpowiedzUsuńZane Maddox
[Jaki sens w posiadaniu bajońskich sum, jeśli nie można by było rzeźbić w patykach :D Na wątek oczywiście bardzo chętnie, wysłałam maila!]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig
Niektórym ludziom wybaczało się więcej, co nigdy nie było sprawiedliwe, ale Leif nie zamierzał narzekać, skoro w tym gronie się znalazł. Był młody, genialny, trzymał ręce w kieszeniach i często uchodziło mu na sucho to, za co inni mieli suszone głowy. Może dlatego, że odrobina wdzięku potrafiła wyratować z niejednej sytuacji – a może dlatego, że po prostu bywał przydatny, więc nie warto za bardzo cisnąć w sprawach mniej znaczących.
OdpowiedzUsuńTo bardzo często stało za jego dobrymi kontaktami z przełożonymi – creative directorami czy, nawet częściej, chief creative officerami – którzy wciąż jeszcze lubili mu pomatkować czy poojcować. Czy to ze względu na ciągle młody wiek, czy na chłopięcą aurę, którą roztaczał? Nie wiedział, ale i nie drążył tematu, zadowalając się faktem, że po prostu mógł więcej.
Czy to wykorzystywał? Pewnie czasami. Ale czy i jego wykorzystywano? Z pewnością! Tak było i teraz, gdy CD krążyła wokół niego, krążyła, aż wykrążyła sobie to, że Leif zgodził się pójść na letni meeting organizowany przez The Advertising Club of New York. Złożył obietnicę z potrzeby chwili i potem gorąco chciał się z niej wycofać, mając lepsze alternatywy, ale dyrektorka accountów od new businessów w zasadzie zgarnęła go po pracy – rozważał zgłoszenie tego jako porwanie albo przynajmniej załatwienie jej biletu na wycieczkę do haerów – i zabrała ze sobą do Ad Clubu.
To był jedyny powód, dlaczego nie dość, że się tam pojawił, to jeszcze na czas. Event był dość luźny, jak to zwykle w tym miejscu bywało, nastawiony bardziej na networking. Dlatego tak nalegano, żeby Leif się tam pokazał. Na miejsce przybyło paru marketerów z atrakcyjnych dla Ogilvy’ego brandów, więc subtelnie chciano się pochwalić młodym zdolnym artem, który przy okazji potrafił też trochę poczarować. Accountka oczywiście czuwała cały czas, żeby żadne niewłaściwe słowa nie wymsknęły się z ust Leifa.
Po 19:30 wydarzenie płynnie zamieniło się w afterek, a Leif zerkał na zegarek, już planując, jak tu czmychnąć do prawdziwego życia. Musiał jednak jeszcze trochę odsiedzieć. Nie żeby znowu przeżywał piekielne męki – a tu poszedł w pląs, a tu z kimś pogadał, dało się przeżyć.
W którymś momencie wybrał się po drinka, a potem jeszcze zgarnął tartaletkę ze słodkim kremem i owocami na szczycie. Sprężystym krokiem dotarł do wysokiego stolika bez krzeseł, gdzie mógł odłożyć szkło i papierowy talerzyk, a przy okazji – zagadać do stojącej przy niej kobiety. Chyba nie mieli jeszcze przyjemności, ale kojarzył ją skądś. Możliwe, że była z Maison Noire Group, z którym to holdingiem Leif ostatnio nawet rozmawiał, zaczepiony na Linkedinie.
W zasadzie nie był zainteresowany pracą w tym miejscu, bo jednak choć bardzo bliskie, to działało inaczej niż agencje kreatywne; ale w Ogilvym też nie chciał zostawać. Nie dlatego że było źle, bo było super, ale tęsknił za swoim ex copywriterem i wspólnie kminili, jak znów połączyć siły i zrekrutować się jako creative team.
– Cześć, jak się bawisz? – przywitał się. – Mówili mi, że Ad Club już na trzydziestego planuje rozgrywki golfowe. Trzeba poćwiczyć, co nie.
Złapał wyimaginowany kij golfowy i zamachnął się, by uderzyć w równie wyimaginowaną piłeczkę, która poleciała hen, hen daleko, od razu trafiając w dołek – a Leif zatrzymał się w takiej pozie, że nawet Tiger Woods by pozazdrościł.
– I proszę, trafiony dołek – oświadczył. – A niektórzy łapią go dopiero po rozmowie z klientem.
Leif Zweig
W porównaniu do Josette był ubrany niczym łapserdak, choć przecież wyglądał nieźle – tylko niekoniecznie w eleganckim stylu. Miał jasną lnianą koszulkę z kołnierzykiem i długimi rękawami, szerokie ciemne jortsy i sandały Camperlab na stopach. Oraz, rzecz jasna, jakąś biżuterię. Jak na siebie wyglądał wręcz casualowo.
OdpowiedzUsuńPrzez myśl mu nie przeszło, że oj, może trzeba by się przebrać, kiedy zgarniano go zaraz po pracy. Może gdyby był młodszy, to… Nie, to fałsz, gdyby miał mniej lat, też ubrałby się tak, jakby tylko chciał. Plus branży: niezbyt przejmowano się konwenansami, choć wyglądem już tak. Ale to częściowo zależało od działu.
Kreacja na pewno dbała mniej o zasady. Kto chciał, mógł się odstawić, kto nie chciał, równie dobrze mógł przyjść w pidżamie. Skoro nawet Grand Prix Cannes Lions da się odebrać w dresie, to kto by sobie głowę zaprzątał dresscode’em w nowojorskim Ad Clubie. Pewnie było takich kilku, ci, którzy musieli, ale nie większość.
Poza tym – i z tego założenia Leif wychodził – często dużo krążyło wokół pewności siebie. Parę lat temu pomylił DDB z TBWA (za dużo agencji o nazwach składających się z losowych liter!) i choć był umówiony na rozmowę do jednej spółki, poszedł do drugiej, na nieproszoną i nieplanowaną rekrutację. Ale wpuszczono go, bo tak był przekonany o swoim. Było supermiło!
I tak nawet profetycznie, bo przecież w 2026 DDB zamieniło się w TBWA. Może warto tam pracę teraz rozważyć? Choć chyba nie, za dużo roszad z tym Omnicomem, lepiej odczekać. Albo jednak trzeba jeszcze dziś kogoś stamtąd złapać i podpytać…
Rozejrzał się po sali, jakby spodziewał ujrzeć się szereg ludzi z TBWA, ale szybko wrócił wzrokiem do Josette. Skinął głową z uśmiechem.
– Miło poznać – powiedział entuzjastycznie. – Tak, wszystko się zgadza, choć akurat przy tym projekcie za wiele nie robiłem, tak tylko z doskoku.
Faktycznie, w którymś momencie dołączył, żeby wspomóc pracę. Leif całkiem lubił robotę przy markach beauty, bo wielbił piękno, a w tych brandach zwykle (choć nie zawsze!) o to chodziło. Często kreatywność nie kryła się tam w big ideach a w crafcie – a fajnie sobie czasem coś docrafcić. Zwłaszcza perfumy, najcudowniejszy przerost formy nad treścią, zapach, którego nie masz jak wprost pokazać, więc nos kusisz przez oczy, fantazyjne flakony i fantazyjne spoty, w których można trochę nawet poszaleć.
Miał więc kilka projektów na swoim koncie, ale zwykle wolano go rzucać do rzeczy typu Heinz czy Diesel, gdzie istniała większa przestrzeń na wymyślanie głupot, co wprost uwielbiał. Teraz, jak się okazywało, był dobry czas na sprzedawanie humorem, bo ludzie – mający poczucie, że żyją w coraz bardziej niepokojących czasach, zmęczeni moralizowaniem czy sygnalizowaniem dobra – szukali lekkości i zabawy.
– Moja teampartnerka, copywriterka Darla – dodał – więcej przy tym dłubała! Szkoda, że dzisiaj jej tu nie ma, mogłybyście sobie pogadać. Bo wyszło chyba fajnie, co?
Leif Zweig
[Myślę, że może być ciekawiej, jeśli Josette najpierw będzie próbowała go poznać, a konfrontacja przyjdzie znienacka. :) Będzie miała małe wyzwanie, bo zakładam, że od tamtego czasu Zane zdążył już kilka razy zmienić numer telefonu i miejscówki, ale to zawsze dobre miejsce na start. Jak popyta to na pewno ktoś pokieruje ją w jego rejony. ;D]
OdpowiedzUsuńZane
Trawa zawsze zieleńsza na cudzym polu golfowym – czy jak to tam szło. Można wyglądać zza strzeżonego ogrodzenia i zazdrościć tym wszystkim graczom, wystrojonym w czapeczki i koszulki polo, za którymi caddie biegali, ale… ale po co? Lepiej cieszyć się tym, co się ma.
OdpowiedzUsuńLeif za wiele kijów golfowych w życiu się nie natrzymał, ba, praktycznie żadnego, chyba że wliczyć te do minigolfa indoorowego. Nie ubolewał, bo przecież wiadomo, że gdy stryjek wymienił siekierkę na kijek, to nie wyszedł na tym szczególnie dobrze. Oczywiście brak większej styczności z tym sportem nie wynikał z niechęci do niego, a raczej kosztów, które trzeba ponieść. I nie kryła się w tym żadna metafora!
Poza tym kij kijowi nierówny. Jeden będzie dłuższy, drugi krótszy, a jeszcze inny – służył tylko do poganiania, a ta metoda na Leifa średnio działała. Zdecydowanie wolał marchewki.
– Pewnie sobie nie radzę – przyznał z rozbrajającą szczerością, a przeskoczywszy z nogi na nogę, pogłaskał nóżkę swojego kieliszka palcem wskazującym. – Choć jeszcze tego nie przetestowałem.
Kto wie, kto wie, może okazałby się niezły? Choć trudno było podejrzewać, by odkrył w sobie jakiś niesamowity talent do sportu kojarzonego głównie z bogaczami, to w końcu niedaleko pada kij od gałązki i od patyka też, a z tym już miał większe doświadczenie. Z pewnej perspektywy wydawało się to podobne, a z pewnego punktu widzenia – wszystko było prawdą. A już na pewno to, że miał kciuki przeciwstawne, więc czemu miałby sobie z kijem nie poradzić?
Uśmiechnął się szeroko, najpierw do babeczki z owocami, potem też do Josette, zwłaszcza po tym, jak usłyszał o zachwyconym ojcu. Ktoś mógłby pomyśleć, że to logiczne: bo przecież fajnie jest słyszeć o sobie miłe rzeczy, prawda? Leif nie mógłby zaprzeczyć. Tak, fajnie. Doceniał, gdy ktoś go doceniał, bez wątpienia!
W tym jednak przypadku prawda o uśmiechu tkwiła gdzieś indziej. W żarcie oczywiście, niezbyt mądrym (też oczywiście), choć z drugiej strony… też niespecjalnie durnym.
– To miłe – przyznał. – Szczególnie że zwykle cudzy ojcowie nie są mną zachwyceni.
Upił łyk drinka.
– No i wiadomo, że tym jest oczarowany, bo moimi talentami golfowymi na pewno nie będzie – dodał z werwą. – A ty grywasz? Czy tylko bywasz? Mierzenie kijków jako okazja do networkingu?
Leif Zweig
Przypadkiem to można odmienić słowo! Leif wszystko zawdzięczał swojej ciężkiej pracy – a przynajmniej tak mówił, kiedy nadchodziła ochota na niewinne kłamstewka. Bez większego problemu dało się znaleźć parę rzeczy, które przychodziły mu z łatwością, ale też równie prosto wskazać te, z którymi radził sobie gorzej.
OdpowiedzUsuńSport, tak ogólnie, zwykle należał do pierwszej kategorii. Nie był oczywiście żadnym herosem, który czego się nie dotknie, zamienia w złoto – raczej gościem, który lubił ruch i bardzo, ale to bardzo dobrze zna własne ciało, więc wiedza o tym, jak się ustawić, zamachnąć czy podskoczyć pojawiała się… no, w zasadzie bez udziału głowy. Myśl płynęła przez nogę, rękę, kolano nawet i robiła swoje.
Pewnie nie byłby w golfie najlepszy, ale też – nie najgorszy. Przypuszczalnie udałoby się zaliczyć parę dołków, nie wiadomo, w jakiej liczbie ruchów, ale możliwe, że niekompromitującej. Na zbłaźnienie się znajdzie inny sposób!
– Może kiedyś się przekonam – odpowiedział na dywagacje o golfie i wzruszył ramionami, dość apatycznie, jak mogło się wydawać. Nagle jednak w oczach błysnęło zaciekawienie. Pochylił się nad stołem. – Ej, a ścigałaś się kiedyś meleksem po polu golfowym?
Chociaż, po namyśle, wyścigi wózków golfowych chyba nie byłyby zbyt interesujące, bo w końcu te pojazdy rozwijały bardzo ograniczoną prędkość. Pewnie spokojnie rowerem dałyby się wyprzedzić. Albo jeśli było się Usainem Boltem i biegło na setkę. Ale musiał istnieć jakiś haczyk, możliwość podkręcenia tempa!
Ze świata wyścigów wyrwało go wspomnienie o związkach. Zamrugał kilkukrotnie, próbując odnaleźć się w nowej sytuacji. Żart o przypodobaniu się ojcom był, no cóż, żartem nieskrywającej głębszej tajemnicy, więc pytanie go zaskoczyło. Materiałem na chłopaka był raczej przeciętnym, nie typem koleżanki twojej starej, którego każdy rodzic chciałby w rodzinie, ale też zdecydowanie nie mrocznym dupkiem, którego tatuś każdej dziewczyny znienawidzi od pierwszego wejrzenia.
Ale Leif był człowiekiem, a człowiek potrafi się szybko dostosować – więc wskoczył w temat bez zbędnego przedłużania.
– Tam-ta-da-dam, tam-ta-da-dam… – zanucił marsz weselny. – To co, reklamiarska sukcesja się szykuje? Jakbyś potrzebowała przemowy do kielicha, Darla na pewno chętnie skreśli parę haseł, claimów nawet – ponownie pochwalił, choć nie wprost, umiejętności copywriterki.
Leif Zweig
[ Hej!
OdpowiedzUsuńDziękuję za powitanie Caleba! :3 Chłopak skrywa całkiem sporo w sobie, więc zapraszamy do poznawania go! :D
Sam koncept twojej postaci jest niesamowicie ciekawy! Też chętnie zagłębie się w jakiś przyjemny wątek, by bardziej poznać obie strony medalu!
Jeśli chodzi o rolę kochanki - u Caleba byłoby to zdecydowanie bardziej w stronę zdrady emocjonalnej niż fizycznej. Zastanawiam czy by to nam zagrało. W każdym razie, chętnie coś z tobą napiszę!
Zapraszam na maila, gdzie myślę będzie wygodniej ustalić nam szczegóły.
Drzwi otwarte mam też do wątków u mojego Nathaniela, więc zobaczymy, co uda nam się stworzyć!
iwoyii@gmail.com
[W takim razie mocno trzymam kciuki za ten eksperyment i z chęcią poeksperymentowałabym z Tobą, ale moje zasoby tak wolnego czasu, jak i weny nie pozwalają mi na wzięcie kolejnego wątku 💔 Stąd raz jeszcze życzę Ci udanej zabawy z Josette i tak, tak, w szablonie jak najbardziej już wszystko gra 🙂]
OdpowiedzUsuńIAN HUNT
[Tak pomyślałam, bo przecież Josette ma ogromne możliwości, że być może wynajęła detektywa, aby dowiedzieć się czegoś więcej, gdy trafiła w pamiętniku Elsy na wzmiankę o Zane’ie? Mogło tam być tylko to, że była nim zauroczona, nic o tym, że od niego wzięła tabletki (o ile zostajemy przy tym, że Elsa za nim trochę biegała:D). Detektyw mógł jej podać tylko tyle, gdzie Zane pracuje, że nigdy nie był karany i ewentualnie o tym, że ma ojca w więzieniu. :D Josette mogłaby wpaść do lombardu, trochę sobie Zane poobserwować, może przyjść coś niby sprzedać i nawiązać z nim jakaś rozmowę, a potem niby przypadkiem trafia na siebie w barze/klubie? No i jakoś się powoli do siebie zbliża. On teraz jest trochę samotny to towarzystwo mu się przyda. Nawet, jak udaje, ze nie xD]
OdpowiedzUsuńZane
[Mi też, szczerze mówiąc, bardziej odpowiada, aby Zane był tylko kurierem. Nie pamiętam, czy to było ustalone, ale czy on ma wiedzieć, że Elsa przedawkowała czy dopiero Josette go uświadomi?^^
OdpowiedzUsuńUuu, odważnie z tym odwiedzaniem. Można to wpleść, choć Anthony nic tak naprawdę o Zane’ie nie wie, ale nie zaszkodzi mu przecież nazmyślać w razie potrzeby. 😌 Muszę się tylko zastanowić czy Zane nie będzie poinformowany o wizytacjach, ale to taki drobny szczegół na później. 😄
Wydaje mi się, że ten lombard to będzie najlepszy początek! I potem na spokojnie przejdziemy do kolejnych wydarzeń. 😁 Miałabyś może ochotę zacząć czy mam to wziąć na siebie?]
Zane