Pierwszą rzeczą, którą zarejestrowała, był ból głowy tak wielki, jakby czaszka pękała jej na pół albo jakby ściskano ją w imadle. Nyx jęknęła, otworzyła oczy i poruszyła się nieznacznie, a lodowate uczucie strachu zmroziło ją na moment, gdy uświadomiła sobie, że nic nie widzi. Po chwili jednak z ulgą dostrzegła zamglone kontury i doszła do wniosku, że wbrew pozorom wcale nie oślepła — jedynie pomieszczenie, w którym się znajdowała, było wyjątkowo ciemne.
Skąd się tu wzięła? I co się stało?
Lęk podpełzł do niej na nowo, panika dławiła ją w gardle, ale Nyx z całej siły starała się im nie poddać. Jeżeli chciała się stąd wydostać, gdziekolwiek teraz była, musiała zachować trzeźwość umysłu. To była jej jedyna nadzieja.
Ostrożnie spróbowała poruszyć rękami i palcami, a potem odrobinę przesunęła obie nogi w lewo, upewniając się, że ciało wciąż jej słucha. Z wysiłkiem uniosła głowę, którą przeszył natychmiastowy, ostry niczym strzała ból. Syknęła, opadając z powrotem do pozycji leżącej i przy okazji ze zdumieniem stwierdziła, że znajduje się chyba na jakimś łóżku. Pod policzkiem czuła gładki materiał poduszki, a ten, kto ją tu przyniósł, ułożył ją na kołdrze, nie bawiąc się w troskę i nie przykrywając jej, chociaż w pomieszczeniu panował lekki chłód. Nyx zorientowała się, że drży, chociaż jednocześnie miała wrażenie, że płonie żywym ogniem. Nie było jej zimno, a w każdym razie nie docierało to do jej umysłu.
Jeszcze raz spróbowała się podnieść i jeszcze raz poniosła porażkę. Głowa ciążyła jej, jakby była z kamienia, w dodatku od wysiłku zaczął jej się zamazywać wzrok, i tak niezbyt ostry. Warknęła z irytacją przez zaciśnięte zęby, wściekła na niemoc, która z nią wygrywała.
— Nie wstawaj — dobiegł ją głos, na dźwięk którego ze strachu niemal wyskoczyła ze skóry. Brzmiał młodo, prawie dziecinnie i słychać było w nim rezygnację. — Jeszcze chwilę potrwa, zanim ten ból minie.
— Kim jesteś? — szepnęła Nyx. — To ty mnie tutaj przyniosłeś?
— Jestem Jim. — W ciemnościach, do których jej wzrok przyzwyczajał się coraz bardziej, zamajaczyło drugie łóżko po przeciwległej ścianie, a na nim skulona postać obdarzona burzą gęstych loków. Białka oczu błysnęły w mroku. Panująca tu czerń była jednak tak gęsta, że chociaż chłopak musiał na nią patrzeć, nie czuła na sobie jego wzroku. — Nie ja cię porwałem. Jestem więźniem, tak jak ty.
Nyx poczuła na karku lodowaty powiew strachu, który ją opanował. Jego kolce wbiły się mocno w jej skórę i zacisnęły wokół serca, które waliło tak mocno i szybko, jakby zamierzało za moment się ewakuować. Nigdy jeszcze nie czuła czegoś takiego — lęku tak wielkiego, że byłby zdolny po prostu odebrać jej życie. Gwałtownie usiadła na łóżku, znów czując potworny ból głowy, jednak tym razem ból zdawał się dochodzić gdzieś z oddali, a wzrok miała niespodziewanie ostry. Teraz wyraźnie widziała siedzącego naprzeciwko chłopaka, jego ponurą minę i zgarbioną sylwetkę, i jeszcze gruby łańcuch na lewej kostce, którego koniec przytwierdzony był do ściany.
Czując, jak panika ogarnia ją niczym morska fala, zdolna zmieść człowieka z powierzchni ziemi, Nyx mimowolnie sięgnęła ręką do własnych kostek i szarpnęła się rozpaczliwie, wyczuwając taki sam łańcuch na prawej nodze. Przepełniała ją adrenalina, strach, ślepa histeria nadciągała ze wszystkich stron, zamykając ją ciasno w swoich objęciach. Gdzieś w głębi umysłu była świadoma, że właśnie traci nad sobą kontrolę — czyli to, czego zdecydowanie nie powinna była robić — ale w tym momencie nie potrafiła już nad sobą zapanować. Z trudem łapała oddech, a jej myśli galopowały szaleńczo we wszystkich kierunkach, choć nie prowadziły do niczego sensownego. Miała mgliste wrażenie łez na policzkach, strumieni płynących z oczu, mimo, że tak do końca nie była świadoma, że płacze.
O Nyx Hackett powszechnie było wiadomo jedno — potrafiła zachować niewzruszony spokój w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, nie dając się ponieść emocjom. Bywała chłodem wśród wzruszeń i stabilnością pośród chaosu, ale nigdy dotąd nie znalazła się w sytuacji, w której panika i rozpacz całkowicie przejęłyby nad nią kontrolę. Kiedy więc tak się stało, wprawiło ją to w jeszcze większy szok.
— O co tu chodzi? — wyjąkała, pociągając nosem i wycierając twarz z łez, które nie przestawały płynąć. — Dlaczego nic nie pamiętam, do cholery? Czy to ma być jakiś żart?
— Ja też nic nie wiem — mruknął chłopak, wyciągając się na łóżku na wznak i splatając ręce na brzuchu. — Wyszedłem do sklepu, a potem obudziłem się tutaj.
— Jak długo tu jesteś? — szepnęła Nyx, z wolna odzyskując panowanie nad sobą; chwiejne, ale wyczuwalne.
— Nie jestem pewien. Jakieś trzy dni?
— I nie wiesz, kto za tym wszystkim stoi?
Mruknął coś przecząco, po czym podniósł się do pozycji siedzącej. Ogniwa łańcucha zabrzęczały cicho.
— On nigdy nie pokazuje twarzy.
Nyx z trudem przełknęła ślinę i spróbowała skoncentrować się na przyspieszonym rytmie swojego serca, miarowo odliczając uderzenia. Jednocześnie starała się uspokoić, biorąc głębokie, powolne oddechy, wypełniające płuca do granic możliwości. Mgła paniki jakby się przerzedziła, a może została wyparta przez pulsujący ból głowy, który nie pozwalał jej się w pełni skupić. Syknęła krótko i oparła się plecami o ścianę, pozwalając głowie opaść luźno w tył, jakby była ciężkim kwiatem na zbyt cienkiej łodydze.
— Czy on… coś ci zrobił? — spytała w końcu, rozcierając dłońmi przedramiona. Teraz było jej zimno, choć nie wiedziała, czy temperatura w pomieszczeniu miała z tym jakikolwiek związek. Podejrzewała raczej, że był to skutek szoku.
Chłopak spojrzał na nią wymownie, w jego oczach czaiło się uczucie bezbrzeżnego upokorzenia.
— A myślisz, że po co nas tutaj trzyma?
Serce Nyx zatrzepotało gwałtownie, jak uwięziony w klatce ptak. Zbladła jeszcze bardziej i zrobiło się jej niedobrze, zmusiła się jednak do opanowania nerwów. Jeden atak histerii to zdecydowanie dość na całe przyszłe życie, o ile jeszcze ją jakieś czekało.
— Ile masz lat? — spytała cicho, unikając jego wzroku.
— Siedemnaście — mruknął niechętnie.
Boże, pomyślała Nyx. Przecież to jeszcze dzieciak.
Sięgnęła ręką do łańcucha i w skupieniu, powoli zaczęła przesuwać po nim palcami, od bransolety na kostce wzdłuż wszystkich ogniw, aż do miejsca, które miało swój koniec na ścianie. Gruby metal pod jej dotykiem zdawał się mruczeć z zadowoleniem, jak usatysfakcjonowany kocur. Nyx zebrała siły i szarpnęła mocno, ale ani drgnął.
— Kurwa mać — warknęła, zaciskając zęby. — Kurwa mać!
— Uspokój się — powiedział Jim, równie mrukliwie, jak wszystko przedtem. — To nic nie da. Już próbowałem.
Zignorowała go, ale znieruchomiała na chwilę. Przymknęła oczy i skoncentrowała się na oddychaniu — powolnym, równomiernym, głębokim, które przynosiło ze sobą oczyszczenie z emocji i jasność umysłu. Złościło ją i przerażało, że niczego nie pamięta, choć ze wszystkich sił próbowała sobie przypomnieć.
Dzień zaczął się zwyczajnie. Wstała późno, bo położyła się w środku nocy, przejrzała pliki, które ściągały się, gdy ona spała (obrzydliwe) i zrobiła sobie kawę. Zajrzała do brata (spał), weszła do wanny i siedziała tam godzinę, snując strategię zdemaskowania kolejnego porządnego obywatela jako wstrętnego zboczeńca, którym w istocie był. Zakończyła kąpiel, ubrała się i wyszła po zakupy. Wróciła. Potem… ach, no tak. Potem była rozprawa.
——— Z uniesień pozostało mi uniesienie brwi,
ze wzruszeń — wzruszenie ramion ———
ze wzruszeń — wzruszenie ramion ———
Sala sądowa wypełniona była do granic możliwości. Po części napełniało to Nyx Hackett odrazą, niesmakiem wobec dzikiej pogoni za sensacją. Po części dawało jej możliwość ukrycia się między ludźmi bez obaw, że zostanie zauważona. Wyjątkowo odczuwała palącą potrzebę, by znaleźć się blisko centrum całego tego cyrku, choć może nie w samym jego środku. Wystarczyło, że stanowiła punkt zapalny wydarzeń, które doprowadziły do tego konkretnego momentu. A jednak czuła, że tym razem powinna być niemym świadkiem wymierzania sprawiedliwości, jak gdyby chciała sobie przypomnieć, czym tak właściwie jest człowieczeństwo. I że pewne tendencje społeczność potępia jednogłośnie, nie oglądając się na dzielące ich zazwyczaj różnice — polityczne, wyznaniowe czy kulturowe.
Siedziała spokojnie w jednym z tylnych rzędów, blada, ale niewzruszona. Otaczała ją aura chłodnego opanowania, niemal niemożliwa do naruszenia. Ubrana w elegancki garnitur, ze spiętymi w kok włosami i starannym makijażem, idealnie wtapiała się w otoczenie. Miała zamiar spojrzeć w oczy osądzanemu człowiekowi, ale tak, by nie zorientował się, czyj wzrok przeszywa go niczym strzała.
Zazwyczaj z radością i ulgą darowała sobie dalsze angażowanie się w sprawę, gdy już dostarczyła policji odpowiednie dowody w odpowiednich ilościach, pozwalając im zrobić resztę, ale teraz było jakoś inaczej. Może chodziło o to, że po raz pierwszy oskarżenie padło na osobę publiczną, której twarz była powszechnie znana, w związku z czym zarówno dochodzenie, jak i sam proces, nabrały olbrzymiego medialnego rozgłosu. Być może czuła, że łatwiej będzie jej aktywnie uczestniczyć w tych wydarzeniach, zamiast polegać na przeplatanej dezinformacjami dziennikarskiej sieczce.
Wiedziała na pewno, że jej osobiste obrzydzenie nie grało tu większej roli, niż zazwyczaj. Niby dlaczego pedofil, który był kimś sławnym, miałby być gorszy od zwykłego, szarego pedofila? Nyx nie podzielała popularnej opinii, że człowiek, którego poczynania śledzi cały świat, powinien dawać innym odpowiedni przykład. Taki człowiek wciąż pozostawał tylko człowiekiem. Nie miało dla niego znaczenia kształtowanie godnej naśladowania sylwetki, liczyły się jedynie pieniądze, autorytet i władza, jaką ze sobą niosły. Jej ogólne przekonanie o ludziach jako gatunku nacechowane było dużą dawką cynizmu i odrobiną bezwzględnej pogardy. Jak w przypadku wielu odgórnie narzuconych twierdzeń, nieustannie kwestionowała wyższość człowieka i jego domniemane panowanie nad światem — światem, o który na ogół nie dbał, a wręcz aktywnie doprowadzał go do ruiny.
Nyx Hackett od wczesnego dzieciństwa miała problem z zaakceptowaniem reguł, których zasadności nie potrafiła wytłumaczyć. Niechęć do ich przestrzegania zaowocowała przyjmowaniem postawy nonkonformistycznej, lekko lekceważącej, a w skrajnych przypadkach bierno-opozycyjnej. Szanowała to, co służyło realnym celom, odrzucając jednocześnie to, co było jedynie demonstracją władzy i szczerze gardziła cechującą społeczeństwo bezrefleksyjnością, która nakazywała im ślepo podążać utartymi szlakami. Nie była jednak aktywistką, głośno zachęcającą do buntu; nie, jedynie obserwowała, rejestrowała i żyła po swojemu tak długo, jak długo nie miało to wpływu na innych, a pociągnięta do odpowiedzialności zbiorowej jasno i wyraźnie tłumaczyła, że odpowiedzialność zbiorowa nie istnieje. I tak, jak nie pozwalała, by za jej osobiste wybory płacił ktoś jeszcze, nie przyjmowała zarazem na siebie winy za to, w czym nie miała udziału.
Tłum zafalował, a szepty przybrały ton oburzenia, gdy wprowadzono na salę oskarżonego — człowieka o nieprzeciętnej urodzie hollywoodzkiego aktora, którego uśmiech dotąd rzucał na kolana zapewne niejedną kobietę. Tym większe było rozczarowanie ludzi, od dziecka wychowanych na stereotypowych baśniach, gdzie czarne charaktery miały aparycję powtora, jakby brzydota tkwiąca w ich sercu potrafiła odbijać się na twarzy. George Brown w najmniejszym stopniu nie przypominał złego człowieka, chociaż w istocie naprawdę nim był.
Oczy Nyx zwęziły się lekko na jego widok, ale poza tym drobnym gestem pozostała niewzruszona. Przez głowę przelatywały jej jednak strzępki wspomnień z licznych rozmów, które z nim przeprowadziła, umiejętnie wciągając go w pułapkę. Nie działała standardowo. Zamiast zastawiać sidła i zaganiać do nich swoją ofiarę, powoli oplatała sieć dookoła niej, tym grubszą, im większe poczucie kontroli nad jej osobą zyskiwał napastnik. Zbyt pewny siebie człowiek stawał się nieuważny, podatny na tego rodzaju manipulację, jeśli przeprowadzana była z wyczuciem. Złudne wrażenie władzy odsuwało w cień czujność i ostrożność. Nyx zatem chętnie im taką władzę dawała.
Mimo, że przyczyniła się do aresztowania niejednego z tych obrzydliwych mężczyzn, czasem wciąż czuła, że robi żałośnie za mało. Drażniło ją, że nie miała możliwości zapobiegać takim sytuacjom, zamiast wyciągać wszystko na światło dzienne wówczas, gdy szkoda już się stała. Za każdym takim facetem stała przynajmniej jedna roztrzaskana osobowość. Najczęściej było ich jednak znacznie więcej.
Jej praca przebiegała dwutorowo. Dzięki odpowiedniej charakteryzacji mogła podawać się za trzynasto-, czternastolatkę na różnorakich portalach społecznościowych, gdzie aż roiło się od wszelkiej maści zboczeńców. Odpowiadała na próby nawiązania kontaktu i podtrzymywała go przez pewien czas, nagrywając i zapisując wszystkie rozmowy. Grała wedle pewnego scenariusza, mającego skłonić osobę po drugiej stronie ekranu do ujawnienia swoich skłonności i była w tym na tyle dobra, że po pewnym czasie bez zastanowienia odsuwała własne emocje na bok, działając mechanicznie, choć jednocześnie z zaangażowaniem. Zarazem niepostrzeżenie włamywała się do ich komputerów, ściągając kompromitujące materiały z innych tego typu rozmów, pobrane zdjęcia i filmy. Z własnej inicjatywy wyszukiwała także dane ofiar i zapisywała na swoim laptopie, w ukrytym i zabezpieczonym dokumencie. Nie była pewna, po co to robi. Być może po prostu na przyszłość, bo gdyby kiedyś ustaliła, jak zadośćuczynić tym wszystkim pokrzywdzonym dziewczynom, dziewczynkom właściwie, nie wahałaby się ani chwili.
Siedząca obok niej kobieta aż wyciągnęła szyję, chcąc przyjrzeć się lepiej George'owi, który, stojąc naprzeciw tłumu, sprawiał wrażenie osamotnionego i bezbronnego. Być może byłby nawet w stanie wzbudzić u widowni współczucie, gdyby nie to, że ci ludzie — wszyscy razem i każdy z osobna — zdawali sobie sprawę, jakie czyny ma na sumieniu. Powietrze przesycone było głęboką odrazą, rozczarowaniem, pęknięciami w fasadzie ich osobistego bohatera, inteligentnego i pełnego humoru polityka, którego twierdzenia nierzadko rozpalały w nich iskrę. Nyx powiodła po sylwetce George’a lekceważącym spojrzeniem. Nie patrzył na nią. A nawet gdyby wyłuskał ją wzrokiem z tłumu, nie wiedział, kim ona jest. Ktoś taki, jak Nyx Hackett, po prostu nie figurował na liście osób, z którymi miał do czynienia. Kiedy ze sobą rozmawiali, o ile te godne pożałowania wywody można nazwać rozmową, była kimś całkiem innym. Kimś, kogo tacy jak on uwielbiali niszczyć.
Tyle, że nie jest łatwo zniszczyć coś, co nigdy tak naprawdę nie istniało.
——— Jeszcze piszę wiersze, uparcie poprawiane testamenty,
którymi niczego nikomu nie przekazuję ———
którymi niczego nikomu nie przekazuję ———
Opuszczając duszną salę sądową odczuła ulgę tak wielką, że zdziwiło to nawet ją samą. Do tej pory zachowywała niewzruszony spokój i była przekonana, że cała ta sprawa istotnie nie robi na niej żadnego wrażenia. Niemniej odetchnąwszy świeżym, aromatycznym powietrzem, niespodziewanie puściło napięcie, którego ciężar był dotąd niewyczuwalny. Nyx przystanęła, przymknęła oczy i przez chwilę rozkoszowała się delikatnym powiewem wiatru głaszczącego jej rozgrzaną skórę. George Brown nikomu już nie zagrażał. Został zepchnięty w cień, do miejsca, które dryfowało na obrzeżach ludzkiej pamięci, rzadko zatrzymując się w niej na dłużej. Być może powinna skakać ze szczęścia, ale tak właściwie nie czuła radości. Miała jedynie poczucie dobrze wykonanego zadania. O dziwo, nawet w prawdziwym świecie sprawiedliwość potrafiła czasami zatriumfować. Nyx niemal czuła na języku jej posmak, łagodny i słodkawy; przyjemny, lecz znacznie mniej intensywny od głębokiego aromatu udanej zemsty.
Westchnęła bezgłośnie, otwierając oczy i ruszając przed siebie. Była zmęczona. W mięśniach czuła lekkie pieczenie, jak po wysiłku fizycznym, a kości i stawy bolały ją tak, jakby miała grypę. Marzyła, by wrócić do domu, rzucić się na łóżko i przespać kilkanaście godzin.
Uniosła wzrok, kiedy padł na nią cień i zaskoczenie natychmiast ustąpiło miejsca uldze, a ulga — wstrząsowi. Twarz, którą miała przed sobą, była do bólu znajoma i zarazem kompletnie obca, głównie za sprawą czarnego siniaka otaczającego lewe oko. Stojąca naprzeciwko dziewczyna zdawała się być lustrzanym odbiciem Nyx; oczywiście pod warunkiem, że Nyx wyglądałaby tak, jakby ktoś jej porządnie przyłożył. Jej siostra uśmiechnęła się krzywo, krzyżując ramiona na piersi.
— I co, dokopałaś mu?
— Mi też miło cię widzieć, Sally — westchnęła Nyx, z irytacją przeczesując palcami grzywkę. — Wyszłaś z domu nie otwierając drzwi?
— Wpadłam na coś.
— Na co?
— Pięść.
Nyx wzdrygnęła się mimowolnie, czując niesmak zmieszany z pogardą, choć przecież prowadziły takie rozmowy od lat, a od lat powinno chyba wystarczyć, by się przyzwyczaiła. A jednak wciąż nie potrafiła przejść do porządku dziennego nad charakterem pseudo-związku jej siostry, czy zdusić w sobie nienawiści względem jej żałosnego partnera. W jej oczach facet, który bił kobietę — jakąkolwiek kobietę, a już zwłaszcza przy takiej dysproporcji wagowej, jaka panowała między nim a Scarlett — zasługiwał na wszystko, co najgorsze. Sama z przyjemnością by mu przywaliła.
— Kaiser wykończył już wszystkie swoje panienki, więc musiał poćwiczyć na tobie? — spytała zgryźliwie, czując jak wściekłość wzbiera w niej wielką falą.
— Aha, nie wyżyłaś się na tym frajerze w sądzie, więc będziesz się czepiać Kaia? — odparowała Sally, lekko zadzierając głowę. — Zostaw go, Nyx. Zostaw Kaia w spokoju.
Pozornie twarde zdania wypowiadała zadziwiająco łagodnym głosem, zmęczonym i zrezygnowanym.
— To on powinien dać spokój tobie — mruknęła Nyx, ale nie dodała nic więcej. W takim nastroju rozmowa z siostrą na ten temat po prostu nie miała sensu. — Chodź na kawę. Muszę wracać do domu. Harvey ostatnio źle znosi samotność.
— Mój widok zapewne podniesie go na duchu — stwierdziła kąśliwie Sally, ruszając jednak w odpowiednią stronę. — Z pewnością ucieszy się jak nigdy.
— Dobra, zamknij się. Nie mam siły na rozplątywanie tych wszystkich rodzinnych supłów. Od myślenia o tym boli mnie głowa.
Scarlett posłusznie umilkła, choć w myślach na pewno układała sobie tysiąc sarkastycznych zdań, którymi mogła podsumować tę rozmowę. Zawsze taka była. Choć Nyx uchodziła w rodzinie za czarną owcę, w rzeczywistości to Sal, młodsza z bliźniaczek, wykazywała nieposkromiony wręcz talent do paprania życia sobie i wciągania w to bagno innych. Nie, żeby robiła to specjalnie; wydawało się po prostu, że lgną do niej wszystkie potencjalne kłopoty w promieniu wielu kilometrów. Dodając do tego impulsywność i podejmowane na gorąco decyzje, cóż… Wynikiem równania była Scarlett Hackett we własnej osobie.
A przecież Nyx kochała tę swoją stukniętą, chaotyczną i rozemocjonowaną siostrę. Chociaż może nie potrafiła tego zbyt dobrze okazywać. Niejednokrotnie sprzątała jej bałagan, chroniła, tłumaczyła i oferowała wsparcie. Ale wywlekanie na wierzch uczuć, które można zranić, po prostu nie leżało w jej naturze. Wydawało się nawet, że nie istnieje nic, co mogłoby zburzyć jej równowagę. Uchodziła za osobę, która nie da sobie w kaszę dmuchać i angażuje się do upadłego — i rzeczywiście taka była, choć jej leniwie obojętna powierzchowność zdawała się nieustannie kłócić z chłodnym, metodycznym działaniem w sprawach, których się podejmowała. Postronni obserwatorzy mogliby określić ją jako niewzruszoną dziewczynę, która podchodzi do świata nader lekceważąco, i której na niczym tak naprawdę nie zależy. Co było poniekąd prawdą — ale gdy już jej zależało, potrafiła oddać za to własną duszę.
W milczeniu przebyły resztę drogi do mieszkania, gdzie Nyx wskazała siostrze kuchnię, a sama zajrzała do salonu.
— Śpisz? — szepnęła, podchodząc do leżącego na kanapie brata najciszej jak potrafiła.
Harvey mruknął coś przecząco.
— Gdzie byłaś?
— Załatwiałam kilka spraw. Sally przyszła na kawę.
— Daj znać, jak już sobie pójdzie.
— Słyszałam to! — dobiegł ich głos siostry.
— I dobrze! — odwarknął Harvey, naciągając kołdrę wyżej na ramię. — Pij kawę i spadaj.
— Zamknij się — syknęła ostrzegawczo Nyx w stronę kuchni, zanim Scarlett zdążyła odpyskować. — Ty też się zamknij — zwróciła się do brata. — Potrzebujesz czegoś?
— Nie.
— Okej. Pogadamy, jak Sal wyjdzie.
Dobiegło ją niewyraźne mamrotanie, brzmiące jak zmielony stek inwektyw. Z uczuciem lekkiej irytacji wyszła z salonu, dołączając do siostry. Nastawiła ekspres i przygotowała dwa kubki. Krzątała się po kuchni w milczeniu, zastanawiając się jednocześnie, w którym momencie życie ich wszystkich skręciło w tak wyboistą, krętą drogę. I czy można było z niej jeszcze zawrócić, choć podświadomie znała odpowiedź.
Bez słowa postawiła kubek przed siostrą, po czym wreszcie sama również usiadła, grzejąc dłonie o naczynie wypełnione parującym napojem. Wbiła wzrok w Scarlett, doznając tego samego, surrealistycznego uczucia, co zawsze — jakby patrzyła w lustro, jednocześnie kompletnie się w nim nie rozpoznając. Wiedziała, że bliźnięta bywają trudne do odróżnienia dla postronnych, jednak one były mylone nawet przez własnych rodziców. Przynajmniej dopóki siostra nie nosiła na twarzy odcisków palców swojego faceta.
— No? — odezwała się zaczepnie Sally, posyłając jej ironiczny, chłodny uśmieszek. — Znalazłaś to, czego szukałaś, czy dać ci kolejne dziesięć minut?
— Twoje oko wrzeszczy dość głośno, nawet nie muszę ci się przyglądać — odgryzła się Nyx, przesuwając lekceważącym spojrzeniem po sylwetce dziewczyny.
— Skończyłaś? Zaraz spóźnię się na spotkanie z klientem.
— Nazywa się Mike Tyson? — spytała złośliwie, z pewną satysfakcją obserwując rosnącą irytację siostry. — Podbije ci drugie oko, żeby było symetrycznie?
— Spierdalaj.
— Wybacz, zapomniałam, że wolisz dostać w pysk, zamiast przyjąć do wiadomości prawdę.
— Gówno wiesz! — uniosła się nagle Sally, przeszywając ją wzrokiem. — Gówno! Żyjesz w przekonaniu, że jesteś lepsza od innych, że masz prawo ich oceniać, ale wiesz co? Niczym się tak naprawdę nie różnisz.
— Coś takiego, popatrz — warknęła Nyx. — A ja myślałam, że jestem taka zajebista. Co za rozczarowanie!
— Jasne, naigrawaj się do woli. Zazdrościsz mi, bo mam kogoś, kto mnie kocha, a ty zdechniesz sama jak palec!
— Boże, zdechnę to chyba zaraz tutaj, ze śmiechu. Jeśli miłość okazuje się za pomocą pięści, to uwierz, wcale za nią nie tęsknię.
Obie umilkły na moment, patrząc na siebie z wściekłością i dysząc ciężko, jak po fizycznej walce. Przyspieszone oddechy zakłócały nieco powstałą ciszę, ale poza tym świat zdawał się wygłuszać wszystkie inne dźwięki. Stały naprzeciw siebie, choć żadna z nich nie pamiętała momentu, w którym zerwała się z krzesła, i mierzyły się dzikim wzrokiem, pełnym nieokiełznanej furii. Wyglądały jak Czerń i Biel, Dobro i Zło, chociaż w rzeczywistości, jak i w nich samych, nie istniał żaden równie wyraźny podział. Przestrzeń między jedną, a drugą siostrą, wypełniona była raczej tysiącem odcieni szarości i równie szeroką gamą emocji.
— Okej? — spytała w końcu Nyx. Czuła, jak spięte dotąd mięśnie odrobinę się rozluźniają, a jej spojrzenie łagodnieje.
— Okej — mruknęła Sally, opadając na krzesło tak, jakby nagle opuściła ją cała energia.
— To z kim się dzisiaj spotykasz?
Upiła łyk kawy, która zdążyła już wystygnąć, i skrzywiła się.
— Kai chce go wciągnąć do interesu. To jakiś jego znajomy — wzruszyła ramionami Sal, upiła łyk kawy i skrzywiła się identycznie jak siostra. Nyx obserwowała ją z rozbawieniem. — Czemu się śmiejesz?
— Pamiętasz te czasy, kiedy spaghetti na obiad w szkolnej stołówce wystarczyło, by świat stał się piękny?
— A sprawdzian z matmy sprawiał, że odechciewało się żyć?
— Właśnie. Chyba z tego się śmieję.
— Z naiwności?
Nyx pokręciła przecząco głową.
— Z głupoty. Żal mi, że teraz jestem za głupia, żeby patrzeć na świat w taki sposób.
— Ale wciąż nie jesteś dość mądra, by całkiem zgorzknieć — zawyrokowała dowcipnie Sally.
— Co mnie podkusiło, żeby nie olać wszystkich trzech sióstr? — prychnęła ironicznie.
— Nadzieja, że to się inaczej ułoży. Matka głupich. I pewnie mój urok osobisty. — Scarlett dopiła kawę wielkim haustem i odstawiła kubek na blat. — Spadam. Zanim naprawdę się spóźnię.
— To spadaj. Weź rękawice bokserskie.
— Ty weź rękawice bokserskie, następnym razem, zamiast pokładać wiarę w sądach. Czołem, siostro.
— Cześć, Sal.
Trzaśnięcie drzwi. W panującej ciszy nieobecność Sally rozbrzmiała nagle przerażająco głośno.
——— To dotkliwe uczucie, że ja nie istnieję,
a nikt inny nie potrafi mi pomóc ———
a nikt inny nie potrafi mi pomóc ———
Mimowolnie uspokajała się nieco, koncentrując się na starannym porządkowaniu wspomnień. Jej oddech zwolnił, a ból głowy znacznie już zelżał, choć wciąż gdzieś w tle rozbrzmiewało jeszcze jego echo. Nyx była jednak teraz w stanie bez trudu to zignorować.
Okej, więc Sally wyszła. Ona siedziała w kuchni. Za oknem gęstniał mrok.
Co dalej?
Nie wiedziała. Przeszył ją dreszcz. Dlaczego nie wiedziała, co się stało później? Wyszła z domu, czy ten ktoś wszedł do środka? Na samą myśl o tym zrobiło jej się niedobrze. Przecież w komputerze miała całe mnóstwo dowodów. Jeśli ten człowiek tam był…
Potrząsnęła głową. Nie mogła o tym myśleć, nie teraz, gdy ledwo co odzyskała jasność umysłu i panowanie nad sobą. Na ten moment najważniejsze było, by wymyśliła, jak się stąd wydostać. Całą resztą zajmie się później. Tak.
Powoli. Najpierw plan. Myśl. Działaj metodycznie. Ty tu rządzisz. Nie daj się.
— Hej — szepnęła w stronę chłopaka. Jej wzrok przyzwyczaił się już do ciemności, teraz widziała go znacznie lepiej. Odwrócił głowę w jej stronę.
— Lepiej ci? — spytał.
— Lepiej. Czym się zajmujesz?
— Chodzę do szkoły.
— Tylko? — prychnęła ze zniecierpliwieniem. Przyszło jej bowiem na myśl, że musi być coś, jakiś łącznik, który sprawił, że oboje tutaj wylądowali. W jej przypadku najprawdopodobniej chodziło o działalność, którą prowadziła. Wniosek: musieli poznać tego człowieka w sieci. Nyx nie robiła praktycznie nic innego.
Chyba, że za tym porwaniem stał Kai. Ale wtedy raczej wylądowałaby tutaj przytomna, z nieźle pokiereszowaną twarzą. A tak nie było.
— Gadasz z ludźmi przez internet? — ponagliła go, uściślając, o jakie zajmowanie się czymś jej chodzi.
— Jak każdy.
— Z obcymi ludźmi?
— Jak każdy.
— Boże — warknęła, przewracając oczami. — Jesteście bandą idiotów. To pewnie jeden z nich.
— Z nich?
— Nie wiesz, jak mogą się skończyć takie znajomości? To teraz widzisz.
— Dlaczego mnie w ogóle pouczasz? Jeśli to prawda, ty przecież też tutaj siedzisz — uniósł się wreszcie, siadając gwałtownie na łóżku i podzwaniając łańcuchem. Od tego dźwięku żołądek podszedł jej na moment do gardła.
— Ryzyko zawodowe — mruknęła. — Chociaż naiwnie sądziłam, że mnie to nie spotka.
— Aha, czyli zawodowo zajmujesz się hipokryzją?
— Przymknij się — wycedziła przez zaciśnięte zęby. — Zawodowo tropię pedofilów. Przez internet. I rzucam ich policji na pożarcie.
— Jesteś policjantką? — zainteresował się dzieciak.
— Kurwa mać — westchnęła z irytacją. — Nie. Jestem hakerką. Zajebiście dobrą hakerką. Weszłam z nimi w taki układ, żeby mnie nie zamknęli. Poza tym mają mnie w dupie równie głęboko, jak ciebie. Żadne FBI ani CIA nie wpadnie tu z oddziałem antyterrorystów. Jesteśmy zdani na siebie.
Zapadła cisza, jakby chłopak trawił z wolna jej słowa. Umysł Nyx pracował tymczasem na wysokich obrotach, próbując rozgryźć, kto stał za tym wszystkim. Najprościej byłoby rzucić podejrzenie na George’a Browna, którego rozprawę obserwowała z bliska, ale zupełnie szczerze nie potrafiła w to uwierzyć. Na ile zdążyła się zorientować, jego interesowały młodsze dziewczynki, a nie prawie pełnoletnie wyrostki. Choć tak naprawdę w żadnym przypadku nie mogła być tego pewna. Po prostu nie mogła.
— Do diabła z tym — mruknęła pod nosem, poprawiając się na materacu. Zaczynała jej drętwieć noga. Dopiero teraz zorientowała się, że ma na sobie tylko jakąś obcą, olbrzymią koszulkę i majtki. Na samą myśl o tym, że ten człowiek ją przebrał — czyli, że musiał ją wcześniej rozebrać i dotknąć, a kto wie, co jeszcze — zrobiło jej się zimno.
Położyła się na boku i skuliła, usiłując opanować nerwowe skurcze żołądka. Po raz pierwszy znalazła się w sytuacji, która przerażała ją aż do tego stopnia. Nigdy nie sądziła, że można czuć się tak bezbronnym. Że można tak potwornie się bać. Przedtem nawet nie umiała wyobrazić sobie ogromu tego strachu. Teraz wiedziała, że jest jak czarna dziura. Bezkresny i nieskończony.
— Ej, ty — zaczepił ją chłopak, więc Nyx uniosła lekko głowę i spojrzała na niego. — Jak masz na imię?
— Nyx.
— Wiesz, kto to zrobił?
— Ty mi powiedz — mruknęła. — Za dużo ich w życiu poznałam, żeby teraz wytypować jednego.
Milczeli przez chwilę.
— Od jakiegoś czasu — zaczął — wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi. Wiesz, wychodziłem do szkoły, a na mojej ulicy stało szare auto, wychodziłem ze szkoły i przed szkołą też stało szare auto, szedłem do sklepu… No, było wszędzie. Ale nie chciałem panikować, myślałem, że coś sobie wmawiam.
— Granatowe — wyrwało się Nyx.
— Co?
— Auto. Było granatowe.
Jim spojrzał na nią przeciągle, intensywnie.
— Było — przyznał. — Powiedziałem, że szare, bo to miał być tylko przykład. Ale najwyraźniej zadziałał jak wyzwalacz wspomnień.
Nyx nie odpowiedziała. Przypomniała sobie dreszcz, który przechodził ją w ostatnich tygodniach, ilekroć mijała owo granatowe auto, ustawione niby przypadkowo, a jednak zupełnie celowo w jej otoczeniu. To, jak nieswojo się czuła na jego widok, choć wmawiała sobie, że przez swoją pracę stała się panikarą i histeryczką, a przecież nie chciała nią być. Jak zlekceważyła przeczucie, które próbowało ją ostrzec.
— Kurwa — wyrwało jej się.
Wtedy szczęknął zamek i drzwi otworzyły się powoli.
——— ciąg dalszy nastąpi ———
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz