Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

01/02/2025

[KP] If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me?


Ian Hunt
Ian Hunt

All I ever wanted to do was know what's out there
I refused to lose without a fight
We're just too young, ignorant and innocent
Like kids stay up all night in a tent
How do you see me?
Am I who I used to be?
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA // 27 lat // kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing // diler // wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street // od 6 roku życia wychowanek domu dziecka // trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych // starszy o 4 lata brat, Louis - policjant // rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją // nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu // nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi // nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi // od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon // tell me every terrible thing you ever did, and let me love you anyway
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.

***

Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
1. Did I disappoint you? / 1.02.2025 - 6.07.2025 /
2. Did I disappoint you? / 6.07.2025 - 25.11.2025 /
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time / 25.11.2025 - 26.08.2026 /
4. If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me? / 26.08.2026 - ??? /
Cytaty: SiM - The Rumbling
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 20.08.2026 ⬩ karta postaci
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com

Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Emme

4 komentarze:

  1. W pracy w szpitalu wiele rzeczy było niesamowitych, ale prawdopodobieństwo spotkania różnych ludzi ze swojego życia w najdziwniejszych sytuacjach, uh, to dopiero było coś! Zwłaszcza w miejscach takich jak ER, gdzie upadek człowieka widziało się wielokrotnie w ciągu doby. I wielu rzeczy mogłaby się na dzisiejszej zmianie spodziewać, ale na pewno nie tego, że diller, który sporadycznie podrzucał jej zioło, będzie leżał teraz przed nią. W dodatku z rozbitą głową.
    A to ci dopiero heca.
    Całe szczęście w tym wypadku to ona była po tej korzystniejszej stronie i była stroną wygraną. Nie czuła choćby krzty zagrożenia ze strony jasnowłosego, bo niby jak mógłby jej zaszkodzić? Przecież nie przyzna się personelowi czym się trudni. To byłoby skrajną głupotą. No chyba że uznał poważnego urazu głowy. Wtedy jednak nie rozmawialiby sobe tak przyjemnie. A nawet jeśli? Miała tą przewagę, że mogła go sklasyfikować wtedy jako nielogicznego. Pacjent wypowiada treści o charakterze urojeniowym, twierdzi, że sprzedaje narkotyki personelowi oddziału.
    Miała swoje cztery litery kryte, mogła spać spokojnie.
    On niestety nie.
    Była to jednak niepowtarzalna okazja, żeby dowiedzieć się o tym enigmatycznym mężczyźnie czegoś więcej. I Mattie wykonując swoją pracę najlepiej jak potrafiła, zamierzała wykorzystać swoje przywileje.
    — Potrzebuję żebyś powiedział mi jak się nazywasz. Masz jakieś dokumenty przy sobie? — zagadnęła, jednocześnie przygotowując sprzęt medyczny, który leżał na pobliskiej szafce, by za chwilę przeprowadzić podstawowe badania niezbędne przy przyjęciu.
    Pacjent przytomny, w kontakcie słowno-logicznym. GCS:...
    Mattie skrupulatnie zapisywała wywiad na kartę w międzyczasie przysłuchując się, co jej diller ma do powiedzenia. Zważając na dobór słów i zachowanie, które w tym wypadku nie zakrawało jeszcz na pobudzenie psycho-ruchowe, wydawało się, że nic szczególnie groźnego mu się nie przytrafiło. Obejdzie się pewnie tylko na badaniach i szwach, a następnie puszczą chłopaka do domu. Wątpliwość pozostawiały tylko okoliczności zdarzenia i czy zajdzie potrzeba wzywania policji, czego, jak podejrzewała, jej pacjent mógł sobie nie życzyć.
    — Podniesiesz ręce do góry? A następnie poruszaj stopami i spróbuj zgiąć kolana, raz jedno, potem drugie. — zaordynowała spokojnie, czekając by zobaczyć jego sprawność ruchową. Nie wyglądało na to, żeby miał jakiekolwiek deficyty. GCS:15.
    — Nie dotykaj! — syknęła, gdy tylko zobaczyła jak brudna ręka chłopak zmierza do rany na głowie. — Chcesz żeby wdało się zakażenie i skończyć z zapaleniem opon mózgowych albo sepsą? Wtedy spotkamy się na innym oddziale, gdzie ktoś z rodziny będzie musiał podjąć decyzję, kiedy odłączyć Cię od respiratora. — uwielbiała straszyć i roztaczać katastroficzne scenariusze, które notabene niejednokrotnie widziała. W tym wypadku dawało jej to dodatkową frajdę. Straszenie własnego dillera to było coś.
    — Zbadam Ci puls, sprawdzę ciśnienie, zrobię ekg i oczyszczą ranę na głowie. Za chwilę powinien też pojawić się lekarz, zleci badania i powie co dalej. Musisz się złotko jednak uzbroić w cierpliwość, bo trochę tu pewnie poleżysz. Pamiętaj żeby od tej pory nie pić i nic podjadać. Nawet jeśli nie zapowiada się na inwazyjne badania, takie mamy tu zasady. — spojrzała na niego groźnie i uważnie, a następnie z uśmiechem pewnej satysfakcji zabrała się za zakładanie mu mankietu ciśnieniomierza i pulsoksymetru na palec.
    — Będę Cię musiała też obejrzeć… — stwierdziła poważnie, choć z cichą dozą pruderii, spoglądając sugestywnie po całym jego ciele.
    Było to naprawdę zabawne spotkanie.

    Piguła Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  2. Magnus nie stroni od zabawy: czy to w chowanego, czy przy pomocy używek. Nie ma to większego znaczenia, póki na twarzy pojawia się uśmiech, a on na moment zapomnieć może o większych czy mniejszych przykrościach. Nie żeby tych przykrości znowu było jakoś mnóstwo, ale, gdy się pojawiały, dobrze było je gdzieś zagonić. Przynajmniej początkowo. Valtersson bowiem szczerze wierzy w moc rozmowy i tego, że jak się wystarczająco dużo papla to w końcu ktoś mądry usłyszy, i poradzi coś wyśmienitego. Albo poklepie po ramieniu. Albo przytuli. Warto jednak zacząć od pospolitego spychania problemów na dalszy plan aż urosną do rozmiarów ciężkich do zignorowania.
    Tak jest zresztą i tym razem: bo kiedy pyta jednego z barmanów czy wie, gdzie może skołować coś lekkiego i dostaje numer dilera, nie waha się wcale. Mógłby zapewnić sobie rozrywkę w inny sposób: mógłby wrócić do domu z kimś atrakcyjnym albo poprosić o zrobienie świetnego drinka, mógłby iść na bingo albo się wyspać. Wybiera opcję mniej rozsądną, ale za to równie przyjemną. bo w końcu, jak wiadomo: nie stroni od zabawy. Nie rzuca się też na narkotyki dla dużych dzieci, bo nie jest durny. A nawet jeśli jest durny to nie jest wystarczająco bogaty by pozwolić sobie na drogi nałóg. Nie ma też w Nowym Jorku znajomych, z którymi byłby na tyle blisko, żeby w ich towarzystwie czuć się bezpiecznie biorąc cokolwiek. Może więc sobie pozwolić na niewielkie ilości ekstazy i lsd, żeby umilić sobie noc.
    W zasadzie spodziewał się, że pytając barmana o dragi, ten okaże się trzymać je pod ladą, ready to go, a nie że wymagało to będzie przygotowań i ustaleń. Uparł się jednak, a uparty Magnus to Magnus działaniowy, toteż wysyła sms-a, a potem kolejnego. Zamawia więcej niż potrzebuje, bo przecież nie będzie się z gościem spotykał raz w tygodniu, żeby poprosić o pół molly. Ma trochę szacunku.
    Potem właściwie nie ma czasu myśleć o tym wcale, bo wychodzi na scenę i nie ma zielonego pojęcia, jakim cudem w jego obliczeniach znalazł miejsce na to, żeby wykonać swój numer, a potem zdążyć na backstage, zmyć make-up i zdjąć z siebie ciasny strój. Pewne jest jedynie to, że obliczenia te oscylują na granicy błędu i głupoty, bo godzinę później wciąż jest w full dragu i w pośpiechu kończy rozmowę z jednym z chłopaczków, którzy z entuzjazmem chwalą jego występ. W innych okolicznościach na pewno postałby z nim dłużej, potaplał się w przyjemności komplementów. Widzi jednak zegar, co gorsza, wie jak go czytać. Klepie więc faceta po ramieniu, obiecuje że kiedyś tam jeszcze pogadają, może jutro, może nigdy i przedziera się do drzwi. Akurat rozpoczyna się kolejny występ, więc korzysta z momentu i wychodzi na zewnątrz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wysoki obcas stuka o chodnik, a wszyscy są śmiesznie mali. Bez dragu, przy swoim metr osiemdziesiąt nie robi żadnego wrażenia, ot, ginie w tłumie facetów o podobnym wzroście. Kiedy jednak dołożyć do tego szpile i uniesiony włos, robi się z niego potężna bestia. Gorset ściska go z taką siłą, że ledwo oddycha, ale powietrze to raczej zbędny koncept, kiedy jest się spóźnionym, a do tego w obcisłym kombinezonie, starając się zignorować spojrzenia przechodniów. Zazwyczaj nie pojawia się na ulicy w dragu, jeśli tylko może tego uniknąć: świat ruszył do przodu, ale ktoś czasem wciska hamulec i lepiej być na to gotowym niż później zakrywać siniaki podkładem.
      Widzi go właściwie od razu. I też od razu wie, że to on. Pasuje tu jak pięść do nosa. Mange dociera do niego w kilku szybkich krokach, ramionami odcinając wścibskie spojrzenia palaczy i kładzie dłonie na biodrach, łapczywie walcząc o oddech.
      — Już myślałem, że się nie wyrwę — rzuca przepraszająco na powitanie, zaraz rozciągając usta w szerokim uśmiechu. Spogląda na swoje odbicie w szybie zamkniętego lokalu, a potem nurkuje palcami w dekolcie, żeby wydobyć upchnięte tam banknoty. Nie tak planował płacić: dla niego przyszykowaną miał gotówkę w portfelu, ale że nie miał czasu cofnąć się na backstage, użyć musi tipów i kasy, którą ewentualnie przeznaczyć miał na drinki. — Ile ci jestem winien? — pyta, żeby się upewnić, bo nawet jeśli kwota padła w smsach, Mange zdążył o niej zapomnieć.
      Magnus Valtersson, your friendly drag queen

      Usuń