aktualności

01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

22/08/2024

[KP] I find myself runnin' home to your sweet nothings

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania ● Instagram

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV; V; VI

96 komentarzy:

  1. Carter zaśmiał się cicho, nisko, tak jak tylko on potrafił, kiedy wyczuwał, że Sophia coś między słowami testuje, sprawdza, prowokuje go w ten jej ulubiony sposób. Kiedy dotknęła jego torsu, a jej palce zahaczyły o materiał bluzy z tą znajomą zaczepnością, wiedział, że to nie tylko o żart chodziło. Ale nie zbiło go to z tropu. Wręcz przeciwnie. Nachylił się lekko, tak że ich nosy niemal się stykały, a usta ledwie musnęły jej policzek, zanim przesunął się do ucha.
    — Mhm, odrobina adrenaliny jeszcze nikomu nie zaszkodziła — mruknął z przekąsem. — Zwłaszcza, jeśli kończy się… w sypialni. Albo w łazience. Albo na tarasie. — Dodał tonem, który nie pozostawiał złudzeń, że lista jest dłuższa, tylko na razie ją zatrzymał. — Ciebie chyba też trochę ciągnie do adrenaliny, bo to właśnie za tym tęskniłaś, kiedy przyszłaś wtedy do mojego klubu. — Uśmiechnął się kątem ust, tym swoim szelmowskim, półniecierpliwym uśmiechem. A potem cmoknął ją niewinnie w czoło, jakby przed chwilą nie mówił nic, co mogłoby podpalić powietrze między nimi. — Ale spokojnie, przykładna studentka też zasługuje na trochę szaleństwa. Szczególnie na wyspie, gdzie nikt nie zna jej nazwiska. — Dodał z rozbawieniem, jakby to był najlepszy plan pod słońcem. I w jego oczach, naprawdę nim był. Carter zobaczył ten drobny ruch, jak jej palce zacisnęły się na jego przedramieniu, jakby naprawdę musiała podeprzeć się na nim, żeby nie ulec fali, która przez nią przeszła po tych paru prostych słowach „nasz pierwszy rodzinny wyjazd”. I to był ten moment, kiedy tak bardzo wyszło z niego TO, co robił przez cały ranek, to jego ciche, staranne „sklejanie ich na nowo”, w drobiazgach, w żartach, w tamtym zaczepnym ukradzeniu tosta… wszystko po to, by w jej oczach wróciło to ciepło, które tak bardzo kochał. A teraz to ciepło wróciło. I złapało go za gardło.
    Rzucił spojrzenie na psa, który faktycznie wyglądał jak najwierniejszy członek drużyny.
    — Zrobimy jej komplet badań, weźmiemy zaświadczenie od weterynarza. Ty pogadasz ze swoją lekarką… i za dwa dni możemy być nad oceanem. — Pauza. Minimalny, pełen znaczenia uśmiech. — Albo jutro, jeśli bardzo chcesz...
    Oczy błysnęły mu rozbawieniem. Nachylił się i musnął jej usta bardzo delikatnie, nie tak, jakby chciał ją rozpalić, tylko tak, jakby chciał ją upewnić. — Bo to już jest rodzina, Soph. — wyszeptał w jej wargi. — Ty. Ja. To małe. I Gigi, która od rana próbuje ukraść mi skarpetę. A ja… zabiorę was gdziekolwiek zechcesz.
    I choć jego ton był lekki… to oczy miał poważne. Jakby właśnie wypowiedział coś naprawdę ważnego. Coś, czego nawet on się po sobie nie spodziewał. Carter tylko uniósł brew w odpowiedzi, a jego uśmiech był powolny, znajomy, ten, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy Sophia wbijała mu szpilkę z pozorną niewinnością. Kiedy udawała, że nie wie, co właśnie zrobiła. A on, oczywiście, wiedział. Nie odpowiedział od razu. Przesunął dłonią po jej plecach leniwie, z namysłem, jakby rozważał, czy powinien w ogóle podejmować temat. Ale usta same rozciągnęły się w szerszym, rozbawionym uśmiechu.
    — Gdyby ktoś miał nas zatrzymać na lotnisku, musiałby być cholernie zdeterminowany. — Mruknął w końcu z udawaną powagą, pochylając się nieco niżej, jakby miał jej zdradzić jakiś wielki sekret. — Nie ciąży na mnie żaden zakaz opuszczania kraju. Nie jestem o nic oskarżony. Nie mam kuratora, nie jestem na zwolnieniu warunkowym… — Zawiesił głos, z zadowoleniem obserwując, jak jej palce przesuwają się po jego biodrze. Jego palce musnęły jej bok, pod materiałem bluzy lekko, drażniąco, jakby badał grunt. Po chwili zaśmiał się cicho i przyciągnął ją bliżej, tak że biodra Sophii niemal dotykały jego.
    — Bahamy brzmią dobrze. — Powiedział już ciszej, bardziej serio, muskając ustami czubek jej głowy. — Z prywatną plażą. Z tobą. Z Gigi. I może, jak wszystko pójdzie dobrze… z tym spokojem, którego tak długo nam brakowało.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie musiał mówić więcej. Nie musiał składać obietnic. To nie był jeszcze czas na rozmowy o wszystkim, co leżało między nimi, ale to, że planował z nią wyjechać, że mówił „z nami”, że żartował i trzymał ją blisko, oznaczało więcej, niż chciał przyznać. A Sophia doskonale to wyczuwała. Carter zatrzymał usta przy jej ustach o ułamek sekundy dłużej niż trzeba. W tym zawieszeniu nie było przypadkowości chciał, żeby Sophia poczuła dokładnie to, co on czuł, od kiedy znów tu była. Tę pewność. Tę nieodpartą bliskość, która nie potrzebowała słów. A potem cofnął się na tyle, by spojrzeć na nią z lekkim półuśmiechem. Palcami musnął jej bok, powoli przesuwając dłonią wzdłuż materiału bluzy, pod który zaraz potem wsunął dłoń, tak naturalnie, jakby robił to codziennie od zawsze.
    — Może to nie był najlepszy czas, Soph. Może spieprzyłem trochę więcej, niż byłem gotów przyznać. — Jego głos był niski, niewymuszony, pozbawiony tej twardości, którą zwykle zakładał jak zbroję. — Ale teraz jesteś tu, znowu chodzisz po mieszkaniu w mojej bluzie i robisz tosty z miodem i krzywisz się na zapach kawy… I to dla mnie jest najważniejsze, Soph.
    Nie powiedział tego dramatycznie. Wręcz przeciwnie, z tą prostą, niewymuszoną szczerością, która zdarzała mu się tylko wtedy, kiedy przestawał cokolwiek kontrolować. Uśmiechnął się kącikiem ust, zanim oparł czoło o jej. — Żadnych ludzi, żadnych pytań. Żadnych pierdolonych wiadomości, które burzą poranki.
    Palcami przesunął wzdłuż jej pleców, a potem objął ją spokojnie, miękko, ale stanowczo, tak jakby znów chciał ją do siebie przypisać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  3. Carter zaśmiał się cicho, z tym swoim rozbawionym mruknięciem, które zaczynało się gdzieś głęboko w gardle i rozchodziło się po całym jego ciele. Przesunął kciukiem leniwie po jej biodrze i spojrzał na nią z udawaną powagą, jakby właśnie rozważał alternatywną wersję historii, którą przed chwilą usłyszał.
    —— Tak, tak… — przytaknął teatralnie, kiwając głową. — Szkoda tylko, że ja to pamiętam trochę inaczej, kochanie. — Przesunął dłonią po jej biodrze i nachylił się tak, że jego usta prawie muskały jej ucho, głos przybrał niższy ton, podszyty rozbawieniem i czymś jeszcze.
    — Przyszłaś dokończyć to, czego ci się nie udało w magazynku. — Odsunął się odrobinę, żeby spojrzeć jej w oczy. — Pocałować mnie, zaciągnąć na randkę… a potem do łóżka. Przyznaj się — dodał z tym typowym dla siebie półuśmiechem, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że pamiętał dokładnie każdy szczegół tamtej chwili. Uśmiechnął się szerzej, bezczelnie, gdy cofnął się na tyle, by zobaczyć jej minę. — Wiesz… nie mówię, że narzekam na ten plan. W sumie, wyszedł ci całkiem nieźle.
    Carter nie potrzebował żadnych dodatkowych słów. Trzymał ją przy sobie tak, jakby właśnie ten jeden gest miał wystarczyć za wszystko, czego nie potrafili jeszcze wypowiedzieć na głos. Jego dłoń przesunęła się po jej plecach, wolno, z namysłem, tak, jakby liczyło się teraz tylko to, że znów była tu. Z nim.
    Carter uniósł brew i jego uśmiech tylko się pogłębił, taki niepokojąco spokojny, z tym błyskiem w oku, który mówił dokładnie wszystko, czego nie wypowiedział jeszcze na głos.
    — Może właśnie na to czekam, hm? — rzucił z tą niską, drapiącą nutą w głosie, pochylając się tuż nad jej uchem, tak blisko, że niemal poczuła, jak to zdanie prześlizguje się jej po karku. — Żeby zobaczyć, co się stanie, jak w końcu przestaniesz się kontrolować. Jak puścisz wszystkie te hamulce i pokażesz mi siebie… tak do końca.
    Zamruczał cicho, nie spuszczając z niej wzroku. — Nie wiem, czy będę wtedy próbował cię ściągnąć na ziemię, Soph… może po prostu dołączę. — Zbliżył się jeszcze odrobinę, prawie bezczelnie, i zatrzymał się milimetr od jej ust. — Albo sprawię, że jeszcze bardziej od niej odlecisz.
    I nie musiał mówić nic więcej. To, co malowało się w jego spojrzeniu, mówiło wszystko. Potem wyprostował się i przeciągnął, zgarniając z kuchennego blatu telefon.
    — Bahamy z prywatną plażą. Może jakiś domek z tarasem, żebyś miała gdzie pić herbatę z miodem i cytryną. I żeby Gigi mogła biegać po piasku, jakby była królową świata. — Uśmiechnął się. — Jutro o tej porze będziemy już pakować walizki.
    Wciąż czuł, jak jej oddech rytmicznie unosi materiał jego bluzy. Jak wtula się w niego tak naturalnie, jakby żadna przerwa nigdy między nimi nie zapadła. — Zasłużyliśmy na ten wyjazd. — mruknął po chwili, unosząc wzrok na jej twarz. — I jeśli mam cię widzieć w koronce na prywatnej plaży… to ja się tym zajmę. Dzisiaj. Wszystkim. Ty tylko pogadaj z lekarzem…
    Nie odpowiedział od razu, kiedy zapytała, czy sobie poradzą. Ale jego dłonie objęły ją ciaśniej, stanowczo, z taką bezwzględną pewnością, która mówiła za niego wszystko. Tęsknił za tym uczuciem. Za nią, taką miękką, lekko przewrotną, pachnącą herbatą i miodem. I cholernie prawdziwą.
    — Ogarniemy to — odpowiedział w końcu cicho, bez zawahania. — Wiem, że tak będzie.
    Nie rzucał tych słów ot tak. Nie był typem faceta, który rozdaje obietnice jak cukierki, tylko po to, żeby uspokoić emocje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale to jedno wiedział zbyt dobrze, nie mogli zmarnować tego, co między nimi wciąż istniało. Nawet jeśli nie było już tak beztroskie jak kiedyś. Nie obiecywał zbyt wiele, nie dawał deklaracji, których nie mógłby dotrzymać. Ale to jedno brzmiało w jego ustach jak coś niepodważalnego, oni. Razem.
    Kiedy Gigi wcisnęła się między ich nogi, mruknął coś pod nosem i wyciągnął rękę, żeby pogłaskać ją po głowie.
    — Zdecydowanie z ciebie. — Posłał Sophii spojrzenie spod przymrużonych powiek, z tym rozbawieniem, które wracało do niego tylko wtedy, gdy wszystko inne zaczynało się układać. — Ale ona nawet nie próbuje udawać, że jest subtelna. — Złożył lekki pocałunek na jej ustach, jeden z tych ciepłych, pozbawionych pośpiechu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  5. Carter uśmiechnął się nieco łagodniej, ten jego uśmiech, który pojawiał się rzadziej niż powinien, ale zawsze wtedy, gdy coś w nim miękło. Oparł czoło o jej, a jego dłonie nadal spoczywały na jej biodrach, jakby podświadomie pilnował, by nie uciekła nigdzie dalej, nawet o centymetr.
    — Pewnie dalej robiłabyś z siebie aniołka i udawała, że nie lubisz chłopaków z problemami — mruknął cicho, ledwo dosłyszalnie, z tym półżartobliwym tonem, który zazwyczaj używał tylko wtedy, kiedy robiło się zbyt poważnie. Ale nie odsunął się od niej, nie próbował żartem zagłuszyć prawdy. Po prostu przytulił ją mocniej, zostając tam, gdzie był, najbliżej, jak się dało.
    — A ja… — zawiesił głos, na moment zniżając go tak, że brzmiał bardziej jak wyznanie niż cokolwiek innego. — Ja bym dalej żył, jakby mnie to wszystko nie obchodziło. I nigdy bym się nie dowiedział, co tracę.
    Zamilkł na chwilę, ale jego palce poruszyły się powoli na jej plecach, głaszcząc ją leniwie, jakby chciał zapamiętać każdy fragment jej obecności.
    — Więc dobrze, że przyszłaś wtedy do klubu. I że nie wróciłaś ze mną tamtej nocy. Bo jakbyś wróciła… — uśmiechnął się pod nosem, muskając wargami kącik jej ust. — To możliwe, że wszystko potoczyłoby się inaczej. A ja nie chcę już innej wersji tej historii.
    Carter znał ją już na tyle, by wiedzieć, kiedy tylko udaje rozbawienie, a kiedy naprawdę jest rozbrojona. A teraz była jedno i drugie. I to tylko go nakręcało. Jej spojrzenie, ten błysk w oczach, gdy mruczała coś pod nosem, ten fałszywie poważny ton, którym próbowała ukryć, jak bardzo wszystko między nimi znów zaczęło działać. A on? On po prostu nie miał w sobie siły, by grać w dystans. Nie tym razem. Nie kiedy była taka blisko, znowu jego.
    — Wiesz, że tylko podgrzewasz atmosferę, prawda? — mruknął, unosząc lekko brwi i nieznacznie pochylając głowę w bok, jakby badał jej reakcję, zanim pozwolił sobie na więcej. — Mówisz o koronce, o braku hamulców, a potem zachowujesz się, jakbyś nie wiedziała, że zrobisz ze mną, co tylko zechcesz.
    Podciągnął ją bliżej siebie, tak że materiał jego bluzy znów znalazł się między nimi, miękki, znajomy. Sophia pachniała jak dom. Jego spojrzenie zsunęło się niżej, na jej usta, ale nie po to, by je od razu znów pocałować, po prostu patrzył na nią, z tym spokojem i przyciągającym napięciem, które miało w sobie więcej intymności niż jakikolwiek dotyk.
    — Nie sądzę, żebyś musiała być teraz bardziej odpowiedzialna… — dodał w końcu, z przekąsem, ale i rozbawieniem. — Ty nawet w swojej najmniej odpowiedniej wersji wciąż jesteś bardzo odpowiedzialna… — Uśmiechnął się, nieco drapieżnie, nieco miękko, dokładnie tak, jak zawsze, kiedy wszystko w nim mówiło tylko jedno: jesteś moja. Tak cholernie moja.
    Pamiętał ją wtedy aż za dobrze, jakby to było wczoraj, a nie miesiące temu. Stała naprzeciwko niego w klubie, z uniesionym podbródkiem i tą swoją nieustępliwością, która z jednej strony doprowadzała go do szału, a z drugiej… kompletnie rozbrajała. Próbował jej wtedy tłumaczyć, że nie jest dla niej odpowiednim chłopakiem. Że powinna się od niego trzymać z daleka. Że jego świat to nie jest miejsce, w które ona powinna wchodzić, delikatna, porządna, z przyszłością, która nie potrzebuje brudu i chaosu. Ale Sophia tylko patrzyła. Może nie słuchała, a może po prostu nie wierzyła w ani jedno jego słowo. Jakby przez cały ten jego cynizm widziała coś, czego on sam nie potrafił zauważyć. I to było najgorsze. Bo wbrew wszystkim jego ostrzeżeniom, została. Nie przestraszyła się jego słów, jego spojrzenia, nawet wtedy, gdy celowo próbował ją odepchnąć, udając obojętność. Pamiętał, jak unosiła brew, jakby mówiła: “serio, to wszystko na co cię stać?”

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętał drżenie jej głosu, gdy pierwszy raz się pokłócili. I to, jak zawsze, nawet w złości, nie przestawała się zbliżać. I właśnie dlatego teraz trzymał ją tak blisko.
    — Słuchaj… — mruknął, pochylając się niżej, tak że jego usta musnęły linię jej szczęki, zanim przesunął się w stronę ucha. Głos miał niższy niż wcześniej, z tym znajomym, rozleniwionym drgnięciem, które Sophia znała aż za dobrze. — Nagadałaś mi o koronce i teraz… to jedyne, o czym potrafię myśleć. Zatrzymał się na moment, jakby zbierał myśli, choć doskonale wiedział, co zamierza powiedzieć dalej.
    — I skoro już i tak nie dam rady wyrzucić tego z głowy… to może mogłabyś mi zrobić jakiś mały trailer? — zaproponował niewinnie, jakby właśnie nie sugerował niczego, co mogłoby się wymknąć spod kontroli w mniej niż minutę. — Krótka zajawka. Żebym wiedział, na co się nastawiać.
    Uśmiechnął się lekko, jakby to była tylko gra, choć jego spojrzenie mówiło coś zupełnie innego. Nieśpiesznie przesunął dłonią po linii jej pleców, kończąc ten gest tuż nad biodrem, a potem zatrzymał się.
    — No chyba, że już zdążyłaś się rozmyślić — dodał cicho, pozwalając ciszy pomiędzy nimi wybrzmieć w sposób, który był równie sugestywny jak każdy dotyk. Przesunął nosem po linii jej policzka, a potem otarł się ustami o kącik jej warg prawie, ale jeszcze nie całując.
    — No więc jak będzie? — zapytał szeptem, zostawiając jej decyzję, ale w jego oczach już czaił się ogień, który mówił wszystko.
    Nie musiała odpowiadać. Wystarczyłby jeden gest.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  7. Carter parsknął cichym śmiechem takim, który od razu odsłaniał, że trafiła dokładnie tam, gdzie chciała. Że zagrała mu na nerwie, który od początku ich znajomości był wyjątkowo łatwy do dotknięcia: na jego zazdrości, na jego własnej przeszłości, na tym dziwnym połączeniu dumy i wstydu, które zawsze nosił przy sobie, kiedy próbował się przed nią wybielić albo odwrotnie, pokazać brzydszą stronę, by ją wystraszyć. A ona nigdy nie uciekała. Nigdy.
    — „Was” — powtórzył po niej, mrużąc oczy w udawanym niezadowoleniu. — Was, Soph? — powtórzył, przeciągając samogłoskę w sposób aż nazbyt teatralny. Nie dał jej nawet chwili na reakcję. Jego dłonie nagle znalazły się na jej bokach, dokładnie tam, gdzie wiedział, że jest najbardziej bezbronna i zanim zdążyła zaprotestować, już ją łaskotał, nachylając się bliżej z rozbawionym niedowierzaniem.
    — Was?! — zaśmiał się, powtarzając to słowo raz po raz, jakby obrażone echo. — Ja tu buduję narrację, że byłem tym jednym, wyjątkowym przypadkiem… a ty mi nagle wyskakujesz z „was”.
    Znów ją połaskotał, tym razem krócej, bardziej zaczepnie, aż w końcu przestał, zostawiając dłonie na jej biodrach. Był blisko, bardzo blisko, z tym rozbawionym, miękkim uśmiechem, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy Sophia trafiała w czuły
    — To była prowokacja? — mruknął. —
    Nachylił się jeszcze odrobinę, czołem niemal dotykając jej skroni. — Bo jeśli nie… — dodał ciszej, z uśmiechem, który miał w sobie i ciepło, i nutę zazdrości — …to będę musiał bardzo poważnie porozmawiać z tobą o tym, ilu tych „niedobrych” było przede mną.
    W tych drobnych wygłupach zupełnie naturalnie obrócił ją do siebie tyłem, jednym płynnym ruchem, jakby dokładnie wiedział, gdzie ma stanąć i jak ją ustawić. Ramiona zamknęły się wokół niej pewnie, kiedy oparła się o jego tors. Przyciągnął ją do siebie tak, żeby poczuła jego klatkę na swoich plecach, ten znajomy ciężar i ciepło, które zawsze działało na nią kojąco. Oparł głowę tuż obok jej ucha, policzkiem muskając skroń, a częścią ciała lekko wspierając się na jej ramieniu, jakby pozwalał sobie na chwilę bezwładności, zaufania, bliskości. Oddech miał spokojny, wolniejszy, a jego obecność była bardziej odczuwalna niż jakiekolwiek słowa.
    — Nie. — Zaprzeczył. — Nawet wtedy to nie byłaś jak „reszta”. — Jego głos stwardniał, ale nie w złości. w czymś bliższym bezradności. — Działałaś na mnie inaczej. I to nie pasowało do niczego, co wtedy robiłem, ale nie potrafiłem się przed tym bronić.
    A potem westchnął cicho, jakby strzepnął to z siebie, dawno nieużywaną prawdę. Kiedy zaczęła mówić o koronce, o bikini, o opalaniu, Carter wypuścił powietrze tak, jakby ktoś wbił mu łokieć w żebra. I on był pewien, że ta dziewczyna robi to absolutnie celowo.
    — Kiedy byłaś najmniej odpowiedzialna? — powtórzył, a kąciki jego ust uniosły się tak, jak zawsze, gdy wracał do tamtego okresu, gdy jeszcze potrafili siebie nawzajem kompletnie wywrócić. — Myślę, że mogę ci podać kilka dat.
    Nachylił się i policzył jej je na palcach… bardzo wolno.
    — Dzień, kiedy podrobiłaś mój podpis… — Jeden palec. — Noc, kiedy przyszłaś do klubu, wiedząc doskonale, jak patrzę na ciebie od tygodni. I zażyczyłaś sobie tych twoich randek… — Drugi.
    — Noc, kiedy zdecydowałaś skończyć wieczór w moim łóżku… — Palec trzeci. — … i całowałaś mnie tak, jakby jutra nie było.
    Podniósł na nią wzrok, uważny, trochę miękki, trochę niebezpieczny. Carter zaśmiał się pod nosem.
    — Jasne, że nie jesteś zazdrosna — mruknął, przyciągając ją bliżej. — Po prostu masz… instynkt terytorialny. Delikatny. Jak Gigi, kiedy ktoś chce jej zabrać zabawkę.
    Gigi akurat ziewnęła w tle, jakby potwierdzała diagnozę.

    OdpowiedzUsuń
  8. Carter uniósł brew, jakby pytanie Sophii było dla niego czymś absurdalnie oczywistym, a zarazem kuszącym do granic możliwości. Ten drobny uśmiech, który zagrał mu w kąciku ust, nie miał nic wspólnego z niewinnością, to był jeden z tych jego uśmiechów, które potrafiły rozbroić każdą jej logikę i wprawić serce w drżenie, zanim jeszcze zdążyła pomyśleć.
    — To ty mi się marzysz, Soph. Marzysz mi się każdego dnia. Nie tylko w koronce. W całości
    Nie cofnął się ani o centymetr, gdy się odchyliła, wręcz przeciwnie, jego spojrzenie złapało jej wzrok i nie puszczało ani na chwilę. Ciepło jego dłoni na jej talii nie zniknęło, a oddech nieznacznie przyspieszył, kiedy jej palec przesunął się po jego skórze, zostawiając za sobą ten nieznośnie znajomy dreszcz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  9. Carter nawet nie próbował udawać powagi. Zareagował teatralnym westchnięciem, jakby właśnie usłyszał najlepszą wiadomość dnia, i zanim Sophia zdążyła jakkolwiek się ruszyć, jednym płynnym ruchem, kompletnie bez gracji, ale z całym zaangażowaniem, złapał za brzeg bluzy i ściągnął ją przez głowę razem z koszulką, która zaplątała mu się chwilowo na ramieniu. Zamiast się z tym męczyć, zaśmiał się wesoło, szarpnął i obie rzeczy wylądowały gdzieś na podłodze. Zaśmiał się pod nosem, unosząc brwi i rzucając bluzą w przypadkowym kierunku, gdzie zniknęła gdzieś między kanapą a fotelem.
    — Sneak peak, mówiłaś? — Powtórzył z miną zwycięzcy, jakby właśnie przekroczył linię mety w biegu na sto metrów. Nie czekając na pozwolenie, złapał ją w pasie i bez większego trudu podniósł do góry, tak, że w odruchu objęła go nogami. Jej śmiech był muzyką, a jego uśmiech rozciągał się szerzej z każdą sekundą, jakby właśnie zdobył najcenniejszą nagrodę świata. No… właściwie tak było.
    — A teraz trzymaj się mocno, bo ten pociąg nie ma hamulców! — rzucił, ruszając przez mieszkanie z nią owiniętą wokół siebie jak najbardziej uroczy plecak z dynamitem.
    — Jeśli ktoś nas teraz zobaczy przez okno, to uzna, że porwałem najładniejszą dziewczynę w Nowym Jorku… — dodał, zerkając na nią z dołu z błyskiem w oku. — …ale ty powiesz im prawdę, że to ty mnie uwiodłaś. I że teraz nie mogę się z tego wyplątać.
    Carter się nie zatrzymał, ani fizycznie, ani werbalnie. Niosąc ją przez korytarz, zerknął z przekąsem w bok i przewrócił oczami w przesadnie dramatycznym geście.
    — “Może”…? — zacytował tonem tragicznym, jakby właśnie cytował najboleśniejszy moment jakiejś dramatycznej sztuki. — Serio? Nawet w takim momencie musisz mi jeszcze raz złamać serce? — Spojrzał na nią z dołu, teatralnie marszcząc brwi i udając, że walczy z głębokim bólem egzystencjalnym. — Może… Czyli co, podium? Srebrny medal? Na trzecim miejscu? Ale chociaż najładniejszy, hmm?
    Zatrzymał się na moment, jakby rozważał coś bardzo poważnego. — Dobra, niech będzie. Wybaczam ci to „może”… Ale tylko dlatego, że jestem bardzo dojrzały emocjonalnie i trzymasz się mnie nogami jak koala. I wyglądasz przy tym niebezpiecznie uroczo. — Ale! — dodał, unosząc brew. — Od jutra proszę, żebyś mnie oficjalnie zapisywała jako „jedyny, niepodważalny i absolutnie najlepszy”. Może być w notatniku. Albo na lodówce. — Mruknął jej coś przy szyi, śmiejąc się cicho. Zatrzymał się przy sypialni, nadal ją trzymając, i pochylił się, żeby otworzyć drzwi barkiem, teatralnie, z dramatyzmem godnym sceny teatralnej. Carter miał w spojrzeniu tę niewypowiedzianą myśl, że nie obchodzi go nic poza tą chwilą.
    Nie zrzucił jej z ramion od razu. Zatrzymał się przy łóżku, nadal trzymając ją blisko, jakby nie chciał stracić ani sekundy tego dotyku. Jego dłoń przesunęła się leniwie wzdłuż jej uda, przez bok, aż do linii talii. Uśmiechnął się krótko, a potem, wreszcie, położył ją na łóżku. Delikatnie. Z uwagą, jakby każda sekunda miała znaczenie. Przez moment jeszcze stał nad nią, patrząc z góry, z tym drapieżnym błyskiem, który mówił, że nie zamierza tylko oglądać.
    — No to… czas na ten sneak peak. Ale ostrzegam, Soph. — Pochylił się bliżej, jego usta dotknęły delikatnie kącika jej ust. — Każdy pokaz ma swój finał. I nie wiem, czy jesteś gotowa na to, co właśnie uruchomiłaś. — Carter nawet nie próbował ukryć, jak bardzo rozbawiły go jej słowa. Uśmiechnął się szeroko, a potem teatralnym ruchem odsunął się na krok, jakby miał właśnie zaprezentować swoje własne show.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  10. Zsunął się na fotel z westchnieniem, które było mieszanką ekscytacji, napięcia i tego rodzaju niepewności, jaka ogarnia człowieka tuż przed… pokazem, który ma być zrobiony tylko dla niego.
    — Usiądź grzecznie na fotelu… — powtórzył z cichym parsknięciem. — Soph, ty chyba nie wiesz, co mówisz.
    Carter nawet nie próbował ukryć szerokiego uśmiechu, który rozlał się po jego twarzy, kiedy Sophia wymknęła się do garderoby. Stał przez moment nieruchomo, jakby jego mózg musiał chwilę przetrawić, że to się dzieje naprawdę. Ale posłuchał. Siadł ciężko na fotelu, trochę wciąż z uśmiechem, trochę z niedowierzaniem, trochę już z podnieceniem, które momentalnie przestało być subtelne. Przesunął dłonią po linii żuchwy, potem potarł kark, po czym pochylił się lekko do przodu, łokcie opierając o kolana. Czekał. Z tą napiętą, drapieżną uwagą, jakby patrzył w głąb ciemności i wypatrywał pierwszego ruchu. Tylko ona mogła teraz przykuć jego wzrok w taki sposób. W głowie miał tylko jedno: Sophia. Bez jakiegokolwiek filtra. Właśnie taka, jaka była teraz, pewna siebie, odważna, cholernie seksowna nawet wtedy, kiedy się wahała. Znał ją na pamięć, a i tak wciąż potrafiła go zaskoczyć. Cierpliwość nie była jego mocną stroną, ale dla niej, czekałby nawet do rana.
    — Tylko patrzeć… — wymruczał z niskim rozbawieniem, ale w jego głosie było napięcie, którego nie dało się pomylić. — To brzmi jak kara...
    Pokręcił głową z rozbawieniem. Właściwie nie miał pojęcia, co Sophia tam wyprawia, ale każda sekunda oczekiwania była jednocześnie torturą i przyjemnością. Dobrze wiedziała, jak działała na niego nawet w starej bluzie i bokserkach, a co dopiero teraz. I choć znał ją niemal z każdej strony, to właśnie w takich momentach, kiedy przejmowała kontrolę i zniknęła tylko po to, by go zaskoczyć, czuł się, jakby znowu miał dwadzieścia lat i nie miał bladego pojęcia, co się wydarzy dalej.
    — Lepiej nie bierz żadnej czerwonej koronki — zawołał półgłosem, z tym dobrze znanym błyskiem w oku. — Bo jak ją założysz, to nie zdążysz nawet mrugnąć, a już będzie zdjęta. Przysięgam.
    Oparł łokieć o poręcz i podparł głowę, czekając. Sophia wyszła z garderoby. Z tą swoją falującą, zadziornie spokojną gracją, która w jego oczach zawsze była nieznośnie seksowna. Wiedział, że jej oddech drży, widział to po sposobie, w jaki klatka unosiła się przy każdym kroku. Ale mimo tego drżenia, mimo tej subtelnej niepewności, niosła się z dumą. Kiedy się odezwała, jego wzrok nie ruszył się ani na sekundę. Carter zamarł, nie dlatego, że nie wiedział, co zrobić, tylko dlatego, że absolutnie wszystko w nim chciało zrobić dokładnie odwrotnie niż to, co mu kazała. Ale siedział. Jakby ktoś przywiązał go do fotela niewidzialnym pasem bezpieczeństwa, który trzymał go tam tylko dzięki resztkom rozsądku i… szacunku do tej jej jednej, jedynej zasady: „możesz patrzeć”. Ręka, którą opierał o podłokietnik, powoli zsunęła się w dół, jakby siła grawitacji nagle przypomniała mu o swoim istnieniu. Oczy, które wcześniej nosiły w sobie rozbawienie i ten wieczny błysk chłopaka z sąsiedztwa, teraz pociemniały. Patrzył. Dokładnie tak, jak mu kazała. Cały jego świat w tej chwili zawęził się do kobiety, która właśnie stała naprzeciw niego.
    — Zdecydowanie leci z nami. — Wyszeptał w końcu, ale ton miał taki, jakby jego głos chwilowo przestał działać na pełnych obrotach. Nie wstał, choć każda komórka w jego ciele wręcz wrzeszczała, żeby zbliżyć się choć o krok. Ale skoro powiedziała, że ma tylko patrzeć… to, cholera, patrzył.
    — Ale wiesz… jeśli to tylko sneak peek — mruknął po chwili, przeczesując dłonią włosy, jakby próbował rozładować napięcie. — To nie wiem, czy przeżyję pełną wersję. Serio. Moje serce nie jest już takie młode, słońce, musisz wziąć to pod uwagę — zażartował.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oczy mu błysnęły. Tak, wciąż był w tym rozbawionym trybie, ale była w tym też czysta adoracja. I pożądanie. I to głębokie uczucie, którego nigdy do końca nie potrafił nazwać na głos, ale które widniało w każdym spojrzeniu, jakim ją obdarzał.
    Uśmiechnął się z takim ciepłem, że przez chwilę nie było w nim nawet grama żartu.
    — Jesteś jak wyjęta z moich najbardziej niegrzecznych snów. I z tych najbardziej miękkich też.
    Oparł głowę o zagłówek fotela, nieco przechylając ją w bok, a jego wzrok sunął po niej leniwie, z zachwytem, który absolutnie niczego nie próbował już ukrywać. Kącik jego ust uniósł się powoli, jakby na myśl o czymś, co powiedzieć chciał, ale jeszcze wstrzymywał. Bo tak, pod tym wszystkim buzowało napięcie. Z jednej strony gotowość, żeby rzucić się na nią bez ostrzeżenia, a z drugiej, jakiś niemal czuły rodzaj dyscypliny. Bo wiedział, że właśnie to było dla niej.
    — Świetnie, Soph — mruknął z udawanym wyrzutem, choć kącik jego ust już drżał od uśmiechu. — Teraz będę o tym myślał cały lot. Całe jebane kilka godzin, z twoim obrazem w tej koronce wypalonym na siatkówce. I nie wiem, czy podziękować ci za to czy błagać, żebyś spakowała coś, co zasłania wszystko do kostek.
    Otworzył oczy. Zmarszczył lekko brwi i spojrzał na nią z nową iskrą w spojrzeniu, jakby właśnie coś sobie przypomniał. — Na szczęście lecimy prywatnym jetem. Będę mógł cię z tego kompletu rozpakować jakieś dziesięć tysięcy metrów nad ziemią. Prawie legalnie. Może nawet kapitan się nie obrazi, jeśli zrobimy delikatne turbulencje…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  12. Carter zareagował dokładnie tak, jak Sophia się spodziewała, ale i tak jej się to nie znudziło. Jakby z każdą sekundą jej spojrzenie, ruch, dźwięk głosu jeszcze bardziej wciągały go w ten bezpiecznie niebezpieczny punkt, z którego nie ma powrotu. Siedział sztywno w fotelu, jakby samo posłuszeństwo wymagało od niego nadludzkiego wysiłku, ale… nie zamierzał odpuszczać. Przynajmniej przez chwilę.
    — Najniegrzeczniejsze sny, hm? — powtórzył, pozwalając, by jej szept rozlał się ciepłem po całym karku. Odchylił głowę nieznacznie, opierając się lekko o nią. — To są te, których nie da się opowiedzieć bez ryzyka, że złamię twoją zasadę “tylko patrzysz”.
    Uśmiechnął się bezczelnie, ale miękko. Było w tym coś z rozbawienia, ale też… pewnego rodzaju wdzięczności. I może tego właśnie potrzebował, tej świadomości, że Sophia została. Że nie tylko wróciła, ale że jest. Tu. Z nim. Cała. Nawet jeśli miała jeszcze wątpliwości, on nie miał już żadnych.
    — Trzydzieści kompletów… — powtórzył teatralnie, jakby rozważał to naprawdę poważnie.
    — A jeśli wybiorę wszystkie komplety? — Zadarł lekko brodę, nie patrząc jej teraz w twarz, ale jego głos brzmiał niżej, z tym dobrze jej znanym, drapieżnym podtonem. — Co wtedy, Soph? — Spojrzał na nią z dołu. — Czy wtedy będziemy mieć trzydzieści bardzo konkretnych powodów, żeby zostać na wakacjach całe trzydzieści dni? — Mruknął powoli, jakby przeliczał w myślach. — Albo żebyśmy nigdy nie wrócili.
    Uniósł wzrok na nią, leniwie, z tym szelmowskim błyskiem, który zapowiadał wszystko, tylko nie święty spokój. Uśmiechnął się szerzej. — I nie chcę słyszeć żadnego „ale”. Ani o uczelni, ani o obowiązkach. Masz do zaprezentowania trzydzieści piekielnie ważnych stylizacji.
    Dłoń położył znów na podłokietniku, ale nie ruszył się ani o centymetr. Udawał świętą cierpliwość, choć wszystko w jego spojrzeniu krzyczało o natychmiastowe złamanie zasad.
    — I nie, nie zgadzam się, żebyś zakładała dwa dziennie. Nie przy tym stanie mojego zdrowia. — Przekrzywił lekko głowę. — Serduszko już ledwo zipie po jednym komplecie. Bądź odpowiedzialna.
    I dodał cicho, z powagą udającą troskę. — To naprawdę dla mojego dobra.
    Wypuścił powietrze przez nos, przesuwając wzrokiem w stronę jej sylwetki kątem oka, ale nawet teraz, z jej dłońmi na ramionach, pozwalał sobie tylko na to. Na spojrzenie. Na śmiech pod nosem. Na ledwie widoczne zadrżenie mięśni pod jej dotykiem.
    — Tylko patrzę, mhm… ale nie powiedziałaś nic o mówieniu. A wiesz, jak bardzo lubię mówić ci, co bym z tobą zrobił. Albo co ty byś mi zrobiła.
    Nachylił się lekko w bok, by nie odciążać jej dłoni, ale wystarczająco, by delikatnie musnąć nosem jej ramię, zanim znów się opanował i wrócił do swojej idealnie udawanej, nieruchomej pozycji.
    — Jeśli opowiem ci o śnie, który miałem ostatnio… to nie wrócisz po drugi komplet. Przysięgam.
    Spojrzał w górę, łapiąc jej spojrzenie z dołu.
    — Ale może… właśnie na to liczysz?
    Carter uniósł brwi, kiedy zamiast kolejnej rundy pokazu… Sophia niespodziewanie schowała się za jego plecami.
    — Miałem patrzeć, tak? — mruknął z rozbawieniem. — A ty schowałaś mi się za plecami. Wiesz, że łamiesz zasady? — mruknął cicho, z tym charakterystycznym, niskim tonem, który rejestrowała każda komórka jej ciała.

    OdpowiedzUsuń
  13. Odchylił głowę lekko do tyłu, jakby próbował ją podejrzeć kątem oka, ale oczywiście była na to zbyt szybka. Dłonie miał nadal przyciśnięte do fotela, posłuszny zakazowi, choć palce nieznacznie się napięły, aż kusiło, żeby ją złapać.
    — Wiesz, co jeszcze chciałbym zobaczyć? — odezwał się niższym tonem, cicho, tuż nad swoim ramieniem. Jego głos obniżył się nieznacznie, nabierając tego charakterystycznego, chropowatego tonu. — Zobaczyć, jak ten komplet wygląda, kiedy jesteś na łóżku. I powoli… bardzo powoli… go zdejmujesz. Tak żebym widział dokładnie, jak na tobie leży. A potem… jak z ciebie spada. — Zacisnął palce na podłokietnikach, jakby próbował utrzymać się w miejscu, przynajmniej przez jeszcze chwilę. — Kiedy ci się nie spieszy. Kiedy wiesz, że mam czas. I że i tak nie wytrzymam do końca.
    Nachylił się lekko w bok, by ją znów zobaczyć, i dodał z szelmowskim uśmiechem. Przymknął oczy na sekundę, jakby już to widział. Głos miał zniżony, pełen napięcia, którego nawet nie próbował ukrywać.
    — Chciałem patrzeć. A teraz nawet tego nie mam. Zlituj się, motylku.
    Oparł głowę o jej ramię, tak jak chwilę wcześniej. Uśmiechnął się pod nosem, nieco bezbronnie, ale z typową dla siebie intensywnością.
    — Zaczynam myśleć, że boisz się, co się stanie, jak znów na ciebie spojrzę. Tak porządnie. Jak trzeba.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie mógł już dłużej udawać, że siedzenie w miejscu to coś, co jest w stanie kontynuować. Nie, kiedy Sophia stała tuż za nim, oddychając mu do ucha, pytając takim tonem, jakby go torturowała najprzyjemniejszą metodą znaną człowiekowi. Nie, kiedy powiedziała „może nie będę miała, dokąd uciec”. I właśnie o to mu chodziło. Zawsze.
    — Trzydzieści kompletów — mruknął, jakby sam sobie próbował coś wytłumaczyć. — Trzydzieści powodów, żebyśmy nie wracali. Ani wcześniej, ani wcale.
    I choć uśmiech, który jej posłał, wciąż był niegrzeczny i głodny, w jego oczach czaiło się coś więcej niż tylko pragnienie. Było tam coś znacznie cenniejszego.
    — Ale najpierw… pokaż mi. — Jego głos znów przycichł. — Pokaż mi, jak wygląda Sophia, kiedy przestaje być grzeczna.
    Był na krawędzi, dobrze o tym wiedziała. Miał jeszcze resztki samokontroli, ale ledwie. I było jasne, że nie przetrwa kolejnych minut, jeśli ona znów zrobi coś równie niepozornego, jak muśnięcie wargami jego szyi. Carter nie odpowiedział od razu. Może nie umiał, może nie chciał, albo po prostu już nie potrafił sklecić sensownego zdania, kiedy jej oddech drgał mu na szyi, a jej usta znacząco błądziły po jego skórze. Palce Sophii powoli przesuwały się z jego ramion na tors, z tym ledwie wyczuwalnym drżeniem, które mówiło mu więcej niż jakiekolwiek słowa.
    — To nie była groźba — odparł w końcu, głosem niższym, cięższym, urwanym jakby musiał go szukać głęboko pod napięciem, które właśnie przejmowało nad nim kontrolę. — To była… obietnica.
    Carter roześmiał się cicho, ale ten śmiech nie miał nic wspólnego z rozbawieniem. Był niski, ochrypły, podszyty napięciem, które niemal w nim wibrowało. Złapał ją spojrzeniem, tak, jak tylko on potrafił, jakby już teraz rozbierał ją wzrokiem, nie przejmując się ani jednym centymetrem dzielącym ich jeszcze przestrzeni.
    — Chcesz wiedzieć więcej…? — powtórzył wolno, jakby chciał się upewnić, że dobrze słyszał. Odwrócił się w jej stronę tak by mógł zniżyć głos do szeptu. — Rozpakujesz się przede mną jak prezent — szepnął, kiedy przysunął twarz tuż do jej ucha, sam już ledwo oddychając. — A jak już to zrobisz… — mruknął, ledwo dosłyszalnie, ale z tym napięciem w głosie, które oboje znali aż za dobrze. Palce Cartera powoli przesunęły się wzdłuż jej talii, zatrzymując się dokładnie tam, gdzie kończył się materiał. — …to będziesz się dotykać. Powoli. Dla mnie. Tak, żebym widział każdy ruch. Każdy moment.
    Zawiesił głos tuż przy jej uchu, a oddech drgnął jej na szyi.
    — I nie przestaniesz… dopóki ci nie powiem. Bo wtedy ja się tobą zajmę. Po swojemu. I obiecuję ci, że nie zapomnisz żadnej sekundy.
    Cisza między nimi była gęsta, napięta, zawieszona gdzieś pomiędzy niedopowiedzeniem a tym, co wisiało w powietrzu tak długo, że wystarczyło jedno słowo, jeden ruch, by wszystko eksplodowało. — Wezmę cię tak, że już żaden komplet nie będzie wyglądał na tobie tak niewinnie — szepnął tuż przy jej ustach. Uśmiechnął się półgębkiem.
    — Chcę zobaczyć to wszystko. Jak klękasz. Jak rozpinasz ten zestaw. Jak robisz to tylko dla mnie. Wiesz dlaczego? — Odchylił się nieco, żeby wreszcie móc spojrzeć jej w oczy. — Bo jeszcze zanim wyjdziesz z tej sypialni… zdejmę z ciebie każdy jeden komplet, Sophia. Każdy.

    OdpowiedzUsuń
  15. Carter testował jej granice. Robił to bez pośpiechu, z tym charakterystycznym spokojem, który tylko pozornie był opanowaniem. W rzeczywistości pod powierzchnią buzowało coś znacznie głębszego, potrzeba, głód, ta jego wieczna chęć zobaczenia, jak daleko może się posunąć, zanim Sophia się wycofa. Jeśli w ogóle. Jego słowa były szeptem, nie rozkazem. Malowały obrazy, podsuwały myśli, które najpierw wywoływały rumieniec, a chwilę później przyspieszały oddech, zostawiając ją dokładnie tam, gdzie chciał, w zawieszeniu. Między chęcią bycia posłuszną a pokusą, by sama tę grę przejąć. Nie dotykał jej jeszcze tak, jak oboje pragnęli, ale mówił tak, że pod jego głosem drżała bardziej niż pod najpewniejszym dotykiem. Każde zdanie było jak dotyk przesuwający się wzdłuż jej kręgosłupa, jak pocałunek złożony tuż pod linią szczęki, jak obietnica, którą Sophia równie mocno chciała spełnić, jak i odwlekać tylko po to, żeby zobaczyć, jak bardzo Carterowi zacznie brakować tchu. Bo choć sprawiał wrażenie, że to on prowadzi, nie dało się nie zauważyć, że sam też był na granicy. Że to napięcie, które tak pieczołowicie budował, oplatało ich oboje. Może i testował jej granice, ale to, jak długo sam wytrzyma, stawało się pytaniem równie aktualnym.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  16. Carter miał ochotę przymknąć oczy i wypuścić z siebie całą resztkę powietrza, która została mu w płucach z ledwością, z wdzięcznością i z tym ledwie powstrzymanym jękiem, który sam w sobie mógłby brzmieć jak przekleństwo. Ale nie zrobił tego. Nie teraz. Nie kiedy Sophia mówiła do niego takim głosem. Kiedy stała tak blisko, tak świadoma siebie i jednocześnie tak cholernie jego, miękka i silna, zawstydzona i odważna, cała rozpalona od tej gry, którą sama rozpoczęła. Chciał odpowiedzieć. Naprawdę. Ale cokolwiek, co teraz miałby wypowiedzieć, było śmieszne w porównaniu z tym, co właśnie usłyszał. Powiedziała to. Dokładnie to, czego pragnął. Tyle razy zastanawiał się, jak by brzmiało z jej ust, jak wyglądałaby, kiedy wypowiada takie rzeczy z pełną świadomością, że działają na niego jak zapalnik. Teraz już wiedział. Teraz już nie musiał sobie wyobrażać. Nie ruszył się. Jeszcze nie. Mimo że jego ciało rwało się do niej, jakby to było najbardziej pierwotne pragnienie, jakie w nim kiedykolwiek siedziało. Miał ją przed sobą kuszącą, zmysłową, ciepłą, pewną i odrobinę roztrzęsioną. Taką, która mimo tego, że drży, robi krok naprzód, i właśnie tym rozbraja go najmocniej. Jego wzrok powędrował po niej powoli, jakby każde słowo, które wypowiedziała, odcisnęło się na jej skórze, a on chciał je przeczytać jeszcze raz, spojrzeniem, które pieściło tak samo mocno, jak dotyk. W końcu uśmiechnął się. Leniwie. Niebezpiecznie. I w tym uśmiechu była cała jego odpowiedź. Bo jeśli to był jej ruch, to jego będzie następny. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze przez chwilę miał patrzeć. Więc patrzył, jakby to był najważniejszy widok w jego życiu.
    — Kochanie… jeśli zrobisz to tak, jak właśnie opisałaś… — zawiesił głos na sekundę, jakby musiał powstrzymać własne ciało przed tym, żeby się nie porwać — …to nie zdążysz zdjąć tego kompletu do końca. — Carter westchnął cicho, jakby potrzebował wyrzucić z siebie to napięcie, które nieustannie narastało. — Bo jak zobaczę cię na tym łóżku… jak zobaczę, że robisz to z myślą o mnie… nie poprzestanę na patrzeniu.
    Oparł się nieco mocniej o oparcie, ale nie spuścił z niej wzroku nawet na ułamek sekundy. Przymrużył oczy, usta rozciągnęły się w tym półuśmiechu, który znała aż za dobrze, tym, który pojawiał się tylko wtedy, gdy był na skraju i jedyne, co go jeszcze powstrzymywało, to szacunek do tej jednej zasady, którą mu postawiła.
    Na razie.
    — Nie masz pojęcia… — odezwał się niskim głosem, zachrypniętym od emocji. — …jak bardzo chcę to zobaczyć.
    Nie był pewien, czy mówił o tym, jak klęka. Jak rozsuwa ramiączka. Jak patrzy mu w oczy. Jak dotyka siebie, tylko dla niego. Może mówił o wszystkim.
    Carter roześmiał się cicho, nisko, ten dźwięk zabrzmiał tuż przy jej ustach, jeszcze ciepłych od pocałunku, który właśnie mu ukradła. Głowa lekko odchyliła mu się do tyłu, oczy błysnęły tym znajomym iskrzeniem, w którym kryło się wszystko, pożądanie, rozbawienie, i to nieznośne, typowe dla niego „właśnie zrobiłaś coś, za co zaraz zapłacisz”.
    — Nie, nie, nie — pokręcił głową, przeciągając słowa z udawaną surowością. — Wtedy nie będzie zabawy.
    Uśmiechnął się szerzej, jakby właśnie wygrał rundę, której nie spodziewał się tak szybko wygrać.
    — To jest mój koncert życzeń, aniołku. A zasady są jasne. Ty pokazujesz. Ja patrzę.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zerknął znacząco na swoje dłonie wciąż wbite w podłokietniki fotela. Ani drgnął.
    — I trzymam się tej zasady… mimo że robisz absolutnie wszystko, żeby mnie z niej ściągnąć.
    Jego głos zniżył się do przyjemnego mruknięcia.
    — Więc teraz… wracaj na ten cholerny środek pokoju i nie rozpraszaj prowadzącego. — Znów uniósł brew. — Masz trzy sekundy, zanim uznam, że łamiesz własne zasady. A wtedy? Wtedy przestajesz prowadzić.
    Jego głos nie był już tylko zachwytem. Był ostrzeżeniem. Obietnicą. Zapowiedzią końca wszelkiej cierpliwości.
    Carter prowokował ją celowo, z pełną premedytacją, z tą iskrą w oczach, która mówiła więcej niż słowa. Rzucał jej obrazy pod nogi, słowa nasączone wyobrażeniami, które miały działać bardziej na nią niż na niego, choć prawda była taka, że każde zdanie, które wypowiadał, podpalało również jego. Ale nie spodziewał się, że Sophia naprawdę to zrobi. Nie do końca. Sophia nie była dziewczyną od szalonych, nieprzyzwoitych pomysłów. Przynajmniej nie w takim wydaniu. Między nimi wszystko zwykle pulsowało nastrojem, sensualnością, emocjami, wzrokiem, który mówił „czuję cię” zanim padło jakiekolwiek słowo. Ich bliskość była intymna, miękka, czasami cicha, nawet jeśli bywała intensywna. A on czasami chciał czegoś innego. Czegoś niepokornego. Niegrzecznego. Takiego, co przekracza granice, łamie zasady i zostawia na skórze echo czegoś więcej niż tylko westchnień. Ale nigdy jej tego nie narzucał. Wiedział, że nie wszystko przychodzi jej naturalnie. Że Sophia mimo tego, że rozbrajała go swoją odwagą w uczuciach wciąż była dziewczyną, która rumieniła się po komplementach, spuszczała wzrok, gdy czuła się zbyt odkryta. Dlatego zakładał, że nie zrealizuje tego pomysłu. Że coś wymyśli. Zasłoni się czymś. Zadrwi, jak to ona. Powie coś, co przekieruje uwagę i może zrobi dla niego coś zupełnie innego, równie pięknego, równie jej. Ale nie to. Nie sądził, że wejdzie w ten scenariusz naprawdę. Pomagało jej to, że zasłony były zasunięte, a w sypialni panował półmrok. Ciepłe światło sączyło się zza ramy lampy, a zasłony skutecznie blokowały światło dzienne. Brakowało mu tylko nastrojowej muzyki. Ale nawet to nie wydawało się wystarczającą zachętą. Bo Sophia, choć zmysłowa, była też delikatna. Trochę nieśmiała. I choć tak pięknie się rozkwitała w jego dłoniach, choć ufała mu z całym sobą to wciąż była tą dziewczyną, która czasami potrzebowała chwili dłużej. Więc czekał. Z lekkim uśmiechem. Z rękami wciąż na podłokietnikach. Z sercem, które biło szybciej niż powinno, mimo że przecież to nie on był po drugiej stronie sceny. I jeśli naprawdę to zrobi, jeśli wejdzie na to łóżko, jeśli zdejmie ten komplet z takim spokojem, patrząc mu w oczy, jeśli naprawdę się dotknie, myśląc o nim to będzie cholernie zaskoczony. I być może już nigdy się po tym nie pozbiera.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  18. Carter zaśmiał się cicho, tym niskim, rozbawionym śmiechem, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy Sophia robiła coś, czego kompletnie się po niej nie spodziewał. Przesunął dłonią po szczęce, jakby próbował zamaskować to uśmiechnięte „do cholery, ona naprawdę to robi”, które w nim buzowało. Przechylił głowę, patrząc na nią z niemal bezczelnym zachwytem.
    — To jesteś gwiazdą dzisiejszego popołudnia — powtórzył, opierając łokieć o podłokietnik i przysuwając palce do ust, jakby musiał się chwilę zastanowić. — W zasadzie to jesteś gwiazdą całego mojego życia.
    Uśmiechnął się szerzej, przeciągle, a jego spojrzenie powędrowało po niej bez najmniejszego pośpiechu od stóp, przez biodra, aż po jej twarz i te rozbawione, lekko drżące usta.
    — I szczerze? Nawet nie próbuję ukrywać, jak bardzo mi się to podoba.
    Westchnął teatralnie, niby ciężko, ale jego oczy wciąż śmiały się z bezgranicznym uwielbieniem.
    — Chociaż muszę przyznać… nie byłem gotowy na to, że gwiazda będzie miała aż taką potrzebę złamania wszystkich moich zasad.
    Puścił jej oczko, z tą drobną nutą prowokacji w głosie. Tak, uwielbiał patrzeć. Ale coraz trudniej było mu nie wstać.
    Carter uniósł brew, a jego uśmiech z figlarnego zmienił się w coś zdecydowanie bardziej prowokacyjnego. Przechylił głowę, jakby dokładnie przyglądał się Sophii, ale nie jej twarzy, nie koronce, nie biodrom, które tak bezczelnie odciągały jego uwagę… tylko dłoni. A konkretnie jednej. Tej lewej.
    — Narzeczona, hm? — rzucił z udawaną powagą, ale z rozbawieniem igrającym w kącikach ust. — Ciekawe… — Zmrużył lekko oczy, spojrzał na jej dłoń, tę, którą jeszcze chwilę temu delikatnie przesuwała po jego ramieniu i westchnął teatralnie, z nieznośnie powściąganą kpiną.
    — Bo wiesz, dziwna sprawa, ale jakoś nie widzę na tym ślicznym palcu pierścionka.
    Uniósł brew jeszcze wyżej, jakby właśnie odkrył jakiś wielki, romantyczno-prawny przekręt. I wciąż nie odrywał od niej wzroku, tylko teraz był to wzrok bardziej zadziorny, bardziej skoncentrowany, bardziej głodny. Jakby sam ten brak pierścionka był pretekstem, by ją ukarać za ten słodki, figlarny tytuł, którym się obdarzyła. Nie oddychał. Z początku nawet nie był tego świadomy jego ciało po prostu zawiesiło się gdzieś pomiędzy niedowierzaniem a rosnącym napięciem, które pulsowało w nim od chwili, gdy Sophia zrobiła pierwszy krok w stronę łóżka. Wciąż miał dłonie zaciśnięte na podłokietnikach, tak mocno, że knykcie zbielały, ale nawet tego nie czuł. Bo wszystko inne przestało istnieć. Była tylko ona. Jego narzeczona. Jego Sophia. Na środku łóżka, w blasku rozproszonego światła, które ślizgało się po jej skórze niczym cień. To było prawdziwe. Prawdziwsze niż cokolwiek, co do tej pory widział. I może właśnie dlatego nie potrafił oderwać wzroku. Nie wierzył, że to zrobi. Że naprawdę to zrobi. Owszem, prowokował ją. Testował. Wrzucał jej obrazy do głowy, bo był pewien, że znajdzie jakiś zgrabny sposób, by się wycofać. Że się roześmieje, może zarumieni, może przeprosi za zbyt śmiałą sugestię. Bo Sophia taka była. Delikatna. Zmysłowa, owszem, ale zawsze z granicą. Z tą uważnością, która sprawiała, że między nimi było emocjonalnie, intymnie. A on? Był facetem, który czasem chciał więcej. Intensywniej. Czasem chciał, żeby zaskoczyła go tak, jak właśnie to zrobiła. I zaskoczyła. Chryste, jak bardzo. Siedział wciąż jak zaczarowany, kiedy ramiączka zsunęły się z jej ramion. Kiedy materiał powoli znikał z jej skóry, kawałek po kawałku, a ona nie przestawała na niego patrzeć. Te oczy… Ten wzrok wbity w jego. Nie spuszczała z niego spojrzenia nawet wtedy, gdy palce przesuwały się po jej udach. Jakby dotykała się tylko dla niego. I tak właśnie było. Serce mu łomotało. Czuł, że zaraz rozerwie mu pierś. Najchętniej zgniótłby ten fotel pod sobą i był przy niej w sekundzie. Dotknął jej. Wziął za nadgarstki, przygwoździł do pościeli, przycisnął usta do każdej krągłości, którą właśnie z takim bezwstydem mu pokazywała. Ale ten widok był zbyt piękny, by przerywać go za szybko.

    OdpowiedzUsuń
  19. Widział, jak mięśnie jej ud napinają się lekko, jak wargom wyrywa się ciche westchnięcie. I kiedy szepnęła, że dotyka się dla niego, Carter zamknął oczy na ułamek sekundy, próbując zapanować nad sobą. Nic z tego. W myślach był już przy niej. Jego dłonie przesuwały się tam, gdzie właśnie były jej. Wyobrażał sobie, że klęczy przed nim i robi to samo, ale dla niego. Wypuścił powietrze z ust. Powoli. Cicho. Inaczej eksplodowałby na tym cholernym fotelu.
    — Powinnaś widzieć siebie teraz…
    Przeciągnął dłoń po własnym udzie. W końcu się poruszył. Ale nie wstał. Jeszcze nie. To była jej scena. Ona była gwiazdą. Gwiazdą całego jego cholernego życia i jeśli miał spłonąć przez to, co mu pokazuje, to przynajmniej z jej imieniem na ustach. Dłonie nie były już zaciśnięte na podłokietnikach. Teraz jedna opierała się luźno na jego udzie, druga unosiła się do twarzy, kiedy przesunął knykciem po dolnej wardze, jakby coś smakował. Coś, czego jeszcze nie dotknął, ale czego obraz już wykręcał mu trzewia. I kiedy w nią patrzył, to nie był tylko Carter. To był Zaire. Ten, który przed dołączeniem do zabawy lubił patrzeć. Jak na scenę, która dopiero się rozwija. Jak na sztukę, której zakończenie zna, ale i tak chce zobaczyć wszystko od pierwszego aktu. Z papierosem między palcami, ze szklanką whisky, z tą cholernie spokojną miną, jakby cała sytuacja była dla niego czymś absolutnie naturalnym. Bo była. Lubił patrzeć, jak kobiety tracą pewność siebie. Jak ją odzyskują, bardziej bezwstydne, bardziej żywe. Lubił, kiedy dla niego grały. Kiedy tańczyły. Kiedy zbliżały się do siebie albo do niego, bez pytania, bez oczekiwań. Dawał im przestrzeń, bo nie interesowało go tylko ciało. Interesował go ten moment. Eksplozja pod skórą. Zawahanie. Decyzja. Jedna dziewczyna. Dwie. Trzy. Lubił to napięcie. Lubił świadomość, że wszystko zaczyna się od spojrzenia. Lubił, kiedy ktoś się rozkręcał… powoli. Z rozmysłem. Z niewinnym początkiem i bezwstydnym finałem. Lubił wszystko to, co działo się poza kontrolą — bo właśnie tam, w tym chaosie, czuł się jak w domu. W ciemnych pokojach, w szeptach i dźwiękach cudzego oddechu. W chwilach, które były bardziej cielesne niż emocjonalne, bardziej szalone niż spokojne. Lubił, kiedy ktoś się dla niego trząsł. Kiedy jęczał jego imię tak, jakby miał władztwo nad każdą reakcją. Lubił, kiedy nie trzeba było pytać, kiedy nikt nie oczekiwał delikatności. Lubił być tym, komu puszczają hamulce i często tak właśnie było. To właśnie ten mężczyzna w nim, ten, którego Sophia rzadko poznawała naprawdę teraz się w niej zatrzymał wzrokiem.
    Z Sophią było inaczej. Jakby instynktownie coś w nim wiedziało, że to nie może być jak zawsze, że jeśli się zagalopuje, to może coś zepsuć , tak jak wtedy w klubie. Dlatego się pilnował. Tłumił impulsy. Wyciszał głos w głowie, który szeptał mu, żeby przycisnąć ją mocniej, pociągnąć za włosy, usłyszeć, jak drży, aż nie będzie w stanie złapać tchu. Potrafił ją doprowadzić do granicy szaleństwa i doskonale o tym wiedział ale nigdy nie przekraczał tej cienkiej linii. Patrzył teraz, jak klęczy na łóżku. Jego łóżku. Ich. Bez niczyjej obecności. Tylko ona. Bez tłumu, bez światła klubów, bez cienia przypadkowości. W swoim tempie, we własnym rytmie, ale dla niego. I chociaż kiedyś mógł mieć wszystko, czego tylko zapragnął, to nic nie rozpalało go tak, jak ten jeden widok: jego narzeczona, rozświetlona półmrokiem, naga i śmiała, bardziej, niż kiedykolwiek się spodziewał. A on? Siedział. I patrzył. Bo zanim sięgnie po to, co jego, zanim do niej podejdzie, zanim rozbije im oddech i zakopie się w tej bliskości na dobre, chciał nacieszyć się tą chwilą. Carter zawsze lubił patrzeć. Ale jeszcze nigdy nie patrzył z taką uwagą, jak teraz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  20. Była piękniejsza niż cokolwiek, co do tej pory widział. W tym skupieniu. W tym ogniu. W tej śmiałości, która rodziła się w niej z nieśmiałości, najniebezpieczniejszy rodzaj odwagi. Carter, a może już Zaire, nie był w stanie oderwać wzroku. Nie przez grzeczność. Nie przez podziw. Patrzył, bo nie mógł przestać. Każdy ruch jej dłoni był dla niego jak osobna pokusa. Każdy oddech, każde zawahanie, każde zamknięcie oczu paliło go od środka. I choć jego twarz była spokojna, prawie nieruchoma, ciało reagowało inaczej. Mięśnie karku napięte, dłoń ściskająca bok fotela, szczęka zaciśnięta zbyt mocno. W myślach już dawno podszedł. Już dawno ją przewrócił. Już dawno jego ręce ściągały ją za biodra w dół, aż osiadłaby na nim w całości, zupełnie naga, wilgotna i drżąca. Już dawno nachylił się do jej ucha, z tym głosem, który zostawiał dreszcze na skórze i zapytał „Dla mnie, aniołku? Tylko dla mnie się tak ruszasz?” W myślach już szeptała jego imię przez zaciśnięte zęby. Już jęczała tak głośno, że musiał zasłonić jej usta dłonią. Ale to był tylko obraz. Jeszcze nie dotknął jej nawet jednym palcem. Zwykle przy Sophii się hamował. Nie dlatego, że musiał, dlatego, że chciał. Jej kruchość, jej delikatność, ta potrzeba bezpieczeństwa, rozpoznawał ją od razu. To ona zawsze zatrzymywała w nim to, co niebezpieczne. To, co kiedyś traciło panowanie nad sytuacją. To, co nazywał Zairem. Ale dziś? Dziś nie wycofała się. Nie tylko weszła na jego teren, zaproponowała, żeby go podpalił. I właśnie to sprawiało, że jego myśli stały się cięższe. Mroczniejsze. Chciał ją już. Wziąć. W całości. Bez kontroli. Bez delikatności. Z tym szeptem przy uchu, który sprawiał, że dziewczyny błagały go, żeby nie przestawał, nawet gdy przestawać powinien.
    Chciał, żeby krzyczała jego imię, albo nie mówiła nic. Żeby zapomniała, jak się oddycha. W myślach miał ich oboje, splątanych, splamionych, z oddechami urwanymi i rozsypanymi gdzieś po pościeli. Nie eleganckich. Nie subtelnych. Tylko prawdziwych, intensywnych, granicznych. Takich, których nie da się już wymazać. Chciał, żeby ta chwila przestała być grą. Żeby przestała być pokazem. Chciał, żeby stała się rzeczywistością. Ale nie ruszył się. Jeszcze nie. Bo wiedział, że jeśli teraz podejdzie, nie będzie odwrotu. To, co dostanie od niej w tej wersji… nie będzie już tylko jego. To będzie Zaire. I jeśli już sięgnie po jej nadgarstki, po szyję, po biodra, nie wypuści. Nie przez jakiś czas. Tylko do samego końca. A więc czekał. Czekał, aż ona go poprosi. Aż jej spojrzenie się zmieni. Aż wyszepcze coś więcej niż jego imię. Aż sama uzna, że tego właśnie chce, jego bez hamulców.
    Carter nie odpowiedział od razu. Nie musiał. Sama wypowiedziała to imię, to jedno imię, które do tej pory istniało tylko w jego świecie. W świecie, do którego Sophia nie miała dostępu. Nie całkiem. Ale teraz? Coś się w nim poruszyło. Nie drgnął, nie zmienił pozycji, ale kiedy spojrzenie jego ciemnych oczu zderzyło się z jej. Jakby ciężar jego uwagi właśnie przesunął się z obserwacji na posiadanie. Bo tak właśnie patrzył: jakby już miał ją w garści. W jego spojrzeniu nie było już pytania. Nie było niepewności. Była tylko decyzja. Zawisła w powietrzu ciężka i elektryczna, zanim w końcu odezwał się głosem niższym, gładszym niż zazwyczaj. Niosącym coś, czego do tej pory używał tylko w sytuacjach, które wymykały się schematom. Nie ruszał się jeszcze. Zostawił ją tam, klęczącą, z rumieńcem na policzkach i rozszerzonymi źrenicami, tak rozpaloną, że w powietrzu niemal czuć było jej pragnienie. A on się tym… delektował.
    Uśmiechnął się leniwie. Nie był to czuły uśmiech. Był głodny.
    — Jeszcze nie skończyłaś, kotku — mruknął i w końcu pochylił się lekko do przodu. Łokcie oparł na udach. Palce splotły się luźno. — Ale możesz spróbować mnie przekonać, że już zasłużyłaś, żebym do ciebie podszedł. — Zadrżał kącik jego ust. — Pokaż mi, co jeszcze jesteś w stanie dla mnie zrobić. — Zrobił krótką pauzę, pozwalając słowom zapaść między nimi. A potem… znów się wyprostował. Nie wstał. Nie dał jej tego, czego chciała.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zamiast tego, ułożył się wygodniej na fotelu, opierając głowę o zagłówek i rozluźnił kark, jakby… miał czas. Jakby mógł tak siedzieć godzinami. Ale jego spojrzenie pozostało na niej. Nieruchome. Ciemne. Głodne.
    — Zawsze wiedziałem, że masz to w sobie… — powiedział, powoli podchodząc, jakby każde słowo było zapowiedzią czegoś mocniejszego. Jakby właśnie przekroczyli granicę, którą dotąd tylko obchodzili dookoła. Nie było w niej niepewności. Nie tym razem. I to właśnie to sprawiło, że się poruszył. Powoli. Zbyt powoli, by zaspokoić jej napięcie. Ale dokładnie w takim tempie, by podsycić każdy nerw jej ciała. Wstał z fotela bez słowa, prostując sylwetkę, z tą samą cichą pewnością siebie, którą znała tylko z jego ciemniejszej strony. I nawet nie musiał na nią patrzeć, wiedział, że drgnęła. Tak samo jak on, gdy usłyszał swoje imię.
    — Nie przestawaj — polecił. Głos miał niski, cichy, ale stanowczy. Nie był to rozkaz krzykiem, nie musiał nim być. Wystarczyło brzmienie. Twarde, pewne. Ton, któremu nie sposób było odmówić. Podszedł do niej powoli, krok za krokiem, aż stanął tak blisko łóżka, że jego nogi niemal dotykały materaca. I choć wciąż jej nie dotknął w pełni, jego obecność działała mocniej niż dotyk kogokolwiek innego. Wyciągnął rękę. Jedną tylko. I nie tam, gdzie najbardziej jej brakowało, nie między uda, nie na piersi. Dotknął twarzy. Palcami musnął linię jej szczęki, by zaraz podnieść ją delikatnie w górę, zmuszając, by spojrzała na niego z tej perspektywy, z dołu. Kciukiem musnął jej wargi, lekko, z wyczuciem, jakby badał, czy drży. Uśmiechnął się, kiedy się rozchyliły. Oczy miał spokojne, ale pełne tego znajomego mroku, którego już się nie wypierał. Uśmiechnął się, nie łagodnie, nie bezczelnie, ale tak, jakby właśnie potwierdził to, co wiedział od początku. Tym razem to on zerknął w stojące obok lustro.
    — Tak cię właśnie lubię… — wymruczał. Wracając do niej tym swoim intensywnym wzrokiem. Drugą ręką sięgnął do pasa. Powoli, celowo. Metalowa klamra zadrżała cicho w półmroku, dźwięk rozpięcia paska odbił się echem w ciszy, którą przerywał jedynie jej przyspieszony oddech i szelest pościeli pod jej ciałem. Nie pośpieszał się. Chciał, by to widziała. Chciał, by dokładnie czuła, co nadchodzi i że nie ma odwrotu. Tak jak zawsze, gdy przejmował kontrolę nie siłą, a obecnością. Nie musiał jej dotknąć, by ją mieć. Ale i tak zamierzał to zrobić. Tym razem całkowicie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  22. Widział wszystko. Każdy oddech, który z trudem opuszczał jej usta. Każde napięcie w ciele, które walczyło między uległością a potrzebą więcej. Każde drgnienie palców między udami, które drżały od wysiłku i rozkoszy. Ale to nie dłoń ją rozpalała. Nie do końca. To był on. To, że patrzył. Że nie przerywał. Że czekał. Zaire nie był obojętny, nie wtedy, gdy słyszał własne imię szeptane z takim pragnieniem. Nie, kiedy widział, jak sama sobie to robi. Jak bardzo chciała, żeby to on dokończył. Ale wiedział, że jeśli podejdzie za szybko, jeśli przerwie jej przedwcześnie, odbierze jej to, czego sama o sobie jeszcze nie wiedziała. W niej było coś, co chciał z niej wydobywać powoli. Bez pośpiechu. Tak jak teraz. Z każdym krokiem czuł, jak napięcie w jego własnym ciele tnie go od środka. Jak bardzo chciał ją wziąć, natychmiast, bez ceregieli, ale wiedział, że nie zrobi tego. Jeszcze nie. Najpierw musiała zrozumieć, że oddała mu wszystko. Nie przez słowa. Przez sposób, w jaki na niego patrzyła. Gdy stanął przy łóżku, spojrzał na nią z góry. Klęczała blisko krawędzi, bezbronna, rozgrzana, z oczami wypełnionymi błaganiem. A mimo to nie wyciągnęła dłoni. Nie próbowała go dotknąć. Czekała. Tak jak kazał.
    — Taka niecierpliwa… — mruknął, z rozbawieniem w głosie, ale też z wyraźnym podtekstem. — A jeszcze przed chwilą tak pięknie się bawiłaś sama.
    Zaśmiał się krótko, cicho z tej jej niecierpliwości. Z tej słabości, której tak bardzo się bała, a którą tak pięknie mu teraz oddawała. Z tego, jak bardzo próbowała to jeszcze ukryć, choć każdy gest, każdy jęk mówił sam za siebie. Jego palce zsunęły się z jej brody niżej, wzdłuż szyi, wzdłuż obojczyków. Powoli, leniwie, z wyczuciem. A druga dłoń rozpięła pasek i zawisła na guziku.
    Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, nie był ani ciepły, ani chłodny. Był… świadomy. Jakby właśnie usłyszał coś, co go rozbawiło, ale nie zaskoczyło.
    — Skoro nie chcesz kończyć sama… — powiedział spokojnie. — To zajmij się mną, mała.
    Zwolnił guzik. Materiał poddał się z lekkim szelestem, gdy przesunął zamek, a spodnie zsunęły się po jego biodrach i opadły na podłogę, odsłaniając więcej, ale jeszcze nie wszystko. Celowo nie zdjął bokserek. Chciał, żeby ona to zrobiła. Żeby przerwała to co robi, to co on chciał dokończyć później. Wciąż się nie spieszył, choć jego ciało mówiło już zupełnie co innego, napięte, gotowe, twarde od napięcia, którego nie rozładowywał tylko dlatego, że uwielbiał ją widzieć taką. Czekającą. Pochylił się lekko, dłoń znów przesunął po jej policzku, niżej, zatrzymał się tuż przy ustach, jakby chciał przypomnieć, że to one za chwilę mają mówić za nią. Ale nie dał jej tej satysfakcji, nie dotknął jej tak, jak pragnęła. Zamiast tego, spojrzał jej głęboko w oczy i szepnął z uśmiechem, który znała, uśmiechem Zaire’a, który nie żądał… a sugerował, i to było jeszcze bardziej niebezpieczne.
    — Zrób to… — szepnął. — Zrób to dla mnie.
    Nie był to rozkaz wypowiedziany twardo. Raczej sugestia podszyta pewnością, że i tak to zrobi. Że już dawno przekroczyła moment, w którym mogłaby się wycofać. A mimo to wciąż czekała. Wciąż nie śmiała sięgnąć po więcej. Nie dotknęła go. Nie ośmieliła się skrócić tego dystansu o centymetr, choć rozpalona była bardziej niż kiedykolwiek. Nachylił się. Powoli, z wyczuciem, z dłonią opartą lekko o jej policzek. Przyciągnął jej twarz do siebie, nie na pocałunek, jeszcze nie, tylko na ten jeden cichy oddech odległości, który palił skórę bardziej niż dotyk. I wtedy jego kciuk znów dotknął jej ust. Ale tym razem mocniej. Nie jak muśnięcie. Jak znak, że należy do niego. Czas przestać błagać. I zacząć brać.
    — Pokaż mi, że naprawdę tego chcesz. — Jego spojrzenie spoczęło na niej ciężko, uważnie, bez cienia pośpiechu. Wsunął dłoń w jej włosy, nie ciągnąc ich, nie zmuszając, po prostu trzymając, jakby zaznaczał swoją obecność.
    — Zrób coś z tą swoją zachłannością, zanim zrobię to za ciebie.
    Przysunął biodra bliżej, tak, by nie zostawić już miejsca na domysły. Dawał jej wybór, pozorny. Bo i tak oboje wiedzieli, że decyzja już zapadła.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  23. Zobaczył moment, w którym się poddała. Nie dlatego, że była słaba. Dlatego, że już nie chciała walczyć z tym, co między nimi buzowało od początku. Tym, co było większe niż wstyd, silniejsze niż rozsądek. Tym, co i tak zawsze doprowadzało ich tu, do tej granicy, za którą wszystko stawało się surowe, nieprzyzwoicie szczere i intensywnie prawdziwe. Jej dłoń dotknęła jego skóry, usta zaraz potem. Czuł ciepło, miękkość, oddanie i to napięcie, które przeszło przez jego własne ciało jak fala. I choć jeszcze przed chwilą był cierpliwy, kontrolujący… teraz coś w nim drgnęło. Ręce zacisnęły się w jej włosach mocniej, głębiej, aż jęknęła przy jego skórze, a może to był on? Trudno było już oddzielić dźwięki, które z niej wychodziły, od tych, które ledwo trzymał w sobie.
    — Kurwa… — warknął półgłosem, przymykając oczy. — Cholernie lubię, kiedy masz mnie w ustach…
    Nie był to komplement. Nie był to gest czułości. To było wyznanie. Surowe, prawdziwe. Wypowiedziane takim tonem, jakby nie mógł już dłużej tego trzymać w sobie. Jakby sam siebie zaskoczył, że powiedział to na głos. Patrzył na nią z góry z tą mieszaniną mroku, pożądania i czegoś znacznie głębszego. Czegoś, co przekraczało fizyczność. — Jesteś w tym idealna.
    Tym razem nie było już delikatności. Nie tej, którą znała. Nie tej, do której ją przyzwyczaił, tej kontrolowanej czułości, której zawsze pilnował, nawet kiedy rozkładała się przed nim naga, błagalna, drżąca. Teraz… pozwolił sobie na więcej. Ręka, którą wcześniej jedynie trzymał w jej włosach, zacisnęła się mocniej, prowadząc ją rytmem, który nie pytał już o zgodę. Był pewniejszy. Instynktowny. Ruchy Sophii były jego, kontrolowane przez siłę jego bioder i uchwyt, który był na granicy szorstkości, ale właśnie tej granicy, której ona chciała.
    — Tak… — wymruczał przez zaciśnięte zęby, czując, jak oddaje mu wszystko. — Właśnie tak…
    Dłoń w jej włosach zacisnęła się mocniej, nie tylko dla przyjemności. To był gest instynktu. Kontroli. Zaborczości. Pociągnął ją, a jego biodra odpowiedziały ruchem, który nie zostawiał miejsca na wątpliwości. Prowadził ją, chwilami szorstko, chwilami na granicy, której wcześniej nie dotykał. A ona… nie protestowała. Oddychała przy jego skórze, poruszała się w tym rytmie, drżąc pod każdym jego napięciem.
    Jęknęła, gdy pociągnął jej głowę do tyłu. Nie gwałtownie, ale wystarczająco, by zaznaczyć granicę, jaką właśnie przekraczali. Wystarczająco, by jej kark wygiął się pięknie, a usta rozchyliły się w niemym westchnieniu. Oddychała ciężko, mokre wargi błyszczały, oczy zachodziły mgłą, ale nie protestowała. Nawet nie jęknęła z zawodu. Przeciwnie, w tym spojrzeniu było czyste podporządkowanie i coś jeszcze… coś dzikiego. Pocałował jś najpierw a potem dwrócił jednym ruchem. Mocnym, niecierpliwym. Pchnął tak, że dłonie Sophi opadły na materac, a jej biodra wypięły się w jego stronę. Pierwszy klaps był mocniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Głośny, piekący, zostawiający po sobie ciepło, które szło głębiej niż skóra. Zadrżała. Westchnęła głośno, nieprzyzwoicie. Drugi był jeszcze mocniejszy. A potem jego dłonie chwyciły ją za biodra i przyciągnęły do niego, tak że nie było już dystansu. Nic pomiędzy. Tylko ich ciała. Nie mówił, ale jego ciało mówiło za niego. Mocnymi, zdecydowanymi ruchami.
    Przyciągnął ją potem do siebie, aż jej plecy dotknęły jego torsu, a jego dłoń zacisnęła się mocno na piersi, twardo, zaborczo, jakby zaznaczał, że to miejsce należy do niego.
    Wygięła się w łuk, biodra drgnęły, głowa opadła w tył, a z jej ust wyrwał się krzyk, głośniejszy niż kiedykolwiek. Bezwstydny.

    OdpowiedzUsuń
  24. Błagalny. Przepełniony ekstazą, która wyrwała się poza kontrolę. Z jego gardła wyrwał się pomruk, niski, zadowolony, instynktowny. Jej ekstaza była dzika, głośna, całkowita.
    — Chcesz więcej… — wysyczał jej do ucha, łapiąc ją za gardło, nie dusząc, tylko trzymając, stanowczo, dominująco. Gdy skinęła głową, jęknął w odpowiedzi. Trzymał ją blisko, czasem przyciskając jej plecy do materaca, czasem podciągając ją tak, że była przyklejona do jego torsu, że czuła jego gorący oddech na karku. Czasami dłoń zaciskała się na jej piersi, mocno, bezlitośnie. Innym razem oplatała jej gardło, tak, by czuła, jak głęboko ją wypełnia. Jak bardzo ją kontroluje. Zsunął dłoń po jej brzuchu, aż dotarł niżej, a potem złapał jej nadgarstek i poprowadził jej dłoń tam, gdzie była wcześniej. — Zrób to znowu — wyszeptał przy jej uchu, głosem niskim, chrapliwym, z tym mrokiem, którego już nie ukrywał. Jej palce zadrżały, gdy zrozumiała, o co mu chodzi, ale nie protestowała, przeciwnie. Znów zaczęła się dotykać, teraz między ich wspólnymi ruchami. Nie przestawał. Nie pozwalał jej opaść. Trzymał ją mocniej, szybciej, głębiej. Jakby chciał, by zapamiętała to wszystko w każdej cząstce siebie. Bo to nie był Carter, który kochał. To był Zaire, który brał i nie zamierzał przestać.
    — Jesteś piękna, kiedy przestajesz się zastanawiać i po prostu jesteś dla mnie. — wyszeptał jej w ucho, niskim, ochrypłym głosem.
    Zadrżała, jakby właśnie tamten gest był ostatnim kluczem. Jej ciało znów wygięło się w łuk, głośniej niż kiedykolwiek, a jej jęk rozlał się po pomieszczeniu czysto, bezwstydnie, przepełniony ekstazą, której nie powstrzymała. A on… On się uśmiechnął. Ten mrok w jego oczach na moment przysłoniło coś, co przypominało dumę. Surową, męską satysfakcję. Ale dla niego… to wciąż nie był koniec. Pozwolił jej tylko na kilka oddechów. Przylgnął do jej pleców, przyciągnął i pocałował ją, łapczywie, głęboko, brutalnie pięknie. Ich oddechy mieszały się, smakowali siebie nawzajem. A potem, jakby nic się nie skończyło, tylko zaczęło od nowa, pchnął ją z powrotem na kolana. Prowadząc ją, wrócił do tej samej pozycji, od której wszystko się zaczęło. Jakby chciał, żeby posmakowała siebie i jego. Siebie z niego. Jakby chciał zamknąć ten krąg, dokładnie tam, gdzie się otworzył. Sam objął się u nasady, wciąż twardy, pulsujący, gotowy na finałową eksplozję, którą czuł już tuż pod skórą.
    — Chcę, żebyś to dokończyła. Tak jak zaczęłaś — powiedział nisko, ochryple. Nie błagał. Tylko rozkazał. I wiedział, że nie odmówi. Patrzył na nią z góry. Cierpliwość już dawno się wypaliła. To miała być eksplozja. I wiedział, że ona ją wywoła.

    Zaire?

    OdpowiedzUsuń
  25. Otworzyła usta. Bez zawahania. Może trochę z niedowierzaniem, może z drżeniem, które znał aż za dobrze. Ale zrobiła to. Dla niego. Tak jak chciał. Jak sobie wymarzył w tamtych chwilach, kiedy był jeszcze Carterem, delikatnym, prowadzącym ją z ostrożnością, ostrożniejszą niż ktokolwiek wcześniej. Ale to nie był tamten mężczyzna. Nie teraz. I nie miał w sobie już nic z łagodności. Wsunął się między jej wargi, nadal obejmując się przy nasadzie, palcami zaciśniętymi z siłą, która miała opóźnić nieuniknione. Ale kiedy poczuł jej ciepło, jej język, jej oddech, zadrżał. Głęboko. Całym ciałem. Jakby sam akt przyjęcia go był czymś więcej niż seksem. Jakby oddawała mu ostatnią część siebie. Albo raczej: przyjmowała jego, takim, jakim był naprawdę. Zacisnął palce w jej włosach znowu. Nie, by ją skrzywdzić tylko by trzymać, żeby nie mogła odwrócić wzroku, żeby czuła, jak bardzo się w niej zatraca. Poruszała się powoli, ale z tą siłą, która nie pozostawiała przestrzeni na domysły. Był gotów. I nie zamierzał się już powstrzymywać.
    — Sophia… — wysyczał przez zęby, patrząc w dół na nią, jakby nie wierzył, że to naprawdę się dzieje. Że to ona klęczy przed nim, że to ona kończy to wszystko. Że zrobiła to nie dlatego, że musiała, ale dlatego, że chciała. Każdy mięsień w jego ciele był napięty. Skóra wilgotna. Spojrzenie wciąż na niej. Jej usta. Jej oddech. Jej dźwięki. Wszystko. I wtedy już nie wytrzymał. Przekroczył granicę. Sapnął głęboko, nisko, z gardła, z tej samej głębi, z której brał ją wcześniej. Palce mocniej zacisnęły się w jej włosach, biodra naprężyły. Jego głos zmieszał się z oddechem, który przerwał rytm. I wtedy…
    — Sophia… cholera… — wyrwało się z niego, pół jękiem. Finał był eksplozją, gwałtowną i całkowicie niekontrolowaną. Pulsującą. Surową. Jej imię na jego ustach, dłonie wciąż na niej, jakby nie chciał jej wypuścić nawet wtedy, gdy wszystko w nim drżało i opadało. Oddychał ciężko, klatka piersiowa unosiła się gwałtownie. I przez chwilę nie zrobił nic poza patrzeniem. Na nią. Na to, jak klęczy. Na to, jak znów go rozbroiła.
    Potrzebował chwili. Nie sekundy, chwili. Dłuższej, głębokiej, ciężkiej oddechem i drżeniem mięśni, które nie chciały jeszcze odpuścić. Wciąż czuł jej smak na ustach, jej oddech przy skórze, ciepło jej ciała odbite w jego dłoniach. Ale rozum… Rozum wracał powoli. Jakby musiał znów odnaleźć drogę do ciała, które przez kilka minut działało wyłącznie instynktem. Siłą. Pragnieniem, którego nie kontrolował. Zatracił się w niej. Całkowicie.
    Bez kalkulacji, bez kontroli, bez tej dobrze znanej, chłodnej uważności, którą zwykle trzymał między sobą a światem. Była tylko ona. Jej usta. Jej głos. Jej ciało. I to, jak go brała. Jak się mu oddała, ale też jak go prowadziła, nawet wtedy, kiedy to on wydawał polecenia. Teraz trwali pośrodku ciszy. Zaledwie kilka centymetrów od siebie, a jakby po burzy. Palce drżały. Żuchwa napięta. Serce waliło. Jeszcze nie był gotów, żeby coś powiedzieć. Jeszcze nie potrafił. Czuł tylko, jak całe napięcie wypływa z niego falami. Z każdym uderzeniem serca, które powoli zwalniało. Z każdym oddechem, który znów przypominał, że jest tu, z nią. Że to się naprawdę wydarzyło. Jego zmysły były spóźnione i rozedrgane, wracały na swoje miejsca. Dopiero teraz widział roztrzęsioną pościel, którą zepchnęli na połowę łóżka. Bielizna Sophii leżała gdzieś na podłodze, obok jego spodni. Nawet muzyka, która leciała w tle, była jakimś przypadkowym echem, za głośna, zbyt namiętna. Nie pasowała już do ciszy, która między nimi zapadła. I do tej gęstości, która zostawała jeszcze w jego klatce piersiowej.

    OdpowiedzUsuń
  26. Poczuł, jak powietrze jest cięższe. Jak pachnie nią. I sobą. I tym, co właśnie zrobili. Dopiero teraz zorientował się, jak napięte miał ramiona. Jak dłoń wciąż tkwiła w jej włosach, jakby nie potrafił jej puścić. Rozluźnił uścisk powoli, niepewnie, jakby nie był pewien, czy już może. Zadrżał. Wciąż nagi, wciąż rozpalony, ale już nie tym ogniem co chwilę wcześniej. Teraz to było coś innego. Cień zawstydzenia? Nie. Świadomość. Zobaczył ją, całą. Jej plecy, rozsypane włosy, to, jak wciąż klęczała, oparta o materac, oddychając nierówno. I to, że nie spojrzała jeszcze w jego stronę. Jakby ona też potrzebowała chwili. A może bała się, co zobaczy w jego oczach, kiedy już spojrzy. On sam jeszcze nie był pewien, co tam się kryje. Bo przez ostatnie minuty nie był sobą. Nie tym, którego znała. I teraz nie wiedział, czy właśnie ją przyciągnął… Czy odepchnął.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  27. Carter spojrzał na nią dopiero, gdy się poruszyła. Gdy uniosła głowę i znów była Sophiią, a nie tylko kobietą, która przed chwilą oddała mu wszystko. Nie tylko ciałem, ale tą dziką, odważną częścią siebie, którą tak rzadko dopuszczała do głosu. I kiedy to jedno, absurdalnie zwyczajne słowo padło z jej ust przez moment nie był pewien, czy dobrze je usłyszał. Zamiast odpowiedzi… zaśmiał się. Krótko. Cicho. Ale było w tym coś czystego. Czegoś, co łamało napięcie. Coś, co ją rozbroiło. Nie szydził. Nie drwił. Po prostu nie spodziewał się, że właśnie to będzie pierwsze słowo po wszystkim, co się między nimi wydarzyło. Potarł dłonią po twarzy, jakby próbując wrócić do siebie. Przetarł kark, odchylił głowę, westchnął i dopiero wtedy spojrzał na nią uważniej. Już nie tym spojrzeniem Zaire’a, który trzymał ją w dłoni jak ogień. Patrzył jak Carter. Jak mężczyzna, który właśnie znalazł się tu, z nią, po czymś, co nie miało żadnego scenariusza. Po czymś, co nie powinno się wydarzyć w ten sposób, a jednak wydarzyło się dokładnie tak, jak miało. Ujął jej dłoń, gdy jego palce poczuły jej ruch. Odpowiedział na to splecenie, naturalnie. Nie musiał na to patrzeć. Znał jej dotyk. Przeniósł wzrok na nią, rozczochraną, zarumienioną, nadal z jego smakiem na ustach. I przez chwilę nie mówił nic. Potem, cicho, z uśmiechem kącikiem ust.
    — Cześć. — Uniósł jej dłoń do ust i pocałował ją, tylko opuszkami warg, jakby to był jedyny sposób, na jaki teraz potrafił być delikatny. I może właśnie był. Jej reakcja powiedziała mu jedno. Nie odepchnął jej. Nie odsunęła się po wszystkim, choć mógłby przysiąc, że dał jej dziesiątki powodów, by to zrobiła. Nie wstała, nie odwróciła wzroku, nie zakryła ciała ani siebie samej. Nie uciekła przed tym, kim właśnie przy nim była, naga, rozgrzana, roztrzęsiona, wciąż lekko drżąca, ale obecna. Została. I to wystarczyło. A kiedy podniosła głowę i spojrzała na niego z tym cieniem ulgi i figlarności w oczach, które wciąż nie do końca opadły, Carter poczuł, jak coś w nim mięknie. To jedno spojrzenie. Ten prosty, delikatny uśmiech. I jej dłoń, która sięgnęła po jego, powoli, ale pewnie. Jakby chciała go upewnić, że naprawdę jest tutaj. Że to, co się wydarzyło, nie przesunęło ich granicy w stronę końca, tylko… w głąb. Cisza między nimi już nie była ciężka.
    Była ciepła. Uspokajająca. Prawdziwa. W tej jednej chwili Carter zrozumiał, że choć pokazał jej więcej siebie niż kiedykolwiek… To właśnie za to została. I może pierwszy raz od bardzo dawna…
    nie musiał się za to karać. Nachylił się bliżej, aż poczuł jej oddech na własnej skórze, ciepły i nierówny, wciąż jeszcze niosący echo tego, co się między nimi wydarzyło. Zatrzymał się tuż przy niej, czoło do czoła, palce wciąż splecione, oddechy zsynchronizowane. A potem, delikatnie, z czułością, która była tak wyraźnym kontrastem do surowości wcześniejszych chwil… pocałował ją w czoło. Bez pośpiechu. Bez żadnej gry. Po prostu z wdzięcznością. Z ulgą. Został tak przez chwilę, wciąż blisko, z zamkniętymi oczami. Jakby sam potrzebował tego dotyku bardziej, niż był gotów przyznać.
    Przesunął dłonią po jej policzku, po wilgotnej skroni, delikatniej niż przez cały ten czas. Ostatni raz przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. I że wcale nie miał ochoty tego żałować.
    — Jesteś moim końcem, Soph — powiedział cicho. — I cholernym początkiem wszystkiego.
    I wtedy przyciągnął ją do siebie. Całą. Bez słów. Po prostu zamknął ją w ramionach, jakby po tym wszystkim właśnie tam miała być u niego.
    Bo bez względu na to, jak to się zaczęło… Zawsze kończyło się tak samo. Z nią. W jego ramionach. Z jego sercem bijącym tylko dla niej.

    OdpowiedzUsuń
  28. Potem dał jej chwilę. Nie zapytał, czy jej potrzeba, po prostu to wiedział. Nie odsunął się, ale też nie zatrzymał jej, gdy podniosła się powoli z łóżka i skierowała do łazienki. Ich palce rozplotły się leniwie, jakby nawet ich dłonie były zmęczone tym, co przeszli. Zniknęła za drzwiami, a on jeszcze przez moment siedział na krawędzi łóżka, czując pod skórą ostatnie drgania napięcia. W uszach wciąż miał dźwięki jej oddechu, ciała, słów. Carter wstał dopiero po chwili, cicho, niemal bezszelestnie. Skorzystał z drugiej łazienki, nie zostawiając po sobie żadnego chaosu, tylko szybki prysznic, zimniejszy niż zwykle, i kilka krótkich spojrzeń w lustro, jakby chciał sprawdzić, czy wciąż jest sobą. Nie był pewien. Nie do końca. Myśli miał w rozsypce. Wszystko się w nim kotłowało. Obrazy. Dźwięki. Dotyk. Jej spojrzenie, kiedy wypowiedziała jego imię. Ułożył to tylko na tyle, żeby nie oszaleć. Resztę musiał zostawić na później. Był szybszy. Nie potrzebował aż tyle czasu, choć może właśnie powinien. Ale ciało miało swoje granice, a jego już dawno zostały przekroczone. Wrócił do sypialni. Nie poprawiał pościeli. Nie zbierał ubrań z podłogi. Nie włączał świateł. Opadł na łóżko twarzą do materaca, z czołem wtulonym w poduszkę, która jeszcze pachniała nią. Wsunął ręce pod nią, jakby szukał tam czegoś więcej niż tylko chłodu. Jakby próbował schować w tym geście wszystko, czego nie potrafił powiedzieć. Zamknął powieki. Nie zasnął. Ale przez chwilę był tylko ciszą. Ciszą i zmęczeniem. Tak głębokim, że czuł je w kościach. Nie fizycznym. Nie tylko. To było to wykończenie, które przychodzi, kiedy człowiek pozwala sobie naprawdę puścić wszystko. I na chwilę, odetchnąć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  29. Usłyszał ją, zanim jeszcze wróciła do pokoju cichy, usypiający wręcz szum suszarki, później dźwięk kroków, które znał już za dobrze. Wanilia i karmel dotarły do niego szybciej niż jej głos.
    Nie podnosił głowy, nie musiał. Kiedy Gigi zaczęła cicho piszczeć pod drzwiami, jego oczy się otworzyły. I wtedy zobaczył ją znowu. W jego koszulce. Z mokrymi, puszystymi włosami i tą świeżością, która była jak łagodna fala po burzy. Zamrugał wolno, trochę zmęczony, ale świadomy. I kiedy powiedziała, że wpuści psa, skinął lekko głową, nawet się nie poruszając. Kiedy Sophia wróciła i wsunęła się na łóżko, poczuł, jak materac się ugina, jak znów jest przy nim. Podniosła poduszkę z podłogi, naciągnęła na siebie kołdrę. Mały ruch, a w jego głowie, dziwnie znaczący. Tak, jakby układali na nowo ten wspólny porządek. Był już półprzytomny, gdy poczuł jej ruch. Zbliżyła się. Ciepło jej ciała znów przy jego. Czuł to bez otwierania oczu. A potem usłyszał jej głos. Miękki. Rozbawiony. I jednocześnie nieco ostrożny. Otworzył oczy powoli i spojrzał na nią spod rzęs. Była blisko, z tym uśmiechem, który łagodził każde pytanie. I z tą odwagą, którą tak cholernie w niej cenił. Uśmiechnął się półgębkiem. Nie odpowiedział od razu. Przetarł twarz dłonią, jakby chciał się dobudzić, wrócić do pełni siebie. Jeszcze nie był gotów na rozmowę o wszystkim, ale… skoro już go widziała takim, to może część murów mogła w końcu opaść.
    Przekręcił się w jej stronę. Powoli, bez pośpiechu, jakby każda część jego ciała musiała się dostosować do tej decyzji. Zamknął znów oczy na moment. Wziął oddech. Długi, spokojny. Jej obecność działała na niego jak balsam, miękka, pewna, niewymuszona. Nie pytał o to ale teraz, kiedy to powiedziała, zdał sobie sprawę, że czekał. Na potwierdzenie. Na zapewnienie, że nie przesadził. Że nie przekroczył czegoś, czego nie da się cofnąć. — Wiem. — powiedział cicho. — Widziałem. Pochylił się lekko i przysunął bliżej, podpierając głowę o własne ramię, tak by być naprzeciwko niej. — Ale i tak dobrze, że mi to mówisz — dodał miękko. — Bo ja też. I… Ale miałem w głowie tysiąc wersji tego, co możesz poczuć, kiedy wrócisz z łazienki.
    W jego spojrzeniu nie było już nic z tamtej surowości. Była czułość. Zmęczona, cicha, ale głęboka. Sięgnął do niej dłonią, ciepłą, powolną, wsuwając ją pod kołdrę i kładąc na jej biodrze. Nie w geście pożądania. Tylko bliskości. Zamyślił się na moment, wciąż patrząc na nią. W jego oczach było coś nowego. Uważność. Jakby dopiero teraz naprawdę słuchał, nie tylko ciałem, ale i sobą. Przysunął się bliżej. Nosem musnął jej policzek, potem linię szczęki. Był czuły, zupełnie inny niż chwilę wcześniej. Ale ten sam. Zawsze ten sam.
    — I wiesz… jeśli jutro nie będziesz mogła chodzić… — mruknął przy jej uchu z lekkim, prowokującym rozbawieniem — …to uznam to za absolutny komplement.
    Pozwolił sobie na ten żart, ale potem znów był cicho. Tylko z nią. Dłoń wciąż na jej talii. Oddech coraz spokojniejszy. Był tak blisko, że czuł zapach jej skóry. Wanilię. Karmel. Zadrżał lekko, jakby ciało powoli wyciszało się jeszcze po napięciu.
    — Jeśli zaraz nie zasnę, będziesz miała milion pytań, prawda? — mruknął cicho. Kącik jego ust uniósł się leniwie. Nie ironicznie. Z uczuciem. Bo znał ją. Leżał tak blisko, że wystarczyłby jeden głębszy oddech, by ich ciała znów się zetknęły. Ale nie ruszał się. Nie dlatego, że nie chciał, po prostu nie chciał zepsuć tej chwili.
    Była w niej jakaś świętość. Jakby to wszystko, co wcześniej było szorstkie, dzikie i rozpalone, teraz mogło wreszcie opaść, ustępując miejsca czemuś… prawdziwszemu.

    OdpowiedzUsuń
  30. Poczuł, jak jej oddech wyrównuje się przy jego skórze. Jak wciąż nie odsunęła się nawet o milimetr. Jak trwali on i ona, po wszystkim, a może dopiero przed czymś.
    — Kocham cię.
    Nie patrzył na nią w tej sekundzie. Mówił do przestrzeni między nimi, do jej skóry, do własnych lęków, które przez miesiące trzymał zamknięte w klatce.
    — Jesteś moją ciszą po burzy, Soph. I moim chaosem. I wszystkim pomiędzy.
    Dopiero potem jego spojrzenie odnalazło jej twarz. Ciche, ciemne, miękkie. Poważne, ale spokojne. Jego dłoń przesunęła się na jej policzek. Kciukiem pogładził skórę pod jej okiem, uważnie, delikatnie, jakby próbował ją zapamiętać jeszcze mocniej.
    — Wiesz… — głos miał inny. Niższy. Pewniejszy. Mniej miękki. — Kiedyś myślałem, że jestem zbyt pojebany, żeby to z tobą działało. Że nie ma w tobie miejsca na kogoś takiego jak ja.
    Przechylił głowę, powoli,jakby chciał wyciągnąć z niej każdy detal. Ten moment był zbyt dobry, żeby go przerywać.
    — Tylko że ty… — wziął głębszy wdech, jakby to miało go ochłodzić. Nic z tego. — Ty jesteś cholernym wyjątkiem.
    Głos miał niski, lekko zmatowiały. Wypowiedziane przez niego słowa nie były przygotowane. Nie były wyczekane. Po prostu przyszły. Z miejsca, którego już nie mógł dłużej ukrywać. Nie było w nim już lęku, że mówi za dużo. Nie było potrzeby, by się wycofać. Ona tu była. W jego łóżku. W jego życiu. I wiedział, że jeśli ma istnieć coś prawdziwego to z nią. Tylko z nią.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  31. Uśmiechnął się, kiedy zapytała dlaczego i nie od razu odpowiedział. Bo odpowiedź była nie tyle skomplikowana, co zbyt osobista, zbyt głęboka, by rzucać nią od razu. Ale słuchał jej uważnie. Wzrokiem. Oddechem. Dłońmi, które nie chciały już się od niej odsuwać. Czuł jej dłoń na ramieniu, ciepłą, łagodną, przesuwającą się leniwie po skórze i pomyślał, że jeśli miałby kiedyś umrzeć spokojnie, to właśnie w takiej chwili. Otworzył oczy dopiero, kiedy mówiła dalej. Kiedy powiedziała, że chciała przerwać, ale spojrzała na niego. I wtedy wszystko zniknęło.
    — Trochę dziwnie — powtórzył, z uśmiechem, który tylko na moment zamienił się w czymś miękkim. — Czasem to całkiem dobre słowo na początek.
    Uśmiechnął się, słysząc jej śmiech i to, jak mówi o śniadaniu w łóżku. Ciepło jej głosu, jej dłoń na jego ramieniu, ten zapach, który teraz kojarzył mu się tylko z nią, wszystko to tworzyło poczucie, jakby sypialnia była innym światem. Ich światem.
    — Tak, tak. Jasne. — zaśmiał się cicho. — Nawet nie próbuj udawać, że nie planowałaś zrzucić śniadania na mnie od samego początku.
    Parsknął cicho śmiechem, ten niski, zduszony śmiech, który zdarzał mu się rzadko, ale był całkowicie szczery. Jego ręka przesunęła się z biodra na jej plecy, przyciągając ją bliżej do siebie.
    — Masz moją zgodę na leżenie cały dzień — mruknął. — Nawet rozkaz. Śniadanie też będzie. I masaż, jeśli trzeba.
    Jej śmiech rozbroił go jeszcze bardziej. Zerknął na nią z ukosa, oczy błysnęły.
    — „Tworzenie małego człowieka” brzmi jak jakiś kosmiczny projekt — powiedział cicho, przysuwając się bliżej i zsuwając rękę z jej biodra na brzuch. Położył dłoń spokojnie. Ciepło. Prawie z namaszczeniem. — Jakby dopiero wtedy docierało do mnie, że to się dzieje.
    Zamilkł na chwilę, jego kciuk przesunął się leniwie po materiale koszulki.
    — Mały człowiek. Ty. Ja. Jak to się w ogóle wydarzyło? — Uśmiechnął się, lekko, ale był to jeden z tych uśmiechów, w których kryło się wszystko. I wszystko było prawdziwe. Pochylił się lekko, na tyle, by oprzeć czoło o jej. By poczuć jej oddech na ustach, kiedy mówiła, że myślała, że po trzech miesiącach zniknie. Uśmiechnął się bo to było dokładnie to samo, co myślał. Z tą różnicą, że on planował zniknąć.
    — Taki był plan… — Jego palce delikatnie przesunęły się po jej boku, zatrzymując się na jej talii. Czuł, jak przesuwa palcami po jego skórze, miękko, znajomo. Tak, jakby już wiedziała, że może. Że ma do tego prawo. A kiedy zapytała… dlaczego nie mówił wcześniej, zrozumiał, że nie rozmawiają już tylko o tym, co się wydarzyło dziś. Rozmawiali o nich. O tym, co ukrywał od początku. Westchnął, cicho, ciężko.
    — Bo to… do Ciebie nie pasowało — powiedział cicho. — Myślałem, że nie masz na to miejsca. Ale nie tylko w sobie. W swoim życiu. W swoim świecie. — Odwrócił lekko głowę, żeby na nią spojrzeć. — Nie chciałem w tobie czegoś zmieniać. Wolałem, żebyś miała swoje bezpieczne granice. Żebyś nie musiała się domyślać, co za nimi. — Zawiesił głos. Nie odwracał spojrzenia. — A może to ja nie chciałem, żebyś musiała robić na to miejsce.
    Bo wiedziałem, że jeśli ci powiem, jeśli pokażę ci wszystko… to coś się w tobie zmieni. Nie w złym sensie. Po prostu… wiedziałem, że nie da się tego cofnąć. — Zamilkł. Przełknął cicho ślinę. I choć był przy niej blisko, niemal przyklejony, poczuł się nagle, przez moment, odsłonięty do kości.
    Może Sophia naprawdę była taka dobra i czysta.
    A może… po prostu zbudował sobie w głowie jej obraz i się go kurczowo trzymał, jak trzyma się czegoś, co daje poczucie bezpieczeństwa. Taki obraz, w którym była delikatna, krucha, zbyt wrażliwa Taki, w którym pewne rzeczy były jej obce, jakby jej świat miał granice, których nie należało przekraczać.

    OdpowiedzUsuń
  32. A on, choć sam dawno żył poza tymi granicami, nie chciał jej przez nie przeciągać. A jednak dziś… zobaczył coś, czego się nie spodziewał. To, co z nią robił, to, co mu dała, to był tylko cień. Ułamek tego, co w nim naprawdę siedziało. Mały procent tego, do czego był zdolny, gdy naprawdę przestawał się kontrolować. A mimo to… chciał więcej. Gdy patrzył, jak reaguje, jak się poddaje, jak oddaje się jemu całkowicie, miał w sobie wilczy głód, którego nie potrafił wyciszyć. Chciał jeszcze. I wiedział, że mógłby. Że jeśli by pozwoliła, przekroczyłby każdą granicę. Równocześnie była w nim część, która patrzyła na nią z czułością i myślała: nie zabieraj jej tego. Nie odbieraj jej niewinności, jeśli jeszcze coś z niej zostało. To był jedyny konflikt, którego nie umiał rozwiązać. Bo chciał ją całą. I jednocześnie… chciał, żeby jakaś część niej zawsze pozostała czysta. I może właśnie dlatego dziś, tej nocy, oddał jej więcej, niż kiedykolwiek wcześniej.
    Ale wciąż… nie wszystko.
    — Wpuścić cię do swojej głowy… — powtórzył, jakby sam się nad tym zastanawiał. — Tylko nie zgub się tam. Jest tam trochę bałaganu. —
    Pochylił się i pocałował ją lekko w ramię.
    — W mojej głowie zawsze byłaś taka… delikatna — zaczął cicho, po dłuższej chwili milczenia. Mówił spokojnie, miękko, jakby sam sprawdzał, czy to w porządku, że pozwala tym słowom wyjść. — Nie w złym sensie. Po prostu… — przesunął dłonią po jej plecach, zatrzymując ją w miejscu, gdzie skóra była najcieńsza — …myślałem, że jeśli pokażę ci za dużo, to się w tym pogubisz. Albo poczujesz się źle. Albo będziesz udawać, że jest ok, a ja tego nie odczytam i się nie cofnę. Albo, że będziesz chciała sprawdzić jak daleko się posunę, żeby mnie potem z tego rozliczyć. — Zamilkł na moment. Palce przesunęły się po jej plecach wyżej, do karku, potem znów niżej. — Nie wiem. Może tak łatwiej mi było wytłumaczyć sobie, że nie mogę ci wszystkiego pokazać. — Westchnął i przeciągnął dłonią po jej ramieniu. Zamilkł na moment, czując, jak jej oddech wciąż jest spokojny. Więc kontynuował.
    — A z drugiej strony… — uśmiechnął się ledwo zauważalnie, z pewnym rodzajem miękkości, której rzadko w sobie dopuszczał. — Tak cholernie lubiłem to, co mi dawałaś.
    Obrócił głowę i spojrzał na nią w półmroku, z tej bliskiej odległości, w której wszystko wydawało się bardziej realne. Prawdziwe.
    — Tę czułość, Soph. Nie taką udawaną, nie coś, co można odegrać. Tylko twoją. Tę, którą brałem dla siebie garściami i nawet się nie zorientowałem, kiedy zacząłem się od niej uzależniać. — Dotknął opuszkami palców jej policzka. — Może dlatego tak długo trzymałem cię na dystans. Bo nie chciałem stracić tej części ciebie. — Zamknął na chwilę oczy, jakby sam siebie chciał odciąć od własnego głosu. Nie mówił tylko o szaleństwie w łóżku. Mówił wszystkim. O klubie. O narkotykach. O potrzebie władzy, kontroli i dominacji, bycia lepszym, ale nie dla świata, tylko lepszym od wszyskich, ważniejszym, o potrzebie bycia numerem jeden. O tym wszystkim co wyciągał kiedyś dla siebie ze swoich nielegalnych interesów, z narkotyków, z otaczania się kobietami gotowymi zrobić dla niego wszystko, przesunąć każdą granicę, a on to przesuwanie granic testował, idąc dalej i dalej aż stracił z oczu miejsce z którego startował.
    — Dlatego… wtedy w klubie… tak źle na to zareagowałem. Tylko, że wtedy… nie robiłaś tego… dla siebie — Spojrzał na nią z czymś bardzo bliskim skruchy. Wtedy uważał, że sprowadza ją na złą drogę, że ją psuje, że ona się zmieni i przestanie mu dawać to czego tak bardzo od nie potrzebował.
    — Dziś… zrobiłaś rzeczy, które pewnie kiedyś uważałabyś za szalone. A może i nadal uważasz… — zawiesił głos. Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy, czując, jak serce bije mu mocniej, choć wszystko wokół było już ciche. — A teraz… nie wiem, czy bardziej chcę jeszcze więcej… czy po prostu zatrzymać tę wersję ciebie, która jest tu teraz. — Po tych słowach znów zamilkł. Ale w jego spojrzeniu, w dotyku, który wciąż pozostawał na jej skórze, było wszystko, czego może nie umiał jeszcze ubrać w słowa.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  33. Słuchał tego wszystkiego: o tym, jak próbowała go zrozumieć. Jak widziała, że trzyma ją na dystans. Że zawsze zostawiał jej dostęp tylko do brzegu. Nigdy do środka. Znał to. Wiedział. I po raz pierwszy nie próbował tego usprawiedliwiać.
    — Nie chodzi o to, że ci nice ufam — powiedział w końcu cicho, prawie szeptem. — Chyba nigdy o to nie chodziło.
    Jego dłoń spoczęła na jej udzie, lekko, bez napięcia. Po prostu była, tam, gdzie ona chciała być. Gdzie już dawno powinna być.
    — Bardziej… nie ufałem sobie. I chyba trochę chciałem, żebyś patrząc na mnie widziała tylko to, co jest dobre… ale na to już chyba i tak za późno.
    Sophia widziała o nim więcej, widziała jego aresztowanie, wiedziała co trzyma w klubie, w jakim środowisku się obraca. Przesunął palcem po jej skórze leniwie, jakby szukał punktu zaczepienia. Te półżarty o śniadaniu, o ganianiu go po jedzenie, o przypalaniu garnków, niby lekkie, ale dla niego cholernie cenne. Jej śmiech sprawił, że uśmiechnął się lekko. Teatralne westchnięcie na wspomnienie „demonstracji tworzenia małego człowieka” było dokładnie tym, co rozładowywało napięcie. Ale jeszcze ważniejsze było to, że mówiła. Że pytała. Że próbowała go rozgryźć, chociaż dobrze wiedziała, że nie wszystko jej ułatwi.
    — Jeśli chodzi o planowaną akcję ze śniadaniem, obiadem i kolacją… — jego palce wsunęły się znów pod jej koszulkę, ciepłe, powolne — …to szanuję tę strategię. Przemyślana. Skuteczna. I nawet nie mam zamiaru się buntować.
    Przesunął kciukiem po jej brzuchu. — Zostajesz w łóżku. Wszystkim zajmę się ja. Łącznie z naszymi wakacjami. — I znów ją pocałował. W skroń. Drobny gest. Ale pełen tego, czego do tej pory nie umiał pokazywać: spokoju. Gotowości. Obecności.
    — Trzymałem cię na dystans. Wiem o tym — przyznał. Przez chwilę leżał w ciszy, z twarzą tuż przy jej skroni, z dłonią wciąż splecioną z jej. Oddychał spokojnie. Równomiernie. A mimo to jego głos, kiedy się odezwał, zdradzał, że wcale nie przestał o tym myśleć.
    — Zaire… — mruknął cicho, jakby testował to imię na języku, choć przecież nosił je przez lata. — Wiesz, to była tarcza. Jak alter ego — zaśmiał się z tego. Kiedy mówił o tym na głos to brzmiało strasznie głupio. — Brzmię jak wariat, wiem… — wciąż się lekko z tego śmiał. — Powiedzmy, że to taka rola, grana na codzień, w prawdziwym życiu — dodał w ramach wyjaśnienia. — Bo kiedy wszystko zaczęło się walić, potrzebowałem czegoś… Kogoś... Kogoś, kto potrafi przetrwać wszystko, co mnie rozrywało od środka. — Spojrzał w sufit, jakby szukał słów na granicy wspomnień. Zacisnął lekko palce na jej dłoni, ale nie w nerwowym geście.
    — Carter był zbyt ludzki. A Zaire… on nie musiał się zatrzymywać. Nie musiał czuć winy. Po prostu robił to, co trzeba. I nie raz mnie uratował.
    Westchnął, ale nie odwrócił wzroku. Wręcz przeciwnie, mówił, patrząc jej prosto w oczy, jakby dopiero teraz był w stanie. Spojrzał na nią uważnie, spokojnie. Mówił teraz bez ciężaru, bez złości. Raczej z jakąś trudną do opisania łagodnością, bo wreszcie pozwalał tym słowom wybrzmieć.
    — Czasem się za nim chowałem. Bo łatwiej było być Zaire’em, królem życia, niż facetem, który spędza kolejny pusty wieczór w klubie. — Jego głos był niski, spokojny, ale niepozbawiony emocji.
    — I może czasem już sam nie wiedziałem, gdzie się kończę, a gdzie zaczyna on. Może nadal nie wiem. Ale to jedna osoba, Soph — powiedział cicho. — Nie ma granicy. Nie tak naprawdę. Chyba tylko… próbowałem to dla ciebie oddzielić. — Przesunął kciukiem po grzbiecie jej dłoni, którą wciąż trzymał splecioną z własną, potem spojrzał na nią uważnie, jakby pierwszy raz nie bał się, że powie za dużo.
    — Żebyś mogła wciąż patrzeć na mnie tak, jak teraz.
    Westchnął cicho, ale bez napięcia. Bardziej jak ktoś, kto wreszcie zrzucił z siebie ciężar, który nosił zbyt długo. Pochylił się i dotknął czołem jej czoła. Cicho, delikatnie, z oddechem na jej skórze.

    OdpowiedzUsuń
  34. Czasami to naprawdę przekraczało granice absurdu. Carter sam łapał się na tym, jak łatwo przychodziło mu oddzielanie siebie od tego, co robił, gdy był na haju. Jakby odpowiedzialność można było zrzucić na to inne imię. Zaire był przecież tym drugim. Tym, który się nie wahał, nie przepraszał, nie czuł. Tym, który robił to, czego Carter może nawet nie potrafiłby powiedzieć na głos. A kiedy już to się działo, kiedy przekraczał granice, ranił ludzi, mówił rzeczy, których potem nie potrafił cofnąć łatwiej było udawać, że to nie on.
    To nie ja. To Zaire.
    Jakby to miało cokolwiek zmienić. Jakby imię, które wziął z przypadku, mogło go naprawdę odseparować od winy. Z czasem zaczął w to wierzyć. Że są dwaj. Że jeden z nich chce bliskości, kocha, próbuje się ratować. A drugi… drugi to ten, który przetrwa za wszelką cenę. Nawet jeśli wszystko wokół spłonie. I może właśnie to było najgorsze. Nie tylko to, co robił. Ale że po wszystkim naprawdę przez chwilę wierzył, że skoro to zrobił Zaire, to Carter może nadal patrzeć sobie w twarz.
    Odetchnął, nie spuszczając z niej wzroku.
    Carter milczał przez moment, jakby próbował zebrać w sobie słowa, które nie brzmiałyby jak wyznanie zbyt duże, zbyt nagie. Jego spojrzenie zawisło na niej, uważne i miękkie, inne niż to, które nosił, gdy patrzył na nią tam, w klubie, w pracy, na scenie życia, gdzie każdy gest był kontrolowany.
    — Potrzebuję ciebie, Soph — powiedział cicho, ale pewnie. — Takiej, jaka jesteś. Z tym uporem, który potrafi mnie doprowadzić do szału. Z tą ciekawością, którą w sobie masz, kiedy wchodzisz tam, gdzie wszyscy inni by zawrócili. Tej, która mówi do mnie „kochanie”. I tej, która błaga o więcej.
    Uniósł dłoń i pogładził jej policzek. Zbliżył się nieco i przysunął czoło do jej czoła, zamykając na chwilę oczy, jakby chciał zapamiętać dokładnie tę chwilę.
    Jego dłoń przesunęła się po jej biodrze.
    — I może… może też potrzebuję, żebyś po prostu… weszła tam, gdzie nie umiem cię zaprosić.
    Nachylił się i pocałował ją w czoło, krótko, cicho. Z wdzięcznością.
    Jakby chciał jej podziękować za to, że nie uciekła. Że została. Że wciąż patrzyła na niego jak na Cartera. Nawet jeśli właśnie zobaczyła więcej niż ktokolwiek przed nią. Wiedział, że ją tym obciąża. Ale jeszcze mocniej wiedział, że jeśli jest na świecie ktoś, kto potrafi go udźwignąć, to właśnie trzyma ją teraz w ramionach.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  35. Zamrugał wolno, jakby próbował zebrać wszystkie jej słowa i zrozumieć, że one naprawdę były do niego. Nie w oskarżeniu. Nie z rozczarowaniem. Ale z miłością. Taką, która nie próbowała go zmieniać, tylko objąć, nawet jeśli jego krawędzie były ostre.
    Carter uśmiechnął się krótko, prawie z rozbawieniem, ale w jego oczach była tylko gorycz.
    — Na ulicy nikt nie używał prawdziwego imienia, każdy miał jakąś ksywę — powiedział cicho, jakby dopowiadał brakujący fragment układanki.
    Przeniósł wzrok na jej dłoń, która wciąż spoczywała na jego skórze, jakby samo to, że ją tam czuł, pomagało mu mówić dalej. — Wiesz, co znaczy „Zaire”? — zapytał cicho, nie odrywając się od niej. — Ma afrykańskie korzenie. Oznacza „rzekę połykającą rzeki”. Symbolizuje moc i wielkość. Rzeka, która wszystko w sobie chowa. Połyka inne rzeki, wciąga je w siebie. Silna, nie do zatrzymania. Może to była pierwsza wersja manifestacji — zaśmiał się cicho.
    Przeniósł spojrzenie na nią. — Tak się wtedy czułem. Jak coś, co może wchłonąć wszystko, gniew, ból, wstyd, ale nie oddać nic z powrotem.
    Dotknął opuszkami palców miejsca na jej piersi, gdzie biło jej serce.
    Przez chwilę zamilkł. Dłoń miał opartą o jej biodro, jakby to był punkt odniesienia — coś, co trzymało go w teraźniejszości. W niej. Carter przyglądał jej się z tą cichą, niemal przejmującą intensywnością, jakby chłonął każdy jej gest, każdą literę wypowiadanego słowa. Jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś naprawdę chce tego, czego przez tyle lat tak bardzo się bał dać.
    — Soph… — westchnął miękko, przysuwając się bliżej. — Twoje pytania mnie nie wkurzają. No… może czasem, jak trafią dokładnie tam, gdzie nie chcę jeszcze zaglądać — znów się zaśmiał. Carter westchnął cicho, jakby te słowa siedziały mu na krawędzi języka już od dawna, ale dopiero teraz pozwolił im wybrzmieć. — Wiesz, że nie jestem najlepszy we wpuszczaniu ludzi do swojego świata. — Przyznał to spokojnie, bez dramatyzmu. Jak fakt, z którym nauczył się żyć. — Czasem trzeba po prostu wejść. Czasem trzeba przypomnieć mi, kim jestem… Bo ja… potrafię milczeć tak długo, aż wszystko się wypali. Nawet kiedy tego nienawidzę. — Uśmiechnął się półgębkiem, z tym cieniem ironii, który czasem był jedyną obroną przed zbytnią szczerością. Ale teraz już się nie cofał.
    Carter przez chwilę tylko leżał, czując jej dotyk, spokojny, łagodny, ale z pytaniem, które zaczynało palić jak zapalony knot. Gdy jej palce zsunęły się niżej i zatrzymały na jednej bliźnie, przez moment się nie odzywał. A potem westchnął cicho, głęboko, jakby z płuc musiał wyrzucić nie tylko powietrze, ale wspomnienie.
    — Postrzał — powiedział z lekkim, niemal pobłażliwym uśmiechem, jakby sam się zastanawiał, jak to wtedy w ogóle było możliwe. — Szesnaście lat. Myślałem, że mogę wejść wszędzie i wyjść bez szwanku. Ulica miała inne plany. Znalazłem się w złym miejscu. Z niewłaściwymi ludźmi i… tyle wystarczyło.
    Uniósł brew, gdy dotknęła kolejnej blizny.
    — Drugi postrzał… to już była czysta głupota. Z mojej strony. Chciałem coś udowodnić. Komuś. Sobie. Zamiast się wycofać, wszedłem głębiej. — Jego głos nie drżał, był wręcz zaskakująco opanowany, ale spokój ten nie miał nic wspólnego z obojętnością. To był ten rodzaj tonacji, który mógł przyjąć tylko ktoś, kto nauczył się żyć z bólem, bo nie miał innego wyboru. — Ale przynajmniej trafił mnie lepiej niż pierwszy — rzucił półżartem, jakby chciał ją nieco odciążyć z ciężaru tych słów.
    Kiedy trafiła na bok, a jej palce musnęły szorstką, głębszą bliznę ukrytą pod tuszem, tylko wzruszył ramieniem.
    — Nóż. Bójka. Byłem młody, zły i nie miałem nic do stracenia. Ostatecznie… wyszedłem z tego w jednym kawałku. Większym niż ten drugi gość, jeśli to cię pocieszy.
    Nie było w nim dumy. Ani bólu. Raczej chłodna akceptacja tego, co było. I może odrobina dystansu, który z czasem sam sobie wypracował, żeby nie zwariować.

    OdpowiedzUsuń
  36. — Te… — przesunął lekko jej dłoń, jakby chciał ją delikatnie naprowadzić. — To akurat nie był gang, ani żadna ulica. To był mój ojciec. Genialna szkoła życia.
    Spojrzał jej w oczy. Bez uciekania. Bez cienia wstydu.
    Przekręcił głowę na bok i uniósł brew, jakby sam miał świadomość, jak absurdalnie to brzmi, ale jednocześnie jak bardzo to było prawdziwe.
    — „Chłopaki nie płaczą” — zacytował cicho, z ledwie zauważalną nutą kpiny w głosie. — Widzisz, zamiast opowiadać bajki na dobranoc, on sprawdzał, czy nie przypadkiem popłaczę. — Pokręcił głową, jakby sam z siebie się śmiał. — A ja… chciałem mu udowodnić, że dam radę. Więc siedziałem, zaciskałem zęby i nic nie mówiłem. Byłem zbyt dumny, żeby powiedzieć „nie”. — Spojrzał na nią z boku, rozbawiony. — A mogłem po prostu uciec przez okno. Naprawdę. Było otwarte. — Zawiesił wzrok gdzieś na jej ramieniu. Ciepło jej skóry, jej obecność, pozwalały mu mówić dalej. — Byłem dzieciakiem, który myślał, że męskość to zdolność do znoszenia bólu. Zamilkł na chwilę, ale uśmiech wrócił, łagodniejszy. Nie było w nim dumy. Ani bólu. Raczej chłodna akceptacja tego, co było. I może odrobina dystansu, który z czasem sam sobie wypracował, żeby nie zwariować. — Jeśli ktoś kiedyś powie naszemu dziecku, że chłopaki nie płaczą, to będę pierwszy, który zapłacze mu nad głową i powie, że to gówno prawda.
    Przeciągnął dłonią po swojej piersi, tuż nad tatuażem, pod którym kryła się jedna z tych blizn, niemal jakby chciał się upewnić, że to naprawdę już tylko ślad.
    — Mógłbym ci pokazać wszystkie — powtórzył ciszej. — Każda z nich to inna historia. Niektóre… trochę absurdalne. Jedna jest po tym, jak spadłem z dachu, bo chciałem zaimponować dziewczynie. Miałem czternaście lat i zero wyczucia.
    Spojrzał na nią z tym półuśmiechem, który rozjaśniał mu twarz, tak rzadko widywanym, a jednak autentycznym. — I teraz znowu chcę zaimponować dziewczynie. Tylko tym razem… mam nadzieję, że wystarczą ci już te, które przeżyłem. Nie muszę dodawać nowych. — Zerknął na nią i uśmiechnął się raz jeszcze, ciepło, ale z cieniem tej samej, starej ostrożności. Uśmiechał się, jakby to wszystko było tylko anegdotą. Jakby blizny po papierosach, wypalone przez własnego ojca, dało się zamknąć w ironicznej opowieści o „szkole życia”. Mówił lekko, z tym charakterystycznym dla siebie półuśmiechem, który z boku mógłby wyglądać jak nonszalancja. Ironia była jego tarczą. Chroniła go przed zbyt mocnym powrotem do wspomnień, których wcale nie chciał analizować. Dzięki niej mógł mówić o czymś, co bolało kiedyś do granic, bez rozpadu teraz. Nie dlatego, że to już nie miało znaczenia, ale dlatego, że znalazł sposób, by to unieść. I wyrzucić z siebie. W ten swój własny sposób, przez półuśmiech, przez żart rzucony mimochodem, Carter oczyszczał z siebie te fragmenty, których nikt wcześniej nie miał okazji dotknąć. Te, które latami trzymał głęboko, zanim przyszedł ktoś, kto nie pytał grzecznie, tylko wszedł. A Sophia… ona po prostu słuchała. I widziała. Widziała, że to nie był śmiech. To była ulga.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  37. Carter nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Słuchał. Czuł jej dotyk, ten miękki, uważny, który nie szukał niczego poza obecnością. I choć jej słowa miały w sobie delikatność, w jego klatce piersiowej coś zadrżało. Coś, co rzadko dopuszczał do głosu. Był przy niej spokojny. Nie spięty, nie na straży. A jednak wszystko w jego ciele zdradzało, że ten moment był dla niego czymś większym niż tylko czułą rozmową. Był czymś w rodzaju… oddechu. Głębokiego, ulgi pełnego wdechu, na który nie pozwalał sobie zbyt często.
    Uniósł kącik ust w lekkim uśmiechu, słysząc jej słowa o Zairze.
    — Wiesz… to zabawne. — mruknął cicho. — Przez długi czas myślałem, że to pancerz. Że tylko pod nim jestem bezpieczny. Ale teraz? Jak tak mówisz, to mam wrażenie, że on był mostem. Między tym, kim musiałem być… a kim chcę być naprawdę. — Spojrzał na nią, miękko, bez gardy. — Może właśnie ty jesteś tym, co mnie przez ten most przeprowadza.
    Przesunął dłonią po jej udzie, tym razem nie z intencją, a po prostu z czułością. Przez chwilę jego kciuk kreślił powolne, bezwiedne kółka na jej skórze.
    — Gdybyś mogła… objęłabyś mnie całego, prawda? — zapytał, ledwo słyszalnie, jakby sam nie wierzył, że to możliwe. — Widzę… — Roześmiał się wesoło, ale miękko. Nie musiała odpowiadać. Czuł to. Czuł w jej oddechu, w uważnym dotyku, w tym, jak przysuwała się do niego mimo wszystkiego, co usłyszała.
    — Kłopoty? — uśmiechnął się krzywo. — Nie tyle lubiłem, co po prostu były jedynym, co znałem. Jakby świat nie miał innej drogi, tylko taką z rozciętym łukiem brwiowym i dumą większą niż rozsądek.
    Nie mówił tego z goryczą. Była w nim akceptacja. Jak u kogoś, kto wreszcie przyjął własną historię, bez potrzeby jej usprawiedliwiania.
    — Ale teraz… — spojrzał na nią, dłoń przesunął na jej brzuch, spokojnie, z uważnością. — …teraz mam coś, dla czego warto z tych dróg zawracać. — Westchnął cicho, głęboko. — Nie chcę już więcej blizn. Ani na sobie, ani w tobie. — I wtedy zrobił to, czego Sophia mogła się spodziewać, przyciągnął ją bliżej. Nie gwałtownie, tylko z siłą, która mówiła jedno: tu jest twoje miejsce. Objął ją tak, jakby naprawdę próbował zamknąć w ramionach cały świat. Jej świat. I swój. — Gdybyś tylko wiedziała, ile mi dajesz. Nie tylko tym, że tu jesteś… ale… wszystkim…
    Carter przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Leżał z twarzą częściowo wtuloną w jej włosy, a jego dłoń wciąż spoczywała na jej biodrze. Kiedy ścisnęła usta, a jej wzrok spoczął na jednej z tych najtrudniejszych blizn, wiedział, co czuła. I choć nic nie powiedziała na głos, czuł jej gniew, cichy, czuły, lojalny. Taki, który nie domagał się zemsty, ale chciał oddać sprawiedliwość. Choćby przez to, że w końcu ktoś zobaczył.
    — Tak. Do Rio.
    Uśmiechnął się, ale tym razem było w tym więcej ciepła. Gdy mówił o Rio, w jego głosie pojawiał się inny ton. Współudział. Braterstwo. Jakby jedyną osobą, która wtedy wyciągnęła do niego rękę, był właśnie on.
    — Starego wsadzili, matka znalazła sobie nowego faceta i było jeszcze gorzej.
    Westchnął głęboko, jakby te wspomnienia leżały w nim jak kurz na półce, którą ktoś właśnie delikatnie przetarł palcem. — Ta bójka z nożem… — spojrzał na nią znacząco, tak, że z łatwością mogła się domyślić, kto ten nóż wyciągnął. — Był nawalony, sam zaczął, a ja… pierwszy raz się nie cofnąłem. Miałem dość. — dodał po chwili. — Matka była wściekła, jakbym się wtedy nie wyniosł, to pewnie sama by mnie pogoniła.
    Carter mówił to tak spokojnie, że Sophia mogłaby pomyśleć, że jest już na to wszystko obojętny. Opowiadał to jak fabule jakiegoś filmu. Jak cudzą historię, jakby wtedy wyszedł z siebie i tylko obserwował to co się działo. I może wtedy podzielił się na Cartera i na Zaire’a. Sam już nie wiedział.

    OdpowiedzUsuń
  38. Carter przez moment milczał. Oczy miał półprzymknięte, jakby zastanawiał się, czy chce w ogóle otwierać ten wątek. Ale skoro już pozwolił jej wejść tak głęboko, nie było sensu znów się zamykać.
    — Ojciec miał jeszcze jakieś dzieci — mruknął po chwili. — Różne kobiety, różne miasta. Kilka razy słyszałem, że mam siostrę tu, brata tam…
    Wzruszył ramieniem, jakby nie chciał temu nadać większego znaczenia niż naprawdę miało. — Nigdy nie byli częścią mojego życia. On sam traktował ich raczej jak… efekt uboczny.
    Zamilkł na chwilę, a potem na jego ustach pojawił się gorzki uśmiech, ten, który czasem nakładał jak maskę.
    — Jak się zrobiło o mnie głośno, czasami ktoś sobie przypomniał, że jesteśmy rodziną. Pisali, kontaktowali się przez ludzi, chcieli… nie wiem. Przepustkę? Kawałek czegoś dla siebie. — Zerknął na Sophię. — Odciąłem się. Po prostu… nie ma do czego wracać.
    Jego dłoń przesunęła się wolno wzdłuż jej talii, aż na brzuch, gdzie zatrzymała się łagodnie. — Dla mnie rodzina zaczęła się tu. Od ciebie — dodał ciszej, głosem, w którym nie było żadnego wahania. — Reszta to tylko nazwiska.
    Tylko się uśmiechnął, gdy powiedziała, że oj już jej imponuje. I ten jej uśmiech, choć ledwie widoczny, zasiał w nim jakąś ciszę, dobrą, ciepłą. Przesunął dłonią wzdłuż jej kręgosłupa.
    — Nie będzie żadnych więcej blizn, Soph. Obiecuję. — powiedział miękko, a jego głos był jakby pewniejszy niż zwykle. — Żadnych dachów. Żadnych noży.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  39. Carter słuchał w milczeniu, dłońmi nieprzerwanie obejmując Sophię jakby była jedynym bezpiecznym punktem w całym świecie. Mimo że jego twarz nie zdradzała zbyt wiele, wewnątrz wszystko pulsowało emocjami, tymi starymi, jak blizny, i nowymi, które dopiero w niej znalazły swoje miejsce. Jej słowa trafiały do niego głębiej niż sam się spodziewał. Bo mówiła z taką pewnością, z jaką on sam nigdy nie potrafił myśleć o sobie. „Całego ciebie”. Nie zdarzało mu się tego słyszeć. Zazwyczaj ludzie brali tylko to, co chcieli, błysk, talent, urok, pieniądze, status. Tylko korzyści. Kiedy powiedziała, że przejdzie z nim przez każdy most, coś w nim zadrżało. Może właśnie dlatego poczuł, że nie musi już ukrywać. Nie przed nią. I że to, co dziś wydarzyło się między nimi, w łóżku, w słowach, w dotyku, nie było chwilą słabości.
    Uśmiechnął się szerzej, kiedy wspomniała o dziadkach i portugalskim.
    — Brzmi jak misja niemożliwa, ale… jeśli mnie polubią, może przeżyję — zażartował, pochylając się i całując kącik jej ust. — A portugalski? Daj mi książkę, obiecuję, że doczytam do słowa „miłość” i zostanę tam na stałe.
    Carter uniósł brew, kiedy Sophia wspomniała o radach od Rio, a na jego ustach od razu pojawił się krzywy uśmiech. Ten, który oznaczał, że zaraz powie coś z przekąsem, ale tylko po to, by rozładować napięcie, nie żeby się odsunąć.
    — Powiedziałem mu. Prawie od razu.
    Spojrzał na nią kątem oka, z rozbawieniem czającym się w kąciku ust.
    — Pomógł mi przejść z etapu „Sophia jest w ciąży” do etapu „będę ojcem”
    Pokręcił głową, jakby wciąż nie dowierzał. Przewrócił się lekko na bok, bliżej niej, bardziej swobodnie, z tą ciepłą iskrą, która pojawiała się w jego oczach rzadko, ale zawsze wtedy, gdy mówił o ludziach, którzy zostali z nim naprawdę.
    — Ale był… dumny. Nie powiedział tego wprost, ale widziałem to po nim. Nawet jak marudził, że to pewnie niechcący, że nie planowane i że „po cholerę dzieci, skoro ledwo funkcjonujecie w dwójkę”… — Tu znów się zaśmiał, krótko, z niedowierzaniem. — To i tak… był dumny.
    Przesunął dłonią po jej brzuchu z tym ledwie wyczuwalnym gestem, który mówił więcej niż jego żartobliwe słowa. Ciepłym, niemal ojcowskim, jakby już oswajał się z tym, kim miał się stać.
    — Jakie rady, Soph… — parsknął cicho, szczerym śmiechem. — On ledwo sam siebie ogarnia. — Spojrzał na nią z tym rozbawionym błyskiem w oczach, którego tak często brakowało, a teraz powracał, małymi dawkami, wtedy, gdy przy niej pozwalał sobie być lżejszy. — Poza tym… — dodał tonem, jakby miał zdradzić jej jakąś wielką tajemnicę. — …ja przecież wiem wszystko najlepiej, nie? — Zaśmiał się znów, krótko, szczerze, po czym przysunął się bliżej i schował twarz w zagłębieniu jej szyi, jakby sam nie do końca wierzył, że jeszcze potrafi tak żartować.
    — No dobrze… może nie wszystko. Ale przynajmniej wiem, że mamy najlepszy skład — dodał już ciszej, bardziej serio. — Ty, ja… i ten mały chaos, który rośnie nam w środku.
    Jego dłoń znów powędrowała na jej brzuch, nieśpiesznie, z tą mieszaniną czułości i niedowierzania, która jeszcze nie do końca opuściła jego ciało.

    OdpowiedzUsuń
  40. Na wieść o Jade lekko uniósł brwi, ale nie wyglądał na zaskoczonego.
    — Wiem — mruknął i przeciągnął dłonią po włosach, zatrzymując ją na karku Sophii. — Rozmawiałem z nią kiedy… byłaś za miastem.
    Zerknął na nią z ukosa. — Chociaż chyba trudno to nazwać rozmową. Byłem… wściekły… na nią, za to, że spanikowała i pokazała ci to wszystko — mruknął i potrząsnął głową przymykając oczy. — Wiem… Wiem, że powinienem był być zły na siebie, za to że nie powiedziałem ci o niczym wcześniej, że musiałaś się dowiedzieć w taki sposób, ale wtedy… tak było łatwiej. — Wzruszył nieznacznie ramionami. Zrzucenie winy na Jade było najłatwiejszym wyjściem. Może też chciał tym sposobem ją od siebie odepchnąć, żeby przestała tak uparcie chcieć go ratować i trzymać się go z całych sił, ja pieprzony cień. Żeby go w końcu posłuchała i wyjechała, dopóki wszystko się nie wyjaśni. I najwyraźniej to pomogło.
    — Kto jeszcze wie?
    Nie brzmiał, jakby oczekiwał długiej listy. Raczej upewniał się, że wciąż mają tę chwilę tylko dla siebie. I że przez moment jeszcze ich świat może należeć tylko do nich trojga, jego, jej i kogoś bardzo małego, kto już zmieniał wszystko, choć jeszcze nie był nawet na świecie. Carter wtulił się w nią mocniej. — Nasza mała rodzina — powtórzył cicho, niemal szeptem, jakby sam jeszcze oswajał te słowa, ale już nie wypowiadał ich z niepewnością. Bo miały dla niego wagę. Prawdziwą. Ostateczną. — Chciałbym to wszystkim wykrzyczeć i jednocześnie zachować to dla siebie tak długo, jak się da, żeby wszyscy dali nam świty spokój. Ale jeśli chcemy to zrobić na swoich zasadach… to musimy o tym pomyśleć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  41. Carter słuchał jej z tym rozluźnionym uśmiechem, który pojawiał się rzadko, tylko wtedy, gdy naprawdę czuł się bezpiecznie. Jakby wszystko to, co powiedzieli wcześniej, zostawiło po sobie coś więcej niż tylko emocjonalny ślad, zostawiło przestrzeń, w której można było po prostu być. Bez udawania, bez napięcia.
    — „Eu te amo” — powtórzył. — Zapamiętam — mruknął, przeciągając słowa z przesadną ostrożnością, jakby próbował wypowiedzieć je z idealnym akcentem, a przy tym patrzył na nią rozbawiony.
    Spochmurniał na krótką chwilę, gdy wspomniała o tym, że nie planowali dziecka. To było prawdą. Czasami nawet brutalnie prostą. Ale nie musiała mu tłumaczyć, co miała na myśli, rozumiał. I chyba właśnie dlatego jego odpowiedź była cicha, ale szczera.
    — Nie planowaliśmy. Ale teraz nie potrafię sobie wyobrazić, że mogłoby tego nie być. Zaplanujemy drugie. I trzecie… — wyliczył ze śmiechem. Jego dłoń przesunęła się ponownie po jej brzuchu, tym razem z większą uwagą, jakby próbował odczytać z tego milczącego ciała coś, co da mu pewność, że wszystko idzie dobrze. Roześmiał się dopiero przy pytaniu o to, jak bardzo wariował. Pokręcił głową.
    — Jak bardzo? — Spojrzał na nią z ukosa. — Na początku… jak pojebany.
    Carter znów parsknął, tym razem wyraźnie rozbawiony wspomnieniem. Przetarł dłonią twarz, jakby wracał do tej rozmowy z Rio nie pierwszy raz.
    — Rio mnie opieprzył, jak tylko mu wspomniałem, że jeszcze rozważamy, co z tym wszystkim zrobić. — Pokręcił głową z półuśmiechem. — Powiedział, że jestem głupi, skoro w ogóle o tym myślę.
    Przesunął palcem po brzuchu Sophii, jakby chciał tym gestem przywołać spokój, którego sam wtedy nie miał.
    — “Masz szansę poukładać sobie życie, normalnie, z kimś, kto cię kocha i serio zastanawiasz się, czy to dobry pomysł?” — zacytował z lekkim przekąsem, naśladując ton Rio. — Powiedział, że moje życie w końcu przestanie wyglądać jak jedna jebana impreza…
    Spojrzał na Sophię z rozbawieniem, ale i pewnym zawstydzeniem. — Miał rację. Nawet jeśli rzucił tym we mnie jak cegłą. Chciałbym powiedzieć, że sam na to wpadłem… ale potrzebowałem, żeby ktoś mi to powiedział wprost, żeby ktoś potrząsnął mną i przypomniał, że mogę chcieć więcej. — Zamilkł na chwilę, zaciągając się powietrzem jak wtedy, gdy mówił o czymś zbyt dużym, by zmieścić w jednym zdaniu. — Sam też bym do tego doszedł, ale dzięki Rio szybciej otworzyłem oczy.
    Carterem istotnie czasami trzeba było potrząsnąć. Nie dlatego, że był uparty czy głupi, chociaż potrafił być jednym i drugim, ale dlatego, że przez większość życia nikt nigdy nie przypominał mu, że zasługuje na coś więcej. Uczył się przetrwania, nie budowania czegokolwiek trwałego. I kiedy życie dawało mu coś prawdziwego, kogoś jak Sophia, potrafił to przyjąć, ale nie do końca uwierzyć, że to naprawdę dla niego. Właśnie dlatego Rio musiał wstrząsnąć nim jak drzwiami, które zbyt długo były zamknięte. I choć Carter się wtedy wkurzył, to… poskutkowało. Czasem po prostu potrzebował, żeby ktoś stanął przed nim i powiedział, kim jest, zanim znów schowa się za tym, kim był. — Ale potem przyszło coś innego. Nie wiem nawet, kiedy dokładnie. — Uśmiechnął się lekko. — Zrozumiałem, że może nie wiem, jak być ojcem. Ale wiem, jak być z tobą, a to już jakiś początek…
    Spojrzał na jej brzuch, kiedy go odsłoniła, a potem przesunął knykciami wzdłuż skóry, miękko, z delikatnością, której nikt by się po nim nie spodziewał. A potem, jakby to wszystko już i tak było zbyt idealne, Gigi wskoczyła na łóżko i z typową siebie nonszalancją ułożyła się u ich stóp. Carter uniósł brew, patrząc na psa, i zaśmiał się cicho.
    — To już czteroosobowa rodzina. Potrzebujemy nie nowego łóżka, tylko nowego domu. — Jego spojrzenie znów wróciło do Sophii. — Wiesz, ze mówiłem o tym poważnie…
    Przesunął dłonią po jej plecach, wolno, uspokajająco.
    Nie zareagował nerwowo, kiedy przyznała się, że przeszukała jego rzeczy. Tylko uniósł lekko brew, nie z dezaprobatą, ale raczej z cichym uznaniem.
    — Zrobiłaś własne śledztwo… — powtórzył spokojnie i nawet się z tego zaśmiał, choć nie było w tym nic śmiesznego. Nie próbował się tłumaczyć.

    OdpowiedzUsuń
  42. Już nie. Za dużo działo się między nimi tej nocy, żeby nadal grać w półprawdy. Była zbyt blisko. Zbyt obecna. Zbyt ważna.
    — Wiem, Soph. Wiem, że musisz wiedzieć. I masz do tego prawo. — powiedział, opierając czoło o jej skroń. — I nie będę ci więcej mydlił oczu. Przysięgam.
    Milczał chwilę, zanim dodał.
    — A co do prawnika… Pogadam z nim — powiedział cicho, ale stanowczo, jak ktoś, kto już podjął decyzję i nie zamierza z niej rezygnować. Nie brzmiał jak ktoś, kto rzuca puste obietnice. W jego głosie nie było wahania, tylko ta charakterystyczna, przytłumiona pewność, z której słynął wtedy, gdy naprawdę brał coś na poważnie. — I jeśli jeszcze raz zignoruje twoje połączenie, naprawdę możesz go rozszarpać — dodał z lekką ironią, ale w jego oczach było coś więcej. Coś, co mówiło: Nie pozwolę, żebyś znów była zostawiona sama z tym wszystkim.
    Przesunął kciukiem po jej dłoni, wolno.
    — Ja sam też chciałbym wiedzieć, Soph — dodał po chwili ciszy, niższym tonem, z tą charakterystyczną dla niego szczerością, która brzmiała najbardziej, kiedy pozwalał sobie na bezbronność. — Chciałbym wiedzieć, czy to wróci. Czego mam się tego spodziewać. — Jego wzrok na moment odszedł gdzieś w bok, jakby próbował znaleźć tam odpowiedź, której nikt mu jeszcze nie dał.
    — To nie jest tak, że cię z tego wykluczam… — Wrócił spojrzeniem do niej. — Po prostu czasem ja sam… nie wiem. Albo dowiaduje się za późno. A potem… próbuję to wszystko ogarnąć.
    Zacisnął lekko szczękę, jakby sam był zmęczony tym mechanizmem, który w nim działał od lat. — Ale masz rację. Nie możesz być w tym na ślepo. Musisz wiedzieć… co robić w takich sytuacjach.
    Carter potarł palcami czoło, jakby chciał zebrać myśli, zanim znów spojrzał na Sophię.
    — Wiesz, że staram się to załatwić tak, jak trzeba. — Jego głos był cichy, ale stanowczy. Bez patosu, bez wymówek. Po prostu prawda. — Nie chcę cię znów postawić w sytuacji, że nie wiesz, co się dzieje. Ale, Soph…
    Zawahał się, a potem powiedział to wprost, z tą samą brutalną szczerością, którą cenił w niej i której sam nauczył się od niej nie unikać.
    — Mam trochę na sumieniu.
    Nie unikał jej wzroku. Mówił to z tą samą odpowiedzialnością, z jaką ją chronił, tylko teraz nie przez milczenie, ale przez uczciwość. — Nie wszystko zniknie, bo sobie teraz wymyśliłem, że jestem „innym człowiekiem”. Niektóre rzeczy po prostu… mogą wrócić.
    Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu, ale w oczach wciąż było to coś poważniejszego, to, co nie zniknęło, odkąd znów był w tym mieszkaniu. Poczucie, że zawiódł. Że musiał dopiero stracić wszystko, żeby zrozumieć, jak cholernie mało potrzeba, by nie mieć już dokąd wracać. Skinął lekko głową, kiedy mówiła o tym, komu powiedziała. Słuchał, nie przerywał, i tylko przysunął się jeszcze bliżej, kiedy padły słowa o tym, że chce to jeszcze na chwilę zatrzymać tylko dla nich.
    — Poza nami tylko Rio się cieszy… — powtórzy po niej. — No tak, rozumiem, że to nie jest dokładnie to o czym marzył dla ciebie tata… — Spojrzał na nią z bliska, z tą cichą intensywnością, której używał tylko w najważniejszych momentach.
    — To wszystko… dziecko, my — Pochylił się i pocałował ją krótko w usta, ale ten pocałunek mówił więcej niż słowa. Potwierdzał: jestem tu. Z tobą. Naprawdę. — Zanim zrobi się chaos… — dodał cicho, opierając czoło o jej czoło. — Też chcę jeszcze trochę tego spokoju. Tylko dla nas.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  43. Carter nie odpowiedział od razu. Milczenie z jego strony nie było ucieczką, a raczej próbą ubrania w słowa czegoś, co zbyt długo zamiatał pod dywan. Jego wzrok przesunął się na Sophię. To nie był chłodny, szantażujący ton. Nie próbowała go złamać, ani wypchnąć z jego świata. Ona po prostu chciała wiedzieć, czy on sam chce z niego wyjść.
    — Chcę — powiedział w końcu. Cicho, ale bez zawahania. — Tylko… Narazie próbuje pozamykać na dobre sprawy z tymi ludźmi, z którymi nie chce mieć już nic wspólnego.
    Odchylił głowę lekko, tak żeby móc na nią spojrzeć. W jego oczach nie było ucieczki ani złości, była szczerość, nieosłonięta niczym. Jakby pierwszy raz naprawdę pozwolił jej zajrzeć do środka, w te miejsca, które zwykle zakrywał warstwą sarkazmu, pychy albo obojętności.
    — Wiem — mruknął w końcu cicho. — I obiecuję, że nie będę już udawał, że wszystko jest okej, kiedy nie jest. — Przyznał szczerze, bez owijania.
    Słowa Sophii nie były oskarżeniem, nie były presją. Ale były ciężkie, bo prawdziwe. I trafiały dokładnie tam, gdzie powinny.
    — Ja też mam dość budzenia się z myślą, że może dziś mnie zamkną. Oglądania się za siebie. Tego, że potrafię w ciągu tygodnia być facetem, który wszystko ogarnia, a w weekendy wchodzę w ten pierdolony świat jak w ulubione buty.
    Carter w pierwszym odruchu zupełnie nie pomyślał, że Sophia ma na myśli narkotyki. Skupił się na interesach, tych nieprzejrzystych, które ciągnęły się za nim od lat i których żadne słowa ani deklaracje nie mogły tak po prostu wyczyścić. Dla niego właśnie to było największym brudem. Układy, zależności, nazwiska, które nigdy nie pojawiały się w papierach, ale miały więcej do powiedzenia niż prawnicy. Mężczyźni, którzy uśmiechali się w jeden sposób, a patrzyli w drugi. To tam widział największe zagrożenie dla siebie, dla niej i dla wszystkiego, co próbowali razem zbudować. Nie łączył tego z tamtym białym proszkiem na lustrze. Nie dlatego, że chciał to zignorować, ale… bo zbyt długo oswajał w sobie myśl, że ma nad tym kontrolę. Że to przecież nic. Że to „jego sprawa” i „jego sposób” na rozładowanie napięcia, odreagowanie, przetrwanie pewnych dni, na porwanie tłumów podczas koncertów. Nie widział tego z boku, tak jak ona. Więc kiedy zapytała, czy chce z tym skończyć, jego myśli od razu uciekły do ludzi, z którymi nadal miał kontakt. Do drzwi, za którymi nie chciał, żeby Sophia kiedykolwiek się znalazła. Nie do tego, co trzymał w ukrytej przegródce, ani do tego, co czasem palił lub wciągał, zanim wrócił do domu.
    „Jak złe są te rzeczy, które masz na sumieniu?” Nie była to ciekawość. Wiedział to. Czuł w jej głosie delikatność, której nie dało się pomylić z dociekaniem. Ale nie dało się też tego pytania zignorować.
    — Gdyby ktoś chciał to spisać… — powiedział cicho, bez napięcia, ale z czymś, co brzmiało jak szczera świadomość. — …to byłby to niezłej grubości tom akt — zażartował. Nie brzmiał dramatycznie. Mówił spokojnie, rzeczowo. Jak ktoś, kto wie, ile kosztują go własne wybory. I że nie ma sensu udawać, że było inaczej. — I to też staram się załatwić. Od jakiegoś czasu — dodał, przesuwając palcem powoli po jej ramieniu. — Tylko wiesz, takie rzeczy… nie dzieją się od razu. Trzeba to rozbroić od środka. Po kawałku. — Zamilkł na moment, zanim spojrzał na nią z góry. — Wiem, że to nie brzmi jak plan marzeń. Ale to najlepszy, jaki mam.

    OdpowiedzUsuń
  44. Zacisnął lekko szczękę, ale nie z powodu gniewu. Raczej… wstydu. Wsunął dłoń w jej włosy i pocałował ją w czubek głowy.
    — Zasłużyliśmy na ten spokój — mruknął w końcu cicho. — Choćby chwilowy.
    Jego głos był spokojny, ale podszyty czymś miękkim. Jakby dopiero teraz, po wszystkim, co przeszli i tego dnia, i wcześniej, zaczynało do niego docierać, że naprawdę mogą go mieć. Nawet jeśli jeszcze nie na zawsze. Nawet jeśli nie w pełni. Ale już był. Ich własny, wymęczony, ale prawdziwy.
    — I przejdzie mu — dodał jeszcze, całując ją w czubek głowy. — Jak zobaczy potworka to od razu się w nim zakocha i o wszystkim zapomni.
    Mruknął to półżartem, ale był w tym cień szczerej wiary, że może faktycznie z czasem wszystko się ułoży. Że może nie będą idealni, ale będą razem. Że to wystarczy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  45. — Soph, nie mogę… — zaczął cicho „ po tym mówić”, chciał powiedzieć, ale urwał. Głos ugrzązł mu w gardle. Przeniósł wzrok gdzieś obok, jakby szukał lepszych słów, czegoś, co dałoby się powiedzieć prościej. Zacisnął szczękę. Palce przesunęły się po jej ramieniu i zatrzymały w miejscu. Westchnął ciężko, przez nos, a potem wypuścił powietrze ustami, jakby próbował zrzucić z siebie coś, co wisiało na plecach od miesięcy. Obiecał jej mówić.
    — Będę… współpracował — mruknął, nie patrząc jeszcze w jej oczy. — Z FBI.
    Padło cicho. Bez fanfar. Bez dramatyzowania. Ale z takim napięciem, że przez moment nawet cisza między nimi wydawała się dźwięczeć. — Musiałem… — urwał znów, bo kolejnym elementem układanki była Sloane, która opowiedziała o nim agentowi z którym sypiała.
    — Wiedzieli zbyt wiele. O mnie, o klubie… o rzeczach, które miały nie wyjść na światło dzienne. — W końcu na nią spojrzał. Bez osłon. Bez zbroi.
    — Nie jestem świadkiem koronnym, nie podpisałem z nimi układu, który da mi immunitet i ochronę. Ale dałem im coś. I jeśli dobrze to rozegram… jeśli dam im więcej, może coś urwę z tego, co mam na karku. Może wyjdę z tego czysty. — Wzruszył ramionami. — Jeśli wszystko pójdzie tak, jak chcę… za kilka miesięcy będzie po wszystkim. Jeśli nie… — przerwał, a potem spojrzał jej prosto w oczy — …to musisz wiedzieć, że zrobiłem wszystko, żeby ochronić to, co budujemy. Zamilkł na moment, pozwalając, by cisza znów opadła między nimi. Potem znów westchnął, ale już ciszej, spokojniej.
    — Nie chciałem ci tego mówić, bo wiedziałem, że to brzmi… niebezpiecznie. Bo jest. Ale nie będę cię więcej okłamywać. I wiem, że nie wszystko może się uda.
    Carter przez chwilę tylko milczał, wzrok utkwił gdzieś obok niej, na jakimś punkcie w przestrzeni, którego nawet nie próbował łapać. Przesunął kciukiem po jej ręce, powoli, jakby potrzebował jakiegoś punktu zaczepienia w tej rozmowie. Może i chciał być szczery, ale to wcale nie znaczyło, że wiedział, jak tę szczerość podać.
    — Niektóre sprawy… trzeba po prostu pozamykać tak, żeby już nikt nie miał pretekstu wrócić.
    Zerknął na nią kątem oka, a potem znów spuścił wzrok. Wciąż mówił spokojnie, choć ciężar jego słów wisiał gdzieś między nimi jak napięta lina. Na pytanie o co zrobił zawahał się jeszcze raz. Dlatego, że wiedział, jak to może zabrzmieć. Zawiesił głos, ale nie dlatego, że nie chciał mówić dalej. Zbierał słowa.
    — Nie bezpośrednio — rzucił w końcu. — Nie… nie nasyłałem nikogo na ludzi — pokręcił głową widząc jej minę. — To nie film. Ale to co wjechało do kraju w moich ciężarówkach podczas trasy — wzruszył ramionami. Dodał to ostatnie już ciszej, niemal jak przyznanie się przed samym sobą. — Niektórych mogło sporo kosztować.
    Nie musiał mówić, co miał na myśli. Te słowa miały konkretny ciężar. I choć jego głos nie był zimny, to nie był też pusty. Nie szukał współczucia. Po prostu mówił. Jak człowiek, który dobrze wie, co ma na sumieniu i nie próbuje tego wybielić. Zamilkł, dając jej przestrzeń. Zbyt wiele już powiedział, by teraz próbować coś ukryć. Ale powiedział to z jednym, bardzo konkretnym zamiarem: żeby wiedziała, że walczy. Że to nie są puste słowa i że właśnie teraz, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, Carter był gotów stanąć po właściwej stronie. Nawet jeśli droga tam miała być cholernie trudna.
    Carter zaciisnął na moment usta. Wzrok miał wbity gdzieś w przestrzeń między nimi, jakby jeszcze coś w nim walczyło, instynkt samozachowawczy kontra to, co właśnie usłyszał od niej.

    OdpowiedzUsuń
  46. Jej głos był spokojny, ale nie uległy. Miękki, ale stanowczy. Nie domagała się, nie wymuszała. Pytała, bo chciała zrozumieć. Bo chciała być blisko.
    — Przestanę — przytaknął krótko. Prosto, bez szukania wymówek, jakby rzucał to między nimi jak pakt. Ale brzmiało to tak, jakby próbował przekonać głównie siebie. Tylko że to nie było takie proste. Nie dla niego. Carter nie widział jeszcze w pełni, jak bardzo się w to wszystko zaplątał. Jak bardzo potrzebował tego „jednego razu”, by się podnieść, złapać oddech, przetrwać kolejny wieczór, napisać coś nowego, wystąpić na scenie. Dla niego to nie była ucieczka, raczej mechanizm. Sposób, w jaki działał, gdy świat stawał się zbyt głośny albo zbyt pusty. Myślał, że ma nad tym kontrolę. Że potrafi z tego wyjść, kiedy będzie trzeba. Tylko że tak nie działało „po prostu przestanę”.
    Nie widział jeszcze, że problem już dawno był większy niż on sam. Że to nie kwestia siły woli. Że nie wystarczy jedna decyzja, zwłaszcza, gdy całe jego otoczenie nadal pachniało nocami w klubie, lustrami na stole i dłońmi pełnymi chaosu. Ale patrząc teraz na nią, na jej spokój mimo lęku, Carter chciał wierzyć, że to wystarczy. Że tym razem… będzie inaczej. Nawet jeśli w środku jeszcze nie rozumiał, jak długa droga przed nim.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  47. Cisza między nimi nie była przypadkiem. Ona trwała tak, jakby oboje potrzebowali tej jednej przestrzeni, w której nie trzeba było natychmiast odpowiadać. W której wszystkie emocje mogły opaść, a ciężar słów, które padły, miał szansę się ułożyć. Carter słyszał wszystko. Słyszał jej szept, wyczuwał napięcie w jej głosie, jakby każde kolejne pytanie musiała ostrożnie przemyśleć, zanim się odważy je wypowiedzieć.
    Jej słowa wciąż brzmiały mu w głowie, kiedy milczał. „A jeśli nie rozegrasz tego tak, jak chcesz… wtedy co?”
    Westchnął cicho. W końcu. I skinął głową, bardziej do samego siebie niż do niej.
    — Wtedy mnie nie będzie. — powiedział cicho. — Parę lat. Może mniej, jeśli będę współpracował dalej. Może więcej, jeśli coś się… posypie. Może w ogóle…
    Nie silił się na żadne „ale nie martw się”, „ale to się nie stanie”, „mam to pod kontrolą”. To nie był ten moment. Nie chciał jej więcej oszukiwać, nawet w dobrej wierze. Przez chwilę tylko leżał w milczeniu, czując jej oddech na skórze, ciepło jej ciała przy swoim. To było tu, teraz, namacalne. Wszystko inne, niepewne. Kiedy zapytała o immunitet, zawahał się z odpowiedzią, ale tym razem nie odsunął się od pytania. Nie próbował zbyć go półsłówkiem.
    — Nie, Soph… — pokręcił lekko głową, wzdychając z cichym ciężarem. — Nie zaproponowali. To tak nie działa.
    Jego głos był spokojny, ale pod powierzchnią brzmiała frustracja — nie na nią, nie na to pytanie, tylko na cały układ, w którym się znalazł. Na zasady, które nie dawały prostych wyjść.
    — Najpierw muszę im coś dać. Pomóc. Dopiero wtedy będą rozmawiać o tym, co mogą mi dać w zamian. Nie odwrotnie.
    Zacisnął lekko szczękę, spojrzał w bok, jakby to, co miał powiedzieć dalej, wciąż mu nie mieściło się w ustach.
    — Na razie… po prostu pracuję na to, żeby w ogóle coś dla siebie ugrać. Żeby nie wyciągnęli na mnie wszystkiego, zanim zdążę coś położyć na stół. To nie jest układ, w którym się siada i wszystko się ustala za jednym razem. To gra. Z cholernie wysoką stawką. I bardzo małą ilością zaufania po obu stronach.
    Zawiesił na niej spojrzenie. Ciche. Uczciwe. Nie bronił się, tłumaczył. Bo prosiła o prawdę, a on próbował ją jej w końcu dać, nawet jeśli brzmiała gorzej, niż się spodziewała.
    — Ale wchodzę w to. Świadomie. Nie po to, żeby się wybielić, tylko żeby się wreszcie z tego wyplątać. — Przerwał na moment, a potem dodał ciszej, jakby tylko dla niej. — Dla was...
    Jego głos nie był ani twardy, ani wyprany z emocji. Mówił cicho, równo, ze zmęczeniem w tonie, ale też z czymś, co mogło brzmieć jak dawno nieużywana uczciwość. Choćby nieidealna, to jego. Jedyna, na jaką go było stać.
    Jej pytanie o to, ile naprawdę tego wszystkiego było, ile z tego on robił, a ile tylko dotykał… było jak wbicie igły dokładnie tam, gdzie wciąż tkwiła zadra. Nie odwrócił wzroku, nie udawał, że go nie zadała.
    — Nie odpowiadałem za to bezpośrednio… — powiedział cicho, po chwili milczenia. — Nie byłem tym, który to robił. Nie organizowałem tego, nie rozprowadzałem… Ale wiedziałem. I przymykałem oko.
    Wypuścił powietrze powoli, jakby samo przyznanie się do tego ważyło więcej, niż chciał przyznać.
    — Udostępniałem platformę. Po prostu… nie zadawałem pytań, bo znałem odpowiedzi. I tak było łatwiej.
    Spojrzał na nią z góry, nie szukając w jej oczach przebaczenia, ale gotów przyjąć, cokolwiek w nich zobaczy.

    OdpowiedzUsuń
  48. Zamilkł, ale to nie była cisza ucieczki. To była cisza człowieka, który zrozumiał, że odpowiedzialność nie polega tylko na tym, co się robi, ale też na tym, co się pozwala dziać.
    — Black Room to nie tylko klub. Nigdy nie był. To miejsce, przez które się przechodzi, zanim trafia się wyżej. Albo niżej, zależy, gdzie kto celuje. Ja… pozwalałem, żeby to się działo pod moim dachem. Czasem przymykałem oko. Czasem coś przesunąłem. Czasem coś załatwiłem. Wyświadczałem przysługi, za które później wyświadczano je mnie.
    Zamilkł na moment.
    — Wiesz, jak to jest. Mówisz sobie, że to tylko raz. Potem drugi. Potem już jesteś w środku. I każda opcja, żeby się wycofać, zaczyna wyglądać jak wyrok.
    Wciągnął głębiej powietrze i pokręcił głową, bardziej do swoich myśli niż do niej.
    — A może właśnie nie wiesz — zaśmiał się. — Dziś nie potrafię ci powiedzieć, w którym momencie straciłem nad tym kontrolę.
    Przeniósł wzrok na nią, cicho, spokojnie. Z ciężarem, ale też z czymś jeszcze, z tą bezbronną szczerością, której tak długo nie potrafił jej dać.
    Carter cmoknął ją krótko w czoło, a potem westchnął cicho i uniósł się do siadu, jakby potrzebował się od niej na moment oderwać, jakby ta bliskość zaczęła zbyt mocno przypominać mu o tym, ile może stracić. Przesunął dłonią po twarzy, po karku, a potem spojrzał na nią z półuśmiechem takim, który tylko pozornie miał w sobie lekkość.
    — No dobra, koniec na dziś z dramatami, bo zaraz serio zadzwonią z Netflixa i poproszą o prawa do scenariusza.
    Rzucił to jakby od niechcenia, chcąc złapać balans, choć w jego głosie wciąż wybrzmiewało napięcie. Ironia była jego zbroją. Znów. Tą samą, którą zsuwał z siebie tak powoli przez ostatnie tygodnie, a teraz nagle z powrotem narzucił ją na ramiona, bo inaczej się nie dało. Bo za dużo. Wstał a razem z nim Gigi.
    — Zaczynam rozumieć, czemu terapeuci każą po takich rozmowach iść na spacer albo zapisać się na jogę — rzucił z krzywym uśmiechem, bardziej do siebie niż do niej. — Wyjdę z nią na spacer…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  49. Carter nie odpowiedział od razu. Stał przez chwilę przy oknie, z dłońmi opartymi na biodrach, jakby próbował rozciągnąć napięcie, które zebrało się w jego karku. Przeciągnął się, westchnął, a potem bez słowa sięgnął po luźne dresy i bluzę, narzucając je na siebie z tym charakterystycznym dla siebie, nieco niedbałym ruchem. Dopiero gdy wsunął dłonie w kieszenie, odwrócił się i powoli podszedł do łóżka.
    Usiadł obok niej, ciężar jego ciała delikatnie ugiął materac. Oparł się dłonią o kołdrę i spojrzał na nią. Przez chwilę tylko patrzył, jak wtula się w poduszkę. Cisza między nimi przestała być już napięta. Była potrzebna. Łagodna.
    — Poniekąd tym, ale nie tylko… — powiedział cicho. — I nie zawsze przesiadywałem tylko w klubie. Zajmowałem się też muzyką. Płytą. Planowaniem trasy, klipów, nagraniami. Tego nie widać z zewnątrz, ale to cały osobny chaos.
    Zawahał się na ułamek sekundy, zanim dodał:
    — Już ci mówiłem, że to wszystko to tylko mały wycinek. Tylko tło. Nie codzienność. To nie powinno przesłaniać reszty, Soph. Nie zapominaj o tym, okej? — Spojrzał na nią, chcąc, by te słowa naprawdę zapadły w niej głębiej. — Czasem coś się dzieje, ale to nie jest całe moje życie. I nie całe nasze.
    Wzruszył lekko ramionami, jakby to było coś oczywistego, choć dobrze wiedział, że dla niej nie musiało takie być. Pochylił się nad nią i musnął jej czoło jeszcze raz, tym razem cieplej, bez ucieczki, bez zmęczenia. Jakby czuł, że właśnie w tym tkwiło jego ukojenie.
    — Jogę zostawię tobie i Gigi, ale kwaśne żelki i ten cały ciasteczkowy krem… — zaśmiał się cicho, przysuwając bliżej twarzy do jej ucha — …załatwione, motylku. Jak mam cię utrzymać przy sobie, muszę spełniać zachcianki, prawda?
    Mrugnął do niej, ale ton jego głosu zmiękł jeszcze bardziej, kiedy spojrzał na nią z góry. Mimo że śmiał się i żartował, było w nim coś bardziej obecnego. Bardziej spokojnego niż wcześniej. Jakby samo wypowiedzenie tego wszystkiego na głos zdjęło z niego choć odrobinę ciężaru. A to, że ona wciąż tu była… mówiło więcej, niż słowa.
    Carter zatrzymał się w progu. Już miał wyjść, już miał zamknąć za sobą drzwi, ale coś w nim kazało mu się cofnąć. Nie odwrócił się od razu. Stał tam chwilę w milczeniu, z dłonią na klamce, jakby sam nie był pewien, czy powinien się odezwać. A potem cicho wypuścił powietrze, jakby właśnie ważył coś znacznie cięższego niż torba z ubraniami czy presja dzisiejszej rozmowy.

    OdpowiedzUsuń
  50. Uchylił usta, a jego głos zabrzmiał ciszej niż zwykle, ale też bardziej szczerze, z czymś surowym pod spodem.
    — Wiesz… kiedyś zaufałem komuś i o tym opowiedziałem. Nie wszystko, tylko kawałek. Musiałem.— Zamilkł na ułamek sekundy, zanim dodał z gorzkim półuśmiechem, którego i tak nie mogła zobaczyć. — A potem… to, co powiedziałem, trafiło do FBI. — Jego spojrzenie było poważne, ale spokojne, z tym ciężarem, który nosił w sobie od lat i który właśnie zaczął dzielić.
    — Wiem, że chcesz wiedzieć. I że masz do tego prawo. Ale… chcę, żebyś rozumiała, Soph. To, że ci to wszystko mówię… — urwał, bo znów musiał zebrać myśli — …to jest największy przejaw zaufania z mojej strony. Oddaję ci coś, czym mogłoby mnie pogrążyć, jednym twoim zeznaniem. Jednym zdaniem.
    Cisza między nimi znów się zagęściła, ale on nie próbował jej wypełniać. Tylko patrzył, już bez zbroi, bez maski. Prawdziwy.
    — Po prostu… nie zapominaj o tym. — dodał miękko i skinął głową, zanim w końcu ruszył, zostawiając za sobą lekko uchylone drzwi.
    Wyszedł w ciszy, nie oglądając się więcej przez ramię. Dźwięk klucza w zamku zabrzmiał niemal obco w tej cichej przestrzeni, która jeszcze przed chwilą była pełna wyznań i nieoczywistej czułości. Zapiął Gigi smycz, pozwalając suczce podekscytowanie zamienić w energiczne machanie ogonem. Pogłaskał ją krótko za uchem, jakby potrzebował tego gestu bardziej niż ona. A potem po prostu wyszedł. Wciągnął kaptur bluzy na głowę i zniknął z nią w wieczornym półmroku. Kroki miał spokojne, równe, takie, które nie zdradzały, ile naprawdę miał w głowie. I choć mógł teraz iść po żelki i krem, tak naprawdę szedł przede wszystkim po oddech. Z dala od słów, które właśnie wypowiedział. I od tego, co zostawił za drzwiami.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  51. — Gdybym miał problem z tym, że mi przeszkadzasz, prawdopodobnie nigdy nie podarowałbym ci kluczy do swojego domu, więc nigdy nie przepraszaj mnie za to, że jesteś w moim domu — odparł spokojnie Leonard, a na jego poszarzałej twarzy zamajaczył się delikatny uśmiech. Widok przyjaciółki w takim stanie nigdy nie będzie należał do najprzyjemniejszych i choć Allen posiadał ponadprzeciętny talent do przeganiana burzowych chmur znad głów najbliższych, to w tej sytuacji czuł, że jego umiejętności mogą być po prostu niewystarczające. Nie oznaczało, to jednak, że miał zamiar biernie stać i patrzeć na to, jak Soph powoli rozpada się w progu jego domu.
    — Oczywiście, że możesz zostać, tak długo, jak tylko będziesz chciała — zapewnił kobietę Allen, nim chwycił jej dłoń, aby pociągnąć ją do salonu, gdzie usadził na kanapie, otulił kocem i zadbał o to, aby w jej dłoniach pojawił się kubek z herbatą. Specjalnie nie zaczynał od stosu niewygodnych dla niej pytań, które mogły przynieść odwrotny efekt do zamierzonego. Nie chciał w żaden sposób przytłaczać kobiety, która nie pierwszy rzut oka wydawała się być ogromnie zagubiona.
    Allen doskonale wiedział, czym była sytuacja, która wydawała się nie mieć żadnego, logicznego punktu wyjścia. Człowiek dusił się pośród miliona myśli, które jedynie w negatywny sposób nakręcały karuzelę stresu i poczucia niesprawiedliwości. Desperackie próby poprawienia stanu rzeczy, zamiast wpłynąć pozytywnie na sprawę, sprawiały, że stawała się ona jeszcze bardziej skomplikowana. W tym wszystkim dochodziły zupełnie niepotrzebne i niepoparte prawdziwymi doświadczeniami rady otaczających człowieka ludzi, którzy uparcie powtarzali, że będzie dobrze, a czas leczy rany. Największe kłamstwo. Czas wcale nie leczył ran, może delikatnie je zabliźniał.
    — Może chcesz wziąć prysznic? Trochę się rozgrzać? — zapytał ostrożnie Allen, gdy usiadł obok przyjaciółki na kanapie, a jego ramiona ciasno przyciągnęły ją do jego klatki piersiowej. Przesuwał powoli dłonią wzdłuż jej pleców, dając kobiecie pełne pole do wyboru tego, co jest w tej chwili dla niej najbardziej komfortowe. Nie naciskał, nie ponaglał, po prostu był obok. Nie chciał, aby poczuła się osaczona, czy zmuszana do mówienia o czymś, o czym może nie jest jeszcze gotowa mówić.
    — Mam ciasteczka z malinami i białą czekoladą. Może odrobina cukru trochę poprawi ci humor, huh? — zadał kolejne pytanie, a następnie musnął wargami skroń przyjaciółki. Słodycze może i nie były rozwiązaniem problemów, ale zdecydowanie na chwilę były w stanie poprawić człowiekowi humor. Przynajmniej Allen w to wierzył. — Mam też ostatni kawałek twojej ulubionej szarlotki, zawsze czeka tutaj na ciebie.

    Leoś

    OdpowiedzUsuń

  52. Bahamy przyjęły ich ciepłym powietrzem nasyconym solą, leniwym szelestem palm i szmerem fal, który był bliżej niż wszystko inne. Słońce przywitało ich miękkim blaskiem, jakby ktoś celowo ustawił światło na najcieplejszą możliwą wersję złota. Carter się nie spieszył. Ani z organizacją tej podróży, ani z jej rozpoczęciem. Ale kiedy już wsiedli do samolotu, a potem dotarli do miejsca, które sam wybrał, wszystko układało się idealnie. Zabrał ją do apartamentu, który był praktycznie domem, tylko takim, który wyrósł w tropikach, z prywatnym basenem na tyłach, przeszklonym salonem i wyjściem prosto na plażę. Nie taką turystyczną, hałaśliwą. Ich własną. Szeroki pas jasnego piasku, który wyglądał jak rozsypany puder, odgradzał willę od turkusowej wody. Gdzieś w oddali majaczyły inne domy, ale z tej perspektywy mogli udawać, że są sami. Palmy rzucały cienie na drewniany taras, gdzie leżały rozsunięte leżaki i białe ręczniki. Basen był cichy, przejrzysty, a nocą oświetlony dyskretnie od dołu, jakby chciał zachęcać do kąpieli nawet o drugiej nad ranem. W środku apartamentu było prosto i przytulnie. Lekkie tkaniny, jasne drewno, ogromne łóżko z białą pościelą, którą od razu zmięli w leniwym, czułym spleceniu. Lodówka pełna owoców, zapas lemoniady, kilka książek. I zero planów. To był ich wspólny czas, na nicnierobienie, dotykanie się bez słów, śmianie się bez powodu, zasypianie w słońcu i kąpiele w wodzie cieplejszej niż kąpiel w domu. Gigi ganiała po ogrodzie, biegała po piasku, próbując szczekać na fale, a Sophia pierwszy raz od dawna wyglądała… spokojnie. Bez telefonu w dłoni. Bez napięcia w ramionach.
    To był ich świat. Oddzielony od wszystkiego innego. I przez chwilę zupełnie wystarczający.
    Było coś nierealnego w tej ciszy, którą przerywał tylko delikatny szum fal i cykanie owadów w oddali. Bahamy pachniały słońcem, wodą i spokojem. Takim, którego nie musieli gonić. On po prostu tu był. Carter wyszedł z basenu, mokry i spokojniejszy niż ktokolwiek mógłby go pamiętać jeszcze tydzień temu. Krople spływały po jego ramionach, a mokre szorty kleiły się do ciała, ale nie przeszkadzało mu to. Nawet nie sięgnął po ręcznik. Jego spojrzenie od razu odnalazło ją, siedzącą na leżaku, z książką na brzuchu, który delikatnie rósł z dnia na dzień. Był zadowolony z siebie, z tej chwili, z tego miejsca, jakby wreszcie wszystko było na swoim miejscu. Nie ostrzegając, podszedł i po prostu wtulił się z całym mokrym ciałem w suche, nagrzane od słońca plecy. Z rozbawieniem. Z zamiarem. Z absolutną świadomością tego, co robi. Sophia była ciepła od słońca. Jej skóra pachniała olejkiem i latem.
    — No hej. — Mruknął z uśmiechem tuż przy uchu, mokrymi ramionami oplatając talię i przyklejając się do skóry, która jeszcze sekundę temu była cudownie ciepła i sucha. Zaśmiał się, kiedy jęknęła z niedowierzaniem albo zrezygnowaną rozpaczą, i wtulił się jeszcze mocniej, nie zamierzając się odsuwać.
    — Teraz jesteśmy kwita. Ty mnie dzisiaj obudziłaś zimnymi stopami, ja cię ochłodziłem. — Wyszczerzył się, całując ją krótko w ramię. — Tropikalna równowaga.
    Przymknął oczy, opierając policzek o obojczyk, oddychając głęboko, jakby tylko tak mógł się całkowicie zresetować. Objął w talii, leniwie, miękko. Oparł się o ciało, jakby sam już nie miał siły udawać, że jest gdziekolwiek indziej.
    Nie chciał się odsunąć. Nie teraz. Chłód basenu ustępował miejsca ciepłu skóry, które koiło go lepiej niż słońce, niż piasek, niż palmy szumiące gdzieś nad nimi. Zamknął oczy i w tej ciszy, przesiąkniętej szumem oceanu i cichym popołudniem, oddychał tylko tym, co miał przed sobą. Ciałem. Obecnością. Spokojem, na który tak cholernie długo czekał. Zamknął oczy, czując jej ciepło, dotyk słońca na jej ramieniu i spokój, który był niecodzienny, a tak cholernie potrzebny. Tu nie było żadnych pośpiechów. Żadnych telefonów. Żadnych układów, dramatów ani potrzeb, by coś przed kimkolwiek ukrywać. Byli tylko oni. Na tej przeklęcie pięknej wyspie, gdzie nie musieli już nikomu udowadniać, że to wszystko, co zbudowali, miało prawo istnieć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  53. Carter tylko przymknął oczy, kiedy wtulony w nią, chłodny jeszcze po basenie, usłyszał jej głos, ciepły, rozbawiony, spokojny. Ten sam głos, który przez ostatnie tygodnie tak często drżał od napięcia albo cichł w niepewności. Teraz był inny. Miękki. Beztroski. Szczęśliwy. Tego właśnie chciał.
    — Myślałem, że to jest randka. — Mruknął z uśmiechem, nie ruszając się ani o milimetr. Jego policzek oparł się o jej ramię, skóra wciąż pachnąca kremem z filtrem, kokosowa i rozgrzana. — Tylko z lepszym widokiem niż w jakiejkolwiek restauracji. — Dodał, nie otwierając nawet oczu.
    Leżeli tak jeszcze dłuższą chwilę. Carter nie czuł potrzeby, żeby się spieszyć, żeby coś analizować, kombinować. Po prostu był. I to był luksus, którego nie miał od bardzo dawna.
    — Ale możemy iść. — Odezwał się w końcu. — Ubiorę się jak człowiek. Pójdziemy. Zamówię wszystko, na co tylko przyjdzie wam ochota i będę na ciebie patrzył tak, że się zarumienisz.
    Zerknął na nią z ukosa, już z uśmiechem na ustach, który miał w sobie coś czułego i łobuzerskiego jednocześnie. Cmoknął ją jeszcze raz w skroń i podniósł się z leżaka, nie do końca po to, by odejść, bardziej, żeby spojrzeć na nią z góry, po swojemu, z tą miną, która zawsze zwiastowała jakiś nieśpieszny psikus.
    — Tylko błagam… nie każ mi zakładać żadnej koszuli. Jesteśmy na Bahamach, nie w Operze Wiedeńskiej.
    Było dobrze. Cholernie dobrze. I Carter, choć z natury nieufny wobec takich chwil, pozwalał sobie na to, by chociaż na tych kilka dni nie martwić się o nic więcej. Sophia była tu. Gigi też. Ocean szumiał. A świat, z którego uciekli, wydawał się absurdalnie daleko.
    Carter był mistrzem spychania problemów na dalszy plan. Robił to z taką wprawą, że nikt postronny nawet nie zorientowałby się, że coś w ogóle go trapi. Nie chodziło o udawanie, że wszystko jest w porządku, on naprawdę potrafił wewnętrznie wypchnąć problem z głowy, jakby nie istniał. Nie analizował, nie rozpamiętywał, nie rozkładał spraw na czynniki pierwsze. Gdy rzeczywistość robiła się zbyt ciężka, zamykał ją w sobie na głucho, jakby zamykał pokój, do którego nie miał już zamiaru wracać. Przekręcał zamek i zostawiał za sobą. A potem szedł dalej, spokojny, wyluzowany, rozbrajająco normalny. Jakby nie wisiało nad nim nic więcej poza kolejnym ciepłym dniem. To nie była ucieczka. To była jego własna metoda na przetrwanie. Wyciszona, wyćwiczona przez lata, kiedy sam siebie przekonywał, że jeśli nie pomyśli o czymś wystarczająco długo, to może to zniknie. Albo przynajmniej nie zaboli. Carter nie tłumaczył tego na głos, nie próbował usprawiedliwiać. Po prostu tak funkcjonował. Nie rozmawiał z samym sobą o tym, co trudne. Nie rozdrapywał ran. Zakładał opatrunek, nie sprawdzając nawet, jak głęboka była blizna. A jeśli ktoś próbował mu go zdjąć, miał gotowy uśmiech i żart, który skutecznie zmieniał temat. W tej chwili nie było żadnego FBI. Żadnej sprawy, która ciągnęła się za nim jak cień, żadnych narkotyków, które paliły go od środka, żadnego klubu, który wymagał nieustannej kontroli. Nie było odwołanej premiery ani trasy. Nie było dramatów, które rozgrywały się jeszcze niedawno między czterema ścianami apartamentu. Nie było Sloane. Było tylko to popołudnie. Ciepłe, leniwe, rozciągnięte pomiędzy delikatnym szumem oceanu a miękkim dotykiem skóry, którą dobrze znał. Było słońce muskające ramiona, był zapach słonej wody na jej skórze i jego śmiech, który rozbrzmiewał swobodnie, bez ciężaru, który zazwyczaj niósł za sobą. Ta chwila była ich, nieograniczona, lekka, spokojna. I może właśnie dlatego tak cholernie potrzebna.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  54. Cisza i spokój, które panowały między nimi, miały w sobie coś z niedopowiedzenia, jakby oboje dobrze wiedzieli, że to zawieszenie w czasie nie potrwa wiecznie, ale też jakby żadne z nich nie chciało tego teraz wypowiadać na głos. Jakby to był niepisany pakt: tutaj oddychamy tylko lekkością. Sophia zrozumiała w końcu, że nie wszystko trzeba rozplątywać od razu. Że niektóre supły rozwiązują się same, jeśli tylko da im się odetchnąć. A Carter? On chłonął ten spokój całym sobą. Siedząc obok niej, z jej nogą luźno przerzuconą przez jego biodra, z jej głosem w uszach i skórą, która pachniała słońcem przypominał sobie, po co właściwie to wszystko. Po co walczy, po co się układa, po co wraca, kiedy się gubi.
    Ten spokój miał smak dojrzałych owoców, które przynosił im ktoś z obsługi, smak oranżady, której nie dało się wypić zbyt mało, i smak skóry muśniętej słońcem. Miał też dźwięk śmiechu Sophii, ten cichy, rozbawiony, jak wtedy, gdy przyłapywała go na wpatrywaniu się w nią z tym samym niedowierzaniem, jakby za każdym razem od nowa nie mógł uwierzyć, że tu jest z nim.
    Carter nie odpowiadał od razu. Przesunął kciukiem po jej dłoni, zanim pozwolił sobie na uśmiech.
    — Codziennie tak się patrzę, bo lubię, jak się rumienisz — odparł cicho, bez żadnych gierek, bez prowokacji. Zwyczajnie szczerze. Uśmiechnął się leniwie, cicho, nieco bezczelnie, kiedy wspomniała o oranżadzie i wyobraźni. Przysunął się trochę bliżej, jakby chciał się upewnić, że słyszał dobrze.
    — Jesteś pewna, że chcesz dać szansę mojej wyobraźni? — dodał z uśmiechem, unosząc lekko brew, jakby właśnie przeliczał w myślach wszystkie możliwe scenariusze, jakie mogłyby się zrodzić po takiej obietnicy. — Wiesz, że może być dość… intensywna.
    Palcem przesunął leniwie po linii jej uda, które opierała o jego nogę. Nie przyciągał jej bliżej. Nie musiał. I tak była przy nim.
    — Ale okej. Randka. Neonowa koszula. — celowo przekręcił jej słowa o ubiorze. — Absurdalna oranżada i potem, hm… wyobraźnia. — Skinął głową z namysłem. — Brzmi jak plan.
    Odwrócił głowę dopiero po chwili, żeby znów spojrzeć jej w oczy. Widząc jej minę roześmiał się wesoło.
    — Spokojnie, postaram nie wyglądać jak idiota – mruknął rozbawiony, unosząc brew. Pokręcił głową z udawaną powagą. — Wybiorę coś, co nie sprawi, że kelner ucieknie w popłochu. Ale skoro już mowa o twoim stroju, to… — zniżył głos i pochylił się ku niej — …chyba muszę cię ostrzec, że jeśli się ubierzesz tak ładnie, jak sobie wyobrażam, to randka może skończyć się szybciej niż planowaliśmy.
    Złapał jej dłoń i splótł ich palce, a potem zerknął na jej brzuch i na moment jego uśmiech zmiękł jeszcze bardziej. Mały żelek, który jeszcze nie miał imienia, ale już miał cały jego świat na własność. A kiedy przypomniała mu o operze, tylko przewrócił oczami.
    — Nie zapominaj, że wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będziesz mnie ciągnąć do rzeczy gorszych niż Mozart. — Wyszczerzył się krótko. — Ale jeśli serio chcesz tej wiedeńskiej… to rozważę. Może cię nie zostawię na parkingu. Może.
    Zaczął się śmiać, zanim jeszcze dokończył zdanie ten swobodny, znajomy śmiech, który rozjaśniał mu twarz i zupełnie nie pasował do mężczyzny, którym kiedyś był w Nowym Jorku. Bahamy wyciągały z niego tę miękką część. Tę, którą znała tylko ona. I nawet jeśli miała rację, że codziennie tak się na nią patrzył, to i tak miał zamiar robić to jeszcze częściej. Bo przez krótką chwilę, która mogła trwać dzień albo tydzień, mieli wszystko, co powinni mieć. Cichość. Czułość. I siebie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  55. To była jej cisza. Jej wybór, żeby nie zadawać więcej pytań. Carter nie zdawał sobie nawet sprawy, ile ją to kosztowało, że nie rozdrapywała, nie ciągnęła za język, nie sprawdzała, ile z tego, co jej powiedział, to cała prawda, a ile tylko to, na co był gotów. On myślał, że wszystko za nimi, a ona po prostu zdecydowała, że da temu miejsce, czas i oddech. Bo teraz nie była pora, żeby stawiać warunki. Nie wtedy, kiedy po raz pierwszy naprawdę dopuścił ją do siebie. Nie wtedy, kiedy wreszcie mówił.
    Bahamy nie smakowały jak błędy. Smakowały jak początek. Carter też to czuł choć nie wypowiadał tego na głos. Mistrz spychania wszystkiego na bok. Odsuwania niewygodnych spraw, zanim zdążyły dotknąć go naprawdę. On nie udawał, że problemów nie ma. On je wypierał, jakby w ogóle nigdy nie istniały. I choć wiedział, że to naiwne, to właśnie dlatego teraz, w tym miejscu, z nią, nie było żadnego FBI, żadnych przesłuchań, żadnych narkotyków, nieistniejącej premiery czy przełożonej trasy. Nie było klubu, nie było brudnych układów, nie było pytań bez odpowiedzi. Była tylko Sophia. Ich dziecko. I spokój. Jej dotyk. Jej śmiech. I to, jak patrzyła na niego z tym przeklętym błyskiem w oczach, który za każdym razem sprawiał, że nie potrzebował niczego więcej.
    Patrzył na nią uważnie, kiedy mówiła, że kocha, kiedy jest właśnie taki. Nie odpowiedział od razu. Palcami leniwie przesunął po jej udzie, znów nieco mocniej, jakby ten gest miał ją przyciągnąć jeszcze bliżej, choć już i tak prawie nie było między nimi przestrzeni.
    — „Taki”, to znaczy jaki? — mruknął jej wprost do skóry. Jego głos był przyciszony, lekko zachrypnięty od słońca i wody, ale pełen zaczepnej czułości. Nie odsunął się, nie spojrzał na nią od razu, jakby chciał, żeby odpowiedziała szczerze, bez tych jej uśmiechów, które czasem zakrywały prawdziwe emocje.
    Zaśmiał się cicho, gdy wspomniała o deserze.
    — No dobra. Deser najpierw. Potem rozważę, czy cię zaciągnąć z powrotem do willi. — Mruknął jej do ucha z uśmiechem, zanim musnął ustami jej skroń.
    Ale kiedy usłyszał, że chciałaby, by ich dziecko miało jego oczy i jego uśmiech, zamilkł na ułamek sekundy. Przez większość swojego życia Carter nie był pewien, czy chce, żeby ktokolwiek miał jego cokolwiek. Jego cechy, jego temperament, jego ciężar. Ale kiedy Sophia mówiła to z taką pewnością, z takim ciepłem… Chciał. Zamrugał wolno i nachylił się do niej znów, wtulając nos w zagłębienie jej szyi.
    — Oby tylko nie miało mojego charakteru… — mruknął z rozbawieniem. — Jeden taki w rodzinie wystarczy.
    I został tak przez chwilę, wtulony, spokojny, jakby właśnie w tym miejscu było jego centrum świata. Bo może… właśnie tu było.
    — Będzie miało twoje serce — mruknął cicho. — I to mi całkowicie wystarczy.
    Carter słuchał jej w ciszy, tej dobrej, tej, w której nie trzeba było nic mówić, żeby wszystko było jasne. W której każde słowo, każdy czuły gest znaczył więcej niż mogłaby ubrać w zdania. A może po prostu nie chciał nic mówić, żeby nie przerwać tej chwili. Bo jeśli czegoś nauczyło go to miejsce, ta ich wspólna ucieczka na Bahamy, to właśnie tego: że czasem lepiej nie ruszać, nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze. Że nie każda bliskość wymaga analizowania i że… niektóre rzeczy lepiej czynić, niż o nich mówić. Zacisnął lekko palce na jej udzie, ledwie zauważalnie, bardziej jak ciche „jestem”, niż jak odpowiedź. Bo był. Tutaj. Z nią. I chciał, żeby ten czas trwał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  56. Carter słuchał jej w ciszy, z tej rzadkiej, uważnej, która zdarzała się tylko wtedy, kiedy naprawdę go coś poruszało. Nie przerywał, nie żartował, nie ucinał. Leżał obok niej, ciepły od słońca, ale w środku aż nazbyt świadomy tego, co właśnie mówiła.
    Nie zawsze miała go takiego. I wiedział, że to prawda. Wiedział też, że za każdym razem, kiedy przynosił jej wersję siebie, której nie powinna była dźwigać, ona i tak zostawała. Nie przez naiwność, tylko przez jakąś uporczywą, niezrozumiałą dla niego wiarę, że w nim naprawdę jest coś dobrego. Że można z tego sklecić życie. Dom. Rodzinę. Jej palec sunął po jego ramieniu, zatrzymując się przy motylu. Przymknął na moment oczy, jakby sam ten dotyk miał moc wytarcia z jego głowy wszystkich zmartwień.
    — Beztroski i pachnący kokosem, hm? — uśmiechnął się pod nosem, wciąż cicho. — Muszę częściej zabierać cię na Bahamy.
    Uśmiechnął się znowu, tym razem z większym rozbawieniem, gdy odpowiedziała na temat deseru.
    — Okej, okej. Deser i dopiero wtedy rozbieranie. Zgoda. — cmoknął ją lekko w skroń, a potem pozwolił sobie zatonąć na chwilę w jej włosach. Przez moment milczał, jakby ważył coś w sobie.
    — Jeśli nasze dziecko naprawdę wyciągnie ode mnie ten charakter… to mam nadzieję, że wyciągnie też od ciebie to coś, co sprawia, że się przy tobie wszystko uspokaja. Bo z samą moją pewnością siebie i ciętym językiem, to może być mały szatan, a nie potworek. — Zaśmiał się cicho, ale miękko. Potem spojrzał w stronę fal i przez chwilę milczał, zanim znów przesunął dłonią po jej udzie. Nie uśmiechnął się szeroko. Nie rzucił komentarza. Nie zażartował. Po prostu patrzył. Z tym spokojem, który tak rzadko gościł w jego spojrzeniu, a który teraz naprawdę tam był. Głęboko zakorzeniony, cichy, niemal miękki.
    Bo Sophia nie tylko go kochała takim, jaki mógłby być. Kochała go takim, jaki był teraz.
    Jego palce znów przesunęły się po jej udzie, tym razem bardziej świadomie, jakby jej dotyk na jego skórze wciąż tam był, a on chciał się odwzajemnić.
    — Nie wiem, czy świat jest gotowy na wersję nas w miniaturze… — mruknął z udawaną powagą. — Ale jeśli będzie miało twój upór i mój brak filtra, to zbankrutuję w ciągu pierwszego miesiąca, bo nie będę umiał niczego mu odmówić.
    Carter jeszcze przez chwilę wpatrywał się w linię horyzontu, jakby szukał tam czegoś, co mógłby jej obiecać. Czegoś namacalnego, prawdziwego, trwałego. Ale nie było tam niczego poza nieskończonym błękitem, słońcem i łagodnym ruchem fal. I może to właśnie wystarczało. Odwrócił się z powrotem do niej. Leżała spokojnie, z zamkniętymi oczami i tym wyrazem twarzy, który od zawsze kojarzył mu się z bezpiecznym miejscem. Jakby była portem. Jego własnym. Takim, do którego nie trzeba się tłumaczyć z burz, które przywozi się ze sobą. Pochylił się i musnął ustami jej brzuch, gest krótki, ale miękki, prawie niezauważalny, jak szept składany na skórze. Potem wrócił wzrokiem do jej twarzy.
    — Wiesz… czasem mam wrażenie, że to dziecko wybrało sobie najlepszy moment, żeby się pojawić — powiedział cicho, bez tego zwyczajowego zaczepnego tonu. Zawiesił głos. Palcami sięgnął do jej dłoni i splótł z nią palce. Uniósł wzrok na jej profil i przez moment tylko patrzył. Na rumieniec, który mimo opalenizny znowu wyłaził jej na policzki. Na te oczy, które potrafiły widzieć w nim więcej, niż sam sobie pozwalał dostrzec. Pozwolił sobie przez moment zostać w tej chwili. Z nią. Z nimi. Z całym światem ograniczonym do willi, kokosów i szumu oceanu.

    OdpowiedzUsuń
  57. Wieczorem Carter czekał na nią przy schodach, w holu na dole, już gotowy do wyjścia, ubrany w jasną, lnianą koszulę rozpiętą pod szyją i spodnie, które wyglądały na zbyt drogie, by były tak wygodne, jak wyglądały. Mimo to prezentował się w nich, jakby zostały stworzone tylko dla niego. W dłoni obracał powoli okulary przeciwsłoneczne, drugą głaskał Gigi po łbie, nachylony do niej nisko, jakby właśnie coś jej tłumaczył.
    — Nie rozszarp tu niczego, kiedy nas nie będzie, dobra? — mruknął do psa, który zamruczał coś pod nosem jakby na zgodę. — Bądź grzeczna, mała. — Pogładził ją po głowie i otrzymał w odpowiedzi tylko jedno machnięcie ogonem, jakby Gigi miała mu za złe, że zostaje. Oparł się potem nonszalancko o poręcz schodów, niecierpliwym spojrzeniem wodząc po stopniach, aż do momentu, gdy ją zobaczył. Sophia zeszła powoli, krokiem nieśpiesznym, jakby zupełnie nie była świadoma tego, co robi z jego oddechem. W pierwszym odruchu nie powiedział nic. Tylko wbił w nią spojrzenie tak intensywne, że przez chwilę wydawało się, jakby zapomniał, gdzie są i po co w ogóle wychodzili.
    — Cholera, Soph… — wyrwało mu się pod nosem, miękko, nisko, jakby dopiero co złapał oddech po długim wstrzymaniu. Nie potrzebował niczego więcej. Ani słów, ani żartów. Patrzył na nią tak, jakby reszta świata przestała istnieć, jakby to była właśnie ta chwila, w której przypomniał sobie, że choć tyle już razem przeszli, ona nadal potrafiła go zaskoczyć. I powalić na kolana, samym spojrzeniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  58. Carter nawet nie próbował ukrywać, jak na nią patrzy. Stał wciąż w holu, ale jego dłoń już oderwała się od głowy Gigi, która poszczekiwała lekko z rozbawienia, jakby wiedziała, że właśnie przestała być centrum jego uwagi. Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu było coś więcej, coś, co mówiło, że absolutnie nie był gotów. Ani na ten widok, ani na to, co przez niego właśnie poczuł.
    — Czy coś jest źle? — powtórzył i uniósł brew, jakby to był jakiś kiepski żart. — Tak — rzucił, zniżając lekko głos. — Za dobrze wyglądasz. To jest absolutnie nielegalne.
    Usta wykrzywiły mu się w półuśmiechu, tym z rodzaju tych, które poprzedzały kłopoty, albo rozkosznie długie opóźnienia w planie wieczoru. Gdy zeszła niżej, przesunął wzrokiem po jej sylwetce, powoli, bez pośpiechu, jakby zapamiętywał każdy fragment tej chwili. Jej skóra miała kolor słońca, materiał sukienki poruszał się przy każdym kroku z lekkością, która działała mu na zmysły bardziej niż powinna.
    — Zastrzeżenia? — powtórzył cicho, robiąc krok w jej stronę. Ich oczy były na tym samym poziomie. — Tylko jedno. To, że będę musiał czekać cały wieczór zanim będę miał mieć cię na wyłączność przez całą noc.
    Pochylił się jeszcze bliżej, muskając ustami jej skroń z niemal zbyt dużym opanowaniem. — I że muszę się powstrzymać, żeby nie wrócić z tobą teraz do sypialni — dodał szeptem tuż przy jej uchu. — Bo serio, Soph… Jeszcze chwila i powiesz mi, że ta sukienka miała być niewinna.
    Zniżył głos do półżartu, ale jego dłoń już spoczęła na jej plecach, obejmując ją łagodnie i z wyraźnym oporem przed puszczeniem. — Będziesz musiała mnie naprawdę pilnować przez całą kolację.
    Złapał jej spojrzenie i przez dłuższą chwilę tylko patrzył, bez słów, bez maski, bez gry. Tak po prostu. Jakby nie był w stanie wyobrazić sobie piękniejszego początku nocy niż właśnie to.
    Carter naprawdę się postarał. Nie mówił o tym wcześniej, nie zdradził żadnego szczegółu, a mimo to wszystko było dopięte na ostatni guzik, z jego inicjatywy, z jego cichego pragnienia, żeby dla niej, dla nich, ten wieczór był dokładnie taki, jaki powinien. Restauracja nie była typową, komercyjną przestrzenią z plastikowym uśmiechem obsługi. To był intymny zakątek na końcu plaży, oddzielony od reszty świata palmami, gęstą zielenią i miękkim światłem lampionów. Prowadziła tam wąska, ukryta ścieżka oświetlona rzędami świec, Carter trzymał ją za rękę przez całą drogę, nie puszczając ani na moment. Nie potrzebował słów, by powiedzieć, że wszystko to było dla niej.
    Stolik czekał. Ustawiony specjalnie dla nich stolik znajdował się pod drewnianym zadaszeniem oplecionym roślinami. Światła były miękkie, ciepłe, lampiony i sznurki światełek, które drgały lekko w wieczornym wietrze. Kolory nieba odbijały się w wodzie, tworząc płynne złoto, fiolet i pomarańcz. Blat stołu zdobiły niskie świece, dyskretnie zatopione w szkle, i ozdobne detale dopasowane do reszty, wszystko z myślą o estetyce i nastroju. Kelner podszedł dopiero wtedy, gdy Carter dał mu subtelny znak. Nawet obsługa była jakby częścią planu, niewidoczna, nienachalna, dająca im pełną prywatność. On sam wyglądał zaskakująco spokojnie, ubrany elegancko, ale bez przesady, biały, lekko rozpięty kołnierzyk i luźno podwinięte rękawy dodawały mu swobody, ale też tego nieuchwytnego uroku, który przyciągał spojrzenia. Wyglądał, jakby był częścią tego miejsca. Jakby to był jego świat. I może przez moment, właśnie w tej scenerii, naprawdę był. Bez brudnych układów, bez nocy, których nie pamiętał. Po prostu mężczyzna, który zakochał się i postanowił dać kobiecie, którą kocha, wszystko, co potrafił.
    Przesunął jej krzesło, pozwalając usiąść, i zanim sam zajął miejsce, pochylił się z cichym szeptem przy uchu.
    — Mam nadzieję, że jeszcze potrafię cię zaskoczyć...Tak, żebyś nie myślała, że szczyt mojego romantyzmu to zaciągnięcie cię do sypialni i zamówienie śniadania do łóżka…
    Nie potrzebował potwierdzenia. Jej spojrzenie wystarczyło. Ten wieczór był tylko ich i Carter właśnie na taki zasługiwał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  59. Carter nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią z tą charakterystyczną, nieco powstrzymywaną miną, która zwykle pojawiała się wtedy, gdy coś go rozczulało, ale nie chciał, by było to aż tak oczywiste. Palcem poprawił mankiet swojej koszuli, jakby potrzebował czegoś, żeby zająć ręce, bo myśli miał w tej chwili zajęte wyłącznie nią.
    — Nie chodziło o wykorzystanie sytuacji. — Odezwał się w końcu, tonem, w którym wybrzmiała nuta rozbawienia. — Po prostu… zobaczyłem, że zasnęłaś i pomyślałem, że to dobry moment, żeby coś załatwić.
    Carter uniósł brew, kątem ust wykrzywiając się w tym swoim zadowolonym półuśmiechu, który pojawiał się tylko wtedy, gdy był z siebie wyjątkowo zadowolony.
    — Kiedy zasypiasz z twarzą wtuloną w moją koszulę — odparł spokojnie, jakby to był najmocniejszy argument, jaki miał w zanadrzu. — W tym momencie oddajesz kontrolę, skarbie. Rzucasz ją z wdziękiem i całą słodyczą prosto w moje ręce. Nie mogłem nie skorzystać. — Wzruszył ramieniem.
    W jego głosie była miękka nuta czułości. Ta, która zawsze pojawiała się, gdy próbowała być silniejsza niż było trzeba. Gdy udawała, że może wszystko unieść sama. Był spokojny, lekko rozbawiony, ale też uważny. Szedł obok niej tym wyznaczonym lampionami szlakiem, ale mimo tej pozornej nonszalancji, wiedział dokładnie, co robi. Każdy detal tego wieczoru został przez niego zaplanowany z myślą o niej. O tym, co lubi, czego potrzebuje. O tej jej drobnej potrzebie bycia zaskakiwaną, ale bez presji. I o tym, jak potrafiła cieszyć się nawet drobiazgiem, co wciąż go zaskakiwało.
    — I nie porównuj tego do galerii. — Dodał zaraz. — Galeria miała jeden cel. — Nachylił się nieznacznie przez stół, zmniejszając dystans. — Zawrócić ci w głowie.
    Nie musiała mówić, czy się udało. Wiedział, że tak. Spojrzał na nią z ukosa, jakby mierzył efekt swoich własnych słów. Może i rzadko o tym mówił, ale czuł potrzebę, żeby robić coś dla niej. Nie jako gest wynagrodzenia czy przeprosin, nie z powodu napięć, które zostawili za sobą, ale po prostu z czystej potrzeby dawania. Z tej najbardziej pierwotnej chęci pokazania: jesteś dla mnie najważniejsza. I zasługujesz na więcej niż codzienność.
    — Poza tym, spójrz, Soph… — rzucił cicho, głową wskazując otaczający ich pejzaż. — Jesteśmy na pieprzonej wyspie, z zachodem słońca, świecami, ciepłym oceanem. I nikt nas nie zna.
    I tak, właśnie to miało dla niego znaczenie. Nikt ich nie oceniał. Nie patrzył przez pryzmat tego, kim byli. Carter nie był tu raperem, ani właścicielem klubu. Nie było dramatu. Ani przeszłości. Bardziej domowo, bardziej intymnie, ale też dojrzalej. Z brzuszkiem pod sukienką, który delikatnie się zarysowywał, z wieczorem, w którym nie musieli już sobie niczego udowadniać. Po prostu byli, razem, spokojni, syci, przepełnieni ciszą, której nie trzeba było łatać słowami. Tylko ta chwila. I to spojrzenie, które na nim zawiesiła. Tego potrzebował najbardziej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  60. Carter nie od razu odpowiedział. Patrzył na nią z tym cichym zachwytem, który nie potrzebował słów. Jakby przez sekundę zapomniał, jak się mówi, i nie było mu to do niczego potrzebne. Bo wszystko, co chciał jej przekazać, miała już wypisane na twarzy i on to widział. Czuł to z każdą sekundą, z każdym uderzeniem ciepła, które szło od niej jak impuls. Jak coś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Przesunął wzrokiem po jej sylwetce, po blasku świecy tańczącym na kościach jej policzków, po tym uśmiechu, który był trochę rozbrajający, a trochę niebezpieczny. A potem ten tekst. Obiecałeś, że wieczór skończy się we mnie. Słowa zabrzmiały miękko, ale pewnie, dokładnie tak, jak Sophia potrafiła, z pozorną lekkością i tym wszystkim, co pod tą lekkością się gotowało. Carter westchnął cicho, pod nosem, z tym charakterystycznym grymasem, który był równie dobrze wyrazem pożądania, jak i rozbawienia.
    Celowo nie usiadł na przeciwko niej, ale tak, by mieć ją w zasięgu dłoni, ramienia, ust. Pochylił się jeszcze bliżej, tak blisko, że ciepło jego oddechu zatańczyło na skórze jej szyi, a końcówki słów, które wypowiadał, niemal muskały miękką krzywiznę jej ucha. Mówił szeptem, niskim, pełnym obietnic głosem, który nie potrzebował być głośny, by zabrzmieć poważnie.
    — Dzisiejszy wieczór też się tak skończy. — Nie odsunął się jakby nie chciał zbyt szybko oderwać się od jej zapachu, od tej miękkiej bliskości, która pachniała słońcem, skórą i czymś, co było tylko Soph. — W tobie… — mruknął przy jej uchu, z głosem niższym niż zwykle, prawie jakby mówił to bardziej do jej skóry niż do niej samej. — Ty dostaniesz swój deser tutaj, aniołku.
    Zatrzymał się, a jego usta zahaczyły o kącik jej szczęki, ledwie dotykając skóry. Potem wyprostował się powoli i sięgnął po swoją szklankę z whisky, patrząc na nią znad krawędzi szkła z tym znajomym błyskiem. — A ja dostanę swój w domu.
    Nie dał jej czasu na reakcję. Zanim jeszcze zdążyła odpowiedzieć, odruchowo, słowem, spojrzeniem czy samym oddechem, pochylił się odrobinę niżej i złożył powolny, świadomy pocałunek tuż pod jej uchem. Cichy, ciepły, tak precyzyjny, że przeszył ją dreszczem od karku aż po końce palców. Został tam na sekundę dłużej, jakby chciał, by to uczucie zostało z nią tak długo, jak to możliwe. Dopiero wtedy się wyprostował, spokojnie, bez pośpiechu, jakby nic się nie stało, choć dobrze wiedział, że wszystko właśnie się stało. I zostawił po sobie ten znajomy, niebezpieczny błysk w oczach, ten, który mówił, że dokładnie wie, co zrobił. I że zrobi to znowu.
    — To miała być motywacja, Soph. — Uniósł lekko brew, zerkając na nią znad kieliszka. — A nie groźba.
    Żart był oczywisty. Ale głos miał niski, lekko ochrypły, jakby sam się złapał na tym, że wypowiedzenie tych słów przy niej… znowu uruchomiło coś, co ledwo chwilę temu próbował opanować. Pochylił się nieco przez stół, jakby bezwiednie. Jakby ona go przyciągała czymś więcej niż tylko słowami. W oczach miał ciepło i ten błysk, który pojawiał się, gdy naprawdę był tu. Cały. Bez ściany. Bez dystansu. Bez Zaire’a. Tylko on. Zamilkł, kiedy wspomniała o szczęściu. To słowo… zatrzymało go. Nie tak, jakby się z nim nie zgadzał. Bardziej jakby go dotknęło. W jakiś zaskakujący sposób. Bo tak, Sophia miała rację. Ale słysząc to od niej, wypowiedziane na głos, poczuł, jak coś w nim lekko się cofa. Nie z powodu strachu, tylko tego znajomego uczucia, które odzywało się zawsze, kiedy było zbyt dobrze. Zbyt cicho. Jakby wewnętrznie nasłuchiwał, czy zaraz coś tego nie rozpieprzy.

    OdpowiedzUsuń
  61. Nie spuszczał z niej wzroku, jakby chciał zapamiętać dokładnie sposób, w jaki wypowiedziała te słowa. Ich ciężar. Ich miękkość. Oparł się lekko o stół, nieco bardziej do niej pochylony, jakby chciał jeszcze wyraźniej być tylko dla niej, tylko tu i tylko teraz.
    — Jestem szczęśliwy — powiedział cicho, ale pewnie. — Właśnie tu. Z tobą. Gdybyś mi powiedziała, że mam zapomnieć o wszystkim innym i zostać tak już do końca świata, zrobiłbym to bez zawahania.
    Spojrzał na nią spokojnie, z tą rzadką szczerością, której nie rozdawał byle komu. — Nawet kiedy zasypiasz w środku zdania... — dodał z uśmiechem, by rozładować napięcie. Ale coś w jego głosie zdradzało, że nie żartował w tej najważniejszej części. Że naprawdę był szczęśliwy. Że potrzebował właśnie tej ciszy między nimi, tych drobnych uśmiechów i niepowiedzianych „kocham cię”, które niosło każde spojrzenie.
    — Nie wyobrażam sobie już innego życia — dodał cicho, jakby dopiero teraz sam to przyznał przed sobą. Nie padło to jako wyznanie rzucane w uniesieniu. Przeciwnie, brzmiało prawdziwie, spokojnie, dojrzale. Jak coś, co musiało w nim dojrzeć z czasem. Jak coś, co dotarło do niego dopiero teraz, tutaj, gdy patrzył na nią przy tym idealnie przygotowanym stole, gdzieś pośrodku tropikalnej ciszy, z dala od wszystkiego, co kiedyś uważał za swoje życie.
    Nie chodziło tylko o miejsce. Ani nawet o tę jedną chwilę. Chodziło o nią. O to, że była tu z nim. Carter skinął głową, jakby chciał przypieczętować własne słowa, dla niej, ale i dla siebie.
    — Mam dokładnie to, czego potrzebuję. Ciebie. Nas. To wszystko. — powiedział jeszcze ciszej. Po chwili nachylił się znów, nie tak jak wcześniej, z rozmysłem, z tym ledwie uchwytnym napięciem. Pocałował ją pod uchem. Wolno. Miękko. Tak, jakby chciał zaznaczyć na niej własny spokój. Własne pragnienie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  62. Carter przyglądał się jej z tą znajomą, rozbrajającą pewnością siebie, Nachylił się raz jeszcze, z tym powolnym uśmiechem, który miał w sobie wszystko: obietnicę, ostrzeżenie, czułość i czyste skupienie. Jego głos był cichy, obniżony, niemal szepczący.
    — O, skarbie… — mruknął tuż przy jej uchu, zmysłowo, z taką precyzją, jakby każde słowo ważył na języku. — Ten deser… wezmę dokładnie tak, jak lubię. Powoli. Zachłannie. I nie zostawię ani kawałka.
    Zanim zdążyła odpowiedzieć, jego usta znów musnęły jej szyję, tuż pod uchem, z miękkością, która tylko pozornie była niewinna. Po chwili się odsunął, ale spojrzenie zatrzymał na niej dłużej, głęboko, uparcie, jakby oceniał, ile jeszcze z niej zostało w jednym kawałku po tym, co zrobił.
    — Ale spokojnie. Twój też będzie. — dodał, tym razem już rozbawiony, choć nadal nisko. — Tylko nie tutaj. Nie chcę, żebyśmy zostali wyrzuceni przed daniem głównym.
    Mrugnął do niej z tym swoim przeklętym urokiem, który potrafił jednym zdaniem wywrócić wszystko do góry nogami. Potem sięgnął po whisky i upił łyk, jakby ten teatr, powolny, uwodzicielski, bezczelny, był czymś, co przychodziło mu równie naturalnie, jak oddychanie. A może właśnie tak było. Mówiąc to, Carter nie odrywał od niej wzroku. Jego dłoń, z początku oparta niewinnie o stół, powoli przesunęła się na jej kolano, niby mimochodem, jakby zupełnie bez znaczenia, a jednak wszystko w tym dotyku było celowe. Opuszki jego palców zatrzymały się tam tylko na moment, po czym zaczęły powoli sunąć w górę, napotykając jedwabisty materiał sukienki. Sophia mogła poczuć, jak przy każdym centymetrze jego dłoń staje się pewniejsza, odważniejsza. Gładził ją lekko, z premedytacją, jakby sprawdzał, czy zadrży… czy się wycofa. Dotarł aż do wewnętrznej strony jej uda, zatrzymując się tuż tam, gdzie granica powinna była zostać postawiona. Ale żadne z nich nie myślało o granicach. Carter nachylił się delikatnie, jakby wciąż mówił tylko o jedzeniu, jakby byli po prostu parą rozmawiającą przy romantycznej kolacji, a nie dokładnie tym, czym właśnie się stawali, tą niecierpliwą, nierozsądną wersją siebie nawzajem, która odpalała się tylko w takich chwilach. Zaczekał, aż Sophia znów uniesie na niego wzrok. I kiedy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się zaczepnie, z tą surową łagodnością, która była jego znakiem rozpoznawczym.
    — Lubię, kiedy jesteś taka zmotywowana… — mruknął cicho. Jego oddech był spokojny, jakby to nie on właśnie przetestował granice ich wspólnego opanowania. Kiedy splotło ich dłonie razem uśmiechną się, na to małe zwycięstwo. Zerknął na nią z boku, zaczepnie, jakby właśnie usłyszał coś zupełnie nowego i z góry postanowił to wykorzystać przeciwko niej.
    — Mówisz, że utknąłem, hm? — powtórzył, jakby testował smak tego słowa. Potem nachylił się znów nieznacznie, bliżej. Na tyle, by nie usłyszał go nikt poza nią. — Brzmi jak najprzyjemniejsza pułapka, w jaką kiedykolwiek wpadłem.
    Uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił, z tym ledwie widocznym błyskiem w oku i spokojem kogoś, kto przestał uciekać. A potem, po chwili milczenia, znów ścisnął jej dłoń – mocniej, pewniej.
    — Wiesz… — dodał cicho. — Czasem mam wrażenie, że całe to życie przed tobą to było tylko czekanie. Na was.
    I jakby wcale nie powiedział właśnie czegoś, co wywróciło mu serce do góry nogami, sięgnął po truskawkę ze stojącej między nimi miseczki i całkowicie bezczelnie ją zjadł, z tą samą niewinną miną, którą czasem miewał, kiedy wiedział, że zrobił coś niemożliwie rozbrajającego. Rozsiadł się wygodniej, jakby nie padły tu żadne wielkie słowa, żadna deklaracja, żadna cicha obietnica, jakby to nie on przed chwilą wyznał jej, że całe swoje życie dzieli teraz na „przed” i „z tobą”. Zamruczał z zadowoleniem pod nosem, oblizując opuszki palców z odrobiny soku i dopiero wtedy zerknął na nią kątem oka, zupełnie spokojnie, jakby truskawki były najważniejszą rzeczą, jaka wydarzyła się w tej chwili.
    — Co? — spytał niewinnie, gdy przyłapał ją na tym spojrzeniu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  63. — Myślę, że możemy już przestawić ją na stół.
    To Lucy odpowiedziała na pytanie zadane przez Sophię, niemalże bezszelestnie zjawiwszy się w jadalni. Uśmiechnęła się do dziewczynek szeroko, ale sposób, w jaki układały się w łuk jej wargi sugerował, że w tym uśmiechu był cień smutku – Kevin nie miał opuścić swojego gabinetu, żeby z nimi zjeść. Zaraz rozpoczynał spotkanie, później chciał popracować nad dokumentami i pewnie jak w każdy inny dzień, miał położyć się spać na długo po pozostałych domownikach. Nie stał się pracoholikiem z dnia na dzień – Maxine pamiętała go takim zawsze. Zawsze zapracowanym, zawsze zajętym, zawsze gdzieś pędzącym. Za to samo zaangażowanie, za które Kevina uwielbiali jego wyborcy, przeklinała go jego własna rodzina, choć jednocześnie Maxine nie mogłaby powiedzieć, że mimo że ojciec był w jej życiu, to pozostawał nieobecny. Miała z nim naprawdę wiele cennych wspomnień i miała jego uwagę za każdym razem, kiedy tego potrzebowała, nawet jeśli musiała zaznaczyć, że tak, naprawdę tej uwagi potrzebuje i nie jest to kaprys ani nic, co mogłoby poczekać. Kevin stawał na wysokości zadania, tak w pracy, jak i w życiu prywatnym, ponieważ kiedy Lucy miała zawał, potrafił zawiesić polityczną karierę i zająć się rodziną. Być może zarówno Lucy, jak i Maxine mogły mu co nieco zarzucić, ale nie mogły powiedzieć, że Kevin się nie starał i że ich nie kochał – starał się i kochał, na swój sposób, dbając o nie obie, choć czasem wydawało im się, że polityka była nie tylko jego pasją, ale też największą życiową miłością. Przewrotnie, ceniły to w nim i dopingowały go, bo kiedy już Kevin wypełzł ze swojego gabinetu, był dobrym mężem i dobrym ojcem.
    Do stołu usiadły we trójkę. Sophia i Maxine obok siebie, Lucy naprzeciwko nich, uprzednio na każdy z trzech talerzy nałożywszy solidną porcję wciąż parującej zapiekanki. Dwudziestoparolatki od razu zabrały się za jedzenie, zupełnie nieczułe na to, że parzą sobie podniebienia. Lucy przyglądała się temu z rosnącym rozbawieniem, ale i zadowoleniem, a kiedy wszystkie nasyciły pierwszy głód, zaczęły niezobowiązująco rozmawiać o wszystkim i o niczym. Lucy, jako doświadczona prawniczka, potrafiła prowadzić rozmowę tak, by poruszać tematy miłe i lekkie, a omijać te, które mogły wywołać dyskomfort. Stąd posiłek minął im w naprawdę przyjemnej atmosferze, a butelka przyniesionego przez Moreirę wina została opróżniona ponad w połowie
    Tę butelkę zupełnie otwarcie dziewczynki zabrały ze sobą na górę, do pokoju Max. Objedzone dwiema porcjami zapiekanki, dopchane sałatką i rozluźnione winem, które zresztą zamierzały dokończyć, pożegnały się z Lucy, uprzednio pomógłszy jej sprzątnąć ze stołu i pokonały dwie kondygnacje schodów, by dotrzeć na trzecie piętro kamienicy, gdzie mieścił się między innymi przestronny pokój Maxine.
    Znalazłszy się u siebie, Riley dokonała małego przemeblowania. Spod ściany na środek pokoju wyciągnęła dwie, duże i miękkie pufy, najpierw jedną, potem drugą i ustawiła przy łóżku, które stało pod oknem. Przed pufy przesunęła niski stoliczek, by na nim ustawić przyniesione z dołu dwa kieliszki, butelkę i dwie paczki chipsów. Dolawszy im wina, chwyciła jeden z kieliszków z wysoką nóżką i zapadła się w pufie, moszcząc się w niej wygodnie. Upiwszy łyk alkoholu, popatrzyła na Sophię, która zrobiła dokładnie to samo.
    Maxine odezwała się pierwsza, uprzedziwszy drugą brunetkę, która już otwierała usta – była pewna, że Sophia chce zasypać ją gradem tak zwanych pytań pomocniczych, więc zdecydowała się ją uprzedzić i nie rozdrabniać się, a spuścić na nią tę bombę, którą miała w zanadrzu przez cały obiad.
    — Chyba mam siostrę bliźniaczkę, Soph — wypaliła zatem, tak po prostu, wzrok mając utkwiony w przyjaciółce. Zaczęła od sedna sprawy – od jej końca, zamiast od początku, ale do tego początku bez wątpienia miały jeszcze dojść, bo też Maxine zamierzała dopuścić Sophię do głosu i pozwolić jej na zadanie tych licznych pytań, które cisnęły się Moreirze na usta po wyznaniu Riley.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To jest ten ktoś, kto chodzi mi po głowie. Dziewczyna, która wygląda dokładnie tak samo, jak ja. Patrzę na nią i mam wrażenie, jakbym przeglądała się w lustrze. Bo wpadłyśmy na siebie na imprezie integracyjnej krótko po rozpoczęciu semestru, wiesz? Jest jedną ze studentek z wymiany — tłumaczyła chaotycznie, próbując nakreślić Sophii to, co zaszło. W końcu urwała, a potem przytknęła kieliszek do ust i łapczywie wychyliła całą jego zawartość, jakby to miało w czymkolwiek pomóc. Nie pomogło.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  64. Carter nie poruszył się ani o milimetr, gdy nachyliła się do przodu, ale mięśnie jego uda napięły się wyczuwalnie pod jej dłonią, jakby każda jego reakcja była dla niej zarezerwowana, jakby ciało mówiło za niego, zanim jeszcze zdążył coś powiedzieć. Przyjął jej pocałunek z tą samą czułością, z jaką go złożyła. Z zamkniętymi oczami. Bez potrzeby odpowiedzi, przynajmniej nie od razu. Dłoń wciąż spoczywała na jej udzie. Nie ruszył jej. Jakby to miejsce było teraz naturalnym przedłużeniem ich rozmowy. Jej ciepło, jej bliskość, jej pewność.
    Spojrzał na nią i przez moment nie odezwał się wcale. Może nie potrzebował. Może patrzył właśnie na wszystko, czego przez tyle lat nie potrafił sobie nawet wyobrazić. Sophia wyglądała, jakby należała dokładnie tutaj. Jakby nie istniał żaden inny świat poza tym z nią. Bez pośpiechu, bez przerywania, jakby każde jej słowo było czymś, czego nie chciał przegapić, jakby próbował je złapać między palce, nim rozproszą się w ciepłym powietrzu. Ta wersja Sophii… spokojna, obecna, przejęta, należała tylko do niego. A on, mimo wszystkich głupot, które potrafił robić, doskonale to rozumiał. Czuł ciężar tej chwili. I czuł jej lekkość zarazem. To, że to właśnie było ich życiem. Ich codziennością. Ich rzeczywistością, która kiedyś wydawała się tak niemożliwa. Uśmiechnął się krzywo, przekręcając lekko głowę, gdy wypowiedziała to ostatnie zdanie. Truskawkę zdążył już zjeść, z pełnym spokojem, niemal przekornie, ale teraz na jego twarzy pojawił się ten cień, który zdradzał więcej, niż powiedziałby na głos. Zadowolenie. Czułość. Ciche „wiem”. Jego dłoń znów przesunęła się lekko po jej udzie, tym razem z większą ostrożnością. Nie musiał nic robić więcej. Sophia już była jego. Cała. Teraz, tutaj, przy tym stoliku, w tej rzeczywistości, w której nie było niczego poza nimi. W tej pułapce, o której mówiła, jednej z tych, w których chce się być.
    Carter uniósł nieco brew, zerkając na nią z ukosa. W kąciku jego ust zamajaczył ten znajomy, zaczepny uśmiech. Był już prawie pewien, że ją ma. Nie musiała tego mówić. Siedziała przed nim rozgrzana, cała w tym słodkim zawieszeniu pomiędzy „jeszcze tutaj” a „już zaraz wracamy”. Cała jej była jedną wielką reakcją na jego dotyk i słowa. Tylko dlatego jeszcze siedzieli – bo oboje lubili tę grę.
    — Cholera… Soph… — zaczął, a potem zawiesił głos na sekundę, tylko po to, by uśmiechnąć się jeszcze szerzej. — Czy ty mnie właśnie podrywasz?
    Znowu ten uśmiech. Pewny siebie, rozleniwiony. Trochę wyzwanie, a trochę obietnica. Nie przestawał jej dotykać, robił to powoli, celowo, z tą świadomością, która potrafiła doprowadzić ją do szału.
    — Lubię, kiedy tak na mnie patrzysz — rzucił cicho, trzymając jej spojrzenie. Wciąż przesuwając powoli opuszkami po jej udzie, jakby badał granicę… której i tak nie miał zamiaru respektować. — Jeszcze chwila i będziesz gotowa rzucić się na mnie przy tym stoliku.
    A potem znowu sięgnął po truskawkę. Jedną, jakby nic się nie działo. Włożył ją do ust i patrzył na nią tak, jakby wcale nie robił nic, a robił wszystko. Brzmiało to lekko i bezczelnie zarazem. Uniósł lekko brwi, dając jej przestrzeń do odpowiedzi, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, dodał jeszcze, niżej i z ciepłym rozbawieniem:
    — Bo jeśli tak… to bardzo ci to idzie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  65. Carter uśmiechnął się tak, jak potrafił tylko wtedy, gdy była z nim w ten sposób, rozluźniona, odważna, z błyskiem w oku, który nie dawał mu żadnego wyboru. Lubił ten błysk. Lubił wszystko, co zwiastował. Jego spojrzenie, do tej pory miękkie, nagle przygasło od intensywności. Przez dłuższą chwilę jedynie patrzył na Sophię z tym spokojem, który był zupełnie mylący, bo pod nim kryło się wszystko oprócz spokoju. Iskry igrały w spojrzeniu, kącik ust unosił się nieznacznie, jakby ledwie powstrzymywał się przed komentarzem. Bez zapowiedzi, bez mrugnięcia okiem, sięgnął do jej krzesła i w jednej płynnej chwili przyciągnął je bliżej siebie. Metal zaskrzypiał delikatnie, a nogi mebla zsunęły się po podłożu, przesuwając Sophię tak blisko, że kolana niemal stykały się z jego udem. Jego dłoń wciąż spoczywała na stole, dla postronnego oka wyglądał niemal jak opanowany dżentelmen, który po prostu poprawia jej miejsce przy kolacji. Ale wystarczyło spojrzeć mu w oczy, by wiedzieć, że to nie był dżentelmen. Gdy tylko Sophia znalazła się wystarczająco blisko, Carter powrócił dłonią na jej udo. Tym razem jednak nie był to już powolny, czuły gest. Przesunął dłoń zdecydowanie, pewnie, ale bez pośpiechu, zjeżdżając po jedwabistej tkaninie sukienki, aż dotarł do miejsca, w którym materiał się rozchylał w rozcięciu. I właśnie tam wślizgnął dłoń pod spód. Ciepło jego skóry zderzyło się z czułą, odsłoniętą skórą jej uda, a potem przesunęło się wyżej. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej uda, nieco niżej, niż dotąd, a potem, zgodnie z jej życzeniem powoli, świadomie, podciągnął dłoń wyżej. Prawie nie mrugnął. Jakby w tej chwili nie było nic bardziej istotnego niż jej cichy szept i to, jak odpowie na niego bez słów.
    — Tak? Tu? — zapytał, opierając się na jej udzie ciężarem palców. — A może tutaj…?
    Zaczął przesuwać się nieco wyżej, ale zrobił to z taką powolnością i precyzją, jakby każda sekunda była z premedytacją wymierzona w jej cierpliwość. Patrzył jej przy tym prosto w oczy. Bezczelnie. Z tą charakterystyczną pewnością siebie, która mówiła wszystko, że wie, co robi i dokładnie, jaki efekt wywołuje.
    Jeśli to był test, a Carter podejrzewał, że dokładnie to się właśnie działo, to Sophia naprawdę nie miała pojęcia, jak wiele był w stanie zrobić, żeby ten test zdać celująco. Nie był z tych, co się cofają, kiedy robi się zbyt ciasno pod stołem i zbyt gorąco w spojrzeniu. Nie z tych, co puszczają sygnały mimo uszu. On je chłonął. Każdy jeden. Patrzył na nią z ukosa, z tą charakterystyczną dla siebie mieszanką niedowierzania i rozbawienia, która czaiła się w kąciku ust.
    — Zawsze wiesz, co powiedzieć, żeby mnie nie puścić z tej pułapki — szepnął, nachylając się, tak by jego usta znów znalazły się przy jej uchu. — Ale wiesz, Soph… nie jestem pewien, czy naprawdę chcesz, żebym zrobił to tutaj.
    Pozwolił, by jego oddech zatańczył jej na szyi, a potem znów wyprostował się powoli, zostawiając dłoń dokładnie tam, gdzie jej zażyczyła, na granicy, której przekroczenie byłoby już obietnicą.

    OdpowiedzUsuń
  66. Patrzył, jak jej pierś unosi się w szybkim oddechu, jak jej spojrzenie na moment się rozprasza. I wtedy, jakby nic się nie stało, sięgnął drugą ręką po kieliszek z whisky i upił łyk.
    — Ale jak nie podadzą zaraz kolacji, to nie ręczę za siebie — rzucił, prawie niewinnie, ale jego dłoń nie drgnęła ani o milimetr. — Jesteś dzisiaj rozkosznie niegrzeczna, motylku. — Zrobił pauzę, teatralną, niemal przesadnie poważną, jakby naprawdę był zgorszony. Oczywiście nie był. Wręcz przeciwnie, rozkoszował się tą wersją Sophii. — Taka cicha, grzeczna, śpiąca w ciągu dnia… a tu nagle takie… rzeczy — dodał, przeciągając ostatnie słowo z udawaną konsternacją. Nachylił się do niej znowu, tym razem nieco niżej, wolniej, z tym niepokojąco spokojnym wyrazem twarzy, który zapowiadał kłopoty, te najlepsze. Pochylił się nieznacznie, zbliżając usta do jej ucha. Westchnął tak, że jej skóra zadrżała. — Wiesz, że to ty zaczęłaś tę grę… — mruknął. — Więc nie miej pretensji, jeśli nie pozwolę ci jej wygrać.
    Carter nie spuszczał z niej wzroku, ani przez moment. Milczał, jakby czekał na to, czy Sophia się poruszy, zaprotestuje albo coś powie. Uśmiechnął się pod nosem, a jego palce znowu poruszyły się na jej udzie, nieznacznie, niby odruchowo, a przecież z pełną świadomością, jak działa na nią każdy najmniejszy gest.
    — Tylko potem nie mów, że to moja wina, że kolacja wystygła — mruknął jeszcze i wolną ręką sięgnął po kolejną truskawkę, jakby zupełnie nie przejmował się napięciem, które między nimi narastało z każdą sekundą. Wsunął ją do ust bez pośpiechu, znów bezczelnie nie odrywając wzroku od jej twarzy. — A ty chyba jesteś głodna. Tylko nie wiem, czy bardziej kolacji… czy mnie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  67. Carter uniósł nieznacznie brew, słysząc jej słowa. Spokój, z jakim je wypowiadała, tylko podsycał w nim to rozbawione, rozpalone napięcie, które z każdą minutą gęstniało między nimi jak tropikalne powietrze, lepkie i ciepłe, osiadające na skórze jak obietnica. Jej pytanie „czy coś cię powstrzymuje?” miało w sobie prowokację, ale i coś więcej. Jakby rzucała mu wyzwanie, którego doskonale wiedziała, że nie zignoruje. Nachylił się jeszcze raz, tym razem powoli, niemal leniwie, jakby każda sekunda była celowo przeciągana, by napiąć struny między nimi do granic wytrzymałości. Czołem otarł się delikatnie o jej skroń, a jego głos, obniżony i ochrypły, dotknął jej ucha jak miękka tkanina.
    — Gdybyś mnie testowała… — zaczął cicho, przesuwając opuszki palców jeszcze wyżej, niemal bezwstydnie, ale nadal z tą precyzyjną kontrolą, którą znała aż za dobrze. — …to powinnaś wiedzieć, że jestem zdolny do wielu rzeczy. Zwłaszcza, kiedy w ten sposób prosisz.
    Przerwał na sekundę, uśmiechając się pod nosem, gdy jej ciało wyraźnie zareagowało na jego dotyk. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej uda, zanim odchylił się delikatnie, znów patrząc na nią z bliska, rozbawiony i rozpalony zarazem. Pochylił się ponownie, tym razem niżej — ustami musnął kącik jej ust, tak lekko, że równie dobrze mogłaby to sobie wyobrazić.
    — Ty jesteś niemożliwa. — Mruknął. — Nie. Ty jesteś czystą prowokacją, Sophia. — Wsunął dłoń odrobinę wyżej, dosłownie o kilka centymetrów, ale wystarczyło, by poczuła napięcie w całym ciele. — I chyba ci się to… bardzo podoba. — Uśmiech rozciągnął mu się kącikach ust. Nie był to jednak ten miękki, czuły uśmiech, który potrafił jej dać w kuchni, kiedy była w jego bluzie i z kubkiem kawy w dłoni. Ten był nieco zadziorny, z błyskiem przewagi i lekkością kogoś, kto miał zamiar sięgnąć po dokładnie to, czego chciał.
    — A ja… sam nie wiem, czy cię pochwalić czy przywołać do porządku.
    Zawiesił głos, rozbawiony, jakby sam nie dowierzał w to, co za chwilę powie. Wciąż trzymał ją blisko. Jego dłoń, pewna, powolna, ciepła, wciąż spoczywała na jej udzie, pod materiałem sukienki, już zupełnie bez wstydu. Przesuwał palcami w górę i w dół, tylko po to, by przypominać jej, że jeszcze tam jest. Że mógłby więcej. Że zrobi więcej.
    — Ale skoro prosisz — dodał z przesadnie niewinnym tonem. — Byłoby to niestosowne , gdybym ci odmówił, prawda?
    I nie odsunął ręki. Wciąż tam była. Wciąż delikatnie głaskała jej skórę, zataczając kręgi na tyle leniwe i niepozorne, by z zewnątrz wydawały się tylko przyjacielskim gestem. Ale każde kolejne muśnięcie mówiło jej, że ten wieczór, niezależnie od tego, kiedy wrócą do willi, już dawno przestał być tylko kolacją. Delikatnie, niemal czule, przesunął kciukiem po wrażliwej skórze tuż przy krawędzi jej bielizny. — Chcesz żebym przestał? — zapytał, zerkając na nią spod przymkniętych powiek, głosem zbyt spokojnym, by był bezpieczny. — Czy chcesz się przekonać, jak dobrze pamiętam, co robi ci dobrze?
    Nie potrzebował odpowiedzi. Już ją widział w jej oczach, w tym, jak ciało Sophii napięło się pod jego dotykiem. W tym, że nie cofnęła się nawet o milimetr. Carter był pewny jednego: nie potrzebował żadnych gier, żeby ją rozbroić. Ale skoro ona postanowiła grać, to grał razem z nią. Na własnych zasadach.
    Carter uniósł brew, a kącik jego ust zadrżał w tym rozbrajająco pewnym siebie uśmiechu.
    — Też chcesz jedną, hm? — powtórzył sennie, przeciągając słowa, jakby się nad tym głęboko zastanawiał, choć wcale nie musiał. Od razu wiedział, co zrobi. Jego głos był niski, miękki, z tą charakterystyczną dla niego nutą rozbawienia i napięcia, która zawsze czaiła się pod powierzchnią.

    OdpowiedzUsuń
  68. Sięgnął po kolejną truskawkę, powoli i metodycznie. Nachylił się jeszcze bliżej, tak że dzieliły ich tylko centymetry. Palcami drugiej dłoni, tej która wciąż spoczywała pod jej sukienką, przesunął leniwie wyżej, znów, o odrobinę. Tak, jakby sam testował, jak wiele jeszcze z niej wyczyta.
    — Otwórz usta, Soph — powiedział cicho. To nie był rozkaz, ale brzmiał zbyt pewnie, by go nie wykonać. Zbyt miękko, by był niebezpieczny, a jednak… czuć było w nim coś więcej. Zapowiedź. Obietnicę. Napięcie, które już pulsowało między nimi jak oddzielna siła. I może właśnie dlatego tak zadrżała. Truskawka unosiła się w powietrzu, zatrzymana tuż przy jej ustach. Carter milczał. Uśmiechał się lekko, jakby znów rozgrywał z nią jakąś niewinną partię, której zasady znał tylko on. Ale przecież doskonale wiedział, że Sophia była już tak blisko utraty kontroli, jak on sam.
    — No? — dodał, zniżając głos niemal do mruknięcia. — Chyba nie będziesz się droczyć, skoro tak bardzo chciałaś.
    Zamarł na moment, nie dlatego, że był zaskoczony, tylko dlatego, że nagle jego myśli przesunęły się o krok dalej niż sama prośba o owoc. Kąciki jego ust uniosły się powoli, bardzo powoli, jakby z opóźnieniem, a spojrzenie, które jej rzucił spod półprzymkniętych powiek, było cięższe niż tropikalne powietrze wokół nich. Kiedy zrobiła to, o co poprosił, włożył jej truskawkę do ust z tą samą uwagą, z jaką chwilę wcześniej wsunął dłoń pod jej sukienkę. Palcami dotknął na moment jej wargi. Przez chwilę patrzył, jak oblizuje wargę. Jak próbuje zachować pozory spokoju, choć dobrze widział, że w środku się gotuje. Carter spojrzał na nią tak, jakby właśnie w tym momencie miał porzucić wszelkie pozory grzeczności. A potem tylko westchnął cicho, głęboko, przeciągle, z tym znajomym przeciągnięciem, które zawsze poprzedzało jego niecenzuralne myśli, z których tylko część trafiała na głos. Nachylił się do niej znów, niby od niechcenia, ale był już tak blisko, że jego usta niemal dotykały jej ucha, a ciepły oddech pieścił skórę Sophii bez najmniejszego dotyku.
    — Chryste, Sophia… — mruknął, przechylając głowę i mrużąc oczy z taką intensywnością, że zrobiło się gorąco nawet między słowami. — Masz pojęcie, jak cholernie chciałbym cię teraz przelecieć? — mruknął półgłosem. — Tu. Teraz… — Zamilkł na moment, jakby się powstrzymywał. — Tak jak nigdy przedtem… — dodał ciszej. Spojrzał jej w oczy, uśmiechając się jak ktoś, kto doskonale wie, że właśnie powiedział za dużo. Ale nie żałował ani słowa. — Ale zrobisz ze mną wszystko, prawda?
    Wyprostował się i sięgnął po kieliszek, jakby powiedział właśnie coś zupełnie neutralnego, z pozornym spokojem, którego w nim nie było ani trochę. Nie, nie zamierzał się hamować jeszcze długo. Nie czekał na odpowiedź. Wsunął dłoń wyżej po jej udzie , znów. Gładko, pewnie. Przez rozcięcie materiału, aż czuła jego palce bezpośrednio na skórze.
    — Kiedy tak siedzisz… i prowokujesz… i patrzysz na mnie w ten sposób…
    Carter westchnął głęboko, przymykając oczy na ułamek sekundy, jakby próbował się opanować, choć dobrze wiedział, że z każdą minutą stawało się to trudniejsze. Jego dłoń wciąż spoczywała na jej udzie, jakby sam siebie nie chciał puścić z tej linii ognia.
    — Miałem z tobą porozmawiać, Soph. Naprawdę. — Odezwał się cicho, jakby z niedowierzaniem kręcąc głową. — Miałem powiedzieć ci kilka… poważnych rzeczy.
    Zerknął na nią, przechylając głowę nieco w bok. W jego spojrzeniu była szczerość ta, której Sophia nauczyła się w nim rozpoznawać. — Ale ty… Ty odbierasz mi rozum. Odbierasz mi zdolność myślenia, do cholery. — Dodał z lekkim, zrezygnowanym śmiechem, a jego palce lekko zacisnęły się na jej udzie. — Siadam obok ciebie i wszystko, co miałem w głowie, nagle znika.
    Nachylił się bliżej, aż jego czoło prawie dotknęło jej skroni. Zamilkł na chwilę. — I kończę z dłonią pod twoją sukienką, bo… bo jak mam się opanować, skoro jesteś całą moją rzeczywistością?
    Brzmiał tak, jakby sam próbował zrozumieć, kiedy dokładnie przestał mieć kontrolę. Ale nie wyglądał, jakby tego żałował.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  69. Carter nie odpowiedział od razu. Przez dłuższą chwilę jedynie na nią patrzył, jakby właśnie próbował powstrzymać się od zrobienia czegoś absolutnie nierozsądnego. Jej głos nadal dźwięczał mu w uszach, z tym cichym „Carter…” pełnym żaru i niecierpliwości, które tylko wzmocniły to, co i tak buzowało w nim od momentu, gdy wsunął dłoń pod sukienkę. Jeszcze nie przekroczył granicy. Jeszcze. Ale był blisko i oboje to czuli. Jej oddech. Drżenie skóry. To, jak nie unikała jego wzroku. Jak rozchyliła usta, czekając na truskawkę, jakby była gotowa na wszystko, co tylko zamierzał jej dać. A potem ten szept, cichy, niemal bezczelny, wypowiedziany z taką słodyczą, że aż zabolało.
    „Masz pojęcie, jak bardzo chciałabym ci teraz pozwolić, abyś mnie przeleciał?”
    Carter jęknął w myślach, przymykając na sekundę oczy. Ona naprawdę nie miała pojęcia, co z nim właśnie robiła. Albo miała i właśnie to pociągało go jeszcze bardziej. Nie zdążył odpowiedzieć, bo jej palce już były na jego torsie, a potem szyi jej głos stał się jeszcze bardziej zmysłowy. Te słowa. To wyobrażenie. Sophia, rozgrzana, rozpalona, mówiąca mu, że byłaby już na stole… dla niego. A potem ta końcówka, o jego twarzy między jej udami, wypowiedziana tak, jakby rozważała pogodę na jutro. Spokojnie. Rozbrajająco naturalnie. Zacisnął palce na jej udzie, odruchowo, jakby próbując utrzymać resztki samokontroli. To był poziom prowokacji, którego nie był w stanie już ignorować. Wciągnął powietrze i odchylił się nieco, ale tylko po to, żeby lepiej na nią spojrzeć.
    Słowo, którego wcześniej użył teraz wracało z całą siłą. Była dokładnie taka. Niegrzeczna. Kusząco, świadomie nieprzyzwoita. I tylko przy nim.
    — Jakiekolwiek rozmowy miałem w głowie… zabiłaś je jednym zdaniem — przyznał, śmiejąc się cicho, bezradnie. Przesunął powoli dłonią wzdłuż jej uda, ale tym razem nie po to, żeby ją drażnić, po prostu chciał ją dotknąć. Była dla niego rzeczywista, ciepła, bliska. Była jego. Nachylił się jeszcze raz tym razem nie do ucha, a niżej. Usta zostawiły krótki, ale znaczący pocałunek na jej obojczyku, tuż przy ramiączku sukienki. Potem drugi, wolniejszy. Przedłużony. Jego dłoń cały czas pozostawała na jej udzie. Powolna. Cierpliwa. Ale obecna.
    — Będziesz musiała mi przypomnieć, co chciałem powiedzieć — mruknął, zatrzymując się na moment. Uśmiechnął się leniwie i wrócił spojrzeniem do jej twarzy, ale ta miękkość nie odbierała mu intensywności. Jego oczy wciąż były ciemne, skupione, pełne czegoś, co ledwo utrzymywał pod powierzchnią.
    Carter się kontrolował. Jeszcze. Ale tylko dlatego, że lubił to, ten moment, w którym mógł obserwować, jak jej ciało reaguje na każdy jego dotyk. Jak jej oddech robił się płytszy, jak poruszała się na krześle w nerwowym napięciu, które tylko narastało, jakby w każdej sekundzie walczyła sama ze sobą. Lubił to. Lubił ją taką, w połowie między cierpliwością a rozpaleniem. Kiedy jeszcze próbowała zachować pozory przyzwoitości, mimo że jej ciało już dawno o niej zapomniało. Nie ruszał się gwałtownie. Nie musiał. Czerpał przyjemność z tego, że jej skóra drżała pod jego dłonią, że zamykała oczy, jakby chciała na chwilę zniknąć z tego świata, zostając tylko z nim i z tym, co działo się między nimi. Lubił to, jak głos jej drżał, choć nadal próbowała brzmieć pewnie. Jak za każdym razem, gdy jego palce przesuwały się nieco wyżej, ona cichutko łapała powietrze, jakby nie spodziewała się, że posunie się o krok dalej, choć przecież powinna. Carter kontrolował się. Naprawdę. Ale tylko dlatego, że uwielbiał obserwować, jak ona traci kontrolę.
    — Wiesz… — mruknął nisko, zbyt blisko jej ucha, z tą samą spokojną intensywnością, którą rezerwował tylko dla niej. — Gdybym naprawdę cię testował, już dawno byśmy stąd wyszli. Ale lubię to, co widzę. I to jak reagujesz. To… działa na mnie bardziej niż myślisz.

    OdpowiedzUsuń
  70. Zsunął kciukiem krótki, niespieszny ruch tuż nad linią jej bielizny. Nie poszedł dalej. Jeszcze nie. Bo to, że mógł, to było jedno. Ale to, że każda sekunda czekania sprawiała, że pragnęli się jeszcze bardziej, było warte więcej niż momentaryczne zaspokojenie. Jego uśmiech, kiedy uniósł wzrok na jej rozpaloną twarz, był bezczelny. I pełen samozadowolenia. Ale nie z siebie. Z niej. Z tego, że to ona, tylko ona, potrafiła wywołać w nim coś takiego. Że wystarczyła jej obecność, jej głos, jej spojrzenie, a tracił grunt pod nogami. Że tylko dla niej był zdolny się powstrzymywać, mimo że jego ciało krzyczało, żeby już dawno przestać.
    — Czasem przyjemność jest większa… kiedy trochę na nią czekasz... — Wyszeptał i musnął jej usta krótko, ledwo, jak obietnicę. To było równie okrutne, co słodkie.
    Kelner zjawił się w najmniej, a może właśnie w najbardziej odpowiednim momencie.
    — Dobry wieczór państwu. Mam przyjemność przedstawić pierwsze danie dzisiejszego wieczoru…
    Carter nawet nie drgnął. Nie cofnął dłoni z jej uda, nie zmienił wyrazu twarzy. Uśmiech pozostał tam, gdzie był ten leniwy, zadowolony z siebie, jakby wcale nie zrobił nic, co mogłoby zakłócić rytm kolacji. Jedynie jego spojrzenie, wbite w twarz Sophii, rozbłysło czymś nowym. Rozbawieniem. Czystą satysfakcją. Bo widział dokładnie, co się z nią działo. Jak próbowała się wyprostować. Jak niemal niezauważalnie przygryzła wargę. Jak gorąco wypłynęło jej na policzki, choć zrobiła wszystko, by zachować spokój.
    — Na przystawkę serwujemy delikatnie grillowaną ośmiornicę z emulsją limonkową — ciągnął kelner, zupełnie nieświadomy napięcia unoszącego się nad stołem. — A do tego chłodny mus z mango i świeża kolendra. Szef kuchni zaleca zaczęcie od części bez przypraw, wtedy najpełniej czuć różnicę tekstur…
    Carter w tym czasie przesunął kciukiem subtelnie po wewnętrznej stronie jej uda, jakby zupełnie mimochodem, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Był już tak wysoko, że dotykał bielizny. — Brzmi pysznie, prawda? — rzucił w końcu z rozbawieniem i pełną niewinności uprzejmością, zerkając na kelnera, a potem z powrotem na Sophię.
    — Pani na pewno doceni takie delikatne smaki. — Kelner uśmiechnął się z dumą. Carter już nie był pewien, czy parsknąć śmiechem. A jego dłoń wciąż była tam, gdzie nie powinna. I ani myślała się stamtąd ruszyć.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  71. Oczywiście, że Sophia była mile widziana i chciana w domu państwa Riley, tak, jak dawniej, a w zasadzie to tak, jak zawsze. I oczywiście, że Maxine rozmawiała z mamą na temat nagle urwanego kontaktu ze strony Sophii, ale bynajmniej nie pobiegła do niej na skargę – to Lucy wyszła z inicjatywą, spostrzegłszy, że Moreira przestała pojawiać się u nich tak często, jak miała to w zwyczaju, a raczej przestała pojawiać się w ogóle. Zagaiła córkę o to, czy wszystko było w porządku i czy przypadkiem coś się nie stało, a wtedy Max nakreśliła jej sytuację, czy jednak było to obgadywanie? Obgadywanie było nacechowane negatywnie, a Maxine i Lucy podczas rozmowy o Sophii bynajmniej nie wieszały na niej psów, a po prostu zastanawiały się nad tym, co mogło się stać i czy Max realnie mogła coś zrobić, skoro Soph nie odpowiadała na jej wiadomości. Finalnie panna Riley uznała, że da Sophii tę przestrzeń, której ta najwyraźniej potrzebowała, a Lucy sporadycznie pytała o to, czy coś się zmieniło.
    Dziś miała Sophię siedzącą przy stole i zajadającą jej popisową zapiekankę jako żywy dowód na to, że tak, w końcu coś się zmieniło i zdawała się być z tego tak samo zadowolona, jak Max. Rozumiała jednak, że ani zapiekanka, ani tym bardziej ona sama nie była dla dziewczynek główną atrakcją tego wieczoru, choćby te zarzekały, że jest inaczej. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że przede wszystkim zależało im na zaszyciu się w pokoju Maxine i obgadaniu tego wszystkiego, co miały do obgadania, więc nie zatrzymywała ich, kiedy udały się na górę i w żaden sposób nie skomentowała tego, że zabrały ze sobą wino, bo choć z przyzwyczajenia nazywała je dziewczynkami, to też pamiętała, ile tak naprawdę te dziewczynki mają lat.
    Tymczasem Maxine sprzedała Sophii informację, którą dusiła w sobie od pewnego czasu i czuła, że jeszcze długo nie zbierze się na odwagę, aby o swoim odkryciu powiedzieć rodzicom. Dolała sobie wina do opróżnionego przed sekundą kieliszka, podczas gdy Sophia radziła sobie z szokiem, w jaki miała pełne prawo wpaść po usłyszeniu tej rewelacji. Grad pytań padł na nią już w momencie, w którym możliwie wygodnie rozparła się na pufie, mając z czego popijać. Przyglądała się przy tym przyjaciółce z lekkim uśmiechem, takim, który unosił kąciki ust, ale nie odsłaniał zębów i był to uśmiech zarówno pobłażliwy, jak i smutny. Maxine nie spodziewała się po Sophii innej reakcji i to niezmiernie ją bawiło, ale z drugiej strony odpowiedzenie na te wszystkie pytania miało wymagać od niej wysiłku, na którego podjęcie nie była gotowa. To dlatego, nim jeszcze się odezwała, najpierw westchnęła ciężko, a potem pokręciła głową, by finalnie zapatrzeć się na jakiś punkt w pobliżu spoczywających na podłodze stóp drugiej brunetki.
    — Rozmawiałam. Trochę — mruknęła i wolną dłonią podrapała się po czubku głowy, jakby to mogło pobudzić szare komórki do pracy i tym samym pomóc jej w ubraniu w słowa tego, co się wydarzyło. Sophia streściła jej wszystko, co wydarzyło się, kiedy nie miały ze sobą kontaktu, więc Riley także była zobowiązana stanąć na wysokości zadania, prawda?

    — Wiesz, jeszcze przed rozpoczęciem semestru zaczęło dziać się coś dziwnego — podjęła, postanowiwszy zacząć od samego początku, tak jak poprosiła Moreira. — Ludzie z uczelni zaczęli mnie pytać, czemu nie odmachałam im gdzieś na ulicy albo pisali do mnie, że widzieli mnie gdzieś, gdzie nie miało prawa mnie być. To było… dziwne i irytujące, ale w życiu nie wpadłabym na to, z czego to wynika, aż… Na tej imprezie integracyjnej Angela wpadła w toalecie na Andreę. Bo ona tak się nazywa. — Podniosła wzrok na Sophię. — Andrea. Andy.
    Maxine zrobiła dłuższą pauzę. Podniosła kieliszek do ust, powoli upiła kilka drobnych łyków wina, patrząc przy tym gdzieś w przestrzeń. Na chwilę dała się pochłonąć własnym myślom, nim kontynuowała opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Angela nie wierzyła w to, co widzi, bo przecież zostawiła mnie przy barze, inaczej ubraną i uczesaną, a w toalecie wpadła… na mnie. Więc wzięła tę dziewczynę i zaciągnęła ją do mnie, żeby od razu to wyjaśnić. Ja i Andrea byłyśmy w tak ciężkim szoku, że to Angela moderowała tę rozmowę — wyznała i zaśmiała się krótko na to wspomnienie. — Nie pamiętam nawet dokładnie, co mówiłyśmy… Andy wybiegła z baru, ja za nią. Wymieniłyśmy się numerami i miałam się do niej odezwać, ale… Nie odezwałam się — szepnęła. — Myślałam, że zrobię to, kiedy jakoś to sobie poukładam, ale tego nie idzie poukładać. I tak minął tydzień, może trochę więcej, zaczęły się zajęcia z projektu dyplomowego i okazało się, że ja i Andy jesteśmy w tej samej grupie. Chciałam ją po tych zajęciach przyprowadzić do domu, dosłownie pokazać rodzicom, ale Andrea popołudniu pracowała, a ja doszłam do wniosku, że przecież to durny pomysł, że mama dostanie drugiego zawału… — westchnęła, po czym pociągnęła łyk wina i na stałe utkwiła spojrzenie w Sophii, na którą niewiele patrzyła podczas tego, jak opowiadała, bo tak było jej prościej zebrać chaotyczne myśli.
      — Jak się czuję? — powtórzyła, najtrudniejsze zostawiając sobie na koniec. — Jakby całe moje dotychczasowe życie było kłamstwem. A wiesz, co w tym wszystkim jest najzabawniejsze? Przypomniałam sobie o tym przed tamtym studenckim barem… Soph, kiedy ja byłam mała, bardzo długo wyobrażałam sobie, jak to jedynaczka, że mam siostrę bliźniaczkę…

      MAXINE RILEY

      Usuń
  72. Carter nie musiał patrzeć na jej twarz, by wiedzieć, w jakim stanie była. Wystarczył nacisk jej dłoni na jego udo, ten napięty mięsień w przedramieniu, które drżało lekko, gdy próbowała utrzymać pozory. Spokój w jej głosie był piękny, prawie go zwiódł, ale nie do końca. Nie zdołała ukryć ciepła na policzkach, lekkiego bezdechu, gdy kelner wszedł w ich przestrzeń jak słoń w salon z porcelaną. Gdyby tylko wiedział.
    Carter słuchał uprzejmego tonu kelnera, który z wielkim zaangażowaniem opowiadał o chipsie z batata i emulsji, jakby te dania miały zaraz odmienić ich życie. Uśmiechnął się, subtelnie, ale ze wszystkim, co miał w sobie z rozbawienia, chęci i tej drapieżnej cierpliwości. Nie ruszył dłoni. Przeciwnie, rozprostował lekko palce, dając jej znać, że jest, że tu zostaje, i że widzi każdą reakcję jej ciała.
    — Brzmi wyśmienicie — powtórzył po niej z ironicznym echem, zupełnie tak, jakby nie chodziło mu o danie, które przed nimi właśnie postawiono. Wziął widelec, przebił kawałek ośmiornicy i spojrzał na Sophię spod rzęs.
    — Skosztujesz? — zapytał z tym samym miękkim tonem, który chwilę wcześniej był rozkazem, gdy kazał jej rozchylić usta dla truskawki. Wciąż się kontrolował. Ale wcale nie po to, by być grzecznym. On się delektował. Napawał się nią. Tym, jak bardzo próbowała zachować spokój, choć każda cząstka jej ciała krzyczała, by przenieśli się gdzieś, gdzie nie trzeba udawać. Uwielbiał ją taką, rozedrganą, niepewną tylko o to, czy wytrzyma jeszcze minutę tej gry. A przecież to ona ją zaczęła.
    Z zamyślenia wyrwał go dźwięk sztućców, gdy kelner skończył prezentację dań i odsunął się w odpowiednim geście. Carter skinął głową w jego stronę, nawet nie musząc udawać spokoju. On się nie spieszył. Już miał to, czego chciał, jej skupienie, jej drżenie, ten wewnętrzny ogień, który sam w niej rozpalił i teraz tylko spokojnie doglądał płomienia. Nachylił się do niej nieznacznie, znów zbliżając usta do jej ucha, już nie całując, już nie dotykając.
    — To, na co chcesz mi później pozwolić… jest dokładnie tym, co zamierzam sobie wziąć — wyszeptał. Carter przeciągnął wzrokiem po jej twarzy, jakby chciał zatrzymać to, jak wyglądała w tej jednej, konkretnej chwili, rumieniec, rozszerzone źrenice, napięcie ukryte pod cienką warstwą kontrolowanego spokoju. Wiedział, co się z nią działo. Wiedział, że pod jego dotykiem była już miękka. Gdyby tylko chciał, mógłby ją złamać w jednej sekundzie, ale nie zamierzał. Nie tu. Lubił to przeciąganie, to trzymanie jej na granicy. Lubił obserwować, jak bardzo potrafiła się dla niego rozpalić, a potem sama próbowała ugasić to wszystko, co w niej wzniecał. — Ale teraz… jedz, motylku. Potrzebujesz sił. To będzie długa noc.
    Ujął kieliszek w palce, nie odrywając spojrzenia od jej twarzy, i napił się spokojnie, jakby jej sukienka nie przesuwała się lekko z każdym ruchem jego dłoni, którą wciąż trzymał pod stołem, między jej udami.
    — Wiesz, co w tobie najbardziej lubię? — spytał, odkładając kieliszek i odchylając się lekko na krześle. Jego palce nie drgnęły ani o milimetr. — Że potrafisz udawać grzeczną, nawet kiedy jesteś już cała rozpalona. — Zamilkł na moment. — Gdybym nie znał cię lepiej, powiedziałbym, że robisz to specjalnie. Ale ty po prostu taka jesteś. — Wsunął dłoń jeszcze odrobinę wyżej. — I wiesz co? Ja to uwielbiam. Uwielbiam cię taką. Nawet jeśli przez ciebie totalnie tracę głowę. — Pochylił się znów, tym razem nie do jej ucha, a do szyi, i zostawił tam jeden, zbyt długi, zbyt ciepły pocałunek. Tuż przy miejscu, które już wcześniej wybrał. Jego oddech zawisł na jej skórze.

    OdpowiedzUsuń
  73. Podniósł kieliszek do ust i upił łyk wody. Powoli, bez pośpiechu. Potem odstawił go z powrotem na stół i odsunął się odrobinę, tylko tyle, by móc na nią spojrzeć z dystansu. W jego oczach było wszystko, rozbawienie, pragnienie i ciche pytanie, które nie musiało paść: jak długo jeszcze wytrzymasz?
    — Nie wiesz, które z nas jest gorsze? — powtórzył za nią z udawaną powagą. — Myślę, że to zależy od pory dnia.
    Jego dłoń wciąż była na miejscu, ale już się nie poruszała. Czuła ją całym sobą, nie jako dotyk, a jako obietnicę. Wibrującą ciszę pomiędzy kolejnymi ruchami, których tak bardzo chciała, i których dla odmiany nie dostawała od razu.
    Cofnął się tak samo powoli, jak się zbliżył. Pochylił się nad swoim talerzem, wziął widelec do ręki i jakby nigdy nic, spokojnie spróbował dania, które przed nim postawił kelner. Skwitował smak krótkim, aprobującym mruknięciem. — Dobrze karmią — rzucił z pełnym rozmysłem, nawet nie patrząc w jej stronę. — Ale i tak wiem, że twój smak będzie lepszy.
    To nie był flirt. To była gra w wytrzymałość. A Carter był cierpliwy jak diabli.
    W końcu przeniósł na nią spojrzenie. Powoli. Uśmiechnął się bezczelnie.
    — Masz tę minę… — powiedział nisko, z cichym rozbawieniem. — Jakbyś sama nie wiedziała, czy bardziej chcesz mnie pocałować… czy nakrzyczeć za to, że cię doprowadziłem do tego stanu.
    Patrzył na nią jakby celowo przeciągał każdy moment, chcąc zobaczyć, czy jeszcze się powstrzyma, czy już zaraz go złapie za rękę, odsunie od stołu i każe natychmiast wracać.
    — To urocze... — Przechylił lekko głowę. Była piękna, jak zwykle, z zarumienionymi policzkami, nieco spuszczonym wzrokiem, z tą cichą, wyczuwalną determinacją, żeby nie dać mu satysfakcji z tego, jak bardzo ją właśnie rozbrajał. W duchu się uśmiechał. A może nawet nie w duchu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  74. Carter uniósł lekko brew i oparł się wygodnie w krześle, jakby dopiero teraz zamierzał wrócić do rzeczywistości, choć jego dłoń, subtelna, ciepła, wciąż ukryta pod materiałem sukienki, jasno sugerowała, że nie do końca. Nie zamierzał z niej rezygnować. I nie zamierzał udawać, że właśnie nie doprowadził jej niemal do wrzenia. Ale coś w tym, jak Sophia teraz na niego patrzyła, z uważnym, ciepłym skupieniem, sprawiło, że jego uśmiech złagodniał. Pochylił się nad stołem, skracając dzielący ich dystans.
    Carter patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował kłopoty. A potem… poruszył dłonią. Powoli, jakby z premedytacją. Tak, żeby wiedziała, że jeszcze chwilę temu był gotów nie przestawać. Ale nie przestał od razu. Jeszcze przez kilka sekund zataczał nią leniwe kręgi na jej udzie, tak jakby chciał jej coś przypomnieć, o tym, że nawet kiedy milczał, jego obecność na niej zostawała. Ciepła. Ciężka. Niezapomniana.
    — Zastanawiam się… — odezwał się z udawaną powagą, ale głos miał niższy, niż zamierzał. — Czy to ty miałaś mnie rozpraszać… czy to ja ciebie. Bo w tym układzie, skarbie, coś poszło bardzo nie tak. 
    Przesunął palcami jeszcze raz, wolno, miękko. I wtedy, z przesadną teatralnością, westchnął ciężko i… zabrał dłoń spod jej sukienki. Zrobił to ostentacyjnie, jakby oddawał coś, czego nie chciał oddawać. A potem, jakby dopełniając całej tej sceny, odsunął się od stołu, pokręcił głową z rozbawieniem i cicho się zaśmiał.
    — Jeszcze chwila i musiałbym cię stąd wynosić, a potem sam przepraszać za swoje zachowanie przed obsługą. — Spojrzał na nią spod rzęs, z rozbawionym niedowierzaniem. — A przecież to ty zaczęłaś. — Uśmiechnął się szerzej i opadł z powrotem na krzesło, sięgając po kieliszek. Uniósł go w jej stronę z jakimś prowokującym błyskiem w oczach.
    — Za naszą nieprzyzwoitą kolację. — Puścił jej oko. Ton żartobliwy. Ale oczy… oczy wciąż mówiły zupełnie co innego.
    — Chciałem z tobą porozmawiać, tak… zanim rozproszyłaś mnie… tym wszystkim — rzucił z nutą rozbawienia, ale i czułością. — I zanim zdecydowałaś, że będziesz rozkosznie bezczelna. 
    Pozwolił sobie na krótką pauzę, jakby naprawdę chciał to ubrać w słowa, a nie znowu wszystko rozmyć dotykiem czy spojrzeniem. Tym razem mówił poważnie.
    — Wiem, że teraz wszystko trochę się zmieniło. I że wiszą nad nami różne… widma. Ale właśnie dlatego… — zawiesił głos na moment, a jego dłoń przesunęła się nieznacznie niżej, lecz nie w sposób prowokacyjny, raczej czuły, obecny. — …chcę, żebyśmy mieli coś więcej niż tylko plan na dziś. — Spojrzał na nią z taką powagą, która rzadko pojawiała się w jego oczach, bez maski, bez prowokacji, bez tej zgryźliwej pewności siebie, która czasem służyła mu za tarczę.
    — Nie wyobrażam już sobie innego życia, Soph. I nie chodzi tylko o to, że mnie rozbrajasz pod stolikiem. — Uśmiechnął się lekko, przechylając głowę. — Chcę być z tobą wszędzie. Na kolacji, w łóżku, w chaosie poranka. Chcę słuchać twojego narzekania, jak rozlałem kawę. I chcę móc się z tobą kłócić o to, czyja kolej na wstanie w nocy do dziecka, kiedy już to wszystko do nas już przyjdzie.
    Carter milczał przez chwilę dłużej, niż zwykle. Już się nie śmiał. Już się nie droczył. W tym spojrzeniu nie było już prowokacji, a coś znacznie głębszego, cichego, spokojnego… ale piekielnie pewnego. Jego dłoń sięgnęła do kieszeni. Powoli, bez pośpiechu, jakby to nie był gest pod wpływem impulsu. Jakby wiedział, że ta chwila nadejdzie. Że wcześniej czy później, będzie gotów znów ją odzyskać. I wtedy wyjął z kieszeni znajome, małe pudełeczko. To samo, które kilka tygodni temu zostawiła mu na kuchennym blacie, uciekając z jego apartamentu z twarzą pełną łez i decyzją, która bolała ich oboje. Położył je ostrożnie na stole, między nimi.
    — Myślałem, że niczego mi nie brakuje — powiedział cicho. — A potem zorientowałem się, że to leży od tygodni w garderobie a powinno być w innym miejscu. — Spojrzał jej prosto w oczy. Jego głos był spokojny. Bez patosu. Bez nadęcia.

    OdpowiedzUsuń
  75. — Ale prawda jest taka, że nie chodzi mi już o same zaręczyny. Nie chcę ci się tylko oświadczać.— Jego głos był twardszy, niż zazwyczaj, jakby każde słowo ważyło więcej. — Chcę, żebyśmy się pobrali. Naprawdę. Nie kiedyś. Nie “może”. Tylko teraz. Nie chcę czekać.
    Otworzył pudełko. Pierścionek w środku błyszczał dokładnie tak samo jak wtedy, gdy pierwszy raz pokazał jej go w ich sypialni.
    — Możemy to zrobić po cichu. Bez tłumów, bez oczekiwań, bez ludzi, którzy będą zadawać pytania albo mówić, co wypada. — Zrobił krótką pauzę. — Tak, jak zaczęliśmy. Tak, jak powinno być. — Uśmiechnął się półgębkiem, bardziej bezbronnie, niż kiedykolwiek wcześniej. — A potem, jak urodzi się dziecko, zrobimy wielkie wesele. Będzie szampan i wszyscy będą patrzeć, jak cię prowadzę do ołtarza. Ale to… to, co ważne… chcę, żeby należało tylko do nas. Bez scenariusza. Bez planu. Bez tego pieprzonego świata, który zawsze próbuje nam wszystko popsuć.
    Wyciągnął pierścionek z pudełka. Trzymał go delikatnie, jakby bał się, że zniknie.
    — Wyjdź za mnie, Sophia? Naprawdę. Nie za jakiś czas. Nie dla symbolu. Tylko dlatego, że ja już wiem, że nie chcę innego życia niż z tobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  76. Carter uniósł brew teatralnie, udając, że naprawdę się nad tym zastanawia, po czym pokręcił głową z rozbawieniem.
    — Nie — oznajmił bez cienia zawahania. — Kompletnie tak nie myślę. I wcale nie zamierzam być tym bardziej odpowiedzialnym. Masz złe założenia, Soph. — Wyszczerzył się szelmowsko, jakby ta cała nieprzyzwoita kolacja była właśnie tym, czego oboje potrzebowali. — No, może od lipca…
    Kiedy wspomniała o “nieprzyzwoitych kolacjach”, zareagował natychmiast, oparł się wygodnie, splótł dłonie na brzuchu i uśmiechnął się jak najprawdziwszy diabeł.
    — Tak, powinniśmy. Zdecydowanie. Najlepiej co drugi dzień. I najlepiej w miejscach, gdzie nie grozi nam dożywotni zakaz wstępu.
    Zaraz potem, kiedy usłyszał jej cichy komentarz o byciu „pod stolikiem”, westchnął głęboko, odchylił głowę i parsknął śmiechem.
    — Soph… wykończysz mnie. Naprawdę. — Jego głos był rozbawiony, ale czuły. Już nawet nie próbował się bronić przed tym, co w niej kochał. A potem… coś się w nim zmieniło. Spojrzał na nią uważnie, jego dłoń zatrzymała się na jej udzie, ale tym razem nie w podtekście, w obecności. W geście czułości, nie prowokacji.
    — Nie jestem niecierpliwy — mruknął, przesuwając kciukiem po jej palcach. — Po prostu wiem, czego chcę. I wiem, że to ty. — Spojrzał na nią z tym swoim spojrzeniem, które kiedyś ją przestraszyło, ale teraz tylko rozbrajało.
    A kiedy zapytała z niedowierzaniem: „Teraz? Masz na myśli… Teraz?”, pochylił się lekko nad stołem, śmiejąc się cicho pod nosem.
    — Nie w tej chwili, głuptasie. Nie ściągnąłem tu urzędnika ani księdza, chociaż przyznaję, że o tym myślałem. To byłoby bardzo w moim stylu. — Uśmiechnął się szerzej. A potem padło to słowo. “Tak.” Trzykrotnie. I zanim zdążył cokolwiek powiedzieć była już przy nim. Jej dłonie na jego twarzy. Jej usta przy jego ustach. I ten całkowity brak dystansu, jakby ich dusze w końcu trafiły na swoje miejsce. Nie wymuszone, nie przestraszone, nie „może później” tylko ciche, pewne i pełne miłości. Zareagował natychmiast. Z takim entuzjazmem ją pocałował, że aż się zaśmiała w jego usta, a on pochwycił ją pewnie i wciągnął na swoje kolana, zupełnie ignorując to, że wciąż znajdowali się w jednej z najlepszych restauracji w okolicy. Chwycił jej dłoń, wsunął pierścionek na jej palec z taką starannością, jakby ta chwila miała zatrzymać cały świat i przytulił ją mocno do siebie, chowając twarz przy jej szyi. Ostrożnie, ale bez żadnych wątpliwości, jakby to było dokładnie to, co powinna robić w tej chwili. Jakby miejsce nie miało znaczenia. Objął ją mocno i wtulił twarz w jej szyję, śmiejąc się cicho. I wtedy, jak na zawołanie, pojawił się kelner z kolejnymi potrawami. Zamarł, zaskoczony widokiem Sophii siedzącej na kolanach Cartera, ich splecionych dłoni i pierścionka błyszczącego w świetle lamp. Otworzył usta, jakby miał coś powiedzieć, ale nie wiedział, co. Carter spojrzał na niego z rozbawieniem i promiennym uśmiechem.
    — Spokojnie, jeszcze nie ma wesela. Ale trochę nam się spieszy. Może pan zostać naszym świadkiem? — Zażartował że śmiechem. Kelner zmieszał się jeszcze bardziej, coś mruknął pod nosem, postawił talerze z wyraźną ostrożnością i… ulotnił się szybciej niż zdążyli podziękować.
    Carter zaśmiał się cicho i spojrzał na Sophię z roziskrzonymi oczami.
    — Wiesz… Mam przeczucie, że to będzie cholernie dobra noc. I jeszcze lepsze życie.

    OdpowiedzUsuń
  77. Carter wrócił wzrokiem do Sophii. Wciąż trzymał ją na kolanach, przyciskając jej dłoń z pierścionkiem do swojego serca.
    — Jesteś moim „tak”, Soph. Całym moim.
    Przytulił ją mocno, a jego dłoń wplotła się w jej włosy. Śmiał się jeszcze, gdy czołem oparł się o jej skroń. W oczach miał coś miękkiego, rozczulonego, jakby naprawdę nie mógł uwierzyć, że to się właśnie dzieje.
    Spojrzał na jej dłoń, na pierścionek, który znów błyszczał na jej palcu. Idealnie tam pasował. Jakby nigdy nie powinien był go opuszczać.
    — Wygląda… jeszcze lepiej niż wtedy. — Dodał miękko. Zsunął dłonie wzdłuż jej talii, nadal trzymając ją na kolanach. Zupełnie jakby nie zamierzał pozwolić jej wstać.
    — Będziesz moją żoną, Soph. Co oznacza, że zgodnie z prawem będę mógł cię legalnie przetrzymywać w sypialni, na kolanach albo pod prysznicem. Gdziekolwiek uznam za stosowne. — Uśmiechnął się bezczelnie, ale jego spojrzenie było ciepłe. Czułe. — I zrobię absolutnie wszystko, żebyś była szczęśliwa. I bezpieczna. I rozpieszczona do granic. — Złapał jej dłoń z pierścionkiem i uniósł ją do ust, całując delikatnie jej palce. — Może nie jestem idealny, ale… jesteś jedyną osobą, dla której próbuję taki być. Codziennie. — Zawiesił wzrok na jej oczach. — Przyszła pani Crawford — dodał niższym tonem, z rozbawieniem i szczyptą dumy. Uśmiechnął się, przesuwając kciukiem po jej udzie tak, jak robił to wcześniej, wciąż zmysłowo, ale już bardziej czułym gestem niż prowokacją.


    Carter

    OdpowiedzUsuń
  78. Carter, mimo całego tego ciepła i emocji, które buzowały pod jego skórą, nie przestawał się uśmiechać, tak szczerze, tak kompletnie, że gdyby ktoś spojrzał na nich teraz z boku, mógłby pomyśleć, że ten facet właśnie wygrał życie. I właściwie… miałby rację. Objął ją mocniej, trzymając jej dłoń z pierścionkiem między swoimi palcami. I choć niby odpuścił te drobne prowokacje, to w jego spojrzeniu nadal czaiła się ta znajoma iskra, która nigdy do końca nie gasła.
    Carter teatralnie rozejrzał się wokół, jakby czegoś lub kogoś wypatrywał, po czym gwałtownie przekręcił się przez ramię w stronę, gdzie wcześniej zniknął kelner.
    — Można jednak wprowadzić tego księdza!
    Po chwili znów odwrócił się do Sophii, rozbawiony, z rozbrajającym błyskiem w oku. Uśmiech miał szeroki, zbyt zadowolony z własnego dowcipu i zanim jeszcze zdążyła zareagować, pokręcił głową z rozbawieniem, jakby sam nie wierzył, że to powiedział. Kilka głów z innych stolików odwróciło się w ich stronę, a Sophia spojrzała na niego z niedowierzaniem. Carter odwrócił się z powrotem do niej z rozbrajającym uśmiechem i udawanym zdziwieniem w oczach, jakby naprawdę nie rozumiał, czemu ceremonia jeszcze się nie zaczęła. — Co? Myślałem, że skoro jesteś już na moich kolanach, to jesteśmy w połowie drogi do „po ślubie” — rzucił z uśmiechem, a potem nachylił się i pocałował ją krótko w usta. — Ale okej, nie będę się spieszył… — mruknął już ciszej, nachylając się do niej z uśmiechem pełnym czułości. — W takim razie anuluję też tort. Szkoda, bo był w kształcie twoich ust. Bardzo realistyczny, zrobiony z belgijskiej czekolady. Ksiądz miał go pokroić po przysiędze — dodał z powagą, która kompletnie nie pasowała do treści. Zerknął na nią z boku i uśmiechnął się szerzej, kiedy widział, jak próbuje nie parsknąć śmiechem. — Ale okej. Dam ci trochę czasu. Pobierzemy się wtedy, kiedy będziesz gotowa. — Zawiesił głos na ułamek sekundy, po czym dodał z rozbawieniem. — Czyli jakieś… dziesięć minut po deserze?
    Carter oparł brodę na jej ramieniu i westchnął teatralnie, jakby właśnie pogodził się z faktem, że ślub jednak nie odbędzie się w restauracji przy ośmiornicy i emulsji z limonki. Przesunął kciukiem po jej pierścionku, a potem spojrzał jej w oczy tak spokojnie, że kontrastował z ich wcześniejszym droczeniem się. To był ten Carter, którego nie każdy znał, skupiony, prawdziwy, zdeterminowany.
    — Tak, Soph. Chcę to zrobić przed potworkiem — potwierdził cicho, unosząc lekko brwi. — Po powrocie do miasta. Bez gości, bez kamer, bez szampanów z durnymi złotymi etykietkami. — Jego głos lekko zniżał się, gdy mówił dalej. — Tylko ty i ja. I ślub, który znaczy coś dla nas, zanim zacznie się to całe szaleństwo z dzieckiem.
    Nachylił się i pocałował ją czule w skroń, a potem westchnął półgłosem, nadal z lekkim uśmiechem.
    — Potem możemy zrobić wszystko: wielkie wesele, śpiewy, gości z połowy planety. Ale najpierw… chcę cię mieć jako żonę. Nie chcę czekać, nie chcę ryzykować, że coś to zepsuje, bo życie czasem ma swoje chore poczucie humoru. — Zamilkł na moment. Zamilkł na chwilę i tylko patrzył na nią z tym rozbrajającym spokojem, który zdarzał mu się rzadko, ale gdy się pojawiał, zawsze był pełen znaczenia.
    — Chcę zacząć to życie nie tylko ojciec dziecka, ale jako mąż kobiety, którą kocham, która trzyma mnie przy sobie, kiedy wszystko inne wali się w gruzy. — Uśmiechnął się miękko. — Ukraść sobie małe „tak” jeszcze przed porodem?

    OdpowiedzUsuń
  79. Zamruczał pod nosem, teatralnie przeciągając dźwięk jak ktoś kompletnie rozbity.
    — Masz pojęcie, jak trudno będzie mi teraz zjeść spokojnie, kiedy na twoim palcu błyszczy ten pierścionek, a ty siedzisz mi na kolanach jak spełnione marzenie? — Zatrzymał się na chwilę, by spojrzeć jej prosto w oczy. Zachichotał krótko, odchylając głowę do tyłu.
    — Tak. Zdecydowanie jestem emocjonalnie niestabilny przy tobie. I zupełnie mi to nie przeszkadza.
    Przyciągnął ją bliżej do siebie, mimo że już praktycznie na nim siedziała. Dłoń przesunął powoli wzdłuż jej pleców.
    — Ale uprzedzam — jak teraz wrócimy do domu, to nie ma już żadnych „odpocznijmy”. Przysięga czy nie, zamierzam ci przypomnieć, że właśnie zostałem narzeczonym najpiękniejszej kobiety na świecie. I nie zamierzam czekać do wesela, żeby cię z niej rozebrać.
    Dla Cartera ta rozmowa, choć prowadzona z uśmiechem i lekkim tonem niosła ze sobą znacznie więcej, niż pozwalał po sobie poznać. Droczył się, bo właśnie w takich momentach odnajdywał w sobie spokój, którego nigdy wcześniej nie znał. Ale pod powierzchnią tego całego rozbawienia kryło się coś więcej. Coś, co trzymał głęboko w sobie, bo nie wszystko trzeba było mówić na głos, żeby czuć. Wierzył, może naiwnie, może instynktownie, że jeśli Sophia zostanie jego żoną, to cokolwiek się wydarzy, ona i ich dziecko będą mieli wszystko, czego potrzebują. Że jakkolwiek świat by się nie zachwiał, będą zabezpieczeni. Nie przyznałby się do tego teraz. Nie, kiedy siedziała na jego kolanach, uśmiechając się tak jak tylko ona potrafiła. Ale myśl o tym, że mógłby któregoś dnia nie wrócić do domu, nie była dla niego obca. Nosił ją w sobie jak echo starego życia, które wciąż rzucało cień na to, co nowe. Dlatego ten pierścionek nie był tylko symbolem drugiej szansy. Był też jego obietnicą. Cichą, poważną, zapieczętowaną w żarcie, uśmiechu, lekkim dotyku. Obietnicą, że cokolwiek się wydarzy, Sophia nigdy nie zostanie z niczym.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  80. Cztery tygodnie później, wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Siedzieli razem w São Paulo, w mieście, które tętniło życiem nawet o świcie. Powietrze było inne. Ciepłe, wilgotne, nasycone zapachem owoców, przypraw i czegoś, co Sophia określiłaby jako „smak dzieciństwa”. Dla niej ten kraj nie był tylko punktem na mapie, był częścią serca, którego przez długi czas nie miał odwagi naprawdę dotknąć. A teraz siedziała na tarasie wynajętego domu, w cieniu ogromnych liści bananowca, z kubkiem czarnej kawy w dłoni i Carterem u boku. Wreszcie spokojna. Prawie.
    Ich przyjazd do Brazylii nie był przypadkowy. Nie planowali tego w pośpiechu, ale pewnego wieczoru Carter po prostu powiedział.
    — Zabiorę cię do twojej mamy. I do dziadków. Obiecałem ci to.
    I Sophia powiedziała „tak”, bez zbędnych pytań. Bo oboje wiedzieli, że zanim ich życie znów stanie się pełne obowiązków, odpowiedzialności i nowych rozdziałów, potrzebowali czasu. Dla siebie. Dla nich. Wiedział, że to dla niej więcej niż podróż. To był powrót do korzeni, do historii, z którą długo nie umiała się pogodzić. I do osoby, której już nie mogła objąć, ale wciąż czuła jej obecność. Dla niej to miejsce było święte. A dla Cartera, najwłaściwsze. I właśnie dlatego wspólnie uznali, że to tam, wśród wzgórz, w cieniu drzew, przy jej rodzinie, wezmą swój sekretny ślub. Skromny. Cichy. Bez fleszy, bez gości, bez niczyich komentarzy i oczekiwań. Nie potrzebowali więcej.
    — To będzie nasz dzień, Soph — powiedział, kiedy siedzieli na tarasie z widokiem na brazylijskie niebo. — Bez świata, bez napięć. Tylko my. Ty, ja… twoja babcia i dziadek i mama, gdzieś tam. Patrząca na nas i trzymająca za ciebie kciuki.
    To miało być coś więcej niż ślub. To miało być ich przywrócenie. Do siebie. Do życia. Do obietnicy, że nie ważne, ile świat ich jeszcze wystawi na próbę, będą razem. W tej intymnej, niepowtarzalnej przysiędze, złożonej między drzewami i marmurowymi nagrobkami, Carter miał powiedzieć dokładnie to, co nosił w sercu od miesięcy. São Paulo było inne niż Nowy Jork. Surowe, czasem brutalne w swoim tempie, ale dla Sophii miało w sobie znajomą pulsację. Dom, który wynajęli, znajdował się w dzielnicy artystycznej, pełnej graffiti, kawiarni, muzyki na żywo i ulicznych targów. Carter śmiał się, że wszędzie pachnie farbą i empanadą, ale lubił to miejsce. Lubił patrzeć, jak Sophia odżywa w tym chaosie. Jak nagle płynnie przechodzi na portugalski, jak przystaje przy budkach z pastelami i owocami, jak śmieje się inaczej, swobodniej, naturalniej. Była inna spokojniejsza, cieplejsza, bardziej obecna. A on chłonął każdy moment z nią, jakby wiedział, że ten czas był cenny. Bo był. I nie zamierzał zmarnować ani jednej chwili.
    Carter nie często się stresował. Właściwie, niewiele sytuacji potrafiło wyprowadzić go z równowagi, przynajmniej tak mówił. Ale tego poranka, czekając w holu sprawdzał godzinę na zegarku już trzeci raz w ciągu pięciu minut.
    Wystrojony, ale nie przesadnie, wyglądał, jakby wyszedł z okładki jakiegoś magazynu, ale minę miał zbyt skupioną. Carter odetchnął głęboko. Przez myśl przemknęło mu, że mógł zapalić. Ale nie chciał tego zapachu przy sobie, kiedy Sophia wreszcie się pojawi. Podniósł głowę, słysząc znajomy stukot obcasów na marmurze. A potem ją zobaczył. Wyglądała pięknie. Zbyt pięknie, jak na tak symboliczną wizytę. Ale może właśnie o to chodziło. Uśmiechnął się pod nosem i westchnął.
    — Soph… — powiedział cicho, gdy podeszła. — Ostrzegałem, że nie jestem najlepszy w poznawaniu rodziców. A co dopiero dziadków.
    Zamaskował to żartem, ale oczy miał poważne.
    Bo dziś naprawdę chciał wypaść dobrze.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  81. Carter tylko uniósł lekko kącik ust, kiedy zobaczył ją na schodach i choć znał ją przecież w każdej możliwej wersji, widział w tej scenie coś, co znów odebrało mu oddech. Niewymuszona lekkość, swobodny ruch dłoni na balustradzie, ta letnia sukienka z materiału, który łagodnie opinał jej rosnący brzuszek. Z każdym dniem coraz bardziej jego. Ich.
    — Mówisz tak, jakbym miał teraz zemdleć z nerwów. — Mruknął żartobliwie, ale nie dało się nie zauważyć, że naprawdę się stresował. Kochał ją, ufał jej. Ale dziadkowie? To był inny kaliber. To był dom, w którym dorastała. Ludzie, którzy ją wychowywali, zanim wyjechała do Nowego Jorku. Chciał, by spojrzeli na niego i dostrzegli wszystko to, co on czuł do Sophii. Chciał, by zobaczyli, że się nią zaopiekuje, że już to robi. Że nie jest pomyłką. A jednocześnie pamiętał jak patrzył na niego jej ojciec, czy Gwen. Jak skończył się ich pierwszy wspólny obiad.
    Pocałował ją w czoło, przelotnie, ale ciepło. — Wyglądasz przepięknie. I wiesz co? Mogę nie znać twojej babci, ale jeśli ta feijoada jest lepsza od twojej, to… chyba będziemy musieli się tu przeprowadzić.
    Zaśmiał się, ale śmiech był lekki, odprężający, jakby sam siebie próbował przekonać, że wszystko pójdzie dobrze. Bo przecież szło. Po raz pierwszy od dawna czuł, że jego świat nie jest chaotyczny. Że to wszystko, ona, ich dziecko, ten cichy planowany ślub w miejscu, które tak wiele znaczyło dla niej, ma sens. Byli daleko od Nowego Jorku, od wszystkiego, co działo się przedtem. A on miał tylko jedną myśl: nie spieprzyć tego. Być człowiekiem, na którego zasługują.
    — Gotowa? — zapytał w końcu, ale nie puszczał jej od razu. Oparł czoło o jej czoło, zamknął na moment oczy i westchnął. — Dobra. Możemy iść. Ale jeśli mnie nie polubią… wiesz, że będziesz musiała mnie pocieszyć. Jakoś. Ciepło. I bardzo blisko.
    Carter prowadził powoli, choć ulice São Paulo tętniły życiem, dźwiękami i ruchem, do którego nadal nie był do końca przyzwyczajony. Ale wbrew pozorom nie to zajmowało jego uwagę. Przez większą część drogi jego dłoń spoczywała na udzie Sophii, zupełnie naturalnie, bez żadnego drugiego dna. Po prostu chciał ją czuć przy sobie. Bliskość jej ciała działała na niego kojąco, uspokajająco… jak zaklęcie, które przynosiło mu grunt pod nogami. Czuł jej ciepło pod palcami, czuł lekki materiał sukienki i miękkość jej skóry. Dojechali do spokojniejszej dzielnicy, pełnej niskich domów, kwitnących drzew i rozgrzanych chodników. Kiedy w końcu zaparkował przy znajomym numerze, silnik cicho zgasł, a Carter oparł dłonie na kierownicy na kilka sekund, jakby zbierał się w sobie. Potem sięgnął do tyłu, zgarnął przygotowane wcześniej rzeczy: bukiet kwiatów dla jej babci, pachnących, kolorowych, starannie dobranych, oraz butelkę. Dobrą, drogą, taką, która miała zrobić wrażenie na jej dziadku. Nie udawał, że się nie przejmuje. Zależało mu.
    Zanim wysiadł, spojrzał jeszcze raz na Sophię. Trochę z napięciem, trochę z uśmiechem.
    — Prowadź. — Powiedział cicho, po portugalsku, z tym swoim akcentem, który jeszcze bardziej rozczulał ją właśnie dlatego, że był niedoskonały. — Jesteś moim kompasem w tym kraju. I w tej rodzinie też — zaśmiał się cicho. Oparł się lekko o drzwi, czekając, aż do niego podejdzie. Nie zamierzał uciekać. Nie zamierzał też niczego udawać. Po prostu chciał, by ci, którzy byli jej najbliżsi… zobaczyli, że zamierza być jej ostatnim domem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  82. Carter szedł za nią krok w krok, nie odrywając wzroku od Sophii. Miała rację, znała go już na tyle dobrze, że potrafiła wyczytać z jego twarzy każdą emocję, nawet te, które próbował ukryć pod lekkimi żartami.
    Dom, do którego zmierzali, wyglądał na taki, który znał smak życia. Każdy jego zakamarek mówił coś o rodzinie, o wspomnieniach, o przeszłości, która zostawiła tu swój ślad. Huśtawka, kot, zapachy i rośliny, wszystko wyglądało jak z innego świata, ale to był świat, który należał do Sophii. A teraz miał należeć także do niego. Carter poprawił torby w dłoni, w drugiej wciąż ściskając te przygotowane kwiaty i butelkę. Wziął głęboki wdech, czując zapach powietrza, ciepłego, wilgotnego, przesyconego czymś, co przypominało mu… dom. Może nie jego własny, ale ten, który właśnie budował z nią.
    Przez moment zatrzymał się, nieznacznie, tylko po to, by spojrzeć na Sophię. Jej profil oświetlony był miękkim światłem, a wzrok miała utkwiony w domu dziadków, jakby widziała w nim całe swoje dzieciństwo. Wtedy Carter poczuł coś, co trudno było ubrać w słowa, mieszaninę wdzięczności i odpowiedzialności. Był wdzięczny, że go tu przyprowadziła, że dała mu dostęp do tej części siebie. I jednocześnie czuł jeszcze mocniej, jak bardzo nie może tego wszystkiego zawieść.
    — Nie szukają perfekcji — powtórzył jej słowa półgłosem, jakby chciał je sobie zapisać w pamięci. — Jeśli szukają kogoś, kto cię naprawdę kocha, to mam szansę wypaść całkiem dobrze.
    Uśmiechnął się pod nosem, ale tym razem nie było w tym cienia nerwowego żartu. To był Carter szczery, bez masek, bez ironii. Taki, który przyjechał tu z całym sercem na wierzchu. Otworzył jej furtkę i przepuścił ją pierwszą, czując, jak jego dłoń mimowolnie ląduje znów na jej plecach, lekko wspierając ją, jakby chciał, by cały świat wiedział, że ona była jego, a on jej. I że nigdzie się stąd nie rusza.
    Carter przez pierwsze sekundy stał wyprostowany, jakby miał za chwilę podchodzić do jakiegoś egzaminu i w pewnym sensie tak się właśnie czuł. Ale wszystko to momentalnie się rozmyło, kiedy zobaczył, jak starsza kobieta z nieskrywaną czułością przyciąga Sophię do siebie, obejmuje ją tak mocno, jakby chciała nadrobić wszystkie miesiące i lata bez niej. I kiedy padły słowa o jej mamie, poczuł coś, czego sam nie potrafił nazwać. Coś jak wzruszenie. Coś jak wdzięczność. Stał grzecznie z boku, trzymając kwiaty i butelkę, jak dobrze wychowany gość, ale jego spojrzenie nie odrywało się od Sophii. Od tej wersji jej, którą widział teraz, wtulonej w ciepło tego miejsca, po raz pierwszy tak… u siebie. To nie był jej apartament. Ani klub. Ani żaden znany mu hotel czy restauracja. To był dom, do którego należała bez żadnego wysiłku. Kiedy spojrzenie Cecilii padło na niego, Carter odruchowo się wyprostował. Miał w sobie naturalną pewność siebie, ale nie teraz. Teraz oddałby wszystko, żeby wypaść dobrze w oczach tej kobiety, która wyglądała, jakby jednym spojrzeniem mogła ocenić, czy zasługiwał na jej wnuczkę. Przez moment poczuł się tak, jakby znów miał siedemnaście parę lat i próbował zdobyć czyjeś zaufanie po raz pierwszy.
    Jej gest, jak poprawienie koszuli i dotyk policzka rozbroił go kompletnie. Roześmiał się cicho, z lekkim niedowierzaniem, że to wszystko dzieje się naprawdę. I że ta starsza pani nie tylko go nie przegania, ale… traktuje jakby już był częścią tego domu.
    — Bardzo mi miło w końcu panią poznać. Dużo o pani słyszałem — odparł miękko. — Dziękuję za zaproszenie.
    Carter szedł za Sophią i jej rodziną do środka, ale zanim przekroczył próg, spojrzał jeszcze raz za siebie, jakby symbolicznie zostawiał za sobą wszystkie napięcia Nowego Jorku. Tu nie musiał grać roli. Tu był tylko facetem, który miał zamiar ożenić się z dziewczyną swojego życia. A kiedy Cecilia zaczęła się rozgadywać, nawołując, by Sophia piła więcej, a w domu rozbrzmiały znajome dla Sophii dźwięki portugalskiego, Carter nie czuł się już jak gość. Poczuł, że może naprawdę… zostać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  83. Carter nie potrafił się nie uśmiechnąć, kiedy Cecila poprawiła go z tą samą swobodą, z jaką poprawiałaby dziecku kołnierzyk, z czułością, ale i z nutą niepodważalnego autorytetu. I w tym geście, i w tym domu było coś tak bezpretensjonalnie ciepłego, że czuł, jak powoli rozluźniają się mięśnie, o których nawet nie wiedział, że ma napięte. Nie znał tego zapachu, który unosił się w powietrzu, ale już czuł, że będzie za nim tęsknił. Mieszanka cytrusów, ziół, pieczonego mięsa i czegoś, co mógłby nazwać… rodzinną bliskością? To było coś, czego nie dało się zamknąć w słowach, ale za to można było się tym nasycić. I właśnie to robił. Kiedy Sophia wsunęła dłoń w jego, podniósł sobie jej dłoń do ust i złożył na niej krótki pocałunek. Bez słowa skinął głową, a kiedy zaproponowała lemoniadę, uśmiechnął się kącikiem ust.
    Komoda. Zdjęcia. Historia. Każda ramka mówiła coś więcej niż tylko „byliśmy wtedy szczęśliwi”. Gdy poczuł jej ramiona wokół siebie, zareagował instynktownie. Objął ją tak, jakby ta chwila była czymś więcej niż tylko momentem. Jakby była fundamentem.
    — Nie musisz mi dziękować, Soph. — Mruknął cicho, pochylając głowę tak, że jego nos musnął jej włosy. — Chciałem tu być. Zawsze chciałem poznać tę część ciebie…
    Potem się zaśmiał, cicho, z rozbawieniem.
    — A jeśli dziadek mnie dziś wykończy, to miej na mnie oko. Jeśli wypiję coś zrobionego przez „kuzyna znajomego, który nie podał składu”, to może się okazać, że przypadkiem wezmę z tobą ślub na tarasie jeszcze dziś, zamiast w niedziele.
    Puścił do niej oko, ale w tym żarcie było więcej czułości niż zgrywy.
    — Ale nie martw się. Zachowam twarz. Albo przynajmniej udam.
    Przeniósł spojrzenie z jej twarzy na zdjęcia wokół i znowu na nią. Chciał tego. Nie tylko chwili. Chciał wszystkiego. Domu, tarasu, śniadań w cieniu kwitnących krzewów. Chciał, żeby ich dziecko znało zapach tego domu. I wiedział, że właśnie po to tu przylecieli. Żeby zacząć coś, co nie miało już więcej się skończyć.
    Po obiedzie atmosfera nabrała jeszcze więcej ciepła i lekkości, jakby z każdym kolejnym kieliszkiem lemoniady i kolejną opowieścią dom otwierał się bardziej, a napięcie, które początkowo trzymało się kącików spojrzeń i niepewnych gestów, całkiem się rozpłynęło.
    Carter siedział w ogrodzie na zadaszonym tarasie, z kawą i z rosnącym przekonaniem, że to wszystko, w czym właśnie uczestniczy, jest jednym z tych wspomnień, które zostaną z nim na zawsze. Sophia śmiała się gdzieś w tle, porwana przez Cecílię do kuchni, bo coś jej musi pokazać, coś spróbować, coś pomóc, coś koniecznie obejrzeć. Carter słyszał to tempo, ten rytm miłości, który przypominał taniec, trochę za szybki, trochę za głośny, ale całkowicie prawdziwy. Z kolei Antonio zajął miejsce obok niego. Nie był nachalny. Mówił w rytmie wolnym, spokojnym, jak człowiek, który przez lata nauczył się, że dobre rzeczy i rozmowy potrzebują czasu. Przeplatał historie z dawnych lat: o polowaniach, które prawdopodobnie nigdy się nie wydarzyły, o łowieniu ryb wielkości dziecka i o motorze, który kiedyś prawie wywiózł go na Kubę, choć przecież nigdy nie wyjechał poza Brazylię. Carter słuchał uważnie, raz po raz zerkając w stronę, z której dobiegał śmiech Sophii. A kiedy Antonio w końcu przeszedł z legend rodzinnych do pytań, zrobił to z delikatnością, niemal niezauważalnie.
    — Więc… — zaczął, poprawiając czapkę z daszkiem, którą wyjął nie wiadomo skąd. — Mówiliście, że już zaręczeni. Ale powiedz mi, chłopcze, jak ty na nią patrzysz… To jakbyście już po ślubie byli. — Zaśmiał się krótko i pokręcił głową z uciechą. — Co robisz w Nowym Jorku? I jakie masz plany… tak na przyszłość? Dla siebie. Dla niej. Dla dziecka.
    Nie było w tych pytaniach nacisku. Była autentyczna ciekawość. Może nawet coś więcej, potrzeba zrozumienia, kim naprawdę jest mężczyzna, który pojawił się w życiu jego wnuczki i wkrótce miał się stać rodziną.
    — Ona wygląda na szczęśliwą. — Dodał jeszcze, spoglądając na Cartera z boku. — I ja to cenię bardziej niż wszystkie historie, które mógłbyś mi opowiedzieć.

    OdpowiedzUsuń
  84. Carter milczał przez moment. Nie dlatego, że nie wiedział, co odpowiedzieć. Po prostu szukał słów, które będą odpowiednio poważne, a zarazem szczere. Bo to nie był czas na wyuczone formułki. Nie tutaj, gdzie zapach ziemi mieszał się z kwiatami, a kawa miała smak, którego nie dało się kupić za żadne pieniądze.
    — Prawda jest taka… — zaczął, a potem spojrzał w stronę domu, gdzie właśnie pojawiła się Sophia, rozświetlona słońcem, z miękką tkaniną sukienki falującą wokół bioder. — Że wszystko, co planuję, zaczyna się i kończy na niej.
    I to była prawda. Bez zbędnych dodatków.
    Antonio przez chwilę nic nie odpowiedział, tylko przytaknął cicho, z tym wyważonym, starszym spokojem, który mówił więcej niż słowa. Ale Carter nie zamierzał kończyć tylko na tym jednym zdaniu. Nie tutaj. Nie wobec człowieka, który dla Sophii był filarem domu. I który miał pełne prawo wiedzieć więcej.
    — Kiedyś myślałem, że mam wszystko pod kontrolą. Że da się zbudować życie na własnych zasadach i nie oglądać się na nikogo. — Uniósł kubek do ust, wziął łyk i odstawił go powoli, zanim dokończył. — Ale ona to wszystko zmieniła. I dobrze. Bo teraz wiem, że żadna kontrola nie daje tyle siły, co świadomość, że wracam do kogoś. Do niej.
    Antonio zmrużył lekko oczy, uważnie wpatrując się w Cartera, jakby chciał się upewnić, że to nie tylko dobrze wypowiedziane słowa. Ale Carter patrzył prosto, bez śladu wymuszenia.
    — Chcę, żeby miała wszystko. Dom, bezpieczeństwo, spokój. Chcę, żeby to dziecko… — na moment przeniósł wzrok na Sophię, która właśnie śmiała się z Cecílią nad miską ciasta — …żeby nasze dziecko nigdy nie musiało szukać miłości w chaosie. Żeby wiedziało, że jest kochane. Od początku.
    Antonio kiwnął głową, z cieniem uśmiechu, ale zanim zdążył odpowiedzieć, Carter pochylił się lekko do przodu, jakby chciał powiedzieć coś, co już dawno w nim siedziało:
    — Nie jestem idealny. Popełniłem w życiu błędy, o jakich wolałbyś pewnie nie słyszeć. Ale jedno wiem na pewno, że chcę z nią iść przez życie. I zrobię wszystko, żeby jej nie zawieść.
    Zapanowała krótka cisza. A potem Antonio spojrzał w jego stronę z czymś, co przypominało dumną aprobatę, choć nie wyraził jej zbyt wylewnie. Po prostu wstał, postawił pusty kubek na stoliku i poklepał Cartera po ramieniu.
    — To dobrze. Bo tak się składa, że moja wnuczka zawsze miała dobry instynkt. — Uśmiechnął się lekko, a potem dodał, z nieco rozbawionym błyskiem w oku: — A teraz chodź. Zanim Cecilia cię porwie do kuchni, jeszcze zdążysz spróbować czegoś, co parzy gardło i leczy duszę. Mówią, że to alkohol. Ja mówię, że to życie w płynie.
    Carter zaśmiał się cicho i ruszył za nim. I choć serce wciąż biło mu odrobinę szybciej niż zwykle, wiedział już, że zrobił ten pierwszy, najważniejszy krok. I że Sophia miała rację, czasem wystarczy po prostu być sobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  85. Na tarasie unosił się zapach jaśminu i cytrusów. Słońce powoli opadało niżej, rzucając na drewniane deski ciepłe, złote światło. Antonio zaprowadził go do budynku, który z zewnątrz przypominał garaż, ale w środku bardziej przypominał miejsce spotkań odsunięte od czujnego oka Cecilii. Z małej lodówki wyjął butelkę czegoś domowej roboty czegoś, co z całą pewnością miało znacznie więcej niż czterdzieści procent. Napełnił kieliszki i jeden z nich podał Carterowi. Carter przyjął kieliszek z lekkim uśmiechem.
    — Jeśli nie wrócę żywy, proszę przekazać Sophii, że ją kocham — mruknął półżartem, na co Antonio tylko parsknął i usiadł obok.
    Tym razem rozmowa była lżejsza. Bez ciężaru słów, które już padły. Dziadek Sophii opowiadał historie z przeszłości, o tym, jak na złość Cecilii próbował hodować papugi, które przeklinały po portugalsku, o tym, jak niemal rozbił motocykl, żeby zdążyć na narodziny matki Sophii, i jak Cecilia przez tydzień się do niego nie odzywała. Opowiadał z dumą, ale i z dystansem. Był z tych ludzi, którzy wiedzieli, że życie to nie tylko lista sukcesów, to przede wszystkim wspomnienia. Carter słuchał. Uśmiechał się, czasem dopytywał, a czasem tylko kiwał głową. Ale bardziej niż same historie, dotykała go ich bliskość. Ich zwykłe, ciepłe “my”. A kiedy spojrzał przez ramię, zobaczył ją. Sophii nie było w tamtej chwili przy nim, bo babcia znów ją gdzieś porwała, ale tylko na chwilę. Teraz stała w ogrodzie, z tą samą miną, którą miał Carter, gdy pierwszy raz zobaczył ją na wystawie w galerii. Obserwowała, jak Cecilia zbiera coś z rabaty, mówiła coś przez śmiech, jedną ręką trzymając się za brzuszek. Słońce oświetlało jej ramiona, a włosy rozświetlały się od promieni.
    W tej chwili wiedział jedno: To było miejsce, w którym wszystko się łączyło. Jego przyszłość, przeszłość Sophii, dziecko, którego się spodziewali. Rodzina, której tak długo nie miał, teraz siedziała z nim na tarasie i opowiadała mu anegdoty. A ona… Ona była środkiem tego świata.
    Antonio w końcu podał mu drugi kieliszek.
    — W Brazylii zawsze są dwie kolejki. Jedna za rodzinę, druga za odwagę — powiedział półżartem. Carter wzniósł kieliszek lekko, z cieniem uśmiechu.
    — Za rodzinę. I za odwagę — powiedział cicho. I wypił bez mrugnięcia.
    Carter podniósł wzrok znad kieliszka i uniósł jedną brew, jakby właśnie został przyłapany na zbrodni stulecia. Antonio właśnie kończył historię o jakiejś rodzinnej awanturze z lat osiemdziesiątych, w której była i wybuchająca butla gazowa, i sąsiad z gromadką kur, które w niewyjaśniony sposób znalazły się w salonie. Carter roześmiał się szczerze, nie tylko z samej historii, ale z tego, jak żywo Antonio ją opowiadał. Uśmiechnął się półgębkiem, opierając się wygodniej o stary fotel, w którym zasiadał jak równy z równym w przydomowym „klubie dziadków”. Antonio obok wyglądał, jakby właśnie opowiedział najlepszy żart na świecie, a jego policzki zarumieniły się od upału… i zapewne od mocy trunku, który zaserwował.
    — To nie tak, jak myślisz — rzucił Carter z powagą, która zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. — To tradycja rodzinna. Nie można odmówić.
    Jego koszula była lekko rozpięta przy szyi, rękawy podwinięte do łokci, a na twarzy widniał ten typowy dla niego półuśmiech, z jednej strony zaintrygowany, z drugiej rozbawiony. Antonio pokiwał głową ze śmiertelną powagą.
    — Właśnie. To ceremonia. — I wypił resztkę ze swojego kieliszka, jakby właśnie udowodnił, że jego argument jest nie do podważenia. — Ten twój narzeczony ma charakter. — Antonio roześmiał się głośno, uderzając go raz jeszcze z uznaniem po ramieniu.

    OdpowiedzUsuń
  86. Carter spojrzał na Sophię z rozbawieniem i wyciągnął rękę w jej stronę.
    — Ty też tak uważasz? Czy tylko wtedy, kiedy nie próbuję cię namówić na coś szalonego?
    Było w jego głosie coś figlarnego, jakby ta chwila między nimi była tylko ich, pomimo obecności Antonio. Bo to nie była tylko gościnność. To było przyjęcie z szeroko otwartymi ramionami. Z pytaniami, które choć zadawane z humorem, były próbą poznania, prawdziwego, szczerego. Zrobił krok w jej stronę. Potem kolejny. Aż stanął blisko i nachylił się lekko, żeby musnąć jej policzek ustami. Rzucił jej spojrzenie lekkie, ale w jego stylu pełne podtekstu: „To twój świat. Ale ja już się tu rozgościłem.”
    Antonio tymczasem nalał im po jeszcze jednym, symbolicznym łyku. Spojrzał raz na wnuczkę, raz na Cartera. — Za was. Za dom. I za dzieci, które będą tu biegać boso, tak jak ich mama.
    Carter uniósł kieliszek i spojrzał na Sophię, dłużej, spokojniej. Bo właśnie tak to widział. Ich dzieci. Ich dom. Ich spokój. Zawsze, kiedy był z nią. Nawet w tej starej szopie pełnej kurzu i wspomnień.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  87. Carter nie ruszał się z miejsca, nawet kiedy drzwi za Antonio się zamknęły. Miał w ramionach Sophię, wtuloną w jego bok jakby należała tam od zawsze i może właśnie o to chodziło. O to, że nigdy nie czuł się aż tak… osadzony. Nawet nie tyle w miejscu, co w życiu. Z całym tym chaosem, który nosił w sobie, z całą historią, której nie chciałby powtarzać nawet przed samym sobą, tutaj, w tej budce z dziadkiem, starymi krzyżówkami, śrubkami, zapachem alkoholu i cytrusów, z kobietą, którą miał poślubić za chwilę, wszystko zdawało się być na właściwym miejscu.
    — Chyba mnie trochę lubi — mruknął w końcu, z głosem, który ociekał fałszywą skromnością, ale oczy błyszczały mu jak u chłopaka, który właśnie dostał najwyższą notę za pierwsze spotkanie z jej dziadkiem. Przesunął dłonią po jej plecach, a potem uniósł wzrok i spojrzał na drzwi, przez które wyszedł Antonio.
    — Gdybyś zapytała mnie rok temu, czy znajdę się kiedyś w takim miejscu… — roześmiał się krótko pod nosem. — W życiu bym nie uwierzył. A już na pewno nie z pierścionkiem na twoim palcu, dzieckiem w drodze i lemoniadą, która rywalizuje z bimbrem dziadka.
    Wsunął palce w jej włosy i pocałował ją lekko w skroń. Uśmiechnął się cicho, bez tych wszystkich masek, które zwykle nosił w Nowym Jorku.
    — Jeśli nasz dzieciak odziedziczy choć trochę tego, co masz ty i twój dziadek… to chyba będę potrzebował jeszcze jednej szklanki tego czegoś — dodał z rozbawieniem, spoglądając na butelkę, której zawartość coraz mniej go odstraszała. A potem przytulił ją mocniej. Trzymał ją tak, jakby nigdy nie miał wypuścić i może naprawdę nie miał. Bo tutaj, w ciepłym, pachnącym drewnem i wspomnieniami kącie, z Sophią przy sobie i świadomością, że za chwilę zostanie jego żoną, Carter po raz pierwszy w życiu nie musiał udawać ani walczyć. Wystarczyło, że był. I to było wszystko.
    — “Nie wkurzaj kobiety o nazwisku Moreira”, zapamiętam. — mruknął z rozbawieniem, odchylając lekko głowę i zerkając na Sophię. — Dobrze, że zaraz będziesz mieć na nazwisko Crawford.
    Carter uśmiechnął się szerzej, słysząc, jak Sophia parska śmiechem, a potem znowu wtulił ją w siebie, jakby nie mógł się nią nasycić. Jego dłoń leniwie głaskała ją po plecach, przez materiał sukienki, wolno i uspokajająco. Czuł się… po prostu dobrze. Bez żadnych masek, bez tej nieustannej czujności, którą nosił ze sobą w Nowym Jorku jak drugą skórę.
    Odchylił się lekko, by spojrzeć jej w oczy. Delikatnie przesunął kosmyk włosów za jej ucho.
    — Wiesz jeśli mamy budować rodzinę… to chcę, żeby miała takie miejsce. Taki dom. Takie ciepło. Nie tylko nasze, ale to, do czego można wrócić. Gdzie zawsze pachnie obiadem, świeżym praniem i cytryną. — Carter milczał jeszcze przez chwilę, jakby potrzebował dopić resztki tej myśli. Wchłonąć ją jak ostatni łyk lemoniady, który zostaje na dnie szklanki i zawsze smakuje najmocniej. Zerknął na nią spod rzęs, z tym półuśmiechem, który zawsze był zarezerwowany tylko dla niej. Potem nachylił się bliżej, głową dotykając jej ramienia. — No i chyba muszę dowiedzieć się, czym jest to açaí na tigela, skoro jest zagrożenie, że mi ucieknie. Bo jak to będzie lepsze od lemoniady, to chyba się przeprowadzamy.
    Roześmiał się krótko i pocałował ją lekko w czubek głowy, jakby to właśnie była jego odpowiedź na wszystkie możliwe pytania o przyszłość. A potem rozległ się głos babci z kuchni:
    — Açaí już gotowe, zanim mi tam zemdleją z miłości!
    Carter roześmiał się, wtulił nos w szyję Sophii i mruknął cicho.
    — Dobra, to był znak od wszechświata. Chodźmy zjeść tę legendę z lodówki, zanim dziadek wróci i znów spróbuje mnie upić… dla dobra tradycji, oczywiście. Poza tym, nie chcę być tym, który odmówił deseru w brazylijskim domu. To się pewnie kończy wygnaniem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  88. — To prawda — przyznał Carter miękko, bez cienia obrony czy dumy. — Rok temu miałem inne rzeczy w głowie. I żadna z nich nie miała zielonych sukienek, takiego charakteru…
    Spojrzał na nią z boku, wolno, jakby ją poznawał na nowo, choć przecież znał każdy szczegół. Przysunął się odrobinę bliżej i nachylił do jej ucha. — …i nie wchodziła mi do głowy bez pytania — dokończył z uśmiechem. — A potem do łóżka. A potem do życia. A potem… do serca.
    To ostatnie powiedział ciszej. Bez żartu. Bo nawet jeśli próbował być lekki, to nie umiał udawać, że to wszystko znaczyło dla niego mniej niż wszystko. Nie musiał już mówić, jak bardzo się zmienił. Ona to widziała. W spojrzeniu, w dotyku, w słowach. I w tym, że zamiast uciekać, zostawał. Zamiast chować się za maską, był przy niej. W pełni. Bezpiecznie.
    — Wypił trzy razem ze mną i ani razu nie mrugnął — mruknął, pokazując jej kieliszek. — Nie wiem, czy mnie sprawdza, czy po prostu uznał, że jestem godny tylko wtedy, kiedy wyjdę stąd na czworakach.
    Carter uśmiechnął się tak, jak uśmiecha się człowiek, który wie, że trafił na coś niepowtarzalnego i nie zamierza tego puścić.
    — Nie wiem, co gorsze, że twój dziadek mnie już przyucza, jakbym miał tu zostać na stałe, czy że mnie to kusi bardziej, niż powinno — rzucił półżartem, idąc za nią, ale nie puszczając jej dłoni ani na moment. Był pełen tej miękkiej, bezpiecznej obecności. Świadomości, że idzie obok kobiety, która nie tylko wpuściła go do swojego życia, ale i do świata, do którego sam nigdy nie miałby wstępu, gdyby nie ona.
    — Swoją drogą — mruknął, podnosząc wzrok w jej stronę. — Już opowiadał mi o działkach na sprzedaż, tu w okolicy. I nie wiem, czy to był żart, czy propozycja.
    Carter westchnął, czując jak z serca opada ostatni ciężar. Tu, gdzie pachniało domem, a dźwięki miasta nie dochodziły tak głośno, wiedział, że zrobił kolejny krok we właściwą stronę. Towarzyszył mu śmiech Sophii, jej dłoń na jego skórze, obrączki, które już niedługo miał założyć jej na palec. Na dobre. I na zawsze.
    — Czekaj, czekaj… — Carter uniósł brwi, dając się pociągnąć za sobą, ale z wyraźną podejrzliwością. — Chcesz mi powiedzieć, że karmiłaś mnie sekretnym brazylijskim jedzeniem i nawet się nie zorientowałem?
    Zatrzymał się na moment i spojrzał na nią z udawaną powagą.
    — Czyli to przez ciebie zacząłem lubić mango. I te małe pomarańczowe kulki… Jak one się nazywają? — zmarszczył czoło, udając, że nie pamięta, choć doskonale wiedział. — Te, co smakują jak tropikalne niebo i uzależniają szybciej niż kokaina?
    Nachylił się niżej i zniżył głos teatralnie, jakby wyjawiał tajemnicę.
    — Wiesz, że mógłbym teraz przejść na twoją stronę konfliktu światowego? Zdradzić burgera i bekon dla ciepłego pão de queijo?
    Uśmiechnął się szeroko, puszczając jej dłoń tylko po to, żeby sięgnąć ramieniem dookoła jej pleców i przysunąć ją do siebie, idąc dalej.
    — Ale wiesz co? Jeśli to wszystko było częścią twojego planu, żeby mnie uzależnić od ciebie jeszcze bardziej… — pochylił się bliżej, tuż do jej ucha — …to działa. I nie mam najmniejszego zamiaru iść na żaden odwyk.
    Złożył krótki pocałunek na jej skroni, a potem spojrzał przed siebie, gdzie przez uchylone drzwi rozchodził się zapach gotowanego ryżu i świeżych ziół.
    — Chodźmy, zanim twoja babcia znów uzna, że jestem zbyt chudy i będę musiał zjeść drugie danie tylko dla formy.
    Zatrzymał się na chwilę, zanim wyszli i lekko pociągnął ją za rękę, tylko po to, żeby mogła na niego spojrzeć. Zaśmiał się, ale w oczach miał coś więcej niż rozbawienie. — Widzisz, to właśnie dlatego mam w planach cię poślubić w każdej szerokości geograficznej. Zacznę tu, w niedzielę, a potem… może Portugalia? Potem Nowy Jork…
    Zbliżył się do niej, kładąc dłonie na jej talii i przyciągając ją bliżej, by przylgnęła do niego całym ciałem, tak, jakby chciał zapamiętać ją dokładnie taką: śmiejącą się, piękną, spokojną, zakochaną.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  89. ( Wizerunek wybrałam całkowicie przypadkowo. Urzekło mnie jej spojrzenie, choć zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Johnson. Z czasem jednak ten wybór bardzo mi się spodobał.
    Dziękuję za tak ciepłe słowa! <3 Eve niestety ma już taki charakter. Innego człowieka stawia ponad siebie. Ale będzie nad tym pracować, obiecuję!
    Jaki piękny Chester! <3 Koty tej rasy są niesamowite. Ona zaś taka smutna. Strata rodzica to ogromny cios... Trudno sobie nawet wyobrazić, co ona czuje. Aż mam ochotę ją przytulić. Wraz z Eve życzymy jej, by spełniły się wszystkie jej plany i marzenia. To cudowna osóbka!)
    Eve

    OdpowiedzUsuń
  90. Dzień ślubu przyszedł szybciej, niż mogli się tego spodziewać. Choć planowali wszystko z wyprzedzeniem, choć każdy szczegół miał być dopracowany, a ceremonia skromna, intymna i osłonięta od świata, czas zaczął przyspieszać w ostatnich dniach, jakby próbując ich zaskoczyć. Sophia była w euforii, to miało być ich „tak”, tylko dla nich. Cichy ogród w São Paulo, kwiaty z pobliskiego targu, sukienka, którą wybrała sama, bez sztabu stylistek i fotografów. Była promienna, spokojna. Wreszcie wyglądała na kobietę, która jest dokładnie tam, gdzie zawsze chciała być.
    Carter… przez większość czasu naprawdę się nie stresował.
    Nie był typem, który robił notatki na marginesach listy gości ani panikował z powodu źle dopasowanego krawata. Jego garnitur wisiał gotowy od dwóch dni, a obrączki leżały w kieszeni marynarki, jakby były tam od zawsze. Obiecał sobie, że ten dzień będzie inny niż wszystkie. Nie miał w sobie nic z nerwowej ekscytacji nowożeńca. Był skupiony, gotowy. Spokojny. Przynajmniej do momentu, w którym Sophia, między łykami porannej kawy i układaniem włosów, rzuciła niemal mimochodem.
    — Aha, i jeszcze jedno… Tata jednak przylatuje. Jutro rano. Przemyślał to.
    Carter zamarł. Nie od razu coś powiedział, bo przez chwilę próbował zrozumieć, czy dobrze usłyszał. A kiedy zdał sobie sprawę, że tak, że Oscar, który do tej pory patrzył na niego, jakby był zapowiedzią końca świata, właśnie postanowił jednak pojawić się na ich sekretnym brazylijskim ślubie, poczuł, jak coś ścina mu żołądek.
    — To… świetna wiadomość — powiedział z uśmiechem i pocałował ją w czoło. I wtedy dopiero się zaczęło. Nerw, który wcześniej był tylko lekkim impulsem gdzieś pod skórą, nagle zyskał imię. Nagle wydało mu się, że krawat jednak za ciasno opina szyję. Że koszula się marszczy. Nie dlatego, że bał się ślubu. Ale dlatego, że wiedział, jak wiele znaczył Oscar dla Sophii i jak bardzo chciał, żeby ten dzień był dla niej doskonały. A teraz, z każdą minutą, nie potrafił już myśleć o niczym innym poza tym, jakim wzrokiem ojciec jego narzeczonej spojrzy na niego, kiedy stanie naprzeciwko ołtarza, gotowy przysiąc jej wszystko.
    Sophia, jakby przeczuwając jego napięcie, tylko uśmiechnęła się lekko i położyła dłoń na jego piersi, tam, gdzie serce zaczynało bić nieco szybciej.
    — Kochanie… spokojnie. To wciąż nasz dzień. Tylko z lekkim… bonusem.
    Nie wiedział, czy nazwałby Oscara „bonusem”, ale wiedział jedno: mimo że zrobiło się nagle ciaśniej w klatce piersiowej, mimo że ręce przestały być tak pewne jak wcześniej, on nie chciał tego zmieniać. Nie chciał niczego zmieniać. Bo nawet jeśli Oscar miałby mierzyć go wzrokiem przez całą ceremonię, Carter i tak powiedziałby to samo.
    Piątkowe popołudnie przed ślubem przyniosło pełnię ciepła, śmiechu i zwyczajności, która nagle wydawała się wszystkim, czego im było trzeba. Rio przyleciał. Pojawił się z żoną i dwójką dzieci, które od razu opanowały ich ogród, goniąc się między krzewami i próbując złapać motyle. Jego żona, ciemnowłosa, spokojna, z błyskiem w oku i łagodnym uśmiechem, okazała się być… w ciąży. I to niemal na tym samym etapie, co Sophia.
    — To się nazywa timing — rzucił Rio, poklepując się po brzuchu, jakby to on nosił dziecko, i parsknął śmiechem, kiedy Carter uniósł brwi, a Sophia tylko zareagowała przeciągłym: „serio?”.
    Atmosfera była lekka, wręcz wakacyjna. Z głośników grała brazylijska muzyka, powietrze pachniało limonką, grillowanym mięsem i przyprawami, które babcia Cecília rozsypywała z takim zapałem, jakby gotowała dla całego São Paulo. Taras rozbrzmiewał rozmowami. Carter czuł się, jakby był częścią tej rodziny od lat. Sophia w jasnej sukience, opalona i roześmiana, wyglądała jak marzenie. Rio od razu wkroczył do kuchni, jakby znał ją na pamięć, pomagając Antonio z rozpaleniem grilla i kradnąc owoce z miski dzieciom, które rzucały w niego piłką. Były też koleżanki Sophii.

    OdpowiedzUsuń
  91. Mieszały się języki, historie i żarty. Jedna z dziewczyn wyciągnęła starego polaroida, robiąc zdjęcia każdemu, kogo dorwała. Sophia trzymała się najbliżej Cartera, raz za razem wsuwając dłoń pod jego koszulę albo całując go znienacka w ramię, jakby tylko chciała upewnić się, że on naprawdę tu jest, z nią, że to wszystko się dzieje. Wieczór należał do nich wszystkich, dzieci zasnęły na huśtawce przykryte lekkim kocem, Sophia z Rio rozmawiała cicho, śmiejąc się do wspomnień, a Carter siedział z Antonio, popijając cachacę i naprawdę… czuł spokój. To nie był wieczór pełen przygotowań i nerwów. To był wieczór, który pachniał domem. I zapowiadał, że wszystko pójdzie dokładnie tak, jak powinno.
    Słońce od rana wpadało przez okna pokoju, w którym Carter miał się przygotować. Ciepły blask odbijał się od koszuli, przewieszonej na krześle. To właśnie Rio i jego żona wzięli na siebie zadanie doprowadzenia Cartera do stanu „ślubnego”.
    — No, no, wygląda na to, że dzisiaj naprawdę dorośniesz — rzuciła żona Rio, z ręką na biodrze, obserwując, jak Carter zapina guziki koszuli. Miała na sobie zwiewną sukienkę, jedną ręką głaskała ciążowy brzuszek, a w drugiej trzymała kubek z herbatą, z której unosił się imbirowy aromat.
    — Chyba już dawno dorosłem — odparł Carter z przekąsem, zerkając na Rio, który właśnie walczył z jego krawatem.
    — Mówisz to, a od dziesięciu minut nie potrafisz porządnie zawiązać krawata. — Rio parsknął śmiechem, po czym pokręcił głową i przejął sprawę.
    Było coś bardzo osobistego i ciepłego w tej chwili, między mężczyznami panowało zaufanie, a żona Rio żartowała sobie z Cartera z czułą ironią.
    — A Sophia? — zapytał w pewnym momencie, zerkając przez okno.
    — Jeszcze nie uciekł. — Rio uśmiechnął się, nie odrywając się od poprawiania mankietu. Carter skinął głową. Czuł to w kościach, Sophia była już gotowa. A on… coraz bardziej czuł to też w sobie. Wszystko było prawdziwe. Namacalne. Bez żadnego pośpiechu. Bez paniki. Otoczeni ludźmi, którzy naprawdę chcieli tu być.
    — Dobra, gotowe. — Rio cofnął się krok i uderzył Cartera w bark. — Wyglądasz, jakbyś naprawdę zamierzał ją dzisiaj poślubić.
    — Bo zamierzam.
    Żona Rio uniosła brew.
    — No to nie zapomnij oddychać. I uśmiechaj się. To nie pogrzeb.
    Carter zaśmiał się szczerze, bardziej z rozbawienia niż nerwów. Jeszcze nie widział Sophii tego dnia i dopiero kiedy ją zobaczy, wiedział, że dopadnie go cała ta powaga chwili. Ale teraz? Teraz czuł się gotowy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  92. [To polski serial, który wyszedł całkiem niedawno. Leci na HBO, jakby co ^^
    Prawda, możliwości jest całkiem sporo. :D
    Chętnie coś napiszę z Sophią. Spotkanie w schronisku to wspaniały pomysł! Może w późniejszym czasie, Soph zabrałaby Powder na wolontariat w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce? Takie miejsce na pewno zrobiłoby na mojej pani ogromne wrażenie, bo ona nigdy nie była ani nad żadnym morzem, ani tym bardziej oceanem. ^^]

    Powder Smith

    OdpowiedzUsuń
  93. Maxine zdawała sobie sprawę z tego, że historia, którą właśnie opowiedziała Sophii, była absurdalna i przez to wcale nie dziwiła się temu, że przyjaciółka się na nią gapiła. Jej mina sprawiła, że Maxine parsknęła cicho krótkim śmiechem, bo cóż więcej jej pozostało? Mogła śmiać się lub płakać – to drugie zdążyła zrobić, kiedyś w nocy, bo kotłujących się w niej emocji było tak wiele, że nie sposób było inaczej sobie z nimi poradzić i Riley dobre trzy godziny spędziła na wyciu w poduszkę, aż nie miała sił płakać więcej i zasnęła, zmęczona, ale spokojniejsza.
    Dziś, kiedy minęło już trochę czasu od pierwszego, a nawet drugiego spotkania z Andreą, Maxine bynajmniej nie zbierało się na płacz, ponieważ zdołała odrobinę oswoić się z tą niecodzienną – delikatnie powiedziawszy – sytuacją, ale też nie było jej do śmiechu. Ten śmiech, nawet krótki i cichy, był kolejnym regulatorem dla niezrozumiałych emocji, na dodatek występujących w nadmiarze tak przytłaczającym, że Max zastanawiała się, jak w jej drobnym ciele jest dość miejsca na to wszystko, co czuła i widać mimo wszystko tego miejsca brakowało, skoro wcześniej płakała, teraz się śmiała, a na dodatek popijała wino nie tylko dlatego, że to jej smakowało, bo Soph kupiła naprawdę dobre wino, ale przede wszystkim dlatego, że alkohol miał nieco ją ogłupić, a tym samym wyciszyć umysł.
    — Nie martw się, ja też nie miałam. Podejrzewam, że w tamtym barze gapiłam się na Andy tak samo, jak ty teraz na mnie — przyznała i wzruszyła ramionami, jakby to było nic, ale to nie było nic. To, czymkolwiek to było, było wielkie i przerażające, miało ostre zęby i jeszcze ostrzejsze pazury, a na dodatek polowało wyłącznie na Maxine.
    Obserwowała, mimo wszystko z pewnym rozbawieniem, jak w głowie Sophii zachodzą dokładnie te same procesy myślowe, które, po minięciu pierwszego szoku, zachodziły także w jej głowie i pomyślała przy tym, że dobrze było zrzucić to na ramiona kogoś jeszcze. Podzielić się tym ciężarem, choć sama Sophia nie dźwigała mało, ale chyba nie miała się od tego ugiąć, prawda? Co prawda Maxine rozmawiała o tym już z kilkoma osobami, bo rozmawiała z Noah i Rowanem, a raczej musiała przyznać się przed nimi do tego, że miała siostrę bliźniaczkę, o istnieniu której wcześniej nie wiedziała, bo tych dwóch po prostu wpadło gdzieś na Andy i wyniknęły z tego pewne nieporozumienia. Maxine było przykro, że musiała te nieporozumienia prostować, dopadł ją też dziwny smutek, a może nawet rozczarowanie związane z tym, że jej bliscy nie rozpoznali, że mieli do czynienia nie z nią, a z kimś dla nich obcym. Tak jakby… nie stali w tym nieoczywistym konflikcie po jej stronie?
    Tymczasem Sophia – Maxine nie miała do co tego żadnych wątpliwości – stała po jej stronie i była jej najlepszą przyjaciółką, która rozumiała ją bez słów, bo choć teraz Max musiała jej wytłumaczyć, co zaszło, to na pewno nie musiała jej tłumaczyć tego, co działo się w jej głowie – Soph słusznie zakładała, że panował tam istny chaos.
    — Przejebane to i tak bardzo delikatnie powiedziane, Soph — rzuciła i uśmiechnęła się do siedzącej na drugiej pufie dziewczyny. Uśmiech ten wcale nie był lekki i radosny, a ciężki i ponury. — Z drugiej strony, zawsze mogło być gorzej, prawda? Mam na myśli, że nikomu nie dzieje się krzywda. To znaczy teoretycznie. I nie fizycznie — zaczęła mówić bez składu i ładu, jakby w ten pokraczny sposób sama sobie próbowała dodać otuchy, lecz w końcu zabrakło jej słów i skapitulowała, powtórzywszy za Moreirą: — Jakoś sobie poradzimy. Nie mamy innego wyjścia.
    Dokładnie te dwa zdania stanowiły ulubione motto Maxine Riley - jakoś sobie poradzimy, nie mamy innego wyjścia. Gdyby kiedyś, w dalekiej przyszłości, miała zostać babcią, bez wątpienia powtarzałaby te słowa swoim wnukom jako życiową radę tak długo i często, aż te wnuki wyryłyby te słowa na jej nagrobku. Miała ona co prawda ponury wydźwięk, ale ileż prawdy się w niej kryło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż się wyprostowała na to rzucone napisz do niej teraz i jakby to był rozkaz, a nie luźna propozycja, sięgnęła po odłożony na stoliczek telefon, jednocześnie posyłając przyjaciółce sceptyczne spojrzenie.
      — Tak, to głupie — przyznała, już z komórką w ręce, lekko przeciągając samogłoski i popatrzyła na ekran, który rozświetlił się pod wpływem ruchu. Na wygaszaczu widać było kilka ikonek nieodczytanych powiadomień z co najmniej trzech różnych komunikatorów. — Ludzie z roku… Nie wiem, co myślą — powiedziała, wpatrując się w te ikonki, jakby to tam miała znaleźć odpowiedzi na pytania Soph. — Chyba mamy z Andreą zbyt groźne miny, kiedy na nas patrzą, żeby ktokolwiek odważył się o coś spytać, a co dopiero pomyśleć. Więc nie, nie wiem, co myślą — powtórzyła, samą siebie utwierdzając we wcześniejszej odpowiedzi. Po tym odłożyła telefon tam, gdzie ten wcześniej leżał, ekranem do dołu, co samo za siebie mówiło, że nie chciała teraz pisać do bliźniaczki.
      W odpowiedzi na to, co dalej mówiła Sophia, tylko kiwała głową, jakby uznała, że odpowiadanie na każde jedno zdanie także byłoby głupie. Powoli zaczynała odnosić wrażenie, że cokolwiek by w tej sytuacji zrobiła, wszystko okazałoby się głupie, ale też Sophia mówiła rozsądnie i miała wiele racji, bo dokładnie o tych samych rzeczach zdążyła pomyśleć Maxine, a skoro obie pomyślały o tym samym, to chyba była w tym choć odrobina rozsądku, prawda?
      — Dziękuje i nie… Nie trzeba — zaprzeczyła w odpowiedzi na propozycję o towarzyszeniu jej na każdym spotkaniu. Posłała przyjaciółce ciepły uśmiech po tym, jak ta dotknęła jej kolana i pod wpływem tego kojącego dotyku wypowiedziała kolejne słowa.
      — Andrea jest tu sama. Przyjechała na studencką wymianę. Jej rodzina i przyjaciele zostali na drugim końcu kraju, podczas gdy ja mam tutaj cały arsenał ludzi. Nie chcę… Nie chcę, żeby czuła się przez to jeszcze gorzej, niż musi się czuć — powiedziała ze zdecydowaniem, tylko trochę dziwiąc się tej trosce o bliźniaczkę, która wybrzmiała w jej głosie. Potrafiła postawić się na jej miejscu. Wyobrazić sobie, jakby to było, gdyby znalazła się w obcym mieście, bez bliskich pod ręką i nagle musiała zmierzyć się z takim problemem. Aż lekko się wzdrygnęła.
      — Wyobrażenie. — Max potrząsnęła głową. — Zdecydowanie wyobrażenie.
      Była pewna tego, że jeśli Andrea nie była tym sobowtórem, którego rzekomo miał każdy człowiek, a była jej siostrą bliźniaczką, to musieli rozdzielić je tuż po urodzeniu. Lucy wróciła do domu z jednym dzieckiem – wskazywały na to wszystkie zdjęcia i wszystkie opowieści. Bardziej problematyczna była inna kwestia, inne pytanie – czy Lucy wróciła do domu ze swoim dzieckiem, czy… czyimś…? Kto tak w zasadzie był ich matką? Kim byli ich rodzice…?
      Max westchnęła i upiła wina, które ubywało z jej kieliszka w zastraszająco szybkim tempie.

      [Taka piękna wychodzi tylko na zdjęciach autorstwa Marcusa 😈😉🤭]

      MAXINE RILEY

      Usuń