(24 lata, art director w Ogilvy New York)
Stary wyszedł po mleko i już nie wrócił, ale nie szkodzi. Pewnie i tak przyniósłby to z laktozą, której Leif nie toleruje. Zresztą po typie, który nazwał pierworodnego liść gałązka spodziewać się za wiele nie można. No, może poza fantazją i zdziwaczałym poczuciem humoru. Matka po dziś dzień woła syna drugim imieniem, a właściwie jego spieszczeniem – i tak z Zachary’ego robi z damska brzmiący Zooey.
Może ten liść gałązka jednak nie taki najgorszy. Przynajmniej jest heca. I można powiewać na wietrze, a potem opadać w losowych miejscach.
Nie miał nic, chciał mieć coś, więc nauczył się robić coś z niczego – łażąc po pchlich targach, lumpach, śmietnikach, kupując za bezcen szmergle z eBaya, które poprzerabiał na cacuszka z designerskim sznytem. Dobre oko, trochę sprytu, wrodzony talent do zmyślania i artystyczny warsztat wystarczają, by skręcać bzdurne reklamki i kampanie.
Plan jest taki: pokręcić się w agencyjnym świecie, zdobyć bajońskie sumy, a potem rzucić to i rzeźbić figurki z patyka. Realizacja: w toku.
[Stary wyszedł po mleko to jeden z moich ulubionych, może nieco niepoprawnych żarcików, soł… uznałam, że sama się z tym mlekiem pojawię :D Normalne, owsiane, bez laktozy???
OdpowiedzUsuńCześć, hej!
Karta krótka, ale treściwa, chętnie przeczytałabym więcej. A imię Leif to akurat już zawsze będzie mi się kojarzyć z Vinland Sagą.
Trzymam kciuki za liścia gałązkę, żeby sobie mógł ostatecznie w spokoju rzeźbić figurki z patyka i żeby nikt mu za bardzo w tym nie przeszkadzał!
Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych wciągających wątków, a w razie chęci może uda nam się coś wspólnie napisać. Baw się dobrze!]
Vasilisa Dragunova & Lavender Wong
[Ja już się nad Leifem zachwycałam. Andrea zresztą też, więc teraz sobie tych zaszczytów oszczędzimy (wcale nie, on nadal jest cudny). Jeśli Leif ma wciąż ochotę, aby zachwycać się z Andy nad różnymi rzeczami, to wiecie, gdzie nas szukać.
OdpowiedzUsuńBawcie się dobrze, oby tym razem na dłużej. ♥]
Andrea Wilson
[Hej, witamy z powrotem i oczywiście zapraszamy.]
OdpowiedzUsuńDalaja, Natty i Lio<
[Cześć, zawsze podziwiam takie sprytne osoby, co mają jakieś zdolności w rękach i potrafią z śmietnika wyrzeźbić cudeńko. Naprawdę i oko które potrafi widzieć to też sztuka.
OdpowiedzUsuńŻyczymy dobrej zabawy , z polowaniem w lumpach i realizacją planu ;)
PS. Za nieobecnym ojcem bym nie tęskniła. Bo po co? ]
Emma/Lily
[Miło mi, że masz nadal chęci na kontynuację wątku z Nattym. Jak najbardziej możemy iść w tym kierunku. Do Lio zawsz znajdzie się okazja przenieść ewentualnie później. Ostatni odpis co prawda w międzyczasie zaginął gdzieś w akcji, a ja standardowo po publikacji usunęłam go z notatek, ale przecież zawsze mogę spróbować go odtworzyć.]
OdpowiedzUsuń[Dziękujemy, dziękujemy! <3
OdpowiedzUsuńHmm, to zależy, w co chcielibyście się wplątać :D Lavender to chodzące kłopoty, sarkazm i babeczka od: ja tego nie zrobię? Poczym mje piwo xD Więc mogą totalnie iść w różne, mniejsze lub większe, akcje; wpadł mi do głowy pomysł, że Mei i Liść mogliby się znać i mieć układ w stylu, że ona oddaje mu jakieś rzeczy po zmarłych, które ktoś wyrzuca, nie chce, cokolwiek, a Leif to sprzedaje, ogarnia i Mei też sobie przy okazji zarabia, taka o, luźna myśl :D
Vasya natomiast wraca do formy po kontuzji i jest raczej skoncentrowana na swoich celach, tutaj moglibyśmy iść w coś biznesowego, jakaś kampania czy coś? (głośno myślę!)]
Vasilisa Dragunova & Lavender Wong
Bankiet zachwycał Andreę. Nieskończenie, bo młoda Wilson zachwycała się nie tylko przedmiotami, które przeznaczono do licytacji, ale i sukniami, które mieniły się często na złoto lub srebrno. Momentami podziwiała je z bezczelnie bliska, dostrzegając drobne kamyczki wszyte w materiał albo grube, połyskujące nici. Kobiety, które je nosiły, też były piękne, przynajmniej powierzchownie, bo z żadną z nich nie była w stanie się porozumieć. Może to kwestia ich wieku, bo faktycznie nie spotkała tutaj nikogo, kto nie dobijałby do co najmniej czterdziestki, a nawet jeśli, to nie było tych osób wcale tak wiele. Ona i Leif. Ale ten drugi zniknął jej z pola widzenia, kiedy Andy postanowiłą porozmawiać z Brianem. Bo w końcu go znalazła.
OdpowiedzUsuńNie miała pojęcia, ile minęło czasu i ile kieliszków drogiego prosecco zdołała wypić, ale z pewnością bąbelki zaszumiały jej w głowie i wzburzyły krew. Policzki Andrei, mimo subtelnego make-upu, pokrywały się teraz całkiem słodkim rumieńcem.
Akuratnie stała naprzeciwko poważnej damy, słuchała jej historii, dobrnęły już do trzeciego męża i jak się okazało – Richard był względnie najnormalniejszy, ale też najstarszy i już niesamowita Gloria miała dotrzeć do etapu łóżkowych przygód, a raczej ich względnego braku, kiedy do rozmowy włączył się Leif. Całe szczęście, bo policzki Andrei przybrały już koloru soczystego buraka. Nie była szczególnie cnotliwa, ale miała ledwo dwadzieścia trzy lata i rozmawianie na ten temat z przeszło pięćdziesięcio letnią matroną było dla Andy zwyczajnie krępujące.
Przysunęła się odruchowo w stronę Leifa i skinęła głową, gdy dotarł do niej sens słów młodego mężczyzny. Uścisnęła jeszcze dłonie Glorii, zwracając uwagę na błyszczące na jej palcach pierścienie i życzyła sukcesów z szóstym mężem – Henrym.
Na dworze okazało się być zaskakująco przyjemnie, w pierwszym zetknięciu z chłodnym i wcale nie dusznym powietrzem, odkryte ramiona Andrei pokryły się gęsią skórką. Maszerowała nieśpiesznie obok Leifa, czując na sobie jego spojrzenie. Uniosła lekko brew ku górze, gdy wspomniał o jakimś jupiterze, a ona nie miała pojęcia, o jakim. Nie była obeznana w nowojorskich klubach i nawet nie wpadła na to, aby dzisiaj wrzucić relację na instagram, a przecież spora część jej rówieśniczek dałaby się pokroić za udział w aukcji.
— O. — Usta Andy uformowały się w samogłoskę, którą wypowiadała, gdy dostrzegła nietypową ozdobę na jego nadgarstku. Sięgnęła po męskie palce i obróciła rękę Leifa wnętrzem do góry. Zdecydowanie była obroża, ale gdy tak spoglądała na to małe dzieło, uznała, że i świetnie wpasowało się jako część biżuterii. — Piękna — oznajmiła, a potem zaśmiała się cicho, słysząc kolejne słowa Zweiga. — Jak ci nie pasuje, to możesz mi oddać, chociaż… — urwała, puszczając w końcu jego palce. — Żałuję, że nie zgarnęłam tej smyczy…. — jęknęła, odgarniając kosmyk ciemnych włosów za ucho. — Widziałeś, że ktoś wylicytował ją za pięćdziesiąt osiem tysięcy dolarów? Smycz! — Niemal krzyknęła, plącząc na moment nogi, ale szybko przysłoniła usta dłonią. Uczepiła się ramienia Leifa, co zrobiła bez większego zastanowienia.
Wolną ręką zaczęła szperać w swojej torebce. Nie była to typowa kopertówka, Andy mogła przewiesić ją na złotym łańcuszku przez ramię, co też zrobiła i gdy udało jej się podnieść usztywnianą klapkę, wyciągnęła niewielką, poręczną, pięknie zdobioną piersiówkę.
— Ktoś zostawił — wzruszyła lekko ramionami. Tak, Andrea zajebała komuś piersiówkę i w ogóle nie czuła z tego powodu wstydu. — Jest pełna. Testujesz?
Andrea Wilson
[Mam już nawet stworzoną nową wersję naszej opowieści, ale zamierzam ją podrzucić z innymi odpisami, więc musisz dać mi jeszcze chwilę.]
OdpowiedzUsuńPalce Andrei zwykle były dość zimne. Podobnie zresztą jak stopy, nic więc dziwnego, że tak bardzo upodobała sobie chodzenie na bosaka po plażach w Los Angeles, gdzie piasek nagrzany do granic możliwości, oddawał swoje ciepło spragnionej go Wilson.
OdpowiedzUsuńCzarnulka spoglądała na Leifa z rosnącym zdumieniem. Wpierw patrzył na to, jak wieszał na szyi smyczkę z plakietką, potem jak ciągnął ją w głowie i serwował jej kolejną głupią miną z repertuaru zabawnego Zweiga. Andy miała wrażenie, że było go pełno, że niby tylko szedł obok, a potem miała wrażenie, że otaczał ją z każdej możliwej strony i zaskakiwał kolejnymi rzeczami. Nie mogła się z nim nudzić.
Przewróciła tylko teatralnie oczętami, gdy wspomniał o głowach na karku ludzi, którzy porodzili się w zamożnych rodzinach.
— Też możemy być zamożni — przyznała nagle. — Dzięki tej hańbiącej pracy — mruknęła, mrużąc te ciemnobrązowe ślepka. Andrea mogła przy Leifie wychodzić na nieskalaną, ba, na niesamowicie rozsądną i solidnie stąpającą po ziemi młodą kobietą, ale w zasadzie to chciała umieć czerpać z chwili tak, jak robił to towarzyszący jej chłopak.
Zaśmiała się głośno, gdy wspomniał o pięćdziesięciu ośmiu tysiącach psów ze schroniska. Nie był to niby temat śmieszny, więc Andrea szybko przysłoniła usta dłonią, próbując opanować ten nagły atak, który niemal zgiął ją w pół.
— Pomogę ci… — stwierdziła, ocierając łzy z kącików oczu. — Doba ma dwadzieścia cztery godziny, uznajmy zatem, że jedno popołudnie, to jedna dniówka, więc ambitne osiem godzin, tak? — spojrzała na niego uważnie, nie mogąc przestać się głupio uśmiechać, ale też jakby oczekiwała potwierdzenia. — Jedna godzina ma sześćdziesiąt minut, a minuta sześćdziesiąt sekund. W ciągu dniówki masz więc… — umilkła, wznosząc oczy ku nocnemu, nowojorskiemu niebu. — Dwadzieścia osiem tysięcy osiemset sekund, więc… — uniosła palec ku górze. — Musiałbyś, średnio, dwóm psom poświęcić aż sekundę. Czekaj! — pisnęła i pacnęła go z otwartej dłoni w ramię. — Jesteś superbohaterem? — spytała z pełną powagą, a potem już tylko obserwowała rozwój sytuacji, badanie alkoholu i ryzykowny marsz tyłem jej prywatnego superbohatera. Nie szło ukryć, że Leif był… specjalny, wyjątkowy. I dobrze czuła się w jego towarzystwie. Odebrała z powrotem piersiówkę. Nie wąchała zawartości. Wsunęłą ją z powrotem do torebki.
Zatrzymała się jednak, gdy z ust maszerującego przed nią Leifa, padło istotne pytanie. Zatrzymała się, z męskimi dłońmi na swoich ramionach.
— Chcesz mnie obrazić? — spytała z również udawaną powagą. Patrzenie jednak na uśmiechniętą twarz Leifa nie pozwalało jej zachować kamiennego wyrazu twarzy. — A może boisz się, że i tobie coś ukradnę? — spytała robiąc dwa kroki w stronę. Tak, że bez trudu sięgnęła dłonią do kieszeni spodni Zweiga. Spojrzała na niego ze słodkim uśmiechem, gdy zamachała mu przed oczami jego badgem z roboty. — Mogę ukraść znacznie więcej… — przyznała, a potem odpięła plakietkę od smyczki i tę pierwszą wsunęła do swojej torebki, gdzie była bezpieczna wraz z piersiówką.
Bezceremonialnie sięgnęła do swojego ramienia, chwyciła nadgarstek Leifa i przy sprzączce od obróżki, przypięła smyczkę. Nie pasowała. Zdecydowanie nie pasowała.
— Ukradłam też ciebie — zauważyła, niesamowicie dumna z siebie ze swojego planu. Przynajmniej go nie zgubi!
Andrea Wilson
[Jak dla mnie super, haha :D Może to była jakaś torebka, w której był pendrive czy coś, który byłby ważny? Albo nie wiem, wszyty w nią diament? xD Więc Leif i Mei mieliby, co robić, szukając tej torebki i nie dając się zabić... Bo moglibyśmy zacząć od tego, że zarówno Mei, jak i Leifa typy spod ciemnej gwiazdy biorą na stronę i się tam dowiadują, o co chodzi. :D
OdpowiedzUsuńGotowi na akcję i wybuchy?!]
Mei-Mei Wong 💥
Nigdy nie należał do osób potrafiących długo gniewać się na kogokolwiek, więc i teraz wziął po prostu kilka głębokich oddechów, spod zmierzwionej grzywki mierząc nieznajomego lekko oceniającym spojrzeniem, które po kilku sekundach zabłysło wręcz rozbawieniem. Bądźmy bowiem szczerzy, przecież nie można było wyglądać na poważnego złodzieja, gdy stało się pośrodku obcej kuchni w samym szortach. Zresztą mężczyzna miał rację – powinien znacznie lepiej pilnować swojego małego skarbu. Tyle tylko, że wczorajszy wieczorny telefon wyrwał go niespodziewanie z twórczego szału, przestawiając od razu w stan działania. Okazało się bowiem, że znowu zapomniał o nocnej sesji dla jakichś wchodzących gwiazdek filmowych, więc musiał natychmiast chwycić torbę i wybiec z domu, chowając w pośpiechu klucze do kieszeni kurtki. Tyle dobrego, że o tak późnej porze na drogach nie było zbyt dużo samochodów, co w połączeniu z doskonałą znajomością topografii rzadko uczęszczanych uliczek tego nieszczęsnego wiecznie bawiącego się miasta pozwoliło mu osiągnąć zaledwie godzinne spóźnienie. Chyba całkiem dobry wynik, skoro ostatecznie obdarzono go wyłącznie krzywym spojrzeniem, a po wszystkim nie tylko nie obcięto mu wynagrodzenia, ale nawet zaproszono na mały poczęstunek na tarasie.
OdpowiedzUsuń- Wybacz, wróciłem z pracy dopiero kilka godzin temu i musiałem być najwidoczniej na tyle padnięty, że zapomniałem, że miałem go jeszcze schować. – Zaśmiał się ze skali własnego roztrzepania. – Tak w ogóle jestem Natty. – Dodał, podchodząc do ekspresu. – Chcesz może kawy ? – Zaproponował, naciskając odpowiedni przycisk. – Ja w każdym razie chyba dzisiaj bez niej długo nie przeżyję. – Ziewnął przeciągle.
Natty [Mam nadzieję, że wyszło w miarę podobnie do oryginału.]
Mei zorientowała się, że coś jest nie tak, kiedy ten sam czarny samochód minął dom pogrzebowy po raz kolejny w przeciągu godziny. Za pierwszym razem nawet nie zarejestrowała auta. W Chinatown zawsze było tłoczno i głośno, nikogo zatem nie powinny dziwić jeżdżące samochody. Za drugim razem, gdy zauważyła vana, poczuła lekkie ukłucie między łopatkami, a za trzecim wyszła przed dom, zapaliła papierosa i patrzyła, jak podejrzane auto zniknęło za rogiem.
OdpowiedzUsuń— No zajebiście — mruknęła do siebie. To był dokładnie ten rodzaj przeczucia, którego nauczyła się nie ignorować. Życie Mei-Mei Wong rzadko dawało jej eleganckie ostrzeżenia, zwykle były jak cios w twarz.
Nie miała pojęcia, że w całej tej dziwnej sytuacji chodziło o torebkę, a przynajmniej nie od razu; była bowiem jedną z tych rzeczy, które znajdywała w mieszkaniach, kiedy ludzkie życie kończyło się nagle, brzydko i w sposób wymagający specjalistycznego sprzątania. Torebka była mała, markowa, zniszczona przy pasku, ale nadal warta więcej, niż Mei zarabiała za kilka normalnych godzin pracy. Pamiętała, że leżała pod przewróconym fotelem, ubrudzona kurzem i czymś, czego wolała nie identyfikować. Zgarnęła ją wtedy odruchowo. Nie pierwszy raz zresztą. Nie była złodziejką w tradycyjnym sensie, nie okradała trupów z obrączek i nie przeszukiwała kieszeni z chciwością. Ale czasem, po sprzątaniu, zostawały rzeczy, których nikt nie chciał, nikt nie odbierał i które i tak skończyłyby w kontenerze. Torebka była zniszczona, ale dobra. Leif potrafił takie rzeczy przywracać do życia, więc wywęszyła dobry interes. Mogła się jednak spodziewać, że wszystko się spieprzy – miała pecha we krwi.
Dokończyła papierosa i ruszyła przed siebie, doskonale wiedząc, co się stanie. Porwanie, przesłuchanie, może jakieś pobicie. Znała to z autopsji, nic wielkiego, trochę będzie boleć, zostanie kilka siniaków albo blizn, ale ostatecznie wciąż była przydatna, więc wątpiła w to, że skończy z poderżniętym gardłem gdzieś za rogiem.
I jasne, mogła być przygotowana, mogła doskonale wiedzieć, co się wydarzy, ale i tak zaczęła piszczeć i się wyrywać, gdy auto gwałtownie się zatrzymało, a męska, duża, śmierdząca dłoń zatkała jej usta. Mei próbowała się jakoś oswobodzić, zacząć normalną rozmowę, ale nie była w stanie, więc ugryzła rękę – udało się to tylko częściowo, ale usłyszała satysfakcjonujące przekleństwo.
— Gdzie jest torebka? — zapytał mężczyzna, który wciągnął ją do samochodu.
— U twojej matki. Ma świetny gust — warknęła, odchylając gwałtownie głowę w tył, by móc to powiedzieć.
Dostała w brzuch. Cios był precyzyjny i wystarczająco mocny, żeby na kilka sekund odebrać jej powietrze. Mei zgięła się wpół, łapiąc oddech przez zaciśnięte zęby, a w oczach stanęły jej łzy, bardziej ze złości niż bólu.
— Spróbujmy jeszcze raz — powiedział mężczyzna w ciemnych okularach. — Torebka. Gdzie jest?
— Nie mam jej. — Mei przełknęła ślinę.
— Wiemy — odparł krótko. — Oddałaś ją komuś. Komu?
Mei poczuła zimno pod żebrami. Leif. To jemu oddała tę pierdoloną torebkę, nie mając pojęcia, że w jej podszewce zaszyto coś cennego.
— Oddałam do lombardu — skłamała.
Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę, a potem uśmiechnął się zimno.
— Do którego? — spytał.
— Tego z szyldem.
Tym razem dostała w twarz. Otwarta dłoń odrzuciła jej głowę na bok, a w ustach natychmiast poczuła metaliczny smak krwi. Przez chwilę słyszała tylko szum w uszach i własny, ciężki oddech. Kurwa.
— Komu ją oddałaś?
Usuń— Mówiłam. Twojej matce. — Mei powoli odwróciła twarz z powrotem i posłała facetowi uśmieszek.
Mężczyzna złapał ją za włosy i szarpnął do góry.
— Nazwisko.
Nie mogła powiedzieć, że oddała ją Leifowi. Był jej znajomym, zadawał mało pytań i płacił gotówką, co zwykle bardzo w nim ceniła. Poza tym jednak to ona przyniosła mu tę cholerną torebkę, to ona zgarnęła ją po sprzątaniu i to ona chciała zarobić. Zweig był niewinny.
— Nie znam nazwiska — powiedziała w końcu.
— Imię.
— Nie pamiętam — syknęła.
— To sobie przypomnisz.
Po rozmowie ze zbirami u Leifa pojawiła się dopiero po ponad godzinie. Nie wiedziała, jak udało jej się tam dojść. Pamiętała pojedyncze rzeczy: zimny wiatr przy mokrym policzku, światła samochodów rozmazujące się przed oczami, ból w żebrach przy każdym głębszym oddechu i własne dłonie, które drżały tak bardzo, że dwa razy upuściła papierosa, zanim w ogóle zdążyła go zapalić.
Wszystko się zjebało, a teraz Mei-Mei musiała ponieść tego konsekwencje. Albo odzyska torebkę, albo zostanie truchłem, które zgnije w jakimś nieznanym grobie. Uderzyła pięścią w drzwi od mieszkania Leifa, z fajką w ustach, rozciętą wargą, siniejącym policzkiem, trzymając się za żebra, i z reklamówką kupionego po drodze piwa, bo wątpiła, aby Zweig udźwignął to na trzeźwo. Kurtkę miała brudną, rękaw naderwany, a przy nadgarstkach czerwone ślady po plastikowych opaskach, którymi została skrępowana w trakcie miłej rozmowy.
— Mamy przejebane — odezwała się, gdy mężczyzna jej w końcu otworzył, a potem, nie czekając, aż każe jej wejść, wepchnęła się do środka. Odwróciła się do Leifa, przeczesała mokre włosy i ulizała je do tyłu.— Pamiętasz tę torebkę? Tę czarną, markową? Błagam, powiedz, że jeszcze jej nie sprzedałeś…
Mei-Mei Wong 👜💎
[Panowie zatroskani się pojawili u Mei, więc Mei zjawiła się u Was, o! :D Teraz tylko czekać, aż panowie sobie wbiją do Leifa xD Hmm, może znać ją też jako Mei albo Mei-Mei, jeśli np. założymy sobie, że ta dwójka spotyka się od czasu do czasu na jedzeniu czy alkoholu w Chinatown, więc jak wolisz :D]
— Zawsze jest co ukraść… — mruknęła, a potem naprawdę miała problem, aby nie okazywać dumy z siebie. Andrea wychowywała się z całą masą rodzeństwa, różnego, a w ciągu jej życia pojawiały się też nowe siostry i bracia, kiedy ci osiągając pełnoletność decydowali się na wyprowadzkę z rodzinnego domu Wilsonów. To dosłownie była pełna chata, wszędzie było ich pełno, a każdy był inny i każdy podkradał drugiemu, a to kosmetyki, a to lunchboxy do szkoły, a to płyty CD czy ciekawe magazyny o modzie. Było wiele rzeczy, które można było ukraść i schować w obawie przed znalezieniem, a więc ostatecznie zgubić i obie strony pozostawały bez przedmiotu spornego.
OdpowiedzUsuńAndy miała więc sprytne palce, co Leif mógł poczuć, choć dziewczę w ogóle nie pomyślało o miejscu, do którego je pchało. A mogłaby, wtedy pewnie zarumieniłaby się jeszcze bardziej niż przy starej matronie. Nie zrobiła tego jednak, bo naprawdę była ukierunkowana na smycz, którą dopiero co wieszał na swojej szyi, a nie na… inne Leifowe atrybuty. Mogłaby. Była młoda, ciekawa świata i doznań, ale mimo tej chęci pokazania mu, że wie, jak coś ukraść, nie była aż tak śmiała, aby prezentować inne umiejętności.
I znowu! Zaśmiała się w głos, gdy młody mężczyzna zaczął jej uciekać. Jak dobrze, że miała smycz! W tych niebotycznie wysokich, jak na nią, obcasach, w tej eleganckiej sukience musiała wyglądać doprawdy uroczo, prowadząc dorosłego faceta na smyczy. Z pracy. Ale miał obrożę.
Taka rozrywka nie wymagała zasobów finansowych, może dlatego Andrei wcale nie spieszyło się z tego, aby z chodnika zejść. Miała ograniczone finanse, a wypad do klubu, choć wcześniej nie protestowała, jawił się jako dość drogi wypad. Musiała to przekalkulować, ale poza tym, że była w stanie wyliczyć mu sekundy i wskazać absurd pomysłu, tak… szumiało jej w głowie na tyle przyjemnie, a bąbelki ponoszyły się w krwiobiegu, że wcale nie myślała o konsekwencjach.
Ręka Andy wystrzeliła ku górze, razem z Leifem, który niespodziewanie znalazł się dużo wyżej ponad poziomem głowy Wilson, która spojrzała w górę i zmarszczyła nosek, jednak z bezpiecznej odległości obserwując jego akrobację. Śmiała się, choć było to głupie i lekkomyślne, ale nadal trzymała smycz.
— Nauczę cię — dodała. — Chodzić cię przy nodze. — Zaśmiała się znowu. Boże. Co z nią było nie tak? Już dawno się tak nie śmiała. — Kaganiec…? — urwała, gdy dotarł do niej sens wcześniejszych słów. Zweig bezpiecznie, no powiedzmy, zrównał znowu z nią poziom i Wilson wcale nie protestowała, gdy jego dłoń wylądowała w jej talii. Czemu miałaby? Tam nic nie mógł jej ukraść.
— A gryziesz? — spytała niby to z przestrachem, niby z prowokacją, która wybrzmiewała w lekko zachrypniętym od bąbelków i śmiechu głosie.
Spoważniała jednak, gdy zasugerował opóźnienie.
— Ubera do Jupitera? — spytała, chichocząc znów. Czy wszystko miało się od teraz rymować. Smycz przełożyła do drugiej dłoni, tej, której było bliżej jej własnego biodra i cudownej bransoletki-obroży. Drugą objęła Zweiga w pasie, co miało dodać im stabilizacji na nowojorskim chodniku. Pewności w krokach. — Nie podniesiesz mnie — zauważyła, kręcąc lekko głową. Drobna była, szczuplutka, ale jednak zawsze niezręcznym jej się wydawało to, że ktoś mógłby nosić to jej niewielkie ciałko na rękach.
— O, tu też masz kieszeń… — zauważyła, kiedy jej kciuk zahaczył o tylną kieszeń w spodniach Leifa. Odpuściła sobie jednak wsuwanie tam palców. — Chodźmy, chcę zatańczyć. I ukraść drinka.
Andrzejka
— Dzięki za komplement. „Wyglądasz jak koszmar” to dokładnie efekt, o który mi dziś chodziło — odpowiedziała, przewracając oczami.
OdpowiedzUsuńGdyby miała wybierać, wolałaby przyjść do Leifa jedynie z podkrążonymi ze zmęczenia oczami, a nie siniakami i prawdopodobieństwem, że dość mocno stłuczono jej żebra, tylko że w tej sytuacji cudem i tak było to, że wciąż oddychała.
Najchętniej po prostu by o tym zapomniała albo pieprzyła to wszystko, bo ostatecznie każdy musiał jakoś umrzeć, więc co za różnica, jeśli zginie teraz? Zawsze powtarzała swojemu starszemu bratu, dłużnikowi, żeby najpierw myślał, potem robił, a teraz była taką samą idiotką jak on. Jak widać, nawet swoich rad czasem trudno było słuchać.
Mei dała się poprowadzić tylko dlatego, że gdyby spróbowała wyrwać łokieć, prawdopodobnie zabolałoby ją bardziej niż jego. Przez myśl jej przeszło, że może i tak właśnie wyglądała karma; zrobiła coś chujowego, więc musiała trochę pocierpieć, żeby wszechświat mógł żyć w równowadze.
— Leif — powiedziała cicho. Patrzyła mu w twarz szeroko otwartymi oczami, nie mrugając. — Błagam cię, powiedz mi, że wiesz, komu sprzedałeś tę torebkę…
Duma w jego głosie, gdy mówił o sprzedanych rzeczach i planach, żeby dać jej większą sumę później, kiedy sprzeda wszystko, była niemal obraźliwa. Nie dlatego, że zrobił coś źle. W zwykłych okolicznościach sprzedaż torebki byłaby świetną wiadomością. Mei przyszłaby, odebrałaby gotówkę, może poszliby coś zjeść i wylądowaliby w boksie karaoke, fałszując i wyjąc do hitów Madonny albo Michaela Jacksona, i może przez piętnaście minut udawałaby, że wcale nie jest zadowolona, bo szczęście w rodzinie Wongów należało okazywać ostrożnie, najlepiej przez narzekanie.
Przez chwilę milczała, próbując zebrać myśli. To nie było łatwe. Głowa bolała ją z boku, w ustach czuła metaliczny posmak krwi, a każdy głębszy oddech przypominał o tym, że ktoś naprawdę mocno przyłożył jej w żebra. Do tego Leif, cudowny Leif, chaos w ludzkiej skórze, właśnie oznajmił, że zdążył sprzedać przedmiot, za który jacyś ludzie byli gotowi porwać ją z ulicy. Świetnie. Po prostu świetnie.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie — powiedziała, zwilżając językiem dolną wargę. — Ta torebka nie była tylko drogą, zniszczoną torebką po… no wiesz, martwej kobiecie. I wiem, że brzmię teraz jak wariatka, ale musisz mi pomóc, Leif. Ludzie, którzy mnie tak urządzili, szukali tej torby. Pytali, komu ją dałam, gdzie jest, czy zajrzałam do środka i czy rozprułam podszewkę. Jeden z nich wspomniał coś o jakimś kamieniu… i spokojnie, nie powiedziałam twojego imienia, tylko że nie wiem, czy to cokolwiek zmienia w tym, że ty i ja brodzimy w takim gównie, że nie domyjemy się przez co najmniej miesiąc.
Zajęła ciężko stołek, zupełnie bez gracji, a potem syknęła, gdy Leif złapał ją za podbródek, mimo że nie zrobił tego mocno. W zasadzie zrobił to ostrożnie, dwoma palcami, jak człowiek, który naprawdę próbował zobaczyć, czy nie powinna przypadkiem jechać na SOR, ale jej ciało i tak zareagowało szybciej niż głowa. Szarpnęła się minimalnie, ręka odruchowo powędrowała do jego nadgarstka, a oczy błysnęły ostrzegawczo. Mei-Lan Wong przypominała teraz bezdomnego, czarnego kocura, który nie zawahałby się odgryźć komuś palców za to, że w ogóle wyciągnął do niego dłoń.
Dopiero po sekundzie poluzowała palce i puściła jego nadgarstek, wzięła od niego zimną puszkę Mountain Dew i przyłożyła ją do obitego policzka. Odetchnęła cicho.
— Sprzedane — powtórzyła, uśmiechając się prawie jak szaleniec. — No świetnie. Fantastycznie. Cudownie, kurwa… — Odstawiła puszkę na blat z głuchym stuknięciem. — Czyli nie mamy już torebki, mamy za to gotówkę i perspektywę krótkiego życia. Cóż, zawsze wiedziałam, że umrę młodo.
UsuńZaśmiała się krótko, ale zaraz skrzywiła, bo śmiech pociągnął za sobą ból w żebrach. Przyłożyła dłoń do boku, oddychając płytko przez nos, aż najgorsze kłucie minęło.
— Nie patrz tak — rzuciła do Leifa, choć nawet nie była pewna, jak dokładnie patrzył. Miał ją za wariatkę, idiotkę czy było mu jej żal? — Nadal żyję. To dziś mój największy sukces.
Pomacała kieszeń przy kurtce i wyciągnęła paczkę fajek. Gdy Leif kończył opatrywać jej twarz, Mei zapaliła papierosa, rozkoszując się smakiem nikotyny – być może to był jeden z ostatnich szlugów, jakie miała szansę odpalić, więc zamierzała smakować każdego bucha, jakby paliła cygaro za tysiące dolarów.
Mei-Mei Wong 🐈⬛💎
— Empirycznie? — powtórzyła wielce zaskoczona, spoglądając na Leifa, trwając wciąż w tym niezobowiązującym – prawda, że w niezobowiązującym? – objęciu. Spojrzenie ciemnobrązowych oczu skupiła na poruszających się niemal nieustannie ustach. Leif dużo mówił. Było go dużo i Andy, która raczej należała do stonowanych, spokojnych osób, nie była w stanie tego nie zauważyć. Nie przeszkadzało jej to. Dobrze jej było, kiedy ktoś jednocześnie i przyćmiewał, i zarażał ją swoją energią. Wychyliła się nieco do przodu, znowu spowalniając ich spacer, ale chciała mieć lepszy ogląd na męskie wargi… znaczy się zęby. — Ale nie masz wścieklizny? — spytała, bo faktycznie rozważała te całe empiryczne testowanie. Głupia była. A może po prostu wstawiona na tyle, aby nie przejmować się konsekwencjami. Dzisiejszy wieczór, noc, czas nagle znalazł nowe motto, znaczy się Andy je znalazła, w swojej głowie. Żyj szybko, umieraj młodo. Tak. Ta pierwsza część jej się podobała, a Nowy Jork zdecydowanie nastrajał do tego typu aktywności, do życia szybko, a żeby żyć szybko, trzeba było próbować różnych rzeczy. Szybko i niekoniecznie w przemyślany sposób, co ostatecznie prowadziło do tego rychłego umierania, ale o tym Andrea nie myślała. Wiedziała, że przed nią długie i dobre życie, a może nawet i zamożne, jeśli odniesie sukces w Hollywood. — Mhmmmm, dzisiaj nie czwartek? — mruknęła ostatecznie i wróciła do pionu. Sama przygryzła dolną wargę, ale nie zrobiła nic poza tym. Szli w końcu go Jupiter Disco.
OdpowiedzUsuńA Jupiter i jego disco niesamowicie zaskoczyło Andy, która była zachwycona wnętrzem, neonami i muzyką, którą aż porywała do tańca w rytm starych, popularnych kawałków. Pasowała tu strojem, a że po drodze zdołała rozpleść koczka i rozpuścić długie, falowane włosy, ktoś mógłby nawet uznać ją za divę. Oparła się o bar, nieopodal Leifa, ugięła jedną nogę w kolanie i obcasikiem niemal dotknęła swojego pośladka, stając na palcach drugiej stopy, co by wyjrzeć przez wysoką ladę. Słuchała przy tym mężczyzny, więc siłą rzeczy nachylała się też w jego stronę i tak balansując na jednej półstopie, zastanawiała się nad wyborem drinka.
Obstawiała, że skusi się na klasyczne martini z oliwką. Albo sztandarowy drink ostatnich imprez – aperol spritz. Przeleciała spojrzeniem po szeregu przeróżnych butelek, aby ostatecznie skupić swą uwagę na Zweigu. Stał do niej bokiem, a ona na swoim odkrytym ramieniu oparła brodę i mruknęła. Mógł tego nie usłyszeć, właściwie było to całkiem realne, w końcu ciągle grała muzyka, a Andrea patrzyła na niego teraz tak, jak największa filmowa kusicielka. Za chwilę jednak jej buźkę rozjaśnił szeroki uśmiech.
— Ninth Eye poproszę. Może zobaczę coś, czego nie widzę — odpowiedziała, przysuwając się jeszcze bardziej w jego stronę, kiedy stanęła już na dwóch pełnych stopach. Obcasach, znaczy się. — Dla reżysera to chyba ważne, nie?
Spytała, ale nie wyrywała się w kierunku barmana. Skoro była tutaj w towarzystwie kieszonkowego dżentelmena, zamierzała z jego manier skorzystać. Czuła jednak, że empirycznych doznań może wcale nie być jej tak mało. Muzyka, neony, gęste, duszne powietrze, ludzie w pobłyskujących, cekinowych koszulach i jedwabnych, gładkich sukienkach. Och. Klimat tego miejsca, niewielkiego, kameralnego, miał w sobie coś, co sprawiało, że Andrea chciała mieć je w swoim teledysku. Odwróciła się tyłem do kontuaru i wsparła o nań łokciami, kierując swoją uwagę na ścianę naprzeciwko.
Andrea Wilson
[Dziękuję za przywitanko! Ej, pomysł z drapakiem nie jest taki zły... teraz Rei musi tylko ogarnąć w swoim żyćku kota, albo dwa xD
OdpowiedzUsuńJeśli nie macie nas dość, to ja chętnie wplątałabym w coś Leifa i Rei. W końcu nie może być za łatwo, o!]
Reilynn Bothwell 📖✍️
— Co bym chciała zobaczyć? — spytała, gdy stali jeszcze przy barze, czekając na swoje drinki. Wydęła policzki, by po chwili ze świstem, który mógł nie być słyszalny przez to, jak głośno leciała to muzyka, ale z pewnością widoczny, skoro ułożyła usta w dzióbek. I niby rozglądała się dookoła, ale często spojrzeniem ciemnobrązowych oczu wracała do Leifa, bo stanowił on dla niej wyjątkowo przyjemny widok. Zwłaszcza, gdy tak palcami wystukiwał rytm, gdy kiwał głową, a nawet i tupał nogą. Podobało jej się to, że Zweig wyglądał tak, jakby płynęła przez niego muzyka. Podobało jej się to, jak pasował do tego miejsca z tymi swoimi kieszeniami, fryzurą w nieładzie i błyskiem w oku.
OdpowiedzUsuńAndrea wyprostowała się, stanęła znowu bokiem do baru, wyciągnęła dłonie przed siebie, aby z kciuków i palców wskazujących utworzyć ramkę. Zmrużyła oko, gdy Leif znalazł się w jej centrum i skinęła głową.
— Ciebie. Tutaj. W teledysku. Myślisz, że się uda? — Powinna to pytanie zadać właścicielowi lokalu. Powinna też uwzględnić, że Leif mógłby nie chcieć brać udziału w nagraniach do teledysku anonimowej twórczyni na YouTube, która przestanie być dla niego znowu tak anonimowa, jak dla reszty świata.
Pokręciła rozbawiona głową, gdy wmawiał jej okrutne manipulacje, co samo w sobie było okrutne. Miał jednak rację, to reżyserzy odpowiadali za to, co inni widzieli, wtłaczali im w mózgownice obrazy, które tkwiły w ich głową, ale najpierw…
— Reżyser musi wiedzieć, co widzi i widzieć to, czego nie widzą inni, aby uznali wyższość reżysera — uzasadniła bardzo racjonalnie, swoją potrzebę posiadania co najmniej dziewiątego oka, aby zobaczyć coś więcej. Tego wieczoru, w Jupiterze, gdzie neony odbijały się łunami na ich skórze, tworząc kolorowe poświaty, widziała głównie Leifa, który z różowo-fioletowym policzkiem wyglądał całkiem dobrze.
Doceniali więc podobne kadry, ale nawet sobie o tym nie mówili. Może i dobrze, bo Andy śmiała była, kiedy przychodziło wkładać ręce do cudzych kieszeni, nie wtedy, kiedy musiała przyjmować komplementy. Z ich darowaniem jeszcze jakoś sobie radziła, ale zwykle starała się to robić w sposób mniej oczywisty niż bardziej.
Sięgnęła po podawany jej drink. To akurat umiała przyjmować i umiała też pić alkohol. Do pewnego momentu oczywiście, bo zbyt mocnej głowy to-to ona nie miała. Ale nie narzekała. Biedna była, to i stać jej nie było. Zwłaszcza na takie wyszukane drinki. Nie myślała jednak teraz o tym. Próbowała nie myśleć.
Uniosła szklaneczkę, gotowa do toastu.
— Świetny jesteś w spełnianiu życzeń, ale chyba jednak nie chcę z tobą zatańczyć, skoro zaraz potem zwiniesz się do swojej lampy — zauważyła, posyłając mu promienny uśmiech. — Za… — urwała, wciąż trzymając szkło w górze. — O, wiem! — mruknęła, przestąpiła z nogi na nogę, niby to przypadkiem kolejny krok w jego stronę czyniąc. — Za kolejne okazje do spełniania życzeń… — stwierdziła śmiało, doskonale wiedząc, co się z tym wiąże. Wspólne spędzanie czasu, do którego przy końcu projektu stracili logiczny pretekst, ale Wilson miała mało przyjaznych duszy w Nowym Jorku i z żalem wypuściłaby dżinna Leifa ze swoich rąk.
Zrobiła łyk drinka, smakując go w uroczy sposób, gdy lekko pociamkała.
— O, ananas. Po co mu sól? — wróciła teraz myślami do kolegi Leifa, wcale nie negując jego istnienia. Bardziej interesowało ją to, dlaczego ktoś postanowił nosić na imprezy sól. Jej myśli nie biegły w kierunku trunku z agawy. Daleka była od tego. Bliżej była ananasa, który pozostawił przyjemny, gładki posmak w jej buzi.
Andrea Wilson 📸
Zrobiwszy wyjątkowo wyimaginowane zdjęcie Leifowi, uchwycając ten kadr pomiędzy swoimi palcami, chciała do niego wracać. I czuła, że wróci, choć Zweig, który jej się ukłonił, nie podjął tematu teledysku. A szkoda, bo Andy wcale nie była namolnym stworzeniem, Mogła coś zaproponować, ale nie naciskała. Szkoda. Podwójna. Bo Leif przecież nie wiedział, że Andy teledyskuje na jutubie, a Andy chyba o tym zapomniała. Pozostali więc w impasie, żadne jednak zdawało się szczególnie nie narzekać. Może dlatego, że to nie były okoliczności do narzekania.
OdpowiedzUsuńBo gdzie tak? W Jupiter Disco powinni dyskotekować, czyli pić drinki i tańczyć, choć tego drugiego Andrea przez chwilę postanowiła Leifowi poodmawiać. Z przekory głównie, ale też faktycznie, jakby obawiała się, że chłopak jej zniknie. Spełni ostatnie życzenie i tyle go widziała! Nie żeby nie miała namiarów na art directora. Bo miała. I nagle, dopiero teraz, zaczęła się głowić, dlaczego chciałby być piratem. A może w końcu nie chciał? Wilson wcale już nie była pewna tego, co mówił Leif, a czego nie mówił, co dopowiadała sobie sama.
— Och, ty mój biedny uciemiężony niesprawiedliwością Leifie! — zawołała teatralnie, czym dała mu do zrozumienia, że aktorką jednak byłaby kiepską, a jej miejsce było zdecydowanie po drugiej stronie. Tej niewidocznej, znacznie bardziej magicznej i odpowiedzialnej.
Rozmowa była płynna, szczeniacka nieco, dopóki nie zeszli na temat reżyserii, mimo tej wielce dramatycznej wstawki samej Andrei, która nie czuła się zgorszona własnym brakiem umiejętności. Poczuła się jednak odrobinę niepewnie, gdy tak mądrą tezę rzucił sam Zweig. Puściła więc w niepamięć, pewnie tylko kwestię soli i tequili. Może napiliby się tequili? Myśli Andrei płynęły w rytmie bąbelków, które pochłonęła na tej eleganckiej aukcji. Teraz była już mniej elegancka. Rozpuszczone włosy miękko spływały po plecach, oczy błyszczały, a na jej buzi odbijały się neonowe światła.
Zrobiła kolejny, ostrożny łyk drinka i westchnęła. Trochę czuła się jak na jakimś kolosie. Nie na gigancie, ale jednak kolosie, bo pytanie Leifa potraktowała poważnie. Andrea chciała być reżyserem i producentem, ale kochała też trzymać kamerę w ręce. Aparat również. Lubiła kadry. Lubiła twarze ludzi. Lubiła tłumy, ale tylko na zdjęciach.
— Myślę, że coś w tym jest, jeśli potraktować kamerę nie jako zwykłe, pospolite narzędzie kamerzysty, a jako przedłużenie myśli reżysera. Aleeee… — celowo przeciągnęła samogłoskę. Nie musiała jednak nic więcej mówić, wyręczył ją Leif. Dosłownie. Tematem o rękach, podczas gdy jego dłonie, jedna jego dłoń znalazła sobie miejsce na jej talii, całkiem szczupłej zresztą, a ona jakby straciła na moment dech. Jeszcze przed chwilą była taka śmiała, doskonale pamiętała, że to ona się przysunęła, a teraz języka w buzi jej zabrakło, kiedy okazało się, że Zweig jest faktycznie tak blisko. Bardzo blisko.
— Chcą tańczyć — odparła tylko, dopiła drinka. Może nie powinna tak eksować, może to się piło elegancko, ale na barze odstawiła puste szkło. Może był to gest dla odwagi, może desperacji, ciężko było twierdzić. Druga dłoń, ta, która nie odstawiała kieliszka, odnalazła się na biodrze Leifa. Krótko. Ledwo je musnęła, robiąc w końcu głębszy wdech. Odsunęła się od baru, niechybnie uciekając spod dotyku chłopaka. Trudno jednak było ukryć gęsią skórkę, która rosiła teraz jej odkryte ramiona. Śmiało, śmielej sięgnęła po jego dłoń, chwyciła palcami kilka palców Leifa i ruszyła w stronę strefy do tańca. Prowadziła go za sobą, w migotliwych neonach, w rytm muzyki disco, techno, czy jakiejkolwiek innej, która ponosiła jej nogi do tańca. I ręce również. Obróciła się przez ramię na Leifa, spojrzeniem rzucając mu niemałe wyzwanie.
Andrea Wilson 💃
Uśmiechnął się nieznacznie widząc gest wykonany przez niespodziewanego gościa. Założyłby się, że jednego z wielu, którzy dzisiaj tutaj nocowali, bo niemal codziennie pojawiał się wśród nich jakiś dawno niewidziany znajomy, przyjaciel, kuzyn, czy też inny Jaś wędrownik, który akurat nie miał gdzie się podziać. On także odkąd odebrał czek z rąk znamienitego jury The LensCulture Street Photography Award i zakończył swoją pierwszą wystawę bywał w tym apartamencie wyłącznie gościem. Pragnąc nie tylko utrzymać stały poziom, ale także wciąż rozwijać talent jakim w swej ogromnej łaskawości obdarzyła go przy narodzinach Matka Natura musiał codziennie poszerzać duchowe horyzonty, co w jego definicji wiązało się z byciem wiecznym nomadą. Cóż, jego rodzicielka także kochała podróże. Szkoda tylko, że przekładała je aż tak bardzo nad nawiązanie choćby najmniejszego zalążka relacji z własnymi dziećmi… Cóż, było minęło. Po latach potrafił jej to nawet przebaczyć. Przynajmniej w pewnym stopniu, bo jakaś jego część przy okazji niemal każdych świąt nadal uparcie podszeptywała, że gdyby zaangażowała się w ich życie trochę bardziej, być może on i młodziaki nie zostaliby aż tak wcześnie rozdzieleni i teraz potrafiliby wymienić między sobą coś więcej niż kilka krótkich zdań lub SMS-ów.
OdpowiedzUsuń- Nie miałeś nigdy problemów z powodu tego salutowania ? – Zapytał, przekrzywiając nieznacznie głowę, bo wydawało mu się, że gdzieś w oddali usłyszał stukot pazurów. Najwidoczniej zwierzaki musiały wyczuć ostry zapach szakszuki oraz świeżo upieczonych tostów i postanowiły przyjść, by upomnieć się o swoje.
Przy okazji przypomniał sobie jak głośno krzyczała na nich Pani Ende, postawna opiekunka z bidula, gdy czasem zdarzyło im się wykonać dla żartu taki sam gest. Dosłownie aż szyby w oknach dygotały, a człowiek natychmiast stawał na baczność. A potem zazwyczaj za karę musiał pisać jakieś nudne wpracowanie na temat różnorakich form amerykańskiego patriotyzmu albo szykować materiały na kolejne wojskowe święto, by podziękować wszystkim żołnierzom za ogromną ofiarność, dzięki której mogli wieść względnie spokojne życie w jednym z najbogatszych państw świata.
- Zaraz poszukamy. – Odparł, podchodząc do lodówki i niemal natychmiast czując na plecach dotyk zimnego nosa. A właściwie to kilku, bo za jego własnymi psiakami do kuchni przybieżyło jeszcze istne stadko futrzaków należących do jego współlokatorów. – To by było na tyle ze spokoju. – Westchnął ciężko, jedną ręką starając się wyjąć pierwsze opakowanie roślinnego mleka spośród wielu zalegających na półkach, a drugą odpędzić się od jak zwykle najbardziej nachalnego Kavy, który gdyby tylko mu na to pozwolił, najchętniej obsłużyłby się samodzielnie. Nie było to najłatwiejsze zadanie, ale ostatecznie jakimś cudem karton wylądował na blacie w nienaruszonym stanie. – Leif, zajmij się nimi przez chwilę. Miski stoją pod zmywarką, a karmy znajdziesz w szafkach przy oknie. Tych, na których Mia wymalowała papugi. – Rzucił przez ramię w stronę szatyna z miną cierpiętnika. – Ja w tym czasie wydobędę resztę, żebyś miał w czym wybierać i poczuł się jak w profesjonalnej kawiarni. Dosłownie, bo zanim zająłem się na dobre profesjonalną fotografią zarabiałem m.in. jako barista. – Skupił się ponownie na poprzedniej czynności. Już po niecałej minucie na wyspie kuchennej utworzył się równy szereg złożony z mleka o smaku wanilii, kokosa, owsa, orzechów laskowych, nerkowców, ryżu i migdałów, bo każdy z mieszkańców miał swoje osobiste preferencje co do jego aromatu. – Dajesz. – Przeciągnął się z sykiem, ponieważ skutki nocnego biegania po piętrach luksusowego hotelu z powycieraną już w kilku miejscach ze starości torbą kryjącą cały sprzęt niezbędny do sprawnego przeprowadzenia sesji po tych dodatkowych ćwiczeniach dały znowu o sobie znać.
Natty
Przewróciła oczami, słysząc jego tekst o swojej twarzy. Owszem, nie wyglądała ładnie, być może nigdy tak nie wyglądała, ale akurat teraz nie chciała o tym rozmawiać. Spojrzała w jego stronę głównie dlatego, że mówił zbyt spokojnie, jakby nie raz znajdował się już w takiej sytuacji. Dziwne.
OdpowiedzUsuń— Coś ładnego? — powtórzyła, unosząc minimalnie brew, choć zaraz tego pożałowała, bo skóra przy obitym policzku zaprotestowała bólem. Prychnęła cicho, choć utrzymała wzrok przy jego twarzy.
Nie od razu zrozumiała, co sprawdzał. Przez pierwszą sekundę była przekonana, że po prostu próbuje ją jakoś rozbroić, zrobić tę swoją leifową sztuczkę, w której żart zastępował normalną reakcję człowieka. Dopiero kiedy zauważyła, że przygląda jej się uważniej niż zwykle, że śledzi jej oczy, a nie siniaki, dotarło do niej, że to nie był tylko żart. Sprawdzał ją.
— Patrzę — mruknęła. — Widzisz? Źrenice reagują, wzrok skupiony, poziom wkurwienia stabilny. Diagnoza: żywa i nieznośna.
Kiedy otworzył apteczkę, odruchowo spięła ramiona. Nie dlatego, że bała się Leifa. To byłoby idiotyczne. Leif był człowiekiem, który wyglądał, jakby mógł przypadkiem podpalić własną kuchnię podczas gotowania wody, ale nie jak ktoś, kto chciałby zrobić jej krzywdę. Ale kiedy przysunął wacik do jej ust, Mei automatycznie cofnęła głowę o kilka centymetrów.
— Dobra — powiedziała przez zęby. — Rób.
Przymknęła oczy, kiedy sól fizjologiczna dotknęła rozciętej wargi. Zapiekło tak paskudnie, że syknęła i odruchowo syknęła:
— Kurwa, Leif!
Nie odsunęła się jednak. Pozwoliła mu przemyć usta, choć każdy dotyk gazika był zbyt dotkliwy. Dopiero gdy skończył, odetchnęła płytko, przejechała językiem po dolnej wardze i natychmiast się skrzywiła.
— Świetnie. Smakuję jak szpital.
Papierosa wyciągnęła bardziej z potrzeby posiadania czegoś między palcami niż z prawdziwej ochoty. Dłonie nadal lekko jej drżały, a ona nie miała zamiaru tego komentować. Zapaliła, zaciągnęła się raz i właśnie zaczęła czuć, jak nikotyna głaszcze w idealny sposób jej płuca, gdy Leif zabrał jej fajka. Mei zastygła.
— Czy ty właśnie odebrałeś papierosa kobiecie po porwaniu? — W jej głosie słychać było niedowierzanie. — Odważnie. Głupio, ale odważnie.
Wyciągnęła rękę, jakby zamierzała mu wyrwać papierosa, ale wtedy Leif się zaciągnął i natychmiast zakaszlał. Mei patrzyła na niego przez sekundę, dwie, a potem parsknęła śmiechem. Natychmiast złapała się za żebra i skrzywiła.
— Nie rób tego — syknęła. — Nie rozśmieszaj mnie, ty dupku. — Obserwowała, jak zgasił papierosa. — Czy ty właśnie zgasiłeś mojego papierosa na własnym blacie?
Rozejrzała się po mieszkaniu z czymś pomiędzy niedowierzaniem a szacunkiem.
— Wiesz co, może jednak nadajesz się do życia w kryminale. Masz już naturalną pogardę dla mienia.
Mei popatrzyła na tabletki w jego dłoni, potem na opakowanie, które podniósł z podłogi i zaczął miętolić między palcami, jakby od tego nerwowego ruchu miało zależeć ich dalsze przeżycie.
— Co to? — zapytała podejrzliwie, ale wzięła tabsy, przełknęła je z wodą, skrzywiła się i odstawiła szklankę na blat. — Nikt bardziej obeznany nie będzie mnie oglądał — dodała jeszcze. — Nie dzisiaj.
UsuńWiedziała, że to głupie, oczywiście, że wiedziała. Ktoś rozsądny pojechałby do szpitala. Ktoś rozsądny powiedziałby prawdę, pozwolił się zbadać, zrobił zdjęcie żeber, przyjął zimny kompres, może policję przy łóżku, ale Mei nie mogła tego zrobić.
— Zgarnęli mnie — powiedziała w końcu. — Z ulicy. Czarny samochód, ciemne szyby... nie pamiętam zbyt wiele.
Ot, cała historia, nie było w tym wybuchów, strzelaniny ani bohaterów. Wszystko działo się szybko, konkretnie, a Mei żyła jeszcze tylko dlatego, że miała załatwić tę torebkę. Westchnęła ciężko, podejrzewając, że to będzie naprawdę chujowy tydzień. Zerknęła w stronę Leifa, który wyłuskiwał z blistra tabletki i wrzucał je sobie do ust z miną człowieka, który właśnie podjął jakąś dramatyczną decyzję medyczną.
— Czy ty właśnie… — zaczęła powoli. — Czy ty właśnie zeżarłeś sześć tabletek witaminy C? Leif, jeśli zaraz umrzesz, bo przedawkowałeś witaminę C, to przysięgam, że to będzie najgłupsza śmierć w historii.
Chciała powiedzieć coś jeszcze, coś bardziej kąśliwego, ale wtedy zaproponował trzymanie się za ręce, a ona parsknęła śmiechem.
— Nie rozśmieszaj mnie, idioto — wysapała, łapiąc się za żebra. Mimo to, kiedy sięgnął po jej dłoń, nie wyrwała jej od razu. Spięła się, oczywiście. Cała, od ramion po palce u stóp. Jej ciało znowu zareagowało szybciej niż rozsądek, gotowe szarpnąć się, odsunąć, ugryźć, zrobić cokolwiek, byle tylko nikt jej nie trzymał. Leif nie był jednak żadnych zbirem, a chaosem z apteczką, witaminą C i samobójczym zwyczajem otwierania drzwi bez patrzenia w judasza, więc Mei zacisnęła szczękę i pozwoliła mu wziąć swoją rękę.
— To bardzo dobrze. Przez sekundę byłam pewna, że powiesz coś w stylu: „Miała twarz i chyba dwie ręce”, a wtedy musiałabym cię zabić, a potem sama siebie, bo nie miałabym siły sprzątać po dwóch trupach — dodała, kiedy wyznał, że wie, komu sprzedał tę nieszczęsną torebkę. — Nie idziemy na policję, bo to niczego nie rozwiąże, chyba że chcesz jednak szybko umrzeć. Najpierw… znajdujemy kobietę i torebkę, nie wiem, co w niej jest, ale chyba warto się dowiedzieć.
Mei-Mei Wong 👜🩹
Andrea nie należała do wstydliwych, ale do nieśmiałych w wielu kwestiach już tak. Nie była taka hop-siup do przodu, jak mogłoby się niektórym wydawać. Bo co? Bo ładna? Bo pyskata? Bywała, owszem, ale pyskowała tylko wtedy, gdy to uzasadnione, znacznie częściej schodząc z linii strzału. Były jednak momenty, w których panna Wilson, jedna z wielu panien Wilson, zapominała o swoich ograniczeniach. Zapominała o tym, co stopowało ją w życiu codziennym. Wystarczyło, aby pojawić się ten jeden, spektakularny bodziec. Muzyka. Andy całym ciałem czuła muzykę, miała dobry słuch, poczucie rytmu i śliczny głos, bez trudu opanowała grę na gitarze i komponowała swoje kawałki, choć wolała bawić się w covery i nadawać starym utworom nowego brzmienia. Niektórzy pisali, że sprofanowała klasyka, ale większość się zachwycała.
OdpowiedzUsuńMuzyka. W Jupiter Disco nie brakowało muzyki. W krwi Andrei nie brakowało alkoholu. Kiedy dodawało się jeden do jednego zawsze wychodziło dwa, a dzisiaj wyszedł parkiet. Brunetka nie musiała ciągnąć Leifa za sobą, mogła bawić się na równi z nim, bo wykazywali ten sam entuzjazm. Ninth Eye rozgościło się w jej ciele, pozwoliło mu płynąć wraz z basem, do którego dostosowywało się bicie jej serca.
Andy, nie powiedziałaby tego jeszcze na głos, ale w Leifie wszystko wydawało jej się fajne. Również to, że okazał się niezbyt majestatyczny i pozwolił muzyce zawładnąć swoim ciałem. Gdy on wystrzeliwał ręką ku górze i machał głową, ramiona Andy miękko rozłożyły się na boki, a biodra zaczęły poruszać się w ten ciężki, duszny rytm. Starała się nie tracić z oczu swojego partnera, ale czasami przymykała powieki, falując głową i długimi włosami. Ręce pracowały i choć może nie wykonywała ruchów tak dynamicznych, jak Leif, ciągle się ruszała.
Na parkiecie byli tylko oni. Przynajmniej w głowie wstawionej Wilson. Ktoś otarł się o jej plecy, ale zignorowała to, skupiając się na dotyku, który zupełnie nieoczekiwanie pojawił się na jej talii. Na moment zaparło jej dech, na moment wybiła się z rytmu, ale trwało to ledwie ułamek sekundy. I była bliżej. Blisko. Jeszcze bliżej, odchylając głowę w naturalnym, łagodnym ruchu, gdy szeptał do jej ucha. Ciche westchnienie, kolejny dreszcz, kolejna fala gęsiej skórki, kolejny dziwnie bolesny skurcz serca.
Jedna ręka śmiało wsunęła się na jego bok, jedna noga znalazła się niemal jego udami, gdy zetknęły się ich biodra. W tańcu rzecz jasna. Andrea mimo obcasów, znowu uniosła się na palcach, ustami musnęła płatek ucha Leifa.
— Zupełnie mi gorąco… — odpowiedziała tylko, ciesząc się, że neony muskają teraz jej skórę, bo pewnie nie byłaby w stanie wytłumaczyć się z rumieńców, które się pojawiły, gdy tylko pomyślała o tym, dlaczego jej tak gorąco i że to nie tylko kwestia wypitego alkoholu.
Przesunęła palcami jego szyi, wyczuła obojczyk rysujący się pod skórą, a potem gdy utwór nabrał bardziej zmysłowego, jeszcze wolniejszego tempa, odwróciła się tyłem do Leifa, sięgając w tej sposób po jego dłoń, by wierzch własnej oprzeć o wnętrze tej jego, znacznie większej i zahaczyć palcami o jego palce. Te dwie ręce wystrzeliły do góry, a biodra Andy nie zaprzestawały swoich ruchów. Czy to może Andy nie zaprzestawała nimi ruszać. Miała wrażenie, że dzisiaj jej ciało kieruje się zupełnie innymi zasadami niż dotychczas.
Mimowolnie, lecz na pewno nie minimalnie, wspierała się plecami o męski tors, nadając tańcowi dwóch ciał jednego, zgodnego rytmu, zupełnie tak, jakby zmienił się język, w którym się porozumiewali.
Andrea Wilson
Taniec mógł być wyzwoleniem. Lubiła tak na tę czynność patrzeć. Lubiła, kiedy znajdowała w chaotycznych, nieprzemyślanych ruchach sens, ujarzmienie i uwolnienie. Często tańczyła, ze słuchawkami na uszach i staromodnym odtwarzaczem MP3 w dłoniach. Tańczyła w rytm utworów nagranych na to urządzenie na początku lat 2000. Tańczyła do Britney Spears, Jennifer Lopez i Destiny’s Child. Czasami była nawet jak jedna z Pussycat Dolls, ale tylko w zaciszu swojego pokoju w Los Angeles. I tylko wtedy, kiedy dwie siostry, z którymi go dzieliła, pozostawały nieobecne. Wstydziła się. Wielu rzeczy się wstydziła. Również tego, jak potrafiła się ruszać, a to szło jej całkiem nieźle.
OdpowiedzUsuńTeraz nie miała słuchawek w uszach i małego playera w dłoniach. Jej palce jednak znalazły zajęcie, bo przecież chwytały się dłoni Leifa. W uszach miała dudniący bas, który roznosił się po jej ciele i był jednym ze sprawców dreszczy, które przebiegały po skórze, niemal ją elektryzując. Był też Leif. Za szczupłymi palcami, ze swoimi dłońmi, nie tak nieśmiałymi jak Andrea, ale jednak całkiem, całkiem bardzo, po prostu bardzo miłymi. Dobrze, że jej teraz nie widział. Bo może była pięknym, niemal eterycznym widowiskiem, tak samo, jak była teraz młodą kobietą czującą w swoim ciele to, czego nie czuła już dawno. Andy zdawała sobie sprawę z tego, że jest atrakcyjna, ale często robiła wszystko, by tę atrakcyjność maskować. Dzisiaj miała jednak na sobie strój, który sam z siebie dodawał jej pewności. Miała też buty na obcasie i śmiało tańczyła w Jupiter Disco. Nie przestawała się poruszać. Wolną dłonią przebiegała delikatnie po przedramieniu Leifa. Szyję odchyliła posłusznie, potylicą dotykając niemal tego obojczyka, na którym można było wygrywać melodie. Westchnęła cicho i nic dziwnego, że to akurat Zweigowi umknęło, natomiast rosząca się gęsia skórka umknąć nie mogła, skoro zaraz w to samo miejsce, gdzie tak dmuchnął, wcale nie chłodząc, a rozgrzewając jeszcze bardziej, przyłożył swoje usta. Niemal jęknęła. Niemal. Bo zagryzła walkę, ale trzymający ją w objęciach Leif mógł poczuć, jak szarpany oddech wydostał się z jej ciała, gdy wspomniał o kostkach lodu. Tańczyła. Coraz śmielej i coraz pewniej. Wzięła się w garść, choć bardzo chciała rozpłynąć się w jego ramionach.
Muzyka. Dudnienie. Rytm. Melodia. Kroki. Ruch rąk, kołysanie bioder. Światła. Neony. I stroboskop. Skóra przy skórze. Ciepły oddech przy ciepłym oddechu, bo przecież odwróciła głowę w bok, natrafiając ustami na jego ucho, skoro on pochylał się nad jej szyją. Jeszcze więcej ciepłego oddechu. Coraz mniej tańca.
— Koniecznie. Musisz. Spróbować. — Wycedziła tylko i nagle nastrój się zmienił. Dudnienie ustąpiło. Energetyczniejszy klimat i cukierkowy głos wokalistki. Nadal jednak było jej gorąco. Na parkiet wpadły piszczące dziewczyny. Jedna w różowej szarfie. Andy spodziewała się ujrzeć na niej napis bride to be, ale zamiast tego ujrzała literki układające się w informację o urodzinach. Na parkiecie zrobiło się jeszcze ciaśniej.
Andrea Wilson
Reilynn leżała półbokiem, z kołdrą podciągniętą niemal pod brodę i laptopem ustawionym na specjalnym stoliku przy łóżku. Na ekranie świecił dokument z niedokończonym rozdziałem, chociaż od dobrych dwudziestu minut nie dopisała ani jednego sensownego zdania. Kursor migał w miejscu, w którym bohaterka miała powiedzieć coś bardzo odważnego i emocjonalnego. Jej postacie zwykle radziły sobie z takimi momentami znacznie lepiej niż ona. Potrafiły stać pośrodku płonącej sali tronowej, z krwią na sukni i miłością życia naprzeciwko, a mimo to wypowiedzieć zdanie tak piękne, że czytelniczki zaznaczały je później w książkach. Reilynn natomiast miała problem z odpisaniem „dzięki, żyję” bez poczucia, że zdradza zbyt wiele. Jej bohaterki umiały wyznawać miłość w obliczu wojny, śmierci, klątw i smoków. Umiały krzyczeć, płakać, błagać, odchodzić z godnością albo wracać w wielkim stylu. Rei dawała im całe akapity, jakby mogła przemycić tam coś, czego jej zawsze brakowało w prawdziwym życiu.
OdpowiedzUsuńTeraz jednak miała ochotę wyłącznie spać, nie istnieć albo zostać niewielkim mchem, który ozdabiałby jakiś kamień. Może nie walczyła o królestwo ani nie stała na murach oblężonego miasta, trzymając miecz, ale i tak czuła się, jakby przegrała bardzo długą bitwę z własnym ciałem. Bitwę mało widowiskową zresztą, pozbawioną sztandarów i wiatru we włosach. Taką, w której nie krzyczało się pięknych zdań, tylko próbowało się nie zwymiotować po lekach i nie rozpłakać przy pielęgniarce. W jej książkach cierpienie wyglądało lepiej. Było błyszczące i coś znaczyło. Bohaterki cierpiały z podniesioną brodą, w sukniach, zawsze tak silne i niezłomne, Reilynn natomiast miała potargane włosy, suchą skórę, spierzchnięte usta i kołdrę podciągniętą niemal pod nos.
Stuknięcie w drzwi i jednoczesne naciśnięcie klamki sprawiły, że poderwała wzrok z takim zmęczeniem, jakby samo spojrzenie w tamtą stronę było ogromnym wysiłkiem fizycznym. Uśmiechnęła się, widząc Leifa. Dawno tutaj nie był i równie dawno do niej nie pisał. Powinna może poczuć złość albo przynajmniej uruchomić w sobie ten chłodny, rozsądny mechanizm, który kazał ludziom zachowywać dystans wobec tych, którzy pojawiali się dopiero wtedy, kiedy nagle przypominali sobie o czyimś istnieniu. Ale Reilynn nigdy nie była osobą, która dobrze radziła sobie z chłodem. Zimno kojarzyło jej się ze szpitalnymi salami, z metalowymi poręczami łóżka, z kroplówką płynącą do żyły i z tym szczególnym rodzajem ciszy, który pojawiał się, kiedy nikt nie pisał, nikt nie dzwonił i wszyscy poza nią zdawali się mieć własne życie gdzieś daleko, poza tym budynkiem, więc zamiast złości poczuła ulgę. Głupią, miękką, upokarzająco natychmiastową ulgę, która rozlała się pod mostkiem, zanim zdążyła ją powstrzymać. Leif był niekonsekwentny, roztrzepany i miał talent do znikania w najgorszych możliwych momentach, ale teraz był tuż obok, a Reilynn, mimo całej swojej dumy, mimo nieodpisanych wiadomości i tych wszystkich momentów, kiedy udawała przed sobą, że wcale nie sprawdzała telefonu, po prostu ucieszyła się, że przyszedł. To było żenujące. I bardzo w jej stylu.
— Leif. — Jej uśmiech stał się odrobinę krzywy. — Czyli jednak żyjesz. To dobrze. Zaczynałam podejrzewać, że zostałeś porwany, zaginąłeś w metrze albo przypadkiem odpowiedziałeś mi telepatycznie i uznałeś sprawę za załatwioną.
Spróbowała podnieść się do siadu; oparła dłoń o materac, drugą przytrzymała kołdrę przy obojczykach i powoli, z wysiłkiem, uniosła się wyżej na poduszkach. Proteza stała obok łóżka, oparta stabilnie o szafkę, prawie tak zwyczajnie, jakby była częścią wyposażenia. Tuż obok niej znajdowała się laska, ustawiona pod takim kątem, żeby mogła po nią sięgnąć bez proszenia kogokolwiek o pomoc. Rei zawsze pilnowała, żeby była blisko.
— Co porabiam? Aktualnie próbuję napisać scenę, w której bohaterka zachowuje się z godnością. Idzie fatalnie, bo autorce brakuje materiału źródłowego.
UsuńDopiero po chwili jej uśmiech nieco osłabł. Palce, blade i trochę wychudzone, zacisnęły się na brzegu kołdry. Przez moment wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś lekkiego i złośliwego. Coś w stylu: „ładnie, że sobie o mnie w końcu przypomniałeś”.
— Nie napisałeś — powiedziała w końcu. Nie brzmiało to jak oskarżenie. Bardziej jak fakt, który leżał między nimi od dawna i dopiero teraz ktoś niechcący potknął się o niego, wywracając się. Rei odchrząknęła, jakby zawstydzona własną szczerością.
— To znaczy… nie musiałeś. Nie jesteś przecież jakąś subskrypcją z obowiązkiem comiesięcznego kontaktu. To… no wiesz, życie po prostu — mruknęła. — Tylko że ja… też trochę głupio czekałam, aż dasz jakiś znak, że żyjesz, co robisz, nie chciałam też więcej pisać czy się do ciebie dobijać, żeby się nie narzucać, więęęęc… oboje możemy udawać, że to było bardzo dojrzałe z naszej strony.
Rei Bothwell 🛏️🙃
Natty do prowadzenia wędrowniczego trybu życia przyzwyczajany był już od pierwszych chwil. Razem z pozostałymi członkami rodzinnej grupy przez pierwsze pięć lat przemieszczał się z jednego miejsca na drugie niemal codziennie, a nagłe odcięcie od korzeni i wymuszone osiedlenie się w jednym miejscu załamało go na długo prawie równie mocno jak strata przyszywanych wujków i ciotek, a niedługo później także młodszego rodzeństwa. Jako typowy wychowanek portugalskich Romów na tyle wysoko cenił sobie niczym nieskrępowane uczucie wolności, że permanentnie posuwał się najpierw do ucieczek za mury sierocińca, a potem poprawczaka. Owszem, w tym drugim miejscu karą za takie wybryki często okazywała się noc spędzona w izolatce albo w Policyjnej Izbie Dziecka, lecz osobiście i tak uważał, że było warto. W jaki inny sposób miałby niby wsłuchać się w prawdziwe tętno bicia serca tej ogromnej metropolii ? Wiele ze znajomości zawartych wówczas o dziwo przetrwało próbę czasu. Inne zaś musiał porzucić głównie ze względu na zmianę priorytetów. Nie był już ostatecznie tym samym pogubionym młodzieńcem, więc siłą rzeczy pewne głupoty zwyczajnie dawno wyleciały mu z głowy.
OdpowiedzUsuń- Mówił ci ktoś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła ? – Zaśmiał się, odmierzając odpowiednią ilość ziaren Arabicy Santos, którą następnie zmielił za pomocą ręcznego młynka. Teoretycznie mógłby i tę czynność pozostawić do wykonania ekspresowi, ale osobiście uważał że stara metoda ich przyrządzania pozwala na późniejsze uzyskanie lepszego aromatu całości. Mleko również spieniał osobno pilnując, by uzyskało idealną konsystencję. – Cóż, , gdy człowiek jest sierotą, chwyta się różnych fuch, by dociągnąć do pierwszego. – Powiedział takim tonem jakby mówił o pogodzie. Niektórzy ludzie, zwłaszcza ci mający z nim pierwszy kontakt, zarzucali mu czasem w tym momencie brak emocji, ale on po prostu zdążył przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Nie było czego roztrząsać. Zwłaszcza że ciągłe użalanie się nad sobą niczego by w tej kwestii nie zmieniło. – Ale najbardziej związany jestem z fotografią uliczną. – Uśmiechnął się szeroko, jak zwykle gdy rozmowa schodziła na temat sztuki. – Ta nocna sesja dla gwiazdek filmowych była wyjątkiem. Niezwykle zresztą wyczerpującym. – Postawił na stole dwie szklanki z parującym naparem, tą z wyrysowaną na wierzchu niewielką muszelką podsuwając Leifowi. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo napuszone potrafią być niektóre z nich. – Westchnął ciężko, pocierając zesztywniały kark. – Miałbyś może później ochotę przejrzeć efekty tej męczarni ? – Zaproponował, podchodząc do szafki na leki, by wydobyć z niej tabletki przeciwbólowe. Jeszcze parę takich sesji i znów skończy u fizjoterapeuty. Ale najpierw jeszcze trochę ponarzeka.
Natty
Andrea nie umiała zweigować. Nie wiedziała nawet, czym to zweigowanie było, ale na pewno nie rżnięciem głupa. Zazdrościła mu przecież tego, że był taki płynny. Zabawny, wygadany, pewnie siebie, hop do przodu. Andrei niby też nic nie brakowało, a jednak coś ją tonowało, trzymało w miejscu. Mówiło: stój, dziewczyno, bo zrobisz głupotę. A Wilson bała się głupoty, zwłaszcza swojej. Nie lubiła się wygłupiać, nie lubiła, kiedy inni ją oceniali. Owszem, szukała luzu i znajdowała go przy tych, których nazwałaby komfortem. Leif Zweig, liść gałązka, ale jednak komfort. Czuła się z nim dobrze, dobrze się z nim pracowało i co – wcale nie powinno być zaskakujące – dobrze się z nim bawiło. Poza tym, że był komfortem, był gorący. Mogłaby mu to powiedzieć, ale nie chciała. Trochę jednak się wstydziła, trochę ją onieśmielał sposób, w jaki tańczyli, lecz jej ciało ewidentnie nie czuło się onieśmielone. Jej ciało chciało być bliżej, może mocniej, może bardziej, ale nie chciało się rozdzielać. Wzdrygnęła się, co dość logiczne, kiedy kilka impulsów z zewnątrz wdarło się w tę pełną neonów, oddechów i spojrzeń przestrzeń.
OdpowiedzUsuńUrodziny. Zaśmiała się. A potem spoważniała. Kolejnych urodzin miała nie obchodzić już sama. Uśmiech jednak rozciągnął jej usta. Wpadła w wir wspólnego tańca. Skocznego, nieco szalonego, wymagającego pracy każdej kończyny i głowy. Podskakiwała, wyśpiewując słowa znanej piosenki. Bawiła się. Jak wariatka. Puściły w końcu wszystkie hamulce i tylko buty na obcasie powstrzymywały ją przed bardziej wymagającymi figurami. Wmieszała się w tłum. W dziewczyny, w chłopaków, w kobiety i w mężczyzn, tracąc w końcu Leifa zza swoich pleców.
Dwie niemal ryzykownie szybkie piosenki podbiły jej tętno. Krew szumiała w uszach, alkohol krążył w żyłach, a Andrea bawiła się w najlepsze. Zwolnili. Znowu ciężki, niemal duszny bit wypełnił Jupiter Disco. Odgarnęła włosy na jedno ramię, a zaraz potem ktoś pochwycił jej rękę. Może to dziwne, ale przeczucie nie pozwoliło jej wyszarpnąć palców. Szybko się odwróciła i szybko zorientowała się, że to Zweig.
— Hej — powiedziała głupio, niespodziewanie i niepotrzebnie, kiedy druga z jej dłoni wsparła się o męski tors. — Żyję.
Żyła. Oddychała, jej ręce działały, co Leif mógł poczuć. Dłoń Andy z klatki piersiowej osunęła się na biodro. Cały czas tańczyła. Falowała biodrami w rytm muzyki, nie potrafiąc się teraz zatrzymać. Było jej dobrze. Lekko, przyjemnie, alkoholowo. Ale robiło się też duszno, parno i ciasno. Parkiet w Jupiter Disco pękał w szwach.
Napiłaby się jeszcze drinka. Ale obawiała się, że wtedy jej nogi stałyby się zbyt miękkie, a kolana niestabilne, że wtedy Leif musiałby prowadzić niemal jej zwłoki.
— Chodźmy coś zjeść — powiedziała na tyle głośno, aby ją usłyszał, a potem, hop, hop, hop, złapała go za dłoń. Śmiało, bo tego chciało jej ciało, mimo tego, że głowa krzyczała, że przesadza, że nie powinna, że halo, rany boskie!, dotykasz faceta.
Pokonali dwa stopnie, znaleźli się na poziomie baru, przy którym tłoczyło się znacznie więcej ludzi niż wtedy, gdy tu przyszli.
Jeść. Nowy Jork zapewne oferował szeroką gamę knajp, w których serwowano nocne posiłki. Wyszli na zewnątrz, chłodniejsze, rześkie powietrze uderzyło w ich twarze. Na ramionach Andrei pojawiła się znowu gęsia skórka, tym razem nie była to zasługa Leifa, choć już wiedziała, że nie potrzebował wcale dużo, aby do podobnego wrażenia ją doprowadzić.
— Pizza? Burger? — spytała, kiedy ciężkie drzwi zamknęły się za nimi, a ciężkie techno ucichło. Była głodna. Nie bardzo, ale była głodna. Przez cały wieczór głównie piła. A to prosecco, a to wymyślne drinki. Na aukcji przystawki były śmieszne. Finger food. Ot co. Kto tak karmił ludzi?!
Andrea Wilson
Chyba zapomniał już, że Rei mówiła wiele, naprawdę wiele, czasem wydawało się, że nie wie, co to przecinek, bo przeskakiwała od słowa do słowa, często plącząc ze sobą tyle wątków, ile była w stanie. Może wynikało to z tego, że nie chciała niczego pominąć, a może próbowała w tym momencie nie zabrzmieć jak rozczarowana i zgorzkniała dwudziestosześciolatka, która większość swojego życia spędzała w szpitalu.
OdpowiedzUsuń— Cóż, miałam sporo czasu, żeby spróbować wyjaśnić sobie, co robiłeś, skoro nie miałeś czasu nawet odpisać. Trzy wyliczenia to za mało? Mogę więcej — wytknęła nieco bezlitośnie.
Nie była ani oburzona, ani zła, ostatecznie parsknęła cicho, nie chcąc, aby czuł się do czegokolwiek zobowiązany. Ważne, że tutaj był i że ostatecznie nie wycofał się przed odwiedzinami, bo oczywiście mógł to zrobić i w ogóle się nie pokazać, co też nie powinno jej dziwić, skoro Leif miał dość luźne podejście do chyba wszystkiego.
Patrzyła, jak sięgnął po krzesło i usiadł, choć było w tym coś napiętego, ale Rei nie miała pojęcia, o co chodziło. Czyżby przyjście tutaj kosztowało go więcej, niż zamierzał się kiedykolwiek przyznać? Wiedziała, że szpital mógł nieco przytłaczać, ale tak właściwie nie oczekiwała od niego częstych wizyt czy SMS-ów, ale miło by było, gdyby chociaż dał znać, że żyje i że istnieje świat poza szpitalem, bo aktualnie życie Rei ograniczyło się do szpitalnych murów, bufetu i małego telewizorka, który wisiał naprzeciwko.
— Bardzo ciekawe. — Przewróciła oczami, wiedząc, że nieco to wszystko wyolbrzymiał. Rei czasem się zastanawiała, czy Leif nie ma pod czaszką chomika, który zapieprzał w kółku bez wytchnienia, bo jej przyjaciel zdecydowanie nie był normalny i jeśli ktokolwiek miał tutaj być wytworem AI, to Zweig, bo czasem niby był miły i przekochany, a potem jakby trochę zapominał o tym, że Rei istnieje, co samo w sobie mogło oznaczać, że jego pamięć podręczna została wyczyszczona. Albo po prostu był botem. Albo, jak Rei lubiła mówić, wszyscy żyjemy w symulacji.
— Ostatnim razem jak chciałeś mi pomóc prawie pokłóciliśmy się o to, z kim ma skończyć główna bohaterka — przypomniała, bo wtedy to była naprawdę zażarta dyskusja, a w tle mocne argumenty. Rei pamiętała, że popijała wtedy sok winogronowy i rozpętała się wojna, w której Leif dostał z paluszka w twarz, a ona, bodajże, skończyła z żelkami za koszulką.
Słysząc jego westchnięcie, spięła się lekko. Nie chciała, żeby przestało być lekko, fajnie i przyjemnie, ale też nie miała zamiaru udawać, że cała ta sytuacja nie była dla niej w jakiś sposób przykra. I jasne, wciąż uważała, że nie był żadną subskrypcją, ale gdyby bywał u niej częściej, zapewne pobyt w szpitalu nie byłby tak koszmarnie zły. I chyba o to tak naprawdę jej chodziło.
— Wiesz, wolałabym, żebyś miał jakąś wymówkę — przyznała. — A tak naprawdę rozmawiamy teraz o tym, że ty nie jesteś szczególnie dojrzały i w sumie doskonale o tym wiesz, ale nie obiecujesz poprawy, a ja... to akceptuję, bo się przyjaźnimy. Szok, że jeszcze w ogóle chcemy ze sobą gadać.
To było naprawdę dziwne, ale co takie nie było? Zaprzyjaźniła się z Leifem przez jego mamę, która zawsze była miła i naprawdę kochana, więc Rei mogłaby sądzić, że tak naprawdę, gdyby nie ona, Zweig nigdy by do niej nie zagadał. I może właśnie dlatego wciąż tutaj był? Wolałaby być pewna, że chciał przyjść, bo była fajna, że lubił z nią rozmawiać albo cokolwiek innego, ale ostatecznie nie miała pojęcia, co takiego sobie myślał, mogła jedynie coś podejrzewać.
— Kawowa czekolada — odezwała się, spoglądając w jego stronę. — Wiesz, o której mówię. Kawowa czekolada jako przeprosiny, a potem… — Pochyliła się w jego stronę, jakby zaplanowała coś okrutnego. — A potem pomożesz mi ją zjeść.
Rei Bothwell 🍫
[Cześć! No tak, w jej przypadku bycie sobą jest dość skomplikowane... :D Gdyby Josette wiedziała o istnieniu Yvette, to na pewno nie chciałaby być taka, jak ta druga... Leif zaś wydaje się być bardzo ciekawą postacią. Sam opis karty i nazwanie go liściem gałązką mnie urzekło. Jeśli masz ochotę to chętnie porwę Cię na wątek. On i Josie mogliby w sumie zetknąć się ze sobą w pracy. Kto wie, może J. pomogłaby mu zarobić te bajońskie sumy i próbowała by go odwieść od rzeźbienia figur z patyka? :D]
OdpowiedzUsuńJosette Blackwell
[Hej! Z opóźnieniem (mam nadzieję, że nie szkodzi) witam serdecznie :)Nie wiem, czy znajdziesz jeszcze czas i chęci na jeszcze jeden wątek, ale gdybyś miała ochotę na coś z Ivanem albo Tamsin, to serdecznie zapraszam na maila ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis/Ivan Voronin
Drzwi do biura Josette otworzyły się bez wcześniejszego pytania, co mogło oznaczać tylko jedno, do środka wszedł jej ojciec. Podniosła powoli wzrok znad papierów, posyłając mu jedynie pytające spojrzenie.
OdpowiedzUsuń— Dziś jest ważny event organizowany przez The Advertising Club of New York. Masz tam być. — jego głos był spokojny i wyważony, a jednocześnie nieznoszący sprzeciwu. Josette uniosła jedynie brwi ku górze, bo Edgar doskonale wiedział, że nie znosiła takich wydarzeń. On radził sobie na nich zdecydowanie lepiej, lawirując wśród ludzi z branży i czarując ich każdym kolejnym słowem. — Będzie tam Leif Zweig, a Ty masz go oczarować. Chcę mieć go w firmie.
— Chyba sobie żartujesz… Ja nie zajmuję się rekrutacją pracowników. — gwałtownie potrząsnęła głową i choć nigdy nie sprzeciwiła się ojcu, miała wrażenie, że to narusza jej granice.
— Nie przyjmę sprzeciwu. To polecenie służbowe. — Josette w odpowiedzi zdążyła zmarszczyć jedynie brwi, bo Edgar Blackwell błyskawicznie opuścił jej biuro, jakby nie chciał usłyszeć odmowy z jej strony. Została sama w swoim przestronnym biurze, w którym na powrót zapanowała głucha cisza.
Josette westchnęła ciężko, długimi paznokciami stukając w biurko. Po chwili zastanowienia uporządkowała wszystkie dokumenty, posegregowała je dokładnie i schowała do szafek. Chwyciła swoją małą czarną torebkę i wyszła z biura, kierując się do windy a stamtąd do garażu podziemnego. Najpierw pojechała do domu na Upper East Side, gdzie tylko się przebrała się w jasny, kremowy garnitur o luźniejszym kroju, który podkreślał jej zamiłowanie do stonowanych kolorów. Pod marynarkę wsunęła jedwabny top w odcieniu szampańskim, a całość uzupełniła beżowymi czółenkami na niskim obcasie i niewielką torebką w kolorze kości słoniowej. Złoty zegarek oraz delikatne kolczyki były jedyną biżuterią, na jaką się zdecydowała. Włosy zostawiła rozpuszczone, miękkimi falami opadające na ramiona, a makijaż ograniczyła do subtelnego podkreślenia oczu i ust w kolorze zbliżonym do naturalnego. Wyglądała elegancko, świeżo i profesjonalnie, dokładnie tak, jak chciała być postrzegana. Do The Advertising Club of New York dotarła punktualnie. Powitała kilka znajomych twarzy, wymieniła uprzejmości z osobami, z którymi współpracowała przy wcześniejszych projektach, po czym niemal instynktownie schroniła się przy jednym z wysokich stolików z kieliszkiem schłodzonego sauvignon blanc. Networking nigdy nie był jej żywiołem. Jej zielone tęczówki wędrowały wzrokiem po sali, uważnie skanując otoczenie. W końcu go dostrzegła. To jak wyglądał, sposób w jaki poruszał się między ludźmi, przyciągał uwagę bardzo skutecznie. Josette pomyślała przez chwilę, że zazdrości mu tego luzu, ona bowiem czuła że musi mieć nad wszystkim kontrolę. To uczucie, niemal ciążące na jej ramionach, nigdy nie pozwalało jej wyluzować. Kiedy Leif niespodziewanie podszedł do niej, posłała mu uprzejmy i subtelny uśmiech.
— Chyba jestem na etapie przekonywania samej siebie, że świetnie się bawię. — obserwowała, jak z pełnym zaangażowaniem wykonuje zamach wyimaginowanym kijem golfowym. Nie spodziewała się tego i chyba właśnie dlatego roześmiała się cicho. — Imponujące. Szkoda tylko, że na prawdziwym polu golfowym wyobraźnia nie liczy się do wyniku. — spojrzała za wyimaginowaną piłeczką, jakby naprawdę śledziła jej lot. — Ale przyznam, po niektórych spotkaniach z klientami rzeczywiście łatwiej uwierzyć w hole in one niż w rozsądny feedback. — przeniosła wzrok z powrotem na niego. — Josette Blackwell. Maison Noir. — wyciągnęła ku niemu smukłą dłoń. — Ty jesteś Leif, prawda? Pamiętam, że nasze firmy współpracowały ze sobą przy jakimś projekcie. Nigdy jednak nie mieliśmy okazji oficjalnie się poznać. Czuję się zobowiązana, aby naprawić ten błąd. — powiedziała miękko, przypominając sobie wcześniejszą rozmowę ze swoim ojcem. Zastanawiała się jak niby miała oczarować tego mężczyznę? i choć Edgar uważał, że miała naturalny dar do przyciągania ludzi, który odziedziczyła po swojej matce, ona zupełnie w to nie wierzyła. A jeśli nawet, to totalnie nie umiała z ów talentu korzystać.
UsuńJosette Blackwell ✨
Nienawidziła upałów. Bywały chwile, gdy myślała o rzuceniu pracy i wyjeździe do LA, odnalezieniu tam siebie wśród wysokich palm i willi z basenami. Były to jednak chwile krótkie, które ulatywały wraz z przypomnieniem sobie, jak gorąco potrafiło być w Kalifornii. Oczywiście słońce kochała w szczególności, kiedy miała na sobie strój kąpielowy i mogła wylegiwać się przy basenie; teraz za to miała na sobie lepiący się do skóry, stanowczo zbyt duży t-shirt i krótkie spodenki, które choć odsłaniały nogi, nie przynosiły żadnej ulgi.Jadąc windą, ustawioną pośrodku klatki schodowej jako przypomnienie, ile spółdzielnia potrafiła zrobić, byle zadowolić mieszkańców, poprawiła na plecach wbijające się szelki futerału.
OdpowiedzUsuńW naturze Tamsin nie leżało marudzenie na swój los, mimo to po zdjęciu instrumentu z pleców, a następnie koszulki, która zdążyła się przykleić wszędzie tam, gdzie tylko mogła, wydała z siebie głośne westchnięcie. Dźwięk ten szybko przerodził się w żałosny jęk, kiedy przypomniała sobie o zepsutym krzesełku, którego części leżały na dywanie, elegancko ułożone, tak samo jak wszystkie narzędzia niezbędne do jego naprawy. Szkoda, prawdziwa szkoda, że tak, jak Tamsin umiała się ładnie przygotować do tejże czynności, tak po obejrzeniu trzech filmików na youtubie, wciąż nie miała pojęcia, jak u diabła ma poskręcać gięte drewno tak, by po kilku sekundach nie wylądować tyłkiem na podłodze.
Jako dorosła, dojrzała osoba postanowiła, że to będzie jej problem jutro, bo dzisiaj nie miała na niego ani siły, ani ochoty, a działanie wbrew sobie zostawiała na te dni, kiedy musiała poćwiczyć grę na wiolonczeli, jednocześnie reagując na jej widok alergicznymi nudnościami. Krzesło musiało poczekać na swój czas, tak jak zamówienie jedzenia i oddanie się słodkiemu nicnierobieniu, bo Tammy myślała w tej chwili tylko o jednym.
Pisnęła, kiedy zimna woda uderzyła o jej ciało, rozgrzane przez podnoszenie ciężarów i spacer – jak lubiła myśleć o przeprawie z futerałem od stacji metra. Lubiła myśleć w takich momentach, gdy stała bezczynnie w wannie, z zasłonką w kolorowe palmy, że oto zmywa z siebie kurz dnia codziennego. Wszelkie troski, które przyniosły ostatnie kilka godzin, złe myśli, które zalęgły się w głowie i złośliwości, które nieproszone lubiły pojawić się w myślach, ale zatrzymywała je na końcu języka. Szum wody zastępował jej tybetańskie misy, pomagał się zrelaksować i przez chwilę pomedytować. Była to jednak chwila bardzo krótka, bo znudzona, rozbiegana głowa nakazywała otworzyć oczy, a gdy już Tammy widziała cokolwiek, to jej uwaga zawsze uciekała w stronę starych, drewnianych szafek, które obiecała sobie odmalować dwa lata temu, a które powinny były być odmalowane od co najmniej piętnastu.
Skupiona na tym, by pamiętać o zakupie farby, gdy będzie znowu przechodzić koło sklepu Pana Chenga, wyłączyła wodę. Powoli, ostrożnie wyszła z wanny tak, by przypadkiem nie dotknąć niczym, poza palcem, mokrej zasłonki – w końcu nie było niczego gorszego, niż przyklejający się do czystej skóry mokry poliester, nawet, jeśli przedstawiał narkotyczną wizję plaży z kolorowymi palmami, niebieskim słońcem i gigantycznych rozmiarów papugą.
Już w szlafroku, z włosami zawiniętymi w wysoki turban, rozsiadła się na kanapie, usilnie ignorując drewniane elementy, które musiała ominąć, by móc zająć upatrzone miejsce. Miała właśnie sięgnąć do laptopa i odpalić jakiś film na rzutniku, najpewniej horror lub jakąś bzdurną komedię, gdy na telefonie wyskoczyło jej powiadomienie, przerywające przyjemną ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu. Marszcząc brwi, odczytała przypomnienie, ale nie o tym, że ma wziąć suplementy, czy wynieść śmieci, a o tym, żeby pamiętać o podlewaniu kwiatków Boba, który nie był Bobem. Odruchowo spojrzała na dużego kaktusa stojącego w rogu, ostatniego samuraja, który nie poddał się jej morderczemu szałowi, kiedy zwyczajnie zapomniała o tym, że jego kompani potrzebują wody i odpowiedniego miejsca. Nie była najlepszą osobą do powierzania pod opieką czegokolwiek, ale mając asertywność na poziomie zauroczonej nastolatki, zgodziła się Bobowi pomóc.
UsuńBob w rzeczywistości nazywał się Jeremiah, był drobnym, blondwłosym mężczyzną, który przezwisko zyskał dzięki temu, że mieszkał w apartamencie z tabliczką “Bob Marley” na drzwiach. Tych samych, które Tamsin otworzyła, wciąż ubrana jedynie w długi szlafrok, gotowa na szybką akcję-podlewanie. Pierwsze, co ją zdziwiło to fakt, że drzwi nie były zamknięte na klucz. Dlatego weszła nieufnie, ostrożnie rozglądając się wkoło, w bezwarunkowym odruchu sięgając dłonią po metalową łyżkę do butów wiszącą w przedpokoju. Powoli, w swoim wyobrażeniu skradając się jak Różowa Pantera, weszła do salonu, łyżkę trzymając ponad głową, w każdym momencie gotowa wykorzystać ją jak broń.
— Kim jesteś i co tu robisz?! — krzyknęła do nieznajomego, który Bobem z całą pewnością nie był, a nawet jeśli był, to nie tym, który tu mieszkał. Nie był w końcu niskim blondynem, a dokładnym jego przeciwieństwem. — Mów! Bo jak nie, to dzwonię na policję! — powiedziała groźnie, przybierając przy tym najgroźniejszą minę, jaką umiała, absolutnie nie pasującą ani do błękitnych crocsów, ani szlafroka w egzotyczne kwiaty, ani turbanu, który zsunął się jej do połowy czoła.
Tamsin Passalis
Rei doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że dyskusja z Leifem nie mogła się udawać, znaczy się, nie dało się z nim porozmawiać bez żartów, docinków czy w ogóle tej energii, którą zawsze ze sobą nosił. Może to i dobrze, bo w ten sposób jeszcze nigdy nie doszło między nimi do kłótni, bo jeśli już miało, Zweig zazwyczaj rzucał jakimś swoim bystrym tekstem, a Rei parskała śmiechem i... jakoś to było.
OdpowiedzUsuń— Po pierwsze — odezwała się, unosząc palec, choć jej ręka była trochę zbyt ciężka — ten elfik miał głębię. Może monstera by nie przeżyła, ale był uroczy, okej.
Spojrzała w jego stronę z urazą, jakby właśnie obraził członka jej rodziny, co w pewnym sensie zrobił, a Rei zawsze broniła swoich fikcyjnych bohaterów i czasem mówiła o każdym z nich tak, jakby istnieli naprawdę.
— I nie „nasmarowałaś” — dodała. — Nasmarować to można kanapkę masłem.
Odwróciła głowę do laptopa i natychmiast pożałowała, że nie zamknęła go wcześniej. Na ekranie widniał fragment sceny, którą pisała od rana, tej sceny, w której bohaterka miała powiedzieć coś odważnego i prawdziwego, czyli dokładnie to, czego Rei sama nie umiała robić bez dodania trzech żartów i śmiechu. Zamknęła laptopa odrobinę mocniej, niż zamierzała.
— Korzystam z mojego prawa do tajemnicy twórczej. I do ochrony moich elfów przed twoją antyelfią propagandą — wytknęła.
Przez moment uśmiechała się jeszcze tym swoim krzywym, bladym uśmiechem, jakby wszystko było po staremu. Jakby Leif wcale nie zniknął, jakby nie było ciszy w wiadomościach, nieodebranych połączeń ani tych wszystkich chwil, kiedy Rei patrzyła w telefon, próbując udawać, że wcale nic jej to nie obchodziło.
— Pięćdziesiąt wymówek, co? — powtórzyła ciszej. — Brzmi imponująco. — Przewróciła oczami, a potem uniosła wzrok, aby wbić w Leifa spojrzenie. — Może zamiast czytania moich wypocin... przejdziemy się? Jest dość ładna pogoda, a park wokół szpitala ma kilka ławek i niedziałającą fontannę.
Nie czekała, aż jej odpowie, po prostu zsunęła koc z nóg i usiadła ostrożniej na brzegu łóżka, przez krótką chwilę zaciskając palce na materacu, żeby świat nie postanowił wykonać nagłego obrotu wokół własnej osi. Sięgnęła po bluzę rzuconą wcześniej na krzesło i wciągnęła ją, nie zawracając sobie głowy niczym więcej. Włosy miała trochę potargane, twarz bladą, a pod oczami cienie, z których sobie żartowała, że wygląda z nimi jak panda. Z szuflady przy łóżku wyjęła tylko portfel i wsunęła go do kieszeni bluzy. Dopiero wtedy sięgnęła po protezę i laskę, dość sprawnie szykując się do wyjścia. Nie lubiła, kiedy ktoś patrzył, gdy to robiła, ale Leif nie był jakimś pierwszym lepszym facetem czy obcym, aby się wstydziła. Była pewna, że Zweig widział gorsze rzeczy.
— Żadnych komentarzy o moim tempie — uprzedziła gałązkę, kiedy w końcu stanęła, opierając dłoń o laskę. — Poruszam się z godnością starej królowej po nieudanym zamachu stanu, czyli wciąż dostojnie.
Posłała mu uśmiech, a potem ruszyła w stronę wyjścia. Bluza opadała jej luźno z jednego ramienia, portfel ciążył w kieszeni jak obietnica gorzkiej, rozwodnionej kawy z automatu, a laska stukała cicho o podłogę, wyznaczając rytm tej małej ucieczki.
— A ty, jako moja świta, masz obowiązek iść obok i pilnować, żeby stara królowa się nie potknęła. — Przeszła przez próg, odruchowo poprawiając rękaw bluzy. Dawno nie wychodziła z sali, więc czuła lekkie podekscytowanie tą małą wycieczką, nawet jeśli to tylko spacer do pobliskiego parku, a nie podróż życia. — Co wypijemy po drodze? Kawę smakującą jak... no, nie jak kawa? Czy może pójdziemy w herbatę z cytryną, która widziała cytrynę tylko raz, przelotem, może w 2014 roku?
Rei Bothwell 👑☕
Josette słuchała go w milczeniu, bez przerywania, w duchu podziwiając jego entuzjazm i zapał, który zdawał się bić od każdego jego słowa, od tonu jego głosu. Miała wrażenie, że był totalnie inny od niej i pracował na zupełnie innych zasadach niż ona, a jednak współpraca z nim mogła okazać się ciekawa i satysfakcjonująca. Edgar miał racje, że chciał go w swoim zespole, ale czy rzeczywiście Leif pasował do ich firmy? Zmierzyła go subtelnym spojrzeniem, zatrzymując na dłuższą chwilę spojrzenie na jego sandałach. Uśmiechnęła się pod nosem i wróciła spojrzeniem do jego oczu. Większość osób bywających na takich eventach było podobnych. Jedni błyszczeli opowiadając przeróżne anegdotki, drudzy chwalili się nazwiskami klientów, zaś inni nagrodami, których liczba rosła z każdym kolejnym kieliszkiem szampana. Leif zdawał się działać wokół zupełnie innych zasad. Mówił o kampani tak, jakby opowiadał o wspólnym projekcie grupy znajomych. Nie miał potrzeby przypisywania sobie większych zasług, a o swojej współpracowniczce wspomniał z lekkością i naturalnością, jakby wspomnienie o niej było normalną rzeczą. Ta swoboda, którą chłopak wokół siebie roztaczał była intrygująca, na pewno nie była wyuczona, ani nie była maską.
OdpowiedzUsuń— Czyli mam pogratulować przede wszystkim Darli? — zapytała z uśmiechem. — Rzeczywiście, wyszło całkiem fajnie. — jeśli tak można było opisać duży sukces, to było to odpowiednie słowo.
Josette przesunęła kieliszek białego wina w kierunku Leifa, zachęcając go jedynie gestem, aby się z nią napił.
— Zastanawiam się, czy jesteś tylko dobry w wyimaginowanym golfie, czy na trawie też tak spektakularnie sobie radzisz. — zagaiła. — Jeśli nie odstraszają cię absurdalnie drogie kije i jeszcze bardziej absurdalne zasady etykiety, moglibyśmy poćwiczyć razem przed rozgrywkami golfowymi. Wiesz, żeby nie było wstydu. — puściła mu oczko. Nie do końca wiedziała czy zapraszanie go na golfa było dobrą opcją, może po prostu powinna wyłożyć kawę na ławę i przedstawić propozycję pracy w Maison Noire Group, albo przynajmniej zaprosić go na kawę. Nim jednak miała złożyć mu jakąkolwiek propozycję, chciała go najpierw poznać. Nie wątpiła oczywiście w jego zawodowe talenty, ale poza nimi była ciekawa jakim jest człowiekiem, jaką ma osobowość i przede wszystkim czy się ze sobą dogadają, czy to na gruncie prywatnym, czy zawodowym. — A jeśli nie masz swoich kijów… — co było wysoce prawdopodobne, bo bądźmy szczerzy, nie była w stanie wyobrazić go sobie na polu golfowym. Teraz tak sobie pomyślała, że propozycja która mu złożyła była trochę niedorzeczna, ale chyba na zmianę było już za późno. Zresztą, Leif był zabawny i na pewno będzie potrafił się dobrze bawić też na golfie... — To myślę, że mój ojciec z przyjemnością użyczy Ci kilka swoich. Zwłaszcza, że jest oczarowany Twoim talentem zawodowym. — wymsknęło się jej, nim zdążyła się ugryźć w język.
Josette Blackwell ✨
To było najśliczniejsze no, dzień dobry, które mogła sobie wyobrazić. Nie mogła więc nie odpowiedzieć uśmiechem, a Andy, kiedy chciała, uśmiechała się naprawdę ładnie i uroczo. Pozowała całe życie na chłopczycę, znoszone vansy i conversy, szerokie spodnie, koszule w kratę. Swoim vibem nie pasowała do Los Angeles, nie była jedną z tych tlenionych ślicznotek ze sztuczną opalenizną. Wilson po prostu miała kompleksy, że niska, chuda, bez wyraźnie podkreślonego biustu, patyczakowata i ciemna jak cyganka. Z wiekiem jej się zmieniło, po ukończeniu dwudziestego pierwszego roku życia spojrzała na siebie przychylniej, może dlatego, że koleżanki namówiły ją, aby na swoje urodziny ubrała sukienkę. Od tej pory typowo damskie fatałaszki częściej gościły nie tylko w jej szafie, ale i na niej. Może dlatego nie uciekała przed dotykiem. Tym, który wychodził od niej i sprawiał, że jej drobne palce miękko lądowały na ciele Leifa, ale i też tym, który wychodził od niego. Bez trudu bowiem dała się przyciągnąć bliżej, nic to Zweiga nie kosztowało. Wpatrywała się w niego jak urzeczona, w ten rozkoszny uśmiech, który teraz, po kolejnym wypitym drinku i szaleńczych tańcach, wydawał jej się jeszcze piękniejszym.
OdpowiedzUsuńWszystko wydawało jej się piękniejsze, ale i szybsze. Jej decyzje również. Dlatego w odpowiedzi na to przyciągnięcie, na ten uśmiech i na ten zapach, którym zdołała się zaciągnąć, sięgnęła po jego dłoń, prowadząc go za sobą. Nie tak szybko jednak jak zamierzała. Jupiter Disco był zatłoczonym lokalem i faktycznie rozdzielenie się dawało szanse. Na szybsze dotarcie do wyjścia, ale i na zgubienie niskiej Andrei w tłumie.
Wyszli.
Chłód nowojorskiej nocy przywitał się ulgą. Andrea mogła odetchnąć od tych wszystkich bodźców. Była raczej introwertycznym typem, ale czasami lubiła zaszaleć. Zaszalała więc i dzisiaj, dość mocno, jak na wilsonowe standardy.
Nie mogła powiedzieć, aby czuła się z tym źle i choć jej myśli momentami zdarzały się krążyć wokół siostry, rozmowy z rodzicami i tej dziwnej sytuacji w szpitalu, to jednak skupiała się całą sobą – myślami, ciałem, dotykiem, ba, nawet spojrzeniem – na Leifie. Miał chłopaczyna przewalone, bo zdobył właśnie przylepę. Przynajmniej na dzisiaj, bo Andy miała dziwne przeczucie, że kiedy alkohol z niej zejdzie, a zostanie kac, to również ten moralny i ciężko będzie jej spojrzeć w Zweigowi w oczy.
Na razie było lekko, dlatego stała przed nim, a on przed Jupiter Disco. Wytłumione basy były ledwo słyszalne, ale wystarczyło to na tyle, aby wiedzieć, co się kryje za tymi murami.
Patrzyła. Stała. Chwiała się lekko, delikatnie, utrzymując nie tylko równowagę, ale i uważność. Nie chciała stracić z tego wieczoru zbyt wiele. Uśmiechała się, promiennie, ale łagodnie. Odgarnęła rozpuszczone wcześniej włosy za uszy, ramiona znowu pokryły się gęsią skórką, kiedy chłodniejszy podmuch powietrza wdarł się nagle na chodnik.
— Pizza! Tak! — wykrzyknęła. Bo nagle okazało się, że nie marzyła o niczym innym, jak o pizzy. Takiej tłustej, z podwójnym serem i może nawet kiełbasą, może nawet z karczochami, ale na pewno z serem. Dużą ilością sera. Z ciastem uginającym się pod ciężarem dodatków.
Nie rozdrabniała się dzisiaj w gestach, dlatego zaśmiewając się po włoskim występie Leifa, czując jego dłoń między łopatkami, sama objęła go w pasie.
— Ja mieszkam… — urwała, bo cóż w topografii Nowego Jorku wciąż nie była najlepsza. — Niedaleko… Morningside Heights… — powiedziała niepewnie. Bo tam jeden z bloków urządzony był na akademik.
Niby nie do końca oficjalny, ale mieszkanie zajmowane tam były przez studenciaków, ewentualnie młodszych wykładowców. Andy nazywała to akademikiem, bo dzieliła tam pokój z jedną dziewczyną, a korytarz stanowił niemal część wspólną. Wiedziała jednak, że kiedy początkiem lata skończy studia, będzie musiała się wyprowadzić. I znaleźć prawdziwą pracę. — Tam to chyba wszędzie drogo jest… — mruknęła cicho, bo nie znała tam zbyt wiele lokali, poza słodką cukiernią, do której co jakiś czas wstępowała na jagodziankę i kawę. — Chodź, udusimy się pizzą. Jaką lubisz najbardziej? — spytała, spoglądając w bok, na Leifa właśnie. — I gdzie mieszkasz ty? — dodała, wolną dłonią drapiąc się lekko po poliku.
UsuńAndrea Wilson
Mei obserwowała, jak Leif dorzuca sobie kolejną witaminę C do ust, i przez moment naprawdę wyglądała tak, jakby tylko resztki bólu w żebrach powstrzymywały ją przed salwą niekontrolowanego śmiechu. Zacisnęła usta w wąską linię, próbując grać poszkodowaną i obolałą, ale średnio jej to szło. Była przyzwyczajona do bólu i nauczyła się co nieco ignorować, co uważała za całkiem przydatną umiejętność.
OdpowiedzUsuń— Leeeeeeeif — wypowiedziała wolno jego imię, przeciągając nieco. — Ty nie budujesz odporności, ty chyba próbujesz zamienić się w cytrynę. Spider-Mana ugryzł pająk i tak zyskał supermoce, a ty nażresz się witaminy C i co? Będziesz pluł sokiem do oczu napastnikom?
Spojrzała na niego z mieszaniną niedowierzania i zmęczenia, po czym poruszyła ostrożnie zabandażowanymi nadgarstkami. Poruszyła nieco rękoma, oglądając każdy z nadgarstków, gdy Leif użył bandaża, przewiązując sprawnie. Cóż, to było zaskakujące, że chaos, którym był Zweig, umiał takie rzeczy, ale najwidoczniej miał jeszcze kilka ukrytych talentów.
To, że tutaj przyszła, wynikało jedynie z tego, że wplątała Leifa w tę sprawę, inaczej w ogóle by jej nie zobaczył. Mei rzadko się angażowała i jeszcze rzadziej próbowała być czyjąś przyjaciółką czy koleżanką, wystarczyło jej to, co miała, a z Zweigiem łączyła ją dziwna relacja biznesowa – i do tej pory jakoś to działało, tyle że teraz totalnie się spierdoliło. Oparła łokieć o blat, znowu przytykając zimną puszkę do policzka. Chłód już nie był tak ostry, ale nadal dawał jej coś, co przykuwało jej uwagę i rozpraszało tworzące się w jej głowie czarne scenariusze. Kiedy powiedział, że klientka miała twarz i dwie ręce, posłała mu spojrzenie tak martwe, że przeciętny człowiek zacząłby przepraszać swoich przodków.
— Wspaniały postęp śledczy, panie detektywie — mruknęła i westchnęła cicho, gdy usłyszała, że znał tylko imię, a nie nazwisko. Oczywiście, że tak musiało być, bo wszechświat musiał być pieprzonym dupkiem i Mei nigdy nie dostawała niczego zbyt łatwo. — Imię — powtórzyła, mrużąc oczy. — Masz imię, bez nazwiska. Cudownie.
Gdy zapytał, co jeśli kobieta nie będzie chciała oddać torby, Mei otworzyła usta, ale wtedy dodał, że nie prześpi się z nią w zamian za zwrot. Patrzyła na niego przez długą sekundę.
— Och, no tak — powiedziała w końcu. — Bo właśnie o to się martwiłam. Że w obliczu przemocy, być może jakichś porachunków i dziwnego towaru w torebce, którą sprzedaliśmy, będę musiała powstrzymać cię przed heroiczno-erotyczną misją odzyskania torebki. — Jej twarz wykrzywił bardzo powolny, bardzo złośliwy uśmiech. — Leif, słoneczko, jeśli ona odda torbę tylko za seks z tobą, to znaczy, że już dawno nikt nie zapuszczał się w te, ekhm, szczególne rejony.
Przesunęła spojrzeniem za nim, kiedy poszedł po telefon i usiadł na kanapie. Nienawidziła, że przez tę minutę jego uwaga odpłynęła w ekran, bo potrzebowała Leifa Zweiga tu i teraz.
— Hej! — rzuciła ostro, chcąc dodać coś o tym, że powinien się skupić i nie błaznować bardziej niż zazwyczaj, a wtedy zapytał, czy ma ochotę na zakupy w vintage shopie. — Co?
Zsunęła się ostrożnie ze stołka, bo ciało natychmiast przypomniało jej, że dostała dzisiaj niezły wpierdol, więc gwałtowniejsze ruchy nie są jednak wskazane.
— Tak, jasne, zakupy — mruknęła, zaczesując włosy w tył. — Tylko daj mi jakąś swoją koszulkę. Moja jest brudna i cuchnie krwią, nie wyjdę stąd, wyglądając jak ofiara przemocy.
Chociaż zdecydowanie nią była. Mei jednak nie chciała rzucać się w oczy ani ryzykować, więc musiała doprowadzić się do względnego porządku.
Mei-Mei Wong
Jego szczerość była rozbrajająca i dość niespodziewana. Posłała mu uważniejsze spojrzenie, a w kącikach jej ust zatańczył zaczepny uśmiech.
OdpowiedzUsuń— Myślę, że mógłbyś sobie poradzić — stwierdziła z pewnością i spokojem, który od niej emanował. — Masz w sobie tę irytującą energię ludzi, którym coś wychodzi przypadkiem. Takich, co pierwszy raz biorą kij do ręki, machają nim kompletnie niezgodnie z instrukcją, a piłka i tak leci idealnie. — nie wiedziała czy jej obserwacje są słuszne, czy totalnie nietrafione. Chętnie by to jednak sprawdziła.
Uniosła kieliszek, ledwo mocząc usta w białym trunku i odstawiła go na stolik, długimi, pomalowanymi na jasny kolor paznokciami delikatnie sunąc po szkle.
— Grywam. To znaczy... technicznie rzecz biorąc. Potrafię trafić w piłkę częściej niż w ziemię, więc podobno już kwalifikuję się jako osoba grająca. Ale prawda jest taka, że przez lata bardziej byłam niż grałam. Często chodziłam tam wraz z rodzicami. Mój ojciec uwielbia się popisywać swoimi licznymi talentami — wywróciła nieco teatralnie oczami.
Słysząc jego uwagę o tym, że inni ojcowie nie byli nim zachwyceni, przez jej twarz mimowolnie przemknął uśmiech.
— Nie jesteś dobrym materiałem na chłopaka? — odchyliła się nieco na krześle, patrząc mu w oczy. — Akurat masz szczęście, bo mój ojciec jest zbyt pochłonięty pracą i sprawami zawodowymi, aby zauważyć, że mam życie prywatne. — bo tak naprawdę go nie miała. Cały jej świat kręcił się wokół pracy. Podobnie jak ojciec była pracoholiczką, niezależnie jak bardzo próbowałaby temu zaprzeczyć. — Hm, pewnie nawet by nie zauważył gdybym miała chłopaka. — wzruszyła obojętnie ramionami. — Albo pewnie planuje mi właśnie ślub, którym celem jest połączenie dwóch firm w jedną i stworzenie wielkiego imperium. — rzuciła pół żartem, pół serio, ale jakby się nad tym głębiej zastanowić to Edgar byłby do tego zdolny. A ona pewnie by się zgodziła, choć w jej planach nie było ani małżeństwa, ani dzieci. Ale wszystko dla dobra rodziny, prawda?
Leif nie dał jej jasnej odpowiedzi, tak jakby tego oczekiwała. Lubiła klarowne sytuacje, a tu takiej zdecydowanie nie miała. Czyżby ją zbył? Nie odpowiedział, bo uznał jej propozycje za żart? A może wcale nie miał ochoty jej poznawać i spędzić z nią czasu? Westchnęła cicho, zastanawiając się, czy to widać jak pewność siebie z niej wręcz ulatuje.
Josette Blackwell
To nie Ivan wybrał koszykówkę, jako swój szkolny sport. Placówka do której uczęszczał miała jedynie drużynę zapaśniczą, w której jego doświadczenie z judo może i by znalazło zastosowanie, ale był od wszystkich zawodników wyższy, co może i nie byłoby największym problemem, gdyby nie był przy okazji chudy, wręcz patykowaty. Przy stosunkowo niewysokich, nabitych chłopakach miał wrażenie, że na treningach przypomina patyczaka w starciu z chrząszczem. Niby walka do wygrania, ale potencjał niewykorzystany. Do tego obowiązkowy trykot, który całkowicie ograniczał swobodę, którą Ivan bardzo lubił. Całe szczęście Voronin był wysoki i jak każdy chłopak, który w ich szkole przebił barierę wzrostu stu dziewięćdziesięciu centymetrów, wylądował w szkolnej drużynie koszykówki, będąc pierwszym Ruskiem w historii szkoły, który miał odbijać piłkę w ich barwach. Postanowił być więc być najlepszym Ruskiem, pierwszym, którego imienia nie przekształcali na własną modłę, dzięki czemu na szkolnych korytarzach już nikt za nim nie wołał “Ajwan”. Był tylko Ivanem, tym łysym, od kosza.
OdpowiedzUsuńZ natury był raczej spokojny, w mimice oszczędny, to samo też tyczyło się ruchów. Jakby do używanej energii podchodził w myśl zasady, że im cieniej się kroi, tym na dłużej starczy i byłby wiernie temu przekonaniu oddany, gdyby nie to, że ruszać się lubił. Lubił pływać, nawet jeśli miało być to tylko unoszenie się na wodzie i patrzenie, jak pierzaste chmury przepływają po firmamencie, przybierając przy tym kształty plam atramentowych. Lubił biegać, ale tylko z audiobookiem w słuchawkach, bo inaczej się nudził, chociaż mijał przechodniów, wyobrażając sobie ich życia. Gimnastyki nie lubił, ale w judo było jej trochę, więc ćwiczył i nie narzekał, bo lubił wywracać kolegów na macie.
Chociaż, odkąd mieszkał w Nowym Jorku nie mógł narzekać na brak pieniędzy, zwłaszcza tych ojcowskich, to wolał te sporty, gdzie spotykał normalnych ludzi. Normalnych czyli takich, którzy grali w butach dostępnych od ręki w przeciętnym sklepie z odzieżą sportową, nie jeździli na pola golfowe pod miastem i korty tenisowe na jego obrzeżach. Takich, z którymi mógł ustawić się na kosza kilka dni wcześniej, albo nawet kilkanaście minut przed wyjściem z domu i którzy nie mieli problemu z tym, że nie zawsze miał czas przebrać się między pracą, a grą. Tak jak i dzisiaj, kiedy najpierw rozebrał się do bokserek, ubrał luźne spodenki i wysłużoną jersey i sprawnie spakował, schludnie złożony garnitur, do torby sportowej w trakcie, gdy szło losowanie drużyn.
Daleko było mu do zaangażowania, które wykazywała wysoka dziewczyna, ale nie miał natury luzaka i żartownisia, którą dla odmiany miał Leif. Znajdował się pomiędzy tą dwójką i czuł, że tak będzie całą grę.
— Zrobimy tak. Widziałem, jak biegasz — zwrócił się chłopaka i wskazał na środek boiska — Jesteś szybki, więc będziesz… No, biegać. Rozgrywać znaczy się. Ja jestem najwyższy, więc spróbuję jako środkowy, a ty…. — wstrzymał głos, próbując sobie za wszelką cenę przypomnieć, jak dziewczyna miała na imię i klasnął głośno w dłonie, gdy sobie przypomniał. — A ty Tanya spróbujesz na pozycji skrzydłowej, dobra? Zobaczymy, jak nam wyjdzie, najwyżej będziemy się rotować — zdecydował.
— Nie możemy od razu ustalić? — spytała niezadowolona dziewczyna, ręce opierając na biodrach.
— Tanya, to mecz towarzyski, niemal dosłownie uliczny… Daj spokój — mruknął i z ulgą przyjął gwizdek sędziego, który zwoływał zawodników drużyn do gry.
Ivan Voronin
Zmarszczyła brwi, patrząc to na konewkę, to na bruneta podobnej do niej postury – chudej, wręcz patykowatej, to znowu na konewkę. Oceniała, jakie miałaby szansę w starciu z kimś, kto wciąż miał szersze barki i ramiona, ale nie znał topografi… Kogo chciała oszukać? Nie miała najmniejszego zamiaru stawać w obronie mieszkania. Nie dlatego, że należało do Jerry’ego, bo bardzo go jako sąsiada lubiła, chociaż przez wentylację często wędrowały do neij zapachy z jego kuchni. Kiedy jeszcze były to ziołowe wypieki, to nie narzekała; Jerry jednak lubił coś wstawić do gotowania i o tym zapomnieć, przez co w mieszkaniu Tamsin często śmierdziało tak, jakby cały prowiant na grill trafił do kosza. Razem z opakowaniami.
OdpowiedzUsuń— Przyszłam podlać… — wskazała palcem na gigantyczną monsterę, próbując przypomnieć sobie, jak Jerry na nią mówił — Chyba Monicę… Zaczekaj — westchnęła ciężko, odłożyła łyżkę do butów na stole i wyciągnęła z kieszeni szlafroka telefon, uprzednio poprawiając turban, który zdążył zsunąć się tak daleko, że ściągnięte do dołu brwi nadawały Tamsin wygląd człowieka neandertalskiego.
— Jerry, u ciebie w mieszkaniu jest jakiś gość… Dzwonię do ciebie, bo wygląda jak twój kumpel, nie złodziej. Twierdzi, że podlewa kwiaty… — wywróciła oczami, przełączyła telefon na głośnomówiący a po kilku następnych sekundach klikania, na wyświetlaczu aparatu powitał ich blondyn w hawajskiej koszuli i ogromnych, kolorowych okularach.
— Oooo! Zapomniałem Ci powiedzieć, że Leif też przyjdzie do Monici… Wiesz, po ostatnim…
— Po tym, jak zginęła…
— Patricia? Tak, po tym, jak ją zasuszyłaś.
— Miałeś być u rodziców, czemu wyglądasz, jakbyś był na Hawajach?
— Mają basen, więc woda się zgadza i zrobili mojej siostrzenicy piaskownicę, więc mam plażę… To wszystko kwestia perspektywy — uśmiechnął się chłopak i pomachał do kamerki. — Mama woła mnie na obiad, muszę kończyć. Cześć Tammy, cześć Leif, dzięki za opiekę nad dziewczynami! — i rozłączył się a wspomnieniem o posiłku przypomniał Tamsin, że ta jest paskudnie głodna. Pogłaskała się po brzuchu i rozejrzała po mieszkaniu, nie mając nawet najmniejszej nadziei na to, że znajdzie u chłopaka coś do jedzenia – w tym jednym aspekcie byli do siebie niezwykle podobni.
— Tamsin — przedstawiła się, wyciągając w kierunku chłopaka dłoń. — Jestem sąsiadką Jerry’ego, która… Zazwyczaj zapominała o podlewaniu kwiatków, więc tym razem najwyraźniej poprosił dwie osoby — wzruszyła ramionami i rozejrzała się po wnętrzu.
— Będę zamawiać pizzę, mam na chacie piwo. Przyłączysz się?
Tamsin Passalis
Wiedziała, że przestanie nalegać, gdy zaproponuje coś ciekawszego. Leif nie był ani fanem, ani hejterem jej książek, ale zdecydowanie nie interesował się tym jakoś bardzo. Może to i dobrze, bo wtedy musiałaby wysłuchiwać kolejnych żartów, przy których musiałaby zachować poważną minę.
OdpowiedzUsuńTo że założył nogę na nogę, cóż, mogłoby być dla niej jakoś dziwnie dotkliwe, bo to ona męczyła się z założeniem protezy, a Zweig tak po prostu chwalił się dwiema, zdrowymi kończynami. Może kilka lat temu poczułaby się dotknięta, ale przepracowała to. Nie mogła za każdym razem reagować skrzywieniem, widząc zdrowego człowieka. Poza tym większość osób miała dwie nogi i trudno byłoby oczekiwać, że będzie inaczej, ale byłoby to całkiem zabawne. Całe miasto pełne ludzi, którzy z troski o jej komfort nagle przestają zakładać nogę na nogę, biegać do metra, przeskakiwać kałuże, tańczyć na weselach i narzekać, że bolą ich stopy po całym dniu chodzenia. Absurd.
— Dobra — odezwała się, kiedy ruszyli korytarzem. — Skoro ty bierzesz tę swoją matchę, to ja chcę słodką kawę, bardzo słodką. Z bitą śmietaną i posypką.
Nie miała problemu, żeby wypić też normalną i zwykłą kawę, ale akurat teraz chciała odurzyć się cukrem. Poza tym co jej niby zostało? Jej godność chwilowo leżała gdzieś między szpitalnym łóżkiem a laptopem, cierpliwość wyczerpała się przy trzecim pobraniu krwi, a zdrowy rozsądek, cóż, miał urlop.
Park przy szpitalu należał raczej do tych niewielkich: kilka prostych alejek, przycięte trawniki, rząd ławek i drzewa dające cień ludziom, którzy wyszli tylko na chwilę odetchnąć. Nie było w nim nic wyjątkowego, żadnych romantycznych mostków, ukrytych ścieżek czy bajkowej zieleni. Po prostu trochę miejsca między budynkiem a ulicą, wystarczająco dużo, żeby człowiek mógł przestać myśleć o chorobach.
Rei zatrzymała się na moment przy alejce i poprawiła chwyt na lasce, a gdy Leif nabrał powietrza do płuc, jakby dopiero teraz mógł odetchnąć, zerknęła w jego stronę z ukosa.
— Nie przesadzaj z zachwytem — mruknęła. — To nadal przyszpitalny skwer, nie szkockie wrzosowiska.
Uśmiechnęła się lekko, a potem podeszła do jednej z ławek. Nieco pokracznie zajęła miejsce i uniosła głowę, aby spojrzeć Leifowi w twarz.
— To samo, co mówiłam, nie zmieniłam zdania, ale serio, niech będzie dużo bitej śmietany — poprosiła. Gdy Zweig poszedł kupić kawę, Rei została sama na ławce i przez chwilę po prostu siedziała, próbując przyzwyczaić się do tego, że nad głową miała gałęzie, a nie sufit z jarzeniówkami. Oparła laskę o bok ławki, wsunęła dłonie w kieszeń bluzy i odetchnęła powoli. Cały ten spacer nie był żadną spektakularną ucieczką z wieży, triumfalnym powrotem królowej ani sceną, w której bohaterka nagle odzyskuje siły. To było kilka kroków od szpitala, ławka, trochę cienia i Leif, który stał teraz w kolejce po kawę.
Przez moment obserwowała ludzi przechodzących alejką. Pielęgniarkę z papierową torbą, mężczyznę w garniturze rozmawiającego przez telefon, starszą kobietę poprawiającą chustę na ramionach. Rei przesunęła spojrzeniem w stronę kawiarenki, a potem odchyliła głowę, zamknęła na moment oczy i pozwoliła, żeby wiatr poruszył jej włosami. Przynajmniej tutaj nikt niczego od niej nie chciał. Nikt nie kazał jej nic wyjaśniać, badać się, być dzielną czy rozsądną. Przynajmniej przez kilka minut mogła po prostu siedzieć. I czekać na kawę z absurdalną ilością bitej śmietany.
Rei Bothwell
— Co? — spytała średnio przytomnie, a właściwie wcale przytomnie, kiedy Leif tak, o, z głowy, informował ją o dystansie, który musiałaby pokonać z miejsca A, czyli z tego, gdzie byli aktualnie, do miejsca B, czyli tego, gdzie mieszkała, Morningside Heights. Dla niej to niedaleko, bo po Nowym Jorku częściej poruszała się metrem, traktując je – chyba słusznie – jako najtańszy środek komunikacji w mieście. — Trzygodzinny spacerek? — Andrea odruchowo zerknęła na lewy nadgarstek, ale swój tani smartwatch zostawiła w pokoju, no bo przecież… do tej sukienki i na taką okazję po prostu nie wypadało ubierać takiej tandety. Nie wiedziała więc, która była godzina, ale wiedziała, że nie naliczą jej się kroki i seria przepadnie! Co za dramat. Zawsze wychodziła z założenia, że trening bez zegarka trzeba było uznać za nieodbyty, a dzień bez limitu tuptania za zmarnowany.
OdpowiedzUsuń— To daleko — skwitowała nagle. Bo nawet dla niej trzy godziny marszu to było dużo, a spacerować lubiła. Teraz też spacerowała, wtulona w bok Leifa i urzeczona jego rozczulonym uśmiechem. Był piękny. Uśmiech. Rzecz jasna. Uśmiech.
Spacerki w jej wykonaniu miały pewien sens, skoro tak bardzo lubiła ser. Ser nie był produktem o najbardziej jakościowej wartości odżywczej. Właściwie żadnej? Ale był pyszny, zwłaszcza taki topiony na pieczonej, a nie duszonej pizzy. Rozmarzyła się i dotarło do niej, jak głodna była. Bardzo głodna. Andrea nie upatrywała się w serze serdeczności, ale jeśli ją nasyci, to pewnie poczuje serotoninę i wtedy mistyczna serowa nauka stanie się faktem.
— A pizza twojej mamy to…? — spytała, potulnie idąc wszędzie tam, gdzie prowadziło ją ramię i ciało Zweiga. Obserwowała sobie okolicę, kompletnie nie przejmując się tym, że nie wie, dokąd idzie. Zaufała swojemu dzisiejszemu towarzyszowi, poddając mu się lekko i bez protestów. Leif miał ułatwione zadanie. Andrea była drobna, lekka i na tyle trzeźwa, aby kontrolować swoje kroki, więc nawet nie musiał się z nią szarpać. — Z szynką? Z pieczarkami? Z ananasem? Lubisz pizzę z ananasem?
Bo Andy uwielbiała pizzę z ananasem. Lubiła mieszać słodkie z wytrwanym, lubiła, kiedy nietypowy smak przełamywał klasyczną wyborność.
— Czy w Architoke — nieświadomie przekręciła nazwę pizzerii — mają hawajką? To wtedy zamówimy hawajską bez szynki i sycylijską? — zaproponowała, chociaż hawajska bez szynki nie brzmiała już jak hawajska. Ściągnęła brwi. To chyba był zły pomysł. — Nie — odpowiedziała na jego pytanie. — Ale gdybym była, to chciałabym wyglądać jak młoda Monica Bellucci — skwitowała z szerokim uśmiechem, zerkając sobie teraz na Leifa. Andy ze swoją urodą pewnie wkomponowałaby się we włoski tłum, chociaż nigdy nie próbowała. Nie była nigdy w Europie. A szkoda. Stary kontynent – co za głupia nazwa, każdy kontynent miał pewno tyle samo lat, prawda? – był piękny i pociągający, przynajmniej na zdjęciach.
Słuchała go. I spojrzała na to jego filozoficzne ciało, na tyle, na ile mogła w stanie to zrobić, wciąż będąc uczepioną Leifa niczym rzep psiego ogona.
— Nie masz domu? — całe tłumaczenia młodego mężczyzny skwitowała tym krótkim pytaniem, bo nawet ona, ta, która ledwo ciułała pieniądze na żarcie, miała, gdzie spać i miała to pewne poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. — Dlaczego?
Mruknęła. I dodała coś pod nosem, coś lekko pijanego i bardzo niezrozumiałego. Potknęła się w tych swoich obcasach o nierówności na betonowych płytach chodnika i całe szczęście, że trzymała się Leifa. Mógł tylko poczuć, jak mocniej zacisnęła palce w jego pasie.
— Leif! Czy to tam!? — spytała, dostrzegając przed nim na wpół wygasły szyld pizzerii. — Są otwarci całą noc?
Andrea Wilson
Josette uniosła brew.
OdpowiedzUsuń— Czy ścigałam się meleksem? — powtórzyła z rozbawieniem, jakby naprawdę rozważała wagę pytania. — Jeśli wyścigi to tylko formuła jeden, a nie wyścigi po osiedlach emerytów. Nie wiem jaką prędkość osiąga meleks, ale to… zdecydowanie za mało, by można było się ścigać. Wyścigi konne są bardziej emocjonujące. — stwierdziła, dopijając wino. Odstawiła pusty kieliszek, który natychmiast zniknął w rękach kelnera, a zastąpił go nowy. Choć Josette nie wiedziała czy chciała tyle pić. Jeden kieliszek wina to był jej maks, nigdy nie spożywała alkoholu w jakichś dużych ilościach.
Jego reakcja na temat domniemanego ślubu rozbawiła ją bardziej, niż zamierzała okazać. Krótki śmiech wyrwał się sam, cichy, szczery, pozbawiony tej chłodnej kalkulacji, która często jej towarzyszyła.
— Reklamiarska sukcesja? Brzmi jak nazwa kiepskiego serialu biznesowego. — pokręciła stanowczo głową, pozwalając by włosy opadły jej na ramiona. — Nie zamierzam wychodzić za mąż. Tym bardziej za kandydata podsuniętego mi pod nos, tylko dlatego, że ma dobre nazwisko i idealnie skrojony garnitur. — odparła szczerze i spokojnie. Ślub nie był jej marzeniem. Ba! Nie znajdował się nawet na liście jej życzeń. Nigdy nie wyobrażała sobie siebie na ślubnym kobiercu, w pięknej białej sukni.
— Ale wystarczy o mnie. Pomówmy lepiej o Tobie — zagaiła, zawsze bowiem wolała słuchać niż mówić. Zresztą, daleko jej było do ekstrawertyczki, była raczej introwertyczką, która wolała rozmowy jeden na jeden. — Nad czym teraz pracujesz? Jak w ogóle podoba Ci się w Ogilvy? Długo już tam jesteś? — zapytała, próbując dyskretnie wybadać grunt. — Może… co aktualnie najbardziej Cię pochłania? Twój czas i Twoją energię? — spojrzała na niego z zainteresowaniem. — Jakaś kampania? Rebranding? Coś, czego jeszcze nie możesz nikomu pokazać?
Lubiła słuchać ludzi opowiadających o swojej pracy. Nie dlatego, że interesowała ją każda branża. Interesował ją ten wyjątkowy moment, w którym w czyimś głosie pojawiała się pasja. To coś, czego nie dało się podrobić. Można było nauczyć się odpowiednich słów, przygotować perfekcyjną prezentację, wyrecytować własne osiągnięcia z pamięci. Ale iskry w oczach nie dało się wyćwiczyć. Świat pełen był ludzi, którzy robili imponujące kariery, jednocześnie odliczając dni do weekendu. I ludzi znacznie mniej spektakularnych, którzy każdego ranka wstawali z autentyczną ciekawością. Od dawna uważała, że ci drudzy zwykle osiągali więcej, choć nie zawsze szybciej.
Przez sekundę zawahała się,jakby chciała zapytać o coś jeszcze. Czy kiedykolwiek myślał o zmianie, o jakimś innym miejscu, o ludziach, którzy mogliby wykorzystać jego talent w zupełnie nowy, inny sposób. Trzymała jednak język za zębami, nie ujawniając swoich prawdziwych zamiarów. Nim złożyłaby mu jakąkolwiek propozycję, chciała go najpierw lepiej poznać. Leif coraz bardziej utwierdzał ją w przekonaniu, że zdecydowanie warto było poświęcić na to jeszcze więcej czasu.
Josette.
— Przynieś mi kiedyś pizzę twojej mamy — rzuciła nagle, niemal wydając polecenie, choć w gruncie rzeczy była to prośba, bo Andrea nie śmiałaby rozkazywać Leifowi, chyba że ten wyraziłby na to zgodę i stałby się na moment uległy. Problem w tym, że Andy nie była dominująca, raczej cofała się ze sceny, chowała się w cień, wolała rolę obserwatora, ale dzisiaj wbrew swoim własnym przekonaniom błyszczała w świetle jupiterów w Jupiter Disco i czuła się z tym dobrze wtedy, kiedy do migotliwych światełek sunących po jej skórze, dołączał wzrok Leifa. Zauważyła, że było jej wygodnie z tym, jak się na nią patrzył. Było jej przyjemnie, kiedy znajdowała w jego spojrzeniu swego rodzaju uznanie. Jakby mu się podobała? Chociaż taki wniosek to dużo za dużo. Może po prostu uważał ją za atrakcyjną? Bo była atrakcyjna i dzisiaj czuła się atrakcyjna, w tej pięknej, dojrzałej sukience w kolorze bakłażana. Komponowała się ona z ciemniejszą karnacją, pasowała do ciemnych włosów i dodawała Andrei lat, co w przypadku aukcji, na której się pojawili, miało sens. Wolała nie być spytaną o ID, kiedy sięgała po kieliszek z musującym winem.
OdpowiedzUsuń— No, jak wiesz... się trafi. Moja mama jest w Los Angeles — dodała, próbując go nieco wziąć na litość. Hej, Zweig, jestem nowojorską sierotą. Przygarniesz mnie? Wiedziała jednak, że to może nie zadziałać, bo nie chciała się nad sobą użalać, ale przecież brakowało jej rodziców. I rodzeństwa. Brakowało jej też domowej pizzy. Robili taką. I często była z ananasem. Jedli też sałatkę z ananasem i ananasowe lody. Andy lubiła to szczypanie na języku, o którym wspominał Leif. — Lubię ananasa — powiedziała na głos, jakby chciała zamaskować tym prostym stwierdzeniem wcześniejszą niezręczność. Była trochę nieporadna w kontaktach damsko-męski, jeśli nie sprowadzały się do pracy albo do nauki. A oni pracę już skończyli, a uczyć się razem nawet nie zaczęli. Czy to była randka?
Wilson złapała się tej myśli, ale na moment ledwie, prędko ją przeganiając, trochę z nią tańcząc, bo, ot, lekko odskoczyła od Leifa, potrząsnęła głową. Alkohol chyba przestawał przyjemnie szumieć, a osiadał ciężarem wewnątrz czaszki.
— Umiesz kręcić pizzę na palców? — spytała, chwytając się tego co proste i przyziemne. — Zrobisz mi pizzę! — niemal krzyknęła, a na pewno uniosła się entuzjazmem, kiedy Leif sam zaproponował jej wyjście z niezręczności związanej z jego mamą. — Ja obiorę pomidory. Przysięgam — dodała, posyłając mu szeroki, przyjemni uśmiech.
Uniosła skonsternowana brwi. Jak to nie chciała? Każda chciała wyglądać jak młoda Monica. Czyż nie? Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, co powiedziała, ale dzięki temu dzielnie zniosła informację, że nie będzie ananasa na ich dzisiejszej pizzy. A potem… Zrobiło jej się niesamowicie gorąco i to uderzenie gorąca poczuła przede wszystkim na policzkach, które znowu pokryły się rumieńcem. Miała nic nie zmieniać? Szkoda byłoby cokolwiek zmieniać? Jezu. Boże. Czy to był komplement? Chrząknęła. Tym udało się Leifowi odciągnąć Andy od jego braku domu. Chwilowo. Oby. Bo temat był poważny.
Mieli czas. Krótko spojrzała na psa i przyspieszyła, aby wejść do lokalu. Uśmiechnęła się do Zweiga, mijając go w drzwiach. Tutaj, w jasnym świetle lokalu, mógł dojrzeć te jej rumieńce, ale jednak podeszła z nim do kolejki, a potem do lady. Obserwując wcześniej menu. Już wiedziała, co chce, ale czekała na swoją kolej. Ich kolej, wciąż w głowie maglując te kilka słów Leifa. Zagryzła dolną wargę i drgnęła widocznie, gdy wywołał ją do odpowiedzi.
— Z karczochami na kremowym sosie i butelkę Birra Moretti. Dziękuję — wyrecytowała. Mając nadzieję, że Leif zje z nią pizzę z karczochami na pół. Albo weźmie jej trzy kawałki, a sobie trzy. Nie wiedziała. Zostawiała to jemu, samej rozglądając się po lokalu. — Los… Nie. Urodziłam się w Nowym Jorku, wiesz? — odpowiedziała, nieco przytomniejszą się nagle zdając, gdy Leif poruszył temat jej pochodzenia. — Czyli teraz powróciłam do korzeni.
Odparła tak, jakby była z tego dumna, chociaż Zweig mógł dostrzec przy tym na jej buzi lekki grymas. Czy to żalu, czy niezadowolenia, ciężko zinterpretować, ale powrót do Nowego Jorku nie okazał się tak bezbolesny, jak myślała, że będzie.
UsuńAndrea Wilson