aktualności

14.06.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.06.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 czerwca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.06.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.06.2026.
16.05.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.05.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 maja karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.05.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.05.2026.
11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

06/06/2026

[KP] leif it, mate


LEIF Z. ZWEIG
(24 lata, art director w Ogilvy New York)

Stary wyszedł po mleko i już nie wrócił, ale nie szkodzi. Pewnie i tak przyniósłby to z laktozą, której Leif nie toleruje. Zresztą po typie, który nazwał pierworodnego liść gałązka spodziewać się za wiele nie można. No, może poza fantazją i zdziwaczałym poczuciem humoru. Matka po dziś dzień woła syna drugim imieniem, a właściwie jego spieszczeniem – i tak z Zachary’ego robi z damska brzmiący Zooey.

Może ten liść gałązka jednak nie taki najgorszy. Przynajmniej jest heca. I można powiewać na wietrze, a potem opadać w losowych miejscach.

Nie miał nic, chciał mieć coś, więc nauczył się robić coś z niczego – łażąc po pchlich targach, lumpach, śmietnikach, kupując za bezcen szmergle z eBaya, które poprzerabiał na cacuszka z designerskim sznytem. Dobre oko, trochę sprytu, wrodzony talent do zmyślania i artystyczny warsztat wystarczają, by skręcać bzdurne reklamki i kampanie.

Plan jest taki: pokręcić się w agencyjnym świecie, zdobyć bajońskie sumy, a potem rzucić to i rzeźbić figurki z patyka. Realizacja: w toku.


28 komentarzy:

  1. [Stary wyszedł po mleko to jeden z moich ulubionych, może nieco niepoprawnych żarcików, soł… uznałam, że sama się z tym mlekiem pojawię :D Normalne, owsiane, bez laktozy???
    Cześć, hej!
    Karta krótka, ale treściwa, chętnie przeczytałabym więcej. A imię Leif to akurat już zawsze będzie mi się kojarzyć z Vinland Sagą.
    Trzymam kciuki za liścia gałązkę, żeby sobie mógł ostatecznie w spokoju rzeźbić figurki z patyka i żeby nikt mu za bardzo w tym nie przeszkadzał!
    Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych wciągających wątków, a w razie chęci może uda nam się coś wspólnie napisać. Baw się dobrze!]

    Vasilisa Dragunova & Lavender Wong

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ja już się nad Leifem zachwycałam. Andrea zresztą też, więc teraz sobie tych zaszczytów oszczędzimy (wcale nie, on nadal jest cudny). Jeśli Leif ma wciąż ochotę, aby zachwycać się z Andy nad różnymi rzeczami, to wiecie, gdzie nas szukać.
    Bawcie się dobrze, oby tym razem na dłużej. ♥]

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  3. [Hej, witamy z powrotem i oczywiście zapraszamy.]

    Dalaja, Natty i Lio<

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć, zawsze podziwiam takie sprytne osoby, co mają jakieś zdolności w rękach i potrafią z śmietnika wyrzeźbić cudeńko. Naprawdę i oko które potrafi widzieć to też sztuka.
    Życzymy dobrej zabawy , z polowaniem w lumpach i realizacją planu ;)
    PS. Za nieobecnym ojcem bym nie tęskniła. Bo po co? ]

    Emma/Lily

    OdpowiedzUsuń
  5. [Miło mi, że masz nadal chęci na kontynuację wątku z Nattym. Jak najbardziej możemy iść w tym kierunku. Do Lio zawsz znajdzie się okazja przenieść ewentualnie później. Ostatni odpis co prawda w międzyczasie zaginął gdzieś w akcji, a ja standardowo po publikacji usunęłam go z notatek, ale przecież zawsze mogę spróbować go odtworzyć.]

    OdpowiedzUsuń
  6. [Dziękujemy, dziękujemy! <3
    Hmm, to zależy, w co chcielibyście się wplątać :D Lavender to chodzące kłopoty, sarkazm i babeczka od: ja tego nie zrobię? Poczym mje piwo xD Więc mogą totalnie iść w różne, mniejsze lub większe, akcje; wpadł mi do głowy pomysł, że Mei i Liść mogliby się znać i mieć układ w stylu, że ona oddaje mu jakieś rzeczy po zmarłych, które ktoś wyrzuca, nie chce, cokolwiek, a Leif to sprzedaje, ogarnia i Mei też sobie przy okazji zarabia, taka o, luźna myśl :D
    Vasya natomiast wraca do formy po kontuzji i jest raczej skoncentrowana na swoich celach, tutaj moglibyśmy iść w coś biznesowego, jakaś kampania czy coś? (głośno myślę!)]

    Vasilisa Dragunova & Lavender Wong

    OdpowiedzUsuń
  7. Bankiet zachwycał Andreę. Nieskończenie, bo młoda Wilson zachwycała się nie tylko przedmiotami, które przeznaczono do licytacji, ale i sukniami, które mieniły się często na złoto lub srebrno. Momentami podziwiała je z bezczelnie bliska, dostrzegając drobne kamyczki wszyte w materiał albo grube, połyskujące nici. Kobiety, które je nosiły, też były piękne, przynajmniej powierzchownie, bo z żadną z nich nie była w stanie się porozumieć. Może to kwestia ich wieku, bo faktycznie nie spotkała tutaj nikogo, kto nie dobijałby do co najmniej czterdziestki, a nawet jeśli, to nie było tych osób wcale tak wiele. Ona i Leif. Ale ten drugi zniknął jej z pola widzenia, kiedy Andy postanowiłą porozmawiać z Brianem. Bo w końcu go znalazła.
    Nie miała pojęcia, ile minęło czasu i ile kieliszków drogiego prosecco zdołała wypić, ale z pewnością bąbelki zaszumiały jej w głowie i wzburzyły krew. Policzki Andrei, mimo subtelnego make-upu, pokrywały się teraz całkiem słodkim rumieńcem.
    Akuratnie stała naprzeciwko poważnej damy, słuchała jej historii, dobrnęły już do trzeciego męża i jak się okazało – Richard był względnie najnormalniejszy, ale też najstarszy i już niesamowita Gloria miała dotrzeć do etapu łóżkowych przygód, a raczej ich względnego braku, kiedy do rozmowy włączył się Leif. Całe szczęście, bo policzki Andrei przybrały już koloru soczystego buraka. Nie była szczególnie cnotliwa, ale miała ledwo dwadzieścia trzy lata i rozmawianie na ten temat z przeszło pięćdziesięcio letnią matroną było dla Andy zwyczajnie krępujące.
    Przysunęła się odruchowo w stronę Leifa i skinęła głową, gdy dotarł do niej sens słów młodego mężczyzny. Uścisnęła jeszcze dłonie Glorii, zwracając uwagę na błyszczące na jej palcach pierścienie i życzyła sukcesów z szóstym mężem – Henrym.
    Na dworze okazało się być zaskakująco przyjemnie, w pierwszym zetknięciu z chłodnym i wcale nie dusznym powietrzem, odkryte ramiona Andrei pokryły się gęsią skórką. Maszerowała nieśpiesznie obok Leifa, czując na sobie jego spojrzenie. Uniosła lekko brew ku górze, gdy wspomniał o jakimś jupiterze, a ona nie miała pojęcia, o jakim. Nie była obeznana w nowojorskich klubach i nawet nie wpadła na to, aby dzisiaj wrzucić relację na instagram, a przecież spora część jej rówieśniczek dałaby się pokroić za udział w aukcji.
    — O. — Usta Andy uformowały się w samogłoskę, którą wypowiadała, gdy dostrzegła nietypową ozdobę na jego nadgarstku. Sięgnęła po męskie palce i obróciła rękę Leifa wnętrzem do góry. Zdecydowanie była obroża, ale gdy tak spoglądała na to małe dzieło, uznała, że i świetnie wpasowało się jako część biżuterii. — Piękna — oznajmiła, a potem zaśmiała się cicho, słysząc kolejne słowa Zweiga. — Jak ci nie pasuje, to możesz mi oddać, chociaż… — urwała, puszczając w końcu jego palce. — Żałuję, że nie zgarnęłam tej smyczy…. — jęknęła, odgarniając kosmyk ciemnych włosów za ucho. — Widziałeś, że ktoś wylicytował ją za pięćdziesiąt osiem tysięcy dolarów? Smycz! — Niemal krzyknęła, plącząc na moment nogi, ale szybko przysłoniła usta dłonią. Uczepiła się ramienia Leifa, co zrobiła bez większego zastanowienia.
    Wolną ręką zaczęła szperać w swojej torebce. Nie była to typowa kopertówka, Andy mogła przewiesić ją na złotym łańcuszku przez ramię, co też zrobiła i gdy udało jej się podnieść usztywnianą klapkę, wyciągnęła niewielką, poręczną, pięknie zdobioną piersiówkę.
    — Ktoś zostawił — wzruszyła lekko ramionami. Tak, Andrea zajebała komuś piersiówkę i w ogóle nie czuła z tego powodu wstydu. — Jest pełna. Testujesz?

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  8. [Mam już nawet stworzoną nową wersję naszej opowieści, ale zamierzam ją podrzucić z innymi odpisami, więc musisz dać mi jeszcze chwilę.]

    OdpowiedzUsuń
  9. Palce Andrei zwykle były dość zimne. Podobnie zresztą jak stopy, nic więc dziwnego, że tak bardzo upodobała sobie chodzenie na bosaka po plażach w Los Angeles, gdzie piasek nagrzany do granic możliwości, oddawał swoje ciepło spragnionej go Wilson.
    Czarnulka spoglądała na Leifa z rosnącym zdumieniem. Wpierw patrzył na to, jak wieszał na szyi smyczkę z plakietką, potem jak ciągnął ją w głowie i serwował jej kolejną głupią miną z repertuaru zabawnego Zweiga. Andy miała wrażenie, że było go pełno, że niby tylko szedł obok, a potem miała wrażenie, że otaczał ją z każdej możliwej strony i zaskakiwał kolejnymi rzeczami. Nie mogła się z nim nudzić.
    Przewróciła tylko teatralnie oczętami, gdy wspomniał o głowach na karku ludzi, którzy porodzili się w zamożnych rodzinach.
    — Też możemy być zamożni — przyznała nagle. — Dzięki tej hańbiącej pracy — mruknęła, mrużąc te ciemnobrązowe ślepka. Andrea mogła przy Leifie wychodzić na nieskalaną, ba, na niesamowicie rozsądną i solidnie stąpającą po ziemi młodą kobietą, ale w zasadzie to chciała umieć czerpać z chwili tak, jak robił to towarzyszący jej chłopak.
    Zaśmiała się głośno, gdy wspomniał o pięćdziesięciu ośmiu tysiącach psów ze schroniska. Nie był to niby temat śmieszny, więc Andrea szybko przysłoniła usta dłonią, próbując opanować ten nagły atak, który niemal zgiął ją w pół.
    — Pomogę ci… — stwierdziła, ocierając łzy z kącików oczu. — Doba ma dwadzieścia cztery godziny, uznajmy zatem, że jedno popołudnie, to jedna dniówka, więc ambitne osiem godzin, tak? — spojrzała na niego uważnie, nie mogąc przestać się głupio uśmiechać, ale też jakby oczekiwała potwierdzenia. — Jedna godzina ma sześćdziesiąt minut, a minuta sześćdziesiąt sekund. W ciągu dniówki masz więc… — umilkła, wznosząc oczy ku nocnemu, nowojorskiemu niebu. — Dwadzieścia osiem tysięcy osiemset sekund, więc… — uniosła palec ku górze. — Musiałbyś, średnio, dwóm psom poświęcić aż sekundę. Czekaj! — pisnęła i pacnęła go z otwartej dłoni w ramię. — Jesteś superbohaterem? — spytała z pełną powagą, a potem już tylko obserwowała rozwój sytuacji, badanie alkoholu i ryzykowny marsz tyłem jej prywatnego superbohatera. Nie szło ukryć, że Leif był… specjalny, wyjątkowy. I dobrze czuła się w jego towarzystwie. Odebrała z powrotem piersiówkę. Nie wąchała zawartości. Wsunęłą ją z powrotem do torebki.
    Zatrzymała się jednak, gdy z ust maszerującego przed nią Leifa, padło istotne pytanie. Zatrzymała się, z męskimi dłońmi na swoich ramionach.
    — Chcesz mnie obrazić? — spytała z również udawaną powagą. Patrzenie jednak na uśmiechniętą twarz Leifa nie pozwalało jej zachować kamiennego wyrazu twarzy. — A może boisz się, że i tobie coś ukradnę? — spytała robiąc dwa kroki w stronę. Tak, że bez trudu sięgnęła dłonią do kieszeni spodni Zweiga. Spojrzała na niego ze słodkim uśmiechem, gdy zamachała mu przed oczami jego badgem z roboty. — Mogę ukraść znacznie więcej… — przyznała, a potem odpięła plakietkę od smyczki i tę pierwszą wsunęła do swojej torebki, gdzie była bezpieczna wraz z piersiówką.
    Bezceremonialnie sięgnęła do swojego ramienia, chwyciła nadgarstek Leifa i przy sprzączce od obróżki, przypięła smyczkę. Nie pasowała. Zdecydowanie nie pasowała.
    — Ukradłam też ciebie — zauważyła, niesamowicie dumna z siebie ze swojego planu. Przynajmniej go nie zgubi!

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  10. [Jak dla mnie super, haha :D Może to była jakaś torebka, w której był pendrive czy coś, który byłby ważny? Albo nie wiem, wszyty w nią diament? xD Więc Leif i Mei mieliby, co robić, szukając tej torebki i nie dając się zabić... Bo moglibyśmy zacząć od tego, że zarówno Mei, jak i Leifa typy spod ciemnej gwiazdy biorą na stronę i się tam dowiadują, o co chodzi. :D
    Gotowi na akcję i wybuchy?!]

    Mei-Mei Wong 💥

    OdpowiedzUsuń
  11. Nigdy nie należał do osób potrafiących długo gniewać się na kogokolwiek, więc i teraz wziął po prostu kilka głębokich oddechów, spod zmierzwionej grzywki mierząc nieznajomego lekko oceniającym spojrzeniem, które po kilku sekundach zabłysło wręcz rozbawieniem. Bądźmy bowiem szczerzy, przecież nie można było wyglądać na poważnego złodzieja, gdy stało się pośrodku obcej kuchni w samym szortach. Zresztą mężczyzna miał rację – powinien znacznie lepiej pilnować swojego małego skarbu. Tyle tylko, że wczorajszy wieczorny telefon wyrwał go niespodziewanie z twórczego szału, przestawiając od razu w stan działania. Okazało się bowiem, że znowu zapomniał o nocnej sesji dla jakichś wchodzących gwiazdek filmowych, więc musiał natychmiast chwycić torbę i wybiec z domu, chowając w pośpiechu klucze do kieszeni kurtki. Tyle dobrego, że o tak późnej porze na drogach nie było zbyt dużo samochodów, co w połączeniu z doskonałą znajomością topografii rzadko uczęszczanych uliczek tego nieszczęsnego wiecznie bawiącego się miasta pozwoliło mu osiągnąć zaledwie godzinne spóźnienie. Chyba całkiem dobry wynik, skoro ostatecznie obdarzono go wyłącznie krzywym spojrzeniem, a po wszystkim nie tylko nie obcięto mu wynagrodzenia, ale nawet zaproszono na mały poczęstunek na tarasie.
    - Wybacz, wróciłem z pracy dopiero kilka godzin temu i musiałem być najwidoczniej na tyle padnięty, że zapomniałem, że miałem go jeszcze schować. – Zaśmiał się ze skali własnego roztrzepania. – Tak w ogóle jestem Natty. – Dodał, podchodząc do ekspresu. – Chcesz może kawy ? – Zaproponował, naciskając odpowiedni przycisk. – Ja w każdym razie chyba dzisiaj bez niej długo nie przeżyję. – Ziewnął przeciągle.


    Natty [Mam nadzieję, że wyszło w miarę podobnie do oryginału.]

    OdpowiedzUsuń
  12. Mei zorientowała się, że coś jest nie tak, kiedy ten sam czarny samochód minął dom pogrzebowy po raz kolejny w przeciągu godziny. Za pierwszym razem nawet nie zarejestrowała auta. W Chinatown zawsze było tłoczno i głośno, nikogo zatem nie powinny dziwić jeżdżące samochody. Za drugim razem, gdy zauważyła vana, poczuła lekkie ukłucie między łopatkami, a za trzecim wyszła przed dom, zapaliła papierosa i patrzyła, jak podejrzane auto zniknęło za rogiem.
    — No zajebiście — mruknęła do siebie. To był dokładnie ten rodzaj przeczucia, którego nauczyła się nie ignorować. Życie Mei-Mei Wong rzadko dawało jej eleganckie ostrzeżenia, zwykle były jak cios w twarz.
    Nie miała pojęcia, że w całej tej dziwnej sytuacji chodziło o torebkę, a przynajmniej nie od razu; była bowiem jedną z tych rzeczy, które znajdywała w mieszkaniach, kiedy ludzkie życie kończyło się nagle, brzydko i w sposób wymagający specjalistycznego sprzątania. Torebka była mała, markowa, zniszczona przy pasku, ale nadal warta więcej, niż Mei zarabiała za kilka normalnych godzin pracy. Pamiętała, że leżała pod przewróconym fotelem, ubrudzona kurzem i czymś, czego wolała nie identyfikować. Zgarnęła ją wtedy odruchowo. Nie pierwszy raz zresztą. Nie była złodziejką w tradycyjnym sensie, nie okradała trupów z obrączek i nie przeszukiwała kieszeni z chciwością. Ale czasem, po sprzątaniu, zostawały rzeczy, których nikt nie chciał, nikt nie odbierał i które i tak skończyłyby w kontenerze. Torebka była zniszczona, ale dobra. Leif potrafił takie rzeczy przywracać do życia, więc wywęszyła dobry interes. Mogła się jednak spodziewać, że wszystko się spieprzy – miała pecha we krwi.
    Dokończyła papierosa i ruszyła przed siebie, doskonale wiedząc, co się stanie. Porwanie, przesłuchanie, może jakieś pobicie. Znała to z autopsji, nic wielkiego, trochę będzie boleć, zostanie kilka siniaków albo blizn, ale ostatecznie wciąż była przydatna, więc wątpiła w to, że skończy z poderżniętym gardłem gdzieś za rogiem.
    I jasne, mogła być przygotowana, mogła doskonale wiedzieć, co się wydarzy, ale i tak zaczęła piszczeć i się wyrywać, gdy auto gwałtownie się zatrzymało, a męska, duża, śmierdząca dłoń zatkała jej usta. Mei próbowała się jakoś oswobodzić, zacząć normalną rozmowę, ale nie była w stanie, więc ugryzła rękę – udało się to tylko częściowo, ale usłyszała satysfakcjonujące przekleństwo.
    — Gdzie jest torebka? — zapytał mężczyzna, który wciągnął ją do samochodu.
    — U twojej matki. Ma świetny gust — warknęła, odchylając gwałtownie głowę w tył, by móc to powiedzieć.
    Dostała w brzuch. Cios był precyzyjny i wystarczająco mocny, żeby na kilka sekund odebrać jej powietrze. Mei zgięła się wpół, łapiąc oddech przez zaciśnięte zęby, a w oczach stanęły jej łzy, bardziej ze złości niż bólu.
    — Spróbujmy jeszcze raz — powiedział mężczyzna w ciemnych okularach. — Torebka. Gdzie jest?
    — Nie mam jej. — Mei przełknęła ślinę.
    — Wiemy — odparł krótko. — Oddałaś ją komuś. Komu?
    Mei poczuła zimno pod żebrami. Leif. To jemu oddała tę pierdoloną torebkę, nie mając pojęcia, że w jej podszewce zaszyto coś cennego.
    — Oddałam do lombardu — skłamała.
    Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę, a potem uśmiechnął się zimno.
    — Do którego? — spytał.
    — Tego z szyldem.
    Tym razem dostała w twarz. Otwarta dłoń odrzuciła jej głowę na bok, a w ustach natychmiast poczuła metaliczny smak krwi. Przez chwilę słyszała tylko szum w uszach i własny, ciężki oddech. Kurwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Komu ją oddałaś?
      — Mówiłam. Twojej matce. — Mei powoli odwróciła twarz z powrotem i posłała facetowi uśmieszek.
      Mężczyzna złapał ją za włosy i szarpnął do góry.
      — Nazwisko.
      Nie mogła powiedzieć, że oddała ją Leifowi. Był jej znajomym, zadawał mało pytań i płacił gotówką, co zwykle bardzo w nim ceniła. Poza tym jednak to ona przyniosła mu tę cholerną torebkę, to ona zgarnęła ją po sprzątaniu i to ona chciała zarobić. Zweig był niewinny.
      — Nie znam nazwiska — powiedziała w końcu.
      — Imię.
      — Nie pamiętam — syknęła.
      — To sobie przypomnisz.
      Po rozmowie ze zbirami u Leifa pojawiła się dopiero po ponad godzinie. Nie wiedziała, jak udało jej się tam dojść. Pamiętała pojedyncze rzeczy: zimny wiatr przy mokrym policzku, światła samochodów rozmazujące się przed oczami, ból w żebrach przy każdym głębszym oddechu i własne dłonie, które drżały tak bardzo, że dwa razy upuściła papierosa, zanim w ogóle zdążyła go zapalić.
      Wszystko się zjebało, a teraz Mei-Mei musiała ponieść tego konsekwencje. Albo odzyska torebkę, albo zostanie truchłem, które zgnije w jakimś nieznanym grobie. Uderzyła pięścią w drzwi od mieszkania Leifa, z fajką w ustach, rozciętą wargą, siniejącym policzkiem, trzymając się za żebra, i z reklamówką kupionego po drodze piwa, bo wątpiła, aby Zweig udźwignął to na trzeźwo. Kurtkę miała brudną, rękaw naderwany, a przy nadgarstkach czerwone ślady po plastikowych opaskach, którymi została skrępowana w trakcie miłej rozmowy.
      — Mamy przejebane — odezwała się, gdy mężczyzna jej w końcu otworzył, a potem, nie czekając, aż każe jej wejść, wepchnęła się do środka. Odwróciła się do Leifa, przeczesała mokre włosy i ulizała je do tyłu.— Pamiętasz tę torebkę? Tę czarną, markową? Błagam, powiedz, że jeszcze jej nie sprzedałeś…

      Mei-Mei Wong 👜💎

      [Panowie zatroskani się pojawili u Mei, więc Mei zjawiła się u Was, o! :D Teraz tylko czekać, aż panowie sobie wbiją do Leifa xD Hmm, może znać ją też jako Mei albo Mei-Mei, jeśli np. założymy sobie, że ta dwójka spotyka się od czasu do czasu na jedzeniu czy alkoholu w Chinatown, więc jak wolisz :D]

      Usuń
  13. — Zawsze jest co ukraść… — mruknęła, a potem naprawdę miała problem, aby nie okazywać dumy z siebie. Andrea wychowywała się z całą masą rodzeństwa, różnego, a w ciągu jej życia pojawiały się też nowe siostry i bracia, kiedy ci osiągając pełnoletność decydowali się na wyprowadzkę z rodzinnego domu Wilsonów. To dosłownie była pełna chata, wszędzie było ich pełno, a każdy był inny i każdy podkradał drugiemu, a to kosmetyki, a to lunchboxy do szkoły, a to płyty CD czy ciekawe magazyny o modzie. Było wiele rzeczy, które można było ukraść i schować w obawie przed znalezieniem, a więc ostatecznie zgubić i obie strony pozostawały bez przedmiotu spornego.
    Andy miała więc sprytne palce, co Leif mógł poczuć, choć dziewczę w ogóle nie pomyślało o miejscu, do którego je pchało. A mogłaby, wtedy pewnie zarumieniłaby się jeszcze bardziej niż przy starej matronie. Nie zrobiła tego jednak, bo naprawdę była ukierunkowana na smycz, którą dopiero co wieszał na swojej szyi, a nie na… inne Leifowe atrybuty. Mogłaby. Była młoda, ciekawa świata i doznań, ale mimo tej chęci pokazania mu, że wie, jak coś ukraść, nie była aż tak śmiała, aby prezentować inne umiejętności.
    I znowu! Zaśmiała się w głos, gdy młody mężczyzna zaczął jej uciekać. Jak dobrze, że miała smycz! W tych niebotycznie wysokich, jak na nią, obcasach, w tej eleganckiej sukience musiała wyglądać doprawdy uroczo, prowadząc dorosłego faceta na smyczy. Z pracy. Ale miał obrożę.
    Taka rozrywka nie wymagała zasobów finansowych, może dlatego Andrei wcale nie spieszyło się z tego, aby z chodnika zejść. Miała ograniczone finanse, a wypad do klubu, choć wcześniej nie protestowała, jawił się jako dość drogi wypad. Musiała to przekalkulować, ale poza tym, że była w stanie wyliczyć mu sekundy i wskazać absurd pomysłu, tak… szumiało jej w głowie na tyle przyjemnie, a bąbelki ponoszyły się w krwiobiegu, że wcale nie myślała o konsekwencjach.
    Ręka Andy wystrzeliła ku górze, razem z Leifem, który niespodziewanie znalazł się dużo wyżej ponad poziomem głowy Wilson, która spojrzała w górę i zmarszczyła nosek, jednak z bezpiecznej odległości obserwując jego akrobację. Śmiała się, choć było to głupie i lekkomyślne, ale nadal trzymała smycz.
    — Nauczę cię — dodała. — Chodzić cię przy nodze. — Zaśmiała się znowu. Boże. Co z nią było nie tak? Już dawno się tak nie śmiała. — Kaganiec…? — urwała, gdy dotarł do niej sens wcześniejszych słów. Zweig bezpiecznie, no powiedzmy, zrównał znowu z nią poziom i Wilson wcale nie protestowała, gdy jego dłoń wylądowała w jej talii. Czemu miałaby? Tam nic nie mógł jej ukraść.
    — A gryziesz? — spytała niby to z przestrachem, niby z prowokacją, która wybrzmiewała w lekko zachrypniętym od bąbelków i śmiechu głosie.
    Spoważniała jednak, gdy zasugerował opóźnienie.
    — Ubera do Jupitera? — spytała, chichocząc znów. Czy wszystko miało się od teraz rymować. Smycz przełożyła do drugiej dłoni, tej, której było bliżej jej własnego biodra i cudownej bransoletki-obroży. Drugą objęła Zweiga w pasie, co miało dodać im stabilizacji na nowojorskim chodniku. Pewności w krokach. — Nie podniesiesz mnie — zauważyła, kręcąc lekko głową. Drobna była, szczuplutka, ale jednak zawsze niezręcznym jej się wydawało to, że ktoś mógłby nosić to jej niewielkie ciałko na rękach.
    — O, tu też masz kieszeń… — zauważyła, kiedy jej kciuk zahaczył o tylną kieszeń w spodniach Leifa. Odpuściła sobie jednak wsuwanie tam palców. — Chodźmy, chcę zatańczyć. I ukraść drinka.

    Andrzejka

    OdpowiedzUsuń
  14. — Dzięki za komplement. „Wyglądasz jak koszmar” to dokładnie efekt, o który mi dziś chodziło — odpowiedziała, przewracając oczami.
    Gdyby miała wybierać, wolałaby przyjść do Leifa jedynie z podkrążonymi ze zmęczenia oczami, a nie siniakami i prawdopodobieństwem, że dość mocno stłuczono jej żebra, tylko że w tej sytuacji cudem i tak było to, że wciąż oddychała.
    Najchętniej po prostu by o tym zapomniała albo pieprzyła to wszystko, bo ostatecznie każdy musiał jakoś umrzeć, więc co za różnica, jeśli zginie teraz? Zawsze powtarzała swojemu starszemu bratu, dłużnikowi, żeby najpierw myślał, potem robił, a teraz była taką samą idiotką jak on. Jak widać, nawet swoich rad czasem trudno było słuchać.
    Mei dała się poprowadzić tylko dlatego, że gdyby spróbowała wyrwać łokieć, prawdopodobnie zabolałoby ją bardziej niż jego. Przez myśl jej przeszło, że może i tak właśnie wyglądała karma; zrobiła coś chujowego, więc musiała trochę pocierpieć, żeby wszechświat mógł żyć w równowadze.
    — Leif — powiedziała cicho. Patrzyła mu w twarz szeroko otwartymi oczami, nie mrugając. — Błagam cię, powiedz mi, że wiesz, komu sprzedałeś tę torebkę…
    Duma w jego głosie, gdy mówił o sprzedanych rzeczach i planach, żeby dać jej większą sumę później, kiedy sprzeda wszystko, była niemal obraźliwa. Nie dlatego, że zrobił coś źle. W zwykłych okolicznościach sprzedaż torebki byłaby świetną wiadomością. Mei przyszłaby, odebrałaby gotówkę, może poszliby coś zjeść i wylądowaliby w boksie karaoke, fałszując i wyjąc do hitów Madonny albo Michaela Jacksona, i może przez piętnaście minut udawałaby, że wcale nie jest zadowolona, bo szczęście w rodzinie Wongów należało okazywać ostrożnie, najlepiej przez narzekanie.
    Przez chwilę milczała, próbując zebrać myśli. To nie było łatwe. Głowa bolała ją z boku, w ustach czuła metaliczny posmak krwi, a każdy głębszy oddech przypominał o tym, że ktoś naprawdę mocno przyłożył jej w żebra. Do tego Leif, cudowny Leif, chaos w ludzkiej skórze, właśnie oznajmił, że zdążył sprzedać przedmiot, za który jacyś ludzie byli gotowi porwać ją z ulicy. Świetnie. Po prostu świetnie.
    — Posłuchaj mnie bardzo uważnie — powiedziała, zwilżając językiem dolną wargę. — Ta torebka nie była tylko drogą, zniszczoną torebką po… no wiesz, martwej kobiecie. I wiem, że brzmię teraz jak wariatka, ale musisz mi pomóc, Leif. Ludzie, którzy mnie tak urządzili, szukali tej torby. Pytali, komu ją dałam, gdzie jest, czy zajrzałam do środka i czy rozprułam podszewkę. Jeden z nich wspomniał coś o jakimś kamieniu… i spokojnie, nie powiedziałam twojego imienia, tylko że nie wiem, czy to cokolwiek zmienia w tym, że ty i ja brodzimy w takim gównie, że nie domyjemy się przez co najmniej miesiąc.
    Zajęła ciężko stołek, zupełnie bez gracji, a potem syknęła, gdy Leif złapał ją za podbródek, mimo że nie zrobił tego mocno. W zasadzie zrobił to ostrożnie, dwoma palcami, jak człowiek, który naprawdę próbował zobaczyć, czy nie powinna przypadkiem jechać na SOR, ale jej ciało i tak zareagowało szybciej niż głowa. Szarpnęła się minimalnie, ręka odruchowo powędrowała do jego nadgarstka, a oczy błysnęły ostrzegawczo. Mei-Lan Wong przypominała teraz bezdomnego, czarnego kocura, który nie zawahałby się odgryźć komuś palców za to, że w ogóle wyciągnął do niego dłoń.
    Dopiero po sekundzie poluzowała palce i puściła jego nadgarstek, wzięła od niego zimną puszkę Mountain Dew i przyłożyła ją do obitego policzka. Odetchnęła cicho.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Sprzedane — powtórzyła, uśmiechając się prawie jak szaleniec. — No świetnie. Fantastycznie. Cudownie, kurwa… — Odstawiła puszkę na blat z głuchym stuknięciem. — Czyli nie mamy już torebki, mamy za to gotówkę i perspektywę krótkiego życia. Cóż, zawsze wiedziałam, że umrę młodo.
      Zaśmiała się krótko, ale zaraz skrzywiła, bo śmiech pociągnął za sobą ból w żebrach. Przyłożyła dłoń do boku, oddychając płytko przez nos, aż najgorsze kłucie minęło.
      — Nie patrz tak — rzuciła do Leifa, choć nawet nie była pewna, jak dokładnie patrzył. Miał ją za wariatkę, idiotkę czy było mu jej żal? — Nadal żyję. To dziś mój największy sukces.
      Pomacała kieszeń przy kurtce i wyciągnęła paczkę fajek. Gdy Leif kończył opatrywać jej twarz, Mei zapaliła papierosa, rozkoszując się smakiem nikotyny – być może to był jeden z ostatnich szlugów, jakie miała szansę odpalić, więc zamierzała smakować każdego bucha, jakby paliła cygaro za tysiące dolarów.

      Mei-Mei Wong 🐈‍⬛💎

      Usuń
  15. — Empirycznie? — powtórzyła wielce zaskoczona, spoglądając na Leifa, trwając wciąż w tym niezobowiązującym – prawda, że w niezobowiązującym? – objęciu. Spojrzenie ciemnobrązowych oczu skupiła na poruszających się niemal nieustannie ustach. Leif dużo mówił. Było go dużo i Andy, która raczej należała do stonowanych, spokojnych osób, nie była w stanie tego nie zauważyć. Nie przeszkadzało jej to. Dobrze jej było, kiedy ktoś jednocześnie i przyćmiewał, i zarażał ją swoją energią. Wychyliła się nieco do przodu, znowu spowalniając ich spacer, ale chciała mieć lepszy ogląd na męskie wargi… znaczy się zęby. — Ale nie masz wścieklizny? — spytała, bo faktycznie rozważała te całe empiryczne testowanie. Głupia była. A może po prostu wstawiona na tyle, aby nie przejmować się konsekwencjami. Dzisiejszy wieczór, noc, czas nagle znalazł nowe motto, znaczy się Andy je znalazła, w swojej głowie. Żyj szybko, umieraj młodo. Tak. Ta pierwsza część jej się podobała, a Nowy Jork zdecydowanie nastrajał do tego typu aktywności, do życia szybko, a żeby żyć szybko, trzeba było próbować różnych rzeczy. Szybko i niekoniecznie w przemyślany sposób, co ostatecznie prowadziło do tego rychłego umierania, ale o tym Andrea nie myślała. Wiedziała, że przed nią długie i dobre życie, a może nawet i zamożne, jeśli odniesie sukces w Hollywood. — Mhmmmm, dzisiaj nie czwartek? — mruknęła ostatecznie i wróciła do pionu. Sama przygryzła dolną wargę, ale nie zrobiła nic poza tym. Szli w końcu go Jupiter Disco.


    A Jupiter i jego disco niesamowicie zaskoczyło Andy, która była zachwycona wnętrzem, neonami i muzyką, którą aż porywała do tańca w rytm starych, popularnych kawałków. Pasowała tu strojem, a że po drodze zdołała rozpleść koczka i rozpuścić długie, falowane włosy, ktoś mógłby nawet uznać ją za divę. Oparła się o bar, nieopodal Leifa, ugięła jedną nogę w kolanie i obcasikiem niemal dotknęła swojego pośladka, stając na palcach drugiej stopy, co by wyjrzeć przez wysoką ladę. Słuchała przy tym mężczyzny, więc siłą rzeczy nachylała się też w jego stronę i tak balansując na jednej półstopie, zastanawiała się nad wyborem drinka.
    Obstawiała, że skusi się na klasyczne martini z oliwką. Albo sztandarowy drink ostatnich imprez – aperol spritz. Przeleciała spojrzeniem po szeregu przeróżnych butelek, aby ostatecznie skupić swą uwagę na Zweigu. Stał do niej bokiem, a ona na swoim odkrytym ramieniu oparła brodę i mruknęła. Mógł tego nie usłyszeć, właściwie było to całkiem realne, w końcu ciągle grała muzyka, a Andrea patrzyła na niego teraz tak, jak największa filmowa kusicielka. Za chwilę jednak jej buźkę rozjaśnił szeroki uśmiech.
    — Ninth Eye poproszę. Może zobaczę coś, czego nie widzę — odpowiedziała, przysuwając się jeszcze bardziej w jego stronę, kiedy stanęła już na dwóch pełnych stopach. Obcasach, znaczy się. — Dla reżysera to chyba ważne, nie?
    Spytała, ale nie wyrywała się w kierunku barmana. Skoro była tutaj w towarzystwie kieszonkowego dżentelmena, zamierzała z jego manier skorzystać. Czuła jednak, że empirycznych doznań może wcale nie być jej tak mało. Muzyka, neony, gęste, duszne powietrze, ludzie w pobłyskujących, cekinowych koszulach i jedwabnych, gładkich sukienkach. Och. Klimat tego miejsca, niewielkiego, kameralnego, miał w sobie coś, co sprawiało, że Andrea chciała mieć je w swoim teledysku. Odwróciła się tyłem do kontuaru i wsparła o nań łokciami, kierując swoją uwagę na ścianę naprzeciwko.

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  16. [Dziękuję za przywitanko! Ej, pomysł z drapakiem nie jest taki zły... teraz Rei musi tylko ogarnąć w swoim żyćku kota, albo dwa xD
    Jeśli nie macie nas dość, to ja chętnie wplątałabym w coś Leifa i Rei. W końcu nie może być za łatwo, o!]

    Reilynn Bothwell 📖✍️

    OdpowiedzUsuń
  17. — Co bym chciała zobaczyć? — spytała, gdy stali jeszcze przy barze, czekając na swoje drinki. Wydęła policzki, by po chwili ze świstem, który mógł nie być słyszalny przez to, jak głośno leciała to muzyka, ale z pewnością widoczny, skoro ułożyła usta w dzióbek. I niby rozglądała się dookoła, ale często spojrzeniem ciemnobrązowych oczu wracała do Leifa, bo stanowił on dla niej wyjątkowo przyjemny widok. Zwłaszcza, gdy tak palcami wystukiwał rytm, gdy kiwał głową, a nawet i tupał nogą. Podobało jej się to, że Zweig wyglądał tak, jakby płynęła przez niego muzyka. Podobało jej się to, jak pasował do tego miejsca z tymi swoimi kieszeniami, fryzurą w nieładzie i błyskiem w oku.
    Andrea wyprostowała się, stanęła znowu bokiem do baru, wyciągnęła dłonie przed siebie, aby z kciuków i palców wskazujących utworzyć ramkę. Zmrużyła oko, gdy Leif znalazł się w jej centrum i skinęła głową.
    — Ciebie. Tutaj. W teledysku. Myślisz, że się uda? — Powinna to pytanie zadać właścicielowi lokalu. Powinna też uwzględnić, że Leif mógłby nie chcieć brać udziału w nagraniach do teledysku anonimowej twórczyni na YouTube, która przestanie być dla niego znowu tak anonimowa, jak dla reszty świata.
    Pokręciła rozbawiona głową, gdy wmawiał jej okrutne manipulacje, co samo w sobie było okrutne. Miał jednak rację, to reżyserzy odpowiadali za to, co inni widzieli, wtłaczali im w mózgownice obrazy, które tkwiły w ich głową, ale najpierw…
    — Reżyser musi wiedzieć, co widzi i widzieć to, czego nie widzą inni, aby uznali wyższość reżysera — uzasadniła bardzo racjonalnie, swoją potrzebę posiadania co najmniej dziewiątego oka, aby zobaczyć coś więcej. Tego wieczoru, w Jupiterze, gdzie neony odbijały się łunami na ich skórze, tworząc kolorowe poświaty, widziała głównie Leifa, który z różowo-fioletowym policzkiem wyglądał całkiem dobrze.
    Doceniali więc podobne kadry, ale nawet sobie o tym nie mówili. Może i dobrze, bo Andy śmiała była, kiedy przychodziło wkładać ręce do cudzych kieszeni, nie wtedy, kiedy musiała przyjmować komplementy. Z ich darowaniem jeszcze jakoś sobie radziła, ale zwykle starała się to robić w sposób mniej oczywisty niż bardziej.
    Sięgnęła po podawany jej drink. To akurat umiała przyjmować i umiała też pić alkohol. Do pewnego momentu oczywiście, bo zbyt mocnej głowy to-to ona nie miała. Ale nie narzekała. Biedna była, to i stać jej nie było. Zwłaszcza na takie wyszukane drinki. Nie myślała jednak teraz o tym. Próbowała nie myśleć.
    Uniosła szklaneczkę, gotowa do toastu.
    — Świetny jesteś w spełnianiu życzeń, ale chyba jednak nie chcę z tobą zatańczyć, skoro zaraz potem zwiniesz się do swojej lampy — zauważyła, posyłając mu promienny uśmiech. — Za… — urwała, wciąż trzymając szkło w górze. — O, wiem! — mruknęła, przestąpiła z nogi na nogę, niby to przypadkiem kolejny krok w jego stronę czyniąc. — Za kolejne okazje do spełniania życzeń… — stwierdziła śmiało, doskonale wiedząc, co się z tym wiąże. Wspólne spędzanie czasu, do którego przy końcu projektu stracili logiczny pretekst, ale Wilson miała mało przyjaznych duszy w Nowym Jorku i z żalem wypuściłaby dżinna Leifa ze swoich rąk.
    Zrobiła łyk drinka, smakując go w uroczy sposób, gdy lekko pociamkała.
    — O, ananas. Po co mu sól? — wróciła teraz myślami do kolegi Leifa, wcale nie negując jego istnienia. Bardziej interesowało ją to, dlaczego ktoś postanowił nosić na imprezy sól. Jej myśli nie biegły w kierunku trunku z agawy. Daleka była od tego. Bliżej była ananasa, który pozostawił przyjemny, gładki posmak w jej buzi.

    Andrea Wilson 📸

    OdpowiedzUsuń
  18. Zrobiwszy wyjątkowo wyimaginowane zdjęcie Leifowi, uchwycając ten kadr pomiędzy swoimi palcami, chciała do niego wracać. I czuła, że wróci, choć Zweig, który jej się ukłonił, nie podjął tematu teledysku. A szkoda, bo Andy wcale nie była namolnym stworzeniem, Mogła coś zaproponować, ale nie naciskała. Szkoda. Podwójna. Bo Leif przecież nie wiedział, że Andy teledyskuje na jutubie, a Andy chyba o tym zapomniała. Pozostali więc w impasie, żadne jednak zdawało się szczególnie nie narzekać. Może dlatego, że to nie były okoliczności do narzekania.
    Bo gdzie tak? W Jupiter Disco powinni dyskotekować, czyli pić drinki i tańczyć, choć tego drugiego Andrea przez chwilę postanowiła Leifowi poodmawiać. Z przekory głównie, ale też faktycznie, jakby obawiała się, że chłopak jej zniknie. Spełni ostatnie życzenie i tyle go widziała! Nie żeby nie miała namiarów na art directora. Bo miała. I nagle, dopiero teraz, zaczęła się głowić, dlaczego chciałby być piratem. A może w końcu nie chciał? Wilson wcale już nie była pewna tego, co mówił Leif, a czego nie mówił, co dopowiadała sobie sama.
    — Och, ty mój biedny uciemiężony niesprawiedliwością Leifie! — zawołała teatralnie, czym dała mu do zrozumienia, że aktorką jednak byłaby kiepską, a jej miejsce było zdecydowanie po drugiej stronie. Tej niewidocznej, znacznie bardziej magicznej i odpowiedzialnej.
    Rozmowa była płynna, szczeniacka nieco, dopóki nie zeszli na temat reżyserii, mimo tej wielce dramatycznej wstawki samej Andrei, która nie czuła się zgorszona własnym brakiem umiejętności. Poczuła się jednak odrobinę niepewnie, gdy tak mądrą tezę rzucił sam Zweig. Puściła więc w niepamięć, pewnie tylko kwestię soli i tequili. Może napiliby się tequili? Myśli Andrei płynęły w rytmie bąbelków, które pochłonęła na tej eleganckiej aukcji. Teraz była już mniej elegancka. Rozpuszczone włosy miękko spływały po plecach, oczy błyszczały, a na jej buzi odbijały się neonowe światła.
    Zrobiła kolejny, ostrożny łyk drinka i westchnęła. Trochę czuła się jak na jakimś kolosie. Nie na gigancie, ale jednak kolosie, bo pytanie Leifa potraktowała poważnie. Andrea chciała być reżyserem i producentem, ale kochała też trzymać kamerę w ręce. Aparat również. Lubiła kadry. Lubiła twarze ludzi. Lubiła tłumy, ale tylko na zdjęciach.
    — Myślę, że coś w tym jest, jeśli potraktować kamerę nie jako zwykłe, pospolite narzędzie kamerzysty, a jako przedłużenie myśli reżysera. Aleeee… — celowo przeciągnęła samogłoskę. Nie musiała jednak nic więcej mówić, wyręczył ją Leif. Dosłownie. Tematem o rękach, podczas gdy jego dłonie, jedna jego dłoń znalazła sobie miejsce na jej talii, całkiem szczupłej zresztą, a ona jakby straciła na moment dech. Jeszcze przed chwilą była taka śmiała, doskonale pamiętała, że to ona się przysunęła, a teraz języka w buzi jej zabrakło, kiedy okazało się, że Zweig jest faktycznie tak blisko. Bardzo blisko.
    — Chcą tańczyć — odparła tylko, dopiła drinka. Może nie powinna tak eksować, może to się piło elegancko, ale na barze odstawiła puste szkło. Może był to gest dla odwagi, może desperacji, ciężko było twierdzić. Druga dłoń, ta, która nie odstawiała kieliszka, odnalazła się na biodrze Leifa. Krótko. Ledwo je musnęła, robiąc w końcu głębszy wdech. Odsunęła się od baru, niechybnie uciekając spod dotyku chłopaka. Trudno jednak było ukryć gęsią skórkę, która rosiła teraz jej odkryte ramiona. Śmiało, śmielej sięgnęła po jego dłoń, chwyciła palcami kilka palców Leifa i ruszyła w stronę strefy do tańca. Prowadziła go za sobą, w migotliwych neonach, w rytm muzyki disco, techno, czy jakiejkolwiek innej, która ponosiła jej nogi do tańca. I ręce również. Obróciła się przez ramię na Leifa, spojrzeniem rzucając mu niemałe wyzwanie.

    Andrea Wilson 💃

    OdpowiedzUsuń
  19. Uśmiechnął się nieznacznie widząc gest wykonany przez niespodziewanego gościa. Założyłby się, że jednego z wielu, którzy dzisiaj tutaj nocowali, bo niemal codziennie pojawiał się wśród nich jakiś dawno niewidziany znajomy, przyjaciel, kuzyn, czy też inny Jaś wędrownik, który akurat nie miał gdzie się podziać. On także odkąd odebrał czek z rąk znamienitego jury The LensCulture Street Photography Award i zakończył swoją pierwszą wystawę bywał w tym apartamencie wyłącznie gościem. Pragnąc nie tylko utrzymać stały poziom, ale także wciąż rozwijać talent jakim w swej ogromnej łaskawości obdarzyła go przy narodzinach Matka Natura musiał codziennie poszerzać duchowe horyzonty, co w jego definicji wiązało się z byciem wiecznym nomadą. Cóż, jego rodzicielka także kochała podróże. Szkoda tylko, że przekładała je aż tak bardzo nad nawiązanie choćby najmniejszego zalążka relacji z własnymi dziećmi… Cóż, było minęło. Po latach potrafił jej to nawet przebaczyć. Przynajmniej w pewnym stopniu, bo jakaś jego część przy okazji niemal każdych świąt nadal uparcie podszeptywała, że gdyby zaangażowała się w ich życie trochę bardziej, być może on i młodziaki nie zostaliby aż tak wcześnie rozdzieleni i teraz potrafiliby wymienić między sobą coś więcej niż kilka krótkich zdań lub SMS-ów.
    - Nie miałeś nigdy problemów z powodu tego salutowania ? – Zapytał, przekrzywiając nieznacznie głowę, bo wydawało mu się, że gdzieś w oddali usłyszał stukot pazurów. Najwidoczniej zwierzaki musiały wyczuć ostry zapach szakszuki oraz świeżo upieczonych tostów i postanowiły przyjść, by upomnieć się o swoje.
    Przy okazji przypomniał sobie jak głośno krzyczała na nich Pani Ende, postawna opiekunka z bidula, gdy czasem zdarzyło im się wykonać dla żartu taki sam gest. Dosłownie aż szyby w oknach dygotały, a człowiek natychmiast stawał na baczność. A potem zazwyczaj za karę musiał pisać jakieś nudne wpracowanie na temat różnorakich form amerykańskiego patriotyzmu albo szykować materiały na kolejne wojskowe święto, by podziękować wszystkim żołnierzom za ogromną ofiarność, dzięki której mogli wieść względnie spokojne życie w jednym z najbogatszych państw świata.
    - Zaraz poszukamy. – Odparł, podchodząc do lodówki i niemal natychmiast czując na plecach dotyk zimnego nosa. A właściwie to kilku, bo za jego własnymi psiakami do kuchni przybieżyło jeszcze istne stadko futrzaków należących do jego współlokatorów. – To by było na tyle ze spokoju. – Westchnął ciężko, jedną ręką starając się wyjąć pierwsze opakowanie roślinnego mleka spośród wielu zalegających na półkach, a drugą odpędzić się od jak zwykle najbardziej nachalnego Kavy, który gdyby tylko mu na to pozwolił, najchętniej obsłużyłby się samodzielnie. Nie było to najłatwiejsze zadanie, ale ostatecznie jakimś cudem karton wylądował na blacie w nienaruszonym stanie. – Leif, zajmij się nimi przez chwilę. Miski stoją pod zmywarką, a karmy znajdziesz w szafkach przy oknie. Tych, na których Mia wymalowała papugi. – Rzucił przez ramię w stronę szatyna z miną cierpiętnika. – Ja w tym czasie wydobędę resztę, żebyś miał w czym wybierać i poczuł się jak w profesjonalnej kawiarni. Dosłownie, bo zanim zająłem się na dobre profesjonalną fotografią zarabiałem m.in. jako barista. – Skupił się ponownie na poprzedniej czynności. Już po niecałej minucie na wyspie kuchennej utworzył się równy szereg złożony z mleka o smaku wanilii, kokosa, owsa, orzechów laskowych, nerkowców, ryżu i migdałów, bo każdy z mieszkańców miał swoje osobiste preferencje co do jego aromatu. – Dajesz. – Przeciągnął się z sykiem, ponieważ skutki nocnego biegania po piętrach luksusowego hotelu z powycieraną już w kilku miejscach ze starości torbą kryjącą cały sprzęt niezbędny do sprawnego przeprowadzenia sesji po tych dodatkowych ćwiczeniach dały znowu o sobie znać.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  20. Przewróciła oczami, słysząc jego tekst o swojej twarzy. Owszem, nie wyglądała ładnie, być może nigdy tak nie wyglądała, ale akurat teraz nie chciała o tym rozmawiać. Spojrzała w jego stronę głównie dlatego, że mówił zbyt spokojnie, jakby nie raz znajdował się już w takiej sytuacji. Dziwne.
    — Coś ładnego? — powtórzyła, unosząc minimalnie brew, choć zaraz tego pożałowała, bo skóra przy obitym policzku zaprotestowała bólem. Prychnęła cicho, choć utrzymała wzrok przy jego twarzy.
    Nie od razu zrozumiała, co sprawdzał. Przez pierwszą sekundę była przekonana, że po prostu próbuje ją jakoś rozbroić, zrobić tę swoją leifową sztuczkę, w której żart zastępował normalną reakcję człowieka. Dopiero kiedy zauważyła, że przygląda jej się uważniej niż zwykle, że śledzi jej oczy, a nie siniaki, dotarło do niej, że to nie był tylko żart. Sprawdzał ją.
    — Patrzę — mruknęła. — Widzisz? Źrenice reagują, wzrok skupiony, poziom wkurwienia stabilny. Diagnoza: żywa i nieznośna.
    Kiedy otworzył apteczkę, odruchowo spięła ramiona. Nie dlatego, że bała się Leifa. To byłoby idiotyczne. Leif był człowiekiem, który wyglądał, jakby mógł przypadkiem podpalić własną kuchnię podczas gotowania wody, ale nie jak ktoś, kto chciałby zrobić jej krzywdę. Ale kiedy przysunął wacik do jej ust, Mei automatycznie cofnęła głowę o kilka centymetrów.
    — Dobra — powiedziała przez zęby. — Rób.
    Przymknęła oczy, kiedy sól fizjologiczna dotknęła rozciętej wargi. Zapiekło tak paskudnie, że syknęła i odruchowo syknęła:
    — Kurwa, Leif!
    Nie odsunęła się jednak. Pozwoliła mu przemyć usta, choć każdy dotyk gazika był zbyt dotkliwy. Dopiero gdy skończył, odetchnęła płytko, przejechała językiem po dolnej wardze i natychmiast się skrzywiła.
    — Świetnie. Smakuję jak szpital.
    Papierosa wyciągnęła bardziej z potrzeby posiadania czegoś między palcami niż z prawdziwej ochoty. Dłonie nadal lekko jej drżały, a ona nie miała zamiaru tego komentować. Zapaliła, zaciągnęła się raz i właśnie zaczęła czuć, jak nikotyna głaszcze w idealny sposób jej płuca, gdy Leif zabrał jej fajka. Mei zastygła.
    — Czy ty właśnie odebrałeś papierosa kobiecie po porwaniu? — W jej głosie słychać było niedowierzanie. — Odważnie. Głupio, ale odważnie.
    Wyciągnęła rękę, jakby zamierzała mu wyrwać papierosa, ale wtedy Leif się zaciągnął i natychmiast zakaszlał. Mei patrzyła na niego przez sekundę, dwie, a potem parsknęła śmiechem. Natychmiast złapała się za żebra i skrzywiła.
    — Nie rób tego — syknęła. — Nie rozśmieszaj mnie, ty dupku. — Obserwowała, jak zgasił papierosa. — Czy ty właśnie zgasiłeś mojego papierosa na własnym blacie?
    Rozejrzała się po mieszkaniu z czymś pomiędzy niedowierzaniem a szacunkiem.
    — Wiesz co, może jednak nadajesz się do życia w kryminale. Masz już naturalną pogardę dla mienia.
    Mei popatrzyła na tabletki w jego dłoni, potem na opakowanie, które podniósł z podłogi i zaczął miętolić między palcami, jakby od tego nerwowego ruchu miało zależeć ich dalsze przeżycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co to? — zapytała podejrzliwie, ale wzięła tabsy, przełknęła je z wodą, skrzywiła się i odstawiła szklankę na blat. — Nikt bardziej obeznany nie będzie mnie oglądał — dodała jeszcze. — Nie dzisiaj.
      Wiedziała, że to głupie, oczywiście, że wiedziała. Ktoś rozsądny pojechałby do szpitala. Ktoś rozsądny powiedziałby prawdę, pozwolił się zbadać, zrobił zdjęcie żeber, przyjął zimny kompres, może policję przy łóżku, ale Mei nie mogła tego zrobić.
      — Zgarnęli mnie — powiedziała w końcu. — Z ulicy. Czarny samochód, ciemne szyby... nie pamiętam zbyt wiele.
      Ot, cała historia, nie było w tym wybuchów, strzelaniny ani bohaterów. Wszystko działo się szybko, konkretnie, a Mei żyła jeszcze tylko dlatego, że miała załatwić tę torebkę. Westchnęła ciężko, podejrzewając, że to będzie naprawdę chujowy tydzień. Zerknęła w stronę Leifa, który wyłuskiwał z blistra tabletki i wrzucał je sobie do ust z miną człowieka, który właśnie podjął jakąś dramatyczną decyzję medyczną.
      — Czy ty właśnie… — zaczęła powoli. — Czy ty właśnie zeżarłeś sześć tabletek witaminy C? Leif, jeśli zaraz umrzesz, bo przedawkowałeś witaminę C, to przysięgam, że to będzie najgłupsza śmierć w historii.
      Chciała powiedzieć coś jeszcze, coś bardziej kąśliwego, ale wtedy zaproponował trzymanie się za ręce, a ona parsknęła śmiechem.
      — Nie rozśmieszaj mnie, idioto — wysapała, łapiąc się za żebra. Mimo to, kiedy sięgnął po jej dłoń, nie wyrwała jej od razu. Spięła się, oczywiście. Cała, od ramion po palce u stóp. Jej ciało znowu zareagowało szybciej niż rozsądek, gotowe szarpnąć się, odsunąć, ugryźć, zrobić cokolwiek, byle tylko nikt jej nie trzymał. Leif nie był jednak żadnych zbirem, a chaosem z apteczką, witaminą C i samobójczym zwyczajem otwierania drzwi bez patrzenia w judasza, więc Mei zacisnęła szczękę i pozwoliła mu wziąć swoją rękę.
      — To bardzo dobrze. Przez sekundę byłam pewna, że powiesz coś w stylu: „Miała twarz i chyba dwie ręce”, a wtedy musiałabym cię zabić, a potem sama siebie, bo nie miałabym siły sprzątać po dwóch trupach — dodała, kiedy wyznał, że wie, komu sprzedał tę nieszczęsną torebkę. — Nie idziemy na policję, bo to niczego nie rozwiąże, chyba że chcesz jednak szybko umrzeć. Najpierw… znajdujemy kobietę i torebkę, nie wiem, co w niej jest, ale chyba warto się dowiedzieć.

      Mei-Mei Wong 👜🩹

      Usuń
  21. Andrea nie należała do wstydliwych, ale do nieśmiałych w wielu kwestiach już tak. Nie była taka hop-siup do przodu, jak mogłoby się niektórym wydawać. Bo co? Bo ładna? Bo pyskata? Bywała, owszem, ale pyskowała tylko wtedy, gdy to uzasadnione, znacznie częściej schodząc z linii strzału. Były jednak momenty, w których panna Wilson, jedna z wielu panien Wilson, zapominała o swoich ograniczeniach. Zapominała o tym, co stopowało ją w życiu codziennym. Wystarczyło, aby pojawić się ten jeden, spektakularny bodziec. Muzyka. Andy całym ciałem czuła muzykę, miała dobry słuch, poczucie rytmu i śliczny głos, bez trudu opanowała grę na gitarze i komponowała swoje kawałki, choć wolała bawić się w covery i nadawać starym utworom nowego brzmienia. Niektórzy pisali, że sprofanowała klasyka, ale większość się zachwycała.
    Muzyka. W Jupiter Disco nie brakowało muzyki. W krwi Andrei nie brakowało alkoholu. Kiedy dodawało się jeden do jednego zawsze wychodziło dwa, a dzisiaj wyszedł parkiet. Brunetka nie musiała ciągnąć Leifa za sobą, mogła bawić się na równi z nim, bo wykazywali ten sam entuzjazm. Ninth Eye rozgościło się w jej ciele, pozwoliło mu płynąć wraz z basem, do którego dostosowywało się bicie jej serca.
    Andy, nie powiedziałaby tego jeszcze na głos, ale w Leifie wszystko wydawało jej się fajne. Również to, że okazał się niezbyt majestatyczny i pozwolił muzyce zawładnąć swoim ciałem. Gdy on wystrzeliwał ręką ku górze i machał głową, ramiona Andy miękko rozłożyły się na boki, a biodra zaczęły poruszać się w ten ciężki, duszny rytm. Starała się nie tracić z oczu swojego partnera, ale czasami przymykała powieki, falując głową i długimi włosami. Ręce pracowały i choć może nie wykonywała ruchów tak dynamicznych, jak Leif, ciągle się ruszała.
    Na parkiecie byli tylko oni. Przynajmniej w głowie wstawionej Wilson. Ktoś otarł się o jej plecy, ale zignorowała to, skupiając się na dotyku, który zupełnie nieoczekiwanie pojawił się na jej talii. Na moment zaparło jej dech, na moment wybiła się z rytmu, ale trwało to ledwie ułamek sekundy. I była bliżej. Blisko. Jeszcze bliżej, odchylając głowę w naturalnym, łagodnym ruchu, gdy szeptał do jej ucha. Ciche westchnienie, kolejny dreszcz, kolejna fala gęsiej skórki, kolejny dziwnie bolesny skurcz serca.
    Jedna ręka śmiało wsunęła się na jego bok, jedna noga znalazła się niemal jego udami, gdy zetknęły się ich biodra. W tańcu rzecz jasna. Andrea mimo obcasów, znowu uniosła się na palcach, ustami musnęła płatek ucha Leifa.
    — Zupełnie mi gorąco… — odpowiedziała tylko, ciesząc się, że neony muskają teraz jej skórę, bo pewnie nie byłaby w stanie wytłumaczyć się z rumieńców, które się pojawiły, gdy tylko pomyślała o tym, dlaczego jej tak gorąco i że to nie tylko kwestia wypitego alkoholu.
    Przesunęła palcami jego szyi, wyczuła obojczyk rysujący się pod skórą, a potem gdy utwór nabrał bardziej zmysłowego, jeszcze wolniejszego tempa, odwróciła się tyłem do Leifa, sięgając w tej sposób po jego dłoń, by wierzch własnej oprzeć o wnętrze tej jego, znacznie większej i zahaczyć palcami o jego palce. Te dwie ręce wystrzeliły do góry, a biodra Andy nie zaprzestawały swoich ruchów. Czy to może Andy nie zaprzestawała nimi ruszać. Miała wrażenie, że dzisiaj jej ciało kieruje się zupełnie innymi zasadami niż dotychczas.
    Mimowolnie, lecz na pewno nie minimalnie, wspierała się plecami o męski tors, nadając tańcowi dwóch ciał jednego, zgodnego rytmu, zupełnie tak, jakby zmienił się język, w którym się porozumiewali.

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  22. Taniec mógł być wyzwoleniem. Lubiła tak na tę czynność patrzeć. Lubiła, kiedy znajdowała w chaotycznych, nieprzemyślanych ruchach sens, ujarzmienie i uwolnienie. Często tańczyła, ze słuchawkami na uszach i staromodnym odtwarzaczem MP3 w dłoniach. Tańczyła w rytm utworów nagranych na to urządzenie na początku lat 2000. Tańczyła do Britney Spears, Jennifer Lopez i Destiny’s Child. Czasami była nawet jak jedna z Pussycat Dolls, ale tylko w zaciszu swojego pokoju w Los Angeles. I tylko wtedy, kiedy dwie siostry, z którymi go dzieliła, pozostawały nieobecne. Wstydziła się. Wielu rzeczy się wstydziła. Również tego, jak potrafiła się ruszać, a to szło jej całkiem nieźle.
    Teraz nie miała słuchawek w uszach i małego playera w dłoniach. Jej palce jednak znalazły zajęcie, bo przecież chwytały się dłoni Leifa. W uszach miała dudniący bas, który roznosił się po jej ciele i był jednym ze sprawców dreszczy, które przebiegały po skórze, niemal ją elektryzując. Był też Leif. Za szczupłymi palcami, ze swoimi dłońmi, nie tak nieśmiałymi jak Andrea, ale jednak całkiem, całkiem bardzo, po prostu bardzo miłymi. Dobrze, że jej teraz nie widział. Bo może była pięknym, niemal eterycznym widowiskiem, tak samo, jak była teraz młodą kobietą czującą w swoim ciele to, czego nie czuła już dawno. Andy zdawała sobie sprawę z tego, że jest atrakcyjna, ale często robiła wszystko, by tę atrakcyjność maskować. Dzisiaj miała jednak na sobie strój, który sam z siebie dodawał jej pewności. Miała też buty na obcasie i śmiało tańczyła w Jupiter Disco. Nie przestawała się poruszać. Wolną dłonią przebiegała delikatnie po przedramieniu Leifa. Szyję odchyliła posłusznie, potylicą dotykając niemal tego obojczyka, na którym można było wygrywać melodie. Westchnęła cicho i nic dziwnego, że to akurat Zweigowi umknęło, natomiast rosząca się gęsia skórka umknąć nie mogła, skoro zaraz w to samo miejsce, gdzie tak dmuchnął, wcale nie chłodząc, a rozgrzewając jeszcze bardziej, przyłożył swoje usta. Niemal jęknęła. Niemal. Bo zagryzła walkę, ale trzymający ją w objęciach Leif mógł poczuć, jak szarpany oddech wydostał się z jej ciała, gdy wspomniał o kostkach lodu. Tańczyła. Coraz śmielej i coraz pewniej. Wzięła się w garść, choć bardzo chciała rozpłynąć się w jego ramionach.
    Muzyka. Dudnienie. Rytm. Melodia. Kroki. Ruch rąk, kołysanie bioder. Światła. Neony. I stroboskop. Skóra przy skórze. Ciepły oddech przy ciepłym oddechu, bo przecież odwróciła głowę w bok, natrafiając ustami na jego ucho, skoro on pochylał się nad jej szyją. Jeszcze więcej ciepłego oddechu. Coraz mniej tańca.
    — Koniecznie. Musisz. Spróbować. — Wycedziła tylko i nagle nastrój się zmienił. Dudnienie ustąpiło. Energetyczniejszy klimat i cukierkowy głos wokalistki. Nadal jednak było jej gorąco. Na parkiet wpadły piszczące dziewczyny. Jedna w różowej szarfie. Andy spodziewała się ujrzeć na niej napis bride to be, ale zamiast tego ujrzała literki układające się w informację o urodzinach. Na parkiecie zrobiło się jeszcze ciaśniej.

    Andrea Wilson

    OdpowiedzUsuń
  23. Reilynn leżała półbokiem, z kołdrą podciągniętą niemal pod brodę i laptopem ustawionym na specjalnym stoliku przy łóżku. Na ekranie świecił dokument z niedokończonym rozdziałem, chociaż od dobrych dwudziestu minut nie dopisała ani jednego sensownego zdania. Kursor migał w miejscu, w którym bohaterka miała powiedzieć coś bardzo odważnego i emocjonalnego. Jej postacie zwykle radziły sobie z takimi momentami znacznie lepiej niż ona. Potrafiły stać pośrodku płonącej sali tronowej, z krwią na sukni i miłością życia naprzeciwko, a mimo to wypowiedzieć zdanie tak piękne, że czytelniczki zaznaczały je później w książkach. Reilynn natomiast miała problem z odpisaniem „dzięki, żyję” bez poczucia, że zdradza zbyt wiele. Jej bohaterki umiały wyznawać miłość w obliczu wojny, śmierci, klątw i smoków. Umiały krzyczeć, płakać, błagać, odchodzić z godnością albo wracać w wielkim stylu. Rei dawała im całe akapity, jakby mogła przemycić tam coś, czego jej zawsze brakowało w prawdziwym życiu.
    Teraz jednak miała ochotę wyłącznie spać, nie istnieć albo zostać niewielkim mchem, który ozdabiałby jakiś kamień. Może nie walczyła o królestwo ani nie stała na murach oblężonego miasta, trzymając miecz, ale i tak czuła się, jakby przegrała bardzo długą bitwę z własnym ciałem. Bitwę mało widowiskową zresztą, pozbawioną sztandarów i wiatru we włosach. Taką, w której nie krzyczało się pięknych zdań, tylko próbowało się nie zwymiotować po lekach i nie rozpłakać przy pielęgniarce. W jej książkach cierpienie wyglądało lepiej. Było błyszczące i coś znaczyło. Bohaterki cierpiały z podniesioną brodą, w sukniach, zawsze tak silne i niezłomne, Reilynn natomiast miała potargane włosy, suchą skórę, spierzchnięte usta i kołdrę podciągniętą niemal pod nos.
    Stuknięcie w drzwi i jednoczesne naciśnięcie klamki sprawiły, że poderwała wzrok z takim zmęczeniem, jakby samo spojrzenie w tamtą stronę było ogromnym wysiłkiem fizycznym. Uśmiechnęła się, widząc Leifa. Dawno tutaj nie był i równie dawno do niej nie pisał. Powinna może poczuć złość albo przynajmniej uruchomić w sobie ten chłodny, rozsądny mechanizm, który kazał ludziom zachowywać dystans wobec tych, którzy pojawiali się dopiero wtedy, kiedy nagle przypominali sobie o czyimś istnieniu. Ale Reilynn nigdy nie była osobą, która dobrze radziła sobie z chłodem. Zimno kojarzyło jej się ze szpitalnymi salami, z metalowymi poręczami łóżka, z kroplówką płynącą do żyły i z tym szczególnym rodzajem ciszy, który pojawiał się, kiedy nikt nie pisał, nikt nie dzwonił i wszyscy poza nią zdawali się mieć własne życie gdzieś daleko, poza tym budynkiem, więc zamiast złości poczuła ulgę. Głupią, miękką, upokarzająco natychmiastową ulgę, która rozlała się pod mostkiem, zanim zdążyła ją powstrzymać. Leif był niekonsekwentny, roztrzepany i miał talent do znikania w najgorszych możliwych momentach, ale teraz był tuż obok, a Reilynn, mimo całej swojej dumy, mimo nieodpisanych wiadomości i tych wszystkich momentów, kiedy udawała przed sobą, że wcale nie sprawdzała telefonu, po prostu ucieszyła się, że przyszedł. To było żenujące. I bardzo w jej stylu.
    — Leif. — Jej uśmiech stał się odrobinę krzywy. — Czyli jednak żyjesz. To dobrze. Zaczynałam podejrzewać, że zostałeś porwany, zaginąłeś w metrze albo przypadkiem odpowiedziałeś mi telepatycznie i uznałeś sprawę za załatwioną.
    Spróbowała podnieść się do siadu; oparła dłoń o materac, drugą przytrzymała kołdrę przy obojczykach i powoli, z wysiłkiem, uniosła się wyżej na poduszkach. Proteza stała obok łóżka, oparta stabilnie o szafkę, prawie tak zwyczajnie, jakby była częścią wyposażenia. Tuż obok niej znajdowała się laska, ustawiona pod takim kątem, żeby mogła po nią sięgnąć bez proszenia kogokolwiek o pomoc. Rei zawsze pilnowała, żeby była blisko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co porabiam? Aktualnie próbuję napisać scenę, w której bohaterka zachowuje się z godnością. Idzie fatalnie, bo autorce brakuje materiału źródłowego.
      Dopiero po chwili jej uśmiech nieco osłabł. Palce, blade i trochę wychudzone, zacisnęły się na brzegu kołdry. Przez moment wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś lekkiego i złośliwego. Coś w stylu: „ładnie, że sobie o mnie w końcu przypomniałeś”.
      — Nie napisałeś — powiedziała w końcu. Nie brzmiało to jak oskarżenie. Bardziej jak fakt, który leżał między nimi od dawna i dopiero teraz ktoś niechcący potknął się o niego, wywracając się. Rei odchrząknęła, jakby zawstydzona własną szczerością.
      — To znaczy… nie musiałeś. Nie jesteś przecież jakąś subskrypcją z obowiązkiem comiesięcznego kontaktu. To… no wiesz, życie po prostu — mruknęła. — Tylko że ja… też trochę głupio czekałam, aż dasz jakiś znak, że żyjesz, co robisz, nie chciałam też więcej pisać czy się do ciebie dobijać, żeby się nie narzucać, więęęęc… oboje możemy udawać, że to było bardzo dojrzałe z naszej strony.

      Rei Bothwell 🛏️🙃

      Usuń
  24. Natty do prowadzenia wędrowniczego trybu życia przyzwyczajany był już od pierwszych chwil. Razem z pozostałymi członkami rodzinnej grupy przez pierwsze pięć lat przemieszczał się z jednego miejsca na drugie niemal codziennie, a nagłe odcięcie od korzeni i wymuszone osiedlenie się w jednym miejscu załamało go na długo prawie równie mocno jak strata przyszywanych wujków i ciotek, a niedługo później także młodszego rodzeństwa. Jako typowy wychowanek portugalskich Romów na tyle wysoko cenił sobie niczym nieskrępowane uczucie wolności, że permanentnie posuwał się najpierw do ucieczek za mury sierocińca, a potem poprawczaka. Owszem, w tym drugim miejscu karą za takie wybryki często okazywała się noc spędzona w izolatce albo w Policyjnej Izbie Dziecka, lecz osobiście i tak uważał, że było warto. W jaki inny sposób miałby niby wsłuchać się w prawdziwe tętno bicia serca tej ogromnej metropolii ? Wiele ze znajomości zawartych wówczas o dziwo przetrwało próbę czasu. Inne zaś musiał porzucić głównie ze względu na zmianę priorytetów. Nie był już ostatecznie tym samym pogubionym młodzieńcem, więc siłą rzeczy pewne głupoty zwyczajnie dawno wyleciały mu z głowy.
    - Mówił ci ktoś, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła ? – Zaśmiał się, odmierzając odpowiednią ilość ziaren Arabicy Santos, którą następnie zmielił za pomocą ręcznego młynka. Teoretycznie mógłby i tę czynność pozostawić do wykonania ekspresowi, ale osobiście uważał że stara metoda ich przyrządzania pozwala na późniejsze uzyskanie lepszego aromatu całości. Mleko również spieniał osobno pilnując, by uzyskało idealną konsystencję. – Cóż, , gdy człowiek jest sierotą, chwyta się różnych fuch, by dociągnąć do pierwszego. – Powiedział takim tonem jakby mówił o pogodzie. Niektórzy ludzie, zwłaszcza ci mający z nim pierwszy kontakt, zarzucali mu czasem w tym momencie brak emocji, ale on po prostu zdążył przywyknąć do takiego stanu rzeczy. Nie było czego roztrząsać. Zwłaszcza że ciągłe użalanie się nad sobą niczego by w tej kwestii nie zmieniło. – Ale najbardziej związany jestem z fotografią uliczną. – Uśmiechnął się szeroko, jak zwykle gdy rozmowa schodziła na temat sztuki. – Ta nocna sesja dla gwiazdek filmowych była wyjątkiem. Niezwykle zresztą wyczerpującym. – Postawił na stole dwie szklanki z parującym naparem, tą z wyrysowaną na wierzchu niewielką muszelką podsuwając Leifowi. – Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo napuszone potrafią być niektóre z nich. – Westchnął ciężko, pocierając zesztywniały kark. – Miałbyś może później ochotę przejrzeć efekty tej męczarni ? – Zaproponował, podchodząc do szafki na leki, by wydobyć z niej tabletki przeciwbólowe. Jeszcze parę takich sesji i znów skończy u fizjoterapeuty. Ale najpierw jeszcze trochę ponarzeka.

    Natty

    OdpowiedzUsuń