I won't call you back
And then I pick you into pieces
Reilynn Bothwell
Starting to hate the way I speak
I look to you, our home's filled with unwanted guests
W jego oczach odbijało się to, co pragnęła ujrzeć (...). Wtedy jego usta, jak spragnione wody, zaczęły całować jej skórę…
You can call it self-sabotage
Przez pół życia, mieszkając w Szkocji, szukała elfów i wróżek, goniąc za czymś, co nieuchwytne. Karmiła się wierzeniami, legendami i strasznymi opowieściami o mrocznych istotach, które nie lubiły pokazywać się ludziom, ale uwielbiały się psocić. Zaczęła więc pisać o elfach, wróżkach, wampirach, wodnych koniach i skrzatach, łącząc realny świat z tym, co niezwykłe i fantastyczne.
To, co pisała, nijak miało się do tego, co działo się w jej życiu. Jako piętnastolatka zaczęła kuleć, najpierw tłumaczono to przeciążeniem, później tym, że rośnie. Potem pojawiły się nocne bóle, obrzęk nad kolanem, wysoka gorączka, zaczęła też drastycznie chudnąć. Diagnoza przyszła jakiś czas później: osteosarcoma kości udowej. Przeszła chemioterapię, operację, kilka zakażeń i próbę ratowania lewej nogi, ale guz był zbyt rozległy. Ostatecznie lekarze zdecydowali o amputacji powyżej kolana.
Gdy miała szesnaście lat, przeprowadziła się z ojcem, po ciężkim rozwodzie rodziców, do Nowego Jorku, a tam znów trafiła do szpitala i właściwie jest tamtejszą pacjentką od ponad dziesięciu lat.
Będąc ograniczona przez chorobę, po prostu pisała – dużo, zbyt dużo, realizując każdy pomysł, który pojawiał się w jej głowie. Publikowała swoje wypociny, reklamowała się, brała udział w konkursach i w ten sposób w ciągu kilku lat stała się poczytną pisarką i milionerką – najprawdopodobniej każdy słyszał o Lynn R. Well, bo jej historie szybko stały się popularne, a niektóre z książek nawet zekranizowano. Pisze odważne historie, kreuje pewnych siebie brunetów z bliznami, szorstkich elfów i kobiety, które nie potrzebują ratunku, bo ratują się same.
That I will always have to grieve
ur. 08.06.2000 r. w Szkocji — od 2016 r. mieszka w Nowym Jorku, w Queens — autorka bestsellerowych romantasy i powieści erotycznych, znana jako Lynn R. Well — jej najbardziej rozpoznawalną serią jest Królestwo rzeczy utraconych — w 2015 r. zdiagnozowano u niej osteosarcomę — po amputacji lewej nogi powyżej kolana, korzysta z protezy i laski — obecnie hospitalizowana z powodu podejrzenia przerzutów do płuc oraz powikłań po chemioterapii — leczone farmakologicznie zaburzenia lękowe i depresja, bóle fantomowe oraz przewlekła bezsenność — fanka memów, czarnego humoru i editów z bohaterami własnych książek
Informacje dodatkowe
So fill up your lungs, you better run
Malcolm Bothwell
18.10. 1976 r. – ojciec – architekt
Evelyn Ward
15.01.1979 r. – matka – aktorka teatralna
Maeve Callahan
10.08.1998 r. – najlepsza przyjaciółka – pianistka
Pumpkin
czarny kot znaleziony zupełnie przypadkiem; nie ma połowy ogonka
[Widziałam dziś TikToka, gdzie typ zrobił sobie protezę nogi w formie drapaka dla kota. Tak wspominam bez większego związku, wiadomo, tylko po to, żeby zahaczyć o TikToka - bo jestem przekonana, że Królestwo rzeczy utraconych trenduje na booktokowym zakątku :D Kto wie, może nawet w księgarniach dostaje wlepę hit TikToka?
OdpowiedzUsuńAnyway, oberwała przez życie, nie oszczędziłaś jej cierpienia - ale z drugiej strony to literackie oblicze Reilynn daje Ci z pewnością wspaniałą okazję do niezłej frajdy przy pisaniu! :D Hejka, dobrej zabawy!]
Leif Zweig
[Przy takich historiach człowiek nagle uświadamia sobie, jak ogromny postęp osiągnęła współczesna medycyna chociażby w kwestii protez. Ile niepełnosprawnych osób jeszcze nie tak dawno nie mogło przejść chociażby paru metrów, bo albo takowych nie wynaleziono albo były drogie i niewygodne (nie żeby dzisiejsze stanowiły super mały koszt). Jak to pisał Jan Kochanowski Szlachetne zdrowie, / Nikt się nie dowie, / Jako smakujesz, / Aż się zepsujesz.
OdpowiedzUsuńŻyczę wspaniałej zabawy, a w razie czego, moje drzwi stoją otworem.]
Dalaja, Natty & Lio
[Zaskoczyłaś mnie, myślałam, że będzie się skracała do Lynn! :D Wątek oczywiście, pewnie, pewnie, tylko jeszcze się zastanawiam, co z nimi zrobić, bo nie wiem. Podeślę maila, to może pokminimy wspólnie!]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig
[Kolejna świetna postać i kolejna świetna karta. Zazdroszczę Ci tego, jak one wyglądają. ♥ Przepiękna jest Reilynn. I cholercia, kusisz, jak zawsze. Ja muszę chyba jednak znaleźć czas na jakiś drugi wątek z Tobą, bo jak nie Mei-Mei, to Rei. Ach Ty! :D Baw się dobrze. Powodzenia z kolejną świetną panną!]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Hejo!
OdpowiedzUsuńO mamo! Wiesz, że ostatnio myślałam o stworzeniu drugiej postaci z Alice na twarzy? I myślałam o tatuatorce, które chorowałaby na jakąś przewlekłą chorobę. A tu wchodzę po wyjeździe na bloga i o!
Cudna ci wyszła postać, choć mocno doświadczona. Karta przepiękna, jak zawsze zresztą ♥
Baw się tu dobrze! I dużo ciekawych wąciszków :3 ]
Nathaniel
[Rany, lubisz zrzucać dużo na barki swoich postaci, ale mam wrażenie, że z Reilynn postąpiłaś szczególnie okrutnie 💔 Aż mi ciężko na serduszku i nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, a już w ogóle nie chce mi przejść przez stukające o klawiaturę palce zwyczajowe baw się dobrze z kolejną postacią 😝 Nieładnie, serwować tu nam takie nieprzyjemne doznania!]
OdpowiedzUsuńMAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
Od kiedy Leif dorósł i się wyprowadził, mieszkanie mamy stanowczo się skurczyło. A może skurczyło się dużo wcześniej, ale potrzebował dystansu, żeby zacząć to zauważać? Lubił myśleć, że tak naprawdę teraz tylko zbiera się w sobie, coraz ciaśniej ciaśniej ciaśniej, a potem jeb!, gwałtowny rozkurcz – i każdy wchodzący do środka poczuje się jak liliputek przy gigantycznych meblach.
OdpowiedzUsuńTaka siła witalna kosmosu. Jedno z wybranych zagadnień z fizyki katastrof.
Tymczasem jednak – mieszkanie się skurczyło, więc wszystko było dla Leifa za małe, a jednocześnie przecież tak dobrze znajome. Gdy wracał, zawsze czuł się, jakby to była przestrzeń pomiędzy. Pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Można dryfować sobie swobodnie, unosić się wbrew grawitacji, co było wyjątkowo przyjemnym stanem.
Krzesło w kuchni skrzypiało tak samo jak zawsze. Kolano Leifa nie skrzypiało w ogóle, ale że było częścią długiej nogi – od razu uderzył w szafkę. Mama nawet się nie obejrzała.
– Nie kop szafki – powiedziała niby to beznamiętnie, ale uszy Leifa zbyt dobrze ją znały, by nie wychwycić żartobliwo-ciepłego tonu. – Bo się spocisz.
– To wezmę prysznic – odpowiedział beztrosko, kontynuując nonsensowną rozmowę. – Zużyję ci całą ciepłą wodę.
Wstał, by rozmasować nogę, a potem przeciągnął się z rozmachem. Koszulka podjechała wyżej, co już matczynemu wzrokowi nie uciekło. Z salonu dobiegło westchnięcie.
– Zooey, a ty czasem jesz coś w ogóle? – zapytała. – Czy żywisz się energią z kosmosu?
– Oj, mamo – zbagatelizował.
Dwa słówka, sześć głosek – oto była miara odległości do tapczanu, do którego doskoczył w trakcie. Rzucił się na nań i przekręcił, szukając najlepsze pozycji. Nogi na oparcie, tułów na siedzenie, głowa spływająca w dół. Wokół żyrandola latała ćma, a na suficie doliczył się kilku plam. Trzeba będzie przyjść kiedyś z farbą i odmalować.
Może nie bywał tak często u mamy, ale – nie dlatego że tego unikał. Samo po prostu tak wychodziło. A właściwie nie przychodziło. Bo gdyby tylko od niego zależało, pewnie byłby tu częściej. Lubił miejsce, w którym się wychował, i lubił swoją mamę. Kochał też, ale do tego był zmuszony przemocą krwi, a sympatia była już całkiem dobrowolna.
Gadali. O głupotach i o nie głupotach też, czasem się kłócili, innym razem żartowali. Opowiadała mu swoich przyjaciółkach, sytuacjach ze szpitala i o tym, jak sąsiadka na pół dnia zostawiła ciuchy w pralce, a potem awanturowała się, że ktoś je wyciągnął i odstawił kosz na bok. Leif potrafił gadać równie dużo, ale głównie o lekkich sprawach. Te istotniejsze trzeba było wyciągać. Czasem na to pozwalał.
Nie dziś. Ale rozmowa i tak skręciła w innym kierunku.
– Biedna Reilynn – doszło do niego w pewnym momencie.
– Hmm? – odparł nieuważnie.
– Znowu jest w szpitalu. Nie wiedziałeś? Nie macie kontaktu?
Reilynn poznał dawno temu. Dobrych kilka lat, może nawet więcej, chociaż gdyby ktoś kazał mu wskazać konkretny dzień, godzinę i okoliczności, najpewniej musiałby skłamać z dużą pewnością siebie. A może wcale nie skłamać, tylko coś wymyślić, co brzmiałoby prawdopodobnie do czasu sprawdzenia. Zresztą nieważne. Po prostu istniała w jego życiu.
Najpierw była więc Reilynn od mamy. Potem stała się Reilynn od rozmów i odwiedzin, kiedy akurat wpadł z mamą albo po mamę, a potem też od spotkań poza szpitalem, gdy była poza szpitalem, i od kilku planów, które brzmiały świetnie wtedy, gdy je wymyślali. Zresztą wszystko brzmiało świetnie, kiedy było wymyślane. To był problem z rzeczami. W momencie wymyślania prawie każda była najlepsza, a potem… Potem to różnie.
Kontakt był więc. I nie był.
Z Leifem często tak właśnie bywało. Pojawiał się w życiu ludzi z całym sobą: głośny, ciepły, rozlatany, pełen pomysłów, jakby nie przyszedł, tylko wpadł przez niedomknięte okno. A potem życie skręcało, a on sam obiecywał sobie, że odpisze po powrocie do domu, po prysznicu, po kolacji, rano, w weekend, kiedy będzie miał głowę. I nagle z zaraz robił się miesiąc, z miesiąca trzy, a wiadomość wisiała gdzieś na dole konwersacji jak wyrzut sumienia.
Nie był dobry w podtrzymywaniu znajomości, jeśli cała znajomość musiała zmieścić się w dymku na Instagramie albo WhatsAppie. Gubił wiadomości. Otwierał je w metrze, odpowiadał w głowie, chował telefon do kieszeni i potem szedł dalej przez świat z przekonaniem, że coś załatwił. Nie załatwił.
UsuńSięgnął po telefon, bardziej odruchowo niż z rozmysłem, i wszedł w ich rozmowę na IG. No tak. Skończona wiadomością od niej, nieodpisane od wieków.
Ostatnio widzieli się chyba pół roku temu. Chyba. W jakimś lepszym tygodniu, poza szpitalem. Mieli potem gdzieś wyskoczyć. Na nocny targ albo coś w tym stylu. Nie wyszło, nie pamiętał czemu, ale możliwe, że z jego winy.
– Zooey?
– Mamy jakiś – odpowiedział nieprecyzyjnie. – Ale nie wiedziałem. Odwiedzę ją.
Jak powiedział, tak zrobił. Bo jak Leif już coś mówił, to… To czasem coś robił, a czasem tylko mówił. Tym razem był to ten pierwszy przypadek. Co prawda nie wydarzyło się to od razu, a dopiero w następnym tygodniu, ale przyszedł. Niezapowiedziany, bo przez chaotyczny łeb nie przebiegła myśl, że może dobrze byłoby napisać.
O dziwo gdy podał dane na recepcji szpitala, wpuszczono go do środka. Czyżby błąd administracji? Czyżby błąd Reilynn, tj. jej decyzja o umieszczeniu go na liście gości? Nie mitrężył czasu na zastanawianie się nad tym, tylko umył ręce. Szorował dłonie tak długo, że pojawiły się na nich zmarszczki jak u stulatka. Zdezynfekował je raz i drugi, włożył otrzymany fartuch i maseczkę, a potem ruszył do odpowiedniej sali.
Zapukał i potem wszedł. A właściwie to zrobił to równocześnie – stukpuk wybrzmiało w chwili, gdy nacisnął klamkę. Krok w przód i już był w środku.
– Dzień dobry, kontrola jakości – przywitał się dziarsko. – Jak dzisiaj się czujemy? Słyszałem, że ktoś tutaj przelumpował cały dzień i generalnie nic, tylko się leni, hmmm? Co porabiasz?
Leif Zweig
Odrzucenie klienta nie było niczym niezwykłym, przynajmniej nie w teorii, bo kancelaria miała prawo wybierać sprawy, miała standardy, politykę ryzyka i własne granice, ale problem polegał na tym, że ten konkretny klient nie był zwyczajny. Miał pieniądze, nazwisko, wpływy i sprawę, która mogła przynieść kancelarii nie tylko ogromne honorarium, ale też kolejne kontakty w środowisku, do którego ojciec Tannera, Joseph, od lat próbował wejść jeszcze głębiej. A Tanner powiedział nie. I sprawa teatralnie się rypła. Klient wyszedł urażony, jego doradca trzasnął drzwiami, a Joseph jeszcze przez kilka sekund siedział nieruchomo, z wyrazem twarzy człowieka, który właśnie obserwował, jak wielomiesięczne starania o wpływowe kontakty idą z dymem. Oczywiście, to nie była odmowa dla zasady. Tanner wysłuchał propozycji do końca, przejrzał wszystkie dokumenty, zadał nawet kilka konkretnych pytań, a potem zamknął teczkę ze spokojem, od początku wiedząc, dokąd zmierzała cała ta rozmowa. Odmowa padła krótko i rzeczowo, bo nigdy nie owijał słów w uprzejme formułki o konflikcie interesów, czy napiętym grafiku, mimo że ten rzeczywiście taki był. Powiedział jedynie, że nie będzie reprezentował człowieka, którego sprawa od pierwszych minut opierała się nie na obronie, tylko na kupieniu sobie wygodnej wersji prawdy, i widocznie tyle wystarczyło, żeby urazić dumę wszystkich obecnych przy stole. I rozpętać burzę, bo Joseph nie był zły, on był kurewsko wręcz wściekły, choć samo to nie robiło wrażenia tak bardzo, jak fakt, że nie okazywał tego wprost. Nie podniósł głosu nawet o ton, nie walnął dłonią w blat, bo wcale się nie poruszył. Siedział przy konferencyjnym stole z lodowatym spokojem, z zaciśniętą szczęką i spojrzeniem tak ciężkim, że każdy, kto znał go choć trochę, wiedział, że krzyk byłby w tej sytuacji łaskawszy. A Tanner znał go na tyle dobrze, by dodatkowo wiedzieć, że odpłaci mu się za to z nawiązką, bo dla jego ojca to nie było tylko odrzucenie jakiejś tam sprawy. To była zniewaga, błąd strategiczny i dowód na to, że Tanner wciąż stawiał własne zasady ponad interes nazwiska, które miał kiedyś przejąć. Niedoczekanie jego.
OdpowiedzUsuńAtmosfera w kancelarii była później tak gęsta, że można było ciąć ją nożem, a gorącego napięcia nie ostudziła nawet klimatyzacja działająca na full. Wytrzymał w tej atmosferze jeszcze niespełna pół godziny, co i tak można było uznać za przejaw niezwykłej cierpliwości, ewentualnie głupiego uporu, a potem zebrał papiery, odłączył laptop od stacji dokującej i zaczął pakować swoje rzeczy do skórzanej aktówki. Trzymając ją w dłoni, przeszedł przez open space, czując za sobą długie spojrzenia młodych praktykantów, którzy sami zdążyli połączyć kropki i domyślić się, kto sprawił, że klient trzasnął drzwiami, a gdy dotarł do wind, wcisnął jedynie przycisk i poczekał, aż metalowe drzwi rozsuną się, po czym zjechał z trzydziestego trzeciego piętra prosto na parter.
Wszedł do pobliskiej kawiarni – tej samej, w której był ostatnio na spotkaniu i która wtedy wydawała mu się zbyt głośna, żeby nadawała się do poważnej pracy. Tanner zwykle nie pracował w takich miejscach. Nie lubił rozmów obcych ludzi przy sąsiednich stolikach, brzęku filiżanek ani ekspresu syczącego co kilka minut tuż za barem, ale musiał trochę przewietrzyć głowę. I napić się kawy. Tu kawała było o dziwo lepsza niż w kancelarii, co w tej konkretnej chwili okazało się być argumentem nie do podważenia. Poza tym mieli tu na podłodze naprawdę dobrze zachowaną mozaikę z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, której regularny, geometryczny wzór dobrze łączył się z podobnymi wstawkami na ścianach. Bardzo mu się podobała.
Zamówił podwójne espresso, a potem usiadł przy stoliku pod ścianą. I nie był to wybór przypadkowy, bo Tanner lubił mieć przed sobą pomieszczenie. Może to nawyk, może ostrożność, a może zwykła potrzeba kontroli – tego dnia wyjątkowo nie miał ochoty tego rozstrzygać. Postawił filiżankę po prawej stronie, aktówkę położył na sąsiednim krześle, po czym wyciągnął Macbooka i otworzył go płynnym ruchem.
Ekran rozjaśnił się od razu, a po wpisaniu hasła system automatycznie wrócił do folderu sprawy, nad którą pracował ostatnio. Otworzył notatki ze spotkań oraz te ze wstępną linią argumentacji i wczytał się w nie uważnie, co jakiś czas dopisując coś nowego, albo kasując stare zdania, które jednak przestały mu leżeć. W międzyczasie odchylił się lekko na krześle i odruchowo poprawił materiał koszuli pod szyją, dokładnie tam, gdzie zaczynał się krawat. Było cholernie gorąco. Nie miał na sobie marynarki i trochę teraz żałował, że skoro już pozbył się marynarki, to nie poszedł za ciosem i nie pozbył się również krawata. Na guzikach mankietów wciąż miał spinki własnego projektu, ciemne, oszczędne w formie, z drobnym turmalinem widocznym dopiero z bliska. Inni ludzie kolekcjonowali zegarki albo samochody, a on był absolutnym fetyszystą spinek do mankietów i nawet nie próbował udawać, że jest inaczej.
UsuńGdy w pewnym momencie sięgnął po filiżankę, jego spojrzenie uniosło się znad ekranu i spoczęło badawczo na dziewczynie, która siedziała nieco z boku, blisko, ale w stosownej odległości, jeszcze. Pamiętał ją. Była tu tydzień temu, tak jak on. Teraz usiadła bliżej niż poprzednio o jakieś dwa stoliki, czyli na tyle blisko, by nie dało się już uznać tego za zwykły zbieg okoliczności, ale wciąż wystarczająco daleko, by zachować pozory przypadkowości. Tanner uniósł filiżankę do ust, nie odrywając od niej spojrzenia od razu. Nie było w tym otwartej zaczepki ani nieuprzejmego gapienia się, tylko zwykła, chłodna rejestracja faktu, że pewne elementy układanki zaczynały pojawiać się w tym samym miejscu drugi raz z rzędu. A on nie wierzył w przypadki aż tak chętnie. Raczej nie wierzył w nie wcale.
Nie byłoby w tym w zasadzie nic nadzwyczajnego, bo przecież to naturalne, że ktoś może chodzić do tej samej kawiarni dzień w dzień i pracować. Ludzkie drogi przecinają się nieustannie, raz tu, raz tam, tylko że ta dziewczyna nie sprawiała wrażenia kogoś, kto po prostu przyszedł napić się kawy i dokończyć własne sprawy. Miała tu jakiś cel. I z dość dużym prawdopodobieństwem Tanner zakładał, że tym celem był on. Obserwował ją już tydzień temu, choć wcale nie natarczywie, bo był wtedy zajęty swoim spotkaniem, ale wystarczająco uważnie, żeby zapamiętać kilka szczegółów. Siedziała wtedy przy innym stoliku, z laptopem ustawionym pod takim kątem, żeby ekran pozostawał niewidoczny dla większości sali. Co jakiś czas zerkała w jego stronę, a potem pochylała się nad klawiaturą i zapisywała coś szybko, jakby bała się, że jeśli nie zanotuje tego od razu, to jakiś szczegół zdąży jej uciec. Dziś było podobnie, tylko intensywniej. Dziś Tanner miał wręcz wrażenie, że klawisze w jej laptopie za chwilę poodpadają od siły, z jaką w nie uderzała, a ponieważ tym razem nie spuszczał z niej spojrzenia równie konsekwentnie, złapał ją kilka razy na tym, że jej uwaga była wycelowana prosto w niego. Nie w jego stronę. W niego. I to też samo w sobie nie musiałoby jeszcze oznaczać niczego szczególnie podejrzanego. Nie był tak anonimowy, jak chciałby być, głównie przez działalność dla Innocence Project, kilka głośniejszych spraw i parę artykułów, które swego czasu nieszczęśliwie uznały jego twarz za element wart pokazania obok nazwiska. Zdarzało się, że ludzie go rozpoznawali. Zdarzało się, że patrzyli trochę dłużej, próbowali przypomnieć sobie, skąd go kojarzą, a potem wracali do własnego życia. Tylko że ona nie wyglądała, jakby próbowała go sobie przypomnieć. Wyglądała, jakby już wiedziała dokładnie, kim był. A czego mogła chcieć od niego dziewczyna, która wyglądała na dwadzieścia pięć, może dwadzieścia sześć lat? Chyba warto się dowiedzieć, skoro on okazał się być dla niej tak istotny, że postanowiła coś o nim napisać, mimo że nawet mu się nie przedstawiła.
Dopił ostatni łyk kawy, odstawił filiżankę na spodek i zamknął ekran laptopa, po czym podniósł się z miejsca. Wziął aktówkę z krzesła, schował swoje manatki bez pośpiechu, a potem przeszedł po mozaikowej podłodze przez kawiarnię, mijając stoliki, przy których ludzie zajmowali się własnymi rozmowami, ciastkami i ekranami telefonów. Zatrzymał się dopiero przy jej stoliku. Nie zapytał, czy może się dosiąść, bo nie uznał tego za konieczne, skoro ona najwyraźniej od jakiegoś czasu również nie pytała go o zgodę na czynienie go tematem jakichś swoich notatek. Odsunął sobie krzesło naprzeciwko niej i usiadł spokojnie. Wcześniej dzieliło ich trochę przestrzeni ze stolikami po drodze, a teraz dzielił ich tylko i wyłącznie jej laptop.
UsuńPopatrzył na nią bez słowa, przechylając głowę najpierw lekko w prawo, potem w lewo, a jego spojrzenie zaczęło śledzić ruch jej tęczówek. Nie wyglądał na rozbawionego, ale nie wyglądał też na szczególnie zdenerwowanego, a przez kilka długich sekund nie powiedział nic, pozwalając, żeby niezręczność wyraźnie usiadła między nimi. Prześledził delikatne rysy jej twarzy, pełne usta i powrócił do jej spojrzenia, które nie pasowało do kogoś, kto miał być jedynie biernym obserwatorem. Była ładna w ten nieoczywisty, trochę filmowy sposób. A skowo wcześniej kilka razy patrzyła na niego tak, jakby próbowała rozłożyć go na części pierwsze, on zrobił teraz dokładnie to samo.
— Skoro jestem aż tak interesujący... — odezwał się w końcu spokojnie. Jego głos był ciepły i stonowany, ale fakt jest taki, że wiedział, jak należy mówić, bo sporo miał w życiu zajęć z paralingwistyki, które odpowiednio go przygotowały. — ...to uznałem, że może warto oszczędzić pani dalszych obserwacji z odległości.
Tanner Morgan 🤨🕵️♂️
Spojrzał na jej usta, gdy się odezwała, bo brytyjski akcent od razu zapiekł go w uszy. Nie był może szczególnie nachalny w melodyjnym tonie jej głosu, ale wystarczająco wyraźny, żeby zdradzić jej nieamerykańskie pochodzenie. Zaraz potem wrócił uwagą do jej całokształtu i skupił się odrobinę mocniej, a między jego brwiami wyrysowało się kilka płytkich zmarszczek. Strasznie dużo się tu działo. Patrzył na nią uważnie, zastanawiając się, czy ma przed sobą amatorkę, która włazi za daleko w cudze sprawy, czy kogoś, kto tylko bardzo skutecznie udaje, że nie wie, co robi. Delikatna twarz i spojrzenie, które potrafiło uciekać, choć nie wyglądało wcale na słabe, a do tego niepozorna postura i napięcie tak wyraźne, jakby pod skórą miała nie nerwy, tylko żywy prąd. Miał przed sobą drobne, filigranowe dziewczę, które w ciągu sekundy rozpętało wokół siebie prawdziwy huragan. Powinien był się spodziewać, że to nie będzie normalne, skoro od początku na takie nie wyglądało, ale najwyraźniej tego dnia jego granica tolerancji na absurd została już tak skutecznie przeciążona, że umknął mu moment, w którym należało wstać, zabrać laptop i wyjść bez słowa, a potem udać, że ta kawiarnia zwyczajnie nie istnieje. Teraz było na to trochę za późno.
OdpowiedzUsuńSiedział naprzeciwko niej, z dłonią opartą luźno na blacie i spojrzeniem wbitym w jej twarz, próbując oddzielić pozę od paniki i przypadek od zamiaru, tylko że tu wszystko wyglądało jak kompletny przypadek, a jednocześnie z jakiegoś powodu układało się tak spójnie, jakby zostało z rozmysłem wyreżyserowane.
Możliwe, że jej nazwisko obiło mu się gdzieś o uszy, ale skłamałby, gdyby powiedział, że śledził aktualnie działających pisarzy, wiedział, kto jest kim, kto co napisał i czyje nazwisko w danym sezonie należało znać, żeby nie wypaść na literackiego analfabetę przy kieliszku wina. Rynek wydawniczy istniał gdzieś obok jego świata, tak samo jak premiery teatralne, wystawy i wszystkie te kulturalne wydarzenia, o których ludzie z dobrych domów lubili wspominać mimochodem, żeby udowodnić, że poza pieniędzmi mają jeszcze jakiś gust. Tanner czasem coś zapamiętywał. Czasem kojarzył nazwisko z recenzji, wywiadu albo rozmowy zasłyszanej przy kolacji, ale od kojarzenia do rzeczywistej wiedzy była jeszcze długa droga, której nigdy nie chciało mu się pokonywać. Miał całe mnóstwo własnych spraw, związanych z jubilerskim biznesem i to w tej dziedzinie był na czasie z aktualnościami. Tak czy inaczej, co związanego z nim mogła mieć pisarka, która, jak sama zdążyła zasugerować, opierała się głównie na artykułach znalezionych w internecie? Na cudzych tekstach, cudzych skrótach i interpretacjach, które wyglądały wiarygodnie tylko do momentu, w którym człowiek zaczynał poznawać sprawę od środka. Mogła pisać artykuł. Mogła zbierać materiał do książki. Mogła uznać, że prawnik od niesłusznie skazanych będzie idealnie pasował do jakiegoś ckliwego rozdziału o moralności, winie, systemie albo innej wielkiej idei, którą ludzie lubili ubierać w ładne zdania, dopóki nie musieli spojrzeć w oczy komuś, kto naprawdę przez ten system przeszedł. Tylko że jeśli Reilynn Bothwell zamierzała zrobić z niego postać, przypis albo inspirację, mogła przynajmniej zacząć od czegoś bardziej eleganckiego niż obserwowanie go zza laptopa i udawanie, że to przypadek, czyż nie? Może jakieś spotkanie zapoznawcze, czy choćby zwykła wiadomość wysłana do kancelarii, z grzecznym pytaniem, czy znalazłby czas na rozmowę. Cokolwiek, co nie przypominałoby taniego zwiadu prowadzonego między filiżanką kawy a pączkiem z pistacjowym nadzieniem.
Mimo swoich myśli, przyglądał się jej cały czas z tym samym uważnym wyrazem twarzy, bo przy tym stoliku naprawdę dużo zaczęło się dziać. Przeszło mu przez myśl, żeby zapytać, czy uderzyła się już kiedyś w głowę, ale dźwięk, który doszedł od stolika był wymowny. Cała reszta, która wydarzyła się za chwilę, także. Czy naprawdę można w ciągu jednej sekundy zamienić swoje życie – i cudze przy okazji – w chaos? Można. Jak widać, kiedy jest się Reilynn Bothwell, można wiele.
Można zdradzić się z co najmniej kilku motywów, ledwie otwierając usta. Można uderzyć się w czoło, strącić pączka z blatu, wybrudzić pistacjową pastą spodnie od Valentino, warte więcej niż niejedna pączkarnia, a potem wylądować pod stołem w pozycji, od której spokojnie dałoby się zacząć kręcić klasycznego pornosa. Rozkosznie. Doprawdy, rozkosznie. Wszechświat ewidentnie uznał, że tego dnia sama rozmowa byłaby zbyt mało absurdalna.
UsuńSpojrzał pod stół, pod którym Reilynn wciąż siedziała, trzymając w dłoni pączka, z którego część pistacjowej pasty zdążyła już znaleźć sobie nowe miejsce, bo elegancko wtarła się w ciemnogranatowy materiał jego spodni, dokładnie na wysokości uda, tworząc tam jasną, kremową smugę, której nie dało się ani przeoczyć, ani zignorować.
Patrzył na Reilynn bez słowa przez kilka sekund, choć chyba każdy inny na jego miejscu przynajmniej próbowałby otrzepać materiał albo uratować resztki godności własnej garderoby, ale on tylko siedział i wgapiał się w nią z mieszanką lekkiego niedowierzania i zaskoczenia. Dobrze, że ten laptop na blacie nie dokonał samozapłonu, bo to byłaby już prawdziwa wisienka na torcie.
— Muszę przyznać — odezwał się w końcu, nie odrywając od niej wzroku — że jak na kogoś, kto próbuje nie zwracać na siebie uwagi, robi pani naprawdę imponujące zamieszanie.
Wypowiedział to spokojnie, choć to wcale nie czyniło tych słów łagodniejszymi. Jego spojrzenie na moment znów opadło na kremową smugę na spodniach, po czym wróciło do Reilynn. Nie wyglądał na człowieka, który czeka na przeprosiny, ale nie miał nic przeciwko, kiedy padły. Teraz wyglądał jak ktoś, kto próbował ocenić, czy siedząca pod stołem pisarka była katastrofą jednorazową, czy może zjawiskiem cyklicznym, które należało wpisać w plan dnia z odpowiednim marginesem bezpieczeństwa.
— Może pani wrócić na krzesło i nie doprowadzić przy tym do końca świata? — zawiesił głos na tyle długo, żeby sugestia zdążyła wybrzmieć, po czym spojrzał znacząco na przestrzeń pod stołem. Chyba nie musiał dopowiadać, że obecna konfiguracja była co najmniej niefortunna. — Bo obawiam się, że jeśli ktoś teraz spojrzy w tę stronę, to żadne z nas nie będzie miało dość wiarygodnej wersji wydarzeń.
Tanner Morgan 😳🤯
Nawet mu przez myśl nie przeszło, żeby poruszać temat spodni, bo po tym, co właśnie się wydarzyło, i co w zasadzie wciąż się działo, był święcie przekonany, że gdyby powierzył jej te spodnie, to wywołaliby jakąś katastrofę tekstylną, a one na pewno nie wróciłyby do niego w jednym kawałku. To nie miałoby prawa się udać. Nie żeby te spodnie były jedynymi, jakie posiadał, bo jego garderoba pełna była garniturowych kompletów, ale lubił dobrze skrojone rzeczy, a te spodnie układały się prawie że idealnie. Dlatego odsunął temat spodni na bok. Nie było pączka. Nie było pistacjowej pasty elegancko wprasowanej w granatowy materiał na jego udzie. Wszystko na ten czas zostało zapomniane. Koniec, dziękuję, do widzenia.
OdpowiedzUsuńZresztą to, co Reilynn wyprawiała w tej chwili między jego kolanami, kiedy próbowała wyjść spod stołu, skutecznie odciągało uwagę od wszelkich spraw odzieżowych, bo okazało się, że był to proces zaskakująco skomplikowany jak na czynność polegającą teoretycznie wyłącznie na powrocie człowieka do pozycji siedzącej. Odsunął się minimalnie, dając jej więcej miejsca, choć zrobił to z miną człowieka, który nie jest pewien, czy właśnie pomaga, czy jednak zwiększa zasięg potencjalnych zniszczeń. Dłonie trzymał przy sobie, rozsądnie uznając, że każda próba fizycznej interwencji mogłaby zostać źle zrozumiana albo, biorąc pod uwagę dotychczasowy rozwój wydarzeń, zakończyć się jakimś kolejnym dramatem. On, siedzący przy kawiarnianym stoliku. Ona, próbująca wydostać się spod stołu spomiędzy jego nóg. Gdyby ktoś dostarczył podobny materiał jego jeszcze żonie, zapewne nie musiałaby nawet pytać o kontekst, bo kontekst byłby tutaj najmniej interesującą częścią całej historii. On mógłby oczywiście tłumaczyć, że to nie było tym, na co wyglądało, ale to już samo w sobie brzmiałoby fatalnie. Dzięki Bogu, że ludzie w tej kawiarni zajęci byli swoimi sprawami.
Wziął wdech i wypuścił powoli powietrze, czekając, aż Reilynn znajdzie się z powrotem na krześle po drugiej stronie stolika. Świadomie wybrał cierpliwość zamiast komentarza, choć komentarzy miał w głowie co najmniej kilka i każdy kolejny był mniej uprzejmy od poprzedniego. Nie poganiał jej, tylko spokojnie czekał, bo wiedział, że gwałtowne ruchy i presja mogły doprowadzić do następnych strat materialnych, moralnych albo odzieżowych, a to nie było im dodatkowo potrzebne. Zdążył zresztą zauważyć laskę opartą tuż obok i domyślił się, że nie była to ekstrawagancka ozdoba ani narzędzie noszone po to, żeby nabić komuś guza. Reilynn mogła sprawiać wrażenie chodzącej katastrofy, ale nie był aż tak pozbawiony wyobraźni, żeby nie połączyć kilku faktów, tym bardziej, że laska stała w zasięgu jej ręki, ustawiona tak, jak ustawia się coś potrzebnego, a nie przypadkowego. Skoro ją miała, to jasne, że jej potrzebowała.
Siedział oparty na krześle ze spojrzeniem utkwionym gdzieś ponad jej głową, dopóki nie usłyszał szurnięcia drugiego krzesła i nie zobaczył, że wróciła na miejsce. Dopiero wtedy przeniósł na nią uważny i wymowny wzrok, bo sam fakt, że udało jej się ponownie przyjąć pozycję cywilizowanego rozmówcy, zasługiwał na to milczące uznanie. Potem prześledził krótko ruch jej palca, który wylądował pomiędzy jej wargami, i nieznacznie zmrużył oczy. Nie skomentował tego. Oczywiście, że nie skomentował. Miał jeszcze resztki przyzwoitości, albo przynajmniej wystarczająco dużo rozsądku, żeby wiedzieć, które obserwacje lepiej zostawić sobie.
— To bardzo rozsądna propozycja — przyznał, wpatrując się w jej twarz. — Niestety złożona mniej więcej pięć katastrof za późno. Teraz będzie pani mówić — zaznaczył, przeskakując wzrokiem z twarzy Reilynn do serwetki, którą trzymała w palcach. Pochylił się na krześle wystarczająco zdecydowanie, żeby skrócić dystans między nimi, i jedną dłonią ujął jej nadgarstek.
Palcami drugiej dłoni odebrał jej serwetkę i lekko ją strzepnął, rozprostowując zgnieciony papier, po czym odsunął się, opuścił wzrok na własne udo i z miną pozbawioną komentarza zebrał pistacjową pastę z ciemnogranatowego materiału. Mieli przy stoliku jedną serwetkę. Jedną. A skoro Reilynn Bothwell najwyraźniej zdążyła już uczynić z jego spodni poboczną ofiarę swojego procesu twórczego, czy tego chciała, czy nie, musiała się nią podzielić. Oczywiście to, że zebrał resztki pasty z materiału, nie zmieniło prawie niczego. Plama jak była, tak jest i będzie, dopóki jej nie spierze.
Usuń— Po takim wejściu milczenie byłoby już nieuprzejmie rozczarowujące — zauważył, kontynuując odpowiedź, którą przerwał tylko na chwilę na rzecz pożyczenia serwetki, którą odłożył na bok. — A tak się akurat składa, że ma mi pani bardzo dużo do opowiedzenia.
Oparł się z powrotem na krześle, ale nie odsunął od niej spojrzenia. Teraz, kiedy wróciła już na właściwą stronę stolika, a sytuacja była względnie opanowana, mógł wreszcie zająć się tym, od czego zamierzał zacząć.
— Proponuję od początku — dodał po chwili. — Kim pani jest, co pani pisze i dlaczego od tygodnia zachowuje się pani tak, jakby moja osoba była pani do czegoś niezbędna?
Tanner Morgan 🧐
[Hej, hej! :)
OdpowiedzUsuńTrochę przychodzę po czasie z podziękowaniami za powitanie. Brutalne te życie w ostatnich tygodniach jest. ^^ Dziękuję też za życzenia, ale w planach wcale nie mam, aby Zane odnajdywał spokój czy ogarniał życie. Jemu zdecydowanie lepiej jest w chaosie. ;> Chociaż kto wie co tam dla niego zapisane jest w gwiazdach. Wpadłam do Reilynn, bo tak zdobi główną stronę bloga i kurczę, ale ty tej dziewczynie dowaliłaś. Pierwsze co pomyślałam, to, że jej rachunki za wizyty w szpitalu muszą być ogromne i dobrze, że książki się sprzedają to przynajmniej nie zadłużyła się w porównaniu do Lavender. :D Totalnie różne te Twoje dziewczyny. Jedna po nos w ciemnych interesach, druga po nos w książkach. :D Powiem Ci też szczerze, że głupio mi brać wątek, jak jeszcze na Mariesville nie odpisałam ._. Jednak jeśli Ci moje okropnie ślimaczne tempo nie przeszkadza to możemy nad czymś pomyśleć. Szczególnie, że niedługo grafik mi się rozluźnia i powinnam mieć ciut więcej czasu na wątki. :D]
Zane Maddox
Może nie było do końca tak, że brał wszystko, na co tylko miał ochotę, bo nie był aż tak prosty, ani pozbawiony manier, żeby sięgać po cudze rzeczy z przekonaniem, że świat ma obowiązek ustępować mu z drogi. Był po prostu bezpośredni. W czynach, w słowach, w spojrzeniu i w sposobie, w jaki skracał dystans, kiedy uznawał, że dystans przestał mieć sens, a tu Reilynn odebrała dystansowi jakikolwiek sens właściwie tuż po przedstawieniu się, gdy pod stołem obmacała mu kolano. Tylko albo aż. Potrafił być elegancki, oczywiście, w końcu wychowanie i nazwisko zrobiły swoje, tyle że jego elegancja nie zawsze była łagodna, a już na pewno nigdy nie była potulna. Nie musiał uciekać do prymitywnych zachowań, żeby być stanowczy albo żeby wywierać presję, bo sala sądowa już dawno go nauczyła, że prymitywne zachowania zwykle nie działają. Prawdziwa przewaga leżała przede wszystkim w cierpliwości, z jaką pozwalało się drugiej stronie samej wejść dokładnie tam, gdzie od początku miała się znaleźć, dlatego on cierpliwie czekał teraz na wyjaśnienia.
OdpowiedzUsuńOparty na krześle, utrzymywał spojrzenie w twarzy Reilynn, słuchając jej słowo po słowie i próbując zrozumieć, co takiego pisała o tych prawnikach, że potrzebowała do tego inspiracji, która wynikałaby z codziennych czynności pokroju picia kawy. Już pomijając fakt, że on wcale nie musiał być tutaj sobą. Kawiarnia nie sprawiała magicznie, że zrzucał z siebie wszystko, czym był poza nią, z kolei to, że siedział bez marynarki, a wcześniej skupiał się na ekranie Macbooka i popijał espresso z filiżanki, nie czyniło go nagle bardziej prawdziwym niż wtedy, gdy stał przed ławą przysięgłych albo rozmawiał z klientem w kancelarii. Jeśli Reilynn naprawdę szukała w nim inspiracji, to musiała liczyć się z tym, że teraz też obserwowała tylko jakiś wycinek. Fragment, który wszedł do kawiarni po napiętym poranku, z irytacją po rozmowie z ojcem, i który teraz siedział tu z plamą na spodniach i cierpliwością nadwyrężoną do granic przyzwoitości. Szanse na to, że miała przed sobą prawdziwego, nieprzefiltrowanego przez okoliczności Tannera Morgana były mniej więcej pół na pół. Równie dobrze mogła obserwować człowieka w naturalnym środowisku, jak i człowieka, który od kilku godzin funkcjonował na resztkach cierpliwości i bardzo świadomym wysiłku, żeby nie powiedzieć o kilka zdań za dużo.
Jego wzrok powędrował za ruchem jej sylwetki, gdy podniosła się z krzesła. Dopiero wtedy wyraźniej zauważył, że jej dłoń odruchowo odnalazła laskę opartą tuż obok stolika, a palce zacisnęły się na niej z wprawą. Spojrzeniem przesunął niżej po linii jej ciała, rejestrując sposób, w jaki przenosiła ciężar z jednej strony na drugą i wtedy zobaczył protezę. Nie rzucała się od razu w oczy, była też częściowo ukryta przez ubranie, ale teraz, kiedy Reilynn stała, a laska przejęła część ciężaru jej ciała, obraz ułożył się w całość. Zatrzymał na niej wzrok tylko na krótką chwilę, a potem wrócił spojrzeniem do jej twarzy. Skoro nie chciała, żeby protestował, to nie protestował. Chętnie jednak sprawdzi, czy to drobne ciało rzeczywiście będzie w stanie pomieścić dwa pączki i kilka gryzów trzeciego, który zdążył już zaliczyć wycieczkę pod stół, spotkanie z jego spodniami i ostatecznie utracił status czegokolwiek, co powinno jeszcze trafić do ludzkich ust. Wydawało mu się to mało realne, ale odkąd przysiadł się do jej stolika, wszystko to, co mogło być nierealne, okazało się jednak częścią jego rzeczywistości.
Nie przepadał za pączkami – to jedno, a drugie, że od miesięcy trzymał się dość konkretnej diety, podporządkowanej treningom na siłowni. Nie był fanatykiem zdrowego trybu życia, żeby nawet ciasteczka do kawy nie przegryźć, ale jeśli już poświęcał kilka poranków w tygodniu na ciężary, interwały i całą uporczywą dyscyplinę z tym związaną, to nie po to, żeby później dobrowolnie sabotować swoje wysiłki.
Reilynn podjęła decyzję za niego – czego tak swoją drogą nie lubił – a skoro jednak uznała, że pączki powinny stać się elementem tej rozmowy, to on z przyjemnością pozwoli jej ponieść ciężar tej decyzji.
Usuń— Proszę mi pokazać, co pani napisała — powiedział, gdy tylko Reilynn usadowiła się z powrotem na krześle, a on miał pewność, że znalazła się w stabilnej pozycji i nie wydarzy się nic podobnego do poprzedniej wycieczki pod stół. — Jeśli nie zna pani zbyt wielu prawników, a mnie uznała pani za odpowiednią inspirację, to akurat ja będę mógł rzetelnie powiedzieć, czy to, co pani pisze, trzyma się kupy — zauważył trafnie, bynajmniej nie z próżności. Miał świadomość, że jego zawód był jednym z tych, które fikcja szczególnie lubiła upraszczać, upiększać albo zamieniać w efektowną serię błyskotliwych ripost, więc jeśli Reilynn zamierzała pisać o prawnikach, dobrze byłoby sprawdzić, czy nie popełniała wszystkich możliwych błędów naraz. O ile rzeczywiście pisała o prawnikach, bo na razie krawędzie całej tej historii wcale nie chciały sklejać się w całość. Reilynn mówiła dużo, chaotycznie i chwilami tak, jakby sama próbowała nadążyć za własnym wyjaśnieniem, a on nie miał jeszcze pewności, czy węszy tu kłamstwo, czy tylko dość znaczące rozminięcie się z faktami. Chciał zobaczyć ekran. I chyba nie musiał już wspominać, że wcale nie zamierza mówić jej po imieniu?
Tanner Morgan 😐⚖️
Intencja była możliwa do zignorowania i on właśnie ją ignorował, tak samo jak cały ten spektakl z pączkiem, który rozgrywał się przed jego oczami. Tak dawno nie obcował z ludźmi podchodzącymi do większości spraw bez większego krytycyzmu, że naprawdę zdążył zapomnieć, jak wygląda interakcja z kimś, kto najpierw działa, a dopiero później, ewentualnie, zastanawia się nad konsekwencjami. W jego życiu zawodowym, a nawet prywatnym, nie było zbyt wiele miejsca na zachowania podobne do tych, które teraz prezentowała Reilynn, dlatego wszystko to wydawało mu się nie tylko dziwne, ale też niepokojąco oderwane od tego, co uznawał za normalne. To nie mogło być normalne. Nie oceniał jej jednak, bo nie znał ani jej ani jej historii, ale z marszu wywnioskował, że nie mieli ze sobą zbyt wielu cech wspólnych, które mogłyby połączyć się na jakiejś płaszczyźnie i zwyczajnie kliknąć. Przepaść była między nimi wielka, żeby nie powiedzieć, że dzieliła ich cała mapa różnic. On funkcjonował w świecie zasad i konsekwencji, więc nawet kiedy łamał czyjeś oczekiwania, robił to świadomie, z pełną świadomością ryzyka i kosztów. Ona natomiast sprawiała wrażenie kogoś, kto wpadał w czyjąś przestrzeń jak przeciąg przez otwarte okno i siał swój mały zamęt, a potem zostawiał go i znikał. Oczywiście wcale nie twierdził, że to czyniło ją gorszą, ale czyniło ją kimś z zupełnie innego porządku. Jej uroczy chaos był cechą, która dla wielu mogła być urzekająca i na pewno tak było, ale nie dla kogoś kto nie lubi chaosu. A Tanner zawsze był z chaosem na bakier. To zaś, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich minut, było chaosem w najczystszej postaci.
OdpowiedzUsuń— Sprostujmy parę kwestii, pani Bothwell — zaczął, nie bez powodu kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa. — Nie mam ochoty mówić do pani po imieniu, ponieważ nie jest pani dla mnie nikim szczególnym i nie sądzę, żeby miało się to zmienić — wyjaśnił spokojnie, ale jednoznacznie również w kwestii wspomnianej przez nią przyjaźni. Skąd w ogóle nagle wziął się pomysł na przyjaźń? Skoro on nie miał pojęcia z kim ma do czynienia, bo na tak słowo to ciężko komukolwiek w dzisiejszych czasach wierzyć, a ona znała go z internetowych artykułów, czyli wiedziała o nim tyle, co nic, a może i gorzej, bo internet lubił wiele faktów przekręcać. A do greckich tradycji wcale już nie nawiązywał, bo znajdowali się w Ameryce, a żadne z nich z Grecją nie miało raczej nic wspólnego. On na pewno nie, a ona na Greczynkę też nie wyglądała, nie wspominając już o jej brytyjskim akcencie, który na wstępie tę Grecję zdyskwalifikował.
— Ja nie przyszedłem tutaj, żeby brać udział w pani przestawieniu. Mój błąd, bo nie pomyślałem, że może być ono częścią pani stylu bycia — stwierdził nadal grzecznie i rzucił krótkie spojrzenie w stronę pączka. — Gdyby przyniosła pani coś, co lubię, poczęstowałbym się z przyjemnością, ale nie zadała sobie pani nawet trudu, żeby zapytać na co mam ochotę — zauważył. — To jest jednak nieistotne, bo nie przysiadłem się tu na zapoznawczą pogawędkę. Pani obecność w moim otoczeniu zaczyna mnie niepokoić, i to jest powód — zaznaczył, celując w nią spojrzenie. Nie w pączka, który znajdował się tuż przed jego ustami i pachniał słodyczą, a w nią. W jej oczy, które co rusz zerkały w te należące do niego. A czy naprawdę się niepokoił? Nie, ani trochę, ale to też było nieistotne.
— A jeśli zacznę myśleć o tym w kategoriach stalkingu — ciągnął dalej, nie spuszczając z niej wzroku — to zapewniam panią, pani Bothwell, że rozmowa przestanie być miła. I wbrew temu, co może pani sądzić po naszym początku w tym miejscu, potrafię być zdecydowanie mniej uprzejmy, kiedy ktoś z premedytacją wchodzi w moje życie bez zaproszenia. Dlatego kimkolwiek pani jest i cokolwiek pani pisze, o ile coś w ogóle, to dla własnego spokoju proszę rozważyć znalezienie sobie innej inspiracji — zasugerował wymownie i wyprostował się na krześle, sięgając dłonią po swoją aktówkę. Z jego strony rozmowa mogła zostać już zakończona. Wszystko było przecież jasne. Nie powiedział tego z gniewem i nie próbował jej upokorzyć ani zamienić tej rozmowy w pokaz siły, bo nie było tu o co walczyć. Postawił tak wyraźną granicę, że trudno byłoby udawać, że to złudzenie, a żadne negocjacje nie wchodziły w grę, bo on wcale nie musiał czytać jej tekstów. Akurat to, co sobie tam napisała, to był na razie najmniejszy szczegół. Ale jeżeli naprawdę zastanawiała się, czy on mógł rozpętać z tego aferę, to mógł i to bez najmniejszego zawahania. W końcu z takich afer poniekąd żyje.
UsuńTanner Morgan 🌩️
Prawdę mówiąc, nie sądził, że kiedykolwiek mogliby zostać nawet koleżeństwem, bo znajdowali się na dwóch przeciwległych biegunach w każdej kwestii. Ich znajomość musiałaby opierać się dokładnie na tych momentach, których Tanner za wszelką cenę unikał, dlatego to nie miałoby szansy się udać. Reilynn miała w sobie ten rodzaj nieporządku, który mógł kogoś rozczulić, kogoś innego rozbawić, ale jego mógłby przede wszystkim zmęczyć, bo nie miał w sobie cierpliwości do ludzi, których trzeba było stale asekurować przed nimi samymi. Ona sprawiała wrażenie osoby, która wnosiła ze sobą sporo zamieszania, a on nie był człowiekiem, który szukał w życiu takiej rozrywki. Miał wystarczająco dużo zamieszania w kancelarii, w rodzinie, w jubilerskim biznesie i w małżeństwie, które wciąż formalnie istniało, więc nie potrzebował jeszcze jednego źródła chaosu, nawet jeśli ono mogło być akurat pozytywne, bo Reilynn miała w sobie sporo pogody ducha. Mimo to wciąż pozostawało jednak chaosem. Co prawda na razie nie był w stanie określić, czy obracanie wszystkiego w głupiutkie żarciki było stałą cechą jej charakteru, czy jedynie reakcją na stres związany z tym ich osobliwym posiedzeniem oraz małą katastrofą z udziałem pączka i wycieczki pod stół, ale na dłuższą metę to właśnie w takich rzeczach najłatwiej było zobaczyć, jak bardzo się różnili. On nie miał odruchu rozbrajania każdej niezręczności żartem. Jeśli sytuacja była poważna, traktował ją poważnie. Jeśli wymagała milczenia, milczał. Jeśli wymagała nieprzyjemnego pytania, zadawał je bez większego wahania. Reilynn natomiast próbowała zamienić dyskomfort w żart za każdym razem, gdy sytuacja robiła się napięta, ale to nie zawsze działało tak, jak powinno. Oczywiście była to wyłącznie jego obserwacja, jako człowieka, który żył według zupełnie innych zasad i manier. Nie lepszych, nie gorszych, po prostu innych.
OdpowiedzUsuń— Żeby przyjaźń mogła zaistnieć, muszą chcieć tego dwie osoby. To samo dotyczy całej reszty, którą pani wymieniła, zwłaszcza poznawania się — odpowiedział, zastanawiając się przez moment, czy mógł ją urazić tym, co powiedział poprzednio. Nie żeby jakoś szczególnie się tym przejmował, bo jego słowa opierały się na prawdzie, a nie miał w zwyczaju przepraszać za fakty tylko dlatego, że dla kogoś brzmiały niewygodnie. Nazwał jedynie rzeczy po imieniu: nie znał jej, nie ufał jej intencjom i nie widział powodu, dla którego miałby udawać, że między nimi istnieje jakaś swoboda, której w rzeczywistości nie było. Chciał tylko zrozumieć, dlaczego w ostatnim czasie stał się przedmiotem jej zainteresowania, żeby siedzieć w tej samej kawiarni, obserwować go zza laptopa i potem tłumaczyć to inspiracją, i czemu miała tak wyraźny problem z prostym wyjaśnieniem mu tego. A inspiracją do czego dokładnie – to była część, która często rozpływała się w jej odpowiedziach i właśnie ona uruchamiała w nim najwięcej podejrzeń. Nie miał problemu z tym, że ktoś czegoś nie mówił, ale miał problem wtedy, gdy ktoś udawał, że powiedział wystarczająco dużo, a w rzeczywistości nie powiedział nic. I jest to dość ciekawy paradoks, bo Reilynn ogólnie rzecz biorąc mówiła bardzo dużo, tyle że nadmiar słów nie oznaczał nadmiaru treści. A jemu ta treść była właśnie potrzebna.
— Nie powiedziałem, że jest pani niemiła — zauważył, patrząc chwilę, jak zajadała się pączkiem. — W zasadzie jest pani dość pogodna — ocenił, jeżeli już byli przy tym temacie. Nie uważał jej za niemiłą, ale za bardzo osobliwą i odpowiednią dla kogoś, kto ma w sobie podobne pokłady chaosu, już tak. Nie zrobiła przecież nic niemiłego. Zachowywała się tak, jakby granice były czymś elastycznym, negocjowalnym i najpewniej zależnym wyłącznie od nastroju, a cały sęk tkwił akurat w tym, że trafiła na kogoś, u kogo granice nie były jak ciągnący się w nieskończoność ser i nie wiązały się z nastrojem. To właśnie tu nastąpił ten znaczący dysonans.
Przeniósł spojrzenie na ekran, gdy obróciła urządzenie w jego stronę i nieznacznie zmrużył oczy, kiedy zaczął śledzić tekst. Nic z tego nie rozumiał. To znaczy, treść rozumiał aż nazbyt dobrze, bo czynności zostały opisane obrazowo, miejscami z niezwykłą dbałością o szczegóły. Wiedział, co czyta, na miłość boską, kumał to doskonale, tylko nie rozumiał jak miało się to do jej wcześniejszych wyjaśnień o prawnikach, inspiracji i w ogóle. Nie miało się bowiem wcale.
UsuńPrzez kilka sekund milczał, przesuwając wzrokiem po kolejnych linijkach z miną kogoś, kto spodziewał się notatek o prawnikach, może jakiejś nieporadnej sceny przesłuchania albo opisu kancelarii, a dostał coś, co z powodzeniem mogło wypisać się w ramy powieści erotycznej. Zdawał sobie sprawę, że był to tylko fragment, ale tym tekstem Reilynn zmuszała odbiorcę do skupiania się na szczegółach, które trącały o intymność. I to nie była przypadkowa intymność.
— Dobrze... — odezwał się po chwili, przeciągając samogłoski z przebijającym w głosie lekkim zaskoczeniem. — Może mi pani wytłumaczyć, jak to ma się do pisania o prawnikach, a co więcej, jak to się ma do inspiracji mną? Bo, przepraszam, ale co wspólnego z Lordem Vaelem i Elarą mają prawnicy? A tym bardziej ja? — Podniósł spojrzenie na Reilynn, a jego brew powędrowała wyraźnie w górę. Wcześniej mówiła, że pisze tekst o prawnikach, i że potrzebowała ogólnych informacji, a na inspirację wytypowała sobie, z jakiegoś powodu, właśnie jego. Tymczasem pisała o jakiejś prawie migdalącej się parze. Gdzie w tym jego gesty, szczere i naturalne, o których tak wspominała? Czy... Nie, to raczej niemożliwe. To niemożliwe, że wcisnęła jego cechy w postać Lorda Vaela, bo skąd mogła wiedzieć, w jaki sposób on obchodziłby się z kobietą? Teoretycznie miała wyobraźnię. I praktycznie zaczynała mocno się czerwienić, a to było już bardzo podejrzane.
Zatrzymał na niej spojrzenie dłużej, próbując wywnioskować, czy jej rumieniec był skutkiem zakłopotania, czy może jednak faktu, że prawda zaczynała powoli wychodzić na wierzch mimo wszelkich starań. Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, naprawdę, ale one same cisnęły się teraz do głowy.
— Pani Bothwell — powiedział w końcu wolniej, a na jego usta wpłynął rozbawiony uśmieszek, którego nie zdołał już powstrzymać. — Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale zaczynam odnosić wrażenie, że pisanie o prawnikach było bardzo eleganckim skrótem myślowym dla czegoś zupełnie innego — stwierdził. Jego brew wciąż pozostawała uniesiona. — Naprawdę liczę na to, że za chwilę nie dowiem się, że zostałem nieświadomym dawcą cech dla jakiegoś arystokratycznego kochanka z fantastycznej krainy.
Tanner Morgan 🤨😯
Nie zakładał, że był Lordem Vaelem, bo w przeczytanym fragmencie nie widział żadnych podobieństw do siebie. Nie widział też niczego, co wskazywałoby na to, że Reilynn czerpała inspirację z jego osoby, bo opisana scena była daleką od tego, co ona mogła obserwować, siedząc z laptopem w kawiarni kilka stolików dalej. Artykuły w internecie też nie skupiały się raczej na jego osobowości, poza tym, że potrafiły uczepić się jego niezłomnej postawy jako czegoś, co dobrze wyglądało w nagłówkach i jeszcze lepiej brzmiało w zestawieniu z niesłusznie skazanymi, których sprawy prowadził. Niezłomna postawa. To było takie ładne, wygodne określenie, które pozwalało ludziom wyobrażać sobie, że wiedzą o nim coś istotnego, choć w rzeczywistości znaczyło mniej więcej tyle, że był uparty, potrafił nie odpuszczać i nie uśmiechał się do kamer wtedy, gdy ktoś oczekiwał od niego jakiegoś inspirującego komentarza. To nie była żadna istotna wiedza. Tak naprawdę rzadko który tekst rzetelnie obrazował jego osobę, ale to nigdy go szczególnie nie dziwiło skoro pisali o głównie sprawach, które prowadził, albo o wyrokach, które udało się podważyć, ewentualnie o klientach, których nazwiska na chwilę przedostały się do opinii publicznej, czyli w zasadzie pisali o tej wersji jego samego, którą dało się streścić w kilku zdaniach. Ale to dobrze, bo nigdy nie chciał być medialny i niech tak pozostanie, tyle że nie dało się go poznać w ten sposób. Można było oczywiście wyciągnąć jakieś wnioski, ale tym sposobem nie dało się poznać go tak naprawdę, a już tym bardziej zrozumieć.
OdpowiedzUsuńWysłuchał tego, co Reilynn miała do powiedzenia na temat książkowego bohatera i nieznacznie skinął głową. Od razu skojarzył to sobie ostatnią pogawędką z córką na temat smoków i księżniczek, podczas której Amber próbowała mu wyjaśnić, że smoki wcale nie muszą być złe, i że to niesprawiedliwe z góry zakładać, że takie właśnie są. Obrona Reilynn brzmiała teraz całkiem podobnie. Nie chodziło nawet o samego bohatera, tylko o ten sposób, w jaki mówiła o wymyślonym świecie, a podchodziła do swoich historii bardzo poważnie.
Tak szczerze, fantastyka była mu zupełnie obca, więc to i tak dobrze, że wiedział przynajmniej, jak może wyglądać elf, żeby cokolwiek sobie zobrazować. Nie było to jego flow ani trochę. Reilynn natomiast ewidentnie odnajdywała się w historiach nie z tego świata, a kiedy o nich mówiła, robiła to z taką powagą i swobodą, jakby opowiadała nie o wymyślonych krainach, tylko o miejscach, które znała osobiście i do których mogłaby go zaprowadzić, gdyby tylko miał ochotę uwierzyć, że istnieją.
Mimo wszystko cała ta kwestia inspirowania się nim wciąż wydawała mu się dziwna. Nie niezrozumiała w sensie ogólnym, bo potrafił pojąć, że pisarze czerpią z ludzi, gestów, rozmów, czy przypadkowo podsłuchanych zdań. To akurat miało sens. Dziwne było po prostu to, że Reilynn wybrała akurat jego, bo uważał, że raczej słaby z niego materiał do inspiracji dla fantastycznego bohatera. Ale co on tam wiedział, skoro był typem z aktówką, a ta tematyka od zawsze leżała daleko poza granicami jego zainteresowań.
— W takim razie mam nadzieję, że im się ułoży — powiedział krótko w nawiązaniu do historii głównych bohaterów. — I że będzie z tego bestseller — dodał jeszcze.
Co więcej mógł powiedzieć? Skoro książka nie miała jednak nic wspólnego z prawnikami, to jego opinia też nie miała tu racji bytu. Na pewno nie był właściwą osobą do rozstrzygania, czy Lord Vael powinien dostać szczęśliwe zakończenie, czy Elara miała wystarczająco dużo charakteru, albo czy chemia między nimi działała zgodnie z zasadami jakiegoś fantastycznego świata.
Życzył jej sukcesu szczerze, bo nie miał powodu chcieć, żeby jej się nie udało.
Usuń— Zapamiętam pani nazwisko i z ciekawości kupię egzemplarz, jeżeli książka pojawi się w sprzedaży — zapowiedział, uśmiechając się chwilowo. Pewnie byłaby to jedyna książka o tematyce fantastycznej, która znalazłaby się na jego półce, nie licząc bajek, które czytała jego córka, ale biorąc pod uwagę okoliczności powstania, byłaby pozycją szczególnie wyjątkową. W końcu, czy tego chciał, czy nie, poniekąd miał w niej swój udział.
Tanner Morgan 🙂📙
Wyjaśnił już powód, dla którego zwracał się do niej oficjalnym tonem, i nic w tej kwestii się nie zmieniło. Jego decyzja nadal pozostawała obowiązująca. Co więcej, powinna działać w obie strony, dlatego miał nadzieję, że jeśli faktycznie kiedykolwiek dojdzie jeszcze do ich spotkania, Reilynn o tym nie zapomni. Nie chciał mówić jej po imieniu, ale też nie chciał być dla niej Tannerem. Nie doszli do takiego etapu, żeby skracać między sobą dystans, a to, co ona na ten temat uważała, naprawdę nie miało dla niego większego znaczenia. Wciąż była dla niego zupełnie obcą osobą, spotkaną na przerwie w kawiarni, a całe to zajście miało charakter przelotny i niewystarczający, żeby nadawać mu większe znaczenie, niż rzeczywiście posiadało. Nie byli znajomymi. Nie znali się i chyba też nie do końca kojarzyli fakty, bo Tanner nie był założycielem kancelarii, a jedynie pracownikiem w biznesie rodziców. Zresztą nie przewidywał nawet, że jeszcze kiedykolwiek się zobaczą, bo... po co? Oczywiście wziął ten numer telefonu i pewnie odłoży go do notatnika z dziesiątkami innych numerów, które tam ma, ale nie wydawało mu się, żeby kiedykolwiek miał jeszcze sposobność wracać do tematu tej dziewczyny. Chyba, że jej książka faktycznie stanie się bestsellerem, a on jakimś cudem nadzieje się na jej egzemplarz. Tylko, że przestało mu się wydawać to możliwe, gdy wrócił do kancelarii, zasiadł z powrotem przy swoim biurku i wklepał jej dane w internet. Zrobił to z czystej ciekawości. I naprawdę nie był ani trochę zaskoczony, że wyszukiwarka nie powiedziała mu o niej niczego szczególnego. W tym mieście żyło naprawdę wielu dziwnych ludzi, więc Reilynn wcale nie była odosobnionym przypadkiem. Wyszukanie jej numeru telefonu również nie wniosło niczego. Może i była pisarką, kto wie, skoro internet nie potwierdzał jej wersji i też jej nie obalał, ale widocznie pisała do szuflady, skoro nie połączył z jej nazwiskiem żadnych konkretnych tytułów. Albo miała pojedynczych odbiorców, którzy lojalnie wyczekiwali jej kolejnych dzieł. Ostatnia opcja mogła być taka, że pisała pod pseudonimem, co też się przecież zdarza. Niezależnie jednak od tego, jak było naprawdę, zamykając przeglądarkę, uznał ten epizod za zakończony.
OdpowiedzUsuńBył człowiekiem trochę zabieganym, bo dzielił siebie między pracę w kancelarii, sprawy związane z salonami jubilerskimi i własne, znacznie spokojniejsze zajęcie przy kamieniach szlachetnych, ale to ostatnie nie wynikało już z nazwiska, ani z powinności czy z rodzinnych oczekiwań. To było jego. Praca z kamieniami miała w sobie coś, czego nie dawała mu ani sala sądowa ani rozmowy z klientami, choć wymagała skupienia, mnóstwa cierpliwości i takiej naprawdę szczerej staranności. Przy szlifowaniu każdy ruch musiał być przemyślany i kontrolowany, bo kamień nie wybaczał niczego i czasami wystarczyła chwila rozproszenia, żeby coś, co miało stać się idealnym detalem, straciło proporcje bez możliwości cofnięcia błędu. Ale to właśnie dlatego lubił pracę z kamieniami. W normalnym świecie większość spraw dawało się przeciągać i negocjować, czy nawet ratować sprytnymi argumentami, natomiast przy kamieniach nie było miejsca na żadne sztuczki. Można było coś nieodwracalnie zjebać i w jednej sekundzie obniżyć wartość kamienia wartego krocie. Ryzyko zawsze było jednorazowe, bo kamienie nie dawały drugiej szansy.
Siedząc przy biurku na zapleczu salonu, zastanawiał się nad ostatecznym osadzeniem kamienia, bo tego wieczoru, po powrocie do domu, miał dokończyć broszkę z opalem, który od kilku dni szlifował na gładko metodą kaboszonową. Nie była duża ani szczególnie krzykliwa, ale właśnie dlatego wymagała dobrego wyczucia. Opal miał grać pierwsze skrzypce, a cała reszta miała być tylko tłem. Popatrzył na wykonany przez siebie szkic i na chwilę zatrzymał się wzrokiem przy miejscu, w którym planował zamknąć kamień w oprawie.
Właśnie rozważał, czy delikatniejsza linia metalu nie pozwoliłaby opalowi wypaść nieco swobodniej, kiedy zza drzwi dotarło do niego zamieszanie, które ewidentnie wskazywało na jakąś słowną potyczkę. Głos Alana rozpoznał od razu, a drugi też wydawał mu się jakoś dziwnie znajomy, choć nie był w stanie przypisać mu żadnej twarzy.
UsuńOdłożył szkic na blat, a potem wstał od biurka i ruszył w stronę drzwi, po drodze zapinając guzik grafitowej marynarki. Skupienie, które jeszcze przed chwilą towarzyszyło mu przy myśleniu o opalu, ustąpiło miejsca chłodnej gotowości, bo skoro wymiana zdań przeniosła się aż na zaplecze, to znaczy, że sprawa musiała być poważna. Na palcach jednej ręki mógłby policzyć sytuacje, w których w którymkolwiek z jego salonów wywiązał się prawdziwy spór. Nie były to miejsca skierowane do przypadkowych klientów przede wszystkim ze względu na wysokie ceny. Trafiały tu osoby, które miały do biżuterii podejście całościowe, a interesowały je nie tylko karaty i rozpoznawalne nazwisko projektanta, ale też historia kamienia, kunszt wykonania i jakość. Tacy klienci z reguły rozmawiali spokojnie, zadawali dużo pytań, a decyzję zakupu podejmowali bez pośpiechu, dlatego każde zakłócenie tego porządku od razu wybijało się z tła. W tym salonie podniesiony głos brzmiał jak stłuczone szkło.
Kiedy wyszedł na salę sprzedaży, jego spojrzenie najpierw przesunęło się po gablotach, a potem zatrzymało się na Alanie, który stał przy jednej z ekspozycji z miną człowieka, który usiłował zachować profesjonalny spokój mimo wyraźnego wyczerpania cierpliwości. A później spojrzał na nią.
Reilynn Bothwell.
Czy powinien się dziwić wyczerpanej cierpliwości doradcy? Chyba nie.
Przez krótką, bardzo wymowną sekundę nie powiedział nic. Jedynie jego brwi uniosły się minimalnie, ale w tym drobnym geście znalazło się też miejsce na zaskoczenie i na niedowierzanie, ale i na coś bardzo bliskiego pytaniu, dlaczego właściwie los uznał, że ich znajomość zasługiwała na kontynuację. A może nie los, bo nie był to przecież przypadek. Co, jak co, ale ten salon Reilynn musiała wybrać świadomie, ze wszystkimi możliwymi zamiarami, które kłębiły się w jej głowie. Może niekoniecznie liczyła na ich spotkanie, ale z pewnością wiedziała, że może tu do niego dojść, w końcu to jego salon. Dziwne, gdyby tu nie bywał.
Podszedł do nich spokojnie, a kiedy znalazł się obok Alana, położył dłoń na jego ramieniu i skinął lekko głową, pozwalając mu odpuścić. Chłopak był dobrym pracownikiem, choć momentami starał się aż za bardzo, ale brał do feedback do serca i korygował swoje błędy.
— W porządku, Alanie — powiedział tylko i spojrzał porozumiewawczo w kierunku ochroniarza, który zatrzymał się w półkroku, a potem zaczął kontrolować sytuację z odległości. Jego wzrok powędrował jeszcze do obecnej w salonie klientki, której posłał przepraszający uśmiech, a potem dotarł w końcu do twarzy Reilynn.
Omiótł ją uważnym spojrzeniem, wystarczająco dokładnym, żeby wyłapać wszystkie szczegóły, które mogłyby powiedzieć mu więcej niż jej ewentualne wyjaśnienia. Zastanawiał się, czy naprawdę sprowadzała ją tutaj chęć zakupu biżuterii, czy coś zupełnie innego, na przykład jakiś kolejny rozdział jej osobliwego researchu do książki o elfach.
— W czym możemy pani pomóc? — zaczął klasycznie, chociaż przeszło mu przez myśl powiedzieć, że jej się tutaj nie spodziewał. — I zanim pani odpowie, zaznaczę tylko, że tym razem potrzeba zbierania inspiracji może wymagać lepszego uzasadnienia niż ostatnio — dodał, a kącik jego ust uniósł się w firmowym uśmiechu. Nie żartował. Gotów był wrócić do rozważenia stalkingu w każdej chwili.
Tanner Morgan ❔🤔
Ochhhh, a kogóż to moje oczy widzą na głównej? :D Nie spodziewałam się zobaczyć na blogu Alice, ale cieszę się, że ją widzę, bo obrysowałaś jej buźkę bardzo fajną osobowością. Historia zresztą też fajna, trochę ciężka, ale kto nie lubi udręczać swoich postaci, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ja na pewno nie rzucę, choćby dlatego, że w mojej głowie Alice służyła do tej pory za wizerunek byłej dziewczyny Marco i cóż... To zła kobieta była. ^^"
OdpowiedzUsuńW ostatnim czasie trochę mi się przymarło, a odpis dla Vasi się zagubił, więc głupio mi trochę cokolwiek proponować. Niemniej, gdyby Cię mój poślizg nie zraził, to chętnie odpiszę albo tam, albo pokombinuję coś tutaj, bo mamy kilka punktów zaczepienia (mogliby się poznać choćby za sprawą mamy Rei) i parę miłych zdjęć zdjęć naszych dzieciaków razem. :D
Cześć, hej, powodzenia z kolejną postacią!
MARCUS LOCKHART
Może momentami uchodził za chorobliwego perfekcjonistę, ale prawda jest taka, że jego obowiązki zawsze były wykonane z należytą starannością. Przykładał się do spraw sądowych tak, jakby podczas nich walczył o samego siebie, i przykładał się do prowadzenia salonów, mając świadomość, że one są wizytówką jego samego. Oskarżenia, które Reilynn rzucała teraz w stronę jego pracowników, całego lokalu jak i jego samego, były poważne i nie zamierzał zostawić tego bez wyjaśnienia. Takie sytuacje nie miały tu miejsca na co dzień, bo jego pracownicy doskonale znali standardy obsługi i jeżeli dochodziło do podobnych ekscesów, to nigdy nie dlatego, że była temu winna jedna strona. Zwykle obie strony eskalowały spór, każda przeświadczona o swojej racji, ale żeby jego pracownicy obrazili czyjś wygląd? Żeby zdyskredytowali kogoś tylko dlatego, że ktoś wygląda inaczej, bo na przykład ma protezę nogi? No tego tu jeszcze nie było i wydawało mu się to być możliwie lekką nadinterpretacją całej sytuacji. Oczywiście nie odpowiadał za to, jakie myśli chodziły Alanowi po głowie, bo nie mógł w żaden sposób zweryfikować tego, co chłopak prywatnie sobie myślał o ludziach, ale jeżeli powiedział tutaj w głos choć jedno słowo, które jednoznacznie obraziło wygląd Reilynn, to był w stanie zwolnić go tu i teraz. Dosłownie. Kazałby mu opuścić salon i czekać już tylko na wypowiedzenie, bo każdy pracownik wiedział, że tu nie ma miejsca na takie zachowania. Nie było więc na razie mowy o jakimkolwiek obsłużeniu Reilynn, dopóki ta sytuacja nie zostanie wyjaśniona i zażegnana.
OdpowiedzUsuń— Może pani odpuścić sobie ironiczne komentarze na temat mojego salonu — zwrócił się do Reilynn. Gdyby był rasowym dupkiem, w taki sam sposób skomentowałby jej książkę o elfach, ale najwyraźniej miał trochę więcej kultury. Za to miał coraz mniej cierpliwości do tej dziewczyny. Ilekroć pojawiała się w jego otoczeniu, nastawał chaos, który wytrącał z równowagi cały jego porządek. Z początku miał jeszcze nadzieję, że może była to kwestia zakłopotania, bo wtedy, przy stoliku, sprawy potoczyły się dziwnie, ale teraz utwierdzał się w przekonaniu, że bezkrytyczne podejście było częścią jej osobowości. Najprościej byłoby sprzedać jej naszyjnik i pożegnać, ale skoro godziła w jego markę, nie mógł zostawić tego bez odpowiedzi i wyjaśnienia. To musiało zostać rozwiązane.
— Alanie, czy powiedziałeś cokolwiek na temat wyglądu tej pani? — Tanner zwrócił się do Alana.
— Nie, panie prezesie — odparł od razu.
— To czy w jakikolwiek sposób skomentowałeś pani ubiór, ciało, włosy, cokolwiek?
— Nie, absolutnie prezesie, bóg mi świadkiem! Zapytałem panią jedynie o to, jakim dysponuje budżetem, co pani odebrała jako atak. Podniosła głos, więc wezwałem ochronę, ale pani od początku przyszła tu z jakimś bojowym nastawieniem. Poinformowałem, że sprzedajemy biżuterię premium, a pani odebrała to jako personalny przytyk, odpowiedziała po chamsku i od tamtej pory odbierała w ten sposób każde moje słowo. Ja nawet nie zdążyłem nic zaproponować — wytłumaczył w nerwach, prawie na jednym wdechu. — Przepraszam panią, cokolwiek sobie pani pomyślała — rzucił Reilynn krótkie spojrzenie, ponieważ te słowa kierował już do niej.
Tanner spojrzał na drugą klientkę, która nie chciała się wtrącać a jednak wtrącała się, aż miło.
— Dziękuję, pozwoli pani, że resztę rozstrzygniemy już między sobą. Liso, proszę, obsłuż panią — zwrócił się do drugiej pracownicy, która wróciła właśnie z przerwy i na polecenie Tannera od razu przejęła panią, prowadząc ją do kasy, gdzie starannie zapakowała biżuterię w firmowe pudełeczko i torebkę.
Tanner zaraz powrócił spojrzeniem do Reilynn. To, że Alan przeprosił niczego magicznie nie kończyło.
Usuń— Na czym polegała selekcja, której tu pani doświadczyła? W jaki sposób mój pracownik przypomniał pani, że coś jest nie tak z pani ciałem albo z ubraniem? Proszę mówić, pani Bothwell, chciałbym dokładnie zrozumieć, w którym momencie poczuła się pani urażona — powiedział, utrzymując w jej twarzy wyczekujące spojrzenie. Może z niej ostrość zeszła, ale z niego nie. W nim ostrość dopiero nastała. To nie były pytania z dupy, bo nawiązywał oczywiście do oskarżeń, które padły przed chwilą z jej własnych ust. Selekcja? Co to niby miało znaczyć? Czy ktokolwiek powiedział jej, że nie zostanie obsłużona, bo wygląda inaczej, bo jest zbyt chuda, zbyt brzydka albo zbyt biedna? Jeżeli tak, chciał usłyszeć dokładnie to zdanie. Chciał dostać dokładnie ten moment, w którym Alan powiedział jej, że ma się wynosić, bo nie wygląda jak ktoś, na kogo warto tracić czas. Najpierw została rozkręcona afera o wykluczanie tu kogoś ze względu na wygląd, a teraz miał ją tak po prostu obsłużyć, jak gdyby nigdy nic? No nie, należy być konsekwentnym. Skoro chciała zrobić zakupy w salonie, w którym została zdyskredytowana, to najpierw niech sytuacja zostanie rzetelnie wyjaśniona. Bo jeśli naprawdę coś takiego miało tu miejsce, to nigdy więcej nie może się powtórzyć.
Tanner Morgan ⚔️
Wziął głęboki, powolny wdech, a jego szczęka zacisnęła się mocniej. Musiałby być naprawdę naiwny, żeby wierzyć, że wysoka temperatura miała jakikolwiek znaczący udział w tym, że doszło do tej sytuacji. Wycofywała się i on doskonale to wiedział, tylko nie był w stanie pojąć, co właściwie stało za tym nagłym odpuszczeniem. Nie wiedział, w którym momencie uznała, że dalsze ciągnięcie konfliktu nie ma sensu, ani dlaczego nagle postanowiła go wygasić, skoro jeszcze chwilę wcześniej tak pewnie rzucała poważnymi oskarżeniami. Mogli to wszystko wyjaśnić, a winny poniósłby konsekwencje, jeżeli faktycznie doszło tu do naruszenia czyjejś godności albo dobrego imienia. Bo jeśli Alan rzeczywiście odmówił jej obsługi dlatego, że na podstawie wyglądu uznał ją za osobę niewystarczająco zamożną, to sprawa była poważna. Ale jeżeli nic podobnego nie padło z jego ust, a całe oskarżenie opierało się wyłącznie na interpretacji sytuacji, równie poważne stawało się rzucanie takich zarzutów bez jednoznacznych podstaw. Nie słyszał, jak przebiegła wymiana zdań między nimi, bo gdy wyszedł z biura, to inicjatywę prawie przejmował już ochroniarz, więc ominęła go cała ich słowna utarczka, dlatego potrzebował poznać wersję dwóch stron. Chciał wierzyć w to, że Alan nie popełnił tak rażącego błędu, ale nie szedł ślepo za pracownikami, bo nikomu nie ufał w pełni. Wszyscy byli tylko ludźmi, którzy w każdej chwili mogli powiedzieć o jedno słowo za dużo, albo źle ocenić sytuację, dlatego liczył teraz na wyjaśnienia Reilynn, żeby dokładnie zrozumieć źródło problemu. A ona się wycofała. Naprawdę zastanawiające. To oczywiście nie oznaczało, że on potraktuje sprawę tak, jakby nigdy nie istniała, bo skoro doszło do spięcia, to znaczy, że powód był, a on skorzysta z każdej możliwości sprawdzenia tego zajścia. Inaczej Reilynn wychodziłaby stąd teraz jako szczęśliwa posiadaczka prezentu dla przyjaciółki, a nie... uderzona drzwiami?
OdpowiedzUsuńWszystko stało się zbyt szybko, żeby ktokolwiek zdążył właściwie zareagować na ten wypadek. Mężczyzna z telefonem przy uchu, bardziej skupiony na prowadzonej rozmowie niż na tym, co działo się przed nim, pchnął drzwi od zewnątrz dokładnie w chwili, w której Reilynn zamierzała opuścić salon. Szklane skrzydło uderzyło ją z dość dużą siłą i na tyle mocno, że aż zadrżało w zawiasach, a chociaż nie upadła na podłogę, uderzenie musiało być bolesne. Widać to było po tym krótkim, mimowolnym spięciu jej ciała i po tym, jak na moment zastygła w miejscu, jakby sama potrzebowała sekundy, żeby zrozumieć, co właściwie się stało. Facet zaczął przepraszać, ale to i tak zdawało się niczego nie rekompensować. To nie wyglądało tak, jakby nic się nie stało. Ale Reilynn mimo wszystko wyszła na zewnątrz. Chyba bardziej zależało jej teraz na wydostaniu się z salonu niż na przyjmowaniu kolejnych przeprosin.
Tanner rzucił tylko porozumiewawcze spojrzenie w stronę pracowników, dając im niemy sygnał, żeby zajęli się mężczyzną, a sam ruszył za Reilynn. Nie mógł tak po prostu pozwolić jej odejść, bo to uderzenie wyglądało bardzo poważnie i musiał mieć pewność, że nie doznała jakiegoś urazu. Inaczej od razu zgłosiłby zdarzenie do swojej polisy biznesowej, żeby jego ubezpieczyciel pokrył koszty opieki, bo przecież nawet chwilowy pobyt na SOR mógłby kosztować ją krocie, a jego lokale były od takich zdarzeń ubezpieczone. Winny był wprawdzie mężczyzna, ale z jego ubezpieczenia całość zostałaby ściągnięta później, w toku postępowania.
Znalazł ją tuż za wejściem, opartą bokiem o ścianę budynku i lekko pochyloną. Słońce prażyło dziś niemiłosiernie, odbijając się rozgrzanego chodnika, ale mimo upału przez ulicę co jakiś czas przemykał lekki wiatr. Muskał skórę pod jego szyją dokładnie tam, gdzie nie osłaniał jej dziś krawat, a dwa pierwsze guziki koszuli pozostawały rozpięte.
— Następnym razem... — zaczął, zatrzymawszy się obok Reilynn, ale wtedy dostrzegł na jej dłoni krew i reszta zdania całkowicie gdzieś wyparowała. — Cholera — rzucił tylko, automatycznie sięgając do kieszonki na piersi po białą poszetkę. Była trochę sztywna ze względu na to, że była dobrze zaprasowana i wykonano ją z lnu, ale za chusteczkę mogła posłużyć idealnie. Rozprostował ją krótkim, sprawnym ruchem palców i podsunął Reilynn pod dłoń. — Dobrze się pani czuje? Kręci się pani w głowie? Proszę to przyłożyć — powiedział, obrzucając ją przy okazji badawczym spojrzeniem, żeby samemu się co do jej samopoczucia upewnić. Pewnie będzie z tego siniec, ale to i tak najmniejszy problem. Powinni wrócić do salonu, żeby Reilynn mogła bezpiecznie usiąść, ale najpierw chciał się w ogóle upewnić, czy była w ogóle w stanie iść.
UsuńTanner Morgan 😳🚑
Mogła mieć o nim podobnie beznadziejne zdanie, ale nie przechodził obojętnie obok ludzkich dramatów. Nigdy. I tu naprawdę nie miało znaczenia to, czy ktoś był przypadkową osobą, czy nie. Potrafił pochylić się nad cudzą krzywdą zupełnie bezinteresownie, bo pewne rzeczy po prostu się robiło, jeśli sytuacja tego wymagała, a taki pozornie nieszkodliwy wypadek mógł nieść ze sobą poważne konsekwencje. To nie musiało wydarzyć się w tym salonie, chociaż szczęście w nieszczęściu, że stało się właśnie tu, bo nie została z tym sama na przypadkowym chodniku, reakcja mogła być natychmiastowa, a przy tym nikt nie musiał martwić się o koszty. Akurat nie chodziło o to, że to on musiałby wypłacić jakieś odszkodowanie, bo nie stało się to z jego winy, ale jego ubezpieczenie mogło pokryć tymczasowo to, co później zostanie ściągnięte ze sprawcy, jeżeli Reilynn faktycznie skorzystałaby z opieki lekarskiej i o ile dochodziłaby ewentualnych roszczeń. Może przecież zostawić sprawę i nie wyciągać z tego żadnych konsekwencji, choć niewykluczone, że człowiek, który rozbił jej drzwiami nos, sam zaoferuje takie rozwiązanie, żeby stanąć w nieco lepszym świetle. Wypadki się zdarzają, to fakt, ale opieka medyczna w tym kraju potrafi doprowadzić człowieka do bankructwa i wypadałoby chociaż dołożyć się do naprawy szkód, skoro już powstały. A powstały i Tanner, patrząc na Reilynn, nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.
OdpowiedzUsuńW ogóle nie zastanawiał się nad tym, czy poszetkę da się później doprać, na miłość boską, los tej szmatki nie miał dla niego znaczenia. Był to tylko kawałek złożonego lnu, który w tej chwili okazał się użyteczny, a skoro przydał się do zatamowania krwi cieknącej z jej nosa, to spełnił swoje zadanie lepiej niż niejeden elegancki dodatek, który przez większość czasu istniał wyłącznie po to, żeby dobrze wyglądać. Jeśli to oszczędzi jej zastanawiania się później, co wypada z tą poszetką zrobić, to mogła wyrzucić ją do kosza, naprawdę. Nie powinna przejmować się kawałkiem materiału, który już dawno stracił jakiekolwiek znaczenie, tylko sobą i swoim własnym stanem, bo ściana może zaraz przestać być wystarczającą podporą w zestawieniu z zawrotami głowy.
— Jeśli pani napisze tę scenę, liczę na to, że też przeczytam fragment — dorzucił dla rozluźnienia.
Słyszał, że próbowała brzmieć luźno, ale to i tak nie maskowało jej faktycznego stanu, który wypadał źle. Po prostu źle. Była bledsza na twarzy niż przed momentem, a jej swoboda brzmiała zbyt wymuszenie, żeby mógł potraktować ją serio, dlatego w pewnym momencie asekuracyjnie stanął bliżej z dłońmi przy jej ciele. I zaraz jej manatki pospadały na chodnik, co już było sygnałem samym w sobie.
Nie spodziewał się, że się nachyli, dlatego kiedy to zrobiła, zareagował odruchowo. Jedna jego dłoń znalazła się przy jej ramieniu, druga tuż przy boku, choć nie po to, żeby ją przytrzymać na siłę, ale żeby powstrzymać ten nierozsądny ruch, zanim zdąży bardziej zachwiać jej równowagą.
— Ja to zrobię — zdążył właściwie wypowiedzieć te trzy słowa i poczuł, że jej ciało staje się cięższe, jakby w jednej chwili uszło z niego całe napięcie, które dotąd trzymało ją w pionie. Nie osunęła się jakoś bardzo gwałtownie, ale wystarczająco wyraźnie, żeby jego dłonie przestały robić tylko za asekurację, a stały się jej realnym oparciem, chroniącym przed spotkaniem bliskiego stopnia z betonem. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
Nie czekał, aż sytuacja pogorszy się bardziej. Wsunął jedno ramię pod jej kolano, drugie pewniej ułożył za jej plecami i podniósł ją ostrożnie, ale bez wahania, bo sama decyzja zapadła w jego głowie szybciej, niż zdążył ją do końca przemyśleć. Po tym, co wydarzyło się ostatnimi czasy, nie powinien był jej dotykać bez klarownego pozwolenia, czy w ogóle przekraczać granic jej przestrzeni osobistej, ale trudno. Najwyżej go pozwie. No świat się przecież nie zawali.
Zatrzymał się z nią na chwilę w progu salonu, trzymając ją stabilnie przy sobie. Całkiem możliwe, że Reilynn była świadoma tego, co się dzieje, że właśnie niósł ją w swoich objęciach, ale nie miał wyjścia. A nie wyobrażał sobie, że byłaby w stanie dojść do samochodu o własnych siłach we w miarę sensownym tempie.
Usuń— Proszę wziąć dane od pana — polecił rzeczowo, przenosząc spojrzenie na Lisę. — Imię, nazwisko, numer telefonu, wszystko, co będzie potrzebne do raportu. I niech ktoś zabierze rzeczy pani Bothwell. Torbę i laskę. Proszę przynieść je do samochodu.
Lisa skinęła głową od razu, rozumiejąc, że to nie był moment na zadawanie pytań, a mężczyzna z telefonem, jeszcze przed chwilą zasypujący wszystkich chaotycznymi przeprosinami, nagle wydał się znacznie bardziej świadomy powagi sytuacji. Tanner nie poświęcił mu już jednak ani sekundy więcej. Najważniejsze było teraz to, żeby zabrać Reilynn z rozgrzanego chodnika, posadzić ją w samochodzie i dopilnować, żeby ktoś w szpitalu jak najszybciej ją obejrzał.
Dotarcie do auta zajęło im minutę, może półtorej, bo jego samochód stał niedaleko, na miejscu zarezerwowanym dla właściciela lokalu, więc nie musiał nieść jej przez pół ulicy ani lawirować pomiędzy ciasno zaparkowanymi samochodami. Słońce nadal prażyło bezlitośnie, a on czuł, jak materiał koszuli zaczyna kleić mu się do pleców. Nie zwolnił jednak ani na moment, trzymając Reilynn stabilnie przy sobie. Drzwi auta otworzyły się automatycznie, gdy znaleźli się bliżej i tak, jak Tanner nie cierpiał tego automatycznego systemu otwierania drzwi, tak dziś był zachwycony, że samochodzik zrobił to sam. Chwała mu za to. Otworzył je stopą jeszcze szerzej i powoli nachylił się z Reilynn, ostrożnie usadawiając ją w fotelu pasażera. Alan przyniósł jej manatki i bez pytania wrzucił je na tylne siedzenie, a potem odsunął się kilka kroków, czekając jeszcze na ewentualne polecenia.
Może nie był to najlepszy moment na myślenie o takich rzeczach, ale biała tapicerka w samochodzie wymusiła na nim kolejny praktyczny odruch. Zdjął marynarkę jednym sprawnym ruchem i rozłożył ją na Reilynn tak, żeby materiał osłonił jej ubranie i przyjął na siebie wszystko, co ewentualnie mogło jeszcze skapnąć z jej nosa. Cóż, wypranie marynarki będzie o wiele mniej kosztowne, niż pranie tapicerki Maybacha.
Nachylił się potem po pas i wtedy zerknął na twarz Reilynn z bliska. Skórę dekorowała krew, ale była przytomna, a to było bardzo pocieszające.
— Jeśli będzie pani to wszystko pamiętać, to będzie miała pani chyba tonę inspiracji do kolejnej książki — stwierdził z lekkim uśmiechem, po czym przełożył pas i wsunął go w klamrę z cichym kliknięciem. Zamknął następnie drzwi i obszedł auto, żeby zająć miejsce kierowcy. Mogli jechać. Pomyślał o jakimś bliższym szpitalu, ale jeśli Reilynn miała jakiś konkretny, to w każdej chwili mogła go wskazać.
Tanner Morgan 🦸🏻♂️🩹
Ten trik z marynarką, która miała zabezpieczyć tapicerkę samochodu, nie był żadną wymierzoną w nią sugestią, że robi mu dodatkowy problem. Zrobiłby to w przypadku każdego, a z dużym prawdopodobieństwem nawet w przypadku samego siebie, gdyby znalazł się w podobnym stanie i miał do wyboru poświęcić ubranie albo pozwolić, żeby krew wsiąkła w jasną skórę fotela. Reilynn zupełnie niepotrzebnie brała to wszystko do siebie, bo było to zwykłe, praktyczne rozwiązanie, które miało zapobiec dodatkowym, kompletnie niepotrzebnym kosztom. Akurat wiedział, ile kosztuje pranie wnętrza tego auta, bo miał na pokładzie kilkuletnią dziewczynkę, która swego czasu często zapominała, żeby trzymać otwarty sok nakrętką do góry, a nie do dołu. Domyślał się, oczywiście, że Reilynn tego nie planowała, bo musiałaby być wariatką do kwadratu, żeby skorzystać z okazji i specjalnie wbić się w te szklane drzwi. Może była małym tornadem o sporych pokładach energii, ale mimo wszystko zakładał, że posiadała jakiś instynkt samozachowawczy i nie była szczególnie zainteresowana testowaniem własnej odporności na ból. Bo chyba i bez tego wiele już się w życiu nacierpiała.
OdpowiedzUsuńGdy usłyszał nazwę szpitala, od razu ruszył w odpowiednim kierunku. Startowali z Madison Avenue, z okolic Sześćdziesiątej Czwartej, więc do Tisch Hospital nie mieli jakoś szalenie daleko, a przynajmniej jak na Manhattan i jego wiecznie nieprzewidywalny ruch. Dotarli w miarę szybko, nawet szybciej, niż zakładał, kiedy wciskał się pomiędzy kolejne taksówki i dostawczaki, starając się nie utknąć w długim, powolnym kordonie aut, które sunęły przez Manhattan.
Udało mu się zaparkować możliwie blisko wejścia, co w tej sytuacji było małym przejawem szczęścia, a potem wysiadł pierwszy, obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera, od razu pochylając się ku Reilynn. Rozumiał, że cała ta sytuacja nie była dla niej komfortowa, i że najchętniej odprawiłaby go już z kwitkiem, ale nie było co się oszukiwać, że mogła poradzić sobie sama. To znaczy mogła, ale jakimś totalnie bezsensownym kosztem. Nie zamierzał jej nieść, jeśli nie uważała, że to konieczne, ale też nie zamierzał pozwolić, żeby chwiała się przez chodnik o własnych siłach, dlatego przełożył marynarkę na tylne siedzenie, pomógł jej wysiąść, a potem przejął część jej ciężaru i poprowadził ją w stronę wejścia do budynku.
Powinien być zaskoczony, że rozpoznano ją już od progu, ale intuicja od początku mu podpowiadała, że jadą do szpitala, który prawdopodobnie nie jest jej obcy. Zbyt pewnie rzuciła nazwę, żeby mógł uznać to za przypadkowy wybór, bo doskonale wiedziała, dokąd chciała trafić. Nie znał nawet skrawka jej historii, ale nie trzeba było być geniuszem, żeby połączyć pewne fakty i domyślić się, że jakaś jej część zapisała się właśnie w tym miejscu.
Popatrzył na pielęgniarkę z lekkim, uprzejmym uśmiechem, gdy podeszła do nich szybkim krokiem, a potem odsunął się nieco, żeby mogła swobodnie Reilynn obejrzeć. Nie odzywał się, bo nie było takiej potrzeby, skoro Reilynn mogła sama odpowiadać na pytania, ale poczekał, bo nie miał pewności, czy nie będzie tu jeszcze do czegoś potrzebny, poza tym chciał później ustalić w rejestracji kwestię ubezpieczenia i zostawić paniom swoje dane, żeby mogli swobodnie porozumieć się w tej sprawie. Gdyby okazało się jednak, że nie ma potrzeby jej hospitalizować ani zatrzymywać na dłuższą obserwację, zamierzał odwieźć ją do domu. I nie chodziło o to, że nagle poczuł się za nią odpowiedzialny w sposób, który wykraczał poza zwykłą przyzwoitość, a o rozsądek. Zwykły rozsądek. Wracanie taksówką w takim stanie nie byłoby bezpieczne, nawet jeśli Reilynn pewnie próbowałaby udowodnić coś przeciwnego, nie wspominając już o metrze, autobusie czy jakimkolwiek innym środku transportu publicznego. Skoro ją tu przywiózł, to również ją odwiezie, jeżeli lekarz stwierdzi, że nie ma potrzeby umieszczać jej na oddziale. Była to jednak bardziej nadzieja i to na dodatek złudna, bo przy tych objawach nikt o zdrowych zmysłach na pewno nie pozwoli jej stąd dziś wyjść.
Rozejrzał się krótko po wnętrzu, które pachniało środkami dezynfekującymi i sterylną czystością, która stworzyła znaczący kontrast do zapachu jego własnych perfum – Clive Christiana, z przebijającą się nutą przypraw, kremowego drewna oraz słodyczą wanilii i tonki – czy nawet wnętrza auta, z którego chwilę wcześniej wyszli. Wszystko było tu jasne, czyste i zorganizowane. Odruchowo odnotował też dekoracje, bo nawet w takiej sytuacji pewne rzeczy rejestrował mimowolnie. Stonowane grafiki na ścianach i neutralne kolory, a do tego światło, które miało łagodzić szpitalną surowość, choć typowo szpitalna biel żarówek nie była w stanie całkowicie tej surowości przykryć. Ktoś próbował nadać temu miejscu bardziej przyjazny charakter i ocieplić je na tyle, na ile dało się ocieplić przestrzeń, do której ludzie przychodzili z bólem, a niekiedy nawet i strachem. Ciekawa aranżacja.
UsuńWtedy usłyszał głos Reilynn i od razu przeniósł na nią spojrzenie, wyrywając się z tego krótkiego, automatycznego przeglądu przestrzeni. Podszedł do niej, zatrzymując się przy krześle, a potem przykucnął obok, żeby móc spojrzeć jej w twarz, bo zgodnie z zaleceniem siedziała nieco pochylona, ze wzrokiem wbitym w posadzkę, a on chciał po prostu na nią popatrzeć.
— Strasznie się pani na tę pralnię uparła, naprawdę — zauważył, nieznacznie kręcąc głową, którą ostatecznie lekko pochylił w bok. Oczywiście, że jej nie napisze. Przyjrzał się tej małej katastrofie, którą Reilynn miała na twarzy, a potem podniósł wzrok nieco wyżej, do jej oczu. Dopiero teraz, kiedy kontrastowały z krwistą czerwienią przy nosie, zauważył, jak ciepło zielona jest ich barwa. Ładne. Nawet bardzo.
— Podziękuje mi pani dopiero wtedy, gdy dokończymy to, po co rzeczywiście pani przyszła. Kiedy pani przyjaciółka ma urodziny? — zapytał, ciekawy, ile miała jeszcze czasu, żeby zorganizować dla niej prezent.
Tanner Morgan 👀
Cały ten wypadek nie sprawił nagle, że zdarzenie z salonu przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, bo gdy tylko Tanner wróci na miejsce, obejrzy monitoring i poruszy sprawę raz jeszcze, żeby przy okazji zweryfikować, czy zeznania Alana są spójne i czy chłopak nie kręci. Byłoby świetnie, gdyby Reilynn zechciała mu już tak zupełnie na spokojnie wyjaśnić sytuację również ze swojej strony, ale nie uważał, że obecne okoliczności temu sprzyjały, dlatego nie naciskał. Urażona duma może chwilę poczekać, Reilynn miała teraz poważniejszy problem na głowie, bo jeśli jej nos faktycznie był złamany, a wszystko na to wskazywało, to ze skutkami uderzenia będzie mierzyć się jeszcze przez długi czas. Na pewno tutejszy personel dobrze się nią zaopiekuje, skoro traktują ją tutaj tak, jakby od dawna była stałą częścią tego miejsca, ale samo to nie ulży jej w fizycznych dolegliwościach. Nos musiał boleć cholernie, a w komplecie z zawrotami głowy na pewno tworzył bardziej dotkliwy dyskomfort i przy okazji też niechęć do czegokolwiek, w tym do jakiś poważnych rozmów.
OdpowiedzUsuńPocieszające mogło być jednak to, że do urodzin pozostał jeszcze niespełna tydzień, bo przez ten czas bez problemu uda się zorganizować prezent dla Maeve, a jest też szansa, że stan Reilynn trochę się poprawi. Nos pewnie nadal będzie tkliwy, może nawet opuchnięty, ale zawroty głowy i to nagłe osłabienie powinny już odpuścić, więc ewentualne spotkanie, czy impreza, wciąż miało szanse dojść do skutku. Nie chciał już poruszać na głos tematu salonu, ale tak czy siak było mu miło, że wybrała właśnie ten należący do niego, mimo że znajdujący się kawałek dalej Tiffany & Co. był o niebo popularniejszą opcją. Tyle że tam od ręki na pewno nie kupiłaby niczego, co nie miało przynajmniej kilkudziesięciu kopii, a z tego, co mówiła, unikatowość była warunkiem. Oczywiście, znajdą dla niej coś takiego. Jeżeli nie w asortymencie od niezależnych jubilerów, to w jednej z kolekcji Tannera, które powstawały w znacznie mniejszych nakładach i nie były projektowane z myślą o masowej rozpoznawalności. Bo właśnie na tym polegała przewaga jego salonów, że dawały możliwość pokazania klientowi czegoś mniej oczywistego, czego nie dało się zobaczyć na nadgarstku pięciu innych kobiet podczas jednej kolacji.
Wyprostował się i podniósł do pionu, gdy lekarz pojawił się w pobliżu. To, co usłyszał w ich wymianie zdań jedynie potwierdziło jego przypuszczenia, że Reilynn dosłownie jest częścią tego miejsca. Człowiek nie rodzi się z protezą nogi, więc to jasne, że po drodze musiało wydarzyć się coś, co do tego stanu doprowadziło i najwidoczniej w tym miejscu zapisała się cała ta historia. A na pewno trwała ona dłużej, skoro lekarz sypał faktami, które brzmiały już jak dobrze wszystkim znane, rutynowe formułki. Przy okazji można się domyślić, że raczej niesforna z niej pacjentka. Wręcz zaskakujące byłoby, gdyby była tutaj potulna jak baranek. Co prawda Tanner jej nie znał, ale widocznie spędził wystarczająco dużo czasu w jej otoczeniu, żeby to zrozumieć i z tym samym zrozumieniem lekko uśmiechnąć się na komentarz Marisol o negocjacjach.
Zgodnie z prośbą poczekał na pielęgniarkę, a w międzyczasie wyjął telefon komórkowy i odszukał numer do swojego ubezpieczyciela, z początku nie do końca pewien, czy rzeczywiście ma go na liście, czy może jednak tylko w notesie. Ostatecznie znalazł go w morzu kontaktów, ale zanim wykonał połączenie, najpierw spojrzał w swój kalendarz, gęsty od spotkań i zobowiązań. Przez kilka sekund przesuwał wzrokiem po kolejnych pozycjach, szukając miejsca, które dałoby się przesunąć albo bez większych strat zrzucić na kogoś innego, bo był prawie pewny, że nie wszystko da się załatwić przez telefon.
Aż Marisol wróciła z formularzem w dłoni. Wrzucając telefon do kieszeni spodni, zerknął krótko na dokument, który kobieta trzymała na podkładce.
Usuń— Doszło do nieszczęśliwego wypadku przy wejściu do salonu jubilerskiego — wyjaśnił spokojnie. — Mężczyzna wchodził do środka, pani Bothwell w tym samym momencie wychodziła. Drzwi zostały otwarte do wewnątrz i uderzyła w szklane skrzydło. Nie upadła na miejscu, ale po wyjściu na zewnątrz doszło do krótkotrwałej utraty przytomności albo przynajmniej do wyraźnego osłabienia z utratą kontaktu. Zgłaszała zawroty głowy, miała krwawienie z nosa i sama zakomunikowała potrzebę zgłoszenia się do szpitala, dlatego ją tutaj przywiozłem — opowiedział w sporym streszczeniu. — Ponieważ doszło do tego w moim lokalu zgłoszę to z polisy odpowiedzialności cywilnej. Potrzebowałbym danych szpitala, ale to, jak rozumiem, załatwię w recepcji? — upewnił się tylko, zerkając chwilowo w stronę odpowiedniego okienka, a potem przypomniał sobie o jeszcze jednej, istotnej kwestii. — Miałbym do pani jedną, serdeczną prośbę, pani Vega — zwrócił się do pielęgniarki, znając jej nazwisko z identyfikatora, który miała przypięty do mundurku. — Brzydka maniera żartowania z bólu to jedno, ale mam przeczucie, że dla zasady z uzyskaniem niektórych informacji też nie będę miał lekko — zauważył, unosząc usta w rozbawionym uśmiechu. — Do zgłoszenia będę potrzebował daty urodzenia pani Bothwell. Może przypadkiem pani ją zna? — Uniósł lekko brew. Zdawał sobie sprawę, że formalnie nie miał prawa żądać żadnych informacji na temat Reilynn, ponieważ był dla niej zupełnie obcą osobą, ale liczył na to drobne wsparcie pielęgniarki, korzystając z faktu, że nie on jeden zrozumiał krnąbrną naturę tej wyjątkowej pacjentki.
Tanner Morgan 😎
Mógł być całkowicie obcy. I był. Oznajmił zresztą, że jest właścicielem salonu, w którym doszło do zdarzenia, i że przywiózł ją, bo udzielił jej pomocy, a nie dlatego, że łączyła ich jakakolwiek prywatna relacja. Nie był członkiem rodziny ani znajomym, który mógłby wypowiadać się w jej imieniu ponad to, czego sam był świadkiem, bo spotkał ją dopiero drugi raz. Choć po tym, co się między nimi wydarzyło, miał wrażenie, że zna ją przynajmniej kilka długich miesięcy. W każdym razie, gdy pielęgniarka zasugerowała mu, żeby przywiózł Reilynn jakieś rzeczy, zmarszczył brwi, zastanawiając się, jak mógłby to w ogóle zrobić, skoro nic o tej dziewczynie nie wiedział? Nie miał nawet pojęcia, czy ona pochodzi z Nowego Jorku, bo po akcencie sądził, że raczej z innego kontynentu, ani czy mieszka gdzieś w mieście na stałe, czy tymczasowo. Powiedziała mu tylko, że jest pisarką, tyle że internet nie podsunął mu o niej żadnych szczególnych informacji, a przy okazji dowiedział się, że ma przyjaciółkę o imieniu Maeve, z którą za pięć dni będą świętować urodziny. Teraz natomiast upewnił się, co do jej wieku. Chciał to wyjaśnić, bo w zasadzie mógłby pojechać po rzeczy, tyle że nie sądził, że mógłby być dla Reilynn osobą pierwszego wyboru, ale ledwie zdążył otworzyć usta, a Marisol zniknęła już za ścianą. Westchnął więc lekko i podszedł do recepcji, żeby załatwić sprawy związane z ubezpieczeniem i poprosić o przekazanie, że on nie jest w stanie pomóc Reilynn z jej osobistymi rzeczami, a w międzyczasie skorzystał z miejscowego długopisu, bo jego osobisty został w marynarce, i zanotował sobie jej datę urodzenia. Zapamiętał, ale w razie co wolał mieć to również na papierze, bo jego głowa przetwarza dziennie wyjątkowo dużo informacji.
OdpowiedzUsuńOna i tak miała teraz przed sobą cały szereg badań i procedur, przy których jego obecność przestawała być potrzebna, więc nie widział sensu czekać, a już tym bardziej przeszkadzać. Zrobił to, co mógł zrobić, a reszta należała już do lekarzy, pielęgniarek i samej Reilynn, dlatego w końcu opuścił szpital, wracając do własnych spraw. Ten dzień już dawno przestał układać się według planu, który rano wydawał się być tak dobrze dopięty, a później wcale nie było lepiej. Rozjechały mu się wszystkie spotkania, jedno musiał skrócić, drugie przełożyć, a kilka rozmów załatwić w biegu. Do tego doszły formalności związane z ubezpieczycielem salonu, czyli zgłoszenie zdarzenia, przekazanie podstawowych danych i zabezpieczenie raportu, który musiał najpierw w całości przygotować. A mimo to, pomiędzy jednym telefonem a drugim, myślami wracał czasem do Reilynn, może nie w sposób, który chciałby nazywać troską, ale wystarczająco często, żeby by musiał przyznać przed samym sobą, że nie wyrzucił jej z głowy tak łatwo, jak na samym początku zamierzał. Dziewczyna trafiła do szpitala po jakimś dziwnym incydencie w salonie, który do tej pory nie został rzetelnie wyjaśniony. Alan trzymał się swojej wersji, ostatecznie przyznając, że może faktycznie rzucił kilka zdań bez pomyślenia, ale zapewniał, że nie skomentował niczego, co wiązało się z jej wyglądem. Tanner nie chciał słuchać sto razy tego samego, więc kazał mu wrócić do obowiązków, a potem przejrzał tylko monitoring, co i tak musiał zrobić, bo ubezpieczyciel prosił o fragment wypadku. A na nim rzeczywiście było widać to srogie uderzenie, które Reilynn przyjęła na twarz.
Później, kiedy w końcu wsiadł do samochodu z zamiarem zahaczenia jeszcze o pralnię, zatrzymał się z dłonią na kierownicy i dopiero wtedy zauważył torbę oraz laskę leżące na tylnym siedzeniu. Przez krótką chwilę po prostu na nie patrzył, potrzebując sekundy, żeby połączyć fakty. Oczywiście. Rzeczy pani Bothwell. W całym tym zamieszaniu zupełnie o nich zapomnieli, ale musiały wrócić do niej jak najszybciej. Nie mógł jednak zrobić tego jeszcze tego samego dnia, choć rozsądek podpowiadał mu, że tak byłoby najwłaściwiej, bo musiał odebrać córkę z zajęć, zawieźć ją do Kings Point i dopilnować kilku spraw, których nie dało się już przesunąć bez wywołania kolejnego zamieszania.
Zanim zdążył wrócić do miasta, dzień zdążył zamienić się w wieczór, więc wyprawa do szpitala wydawała się już niezbyt rozsądna i grzeczna. Nie lubił zostawiać takich rzeczy na później, ale tym razem nie miał wyboru. Postanowił więc, że załatwi to z samego rana następnego dnia i tak rzeczywiście zrobił.
UsuńPo szybkim śniadaniu, wrócił do sypialni i ubrał się z tą samą starannością, z jaką zwykle zaczynał dzień. Założył czarne spodnie o prostym, idealnie dopasowanym kroju i białą koszulę, którą wsunął za pasek, wygładzając materiał przy biodrach krótkim ruchem dłoni. Przez chwilę stał jeszcze przy komodzie, wybierając dodatki, a potem sięgnął po jasne spinki z turmalinem Paraiba własnego projektu i zapiął je na mankietach. Tego dnia krawat również nie był mu potrzebny.
Nie jechał do szpitala z żadnym szczególnym nastawieniem, a przynajmniej tak sobie powtarzał, gdy włączał się do porannego ruchu i kierował w stronę Tisch Hospital. Miał tylko oddać torbę i laskę, upewnić się, że trafią do właścicielki, a potem, standardowo, wrócić do swoich spraw. Gdzieś po drodze przyszło mu do głowy, że może rozsądnie byłoby kupić kawę, tyle że problem polegał na tym, że na trasie nie było nic sensownego, a kawa ze szpitalnego automatu wyglądała równie beznadziejnie, jak zapewne smakowała. Nie miał w zwyczaju krzywdzić siebie ani innych w imię uprzejmości, dlatego po krótkim namyśle wybrał... kakao. Nie wiedzieć czemu, kakao wydawało mu się do Reilynn pasować. Wziął oczywiście dwa kubki, również dla siebie i z całym tym zestawem – bo i z torbą przewieszoną przez ramię oraz laską Reilynn trzymaną w drugiej dłoni – skierował się na korytarz, który miał doprowadzić go do pokoju trzysta siedem. Po drodze upił łyk kakao, utwierdzając się w myślach, że nie był to wcale zły wybór.
Zatrzymał się dopiero pod właściwymi drzwiami i kontrolnie spojrzał na numer sali, a potem zapukał krótko jedynym wolnym palcem, bardziej z zasady, i zaraz przekroczył próg.
— Dzień dobry — przywitał się, gdy jego spojrzenie spoczęło na Reilynn. Przez sekundę zatrzymał je na jej twarzy, odruchowo sprawdzając, czy wygląda lepiej niż poprzedniego dnia i czy kolor wrócił jej na policzki. A było dużo lepiej, bo nawet ta opuchlizna nie wyglądała tak tragicznie, jak zakładał, że będzie. — Jak się pani czuje? — zapytał na wstępie, wsuwając się głębiej do sali. — Przyniosłem pani rzeczy. Wieczorem spostrzegłem się, że zostały w moim samochodzie — oznajmił, ostrożnie stawiając laskę z boku razem z torbą. Dopiero wtedy wyprostował się nieco i podał jej jeden z papierowych kubków, ten cieplejszy od spodu, ale nie na tyle gorący, żeby trudno było utrzymać go w dłoniach. — Proszę. To nie kawa, ale na początek dnia dobre i to — powiedział z lekkim uśmiechem w kąciku ust, a potem, rozglądając się nieznacznie po otoczeniu, lekko zmarszczył czoło. Czyżby Reilynn szykowała się do wyjścia?
Tanner Morgan ☕😇
– A co to za ejajowa wypowiedź? – zaśmiał się Leif, słuchając trójczłonowej wyliczanki Rei. – To świetne pytanie! Istnieje kilka podejść do tego zagadnienia. Oto trzy możliwości… – kontynuował, parodiując język najpopularniejszych AI.
OdpowiedzUsuńŚmiał się z generatywnej sztucznej inteligencji, choć w rzeczywistości był to coraz częściej śmiech przez łzy. W pracy był zmuszony do korzystania z tych narzędzi – i o ile część to normalka, bo przecież każdy program od lat wyposażony był w AI, o tyle momentami sprawy przechodziły ludzkie pojęcie. Prawda, czasami pomagało, szczególnie przy produkowaniu kolejnych wizualek pod oferty przetargowe, ale mniej wesoło się robiło, gdy kolejny klient rezygnował z photoshootu na rzecz sztucznego generowania. Które, swoją drogą, może oszczędzało trochę budżetu, ale zdecydowanie nie czasu, bo trzeba było poświęcać długie godziny na uzyskiwanie akceptowalnego efektu, a potem pozbywania się z grafik całej tej woskowato-plastikowej poświaty.
O zaburzonych proporcjach już nawet nie warto wspominać. Choć Leif znał również całkiem ludzkich grafików, artów nawet, których prace wskazywały na palącą konieczność wysłania ich na kurs anatomii oraz rysunku. Wtedy może by się czegoś nauczyli! Żarty żartami, ale w pewnych kwestiach dobrze zachować powagę – i mowa nie o pracy czy reklamie, bo to hańbiące bzdury, ale o pięknie.
Teraz jednak humoru używał, trochę nim maskując własne zakłopotanie. Głupio wyszło, a najgorzej, że nie tyle wyszło, ile po prostu tak było, od lat trwało. Wcale nie chciał się w ten sposób zachowywać, ale inaczej nie potrafił. To nie do końca związane z Rei – nie była jego wyjątkiem, raczej osobą stałego dramatu, bo niemalże wobec każdego tak postępował. Po fakcie zawsze składał samokrytykę, sobie samemu obiecywał poprawę, a potem dzielnie dźwigał na barkach powtórzony schemat.
Cóż, od zawsze miał słabość do repetycji w sztuce – a życie jak sztuka, sztuka jak życie i takie tam inne głodne kawałki. Sięgnął po leżące pod ścianą krzesełko, rozłożył je, a potem rozłożył się na nim. Ktoś kiedyś powiedział, że Leif nie umie usiedzieć na miejscu, ale jak już usiądzie, to siedzi całkiem ładnie. Kłamał. Nie siedział ładnie, raczej powyginany jak krewetka i co pięć sekund zmieniający pozycję.
– Nie ma nic nudniejszego niż godność i szacunek do siebie samego – powiedział wesoło. – Mam go niewiele, a zobacz, jakie ciekawe życie prowadzę!
Trochę wyolbrzymiał, ale w istocie – nie traktował siebie ze stuprocentową powagą, dzięki czemu nie bał się wydurniać. Brak obaw przed zbłaźnieniem się był bardzo pomocny, bo pozwalał na więcej. Najgłupsze decyzje zawsze rodziły najciekawsze historie, a Leif miał o czym opowiadać.
– Ale mogę ci pomóc – zaoferował. – Przeczytaj, co tam sobie piszesz, a wspólnie pokminimy nad ciągiem dalszym.
Nie pisał dobrze, więc na pewno nie pomógłby w redaktorskim opracowaniu jakiegokolwiek tekstu, ale raz, że lubił słowa, to dwa i przede wszystkim – pomysłów miał dużo. Niekoniecznie dobrych, a przynajmniej nie tylko dobrych, choć i takie się często zdarzały.
Najchętniej całą dyskusję utrzymałby właśnie na takim poziomie, bo było lekko, fajnie, przyjemnie. Niezobowiązująco. Można dobrze spędzić razem czas, pośmiać się i nie wysilać. Przecież każdy tego od życia potrzebuje, prawda? Rei jednak skręciła w inny rejon, więc Leif siłą rzeczy wybrał się w tę podróż razem z nią, choć poruszył się na krześle niespokojnie, jakby szukając przycisk stopu, bo – ja dziękuję, chwilę postoję, ale wysiądę na wcześniejszej stacji może, co?
Westchnął.
– Raczej nie jestem szczególnie dojrzały – przyznał samoświadomie – i nawet nie chce mi się udawać, bo wiemy, jak jest. Sorry, Rei, ale poprawy nie obiecuję, bo też wiemy, jak to się skończy. Powiedz mi lepiej, jak mogę winy odkupić. Może ci coś serio ci zakupić? Albo wyrzeźbić?
Leif Zweig
Rei zaproponowała wylistowanie innych zarzutów, a Leif wzruszył ramionami i gibnął się na krześle w przód i w tył. Nauczycielka angielskiego z elementary school zawsze na niego za to warczała, mówiąc, że nie zamierza wyskrobywać jego mózgu spomiędzy żeberek kaloryfera, ale kto by jej tam słuchał. Przecież nie planował tak skończyć – i nigdy nie skończył, a Bóg jeden raczy widzieć, ile razy kiwał się na siedzeniach.
OdpowiedzUsuńCzuł się całkiem swobodnie – i w konkrecie, to jest na krześle, i w ogóle, to jest w szpitalu. Szczęśliwie nie miał z nim doświadczeń osobistych, bo poza narodzinami i kilkoma razami później (na przykład gdy łamał sobie kości, niecelowo oczywiście), nie spędzał wiele czasu w tych sterylnych salach. Przynajmniej nie jako pacjent, bo jako odwiedzający już częściej.
Szpital, a co za tym idzie – choroby były częścią normalnego życia. Może między innymi dlatego rzucał się w nie całym sobą, bez wybierania kompromisów i szukania bezpieczniejszych opcji. Nie powiedziałby nigdy, że przebywanie z osobami przez los poszkodowanymi było jego misją albo przynajmniej sposobem na spędzanie czasu, ale dorastanie u boku matki pielęgniarki, która bardzo się w to wszystko angażowała, znacząco wpływało na perspektywę.
Bardzo możliwe, że dlatego w towarzystwie chorych lub zranionych czuł się trochę swobodniej niż przeciętny człowiek. Mało rzeczy go krępowało, nie peszył się, jeśli rzucił w towarzystwie niewidomego hej, spójrz! czy powiedział niezręczna sytuacja przy kimś, kto stracił ramię. Niekoniecznie robił to z premedytacją, po prostu używał normalnego języka – co nie powinno dziwić, bo w końcu gadał z normalnymi osobami.
Jedyne, co mogło go krępować w sytuacji z Rei, to własne zachowanie. Ale szybko nad nim przeskoczył i powrócił do swojego naturalnego trybu. Który niewiele miał wspólnego ze sztuczną inteligencją, bo prawdziwa głupota Leifa stała ponad nią.
– A właśnie, że ciekawe – odparł bez wahania na jej ironiczne podsumowanie życie. – Mógłbym ci opowiedzieć parę przeciekawych sytuacji z ostatnich miesięcy, ale skoro toś ty taka… – Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem i uniósł dłoń, żeby dokonać teatralnego przeglądu swoich paznokci. Były bardzo czyste i zadbane, takie niespracowane. – To nie warto!
Poderwał się z krzesła i w paru susach dopadł do okna, żeby zobaczyć, jaki Rei ma widok na świat. Niezbyt ciekawy, ocenił, chociaż widać było paru innych pacjentów, którzy spacerowali przed szpitalem. Erka też przyjechała, ale nie na sygnale. Kierowca wysiadł i otarł pot z czoła.
Pamiętał małą awanturę o romans jednej z bohaterek Rei. Początkowo kontynuował tamtą dyskusję tylko dla zabawy, potem realnie się wciągnął. Uważał wybór przyjaciółki za bezsensowny.
– Wciąż nie rozumiem, czemu chciałaś ją wepchnąć w ramiona tamtego elfika – skrzywił się. Elfy! Co to za bezsensowna, snobistyczna rasa. – On był fatalny. Rozlatany, roztrzepany, z figlem w głowie. Daj spokój, zostawiłabyś takiemu monsterę do podlania? Taki to wlałby do niej co najwyżej Monstera, bo mu się nazwa skojarzy.
Odwrócił się na pięcie i tanecznym krokiem podszedł do Rei, wyciągając rękę w kierunku jej laptopa, ale w międzyczasie nastrój trochę się zmienił. No, tak. Dobrze byłoby złożyć autokrytykę, choć może nie ma co aż tak rozgrzebywać rzeczy.
– Rei – powiedział miękko, ale w jego tonie już dało się wyczuć rozbawienie. To na tyle z wyrzutów sumienia – znasz mnie przecież dobrze, więc wiesz, że jestem w stanie ci podrzucić pięćdziesiąt wymówek i to tak dobrych, że sam w nie uwierzę. Ale! Z szacunku do ciebie tego nie zrobię. Za to kupię tę czekoladę! A teraz… – Zamachał palcami w kierunku jej Maca, grożąc niewerbalnie, że jak przyjdzie co do czego, to sam go zabierze i zapozna się z treścią otwartego dokumentu. – No, dalej, czytaj, co tam nasmarowałaś!
Leif Zweig
Skinął głową w odpowiedzi i miał już dopytać, czy nie przepada za kakao, bo nie wszyscy je przecież lubią, a on wziął je trochę na ślepo, ale Reilynn sama wyjaśniła, o co chodziło. A chodziło o wspomnienie, które on zupełnie nieświadomie, ale jednak bardzo namacalnie teraz przywołał. Trudno było przewidzieć, czy należało ono do miłych, czy wiązało się z czymś, do czego wolała nie wracać, ale napomknęła, że zachorowała, a to oznaczało, że amputacja nogi nie wiązała się z żadnym urazem czy wypadkiem, jak można było na początku zakładać. Chodziło o chorobę, czyli o coś, co odbierało człowiekowi część ciała nie w jednym momencie, a etapami. I nie bez powodu powiedziała kiedy zachorowałam, a nie kiedy byłam chora, bo wcale nie mówiła o zamkniętym rozdziale. To nadal trwało, nawet jeśli zmieniło formę, albo zostało zepchnięte gdzieś na dalszy plan codzienności. Teraz jeszcze lepiej rozumiał wymowność tamtego pytania pielęgniarki, które brzmiało jak stwierdzenie oparte na wcześniejszych doświadczeniach. Była tu znowu. I cały czas walczyła o to, żeby móc ten rozdział wreszcie zamknąć. Ale czy było to w ogóle możliwe?
OdpowiedzUsuńZ tym pytaniem upił powoli łyk napoju, bardziej po to, żeby dać sobie krótką chwilę na uporządkowanie myśli, niż z rzeczywistej potrzeby, i powędrował wzrokiem do Marisol, gdy ta pojawiła się w sali. Przywitał się krótkim dzień dobry i stanął nieco z boku, żeby nie przeszkadzać. A więc rzeczywiście trafił na moment wypisu. To nawet dobrze się złożyło, bo skoro ją tutaj przywiózł, mógł ją również stąd odwieźć. Oczywiście nie zamierzał narzucać się bardziej, niż było to konieczne, ale skoro już tu był, a ona właśnie miała wyjść ze szpitala po urazie, to rozsądek nadal podpowiadał mu dokładnie to samo, co poprzedniego dnia. Taksówka nie była najlepszym rozwiązaniem, metro tym bardziej. Mogła zapakować się po prostu do jego auta, wskazać adres i ze spokojem dotrzeć do celu.
Kiedy pielęgniarka zostawiła ich samych, na powrót podszedł nieco bliżej, żeby w razie czego w czymś Reilynn wesprzeć, chociaż ona sama świetnie dawała sobie ze wszystkim radę. Najwidoczniej było to dla niej bardzo istotne – żeby wciąż móc być samowystarczalną i nie dać definiować się przez pewne defekty. Rzecz jasna, była też uparta, i to w sposób, który zapewne niejednokrotnie doprowadzał ludzi w jej otoczeniu do granic cierpliwości, ale Tanner potrafił rozpoznać różnicę między zwykłą przekorą, a potrzebą zachowania kontroli nad własnym ciałem i życiem. Reilynn starała się funkcjonować tak, jakby żadne ograniczenia nie miały prawa wyznaczać jej granic. I była naprawdę zdeterminowana, żeby tę kontrolę sprawować wyłącznie we własnym zakresie.
— Nie spodziewałem się, że zjawię się tu akurat w momencie wypisu — przyznał, gdy ruszyli do wyjścia z sali. — Ale skoro tak się złożyło, to pozwoli pani, że odwiozę panią dokąd będzie trzeba — zaoferował, przyglądając się jej uważnie. — Nawet jeśli potrzebuje pani dostać się poza miasto, to żaden problem. Mam jeszcze trochę czasu — zapewnił, gdyby mieszkała poza Nowym Jorkiem i krępował ją ewentualny dystans do pokonania.
Nie chciał sprawiać wrażenia, że oceniał każdy jej krok albo czekał tylko, aż się zachwieje, żeby móc udowodnić słuszność własnej propozycji, ale nie przyjmie odmowy, której jedynym argumentem będzie: nie, bo tak.
Brał jednak pod uwagę, że mogła poprosić o to kogoś innego – rodzinę, przyjaciółkę, może chłopaka, jeśli ktoś taki istniał w jej życiu, albo po prostu kogoś bliższego, bardziej oczywistego, dlatego nie zamierzał wchodzić w tę przestrzeń z butami. Mógł zaproponować pomoc i jasno zaznaczyć, że uważa swoją ofertę za rozsądne rozwiązanie, ale nie miał prawa zakładać, że jego obecność będzie dla niej wygodniejsza niż telefon do kogoś, komu ufała o wiele bardziej. Jeśli miała taką osobę, ustąpi bez zbędnych pytań. Jeśli nie, jego samochód stał niedaleko i pozostawał najprostszą opcją, której dodatkowym atutem było to, że nie trzeba było mu już niczego tłumaczyć. Tanner był naocznym świadkiem zdarzenia, więc głupich pytań w tej kwestii już nie zada. Przez całą drogę mógł milczeć, jeżeli tak byłoby bardziej komfortowo, mimo że było parę spraw, które chętnie by poruszył.
UsuńTanner Morgan 🚗
Zakładał wszystkie możliwe opcje, bo przecież do tej pory nie wiedział, że Reilynn może mieszkać na Queens. Do tej pory miał ją zarówno za mieszkankę, jak i dojezdną lub przyjezdną, bo jeszcze nie doszedł do takiego etapu, żeby jasnowidzieć i nie musieć zadawać pytań. Ale jego pytania były proste i grzeczne, niepodszyte żadną ironią, a jej odpowiedź była dziwnie kąśliwa, choć nie bardzo rozumiał dlaczego. Może jego pytanie było niestosowne? Nie był człowiekiem Manhattanu, bo nie uważał się za kogoś takiego, a zdanie o Queens miał zupełnie inne, poza tym całe życie mieszkał o wiele dalej, w rejonie, który formalnie nawet nie zaliczał się do Nowego Jorku. Tak czy siak, przynajmniej powiedziała dokąd, więc wiedział już w jaki rejon będą się kierować, i którą z możliwych tras warto wybrać, żeby nie nadziać się na tasiemcowe korki.
OdpowiedzUsuńDokończył swoje kakao w drodze do samochodu i wyrzucił pusty pojemnik do kosza nieopodal wyjścia ze szpitala. Szedł oczywiście tempem dostosowanym do tego, które narzucała Reilynn, ale nie zauważył, żeby ono jakoś bardzo odbiegało od tego naturalnego tempa, którym przeciętnie poruszają się ludzie. Jedynym dodatkiem do ich marszu był w zasadzie stukot laski, który ciągnął się za nimi rytmicznym dźwiękiem aż do parkingu, a tak poza tym było normalnie.
Zatrzymał się przy drzwiach od strony pasażera, a te uchyliły się jak na zawołanie. Złapał za nie i otworzył bardziej, a wtedy Reilynn odezwała się ze swoją propozycją, o ile tak można było nazwać to, co właśnie padło z jej ust. I tak szczerze, to nie spodziewał się tego. Nawet nie pomyślał, że w najbliższym czasie wrócą do tematu, który został przez niego już klarownie wyjaśniony za pierwszym razem, tym bardziej, że od tamtej pory nie zmieniło się absolutnie nic. Ostatecznie mógł powiedzieć, że jak nie, to nie i pozwolić jej wrócić po swojemu, bo to nie była przecież konieczność ani przymus, że musiała wracać do domu pod jego opieką. To była tylko grzecznościowa propozycja, którą postanowiła obwarować warunkiem dotyczącym czegoś, czego on nadal nie miał ochoty zmieniać, więc równie dobrze od razu mogła zostać spisana na niepowiedzenie. Ale przyzwoitość tak nie działała, a Reilynn, mimo że chyba naprawdę lubiła tańczyć na granicy cudzej cierpliwości, nadal była po urazie i nadal nie wyglądała jak ktoś, kogo rozsądny człowiek powinien zostawić na chodniku tylko dlatego, że oboje okazali się uparci w sprawie formy zwracania się do siebie. Miał na to rozwiązanie, ale na pewno nie tak korzystne, na jakie ona sama liczyła.
— Jestem pod wrażeniem, że nawet w taką sytuację próbuje pani wciskać swoje warunki — powiedział, spoglądając na wyciągniętą w jego stronę dłoń. — To nie jest negocjacja handlowa, pani Bothwell, ale w porządku — dodał zaraz. — Skoro sprawa dotyczy podwózki, to na czas jazdy będę zwracał się do pani po imieniu — oznajmił i zostawiwszy otwarte drzwi, minął Reilynn i skierował się do tych od strony kierowcy. — A teraz, proszę wsiadać, Rei, śmiało — rzucił, spojrzawszy na nią, zanim zajął miejsce kierowcy, a potem lekko zatrzasnął za sobą drzwi.
I tak był łaskawy. Turbo wręcz łaskawy. Mógł zostawić jej rzeczy w recepcji, albo rzeczywiście przysłać tu nawet jakiegoś wysłannika i darować sobie wracania do czegoś, co już za pierwszym razem wydało mu się nienormalne i teraz, mimo zupełnie innych okoliczności, nadal takie było.
Trasa na Queens zajmie im niecałe pół godziny. Miał tylko nadzieję, że te pół godziny nie wyssie z niego resztek cierpliwości, które jakimś cudem jeszcze posiadał, bo przecież dzień dopiero niedawno się zaczął, a on miał przed sobą przynajmniej jeszcze kilka godzin załatwiania różnorakich spraw.
UsuńZapinając pas bezpieczeństwa, spojrzał w kierunku drzwi, czekając aż Reilynn zdecyduje, co zamierza zrobić. Wsiąść i jechać, czy jednak nie wsiadać i kombinować inny transport.
— Naprawdę masz duże ambicje, żeby zostać moją przyjaciółką, Reilynn — stwierdził, kręcąc nieznacznie głową, a potem uśmiechnął się pod nosem, bo mimo wszystko trudno było mu potraktować tę wymianę zdań z pełną powagą. Co prawda ich jazda jeszcze się nie zaczęła, ale niech będzie, że przejście na imię już od samego siedzenia w aucie, uzna za taki mały bonus.
Tanner Morgan 😑
Tym razem już się nie powstrzymał i po prostu przewrócił oczami, słysząc o naszej relacji, bo był przekonany, że nie da się naprawić czegoś, co po prostu nie istnieje. A ich relacja nie istniała. Teraz, chcąc czy też nie, w pewien sposób już się znali, czy też raczej wiedzieli kim po prostu są, ale to nadal nie czyniło z nich ludzi, między którymi należało doszukiwać się jakiejś głębszej więzi. Byli dwojgiem przypadkowych osób, które najpierw zderzyły się w kawiarni, później w salonie, a potem miały jeszcze epizod w szpitalu. Znali swoje imiona i współdzielili okoliczności wypadku, bo ten faktycznie połączył ich na chwilę powinnościami oraz formalnościami, ale to nadal nie było nic, co Tanner nazwałby relacją, a co najwyżej wyjątkowo chaotycznym ciągiem zdarzeń z udziałem tej samej kobiety. Dokładnie tak. Poza tym, nie sądził, że Reilynn sama tak szczerze wierzyła w to, co mówiła, bo miała naprawdę zaskakująco dziwny sposób zawierania nowych znajomości. Najpierw jakieś podejrzane pojawianie się w jego otoczeniu, potem przedstawienie z pączkiem, później akcja w salonie i dość odważne komentarze, celujące w jego biznes, który i tak był jego osobistym sukcesem w walce z przeciwnościami, a teraz nazywanie go beznadziejnym przypadkiem. Jeśli w taki sposób zaczynała przyjaźnie, to w zasadzie nie zdziwiłby się, gdyby miała ich niewiele. A jego szczególnej sympatii na razie nie zyskała i to wcale nie dlatego, że zaczęli od żenującego wypadku z pączkiem, bo takie wypadki chodzą po ludziach, a jego wyrozumiałość w tym zakresie jest dość szeroka. Chodziło przede wszystkim o to, że Reilynn była chaosem w bardzo czystej postaci, a według niego takim trochę ruchomym zbiorem nieprzewidywalnych reakcji i niezbyt dobrze przemyślanych komentarzy, które niekoniecznie radziły sobie z bawieniem akurat jego. Może i dało się z nią wytrzymać, może i dało się ja nawet lubić, ale on nie czuł potrzeby testowania tego na własnej skórze, a ona powinna to uszanować. Chyba. Tak przynajmniej robili ludzie z odrobiną kultury osobistej. Nie widział też najmniejszego sensu trwania przy kimś, kogo trzeba było znosić. Takie znajomości nie miały nic dobrego do zaoferowania, bo co tak naprawdę mogła mu dać jej chaotyczność, gadatliwość i czasem nieznośność? Miał wystarczająco dużo chaosu w postaci własnej córki, gadatliwości w pracy i nieznośności pośród klientów, którzy w wielu przypadkach myśleli, że zapłacenie mu za sprawę kilkanaście tysięcy dolarów, uprawnia ich do naruszania każdej granicy i dzwonienia o absurdalnych porach z problemami. Nie potrzebował dokładać do tego kolejnej osoby, która wchodziła w jego przestrzeń z impetem, a potem jeszcze nazywała to początkiem relacji. Jeśli Reilynn rzeczywiście szukała przyjaźni, powinna znaleźć kogoś, kto miał trochę mniej powodów, żeby cenić sobie święty spokój, bo na pewno o wiele łatwiej byłoby jej wbić się w życie człowieka, który funkcjonał podobnie do niej samej. Oczywiście, jeśli kiedykolwiek da mu szansę poznać się z innej strony, o ile taką w ogóle miała, może rozważy tę znajomość ponownie. Kto wie.
OdpowiedzUsuń— To chyba czas najwyższy uratować samą siebie, o ile nie jest za późno, a wydaje mi się, że może już być — odpowiedział, uruchamiając auto. Zamki zaryglowały się automatycznie, a oni ruszyli z miejsca przez parking. — Masz dwadzieścia sześć lat, i to skończone całkiem niedawno. Ledwie zdążyłaś wyrosnąć z pieluch, więc naprawdę nie wiem, skąd ten absurdalny wniosek o starości — powiedział, trzymając jedną dłoń na szczycie kierownicy, a drugą stukając po dotykowym ekranie na panelu, żeby uruchomić mapę i wywołać okienko do wpisywania adresu.
— Nie uczono cię, nie wiem, podstawowych zasad grzeczności? Tego, że do obcych wypada zwracać się oficjalnie? Albo przynajmniej do tych, z którymi nie chce się być bliżej — zauważył. — A ja już wyjaśniłem, dlaczego wolę zachować dystans i nie był to punkt wyjścia do negocjacji, tylko informacja, którą wystarczyło przyjąć do wiadomości.
UsuńOdchylił się na fotelu, gdy mapa wyrzuciła okienko i kiwnął głową w stronę ekranu. I tak miał wrażenie, że Reilynn jednym uchem wpuści jego słowa, a drugim wypuści i w głowie ostatecznie nie zostanie z tej rozmowy nic.
— Proszę wpisać adres — polecił, a przy okazji wcisnął guzik, który wysunął uchwyt na kubek, gdyby Reilynn na jakiś czas potrzebowała uwolnić dłoń i pozbyć się papierowego pojemnika.
Tanner Morgan 😑😆
Oprócz tego, że była chaotyczna i głośna, to po prostu nie chciał. I już. Tyle powinno wystarczyć. Teoretycznie. Pomijając fakt, że przyjaciół dobierał bardzo, ale to bardzo ostrożnie, to nawet gdyby jakimś cudem uznał Reilynn za bezpieczną opcję, naprawdę nie potrafił wyobrazić sobie, jak taka znajomość, czy już tym bardziej przyjaźń, miałaby wyglądać w praktyce. Przecież różnili się wszystkim, dosłownie wszystkim, i właśnie z tego względu ciężko byłoby mu zobaczyć ją w swoim świecie. Nie jarało go spędzanie czasu na wymienianiu się ironicznymi docinkami, bo czas był towarem deficytowym w jego życiu i wolał poświęcić go czemuś ambitniejszemu. A wbrew pozorom chętnie zobaczyłby w niej coś więcej niż kłopot, tylko że na razie okazje w ogóle temu nie sprzyjały, ale też nie zauważył, żeby Reilynn rzeczywiście starała się mu tę stronę bez kłopotów pokazać. Sytuacja z pączkiem była dziwnym wypadkiem – zdarza się. Zderzenie w salonie było niefortunnym zbiegiem okoliczności, w którym zawinił ktoś inny – to też się zdarza. Ale rozmowa? Rozmowa nie składała się z przypadkowo wypluwanych słów, Reilynn miała nad tym jakieś panowanie, nawet jeśli potrafiła mówić, a dopiero potem zastanawiać się, czy robiła to dobrze, dlatego musiała też rozumieć, że słowa niosą za sobą konsekwencje. A on bardzo lubił trzymać się konsekwencji, może nawet przesadnie. Jeśli coś zostało powiedziane, odnotowywał to, układał we właściwym miejscu w swojej głowie i nie udawał później, że te słowa magicznie rozpłynęły się w powietrzu. Ludzie powinni ponosić ciężar tego, co sami wnosili do rozmowy, nawet jeśli tym ciężarem była lekkomyślność, czy jakaś nietrafiona zaczepka albo wyjątkowo nieudana próba zbliżenia się do drugiego człowieka.
OdpowiedzUsuńMiał w sobie coś z dupka, ale to nie był szczyt jego możliwości. I tak był dla niej miły, być może nawet zbyt miły, biorąc pod uwagę to, jak ona momentami odzywała się do niego, ale okoliczności wymagały od niego odrobinę więcej... empatii. Reilynn miała za sobą jakąś ciężką historię, a on jej nie znał, więc nie wiedział, co tak właściwie nią kierowało, żeby nazywać potencjalnych przyjaciół beznadziejnymi przypadkami, czy żeby tak ogólnie cisnąć w ludzi uszczypliwymi komentarzami za każdym możliwym razem. Może to automatyczna reakcja obronna, może to jakieś zaburzenie – nie wiedział, bo zrobił magistra z prawa a nie z medycyny, ale z socjologicznego punktu widzenia, a takie studia też ukończył, wyglądało to na bardzo prosty mechanizm ustawiania dystansu. Reilynn atakowała pierwsza, bo wolała sama narzucić ton relacji, niż pozwolić, żeby zrobił to ktoś inny. Sprawdzała, kto się cofnie, kto odpowie tym samym, a kto uzna, że nie warto tracić czasu i w gruncie rzeczy nie było w tym nic szczególnie tajemniczego, bo ludzie bardzo często budowali wokół siebie role społeczne, które miały chronić ich przed odrzuceniem. Pytanie tylko, czy Reilynn robiła to świadomie, czy po prostu zbyt długo funkcjonowała w taki sposób, żeby nie umieć już odróżnić maski od własnej twarzy. Musiałby lepiej ją poznać, żeby dojść do trafnych wniosków, a na razie średnio miał na to ochotę.
Zaśmiał się w pewnym momencie, aż jego klatka piersiowa poruszyła się wyraźnie, a kąciki ust uniosły się na tyle, że na krótką chwilę w uśmiechu było widać białe zęby.
— Co jest z tobą nie tak, Reilynn? — Spojrzał na nią. — Przed chwilą byłaś zła, że niby wziąłem cię na pięćdziesięciolatkę, a teraz obrażasz się, bo uznałem, że jesteś jednak dużo młodsza — zauważył, kręcąc głową z rozbawieniem. — To jak to w końcu z tobą jest? Stara, czy młoda? Wypadałoby to raz, a dobrze określić.
Wrócił wzrokiem do tego, co działo się za przednią szybą, ale rozbawienie nadal majaczyło gdzieś w linii jego ust.
— I można powiedzieć, że urodziłem się w garniturze, a co więcej, że od razu z powołaniem do prawa — dopowiedział jeszcze, bo to nie była uwaga wyssana z palca, a zwykłe stwierdzenie faktu. Oczywiście, nie wyszedł z brzucha matki w ubranku, ale pierwszy poważny ciuszek, który mu założono, był właśnie mini garniturkiem. No i to nieszczęsne prawo było mu pisane jeszcze zanim został w ogóle poczęty. — A jeśli o odpowiedzialność chodzi, gdybym nie był odpowiedzialny, to właśnie wtedy wysłałbym tu kogoś innego, kto mógłby oddać twoje rzeczy i zamknąć temat w moim imieniu. Tylko że jestem akurat z tych ludzi, którzy lubią mieć kontrolę nad sprawami, za które w jakikolwiek sposób odpowiadają i najczęściej wolą załatwić je sami. Tu nie ma żadnej filozofii. Skoro zacząłem tę sprawę osobiście, to osobiście ją domykam — wyjaśnił, a potem zerknął na nawigację, żeby wiedzieć, na który most wjechać, albo opracować ostatecznie trasę po swojemu.
UsuńRozprawianie o śpiącym, czy nieśpiącym mieście, nie było zbyt ekscytujące, chociaż to ciekawe, skąd wzięła tę teorię, że Queens niby zasypia normalnie, ale bywa znerwicowane, a Staten Island prawdopodobnie chrapie. Może takich ludzi z tych dzielnic poznała, znerwicowanych lub chrapiących, i takie wyciągnęła sobie wnioski.
— Możemy wrócić do tematu miasta za chwilę, bo jest jedna rzecz, która cały czas mocno mnie zastanawia. A właściwie dwie — zaczął, znów rzucając Reilynn spojrzenie, które tym razem ześlizgnęło się po jej sylwetce i zatrzymało na moment na skaczącej nodze. — Dlaczego nie publikujesz książek pod swoim nazwiskiem? To pierwsza. A druga: po co jest ci potrzebna akurat ta moja przyjaźń, hm?
Tanner Morgan 😂
To był bardzo częsty paradoks, że prowadził sprawy, których nie chciał, ale które chciał doprowadzić do końca, mimo że wcale nie były niczym ważnym. Nie zawsze mógł pozwolić sobie na odmowę, a chociaż starał się nie brać przypadków, które nie pokrywały się z jego poglądami, to zdarzało się nie raz, że bronił kogoś, komu sam najchętniej przywaliłby w pysk. Takie życie. Mimo wszystko zawsze wywiązywał się z tych powinności na dwieście procent i zawsze doprowadzał je do końca z takim samym zaangażowaniem. Wziąć pieniądze za usługę to jedno, a rzetelnie ją poprowadzić to drugie, a on pracował przecież na swoją renomę, dlatego nie unikał odpowiedzialności. Tak więc, nawet gdyby nie chciał, to mimo świadomości, że wysłannictwo byłoby wygodniejsze, najprawdopodobniej i tak przywiózłby tu jej rzeczy, żeby nie tracić czasu na tłumaczenie komuś innemu, o co w tym wszystkim chodzi i nie przekazywać tej odpowiedzialności w bóg wie jakie ręce. Tyle że wtedy na pewno zaoszczędziłby sobie tego kontaktu i zostawił je w recepcji, zamiast dostarczać do rąk własnych.
OdpowiedzUsuńLekkim kiwnięciem głowy zarejestrował jej odpowiedź w kwestii nie publikowania pod nazwiskiem. W zasadzie nie pytał o jej pseudonim, bo bardziej interesowało go, dlaczego zdecydowała się nie podpisywać tych treści nazwiskiem, ale skoro już przyznała się do pseudonimu, to oczywiście zapamięta i może w wolnej chwili znów sobie to sprawdzi. Rozumiał to podejście bardzo dobrze, choć sam akurat z premedytacją używał swojego nazwiska, żeby zaczęło być ono kojarzone z czymś więcej niż prawem, finansami i bankowością. Na przekór rodzicom, rzecz jasna, bo w obliczu prawniczej kariery, całe to jego jubilerstwo było dla nich jakimś odklejonym pomysłem i stratą czasu. Myśleli, że z tego wyrośnie, a im starszy był, tym mocniej się w to zagłębiał, więc w pewnym momencie przestali z tym walczyć i całkowicie stracili zainteresowanie jego poczynaniami w tej dziedzinie. Pierwszy salon powstał ponad siedem lat temu, a żadne z jego rodziców nigdy do niego nie weszło, dosłownie jakby one wcale nie istniały na mapie tego miasta. Ale czy było mu z tego powodu przykro? Nie. To po prostu udowadniało, że miał rację. W ich rodzinie wartościowe były tylko te osiągnięcia, które dało się wpisać w odpowiedni schemat, bo byli po prostu prawdziwie beznadziejnym przypadkiem.
— Akurat nie zajmuję się wynagrodzeniami — powiedział, bo słowo prawnik było bardzo ogólnym ujęciem wielu dziedzin, a on specjalizował się w dwóch konkretnych i za inne się nie brał. — Ale jeśli kiedykolwiek postanowisz zrobić coś na tyle widowiskowego, żeby trafić przed sąd karny, to mój adres już znasz. Choć wolałbym, żebyś nie traktowała tego jako zachęty — zaznaczył, zerkając na nią krótko, z cieniem rozbawienia w oczach.
Zdecydowanie nie powinna traktować tego jako zachęty.
To ciekawe, że w mieście, w którym mieszka ponad osiem milionów ludzi, ona uznała akurat jego za tą sensowną opcję, która nie jest z towarzystwa najbliższych jej osób. A pewnie wystarczyło pójść do pierwszego z brzegu baru, żeby poznać kogoś nowego, kto z większym prawdopodobieństwem byłby zbliżony do niej zarówno wiekiem, jak i mentalnie, ale z kim też znalazłaby po prostu więcej cech wspólnych. W przyjaźni chyba to było najważniejsze – żeby dwie osoby miały przynajmniej jakiś wspólny grunt, na którym mogłyby stanąć bez ciągłego udowadniania sobie, że w ogóle jest sens próbować. Podobne poczucie humoru, sposób spędzania czasu, może także wartości i cokolwiek, co sprawiałoby, że rozmowa nie przypominałaby przeciągania liny między dwiema zupełnie różnymi wizjami świata. A oni? Oni bezsprzecznie należeli do innych światów.
— Nie ma sensu z tym walczyć, akurat ta alergia jest u nas rodzinna i przekazywana z pokolenia na pokolenie — wyjaśnił krótko. — Walcząc z tym, prędzej sama zrobisz sobie krzywdę. A ja ładnego nekrologu na pewno nie napiszę — dodał, uśmiechając się ze wzrokiem utkwionym za przednia szybą. Alergia była genetyczna, no może z wyłączeniem jego brata, bo Jared był typowym lekkoduchem i znacznie częściej śmiał się, niż boczył. Tak na dobrą sprawę, Reilynn na pewno lepiej dogadałaby się właśnie z młodszym Morganem, ale z drugiej strony byłaby pewnie tylko kolejną chwilą w jego wyjątkowo bogatym życiu uczuciowym. A ona chyba poszukiwała czegoś stałego.
Usuń— Maeve ma urodziny za cztery dni — zaczął zgoła inny temat. — Będę w salonie już tylko w sobotę, po godzinach otwarcia, bo muszę wybrać biżuterię do migracji — powiedział, przyciskając nieco gaz, żeby przejechać na ostatnich sekundach żółtego światła i nie stać kolejnych kilku minut na czerwonym. W jego salonach biżuteria się nie powtarza, dlatego nie da się kupić tego samego w kilku miejscach. Pozycje często migrują między lokalami, żeby zachować różnorodność. — Służę pomocą w wyborze prezentu, jeśli chcesz — zaoferował, spoglądając na Reilynn. Z jego strony propozycja wciąż była aktualna.
Tanner Morgan 🤔
Spalony makaron, czy jajecznica o konsystencji materiału budowlanego mogły brzmieć zabawnie, może nawet rozbrajająco, ale w jego świecie nieumiejętność przygotowania najprostszych rzeczy raczej nie przeszłaby bez echa i to wcale nie dlatego, że oczekiwał od kogokolwiek kulinarnych popisów, a dlatego, że pewne podstawowe umiejętności stanowiły część normalnego funkcjonowania. Miał córkę, a przy dziecku ktoś musiał od czasu do czasu przygotować obiad, śniadanie albo cokolwiek, co nie składało się wyłącznie z przypadku czy łaski losu. Dzielili się tym z Dakotą, oczywiście. Raz gotował coś on, raz ona, czasem ratowali się czymś szybkim albo zamówionym, bo akurat on korzystał z kateringu dietetycznego, ale mimo wszystko jedzenie nie było u nich abstrakcyjnym pojęciem ani polem do katastrof. Ono było częścią codzienności, tak samo jak planowanie, odbieranie z zajęć, pakowanie rzeczy, pilnowanie godzin i pamiętanie o tym, że mały człowiek nie może żyć wyłącznie sokiem albo chipsami z paczki. I właśnie na tym polegał cały problem. Reilynn mogła uznawać takie różnice za błahe, może nawet zabawne, ale dla niego były częścią czegoś znacznie większego. Bo tu nie chodziło wyłącznie o gotowanie, a o sposób funkcjonowania, o podejście do obowiązków i odpowiedzialności. Ona sprawiała wrażenie osoby, która płynęła przez świat bardziej impulsem, emocją i własnym nieporządkiem, a on żył w sztywnych ramkach, zobowiązaniach, a przede wszystkim w sprawach, których nie dało się spontanicznie odłożyć, bo akurat pojawił się jakiś ciekawszy pomysł. To, co jej mogło wydawać się drobną rozbieżnością charakterów, w rzeczywistości nie miało między nimi większych szans zadziałać, choć wcale nie dlatego, że jedno z nich było lepsze od drugiego. Nie. Po prostu dlatego, że niektóre światy mogły się przeciąć, mogły nawet przez chwilę wyglądać interesująco obok siebie, ale nie znaczyło to jeszcze, że nadawały się do wspólnego funkcjonowania.
OdpowiedzUsuńJuż wczoraj powiedział, że dokończą to, po co przyszła do salonu. Może nie brała tego wszystkiego na serio, ale on serio nie rzucał słów na wiatr, a dodatkowo był konsekwentny i zawsze trzymał się tego, co mówił. Zawsze realizował swoje założenia, wypełniał powinności i zawsze dokańczał to, co zaczynał. A ona standardowo zawsze obracała wszystkie punkty rozmowy w żart. Naprawdę chciałby wierzyć w to, że przeciwieństwa się przyciągają, ale to wcale tak nie działa, a przynajmniej nie w taki sposób, w jaki ludzie lubili to sobie romantyzować.
Pożegnał się krótkim do zobaczenia, gdy Reilynn wysiadła, i powrócił do rozkładu codziennego dnia. Po drodze do kancelarii zahaczył jeszcze o pralnię, żeby odebrać garnitur, a potem, już w samochodzie, odbył krótką rozmowę z klientem, cierpliwie tłumacząc, że nie może zrobić tego, co sobie wymyślił, bez ponoszenia konsekwencji, bo niestety prawo rzadko bywa aż tak uprzejme, żeby interpretować procedury po swojemu i spełniać dzięki nim własne widzimisię. Z tym telefonem dotarł do biura, a później od razu utonął między wnioskami oraz wiadomościami, które zdążyły nagromadzić się pod jego nieobecność. Bardzo często łapał się na tym, że przydałby mu się jakiś asystent, taki ktoś, kto przynajmniej przygotowałby te papiery, albo dołączył je do odpowiednich akt i zadbał o organizację i stały porządek w otoczeniu jego biurka. Cóż, samowystarczalność bywa naprawdę obciążająca.
Te kilka kolejnych dni minęło naprawdę szybko i głównie w rytmie pracy, więc zanim zdążył dobrze się obejrzeć, nadeszła sobota. Z samego rana zawiózł córkę do rodziców, bo mieli zaplanowane wspólne wyjście do ogrodu botanicznego, które Amber traktowała jak wyprawę życia. Była tym tak zachwycona, że już w samochodzie opowiadała mu z przejęciem, co zamierza tam robić, że będzie ogród zapachowy, motylarnia i... kaktusy. Tak, to dziecko w ostatnim czasie czuło jakąś dziwną sympatię do kaktusów.
Załapał się jeszcze na drugie śniadanie, więc zjedli je w rodzinnym gronie, starając się nie poruszać żadnych drażliwych tematów, choć było takowych naprawdę wiele, a potem wrócił na Manhattan. Salon zamykał się o czternastej, więc był chwilę przed, żeby przejąć klucze od pracowników i przygotować sobie sztywne kasetki jubilerskie do przewozu kilku sztuk biżuterii. Pamiętał, że tego dnia miała przyjść również Reilynn, więc gdzieś podświadomie na to czekał, a przy typowaniu biżuterii do migracji, rozglądał się również za czymś wyrazistym, ale nie przytłaczającym z kategorii bransoletek lub naszyjników, co nadałoby się świetnie na prezent dla Maeve. Skoro nie było ograniczeń w budżecie, to naprawdę mieli w czym wybierać.
UsuńPrzekładał właśnie do jednej z kasetek naszyjnik z akwamarynem, ostrożnie układając go na aksamitnym materiale, gdy kątem oka dostrzegł ruch przy drzwiach. Podniósł wzrok i zobaczył Reilynn, a potem odruchowo wyprostował się znad lady. Zlustrował ją krótkim spojrzeniem od stóp do głów, bardziej kontrolnie, po części sprawdzając, czy po ostatnich wydarzeniach rzeczywiście wygląda już lepiej, a po części po prostu rejestrując jej obecność w przestrzeni salonu. I wtedy dostrzegł pakunek. Papierową torbę, najprawdopodobniej z jedzeniem, trzymaną tak, jakby była równie oczywistym elementem tej wizyty, co jej własna torba czy laska. Nie bez powodu zatrzymał na torbie wzrok o sekundę dłużej. Czy oni umawiali się tu na obiad? W zasadzie nie. Umawiali się na wybór prezentu dla Maeve. Jedzenie nie było częścią ustaleń, ale oczywiście w przypadku Reilynn powinien był już chyba przestać zakładać, że ustalenia mają jakąkolwiek moc wiążącą.
— Pani Bothwell — zwrócił się do niej z uśmiechem, który był intencjonalny, bo chyba zapomniała już, jaki był warunek. Że będzie zwracał się do niej po imieniu tylko podczas jazdy. A jazda skończyła się kilkadziesiąt godzin temu.
— Posiłek? — Jego brwi powędrowały ku górze. — Nie jestem głodny. Jadam pięć posiłków dziennie, nie było potrzeby się o to martwić — powiedział, choć gdyby najpierw tutaj przyszła i zapytała, czy to w ogóle ma sens, nie musiałaby się na marne fatygować do jakiejś knajpy. Zerknął przy okazji na swój zegarek, który schował się pod mankietem czarnej koszuli, utkwionej w czarnych spodniach, żeby zobaczyć, ile pozostało mu czasu do następnego posiłku. — Ale dziękuję — dodał jednak, bo na pewno chciała być po prostu miła. Rozumiał to. Ale oczywiście nie było nawet mowy o jakimkolwiek jedzeniu posiłku tu, na sali, choć to wydawało mu się jasne. Nie byli przecież w restauracyjnym ogródku.
— Więc, czy ma już pani jakąś wstępną wizję na ten prezent? Może ulubiony kolor przyjaciółki? — przeszedł do sedna, sięgając po kubek z czarną kawą. Na to mógł się skusić, ale na razie przestawił kawę po prostu bliżej siebie, a potem utkwił spojrzenie w Reilynn i oparł się rękoma o gablotę, która miał przed sobą. Witamy z powrotem.
Tanner Morgan 💎
Nie chodziło o to, że trzymał się wyłącznie swoich własnych pięciu posiłków, ale spontaniczne przynoszenie jedzenia nie było czymś standardowym w jego życiu. Szczególnie gdy jedna strona nie znała upodobań tej drugiej i nie miała pojęcia, czym tak właściwie się żywi, a czego na przykład unika, bo nie lubi albo po prostu ze względów zdrowotnych unikać musi. To były takie normalne, oczywiste sprawy, które wypadało rozważyć, zanim wybierze się dla kogoś pączka albo panini. Zamiast tego standardowym zachowaniem, które z chęcią praktykował, było wspólne umawianie się na jedzenie, deser czy nawet drinka gdzieś w pubie. Wtedy każdy wybiera to, co chce i wszyscy są zadowoleni. I naprawdę rozważyłby coś takiego, gdyby Reilynn zdecydowała się zapytać, tym bardziej że w okolicy pełno jest świetnych knajp, a w tej chwili był tu już z prywatnego czasu i nie miał żadnych szczególnych planów na wieczór, oczywiście nie licząc tego, co najczęściej wieczorami robił, czyli rysowania nowych projektów albo, bardziej relaksacyjnie, wszystkiego, o czym akurat myślał i co również lubił rysować. Tego nie traktował jednak jak pracy, bo sprawiało mu czystą przyjemność i był to po prostu jeden ze sposobów na spędzanie wieczoru. Tak czy siak, podziękował za gest, bo poprzednim razem Reilynn sama zwróciła uwagę na to, że próbowała być miła i teraz na pewno też kierowała się podobną intencją. Może trochę zbyt spontaniczną jak na jego standardy, ale jednak dobrą.
OdpowiedzUsuńZachęcił ją do rozejrzenia się, a sam wyszedł zza gabloty, żeby znaleźć się po tej samej stronie co ona i móc swobodniej wskazywać poszczególne modele, po drodze zahaczając jeszcze o stanowisko kasowe, gdzie z szuflady wyjął pęk kluczy. Jego salony nigdy nie były miejscami dla masowego odbiorcy, dlatego że nie chodziło w nich o to, żeby pokazać klientowi dziesięć identycznych bransoletek w różnych wariantach cenowych i pozwolić mu wybrać tę, która najmniej zaboli przy kasie. Tanner od początku budował tę przestrzeń inaczej. Były tu nazwiska rozpoznawalne, oczywiście. Kilka wyjątkowych pozycji od Cartiera, czy pojedyncze egzemplarze Harry’ego Winstona, które same w sobie miały historię i wartość wykraczającą poza kruszec oraz kamień. Ale obok nich pojawiali się też projektanci mniej popularni, czasem wręcz niszowi, którzy tworzyli niewiarygodnie piękne rękodzieła, a także on sam. Jego projektów było tu już całkiem sporo. Oczywiście można było znaleźć klasykę: diamenty, szafiry i szmaragdy, które były trochę jak mała czarna, czyli zawsze bezpieczne i odpowiednie właściwie na każdą okazję, jeśli tylko dobrało się je z wyczuciem, ale Tanner znacznie bardziej lubił te gabloty, w których pojawiały się kamienie mniej oczywiste: jadeity, tanzanity, opale, turmaliny, czy morganity, albo aleksandryty, które właśnie przyciągnęły oko Reilynn swoim wielobarwnym obliczem. Nie interesowały go półśrodki, dlatego sprzedawał wyłącznie biżuterię osadzoną w złocie wysokiej próby albo w srebrze najwyższej jakości. Żadnego białego złota, czy innych stopów. Żadnych cyrkonii i innych kamieni syntetycznych.
Wsunął kluczyk w dziurkę i otworzył gablotę z naszyjnikiem, któremu Reilynn poświęciła szczególną uwagę. Sam aleksandryt miał w tym naszyjniku półtora karata, dawał ładny efekt wielobarwności, ale i pleochroizmu, bo w przypadku tych kamieni, jeżeli ich jakoś była wysoka, znaczenie miało nie tylko światło, ale również kąt patrzenia. Aleksandryt niskiej jakości nadal będzie zmieniał barwę zależnie od światła, ale nie da już tego samego efektu przy zmianie kąta patrzenia, a to właśnie to drugie podbijało cenę.
Ostrożnie zdjął naszyjnik z ekspozytora, pilnując, żeby łańcuszek nie zahaczył o żaden z drobnych elementów stojaka. Oprawa była złota, delikatna, choć nie przesadnie, i zaprojektowana tak, żeby nie odbierać kamieniom pierwszeństwa, a jednocześnie utrzymać całość w wyraźnej formie. Ułożył naszyjnik na swojej dłoni i lekko go rozciągnął, pozwalając, żeby osadzony w nim aleksandryt złapał światło pod innym kątem.
Usuń— W sztucznym świetle idą bardziej w odcienie szkarłatu i fioletu — powiedział, poruszając dłonią minimalnie, żeby pokazać jej zmianę. — Ale w naturalnym świetle wracają do zieleni i chłodniejszych, niebieskawych tonów — wyjaśnił, rozpuszczając naszyjnik w palcach, żeby Reilynn sama mogła położyć go na swojej dłoni i nim poruszyć.
Zastanawiał się przez chwilę, czy odpowiedzieć tak szczerze jak on widział jubilerstwo i praktykę z tym związaną, czy może jednak rzucić tylko kilka jakichkolwiek słów, które zamknęłyby temat, bo Reilynn pewnie i tak skomentowałby to jakimś ironicznym tekstem, więc produkowanie się i uzewnętrznianie z własnych odczuć, mogło zwyczajnie nie mieć sensu. Ale, skoro pytała całkiem na serio, to wyszedł z założenia, że może tym razem faktycznie chciała się czegoś dowiedzieć.
— Nie — odparł w końcu spokojnie. — Ostatnią rzeczą, od której mógłbym zacząć, to powód zakupu. Ludzie bardzo często mówią, że kupują coś na urodziny, przeprosiny i tak dalej, ale to są tylko okoliczności, a nie sedno. Emocje bywają ulotne, z czasem nabierają też zupełnie innego znaczenia, a biżuteria zostaje, dlatego zawsze postrzegam ją przez osobę, która ma ją nosić — odpowiedział, przyglądając się, jak naszyjnik układa się na dłoni Reilynn i jak złoto załamuje się na jej palcach. — Patrzę na skórę, na kolor żył przy nadgarstku, sposób układania dłoni, na szyję, obojczyki, linię szczęki, a nawet na to, czy ktoś mówi rękami, czy częściej trzyma je blisko siebie. Patrzę przede wszystkim na ekspresję — podsumował, podnosząc spojrzenie do jej twarzy. — Jeden kamień potrafi kogoś wydobyć, a innego całkowicie przytłoczyć i wtedy naprawdę nie ma znaczenia, ile kosztował ani z jak wzruszającego powodu został kupiony. Może być perfekcyjny technicznie, mieć doskonałą oprawę, ale mimo to być kompletnie nietrafiony, a jeśli nie współgra z człowiekiem, to staje się tylko drogim przedmiotem. Ładnym, owszem, czasem nawet imponującym, ale... martwym.
Tanner Morgan 😌✨
Nie odpowiedział jak sprzedawca, bo nigdy nim nie był. Był jubilerem. Człowiekiem z pasją i wyczuciem, którego nie interesowało sprzedawanie czegokolwiek, komukolwiek i za wszelką cenę. Nie zależało mu na tym, żeby klient czym prędzej wyszedł z salonu z pudełkiem w dłoni, a dzienny utarg zgadzał się co do ostatniego dolara, bo wolał nie sprzedać niczego, niż pozwolić, żeby dobrze zaprojektowana biżuteria trafiła do osoby, do której zupełnie nie pasowała. Chciał, żeby każda rzecz znalazła właściwego właściciela i w ten sam sposób szkolił pracujących dla niego doradców. Uczył ich patrzeć nie tylko na okazję czy deklarowany budżet, ale przede wszystkim na człowieka po drugiej stronie gabloty. Mieli umieć odradzić zakup, zaproponować coś mniej oczywistego, a czasami także przyznać, że żaden z dostępnych modeli nie będzie odpowiedni. Oczekiwał od nich wiedzy, uważności i odwagi, żeby powiedzieć klientowi prawdę, nawet jeśli miała ona oznaczać, że wyjdzie bez niczego, bo tylko wtedy mógł mieć pewność, że ludzie wrócą nie dlatego, że zostali skutecznie przekonani, a dlatego, że naprawdę im doradzono. Oczywiście potrafiłby opowiedzieć również o historii kamienia, szlifie czy o miejscu wydobycia, ale większość szczegółów była wyszczególniona na dołączonym certyfikacie gemmologicznym w karcie produktu, dlatego klient w każdej chwili mógł mieć do tego dostęp. Zaczynanie od takich informacji nie miało sensu.
OdpowiedzUsuńJego usta uniosły się w lekkim uśmiechu, gdy Reilynn porównała jego sposób postrzegania biżuterii do pisania książek. Kamień, podobnie jak słowo, mógł przyciągać uwagę, ale to odpowiednia oprawa nadawała mu znaczenie. Zbyt ciężka mogła przytłoczyć, a zbyt oszczędna czasami mogła odebrać tą pożądaną wyrazistość. I ze słowami książkowych bohaterów z pewnością było bardzo podobnie, dlatego było to trafne porównanie. Być może pewnego dnia sam się o tym przekona, kiedy kupi egzemplarz którejś z jej książek i z czystej ciekawości po nią sięgnie, nawet jeśli miałaby zupełnie nie wpasować się w gatunek, który zwykle wybierał. Nie musiał przecież lubić danego rodzaju literatury, żeby docenić sposób, w jaki ktoś budował postaci i nadawał znaczenie szczegółom. A przeczucie podpowiadało mu, że książki Reilynn będą wyjątkowo bogate w akcję i nagłe zwroty, bo pisząc, na pewno przemycała do nich jakąś część samej siebie.
Nazwanie przyjaciółki kolorowym ptakiem było dość wymowne, dlatego pokiwał głową, gdy padła propozycja pokazania zdjęcia.
— Chętnie zobaczę — odpowiedział, przejmując naszyjnik. Rozciągnął go lekko na placach, żeby złoty łańcuszek nie splątał się i pozostał w neutralnej pozycji, a kamień spoczął w jego dłoni, a potem skupił się na zdjęciu, gdy Reilynn podsunęła mu telefon. I przez chwilę nie powiedział nic. Najpierw zwrócił uwagę na Maeve, bo rzeczywiście trudno było jej nie zauważyć w tej kolorowej koszuli, rudych włosach i z uśmiechem tak szerokim, że nawet na tle szpitalnej sali dominowało jej własne światło. Określenie kolorowy ptak pasowało do niej bardzo dobrze. Dopiero później jego spojrzenie przesunęło się na Reilynn, na jej bladą twarz i koc podciągnięty wysoko pod brodę. Nie potrzebował wyjaśnień, żeby zrozumieć, dlaczego zawahała się przed pokazaniem właśnie tej fotografii, choć sam, bardziej niż zmęczenie, dostrzegał kontrast między nimi – Maeve rozświetloną i ekspansywną oraz Reilynn znacznie bardziej stonowaną. Różniły się prawie wszystkim, jeśli chodzi o wygląd, ale miały ten sam błysk w oku, więc nie miał wątpliwości, że świetnie się dogadują. Pojedynczo były jak iskry, ale we dwie musiały zamieniać się w ogień.
W zamyśleniu pogładził brodę wolną dłonią, po czym dotknął ekranu palcami, żeby powiększyć twarz Maeve i przyjrzeć się kilku szczegółom. Piegi rozsiane po jasnej cerze, lekko owalna twarz z dość wysokim czołem i delikatnie zwężająca się linia żuchwy. Przez makijaż nie dało się tego tak dokładnie określić, ale wydawało mu się, że wpada w ciepłą kolorystykę, a nie w zimną.
— To dobry wybór — przyznał po chwili, prostując plecy. — Aleksandryt — podniósł lekko rękę z naszyjnikiem, bo to o nim właśnie mówił. — Tylko, że do Maeve zdecydowanie lepiej pasowałby szlif gruszkowy, a nie brylantowy, tak jak tutaj — powiedział, a po chwili odwrócił się i ruszył w stronę innej gabloty, w której znajdował się kamień o takim szlifie, ale w srebrnej oprawie. — Proszę spojrzeć — zachęcił Reilynn, wysuwając na dłoni nieco większy aleksandryt w kształcie, który przypominał łezkę. — Tu oprawa jest srebrna, do Maeve o wiele bardziej pasowałaby złota, ale to nie problem. Mamy jeszcze trochę czasu, więc mogę umieścić ten kamień w złocie — zaoferował, podnosząc wzrok do oczu Reilynn. — Oba naszyjniki są mojego projektu, dlatego to nie problem — zaznaczył zaraz w ramach wyjaśnienia, bo z jakiej paki chciał i mógł coś tu przerabiać. — Alternatywą może być diaspor, albo turmalin arbuzowy — dopowiedział jeszcze, przechodząc do kolejnej gabloty, w której znajdowały się oba kamienie również w szlifie gruszkowym. Ten pierwszy zmieniał odcienie, a drugi już nie. Oba były przynajmniej kilkakrotnie tańsze niż aleksandryty, które były jednym z najdroższych kamieni, jakie znajdowały się w tym salonie, ale wyglądały równie pięknie. Nie proponował na razie innych, bo wiedział, że Reilynn urzekła przede wszystkim wielobarwność, dlatego na razie niech przy tej wielobarwności zostaną.
UsuńTanner Morgan 🤔💎
W zasadzie aleksandryt jest drogi nie tylko w jego salonie, bo na całym świecie, a to głównie przez to, że jego złoża naturalne zostały prawie wyczerpane i wydobycie ich jest już znikome. Istniały oczywiście kamienie znacznie cenniejsze, również wykorzystywane w jubilerstwie, jednak wykonanej z nich biżuterii Tanner nie przechowywał ani w gablotach, ani nawet w tej części salonu, bo przy tak ogromnej wartości i związanym z nią ryzyku byłoby to po prostu nierozsądne. Biżuterię z różowymi diamentami czy serendibitami tworzył wyłącznie na zamówienie, zwłaszcza że cena jednego karata najrzadszych okazów potrafiła przekraczać dwa miliony dolarów. Wtedy najpierw finalizowano zakup konkretnego kamienia, a dopiero gdy ten został odpowiednio zabezpieczony i trafił w jego ręce, przygotowywał projekt i przystępował do pracy, czasami jeszcze do szlifu, a niekiedy już tylko do osadzenia go w oprawie. Tak czy inaczej, w salonach miał wiele ciekawych i pięknych egzemplarzy, które potrafiły zachwycić równie mocno, co było zresztą widać po Reilynn, gdy jej spojrzenie zatrzymało się na aleksandrycie. Kamień może być warty nawet kilka małych domków, ale wciąż być tylko kamieniem. W biżuterii liczyła się przede wszystkim kompozycja, bo to ona wydobywała z niego to, co najpiękniejsze.
OdpowiedzUsuńOdwiesił jeden z naszyjników na ekspozytor, pozostawiając dla Reilynn tylko ten z kamieniem w kształcie łzy. Gdy wróci do domu w Kings Point, zaszyje się w pracowni i zakuje go od nowa, tym razem w złoto. Jeśli poświęci temu cały wieczór, to na drugi dzień naszyjnik powinien być gotowy, oczywiście pod warunkiem, że nic się po drodze nie schrzani, ale aleksandryt jest bardzo twardym kamieniem, więc żadnych niespodzianek być nie powinno.
— W takim razie dam znać, gdy naszyjnik będzie gotowy — oznajmił. Napisała mu swój numer na kartce pewnego razu, więc wiedział, że ma go w posiadaniu, a skoro sytuacja jest taka, a nie inna, to po prostu z niego skorzysta. Miał oczywiście świadomość, że w ten sposób Reilynn zdobędzie również jego numer, ale w tej sytuacji był gotów ponieść to ryzyko.
Drugi naszyjnik przełożył do wyściełanej kasetki jubilerskiej, żeby bezpiecznie go przewieźć, po czym domknął wszystkie gabloty i upewnił się, że zamki zaskoczyły na właściwe miejsce. Dopiero wtedy jego spojrzenie spoczęło na Reilynn, która rozglądała się po lokalu, zatrzymując wzrok co jakiś czas przy kolejnych ekspozycjach. Obserwował ją przez chwilę w milczeniu, ciekaw, co jeszcze zdoła przyciągnąć jej uwagę.
Gdy zadała pytanie o siebie, rozchylił lekko usta, ale zaraz je zamknął. Mógł powiedzieć od razu, co wybrałby dla niej, bo już wcześniej zdążył przyjrzeć się jej wystarczająco uważnie, żeby taki kamień do niej dopasować, jednak skoro sama dała mu pretekst, żeby zrobić to ponownie, tym razem całkowicie legalnie i z dużo mniejszej odległości, nie widział powodu, żeby z niego nie skorzystać.
Zbliżył się o krok i przesunął po niej spojrzeniem powoli i bez cienia skrępowania, oceniając ton jej skóry i kontrast ciemnych włosów z jasną cerą. Zatrzymał wzrok na twarzy nieco dłużej, śledząc linię kości policzkowych i odcień ust, który naturalnie wpadał w chłodny róż. Dopiero później spojrzał niżej, ku szyi i obojczykom, wyobrażając sobie, jak dany kamień układałby się na jej skórze i które barwy najlepiej wydobyłyby jej urodę. Nie musiał już niczego zgadywać, ale i tak wykorzystał okazję do końca, przyglądając się jej z uwagą zdecydowanie większą, niż wymagałoby tego zwykłe jubilerskie dopasowanie. Po chwili znów uniósł spojrzenie, a zaraz za nim dłoń, którą ostrożnie odsunął kilka pasm jej włosów, odsłaniając sobie linię szczęki i robiąc to tak spokojnie i pewnie, jakby ten gest należał do całkiem naturalnej części tych oględzin, a nie do jego osobistych chęci. Wtedy spojrzał prosto w jej oczy, w których zieleń mieszała się z ciepłymi refleksami, na moment przygryzł dolną wargę, po czym odwrócił się i ruszył przez salon. Ze stanowiska kasowego zabrał jedną kasetkę jubilerską.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Usuń— Ma pani bardzo wyraziste rysy i mocny kontrast między jasną cerą a ciemnymi włosami — powiedział, wracając z kasetką w dłoni. — Przyjemne zestawienie, ale w pani przypadku biżuteria nie powinna próbować przyciągać uwagi za wszelką cenę. Wystarczy, że będzie uzupełnieniem naturalnego piękna i podkreśli to, co już jest wyraziste — wyjaśnił, zatrzymując się obok Reilynn. Otworzył kasetkę i wyjął z niej delikatny naszyjnik a potem stanął tuż za jej plecami i uniósł dłonie po obu stronach jej szyi. Przełożył biżuterię od przodu, ostrożnie układając kamień na środku dekoltu, po czym zbliżył końce łańcuszka na karku i zapiął je wprawnym ruchem. Jego palce musnęły lekko jej skórę, zatrzymując się na moment, zanim odsunął dłonie, a piękny szmaragd w skromnej, złotej oprawie spoczął na jej szyi.
Usuń— Jest twardy, ale równocześnie kruchy. Niełatwo go zarysować, ale pod wpływem silnego uderzenia potrafi pęknąć — powiedział z poważniejszą nutą, bo nie mówił już wyłącznie o kamieniu. Stojąc za nią, spojrzał na lustro, które znajdowało się nieco dalej na ścianie, a w nim na jej odbicie. — Z zewnątrz bywa idealnie gładki, ale w środku kryje inkluzje i ślady tego, jak powstawał. Ale one nie są wadą — zaznaczył zaraz, zniżając na moment spojrzenie po odbiciu Reilynn do jej uda. — To właśnie one potwierdzają, że jest prawdziwy i podnoszą jego wartość — przyznał. — Są bardzo trudne do oceny, a starożytna legenda kolumbijska poleca nosić je tylko tym osobom, które mają czystą duszę — kontynuował, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech. Nawiązywał do legendy o Furze i Tenie, a w kwestii oceny chodziło przede wszystkim o to, że dla gemmologów problematyczna jest klasyfikacja zielonych beryli, które dopuszczalnie jest nazywać szmaragdami, a których ze względu na domieszkę innych związków chemicznych nazywać już nie można. — Myślę, że jest w tobie wiele ze szmaragdu. Reilynn.
Tanner Morgan 💎💚
Teatralnie przyłożył rękę do piersi i odchylił się, jakby kto go z kuszy strzelił prosto w serce. Oskarżony o szerzenie propagandy, zmagał się z poranionymi uczuciami. Jak tak można mówić – sugerować, że w tym urwipołciu akurat jego rasa przeszkadzała! Leif nie dyskryminował. Czy typ byłby elfem, czy może wampirem, człowiekiem, a nawet śledziem, wciąż oceniałby go negatywnie.
OdpowiedzUsuńPrzewrócił oczami, ale już nic nie powiedział – bo skoro go serce zabolało, to co dopiero Rei, tak wrażliwą na punkcie swoich postaci!
No dobra, nic go nie bolało, wiadomo, ale dzięki koleżankom i kolegom z pracy wiedział, że niektórzy bardzo emocjonalnie podchodzą do własnych twórczości… a przecież to była tylko robota na etacie. Najgorsze, że sam nie zawsze umiał się od tego uwolnić. Więc wyobrażał sobie, że jak ktoś pisał nie na zlecenie, to mógł rzecz traktować szczególnie osobiście. Darował więc dalszą dyskusję.
Nie chciał tylko odpuścić tematu kolejnej opowieści.
– No weeeeź, jak już o maśle jesteśmy – powiedział – to co to dla ciebie, przeczytać mi parę akapitów, bułka z masłem przecież!
Przestał nalegać, gdy tylko usłyszał o spacerze. Bez wahania ściągnął maseczkę i zrzucił z siebie fartuch, a potem przysiadł na krześle i podczas gdy Rei wkładała sobie nogę, on też założył nogę. Na nogę.
– A na drzewach zamiast liści będą wisieć monarchiści – zaskandował swojej królowej, ale posłusznie znalazł się u jej boku. Bo skoro miał być świtą, to już mu jakiś nowy pomysł w głowie zaświtał. – A pij sobie co chcesz… pani ma… ale ja chcę matchę na kokosowym, mrożoną i truskawkową.
Na korytarzu ich królewski orszak wyglądał dość biednie, ale za to miał swój rytm: stukot laski, szuranie butów i Leifa, który szedł prawie normalnie. Co chwilę tylko zerkał na mijane drzwi, puknął parę razy w ścianę, no i oczywiście zaciekawiła go pielęgniarka niosąca dziwnie wyglądający posiłek. Przy okazji zdezynfekował sobie ręce, skoro już mijali automat.
Na zewnątrz z kolei powietrze nie było może czyste, ale przynajmniej nie pachniało środkami do czystości i chorobami. Dzień był ciepły, trochę zbyt duszny, choć właśnie nadchodził zbawienny wiatr. Czego więcej chcieć od życia? Tylko trochę trawy, drzew i ledwie działającej fontanny, czyli dokładnie tego, co znajdowało się w tym miejscu.
Leif nabrał powietrza w płuca, jakby to on był więziony od tygodni w murach budynku, który aktualnie rósł za jego plecami.
– Dobra, to co ci przynieść, już się namyśliłaś? – zapytał wesoło, zezując na kawiarenkę obok. – Jakby co pamiętam, że delikatne żołądki monarchii mają uczulenie na arszenik.
Fajniej będzie wypić na dworze, a nie w środku, co nie? I na pewno szybciej, jeśli Leif tam skoczy, zamówi i raz-dwa wróci.
Leif Zweig
Coś ze szmaragdu widział w niej pewnie tylko on, bo znał właściwości tych kamieni, a gemmologia nie jest raczej przeciętną pasją większości facetów w tym mieście, czy nawet na świecie, żeby każdy mógł dokonywać takich porównań, ale jeśli chodziło o dostrzeganie innych cech Reilynn, z pewnością nie był jedynym facetem, który widział w niej coś ładnego. Jej uroda nie należała do tych oczywistych i krzykliwych, ale zatrzymywała uwagę na dłużej i wcale nie chodziło o to, że miała protezę. To znaczy, tego nie dało się nie zauważyć, ale to po pierwszym spojrzeniu przestawało mieć aż takie znaczenie, bo choć proteza była częścią jej, to wcale nie definiowała wszystkiego, co można było w niej dostrzec. Liczyło się zresztą coś więcej niż sam wygląd, bo to osobowość potrafiła przesądzić o tym, czy ktoś jedynie przyciągnie wzrok, czy zostanie w pamięci na dłużej. A Reilynn miała akurat trudną do przeoczenia energię, może niekoniecznie współgrającą z jego własną, bo ta jej była o wiele bardziej spontaniczna, barwna i nieprzewidywalna, ale właśnie przez ten kontrast przyciągała uwagę mocniej.
OdpowiedzUsuń— Według legendy o Furze i Tenie szmaragdy noszone przez ludzi o nieczystej duszy pękają — odpowiedział, lekko wzruszając przy tym ramionami. — Kolumbijczycy mocno łączą je z lojalnością i wiernością, a na świecie nie bez powodu przyjęło się wykorzystywać szmaragdy również w pierścionkach zaręczynowych — dopowiedział dodatkowo. Może był to tylko zwykły przesąd, a może kryło się w nim ziarno prawdy, bo z jakiegoś powodu kamieniom szlachetnym od wieków przypisywano również właściwości duchowe, a w wielu kulturach wciąż pełniły funkcję ochronną, odpędzały złą energię, albo przynosiły spokój. Nigdy tego nie negował, ale też nigdy otwarcie nie popierał, bo był jubilerem, a nie energoterapeutą i jego wiedza skupiała się przede wszystkim na kruszcu samym w sobie. Akurat szmaragd jest na tyle kruchym kamieniem, że jego pęknięcie dałoby się wytłumaczyć na wiele różnych sposobów, gorzej jednak, gdy był noszony sporadycznie i przechowywany ostrożnie, a mimo to pewnego dnia pojawiała się na nim rysa. Wtedy wyjaśnienie przestawało być już tak oczywiste. Tak czy inaczej, mówiąc o czystej duszy w przypadku Reilynn, miał na myśli głównie to, że wydawała się być szczera w swoich emocjach, pozbawiona wyrachowania, a przy tym niezdolna do świadomego krzywdzenia innych dla własnej korzyści. Takie odniósł wrażenie po tych kilku spotkaniach, choć nie mógł ze stuprocentową pewnością uznać go za trafne, skoro właściwie nic o niej nie wiedział. Wrażenia nie brały się jednak znikąd. Składały się również z tych gestów i reakcji, których nie dało się całkowicie udawać. Ich osobowości w parze pewnie próbowałyby wzajemnie zmieść się z planszy, ale wydawało mu się, że Reilynn przyjaciółką byłaby dobrą, lojalną i faktycznie gotową zostać obok wtedy, gdy naprawdę byłaby potrzebna.
Chciał dać Reilynn jeszcze trochę czasu, żeby mogła przekonać się do naszyjnika, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, odwróciła się już z gotową decyzją na ustach. Opuścił więc spojrzenie do zielonego kamienia, który spoczywał na jej dekolcie, teraz mogąc z bliska ocenić, jak szmaragd komponował się z jej jasną skórą. Głęboka zieleń wyraźnie się na niej odcinała, a skromna złota oprawa nie przytłaczała całości, tylko delikatnie podkreślała kontrast. Szmaragd był zauważalny, ale nie dominujący, czyli wyglądał dokładnie tak, jak powinien. Idealnie.
— W porządku — odparł więc, wracając spojrzeniem do jej oczu, cieplejszych niż zieleń szmaragdu, ale o podobnej głębi. — Chciałbym jeszcze przyjrzeć się szmaragdowi z bliska, zanim dokonamy formalności — oznajmił i od razu uniósł dłonie i przełożył je ponad jej ramionami, sięgając do zapięcia ukrytego na karku. Rozpiął naszyjnik ostrożnym ruchem, po czym pozwolił, żeby cienki łańcuszek zsunął się powoli z jej szyi prosto w jego dłonie. Przygotowywał biżuterię do transferu, więc miał tu pod ręką lupę jubilerską, a chciał sprawdzić całość jeszcze pod kątem ewentualnych uszkodzeń, żeby Reilynn otrzymała w pełni zdrowy egzemplarz. Raczej nie powinno być żadnych niespodzianek, ale wolał mieć pewność. Przezorny zawsze ubezpieczony, jak to mówią.
UsuńTanner Morgan 🧐💎
Wystawił twarz do nieba, więc kiedy Rei próbowała sprowadzić go na ziemię, spojrzał na nią spomiędzy promieni z leniwym uśmiechem na twarzy. Słońca nie zgasisz tak łatwo, a więc – i entuzjazmu Leifa. Może to był tylko przyszpitalny skwer, a nie ósmy cud świata, ale co z tego? Zawsze miło powygrzewać się na świeżym powietrzu, więc zachwyt był totalnie zrozumiały.
OdpowiedzUsuńZresztą – w tej sytuacji to chyba Rei powinna cieszyć się nawet bardziej, bo Leif do takich widoczków dostęp miał na co dzień. Nie rzucił jednak żadnym komentarzem, uznając, że cóż, może tego właśnie potrzebuje. Poza, oczywiście, napojem.
– Tak, pamiętam. Cappuccino z bitą i polewą truskawkową – potwierdził i lekkim krokiem ruszył w stronę kawiarenki.
Naigrawał się tylko – akurat nie zapomniał, czego sobie naprawdę życzyła. Że kawa, a nie cappuccino, i słodka, bo z bitą śmietaną i posypką. Dobrze, załatwi więc taką, nie ma problemu.
Mała kolejka utworzyła się przy ladzie, ale niezbyt mu to przeszkadzało, bo nie czekał w niej sam. Zagadał kilka osób i wymienili parę miłych zdań. W końcu stał – nie czekał zbyt długo – nadeszła kolej na zamówienie.
– Hej! Poproszę duże latte, na mleku… może waniliowym? – zawahał się. Przeszło mu przez myśl też migdałowe, ale to uznał za słodsze, więc bardziej pasujące. – Z bitą śmietaną i posypką. Ale tej śmietany to poproszę tak od serca, hojną ręką! Dopłacę w razie czego. Obiecałem koleżance, jeśli nie sprostam jej wymaganiom, gotowa mnie skopać…
– Jasne, skarbeńku – zaśmiała się starsza pani. – Będzie podwójna porcja. Coś jeszcze?
– Mrożona matcha truskawkowa na kokosowym i… macie tabliczkę czekolady? Kawowej.
– Niestety nie, kochanie, ale jakieś ciasteczko do kawy wejdzie jak złe!
– Jak złe to może nie, ale jak dobre, to dobra! Poleca coś pani?
– Mamy świetne tiramisu, sama przybrałam od niego z pięć funtów… I serniczek, naturalnie, dla większej słodyczy.
– Poproszę.
– Które?
– Tiramisu. Albo sernik. Albo tiramisu… Albo nie, oba. Wszystko na wynos, jeśli można!
Kiedy zamówienie się przygotowywało, Leif zapłacił i zgarnął kilka papierowych serwetek. W jedną z nich zapakował zestaw drewnianych łyżeczek, a w kolejną parę słomek. Były papierowe, więc mogły szybko rozmięknąć – stąd postanowił wziąć kilka dla backupu.
Gdy otrzymał torbę z zamówieniem, podziękował wylewnie i krokiem równie tanecznym, co przyszedł do kawiarni, teraz wyszedł i powrócił do czekającej na ławce Rei. Wręczył jej do ręki kawę, a obok położył pudełeczka z ciastami, a na nich serwetkę ze sztućcami oraz rurkami. Sam chwycił jedną, wyciągnął z papierka i w matchy zamoczył.
– Proszę. Spróbować najpierw, czy nie zatrute? – zaoferował się, ale wyłącznie dla żartu, nie łakomstwa, bo nie miał ochoty na jej kawę. – A wiesz, w kolejce spotkałem takiego roztrzęsionego typa, myślałem, że coś się stało. Jego żona leży na położnym i rodzi, ale go wyprosiła, bo za bardzo wrzeszczał. Empatia, Rei, wziął jej ból na siebie!
Pociągnął łyk matchy, zadowolony, a potem odłożył kubek na ławkę. Zgarnął z niej za to płócienną torbę, zostawioną tu wcześniej, i zaczął grzebać w środku. Wydostał w końcu SPF i okulary przeciwsłoneczne, które wyciągnął z etui i zawiesił na kołnierzyku koszulki, tak na chwilę, tylko na czas wcierania w twarz kremu przeciwsłonecznego.
– Co u ciebie, Rei, tak serio? – zapytał w trakcie. – Co się działo przez te ostatnie sześć miesięcy? Chcesz?
Wyciągnął ku niej krem.
Leif Zweig
Takie były po prostu przesądy, a on dzielił się jedynie tym, co zdążyło przewinąć się przez jego wiedzę o kamieniach, ich historii oraz znaczeniach przypisywanych im w różnych kręgach kulturowych. To była zwykła ciekawostka, choć niewykluczone, że ktoś gdzieś rzeczywiście brał ją sobie do serca i robił takie testy lojalności. On natomiast nie uważał, że warto wręczać pierścionek zaręczynowy ze szmaragdem tylko po to, żeby sprawdzić wierność przyszłej żony, bo jeśli ktoś potrzebował do tego kamienia, to problem najpewniej pojawił się znacznie wcześniej. Szmaragd mógł co najwyżej pięknie wyglądać na palcu, a zaufanie nie powinno przecież opierać się na tym, czy kamień pozostanie nienaruszony, tylko na tym, co dwoje ludzi potrafiło zbudować między sobą bez pomocy tego typu legend i symboli. O miłości nigdy nie myślał w ten sposób, ale z zasady myślał o niej niewiele, bo w swoim życiu doświadczył miłości w tak wielu obliczach, że przestał wierzyć w jedną, prostą definicję tego uczucia. Znał miłość warunkową, która trwała tylko tak długo, jak długo spełniało się czyjeś oczekiwania, znał miłość podszytą obowiązkiem i przyzwyczajeniem, ale znał też też taką, która z czasem zmieniała się w kontrolę, pretensje i wzajemne rozliczanie z każdego gestu. To uczucie potrafiło niszczyć równie skutecznie, jak uskrzydlać, dlatego nie ufał jego deklaracjom, a wyłącznie temu, co zostawało po nich w codziennych wyborach. Dla niego zawsze znacznie więcej znaczyło to, jak człowiek zachowywał się wtedy, gdy nikt go nie obserwował i nie miał niczego do zyskania. Poza tym w większości spraw kierował się rozumem, dlatego uczucia traktował z ostrożnością, a już szczególnie wtedy, gdy próbowały zagłuszyć rozsądek albo nadać sens temu, co od początku było skazane na rozczarowanie. Tak jak jego małżeństwo. Coś, co zostało zawarte bardziej dla zachowania pozorów niż z prawdziwego przekonania, prędzej czy później i tak się rozpadnie. Taka jest kolej rzeczy pozornie prawdziwych relacji.
OdpowiedzUsuńSięgnął po lupę i uśmiechnął się, słysząc słowa Reilynn o wadach. Chcąc sprawdzić kamień, nie myślał o inkluzjach, bo one faktycznie były jego częścią, a o drobnych uszkodzeniach, które mogły powstać podczas transportu między salonami. Inkluzje nie odbierały szmaragdowi wartości, ale fizyczne skazy już tak, on natomiast musiał wydać jej kamień zgodny z certyfikatem. Inaczej działałby wbrew sztuce jubilerskiej i własnym zasadom, a na to nie zamierzał sobie pozwolić, nawet jeśli ewentualna skaza byłaby tak drobna, że przeciętny klient nigdy by jej nie zauważył.
— Sprawdzę kamień wyłącznie pod kątem ewentualnych uszkodzeń, które mogły powstać na przykład podczas transportu — wyjaśnił, układając naszyjnik w wyściełanym wnętrzu kasetki jubilerskiej. Nie miał tu stojaka, choć na stojaku byłoby o wiele wygodniej. — Nie chciałbym sprzedać pani pękniętego szmaragdu, skoro zgodnie z legendą to właśnie on ma zweryfikować czystość pani duszy — zauważył, zerkając na Reilynn z żartobliwym uśmiechem w kąciku ust, a potem przyłożył lupę do oka, zmrużył to drugie i nachylił się tuż nad szmaragdem, z uwagą go oglądając. To oczywiste, że nie zamierzał testować jej w taki sposób, ale szkoda było teraz do tego nie nawiązać. Tak czy inaczej, kamień musiał stąd wyjść cały, bez mechanicznych uszkodzeń czy rys, bo tego wymagała zarówno sztuka jubilerska, jak i jego własne standardy. Nie zamierzał opierać jakości sprzedaży na zaufaniu, szczególnie przy tak kruchym kamieniu i certyfikowanym egzemplarzu.
— Ślady nie są wadą — przyznał, obracając kamień w palcach i przybliżając do niego szkiełko. — Ale papier zobowiązuje mnie do tego, żeby sprzedać szmaragd zgodny z certyfikowaną jakością. A z tego, co widzę, z tym wszystko jest w najlepszym porządku — ocenił, prostując plecy. — Chce pani coś zobaczyć? — zachęcił, wyciągając do Reilynn dłoń z lupą, która w specjalny sposób wyostrzała szczegóły kamienia i mocno je przybliżała. — Ten egzemplarz ma kilka drobnych inkluzji układających się w charakterystyczny wzór. Pod światłem wyglądają trochę jak delikatne gałązki zamknięte wewnątrz kamienia. W gemmologii określa się je mianem jardin, co z francuskiego znaczy ogród, i uważa się je za dowód autentyczności szmaragdu i jego własny, niepowtarzalny odcisk palca. Ten kamień jest unikatowy, jedyny w swoim rodzaju. I ta cecha też wyjątkowo do pani pasuje — stwierdził z lekkim uśmiechem i przeniósł spojrzenie na Reilynn. Taka ciekawostka.
UsuńTanner Morgan 🔍💚
Pomijając już taką możliwość, czy ona mogłaby mu coś zrobić, czy nie, on trzymał gardę, bo nie dopuszczał do siebie ludzi i to nie była kwestia braku odwagi ani nawet nieufności wobec niej konkretnie, a nawyk wypracowany przez lata, który trochę wrósł mu już pod skórę. Taki był po prostu dla wszystkich – uprzejmy, owszem, nawet nienagannie, ale z tym szczególnym rodzajem chłodu i dystansu który przypominał rozmówcy, żeby nie rozsiadał się wygodnie w jego przestrzeni osobistej. Te osoby, które już do tej przestrzeni należały, znały jego inną stronę, może nie od razu ciepłą i wylewną, ale na pewno dużo swobodniejszą i o wiele bardziej kontaktową. Nadal nie był człowiekiem, który nagle zaczynał rozdawać swoje emocje jak wizytówki, ale potrafił być mniej sztywny i rezygnować z suchego tonu, którym to mógł zamieniać w kamień. Nie miał zresztą potrzeby poszerzania tego grona na siłę, bo nie potrzebował tłumu wokół siebie. Kilku stałych przyjaciół, takich sprawdzonych ludzi, obecnych w jego otoczeniu od lat, w zupełności mu wystarczało.
OdpowiedzUsuńTak naprawdę on bardzo rzadko sprzedawał biżuterię, bo w tym miejscu zajmowali się tym doradcy, a jego obowiązki polegały na czymś zupełnie innym, najczęściej niezwiązanym bezpośrednio z klientem. Jako trader kamieni szlachetnych miał pewną praktykę handlową, ale nie przypominała ona salonowych standardów, w których należało przeprowadzić klienta przez cały proces, od rozpoznania jego potrzeb aż po dobranie odpowiedniego rodzaju biżuterii. Klient, który chciał inwestować w kamienie z reguły wiedział już, czego konkretnie chce. Szukał określonych egzemplarzy, a rozmowa najczęściej dotyczyła wtedy wartości i potencjału inwestycyjnego, a nie tego, czy dany kamień będzie współgrał z odcieniem skóry, czy ścian w salonie. Tam liczyły się przede wszystkim parametry. Tutaj musiał wziąć pod uwagę coś, czego nie dało się zmierzyć i to było trudniejsze, bo wymagało nie tylko wiedzy, ale też wyczucia i odpowiedniego spojrzenia na człowieka.
Popatrzył jak Reilynn skupia się na szmaragdzie i zagląda przez lupę do jego głębi. Wyglądała tak, jakby naprawdę próbowała odnaleźć w nim ten cały ogród, o którym przed momentem mówił, a nie tylko grzecznie udawała zainteresowanie. To było dość miłe zaskoczenie, bo większość ludzi zatrzymywała się na kolorze, cenie i ogólnym wrażeniu, niekoniecznie mając ochotę dowiedzieć się, co właściwie sprawiało, że dany kamień był czymś więcej niż zielonym błyskiem oprawionym w złoto.
Zmarszczył lekko brwi i słuchając Reilynn, odłożył naszyjnik, a potem odebrał od niej lupę. Rozumiał to, co chciała mu przekazać, bo rzeczywiście, jeśli wszystko jest wyjątkowe, to ostatecznie samo słowo zaczyna tracić na znaczeniu, ale to było dość proste założenie. On widział to nieco inaczej. Gatunkowa mogła być mąka w sklepie, ale jeśli chodzi o kamienie, to temat jest trochę bardziej skomplikowany, bo wyjątkowość jest w tej dziedzinie bardzo pojemnym pojęciem i nie oznacza wyłącznie tego, że dwa egzemplarze nie są identyczne. W życiu zresztą, jeśli mowa o ludziach, działało to według niego bardzo podobnie.
— Rozumiem pani założenie i w jakiejś części mogę się z nim zgodzić, jednak w gemmologii wyjątkowość nie polega wyłącznie na tym, że coś różni się od reszty — powiedział, chowając lupę do specjalnego etui. Oparł się za chwilę biodrem o gablotę, sięgnął po chłodniejszą już kawę i ulokował spojrzenie w twarzy Reilynn.
— Na przykładzie szmaragdu: każdy ma jakieś inkluzje, swój własny odcień i własny jardin, ale nie każdy robi z tym coś interesującego. Nie każdy ma dobrą barwę, właściwą głębię, odpowiednią przejrzystość i taki układ śladów, który zamiast przeszkadzać, zaczyna budować jego charakter i czynić go cennym. Dlatego sam fakt niepowtarzalności niczego nie gwarantuje — wyjaśnił.
— Nie każda odmienność ma znaczenie. Czasami coś jest po prostu inne, a czasami ta inność pracuje na korzyść całości i wtedy dopiero można mówić o wyjątkowości, która nie jest pustym określeniem, tylko realną wartością — podsumował. — Na ludzi patrzę zresztą podobnie. Sam fakt, że ktoś różni się od innych, jeszcze nie sprawia, że staje się interesujący. Liczy się dopiero to, co z tej różnicy wynika — dodał, po czym posłał Reilynn znaczący uśmiech i pociągnął z papierowego kubka większy łyk kawy. — Nie musi pani być w tym dobra — odpowiedział spokojnie i oparł kubek o swój tors. — Czasami wystarczy nie odrzucać od razu tego, że ktoś widzi w pani coś więcej, niż sama jest pani gotowa przyznać. Ale jeśli mowa o mechanizmach obronnych, to wierzę, że może mieć pani gorsze warianty — przyznał, śmiejąc się cicho. Dopije kawę i zaraz spakuje odpowiednio naszyjnik ze szmaragdem.
UsuńTanner Morgan 😊
Jednocześnie doceniał i nienawidził momentu, w którym opuszczał mury szpitala po zmianie. Z jednej strony mógł w końcu odetchnąć, czuł już to wygodne łóżko i upragniony sen po kolejnych przepracowanych nadgodzinach. Myślami odpływał jeszcze do smacznej kawy, do ulubionej bułki z pomidorem i do tej ciszy. Bez krzyków, pisków, odgłosów maszyn. Nic, tylko ledwie słyszalne odgłosy miasta za oknem. Z drugiej strony powroty do domu napawały jego serce ciężkością. Wiedział doskonale, że Samantha będzie na niego czekać. W jego głowie pojawi się pytanie czy żona dopiero co wstała, czy znów targały nią powracające koszmary. Zapyta go o pracę, a on mechanicznie odpowie dobrze. Nie chciał zabierać pracy do domu, nie chciał opowiadać jej o historiach, które dotykały go bardziej niż byłby w stanie pokazać. Sam była wrażliwa. Miała swoje demony, a on nie miał zamiaru dokładać jej kolejnych. To było coś, co musiał trzymać w sobie.
OdpowiedzUsuńTa rutyna mogła wydawać się dla osoby postronnej niemalże zabójcza. Nie ważne czy kończył o siódmej rano, o dziewiątek wieczorem czy o trzeciej nad ranem, wszystko wyglądało niemalże tak samo. Za każdym razem wypalał papierosa, zastanawiając się, co Sam robi teraz w domu, z nadzieją, że tym razem udało jej się usnąć spokojnie. Potem odwiedzał sklep, a dopiero na sam koniec wracał do mieszkania. Czasem spotkał kogoś po drodze z kim wymienił uprzejmości, czasem odwiedził cukiernie lub kawiarnię, by sprawić żonie mała przyjemność.
Ich relacja była skomplikowana, jednak to nie było tak, że Sam była mu kompletnie obojętną osobą. Troszczył się o nią nie tylko z poczucia obowiązku, ale przede wszystkim była mu bliska. Chciał, by w końcu stanęła na nogi, by poukładała sobie to wszystko. Nie wierzył, że ich związek może funkcjonować tak, jak przed tym wszystkim. Wiedział jedynie, że teraz nie może jej opuścić.
Kiedy wszedł do sklepu, przetarł swoją zmęczoną twarz. Snuł się powoli pomiędzy regałami, zastanawiając się, co powinien jeszcze dokupić. I tak zapragnął zjedzenia na śniadanie płatków czekoladowych. Udał się do odpowiedniej alejki, gdy nagle, zupełnie niespodziewanie, pod jego nogi potoczył się arbuz. Mężczyzna ze spokojem spojrzał na owoc, unosząc nieznacznie brew w geście tej niespodziewanej sytuacji. Bo co robił arbuz w alejkach na płatki? Dopiero później, gdy uniósł wzrok nieco wyżej, dostrzegł młoda kobietę, która wyraźnie była powodem tego niecodziennego zajścia.
Przez swój zawód widział już tysiące twarzy nowojorczyków. Niektóre kojarzył bardziej, inne w ogóle. W jego pamięci tkwiły zazwyczaj osoby starsze lub przewlekle chore, które nie tyle, co widywał w karetce, ale też w samym szpitalu.
Twarz tej młodej kobiety wydawała się mu znajoma, ale nie rozpoznał jej od razu. Powoli się schylił, podnosząc arbuza z podłogi. Zrobił kilka kroków i podszedł do dziewczyny, pomagając jej zbierać porozrzucane przedmioty.
– To najważniejsze – powiedział z delikatnym uśmiechem, który był niemal wyuczony i mechaniczny.
Praca wymagała od niego nie tylko umiejętności specjalistycznych, ale przede wszystkim opanowania, spokoju, ale również empatii. W różnych sytuacjach, nawet tych ekstremalnych. Doskonale wiedział, że taki niby niepozorny, delikatny uśmiech potrafił uspokoić drugą osobę. Wyrobił sobie więc taki nawyk.
– Potrzebuje pani pomocy? – dopytał.
Zwrócił uwagę na laskę w jej dłoni. Pomoc drugiemu przychodziła mu równie automatycznie jak uśmiech. Nie mógł nic na to poradzić.
– Pani zakupy wydają się ciężkie, a ja dysponuję czasem – uprzedził, zanim zdążyłaby odrzucić jego pomoc.
Caleb
Sposób, w jaki patrzył na ludzi, był kwestią bardzo złożoną, czasami skomplikowaną nawet dla niego samego, tyle że Tanner nie miał w zwyczaju rozkładać takich rzeczy na czynniki pierwsze. Po prostu patrzył, a jako esteta dostrzegał więcej niż oczywiste cechy, które rzucają się w oczy każdemu. Tak samo jak w kamieniu nie oceniał wyłącznie barwy, tak w człowieku nie zatrzymywał się jedynie na pierwszym wrażeniu. Interesowała go całość – kompozycja, niedoskonałości i to, czy wszystkie te elementy tworzyły coś spójnego, czy znalazły się obok siebie z czystego przypadku i nie tworzyły w zasadzie niczego, co warto byłoby zgłębić. Mogli rozmawiać, porównywać to do kamieni czy gramatyki, ale to patrzenie na ludzi nigdy nie działało według jakiegoś stałego schematu. Tego nie dało się sprowadzić do listy cech do odhaczenia, bo o wrażeniu, jakie robił człowiek, czasami decydował detal. Można było mieć idealne proporcje i rysy, które teoretycznie powinny składać się na urodę, a mimo to nie zostawiać po sobie niczego szczególnego, i tak samo można było mieć w sobie jakiś dysonans czy pozorną sprzeczność, która nie psuła całości, tylko nadawała jej charakter. Właśnie dlatego Reilynn była trudniejsza do jednoznacznego opisania, bo nie była kimś, kogo dało się opisać jednym prostym określeniem i zamknąć temat. Jej uroda, sposób bycia, ostrożność przeplatana z odwagą i ta nieoczywista energia układały się w całość dopiero wtedy, gdy poświęciło się jej więcej niż jedno spojrzenie. Pomijając już fakt, że trudno było poprzestać na jednym, bo swoimi nieprzewidywalnymi momentami potrafiła bardzo skutecznie ściągać na siebie uwagę, nawet kiedy wcale nie próbowała tego robić, to była po prostu interesująca. Miała w sobie wiele nietypowych kontrastów, a sprowadzanie jej do jednego kamienia nie było wcale sprawiedliwe, nawet jeśli szmaragd pasował do niej zaskakująco dobrze. Ułożyłby ją całą z kamieni, gdyby mógł, i byłby to naprawdę różnorodny zestaw, w którym, co ciekawsze, znalazłby się nawet jego ulubione pozycje.
OdpowiedzUsuńPodobno każdy dostrzega w innych to, co sam nosi w sobie, choć Tanner nie był pewien, czy chciałby przyznać tej teorii rację, bo w pewnych momentach wydawało mu się to niemożliwe. Ale widział, że zasada lustra potrafi działać w znacznie mniej oczywisty sposób, niż sugerowało to samo określenie, bo nie chodziło przecież o to, że człowiek znajdował w kimś własną kopię, tylko że wyłapywał te cechy, na które sam był szczególnie uwrażliwiony. On dostrzegał te wszystkie kontrasty, niedoskonałości i ukryte szczegóły, bo sam nauczył się patrzeć właśnie w te miejsca. Czy to w kamieniach, czy w ludziach, w choćby w relacjach, zawsze szukał tego, co nie było oczywiste na pierwszy rzut oka, a co dopiero z bliska zaczynało nadawać całości sens. Może więc rzeczywiście coś w tym było. Może patrzył na Reilynn przez pryzmat własnych upodobań, własnych braków i własnego przywiązania do szczegółów, które inni mijali obojętnie.
Podniósł kubek do ust, słuchając jej i przyglądając się temu, jak mówiła trochę z namysłem, a trochę tak, jakby sama wciąż porządkowała własne myśli w trakcie wypowiadania ich na głos. Ze spokojnym skupieniem obserwował drobne zmiany w jej mimice, sposób, w jaki uciekała wzrokiem albo wracała nim do niego, jak dobierała słowa i jak niektóre z nich zdawały się kosztować ją więcej niż pozostałe. Lubił takie obserwacje, bo w takich szczegółach było zwykle więcej prawdy niż w zdaniach wypowiadanych wprost.
Upił łyk kawy i lekko kiwnął głową, gdy sprostowała, że właśnie go skomplementowała, a trzeba przyznać, że był to jeden z tych najbardziej nietypowych komplementów, jakie kiedykolwiek słyszał. Nawet jeśli nie mógł powiedzieć, że zna ją i jej osobliwości, to musiał przyznać, że akurat to było totalnie w jej stylu.
Usuń— A pani? — zapytał zaraz. — Jak pani patrzy na innych?
Reilynn jeszcze nie przedstawiła swojego punktu widzenia, a był ciekaw, co takiego dla niej miało znaczenie w postrzeganiu drugiego człowieka. Czy również zatrzymywała się na szczegółach, czy może przeciwnie, na całości.
— Bo zakładam, że skoro potrafi pani porównać czyjś sposób myślenia do gramatyki, to raczej nie kończy pani obserwacji na kolorze koszuli — dodał z lekkim, nieco nawet zaczepnym uśmiechem, który nie odbierał pytaniu powagi, ale sugerował, że spodziewał się po niej odpowiedzi równie nieoczywistej jak sam komplement.
Tanner Morgan 👀
Mogliby rozmawiać o tym długo, bo tak naprawdę ludzie byli zbyt różni, żeby patrzeć na wszystkich według jednej zasady. To, co w jednej osobie stanowiło siłę, w innej mogło wyglądać jak poza, a to, co u kogoś budziło ciekawość, u kogoś innego mogło okazać się tylko dobrze wyćwiczonym efektem. Nie istniał jeden wzór, który dałoby się przyłożyć do każdego i sprawdzić, czy pasuje, bo człowieka trzeba było najpierw zobaczyć w jego własnym kontekście, a dopiero potem próbować zrozumieć, co właściwie robił z tym, co miał. Reilynn mogła patrzeć na to, co ktoś chciał ukryć, oczywiście pod warunkiem, że dana osoba w ogóle cokolwiek ukrywała, bo nie wszyscy mieli potrzebę to robić. Nie wszyscy mieli potrzebę, czy byli zmuszeni do tego, by cokolwiek udawać. Może właśnie dlatego jednych dało się czytać łatwo, a innych trzeba było obserwować dłużej i cierpliwiej, bez zakładania z góry, że pierwsze wrażenie cokolwiek rozstrzyga. Tanner akurat nie miał z tym problemu, bo cierpliwość przychodziła mu naturalnie, przynajmniej wtedy, gdy coś rzeczywiście go zainteresowało. Potrafił czekać, aż kamień pokaże pełnię barwy pod odpowiednim światłem, więc tym bardziej potrafił poczekać, aż człowiek zdradzi coś więcej niż to, co wystawiał na widok od razu. Zresztą, chyba najlepszym dowodem na jego cierpliwość były sądowe sprawy, które ciągnęły się latami i do znudzenia krążyły wokół tego samego. Klepał to samo setki razy, a mimo to nadal z takim samym zaangażowaniem.
OdpowiedzUsuńDopił ostatni łyk kawy z papierowego kubka i lekko uniósł brew na słowa Reilynn o sprzecznościach. Nie widział absolutnie niczego sprzecznego w swoim dotychczasowym zachowaniu.
— Sugeruje pani, że mówię jedno, a robię drugie? To chyba jednak coś kiepsko mnie pani obserwuje — zauważył, nieco nawet rozbawiony jej obserwacjami. — To, że przyniosłem pani kakao, wcale nie było próbą skrócenia dystansu. Może mi pani wierzyć, albo i nie, ale dystans skracam w znacznie bardziej namacalny sposób — zaznaczył z uśmiechem pojawiającym się w kąciku ust. — Wtedy przyjechałem z pani rzeczami — przypomniał. — A to, że teraz wziąłem kawę, a wtedy nie wziąłem pączka, to nadal oznacza tylko tyle, że nie przepadam za pączkami, a bardzo lubię kawę. Nie ma w tym żadnych sprzeczności — zapewnił lekko, gdyby jednak wydawało jej się, że jego stosunek do pączków zależy wyłącznie od jego humoru. A więc nie – nie zależał od humoru, a pozostawał częścią preferencji smakowych, które były stałe. Co prawda wtedy, w kawiarni, Reilynn oprócz pączka kupiła mu też kawę, której również nie przyjął, ale to głównie dlatego, że ich sytuacja była dziwna, a on chwilę wcześniej wypił podwójne espresso i była to wystarczająca dawka kofeiny na jeden raz. W innych okolicznościach być może skusiłby się na tamtą porcję.
Opuścił spojrzenie na jej torbę i lekko zmarszczył czoło, przyglądając się, jak jej dłonie szukają czegoś w jej wnętrzu. Był zaskoczony, że miała coś dla niego, a w pierwszym momencie wcale nie skojarzył, co to mogło być, bo o poszetce zdążył już zapomnieć. Tych jasnych miał na pęczki, ciemnych tylko kilka, a wynikało to przede wszystkim z tego, że częściej chodził w ciemniejszych garniturach i jasnych koszulach, natomiast kolorowych nie posiadał wcale. Trafiła więc całkiem dobrze, nawet jeśli najpewniej nie zrobiła tego z pełną świadomością. Ciemna poszetka z pewnością znajdzie zastosowanie w jego życiu znacznie szybciej niż kolejna jasna, których miał spory zapas.
— Trochę mnie pani teraz zaskoczyła — przyznał szczerze, odstawiając kubek po kawie i przejmując pudełko w dłonie. Złapał palcami końcówkę wstążki, przez moment potarł materiał z ciekawością, a potem rozwiązał ją powoli, nie chcąc zniszczyć ani pudełka, ani samego gestu, który, co musiał przyznać, był całkiem miły.
Zdjął wieczko i popatrzył na złożoną równo posztekę, ciemną, elegancką i pozbawioną zbędnej ostentacji. Właściwie od razu mógł sobie wyobrazić ją w kieszonce jednej ze swoich marynarek, co samo w sobie było dość wymowne, bo większość prezentów tego typu zwykle trafiała najpierw do szuflady w garderobie, a dopiero później przechodziła selekcję. Lekko przesunął palcem po materiale, sprawdzając jego fakturę z tym samym skupieniem, z jakim oceniał kamienie albo oprawy, a po chwili uniósł spojrzenie na Reilynn.
Usuń— Ale przyznam, że trafiła pani całkiem dobrze — powiedział. — Taka w smoki nie znalazłaby zastosowania u mnie, ale na pewno znalazłby zastosowanie u mojej córki, więc to ostatecznie też nie byłoby nic straconego. — Uśmiechnął się, zamykając wieczko. Doceniał jej starania, bo nie musiała fatygować się po nową poszetkę, tak samo jak nie musiała zwracać tej, która wcześniej była śnieżnobiała. — Dziękuję. Chyba jesteśmy kwita — dodał z wyraźnie żartobliwą nutą i zabrał pusty kubek z zamiarem wyrzucenia go do kosza. — Spakuję dla pani naszyjnik.
Tanner Morgan 😊
[Ta dziewczyna dźwiga w życiu tak ogromny ciężar, że z Theodorem nie możemy przejść obok niej obojętnie i koniecznie musisz nam pozwolić wprowadzić do jej codzienności nieco radości, a tym samym dać się porwać na wątek! :)]
OdpowiedzUsuńTheodore
Poranki w lecznicy od dawna wyglądały podobnie. Zapach środków dezynfekcyjnych zdążył wrosnąć w ściany, a odgłos pazurów stukających o kafelki stał się czymś tak naturalnym jak szum ekspresu do kawy ustawionego na zapleczu. Theodore lubił tę powtarzalność. W świecie, w którym ludzie nieustannie się spieszyli, zwierzęta pozostawały szczere. Nie udawały, że nic ich nie boli. Nie ukrywały strachu za wymuszonym uśmiechem. Jeśli cierpiały, było to widać od razu. Z ludźmi było zdecydowanie trudniej. Każdy dzień przynosił inne historie. Ktoś przychodził z psem znalezionym przy drodze. Ktoś inny płakał, trzymając na rękach starego kota, którego nie dało się już uratować. Zdarzały się również chwile dobre, pierwsze szczepienia szczeniąt, szczęśliwe telefony z informacją, że wyniki badań są lepsze, niż przypuszczano, czy dzieci, które z dumą opowiadały o swoich czworonożnych przyjaciołach. Lubił myśleć, że właśnie dlatego został weterynarzem. Nie dla medycyny samej w sobie, a dla tych małych zwycięstw, które pozwalały choć na chwilę uwierzyć, że świat potrafi być łaskawszy. Między kolejnymi wizytami zerknął na ekran telefonu leżącego obok kubka z już dawno wystygłą kawą. Jedno nowe powiadomienie z forum. Uśmiechnął się niemal odruchowo. Od blisko dwóch lat prowadził tam rozmowy z kobietą, której nigdy nie spotkał. Nie znał jej nazwiska, nie wiedział, jak brzmi jej głos ani jaki kolor mają jej oczy. Paradoksalnie wiedział o niej więcej niż o większości ludzi, których mijał każdego dnia. Potrafił rozpoznać jej nastrój po pierwszym zdaniu wiadomości. Wiedział, kiedy udawała, że wszystko jest w porządku i kiedy śmiała się tylko po to, by zmienić temat. Zgodnie z zasadami panującymi na forum, mimo upływu czasu i coraz bliższej znajomości, nigdy nie zaproponował spotkania. Sam do końca nie wiedział dlaczego, chyba bał się, że rzeczywistość odbierze im coś, co przez dwa lata udało się zbudować wyłącznie za pomocą słów.
OdpowiedzUsuń- Doktorze, następny pacjent już czeka - głos recepcjonistki wyrwał go z zamyślenia. Odłożył telefon ekranem do dołu, poprawił rękawy fartucha i sięgnął po kartę kolejnej wizyty. Nie zdążył jednak nawet dokładnie przyjrzeć się nazwisku, bo jego uwagę przyciągnęła krótka informacja zapisana przez recepcję. „Kot znaleziony. Brak właściciela. Podejrzenie urazu.” Westchnął cicho, odkładając kartę na bok. Takie przypadki zawsze były inne. Zwierzęta, które trafiały do lecznicy prosto z ulicy, niosły ze sobą historie, których nikt nie znał. Nie było wspomnień zapisanych w książeczce zdrowia, nie było informacji o poprzednich chorobach ani o tym, jaki charakter miały, kiedy czuły się bezpiecznie. Był tylko strach, ostrożność i cicha nadzieja, że ktoś zdecyduje się im pomóc. Otworzył drzwi gabinetu i odsunął się od drzwi, robiąc jej miejsce, aby mogła wejść do środka.
- Proszę go położyć tutaj - powiedział spokojnie, wskazując miejsce na stole. Kiedy otworzyła transporter, kot cofnął się natychmiast, wciskając się w najdalszy kąt. Theodore przykucnął, dając mu chwilę. Nigdy nie spieszył się z badaniem przestraszonych zwierząt. Wiedział, że zaufania nie da się wymusić. Czasami trzeba było po prostu poczekać - Długo jest u pani? - zapytał, nie odrywając wzroku od kota. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że pytanie mogło zabrzmieć inaczej, niż zamierzał - To znaczy... jak długo jest pod pani opieką - doprecyzował. Nie znał jeszcze odpowiedzi, ale już podejrzewał, że historia tego kota nie będzie prosta. Ludzie, którzy przynosili znalezione zwierzęta, zazwyczaj dzielili się na dwa typy. Tych, którzy znaleźli problem i szukali miejsca, gdzie można go zostawić. I tych, którzy znaleźli cierpienie i nie potrafili przejść obok niego obojętnie. Po sposobie, w jaki kobieta patrzyła na zwierzę, miał wrażenie, że należała do tej drugiej grupy - Wie pani coś o nim? - dopytał, wracając do badania kota.
Theodore
Pewnie, że się spisał! Powiedział przecież, że przyniesie słodkości – więc przyniósł. W końcu kiedy Leif coś powiedział, to… różnie bywało. Czasami kiedy mówił, to faktycznie robił, a innym razem kiedy mówił, to po prostu mówił. Często dużo.
OdpowiedzUsuńChoć nie był jedyną gadułą w tym towarzystwie, bo – o mój Boże, ile Reilynn miała słów do wygłoszenia! Chyba rzeczywiście minione sześć miesięcy było długim okresem – można powiedzieć, że długim niczym połowa roku – bo najwyraźniej zdążył się od tego odzwyczaić.
Nie żeby mu to przeszkadzało, raczej zaimponowało. Sam potrafił w piętnaście sekund od poznania nowej osoby stworzyć opowieść, która zaczynała się od pójścia do piekarni, a po drodze meandrowała po ostatnio obejrzanych filmach i wystawach, niemających wbrew pierwotnemu tematowi wiele wspólnego z chlebem ani nawet Betlejem.
Winił za to swoją matkę. Była taka sama! Niedługo, jej wzorem, każdą opowieść będzie zaczynał od stworzenia świata. Albo przynajmniej swoich narodzin.
Dobrze, niech gada, na zdrowie! Nie chciał przerywać potoczystej wymowy, więc od razu się wtrącił – ale tylko na chwileczkę, miał nadzieję. To dlatego, że sposób Reilynn na wytarcie plamy bitej śmietany nie był zbyt efektywny. Ewentualnie bardzo dobry, jeśli jednak chciała ją zachować nad ustami. Dlatego ze stosu zabranych z kawiarni serwetek wyciągnął jedną i zamachał przed nosem dziewczyny.
– To jest serwetka – poinformował. – Blisko chustki. Ma cztery rogi, a między nimi dużo materiału, który można wykorzystać na przykład do wytarcia policzka.
Był oczywiście tolerancyjny, więc gdyby zechciała być brudna – nic mu do tego. Uznał, że jednak lepiej ściągnąć śmietankę, zanim zmiesza się z kremem przeciwsłonecznym i zostanie wmasowana w skórę. To nie wydawało się zbyt higieniczne.
Gdy sam skończył się smarować, wsunął na nos ciemne okulary i skupił się na słuchaniu. Oraz rozglądaniu dookoła. Skwerek nie nokautował swoim pięknem, nie chciało się zadrżeć przed jego majestatem i oddać pokłon, ale – wyglądał całkiem przyjemnie. A przede wszystkim: wkroczyli w złotą godzinę, więc światło nadrabiało wszelkie braki przyrody i otoczenia, aż wszystko mieniło się ślicznością. Ręka świerzbiła, by zacisnąć się na telefonie i strzelić parę fotek.
To było jednak mniej pilne niż nadrobienie zaległości. Szczególnie, że sam przecież pytał.
– A szkoda, wybrałbym najładniejsze – palnął głupio, a potem się zorientował, co właśnie powiedział. – Znaczy nie, bardzo dobrze, że nie trzeba wieńców kupować. Co ty, myślisz, że mnie stać na takie zabawy? Przynajmniej zaoszczędzę – zmitygował się szybko.
Uśmiechnął się szeroko do Rei. Nie mogła pomyśleć, że on tak z tym serio. Chyba za dobrze go znała, żeby nie wiedzieć, że Leif tak lubił. Najpierw gadać, a potem… a potem wciąż nie myśleć? Chociaż tak naprawdę to spore wyolbrzymienie.
Usiadł w końcu koło niej, no, prawie, bo odgradzały ich pudełeczka z ciastkami – i zaczął sączyć swoją matchę, póki lód się nie rozpuścił. Podrygiwał przy tym nogą.
– A teraz jak się czujesz? – zapytał. – Niech zgadnę: masz jednak pecha, dobra passa się kończy, więc nie skończysz powieści w tym tygodniu? – To było bardziej życzeniowe, oczywiście, ale dobre myśli jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Skoro dużo pisania oznaczało chorobę, to trzymał kciuki za to, że wpadnie w otchłań bez inspiracji. – O czym w ogóle była?
Leif Zweig
[ Zacznę od: WOW, WOW, WOW!
OdpowiedzUsuńPierwsze WOW za piękną kartę, majstersztyk kodowania!
Drugie WOW za historię, bo jest nietuzinkowa i przyciągająca. Wątpię aby Pablo przeczytał jej książki, ale film widział na pewno, bo uwielbia fantasy.
Trzecie WOW za Alice - przed Tobą fanka "Rzymskich dziewczyn".
Pawełek może być inspiracją do kolejnego tomu. Bierzcie całego :D ]
Pablo
Pablo zjawił się pod kamienicą Rei dokładnie dwadzieścia trzy minuty przed umówioną godziną. Zatrąbił trzy razy i uznał, że zrobił wszystko, co należało do człowieka odpowiedzialnego za punktualne rozpoczęcie dwudniowej wycieczki. Za pierwszym razem zatrąbił krótko, informacyjnie. Za drugim trochę dłużej, bo światło na trzecim piętrze nadal się nie zapaliło. Za trzecim przytrzymał klakson tak długo, że z okna na parterze wychylił się mężczyzna w białym podkoszulku i pokazał mu środkowy palec.
OdpowiedzUsuńPablo pomachał mu radośnie.
— Miłego dnia, szefie!
Mężczyzna odpowiedział czymś, czego nie dało się usłyszeć przez zamknięte okna białego, wysłużonego vana, ale gestykulował na tyle wyraźnie, że przekaz nie wymagał tłumaczenia.
Była szósta trzydzieści siedem rano. Queens dopiero zaczynało się budzić do życia. Dostawcy rozładowywali skrzynki przed sklepami, ktoś szorował chodnik strumieniem wody, a z piekarni na rogu ciągnął zapach świeżego chleba. Niebo miało kolor brudnoszarego betonu i nic nie wskazywało na to, że za trzy godziny mieli znaleźć się w miejscu, gdzie zamiast klaksonów słychać było podobno ptaki, płynące strumyki i własne, nieokiełznane myśli.
Paweł nie był pewien czy ostatnie brzmiało zachęcająco do odbycia wycieczki, bo nie zaglądał w tamte rejony siebie zbyt często i wolałby, aby tak pozostało. Pocieszał go fakt, że Reilynn gada na tyle dużo i na tyle często, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że jego myśli nawet nie odważą się dać o sobie znać.
Oparł łokieć o okno, poprawił czapkę Knicksów i spojrzał na wejście do budynku. Na siedzeniu pasażera czekała papierowa torba ze śniadaniem, dwa kubki kawy i mapa, którą wydrukował wyłącznie dlatego, że jego matka uważała, że GPS to narzędzie stworzone przez ludzi pragnących posyłać kierowców do jezior. Głębokich jezior. Mazurskich.
Na podłodze leżała skrzynka z narzędziami, a w bagażniku druga. Oprócz tego zabrał linę, latarkę, dwa koce, apteczkę, zapasową kurtkę, pompkę, powerbank, składany nóż, taśmę izolacyjną, taśmę montażową, taśmę naprawczą oraz niewielką siekierkę, którą kupił poprzedniego wieczoru, chociaż nie potrafił wyjaśnić, do czego mogłaby im się przydać.
Byli umówieni na dwudniowy wyjazd do Bear Mountain, nie na odbudowę cywilizacji po katastrofie biologicznej. Mimo to Pablo uważał, że lepiej mieć siekierkę i jej nie potrzebować, niż potrzebować siekierki i odkryć, że została na warsztacie.
Reilynn poznał dawno temu, sam już nie pamiętał kiedy dokładnie. Pamiętał za to, że tonęła nie tylko w wodzie, która przedostawała się przez pękniętą rurę, ale i we własnych łzach, gdy pytała go co ma począć teraz ze swoim losem. Paweł nie raz i nie dwa, widział takie katastrofy, więc obiecał, że ogarnie, więc ma przestać płakać. Obiecał więc, że wszystko ogarnie, a ona ma przestać płakać, bo płacz nie zakręci zaworu. Ogarnął. Najpierw rurę, później podłogę, administrację budynku i sąsiada z dołu, który groził pozwem i wezwaniem lokalnej telewizji. Reilynn również w pewnym sensie ogarnął, chociaż nigdy nie ustalili, kiedy dokładnie przestał być tylko człowiekiem od napraw i remontów, a zaczął pojawiać się u niej bez skrzynki z narzędziami.
Przylgnęli do siebie na kilka kolejnych lat i nic nie zapowiadało, żeby miało się to zmienić. Uwielbiał ją za gadulstwo, za roztargnienie i za to, że była w stanie zgubić telefon, trzymając go we własnej dłoni. Jeszcze bardziej lubił jej tęgi umysł, którego — jak sam twierdził — jemu wyraźnie brakowało. Podziwiał jej osiągnięcia i chętnie podczytywał niepublikowane treści, które wychodziły spod jej pióra. Nie znał się na konstrukcji fabuły, rozwoju postaci ani napięciu emocjonalnym, ale zawsze potrafił wskazać, który bohater zachowywał się jak dupek, a która scena erotyczna była, jego zdaniem, fizycznie niewykonalna.
UsuńChciał też zostać bohaterem jej kolejnego erotyka. Nie głównym, oczywiście. Nie miał aż takiego ego. Wystarczyłby mu przystojny właściciel firmy budowlanej, który pojawiałby się w trzecim rozdziale bez koszulki, naprawiał cieknący kran, a potem robił coś, co Reilynn opisałaby za pomocą kilku starannie dobranych metafor.
Raz po pijaku nawet o to poprosił, ale ani się zgodziła, ani do tematu nie powróciła, więc nie nalegał. Może chciała mu sprawić niespodziankę w niedalekiej przyszłości? Ciekawe kto mógłby wcielić się w niego w kinowej adaptacji… hmm…
— Milejdi, jak zwykle puntualna — przywitał Rei, gdy wsiadła do auta i podał jej kawę.
Mieli przed sobą kilka godzin jazdy, które wzajemnie sobie umilali coraz to bardziej absurdalnymi tematami do rozmowy, ale jemu to nie przeszkadzało, a wręcz odwrotnie, pasowało idealnie.
— Wyjaśnijmy sobie jedno: przez dwa tygodnie wysyłałaś mi zdjęcia znalezione w internecie i suszyłaś głowę, że powinniśmy sprawdzić, czy naprawdę jest tam tak pięknie, a teraz przyznajesz się, że nawet nie lubisz takich wycieczek? — Paweł pokręcił z niedowierzaniem głową, zjeżdżając z autostrady za Newark i kierując się w stronię Spring Valley. — Zmienisz zdanie po tej wycieczce. Byłem harcerzem w Polsce, jestem idealnie przygotowany wszystko, co dzisiaj zaplanowaliśmy. Zobaczysz, że Bear Mountain jest na pewno takie piękne, jak na zdjęciach.
Otworzył usta nachylając się w jej strone, kątem oka wciąż obserwując drogę przed nimi. Ochoczo zjadł żelka, bo był łasuchem.
— Wycieczka jest pobłogosławiona. Wszystko będzie po bożemu, zobaczysz. Za miesiąc pojedziemy nad rzekę Delaware.
Pawełek
Theodore przez chwilę nic nie mówił. Skupił całą uwagę na kocie, choć kątem oka obserwował kobietę stojącą po drugiej stronie stołu.
OdpowiedzUsuń- Dobrze pani zrobiła, przywożąc go od razu - odezwał się w końcu spokojnie - Na razie nie będziemy zgadywać, co mu się stało. Najpierw go zbadam, sprawdzimy, czy ma chip, a później będziemy martwić się resztą - przesunął wzrok na kota, który próbował właśnie oprzeć łapę o bok transportera, po czym zrezygnował z tego pomysłu i ponownie usiadł. Theodore przykucnął jeszcze niżej, pozostając na jego wysokości - Spokojnie. Nikt cię stąd nie wyrzuci - mruknął, tym razem już ciszej. Nie próbował go dotykać. Zwierzęta, podobnie jak ludzie, miały swoje granice. Dopiero po chwili wyciągnął rękę, zatrzymując ją kilka centymetrów przed kotem. Dał mu możliwość samodzielnego zdecydowania, czy chce podejść. Złote oczy obserwowały go podejrzliwie, a potem zwierzę powoli przesunęło się do przodu i ostrożnie obwąchało jego palce.
- Widzisz? - powiedział z ledwie zauważalnym uśmiechem - Nie taki ze mnie porywacz - uniósł wzrok na kobietę, słysząc wcześniejsze określenie. Przez moment przyjrzał jej się uważniej. Było w niej coś rozbrajająco szczerego. Nie próbowała udawać, że zna się na zwierzętach ani że wszystko ma pod kontrolą. Po prostu znalazła kota i zrobiła jedyną rzecz, która w tamtej chwili wydawała jej się właściwa.
- I nie musi się pani martwić o pieniądze - dodał, prostując się - Najpierw zobaczymy, czego właściwie potrzebuje - sięgnął po rękawiczki i założył je bez pośpiechu - Spróbuję go teraz wyjąć, dobrze? Jeśli zacznie panikować, odpuścimy i damy mu chwilę - wyjaśnił. Kot, jakby doskonale rozumiał, że rozmowa dotyczy właśnie jego, wydał z siebie ciche, ostrzegawcze syknięcie. Theodore parsknął cicho pod nosem - Albo będziemy negocjować. Kącik jego ust drgnął ponownie, zanim wrócił do badania. Ostrożnie przesunął dłoń pod klatkę piersiową zwierzęcia, podtrzymując jego ciało tak, aby nie obciążać tylnej części. Dopiero kiedy poczuł, jak kot napina wszystkie mięśnie, zatrzymał ruch - Spokojnie. Mam cię - ostrożnie uniósł kota i położył go na stole. Dopiero wtedy zobaczył dokładniej jego ogon. Zmarszczył brwi - No dobrze... - mruknął, przesuwając spojrzenie po futrze i sylwetce zwierzęcia - Zdecydowanie będziemy musieli się temu przyjrzeć - mruknął pod nosem. Nie brzmiał na przestraszonego, bardziej skupionego - Ale najpierw sprawdzimy resztę. Temperaturę, łapy, brzuch, oddech. Później zrobimy skan w poszukiwaniu chipa - przez moment ponownie spojrzał na kobietę - I wtedy spróbujemy dowiedzieć się, skąd się tu właściwie wziął - jego wzrok wrócił do kota - Bo mam wrażenie, że on sam nam tego nie powie - jak na potwierdzenie tych słów, kot syknął po raz kolejny, a on uśmiechnął się pod nosem - Chociaż niewątpliwie ma swoje zdanie - przesunął palcami po sierści kota, starając się ocenić stan jego ciała bez wykonywania gwałtownych ruchów. Zwierzę wciąż było spięte, ale przestało próbować odsunąć się na drugi koniec stołu. To już coś. Przy tak krótkim czasie, jaki minął od znalezienia, nie oczekiwał zresztą cudów - Jest odwodniony - powiedział po chwili, bardziej do siebie niż do niej - I wygląda na niedożywionego. Zobaczymy jeszcze, jak zareaguje na dotyk w okolicy brzucha - ostrożnie przesunął dłoń niżej, obserwując każdy najmniejszy ruch kota. Ten natychmiast napiął mięśnie i odwrócił głowę, ale nie zaatakował.
- Dobrze. Spokojnie - przyjrzał się jego łapom. Jedna z tylnych była wyraźnie bardziej zabrudzona niż pozostałe, a między opuszkami tkwiły drobne kawałki piasku i czegoś, co wyglądało jak zaschnięte błoto. Nie był to jednak widok, który najbardziej go zaniepokoił, większej uwagi wymagał ogon. Nie wyglądał jak świeże skaleczenie. Zniekształcenie było zbyt wyraźne, a sierść wokół niego częściowo posklejana. Musiało minąć trochę czasu, odkąd doszło do urazu - To raczej nie stało się dzisiaj - powiedział spokojnie - Nie chcę pani straszyć, ale ogon wygląda na uraz starszy niż kilka godzin. Musimy zrobić zdjęcie RTG, żeby zobaczyć, co dokładnie się stało - podniósł wzrok - I dobrze, że pani go znalazła - uśmiechnął się serdecznie w jej kierunku. Nie znał historii kota, ale jego stan wystarczał, żeby domyślić się, że gdyby został tam, gdzie go znalazła, mogło się to skończyć znacznie gorzej.
UsuńWeterynarz
Paweł prychnął pod nosem, kiedy usłyszał o kampanii społecznej na rzecz wolności budowlańców. Nawet pokiwał głową z uznaniem, jakby właśnie przedstawiała mu wyniki poważnych badań uniwersyteckich, a nie próbowała wmówić, że przez ostatnie dwa tygodnie nie terroryzowała go wiadomościami wysyłanymi o każdej możliwej porze dnia i nocy, gdy on smacznie spał po ciężkim dniu na budowie.
OdpowiedzUsuń— Kampania informacyjno-motywacyjna — powtórzył, cedząc słowa z namysłem. — Oczywiście. Amnesty International już się z tobą kontaktowało czy jeszcze czekasz? — Zerknął na nią kątem oka. — I chciałbym zauważyć, że jakbyś rzuciła we mnie skarpetką, to Zgredek może i byłby wolny, ale ty wysiadałabyś na najbliższej stacji benzynowej. — Zamilkł na sekundę. — No dobra. Zależy, czy skarpetka czysta. — Ta granica miała znaczenie. Pablo miał wiele wad, ale pewne standardy zachowywał.
Zaśmiał się pod nosem, słysząc o elfach i wróżkach. Sam pomysł małej Reilynn biegającej po lesie w poszukiwaniu magicznych stworzeń pasował do niej niepokojąco dobrze. Pewnie już wtedy potrafiła stworzyć całą historię dla kawałka mchu, kamienia i patyka wyglądającego pod odpowiednim kątem jak różdżka z Harregy Pottera.
— Byłem harcerzem — powiedział z dumą człowieka, który właśnie ujawniał szczegół ze swojej niezwykle bohaterskiej przeszłości. — Prawdziwym. Miałem mundur, chustę, jeździłem na ogniska i spałem pod namiotem. Wszystko. Więc proszę nie lekceważyć mojego przygotowania. — Uniósł palec wskazujący. — Potrafię rozpalić ogień. — Uniósł drugi palec, wyliczając dalej. — Zawiązać węzeł. — Palec trzeci dołączył do swoich towarzyszy. — Znaleźć północ bez telefonu. — Tu na chwilę Paweł się zawahał się. — Prawdopodobnie. — Opuścił rękę na kierownicę. — I wiem, że jak nie masz pojęcia, jakie grzyby znalazłaś, to ich nie jesz. To jest bardzo ważna wiedza.
Nie wspomniał, że większość harcerskich umiejętności została gdzieś w Gdańsku razem z trzynastoletnim Pawłem, który był absolutnie przekonany, że pewnego dnia przejdzie sam przez Bieszczady, będzie spał pod gołym niebem i zostanie człowiekiem natury. Może nawet zbuduje sobie domek w lesie i będzie tam żył na odludziu, raz w tygodniu pisząc list do Babci Mariolki. Dwadzieścia dwa lata później człowiek natury spał najlepiej przy włączonym klimatyzatorze, a wyjazd bez zasięgu traktował jak potencjalne zagrożenie dla życia.
Otworzył usta, kiedy podsunęła mu kolejnego żelka. Tym razem nawet nie próbował udawać, że robiła to z własnej inicjatywy. Nachylił się odrobinę i zgarnął go prosto z jej palców, nie odrywając wzroku od drogi.
— Dobre są — mruknął z pełnymi ustami. — Po chwili wyciągnął rękę w jej stronę, otwierając dłoń. — Daj jeszcze jednego.
Najwyraźniej ich prowiant zaczął być wspólny mniej więcej piętnaście minut po rozpoczęciu podróży. Właśnie też zorientował się, że oprócz kanapek na śniadanie, on nie miał żadnego prowiantu, bo wolał myślę o siekierce a nie żarciu. Zdziwił się, że tym razem takie miał priorytety, bo zazwyczaj jadł za dziesięciu. No nic, będzie stop w przydrożnym grill barze.
— Załatwione. Nauczę cię wszystkiego, co pamiętam. Ty mi pokażesz wróżki, ja ci pokażę, jak zrobić szałas z trzech gałęzi, który zawali się przy pierwszym mocniejszym podmuchu wiatru. Wymiana uczciwa.
Pokręcił kierownicą, zmieniając pas i przez moment słuchał jej już bez komentarza, bo właśnie to robił, kiedy zaczynała opowiadać. Reilynn miała charakterystyczny sposób mówienia o rzeczach, które ją interesowały. Zaczynała jeszcze normalnie, rzucała jakąś informację, a później coś w niej przyspieszało. Głos, gesty, myśli. Jedna historia zaczepiała o drugą, druga o trzecią i zanim człowiek się obejrzał, wiedział już więcej o szkockich wróżkach, osiemnastowiecznym folklorze albo jakimś morderstwie sprzed dwustu lat, niż kiedykolwiek planował. Pablo zazwyczaj nie miał nic przeciwko, bo lubił dowiadywać się o nowych rzeczach, a od kilku lat to Rei była jego głównym informatorem rzeczy niekoniecznie potrzebnych do egzystencji w Nowym Jorku, ale wciąż interesujących.
— Czekaj, czekaj. — Zerknął na nią. — Czyli te wasze szkockie wróżki porywają ludzi? — Brzmiał, jakby właśnie odkrył niezwykle interesującą możliwość biznesową. — Bo wiesz, ja mam klienta na Upper East Side, którego mogłyby sobie spokojnie zabrać. Oddam za darmo. Dorzucę transport. — Wyciągnął rękę po następnego żelka. — Jedna noc, sto lat, mówisz? Nie. Absolutnie nie. Ja już osiem lat siedzę w Nowym Jorku na pół roku. Jeszcze wejdę pod jakieś wzgórze na pięć minut, wyjdę w dwa tysiące sto dwudziestym szóstym i matka mnie zabije. — Zerknął na nią znacząco. — Bo oczywiście nadal będzie żyła. Tylko po to, żeby zapytać, czemu nie zadzwoniłem. — Na moment przybrał nawet jej głos, znacznie wyższy od własnego. — „Pawełku, sto lat cię nie było, a napisać SMS-a nie mogłeś?” — Pokręcił głową z udawanym przerażeniem. — Nie, dziękuję. Wolę niedźwiedzie.
UsuńPrzez kilka sekund skupiał się wyłącznie na drodze nie odzywając się nic więcej i słuchając lecącej z radia piosenki o jakimś mężczyźnie cierpiącym na złamane serce, ale historia ewidentnie nie dawała mu spokoju.
— Ale dobra. Załóżmy hipotetycznie. — Wyprostował się za kierownicą. — Słyszę muzykę spod ziemi. Nie idę. Widzę światło nad torfowiskiem. Też nie idę. I wtem spotykam piękną kobietę, która mówi, że jest wróżką i zaprasza mnie na drinka... — Urwał i zmarszczył brwi. — Tutaj potrzebuję więcej informacji. — Spojrzał na Rei w oczekiwaniu na wyjaśnienia, ale nie wytrzymał długo i roześmiał się sam ze swojego komentarza, to akurat zdarzało mu się bardzo często, bo Pawła bawiły własne żarty. — Dobra, żartuję. Nie idę. Jestem odpowiedzialnym człowiekiem.
To stwierdzenie zabrzmiało na tyle absurdalnie w ustach człowieka przewożącego w bagażniku siekierkę na weekendowy wypad do Bear Mountain, że nawet Pablo przez moment wyglądał, jakby sam sobie nie uwierzył.
— Chociaż sto lat ma jeden plus — dodał po chwili. Jego palce wystukały rytm na kierownicy. — Wracam, wszystkie moje faktury są przedawnione. Firma nie istnieje. Klienci nie istnieją. Nikt nie dzwoni, że fuga jest o pół tonu za ciemna.
Wyobraził sobie przez chwilę świat bez telefonu, bez ekipy polsko-meksykańsko-portorykańsko-pakistańskiej, która z nim współpracowała. Bez pięciu równoległych budów, wiadomości zaczynających się od „szefie, mamy mały problem” i ludzi pytających go, czy mógłby tylko na chwilę spojrzeć, czy to w ogóle da się wyklepać i przytentegować.
Dziwna myśl. Wcale nie tak przyjemna, jak powinna. Skrzywił się lekko.
— Nie. Chujowy interes. — Wyciągnął dłoń do Rei. — Dawaj żelka. — Kiedy dostał kolejnego, wrzucił go sobie do ust i spojrzał przed siebie. — Poza tym jak zniknę na sto lat, to kto będzie czytał twoje książki przed premierą i informował cię, że ludzie nie uprawiają seksu w takich pozycjach bez wizyty u ortopedy? Ja wykonuję bardzo ważną pracę redakcyjną, Rei.
Odczekał chwilę nim kolejny głupi komentarz opuścił jego niewyparzony dziób.
— Właściwie powinienem dostawać procent od sprzedaży. — Kolejne kilka sekund ciszy wystarczyło, by pojawiła się następna myśl. — Albo chociaż tę postać. — Tym razem spojrzał na nią tylko przelotnie, z niewinną miną człowieka, który absolutnie niczego nie sugerował. — Wiesz. Tego budowlańca slesz hydraulika. Nie musi być głównym bohaterem. Jestem skromnym człowiekiem. — Pauza. — Ale jak już będzie zdejmował koszulkę, to możesz poświęcić temu z pół strony.
Pawełek
Theodore przez ostatnie kilkadziesiąt minut praktycznie nie odrywał wzroku od ekranu aparatu. Badanie trwało dłużej, niż początkowo zakładał, przy tak wyraźnym urazie ogona nie chciał opierać się wyłącznie na pierwszym wrażeniu. Kot był osłabiony, odwodniony i wyraźnie zaniedbany, jednak poza obrażeniem tylnej części ciała nie znalazł niczego, co w tej chwili wymagałoby natychmiastowej interwencji. To była dobra wiadomość, choć wiedział, że przy znalezionych zwierzętach ostrożność zawsze była lepsza od fałszywego optymizmu.
OdpowiedzUsuńRTG potwierdziło jego przypuszczenia. Uraz nie był świeży. Kręgi w końcowej części ogona były zniekształcone, a część tkanki wyglądała na dawno zagojoną w sposób, który niekoniecznie oznaczał, że kot miał zapewnioną jakąkolwiek pomoc. Na szczęście nie było oznak świeżego złamania ani obrażeń kręgosłupa, które mogłyby tłumaczyć jego problemy z poruszaniem się. Ogon wymagał dalszego leczenia i prawdopodobnie zabiegu, ale nie była to sytuacja, w której każda minuta decydowała o życiu. Theodore pozwolił sobie na cichy oddech ulgi. Najbardziej martwiło go teraz coś znacznie bardziej przyziemnego, jak znalezienie właściciela.
Kiedy wrócił do gabinetu, miał już przygotowaną odpowiedź. Nie spodziewał się jednak, że pierwszą rzeczą, jaką zobaczy, będzie kobieta stojąca z dwoma kubkami kawy, wyglądająca przy tym tak, jakby sama nie była do końca pewna, dlaczego właściwie jeden z nich znalazł się w jej dłoni. Na moment zatrzymał się przy drzwiach. Spojrzał na kubek, później na nią, a na końcu ponownie na kubek. Dopiero po chwili zrozumiał, że kawa rzeczywiście była dla niego. Uśmiechnął się lekko, słuchając jej tłumaczenia. Było w nim coś rozbrajająco szczerego.
– Czarną piję – odpowiedział spokojnie, odbierając od niej kubek – Więc tym razem nie będzie pani musiała udawać, że od początku zamierzała wypić obie – mrugnął do niej. W jego głosie pojawiło się rozbawienie, choć starał się go nie eksponować zbyt mocno. Postawił kawę na blacie, a dopiero potem spojrzał w stronę drzwi gabinetu. Pytanie, które padło chwilę później, było dokładnie tym, którego się spodziewał.
– Jest stabilny – powiedział w końcu, chcąc najpierw przekazać jej tę najważniejszą informację. – I to chyba najważniejsze – podsumował. Nie zamierzał mówić jej, że „na pewno wszystko będzie dobrze”. Nie znał jeszcze przyszłości tego kota i nie widział sensu w składaniu obietnic, których nie mógł zagwarantować – Jest odwodniony i niedożywiony, ale na szczęście nie znalazłem żadnych obrażeń wewnętrznych, które zagrażałyby mu w tej chwili. Zrobiliśmy RTG i potwierdziło się to, czego się obawiałem. Uraz ogona jest starszy. To nie wydarzyło się dzisiaj ani wczoraj – przerwał na moment, pozwalając jej oswoić się z informacją – Sam ogon będzie wymagał leczenia. Najprawdopodobniej będziemy musieli go częściowo zoperować, ale najpierw chcę go trochę nawodnić i ustabilizować. Jest zbyt słaby, żeby podejmować teraz niepotrzebne ryzyko – spojrzał na kobietę uważniej. W jej twarzy wciąż było to samo napięcie, które zauważył wcześniej. Nie wyglądała jak ktoś, kto po prostu przyniósł znalezionego kota do lecznicy i czekał na rozwiązanie problemu. Wyglądała, jakby przez ostatnią godzinę zdążyła już emocjonalnie przywiązać się do małego stworzenia, którego jeszcze niedawno nawet nie znała. Doskonale znał ten rodzaj przywiązania. Pojawiało się nagle i zwykle nie pytało o pozwolenie. Podniósł kubek z kawą i upił niewielki łyk – A jeśli chodzi o panią... – spojrzał na nią z lekkim uśmiechem – Może pani już przestać wyglądać, jakby za chwilę miała pani usłyszeć najgorszą wiadomość w swoim życiu ¬– oparł dłoń o blat – Nie umiera – tym razem uśmiech pojawił się wyraźniej – Wręcz przeciwnie. Podejrzewam, że jak tylko poczuje się trochę lepiej, zacznie terroryzować całą lecznicę. Ma do tego odpowiednią osobowość – spojrzał w stronę drzwi, zza których nie dochodził już żaden dźwięk. Kot leżał już spokojniej, podłączony do kroplówki, a jego oddech przestał być tak nerwowy jak wcześniej.
Nadal był słaby i wymagał obserwacji, ale najważniejsze zostało zrobione. Teraz organizm potrzebował przede wszystkim czasu – Na ten moment może już pani spokojnie wrócić do domu – powiedział, przenosząc uwagę na Rei – Ten mały szatan zostanie pod kroplówką i będziemy go obserwować. Jeśli cokolwiek się zmieni, zadzwonimy pod numer z formularza. Nie musi pani tutaj siedzieć i pilnować go przez całą noc – zapewnił. W jego głosie nie było pośpiechu ani sugestii, że jej obecność była zbędna. Po prostu wiedział, że przez najbliższe godziny nie będzie w stanie zrobić dla kota nic więcej, a ona również potrzebowała odpoczynku – Jutro będziemy wiedzieć więcej. Zobaczymy, jak zareaguje na leczenie i wtedy podejmiemy decyzję w sprawie ogona. Na razie nie chcę pani martwić czymś, co jeszcze nie musi się wydarzyć – na chwilę spojrzał na kubek kawy, który wciąż trzymał w dłoni – I jeszcze raz dziękuję za kawę. Naprawdę – dodał, upijając kolejny łyk. Dopiero, kiedy kobieta zaczęła zbierać swoje rzeczy, przypomniał sobie o telefonie pozostawionym wcześniej na biurku. Przez cały czas, kiedy zajmował się kotem, nawet do niego nie zaglądał. Nie było na to ani czasu, ani potrzeby. Teraz jednak, kiedy najważniejsza część pracy została wykonana, sięgnął po urządzenie bardziej z przyzwyczajenia niż z ciekawości. Ekran rozświetlił się kilkoma powiadomieniami. Jedno z nich pochodziło z forum. Zatrzymał wzrok na nazwie użytkownika, którą znał już niemal na pamięć. Od prawie dwóch lat ta sama osoba pojawiała się na ekranie jego telefonu w najróżniejszych porach dnia. Czasem pisała o rzeczach zupełnie nieistotnych, czasem o takich, które najwyraźniej wymagały od niej większej odwagi, niż chciała przyznać. Nigdy się nie spotkali. Nigdy nawet nie widział jej twarzy. A mimo to przez te dwa lata zdążył przyzwyczaić się do jej obecności w sposób, którego sam nie potrafił do końca wyjaśnić. Otworzył wiadomość i mimowolnie się uśmiechnął. Przez moment spojrzał w stronę drzwi gabinetu. Czarny kot znaleziony pod kontenerem. Połamany ogon. Strach przed ludzką ręką. Kroplówka podłączona kilka metrów dalej. Przypadek był niemal absurdalny. Przesunął kciukiem po ekranie i zaczął pisać. ,,Może to właśnie on miał szczęście, że trafił na ciebie”. Przeczytał wiadomość jeszcze raz, zanim ją wysłał. Nie wiedział, dlaczego uśmiechał się przy tym jak idiota. Może dlatego, że znał ją już wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że za tym pozornie lekkim pytaniem kryło się coś więcej. Prawdopodobnie już zaczęła się martwić. Prawdopodobnie zastanawiała się, co z nim będzie. Prawdopodobnie, jak zwykle, próbowała przykryć emocje żartem. Odłożył telefon, nie mając pojęcia, że kobieta stojąca zaledwie kilka kroków od niego, właśnie dostała tę wiadomość. Nie przyszło mu nawet do głowy, żeby połączyć fakty.
UsuńTheoś
[Wszystkie twarze są prawdziwe! Lenny to szczery facet jest, w EAR ME OUT nawet nie kłamie, bo to przecież role! Aktorstwo! W dodatku pomaga tym ludziom. I ludzie pomagają jemu. Pieniędzmi. :D Hej again, dzięki za miłe powitanie!]
OdpowiedzUsuńLen Weston
Jego zachowanie było jego zachowaniem, więc najlepiej wiedział, co i w jaki sposób chciał sobą przekazać. To właśnie interpretacje tych, którzy praktycznie nic o nim nie wiedzą, mogą być – i zazwyczaj są – dalekie od rzeczywistości, poza tym chyba każdemu byłoby ciężko doszukać się sprzeczności w odmawianiu pączka a przyjmowaniu kawy. Jednego po prostu nie lubił, drugie lubił i na tym kończyła się cała filozofia. Akurat w tej kwestii był wyjątkowo konsekwentny, więc jeśli uznał coś raz za niezgodne z własnymi upodobaniami, trudno było oczekiwać, że następnego dnia nagle zmieni zdanie tylko dlatego, że ktoś próbował dorobić do tego drugie dno. Podobnie było zresztą w większości spraw. Miał swoje zasady, przyzwyczajenia i przekonania, których nie zmieniał pod wpływem chwilowego nastroju czy sugestii. Nie oznaczało to, że był niezdolny do zmiany zdania, ale potrzebował do tego konkretnego powodu, a przede wszystkim musiał być przekonany, że ta zmiana rzeczywiście ma sens. Musiał uznać to za słuszne. A pączki? Istniało całe mnóstwo smaczniejszych przekąsek, które skosztowałby z przyjemnością, na przykład marcepan w gorzkiej czekoladzie. Och tak, marcepan i gorzka czekolada to połączenie, którego wręcz szkoda byłoby odmówić.
OdpowiedzUsuńPrzy stanowisku kasowym wyciągnął odpowiedni dla tego szmaragdu certyfikat gemmologiczny oraz dokumentację dotyczącą naszyjnika. Ułożył oba dokumenty obok siebie, jeszcze raz sprawdzając numer certyfikatu i oznaczenie kamienia, żeby mieć pewność, że wszystko się zgadza. Potem sięgnął po swój laptop i przygotował dokumenty sprzedażowe ze wszystkimi danymi, które były potrzebne do zatwierdzenia procesu. Na końcu spakował naszyjnik do eleganckiej, czarnej szkatułki wyściełanej ciemnozielonym welurem, w którym delikatnie ułożył łańcuszek i zawieszkę ze szmaragdem. Upewnił się jeszcze, że kamień znajduje się dokładnie w centralnym zagłębieniu, a następnie zamknął wieczko. Wsunął wszystko do firmowej torebki z grubego, matowego papieru w głębokiej czerni, ozdobionej złotym logo salonu i tłoczeniami w tym samym kolorze, po czym wręczył ją Reilynn. Wspomniał jeszcze krótko o pielęgnacji, choć ostatecznie zasugerował, że przy tak delikatnym kamieniu najlepiej raz na jakiś czas oddać naszyjnik do salonu na profesjonalne czyszczenie i kontrolę oprawy, zamiast próbować robić to samodzielnie. W ich salonach mogła czyścić ten kamień raz do roku zupełnie za darmo.
Naszyjnik na urodzinowy prezent był spakowany bardzo podobnie, a jedyną istotną różnicą było to, że szkatułka została przewiązana szeroką, złotą wstążką i opatrzona niewielką, czarną zawieszką z wygrawerowanym na niej imieniem solenizantki. Tanner spędził wieczór na zmianie oprawy dla aleksandrytu. Najpierw ostrożnie usunął poprzednią, a potem przygotował nową, tym razem wykonaną ze złota, dopasowując ją do kształtu kamienia tak, by nie tylko dobrze go zabezpieczała, ale również pozwalała światłu swobodnie wydobywać jego zmienną barwę. Nad ranem naszyjnik był już gotowy, a kamień wyglądał tak, jakby od początku właśnie w tej oprawie miał się znaleźć. Gdy dotarł do salonu, przesłał Reilynn wiadomość na numer, który wcześniej wyjął ze swojego notesu, a następnie przekazał naszyjnik jednej z pracownic wraz ze wszystkimi informacjami dotyczącymi odbioru. Sam miał jeszcze kilka spraw do załatwienia w kancelarii i musiał wyjechać, dlatego dokładnie wyjaśnił jej, co i jak, prosząc, żeby dopilnowała całej reszty i przekazała Reilynn biżuterię, gdy tylko się pojawi. I tego dnia miał już do salonu nie wracać, ale gdy dostał informację, że klientka zostawiła dla niego kopertę, zmienił plany i podjechał po nią po drodze. Odebrał ją od pracownicy, a następnie udał się z powrotem do samochodu, gdzie dopiero wtedy, gdy wsiadł za kierownicę, ją otworzył. W środku znalazł eleganckie zaproszenie na koncert. Przez chwilę przyglądał mu się w milczeniu, próbując zrozumieć, czy to kolejny z tych nieoczywistych gestów Reilynn, których nie dało się tak łatwo sklasyfikować. Chyba zwariowała.
To znaczy, nie. To naprawdę bardzo miłe, że o nim pomyślała i chciała zaprosić go ze sobą, ale najwyraźniej miała dość osobliwe podejście do rozwijania znajomości. Bo dlaczego akurat on? Dlaczego, mając zapewne jakiś wybór, a może nawet stokroć lepszy, zamiast kogoś, kto rzeczywiście potrafiłby ubarwić ten wieczór, zaprosiła osobę tak poważną jak muzyka, której mieli tam słuchać? Zwariowała. Pomijając już fakt, że nie do końca potrafił wyobrazić sobie Reilynn w takim poważnym klimacie, to ich osobowości pochodziły z dwóch zupełnie różnych porządków i to trochę dziwne, że postanowiła wziąć tam kogoś, kto pod względem charakteru stanowił jej całkowite przeciwieństwo. Właściwie powinien chyba odmówić dla jej własnego dobra, bo nie chciał przecież ryzykować, że po pierwszych kilku utworach Reilynn zacznie z nudów liczyć żyrandole i żałować, że w ogóle zaprosiła takiego sztywniaka, czytaj: korpoelfa od dystansu i idealnie kontrolowanych gestów.
UsuńDźwięk przychodzącej wiadomości rozległ się w salonie chwilę po tym, jak odłożył książkę na stolik. Nie była to jednak przypadkowa lektura wybrana na wieczór, a jeden z tomów serii Królestwo rzeczy utraconych, czyli książki napisanej właśnie przez Reilynn. Przez kilka ostatnich wieczorów zdążył przeczytać już sporą część, choć czytał na raty z racji tego, że gatunek nie był tym, po który zwykle sięgał, więc wymagał od niego większego skupienia. Sięgnął po telefon, spodziewając się zwyczajnej wiadomości, ale gdy zobaczył nadawcę, uniósł lekko brew. Reilynn. Oczywiście. Ostatnio tak często pojawiała się w jego codzienności, że chyba powinien przyjąć, że jej obecność powoli przestawała być czymś przypadkowym. Najpierw w kawiarni w biurowcu, później w salonie i w szpitalu, potem przy okazji szukania prezentu, zaproszenia na koncert, a teraz jeszcze jej własna książka leżała otwarta na jego stoliku. Wyjątkowo skutecznie zadomawiała się w jego rzeczywistości, choć przecież nikt jej oficjalnie do niej nie zapraszał. Zdarzało się na to naprawdę rzadko, żeby ktoś pojawiał się w kolejnych momentach w jego życiu, zostawiał po sobie jakiś drobiazg, myśl albo pytanie, a potem znów znikał i wracał, za każdym razem zostawiając siebie po trochu coraz więcej i więcej, aż w końcu zostawał w nim w całości.
Odłożył telefon z powrotem na półkę i przeciągając się lekko, przeszedł do kuchni, gdzie najpierw sięgnął po szklankę z sokiem, a później po swój ostatni posiłek. Czy był zainteresowany koncertem? I tak, i nie. Tak, bo przepadał za takimi koncertami i rzeczywiście był trochę ciekawy, dla kogo przeznaczony był aleksandryt. Nie, bo ciężko było przewidzieć, jak mógł potoczyć się taki wieczór w towarzystwie Reilynn, a należało mieć na uwadze jeszcze to, że wciąż był żonaty i mógł całkiem niefortunnie natknąć się na kogoś znajomego, kto widząc go w towarzystwie innej kobiety, bez znajomości kontekstu mógłby wyciągnąć z tego zdecydowanie zbyt daleko idące wnioski. Do tego następnego ranka miał jeszcze jechać po córkę, więc perspektywa późnego powrotu i całego zamieszania wokół koncertu niekoniecznie była czymś, czego potrzebował. Ale gdyby znał więcej szczegółów, pewnie byłoby mu łatwiej podjąć decyzję, dlatego późnym wieczorem, zanim wszedł pod prysznic, wziął telefon w dłoń i wysłał wiadomość zwrotną. Jedno krótkie zdanie, które nie wyjaśniało niczego, ale które mogło na wszystkim zaważyć:
Poproszę o więcej szczegółów.
Zastanawiał się właściwie do samego końca, czy iść, czy jednak odpuścić, za każdym razem wracając do punktu wyjścia, bo argumentów za i przeciw miał mniej więcej po równo. Jak zwykle więc próbował podejść do sprawy rozsądnie, choć tym razem rozsądek wyjątkowo nie chciał podsunąć mu jednoznacznej odpowiedzi.
Do samego końca nie dał Reilynn żadnej innej odpowiedzi, poza tym jednym smsem wysłanym tamtego wieczoru. Ostatecznie jednak coś przeważyło, skoro teraz zamiast siedzieć w mieszkaniu i robić szlif na kamieniach, wchodził do eleganckiego holu, w którym ciepłe światło rozlewało się po jasnych ścianach i odbijało od dopracowanych detali wnętrza. Wokół niego gromadzili się dobrze ubrani goście, prowadzący między sobą rozmowy i zajmujący przestrzeń na sali. Garnitury, wieczorowe sukienki, biżuteria – wszystko wskazywało na to, że wieczór miał być dokładnie taki, jakiego można było spodziewać się po tym miejscu. On sam prezentował się zresztą dokładnie tak, jak przystało na tego rodzaju wieczór. Miał na sobie czarny, dobrze skrojony garnitur i białą jak śnieg koszulę, pod szyją czarną muchę, a przy mankietach połyskiwały spinki w złotej oprawie ze szmaragdami. I te kamienie to nie był wcale przypadkowy wybór.
UsuńUdał się więc w stronę sali koncertowej, kierując się numerem miejsca, który już znał. Nie wiedział, czy Reilynn była już na miejscu, ale skoro do rozpoczęcia koncertu zostało zaledwie kilka minut, zakładał, że pewnie już zajęła swoje miejsce. Minął kilka osób rozmawiających jeszcze przy wejściu, po czym skierował się w stronę swojej części widowni. I właśnie wtedy ją zauważył. Reilynn znajdowała się kilka rzędów dalej, dopiero docierając do swojego miejsca. Przez moment zwolnił kroku, przyglądając jej się z oddali, a konkretniej temu, jak wyglądała, bo miała na sobie kreację, w której jeszcze jej nie widział. A potem dotarł do ich rzędu i zatrzymał się tuż obok niej, przy miejscu, które należało do jej osoby towarzyszącej.
— Dobry wieczór — przywitał się, spoglądając w jej oczy. Nie powiedział już nic więcej, a jedynie uśmiechnął się kącikiem ust i przeniósł uwagę w kierunku sceny, z której za moment miały popłynąć pierwsze dźwięki pianina.
Tanner Morgan 🎹🎵
Dla niego również pewnym zaskoczeniem było to, że ostatecznie znalazł się tutaj, bo przez cały czas wahał się, czy przyjąć zaproszenie, a jeszcze kilka godzin wcześniej sam nie był pewien, czy rzeczywiście pojawi się na tym koncercie. Nie wiedział też dokładnie, dlaczego ostatecznie zdecydował się przyjść, ale nie roztrząsał tego. Najwyraźniej któryś z argumentów przemawiających za okazał się odrobinę silniejszy od całej reszty, a skoro już tutaj był, nie zamierzał doszukiwać się w tym decyzji większej wagi, niż rzeczywiście miała. Przyszedł na koncert muzyki, którą lubił, w towarzystwie kobiety, z którą widocznie nie dogadywał się wcale aż tak źle, i na tym etapie to wystarczało. A co przyniesie wieczór, to dopiero się okaże.
OdpowiedzUsuńRozejrzał się nieco po przestronnej sali, pozwalając spojrzeniu prześlizgnąć się po wysokim wnętrzu, klasycznie urządzonym, z eleganckimi zdobieniami i przygaszonym światłem. Jasne ściany kontrastowały z ciemnymi rzędami foteli, a nad sceną wisiały ozdobne żyrandole, rzucające na całość ciepłą poświatę. Wszystko było dopracowane, ale pozbawione przesadnego przepychu, dzięki czemu miejsce miało w sobie coś z ponadczasowej elegancji, którą Tanner zdecydowanie potrafił docenić. Prostota wystroju działała zresztą na korzyść całego miejsca, bo kiedy dekoracje tworzyły jedynie eleganckie tło, wtedy nic nie próbowało konkurować ze sceną ani odciągać uwagi od tego, co na niej najważniejsze, czyli od muzyków. Tanner musiał jednak przyznać, że siedząca obok Reilynn stanowiła pod tym względem pewien problem, bo jej wygląd zdecydowanie nie chciał pozostać jedynie elementem tła i, ku jego własnemu niezadowoleniu, znacznie łatwiej było skupić wzrok na niej niż na większości dekoracji w tej sali. A przecież nie wypadało.
— Pani wygląda znacznie lepiej niż stosownie — odpowiedział, słuchając jej w międzyczasie. Za chwilę usiadł wygodnie na miękkim fotelu, opierając plecy o jego oparcie i układając jedną nogę nieco przed drugą. Dłonie ułożył swobodnie na podłokietnikach, a spojrzenie utkwił w scenie. Światła przygasły jeszcze bardziej, a wokół zapanowała taka cisza, że nawet szelest dochodzący z końca sali wydawał się nagle zdecydowanie zbyt głośny. To znaczy, że sala była świetnie wygłuszona. Muzycy zaraz zajęli swoje miejsca, a po chwili pierwsze dźwięki zaczęły wypełniać przestrzeń, odcinając ich od reszty świata i pozostawiając już tylko muzykę. Piękne nuty Nokturnu Es-dur op. 9 nr 2 Chopina popłynęły ze sceny, najpierw powoli, a za chwilę płynnie nabrały tempa, wprowadzając słuchaczy w spokojny nastrój. Delikatna melodia fortepianu prześlizgiwała się między kolejnymi frazami, a dźwięki odbijały się od wysokich ścian, docierając do najdalszych zakamarków sali. Tanner nie był szczególnym fanem utworów Chopina, ale lubił Nokturny, a zwłaszcza Nokturn cis-moll op. posth., który zawsze wydawał mu się bardziej melancholijny niż większość kompozycji, przy których miał okazję spędzać czas. A przez dwie dekady gry na fortepianie, tych okazji miał niezliczenie wiele. Nie był mistrzem i nigdy nie uważał się za kogoś takiego, bo grę na fortepianie traktował zawsze jako zajęcie dodatkowe, ale znał ten rodzaj skupienia, który pojawiał się, gdy dłonie przestawały być jedynie narzędziem, a zaczynały automatycznie podążać za tym, co działo się w głowie. Właśnie dlatego potrafił słuchać muzyki inaczej, bo nie słuchał jej tylko jako gotowego utworu, ale również jako konstrukcji złożonej z tempa i pauz, które dla niewprawnego ucha mogły pozostać zupełnie niezauważalne. Tym razem jednak nie próbował analizować każdego dźwięku. Po prostu słuchał, pozwalając melodii płynąć przez salę, a przede wszystkim przez siebie samego. Obserwował również Maeve, której dłonie poruszały się po klawiaturze, gdzie płynnie odnajdywały kolejne klawisze. Jej całe ciało podążało teraz za muzyką.
A ciało Reilynn? Gdy poczuł jej dłoń na swojej, na moment oderwał wzrok od sceny i skierował go w dół, zaraz uświadamiając sobie, że jej obecność obok niego nagle przestała być wyłącznie czymś, co można było obserwować z dystansu. Jej palce spoczęły na jego dłoni lekko, ale na tyle wyraźnie, że poczuł ich chłodniejszą temperaturę i delikatny nacisk opuszków. Ale nie cofnął swojej ręki. Zamiast tego przez krótką chwilę pozostał zupełnie nieruchomy, pozwalając, by melodia płynęła przez jego uszy dalej, mimo że jego uwaga zdążyła już przesunąć się gdzieś indziej. Między jej kolana, bo tam Reilynn szybko cofnęła rękę.
UsuńAkurat wybrzmiewały dźwięki Elegii Rachmaninowa, gdy podniósł spojrzenie i obrócił nieco głowę, żeby prześledzić wzrokiem jej twarz. Przez moment zatrzymał go na jej oczach, próbując odczytać z nich cokolwiek, co mogłoby wyjaśnić ten nagły gest, a zamiast pytać, zsunął powoli wzrok po jej twarzy do szyi i spoczywającego pod szyjnym wcięciem szmaragdu. W tym świetle głębia zieleni na jej jasnej skórze prezentowała się wręcz doskonale. Złoty łańcuszek układał się delikatnie wzdłuż jej szyi, opierając się na obojczykach i podkreślając ich linię. Ten widok, to jak pięknie naszyjnik współgrał z anatomią Reilynn, sprawiał mu teraz szczerą przyjemność.
Wziął odrobinę głębszy wdech i wrócił uwagą do sceny, próbując ponownie skupić się na muzyce. Kolejne dźwięki Elegii, grane przez Maeve, wypełniły jego uwagę. Muzyka z reguły zawsze robiła dokładnie to, do czego została stworzona – na kilka minut pozwalała zapomnieć o całej reszcie. Tym razem wcale nie tak do końca.
Tanner Morgan 🎶✨
OdpowiedzUsuńTheodore przez kilka sekund stał w miejscu, patrząc na zamknięte drzwi. Dopiero teraz wszystko zaczęło układać mu się w całość. Czarny kot. Wiadomość, którą przeczytał na telefonie jeszcze przed chwilą. „Znalazłam kota. Czarnego. Może nie jest pechowy? Może... to jakiś znak?” Potem jej nerwowe tłumaczenie dotyczące kawy. Sposób, w jaki zaczęła mówić szybciej, kiedy poczuła się niezręcznie. Żarty pojawiające się dokładnie w tych momentach, w których większość ludzi po prostu zamilkłaby. I wreszcie telefon, który zawibrował jej w dłoni dokładnie wtedy, kiedy on chwilę wcześniej odpisał na forum. To nie mogła być przypadkowa zbieżność. Sięgnął po swój telefon i jeszcze raz otworzył rozmowę. Przeczytał ostatnią wiadomość, a potem odruchowo spojrzał na drzwi.
– Niemożliwe – mruknął pod nosem, chociaż już wiedział, że właśnie wydarzyło się coś absurdalnego. Od prawie dwóch lat pisał z kobietą, której nigdy nie widział. Znał jej sposób myślenia, poczucie humoru, rzeczy, których nie mówiła większości ludzi. Wiedział, jak wyglądały jej gorsze dni i co potrafiło ją rozbawić o drugiej w nocy. Wiedział nawet, że sernik bez rodzynek był jedyną słuszną wersją sernika, choć przez długi czas uważał to za pogląd wymagający poważnej dyskusji. A teraz okazało się, że przez ostatnią godzinę rozmawiał z nią twarzą w twarz. Nie rozpoznał jej od razu. I chyba właśnie to było najbardziej absurdalne. Parsknął cicho, przecierając dłonią szczękę. Nie mógł przecież wyjść za nią i powiedzieć: „Hej, Wróżko, chyba właśnie znaleźliśmy się w tej sytuacji, o której żadne z nas nigdy nie myślało” A jednak dokładnie tego chciał. Odłożył telefon do kieszeni i wyszedł z lecznicy. Zobaczył ją kilka metrów dalej. Szła spokojnie, najwyraźniej przekonana, że spotkanie właśnie się skończyło. Przyspieszył, zanim zdążył zmienić zdanie.
– Pani Bothwell! – krzyknął za nią, próbując dorównać jej kroku. Kiedy się odwróciła, zatrzymał się przed nią z lekkim uśmiechem. Przez moment po prostu na nią patrzył, próbując pogodzić kobietę stojącą przed nim z osobą, którą przez dwa lata znał wyłącznie z ekranu. Teraz już wiedział, to naprawdę była ona. Nagle poczuł coś, czego zupełnie się nie spodziewał, lekkie zdenerwowanie. Przez dwa lata nigdy nie musiał zastanawiać się, jak powiedzieć jej coś ważnego, kiedy patrzyła na niego. Nie znał jej spojrzenia, gestów ani reakcji. Teraz miał wszystkie te rzeczy przed sobą – Wie pani co? – odezwał się w końcu, unosząc kubek, który nadal trzymał w dłoni – Ta kawa była naprawdę dobrym pomysłem –uśmiech poszerzył się odrobinę – I chyba chętnie wypiję z panią kolejną – zawiesił spojrzenie na jej twarzy, jakby chciał zobaczyć moment, w którym również zacznie rozumieć. Nie zamierzał jednak odbierać jej tej chwili od razu. Chciał dać jej możliwość samodzielnego połączenia faktów – Tym razem już bez kota między nami, wróżko – dodał z cichym rozbawieniem, otwarcie przy tym przyznając, że w końcu udało mu się połączyć fakty i zorientować, że to ona.
Tadek Zgredek
Koncert dobiegł końca, a ostatnie dźwięki powoli ucichły, zanim po krótkiej chwili sala wypełniła się gromkimi oklaskami. Publiczność nie kryła zachwytu, a gdy Maeve zeszła ze sceny, między rzędami zaczęły pojawiać się pierwsze komentarze dotyczące wykonania poszczególnych utworów i tego, które momenty najbardziej zapadły im w pamięć. Tanner wstał po chwili z fotela, zapiął guzik marynarki i spojrzał w stronę Reilynn, czekając, aż i ona będzie gotowa opuścić salę. Kiedy podniosła się z miejsca, przepuścił ją przodem, odsuwając się nieco, żeby mogła swobodnie wyjść z rzędu, a następnie ruszył za nią, pozostając tuż za jej plecami aż do wyjścia z sali, gdzie zrobiło się już trochę bardziej tłoczno. Wśród tłumu rzuciło mu się w oczy kilka znajomych twarzy, ale na szczęście żadna z nich nie zwróciła na niego większej uwagi. Wszyscy byli zajęci rozmowami, wymieniali jeszcze wrażenia po koncercie albo żegnali się ze znajomymi, więc był to całkiem sprzyjający zbieg okoliczności. Nie chodziło o to, że chciał za wszelką cenę pozostać incognito, bo nie miał nic do ukrycia, ale gdyby ktoś zapytał go o Dakotę, musiałby skłamać, a tego robić nie chciał. O tym, że byli w separacji, wciąż wiedziały jedynie ich rodziny. To oczywiste, że nie zamierzał przedstawiać Reilynn jako kogokolwiek więcej niż osoby, z którą przyszedł na koncert, bo taki był fakt, ale równie niechętnie chciałby udawać, że jego sytuacja małżeńska wygląda zupełnie inaczej, niż wyglądała w rzeczywistości. Dlatego brak zainteresowania ze strony znajomych był mu wyjątkowo na rękę, a biorąc pod uwagę warunki separacji, konkretnie klauzulę o wzajemnym poszanowaniu i poufności, im mniej pytań tego wieczoru, tym lepiej.
OdpowiedzUsuńNa jego ustach pojawił się lekki uśmiech, gdy Maeve znalazła się przy nich, a dziewczyny wymieniły się uściskami. Nie dało się nie zauważyć, że były ze sobą blisko, ale dostrzegł to już wcześniej na zdjęciu, które Reilynn pokazała mu wtedy w salonie, gdy wybierali prezent. Korzystając z okazji, spojrzał krótko na aleksandryt, który zdobił szyję Maeve, a potem skinął głową, gdy zwróciła się do niego. Rzeczywiście był tym Morganem i rzeczywiście pomagał w wyborze naszyjnika. Gdzieś w tym miejscu zdał sobie sprawę również z tego, że Reilynn musiała uprzedzić przyjaciółkę, że zaprosiła właśnie jego, bo w innym przypadku nie byłaby w stanie tego zgadnąć albo przynajmniej zareagowałaby na jego widok zdziwieniem.
Nie był też szczególnie zaskoczony, że po koncercie zaplanowano jeszcze bankiet. Przy tego rodzaju wydarzeniach często było to standardem, szczególnie gdy wśród publiczności znajdowali się zaproszeni goście albo osoby związane z organizacją koncertu. Część widowni zaczęła zresztą kierować się już w stronę dalszych sal, gdzie przygotowano poczęstunek i miejsce do swobodniejszych rozmów. Nie zakładał, że akurat tym razem też została przygotowana jakaś druga część wieczoru, ale skoro była, a Reilynn najwyraźniej miała zamiar zostać, to on również nie widział powodu, żeby od razu wychodzić.
— Jeśli ma pani ochotę, żebym dołączył, to dołączę — odpowiedział, przyglądając się z Reilynn z lekkim uśmiechem w kąciku ust. To, jak ważyła słowa, nie umknęło jego uwadze, poza tym miał wrażenie, że była trochę onieśmielona. I musiał przyznać, że nie spodziewał się jej w takim wydaniu, bo ich poprzednie spotkania, nawet jeśli składały się poniekąd z nieszczęść, to jednak dawały Reilynn znacznie więcej swobody. Była wtedy o wiele mniej skrępowana okolicznościami i nie zastanawiała się aż tak bardzo nad tym, jak powinna się zachować. Teraz natomiast widział ją w zupełnie innym świetle, nie tylko ze względu na piękną kreację, ale również przez aurę, jaką sama wokół siebie roztaczała.
Była bardziej elegancka, świadoma własnej obecności i jednocześnie odrobinę bardziej skromna, co z jakiegoś powodu wyjątkowo mu się podobało. Wciąż pozostawała tą samą Reilynn, którą zdążył już poznać w pokrętny sposób, ale tym razem pokazywała mu jej kolejną, znacznie bardziej wyrafinowaną odsłonę.
Usuń— Jak poznałyście się z Maeve? — zapytał, gdy ruszyli w kierunku sali bankietowej. Ciekawiło go to, bo może obie były artystkami, ale ich światy były jednak różne, więc do poznania się niekoniecznie musiało dojść akurat na polu zawodowym.
Tanner Morgan 🥂
Tak na dobrą sprawę, gdyby on sam nie miał ochoty przebywać w tym bankietowym towarzystwie, to nie potrzebowałby żadnego dodatkowego powodu, żeby po koncercie stąd wyjść. Nie zmuszałby się do tego, bo w imię czego miałby to niby robić. Nie chodziło jednak wyłącznie o sam bankiet ani o to, czy miał ochotę spędzić jeszcze trochę czasu wśród elegancko ubranych gości, bo otoczenie go akurat nie interesowało. Chodziło o Reilynn. To ona zaprosiła go tutaj, to z nim chciała dzielić ten wieczór i najwyraźniej z jakiegoś powodu zależało jej właśnie na jego obecności. Skoro więc już zdecydował się przyjąć zaproszenie i pojawić w tym miejscu, nie widział powodu, żeby kończyć wszystko zaraz po koncercie. Nie robił tego ani z przymusu ani z łaski. Jeśli ona tego chciała, to i on chciał zostać i celebrować tę chwilę razem z nią do samego końca. Bo dlaczego miałby ją zostawiać, skoro to właśnie jego poprosiła, żeby jej towarzyszył? Gdyby szczerze nie miał na ten wieczór ochoty, nie marnowałby zaproszenia, tylko zwróciłby je i zasugerował jej poszukanie sobie kogoś innego. Mógł być w tej chwili gdzieś indziej, a jednak był tutaj. Reilynn mogła być tu teraz z kimś innym, a jednak była z nim.
OdpowiedzUsuńObrzucił kontrolnym spojrzeniem wnętrze bankietowej sali, urządzonej tak klasycznie elegancko, jak sala koncertowa, w której siedzieli wcześniej. Na ścianach uwagę przyciągała sztukateria imitująca stiuki, z delikatnymi ornamentami i ręcznie dopracowanymi detalami. Dawno nie widział już takiego sposobu wykańczania wnętrz, choć nie wynikało to wcale wyłącznie z tego, że podobne dekoracje wyszły z mody. Prawdziwe stiuki i tradycyjne wapienne tynki były po prostu drogie, wymagały czasu i odpowiedniego rzemiosła, a współczesne wnętrza coraz rzadziej przywiązywały wagę do zdobień, których wartość polegała bardziej na kunszcie wykonania niż na praktyczności. Nie było to na pewno długo dołowane wapno, ale doceniał imitację. Nadawała sali charakteru i nie była kolejną nudną dekoracją w stylu modnego teraz aż do przesady modern classic.
Słuchając odpowiedzi, zatrzymał się przy jednym z okrągłych stolików, którego nikt jeszcze nie okupował. Nie przewidywał, że dziewczyny mogły poznać się w szpitalu, bo nie miał pojęcia, ile czasu tak naprawdę Reilynn spędziła w szpitalnych murach. Nie znał jej jednostki chorobowej, ale miał już jakieś pierwsze wnioski w tym temacie, bo po tym wszystkim, co zdążyła powiedzieć mu o sobie do tej pory, czy nawet ze sposobu, w jaki została przyjęta w szpitalu po incydencie drzwiowym, pewne rzeczy poukładał sobie sam. Musiała bywać w szpitalu często i gęsto, albo po prostu długo, skoro personel traktował ją ze swobodą i znajomością jej przypadku. Nie była dla nich kolejną pacjentką przyjętą z ulicy, której najpierw trzeba było zadawać dziesiątki podstawowych pytań, bo doskonale już wiedzieli, z kim mają do czynienia i jak reagować, kiedy trafiała pod ich opiekę. Ale z tym automatem coś musi być na rzeczy, bo jemu też nie chciał sprzedać kawy. Plus taki, że sprzedał wtedy chociaż kakao.
Zastanowił się chwilę nad jej pytaniem, a korzystając z momentu, że obok przechodził kelner, ściągnął z tacy dwa pękate kieliszki uzupełnione białym winem. Nie przepadał za smakiem fermentowanych winogron, ani alkoholem tak w ogóle, ale przynajmniej będzie mógł zająć czymś palce. I usta.
— Sześć lat to całkiem ładny straż — przyznał, wręczając Reilynn jeden z kieliszków. Na powrót był dziś umówiony z kancelaryjnym kierowcą, więc nie musiał martwić się o prowadzenie samochodu. Rzadko korzystał z kierowcy, bo wolał siedzieć za kierownicą sam, ale czasami szalę przeważał problem z parkowaniem w centrum miasta i wtedy opcja ta okazywała się bardzo wygodna.
— W takiej sytuacji mój młodszy brat z pewnością byłby chętny i zwarty do pomocy, choć ja i tak nie zleciłbym mu tego w obawie, że przypadkiem zakopie też sam siebie — odpowiedział, rzucając okiem na zawartość kieliszka. — Mam kogoś takiego, co nie zmienia faktu, że moja wersja oficjalna i nieoficjalna zbyt wiele nie różnią się od siebie — dodał zaraz. Podniósł spojrzenie z powrotem do twarzy Reilynn. — Nie jestem szczególnie dobry w prowadzeniu podwójnego życia — dodał z lekkim rozbawieniem. — Poza tym chyba szkoda byłoby energii na wymyślanie drugiej wersji siebie, skoro z tą pierwszą mam całkiem sporo do roboty.
UsuńUpił niewielki łyk alkoholu, jeszcze raz omiatając spojrzeniem salę, po czym wrócił uwagą do Reilynn.
— A pani? — zapytał. — Ma pani swoją wersję oficjalną i tą, którą poznają tylko nieliczni?
Tanner Morgan 🍷
Podniósł brew, gdy usłyszał, że wszechświat nie zniósłby drugiego takiego samego faceta. Może nie był jednak taki fajny? Może Reilynn jednak pomyliła się z tym zaproszeniem? Ale tak szczerze, on również cieszył się z tego powodu, bo jedna jego tak udana wersja zdecydowanie wystarczała, a każda kolejna byłaby już tylko niepotrzebną marną kopią. Jego brat był dziesięć lat młodszy, więc już samo to narzucało im różnice, bo wychowywali się w zupełnie innych czasach, poza tym Jared był drugi, co oznacza, że został też bardziej przez wszystkich rozpieszczony. Może to nie reguła, że pierwsze dzieci mają jakoś ciężej, ale w ich rodzinie ten schemat bardzo często się sprawdzał, a lekkoduszna natura młodszego Morgana była idealnym dowodem na jego rozpuszczenie. Tanner więcej cech przejął po ojcu, a Jared zdecydowanie więcej po matce, co już samo w sobie stawiało ich po dwóch różnych stronach. Ale mimo dzielącej ich dekady i całego szeregu różnic on naprawdę lubił swojego młodszego brata. Jared potrafił działać mu na nerwy jak nikt inny, bywał nierozsądny i miał irytujący zwyczaj podchodzenia do wielu rzeczy z za dużym luzem, ale właśnie dzięki temu równoważyli się lepiej, niż mogłoby się wydawać. Jeden przesadnie analizował, drugi często nawet nie zaczynał. Jeden planował, drugi improwizował. Mieli na koncie kilka awantur, a nawet szarpanin, ale żadna z nich nie trwała na tyle długo, żeby rzeczywiście mogła ich od siebie odsunąć. Byli różni pod wieloma względami, jednak wiedzieli, że mogą na siebie liczyć, nawet jeśli chwilę wcześniej mieli ochotę wyrzucić się nawzajem przez okno. Oczywiście, do tej pory to Tanner ratował tyłek Jaredowi, a nie na odwrót, ale ten jest młody, więc to jasne, że wciąż po prostu bawi się życiem.
OdpowiedzUsuń— Różnimy się, jednak on też jest prawnikiem — oznajmił tylko, bo to akurat ich łączyło. Łączyła ich jeszcze pasja do żeglarstwa, choć to u nich rodzinne, a także różnego rodzaju sporty. W czasach szkolnych obaj reprezentowali swoje uczelnie w zawodach pływackich, choć i tutaj trudno było mówić o identycznych predyspozycjach. Tanner był bardziej zdyscyplinowany i traktował treningi równie poważnie jak wszystko inne, podczas gdy Jared potrafił podejść do nich z większym luzem, a mimo to często osiągał wyniki, które doprowadzały go do irytacji. Dzieciak w czepku urodzony. Dosłownie.
Wysłuchał jej, po czym zerknął na nadstawiony kieliszek i stuknął o niego swoim własnym. Pociągnął zaraz łyk wina, a wolną dłoń wsunął w kieszeń garniturowych spodni. Osobiście nie rozdzielał takich subtelnych kwestii na dwie wersje. Ludzie nawet oficjalnie mogli widzieć go zmęczonego, bo on wcale nie ukrywał takich rzeczy, a zdarzało się nie jeden raz, że pracował ponad miarę. Nie starał się też na siłę utrzymywać niezachwianego wizerunku, bo był tylko człowiekiem, a nie zaprogramowaną maszyną, która bezbłędnie funkcjonowała niezależnie od liczby godzin spędzonych w pracy czy ilości obowiązków. Mógł mieć gorszy dzień, być niewyspany albo zwyczajnie mieć dość, i nie uważał, żeby przyznanie się do tego odbierało mu kompetencje. Dla niego profesjonalizm nie polegał na udawaniu, że nigdy nie popełnia się błędów ani nie odczuwa zmęczenia, tylko na tym, żeby mimo wszystko potrafić wykonać swoją pracę tak, jak należy. A on to robił, niezależnie od samopoczucia. I rzeczywiście nie uśmiechał się zbyt często, ale nie był zbyt wylewny emocjonalnie niezależnie od środowiska, więc taki po prostu był. Rozumiał jednak, o co chodziło teraz Reilynn. On wyraźnie oddzielał to, co chciał pokazać wszystkim, od tego, co pozostawało wyłącznie jego sprawą, a jej chodziło właśnie o to, jak funkcjonował i jaki był, kiedy w grę wchodziła prywatność. Wersje nie różniły się zbyt mocno, ale to jasne, że kiedy miał wolne, to po mieszkaniu lubił chodzić w dresie, czyli w outficie, w którym ludzie spoza kręgu najbliższych nie mają szans go zobaczyć, no chyba że akurat wykupią sobie karnet na tą samą prywatną siłownię.
Westchnął nagle ciężko, gdy jego spojrzenie zatrzymało się na siwiejącym już, ciemnowłosym mężczyźnie i skrzyżowało z jego wzrokiem. Przez krótką chwilę obaj pozostali w bezruchu, ale w końcu mężczyzna z naprzeciwka uśmiechnął się szerzej, przeprosił swoje dotychczasowe towarzystwo i ruszył w ich stronę, wyraźnie zainteresowany. Cudownie.
Usuń— Tanner Morgan? — Zaczął już oddali. — No, kto by pomyślał, że się tutaj spotkamy.
Frank Davis mocno już posiwiał, choć był lekko po czterdziestce, ale miał trochę problemów, bo nie tak dawno uwolnił się od hazardu i alkoholu, i wciąż naprawiał swoje życie osobiste, które do pewnego czasu sprzedawał chętnie w rozgrywkach blackjacka. W ten sposób pozbył się zresztą swojej firmy.
Tanner przybrał na twarz firmowy uśmiech, choć najchętniej przewróciłby teraz oczami, wyciągnął dłoń z kieszeni i krótko uścisnął rękę byłego klienta.
— Frank, miło mi — przedstawił się, wyciągając dłoń także w kierunku Reilynn. Jego wzrok najpierw zatrzymał się na chwilę na niej, po czym ponownie wrócił do Morgana i znów powędrował do Reilynn, jakby próbował dopasować do siebie te dwa elementy, choć zupełnie nie rozumiał, w jaki sposób znalazły się obok siebie.
— Dawno się nie widzieliśmy — zaczął bezpiecznie, ostatecznie zatrzymując wzrok na Tannerze.
— To chyba dobrze — odpowiedział Tanner, unosząc lekko kącik ust. — Kiedy się widywaliśmy, zwykle oznaczało to, że miałeś jakiś problem, a ja musiałem zastanawiać się, jak go rozwiązać, zanim zdążyłeś wpaść w kolejny.
— Tak — odparł przeciągle Frank, lekko drapiąc się z tyłu głowy. Temat ewidentnie nie był mu tu teraz na rękę. — Było minęło. A co u Ciebie? Co u Dakoty? Ostatnio, gdy się z nią widziałem, cieszyła się, że pierwszy raz nie musi szykować żadnej, wielkiej imprezy z okazji rocznicy waszego ślubu.
Tanner na moment znieruchomiał, a jego spojrzenie, które dotąd pozostawało swobodne, przesunęło się na Franka z chłodniejszą uwagą. Przez kilka sekund przyglądał mu się bez słowa, oceniając czy odpowiedź na to pytanie była mu w ogóle potrzebna. Zacisnął na chwilę palce na kieliszku, po czym rozluźnił dłoń i uniósł lekko brew. Nie wyglądał na szczególnie poruszonego, ale nie był też zachwycony kierunkiem, w którym Frank postanowił poprowadzić rozmowę.
— Jest w delegacji — odpowiedział spokojnie. — Jeśli pytasz z uprzejmości, to wszystko u niej w porządku. Jeśli z ciekawości, obawiam się, że niewiele więcej mogę ci powiedzieć. Ale z tego, co wiem, masz jej numer? Przecież chętnie odbiera od ciebie telefony w pracy, więc jeśli już dzwonisz, to możesz przy okazji też zapytać, co u niej.
Frank uśmiechnął się krzywo i pokręcił głową.
— Fakt, potrzebowałem kilku prawnych porad w ostatnim czasie — wytłumaczył od razu, choć mało przekonująco, a żeby urwać temat, przeniósł spojrzenie na Reilynn. Ona wydawała się w tej chwili bezpieczniejszym gruntem, niż rozmowa o Dakocie, której Frank proponował ostatnio kolację, a nie prosił o porady. Facet na pewno zdawał sobie sprawę z ich małżeńskiej sytuacji i badał po prostu grunt, bo gdy był klientem ich kancelarii, jego spojrzenie wyłapywało panią Morgan z promienia kilkunastu metrów. Ewidentnie wpadła mu w oko.
— A panią widzę w tym towarzystwie pierwszy raz. Jest tu pani z czyjegoś prywatnego zaproszenia, czy może jakieś sprawy biznesowe? — Uśmiechnął się, zerkając jeszcze krótko na Tannera, który patrzył w tej chwili w zupełnie innym kierunku i dopijał kieliszek wina. Najchętniej rozbiłby go na tym siwym łbie Franka, ale nie wypadało, więc z podziękowaniem odstawił puste naczynko na tacę kelnera.
Tanner Morgan 😤
Nie prowadził podwójnego życia, a rozmowa była mu nie na rękę wcale nie dlatego, że potrzebował jakoś ukryć przed Reilynn fakt, że jest żonaty. W ogóle nie myślał o ukrywaniu tego, bo nie uważał, żeby miał ku temu jakikolwiek powód. Przeciwnie, gdyby zapytała go wprost, odpowiedziałby bez większego problemu, bo jego małżeństwo było faktem, nawet jeśli od pewnego czasu funkcjonowało już tylko na papierze. Nie chciał natomiast, żeby Frank przedstawiał tę sytuację w sposób, który mógłby sugerować coś zupełnie innego, niż rzeczywiście miało miejsce, bo znał jego sposób myślenia i doskonale wiedział, że ten potrafił dopowiadać sobie znacznie więcej, niż ktokolwiek zdążył powiedzieć. Poza tym ich separacja nie była czymś, co można było po prostu ogłosić światu i uznać za zamknięty temat. Ludzie o tym nie wiedzieli, Frank może się domyślał, może coś tam słyszał, albo sam wyciągnął wnioski, powoli zacierając rączki, ale to nie była wiadomość podana publicznie. Zawarli między sobą ugodę obejmującą szereg różnych warunków, a jednym z nich była klauzula poufności, której oboje zamierzali przestrzegać. Wciąż prowadzili wspólne sprawy, a Dakota zajmowała się głównie sprawami rodzinnymi, więc z jej punktu widzenia zachowanie informacji o separacji w wąskim gronie było szczególnie istotne. Nie chciała, żeby klienci zaczęli doszukiwać się w ich prywatnej sytuacji powodów do podważania jej zawodowej wiarygodności czy niezależności. O rozwodzie zresztą na tym etapie nawet nie było mowy. Pierwszym powodem była ich córka, a drugim to, że przez siedem lat wspólnego małżeństwa zdążyli zgromadzić wystarczająco dużo spraw, zobowiązań i kwestii finansowych, żeby ich rozdzielenie nie sprowadzało się do podpisania kilku dokumentów. Musieli najpierw uporządkować to, co przez te lata zdążyło się rozrosnąć i skomplikować, a dopiero później mogli zastanawiać się, co właściwie dalej zrobić z samym małżeństwem. Do tego czasu oboje mieli wystarczająco dużo powodów, żeby zachować całą sprawę wyłącznie dla siebie. Abstrahując już jednak od spraw technicznych, to ich związek nigdy nie był wynikiem wielkiego, szczerego uczucia, które z czasem po prostu wygasło. Właściwie trudno było wskazać jeden moment, w którym świadomie zdecydowali, że chcą być razem, bo ich małżeństwo w pewnym sensie wyrosło z zasiedzenia. Ich rodziny przyjaźniły się od lat, spędzali ze sobą czas jeszcze zanim sami zaczęli traktować siebie jako potencjalną parę, a później wszystko potoczyło się w sposób tak naturalny dla ich otoczenia, że nikt nie zadawał pytań, czy tego właśnie chcą. Byli po prostu kolejnym ogniwem relacji dwóch rodzin, które od dawna były sobie bliskie. Tanner i Dakota dobrze się znali, wzajemnie się szanowali i potrafili funkcjonować obok siebie, ale to nigdy nie oznaczało, że ich relacja została zbudowana na tym rodzaju uczucia, o którym zwykle myśli się, mówiąc o małżeństwie. Z czasem przyzwyczajenie, wspólne życie, zobowiązania i kolejne lata sprawiły, że trudno było już nawet oddzielić to, co rzeczywiście ich łączyło, od tego, co po prostu zdążyło stać się częścią ich codzienności. Ale Reilynn tego nie wiedziała. Ona tak naprawdę nie wiedziała o nim niczego.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na nią w pewnym momencie i prześledził wyraz jej twarzy, a potem sylwetkę. Lekko spięte ramiona. Maska na twarzy. Wiedział, że zadawała Frankowi pytania wcale nie dlatego, że szczerze ciekawiło ją życie tego faceta. Bardziej próbowała odnaleźć się w rozmowie, która nagle zeszła na temat, o którym nie miała pojęcia. Tanner nie wiedział, co dokładnie zdążyła sobie pomyśleć, ale jej zachowanie było dla niego wystarczająco czytelne, żeby domyślić się, że właśnie zaczęła układać sobie w głowie pierwsze elementy jego prywatnego życia. I choć nie miał nic przeciwko temu, żeby kiedyś poznała je nieco lepiej, zdecydowanie wolał, żeby nie robiła tego za pośrednictwem Franka Davisa. Faceta, który w karty przegrał nie tylko firmę, ale i własną żonę.
— Moja firma odpowiada za sprzęt estradowy... — Frank zaczął opowiadać o sobie z taką powagą, jakby to od niego zależało istnienie muzyki na świecie, a Tanner stał jeszcze chwilę z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni i rozważał, czy mu przerwać, czy może nawet nie próbować. Najchętniej kazałby mu spierdalać, ale to byłoby zbyt chamskie. Nie wypadało mówić tak do klientów, nawet do byłych.
UsuńDzięki bogu z odsieczą przybył ktoś, kogo akurat Tanner nie znał, ale kto znał Franka. Ten przestał w końcu mówić do nich, a zaskoczony zaczął witać się z kolegą i towarzyszącą mu damą, co dla Tannera okazało się dobrym momentem, żeby zmienić miejsce bytowania. Przynajmniej na jakiś czas. Wyciągnął więc dłonie z kieszeni i dał krok w stronę Reilynn, ujmując ją delikatnie za nadgarstek, a potem pociągnął lekko za sobą w stronę pobliskich drzwi, dokądkolwiek one prowadziły. Może do toalet, może były tylko przejściem technicznym, albo ewakuacyjnym wyjściem – whatever. Wystarczy kawałek miejsca, gdzie chociaż przez moment nikt nie będzie im przeszkadzał.
— Niech pani nie próbuje układać tego wszystkiego sama — powiedział, puszczając jej nadgarstek. Nie miał wątpliwości, że zadała sobie w głowie całe mnóstwo pytań, i że może na część z nich sama też już sobie odpowiedziała. — Jeśli chce pani coś wiedzieć, proszę zapytać. Jeśli chce pani coś powiedzieć, proszę mówić. Prosto z mostu. Wszystkie tematy dozwolone.
Tanner Morgan 🚪
Chociaż nie wydarzyło się tak naprawdę nic złego, co Reilynn sama słusznie zresztą zauważyła, czuł potrzebę wyjaśnienia pewnych spraw, bo nie chciał, żeby przez tę rozmowę zaczęła obwiniać siebie za cokolwiek albo doszła do wniosku, że jej obecność przy nim postawiła kogoś w niezręcznej sytuacji. Skoro już zaprosiła go na ten wieczór, a on zdecydował się spędzić z nią trochę czasu, uważał, że to będzie po prostu fair, żeby wiedziała, na czym właściwie stoi, zamiast zostawiać ją z niedopowiedzeniami i domysłami. Jedynie warunki do tej rozmowy mogłyby być trochę bardziej sprzyjające, ale sprawa wyszła na gorąco i to była jedyna dobra okazja, żeby cokolwiek powiedzieć, więc musieli zadowolić się tą małą, prowizoryczną garderobą, do której przeniosły ich drzwi. Tanner rzucił wnętrzu tylko krótkie spojrzenie, odnotowując kilka przedmiotów, a potem całą uwagę skupił już na Reilynn.
OdpowiedzUsuńWysłuchał jej do końca, nie próbując ani razu wejść jej w słowo. Im dłużej mówiła, tym lepiej dostrzegał, jak bardzo zdążyła zapędzić się we własnych myślach, próbując z kilku przypadkowych informacji ułożyć sobie odpowiedź na szereg pytań. Nie umknęło mu również to, jak bardzo próbowała znaleźć w tym wszystkim własną winę, jakby już samo zaproszenie go na koncert i dotknięcie jego dłoni czy kilka wcześniejszych spotkań wystarczyły, żeby postawić się w sytuacji, w której mogła komuś coś odebrać. Ale nie mogła, bo on do nikogo nie należał. Gdyby było inaczej, nigdy nie przyjąłby tego zaproszenia, nie usiadłby w tym fotelu obok i nie doprowadził świadomie do żadnego prywatnego spotkania. Najprawdopodobniej nigdy nie spojrzałby na nią inaczej niż każdego przypadkowego człowieka, który pojawiał się w jego życiu.
Kiedy wspomniała o tym, że nie chce być czymś niewłaściwym, popatrzył na nią uważniej. Nie podobało mu się, że tak łatwo potrafiła postawić siebie w roli problemu, bo nikt nie spróbował jej nawet cokolwiek oskarżyć, ale rozumiał skąd się to brało. Reilynn zdążyła oskarżyć samą siebie. On nie traktował jej obecności jako czegoś niewłaściwego i nie uważał, żeby samo spędzenie z nią wieczoru było wobec kogoś nielojalne. To była jego decyzja, podjęta całkowicie świadomie, a nie przypadkowy ciąg zdarzeń, za który teraz należało kogoś obwiniać. Reilynn nie znała jednak jego życiowej sytuacji, więc dla niej było to niepoprawne, bo jeśli w grę wchodziła żona, to znaczy, że granice zostały przekroczone, a ona znalazła się po tej niewłaściwej stronie.
Nie miał pojęcia, jak to wszystko zwięźle wytłumaczyć, bo sytuacja była skomplikowana i nie dało się sprowadzić jej do prostego: jestem w separacji. To stwierdzenie nie oddawało całego obrazu ani nawet jego części. Nadal pozostawał mężem, mimo że od pewnego czasu nie byli już z Dakotą razem i oboje świadomie ustalili zasady, według których funkcjonowali osobno. Nie chciał też, żeby Reilynn musiała poznawać wszystkie szczegóły ich życia tylko po to, żeby zrozumieć, że nie zrobiła niczego niewłaściwego, bo zaśmieciłaby sobie głowę czymś, co wcale jej nie dotyczyło.
Przez chwilę milczał, po czym nabrał nieco więcej powietrza w płuca, porządkując w głowie odpowiedź, zanim wypowie ją na głos. Nie przypominał sobie, żeby ktokolwiek z jego otoczenia dowiadywał się o jego sytuacji z żoną w ten sposób, ale Reilynn musiała to zrozumieć, żeby zrzucić winę z własnych barków. Nie powinna dźwigać jej tylko dlatego, że nie znając faktów, próbowała zachować się właściwie.
— Nigdy nie przyjąłbym pani zaproszenia, gdybym był szczęśliwy — odpowiedział bez najmniejszego zawahania, uważnie śledząc jej zielone oczy. Wyszedł z założenia, że w kontekście szczęścia pytała teraz tylko o małżeństwo. — Ale to nie oznacza, że przyjąłem je, bo tego szczęścia szukam — zaznaczył. Chciał, żeby przy okazji sytuacja między nimi była jasna, a jego obecność tu nie została jakoś opacznie zrozumiana.
— Przyjąłem je, bo uważam, że zasługuje pani na to, żeby dać się poznać ze wszystkich stron, a nie wyłącznie przez pryzmat przypadków, które w dużej mierze rządziły naszymi dotychczasowymi spotkaniami — wyjaśnił z nadzieją, że było to dla Reilynn zrozumiałe. Nie miał żadnych zamiarów wobec niej, ale początkowo definitywnie skreślił możliwość ich zaprzyjaźnienia się, a teraz może po prostu próbował dać temu jakąś szansę. Z wiarą w przypadki nie jest mu co prawda po drodze, zresztą ich pierwsze spotkanie w kawiarni było zaaranżowane przez nią, bo przyszła świadomie go obserwować, nie licząc rzecz jasna momentu z pączkiem, co było już wynikiem roztargnienia. Ale rzeczywiście działy się zdarzenia, których żadne z nich specjalnie nie planowało i wszystkie kończyły się na niekorzyść Reilynn. Świadome przyjście na ten koncert mogło chociaż trochę odczarować serię niefortunnych zbiegów okoliczności, dać jakąś inną perspektywę i spojrzenie na tę znajomość.
Usuń— Jestem żonaty od siedmiu lat i dokładnie tyle lat ma moja córka — kontynuował zaraz. — To może brzmieć tak, jakby przez cały ten czas istniała między nami jakaś wielka historia miłosna, ale prawda jest znacznie mniej romantyczna, bo z Dakotą nigdy nie połączyło nas uczucie, od którego zwykle zaczynają się takie historie. Nasze rodziny znały się od lat, przyjaźniły, prowadziły wspólne interesy, a my w pewnym momencie po prostu staliśmy się kolejnym elementem tej układanki. Pobraliśmy się, bo to miało sens. Dla rodzin, dla biznesu, dla wspólnych planów i szeregu inwestycji, które z czasem zaczęły łączyć nas znacznie mocniej niż cokolwiek, co można byłoby nazwać miłością. Przez siedem lat zdążyliśmy zbudować całkiem sporo, tylko nie miłość. Ja nigdy jej nie pokochałem — wyznał po chwili. — Od dwóch lat jesteśmy w separacji, ale mamy dziecko, wspólny majątek, zobowiązania, przedsięwzięcia i całą masę innych rzeczy, których nie da się po prostu podzielić jednym podpisem. Zawarliśmy taką umowę regulującą zasady separacji, że czuję, jakbym planował rozwód z samym prezydentem Trumpem. Ale tak musi być. Dakota jest prawniczką i mediatorką w sprawach rodzinnych, więc zachowanie wizerunku jest dla niej istotne, natomiast ja nie zamierzam jej tego utrudniać.
Na moment zamilkł, ale jego spokojne spojrzenie wciąż śledziło twarz na Reilynn.
— Jedyną osobą, którą kocham bez żadnych warunków i bez żadnego ale, jest moja córka. I właśnie dlatego wiem, że gdybym rzeczywiście darzył Dakotę takim uczuciem, o jakim pani teraz myśli, nie stałbym tutaj z panią. Ba, gdybym dowiedział się, że Frank próbuje wyciągnąć Dakotę na jakąś rzekomo służbową kolację, nie prowadziłbym z nim teraz uprzejmej rozmowy, tylko dałbym mu w psyk, zanim zdążyłby wyjaśnić, że to tylko interesy — przyznał szczerze. Choć i bez tego dałby mu bardzo chętnie w pysk — Nie jestem człowiekiem, który łatwo oddaje coś, co naprawdę uważa za swoje.
Zaznaczył to dość wyraźnie, bo w jego przypadku nie była to jedynie figura retoryczna. Był lojalny wobec ludzi, których uznawał za swoich, i oczekiwał dokładnie tego samego od innych. Nie chodziło nawet o Dakotę jako żonę, a o zasadę, że jeśli ktoś wchodził na teren, który on uważał za prywatny, musiał liczyć się z jego reakcją.
— Formalnie nadal jestem jej mężem — przyznał po chwili. — Tego nie zamierzam pani przedstawiać inaczej, bo papier pozostaje papierem, niezależnie od tego, jak wygląda rzeczywistość. Pani zna już prawdę, ale inni jej nie znają i na razie nie mogą poznać. Nie chciałbym jednak, żeby przez to wszystko zaczęła pani czuć się niezręcznie albo, co gorsza, winna, bo nie zrobiła pani niczego niewłaściwego. To ja przyjąłem pani zaproszenie. To ja zdecydowałem, że chcę tutaj być i spędzić z panią ten wieczór. Pani nie weszła w środek mojego małżeństwa — zapewnił, nieznacznie kręcąc przy tym głową. — Proszę nie brać na siebie odpowiedzialności za decyzje, które należą do mnie, zwłaszcza za te, które podjąłem całkowicie świadomie, ponieważ pani do dzisiejszego wieczoru tej świadomości nie miała.
Tanner Morgan 😐❓
Fakt, było to trochę trudne. Funkcjonowanie w małżeństwie, które było już teraz tylko wspólnym interesem, wymagało sporo cierpliwości, szczególnie gdy tkwiło się w tym z osobą, z którą znało się od piaskownicy. Dakota nie była przecież dla niego obcą kobietą, z którą po kilku latach przestało się układać. Mieli za sobą całe dzieciństwo, dorastanie, wspólne przyjaźnie, rodzinne spotkania i dużo różnych historii, żeby pamiętać czasy, kiedy naprawdę trzymali się razem. Znali siebie na tyle długo, że każde potrafiło bez większego wysiłku wskazać momenty, w których to drugie przestało być człowiekiem, którego pamiętało z młodości. Dlatego cały ten stan rzeczy nie pozostawał bez wpływu na jego codzienność, ponieważ bez względu na to, czy w praktyce był mężem Dakoty, czy tylko pozostawał nim na papierze, to mimo wszystko nie mógł zachowywać się tak, jakby był całkowicie wolnym człowiekiem. Nie chodziło nawet o to, że musiał rezygnować z własnego życia czy tłumaczyć się z każdej znajomości, ale o świadomość, że nadal łączyły ich wspólne interesy, rodziny, a przede wszystkim córka. Nawet jeśli emocjonalnie dawno przestał czuć się częścią tego małżeństwa, to formalnie i społecznie wciąż nim był i miał dużą świadomość tego ograniczenia.
OdpowiedzUsuńNie odczuwał jednak ani smutku, ani żalu, może odrobinę znużenia całą sytuacją, która przez długi czas wymagała od niego lawirowania pomiędzy tym, co prywatne, a tym, co wypadało pokazać ludziom na zewnątrz. Nie rozpamiętywał przeszłości ani nie zastanawiał się, co mógł zrobić inaczej. Przyjął po prostu, że niektóre rzeczy z czasem przestają działać, a człowiek musi nauczyć się funkcjonować w ich konsekwencjach, nawet jeśli nie ma już żadnych emocjonalnych powodów, żeby do nich wracać. Prawda jest też taka, że Tanner nie miał większego problemu z rezygnowaniem z ludzi, jeśli ich obecność przestawała wnosić do jego życia coś wartościowego albo zaczynała kosztować go więcej, niż była warta. Nie przywiązywał się kurczowo do relacji tylko dlatego, że trwały długo, bo dla niego czas sam w sobie nie był argumentem, żeby coś utrzymywać, więc jeśli jakaś relacja przestawała mieć sens, potrafił zamknąć ją bez większego sentymentu i iść dalej. Kto wie, może to dlatego, że w jego życiu nie pojawił się dotąd nikt, przy kim perspektywa odejścia okazałaby się trudniejsza niż sama decyzja o pozostaniu?
Kiedy Reilynn zbliżyła się do niego, chcąc go przytulić, jego mięśnie mimowolnie napięły się pod wpływem niespodziewanego skrócenia dzielącego ich dystansu. Trwało to zaledwie chwilę, bo zaraz uniósł dłonie, ułożył na jej plecach i lekko je pogładził, odwzajemniając uścisk bez większego namysłu. Jej skóra pod jego palcami była delikatna i trochę chłodna. Ona natomiast pachniała czymś waniliowym. I była tak filigranowa, że gdy po chwili objął ją mocniej i jeszcze odrobinkę do siebie przyciągnął, to zamknął ją całą w swoich ramionach. Przez następną chwilę nie myślał o niczym konkretnym, pozwalając sobie po prostu na ten moment bliskości, a kiedy Reilynn odsunęła się, uśmiechnął się lekko, zabrał ręce i cofnął się o krok.
— Lubi pani słodkości? — zapytał, korzystając z tematu, który się nawinął. Nie wyglądała na taką, która żywiłaby się przesadnie słodyczami, ale nie oceniał, bo miał na uwadze, że była częstym gościem szpitali i jej drobna sylwetka mogła być skutkiem choroby.
Sięgnął dłonią do klamki, po czym otworzył drzwi i pozwolił wyjść Reilynn przodem. W miejscu, w którym zostawili Franka, już go nie było, choć ten z pewnością znajdował się jeszcze wśród gości, bajdurząc o tym swoim sprzęcie estradowym. Całe szczęście, że mieli go z głowy, bo przy nim bycie uprzejmym zaczyna robić się dość trudne.
— Może będzie coś z gorzką czekoladą — stwierdził, idąc do tych szwedzkich stolików, na których rozstawiono różnego rodzaju przekąski. Po drodze minęli kelnera z tacą pełną kieliszków, więc Tanner zatrzymał go na moment i sięgnął po jeden z białym winem. Był to już ostatni, który zamierzał wypić tego wieczoru. Nie żeby taka ilość alkoholu, mogła w jakikolwiek sposób wpłynąć na jego zachowanie czy ocenę sytuacji, ale nie uważał też, żeby potrzebował go więcej. Alkohol zawsze był tylko dodatkiem do wieczoru, a nie jego częścią, którą musiałby ciągnąć ze sobą do końca. Oczywiście miał za sobą czasy, kiedy to impreza bez alkoholu nie mogła nazywać się imprezą, ale było to lata świetlne temu. Teraz miał już zupełnie inne nawyki i upodobania.
UsuńTanner Morgan 🍫
Nie odpowiedział na to wyznanie, ale jego spojrzenie zatrzymało się na niej z nieco większą uwagą. Właściwie nie zaskoczyło go to, że wspomniała o lekach, bo do tej pory zdążył wyciągnąć sobie już sporo trafnych wniosków, ale sposób, w jaki mówiła o nich tak swobodnie, zdradzał, że ten metaliczny smak i mdłości były czymś, do czego zdążyła już przywyknąć. Nie zamierzał jednak dopytywać o szczegóły, których sama nie zdecydowała się poruszyć. Jeśli czekolada miała u niej tak mocną pozycję, to przynajmniej będzie wiedział, czym ją przekupić, jeśli kiedykolwiek zaszłaby taka potrzeba. I dopiero po chwili złapał się na tym, że myślał o tym w kontekście przyszłości, jakby to dzisiejsze spotkanie nie było wcale ostatnim, które świadomie zrealizowali.
OdpowiedzUsuńTanner nigdy nie należał do łasuchów. Słodycze traktował bardziej jako dodatek niż coś, czego rzeczywiście potrzebował na co dzień, więc bez większego problemu potrafił się bez nich obejść. Nie ciągnęło go do tych wszystkich słodkich uciech, choć oczywiście od czasu do czasu potrafił skusić się na coś, co wyglądało wystarczająco dobrze, żeby zrobić dla niego wyjątek. Zdecydowanie bardziej odpowiadały mu wyraziste, mocniejsze smaki, dlatego jeśli miał wybór, prędzej sięgał po coś z dodatkiem gorzkiej czekolady, którą łączył z różnymi dodatkami, począwszy od mięty, a na pomarańczy czy chili skończywszy. Jeśli na tym szwedzkim stole znajdzie się coś, co jego zdaniem warte będzie spróbowania, to z pewnością spróbuje.
— Najczęściej — odpowiedział i rozejrzał się po tacach, które pełne były rozmaitych przekąsek. Przesunął wzrokiem po niewielkich tartaletkach, o których najpewniej wspominała właśnie Reilynn, a potem spróbował wyłapać coś, co odpowiadałoby jego upodobaniom. Przejął od niej talerzyk i przeniósł uwagę na to, co ona miała na swoim talerzu i czym chciała się z nim podzielić. Wyglądało to całkiem obiecująco chociaż nie miał wątpliwości, że nawet jeśli było to przeładowane deserową czekoladą, to jedno i tak wystarczy, żeby się zasłodzić.
Miał już zamiar sięgnąć po drugą połowę deseru, którą Reilynn zostawiła dla niego na talerzyku, kiedy nagle zauważył zmianę w jej zachowaniu. Ruch jego dłoni zatrzymał się w połowie drogi, a spojrzenie przeniosło się na jej twarz. Jeszcze przed chwilą wyglądała na całkiem swobodną, jednak teraz wyraźnie pobladła, a uśmiech zniknął gdzieś z jej ust. Nie potrzebował wiele czasu, żeby zrozumieć, że nie chodziło o zwykłe zmęczenie czy chwilową niedyspozycję. Kiedy przeprosiła i zaczęła szukać laski, od razu odstawił talerzyk na bok, ale nie zdążył nawet zapytać, co się stało, bo Reilynn już ruszyła w stronę łazienki. Jej krok był szybki jak na sposób, w jaki zwykle się poruszała, ale jednocześnie ostrożny, jakby podejmowała go trochę wbrew własnemu ciału.
Przez sekundę obserwował ją w milczeniu, po czym odstawił kieliszek i ruszył za nią, a gdy zniknęła za drzwiami łazienki, zatrzymał się tuż przy wejściu. Nie zamierzał z marszu wchodzić do damskiej toalety, choć przez krótką chwilę naprawdę rozważał, czy nie powinien złamać tej zasady, żeby upewnić się, że nic poważnego się nie stało. Jeśli sytuacja zmusiłaby go do tego, wtedy w ogóle nie obchodziłoby go to, że wtargnął w damską przestrzeń, ale na razie postanowił pozostać na korytarzu. Nasłuchiwał jedynie odgłosów dochodzących zza drzwi i dał sobie kilka minut na przeczekanie. Co jakiś czas zerkał w stronę drzwi, próbując wyłapać choćby najmniejszy dźwięk dochodzący z wnętrza, a im dłużej Reilynn nie wychodziła, tym trudniej było mu zachować wcześniejszy spokój. Kiedy w końcu pojawiła się w drzwiach, miał wrażenie, jakby od momentu, w którym za nimi zniknęła, minęło znacznie więcej czasu.
Od razu przeniósł na nią spojrzenie, oceniając jej wygląd i próbując zorientować się, czy rzeczywiście wszystko było już w porządku. Ale nie było. Zdecydowanie. Była wyraźnie blada, a jej spojrzenie pozostawało przygaszone. Wyglądała na całkowicie osłabioną, mimo że kwadrans temu rozmawiali zupełnie normalnie.
Usuń— Reilynn, proszę mi powiedzieć, co się stało — odezwał się spokojnie, ale jego spojrzenie nie odrywało się od jej twarzy. — Nie musi pani udawać, że wszystko jest w porządku, bo ja doskonale widzę, że nie jest, dlatego nawet o to nie pytam — zapewnił, podchodząc na tyle blisko, żeby móc swobodnie ująć w dłonie jej policzki. Zrobił to bez najmniejszego skrępowania, a gdy ich dotknął, od razu poczuł, że były rozpalone. — Są naprawdę gorące — zauważył, przesuwając kciukiem w kierunku żuchwy, chcąc upewnić się, że nie było to jedynie złudzenie wynikające z jego własnego chłodniejszego dotyku. Zmarszczył lekko brwi, bo zestawienie rozgrzanej skóry z jej wyraźnym osłabieniem nie wyglądało dobrze. Ani trochę.
Zabrał dłonie z jej policzków i wyciągnął telefon z wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym od razu wybrał numer do kierowcy.
— Jeśli ma pani kogoś, kto może się panią zająć, pojedziemy tam — zdecydował, przykładając telefon do ucha. Nie była to sugestia ani żadna propozycja, tylko fakt, który zaraz stanie się dokonany. Tanner podjął już decyzję za nich oboje i w tej sytuacji nie zamierzał prowadzić negocjacji, czy czekać na jej zgodę.
Tanner Morgan 📞
Paweł zrobił minę człowieka głęboko dotkniętego niesprawiedliwym oskarżeniem o sabotaż romantyzmu. Przechylił głowę, jakby właśnie usłyszał coś nie tylko obraźliwego, ale wręcz naukowo nieprawdziwego, a jego brwi uniosły się z oburzenia.
OdpowiedzUsuń— Ja nie sabotuję romantyzmu. Ja chronię twoich czytelników przed trwałym uszczerbkiem na zdrowiu — poprawił ją natychmiast, puszczając kierownicę z oburzeniem i gestykulując żywo. — To jest różnica. Jak facet ma jedną nogę tutaj, drugą tam, jedną ręką trzyma kobietę, drugą ścianę, a jeszcze według ciebie całuje ją w szyję, to ja mam prawo zadać pytanie, czy on przypadkiem nie ma trzeciej kończyny. — Zerknął na nią kątem oka, jakby sprawdzał, czy nadąża za jego logiką. — I nie mówię o tej, o której właśnie pomyślałaś.
Przez sekundę usiłował zachować powagę, zaciskając usta i wpatrując się w drogę i walczącego o godność, że tak prostackie żarty go śmieszą, po czym parsknął śmiechem, krótko i bezradnie.
— Poza tym „ni chuja nie wstanie bez fizjoterapeuty” to cenna uwaga redakcyjna. Powinnaś mnie wpisywać w podziękowaniach. Pablowi, za troskę o zdrowie bohaterów. — Skinął głową z przesadną powagą, jakby właśnie wygłosił referat na konferencji medycznej. — Brzmi profesjonalnie.
Żelek, którego chwilę wcześniej dostał, zniknął równie szybko jak wszystkie poprzednie. Kiedy usłyszał, że jego udział procentowy zatrzymał się obecnie na trzydziestu procentach paczki, spojrzał na nią z niedowierzaniem, które szybko przerodziło się w moralne oburzenie.
— Trzydzieści? — Przeniósł wzrok na paczkę, wyciągnął rękę, poruszając palcami w sposób sugerujący, że negocjacje są nadal otwarte. — Daj następnego.
Nie czekał długo, zanim temat wrócił do upragnionej przez niego kariery literackiej, którą traktował z mieszaniną ironii i zaskakującej ambicji. Ogromne ego przyjął bez protestu, jak coś naturalnego, suche żarty również, jakby były częścią jego podstawowego wyposażenia (bo były). Budowlaniec czy tam hydraulik był właściwie tym, o co zabiegał. W tym czuł się komfortowo, jak w dobrze znanym, lekko zużytym kombinezonie roboczym, ale gdy padło słowo KRASNOLUD, Paweł powoli odwrócił głowę w jej stronę. Ruch był w slow motion, jakby właśnie dowiedział się o zdradzie stanu.
— Przepraszam bardzo? — Spojrzenie, którym ją obdarzył, było tak urażone, jakby właśnie zakwestionowała nie tylko jego godność, ale również kilka pokoleń Wysockich przed nim, ich umiejętności manualne, a może nawet sens istnienia całej linii rodowej. — Ja ci tutaj daję materiał na faceta z okładki. Silne ręce, ciężka praca. Właściciel firmy. Człowiek interesu. Imigrant, który własnymi rękami zbudował imperium... — Uniósł dłoń, zanim zdążyłaby mu przypomnieć, że jego „imperium” liczyło dziesięciu pracowników, którym brakuje piątej klepki i białego, starego vana. — Nie przerywaj. Buduję fabułę. — Odchrząknął, jakby przygotowywał się do wystąpienia publicznego. — Człowiek sukcesu. Mężczyzna tajemniczy. Niedostępny emocjonalnie.
Na ostatnich słowach sam skrzywił się nieznacznie, bo nawet według jego własnych standardów było to naciągane. Pablo był dostępny emocjonalnie dla połowy Greenpointu, trzech byłych pracowników, dwóch sąsiadek, Hectora z food trucka i prawdopodobnie człowieka, którego spotkał raz w kolejce do urzędu imigracyjnego po duplikat zielonej karty, którą zgubił i który od tamtej pory dzwonił do niego po porady egzystencjonalne.
— I ty patrzysz na cały ten potencjał i myślisz: KRASNOLUD. — Pokręcił głową powoli, z rozczarowaniem, jakby właśnie zobaczył zmarnowaną szansę na literacką karierę. — Fantastycznie, Rei. Naprawdę dobrze wiedzieć, jak mnie postrzegasz. — Wytrzymał może dwie sekundy ciszy, po czym jego twarz złagodniała. — Chociaż... — Zastanowił się, patrząc przez przednią szybę. — Możesz mieć tego krasnoluda. — Zawahał się, jakby negocjował warunki kontraktu. — Ale nie będzie miał półtora metra wysokości, nienegocjowane.
UsuńPrzez moment wyobraził sobie siebie w jakiejś podziemnej kuźni, pośród kamienia, ognia i ludzi, którzy prawdopodobnie rozwiązywali konflikty młotem i prawym sierpowym. Właściwie nie brzmiało to najgorzej.
— I żadnej brody do pasa — dodał stanowczo. — Maksymalnie tygodniowy zarost. Nie będę wyglądał jak mój wujek Mirek po rozwodzie z Haliną. Tylko żadnego księcia. Książę nic nie umie. Książę stoi na balkonie, cały dzień patrzy w dal, bo ojciec go nie kochał. Trauma życia. A potem przychodzi kobieta i przez czterysta stron go naprawia. Nie. — Pokręcił głową, jakby odrzucał ofertę nie do przyjęcia. — Jak masz mnie gdzieś wsadzić, to daj mi normalną robotę. I kobietę, która sama potrafi się naprawić. Znaczy nie wszystko. Jak jej rura pęknie, to wiadomo, musi zadzwonić do mnie.
Przejechali kolejne kilkaset metrów, a Paweł przez chwilę rzeczywiście milczał, co w jego przypadku mogło zostać uznane za zjawisko atmosferyczne wymagające odnotowania. Zerknął na drogę, potem na Rei, później znowu na drogę, ale zaraz potem westchnął ciężko, bo przypomniała mu się rzecz o wiele ważniejsza niż jego przyszłość w literaturze fantasy. Jedzenie. A właściwie jego brak. Kanapki, które kupił przed wyjazdem, były śniadaniem. Żelki należały formalnie do Rei, nawet jeśli Pablo konsekwentnie pracował nad zmianą własności. Poza tym w vanie znajdowało się wszystko, czego człowiek mógł potrzebować w przypadku powodzi, pożaru, awarii prądu, ataku niedźwiedzia oraz prawdopodobnie końca świata, ale nie było ani jednego porządnego obiadu.
— Mamy problem. — Powiedział to tonem na tyle poważnym, że równie dobrze mogła właśnie zapalić się kontrolka silnika. — Nie wziąłem jedzenia. Znaczy wziąłem śniadanie. Ale nie jedzenie-jedzenie. Mam dwie skrzynki z narzędziami, trzy rodzaje taśmy, apteczkę, siekierę i linę, którą można by wyciągnąć małego fiata z rowu, ale nie pomyślałem, że człowiek podobno musi coś zjeść między sobotą rano a niedzielą wieczorem. — Pokręcił głową z autentycznym rozczarowaniem własną osobą. — Harcerstwo mnie zawiodło.
Na szczęście jego dramat trwał dokładnie do momentu, kiedy po prawej stronie drogi pojawiła się tablica reklamująca diner kilka mil dalej. Paweł natychmiast wskazał ją palcem.
— O. Bóg istnieje. Robimy postój.
Przez chwilę znów jechali w spokojnym rytmie, a zabudowania powoli zaczynały się przerzedzać. Nowy Jork ustępował miejsca niższym budynkom, większym przestrzeniom pomiędzy nimi i coraz większej ilości zieleni. Paweł obserwował tę zmianę nie do końca z zadowoleniem. Lubił miasto. Nie opuszczał Nowego Jorku od ośmiu lat na wycieczkę dalszą niż Coney Island. Lubił hałas, ludzi i fakt, że o drugiej nad ranem mógł zejść trzy przecznice dalej i kupić kawę, papierosy, pierogi, śrubokręt albo ładowarkę do telefonu, zależnie od potrzeby i aktualnego kryzysu. Tutaj zaczynało być zdecydowanie zbyt dużo przestrzeni i za mało ludzi.
— Wiesz — odezwał się po chwili — jak mnie coś w tym lesie zje, to chcę, żebyś wiedziała, że będę miał do ciebie pretensje. Ty wymyśliłaś ten wyjazd. — Oczywiście Bear Mountain nie należało do miejsc, w których człowiek powinien szczególnie obawiać się o własne życie, ale Paweł uważał, że przezorność jeszcze nikomu nie zaszkodziła. — I żadnego „Paweł, chodźmy tylko kawałek dalej, bo tam jest ładny widok”. Znam takie historie. Zaczyna się od ładnego widoku, potem schodzimy ze szlaku, potem ty widzisz wróżkę, ja próbuję cię ratować i kończymy w wiadomościach... Babcia Mariolka tego nie przeżyje.
Pawełek
Westchnął tylko, słysząc te marne próby żartowania z obecnej sytuacji, bo zdążył już częściowo rozpracować jak działa jej mechanizm obronny. A działał właśnie tak, że ukrywała wszelkie bolączki pod płaszczykiem sarkazmu, który sprawiał złudne wrażenie trzymania czegokolwiek w ryzach, mimo że tak na dobrą sprawę nie trzymało się już w nich niczego. Przepraszać też go nie musiała, bo to w żaden sposób w niego nie uderzało, aczkolwiek zaniepokoiło go na tyle, że poczuł się zobowiązany zadbać o to, żeby nie została teraz sama i żeby jej stan nie pogorszył się tylko dlatego, że założyła, że sama sobie poradzi. Całkiem możliwe, że dałaby radę, bo nie była to sytuacja, z którą mierzyła się od wczoraj, tylko po co ryzykować, skoro można było chwycić się rozsądku i po prostu skorzystać z oferowanego wsparcia.
OdpowiedzUsuńPrzez telefon poprosił kierowcę, żeby podjechał pod główne wejście i poczekał na nich przy samochodzie. Nie wdawał się przy tym w żadne szczegóły, bo nie uważał, żeby ktokolwiek poza nimi musiał wiedzieć, co dokładnie się wydarzyło. Kiedy zakończył rozmowę, wsunął telefon z powrotem do kieszeni i ponownie skupił uwagę na Reilynn.
To było trochę zaskakujące, że nie miała w tym wielkim mieście nikogo więcej poza dwiema osobami, które wymieniła, bo przy jej sposobie bycia można było zakładać coś zupełnie innego. Wydawała się na tyle kontaktowa, otwarta i łatwo nawiązująca znajomości, że naturalnie powinien otaczać ją cały wianuszek przyjaciół i ludzi, do których mogłaby zadzwonić w podobnej sytuacji. Tymczasem lista osób, które wymieniła, okazała się zaskakująco krótka. Nie wiedział jeszcze, z czego to wynikało, ale zaczął się zastanawiać, czy jej łatwość do wchodzenia w relacje rzeczywiście przekładała się na tworzenie bliskich więzi. Chyba że nie chciała po prostu zwalać się nikomu na głowę, co też było całkiem prawdopodobne, patrząc na jej potrzebę samodzielności i niechęć do bycia dla kogokolwiek ciężarem. Zdążył już zauważyć, że nawet kiedy potrzebowała pomocy, to najpierw zawsze próbowała poradzić sobie sama.
— Wyjdźmy na zewnątrz — powiedział, lekko kładąc dłoń w dole jej pleców. Nie było sensu, żeby czekali w miejscu, gdzie mieszały się teraz wszystkie zapachy mocnych perfum, jedzenia i alkoholu, skoro mogli wyjść na świeże powietrze. — Kierowca zaraz będzie.
Delikatnym gestem wskazał jej kierunek wyjścia, dostosowując własne tempo do jej kroków. Nie kontynuował na razie tematu opieki, ale nie dlatego, że grzecznie przyjął jej decyzję o powrocie do domu. I tak będą musieli tam pojechać po leki, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby od tego zaczęli, ale czy na tym skończą? Na pewno nie. I może na razie nie powinien zajmować tym jej myśli, bo sam nie był do końca pewien, czy w tym miejscu powinien proponować jej to, co właśnie przyszło mu do głowy. Mogłaby odmówić, dlatego wolał zrobić to w chwili, w której odmowa okaże się już zupełnie bezskuteczna.
Gdy wyszli na zewnątrz, a chłodniejsze powietrze musnęło skórę znacznie wyraźniej niż przy wejściu, Tanner bez większego namysłu rozpiął guzik marynarki i zsunął ją z ramion, pozostając w śnieżnobiałej koszuli i garniturowych spodniach. Następnie narzucił ją na ramiona Reilynn, poprawiając materiał tak, żeby szczelniej ją okrywał. Jej sukienka, choć wyglądała w niej pięknie, nie była zbyt dobrym zabezpieczeniem przed chłodem, szczególnie teraz przy jej obecnym osłabieniu. Marynarka to też żaden luksus ale lepsze to niż nic, o ile jego zapach nie będzie pogłębiał jej mdłości. Clive Christian robi wyraźne perfumy, a ten z numerem jeden jest dodatkowo charakterystyczny, z mocno wyczuwalnymi nutami drzewa i orientalnych przypraw.
— Mieszka pani na Queens — stwierdził, a raczej się upewnił, bo kiedyś rzuciła mu taką informacje mimochodem, więc nie był tego na sto procent pewien. O tej porze korki powinny być już zdecydowanie mniejsze.
UsuńStojąc naprzeciwko Reilynn, wsunął jeszcze na moment rękę pod marynarkę i wyjął telefon. Przełożył go do kieszeni spodni, bo chociaż stali przed głównym wejściem, to wolał mieć go pod ręką, gdyby kierowca jednak nie poradził sobie z dojechaniem tu i zaczął nagle dzwonić. Jednak czarny Mercedes klasy S podjechał pod chodnik lada moment, a kiedy się zatrzymał, przez szybę wyjrzał do nich mężczyzna w średnim wieku. Oscar był ich kierowcą od wielu lat. Tanner przywitał się z nim krótko i zaraz otworzył tylne drzwi, zapraszając Reilynn do środka, a kiedy wsiadła, zamknął je za nią i wsiadł z drugiej strony. Wolał być obok, gdyby nagle coś zaczęło się dziać.
Tanner Morgan 🏦🚘
Teoretycznie mógł odwieźć ją pod drzwi, pożegnać się, a potem wrócić do swoich spraw, bo nie miał przecież żadnego obowiązku się nią zajmować. Nie byli na tyle blisko, żeby miał prawo wchodzić bez pytania w jej przestrzeń osobistą i decydować, co będzie dla niej najlepsze. I w normalnych okolicznościach właśnie tak by zrobił – upewniłby się, że bezpiecznie dotarła do domu, a potem zostawił jej tyle prywatności, ile sama uznałaby za potrzebne. Tym razem jednak nie miał pewności, że po drugiej stronie drzwi będzie ktoś, kto w razie potrzeby rzeczywiście się nią zajmie, a ponieważ jej stan go zaniepokoił, nie potrafiłby teraz tak po prostu odjechać i udawać, że to nie jest już jego problem. Był dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem i w takich sytuacjach kierował się zdrowym rozsądkiem, ale tym razem przemawiała przez niego również zwyczajna troska. Może nie był to stan, z którym należało gnać od razu do szpitala, ale nie było to też coś, co można było zbagatelizować. I Reilynn wiedziała o tym najlepiej. Poradziłaby sobie, nie wątpił w to, ale świadomość, że mimo wszystko ktoś nad nią czuwa, z pewnością była bardziej komfortowa niż poczucie, że w razie pogorszenia stanu będzie zdana wyłącznie na siebie.
OdpowiedzUsuńZ samochodu wysiadł zaraz za nią. Nachylił się do szyby kierowcy i poprosił Oscara, żeby ten na nich zaczekał, a potem ruszył za Reilynn do mieszkania, doganiając ją na stopniach schodów. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, tak, jak ona, ale w odpowiednim momencie zamierzał przedstawić jej dalsze plany na ten wieczór, a nawet na tę noc, bo to jasne, że w tych okolicznościach nie mogła spędzić jej zupełnie sama.
Gdy weszli do środka, cicho zamknął za nimi drzwi. Rozejrzał się po wnętrzu z lekkim zainteresowaniem, dostrzegając przede wszystkim regały i książki poukładane na nich w taki sposób, że na pewno nie zbierały tylko kurzu, a faktycznie były czytane i regularnie wyciągane z półek. Można było się tego spodziewać, w końcu Reilynn była pisarką, więc to normalne, że książki były stałym elementem jej codzienności. Sama je przecież tworzyła.
Przejął od niej marynarkę, gdy zatrzymali się w przedpokoju, i pozostał z nią przewieszoną przez przedramię. Chciał właśnie coś powiedzieć, ale Reilynn ledwie zdążyła dokończyć własne zdanie, po czym odwróciła się i zniknęła za drzwiami toalety. Tym razem znajdował się znacznie bliżej, więc odgłosy dochodzące z łazienki były dla niego wyraźniejsze i dawały mu znacznie lepszy wgląd w sytuację. Nie musiał zgadywać, czy coś się dzieje, ani zastanawiać się, czy powinien zareagować. Pozostało mu jedynie cierpliwie poczekać.
Nie zamierzał stać jednak pod samymi drzwiami, dlatego przeszedł kilka razy przez salon, zatrzymując się przy różnych rzeczach bez pośpiechu. Co jakiś czas jego wzrok padał na fotografie ustawione w ramkach, na których znajdowała się Maeve i jakiś mężczyzna, najpewniej jej ojciec, a innym razem przesuwał się po grzbietach książek, próbując rozpoznać niektóre tytuły. Kilka świec, drobne lampki, dywan. Właściwie pasowało to do tego, co zdążył już o niej zauważyć. Była trochę chaotyczna, mówiła dużo, myślała jeszcze więcej, ale miała też własną, bezpieczną przestrzeń, w której potrafiła odnaleźć spokój i poukładać wszystko po swojemu. Tu mogła po prostu być sobą, otoczona rzeczami, które sama sobie wybrała.
Odwrócił się, słysząc kliknięcie otwieranych drzwi. Jego spojrzenie od razu powędrowało w stronę Reilynn i zatrzymało się na niej na dłużej, uważnie lustrując jej twarz oraz sylwetkę. Nie wyglądało na to, żeby jej stan się drastycznie pogarszał, ale nie było też widać żadnej znaczącej poprawy. Różnica była tylko taka, że w wieczorowej czerni wydawała się dużo bledsza niż w piżamie, w którą zdążyła się przebrać.
— Tak bez pożegnania? — Przechylił lekko głowę i uśmiechnął się krótko. — To nie w moim stylu, ale akurat my się jeszcze nie żegnamy.
UsuńNie przewidział tego, że Reilynn zdąży się przebrać, ale nie była to właściwie żadna przeszkoda, bo przecież większą część trasy do jego apartamentu spędzą w aucie, a potem w windzie, więc nie czeka ich żadna piesza przeprawa przez miasto.
— Chciałbym, żeby wzięła pani wszystko, co uważa za potrzebne, i się spakowała — powiedział, utrzymując spojrzenie na jej twarzy. — Jedziemy do mnie. I zanim pani zaprotestuje, próbując mi wytłumaczyć, że da sobie pani tutaj świetnie radę, uprzedzę, że ja wcale w to nie wątpię. Ale dziś nie musi pani niczego sobie udowadniać — dodał spokojnie. — Jutro będzie pani mogła wrócić do swojego mieszkania i robić wszystko po swojemu, żaden problem. Dzisiaj natomiast wolę mieć pewność, że nie zostaje pani sama, gdyby pani stan się pogorszył.
Tanner Morgan 🧳
Szczerze? Poszło jakoś zaskakująco łatwo, bo mimo wszystko spodziewał się jakiejś utarczki słownej i stu argumentów z jej strony, które przemawiałyby za tym, żeby pozostała tutaj sama, ale oczywiście nie zamierzał narzekać, bo im mniej musiał ją przekonywać, tym szybciej mogli stąd wyjechać. Nie rozumiał jednak, dlaczego uważała, że to taki zły pomysł, ale może czegoś o niej nie wiedział? Może lunatykowała w nocy, albo miała jakiś osobliwy zwyczaj, o którym człowiek powinien po prostu wiedzieć? Może chrapała tak głośno, że nie dało się spać w promieniu kilku pokoi, albo była jedną z tych osób, które potrafiły wstać o trzeciej nad ranem i zacząć przemeblowywać mieszkanie? W jego mieszkaniu nie było zbyt wielu mebli, które dałoby się jakoś rewolucyjnie przestawić, zresztą nie sądził, że Reilynn dokonałaby czegoś takiego w zupełnie obcym miejscu. Bardzo zły pomysł. Prawdę mówiąc, uważał, że to na razie najlepszy pomysł, na jaki mogli wpaść, żeby mieć pewność, że jeśli jej stan się pogorszy, nie zostanie z tym sama. Musiałoby zdarzyć się coś naprawdę niefajnego, żeby żałował, a nie wydawało mu się, żeby decyzja o przenocowaniu jej mogła zamienić się nagle w jakiś koszmar. Brał oczywiście pod uwagę, że sytuacja może się pogorszyć, a wtedy może trzeba będzie gnać w nocy do szpitala, ale to nie było coś, co go przerastało, czy co uważał za problem. Miał samochód, a przede wszystkim wystarczająco dużo rozsądku, żeby w razie potrzeby po prostu działać, zamiast zastanawiać się, czy pora jest odpowiednia. Zresztą odkąd miał córkę, podobne sytuacje nie były mu zupełnie obce. Przy dziecku szybko nauczył się, że noc, zmęczenie czy niewygodna pora przestają mieć jakiekolwiek znaczenie, kiedy trzeba komuś zapewnić bezpieczeństwo.
OdpowiedzUsuńNie powiedział już nic więcej, tylko cierpliwie zaczekał w salonie, aż Reilynn zbierze wszystkie potrzebne rzeczy, założy buty, wyłączy światła i zamknie mieszkanie. Gdy dotarli do samochodu, podziękował kierowcy, że na nich zaczekał, a Oscar przejął od Reilynn torbę i umieścił ją w bagażniku. Tanner znów wpuścił Reilynn do tyłu, a potem zajął miejsce obok niej. Trasa na Manhattan nie dłużyła się w nieskończoność, choć nawet o tej porze miasto potrafiło zaskoczyć natężeniem ruchu, a wiele ulic ożywało dopiero nocą, gdy otwierały się wszystkie popularne bary i kluby. Samochód poruszał się więc płynnie, ale bez większego pośpiechu, co było akurat całkiem korzystne, bo pozwalało im spokojnie obserwować nocny Manhattan, szczególnie gdy wjechali na most.
W końcu zatrzymali się przy Central Park Tower, a Oscar skierował samochód w stronę prywatnego wjazdu od strony 58th ulicy. Budynek miał również podziemny garaż z obsługą valet, więc Tanner nie musiał martwić się o szukanie miejsca na ulicy ani o pozostawianie samochodu przy krawężniku, bo miał swoją stałą miejscówkę w podziemiach. Samochód zatrzymał się przy wejściu, a zanim Tanner zdążył otworzyć drzwi, znajdujący się przy nich odźwierny już podszedł, żeby pomóc przy wysiadaniu. Wnętrze lobby było równie reprezentacyjne jak cała reszta budynku – wysokie, jasne i urządzone z przesadną wręcz dbałością o szczegóły. Całodobowa obsługa sprawiała, że nawet o tej porze nie było tu wrażenia pustki. Odźwierny przywitał Tannera krótkim skinieniem, a potem skierował uwagę na Reilynn, upewniając się, czy nie potrzebuje pomocy. Tanner nie zatrzymał się jednak na długo. Wystarczyło kilka kroków, żeby znaleźli się w części przeznaczonej dla mieszkańców. Na niższych kondygnacjach budynku znajdowało się rozbudowane zaplecze rekreacyjne – siłownia i centrum wellness, baseny, spa, a także prywatna sala kinowa. Była już późna pora, ale część restauracyjna wciąż pozostawała otwarta, podobnie jak inne przestrzenie dostępne dla mieszkańców. W kinie nadal odbywały się późne seanse, więc z jednej z dalszych części kompleksu dobiegał jeszcze przytłumiony szmer rozmów i kręcących się tam ludzi.
Tanner zerknął na Reilynn, upewniając się, że nadąża, po czym skierował ją w stronę wind. Całe to miejsce było właściwie małym, zamkniętym światem. Można było tu zjeść kolację, pójść na trening, obejrzeć film albo po prostu zejść na dół bez konieczności wychodzenia na ulicę. On nie korzystał ze wszystkich tych udogodnień, bo nie miał na to czasu, ale basen czy prywatna siłownia rzeczywiście były bardzo komfortowym rozwiązaniem, więc regularnie a nich ćwiczył.
UsuńWinda jechała na siedemdziesiąte szóste piętro przez niespełna minutę, bo po drodze nikt nie wsiadał akurat do tej, w której znajdowali się oni. Tanner stał obok Reilynn, opierając jedną dłoń na poręczy, a drugą trzymając luźno przy boku. Co jakiś czas zerkał na nią, próbując ocenić, czy sam przejazd na taką wysokość nie był dla niej dodatkowym obciążeniem. Nie wiedział, czy wysokość miała w jej przypadku jakiekolwiek znaczenie, ale to w końcu jakieś dwieście sześćdziesiąt metrów w górę, więc przy osłabieniu mogło nie być zupełnie obojętne.
Kiedy winda zatrzymała się na siedemdziesiątym szóstym piętrze, Tanner odsunął się nieco od drzwi i pozwolił Reilynn wyjść przodem. Dopiero gdy znalazła się na korytarzu, wyszedł za nią i skierował się w stronę swojego mieszkania. Przejście z wind do prywatnej części piętra było oddzielone od tutejszych przestrzeni wspólnych. Wyciszony, elegancki korytarz miał stonowane oświetlenie i wykończenie, a gruba wykładzina prawie całkowicie tłumiła odgłos kroków. Nie było tu typowego dla większych apartamentowców ciągłego ruchu mieszkańców, przypadkowych sąsiadów czy trzaskających drzwi, a całe piętro sprawiało wrażenie odciętego od reszty budynku. Po drodze minęli tylko kilka drzwi prowadzących do innych prywatnych przestrzeni, aż w końcu dotarli do wejścia należącego do niego. Tanner przyłożył do panelu własne urządzenie dostępu, a gdy zamek zwolnił, otworzył drzwi, rozpalił światło i zaprosił Reilynn do środka.
Apartament nie miał pokaźnego metrażu, ale był piętrowy. Z przedpokoju, do którego weszli, gdy Tanner zamknął za nimi wejściowe drzwi, można było udać się w prawo bezpośrednio do salonu, albo w lewo do kuchni, ewentualnie prosto schodami na górę. Wnętrza były urządzone w takiej samej kolorystyce, ale z minimalną ilością mebli i w zasadzie minimalną ilością wszystkiego. W salonie dwie duże, miękkie sofy o zaokrąglonych kształtach stały naprzeciwko siebie, rozdzielone stolikiem, a w jego dalszej części dwie kolejne o podobnym kształcie, i wszystkie z ładnie ułożonymi dekoracyjnymi poduszkami. Uwagę przyciągały jednak panoramiczne okna, za którymi rozciągała się w teraz nocna panorama miasta i podświetlony Central Park. Widok robił tutaj największą robotę, choć po latach mieszkania w tym miejscu można nie czerpać już z niego aż takiej radości. Nie było tutaj takich regałów na książki, jak w mieszkaniu Reilynn, generalnie nie było na wierzchu niczego, co mogło tworzyć niepotrzebny bałagan. Były dwie łazienki, przestrzeń z biurkiem, ale i pomieszczenie, które służyło mu za pracownię i w którym mieściły się właśnie różnego rodzaju książki i pierdoły. Na piętrze trzy sypialnie, przy czym jedna jego, druga córki, a trzecia typowo gościnna oraz garderoba. Ze strony kuchni można było wyjść na balkon, chociaż za dnia często bywa tam wietrznie i Tanner wychodził rzadko.
— Proszę się rozgościć — zachęcił, zostawiając marynarkę chwilowo na oparciu najbliższej kanapy. — Sypialnie są na piętrze, łazienki również — oznajmił, szukając pod szyją zapięcia od muchy. Gdy je wymacał, pozbył się tego dodatku, porzucając go dokładnie tam, gdzie marynarkę. Chyba naprawdę wolał krawaty. — Jeśli potrzebuje pani wziąć teraz leki, to najpierw pójdziemy do kuchni. Przygotuję pani coś do picia, a później może pani spokojnie odpocząć.
Tanner Morgan 🌇✨
A on nie był kimś, kto kiedykolwiek zamierzał komuś pieniędzmi imponować. Jego rodzina od pokoleń żyła w dobrobycie i taki stan rzeczy był dla niego czymś zupełnie normalnym, z kolei to, że wychował się ze świadomością, jak inwestować pieniądze, żeby móc wydać je na luksus, dodatkowo pozwalało mu na tych inwestycjach zarabiać. Czy było w tym coś złego? Absolutnie nie, bo przecież każdy ma prawo wydawać pieniądze na to, co mu się podoba. Jedni wolą gromadzić książki, inni aktywa lub nieruchomości. Różnica była taka, że on nikogo nie oceniał. Nie zestawiał czyichś ambicji z tym, jak ktoś mieszkał, bo jedno z drugim wcale nie musiało iść w parze. I było to nawet trochę zaskakujące, bo spodziewał się po Reilynn szerszego patrzenia na świat, podczas gdy ona z góry założyła, że ktoś kto wybrał mieszkanie tak wysoko, musi mieć niezdrowe ambicje. A wychodzi na to, że ten ktoś, kto według niej miał przejaw niezdrowych ambicji, miał po prostu wystarczająco dużo pieniędzy, żeby pozwolić sobie na coś, co mu odpowiadało. Nie widział zresztą powodu, żeby dorabiać jakąkolwiek ideologię ambicji do rzeczy, które zwyczajnie sprawiały mu przyjemność. Lubił dobrą architekturę, lubił też wygodę, przestrzeń i widok, którego nie musiał dzielić z setkami innych mieszkańców. Tyle wystarczało. Nie każda decyzja musiała mieć drugie dno, a już na pewno nie każda była próbą pokazania światu, że stać go na więcej. Gości akurat nie miewał zbyt często, a Reilynn również nie zaprosił tutaj po to, żeby cokolwiek jej pokazywać, bo w ogóle nie miał takich planów w perspektywie ich znajomości. Jej obecność była związana z kiepskim stanem zdrowia i koniecznością zapewnienia jej miejsca, w którym nie zostanie sama. Fakt, że mieszkanie mogło zrobić na niej określone wrażenie, nie był czymś, co wcześniej brał pod uwagę, ale gdyby wiedział, że jego propozycja przyjazdu tutaj zamiast uspokoić sytuację tylko dołoży jej kolejnych powodów do myślenia, być może wtedy zastanowiłby się nad tą propozycją dwa razy.
OdpowiedzUsuń— Równie dobrze możemy uznać, że mieszkanie na Queens to przejaw braku ambicji — odparł dość wymownie. Jeśli widziała coś niepoprawnego w tym, że ktoś wolał porządek od chaosu i mieszkanie wysoko w miejscu, w którym nie słychać już ulicznego dźwięku, to mogła mówić wprost. Świat nie składał się wyłącznie z tego, co lubi i co woli Reilynn Bothwell, natomiast on wolał bardziej bezpośrednie uwagi, których z czystej ciekawości chętnie wysłucha, nawet jeśli ostatecznie o nich zapomni, bo nie będą miały dla niego absolutnie żadnego znaczenia. Nie czuł potrzeby tłumaczenia się z tego, dlaczego właśnie to mieszkanie a nie inne, bo to w jaki sposób wszedł w jego posiadanie, to już wyłącznie jego sprawa. Nie spędzał tu zbyt wiele czasu, bo mimo wszystko wciąż miał swój kąt w Kings Point, a ze względu na córkę bywał tam prawie codziennie, jednak pasowało mu to, że tutaj nie musi wychodzić na miasto, żeby zjeść czy poćwiczyć na siłowni. Dla turystów tłok i nieustanny pęd to pewnie największy urok tego miasta, ale on mieszkał tu całe życie i miejski chaos zdążył mu zwyczajnie zbrzydnąć. Jeśli miał coś pod nosem i mógł zaoszczędzić czas, a potem spożytkować go na coś bardziej potrzebnego niż stanie w kilometrowych korkach, to jasne, że wolał taką opcję.
— Ale bałagan faktycznie nie jest tu mile widziany — oznajmił, skoro już wspomniała o bałaganie, jak o czymś, co było naturalnym stanem rzeczy każdego lokum. W jego otoczeniu nigdy tak nie było i nigdy tak nie będzie. Od najmłodszych lat uczono go szacunku do rzeczy, które posiadał, oraz tego, że porządek nie był kwestią fanaberii, tylko elementem codziennej dyscypliny. Nie chodziło przy tym o obsesyjne układanie wszystkiego pod linijkę, ale o świadomość, że każda rzecz powinna mieć swoje miejsce, a przestrzeń, w której się żyje, zasługuje na odpowiednią troskę. Tanner po prostu przywykł do tego na tyle mocno, że trudno byłoby mu wyobrazić sobie inne funkcjonowanie.
Rozpinając guzik koszuli pod szyją, skierował się do kuchni, skąd zabrał wodę w szklanej butelce i jedną prostą szklankę. Przyniósł cały zestaw do salonu, otworzył butelkę i uzupełnił nią szklankę, którą od razu podał Reilynn. Butelkę pozostawił przed nią na stoliku, żeby mogła zabrać ją ze sobą do sypialni.
Usuń— Zaraz pokażę pani sypialnię — zaczął sięgając marynarkę i muchę, które zostawił chwilowo na oparciu. Z łóżka będzie miała podobny widok, jak tutaj, tyle że na Dolny Manhattan. — Wstaję dość wcześnie, więc gdyby pani czegoś potrzebowała, to śmiało — powiedział, zerkając na Reilynn, gdy sięgała po tabletki. — Jutro o czternastej muszę odebrać córkę z miasta — zaznaczył jeszcze, bo to oznaczało, że i Reilynn będzie musiała być do tej pory gotowa. Miał później jechać z Amber prosto do Kings Point, wiec nie będzie problemu również z tym, żeby odwieźć Reilynn na Queens, czy gdziekolwiek będzie potrzebowała.
Tanner Morgan 🛏️
[Hej, hej! Dziękuję za komentarz pod kartą Jonatana ❤️ Prawda, że stara miłość nie rdzewieje, ale tutaj mój Jonatan będzie musiał otrzepać się z tego uczucia i raczej iść dalej w pojedynkę, niż myśleć o byłej żonie ^^
OdpowiedzUsuńZa to Ty masz trzy wspaniałe babeczki, każda inna, na pewno z wyglądu wszystkie piękne! Jako, że musiałam poczuć powiew świeżości tu na blogu, tak stworzyłam Jonatana, więc zapraszamy wspólnie na fotel ;D
Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twoich postaci!]
Jonatan Barlett
Czy tak się musiało stać? Barlett od dłuższego czasu miał w brzuchu motyle, a w sercu igły. Nawet tuż po wyjściu z sądu, kiedy to już przestał być jej mężem, ale wciąż pozostawał czyimś dzieckiem, sąsiadem, kolegą czy współpracownikiem. Los szczęścia się od niego odwrócił. Spędził w małżeństwie, jak mu się wydawało przepięknych sześć lat. Najwidoczniej za mało, żeby poznać dobrze drugiego człowieka. Zanim się z nią ożenił, wydawało mu się, że to ona będzie pierwszym i ostatnim wyborem w kwestii miłości, lecz jak widać, znowu się z czymś pomylił, ale to nie była taka błahostka, jak kupno zbyt ciasnych spodni, które można wymienić przez czternaście dni na rozmiar większy; jak też wstanie o piętnaście minut za późno, gdzie trzeba wybrać między zgoleniem zarostu, a wypiciem aromatycznej kawy.
OdpowiedzUsuńNajwidoczniej tak musiało się stać. Bez drugiej szansy. Zadziało się za wiele, ale czy przestał ją już kochać? Chyba nie. Przecież wczoraj w trakcie zakupów kupił serek do smarowania na kanapki o smaku chrzanu. Kupił zdrapki dla siebie i dla niej po równo. Jedna czarna ze zwierzęciem. Druga różowa z diamentami. Trzecia zielona z plikiem pieniędzy. I czwarta z wiśniami o zabarwieniu bordowym. Nawet w przerwie między klientami chciał odebrać ją z pracy i podwieźć do domu, bo pamiętał, że ubolewała nad brakiem auta, gdy jej samochód wyprodukowany w tym samym roku, w którym to Jonatan przyszedł na świat, odmówił ostatecznie posłuszeństwa.
Teraz albo sama, albo ktoś inny kupuje jej serek o smaku chrzanu, wybiera dla niej zdrapki i wozi lub przywozi z pracy do domu. Ewentualnie zdała się na kobiecą intuicję i wzięła z komisu kolejny srebrny samochód, bo miała ich w swoim życiu aż pięć i żaden nie był innego koloru. Szkoda tylko, że własnemu mężowi nie potrafiła być tak oddana, jak temu wyborowi koloru…
Po co ten cały dramat? Dlatego, że dla Jonatana nic nie było ostatnio w miarę spoko. Od rozwodu nie minął chociażby miesiąc. Wszystko było świeże. Z każdej rany sączyła się krew zmieszana z ropą. Nawet chwila, w której dostał do rąk jeszcze ciepły plik kartek ze scenariuszem, dopiero co spięty zszywaczem przez asystentkę producenta, nie wzbudziła w nim specjalnej euforii. Przeczytał tekst. Pochwalił zamysł, że zamiast standardowych ośmiu odcinków, będzie ich aż dwanaście. Zaakceptował to, co zmieniło się w życiu jego bohatera przez dekadę. Spotkał znajomych ludzi. Swojego przyjaciela, z którym dla żartów poszedł na casting i większość zawodowych aktorów, bo tak jak w jego życiu i blondyna nic się nie zmieniło pod tym kątem, tak pozostali byli tam z odpowiednimi kwalifikacjami, kończąc studia aktorskie.
Jego powołaniem jednak nie było odgrywanie ról, stanie przed kamerą i przesiadywanie w charakteryzatorni. Długo szukał swojej ścieżki zawodowej. Kilka razy zmienił pracę, nim stwierdził, że ukończy wiele kursów i zostanie barberem, a zobaczywszy, jak jego sąsiad otwiera swój lokal tuż za rogiem od ich mieszkania, to jako pierwszy złożył u niego CV, otrzymując posadę od ręki.
Współpracowało im się dobrze. Powiedziałby, że nawet owocnie. Jonatan i Ethan z pasją zajmowali się klientami, z czasem budując z nimi przyjacielskie relacje, dlatego też patrząc na zapisy utworzone w aplikacji, uśmiechnął się, widząc kilku stałych klientów, jednego nowego i kogoś równie tajemniczego, jak to, jaka postać chowała się pod potworem w kolejnych odcinkach Scooby Doo.
Czy imię Reilynn i nazwisko Bothwell nie brzmi bardziej kobieco niż męsko? Co prawda większość partnerek zapisywała swoich mężczyzn na usługi do niego czy Ethana, ale w miejscu danych klienta widniały już ich personalia, a tylko damskie dane przejawiały się w punkcie dotyczącym osoby zapisującej na wizytę. Liczył na to, że przez pomyłkę pani Bothwell nie dodała imienia i nazwiska bliskiego sobie mężczyzny, więc otrzepując pędzlem włoski z szyi młodego strażaka, zdziwił się, kiedy w odbiciu lustra zobaczył jednak wchodzącą do salonu kobietę. Godzina by się niemal zgadzała, ale może to wcale nie jest ta pani, która zapisała się na termin last minute, gdy pewien koszykarz ze względu na kontuzję, nie bardzo miał, jak się ruszyć z domu po chleb, a co dopiero do barbera.
UsuńOdwróciwszy się tyłem do siedzącego na fotelu klienta, posłał w kierunku kobiety serdeczny uśmiech i poprawiwszy swoje niesforne włosy, spojrzał na jej fryzurę, co nazywał od dłuższego czasu zboczeniem zawodowym.
— Dzień dobry. Jeśli Pani po voucher, proszę dać mi dosłownie trzy minuty. Ostatni produkt na włosy klienta i już do Pani podchodzę.
Jonatan Barlett 💇🏻💈
Nie mieszkał tu też dlatego, że wykazywał się architektoniczna pychą, albo że miał ten świat na dole za brudny. Mieszkał tu, bo chciał. Bo jego córka uwielbiała patrzeć w gwiazdy przez te wielkie okna, a kiedy była młodsza, mieli nawet swój mały rytuał z tym związany – przed snem zawsze siadali w jej pokoju i wybierali dla siebie gwiazdy, które miały pilnować ich przez noc. Oczywiście można uważać to za głupią dziecięcą zabawę, ale on traktował sprawę z powagą, jak zresztą wszystko, co było z córką związane. Cała reszta to już interpretacja, którą Reilynn przyjęła z jakiegoś powodu, choć ciężko przewidzieć z jakiego. Może miała do czynienia z kimś, kto kiedyś dał jej do zrozumienia, że traktuje ją jak gorszy sort, bo nie mieszka na setnym piętrze, a może była to kwestia zwykłych uprzedzeń, bo w stereotypie utrwalonym przez popkulturę ludzie mieszkający w takich miejscach zwykle nie byli przedstawiani jako zwyczajni, sympatyczni sąsiedzi, tylko jako bezduszni milionerzy albo oderwane od rzeczywistości snoby. Tanner natomiast nie był ani bezduszny, ani nie był snobem. Czasem bywał przesadnie wymagający i zbyt przywiązany do własnych zasad. Miał też swoje przyzwyczajenia, swoje dziwactwa i dość długą listę rzeczy, które potrafiły go irytować, choć nie zawsze przyznawał się do tego na głos. Potrafił być chłodny, kiedy uważał, że emocje tylko komplikują sytuację, bywał niecierpliwy wobec ludzkiej nieodpowiedzialności i nie należał do osób, które łatwo dopuszczały innych do siebie, ale jego niedoskonałości niewiele miały wspólnego z tym, jak wyglądało jego mieszkanie. Tak czy inaczej, nie zamierzał w żaden sposób wpływać na jej zdanie czy postrzeganie świata, bo miała pełne prawo robić to po swojemu. Chciał jedynie zwrócić uwagę na to, że nie wszystko musi być tak czarno-białe jak sobie założyła, a to, że ktoś mieszka w wysokim wieżowcu, nie musi wiązać się z niezdrowymi ambicjami. I to tyle. Nie czuł się urażony, więc nie musiała przepraszać. Był jedynie zaskoczony, bo wcześniej w podobny sposób komentowała jego salon, teraz mieszkanie, więc zaczynał podejrzewać, że miała zwyczaj wyrabiania sobie opinii o człowieku na podstawie kilku pierwszych szczegółów, które rzuciły jej się w oczy. Ale kontrast był, to prawda, w dodatku tak duży, że nawet ciężko było sobie wyobrazić, że mogłaby zaistnieć przy nim przyjaźń.
OdpowiedzUsuńZostawiając temat, skierował ich schodami na piętro, gdzie mieściły się sypialnie, łazienki i garderoba. Pokój, do którego drzwi otworzył przed Reilynn, miał jasną kolorystykę i wystrój, który nie odbiegał od tego, co znajdowało się w innych częściach apartamentu. W środku stało duże, dwuosobowe łóżko, zasłane pościelą w odcieniach beżu i szarości, a obok niego stał stolik z lampką. W jednym z rogów stał wygodny fotel z niewielkim stolikiem obok, a w ścianie naprzeciwko zabudowano niedużą, przesuwną szafę, której drzwi zlewały się z resztą jasnej powierzchni. Na ścianach wisiało kilka obrazów w ciemnej oprawie, jednak zamiast typowych dekoracji były to oprawione szkice projektów pierścionków. Część przedstawiała same kamienie, a inne już bardziej szczegółowe projekty biżuterii, nad którymi Tanner kiedyś pracował. Może pomieszczenie bardziej przypominało pokój hotelowy, ale i tu udało mu się przemycić coś swojego, mimo że ta sypialnia wciąż pełniła tylko rolę gościnnej.
Przypomniał jeszcze Reilynn, że gdyby czegoś potrzebowała lub gorzej się poczuła, to żeby śmiało korzystała z kuchni albo szukała go za drzwiami na końcu korytarza. Ręczniki mogła wziąć sobie z tutejszej szafy, a cała reszta przyborów, typu suszarka do włosów, znajduje się w szufladzie w łazience. Wbrew pozorom poruszanie się po tym mieszkaniu było bardzo intuicyjne.
Zdjął z siebie również koszulę, która wylądowała na wieszaku i skierował się do swojej sypialni. Jej aranżacja była zbliżona do tego pokoju, w którym spała dziś Reilynn, jednak różniła ją większa ilość ciemnych i drewnianych akcentów, grafitowa pościel i kilka dodatków w głębokim granacie. Przy jednej ze ścian stał szeroki fotel obity ciemną skórą, a obok niego niewielki stolik z lampą do czytania. Nie znajdowało się na nim wiele rzeczy, bo tylko zegarek, otwarta książka i tacka na drobiazgi, do której czasem wrzucał do spinki, ale całe to mieszkanie było urządzone minimalistycznie.
UsuńMiał swoją rutynę, której zwykle trzymał się nawet po długim dniu, ale tego wieczoru nie zamierzał od razu kłaść się spać. Potrzebował jeszcze chwili, żeby wyciszyć głowę, dlatego usiadł w fotelu i przez jakiś czas poświęcił uwagę szkicowi nowego projektu broszki. Ołówek przesuwał się po papierze, gdy poprawiał kilka linii i nanosił kolejne szczegóły, pozwalając sobie na krótką przerwę od wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej. Dopiero po dłuższej chwili odłożył szkic i poszedł pod prysznic. Pod ciepłą wodą zrzucił z siebie resztki bankietowego wieczoru i trochę się rozluźnił. Kiedy wracał z łazienki, wycierając jeszcze dłonią wilgotne włosy, usłyszał z pokoju Reilynn jakiś niewielki harmider. Zatrzymał się na moment na korytarzu i zmarszczył lekko brwi, próbując zorientować się, co dokładnie działo się po drugiej stronie drzwi, ale dźwięki były tak dziwne, że w pewnym momencie zwątpił, czy to wyobraźnia nie stroi sobie z niego żartów. Na bankiecie wypił przecież tylko lampkę wina, która na pewno już dawno z niego zeszła, więc o co, do cholery, chodziło?
Położył dłoń na klamce i nacisnął ją, uchylając drzwi na tyle, żeby zajrzeć do środka. Widok, który tam zastał, natychmiast wyjaśnił cały ten dziwny harmider. Reilynn znajdowała się na podłodze, a on nawet nie zastanawiał się długo nad tym, co właściwie się wydarzyło, tylko otworzył drzwi szerzej i wszedł do środka, kierując spojrzenie prosto na nią, żeby najpierw upewnić się, że nie zrobiła sobie krzywdy.
— Co.. tu się... — urwał, gdy jego spojrzenie spoczęło na ekranie monitora, na którym facet właśnie posuwał jakąś gwiazdę porno, a ta jęczała z rozkoszy, prężąc szyję pod jego ręką. Przez kilka długich i chyba naprawdę niekończących się sekund po prostu stał w miejscu, jakby jego umysł potrzebował chwili, żeby połączyć obraz, czyli Reilynn znajdującą na podłodze, film i fakt, że właśnie wszedł do tego pokoju bez pukania. I bez koszulki. W samych dresowych spodniach. I zastał ją na... na czym? Na robieniu sobie dobrze? To była pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy, bo przecież właśnie temu służą firmy porno – żeby zrobić sobie przy nich dobrze. Ale to było co najmniej popieprzone, że Reilynn zdecydowała się zrobić to pod jego dachem. To znaczy, pewnie miała swoje potrzeby, jak każdy człowiek, co było zrozumiałe, ale... tutaj? Bardzo śmiałe posunięcie.
— Okej — rzucił w końcu, przejeżdżając dłonią po wilgotnych jeszcze włosach. To nie wyobraźnia płatała mu figle. To rzeczywistość. — Tego zdecydowanie nie spodziewałem się zobaczyć — powiedział i spojrzał na Reilynn dopiero po chwili, tym razem z wyraźnym pytaniem wymalowanym na twarzy.
Nie zamierzał komentować tego, co robiła przed jego wejściem, ale trudno było mu udawać, że sytuacja nie była co najmniej zaskakująca. A gwiazda seksu nadal jęczała na ekranie i prosiła o więcej. Cudownie.
Usuń— Gdybym wiedział, że moja obecność aż tak panią inspiruje, pewnie zapukałbym wcześniej — rzucił, unosząc lekko brew. Uśmiech sam wciskał mu się na usta, ale przygryzł na moment wargę, próbując nadać mu neutralny wyraz. Może nie tak powinien był skomentować to, co zastał, ale sytuacja aż prosiła się o taki komentarz. Co jednak Reilynn robiła na podłodze? Tego zrozumieć nie potrafił.
Tanner Morgan 🤭
Barlett w swojej barberskiej karierze nie zajmował się tylko krótkimi, męskimi fryzurami, bo mężczyźni przychodzili do nich po różne metamorfozy; wielokrotnie zostawiając dłuższe lub krótsze warkocze do przekazania w ręce fundacji, aby tam stworzono dla chorujących peruki.
OdpowiedzUsuńWłosy klientki nie były ani to krótkie, ani to długie. Należały do tej średniej długości. Cięcie nie różniłoby się niczym, oprócz tego, że zamiast kolejnym mężczyzną, przyjdzie mu się zająć kobietą. A to duża różnica. Nie odezwie się do niej jak tam ziom wczorajszy mecz, nie dało się oglądać, co? albo to dla której panny się tak bardzo starasz, że aż musiałeś tu przybyć? Właśnie z niektórymi klientami miał tak luźne relacje, momentami aż za luźne, bo niektórzy traktowali go bardziej poważnie od psychologa czy księdza w konfesjonale, wyznając wszystkie szczegóły w trakcie tak krótkiej wizyty.
Przesuwając ostatni raz palcami po nowej fryzurze strażaka, zakręcił słoiczek z gumą do stylizacji i uwolnił mężczyznę spod zapiętego fartucha. Ten wstał i oczywiście z dokładnością zerknął na to, co utworzył na jego głowie Jonatan, a kiedy się odwrócił znowu był wyższy, bo chociaż Barlett nie należał do niskich, tak nigdy nie dorówna mężczyźnie o wzroście dwóch metrów. Na całe szczęście nie był aż tak szeroki w barkach, jak barber, więc przynajmniej jedną kwestią zwyciężał dwudziestoośmiolatek. Przyjmując płatność kartą, zapisał go w aplikacji za równe trzy tygodni i pożegnał sztamą, życząc mu udanego dnia.
Wtem jego spojrzenie całkowicie skupiło się na kobiecie. Już nie patrzył tylko na włosy. Tego zerkania nie nazwałby zboczeniem zawodowym. Zauważył, że porusza się z pomocą laski, ale szybko skupił wzrok na czymś innym, żeby nie było, że jest ciekawski tego elementu. Mogłaby przyjść tu w czarnym wysokim kapeluszu, z nosem używanym przez klaunów czy niebotycznie wysokich szpilkach, a jemu tak by nie wypadało, pytać o cokolwiek, bo z nowym klientem w rozmowie podchodził do wszystkiego ostrożnie. W końcu Jonatanowi nie zależało na ploteczkach, a na dobrych opiniach dokonywanych przez klientów w aplikacji, gdy wizyta osiągała status zakończonej, a nie anulowanej.
Zaprosił panią Rei na fotel i przeszedł prędko do sterylizacji przedmiotów używanych przy włosach strażaka. Wyjął nowy wysterylizowany już pakiet kolejnych narzędzi i właśnie z nimi zamierzał współpracować przy nowej fryzurze kobiety. Nim miało do tego dojść, włączył suszarkę, za której pomocą pozbył się zalegających włosków na pulpicie przed fotelem i prędko chwycił szczotkę, żeby zamieść śmieci. Tak, potrafił zamiatać i trzymać w ręku szczotkę, nawet z szufelką, więc nie potrzebował do tego asystentki, czy kogoś z obsługi sprzątającej.
W tym salonie pracowały tylko dwie osoby. On i Ethan, który najbliższego klienta miał dopiero za kilka godzin, co świadczyło o tym, że znowu się miną, bo ostatni klient Barletta był zapisany o szesnastej czterdzieści pięć, lecz w większości dni musieli być skazani na swoje wzajemne towarzystwo, gdy już o siódmej, stali naprzeciwko swoich foteli, dyskutując z klientami i ze sobą.
— Umyję tylko dłonie i już wracam.
Odnosząc szczotkę z szufelką, wszedł dosłownie na chwilę do łazienki, gdzie mydłem w płynie umył ręce, susząc je za pomocą jednorazowego ręcznika. Całkowicie przygotowany wrócił do klientki.
Usuń— Co prawda nie wszyscy moi klienci noszą brodę. Sama pani widziała przed chwilą, że tamten pan przyszedł tylko na cięcie włosów, ale jednak do tej pory przyjmowałem tylko i wyłącznie mężczyzn. — pozwolił sobie szczotką powoli rozczesać włosy kobiety i faktycznie zobaczył, z jaką łatwością wyciąga kolejne kosmyki. Musiały jej bardzo wypadać. — A może oprócz cięcia zrobimy maskę. Nie taką drogeryjną. Odświeży włos i nieco go wzmocni. Oczywiście nie obiecuję cudów, ale będzie trochę lepiej. I proszę mi powiedzieć, jak krótko mam ciąć? Robimy taką długość, jaką mam ja? Jak pani widzi nieco za ucho, czy jeszcze krócej?
Poprosił, żeby wstała i podeszła z nim do myjki. Jeśli nie zgodzi się na założenie maseczki, to i tak musi umyć jej włosy, bo od tego zaczynał każdą wizytę. Nie był fanem spryskiwania włosów wodą. Chciał tego, aby klient od początku do końca czuł pełen relaks, bo wizyta u barbera ma być przyjemnością, a nie przykrym obowiązkiem wypadającym najczęściej raz w miesiącu.
Jonatan Barlett 💈💇🏻
Wyciągnął rękę i złapał poduszkę, zastanawiając się, czy powinien potraktować to jako atak, czy jako próbę odwetu za to, że postanowił żartować sobie z sytuacji, która i tak była dla niej wystarczająco kompromitująca bez jego dodatkowego wkładu, po czym z wyraźniejszym już uśmiechem rzucił ją na łóżko. Był naprawdę otwartym człowiekiem i starał się nie oceniać sytuacji zerojedynkowo, ale to było silniejsze od niego. Nawet gdyby chciał, to w tej sytuacji, kiedy na ekranie laptopa wyświetlał się film porno, a pokój wypełniały dźwięki ostrego seksu, ciężko było myśleć inaczej. Co prawda nie przyłapał jej z ręką w majtkach, choć to niczego nie wykluczało, ale równocześnie mogło też świadczyć o tym, że faktycznie nie robiła tego, co w tej sytuacji wydawałoby się oczywiste. Ale nie wydarzyło się przecież nic złego. Sytuacja była troszkę pokręcona, chociażby przez sam fakt, że Reilynn zdecydowała się na to tutaj, w zupełnie obcym sobie miejscu, ale Tanner potrafił zrozumieć, że ludzkie potrzeby nie znikały tylko dlatego, że człowiek znalazł się w cudzym domu. Jego wyobraźnia też zrobiła w tej chwili zdecydowanie więcej, niż powinna.
OdpowiedzUsuńGdy zaczęła tłumaczyć, jak do tego doszło, jego brwi zaczęły unosić się coraz wyżej. Próbował nadążyć za jej wyjaśnieniem z każdym kolejnym zdaniem, a przy tym starał się zachować powagę, bo nie spodziewał się, że historia będzie aż tak absurdalna. I słuchanie wychodziło mu świetnie, ale zachowanie powagi już nie za bardzo, bo w pewnym momencie przesunął dłonią po szczęce, pokręcił głową i w końcu zaśmiał się cicho, chyba wciąż nie wierząc, że to naprawdę się działo, a on stał się tego częścią. Pomyślał, żeby pomóc Reilynn dostać się z powrotem na łóżko, oczywiście nadal nie rozumiejąc, dlaczego była na podłodze, ale poradziła z tym sobie sama, więc poprawił tylko kawałek kołdry i położył dłonie na swoich biodrach. A potem, czując na sobie jej wzrok, spojrzał chwilowo na siebie, bo gdy wspomniała jego nagą klatę, miał wrażenie, jakby popełnił właśnie jakiś niewybaczalny grzech. Ma szczęście, że nie przyszedł tu w samych bokserkach, albo i bez nich, bo zdarza mu się sypiać zupełnie nago. I wtedy nie byłoby już mowy o grzechu, bo rozstąpiłoby się przed nim samo piekło.
— Nie mam koszulki, bo przed chwilą wyszedłem spod prysznica — powiedział cicho na swoją obronę i podniósł wzrok z powrotem na Reilynn. Zamknęła ekran w chwili, w której aktorka zaczęła krzyczeć, że już dochodzi, czyli przed samym finałem, i od razu zrobiło się przez to ciszej. Ale nie na długo, bo Reilynn kontynuowała swoje tłumaczenia. Mógł w to uwierzyć. Może faktycznie pisała i włączyła sobie taki film, żeby lepiej opisać erotyczną scenę, tylko dlaczego w ogóle musiała korzystać z tego rozwiązania? Przecież w czerwcu skończyła dwadzieścia sześć lat. W tym wieku człowiek ma już pewne doświadczenie i wie, że uprawiając seks, nie da się robić jednocześnie pozycji skorpiona i rytuału powitania słońca. Wtedy nie da się napisać czegoś, co byłoby anatomicznie niemożliwe.
— Oczywiście, że nie robiła pani nic niestosownego w moim łóżku, bo moje łóżko jest dwa pokoje dalej — zauważył zaraz. — Poza tym w moim łóżku zadbałbym o to, że nie musiałaby pani oglądać filmów porno już nigdy więcej — dodał wymownie, nie przejmując się tym, że to raczej nie pomagało uczynić tej sytuacji bardziej zręczną. Ale w trakcie jej tłumaczenia wyłapał kilka bardzo intrygujących kwestii, które powiedziała prawdopodobnie z rozpędu, nawet nie zastanawiając się nad tym, jakie informacje właśnie przekazywała mu między słowami.
Zmarszczył brwi wyraźniej, zabrał dłonie z bioder i podszedł do łóżka. Nachylił się do siedzącej na nim Reilynn, opierając jedną dłoń na materacu obok jej uda, żeby znaleźć się na wysokości jej twarzy.
— Nie ma pani fundamentów pod wiarygodną scenę seksu? — dopytał ciszej, jakby ktoś faktycznie mógł ich usłyszeć, choć byli w tym apartamencie zupełnie sami, a grubość tutejszych ścian w stu procentach wykluczała taką możliwość. I znalazł się blisko. Może w tej sytuacji nawet zbyt blisko, ale był ciekawy jej reakcji.
Usuń— Chce mi pani powiedzieć, że gdy pisała pani: wtedy jego usta, jak spragnione wody, zaczęły całować jej skórę... nie czerpała pani z własnych doświadczeń? — Uniósł brew, nawet nie próbując kryć ciekawości, którą przemawiała z jego oczu. Spojrzenie miał utkwione w tych należących do Reilynn, nie przejmując się, że ona nie zawsze oddawała mu swoje spojrzenie równie chętnie. Policzki miała rumiane, czego nie dało się nie zauważyć na tle jej jasnej skóry, a oddech nieco płytszy, może wcale niekoniecznie przez dzisiejszy chorobowy incydent. Stresowała się? Czuła presję? A może coś w rodzaju podniecenia? Zaskakujące. Doprawdy, zaskakujące.
Tanner Morgan 👀😈
Nie spuszczał z niej spojrzenia, wychwytując po kolei napięcie, które pojawiło się w jej sylwetce, gdy znalazł się bliżej, zaróżowione policzki, lekko rozchylone usta i spojrzenie przeskakujące po jego twarzy. Zatrzymywało się na chwilę na jego ustach, by zaraz uciec gdzieś w bok, a po chwili znów wracało, jakby za każdym razem próbowała znaleźć miejsce, w którym bezpieczniej byłoby je zatrzymać. Nie umknęło mu również to, że przez moment zawiesiła wzrok na jego szczęce i brodzie, zanim ponownie uniosła go ku jego oczom. Nie musiał być szczególnie domyślny, żeby zrozumieć, że jego bliskość wytrąciła ją z równowagi. Ten niewielki dystans, który między nimi pozostawił, trudno było nazwać niewinnym, ale on nie zrobił tego przecież przypadkiem. Przez chwilę pozostawał w tej pozycji, z ciekawością śledząc jej reakcję i sprawdzając, co właściwie zrobi z nią jego bliskość, a Reilynn pozostawała spięta. Miał wrażenie, że z jednej strony trochę ją to niepokoiło, ale z drugiej nie potrafiła jednak całkowicie odsunąć od siebie ciekawości, która za każdym razem przyciągała jej spojrzenie z powrotem do jego twarzy. Była to sprzeczność, którą zauważył od razu. Gdyby miała większe doświadczenie w podobnych sytuacjach i rzeczywiście czuła się swobodnie z tym rodzajem bliskości, prawdopodobnie nie reagowałaby z taką ostrożnością. Nie chodziło nawet o śmiałość, a o obycie z podobną bliskością, bo Reilynn reagowała teraz jak ktoś, kto chciał się cofnąć, ale jednocześnie chciał też sprawdzić, co się stanie, jeśli jednak tego nie zrobi. Z tym że Tanner nie zamierzał wykorzystywać tej sytuacji w żaden sposób, bo może trochę ja teraz testował, ale nie robił tego, żeby do czegokolwiek doprowadzić. Poczuł się po prostu zaintrygowany tym, co usłyszał, bo trochę gryzło się to ze świadomością, że potrafiła pisać sceny pełne intymności i napięcia, mimo że sama nie miała praktycznego doświadczenia, do którego mogłaby się w nich odwołać. Zastanawiało go, skąd właściwie brała tę pewność w słowach, skoro w rzeczywistości tak niewiele wiedziała o tym z własnej perspektywy. Techniczne opisanie sceny to może żaden problem, ale odniesienie się do odczuć czy drobnych reakcji ciała wymaga już czegoś więcej niż samej wyobraźni, prawda? Skąd wiedziałaby, jak to jest mieć całowaną skórę, skoro nigdy nie przeżyła czegoś podobnego? To było w tym wszystkim najbardziej zaskakujące, ponieważ jej sceny i teksty miały w sobie tę głębię przeżyć, która bierze się z czegoś więcej niż z samej wiedzy.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się kącikiem ust, gdy zadała pytanie, a ich oczy spotkały się na dłużej. Zakładał, że się wycofa, bo temat stał się nieco bardziej osobisty, więc to też była całkiem miła odmiana. A ponieważ jej pytanie było bezpośrednie, to zasługiwało na równie bezpośrednią odpowiedź.
— To trudno w to uwierzyć — odpowiedział, nie odrywając od niej spojrzenia. — Powiedziałbym, że ma pani za sobą znacznie więcej doświadczeń, niż próbuje mi pani wmówić, bo te sceny w pani książkach nie brzmią jak coś napisanego wyłącznie dzięki wyobraźni i filmom porno — przyznał, nie sugerując wcale, że nie wierzył w jej brak doświadczenia, chociaż Reilynn sama tak do końca tego braku jeszcze nie potwierdziła. To wciąż stało pod znakiem zapytania. On po prostu zestawiał to, co właśnie usłyszał, z tym, co zdążył przeczytać w jej tekstach, i trudno było mu znaleźć między tymi dwiema rzeczami oczywiste połączenie.
— Ale przyznam szczerze, że to chyba bardziej imponujące, niż gdyby rzeczywiście miała pani doświadczenie, na którym mogłaby się oprzeć — stwierdził. — Ostatecznie pisarka nie musi przeżyć wszystkiego, o czym pisze. Musi tylko wiedzieć, jak sprawić, żeby czytelnik w to uwierzył, prawda? — Uniósł nieznacznie brew.
— A skoro potrafi pani przekonać kogoś do czegoś, czego sama nigdy pani nie doświadczyła, to chyba wychodzi na to, że jest pani po prostu cholernie dobrą pisarką — powiedział i wyprostował się po chwili, odsuwając się od niej na tyle, żeby przywrócić między nimi nieco bardziej neutralny dystans. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, jak wyglądałyby jej teksty, gdyby pisała jednak z doświadczenia, skoro i bez niego potrafiły zachować realizm i głębię. Ale miał jeszcze jedno pytanie, które w tej sytuacji też rozjaśniłoby mu trochę obraz.
Usuń— Czy była pani kiedykolwiek zakochana? — zapytał więc. Skoro doświadczenie fizyczne mogło nie być źródłem jej inspiracji, zastanawiało go, czy przynajmniej emocje znała z własnego życia. Czy jeśli nie znała pierwszego oblicza bliskości, to czy znała to drugie – tę część, która zaczynała się wcześniej niż dotyk i potrafiła być równie intensywna, ale której nie dało się w pełni nauczyć z cudzych historii.
Tanner Morgan 🤨
Paweł wszedł do środka zaraz za Rei, przytrzymując drzwi ramieniem. Od wejścia wyczuł hektolitry czarnej parzuchy i coś, co prawdopodobnie miało w sobie wystarczającą ilość syropu klonowego, żeby przykleić człowieka do podłogi na pół dnia. Czyli śniadanie budowlańca gwarantowane.
OdpowiedzUsuńRozejrzał się po wnętrzu okiem wprawionego specjalisty. Knajpa wyglądała jak miejsce, którego remont zakończono gdzieś przed premierą pierwszego Jurassic Park i od tamtej pory właściciel uznał, że nie ma sensu niczego ruszać. Czerwone, winylowe kanapy połyskiwały od wieloletniego użytkowania, stoliki nosiły ślady kilku dekad, a stary wentylator pod sufitem obracał się z entuzjazmem człowieka pracującego ostatni tydzień przed emeryturą. Pablo lubił takie miejsca. Nie te zajebiście drogie restauracje na Manhattanie, gdzie kelner opowiadał przez pięć minut historię ziemniaka na talerzu, a rachunek sugerował, że ziemniak przyleciał do Nowego Jorku private jetem. Pierwszą rzeczą, którą naprawdę zauważył, nie był jednak wystrój, tylko kelnerka. A dokładniej reakcja Rei na kelnerkę. Spojrzał na kobietę w różowym fartuszku, potem na Reilynn, potem znowu na kobietę. Brwi powędrowały mu do góry. Odczekał grzecznie, aż blondynka zniknie za ladą, po czym opadł na siedzenie naprzeciwko przyjaciółki.
— Rei. — Sięgnął po menu. — Rei, ona oczy miała wyżej. — Nie podniósł nawet wzroku znad karty, ale uśmiech zdradzał, że dokładnie wie, co robi. — Ja tak tylko mówię. Bo przez chwilę wyglądałaś, jakbyś doznała objawienia religijnego. I proszę mi później nie opowiadać, że to ja jestem prostakiem.
Wrócił do menu, bo sprawa biustu kelnerki — choć fascynująca z antropologicznego punktu widzenia — przegrywała obecnie z głodem.
— O, patrz. Big Mountain Breakfast. Trzy jajka, bekon, kiełbasa, hash browns, naleśniki i tosty. — Zmrużył oczy. — To chyba dla dwóch osób. Nie. Dla jednej. — Na jego twarzy pojawiło się szczere uznanie. — Ameryka. — Przesunął wzrok niżej, kompletnie zapominając, że chwilę wcześniej zjadł bajgla i od pół godziny okradał Rei z żelków. — Ekonomiczne? — podchwycił, kiedy zaproponowała dwa różne ciasta. — Nie, Rei. To jest inteligentne zarządzanie zasobami finansowymi. I właśnie dlatego cię szanuję. Jestem młodym przedsiębiorcą, nie wiem czy dam radę do pierwszego.
Zza lady dobiegł brzęk naczyń, ktoś uruchomił starą szafę grającą, a kelnerka bez pytania dolała kawy starszemu mężczyźnie przy barze. Paweł przez chwilę obserwował lokal, po czym oparł przedramiona o stolik.
— Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, że twój genialny wyjazd wygląda na razie tak: wyjechaliśmy z miasta, zjedliśmy żelki i zatrzymaliśmy się jeść? Bardzo ekstremalnie. Bear Grylls by się zesrał ze strachu.
Jego wzrok na moment zatrzymał się na lasce Rei opartej o bok kanapy, ale niczego nie skomentował. Był wystarczająco długo w jej życiu, żeby wiedzieć, kiedy pomagać, a kiedy dla odmiany zamknąć mordę. Przynajmniej teoretycznie.
— A tak w ogóle... ten twój romans z krasnoludem. — Oparł się wygodniej. — Zamek z pękniętą rurą jest dobry, ale nie wiem, czy chcę pracować dla arystokracji. Zawsze płacą ostatni. Będzie za mną chodziła i pytała: „panie krasnoludzie, kiedy skończycie?”, a ja jej będę tłumaczył, że jak poprzedni wykonawca poprowadził kanalizację przez ścianę nośną, to cudów nie zrobię. Potem znajdę pięć innych rzeczy spierdolonych po drodze i z naprawy rury robi się generalny remont zamku. Nie. Już mnie ta baba wkurwia.
— No dobrze, skarbeńki, co wam przynieść? — Właśnie wtedy wróciła kelnerka.
UsuńPablo zerknął na Rei, potem na kobietę, a następnie bardzo demonstracyjnie spojrzał kelnerce prosto w oczy. Zachowywał się wzorowo przez jakieś trzy sekundy.
— Kawa. Duża. Jak macie większą niż duża, to większą.
— Dolewki są w cenie, kochanie. — Paweł spojrzał na Rei z miną, jakby właśnie odnalazł swoje miejsce na ziemi.
— Słyszałaś? — Położył dłoń na sercu. — Wrócę tu.
Zamówił Big Mountain Breakfast ze wszystkim, co oferowała kuchnia, a kiedy kelnerka odeszła, odprowadził ją wzrokiem może sekundę za długo.
— Nic nie mów. — Wskazał Rei palcem. — Ty patrzyłaś pierwsza. Ja jestem tylko człowiekiem.
Rozejrzał się jeszcze raz po lokalu. Telefon milczał. Nikt nie wołał Pablo, masz sekundę?. Nie było budowy, problemów ani ludzi czekających, aż coś za nich ogarnie. Tylko Rei naprzeciwko, absurdalnie wielkie śniadanie w drodze i góra czekająca gdzieś dalej.
— Dziwnie tu — mruknął. — Nikt nic ode mnie nie chce. — Powiedział to żartem, choć przez krótką chwilę sam nie wiedział, co właściwie powinien zrobić z takim stanem rzeczy. Szybko jednak przesunął menu z deserami między nich. — Dobra, wracając do ważnych tematów. Apple pie i sernik? Czy idziemy grubo i bierzemy jeszcze coś czekoladowego? Jesteśmy dorośli. Nikt nam nie zabroni zamówić trzech.
Pablo
Nie miał żadnej pewności, co przeżywają gwiazdy filmów dla dorosłych, gdy nagrywają swoje sceny, i czy dotyczy ich cała gamma wspomnianych emocji, bo nigdy go to nie interesowało, ale na pierwszy rzut oka oni wydawali się być właśnie taką skorupą, dlatego tym bardziej zaskakujące, że Reilynn, która po części czerpała z tego swoją wiedzę, opisywała sceny z taką głębią. W takich filmach bohaterzy częściej traktowali się jak kawał mięsa, co na pewno też na swój sposób przeżywali, tyle że było to raczej mało liryczne przeżywanie. Ale oczywiście rozumiał o czym mówiła. Coś, co tu w rzeczywistości działało oparte o jakiś konkretny schemat, w jej głowie miało swoją własną specyfikę i odpowiadało na jej potrzeby. Mogła więc obserwować akcję na takich filmach, a całą resztę dopisać we własnej głowie w taki sposób, żeby nawet chamski seks miał w sobie jakiś nastrój i skłonność do refleksji, a przy finale potrafił wzruszyć. Tworzyła dla siebie równoległy świat, własny i bezpieczny, bo oparty na osobistych zasadach, którymi nikt poza nią nie był w stanie poruszyć. I jeśli to działało, to dobrze. Jeśli mogła w ten sposób przekazać odczucia, samemu ich nie znając, to tym lepiej. Nie próbował tego oceniać, bo sam był człowiekiem, który twardo stąpał po ziemi, a własnych doświadczeń w tej kwestii również nie miał na tyle, żeby uważać się za kogoś, kto powinien wydawać na ten temat osąd. Nie pisał książek, tylko pozwy i wnioski, których treść zawsze odzwierciedlała to, co realne i nie pozostawała miejsca na wyobraźnię, bo w takich pismach każdy argument musiał znajdować oparcie w przepisach albo dowodach, a nie być jakimś jego własnym widzimisię. Tak na dobrą sprawę nie był nawet pewien, czy kiedykolwiek w swoim życiu mógł wykorzystać wyobraźnię w pełni, skoro od dziecięcych lat była ona częściowo ograniczona przez przyziemne, mocno praktyczne zajęcia, a w jubilerstwie, które teraz było jego szczególną pasją, projekty też opierały się na szablonach. Oczywiście można było wymyślić jakiś fikuśny, ekstrawagancki pierścionek, ale nie widział sensu wymyślać czegoś dla samego wymyślania, jeśli takiego pierścionka nie da się później nosić. Zawsze łączył piękno z wygodą, bo zależało mu na tym, żeby jego projekty zdobiły skórę, a nie ekspozytory. Chciał, żeby jego prace dobrze wyglądały również wtedy, gdy przestawały być oglądane, a zaczynały po prostu towarzyszyć komuś na co dzień.
OdpowiedzUsuńNie pytał o obsesję, bo obsesja jest obsesją, tak samo jak fascynacja jest fascynacją. Pytał o stan, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. O to charakterystyczne przesunięcie uwagi, kiedy obecność jednej osoby zaczynała znaczyć więcej niż wszystko, co działo się dookoła. O uczucie, które sprawiało, że człowiek coraz mocniej przywiązywał się do czyjejś obecności, a jej brak potrafił boleć bardziej, niż chciałby przed sobą przyznać. O potrzebę bliskości z konkretnym człowiekiem, którego nie sposób było zastąpić kimkolwiek innym. Ale to miłe, że Reilynn przy okazji odpowiedziała na kilka pytań, których on być może nigdy by nie zadał, bo dzięki temu wiedział już, że ktoś ją fascynował, a ktoś inny doprowadził do czegoś w rodzaju obsesji. Mogła nie mieć doświadczenia fizycznego, ale nie była pozbawiona doświadczeń emocjonalnych, a to w pewnym stopniu tłumaczyło, skąd w jej tekstach brała się ta emocjonalna głębia, której wcześniej nie potrafił sobie do końca wyjaśnić. Znała intensywność uczuć, nawet jeśli nie znała wszystkich doświadczeń, które zwykle się z nimi wiążą. Jej serce przeżywało bowiem rzeczy, których ciało nie zdążyło jeszcze poznać.
— Zastanawiam się, dlaczego zostawiła pani sobie tylko to, co miała w głowie — powiedział, marszcząc nieco czoło. Choroba na pewno zmieniła całe jej życie, ale czy odbierała jej prawo do tego, żeby czegoś naprawdę doświadczyć? Do poznawania ludzi, do zakochania się, do bycia przez kogoś pożądaną i ważną? Nie musiała rezygnować ze wszystkiego.
— Być może przez te wszystkie lata nauczyła się pani patrzeć na siebie przede wszystkim przez pryzmat tego, czego pani zabrakło. Ale człowiek, który patrzy z zewnątrz, nie musi widzieć tych samych braków. Może zobaczyć spojrzenie, uśmiech, sposób, w jaki pani mówi, to, jak myśli, jak potrafi poruszyć czyjąś wyobraźnię. Może zobaczyć kobietę, której chce być bliżej, zanim w ogóle pomyśli o tym, czego pani nie ma — zapewnił i odrobinę przechylił głowę w bok. — Warto czasem wyjść ze swojej głowy i pozwolić światu odpowiedzieć własnymi słowami.
UsuńUśmiechnął się lekko kącikiem ust, bo może rzeczywiście zabrzmiało to trochę mentorsko, ale naprawdę uważał, że czasami kilka właściwych słów wystarczy, żeby choć na moment zmienić sposób, w jaki człowiek patrzy na samego siebie. Reilynn chorowała i borykała się z trudami tej choroby, czego dziś doświadczyli zresztą oboje, ale nie powinna traktować tej choroby jak skazy, która odbierała jej prawo do normalnego życia, czy zwyczajnego bycia kobietą. Choroba była częścią jej historii, może nawet częścią, która odcisnęła na niej największe piętno, ale nie powinna stawać się całą jej historią. Reilynn Bothwell nie jest przecież chorobą samą w sobie. Skoro on to wiedział, ona powinna wiedzieć tym bardziej.
Westchnął lekko, gdy odbiła piłeczkę z pytaniem o zakochanie, i dał kilka kroków w stronę drzwi. Nie wypadało zostawiać tematu bez słowa. Nie wypadało też rzucać byle jakiej odpowiedzi, chociaż mógł to zrobić, bo Reilynn nie siedziała w jego głowie, ale zdawał sobie sprawę, że otworzyła się przed nim, podobnie jak on przed nią na bankiecie. Dopóki działało to na zasadzie handlu wymiennego, to niech wymiana dalej trwa.
— Nie byłem — odpowiedział więc, zatrzymując się z dłonią na klamce. — Nie mogłem być. I nie chciałem być — wyjaśnił krótko na zakończenie, spokojnie wypowiadając słowa, które od dawna były dla niego oczywiste. Jego życie miało rozpisany scenariusz, z którego do pewnego momentu nie mógł się wyłamać. Były w nim decyzje podjęte za niego i oczekiwania, którym należało sprostać. Nie oznaczało to jednak, że żałował którejkolwiek z nich. Po prostu nauczył się cierpliwie czekać i nie zadawać pytań, na które odpowiedzi i tak nie miały niczego zmienić.
Tanner Morgan 🤭
Tak nie było łatwiej. Tak było po prostu lepiej. Może gdyby znała schemat funkcjonowania jego rodziny i gdyby zrozumiała tak naprawdę, że w jego życiu nie było miejsca na taką beztroskę, na którą ona cały mogła sobie pozwalać niezależnie od sytuacji, wiedziałaby również dlaczego nie było łatwiej, ale lepiej. Nie chciał jednak opowiadać jej historii swojego życia i wnikać w te wszystkie szczegóły, które go ukształtowały, bo nie była to opowieść o wróżkach i jednorożcach. Nie było to nic, co można było uznać za bajkowe w jakimkolwiek stopniu. Powinna choć raz uwierzyć mu na słowo, zamiast szukać własnej teorii, bo tu nie chodziło wcale o to, że nie mógł, ponieważ brakowało mu jako człowiekowi jakiegoś pierwiastka, który uniemożliwiałby zakochanie się. Miłość to czysta chemia, a w jego organizmie wszystko działało bez zarzutów, więc prędzej czy później i jego dopadłaby ten stan, gdyby spróbował. Nie mógł, bo scenariusz jego życia uwzględniał tylko tę kobietę, która od początku została do niego przypisana. Wspomniał to zresztą na bankiecie. Nie chodziło tu wcale o brak możliwości odczuwania, a o świadomość konsekwencji, jakie niosłoby za sobą pozwolenie sobie na coś, czego nigdy nie przewidziano w jego życiu. Nie mógł tego zrobić, bo znał wymiar konsekwencji. A jeśli zakochałby się w kimś innym, to w obecnym położeniu byłby bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. I dlatego nie chciał. Czy Reilynn potrafiłaby to zrozumieć? Nie miał pewności, ale to, że nie był zakochany nie wynikało z tego, że nie chciał, bo nie sprawdził czy mógłby, tak jak założyła. To, że nigdy nie dał szansy ani sobie ani innej kobiecie, wynikało z tego, że przez większą część życia nie mógł. I taka jest jedyna prawda.
OdpowiedzUsuńWyszedł, cicho życząc jej dobrej nocy, i skierował się bezpośrednio do swojej sypialni, gdzie najpierw uporządkował trochę skoroszyty z projektami, a potem ściągnął z siebie dresowe spodnie i wsunął się pod kołdrę. Nie sypiał długo, bo jego życie zawsze było pełne obowiązków, więc wczesne wstawanie było stałą częścią jego rutyny. W mieszkaniu było jeszcze cicho, gdy szedł do łazienki, a po chwili z niej wracał, ale kiedy zatrzymał się w garderobie, usłyszał już ciche dźwięki dochodzące z drugiej części apartamentu. Widocznie Reilynn również wcześnie zaczynała swój dzień. Nie poświęcał temu jednak większej uwagi, zajmując się wyborem ubrań. Sięgnął po szare garniturowe spodnie i ciemną koszulę, której nie zamierzał dziś uzupełniać krawatem, dlatego pozostawił dwa górne guziki rozpięte. Wsunął jeszcze pasek w szlufki, założył zegarek i poprawił kołnierzyk koszuli, który brzydko zagiął się gdzieś z tyłu. Po chwili skierował się schodami w dół i prosto do kuchni, a zanim jeszcze do niej wszedł, poczuł znajomy aromat świeżo zaparzonej kawy. I akurat tego się nie spodziewał.
Spojrzał na stojącą przy oknie Reilynn, a potem na stojącą wolno filiżankę. Podszedł do blatu, nie kryjąc zaskoczenia, bo może zaprzenie kawy ekspresem to nie była żadna filozofia, która wymagałaby doktoranckich studiów, ale wymagało jednak zorientowania się w kuchni. Znalezienia naczyń w szafkach bez klamek i cukru, chociaż to drugie to Reilynn szukałaby bardziej sobie. Dodatkowo tak się złożyło, że wybrała filiżankę z tego zestawu, z którego on uwielbiał pić kawę, więc niespodzianka była naprawdę miła.
— Bardzo dziękuję — powiedział, sięgając filiżankę, z której upił zaraz łyk kawy. Jego spojrzenie wciąż spoczywało na Reilynn, oceniając jej stan po wczorajszym incydencie. A właściwie po dwóch incydentach, bo bankiet swoją drogą, a akcja z laptopem swoją. Kiedy przypominał sobie o tym drugim, chciało mu się śmiać, bo to była wyjątkowo beznadziejna sytuacja, ale bądź co bądź zabawna. Przynajmniej dla niego.
Zmarszczył brwi na jej kolejne słowa. Miał troszeczkę inny plan początek tego dnia.
Usuń— Ja bawiłem się dobrze — odparł, odsuwając filiżankę od ust. — To pani nie mogła, niestety, bawić się równie dobrze, ale mam nadzieję, że przynajmniej dzisiaj czuje się pani już lepiej? — Uniósł brew, rzucając jej uważniejsze spojrzenie przed kolejnym łykiem kawy. Wyglądała dużo lepiej, więc miał nadzieję, że samopoczucie szło z tym w parze. — Poza tym odwiozę panią — zapewnił. Pewnie nie musiał tego robić, bo Reilynn ogarniała życie sama, ale nie widział żadnego problemu, skoro i tak będzie kierował się w tamtą stronę.
— Ale może zjemy najpierw jakieś śniadanie? — zasugerował, odstawiając filiżankę. Spojrzał na zegarek, bo mieli jeszcze trochę czasu do wyjścia, a potem odwrócił się w stronę lodówki. Wczoraj wymiotowała i od tamtej pory nic nie jadła, więc wypadałoby dostarczyć organizmowi chociaż czegoś lekkiego tak na dobry początek.
Tanner Morgan 🥐
— Czasami warto zajrzeć do fryzjera lub barbera, niż męczyć się samemu. Kto ma zdolności, ten ma, ale niech mi pani uwierzy, że ostatnio mojego stałego klienta nie było całe dwa miesiące, bo czekał aż włosy nieco mu odrosną po eksperymencie jego narzeczonej. Ukochanej marzyło się, żeby obcinać go w domu, ale wrócił do mnie i stwierdził, że więcej tego nie powtórzy.
OdpowiedzUsuńWiadomym było, że kto się uczy, nie może wkuwać samej teorii, a wykorzystać sprawdzenie umiejętności w teorii. Głowę z blond włosami Jonatowi użyczył przyjaciel, z którym u boku wystąpił w dwóch sezonach serialu i z którym przetrwali sporo lat w szkole w jednej ławce szkolnej, dopóki obaj nie zrozumieli, że w niektórych momentach fajniej siedzi się z dziewczynami, które akurat to wpadły w oko.
To na Deanie ćwiczył różne fryzury. Był nawet jego modelem na kilku konkursach, dzięki którym zyskał liczne certyfikaty. Większość wywiesił na granatowej ścianie za pulpitem, przy którym dokonywało się zapisów i płatności, wciąż nie wygrywając z liczbą certyfikatów uzyskanych przez Ethana.
Myjąc włosy kobiecie bardziej skupił się na włączonej cicho muzyce niż na tym, ile włosów zostaje w jego dłoniach i na danych miejscach myjki. Mógłby ją zapytać, czy nie ma problemów hormonalnych, ale jeśli je faktycznie miała, to na pewno kontrolowała sytuację, trzymając rękę na pulsie. A on nie był wścibski. Uważał, że może doradzać wyłącznie wtedy, gdy klient faktycznie o to poprosi. Gdyby Rei usiadła załamana na fotelu, schowała twarz w dłoniach, nie wiedząc, jak okiełznać wypadające włosy, wspólnymi siłami zaczęliby szukać jakiegoś skutecznego pomysłu. Dopóki go nie poprosi, nie będzie udzielał wskazówek, gdyż nie jest lekarzem. Z jego strony padła propozycja maseczki i uważał to za stosowne działanie.
Dostosowując cały czas odpowiednią temperaturę wody, zakręcił korek, nałożył maseczkę i pozostawił preparat na włosach klientki przez pięć minut. Niby nie jakoś długo, ale też nie jakoś krótko, więc przepraszając panią Bothwell, oddzwonił do dwóch klientów, rozpisując ich już do końca roku. Mimo końcówki sierpnia, terminarz już zapełniał się solidnie na grudzień.
Miał to szczęście, że produkcja serialu wyznaczyła kilka dni, podczas których mają nagrać nowy sezon po dziesięciu latach, tak więc wiedział na spokojnie, jak może pracować. I nie kolidowało to z przyjmowaniem kolejnych klientów, a na tym Jonatowi zależało, bo nie był żadną gwiazdeczką. W pierwszej kolejności był barberem.
Spłukując po upływie czasu maseczkę z włosów, wytarł wodę ręcznikiem jednorazowym i poprosił kobietę o powrót na fotel. Jakby wiedział, co wydarzy się za kilka minut, podprowadziłby panią Rei albo podskoczyłby tych kilka kroków dalej po laskę dla niej. Tylko, że nikt nie jest w stanie przewidzieć ani bliższej, ani dalszej przyszłości, stąd w tej całej niewiedzy, zaczął przygotowywać się do cięcia. Gdy się go złapała, w pierwszej chwili pomyślał, że klasycznie mogło się zakręcić tej osobie w głowie. Normalna rzecz. Nic wyjątkowego.
— Proszę nie przepraszać.
Już miał ją chwycić, gdy nagle zobaczył, jak z lekkim hukiem opadła na podłogę swoim tyłkiem. Cholerka. Jeszcze brakuje, żeby w opinii napisała, że podczas wizyty się poobijała, bo podłoga była zbyt śliska.
— O Boże. — tym razem te słowa wyrwały się z ust Jonatanowi. Co za nieszczęście! — Nic się pani nie stało? Pewnie źle się pani czuje, ja podam wody, a jak trzeba to już dzwonię po pogotowie, proszę tylko nie odpływać.
UsuńPodał jej dłoń i pomógł się podnieść, a kiedy bezpieczenie całą swoją siłą usadowił ją w fotelu, pomknął jak strzała do pomieszczenia socjalnego. Tam w czysty kubek nalał niegazowanej, zimnej wody i już po chwili podał naczynie pani Rei, obserwując ją uważnie. Może nawet zbyt uważnie, lecz obawiał się najgorszego. Dokładnie tego, że zemdleje i zsunie się z fotela w dół, więc wolał czuwać, niż znowu zareagować trochę za późno, a kolejne zderzenie z podłogą mogłoby się okazać zbyt bolesne.
— I jak?
Zapytał, stojąc przodem do siedzenia, a tyłem do pulpitu, na którym miał mnóstwo barberskich akcesoriów.
Jonatan Barlett
Caleb w swojej pracy spotykał naprawdę masę ludzi. Jedni zapadali mu w pamięć na dłużej, inni znikali z niej niemal od razu. Nie było w tym nic dziwnego. Przy liczbie wezwań, które przyjmował, zwyczajnie nie sposób było pamiętać każdego człowieka, któremu kiedykolwiek udzielał pomocy. Czasami zostawały w głowie zupełnie inne rzeczy. Ulica, numer budynku, pogoda, okoliczności zdarzenia. Charakterystyczny szczegół, który z jakiegoś powodu utkwił mu w pamięci bardziej niż twarz pacjenta. Być może był to po prostu jeden z mechanizmów, który pozwalał mu normalnie funkcjonować. Nie wysyłano go przecież wyłącznie do najcięższych przypadków, ale karetka zdecydowanie nie była usługą, po którą dzwoniło się przy zwykłym otarciu kolana. W jego pracy nie brakowało bólu, strachu i sytuacji, w których ludzie znajdowali się w najgorszym momencie swojego życia. Gdyby miał nosić w głowie każdą z tych historii, prawdopodobnie szybko zabrakłoby mu miejsca na własne życie. Dlatego czasami pamiętał zdarzenie, a nie człowieka. Tym razem jednak kobieta najwyraźniej postanowiła ułatwić mu zadanie.
OdpowiedzUsuńJej słowotok wydał mu się zaskakująco zabawny i lekki. Caleb uśmiechnął się pod nosem, próbując jednocześnie wytężyć pamięć. Przez chwilę przyglądał jej się z uwagą, jakby sama twarz miała nagle podsunąć mu odpowiednie wspomnienie. Nie chciał przyznać, że kompletnie nie miał pojęcia, o czym mówiła. Kiedy jednak zaczęła podawać kolejne szczegóły, powoli coś zaczęło mu świtać. Kolejny element układanki wskoczył na swoje miejsce, aż w końcu pokiwał głową.
— Ach tak, kojarzę! — przyznał szczerze. Uśmiechnął się nieco szerzej, bo nagle przypomniał sobie również kolegę z karetki, który po całym zdarzeniu miał wyjątkowo absurdalny pomysł. — Kolega z karetki chciał wprowadzić taką walutę — dodał z rozbawieniem. — Całkiem ciekawy pomysł.
Sam sposób, w jaki tamten o tym opowiadał, był chyba jeszcze zabawniejszy. Mówił o swoim pomyśle tak, jakby właśnie odkrył coś, co mogło zmienić świat i absolutnie wymagało natychmiastowego wcielenia w życie. Caleb do dziś pamiętał jego pełne przekonania spojrzenie.
Na jej kolejną uwagę tylko wzruszył lekko ramionami.
— Nie przejmowałbym się tym na twoim miejscu. Ludzie po lekach i bólu mówią naprawdę różne rzeczy.
Nie próbował jej szczególnie pocieszać. Nie było w jego głosie przesadnej troski ani zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Rzucił to po prostu jako fakt, bo z perspektywy jego pracy było to coś zupełnie normalnego. Ludzie pod wpływem bólu, stresu czy leków potrafili powiedzieć rzeczy, których później sami by nie pamiętali.
Kiedy zauważył, że zakupy zaczynają wymykać się jej z rąk, bez większego zastanowienia pomógł jej je pozbierać. Odebrał od niej również koszyk, jakby było to czymś całkowicie naturalnym.
Na uwagę o tym, że wygląda jak zombie, przez chwilę przyglądał jej się z lekkim zdziwieniem. Zupełnie nie spodziewał się takiego komentarza, ale już po chwili na jego ustach pojawił się rozbawiony uśmiech. Z jego gardła wyrwał się cichy, ledwo słyszalny śmiech.
— Właśnie wracam z dyżuru — przyznał szczerze, ruszając z nią powoli alejką. Spojrzał na nią kątem oka. — Więc coś w tym jest.
Wzruszył ramionami, zupełnie jakby nie robiło mu to większej różnicy. Był zmęczony. Właściwie bardzo zmęczony. Kilka godzin na nogach, stres i brak odpowiedniej ilości snu zaczynały się odzywać, ale przy niej jakoś łatwiej było mu o tym zapomnieć.
— Ale tak. Kawa to jest zdecydowanie to, co mi się przyda.
Kącik jego ust ponownie uniósł się ku górze.
— Chętnie skorzystam z zaproszenia. W końcu nie codziennie na zakupach można dostać arbuzem.
UsuńZaśmiał się cicho, kręcąc przy tym głową. Cała sytuacja była tak absurdalna, że trudno było przejść obok niej obojętnie. Jeszcze kilka minut wcześniej myślał wyłącznie o tym, żeby jak najszybciej zrobić zakupy i wrócić do domu, a teraz szedł przez sklep z zupełnie obcą kobietą, która najwyraźniej nie miała najmniejszego problemu z prowadzeniem rozmowy za ich oboje. I, ku własnemu zaskoczeniu, wcale mu to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Pomimo zmęczenia poprawił mu się humor. Sam nie był pewien, czy odpowiadała za to jej energia, absurdalność całej sytuacji, czy może po prostu jej szczerość i swoboda. Była gadatliwa, bezpośrednia i nie sprawiała wrażenia osoby, która zastanawia się nad każdym wypowiadanym słowem.
Caleb chyba właśnie tego potrzebował. Czegoś lekkiego. Nieskomplikowanego. Rozmowy, w której nie musiał myśleć o pracy, domu ani o tym, co czekało na niego po powrocie. Nie miał jednak siły się nad tym zastanawiać. Kiedy kobieta przedstawiła się, odpowiedział tym samym, zatrzymując na moment wzrok na jej twarzy.
— Caleb Williams.
Uścisnął jej dłoń, a potem ponownie ruszył obok niej, nadal trzymając koszyk.
— To gdzie teraz zmierzamy? — zapytał z lekkim uśmiechem. — Masz jakąś konkretną listę zakupów, czy po prostu chodzimy i wrzucamy do koszyka wszystko, co wpadnie nam w ręce?
CALEB
Spojrzał na nią, nieznacznie unosząc brew. Uprzejmość uprzejmością, on zakładał po prostu, że Reilynn może być głodna, dlatego wyszedł z taką propozycją. Rozumiał, że ktoś może nie jeść śniadań, bo sam miał w życiu taki bezśniadaniowy okres, ale ta taktyczna ucieczka z mieszkania była co najmniej dziwna. Nie zatrzymywał jej jednak, bo jeśli naprawdę miała potrzebę wyjść, to nie zamierzał robić z tego problemu, a już tym bardziej nie zamierzał traktować jej jak kogoś, komu trzeba pilnować każdego kroku. Była dorosłą kobietą i mogła sama decydować, czego w danej chwili potrzebuje, a on mógł jedynie mieć nadzieję, że wszystko było z nią w porządku. Nie zapomniał o wczorajszej wpadce z filmem dla dorosłych, ale nie roztrząsał tego ani w myślach ani nie zamierzał roztrząsać tego w trakcie jedzenia. A jeśli wciąż krępowała się tym, co wydarzyło się podczas bankietu, to w tej sprawie też nie zamierzał dociekać. Dystans między nimi mogła przywrócić za sprawą dwóch słów, bo to naprawdę nie byłby dla niego problem, żeby cofnąć całą tę relację do wersji początkowej. A prawdę mówiąc, chyba zupełnie nie rozumiał tej dziewczyny. Uprzejmość jej przeszkadzała, więc może lepiej byłoby jej po prostu kazać spadać z mieszkania i szukać żarcia na mieście. Chciała się przyjaźnić, ale i tak szukała w tym wszystkim dystansu. Może po prostu będzie lepiej, jeśli zachowa w tym wszystkim pewną obojętność. Reilynn znalazła się w jego życiu, ale nie zachowywała się jak ktoś, kto chciał w nim być, więc niewykluczone, że to on nadinterpretował pewne rzeczy. Ale skoro zdał już sobie sprawę, to mógł to przynajmniej skorygować.
OdpowiedzUsuńPrzygotował sobie jajka po benedyktyńsku i usiadł do śniadania, w międzyczasie odbierając telefon. Był trochę zaskoczony, że organizacja dzwoniła do niego w niedzielę, ale sprawa musiała być nagląca i rzeczywiście taka była, gdy prawnik wyjaśnił mu pokrótce sytuację. Do akt wpłynęły właśnie wyniki badań DNA, a dokumenty wymagały jeszcze jego podpisu, zanim mogły zostać oficjalnie dołączone do sprawy. Początkowo ustalili, że Tanner pojawi się w kancelarii w poniedziałek z samego rana, ale ten termin nie odpowiadał mu ani trochę. Po krótkiej rozmowie uzgodnili więc, że przyjedzie podpisać dokumenty dziś. Problem polegał jednak na tym, że miał do odebrania córkę.
Zjadł szybko, równie szybko ogarnął kuchnię, a potem zgarnął swoje manatki i wyszedł z mieszkania. W drodze do windy skontaktował się z Shirin, a chociaż kobieta a miała dziś jakieś swoje sprawy, ostatecznie uznała, że zdąży jeszcze odebrać Amber, ale ktoś i tak będzie musiał ją przypilnować. Tanner zapewnił, że do tego czasu coś wymyśli, i po zakończeniu rozmowy wybrał jeszcze jeden numer, krótko przedstawiając sytuację i prosząc o przysługę. Nie wdawał się przy tym w zbędne szczegóły, bo najważniejsze było dla niego znalezienie rozwiązania, które pozwoli mu spokojnie załatwić sprawę i jednocześnie nie zostawić córki bez opieki. Dopiero gdy wyszedł z budynku, schował telefon do kieszeni i rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu Reilynn. Nie miał nawet pewności, czy rzeczywiście czekała na zewnątrz, czy może postanowiła po prostu wrócić sama, ale po chwili namierzył ją spojrzeniem.
Zerknął na papierową torbę, a później na książkę, którą Reilynn wyjęła ze środka. Amber była na takim etapie, że jej upodobania zmieniały się tak szybko, że nawet on za tym nie nadążał, ale dziewczynka z pewnością doceni gest.
Pomyślał jednak, że najpierw zacznie zadawać sto pytań na temat tego, kto sprezentował jej tę książkę, a ostatecznie każe sobie pokazać zdjęcie, którego on przecież nawet nie posiadał. Nie był też pewien, czy znalazłby je w internecie.
Usuń— Wie pani co... — zastanowił się krótką chwilę, patrząc na smoki, które znajdowały się na okładce książki. — Skoro to dla Amber, to myślę, że będzie lepiej, jeśli pani sama jej to wręczy — przyznał. — A jeśli chce pani podziękować mi, to tak się składa, że potrzebowałbym małej przysługi. — Uśmiechnął się lekko. — Okazało się właśnie, że muszę jechać dziś do kancelarii podpisać kilka papierów i potrzebuję kogoś, kto przypilnuje jej przez dwie, maksymalnie trzy godziny w naszym domu w Kings Point — wyjaśnił. — Co pani na to? Odwieziemy później panią do mieszkania.
Tanner Morgan 🤔
Nie, nie uważał tego za rozwiązanie logiczne, a jedynie za jedyne, jakie na ten moment był w stanie załatwić. Wydawało mu się, że przez dwie godziny nie spalą domu i nikt nie utopi się w zatoce, bo jednak Amber była siedmioletnim, uczącym się świata dzieckiem, a nie niemowlakiem, więc była już w stanie zadbać o siebie przynajmniej częściowo. Kwestia sprowadzała się tylko do tego, żeby ktoś miał na nią oko, gdyby jednak coś niepoprawnego wpadło tej młodej damie do głowy. Może nagle postanowiłaby ugotować obiad i wrzuciła do garnka ziemniaki bez wody, czy coś równie absurdalnego. Nie chodziło przecież o nic wielkiego, dlatego pytania o alergie, ulubione jedzenie czy rzeczy, których nie lubiła, były zupełnie zbędne. Nie zostawiał jej przecież pod opieką obcej osoby na cały dzień, tylko na niespełna dwie, może trzy godziny, więc wystarczyło, żeby była po prostu w pobliżu i w razie potrzeby zareagowała. Zresztą, znając Amber, istnieje duże prawdopodobieństwo, że dziewczynka spędzi te godziny na zadawaniu pytań albo na pokazywaniu jej kolekcji swoich figurek z bajek i filmów, o których potrafiła opowiedzieć znacznie więcej, niż przeciętny człowiek potrzebowałby wiedzieć. To grzeczne i stosunkowo spokojne dziecko, więc nie obawiał się o żaden rozbój, czy nawet o pomysły nie z tej ziemi.
OdpowiedzUsuń— Nie musi pani robić niczego, poza przypilnowaniem jej — zapewnił więc w odpowiedzi na pytanie. Amber miała już posiłek przygotowany przez Shirin, ale te trzy godziny raczej nie sprawią, że nagle zgłodnieje. Gdyby jednak zgłodniała, to wiedziała, co należy wyjąć z lodówki. Miała swoje przekąski, ulubione jogurty z owocami i pokrojone wcześniej owoce, po które sięgała między posiłkami, więc nawet w tej kwestii nie trzeba było wymyślać już niczego skomplikowanego.
Przeszli do parkingu podziemnego, z którego lada moment wyjechali na ulicę. Droga nie powinna trwać więcej niż godzinę, o ile nie natrafią na jakiś poważny wypadek, więc przez ten czas jakoś będą musieli odnaleźć się w jednej przestrzeni.
Gdy Reilynn odebrała połączenie, chcąc nie chcąc stał się biernym słuchaczem jej rozmowy. Nie zamierzał się specjalnie przysłuchiwać, ale siedząc obok, siłą rzeczy słyszał wszystko to, co mówiła. Domyślił się szybko, że goniły ją terminy i od razu pomyślał o tym, że wczorajszej nocy faktycznie próbowała pisać, tylko sytuacja troszkę wymknęła się spod kontroli. Nie wiedział, czy później od razu zasnęła, czy jednak otworzyła laptop, ale wychodzi na to, że skoro nie przesłała fragmentu, to raczej nic z tego nie wyszło. Mogła być jednak pewna, że nie będzie zabierał jej już więcej czasu, niż te trzy ostatnie godziny, o które prosił. Pewnie nie przewidziała nawet, że po bankiecie wyląduje u niego, więc to jasne, że wydawca tym bardziej nie brał pod uwagę takiej możliwości. Miała przysłać tekst i nie przysłała.
— Nie szkodzi — odparł krótko, skupiając się na prowadzeniu auta. — Goniące terminy to nic przyjemnego — dodał jeszcze, bo coś o tym wiedział. Mając na głowie kilka spraw w tym samym czasie, często łapał się na tym, że brakuje mu czasu. Kiedyś myślał nawet o jakimś asystencie, kimś, kto zdjąłby z niego te banalne obowiązki, które ten czas zabierały, a z powodzeniem mogły zostać komuś zlecone, ale ostatecznie odsunął pomysł na bok. W drodze, gdy zatrzymali się na światłach, napisał do Shirin wiadomość, że może już spokojnie zbierać się do lekarza.
Kings Point było bardzo spokojną okolicą, zupełnie inną od gwarnego Manhattanu czy nawet Brooklynu, który zostawili za sobą. Duże, eleganckie domy kryły się głęboko pośród drzew, oddzielone od ulic gęstymi żywopłotami i szerokimi pasami zadbanej zieleni. Wzdłuż równych chodników ciągnęły się starannie przystrzyżone trawniki, a między nimi rosły wysokie drzewa, których korony rzucały przyjemny cień na drogę. Samochodów pojawiało się tutaj niewiele, dlatego okolica wydawała się pusta.
Zamiast miejskiego hałasu słychać było przede wszystkim świergot ptaków, a od strony zatoki docierał lekki, chłodniejszy powiew powietrza. Ich posiadłość mieściła się na końcu uliczki, za szeroką bramą i pośród starannie przystrzyżonej zieleni, z zadbanymi trawnikami, żywopłotami i kolorowymi rabatami. Sam budynek był duży, ale nie sprawiał wrażenia miejsca, które za wszelką cenę chciało manifestować swoje bogactwo. Zamiast przepychu dominowała w nim stonowana elegancja – jasny kamień, duże okna i dopracowane otoczenie.
UsuńZatrzymali się na szerokim podjeździe, na którym stał jeszcze samochód Shirin. Kobieta zaraz pojawiła się w drzwiach razem z Amber.
— Shirin zajmuje się domem. Mieszka tu od ponad dwóch dekad, ale niedługo ma wizytę u lekarza, dlatego dziś wyjątkowo nie może zostać z Amber — wyjaśnił Reilynn, gasząc silnik auta. Dziewczynka machała już energicznie w ich stronę, a kiedy Tanner wysiadł, w końcu rzuciła się biegiem, wołając piskliwe tato, jak jakaś alarmowa syrena. Przykucnął więc, żeby przechwycić ją w objęcia.
— Tato, tęskniłam! — rzuciła, choć w jej głosie poza tęsknotą było słychać jeszcze oburzenie. — Czy to prawda, że nie zostaniesz? Bo miałam ci tyle do opowiedzenia, a ty nawet nie zdążyłeś jeszcze zobaczyć mojego nowego robota!
— Zostanę, kochanie. Zostanę — zapewnił. — Muszę pojechać jeszcze w jedno miejsce na dwie, trzy godziny, ale wrócę i wtedy wszystko mi opowiesz. Obiecuję. — Uśmiechnął się, gładząc jej włosy, a potem złapał ją za rękę i podniósł się z kucków.
— Dzień dobry pani — Amber zwróciła się do Reilynn, gdy ją dostrzegła, machając wolną ręką. Była zaskoczona, ale i zaciekawiona. Nie zawstydzona, choć patrzyła trochę niepewnie, a gdy zauważyła protezę, lekko złapała dłonią usta.
— To jest pani Reilynn — przedstawił je sobie Tanner, jakby nie było w tym niczego szczególnego. Dziewczynka wyciągnęła dłoń w stronę Reilynn, mocno walcząc ze swoją ciekawością, co do zapytania o protezę, ale czuła, że to nie jest odpowiedni temat do zadawania pytań. — Pani Reilynn zostanie z tobą na ten czas, dobrze?
Amber pokiwała głową energicznie, na co Tanner uśmiechnął się lekko.
— Tanner, ja już uciekam, do jutra! I dzień dobry pani! — Shirin rzuciła do nich w pośpiechu pakując się do swojego auta, więc odmachał jej tylko i wrócił uwagą do dziewczyn.
— Dobra, chodźcie do środka. Zanim pojadę, pokażemy pani Reilynn co, gdzie i jak — powiedział, zerkając na Reilynn. Wskazał potem dłonią kierunek w stronę domu i trzymając córkę za rękę, ruszył do drzwi.
Tanner Morgan 🏡
Nie oceniał. Jonatan autentycznie wystraszył się tego, co się dzieje z jego klientką. Zareagował w pełni świadomie. Tylko co jeśli wydarzy się coś więcej? Czy dałby radę zadzwonić po pogotowie i jednocześnie udzielać kobiecie pierwszej pomocy przedmedycznej? Jak to szło? Trzydzieści uciśnięć i dwa wdechy? Nie. To nie na jego nerwy. Już raz w swoim życiu reanimował człowieka. I to nie jakiegoś losowego. To był jego tata. Dokładnie dziewięć lat temu. Podczas porządków na działce do sezonu letniego. Na całe szczęście się udało i do dzisiaj mogą swobodnie sobie nawzajem dogryzać. Dzieliło ich zaledwie dwadzieścia lat, więc ojciec przed pięćdziesiątką, dorównywał w zachowaniu synowi po dwudziestce. Mama śmiała się wówczas, że ma jedno dorosłe dziecko w domu, a drugie trochę dalej, ale najważniejsze, że w Nowym Jorku.
OdpowiedzUsuńTak też jemu nie chodziło o to, żeby pani Bothwell poczuła jakąś krępację. Nie był dla niej złośliwy. Nie umieściłby jej na czarnej liście. Tam znalazł się do tej pory tylko jeden klient. Taki, który rezerwował kilka wizyt, a to dla siebie, to dla brata, dla ojca i szwagra, a rezygnował z nich pięć minut przed rozpoczęciem wizyty, czyli wtedy, gdy Jonatan już nie mógł opublikować terminu na stronie salonu, aby ktoś mógł z niego skorzystać. Jedynie mógł liczyć na cud, że ktoś otworzy drzwi od salonu i zapyta czy znajdzie się jakaś szansa, żebym wyszedł stąd z nową fryzurą? A tak pozostawał bez klienta i pieniędzy za usługę. Zmarnowanych kilkadziesiąt minut.
Tak też widząc, że kobieta czuje się lepiej, wziął się za dalszą pracę. Włożył w wykonanie fryzury całe swoje serce, jak robił to zawsze, byle klient nie wyszedł od niego całkowicie niezadowolony. Wiedział, że nie ma takiego doskonałego warsztatu pracy, jak Ethan, ale na pewno z każdym ukończonym kursem dodatkowo, nieco bardziej zbliżał się do jego poziomu. A może pasją do fryzjerstwa zaraziła go babcia ze strony mamy? Chodził z nią do salonu, gdy oboje rodzice musieli pracować. To było w Miami. Do dzisiaj pamięta ten charakterystyczny zapach płynu do ondulacji. Babcia na pewno też go czuje każdego dnia, bo mimo ponad siedemdziesięciu lat, dopiero od zeszłego roku odpoczywa na emeryturze, gdyż długo twierdziła, że bez jej dłoni, w których trzymała nożyczki, maszynkę, grzebienie czy chociażby wałki, wiele kobiet nie wyjdzie na ulicę.
Tak też ostrożnie dokonywał wszelkich przycięć. Układał pasma włosów w dłoniach, oceniając długość. Porównywał. Nim odłożył ostatecznie nożyczki, jeszcze z kilka razy dokonywał licznych poprawek. Dopiero później już w stu procentach pewny efektu końcowego, chwycił za suszarkę i zaczął rozgrzewać mokre włosy klientki.
Barlett z dumą zerknął na to, czego dokonał. Kolejne jego małe dzieło sztuki. Inni malowali obrazy. On odmieniał choć trochę wizerunki ludzi.
Tak też ucieszył się niesamowicie, kiedy pani Reilynn powiedziała, że jej się podoba. Jemu też ta praca się podobała. Tylko jak to możliwe, że bez przerażenia podszedł do tego, aby zająć się damskim cięciem? Najwidoczniej tak miało być. Nie inaczej. Właśnie w ten sposób.
— Polecam się na przyszłość. Chociaż nie jestem pewny, czy następnym razem zamiast damskiego fryzjera, będzie chciała pani odwiedzić barbera.
Zaśmiał się dźwięcznie i wrzucił narzędzia do miseczki, aby przenieść je do dezynfekcji. Kolejne pakiety już czekały na klientów, więc bez problemu zajmie się kolejnymi pomysłami tym razem już chyba tylko mężczyzn.
Zmarszczył nos słysząc o propozycji pani Bothwell. Raczej nie należała do namolnych kobiet, które mogłyby bez końca podrywać, gdyż odniósł o niej już zupełnie inne wrażenie. Dlaczego więc to jego chce zabrać na koncert? Nawet, jeśli jest singielką, to na jej miejscu wolałby zabrać sąsiada, kuzyna czy kolegę z pracy, których na pewno widziała na oczy więcej razy, niż przypadkowego barbera z przypadkowego salonu.
Usuń— Chciałem odpocząć po pracy. Co prawda sam w czterech ścianach, żona wyjechała do Buffalo. — nie ugryzł się w język, wspomniał o tym, co zobaczył, a z rana obejrzał jej relację na Instagramie, widząc jak spaceruje po mieście, sfotografowała pocztówkę na tle miasta i na końcu pokazała obserwującym, co zjadła na śniadanie, korzystając z tego, że mogła usiąść w ogródku należącym do lokalu. — Nie wiem, czy to jest dobry pomysł.
Wzruszył niechętnie ramionami. Rana w sercu znowu wylała ropę. Aż go zakuło. Cholerstwo. Miał przestać ją kochać, a chciałby spacerować z nią po Buffalo, oglądać pocztówki i zjeść śniadanie na świeżym powietrzu. Czy to głupie? Dla innych bardzo, dla niego byłoby to spełnieniem marzeń.
Jonatan Barlett 💇🏻♀️💈
OdpowiedzUsuńGadatliwość Rei była dla niego przyjemną odmianą. Czymś, czego zupełnie się nie spodziewał, kiedy wychodził z domu na zwykłe zakupy. Zazwyczaj robił je w ciszy, wsłuchując się w muzykę lecącą gdzieś z głośników marketu albo własne myśli, których zresztą i tak często miał aż nadto. Przechodził między półkami, wrzucał do koszyka potrzebne rzeczy i starał się załatwić wszystko możliwie szybko.
Potem zazwyczaj zahaczał jeszcze o kawiarnię. Brał szybką kawę i coś słodkiego dla siebie oraz Sam, po czym wracał do domu. Z pracownikami wymieniał jedynie standardowe uprzejmości. Dzień dobry, dziękuję, do widzenia. Nic więcej. Zwyczajnie nie miał siły na rozmowy, a tym bardziej na poznawanie przypadkowych ludzi.
W domu wcale nie było lepiej. W zależności od nastroju Sam wymieniali ze sobą kilka zdań albo praktycznie się do siebie nie odzywali. Jedynym stałym punktem pozostawało pytanie o jego dyżur. Jak było? Co się wydarzyło? Czy wszystko w porządku? Caleb za każdym razem odpowiadał tak samo.Dobrze. Nie miało większego znaczenia, jak naprawdę wyglądała jego zmiana. Odpowiedź zawsze była ta sama.
Dlatego idąc teraz z Rei między sklepowymi półkami, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, jak rzadko miał okazję rozmawiać z kimś w taki sposób. Z osobą, która potrafiła mówić tak dużo, tak swobodnie i bez najmniejszego skrępowania. Nie musiał zastanawiać się, jak podtrzymać rozmowę ani szukać kolejnego tematu. Po prostu słuchał, czasami coś odpowiadał i ku własnemu zaskoczeniu naprawdę dobrze się przy tym bawił. Było to zaskakująco orzeźwiające.
— Och, nie oceniam — powiedział od razu, unosząc lekko dłonie w geście obronnym. — Żona też, o ile gotuje, korzysta z półproduktów. Jak się umie dobrze nimi posługiwać, to czemu nie? — Wzruszył ramionami, sięgając po jeden z produktów z półki. — Nie widzę potrzeby sterczenia dwudziestu minut nad krojeniem pomidorów i ziół, skoro można po prostu wlać sos na patelnię.— Sam często korzystał z podobnych rozwiązań. Nie zawsze miał czas ani ochotę na spędzanie połowy wieczoru w kuchni, zwłaszcza kiedy po całym dyżurze jedyne, o czym marzył, to prysznic i łóżko.— Znaczy, z medycznego punktu widzenia rozumiem różnice, ale praktyka to co innego — dodał po chwili namysłu.
Zaraz jednak Rei ponownie zaskoczyła go kolejnym spostrzeżeniem. Tym razem nie był w stanie się powstrzymać. Zaśmiał się nieco głośniej, kręcąc przy tym głową.
— Ach, ktoś musi — mruknął cicho. Przez chwilę przyglądał się jej z rozbawieniem, po czym dorzucił: — Mam sklep po drodze, ale kto wie. Może w poprzednim wcieleniu byłem Kubą Rozpruwaczem? Stąd pociąg do makabrycznego zawodu.
Wzruszył ramionami z miną człowieka, który właśnie przedstawił całkiem rozsądne wyjaśnienie. Kąciki jego ust wciąż drgały w rozbawieniu.
Zaraz pokiwał lekko głową i ruszył dalej, dorzucając do swojego koszyka kilka rzeczy. Przy okazji zaczął w głowie układać sobie plan na obiad. Miał dwa dni wolnego, więc może tym razem uda mu się zrobić coś bardziej konkretnego. Właściwie sam lubił gotować. Rzadko jednak miał okazję naprawdę się tym nacieszyć. Najczęściej po pracy wygrywało zmęczenie i kończyło się na czymś prostym, szybkim albo zamówionym. Nie miał już ani energii, ani cierpliwości, żeby stać przy kuchence przez godzinę. Teraz jednak czekały go dwa wolne dni i Caleb liczył, że przynajmniej część z nich uda mu się przeznaczyć na odpoczynek. Może nawet znajdzie czas na gotowanie.
— Za słodkie podziękuję, ale kawy nigdy nie odmówię — przyznał z uśmiechem.
Kawa była zresztą osobnym tematem. Caleb żartował czasami, że bez niej jego organizm prawdopodobnie odmówiłby współpracy. Nie chodziło nawet o zwykłe przyzwyczajenie. Przy jego trybie pracy mocna kawa stała się czymś niemalże niezbędnym. Zmiany o różnych porach, zarwane noce, nadgodziny i wieczne poczucie niewyspania sprawiały, że kubek gorącego, mocnego napoju często był pierwszą rzeczą, po którą sięgał po przebudzeniu. I jedną z ostatnich przed pójściem spać, jeśli akurat kolejny dyżur nie pozwalał mu na normalny rytm.
Wiedział, że nie jest to szczególnie zdrowy nawyk. Wiedział też, że lekarz prawdopodobnie miałby na ten temat sporo do powiedzenia. Sam zresztą doskonale zdawał sobie sprawę, że kolejna kawa po nieprzespanej nocy nie rozwiązuje problemu zmęczenia, a jedynie odsuwa moment, w którym organizm upomni się o swoje. Mimo wszystko trudno było mu z niej zrezygnować. Mocna, gorąca i najlepiej bez zbędnych dodatków. Taka, która naprawdę stawiała go na nogi.
Usuń— Chyba jestem już na takim etapie, że jak pewnego dnia nie wypiję kawy, to ktoś powinien sprawdzić, czy w ogóle jeszcze żyję — dodał z rozbawieniem. Spojrzał na Rei, jakby właśnie powiedział coś całkowicie rozsądnego. — Więc tak. Kawą zdecydowanie można mnie przekupić.
CALEB
Leif był sroczką – leciał wszędzie tam, gdzie się świeciło. Gdy słońce smagało po karku, było przyjemnie. Gdy fantazyjny naszyjnik odbijał się od obojczyka, jeszcze milej. Nawet blink blink krótkie jak mrugnięcie okiem, nawet gdy wśród trawy mignął błysk i nawet gdy okazał się tylko zgubionym najniższym nominałem, kapslem czy papierkiem od cukierka, to i tak było dobrze. Przez chwilę miało się nadzieję, że to coś więcej, a to prawie, jakby się to coś więcej schwyciło.
OdpowiedzUsuńLubił, kiedy się skrzyło. Kiedy dowcip miał iskrę, choćby był ironiczny i złośliwy, to otulony kolorem i jasnymi barwami. Wtedy było ciekawie. Dosłowny, agresywny sarkazm bardziej go odstraszał. Oberwał profesurą za niewinny żart o chusteczce, ale kim był, by teraz marudzić Rei? Mało argumentów jak na typa, który nie odzywał się przez sześć miesięcy. Więc tylko się uśmiechnął, jak na siebie z dość małą wesołością – i siorbnął matchę.
– Pewnie, że bym wybrał – zapewnił, nie wchodząc w głębsze rozważania. Jak się chce wzruszać, to niech się wzrusza, sarkazm już cieknął, glut z nosa może dołączyć.
Ikebana, zjadłbym banana. Albo kebaba. Nigdy nie był na warsztatach z układania bukietów, więc możliwe, że prędzej skomponowałby w miarę zdrowego kebaba niż kwiatostan według japońskiej sztuki – ale oko dobre miał, estetyczne wyczucie też, więc wybrałby taki piękny wieniec, że tylko powinszować.
Miał jednak nadzieję, że nie będzie miał po temu okazji.
Kręcił się na ławce, potupywał nogą i odlatywał myślami, choć próbował utrzymać je w ryzach – ale słuchał wiernie opowieści Rei. Dobrze, że było dobrze, choć nie tak dobrze, ale lepiej, i dobrze, że nie umierała. Sól w koronie brzmiało zdecydowanie jak coś, czego by nie przeczytał – co nie było dziwne, praktycznie nie czytał powieści, w ogóle książki niekoniecznie były jego żywiołem – ale gdyby naprawdę powstała, ktoś wyciosałby taką koronę, mógłby obejrzeć na wystawie.
Tylko co to znaczyło, tak właściwie? Ziarno wdarło się w złoto, w kruszec? Drobina obok rubinu? Korona wyrzeźbiona z kamienia z kopalni soli? Miał kiedyś solną lampę, jako dziecko, lizał ją czasem. A może jednak – metafora. Irytowało go czasem sypani soli w zimę na śnieg, choć się przydawało, ale niszczyło buty. Lepsze jednak to niż sypanie soli na rany; trochę się obawiał, że Rei w swoim kwaśnym nastroju zdecydowałaby inaczej.
Ale kto ją tam wie. Trudno przewidzieć.
– Taka Atlantyda? – zapytał, nawiązując do kartografii. – Kida była hot.
Wziął ulotkę od przechodzącego gościa; szkoda, że nie miał nosa klauna, wtedy może Leif ujrzałby w nim swojego zaginionego brata. Zamiast tego ujrzał dość szkaradną reklamę. Jego totalnie nie zachęciła, wata cukrowa tym bardziej – zresztą mieli już tyle słodkości, że na myśl o kolejnych to się na mdłości zbierało.
Synapsy od razu pracują i zaczął myśleć, jak można by przepracować całość. Nawet nieźle się bawił, projektując w wyimaginowanym środowisku, ale szybko zrezygnował i zgniótł kartkę, a potem rzucił zmiętą kulkę do kosza. Za trzy punkty! Trafione.
Czasami – czego lekcje odebrał już dawno, ale wcale nie była łatwa i wcale nie od razu chciał ją zaakceptować – nie chodziło o zrobienie czegoś ładnie i zgodnie ze sztuką, ale skutecznie. Najwyraźniej szkaradny widoczek działał bardziej i przyciągał grupę, na której im zależało.
– Ale że teraz chcesz iść? – zapytał Leif. – Czy kiedyś? Bo możemy iść. Kiedyś. Albo dziś.
Leif Zweig
Nie chciał robić z tego jakiegoś wielkiego oprowadzania, więc gdy weszli do środka, pokazał jej najpierw salon, bo to on był pierwszym pomieszczeniem, z którym i tak miało się wewnątrz styczność. Salon był przestronny i elegancki, utrzymany w jasnych, ciepłych barwach. Na środku stał wypoczynek, składający się z sofy narożnej, kilku foteli i kawowego stolika. Był też kominek, szerokie, kręte schody prowadzące na piętro i balkonik, a do tego czarny fortepian, który stał nieco z boku. Szczególną uwagę przyciągały duże okna, za którymi rozciągał się widok na taras z basenem i dalej na zatokę z ich prywatnym molo, przy którym kołysała się zacumowana żaglówka. Na horyzoncie, po drugiej stronie wody, znajdował się Bronx, choć jego obrzeża widziane z tego miejsca w ogóle go nie przypominały. Z salonu można było wyjść na wspomniany taras, ale przejść też bezpośrednio do kuchni i jadalni, łazienki, czy do pomieszczenia, które służyło za gabinet. Sypialnie znajdowały się na piętrze, ale wchodzenie tam wydało mu się zbędne, choć powiedział Amber, że jeśli będzie chciała pokazać swój pokój, to może śmiało to zrobić. W domu mieli jeszcze siłownię i pomieszczenie, w którym znajdował się bilard.
OdpowiedzUsuńPo tym krótkim oprowadzeniu Tanner zostawił dziewczyny razem, żegnając się z nimi uśmiechem i zapewniając Amber, że wróci za kilka godzin. Następnie skierował się do samochodu i ruszył z powrotem do miasta, tym razem do siedziby Innocence, gdzie czekały na niego dokumenty dotyczące wyników badań DNA. Musiał się z nimi zapoznać, sprawdzić, czy wszystko się zgadza, a następnie złożyć podpisy, żeby mogły zostać dołączone do akt sprawy. Co dziwne, nie czuł nawet większego niepokoju, zostawiając je same. Odniósł wrażenie, że Amber zdążyła już polubić Reilynn, a przynajmniej była nią wyraźnie zainteresowana. Z zachwytem dziękowała jej za książkę, a kiedy Reilynn spokojnie wyjaśniła jej, że proteza jest po prostu częścią jej nogi, dziewczynka uśmiechnęła się szeroko, bo właśnie otrzymała odpowiedź na pytanie, które od początku najbardziej ją ciekawiło. Tanner uznał więc, że przez te kilka godzin powinny poradzić sobie bez większych problemów.
A wrócił po niespełna trzech, tak jak zapowiadał. Gdy wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi i przeszedł do salonu. Na pierwszy rzut oka miał wrażenie, że przez ten czas nic się tutaj nie zmieniło i dziewczyny wcale się stąd nie ruszyły. Amber siedziała przy Reilynn, a ich rozmowa trwała w najlepsze. Dopiero gdy dziewczynka zawołała z wyraźnym zachwytem, że razem napisały książkę, Tanner uznał, że jego wcześniejsze przypuszczenia były całkiem trafne.
— Książkę? W trzy godziny? — Uniósł brew i pochylił się w stronę Amber, gdy zaczęła pokazywać mu dzieło, szybko tłumacząc wszystko pod nosem i przewracając kartki. Zrozumiał, że on był tu bohaterem w zbroi, latającym na smoku, i że istniał miecz, który sprawiał, że źli ludzie mówili prawdę. I ten czarnoksiężnik, który ukradł roboty, a ostatecznie do tego się przyznał. Czyli finał tej książki miał chyba jakiś happy end.
— Super, bardzo ciekawa książka, rezerwuję sobie pierwszy egzemplarz. A może powinienem wziąć od was autografy? Bo coś czuję, że będzie z tego bestseller — powiedział, a Amber zaśmiała się i spojrzała na Reilynn z błyszczącymi oczami, jakby książka, którą napisały, faktycznie mogła osiągnąć taki sukces.
Spojrzał na Reilynn, gdy powiedziała, że będzie się zbierać. Amber też popatrzyła na nią z pytającą miną. Z jednej strony miał świadomość, że każdy ma swoje życie i obowiązki, do których trzeba w końcu wrócić, ale z drugiej czuł, że Reilynn potrzebowała zniknąć.
Spędzili w swoim towarzystwie sporo czasu, przy czym nie było to wcale zaplanowane i teraz po prostu należało już wrócić do swojego porządku. Czy też chaosu.
Usuń— Ale, Rei, zostań — Amber poprosiła, przyciskając do siebie notes. — Możesz ukryć się w moim pokoju, jeśli coś cię goni — zasugerowała cicho, a Tanner zerknął na córkę i uśmiechnął się do niej łagodnie.
— Kochanie, Rei po prostu ma swoje obowiązki, do których musi wrócić — wyjaśnił jej krótko.
— Ale może zrobić je później — zauważyła Amber, próbując zrozumieć to na swój dziecięcy sposób.
Tanner uśmiechnął się pod nosem, bo trudno było odmówić jej logiki.
— Czasami można, a czasami ktoś na nie czeka. I wtedy trzeba się z tym pogodzić. Poza tym jestem pewien, że Reilynn jeszcze kiedyś nas odwiedzi. Prawda? — Podniósł wzrok na Reilynn. Teraz patrzyli na nią oboje. — Oczywiście, jeśli sama będzie miała na to ochotę.
Tanner Morgan 🥹
Przez moment po prostu na nią patrzył, pozwalając jej wyrzucić z siebie wszystko, co najwyraźniej zdążyło ułożyć się w głowie w ciągu tych kilku sekund. Nie próbował jej przerywać ani ratować sytuacji jakimś wyjątkowo błyskotliwym komentarzem, choć kilka razy kącik jego ust drgnął, kiedy wspominała o serniku i protokole pierwszego spotkania. W gruncie rzeczy sam czuł się podobnie absurdalnie. Przez prawie dwa lata znał ją z wiadomości, z tych wszystkich późnych rozmów, dziwnych dygresji, żartów i momentów, w których potrafili przejść od zupełnie błahego tematu do czegoś zaskakująco ważnego. A teraz stała przed nim naprawdę, z laską w dłoni, trochę zawstydzona i zdecydowanie bardziej chaotyczna, niż można było wywnioskować z większości jej wiadomości. I, ku własnemu rozbawieniu, wcale nie czuł rozczarowania. Wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuń– Po pierwsze – odezwał się w końcu, unosząc lekko kubek z kawą – Kot ma się dobrze. Nadal żyje, nadal ma charakter i nadal istnieje spore prawdopodobieństwo, że za kilka godzin będzie próbował przejąć lecznicę. Więc możesz przestać patrzeć na mnie tak, jakbym właśnie przyszedł ogłosić koniec świata – uśmiechnął się ciepło – Po drugie… tak. To ja –powiedział to z taką prostotą, jakby właśnie potwierdzał najbardziej oczywistą rzecz na świecie. Przez chwilę przyglądał się jej twarzy, a potem zaśmiał się cicho – I wiesz co? Chyba trochę liczyłem na to, że kiedyś się spotkamy, ale zdecydowanie nie obstawiałem, że nastąpi to wtedy, kiedy będziesz przynosiła mi znalezionego kota, kupisz mi kawę, a ja będę miał na sobie fartuch – pokręcił głową z rozbawieniem – To jest nawet lepsze niż wszystko, co moglibyśmy wymyślić na forum – podsumował. Nie było w nim ani odrobiny niezręcznego dystansu, którego mogłaby się spodziewać. Nie patrzył na nią jak na kogoś, kogo właśnie odkrył na nowo i teraz musiał ocenić, czy rzeczywistość zgadza się z wyobrażeniem. Dla niego nie było tutaj żadnego „zawiodłem się” ani „wyglądasz inaczej, niż myślałem”. Była po prostu Rei, a raczej wróżką. Ta sama osoba, która przez dwa lata potrafiła napisać mu wiadomość o trzeciej nad ranem, a pięć minut później przejść do absolutnie poważnej dyskusji o tym, dlaczego rodzynki powinny być prawnie zakazane w serniku.
– I po trzecie – dodał, przechylając głowę – Absolutnie nie jesteś zbiorem porażek, lęków i niespełnionych marzeń – na moment spoważniał, choć nadal miał ten łagodny uśmiech –Jesteś dokładnie tą samą osobą, z którą rozmawiałem przez ostatnie dwa lata. Tylko teraz wiem, jak wyglądasz, kiedy się stresujesz i próbujesz udawać, że wcale się nie stresujesz – uniósł brew – Co, swoją drogą, jest bardzo zabawne, bo w wiadomościach robisz to zdecydowanie lepiej – parsknął śmiechem i zrobił krok bliżej, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości, nie chcąc jeszcze bardziej jej przytłaczać – A co do protokołu… – zastanowił się teatralnie – Myślę, że możemy stworzyć własny – wskazał ruchem ręki na kawę – Punkt pierwszy już mamy. Kawa – potem wskazał na drzwi lecznicy – Punkt drugi: upewniamy się, że nasz kot przeżyje własną osobowość – na końcu wskazał na nią – A punkt trzeci zostawiamy na później, bo mam wrażenie, że jeśli teraz zaczniemy ustalać zasady spotkania po dwóch latach pisania, to oboje oszalejemy – uśmiechnął się szerzej – I tak, Rei. Dobrze cię zobaczyć – tym razem nie próbował już tego obracać w żart – Naprawdę dobrze – po chwili uniósł kubek – A skoro już dostałem od ciebie pierwszą kawę, to chyba powinienem odwdzięczyć się drugą. Tym razem pozwól, że ja wybiorę miejsce. W końcu przez dwa lata miałaś przewagę, bo znałaś mnie tylko z tego, co sam ci napisałem. Teraz moja kolej na odkrywanie tajemnic. Zaczniemy od tego, czy na żywo nadal jesteś tak beznadziejnie uparta w kwestii sernika – uśmiechnął się, dając jej tym samym do zrozumienia, że nie pozbędzie się go teraz tak łatwo i musi przyjąć zaproszenie do pobliskiej cukierni.
Theodore
W jego życiu czas mijał niepostrzeżenie, wciąż wypełniony pracą, spotkaniami i kolejnymi sprawami, które odbierały mu wolne wieczory. Przesiadywał głównie w kancelarii, gdzie przygotowywał się do rozpraw, które nabierały tempa i wymagały od niego pełnego skupienia. Część dało się zamknąć sprawnie, a część nadal pozostawała w toku, co oznaczało kolejne godziny spędzone nad aktami, kolejne rozmowy z klientami i przygotowywanie następnych pism. Mimo wszystko, w tym napiętym czasie, dopracował nową kolekcję biżuterii, odbył też kilka istotnych spotkań związanych z jej przygotowaniem i premierą, a na tydzień zniknął nawet z Nowego Jorku, biorąc udział w ekspedycji gemmologicznej. Przemierzał kolumbijskie tereny, na których znajdowały się złoża szmaragdów, odwiedzał miejsca wydobycia, a także zbierał próbki surowego materiału i dokumentował warunki, w jakich powstawały i były wydobywane. Wieczorami porównywał zebrane okazy, robił do tego notatki, a potem porządkował informacje, które później miały przydać się przy ocenie ich pochodzenia i jakości. Rejon Coscuez miał surowy klimat i równie surowy krajobraz. W górzystym terenie drogi w wielu miejscach zamieniały się w błotniste trakty, więc przemieszczanie się nie należało do najłatwiejszych, a on dni spędzał przede wszystkim w terenie, często w wysokiej wilgotności i zmiennych warunkach. Nie był to jednak wyjazd, który traktował jak uciążliwy obowiązek. Oczywiście było to męczące, momentami było to też niewygodne, ale możliwość zobaczenia szmaragdów u ich źródła, zanim stały się częścią gotowej biżuterii, pozwalała mu spojrzeć na nie zupełnie inaczej niż wtedy, gdy trafiały już na jego stół. Poza tym przywiózł stamtąd kilka ciekawych fantów, między innymi kilka ręcznie wykonanych drobiazgów kupionych od lokalnych rzemieślników, czy garść kamieni, które bardziej niż swoją wartością zainteresowały go nietypowym wyglądem.
OdpowiedzUsuńW ciągu tych trzech miesięcy dotarła do niego również informacja, że książka Lynn R. Well odniosła sukces, a mimo że od premiery minęło już trochę czasu, uznał, że mimo wszystko warto jej pogratulować, dlatego pewnego wieczoru wysłał Reilynn krótką wiadomość z gratulacjami z okazji wydania książki i sukcesu, który za nią poszedł. Był to zresztą jedyny kontakt, jaki mieli przez te trzy miesiące, ale nie uważał tego za szczególnie dziwne. Oboje mieli własne życie, a ich światy, choć przecięły się w niecodziennych okolicznościach, na co dzień biegły zupełnie innymi torami, dlatego bez wyraźnej chęci którejś ze stron trudno było oczekiwać, żeby ponownie znalazły się w tym samym miejscu.
Czas zajmowały mu również różnego rodzaju wydarzenia i przedsięwzięcia, których przy jego pozycji zawodowej i rodzinnej nie brakowało. Pojawiały się gale, bale charytatywne, aukcje i przyjęcia organizowane przez ludzi z jego otoczenia, a także spotkania biznesowe, które niejednokrotnie kończyły się całkiem korzystnymi umowami. Nie wszystkie były dla niego równie interesujące, ale każde z nich stanowiło kolejne zobowiązanie wpisujące się w jego codzienność.
Do dzisiejszego wydarzenia nie przygotowywał się jakoś szczególnie. Była to coroczna gala nowojorskiego środowiska prawniczego, podczas której przyznawano wyróżnienia za osiągnięcia zawodowe i szczególny wkład w rozwój prawa, ale też za działalność pro bono, którą niektórzy wykonywali bardzo chętnie. Na to wydarzenie kancelaria była zapraszana co roku, choć nie zawsze pojawiali się na nim w pełnym rodzinnym składzie, bo ze względu na obowiązki, nie wszyscy byli w stanie podporządkować kalendarz jednemu wieczorowi. Najważniejszy pozostawał Joseph, który wciąż stał na czele rodzinnego prawniczego imperium i dlatego każdego roku zaszczycał to miejsce swoją obecnością. Jako arbiter rządowy zasiadał jednak przy osobnym stole, w towarzystwie senatorów, przedstawicieli tutejszych władz i innych osób ze świata nowojorskiej polityki.
Towarzyszyła mu Harriet, od lat przebywająca już na emeryturze, choć w kancelarii nadal pojawiała się od czasu do czasu, zajmując się sprawami administracyjnymi. Później był Tanner, adwokat, który przez lata wyrobił sobie nazwisko własnymi wynikami. Bezwzględny w argumentacji, doskonale przygotowany i skuteczny tam, gdzie inni potrafili utknąć na miesiące. Jego obecność stała się więc równie oczywista jak obecność Josepha, a u jego boku często pojawiała się Dakota, co z racji ich relacji nikogo szczególnie nie dziwiło. Byli małżeństwem, ale również razem pracowali. Jared natomiast przyjeżdżał wtedy, kiedy miał ochotę. W poprzednim roku wolał surfować na plaży w Miami i, prawdę mówiąc, nikt nie robił z tego większego problemu, bo jego obecność nie miała tu dla nikogo większego znaczenia. Na razie był w tym światku zbyt małym graczem, co nie zmienia jednak faktu, że był kojarzony jako potomek Morganów. Natomiast jako radca prawny pozostawał związany z kancelarią, ale nie prowadził spraw klientów, bo nie miał w tym doświadczenia, stąd zajmował się przede wszystkim organizacyjną stroną jej funkcjonowania. W tym roku zamierzał się pojawić, bo tak wypadało, bo ojciec zaczął wymagać od niego więcej, a on dla własnego dobra wolał mu nie podpadać. Jared miał to do siebie, że wiedział kiedy może pozwolić sobie na więcej, a kiedy musi wykazać się pokorą i skulić przed ojcem uszy. Jeśli chciał mieć te wszystkie granty, z których korzystał momentami bez granic, zwyczajnie bawiąc się życiem, to nie mógł iść ze starymi na udry. Odcięliby go od większości luksusów, których dzięki nim mógł zaznać: od posiadłości w Key Largo, fajnych samochodów, czy prywatnego jachtu w Fort Lauderdale, na którym tak chętnie organizował imprezy. Poza tym jego skręcona kostka wróciła już do sprawności, więc nie miał zbyt dobrej wymówki, żeby kogokolwiek przekonać.
UsuńTanner przyjechał sam, kilka minut przed rozpoczęciem gali. Miał na sobie granatowy garnitur od Zegny o szytym na miarę kroju, białą koszulę i ciemny krawat. Całość uzupełniały brązowe, skórzane półbuty oraz biała poszetka wystająca z kieszeni marynarki i obowiązkowo spinki na guzikach mankietów z czarnego onyksu, które były osadzone w platynie. Kamizelkę i marynarkę miał zapięte, a włosy elegancko zaczesane, nie licząc kilku niesfornych kosmyków, które chętnie opadały tam, gdzie im się akurat podobało. Na miejscu odnalazł Dakotę, która założyła jedną ze swoich ulubionych sukni. Czarna i prosta, na cienkich ramiączkach, z dekoltem w kształcie litery V i długim rozcięciem sięgającym uda. Włosy miała rozpuszczone i lekko pofalowane, a całość uzupełniały wysokie obcasy, dzięki którym była tylko odrobinę niższa od Tannera, i komplet klasycznej diamentowej biżuterii.
Zanim dotarli do stolika, zdążyli przywitać się z całą masą znajomych. Tanner znał tutaj przynajmniej trzy czwarte towarzystwa, a wśród kolejnych osób nie brakowało nawet adwokatów, z którymi jeszcze niedawno spotykał się po przeciwnych stronach sali rozpraw. Nie miało to jednak większego znaczenia poza murami sądu, bo zawodowa rywalizacja zawsze zostawała za drzwiami, dlatego tutaj z przyjemnością wymieniali uściski dłoni i kilka uprzejmych słów. Przywitał się jeszcze z rodzicami, którzy siedzieli kawałek dalej z ludźmi polityki, a potem odnaleźli z Dakotą swoje winietki. Ich okrągły stolik znajdował się niedaleko sceny, a przygotowane dla nich miejsca ustawiono obok siebie. Kolejne było dla Jareda oraz jego osoby towarzyszącej, której nikt nie znał i o którą nikt też nie dopytywał, bo zmieniał je na tyle często, że pytać nie było po prostu sensu.
Aż do teraz.
To jakieś totalne nieporozumienie.
Jared był tylko dwa centymetry niższy od niego, więc zauważenie go wśród gości nie stanowiło żadnego problemu. Wyglądał jak zawsze – czarny garnitur, starannie ułożona fryzura, jasna koszula, ciemny krawat i uśmiech przyklejony do ust. Standard. Ale kiedy w tym tłumie wyłoniła się jego osoba towarzysząca, Tanner na moment zupełnie stracił wątek.
To nawet nie chodziło o to, że nie spodziewał się jej tutaj, bo to raczej oczywiste. Nie spodziewał się przede wszystkim, że kiedykolwiek zobaczy ją u boku Jareda. Z całego grona ludzi, z którymi mogła pojawić się na tej gali, akurat jego brat? Przez kilka sekund po prostu patrzył na nich z niedowierzaniem, próbując znaleźć w tym wszystkim jakąś logiczną zależność. Jak to w ogóle możliwe, że oni się poznali, skoro jego towarzystwo zwykle składało się z imprezowiczów i ludzi, którzy uwielbiali trwonić pieniądze na drogie szampany? To wydawało się być jakimś wielkim nieporozumieniem. Ale nie. Za chwilę Jared im ją przedstawił, więc na pewno wiedział z kim tutaj przyszedł.
UsuńTo jakieś chore nieporozumienie.
Skinął głową, nie wypowiadając ani słowa. Od razu zauważył, że Reilynn nie dała po sobie poznać, jakoby kiedykolwiek wcześniej się znali. Przez moment przemknęła mu nawet myśl, żeby w jakiś sposób zaznaczyć ich wcześniejszą znajomość, ale ostatecznie z tego zrezygnował. Może rzeczywiście już się nie znali. Skoro pojawiła się tutaj u boku Jareda, to znaczy, że z nim faktycznie nie powinna mieć nic wspólnego. A jeśli się spotykali, to nawet logiczne, jeśli Reilynn wolała ich znajomość zataić.
Dakota natomiast uśmiechnęła się symbolicznie, taksując Reilynn spojrzeniem. Od razu dostrzegła laskę, więc spojrzała niżej na protezę, a potem podniosła brew, bo odkąd pamiętała, Jared celował w długonogie dziewczyny. Znacząca zmiana.
— Dobry wieczór — przywitała się, trzymając nisko w dłoniach elegancką kopertówkę. Przeniosła wzrok na Jareda. — Poznajesz coraz ciekawsze dziewczyny. Przyznaję, tym razem naprawdę udało ci się mnie zaskoczyć. — Uniosła brew, a kącik jej ust drgnął w rozbawieniu.
Jared przechylił głowię i popatrzył na Dakotę znudzonym wzrokiem.
— Jeszcze trochę i Tanner zacznie zaskakiwać ciebie. A wtedy pośmiejemy się we dwoje — rzucił. — Chociaż tobie do śmiechu raczej nie będzie — skwitował gorzko, na co Dakota parsknęła cicho, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Och, daruj sobie — rzuciła, choć rozbawienie nadal błąkało się po jej twarzy. — Nie wszystko musi być od razu powodem do rodzinnej wojny. Usiądziemy?
Zasugerowała i podeszła do krzesła, które Tanner dla niej odsunął. Jared zrobił to samo dla Reilynn. Nie trzeba było znać ich historii, żeby wiedzieć, że Dakota i Jared nie żywili do siebie zbytniej sympatii. Kiedyś było inaczej, ale od kilku lat toczyli swoje małe wojenki, głównie dlatego, że Jared opowiadał się po stronie Tannera i uważał, że Dakota, zamiast zatruwać jego życie, powinna już dawno się z niego dobrowolnie wynieść. Dogryzał jej przy każdej dobrej okazji, więc stało się to częścią ich rodzinnej codzienności.
Tanner zajął swoje miejsce z ciężkim westchnięciem, bo może nie był jasnowidzem, ale przewidywał, że ten wieczór będzie jedną wielką katastrofą. To po prostu nie mogło się udać. Możliwe, że tą nieoficjalną część spędzą zupełnie oddzielnie, ale teraz byli skazani na jeden stół. Sytuacje podratują trochę te wszystkie przemowy ze sceny, które będzie można ze znudzeniem wysłuchać. A jeżeli już o scenie mowa, to właśnie na niej Tanner, odpinając guzik marynarki i odchylając się na krześle, zawiesił swoje spojrzenie. Prowadzący zastukał w mikrofon, gotowy do rozpoczęcia oficjalnej części wieczoru. Rozmowy przy stolikach zaczęły powoli cichnąć, a uwaga gości skierowała się już w stronę sceny.
Morgan family 👔💎
Przeniósł spojrzenie na Reilynn, gdy zaczęła mówić. Pojawiła się w środowisku, w którym ludzie się oceniają na wielu różnych płaszczyznach i nie chodziło wyłącznie o wygląd czy o sposób bycia, ale też o nazwisko, pozycję, towarzystwo, w jakim się pojawiała, a nawet o to, z kim przyszła. A przyszła z chłopakiem, który faktycznie stronił od zobowiązań i często zmieniał swój obiekt zainteresowań, choć Jared pewno nie był jedynym w tym miejscu, który prowadził taki tryb życia. Krawaciarze też lubią poszaleć po godzinach. W każdym razie w ich gronie było to oczywiste, dlatego też sam Jared nie próbował udawać, że jest inaczej. A czy jego dziewczyny były coraz ciekawsze? Możliwe. Tanner nigdy nie był szczególnie zainteresowany życiem uczuciowym brata i nie urządzał z nim męskich wieczorków, na których ocenialiby sobie jego byłe, czy potencjalnie przyszłe dziewczyny. Poznawał je przelotnie, a odkąd wyprowadził się z rodzinnej rezydencji, często nie poznawał ich wcale. Dakota pewnie miała o tym większe pojęcie, skoro widywała je w ich domu, choć Tanner był przekonany, że Jared zadbał o to, żeby żadnej nie poznała bliżej. Fakt, że Reilynn zaznaczyła, że przyszła tu jako jego przyjaciółka, też nie był dla nikogo pewnym wyjaśnieniem, bo u Jareda te granice lubiły się zacierać. Przyjaźń z dodatkiem to dla niego chyba nawet lepsza opcja niż tworzenie związków. Tak czy inaczej to, co ich łączyło, było wyłącznie ich sprawą i Tanner nie zamierzał w to wnikać, choć wciąż trudno było mu przyjąć za prawdę fakt, że oni rzeczywiście się poznali i to do takiego stopnia, żeby chodzić razem na takie wydarzenia. Nie przeszkadzało mu to, ale było mu z tym dziwnie, pewnie dlatego, że nie spodziewał się po Reilynn takiego wyboru. Wydawała mu się jednak bardziej wrażliwa na uczucia, natomiast sfera uczuciowa u Jareda trochę leży. Za to doświadczenie w innych dziedzinach ma akurat całkiem spore, więc można założyć, że jedno wchodzi w drugie, jeśli komuś taki układ pasuje.
OdpowiedzUsuńDakota przeniosła na Reilynn chłodne spojrzenie, w którym trudno było doszukać się choćby odrobiny sympatii. W ogóle nie rozumiała, po co ta dziewczyna próbowała wchodzić z nią w jakąś dyskusję. Przyszła tu nie wiadomo skąd, nie wiadomo kim jest, usiadła przy ich rodzinnym stole i próbuje wygłaszać tu jakieś pouczające elaboraty.
Prowadzący zaczął już czytać z kartki wstęp, a przy ich stole zrobiło się poruszenie.
— Przepraszam ale jeśli jesteś mało zorientowana w układzie frontów, to znaczy że jesteś takim samym wyborem Jareda, jak wszystkie jego poprzednie. A jeśli nie chcesz wszczynać między nami wojen, to najlepiej zbyt wiele nie mów — powiedziała, wcale nie dbając o uprzejmość.
— Dakota, czy ty jesteś o mnie zazdrosna? Bo ciągle tylko Jared i Jared. Zostaw dziewczynę w spokoju, zajmij się swoimi problemami — Jared odpowiedział od razu.
— Mam już pewność, kochany, że nie ma tu o co być zazdrosnym — zauważyła cierpko.
Cierpliwość Tannera właśnie weszła w kolejny etap próby, dlatego wtrącił się zaraz surowym tonem:
— Skończcie, do cholery, te przepychanki — nakazał. — Jeśli macie jakieś sprawy do rozwiązania między sobą, to tam są drzwi — wskazał ręką za siebie, prostując się nieco na krześle. — Skoro zachowanie twarzy w tym miejscu to dla was jakiś wielki wyczyn, możecie we troje skorzystać i wyjść. A przy okazji po drugiej stronie ulicy jest przedszkole, sprawdźcie, może zapisy jeszcze się nie skończyły.
Popatrzył na nich jeszcze przez chwilę i pokręcił lekko głową, po czym przeniósł wzrok z powrotem na gadającego prowadzącego, który wspominał właśnie historię corocznej gali. Jared na chwilę podniósł ręce w pokojowym geście, oparł się na krześle, a potem skrzyżował ramiona na wysokości klatki piersiowej i zwrócił wzrok w stronę sceny. Posłał jeszcze Reilynn pogodny uśmiech i lekko wzruszył ramieniem. Życie. Dakota z kolei rzuciła ciche przepraszam i też oparła plecy ostrożnie na krześle, zakładając przy tym nogę na nogę i odsłaniając nagie kolano.
Nie łudził się, że rozwiąże to cokolwiek długoterminowo, ale przynajmniej na ten moment, gdy siedzieli przy tym pieprzonym stole, mogli udawać, że są cywilizowanymi ludźmi i pozwolić prowadzącemu wykonywać swoją pracę. A on, jeśli chciał dotrwać do końca gali bez konieczności rozdzielania własnej rodziny jak grupy wyjątkowo kłótliwych dzieci, musiał zadowolić się właśnie takim rozwiązaniem.
UsuńProwadzący po krótkim wstępie przeszedł do właściwej części wieczoru. Przedstawił pokrótce ideę tegorocznej gali i wspomniał o najważniejszych wydarzeniach minionego roku, ale też podziękował wszystkim, którzy od lat angażowali się w jej organizację oraz działalność prawniczą poza salami sądowymi. Nie przeciągał jednak przemowy, szybko przechodząc do kolejnych punktów programu, zapraszając na scenę pierwsze osoby. Kolejne nazwiska padały z głośników, a wraz z nimi przy stolikach rozlegały się brawa. Wyróżnieni prawnicy podchodzili do mikrofonu, odbierali pamiątkowe statuetki lub dyplomy, a następnie poświęcali kilka chwil na krótkie podziękowania. Jedni ograniczali się do kilku zdań, inni wykorzystywali moment, by wspomnieć swoich współpracowników, mentorów albo klientów, którzy na przestrzeni lat mieli wpływ na ich zawodową drogę. Po każdym wystąpieniu sala wypełniała się oklaskami, które czasem krótkie i uprzejme, bardziej wynikające z dobrych manier niż rzeczywistego entuzjazmu, innym razem rozbrzmiewały znacznie dłużej, kiedy na scenie pojawiała się osoba rzeczywiście zasługująca na uznanie całego środowiska. Prowadzący sprawnie przechodził od jednego wyróżnienia do następnego, pozwalając nagrodzonym zrobić sobie kilka zdjęć, uścisnąć dłonie przedstawicielom organizatorów i zejść ze sceny. Wśród kolejnych nazwisk pojawiło się również to, którego Tanner spodziewał się od samego początku. Kiedy prowadzący zapowiedział Josepha Morgana, przy stole rozległy się oklaski, a sam Joseph bez większego pośpiechu podniósł się z miejsca. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego wyróżnieniem. Poprawił jedynie marynarkę czarnego smokingu i ruszył w stronę sceny. Za wyróżnienie podziękował bez zbędnego patosu. Powiedział zaledwie kilka zdań, kierując podziękowania przede wszystkim do swoich współpracowników i ludzi, z którymi przez lata miał okazję pracować, po czym uścisnął rękę prowadzącemu i wrócił do stolika.
Po kolejnych kilku wyróżnieniach prowadzący ponownie spojrzał w kartkę trzymaną w dłoni, a na jego twarzy pojawił się nieco szerszy uśmiech.
— A teraz osoba, której nazwisko z pewnością nikogo na tej sali nie zaskoczy. Za wieloletnią działalność na rzecz środowiska prawniczego, wyjątkowe osiągnięcia zawodowe oraz wkład w rozwój naszej profesji tegoroczne wyróżnienie otrzymuje Tanner Morgan-Miller — oznajmił, kierując spojrzenie w stronę ich stolika.
Przy stolikach ponownie rozległy się oklaski, a Tanner odsunął krzesło, zapiął guzik marynarki i ruszył w stronę sceny spokojnym krokiem, witając po drodze kilka osób krótkim uśmiechem. Gdy znalazł się przy prowadzącym, uścisnął mu dłoń, a następnie odebrał statuetkę i stanął przed mikrofonem.
— Dziękuję za to wyróżnienie. To oczywiście miłe podsumowanie kilku ostatnich lat pracy, ale trudno mówić o jakimkolwiek sukcesie, przypisując go wyłącznie sobie — powiedział spokojnie. — Mam szczęście pracować z ludźmi, którzy każdego dnia wykonują swoją pracę na najwyższym poziomie, i to im w dużej mierze należą się te podziękowania — zaznaczył i na moment spojrzał na trzymaną w dłoni statuetkę, po czym uniósł wzrok na publiczność. — A ponieważ podobnych rzeczy mam już w gabinecie więcej, niż jestem w stanie rozsądnie wyeksponować, chciałbym zrobić z tej nagrody nieco lepszy użytek. Przekazuję ją na dzisiejszą licytację charytatywną. Mam nadzieję, że przyniesie ona komuś więcej pożytku niż mnie.
Na sali rozległy się oklaski, tym razem spontaniczne i znacznie dłuższe. Kilka osób uśmiechnęło się, a prowadzący pokiwał z uznaniem głową. Tanner przekazał mu statuetkę i po krótkim podziękowaniu dla publiczności zszedł ze sceny. W drodze do swojego miejsca, wyłapał uśmiech matki, która siedziała dwa stoliki dalej, a potem zajął z powrotem swoje krzesło.
UsuńDalsza część przemówienia skupiła się już na podsumowaniu minionego roku, planach na kolejne miesiące oraz zapowiedzi tegorocznej licytacji charytatywnej. Prowadzący wspomniał jeszcze o kilku inicjatywach organizowanych przez środowisko prawnicze, podziękował sponsorom i wszystkim osobom zaangażowanym w przygotowanie gali, po czym w końcu pozwolił sobie na luźniejszy ton.
— A teraz wystarczy już o pracy. Dzisiejszy wieczór jest przede wszystkim po to, żebyśmy mogli spotkać się poza salą sądową, odłożyć na chwilę zawodowe spory i po prostu spędzić razem trochę czasu. Korzystajcie więc z wieczoru, dobrej muzyki, jedzenia i swojego towarzystwa. Bawcie się dobrze, celebrujmy ten wieczór! — zakończył, a sala ponownie odpowiedziała mu oklaskami. Kelnerzy za moment zaczęli donosić różnego rodzaju przekąsek i napojów, a ludzie zaczęli wstawać od stołów, wypełniając pomieszczenie gwarnymi rozmowami.
Tanner Morgan 👏