LAVENDER WONG
6.06.1998 r., Guangzhou, Chiny; od szóstego roku życia związana z nowojorskim Chinatown ▪︎▪︎▪︎ właściwie Mei-Lan Wong ▪︎▪︎▪︎ pracuje w domu pogrzebowym rodziców The Wong House of Rest ▪︎▪︎▪︎ oficjalnie: tanatopraktorka i specjalistka od dekontaminacji miejsc zgonów, nieoficjalnie: sprząta ślady po wszelkich porachunkach ▪︎▪︎▪︎ po uszy w rodzinnych długach, które wydają się nie mieć końca ▪︎▪︎▪︎ uzależniona od papierosów ▪︎▪︎▪︎ mieszka z rodzicami w starym, ciasnym i rozpadającym się domu w Chinatown; na parterze działa rodzinny dom pogrzebowy, na piętrze mieszka jej rodzina, a ona zajmuje duszne poddasze ▪︎▪︎▪︎ ▪︎▪︎▪︎ ▪︎▪︎▪︎ ...
SUBJECT ID: M-L-W-060698
SECONDARY FILE PHOTO
Imię i nazwisko: Mei-Lan Wong
Znana jako: Lavender Wong
Data urodzenia: 06.06.1998 r.
Miejsce urodzenia: Guangzhou, Chiny
Obecna lokalizacja: Chinatown, Nowy Jork
Wykształcenie: biochemia, ukończona z wyróżnieniem
Rodzina:
Suyin Wong – matka,
Jian Wong – ojciec,
Chen Wong – starszy brat, ur. w 1990,
Lily Wong – młodsza siostra, ur. w 2003
Zadłużenie:
ok. 520 000 dolarów wobec prywatnego lichwiarza powiązanego z półświatkiem Chinatown,
hazardowe długi starszego brata, Chena Wonga, szacowane na ok. 180 000 dolarów
CEL POD STAŁĄ OBSERWACJĄ
Podejrzewana o regularne kontakty z osobami powiązanymi z półświatkiem Chinatown i nie tylko, raczej nie jest zamieszana bezpośrednio w nielegalne interesy.
Zaobserwowano wysoką skuteczność w usuwaniu śladów biologicznych i chemicznych.
Podmiot posługuje się co najmniej kilkoma fałszywymi dokumentami i regularnie przemieszcza się białym vanem bez logo, zarejestrowanym na firmę pogrzebową rodziny Wong.
Nie lekceważyć drobnej postury podmiotu; zaobserwowano wysoką zwinność, szybkość reakcji i ponadprzeciętną odporność na stres.
Telefon rozdzwonił się o 3:17 nad ranem tak głośno, że Lavender musiała się powstrzymać, aby nie rzucić komórką o pobliską ścianę. Było ciepło, zbyt ciepło. Dopiero zaczął się cholerny maj, a było już tak gorąco, że pociła się jedynie od przejścia z jednego kąta pokoju do drugiego. Nie dało się tutaj spać, jeść ani porządnie się wysrać, a mimo to nie chciałaby być nigdzie indziej. Wiecznie za mały dom rodzinny od zawsze był dla niej czymś pomiędzy schronieniem a pułapką. Wciąż nie mogła się jednak zdecydować.
Złapała za komórkę z ociąganiem i zmrużyła oczy, kiedy zobaczyła numer bez nazwy – klasyk. Zanim odebrała, sięgnęła po paczkę papierosów i zapaliła.
— Masz robotę — odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.
Nie przywitał się. Nigdy się nie witał. Nie wiedziała o nim niczego konkretnego, nawet nie znała jego imienia, dlatego nazywała go w myślach Ambasadorem Chujowych Poranków.
— Gdzie? — zapytała.
— Astoria. Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy.
— Ile osób?
Odpowiedziała jej cisza. Przez sekundę słyszała tylko własny oddech, szum miasta za oknem i ciche skwierczenie papierosa, który spalał się między jej palcami.
— Ciało? — dopytała.
— Zajęliśmy się tym.
Nie pytała o nazwisko. Nie pytała, kto zabił. Nie pytała o żadne szczegóły. W tej robocie od zawsze wyznawała jedną zasadę: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, choć w tym przypadku powinno się rzec: im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz.
— Klucz znajdziesz pod wycieraczką.
— Tylko amatorzy trzymają klucze pod wycieraczką — stwierdziła luźno, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Mężczyzna się rozłączył.
Jej biały van bez żadnego logo stał pod kamienicą, nie wyróżniając się jakoś bardzo, ot, kolejne duże auto w gąszczu wielkich samochodów. I oto właśnie chodziło; im mniej ludzi zapamiętywało jej twarz i w ogóle rejestrowało jej obecność, tym większa była szansa, że dożyje kolejnych urodzin. Bez żadnego pośpiechu dokończyła papierosa – czwartego, odkąd zadzwonił telefon, a potem schwyciła za czarną, dużą walizkę i wzięła się za robotę.
Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy. Klucze pod wycieraczką – zanim je złapała, sięgnęła po parę rękawiczek. Weszła do środka najciszej, jak się dało.
Wychwyciła wszystko, każdy szczegół: rozbity wazon pod ścianą, wodę wsiąkającą w dywan, połamane kwiaty, krew niechlujnie ozdabiającą podłogę i ściany. Dość ładny stolik kawowy ktoś przesunął o około pół metra; gdy przyjrzała się bliżej, dostrzegła pęknięcia w szkle i ślady po paznokciach. Obok kanapy leżała zakrwawiona poduszka z rozprutym szwem, jakby ktoś złapał ją w ostatnim, bezsensownym odruchu. Przy framudze zauważyła odprysk lakieru i cienką rysę w drewnie. Niżej, tuż przy listwie przypodłogowej, zebrała się ciemniejsza linia. Schyliła się, nie dotykając niczego, i przyświeciła latarką. Był tam kawałek szkła i ślad buta odciśnięty bokiem, ktoś musiał się poślizgnąć.
Zaciągnęła się powietrzem. Metaliczny zapach krwi mieszał się z tanim płynem do podłóg, papierosami i czymś słodkawym. Ktoś próbował tu posprzątać. Gdy zobaczyła mokry ręcznik rzucony pod zlewem, prychnęła z niedowierzaniem. Kto normalny próbował zetrzeć krew bawełną z Ikei?
Postawiła walizkę przy ścianie i otworzyła ją. Najpierw założyła ochraniacze na buty, była już w roboczych ubraniach, więc nie musiała się przebierać, i sięgnęła po lampę UV i kilka czarnych worków. Do sprzątania użyła swojego ulubionego płynu, który pichciła w ciasnej łazience na poddaszu i przelewała do matowej butelki bez etykiety. Śmierdział chlorem, alkoholem i taką chemią, że wykręcał nos i drapał w gardło, gdy odkręciło się korek.
Gdy kończyła robotę, zadzwonił telefon. Ekran wściekle się zaświecił i pokazywał numer mamy – i w tym momencie Lavender odebrałaby nawet wtedy, gdyby była po pas w gównie. Po prostu, kurwa, świetnie. Nikt nie ignorował połączenia od Suyin Wong. Nawet cholerny diabeł odebrałby telefon od tej kobiety.
— Mei-Mei, gdzie jesteś?
Lavender nienawidziła, gdy matka mówiła do niej w ten sposób, ale przestała już prosić ją o to, aby zwracała się inaczej. Mei-Mei brzmiało jak imię taniej prostytutki, choć gdyby dłużej się nad tym zastanowić, obie zajmowały się chujową robotą.
— W pracy — odpowiedziała, przyciskając telefon ramieniem do ucha i zawiązując czarny worek. — Gdzie mam być?
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, ta sama, w której Suyin Wong potrafiła zmieścić całe swoje rozczarowanie i troskę jednocześnie.
— O tej godzinie? — zapytała.
Lavender omiotła wzrokiem zakrwawioną smugę pod listwą przypodłogową.
— Ludzie nie umierają według grafiku, mamo.
— Tak, tak, to wola niebios — odparła. Lavender była pewna, że matka właśnie przewróciła oczami. — Ale pamiętasz, że masz dzisiaj randkę z tym uroczym chłopcem? To wnuk tej uroczej kobiety z warzywniaka, kojarzysz pewnie, taka niska, trochę gruba… no, ale chcę, żebyś dobrze wypadła. Bądź miła.
I to właśnie w tym momencie Mei-Mei żałowała, że to po niej nikt nie sprzątał. Wtedy ominęłaby ją randka, którą zorganizowała jej matka, i całe to swatanie, które zaczynało przypominać rodzinny projekt ratunkowy prowadzony z determinacją godną ewakuacji tonącego statku. Suyin Wong miała bowiem tę paskudną cechę, że gdy uznała coś za konieczne, ignorowała każdą odmowę. A ostatnio uznała, że jej córka potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale i mężczyzny.
Popełniłam kolejną zbrodnię i... tak pojawiła się Lav 😅 Mei-Mei jest specyficzna, ma spaczone poczucie humoru i uwielbia pakować się w kłopoty, ale tak ogólnie to pomoże i poratuje papieroskiem, więc się polecamy! PS Kartoteka i relacje się rozwijają 🤭
📩 Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com
Hello sweetheart 💗
OdpowiedzUsuń[Uuu, ale super klimacik! Bardzo lubię tę różnorodność w Twoich postaciach! Ta pani tutaj to mocny zawodnik, z dreszczykiem, czuję że zatrzęsie miastem!
OdpowiedzUsuńBawcie się dobrze!]
Lily/Emma
[ Hej!
OdpowiedzUsuńTwoja pani i jej zawód przypomniał mi mój mały eksperyment, który tutaj miałam. Mój Caleb był tanatopraktorem, więc bliskie są mi te mroczne klimaty twojej pani. Nawet nieco zatęskniłam za tym otoczonym śmiercią odludkiem ;;
Tobie życzę dużo weny i fajnych wątków. Dzięki też za powitanie! Z Nathanielem jesteśmy bardzo chętni na wątek! Daj znać, która z twoich pań widzisz bardziej w wątku z moim panem :D ]
Nathaniel
Ivan dobrze pamiętał, jak to było nie mieć rodzeństwa, a najbliższymi dla niego dzieciakami byli koledzy z osiedla. Był to czas beztroski, wypełniony od rana zajęciami w szkole, później zajęciami dodatkowymi, a na sam koniec, tuż przed zmrokiem, zabawą do upadłego na szarym podwórku. Bramkę, w której siatka ostatni raz była powieszona, gdy do drugiego człowieka zwracało się towarzyszu, lub obywatelu, z reguły okupowały starsze dzieciaki, dlatego często przesiadywali w starym garażu Sashy, do którego klucze podwędził ojcu, gdy ten kolejny raz wypił zbyt dużo i zasnął na zapadającej się kanapie. Rozparci na fotelach, wyciągniętych ze starej Łady, planowali swoją przyszłość, która miała nigdy nie nadejść – żaden z nich nie został astronautą, strażakiem, ani inżynierem jądrowym. Już wtedy wiedzieli, że czeka ich los zupełnie inny, ale młody Vasya w życiu nie przypuszczałby, że wyląduje tysiące kilometrów dalej w miejscu, w którym był teraz.
OdpowiedzUsuńKiedy odebrał telefon od mężczyzny, który był jego starszym bratem i przy okazji osobą, od której wyjątkowo telefonów nie lubił odbierać wiedział, że to nie może oznaczać niczego dobrego. Dima nigdy nie dzwonił, żeby pogadać o pogodzie, czy chociaż zapytać o jego samopoczucie – Ivan w zasadzie też tego nie robił, z pełną premedytacją utrzymując z bratem dystans, który z zasady działał jedynie na jego korzyść. Skoro więc, jego brother from another mother zdecydował się poprosić go o pomoc, to sprawa musiała być na tyle poważna, że nie mógł w niej zaufać nikomu innemu. Nikomu, w czyich żyłach nie płynęła krew Sergeya.
Na wskazane przez brata miejsce dojechał w zaledwie dziesięć minut, co przy ruchu w Nowym Jorku było niemałym osiągnięciem. Po kwadransie stał w luksusowym apartamencie, z którego chwilę wcześniej wyprowadzono człowieka, którego twarz już nigdy nie miała wyglądać tak samo. Patrząc po ilości krwi, która znajdowała się na posadzce i dywanie, Ivan dziwił się, że było kogo wyprowadzać. Mężczyzna odpowiedzialny za zdarzenie, siedział rozstrzęsiony na fotelu, trzęsąc się osika, rozbieganym wzrokiem patrząc to na Ivana, to na krew, to znowu na drzwi, przez które najwyraźniej miał szczerą ochotę się wydostać.
— Ja…. Nerwy mnie poniosły, Ivan. Sam nie wiem kiedy…
— Nic nie mów — warknął mężczyzna, zaciskając kciuk i palec wskazujący na grzbiecie nosa, starając się zebrać przy tym myśli.
— Cholera, przecież….
— Powiedziałem, żebyś się zamknął! Rozbieraj się z tych ubrań, do naga i idź pod prysznic. Pod drzwiami zostawię Ci ciuchy na przebranie — rozkazał groźnie, chociaż spokojnie mógłby być synem mężczyzny, przy którym wyglądał jak długa tyczka. Starszy z tej dwójki wstał z fotela, posłusznie ściągnął ubrania, a gdy zawahał się przy bokserkach, Ivan spojrzał na niego z miną, która jasno dała mu do zrozumienia, co sądzi o nagłej pruderyjności. Gdy ten, który miał ręce umazane całe we krwi zniknął za drzwiami łazienki, sam Ivan ściągnął marynarkę i ostrożnie powiesił ją na wieszaku w korytarzu. Rozpiął mankiety koszuli, której rękawy podwinął do łokci, ściągnął buty i przeklął, na czym świat stoi dobrze wiedząc, że był to ostatni raz, kiedy miał na sobie spodnie, nie tak dawno odebrane od krawca.
Nie spiesząc się, słysząc dobywający się z łazienki szum wody, przeszedł do sypialni, która najwyraźniej należała do tego, który właśnie czuł skutki schodzących z niego narkotyków, a po którego niebawem mieli się zjawić jego kumple. Pan Sokolov miał typowy, dla stereotypowego rosjanina gust – wszędzie panował przepych, a jego sypialnia nie była odosobnionym przypadkiem. Ivan z niemałym niesmakiem spojrzał na pozłacane łóżko z baldachimem i powłóczystym krokiem skierował się do drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do garderoby. Znalezienie koszulki, spodni, bokserek i skarpetek w pomieszczeniu, które było wielkości niejednej kawalerki, zajęło Voroninowi kilka minut, ale to wystarczyło, żeby frustracja zaczęła w nim narastać jeszcze bardziej. Oto on, Ivan Voronin, prawnik współpracujący z dużymi korporacjami, musiał użerać się z przyćpanym przyjacielem ojca, robiąc za jego niańkę. Z jawnym niezadowoleniem, uderzył w drzwi do łazienki otwartą dłonią, niedbale rzucając tuż obok nich ubrania a później przeszedł do holu. Nerwowo spojrzał na zegarek, bo osoba, która miała posprzątać cały ten bałagan miała być tu równo z nim, a on sam przecież spędził w mieszkaniu dobre dziesięć minut. Kiedy usłyszał krótki sygnał elektronicznego zamka, który dawał znać, że w progu ktoś powinien się znaleźć, podszedł do wejścia szybko, uprzedzając gościa przed naciśnięciem klamki.
Usuń— Ile można czekać? — rzucił nieprzyjemnie, otwierając drzwi przed drobną dziewczyną. Przepuścił ją, trzymając drzwi, by swobodnie mogła wejść do apartamentu, zbyt zaskoczony, by powiedzieć cokolwiek więcej.
Ivan Wkurzony
[The Boys, akurat nadrobiliśmy i zaczęliśmy 5 sezon, tam Mei-Mei bez wątpienia miałaby co sprzątać 😁
OdpowiedzUsuńBardzo, ale to bardzo fajny pomysł na postać - taki... pomysłowy 😉 A przez to mam na myśli to, że wszystko pięknie ze sobą gra, Mei-Mei natomiast zdaje się być właściwym człowiekiem we właściwym miejscu, jakkolwiek miejsce to do najprzyjemniejszych nie należy.
Kusi mnie, żeby na podstawie tych hazardowych długów jej brata wysmażyć jakiś wątek z Ianem, ale, o rany, wtedy to już na pewno będę musiała rzucić pracę.]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
Ivan nie miewał wolnych dni. Nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek był na prawdziwych wakacjach; takich, na których nie trzeba było zawierać odpowiednich znajomości, dogadywać spraw, bo nawet jako dziecko, kiedy już jechał gdzieś z resztą Voroninów, to nigdy nie były to wyjazdy bez celu. Wyjazdy sportowe, na których w zamiast w koszykówkę, musiał grać w tenisa i golfa, który wydawał mu się najnudniejszym sportem na świecie. Obozy językowe, dzięki którym w tej chwili nie miał problemu ze zrozumieniem, gdy ktoś próbuje go obrazić w pięciu językach i jeden wyjazd na kurs muzyczny, na który jakimś cudem ojca namówiła Lera, a on jechał dotrzymać jej towarzystwa. Wszystko musiało mieć jakiś cel, więc chcąc uniknąć pytań o to, po co i dlaczego gdzieś jedzie, Ivan jeździł tylko służbowo. Nie chciał później wysłuchiwać wykładu o tym, że spędzenie tygodnia na plaży było nieproduktywne, jeśli nie poznał tam kogoś, z kim mógł ubić jakiś interes.
OdpowiedzUsuńW dni, takie jak ten, miał zamiar popracować kilka godzin od rana, później może pojechać do mamy, zabrać kobietę na jakieś zakupy, może obiad, jeśli nie zdążyła jeszcze niczego przygotować. Później odwiózłby ją do domu i pewnie spotkał się wieczorem ze znajomymi, bądź posiedział sam w mieszkaniu, zastanawiając się przy tym, czy nie powinien w końcu kupić kota, byle ktoś czekał na niego w czterech ścianach, w których słychać było jedynie echo jego kroków.
Nie narzekał na samotność, bo przez większość dnia spędzał czas wśród ludzi i pod wieczór nieraz było tak, że zrobiłby wszystko, by móc z nikim nie rozmawiać już nigdy. Z jednej strony irytowała go ludzka głupota, z drugiej – gdyby nie ona ani on, ani wielu mu podobnych, nigdy nie mieliby pracy. Żył z cudzych błędów, źle podjętych decyzji, obdarowania ufnością tych, którym nigdy nie powinno było się powierzyć kwiatka pod opiekę, nie mówiąc o pieniądzach. Tak, jak zazwyczaj czuł jedynie rozczarowanie swoimi klientami, tak w tej chwili, opiekując się klientem brata, był rozczarowany Dimą, Sokolovem i samym sobą, że dał się w to wciągnąć. Bo przeczuwał, że mógł wdepnąć w niezłe gówno.
Tym bardziej zdziwił go widok drobnej dziewczyny, która zmierzyła go spojrzeniem dokładnie w ten sam sposób, w który i on to zrobił. Nie wyglądała w żadnym stopniu jak jego wyobrażenie ekipy sprzątającej. Zaczynając od tego, że nie była ekipą, idąc przez to, że sięgała mu nieco powyżej ramienia, aż kończąc na tym, że była w jego wieku. Ewentualnie pięć lat młodsza, lub starsza, bo zawsze miał problem z dokładniejszym określeniem wieku osób o azjatyckich rysach twarzy. No i do cholery, jakim sposobem młoda dziewczyna zajmowała się czymś takim? Ivan był przekonany, że nie była to jej pierwsza taka fucha, bo miała przy sobie nie dość, że zestaw małego chemika, to jeszcze całe mnóstwo rzeczy, o których uczył się na studiach przy okazji zajęć o zacieraniu śladów. Wykładowca raczej nie spodziewał się wtedy, do czego Ivanowi przyjdzie używać tej wiedzy.
Ryzyko nie tylko w pracy Mei-Mei było czymś raczej niemile widzianym. W obszarze, w którym działał Ivan, ku jego zadowoleniu rozchodziło się głównie o pieniądze – takie, które mogły zmienić życie pracowników firm, które były jego klientami, ale nie miały większego wpływu na niego samego. Specjalność Dimy była zgoła inna i gdyby to jemu przyszło zajmowanie się sprawami, o których najchętniej nie miałby absolutnie żadnego pojęcia, prawdopodobnie już dawno zaszyłby się w miejscu, gdzie mógłby pozostać możliwie anonimowy, najlepiej niewidzialny, co przy jego aparycji i charakterze… Może udałoby mu się z modną Tajlandią, gdzie przemiał ludzi był na tyle duży, że zwyczajnie zgubiłby się w tłumie turystów? Albo z meksykiem, za odpowiednią opłatą? Nie miał pojęcia, co musiałby wymyślić i ile by go to kosztowało, ale z całą pewnością zrobiłby wszystko, byle tylko możliwie daleko uciec od rodziny, najlepiej zabierając ze sobą mamę i Lerę.
— To jesteśmy w tym we dwoje — odpowiedział równie niesympatycznie i zamknął za nią drzwi. Był podirytowany całą sytuacją, a to, że dziewczyna była sama, tylko pogłębiło ten stan. Nie był zły na nią – wiedział, że nie była to jej wina, ale na człowieka, który miał mu przysłać ludzi do pomocy. Ludzi, w liczbie mnogiej. Nie jedną, małą Azjatkę, która przepchnęła się obok niego, jak niewielki taran. Zamknął za nią drzwi, spojrzał na białe skarpetki, które o dziwo były jeszcze białe i ponownie wsunął buty, widząc, że dziewczyna ma wszystko, czego było potrzeba do posprzątania tego miejsca.
Usuń— Jest, ale zaraz wyjdzie — odpowiedział mężczyzna, obserwując uważnie jej ruchy, wcześniej zastanawiając się, czy właśnie planuje swoją pracę, czy próbuje rozgryźć, do czego w tym miejscu doszło. Złapał ochraniacze i bez słowa wsunął je na nogi. W tym czasie do ich uszu doszedł głośny chrobot zamka w łazience.
— Vanya! Weź mi podaj buty! Nie będę w tym syfie boso chodzić! — zawołał mężczyzna po rosyjsku, a Ivan, z wkurwieniem wymalowanym na twarzy wrócił do holu, z którego przyniósł mężczyźnie parę skórzanych, włoskich mokasynów.
— Kurwa, Vanya, nie będę… — odburknął, ale wziął buty w ręce, patrząc na nie z niezadowoleniem.
— Zakładaj je i spierdalaj się pakować, a nie robisz tu przedstawienie — uciął ostro Ivan i bez słowa sięgnął do opakowania z foliowymi ochraniaczami, które chwilę temu trzymała w dłoniach młoda kobieta. — Załóż to, bo tylko rozniesiesz wszędzie krew.
— Nie mogę… — jęknął mężczyzna, wskazując na plecy, na co Ivan przeklął pod nosem. Ukucnął przed mężczyzną i pomógł mu najpierw wsunąć buty, a później na nie ochraniacze, gdy ten przytrzymywał się framugi drzwi.
— A co to za dziewucha? — zapytał grubszy z mężczyzn, palcem wskazując na Mei. Pociągnął nosem i oblizał usta, zerkając to na dziewczynę, to na Ivana. — Miałeś ekipę sprzątającą załatwić, a nie jakąś dupę tu sprowadzać, co jest…
— To jest ta ekipa. Powiedziałem Ci, idź się spakować na kilka dni, bo nie będziesz mógł tu wejść przez ten czas — spokojnie, chłodno, tonem nieznoszącym sprzeciwu przerwał mu Vanya czując, że jeśli zacznie krzyczeć, ta dyskusja nie będzie miała końca. Mężczyzna głośno wciągnął powietrze, wymamrotał coś niezrozumiale pod nosem i ruszył w stronę pomieszczenia, z którego chwilę wcześniej Ivan przyniósł mu czyste ubrania.
— Patrz jej na ręce! Oni tymi małymi, szybkimi rączkami… — zarechotał sam do siebie i mlasnął zadowolony z żartu, którego nie zdążył dokończyć, zbyt rozbawiony samą jego wizją. — Oj Ivanku, mówię Ci, one takie rzeczy tymi rączkami potrafią robić, że włosy by ci w końcu urosły, łysy wielkoludzie! — Voronin odprowadził do spojrzeniem, nie mówiąc już nic więcej, bo gdyby odezwał się tylko słowem, Sokolov z całą pewnością wróciłby dalej dyskutować.
— Daj mi rękawiczki, tylko jakieś większe, to sprzątnę jego ubrania z łazienki… — zwrócił się do niej po angielsku, wyciągając w jej kierunku dłoń. — W kuchni będzie jeszcze zlew do umycia. Jak mi powiesz co i jak, to Ci pomogę, żebyśmy mogli stąd jak najszybciej spieprzać.
Ivan 🧹🪣🧽
[Jestem zakochana w tym głównym zdjęciu, ba, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, jak tylko podreptałam sprawdzać kartę. ♥ Niesamowity buduje klimat, który przenosisz w dalszą część karty! Zresztą, zazdroszczę Ci tych kart, tego jak się rozbudowane, a jednocześnie zgrabne. Ech, no nic.
OdpowiedzUsuńGdyby kiedyś Lavender szukała kompana do zajarania szluga, wie, gdzie go szukać. Bawcie się dobrze. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Potrzebował tego czasu dla siebie i wyciszenia. Zdawał sobie sprawę, że jest to całkowicie nowe, dla każdego. Sam siebie nie do końca poznawał. Czuł się dziwnie, nieswojo w tej wersji. Przedtem szeroki uśmiech, błysk w oku, łatwość nawiązywania nowych znajomości czy rozmów o niczym, była dla niego tak prosta i oczywista jak oddychanie. Teraz przychodziło mu to z coraz większym wysiłkiem. Nie pamiętał jak robił to wcześniej, jak pomimo zmęczenia czy nawet smutku, dawał radę uśmiechać się tak szczerze i szeroko. Często słyszał, że roztaczał dookoła siebie przyjemne ciepło, a osoby obok czułby się komfortowo nawet przy pierwszym poznaniu. Miał to coś w sobie, było to jego małą bronią, która pozwalała iść przez świat i pokonywać trudniejsze momenty, dawać wsparcie innym. Był optymistą. Od pewnego czasu coś się zmieniło. Przygasł niczym psujący się reflektor, chodził na ostatnich oparach, nie rozumiejąc przyczyny tego stanu. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby to spowodować. Żadnej kłótni z bliskimi, straty, problemów w pracy. Wszystko było jak dotychczas. Zmiana była nagła, na tyle, by sam nie umiał odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńPróbował sobie z tym poradzić na swoje sposoby; wyjechał naładować baterię na biwak mimo chłodnej, zimowej pory. Myślał, że może to przeciążenie pracą, wziął na siebie zbyt wiele projektów, ale zawieszenie kariery jako model nie pomogła, a wręcz spowodowała, że prawie w ogóle nie wychodził z domu. Oferta zagrania w serialu sprawiła, że miał nadzieję na poprawę. Szukał tego, co pomoże mu wrócić na dawne tory, złapać wiatr w żagle i zapomnieć o tym dziwnym epizodzie.
Pomogło na moment. Nadal bardzo ograniczał kontakty z innymi, wiadomości pozostawały nieodczytywane przez kilka dni, a nieodebranych połączeń już nawet nie liczył. Dni mijały mu na graniu, oglądaniu seriali, spacerach i zabawy ze swoim psem. Jedyną normalnością były nadal prowadzone live’y, na których znakomicie maskował to, co się z nim działo. Nadal gadał głupoty, śmiał się, sprzątał, składał pranie, grał. Robił, to co dotychczas, to za co jego obserwatorzy go polubili.
Tego dnia miał niesamowitą ochotę na dobrą, chińską kuchnię. Najlepiej na aromatyczne i ciepłe xiaolongbao. Mógł sobie oczywiście zamówić, ale to nie to samo, co zjedzenie ich prosto ze ściągniętego z pary koszyczka.
Przejazd do chińskiej dzielnicy zajął mu nieco dłużej niż, by chciał. Nawet pomimo poruszania się motorem. Zaparkował go w wyznaczonym miejscu, schował kask, a potem udał się w gwar, wyszukując najlepszego stoiska bądź knajpy, która mogłaby spełnić jego jedzeniowe marzenie.
Włóczył się, wymijając ludzi. W maseczce i czapce z daszkiem czuł się bezpiecznie i anonimowo. Do czasu, gdy poczuł jak ktoś wpada na niego z dużym impetem. Zamiast się odbić, obcy mężczyzna oparł się swoim całym ciałem, dysząc ciężko. Nate odruchowo złapał go, czując zaraz coś niepokojącego. Spojrzał w dół, dostrzegając na niebieskiej koszulce mężczyzny szkarłatną, ciepła plamę. Zaklął pod nosem, mocniej łapiąc rannego. Rozejrzał się w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Zauważył palące się światło w jakimś lokalu, wobec tego skierował się tam. Odetchnął z ulgą, gdy klamka puściła, a drzwi powitały go lekkim skrzypnięciem. Nie rozglądał się, nie było na to czasu. Zamknął wejście i położył mężczyznę na podłodze, podwijając mu koszulkę, dostrzegając ranę kłutą. Zaklął w myślach, uciskając miejsce dłońmi.
– Proszę wezwać karetkę! – powiedział w przestrzeń.
Nie miał pewności, że ktoś znajduje się obok, nie rozglądał się, jednak zapalone światło i otwarte wejście jasno wskazywało, że ktoś musiał się w tym lokalu znajdować.
Nathaniel
Ivan z pełną premedytacją, od samego początku studiów, wykazywał wyjątkowo małe zainteresowanie prawem karnym. Oczywiście, żeby wciąż być w gronie najlepszych studentów, wszystkie egzaminy zdał w pierwszych terminach, dla własnej ciekawości czytał o morderstwach, zabójstwach, tuszowaniu śladów i wszystkim tym, co było z prawem karnym powiązane, starając się z tego zapamiętać możliwie dużo. W przeciwieństwie do Dimy, nie czuł jednak fascynacji tym mrocznym światem. Nie był też od zawsze rozpieszczonym gnojkiem, dla którego ludzkie tragedie i nieszczęścia, stanowiły egzotykę w wypacykowanym świecie. Wbrew pozorom, Ivan nienawidził przemocy, krwi i całego tego bagna; filmy o mafiozach jedynie go denerwowały i drażniły romantyzacją patologii. Może i w tym wszystkim można było odnaleźć pieniądze, ale większość ludzi, która zajmowała się takimi rzeczami, była powiązana z tym światem, nie była dziećmi biznesmanów. Były to dzieciaki z bloków, takich w jakich sam spędził pierwsze lata życia, które często czuły, że nie mają nic do stracenia, więc ryzykowały. Jeden z jego kolegów z dzieciństwa, ten, którego ojciec pił za dużo, matki nigdy nie było, a sam Ivan wiecznie zapraszał go do siebie na obiad, wszedł do tego świata w momencie, gdy poczuł, że nic lepszego już na niego nie czeka i Ivan widział, jak z sympatycznego chłopaka zmienia się w zwykłego zbira, o nieodgadnionym spojrzeniu i tępym wyrazie twarzy. Nie dlatego, że nie myślał, a dlatego, że nie chciał tego robić.
OdpowiedzUsuńW trakcie wymiany uprzejmości z Sokolovem, co rusz spoglądał na młodą kobietę, zastanawiając się przy tym, skąd się tu właściwie wzięła. Nie interesowała go jej cała jej historia, miał szczerą nadzieję, że widzą się pierwszy i ostatni raz w życiu, ale zastanawiał go ciąg zdarzeń z jej życia, który doprowadził jej osobę do tego miejsca. Rodzinny biznes, tak, jak to było w jego przypadku? Chęć szybkiego dorobienia się? Długi względem tych, do których jego rodzina dzwoniła, ilekroć trzeba było zatuszować pewne sprawy?
W przeciwieństwie do Mei-Mei, on nie rozpoznał języka, w którym burknęła coś pod nosem – naprowadziła go natomiast do tego, co podejrzewał. Tak, jak i on mogła być Amerykanką jedynie z paszportu, nie z urodzenia.
Ponaglająco zacisnął dwukrotnie dłoń, kiedy Azjatka mierzyła go spojrzeniem, jasno dając jej znać, że jego słowa nie był ani żartem, ani tym bardziej prośbą. Chwycił sprawnie maskę, nasunął ją na twarz i wziął od niej rękawiczki, które w ciągu chwili znalazły się na jego dłoniach.Kucnął obok niej i podwinął równo nogawki spodni, wykorzystując ten moment na dokładniejsze przyjrzenie się wszystkim butelkom, buteleczkom, ścierkom i różnego rodzaju workom. Zaopatrzenie dziewczyny wyglądało, jak doskonale przemyślany zestaw do zacierania śladów wszelkiego typu – od bójek, przed morderstwa, po imprezy do białego rana. Bez pytania sięgnął po rolkę z workami i oderwał dwa z nich, wstał i powiódł wzrokiem w stronę korytarza wskazanego przez nią brodą.
Słuchał jej uważnie, jakby z pełną premedytacją nie nachylając się w jej stronę, by mogła swobodnie patrzeć mu w oczy i doszedł do wniosku, że całkiem mu się ten widok podoba. Zwłaszcza to, że się nie cofnęła, bo nie lubił płochliwych ludzi, którzy z góry zakładali, że może być niebezpieczny przez wzrost, fryzurę, czy aparycję ogólnie. Jeśli ktoś tak łatwo dawał się onieśmielać, to szkoda było Voroninowi na niego czasu – nawet, jeśli miało to być jedynie wspólne sprzątanie syfu, w którym oboje byli, najwyraźniej wbrew swojej woli.
— Mhm — mruknął tylko na cały jej wywód, nie unosząc kącików ust, w reakcji na jej rozkaz chyba tylko dlatego, że wciąż był zbyt zirytowany sytuacją, w którą wmanewrował go jego brat. Ta drobna dziewczyna, nie tylko przepchnęła go w drzwiach, ale nie omieszkała też rozstawiać go po kątach, do czego Voronin zwyczajnie nie nawykł.
Zazwyczaj to on mówił innym, co mają robić, przyjmując polecenia w zasadzie tylko od ojca i mamy. Czasami słuchał się macochy, bo nie była złą kobietą – była postawiona w bardzo niekomfortowej sytuacji, w której zachowała się najlepiej, jak tylko umiała, jednocześnie nigdy nie próbując mu jego własnej rodzicielki. Nawet Lera wiedziała, że jeśli chce z nim cokolwiek załatwić, to jedyną możliwą drogą było zrobienie tego po dobroci, prośbą, a nie poleceniem, przeciwko któremu Ivan naturalnie się opierał. Tym razem jednak nic nie powiedział, otworzył worek strzepując go kilkukrotnie i zniknął za drzwiami łazienki.
UsuńZ pomieszczenia właściwie na próżno było oczekiwać jakichś hałasów, bo zapakowanie zakrwawionych ubrań, które nakazał Sokolovowi zostawić na podłodze przed kabiną prysznicową, nie trwało dłużej niż dwie minuty. Do drugiego worka zapakował ręczniki i oba, niezawiązane postawił we wskazanym przez kobietę miejscu.
— Ja nie wiedziałem Vanya, że ty taki pomocny chłopak jesteś. Może chciałbyś się u mnie zatrudnić? — rzucił po rosyjsku Sokolov, wracając do nich z dwiema podróżnymi torbami i humorem tak dobrym, że Ivan był więcej niż pewien względem tego, co ukrywał w jednej z nich.
— Wystarczy, że Dima u Ciebie pracuje. Jestem tu tylko na gościnnych występach — rzucił w tym samym języku ze znudzeniem, uważnie przyglądając się podstarzałemu mężczyźnie. Pachniał drogimi perfumami, które zdawały się zabijać nawet zapach mieszanki, którą ekipa sprzątająca, próbowała pozbyć się krwawych śladów, a na szyi błyszczal mu gruby, złoty łańcuch. Ivan był pewny, że złoto było prawdziwe.
— Dima mówił Ci, kiedy będę mógł wrócić? Nienawidzę Hamptons… Same nudy i stare dupy — wysapał, z trudem siadając na kanapie stojącej w holu.
— Nie wcześniej, niż za tydzień. Mieszkanie musi wywietrzeć, sprawa trochę przycichnąć, a twój kolega… — przeżyć — dojść do siebie.
— Głupia się stało. Nie chciałem go tak załatwić, ale tak mnie skurwiel…
— To wasza sprawa — przerwał mu Ivan, unosząc dłoń w czarnej rękawiczce i tym samym jasno dając mu do zrozumienia, że nie chce nic więcej wiedzieć. Im mniej był w to zanurzony, tym łatwiej będzie mu się z tego wydostać. — Zapakowałeś dokumenty i pieniądze?
— Tak. Mam też jakieś zapasy w Hamptons, więc raczej z biedy nie umrę — burknął mężczyzna, wyraźnie niepocieszony tym, że Ivan w żaden sposób nie był skłonny wyjść z roli smutnego pana w garniturze.
— To dobrze, zostaw jej napiwek. Dobry, bo zrobiłeś taki burdel, że jej się należy — Ivan wskazał dłonią na dziewczynę, a szpakowaty drab zmarszczył oczy, wyraźnie zaskoczony słowami Voronina.
— Płacę tyle twojej rodzinie za…
— Za porady prawne i obronę w sądzie. Nie za sprzątanie takiego syfu. Ciesz się, że ja nie domagam się dodatkowej opłaty, bo byłoby drożej — powiedział pewnie, robiąc w stronę klienta kilka kroków, z trudem unikając włożenia rąk do kieszeni. Powstrzymały go jedynie rękawiczki.
— No dobra… — westchnął ciężko i sięgnął do kieszeni marynarki po portfel. Gdy wyciągnął z niego jeden, studolarowy banknot Ivan pokręcił jedynie głową, jasno dając mu do zrozumienia, że ma nawet nie żartować. Z ciężkim sercem, bo bogaci również bywali skąpi, wyciągnął wszystkie banknoty z przegródki i rzucił je niedbale na niski stolik kawowy. — Niech Ci będzie, Ivan, ale niech Cię Dima więcej nie przysyła, bo nie dość, że jesteś ostatnim kutasem, to jeszcze drogi jesteś w chuj.
— Uwierz mi, że też nie czerpię z tego przyjemności… — wymruczał, patrząc na wyświetlacz zegardka. — Możesz spadać na dół, już po Ciebie przyjechali. Srebrny Prius z pomarańczową naklejką, na prawo od wyjścia na parking. — rzucił do mężczyzny i cierpliwie poczekał, aż mężczyzna wyjdzie z apartamentu, a drzwi zamkną się za nim z drugiej strony.
— Kasa na stoliku jest dla Ciebie — zwrócił się po angielsku do dziewczyny i niewzruszony wskazał ręką na worki. — Co dalej?
Ivan 🧤💵
Jeśli Mei-Mei obawiała się, że Ivan zapamiętał jej twarz, to obawiała się słusznie. Już w tej krótkiej chwili, gdy stali w drzwiach prowadzących do apartamentu, Ivan wiedział, że jest to jedna z tych osób, których nie sposób łatwo, czy szybko zapomnieć. Była ładna, a Ivan nie był hipokrytą, kłamiącym w żywe oczy, że liczyło się dla niego tylko wnętrze, gdy zwracał uwagę na kobiety. Przy swoim wzroście raczej zawsze był wyższy, więc wzrost nigdy nie stanowił dla niego wyznacznika, ale lubił, kiedy dziewczyna prócz ładnej buzi, miała w sobie coś, co zapowiadało jakiekolwiek wyzwanie. No i nie lubił, kiedy już z samego założenia się go bał, chociaż wiedział jak wyglądał i jakie skojarzenia budził swoją aparycją. Dzisiaj miał przykre uświadomienie, że skojarzenia te były najwyraźniej słuszne.
OdpowiedzUsuńLavender myliła się co do tego, że gdyby się cofnęła, to by ją zapamiętał – było wręcz przeciwnie. Byłaby wtedy kolejną osobą, która ceniła sobie swoją przestrzeń osobistą, obawiała się wtargnięcia Ivana w jej obręb i która była niewarta najmniejszej jego uwagi. Wciąż nie zdecydował, czy dziewczyna jest warta, aby skupić się na niej w jakikolwiek sposób, ale właśnie tym, że nie ruszyła się od niego nawet na krok zrobiła na Voroninie dobre wrażenie – a chyba nie taki miała zamiar, patrząc na jej zaciętą minę.
— Jeśli oczekiwałaś braw, to nie od niego. A uścisk dłoni… Coś mi podpowiada, że kasa jest lepszym rozwiązaniem — mruknął na jej uwagę odnośnie banknotów. Z tego, co zauważył Ivan, leżał tam przynajmniej miesięczny czynsz za średniej wielkości mieszkanie, więc w jego odczuciu dziewczyna nie miała na co narzekać.
Zrobił dokładnie to, co mu nakazała, bo prosić nie zamierzała a on nie miał zamiaru na prośby czekać. Zdjął maskę, to samo zrobił z czarnymi rękawiczkami i wrzucił je do plastikowego pojemnika transportowego, zakładając, że więcej mu się one nie przydadzą.
Nic nie odpowiedział ani na gratulacje, ani na jej pożegnanie – zamiast tego stanął kilka kroków od jej samochodu, wyciągnął papierosy z kieszeni marynarki, którą włożył przed zejściem do vana Mei. Wyciągnął jednego, odpalił go niespiesznie, przez cały czas nie spuszczając wzroku z auta i zaciągnął się dymem. Nie spieszył się, ze spokojem nieadekwatnym do sytuacji patrzył na młodą kobietę za kierownicą pojazdu, którego rejestrację szybko zdążył zapamiętać. Jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie, bo dziewczyna tym autem najwyraźniej nigdzie się nie wybierała. Wzdrygnął się, gdy na koniec swojego wybuchu złości, Mei uderzyła czołem o klakson, który wybrzmiał głośno, odbijając się echem między ścianami budynków, pomiędzy którymi zaparkowała.
— Wolę inne zdjęcia — mruknął i bez słowa podszedł do drzwi, które chwilę wcześniej zatrzasnęła kobieta. Podał jej papierosa, niemo prosząc aby go przytrzymała, otworzył auto i wymacał dźwignię do otwierania maski. Wyprostował się, gdy mechanizm przeskoczył i wciąż nic nie mówiąc podszedł do maski, przejechał wzdłuż niej aż wyczuł zapadkę, przesunął ją i spojrzał uniósł ją do góry.
— Spróbuj odpalić — polecił, patrząc uważnie na części, próbując się połapać, co było gdzie, bo w każdym samochodzie było to przecież inaczej. Sam po mieście jeździł elektrykiem w którym na próżno było szukać tradycyjnych części, a auto wyjazdowe, na trasy, nie robiło takich numerów, jak to należące do Azjatki. Co innego stary Ford jego mamy, którego sąsiad Ivana nauczył wymieniać chyba każdą część, gdy ten spędzał wakacje w Rosji.
Kiedy dziewczyna przekręciła kluczyk, dało się usłyszeć ciche kliknięcie, jakby samochód nawet nie próbował podjąć pracy – silnik ani drgnął. Rosjanin westchnął ciężko, opuścił maskę, wytarł ręce w spodnie.
Pogodził się, że mimo jego starań te i tak nadawały się tylko do pralni chemicznej. Podszedł do drzwi vana i oparł się na nich łokciem, patrząc na dziewczynę z obojętnością, chociaż mogła dostrzec cień rozbawienia w kącikach jego ust i oczu. Nie bawiło go jej nieszczęście, a raczej to, w jakim gównie się znalazła ona, a on razem z nią – do momentu utylizacji całego syfu, który miała w bagażniku, była jego problemem. Tragizm sytuacji polegał na tym, że tak, jak ona nie chciała mieć z nim zbyt wiele wspólnego, tak i on nie chciał mieć z nią. Przynajmniej nie tak, jak to wyglądało w tej chwili – gdy oboje tarzali się w gównie, które nijak nie chciało się od nich odczepić.
Usuń— Obstawiam rozrusznik. Nie ruszysz tego auta, chyba, że na lawecie. Zaczekaj tutaj — westchnął ciężko i ruszył w stronę głównej alei. Nie było go chwilę, ale na tyle długą, że w tym czasie zdążył zadzwonić po lawetę do odpowiedniej osoby i pokierować auto do zaufanego mechanika, który nie będzie zadawać zbędnych pytań. Podjechał tyłem do vana Mei, otworzył bagażnik SUV’a i z niezadowoleniem stwierdził, że nie ma opcji, aby pojemnik wszedł bez składania tylnych siedzeń. Nie pytając o zgodę sięgnął po kilka worków, rozłożył je z tyłu wozu i podrapał się po głowie, przez chwilę myśląc, jak najlepiej poradzić sobie z pudłem pełnym worków z odpadami. Sięgnął po nowe rękawiczki i zapierając się nogą o podłogę vana, przesunął pudło do skraju bagażnika. Najsprawniej jak tylko umiał przerzucił je do swojego samochodu, który aż ugiął się, na chwilę, pod ciężarem dowodów zbrodni. Ponownie wrzucił rękawiczki do pudła, zamknął jego wieko, klapę bagażnika i spojrzał na drobną dziewczynę, oddychając trochę ciężej – to było w końcu bardzo ciężkie pudło.
— Wsiadaj, odwiozę Cię — powiedział nieco łagodniej, niż wszystko do tej pory, ale nie czekał na jej reakcję, czy ewentualną odpowiedź. Wsiadł do samochodu, zapiął pas i odpalił silnik, który – w przeciwieństwie do tego Mei-Mei – zaskoczył od razu.
Ivan 🚗🚚
Kiedy się rozejrzał, dostrzegł, że znajdują się w domu pogrzebowym. Aż lekko prychnął pod maską. Co za ironia losu. Rana wyglądała naprawdę tragicznie i Nathaniel nie miał pewności czy facet wyjdzie z tego cało. Miał taką nadzieję, wiedział, że będzie o tym teraz myślał, że będzie chciał to sprawdzić, choć zapewne nikt nie da mu odpowiedzi. Nie był nikim z rodziny, nikim bliskim. Ot, przypadkową osobą, która postanowiła uratować mu życie. Ewentualnie mógłby przekonać policjantów na przesłuchaniu o stan zdrowa rannego. Czu mu podadzą? Zależało od ich humoru. Miał jedynie nadzieję, że nikt nie zrobi mu zdjęcia i nie doniesie do mediów.
OdpowiedzUsuńSłysząc głos kobiety obok, wydał mu się jakiś znajomy, jednak nie była to odpowiednia chwila na jego analizowanie. Skupił się na pomocy i na uciskaniu rany. Oczekiwanie na karetkę wydawało mu się wiecznością jakby nie mijały sekundy, a długie godziny. Serce waliło mu jak oszalałe.
Miał zostać lekarzem, zaczął nawet studia w tym kierunku. Czy to było jego marzenie? Zupełnie nie, ale wówczas nie miał na siebie lepszego pomysłu. Poszedł więc za zachciankami i wizją swoich rodziców. Skończyło to się jednak, zanim się zaczęło. Choć anatomia była wybitnie ciekawa, to nie mógł sobie wyobrazić bycia kimś, kto ratuje ludzkie życie, kto niesie na swoich barkach taką odpowiedzialność. Ten moment uświadomił mu, że bardzo dobrze postąpił. Choć na zewnątrz nie było tego widać, w środku nie było żadnego opanowania. Serce biło, a w głowie miał gonitwę myśli, robiło mu się wręcz lodowato ze stresu. Mimo to, wiedział, że teraz musi nad wszystkim zapanować i uciskać rane. Tyle mógł zrobić.
Gdy ratownicy zabrali nieznajomego mężczyznę, odetchnął z ulgą. Usiadł na podłodze, biorąc głęboki oddech. Brudnymi od krwi dłońmi, ściągnął maseczkę. Przymknął na moment oczy, słysząc jedynie odgłos syren.
– Nie, nie wiem. Wpadł na mnie, zorientowałem się, że krwawi i trafiliśmy tutaj – wyjaśnił szybko ratownikom. Ci kiwnęli głowami i oznajmili, że zaraz pojawi się policja.
Park westchnął przeciągle, bo zwykłego wyjścia, zrobiło się naprawdę duże zamieszanie. Czuł, że powinien zadzwonić po swojego managera, ale nie mógł się na to zdobyć. Siedział więc na tej podłodze, mając nadzieję, że niebawem będzie mógł pójść do domu, wziąć długi i ciepły prysznic, wrócić jakkolwiek do siebie po tej sytuacji. I pomyśleć, że takie widoki miałyby być jego codziennością.
Pokręcił głową, przenosząc wzrok na kobietę, która pracowała w tym domu pogrzebowym. Posłał jej niepewny uśmiech. Wydawała mu się naprawdę znajoma, jej twarz, jakby już gdzieś ją wcześniej widział. Przez emocje, bardzo powoli przychodziło mu łączenie faktów.
– Dzięki za pomoc – mruknął w końcu, czując, że tak wypadało. – Po wszystkim pomogę ci tu posprzątać – dodał, zerkając na błyszczącą posokę.
Nathaniel
Ian lubił grać w pokera. Nie pomyślał nawet, że jeśli chce przestać handlować narkotykami, powinien rzucić także hazard. Nie dlatego, że nie miałby za co grać, bo pieniędzy miało mu nie zabraknąć przez dłuższy, niż krótszy czas od rzucenia najbardziej dochodowego zajęcia, a dlatego, że te dwa światy poniekąd się przenikały. I w jednym, i w drugim znaleźliby się ludzie, którzy mogliby zechcieć Ianowi zaszkodzić, nie tyle dlatego, że ten komukolwiek coś zrobił, a tak po prostu, dla zasady. Półświatek nie wypuszczał łatwo ze swoich ciasnych objęć, w zasadzie, nie wypuszczał z nich nigdy, a jedynie luzował uścisk, dając złudne poczucie swobody i wolności, z czego Ian zdawał sobie sprawę. Wiedział, że wieloletnie nurzanie się w tym gównie pozostawiało na człowieku charakterystyczny smrodek, który ciągnął się za nim już zawsze.
OdpowiedzUsuńA jednak, chciał spróbować. Chciał przestać handlować narkotykami, choć jednocześnie nie miał przestać być dilerem, bo miał pozostać nim dla wielu. Dla każdego, kto znał go wyłącznie dzięki sprzedawaniu prochów, a przez siedem, niedługo osiem lat działalności w branży, przez ręce Hunta przewinęło się wiele tak narkotyków, jak i klientów. Miało wystarczyć, że wpadnie na kogoś na mieście. Miało wystarczyć, że dotrze do niego ktoś, skuszony wieściami niesionymi przez pocztę pantoflową. Ian-diler nie miał zniknąć, chyba że Ian zniknie z Nowego Jorku, ale tego jego plan nie zakładał. Debbie miała tutaj rodzinę. Matkę, starszego brata i młodszą siostrę. Miała tutaj grób ojca, policjanta i pracę, w policji, której nie chciała rzucać, choć powiedziała, że mogłaby. Dla niego. On jednak nie chciał tego dla niej. Chciał Debbie. A największą przeszkodą w tym, aby mógł nie tylko chcieć Debbie, ale i ją mieć, był on sam.
Dlatego chciał przestać handlować narkotykami. I powinien chcieć przestać grać w pokera, ale po kolei.
Regularnie, bo raz w miesiącu, grał w Teksas Hold’em w Fire Moon, zdarzało mu się jednak odwiedzać także inne miejscówki. Czasem gdzie indziej ciągnął go ktoś znajomy, tak jak wtedy Jesse, z którym Ian grał już jakiś czas, a który tamtego wieczora dosypał mu do coli jego własnego towaru, bo Ianowi za dobrze szło. Dopił colę, nazwał Jessego kurwą i kazał mu posypać sobie kreskę, po czym grał dalej i oczywiście, że wygrał.
Dziś do wspólnej gry zaprosił go Chen, a że Ian nie odrobił lekcji po tamtym, nieudanym wieczorze, to skorzystał z zaproszenia. Wpisowe miało być niższe, niż zazwyczaj w Fire Moon, więc żal byłoby nie skorzystać. Poza tym Hunt nie miał planów na ten wieczór – wszyscy jego klienci byli dobrze zaopatrzeni, Zane nie marudził, że akurat czegoś od niego potrzebuje, a Debbie miała nocną zmianę, więc Ian wsiadł w Cadillaca, a nawet zgarnął Wonga po drodze i razem dotarli na miejsce, do zapyziałego baru na Bronxie.
— Kurwa, Chen — odezwał się, kiedy tylko przekroczyli próg. — Nie dało się znaleźć gorszej speluny?
Fire Moon, w którym Ian grał najczęściej, było przyzwoitym miejscem. Dalaja o to zadbała. Nie tylko dlatego, że po śmierci Dio oczyściła lokal, rozprawiając się niemal ze wszystkimi, którzy prowadzili w nim swoje brudne interesy, tylko na niektóre z nich przymykając oko. Ovando dbała o to miejsce także w ten zwyczajny, przyziemny sposób. Pilnowała czystości, a wszelakie usterki były naprawiane na bieżąco. Tutaj… Ian skrzywił się, bo czuł, że podeszwy jego butów kleją się do podłogi.
Przeszli w głąb tak zwanego lokalu, za kotarę za obskurnymi toaletami, która dzieliła korytarz w połowie. Za nią widocznych było kilkoro, prowadzących do mniejszych pomieszczeń drzwi i Ian naprawdę wolał nie wiedzieć, co działo się za nimi na co dzień. Do jednego z pokoików wstawiono okrągły stół, który nakryto zielonym materiałem, wokół niego na graczy czekało sześć krzeseł. Z sufitu, za kablu, smętnie zwisała żarówka, mocno zakurzona. Zalatywało stęchlizną.
Odsunąwszy sobie krzesło, Ian skrzywił się i otarł dłoń o materiał bluzy. Miał wrażenie, że jego palce przykleiły się do drewnianego oparcia nie gorzej, niż podeszwy kleiły się do podłogi.
Usuń— Pierwszy i ostatni raz gdzieś mnie zabierasz — rzucił do Wonga, który wyglądał, jakby nie przeszkadzało mu nic z tego, co Ian z trudem znosił.
IAN HUNT ♠️♥️♣️♦️
Prócz tego, że Azjatka była jego problemem ze względu na odpady, które znajdowały się w jej bagażniku, jego DNA na rękawiczkach i to, że pomagał jej sprzątać po krwawej jatce, to zwyczajnie nie umiałby jej zostawić w potrzebie. Pomijając fakt tego, że został wychowany przez matkę na przyzwoitego człowieka, to sam nie mógłby spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby tak zwyczajnie odjechał. A mógł. Przecież wśród odpadów było więcej jej materiału genetycznego – to jej powinno było zależeć na ich utylizacji; van nie był jego problemem, bo nie był jego własnością, a jego pomoc… Mieszkali w kilku milionowym mieście, a on, chociaż wyróżniał się nieco wśród tłumu, to wciąż był za mało charakterystyczny, by mogła go sprawnie opisać policji, prawda? On, gdyby to jego ktoś zapytał o nią, byłby w stanie dokładnie opisać jej twarz, chociaż nie miał okazji zbyt długo jej się przyglądać.
OdpowiedzUsuń— A jak Ci się wydaje, mała? — rzucił do niej krótko, kiedy uporał się pojemnikiem; tuż przed tym, jak nakazał jej wsiąść do wozu.
SUV wciąż pachniał nowością, jakby Ivan ledwo co odebrał go z salonu – co w zasadzie nie mijało się z prawdą, bo jeszcze tego poranka odklejał ostatnie zabezpieczenia, których wcześniej nie zauważył na progu drzwi. Sprawnie wystukał adres na ekranie dużego komputera pokładowego, który natychmiast pokazał im trasę dojazdu na miejsce. Zanim jednak ruszyli w drogę, Ivan odruchowo przyłożył dwa palce do ust, by następnie musnąć nimi maleńką ikonę na rzemyku, wesoło zwisającą z lusterka. Święty Krzysztof, który miał go strzec przed wypadkami samochodowymi według jego matki, dla niego stanowił miłe przypomnienie o tym, że ktoś w życiu o niego dba. Symboliczny buziak nie miał w sobie nawet znamienia czegokolwiek religijnego, ale dla Ivana był równie ważny, jak odwiedziny u matki w każdy weekend. Był czymś naturalnym.
Ruszył spokojnie, w duchu dziękując sobie za przezorność i przyciemnienie wszystkich szyb na tyle, na ile tylko było to legalne. Chociaż worki były mocno powiązane, pojemnik stanowił dodatkową ochronę, Ivan jechał znacznie wolniej, niż byłoby to zazwyczaj – nie chciał zwrócić na siebie ani uwagi policji, ani doprowadzić do gwałtowniejszego hamowania, chociaż przebierająca się obok dziewczyna wcale mu tego nie ułatwiała. Bardziej chcąc, niż nie chcąc, widział w końcu kątem oka ruch. Najpierw nagą skórę brzucha, ramion, kątem oka, chociaż wciąż patrzył na drogę, zarejestrował nawet kolor jej bielizny, jednak jego głowa przez cały ten czas nawet nie drgnęła – w końcu ta drobna Chinka była gotowa go zabić za podglądanie. Ciekawe, czy groziła też innym, przy których się rozbierała…
Chciał nawet jej coś odpowiedzieć, ale ostatecznie zdecydował się zostawić swoje uwagi dla siebie, zerkając w boczne lusterko tylko wtedy, kiedy było to bezwzględnie konieczne. Sytuacja była nieco stresująca – nie chciał sobie wyobrażać steresu dziewczyny, bo jakkolwiek wydawała się mieć znacznie większe od niego doświadczenie, tak była w dużo gorszej sytuacji. To nie jemu w końcu popsuł się samochód i to nie on potrzebował pomocy. Azjatka nie wyglądała na taką, która lubiła prosić o pomoc – znał ten typ aż za dobrze, wychowując się z jedną taką pod jednym dachem. Może to dlatego z Lerą byli tak blisko? Może też z tego powodu wiedział, że oczekiwanie od nieznajomej dziewczyny, że ta poprosi go o pomoc, lub za nią podziękuje, było zwyczajnie głupie? Twarde dziewczyny, a taką bez wątpienia była Azjatka, które próbowały być twarde mimo wszystko i być ponad wszystkim, nie robiły takich rzeczy chyba, że były już w całkowicie beznadziejnej sytuacji. Po obserwacji zachowania Mei nie miał wątpliwości, że dziewczyna poradziłaby sobie sama, bo robiła to już wiele razy. Postanowił pomóc, bo odpady były ich wspólnym problemem, a jej obecność wydawała mu się mieć potencjał na coś, co mogło być względnie miłe. W końcu jedyne, co ryzykował to pół godziny z życia i złapanie przez policję.
— Mogę? — zapytał, gdy stali na światłach i nie czekając na jej odpowiedź wyciągnął jedną z wilgotnych chusteczek i wytarł w nią dłonie.
Usuń— Możesz wybrać muzykę, bo trochę postoimy w korkach — zauważył, przesuwając ze znudzeniem palcem po mapie, gdzie pogrubiona trasa wiodąca do jej domu, zaznaczona była na kolor czerwony. Westchnął cicho, gdy w aucie rozbrzmiał dźwięk przychodzącego połączenia.
— Tak mamo? — zapytał po rosyjsku tuż po tym, jak odebrał.
— Cześć Vanya, będziesz jutro na obiedzie?
— Będę mamo. Coś przynieść?
— Synową, byłoby miło.
— Będziesz musiała zadowolić się kwiatami, może być? — zapytał, uśmiechając się do telefonu, jakby zupełnie zapomniał, w jakim bagnie babrał się przez ostatnią godzinę.
— Dobrze, dobrze. Możesz teraz rozmawiać?
— Średnio, mamo — odpowiedział szczerze, bo chociaż nie podejrzewał, żeby Azjatka na siedzeniu obok rozumiała, o czym tajnym rozmawia z matką, to wyjątkowo wolał rozmawiać z kimś innym, niż z Olgą.
— No dobrze, to do jutra — pożegnała się kobieta i rozłączyła, nie czekając na odpowiedź. Ivan wiedział już, że na jutro będzie musiał mieć przygotowaną wymówkę, co było tak ważnego w jego dzień wolny, że nie mógł swobodnie rozmawiać z ukochaną mamusią.
— Jak się nazywasz? — zapytał, zwracając się do dziewczyny po angielsku, tym razem pozwalając sobie na spojrzenie na nią, bo przecież, w końcu, była ubrana.
Ivan 🚗🎶
Ivan nie musiał jej pomagać – w rzeczywistości wiedział przecież, że z chwilą opuszczenia budynku, kiedy odpady znalazły się w wozie Mei, przestały być w znacznym stopniu jego problemem. Oczywiście, gdyby złapała ją policja, mógłby mieć poważne problemy, ale nie było niczego, z czego jego ojciec nie byłby w stanie go wyciągnąć. Może poza morderstwem, ale i na to Stary Voronin pewnie znalazłby sposób.
OdpowiedzUsuńDlaczego to robił? Bo gdyby zostawił ją z tym samochodem, na tyłach budynków, w których metr powierzchni był wart więcej niż stary van, byłby człowiekiem, którym nie chciał się stać. Samolubnym, egoistycznym dupkiem, którym może i wydawał się z pozoru, w czym ułatwiała mu sprawę aparycja i drogi gust, ale którym usilnie próbował się nie stawać, pomimo sprzyjających temu warunków. Nie czuł się dzięki temu lepszym człowiekiem – nie pomagał jej dla własnego poczucia się lepiej, ale dlatego, że chciał być człowiekiem, który może spojrzeć sobie w oczy w lustrze i nie czuć przy tym niesmaku.
Chciał też móc spojrzeć matce w oczy, powiedzieć, że udało jej się wychować przyzwoitego człowieka.
Nawet przez myśl mu nie przeszło, by komentować adres zamieszkania dziewczyny. Oczywistym w końcu było, że gdyby mieszkała w dobrej dzielnicy, bogatym sąsiedztwie, to nie jeździłaby starym vanem ani nie zajmowała się czymś tak paskudnym, jak sprzątanie miejsc zbrodni. Domyślał się też, że nie było to zajęcie, którego nie wybierało się z pasji i zainteresowań, tylko raczej z potrzeby – a tego tym bardziej nie zamierzał oceniać.
Nie wstydził się ucałowania ikony, a jej reakcja nawet trochę go rozbawiła, chociaż nie dał tego po sobie poznać. Ich pokolenie wydawało się za wszelką cenę wzbraniać przed wszelkiego rodzaju zabobonami, gusłami czy religią, nie poszukując w tym tego, czego szukali ich rodzice czy dziadkowie, nawet taki symboliczny gest, który zrobił, uznając go za coś intymnego. A może tak właściwie było? Ivan robił go mechanicznie, obojętnie, z kim jechał samochodem, ale prawda była taka, że z reguły jeździł sam, z mamą lub z siostrą, które również robiły ten sam gest. Nawet jego najbliższy przyjaciel, chociaż był innego wyznania i był zagorzałym ateistą, próbującym wszystkim uświadomić, że Boga nie ma, łapał się na tym, że powtarzał gest po Ivanie. Śmiał się wtedy, że jeśli tonący brzytwy się chwyta, to on chwyta się świętych, byle Ivan ich dowiózł na miejsce bezpiecznie. Wszyscy wiedzieli, że tak jak imbir dla Mei, tak i ucałowanie ikony nie pomoże we wszystkich problemach, nie sprawi, że kamień w bucie przestanie drażnić, tak jak Ivana drażniło poczucie, że jest oszustem. Farbowanym lisem, który czystym przypadkiem znalazł się w kurniku.
Powinien był się przy dziewczynie zachowywać inaczej – chłodniej, bardziej profesjonalnie, bez tego rozluźnienia, spełnić oczekiwania, jakie przed nim stawiano. W końcu miał być zimnym, wyrachowanym prawnikiem, nie młodym mężczyzną, który kocha matkę, lubi spędzać czas z matką i siostrą i nienawidzi bucowatości dla samej bucowatości. Co by mu to dało, gdyby wpędził dziewczynę siedzącą obok w zakłopotanie, patrząc jak się przebiera? Perwersyjną przyjemność płynącą z obserwowania jej ciała? Chwilę poczucia, że ma nad nią jakąś kontrolę, władzę? Czy zamiast rozmawiać z mamą jak z osobą, która dałaby się za niego pokroić, powinien był natychmiast zakończyć rozmowę albo odrzucić połączenie? Może powinien był tak zrobić, ale to, co robił Ivan, a to co powinien był robić bardzo często nie szło ze sobą w parze.
Dzięki sygnalizacji świetlnej i korkowi, w którym stali, mógł bez większych problemów wytrzymać jej badawcze spojrzenie ciemnych, niemal czarnych oczu, które odznaczały się na tle drobnej buzi, błyszcząc przy tym jak para guzików. Mogła skłamać, a on by jej uwierzył, bądź dowiedział o kłamstwie za jakiś czas. Podskórnie czuł, że chociaż dzisiejsze sprzątanie dobiegło końca, a wraz z pozbyciem się odpadów, powinien też wyrzucić Mei-Mei ze swojego życia, to dziewczyna nie wyjdzie z niego tak szybko. Nie miał intuicji swojej matki ani siostry, ale miał nosa do niektórych spraw – zwłaszcza tych, które dotyczyły jego i tego, że rzadko kiedy czegoś chciał. A teraz chciał poznać imię drobnej Azjatki siedzącej tuż obok niego.
Usuń— Po rosyjsku… — skinął głową i stwierdził, że dziewczyna miała ułatwione zadanie; w końcu jego imię kilkakrotnie padało przy niej w ciągu tego dnia. — Ivan. Nazywam się Ivan — uśmiechnął się półgębkiem, z niezadowoleniem zauważając, że są prawie na miejscu.
Spojrzał pytająco na Mei, gdy ta zaczęła mruczeć coś pod nosem, zastanawiając się przez krótką chwilę, o co może jej chodzić. Zmieszany opuścił szybę, gdy kobieta zapukała – w innych warunkach prawdopodobnie wyszedłby się do niej przywitać, ale w tej chwili bał się, że uderzy ją drzwiami. Bądź dostanie w głowę z konewki, trzymanej przez kobietę.
— Dzień dobry… — odpowiedział pewnie, patrząc na kobietę z rosnącym rozbawieniem, którego nie dał po sobie poznać niczym więcej niż tylko uprzejmym uśmiechem, który tylko pogłębił się po tym, jak Mei-Mei odpowiedziała twierdząco na pytanie matki. — Ivan, jestem chłopakiem Mei-Mei. Już wysiadam — powiedział i ostrożnie, aby przypadkiem nie trącić kobiety drzwiami, wysunął się z auta. Kiedy kobieta wyciągnęła w jego stronę dłoń, ujął ją w obie ręce, w których ta niemal zniknęła, i ukłonił się lekko – nie na tyle, żeby wyszło to komicznie, ale na tyle, by można to było połączyć z jego własną kulturą.
— Bardzo miło mi Panią poznać. Gdyby Mei-Mei nie powiedziała, pomyślałbym, że poznaję jej siostrę — uśmiechnął się, nad głową kobiety wyłapując spojrzenie dziewczyny. Skoro miał być chłopakiem, to przynajmniej takim, którego Pani Wong będzie wspominać z utęsknieniem i sentymentem.
— Mei-Mei, gdzie przeparkować samochód, kochanie? — zapytał, zupełnie niewzruszony całą sytuacją, porozumiewawczo wskazując głową na bagażnik, w którym przecież mieli swój mały problem.
Ivan🚗💗
Gdyby Ivan faktycznie przyszedł do niej na obiad, by poznać jej rodzinę i wkupić się w ich łaski, kupiłby jej matce takie kwiaty, jakie kazałaby mu jego własna. Ivan nie próbował być we wszystkim najmądrzejszy, chociaż, gdyby to Mei miał kupować kwiaty, to prawdopodobnie najpierw spróbowałby dowiedzieć się od niej, jakie lubi, a gdyby nie uzyskał odpowiedzi, poprosiłby w kwiaciarni o bukiet dla kogoś, kto bukietów nie lubi i ma dużo do czynienia z kwiatami pogrzebowymi. Tak, żeby mieć pewność, że prezent jej się spodoba. Albo kupiłby jej kaktusa lub sukulenta – żeby wytrwał dłużej, a ona nie mogła mu wytknąć, że kupił róże w złym kolorze czy tulipany o złym rodzaju płatków.
OdpowiedzUsuńIvan był dobrym aktorem, bo uczył się fachu przez lata. Udawał w końcu grzecznego chłopaka z bogatego domu, chociaż większość dzieciństwa spędził w ciasnym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Udawał też znacznie groźniejszego, niż był w rzeczywistości i jeszcze nie tak dawno, kiedy dopiero zaczynał pracę, udawał, że wie, co robi i że jest tak poważny, jak krótkie miał włosy. Dlatego teraz, bez większego trudu udawał, że jest chłopakiem Mei, a że w udawaniu był dobry, to udał, że jest najlepszym chłopakiem, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. No i Olga, gdyby dowiedziała się, że był w jakikolwiek sposób niemiły czy niegrzeczny w stosunku do czyjejś mamy, prawdopodobnie nie dałaby mu żyć – wychowała go w końcu na chłopaka, który z założenia miał szanować i być grzecznym wobec starszych od siebie. Przede wszystkim jednak miał ochotę zagrać Mei na nosie, a sprawienie, że matka Mei go polubi, było okazją nie do odrzucenia.
— Mnie Mei-Mei zapomniała wspomnieć jaką ma przemiłą mamę. Do tego z niesamowitą ręką do roślin, przepiękne kwiaty — uśmiechnął się, a uśmiech tylko się poszerzył, gdy usłyszał słowa wymruczane przez Mei. Skoro go wkopała, to ani myślał się teraz wycofać.
— Bardzo Pani dziękuję, moja mama byłaby pewnie szczęśliwa to słysząc — odpowiedział, bez mrugnięcia okiem, z rozbawieniem obserwując rozmowę między matką a córką.
Gdyby to on przyprowadził Mei do swojej matki to…. Właściwie nie wiedział, jak zachowałaby się Olga. Nie należała do przesadnie wylewnych kobiet. Z natury była raczej powściągliwa i dość nieufna w stosunku do obcych, ale nie z tego powodu nigdy nie przyprowadził dziewczyny. Od dawna nie był z kimś, kogo chciałby przedstawić matce, a ostatnia dziewczyna, na której mu zależała nie miała możliwości poznać Olgi, bo spotykali się, gdy ta mieszkała jeszcze w Rosji. Na groźne spojrzenie Mei pozostawał niewzruszony, zupełnie nie przejmując się jej gniewem.
Zaśmiał się lekko, słysząc komentarz młodszej z kobiet i rzucił jej zaczepne, trochę złośliwe spojrzenie typu zazdrościsz?, na jej słowa o podrywaniu matki. Nie powiedział jednak już nic więcej, pozwalając Mei prowadzić rozmowę. Włączył się ponownie dopiero, gdy został zapytany o chęć pozostania na obiedzie. Zerkając na Mei, uśmiechnął się do jej mamy najpiękniej, jak potrafił.
— Nie chciałbym robić kłopotu, mam też nadzieję, że to nie problem, bo nie zapowiedziałem się wcześniej… — powiedział ze szczerą uprzejmością, ale bardzo nieszczerą intencją, bo nawet jeśli problem zrobił, to niespecjalnie się tym przejmował. Zanim przy samochodzie nie pojawiła się matka dziewczyny, chciał zapytać o jej numer – był gotowy skłamać, że to ze względu na samochód, gdyby ta miała przed tym jakieś obiekcje. Była ładna, charakterna i widział w niej dziwny rodzaj smutku, który rezonował z jego własnym, tym samym, który dobrze ukrywał pod krzywym uśmiechem, groźnym wyglądem i drogimi gadżetami. — … ale skoro Pani nalega, to bardzo chętnie.
Zaparkował samochód tam, gdzie nakazała mu Mei-Mei, nie komentując słów o ślubie, tylko uśmiechając się na nie głupkowato. Sprawnie uporali się z pojemnikiem i już miał powiedzieć, że dobrze im poszło, gdy aż podskoczył na donośny krzyk Pani Wong. Ze schowka wyciągnął butelkę drogiego whisky, które awaryjnie woził dla klientów, a które teraz miało wylądować w rękach pana domu, który zdawał się być jednocześnie ojcem Mei.
Usuń— Lepszy imbir, niż kurz z dywanu — odpowiedział Mei, otwierając przed nią drzwi, chociaż to do jej domu wchodzili.
Ivan w pierwszej kolejności przywitał się z ojcem Mei, robiąc to w ten sam sposób, w który zrobił z jej matką, wcześniej wręczając mu butelkę w metalowym, ozdobnym etui. Z Chenem i Lily przywitał się już jednak normalnie, zwykłym uściśnięciem dłoni i pozwolił ich matce zaprowadzić się do stołu, mając świadomość, że z chwytem drobnej kobiety nie ma najmniejszych szans. Voronin bez problemu odnalazł się przy stole. Bez skrępowania nakładał sobie jedzenie na talerz, podawał półmiski innym, gdy ci ich nie sięgali i dość sprawnie posługiwał się pałeczkami, chociaż daleko mu było do biegłości, jaką miała rodzina Lavender. Wkładał sobie właśnie dużą porcję szpinaku z czosnkiem do ust, gdy Suyin zadała pytanie, którego absolutnie się nie spodziewał. Szybko przełknął zieleninę, przejechał językiem po zębach i spojrzał na Mei-Mei, szukając w jej oczach odpowiedzi.
— Spotykamy się stosunkowo od niedawna, ale przyznam szczerze, że nie lubię niedopowiedzeń i zostawiania czegokolwiek przypadkowi, więc wolałem, żebyśmy od razu ustalili, w którą stronę to wszystko zmierza — odpowiedział kobiecie i uśmiechnął się grzecznie. Sięgnął po dłoń Mei-Mei i lekko ją uścisnął, robiąc to w sposób niejednoznaczny – niby przyjacielski, ale też taki, który pasował do par, które są w tym pierwszym, niewinnym etapie zainteresowania sobą nawzajem. Nie przedłużał tego gestu zbędnie, chociaż musiał przyznać, że dłoń Mei była przyjemna w dotyku – spracowana i szorstka, ale przez to bardziej namacalna, niż miękkie, wypielęgnowane dłonie, do których przywykł.
— Przepyszne jedzenie, poprosiłbym o przepis, ale raczej marny ze mnie kucharz — zaśmiał się lekko i jakby, na potwierdzenie swoich słów, dołożył sobie jeszcze trochę ryżu i wołowiny, ani trochę nie udając, że mu smakuje. — Wszystkie składniki kupuje pani tutaj? Czy po coś trzeba daleko jeździć, albo zamawiać? — zapytał, zupełnie nie przejmując się tym, czy Mei już ma ochotę wywalić go przez okno, czy dopiero zaczyna mieć taki zamiar.
Ivan🥢💗
Czasami zastanawiał się jakby wyglądało jego życie, jakby nadal słuchał rodziców i dokończył studia medyczne, został lekarzem. Jak wyglądałoby jego życie? Na pewno nie mógłby pozwolić sobie na tyle wygód, jakie miał teraz. Lekarze nie zarabiali najmniej, jednak modeling, liczne współprace, bycie ambasadorem marki i samo prowadzenie kont społecznościowych zdecydowanie generowały większy dochód. Nie był jednak osobą, która za wszelką cenę musi mieć największy apartament z nie wiadomo jakimi wygodami. Coraz częściej marzył o przyszłości na wsi, albo w jakimś małym miasteczku. Może jeszcze nie teraz, nadal był młody i chciał korzystać z tego, co oferowało mu życie.
OdpowiedzUsuńJako nastolatek spędził wiele czasu w szpitalach, odwiedzając swojego ojca. Wówczas ten świat go fascynował, a zapach leków, środków odkażających nie był dla niego niczym nieprzyjemnym. Interesowało go to, chciał pomagać ludziom. Słuchał podczas wspólnych kolacji o trudnych przypadkach, o operacjach, które przeprowadzał starszy Park. Nie brzydziło go to, zadawał szczegółowe pytania. Jednak im więcej wiedział, tym bardziej odczuwał, że nie jest to jego świat. Bardziej niż widok krwi, zwłok czy operacji, przerażała go sama odpowiedzialność za życie drugiego człowieka. Jednej, nawet najdrobniejszy błąd mógł zaważyć o czyimś być lub nie być.
Teraz, z rękoma brudnymi od zastygającej, metalicznej krwi, zdecydowanie mógł poklepać się po plecach ze słowami: dobry wybór. Zdecydowanie nie nadawał się do tego. Może z czasem przywykłby do tego, zrobiłoby mu się to obojętne, nauczyłby sobie radzić. Nie chciał tego jednak, nie chciał traktować ludzi jak jakieś przypadki, zapominać o nich. Jego empatia, tak niezrozumiana przez rodzicieli, była zbyt silna.
Kiedy usłyszał swoje imię, podniósł wzrok na kobietę dość mocno zaintrygowany. Zmarszczył lekko brwi, starając odgonić gonitwę myśli i skupić się na tym, skąd zna pracownicę tego domu pogrzebowego. Jej głos już wcześniej wydawał mu się znajomy, ale z wiadomych przyczyn nie miał głowy do zastanawiania się nad jego pochodzeniem. Teraz było inaczej.
Dopiero wspomnienie randki naprowadziło go na dobry trop. Uśmiechnął się delikatnie, na samo wspomnienie tej niezręcznej kolacji. Była jego ostatnią randką, do której zmusiła go jego matka. Kobieta postawiła sobie za cel honoru znaleźć mu dobrą dziewczynę, oczywiście taką, która byłaby akceptowalna przez nich samych.
Na szczęście Mei okazała się taką samą ofiarą jak on, a gdy to odkryli, całe spotkanie nabrało nieco innego, zabawniejszego i przede wszystkim luźniejszego tonu. Nie sądził, że się kiedykolwiek jeszcze spotkają, a nie w takich okolicznościach! Zresztą, sytuacja była tak niecodzienna, że mało kto zakłada taki kontekst spotkania.
– Mei-Lan! – mruknął z nieukrywanym entuzjazmem. Zaraz cicho się zaśmiał. – Kwiaty są oklepane. Takie wejście zapamiętasz na dłużej – dodał z delikatnym uśmiechem.
Gdy przyszła policja, powoli się podniósł, jednak nie ruszył się ponadto. Oparł się jedynie o ścianę, opowiadając drugiemu z policjantów wszystko, co wie. A wiedział przecież niewiele. Nikogo nie widział, nawet rannemu mężczyźnie nie przyglądał się zbyt dokładnie. O wiele więcej szczegółów zapamiętał odnośnie jego rany niż z twarzy, toteż rozmowa zakończyła się dość szybko. Choć zastanawiał się czy to było tylko takie wrażenie.
Po wyjściu mężczyzn, przez sekundę zastanawiał się co ze sobą zrobił. Zdecydowanie najpierw musiał zmyć krew z dłoni, która już zdążyła w większości skrzepnąć i zaschnąć. Skrzywił się nieco na ten widok.
– Opowiadałaś o mnie? No, no. To chyba jednak ta randka nie była taka nieudana, co? – mruknął z lekkim rozbawieniem, słysząc ich wymianę zdań.
Przyjął ręczniki, wycierając sobie dłonie, ale zdecydowanie zapragnął je obmyć. Toteż dopytał o możliwość skorzystania z łazienki, a gdy ją uzyskał, ostrożnie się do niej ulotnił, zostawiając Chena i Mei samych z tym bałaganem.
Wyszorował porządnie ręce, obmył też twarz. Poczuł, że zrobiło mu się lepiej.
UsuńKiedy wrócił, sytuacja wyglądała na względnie opanowaną. Rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając zimny obiad kobiety. Na sam widok aż zaburczało mu w brzuchu, czym nieco się zdziwił. Nie sądził, że będzie nadal głodny.
Zdjął czapkę z daszkiem, przeczesując włosy i lekko westchnął.
– O której zamykasz? – zapytał, przyglądając się kobiecie. – Idziemy coś zjeść? Na twoim miejscu nie jadłbym tego – tu wskazał głowa na pojemnik. – Cho wygląda smacznie – stwierdził.
Nathaniel
Niechętnie cofnął dłoń, gdy uznał, że wystarczy czułych gestów. Nie chciał, aby dziewczyna poczuła się niekomfortowo, ale ten gest pasował do jego słów. W końcu jako świeża para powinni z trudem móc się od siebie oderwać – przynajmniej tak zachowywałby się Ivan przy dziewczynie i doskonale o tym wiedział. Nie był kochliwy; w zasadzie rzadko zwracał na kogokolwiek uwagę, bo prócz przygód na jedną noc nie miał ochoty oferować niczego więcej. Miał dużo pracy, lubił mieć czas dla matki i siostry, gdy tylko ta była w Nowym Jorku. Jego poprzednia partnerka zbyt szybko próbowała wejść do jego życia z butami, przestawiać je pod siebie, na co Ivan zareagował w jedyny znany sobie sposób – całkowicie się wycofał. To nie było tak, że nie był skory do poświęceń – był, nawet bardzo, tylko musiał czuć to coś, a nie czuł tego od liceum. Z Mei-Mei było jednak jakoś inaczej, bo przyciągnęła jego uwagę już samym tym, jak pociągnęła mu z bara przy wejściu do mieszkania i jak nie bała się pracy, która dla większości była czymś przerażającym. No i tym, jak próbowała być niezależna, chociaż w momencie przyłapania ich przez jej matkę – gdzie on tylko ją odwoził – bez zastanowienia wcisnęła go w rolę chłopaka. Zupełnie jakby Lavender bardziej bała się tej małej, przemiłej Chinki niż jego czy Sokolova.
OdpowiedzUsuń— Wspólny, Chen — odpowiedział łagodnie Ivan, patrząc na chłopaka bez grama emocji. W spojrzeniu nie było irytacji ani niechęci – raczej zwykła obojętność, bo coś mu w tym chłopaku nie grało. Miał w sobie ten specyficzny manieryzm, charakterystyczny dla ludzi, którzy dużo kombinowali w życiu – niekoniecznie dobrze – ale Ivan daleki był od wydawania wyroków. W końcu to nie była jego rodzina, to nie była nawet jego dziewczyna i istniało spore prawdopodobieństwo, że siedzi przy tym stole ostatni raz w życiu, chociaż z każdą chwilą miał nadzieję, że jakimś dziwnym trafem będzie miał jeszcze okazję usiąść na tym stanowczo za małym krzesełku.
Z trudem nie zachłysnął się, gdy Suyin z łatwością, tak charakterystyczną dla matek, wspomniała o ślubie. Olga też tak robiła, ilekroć wspominał jej, że się z kimś umawia – zupełnie jakby ślub był czymś, co powinno zostać od razu ustalone i założone jako normalna część związku. Z drugiej strony jakaś część Ivana też trochę tak uważała, bo nie lubił utrudniać sobie rozumienia świata. Jeśli by się zakochał, czułby, że to właśnie ta osoba, bez której nie wyobraża sobie życia, od razu chciałby wyjaśnić z nią kwestie dotyczące przyszłości. Kwestia dzieci, ślubu, mieszkania – ludzie rozstawali się przez takie rzeczy po wielu latach, kiedy wystarczyło porozmawiać o nich już na początku znajomości, gdy czuło się, że właśnie zaczyna się iść w tym samym kierunku. Voronin nie rozumiał podchodów, które niektórzy uprawiali, tak samo jak nie miał pojęcia, o co chodziło w zabawie w kotka i myszkę czy ciepło i zimno. Lera próbowała mu to wielokrotnie wyjaśnić i nie był głupi, więc rozumiał cały zamysł, jedynie nie rozumiał, po co to robić. W jego wyobrażeniu związek był partnerstwem – każdy sobie równy, wspierający w kryzysowych sytuacjach, ale wciąż z zachowaniem własnej indywidualności. Czy wiedząc, że spotyka się z kimś, kto nigdy nie chciałby razem zamieszkać, liczyłby, że ta osoba zmieni zdanie? Raczej nie, bo próbowałby wtedy zmieniać jej przekonania, naginać je do swoich własnych, a więc wymuszać zmianę – a on sam nie miał zamiaru tego dawać od siebie; nie miał zamiaru naginać się do kogoś za wszelką cenę.
— Sos sojowy tylko z zieloną etykietą, zapamiętam — uśmiechnął się do starszej kobiety, powtarzając za nią jej własne słowa. Próbował zapamiętać też informacje o imbirze, chociaż nie miał pojęcia, kim jest pan Chang, a pani Lau mówiła mu dokładnie tyle co nic. Wiedział jednak, że dobrze kroi mięso i nie oszukuje na wadze, a to była informacja, która raczej nigdy miała mu się nie przydać, ale zdążyła zostać przez niego zapamiętana.
— Jestem prawnikiem. Pracuję w firmie zajmującej się fuzjami, przejęciami… ogólnie doradztwem prawnym i obsługą prawną większych przedsiębiorstw — wyjaśnił, niewzruszony wymianą zdań między rodzeństwem, chociaż miał wrażenie, że jego pierwotne odczucia względem Chena były trafne. — A autem nie ma co się zachwycać, jest z leasingu, więc właściwie należy do banku — wzruszył lekko ramionami, bo chociaż nie kłamał, nie wspomniał też, że był to w zasadzie jego samochód służbowy, a właścicielem firmy, w której pracował, był jego ojciec. To nie tak, że miał kompleks bogatego dzieciaka, któremu wszystko podano na tacy – w zasadzie tak było, więc czemu miałby się tego wstydzić? Bo nie pozwalał się porwać powszechnej kulturze dorobienia się samemu? Czy ktoś, kto – tak jak on – dostałby taką szansę od losu, zrezygnowałby z niej tylko po to, aby pokazać, że potrafi sam? Nawet jeżeli, to według Ivana było to nie tyle honorowe, co zwyczajnie głupie i taką decyzję mógł podjąć jedynie bogaty dzieciak z funduszem powierniczym.
Usuń— Mei-Mei, a jak się poznaliście? Czemu nie opowiadałaś o Ivanie wcześniej? —spytała Suyin, wyjątkowo wlepiając swoje spojrzenie w córkę, na chwilę odrywając je od Rosjanina.
Ivan🥢👀
Ivan częściej przemilczał prawdę, niż kłamał tak jak teraz – w żywe oczy. Jako prawnikowi, wielokrotnie było mu bardziej na rękę siedzieć cicho, niż odpowiadać na niewygodne pytania, a gdy był zmuszony do odpowiedzi, to kluczył tak jak teraz, przemykając między półprawdami i niedopowiedzeniami. W rzeczywistości nie skłamał nawet o tym, jak długo się znali, bo prawdą było to, że mama Mei wyglądała bardzo młodo, była miła i miała piękne kwiaty. Tak samo prawdą były jego marne umiejętności kulinarne, chociaż popisowe dania robił wybitnie i nie kłamał, mówiąc o wspólnym kierunku – w końcu obojgu im zależało na pozbyciu się odpadów. A teraz, Ivan sam nie wiedział czemu, ale chciał się chociaż przyzwoicie sprawdzić w roli udawanego chłopaka, czując większą presję ze strony Suyin, niż samej Mei-Mei, która wręcz wydawała się niezadowolona z jego starań.
OdpowiedzUsuńIvan nie dbał o to, czy widział życie Mei w korzystnym, czy też niekorzystnym świetle. Dbał za to o to, że chociaż sytuacja była niekomfortowa, to jej rodzina była miła, co w jego otoczeniu było niecodzienne. To, czym zajmowała się Lavender też nie stanowiło dla niego większego problemu, przynajmniej na etapie udawanego chłopaka, bo gdyby był jej partnerem, z całą pewnością zainteresowałby się, czemu to robi. Ryzykowała. On dzisiaj ryzykował, nie z własnej woli, więc podejrzewał, że i nie robiła tego bez powodu – czemu? Tego chciał się dowiedzieć, ale widząc nieufność dziewczyny i to, że przypominała mu teraz zwierzę zapędzone w kozi róg, wiedział, że nie będzie to łatwe. Spotkanie, które początkowo było dla niego zabawne, teraz wydawało się być coraz bardziej dla Mei niekomfortowe i chociaż on sam, wciąż był nieco całą sytuacją rozbawiony, zaczynał czuć ciążące jej uczucia. Zakłopotanie? Zażenowanie? Nie wiedział.
— Nie widzę nic złego w byciu nudnym — rzucił pewnie Ivan, nie dodając przy tym nic więcej, by nie obrazić przypadkiem nie tylko Chena, ale też całej rodziny Mei. W końcu to, że w jego odczuciu Chen był zwyczajnie śliski nie zmieniało tego, że był bratem Mei, a on jedynie obcym, który pochłaniał przy ich stole niezdrowe ilości ryżu, warzyw i wołowiny. Jeśli Mei kiedykolwiek ugotowałby mu coś takiego, nosiłby ją na rękach, ba! Nosiłby teraz jej matkę, gdyby nie to, że obok siedział ojciec.
Na słowa o intercyzie nic nie powiedział, bo w reakcji wyręczyła do Suyin, dokładając mu następną porcję, chociaż starał się zakryć swój talerz dłonią. Drobna Chinka roztaczała wokół siebie jednak taką samą aurę, jaką miała jego matka, więc nie opierał się zbytnio, za bardzo bojąc się monologu, który chyba każdej matce przychodził z wiekiem – o ile była to jedna z tych mam, którym zależało na szczęściu dzieci. A Suyin zależało i to chyba bardzo, bo takie rzeczy było łatwo zauważyć. Chociażby po tym, że chyba próbowała utuczyć Ivana do tego stopnia, żeby przypadkiem nie miał siły wyjść z tego domu o własnych siłach.
Za dzisiejszą akcję, to te same paragrafy, które miała Lavender, mógł przytoczyć i sobie – w końcu nawet w mieszkaniu starał się jej pomóc; w przeciwieństwie do niej, wiedział także dokładnie, gdzie znajduje się winowajca całego bałaganu.
Z lekkim uśmiechem przysłuchiwał się, jak tym razem to Mei musi wybrnąć z niewygodnego pytania zadanego przez jej mamę; uśmiech ten jedynie się poszerzył, gdy wspomniała o tym, jak poznali się przez pracę, ale było to jedynie na krótką chwilę – w końcu nie powinien był się zdradzać z tym, jak to w ich przypadku brzmiało. Sprawnie nabrał w pałeczki ryżu i warzyw, starając się brać możliwie małe kęsy, by przypadkiem matka Mei znowu nie dołożyła mu następnej porcji.
Skapitulował przy trzeciej porcji, mówiąc Pani Wong wprost, że nie ma nawet mowy o tym, by udało mu się wcisnąć w siebie cokolwiek. Poddał się także wtedy, gdy kobieta zapakowała mu jedzenie, którym wiedział, że dzisiejszego wieczora podzieli się z matką, bo miał do niej zamiar podjechać w drodze do domu. Olga mieszkała w zasadzie w połowie drogi między Chinatown, więc było całkiem możliwe, że nie będzie musiała nawet odgrzewać obiadu… Tylko jak jej wytłumaczy jego pochodzenie?
UsuńWyszedł za Mei, wcześniej nieco niezgrabnie wsuwając buty i poprawiając rękawy koszuli, która podwinięta, wydawała mu się bardziej pasować do ciepłej atmosfery panującej w domu Wong. Na tyle, na ile tylko Suyin pozwoliła mu to zrobił, na tyle starał się pomóc przy sprzątaniu ze stołu, ale w tym również przypominała dobrą gospodynię – jako gość czuł się bardzo dobrze zaopiekowany.
Poprawił marynarkę, zapinając górny z guzików, bo chłodne powietrze nieprzyjemnie zaczęło wciskać się przez koszulę, wyjątkowo boleśnie atakując mocno rozgrzaną skórę. W domu Mei było ciepło, wręcz gorąco w porównaniu z tym, co czekało ich na zewnątrz. Mężczyzna rozejrzał się i kątem oka zobaczył ruch za jedynym, małym okienkiem wychodzącym na ciemny zaułek – prawdopodobnie pozostałość po tym, jak obok nie stał jeszcze żaden budynek.
Nachylił się lekko do dziewczyny tak, jakby miał zamiar pocałować ją w policzek, muskając jedynie palcami jej talię.
— Twoja mama patrzy… — wyjaśnił cicho, ciepłym powietrzem omiatając jej ucho i szyję. Poczuł także jej zapach, który mocno go zaskoczył, bo spodziewał się… Zapachu detergentów? Może jakiś perfumowanych, pogrzebowych kwiatów? Pamiętał, że jak jego matka dorabiała sobie jako sprzątaczka, zawsze pachniała sztuczną cytryną, tymczasem Mei pachniała przyjemnie, ciepło. Aż zbyt miło.
Niespiesznie się od niej odsunął z błyskiem w oku i nonszalanckim uśmiechem uniósł lekko brwi.
— Nie ma za co, mała. Do zobaczenia jutro — rzucił na odchodne, nie mówiąc przy tym nic więcej, ani nie tłumacząc, czemu mają się spotkać już nazajutrz. W końcu nie powiedział jej, że ma zamiar jutro odstawić vana wprost pod jej drzwi.
Ivan 🚚🥡
Niedługo po nich do pomieszczenia zeszła się pozostała trójka graczy. Chen przywitał się z mężczyznami, których najwidoczniej musiał znać, a przynajmniej kojarzyć. Ian się przedstawił, samym imieniem. Nie podał nazwiska i nikt nie wymagał od niego, aby to zrobił. Prawdopodobnie widzieli się pierwszy i ostatni raz, bo Ian nie sądził, by istniała taka siła, która miałaby go zmusić do ponownego postawienia stopy w tym miejscu.
OdpowiedzUsuńNie chadzał do takich lokali, odkąd nie musiał. Bo bywał w takowych często, kiedy dopiero zaczynał handlować. Jako dziewiętnastolatek obskakiwał z towarem najgorsze speluny, bo to najgorsze speluny przyciągały klientów, którzy byli zainteresowani jego towarem, aczkolwiek to nie tak, że w lepszych lokalach nie można było natknąć się na ćpuna. Przeciwnie. Ćpali wszyscy. Smakujące życia nastolatki, chcący nieco to życie podkoloryzować bezdomni, a także ci, którym to życie nadto ciążyło na barkach – lekarze, biznesmeni, politycy i pastorowie.
Tak, Ian miał kiedyś jednego klienta, pastora. Facet był krótko po pięćdziesiątce, miał żonę i troje dzieci, a pod sobą niedużą parafię. Twierdził, że wszystko jest dla ludzi, jeśli potrafiło zachować się umiar i trzeba było przyznać, że on ten umiar zachowywał. Ian bywał u niego raz w miesiącu, z pięcioma gramami koksu i trwało to osiem miesięcy, aż pastor więcej nie napisał. Hunt nie pofatygował się, aby sprawdzić, co się stało. Nigdy tego nie robił. Zachował jednak numer telefonu. Jego książka kontaktów na karcie przypisanej do numeru dilera pękała w szwach i Ian co jakiś czas musiał czyścić pamięć, ale numer pastora nadal tam tkwił.
Nim choćby rozłożyli żetony, do pokoju weszła skąpo ubrana kelnerka. Miała na sobie skórzaną miniówkę i opinający piersi gorset, na nogach ciężkie buciory na wysokiej koturnie. Musiało jej być cholernie niewygodnie, ale nie wyglądała na niezadowoloną. Zebrała zamówienia, dopytując aż dwukrotnie, czy Ian na pewno chce tylko colę, a kiedy zrozumiała, że to nie był z jego strony kiepski żart, wycofała się. Kiedy wróciła, by rozstawić szklanki na blacie przykrytym zielonym płótnem, które lata świetności miało za sobą, bo było wypłowiałe, poplamione i w niektórych miejscach pozaciągane, ten z ostrą twarzą rozdawał karty.
Gra toczyła się spokojnie. Początkowo we względnej ciszy, która jednak stopniowo gasła, zagłuszana zarówno przez dźwięki płynące z części lokalu za dzielącą korytarz kotarą, jak i zaczątki rozmowy, bo lejący się z litrowej butelki do szklanek alkohol rozwiązywał języki.
Ian nie mówił wiele, w zasadzie, nie mówił nic. Czasem tylko uśmiechnął się słabo w odpowiedzi na jakiś, również słaby, rzucony żart. Kupka żetonów przed nim nie malała, ale też nie powiększała się w zastraszającym tempie. Rosła, powoli, acz konsekwentnie. Wygrał kilka kolejek, kilka przegrał. Zachowywał ostrożność, początkowo tylko obserwował, kto jak gra, kto lubi blefować, a kto nadto ryzykować.
Siedzący obok Wong z kolei grał tak, jakby jutra miało nie być. Jakby wpisowe wynosiło dwadzieścia, a nie dwadzieścia tysięcy dolarów, przez co łatwo było policzyć, że stawka dzisiejszej gry była wysoka. Ian nie pytał, skąd Chen dysponował taką kwotą, ani nie przejmował się jego stylem gry, bo niby dlaczego miałoby go to obchodzić? Byli tylko znajomymi od pokera, a takie znajomości, choć bywały intensywne, zazwyczaj trwały krótko.
W zasadzie, wieczór powoli przechodzący w noc, zapowiadał się spokojnie. Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, ten spokój został zaburzony.
Ian popatrzył wprost na Chinkę, która jak tornado wpadła do pomieszczenia i wyhamowała tuż przy Wongu. Aby dobrze ją widzieć, Hunt musiał lekko odsunąć krzesło i przekręcić tułów, a także głowę, którą w dodatku zadarł, przez co jego mięśnie napięły się nieprzyjemnie, ale ciekawość wzięła górę. Śledził toczącą się wartko wymianę nie tyle zdań, co często półsłówek, skacząc wzrokiem pomiędzy zgromadzonymi, a jego spojrzenie padało na tego, kto akurat mówił.
Sam się nie wtrącał, jak to on, wolał śledzić bieg wydarzeń, zamiast brać w nich udział i przez to podparł policzek na dłoni, by było mu nieco wygodniej.
UsuńWestchnął, kiedy jeden z mężczyzn w końcu się ruszył i doskoczył do dziewczyny. Nie porzucił obserwacji, wyglądał na znudzonego, a wyraz jego twarzy wyraźnie mówił po co to wszystko? Naprawdę, chce wam się? Jemu się nie chciało, dlatego póki mógł, siedział w tym samym miejscu, powoli dochodząc do wniosku, że najlepiej będzie po prostu się stąd ewakuować. Zrobiło się głośno i nieprzyjemnie, mógł oberwać rykoszetem, a nie uśmiechało mu się chodzić z obitą gębą. Ostatnio chodził z taką wystarczająco często.
Zaczął się podnosić, kiedy trzymający siostrę Wonga facet nazwał ją dziwką i chyba to uruchomiła lawinę, która miała pochłonąć także Hunta.
W ciasnym pomieszczeniu, wypełnionym teraz szóstką ludzi, już wcześniej było tłoczno, ale teraz zrobiło się w nim całkowicie gęsto od poruszających się niezbornie kończyn. Ian odepchnął od siebie mężczyznę, który ruszył w jego stronę, ale ten zdążył ucapić się palcami jego bluzy i pociągnął go za sobą. Hunt zaklął, lewą dłonią złapał za przegub tej ręki, którą facet go trzymał, by prawą wymierzyć cios prosto w jego szczękę. Napastnik nie puścił, ale nogi się pod nim ugięły. Dopiero, kiedy Ian poprawił uderzenie, zaciśnięte na jego bluzie palce poluźniły uchwyt i jęcząc, mężczyzna osunął się na podłogę, klinując się gdzieś między ścianą, a wywróconym krzesłem.
Ian niekoniecznie chciał w tym starciu wybierać drużynę. Kiedy jednak wyprostował się, oddychając ciężko i potoczył wzrokiem po pokoju, odkrył, że od wyjścia dzieliło go rodzeństwo Wong, każde szarpiące się z którymś z pozostałych graczy.
— Kurwa — westchnął, wywracając oczami, a że wyglądało na to, że siostra jego znajomego radziła sobie lepiej, niż on sam, to Ian ruszył ku niemu. Złapał za ramiona tego, który chyba próbował przydusić Chena i odciągnął go od niego, jednocześnie podcinając mu nogi i popychając na ścianę.
— Wong, pomóż siostrze i spierdalamy stąd — zarządził, nim zgiął się w pół od ciosu w przeponę, którego zawczasu nie zauważył. — No już! — wydyszał, poczerwieniały na twarzy, niezdolny do nabrania powietrza, kiedy spostrzegł, że Chen stoi nieruchomo, jak zaczarowany i nie czekając, czy ten faktycznie wykona polecenie, wciąż zgięty, wpierdolił się w gościa, który go atakował.
IAN HUNT 💥💥💥
Bywał złośliwy, nawet trochę podły, ale nie zrobiłby tego Mei przy jej mamie – nie po tym, jak ta kobieta ugościła go w swoim domu, nakarmiła i była zwyczajnie miła. Tak, jak nie miałby większych oporów przed tym, by Lavender nieco podogryzać, podroczyć się, tak nie czuł, by był na to czas i miejsce – nie po tym dniu, który zmęczył go do tego stopnia, że wręcz nie mógł się doczekać, aż utnie sobie drzemkę na kanapie u swojej matki, kiedy w tle będzie lecieć rosyjska wersja “Wymiany żon”. Dotykając dłonią talii Mei nie wiedział jeszcze, że żadnej drzemki nie będzie, bo w głowie wciąż będzie słyszał jej głos, czuł krzywiznę jej talii pod dłonią i zdołał zapamiętać jej zapach, nie mając przy tym pojęcia, czemu ten zdawał się wręcz wgryźć w jego pamięć.
OdpowiedzUsuńPatrzył na nią z góry bez słowa, pozwalając, by na twarzy zagościł mu lekki półuśmiech, który nie mógł mówić o niczym innym niż o lekkim rozbawieniu sytuacją, w której się znaleźli. A właściwie, w której się znajdował, bo Mei nie wyglądała, jakby było jej do śmiechu, który on z trudem powstrzymał, gdy mu zagroziła wybiciem zębów. Na drugą groźbę zareagował jednak inaczej, bo wyzbył się najmniejszych nawet śladów rozbawienia. Nachylił się do niej, nie przerywając kontaktu wzrokowego, schylając się tak, by przy niewielkiej odległości, która ich dzieliła, znaleźć się raptem kilka centymetrów od jej nosa.
— Nie zrobię niczego, o co sama nie poprosisz, skoro tak chcesz — powiedział cicho i kiedy nakazała mu jechać, zrobił duży krok w tył i machnął do niej na pożegnanie ręką. — Trzymaj się… mała! — spojrzał na nią jeszcze przez ramię, gdy już wsiadał do samochodu i odjechał, z trudem powstrzymując się, by przez większość drogi zwyczajnie się do siebie nie uśmiechać.
Resztę popołudnia spędził u matki, by wieczór poświęcić na pracę, siłownię i sesję w saunie, w trakcie której zastanawiał się, czy Mei da się zaprosić na kolację, czy jednak będzie musiał uskuteczniać jakieś podchody, do których najzwyczajniej w świecie nie przywykł. Miał przeczucie, że z Mei nie będzie tak łatwo, ale jednocześnie wychodził z założenia, że nic na siłę – jeśli dziewczyna nie była nim zainteresowana, to nie miał zamiaru za nią biegać. Nie był tego typu mężczyzną.
Wstał niemal o świcie i zadzwonił do mechanika, gdy ten tylko otworzył swój zakład. Miał odstawić samochód Mei na miejsce, ale okazało się, że dopiero poranny kurier dowiózł mu jakąś potrzebną część i przez to doszło do opóźnienia, za które mechanik przeprosił Ivana, a Voronin wiedział, że będzie musiał przeprosić Mei. Jeśli intuicja go nie myliła, to dziewczyna prawdopodobnie sama po niego pojechała – nie miał pojęcia, co zamierzała zrobić z samochodem, któremu była w stanie pomóc jedynie laweta i mechanik, który dziwił się, że Ivan uparł się na naprawę auta. Niestety, specjalista orzekł, że samochód jeszcze trochę pojeździ, ale niezbyt długo, więc lepiej rozejrzeć się za czymś nowszym – mimo to, oprócz naprawienia rozrusznika, wymienił Mei wszystkie żarówki, sparciałą gumę, którą wyłożony był bagażnik, wyczyścił auto i nawet dodał zapachową choinkę, która denerwowała Ivana przez całą drogę, gdy tak dyndała z lusterka. Postanowił sam odstawić jej samochód pod dom, nie tylko dlatego, że chciał się z nią zobaczyć, ale też po to, żeby nieco przyspieszyć oddanie auta – w końcu było to jej narzędzie pracy, a mechanik z góry przekazał mu, że będzie mógł pojawić się z Chinatown dopiero po zakończonej zmianie. Do tej pory telefon Mei mógł zadzwonić już kilka razy.
Wysiadł z samochodu i pozwolił jej. Pozwolił jej wpaść w siebie, a później okładać pięściami i nie był za to zły na nią – bardziej na siebie, bo to, co miało być miłą niespodzianką, ułatwieniem jej w jakiś sposób życia, okazało się beznadziejnym pomysłem. Nie próbował się bronić, gdy wyzwała go od kretynów, ani wtedy, gdy powiedziała mu, że jest wielkim, rosyjskim kretynem, bo tak się czuł. Jak skończony, uprzywilejowany kretyn, który dopiero podjeżdżając pod dom pogrzebowy jej rodziców uzmysłowił sobie, że mógł przecież zadzwonić na firmowy telefon i dać jej znać, że zajął się tematem vana, by nie musiała się tym martwić. Zamiast tego, jadąc niemal z Brooklynu do Chinatown, przez całą drogę pluł sobie w brodę, że nie wziął od niej numeru.
UsuńOdruchowo objął jej drobne ciało, gdy oparła swoje czoło o jego klatkę piersiową pozwalając, by uspokoiła w niej oddech – powstrzymał się jednak od pogłaskania jej po miękkich włosach, bo czuł, że mogłaby mu odgryźć rękę. Zamiast tego trwał nieruchomo, bojąc się samemu nawet odetchnąć, by dziewczyna ponownie nie wpadła w szał. Gdy tylko poczuł, że się odsuwa, momentalnie ją puścił, opuszczając ręce i dopiero wtedy zobaczył tak naprawdę, do jakiego stanu doprowadził Mei własną głupotą i poczuł, jak bardzo zabolał go widok jej łez. Nienawidził, kiedy kobiety płakały, ale jeszcze bardziej nienawidził, kiedy robiły to przez niego. W tamtej chwili on też za sobą nie przepadał, ale chociaż wiedział, że mógł załatwić sprawę lepiej, to zrobił to tak, jak umiał najlepiej i za to nie chciał czuć się winny.
— Kluczyki od auta — powiedział cicho, wyciągając z kieszeni spodni wspomniane klucze i podał je Lavender.
— Auto naprawione, powinno jeszcze trochę pojeździć… Masz wymieniony rozrusznik, naładowany akumulator i sprawdzone tarcze hamulcowe. Wymienili Ci też olej i nabili klimatyzację — wyrzucił, wymieniając to, co pamiętał z wymienionych przez mechanika rzeczy. Według niego taniej byłoby sprzedać samochód i kupić nowy, ale to przecież nie wchodziło w rachubę – nie na tym etapie ich znajomości, jeśli kiedykolwiek, bo patrząc na Mei, nie miał pojęcia, czy będzie jakikolwiek następny etap. Nie miał pojęcia, co powinien zrobić, bo to, na co miał ochotę, raczej nie było tym, czego chciałaby dziewczyna, więc zamiast tego wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki metalowy wizytownik, z którego podał jej kartonik. — Gdyby cokolwiek było nie tak z wozem… Albo tak ogólnie, to zadzwoń — powiedział po prostu i zrobił krok w tył, jasno dając jej tym znak, że nie ma zamiaru dłużej zawracać jej głowy.
Ivan Voronin 🔧🚐
Patrzył na nią ze świadomością, że prawdopodobnie widzi przed sobą jedną z najtwardszych kobiet, jakie spotkał w życiu – nie dlatego, że dzień wcześniej odgrażała mu się w zaułku, po tym, jak wyświadczył jej przysługę udając jej chłopaka. Powodem nie było też to, że dzisiaj bez skrępowania wyładowała na nim swój szał, bijąc pięściami w jego pierś i zdając się nawet przez chwilę nie zastanawiać nad tym, że jest od niej znacznie większy. W jego oczach była twarda, bo dzień wcześniej widział, jak na kolanach zmywa krew z podłogi, a później, jak gdyby nigdy nic siada przy rodzinnym stole, je obiad i potrafi zostawić to całe gówno na chwilę gdzieś obok. Odseparować od siebie syf, który się do niej przykleił, a który jego samego truł od wczorajszego południa i wciąż siedział w głowie. Nie był strachliwy, nie bał się konsekwencji, ale tego, że jeśli częściej będzie stawiany w takich sytuacjach, to staną się one dla niego czymś normalnym, oswojonym – nie chciał być człowiekiem, dla którego zakrwawiona twarz ofiary, krew, włosy i zgubione zęby będą czymś powszechnym. Nie po to z całych sił starał się trzymać od tego z daleka, chociaż teraz… Patrząc na drobną dziewczynę przed sobą, zastanawiał się, czy i tak w jakiś sposób nie wszedł w to mimowolnie.
OdpowiedzUsuń— Nie. Ja nie umiem zrobić klimatyzacji, ale mechanik umie i to zrobił. Odgrzybił ją i nabił czynnika chłodzącego, żebyś nie miała sauny latem… Chyba, że lubisz ciepło, to nie musisz jej włączać — wzruszył niby od niechcenia ramionami, nie mówiąc nic na temat tego, jak mechanik powiedział mu, że auto prawdopodobnie szybciej wyzionie ducha, niż doczeka kolejnej wymiany oleju. Mei przecież doskonale o tym wiedziała, tylko liczyła pewnie, że to jeszcze nie teraz, że jeszcze starczy na trochę. Pamiętał historie swojej mamy, która opowiadała mu o dorastaniu w czasach, które on sam znał jedynie z lekcji historii i filmów, które bawiły swoją absurdalnością, dopóki nie było się świadomym, że to dokumenty, nie filmy komediowe.
— Potraktuj to jako napiwek, za dobrze wykonaną wczoraj pracę, bardzo dobry obiad u twojej mamy i dwie porcje na wynos. Moja mama była zachwycona wołowiną — odpowiedział, bo chociaż wydał kilkaset dolarów u mechanika, to nie zamierzał zgadzać się na oddawanie mu pieniędzy. Zgadywał też, że gdyby nazwał to prezentem, to mogłaby pomyśleć, że idą za tym jakieś oczekiwania, chęć wykorzystania jej położenia – prezenty od obcych ludzi rzadko były bezinteresowne i Ivan doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Napiwek był za coś, nie był czymś darmowym czy czymś, za co powinna się odwdzięczyć – to w końcu on dziękował jej, starając się, by przypadkiem nie pozwoliła sobie myśleć, że jest inaczej. Dla niego te kilkaset dolarów było nieco droższą kolacją, a dla niej… Widząc jej łzy w oczach domyślał się, że znaczyło to znacznie więcej.
Widząc z jaką ostrożnością obeszła się z jego wizytówką, uśmiechnął się w duchu uznając to za dobry znak, że może kiedyś będzie chciała się z nim skontaktować; szczerze liczył, że będzie to prędzej, niż później, ale nie miał zamiaru naciskać.
— Wizytówkę możesz sobie zostawić, nie była taka droga — nie mógł się powstrzymać od tego komentarza, unosząc kąciki ust, zadowolony ze swojego nieśmiesznego żartu i już miał się wycofywać, gdy złapała go za rękaw. Spojrzał na nią zaskoczony, zatrzymując się w miejscu i cierpliwie czekał, pozwalając jej zebrać myśli; wolałby, gdyby spojrzała na niego, zamiast na jego buty, ale nie musiał na to długo czekać. Z zadowoleniem zauważył, że po łzach niemal nie było na jej buzi śladu, ale z trudem ukrył, że swoim dogryzaniem Mei wbiła mu szpileczkę, prawdopodobnie całkowicie tego nieświadoma.
— Nie masz za co, Mei-Mei — odpowiedział łagodnie i spojrzał na zegarek, gdy zaproponowała, aby wszedł na herbatę, chociaż równie dobrze mogła go zaprosić na szklankę nowojorskiej deszczówki i byłby równie zachwycony. Miał ochotę odpowiedzieć jej, że bogacze piją jedynie łzy nieszczęśliwych i ubogich, ale ugryzł się w porę w język, nie mając pojęcia, czy kąśliwe poczucie humoru było czymś, co Mei przypadłoby w tej chwili do gustu. Zamiast tego pokręcił głową.
Usuń— Nie dam rady. Mam za dwie godziny lot, a muszę jeszcze przedostać się na lotnisko. Zamiast tego… Przyjadę po Ciebie w sobotę o pierwszej, tylko ubierz się wygodnie — powiedział, uśmiechając się przy tym lekko. — Jeśli coś by Ci wypadło, to masz do mnie numer, mała! — powiedział głośno i najpierw pomachał w stronę okna, do podglądającej ich matki Mei, a następnie skinął głową Mei. Odwrócił się do niej plecami i szybkim krokiem skierował się w stronę metra.
Ivan Voronin ✈️🚆
— W różnych. Dwie przecznice stąd jest świetna buda z dim sum’ami — mrugnął do niej, wciąż uśmiechając się przy tym półgębkiem. Odpowiedź na komentarz o wizytówce postanowił zignorować, bo chociaż brzmiał on tak, jakby Mei chciała mu cokolwiek oddawać, to on nie miał zamiaru tego przyjmować. Obojętne, czy miałyby być to pieniądze, czy zgoda na randkę – wychodził z założenia, że Mei zgodzi się nie z poczucia obowiązku, a ze zwykłej ciekawości. Gdyby jednak postanowiła odmówić, pewnie podjąłby jeszcze jedną próbę wyciągnięcia jej gdziekolwiek, po której odpuściłby, gdyby ta okazała się być nieudana.
OdpowiedzUsuńNie gustował ani w biednych, chudych Chinkach, ani w pięknych modelkach, ani w bizneswoman. Wygląd był dla niego oczywiście ważny, ale tak samo jak status majątkowy, nie stanowił dla niego wartości nadrzędnej. Chodziło bardziej o nieuchwytne coś, co ciężko było nazwać i w prosty sposób zdefiniować, a co Mei miała z całą pewnością; właściwie, to nigdy nie szukał partnerki, nie czując się w życiu samotnym wiedział, że takie rzeczy przychodzą same i chociaż łatwiej byłoby mu postrzegać Lavender jako przyjemną, potencjalną opcję na jedną noc, to szansa na to przepadła. Przepadła z chwilą, gdy usiadł z jej rodziną przy jednym stole i jako niemal anonimowa, obca osoba, nagle pokazała mu intymność domowego ogniska, uchylając tym samym bramę do muru, którym się otoczyła. To, co zdawało mu się, że zdążył zauważyć nie tylko zwyczajnie go zaciekawiło, ale zainteresowało do tego stopnia, że nie tylko postanowił spróbować i zaprosić na randkę Mei – chciał ją do siebie przekonać, bo sam chciał ją poznać. To było jedyne, na czym mu zależało i czego w rzeczywistości od niej chciał. Szansy.
Zdecydował się na wyjście w piątkowy wieczór tylko i wyłącznie dlatego, że do miasta przyjechała jego siostra, więc ich wspólny znajomy Gabor bardzo chciał pokazać im klub, który kilka tygodni wcześniej otworzył jego kuzyn. Gdyby nie to, że chciał się zobaczyć z bliskimi znajomymi, wcale nie wyszedł by tego wieczora. Stanowczo wolał spędzić go na odpoczynku, może poczytałby książkę, albo obejrzał jakiś program w telewizji – w ostatnim czasie podczas kolacji czas umilali mu “Dmuchacze szkła” i chociaż nikomu by się do tego nie przyznał, to bardzo chciał poznać w końcu zwycięzce pierwszego sezonu. To, że program miał już kilka lat niewiele go interesowało.
W zasadzie, to miał już wychodzić – zobaczył się z tymi, z którymi chciał spędzić czas, a od rana chciał zrobić krótki trening i trochę poprawcować. Dobrze pamiętał, że umówił się z Mei na trzynastą, nie chciał być wczorajszy, ani tym bardziej spóźniony; po towarzystwie widział zaś, że gdyby został trochę dłużej, jego noc mogłaby się przerodzić w dzień szybciej, niż zdążyłby się nad tym zastanowić.
Ivan wyglądał właściwie zawsze podobnie, jakby jego ubiór był przedłużeniem jego samego. W szafie miał właściwie trzy kolory ubrań: biały, szary i czarny, a wszystko to, na zakup czego przekonała go Lera lub matka, trzymał z tyłu mebla, często zapominając o istnieniu czy beżowego, lnianego garnituru, czy to znowu koszulki z nadrukami. Wcale nie przeszkadzało mu, że przy swoich znajomych, wyglądających jakby wyszli z sesji zdjęciowej o streetwearze , wyglądał jak ten jeden dorosły, który miał ich pilnować – jako jedyny nie miał kolczyka nigdzie, niż w uchu, miał prostą (chociaż wpisującą się nieźle w ich styl) fryzurę i nudne, czarne spodnie, zwykły czarny t-shirt z grubej bawełny i skórzaną kurtkę. Przez krótkie martensy bardziej wpisywał się w estetykę skinheadów, niż bogatych, młodych przedsiębiorców, ale niespecjalnie się tym przejmował, gdy wychodził na ostatniego tej nocy papierosa, po którym miał udać się do domu. Odprowadzić go postanowił Gabor, który tuż obok niego rozmawiał przez telefon przyłożony do jednego ucha, drugie zatykając sobie palcem, by lepiej słyszeć rozmówcę po drugiej stronie.
Właśnie zapalił, gdy kątem oka dostrzegł drobną sylwetkę, zakończoną długimi, gęstymi, czarnymi włosami, które w zasadzie mogły należeć do każdego. Już miał zignorować podobieństwo dziewczyny do kogoś, kogo nie tak dawno poznał, kiedy Mei wyprostowała się i zaciągnęła papierosem, początkowo chyba nie wyczuwając na sobie jego spojrzenia. Uśmiechnął się lekko, kiedy dziewczyna obróciła głowę i wtedy już wiedział, że jego plany uległy zmianie, bo nie istniała żadna siła, która odciągnęła by go od zamiaru podejścia do niej. Fakt, że nie stała sama wcale mu nie przeszkadzał, gdy przebijał się do niej przez tłum, ani wtedy, gdy nonszalancko oparł rękę na ścianie, zaraz obok jej głowy.
Usuń— Cześć mała, przedstawisz mnie koledze? — zapytał, wyzywająco patrząc na znacznie niższego od niego Chińczyka, po czym opuścił rękę i podał mu dłoń. — Ivan, chłopak Mei — mina Daniela była bezcenna, bo z początkowego zdziwienia, przeszła w poirytowanie i ponownie w zdziwienie podszyte pewnego rodzaju niepewnością, która towarzyszyła każdej osobie, która próbowała zmierzyć samym spojrzeniem, czy ma z kimś szansę. Ivan dobrze znał ten wzrok, bo on przez krótką chwilę sam oceniał tak Daniela, szybko uświadamiając sobie, że raczej miał z nim niewielkie szanse. Może Ivan nie był ogromny – raczej był smukłej budowy, ale wiedział ile ma siły i przede wszystkim - wzrostu.
Gdy niski mężczyzna uścisnął mu rękę, Ivan niemal natychmiast przeniósł ją na ramiona dziewczyny, obejmując ją niby od niechcenia, chociaż całe ciało Ivana zdawało się wręcz prosić o to, by przypadkiem tego kontaktu nie przerywał.
— Czego się napijesz jak skończymy palić? — zapytał się, nachylając się w jej kierunku tak, by Danny ich nie usłyszał, bo dla Ivana rozmowa z mężczyzną była już dawno zakończona.
Ivan Voronin 🚬🍹
Gdy ją zobaczył miał wrażenie, że pole jego widzenia zawęrza się jak przy efekcie iris out, gdzie centralnym punktem była ona i tylko ona, jakby cała reszta otoczenia nie miała znaczenia. Przez tłum przecisnął się bez większych problemów, ale raczej z powodu swojego wzrostu, niż gracji, której nigdy nie musiał w takich chwilach wykorzystywać. Nawet gdyby nie zrobiła gestu niemego przyzwolenia, on i tak by do niej podszedł, może nie aż tak bezczelnie pewnie – w końcu nie chciał wyjść na buca, ale wciąż wybrałby sposób, który nie pozostawiałby wątpliwości, że nie jest mu obojętna.
OdpowiedzUsuńNie chciał wywoływać niepotrzebnej afery wysyłając Daniela tam, gdzie raki zimują, to też wybrał najlepszy ze znanych sobie sposobów – onieśmielił to. Zamiast próbować mu w jakiś sposób umniejszyć, czy udawać silniejszego samca, czy większego cwaniaka, on udał gościa, który przyłapał innego chłopaka na kręceniu z jego dziewczyną. To, że Mei w rzeczywistości nie była z nim w związku było chwilową przeszkodą, czymś, co wierzył, że miało się niedługo zmienić w jedną, albo w drugą stronę. Dziewczyna w końcu mogła albo posłać go do diabła, albo przyjąć, bo samej przyjaźni Ivan wiedział, że nie będzie w stanie znieść.
Gdyby zrzuciła jego rękę z ramienia może przez krótką chwilę byłby zdziwiony – w końcu wydawało mu się, że jest nim zainteresowana w równym stopniu, co on nią. Prawdopodobnie odpuściłby, gdyby zwracał uwagę jedynie na jej złośliwe przytyki, ale nie wyobrażał sobie tego zrobić bez podjęcia jakieś próby; nie po tym, jak wtuliła w jego klatkę głowę, czy złapała go za rękę, gdy chciał odejść spod jej domu. Zachowywała się jak nieufnie i nie mógł jej za to winić, patrząc na to w jakich poznali się okolicznościach. Był w stanie założyć się, że początkowo wzięła go za kogoś z półświatka wyjątkowo nie przez samą jego fryzurę, czy ogólnie aparycję, a to w jakim miejscu spotkali się poraz pierwszy i z jaką obojętnością pozbywał się z nią worków pełnych odpadów z miejsca zbrodni. Nawet teraz nie był pewien, czy wierzyła w jego słowa o wykonywanym zawodzie, chociaż wręczył jej przecież wizytówkę, wyrobioną raptem kilka tygodni wcześniej.
Zapach Mei był taki sam jak wtedy, gdy żegnał się z nią w ciasnej uliczce w Chinatown i tak samo jak wtedy sprawił, że miał ochotę objąć ją mocno i oprzeć policzek na czubku jej głowy, czując przy tym, jak całe jej ciało znika w jego ramionach. Chciał jej dotykać, ale prócz samej chęci poznania jej ciała, jej smaku, faktury skóry czy zapachu podskórnie miał ochotę ją chronić. Znał ją krótko, nie powinien więc myśleć podczas lotu o tym, czy wszystko u niej dobrze, czy samochód jej się dobrze sprawuje, albo czy przypadkiem znowu nie dostała czegoś do posprzątania, ale nie mógł tego wyrzucić ze swoich myśli w równym stopniu, co nie był w stanie pozbyć się wspomnienia jej głosu, czy wiecznie wkurzonej miny, spod której tylko czasami wyłaniała się osoba, która zdawała się być prawdziwą Mei.
— Cześć Danny — rzucił Ivan, nie odrywając się nawet na krótką chwilę od oczu Mei, w których mimo panującego półmroku, rozjaśnionego jedynie przez chłodne światło halogenowej lampy usytuowanej nad bocznym wejściem do klubu, miał wrażenie widzieć wszystko. Oczywiście nie widział nic konkretnego, ale to wszystko zawarte było w jej źrenicach, które co drgały lekko od zmieniającej się, wkoło nich, intensywności światła.
— Mam nadzieję, że dobrze Ci się jeździ autem — odgryzł się na jej pytanie za nic nie mogąc powstrzymać cwaniackiego uśmiechu. Sam był już po drinku i kilku shotach przy barze, to też nie gryzł się w język, jak próbował do tej pory. Wyciągnął z jej dłoni papierosa i zaciągnął się nim, bo swojego zgasił zanim do niej podszedł; Wygiął się lekko, zgasił peta o mur obok nich i wrzucił go do kosza; albo przynajmniej w tym kierunku.
Usuń— A co, jeśli nie mam zamiaru Cię przepraszać, bo przepędziłem nudnego faceta w zamian za to oferując swoje towarzystwo, co? — zapytał z uniesioną brwią. Zdjął swoją rękę a jej ramion i ponownie się do niej nachylając, umieścił swoją dłoń w dole jej pleców. Zbyt nisko, by był to jedynie przyjacielski gest i zbyt wysoko, by można było go jednoznacznie określić mianem oblecha.
— Chętnie postawię Ci whisky, ale chyba musisz kazać mi spieprzać, bo i owszem… Podrywam Cię, Mała Mi — puścił jej oko, bardzo ciekaw jak zareaguje. Jeśli miał dostać kosza to trudno – może byłby to pierwszy raz w relacjach damsko-męskich, ale odmowy w pracy nauczyły go, jak radzić sobie z odrzuceniem. Czysto teoretycznie. — I bardzo chętnie z tobą zatańczę, jeśli się zgodzisz — uśmiechnął się pewnie, wyjątkowo powstrzymując się od dodania, że chętnie też zabierze ją do domu – osobiście oblałby się za coś takiego drinkiem.
Ivan Voronin 🚬🪩
Ian nie lubił starć w bezpośrednim zwarciu, bo zamiast szybko rozprawić się z przeciwnikiem, szamotał się z nim, walcząc o przewagę i możliwość wyprowadzenia celnego ciosu. I choć nie minęła minuta, kiedy przydusił faceta do ściany, a potem trzykrotnie uderzył go w szczękę, wydawało mu się, że szarpał się z nim co najmniej przez godzinę. Puścił zwiotczałe ciało, by to spłynęło po ścianie na podłogę, kiedy do jego uszu doleciał odgłos szurającego po podłodze krzesła. Szarpnął głową i dostrzegł potykającego się o krzesło mężczyznę, który widać zamierzał zajść go od tyłu, ale nie zdążył. Ian byłby skinął głową Mei w podzięce, ale ta już szarpała Chena za rękaw w kierunku wyjścia i rzeczywiście, droga ku korytarzowi i dalszej części lokalu za kotarą była wolna.
OdpowiedzUsuńHunt obrzucił wzrokiem pobojowisko. W pomieszczeniu panował chaos, stolik do pokera był wywrócony, tak jak i prawie wszystkie krzesła, po podłodze walały się żetony i karty. Przekroczył nad dwoma pojękującymi facetami, podążył za rodzeństwem Wong i z ulgą zachłysnął się świeżym powietrzem, kiedy wypadli na zewnątrz.
Gotów był się ulotnić, pójść do pozostawionego kilka uliczek dalej Cadillaca, podczas gdy Mei próbowała wydusić ze starszego brata jakiekolwiek informacje, ale wtedy trójka tych, którym oberwało się najmniej, wytoczyła się za nimi z baru i tak jak Mei wcześniej pociągnęła za sobą Chena, tak teraz Chen pociągnął za sobą Iana. Ten nie zdążył zaprotestować, zamiast tego pozwolił wepchnąć się do vana. Niemal wturlał się na tylną kanapę, podczas gdy Chen zasuwał za nimi ciężko chodzące drzwi. Auto zarzęziło, Ian zaśmiał się i zaraz zadławił się własnym śmiechem, kiedy został wciśnięty w oparcie. Złapał się zagłówka kierowcy, drugą ręką zaparł się o siedzenie, bo przecież nie pomyślał o tym, żeby zapiąć pasy, a przy tym, jak dynamicznym kierowcą okazała się Mei, on i Chen mieli latać po całej długości kanapy.
Nie zdążył się nacieszyć tą przejażdżką, kiedy mała Chinka kazała im wysiadać. Rozdzielony z własnym środkiem transportu, wysiadł więc, a potem, w przeciwieństwie do Chena, nie zająknąwszy się choćby słowem, wszedł do knajpki, pod którą zaparkowali. Rozumiał, że nie było najmniejszego sensu się stawiać. Musieli przeczekać, aż tamtym odechce się ich szukać i choć wolałby zrobić to w zaciszu własnego samochodu, krążąc po mieście, ta ciasna knajpka też się do tego nadawała.
Wcisnął się na miejsce pod oknem przesłoniętym pokrzywioną, harmonijkowa żaluzją. Za plecami miał szybę, przed sobą stolik, po bokach Mei i Chena. Popatrzył najpierw na jedno, potem na drugie, a potem poprawił bluzę, która dziwnie owinęła się wokół jego ciała, przeczesał palcami potargane włosy, a na koniec otrzepał o siebie dłonie. Nie oberwał mocno. Tu i tam coś go pobolewało, również tu i tam miał mieć siniaki, a bluza chyba była roztargana przy kapturze, ale na pewno prezentował się lepiej, niż przykładająca lód do policzka Mei.
— No właśnie, Chen. — Ian pochylił się lekko, podparł się łokciami o blat i splótł ze sobą dłonie, przedramiona wyciągając na stoliku. Pochylił głowę, łypnął na Wonga. — Dokąd ty mnie, kurwa, przyprowadziłeś? — zapytał cicho, wręcz uprzejmie, patrząc wprost na Chena i gdyby nie to, że jego prawa noga nerwowo podrygiwała, mogłoby się wydawać, że Hunt jest zupełnie spokojny.
Pan Gao przegonił go z blatu machnięciem szmatki. Ian wyprostował się, a mężczyzna rozłożył przed nimi szklaneczki i karafkę, z której zalatywał ostrawy zapach.
— Mogę prosić wodę? — zagadnął Ian tonem diametralnie innym, niż zwrócił się do Chena. Pan Gao przecież nic mu nie zrobił, przeciwnie. Popatrzyli po sobie, pan Gao nieco podejrzliwie, przez co Ian uśmiechnął się lekko. — Nie piję. Alkoholu — wyjaśnił, bo mężczyzna wyglądał, jakby nie do końca rozumiał, o co mu chodzi. Zdziwił się, popatrzył na Mei.
— Ale będzie bez lodu — mruknął i oddalił się.
IAN HUNT
Uśmiechnął się lekko na jej słowa o tym, jak sprawowało się auto, bo dokładnie na to liczył – że udało mu się zdjąć z jej szczupłych, wręcz rachitycznych barków chociaż jeden problem. Byłby skończonym idiotą albo naiwniakiem, nie wiedząc, jakie znaczenie mógł mieć dla niej ten gest, jeśli miała to samo wrażenie, które i on odniósł – że coś ich do siebie ciągnie. Nie chciał jednak budować ich znajomości jedynie na przysłudze, która dla niego nie była dużym wydatkiem, a jedynie jednym z wielu miłych gestów, którymi miał nadzieję mieć możliwość uraczenia stojącej naprzeciwko niego Chinki.
OdpowiedzUsuńGdy przyciągnęła go lekko do siebie za klapę jego kurtki, miał ochotę przyciągnąć ją do siebie mocniej, oprzeć drugą rękę na jej talii, tak jak wtedy, gdy robili przedstawienie dla jej matki. Mei tym gestem, pewnie nieświadomie, potwierdziła jego przypuszczenia, że też to czuje, bo przecież nie spięła się w dyskomforcie, gdy ją objął ramieniem, nie zrobiła tego także teraz, chociaż za każdym z tych razów dawał jej swobodną możliwość pokazania mu, że coś jej się nie podoba. Nie chciał robić niczego wbrew niej, ale nie mógł też pozwolić, by myślała, że nie jest nią zainteresowany. Bo był i to bardzo.
— Przecież jestem. Nie tak mnie przedstawiłaś mamie? — zapytał, nawet nie próbując udawać, że nie zauważył jej uważnego spojrzenia, odwzajemniając się jej dokładnie tym samym, bezczelnie wracając spojrzeniem do jej oczu. — Był miły i normalny. Też jestem miły i normalny, ale nie nudny — powtórzył jej słowa z jawnym rozbawieniem. Gdyby nawet spotkał kiedyś Daniela ponownie, z całą pewnością nie byłby w stanie go rozpoznać.
I znowu to zrobiła. Przepchnęła go, jakby wcale nie był od niej wyższy o głowę, a on bez większych oporów jej na to pozwolił, przez chwilę przyglądając się jej plecom i spływającym po nich czarnym, gęstym włosom. Dopiero teraz pozwolił sobie spojrzeć na jej całą sylwetkę, wcześniej nie robiąc tego ze zwykłej grzeczności i dlatego, że z całą pewnością by to w jakiś sposób skomentowała. Musiał przyznać, że oprócz ładnej buzi Mei miała też bardzo ładne nogi.
Wszedł do klubu zaraz po niej, jednak zamiast od razu zacząć jej szukać, najpierw skierował się do loży zajmowanej przez jego przyjaciół.
— Myślałam, że już wychodzisz — powiedziała Lera, przyjmując od niego kurtkę, którą położyła na skórzanej kanapie obok siebie. — Gdzie Gabor?
— Nadal rozmawia przez telefon — skłamał, bo nie miał pojęcia, co właściwie robił jego przyjaciel. W momencie, gdy zauważył Mei, ten przestał być dla niego interesujący, ale dzięki ochronie przed klubem był pewny, że nic mu nie było.
— Usiądziesz z nami? Zaraz doniosą alkohol — uśmiechnęła się Lera, wskazując palcem na zmierzającego w ich stronę kelnera.
— Nie, idę tańczyć — odpowiedział i już miał zamiar rozejrzeć się po sali, korzystając z podwyższenia, na którym znajdowały się loże, gdy poczuł dłoń siostry na przedramieniu.
— Z kim? Kto cię namówił na powrót do klubu, skoro na jutro miałeś takie ważne plany? — na słowo ważne dziewczyna wywróciła mimowolnie oczami, wyraźnie mając żal, że brat wolał wykpić się obowiązkami, zamiast spędzić czas z nią i z ich znajomymi.
— Myślę, że niedługo ci ją przedstawię. Lecę — mrugnął do Valerii i wychylił się przez barierkę, próbując odnaleźć Mei w tłumie. Stroboskopowe światło nie ułatwiało tego zadania, ale nie mógłby jej pomylić z nikim innym, gdy kołysała się lekko na samym środku parkietu, do którego dołączył w ciągu następnych kilku sekund.
Widząc jej uśmiech – pewny, zaczepny, ale wciąż ledwo widoczny – miał już pewność, że jutro nie wstanie rano tak, jak planował i jeśli nie przetańczy z nią całej nocy, to tak czy inaczej spędzi ją w jej towarzystwie.
Nie podszedł do niej jednak od razu. Obserwował jej interakcję z inną dziewczyną, której Mei oddała kurtkę; Ivan dopiero po dłuższej chwili rozpoznał w niej Lily, którą pozdrowił jedynie grzecznościowym skinieniem głowy, momentalnie wracając spojrzeniem do Lavender.
UsuńPatrzył na małe przedstawienie, które Lav zrobiła na parkiecie, z rosnącym… No właśnie, czym? Ego? Może dumą z samego siebie, że nie odpuścił zbyt szybko? Albo z niej, że pomimo syfu, który ją otaczał, ona i tak potrafiła się bawić? Nie, na to było jeszcze za wcześnie, ale musiał przyznać, że w jakiś sposób mu imponowała, a już zupełnie czuł się urzeczony, gdy przesunęła dłonią po swoim boku. Przez krótki moment Ivan był zazdrosny, że nie tylko on może na nią patrzeć, jednak szybko pozbył się tego uczucia, tłumiąc w sobie niezadowolenie, które nie zdążyło jeszcze na dobre zakiełkować.
Podszedł do niej w kilku krokach, ale nie wziął jej od razu w ramiona, tak jak początkowo miał ochotę. Zamiast tego nachylił się do niej, by móc usłyszeć jej słowa, w tym samym momencie sięgając po rękę opartą przez nią na biodrze. Trzymając ją za nadgarstek, lekko, ale pewnie, położył jej dłoń na swojej klatce piersiowej, swoją drugą dłoń ponownie układając w dole jej pleców – tym razem przyciągnął ją do siebie zdecydowanie pewniej.
— Najpierw zatańczymy, później pójdziemy napić się whisky… A potem, co tylko będziesz chciała — powiedział na tyle głośno, by mogła go usłyszeć, nachylając się przy tym do jej ucha, które niby to przypadkiem trącił nosem, zahaczając nim także o jej policzek.
Drugą rękę, tę, którą do tej pory trzymał na jej nadgarstku, ułożył między jej łopatkami i z przyjemnością zauważył, jak miękką skórę miała na odsłoniętych plecach.
— To, co? Na co masz ochotę?
Ivan Voronin 🕺🎵
Początkowo te wszystkie randki w ciemno wydawały mu się zabawne. Cała ta koncepcja wyjęta niczym z azjatyckich dram, gdy poniekąd był już mocno od tego odcięty. Mieszkał od dłuższego czasu w Nowym Jorku, jedno matka była Amerykanką, a i tak postanowiła, że po jego zerwaniu, to ona przejmie stery i znajdzie mu odpowiednią kobietę, a najlepiej przyszłą żonę. Rozumiał poniekąd to, wierzył, że mimo wszystko kobieta nie chciała źle. Martwiła się o jego przyszłość, byli z innego pokolenia, w dodatku dzielili nieco inne wartości. Dla niego bycie samym nie było wielką tragedią. Wolał być sam, niż z nieodpowiednią osobą. Dla jego rodziców, zwłaszcza matki, było to niezrozumiałe. Domyślał się, że za każdą rozmową o jego planach matrymonialnych i ewentualnych wnukach, tliła się potrzeba kolejnego projektu. On zawiódł, to może wnuki sprostają wymogom i zostaną lekarzami lub będą posiadać „godny” zawód.
OdpowiedzUsuńJednak im dalej w las, tym bardziej to wszystko zaczęło go irytował. Rozumiał troskę, ambicje czy chęć pochwalenia się przed koleżankami. Miał dużo cierpliwości, jednak nie zamierzał już dawać im możliwości ustawiania sobie życia. Wszystko miało pewne granice, więc w końcu skonfrontował tą sytuację z rodzicami, co okazało się być ostatecznym gwoździem do trumny w relacji z rodzicami. Nie żałował jednak tego, liczył, że w końcu przejrzą na oczy i ich kontakty się polepszą. Na ten moment się na to nie zapowiadało, ale kto wie, co przyniesie czas.
Przytaknął, bo był pewien, że jego znajoma o wiele lepiej wybrałaby dla nich jedzenie. Oczywiście z wiadomych względów, więc z chęcią oddał jej tą decyzje.
Bez słowa ruszył za nią, mijając sprawie tłumy ludzi. Miał wrażenie, że zrobiło się ich więcej niż przed godziną. A może teraz uważniej na to patrzył? Ostatecznie nie wiedział, co zaszło, a nie chciał trafić na jakieś kolejne porachunki czy też stać się ich ofiarą. Pasowało mu jego nudne, spokojne życie, które aktualnie prowadził. Było bezpieczne, a tego w tym momencie potrzebował.
Wszedł do miejsca, czując mieszankę przypraw i bulionu. Było duszno, ale kompletnie mu to nie przeszkadzało. Czuł przyjemne ciepło, a jego brzuch aż cicho zaburczał, dopominając się o jedzenie.
Słysząc ich wymianę zdań, uśmiechnął się pod nosem. Oparł się lekko o krzesło, rzucając szybkim spojrzeniem na lokal. Dopiero potem wrócił wzrokiem na kobietę.
– Oczywiście, że miły, nazwał mnie ładnym chłopcem. Już go lubię – stwierdził z delikatnym uśmiechem, powoli przeczesując palcami swoje włosy do tyłu.
Kiedy kobieta odpaliła papierosa, skrzywił się nieco, jednak nic nie powiedział. Nie było to jego sprawą, a dym ostatecznie nie padał na niego. Sam nie przepadał za żadnymi używkami, co było, według niego, pozostałością po rozpoczętych studiach medycznych. Sam stronił dość mocno, zwłaszcza od papierosów właśnie, tym bardziej jakiś innych, psychotropowych substancji. Nie miał jednak w zwyczaju nikogo oceniać. Nie był niczyim rodzicem, by uświadamiać czy podejmować w ogóle dyskusje w tym temacie. O ile nie wywierało to na niego żadnego wpływu, miał gdzieś, co robili inni.
– Na szczęście te sprawy mnie już nie dotyczą – stwierdził, czując lekką ulgę przy wypowiadanych słowach.
Lubił poznawać nowe osoby, rozmawiać z nimi, jednak zawsze krępowały go te sytuacje. Obawiał się, że ta druga osoba naprawdę chciała poznać swoją drugą połówkę, że będzie chciała się zaangażować. Nie chciał nikogo krzywdzić, stawiać w niezręcznych sytuacjach, również siebie.
– Ale przyznaj, że to było kreatywne. I mogłoby zadziałać, w końcu wyszliśmy na jedzenie – stwierdził, wzruszając delikatnie ramionami.
Zaraz poprawił się na krześle, przyglądając się jej.
– A tobie? – spytał. – Poznałaś kogoś, kto odmienił twoje życie? – dodał z lekką ironią w głosie.
Nathaniel
Czując jej wargi, niby przypadkowo ocierające się o jego policzek, aż musiał wstrzymać na chwilę powietrze, co ani trochę nie pomogło – zamiast uspokoić przyspieszone bicie serca, miał wrażenie, że jedynie pogorszył ten stan. Jej zapach, waniliowy, słodki, ale nie duszący, na krótką chwilę całkowicie zajął jego uwagę.
OdpowiedzUsuń— Powiedz tylko słowo… — nie dokończył kłamstwa, bo nie wiedział, czy byłby w stanie faktycznie przestać, gdyby Mei w istocie kazała mu się wycofać. Nie był typem faceta, który narzucałby się komukolwiek, ale miał nieodparte wrażenie, że odsunięcie się od tej dziewczyny kosztowałoby go całą siłę woli, jaką tylko posiadał. Zwłaszcza po tym, gdy poczuł na sobie jej spojrzenie – tak samo łakome i ciekawe, jak jego własne. Bardzo chciał być gentlemanem; dlatego zaprosił ją na randkę, w dodatku w ciągu dnia, by grzecznie odwieźć ją przed zmierzchem do domu. Kiedy jednak spotkał ją w ciemnym zaułku, ubraną tak, jakby sam diabeł doradził jej w czym wystawić go na pokuszenie, cały plan i wszelkie zamiary trafił szlag. Drobne, długie palce wbijające się w jego kark, były jedynie przypieczętowaniem jego kapitulacji.
— Myślę, że wiem — mruknął, pewnym ruchem przesuwając dłoń z dołu jej pleców na jej biodro i gdyby mógł przyciągnąć ją do siebie jeszcze bliżej, z całą pewnością by to zrobił.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś zrobił na nim takie wrażenie i podskórnie czuł, że był to jedynie wierzchołek góry lodowej, której najciekawszą część Mei ukrywała pod warstwą pozorów, pewnie kłamstw i wszystkim tym, co miało chronić ją przed światem. Nie znał jej – musiał to przed sobą przyznać, bo uchyliła przed nim ledwie rąbek tajemnicy, zapraszając do swojego domu. Wszystko to, co jednak zdążył już zauważyć, podobało mu się bardzo. Oczywiście dostrzegał to, że była atrakcyjna; szczupła, z pięknymi, dużymi oczami w kształcie migdałów i ustami, których smak bardzo go zastanawiał. Widział jednak też to, że nie była to kolejna, zmanierowana dziewczyna, której mógłby w łatwy sposób zaimponować. Nie próbowała być dla niego usilnie miła, wręcz przeciwnie – Mała Mi nie wzięła się jedynie z powodu jej wzrostu, ale raczej ciętego języka i mówienia wprost tego, co miała na myśli – przynajmniej takie odnosił wrażenie. Do tego nie była uparcie dumna, dla samej dumy i w imię zasad, które nie interesowałyby nikogo poza nią samą – Ivan najbardziej w świecie nie lubił głupich ludzi, a unoszenie się dumą zawsze mu się z tym kojarzyło. Przyjęła jego napiwek bez tupania nogą i umiała mu dzisiaj zrobić ogromną przyjemność tym, że wspomniała o tej cholernej klimatyzacji, która była jedynie wisienką na torcie wszystkich napraw, dla Ivana będącą miłym potwierdzeniem, że dobrze zrobił. Jego działania odniosły zamierzony skutek i dzięki temu, dzień Mei był chociaż trochę bardziej znośny.
Napięcie między nimi gęstniało z każdą chwilą, z każdym następnym otarciem się o siebie ich ciał, niespieszną wędrówką dłoni i następnymi taktami rytmicznej muzyki.Chociaż tempo nie uległo zmianie,czas zdawał się zwolnić i Ivani nie miał pojęcia, czy była to wina alkoholu, czy raczej samej Mei i jej ust na jego szczęce, przez które na chwilę przymknął oczy i pozwolił, by wyrwał mu się cichy pomruk zadowolenia.
Obrócił ją do siebie plecami czując, że niewiele mu już było potrzebne, by jak zwierzę przerzucić ją sobie przez ramię i poinformować, że idą do niego. Oczywiście, że tego chciał, ale nie miał zamiaru dawać jej argumentu do szybkiej ucieczki po wszystkim – nie widział w niej przygody na jedną noc. U takich znajomych nie był na rodzinnym obiedzie, ani nie miał nadziei poznać ich ulubionego koloru, czy imienia zwierzątka z dzieciństwa.
Objął ją na wysokości brzucha jedną ręką, opuszkami drugiej przejeżdżając po jej szyi, czując pod palcami nieznaczne wybrzuszenie grdyki, w końcu dochodząc do brody, o którą ledwo tylko zahaczył. W końcu ponownie sięgnął do jej biodra i tańczyli tak przez pewien czas, w którym Ivan miał nadzieję, że kontrolę nad jego poczynaniami i pomysłami odzyska zdrowy rozsądek, zamiast pożądania i czegoś, co można było spokojnie nazwać sympatią, względem dziewczyny. Pod sam koniec piosenki pochylił się do niej i wargami musnął zagłębienie jej szyi, wcześniej przez dłuższą chwilę opierając policzek na wysokości kości ciemieniowej. Rozkoszował się zapachem, który miał wrażenie do tej pory wyczuwać w swoim wozie.
UsuńKiedy muzyka z rytmicznej, ciężkiej, o basie pulsującym pod skórą przeszła w znacznie szybszą i skoczną, zamiast nią obracać, sam obszedł ją dookoła, stając z nią twarzą w twarz. Ponownie przyciągnął ją obejmując za plecami. Powoli odgarnął jej włosy i jak wcześniej tego wieczora, nachylił się do jej ucha, tym razem nawet nie próbując udawać, że przypadkiem trąca je nosem.
— Idź po kurtkę. Napijemy się u mnie… Co ty na to? — zapytał wprost i odchylił się, chcąc zobaczyć jej reakcję, wyczytać coś z delikatnych rys, pełnych ust i oczu, których tęczówki teraz niemal zlewały się ze źrenicami.
Ivan Voronin ➡️🏢
Ivan czuł się rozbity między tym, czego powinien chcieć, a czego właściwie chciał. Powinien był podejść do niej, jak do dziewczyny na jedną noc – jej życie było pokręcone, on dużo pracował i skupiał się głównie na swojej karierze i nie miał czasu, by pamiętać o podlewaniu roślin w mieszkaniu, nie mówiąc o sympatii. Problem polegał głównie na tym, że nie tego pragnął. W którym momencie do tego doszło? Mei obudziła coś, co wydawało mu się tak dawno temu uśpione, że wręcz wymarłe i całkowicie poza zasięgiem. Nie była to supernova, która nagle zmieniłaby jego świat, ale mała iskierka, która zaczynała zajmować coraz większą powierzchnię jego myśli. Chociaż chciałby powiedzieć, że chodziło jedynie o jej wygląd, miękkość skóry i zapach, to sprawa była niestety bardziej skomplikowana. Na jego nieszczęście, prócz fizycznego przyciągania, czuł też zainteresowanie nią, osobą. To utrudniało oddanie się dawnym nawykom bez zawahania, czy cienia skruchy.
OdpowiedzUsuńDlatego obserwował ją bardzo uważnie, starając się dostrzec coś, cokolwiek w jej mimice i mikroekspresjach twarzy, kiedy w końcu stanął przed nią.
Poddał się jej, gdy przyciągnęła go do siebie za koszulę, mocno zaciskając dłoń w jej talii, drugą wplatając w długie włosy. Nie zrobił jednak nic więcej. Nie dlatego, że nie chciał, bo chciał bardzo, ale przekraczając pewną granicę obawiał się, że nie byłby w stanie się powstrzymać wbrew zdrowemu rozsądkowi i otaczającym ich ludziom. Kiedy się od niego odsunęła, stał na parkiecie jeszcze przez krótką chwilę, zbierając strzępki myśli, za wszelką cenę próbując uspokoić przyspieszony oddech. Oblizał usta, wciąż czując na nich jej smak i ruszył w stronę loży, w której wciąż siedziała jego siostra i znajomi.
— Szybko poszło. Dziewczyna cię wystawiła? — zapytała złośliwie Lera, podając mu kurtkę. Wystawiła - chyba na pokuszenie, przeszło mu przez myśl, bo na ten moment w tym, co przychodziło mu do głowy było wiele grzesznych myśli.
— Śpij dzisiaj u Gabora — odpowiedział zamiast tego, sięgając po swoją kurtkę. Lera sprawnie przysunęła ją bliżej siebie, przez co Ivan musiał praktycznie wsunąć się w kanapę, by móc odzyskać swoją własność. Zamiast tego oparł się na stoliku i czekał, bo Valeria zamiast od razu coś powiedzieć, patrzyła na niego podejrzliwie.
— Wybierasz dupę zamiast siostry? — zmrużyła oczy, ale swoich słów pożałowała już w momencie wypowiadania ostatniego słowa. Ivan, przy którym większość rzeczy uchodziła jej płazem, który miał do niej wręcz nieskończone pokłady cierpliwości, teraz wyglądał na wyraźnie podirytowanego. Valeria nie pamiętała, by widziała go kiedykolwiek tak nabuzowanego, jeśli szło o jej teksty odnośnie jakiejkolwiek z jego panienek. Zmieniały się zbyt szybko, by mogła pamiętać ich imiona.
— Nie mów tak o niej — warknął niezbyt przyjemnie, na co dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem. Mierzyli się chwilę wzrokiem, jak dwa drapieżniki zastanawiające się, czy opłaca się sobie skakać do gardeł i jeśli tak, to który z nich wygra. Lera cmoknęła, tym samym dając za wygraną.
— To ta z którą tańczyłeś? — spytała, a kiedy mężczyzna skinął głową, dziewczyna z trudem powstrzymała lekki uśmiech, który mimowolnie pojawił się na jej twarzy. — Ładna.
— Nawet bardzo… I nie jest głupia — uprzedził następne pytanie siostry i wyciągnął rękę po kurtkę, którą tym razem siostra podała mu już bez kombinowania.
— Miła odmiana — kąśliwie zauważyła, ale na próżno było oczekiwać od Ivana odpowiedzi na jej zaczepkę. Wywrócił oczami, ubrał się i sprawnie zszedł z podwyższenia, po drodze żegnając się z dopiero co wracającym Gaborem.
Przyjął od niej papierosa, drugą ręką obejmując ją lekko, gdy tylko oparła mu dłonie na piersi. Patrzył na nią przez chwilę z góry, by ostatecznie pochylić się lekko i musnąć wargami jej usta, znacznie lżej niż zrobiła to chwilę wcześniej sama Mei. Zaciągnął się papierosem, którego następnie jej oddał, wypuszczając ją samą na chwilę z objęć. Chwilę coś wystukiwał w telefonie i Mei mogła zauważyć, że jest to aplikacja przewoźnika w której jasno wyświetlał się komunikat, że kurs nie jest możliwy do realizacji. Przeklął pod nosem i spojrzał oceniająco na jej buty, dochodząc do wniosku, że jakoś to będzie.
Usuń— Mieszkam dwie przecznice stąd, chodź — podał jej rękę, w żaden sposób nie nawiązując do jej słów. Oczywistym było dla niego, że zrobi wszystko, by dziewczyna nie żałowała podjętej decyzji. Jeśli postanowiłaby się w pewnym momencie wycofać – też nie widział w tym większego problemu, bo w tej chwili zależało mu przede wszystkim na jej towarzystwie w tej, czy w innej formie.
Szli w ciszy, w trakcie której Ivan zerkał na nią raz po raz. Była śliczna. Szczupła i drobna, ale nie przesadnia mała, bo takie dziewczyny Ivanowi jednoznacznie kojarzyły się tylko z młodszą siostrą. Nie wiedział, czy trafnie ją ocenia, ale samo to, że mieszkała z rodzicami i pomagała przy rodzinnym biznesie sprawiało, że pozwalał sobie założyć, że była rodzinna. Albo chociaż ceniła ludzi, którymi się otaczała, a to było dla niego bardzo ważną cechą, której szukał wśród innych. Chociaż był przed trzydziestką, wychowany w pokoleniu jednoznacznie określanym jako samolubne, miał w sobie coś ze starszych pokoleń, które ceniły więzy rodzinne. Olga była dla niego bardzo ważną osobą i ciężko było mu wyobrazić sobie przyjaźń, nie mówiąc o czymkolwiek więcej z kimś, kto nie byłby w stanie zrozumieć przywiązania do rodziny. Odnosił wrażenie, że Lav nie musiałby tego tłumaczyć.
Przez chwilę zastanawiał się, czy Lavender sama zacznie narzekać na to, że bolą ją nogi– szła coraz wolniej, ale nie dawała nic po sobie poznać, zawzięcie pokonując kolejne metry. W końcu Ivan nie wytrzymał, zatrzymał się i ściągnął kurtkę, którą przewiązał dziewczynie w wokół bioder, zakrywając tym samym jej nogi niemal do wysokości kolan.
— Wskakuj na barana. Nie będziesz się męczyć w tych butach — powiedział stanowczo a widząc jej wahanie ukucnął, dając w ten sposób dosyć jasno znać, że nie żartował. — Druga opcja to przełożenie cię przez ramię… Wchodź Mei — powiedział zachęcająco, a gdy tylko dziewczyna znalazła się w końcu na jego ramionach, wstał i mocno złapał ją za uda.
— Jak pogoda na górze? — spytał z rozbawieniem po przejściu kilkunastu metrów, po czym wskazał na kompleks budynków znajdujących się przed nimi. — Prawie jesteśmy… Chcesz coś ze sklepu? — zapytał, gdy stanęli na wysokości niedużego marketu całodobowego.
Ivan Voronin 🙈
Sytuacja rodzinna Ivana z pozoru wydawała się być dużo bardziej skomplikowana od tej, która panowała u Mei. Lekarstwem na wszelkie niedogodności była jednak sytuacja finansowa, która była w stanie rozwiązać wiele problemów, uciszyć wyrzuty sumienia i pozwolić na swobodne pójście dalej. Żona jego ojca była matką dla czwórki z jego rodzeństwa, ale nie dla niego; mimo to, zawsze była dla niego miła i uprzejma, co pewnie miało wiele wspólnego z groźbą rozwodu, która nad nią zawisła, gdy Ivan raz poskarżył się ojcu na jej przykry komentarz o jego matce. Od tamtej pory wolała go unikać, jednak gdy dochodziło do interakcji, to chociaż nie były szczerze, Ivan nie mógł im wiele zarzucić. Stary Voronin większość problemów rozwiązywał za pomocą gotówki, a że na tym świecie niewiele było kłopotów, z których nie można było wyjść z pomocą pieniędzy, to najłatwiej było przyjąć, że cała ich rodzina była zwyczajnie szczęśliwa.
OdpowiedzUsuńI chyba właśnie tak było. Oczywiście zdarzały się mniejsze, czy większe spory, jednak wszyscy żyli zbyt wygodnie, by długo chować urazę. Ivan też z tego korzystał, chociaż jako dziecko nieraz marzył, żeby chociaż na chwilę mieć zwykłą, pełną rodzinę. Móc zjeść obiad z mamą i tatą przy jednym stole, mieć rodzeństwo, z którym nie muszą nazywać matki po imieniu, żeby nie pomylić się, o czyją matkę właściwie chodzi. Z czasem, będąc coraz starszym zaczął zastanawiać się nad tym, że kiedyś chciałby stworzyć coś takiego dla siebie i kogoś, kto mógłby mu w tym towarzyszyć. Mieć żonę, dzieci, dom z ogrodem i nudne życie, gdzie największym wydarzeniem będą urodziny i grill u sąsiada. Nie był na to jeszcze gotowy, ale wiedział, że jest to coś, czego pragnie a z pragnieniami Ivana zazwyczaj było tak, że potrafił je doganiać.
Coś w nim drgnęło, gdy miękko wypowiedziała jego imię, uświadamiając mu, że chce je usłyszeć ponownie z jej ust. Takie jak teraz – jakby była trochę zaskoczona, może zdziwiona. Chciał też je usłyszeć zamiast ty kretynie, kiedy będzie na niego krzyczeć w złości, albo w sytuacjach, od których poczuł, że krew spływa mu do jednego, konkretnego miejsca. Czekał cierpliwie z trudem walcząc z ochotą, która naszła go kilkanaście minut wcześniej w klubie. Najchętniej przełożyłby ją sobie przez ramię i zwyczajnie zaniósł do mieszkania, ale zamiast tego czekał, patrząc na Mei, jakby rzeczywiście dawał jej wybór.
— Lubisz to powtarzać — mruknął w odpowiedzi na jej wyznanie sympatii, uśmiechając się przy tym pod nosem. Była leciutka, bo chociaż Ivan nie należał do gości, którzy pół życia spędzają na siłowni, to lubił ćwiczyć, za to sama Mei chyba niekoniecznie miała wystarczająco dużo czasu, żeby jeść. Podrzucił ją lekko, gdy poczuł, że zsuwa się mu z pleców w wyniku czego lekko zaczęła naciskać mu na szyję. Przyjemnie, ale nie na środku chodnika, nie w momencie, gdy miał do przejścia jeszcze kilkaset metrów.
— Postaram się dzisiaj doprowadzić do poprawy warunków atmosferycznych. Popracuję nad tym, by ciśnienie spadło, wyszło słońce, ale wciąż było… Mokro. Bardzo mokro — nie powstrzymywał kącików, które poszły szeroko ku górze, bo Mei i tak nie była w stanie tego dostrzec. Słodki ciężar, jaki stanowiła Mei, warty był dźwigania przez każdą minutę. Jej zapach zdawał się działać nie tylko kojąco, ale wręcz dopingująco, a ona sama wydawała się nic nie ważyć. Zupełnie, jakby składała się jedynie z ulotnego piękna i charakterku, który z każdym ich spotkaniem podobał mu się tylko bardziej i bardziej.
— Na śniadanie wszystko mam, więc nie — odpowiedział, patrząc na nią spokojnie. Nie był głupi. Nie miał stałej dziewczyny, a chociaż nikogo by o to nie podejrzewał z góry, to wiedział, że istniały kobiety, które chciałyby mieć z nim dziecko. Bynajmniej nie w celu założenia rodziny i czerpania radości z macierzyństwa, a raczej z potencjalnych alimentów. Do tego dochodziły choroby, których Ivan do tej pory nigdy nie miał i mieć nie zamierzał.
Poprawił ją sobie na ramionach raz jeszcze i w mniej niż pięć minut stali pod dużym, zamkniętym osiedlem. Wciąż trzymając Mei na plecach, wpisał kod i przeszedł najpierw przez bramkę połączoną ze stróżówką, z której zerkał na nich uważnie ochroniarz. Znależli się na sporej wielkości, w całości zazielenionym patio, oświetlonym teraz przyjemnymi, ciepłymi lampkami ogrodowymi. Przeszli przez nie w kilka sekund, by dosłownie w ciągu następnej minuty znaleźć się przed mieszkaniem Ivana, do którego najpierw musiał wpisać kod, a dopiero później otworzyć je tradycyjnym kluczem. Było to coś, do czego przez długi czas nie mógł przywyknąć, mieszkając w nowym budynku.
Usuń— Witam u siebie — powiedział, otworzył im drzwi, ale wciąż nie pozwolił, by Mei choćby spróbowała zejść z jego pleców. Sprawnie zsunął buty, zamknął za nimi i powiedział głośno w przestrzeń — Alfred, światło boczne!
Przywitało ich pomarańczowe, leniwie rozlewające się po podłodze i przy suficie światło, prowadzące z niewielkiego przedpokoju do przestrzeni dziennej. Surowej, minimalistycznej — w zasadzie, prócz kilku dużych roślin, na próżno było szukać jakichkolwiek ozdób. Duża kanapa z ciemnej, brązowej skóry stanowiła centralny punkt pomieszczenia, oddzielonego od kuchennego aneksu i jadalni za pomocą ryflowanego szkła na czarnych, żelaznych okuciach. Tuż obok ogromnego okna znajdowały się równie wysokie drzwi, prowadzące na taras ciągnący się przez całą długość pomieszczenia.
Przez chwilę Ivan zaczął się zastanawiać, czy pokazać Mei widok, za który musiał dopłacić wieloma godzinami ciężkiej pracy, ale ostatecznie decyduje się ją usadzić na kanapie, lekko przy niej kucając w wymownym geście.
— Mam nadzieję, że jest pani zadowolona z usług taksówkarskich — uśmiechnął się krzywo, sięgając do jej kolana, od którego powoli, ale systematycznie przesunął się w stronę zapięcia jej buta. Najpierw pozbył się powoli jednego, nie spuszczając przy tym nawet na sekundę wzroku z jej twarzy. Później pozbył się drugiego, ale zamiast w końcu dopaść do niej, jak wędrowiec do oazy na pustyni, on wycofał się do korytarza, gdzie zaniósł część garderoby, którą udało mu się z niej pozbyć. Niespiesznie wrócił do salonu i zatrzymał się na chwilę, uważnie obserwując każdy jej ruch, choćby zadrżenie powieki. Pasowała tu. Pasowała do tego mieszkania, pasowała jej drobna dłoń w jego własnej i pasowały jej usta do jego, co wypróbowali już w klubie. Zamiast jednak cokolwiek pospieszać, psuć ten krótki moment zadumy, Ivan podszedł do długiej komody, stojącej w ciągu komunikacyjnym między salonem, a kuchnią.
— Nadal whisky? Czy masz ochotę na coś innego? — zapytał cicho, nonszalancko opierając się o mebel, w swoim odczuciu dając Mei ostatnią szansę na to, by mogła się wycofać. Nie wiedział, jak zrobić to w bardziej oczywisty sposób.
Ivan Voronin 🚕☀️
[Ej, to super pomysł! Tylko tak technicznie: my wiemy, skąd Lavender/Mei ma te przedmioty, ale Leif jest nieświadomy, prawda? Tzn. pewnie wierzy w oficjalną wersję, która, zakładam, jest powiązana z domem pogrzebowy – który z kolei może mieć kontakty z podmiotami organizującymi estate sales po zmarłych; i wierzy, że Lavender stąd załatwia co ciekawsze rzeczy za bezcen, które po odnowieniu już można sprzedać za bardzobardzocen :D Si?
OdpowiedzUsuńNo i to nam daje już prosty układ zdarzeń – np. Leif coś dostaje, Leif odnawia, Leif sprzedaje i koniec tematu… Dopóki nie okazuje się, że jednak ten przedmiot nie powinien być sprzedany, bo ma związek z typami spod ciemnej gwiazdy, którzy chcą go teraz odzyskać. No i klops, co teraz zrobić?]
Leif Zweig
[Gotowi!
OdpowiedzUsuńTylko co, zakładam że Leif niewtajemniczony w cały ten bajzel, więc panowie zatroskani najpierw musieliby się zgłosić do Mei, a dopiero ona do Leifa z pytaniem, że hejhejhej pamiętasz tamtą torebkę, jednak musisz mi ją oddać, ok? I się dowie, że nie może, bo już sprzedane - i zaczyna się cała akcja :D
Mogę tak zacząć, jeśli Ci pasuje, że otwiera jej drzwi z myślą, że pewnie przyszła się rozliczyć. W końcu musi jej odpalać działkę za sprzedane rzeczy, co nie. A tu niespodzianka.
Tylko jeszcze pytanie, tak formalnie, bo ona korzysta z dwóch imion. Rozumiem, że Leif zna ją jako Lavender?]
Leif Zweig
— Zakładam, że zostaniesz — odpowiedział cicho, ale pewnie, jakby nie brał pod uwagę innego scenariusza. On nigdy nikogo nie wyrzucał, jeśli już się zdarzyło, że kogoś do siebie zaprosił. Wolał hotele, albo mieszkania kobiet, które wykazały nim zainteresowanie ze wzajemnością. Cenił sobie swoją prywatność, ostoje, jaką tworzyło jego mieszkanie, w którym lubił odpoczywać po ciężkim dniu, wyciszać po całych dniach spotkań i pracować, jeśli miał dość szumu panującego w biurze. Można było przyjąć, że nie zaprasza do domu każdego, o czym doskonale wiedziała jego siostra i bliscy znajomi, którzy z całą pewnością już dyskutowali nad postacią niczego nieświadomej Mei-Mei.
OdpowiedzUsuń— Nie znasz Alfreda z Batmana? Jak miałem go nazwać? — spytał, patrząc z rozbawieniem, jak marszczy drobny nosek. — Myślę, że dobrze się dogadujemy z Alfredem. Robię mu aktualizacje na czas i w zasadzie używam tylko do światła… Jeszcze do zasłon, ale to w sumie światło — wzruszył ramionami, dobrze wiedząc, że jego życie bez Alfreda wyglądałoby w zasadzie tak samo. Nie korzystał z automatycznego ustawienia ekspresu, czy głośników rozmieszczonych w całym domu, zwyczajnie o nich zapominając. Prawda była taka, że nawet o tym bocznym świetle też zapominał, a przypomniał sobie o nim chyba tylko dlatego, że chciał Lavender w jakiś sposób zaimponować. Nawet, jeśli miał to zrobić włącznikiem światła.
Niespiesznie, z rozmysłem z którym zdawał się wykonywać każdy swój ruch, sięgnął do barku po butelkę, dwie kryształowe szklanki i niewielkiej, wbudowanej w komodę zamrażarki, z której wyciągnął zmrożone kamienie.
— To dobrze — powiedział cicho, gdy usłyszał jej słowa, które zdawały się wcale nie dotyczyć whisky. Oblizał usta, zastanawiając się przez chwilę, w jaki sposób nie tyle co rozegrać sytuację,co wybrnąć z niej tak, by wynik równania był zadowalający dla nich obu.
Mei nie była dla niego dziewczyną na szybki numerek i maksymalnie jedną noc. Nie widział nawet cienia szansy na to, by mógł podejść do niej z taką obojętnością – nie chciał też, by poczuła się tak nawet przez chwilę. Nie mógł jednak pozostać obojętny na jej słowa, gesty, czy to nieme wyzwanie, które zdawała mu się teraz rzucać.
Była piękna. Z delikatnie zmierzwionymi włosami, starganymi przez ich niedługi spacer, boso, w sukience odsłaniającej dokładnie tyle, by działać na wyobraźnię, wyglądała w oczach Ivana zjawiskowo.
Wrócił do szykowania dla nich alkoholu, a gdy skończył, podszedł do Mei ze szklaneczką.
— Pasuje Ci ta sukienka — stwierdził, bez grama zawstydzenia lustrując ją wzrokiem, po czym podał jej kryształ i zaczekał, aż pociągnie z niego łyk. Przyglądał się jej smukłej szyi, długim palcom obejmującym szkło i ustom, dotykającym krawędzi, zastanawiając się przy tym, jak ktokolwiek mógł pozwolić jej męczyć się w tamtym vanie, czemu zajmowała się sprzątaniem i co sprawiało, że nie biła od niej ta obezwładniająca pewność siebie, którą widział u niej w jej domu, czy mieszkaniu tamtego Ruska.
Nie czekając na werdykt, czy jej smakowało, czy nie, wziął od niej szklankę, dopił resztę trunku i odstawił ją na stolik kawowy, w tym samym momencie podejmując decyzję.
Nie spieszył się, podchodząc do niej. Jego ruchy były pozbawione wszelkiej gwałtowności, kiedy położył jej rękę na karku, by już po chwili nachylić się do niej i najpierw jedynie musnąć jej usta, by już po chwili, niemal łapczywie rozchylić jej wargi językiem i mocno ją pocałować, drugą dłoń zaciskając na jej biodrze.
— Chcesz jeszcze whisky, czy chciałabyś zobaczyć sypialnie? — zapytał tuż przy jej ustach, odsuwając się od niej na długość nosa, chłonąc jej zapach i rozpamiętując miękkość warg, w których smak wciąż czuł na swoich. Z trudem hamował się, by nie podnieść jej jak piórka i zwyczajnie nie przenieść do wspomnianego pokoju, ale chciał zachować się jak należy. Nie okazać się kolejnym dupkiem w życiu Mei.
Ivan Voronin 🛏️👄
W sobotni poranek o trzynastej obudziło go mocne walenie w drzwi. Co za szczęście, że wybrał sen na kanapie! Z łóżka trudniej byłoby mu się ściągnąć.
OdpowiedzUsuńPrzekręcił się na bok, zsunął na ziemię brzuchem do ziemi, zrobił dwie pompki, uznał, że dość tych ćwiczeń, i wstał, by podążyć za dźwiękiem. Dobrze, że był tak głośny, bo inaczej to dramat, nie wiadomo, jakby odnalazł wejście we własnym mieszkaniu. Własnym jak własnym, wynajmowanym przecież.
Zgarnął po drodze — nie żeby to była długa wyprawa, kilka kroków, dwupokojowe lokum nie zachwycało metrażem — koszulkę i wciągnął ją na grzbiet, kątem oka widząc w lustrze, że ma na sobie teraz szorty w pionowe biało-czarne paski, a teesa w poziome. Cóż za szyk! Nawet mu się podobało, bo dodawało to lookowi należytej niepowagi.
Otworzył bez spoglądania w judasza. Nigdy się nie nauczy. Na widok Mei miał się uśmiechnąć i przywitać, ale wtedy ujrzał jej twarz. Tak naprawdę naprawdę. Nie w przelocie. Bardzo świadomie. Skrzywił się.
— Wyglądasz jak koszmar! — oświadczył, gdy przepchnęła się, by wejść do środka.
Miał nadzieję, że kamery zarejestrowały jej wygląd przed tym, gdy do niego wkroczyła, bo byłoby słabo, gdyby nie i pojawiła się na zapisie dopiero przy wychodzeniu, z tymi paskudnymi skutkami przemocy. Tak czy inaczej: nie wiedział, kto ją tak urządził, poza tym, że to na pewno nie był on. Nie może tak być, trzeba coś z tym zrobić! Znaczy, zrobić nie w tym sensie, że to on miałby stać się sprawcą.
Wlazł do łazienki, słuchając jej jednym uchem, i wyciągnął z szafki apteczkę. Apteczkę? Całą aptekę. Aptekisko można by powiedzieć. Miał tam trzysta tysięcy leków, maści, bandaży, nici, wód utlenionych i Bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Nie pamiętał, bo sam z nich często nie korzystał. Choć umiał! Był synem pielęgniarki, więc umiał opatrzyć człowieka. Był wnukiem sklepikarza, więc umiał sprzedać kopa w dupę.
Dobra, to drugie nie do końca było prawdą. Dziadek był szewcem, ale chodził w butach.
Podszedł do Mei z apteczką w jednej łapie, drugą złapał ją za łokieć, by poprowadzić wgłąb pokoju dziennego połączonego z aneksem kuchennym. Zamierzał oczywiście posadzić ją na wysokim stołku, ocenić skalę szkód i spróbować zaradzić na najważniejsze.
— Sprzedane — odpowiedział z dumą. — Mam twoją część, ale wiesz, chciałem jeszcze sprzedać dwie rzeczy i odpulić ci wszystko za jednym zamachem.
Trochę kłamał, trochę nie. Mówił prawdę z tym płaceniem, ale część z czekaniem na resztę… Może nie tyle była łgarstwem, ile nie do końca przystawała do rzeczywistości. Sugerowała w końcu jakąś celowość, przemyślenie, czyli coś, czego Leif nie zrobił. Po prostu rozproszył się i zapomniał.
Miał od Mei jeszcze elegancką laskę i zegarek kieszonkowy. Nie miał za to czasu, by się nimi zająć. Torebka poszła w pierwszej kolejności. Czyścił ją, czyścił, zmiękczył skórę, żeby naprostować zgięcia, czyścił znów, naprawiał zdobienia, wyszorował, odmalował, uzupełnił ubytki, niektóre części oderwał i dolepił nowe, znowu zmiękczył skórę, ponownie naprostował, zabezpieczył, wypsikał i ogólnie wrzucił tyle chemii, że typowa półka z Walmartu mogłaby poczuć się zazdrosna. No, dobra, aż tak to nie, Walmart wciąż był gorszy.
Najtrudniejsza kwestia dotyczyła jednak zapachu. Tak jakby coś w torbie zdechło. Wieloma wysiłkami i powtarzanymi dezynfekcjami w końcu udało pozbyć się smrodu. Wtedy został tylko pasek, który też próbował odnowić, był jednak zbyt zniszczony, więc w końcu zaniechał prób, znalazł gdzieś możliwie podobny i podmienił.
Chciał wystawić na sprzedaż, ale poszedł wcześniej do vintage shopu, tego droższego. Znał już wielu klientów, a oni znali jego, więc czasem brali na stronę i konspiracyjnym szeptem pytali, czy ma coś ciekawego. Śmieszne to było. Czuł się trochę jak jakiś tajniak, hatfu! acab, miał jeszcze resztki godności, żeby nie porównywać się do służb. Czuł się więc jak ktoś z bardziej szanowanego zawodu — jak jakiś dealer. Odnowionych staroci dla ludzi, którzy nie mieli co z forsą robić.
Klientka próbowała się targować, ale tak nią zakręcił i obiecał, że dorzuci portmonetkę (ładną, ale kto dziś nosi portmonetki!) i za komplet wyjdzie taniej. Deal był kompletnie nieopłacalny, ale babka się na niego zgodziła i przekazała gotówkę.
UsuńEnd of story. Choć Mei chyba uważała inaczej.
Wskazał jej stołek, położył na blacie apteczkę, przejął siatkę z piwem. Miał małą lodówkę, więc kucnął, żeby się do niej dostać, strasznie upokarzające, żeby człowiek niemal musiał klęknąć, aby do własnego jedzenia się dostać! Wrzucił puszki do środka, żeby się schłodziły, a w zamian za to wyjął zimne Mountain Dew, które podał swojej gościni.
— Weź se przyłóż — powiedział i złapał ją dwoma palcami za podbródek, żeby ustawić twarz pod odpowiednim kątem i lepiej się przyjrzeć.
Leif Zweig
[To w takim razie niech będzie dla niego Mei :D I omg, jaki ekspres! ❤️]
Nie postrzegał jej w kategoriach ligii. Gdyby ktokolwiek, kto go znał próbował w jakiś sposób przypisać mu przynależność do jakieś grupy, miałby nie lada zagwostkę. Wyglądem przypominał zbira, gotowego łamać innym kości za pieniądze, łatwo byłoby przypisać go do kategorii niebezpiecznych mężczyzn. Z drugiej strony miał wykształcenie, które pozwalało mu na zdobywanie funduszy w inny sposób, niż przez przemoc – przypisywanie go do grupy gładkich, wymuskanych prawników też było sporym nadużyciem, bo gładki był czasami na głowie, ale z pewnością nie w obyciu. Ivan, chociaż to by pewnie wiele w jego życiu ułatwiło, nie potrafił oceniać ludzi przez wzgląd na ligę w której grali. Każdy, kto znał Ivana dłużej niż jeden dzień wiedział, że był upartym gnojkiem. Dotyczyło to nie tylko pracy, ale też kontaktów z ludźmi, o które dbał, jeśli czuł taką potrzebę – przy Mei czuł to od samego początku. Gdyby teraz, ktokolwiek z jego otoczenia spróbował być względem Chinki w otwarty sposób nieprzychylny, musiałby się liczyć z tym, że jego znajomość z Ivanem mogła dobiec końca. Dłużej zastanowiłby się przy Gaborze i Lerze, który byli mu szczególnie bliscy, ale z nimi nie miał kłopotów kłócić się w otwarty, zajadły sposób. Gdyby ktokolwiek wytknął mu, że źle wybrał, prawdopodobnie kazałby mu zwyczajnie spieprzać.
OdpowiedzUsuńGdyby Ivan wiedział o pytaniach, które chodziły po głowie Mei przed tym, jak podał jej alkohol, prawdopodobnie nie zdecydowałby się sięgnąć do jej ust. Zamiast tego wolałby z nią porozmawiać, zapewnić, że jeśli ktokolwiek chociaż spróbowałby się zaśmiać z vana, musiałby się liczyć z konsekwencjami – bo Ivan nienawidził takiego zachowania. Wiedział, że jest uprzywilejowany, większość jego znajomych też taka była, więc tym bardziej był uczulony na snobistyczne zapędy, którymi otwarcie i szczerze gardził. Tego nauczyła go Olga, wpajając mu uparcie wartość ciężkiej pracy i normalności, czymkolwiek ona by nie była, pieniądze traktując jako rzecz potrzebną, ale nie najważniejszą. Zdawał sobie sprawę ze swojej wygodnej pozycji, która pozwalała w ten sposób postrzegać majątek, ale nie zamierzał nigdy, nikogo oceniać po tym, jak wyglądała jego sytuacja finansowa. Tym bardziej Mei – nie po tym, gdy sam widział, jak dzielna i pracowita była dziewczyna, której widok odbierał mu zdolność logicznego myślenia.
— W nich też dobrze wyglądasz… — Ivan był przekonany, że nawet w worku pokutnym, czy w zbyt dużych dresach, Mei-Mei wyglądała dokładnie tak samo dobrze, jak w tej sukience. W niej zwyczajnie pokazała swoje nogi, na punkcie których Ivan wiedział, że jest o krok od szaleństwa i jakaś jego część, ta bywająca zaborczą i zazdrosną, cieszyła się na jej odpowiedź. Cieszył się, że w tej chwili był jedynym, który mógł podziwiać to, jak piękna była dziewczyna.
Zrobiła to znowu. Znowu wypowiedziała jego imię w sposób, który powodował jednoznaczny kierunek strumienia myśli, który chciał nie tylko jej ciała. Samolubnie Ivan chciał jej całej. Chciał dowiedzieć się wszystkiego, co dotyczyło tej dziewczyny, jednocześnie odkrywając, rozgryzając przepis na to, by mówiła jego imię ten konkretny sposób, jak najczęściej, bo łechtało to nie tylko jego męskiego, ale też było najzwyczajniej w świecie cholernie miłe. To, że udało mu się od niej odsunąć potraktował, jak zwycięstwo nad własnymi słabościami, bo bardzo nie chciał przestać jej całować, ba! Gdyby nie odsunął się w tamtym momencie, nie wiedział, czy byłby w stanie w ogóle to zrobić, czy byłby w stanie wypuścić ją z objęć, gdy sama się odsunęła, bo gdy tylko zrobiła krok w tył, jego dłoń niemal natychmiast szukała linii jej bioder i talii.
Obserwował ją, jak zahipnotyzowany. Z uwagą patrzył na materiał, gładko sunący po jej skórze, odsłaniający coraz to większe jej fragmenty, które Ivan już w tamtym momencie wiedział, że będzie wielbić.
Usuń— Chodź — powiedział cicho, chwilę po tym, jak udało mu się wyrwać z zamyślenia, w które wpadł na widok blizn. Wielu, zbyt wielu jak na ich młody wiek i to, że Mei nie wyglądała jak ktoś, kto notorycznie wpadał w cierniste krzewy, ale rozsianych w tak różnych miejscach, że nie wiedział, czy mógł dopuszczać myśl, że Mei sama robiła sobie krzywdę. No i ta blizna na boku…
Ivan nie miał zbyt wielu blizn. Nogi miał poznakowane dawnymi otarciami, które zbierał uparcie za dzieciaka, miał też wyraźną bliznę na brwi po tym, jak musiał wyjaśnić koledze, że ludzie miewają akcenty. Przez judo i koszykówkę często bywał poobijany, ale wszelkie rozcięcia najczęściej miał od głupot takich jak kuchenny nóż, czy kartka papieru. Może dlatego pamiątki na ciele Mei na dłuższą chwilę odwróciły jego uwagę?
Podszedł do niej. Nachylił się do jej ust, ale nie pocałował jej ponownie, zamiast tego robiąc krok do przodu, zmuszając ją do zrobienia kroku w tył. Objął ją w biodrach i nie przerywając kontaktu wzrokowego, skierował w stronę przesuwnych, wysokich aż do sufitu drzwi, które do tej pory przypominały ścianę z pojedynczym, czarnym lamelem. Prowadził ją tak aż do momentu, gdy mogła poczuć na wysokości ud miękki materiał pościeli.
Dopiero wtedy ją pocałował. Mocno, powoli, dłoń zaciskając w jej włosach, drugą głaszcząc jej policzek, lekko popychając ją w stronę łóżka, by na nim usiadła, a gdy tylko to zrobiła, Ivan znowu się od niej odsunął. Nie po to, by znowu zadawać jej jakiekolwiek pytania, ale by spojrzeć na nią z uwielbieniem, wręcz wymalowanym na jego twarzy.
— Jesteś przepiękna — wyszeptał i uklęknął przed nią, dłonie opierając na jej biodrach. Musnął wargami jej brzuch, najpierw w jednym miejscu, czekając na jej reakcję, później w kilku następnych, na dłuższą chwilę zatrzymując się przy większej bliźnie. Żałował w tej chwili, że w sypialni panował półmrok, bo nie mógł zwiedzać mapy ciała Mei z dokładnością, której rzeczywiście pragnął, ale miał nadzieję, że to jeszcze przed nim. Może nie dzisiaj, ale w niedługiej przyszłości.
Gdy zszedł pocałunkami do linii jej majtek, uniósł spojrzenie, do tej pory skupione na próbie zapamiętania każdego fragmentu, który zdążył do tej pory pocałować. Niemo pytał o zgodę, w tym samym czasie wyznaczając językiem drogę po jej podbrzuszu.
Ivan Voronin 👄🌙
Słuchał jej nieuważnie, w rozproszeniu, nie ze złośliwości czy braku zainteresowania, a bardziej problemów z uwagą, która skakała z rzeczy na rzecz. Słowa trafiały do głowy, ale ich sens nie docierał od razu, nie tak w pełni. Choć kształtujący się obraz nie wyglądał szczególnie interesująco. Albo właśnie baaardzo interesująco, tyle że bardziej z gatunku ciekawie się o tym słyszy niż ciekawie się to przeżywa. Zwłaszcza, że ponoć można wcale nie przeżyć.
OdpowiedzUsuńGdy złapała go za rękę, by powstrzymać chwyt, zwrócił uwagę na jej nadgarstki z czerwonymi pręgami. Co do cholery się działo?! Nie powinno się zadawać pytań, na które nie chce się poznać odpowiedzi, dlatego Leif jeszcze nie wyrzucił z siebie żadnego. Choć czuł, że w końcu będzie musiał.
– Jeśli śmierć to sposób na zatrzymanie młodości i śliczności – odpowiedział z żartem mimo wszystko czającym się na ustach; cóż, niezależnie od okoliczności wciąż był sobą – to radziłbym poczekać, aż twarz ci wróci do stanu wyjściowego.
Nie mówił tego, żeby jej dopiec – tekst przy drzwiach też nie był tym umotywowany. To nie było w jego stylu. Lekkość, żartobliwość, igranie z człowiekiem już bardziej. Mei wyglądała koszmarnie i to był fakt, ale nie ze względu na jej urodę. Musiała po prostu pogodzić się z tym, że nie wszystko człowiekowi pasuje, a jej ze śladami pobicia nie było do twarzy.
Nikomu by nie było.
Resztki niepowagi zaczęły wyparowywać, gdy swoim zachowaniem zdradziła, że ma też problem z żebrami. Kto ją tak urządził?
– Dobra, dobra, już nie patrzę – odparł, jakimś cudem wciąż dość lekko. – Za to ty spójrz na mnie – poprosił grzecznie. – Skoro jeszcze żyjesz, to należy ci się od życia coś ładnego, co nie.
Prośba nie była przypadkowa. W rzeczywistości to było pragmatyczne – chciał sprawdzić, czy jest w stanie skupić wzrok. Sądząc po wypowiedziach i zachowaniu, zachowała trzeźwość umysłu, więc raczej nie miała żadnego poważnego urazu głowy, ale… kto wie. Po spojrzeniu w oczy stwierdził, że tutaj chyba też w normie. Powinien pewnie poświecić latarką, ale darował sobie, bo nie pamiętał, gdzie rzucił telefon przed zaśnięciem.
Wiele zrobić nie mógł. Otworzył apteczkę, pogrzebał chwilę i wyciągnął z niej najpierw sól fizjologiczną oraz waciki. Chciał zająć się jej ustami, ale zawahał się chwilę, zastanawiając się, czy znowu go zaatakuje. Po sekundzie jednak przemył jej wargi, a potem oczyścił je suchym gazikiem. Poza tym, tak naprawdę, na resztę to zostały tylko zimne kompresy.
– E! – powiedział i zabrał papierosa, już po tym gdy raz się zaciągnęła. Niech chociaż tyle ma. – Nie pal mi w mieszkaniu.
Wbrew słowom – też się zaciągnął, też tylko raz, stanowczo mniej dostojnie, bo nie był przyzwyczajony do tytoniu, więc zakaszlał od dymu. Można się z tego śmiać, ale przynajmniej od kaszlu nie bolały go żebra, więc i tak był do przodu, ha!
Zgasił fajka na blacie i podszedł do zlewu. Z górnej szafki wyciągnął szklankę, nalał wody i posłał ją ku Mei. Wróciwszy do poprzedniego miejsca, wygrzebał z apteczki blister leków. Paracetamol. Na ból. Gdyby miał dać coś sobie, pewnie wolałby kodeinę czy tramadol, ale nie chodziło o niego, a cudzym zdrowiem ryzykować nie chciał. Przynajmniej na razie. Wciąż nie wiedział, czy jednak nie miała urazu głowy, więc wolał nie ryzykować opioidami.
Dał Mei tabsy. Przy okazji z apteczki wypadło inne opakowanie, zerknął, podniósł i zaczął miętolić je w palcach.
– Ktoś bardziej obeznany powinien cię obejrzeć – powiedział. – Co się konkretnie wydarzyło?
Chciałby być bohaterem, herosem z fantastycznych opowieści, w którym cała ta sytuacja wyzwoliłaby nadludzką moc pozwalającą wymierzyć sprawiedliwość. Typem, który z oburzeniem zareagowałby na wzmiankę, że spokojnie, nie zdradziłam im twojego imienia. Gościem, który wykrzyknąłby, że trzeba było zdradzić, jeśli by to ci pomogło.
Ale nie był. I gdzieś we wstydliwej części cieszył się – choć radość stanowczo nie była odpowiednim słowem – że się nie wysprzęgliła.
Śmierć była obecna w jego życiu od zawsze, ale nie z jakichś dramatycznych powodów, bardziej ze względu na zawód matki i jej tendencje do angażowania się do pomocy wszystkim i wszędzie, kosztem siebie. A że często targała syna ze sobą, to naoglądał się różnych widoków. Przemyślenia mógł mieć różne, ale to wszystko umocniło w nim przekonanie, że kocha życie.
UsuńSerio. Kochał życie. Uwielbiał czerpać z niego garściami. Co więcej – umiał żyć. Był przecież tak witalny. Naprawdę, kochał życie do tego stopnia, że dałby się za nie zabić.
Machinalnie wyłuskał z blistra sześć tabletek, wrzucił je do paszczy i połknął. Witamina C. Bez sensu. Wczoraj zjadł przecież dwie pomarańcze.
– Skoro to nasze ostatnie chwile, to może dla otuchy potrzymamy się za ręce? – zaproponował i z powrotem się uśmiechnął.
Sięgnął po jej dłoń z zamiarem zdezynfekowania czerwonych śladów i ich zabandażowania. Średnio uczył się na błędach i już zdążył zapomnieć, jak na niego fuknęła, gdy wcześniej ujął ją za podbródek.
– Wiem, komu to sprzedałem – przyznał poważniej. – Ale nie mam do niej bezpośredniego kontaktu, poza tym obawiam się, że musisz mi powiedzieć więcej, żeby zdecydować, co zrobimy dalej.
Codalejcodalejcodalej. Rozsądne pomysły, typu zaalarmowanie jakichś służb, nawet mu do głowy nie wpadły. Być może dlatego że nie cierpiał policji i jej nie ufał. Być może dlatego że był po prostu Leifem.
Leif Zweig
Ivan w Mei dostrzegał przede wszystkim dziewczynę, której był ciekawy. W swoim zblazowaniu, zmęczony sztucznością słów, gestów i zachowań, odnajdywał w niej coś, co było przyjemnie orzeźwiające i szczere. Nie mówiła nic, co miałoby sprawić, że polubi ją bardziej; nie próbowała mu się przypodobać, czy flirtować na siłę. W niczym, co do tej pory robiła nie wyczuł fałszu – może prócz tego krótkiego momentu, kiedy przedstawiła go, jako swojego chłopaka, co do tej pory było dla niego zastanawiające. Nie miał pojęcia, czemu podchwycił ten pomysł tak łatwo i z taką przyjemnością spędził całe popołudnie w domu rodziny Wong, bo raczej nie był altruistą. Gdyby zrobiła to jakakolwiek inna dziewczyna, prawdopodobnie rzuciłby od niechcenia jakieś przytaknięcie i szybko znalazł wymówkę, żeby zwyczajnie dać nogę. Tymczasem, sam zaprosił Mei do siebie i nie wyobrażał sobie, by mógł zaproponować jej hotel, jak to robił w przypadku dziewczyn poznanych w klubie, z którymi miał zamiar znajomość skończyć wraz z ostatnim jękiem. Mei chciał poznać; zobaczyć, na którym boku śpi, czy wkłada kołdrę między nogi, którą ręką sięga po kubek z kawą. Był ciekaw, czy będzie go wciąż kąsać, bo miał wrażenie, że robi to coraz lżej, jakby oswajając się z tym, że złośliwościami nie jest w stanie go odstraszyć. Jeśli powiedziałaby mu wprost, że ma się od niej odwalić – dałby spokój, z niezadowoleniem i pewną dozą złości, ale odpuściłby. Tyle tylko, że nawet w jej nienawidzę, wcale nie dostrzegał nienawiści.
OdpowiedzUsuńByła prawdziwa. I nie chodziło o brak pomocy chirurgów plastycznych, przy tym jak wyglądała. W jej niedoskonałościach widział doskonałość; podobała mu się jej blada skóra, chociaż równie chętnie oglądałby ją, gdyby właśnie wróciła z egzotycznych wakacji pełnych słońca. Jeśli zdecydowałaby się obciąć włosy, które uważał za cudownie długie, też wyglądałaby w jego oczach pięknie. Mei-Mei miała w sobie atrakcyjność, której Ivan nie był w stanie jednoznacznie określić.
Spojrzał na nią z dołu, gdy odpowiedziała na jego komplement i już chciał powiedzieć, że będzie to powtarzał często, nawet jeśli będzie go dalej uciszać, bo powinna była to o sobie wiedzieć. Była piękna i Ivan był w stanie się założyć, że zbyt rzadko to słyszała wypowiedziane bez ukrytych zamiarów. Zamiast jednak obiecywać, wolał jej pokazać i powtarzać do bólu, aż w końcu Mei nie przyjmie tego jako faktu.
Sapnął cicho, czując przyjemny dotyk jej drobnych, delikatnych dłoni na skórze czaszki, a wcześniej karku, z zaskoczeniem odkrywają, że ten niewinny gest w wykonaniu Mei, sprawił mu niezwykle dużo przyjemności.
🌙👄
Pomógł jej w zdjęciu koszuli, ostatnie kilka guzików ignorując, a materiał ściągając przez głowę, by po chwili rzucić ją w kąt. Czekał na to zaproszenie, bo znając się tak krótko nie był pewien, jak mogłaby wyglądać jej zmiana zdania. Nie chciał robić nic na siłę, spieszyć się, czy w najmniejszym nawet stopniu naruszać jej strefę komfortu, ale gdy usłyszał jej zapewnienie, poczuł się tak, jakby postawila przed nim wyzwanie, któremu miał zamiar sprostać za wszelką cenę.
UsuńPosłusznie poddawał się jej ruchom, znacząc jej ciało delikatnymi pocałunkami, kąśnięciami i liźnięciami, jakby tymi wszystkimi gestami wciąż i wciąż chciał podkreślić, jak jej w tym momencie pragnie. Bo pragnął bardzo, boleśnie wręcz mocno, w chwili zawieszenia pozwalając, by Mei mogła usłyszeć jego przyspieszony oddech i zauważyć ruch wytatuowanej klatki piersiowej.
W plątaninie rąk, nóg i pospiesznie zdejmowanych ubrań, Ivan znalazł chwilę na przypomnienie sobie o zabezpieczeniu, które wsunął tuż przed tym, jak Mei dosłownie na nim usiadła, a on głucho jęknął, czując jak cudownie go obejmuje, jak ciepła, ciasna i mokra na nim była. Nie odpowiedział przez kilka jej pierwszych ruchów, patrząc na nią urzeczony, wręcz zahipnotyzowany. Położył rękę na jej talii, mocno ją tam zaciskając, drugą zatrzymując na pośladku w żelaznym uścisku. Wypchnął kilka razy biodra w jej stronę zanim podniósł się do jej ust, w które wtargnął językiem bez wcześniejszej delikatności, przysuwając ją do siebie tak blisko, jak tylko było to możliwe, cały czas poruszając się w jej wnętrzu.
Podobało mu się. Podobało mu się, jak się czuł przy niej, jak czuł się w niej i jakie uczucia były wokół tego wszystkiego, co się teraz między nimi działo. Podobała mu się perspektywa spełnienia, która zaczynała wychodzić tuż za rogiem i nieśmiała perspektywa tego, że nie był to ostatni raz nie tylko tej nocy, ale też wszystkich następnych, jakie mieli przed sobą. Chciał, by było jej dobrze. W idealnym świecie byłoby tak, że dotarli do szczytu razem, ale jeśli nie dałby rady, bo Mei była zbyt piękna, by mógł zbyt długo wytrzymać, to był gotowy zaopiekować się nią, by nie miała mu tego za złe. Chciał zmienić pozycję, ale Mei zbyt przypominała mu teraz królową, władczą i pewną siebie, by chociaż przez chwilę myślał o przerwaniu czasu jej chwały. Zamiast obracać ją na brzuch, czy próbować położyć na łóżku, zastygł na chwilę, w tym krótkim czasie uspokajając oddech, po czym podniósł ją lekko, samemu zsuwając się z łóżka.
— Obejmij mnie… — szepnął, a gdy objęła go rękoma i nogami, stanął i przyspieszył ruchy, w rzeczywistości trochę ją na sobie podrzucając, a trochę samemu wychodząc jej naprzeciw.
Ivan Voronin
Mógł jej słuchać bez końca. Chciał jej słuchać. Nie tylko przyspieszonego oddechu, chociaż ten bardzo mu się w tej chwili podobał. Chciał słuchać jej myśli, wszystkich tych, których nie ubrała w słowa i którymi do tej pory się z nim nie podzieliła, ciekawy, co siedzi w tej ślicznej główce. Za każdym razem, gdy wydawało mu się chociażby przez moment, że jej myśli są tego wieczoru gdziekolwiek indziej, niż tuż przy nim, próbował odgadnąć, gdzie błądzi.
OdpowiedzUsuńSłysząc swoje imię, znowu, tak słodkie i miłe, łechtające jego męskie ego, karmiące próżność, ale też poruszające to, co wydawało mu się od dawna uśpione, próbował ją przyciągnąć do siebie mocniej, łudząc się, że jest to możliwe.
— Mei… — wyszeptał cicho, ale nie było w tym jedynie suchego, zwierzęcego pragnienia, próby potwierdzenia, że dobrze się bawi. Bo bawił się świetnie, ale był przekonany, że Mei oznacza dla niego kłopoty.
Nie martwił się o jej sytuację rodzinną, finansową, czy cokolwiek z tego, co mogła przypuszczać, że będzie mieć dla niego znaczenie. Obawiał się tego, jaki mogła mieć na niego wpływ, skoro znając ją raptem od kilku dni, mając za sobą w zasadzie dwa spotkania, on nie potrafił przestać o niej myśleć. Do tej pory sprawnie oddzielał wszystkie sfery swojego życia, za próg prywatności dopuszczając bardzo niewiele osób i chociaż Mei poznał w warunkach skrajnie zawodowych, to nie miał nawet grama wątpliwości co do tego, że ona nie przekroczyła tego progu. Wdarła się za niego, wciągnęła także do siebie, a on nie czuł ochoty, najmniejszej nawet chęci, by stamtąd wychodzić, czy ją wypraszać.
Jej słowa, ciepłe, mokre przy jego ustach, włosy opadające na twarz, ich oddechy, zapach zmieniający się w jego sypialni, to wszystko sprawiało, że z trudem powstrzymywał się przed zamknięciem oczy. Chciał ją widzieć w każdej sekundzie, gdy brała oddech, miała rozchylone wargi, czy nawet gdy zasłaniała mu samą siebie, ginąc w zagłębieniu jego szyi.
Nie wiedział, czemu tak bardzo próbowała go nienawidzić, czemu powtarzała to w kółko, ale nie był na tyle mało empatyczny, by nie próbować się tego domyślić. To dlatego nie dopadł do niej jeszcze w windzie. Dlatego sam nie pocałował jej pierwszy. To właśnie z tego powodu, nie rozebrał jej zaraz po wejściu do mieszkania, chociaż miał na to prawdziwą ochotę. Mei decydowała, miała nadać tempo, bo on wbrew swojej naturze, był gotów się do niej dostosować, zamiast zachowywać się jak kolejny, napalony facet, którym bez wątpienia był David, Danny, czy kimkolwiek był gość z alejki.
Zaśmiał się gardłowo, czując jak Mei znakuje jego szyję, ale nie umiałby jej mieć tego za złe. W tej chwili, gdy byli złączeni razem, gdy zdawało mu się, że czuje ją całą sobą, dałby jej się nawet przypalić rozżarzonym pogrzebaczem, gdyby miała na to ochotę. Wiedział, że w poniedziałek będą go czekać oceniające spojrzenia, może niewygodne pytanie od ojca, lub sroga jego uwaga, ale nie miał zamiaru się tym przejmować. W najgorszym wypadku pożyczy jakieś kosmetyki od Lery, która zdawała się rozrzucać swoje rzeczy w jego mieszkaniu tak, jakby rościła sobie do niego prawo.
Gdy odchyliła się lekko, pozwolił sobie przyspieszyć, samemu zasysając skórę na jej piersiach, odpłacając się śladami, ale w miejscach, które było łatwo zasłonić koszulką. Miał nadzieję, że będzie mógł na nie spojrzeć jeszcze kilka razy i że po dzisiejszej nocy nie będzie na nie spoglądać nikt inny. Z zadowoleniem czuł, jak sztywnieje, jak zaciska się na nim mocniej, jak jej nogi wydają się gnieść jej biodra niczym imadło. Ostatkami zdrowego rozsądku, czując, że i on jest blisko orgazmu, usiadł na skraju łóżka i stęknął głośno prosto w jej klatkę, mocno ją do siebie przyciskając.
Gdy z niego zeszła, nie pozwolił jej oddalić się nawet na krok, zawczasu łapiąc jej dłoń. Odgarnął włosy z jej twarzy, pocałował krótko i dopiero wtedy puścił, próbując uspokoić oddech. Wstał na chwilę, ale tylko po to, by zrobić porządek z zabezpieczeniem, co chwilę i tak zerkając w stronę Mei, jakby bał się, że zaraz zniknie.
Odwzajemnił pocałunek, mocno ją obejmując, chowając w ramionach, napawając się jej bliskością. Westchnął z niezadowoleniem, gdy się od niego odsunęła, chociaż zrobiła to na ledwie kilka centymetrów i zmarszczył brwi, słysząc jej pytanie. Jakby samym grymasem próbował dać jej odpowiedź. Dopiero, gdy poczuł jej drobne palce przy szyi, wytrzymał jej badawcze spojrzenie i usłyszał ten szept, dopiero wtedy lekko się uśmiechnął, jakby nie rozumiał, o co jej chodzi.
Usuń— Mei… Gdzie ty masz zamiar szlajać się po nocy, co? — zapytał i pogłaskał ją po policzku. Pocałował ją krótko, unosząc jej brodę dwoma palcami ku swojej twarzy. Odsunął się od niej, sięgnął po swoją koszulę i zarzucił jej na ramiona, zauważając na jej rękach gęsią skórkę.
— Pójdę nam zrobić kąpiel, a ty możesz pomyszkować… Jeśli chcesz, zajrzyj do szafy i wybierz coś lepszego, niż koszula z klubu, chociaż jak dla mnie… Wyglądasz świetnie — mrugnął do niej i ruszył w kierunku drzwi prowadzących do łazienki. — Ja ciebie też nienawidzę! — zawołał i wszedł do pomieszczenia, znikając w jego głębi. Po niedługiej chwili dało się słyszeć szum wody.
Ivan Voronin 🖤🛁
Ian nie miał grymasić na wodę bez lodu. Chciał napić się czegokolwiek – oprócz alkoholu – aby przegonić uporczywą suchość w ustach, którą zaczął odczuwać, kiedy jego serce odzyskało właściwy sobie, spokojny rytm, przestawszy być napędzane wyrzucaną do krwiobiegu adrenaliną, co w knajpce pana Gao przyszło mu wyjątkowo łatwo. Stąd, kiedy to Mei się o ten lód upomniała, Ian, pochwyciwszy na krótko jej spojrzenie, delikatnie przecząco pokręcił głową. Naprawdę tego lodu nie potrzebował, choć też nie zdziwiłby się, gdyby kobieta uszczupliła trzymany przy policzku woreczek o dwie kostki i wrzuciła je do szklanki, którą niedługo potem ustawił przed nim straszy mężczyzna. Wyglądała na taką, która mogłaby to zrobić, nie przejąwszy się tym, że najpewniej zbrudziłaby kostki własną krwią.
OdpowiedzUsuńNie uciekł spojrzeniem w bok, kiedy siostra Chena przyglądała mu się uważnie. Sam odpowiedział jej pełnym zainteresowania, acz nienatarczywym spojrzeniem, przy czym kąciki jego ust pozostawały nieznacznie uniesione i Ian wyglądał przez to na minimalnie rozbawionego. Zastanawiał się, co sobie myślała, kiedy na niego patrzyła, ale jego rozważania przerwał Chen. Pozostając z głową zwróconą w kierunku Wong, Hunt przeniósł wzrok na Chińczyka i mimo że kobieta od razu weszła mu w słowo, oczy Iana pozostały uparcie utkwione w mężczyźnie, który plątał się w zeznaniach.
To nie był pierwszy raz, kiedy grał z Wongiem, lecz przyszło mu na myśl, że powinien to być raz ostatni. Ian nie chciał mieć kłopotów większych niż te, które już miał, a wiele wskazywało na to, że przy Wongu nie będzie o to trudno. Oczywiście wiedział, że Chen miał długi. Jeden miał przecież nawet u niego i pomyślawszy o tym, zerknął na Mei. Ciekawe, czy ona o tym wiedziała?
Chwycił w dłoń szklankę i wypił połowę wody, która mimo tego, że brakowało w niej lodu, pozostawała przyjemnie chłodna. Zwilżył wnętrze ust, koniuszkiem już nie tak szorstkiego języka oblizał wargi, po czym odstawił szklankę i kilkukrotnie rozprostował palce dłoni, bo czuł, że drobne stawy sztywnieją od opuchlizny, będącej wynikiem tych kilku uderzeń, które zdążył wymierzyć jeszcze w salce, w lokalu śmierdzącym tak dosłownie, jak i w przenośni.
— Pamiętasz chociaż, ile lecisz mnie? — zwrócił się do Chena. — Zaznaczam, że ja nie chcę cię zabić — dodał, ale zawiesił głos, jakby zaczął zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nie powinien zmienić zdania.
— Ian… — jęknął znowu Wong, najwyraźniej czując się zdradzonym przed siostrą, ale Hunt uciszył go gestem dłoni.
— Czyli nie pamiętasz — skwitował, powoli układając sobie w głowie kompletny obraz tej sytuacji. Wcześniej nie miał Chena za idiotę, ale teraz… Przetarł twarz dłonią, nie bardzo wiedząc, czy powinien się roześmiać, czy raczej rozpłakać. Zamiast tego westchnął bezgłośnie i utkwił wzrok w mówiącej do niego Mei. Wysłuchał jej cierpliwie, ani razu jej nie przerywając, bo nie miał w zwyczaju przerywać ludziom, chyba że ci pierdolili od rzeczy. Mei mówiła rozsądnie.
— W zasadzie, to chętnie zostanę i coś zjem — odpowiedział grzecznie. — Skoro już mnie tutaj zaciągnęliście i jeśli nie macie nic przeciwko — dodał, bo choć on bawił się stosunkowo dobrze, pozostając cichym świadkiem sprzeczki między rodzeństwem, to może Mei i Chen nie podzielali jego zdania, do czego mieli przecież pełne prawo. W tym przypadku wystarczyłoby, aby kazali mu spierdalać, a on zastosowałby się do ich prośby.
— Poza tym, Chen dalej nie powiedział, co robiliśmy w tej… W tym… — Ian urwał i w bliżej nieokreślony sposób machnął dłonią, ewidentnie nie potrafiąc znaleźć jednego słowa w pełni opisującego miejsce, do którego przyprowadził go Wong, a z którego wyciągnęła go ich siostra.
Chen chyba skapitulował. Westchnął ciężko, raz i drugi. Przygarbił się, kuląc ramiona. Splecione ze sobą dłonie zwiesił między kolanami i spode łba popatrzył najpierw na Mei, potem na Iana.
— Ian często wygrywa — poinformował, zerknąwszy na siostrę. Po tym utkwił wzrok w blacie stolika. — Myślałem, że tak będzie i tym razem… Że może dzięki temu ja i ci faceci… Dogadamy się i darują mi chociaż część długu…
— Zaraz. — Ian czegoś tutaj nie rozumiał. — Jak miałeś się z nimi dogadać, skoro, twoim zdaniem, to ja miałem wygrać? Co by ci było po mojej kasie?
Usuń— Ja nie wiem…
— Chen, podejrzewałem, że jesteś idiotą, ale kurwa, nie, że aż takim. — Tym razem to Ian jęknął, a także schował twarz w dłoniach, a w jego przypadku był to gest mówiący więcej, niż tysiąc słów, bo Ian miał wyjątkowo skąpą mimikę twarzy oraz gestykulację.
Był załamany.
IAN HUNT 🤦🏻
Blat był kamienny, więc nie zaszkodził mu jeden ugaszony na nim papieros. Mógł za to gorzej zadziałać na płuca – ale to tylko dodatek, którym Leif niezbyt się przejmował. Chodziło głównie o zapach, który mógłby osiąść w mieszkaniu, wniknąć między podłogi i wsunąć się w ścianę; i co wtedy? Nie dość że przyszłoby żyć w smrodzie, to jeszcze przy wyprowadzce landlord nie oddałby kaucji. A nawet, co gorsza, kazałby dopłacić.
OdpowiedzUsuńTo był jedyny powód zagarnięcia peta. Co prawda przez pojedynczego pewnie nic by się nie stało, ale… Ostrożności nigdy za wiele!
Nie powiedział Leif nigdy.
Wzruszył tylko ramionami i posłał Mei uśmiech. Widocznie nie było aż tak źle, to jest, nie czuła się tak fatalnie, jak jej twarz i ręce wskazywała, skoro miała wystarczająco wiele sił, by komentować każde jego posunięcie i przy okazji podarować mu parę obelg. Dobrze. Znaczy – niedobrze, bo to niemiłe, ale w takim razie żyła, a to już było przyjemniejsze. Z wyzwiskami umiał sobie radzić. Z martwą dziewczyną już nie bardzo.
O, proszę, nawet śmiech z siebie wykrzesała. Kolejny powód do zadowolenia. A przynajmniej przez chwilę się taki wydawał, dopóki z bólu nie złapała się za żebra. Słabo. Ale jednocześnie – no, trudno, na to nie jest w stanie jakkolwiek zaradzić, więc postara się tym nie przejmować, a już na pewno o tym nie myśleć.
Sympatia, jaką miał do Mei, pozwalała mu na swobodne zachowanie. Była wystarczająco wysoka, by zaniepokoić się jej stanem i przejść do niwelowania szkód – na tyle, na ile potrafił. I jeszcze dokładał trochę troski, trochę dużo. Była jednak wystarczająco niska… Chociaż to brzmiało zbyt brutalnie, a w rzeczywistości chodziło tylko o tyle, że sympatia nieprzekraczająca granic koleżeństwa też przyczyniła się do tego, co Leif robił. Możliwe, że gdyby była mowa o kimś mu o wiele bliższym, byłby odrobinę bardziej spanikowany.
Tymczasem oczyścił wacikiem rany na jej nadgarstkach, a potem owinął je miękkim bandażem, przewiązując go sprawnie. Zaczął pakować rzeczy z powrotem do apteczki, dorzucając jeszcze jedną witaminę C do ust. Połknął ją bez popijania.
– Na odporność – wyjaśnił z uśmiechem. – Coś czuję, że będę jej potrzebował.
Wiedział, komu sprzedał torebkę, ale to nie dawało znowu tak wiele. To tylko jedna z jego klientek, którą okazyjnie spotykał w vintage shopie, a nie ktoś z jego prawdziwego życia, osobistego, towarzyskiego czy zawodowego. Co oznaczało, że nie miał stałego źródła kontaktu. Do tej pory nie przyszłoby mu nad tym ubolewać, bo po co, ale teraz pierwszy raz pomyślał szkoda.
– Tak, miała twarz i dwie ręce – powiedział Mei. – Ale też imię, które znam, i nazwisko, którego nie znam. Co jeśli nie będzie chciała oddać torby? – zapytał, jakby przed chwilą nie zasugerował, że samo odnalezienie jej będzie problemem. – Jakby co to nie prześpię się z nią w zamian za zwrot.
Zamknął apteczkę i przesunął ją na obok. W trakcie mówienia podszedł do kanapy i wyciągnął telefon, który utknął gdzieś między poduszką a oparciem. Przysiadł na rogu i odpalił iPhone’a. Trochę kontakt z nim został utracony, kiedy przeglądał coś na ekranie.
– Mhm – mruknął po minucie, może trochę krócej, i przeciągnął się zamaszyście. – Masz ochotę na zakupy w vintage shopie?
Leif Zweig
[Cześć, muszę porwać Cię na wątek. ♥ Pomyślałam, żeby może zrobić z Yvette i Lavender partner in crime? Jeśli masz ochotę to mogę Ci na mailu opisać jaki mam pomysł.]
OdpowiedzUsuńJosette Blackwell
Potrzebował tej chwili samotności, którą znalazł znikając w łazience. Tuż po tym jak przekręcił baterię a szum wody zagłuszył ciszę, oparł się o umywalkę na wyprostowanych rękach, patrząc na swoje odbicie w lustrze. Nie miał najmniejszego pojęcia, co właściwie wyczynia; czemu jest gotowy zaniedbać swoją rutynę i zburzyć naturalny porządek rzeczy, jaki ustalił sam dla siebie przed laty. Czemu w przeciągu zaledwie kilku chwil drobna, trochę za chuda Chinka, potrafiła sprawić, by był gotowy zaprosić ją do domu i wcale nie miał ochoty jej stąd wyganiać. W wypracowanym przez siebie scenariuszu właśnie zamawiałby jej taksówkę, podziękował za miły wieczór i obiecał, że zadzwoni, nigdy tego nie robiąc. A teraz stał, tak jak go lata siłowni i zdrowiej diety stworzyły, w parującej łazience i sam zachęcał właściwie nieznajomą do myszkowania po jego mieszkaniu.
OdpowiedzUsuńNajgorsza w tym wszystkim była naturalność z jaką przychodziło mu… No właśnie. Troszczenie się o nią? Chęć rozpieszczania? Próżna potrzeba sprawienia, żeby to właśnie dzięki niemu czuła się dobrze zaopiekowana? Choćby chciał, nie był wcale aż takim altruistą, żeby myśleć tylko o tym, jak Mei czuła się przy nim – chodziło o to, jak on czuł się przy niej. A czuł się dobrze. W końcu swobodnie, bez potrzeby ciągłego zachowywania pozorów, zimnej obojętności odstraszającej ludzi, bez ciągłego trzymania wysoko podniesionej gardy, jakby zawsze był przygotowany na atak. Mógł zwyczajnie być, co było przyjemną odmianą dla tego, do czego przywykł do tej pory.
Słysząc swoje imię odwrócił głowę w kierunku źródła dźwięku. Uśmiechnął się lekko, widząc jak bardzo za duża była jego koszulka na drobnej Mei, jak cała jej sylwetka ginęła w miękkiej bawełnie, zostawiając mu szerokie pole do wyobraźni, chociaż widział ją nago jeszcze kilka minut temu.
— Do twarzy ci w niej — zauważył, ale bez wcześniejszej wesołości, w moment wyłapując zmianę w nastroju Mei, nie wiedząc, czy wynika ona jedynie z opadającego powoli podniecenia, czy czegoś innego. Głębszego. Przejechał językiem po zębach, dławiąc w sobie chęć doskoczenia do niej i zapytania wprost, co się stało. Skomplikowane uczucia nie były jego mocną stroną, sam nie radził sobie zbyt dobrze ze swoimi, a mina dziewczyny wskazywała, że nie była to wbita drzazga, czy wrzynające się ramiączko stanika. Nic, na co mógłby zaradzić w prosty sposób.
Nie chcąc jej przerywać, odwrócił się do niej przodem, wcześniej zerkając na nią w odbiciu dużego, ciągnącego się na całą wysokość lustra, stopniowo pokrywającego się mlecznym filtrem pary. Patrzył na nią uważnie, nawet na chwilę nie spuszczając wzroku z jej twarzy, chociaż ona zdawała się go unikać, przypominając mu w tym nieufne zwierze, gotowe do ucieczki jeśli tylko zbyt szybko się poruszy. Dlatego ani drgnął, na ruch decydując się dopiero, gdy sama do niego podeszła.
— Dlaczego? — zapytał cicho, opuszkami palców przejeżdżając najpierw po jej udzie, aż do granicy koszulki, by następnie objąć ją w tali. Mocno, stanowczo, jakby zaznaczając tym ruchem fakt, jak dobrze jego ręka pasowała w tym miejscu. Patrzył na nią z góry, napawając się jej widokiem. Już wcześniej w niej to dostrzegał, teraz jedynie dostając potwierdzenie swojej spostrzegawczości. Smutek. Mei była przeżarta nie tylko zmęczeniem, które było oczywiste patrząc na jej pracę zarówno tą oficjalną, jak i tą, której na próżno było szukać w papierach. W oczach dziewczyny dostrzegł dokładnie to, co sam nosił w środku, ukryte pod płaszczykiem nonszalancji i zblazowania, chociaż źródła tego czegoś winien był szukać pewnie w innym miejscu.
— Lubię to, jak się przy tobie czuję Mei… Nie znam cię, ale chciałbym poznać, bo wydaje mi się… Wydaje mi się, że możesz być tym, czego potrzebuję — powiedział spokojnie, ujmując jej podbródek w palce. Kciukiem przejechał powoli po jej dolnej wardze, opuszkiem badając jej strukturę, zapamiętując uczucie jej oddechu na skórze. Nachylił się do niej i musnął najpierw jeden kącik, a następnie drugi kącik ust, by od niego wyznaczyć pocałunkami okrężną drogę do jej ucha, zahaczając o jej szyję i żuchwę. — Wydaje mi się też, że ja mogę być tym, czego ty potrzebujesz — wyszeptał i podniósł ją lekko do góry, łapiąc ją pod pachami. Bez większego wysiłku usadził ją na marmurowym blacie, odsuwając się po tym nieznacznie, by móc omieść wzrokiem jej całą postać. Patrzył na nią bez słowa, podziwiając malujący się przed nim obraz, do którego chyba mógłby przywyknąć. Ciemnowłosa, drobna dziewczyna, która pewnie nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak dużo zamieszania sprawiła pojawieniem się w jego życiu. Lawinę jakich pytań wywołała samym tym, że pewnego dnia przedstawiła go jako swojego chłopaka, chociaż znali się od kilku godzin i zamienili raptem kilka zdań.
UsuńRozsunął kolanem jej uda, wkraczając między nie pewnie i ujął jej twarz w dłonie. Nie pocałował jej jednak, cierpliwie czekając na to, co ona ma do powiedzenia, patrząc jej w oczy z ufnością kogoś, kto sam przed chwilą pokazał miękki brzuch.
Ivan Voronin 👄🛁
Czuł się przygotowany na to, że zacznie kąsać. Znał ten mechanizm, bo on sam w zasadzie odpowiadał podobnie w chwilach, gdy czuł się niepewny, czy zagrożony. Może teraz, kiedy w końcu nauczył się mówić bez akcentu, miał dobrą pracę i prawie dwa metry wzrostu, zdarzało się to rzadko, ale w przeszłości… Jako dziecko gryzł, próbował odstraszać od siebie każdego, kto choćby próbował wyciągnąć w jego stronę dłoń, obojętnie, czy w geście pomocy, czy zamachu.
OdpowiedzUsuńSłysząc jej głos wiedział jednak,że to nie jadu powinien się spodziewać; nie tej ilości, która mogłaby faktycznie nakazać się mu odsunąć, więc czekał. Cierpliwie, bez ponaglenia w spojrzeniu, gotowy trwać tak długo, jak było to niezbędne, aż w końcu zaczęła mówić. Nie uciekł przed jej wzrokiem, patrzył jej w oczy z równą intensywnością, co ona jemu i mógłby przysiąc, że była to jedna z najbardziej intymnych chwil, jakich kiedykolwiek doświadczył.
Dotyk jej drobnych, smukłych dłoni, chłodnych od marmurowego blatu, który tak kurczowo moment temu ściskała, nie wytrąca go z koncentracji, a wręcz przeciwnie – przypomina mu o tym, że to nie majak senny, czy inny wytwór jego spracowanego umysłu. Że to nie scena, rozgrywająca się w jego głowie, gdy znudzony szuka zajęcia, jadąc w korkach do pracy.
Nie powstrzymał się od lekkiego, może trochę kpiącego uśmiechu, gdy wytknęła mu głupotę, który zniknął ze wszystkim następnym, co powiedziała, pozostawiając po sobie jedynie blady cień lekko uniesionych kącików. Poddał się jej dłoniom, zamykając ją tylko w ciaśniejszym uścisku, obejmując już nie talię, a ją całą, dłoniom odnajdując wygodne miejsce na jej plecach.
— Mei… — szepnął ciężko, gdy zdawało się mu, że powiedziała już to, co właściwie na niej wymusił, ale było potrzebne, by wybrzmieć w przestrzeni między nimi. Przesunął palcami jednej ręki wzdłuż jej kręgosłupa, sięgnął jej karku i oparł się tam, wyczuwalnie złapał, jednak nie tak, by zrobić jej choćby najmniejszą krzywdę. Zapobiegał jej potencjalnej ucieczce.
— Też nie mogę Ci obiecać, że tego nie spierdole… Sam mam sporo syfu i może nie są to długi, ale… Ale każdy syf śmierdzi — powiedział spokojnie z lekkim niezadowoleniem zauważając, jak szybko jego ciało na nią reaguje, jak wiele kosztuje go samo to, by się lekko odchylić do tyłu, by móc dalej na nią swobodnie patrzeć. Na jasną skórę o wyraźnie ciepłym tonie, gładką i przyjemną w dotyku. Zmierzwioną grzywkę, która teraz nijak wydawała się jej nie słuchać, nadając jej przez to figlarnego uroku, nijak pasującego do rozmowy, którą właśnie prowadzili. Lekko rozchylone usta, od których z dala trzymała go w tej chwili chyba jedynie gęsta, możliwa do cięcia nożem, atmosfera.
— Chciałbym Mei, żebyś wiedziała, że dla mnie nie jest to jednorazowe… Nie chcę, żeby takie było i wnioskuję, z tego co powiedziałaś, że ty też nie chcesz — pewność w jego głosie nie dawała miejsca dla wątpliwości, jakiekolwiek by teraz nie dotykały dziewczyny. Kciukiem sięgnął do wrażliwego miejsca za jej uchem i delikatnie je pogładził, robiąc nim niewielkie, eliptyczne wzory. — Nie wiem, czy jestem czymś dobrym… Mam taką nadzieję, Mei, ale chciałbym być. Będę się starać… A jak będziesz uciekać, to będę cię gonić, tak długo, aż nie zrobisz czegoś, co rzeczywiście mnie nie przekona, że zwyczajnie mnie nie chcesz, Mei-Lan Wong — uśmiechnął się lekko i równie lekko odsunął jeszcze dalej.
Tak, mógłby się przyzwyczaić do jej obecności; do niewymuszonej swobody, którą czuł, pomimo ciężaru słów, który między nimi zawisł. Polubił jej cięty język, to, że nie próbowała udawać kogoś, kim nie jest i uczciwość, z jaką podzieliła się z nim swoimi obawami. Nie wyglądała na kogoś, kto mówi wszystko każdemu i chociaż sam też chciał zdobyć się na podobną otwartość, to pomimo całej pewności siebie, nie był na to jeszcze gotowy. Na wyznanie, że jest jedynie pieskiem na smyczy ojca, że ma zależną od niego matkę na utrzymaniu, którą Mei będzie musiała zaakceptować. Że jego siostra wdziera się wszędzie tam, gdzie on próbuje zostawić zamknięte drzwi i mieć w końcu coś dla siebie. Nie miał w sobie tego rodzaju odwagi, który miała Mei, ale za to miał inny – ten, który kazał mu wierzyć, że to coś, co się między nimi rodziło ma sens. Że poddanie się temu nie jest wcale głupim pomysłem, bo pewnie będzie bolało, ale w rachunku zysków i strat, tych pierwszych będzie znacznie więcej.
UsuńPocałował ją w czoło i zerknął na wannę, która była już pełna wody i gęstej, białej piany, której zapach roznosił się po pomieszczeniu.
— Weź kąpiel, siedź w wodzie ile chcesz, odpręż się trochę… Ja wskoczę pod prysznic i pójdę trochę popracować, bo muszę dokończyć kilka rzeczy, na które jutro nie będę miał czasu… Mam nadzieję, że przed naszą randką niczego nie planowałaś, bo skoro już tu jesteś to pomyślałem… — zawiesił głos i zaśmiał się krótko z własnej nerwowości. Jak szczeniak pomyślał z wyrzutem, zły na siebie za poczucie zepsucia bliskości w tej chwili — Pomyślałem, że zjemy razem śniadanie, a później będziesz mogła podjechać ze mną do mojej mamy. Skoro ja znam twoją, to chyba będzie sprawiedliwie, jeśli poznasz Olgę — przesunął po niej badawczym spojrzeniem.
Ivan Voronin 🛁💻
OdpowiedzUsuńBył wdzięczny kobiecie, że wypuszczała dym w bok. Zapewne zauważyła jego skrzywienie, które było wystarczającym sygnałem, ale też poniekąd prośbą, by nie kierować dymu w jego stronę. Oczywiście, że sam kiedyś spróbował. Nie był święty i wiedział jak smakuje papieros, więcej niż jeden. Nigdy jednak się nie uzależnił, palił jedynie okazjonalnie, przy znajomych i na imprezach w czasach szkolnych czy studenckich. Teraz był starszy, rozumiał, że to po prostu nie dla niego. Konsekwencje zdrowotne też przyczyniły się do decyzji o zaprzestaniu używania tej używki, aczkolwiek był ostatnią osobą, która prawiłaby kazania innym ludziom. Jeśli nikt nie palił w jego domu, albo na niego, zwracanie uwagi komukolwiek nie leżało w jego naturze. Wychodził z założenia, że przecież każdy dorosły podejmował decyzje za siebie, w zgodzie z własnymi przekonaniami i rozważając wszelakie za i przeciw. Więc gdzie on byłby w tej linii? Oczywiście, inaczej miałoby się to wszystko w sytuacji, gdyby jego partnerka paliłaby, piła czy używała jakichkolwiek innych używek. Wówczas uważał, że miałby pełne prawo marudzić w tej kwestii.
Widząc jej reakcję, uniósł lekko sam brew w zaciekawieniu. Nathaniel był ciekawy i lubił ludzi. Był tez dość uważny, wobec czego dostrzegał czasem subtelne zmiany w mimice czy posturze, które zdecydowanie pomagały mu w kontaktach międzyludzkich. Był w nich całkiem dobry, zawsze starał się dawać innym czystą kartę, poznać dwie wersje historii i nie sprawiać, by ktoś jakkolwiek źle poczuł się w jego obecności. Prawda, że w ostatnich tygodniach nieco gorzej mu to wszystko przychodziło z uwagi na gorsze samopoczucie i izolowanie się od innych. Mimo to, zauważył tę zmianę w Mei, co go zaintrygowało. Czyżby tym pytaniem, naprawdę trafił?
Kiedy kobieta potwierdziła jego domysły, kiwnął głową, a na jego ustach pojawił się szczery uśmiech. Słuchał jej dalej, uważnie. Nie zdradziła mu wiele szczegółów, ale też tego nie oczekiwał.
– Świetnie! – skomentował, biorąc sobie ostrego kurczaka. – Jesteś szczęśliwa? – zagadnął, bo to przecież było najważniejsze.
Dopóki się było szczęśliwym, szło sobie poradzić z innymi nieprzychylnościami losu. Oczywiście, gdy obie osoby tego chciały i miały na to wystarczająco energii. Sam ze swojego doświadczenia wiedział, że czasem gdy tej siły brakowało, nie można było już nic zrobić. Jednak to było dawno, a tez okoliczności były zupełnie odmienne.
– Na randkach w ciemno go poznałaś? – zagadnął w sumie z czystej ciekawości.
Sam nie wierzył nigdy w możliwość poznania swojego przyszłego partnera w ten sposób. Zazwyczaj rodzice wybierali osoby pod siebie, nie pod swoje dziecko, a wówczas nawet zauroczenie mogło szybciej minąć gdy chodziło o charaktery.
W końcu wgryzł się w trzymanego w dłoniach kurczaka. Od razu uderzyła go mieszanka przypraw i tłuszczu. Idealnie skomponowane i tak jak powinno być. Mruknął więc zadowolony, nie powstrzymując swojej ekscytacji związanej z dobrym jedzeniem.
Usłyszawszy jej pytanie, zamyślił się na chwilę. Starał się przypomnieć czy sytuacja z jego byłą dziewczyną miała miejsce przed czy po poznaniu Mei i czy miał kiedykolwiek okazje, by jej o tym jakkolwiek wspomnieć.
– Kiedyś mi prawie uciekła – stwierdził, decydując, że jednak o tym wspomni. – Dawno temu. Ach chciałem się oświadczyć, ale cóż, uprzedziła mnie swoją wyprowadzką. – Wzruszył ramionami.
Przepracował to już dawno temu, jednak czasem bywały momenty, w których wracał wspomnieniami do tego czasu, a do jego głowy wchodziło znamienne pytanie co by było gdyby?.
Gdy spotkał ją parę miesięcy temu na weselu przyjaciół, musiałby skłamać, gdyby powiedział, że to spotkanie było mu całkowicie obojętne. Nie było jednak przestrzeni, ani czasu czy ochoty na roztrząsanie przeszłości. Każdy żył już teraz zupełnie inaczej i po swojemu.
– Jeśli chodzi o teraz – zaczął, przerywając na moment, by wytrzeć usta chusteczka. Zamyślił się na moment, dobierając odpowiednie słowa. – Sam nie wiem. Jest ktoś… ale to dość skomplikowane – przyznał szczerze, a na jego ustach pojawił się lekki uśmiech.
Nathaniel
Nie był przecież liskiem cytruskiem, więc gdyby tylko Mei wyraziła chęć na witaminę C, bez problemu kopsnąłby jedną czy dwie. Jej troska o przedawkowanie była jednak wzruszająca, więc Leif tylko wzruszył ramionami – albo byłby wzruszył, gdyby poświęcił trochę więcej uwagi na uważne słuchanie.
OdpowiedzUsuńPogrążony chwilowo w telefonie, stracił kontakt z rzeczywistością, a przynajmniej tak się wydawało. Wszedł na konto vintage shopu na Instagramie i pospiesznie scrollował listę followersów, mając nadzieję, że odnajdzie tam konto swojej klientki. Szybko stracił cierpliwość. Lepiej pojechać na miejsce i zaczepić sprzedawcę… Po drodze może wrócić do przeglądania.
Odruchowo odpalił TikToka, ale praktycznie od razu go zamknął, przypominając sobie, po co w ogóle brał iPhone’a do ręki. Spojrzał na Mei i przewrócił oczami w odpowiedzi na jej sarkanie. Detektywem był żadnym, owszem, ale czemu miała do niego pretensje za żartobliwe powtórzenie jej słów o twarzy i dwóch rękach? Nawet nie chciał wchodzić do tej rzeki.
Brwi najpierw zbiegły się nad nosem, a czoło zmarszczyło, żeby po chwili z powrotem wygładzić. Chyba nie całkiem rozumiał, co Mei do niego mówi. Przed czym niby miała by go powstrzymywać, skoro sam powiedział, że jego poświęcenie dla sprawy będzie miało granice? A, zresztą! Nie ma co rozkminiać, pomyślał, blokując telefon i wkładając go do kieszeni.
Westchnął cicho, zniesmaczony, i minimalnie pokręcił głową z dezaprobatą, ale tak lekko, że dało się to przegapić – zwłaszcza, że już poderwał się na nogi i zaczął działać. To nie tak, że żart o seksie z desperacji go dotknął. Ego nietknięte!, ale uraziło go, jak ten dowcip był leniwy. Naprawdę, Mei, stać cię na więcej! Milczał jednak, w końcu biedaczka oberwała w głowę, kto wie, może jednak miała lekkie wstrząśnienie, które wpływało na jej zdolności humorystyczne.
– Rozkaz, rozkaz – powiedział, zasalutował i odwrócił się na pięcie. Rzucił tylko jeszcze przez ramię: – To jeszcze, jak chcesz, możesz wziąć prysznic, czyste ręczniki masz w słupku w łazience.
Wszedł do sypialni i wyciągnął z szafki trzy pierwsze lepsze koszulki – kremową z bawełny slub, rękawkami sięgającymi łokcia i delikatnym art-line’em z drzewami, ptactwem i pagodami wznoszącymi w dole T-shirta; grafitową z małym czerwonym haftem na piersi, o kwadratowym kroju; i czerwoną retro koszulkę piłkarską reprezentacji Hiszpanii, z żółtymi wstawkami i kołnierzykiem tak ładnym, że Leif ją kupił mimo tego, że nie wiedział prawie nic o hiszpańskiej piłce ani w ogóle o piłce nożnej. Wszystkie wyglądały jak rzeczy wyciągnięte przypadkiem, ale w przypadku Leifa przypadek miał zwykle niezłe oko.
Miał już z nimi wrócić do Mei, ale zatrzymał się w pół kroku. Nie, tej trzeciej nie chciał dawać. Wybrał inną: luźną błękitną, z nadrukiem fali na plecach, kupioną kiedyś na pchlim targu jako rzekomy merch nieistniejącego już surf shopu.
– Wybierz sobie – rzucił słowami i teesami, gdy już wrócił do pokoju dziennego. – To co, zamawiam Ubera…? Jezu, mam nadzieję, że nie przyjechałaś tu samochodem?
Leif Zweig
Nie był w stanie powstrzymać się od szerokiego uśmiechu, kiedy patrzyła na niego dokładnie tak, jakby przed chwilą spadł z konia, mocno poobijał i gadał przez to jak potłuczony.
OdpowiedzUsuń— No — powiedział tylko na potwierdzenie, że zrobił dokładnie to, co zarejestrowała Mei i ba! Zrobiłby to ponownie, bo daleko mu było do żałowania któregokolwiek ze słów, zaproszeń, czy deklaracji, które właśnie padły.
Nie miał romantycznej natury. Nie wierzył w znaki, przeznaczenie i inne, tego typu, rzeczy. Ogólnie, to Ivan miał w sobie niewiele wiary w rzeczy, na które nie miał wpływu – co innego te, które pozostawały w jego mocy. Tak było właśnie z tym, co się teraz działo. Wierzył, że jeśli będzie dobry dla Mei, to ona będzie dobra dla niego; jeśli nie, to wierzył, że to będzie z czegoś wynikać. Wierzył też, że nie popełnia błędu, bo faktycznie poznał matkę Mei i wydawało mu się, że kobieta go polubiła; dlaczego Olga miałaby nie mieć podobnych odczuć względem Mei? Ściągała buty przed wejściem, umiała się uśmiechnąć, bo widział to już kilka razy i nie była jedną z tych osób, które przywłaszczają sobie całą przestrzeń dookoła, ale nie w ten miły, sympatyczny sposób, tylko ten, który Ivana potrafił prawdziwie wkurwić. Mei w przestrzeń jego domu wpasowała się idealnie, jakby bywała tu od dawna, miała gdzieś swoje kapcie i szczoteczkę do zębów. Ivan wierzył, że w domu jego matki będzie czuła się tak, jak on poczuł się w jej domu rodzinnym – mile widziana.
— Czy ty… Czy ty chciałaś mnie wykorzystać? Mei, czy ty chciałaś mnie przelecieć, wymknąć się zanim wstanę, a później nawet nie zadzwonić? — zapytał z udawanym przejęciem i z trudem powstrzymując parsknięcie śmiechem, pokręcił głową z niedowierzaniem. — Powinienem był się domyślić… — westchnął ciężko i ujął ją delikatnie za nadgarstki, za które przyciągnął jej dłonie do swojej twarzy. Musnął wargami ich wierzch, przy każdym z lekkich pocałunków, patrząc jej w oczy z rozbawieniem.
— Nie świruj Mei. Jeśli masz się bardzo stresować… — zaczął, ale wtedy dziewczyna przerwała mu swoim zdecydowanym pojadę, zamykając mu tym usta na których, nim zdążył cokolwiek powiedzieć, wylądowały jej własne. Odwzajemnił pocałunek, mocno ją do siebie przyciągając i gdyby nie to, że w wannie stygła woda a on naprawdę musiał popracować z całą pewnościę nie puściłby jej tak łatwo.
— W dolnej szufladzie są jakieś babskie kosmetyki, moja siostra nagminnie jakieś zostawia… Śmiało korzystaj, nie będzie miała Ci za złe, więc się tym nie stresuj. Pewnie sama nawet nie wie, co zostawiła – wzruszył ramionami, puścił jej oko i ruszył do drugiej łazienki. W przeciwieństwie do Mei, pluskającej się teraz w ciepłej wodzie, zdecydował się na szybki, zimny prysznic, po którym na całej skórze pojawiła mu się gęsia skórka. Nie ubrał się jednak – narzucił jedynie gruby szlafrok i pierwszy raz od dawna otworzył laptopa z niechęcią. Stanowczo wolałby móc poświęcić cały czas Mei, ale nie planował dzisiaj wspólnego wieczoru, a pewne rzeczy zwyczajnie nie mogły poczekać. Po odpisaniu na kilka maili, otworzył umowę, której ostatnie kilka stron musiał jeszcze opracować, jednak skupienie się nad ich treścią okazało się zadaniem znacznie trudniejszym niż się spodziewał. W końcu jednak puścił sobie w słuchawkach stare kawałki Portishead i w końcu zanurzył w pracy niemal kończąc dokument, gdy dziewczyna szerzej otworzyła uchylone drzwi, stając w nich z czymś, co pachniało niecodziennie. Niecodziennie, bo Ivan w domu jadł rzadko, zazwyczaj wszystko na zimno i musiał to przyrządzić sam.
— Jednak nie wyskoczyłaś? — zapytał z rozbawieniem i spojrzał na talerz z jedzeniem, które mu przyniosła. Może było to głupie, albo świadczyło o tym, jak tragiczny gust odnośnie dziewczyn Ivan miał do tej pory, ale jeszcze nigdy nikt nie zrobił dla niego czegoś tak miłego. Nie po tak krótkim czasie znajomości.
Odsunął od siebie laptopa, zamykając go niedbale; sprawnie złożył wszystkie papiery w jedną, zgrabną kupkę i odsunął od siebie tak, by przed nim stał tylko talerz z jedzeniem przygotowanym przez dziewczynę.
Usuń— Nie musiałaś mi nic szykować Mei… Ale dziękuję — uśmiechnął się lekko i wydawał się być… zakłopotany. Prawie dwumetrowego gościa zakłopotał fakt, że dziewczyna, która mu sią spodobała zrobiła mu coś do jedzenia. Zanim powiedział cokolwiek więcej, wziął gryza przygotowanego tosta, pokiwał głową w geście uznania i zamruczał z uznaniem. — Przepyszne… Dziękuję — pocałował ją w ramię i podsunął jej kromkę pod nos.
— Zgaduję, że sama nie zjadłaś… Weź chociaż gryza. Pyszne ci to wyszło, musisz spróbować — powiedział zachęcająco, a gdy dziewczyna w końcu mu ustąpiła, pokręcił z niedowierzaniem głową. Zupełnie, jakby miał ochotę się uszczypnąć, bo wieczór, który miał być grzecznościowym wyjściem ze znajomymi, z którego miał się zerwać możliwie szybko, by móc popracować i pójść spać o przyzwoitej godzinie, zmienił się w wieczór, którego nie chciał kończyć. Było mu zwyczajnie… dobrze. Przesunął się tak, by Mei, opierając się o biurko znalazła się dokładnie między jego nogami, jednocześnie znajdując się w takim miejscu, że bez wykręcania głowy mógł jeść i patrzeć na nią z dołu bez nienaturalnego wykręcania głowy.
— Co lubisz jeść na śniadanie? — zapytał i dokończył tosta popijając go herbatą; mocną, czarną, bez grama cukru. Pomidorki wrzucał do ust w międzyczasie, zastanawiając się, czym sam powinien uraczyć Mei następnego dnia. Po skończeniu posiłku odstawił talerz na blat biurka, tym samym przysuwając się do niej bliżej i powoli, nie spiesząc się zupełnie przejechał dłońmi od jej kolan, przed uda aż do bioder, na których mocno oparł dłonie, tym samym podciągając lekko jej koszulkę do góry — Rano pijesz kawę, czy herbatę? — spytał ciszej, brodę opierając na jej brzuchu, wciąż ukrytym pod bawełną, patrząc na nią z uwagą, skupieniem kogoś, kogo rzeczywiście interesowały odpowiedzi.
Ivan Voronin 💻🍴
Skinął jedynie głową, potwierdzając. Był ciekawy. Widział zaskoczenie na jej twarzy, co nieco go rozbawiło. Lavender nie wydawała się mu osobą, która uzewnętrzniały się i skupiała bardzo na wrażliwości. Może gdzieś głęboko w sobie, ale zdecydowanie nie wydostawało się to na zewnatrz. Takie sprawiała wrażenie. Twardo stąpającej po ziemi i pewnej siebie kobiety. Nie każdy na co dzień zastanawiał się nad takimi rzeczami. Niektórzy, bo nie mieli powód, inny, bo podświadomie znali odpowiedź i nie chcieli się do niej przyznawać, a dla pozostałych nie miało to po prostu większego sensu. Nathaniel lubił rozmyślać niczym filozof o tak prozaicznych rzeczach, zabijać w ten sposób czas na sesjach zdjęciowych. Wówczas było mu o wiele łatwiej przyjąć określoną minę, wywołać emocje lub całkowicie się ich pozbyć. Podobnie było z aktorstwem, w którym dopiero stawiał pierwsze kroki, a okazywało się niezwykle pomocne.
OdpowiedzUsuńSłuchał jej uważnie, obserwując przy tym i kończąc obgryzać kurczaka. Uśmiechnął się, bo z tego, co mu zdradziła, prezentowała się całkiem sympatyczna i prosta relacja. Czasami właśnie takie były najlepsze. Ostatecznie najważniejsze było, że Mei nie była nieszczęśliwa jak przyznała. Nie zamierzał dalej ciągnąć tematu, ani go drążyć. Wiedział, że jeśli kobieta będzie miała ochotę się z nim podzielić czymkolwiek, to to zrobi.
— To dobrze, że dali ci z tym spokój — przyznał szczerze.
Sam był ciekawy czy istnieje ktoś, komu te randki w ciemno sprawiały przyjemność i chodził na nie z zadowoleniem, bez przymusu, a co więcej - z zaangażowaniem. Zdecydowanie chciałby poznać taką osobę i z nią o tym porozmawiać. Poznać tą inną perspektywę, która pozwoliłaby mu na zrozumienie tej mechaniki. Nathaniel był ciekawy świata, ludzi, ich poglądów i myśli. A im ktoś miał inaczej niż on, tym bardziej dążył do zrozumienia drugiego człowieka.
— Tak właściwie, chodzi o czas — przyznał niechętnie, rozglądając się po lokalu, jakby upewniając się, że nikt nieodpowiedni ich nie podsłuchuje. — Nah, traumy nie mam, przerobiłem to już dawno. — Machnął ręką, zaraz sięgając po kolejnego mocno przyprawionego kurczaka. — Przyjaźnimy się, po prostu. A teraz, cóż, to nie najlepszy czas, żebym wchodził w związki. Jestem — tu urwał na moment. Nie przyzna się przecież, do swojej słabości, do zagubienia i przede wszystkim do braku zrozumienia samego siebie. — dość zapracowany. Nowy projekt, kto wie, jak się uda to zostanę aktorem.
Wiedział, że to wymówki. Sam bał się zranić drugą osobę. Był zagubiony, czas najchętniej spędzał w domu, ograniczając liczbę wyjść do tych niezbędnych. Szybko się irytował, robił się nerwowy, a natrętne myśli nie dawały mu chwili wytchnienia. To nie był dobry czas na związek. Jednocześnie wiedział, że jak nic nie zrobi, to może stracić swoją szansę, a także przyjaźń.
— Możemy sobie machać nawzajem — stwierdził, posyłając jej niemrawy uśmiech.
Stracił swoją iskrę, swoją otwartość i pozytywną energię, które były jego nierozerwalną częścią.
— Ach... napiłbym się soju — stwierdził, wycierając dłoń o chusteczkę. Zdjął zaraz swoją czapkę, przeczesując włosy dłońmi, układając je w tył.
Nathaniel