aktualności

16.05.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.05.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 maja karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.05.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.05.2026.
11.04.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

06/05/2026

[KP] Running a bit low on mind your own fucking business

LAVENDER WONG

główne zdjęcie drugie zdjęcie

6.06.1998 r., Guangzhou, Chiny; od szóstego roku życia związana z nowojorskim Chinatown ▪︎▪︎▪︎ właściwie Mei-Lan Wong ▪︎▪︎▪︎ pracuje w domu pogrzebowym rodziców The Wong House of Rest ▪︎▪︎▪︎ oficjalnie: tanatopraktorka i specjalistka od dekontaminacji miejsc zgonów, nieoficjalnie: sprząta ślady po wszelkich porachunkach ▪︎▪︎▪︎ po uszy w rodzinnych długach, które wydają się nie mieć końca ▪︎▪︎▪︎ uzależniona od papierosów ▪︎▪︎▪︎ mieszka z rodzicami w starym, ciasnym i rozpadającym się domu w Chinatown; na parterze działa rodzinny dom pogrzebowy, na piętrze mieszka jej rodzina, a ona zajmuje duszne poddasze ▪︎▪︎▪︎ ▪︎▪︎▪︎ ▪︎▪︎▪︎ ...

AKTA POUFNE
MEI-LAN WONG
kartoteka zdjęcie SUBJECT ID: M-L-W-060698 drugie zdjęcie kartoteki SECONDARY FILE PHOTO

Imię i nazwisko: Mei-Lan Wong

Znana jako: Lavender Wong

Data urodzenia: 06.06.1998 r.

Miejsce urodzenia: Guangzhou, Chiny

Obecna lokalizacja: Chinatown, Nowy Jork

Wykształcenie: biochemia, ukończona z wyróżnieniem

Rodzina:
Suyin Wong – matka,
Jian Wong – ojciec,
Chen Wong – starszy brat, ur. w 1990,
Lily Wong – młodsza siostra, ur. w 2003

Zadłużenie:
ok. 520 000 dolarów wobec prywatnego lichwiarza powiązanego z półświatkiem Chinatown,
hazardowe długi starszego brata, Chena Wonga, szacowane na ok. 180 000 dolarów

CEL POD STAŁĄ OBSERWACJĄ

Podejrzewana o regularne kontakty z osobami powiązanymi z półświatkiem Chinatown i nie tylko, raczej nie jest zamieszana bezpośrednio w nielegalne interesy.

Zaobserwowano wysoką skuteczność w usuwaniu śladów biologicznych i chemicznych.

Podmiot posługuje się co najmniej kilkoma fałszywymi dokumentami i regularnie przemieszcza się białym vanem bez logo, zarejestrowanym na firmę pogrzebową rodziny Wong.

Nie lekceważyć drobnej postury podmiotu; zaobserwowano wysoką zwinność, szybkość reakcji i ponadprzeciętną odporność na stres.

RELACJE
Suyin Wong
SUYIN WONG
matka
Współwłaścicielka domu pogrzebowego. Dość apodyktyczna, religijna i święcie przekonana, że córkę da się naprawić randką z odpowiednim chłopcem.
Jian Wong
JIAN WONG
ojciec
Cichy filar rodziny. Prowadzi dom pogrzebowy z żoną, zna więcej sekretów klientów, niż powinien. Choruje przewlekle.
Chen Wong
CHEN WONG
starszy brat
Hazardzista. Ma talent do znikania dokładnie wtedy, gdy trzeba wziąć za coś odpowiedzialność. Pracuje w rodzinnym domu pogrzebowym.
Lily Wong
LILY WONG
młodsza siostra
Najmłodsza z rodzeństwa, oczko w głowie rodziców. Udaje grzeczniejszą, niż jest, marzy o luksusie. Pracuje jako makijażystka, pomaga też w rodzinnym biznesie.
Ming-Ho Lee
Ming-Ho Lee
lichwiarz
Człowiek, od którego wszystko się zaczęło. Sztuczna uprzejmość, brudne metody i ciągnący się dług.
Ivan Voronin
Ivan Voronin
to... skomplikowane
Ktoś, kto ciągle ją zaskakuje.
Nieznany kontakt
MIEJSCE DLA CIEBIE
CHINATOWN, PODDASZE DOMU RODZINY WONG

Telefon rozdzwonił się o 3:17 nad ranem tak głośno, że Lavender musiała się powstrzymać, aby nie rzucić komórką o pobliską ścianę. Było ciepło, zbyt ciepło. Dopiero zaczął się cholerny maj, a było już tak gorąco, że pociła się jedynie od przejścia z jednego kąta pokoju do drugiego. Nie dało się tutaj spać, jeść ani porządnie się wysrać, a mimo to nie chciałaby być nigdzie indziej. Wiecznie za mały dom rodzinny od zawsze był dla niej czymś pomiędzy schronieniem a pułapką. Wciąż nie mogła się jednak zdecydować.

Złapała za komórkę z ociąganiem i zmrużyła oczy, kiedy zobaczyła numer bez nazwy – klasyk. Zanim odebrała, sięgnęła po paczkę papierosów i zapaliła.

— Masz robotę — odezwał się mężczyzna po drugiej stronie.

Nie przywitał się. Nigdy się nie witał. Nie wiedziała o nim niczego konkretnego, nawet nie znała jego imienia, dlatego nazywała go w myślach Ambasadorem Chujowych Poranków.

— Gdzie? — zapytała.

— Astoria. Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy.

— Ile osób?

Odpowiedziała jej cisza. Przez sekundę słyszała tylko własny oddech, szum miasta za oknem i ciche skwierczenie papierosa, który spalał się między jej palcami.

— Ciało? — dopytała.

— Zajęliśmy się tym.

Nie pytała o nazwisko. Nie pytała, kto zabił. Nie pytała o żadne szczegóły. W tej robocie od zawsze wyznawała jedną zasadę: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz, choć w tym przypadku powinno się rzec: im mniej wiesz, tym dłużej pożyjesz.

— Klucz znajdziesz pod wycieraczką.

— Tylko amatorzy trzymają klucze pod wycieraczką — stwierdziła luźno, ale nie doczekała się żadnej reakcji. Mężczyzna się rozłączył.

ASTORIA, MIESZKANIE NA TRZECIM PIĘTRZE, GODZ. 3:30

Jej biały van bez żadnego logo stał pod kamienicą, nie wyróżniając się jakoś bardzo, ot, kolejne duże auto w gąszczu wielkich samochodów. I oto właśnie chodziło; im mniej ludzi zapamiętywało jej twarz i w ogóle rejestrowało jej obecność, tym większa była szansa, że dożyje kolejnych urodzin. Bez żadnego pośpiechu dokończyła papierosa – czwartego, odkąd zadzwonił telefon, a potem schwyciła za czarną, dużą walizkę i wzięła się za robotę.

Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej od windy. Klucze pod wycieraczką – zanim je złapała, sięgnęła po parę rękawiczek. Weszła do środka najciszej, jak się dało.

Wychwyciła wszystko, każdy szczegół: rozbity wazon pod ścianą, wodę wsiąkającą w dywan, połamane kwiaty, krew niechlujnie ozdabiającą podłogę i ściany. Dość ładny stolik kawowy ktoś przesunął o około pół metra; gdy przyjrzała się bliżej, dostrzegła pęknięcia w szkle i ślady po paznokciach. Obok kanapy leżała zakrwawiona poduszka z rozprutym szwem, jakby ktoś złapał ją w ostatnim, bezsensownym odruchu. Przy framudze zauważyła odprysk lakieru i cienką rysę w drewnie. Niżej, tuż przy listwie przypodłogowej, zebrała się ciemniejsza linia. Schyliła się, nie dotykając niczego, i przyświeciła latarką. Był tam kawałek szkła i ślad buta odciśnięty bokiem, ktoś musiał się poślizgnąć.

Zaciągnęła się powietrzem. Metaliczny zapach krwi mieszał się z tanim płynem do podłóg, papierosami i czymś słodkawym. Ktoś próbował tu posprzątać. Gdy zobaczyła mokry ręcznik rzucony pod zlewem, prychnęła z niedowierzaniem. Kto normalny próbował zetrzeć krew bawełną z Ikei?

Postawiła walizkę przy ścianie i otworzyła ją. Najpierw założyła ochraniacze na buty, była już w roboczych ubraniach, więc nie musiała się przebierać, i sięgnęła po lampę UV i kilka czarnych worków. Do sprzątania użyła swojego ulubionego płynu, który pichciła w ciasnej łazience na poddaszu i przelewała do matowej butelki bez etykiety. Śmierdział chlorem, alkoholem i taką chemią, że wykręcał nos i drapał w gardło, gdy odkręciło się korek.

Gdy kończyła robotę, zadzwonił telefon. Ekran wściekle się zaświecił i pokazywał numer mamy – i w tym momencie Lavender odebrałaby nawet wtedy, gdyby była po pas w gównie. Po prostu, kurwa, świetnie. Nikt nie ignorował połączenia od Suyin Wong. Nawet cholerny diabeł odebrałby telefon od tej kobiety.

— Mei-Mei, gdzie jesteś?

Lavender nienawidziła, gdy matka mówiła do niej w ten sposób, ale przestała już prosić ją o to, aby zwracała się inaczej. Mei-Mei brzmiało jak imię taniej prostytutki, choć gdyby dłużej się nad tym zastanowić, obie zajmowały się chujową robotą.

— W pracy — odpowiedziała, przyciskając telefon ramieniem do ucha i zawiązując czarny worek. — Gdzie mam być?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, ta sama, w której Suyin Wong potrafiła zmieścić całe swoje rozczarowanie i troskę jednocześnie.

— O tej godzinie? — zapytała.

Lavender omiotła wzrokiem zakrwawioną smugę pod listwą przypodłogową.

— Ludzie nie umierają według grafiku, mamo.

— Tak, tak, to wola niebios — odparła. Lavender była pewna, że matka właśnie przewróciła oczami. — Ale pamiętasz, że masz dzisiaj randkę z tym uroczym chłopcem? To wnuk tej uroczej kobiety z warzywniaka, kojarzysz pewnie, taka niska, trochę gruba… no, ale chcę, żebyś dobrze wypadła. Bądź miła.

I to właśnie w tym momencie Mei-Mei żałowała, że to po niej nikt nie sprzątał. Wtedy ominęłaby ją randka, którą zorganizowała jej matka, i całe to swatanie, które zaczynało przypominać rodzinny projekt ratunkowy prowadzony z determinacją godną ewakuacji tonącego statku. Suyin Wong miała bowiem tę paskudną cechę, że gdy uznała coś za konieczne, ignorowała każdą odmowę. A ostatnio uznała, że jej córka potrzebuje nie tylko pieniędzy, ale i mężczyzny.

Kilka słów ode mnie
wizerunek: Lalisa Manoban, kartę sponsorują: Crime Scene Cleaner, The Boys i słabość do true crime
Popełniłam kolejną zbrodnię i... tak pojawiła się Lav 😅 Mei-Mei jest specyficzna, ma spaczone poczucie humoru i uwielbia pakować się w kłopoty, ale tak ogólnie to pomoże i poratuje papieroskiem, więc się polecamy! PS Kartoteka i relacje się rozwijają 🤭
📩 Złapać mnie można mailowo: ayliri.lunah@gmail.com

37 komentarzy:

  1. [Uuu, ale super klimacik! Bardzo lubię tę różnorodność w Twoich postaciach! Ta pani tutaj to mocny zawodnik, z dreszczykiem, czuję że zatrzęsie miastem!
    Bawcie się dobrze!]

    Lily/Emma

    OdpowiedzUsuń
  2. [ Hej!
    Twoja pani i jej zawód przypomniał mi mój mały eksperyment, który tutaj miałam. Mój Caleb był tanatopraktorem, więc bliskie są mi te mroczne klimaty twojej pani. Nawet nieco zatęskniłam za tym otoczonym śmiercią odludkiem ;;
    Tobie życzę dużo weny i fajnych wątków. Dzięki też za powitanie! Z Nathanielem jesteśmy bardzo chętni na wątek! Daj znać, która z twoich pań widzisz bardziej w wątku z moim panem :D ]

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  3. Ivan dobrze pamiętał, jak to było nie mieć rodzeństwa, a najbliższymi dla niego dzieciakami byli koledzy z osiedla. Był to czas beztroski, wypełniony od rana zajęciami w szkole, później zajęciami dodatkowymi, a na sam koniec, tuż przed zmrokiem, zabawą do upadłego na szarym podwórku. Bramkę, w której siatka ostatni raz była powieszona, gdy do drugiego człowieka zwracało się towarzyszu, lub obywatelu, z reguły okupowały starsze dzieciaki, dlatego często przesiadywali w starym garażu Sashy, do którego klucze podwędził ojcu, gdy ten kolejny raz wypił zbyt dużo i zasnął na zapadającej się kanapie. Rozparci na fotelach, wyciągniętych ze starej Łady, planowali swoją przyszłość, która miała nigdy nie nadejść – żaden z nich nie został astronautą, strażakiem, ani inżynierem jądrowym. Już wtedy wiedzieli, że czeka ich los zupełnie inny, ale młody Vasya w życiu nie przypuszczałby, że wyląduje tysiące kilometrów dalej w miejscu, w którym był teraz.
    Kiedy odebrał telefon od mężczyzny, który był jego starszym bratem i przy okazji osobą, od której wyjątkowo telefonów nie lubił odbierać wiedział, że to nie może oznaczać niczego dobrego. Dima nigdy nie dzwonił, żeby pogadać o pogodzie, czy chociaż zapytać o jego samopoczucie – Ivan w zasadzie też tego nie robił, z pełną premedytacją utrzymując z bratem dystans, który z zasady działał jedynie na jego korzyść. Skoro więc, jego brother from another mother zdecydował się poprosić go o pomoc, to sprawa musiała być na tyle poważna, że nie mógł w niej zaufać nikomu innemu. Nikomu, w czyich żyłach nie płynęła krew Sergeya.
    Na wskazane przez brata miejsce dojechał w zaledwie dziesięć minut, co przy ruchu w Nowym Jorku było niemałym osiągnięciem. Po kwadransie stał w luksusowym apartamencie, z którego chwilę wcześniej wyprowadzono człowieka, którego twarz już nigdy nie miała wyglądać tak samo. Patrząc po ilości krwi, która znajdowała się na posadzce i dywanie, Ivan dziwił się, że było kogo wyprowadzać. Mężczyzna odpowiedzialny za zdarzenie, siedział rozstrzęsiony na fotelu, trzęsąc się osika, rozbieganym wzrokiem patrząc to na Ivana, to na krew, to znowu na drzwi, przez które najwyraźniej miał szczerą ochotę się wydostać.
    — Ja…. Nerwy mnie poniosły, Ivan. Sam nie wiem kiedy…
    — Nic nie mów — warknął mężczyzna, zaciskając kciuk i palec wskazujący na grzbiecie nosa, starając się zebrać przy tym myśli.
    — Cholera, przecież….
    — Powiedziałem, żebyś się zamknął! Rozbieraj się z tych ubrań, do naga i idź pod prysznic. Pod drzwiami zostawię Ci ciuchy na przebranie — rozkazał groźnie, chociaż spokojnie mógłby być synem mężczyzny, przy którym wyglądał jak długa tyczka. Starszy z tej dwójki wstał z fotela, posłusznie ściągnął ubrania, a gdy zawahał się przy bokserkach, Ivan spojrzał na niego z miną, która jasno dała mu do zrozumienia, co sądzi o nagłej pruderyjności. Gdy ten, który miał ręce umazane całe we krwi zniknął za drzwiami łazienki, sam Ivan ściągnął marynarkę i ostrożnie powiesił ją na wieszaku w korytarzu. Rozpiął mankiety koszuli, której rękawy podwinął do łokci, ściągnął buty i przeklął, na czym świat stoi dobrze wiedząc, że był to ostatni raz, kiedy miał na sobie spodnie, nie tak dawno odebrane od krawca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spiesząc się, słysząc dobywający się z łazienki szum wody, przeszedł do sypialni, która najwyraźniej należała do tego, który właśnie czuł skutki schodzących z niego narkotyków, a po którego niebawem mieli się zjawić jego kumple. Pan Sokolov miał typowy, dla stereotypowego rosjanina gust – wszędzie panował przepych, a jego sypialnia nie była odosobnionym przypadkiem. Ivan z niemałym niesmakiem spojrzał na pozłacane łóżko z baldachimem i powłóczystym krokiem skierował się do drzwi, które prawdopodobnie prowadziły do garderoby. Znalezienie koszulki, spodni, bokserek i skarpetek w pomieszczeniu, które było wielkości niejednej kawalerki, zajęło Voroninowi kilka minut, ale to wystarczyło, żeby frustracja zaczęła w nim narastać jeszcze bardziej. Oto on, Ivan Voronin, prawnik współpracujący z dużymi korporacjami, musiał użerać się z przyćpanym przyjacielem ojca, robiąc za jego niańkę. Z jawnym niezadowoleniem, uderzył w drzwi do łazienki otwartą dłonią, niedbale rzucając tuż obok nich ubrania a później przeszedł do holu. Nerwowo spojrzał na zegarek, bo osoba, która miała posprzątać cały ten bałagan miała być tu równo z nim, a on sam przecież spędził w mieszkaniu dobre dziesięć minut. Kiedy usłyszał krótki sygnał elektronicznego zamka, który dawał znać, że w progu ktoś powinien się znaleźć, podszedł do wejścia szybko, uprzedzając gościa przed naciśnięciem klamki.
      — Ile można czekać? — rzucił nieprzyjemnie, otwierając drzwi przed drobną dziewczyną. Przepuścił ją, trzymając drzwi, by swobodnie mogła wejść do apartamentu, zbyt zaskoczony, by powiedzieć cokolwiek więcej.

      Ivan Wkurzony

      Usuń
  4. [The Boys, akurat nadrobiliśmy i zaczęliśmy 5 sezon, tam Mei-Mei bez wątpienia miałaby co sprzątać 😁
    Bardzo, ale to bardzo fajny pomysł na postać - taki... pomysłowy 😉 A przez to mam na myśli to, że wszystko pięknie ze sobą gra, Mei-Mei natomiast zdaje się być właściwym człowiekiem we właściwym miejscu, jakkolwiek miejsce to do najprzyjemniejszych nie należy.
    Kusi mnie, żeby na podstawie tych hazardowych długów jej brata wysmażyć jakiś wątek z Ianem, ale, o rany, wtedy to już na pewno będę musiała rzucić pracę.]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  5. Ivan nie miewał wolnych dni. Nie pamiętał nawet, czy kiedykolwiek był na prawdziwych wakacjach; takich, na których nie trzeba było zawierać odpowiednich znajomości, dogadywać spraw, bo nawet jako dziecko, kiedy już jechał gdzieś z resztą Voroninów, to nigdy nie były to wyjazdy bez celu. Wyjazdy sportowe, na których w zamiast w koszykówkę, musiał grać w tenisa i golfa, który wydawał mu się najnudniejszym sportem na świecie. Obozy językowe, dzięki którym w tej chwili nie miał problemu ze zrozumieniem, gdy ktoś próbuje go obrazić w pięciu językach i jeden wyjazd na kurs muzyczny, na który jakimś cudem ojca namówiła Lera, a on jechał dotrzymać jej towarzystwa. Wszystko musiało mieć jakiś cel, więc chcąc uniknąć pytań o to, po co i dlaczego gdzieś jedzie, Ivan jeździł tylko służbowo. Nie chciał później wysłuchiwać wykładu o tym, że spędzenie tygodnia na plaży było nieproduktywne, jeśli nie poznał tam kogoś, z kim mógł ubić jakiś interes.
    W dni, takie jak ten, miał zamiar popracować kilka godzin od rana, później może pojechać do mamy, zabrać kobietę na jakieś zakupy, może obiad, jeśli nie zdążyła jeszcze niczego przygotować. Później odwiózłby ją do domu i pewnie spotkał się wieczorem ze znajomymi, bądź posiedział sam w mieszkaniu, zastanawiając się przy tym, czy nie powinien w końcu kupić kota, byle ktoś czekał na niego w czterech ścianach, w których słychać było jedynie echo jego kroków.
    Nie narzekał na samotność, bo przez większość dnia spędzał czas wśród ludzi i pod wieczór nieraz było tak, że zrobiłby wszystko, by móc z nikim nie rozmawiać już nigdy. Z jednej strony irytowała go ludzka głupota, z drugiej – gdyby nie ona ani on, ani wielu mu podobnych, nigdy nie mieliby pracy. Żył z cudzych błędów, źle podjętych decyzji, obdarowania ufnością tych, którym nigdy nie powinno było się powierzyć kwiatka pod opiekę, nie mówiąc o pieniądzach. Tak, jak zazwyczaj czuł jedynie rozczarowanie swoimi klientami, tak w tej chwili, opiekując się klientem brata, był rozczarowany Dimą, Sokolovem i samym sobą, że dał się w to wciągnąć. Bo przeczuwał, że mógł wdepnąć w niezłe gówno.
    Tym bardziej zdziwił go widok drobnej dziewczyny, która zmierzyła go spojrzeniem dokładnie w ten sam sposób, w który i on to zrobił. Nie wyglądała w żadnym stopniu jak jego wyobrażenie ekipy sprzątającej. Zaczynając od tego, że nie była ekipą, idąc przez to, że sięgała mu nieco powyżej ramienia, aż kończąc na tym, że była w jego wieku. Ewentualnie pięć lat młodsza, lub starsza, bo zawsze miał problem z dokładniejszym określeniem wieku osób o azjatyckich rysach twarzy. No i do cholery, jakim sposobem młoda dziewczyna zajmowała się czymś takim? Ivan był przekonany, że nie była to jej pierwsza taka fucha, bo miała przy sobie nie dość, że zestaw małego chemika, to jeszcze całe mnóstwo rzeczy, o których uczył się na studiach przy okazji zajęć o zacieraniu śladów. Wykładowca raczej nie spodziewał się wtedy, do czego Ivanowi przyjdzie używać tej wiedzy.
    Ryzyko nie tylko w pracy Mei-Mei było czymś raczej niemile widzianym. W obszarze, w którym działał Ivan, ku jego zadowoleniu rozchodziło się głównie o pieniądze – takie, które mogły zmienić życie pracowników firm, które były jego klientami, ale nie miały większego wpływu na niego samego. Specjalność Dimy była zgoła inna i gdyby to jemu przyszło zajmowanie się sprawami, o których najchętniej nie miałby absolutnie żadnego pojęcia, prawdopodobnie już dawno zaszyłby się w miejscu, gdzie mógłby pozostać możliwie anonimowy, najlepiej niewidzialny, co przy jego aparycji i charakterze… Może udałoby mu się z modną Tajlandią, gdzie przemiał ludzi był na tyle duży, że zwyczajnie zgubiłby się w tłumie turystów? Albo z meksykiem, za odpowiednią opłatą? Nie miał pojęcia, co musiałby wymyślić i ile by go to kosztowało, ale z całą pewnością zrobiłby wszystko, byle tylko możliwie daleko uciec od rodziny, najlepiej zabierając ze sobą mamę i Lerę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To jesteśmy w tym we dwoje — odpowiedział równie niesympatycznie i zamknął za nią drzwi. Był podirytowany całą sytuacją, a to, że dziewczyna była sama, tylko pogłębiło ten stan. Nie był zły na nią – wiedział, że nie była to jej wina, ale na człowieka, który miał mu przysłać ludzi do pomocy. Ludzi, w liczbie mnogiej. Nie jedną, małą Azjatkę, która przepchnęła się obok niego, jak niewielki taran. Zamknął za nią drzwi, spojrzał na białe skarpetki, które o dziwo były jeszcze białe i ponownie wsunął buty, widząc, że dziewczyna ma wszystko, czego było potrzeba do posprzątania tego miejsca.
      — Jest, ale zaraz wyjdzie — odpowiedział mężczyzna, obserwując uważnie jej ruchy, wcześniej zastanawiając się, czy właśnie planuje swoją pracę, czy próbuje rozgryźć, do czego w tym miejscu doszło. Złapał ochraniacze i bez słowa wsunął je na nogi. W tym czasie do ich uszu doszedł głośny chrobot zamka w łazience.
      — Vanya! Weź mi podaj buty! Nie będę w tym syfie boso chodzić! — zawołał mężczyzna po rosyjsku, a Ivan, z wkurwieniem wymalowanym na twarzy wrócił do holu, z którego przyniósł mężczyźnie parę skórzanych, włoskich mokasynów.
      — Kurwa, Vanya, nie będę… — odburknął, ale wziął buty w ręce, patrząc na nie z niezadowoleniem.
      — Zakładaj je i spierdalaj się pakować, a nie robisz tu przedstawienie — uciął ostro Ivan i bez słowa sięgnął do opakowania z foliowymi ochraniaczami, które chwilę temu trzymała w dłoniach młoda kobieta. — Załóż to, bo tylko rozniesiesz wszędzie krew.
      — Nie mogę… — jęknął mężczyzna, wskazując na plecy, na co Ivan przeklął pod nosem. Ukucnął przed mężczyzną i pomógł mu najpierw wsunąć buty, a później na nie ochraniacze, gdy ten przytrzymywał się framugi drzwi.
      — A co to za dziewucha? — zapytał grubszy z mężczyzn, palcem wskazując na Mei. Pociągnął nosem i oblizał usta, zerkając to na dziewczynę, to na Ivana. — Miałeś ekipę sprzątającą załatwić, a nie jakąś dupę tu sprowadzać, co jest…
      — To jest ta ekipa. Powiedziałem Ci, idź się spakować na kilka dni, bo nie będziesz mógł tu wejść przez ten czas — spokojnie, chłodno, tonem nieznoszącym sprzeciwu przerwał mu Vanya czując, że jeśli zacznie krzyczeć, ta dyskusja nie będzie miała końca. Mężczyzna głośno wciągnął powietrze, wymamrotał coś niezrozumiale pod nosem i ruszył w stronę pomieszczenia, z którego chwilę wcześniej Ivan przyniósł mu czyste ubrania.
      — Patrz jej na ręce! Oni tymi małymi, szybkimi rączkami… — zarechotał sam do siebie i mlasnął zadowolony z żartu, którego nie zdążył dokończyć, zbyt rozbawiony samą jego wizją. — Oj Ivanku, mówię Ci, one takie rzeczy tymi rączkami potrafią robić, że włosy by ci w końcu urosły, łysy wielkoludzie! — Voronin odprowadził do spojrzeniem, nie mówiąc już nic więcej, bo gdyby odezwał się tylko słowem, Sokolov z całą pewnością wróciłby dalej dyskutować.
      — Daj mi rękawiczki, tylko jakieś większe, to sprzątnę jego ubrania z łazienki… — zwrócił się do niej po angielsku, wyciągając w jej kierunku dłoń. — W kuchni będzie jeszcze zlew do umycia. Jak mi powiesz co i jak, to Ci pomogę, żebyśmy mogli stąd jak najszybciej spieprzać.

      Ivan 🧹🪣🧽

      Usuń
  6. [Jestem zakochana w tym głównym zdjęciu, ba, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, jak tylko podreptałam sprawdzać kartę. ♥ Niesamowity buduje klimat, który przenosisz w dalszą część karty! Zresztą, zazdroszczę Ci tych kart, tego jak się rozbudowane, a jednocześnie zgrabne. Ech, no nic.
    Gdyby kiedyś Lavender szukała kompana do zajarania szluga, wie, gdzie go szukać. Bawcie się dobrze. ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  7. Potrzebował tego czasu dla siebie i wyciszenia. Zdawał sobie sprawę, że jest to całkowicie nowe, dla każdego. Sam siebie nie do końca poznawał. Czuł się dziwnie, nieswojo w tej wersji. Przedtem szeroki uśmiech, błysk w oku, łatwość nawiązywania nowych znajomości czy rozmów o niczym, była dla niego tak prosta i oczywista jak oddychanie. Teraz przychodziło mu to z coraz większym wysiłkiem. Nie pamiętał jak robił to wcześniej, jak pomimo zmęczenia czy nawet smutku, dawał radę uśmiechać się tak szczerze i szeroko. Często słyszał, że roztaczał dookoła siebie przyjemne ciepło, a osoby obok czułby się komfortowo nawet przy pierwszym poznaniu. Miał to coś w sobie, było to jego małą bronią, która pozwalała iść przez świat i pokonywać trudniejsze momenty, dawać wsparcie innym. Był optymistą. Od pewnego czasu coś się zmieniło. Przygasł niczym psujący się reflektor, chodził na ostatnich oparach, nie rozumiejąc przyczyny tego stanu. Nie wydarzyło się nic, co mogłoby to spowodować. Żadnej kłótni z bliskimi, straty, problemów w pracy. Wszystko było jak dotychczas. Zmiana była nagła, na tyle, by sam nie umiał odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości.
    Próbował sobie z tym poradzić na swoje sposoby; wyjechał naładować baterię na biwak mimo chłodnej, zimowej pory. Myślał, że może to przeciążenie pracą, wziął na siebie zbyt wiele projektów, ale zawieszenie kariery jako model nie pomogła, a wręcz spowodowała, że prawie w ogóle nie wychodził z domu. Oferta zagrania w serialu sprawiła, że miał nadzieję na poprawę. Szukał tego, co pomoże mu wrócić na dawne tory, złapać wiatr w żagle i zapomnieć o tym dziwnym epizodzie.
    Pomogło na moment. Nadal bardzo ograniczał kontakty z innymi, wiadomości pozostawały nieodczytywane przez kilka dni, a nieodebranych połączeń już nawet nie liczył. Dni mijały mu na graniu, oglądaniu seriali, spacerach i zabawy ze swoim psem. Jedyną normalnością były nadal prowadzone live’y, na których znakomicie maskował to, co się z nim działo. Nadal gadał głupoty, śmiał się, sprzątał, składał pranie, grał. Robił, to co dotychczas, to za co jego obserwatorzy go polubili.
    Tego dnia miał niesamowitą ochotę na dobrą, chińską kuchnię. Najlepiej na aromatyczne i ciepłe xiaolongbao. Mógł sobie oczywiście zamówić, ale to nie to samo, co zjedzenie ich prosto ze ściągniętego z pary koszyczka.
    Przejazd do chińskiej dzielnicy zajął mu nieco dłużej niż, by chciał. Nawet pomimo poruszania się motorem. Zaparkował go w wyznaczonym miejscu, schował kask, a potem udał się w gwar, wyszukując najlepszego stoiska bądź knajpy, która mogłaby spełnić jego jedzeniowe marzenie.
    Włóczył się, wymijając ludzi. W maseczce i czapce z daszkiem czuł się bezpiecznie i anonimowo. Do czasu, gdy poczuł jak ktoś wpada na niego z dużym impetem. Zamiast się odbić, obcy mężczyzna oparł się swoim całym ciałem, dysząc ciężko. Nate odruchowo złapał go, czując zaraz coś niepokojącego. Spojrzał w dół, dostrzegając na niebieskiej koszulce mężczyzny szkarłatną, ciepła plamę. Zaklął pod nosem, mocniej łapiąc rannego. Rozejrzał się w poszukiwaniu bezpiecznego miejsca. Zauważył palące się światło w jakimś lokalu, wobec tego skierował się tam. Odetchnął z ulgą, gdy klamka puściła, a drzwi powitały go lekkim skrzypnięciem. Nie rozglądał się, nie było na to czasu. Zamknął wejście i położył mężczyznę na podłodze, podwijając mu koszulkę, dostrzegając ranę kłutą. Zaklął w myślach, uciskając miejsce dłońmi.
    – Proszę wezwać karetkę! – powiedział w przestrzeń.
    Nie miał pewności, że ktoś znajduje się obok, nie rozglądał się, jednak zapalone światło i otwarte wejście jasno wskazywało, że ktoś musiał się w tym lokalu znajdować.


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  8. Ivan z pełną premedytacją, od samego początku studiów, wykazywał wyjątkowo małe zainteresowanie prawem karnym. Oczywiście, żeby wciąż być w gronie najlepszych studentów, wszystkie egzaminy zdał w pierwszych terminach, dla własnej ciekawości czytał o morderstwach, zabójstwach, tuszowaniu śladów i wszystkim tym, co było z prawem karnym powiązane, starając się z tego zapamiętać możliwie dużo. W przeciwieństwie do Dimy, nie czuł jednak fascynacji tym mrocznym światem. Nie był też od zawsze rozpieszczonym gnojkiem, dla którego ludzkie tragedie i nieszczęścia, stanowiły egzotykę w wypacykowanym świecie. Wbrew pozorom, Ivan nienawidził przemocy, krwi i całego tego bagna; filmy o mafiozach jedynie go denerwowały i drażniły romantyzacją patologii. Może i w tym wszystkim można było odnaleźć pieniądze, ale większość ludzi, która zajmowała się takimi rzeczami, była powiązana z tym światem, nie była dziećmi biznesmanów. Były to dzieciaki z bloków, takich w jakich sam spędził pierwsze lata życia, które często czuły, że nie mają nic do stracenia, więc ryzykowały. Jeden z jego kolegów z dzieciństwa, ten, którego ojciec pił za dużo, matki nigdy nie było, a sam Ivan wiecznie zapraszał go do siebie na obiad, wszedł do tego świata w momencie, gdy poczuł, że nic lepszego już na niego nie czeka i Ivan widział, jak z sympatycznego chłopaka zmienia się w zwykłego zbira, o nieodgadnionym spojrzeniu i tępym wyrazie twarzy. Nie dlatego, że nie myślał, a dlatego, że nie chciał tego robić.
    W trakcie wymiany uprzejmości z Sokolovem, co rusz spoglądał na młodą kobietę, zastanawiając się przy tym, skąd się tu właściwie wzięła. Nie interesowała go jej cała jej historia, miał szczerą nadzieję, że widzą się pierwszy i ostatni raz w życiu, ale zastanawiał go ciąg zdarzeń z jej życia, który doprowadził jej osobę do tego miejsca. Rodzinny biznes, tak, jak to było w jego przypadku? Chęć szybkiego dorobienia się? Długi względem tych, do których jego rodzina dzwoniła, ilekroć trzeba było zatuszować pewne sprawy?
    W przeciwieństwie do Mei-Mei, on nie rozpoznał języka, w którym burknęła coś pod nosem – naprowadziła go natomiast do tego, co podejrzewał. Tak, jak i on mogła być Amerykanką jedynie z paszportu, nie z urodzenia.
    Ponaglająco zacisnął dwukrotnie dłoń, kiedy Azjatka mierzyła go spojrzeniem, jasno dając jej znać, że jego słowa nie był ani żartem, ani tym bardziej prośbą. Chwycił sprawnie maskę, nasunął ją na twarz i wziął od niej rękawiczki, które w ciągu chwili znalazły się na jego dłoniach.Kucnął obok niej i podwinął równo nogawki spodni, wykorzystując ten moment na dokładniejsze przyjrzenie się wszystkim butelkom, buteleczkom, ścierkom i różnego rodzaju workom. Zaopatrzenie dziewczyny wyglądało, jak doskonale przemyślany zestaw do zacierania śladów wszelkiego typu – od bójek, przed morderstwa, po imprezy do białego rana. Bez pytania sięgnął po rolkę z workami i oderwał dwa z nich, wstał i powiódł wzrokiem w stronę korytarza wskazanego przez nią brodą.
    Słuchał jej uważnie, jakby z pełną premedytacją nie nachylając się w jej stronę, by mogła swobodnie patrzeć mu w oczy i doszedł do wniosku, że całkiem mu się ten widok podoba. Zwłaszcza to, że się nie cofnęła, bo nie lubił płochliwych ludzi, którzy z góry zakładali, że może być niebezpieczny przez wzrost, fryzurę, czy aparycję ogólnie. Jeśli ktoś tak łatwo dawał się onieśmielać, to szkoda było Voroninowi na niego czasu – nawet, jeśli miało to być jedynie wspólne sprzątanie syfu, w którym oboje byli, najwyraźniej wbrew swojej woli.
    — Mhm — mruknął tylko na cały jej wywód, nie unosząc kącików ust, w reakcji na jej rozkaz chyba tylko dlatego, że wciąż był zbyt zirytowany sytuacją, w którą wmanewrował go jego brat. Ta drobna dziewczyna, nie tylko przepchnęła go w drzwiach, ale nie omieszkała też rozstawiać go po kątach, do czego Voronin zwyczajnie nie nawykł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zazwyczaj to on mówił innym, co mają robić, przyjmując polecenia w zasadzie tylko od ojca i mamy. Czasami słuchał się macochy, bo nie była złą kobietą – była postawiona w bardzo niekomfortowej sytuacji, w której zachowała się najlepiej, jak tylko umiała, jednocześnie nigdy nie próbując mu jego własnej rodzicielki. Nawet Lera wiedziała, że jeśli chce z nim cokolwiek załatwić, to jedyną możliwą drogą było zrobienie tego po dobroci, prośbą, a nie poleceniem, przeciwko któremu Ivan naturalnie się opierał. Tym razem jednak nic nie powiedział, otworzył worek strzepując go kilkukrotnie i zniknął za drzwiami łazienki.
      Z pomieszczenia właściwie na próżno było oczekiwać jakichś hałasów, bo zapakowanie zakrwawionych ubrań, które nakazał Sokolovowi zostawić na podłodze przed kabiną prysznicową, nie trwało dłużej niż dwie minuty. Do drugiego worka zapakował ręczniki i oba, niezawiązane postawił we wskazanym przez kobietę miejscu.
      — Ja nie wiedziałem Vanya, że ty taki pomocny chłopak jesteś. Może chciałbyś się u mnie zatrudnić? — rzucił po rosyjsku Sokolov, wracając do nich z dwiema podróżnymi torbami i humorem tak dobrym, że Ivan był więcej niż pewien względem tego, co ukrywał w jednej z nich.
      — Wystarczy, że Dima u Ciebie pracuje. Jestem tu tylko na gościnnych występach — rzucił w tym samym języku ze znudzeniem, uważnie przyglądając się podstarzałemu mężczyźnie. Pachniał drogimi perfumami, które zdawały się zabijać nawet zapach mieszanki, którą ekipa sprzątająca, próbowała pozbyć się krwawych śladów, a na szyi błyszczal mu gruby, złoty łańcuch. Ivan był pewny, że złoto było prawdziwe.
      — Dima mówił Ci, kiedy będę mógł wrócić? Nienawidzę Hamptons… Same nudy i stare dupy — wysapał, z trudem siadając na kanapie stojącej w holu.
      — Nie wcześniej, niż za tydzień. Mieszkanie musi wywietrzeć, sprawa trochę przycichnąć, a twój kolega… — przeżyć — dojść do siebie.
      — Głupia się stało. Nie chciałem go tak załatwić, ale tak mnie skurwiel…
      — To wasza sprawa — przerwał mu Ivan, unosząc dłoń w czarnej rękawiczce i tym samym jasno dając mu do zrozumienia, że nie chce nic więcej wiedzieć. Im mniej był w to zanurzony, tym łatwiej będzie mu się z tego wydostać. — Zapakowałeś dokumenty i pieniądze?
      — Tak. Mam też jakieś zapasy w Hamptons, więc raczej z biedy nie umrę — burknął mężczyzna, wyraźnie niepocieszony tym, że Ivan w żaden sposób nie był skłonny wyjść z roli smutnego pana w garniturze.
      — To dobrze, zostaw jej napiwek. Dobry, bo zrobiłeś taki burdel, że jej się należy — Ivan wskazał dłonią na dziewczynę, a szpakowaty drab zmarszczył oczy, wyraźnie zaskoczony słowami Voronina.
      — Płacę tyle twojej rodzinie za…
      — Za porady prawne i obronę w sądzie. Nie za sprzątanie takiego syfu. Ciesz się, że ja nie domagam się dodatkowej opłaty, bo byłoby drożej — powiedział pewnie, robiąc w stronę klienta kilka kroków, z trudem unikając włożenia rąk do kieszeni. Powstrzymały go jedynie rękawiczki.
      — No dobra… — westchnął ciężko i sięgnął do kieszeni marynarki po portfel. Gdy wyciągnął z niego jeden, studolarowy banknot Ivan pokręcił jedynie głową, jasno dając mu do zrozumienia, że ma nawet nie żartować. Z ciężkim sercem, bo bogaci również bywali skąpi, wyciągnął wszystkie banknoty z przegródki i rzucił je niedbale na niski stolik kawowy. — Niech Ci będzie, Ivan, ale niech Cię Dima więcej nie przysyła, bo nie dość, że jesteś ostatnim kutasem, to jeszcze drogi jesteś w chuj.
      — Uwierz mi, że też nie czerpię z tego przyjemności… — wymruczał, patrząc na wyświetlacz zegardka. — Możesz spadać na dół, już po Ciebie przyjechali. Srebrny Prius z pomarańczową naklejką, na prawo od wyjścia na parking. — rzucił do mężczyzny i cierpliwie poczekał, aż mężczyzna wyjdzie z apartamentu, a drzwi zamkną się za nim z drugiej strony.
      — Kasa na stoliku jest dla Ciebie — zwrócił się po angielsku do dziewczyny i niewzruszony wskazał ręką na worki. — Co dalej?

      Ivan 🧤💵

      Usuń
  9. Jeśli Mei-Mei obawiała się, że Ivan zapamiętał jej twarz, to obawiała się słusznie. Już w tej krótkiej chwili, gdy stali w drzwiach prowadzących do apartamentu, Ivan wiedział, że jest to jedna z tych osób, których nie sposób łatwo, czy szybko zapomnieć. Była ładna, a Ivan nie był hipokrytą, kłamiącym w żywe oczy, że liczyło się dla niego tylko wnętrze, gdy zwracał uwagę na kobiety. Przy swoim wzroście raczej zawsze był wyższy, więc wzrost nigdy nie stanowił dla niego wyznacznika, ale lubił, kiedy dziewczyna prócz ładnej buzi, miała w sobie coś, co zapowiadało jakiekolwiek wyzwanie. No i nie lubił, kiedy już z samego założenia się go bał, chociaż wiedział jak wyglądał i jakie skojarzenia budził swoją aparycją. Dzisiaj miał przykre uświadomienie, że skojarzenia te były najwyraźniej słuszne.
    Lavender myliła się co do tego, że gdyby się cofnęła, to by ją zapamiętał – było wręcz przeciwnie. Byłaby wtedy kolejną osobą, która ceniła sobie swoją przestrzeń osobistą, obawiała się wtargnięcia Ivana w jej obręb i która była niewarta najmniejszej jego uwagi. Wciąż nie zdecydował, czy dziewczyna jest warta, aby skupić się na niej w jakikolwiek sposób, ale właśnie tym, że nie ruszyła się od niego nawet na krok zrobiła na Voroninie dobre wrażenie – a chyba nie taki miała zamiar, patrząc na jej zaciętą minę.
    — Jeśli oczekiwałaś braw, to nie od niego. A uścisk dłoni… Coś mi podpowiada, że kasa jest lepszym rozwiązaniem — mruknął na jej uwagę odnośnie banknotów. Z tego, co zauważył Ivan, leżał tam przynajmniej miesięczny czynsz za średniej wielkości mieszkanie, więc w jego odczuciu dziewczyna nie miała na co narzekać.
    Zrobił dokładnie to, co mu nakazała, bo prosić nie zamierzała a on nie miał zamiaru na prośby czekać. Zdjął maskę, to samo zrobił z czarnymi rękawiczkami i wrzucił je do plastikowego pojemnika transportowego, zakładając, że więcej mu się one nie przydadzą.
    Nic nie odpowiedział ani na gratulacje, ani na jej pożegnanie – zamiast tego stanął kilka kroków od jej samochodu, wyciągnął papierosy z kieszeni marynarki, którą włożył przed zejściem do vana Mei. Wyciągnął jednego, odpalił go niespiesznie, przez cały czas nie spuszczając wzroku z auta i zaciągnął się dymem. Nie spieszył się, ze spokojem nieadekwatnym do sytuacji patrzył na młodą kobietę za kierownicą pojazdu, którego rejestrację szybko zdążył zapamiętać. Jak się okazało – zupełnie niepotrzebnie, bo dziewczyna tym autem najwyraźniej nigdzie się nie wybierała. Wzdrygnął się, gdy na koniec swojego wybuchu złości, Mei uderzyła czołem o klakson, który wybrzmiał głośno, odbijając się echem między ścianami budynków, pomiędzy którymi zaparkowała.
    — Wolę inne zdjęcia — mruknął i bez słowa podszedł do drzwi, które chwilę wcześniej zatrzasnęła kobieta. Podał jej papierosa, niemo prosząc aby go przytrzymała, otworzył auto i wymacał dźwignię do otwierania maski. Wyprostował się, gdy mechanizm przeskoczył i wciąż nic nie mówiąc podszedł do maski, przejechał wzdłuż niej aż wyczuł zapadkę, przesunął ją i spojrzał uniósł ją do góry.
    — Spróbuj odpalić — polecił, patrząc uważnie na części, próbując się połapać, co było gdzie, bo w każdym samochodzie było to przecież inaczej. Sam po mieście jeździł elektrykiem w którym na próżno było szukać tradycyjnych części, a auto wyjazdowe, na trasy, nie robiło takich numerów, jak to należące do Azjatki. Co innego stary Ford jego mamy, którego sąsiad Ivana nauczył wymieniać chyba każdą część, gdy ten spędzał wakacje w Rosji.
    Kiedy dziewczyna przekręciła kluczyk, dało się usłyszeć ciche kliknięcie, jakby samochód nawet nie próbował podjąć pracy – silnik ani drgnął. Rosjanin westchnął ciężko, opuścił maskę, wytarł ręce w spodnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pogodził się, że mimo jego starań te i tak nadawały się tylko do pralni chemicznej. Podszedł do drzwi vana i oparł się na nich łokciem, patrząc na dziewczynę z obojętnością, chociaż mogła dostrzec cień rozbawienia w kącikach jego ust i oczu. Nie bawiło go jej nieszczęście, a raczej to, w jakim gównie się znalazła ona, a on razem z nią – do momentu utylizacji całego syfu, który miała w bagażniku, była jego problemem. Tragizm sytuacji polegał na tym, że tak, jak ona nie chciała mieć z nim zbyt wiele wspólnego, tak i on nie chciał mieć z nią. Przynajmniej nie tak, jak to wyglądało w tej chwili – gdy oboje tarzali się w gównie, które nijak nie chciało się od nich odczepić.
      — Obstawiam rozrusznik. Nie ruszysz tego auta, chyba, że na lawecie. Zaczekaj tutaj — westchnął ciężko i ruszył w stronę głównej alei. Nie było go chwilę, ale na tyle długą, że w tym czasie zdążył zadzwonić po lawetę do odpowiedniej osoby i pokierować auto do zaufanego mechanika, który nie będzie zadawać zbędnych pytań. Podjechał tyłem do vana Mei, otworzył bagażnik SUV’a i z niezadowoleniem stwierdził, że nie ma opcji, aby pojemnik wszedł bez składania tylnych siedzeń. Nie pytając o zgodę sięgnął po kilka worków, rozłożył je z tyłu wozu i podrapał się po głowie, przez chwilę myśląc, jak najlepiej poradzić sobie z pudłem pełnym worków z odpadami. Sięgnął po nowe rękawiczki i zapierając się nogą o podłogę vana, przesunął pudło do skraju bagażnika. Najsprawniej jak tylko umiał przerzucił je do swojego samochodu, który aż ugiął się, na chwilę, pod ciężarem dowodów zbrodni. Ponownie wrzucił rękawiczki do pudła, zamknął jego wieko, klapę bagażnika i spojrzał na drobną dziewczynę, oddychając trochę ciężej – to było w końcu bardzo ciężkie pudło.
      — Wsiadaj, odwiozę Cię — powiedział nieco łagodniej, niż wszystko do tej pory, ale nie czekał na jej reakcję, czy ewentualną odpowiedź. Wsiadł do samochodu, zapiął pas i odpalił silnik, który – w przeciwieństwie do tego Mei-Mei – zaskoczył od razu.

      Ivan 🚗🚚

      Usuń
  10. Kiedy się rozejrzał, dostrzegł, że znajdują się w domu pogrzebowym. Aż lekko prychnął pod maską. Co za ironia losu. Rana wyglądała naprawdę tragicznie i Nathaniel nie miał pewności czy facet wyjdzie z tego cało. Miał taką nadzieję, wiedział, że będzie o tym teraz myślał, że będzie chciał to sprawdzić, choć zapewne nikt nie da mu odpowiedzi. Nie był nikim z rodziny, nikim bliskim. Ot, przypadkową osobą, która postanowiła uratować mu życie. Ewentualnie mógłby przekonać policjantów na przesłuchaniu o stan zdrowa rannego. Czu mu podadzą? Zależało od ich humoru. Miał jedynie nadzieję, że nikt nie zrobi mu zdjęcia i nie doniesie do mediów.
    Słysząc głos kobiety obok, wydał mu się jakiś znajomy, jednak nie była to odpowiednia chwila na jego analizowanie. Skupił się na pomocy i na uciskaniu rany. Oczekiwanie na karetkę wydawało mu się wiecznością jakby nie mijały sekundy, a długie godziny. Serce waliło mu jak oszalałe.
    Miał zostać lekarzem, zaczął nawet studia w tym kierunku. Czy to było jego marzenie? Zupełnie nie, ale wówczas nie miał na siebie lepszego pomysłu. Poszedł więc za zachciankami i wizją swoich rodziców. Skończyło to się jednak, zanim się zaczęło. Choć anatomia była wybitnie ciekawa, to nie mógł sobie wyobrazić bycia kimś, kto ratuje ludzkie życie, kto niesie na swoich barkach taką odpowiedzialność. Ten moment uświadomił mu, że bardzo dobrze postąpił. Choć na zewnątrz nie było tego widać, w środku nie było żadnego opanowania. Serce biło, a w głowie miał gonitwę myśli, robiło mu się wręcz lodowato ze stresu. Mimo to, wiedział, że teraz musi nad wszystkim zapanować i uciskać rane. Tyle mógł zrobić.
    Gdy ratownicy zabrali nieznajomego mężczyznę, odetchnął z ulgą. Usiadł na podłodze, biorąc głęboki oddech. Brudnymi od krwi dłońmi, ściągnął maseczkę. Przymknął na moment oczy, słysząc jedynie odgłos syren.
    – Nie, nie wiem. Wpadł na mnie, zorientowałem się, że krwawi i trafiliśmy tutaj – wyjaśnił szybko ratownikom. Ci kiwnęli głowami i oznajmili, że zaraz pojawi się policja.
    Park westchnął przeciągle, bo zwykłego wyjścia, zrobiło się naprawdę duże zamieszanie. Czuł, że powinien zadzwonić po swojego managera, ale nie mógł się na to zdobyć. Siedział więc na tej podłodze, mając nadzieję, że niebawem będzie mógł pójść do domu, wziąć długi i ciepły prysznic, wrócić jakkolwiek do siebie po tej sytuacji. I pomyśleć, że takie widoki miałyby być jego codziennością.
    Pokręcił głową, przenosząc wzrok na kobietę, która pracowała w tym domu pogrzebowym. Posłał jej niepewny uśmiech. Wydawała mu się naprawdę znajoma, jej twarz, jakby już gdzieś ją wcześniej widział. Przez emocje, bardzo powoli przychodziło mu łączenie faktów.
    – Dzięki za pomoc – mruknął w końcu, czując, że tak wypadało. – Po wszystkim pomogę ci tu posprzątać – dodał, zerkając na błyszczącą posokę.


    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  11. Ian lubił grać w pokera. Nie pomyślał nawet, że jeśli chce przestać handlować narkotykami, powinien rzucić także hazard. Nie dlatego, że nie miałby za co grać, bo pieniędzy miało mu nie zabraknąć przez dłuższy, niż krótszy czas od rzucenia najbardziej dochodowego zajęcia, a dlatego, że te dwa światy poniekąd się przenikały. I w jednym, i w drugim znaleźliby się ludzie, którzy mogliby zechcieć Ianowi zaszkodzić, nie tyle dlatego, że ten komukolwiek coś zrobił, a tak po prostu, dla zasady. Półświatek nie wypuszczał łatwo ze swoich ciasnych objęć, w zasadzie, nie wypuszczał z nich nigdy, a jedynie luzował uścisk, dając złudne poczucie swobody i wolności, z czego Ian zdawał sobie sprawę. Wiedział, że wieloletnie nurzanie się w tym gównie pozostawiało na człowieku charakterystyczny smrodek, który ciągnął się za nim już zawsze.
    A jednak, chciał spróbować. Chciał przestać handlować narkotykami, choć jednocześnie nie miał przestać być dilerem, bo miał pozostać nim dla wielu. Dla każdego, kto znał go wyłącznie dzięki sprzedawaniu prochów, a przez siedem, niedługo osiem lat działalności w branży, przez ręce Hunta przewinęło się wiele tak narkotyków, jak i klientów. Miało wystarczyć, że wpadnie na kogoś na mieście. Miało wystarczyć, że dotrze do niego ktoś, skuszony wieściami niesionymi przez pocztę pantoflową. Ian-diler nie miał zniknąć, chyba że Ian zniknie z Nowego Jorku, ale tego jego plan nie zakładał. Debbie miała tutaj rodzinę. Matkę, starszego brata i młodszą siostrę. Miała tutaj grób ojca, policjanta i pracę, w policji, której nie chciała rzucać, choć powiedziała, że mogłaby. Dla niego. On jednak nie chciał tego dla niej. Chciał Debbie. A największą przeszkodą w tym, aby mógł nie tylko chcieć Debbie, ale i ją mieć, był on sam.
    Dlatego chciał przestać handlować narkotykami. I powinien chcieć przestać grać w pokera, ale po kolei.
    Regularnie, bo raz w miesiącu, grał w Teksas Hold’em w Fire Moon, zdarzało mu się jednak odwiedzać także inne miejscówki. Czasem gdzie indziej ciągnął go ktoś znajomy, tak jak wtedy Jesse, z którym Ian grał już jakiś czas, a który tamtego wieczora dosypał mu do coli jego własnego towaru, bo Ianowi za dobrze szło. Dopił colę, nazwał Jessego kurwą i kazał mu posypać sobie kreskę, po czym grał dalej i oczywiście, że wygrał.
    Dziś do wspólnej gry zaprosił go Chen, a że Ian nie odrobił lekcji po tamtym, nieudanym wieczorze, to skorzystał z zaproszenia. Wpisowe miało być niższe, niż zazwyczaj w Fire Moon, więc żal byłoby nie skorzystać. Poza tym Hunt nie miał planów na ten wieczór – wszyscy jego klienci byli dobrze zaopatrzeni, Zane nie marudził, że akurat czegoś od niego potrzebuje, a Debbie miała nocną zmianę, więc Ian wsiadł w Cadillaca, a nawet zgarnął Wonga po drodze i razem dotarli na miejsce, do zapyziałego baru na Bronxie.
    — Kurwa, Chen — odezwał się, kiedy tylko przekroczyli próg. — Nie dało się znaleźć gorszej speluny?
    Fire Moon, w którym Ian grał najczęściej, było przyzwoitym miejscem. Dalaja o to zadbała. Nie tylko dlatego, że po śmierci Dio oczyściła lokal, rozprawiając się niemal ze wszystkimi, którzy prowadzili w nim swoje brudne interesy, tylko na niektóre z nich przymykając oko. Ovando dbała o to miejsce także w ten zwyczajny, przyziemny sposób. Pilnowała czystości, a wszelakie usterki były naprawiane na bieżąco. Tutaj… Ian skrzywił się, bo czuł, że podeszwy jego butów kleją się do podłogi.
    Przeszli w głąb tak zwanego lokalu, za kotarę za obskurnymi toaletami, która dzieliła korytarz w połowie. Za nią widocznych było kilkoro, prowadzących do mniejszych pomieszczeń drzwi i Ian naprawdę wolał nie wiedzieć, co działo się za nimi na co dzień. Do jednego z pokoików wstawiono okrągły stół, który nakryto zielonym materiałem, wokół niego na graczy czekało sześć krzeseł. Z sufitu, za kablu, smętnie zwisała żarówka, mocno zakurzona. Zalatywało stęchlizną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odsunąwszy sobie krzesło, Ian skrzywił się i otarł dłoń o materiał bluzy. Miał wrażenie, że jego palce przykleiły się do drewnianego oparcia nie gorzej, niż podeszwy kleiły się do podłogi.
      — Pierwszy i ostatni raz gdzieś mnie zabierasz — rzucił do Wonga, który wyglądał, jakby nie przeszkadzało mu nic z tego, co Ian z trudem znosił.

      IAN HUNT ♠️♥️♣️♦️

      Usuń
  12. Prócz tego, że Azjatka była jego problemem ze względu na odpady, które znajdowały się w jej bagażniku, jego DNA na rękawiczkach i to, że pomagał jej sprzątać po krwawej jatce, to zwyczajnie nie umiałby jej zostawić w potrzebie. Pomijając fakt tego, że został wychowany przez matkę na przyzwoitego człowieka, to sam nie mógłby spojrzeć na siebie w lustrze, gdyby tak zwyczajnie odjechał. A mógł. Przecież wśród odpadów było więcej jej materiału genetycznego – to jej powinno było zależeć na ich utylizacji; van nie był jego problemem, bo nie był jego własnością, a jego pomoc… Mieszkali w kilku milionowym mieście, a on, chociaż wyróżniał się nieco wśród tłumu, to wciąż był za mało charakterystyczny, by mogła go sprawnie opisać policji, prawda? On, gdyby to jego ktoś zapytał o nią, byłby w stanie dokładnie opisać jej twarz, chociaż nie miał okazji zbyt długo jej się przyglądać.
    — A jak Ci się wydaje, mała? — rzucił do niej krótko, kiedy uporał się pojemnikiem; tuż przed tym, jak nakazał jej wsiąść do wozu.
    SUV wciąż pachniał nowością, jakby Ivan ledwo co odebrał go z salonu – co w zasadzie nie mijało się z prawdą, bo jeszcze tego poranka odklejał ostatnie zabezpieczenia, których wcześniej nie zauważył na progu drzwi. Sprawnie wystukał adres na ekranie dużego komputera pokładowego, który natychmiast pokazał im trasę dojazdu na miejsce. Zanim jednak ruszyli w drogę, Ivan odruchowo przyłożył dwa palce do ust, by następnie musnąć nimi maleńką ikonę na rzemyku, wesoło zwisającą z lusterka. Święty Krzysztof, który miał go strzec przed wypadkami samochodowymi według jego matki, dla niego stanowił miłe przypomnienie o tym, że ktoś w życiu o niego dba. Symboliczny buziak nie miał w sobie nawet znamienia czegokolwiek religijnego, ale dla Ivana był równie ważny, jak odwiedziny u matki w każdy weekend. Był czymś naturalnym.
    Ruszył spokojnie, w duchu dziękując sobie za przezorność i przyciemnienie wszystkich szyb na tyle, na ile tylko było to legalne. Chociaż worki były mocno powiązane, pojemnik stanowił dodatkową ochronę, Ivan jechał znacznie wolniej, niż byłoby to zazwyczaj – nie chciał zwrócić na siebie ani uwagi policji, ani doprowadzić do gwałtowniejszego hamowania, chociaż przebierająca się obok dziewczyna wcale mu tego nie ułatwiała. Bardziej chcąc, niż nie chcąc, widział w końcu kątem oka ruch. Najpierw nagą skórę brzucha, ramion, kątem oka, chociaż wciąż patrzył na drogę, zarejestrował nawet kolor jej bielizny, jednak jego głowa przez cały ten czas nawet nie drgnęła – w końcu ta drobna Chinka była gotowa go zabić za podglądanie. Ciekawe, czy groziła też innym, przy których się rozbierała…
    Chciał nawet jej coś odpowiedzieć, ale ostatecznie zdecydował się zostawić swoje uwagi dla siebie, zerkając w boczne lusterko tylko wtedy, kiedy było to bezwzględnie konieczne. Sytuacja była nieco stresująca – nie chciał sobie wyobrażać steresu dziewczyny, bo jakkolwiek wydawała się mieć znacznie większe od niego doświadczenie, tak była w dużo gorszej sytuacji. To nie jemu w końcu popsuł się samochód i to nie on potrzebował pomocy. Azjatka nie wyglądała na taką, która lubiła prosić o pomoc – znał ten typ aż za dobrze, wychowując się z jedną taką pod jednym dachem. Może to dlatego z Lerą byli tak blisko? Może też z tego powodu wiedział, że oczekiwanie od nieznajomej dziewczyny, że ta poprosi go o pomoc, lub za nią podziękuje, było zwyczajnie głupie? Twarde dziewczyny, a taką bez wątpienia była Azjatka, które próbowały być twarde mimo wszystko i być ponad wszystkim, nie robiły takich rzeczy chyba, że były już w całkowicie beznadziejnej sytuacji. Po obserwacji zachowania Mei nie miał wątpliwości, że dziewczyna poradziłaby sobie sama, bo robiła to już wiele razy. Postanowił pomóc, bo odpady były ich wspólnym problemem, a jej obecność wydawała mu się mieć potencjał na coś, co mogło być względnie miłe. W końcu jedyne, co ryzykował to pół godziny z życia i złapanie przez policję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mogę? — zapytał, gdy stali na światłach i nie czekając na jej odpowiedź wyciągnął jedną z wilgotnych chusteczek i wytarł w nią dłonie.
      — Możesz wybrać muzykę, bo trochę postoimy w korkach — zauważył, przesuwając ze znudzeniem palcem po mapie, gdzie pogrubiona trasa wiodąca do jej domu, zaznaczona była na kolor czerwony. Westchnął cicho, gdy w aucie rozbrzmiał dźwięk przychodzącego połączenia.
      — Tak mamo? — zapytał po rosyjsku tuż po tym, jak odebrał.
      — Cześć Vanya, będziesz jutro na obiedzie?
      — Będę mamo. Coś przynieść?
      — Synową, byłoby miło.
      — Będziesz musiała zadowolić się kwiatami, może być? — zapytał, uśmiechając się do telefonu, jakby zupełnie zapomniał, w jakim bagnie babrał się przez ostatnią godzinę.
      — Dobrze, dobrze. Możesz teraz rozmawiać?
      — Średnio, mamo — odpowiedział szczerze, bo chociaż nie podejrzewał, żeby Azjatka na siedzeniu obok rozumiała, o czym tajnym rozmawia z matką, to wyjątkowo wolał rozmawiać z kimś innym, niż z Olgą.
      — No dobrze, to do jutra — pożegnała się kobieta i rozłączyła, nie czekając na odpowiedź. Ivan wiedział już, że na jutro będzie musiał mieć przygotowaną wymówkę, co było tak ważnego w jego dzień wolny, że nie mógł swobodnie rozmawiać z ukochaną mamusią.
      — Jak się nazywasz? — zapytał, zwracając się do dziewczyny po angielsku, tym razem pozwalając sobie na spojrzenie na nią, bo przecież, w końcu, była ubrana.

      Ivan 🚗🎶

      Usuń
  13. Ivan nie musiał jej pomagać – w rzeczywistości wiedział przecież, że z chwilą opuszczenia budynku, kiedy odpady znalazły się w wozie Mei, przestały być w znacznym stopniu jego problemem. Oczywiście, gdyby złapała ją policja, mógłby mieć poważne problemy, ale nie było niczego, z czego jego ojciec nie byłby w stanie go wyciągnąć. Może poza morderstwem, ale i na to Stary Voronin pewnie znalazłby sposób.
    Dlaczego to robił? Bo gdyby zostawił ją z tym samochodem, na tyłach budynków, w których metr powierzchni był wart więcej niż stary van, byłby człowiekiem, którym nie chciał się stać. Samolubnym, egoistycznym dupkiem, którym może i wydawał się z pozoru, w czym ułatwiała mu sprawę aparycja i drogi gust, ale którym usilnie próbował się nie stawać, pomimo sprzyjających temu warunków. Nie czuł się dzięki temu lepszym człowiekiem – nie pomagał jej dla własnego poczucia się lepiej, ale dlatego, że chciał być człowiekiem, który może spojrzeć sobie w oczy w lustrze i nie czuć przy tym niesmaku.

    Chciał też móc spojrzeć matce w oczy, powiedzieć, że udało jej się wychować przyzwoitego człowieka.
    Nawet przez myśl mu nie przeszło, by komentować adres zamieszkania dziewczyny. Oczywistym w końcu było, że gdyby mieszkała w dobrej dzielnicy, bogatym sąsiedztwie, to nie jeździłaby starym vanem ani nie zajmowała się czymś tak paskudnym, jak sprzątanie miejsc zbrodni. Domyślał się też, że nie było to zajęcie, którego nie wybierało się z pasji i zainteresowań, tylko raczej z potrzeby – a tego tym bardziej nie zamierzał oceniać.
    Nie wstydził się ucałowania ikony, a jej reakcja nawet trochę go rozbawiła, chociaż nie dał tego po sobie poznać. Ich pokolenie wydawało się za wszelką cenę wzbraniać przed wszelkiego rodzaju zabobonami, gusłami czy religią, nie poszukując w tym tego, czego szukali ich rodzice czy dziadkowie, nawet taki symboliczny gest, który zrobił, uznając go za coś intymnego. A może tak właściwie było? Ivan robił go mechanicznie, obojętnie, z kim jechał samochodem, ale prawda była taka, że z reguły jeździł sam, z mamą lub z siostrą, które również robiły ten sam gest. Nawet jego najbliższy przyjaciel, chociaż był innego wyznania i był zagorzałym ateistą, próbującym wszystkim uświadomić, że Boga nie ma, łapał się na tym, że powtarzał gest po Ivanie. Śmiał się wtedy, że jeśli tonący brzytwy się chwyta, to on chwyta się świętych, byle Ivan ich dowiózł na miejsce bezpiecznie. Wszyscy wiedzieli, że tak jak imbir dla Mei, tak i ucałowanie ikony nie pomoże we wszystkich problemach, nie sprawi, że kamień w bucie przestanie drażnić, tak jak Ivana drażniło poczucie, że jest oszustem. Farbowanym lisem, który czystym przypadkiem znalazł się w kurniku.
    Powinien był się przy dziewczynie zachowywać inaczej – chłodniej, bardziej profesjonalnie, bez tego rozluźnienia, spełnić oczekiwania, jakie przed nim stawiano. W końcu miał być zimnym, wyrachowanym prawnikiem, nie młodym mężczyzną, który kocha matkę, lubi spędzać czas z matką i siostrą i nienawidzi bucowatości dla samej bucowatości. Co by mu to dało, gdyby wpędził dziewczynę siedzącą obok w zakłopotanie, patrząc jak się przebiera? Perwersyjną przyjemność płynącą z obserwowania jej ciała? Chwilę poczucia, że ma nad nią jakąś kontrolę, władzę? Czy zamiast rozmawiać z mamą jak z osobą, która dałaby się za niego pokroić, powinien był natychmiast zakończyć rozmowę albo odrzucić połączenie? Może powinien był tak zrobić, ale to, co robił Ivan, a to co powinien był robić bardzo często nie szło ze sobą w parze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki sygnalizacji świetlnej i korkowi, w którym stali, mógł bez większych problemów wytrzymać jej badawcze spojrzenie ciemnych, niemal czarnych oczu, które odznaczały się na tle drobnej buzi, błyszcząc przy tym jak para guzików. Mogła skłamać, a on by jej uwierzył, bądź dowiedział o kłamstwie za jakiś czas. Podskórnie czuł, że chociaż dzisiejsze sprzątanie dobiegło końca, a wraz z pozbyciem się odpadów, powinien też wyrzucić Mei-Mei ze swojego życia, to dziewczyna nie wyjdzie z niego tak szybko. Nie miał intuicji swojej matki ani siostry, ale miał nosa do niektórych spraw – zwłaszcza tych, które dotyczyły jego i tego, że rzadko kiedy czegoś chciał. A teraz chciał poznać imię drobnej Azjatki siedzącej tuż obok niego.
      — Po rosyjsku… — skinął głową i stwierdził, że dziewczyna miała ułatwione zadanie; w końcu jego imię kilkakrotnie padało przy niej w ciągu tego dnia. — Ivan. Nazywam się Ivan — uśmiechnął się półgębkiem, z niezadowoleniem zauważając, że są prawie na miejscu.
      Spojrzał pytająco na Mei, gdy ta zaczęła mruczeć coś pod nosem, zastanawiając się przez krótką chwilę, o co może jej chodzić. Zmieszany opuścił szybę, gdy kobieta zapukała – w innych warunkach prawdopodobnie wyszedłby się do niej przywitać, ale w tej chwili bał się, że uderzy ją drzwiami. Bądź dostanie w głowę z konewki, trzymanej przez kobietę.
      — Dzień dobry… — odpowiedział pewnie, patrząc na kobietę z rosnącym rozbawieniem, którego nie dał po sobie poznać niczym więcej niż tylko uprzejmym uśmiechem, który tylko pogłębił się po tym, jak Mei-Mei odpowiedziała twierdząco na pytanie matki. — Ivan, jestem chłopakiem Mei-Mei. Już wysiadam — powiedział i ostrożnie, aby przypadkiem nie trącić kobiety drzwiami, wysunął się z auta. Kiedy kobieta wyciągnęła w jego stronę dłoń, ujął ją w obie ręce, w których ta niemal zniknęła, i ukłonił się lekko – nie na tyle, żeby wyszło to komicznie, ale na tyle, by można to było połączyć z jego własną kulturą.
      — Bardzo miło mi Panią poznać. Gdyby Mei-Mei nie powiedziała, pomyślałbym, że poznaję jej siostrę — uśmiechnął się, nad głową kobiety wyłapując spojrzenie dziewczyny. Skoro miał być chłopakiem, to przynajmniej takim, którego Pani Wong będzie wspominać z utęsknieniem i sentymentem.
      — Mei-Mei, gdzie przeparkować samochód, kochanie? — zapytał, zupełnie niewzruszony całą sytuacją, porozumiewawczo wskazując głową na bagażnik, w którym przecież mieli swój mały problem.

      Ivan🚗💗

      Usuń
  14. Gdyby Ivan faktycznie przyszedł do niej na obiad, by poznać jej rodzinę i wkupić się w ich łaski, kupiłby jej matce takie kwiaty, jakie kazałaby mu jego własna. Ivan nie próbował być we wszystkim najmądrzejszy, chociaż, gdyby to Mei miał kupować kwiaty, to prawdopodobnie najpierw spróbowałby dowiedzieć się od niej, jakie lubi, a gdyby nie uzyskał odpowiedzi, poprosiłby w kwiaciarni o bukiet dla kogoś, kto bukietów nie lubi i ma dużo do czynienia z kwiatami pogrzebowymi. Tak, żeby mieć pewność, że prezent jej się spodoba. Albo kupiłby jej kaktusa lub sukulenta – żeby wytrwał dłużej, a ona nie mogła mu wytknąć, że kupił róże w złym kolorze czy tulipany o złym rodzaju płatków.
    Ivan był dobrym aktorem, bo uczył się fachu przez lata. Udawał w końcu grzecznego chłopaka z bogatego domu, chociaż większość dzieciństwa spędził w ciasnym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Udawał też znacznie groźniejszego, niż był w rzeczywistości i jeszcze nie tak dawno, kiedy dopiero zaczynał pracę, udawał, że wie, co robi i że jest tak poważny, jak krótkie miał włosy. Dlatego teraz, bez większego trudu udawał, że jest chłopakiem Mei, a że w udawaniu był dobry, to udał, że jest najlepszym chłopakiem, jakiego tylko mogła sobie wymarzyć. No i Olga, gdyby dowiedziała się, że był w jakikolwiek sposób niemiły czy niegrzeczny w stosunku do czyjejś mamy, prawdopodobnie nie dałaby mu żyć – wychowała go w końcu na chłopaka, który z założenia miał szanować i być grzecznym wobec starszych od siebie. Przede wszystkim jednak miał ochotę zagrać Mei na nosie, a sprawienie, że matka Mei go polubi, było okazją nie do odrzucenia.
    — Mnie Mei-Mei zapomniała wspomnieć jaką ma przemiłą mamę. Do tego z niesamowitą ręką do roślin, przepiękne kwiaty — uśmiechnął się, a uśmiech tylko się poszerzył, gdy usłyszał słowa wymruczane przez Mei. Skoro go wkopała, to ani myślał się teraz wycofać.
    — Bardzo Pani dziękuję, moja mama byłaby pewnie szczęśliwa to słysząc — odpowiedział, bez mrugnięcia okiem, z rozbawieniem obserwując rozmowę między matką a córką.
    Gdyby to on przyprowadził Mei do swojej matki to…. Właściwie nie wiedział, jak zachowałaby się Olga. Nie należała do przesadnie wylewnych kobiet. Z natury była raczej powściągliwa i dość nieufna w stosunku do obcych, ale nie z tego powodu nigdy nie przyprowadził dziewczyny. Od dawna nie był z kimś, kogo chciałby przedstawić matce, a ostatnia dziewczyna, na której mu zależała nie miała możliwości poznać Olgi, bo spotykali się, gdy ta mieszkała jeszcze w Rosji. Na groźne spojrzenie Mei pozostawał niewzruszony, zupełnie nie przejmując się jej gniewem.
    Zaśmiał się lekko, słysząc komentarz młodszej z kobiet i rzucił jej zaczepne, trochę złośliwe spojrzenie typu zazdrościsz?, na jej słowa o podrywaniu matki. Nie powiedział jednak już nic więcej, pozwalając Mei prowadzić rozmowę. Włączył się ponownie dopiero, gdy został zapytany o chęć pozostania na obiedzie. Zerkając na Mei, uśmiechnął się do jej mamy najpiękniej, jak potrafił.
    — Nie chciałbym robić kłopotu, mam też nadzieję, że to nie problem, bo nie zapowiedziałem się wcześniej… — powiedział ze szczerą uprzejmością, ale bardzo nieszczerą intencją, bo nawet jeśli problem zrobił, to niespecjalnie się tym przejmował. Zanim przy samochodzie nie pojawiła się matka dziewczyny, chciał zapytać o jej numer – był gotowy skłamać, że to ze względu na samochód, gdyby ta miała przed tym jakieś obiekcje. Była ładna, charakterna i widział w niej dziwny rodzaj smutku, który rezonował z jego własnym, tym samym, który dobrze ukrywał pod krzywym uśmiechem, groźnym wyglądem i drogimi gadżetami. — … ale skoro Pani nalega, to bardzo chętnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaparkował samochód tam, gdzie nakazała mu Mei-Mei, nie komentując słów o ślubie, tylko uśmiechając się na nie głupkowato. Sprawnie uporali się z pojemnikiem i już miał powiedzieć, że dobrze im poszło, gdy aż podskoczył na donośny krzyk Pani Wong. Ze schowka wyciągnął butelkę drogiego whisky, które awaryjnie woził dla klientów, a które teraz miało wylądować w rękach pana domu, który zdawał się być jednocześnie ojcem Mei.
      — Lepszy imbir, niż kurz z dywanu — odpowiedział Mei, otwierając przed nią drzwi, chociaż to do jej domu wchodzili.
      Ivan w pierwszej kolejności przywitał się z ojcem Mei, robiąc to w ten sam sposób, w który zrobił z jej matką, wcześniej wręczając mu butelkę w metalowym, ozdobnym etui. Z Chenem i Lily przywitał się już jednak normalnie, zwykłym uściśnięciem dłoni i pozwolił ich matce zaprowadzić się do stołu, mając świadomość, że z chwytem drobnej kobiety nie ma najmniejszych szans. Voronin bez problemu odnalazł się przy stole. Bez skrępowania nakładał sobie jedzenie na talerz, podawał półmiski innym, gdy ci ich nie sięgali i dość sprawnie posługiwał się pałeczkami, chociaż daleko mu było do biegłości, jaką miała rodzina Lavender. Wkładał sobie właśnie dużą porcję szpinaku z czosnkiem do ust, gdy Suyin zadała pytanie, którego absolutnie się nie spodziewał. Szybko przełknął zieleninę, przejechał językiem po zębach i spojrzał na Mei-Mei, szukając w jej oczach odpowiedzi.
      — Spotykamy się stosunkowo od niedawna, ale przyznam szczerze, że nie lubię niedopowiedzeń i zostawiania czegokolwiek przypadkowi, więc wolałem, żebyśmy od razu ustalili, w którą stronę to wszystko zmierza — odpowiedział kobiecie i uśmiechnął się grzecznie. Sięgnął po dłoń Mei-Mei i lekko ją uścisnął, robiąc to w sposób niejednoznaczny – niby przyjacielski, ale też taki, który pasował do par, które są w tym pierwszym, niewinnym etapie zainteresowania sobą nawzajem. Nie przedłużał tego gestu zbędnie, chociaż musiał przyznać, że dłoń Mei była przyjemna w dotyku – spracowana i szorstka, ale przez to bardziej namacalna, niż miękkie, wypielęgnowane dłonie, do których przywykł.
      — Przepyszne jedzenie, poprosiłbym o przepis, ale raczej marny ze mnie kucharz — zaśmiał się lekko i jakby, na potwierdzenie swoich słów, dołożył sobie jeszcze trochę ryżu i wołowiny, ani trochę nie udając, że mu smakuje. — Wszystkie składniki kupuje pani tutaj? Czy po coś trzeba daleko jeździć, albo zamawiać? — zapytał, zupełnie nie przejmując się tym, czy Mei już ma ochotę wywalić go przez okno, czy dopiero zaczyna mieć taki zamiar.

      Ivan🥢💗

      Usuń
  15. Czasami zastanawiał się jakby wyglądało jego życie, jakby nadal słuchał rodziców i dokończył studia medyczne, został lekarzem. Jak wyglądałoby jego życie? Na pewno nie mógłby pozwolić sobie na tyle wygód, jakie miał teraz. Lekarze nie zarabiali najmniej, jednak modeling, liczne współprace, bycie ambasadorem marki i samo prowadzenie kont społecznościowych zdecydowanie generowały większy dochód. Nie był jednak osobą, która za wszelką cenę musi mieć największy apartament z nie wiadomo jakimi wygodami. Coraz częściej marzył o przyszłości na wsi, albo w jakimś małym miasteczku. Może jeszcze nie teraz, nadal był młody i chciał korzystać z tego, co oferowało mu życie.
    Jako nastolatek spędził wiele czasu w szpitalach, odwiedzając swojego ojca. Wówczas ten świat go fascynował, a zapach leków, środków odkażających nie był dla niego niczym nieprzyjemnym. Interesowało go to, chciał pomagać ludziom. Słuchał podczas wspólnych kolacji o trudnych przypadkach, o operacjach, które przeprowadzał starszy Park. Nie brzydziło go to, zadawał szczegółowe pytania. Jednak im więcej wiedział, tym bardziej odczuwał, że nie jest to jego świat. Bardziej niż widok krwi, zwłok czy operacji, przerażała go sama odpowiedzialność za życie drugiego człowieka. Jednej, nawet najdrobniejszy błąd mógł zaważyć o czyimś być lub nie być.
    Teraz, z rękoma brudnymi od zastygającej, metalicznej krwi, zdecydowanie mógł poklepać się po plecach ze słowami: dobry wybór. Zdecydowanie nie nadawał się do tego. Może z czasem przywykłby do tego, zrobiłoby mu się to obojętne, nauczyłby sobie radzić. Nie chciał tego jednak, nie chciał traktować ludzi jak jakieś przypadki, zapominać o nich. Jego empatia, tak niezrozumiana przez rodzicieli, była zbyt silna.
    Kiedy usłyszał swoje imię, podniósł wzrok na kobietę dość mocno zaintrygowany. Zmarszczył lekko brwi, starając odgonić gonitwę myśli i skupić się na tym, skąd zna pracownicę tego domu pogrzebowego. Jej głos już wcześniej wydawał mu się znajomy, ale z wiadomych przyczyn nie miał głowy do zastanawiania się nad jego pochodzeniem. Teraz było inaczej.
    Dopiero wspomnienie randki naprowadziło go na dobry trop. Uśmiechnął się delikatnie, na samo wspomnienie tej niezręcznej kolacji. Była jego ostatnią randką, do której zmusiła go jego matka. Kobieta postawiła sobie za cel honoru znaleźć mu dobrą dziewczynę, oczywiście taką, która byłaby akceptowalna przez nich samych.
    Na szczęście Mei okazała się taką samą ofiarą jak on, a gdy to odkryli, całe spotkanie nabrało nieco innego, zabawniejszego i przede wszystkim luźniejszego tonu. Nie sądził, że się kiedykolwiek jeszcze spotkają, a nie w takich okolicznościach! Zresztą, sytuacja była tak niecodzienna, że mało kto zakłada taki kontekst spotkania.
    – Mei-Lan! – mruknął z nieukrywanym entuzjazmem. Zaraz cicho się zaśmiał. – Kwiaty są oklepane. Takie wejście zapamiętasz na dłużej – dodał z delikatnym uśmiechem.
    Gdy przyszła policja, powoli się podniósł, jednak nie ruszył się ponadto. Oparł się jedynie o ścianę, opowiadając drugiemu z policjantów wszystko, co wie. A wiedział przecież niewiele. Nikogo nie widział, nawet rannemu mężczyźnie nie przyglądał się zbyt dokładnie. O wiele więcej szczegółów zapamiętał odnośnie jego rany niż z twarzy, toteż rozmowa zakończyła się dość szybko. Choć zastanawiał się czy to było tylko takie wrażenie.
    Po wyjściu mężczyzn, przez sekundę zastanawiał się co ze sobą zrobił. Zdecydowanie najpierw musiał zmyć krew z dłoni, która już zdążyła w większości skrzepnąć i zaschnąć. Skrzywił się nieco na ten widok.
    – Opowiadałaś o mnie? No, no. To chyba jednak ta randka nie była taka nieudana, co? – mruknął z lekkim rozbawieniem, słysząc ich wymianę zdań.
    Przyjął ręczniki, wycierając sobie dłonie, ale zdecydowanie zapragnął je obmyć. Toteż dopytał o możliwość skorzystania z łazienki, a gdy ją uzyskał, ostrożnie się do niej ulotnił, zostawiając Chena i Mei samych z tym bałaganem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyszorował porządnie ręce, obmył też twarz. Poczuł, że zrobiło mu się lepiej.
      Kiedy wrócił, sytuacja wyglądała na względnie opanowaną. Rozejrzał się po pomieszczeniu, dostrzegając zimny obiad kobiety. Na sam widok aż zaburczało mu w brzuchu, czym nieco się zdziwił. Nie sądził, że będzie nadal głodny.
      Zdjął czapkę z daszkiem, przeczesując włosy i lekko westchnął.
      – O której zamykasz? – zapytał, przyglądając się kobiecie. – Idziemy coś zjeść? Na twoim miejscu nie jadłbym tego – tu wskazał głowa na pojemnik. – Cho wygląda smacznie – stwierdził.


      Nathaniel

      Usuń
  16. Niechętnie cofnął dłoń, gdy uznał, że wystarczy czułych gestów. Nie chciał, aby dziewczyna poczuła się niekomfortowo, ale ten gest pasował do jego słów. W końcu jako świeża para powinni z trudem móc się od siebie oderwać – przynajmniej tak zachowywałby się Ivan przy dziewczynie i doskonale o tym wiedział. Nie był kochliwy; w zasadzie rzadko zwracał na kogokolwiek uwagę, bo prócz przygód na jedną noc nie miał ochoty oferować niczego więcej. Miał dużo pracy, lubił mieć czas dla matki i siostry, gdy tylko ta była w Nowym Jorku. Jego poprzednia partnerka zbyt szybko próbowała wejść do jego życia z butami, przestawiać je pod siebie, na co Ivan zareagował w jedyny znany sobie sposób – całkowicie się wycofał. To nie było tak, że nie był skory do poświęceń – był, nawet bardzo, tylko musiał czuć to coś, a nie czuł tego od liceum. Z Mei-Mei było jednak jakoś inaczej, bo przyciągnęła jego uwagę już samym tym, jak pociągnęła mu z bara przy wejściu do mieszkania i jak nie bała się pracy, która dla większości była czymś przerażającym. No i tym, jak próbowała być niezależna, chociaż w momencie przyłapania ich przez jej matkę – gdzie on tylko ją odwoził – bez zastanowienia wcisnęła go w rolę chłopaka. Zupełnie jakby Lavender bardziej bała się tej małej, przemiłej Chinki niż jego czy Sokolova.
    — Wspólny, Chen — odpowiedział łagodnie Ivan, patrząc na chłopaka bez grama emocji. W spojrzeniu nie było irytacji ani niechęci – raczej zwykła obojętność, bo coś mu w tym chłopaku nie grało. Miał w sobie ten specyficzny manieryzm, charakterystyczny dla ludzi, którzy dużo kombinowali w życiu – niekoniecznie dobrze – ale Ivan daleki był od wydawania wyroków. W końcu to nie była jego rodzina, to nie była nawet jego dziewczyna i istniało spore prawdopodobieństwo, że siedzi przy tym stole ostatni raz w życiu, chociaż z każdą chwilą miał nadzieję, że jakimś dziwnym trafem będzie miał jeszcze okazję usiąść na tym stanowczo za małym krzesełku.
    Z trudem nie zachłysnął się, gdy Suyin z łatwością, tak charakterystyczną dla matek, wspomniała o ślubie. Olga też tak robiła, ilekroć wspominał jej, że się z kimś umawia – zupełnie jakby ślub był czymś, co powinno zostać od razu ustalone i założone jako normalna część związku. Z drugiej strony jakaś część Ivana też trochę tak uważała, bo nie lubił utrudniać sobie rozumienia świata. Jeśli by się zakochał, czułby, że to właśnie ta osoba, bez której nie wyobraża sobie życia, od razu chciałby wyjaśnić z nią kwestie dotyczące przyszłości. Kwestia dzieci, ślubu, mieszkania – ludzie rozstawali się przez takie rzeczy po wielu latach, kiedy wystarczyło porozmawiać o nich już na początku znajomości, gdy czuło się, że właśnie zaczyna się iść w tym samym kierunku. Voronin nie rozumiał podchodów, które niektórzy uprawiali, tak samo jak nie miał pojęcia, o co chodziło w zabawie w kotka i myszkę czy ciepło i zimno. Lera próbowała mu to wielokrotnie wyjaśnić i nie był głupi, więc rozumiał cały zamysł, jedynie nie rozumiał, po co to robić. W jego wyobrażeniu związek był partnerstwem – każdy sobie równy, wspierający w kryzysowych sytuacjach, ale wciąż z zachowaniem własnej indywidualności. Czy wiedząc, że spotyka się z kimś, kto nigdy nie chciałby razem zamieszkać, liczyłby, że ta osoba zmieni zdanie? Raczej nie, bo próbowałby wtedy zmieniać jej przekonania, naginać je do swoich własnych, a więc wymuszać zmianę – a on sam nie miał zamiaru tego dawać od siebie; nie miał zamiaru naginać się do kogoś za wszelką cenę.
    — Sos sojowy tylko z zieloną etykietą, zapamiętam — uśmiechnął się do starszej kobiety, powtarzając za nią jej własne słowa. Próbował zapamiętać też informacje o imbirze, chociaż nie miał pojęcia, kim jest pan Chang, a pani Lau mówiła mu dokładnie tyle co nic. Wiedział jednak, że dobrze kroi mięso i nie oszukuje na wadze, a to była informacja, która raczej nigdy miała mu się nie przydać, ale zdążyła zostać przez niego zapamiętana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jestem prawnikiem. Pracuję w firmie zajmującej się fuzjami, przejęciami… ogólnie doradztwem prawnym i obsługą prawną większych przedsiębiorstw — wyjaśnił, niewzruszony wymianą zdań między rodzeństwem, chociaż miał wrażenie, że jego pierwotne odczucia względem Chena były trafne. — A autem nie ma co się zachwycać, jest z leasingu, więc właściwie należy do banku — wzruszył lekko ramionami, bo chociaż nie kłamał, nie wspomniał też, że był to w zasadzie jego samochód służbowy, a właścicielem firmy, w której pracował, był jego ojciec. To nie tak, że miał kompleks bogatego dzieciaka, któremu wszystko podano na tacy – w zasadzie tak było, więc czemu miałby się tego wstydzić? Bo nie pozwalał się porwać powszechnej kulturze dorobienia się samemu? Czy ktoś, kto – tak jak on – dostałby taką szansę od losu, zrezygnowałby z niej tylko po to, aby pokazać, że potrafi sam? Nawet jeżeli, to według Ivana było to nie tyle honorowe, co zwyczajnie głupie i taką decyzję mógł podjąć jedynie bogaty dzieciak z funduszem powierniczym.
      — Mei-Mei, a jak się poznaliście? Czemu nie opowiadałaś o Ivanie wcześniej? —spytała Suyin, wyjątkowo wlepiając swoje spojrzenie w córkę, na chwilę odrywając je od Rosjanina.

      Ivan🥢👀

      Usuń
  17. Ivan częściej przemilczał prawdę, niż kłamał tak jak teraz – w żywe oczy. Jako prawnikowi, wielokrotnie było mu bardziej na rękę siedzieć cicho, niż odpowiadać na niewygodne pytania, a gdy był zmuszony do odpowiedzi, to kluczył tak jak teraz, przemykając między półprawdami i niedopowiedzeniami. W rzeczywistości nie skłamał nawet o tym, jak długo się znali, bo prawdą było to, że mama Mei wyglądała bardzo młodo, była miła i miała piękne kwiaty. Tak samo prawdą były jego marne umiejętności kulinarne, chociaż popisowe dania robił wybitnie i nie kłamał, mówiąc o wspólnym kierunku – w końcu obojgu im zależało na pozbyciu się odpadów. A teraz, Ivan sam nie wiedział czemu, ale chciał się chociaż przyzwoicie sprawdzić w roli udawanego chłopaka, czując większą presję ze strony Suyin, niż samej Mei-Mei, która wręcz wydawała się niezadowolona z jego starań.
    Ivan nie dbał o to, czy widział życie Mei w korzystnym, czy też niekorzystnym świetle. Dbał za to o to, że chociaż sytuacja była niekomfortowa, to jej rodzina była miła, co w jego otoczeniu było niecodzienne. To, czym zajmowała się Lavender też nie stanowiło dla niego większego problemu, przynajmniej na etapie udawanego chłopaka, bo gdyby był jej partnerem, z całą pewnością zainteresowałby się, czemu to robi. Ryzykowała. On dzisiaj ryzykował, nie z własnej woli, więc podejrzewał, że i nie robiła tego bez powodu – czemu? Tego chciał się dowiedzieć, ale widząc nieufność dziewczyny i to, że przypominała mu teraz zwierzę zapędzone w kozi róg, wiedział, że nie będzie to łatwe. Spotkanie, które początkowo było dla niego zabawne, teraz wydawało się być coraz bardziej dla Mei niekomfortowe i chociaż on sam, wciąż był nieco całą sytuacją rozbawiony, zaczynał czuć ciążące jej uczucia. Zakłopotanie? Zażenowanie? Nie wiedział.
    — Nie widzę nic złego w byciu nudnym — rzucił pewnie Ivan, nie dodając przy tym nic więcej, by nie obrazić przypadkiem nie tylko Chena, ale też całej rodziny Mei. W końcu to, że w jego odczuciu Chen był zwyczajnie śliski nie zmieniało tego, że był bratem Mei, a on jedynie obcym, który pochłaniał przy ich stole niezdrowe ilości ryżu, warzyw i wołowiny. Jeśli Mei kiedykolwiek ugotowałby mu coś takiego, nosiłby ją na rękach, ba! Nosiłby teraz jej matkę, gdyby nie to, że obok siedział ojciec.
    Na słowa o intercyzie nic nie powiedział, bo w reakcji wyręczyła do Suyin, dokładając mu następną porcję, chociaż starał się zakryć swój talerz dłonią. Drobna Chinka roztaczała wokół siebie jednak taką samą aurę, jaką miała jego matka, więc nie opierał się zbytnio, za bardzo bojąc się monologu, który chyba każdej matce przychodził z wiekiem – o ile była to jedna z tych mam, którym zależało na szczęściu dzieci. A Suyin zależało i to chyba bardzo, bo takie rzeczy było łatwo zauważyć. Chociażby po tym, że chyba próbowała utuczyć Ivana do tego stopnia, żeby przypadkiem nie miał siły wyjść z tego domu o własnych siłach.
    Za dzisiejszą akcję, to te same paragrafy, które miała Lavender, mógł przytoczyć i sobie – w końcu nawet w mieszkaniu starał się jej pomóc; w przeciwieństwie do niej, wiedział także dokładnie, gdzie znajduje się winowajca całego bałaganu.
    Z lekkim uśmiechem przysłuchiwał się, jak tym razem to Mei musi wybrnąć z niewygodnego pytania zadanego przez jej mamę; uśmiech ten jedynie się poszerzył, gdy wspomniała o tym, jak poznali się przez pracę, ale było to jedynie na krótką chwilę – w końcu nie powinien był się zdradzać z tym, jak to w ich przypadku brzmiało. Sprawnie nabrał w pałeczki ryżu i warzyw, starając się brać możliwie małe kęsy, by przypadkiem matka Mei znowu nie dołożyła mu następnej porcji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skapitulował przy trzeciej porcji, mówiąc Pani Wong wprost, że nie ma nawet mowy o tym, by udało mu się wcisnąć w siebie cokolwiek. Poddał się także wtedy, gdy kobieta zapakowała mu jedzenie, którym wiedział, że dzisiejszego wieczora podzieli się z matką, bo miał do niej zamiar podjechać w drodze do domu. Olga mieszkała w zasadzie w połowie drogi między Chinatown, więc było całkiem możliwe, że nie będzie musiała nawet odgrzewać obiadu… Tylko jak jej wytłumaczy jego pochodzenie?
      Wyszedł za Mei, wcześniej nieco niezgrabnie wsuwając buty i poprawiając rękawy koszuli, która podwinięta, wydawała mu się bardziej pasować do ciepłej atmosfery panującej w domu Wong. Na tyle, na ile tylko Suyin pozwoliła mu to zrobił, na tyle starał się pomóc przy sprzątaniu ze stołu, ale w tym również przypominała dobrą gospodynię – jako gość czuł się bardzo dobrze zaopiekowany.
      Poprawił marynarkę, zapinając górny z guzików, bo chłodne powietrze nieprzyjemnie zaczęło wciskać się przez koszulę, wyjątkowo boleśnie atakując mocno rozgrzaną skórę. W domu Mei było ciepło, wręcz gorąco w porównaniu z tym, co czekało ich na zewnątrz. Mężczyzna rozejrzał się i kątem oka zobaczył ruch za jedynym, małym okienkiem wychodzącym na ciemny zaułek – prawdopodobnie pozostałość po tym, jak obok nie stał jeszcze żaden budynek.
      Nachylił się lekko do dziewczyny tak, jakby miał zamiar pocałować ją w policzek, muskając jedynie palcami jej talię.
      — Twoja mama patrzy… — wyjaśnił cicho, ciepłym powietrzem omiatając jej ucho i szyję. Poczuł także jej zapach, który mocno go zaskoczył, bo spodziewał się… Zapachu detergentów? Może jakiś perfumowanych, pogrzebowych kwiatów? Pamiętał, że jak jego matka dorabiała sobie jako sprzątaczka, zawsze pachniała sztuczną cytryną, tymczasem Mei pachniała przyjemnie, ciepło. Aż zbyt miło.
      Niespiesznie się od niej odsunął z błyskiem w oku i nonszalanckim uśmiechem uniósł lekko brwi.
      — Nie ma za co, mała. Do zobaczenia jutro — rzucił na odchodne, nie mówiąc przy tym nic więcej, ani nie tłumacząc, czemu mają się spotkać już nazajutrz. W końcu nie powiedział jej, że ma zamiar jutro odstawić vana wprost pod jej drzwi.

      Ivan 🚚🥡

      Usuń
  18. Niedługo po nich do pomieszczenia zeszła się pozostała trójka graczy. Chen przywitał się z mężczyznami, których najwidoczniej musiał znać, a przynajmniej kojarzyć. Ian się przedstawił, samym imieniem. Nie podał nazwiska i nikt nie wymagał od niego, aby to zrobił. Prawdopodobnie widzieli się pierwszy i ostatni raz, bo Ian nie sądził, by istniała taka siła, która miałaby go zmusić do ponownego postawienia stopy w tym miejscu.
    Nie chadzał do takich lokali, odkąd nie musiał. Bo bywał w takowych często, kiedy dopiero zaczynał handlować. Jako dziewiętnastolatek obskakiwał z towarem najgorsze speluny, bo to najgorsze speluny przyciągały klientów, którzy byli zainteresowani jego towarem, aczkolwiek to nie tak, że w lepszych lokalach nie można było natknąć się na ćpuna. Przeciwnie. Ćpali wszyscy. Smakujące życia nastolatki, chcący nieco to życie podkoloryzować bezdomni, a także ci, którym to życie nadto ciążyło na barkach – lekarze, biznesmeni, politycy i pastorowie.
    Tak, Ian miał kiedyś jednego klienta, pastora. Facet był krótko po pięćdziesiątce, miał żonę i troje dzieci, a pod sobą niedużą parafię. Twierdził, że wszystko jest dla ludzi, jeśli potrafiło zachować się umiar i trzeba było przyznać, że on ten umiar zachowywał. Ian bywał u niego raz w miesiącu, z pięcioma gramami koksu i trwało to osiem miesięcy, aż pastor więcej nie napisał. Hunt nie pofatygował się, aby sprawdzić, co się stało. Nigdy tego nie robił. Zachował jednak numer telefonu. Jego książka kontaktów na karcie przypisanej do numeru dilera pękała w szwach i Ian co jakiś czas musiał czyścić pamięć, ale numer pastora nadal tam tkwił.
    Nim choćby rozłożyli żetony, do pokoju weszła skąpo ubrana kelnerka. Miała na sobie skórzaną miniówkę i opinający piersi gorset, na nogach ciężkie buciory na wysokiej koturnie. Musiało jej być cholernie niewygodnie, ale nie wyglądała na niezadowoloną. Zebrała zamówienia, dopytując aż dwukrotnie, czy Ian na pewno chce tylko colę, a kiedy zrozumiała, że to nie był z jego strony kiepski żart, wycofała się. Kiedy wróciła, by rozstawić szklanki na blacie przykrytym zielonym płótnem, które lata świetności miało za sobą, bo było wypłowiałe, poplamione i w niektórych miejscach pozaciągane, ten z ostrą twarzą rozdawał karty.
    Gra toczyła się spokojnie. Początkowo we względnej ciszy, która jednak stopniowo gasła, zagłuszana zarówno przez dźwięki płynące z części lokalu za dzielącą korytarz kotarą, jak i zaczątki rozmowy, bo lejący się z litrowej butelki do szklanek alkohol rozwiązywał języki.
    Ian nie mówił wiele, w zasadzie, nie mówił nic. Czasem tylko uśmiechnął się słabo w odpowiedzi na jakiś, również słaby, rzucony żart. Kupka żetonów przed nim nie malała, ale też nie powiększała się w zastraszającym tempie. Rosła, powoli, acz konsekwentnie. Wygrał kilka kolejek, kilka przegrał. Zachowywał ostrożność, początkowo tylko obserwował, kto jak gra, kto lubi blefować, a kto nadto ryzykować.
    Siedzący obok Wong z kolei grał tak, jakby jutra miało nie być. Jakby wpisowe wynosiło dwadzieścia, a nie dwadzieścia tysięcy dolarów, przez co łatwo było policzyć, że stawka dzisiejszej gry była wysoka. Ian nie pytał, skąd Chen dysponował taką kwotą, ani nie przejmował się jego stylem gry, bo niby dlaczego miałoby go to obchodzić? Byli tylko znajomymi od pokera, a takie znajomości, choć bywały intensywne, zazwyczaj trwały krótko.
    W zasadzie, wieczór powoli przechodzący w noc, zapowiadał się spokojnie. Aż nagle, zupełnie niespodziewanie, ten spokój został zaburzony.
    Ian popatrzył wprost na Chinkę, która jak tornado wpadła do pomieszczenia i wyhamowała tuż przy Wongu. Aby dobrze ją widzieć, Hunt musiał lekko odsunąć krzesło i przekręcić tułów, a także głowę, którą w dodatku zadarł, przez co jego mięśnie napięły się nieprzyjemnie, ale ciekawość wzięła górę. Śledził toczącą się wartko wymianę nie tyle zdań, co często półsłówek, skacząc wzrokiem pomiędzy zgromadzonymi, a jego spojrzenie padało na tego, kto akurat mówił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sam się nie wtrącał, jak to on, wolał śledzić bieg wydarzeń, zamiast brać w nich udział i przez to podparł policzek na dłoni, by było mu nieco wygodniej.
      Westchnął, kiedy jeden z mężczyzn w końcu się ruszył i doskoczył do dziewczyny. Nie porzucił obserwacji, wyglądał na znudzonego, a wyraz jego twarzy wyraźnie mówił po co to wszystko? Naprawdę, chce wam się? Jemu się nie chciało, dlatego póki mógł, siedział w tym samym miejscu, powoli dochodząc do wniosku, że najlepiej będzie po prostu się stąd ewakuować. Zrobiło się głośno i nieprzyjemnie, mógł oberwać rykoszetem, a nie uśmiechało mu się chodzić z obitą gębą. Ostatnio chodził z taką wystarczająco często.
      Zaczął się podnosić, kiedy trzymający siostrę Wonga facet nazwał ją dziwką i chyba to uruchomiła lawinę, która miała pochłonąć także Hunta.
      W ciasnym pomieszczeniu, wypełnionym teraz szóstką ludzi, już wcześniej było tłoczno, ale teraz zrobiło się w nim całkowicie gęsto od poruszających się niezbornie kończyn. Ian odepchnął od siebie mężczyznę, który ruszył w jego stronę, ale ten zdążył ucapić się palcami jego bluzy i pociągnął go za sobą. Hunt zaklął, lewą dłonią złapał za przegub tej ręki, którą facet go trzymał, by prawą wymierzyć cios prosto w jego szczękę. Napastnik nie puścił, ale nogi się pod nim ugięły. Dopiero, kiedy Ian poprawił uderzenie, zaciśnięte na jego bluzie palce poluźniły uchwyt i jęcząc, mężczyzna osunął się na podłogę, klinując się gdzieś między ścianą, a wywróconym krzesłem.
      Ian niekoniecznie chciał w tym starciu wybierać drużynę. Kiedy jednak wyprostował się, oddychając ciężko i potoczył wzrokiem po pokoju, odkrył, że od wyjścia dzieliło go rodzeństwo Wong, każde szarpiące się z którymś z pozostałych graczy.
      — Kurwa — westchnął, wywracając oczami, a że wyglądało na to, że siostra jego znajomego radziła sobie lepiej, niż on sam, to Ian ruszył ku niemu. Złapał za ramiona tego, który chyba próbował przydusić Chena i odciągnął go od niego, jednocześnie podcinając mu nogi i popychając na ścianę.
      — Wong, pomóż siostrze i spierdalamy stąd — zarządził, nim zgiął się w pół od ciosu w przeponę, którego zawczasu nie zauważył. — No już! — wydyszał, poczerwieniały na twarzy, niezdolny do nabrania powietrza, kiedy spostrzegł, że Chen stoi nieruchomo, jak zaczarowany i nie czekając, czy ten faktycznie wykona polecenie, wciąż zgięty, wpierdolił się w gościa, który go atakował.

      IAN HUNT 💥💥💥

      Usuń
  19. Bywał złośliwy, nawet trochę podły, ale nie zrobiłby tego Mei przy jej mamie – nie po tym, jak ta kobieta ugościła go w swoim domu, nakarmiła i była zwyczajnie miła. Tak, jak nie miałby większych oporów przed tym, by Lavender nieco podogryzać, podroczyć się, tak nie czuł, by był na to czas i miejsce – nie po tym dniu, który zmęczył go do tego stopnia, że wręcz nie mógł się doczekać, aż utnie sobie drzemkę na kanapie u swojej matki, kiedy w tle będzie lecieć rosyjska wersja “Wymiany żon”. Dotykając dłonią talii Mei nie wiedział jeszcze, że żadnej drzemki nie będzie, bo w głowie wciąż będzie słyszał jej głos, czuł krzywiznę jej talii pod dłonią i zdołał zapamiętać jej zapach, nie mając przy tym pojęcia, czemu ten zdawał się wręcz wgryźć w jego pamięć.
    Patrzył na nią z góry bez słowa, pozwalając, by na twarzy zagościł mu lekki półuśmiech, który nie mógł mówić o niczym innym niż o lekkim rozbawieniu sytuacją, w której się znaleźli. A właściwie, w której się znajdował, bo Mei nie wyglądała, jakby było jej do śmiechu, który on z trudem powstrzymał, gdy mu zagroziła wybiciem zębów. Na drugą groźbę zareagował jednak inaczej, bo wyzbył się najmniejszych nawet śladów rozbawienia. Nachylił się do niej, nie przerywając kontaktu wzrokowego, schylając się tak, by przy niewielkiej odległości, która ich dzieliła, znaleźć się raptem kilka centymetrów od jej nosa.
    — Nie zrobię niczego, o co sama nie poprosisz, skoro tak chcesz — powiedział cicho i kiedy nakazała mu jechać, zrobił duży krok w tył i machnął do niej na pożegnanie ręką. — Trzymaj się… mała! — spojrzał na nią jeszcze przez ramię, gdy już wsiadał do samochodu i odjechał, z trudem powstrzymując się, by przez większość drogi zwyczajnie się do siebie nie uśmiechać.
    Resztę popołudnia spędził u matki, by wieczór poświęcić na pracę, siłownię i sesję w saunie, w trakcie której zastanawiał się, czy Mei da się zaprosić na kolację, czy jednak będzie musiał uskuteczniać jakieś podchody, do których najzwyczajniej w świecie nie przywykł. Miał przeczucie, że z Mei nie będzie tak łatwo, ale jednocześnie wychodził z założenia, że nic na siłę – jeśli dziewczyna nie była nim zainteresowana, to nie miał zamiaru za nią biegać. Nie był tego typu mężczyzną.
    Wstał niemal o świcie i zadzwonił do mechanika, gdy ten tylko otworzył swój zakład. Miał odstawić samochód Mei na miejsce, ale okazało się, że dopiero poranny kurier dowiózł mu jakąś potrzebną część i przez to doszło do opóźnienia, za które mechanik przeprosił Ivana, a Voronin wiedział, że będzie musiał przeprosić Mei. Jeśli intuicja go nie myliła, to dziewczyna prawdopodobnie sama po niego pojechała – nie miał pojęcia, co zamierzała zrobić z samochodem, któremu była w stanie pomóc jedynie laweta i mechanik, który dziwił się, że Ivan uparł się na naprawę auta. Niestety, specjalista orzekł, że samochód jeszcze trochę pojeździ, ale niezbyt długo, więc lepiej rozejrzeć się za czymś nowszym – mimo to, oprócz naprawienia rozrusznika, wymienił Mei wszystkie żarówki, sparciałą gumę, którą wyłożony był bagażnik, wyczyścił auto i nawet dodał zapachową choinkę, która denerwowała Ivana przez całą drogę, gdy tak dyndała z lusterka. Postanowił sam odstawić jej samochód pod dom, nie tylko dlatego, że chciał się z nią zobaczyć, ale też po to, żeby nieco przyspieszyć oddanie auta – w końcu było to jej narzędzie pracy, a mechanik z góry przekazał mu, że będzie mógł pojawić się z Chinatown dopiero po zakończonej zmianie. Do tej pory telefon Mei mógł zadzwonić już kilka razy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wysiadł z samochodu i pozwolił jej. Pozwolił jej wpaść w siebie, a później okładać pięściami i nie był za to zły na nią – bardziej na siebie, bo to, co miało być miłą niespodzianką, ułatwieniem jej w jakiś sposób życia, okazało się beznadziejnym pomysłem. Nie próbował się bronić, gdy wyzwała go od kretynów, ani wtedy, gdy powiedziała mu, że jest wielkim, rosyjskim kretynem, bo tak się czuł. Jak skończony, uprzywilejowany kretyn, który dopiero podjeżdżając pod dom pogrzebowy jej rodziców uzmysłowił sobie, że mógł przecież zadzwonić na firmowy telefon i dać jej znać, że zajął się tematem vana, by nie musiała się tym martwić. Zamiast tego, jadąc niemal z Brooklynu do Chinatown, przez całą drogę pluł sobie w brodę, że nie wziął od niej numeru.
      Odruchowo objął jej drobne ciało, gdy oparła swoje czoło o jego klatkę piersiową pozwalając, by uspokoiła w niej oddech – powstrzymał się jednak od pogłaskania jej po miękkich włosach, bo czuł, że mogłaby mu odgryźć rękę. Zamiast tego trwał nieruchomo, bojąc się samemu nawet odetchnąć, by dziewczyna ponownie nie wpadła w szał. Gdy tylko poczuł, że się odsuwa, momentalnie ją puścił, opuszczając ręce i dopiero wtedy zobaczył tak naprawdę, do jakiego stanu doprowadził Mei własną głupotą i poczuł, jak bardzo zabolał go widok jej łez. Nienawidził, kiedy kobiety płakały, ale jeszcze bardziej nienawidził, kiedy robiły to przez niego. W tamtej chwili on też za sobą nie przepadał, ale chociaż wiedział, że mógł załatwić sprawę lepiej, to zrobił to tak, jak umiał najlepiej i za to nie chciał czuć się winny.
      — Kluczyki od auta — powiedział cicho, wyciągając z kieszeni spodni wspomniane klucze i podał je Lavender.
      — Auto naprawione, powinno jeszcze trochę pojeździć… Masz wymieniony rozrusznik, naładowany akumulator i sprawdzone tarcze hamulcowe. Wymienili Ci też olej i nabili klimatyzację — wyrzucił, wymieniając to, co pamiętał z wymienionych przez mechanika rzeczy. Według niego taniej byłoby sprzedać samochód i kupić nowy, ale to przecież nie wchodziło w rachubę – nie na tym etapie ich znajomości, jeśli kiedykolwiek, bo patrząc na Mei, nie miał pojęcia, czy będzie jakikolwiek następny etap. Nie miał pojęcia, co powinien zrobić, bo to, na co miał ochotę, raczej nie było tym, czego chciałaby dziewczyna, więc zamiast tego wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki metalowy wizytownik, z którego podał jej kartonik. — Gdyby cokolwiek było nie tak z wozem… Albo tak ogólnie, to zadzwoń — powiedział po prostu i zrobił krok w tył, jasno dając jej tym znak, że nie ma zamiaru dłużej zawracać jej głowy.

      Ivan Voronin 🔧🚐

      Usuń
  20. Patrzył na nią ze świadomością, że prawdopodobnie widzi przed sobą jedną z najtwardszych kobiet, jakie spotkał w życiu – nie dlatego, że dzień wcześniej odgrażała mu się w zaułku, po tym, jak wyświadczył jej przysługę udając jej chłopaka. Powodem nie było też to, że dzisiaj bez skrępowania wyładowała na nim swój szał, bijąc pięściami w jego pierś i zdając się nawet przez chwilę nie zastanawiać nad tym, że jest od niej znacznie większy. W jego oczach była twarda, bo dzień wcześniej widział, jak na kolanach zmywa krew z podłogi, a później, jak gdyby nigdy nic siada przy rodzinnym stole, je obiad i potrafi zostawić to całe gówno na chwilę gdzieś obok. Odseparować od siebie syf, który się do niej przykleił, a który jego samego truł od wczorajszego południa i wciąż siedział w głowie. Nie był strachliwy, nie bał się konsekwencji, ale tego, że jeśli częściej będzie stawiany w takich sytuacjach, to staną się one dla niego czymś normalnym, oswojonym – nie chciał być człowiekiem, dla którego zakrwawiona twarz ofiary, krew, włosy i zgubione zęby będą czymś powszechnym. Nie po to z całych sił starał się trzymać od tego z daleka, chociaż teraz… Patrząc na drobną dziewczynę przed sobą, zastanawiał się, czy i tak w jakiś sposób nie wszedł w to mimowolnie.
    — Nie. Ja nie umiem zrobić klimatyzacji, ale mechanik umie i to zrobił. Odgrzybił ją i nabił czynnika chłodzącego, żebyś nie miała sauny latem… Chyba, że lubisz ciepło, to nie musisz jej włączać — wzruszył niby od niechcenia ramionami, nie mówiąc nic na temat tego, jak mechanik powiedział mu, że auto prawdopodobnie szybciej wyzionie ducha, niż doczeka kolejnej wymiany oleju. Mei przecież doskonale o tym wiedziała, tylko liczyła pewnie, że to jeszcze nie teraz, że jeszcze starczy na trochę. Pamiętał historie swojej mamy, która opowiadała mu o dorastaniu w czasach, które on sam znał jedynie z lekcji historii i filmów, które bawiły swoją absurdalnością, dopóki nie było się świadomym, że to dokumenty, nie filmy komediowe.
    — Potraktuj to jako napiwek, za dobrze wykonaną wczoraj pracę, bardzo dobry obiad u twojej mamy i dwie porcje na wynos. Moja mama była zachwycona wołowiną — odpowiedział, bo chociaż wydał kilkaset dolarów u mechanika, to nie zamierzał zgadzać się na oddawanie mu pieniędzy. Zgadywał też, że gdyby nazwał to prezentem, to mogłaby pomyśleć, że idą za tym jakieś oczekiwania, chęć wykorzystania jej położenia – prezenty od obcych ludzi rzadko były bezinteresowne i Ivan doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Napiwek był za coś, nie był czymś darmowym czy czymś, za co powinna się odwdzięczyć – to w końcu on dziękował jej, starając się, by przypadkiem nie pozwoliła sobie myśleć, że jest inaczej. Dla niego te kilkaset dolarów było nieco droższą kolacją, a dla niej… Widząc jej łzy w oczach domyślał się, że znaczyło to znacznie więcej.
    Widząc z jaką ostrożnością obeszła się z jego wizytówką, uśmiechnął się w duchu uznając to za dobry znak, że może kiedyś będzie chciała się z nim skontaktować; szczerze liczył, że będzie to prędzej, niż później, ale nie miał zamiaru naciskać.
    — Wizytówkę możesz sobie zostawić, nie była taka droga — nie mógł się powstrzymać od tego komentarza, unosząc kąciki ust, zadowolony ze swojego nieśmiesznego żartu i już miał się wycofywać, gdy złapała go za rękaw. Spojrzał na nią zaskoczony, zatrzymując się w miejscu i cierpliwie czekał, pozwalając jej zebrać myśli; wolałby, gdyby spojrzała na niego, zamiast na jego buty, ale nie musiał na to długo czekać. Z zadowoleniem zauważył, że po łzach niemal nie było na jej buzi śladu, ale z trudem ukrył, że swoim dogryzaniem Mei wbiła mu szpileczkę, prawdopodobnie całkowicie tego nieświadoma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie masz za co, Mei-Mei — odpowiedział łagodnie i spojrzał na zegarek, gdy zaproponowała, aby wszedł na herbatę, chociaż równie dobrze mogła go zaprosić na szklankę nowojorskiej deszczówki i byłby równie zachwycony. Miał ochotę odpowiedzieć jej, że bogacze piją jedynie łzy nieszczęśliwych i ubogich, ale ugryzł się w porę w język, nie mając pojęcia, czy kąśliwe poczucie humoru było czymś, co Mei przypadłoby w tej chwili do gustu. Zamiast tego pokręcił głową.
      — Nie dam rady. Mam za dwie godziny lot, a muszę jeszcze przedostać się na lotnisko. Zamiast tego… Przyjadę po Ciebie w sobotę o pierwszej, tylko ubierz się wygodnie — powiedział, uśmiechając się przy tym lekko. — Jeśli coś by Ci wypadło, to masz do mnie numer, mała! — powiedział głośno i najpierw pomachał w stronę okna, do podglądającej ich matki Mei, a następnie skinął głową Mei. Odwrócił się do niej plecami i szybkim krokiem skierował się w stronę metra.

      Ivan Voronin ✈️🚆

      Usuń
  21. — W różnych. Dwie przecznice stąd jest świetna buda z dim sum’ami — mrugnął do niej, wciąż uśmiechając się przy tym półgębkiem. Odpowiedź na komentarz o wizytówce postanowił zignorować, bo chociaż brzmiał on tak, jakby Mei chciała mu cokolwiek oddawać, to on nie miał zamiaru tego przyjmować. Obojętne, czy miałyby być to pieniądze, czy zgoda na randkę – wychodził z założenia, że Mei zgodzi się nie z poczucia obowiązku, a ze zwykłej ciekawości. Gdyby jednak postanowiła odmówić, pewnie podjąłby jeszcze jedną próbę wyciągnięcia jej gdziekolwiek, po której odpuściłby, gdyby ta okazała się być nieudana.
    Nie gustował ani w biednych, chudych Chinkach, ani w pięknych modelkach, ani w bizneswoman. Wygląd był dla niego oczywiście ważny, ale tak samo jak status majątkowy, nie stanowił dla niego wartości nadrzędnej. Chodziło bardziej o nieuchwytne coś, co ciężko było nazwać i w prosty sposób zdefiniować, a co Mei miała z całą pewnością; właściwie, to nigdy nie szukał partnerki, nie czując się w życiu samotnym wiedział, że takie rzeczy przychodzą same i chociaż łatwiej byłoby mu postrzegać Lavender jako przyjemną, potencjalną opcję na jedną noc, to szansa na to przepadła. Przepadła z chwilą, gdy usiadł z jej rodziną przy jednym stole i jako niemal anonimowa, obca osoba, nagle pokazała mu intymność domowego ogniska, uchylając tym samym bramę do muru, którym się otoczyła. To, co zdawało mu się, że zdążył zauważyć nie tylko zwyczajnie go zaciekawiło, ale zainteresowało do tego stopnia, że nie tylko postanowił spróbować i zaprosić na randkę Mei – chciał ją do siebie przekonać, bo sam chciał ją poznać. To było jedyne, na czym mu zależało i czego w rzeczywistości od niej chciał. Szansy.
    Zdecydował się na wyjście w piątkowy wieczór tylko i wyłącznie dlatego, że do miasta przyjechała jego siostra, więc ich wspólny znajomy Gabor bardzo chciał pokazać im klub, który kilka tygodni wcześniej otworzył jego kuzyn. Gdyby nie to, że chciał się zobaczyć z bliskimi znajomymi, wcale nie wyszedł by tego wieczora. Stanowczo wolał spędzić go na odpoczynku, może poczytałby książkę, albo obejrzał jakiś program w telewizji – w ostatnim czasie podczas kolacji czas umilali mu “Dmuchacze szkła” i chociaż nikomu by się do tego nie przyznał, to bardzo chciał poznać w końcu zwycięzce pierwszego sezonu. To, że program miał już kilka lat niewiele go interesowało.
    W zasadzie, to miał już wychodzić – zobaczył się z tymi, z którymi chciał spędzić czas, a od rana chciał zrobić krótki trening i trochę poprawcować. Dobrze pamiętał, że umówił się z Mei na trzynastą, nie chciał być wczorajszy, ani tym bardziej spóźniony; po towarzystwie widział zaś, że gdyby został trochę dłużej, jego noc mogłaby się przerodzić w dzień szybciej, niż zdążyłby się nad tym zastanowić.
    Ivan wyglądał właściwie zawsze podobnie, jakby jego ubiór był przedłużeniem jego samego. W szafie miał właściwie trzy kolory ubrań: biały, szary i czarny, a wszystko to, na zakup czego przekonała go Lera lub matka, trzymał z tyłu mebla, często zapominając o istnieniu czy beżowego, lnianego garnituru, czy to znowu koszulki z nadrukami. Wcale nie przeszkadzało mu, że przy swoich znajomych, wyglądających jakby wyszli z sesji zdjęciowej o streetwearze , wyglądał jak ten jeden dorosły, który miał ich pilnować – jako jedyny nie miał kolczyka nigdzie, niż w uchu, miał prostą (chociaż wpisującą się nieźle w ich styl) fryzurę i nudne, czarne spodnie, zwykły czarny t-shirt z grubej bawełny i skórzaną kurtkę. Przez krótkie martensy bardziej wpisywał się w estetykę skinheadów, niż bogatych, młodych przedsiębiorców, ale niespecjalnie się tym przejmował, gdy wychodził na ostatniego tej nocy papierosa, po którym miał udać się do domu. Odprowadzić go postanowił Gabor, który tuż obok niego rozmawiał przez telefon przyłożony do jednego ucha, drugie zatykając sobie palcem, by lepiej słyszeć rozmówcę po drugiej stronie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie zapalił, gdy kątem oka dostrzegł drobną sylwetkę, zakończoną długimi, gęstymi, czarnymi włosami, które w zasadzie mogły należeć do każdego. Już miał zignorować podobieństwo dziewczyny do kogoś, kogo nie tak dawno poznał, kiedy Mei wyprostowała się i zaciągnęła papierosem, początkowo chyba nie wyczuwając na sobie jego spojrzenia. Uśmiechnął się lekko, kiedy dziewczyna obróciła głowę i wtedy już wiedział, że jego plany uległy zmianie, bo nie istniała żadna siła, która odciągnęła by go od zamiaru podejścia do niej. Fakt, że nie stała sama wcale mu nie przeszkadzał, gdy przebijał się do niej przez tłum, ani wtedy, gdy nonszalancko oparł rękę na ścianie, zaraz obok jej głowy.
      — Cześć mała, przedstawisz mnie koledze? — zapytał, wyzywająco patrząc na znacznie niższego od niego Chińczyka, po czym opuścił rękę i podał mu dłoń. — Ivan, chłopak Mei — mina Daniela była bezcenna, bo z początkowego zdziwienia, przeszła w poirytowanie i ponownie w zdziwienie podszyte pewnego rodzaju niepewnością, która towarzyszyła każdej osobie, która próbowała zmierzyć samym spojrzeniem, czy ma z kimś szansę. Ivan dobrze znał ten wzrok, bo on przez krótką chwilę sam oceniał tak Daniela, szybko uświadamiając sobie, że raczej miał z nim niewielkie szanse. Może Ivan nie był ogromny – raczej był smukłej budowy, ale wiedział ile ma siły i przede wszystkim - wzrostu.
      Gdy niski mężczyzna uścisnął mu rękę, Ivan niemal natychmiast przeniósł ją na ramiona dziewczyny, obejmując ją niby od niechcenia, chociaż całe ciało Ivana zdawało się wręcz prosić o to, by przypadkiem tego kontaktu nie przerywał.
      — Czego się napijesz jak skończymy palić? — zapytał się, nachylając się w jej kierunku tak, by Danny ich nie usłyszał, bo dla Ivana rozmowa z mężczyzną była już dawno zakończona.

      Ivan Voronin 🚬🍹

      Usuń