Wycieraczki miarowo zgarniają z szyby rzadkie krople deszczu, a przed Tobą rozpościera się ocean czerwonych i białych świateł. Jedną ręką luźno kontrolujesz kierownicę, drugą unosisz do ust, by wziąć ostatni, głęboki łyk dymu z dopalającego się papierosa. Przedzierasz się przez nocną gęstwinę, a przed Twoimi oczami wyrasta on – potężny, rozświetlony milionem punktów Nowy Jork. Z głośników uderza bezkompromisowy, surowy riff gitarowy. Jon Bon Jovi z charakterystyczną chrypą wyrzuca z siebie słowa:
Shot through the heart, and you're to blame...
Uśmiechasz się blado pod nosem. Ten tekst uderza dziś dziwnie znajomo. Postrzał prosto w serce. Przez długi czas myślałeś, że z takiej rany się nie wychodzi. Ta miłość – ta, która miała być na całe życie, pisać scenariusze i przenosić góry – okazała się jedynie perfekcyjnie utkanym pasmem iluzji. Obietnice były jak ten dym, który właśnie wypuszczasz przez uchylone okno: gęste na początku, a potem znikające bez śladu przy pierwszym silniejszym podmuchu rzeczywistości.
You give love a bad name – krzyczy wokalista, a Ty czujesz, jak te słowa ostatecznie tracą nad Tobą władzę.
Bo już nie czujesz żalu. Ten toksyczny jad w końcu wywietrzał. Już nie jesteś czarną owcą rodziny. Już nie jesteś chłopakiem, który uciekł na pięć długich lat do Europy, by zaszyć się w Finlandii – surowych, zimnych, rodzinnych stronach Twojego ojca. Mimo wszystko wyszło Ci to na dobre. Potrzebowałeś tego skandynawskiego chłodu, bieli śniegu i nieskończonych lasów, żeby uciszyć pożar, który palił Cię od środka. Tam się wyszumiałeś. Tam przetrawiłeś każdą nieprzespaną noc, kiedy sufit zdawał się walić na klatkę piersiową, i tam w końcu wyciszyłeś ten rozrywający krzyk w głowie.
Dzisiaj jesteś już kimś zupełnie innym.
Masz 34 lata. Jesteś poukładanym, szanowanym lekarzem, który ratuje ludzkie życie i potrafi chłodno oceniać sytuację w momentach największego kryzysu. Ten dawny, młodzieńczy, buntowniczy styl bycia? Pogrzebałeś go głęboko. Skórzaną kurtkę i wieczny gniew zamieniłeś na stetoskop, profesjonalizm i wewnętrzny spokój. Kiedy patrzysz w lusterko widzisz dojrzałego mężczyznę, który wie kim jest. Składanie siebie na nowo w mroźnych zakątkach Finlandii zadziałało. Piosenka powoli dobiega końca, a Nowy Jork wciąga Cię w swoje rozjarzone arterie. Czas na nowy rozdział. Zaciskasz mocniej palce na skórzanej kierownicy, czując pod dłonią pewność i kontrolę, jakiej nie miałeś nigdy wcześniej. Twoje oczy błyszczą w świetle neonów. Wciskasz gaz.
Wróciłeś.
---------------------
Cześć!

[No cześć, hej!
OdpowiedzUsuńMikael wydaje się kimś, kto ma w sobie tyle, że pewnie długo by zajęło, aby odkryć to wszystko! Dobrze jednak, że składanie siebie na nowo zadziałało i że obecnie wie, kim jest :D Dobrych lekarzy nigdy nie za wiele!
Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych udanych wąciszy! A w razie chęci, cóż, zapraszam do którejś z moich dziewczyn. Może uda nam się coś wymyślić :D]
Vasilisa Dragunova & Lavender Wong
[ Hej!
OdpowiedzUsuńCiekawy pan ci wyszedł. Oby ten pobyt w Nowym Jorku był lepszy i nie wymagał kolejnego i wyjazdu i "składania". :D
Widzę troszkę podobieństw z moim panem, zwłaszcza z byciem owcą. Choć, u Nathaniela to tylko w oczah jego rodziców.
Dużo dobrej zabawy, ciekawych wątków i weny!
A w razie chęci - zapraszam do siebie. ]
Nathaniel
Nie możemy się doczekać ponownego spotkania
OdpowiedzUsuń🌸
[Cześć, miło widzieć gdy wena dopisuje autorom i pojawiają się kolejne postaci :) Widzę tu dużo sentymentu i dojrzałości, ale tak w kościach czuję, że stara miłość nie rdzewieje i jeszcze zagra tu odpowiednie nutki! Bawcie się dobrze z panem doktorem :D ]
OdpowiedzUsuńEmma/Lily
Pierwsze, co poczuła to… dźwięk. Pulsujący, irytująco stały dźwięk. Szmer materiałów, stłumiony odgłos rozmów odbywających się gdzieś w tle. Miękkie kroki, odbijające się od szpitalnej wykładziny. Następnie poczuła zapach. Czysty, sterylny. Nieco duszący, zbyt chemiczny. Zbyt znajomy. Nie lubiła szpitali. Nie po tym wszystkim, co przeszła. Nie po tych nocach, które spędziła wpatrując się w sufit, czując dokładnie ten sam zapach.
OdpowiedzUsuńDomyślała się, co mogło się wydarzyć. Przesadziła. Znowu doprowadziła się do stanu, w którym dostarczała za mało snu, za dużo kawy, za mało jedzenia, zbyt wiele godzin spędzonych pochyloną nad rękopisem, nad którym pracowała dla muzeum. Miała ograniczony czas, wystawa miała odbyć się za dwa tygodnie i ten termin był stały. Za mało czasu, za dużo pracy. Musiała poświęcić coś więcej niż kilka dodatkowych godzin… musiała poświęcić siebie. Tak naprawdę odpowiadało jej to. Miała wymówkę od wszystkiego, której nikt nie negował. Nikt niczego od niej nie wymagał, gdy miała pracę do zrobienia.
Lubiła ten czas. Bycie tylko ze sobą. Mogłoby się wydawać, że minęło już dużo czasu, że powinna ruszyć w końcu naprzód, ale wszystko wciąż wydawało jej się tak świeże…
A praca pomagała uciszyć nieznośne myśli, które mimo upływu czasu, wciąż były głośne. Za głośne.
Praca pomagała to wszystko uciszyć, dopóki ciało brutalnie nie dawało znać, że powinna zrobić przerwę. Dokładnie tak, jak teraz…
Usłyszała głosy coraz bliżej siebie. Wciąż wydawały się stłumione, jakby dochodziły do niej zza grubej ściany. Ktoś mówił coś o ciśnieniu, o zmęczeniu. Słyszała całą rozmowę, ale chociaż chciała, czuła, że nie ma siły na odezwanie się. Jakby ciało wciąż dawało jej znać, że ma nadal się regenerować.
Ale wtedy usłyszała inny głos. Niższy. Spokojniejszy. Wręcz zbyt spokojny. Zbyt znajomy. Coś w niej drgnęło. Ciało od razu rozpoznało, do kogo należy głos. Ona sama potrzebowała chwili, aby zrozumieć. To było jak pierwotny instynkt, a nie logiczne rozpoznanie. Jak mięsień, który pamięta ruch, którego nie wykonywało się przez lata.
Beth zmarszczyła lekko brwi, serce uderzyło nierówno. Nie… to wydawało się niemożliwe. Pięć lat. Przez pięć lat nie mieli żadnego kontaktu, wiedziała, że nie ma go w Nowym Jorku. Nie próbowała go szukać, kiedy dowiedziała się, że wyjechał. Miała wrażenie, że jej umysł zmienił się w kalejdoskop. Wspomnienia. Jedno za drugim. Zmieniające się obrazy, za którymi nie mogła nadążyć.
Był za blisko. Za blisko, za blisko.
Czy pani mnie słyszy, sprawiło, że zabrakło jej powietrza. Ten irytujący, pulsujący dźwięk, który dotarł do niej jako pierwszy, teraz stał się głośniejszy, szybszy. Jakby jej serce chciało wyskoczyć z piersi.
Nie mogła otworzyć oczu. Nie mogła mu odpowiedzieć, chociaż doskonale, wyraźnie słyszała każde słowo, które wypowiedział. Jego głos sprawiał, że zaschło jej w ustach jeszcze bardziej.
Poczuła nagłe mdłości. Nie z osłabienia. Z paniki. Jej oddech stał się płytszy. Nie była gotowa na takie spotkanie. Tak naprawdę nie była na żadne spotkanie z Mikaelem. I nigdy nie będzie na nie gotowa, tymczasem słyszała wyraźnie jego głos. Czuła jego zapach, przypominając sobie raz za razem jego dłonie, głos, sposób w jaki oddychał… jak przeczesywał włosy, jak przechylał głowę w bok, gdy zadawała mu pytania. Pamietała człowieka, przy którym czuła się bezpiecznie.
Ale teraz tego nie było.
— Słyszę — Wychrypiała najciszej, jak potrafiła, słabym głosem. Nie otwierając uparcie oczu, bojąc się, że gdy go zobaczy przed sobą, to stanie się rzeczywistością. Mikael stanie się prawdziwy.
Beth
Gdyby była w stanie przewidzieć dokąd zaprowadzi ją oddanie się pracy, zrobiłaby sobie przerwę. Oderwałaby się od stołu restauratorskiego i zamieniłaby jedną szybką kawę na jakiś równie szybki posiłek. Zrobiłaby sobie krótką drzemkę. Wyszłaby na głupi, dziesięciominutowy spacer. Gdyby tylko wiedziała, że w szpitalu spotka Mikaela, zrobiłaby wszystko, aby nie doprowadzić się do takiego stanu.
OdpowiedzUsuńChciałaby cofnąć czas, chociaż doskonale wiedziała, że to nie jest możliwe. I żałowała. Przeogromnie żałowała.
Jej świat przestał być cichy. A przecież właśnie dlatego, że pragnęła ciszy, tak bardzo oddała się pracy.
Cisza zamieniła się w Mikaela. We wspomnienia. W zapach świeżo zaparzonej kawy. W leniwe wieczory, gdy leżeli już w łóżku. On czytał podręczniki, a ona szkicowała jego profil, wpatrzony w zapisane drobnym drukiem strony.
Od pięciu lat nie była w stanie narysować portretu. Twarzy. Każdy rysunek za jaki się brała skupiał się na szczegółach lub sylwetce od tyłu. Gdy próbowała narysować twarz… zostawiała puste pole. Wyszarzała je. Nie była w stanie. Nie mogła się do tego zmusić.
Leżała nieruchomo, próbując ignorować jego obecność. Nieznośny ciężar, jaki nagle na niej osiadł. Bo Mikael to nie były tylko dobre wspomnienia.
To był ból. Rozpacz. Strach. Poczucie utraty bezpieczeństwa. Był wszystkim co kochała. Był całym jej światem, który przestał w nią wierzyć, który nie dał jej szansy na ponowne przedstawienie tego, co się stało… po czasie potrafiła to zrozumieć.
Analizowała sto razy tamte godziny. Nie. Więcej. Znacznie więcej. Próbowała zrozumieć, co się właściwie stało, a kiedy zrozumiała, że tamten zwyrodnialec ją zgwałcił… przez chwilę cieszyła się, że Mikael nie wiedział. Nie patrzył na nią z litością, współczuciem, żalem. Nie widział w niej ofiary. Nie widział tego wszystkiego, o czym tak bardzo chciała zapomnieć.
A później test ciążowy. Szybka decyzja. Cała medyczna procedura. Ból. Tak dużo bólu, z którym nie potrafiła sobie poradzić. Miała czuć się lepiej. Jej decyzje miały sprawić, że będzie w stanie ruszyć dalej.
Nie mogła.
Nie potrafiła.
Kiedy jego dłoń musnęła jej ramię, całe jej ciało się spięło. Nie zdążyła tego ukryć. Jedna sekunda, ale było za późno. Wiedziała, że mógł zauważyć. I znowu chciała cofnąć czas.
— Wczoraj — skłamała automatycznie, słysząc jego pytanie. Zmarszczyła jednak brwi, wiedząc, że nie powinna kłamać. Był lekarzem. Był tutaj jako lekarz i nikt więcej, nie jako ktoś bliski, kogo miała uspokoić — nie wiem — wyszeptała cicho — ja… nie pamiętam — szeptała wciąż zachrypniętym głosem — czy kawa się liczy?
Raz Beth. Raz pani. Raz się znają, raz są tylko obcymi sobie ludźmi. Ale nie byli obcy. Jej ciało go pamiętało i nienawidziła siebie za to. Miała pięć lat, aby nauczyć się żyć bez niego. Zapomnieć o nim. Ale… słysząc go, wiedziała, że te pięć lat było kłamstwem. Próbą przetrwania bez powietrza.
Zamrugała. Powoli otwierając oczy. Chciała go zobaczyć i jednocześnie nie chciała.
— Pracowałam — wyszeptała, decydując się na otwarcie oczu, ale od razu odwróciła wzrok od jego twarzy. Nie wiedział, że udało jej się otworzyć swoją pracownię, że spełniła marzenia, których matka nie potrafiła zrozumieć — ja… może czułam się trochę zmęczona. Ale gonią mnie terminy. Czasami… mam bóle migrenowe — ostatnio częściej, ale nie przyznała się do tego. Wiedziała skąd się brały. Z braku jedzenia, z przemęczenia, z bezsenności, z życia, które jak się okazuje, od pięciu lat nie umiało ruszyć dalej.
Postanowiła na niego spojrzeć. I to był błąd. Był starszy. Przystojniejszy. Nieco bardziej zmęczony być może. Ale oczy… oczy miał wciąż te same. A kiedy w nie spojrzała, pierwsza myśl jaka wpadła do jej głowy brzmiała następująco a co, jeżeli to dziecko, miałoby takie same oczy? Czy gdyby wtedy… czekałby na nią roześmiany czterolatek z jego spojrzeniem?.
W jednej chwili poczuła, jak zaciskają się jej płuca. Jakby ciężki łańcuch owinął się wokół nich. Czuła się tak, jakby się dusiła. Atak paniki sprawił, że otworzyła szeroko usta i łapczywie próbowała złapać oddech ratujący życie.
Beth
Była zawstydzona jego słowami. Miała świadomość, że zastępowanie snu i jedzenia kawą nie było dobrym pomysłem. Sposób w jaki to powiedział, sprawiał, że czuła się jedynie gorzej.
OdpowiedzUsuńTen lekarski, chłodny ton… nie powinna spodziewać się niczego innego. Nie powinna przede wszystkim oczekiwać niczego innego. Cokolwiek łączyło ich kiedyś… nie było tego teraz. Zostawił ją, skreślił. Wyrzucił ze swojego życia jak pierwszą lepszą, popsutą rzecz, ale przecież nie powinna się dziwić. Tak właśnie było. Była zepsuta.
A jego obecność była niebezpieczna. Bo przynosiła nie tylko wspomnienia. Przynosiła również jej stara wersje. Elizabeth.
Dziewczynę, która śmiała się za głośno. Dziewczynę, która wszędzie zostawiała swoje szkice.
Dziewczynę, której już nie było.
Kiedy zaczęła się dusić, wszystko stało się odległe. Rozmazane. Nierealne. Każdy dźwięk ponownie dochodził do niej jakby zza grubej ściany. Jakby znajdowała się pod wodą. Stłumiony.
Słyszała jego głos. Owszem. Ale każde jego słowo… docierał do niej. Wszystko inne było tak odległe, ale głos Mikaela, słyszała go. I to było w tym wszystkim najgorsze.
Bo to wszystko było przeszłością.
Nie było już jej i Mikaela. Nie było już przecież Elizabeth. Ona odeszła tamtej nocy.
Kiedy jej dotknął, spięła się cała. Zamiast się rozluźnić, tylko bardziej się zestresowała. Chociaż nigdy jej nie zranił, instynkt był silniejszy.
Ciało reagowało w błyskawicznym tempie.
Dotyk był czymś, czego nie lubiła.
Czymś co nasilało duszności.
Był niebezpieczeństwem.
Ale Mikael… on nie był niebezpieczny.
A wspomnienia tylko ją w tym uświadamiały.
Wspólne poranki. Ręce wsuwane pod sweter zimą. Dłoń na karku, gdy pogłębiali pocałunki.
Jego silne ramiona i wsparcie, które dostała po śmierci dziadka, gdy nie była w stanie zapanować nad łzami.
Weekendowe wyjazdy, podczas których robili piesze wycieczki, próbowali nowych smaków i z których przywozili najbardziej żenujące magnesy, jakie udało im się znaleźć.
W jednej chwili znienawidziła tę część siebie, która to wszystko pamiętała.
Nie chciała się koncentrować na jego słowach, ale zrobiła to. Zaczęła w końcu oddychać razem z nim, a ramiona w końcu zaczęły się rozluźniać.
Zacisnęła mocno powieki, gdy odezwał się do niej tym głosem.
Nie była pewna czy nie lepiej byłoby pozwolić na to, aby oddech ugrzązł. Żeby to wszystko skończyło się raz na zawsze. Żeby nigdy więcej takie niespodziewane spotkanie nie miało miejsca.
— Raz — wydusiła po chwili z siebie, próbując jednocześnie mówić i oddychać. Nie patrzeć więcej w jego oczy. Przeczekać to. Przetrwać do momentu, w którym będzie już po wszystkim. — Dwa — dodała — trzy… — jej oddech wciąż był drżący, płytki. Wiele brakowało do jego naturalności, ale zdecydowanie brunetka powoli wracała do siebie.
— Nie… mogę — wyszeptała cicho, panicznie zaciskając palce na białej pościeli. Nie mogła tu być. Nie z nim. Nie po tym wszystkim. — Chcę… chcę się wypisać… na żądanie — wyszeptała, mając bolesną świadomość, że jej stan był daleko od dobrego. Jednak każda kolejna minuta spędzona w towarzystwie Mikaela Virtanen sprawiała, że zamiast lepiej, czuła się jedynie gorzej. Gorzej niż zawsze. Zacisnęła mocno wargi, unikając za wszelką cenę jego spojrzenia. Wiedziała, że nie może sobie pozwolić na ponowny atak paniki — to… czasami się zdarza — mówiła — przywożą mnie, a później pozwalają wrócić, bo wyniki, są, dobre. Są dobre. Tym razem, zapewne, też — ciężko było jej wypowiadać kolejne słowa, gdy ucisk w klatce piersiowej wciąż był odczuwalny. Wiedziała jednak, że im dłużej będzie w jednej sali z Mikaelem, w jednym budynku, będzie tylko gorzej.
Beth
[Cześć!
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawa karta, a co za tym idzie - postać. Opis budzi wiele pytań o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. A przede wszystkim... czemu wrócił?
Życzę dobrej zabawy i gdybyś miała ochotę na wątek, to zapraszam do mojej Tonyi :)]
Miała wrażenie, że wszystko dzieje się jednocześnie za wolno i za szybko. Chciała mieć cały ten pobyt już za sobą, chciała stąd wyjść. Wrócić do siebie, zamknąć się w pracowni i pozwolić sobie na ponowne zatracenie. Wiedziała, że nie da sobie czasu na odpoczynek. Będzie musiała zająć czymś myśli i ręce, aby nie skupiać się na tym, że Mikael jest w Nowym Jorku, że znowu, po pięciu latach jest tak blisko. Blisko i daleko.
OdpowiedzUsuńNie spodziewała się, że spotkanie z Mikaelem sprawi, że trauma ponownie da o sobie boleśnie znać. Beth, co prawda, przez ten czas nigdy nie czuła się od niej wolna, ale… były lepsze i gorsze momenty. Miała wrażenie, że teraz będzie tylko gorzej.
Bo wspomnienia sprzed mieszały się ze wspomnieniami z podczas i tuż po. I to wszystko, cholernie mocno bolało.
Zwłaszcza, gdy odezwał się nagle jej pełnym imieniem.
Elizabeth.
Znowu coś drgnęło w niej boleśnie.
Dużo mocniej niż wtedy, za pierwszym razem.
Dlaczego, dlaczego, dlaczego to zrobił.
— Nigdy więcej nie mów do mnie Elizabeth — wychrypiała stanowczo.
Nie chciała już nigdy więcej być Elizabeth. Nie chciała być dziewczyną, która wierzyła w miłość. Dziewczyną, która uwielbiała się śmiać, rysować. Która snuła marzycielskie historie i plany… ale tylko po to, aby to inni podejmowali za nią decyzje. Te mniejsze i większe. Nieistotne i te cholernie, cholernie ważne. Naruszające jej granice, jej komfort, jej godność.
Beth odwróciła szybko głowę, nie chcąc, aby widział jej oczy. Chociaż trauma działała szybciej niż ciało. Każda czynność jaką wykonał Mikael, sprawiała, że była bardziej spięta. Kurczyła się w sobie, otwierając szerzej oczy, rozglądając się z wyraźnym przestrachem, jakby zaraz znowu miało wydarzyć się coś nieodwracalnego.
Serce biło nie równo, ramiona zesztywniały, a kiedy powiedział o silnych środkach na uspokojenie. Odwróciła głowę w jego stronę i wbiła w niego przestraszone spojrzenie.
— Nie — gdyby tylko miała więcej siły, warknęłaby ostro na niego — nie chcę.
Nie chciała być pozbawiona kontroli. Nie chciała być bezbronna, znowu być uśpiona przez czyjąś decyzję. Wiedziała, że to Mikael. Wiedziała, że on nie zrobił nic złego, że to nie on zawłaszczył sobie jej ciało, bez jej zgody. Że to nie on był mężczyzną z tamtej nocy, który zakrył swoją dłonią jej usta i przycisnął ją do łóżka swoim ciężarem, podczas gdy drugą dłonią rozdarł jej bieliznę.
To nie był Mikael, to nie Mikael pozbawił ją poczucia bezpieczeństwa.
Ale to nic nie znaczyło dla niej w tym momencie, nie kiedy podjął obecną decyzję za nią, nie szanując tego, czego chciała, czego oczekiwała.
Zamrugała zdezorientowana, gdy zaczął mówić o muzeum, o abstrakcji, o słowach, które wtedy mówiła.
Dlaczego to wszystko pamiętał? Przecież wyjechał. Zostawił ją. Zaakceptował to co zobaczył, to co mu powiedziała tuż po zbrodni. Szczerze mówiąc, Beth nie pamiętała dokładnie co się wydarzyło tuż po gwałcie. Miała przed oczami urywki. Wyrwane sceny. Jakby pocięte kadry z filmu. Co jakiś czas w jej głowie pojawiały się kolejne wycinki, ale wciąż brakowało elementów, aby ułożyć to w sensowną całość.
To co mówił, skutecznie odciągało ją od tego, co miało się wydarzyć. Skupiała się na jego słowach, cholernie dając się złapać na tę tanią sztuczkę. Myślała o tym świetle, które tak kochała. O tym, że nie widział jej nowej pracowni. Jej własnej pracowni. Nie widział pierwszych umów i kontraktów. Nie widział, jak urządziła nowe wnętrze. Nie widział zatrważającej ilości roślin, jakich się dorobiła.
Usuń— Mam własną pracownię — powiedziała nagle cicho, oderwana od tu i teraz. Czując, że Mikael… to zawsze z nim chciała wszystko dzielić. Mimo, że nie rozstali się w zgodzie, nie mieli ze sobą kontaktu przez tyle lat, czuła, że powinien wiedzieć.
A tuż po tym, wszystko prysło. Te chwilowe poczucie, że nie jest źle… Gdy zapytał o rodzinę. Wróciła do teraźniejszości.
— Nie dzwoń do nikogo — widziała już oczami wyobraźni matkę, która pierw powiedziałaby, że przecież mówiła jej, że ma o siebie dbać, a później widząc Mikaela od razu zaczęłaby wyciągać trupy z szafy.
A później, wszystko było chwilą. Nie zdążyła wyszarpnąć ręki, odsunąć się, podjąć samodzielnie decyzji. Mikael podjął ją za nią. Zdecydował za nią. Żołądek ścisnął się gwałtownie. Nie chciała, nie chciała. Znowu w głowie miała tylko jedno pytanie: dlaczego.
— To niesprawiedliwe — powiedziała, patrząc na niego. Na zmęczone oczy, zmarszczki, których kiedyś nie było, lekki zarost, zmarszczki wokół ust i oczu. Coś w jego twarzy się zmieniło, ale nie umiała określić, co dokładnie. — Nie chciałam tego — powtórzyła — nie chciałam — nie wiedziała czy mówiła już tylko o teraz, czy też o tamtej nocy. O wszystkim, co wydarzyło się od momentu, kiedy zgodziła się wyjść z Sydney.
Lek zaczynał działać, a ona czuła jak świat robi się cięższy i miększy. Jakby odpływał. Ona odpływała. Wszystko zaczynało ponownie wydawać się odległe. Czuła jego dłoń. Czuła, jak ją trzymał. Ciągle w tym samym miejscu. Nie poruszał nią, nie przyciskał jej, nie błądził tam, gdzie tego nie chciała.
— Nie jestem bezpieczna, od dawna — wyszeptała cicho, mrużąc oczy, walcząc z sennością, której nie chciała się poddać — proszę… nie pozwól… nie pozwól mu… tu… wejść… — wyszeptała cicho, nim usnęła po podaniu leku.
ale się porobiło
Obudziła się powoli. Czuła ciężar powiek i znowu ten nieznośny szpitalny zapach. Miała ochotę roześmiać się gorzko, bo przecież dosłownie przed chwilą działo się dokładnie to samo. Irytujące dźwięki maszyn, do których była podłączona. Chemiczny zapach i ta sterylność, która doprowadzała ją do szaleństwa.
OdpowiedzUsuńNienawidziła szpitali, bo kojarzyły jej się z konkretnymi wspomnieniami. Tymi, których chciała się pozbyć ze swojej głowy raz na zawsze, a które ciągle wracały. Ciągle i ciągle.
Był mały, różniący szczegół. Czuła jego dłoń. Czuła ten sam ciężar, który czuła w momencie odpływania. Jakby był tutaj przez cały ten czas. Jakby nie opuścił jej nawet na chwilę.
— Mówiłam, żebyś tak do mnie nie mówił — wyszeptała, niechętnie wysuwając dłoń z jego dłoni. Musiała to zrobić, chociaż tak naprawdę nie chciała. Miło było czuć jego ciepło, bliskość… Ale nie mogła sobie na to pozwolić, bo Mikael był przeszłością.
Wszystko co kiedyś ich łączyło, minęło. Jedno spotkanie nie zmieni tego, co się wydarzyło wtedy i przez kolejne lata. Nie było ich. Nawet, jeżeli teraz to wszystko wydawało się tak znajome. Było czymś, za czym tęskniła, owszem. Ale było przeszłością. Musiała narysować grubą, czarną kreskę i zapomnieć. — Jestem Beth. Tylko Beth — wyszeptała, spoglądając na niego. Wyglądał tak, jakby naprawdę spędził całą noc u jej boku. Miał odciśnięte kreski na policzku i zarost, który świadczył o tym, że… był tu. Był tu z nią.
Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Jego pytanie było proste, ale jednocześnie tak bardzo skomplikowane.
Czuła się źle i gorzko. Czuła się zagubiona. Zdezorientowana. Zmęczona. Przerażona. Zła. Ale nie mogła wypowiedzieć żadnego z tych słów na głos.
— To był tylko atak paniki — powiedziała cicho, jakby było to czymś zwyczajnym, wręcz rutynowym w jej życiu — nie musiałeś tu siedzieć, przecież… masz pracę — wymamrotała, zaciskając palce na białej pościeli.
W zasadzie to właśnie było najgorsze. Mówiła o atakach paniki jak o pogodzie. O czymś zwyczajnym, bo w przeciągu pięciu lat miała ich tysiące. Pogodziła się z tym. Pogodziła się, że jej życie będzie tak wyglądało, bo nie chciała iść na terapię. Nie chciała wracać do tamtej nocy, bo… czuła się zagubiona.
— Nie patrz tak na mnie — poprosiła cicho, a następnie ośmieliła się spojrzeć prosto w jego oczy, próbując zachować spokój — ja… ile pamiętam? Czy… powiedziałam coś głupiego nim… leki zaczęły działać? — Patrzyła na niego szczerze. Wzrokiem pełnym niewypowiedzianego bólu i tęsknoty. Strachu. Kryło się w niej tak wiele, a do tego pojawienie się Mikaela sprawiło, że czuła się niemal tak jak wtedy. Tamtej nocy. Tak zagubiona, zdezorientowana. Przerażona. — Myślałam, że wyjechałeś, że już nigdy cię nie zobaczę, a na pewno… na pewno nie w takiej sytuacji, ja… nie wiem — szepnęła. Chyba powinna poprosić go o wyjście, o zmianę lekarza, o odcięcie się.
B
Nie wiedziała, co miała mu odpowiedzieć, co ze sobą zrobić. Gdyby okoliczności były inne, po prostu by wyszła. Opuściłaby pomieszczenie, oddaliła się jak najdalej, aby żyć wciąż tak, jakby nie wrócił nagle, gwałtownie do jej życia.
OdpowiedzUsuńBo przecież tak właściwie nie wrócił.
Nie było ich. Nie było.
Była pacjentką, a on lekarzem. To co ich łączyło wcześniej… Owszem, istniało. Nie dało się tego wymazać. Ale… byli oddzielnymi bytami. Nie byli razem, łączyła ich przeszłość, a nie teraźniejszość ani przyszłość.
Jedno spotkanie w szpitalu nie mogło tego przecież zmienić.
Zagryzła wargę, słysząc personalia innego lekarza. Chyba powinna powiedzieć, że właśnie tego chce, że tak powinni zrobić, że to byłoby właściwe, że tak… tak należy zrobić. Nie była w stanie wydusić jednak z siebie żadnego słowa. Żadnego.
Patrzyła się tylko na mężczyznę i zastanawiała nad tym wszystkim co było kiedyś i co jest teraz. Odwróciła wzrok, potrzebując chwili na przemyślenie wszystkiego, a może bardziej na próbę uciszenia chaosu, który panował w jej głowie.
Nie podobało jej się, że odwrócił się w stronę drzwi i ruszył do nich, bo… nie chciała by ją znowu zostawiał. Nie chciała i chciała jednocześnie. I to ją wyniszczało, a przecież widziała Mikaela zaledwie kilka chwil…
Nie rozumiała spojrzenia, które widziała. Tak naprawdę… niczego już nie rozumiała. Niczego.
— Powinieneś mnie nienawidzić — powiedziała cicho, nie odpowiadając na jego pytania. Nie była w stanie, bo sama sobie zadawała dokładnie te same pytania. Chciała zrozumieć własne zachowanie, ale nie potrafiła. Nie miała do tego siły. — Powinieneś mnie nienawidzić, Mikael. A ty zajmujesz się mną, jesteś tutaj i… nie możesz. Nie powinieneś — wyszeptała — wiesz, może masz rację, może tak właśnie jest. Może boję się, że znikniesz i jednocześnie właśnie tego chcę. Może… Może tak będzie najlepiej dla wszystkich. Ja… nie żyję tak, jakbyśmy nie istnieli. Boże, Mikael, ja… — zawiesiła głos. Co miała mu powiedzieć? Że żałowała każdej decyzji jaką podjęła przed pięcioma latami? Że miał rację, że nie powinna przyjaźnić się z Sydney, bo źle na tym wszyscy wyjdą? Że gdyby go wtedy posłuchała, to nikt by jej nie zgwałcił? Że nie byłaby w ciąży, że nie dokonałaby aborcji, bo nawet gdyby w niej była, to miałaby pewność, że to dziecko Mikaela, a nie… Przełknęła głośno ślinę, czując, jak zasycha jej w ustach. Tak bardzo nie była na to wszystko gotowa. — Dlaczego musisz być tak miły i opiekuńczy? Dlaczego nie możesz… po prostu mnie nienawidź, masz powody do tego. Ja to rozumiem. Rozumiem wszystko. To ja… ja to zniszczyłam — ostatnie słowa wyszeptała niemal bezgłośnie, czując, jak do jej oczu nachodzą łzy.
😭
Nie ruszała się. Siedziała nieruchomo, próbując jakoś to wszystko zrozumieć, przetrawić.
OdpowiedzUsuńO ile wszystko byłoby łatwiejsze, gdyby mógł ją tak po prostu nienawidzić…
Mając pewność, że jest już całkiem sama, opadła ciężko na poduszkę. Pozwalając sobie na przeżycie tego, co właśnie się wydarzyło. Spotkanie Mikaela, ta rozmowa… to wszystko wydawało się tak nierealne, a jednocześnie boleśnie prawdziwe.
Bo widział ją słabą. Kruchą.
Przez pięć lat jakoś się trzymała. Funkcjonowała. Ale jedno spotkanie sprawiło, że znowu rozpadała się na tysiące kawałków.
Zamknęła oczy, zastanawiając się nad tym, dlaczego to musiał być akurat on. Przecież… w Nowym Jorku jest tak wielu lekarzy. Dlaczego… te pytanie nie miało prędko opuścić jej głowy.
Przetarła zmęczoną twarz dłońmi, a następnie ułożyła rękę na brzuchu. Kolejne zachowanie za które się nienawidziła. Ale teraz po spotkaniu z mężczyzną, to było silniejsze.
Znowu wróciła do myśli, do liczenia, do zastanawiania się nad tym, jakby wyglądał. Czy byłby to chłopiec czy dziewczynka. Tak wiele pytań i żadnej odpowiedzi. Chociaż teraz, gdy obok nie było Mikaela, pytania przyszły ze spokojem. Bez kolejnego ataku paniki.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk powiadomienia. Sięgnęła po telefon i zmarszczyła brwi, widząc wiadomość z niezapisanego numeru. Szybko jednak rozpoznała do kogo należy. Przez chwilę zastanawiała się nad tym czy w ogóle powinna czytać wiadomość, czy może od razu ją usunąć, ale… ciekawość wygrała.
Wpatrywała się w napisane przez Mikaela słowa i zastanawiała się, co miałaby mu odpisać, co zrobić.
Odłożyła telefon na bok, zostawiając go bez żadnej odpowiedzi. To wszystko, to było po prostu za dużo.
Kiedy opuściła szpital po wszystkich badaniach, które zlecił Aaron Miller, miała dość. Pragnęła jedynie zaszyć się w swoim mieszkaniu i nigdy więcej z niego nie wychodzić.
Teraz nie bała się już tylko swojego oprawcy. Bała się, że znowu gdzieś niespodziewanie spotka Mikaela i wszystko na nowo się skomplikuje. Jednocześnie nie była w stanie o nim zapomnieć. O nim, o tym, że był w Nowym Jorku… zastanawiała się nad tym, co robi, gdzie jest, czy chodził w te same miejsca, czy spędzał wolny czas tak jak kiedyś…
Sięgnęła mimowolnie po swój telefon i weszła w wiadomości. Wpatrywała się w tę od niego i rozważała, co powinnna zrobić.
Jesteś pewien?
Usunęła jednak tę wiadomość niemal od razu. Przechyliła głowę w bok.
Dlaczego chcesz rozdrapywać stare rany?
To pasowało bardziej, ale nie była do końca pewna czy właśnie w ten sposób chce z nim rozmawiać. Kiedyś nie miała problemu z rozmowami z Mikaelem. Nie bała się oceny, tego, co sobie pomyśli, bo był jej człowiekiem. Był mężczyzna, którego kochała całym swoim sercem. Nadal go kochała… wiedziała, że miłość do niego wciąż była w jej sercu, ale wszystko jej mówiło, że dla niego będzie bezpieczniej, jeżeli będą się trzymać od siebie z daleka.
Ponownie usunęła wiadomość, wpatrując się w znikające kolejno literki.
Nie mogę przestać myśleć o tym, że wróciłeś do Nowego Jorku. I nie rozumiem, dlaczego chcesz się w to angażować. Rozstaliśmy się. Ludzie po rozstaniach zwłaszcza w takich okolicznościach, nie przyjaźnią się ze sobą Mikael.
Wcisnęła wyślij i wpatrywała się w okienko rozmowy.
Będę jutro w naszej księgarni około piątej, gdybyś naprawdę chciał rozdrapać stare rany
Kliknęła wyślij, chociaż nie miała pewności czy go dobry pomysł.
Beth
Nie wiedziała, czego może się spodziewać po tym spotkaniu, a to wprowadzało ją w jeszcze większe poczucie niepokoju.
OdpowiedzUsuńMoże nie powinna była mu odpisywać. Bo właściwie, to co ona sobie myślała? Że jak to będzie wyglądało?
Spotkają się, opowie mu wszystko co się u niej działo przez ostatnie pięć lat i się rozstaną? Każde pójdzie w swoją stronę? Zresztą. Nie umiałaby tak po prostu opowiedzieć mu, jak wyglądało przez ostatnie lata jej życie. Po prostu nie umiała. I chyba nie chciała.
Nie była też pewna, jakie on miał oczekiwania co do tego spotkania. Bo… Beth czuła, że on coś wiedział. Sposób w jaki wysyłał do niej wiadomości… nie miała tylko pojęcia jak dużo i skąd, bo przecież nie była na obdukcji, nigdzie nie zgłosiła przestępstwa. Jedynie… zacisnęła wargi, spoglądając w duże lustro oprawione w drewnianą ramę, stojące na korytarzu mieszkania. Aborcja.
Nie była pewna czy Mikael mógłby tak po prostu zdobyć dokumenty… był lekarzem, ale przecież to nie tak, że mógł poprosić o dokumenty z innych klinik, prawda? Jeżeli dowiedziałby się… czułaby sie zraniona, bo nie życzyła sobie aby ktokolwiek grzebał w jej dokumentach. Zwłaszcza takich. Mogłaby chyba wówczas pozwać klinikę. Już szykowała w głowie plan co zrobi, jeżeli Mikael wie.
Myśl ta zaczynała ją paraliżować. W jednej chwili chciała ściągnąć trampki i zrzucić dżinsy na rzecz zawinięcia się w koc i zamknięcia w sypialni. Samej. W ciemności. Pogrążonej w swoich myślach, przypuszczeniach, hipotetycznych scenariuszach…
I gdyby nie to, że musiała dostarczyć książki ze zlecenia do księgarni, stchórzyłaby.
Załadowana torbami, stanęła pod księgarnią, siłując się łokciem i biodrem z drzwiami. Kiedy udało jej się wejść do środka, zaciągnęła się przyjemnym zapachem, który tak bardzo kochała. Za każdym razem, gdy wchodziła tutaj, coś w niej miękło. Jakby księgarnia była jej prawdziwym schronieniem. Urokliwy dzwoneczek nad drzwiami, zapach papieru, kleju i drewnianych półek. Tworzył mieszankę idealną z nutą świeżo parzonej kawy.
Uwielbiała to. Ten moment, gdy cała rzeczywistość zostawała za drzwiami. Tutaj czas zwalniał. Oddech był spokojniejszy… nawet świadomość, że Mikael na nią czeka lub za chwilę się pojawi, była jakaś mniej przerażająca. Ruszyła pierw do lady, chcąc oddać zamowienie.
— Jak zawsze niezawodna! — Emily, pracownica księgarni uśmiechnęła się na widok Beth i materiałowych toreb, w których miała z pewnością książki — szefowa ma dla ciebie kolejne tomy. Kazała też przekazać, że nie musisz się z tym spieszyć. Słyszała o zleceniu dla muzeum.
— Cześć, Ems — Beth starannie, z największą ostrożnością i czułością zaczęła wyciągać książki, które naprawiła. Kochała to. — Zapakujesz mi te nowe do torby? Umówiłam się tutaj z kimś… — mówiąc to, odwróciła się przez ramię i zaczęła rozglądać dookoła w poszukiwaniu Mikaela. Nie musiała długo się za nim rozglądać. Jej wzrok niemal automatycznie namierzył go wchodzącego do środka. Spokój tego miejsca sprawiał, że przez krótką chwilę miała ochotę się nawet uśmiechnąć. To tutaj… w tym miejscu czuła się nawet bezpieczniej niż we własnej pracowni. Nie wiedziała czym to było spowodowane, ale te miejsce działało na nią tak bardzo kojąco…
— Randka? — Emily podążyła spojrzeniem za Beth i uśmiechnęła się łobuzersko — przystojniaczek! Skąd go wynalazłaś? — Zaśmiała się, nie mając pojęcia, jaka była prawdziwa historia.
— Nie. To nie randka — oznajmiła, raz jeszcze zerkając na Mikaela. Nie był na tyle blisko, aby słyszeć rozmowę dziewczyn — to… wiesz, jak będziesz chciała to cię przedstawię, jak już załatwimy, co mamy do załatwienia — wypowiedziała te słowa z lekkością, która nawet ją przerażała.
B
— Jesteś pewna, że on też uważa, że te spotkanie nie ma nic wspólnego z randką? — Emily spojrzała znacząco na bukiet, który trzymał. Nic więcej jednak nie powiedziała, bo Mikael był już za blisko, aby komentować całą sytuację. Beth jedynie posłała jej krótkie spojrzenie, które tak naprawdę… niewiele mówiło.
OdpowiedzUsuń— Załatwisz dla mnie dwie kawy? — Poprosiła, nim odsunęła się od lady.
Nie spodziewała się kwiatów. Tak właściwie nie wiedziała, czego się spodziewa. Ale na pewno nie kwiatów.
Nie była pewna jak będzie wyglądało te spotkanie, ale… chyba po prostu musieli je odbyć. Być może, bez niego żadne z nich nie będzie w stanie ruszyć dalej ze swoim życiem. Chociaż Fitzpatrick tak naprawdę nie uważała, aby jej w jakikolwiek sposób było potrzebne. Bardziej chodziło o Mikaela.
— Cześć — powiedziała, spoglądając na bukiecik. Był ładny. Śliczny. Uwielbiała takie proste bukiety. Polne kwiaty kojarzyły jej się z beztroską dzieciństwa. A teraz znajdowała się bardzo daleko od tej beztroski. — To miłe, dziękuję, ale… nie było trzeba, Mikael.
Mimo wszystko, zamierzała przyjąć bukiet.
— Chodź — szepnęła, kiedy cisza wydawała się przytłaczająca, w tym samym momencie, w którym odezwał się on. Zerknęła na niego i wzruszyła lekko ramionami, jednocześnie kierując się między regały zastawione książkami. Kierowała się do działu grozy i horroru — już lepiej, ten Miller był naprawdę sympatyczny — powiedziała, nie zamierzając się tak po prostu przed nim otwierać. Kierując się w wyznaczonym prze siebie kierunku, odwróciła się przez ramię, sprawdzając czy idzie za nią.
— Chciałabym kupić kilka książek, skoro już tutaj jesteśmy. Emily już robi kawę — powiedziała, wyciągając rękę i mimowolnie sunąć palcami po grzbietach książek, gdy mijała kolejne regały. — Powiedz mi… dlaczego chcesz tu być? W Nowym Jorku, w tej księgarni. Dlaczego… Tak bardzo chcesz być tego częścią? — Nie umiała nadać konkretnych nazw temu, co właśnie robili — mówienie tego boli, bo tamtej nocy straciłam wszystko to, co kochałam, ale, na boga, Mikael, nie możesz wracać po pięciu latach i zachowywać się tak, jakby… jakby to była mała sprzeczka, a między nami wszystko jest w porządku — wyszeptała cicho, zatrzymując się w końcu przed regałem, który tak bardzo ją interesował. Sunęła wzrokiem po grzbietach książek, szukając tej jednej, konkretnej.
Tutaj, wśród książek czuła się… bezpiecznej. Swobodnie. Może nie beztrosko, ale odnajdywała jakąś odwagę, której brakowało jej w każdym innym miejscu i momencie.
— Próbuję to po prostu zrozumieć.
B
Stała nieruchomo, a cały spokój jaki czerpała z tego miejsca, uleciał z niej. Była jak porcelanowa figurka. Zawieszona w pozycji, w której trzymała palce na grzbiecie książki i stała, próbując zrozumieć wszystko to, co mówił Mikael. Ale to wszystko brzmiało jak wierutne kłamstwa. Tylko… po co miałby kłamać? Po co miałby wymyślać niestworzone historie i pomimo przypadkowego spotkania, po prostu wciąż tu być? Mógł zaakceptować wszystko co się wydarzyło i skończyć.
OdpowiedzUsuńAle po co miał kłamać i ją męczyć swoją obecnością? Po co miał to wszystko wymyślać?
— Sydney — powtórzyła cicho. Zmarszczyła lekko brwi. Nie miała z nią kontaktu od… sama nie wiedziała, kiedy dokładnie. Wszystko działo się stopniowo. Mniej spotkań, mniej wiadomości, dziwna, gęsta atmosfera, która sprawiła, że w pewnym momencie to po prostu umarło. Ta przyjaźń w końcu doznała prawdziwego końca. Więc… nie rozumiała nic z tego, co mówił. Nic nie zgadzało się z rzeczywistością, w jakiej żyła. — Jakie listy? — Spytała cicho, najciszej jak potrafiła. Bała się odpowiedzi. Ale mimowolnie zacisnęła mocniej rękę na łodygach kwiatów. To na pewno jej matka… Camille potrafiła być brutalna i okrutna, ale w elegancki sposób. Mówiła jej, że Mikael ruszył dalej, że to ona nie może żyć przeszłością, że on nie odezwał się ani razu… A ona wierzyła w każde słowo, bo nie musiała, bo to było logiczne. Rozumiała to. Rozumiała, dlaczego miał się odciąć. Bo to ona go zraniła.
Odłożyła bukiet na regale, jakby nagle zrobił się za ciężki. Kiedy mówił o zdjęciach, na jej twarzy pojawił się ból, złość, wstyd… impreza, tamta impreza, tamten chłopak…
— Nie mów tak do mnie… nie nazywam nie Liz — wyszeptała, bo całe jej ciało zesztywniało. To działo się na nowo. Znowu oddech uwiązł jej gdzieś w klatce piersiowej. Nie zdążyła się wycofać, nim złapał jej dłoń. Wbiła spojrzenie w ich ręce i czuła, jak traci grunt pod stopami. Nie teraz, nie mogła. Nie mogła znowu poddać się temu uczuciu, tej panice, która zaczynała rodzić się w jej sercu.
Mam prawo znać prawdę.
To zabolało. Cholernie mocno. Bo w jakimś stopniu chciała mu wszystko powiedzieć. Osunąć się na brudną podłogę i wyrzucić z siebie to wszystko. Powiedzieć o tamtej nocy, o strachu i bólu. O teście ciążowym, o klinice, o tym, że nadal nie umiała oddychać, gdy ktoś obcy stał za blisko, ale jednocześnie… nie chciała nic mówić. Nie chciała jego litościwego spojrzenia, nie chciała by wszystko to, co wciąż pozostawało niewypowiedziane, stało się prawdziwe. Bo tak czuła, że gdy powie wszystko na głos, to nie będzie już tylko tym, co wydarzyło się kiedyś i minęło, z czym się pogodziła. To stanie się prawdziwe.
— Nie wiem, co ci powiedziała Sydney. Nie jesteśmy już przyjaciółkami, od lat — powiedziała cicho, starając się powoli wysunąć rękę z jego uścisku — i nie dostałam żadnego listu… nie było żadnych listów — odwróciła spojrzenie. — Myślałam, że wyjechałeś i ruszyłeś dalej. Mama twierdziła, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego i… w sumie nie miałam powodu, aby uznać, że kłamie. Przełknęła głośno ślinę.
— Mikael, ja… nie wiem czy jestem gotowa — wyszeptała — nie chcę, żebyś patrzył na mnie inaczej — miała świadomość, że to było niemal jak przyznanie się, że tak, że coś się stało, że ktoś ją skrzywdził, ale… nie chodziło tylko o to. Bo jak zacznie mówić, będzie musiała powiedzieć o wszystkim. A przyznanie się przed nim, że być może zabiła ich dziecko… Nie była w stanie tego zrobić. Nie mogła, nie mogła obarczać go tym samym ciężarem, z którym ona mierzyła się każdego dnia.
— Żadnego — powiedziała w końcu po dłuższej chwili milczenia, jakby zastanawiała się nad tym jak wiele może zmienić jedna odpowiedź, jedno słowo. Czy było w stanie zmienić cokolwiek? Nawet jeżeli wysyłał listy, a ona żadnego z nich nie przeczytała… Sprawa pomiędzy nimi powinna być jasna.
OdpowiedzUsuńJego emocje… w tym momencie jego dłonie na jej ramionach, w żaden sposób jej nie bolały. Bolało ją to, jak reagował. Ile było w nim emocji. Jak… rozpadał się na jej oczach? Bo co to oznaczało dla niej? Musiała radzić sobie z wszystkim tym, z czym mierzyła się przez ostatnie lata w samotności, a teraz miała jeszcze ciężar Mikaela.
Rozumiała, że dla niego również to wszystko było trudne. Żyli przez ostatnie pięć lat w dwóch różnych wersjach jednej historii. Ich perspektywy były całkowicie różne, ale czy była jakakolwiek szansa, aby od teraz historia toczyła się w jeden sposób? Beth nie była tego pewna. Nie umiała w tym momencie sobie tego wyobrazić.
Podniosła powoli wzrok i słuchała tego co mówił. O listach, o kwiatach, urodzinach, Finlandii, o samotności… zaczęła się chwiać. Każde jego słowo sprawiało, że była gotowa… przychylić się do tego, co mówił? Sama nie była pewna na co właściwie była gotowa.
— Mikael… — zaczęła cicho, ale nie była w stanie powiedzieć nic więcej. Głos ugrzązł jej w gardle. Próbowała przełknąć ślinę, ale zrobiło jej się jedynie niedobrze. Nie było listów, kwiatów. Nie było nic z tego, o czym mówił. — Przestań nazywać mnie Lizzie — nie była już nawet zła. Była zmęczona ciągłym powtarzaniem tego. Zmęczona tym, że nie rozumiał jak dużo to dla niej znaczyło, jak wiele wiązało się z tym pieprzonym Lizzie.
Chciałaby, aby się zamknął. Aby przez chwilę spojrzał na nią i dostrzegł to, co faktycznie mógł zobaczyć: Beth. Trwającą uparcie przy życiu Beth, która przetrwała te piekło, które zgotował jej tamten chłopak i ona sama. Aby dostrzegł w końcu, że jedyne czego pragnie stojąca przed nim kobieta to zakopanie przeszłości sześć metrów pod ziemią i odcięcie się od tego wszystkiego. Gdyby ktoś jej zaproponował szaleńcy eksperyment, dzięki któremu mogłaby wymazać z pamięci ostatnie pięć lat swojego życia, zrobiłaby to bez wahania. Zgodziłaby się, aby nie musieć być Beth. Ale była nią, była, a Mikael nie miał prawa twierdzić inaczej. Nie znał jej, nie miał pojęcia kim była i co zrobiła, co robiła, aby utrzymać się na powierzchni i nie utonąć.
chociaż może właśnie to powinna była zrobić? Poddać się, przestać walczyć, bo jak sama dobrze widziała ta walka o przetrwanie była pozbawiona sensu, jedynie się męczyła. Ze sobą, z życiem, z ludźmi, po prostu z wszystkim. A mogłaby łatwo się z tym wszystkim pożegnać, zapomnieć. Zobaczyć, co czeka ją po drugiej stronie.
Świat w jednej chwili zrobił się zbyt ciasny. Kiedy zapytał o tamtego chłopaka, o imprezę… Mimo, że znajdowała się w teoretycznie bezpiecznym miejscu, pachnącym kurzem i papierem, w jej nozdrza uderzył zapach alkoholu. Intensywnych perfum i papierosów. W jednej chwili powietrze zrobiło się duszne, a jedyne dźwięki jakie do niej dochodziły były głośnym śmiechem i muzyką. Jakby kilka słów Mikaela sprawiło, że ponownie znalazła się w tamtym wieczorze, w tamtym domu, na tamtej imprezie.
Dłonie na ramionach nagle zaczęły ciążyć, bo nie należały do Mikaela, należały do Ryana. Widziała, jak nalewał jej kolejnego drinka, zagadywał o ostatnią wystawę, na której prawdopodobnie minęli się w tłumie, opowiadał o obrazie, który ją zachwycił, a ona przez to nie czuła nadchodzącego niebezpieczeństwa, nie czuła strachu przed Ryanem, bo przecież był taki jak ona, jak wszyscy inni na tej imprezie… Lizzie, Lizzie, Lizzie.
UsuńStrzepnęła jego dłonie z ramion, gwałtownie odsunęła się do tyłu. Jeden krok, drugi krok. Uderzyła plecami o regał i potrząsnęła gwałtownie głową w geście zaprzeczenia.
— Przestań — wyszeptała błagalnie, jakby to nie Mikael stał naprzeciwko niej — proszę, przestań — powtórzyła, czując jak miękną jej kolana. Osunęła się plecami po regale i usiadła na wydeptanej podłodze księgarni.
— Nie jestem tą, którą znałeś i kochałeś — wyszeptała — to nie jest twoja wina, Mikael. Wszystko, co mi się przytrafiło… to tylko moje decyzje — powiedziała, na nowo odnajdując się w księgarni. Oddzielając przeszłość i wspomnienia od teraźniejszości.
Beth
To, że Mikael nie odpuszczał, było najgorsze. Nie krzyczał, nie naciskał na nią fizycznie, nie był agresywny w oczywisty sposób, ale… Był gorszy. Uparty, obecny, prawdziwy. Coś, czego nie da się zignorować, nawet jeżeli zamknie się oczy.
OdpowiedzUsuńA Beth właśnie to usilnie próbowała robić przez ostatnie pięć lat. Ignorować wszystko to, co mogła uznać, za nieprawdziwe. Starała się. To był jej sposób na przetrwanie. Ale Mikael nagle wrócił, wtargnął w jej życiu i był.
— Przestań — powiedziała, podnosząc głowę. Nie wytrzymała, coś w niej pękło. Nie głośno, nie gwałtownie, ale po cichu, jak naprężona nitka, która w końcu nie wytrzymuje ciężaru.
— Przestań mi mówić co by było gdyby… co powinno być, co ty byś zrobił! — Nie krzyknęła, ale jej ton stał się ostry. — Próbujesz mnie naprawić, bo pamiętasz coś, czego już nie ma, Mikael. Nie rozumiesz? Nie ma, nie ma! — Podniosła się powoli z podłogi i zrobiła krok w jego stronę. Nie dlatego, że chciała się zbliżyć do niego. Zrozumiała, że nie ma jak uciec, że Mikael nie odpuści.
Zacisnęła szczękę, nie dowierzając w to, co słyszy. Zignorowała całkiem Emily i informację o gotowej kawie. Miała ochotę jej krzyknąć, aby wypchała się tą kawą, bo w tym momencie była to najmniej istotna informacja jakiej potrzebowała.
Zaśmiała się histerycznie, nerwowo, kiedy wspomniał o dokumentacji medycznej.
— Oh, boże, Mikael, naprawdę!? — Nie wytrzymała, unosząc głos — czyli jak ci nie powiem sama, to łaskawie mi darujesz i po prostu sam sobie to weźmiesz!? — Może nie robił jej fizycznej krzywdy, ale okazuje się, że był kolejnym mężczyzną, który nie zamierzał uszanować jej braku zgody. — Chcesz wiedzieć, co się stało? Świetnie! A więc proszę bardzo, natęż słuch, bo nie będę powtarzała dwa razy — zrobiła jeszcze jeden krok w jego stronę, czując wszystko na raz. Strach, zmęczenie i wstyd, bo wiedziała, jakie słowa opuszczą zaraz jej gardło — to nie był tamten chłopak. To był Ryan, który wydawał się sympatycznym znajomym Sydney. To był facet, który nie był zagrożeniem. Rozmawialiśmy o wystawie dotyczącej sztuki krawieckiej, byliśmy na niej razem, pamiętasz? On też tam był. Ponoć. Niby. Nie wiem, nie znałam go wtedy — zawiesiła głos na krótką chwilę — i nie powiedziałam mu nie, w sposób, w który wszyscy uznaliby za wystarczający. Nie byłam, aż tak pijana, więc zakładam, że czegoś musiał mi dosypać. I wziął sobie sam, wszystko, co chciał, Mikael. Tak jak ty teraz. Proszę bardzo — warknęła, robiąc jeszcze jeden krok. Zamierzała go wyminąć i opuścić księgarnie nie zważając na wszystko — byłam w ciąży — dodała nieco spokojniej, chociaż emocje w niej wrzały, a ona czuła, że nie wytrzyma ani sekundy dłużej w tym miejscu, jeżeli powie na głos to, co zamierzała jeszcze powiedzieć — ale podjęłam decyzję, Mikael i teraz jestem sama z wszystkim, o czym nie śniłam nawet w najgorszych koszmarach. Więc przestań mnie naprawiać w swojej głowie. Tu już nie ma czego naprawiać.
B
Nie ruszyła się po jego wyjściu. Nie umiała zebrać się w sobie. Księgarnia nie zmieniła się ani odrobinę, wciąż była tym samym miejscem, a jednak… wszystko w niej wydawało się inne. Jakby przestrzeń nagle się zmieniła. Jakby wnętrze zmieniło się w pustkę.
OdpowiedzUsuńSiedziała ponownie na podłodze. Nie miała siły ustać na nogach, chciała wyjść stąd pierwsza. Zostawić go z całą tą wiedzą, której tak bardzo chciał. Tymczasem to ona została z ciężarem słów, które wypowiedział.
Nasze dziecko.
To właśnie te słowa zabolały ją najbardziej, bo… od razu przyjął jedną wersję. Wypowiedział je z taką pewnością. To bolało. Nie padło żadne pytanie z jego ust. Od razu założył, że dziecko było ich.
Chciała mu powiedzieć, że nie, że nie jest pewna, że tak naprawdę nie wie i nie umiałaby żyć ze świadomością, że mogło być Ryana.
Ona gdy tylko zobaczyła wynik testu nie myślała o tym, że to dziecko może być Mikaela. Był chaos i panika. Był strach. Były myśli, że jeżeli okaże się dzieckiem Ryana, to ona nie da rady, nie da rady go pokochać, nie da rady się nim zająć…
A Mikael zjawiał się po pięciu latach i po tym co usłyszał, nawet przez chwilę nie pomyślał, że dziecko mogłoby nie być jego.
Nie chciała płakać w miejscu publicznym, ale nie wytrzymała. Zakryła twarz dłońmi i pozwoliła sobie na wyrzucenie z siebie wszystkiego, co jej ciążyło, co się właśnie wydarzyło. Siedziała i płakała, ignorując ciche kroki Emily. Nie mówiła już nic o kawie, czuła, jak siada obok niej i po prostu jest.
Czuła jej dłoń na plecach. Jak delikatnie masuje jej plecy.
Emily nie miała pojęcia, co się tutaj właśnie wydarzyło. Tak przynajmniej sądziła Beth. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że z Mikaelem nie zachowywali się cicho, że ich rozmowę mogło słyszeć znacznie więcej par uszu, niżby sobie tego życzyła.
To wszystko nie miało znaczenia, nie teraz, nie tutaj. Nie, gdy myślała tylko o tym, że być może popełniła największy błąd w swoim życiu i nic, nic, nie było wstanie tego cofnąć.
Tamtej decyzji i tej dzisiejszej.
Gdy wyznała prawdę.
Kolejne dnie wyglądały niemal tak, jak wtedy. Dzień za dniem. Próba przetrwania, próba przeżycia. Tylko jakoś mniej snu było tym razem i więcej kawy. Więcej szkiców, zamiast pracy nad książkami. Jakby wyjawienie prawdy coś w niej odblokowało. Jakby mogła wrócić do tego, co kiedyś zostało porzucone.
Szkicowała dłonie. Mikaela. Bo doskonale pamiętała każdy ich szczegół, każde zmarszczenie, każdą ranę i linię. Pamiętała je, aż za dobrze.
Kiedy do jej mieszkania wpadła Camille informując, że ma wziąć się w garść i przygotować na charytatywny bal, miała ochotę rzucić matce przekleństwami w twarz.
— Nie mam nastroju.
— Nie interesuje mnie to, kochanie, wiesz dobrze, jakie to jest ważne, abyśmy wszyscy się tam pojawili. — Tłumaczyła matka, przybierając niby troskliwy ton, chociaż z troską jej słowa nie miały nic wspólnego.
— Babcia od zawsze powtarza, że to minęło. Że lata, kiedy powinniśmy brać…
— Jakoś nie przeszkadzało ci, że tyle lat ignorowaliśmy babcine wymysły — weszła jej w słowo i wskazała na kanapę, na której przerzuciła sukienkę w pokrowcu. Była jasnoróżowa. Typowa koktajlowa sukienka z milionem guziczków na plecach i delikatną koronką przy wykończeniu rękawów i całości. Niby delikatna i skromna, wręcz niewinna, a jednak wystarczyło jedno spojrzenie, aby wiedzieć, że to sukienka za kilkanaście tysięcy prosto od projektanta.
— Naprawdę nie mam ochoty tam iść, mamo, nie mam nastroju — westchnęła, wystarczyło jednak spojrzeć na twarz matki, aby mieć pewność, że cokolwiek powie ta się nie ugnie i jeżeli będzie musiała, siłą ją przebierze i wyszukuje do wyjścia.