
Sloane Senna Fletcher ——— 22 latka; urodzona 16 maja 2003 roku w Los Angeles. Piosenkarka, tancerka i autorka tekstów o francusko-amerykańskich korzeniach, tworząca emocjonalny pop z elementami zmysłowości i surowej szczerości. Rodzice mieli fantazję, plany i prochy, dlatego Sloane w dokumentach widnieje jako Sloane Senna Fallon Delphina-Roux Petronille Fletcher-Basset. Jedyna córka Ivonne Basset - francuskiej modelki i jedno z wielu dzieci Desmonda Fletchera - amerykańskiego perkusisty zespołu alternatywnego Hollowed Souls. Właścicielka podążającej za nią krok w krok Rue. Zwyciężyni Grammy 2025 za Best New Artist, krążą plotki, że ojciec maczał palce w tym, aby dostała statuetkę. Między 2024, a 2025 była w międzynarodowej trasie don't call him back po wydaniu drugiego albumu old receipts. Mieszkanie w SoHo. Instagram.
Sloane Fletcher jest dziewczyną, która ma w życiu wszystko, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo nie pozwoli, aby obcy dostrzegli więcej niż chce pokazać. O swoich słabościach do ciemnych oczu, perfum z nutami tytoniu i słodkich słów, w które nie wierzy, opowiada w piosenkach podbijając TikToka i listy przebojów, na których króluje przez tygodnie. Urodziła się z nazwiskiem znanym od dekad. Otworzyło to przed nią wiele drzwi, zza które chętnie zagląda i garściami bierze to, co jest jej oferowane. Starannie pielęgnuje swoją karierę od szesnastego roku życia, kiedy pierwszy raz podzieliła się ze światem swoimi tekstami i głosem. Filmik wybił się momentalnie, a wytwórnie rozpoczęły między sobą wojnę, aby przygarnąć Sloane pod swoje skrzydła. Pierwszy poważny kontrakt podpisała dwa lata później. Wbrew matce, która wymarzyła dla niej karierę w Hollywood. Wbrew ojcu, który kręcił nosem na popowe szmiry, ale nawet mimo swojej niechęci, o ile nie jest czymś akurat naćpany lub nie szuka swoich zagubionych dusz na pustyniach, pojawia się na koncertach.
Sloane Fletcher sama do końca nie wie, jaka jest tak naprawdę. Na scenie jest głośna, pewna, nieco niebezpieczna. Nie ma tam chwili na zawahanie, a każda sekunda jest dokładnie zaplanowana. Poza sceną wśród mniej lub bardziej znajomych osób zdaje się, że wcale z niej nie schodzi. Ciągle odgrywa narzuconą sobie rolę, tyle, że przed mniejszą publicznością. Szuka towarzystwa, które bez mówienia tego na głos, da jej hałas i adrenalinę, aby zagłuszyć wszystkie niewypowiedziane na głos emocjonalne i fizyczne potrzeby. Nie pozwala ludziom się poznać, a oni, zdaje się, że wcale też nie chcą wiedzieć co tak naprawdę w niej się kryje.
Sloane Fletcher próbuje być autentyczna, ale nie wie, gdzie zaczyna się ona, a gdzie akt.
Ezra nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko na nią patrzył, jakby ważył każde słowo, które za moment wypuści z ust. Jakby wiedział, że jedno zdanie za dużo albo za mało może ją znowu wytrącić z równowagi. Albo jego samego.
OdpowiedzUsuń— Czy się opłaciło? — powtórzył cicho, a kącik ust drgnął mu w czymś, co było bardziej szczere niż rozbawione. — Gdyby się nie opłaciło, dawno bym się wycofał. Nie jestem aż takim masochistą.
Przesunął dłonią po karku, jakby próbował rozluźnić napięcie, którego wcale już nie udawał, że nie ma. — I nie. To nie są tylko dramaty. — Spojrzał jej w oczy. — To, co masz w głowie, jest cholernie rzadkie. Brudne, szczere, niegrzeczne. Czasem nie do zniesienia, ale prawdziwe. A ja… — zawahał się na ułamek sekundy — …lubię pracować z prawdą. Nawet jeśli czasem kopie.
Kiedy zapytała, co będzie, jeśli tego wszystkiego okaże się za dużo, Ezra parsknął cicho, kręcąc głową, jakby dopiero teraz dotarł do niego absurd całej tej sytuacji. Przesunął po niej spojrzeniem, siedzącą na podłodze, z jointem między palcami, rozrzuconymi kadrami wokół i tym zmęczeniem, które wcale nie wyglądało już jak furia.
— Sloane… — mruknął z lekkim rozbawieniem, ale bez kpiny. — Ja już dawno cie trochę uspokoiłem. — Uniósł brew, wskazując ruchem głowy na halę, która jeszcze godzinę temu wrzała. — Parę miesięcy wyszłabyś trzaskając drzwiami i skończyła gdzieś na imprezie, która potrwałaby tydzień, w najlepszym wypadku. — Usiadł niżej, opierając łokcie o kolana. — A teraz siedzisz tu ze mną, palisz, zbierasz papiery i próbujesz rozmawiać. To już jest postęp. Nawet jeśli się z nim nienawidzisz. — Spojrzał na nią z tym swoim irytująco spokojnym półuśmiechem. — Więc tak, geniuszu chaosu. Jesteś spokojniejsza. Nawet jeśli za bardzo nie chcesz tego przyznać.
Jej słowa o Carterze trafiły celnie. Ezra nie skomentował od razu, nie wchodził w ironię ani żarty. — Trudno z tym walczyć — powiedział w końcu. Nie sprecyzował jednak, czy chodzi mu o nią, czy może o niego, o to, że lubi ką bardziej niż powinien a ona wzdycha do byłego męża, co dla niego jest nie do przeskoczenia. Popatrzył na nią uważnie.
Jej propozycja wywołała w nim krótki, cichy śmiech. Zerknął na tablicę, potem z powrotem na nią, jakby to wszystko było dla niego jednocześnie absurdalne i zupełnie naturalne.
— Obiad? — powtórzył z niedowierzaniem, a potem spojrzał na nią spod brwi. — Nie, nie, nie. Nie tak łatwo.
Przesunął się bliżej, stuknął palcami w stertę porozrzucanych kadrów i dodał już z wyraźnie rozbawioną nutą.
— Nie wypuszczę cię stąd, dopóki mi nie złożysz sensownego scenariusza na ten klip. Choćby na serwetce. Choćby w wersji „totalny chaos, ale wiem, o co mi chodzi”.
Zaśmiał się krótko, nisko, kręcąc głową.
— Przerwa na obiad… kto to w ogóle słyszał? — pomamrotał teatralnie. — Artyści nie jedzą, artyści żywią się frustracją, papierosami, kofeiną i problemami emocjonalnymi.
Zgasił skręta, po czym spojrzał na nią już spokojniej, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku.
— Dobra. — Dodał miękcej. — Najpierw scena. Potem jedzenie. Albo odwrotnie… ale tylko jeśli mnie przekonasz, że to ma sens.
Uniósł brew. — No? Reżyserko chaosu. Zaskocz mnie. A jutro… jutro zobaczymy.
Podniósł się powoli z podłogi i wyciągnął do niej rękę, nie nachalnie, nie władczo. Po prostu oferując pomoc.
Ezra
Ezra w ostatniej chwili powstrzymał się przed przewróceniem oczami. Nie wyglądał na zdenerwowanego. Raczej na kogoś, kto właśnie podjął decyzję i zamierza ją zrealizować bez zbędnego dramatyzmu.
OdpowiedzUsuń— Kłóciłabyś się z tym, bo lubisz się kłócić — mruknął z rozbawieniem. — Nie dlatego, że nie mam racji.
Kiedy powiedziała, że jest pierwszą osobą, która tak o niej myśli, nie uśmiechnął się szeroko. To nie był moment na żarty. Spojrzał jej prosto w oczy. — Ja po prostu patrzę po to, żeby coś zobaczyć. A większość ludzi patrzy… żeby tylko patrzeć. —
Wzruszył ramionami. Dla niego to nie było nic szczególnego. Uniósł brew lekko. — I to nie jest żadna supermoc. To jest obserwacja.
Na wspomnienie weekendowej imprezy, prychnął cicho. — Włącz chociaż lokalizację, na wypadek gdyby znowu trzeba było cię ściągać ze stolika… — Wzruszył ramionami. Nie było w tym osądu. Nie wypominał jej tego co się wtedy wydarzyło. Raczej z tego żartował. Bo byli na tyle blisko, że mógł sobie na to pozwolić. Tak myślał.
Ezra patrzył na nią chwilę dłużej, niż powinien. Nie jak producent na artystkę. Jak ktoś, kto próbuje zrozumieć, gdzie dokładnie pękła linia napięcia. Jego wzrok był skupiony, spokojny, niemal badawczy, przesuwał się po jej twarzy, jakby szukał odpowiedzi między zaciśniętymi ustami a zbyt nieruchomymi ramionami.
— „Nie zmieniło się jeszcze dość” — powtórzył. — Wiesz, co się zmieniło? — nachylił się minimalnie. — Teraz przynajmniej widzisz, że coś się powinno zmienić. Nie idziesz w zaparte, jak na początku.
Odchylił głowę do tyłu, przeciągając kark, jakby próbował rozluźnić napięcie, które wcale nie było jego. Cichy wydech uciekł mu spomiędzy ust. Kącik ust drgnął, nie był to uśmiech, raczej cień rozbawienia sytuacją, którą tylko oni dwoje potrafili doprowadzić do takiego absurdu.
— To nie działa tak, że wyłączasz jedno uczucie i reszta zostaje — powiedział ciszej. — Jak przestaniesz czuć to, co boli… przestaniesz też czuć to, co dobre.
Zatrzymał się w pół kroku i oparł dłonie na biodrach. Nie w geście agresji, bardziej jak ktoś, kto patrzy na bałagan i zastanawia się, od którego końca go sprzątnąć. Szerokie ramiona, spokojna postawa, spojrzenie wbite w nią z mieszaniną cierpliwości i wyzwania. Ezra spojrzał na nią długo. Znacząco. Z tym półuśmiechem, który zawsze zwiastował, że zaraz coś powie i że będzie to dokładnie w punkt. Uniósł brew.
— Sloane… — mruknął spokojnie, z ironicznym ciepłem w głosie. — Umówiliśmy się na pracę i seks. — Zrobił minimalną pauzę. — Randek ze mną nie chciałaś. — Kącik jego ust drgnął wyżej. Nie było w tym ani grama urazy. Bardziej rozbawienie. Jakby delikatnie przypominał jej jej własne zasady. — Więc teraz nie wiem, czy mam się czuć awansowany, czy właśnie złamałaś własny regulamin. — Zsunął spojrzenie na jej usta, potem z powrotem w oczy. Potem odsunął się odrobinę, jakby to wszystko było tylko żartem.
— Ale spokojnie. Trzymam się kontraktu. — mrugnął lekko. — Praca. Seks. Zero romantycznych zachodów słońca.
Uśmiech pozostał. Lekki. Prowokujący. — Chyba że zmieniasz zasady. — Ezra zatrzymał na niej to spojrzenie jeszcze sekundę dłużej, jakby sprawdzał, czy cofnie te słowa o obiedzie. Odwrócił się w stronę tablicy. Podszedł spokojnie, jakby ta chwila sprzed momentu wcale nie była na granicy czegoś więcej. Zaczął zbierać porozrzucane kadry, które wcześniej ona pozrywała.
Wygładzał je dłonią, przypinał z powrotem, jeden po drugim. Nie mówił przez chwilę nic, tylko pracował. Plan prawie opustoszały, światła przygaszone, echo klimatyzacji i ich oddechów. Wziął marker ze stolika. Obrócił go w palcach. Klik. Spojrzał na nią przez ramię.
OdpowiedzUsuń— Dobra. Pokaż mi, gdzie to ci nie siedzi.
Podszedł bliżej tablicy i stuknął końcówką markera w problematyczną scenę z garderoby.
— Tu? — Nie patrzył na kartkę, patrzył na nią. Sloane skinęła głową. Bez wahania przeciągnął przez zdjęcie grubą, czarną linię. — Wywalone. — Przesunął się niżej. — A to? Za miękkie? -1 Znów lekkie skinienie. Kolejna kreska. Krótka, zdecydowana. Żadnego „może”. Żadnego negocjowania. Pracował szybko, ale nie chaotycznie. Wykreślał to, na co reagowała. Zostawiał to, przy czym milczała. Czasem odwracał się do niej, unosząc brew, jakby mówił: naprawdę? to też?, a kiedy potwierdzała, tylko wzruszał ramionami i skreślał. W końcu cofnął się o krok. Marker trzymał w zgiętej dłoni.
— Dobra. — Spojrzał na nią uważniej. — Teraz powiedz mi, co chcesz poczuć w tej scenie. Podszedł bliżej, stanął obok niej, ramię niemal przy jej ramieniu. — Nie co widz ma zobaczyć. Co ty masz poczuć. — Odwrócił głowę w jej stronę. — Bo jak to ogarniemy, to reszta sama się ułoży. — Marker zawisł w powietrzu, gotowy. Czekał na jej słowo.
Ezra
Ezra uniósł brew, kiedy powiedziała „masochista”, i przez moment przyglądał jej się tak, jakby naprawdę rozważał tę diagnozę, a potem zmrużył oczy z udawanym namysłem.
OdpowiedzUsuń— Czyli tak mnie widzisz? — zapytał spokojnie. — Masochista?
Wskazał na siebie palcem, teatralnie, jakby chciał się upewnić, że mówi o właściwej osobie.
— Ja? Ten spokojny, opanowany, rozsądny?
Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi, Sloane. Kompletnie. — Dłoń przyłożył do klatki piersiowej w przesadnym geście niewinności. — Ja tylko podpisuję kontrakty, gaszę pożary i od czasu do czasu zbieram z podłogi porwane storyboardy.
Uśmiechnął się krzywo. — Jeśli to jest masochizm, to chyba w bardzo eleganckiej wersji. — Zerknął na nią spod rzęs. — A może po prostu… lubię wyzwania. Ale tylko w bardzo wyselekcjonowanych przypadkach. Takich, które mają oczy jak twoje i robią takie sceny, jak dziś? To jeszcze nie czyni mnie cierpiętnikiem. To czyni mnie wybrednym — mruknął z lekkim rozbawieniem.
Jej wizja imprezy wywołała u niego krótkie, niskie parsknięcie. — Basen z pianą? — powtórzył. — Sloane, ja mam swoje lata. Ja już byłem w tym basenie. Kilka razy. I wierz mi, po trzeciej butelce tequili nikomu nie jest do śmiechu. — Pokręcił głową ze śmiechem. Ale kiedy wspomniała, że mógłby pojechać z nią, coś w jego spojrzeniu złagodniało. Mógłby. Może nawet by chciał. A nie powinien. Tylko, że Ezra nigdy nie zwracał szczególnej uwagi na to, co powinien.
Zamilkł na moment, a potem spojrzał na nią uważniej.
— Wschody nie są romantyczne — powiedział cicho. — Są… intymne. Nie ma publiczności. Nie ma filtrów. Tylko kawa o szóstej rano, patrzenie, jak miasto się budzi i to, co zostało po nocy.
Kącik jego ust drgnął. Stał dokładnie tam, gdzie stał przed chwilą, marker wciąż trzymał między palcami, jakby był przedłużeniem jego dłoni. Kiedy się do niego przysunęła, nie zareagował instynktownie. Nie złapał jej. Nie dotknął. Zamiast tego powoli uniósł wzrok znad tablicy i spojrzał na nią wprost. Nie było w tym spojrzeniu ani prowokacji, ani rozbawienia. Tylko skupienie. Czyste. Kącik jego ust drgnął minimalnie, jakby coś go bawiło, ale bardziej pod nosem niż otwarcie. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, potem odłożył marker na półkę z cichym kliknięciem.
— A zmieniłaś? — zapytał bez ogródek.
Nie mrugnął. Nie uśmiechnął się szeroko. Stał spokojnie, ręce wsunął w kieszenie spodni, jakby dawał jej przestrzeń, ale jednocześnie wcale się nie wycofywał. Przez sekundę przyglądał jej się tak, jakby próbował oddzielić impuls od prawdy. Lekko uniósł brew. Znów ten półuśmiech. Suchy. Niewyzywający.
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, potem jednym, zdecydowanym ruchem wykreślił ujęcie z garderoby.
— Blake… — mruknął sucho. — I tak był zbędny.
Spojrzał na nią dopiero wtedy. Nie jak producent na artystkę. Jak ktoś, kto próbuje wejść jej do głowy. — Rozczarowanie. Złość. Obojętność. — powtórzył wolno. — Czyli nie romans. Tylko rozpad.
Odłożył marker na półkę, podszedł bliżej tablicy i jednym palcem wskazał tekst piosenki przypięty z boku. Przesunął kilka kartek wyżej. Odpiął kolejne dwa kadry.
— Zamiast flirtu z Blake’em… zostawiasz go w połowie zdania. Kamera nie idzie za nim. Zostaje na tobie. — Zrobił krok w tył, jakby już widział to w głowie. — Ściągasz ten cholerny błyszczący kostium, rzucasz go na podłogę. Bez seksowności. Bez kokieterii. Jakbyś zrzucała z siebie cudzą wizję. — Uniósł brew. — I nie ma muzyki przez dwie sekundy. Cisza. Tylko twój oddech. — Wskazał na nią markerem. — A potem wchodzimy z refrenem, ale ty już nie tańczysz. Stoisz. Patrzysz prosto w kamerę. Bez uśmiechu. Bez łez. Totalna obojętność. — Podszedł bliżej, aż dzielił ich tylko krok. — To będzie twoje „o kurwa”. Nie krew i lateks. Tylko moment, w którym wszyscy zrozumieją, że coś w tobie umarło. — Przez sekundę milczał, analizując jej twarz. Złapał marker z powrotem i dopisał jedno słowo na górze tablicy.
PĘKNIĘCIE.
— Teraz ma sens? Czy dalej chcesz komuś przyłożyć?
Ezra
Ezra słuchał jej bez przerywania, oparty biodrem o krawędź stołu z cateringiem, kubek z zimną już kawą trzymał w dłoni, ale nawet z niej nie pił. Patrzył. Nie na jej usta. Nie na nogi. Na oczy. Kiedy powiedziała „czasami”, uniósł lekko brew.
OdpowiedzUsuń— Czasami? — powtórzył z udawanym namysłem. — Czyli jednak masochista na pół etatu. — Kącik jego ust drgnął. — Podpisuję kontrakty z niestabilnymi dziewczynami, które znikają na tydzień, a potem wracają i rozwalają plan zdjęciowy — powtórzył i okiwał głową powoli. — Brzmi jak bardzo przemyślana strategia biznesowa. — Zerknął na nią z ukosa. — W bardzo eleganckiej wersji — dodał, cytując ją. Kiedy zapytała, co jeszcze lubi, nie odpowiedział od razu. Zamiast tego odstawił kubek, wyprostował się i zrobił jeden spokojny krok w jej stronę. Nie gwałtownie. Nie prowokująco. Kontrolowanie. Przyjrzał jej się uważniej.
— Lubię, to jaka jesteś bezczelna, że potrafisz wejść do pomieszczenia i sprawić, że wszyscy przestają oddychać. Nawet kiedy nie masz na sobie czerwonego lateksu.
Kącik jego ust drgnął.
— Lubię to, że potrafisz być okrutna w słowach, a pięć minut później powiedzieć coś tak cholernie szczerego, że nie da się tego zignorować.
Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy. Jego głos był cichy, ale stabilny.
— Lubię twoją ambicję. To, że nie chcesz być tylko ładną buźką z nazwiskiem i że wkurwia cię przeciętność, może nawet bardziej niż mnie.
Nie uśmiechał się już ironicznie. Nie prowokował.
— To w tobie lubię, Sloane. Nie to, jak wyglądasz w cienkim bikini. — Zrobił minimalny krok bliżej. Nie dotknął jej. — To znaczy, to oczywiście też… — dodał po sekundzie, już z tym swoim półuśmiechem, który oznaczał, że znowu wrócił do gry. — Nie jestem aż takim ascetą.
Oparł się biodrem o stół, skrzyżował ręce na piersi i zmierzył ją spojrzeniem od stóp do głów. Tym razem bez ukrywania tego. Spojrzał jej znowu w oczy. — Ale nie mylmy faktów, Fletcher. Bikini to bonus. Charakter to powód, dla którego jeszcze tu stoję.
Na wzmiankę o basenie i bikini parsknął cicho.
— Jak bardzo cienkie to bikini? — uniósł brew. — Brzmi jak projekt, który wymagałby osobistego nadzoru producenta. — Westchnął teatralnie. — Ktoś musi sprawdzić, czy wizja jest spójna artystycznie. Zmrużył oczy z rozbawieniem.
— A basen w pianie… — zawiesił głos, celowo pozwalając, by obraz zawisł między nimi. — Nie powiedziałem, że nie chciałbym. Powiedziałem, że to brzmi jak kosztowna katastrofa.
Kiedy wspomniała o tym, że nie pili kawy o wschodzie słońca, uniósł brwi z udawanym zaskoczeniem, po czym spojrzał gdzieś w bok, jakby naprawdę próbował sobie coś przypomnieć.
— Oops… — mruknął, przeciągając samogłoskę. — To chyba nie z tobą. — Na ułamek sekundy zachował kamienną twarz, a potem kącik jego ust drgnął zdradziecko. — Muszę prowadzić dokładniejsze notatki z takich poranków.
Pochylił się minimalnie bliżej, głos obniżył.
— Ale spokojnie. Ten wschód pamiętam aż za dobrze.
Odchylił się z powrotem, przyglądając jej reakcji z wyraźnym rozbawieniem. Nie rozwijał tego. Nie musiał. Przy „uwierzysz?” przyjrzał jej się dłużej. Tym razem bez ironii. Nie z przekąsem, nie z tym swoim półuśmiechem, którym zwykle rozbrajał napięcie. Wsunął dłonie do kieszeni spodni, jakby potrzebował fizycznego oparcia, odchylił lekko głowę w bok i zmrużył oczy, analizując jej twarz tak, jak analizował nowe demo, uważnie, bez litości. Zastanawiał się. Nie nad tym, co wypada powiedzieć. Nad tym, czy ją chronić, czy powiedzieć prawdę. W końcu zrobił krok bliżej, ale nie na tyle, by ją dotknąć. Spojrzał jej prosto w oczy. Spokojnie. Bez agresji. Bez ironii.
— Nie — odpowiedział szczerze. Nie brzmiało to jak oskarżenie. Raczej jak stwierdzenie faktu. — Nie uwierzyłbym ci. Nie dzisiaj.
Ezra
Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, jakby ważył kolejne słowa.
OdpowiedzUsuń— Za bardzo walczysz z czymś, co nie ma nic wspólnego ze mną. I ja to widzę.
Nie podniósł głosu. Nie odsunął się.
Kiedy zaczęła mówić o scenie, o pożegnaniu, o pęknięciu, o czymś, co ma zniknąć bez huku, Ezra odwrócił się powoli do tablicy. Sięgnął po marker.
— Pożegnanie bez deklaracji — mruknął bardziej do siebie niż do niej. — Cisza po wybuchu.
Przyczepił jedną z kartek wyżej. Drugą przesunął. Trzecią skreślił jednym, zdecydowanym ruchem, gdy skinęła głową. Spojrzał przez ramię.
— Rozpad, który boli bardziej, bo nikt nie krzyczy.
Odchylił głowę, jakby sprawdzał kompozycję z dystansu, dłonie oparł na biodrach. Cisza znów się między nimi rozlała. Kiedy powiedziała „jest idealnie”, przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.
— Idealnie? — powtórzył cicho. — Idealne rzeczy się nie rozpadają, Sloane. — Jego głos nie był miękki. Nie był też twardy. Był prawdziwy.
Ezra obserwował ją w milczeniu przez dłuższą chwilę, kiedy mówiła o kosztownych decyzjach i eleganckich wersjach. Kącik jego ust uniósł się ledwo zauważalnie, nie w szerokim uśmiechu, raczej w tym charakterystycznym, powściągliwym rozbawieniu, które pojawiało się zawsze, gdy Sloane zaczynała brzmieć pewnie, a jednocześnie zdradzała się z czymś więcej. Kiedy wycelowała palcem w jego mostek, spojrzał na jej dłoń, potem znów na nią.
OdpowiedzUsuń— To była tylko artystyczna wizja — mruknął cicho. — Bardzo trafna…
Nie cofnął się ani o centymetr, gdy między nimi napięcie zgęstniało. Stał blisko, z podwiniętymi rękawami, dłonie oparte chwilowo na biodrach, jakby oceniał całą sytuację z dystansu, choć dystansu tu nie było wcale. Kiedy zaczęła grozić mu przeprowadzką z Rue, zaśmiał się pod nosem.
— Ostrzegam, mam bardzo wysokie standardy w kwestii współlokatorek... — Uniósł brew. Zatrzymał na niej spojrzenie na ułamek sekundy dłużej, niż powinien. Gdy uderzyła go palcami w przedramię, złapał jej dłoń na moment, nie po to, żeby ją powstrzymać, bardziej żeby zatrzymać ten gest. Jego palce zacisnęły się lekko wokół jej nadgarstka, ciepło, pewnie. Ezra prychnął cicho pod nosem, a potem zaśmiał się już całkiem otwarcie, kręcąc głową z udawanym niedowierzaniem.
— Oczywiście — powiedział lekko. — Dla Rue zorganizujemy osobną budę na dziedzińcu. Z ogrzewaniem podłogowym, fontanną i prywatnym ochroniarzem. — Pokręcił głową, jakby naprawdę rozważał logistykę całego przedsięwzięcia. — I będę musiał podpisać z nią osobny kontrakt. Bez dram, bez wybuchów, bez grożenia, że wyjedzie na weekend do Vegas.
Zatrzymał na niej spojrzenie, miękkie, rozbawione.
— Nie ryzykuję. Już jedną dziką istotę wpuściłem do środka. — Zawiesił wzrok na niej na ułamek sekundy dłużej. — Choć przyznaję, że ta pierwsza całkiem dobrze się zadomowiła.
Oparł się plecami o krawędź stołu, skrzyżował ręce na piersi i przyglądał jej się z tym swoim rozbawionym, spokojnym spojrzeniem. Kącik jego ust znów drgnął.
— Jedyne poranki, jakie będę miał, co? — powtórzył ciszej, z tym charakterystycznym, niskim tonem, który zawsze zwiastował coś niebezpiecznego. Spojrzał jej prosto w oczy. — Wiesz, że to brzmi jak zasady — mruknął. — A jeszcze chwilę temu twierdziłaś, że nie ustalasz zasad. — Uśmiechnął się lekko. Nie triumfalnie. Raczej miękko. — Moje pozostałe dziewczyny będą zawiedzione.… — mruknął z udawaną powagą. — Będę musiał zrobić zebranie informacyjne. „Szanowne panie, poranki zostały oficjalnie zarezerwowane. Proszę dostosować grafik.” — Ezra przechylił głowę lekko w bok, jakby naprawdę rozważał logistykę całej sytuacji. Przez chwilę milczał demonstracyjnie, po czym westchnął teatralnie. — Myślisz, że przeżyją? — dodał jeszcze, już ciszej. — Czy powinienem im zapewnić wsparcie psychologiczne?
Spojrzał na nią spod rzęs, absolutnie bezczelnie.
— A tak serio… — mruknął, nachylając się bliżej, ton zmienił się na niższy, bardziej prywatny. — Jeśli zaczynamy rezerwować poranki, Sloane, to może nie rzucaj tego jak żartu.
Kącik jego ust uniósł się wyżej, kiedy obserwował jej reakcję. Potem bez ostrzeżenia wsunął dłoń w jej talię. Pewnie. Zdecydowanie. Przyciągnął ją do siebie tak, że wpadła na niego miękko, a jej dłonie odruchowo oparły się o jego klatkę piersiową. Drugą rękę uniósł i ujął jej twarz. Palce wsunęły się pod linię żuchwy, kciuk przesunął się po jej policzku, jakby sprawdzał temperaturę skóry. — Dobra, dść tego pieprzenia. — mruknął cicho, głos miał niższy niż przed chwilą. —
Nie odsunął ręki z jej twarzy. Przytrzymał ją, lekko, władczo jakby chciał mieć pewność, że nie ucieknie ani o milimetr. Jego oddech był spokojny.
Oczy ciemniejsze niż chwilę wcześniej.
OdpowiedzUsuń— Powiedz mi jedną rzecz — mruknął nisko. — Pieprzyłaś się kiedyś na planie filmowym? — zapytał bez ogródek, jakby to było najbardziej naturalne pytanie świata. Spojrzał na nią z tą swoją bezczelną ciekawością, która zawsze pojawiała się, gdy chciał ją sprowokować. Jego palce powoli zsunęły się z jej policzka na linię szczęki, potem na szyję, zatrzymując się tam na chwilę, ciepłe, pewne.
— Bo jeśli nie — dodał ciszej, z cieniem uśmiechu przy ustach — to chyba właśnie tracimy bardzo dobrą okazję…
Nie czekał długo na odpowiedź. Musnął jej usta. Ledwie. Krótko. Prawie niewinnie. Jakby sprawdzał, czy mu na to pozwoli. Nie pogłębił pocałunku. Jeszcze.
Ezra
Ezra uniósł brew, słuchając jej wywodu o Rue z taką powagą, jakby omawiali właśnie warunki wielomilionowej umowy, a nie logistykę sypialni dla rozpieszczonego psa.
OdpowiedzUsuń— Własny pokój? — powtórzył z rozbawieniem. Zerknął na psa, który właśnie westchnął teatralnie i ułożył pysk na łapach. Ezra patrzył na nią przez chwilę z tą mieszanką rozbawienia i skupienia, którą rezerwował wyłącznie dla niej. — To nie była sugestia — mruknął spokojnie. Kącik jego ust drgnął.
— Ty nie byłabyś złą współlokatorką. Byłabyś… głośną współlokatorką. Dramaturgiczną. Wymagającą. — Przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — I pewnie kradłabyś mi miejsce w łóżku.
Zerknął w stronę Rue, która z godnością ignorowała cały świat. — A ona wygląda, jakby już planowała przejęcie nieruchomości.
Kiedy zaczęła mówić o budach i kojotach, parsknął cicho. — Dobrze, dobrze. Żadnych bud. Własny pokój, miękka poduszka i pełne prawo do wyrzucania mnie z mojego domu. — Wzruszył ramionami. — Brzmi uczciwie.
Ale kiedy zeszła na „pierwszą” i „drugą”, jego spojrzenie zmieniło się minimalnie. Nadal było w nim rozbawienie, ale pod spodem pojawiło się coś twardszego. Bardziej czujnego.
— Ach, więc to już selekcja. — mruknął. — Listy obecności. Harmonogramy.
Jej dłoń zsunęła się niżej. Zarejestrował to bez mrugnięcia okiem. — Myślisz, że pozwoliłbym ci zapełnić cały grafik bez walki? — zapytał cicho, pochylając się odrobinę bliżej. Gdy oparła dłonie o jego klatkę, nie cofnął się ani o centymetr. Wręcz przeciwnie. jego dłoń przesunęła się na jej plecy, stabilnie, pewnie, jakby naturalnie tam należała.
— Twoje zasady, hm? — mruknął. — Fascynujące, jak często zmieniasz regulamin w trakcie gry.
— Najpierw bez zobowiązań i bez scen. — Zbliżył twarz na tyle, że jej oddech mieszał się z jego. — A teraz chcesz grafiku na wyłączność. Mogłem się tego domyślić.
Nie mówił tego oskarżycielsko. Raczej z czymś na kształt zainteresowania. Jej dłonie spoczęły na jego klatce, a on bez słowa wsunął jedną rękę na jej talię, drugą wyżej, na plecy, tuż pod łopatkami. Przyciągnął ją jeszcze odrobinę bliżej.
— Chcesz wpisać się pierwsza? — zapytał nisko. — To się wpisz.
Jego kciuk przesunął się po materiale jej topu, niemal nieistotnie, jakby przypadkiem. — Tylko pamiętaj — dodał spokojnie — że jak zapełnisz mi cały grafik, to będziesz musiała go naprawdę wypełnić.
Nie odrywał od niej wzroku. Nie żartował już tak całkiem. Ezra prychnął cicho pod nosem, mierząc ją spojrzeniem od stóp do głów, jakby właśnie próbował rozwiązać bardzo poważny dylemat.
— Szczerze? — przechylił lekko głowę. — Nie wiem, kto tu jest bardziej rozpuszczony. Ty czy ten pies.
Spojrzał znacząco na Rue, która w tym momencie przewróciła się na plecy, wystawiając brzuch do góry, jakby idealnie wpasowując się w jego tezę.
— Ona przynajmniej nie grozi mi przejęciem kalendarza, domaganiem się własnego skrzydła w domu i reorganizacją mojego życia w ciągu pięciu minut. — Wrócił wzrokiem do Sloane, kącik ust drgnął mu wyraźnie. — Chociaż… — zawiesił głos, przesuwając dłonią po jej talii odrobinę wyżej — ty robisz to z dużo większą klasą.
Zbliżył się minimalnie, tak że ich czoła niemal się zetknęły. — I z dużo większą bezczelnością.
Uniósł brew. — Ale nie narzekam.
Nie cofnął dłoni z jej twarzy. Przesunął kciukiem po linii jej żuchwy, jakby sprawdzał, czy dalej tam jest. Jakby upewniał się, że to nie kolejna gra. Kiedy przylgnęła do niego, odpowiedział bez wahania. Wolniej niż zwykle. Bez tej drapieżnej pewności, którą czasem zakładał jak marynarkę. Tym razem pocałunek był głęboki, ale uważny jakby dawał jej przestrzeń, a jednocześnie nie pozwalał się odsunąć.
Jej dłonie przy guzikach koszuli wywołały cichy, niski oddech, który wyrwał mu się z klatki piersiowej.
— Dlaczego wygoniłem? — powtórzył pod nosem, muskając jej dolną wargę, zanim odpowiedział. — Bo kiedy moja artystka demoluje plan, to wolę, żeby nikt nie stał między mną a nią…
Ezra parsknął cicho, kiedy złapała go za koszulę, a jego palce na jej talii przesunęły się odrobinę wyżej. — Poza tym… — mruknął tuż przy jej ustach. — pomyślałem, że byłoby całkiem miło, gdybyś dla równowagi zdemolowała też mnie.
OdpowiedzUsuńUniósł brew z tym swoim półironicznym uśmieszkiem, ale w oczach miał coś znacznie ciemniejszego. Nie żartował do końca.
— I wiesz co? — dodał ciszej. — Jesteś cholernie sensowna, kiedy się złościsz. — Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze, jakby badał reakcję. — Kiedy wchodzisz tu jak burza, rozwalasz wszystko i mówisz dokładnie, co myślisz… — jego głos obniżył się jeszcze o ton. Przyciągnął ją bliżej, aż jej biodra oparły się o jego. — A ja mam słabość do rzeczy, które są niebezpieczne, nieprzewidywalne i trochę za intensywne jak na zdrowy rozsądek.
Uśmiechnął się krzywo.
— A kamery… — zerknął kątem oka w stronę sufitu, jakby naprawdę się zastanawiał. — Jeśli ktoś ich nie wyłączył, to będzie to najbardziej dochodowa produkcja w historii wytwórni.
Jego dłoń zsunęła się z jej twarzy na kark, potem niżej, zatrzymując się na linii kręgosłupa. Przyciągnął ją bliżej, aż między nimi nie było już praktycznie powietrza. Palce na jej talii zacisnęły się odrobinę mocniej, nie brutalnie, bardziej władczo. Spojrzał na nią jeszcze raz, dłużej. Tak, jakby upewniał się, że to naprawdę jej decyzja, nie kolejny impuls.
Ezra
OdpowiedzUsuńEzra patrzył na nią uważnie, kiedy mówiła o grafiku. O tygodniu. O miesiącu. O „całym”. Jego spojrzenie było zaciekawione, zwłaszcza przy słowach „nie będę się dzieliła tobą z żadną inną dziewczyną”, ale nie dlatego, że chciał się z niej wyśmiać. Raczej dlatego, że to już nie było przekomarzanie się. To była deklaracja. Kiedy wspomniała o zakochiwaniu się, jego palce na sekundę zamarły. Tylko na sekundę. Nie uciekł wzrokiem. Jej dłonie przy pasku nie umknęły jego uwadze. Spojrzał w dół, potem z powrotem w jej oczy. Uśmiechnął się pod nosem. nie szyderczo, nie triumfalnie. Raczej jak ktoś, kto wie, że sytuacja właśnie przeszła cienką linię.
Ezra uniósł brew, kiedy wspomniała o telefonie i „grzecznym mailu”. Przez sekundę wyglądał, jakby naprawdę to rozważał. Potem prychnął cicho pod nosem.
— Oh, jasne — mruknął z rozbawieniem. — Dam ci telefon, wyślesz oficjalne wypowiedzenia, a przy okazji usuniesz połowę moich kontaktów? Może jeszcze ustawisz swoje zdjęcie jako tapetę? — Kącik jego ust drgnął wyraźnie. — Widzisz, to właśnie o tym mówię. — Przesunął palcem po jej nadgarstku, lekko, zaczepnie. — Zaczynasz od „sypiaj z kim chcesz jak nie widzę”, a kończysz na przejęciu pełnej administracji nad moim życiem. — Nachylił się minimalnie bliżej, tak że jego oddech musnął jej policzek. — Powiedz mi szczerze… — dodał ciszej, z tym swoim ironicznym półuśmiechem. — Czy naprawdę chodzi o kontakty w telefonie, czy o to, że wkurza cię myśl, że ktoś inny mógłby do mnie zadzwonić o trzeciej nad ranem? — Spojrzał jej prosto w oczy. Bez śmiechu tym razem. Przesunął dłonią wyżej po jej plecach, aż do karku, gdzie lekko zacisnął palce, nie boleśnie, bardziej władczo.
— A co, jeśli mi się podoba, kiedy próbujesz mnie zawłaszczyć? — zapytał ciszej. — Myślisz, że mnie to odstrasza?
Jego usta musnęły jej policzek, potem linię szczęki, powoli, bez pośpiechu, jakby miał całą noc. — I dla jasności — dodał półgłosem. — Nie jestem pewien, kto tu kogo rozbiera. Ty rozwiązujesz pasek… a ja już od kilku minut rozbieram cię z tej twojej „to tylko seks” wersji.
Cofnął się o centymetr, patrząc jej prosto w oczy. — Ale skoro to obietnica, a nie groźba… to chętnie zobaczę, jak bardzo poważnie traktujesz swój nowy regulamin.
Ezra przez ułamek sekundy nie odpowiedział. Patrzył na nią tak, jakby ważył każde słowo, które miało paść. Jej język na jego kciuku. Jej oddech na jego ustach. To prowokacyjne „powiedz”. Uśmiechnął się, wolno. Nie drwiąco. Nie lekceważąco.
— Sloane… — jego głos był niższy niż chwilę wcześniej. — Gdybym nie miał do ciebie słabości, nie pozwalałbym ci robić połowy z tego, co do tej pory zrobiłaś.
Kciuk przesunął się z jej ust na linię żuchwy. Delikatnie, ale zdecydowanie.
— I nie siedziałbym tu godzinę po tym, jak rozwaliłaś plan zdjęciowy.
Patrzył na nią tak, jakby ważył słowa a on rzadko je ważył. Zwykle rzucał je lekko, z tą swoją ironią podszytą pewnością siebie. Teraz jednak coś w jego spojrzeniu było cięższe. Ciemniejsze. Jego dłoń przesunęła się z jej biodra wyżej, powoli, aż znów objęła jej talię. Przyciągnął ją bliżej, aż nie było już między nimi ani centymetra powietrza.
— Chcesz to usłyszeć… — powtórzył cicho. Nie odsuwał wzroku. — Mam do ciebie słabość, Sloane.
Pochylił głowę, jego usta zawisły tuż przy jej uchu. — Cholerną. Nieprzyzwoitą.
Palce zacisnęły się mocniej na jej plecach.
— Taką, przez którą pozwalam ci wchodzić mi na głowę. — Jego oddech był ciepły przy jej skórze. — I najgorsze jest to… — cofnął się o milimetr, żeby spojrzeć jej w oczy — że wcale nie próbuję się z tego wyleczyć.
Jego dłoń przesunęła się niżej, po jej plecach, zatrzymując się na linii bioder.
Czuł, że rozpięła jego spodnie, ale nie ruszył się. Pozwolił jej na to. Stał stabilnie, jakby czekał na kolejną decyzję. Potem spojrzał jej prosto w oczy. Bez uśmiechu. Bez ironii.
OdpowiedzUsuń— To byłoby fair? — powtórzył spokojnie. —Myślisz, że chodzi o to, kto jest wyżej, a kto niżej?
Jego dłoń uniosła się do jej podbródka. Nie mocno. Wystarczająco, by podnieść jej twarz minimalnie wyżej. Przesunął ustami po jej dolnej wardze, powoli, ledwie muskając. — Próbujesz sprawdzić, czy naprawdę masz nade mną taką władzę? — mruknął przy jej ustach. Jedną dłonią przesunął wzdłuż jej talii, drugą wsunął w jej włosy przy karku. Nie agresywnie. Kontrolująco.
Ezra zauważył to w jej spojrzeniu. Tę iskrę.
To lekkie uniesienie podbródka. Ten moment, w którym przestawała być tylko impulsem, a zaczynała być pomysłem. Uśmiechnął się powoli.
— Chcesz się pobawić w reżysera — mruknął.
Jego dłonie nie zniknęły z jej talii. Przeciwnie, przesunęły się niżej, pewnie, ale bez pośpiechu. Nie dominująco. Raczej jakby czekał na sygnał. Pochylił głowę, ich czoła niemal się zetknęły.
— Śmiało. Plan jest twój — w jego głosie było wyzwanie, ale i ciekawość.
Ezra
Kiedy wsunęła dłonie pod jego koszulę, jego oddech pogłębił się minimalnie, ale nie cofnął się. Nie przerwał jej. Stał stabilnie, jakby dawał jej pełne prawo do tej przestrzeni.
OdpowiedzUsuń— Rozbieram cię z prawdy, hm? — mruknął. — Może dlatego tak bardzo mnie nie znosisz.
Uśmiechnął się kątem ust. Jej pytanie, co zrobiłby, gdyby nie miał do niej tej słabości, zawisło między nimi ciężej niż poprzednie słowa. Przez sekundę naprawdę się zastanowił. Potem spojrzał jej w oczy bez uciekania wzrokiem.
— Cóż… — zaczął powoli. — Wygląda na to, że się tego nie dowiemy…
Jego dłoń zsunęła się z jej karku na policzek. Nie władczo. Nie dominująco. Pewnie. Kciukiem przesunął po jej dolnej wardze. Jego ręce nie zrobiły nic gwałtownego. Nie szarpał. Nie przyspieszał. Pozwolił jej dalej prowadzić. Narazie. Pozornie.
— Problem polega na tym, Sloane, że ty chcesz wyłączności, ale jeszcze nie jesteś gotowa dać jej w zamian — mruknął tuż przy jej ustach. Lekko, powoli, przesunął jej dłonie wyżej na swoje ramiona, jakby chciał, żeby to ona trzymała kontrolę. Jego spojrzenie było teraz spokojniejsze. Mniej drapieżne, bardziej świadome. Nie chciał na niej wymusić deklaracji. I tak by w nie nie uwierzył. Nie wierzył w słowa, zwłaszcza te wypowiedziane w chwili podniecenia, albo pod wpływem. Musiałby zobaczyć na własne oczy, że coś się w niej zmieniło, dopiero wtedy byłby w stanie dać jej siebie na wyłączność. W tej chwili… oboje igrali z ogniem.
Pozwolił jej pociągnąć się na środek planu. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że chciał zobaczyć, jak daleko się posunie, kiedy poczuje, że ma prowadzenie. Usiadł w fotelu przed lustrem bez sprzeciwu, z tą powolną, kontrolowaną płynnością ruchów, która zawsze zdradzała, że nic w nim nie dzieje się przypadkiem. Rozłożył się swobodnie, nogi lekko rozsunięte, ramiona oparte o podłokietniki. Światła wokół lustra zapaliły się i odbiły w jego oczach, chłodne, studyjne, bezlitosne. A on wyglądał, jakby to było jego naturalne środowisko. Patrzył na nią w odbiciu, nie odwracając głowy. Obserwował każdy jej ruch, kiedy poprawiała jego kołnierz, kiedy jej palce sunęły po materiale koszuli, kiedy pochylała się nad nim z tą mieszaniną prowokacji i skupienia. Nie przerywał. Nie łapał jej dłoni. Pozwalał. W jego spojrzeniu nie było uległości. Była ciekawość. Kiedy nachyliła się nad nim i jej usta znalazły się przy jego uchu, uniósł lekko podbródek, jakby dawał jej lepszy dostęp. Słuchał. Kącik jego ust drgnął. Pokręcił głową. W lustrze ich oczy spotkały się dokładnie w połowie, jej wyzywające, jego przyciemnione, spokojne w sposób, który był bardziej niebezpieczny niż złość.
— Sloane, ty nie wchodzisz mi na głowę. — Powoli odchylił głowę do tyłu, tak że zetknął się z jej skronią, patrząc na nią w lustrze. — Ty wchodzisz mi pod skórę. A to zasadnicza różnica…
Zrozumiał. Chciała gry. Nie brutalnego przejęcia. Nie prostego „złap i posiądź”.
Chciała iluzji władzy. Chciała, żeby pozwolił. Żeby wyglądało, że oddaje pole. Patrzył, jak poprawia jego kołnierz, jak jej palce suną po jego ramionach. Światła wokół lustra odbiły się w jego oczach i nie było w nich uległości. Było rozbawienie. Jego wzrok przesunął się po jej odbiciu w lustrze. Powoli. Dokładnie. Bez wstydu.
Nie wstał. Nie drgnął. Pozwolił jej dłoniom błądzić po jego ramionach, klatce, karku. Dopiero po chwili jego palce, jakby mimochodem, przesunęły się po jej udzie. Lekko. Zbyt lekko, by to był chwyt. Wystarczająco, by przypomnieć jej, że on też tu jest.
— Na kolana? — powtórzył cicho, jakby smakował to słowo. Jego uśmiech zmienił się minimalnie. Zniknęła z niego lekkość. Powoli odchylił głowę w tył, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. — Sloane… — westchnął miękko. Jego wzrok pociemniał wyraźnie. — Na kolana możesz rzucać tych swoich chłopców… których pieprzysz, kiedy nie widzę — mruknął nisko, bez uśmiechu Słowa zawisły między nimi ciężko. Nie było w nich krzyku. Była zazdrość. Sucha, męska, nieudawana. I coś jeszcze, ostrzeżenie. Przez sekundę cisza stała się gęsta jak dym. Potem jego kącik ust drgnął. Ale zaraz potem wrócił ten lekki, niebezpieczny uśmieszek.
— A ja… jeśli kiedyś dla ciebie uklęknę, to na pewno nie na twoją prośbę, ani tym bardziej na twoje żądanie.
OdpowiedzUsuńOparł się wygodniej w fotelu, jakby właśnie urządzał się w najlepszym miejscu do oglądania spektaklu. Jego dłonie nie próbowały jej zatrzymać, nie szarpały, nie przyciągały. Leżały swobodnie na podłokietnikach. Tylko spojrzenie zdradzało, że wcale nie oddaje pola. Było ciemniejsze. Skupione. Zbyt spokojne.
— Ale mogę pozwolić ci myśleć, że to ty prowadzisz — dodał ciszej, niemal przy jej ustach. Nie podniósł głosu. Nie drgnął. Tylko patrzył. I dopiero po chwili, minimalnie pochylając głowę w bok, jakby oceniał kadr, pozwolił sobie na cień ironii. — Skoro chcesz się bawić w reżysera… — mruknął przy jej ustach — to pokaż mi, jak wygląda scena, w której mam się poddać. Nie pchał jej.
Nie przewracał ról brutalnie. Oddawał kontrolę. Tylko że robił to jak ktoś, kto dokładnie wie, że w każdej chwili może ją odebrać.
Delektował się nią. Nie w sposób pośpieszny. Nie głodny. Nie zachłanny. Powoli. Jak ktoś, kto ma czas. Jego wzrok przesuwał się po niej niespiesznie od twarzy, przez szyję, linię obojczyków, aż po biodra, które przed chwilą tak pewnie ustawiła w swojej małej demonstracji władzy. Nie było w tym wstydu ani ukrywania. Patrzył tak, jakby zapamiętywał każdy szczegół. Jakby katalogował ją w głowie. Sloane, kiedy się złości. Sloane, kiedy udaje obojętność. Sloane, kiedy chce dominować. Sloane, kiedy drży tylko minimalnie, choć robi wszystko, żeby tego nie było widać.
Siedział w tym fotelu jak w pierwszym rzędzie prywatnego spektaklu, gotów pozwolić jej na wszystko. Uśmiechnął się lekko, nie szeroko, nie teatralnie. Kącikiem ust. Jak ktoś, kto zna zakończenie, ale pozwala drugiej stronie wierzyć, że to ona pisze scenariusz.
Ezra
Ezra słuchał jej bez przerywania. Nie uśmiechał się już w ten lekki, zaczepny sposób. Nie rzucał komentarzami. Patrzył na nią tak, jakby próbował zrozumieć, gdzie kończy się prowokacja, a zaczyna prawda. Jej dłonie pod jego koszulą sprawiły, że jego oddech stał się wolniejszy, cięższy. Nie odsunął ich. Przeciwnie, lekko rozprostował ramiona, dając jej więcej przestrzeni, jakby chciał, żeby dotknęła go dokładnie tak, jak potrzebuje. I kiedy powiedziała, że wkurwia ją myśl o kimś innym przy nim o trzeciej nad ranem, uśmiechnął się pod nosem.
OdpowiedzUsuń— To ciekawe… — Jego głos nie był rozbawiony. Był niski. — Myślałem, że akurat ty nie będziesz miała takich sentymentów.
Jej dłonie sprawiły, że jego oddech stał się głębszy, wolniejszy. Nie cofnął ich.
Pozwolił jej badać go bez pośpiechu. Jego palce odpowiedziały tym samym, sunąc wzdłuż jej kręgosłupa, aż do karku, gdzie zatrzymały się na chwilę. — Wkurza cię, że ktoś mógłby być ze mną o trzeciej nad ranem — powtórzył spokojnie. — A mnie wkurza, że nadal mówisz o nim tak, jakby siedział gdzieś między nami.
Nie było w tym złośliwości. Było zmęczenie. Odsunął się minimalnie. Tylko tyle, żeby jej dłonie musiały zdecydować, czy chcą zostać na jego plecach, czy opaść. — To nie jest kwestia słabości — dodał, już bardziej opanowany. — Chodzi o to, że ja nie gram w połowie. A ty wciąż trzymasz jedną nogę w przeszłości.
To było powiedziane miękko. Ale stanowczo. Emocjonalnie zrobił pół kroku w tył. Nie fizycznie. Po prostu przestał iść za jej impulsem. Przestał ją podsycać. — Więc zanim zaczniesz usuwać modelki z mojego telefonu… — dodał ciszej. — Zastanów się, czy usunęłaś już jego ze swojej głowy. — I tym razem to on nie poszedł dalej. — A jeśli nie? — powtórzył cicho, jakby naprawdę rozważał jej odpowiedź zanim jeszcze ją usłyszy. — To wróćmy do tego, co było miłe — powiedział w końcu, spokojnie. — Do naszego układu.
Słowo „układ” nie zabrzmiało lekko. Zabrzmiało jak decyzja. — Bez wyłączności. Bez deklaracji. Bez przejmowania grafików.
Jego kciuk przesunął się po jej biodrze, wolno, niemal uspokajająco. — Seks. Praca. Napięcie. — wymienił miękko. — I żadnych oczekiwań, których nie jesteś gotowa udźwignąć.
Nie było w tym chłodu. Była granica. — Ja mogę się z tobą bawić, Sloane. Mogę z tobą sypiać, tworzyć, kłócić się do świtu — lekki cień uśmiechu pojawił się w kąciku jego ust. — I będzie to cholernie dobre.
Nie było w tym chłodu. Raczej ochrona. Jego własnych granic. Ezra nie oderwał od niej wzroku ani na sekundę. W lustrze widział jej twarz, sposób w jaki unosi podbródek, tę mieszankę prowokacji i szczerości, która zawsze była u niej niebezpieczna. Kiedy powiedziała, że nie było nikogo poza nim, coś w jego szczęce się rozluźniło. Minimalnie. Prawie niedostrzegalnie. Ale pociemniałe spojrzenie nie zniknęło.
— Nie jest zabawnie, kiedy wykonują polecenia bez oporu? — powtórzył cicho. — Więc dlatego mnie testujesz? — zapytał. Nie brzmiał urażony. Brzmiał zainteresowany. Przechylił głowę w bok, wciąż siedząc, wciąż pozwalając jej stać nad sobą, dotykać go, poprawiać kołnierz jakby była stylistką, a nie kobietą, która przed chwilą zażądała, żeby uklęknął. Ezra nie uśmiechnął się tym razem. Nie było już tej łatwej ironii ani prowokacyjnej gry w „kto kogo przechytrzy”. Wciąż siedział w fotelu, rozluźniony z pozoru, ale jego spojrzenie stało się uważniejsze. Nie patrzył już na jej usta. Patrzył na oczy. I nie wyglądał jak mężczyzna, który zamierza spełniać zachcianki.
— Co tak naprawdę chcesz zobaczyć? — dodał ciszej. — Mnie uległego? Chcesz sprawdzić, czy zrobię coś tylko dlatego, że ty tego zażądasz?
Jego wzrok przesunął się po jej twarzy, analizująco, bez pośpiechu. Minimalnie przechylił głowę.
OdpowiedzUsuń— Chcesz zobaczyć, czy jesteś dla mnie wystarczająco ważna, żebym zrezygnował z pozycji, którą zwykle zajmuję.
Cisza między nimi nie była już napięciem seksualnym. Była gęsta od znaczeń.
— Kiedy mówisz „chcę cię na kolanach”, — kontynuował spokojnie. — Co tak naprawdę ma ci to dać? — zapytał miękko. — Nie mam zamiaru spełniać każdej twojej zachcianki tylko dlatego, że potrafisz ją wypowiedzieć szeptem — powiedział łagodnie. — Ale chcę wiedzieć, skąd ona się bierze. — Uniósł minimalnie brew. Spojrzał jej w oczy, bez uśmiechu tym razem.
— Chcesz mnie, Sloane? Czy chcesz wygrać?
Ezrs
OdpowiedzUsuńEzra słuchał jej bez przerywania. Patrzył tak, jakby ważył każde z jej słów osobno, jakby sprawdzał, które są impulsem, a które prawdą. Kiedy mówiła o sentymencie, o bezpiecznych zasadach, o „tak jak miało być”, jego wzrok nieco złagodniał. Nie dlatego, że się z nią zgadzał. Dlatego, że widział, jak bardzo próbuje pogodzić w sobie dwie sprzeczne rzeczy.
— Bezpiecznie dla wszystkich — powtórzył spokojnie. Jej palec zataczający kółko na jego klatce nie pozostał bez reakcji. Jego dłoń przesunęła się powoli wzdłuż jej pleców, stabilnie, jakby chciał ją przytrzymać nie po to, by dominować, ale żeby nie pozwolić jej odskoczyć w momencie, kiedy sama zacznie się wycofywać.
— Znam to uczucie — odpowiedział, gdy mówiła o ludziach, którzy robią wszystko, by zadowolić. — I nie chcę go między nami.
Jego głos był niski, spokojny. Kiedy zapytała, czy jest ważna, spojrzał na nią bez uśmiechu. Bez flirtu. — Jesteś — powiedział po prostu. Nie dodał nic więcej. Nie próbował podbijać znaczenia. To nie było widowiskowe wyznanie. To było coś cięższego. Bardziej konkretnego. Jej słowa o wygrywaniu i o tym, że interesuje ją gracz, nie sama wygrana, wywołały w nim ledwo zauważalne rozbawienie.
— Właśnie dlatego nie traktuję tego jak gry — odparł. — Bo jeśli to ma być tylko rywalizacja, to wygram. A to nie o to chodzi.
Kiedy niemal oparła policzek o jego ramię, jego dłoń przesunęła się wyżej, na jej kark. Ezra patrzył na nią jeszcze przez ułamek sekundy w tej swojej poważnej wersji, tej, która rozbierała słowa do kości i nie dawała jej łatwych odpowiedzi. A potem coś w nim pękło. Zaśmiał się. Krótko. Nisko. Prawdziwie. Nie drwiąco. Raczej z niedowierzaniem.
— Czy z tobą cokolwiek w ogóle może być oczywiste? — uniósł lekko brew. Jego dłoń, która spoczywała na jej karku, przesunęła się powoli ku linii szczęki. Nie zatrzymywał jej ruchów. Nie przestawał jej dotykać. Ale w spojrzeniu pojawiło się rozbawienie, które rozładowało ciężar poprzednich zdań.
— Sloane, ty potrafisz w jednym oddechu powiedzieć, że chcesz mnie tylko dla siebie, a w następnym, że nie wierzysz w wyłączność. — Pokręcił lekko głową, wciąż z cieniem uśmiechu. — Mówisz, że to oczywiste, czego chcesz, a ja właśnie spędziłem ostatnie piętnaście minut próbując to ustalić, i nadal nie wiem czy chcesz mnie… czy poczucia, że możesz mnie mieć.
Jego kciuk przesunął się po jej dolnej wardze, zatrzymując ją tam na moment. — Nic z tobą nie jest oczywiste, Sloane…
Uśmiech zgasł tylko trochę. Zrobił się bardziej skupiony. — Oczywiste rzeczy się przewiduje. Ciebie się odkrywa.
Lekko przechylił głowę, przyglądając jej się tak, jakby naprawdę analizował każdy mikroruch jej twarzy. — I nie musisz obejść się smakiem — powiedział cicho. Zatrzymał się na sekundę. Jego kciuk przesunął się delikatnie po jej skórze. Ezra przyglądał jej się jeszcze chwilę z tym cieniem rozbawienia w oczach, który nie odbierał powagi temu, co między nimi wisiało. — To dostaniesz to, co sobie weźmiesz.
Nie powiedział „dam”. Powiedział „weźmiesz”. W jego spojrzeniu nie było uległości. Była zgoda na to, żeby po niego sięgnęła, jeśli tylko jest gotowa ponieść ciężar tego wyboru. Jego palce przesunęły się powoli po jej karku. Obserwował ją z tym szczególnym rodzajem uwagi, który nie był już czystym pożądaniem.
Oczywiście, mógłby uprościć to wszystko. Moralnie? Mógłby po prostu się z nią przespać. Bez rozmów. Bez analizowania. Bez grzebania w tym, co ją boli i czego się boi. Wziąć to, co oferowała ciałem, dać jej to samo i wrócić do bezpiecznego, przejrzystego układu. Ale to nigdy nie było tylko o tym. Lubił to, że była nieoczywista. Że w jednej chwili była pewna siebie, bezczelna, prawie arogancka, a w następnej odsłaniała fragment czegoś miękkiego, niepewnego, czegoś, co wcale nie chciało być widziane. Lubił jej zgryźliwość, te drobne ukłucia, którymi sprawdzała, czy ktoś zostanie. Lubił to, że potrafiła się wykłócać o wszystko, nawet o oczywiste sprawy, byle tylko nie przyznać, że coś ją rusza. Mógłby ją mieć łatwiej. Ale nie chciał łatwo. Było w niej napięcie, które go fascynowało. Ten wieczny balans między „nie potrzebuję nikogo” a „zostań”. Ta mieszanka wolności i potrzeby przynależności, która sprawiała, że każde ich spotkanie było czymś więcej niż fizycznym zwarciem. Patrzył na nią teraz nie jak na zdobycz, nie jak na kolejną kobietę, która próbuje wygrać z nim jakąś grę. Patrzył na nią jak na zagadkę, której rozwiązanie nie polegało na rozebraniu jej z ubrań, tylko na tym, żeby została. Żeby nie uciekła, gdy zrobi się za cicho. Moralnie mógłby to uprościć. Ale on lubił całą tę otoczkę. Jej upór. Jej sprzeczności. I właśnie dlatego wciąż tu siedział. Nie dlatego, że było łatwo. Tylko dlatego, że z nią nigdy nie było.
OdpowiedzUsuńEzra
Ezra nie cofnął się ani o centymetr, kiedy koszula zsunęła się z jego ramion. Pozwolił jej. Pozwolił patrzeć. Pozwolił dotykać. Pozwolił, by przez krótką chwilę miała wrażenie, że to ona prowadzi tę scenę, że to jej dłonie wyznaczają rytm, że to jej pytania stawiają granice. Ale w jego spojrzeniu nie było oddania. Była obserwacja. Ciemna. Skupiona. Uważna.
OdpowiedzUsuń— Możesz — odpowiedział cicho, bez zawahania, jakby to było najprostsze słowo na świecie. Jego dłoń przesunęła się z jej nadgarstka wyżej, powoli, aż zatrzymała się na jej karku. Nie ściskał. Nie zatrzymywał. Raczej… badał reakcję. Kciukiem zatoczył niewielki łuk tuż pod linią włosów.
— Możesz wziąć co chcesz, Sloane…
Przyglądał jej się tak, jak przygląda się komuś, kto sam nie jest pewien, czy mówi o seksie, czy o czymś znacznie bardziej niebezpiecznym.
— Wszystko? — powtórzył, lekko unosząc brew. —„Wszystko” to nie jest ładnie zapakowane pudełko z napisem „tylko przyjemność”.
Jego palce przesunęły się z karku na jej szczękę. Nie odsunął się. Nie zakrył się. Nie cofnął zaproszenia. Jego dłoń powoli opadła z jej twarzy, ale spojrzenie pozostało nieruchome. Jego dłoń przesunęła się powoli po jej nadgarstku, tam gdzie przed chwilą sama była pewna, że nie potrzebuje pozwolenia. Kciuk zatrzymał się na wewnętrznej stronie, tam gdzie puls był wyczuwalny. Nie ścisnął. Tylko przypomniał jej, że on też czuje. Potem pochylił głowę. Pierwszy pocałunek był lekki. Złożony na jej palcach, niemal ceremonialnie. Drugi, bliżej środka dłoni. Ciepły, powolny, bez pośpiechu. Nie odrywał od niej wzroku nawet wtedy, gdy jego usta dotknęły jej nadgarstka. Tam zatrzymał się na ułamek sekundy dłużej, jakby znał dokładnie to miejsce, gdzie puls przyspiesza szybciej niż myśli. Jego oddech był ciepły, wyczuwalny. Delikatny nacisk warg sprawił, że pocałunek przestał być gestem, stał się obietnicą. Powoli przesunął się wyżej. Wzdłuż wewnętrznej strony jej przedramienia, gdzie skóra reagowała na każdy dotyk intensywniej. Nie śpieszył się. Każdy kolejny pocałunek był spokojny, świadomy, jakby zaznaczał drogę, którą zamierza iść. Uniósł głowę tylko na tyle, by spojrzeć na nią spod lekko przymkniętych powiek. W jego oczach nie było już rozbawienia. Była skupiona, ciemna uwaga. Jego usta zatrzymały się tuż pod zgięciem jej łokcia. Jeszcze jeden pocałunek. Wolniejszy.
Jego palce wciąż obejmowały jej nadgarstek, ciepłe, pewne, jakby ten punkt styku był kotwicą w całym tym chaosie, który sami budowali. Spojrzał na nią uważnie, nie na usta, nie na rozpięty materiał, nie na skórę, którą przed chwilą całował. W oczy. Jakby odpowiedź miała paść właśnie stamtąd.
— Jeśli weźmiesz wszystko — powiedział spokojnie, nisko, bez cienia żartu. — To co planujesz dać w zamian?
Nie było w tym wyzwania. Było coś znacznie bardziej niebezpiecznego: szczerość. Przesunął kciukiem po wnętrzu jej dłoni, powoli, niemal rozkojarzająco. Jakby dawał jej czas. Jakby wiedział, że ona sama jeszcze nie do końca wie, czy to pytanie jest fair.
Ezra przez moment milczał. Jej słowa o lunchu i dłoniach pod stołem nie odbiły się od niego tak łatwo, jak pewnie planowała. Nie wybuchł. Nie złapał jej mocniej. Nie odsunął się. Ale coś w nim się przesunęło. W lustrze widział ich oboje. Jej prowokację, ten błysk w oczach, który mówił „zrób coś”, i siebie, zbyt spokojnego jak na to, co właśnie opisała.
— Widziałaś mnie wtedy…— mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej. Nie brzmiał na zaskoczonego. Raczej… rozbawionego. I trochę pod wrażeniem. Pokręcił lekko głową, nie w zaprzeczeniu, ale w czymś pomiędzy niedowierzaniem a uznaniem. Uniósł wzrok i spojrzał na nią bezpośrednio, nie przez lustro, nie przez odbicie. Prosto.
— I to cię gryzło… — mruknął.
Jego spojrzenie zmiękło na ułamek sekundy. W jego głosie nie było złości. Było coś bardziej złożonego. Rozbawienie zmieszane z uznaniem. Bo to było bardzo w jej stylu, nie reagować od razu. Zatrzymać coś w sobie. Pozwolić, żeby dojrzało. A potem użyć tego dokładnie wtedy, kiedy jest najlepsza okazja.
Ezra
Ezra nie drgnął, kiedy wymówiła nazwę restauracji. Wręcz przeciwnie, kiedy wyczuł, że trafił, że jej oddech minimalnie się zmienił, że w oczach błysnęło coś ostrzejszego niż zwykła prowokacja, uśmiechnął się pod nosem. Nie triumfalnie. Raczej z satysfakcją kogoś, kto właśnie nacisnął odpowiedni punkt.
OdpowiedzUsuń71Above.
Wtorki.
Dwudziesta.
Nie zaprzeczył. Nie próbował obrócić tego w żart.
— I co? — mruknął cicho, jakby smakował te słowa. — Zarezerwujesz stolik obok? — zapytał spokojnie. — Czy naprzeciwko? Żeby mieć lepszy widok? — Uniósł brew. Jego spojrzenie przesunęło się po niej bez wstydu, bez pośpiechu. Analizował. Wyobrażał sobie. I pozwalał jej to zobaczyć. — Będziesz się śmiać głośniej niż zwykle… — dodał cicho. Zbliżył się minimalnie. Wystarczająco, by jego głos stał się niższy, bardziej prywatny. — I będziesz sprawdzać co pięć sekund, czy patrzę… — Nie było w tym słowa więcej niż potrzeba. Jego głos nie podniósł się ani o ton. Nie było w nim wybuchu. Była pewność. Przez chwilę milczał a potem na jego usta wpełzł leniwy uśmiech. Przechylił lekko głowę. Uśmiech nie zniknął z jego ust. — Patrzyłbym.
Jego spojrzenie ściemniało o ton. Przez sekundę wyglądał tak, jakby rzeczywiście rozważał tę wizję. Ją przy stoliku obok. Obcy mężczyzna. Jej dłoń pod stołem. Jego milczenie. Nie odwrócił wzroku.
— Podoba mi się to — dodał ciszej. — Ta twoja wojna. Tylko że wiesz, co jest zabawne? — powiedział cicho. — Mówisz, że nic cię nie gryzie… a potem planujesz scenariusz zemsty z dokładną godziną i adresem.
Zatrzymał ją w miejscu, gdy próbowała minimalnie odsunąć się, choć to było ledwie wyczuwalne.
Ezra nie odpowiedział od razu. Wciąż siedział, jej dłoń uwięziona w jego, kciuk powoli sunący po cienkiej skórze nadgarstka, jakby w ogóle nie spieszyło mu się z odpowiedzią. Patrzył w lustro, na nią pochyloną nad nim, na to delikatne drżenie, którego nie próbowała już ukrywać.
— Co chciałbym wziąć? — powtórzył cicho.
Uniósł wzrok, ale nie po to, żeby ją przyszpilić. Raczej żeby zobaczyć, czy sama rozumie ciężar własnego pytania. Przez chwilę wyglądał, jakby naprawdę to rozważał. Jakby mógł wymienić listę rzeczy. Jej uwagę. Jej wyłączność. Jej decyzję. Jej brak ucieczek. A potem pokręcił głową.
— To nieistotne — mruknął spokojnie. Jego palce zacisnęły się minimalnie mocniej na jej dłoni, jakby przypominał jej, gdzie teraz są.
— Już ustaliliśmy. — dodał ciszej. — Wszystko, co przyjemne.
Nie było w tym ironii. Była świadomość. Zadarł lekko głowę, ich twarze znalazły się bliżej. Uśmiechnął się minimalnie. — Chyba że znowu zmieniasz zasady — podniosł na nią wzrok.
Ezra nie poruszył się. Siedział dokładnie tam, gdzie go posadziła, w fotelu ustawionym naprzeciwko lustra, w chłodnym świetle technicznych lamp, z rozpiętą koszulą i spokojem, który wcale nie oznaczał bierności. To ona przejęła inicjatywę. To ona pociągnęła go na środek planu. To ona zdecydowała, że będzie reżyserem. Więc siedział. Wciąż trzymał jej dłoń, nie jak więzień, tylko jak ktoś, kto przypomina: jeszcze tu jestem. Jeszcze czekam. Uniósł wzrok w lustro. Ona stała za nim. Blisko. Wystarczająco, by czuł ciepło jej ciała przez cienką warstwę powietrza. Wystarczająco, by jej oddech muskał jego kark, gdy pochylała się minimalnie. Wystarczająco, by wiedział, że jeśli się poruszy, to będzie to świadome. Nie zrobił tego. Oddał jej przestrzeń. Pozwolił jej zdecydować, czy chce kontynuować prowokację, czy dotyk, czy ciszę. Nie wyrywał się spod jej dłoni. Nie odwracał głowy. Nie ułatwiał. Czekał. Jego spojrzenie było skupione, uważne, trochę ciemniejsze niż wcześniej. Nie było w nim pośpiechu ani frustracji. Była cierpliwość kogoś, kto doskonale wie, że napięcie jest częścią gry i że czasem najbardziej władczy ruch to ten, którego się nie wykonuje. Palce, które wcześniej przesuwały się po jej nadgarstku, teraz spoczywały nieruchomo. Jakby mówiły: pokaż. To ona go posadziła. Więc siedział. I czekał na to, co planuje zrobić.
Ezra
Śledził ją wzrokiem bez pośpiechu, bez nerwowości. Jakby wiedział, że wróci. Jakby to było oczywiste, że prędzej czy później stanie dokładnie przed nim. A kiedy usiadła na jego kolanach, bokiem, z tą pozorną swobodą, jakby to był tylko kolejny ruch w grze, jego ciało zareagowało instynktownie. Jedna dłoń ułożyła się na jej talii. Naturalnie. Pewnie. Bez pytania. Druga przesunęła się na jej udo, tuż nad kolanem, ciężka i ciepła, jakby sprawdzał, czy naprawdę tu jest. Stabilnie, pewnie, jakby przyjmował ciężar jej ciała bez najmniejszego wysiłku.
OdpowiedzUsuń— Tuż obok — powtórzył cicho. — I mówisz, że byś na mnie nie spojrzała. — Uniósł lekko brew. Nie uśmiechał się szeroko. Ten cień rozbawienia był ledwo widoczny, bardziej w kąciku oka niż na ustach. — Kłamiesz bez mrugnięcia okiem — stwierdził spokojnie. — Spojrzałabyś. Może nie dlatego, że nie możesz się powstrzymać… ale dlatego, że chciałabyś zobaczyć, czy mnie to rusza.
Patrzył na nią z dołu, co wcale nie odbierało mu przewagi. Jeśli już, dodawało jej innego rodzaju napięcia. Słuchał jej uważnie, kiedy szeptała tak blisko, że czuł ciepło jej oddechu na ustach. Kiedy oskarżała go niemal łagodnie o to, że „tylko przyjemne” mu nie wystarczy. Kciuk na jej udzie zatoczył powolne kółko pod materiałem sukienki. Nie wspinał się wyżej. Nie spieszył się.
— Masz rację — powiedział w końcu cicho.
Kiedy powiedziała, że mu nie wierzy, jego spojrzenie na moment przygasło. Nie obrażone. Uważne. — Nie wierzę w „tylko przyjemne” — przyznał w końcu nisko. — To nigdy nie działa długo. — Nie patrzył już na jej usta. Patrzył w oczy. — Przyjemność jest łatwa. — Jego głos był spokojny, niski. — Dostępna. Powtarzalna. — Jego dłoń na jej talii przesunęła się minimalnie wyżej, aż poczuła jego palce przy dolnych żebrach. — Może być początkiem… albo końcem — dodał ciszej. Zawiesił głos. Nie odrywał od niej wzroku. Dłoń z uda przesunął niżej, na jej kolano, potem na łydkę, docierając niemal do kostki.
— Mnie interesuje napięcie. Ryzyko.
Patrzył jej prosto w oczy. Jego dłoń przesunęła się na jej kark, dokładnie tam, gdzie wcześniej zaciskał palce. Ich usta dzielił centymetr. Przez sekundę wyglądał, jakby naprawdę ważył odpowiedź.
— Chcesz wiedzieć, co bym wziął? — powtórzył spokojnie. Ezra nie oderwał od niej wzroku. Czuł, jak jej ciało napina się minimalnie przy każdym jego słowie, jakby balansowała między prowokacją a czymś znacznie bardziej odsłoniętym. Dłoń na jej talii przesunęła się wyżej, aż podparł ją pewniej, żeby nie miała wrażenia, że siedzi tam przypadkiem. Druga, ta na jej kostce, nie cofnęła się. Przez sekundę wyglądał, jakby naprawdę ważył odpowiedź.
— Wziąłbym twoją zazdrość — powiedział cicho. Jego kciuk przesunął się po jej biodrze, powoli. — Tę, którą udajesz, że masz pod kontrolą. — Spojrzenie miał stabilne. Nie prowokujące. Pewne. — Wziąłbym twoją zemstę. Te wszystkie scenariusze z restauracją i stolikami obok. — Kącik jego ust drgnął. — I rozebrał je do kości, aż przestałyby być tylko teatrem — dodał ciszej. Ich twarze dzieliły centymetry. Coś w jego spojrzeniu zmieniło się subtelnie, kiedy między nimi przestało chodzić tylko o zazdrość i grę. Przez ułamek sekundy zniknęła prowokacja.
— Wziąłbym twoje zmartwienia — powiedział w końcu cicho. Nie brzmiał już zaczepnie. Kciuk na jej biodrze przesunął się powoli, jakby uspokajająco, choć wcale nie próbował jej uciszyć. — Te, o których mówisz pół żartem. I te, których nie wypowiadasz wcale. — Spojrzał jej prosto w oczy. — I upokorzenia. Te wszystkie momenty, kiedy udajesz, że nic cię nie rusza, a w środku coś ci się zapada. — Jego głos był niski, ale nie twardy. Stabilny. — Te sytuacje, kiedy czujesz się „druga”. Kiedy ktoś patrzy przez ciebie, a ty udajesz, że wcale nie chciałaś być widziana. — Dłoń na jej plecach przesunęła się wyżej, bliżej karku, pewnie i ciepło. — Wziąłbym to wszystko, co próbujesz przykryć bezczelnością.
Przesunął czoło minimalnie bliżej jej skroni, prawie dotykając.
OdpowiedzUsuń— Nie wszystko, co jest przyjemne, Sloane. Tylko wszystko co jest prawdziwe.
Cisza między nimi zgęstniała. Ezra nie przerwał kontaktu wzrokowego, kiedy mówił o jej zmartwieniach i upokorzeniach. Jego głos był spokojny, stabilny, niemal zbyt stabilny jak na to, jak blisko siebie siedzieli.
W końcu spuścił z niej wzrok. Powiódł oczami za swoją dłonią. Przesunął palcami wzdłuż jej nogi. Jego palce znalazły zapięcie przy cienkim pasku szpilki. Nie komentował tego. Nie pytał o pozwolenie. Rozplątywał je spokojnie, z precyzją, która kontrastowała z napięciem w powietrzu. Jego kciuk zahaczył o metalową klamrę, a potem jednym płynnym ruchem uwolnił pasek.
— Wziąłbym też to — dodał cicho, nie patrząc jeszcze w górę. Delikatnie zsunął z jej stopy szpilkę. Powoli, pozwalając palcom przesunąć się po łuku stopy, po kostce, po napiętych mięśniach, które zdradzały, jak bardzo była spięta. Odstawił but na podłogę obok fotela. To samo zrobił z drugą. Dopiero wtedy spojrzał na nią z dołu, wciąż siedząc, wciąż trzymając jej nogę lekko uniesioną.
— To napięcie, które nosisz nawet w kostkach — mruknął. — Jego palce przesunęły się wyżej, zatrzymując tuż pod kolanem. — Udajesz, że to tylko zabawa. A twoje ciało nigdy nie kłamie.
Ezra
Ezra uśmiechnął się lekko, kiedy powiedziała, że mogłaby się bawić tak dobrze, że zapomniałaby, że tam jest. Powoli pokiwał głową, jakby przyznawał jej rację. — Może — mruknął spokojnie. — Może tak właśnie by było.
OdpowiedzUsuńNie brzmiał zazdrośnie. Nie brzmiał też przekonująco. Raczej jak ktoś, kto pozwala jej wierzyć w tę wersję, wiedząc, że i tak sprawdziłaby kątem oka. Kiedy szepnęła o przyjemności, która szybko zmienia się w koniec, spojrzał na nią uważniej. Przez moment naprawdę się zastanawiał, jakby dopiero teraz zrozumiał, że nie mówi tylko o nich.
— Dlatego chciałaś ode mnie tylko „wszystkiego, co przyjemne”? — zapytał cicho. — Bo przyjemność szybko się kończy… a wtedy przynajmniej wiesz, że to był plan?
Nie było w tym oskarżenia. Było spokojne rozbieranie jej myśli na części. Gdy powiedziała, że wszystko, co łatwo przychodzi, równie łatwo odchodzi, roześmiał się cicho. Nisko, szczerze.
— Sloane… — pokręcił głową. — Ty chyba sobie żartujesz. — Spojrzał jej prosto w oczy. — Nie widzę tu niczego, co przyszło łatwo.
Jego palce na jej talii przesunęły się wyżej, stabilnie, pewnie. A kiedy napięła się, kiedy w jej spojrzeniu pojawiła się ta niepewność, zauważył to od razu. Widział to. Ten moment, w którym przestawała być bezczelna, a zaczynała być prawdziwa. To zawahanie. To szybkie przeliczanie w głowie, czy powinna się cofnąć, czy zostać. To ciche „nie wiem”, którego nie potrafiła wypowiedzieć. Nie przycisnął jej. Nie wykorzystał tego. Po prostu patrzył. Kiedy zażartowała o jego zmartwieniach, roześmiał się znowu.
— Być może — powiedział lekko. — Być może to głupi pomysł. — Wzruszył ramieniem. — Czas pokaże.
A gdy szepnęła, że prawdziwe rzeczy nie są ładne, jego dłoń znów przesunęła się po jej nodze. Powoli. Uważnie. Gładząc skórę bez pośpiechu, jakby badał reakcję.
— Właśnie o to chodzi — odpowiedział cicho. — Ładne rzeczy są powierzchowne.
Palce przesuwały się wyżej, materiał sukienki lekko podsunął się pod ich ruchem. Kiedy zdjął jej szpilki, dłonią powoli wrócił dłonią wyżej. Teraz zawędrował aż pod materiał jej sukienki. Nie gwałtownie. Nie nachalnie. Po prostu pewnie.
Kiedy zapytała, co zrobiłby z tym wszystkim, jeśli miałby jej zmartwienia i ciężar, zaśmiał się cicho. Wsuwając rękę wyżej, bliżej wewnętrznej strony jej uda, mruknął.
— Pewnie napisałbym o tobie kilka tekstów…
Jego głos był ciepły, lekko ochrypły. — A co dalej… to musiałabyś sprawdzić sama.
Jej sukienka podsunęła się wyżej, a on nie przestawał jej dotykać, spokojnie, świadomie, bez utraty kontroli. Kiedy powiedziała, że to miała być tylko zabawa, że mieli się rozbierać z ubrań, nie grzebać do kości, uniósł brew. Ręka wsunęła się jeszcze odrobinę wyżej, zatrzymując się tam, gdzie napięcie było najgęstsze.
— Nikt ci nie broni „tylko się bawić” Sloane…— mruknął przy jej ustach. Ezra nie cofnął dłoni. Materiał jej sukienki pozostawał podwinięty wyżej niż wcześniej, jego palce ciepłe i pewne na jej biodrze, sunące wolno po linii uda, jakby badał nie tylko jej ciało, ale i granice, których sama nie była pewna. Nie przyspieszał. Nie szarpał. To nie była zachłanność. To była cierpliwość. Jedna dłoń wciąż stabilizowała ją przy sobie, druga zataczała powolne kręgi pod materiałem, drażniąc, ale nie przekraczając linii, która zmieniłaby wszystko w pośpiech.
— Chcesz przyjemności — powiedział ciszej. — Czystej. Bez konsekwencji.
Uniósł na nią wzrok, powoli, jakby chciał, żeby zobaczyła w nim dokładnie to, co on widział w niej. — Więc baw się — mruknął. — Prowokuj. Testuj.
Jego palce przesunęły się wyżej o centymetr. Tylko tyle, by materiał znów drgnął. Dłoń na jej talii przesunęła się wyżej, podtrzymując ją bliżej jego klatki. Czuła jego ciepło. Czuła, że mógłby wziąć więcej, a mimo to wciąż zostawiał decyzję jej. Pocałował ją w końcu. Nie gwałtownie. Powoli. Z naciskiem, który nie był brutalny, ale nie pozostawiał wątpliwości.
Ezra
Ezra słuchał jej bez przerywania. Nie uśmiechał się już tak lekko jak wcześniej. Coś w jego twarzy się wyostrzyło, gdy mówiła o „ładnych rzeczach bez konsekwencji”, o wymówkach, o tym, że woli móc sobie wszystko sensownie wytłumaczyć. Kiedy zażartowała, że musiała się nad nim napracować, kącik jego ust uniósł się minimalnie.
OdpowiedzUsuń— Och, pracowałaś — przyznał cicho. — Tylko nie tak, jak myślisz.
Jego dłoń wciąż spoczywała na jej udzie, pod materiałem sukienki. Nie poruszał się teraz prawie wcale. Jakby chciał, żeby to ona poczuła ciężar ciszy, nie tylko dotyku. — I nie ugiąłem się od uderzenia — dodał spokojnie, patrząc jej w oczy. — Chociaż było porządne… — mruknął ze śmiechem mimowolnie dotykając palcami niewielkiej blizny na policzku. — Ugiąłem się, kiedy mnie pocałowałaś.
Nie było w tym triumfu. Raczej fakt. Kiedy powiedziała, że nie brzmi, jakby wierzył w „ładne rzeczy bez konsekwencji”, odchylił się minimalnie w fotelu, nadal trzymając ją blisko.
— Bo nie wierzę — odpowiedział prosto. — Ty też nie. — Jego kciuk zatoczył powolne koło na jej biodrze. — Ty już płacisz za rzeczy, które się jeszcze nie wydarzyły.
Nie skomentował jej słów o pisaniu. Ale gdy wspomniała o wersach i melodiach, w jego spojrzeniu przemknęło coś, co ją zdradzało.
— Myślisz, że jesteś taka dyskretna? — mruknął. Nie zaprzeczył. To wystarczyło. Gdy powiedziała wprost, że chce jego. Przyjemności od niego. Z nim. Że chce „nas”, jakkolwiek to nazwać, nie uczepił się tego kurczowo. Znał ją za dobrze. Nie wystarczało mu to, że Sloane powie mu kilka miłych słów, bo temu sprzyja chwila. Nie mówił jej tego wszystkiego, żeby naciągnąć ją na wyznania.
— Nie romantyzuj tego — mruknął nisko, prawie przy jej skórze. Pocałował ją bez gwałtowności. Powoli. Jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę zostaje. Kiedy pogłębiła pocałunek, jego ręka na jej plecach przesunęła się wyżej, mocniej przyciągając ją do siebie. Druga wciąż spoczywała wysoko na jej udzie, ciepła, pewna. Nie przejmował kontroli w sposób, który ją przytłoczy. Ale też jej nie oddawał. Wsunął rękę odrobinę wyżej pod materiał, wolno, świadomie. Oderwał się od jej ust tylko na sekundę.
Sukienka podsunęła się wyżej na jej udzie. Nie patrzył na to. Patrzył na nią. Na jej twarz. Na to, czy się cofa. Nie cofała się.
— Niczego od ciebie nie oczekuję — powiedział spokojnie. Bez nacisku. Bez ukrytego żądania. Palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze. — Nie musisz mi nic oddawać. Nie musisz nic obiecywać. Nie musisz się deklarować.
Jego usta przesunęły się z jej ust na linię żuchwy, niżej, powoli. Dotyk był bardziej zdecydowany niż wcześniej. Mniej rozmowy. Więcej reakcji.
— Weź, to, czego potrzebujesz — dodał ciszej. — Ja też wezmę swoje. Win-Win.
Ręka na jej udzie przesunęła się wyżej, pewniej, zmuszając ją, żeby zmieniła pozycję na jego kolanach i usiadła na nim pełniej, z kolanami po obu stronach jego ud. Druga dłoń przytrzymała ją mocno w talii. I ani przez sekundę nie wyglądał, jakby miał ją wypuścić.
Nie analizował. Nie rozkładał jej słów na czynniki pierwsze. Kiedy Sloane powiedziała, że chce jego, nie dyskutował z tym. Nie zastanawiał się, co to będzie jutro. Interesowało go tylko to, że powiedziała to teraz. Brał przestrzeń tak, jakby była jego od dawna. Jego kciuk przesunął się powoli wzdłuż linii jej talii. Przyciągnął ją bliżej siebie. Bez pośpiechu, ale bez miejsca na ucieczkę. Jego usta przesunęły się po jej policzku, niżej, do linii żuchwy. Nie spieszył się, ale było w tym więcej napięcia niż subtelności. Jego dłoń wsunęła się w jej włosy i odchylił jej głowę minimalnie w tył, żeby mieć lepszy dostęp do jej szyi. Druga ręka spoczywała pewnie na jej biodrze. Nie bawił się w iluzję kontroli. On ją przejmował.. Nie było w tym romantyzmu. Była intensywność. I coś niebezpiecznie szczerego. I ani przez sekundę nie wyglądał, jakby zamierzał się cofnąć pierwszy.
Ezra
Ezra przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, kiedy dopytywała, jak nad nim „pracowała”. Uniósł lekko brew. W jego oczach pojawił się ten znajomy błysk. Coś, co zawsze oznaczało, że zaraz powie coś, co ją zatrzyma.
OdpowiedzUsuń— Może już coś napisałem — mruknął spokojnie. Nie odrywał wzroku od jej twarzy. — Może nawet więcej niż jeden wers.
Dłoń pod jej sukienką przesunęła się minimalnie wyżej, jakby podkreślał, że mówi to bez napięcia, bez potrzeby imponowania. — Ale nie znalazłabyś tego. — Kącik jego ust drgnął. — Szukałabyś dosłowności. Imienia. Historii. Jakiegoś oczywistego tropu. — Przesunął nosem wzdłuż jej szyi, wolno. Jego palce zacisnęły się lekko na jej udzie. — Ale to nie są rzeczy, które się podpisuje w oczywisty sposób. — Spojrzał jej prosto w oczy. — I nie są rzeczy, które da się łatwo znaleźć. — Potem pochylił się, musnął jej dolną wargę, ledwie zauważalnie. — Ale gdybyś naprawdę słuchała… — dodał ciszej. — Wiedziałabyś.
Ezra uśmiechnął się pod nosem, kiedy znowu próbowała go przyszpilić do ściany pytaniem o to, jak „pracowała”. Widział w jej spojrzeniu upór. To charakterystyczne napięcie, które pojawiało się zawsze, gdy chciała usłyszeć coś konkretnego. Nazwane. Podane wprost. Przesunął kciukiem wzdłuż jej talii, powoli, jakby rozrysowywał na niej własny wykres cierpliwości.
— Drążysz — zauważył cicho. Jego dłoń na jej udzie nie przestawała się poruszać, nie zachłannie, nie gwałtownie. Raczej jak ktoś, kto nie ma zamiaru nigdzie się spieszyć.
— Nie zamierzam zdradzać szczegółów — dodał spokojnie. Spojrzał jej prosto w oczy. Kącik jego ust drgnął. Jego palce przesunęły się wyżej pod materiałem, powoli, jakby ilustrował własne słowa. — Gdybym powiedział ci wszystko wprost, przestałabyś się starać. — Cofnął się minimalnie, żeby znów zobaczyć jej twarz. — A ja wolę patrzeć, jak próbujesz mnie rozpracować. — Dłoń na jej udzie zacisnęła się delikatnie, jak przypomnienie, że to nie tylko rozmowa.
Kiedy dotknęła blizny, jego spojrzenie na moment pociemniało. Nie cofnął się. Wręcz przeciwnie, przyjął ten dotyk jakby należał do niej.
— Wiem, że nie mogłaś się powstrzymać — mruknął. — Chciałaś mi dać w twarz już na pierwszym spotkaniu, widziałem to w twoich oczach. — Celowo odpowiedział przewrotnie. — Jak to było, „zetrzeć mi z twarzy ten wkurwiający uśmiech”, dobrze pamiętam?
Nie było w tym skruchy. Ani żalu. Gdy powiedziała, że skoro ma z kimś sypiać, to z nim, jego ręka na jej udzie zacisnęła się mocniej. Nie jak znak własności. Raczej jak potwierdzenie.
— To brzmi rozsądnie — odparł nisko. Pozwolił jej się odwrócić. Obserwował każdy ruch. Kolana wbite w fotel. Sukienka podciągnięta wyżej. Jej oddech, który przestawał być równy. Kiedy ujęła jego twarz, nie przejął prowadzenia od razu. Pozwolił jej dotykać. Gładzić skórę pod jego oczami. Przez sekundę wyglądał niemal zbyt spokojnie jak na to, co między nimi pulsowało. Jego dłonie przesunęły się po jej biodrach pewniej. Bez wahania uniósł ją minimalnie, żeby usiadła mocniej, bliżej, aż nie było między nimi przestrzeni. Jego usta zsunęły się z jej warg na szyję, wolno, ale tym razem bez tej wcześniejszej ostrożności. Dłoń pod sukienką przesunęła się wyżej, pewniej, zmuszając jej ciało do reakcji, nie do myślenia.
— Tutaj — powtórzył przy jej skórze.
Jedna ręka zsunęła się na jej udo, rozchylając je nieznacznie, druga przytrzymała ją przy sobie, kiedy jego oddech stał się cięższy. Nie było już rozmowy o przyszłości. Nie było analizy. Było tylko to napięcie, które sami budowali tygodniami. I które teraz przestawali udawać.
Ezra spojrzał na nią spod przymkniętych powiek, kiedy wydała mu to polecenie. Ten jej ton, rozleniwiony, prowokujący, absolutnie pewny siebie sprawił, że kącik jego ust uniósł się powoli.
OdpowiedzUsuń— Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że naprawdę mnie ustawiasz. — Nie oderwał od niej wzroku, gdy jego dłonie przesunęły się z jej talii niżej, po linii pleców, aż do bioder.
— Pieprzenie na planie teledysku — powtórzył cicho, niemal z rozbawieniem. — Bardzo konkretna wizja, prawda?
Ezra parsknął krótkim śmiechem, kiedy jeszcze próbowała nim dyrygować jak reżyser na własnym planie.
— Jesteś niemożliwa — mruknął, ale w jego głosie nie było irytacji. Było rozbawienie. Czyste, szczere. Jednym płynnym ruchem podniósł się z fotela razem z nią, jakby wcale nic nie ważyła. Jej stopy dotknęły chłodnej powierzchni planu, a on stał naprzeciwko niej, o pół kroku bliżej, patrząc na nią z tym samym, uważnym skupieniem, które zawsze pojawiało się tuż przed tym, jak przejmował kontrolę. Jego dłonie znów znalazły się na jej talii. Nie przyciągnął jej od razu. Zostawił między nimi kilka centymetrów napięcia. Czekał. Na jej ruch.
Ezra
Ezra patrzył na nią uważnie, kiedy mówiła. Nie przerywał. Nie prostował. Pozwalał jej krążyć wokół tematu tak samo, jak sam to robił wcześniej. Kiedy rzuciła, czy to przytyk do jej bystrości, uśmiechnął się krótko.
OdpowiedzUsuń— Gdybyś nie była bystra, nie byłoby zabawy — odparł spokojnie. Jego spojrzenie zsunęło się na jej usta, gdy mówiła o „pracy domowej”.
— I tak będziesz szukać — dodał ciszej. — Nawet gdybym powiedział, że nic nie ma.
Gdy przyznała, że drąży i że wie, iż on to lubi, jego dłoń na jej talii przesunęła się nieco wyżej, wolniej.
— Lubię — potwierdził bez oporu. — Bo nie pytasz po to, żeby mnie zadowolić.
Jej duma, gdy wspomniała o tym pierwszym uderzeniu, rozbawiła go. — Zetrzeć uśmieszek? — uniósł lekko brew. — To akurat nie jest chyba możliwe… — Zatrzymał na niej wzrok dłużej. — Na pewno wrócił szybciej, niż się spodziewałaś.
Kiedy wspomniała o rozsądku, pokręcił głową z cichym rozbawieniem. — Nie jesteś rozsądna. I właśnie dlatego to działa.
Nie było w tym kpiny. Raczej chłodna obserwacja. Jej pocałunek odwzajemnił bez pośpiechu, ale tym razem mocniej. Jego dłonie na jej plecach przesunęły się niżej, pewniej, jakby potwierdzał, że skupienie już dawno przestało być tylko słowne. Teraz stał naprzeciwko niej. Blisko, ale bez dotyku przez ułamek sekundy. Obserwował, jak drży od chłodu, jak nadal trzyma go za szyję. Gdy zrobiła krok bliżej i przyciągnęła go do siebie, nie pocałował jej. Pozwolił, by to napięcie zawisło między nimi.
— Teraz? — powtórzył, kiedy zapytała niemal niewinnie. Jego dłonie powoli wróciły na jej biodra. Kciuki wsunęły się pod materiał sukienki, unosząc go odrobinę wyżej. Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, jakby oceniał scenę, którą sama stworzyła.
Pocałował ją. Jego dłonie były na jej biodrach, jej palce wciąż oplatały jego kark, napięcie między nimi gęste i ciężkie jak powietrze przed burzą. Materiał sukienki podciągnięty wyżej, jego koszula na oparciu fotela, światła techniczne odbijające się chłodno od metalowych konstrukcji scenografii. I wtedy rozległ się hałas. Najpierw metaliczny trzask drzwi przeciwpożarowych. Potem echo kroków odbijających się od pustej hali. Ezra zamarł dosłownie na ułamek sekundy, nie cofnął rąk, tylko uniósł głowę, spojrzenie momentalnie wracające do rzeczywistości.
— Serio? — mruknął pod nosem.
Zza kulis wyszedł jego wspólnik, wciąż z telefonem przy uchu, który w połowie zdania urwał rozmowę. Zatrzymał się jak wryty. Spojrzał na nich. Na scenografię garderoby, która najwyraźniej przestała pełnić wyłącznie funkcję dekoracyjną. Facet powoli opuścił telefon.
— Ja pierdolę… Ezra — wyrwało mu się półgłosem. — Zostawić cię na chwilę samego…
Spojrzał na Ezrę, potem znowu na Sloane. — To dlatego wyjebałeś wszystkich z planu?
Zapadła chwila ciszy, ciężka i absurdalna.
Ezra westchnął powoli, jak człowiek, który właśnie został przyłapany nie na czymś złym, tylko na czymś bardzo oczywistym. Jego dłonie wreszcie cofnęły się z jej bioder, na które obciągnął z powrotem sukienkę, ale nie odsunął się gwałtownie. Zrobił pół kroku w bok, bardziej z irytacji niż ze wstydu.
— Masz coś do załatwienia, czy przyszedłeś komentować? — Zapytał spokojnie, choć w jego głosie było ostrze. Tyler parsknął śmiechem.
— Nie no, luz. Twój reżyser do mnie dzwonił — pokręcił głową teatralnie. — Splakał się w słuchawkę. Wiesz, że artystka rozwaliła mu plan, a producent zniknął razem z nią.
Chwila ciszy. Tyler zmrużył oczy, przyglądając się im z wyraźną satysfakcją.
OdpowiedzUsuń— I teraz widzę, że „zniknął” to było bardzo trafne określenie. Kreatywna wizja artystyczna weszła na wyższy poziom.
Ezra przetarł dłonią twarz, krótko, jakby powstrzymywał własny śmiech.
— Myślałem, że ktoś tu umarł.
Ezra parsknął śmiechem. Nie nerwowo. Szczerze.
— Mało brakowało…
Dłoń, która jeszcze chwilę temu zaciskała się na biodrze Sloane, zsunęła się nieznacznie niżej, ale jej nie puścił. Jakby sytuacja była absurdalna, ale nie wstydliwa. Spojrzał na Sloane a potem ruchem ręki wskazał na Tylera.
— Poznaj drugą najważniejszą osobę w tej firmie — mruknął. Ezra odsunął się o krok, wreszcie całkowicie puszczając Sloane, choć w jego spojrzeniu wciąż tliło się to samo rozbawienie sprzed chwili. — To jak mam cię przedstawić? — rzucił z udawaną powagą, zerkając na nią kątem oka. — Członek zarządu?
Tyler wybuchnął śmiechem.
— Stary, „członek” w tej konkretnej sytuacji brzmi fatalnie — skwitował, unosząc ręce w geście kapitulacji. — Daruj sobie.
Ezra parsknął pod nosem. — Widzisz? — zwrócił się do Sloane. — Dlatego to ja odpowiadam za komunikację z mediami.
Tyler podszedł bliżej, nadal z tym szerokim uśmiechem, który jasno mówił, że zamierza to Ezrze wypominać przez najbliższe miesiące.
— Reżyser serio myślał, że masz załamanie nerwowe. — Pokręcił głową. — Dzwonił do mnie trzy razy. Pytał, czy „to już koniec projektu”.
Ezra wzruszył ramionami z przesadnym spokojem. — Powiedzmy, że to przerwa techniczna.
— Jasne — prychnął Tyler. — Bardzo techniczna.
Jego spojrzenie znów powędrowało między nimi, ale bez złośliwości. Raczej z czystą, koleżeńską satysfakcją.
Ezra
OdpowiedzUsuńTyler spojrzał na nią z udawanym oburzeniem.
— Dopiero? — powtórzył teatralnie. — Ja tu ratuję ten statek przed zatonięciem od lat, a ona mówi „dopiero”.
Ezra prychnął cicho pod nosem. Stał za Sloane na tyle blisko, że czuła jeszcze ciepło jego ciała na plecach, choć już jej nie dotykał. Ta odległość była minimalna, ale znacząca, świadoma.
— Tyler zwykle zajmuje się rzeczami, które nie latają w cekinach przed kamerą — odpowiedział spokojnie.
— Ej. — Tyler uniósł dłoń. — Dla jasności, ja nie mam z tym problemu. Lubię chaos. Tylko nie taki, który kosztuje sześć cyfr.
Sloane mogła przysiąc, że Ezra się uśmiechnął. Nie szeroko. Nie demonstracyjnie. Tym swoim, krótkim, ledwo widocznym ruchem kącika ust, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy coś go autentycznie bawiło.
— Już ją lubię. Ma energię. Niszczy plany, ale z przekonaniem.
— To się nazywa wizja artystyczna — odparł Ezra.
— To się nazywa kosztorys — poprawił Tyler.
Na chwilę zapadła cisza, w której wciąż wisiało coś z poprzednich kilku minut. Napięcie nie zniknęło całkiem, tylko zmieniło kształt. Było bardziej podskórne. Prywatne. Tyler w końcu odchrząknął.
— Dobra — westchnął w końcu. — Tak zupełnie szczerze?
Ezra uniósł brew, jakby już wiedział, że padnie coś, czego nie da się cofnąć.
— Nie wierzyłem w sukces tego projektu.
Zapadła krótka cisza. — Myślałem, że to będzie ładny, drogi eksperyment. Trochę za dużo ego, trochę za dużo napięcia, trochę za mało kontroli.
Sloane mogła poczuć na sobie jego wzrok, nie oceniający. Raczej analizujący. Biznesowy. Mogła się łatwo domyślić, że Tyler był jedną z głównych osób, które na pomysł podpisania jej stukały się w głowę.
— Ale teraz już widzę, dlaczego on się tak na ciebie uparł.
Nie powiedział tego złośliwie. Raczej jak ktoś, kto właśnie zrozumiał brakujący element układanki. Ezra prychnął cicho.
— Nie upierałem się.
— Jasne — Tyler machnął ręką. — Totalnie nie uparłeś się…
Sloane mogła wyłapać ten ułamek sekundy, w którym Ezra spojrzał na nią z wyraźnym: nie zaczynaj. Tyler uśmiechnął się szerzej.
— Tyler…
Ezra odchrząknął.
— Dobra. Ja tylko przyszedłem powiedzieć, że reżyser naprawdę się spłakał. I to nawet dobrze, bo go nie lubię, ale jutro mamy spotkanie z inwestorami. Więc… — wskazał palcem na nich oboje. — Może następnym razem „przerwa techniczna” trochę później?
Tyler spojrzał jeszcze raz na Sloane.
— Miło było poznać. W normalniejszych okolicznościach może nawet podalibyśmy sobie ręce, ale nie wiem czego przed chwilą dotykałaś.
Tyler zatrzymał się jeszcze raz w pół kroku, jakby przypomniał sobie o czymś istotnym. Odwrócił się do Ezry, już bez tego teatralnego rozbawienia, bardziej rzeczowo.
— A tak serio, musimy się przegadać przed jutrem. — Wskazał kciukiem w stronę korytarza prowadzącego do biur. — Będę u ciebie.
Ezra skinął głową krótko, bez zbędnych słów.
— Daj mi chwilę.
— Nie śpiesz się — rzucił Tyler z przekąsem, zerkając wymownie między nimi. Spojrzał jeszcze raz na Sloane.
— Nie zmarnuj tego. On rzadko się tak… angażuje.
I tym razem naprawdę wyszedł. Drzwi zamknęły się ciszej niż wcześniej. Hala znów opustoszała. Ezra przez moment stał nieruchomo, potem przetarł dłonią kark, jakby wracał do trybu, który na chwilę wyłączył. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Przez moment było zupełnie cicho. Ezra powoli wypuścił powietrze.
— On dramatyzuje — mruknął, choć w jego głosie nie było już tej wcześniejszej beztroski. I dopiero wtedy spojrzał na nią naprawdę uważnie.
Ezra
Ezra prychnął cicho, jakby to oskarżenie było absurdalne.
OdpowiedzUsuń— Nie uparłem się — odparł odruchowo. Zbyt szybko. To jedno uderzenie serca za wcześnie. Ten minimalny cień rozbawienia, który przemknął mu przez twarz, zdradzał więcej niż powinien. Sloane stała tak blisko, że nie mógł udawać obojętności. Widział w jej oczach to podchwytliwe „mam cię”.
— To była decyzja biznesowa — dodał już spokojniej, próbując nadać temu ton rzeczowy. — Chłodna kalkulacja. Excel. Ryzyko. Potencjał zwrotu. — Uniósł lekko brew. — Nic osobistego.
Kącik jego ust jednak drgnął. Rozkosznie przyłapany. Jego głos nie był już tak stanowczy. Kącik ust drgnął, jakby próbował stłumić uśmiech, który sam cisnął się na twarz. Uniósł brew w geście obronnym, ale w oczach miał to lekkie, nieuchwytne rozbawienie kogoś, kto wie, że został prześwietlony. Sloane stała tak blisko, że mógł dostrzec minimalne napięcie w jej szczęce. To skupienie. To uparte smakowanie jego słów.
— Tyler dramatyzuje. On zawsze dramatyzuje. Nie wie, kiedy się przymknąć.
Westchnął z udawaną irytacją. Minimalnie przechylił głowę. Jakby próbował odwrócić ciężar rozmowy z powrotem na nią.
— A poza tym jest moim bratem. Więc uważa, że ma dożywotnie prawo komentować każdą moją decyzję.
To wyjaśniało swobodę. Ton. Brak filtrów. Ezra spojrzał na nią z góry, ale już bez tej chłodnej maski producenta. Było w tym coś bardziej prywatnego. Lżejszego.
Ezra spojrzał jej prosto w oczy. Nie uciekał wzrokiem, ale też nie był już tak niewzruszony. W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, prawie nieuchwytnego, jak cień przyznania się bez słów.
— Nie ściągnąłem cię „do siebie”. — Zmrużył lekko oczy. — Zaproponowałem warunki. Ty się zgodziłaś. — Minimalnie przechylił głowę. — To różnica. Prawda?
To było sprytne. Eleganckie obejście tematu. Ale nie do końca skuteczne.
— A potem dałaś mi w twarz i zaczęliśmy ze sobą sypiać. Mały… wypadek przy pracy. — Próbował to zbagatelizować. Odepchnąć temat na bok. Rozbroić go ironią i żartem.
— A projekt? — powtórzył po niej. — Projekt jest… wymagający.
Zatrzymał spojrzenie na jej ustach na ułamek sekundy, zanim wrócił do oczu. — I nieprzewidywalny. — Jeszcze chwila. — Ale nigdy nie inwestuję w coś, w co nie wierzę.
To było najbliżej przyznania się, jakie zamierzał dziś zaoferować. I tym razem nie próbował już tego przykryć żartem. To nie brzmiało jak linijka z prezentacji dla inwestorów. To było zbyt osobiste. Przez moment wyglądał tak, jakby chciał coś jeszcze dopowiedzieć, coś mniej wygodnego, mniej profesjonalnego. Ale zamiast tego uśmiechnął się lekko. Tą swoją kontrolowaną wersją uśmiechu, która miała przykrywać wszystko, co niepotrzebne.
Ezra patrzył na nią jeszcze chwilę, jakby ważył w głowie, ile z tej rozmowy powinno zostać między nimi, a ile rozmyć się w półuśmiechu. W końcu wypuścił powietrze nosem i cofnął się o pół kroku. Nieznacznie. Wystarczająco, by napięcie zmieniło temperaturę.
— Wygląda na to, że nici z naszej wielkiej sceny na planie — mruknął, zerkając kątem oka w stronę drzwi, za którymi zniknął Tyler. — Publiczność zrobiła się zbyt czujna.
Uniósł brew. — A ja jednak lubię mieć kontrolę nad premierą.
Nie było w tym rozczarowania. Raczej obietnica odłożona w czasie. Zsunął spojrzenie z jej oczu na usta i z powrotem, jakby sprawdzał, czy jeszcze przez chwilę może sobie pozwolić na tę prywatną przestrzeń, zanim znów stanie się „najważniejszą osobą w firmie”. Przesunął dłonią po jej policzku i brodzie, zahaczajac ustami o jej wargi, tym razem spokojnie, bez pośpiechu. Gest był krótszy niż wcześniej, bardziej powściągliwy, jakby świadomie wyznaczał granicę.
— Może znajdę cię wieczorem — powiedział niemal od niechcenia. — Jeśli będziesz grzeczna.
W jego oczach błysnęło rozbawienie.
— Jak będziesz niegrzeczna, to tym bardziej…
Cofnął się jeszcze odrobinę, wracając do swojej zawodowej postawy, ale nie odrywając od niej wzroku. — Nie uciekaj za daleko, Fletcher. Lubię kończyć to, co zaczynam.
Ezra
Ezra patrzył na nią w milczeniu, kiedy przejęła jego koszulę. Nie zatrzymywał jej. Nie żartował. Po prostu stał, pozwalając jej przejąć kontrolę w ten drobny, niemal domowy sposób.
OdpowiedzUsuń— Nie powiedziałem, że to była osobista decyzja — powtórzył spokojnie, ale w jego głosie wciąż pobrzmiewała ta cienka warstwa rozbawienia, którą tak łatwo w nim wyłapywała. — To ty nadajesz temu osobisty ton.
Obserwował jej twarz, kiedy wspomniała o bracie. To zaskoczenie było szczere. Minimalne odsunięcie się, to szybkie mrugnięcie. Kącik jego ust uniósł się wyżej.
— Mówi za dużo i myśli, że może wszystko komentować.
Kiedy poprawiła go z VXIL, westchnął cicho, jakby walczył z czymś między irytacją a rozbawieniem. — Fletcher… — mruknął, ale nie dokończył.
Stał nieruchomo, kiedy zapinała mu guziki. Jej palce były spokojne. Skupione. Zbyt spokojne jak na kobietę, która jeszcze kilkanaście minut temu wbijała paznokcie w jego plecy.
— Ściągnąłem cię do wytwórni — przyznał w końcu, ciszej. — Bo wiedziałem, że nikt inny nie wyciągnie z ciebie tego, co ja. Wiesz, mam do tego talent — mruknął, nieco przewrotnie, bo talent w tym wszystkim miała ona. To było blisko granicy. Blisko przyznania się do czegoś więcej. Ale jeszcze nie przekraczało jej.
— A ty przyszłaś, bo wiedziałaś, że mam rację.
Uniósł lekko brew, jakby to był remis. Kiedy wspomniała o policzku, w jego oczach błysnęło coś ciemniejszego.
— Nie tęsknię za tym — powiedział spokojnie. — Tylko za momentem tuż po.
I nie uśmiechał się już tak jawnie. Gdy wspomniała, że dla niego może być niegrzeczna, spojrzał na nią dłużej. Uważniej. Jakby zapamiętywał sposób, w jaki to powiedziała.
— Nie wątpię — odpowiedział cicho. Pozwolił jej zapiąć kolejne guziki. Kiedy zaczęła od góry, nachylił minimalnie głowę, żeby ułatwić jej zadanie. Ten ruch był zbyt naturalny, zbyt intymny jak na coś „nieosobistego”. Jego dłoń przesunęła się na moment do jej nadgarstka, zatrzymując ją przy ostatnim guziku. Nie mocno. Wystarczająco, by zwrócić jej uwagę.
— Oczywiście — mruknął, kiedy wspomniała, że ktoś mógłby pomyśleć coś niepoprawnego. — Jeszcze ktoś uznałby, że projekt wymknął się spod kontroli — odparł z lekkim rozbawieniem. — I niekoniecznie by się mylił. — Palce przesunął po jej nadgarstku. — Biuro. Inwestorzy. Rozsądne decyzje — wyliczył, jakby przypominał samemu sobie, kim jest poza tą halą.
Zatrzymał się przy drzwiach i jeszcze raz na nią spojrzał. — Tylko nie bądź niegrzeczna beze mnie — mruknął z typowym dla siebie uśmiechem i wyszedł, zostawiając po sobie nie tyle ciszę, co niedokończoną obietnicę.
Ezra nie obejrzał się, kiedy wyszedł z hali. Drzwi zamknęły się za nim ciężko, a dźwięk odbił się głucho od pustej przestrzeni studia. W korytarzu było chłodniej. Ciszej. Biznesowo. Im dalej szedł w stronę biura, tym wyraźniej wracał do swojej drugiej wersji. Tej, którą znał świat. Wyprostowane plecy. Skupiony wzrok. Dłonie w kieszeniach, jakby wszystko było dokładnie pod kontrolą. Przed wejściem do swojego gabinetu zatrzymał się przy recepcji.
— Megan — rzucił do asystentki, która podniosła na niego wzrok znad laptopa. — Potrzebuję przysługi.
Nie tłumaczył długo.
— Wyślij do Sloane kwiaty.
Megan uniosła lekko brwi, ale nic nie skomentowała. Pracowała z nim wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy nie zadawać pytań.
— Jakie?
Ezra zawahał się ułamek sekundy. Nie bukiet z katalogu. Nie coś przewidywalnego. Nie coś, co krzyczałoby „przepraszam” albo „dziękuję”.
— Dużo — powiedział w końcu. — Ma wejść do mieszkania i poczuć, że ktoś miał zbyt dużo fantazji.
Wzruszył lekko ramieniem. Megan uśmiechnęła się pod nosem.
— Podpis?
Tu uniósł wzrok.
— Bez.
Megan przez moment patrzyła na niego uważniej.
— Na pewno?
Odwrócił się w stronę swojego gabinetu.
— Na pewno.
Skinęła głową. Ezra wszedł do biura, zamknął drzwi i dopiero wtedy pozwolił sobie na ten jeden, krótki uśmiech, który pojawiał się tylko wtedy, gdy wiedział, że zrobił coś, czego nie planował, ale dokładnie tak, jak chciał. Wieczór dopiero się zaczynał.
Ezra
Następnego dnia budynek VXIL wyglądał jak z katalogu architektonicznego, szkło, beton, światło wpadające przez wysokie okna. W sali konferencyjnej pachniało świeżo parzoną kawą i napięciem. Inwestorzy przychodzili punktualnie. Garnitury. Zegarki, które kosztowały więcej niż niejeden budżet teledysku. Uściski dłoni. Uprzejme uśmiechy. Ezra wszedł ostatni. Koszula idealnie dopasowana. Marynarka narzucona bez wysiłku. Twarz spokojna, skupiona, opanowana. Żadnego śladu po wczorajszym chaosie. Ani po pocałunkach na planie. Prezentacja zaczęła się chłodno. Dane. Wykresy. Prognozy streamingowe. Dynamika wzrostu marki Sloane w ostatnich miesiącach. Analiza sentymentu mediów. Wskaźniki zaangażowania. Ezra mówił niewiele, ale kiedy mówił, sala słuchała.
OdpowiedzUsuń— Projekt nie jest bezpieczny — powiedział w pewnym momencie, zamiast użyć słowa „ryzykowny”. — Ale bezpieczne projekty nie budują rynku. One go kopiują.
Kliknął pilotem. Na ekranie pojawiły się liczby. Rosnące. Wyraźne.
— Generuje uwagę. Uwaga generuje konwersję. Konwersja generuje pieniądz.
Nie podnosił głosu. Nie musiał. — Film nie jest kosztem. Jest katalizatorem.
Jeden z inwestorów odchrząknął. — Wczoraj doszło do… komplikacji?
Tyler rzucił szybkie spojrzenie w stronę Ezry. Ten nawet nie drgnął.
— Korekty kreatywne — odpowiedział spokojnie. — Efekt końcowy będzie mocniejszy. Harmonogram nie jest zagrożony.
To było półprawdą. Harmonogram był napięty jak struna. Padły pytania o wizerunek. O potencjalne kontrowersje. O relacje medialne między Sloane a… niektórymi osobami z branży. Ezra odpowiadał rzeczowo.
— Kontrowersja sprzedaje tylko wtedy, gdy stoi za nią jakość. My mamy jakość.
Nie wspomniał ani słowem o tym, że projekt stał się dla niego czymś więcej niż inwestycją. Że za tymi slajdami kryje się nie tylko strategia, ale też upór. I coś, czego nie chciał nazywać. Spotkanie trwało ponad dwie godziny. Gdy ostatni inwestor wyszedł, Tyler oparł się o stół.
— Uratowałeś to — mruknął. Ezra zdjął marynarkę i odłożył ją na oparcie krzesła.
W drodze powrotnej do gabinetu wyciągnął telefon. Nie od razu. Nie impulsywnie. Spojrzał na ekran przez kilka sekund. Potem odblokował go. Dostał wiadomość ze znakami zapytania. Nie odpowiedział, ale uśmiechnął się po nosem.
Bo choć przez ostatnie godziny był w pełni właścicielem firmy, gdzieś pod tym wszystkim wciąż był mężczyzną, który wczoraj zostawił ją na środku planu i obiecał, że dokończy.
Wieczór był częścią strategii. Spotkanie przy stole konferencyjnym to jedno. Prawdziwe decyzje zapadały przy winie. Inwestorzy nie protestowali. Wręcz przeciwnie, przyjęli zaproszenie z lekkim zadowoleniem. Takie gesty mówiły więcej niż liczby w Excelu. Restauracja była dyskretna. Bez neonów. Bez tłumów influencerów pod wejściem. Rezerwacje robione były tygodniami wcześniej, a stoliki oddzielone półprzezroczystymi przegrodami, które dawały prywatność bez izolacji. Kelnerzy poruszali się niemal bezszelestnie. Ezra siedział na czele stołu. Nie dominował rozmowy, ale kontrolował jej rytm. Pozwalał innym mówić, dopytywał, kiedy trzeba było. W odpowiednich momentach wprowadzał anegdoty o rynku, o wcześniejszych projektach, o tym, jak ryzyko, dobrze policzone, zawsze przynosiło zwrot. Tyler obserwował go z boku, jak zawsze. Wiedział, kiedy Ezra przełącza się w tryb, w którym jest najbardziej niebezpieczny, uprzejmy, czarujący, spokojny. Kolacja trwała długo. Rozmowy zeszły z liczb na wizję. Z wizji na relacje. Z relacji na zaufanie. A potem Ezra zaproponował drinka. Nie w pierwszym lepszym barze. W centrum, na ostatnim piętrze jednego z hoteli, znajdowało się miejsce, do którego nie wchodziło się z ulicy. Rezerwacje były dyskretne. Światło przytłumione. Widok na miasto rozciągał się jak rozlana złota mapa.
Muzyka była tłem, nie głównym punktem. Przy barze rozmowy stawały się luźniejsze. Marynarki rozpinano. Krawaty luzowano. Śmiech był głośniejszy. Ezra stał z kieliszkiem w dłoni, oparty lekko o marmurowy blat. Uśmiechał się, kiedy trzeba. Żartował, kiedy trzeba. Budował mosty, nie paląc przy tym żadnych.
OdpowiedzUsuńNie spodziewał się jej. To było jedno z tych miejsc, które funkcjonowały poza jej światem. Zbyt dyskretne na paparazzi. Zbyt drogie na spontaniczne wypady influencerów. Zbyt ciche, by ktoś robił tam pokazowe wejścia w cekinach. A jednak. Ezra składał zamówienie, gdy kątem oka zarejestrował znajomy profil przy jednym z bocznych stolików, półukrytych za ciemnym szkłem. Blond włosy. Czarna, prosta sukienka. Kolana skrzyżowane z tą samą niedbałą elegancją, którą znał aż za dobrze. Zamarł tylko na ułamek sekundy. Sloane siedziała tyłem do baru, bokiem do mężczyzny, który ewidentnie nie przyszedł tu z nią po to, by debatować o rynku streamingowym. Był za blisko. Za pochylony. Jego dłoń spoczywała zbyt swobodnie na oparciu jej krzesła, palce niemal zahaczające o odkryte ramię. Śmiała się. Nie głośno. Nie teatralnie. Tym miękkim, przyciszonym śmiechem, który zostawiała dla sytuacji, kiedy chciała, by ktoś poczuł się wyjątkowy. Ezra poczuł, jak coś pod skórą napina się jak cienka stalowa linka.
— Nie mów mi, że to… — urwał, podążając wzrokiem za linią jego spojrzenia.
Ezra wziął szklankę od barmana.
— Nie patrz tak — rzucił cicho. Ale sam patrzył. Mężczyzna nachylił się jeszcze bliżej. Coś powiedział jej do ucha. Sloane nie odsunęła się. Wręcz przeciwnie, przechyliła głowę, odsłaniając szyję. Ten gest był niemal niewinny. A jednocześnie doskonale wiedział, jak działa. Jego palce zacisnęły się mocniej na szkle. To nie była zazdrość w czystej postaci. To było coś bardziej skomplikowanego. Świadomość, że wczoraj stała przy nim i mówiła „wezmę ciebie”. A dziś pozwala komuś innemu oddychać przy swojej skórze. Inwestor obok opowiadał coś o ekspansji na Azję. Ezra przytaknął w odpowiednich momentach. Odpowiadał. Uśmiechał się. Jednocześnie kątem oka rejestrował każdy ruch przy tamtym stoliku. Mężczyzna dotknął jej nadgarstka. Sloane pochyliła się ku niemu, jakby coś dopowiadała. Jej dłoń przesunęła się po jego ramieniu. Nie odepchnęła go. A potem, jakby wyczuwając ciężar czyjegoś spojrzenia, uniosła wzrok. Ich oczy spotkały się przez pół sali. Na sekundę. Dwie. Nie wyglądała na zaskoczoną. Jej brew uniosła się minimalnie. Kącik ust drgnął. To nie był uśmiech niewinnej dziewczyny przyłapanej na randce. To było wyzwanie.
Ezra poprawił mankiet koszuli. Odwrócił się z powrotem do rozmówców. Wrócił do dyskusji o rynku, kontraktach, marżach. Ale coś w nim już nie było przy stole. Bo widział dokładnie to, co ona chciała, żeby zobaczył. I wiedział, że to nie był przypadek. To była odpowiedź. Na kwiaty. Na „znajdę cię wieczorem”. Na jego upór. A Ezra nie był mężczyzną, który przegrywał gry, w które ktoś próbował go wciągnąć.
Ezra
Ezra nie przestał prowadzić rozmowy. To było w nim najbardziej irytujące i imponujące. Potrafił jednocześnie analizować warunki wejścia na nowy rynek i rejestrować każdy ruch przy stoliku trzy metry dalej. Nie patrzył bez przerwy. To byłoby zbyt oczywiste. Zerkał kątem oka. W przerwach między zdaniami. Między łykami whiskey. Między jednym inwestorem a drugim. Widział jej uśmiech, ten konkretny, miękki, który nie był przypadkowy. Nie był też ślepy na to, że ona wie, że jest obserwowana. Ten minimalny ruch kącika jej ust, zbyt spokojny, zbyt świadomy, był odpowiedzią. Znalazłeś mnie. I tak, znalazł.
OdpowiedzUsuń— Wszystko w porządku? — zapytał jeden z mężczyzn, widząc, że Ezra na sekundę odpłynął.
— Oczywiście — odpowiedział bez zawahania. Ton idealnie wyważony. — Kontynuujmy.
Wrócił do rozmowy. Ale jego wzrok, choć rzadko i krótko, wracał. Ezra lubił te grę Świadomość, że ona dokładnie wie, co robi. Kiedy Laurent spojrzał w jego stronę po raz drugi, ich spojrzenia zetknęły się bezpośrednio. Tym razem nie przez przypadek. Laurent nie spuścił wzroku od razu. Ezra też nie. To była krótka, niemal niewidoczna wymiana. Męska. Cicha. Bez słów. Ezra odstawił szklankę i poprawił mankiet koszuli, jakby to była jedyna rzecz wymagająca korekty. Odsunął się od grupy. Nie ruszył do jej stolika. To byłby błąd. Podszedł do menedżera sali. Krótka rozmowa. Jedno skinienie głową. Karta kredytowa wysunięta bez wahania. — Dopisz do mojego rachunku tamten stolik — powiedział spokojnie. Profesjonalny. Kontrolowany. Idealny gospodarz. Bez podpisu. Bez teatralnego gestu.
Powietrze było nasycone zapachem perfum, alkoholu i czegoś metalicznego, luksusu, który zawsze miał w sobie nutę chłodu. Inwestorzy, już rozluźnieni alkoholem, zaczęli zachowywać się mniej korporacyjnie. Śmiech stał się głośniejszy. Ktoś rzucił żartem, że Los Angeles to jednak nie Nowy Jork, bo tu przynajmniej „ładne rzeczy same podchodzą”. I rzeczywiście, grupa kobiet przy sąsiednim stoliku została zaproszona bliżej. Szpilki. Gładkie włosy. Sukienki w kolorze butelkowej zieleni i srebra. Śmiechy, które były odrobinę za głośne, ale w tym miejscu nikomu to nie przeszkadzało. Jedna z kobiet poprawiła włosy, kiedy została zaproszona bliżej. Druga oparła się biodrem o marmurowy blat, celowo. Ezra stał między nimi, jakby to była zwykła rozmowa networkingowa. Jedna z kobiet dotknęła jego przedramienia, śmiejąc się z żartu, który nie był aż tak zabawny. Przechyliła się bliżej Ezry, coś mówiąc mu wprost do ucha. Nie zerkał w jej stronę co kilka sekund. Nie dawał się złapać na szybkim spojrzeniu. Jeśli już patrzył, robił to w momentach, gdy ktoś inny mówił. Gdy śmiech zagłuszał ciszę. Gdy światło odbijało się w szkle. Z daleka wyglądał jak mężczyzna, którego absolutnie nic nie rusza.
Kiedy zobaczył, że Sloane odkłada kieliszek i wstaje, robi to bez teatralnego pośpiechu, jakby po prostu potrzebowała chwili dla siebie, odczekał. Dokończył zdanie skierowane do inwestora. Skinął głową. Uśmiechnął się krótko, jakby nic w tym wieczorze nie miało znaczenia poza kontraktami i liczbami.
— Za chwilę wracam — rzucił do Tylera, tonem tak zwyczajnym, że nie było w nim ani grama napięcia. Przeszedł przez salę spokojnie. Nie za szybko.
Nie za wolno. Krok miał równy, wyważony. Korytarz był cichszy. Światło chłodniejsze. Ezra rozejrzał się raz, odruchowo. Nie dlatego, że się krył. Raczej dlatego, że nie potrzebował widowni. Drzwi do damskiej łazienki uchyliły się chwilę wcześniej; ktoś wyszedł, poprawiając szminkę w małym lusterku. Kiedy korytarz opustoszał, wszedł. W środku pachniało drogimi perfumami i chłodnym kamieniem. Cicho szumiała woda w jednej z umywalek. Sloane stała przy lustrze. Tyłem do wejścia. Czarna sukienka opadała prosto wzdłuż jej pleców. Złote nitki łapały światło jak cienkie smugi ognia. Jedną dłoń miała opartą o marmurowy blat, drugą poprawiała włosy, powoli, jakby miała cały czas świata. Zobaczyła go w lustrze. Ich spojrzenia spotkały się w odbiciu. Najpierw jego, spokojne, skupione.
OdpowiedzUsuńPotem jej, czujne, z błyskiem, który nie miał nic wspólnego z winem. Nie było zaskoczenia. Jakby wiedziała, że przyjdzie. Drzwi zamknęły się cicho za jego plecami. Dźwięk był miękki, niemal intymny. Przez moment nie powiedział nic. Tylko patrzył. Na jej twarz w lustrze. Na minimalne napięcie w linii jej szyi. Na to, jak jej palce przestały poprawiać włosy i zawisły w powietrzu. Zatrzymał się tuż za nią. Najpierw uniósł dłoń i powoli odgarnął jej włosy na bok. Bez pośpiechu. Palce przesunęły się po jej karku, lekko, prawie niedbale, ale w tym geście było coś zbyt świadomego, by nazwać to przypadkiem. Najpierw uniósł dłoń i powoli odgarnął jej włosy na bok. Bez pośpiechu. Palce przesunęły się po jej karku, lekko, prawie niedbale, ale w tym geście było coś zbyt świadomego, by nazwać to przypadkiem. Jego usta jeszcze przez moment spoczywały przy jej szyi, ciepłe, spokojne, jakby wcale nie stał z nią w publicznej łazience ekskluzywnego hotelu, kilka metrów od ludzi, z którymi przed chwilą omawiał milionowe inwestycje. Dopiero potem uniósł głowę. Nie odsunął się daleko. Wciąż był blisko. Jego dłoń na jej talii nie zniknęła. Palce trzymały ją pewnie, jakby nie zamierzał pozwolić jej wyślizgnąć się z tej chwili. W lustrze ich spojrzenia znów się spotkały.
— Jak randka? — zapytał cicho. — Owocna?
Ezra
Ezra nie zabrał dłoni z jej talii, kiedy położyła swoją na jego. Wręcz przeciwnie, jego palce przesunęły się minimalnie, jakby sprawdzał, czy to zaproszenie, czy tylko gest uprzejmości.
OdpowiedzUsuń— Świetnie? — powtórzył cicho, z cieniem uśmiechu. — Cieszę się.
W lustrze jego spojrzenie było spokojne, ale bliżej, tuż przy niej, widać było coś ostrzejszego. Coś, co nie miało nic wspólnego z inwestorami ani drinkami. W lustrze wyglądało to niemal niewinnie. Dwie osoby stojące zbyt blisko. Zbyt swobodnie.
— Dołączyć? — powtórzył spokojnie, unosząc lekko brew. Nie brzmiał zazdrośnie. Nie brzmiał prowokacyjnie. Jego kciuk przesunął się pod jej dłonią minimalnie, ledwie wyczuwalnie. Gest drobny, ale wystarczający, by przypomnieć jej, że to on przyszedł tutaj za nią. Nie odwrotnie. Na wzmiankę o winie uśmiechnął się krótko.
— Nie musisz dziękować. — Spojrzał na jej usta przez sekundę dłużej, niż powinien. Jego dłoń przesunęła się wyżej, z biodra na wcięcie jej talii. Nie nachalnie. Pewnie. — Wino to drobiazg — dodał. — Lubię dbać o swoje… projekty.
Odpowiedział lekko. Zbyt lekko. Na pytanie o jego wieczór wzruszył minimalnie ramieniem. Zrobił pół kroku bliżej, tak że jej plecy niemal dotknęły jego klatki piersiowej. Ich odbicia w lustrze stały się jeszcze bardziej spójne, czarna sukienka i ciemny garnitur. Złote światło świec odbijało się w jej włosach. Ezra uniósł lekko wzrok, patrząc na nią przez lustro, jakby oceniał, ile z tego wszystkiego jest grą, a ile prawdą. Jego dłoń na jej talii przesunęła się minimalnie wyżej, zatrzymując się tuż pod linią żeber. Nie przyciągał jej mocniej. Nie musiał.
— Najciekawsza rzecz w tym miejscu stoi właśnie tutaj. — Nie uśmiechał się szeroko. To nie był flirt rzucony w biegu. Raczej stwierdzenie faktu wypowiedziane niskim, pewnym tonem.
— Reszta to tło — dodał. — Głośne, drogie i przewidywalne.
Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, zatrzymało na ustach, na świeżo poprawionej szmince. — A ja nie przepadam za przewidywalnymi wieczorami.
Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy, zatrzymało na ustach, na świeżo poprawionej szmince. Powoli odsunął dłoń z jej talii, tylko po to, by oprzeć ją o marmurowy blat obok jej ręki. Zamknął ją w tej przestrzeni bez dotykania, ale wystarczająco blisko, by poczuła, że to on skrócił dystans.
— Więc jeśli pytasz, czy coś ciekawego cię omija… — nachylił się minimalnie bliżej, jego głos stał się niższy. — To odpowiedź brzmi: już nie.
Ezra nie przerwał kontaktu wzrokowego. Przez sekundę jeszcze pozwalał jej oddychać spokojnie. Dawał jej tę iluzję, że wciąż stoi tu o własnych siłach, że to ona decyduje, czy dystans między nimi się skróci. A potem jego dłoń zsunęła się na jej talię. Powoli. Nie gwałtownie. Nie zachłannie. Ciepła dłoń rozłożyła się płasko na materiale sukienki, tuż pod mostkiem. Poczuła ciężar jego palców, pewny nacisk, który nie pytał o pozwolenie, ale też nie przekraczał granicy, której nie chciała przekroczyć. Cały czas patrzył je jej twarz w lustrze. Druga ręka przesunęła się po jej żebrach. Powoli. W górę. Opuszki palców sunęły przez materiał, jakby badał każdy centymetr drogi. Przeszedł przez linię żeber, wyżej, aż dotarł do jej szyi. Dłoń przy jej brzuchu przesunęła się wyżej, na dolną część żeber, przyciągając ją do siebie. Tym razem już wyraźnie. Nie szarpnął. Po prostu skrócił przestrzeń. Jej plecy dotknęły jego torsu. Druga dłoń wsunęła się pod jej podbródek. Od dołu. Kciuk przesunął się wzdłuż linii szczęki, powoli, jakby zapamiętywał kształt. Uniósł jej głowę minimalnie. Pochylił ją w bok. Nie gwałtownie, raczej stanowczo. Tak, by odsłonić szyję.
— Teraz już nie udawaj — mruknął cicho przy jej uchu. Jego usta znalazły się tuż przy jej skórze. Nie pocałował jej od razu. Najpierw pozwolił, by poczuła jego oddech, ciepło, bliskość. Jego dłoń na jej żebrach przycisnęła ją mocniej, palce rozłożyły się szerzej, jakby chciał sprawdzić, czy nadal stoi prosto. A potem jego usta przesunęły się po odsłoniętej linii jej szyi. Powoli. Zdecydowanie.
Jakby to on był jedyną rzeczą w tym miejscu, która naprawdę miała znaczenie. Świadomość zamkniętej przestrzeni zaczęła działać na zupełnie innym poziomie. Nie było już przypadkowości. Nie było ryzyka, że ktoś wejdzie i przerwie. Byli tu sami. Drzwi zablokował tuż po wejściu. Jego ręka zsunęła się z żeber wolno, niemal leniwie, w dół. Po linii talii. Po miękkim łuku biodra. Czarna sukienka, która jeszcze godzinę temu wydawała się stonowana i bezpieczna, teraz była tylko cienką warstwą między jego dłonią a jej skórą. Zaśmiał się cicho. Nisko. Prawie pod nosem.
OdpowiedzUsuń— Akurat dzisiaj — mruknął przy jej uchu — musiałaś wybrać taką długą.
W jego głosie nie było pretensji. Była obietnica. Jego palce wsunęły się pod materiał przy udzie. Powoli podsunął sukienkę wyżej, centymetr po centymetrze. Tkanina przesunęła się po jej skórze z cichym szelestem. Dłoń wsunęła się pod materiał w pełni, ciepła i zdecydowana, przesuwając się wzdłuż jej uda. Jego druga ręka wciąż trzymała jej szczękę, lekko uniesioną, głowę przechyloną w bok. Miał dostęp do jej szyi i korzystał z niego bez pośpiechu, krótkie muśnięcia ust, które nie pozwalały jej złapać równowagi. Dłoń pod sukienką przesunęła się wyżej. Mogła poczuć nacisk jego palców. Ciepło. Świadomość, że nie ma między nimi już prawie żadnej bariery. W tym samym momencie wsunął stopę pomiędzy jej nogi i krótkim ruchem zmusił ją do tego, żeby stanęła szerzej. Jej plecy mocniej oparły się o jego tors. W lustrze widziała, jak jego twarz jest skupiona. Jak kontroluje każdy ruch.
Nie wyglądał jak mężczyzna, który stracił cierpliwość. Wyglądał jak ktoś, kto dokładnie wie, co robi. I wie, że ona mu na to pozwala.
— Popatrz na siebie — powiedział cicho. Nie patrzył teraz na jej ciało. Patrzył na jej twarz w lustrze. — Jaka jesteś piękna, kiedy nie próbujesz wszystkim rządzić.
Dłoń pod sukienką przesunęła się jeszcze odrobinę wyżej. Świadomie. Testująco. Czuł ciepło jej skóry. Bez przeszkód. Bez delikatnej linii koronki, bez cienkiej bariery materiału, która zwykle zdradzała granicę. Uśmiechnął się. Nie szeroko. Nie triumfalnie. Powoli. Kciuk przesunął się wyżej po wewnętrznej stronie jej uda, a druga dłoń wciąż trzymała jej szczękę, lekko uniesioną, kontrolując kąt jej głowy. Kiedy poczuł, że nie ma bielizny, jego oddech zmienił się minimalnie. Prawie niezauważalnie. Zaśmiał się nisko przy jej uchu.
— Mam nadzieję, że to było z myślą o mnie — mruknął. Jego palce zacisnęły się delikatniej, ale pewniej, jakby podkreślając pytanie.
— Bo byłoby mi bardzo przykro — dodał ciszej, z cieniem uśmiechu, który widać było w lustrze. — Gdybyś tak się postarała dla kogoś, kto nawet nie wie, jak na ciebie patrzeć.
W lustrze ich spojrzenia znów się spotkały. Tym razem jego było ciemniejsze. Nie zazdrosne. Wymagające.
Ezra
Ezra uśmiechnął się tylko jednym kącikiem ust, kiedy usłyszał jej „niczego nie udaję”. Nie odpowiedział od razu. Jego dłoń wciąż była pod materiałem sukienki. Palce przesunęły się powoli po wewnętrznej stronie jej uda, wyżej, jakby badał reakcję. Jakby sprawdzał, czy jej ciało rzeczywiście nie udaje.
OdpowiedzUsuń— Mhm — mruknął cicho przy jej uchu. — To ciekawe.
Kciukiem drugiej dłoni nadal trzymał jej szczękę uniesioną. Nie mocno. Wystarczająco, by nie mogła odwrócić głowy, jeśli by chciała.
— Przyszłaś tu przypadkiem. — Jego głos był spokojny. — Usiadłaś pięć metrów ode mnie… przypadkiem. Przeprowadziłaś sobie towarzystwo… przypadkiem.
Kolejny powolny ruch dłoni pod sukienką. Tkanina uniosła się jeszcze wyżej. Jego śmiech był niski, ciepły, rozbawiony. — I zupełnie przypadkiem nie masz na sobie bielizny.
Ezra przesunął usta wzdłuż jej szyi z powrotem ku linii żuchwy. Nie całował jej zachłannie. Zatrzymał się przy skórze, jakby smakował tę chwilę.
— Dawno nie byłaś na udanej randce… — powtórzył cicho, niemal pod nosem. Jego kciuk pod jej szczęką przesunął się wolniej. Uważniej. — Bo jeszcze nie byłaś na randce ze mną…
Nie brzmiało to jak żart. Raczej jak spokojne doprecyzowanie faktu.
— To wyjaśniałoby kilka rzeczy — mruknął.
Nachylił się minimalnie, jego usta przesunęły się wzdłuż jej szczęki, ale nie pocałował jej jeszcze. Tym razem przyciągnął ją do siebie wyraźniej. Nie brutalnie, ale bez wahania. Jej plecy mocniej wcisnęły się w jego klatkę piersiową.
— Kiedy się rządzisz… — odpowiedział na jej wcześniejsze pytanie. — … jesteś niebezpieczna.
Ezra nie oderwał od niej wzroku. W lustrze widział wszystko, lekko rozchylone usta, napięcie w linii szyi. Wiedział dokładnie, jak reaguje. Wiedział też, że nie ucieknie. Na jej pytanie odpowiedział bez zawahania.
— Nie tylko wiem, jak na ciebie patrzeć — powiedział cicho. Głos miał spokojny. Zbyt spokojny jak na to, co między nimi wisiało. Palce sunęły po wewnętrznej stronie jej uda, aż znalazły przestrzeń między nimi. Rozsunął jej nogi wcześniej, ale teraz zrobił to wyraźniej, stanowczo, lecz bez szarpnięcia. Materiał sukienki podsunął się jeszcze wyżej.
— Wiem też, co z tobą zrobić.
Nie patrzył na swoją dłoń. Patrzył na nią. Ciepły nacisk przez wrażliwą skórę. Jakby sprawdzał, czy nadal ma nad nią tę samą władzę. Jej biodra zareagowały pierwsze, minimalnym ruchem w jego stronę. Jego oddech pogłębił się nieznacznie, ale twarz pozostała skupiona. Jego palce poruszyły się pewniej w jej przestrzeni, badając, jak reaguje. Jak jej ciało mięknie pod jego dotykiem. Jak oddech zaczyna się łamać. Pozostawiał jej przestrzeń, ale jednocześnie ją zamykał. Palce przesunęły się z większą pewnością. Ruchy stały się bardziej konkretne, mniej badawcze, a bardziej prowadzące. Nie dawał jej przestrzeni na żarty, na słowne zaczepki.
Każdym dotykiem odbierał jej kolejną warstwę kontroli. Jej biodra drgnęły mocniej. Oddech urwał się na moment. Ezra uniósł wzrok do lustra. Widział ją. Widział, jak jej twarz traci tę zaczepną pewność. Jak powieki opadają ciężej. Jak usta rozchylają się bez jej świadomej decyzji.
OdpowiedzUsuń— Właśnie tak — powiedział cicho. Jakby dokładnie wiedział, w którym momencie przestaje walczyć, a zaczyna czuć. I kiedy jej ciało niemal osunęło się w tył, przytrzymał ją mocniej. Nie pozwolił jej się zachwiać. Nie pozwolił jej stracić gruntu. Tylko odebrał jej kontrolę, centymetr po centymetrze. Na swoich własnych warunkach. Jakby przestał testować reakcję, a zaczął ją prowadzić dokładnie tam, gdzie chciał. Ezra uśmiechnął się pod nosem.
— Widzisz? — powiedział cicho. — Wcale nie muszę cię przekonywać.
Ezra wyczuł moment, w którym jej oddech stał się zbyt głośny. Jego dłoń, która jeszcze chwilę wcześniej spoczywała przy jej szyi, przesunęła się wyżej i zasłoniła jej usta, obejmując je miękko. — Ciii… — mruknął nisko przy jej uchu. Nie chciał, by ktoś ich usłyszał. Ale bardziej chciał, by to on kontrolował każdy dźwięk, który z niej wychodził. Jego dłoń na ustach była ciepła, pewna, kciuk oparty przy jej policzku, palce przy drugiej stronie twarzy. Druga ręka nie przestała się poruszać. Tempo było niezmienne, dokładnie takie, jakie wybrał. Z dłonią zasłaniającą jej usta trzymał ją blisko, jakby cały świat poza tym marmurowym pomieszczeniem przestał istnieć. Jakby inwestorzy, Laurent, światła miasta były tylko tłem. A ona była jedyną rzeczą, która naprawdę go interesowała. I wiedział, że w tej chwili nie próbowała już rządzić. Pozwalała mu.
Ezra
Ezra poczuł, jak jej ciało reaguje coraz wyraźniej, jak napięcie w niej narasta, jak każdy jego ruch odbija się w jej oddechu. Nie zmienił tempa gwałtownie. Po prostu… postarał się bardziej. Ruchy stały się bardziej zdecydowane, bardziej świadome. Jakby dokładnie wiedział, gdzie ją prowadzi. Czuł każdą reakcję jej ciała przez cienki materiał sukienki. Czuł, jak biodra instynktownie próbują dopasować się do jego dłoni. Uśmiechnął się lekko przy jej skórze. Jego usta znów odnalazły jej szyję. Muskał jej rozgrzaną skórę zębami. Dłoń przy jej ustach przesunęła się odrobinę, palce delikatnie rozluźniły nacisk, nie zabierał jej całkowicie, tylko pozwalał jej oddychać przez krótkie przerwy między nimi. Ezra poczuł dokładnie ten moment, kiedy napięcie w niej osiągnęło granicę. Jej ciało przestało tylko reagować, zaczęło się poddawać. Oddech rwał się nierówno pod jego dłonią. Ramiona napięły się, kiedy próbowała utrzymać równowagę, a palce na marmurowym blacie zacisnęły się mocniej. Ezra poczuł, jak jej plecy drżą przy jego klatce piersiowej. Uśmiechnął się lekko. Triumfalnie. Z tą cichą satysfakcją człowieka, który dokładnie wiedział, że wszystko idzie tak, jak przewidział. Jego dłoń na jej ustach rozluźniła się odrobinę, pozwalając jej złapać powietrze, ale nadal trzymał ją blisko, jakby nie chciał, by ta chwila uciekła zbyt szybko.
OdpowiedzUsuń— Właśnie tak… — mruknął przy jej uchu. Druga ręka prowadziła ją jeszcze chwilę, spokojnie, konsekwentnie, aż napięcie w jej ciele rozlało się w drżeniu, którego nie była już w stanie ukryć.
Dopiero po kilku sekundach jego dłoń powoli zsunęła się z jej ust. Palce przesunęły się po jej policzku, aż zatrzymały przy linii szczęki. Jego oddech był spokojny. Jakby właśnie zakończył coś, co od początku było pod jego kontrolą.
— Przypadek — powtórzył cicho. W jego głosie była nuta rozbawienia. Ale jeszcze bardziej… satysfakcji.
— Ja też przyszedłem tu za tobą przez przypadek…
Jego głos znów miał w sobie tę lekko drwiącą nutę. Na jego twarzy pojawił się powolny, cichy uśmiech. Ezra przez chwilę jeszcze ją trzymał. Nie dlatego, że tego potrzebowała, chociaż czuł, jak jej ciało wciąż opiera się o niego ciężarem, który zdradzał, jak bardzo była rozbita tą chwilą. Trzymał ją raczej dlatego, że sam chciał poczuć ten moment ciszy po wszystkim. Jej oddech powoli wracał do rytmu. Marmur pod jej dłońmi był chłodny, kontrastujący z ciepłem jego ciała za jej plecami. W lustrze ich spojrzenia znów się spotkały. Tym razem jego uśmiech był ledwie widoczny. Satysfakcja nie była głośna. Nie było w niej triumfu ani potrzeby komentarza. Raczej spokojna pewność, która mówiła: dokładnie tak miało być. Jego dłoń powoli wysunęła się spod materiału sukienki. Palce przesunęły się wzdłuż jej uda, jakby zamykał niedokończoną linię, którą wcześniej narysował. Potem poprawił materiał, opuszczając go z powrotem na miejsce.
Nie spieszył się. Jakby nigdzie nie musiał wracać. Dopiero potem odsunął się o pół kroku. Wystarczająco, by jej ciało przestało być podparte jego torsu, ale wciąż na tyle blisko, by czuła jego obecność za sobą. Jedną dłonią sięgnął jeszcze do jej włosów i odgarnął je z powrotem na kark, tam gdzie wcześniej je odsunął. Gest był niemal czuły.
— Oddychaj — mruknął cicho przy jej uchu.
Potem jego głos stał się odrobinę niższy.
— Nie chcemy przecież, żeby ktoś pomyślał, że coś tu robiliśmy.
Kącik jego ust drgnął. Przez moment wyglądało to tak, jakby zaraz miał ją znów przyciągnąć. Ale tego nie zrobił. Zamiast tego jego palce przesunęły się jeszcze raz po jej talii, powoli, niemal leniwie, zanim całkiem się cofnął. Już przy drzwiach zatrzymał się na sekundę. Jakby dawał jej chwilę, żeby zebrała oddech. Żeby wróciła do siebie. Albo żeby spróbowała udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Uśmiechnął się pod nosem. Jego spojrzenie przesunęło się po niej powoli, zatrzymując na moment przy jej ustach.
— Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jak już pożegnasz się ze swoim… znajomym.
Po tych słowach otworzył drzwi i wyszedł, jakby nic się nie wydarzyło.
Ezra
Ezra zatrzymał się na moment w korytarzu. Nie dlatego, że się wahał. Raczej z czystego przyzwyczajenia. Poprawił mankiet koszuli, jakby właśnie wracał z krótkiej rozmowy telefonicznej, a nie z miejsca, gdzie przed chwilą świat zawęził się do jednej osoby. Jego twarz znów była spokojna. Opanowana. Tylko w spojrzeniu został cień czegoś cięższego. Kiedy wrócił na salę, gwar rozmów i muzyki uderzył w niego jak fala. Inwestorzy zdążyli się już na dobre rozgościć. Przy stoliku zrobiło się znacznie głośniej niż wcześniej. Tyler siedział odchylony wygodnie na krześle, z drinkiem w dłoni, śmiejąc się z czegoś, co właśnie powiedział jeden z inwestorów. Obok nich stały dwie kobiety z baru, a trzecia siedziała już przy stole, nogi skrzyżowane, bawiąc się słomką w szklance. Atmosfera była zdecydowanie mniej biznesowa niż godzinę wcześniej.
OdpowiedzUsuń— O, proszę — rzucił Tyler, kiedy zauważył Ezrę. — Zaginiony wrócił.
Jedna z kobiet odwróciła się w jego stronę z uśmiechem, który mówił, że zdążyła się już dowiedzieć, kim jest.
— Myśleliśmy, że uciekłeś przed nami — dodał jeden z inwestorów, podnosząc kieliszek. Ezra usiadł z powrotem na swoim miejscu bez pośpiechu. Sięgnął po szklankę, którą zostawił przy barze wcześniej, i upił łyk. Tyler obserwował go przez chwilę z tym swoim półuśmiechem, który oznaczał, że coś zauważył.
— Wszystko w porządku? — zapytał niby mimochodem. Ezra uniósł lekko brew.
— Doskonale.
Ezra pozwolił, żeby rozmowy znów go wciągnęły. Tak mijał mu wieczór. Inwestorzy byli już wyraźnie rozluźnieni, śmiech stawał się głośniejszy, żarty coraz mniej korporacyjne. Szklanki opróżniały się szybciej, niż kelnerzy nadążali je zabierać. Jedna z kobiet opierała się łokciem o stół, druga przysunęła krzesło bliżej Tylera, jakby znała go od lat. Tyler był w swoim żywiole.
— Mówię wam, jeśli Ezra mówi, że coś się sprzeda, to zwykle ma rację — rzucił do jednego z inwestorów, unosząc szklankę.
— Zwykle? — Ezra uniósł brew, upijając łyk whiskey.
— Dobra, prawie zawsze — poprawił Tyler z rozbawieniem.
Rozmowa wracała do biznesu, potem znów odpływała w żarty. Ktoś opowiadał historię z Miami, ktoś inny wspominał absurdalne wymagania jednej z gwiazd, z którą kiedyś współpracował. Ezra słuchał. Odpowiadał, kiedy trzeba. Zadawał pytania, które sprawiały, że inwestorzy czuli się ważni.
Z czasem rozmowy przy stoliku zaczęły się rozjeżdżać. Tak to zwykle wyglądało przy takich wieczorach, najpierw biznes, potem drinki, a na końcu każdy zaczynał zajmować się czymś zupełnie innym. Jeden z inwestorów zniknął z brunetką, która wcześniej stała przy barze. Drugi przesunął się z krzesłem bliżej jednej z kobiet i prowadził z nią półszeptem rozmowę, która nie miała już nic wspólnego z ekspansją firmy ani budżetami. Tyler siedział z kolei oparty wygodnie o oparcie kanapy, a jedna z dziewczyn śmiała się z czegoś, co mówił, nachylona nad nim tak, że niemal dotykała jego ramienia. Muzyka w tle zrobiła się głośniejsza. Światła w klubie przygasły jeszcze bardziej. Kelner przyniósł kolejną rundę drinków, ale nikt już właściwie nie prowadził jednej wspólnej rozmowy. Ezra siedział chwilę w ciszy, obracając szklankę w dłoni. Kostki lodu cicho uderzały o szkło, kiedy poruszał nadgarstkiem. Po drugiej stronie stołu została jeszcze jedna kobieta. Blondynka w ciemnej sukience, która wcześniej siedziała przy barze z przyjaciółkami. Teraz najwyraźniej została przy ich stoliku, bo reszta towarzystwa rozproszyła się po sali. Spojrzała na Ezrę z lekkim uśmiechem.
— Wygląda na to, że zostaliśmy ostatni przy zdrowych zmysłach — powiedziała żartobliwie, unosząc swój kieliszek. Ezra uniósł lekko brew.
— To bardzo optymistyczne założenie.
Kącik jego ust drgnął minimalnie, kiedy upił łyk whiskey. Kobieta roześmiała się cicho.
— Wiesz — zaczęła, kręcąc powoli kieliszkiem w dłoni. — Zazwyczaj to ja wychodzę z takich wieczorów pierwsza.
Ezra uniósł lekko brew.
— Brzmi jak strategia — powiedział spokojnie.
— To strategia — przyznała z uśmiechem. — Ale dzisiaj chyba ją złamię.
Przesunęła krzesło odrobinę bliżej jego.
OdpowiedzUsuń— Bo rzadko trafia się ktoś, kto przez pół wieczoru wygląda, jakby był w zupełnie innym miejscu.
Ezra parsknął cicho śmiechem pod nosem.
— To dość bezpośrednia diagnoza.
— Jestem dobrą obserwatorką.
Przez chwilę siedzieli w półciszy, obserwując resztę stolika, gdzie Tyler właśnie tłumaczył coś energicznie jednej z dziewczyn, używając przy tym zbyt szerokich gestów.
Ezra zobaczył ich, zanim jeszcze podeszli. Najpierw ruch przy barze. Potem charakterystyczny błysk złotych nici na czarnej sukience. A chwilę później Sloane, która szła prosto w ich stronę, trzymając Laurenta pod ramię, jakby to było najnaturalniejsze miejsce na świecie. Nie zmienił wyrazu twarzy. Kiedy stanęła przy stoliku i odezwała się tym miękkim, uprzejmym tonem, Ezra odwrócił głowę powoli, jakby dopiero teraz ją zauważył.
— Fletcher — powiedział spokojnie. Jego głos nie zdradzał ani zaskoczenia, ani irytacji. Raczej coś między rozbawieniem a czystą ciekawością. Blondynka stojąca obok niego spojrzała na Sloane z zainteresowaniem, ale nie zdążyła nic powiedzieć, bo Laurent już się przedstawiał.
— To bardzo uczciwa rekomendacja — powiedział spokojnie, wyciągając dłoń. — Ezra Creighton.
Uścisk jego dłoni był krótki, pewny. Ezra odsunął rękę i przeniósł spojrzenie na Sloane. Nie wyglądał na zaskoczonego. Ani na zirytowanego. Raczej… rozbawionego.
— Fan? — powtórzył lekko. — To nowa kategoria.
Przez moment cisza przy stoliku była dziwnie napięta. Blondynka obok Ezry przenosiła spojrzenie między nimi, jakby próbowała zrozumieć dynamikę sytuacji. Ezra zerknął na Sloane kątem oka. Krótko. Jakby sprawdzał, czy zamierza dalej prowadzić tę małą scenę.
— To akurat dobry znak — dodał spokojnie. — Jeśli ktoś narzeka, a dalej słucha, znaczy że działa.
Blondynka, która wcześniej siedziała z nim przy stoliku, spojrzała z lekkim zainteresowaniem na Sloane, jakby dopiero teraz zaczęła rozumieć, kto właściwie stoi obok.
— Wybaczysz nam? — powiedział uprzejmie. Nie było w tym pytania. Raczej delikatna sugestia. Kobieta uśmiechnęła się lekko, choć w jej oczach pojawiła się nuta rozczarowania.
— Oczywiście.
Odwróciła się i ruszyła w stronę baru. Ezra poczekał, aż odejdzie kilka kroków. Dopiero wtedy wrócił spojrzeniem do Sloane. Jego spojrzenie na moment przesunęło się z jej twarzy niżej, po linii ramion, zatrzymując się na sukience, która jeszcze chwilę wcześniej była pod jego dłońmi. Kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie.
— Laurent, tak? — powiedział spokojnie, znów zerkając na mężczyznę stojącego obok niej. — W takim razie witaj w Los Angeles. Mam nadzieję, że Sloane nie zdążyła jeszcze pokazać ci najgorszych miejsc.
Na moment zerknął jeszcze na Laurenta, potem z powrotem na Sloane. W jego spojrzeniu pojawiło się coś niemal rozbawionego jakby dokładnie widział, co ona właśnie robi.
— Czy powinienem się martwić? — zapytał lekko. — Zazwyczaj kiedy ktoś mówi, że chce mi kogoś przedstawić, kończy się to kontraktem albo katastrofą.
Kącik jego ust drgnął. Tyler, który siedział kawałek dalej z dziewczyną przy stoliku, rzucił krótkie spojrzenie w ich stronę, jakby z ciekawością obserwował rozwój sytuacji.
Ezra