Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

10/02/2025

[KP] Baby, angels like you can't fly down hell with me



Tanner Morgan Dodatkowe zdjęcie Tanner Morgan

Tanner Morgan

Lawyer · Jeweler
Może nazwiesz go wyrachowanym gnojkiem, gdy dowiesz się, że nigdy nie interesowała go cała ta prawnicza farsa i opasłe tomiszcza z łamiącymi język formułkami, a na koniec stwierdzisz, że totalnie perfidny z niego drań, skoro przeszedł tą długą drogę tylko po to, żeby w odpowiednim momencie teatralnie tym pieprznąć, ale on jest tylko doskonałym przykładem człowieka, który zjadł ciastko i dalej ma ciastko. Prawda bywa najkosztowniejszym ze złudzeń, a w rodzinie, która może zaoferować człowiekowi tak wiele, głupotą byłoby zostanie buntownikiem z wyboru. Zaspokoił ambicje wszystkich wokół, przez jakiś czas będąc marionetką w ich rękach i chodząc dla nich jak szwajcarski zegarek, ale kiedy przyszła odpowiednia pora, kiedy odhaczył punkty z ich listy i dostał w zamian obiecane granty, sprawnie odciął sznureczki, strzepnął z ramion kurz i wreszcie zajął się własnymi ambicjami. Bo jeżeli rodzina tak szczerze czegoś go nauczyła, to grać w pozory prawie do perfekcji i myśleć przede wszystkim o sobie. Pomyślał więc o tym dość wcześnie, bo już jako nastolatek, gdy po raz pierwszy zetknął się z maleńkimi kamieniami i na kolanach dziadka złapał jubilerskiego bakcyla. Wiedział wtedy, jaka droga została mu narzucona, ale wiedział też, jaka jest mu pisana. Realizując plan rodziców, zadbał o to, żeby zaspokoić ich widzimisię i zdobyć zaplecze finansowe, a potem odpowiednio je wykorzystać wraz z koneksjami, które w kopercie z jadeitem w spadku pozostawił mu dziadek. Bez wahania odstawił to, co narzucone i zajął się tym, co do dnia dzisiejszego daje mu autentyczną przyjemność i co wyzwala go z sideł pozorów, którymi przez te lata do szpiku kości przesiąkł. Ale podobno wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać, a piękno jest doskonałością z defektami. Nie da się być ideałem dla każdego, ale można postarać się być nim dla siebie, a przede wszystkim dla tych, którzy będą potrafili nas docenić jeszcze w tej nieoszlifowanej formie.
Imiona i nazwisko
Tanner John Morgan-Miller
Data urodzenia
10 grudzień 1988 r.
Miejsce urodzenia
Nowy Jork, NY, USA
Zawód
adwokat
Specjalizacja
prawo karne,
prawo korporacyjne
Miejsce pracy
Dodatkowe zajęcie
jubiler
gemmolog
Miejsce zamieszkania
76th Central Park Tower,
Midtown Manhattan
Organizacja
Innocence Project
Uczelnie
LL.M. in Taxation, Yale Law School
J.D., Columbia Law School
B.A. in Sociology, Columbia University
Graduate Gemologist, GIA
Wzrost
188 cm
Hobby
Sport: pływanie
Żeglarstwo regatowe
Rysunek realistyczny
fortepian
szachy
Motto
„Znacznie trudniej jest sądzić siebie niż bliźniego. Jeśli potrafisz dobrze siebie osądzić, będziesz naprawdę mądry.”
Szczegółowe informacje

Zgodnie z planem adwokat, który ze swoją gorszą stroną dość dobrze zakotwiczył się w obronie karnej, a także w prawie korporacyjnym. Studia licencjackie z socjologii ukończone na Columbia University. Praktykuje pod szyldem rodzinnej kancelarii Morgan & Miller, która wcześniej mieściła się przy 60 Wall Street, a aktualnie w nowo powstałym budynku przy 270 Park Avenue na 33 piętrze. Przejęcie tej prawniczej spuścizny pozostawia swojemu młodszemu o dziesięć lat bratu, który na razie korzysta z życia i nie śpieszy się do roli zarządcy.

Specjalista od kamieni szlachetnych, który już lata świetlne temu, za sprawą dziadka, odnalazł prawdziwą przyjemność w kolekcjonowaniu kamieni szlachetnych i projektowaniu biżuterii. Dyplomowany gemmolog i jubiler po Gemological Institute of America. W spółce z wieloletnim przyjacielem w 2018 roku założył mieszczący się przy Madison Avenue, między 60th a 80th Street, salon jubilerski M&G Jewellery. Laureat nagrody Jewelers of America CASE Awards 2024, wystawiający swoje prace w Museum of Arts and Design na Manhattanie, gdzie na stałe eksponowane są prace jego dziadka, Johna Paula Millera.

Od 2019 roku papierowy mąż kobiety, z którą interesy połączyły go mocniej niż miłość. Od 2024 roku pozostaje w separacji sądowej, objętej ścisłą umową ugodową, która nakłada na obie strony bezwzględną klauzulę poufności oraz zobowiązanie do wzajemnego poszanowania w przestrzeni publicznej i prywatnej. Ojciec, który cały czas stara się sprostać bez pozorów tej trudnej roli. Opuścił rodzinną rezydencję w Kings Point i zamieszkuje apartament w Central Park Tower na 76 piętrze. Prywatne auto Mercedes-Maybach S680.

Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Zamknął sprawę Briana Bolesa i Charlesa Collinsa – dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Bez pamięci oczarowany turmalinami.

W czasach szkolnych reprezentował uczelnie w zawodach pływackich, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Dodatkowy język: francuski. Zapach: Clive Christian No. 1.

Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.

Relacje
Relacja 1
Amber Morgan-Miller
01.10.2019 · JEDYNA CÓRKA
Uczennica, wierna kopia ojca ze swoim własnym zdaniem.
Relacja 2
Jared Morgan-Miller
20.06.1998 · MŁODSZY BRAT
Radca prawny w rodzinnej kancelarii. Lekkoduch i dusza towarzystwa.
Relacja 3
Dakota Morgan
03.08.1988 · ŻONA
Radca prawny w rodzinnej kancelarii, mediatorka w sprawach rodzinnych.
Relacja 4
Walter Goodwin
14.02.1988 · WSPÓLNIK
Dobry przyjaciel, gemmolog i wspólnik M&G Jewellery
Relacja 5
Joseph Morgan
05.11.1960 · OJCIEC
Arbiter rządowego departamentu prawnego, prawo międzynarodowe. Despotyczny tradycjonalista.
Relacja 6
Harriet Miller
25.09.1960 · MATKA
Adwokatka w stanie spoczynku, prawo administracyjne. Elegancka obserwatorka.
cześć, damy się zjeść, zdaniezlozone@gmail.com
I

119 komentarzy:

  1. Po wyjściu ze szpitala Rei miała ambitny plan udawać przez jeden dzień normalną osobę. Nie pacjentkę czy przypadek medyczny z historią grubszą niż większość historii, które pisała. Chciała być po prostu młodą kobietą z laptopem, nieszczęsną protezą, laską opartą o blat i kawą tak drogą, że ta powinna przynajmniej rozwiązywać część jej problemów.
    Plan, jak większość jej planów, rozpadł się dość szybko. Konkretnie: jakiś tydzień wcześniej. Bo to wtedy pojechała do Midtown East, w okolice Park Avenue, gdzie szklane wieżowce wyglądały tak, jakby nikt w środku nie miał duszy. Tam, w kawiarence niedaleko JPMorgan Chase Tower, zamówiła kawę, wybrała stolik przy ścianie i otworzyła laptopa z miną osoby, która absolutnie nie miała żadnych ukrytych zamiarów. I wtedy spotkała j e g o; mężczyznę w garniturze, ale nie jedynie „przystojnego nieznajomego”, nie „interesującego bruneta”, nie „mężczyznę o ostrym, przenikliwym spojrzeniu”, bo tak pisała w książkach, kiedy udawała, że posiada godność. W głowie nazwała go po prostu hot gościem w garniturze. I mając wtedy przed sobą tego hot gościa w garniturze, zaczęła pisać; bezczelnie otworzyła Worda, a potem już wszystko ułożyło się samo.
    I, oczywiście, że się gapiła, choć bardzo próbowała udawać, że nie, że tylko zerka, a potem zrobiła to kolejny raz i kolejny. Wystalkowała go z zawstydzającą skutecznością, za którą powinna była albo dostać medal, albo ograniczenie dostępu do internetu, bo do wieczora wiedziała już, że nazywa się Tanner Morgan. Nie dlatego, że była jakimś geniuszem, tylko dlatego, że internet najwyraźniej uwielbiał ludzi w garniturach, którzy robili duże rzeczy. O Tannerze Morganie było ostatnio głośno po sprawie Briana Bolesa i Charlesa Collinsa, dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Dowiedziała się więc podstawowych rzeczy o hot gościu w garniturze i to powinno jej wystarczyć, ale skoro poświęciła mu tyle czasu, chciała spróbować jakoś z nim porozmawiać, zebrać materiał. Dlatego tydzień później, po kolejnych badaniach w szpitalu, Rei po prostu „przypadkiem” znalazła się w Midtown East, w tej samej kawiarence.
    Omiotła spojrzeniem całą przestrzeń, namierzając wzrokiem przystojnego prawnika; siedział przy stoliku pod ścianą, akurat w takim miejscu, że mogła usiąść dość blisko, ale nie tak, żeby było to creepy. Przełknęła ślinę i opierając się o laskę, podeszła do kasy; zamówiła kawę, prawie upuściła portfel, i poprosiła o pistacjowego pączka. Zerknęła w bok, oceniając jeszcze raz miejsce, które chciała zająć; idealny punkt strategiczny, z którego będzie widzieć jego profil, ręce i twarz. Może jednak było to trochę creepy.
    Usiadła ostrożnie, odkładając laskę obok krzesła. Była ubrana w czarny top odkrywający nieco brzuch i ramiona oraz spódniczko-spodnie, bo nienawidziła samych spódnic, ale było dzisiaj dość ciepło, więc nie zamierzała pływać we własnym pocie. Poza tym od rana proteza uwierała ją trochę bardziej niż powinna, a Rei mogła znieść tylko jedną irytującą rzecz w ciągu dnia. No i, miała misję. Otworzyła laptopa, kliknęła Worda, a dokument zamrugał pustą stroną.
    W tym momencie Tanner Morgan poprawił swoją koszulę przy szyi. Rei spojrzała krótko jego stronę, potem spuściła wzrok do klawiatury i znów zerknęła na mężczyznę.
    — Badania terenowe — szepnęła do siebie, jakby to cokolwiek usprawiedliwiało. — To tylko badania terenowe.
    Jej palce zawisły nad klawiaturą. Przez chwilę w głowie miała tylko jego dłonie. Długie palce, spokojne ruchy, kontrolę… Więc zaczęła pisać. Nie o Tannerze Morganie, oczywiście. Nigdy w życiu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisała o elfim lordzie, który stał w marmurowej sali tronowej, którego nawet smoki śpiące pod fundamentami pałacu się obawiały; pisała o jego spojrzeniu, które odnalazło bohaterkę między kolumnami i zatrzymało się na niej z taką intensywnością, jakby już wcześniej rozebrał ją z każdego kłamstwa i każdej zbroi. Po trzech zdaniach zrobiło się zdecydowanie zbyt gorąco. Przełknęła łyk kawy, skrzywiła się, bo była za mocna, i zerknęła znad ekranu. Tanner właśnie patrzył w jej stronę. Rei zamarła z palcami na klawiaturze i otwartym dokumentem, w którym fikcyjny mężczyzna właśnie miał położyć fikcyjnej kobiecie dłoń na udzie.
      — O nie… — powiedziała bardzo cicho, spuszczając głowę i próbując zrobić się niewidzialna. Cholera!

      Rei Bothwell ☕👀

      Usuń
  2. Rei przestała pisać dokładnie w połowie zdania i to nie dlatego, że skończyła myśl czy nagle zabrakło jej weny. Po prostu cień padł po stoliku, przy którym siedziała, a potem krzesło naprzeciwko odsunęło się z tym krótkim, cichym szurnięciem, które w jej głowie zabrzmiało jak teatralne odsłonięcie kurtyny przed egzekucją. Podniosła wzrok. Tanner Morgan siedział naprzeciwko niej. Tanner Morgan, którego tydzień wcześniej nazwała w notatkach „mrocznym, elfim lordem”, „smokiem w garniturze” i, w jednym szczególnie haniebnym przypływie szczerości, „facetem, który wygląda tak, jakby potrafił zniszczyć człowieka jednym spojrzeniem”. Laptop między nimi nagle wydał jej się za małą barierą.
    — Ooo... — powiedziała, zanim w ogóle pomyślała, jak zareagować. Bardzo błyskotliwie, Reilynn, bardzo literacko. Pulitzer właściwie sam powinien spaść z nieba i uderzyć ją w łeb.
    Przez sekundę miała ochotę zatrzasnąć laptopa, ale to wyglądałoby podejrzanie. Zerknęła w ekran – tam elf właśnie pochylał się nad bohaterką i mówił bardzo, ale to bardzo gorące, kuszące rzeczy. Rei przesunęła palcem po touchpadzie i zupełnie przypadkiem zaznaczyła cały akapit. Świetnie.
    Wytrzymała jego spojrzenie może trzy sekundy. Cztery, jeśli liczyć tę pierwszą, w której jej mózg jeszcze nie zarejestrował, że Tanner Morgan właśnie usiadł naprzeciwko niej i zaczął oglądać ją z taką samą bezczelną dokładnością, z jaką ona wcześniej. O co mu chodziło? Mrugnęła wolno, mając nadzieję, że gdy znów otworzy oczy, to wszystko okaże się jakimś snem, ale nie, bo hot facet w garniturze wciąż tutaj był. I się patrzył.
    Rei otworzyła usta i… zamknęła je, potem spojrzała na niego z taką miną, jakby właśnie bardzo uprzejmie położył jej na stole dowód rzeczowy A, B i C, które zdecydowanie ją obciążały. Potrzebowała prawnika, ale nie takiego z urzędu, lepszego, który wyciągnąłby jej z tej sytuacji.
    — Obserwacji z odległości — powtórzyła powoli, gryząc przez moment dolną wargę. — To bardzo poważne oskarżenie, panie Morgan — powiedziała w końcu, odrobinę unosząc brodę. — Zwłaszcza wobec osoby, która przyszła tu wyłącznie po kawę i miejsce z gniazdkiem.
    Jej spojrzenie mimowolnie uciekło do jego rąk, potem do szyi i wróciło do jego twarzy z opóźnieniem tak kompromitującym, że równie dobrze mogła od razu przyznać się do wszystkiego i poprosić o najniższy wymiar kary.
    — Poza tym — dodała, zasłaniając klawiaturę laptopa swoimi dłońmi, jakby chroniła tajne akta państwowe, a nie scenę z elfim lordem, który zdecydowanie miał ochotę dobrać się do majtek swojej wybrance — gdyby był pan mniej interesujący, problem rozwiązałby się sam.
    Wzięła głębszy wdech, mocniej ugryzła się w usta i szybko dodała:
    — To nie zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć.
    Nie, zdecydowanie nie zabrzmiało. W jej głowie miało być lekkie, błyskotliwe, może nawet odrobinę wyniosłe. W rzeczywistości zabrzmiało jak przyznanie się do winy z próbą flirtu w tle, co było szczególnie żenujące, bo Rei nie flirtowała. Rei jedynie pisała flirt. W jej historiach bohaterki zawsze wiedziały, kiedy spuścić wzrok, kiedy odpowiedzieć szeptem i kiedy milczeć tak, żeby milczenie znaczyło więcej niż całe akapity dialogu. W prawdziwym życiu Rei potrafiła najwyżej powiedzieć coś niepokojącego lub żenującego i potem wyglądać, jakby chciała zapaść się pod ziemię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oparła się ostrożnie o krzesło, uważając na protezę, i spróbowała przywołać jakąś jedną ze swoich stoickich min, ale wyszło coś między bezczelnością, paniką i rumieńcem, który stanowczo nie był częścią jej wizerunku.
      — Reilynn Bothwell. Pisarka — wyrzuciła z siebie, jakby to miało załatwić sprawę, a w myślach dodała: I recydywistka w zakresie romantyzowania obcych mężczyzn w garniturach. Zaraz potem zacisnęła usta, po czym odchyliła się ostrożnie na krześle, uważając na protezę i laskę opartą o stolik. Przez ułamek sekundy miała ochotę dodać coś normalnego, dorosłego, na przykład, że miło go poznać albo że przeprasza, jeśli poczuł się niekomfortowo. Albo że to wszystko jest zabawnym nieporozumieniem, a ona wcale nie sprawdzała w internecie ani jego, ani kancelarii, w której pracował. Niestety, jej usta jak zwykle nie skonsultowały się z rozsądkiem.
      — Nie śledzę pana zawodowo — powiedziała, a potem zaśmiała się nerwowo. — Ani prywatnie. To znaczy… nie śledzę pana w… właściwie w żadnym sensie. To… trudno nie wiedzieć, kim pan jest. W internecie jest o panu wiele artykułów, zdjęć, a algorytm bywa potwornie bezlitosny. Klikniesz w jakiś post, a potem przeglądarka proponuje tego więcej i więcej.
      Urwała, czując, że każde kolejne słowo nie tyle ją usprawiedliwia, ile kopie pod nią coraz głębszy dół. Spojrzała na niego ostrożnie, tym razem bez wcześniejszej bezczelności, choć rumieniec wciąż trzymał się jej policzków z uporem godnym osobnej diagnozy. Może naprawdę była wariatką?
      — Więc tak, wiem, jak się pan nazywa i gdzie pan pracuje. Co brzmi fatalnie, kiedy mówię to na głos, ale to naprawdę nie miało być… aż takie dziwne — wymamrotała, a potem poruszyła się nieco, zdecydowanie niefortunnie, bo jej laska upadła, a Rei schylając się po nią, przywaliła głową w stolik z wyraźnym syknięciem; gdy to się stało, pistacjowy pączek poturlał się po stole i spadł w stronę prawnika, bezczelnie brudząc mu spodnie, a Reilynn widząc to, wlazła pod blat, aby zabrać tego zdradzieckiego pączura. Gdy to zrobiła i faktycznie złapała uciekiniera, okazało się, że wylądowała pod stołem, między nogami Tannera Morgana. Uniosła wzrok właśnie w tej pozycji i od razu tego pożałowała, bo to nie był dobry pomysł, to był tragiczny pomysł.
      Rei siedziała więc pod stolikiem, z pączkiem w ręku, czerwonym czołem, jeszcze bardziej czerwonymi policzkami i spojrzeniem utkwionym w mężczyźnie, którego chwilę wcześniej próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką.
      — Przepraszam… — wydukała.

      Rei Bothwell 🍩🫣

      Usuń
  3. Reilynn przez chwilę naprawdę rozważała zostanie pod stołem na stałe. Mogłaby tam nawet zamieszkać, przyjąć nową tożsamość i zostać niewielkim, wstydliwym stworzeniem żywiącym się resztkami pistacjowych pączków i cudzą dezaprobatą. Byłoby to, szczerze mówiąc, mniej kompromitujące niż wyłanianie się teraz spod blatu, między nogami Tannera Morgana i z pączkiem w ręce.
    Zerknęła w jego stronę spod stołu z miną kogoś, kto właśnie usłyszał bardzo trafną diagnozę i nie miał żadnego prawa się z nią kłócić. Imponujące zamieszanie. To brzmiało dość... ładnie i łagodnie.
    — Dziękuję — powiedziała w końcu. — Staram się przekraczać oczekiwania.
    Chciała, żeby zabrzmiało to nonszalancko, ale Rei zdecydowanie nie była nonszalancka, szczególnie w tym momencie. Jej spojrzenie również powędrowało do pistacjowej smugi, po czym natychmiast wróciło do twarzy prawnika, bo patrzenie na jego udo w tej konkretnej konfiguracji było jednym z tych pomysłów, które powinny zostać zakazane prawnie i moralnie. Czuła, że ma gorące policzki, czoło ją obolało, a proteza zaczęła uwierać jeszcze bardziej.
    — I przepraszam za spodnie — dodała szybko. — Naprawdę. Nie wiem, ile kosztuje czyszczenie czegoś, co wygląda, jakby miało własnego księgowego, ale zapłacę. Albo… odkupię.
    Spojrzała przelotnie w bok, jakby naprawdę oceniała, czy ktoś z kawiarni patrzy w ich stronę. Kilka osób było zajętych kawą, laptopami lub rozmową. Tanner Morgan miał jednak rację, a to było bardzo irytujące, bo wyglądał jak człowiek, który miewał rację zbyt często i prawdopodobnie nigdy nie przepraszał za to wystarczająco. Poruszyła się lekko, żeby wreszcie wydostać się spod blatu, ale zanim zorientowała się, co zrobiła, było już za późno. W jakimś amoku, zamiast ruszyć tyłek w tył, to poszła do przodu, opierając palce o kolano prawnika i przysunęła się bliżej tak, że jej twarz znalazła się mniej więcej przy jego brzuchu. Niebezpiecznie blisko. Absurdalnie wręcz blisko! Tak blisko, że gdyby ktoś teraz spojrzał pod stolik, nie istniałoby absolutnie żadne wyjaśnienie, które nie brzmiałoby jak kłamstwo wymyślone przez osobę przyłapaną na gorącym uczynku.
    Rei powoli uniosła wzrok. Najpierw zobaczyła koszulę, potem marynarkę i zdążyła nawet policzyć te kilka guzików, ostatecznie dotarła do jego twarzy i natychmiast pożałowała, bo z tej perspektywy Tanner Morgan wyglądał jeszcze bardziej jak mroczny lord, który albo poderżnie głównej bohaterce gardło, albo ją zerżnie – Reilynn prawie zadławiła się własną śliną. Dopiero po sekundzie odsunęła się i cofnęła rękę tak gwałtownie, jakby materiał nagle zaczął ją parzyć.
    — Przepraszam. To nie było… — wymamrotała. Patrząc w jego stronę w ten sposób, znalazła się w takiej pozycji, której jej wyobraźnia nie powinna dostawać za darmo w miejscu publicznym. Hot facet w garniturze i klęcząca przed nim Reilynn Bothwell? Byłaby głupia, gdyby nie opisała tej sceny w książce, ale w tym momencie najprawdopodobniej powinna po prostu wstać i nie umrzeć ze wstydu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu, po serii ruchów godnych głośnego i rannego nietoperza, wycofała się w swoją stronę stolika. Najpierw zahaczyła ramieniem o blat, a potem prawie zrzuciła własną torbę. Na koniec udało jej się złapać laskę i podciągnąć z powrotem na krzesło, z twarzą czerwoną od wysiłku i zażenowania. Pączek znów zajął talerz, a Rei wzięła głębszy oddech i sięgnęła po kilka serwetek, aby zetrzeć z palców lukier, ale akurat jeden z opuszków liznęła, bo cholernie szkoda było jej tego pączka. Dopiero po sekundzie zorientowała się, co zrobiła. Zamarła z palcem przy ustach. Oczywiście, oczywiście, że po wyjściu spod stołu, po dotknięciu kolana obcego prawnika, po zbrudzeniu mu spodni pistacjowym kremem i po próbie przekonania go, że wcale go nie śledziła, musiała jeszcze oblizać palec na jego oczach. Odchrząknęła cicho.
      — Gdyby zastanawiał się pan, czy pączek byłby dobry, to lukier jest całkiem niezły — powiedziała, czerwieniąc się mocno, jeszcze bardziej niż wcześniej.
      I natychmiast zapragnęła cofnąć czas o jakieś trzydzieści sekund. Albo trzydzieści lat. Cokolwiek, byle nie musieć siedzieć naprzeciwko Tannera Morgana z serwetką w dłoni, pistacjowym lukrem na palcach i świadomością, że właśnie wypowiedziała zdanie, które w jej książkach mogłoby być początkiem bardzo niewłaściwej sceny.
      — Przestanę mówić… — zdecydowała po chwili. — To prawdopodobnie najlepsze, co mogę panu teraz zaoferować.

      Rei Bothwell 🫠🪑

      Usuń
  4. Reilynn spojrzała najpierw na jego dłoń obejmującą jej nadgarstek i na chwilę… przestało być zabawnie. Nie dlatego, że zrobił jej krzywdę, bo tak nie było, ujął ją pewnie, ale nie mocno; bardziej zatrzymał niż przytrzymał, bardziej zaznaczył swoją obecność, niż cokolwiek wymusił. A jednak ten gest przeszedł przez nią zaskakująco wyraźnie, jak drobny impuls, który nie powinien mieć żadnego znaczenia, a mimo to nagle rozlał się ciepłem pod skórą. Rei poczuła własny puls dokładnie tam, gdzie opierały się jego palce. Przez sekundę nie myślała o pączku, plamie, laptopie ani o tym, że przed chwilą się koszmarnie wygłupiła i zapewne zniszczyła sobie reputację. Myślała tylko o tym, że Tanner Morgan trzyma jej nadgarstek, a ona zamiast natychmiast cofnąć rękę, siedziała nieruchomo i próbowała zrozumieć, dlaczego ten prosty dotyk tak skutecznie zabrał całą jej uwagę. Z całą pewnością się tego nie spodziewała, chociaż mogłaby się domyślić, że hot facet w garniturze bardziej brał, co chciał, niż pytał o pozwolenie. Przechyliła lekko głowę. W tym momencie bohaterki jej książek mówiły oś błyskotliwego, coś, co pozwalało zachować przewagę. Rei natomiast przez jedną fatalną sekundę poczuła się tak, jakby była zupełnie bezbronna.
    Gdy zabrał jej serwetkę, otworzyła usta, aby jakoś to skomentować, a potem je zamknęła, bo tak właściwie nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Wszystko wydawało się nieodpowiednie. Spojrzała na odłożoną serwetkę, na prawnika i znów na serwetkę, jakby ten biedny, zmięty kawałek papieru był ostatnią rzeczą, która stała między nią a pełnowymiarowym przesłuchaniem albo aktem oskarżenia. Czy Tanner Morgan mógłby jej zarzucić atak pistacjowym pączkiem i pociągnąć do rekompensaty za straty materialne i nie tylko? Rei spięła się lekko, gdy o tym pomyślała.
    — Bardzo dużo to przesada — powiedziała ostrożnie. — Mam panu do opowiedzenia najwyżej kilka rzeczy, może kilkanaście. To zależy, czy rozmawiamy koleżeńsko, czy jednak zamierza mnie pan pozwać za… to wszystko.
    Próbowała mówić lekko, ale jej nadgarstek wciąż czuł jego palce. Nie trzymał jej już, a jednak skóra w tamtym miejscu wydawała się dziwnie czuła, co albo było wynikiem tego, że Rei naprawdę rzadko z kimkolwiek się dotykała, albo Tanner Morgan czymś ją zaraził. Zmierzyła męską sylwetkę spojrzeniem, próbując to ocenić; zdecydowanie nie wyglądał tak, jakby był chory, ba, wyglądał jak cholerny prawniczy bóg, jak ucieleśnienie prawniczych tekstów, które zapewne nie brzmiałyby nudno, gdyby to Morgan je wypowiadał.
    — To… cóż, wspomniałam już, że nazywam się Reilynn Bothwell i jestem pisarką — odpowiedziała, podnosząc wzrok do twarzy prawnika. — I zanim przejdziemy dalej… czy może mi pan mówić po imieniu? — spytała cicho, czując się nieco dziwnie, gdy zwracał się do niej tak oficjalnie. Wiedziała, że robił to, bo tak nakazywały maniery, ale była osobą, która obejrzała sobie jego spodnie i krocze z takiego bliska, że zachowywanie surowego dystansu byłoby wręcz karykaturalne.
    — Piszę… piszę tekst o prawnikach — mruknęła, uciekając nieco wzrokiem. Kłamstwo, cholerne kłamstwo, ale co innego miała powiedzieć? Oparła się ostrożnie o krzesło, próbując wyglądać jak osoba, która nie ma na ekranie żadnego elfiego lorda, żadnego napięcia w marmurowej sali tronowej i absolutnie żadnych opisów rąk inspirowanych człowiekiem siedzącym naprzeciwko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Potrzebowałam… informacji — przyznała po chwili, unosząc wzrok, aby posłać mu krótkie spojrzenie. — Ale takich ogólnych. Nie znam zbyt wielu prawników, więc chciałam się czymś zainspirować, ale też poznać pana w warunkach, w których byłby pan sobą. Jasne, mogłabym umówić spotkanie, ale czy wtedy miałabym pewność, że pan to prawdziwy pan? Lubię naturalność i szczerość w gestach i czynach, bo… to odświeżające i inne od wizerunku, który próbuje się kreować. Interesuje mnie właśnie to; to, jak ktoś odkłada filiżankę, jak poprawia mankiet czy jak zmienia się jego twarz, gdy się zamyśla. Jest pan po prostu… inspirujący.
      Mówiąc to wszystko, ostrożnie spojrzała mu w oczy, jakby dopiero teraz sprawdzała, czy jej tłumaczenie w ogóle miało szansę być wzięte pod uwagę. Tanner Morgan wyglądał jak człowiek, który potrafił usłyszeć kłamstwo między jednym słowem a drugim, nawet jeśli zostało ładnie opakowane, więc mogło być z tym różnie.
      — Chociaż zdaję sobie sprawę — dodała ciszej — że po pączku, pańskich spodniach i mojej wycieczce pod stół… cóż, może źle zaczęliśmy, ale obiecuję, że najgorsze już za panem. Więc? Może napije się pan jeszcze kawy?
      Zanim zdążył odpowiedzieć, Reilynn wstała z miejsca, aby tę kawę zamówić. Nie zrobiła tego szybko. Po pierwsze dlatego, że po ostatnich pięciu minutach każdy gwałtowny ruch powinien zostać jej prawnie zakazany, po drugie dlatego, że wstawanie z protezą wymagało od niej krótkiej negocjacji z własnym ciałem. Najpierw przesunęła laskę bliżej, potem oparła dłoń o blat, wyprostowała prawą nogę i dopiero wtedy uniosła się ostrożnie. Proteza lewej nogi zaczynała się wysoko, powyżej kolana, ukryta częściowo pod materiałem spódniczko-spodenek i czarną osłoną, która znikała pod brzegiem ubrania przy udzie. Nie była krzykliwa ani ozdobna, a matowa, funkcjonalna, z metalicznymi elementami. Rei nosiła ją tak, jakby była czymś zupełnie zwyczajnym.
      — Zanim pan zaprotestuje — rzuciła przez ramię, próbując brzmieć lekko — to nie jest to łapówka, raczej odszkodowanie.
      Ruszyła w stronę lady, a tam zamówiła dwie kawy; dla siebie coś zbyt słodkiego, żeby udawać dorosłą osobę z gustem, dla niego czarną, bo oczywiście wyglądał jak mężczyzna, który pije tylko taką. Potem spojrzała na gablotę z wypiekami i zawahała się na widok pistacjowych pączków. Powinna była wybrać coś innego, cokolwiek innego, ale cóż, była tylko sobą.
      — I jeszcze dwa pistacjowe pączki — powiedziała.
      Kiedy wróciła do stolika, postawiła przed prawnikiem kawę, potem usiadła z powrotem, pilnując, żeby laska nie powtórzyła wcześniejszego zamachu stanu.
      — Proszę — odezwała się, podsuwając mu talerzyk. — Pokojowy pączek.

      Rei Bothwell 🙃☕

      Usuń
  5. Rei odwróciła ekran minimalnie w jego stronę, ale drugą ręką natychmiast przesunęła talerzyk z pączkiem, jakby próbowała odwrócić uwagę prawnika cukrem. Podejrzewała, że nie jadał zbyt często takich rzeczy, bo zapewne gdyby to robił, garnitur nie układałby się tak dobrze. Doskonale mogła sobie wyobrazić, co się kryło pod materiałem i zdecydowanie nienawidziła tego, jak proste to dla niej było.
    — Najpierw pączek — powiedziała stanowczo. — Konsultacje konsultacjami, ale nie może pan opiniować tekstu tak po prostu.
    Pączek leżał między nimi jak miękka, pistacjowa propozycja ugody. Albo jak kolejny dowód rzeczowy, który Reilynn bardzo chciała wcisnąć stronie przeciwnej.
    — Proszę nie patrzeć na niego z taką rezerwą. Nie brał udziału w poprzednim incydencie, ma czystą kartotekę. — Przesunęła talerzyk jeszcze o centymetr. — Poza tym kupiłam go dla pana. Odmowa byłaby… rozczarowująca.
    Dopiero wtedy dotarło do niej coś jeszcze. Coś, co przewijało się od początku tej rozmowy, ale dopiero teraz, kiedy próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, zaczęło ją to mocniej drażnić. Zmrużyła oczy i odchyliła się odrobinę na krześle.
    — I nadal mówi pan do mnie „pani” — zauważyła, wskazując w jego stronę palcem. — Prosiłam, żeby mówił mi pan po imieniu. — Jeszcze bardziej zmrużyła oczy. — Reilynn — przypomniała mu, bo może zapomniał jej imienia. — Może być też po prostu Rei. Jeśli już siedzi pan przy moim stoliku, każe mi pan mówić, żąda wglądu w tekst i został pan zaatakowany przez mojego pączka, to chyba możemy uznać, że oficjalny ton nie jest potrzebny?
    Spojrzała znacząco na pączka, którego dla niego kupiła. Ładny, okrągły pączek, który smakował całkiem nieźle, biorąc pod uwagę to, że Rei wcześniej zlizała nieco polewy z poprzedniego. Szkoda by było, gdyby Tanner Morgan w ogóle nie przekonał się o tym, że naprawdę czuć było tutaj pistacje.
    — Proszę go nie ignorować — powiedziała. — Nie zasłużył na takie chłodne traktowanie tylko dlatego, że jego kuzyn popełnił przestępstwo przeciwko pańskim spodniom.
    Rei wbijała wzrok w Tannera przez chwilę, po czym otworzyła lekko oczy z nagłym, bardzo podejrzanym ożywieniem. Najwyraźniej coś w jej głowie kliknęło. Coś głupiego. Coś, czego rozsądna kobieta nie powinna robić mężczyźnie, którego dopiero co próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką. Sięgnęła po drugą serwetkę, tę, którą dostała przy kupnie kawy, i przedzieliła pączka na pół. Jedną część podsunęła bliżej prawnika, robiąc to tak, jakby dzieliła się z nim jedzeniem co tydzień, właśnie w tym konkretnym dniu.
    — Dobrze… — oznajmiła. — Nie musi pan zjeść całego. Wystarczy pół. Albo ćwierć. Albo jeden gryz.
    Odczekała sekundę, ale Tanner nie ruszył nawet palcem. Westchnęła głęboko, jak osoba zmuszona do podjęcia ostatecznych środków.
    — W porządku. Skoro negocjacje pokojowe zawiodły…
    Wzięła kawałek pączka w palce, nachyliła się nad stolikiem i uniosła słodkie ciasto w jego stronę. Nie całkiem do ust, nie była aż tak bezczelna. Jeszcze. Zatrzymała dłoń w połowie, ale wystarczająco blisko, by intencja była jasna i absolutnie niemożliwa do zignorowania.
    — Jeden gryz — powiedziała cicho, z powagą kogoś, kto składał propozycję ugody w naprawdę trudnej sprawie. — Zanim zostanę zmuszona do wpisania w moich notatkach, że Tanner Morgan boi się pączków. — Kącik jej ust drgnął. — Poza tym kupiłam kawę, pączka i publicznie zrujnowałam sobie godność, więc naprawdę uważam, że jeden mały gryz jest rozsądną ceną za zakończenie naszego małego konfliktu. Chcę dobrze zacząć naszą przyjaźń.
    Zawahała się, a potem jej twarz nagle rozjaśniła się tym szczególnym rodzajem ekscytacji, który dopadał ją zawsze wtedy, kiedy mogła wyciągnąć z głowy zupełnie niepotrzebną informację i użyć jej jako argumentu.
    — W niektórych kulturach zjedzenie posiłku od gospodarza potwierdzało czyste intencje, na przykład w Grecji była xenia, to taka święta gościnność. Jeden gryz i oficjalnie uznam, że nie jest pan moim wrogiem — dodała szybko. Przesunęła kawałek pączka odrobinę bliżej, nadal trzymając go między palcami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poruszyła się nieco, aby wyciągnąć się bardziej i uniosła wysoko jedną brew, oczekując, że prawnik ostatecznie zje tę małą część słodkiego ciasta. Obserwowała dokładnie jego twarz, próbując wyczytać z niej cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że naprawdę ma problem z pączkami. Spojrzała Tannerowi w oczy; i zapewne dla niektórych byłby to sygnał, żeby odpuścić, bo mężczyzna nie wyglądał, jakby miał zamiar się złamać, raczej jakby chciał ją wsadzić do wariatkowa za bezczelność, głupotę i bycie uosobieniem chaosu, ale Reilynn wcale się nie wycofała. Uśmiechnęła się szerzej, niemalże przyjaźnie i zdecydowanie niewinnie, trzymając część pączka w palcach, prawie tuż przy ustach prawnika, wyginając się w jego stronę tak, że musiała opierać drugą dłoń o stolik, żeby się nie przewrócić. I jedynie Bóg wiedział, ile czasu minie, zanim jej się ta ręka zmęczy, a Rei uderzy twarzą w blat. Może właśnie to chciał sprawdzić Tanner Morgan?
      — Najpierw pączek, a potem pokażę tekst — oznajmiła, ruchem głowy pokazując słodycz, a chwilę później podniosła wzrok, żeby ponownie spojrzeć Tannerowi w oczy. To był dobry moment, żeby móc dobrze przyjrzeć się jego tęczówkom i odpowiednio je opisać; Rei zawsze miała słabość do oczu w swoich książkach. Opisywała je bezwstydnie, przesadnie i z pełną świadomością. Oczy jej bohaterów bywały koloru burzy nad morzem, mokrego granitu albo srebra przygaszonego popiołem. Potrafiła poświęcić im pół strony i udawać przed redaktorką, że to tylko budowanie atmosfery. Ale oczy Tannera były trudniejsze i to nie dlatego, że brakowało im wyrazu. Przeciwnie. Miały w sobie coś zbyt spokojnego, zbyt uważnego, jakby nie tylko patrzył, ale od razu układał z obserwacji kompletny obraz. To nie były oczy elfiego lorda, a człowieka, który wydawał się nie mniej realny niż jej fikcyjny bohater.

      Rei Bothwell 😇🙌

      Usuń
  6. Reilynn znieruchomiała tylko na chwilę. Nie dlatego, że poczuła się winna, no, może trochę, minimalnie, w zakresie tego, jak bardzo nie umiała powstrzymać własnego chaosu i poskromić natury bycia życiową pomyłką, jednak to wcale nie sprawiało, że miała zamiar pozwolić Tannerowi Morganowi budować z tego wszystkiego jakąś sprawę o prześladowaniu, wtargnięciu w życie i zagrożeniu dla porządku publicznego. Wolno opuściła rękę z pączkiem, ale nie odsunęła się od razu jak spłoszone zwierzę. Po prostu odłożyła kawałek, wzięła serwetkę i wytarła palce z lukru, patrząc w stronę prawnika z czymś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
    — Okej — powiedziała po chwili. — Przyjmuję do wiadomości, że nie zostaniemy dziś najlepszymi przyjaciółmi. To… cóż, bolesne, ale jakoś będę musiała z tym żyć. Natomiast proszę nie robić ze mnie stalkerki tylko dlatego, że jest o panu wiele informacji w internecie i najwidoczniej ma pan sporego pecha, skoro mnie pan spotkał.
    Odchyliła się na krześle, układając dłoń przy brzegu stolika. Uśmiech wrócił, nie pokazując, żeby słowa Tannera Morgana trafiły w jej jakiś czuły punkt, bo tak nie było. Rei raczej nie miała słabych punktów, lubiła myśleć, że posiadała co najwyżej miejsca strategicznie niewygodne, których nie należało dotykać bez wcześniejszego ostrzeżenia i pełnego ubezpieczenia od szkód emocjonalnych. Poza tym też potrafiła zrozumieć jego reakcję i to, że ani trochę nie podobało mu się to wszystko; był poważnym facetem w poważnym garniturze, z poważną miną i poważną aktówką, który zapewne prowadził swoje poważne, ułożone życie i unikał takich pokrak jak ona, tylko że jego świat z całą pewnością nie był tylko poważny i Rei była przekonana o tym, że Tanner Morgan nie miał aż tak wielkiego kija w tyłku.
    — Wie pan co? — odezwała się po chwili z lekkim, niemal uprzejmym uśmiechem. — Doceniam jasność komunikatu. Naprawdę. Jest pan bardzo precyzyjny w byciu niemiłym. I przyjmuję, że nie chce pan przyjaźni, pączka, czy mówić mi po imieniu, ani… jak to pan ujął? Brać udziału w przedstawieniu, o. Trochę szkoda, bo przedstawienie miało potencjał, a pączek był naprawdę dobry, ale nie można mieć wszystkiego.
    Sięgnęła po swoją połowę pączka i ugryzła ją ze zaskakującym spokojem. Przez moment żuła w milczeniu, bardzo wyraźnie pokazując, że jeśli już ktoś miał ponieść konsekwencje tej cukierniczej porażki, to będzie to ona. Potem przesunęła wzrokiem po drugiej połówce, tej odrzuconej, samotnej i nieszczęśliwie nietkniętej.
    — Poza tym może ja naprawdę chciałam się zaprzyjaźnić? — dodała po chwili, niby lekko, ale jednak wystarczająco wyraźnie, żeby nie dało się tego całkiem obrócić w żart. — Wiem, radykalna koncepcja. Poznawanie nowych osób w kawiarence? Jedzenie pączków? Darmowa kawa? Proszę mnie za to pozwać.
    Dokończyła swój kawałek, po czym, z miną osoby podejmującej ważną decyzję życiową, sięgnęła po drugą połówkę.
    — Skoro pan nie chce, to trudno. Nie będziemy marnować jedzenia tylko dlatego, że relacje międzyludzkie w Ameryce upadły.
    Oderwała niewielki fragment słodkiego ciasta i wsunęła go do ust. Niemal od razu było widać, że przeceniła swoje możliwości. Zatrzymała się, przeżuła powoli, popiła kawą i spojrzała w stronę Tannera Morgana znad kubka z godnością człowieka, który nie przegrał, tylko chwilowo napotkał przeszkodę.
    — Chciałam być miła — powiedziała w końcu. — W idiotyczny sposób, najwyraźniej. Ale jednak miła. — Odstawiła kawę i sięgnęła do laptopa, gdy prawnik schwycił swoją aktówkę. Zapewne chciał wyjść, ale skoro już miał ją za stalkerkę i wariatkę, to zasłużył, aby przeczytać to, co udało jej się napisać. I tak zapewne już nigdy się nie zobaczą, więc co to za różnica?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Skoro już i tak zostałam oskarżona o bycie jednoosobowym zagrożeniem dla pańskiego spokoju, to proszę. Niech pan zobaczy ten rzekomy tekst o prawnikach — mruknęła i obróciła ekran w jego stronę, pokazując mu fragment. Trzymała jednak dłonie tak, aby w razie potrzeby móc zatrzasnąć komputer i udawać, że to niewinny wstępniak do jakiejś znaczącej sceny.
      W tekście nie było oczywiście ani jednego prawnika. Był za to marmur, nocne niebo za wysokimi oknami i mężczyzna, który stał za kobietą tak blisko, że cień jego sylwetki przykrywał jej ramiona: Lord Vael nie musiał podnosić głosu, żeby cała sala zamilkła. Wystarczyło, że objął Elarę w talii. Jego palce przesunęły się nieznacznie po materiale jej sukni, nie dalej, niż pozwalała przyzwoitość, ale wystarczająco, by Elara zapomniała, jak się oddycha. Powinna była się odsunąć. Powinna była przypomnieć mu, że nie należała do nikogo, lecz zamiast tego zacisnęła palce i pozwoliła, by jego druga dłoń odnalazła jej nadgarstek, dokładnie tam, gdzie puls zdradzał wszystko, czego usta nie chciały powiedzieć...
      Wiedziała, co jest tam napisane, dlatego głupio się czerwieniła, poza tym nie sądziła, że ten konkretny fragment tekstu cokolwiek mógłby zmienić w tym, jak postrzegał ją Tanner Morgan, bo prowadził do spicy sceny, a inspiracją dla lorda Vaela był prawnik, który zapewne nie znosił jej całym sobą. Rei wiedziała już, że owy lord nie będzie lubić słodyczy i że najpewniej stanie się nieco bardziej opryskliwy – kobiety, które czytały jej historie, lubiły takich mężczyzn, szczególnie gdy ta opryskliwość stawała się mniejsza z każdym rozdziałem, aż w końcu zastępowały ją troska, pożądanie i miłość.

      Rei Bothwell 👑😳

      Usuń
  7. Żeby przyjaźń mogła zaistnieć, muszą chcieć tego dwie osoby. Doskonale o tym wiedziała, choć sądziła, że czasem trzeba było wyciągnąć do kogoś rękę, ewentualnie po prostu przepchnąć się i zająć sobie wygodne miejsce. Raczej domyślała się, że Tanner Morgan miał sporo znajomych i pewnie nie potrzebował kolejnych, ale Rei niedawno wyszła ze szpitala, a ze szpitala wychodziło się zawsze trochę inaczej, niż się do niego wchodziło. Niby wciąż było się tą samą osobą, z tym samym nazwiskiem, tym samym numerem telefonu i tą samą twarzą w lustrze, ale świat poza sterylnym budynkiem wydawał się dziwnie obcy. Poza tym miała dość bycia kimś, do kogo odzywało się tylko wtedy, kiedy wypadało zapytać o zdrowie, bo choroba wcale jej nie definiowała. Może dlatego przesadziła, może dlatego uczepiła się tej głupiej kawiarni, prawnika z artykułów i może dlatego pomyliła ciekawość z odwagą, a odwagę z nachalnością. Ale to nadal nie znaczyło, że przyszła tutaj z jakimś złym zamiarem. Chciała kogoś poznać, tylko że po swojemu, czyli niezgrabnie, za głośno i z kompletnym brakiem umiaru. I tak po ludzku wyciągnęła rękę, którą Tanner Morgan elegancko odrzucił – i to też było w porządku.
    Reilynn zatrzymała pączka przy ustach, którego zaraz potem z trudem przełknęła. Przez chwilę uważnie patrzyła w stronę prawnika, jakby próbowała zdecydować, czy właśnie usłyszała komplement.
    — Dość pogodna — powtórzyła, a potem, ku własnej zgubie, uśmiechnęła się szerzej. Oderwała kolejny, znacznie mniejszy kawałek pączka, bo po ostatniej próbie jej organizm wyraźnie zasugerował, że dalsza walka wymaga strategii. Już i tak czuła, że jest jej za słodko. — Uznam to za komplement. To i tak dużo po tym, jak oskarżył mnie pan o potencjalny stalking i odmówił udziału w grecko-pistacjowym rytuale pojednania.
    Gdy Tanner Morgan zaczął czytać tekst, Reilynn, niestety, zaczęła czerwienić się jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej. To było okropne! Jej własna twarz wystąpiła przeciwko niej i była żywym dowodem zawstydzenia i być może zażenowania. I to nie tak, że Rei nie przyznawała się do swoich tekstów, wręcz przeciwnie, jednak nigdy nie siedziała naprzeciwko kogoś, kto był inspiracją do bohatera, którego stworzyła.
    — To… jest bardzo dobre pytanie — przyznała Reilynn z przesadną powagą, gdy zapytał o to, co mają wspólnego prawnicy z bohaterami fantasy, których stworzyła. — I cieszę się, że pan je zadał.
    Nie cieszyła się, wcale się nie cieszyła. Najchętniej zatrzasnęłaby laptopa, wsunęła go do torby, wypiła całą kawę jednym haustem i ewakuowała się stąd w tempie, którego jej proteza i laska zapewne by nie udźwignęły.
    — Był pan inspiracją — odpowiedziała, wzruszając lekko ramieniem, jakby było to oczywiste. — Nie jest pan Lordem Vaelem, to byłoby absurdalne. Lord Vael ma smoka, zamek, skomplikowaną linię sukcesji i prawdopodobnie więcej peleryn niż pan garniturów. Ale jest elfem, który zawsze walczy do końca, wie, co powiedzieć, aby poruszyć tłumy i przede wszystkim jest sprawiedliwy i nie cofa się przed niczym. Jest odważny, zamienia strach w siłę i nie jest typowym dupkiem, znaczy się... bywa dupkiem, ale jest też troskliwy.
    Spięła się lekko, gdy nazwał ją panią Bothwell, jakby miała z pięćdziesiąt lat i spisywała właśnie testament.
    — I naprawdę musi pan tak mówić? — zapytała, marszcząc nos. — Pani Bothwell? Nie jestem aż tak stara…
    Przewróciła oczami, wiedząc, że zwracał się tak do niej, nie chcąc skracać dystansu, przecież zdecydowanie zaznaczył, że nie chciał się też przyjaźnić, ale Rei i tak próbowała to zmienić, bo nie była żadną panią Bothwell.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reilynn znów otworzyła usta, ale chwilę później je zamknęła, jakby jej mózg właśnie próbował wybrać między kłamstwem, półprawdą, ucieczką a udawaniem, że jednak nie do końca rozumie, co właśnie powiedział.
      — Nieświadomym dawcą cech… — powtórzyła bardzo wolno. — Mówiłam już, że był pan inspiracją. Poza tym Lord Vael nie jest „jakimś arystokratycznym kochankiem”, jest bardzo ważną postacią z tragiczną przeszłością, smokiem, zamkiem i problemem sukcesyjnym, i absolutnie nie powinien być redukowany do funkcji jakiegoś tam kochanka. Vael walczy o tron, o swoje królestwo i kobietę, która go nie pamięta, a którą znów chce w sobie rozkochać.
      Mówiła o tym tak, jakby Vael i Elara naprawdę istnieli w jakimś alternatywnym świecie, jakby gdzieś, daleko poza kawiarnią i Nowym Jorkiem, istniało królestwo z białego kamienia, nad którym krążył smok. Reilynn zawsze tak miała. Wystarczyło poruszyć temat jej bohaterów, a zaczynała brzmieć jak osoba broniąca starych przyjaciół.
      — To nie jest tylko romans — dodała, marszcząc się lekko. — To znaczy, jest tam romans, oczywiście, nie będę udawać, że go nie ma, są też odważne, spicy sceny. Ale piszę też o walce, władzy i o tym, czy można pokochać kogoś drugi raz, jeśli wcześniej ta miłość została komuś odebrana.

      Rei Bothwell ⚔️🏰

      Usuń
  8. To, że ogrzewanie zaskoczyło, było najprostszym obowiązkiem, jakie przyszło tutaj Vanessie wykonać, bo to, co robił Tanner Morgan zdecydowanie należało do bardziej skomplikowanego szeregu czynności. Nie wiedziała, jak duże doświadczenie posiada dyrektor sprzedaży. Wiedziała, że nie jest zielony w temacie i pewnie już z kilka razy robił wszystko, żeby znaleźć się blisko brzegu przed coraz szybciej nadchodzącą burzą. Wierzyła w niego. Wierzyła w jego niemałe zdolności.
    Według Vanessy Kerr jej szef był człowiekiem wielu talentów. Adwokat prawa karnego to jedno. Miłośnik biżuterii to drugie. Zaangażowany w prowadzenie biznesu ze wspólnikiem to trzecie. Mężczyzna musiał mieć dobrze w głowie poukładane i być idealnie zorganizowanym w czasie, aby z każdej części życia zawodowego rozliczać się na bieżąco. Jeśli był tak samo obecny w kancelarii, jak i w salonie jubilerskim, należało mu pozazdrościć tego, że nigdy nie wyglądając na zmęczonego, nadążał z każdą sprawą, która działa się w miejscu pracy brunetki.
    Czy Nessa również tak wspaniale porządkowała życie zawodowe? Nie widziała siebie jako właścicielki jakiejkolwiek interesu. Chciałaby mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, a była pewna, że wówczas musiałaby być skupioną na działalności każdego dnia tygodnia przez dwadzieścia cztery godziny. Na pewno śpiąc, śniłaby o bieżących sprawach związanych z pracą. A lubiła jednak za bardzo przychodzić do salonu jubilerskiego według ustalonego wcześniej grafiku, gdzie zawierano wszelkie prośby pracowników i kiedy wybijała odpowiednia godzina, wiedzieć tylko to, że spełniła narzucony plan sprzedaży, rozliczyła się z utargowanej gotówki, którą oddała komuś zatrudnionemu w konwoju lub umieściła pieniądze w kopercie, chowając je w sejfie. Wychodziła z ulgą i z chęcią powrotu do pracy następnego dnia.
    Zatem czy Tanner Morgan mógł powiedzieć to samo, co w myślach powtarzała Vanessa Kerr? Nic mu zawodowo na duszy nie ciążyło? Dogadywał się pod każdym względem z Walterem Goodwinem? To, że był prawidłowo zorganizowany, nie świadczyło o tym, że może w wybrane wieczory nie siada ze szklanką whisky połączoną z colą albo jedynie lodem, przeklinając na głos, w co się świadomie wpakował. Chciałaby kiedyś poznać zdanie szefa na ten temat. Odkryć jakieś dodatkowe karty związane z mężczyzną. Miała na jego chrapkę. Zauroczyła się szefem, chociaż nie zawsze było im po drodze, jeśli chodzi o pełne zrozumienie.
    Nikt jednak nie zabronił Nessie marzyć. Może kiedyś stanie się tak, że to jego będzie nazywać swoim jedynym kochankiem. Tak też liczyła na to, że wkrótce zejdzie na dół, a ona przestanie się o niego martwić i kiedy ten moment nadszedł nieco szybciej, niż się spodziewała, posłała w stronę dyrektora sprzedaży uśmiech połączony z wyraźnie malującą się na jej twarzy ulgą. Był bezpieczny. Ona też była. Razem byli bezpieczni. Co prawda pogoda potrafiła być nieobliczalna i zmienna, ale w tej chwili nic nie zagrażało ich życiu ani zdrowiu.
    — Pytanie tylko, kiedy ta burza odpuści? — w aplikacji związanej z prognozą pogody wcześniej nic nie wskazywało na deszcz czy też burzę, więc zarówno niepogoda mogła potrwać kilkanaście minut, ale też i kilka długich godzin. — Pan i tak jest bohaterem w moich oczach. Ja nie umiałabym zbliżyć nas do brzegu.
    Widząc jaki jest mokry, wyjęła paczkę dziesięciu chusteczek higienicznych, wręczając je mężczyźnie. Wiedziała, że zdecydowanie lepiej byłoby wytrzeć się w ręcznik, zdjąć przemoczone ubrania, a najlepiej wziąć ciepły prysznic, żeby się rozgrzać, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, więc w tej chwili mogły pomóc mu tylko chusteczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Proszę, śmiało. Może pan zużyć wszystkie.
      Odchodząc w stronę leżanki, usiadła na niej, skupiając swój wzrok na szefie. Może nie centralnie na jego twarzy, ale na całej dobrze zbudowanej sylwetce. Zastanawiałoby ją, jak wyglądałby bez ubrań, ale skarciła się w myślach, próbując z całych sił niepotrzebnie nie pobudzać swojej wyobraźni.
      — Do twarzy panu w mokrych włosach.
      Powiedziała to na głos. Speszona zwiesiła wzrok, ale po chwili uniosła spojrzenie wyżej. Takie kobiety jak Vanessa Kerr się nie zawstydzają, więc co takiego wyczyniała z nią obecność Tannera Morgana?

      Nessa ❤️‍🔥

      Usuń
  9. Czy Tanner Morgan był głuchy, że nie słyszał jej prośby o to, żeby w końcu zaczął mówić do niej po imieniu, czy może usilnie starał się ją mianować panią Bothwell, bo zakładał, że nie warto przekraczać określonej granicy? Przewróciła więc oczami, słysząc po raz kolejny ten oficjalny ton, jakby za każdym razem, gdy to do niej docierało, krwawiły jej uszy.
    Kiedy jednak powiedział, że ma nadzieję, że elfowi i Elarze się ułoży i że będzie to bestseller, zamrugała wolno, bo to było… miłe. Bardzo, bardzo miłe, biorąc pod uwagę to, że jeszcze kilka minut temu była podejrzewana o stalking i być może nękanie. I oczywiście, że nie był to wyszukany komplement ani analiza krytyczna, ale te słowa, krótkie i rzeczowe, wydawały się bardzo w stylu Tannera Morgana.
    — Dziękuję — odpowiedziała i uśmiechnęła się lekko. — Ja też mam nadzieję, że im się ułoży, chociaż, szczerze mówiąc, zanim dojdą do swojego szczęśliwego zakończenia, planuję jeszcze bardzo skutecznie zniszczyć im życie… tak dla fabuły.
    Poprawiła palcami brzeg laptopa, jakby nagle nie wiedziała, co zrobić z rękami. Zapamiętam pani nazwisko. To zdanie zostało jej w głowie dłużej, niż powinno. Może dlatego, że po tych wszystkich pani Bothwell nagle jej nazwisko nie zabrzmiało staro i sztywno, tylko jak coś, co faktycznie miało zostać zapamiętane. Ostatecznie chyba właśnie dlatego zaczęła pisać; tworzyła historie, pisała fikcyjne życia, rozpisywała się o trudnościach, walce i uczuciach, ale być może robiła to, bo była samolubna. Samolubnie chciała zostawić po sobie jakiś ślad, coś, co będzie miało jakąś wartość dla innych, nawet jeśli to tylko szereg fikcyjnych książek i żyć. Chorowała od piętnastego roku życia, więc bardzo wcześnie zrozumiała, że wszystko mogło się zmienić w zaledwie kilka miesięcy. Od jej diagnozy, poprzez leczenie, aż do amputacji minęło naprawdę niewiele, by móc to ot tak przetrawić. Może dlatego Rei nigdy nie była zbyt poważna, bo jeśli zaczęłaby traktować wszystko w ten sposób, najpewniej w ogóle nie ruszyłaby się z łóżka. A jeśli miała znikać kawałek po kawałku, chciała przynajmniej zostawić po sobie światy, których nikt nie będzie mógł amputować.
    — Czy pan się właśnie uśmiechnął, panie Morgan? — spytała, widząc, jak jego usta ułożyły się w tym chwilowym grymasie. Powiedziała to z taką ostrożną satysfakcją, jakby właśnie dokonała jakiegoś przełomu, który miałby zmienić cały świat. — Już zaczynałam myśleć, że jest pan całkowicie odporny na pączki, elfy i moje próby prowadzenia rozmowy… najwyraźniej nawet korpoelf w garniturze ma jakiś słaby punkt… — urwała. — Znaczy się… Przepraszam. To nie miało tak zabrzmieć, ale jeśli by się zastanowić, to ma pan w sobie coś z elfa, który porzucił dwór, założył kancelarię i teraz rzuca we wszystkich paragrafami zamiast klątwami.
    Zaśmiała się cicho, chwilę później podnosząc się z miejsca. Sięgnęła do swojej torby po notes, wyrwała z niego jedną kartkę i przez moment szukała długopisu, który oczywiście postanowił ukryć się na samym dnie, między pomadką, paragonami i parasolem. Kiedy w końcu go znalazła, pochyliła się nad stolikiem i zapisała kilka cyfr, starając się, żeby jej pismo nie było zbyt niechlujne. Zaraz potem zgarnęła laptopa i sięgnęła po laskę.
    — To mój numer — powiedziała, przesuwając kartkę w stronę prawnika. — Wiszę panu za spodnie, więc… — Wzruszyła lekko ramieniem, sugerując, że powinien wysłać jej SMS-a z rachunkiem za pranie. Poza tym jednak to była kolejna próba wciągnięcia Tannera Morgana w swoją przestrzeń, choć raczej wątpiła, aby kiedykolwiek do niej napisał, pewnie prędzej wolałby odrąbać sobie rękę.
    — Do zobaczenia, Tanner — rzuciła luźno, tym razem zwracając się do niego po imieniu i posłała mu jeden ze swoich szczerych i szerokich uśmiechów. I zniknęła, opuszczając kawiarnię i zabierając za sobą cały chaos.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urodziny Maeve Callahan zbliżały się niepokojąco szybko. Reilynn wiedziała o nich od miesięcy, miała je zapisane w kalendarzu, w telefonie i notatkach. Mimo to, jak zwykle, zorientowała się o tym, że zostało mało czasu, zbyt późno. Nie miała więc ani konkretnego pomysłu, co kupić, ani w ogóle prezentu, który mogłaby wręczyć ot tak, bo kupiła coś, co akurat by się nadawało. Maeve była jedną z tych osób, którym trudno kupowało się cokolwiek, bo o nic nie prosiły i raczej nie lubiły, gdy prezent kosztował fortunę, ale Rei uwielbiała wydawać pieniądze – kiedyś sobie zażartowała, że powinna polubić konsumpcjonizm, zanim umrze, co bardzo ją rozbawiło, ale Maeve nie zaśmiała się nawet trochę.
      Callahan była pianistką, bardzo dobrą zresztą, miała ciepły głos, cięty dowcip, smukłe dłonie i tę nieznośną umiejętność, że nawet w zwykłym swetrze wyglądała jak milion dolarów. Rei uznała więc, że biżuteria będzie bezpiecznym wyborem; subtelna, piękna i osobista. Tylko że w Nowym Jorku było mniej więcej tysiąc salonów jubilerskich, a to utrudniało tak naprawdę wszystko. Mogła pójść do jednego z tych oczywistych miejsc, do salonu pierwszego wyboru, z biżuterią, którą znał każdy. Ale kiedy zaczęła szukać czegoś mniej oczywistego, algorytm, ten który wcześniej podsunął jej artykuły o Tannerze Morganie, zrobił coś bardzo, bardzo… niepoprawnego: przypomniał jej, że Tanner Morgan nie był wyłącznie prawnikiem, miał też salony jubilerskie, ale nie takie komercyjne, z biżuterią, którą można było zobaczyć wszędzie. Trzy salony w Nowym Jorku, nastawione na klientów, którzy wiedzieli, czego szukają, umieli docenić rzemiosło i nie dostawali lekkiego zawału przy cenach zapisanych małym fontem. Rei, niestety, wiedziała o tym wszystkim, ponieważ przeczytała o Tannerze Morganie trochę za dużo. Wiedziała więc również, że wygrał kiedyś istotny konkurs jubilerski, że jego projekty pojawiały się w branżowych tekstach i że wystawiał swoje prace w Museum of Arts and Design.
      I oczywiście właśnie dlatego stanęła przed jednym z jego salonów, a nie dlatego, że chciała go spotkać. Absolutnie nie. Nowy Jork był ogromny, Tanner miał tylko trzy salony, a ona naprawdę potrzebowała prezentu dla Maeve. Statystycznie rzecz biorąc, wejście akurat tutaj nie musiało niczego znaczyć, było po prostu decyzją konsumencką.
      W środku było cicho, jasno i elegancko, a Reilynn? Od razu poczuła, że tutaj nie pasuje. Była ubrana w zwykłą, czarną sukienkę, do połowy łydki, z odkrytymi plecami – ot, zwykły ciuch, w którym nie czuła, że pociła się za bardzo. W lewej ręce pewnie trzymała laskę, jej torba nieco za bardzo zwisała z ramienia, a włosy miała związane byle jak, w sposób, który rano wydawał się artystyczny, a teraz, w tym świetle, wyglądał raczej jak dowód, że przegrała krótką walkę z lustrem. I chyba właśnie dlatego doradca spojrzał na nią tak, jakby weszła tutaj przez pomyłkę.
      — Dzień dobry — odezwała się, uśmiechając się miło. Miała gdzieś, co sobie myślał facet w dobrze skrojonym garniturze, który zapewne oceniał ją po tym, jak wyglądała, a wyglądała raczej jak biedna, trochę zbyt chuda, młoda kobieta z wątpliwym stylem.
      — Dzień dobry — odpowiedział. — Mogę w czymś pomóc? — spytał takim tonem, jakby chciał jej zasugerować, że to nie było miejsce dla niej.
      — Szukam prezentu urodzinowego dla przyjaciółki — powiedziała. — Czegoś wyjątkowego, ale nie krzykliwego. Raczej osobistego.
      Mężczyzna przesunął po niej spojrzeniem. Zdecydowanie zbyt szybko, żeby mogła mu cokolwiek zarzucić, ale wystarczająco wyraźnie, żeby wiedziała, że ocenił jej sukienkę, laskę i twarz w jednej sekundzie.

      Usuń
    2. — Rozumiem — odparł. — Jednakże… to biżuteria premium, a nie…
      — A czy ja wyglądam, jakbym szukała breloczka przy kasie? — wtrąciła, posyłając doradcy znaczące spojrzenie.
      — Nie to miałem na myśli. — Jego usta nawet nie drgnęły, wciąż uśmiechał się sztywno i profesjonalnie.
      — Oczywiście, że nie. — Przewróciła oczami.
      — Proszę pani — zaczął chłodniej — próbuję jedynie określić, czego pani szuka.
      — Nie. Próbuje pan określić, czy w ogóle warto tracić na mnie czas.
      — Zapewniam, że traktujemy każdego klienta z należytą uwagą. — Tym razem jego twarz stężała zauważalnie, Reilynn wychwyciła to niemal od razu.
      — Świetnie — powiedziała. — W takim razie proszę zacząć.
      — Jakim budżetem pani dysponuje?
      — Wystarczającym.
      — To dość nieprecyzyjna odpowiedź.
      — Podobnie jak pańskie „biżuteria premium” wypowiedziane tonem sugerującym, że powinnam stąd wyjść, zanim przypadkiem dotknę powietrza wokół gablot.
      — Jeżeli przyszła pani tylko obejrzeć… — mruknął.
      — To co? Wyprosi mnie pan? Wezwie ochronę? Czy może skieruje do „bardziej przystępnego” salonu?
      — Nikt nie mówił o wypraszaniu. — Pokręcił głową z niedowierzaniem.
      — Jeszcze. Ale pracuje pan na to bardzo sumiennie.
      — Ten salon obsługuje klientów, którzy zwykle wiedzą, czego szukają — wytknął bezlitośnie, sądząc, że w ten sposób Reilynn po prostu się stąd zabierze.
      Rei jednak oparła obie ręce o laskę i uśmiechnęła się słodko, choć zdecydowanie miała ochotę powiedzieć facetowi, żeby się pieprzył i że nie przyszła tutaj po to, aby marnować czas.
      — Szukam prezentu dla przyjaciółki. Chcę czegoś... osobistego, subtelnego, dobrze wykonanego. Nie interesuje mnie masówka — oznajmiła, spoglądając w stronę gablot, a potem wróciła spojrzeniem do mężczyzny. — Więc spróbujmy jeszcze raz. Dzień dobry, szukam biżuterii dla przyjaciółki.
      Uśmiech doradcy zastygł. Przez sekundę wyglądał tak, jakby naprawdę rozważał, czy bardziej opłaca mu się przełknąć własną dumę, czy eskalować sytuację w sposób całkowicie nieproporcjonalny do kobiety z laską, która poprosiła o pokazanie czegoś wyjątkowego. Niestety wybrał drugą opcję.
      — Proszę pani — powiedział chłodno — pani ton jest nieakceptowalny.
      — Mój ton? — Reilynn zamrugała.
      — Tak. I pani zachowanie również.
      — Moje zachowanie? Chcę po prostu kupić biżuterię w salonie jubilerskim — zauważyła. — Przyznaję, dość radykalna koncepcja.
      — Obawiam się, że nie będę mógł pani obsłużyć.
      — Bo? — spytała.
      — Bo zakłóca pani spokój w sklepie.
      Rei rozejrzała się wymownie po niemal pustym wnętrzu. Jedna klientka przy gablocie nawet nie udawała, że nie słuchała, ale zdecydowanie obserwowała wszystko i pewnie tylko czekała, co się zaraz wydarzy.
      — Zakłócam spokój, mówiąc pełnymi zdaniami? — Prychnęła, potrząsając głową.
      — Proszę opuścić salon — rozkazał doradca.
      — Nie zrobiłam nic, co uzasadniałoby wyproszenie mnie z salonu — powiedziała ostro. — Chyba że w regulaminie macie punkt o zakazie posiadania laski…
      — Proszę natychmiast opuścić salon — powtórzył.
      — Nie — rzuciła z upartą miną.
      Doradca zacisnął usta, słysząc to, po czym odwrócił głowę w stronę wejścia i krzyknął:
      — Ochrona!

      Rei Bothwell 😤💎

      Usuń
  10. Reilynn powinna była przewidzieć, że to się wydarzy. Naprawdę powinna, a jednak kiedy Tanner Morgan wyszedł na salę sprzedaży, jej pierwszą reakcją nie było poczucie winy, nie był strach i nawet nie było to rozsądne, dojrzałe „świetnie, teraz wyjaśnię całą tę dziwną sytuację”. Jej pierwszą reakcją była jedna, bardzo klarowna myśl: Oczywiście. Oczywiście, że dzisiaj musiał być w tym konkretnym salonie.
    Stała nadal z obiema dłońmi opartymi o laskę, z brodą uniesioną trochę zbyt wysoko i z twarzą tak napiętą, że mogłaby zacząć pękać od spodu. Alan za to wyglądał tak, jakby właśnie uratowano go przed kontaktem z klientką-wariatką. To było niesprawiedliwe, bo ona wcale nie była wariatką i wcale nie chciała robić sceny, ale nienawidziła, kiedy ludzie oceniali ją tak powierzchownie. Była po prostu klientką, która została źle potraktowana, po czym miała czelność to zauważyć.
    — Dzień dobry, panie Morgan — powiedziała po chwili, patrząc jeszcze w stronę Alana i gdyby wzrok mógł zabijać, mężczyzna najpewniej padłby martwy. — Jak miło, że pański salon oferuje profesjonalną obsługę dopiero po wezwaniu ochrony.
    Jej wzrok przesunął się do stojącego dalej ochroniarza, a następnie wrócił do Tannera. Nie uśmiechnęła się, nie tym razem. Podejrzewała, co sobie myślał o całej tej sytuacji i o niej. I nie podobało jej się to.
    — Nie, nie przyszłam tutaj pisać kolejnego rozdziału — odpowiedziała. — Nie przyszłam też prowadzić osobliwego researchu, chociaż przyznaję, że materiał o selekcji klientów przy wejściu macie państwo bardzo mocny. Cudowna inspiracja.
    Dopiero wtedy jej usta drgnęły, ale bardziej z irytacji niż rozbawienia.
    — Przyszłam kupić prezent urodzinowy dla przyjaciółki. Biżuterię. W salonie jubilerskim. Wiem, to szalenie podejrzanie, ale nie jestem tutaj dla zabawy ani po to, żeby być oceniana przez to, jak wyglądam.
    Bo doskonale wiem, jak wyglądam. Była chuda, niska i blada, miała blizny, największą ciągnącą się przez klatkę piersiową po ostatniej operacji, ukrytą teraz pod sukienką, ale obecną w jej głowie tak wyraźnie, jakby ktoś wciąż przesuwał po niej palcem. Miała ciało, które za często było oglądane przez lekarzy, krojone, zszywane, komentowane szeptem albo łagodnym, profesjonalnym tonem. Nie potrzebowała więc, żeby ktoś w garniturze za kilka tysięcy dolarów wystawiał jej własną ocenę.
    — Wiem, że nie wyglądam jak typowa klientka tego miejsca — dodała ciszej, ale zdecydowanie ostrzej. — Nie noszę niczego, co krzyczy pieniędzmi, nie interesuję się za bardzo znanymi nazwiskami ani projektantami, ale to wszystko… to nie znaczy, że nie stać mnie na naszyjnik, czy że mam lub nie mam gustu. A już na pewno nie oznacza, że moja przyjaciółka nie zasługuje na prezent z miejsca, w którym ktoś naprawdę pomyślał o biżuterii, zamiast tylko ozdobić ją rozpoznawalnym logo.
    Jej palce mocniej schwyciły laskę. Nie dlatego, że traciła równowagę, raczej dlatego, że potrzebowała czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, żeby nie powiedzieć wszystkiego, co cisnęło jej się na język, ale już się rozkręciła i jeśli miała być uznana za wariatkę, to niech tak będzie.
    — Więc nie. Nie przyszłam tu po zbieranie informacji albo prowokować. I naprawdę nie przyszłam po to, żeby kolejny obcy człowiek przypomniał mi, że moje ciało lub ubranie jest pierwszą rzeczą, jaką ludzie zauważają, a dopiero potem łaskawie zastanawiają się, czy jednak warto poświęcić mi czas.
    Przez chwilę w salonie panowała cisza; gęsta i bardzo niewygodna cisza. Wtedy odezwała się kobieta stojąca przy jednej z gablot. Ta sama, która od kilku minut oglądała cienką bransoletkę z ciemnym kamieniem i udawała, że absolutnie nie słyszy całej rozmowy. Była może po czterdziestce, miała starannie upięte włosy i wyglądała bardzo dostojnie.
    — Przepraszam — powiedziała łagodnie. — Nie chcę się wtrącać, ale jako klientka muszę przyznać, że dziewczyna nie zrobiła niczego, co uzasadniałoby wezwanie ochrony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Alan zesztywniał. Kobieta spojrzała w jego stronę krótko, cierpliwie i miło, jakby zajmowała się takimi sytuacjami na co dzień.
      — Była zdenerwowana, owszem. Ja też bym była, gdyby zasugerowano mi, że powinnam robić zakupy gdzie indziej, zanim ktokolwiek zadałby mi choć jedno rzeczowe pytanie — dodała, a potem odwróciła się do Reilynn. — A prezent dla przyjaciółki to piękny powód, żeby przyjść do takiego miejsca, zwłaszcza jeśli szuka pani czegoś wyjątkowego.
      Rei zamrugała, zaskoczona tak mocno, że przez sekundę nie wiedziała, co powiedzieć. To było dziwne. Gorsze od niemiłych uwag. Z niemiłymi uwagami potrafiła walczyć, miała w swoim arsenale żarty, ironię i zbyt długie zdania. Ale to? To było zaskakujące.
      — Dziękuję — wymamrotała, czując, jak jej twarz staje się czerwona i ciepła.
      — Proszę nie dziękować, proszę kupić przyjaciółce coś pięknego. — Kobieta uśmiechnęła się do niej lekko. — I chciałabym kupić tę bransoletkę. Też mam przyjaciółkę… i chyba dawno nie dałam jej czegoś bez okazji — dodała zaraz potem.
      Dopiero po chwili Reilynn odwróciła wzrok do Tannera. Cała wcześniejsza ostrość trochę z niej zeszła, zostawiając po sobie coś bardziej kruchego i niezręcznego. Nadal była zła, nadal czuła upokorzenie pod skórą. Ale teraz musiała zrobić to, po co naprawdę tutaj przyszła, a po tym wszystkim okazało się to dziwnie trudne.
      — Czy… — zaczęła, po czym odchrząknęła cicho. — Czy może mi pan coś pokazać? — Zawahała się tylko na sekundę. — Coś delikatnego, ale nie nijakiego. Moja przyjaciółka uwielbia rzeczy, które mają charakter. Cena nie ma znaczenia. Po prostu… chcę coś dobrego, naprawdę dobrego.

      Rei Bothwell 😮‍💨💸

      Usuń
  11. Reilynn patrzyła w stronę prawnika bez słowa, choć miała wiele do powiedzenia. Nie odzywała się, bo większość słów, które pojawiły się najpierw w jej głowie, brzmiała zdecydowanie zbyt ostro lub nieprzyjemnie, a mimo wszystko nie przyszła tu po kolejną scenę, a po prezent dla Maeve. Przełknęła więc pierwszą falę złości i wzięła cicho głębszy oddech.
    — W żadnym momencie pański pracownik nie powiedział wprost, że jestem za biedna, za chuda, źle ubrana albo że moja laska psuje państwu wystrój wnętrza — powiedziała w końcu spokojnie, choć spokój kosztował ją dużo więcej, niż chciała pokazać.
    Uświadomiła sobie też, że jeśli faktycznie opowie o tym, że Alan mówił do niej takim tonem, jakby próbował skierować ją do wyjścia, zanim zdążyła poprosić o pokazanie czegokolwiek z gabloty, a gdy powiedziała, że szuka prezentu, od razu poinformował ją, że to biżuteria premium, to ta rozmowa przestanie dotyczyć jej, a zacznie jego. Alana. Jego pracy, jego zachowania i konsekwencji całej tej sytuacji, a przecież nie chciała, żeby ktoś miał przez nią problemy. Nie przyszła tutaj po to, żeby doprowadzić do reprymendy, zwolnienia albo upokorzenia pracownika przed własnym szefem. Była zła, tak. Poczuła się potraktowana z góry, tak. Ale znała też aż za dobrze moment, w którym człowiek mówił trochę za dużo, trochę za ostro, trochę za późno orientując się, że jego słowa mogą w kogoś uderzyć.
    Nie chciała tego. Nie chciała być powodem, dla którego Alan będzie potem stał gdzieś na zapleczu blady, spięty i z poczuciem, że jeden błąd kosztował go więcej, niż powinien. Dlatego opuściła wzrok na swoje dłonie, zaciśnięte na lasce, i uśmiechnęła się krótko. Nie do Tannera. Bardziej do tego, jak głupio-miękka była.
    — Może źle to odebrałam. Ostatnio jestem dość przewrażliwiona, to chyba przez wysoką temperaturę — dodała trochę nieszczerze.
    Alan milczał, przyglądając się klientce, która wycofała się ze wszystkiego i niemal posypała głowę popiołem przed jego szefem. Po co to robiła? Mogła wyrzucić z siebie całą tę irytację, którą w sobie miała, a mimo to ta chuda, niska dziewucha brała teraz jego stronę. Wariatka.
    Reilynn podejrzewała, że Tanner Morgan nie będzie zadowolony z tego, co powiedziała, bo nie podała mu żadnych konkretów, ale tak naprawdę miała to gdzieś, bo jeśli sprawa miała się zrobić jakoś bardzo poważna, to chciała się z tego wszystkiego wypisać. Nie potrzebowała martwić się człowiekiem, który być może przez nią straciłby pracę. Poza tym nie była tak mściwa, żeby urządzać sobie prywatną zemstę. Nie poczułaby też satysfakcji, gdyby Alan dostał jakiś większy opieprz. Bycie empatką było jednak do kitu i Rei czasem naprawdę żałowała, że nie umie wejść w rolę typowej sukowatej baby z kilkoma milionami na koncie.
    — Przepraszam — zwróciła się do Alana, trochę sztywno, trochę niechętnie, ale jednak. — Nie powinnam była aż tak ostro reagować.
    Nie dodała, że on też nie powinien. Nie musiała, zostawiła to między nimi. Poprawiła torbę na ramieniu, mocniej złapała laskę i cofnęła się o krok.
    — Panie Morgan — odezwała się już do Tannera i krótko skinęła głową. — Przepraszam za zamieszanie. Kupię prezent gdzie indziej.
    Nie czekała na odpowiedź. Nie oczekiwała, że powiedziałby coś konkretnego, być może nawet odczuł w tym momencie ulgę, ale tak naprawdę Rei po prostu się wycofywała, bo czuła nieprzyjemny ścisk żołądka, który świadczył o tym, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest tutaj mile widziana. Światło odbijało się od szkła gablot, ochrona nadal stała z boku, Alan milczał, a Tanner patrzył na nią tak, jakby jej najmniejszy ruch miał doprowadzić do wybuchu bomby nuklearnej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruszyła do wyjścia, stukając laską o podłogę w równym, spokojnym rytmie. Starała się iść wolno, bez pośpiechu, bez dramatycznego odwrotu, bez choćby jednego gestu, który można byłoby uznać za ucieczkę. To był plan, bardzo dobry plan. Wyjść z godnością, znaleźć inny salon, kupić Maeve coś pięknego i nigdy więcej nie wchodzić do miejsc, gdzie mógł być Tanner Morgan. Była już przy drzwiach, kiedy ktoś po drugiej stronie gwałtownie wszedł do salonu, z telefonem przy uchu i całkowitym brakiem świadomości, że po drugiej stronie znajduje się człowiek. Drzwi otworzyły się prosto na nią, a uderzenie było krótkie i cholernie bolesne.
      Reilynn cofnęła się o pół kroku, tracąc równowagę bardziej ze zaskoczenia niż z bólu. Laska stuknęła ostro o podłogę, torba zsunęła jej się z ramienia, a ona odruchowo przyłożyła dłoń do twarzy. Dopiero po sekundzie poczuła ciepło pod palcami. Obserwowała, jak po jej skórze spływa krew. Cudownie. Czerwona ciecz zaczęła spływać jej nad górną wargą, cienką, ciepłą strużką. Rei natychmiast uniosła głowę, po czym zaraz przypomniała sobie, że to chyba było źle, więc zamarła w bardzo niepraktycznej pozie.
      Mężczyzna z telefonem zaczął chaotycznie przepraszać, ale jego głos docierał do niej jak przez bardzo grube szkło.
      — Nic się nie stało — powiedziała automatycznie. — To znaczy… coś się stało… — urwała, bo poczuła, że krew ozdobiła jej brodę. Wspaniale, naprawdę wspaniale. Weszła do luksusowego salonu po prezent, prawie doprowadziła Tannera Morgana do wniesienia oskarżenia o stalking, obroniła człowieka, który wezwał na nią ochronę, a na koniec dostała drzwiami w twarz. Jeśli to nie była metafora jej życia, to Rei nie wiedziała, co nią było.
      Zignorowała gadanie mężczyzny z telefonem, ścisnęła mocniej laskę, poprawiła torbę, która prawie zsunęła jej się z ramienia, i wyszła przed salon. Odeszła kilka kroków od wejścia, żeby nie stać dokładnie przed drzwiami. Znalazła fragment ściany obok witryny sąsiedniego lokalu i oparła się o niego bokiem, ostrożnie, żeby się nie przewrócić. Dopiero wtedy pochyliła głowę. Krew spływała jej z nosa cienką strużką, więc przycisnęła do twarzy wierzch dłoni, a potem natychmiast uznała, że to głupie, bo tylko rozmaże wszystko jeszcze bardziej. Oddychała przez usta, płytko i nierówno, czując pulsujący ból rozchodzący się od nosa ku policzkom.
      — Genialnie — wymamrotała pod nosem. — Po prostu genialnie, Rei.
      Pochyliła się niżej i pozwoliła, żeby włosy opadły jej przy twarzy jak zasłona. To było nawet wygodne. Przez chwilę nikt nie musiał widzieć jej miny, a ona nie musiała widzieć nikogo. Poczuła łzy w oczach, choć nie wiedziała, czy to bardziej z bólu, całej tej sytuacji, czy dlatego, że niczego nie kupiła dla Maeve.
      — Następnym razem wezmę świeczkę — mruknęła słabo i przycisnęła palce ostrożniej do nosa.

      Rei Bothwell 🩸👃

      Usuń
  12. Reilynn usłyszała jego głos, zanim zdążyła zobaczyć jego twarz, a właściwie najpierw usłyszała początek zdania, potem tę krótką przerwę, w której najwyraźniej Tanner Morgan zauważył krew, a dopiero później jego „cholera”, tak zwyczajnie ludzkie i pozbawione elegancji, że aż uniosła wzrok spod opadających włosów.
    Nie spodziewała się go tutaj. Była przekonana, że został w środku i że po prostu przejdzie do swoich obowiązków. Nie była nikim szczególnym; ani znajomą, ani koleżanką, przyjaciółką, ani nawet jego klientką. Była totalnie randomową osobą, której nic nie był winien, a Reilynn w ogóle nie oczekiwała, że za nią wyjdzie, choć mogłaby sobie to wytłumaczyć tym, że martwił się o reputację swojego sklepu, a ostatecznie o to, czy Rei nie zacznie się ubiegać o jakieś odszkodowanie. Nie potrzebowała jednak odszkodowania ani tym bardziej żadnych pieniędzy – była ubezpieczona, a za swoje leczenie w szpitalu i tak płaciła krocie. Może gdyby dobrze zagadała do lekarza, ktoś sprawdziłby jej nos w cenie za bycie stałym pacjentem.
    — Proszę się nie martwić — powiedziała odruchowo, choć brzmiało to absurdalnie, biorąc pod uwagę fakt, że stała pod ścianą, krwawiąc. — To tylko nos.
    Czy nos był złamany? Nie wiedziała, ale miała dość szpitalnych korytarzy i naprawdę nie chciała tam wracać. Szpital był dla niej zbyt znajomy. Sterylna sala, zapach środków dezynfekujących, światło nad łóżkiem, ton pielęgniarek, które znały jej imię, bo widywały ją częściej niż niektórych znajomych. Nie chciała tam wracać przez drzwi, dosłownie przez drzwi. To byłoby już przesadnie żałosne nawet jak na nią.
    Kiedy podsunął jej poszetkę, przez sekundę po prostu na nią patrzyła. Biała, lniana, zaprasowana, zdecydowanie zbyt elegancka, żeby kończyć jako prowizoryczna chusteczka dla kogoś takiego jak ona.
    — To się nie dopierze — mruknęła, wahając się chwilę, czy wyciągnąć rękę, ale ostatecznie posłusznie przyjęła materiał i przyłożyła go do nosa.
    Pochyliła głowę z powrotem, zgodnie z tym, co pamiętała o tym, co się robiło w takich sytuacjach, a potem oparła się mocniej bokiem o ścianę. Upał, ból, upokorzenie i zbyt szybkie wyjście z salonu zlały się w jedną nieprzyjemną falę. Przez chwilę naprawdę nie wiedziała, czy kręciło jej się w głowie od uderzenia, od słońca, od tego, że mimo wszystko nieco się zdenerwowała, czy po prostu dlatego, że jej ciało lubiło dramatyzować.
    — Trochę — przyznała w końcu niechętnie, gdy zapytał o to, czy kręciło jej się w głowie. Zerknęła w stronę Morgana kątem oka, nadal trzymając poszetkę przy twarzy. Dwa rozpięte guziki koszuli zauważyła zupełnie mimochodem. Jej mózg, nawet gdy jej nos krwawił, najwyraźniej uznał, że warto odnotować linię szyi, cień przy obojczyku i ten absurdalny kontrast między opanowaniem Tannera Morgana a bardziej niedbałym szczegółem jego stroju. Nie teraz, Rei, naprawdę nie teraz.
    — I zanim pan zapyta, nie zrobiłam tego specjalnie — dodała, wbijając wzrok w chodnik. — Nie jest to nowa forma zbierania inspiracji, nie rzucam się pod drzwi luksusowych salonów w ramach researchu. — Przełknęła ślinę, dalej oddychając przez usta. — Chociaż muszę przyznać, że jeśli kiedyś napiszę scenę, w której bohaterka próbuje wyjść skądś z godnością i dostaje w twarz drzwiami, to będę miała bardzo mocny materiał źródłowy.
    Próbowała brzmieć luźno, jakby w ogóle nic się nie stało, jakby codziennie obrywała w nos i świetnie sobie z tym radziła, ale głos trochę jej się załamał przy ostatnich słowach. Minimalnie, prawie niezauważalnie, ale wystarczająco, żeby to usłyszała i natychmiast znienawidziła własne gardło za tę zdradę. Nie chciała się rozpłakać, nie tutaj, nie przed nim.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Docisnęła poszetkę ostrożniej do nosa i pochyliła głowę jeszcze trochę niżej, pozwalając, żeby włosy znów zasłoniły jej twarz. Wtedy torba kompletnie zsunęła się z jej ramienia, laska odbiła się o chodnik, a Rei zastygła w tej pozycji, chyba licząc, że stanie się niewidzialna, tylko że doskonale wiedziała o tym, że tuż obok wciąż stał Tanner Morgan. Nie chciała tutaj zemdleć, bo wtedy zmusiłaby prawnika do kolejnej reakcji, a podejrzewała, że wyjście za nią z salonu nie było dla niego w żaden sposób komfortowe, może nawet popsuła mu plany. I nerwy.
      Nie ruszyła się jednak od razu. Wiedziała, że jeśli spróbuje jednocześnie złapać torbę, laskę, poszetkę i pion, skończy się to jeszcze większą katastrofą. Już widziała tę scenę: ona pochylona, tracąca równowagę, Tanner Morgan zmuszony ją złapać, a potem oboje udający, że wcale nie było to najbardziej niezręczne przedłużenie tego dziwacznego spotkania. W tym momencie Rei bardzo chciała być jedną ze swoich bohaterek, silną i godnie znoszącą ból, tylko że nos bolał coraz bardziej i wydawało się, że nieco spuchł.
      — Chyba… muszę jechać do szpitala — wymamrotała, a mówiąc to, zaczęła zbierać swoje rzeczy i próbować ruszyć się z miejsca. Wystarczyło wziąć taksówkę, zapłacić, a potem wejść do wielkiego budynku, który świetnie znała od wewnątrz, i powiedzieć coś w stylu: dzień dobry, tak, to znowu ja, tym razem to nie rak, tylko drzwi. Brzmiało prosto. Ruszyła się jednak za szybko. Torba szarpnęła ją w bok, laska przesunęła się po chodniku, a świat przez sekundę nieprzyjemnie od niej odpłynął. Reilynn jęknęła cicho, ściskając poszetkę przy nosie i drugą dłonią próbując złapać równowagę na ścianie.

      Rei Bothwell 🏥😵‍💫

      Usuń
  13. Reilynn była świadoma. Niestety. Nie na tyle przytomna, żeby samodzielnie wygrać walkę z grawitacją, ale zdecydowanie wystarczająco, żeby zrozumieć, że Tanner Morgan właśnie podniósł ją z chodnika i niósł przez ulicę. To było… niespodziewane. Mógł po prostu wezwać taksówkę, pomoc jej tam wejść i zapomnieć o wszystkim. Wyszła z jego salonu, bo nie chciała robić problemów, a okazało się, że stała się jeszcze większym i krwawiącym. Rei nie lubiła być ciężarem i zazwyczaj starała się godnie znosić każdą swoją porażkę czy pobyt w szpitalu, nie martwiąc przy tym ojca ani mamy, choć powinna raczej powiedzieć: kobiety, która wybrała karierę i której w ogóle nie odpowiadało, że jej córka pisze te swoje głupoty. Dla niej Rei była życiową klęską, a dla ojca chochlikiem, który nie powinien przestać tworzyć – ostatecznie dobrze się stało, że zamieszkała z Malcolmem po rozwodzie rodziców.
    Jej głowa oparła się bliżej jego ramienia, bo świat wciąż wydawał się nieco rozmyty. Czuła jego koszulę pod policzkiem, ciepło jego ciała, napięcie w mięśniach i to, jak pewnie ją trzymał. Przez moment chciała zaprotestować, powiedzieć, że jest za ciężka i że jest w stanie iść, ale jeśli faktycznie by się odezwała, musiałaby skłamać, dlatego przyjęła swój nędzny los i pozwoliła Tannerowi Morganowi nieść się do samochodu jak najbardziej dziwaczny, niewymiarowy pakunek.
    Pamiętała drogę do auta fragmentami. Słońce, błysk chodnika, rytm męskich kroków. Własną dłoń wciąż trzymała przyciśniętą do nosa i próbowała zignorować całą egzystencję prawnika, który – przynajmniej tak sobie to wyobrażała – musiał pachnieć teraz słońcem, drogą koszulą i pewnie czymś konkretnym; zaczęła myśleć o tym, jakich perfum używał, co pozwoliło jej nieco oddalić od siebie ból, bo jej mózg był zajęty czymś innym. Nie powiedziała nic, kiedy usadzał ją w fotelu pasażera, a gdy rozłożył marynarkę, zamrugała wolno i spojrzała w dół.
    — Zapłacę za pralnię — wymamrotała, bo sądziła, że jego ubranie nie przetrwa tego tak bezboleśnie. Przez sekundę patrzyła, jak materiał okrył jej kolana i brzuch, a potem uniosła wzrok do twarzy Tannera, kiedy nachylił się, żeby zapiąć jej pas. Był zbyt blisko, zdecydowanie zbyt blisko, i choć było to wymuszone konkretną sytuacją, to Rei pomyślała sobie, że życie bywało naprawdę przewrotne, bo jeszcze nie tak dawno temu próbowała przekonać Morgana, że wcale nie jest zagrożeniem dla jego życia ani zdrowia psychicznego, i że nie jest stalkerką ani wariatką. Kliknięcie pasa zabrzmiało głośniej, niż powinno. Kiedy wspomniał o inspiracji do kolejnej książki, parsknęła cicho, ale od razu skrzywiła się z bólu.
    Oparła głowę o zagłówek, oddychając przez usta. Przez chwilę próbowała zebrać myśli, ale rozlatywały się tak samo żałośnie jak jej rzeczy przed salonem jubilerskim. Wiedziała tylko, że jest w jego samochodzie, w Maybachu, oczywiście, bo najwyraźniej nawet katastrofy w jej życiu musiały być luksusowe. I znów tutaj nie pasowała – może Alan miał rację, sugerując, że powinna znaleźć inne miejsce, bo choć nie powiedział tego wprost, właśnie to wybrzmiało w jego postawie. Teraz, siedząc w drogim aucie, zrozumiała, że wcale nie chodziło tylko dzisiaj, a o to znane, lepkie uczucie, że weszła w czyjąś rzeczywistość przez zupełny przypadek i że za bardzo się wyróżniała.
    Biała tapicerka wyglądała jak coś, czego nie powinno się dotykać bez wcześniejszego umycia rąk i zaświadczenia o dochodach. Marynarka Tannera przykrywała ją jak bariera ochronna między jej ciałem a wnętrzem auta, praktyczna i uprzejma, ale jednocześnie przypominająca, że nawet tutaj trzeba było coś przed nią zabezpieczać, by tego nie popsuła. Zamknęła oczy, bo zrobiło jej się nagle wstyd i tym razem nie umiała tego rozładować żartami o pączkach czy elfach. Znów była problemem, znowu ktoś musiał coś po niej sprzątać. Żałosne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Przepraszam — wymamrotała w końcu przez poszetkę, nawet nie do końca wiedząc za co konkretnie. Za krew? Za marynarkę? Za Alana? Za to, że dała się uderzyć drzwiami, jakby była to jej kolejna osobista porażka? — Naprawdę nie planowałam… tego wszystkiego.
      Otworzyła oczy tylko na chwilę i spojrzała na rozmazany kontur deski rozdzielczej.
      — Chciałam tylko kupić prezent dla Maeve — dodała, a chwilę później wyrzuciła z siebie: — Proszę jechać do Tisch Hospital.
      Nazwa szpitala zabrzmiała w jej ustach jak coś zbyt dobrze znanego. Nie jak adres, tylko jak powrót do miejsca, którego człowiek nie chciał nazywać domem, ale doskonale znał każdy korytarz i zakamarek. Rei była pacjentką NYU Langone Health od szesnastego roku życia i miała świadomość, że raczej nigdy się stamtąd nie wypisze. Droga minęła jej nierówno. Fragmentami. Światło zmieniające się za szybą, dźwięk kierunkowskazu, ostry zapach krwi i lnu, głos Tannera, który coś mówił, choć nie była pewna, czy rozmawiał przez telefon, czy może mówił do niej.
      Kiedy zatrzymali się pod szpitalem, przez chwilę nie ruszyła się z miejsca. Wiedziała, co się zaraz stanie. Wejście, rejestracja, pytania, pytania i więcej pytań. Gdyby nie to, że nos wciąż krwawił, w ogóle by się tutaj nie pojawiła i po prostu przyłożyła trochę lodu.
      — Nie musi pan wchodzić — powiedziała cicho, zanim zdążył otworzyć jej drzwi. — Naprawdę. Dalej już…
      Ale kiedy spróbowała odpiąć pas, palce zadrżały jej przy klamrze, a świat znów zrobił fikołka. Westchnęła więc tylko, zła o to, że sobie nie radziła, i pozwoliła jednak sobie pomóc. Szpitalne światło uderzyło ją od razu: jasne, bezlitosne, znajome. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi, kawą z automatu i czymś, czego nie potrafiła nazwać, ale co zawsze kojarzyło jej się z czekaniem. Przy recepcji uniosła głowę, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążyła.
      — Rei? — odezwał się kobiecy głos.
      Reilynn odwróciła się i zobaczyła Marisol Vegę, pielęgniarkę idącą w ich stronę szybkim, zdecydowanym krokiem. Marisol była niska, miała ciemne włosy ciasno spięte z tyłu, ciepłe oczy i zdecydowanie próbowała zrozumieć, co się właśnie dzieje.
      — Ay, mi niña — powiedziała. — Co ty znowu zrobiłaś?
      Reilynn, mimo poszetki przy nosie, mimo krwi, mimo Tannera Morgana stojącego obok, poczuła, jak coś w niej mięknie.
      — Drzwi mnie zaatakowały — wymamrotała słabo.
      Marisol spojrzała na poszetkę, potem na jej twarz i Tannera, oceniając sytuację jednym szybkim, zawodowym spojrzeniem.
      — Krwawienie z nosa po urazie, możliwe zawroty głowy? — zapytała już rzeczowo.
      — Trochę — przyznała Rei niechętnie.
      — Trochę, czyli tak — podsumowała Marisol i natychmiast wskazała na najbliższe krzesło. — Siadaj. Głowa lekko do przodu.
      Reilynn posłusznie usiadła.
      — Też za tobą tęskniłam, Marisol.
      — Ja za tobą mniej, jeśli wracasz mi tu z taką twarzą — odparła pielęgniarka, ale jej dłoń, kiedy ostrożnie poprawiła poszetkę przy nosie Rei, była delikatna. — Zaraz cię obejrzymy. I nie próbuj mi mówić, że nic się nie stało, bo widzę, że się stało.
      Marisol cmoknęła cicho, badając jej nos, po czym zerknęła w stronę przystojnego mężczyzny w garniturze, tym razem nie tak zawodowo, a raczej z ciekawością. Do tej pory jedynym facetem, z którym Rei tutaj przychodziła, był jej ojciec. I z całą pewnością, gdy niedawno wychodziła ze szpitala, nie miała chłopaka.
      — Zaraz poproszę lekarza, żeby cię obejrzał — powiedziała Marisol. — Nie podoba mi się ten obrzęk. Nos może być złamany. Poczekaj tutaj.
      Pielęgniarka odeszła szybkim krokiem, a Reilynn odprowadziła ją wzrokiem. Zaraz potem skierowała spojrzenie do Tannera Morgana i spróbowała się do niego uśmiechnąć, ale wydała z siebie ciche jęknięcie. Bolało, cholernie bolało.

      Usuń
    2. — Dziękuję za pomoc, panie Morgan — odezwała się. — Gdyby nie pan… — Wzięła głębszy oddech przez usta. — Tym razem proszę napisać, ile wyniósł rachunek za pralnię…
      Rei wbiła wzrok w posadzkę, czekając, aż przyjdzie lekarz. Spodziewała się, że prawnik jej przytaknie i sobie pójdzie. Była pewna, że uprzejmie się pożegna, może wyduka z siebie jakieś „proszę na siebie uważać”, wypowiedziane tonem człowieka, który zrobił już wystarczająco dużo i może wrócić do własnego życia. A jednak, gdy o tym pomyślała, coś ścisnęło ją pod żebrami; za chwilę drzwi zamkną się za Tannerem Morganem, a ona zostanie sama w tym znajomym, jasnym korytarzu z poszetką przy twarzy i bólem, który w ogóle nie robił się mniejszy. Nie chciała, żeby został, oczywiście, że nie. To znaczy… chciała, ale w sposób, którego nie zamierzała nikomu przyznawać, a już na pewno nie Tannerowi Morganowi, który miał wystarczająco dużo powodów, żeby uznać ją za chodzący kłopot i chcieć trzymać się od niej z daleka.

      Rei Bothwell 🩹🤕

      Usuń
  14. Nie przypominała sobie, aby jakiś mężczyzna był w stanie nawet w połowie zawstydzić ją tak mocno, jak momentami robił to Tanner Morgan, choć uczynił to na krótką chwilę, bo Vanessa Kerr prędko uświadomiła sobie, kim tak naprawdę jest. Bywała częściej niż zwykle czarującą kokietką, ale przede wszystkim spełnieniem marzeń cudzych partnerów, ponieważ przelewała wszelkie zainteresowanie ku zajętym mężczyznom. Już raz się na tym przejechała. Dokładnie podczas intensywnej znajomości wzbogaconej o bliskość z Jamesem Freemanem. Ale kto powiedział, że za każdym razem miałaby kończyć tak samo nieciekawie? Może dopiero przy kimś takim, jak Tanner Morgan zmieniłaby się całkowicie? Przeszłaby skuteczną metamorfozę upodobań i z chęci podrywu kilku mężczyzn jednocześnie, chciałaby podrywać tylko dyrektora sprzedaży?
    Pragnęła w jego oczach wypadać obiecująco. Tak, aby mężczyzna myślał o niej jak najlepiej. Że jest zdolna. Że jest piękna. Że można rozmawiać z nią na wiele tematów. Że mimo znaczącej różnicy wieku, czuć się będzie przy niej, jak przy bardzo dojrzałej kobiecie. Tylko miała wrażenie, że on wciąż rozpamiętuje tamtą krzywą akcję. Co jeśli w jego oczach stała się łatwą panienką? Nie umiała prześwietlać cudzych myśli, ale z chęcią poznałaby te należące do szefa, aby choć trochę zluzować, ponieważ może pan Morgan nie krytykował Nessy aż tak mocno albo nie robił tego wcale. Jakby nie patrzeć, przejawiała też wieloma plusami, które mogły wymazać tamten nieprzyjemny moment z nią i dyrektorem sprzedaży w roli głównej. Gdyby nie list napisany przez Doreen Johnson, nie byłoby żadnej nieprawidłowości, lecz tak to jest, jak chce się szerzyć to, co przypadkiem się zauważyło i robić z całości tanią sensację. Zapewne Kerr w wyobrażeniach starszej koleżanki z pracy wychodziła na dziewuchę, co umie tylko nogi rozkładać…
    I tu Doreen byłaby zaskoczona. Bo Vanessa potrafiła zaskoczyć i pokazać, że nie samą urodą człowiek zyskuje, gdyż dla niej i tak inteligencja była najważniejsza do zaprezentowania. Może gdyby się mocniej spięła i przy całkowitym zawzięciu się, skończyłaby podjęte studia, które przerwała podczas trzeciego semestru. Chociaż Nessa i tak twierdziła, że wykształcenie to nie wszystko. Liczyło się dobro człowieka, bo co dałoby jej chwalenie się w przyszłości tytułem profesora, jeśli gardziłaby drugim człowiekiem?
    Tak też nie mogła nazywać siebie gorszą. Intensywnie wbiła spojrzenie w usta szefa, a kiedy wyczuła, że trochę przesadza, skupiła się na jego ślicznych oczach.
    — Zatem niech nie schną, naprawdę pasuje panu taka fryzura, panie Morgan. — wstała i przystanęła przy mężczyźnie, jednak nie na tyle blisko, żeby go nie osaczać. — Co do burzy, jak nie przeminie, będziemy skazani na to, żeby tu zostać. Bezpieczeństwo najważniejsze. Nie będziemy ryzykować utratą zdrowia lub życia.
    Najlepiej byłoby wrócić i przenocować w wygodnych łóżkach, ale Nessa rozumiała, że podczas deszczu i trwającej burzy nie ma, co podejmować się chorego ryzyka. Nikt w taką niepogodę nie popłynie. Oboje byli tego świadomi i na pewno żadne nie popchnęłoby się w takiej chwili na powrót do miejsca zbiórki. Muszą przeczekać to, co najgorsze. Ważne, że są tu razem. Może Tanner Morgan był zwyczajny do samotnych rejsów i dałby radę być w takiej sytuacji bez niczyjej obecności, ale tego samego o sobie już Vanessa by nie powiedziała. Była wdzięczna przeogromnie, że ma przy swoim boku właśnie szefa, bo on na pewno wie, co robić niemal w każdej sytuacji na wodzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chce mi się tak bardzo palić… To wszystko przez stres, wystraszyłam się nie na żarty. Nigdy nie brałam udziału w czymś takim, bo woda jest mi bliska wyłącznie podczas kąpieli. — zacisnęła dłonie w pięści i zluzowała, powtarzając ten ruch kilka razy. — Nie wiem jak pana córka, ale ja nigdy nie chciałam zostać syrenką, chociaż H2O wystarczy kropla oglądałam z zapartym tchem jako mała dziewczynka. I to tylko dlatego, że córka sąsiadów pragnęła zostać syreną, a teraz jest ratownikiem na basenie, więc jakby nie patrzeć, trochę spełniła swoje marzenie. — roześmiała się krótko i zaczęła bawić się porzuconą przez Tannera Morgana paczką chusteczek.

      Vanessa Kerr ⛵️⛈️

      Usuń
  15. Reilynn usłyszała jego kroki, sądząc, że być może właśnie po prostu wychodził, a potem zobaczyła, jak przykucnął obok krzesła. To było dziwne. Nie samo przykucnięcie, chociaż ono też było dziwne, bo Tanner Morgan wyglądał raczej jak człowiek stworzony do stania prosto i dumnie, ale teraz był niżej, bliżej jej poziomu, z twarzą ustawioną tak, żeby naprawdę mogła spojrzeć w jego stronę, jeśli tylko zechciałaby oderwać wzrok od posadzki.
    Przez chwilę nie chciała, bo zwyczajnie czuła się okropnie. Miała krew przy nosie, cudzą poszetkę przy twarzy, pulsujący ból rozchodzący się po policzkach i świadomość, że wygląda jak katastrofa, wielka katastrofa. Podniosła jednak wzrok, mimowolnie patrząc Tannerowi Morganowi w oczy, a z bliska były one… jeszcze gorsze, nie w sensie, że brzydkie, wręcz przeciwnie. Były tym rodzajem oczu, który w książce opisałaby z przyjemnością, a potem udawała przed redaktorką, że wcale się zbytnio nie rozmarzyła. Były spokojne, uważne, trudne do jednoznacznego nazwania. Nie miały w sobie tej oczywistej miękkości i nie były też zimne, raczej skupione. Jakby dostrzegał nie tylko to, co fizyczne, ale i to, co działo się pod spodem. I też były ładne.
    — Po prostu nie chcę czuć się winna za pańską garderobę — wymamrotała. Spodziewała się raczej, że zapyta ją o to, czy ma świadomość, ile zamieszania zrobiła i czy zamierza mu jakoś wytłumaczyć sytuację w salonie i czy – przede wszystkim – to nie był jej jakiś chory plan. Zamiast tego usłyszała pytanie o urodziny Maeve.
    Rei zamrugała i przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby właśnie powiedział coś w języku, którego nie znała, choć każde słowo z osobna było przecież całkowicie zrozumiałe. Nie usłyszała żadnego „proszę odpocząć” czy „wrócimy do tego później”, które zwykle znaczyło „nigdy”. Tylko: dokończymy to, po co rzeczywiście pani przyszła. Cała ta nieszczęsna misja, która miała być prosta, bo co było trudnego w kupieniu biżuterii?, skończyła się krwią, poszetką i Tannerem Morganem przykucającym obok niej w szpitalu, i zamiast zostać przez niego pozwaną za bycie jego osobistą klęską żywiołową, mężczyzna wyciągał do niej rękę, jakby to wszystko było kolejnym etapem obsługi klienta premium.
    — Za pięć dni — odpowiedziała po chwili, zbyt cicho, więc odchrząknęła i poprawiła poszetkę przy nosie. — Maeve ma urodziny za pięć dni — powtórzyła.
    Przełknęła ślinę, gdy zrobiło jej się nieco niedobrze. Najpierw poczuła gorąco pod skórą, potem nieprzyjemną pustkę w żołądku i lekkie rozchwianie świata przy krawędziach, gdy próbowała patrzeć Tannerowi prosto w oczy. Zacisnęła palce na poszetce, a drugą dłonią odruchowo chwyciła brzeg krzesła. Wzięła głębszy oddech i wydusiła z siebie, byleby nie myśleć o dyskomforcie:
    — Maeve jest raczej fanką tego, co wyraziste, ale nie może to być coś przytłaczającego. Myślałam o bransoletce albo naszyjniku. I chciałabym, żeby ta biżuteria była wyjątkowa i żeby tylko Maeve ją miała.
    Wbiła wzrok w posadzkę, bo znowu zrobiło jej się słabo, a oczy Tannera wcale nie pomagały. I oczywiście, że teraz wolałaby wyglądać inaczej, lepiej, bardziej jak kobieta, która weszła do salonu po biżuterię z pełnym prawem do bycia potraktowaną poważnie, a nie jak ktoś, kto przypadkiem zahaczył o luksus i został odesłany do domu z krwawiącym nosem. Chciałaby mieć starannie ułożone włosy i sukienkę, która nie wyglądałaby tak zwyczajnie, a przede wszystkim, żeby jej twarz nie wyglądała jak z horroru. Chciałaby, żeby Tanner Morgan nie widział jej właśnie takiej: osłabionej i bladej. Ostatnio, wychodząc ze szpitala, obiecała sobie, że zerwie z wizerunkiem chorej dziewczyny, ale najwyraźniej słabo jej to szło.
    — Cena nie gra roli — dodała po chwili. — To znaczy… nie chcę najdroższej rzeczy tylko dlatego, że jest najdroższa. Nie o to mi chodzi, ale zapłacę tyle, ile będzie trzeba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Rei Bothwell — wtrącił się lekarz, zanim powiedziała coś jeszcze. — Słyszałem, że drzwi wygrały pierwszą rundę.
      Rei nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto to powiedział. Ten ton znała aż za dobrze: spokojny, lekko suchy, z lekkim seplenieniem. Doktor Nathaniel Reed. Pamiętała go głównie dlatego, że miał irytująco dobrą pamięć do jej wyników i sypał suchymi żartami, które bawiły tylko jego.
      — To oszczerstwo — wymamrotała zza poszetki. — Drzwi zaatakowały bez ostrzeżenia, więc… nie uznaję swojej przegranej.
      — Rozumiem. Zgłosimy zastrzeżenie do komisji — odparł Reed z całkowitą powagą i uśmiechnął się ledwie zauważalnie, po czym wskazał gestem w stronę jednej z wolnych sal. — Przeniesiemy cię do środka. Chcę wykluczyć złamanie i wstrząśnienie... Biorąc pod uwagę twoją historię leczenia, wolę nie zgadywać.
      To ostatnie zdanie trafiło w nią mocniej, niż powinno. Twoją historię leczenia. Ta historia zawsze z nią była, nawet przy głupim uderzeniu drzwiami. Nawet przy rozmowie o biżuterii dla Maeve i Tannerze Morganie, który stał wystarczająco blisko, żeby usłyszeć to wszystko. Spięła się lekko. Nie chciała, żeby dostrzegał w niej słabeuszkę ani żeby przez jej chorobę zaczął jej wymuszenie współczuć; wolałaby, żeby zachowywał się tak samo jak wcześniej, nawet jeśli mówiąc w jej stronę, gdzieś między jednym a drugim słowem, słychać było widmo oskarżenia o stalking.
      — Dobra — powiedział doktor Reed, zerkając w stronę Marisol. — Zabierzemy ją na salę. Sprawdzę nos, źrenice i reakcje neurologiczne…
      — Sama pójdę — wtrąciła się Rei.
      — Nie, mi niña. Dzisiaj bez negocjacji. — Marisol nawet nie udawała, że rozważa tę propozycję.
      Reilynn chciała odpowiedzieć, a nawet nieco się o to pokłócić, ale nagły ucisk w żołądku zmusił ją do przełknięcia śliny. Marisol podsunęła jej rękę pod ramię, a Reed stanął po drugiej stronie, gotów asekurować ją bez robienia z tego wielkiej sceny.
      — Może pan tutaj zaczekać — powiedziała Marisol, zwracając się do Tannera. — To potrwa chwilę.
      Rei spięła się lekko, nie chcąc robić prawnikowi więcej problemów; i tak został już wciągnięty w jej małe, żałosne tornado wystarczająco głęboko.
      — Tak, proszę zostać tutaj — dodała szybko, nie patrząc w jego stronę. — To znaczy… może pan też iść. W sensie nie musi pan czekać. Ale jeśli pan czeka…
      — Zaraz do pana przyjdę — wtrąciła z rozbawieniem pielęgniarka.
      W szpitalnej sali było jeszcze jaśniej; światło odbijało się od metalowych elementów łóżka, od białych szafek, od pojemników z rękawiczkami i monitora stojącego przy ścianie. Wszystko pachniało sterylnie i… znajomo. Marisol pomogła jej usiąść na brzegu materaca.
      — Głowa lekko do przodu — przypomniała.
      — Wiem — wymamrotała Rei i spojrzała w stronę kobiety spod rzęs.
      Doktor Reed założył rękawiczki i podszedł bliżej. Ostrożnie uniósł jej podbródek dwoma palcami, ale Rei i tak gwałtownie wciągnęła powietrze przez usta, kiedy dotknął obrzęku przy nasadzie nosa. Ból rozszedł się ostro, aż do oczu.
      — Przepraszam — powiedział natychmiast. — Jeszcze chwilę...
      — Oddychaj ustami, mi niña — poleciła Marisol.
      Reed obejrzał ją pod światło. Sprawdził źrenice, kazał jej śledzić palec, zapytał, gdzie się znajduje i czy pamięta, co się wydarzyło.
      — Nos jest złamany — oznajmił.
      — Oczywiście, że jest — mruknęła Rei, bo nie spodziewała się niczego innego.
      — Bez otwartego urazu, ale obrzęk jest wyraźny. Musimy potwierdzić zakres i sprawdzić, czy przegroda nie wymaga pilnej interwencji. Przy zawrotach głowy i nudnościach chcę cię też zatrzymać na obserwację.

      Usuń
    2. — Świetnie — powiedziała cicho, a gdy Marisol się ruszyła, aby wyjść i wrócić do Tannera Morgana, Rei dodała nieco nieporadnie: — Proszę mu powiedzieć, że może iść. Niech… niech nie czuje się zobowiązany.
      Pielęgniarka odnalazła Tannera Morgana w miejscu, w którym wcześniej kazała mu zaczekać, z formularzem podpiętym do sztywnej podkładki.
      — Przepraszam, że musiał pan czekać — odezwała się. — Rei jest badana. Ma złamany nos i doktor Reed chce zostawić ją na noc w szpitalu, pomyślałam, że chciałby pan wiedzieć, a teraz potrzebuję kilku szczegółów do dokumentacji. Proszę mi opisać dokładnie moment uderzenia i powiedzieć, czy Rei upadła, straciła przytomność, czy mówiła coś o zawrotach głowy albo nudnościach. Albo czy zauważył pan coś niepokojącego? Rei ma brzydką manierę żartowania sobie z własnego bólu.

      Rei Bothwell 😵‍💫🤢

      Usuń
  16. Marisol wysłuchała go uważnie, co jakiś czas notując krótkie informacje w formularzu.
    — Tak, dane szpitala do zgłoszenia dostanie pan w recepcji, tam wskażą też panu właściwy kontakt, jeśli chodzi o dokumentację dla ubezpieczyciela — odpowiedziała rzeczowo. — A ja wpiszę pański opis zdarzenia do notatki medycznej jako relację świadka.
    Przesunęła długopisem po papierze, dopisując jeszcze kilka słów.
    — Co do daty urodzenia… — zaczęła i westchnęła cicho, bo nie powinna mówić takich rzeczy, ale pamiętała o tym, co Rei powiedziała chwilę wcześniej. — 8 czerwca 2000. O resztę może ją pan zapytać bezpośrednio, kiedy Rei będzie po badaniach. Sala 307. Natomiast skoro już pan pyta o sprawy praktyczne… mógłby pan pomóc w czymś innym. Doktor Reed chce zatrzymać ją na noc, a ona nie ma ze sobą niczego poza tym, z czym tu przyszła. Przydałyby się jej wygodne ubrania na zmianę, ewentualnie coś do picia… ale jeśli się pan spieszy, nie będę pana zatrzymywać.
    Marisol nie wiedziała, co łączyło Rei z Tannerem Morganem, ale skoro ją tutaj przywiózł i jeszcze nie wyszedł, nie mógł być jej całkowicie obcy. Zaraz potem podziękowała mu krótko i pożegnała się z uśmiechem.
    Rei za to nie miała nawet czasu, żeby porządnie zaprotestować, gdy doktor Reed oznajmił, że będą jej robić obrazowanie.
    — Głowa i twarzoczaszka — doprecyzował, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać. — Przy złamanym nosie, nudnościach i zawrotach głowy nie będziemy zgadywać.
    — Świetnie — mruknęła pod nosem.
    — Do tego krew — dodał.
    — Dlaczego krew? — Chciała zmrużyć oczy, ale powstrzymała się przed tym gestem.
    — Bo zostajesz na noc, masz zawroty głowy, jesteś osłabiona… — wymienił krótko.
    Znowu to samo. Marisol musiała wyczuć, jak bardzo Rei zesztywniała, bo pocieszająco oparła dłoń o jej ramię.
    — Zrobimy to szybko, mi niña — odezwała się i przygotowała zestaw do pobrania; zawiązała opaskę uciskową i przesunęła palcami po zgięciu łokcia, szukając żyły. Rei odwróciła głowę w bok, choć wcale nie bała się igieł. Ukłucie było krótkie i prawie bezbolesne.
    — Wszystko dobrze? — zapytała Marisol.
    — Fantastycznie — odparła Rei bez przekonania. — Uwielbiam spontaniczne oddawanie materiału biologicznego.
    — Czyli nie.
    Marisol zabezpieczyła próbówki, przykleiła plaster i rzuciła:
    — Zaraz jedziemy na obrazowanie.
    Nie pozwolili jej jednak iść. Niechętnie zajęła wózek z pomocą pielęgniarki; wcześniej zdjęto jej protezę, jeszcze w sali, bo noga zaczęła ją uwierać, poza tym była zbyt zmęczona, a Marisol powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, że nie będzie ryzykowała kolejnego upadku. Teraz proteza stała przy ścianie jak niemy dowód, jak część niej samej, która została tak po prostu odstawiona, rzucona w kąt. Rei ani razu nie spojrzała w tamtą stronę.
    Korytarz przesuwał się nad nią w jasnych prostokątach lamp. Sufit, kratka wentylacyjna, kolejna lampa, fragment ściany, mijany personel. Koc przykrywał jej biodra i uda, ale ona i tak miała wrażenie, że wszyscy widzą za dużo. Marisol szła obok, a technik pchał wózek.
    W pracowni obrazowania było chłodniej i ciszej. Tam poproszono ją, żeby nie ruszała głową, a Marisol została blisko tak długo, jak mogła, potem Rei została sama z maszyną i ze sobą.
    Nie myśl o Tannerze.
    Nie myśl o tym, że może nadal czeka na korytarzu.
    Nie myśl o tym, że bez protezy nie możesz nawet udawać, że nie jesteś wcale tak wybrakowana.

    Maszyna zaczęła pracować, a Rei zamknęła oczy. Po wszystkim wróciła na salę jeszcze bardziej zmęczona, jakby samo bycie przesuwaną, badaną i ustawianą wyssało z niej całą energię. Marisol pomogła jej ułożyć się wygodniej, poprawiła koc, podsunęła poduszkę i ustawiła protezę w zasięgu wzroku, ale nie tak blisko, żeby Rei od razu próbowała po nią sięgnąć. Zaraz potem pielęgniarka sprawdziła kroplówkę, którą założono dla jej dobra. Rei leżała bez protezy, z lewą stroną ciała dziwnie lekką i jednocześnie ciężką od świadomości tego, że nic tam nie ma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wyniki obrazowania będą za jakiś czas — powiedziała Marisol. — Doktor Reed wróci, jak tylko je dostanie. Krew też poszła do laboratorium.
      — Czyli mam tu leżeć i rozmyślać nad swoimi wyborami życiowymi?
      — Możesz spróbować odpocząć. — Marisol spojrzała na nią łagodnie, a potem poprawiła brzeg koca przy jej biodrze. Widząc spiętą twarz Bothwell, odezwała się jeszcze: — Rei…
      — Nie lubię być bez niej — powiedziała cicho, zanim zdążyła się powstrzymać. Kobieta nie zapytała, o co chodziło. Nie musiała.
      — Wiem.
      Przez kilka sekund panowała cisza, a przez ten moment Rei próbowała przekonać samą siebie, żeby nie myślała o niczym poza wynikami i tym, jak bardzo nie znosiła szpitalnych koców. Nie udało się to jednak.
      — Pan Morgan… — zaczęła nagle, a widząc wzrok Marisol, ostrożnie zacisnęła usta w wąską linię. — To znaczy… czy on poszedł? — zapytała, próbując brzmieć obojętnie, a i tak wyszło to tak bardzo obojętnie, że aż wcale.
      Marisol przez chwilę patrzyła w jej stronę z taką miną, że Rei od razu tego pożałowała. Mogła po prostu siedzieć cicho.
      — Pan Morgan był jeszcze na korytarzu, kiedy ostatnio wychodziłam — powiedziała, a potem sprawdziła kroplówkę. — Skoro zostajesz na noc, muszę zapytać: do kogo chcesz, żebym zadzwoniła? Ojciec? Maeve? Ktoś inny?
      Rei zesztywniała prawie natychmiast.
      — Do nikogo.
      — Rei.
      — Naprawdę do nikogo — powtórzyła szybko. — Tata jest za granicą. W Berlinie, dokładniej mówiąc, i jeśli dostanie telefon ze szpitala, kupi pierwszy możliwy bilet, nawet jeśli będzie musiał lecieć przez trzy kraje i sprzedać połowę duszy liniom lotniczym. A Maeve jest poza miastem. I ma urodziny za pięć dni. Nie będę jej tutaj ściągać przez głupi nos.
      — A pan Morgan? — spytała.
      — Co pan Morgan? — Rei chyba nie rozumiała, o co chodziło.
      — Jest tutaj — wyjaśniła Marisol. — Przywiózł cię, został, załatwił sprawy z ubezpieczeniem. Mógłby może pomóc z ubraniami albo…
      Rei posłała w jej stronę takie spojrzenie, jakby pielęgniarka właśnie zaproponowała, żeby oddała Tannerowi Morganowi klucze do mieszkania, hasła do wszystkich kont i własną duszę.
      — Nie — wydusiła z siebie.
      — Rei.
      — Absolutnie nie — powtórzyła.
      — To tylko ubrania — mruknęła z lekkim rozbawieniem. — Poza tym ten twój pan Morgan wydaje się dżentelmenem i chyba nie miałby problemu z pomocą, gdybyś umiała w ogóle prosić o tę pomoc. — Poprawiła koc przy jej nogach. — A teraz odpocznij, hmm? Przyjdę do ciebie za jakiś czas.

      Rei Bothwell 🙄🛏️

      Usuń
  17. Wybór tematu na zaliczenie jednego z przedmiotów nie był łatwy. Ale nie był też trudny. Zadanie było natomiast wyjątkowo skomplikowane – mieli przygotować dokument, reportaż, wywiad, niezbyt długą formę o czymś, co pozostawało nieoczywiste, a miało zainteresować nie tylko targetowaną grupę. Andrea głowiła się nad formą, ostatecznei doszła do wniosku, że wywiad przeplatany ze scenografią będzie dobrą bazą na dobry materiał. Zastanawiała się nad wywiadem z kobietą, która prowadziła lecznicę dzikich zwierząt przy górach Catskill, brała pod uwagę stewardessę, która więcej czasu spędzała w różnych miejscach globu niż we własnym świecie, ale docierało do Wilson, że owszem, tematy te mogły trafić do szerszej grupy odbiorców, ale był pospolite i oklepane. Szukała dalej, obracając niepozorny srebrny pierścionek na swoim palcu. Dostała go od mamy, która dostała go od babci. I choć Andrea miała mnóstwo sióstr, bo ich dom zawsze kipiał od nastoletnich hormonów, tak pierścionek z czarnym, onyksowym oczkiem trafił się właśnie jej. Wilsonowie nie byli zamożną rodziną, ale zwracali też uwagę na inne aspekty, nie przywiązując się szczególnie do rzeczy materialnych. Gdyby tak było, to Andrea pewnie niechętnie dzieliłaby z kimkolwiek pokój, niezbyt byłaby skora do tego, aby ustawiać się w kolejce do łazienki i czekać na to, aż ktoś w końcu odsunie się od tostera. Pierścionek z oczkiem z czarnego turmalinu był jednak tym, co szanowała. I chociaż na palcach pierścionków miała zwykle o wiele więcej, tak z tym jednym nie rozstawała się nigdy. Niby nic szczególnego, nic drogiego, ale z wartością sentymentalną, co czyniło go po prostu drogocennym nabytkiem. Dla Andy.
    I to właśnie ten pierścionek sprawił, że zaczęła robić research odnośnie jubilerstwa. Skupiła się wpierw na Jajach Fabergé, potem zaś badała fenomen Svarovsky’ego, by w pewnym momencie dotrzeć do krótkiego artykułu o nowojorskim jubilerze, który jednocześnie był prawnikiem, a jego rodzina posiadała zbiór drogocennych, unikatowych kamieni. Tanner Morgan. To nie było profesjonalne, kiedy zadzwoniła do kancelarii, w której pracował, ale skróciło to czas poszukiwań. Bo mogła oczywiście czatować pod salonem, mogła czaić się pod wieżowcem, mogła wszystko, ale wykonanie tego jednego telefonu okazywało się zaskakująco proste. I skuteczne.
    Pan Morgan okazał się być zaskakująco, chociaż może znowu nie aż tak – skoro na głowie miał dwie firmy – zorganizowanym człowiekiem. Kilka maili i byli umówieni. Andrea pierwotnie miała w rezydencji Morganów pojawić się z koleżanką, ale tę dopadła okropna angina. Był marzec, zaliczenie zbliżało się wielkimi krokami, a aura była przygnębiająca, bardziej jesienna niż zwiastująca nadejście wiosny czy lata. Wilson musiała jednak skończyć ten pomniejszy projekt. Nie nadawała się do przeprowadzania wywiadów, ona miała odpowiadać za przebieg, ujęcia i dopping. To Mae miała siedzieć naprzeciwko pana Tannera. Ciemnoskóra dziewczyna była piękna, przebojowa i pewna siebie. Andrea była za to cholernie zestresowana, niepewna i spóźniona.
    Wysiadała z Ubera, z bagażnika zabierając statyw do kamery, którą miała w przepastnej torbie na ramieniu, będąc co najmniej sfrustrowaną. Nic więcej przy sobie nie miała. Ubrana była w proste, szerokie jeansy, białe vansy i białą koszulę z kołnierzykiem, na którą narzuciła ciemny prochowiec. Było jej zimno, ale chciała wyglądać choć odrobinę elegancko, a gdy ujrzała posiadłość… szczęka jej opadła. Andrea nie znała luksusów, dlatego była pod ogromnym wrażeniem miejsca, w którym się znalazła. Nawet jeśli nie ociekało bogactwem i pretensjonalnością. Nadal było luksusowym miejscem. Musieli mieszkać w nim ludzie, którzy w głowie Wilson nie mieli zbyt wielu zmartwień, których problemy rozwiązywały pieniądze. Ale pewnie też je generowały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Weszła na podjazd, kamyczki chrzęściły pod jej butami i nie zdziwiło jej wcale, że drzwi otworzyła jej kobieta – służąca, jak nazwała ją w myślach, chociaż pewnie teraz taki termin byłby więcej niż obraźliwy. Andrea chłonęła każdy fragment każdego pomieszczenia, przez które była prowadzona. Płaszcz oddała Shirin, poprawiła kołnierzyk prostej, klasycznej koszuli. Dorwała ją w second-handzie i na pewno była męska, ale Andy jedną jej stronę wsunęła w spodnie z wysokim stanem, a druga opadała luźno.
      — Dzień dobry — przywitała się, kiedy wprowadzono ją do salonu. Diabelnie ogromnego salonu. Rozejrzała się, kręcąc się dookoła własnej osi, kompletnie ignorując Morgana. Przez chwilę, ale jednak. Odstawiła statyw, torbę rzuciła na jeden z foteli, które miała po drodze i prędko doskoczyła do wyciągniętej dłoni mężczyzny. — Wystarczy Andy, panie Morgan — dodała, czując, że się rumieni. Na Boga! Miała ledwo dwadzieścia parę lat. Dlaczego ktoś chciałby nazywać ją panią? Aż się wzdrygnęła.
      — Jeśli to nie problem, to chętnie napiłabym się kawy. Ta pogoda… — mruknęła, a potem korzystając z zaproszenia podeszła do gablotki, znowu obracając swoim pierścionkiem na palcu. — Dziękuję za zaufanie — stwierdziła nagle, przechylając głowę, gdy jeden z kamieni szczególnie zwrócił jej uwagę. Zdawała sobie sprawę z tego, że była po prostu studentką. Jedną z wielu, ale może pierwszą, która odważyła się wystosować taką prośbę.

      Andrea Wilson

      Usuń
  18. Kiedy Marisol wyszła, sala zrobiła się nagle za duża, choć była zupełnie zwyczajna, szpitalna, zbyt jasna, z łóżkiem, szafką przy ścianie i krzesłem ustawionym pod takim kątem, jakby ktoś przed chwilą z niego wstał i obiecał, że zaraz tutaj przyjdzie. Rei leżała nieruchomo pod kocem, bez protezy, z obolałą twarzą i gazą przy nosie. Przez chwilę próbowała naprawdę odpocząć, a może nawet zasnąć, bo kroplówka zaczęła działać, a gdy tak nagle zrobiło się cicho, Reilynn uświadomiła sobie jedną rzecz: nie miała przy sobie telefonu.
    Odruchowo, choć zdecydowanie głupio, przesunęła ręką po biodrze, a potem jeszcze raz, ale z drugiej strony – i nic. Jej torba i laska musiały zostać w samochodzie Tannera Morgana. Nie mogła zadzwonić do ojca, nawet gdyby nagle uznała, że jednak chce mu opowiedzieć o całej tej sytuacji, ani do Maeve, żeby powiedzieć, że wszystko w porządku i że czuje się całkiem nieźle. Poza tym oczywisty brak telefonu to odcięcie od Internetu i odwyk od głupich filmików, editów i tworów AI, które w dziwny sposób ją bawiły.
    Dopiero później, dużo później, kiedy za oknem zrobiło się ciemniej, a doktor Reed wrócił z wynikami i potwierdził, że zostaje na obserwacji do rana, Marisol pojawiła się znowu. Tym razem przyniosła ze sobą papierową torbę. Rei zauważyła, że wyglądała na zmęczoną. Jej dyżur musiał już się skończyć, bo miała na sobie cienką kurtkę i włosy trochę mniej idealnie spięte niż wcześniej.
    — Zanim zaczniesz protestować — powiedziała od progu — to nie uwzględniam reklamacji.
    Rei uniosła głowę i obserwowała, jak pielęgniarka zbliżyła się do łóżka. Marisol postawiła torbę na krześle i zaczęła wyjmować rzeczy: ręcznik, miękka bluza, luźne spodnie, prosta koszulka, skarpetki, bielizna w opakowaniu, prowizoryczny zestaw do mycia zębów, mała butelka wody i paczka chusteczek, jakby przygotowała zestaw przetrwania dla kogoś, kto właśnie tego potrzebował.
    — Marisol… — wymamrotała.
    — Jestem już po dyżurze — powiedziała pielęgniarka, jakby to wszystko wyjaśniało. — Sklep był po drodze. Rozmiar zgadywałam, ale myślę, że będzie dobrze. Jeśli nie, będziesz narzekać jutro.
    — Nie powinna pani.
    — Wiem.
    — Naprawdę nie powinna pani — powiedziała przez ściśnięte gardło.
    — Rei.
    — Oddam pani pieniądze — dodała natychmiast, a widząc karcące spojrzenie kobiety, dodała cicho: — Dziękuję.
    — Proszę bardzo, mi niña. — Marisol uśmiechnęła się ciepło. — Muszę już iść, ale przyjdę z samego rana. Spróbuj odpocząć.
    — Spróbuję — odpowiedziała, patrząc jak pielęgniarka skierowała się do wyjścia. Pomachały do siebie przy progu, a potem Rei została sama.
    Rano obudziło ją światło, które przesączyło się przez szpitalne zasłony. Rei przez chwilę leżała nieruchomo, próbując ustalić, co bolało ją najbardziej. Nos, głowa czy własna duma, że skończyła w szpitalu w ten sposób. I, oczywiście, że była to duma. Marisol pojawiła się jeszcze przed śniadaniem, z kubkiem wody i lekami przeciwbólowymi.
    — Tabletki — powiedziała, wysypując je do małego plastikowego kubeczka. — Przeciwbólowe i coś na obrzęk. Doktor Reed kazał też powtórzyć badania, zanim podpisze wypis.
    Marisol spojrzała na jej opuchnięty nos, plaster, bladą twarz i rozczochrane włosy. Potem przyszedł doktor Reed. Wyglądał tak samo jak wczoraj, może był trochę bardziej wyspany.
    — Dobra wiadomość — zaczął.
    — Jeśli zaraz powie pan, że drzwi oficjalnie mnie przeprosiły, nie uwierzę — mruknęła.
    — Drzwi nie wykazały skruchy.
    — Typowe... — Prychnęła cicho.
    Reed usiadł na krześle obok łóżka i oznajmił:
    — Obrazowanie nie pokazało niczego, co wymagałoby pilnej interwencji. Nos jest złamany, ale bez przemieszczenia, które wymagałoby nastawiania. Dostaniesz zalecenia, termin kontroli laryngologicznej i leki przeciwbólowe do domu. Jeśli zawroty albo nudności się nasilą, wracasz do szpitala. Bez dyskusji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rei odetchnęła ostrożnie przez usta i już chciała się odezwać, kiedy dostrzegła coś w twarzy doktora Reeda. I chyba wiedziała, co oznacza to coś
      — Wyniki krwi są… średnie — powiedział po chwili. — Morfologia nie jest tragiczna, ale nie podoba mi się kilka wartości. Nie na tyle, żeby cię dłużej tutaj zatrzymywać, ale chcę cię zobaczyć za miesiąc. Powtórzymy krew i sprawdzimy, czy coś się zmieniło.
      — Czyli... nie wypisuje mnie pan z pełnym błogosławieństwem? — zapytała.
      — Wypisuję cię z ostrożnym błogosławieństwem i konkretną datą kontroli — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Masz odpoczywać, Rei. Bez forsowania się, bez samodzielnych wypraw przez pół miasta, szczególnie dzisiaj. I bez kolejnych pojedynków z drzwiami.
      — Nie mogę obiecać ostatniego. Drzwi są wszędzie — wytknęła rzeczowo.
      — W takim razie wybieraj przeciwników mądrzej — odparł, nauczony już, że Rei zawsze musiała z nim dyskutować. — Marisol przyniesie dokumenty, kiedy wszystko będzie gotowe. Do tego czasu masz leżeć i pić wodę.
      Kiedy wyszedł, Rei zaczęła się ogarniać do wyjścia ze szpitala. W łazience wzięła prysznic, nie mocząc twarzy, a potem ostrożnie umyła zęby, rozczesała palcami włosy i ubrała się w ubrania, które wczoraj przyniosła jej Marisol. Były nieco za duże, ale za to wygodne i nie pachniały szpitalem. Stojąc jeszcze chwilę przed umywalką, musiała przyznać, że wyglądała o wiele lepiej niż kilka godzin wcześniej. Nos nie przypominał wielkiego ziemniaka, opuchlizna nieco zeszła, ale za to widać było delikatne zasinienia wokół oczu, nic niepokojącego.
      Opuściła łazienkę, trzymając się przez chwilę ściany, zanim uznała, że jednak nie będzie kusić losu i zajęła łóżko. Marisol zostawiła jej dokumenty z informacją, że doktor Reed musiał podpisać jeszcze jedną rzecz, więc Rei miała kilka minut, aby zebrać się w sobie. Dopiero teraz dotkliwie uświadomiła sobie, że nie miała telefonu, torby ani portfela. Nadal nie wiedziała, ile wiadomości dostała, czy ojciec napisał z Berlina i czy Maeve już zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. W torbie miała klucze od mieszkania, a laska… cóż, była przydatna. Wszystkie te rzeczy były u Tannera Morgana. Reilynn zaczęła się więc zastanawiać, czy może zostawił je w recepcji? A może wysłał tutaj kogoś z salonu? Jedno było pewne, musiała to wszystko odzyskać.
      Chwilę później rozległo się krótkie pukanie. Rei odruchowo się wyprostowała, patrząc, jak w progu staje Tanner Morgan. Tanner Morgan z jej torbą przewieszoną przez ramię, z laską i z dwoma papierowymi kubkami.
      — Dzień dobry — wymamrotała, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. — Ja też przypomniałam sobie o swoich rzeczach dopiero późnym wieczorem, to… chyba naprawdę musiałam źle się czuć, skoro zapomniałam nawet o telefonie — dodała szybko, gdy wspomniał o tym, że zostawiła u niego torbę i laskę.
      — O wiele lepiej niż wczoraj — odpowiedziała, bo faktycznie tak było. Nos nie bolał już aż tak bardzo. A kiedy Tanner Morgan wręczył jej kubek, podziękowała krótko; ciepło od razu przeszło przez papier do jej palców. — To kakao? Przyniósł mi pan kakao?
      I przez jedną, bardzo krótką chwilę znów była piętnastoletnią dziewczyną w szpitalnym łóżku, w Szkocji, z kołdrą ułożoną nie tak, jak powinna, i ojcem wchodzącym do sali z papierowym kubkiem w ręku. Malcolm, odkąd zaczęła chorować, zawsze przynosił jej kakao z piankami. Nawet kiedy lekarze mówili, że nie powinna jeść nic zbyt słodkiego, nawet kiedy ona twierdziła, że to dziecinne. Zaraz potem wzięła ostrożny łyk, oblizała językiem dolną wargę i pokiwała delikatnie głową.

      Usuń
    2. — Całkiem dobre — przyznała. Posłała mężczyźnie delikatny uśmiech i dodała nieco niepewnie, sądząc, że nie jest to coś, co w ogóle interesowało prawnika, ale i tak to powiedziała: — Kiedy zachorowałam, a potem zaczęły się badania, kontrole, operacje… to po każdym ciężkim dniu mój tata przynosił mi kakao i dorzucał do niego cztery pianki. Jedna z nich zawsze smakowała jak przesłodzona papka.
      To było miłe wspomnienie, choć nie wiązało się z czymś szczególnie pięknym. Wzięła kolejny łyk i uniosła spojrzenie, gdy do środka weszła Marisol, witając się. Przyniosła ze sobą ostatnie dokumenty, receptę i niewielką kartkę z zaleceniami.
      — Dzień dobry jeszcze raz — powiedziała, a jej wzrok przesunął się najpierw po Rei i Tannerze, a potem po papierowych kubkach, ale nie skomentowała tego. — No, mi niña, doktor Reed podpisał wypis. Masz tutaj zalecenia: odpoczynek, leki przeciwbólowe zgodnie z rozpiską, zimne okłady, żadnego forsowania się, a kontrola laryngologiczna i wizyta u za miesiąc z powtórzeniem krwi.
      — Więc widzimy się za miesiąc — odparła, biorąc kolejny łyk kakao, jakby już teraz miało jej to osłodzić przyszłe spotkanie.
      Marisol przytaknęła, ale zanim wyszła, sprawdziła jeszcze, jak Rei poradziła sobie ze wstaniem. Gdy miała pewność, że wszystko jest w porządku, zostawiła Bothwell z panem Morganem.
      Reilynn schwyciła za laskę i stanęła pewniej. Przez sekundę w ogóle się nie ruszała, po prostu oceniała, czy nie będzie trzeba wzywać Marisol po raz kolejny, ale świat wokół niej nie kręcił się jak ostatnio ani nie poczuła, żeby jej żołądek chciał zwrócić lekkie śniadanie, które zjadła wcześnie rano. Zaraz potem odwróciła się, żeby wziąć swoją torbę i resztę rzeczy.

      Rei Bothwell 😮‍💨🍫

      Usuń
  19. Rei szła wolno, ale szła sama i chyba to było najważniejsze, nawet jeśli jej towarzyszem był Tanner Morgan, który niejako został w to wszystko wciągnięty całkowicie przypadkiem, choć może nie aż takim przypadkiem, raczej bez świadomej zgody. Może naprawdę Reilynn niosła ze sobą chaos, który nie zawsze komuś odpowiadał – i jeśli tak było, zazwyczaj starała się nie panoszyć, bo nie była złośliwa ani nie próbowała czegoś sobie udowodnić. Lubiła jednak, gdy coś się działo, kiedy życie przypominało nieco fabułę książek, które pisała, bo do tej pory jej rzeczywistość była bardzo mocno ograniczona.
    Laska stukała cicho o podłogę, torba zajmowała jej ramię, a dokumenty gniotły się gdzieś w środku. To nie był pierwszy wypis Rei, więc nie czuła, że to coś wielkiego, choć chyba powinna, skoro krew wyszła nieźle, przynajmniej tak nieźle, że doktor Reed nie postanowił jej zatrzymać tutaj dłużej. A dopiero wtedy by się zaczęło. Badania, badania i jeszcze raz badania, a potem telefon do ojca i Maeve, trzymanie się ściśle określonego harmonogramu i zaczynanie dnia od pobudki o szóstej rano, potem mierzenie ciśnienia, toaleta, śniadanie… Rei wiedziała, jak to wyglądało i naprawdę nie miała ochoty powtarzać tego wszystkiego od początku. Była nieco zmęczona i zdecydowanie znudzona, a teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, chciała po prostu zacząć żyć.
    Rei zerknęła w jego stronę z ukosa. To, co powiedział, było całkiem… miłe i oczywiście nie brzmiał tak, jakby robił jej łaskę. Wątpiła też w to, żeby próbował ją zawstydzić albo że przyszedł tutaj po to, żeby napawać się widokiem jej złamanego nosa.
    — Po pierwsze, nie mieszkam poza miastem — powiedziała po chwili. — Queens to nadal cywilizacja, choć niektórzy ludzie z Manhattanu twierdzą inaczej. Po drugie, mogę zamówić taksówkę. A po trzecie, nie chcę zabierać panu więcej czasu.
    Otworzyła jeszcze usta, żeby coś dodać, ale wtedy przypomniała sobie słowa Marisol o tym, żeby się oszczędzała. Czy oszczędzaniem w tym przypadku mogło być zajęcie miejsca w drogim aucie Tannera Morgana i pozwolenie mu, żeby odwiózł ją do domu? Miała albo wyjątkowe szczęście, że prawnik nie miał teraz nic ważniejszego, albo Morgan był pechowcem, bo akurat pojawił się, gdy ją wypisywano.
    — Po prostu… chodźmy — wymamrotała.
    Szli dalej przez jasny korytarz, mijając personel, pacjentów, wózek z pościelą i starszego mężczyznę, który rozmawiał przez telefon tak głośno, jakby był przekonany, że jeśli nie będzie tak mówił, nie zostanie zrozumiany. Rei stawiała dzielnie każdy krok, próbując nie iść jak typowy żółw i niczego nie opóźniać.
    Przy wyjściu z budynku uderzyło ją chłodniejsze powietrze, inne, niż te, które kotłowało się w szpitalu. Wzięła głębszy oddech i obejrzała się przez ramię, aby omieść spojrzeniem budynek, który czasem wydawał jej się straszniejszy niż cokolwiek innego.
    Samochód Tannera Morgana stał niedaleko. Dopiero teraz mogła się mu przyjrzeć; auto było ładne, smukłe i zdecydowanie pasowało do mężczyzny, którym był prawnik. Przede wszystkim jednak był bardzo, ale to bardzo kuszący, bo Rei tak naprawdę nie miała ochoty walczyć z aplikacją, kierowcą i taksówką, aby dotrzeć do domu. Co więc powinna zrobić?
    Wyprostowała się nieco, podniosła podbródek i odwróciła się do Tannera, gdy ten stanął obok. Była od niego niższa, więc musiała czymś nadrabiać, choć w obecnym stanie wydawało jej się, że jest wybitnie żałosna.
    — Wsiądę — oznajmiła. — Ale pod jednym warunkiem.
    Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej warunek mógł zostać wyśmiany, bo to Morgan proponował jej podwózkę do domu i to ona zyskałaby więcej niż on, ale Rei nie mogła odpuścić sobie takiej okazji. Zamilkła jednak, aby szybko przemyśleć, czy to, co zamierzała powiedzieć, spotka się z jego krzywą miną, czy może jakąś ostrą reakcją albo jeszcze gorzej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zacznie mi pan mówić po imieniu. — Wyciągnęła do niego rękę. To był prosty gest, może trochę nieco dziwny po tym, co już się wydarzyło, bo przez te kilka dni zdążyła obmacać prawnikowi kolano, rzucić mu wyzwanie pączkowe, zdradzić się z tym, że był inspiracją dla fikcyjnego bohatera, którego tworzyła, i poznać jego salon, w którym złamała sobie nos.
      Nie wycofała się jednak, stała naprzeciwko z kubkiem w jednej dłoni, laską opartą o nadgarstek, torbą zsuwającą się lekko z ramienia, a drugą rękę wyciągnęła do niego tak, jakby w ten sposób zaczynał się jakiś nowy rozdział.
      — Reilynn Bothwell — przedstawiła się, choć wcale nie musiała. Uśmiechnęła się lekko, ostrożnie, bo nos nadal nieco bolał, gdy robiła miny. — Skoro przetrwał pan pierwsze spotkanie ze mną, myślę, że to dobry moment, żeby mówić sobie po imieniu. Więc jeszcze raz: jestem Rei, miło mi.
      Spojrzała mu w oczy, a jej uśmiech stał się nieco bardziej rozbawiony. Naprawdę musiała być wariatką, skoro proponowała to komuś takiemu jak Tanner Morgan, bo wątpiła, aby zmienił o niej zdanie. Być może była najbardziej chaotyczną, głośną i niereformowaną osobą w jego otoczeniu i to byłby dobry powód, żeby nie chcieć mówić do mniej oficjalnie, tylko że Rei wcale nie chciała być panią Bothwell.

      Rei Bothwell 🙌🥺

      Usuń
  20. Rei została przy otwartych drzwiach samochodu jeszcze przez sekundę, z dłonią zawieszoną w powietrzu po tym, jak Tanner tak po prostu ją minął i obszedł auto. Nie uścisnął jej ręki, oczywiście, że tego nie zrobił. Dlaczego? Pewnie powodów było jakieś tysiąc i gdyby Reilynn miała dość czasu, to by sobie je wszystkie wymyśliła, a potem zwizualizowała. Zrobiła lekko naburmuszoną minę, wciąż uważając, aby jej nos za bardzo przy tym nie ucierpiał, a potem pochyliła się lekko.
    — To nie było wciskanie warunków — powiedziała, zaglądając do środka auta. — To była próba naprawy naszej relacji, którą, najwyraźniej tylko ja, chcę jakoś… ucywilizować. Zaczęliśmy to wszystko dość dziwnie, więc…
    Wzruszyła lekko ramieniem, bo co jej niby szkodziło, żeby spróbować jednak zostać znajomą Tannera Morgana? Najwyżej ją pozwie. I oczywiście, że wiedziała, że nie musiał tego robić, tak właściwie to niczego nie musiał robić, a to, że tutaj był, być może świadczyło o tym, że jednak przejął się nią jako osobą i że nie ma jej za taką najgorszą zarazę.
    — Poza tym negocjowałam w życiu kilka umów — dodała, unosząc lekko brodę. — Wydawniczych, filmowych, o prawa zagraniczne, terminy — wyliczyła krótko. Była zmuszona nabyć tę umiejętność, bo kiedy zaczęła być popularna, wszystko musiało być po pierwsze czytelne, po drugie zabezpieczone, a po trzecie niemożliwe do przejęcia przez innych. Rei dość szybko zrozumiała, że sukces nie oznacza tylko kwiatów, recenzji i maili od czytelniczek, które pisały, że płakały przy rozdziale dwudziestym siódmym. Sukces oznaczał też telefony, umowy, klauzule, procenty, prawa zależne i ograniczone zaufanie do osób, które chciały ją przekonać, że „tak po prostu działa branża”. Uczyła się więc czytać umowy, pytać i mówić „nie”, a przede wszystkim nie przepraszać za to, że chciała zachować prawa do świata i bohaterów, których stworzyła.
    Ostrożnie wsunęła się do auta, pilnując, żeby torba nie zsunęła jej się z ramienia, laska nie uderzyła o próg, a kubek z resztką kakao nie przechylił się za bardzo. Ostatnie wymagało największego skupienia, bo po wczorajszym dniu biała tapicerka mogła mieć wobec niej uzasadnione obawy, że jednak zostanie pobrudzona. Dopiero kiedy usadowiła się wygodniej, postawiła laskę tak, żeby nie przeszkadzała, i przyciągnęła pas, dotarło do niej, że naprawdę jest w jego samochodzie. Znowu. I tym razem nie była półprzytomna, i weszła do środka bez pomocy. Sukces. Zapięła pas z cichym kliknięciem i dopiero wtedy spojrzała w stronę kierowcy.
    — A co do moich ambicji — powiedziała, próbując brzmieć lekko, choć jej policzki zrobiły się odrobinę cieplejsze — to proszę nie przeceniać własnego znaczenia. Ja po prostu mam tendencję do ratowania beznadziejnych przypadków, chyba jestem masochistką.
    Zasugerowała lekko, że to Tanner był tym beznadziejnym przypadkiem, bo chyba nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto tak bardzo by się od niej odpędzał. Jasne, bywała męcząca i czasem mówiła od rzeczy, szczególnie gdy wsiąkała w jakiś temat, ale ogólnie wydawało jej się, że dało się z nią wytrzymać. Morgan zachowywał się jednak tak, jakby każda kolejna rozmowa z nią wymagała analizy ryzyka i zabezpieczenia majątku osobistego przed skutkami ubocznymi przed znajomością z nią. To było trochę obraźliwe i nieco zabawne, bo odpędzał się, owszem, ale nie zniknął, choć może byłoby to łatwiejsze. Pomyślała sobie więc, że może gdzieś pomiędzy jego cierpliwością do tego, jaka była, a zniecierpliwieniem istniała przestrzeń, w której może dałoby się zakotwiczyć i to nie jako problemem, tylko jako Rei. Chaotyczna, gadatliwa, czasem nieznośna, ale jednak możliwa do zniesienia, może nawet do polubienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Poza tym nie jestem aż tak stara, żebyś mówił do mnie pani Bothwell, tak właściwie… jestem dość młoda — odezwała się, dość dobrze akceptując ostatnią część zdania. Nagle jednak otworzyła szerzej oczy, jakby uświadomiła sobie, że może być jeszcze jeden powód, dla którego uparcie trzymał się tego oficjalnego tonu. — Czy ty myślisz, że co… że mam jakieś pięćdziesiąt lat? Aż tak staro wyglądam?
      To nie było ani trochę zabawne. Rei i tak miała mały problem z zaakceptowaniem samej siebie i tego, jak wyglądała, ale nigdy nie sądziła, że w oczach innych może być starą babą. Jasne, jej skóra bywała bledsza, a sińce pod powiekami wcale nie dodawały jej uroku, jednak to chyba nie sprawiało, że wyglądała o wiele, wiele starzej, prawda? Dotknęła palcami swojego policzka, jakby chciała sprawdzić, czy przez noc w szpitalu nie postarzała się o jakieś dwadzieścia lat.

      Rei Bothwell 😳

      Usuń
  21. Nie miała pojęcia, co takiego myślał sobie Tanner Morgan, ale gdyby wiedziała, to pewnie zaczęłaby wielką dyskusję o tym, dlaczego tak właściwie nie chce się z nią zaprzyjaźnić, oprócz tego, że była chaotyczna i głośna. Bo jasne, że była, i to może zbyt często, a już stanowczo zbyt często w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Ale przecież nie była wyłącznie chaosem. Nie była tylko kobietą od pączka, złamanego nosa i nieumiejętnego przełamywania cudzych granic. Miała też zalety, prawdopodobnie, a w sprzyjających warunkach, po dobrym śnie, bez urazu nosa, jej zalety mogłyby nawet zostać zauważone przez bezstronnego obserwatora.
    Umiała słuchać i być lojalna aż do przesady. Pamiętała o drobiazgach, umiała rozśmieszyć kogoś w trudnym momencie albo po prostu siedzieć obok, gdy robiło się ciężko. Nie była łatwa w obsłudze, ale nie była też taka jednowymiarowa, a Tanner zachowywał się tak, jakby jej intensywność była dowodem winy, a nie tylko nieporadnym sposobem utrzymania się przy życiu. Gdyby się nad tym zastanowiła, to chyba właśnie dlatego tak bardzo próbowała sobie żartować i nie brać niczego do siebie, bo jeśli sama nazwie siebie katastrofą, chaosem i beznadziejnym przypadkiem, to cudze stwierdzenie tego samego powinno boleć mniej. Teoretycznie.
    Rei spojrzała przez szybę, mocniej łapiąc kubek. Może po prostu chciała, żeby ktoś taki jak Tanner Morgan, opanowany, konkretny i mocno osadzony w rzeczywistym świecie, zobaczył w niej coś więcej niż kłopot, no, może nie od razu przyjaciółkę, ale przynajmniej też nie kogoś, kto próbując zapalić świeczkę, podpalił sobie włosy.
    Odruchowo dotknęła pasa bezpieczeństwa, kiedy zamki zaryglowały się cicho, a samochód ruszył przez parking.
    — Przepraszam bardzo — odezwała się po chwili, obracając głowę w jego stronę. — Ledwie wyrosłam z pieluch?
    Nie brzmiała tak, jakby była obrażona, choć określenie, którego użył, było niemal jak policzek.
    — To bardzo śmiały tekst jak na mężczyznę, który sam wygląda, jakby urodził się od razu w garniturze i miał alergię na uśmiechanie — wytknęła, mrużąc lekko oczy. Najpierw myślała, że miał ją za staruchę, a teraz bezlitośnie oznajmił, że jednak widział w niej dzieciaka. Cóż, Rei dzieckiem nie była i z całą pewnością nie nazwałaby tak samej siebie, prędzej określiłaby się jako młoda kobieta przeżywająca kryzys wieku średniego, bo tak naprawdę od niedawna zaczęła żyć poza szpitalem i chyba zrozumiała, jak wiele ją ominęło.
    Jego kolejne słowa przyjęła bez natychmiastowej reakcji, a to chyba samo w sobie było dowodem, że jednak umiała się zachować, tylko rzadko wybierała tę opcję jako pierwszą. Oczywiście, że ją uczono i oczywiście, że tata zrobił to jak najlepiej umiał, choć miał utrudnione zadanie, skoro jego żona w pewnym momencie się wycofała i uznała, że nie chce oglądać tego, jak jej córka umiera. Rei, może jedynie jakimś cudem, jednak żyła.
    — Uczono mnie — odezwała się. — Nie wszystkie zasady się przyjęły, ale chyba nie jest tak źle, skoro wciąż tutaj jesteś i błaaaagam, nie mów mi tutaj o tym, że poczułeś się odpowiedzialny za dziewczynę, która dopiero co wyrosła z pieluch, bo mogłeś załatwić to wszystko inaczej, na przykład zostawić moje rzeczy w recepcji albo wysłać do szpitala jakiegoś swojego pracownika, ale nie, postanowiłeś pojawić się osobiście i wpadłeś… — chciała rzucić tekstem, że „cały na biało”, ale sobie darowała, wzięła głębszy oddech i wewnętrznie jęknęła, bo rozpoczęcie rozmowy o tym, po co to wszystko robił, było czymś, co wywoływało w niej dreszcz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Zapomnij. — Machnęła ręką, jakby odganiała od siebie natrętną muchę. Dopiła to cholerne kakao, które smakowało zbyt słodko i nieadekwatnie do całej tej sytuacji, a gdy Tanner Morgan wyrzucił z siebie oficjalne „proszę wpisać adres”, Reilynn miała wrażenie, że jej oko kilka razy podskoczyło.
      — „Proszę wpisać adres” — powtórzyła pod nosem z przesadną starannością, jakby cytowała fragment pisma urzędowego. Przez moment miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, coś ostrzejszego. Coś w stylu, że nie da się raz przynieść komuś kakao, obudzić w nim rodzinnej traumy piankowej, użyć imienia przez całe trzy minuty, a potem cofnąć się do tonu obsługi klienta premium. Ale nie odezwała się, bo dotarło do niej to, co powiedział. Nie chciał być bliżej. Nie chciał, żeby jej chaos wszedł mu w życie i rozsiadł się tam z torbą, złamanym nosem i pretensją o oficjalne formy. I miał do tego prawo. Wpisała więc adres, nie dodając nic od siebie, a potem odwróciła głowę do szyby, próbując ignorować kierowcę. Jej zdrowa noga zaczęła nerwowo podskakiwać, co świadczyło jedynie o tym, że Rei toczyła wewnętrzną walkę sama ze sobą. Tanner Morgan był wkurzającym dupkiem, a ona? Ona była chaotyczną dupką i nawet nie próbowała temu zaprzeczać, tylko co mogło wyniknąć ze spotkania dwóch dupków?
      Oparła głowę o szybę, obserwując miasto, które podobno nigdy nie zasypiało, choć Rei raczej w to wątpiła. Gdyby nie zasypiało, każdy prędzej czy później oszalałby z braku snu.
      — Wiesz, że to określenie o mieście, które nigdy nie śpi, jest biologicznie podejrzane? — odezwała się nagle. I tyle było z jej milczenia, choć nie spodziewała się, że Tanner wejdzie w tę dyskusję, była zbyt abstrakcyjna, a Rei mówiła tylko po to, aby się czymś zająć. — Bo jeśli Nowy Jork naprawdę nigdy nie śpi, to znaczy, że funkcjonuje w stanie permanentnej deprywacji snu, a deprywacja snu prowadzi do zaburzeń koncentracji, drażliwości i… bardzo złych decyzji, co, przyznaję, tłumaczyłoby ceny mieszkań, Times Square i fakt, że ludzie nadal kupują sałatki za dziewiętnaście dolarów. Mam teorię, że miasto jednak śpi, tylko że kolejno zasypiają kolejne dzielnice, ale nigdy nie jest tak, że dwie śpią w jednym czasie… myślę, że… Manhattan i Brooklyn mają bezsenność wysokofunkcjonującą, Queens niby zasypia normalnie, ale bywa znerwicowane, Staten Island prawdopodobnie chrapie, a Bronx? Hmm, może to Bronx nigdy nie zasypia?

      Rei Bothwell 👧🙄

      Usuń
  22. Reilynn zmrużyła oczy, kiedy się zaśmiał. To było… niespodziewane. Tanner Morgan śmiejący się tak naprawdę, z poruszeniem klatki piersiowej i krótkim błyskiem białych zębów, był zjawiskiem tak niespodziewanym, że przez sekundę jej mózg się zawiesił. Nie podejrzewała, że będzie w stanie rozbawić prawnika jakimś swoim tekstem lub żartem, ale chyba jej się udało, skoro usłyszała to, co usłyszała, ba, Tanner nawet nie próbował się powstrzymywać. I to niby ona była dziwna?
    — Jestem… złożona — odparła dość ostrożnie, ale potem śmiało dodała: — Mam dwadzieścia sześć lat, ciało z przebiegiem, duszę emerytowanej bibliotekarki i emocjonalną odporność dziecka, któremu zabrano kredki. To… chyba uczciwe podsumowanie?
    Uśmiechnęła się lekko. Nie zamierzała udawać, że jest poważna, choć umiała być, ani że zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować czy w ogóle jak żyć, bo tak naprawdę chyba nikt tego nie wiedział. Każdy miał jakieś role, jakieś powołanie lub zasady, które były ważne. Dla Rei najważniejsze było przeżycie swojego życia tak, aby ostatecznie niczego nie żałować. Poza tym niewiele istniało dla niej momentów poza szpitalem, więc chciała nieco pokorzystać, żeby później, leżąc w szpitalnym łóżku, mogła to wszystko wspominać z uśmiechem.
    — Wiedziałam — mruknęła, gdy wspomniał o tym, że właściwie dałoby się powiedzieć, że urodził się w garniturze. — Mhm, a alergię na uśmiechanie nabyłeś po obronie, czy była wpisana w program studiów prawniczych od pierwszego semestru?
    Zerknęła na niego z ukosa, z kubkiem kakao opartym o kolano. Zaraz potem parsknęła cicho i posłała Tannerowi szerszy uśmiech.
    — Sporo ryzykowałeś tym śmiechem przed chwilą. Mam nadzieję, że nie zatrzyma nas żadna policja od uśmiechów prawników.
    Przewróciła lekko oczami, słysząc te kilka zdań o byciu odpowiedzialnym. Potarła paznokciem papierowy kubeczek, w którym nie było już kakao, i kiwnęła lekko głową.
    — Auć, czy ty właśnie nazwałeś mnie sprawą? — spytała nieco zaczepnie. — No tak, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność — rzuciła, bo trochę tak było, że Tanner miał tę moc, a właściwie moc sprawczą, że mógł dokończyć akurat tę konkretną sprawę. I niby przyjmowała jego tłumaczenie, ale jakoś nie wierzyła do końca w to, że gdyby nie chciał tego wszystkiego robić, to i tak by to zrobił, a raczej przekazał to w inne ręce, bo ostatecznie zawsze wszystko sprawdzało się do chcenia. I to był paradoks; stała się sprawą, której nie chciał, ale którą chciał doprowadzić do końca, mimo że wcale nie była nikim ważnym. Ciekawe.
    Otworzyła usta, żeby zapytać, o co chodziło, ale Tanner tym razem ją uprzedził, więc grzecznie wysłuchała jego pytań.
    — Pytanie o mój pseudonim i o potrzebę przyjaźni z Tannerem Morganem obok siebie? Nie grasz zbyt uczciwie. — Reilynn też rzuciła mu spojrzenie, bo pytał o bardzo konkretne i dość złożone rzeczy. — Nie publikuję pod moim nazwiskiem, ponieważ nie chciałam być kojarzona z rodzicami, mój tata jest architektem, matka aktorką teatralną, więc uznałam, że nie chcę wybijać się w ten sposób. Poza tym chyba potrzebowałam być nieco tajemnicza? No wiesz, jestem mimo wszystko dość anonimowa w tym, co robię, choć naprawdę uwielbiam pisać, kocham moich czytelników… Lynn R. Well jest po prostu pisarką, a Reilynn Bothwell ma trochę, jakby to ująć?, problemów.
    Uśmiechnęła się lekko, mówiąc to wszystko, a potem zdała sobie sprawę z tego, że zostało jej jeszcze drugie pytanie. To gorsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jak to po co? Żeby móc wykorzystać tę przyjaźń, jesteś prawnikiem, może byś mi pomógł wynegocjować lepsze wynagrodzenie… — zaczęła, próbując zachować powagę, ale potrząsnęła głową ze śmiechem. — Tak naprawdę… to nie wiem. Gdy cię zobaczyłam, pomyślałam, że właśnie tego potrzebowałam, aby ułożyć sobie w głowie wątek elfa z mojej książki, a potem… hmm… może po prostu uznałam, że dobrze jest poznać kogoś, kto nie zna mnie ze szpitala, od taty czy Maeve? I wiem, że pączek to nie był najlepszy początek, przyznaję, ale... to było całkiem zabawne. Było, prawda?
      Wzruszyła lekko ramieniem i odetchnęła cicho. Oparła tył głowy o siedzenie, a swoje zielone oczy wbiła w profil mężczyzny; w ten sposób mogła nieco bezkarnie pooglądać prawnika z tej perspektywy.
      — Nie potrzebuję twojej przyjaźni jak leku, Tanner — dodała. — Po prostu… pomyślałam, że może warto spróbować, skoro przeżyłeś spotkanie ze mną… Ale pytałeś, po co mi akurat twoja przyjaźń, więc odpowiadam: nie wiem jeszcze po co, może po nic konkretnego, a może po prostu dlatego, że pomyślałam, że… jednak warto powalczyć z twoją alergią na uśmiechanie, a jeśli ta alergia okaże się zabójcza, to nie musisz się obawiać o nekrolog. Napiszę coś ładnego.

      Rei Bothwell 🧝‍♂️👀

      Usuń
  23. Powiedziała swój pseudonim ot tak, raczej nie rozmyślając o tym, czy powinna to robić. Wątpiła jednak w to, aby Tanner cokolwiek zrobił z tą informacją, oprócz sprawdzenia sobie, co tak naprawdę pisała. I chyba lepiej, jeśli dowie się o tym, kiedy ona nie będzie zbyt blisko. Nie wstydziła się, oczywiście, literatury, którą tworzyła, jednak opinie o tym, że pisze seksy z elfami, nie były takie wyssane z palca, choć owa intymność, uczucia i dramy były częścią jakiejś większej fabuły.
    — Wiesz, że mówiąc, że wolałbyś, żebym nie traktowała tego jako zachęty, tak naprawdę mnie zachęcasz? — Uśmiechnęła się pod nosem. — Ale możesz spać spokojnie, nie byłabym zbyt dobrą przestępczynią, no chyba że mówimy o przestępstwach przeciwko dobremu jedzeniu. Totalnie nie umiem gotować.
    Oparła głowę wygodniej o siedzenie i zaczęła wyliczać na palcach.
    — Raz spaliłam makaron, choć tata mówił, że raczej nie da się tego zrobić. Zrobiłam jajecznicę o konsystencji materiału budowlanego. O, i kiedyś próbowałam upiec muffiny i wyszły z tego małe, jadalne cegły…
    Nie była urodzoną kucharką i raczej rzadko gotowała coś wymyślnego, najczęściej albo coś zamawiała, albo robiła najprostsze danie, jakie istniało, byleby coś zjeść. Nie była też zbyt wybredna, więc jeśli coś się za bardzo spiekło, i tak to jadła.
    Dla niej Tanner nie był opcją. Może pojawił się w dobrym miejscu i o dobrym czasie, a może jednak to wszystko było decyzją przekornego losu. Rei nie miała pojęcia, ale nie sądziła, aby te różnice między nimi były aż tak wielkie. Poza tym przeciwieństwa się przyciągały, przynajmniej w teorii.
    Gdyby miała określić, jak postrzega Tannera Morgana, z całą pewnością oznajmiłaby, że był dla niej jak zamknięta książka w twardej oprawie, z eleganckim grzbietem, bez opisu z tyłu i z bardzo wyraźną sugestią, że nie należy jej otwierać bez pozwolenia. Rei, niestety, całe życie miała z tym problem, co zapewne już udowodniła. Omiotła spojrzeniem jego profil, przesunęła wzrokiem po linii szczęki, a potem po ramionach, aż do palców trzymających kierownicę. Jeśli miałaby wskazać pierwszą lepszą różnicę, którą zauważała tak dotkliwie, to był nią wygląd, ale nie w tym oczywistym sensie. Wątpiła w to, aby Tanner Morgan miał kompleksy, i zresztą słusznie, wyglądał jak facet, który nie musiał się starać, żeby zachwycać, a ona? Ona bywała małolatą z pełną pieluchą, która próbowała nie umrzeć.
    — Odmawiasz mi ładnego nekrologu? — zapytała ze śmiechem. — Poza tym nie sądzę, żebym zrobiła sobie krzywdę, walcząc z twoją rodzinną alergią na uśmiechanie. Mam doświadczenie w nierównych walkach.
    Nie znała jego rodziny ani tej całej genealogii garniturów, dystansu i odziedziczonej niechęci do nadmiernej ekspresji. Ale wyobraziła sobie przez chwilę małego Tannera w minimarynarce, z poważną miną dziecka, które już wtedy wyglądało, jakby miało stanąć w sądzie. To było absurdalnie... urocze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A nekrologiem się nie martw, sama sobie napiszę, żeby mieć pewność, że jest tam wszystko, co chciałabym, żeby było — dodała. — Ale jeszcze nie teraz. Mam za dużo rzeczy do zrobienia.
      Oczywiście, że jako pacjentka onkologiczna kilka razy pisała już listy do najbliższych i pewnie umiałaby wyprodukować nekrolog w paręnaście minut, bo miała dość czasu, aby przygotować się do tego, co najgorsze, choć śmierć nie wydawała jej się aż taka straszna. Najbardziej raniące było jednak to, że umierając, zraniłaby tatę, który pewnie nie zdołałby się pozbierać, i Maeve. Dlatego chciała żyć jak najdłużej.
      — Myślałam, że po wczorajszym mój status klientki został zawieszony do odwołania — powiedziała, gdy wspomniał o prezencie.
      Maeve miała urodziny za cztery dni, a Rei naprawdę chciała, żeby ten prezent nie był przypadkowy czy kupiony w panice, ale nie spodziewała się, że Tanner zacznie ten temat. Sądziła, że odwiezie ją do domu i grzecznie się pożegna, a potem już nigdy, ale to nigdy się nie zobaczą, ostatecznie Nowy Jork był dość dużym miastem.
      — Nadal chcę jej coś kupić — przyznała i kiwnęła lekko głową. — Przyjdę w sobotę… i dziękuję, Tanner, naprawdę.
      Uśmiechnęła się do niego lekko, a potem odwróciła głowę, widząc już swój budynek. Gdy auto się zatrzymało, Rei wysiadła ostrożnie, najpierw wystawiając laskę, potem przenosząc ciężar ciała tak, żeby nie zrobić z tego kolejnego publicznego starcia z grawitacją. Zarzuciła torbę na ramię i pochyliła się jeszcze lekko przy otwartych drzwiach.
      — I za podwózkę też dziękuję — dodała. — Do soboty. Jedź ostrożnie i uważaj na wszelkie drzwi po drodze, bywają zdradzieckie.
      Pokiwała mu jeszcze krótko i odsunęła się, drepcząc w swoją stronę. Mieszkała w jednym z apartamentów, miała windę, a mieszkanie kupiła, gdy się dorobiła, pisząc kolejne historie o elfach. Może i dopiero wyrosła z pieluch, ale przynajmniej miała ładny widok na miasto z okna.

      Usuń
    2. Sobota przyszła szybciej, niż Rei była gotowa przyznać. Przez ten czas prawie nie wychodziła z domu, stukając w klawiaturę. Pisała dużo, choć formalnie rzecz biorąc, można było uznać to za pracę, ale Rei wiedziała, że czasem pisanie było po prostu ucieczką przed własnymi myślami, a ona naprawdę nie chciała rozmyślać o tym, co się ostatnio wydarzyło, a już z całą pewnością nie o tym, że za miesiąc ma kontrolę i że być może to oznaka czegoś poważniejszego, może jej organizm znów uznał, że warto coś odwalić, bo już dawno Reilynn nie rzygała przed siebie z płaczem. W międzyczasie z jej twarzy zeszła opuchlizna, siniaki pod oczami pobladły, a nos przestał wyglądać karykaturalnie. Nadal bolał przy gwałtowniejszej mimice, ale dało się trzymać.
      Zanim wyszła z domu, długo stała przed szafą, po czym wybrała zwykłe jeansy i top, nic wyszukanego, ale przynajmniej było jej wygodnie. Jeansy były miękkie, trochę znoszone, dopasowane tak, żeby nie przeszkadzały przy protezie, czarny top był prosty i ładnie odsłaniał ramiona i obojczyki. Przez chwilę rozważała płaszcz, potem sweter, a ostatecznie marynarkę, w której wyglądałaby dojrzalej, ale koniec końców schwyciła za ciemną, luźną koszulę. Nie wyglądała jak klientka premium ani jak ktoś, kto miał wejść między gabloty pełne drogich kamieni i rozmawiać z Tannerem Morganem o prezencie dla Maeve. Wyglądała jak… ona. I to musiało wystarczyć.
      Po drodze kupiła jedzenie, bo Tanner wspomniał, że miał być w salonie po godzinach, a Rei posiadała wprawdzie wiele talentów, ale gotowanie, cóż, lepiej tego nie komentować. Umiała wymyślać królestwa, łamać serca czytelnikom i przypadkiem wchodzić w cudze życie z pączkiem, ale kuchnia wydawała się zyskać miano jej osobistej nemezis. Dlatego papierowa torba z kupionym jedzeniem okazała się najlepszą opcją, żeby nie pojawić się w salonie z pustą ręką, a przy okazji zjeść coś konkretnego. Nie kupiła jednak niczego przypadkowego. Żadnych suchych kanapek w plastiku, żadnej smutnej sałatki, która wyglądałaby tak, jakby chciała ze sobą skończyć. Wzięła dwa ciepłe panini z dobrą mozzarellą, suszonymi pomidorami i pesto, pudełko makaronu z kurczakiem i cytrynowym sosem oraz porządną kawę z kawiarni. Dla siebie wybrała latte, dla Tannera czarną kawę, bo uznała, że mężczyzna wyglądający, jakby urodził się w garniturze, prawdopodobnie nie ufał piance, syropom ani rzeczom, które miały posypkę. Chociaż przez chwilę rozważała kupienie mu czegoś z karmelem tylko po to, żeby sprawdzić, czy to przeżyje.
      Wchodząc do salonu, ostrożnie przeszła przez próg. Po godzinach było tutaj inaczej. Ciszej i bez tego napięcia, które wtedy natychmiast przykleiło się do jej skóry. Światła odbijały się w szkle gablot, kamienie połyskiwały chłodno i elegancko, a całe pomieszczenie sprawiało wrażenie sceny wyciągniętej z jakiegoś filmu. Kiedy zobaczyła Tannera, uniosła papierową torbę z jedzeniem i tackę z kawą.
      — Przyniosłam posiłek dla człowieka pracującego po godzinach — oznajmiła, uśmiechając się. Podeszła bliżej, stukając laską o podłogę, i ostrożnie postawiła kawę na najbezpieczniej wyglądającej powierzchni, z dala od wszystkiego, co mogło kosztować tyle, co mały dom. — Czarna kawa jest twoja. Uznałam, że latte mogłoby naruszyć twój wizerunek.

      Rei Bothwell ☕💎

      Usuń
  24. Reilynn nie sądziła, aby jej nieumiejętność gotowania była jakąś wielką wadą. Nie była urodzoną kucharką, a do tej pory nie musiała nikim się opiekować, żeby faktycznie musieć umieć zrobić coś, co będzie zjadliwe, choć radziła sobie całkiem nieźle z kanapką i naleśnikami. I raczej nie doszukiwałaby się w tym tego, czy jest odpowiedzialna, czy też nie, bo akurat odpowiedzialna była, bo nie zdążyła spalić domu ani nikogo otruć. Punkt widzenia zależał od miejsca siedzenia, więc Rei nie wydawało się to jakąś zbrodnią. Pewnie gdyby miała rodzinę, zaczęłaby się bardziej przykładać albo poznałaby kilka przepisów, które nie skończyłyby się katastrofą. Nie miała jednak kogoś, kto wracałby wieczorem i pytał, co jest na kolację lub w ogóle kogoś, kto miałby konkretne miejsce w jej życiu, więc nie wykształtowała w sobie akurat tego rodzaju bycia odpowiedzialną. Może kiedyś.
    Rei przechyliła lekko głowę, słysząc jego oficjalny ton. Pani Bothwell. Oczywiście, że wrócił do nazywania ją w ten sposób. Przejażdżka się skończyła, traktat pokojowy wygasł, a Tanner Morgan właśnie wrócił za swoją granicę, zamknął bramę i podniósł most zwodzony. Przez moment miała ochotę przewrócić oczami albo westchnąć, ale ostatecznie skapitulowała. Przyszła tutaj po prezent, a nie po dyskusję z Panem Prawnikiem, który w ładnych słowach kazałby jej się ogarnąć i zaznaczyłby, że tak naprawdę to wcale nie chciał się przyjaźnić, więc lepiej by było, gdyby kupiła to, co miała i już nigdy się nie pokazała. Przynajmniej tak to sobie wyobrażała.
    — Panie Morgan — odpowiedziała równie uprzejmie z przesadnie poprawną dykcją. — Widzę, że wróciliśmy do ustawień fabrycznych.
    Chciała być miła, ale bycie miłą wydawało się przy Morganie cholernie trudne. Nie jadał pączków z pistacją, co już wiedziała, i najwyraźniej nie tykał niczego oprócz swoich pięciu posiłków dziennie, a ona przyszła z papierową torbą, makaronem, panini i naiwnym przekonaniem, że spontaniczne jedzenie to dobry pomysł, żeby jakoś napełnić żołądek człowieka, który poświęcał jej swój czas po godzinach. Świetnie.
    — No tak, bo wiedziałam doskonale, że je pan pięć posiłków dziennie i specjalnie przyszłam tutaj z jedzeniem, żeby kusić pana panini z mozzarellą — mruknęła, ostatecznie przewracając oczami.
    Nie przyszło jej do głowy, żeby tutaj przyjść i zapytać, czy to w ogóle ma sens, bo nie chciała zabierać Tannerowi Morganowi więcej czasu. Poza tym sądziła, że żaden człowiek raczej nie odmawiał jedzenia. Teraz już wiedziała, że mogło się tak zdarzyć. Nie była jednak zawiedziona, rozumiała to, że miał dietę i jadał o określonych porach, jedzenie weźmie po prostu do domu i tam zje.
    — Nie ma pan za co dziękować — wytknęła, bo ostatecznie nie miał zamiaru niczego zjeść. Uśmiechnęła się jednak pod nosem, gdy sięgnął po kubek z czarną kawą. Przynajmniej kawy sobie nie odmawiał, choć przez chwilę myślała, że kofeiny też nie przyjmie, bo może już wypił filiżankę espresso albo czegokolwiek innego i zaraz przekroczy limit.
    — Konkretnej wizji nie mam, wiem tylko, że to powinien być naszyjnik albo bransoletka — odpowiedziała rzeczowo. — Może… po prostu się rozejrzę?
    Odłożyła swoją torbę, a potem zdjęła z siebie koszulę i przewiązała ubranie wokół talii. Odgarnęła włosy za uszy i pochyliła się lekko nad szkłem. Przesunęła wzrokiem po cienkich łańcuszkach, drobnych zawieszkach, szafirach, perłach i diamentach, próbując wyobrazić sobie Maeve noszącą któryś z naszyjników. Wodziła spojrzeniem po tym, co pokazywał jej Morgan, kiwając głową albo prosząc o coś innego. Nie była wielką znawczynią biżuterii, kierowała się tym, co do niej przemawiało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już miała się wyprostować i uznać, że może powinna jednak kupić dla Maeve świeczkę, gdy zobaczyła ten jeden błysk. Klejnot w naszyjniku odpoczywał w aksamicie jak sekret zamknięty w szlifie: głęboki, chłodny i niejednoznaczny. W jednym kącie światła miał w sobie coś zielonkawego, niemal leśnego, jak cień pod mokrymi liśćmi, w następnym przełamywał się nagle w śliwkowy fiolet, purpurę i ciemny, malinowy poblask, jakby nie potrafił zdecydować, do którego świata właściwie należy.
      — Piękny… — wyrwało jej się cicho.
      Nachyliła się odrobinę bliżej, zapominając o tym, że powinna zachowywać dystans wobec rzeczy, które prawdopodobnie kosztowały tyle, ile mały dom, ale bardzo starała się pilnować samej siebie. Kamień zmienił się znowu, gdy poruszyła głową. Przez sekundę był zielony, potem ciemnofioletowy, potem prawie czerwony w samym sercu odbicia. Nie błyszczał tak po prostu, a odpowiadał światłu.
      — Jak pan właściwie postrzega biżuterię? — spytała, nie odrywając spojrzenia od naszyjnika. — To znaczy… Dla wielu osób biżuteria to po prostu ozdoba, coś ładnego i drogiego, a pan nie wydaje się raczej człowiekiem, który sprzedaje błyskotki tylko dlatego, że ładnie odbijają światło.
      Zerknęła krótko w stronę prawnika, a potem ruchem głowy wskazała na naszyjnik, bardzo starając się nie przycisnąć rąk do gabloty jak dziecko skuszone widokiem czegoś błyszczącego.
      — Pytam całkiem serio. Jak pan to postrzega? Tylko technicznie, czy raczej jako… historię? W końcu biżuterię kupuje się z jakimś celem: urodziny, przeprosiny, obietnica, powrót, czasem miłość, a czasem strata. Czy to znaczy, że stał się pan handlarzem cudzych intencji?
      Słysząc jak to zabrzmiało, dodała zaraz, aby nie miał ją za jeszcze większą wariatkę:
      — Chodzi mi o to, że musi pan widzieć bardzo dużo rzeczy, których ludzie nie mówią wprost.

      Rei Bothwell 📿✨

      Usuń
  25. Obserwowała, jak ostrożnie zdjął naszyjnik z ekspozytora, i wydawało się, że nie czuł się tym zestresowany. Rei pomyślała, że to dlatego, że przez ręce Tannera przechodziło tyle drogocennych rzeczy, że ten nauczył się je odpowiednio chwytać, obracać i pokazywać. Nie odrywała spojrzenia od naszyjnika, który spoczął w męskich dłoniach – kamień znów wydał się inny, a Reilynn uśmiechnęła się lekko, widząc to. W jego dłoniach aleksandryt przestał wyglądać jak przedmiot zamknięty w gablocie, a zaczął przypominać coś… oswojonego. Jak małe, kapryśne zjawisko, które ktoś nazywał i wiedział, pod jakim kątem należy je ustawić, żeby zechciało pokazać kolejną twarz. Rei zauważyła sposób, w który łańcuszek przesuwał się po palcach Tannera, wyglądał niemalże tak płynnie jak wodospad, łapał się o knykcie, po czym spływał dalej. Aleksandryt znów złapał światło i rozlał się fioletowym cieniem między jego palcami. Przez sekundę miała dziwne wrażenie, że obserwuje jakąś magiczną sztuczkę, a wtedy Tanner minimalnie poruszył dłonią. Rei poczuła znajome ukłucie zachwytu, to nagłe, ciche napięcie w klatce piersiowej, kiedy coś układało się dokładnie tak, jak powinno – ostatnio czuła się w ten sposób, gdy miała zaledwie kilka lat i odkryła szkockie elfy. Nie te ładne, cukrowe i cnotliwe. Szkockie elfy były inne; starsze, bardziej niepokojące. Potrafiły być piękne w dziwny sposób, znikały w mgłach, mieszkały pod wzgórzami, zostawiały po sobie muzykę, która mogła doprowadzić śmiertelnika do szaleństwa, i światła kierujące do niebezpiecznych jaskiń. Kamień wydawał się równie przewrotny jak szkockie elfy i Reilynn była pewna, że któraś z tych istot zachwyciłaby się aleksandrytem równie mocno jak ona.
    — To niesamowite — przyznała. — Pierwszy raz widzę tyle kolorów w jednym, małym kamyku. — Potrząsnęła lekko głową, nieco niepewnie wyciągając dłoń do naszyjnika. Jej palce były długie i chude, paznokcie zadbane, ale krótko przycięte, a kiedy dotknęła biżuterii, spięła się lekko, obawiając się, że coś zepsuje, ale nic takiego się nie wydarzyło.
    Rei przez chwilę milczała. To było rzadkie, bardzo rzadkie, tak rzadkie, że gdyby Maeve była teraz obok, pewnie natychmiast sprawdziłaby jej puls, a potem zapisała datę w kalendarzu jako historyczny moment, w którym Reilynn Bothwell usłyszała coś, co naprawdę zamknęło jej usta. Tanner Morgan nie odpowiedział jak sprzedawca; nie mówił o cenie, certyfikacie czy o procesie powstawania naszyjnika. Nie opowiedział jej gotowej, eleganckiej historii, którą można było bez obaw powtórzyć. Powiedział coś prawdziwego.
    Rei spuściła wzrok do naszyjnika, który znalazł się w jej dłoniach. Złoto było nieco chłodne, ale po chwili zaczęło łapać jej ciepło. Aleksandryt znów przesunął się z fioletu w zieleń, jakby nie zamierzał nikomu obiecywać jednej wersji siebie. I nagle poczuła się dziwnie świadoma własnych palców, nadgarstka, żył pod skórą, tego, jak trzymała ręce, zdecydowanie trochę niepewnie, trochę zbyt ostrożnie, jakby bała się, że zepsuje coś pięknego tym, że po prostu znajduje się obok.
    — Rozumiem. Z książkami jest podobnie. Można napisać perfekcyjne zdanie, eleganckie i poprawne, takie, za które redaktor nie ma się do czego przyczepić… a ono i tak może być martwe, bo mogłoby zostać wypowiedziane przez kogokolwiek. Dlatego staram się pisać tak, aby słowa pasowały do danego bohatera… to jak z biżuterią, którą będzie nosić konkretna osoba. — Uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się do Tannera, głaszcząc delikatnie naszyjnik palcami.
    Nagle pomyślała, że to porównanie przyszło jej zbyt łatwo, ale to może dlatego, że pierwszy raz od dawna ktoś mówił o swojej pracy w sposób, który rozumiała nie tylko głową, ale też sercem. Tanner nie opowiadał o biżuterii jak o produkcie, tylko jak o czymś, co musiało odnaleźć właściwego człowieka, i chyba to w jakiś sposób ją poruszyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chcę, żeby naszyjnik podkreślił to, jaką osobą jest Maeve. Czasem nazywam ją kolorowym ptakiem. Może… pokażę zdjęcie? — Ostrożnie oddała Morganowi biżuterię, a potem schwyciła za telefon komórkowy. Odblokowała ekran, weszła w zdjęcia i przewinęła kilka, aby wybrać to najlepsze; niestety znalazła tylko wspólną fotkę ze szpitala. Tam Maeve siedziała na brzegu szpitalnego łóżka Rei, w kolorowej koszuli, z trochę potarganymi rudymi włosami i szerokim uśmiechem; zrobiła sobie wtedy jasny, artystyczny makijaż. Jedną ręką trzymała plastikowy kubek z kawą, drugą obejmowała Rei tak mocno, jakby próbowała ją przy sobie zatrzymać. Reilynn natomiast wyglądała blado, była zmęczona i czuła się brzydka, z kocem naciągniętym pod brodę. Zawahała się. Przez sekundę miała ochotę przewinąć dalej, znaleźć coś ładniejszego, bardziej neutralnego, mniej obnażającego. Cokolwiek, co nie miało w tle szpitalnej ściany i kroplówki, ale to zdjęcie było prawdziwe, a Maeve wyglądała na nim najbardziej jak Maeve. Jak kolorowy ptak.
      — To nie jest najlepsze zdjęcie pod względem… właściwie pod każdym względem — powiedziała Rei, podsuwając telefon Tannerowi. — Ale chyba najlepiej pokazuje to, jaka jest Maeve.

      Rei Bothwell 🦜📸

      Usuń
  26. Rei, pokazując to zdjęcie, nie podejrzewała, że Tanner w ogóle cokolwiek skomentuje, choć pewnie zauważył i szpital, i to, że nie wyglądała wtedy najlepiej. Tak naprawdę Reilynn w ogóle wątpiła w to, że kiedykolwiek prezentowała się dobrze. Była zbyt chuda, zbyt koścista, zbyt niska i zazwyczaj ubierała się wygodnie, a nie szykownie. Brakowało jej elegancji, choć to nie oznaczało, że nie miała takich ubrań w swojej szafie, tylko że nauczyła się wybierać to, czego nie żałowałaby pobrudzić, bo zdarzało jej się kaszleć krwią czy mdleć gdzieś wśród tłumu. Zresztą nie czuła potrzeby, żeby się jakoś wybitnie stroić, oprócz tych kilku mniej lub bardziej udanych randek, których tak naprawdę wcale nie chciała pamiętać. Najgorsza była chyba ta, podczas której facet opowiadał o swojej byłej, a potem kazał jej zapłacić za całą kolację, co, oczywiście, nie byłoby problemem, tylko że później nawet jej nie podziękował. Rei przestała więc umawiać się z facetami z Tindera i tak mijały kolejne lata. Maeve śmiała się z niej, że może jej przeznaczeniem jest zakon, a Reilynn zawsze odpowiadała, że nie może zostać zakonnicą, bo za bardzo uwielbia męskie klaty i zarost. I to był istny paradoks, bo ewidentnie lubiła ładnych, zadbanych facetów, ale nienawidziła, gdy ten ładny i zadbany mężczyzna otwierał buzię i wylewało się z niej to, co najgorsze.
    Rei patrzyła za nim, kiedy przechodził do kolejnej gabloty, i przez kilka sekund naprawdę bardzo starała się nie wyglądać tak, jakby jej zaimponował, niestety, bez większego powodzenia, bo tak naprawdę od samego początku, no, oprócz małej dyskusji o jedzeniu i pięciu posiłkach, czuła się tutaj jak klientka premium. Tanner Morgan otworzył przed nią świat biżuterii i prowadził za rączkę, pokazując swoje świecidełka, a Reilynn dała się to wszystko wciągnąć bez zająknięcia.
    — Szlif gruszkowy, a nie brylantowy… — powtórzyła, niczego nie rozumiejąc, bo nie miała pojęcia, czym to się niby od siebie różniło, ale gdy pochyliła się nad gablotą, kiwnęła lekko głową. — Oooo… teraz widzę.
    Aleksandryt w szlifie gruszkowym był inny, bardziej miękki i płynny, a jednocześnie wyraźniejszy. Kształt łezki sprawiał, że kamień wyglądał mniej jak ozdoba, a bardziej jak coś, co miało z czegoś spłynąć, i zostało uwiecznione właśnie w tym konkretnym momencie.
    — Tak, złoto będzie lepsze — stwierdziła, przytakując temu, co mówił Morgan. Może nie umiałaby wyjaśnić, dlaczego to powinno być złoto, ale widziała to od razu. Srebro było piękne, lecz zbyt chłodne dla Maeve, niedopasowane do kolorowego ptaka, którym była. — Byłoby świetnie, gdyby się to panu udało. Myślę, że Maeve będzie zachwycona… to naprawdę piękny kamień i projekt — dodała, sądząc, że to zabierze jego czas, chyba że był jakiś sposób, aby szybko wrzucić kamień do pasującego kruszcu. Tak czy inaczej, była gotowa zapłacić dodatkowo, gdyby o tym wspomniał.
    Reilynn nie miała pojęcia o tym, że aleksandryty były jednymi z najdroższych kamieni, jakie znajdowały się w tym salonie, bo przychodząc tutaj, nie pomyślała o tym, żeby to sprawdzić. Zresztą to nie miało znaczenia, bo akurat mogła sobie pozwolić, aby kupić coś droższego niż zazwyczaj. Rei podchodziła do pieniędzy dość prostolinijnie. Zarabiała i wydawała, a że zarabiała więcej niż wydawała, to czasem kupowała coś najbliższym, przekazywała szereg czeków fundacjom albo robiła z pieniędzmi inne pożyteczne rzeczy. Ostatecznie chodziło o to, żeby cieszyć się życiem i tym, że znalazła się w takiej pozycji, aby czasem kupić sobie totalną głupotę. Albo błyskotkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rei jeszcze przez chwilę oglądała aleksandryt, wyobrażając sobie go już nie w srebrze, ale w ciepłym złocie, na szyi Maeve, a potem rozejrzała się bez pośpiechu po salonie. Dopiero teraz, kiedy wybrała prezent i wiedziała, że to jest to, pozwoliła sobie przyjrzeć się gablotom zupełnie inaczej.
      Były tam pierścionki, które wyglądały, jakby powinny należeć do kobiet łamiących serca, bransoletki cienkie jak linie światła i naszyjniki tak delikatne, że pod odpowiednim kątem znikały. Były też kamienie; chłodne, czyste, niemal lodowe, i takie, które wydawały się mieć w sobie zamknięty ogień.
      — A dla mnie? — zapytała nagle. Uśmiechnęła się lekko, ale nie uciekła spojrzeniem od twarzy Tannera. — Skoro patrzy pan na ekspresję, gesty i to, czy ktoś mówi rękami… to co by pan polecił komuś takiemu jak ja?
      Poruszyła palcami przy lasce, jakby nagle stała się świadoma własnych rąk. Tego, że często mówiła nimi więcej, niż powinna. Że łapała się przedmiotów, gdy robiło się zbyt cicho. Że jej ciało bywało jednocześnie czymś, co chciała ukryć, i czymś, czego nie mogła przestać używać do opowiadania o sobie, bo nie mogła zapomnieć o lasce, bliznach czy protezie, która była częścią jej osoby. Co więc wydobyłoby z niej prawdziwą Reilynn Bothwell? Czy w ogóle istniało coś takiego>

      Rei Bothwell 🤲👀

      Usuń
  27. Kiwnęła głową, gdy powiedział, że odezwie się, kiedy naszyjnik będzie gotowy. To oznaczało, że miał jej numer i że karteczka, którą wcisnęła mu w kawiarence, nie została wyrzucona do kosza. Uśmiechnęła się nawet lekko, bo nie sądziła, że faktycznie zostawił sobie kontakt do niej. Pewnie nie myślał nawet, że przyda mu się ten ciąg cyfr, co w ogóle było dość absurdalne, bo w całej tej relacji, która zaczęła się trochę bez zgody Tannera Morgana, wszystko wydawało się zupełnie nieprzewidywalne, a Reilynn po prostu płynęła z prądem.
    Przez pierwsze dwie sekundy Rei była całkiem zadowolona z własnego pytania, bo naprawdę chciała wiedzieć, co wybrałby dla niej Morgan i czy w ogóle coś takiego istniało, a potem Tanner rozchylił lekko usta, zamknął je i zbliżył się o krok, a wtedy Reilynn zrozumiała, że wpadła we własną pułapkę. I choć nie przewidziała, że to się stanie, nie zmieniłaby niczego, gdyby dano jej taką szansę. Wystawiła się, aby Tanner Morgan ją ocenił, przyjrzał się jej okiem eksperta od kamieni, skóry, obojczyków i ludzkiej ekspresji. Nie wiedziała jednak, że w tym wszystkim jego spojrzenie będzie tak bezpośrednie i całkowicie pozbawione skrępowania, jakby naprawdę miał prawo ją oglądać, jakby jej twarz, szyja, skóra i dłonie były częścią jakiejś tajemnicy, którą chciał poznać.
    Tanner nie patrzył jednak zbyt długo, a dokładnie tyle, ile trzeba. I właśnie tyle potrzebowała, aby jej ciało zupełnie ją zdradziło. Jej serce zabiło szybciej, oddech stał się odrobinę płytszy, a palce mocniej złapały laskę. Nie ruszaj się, pomyślała, zachowuj się normalnie. Kiedy jego spojrzenie zatrzymało się przy jej twarzy, Rei musiała powstrzymać odruch zasłonięcia nosa, aby jednak nie dostrzegł tej nikłej opuchlizny czy ledwo widocznych siniaków; gdy tak się jej przyglądał, wzrastał w niej znajomy lęk przed tym, że jeśli ktoś będzie patrzył w jej stronę zbyt uważnie, w końcu dojdzie do tego, że zacznie widzieć nie ją, tylko mapę wszystkich uszkodzeń i braków.
    A potem uniósł dłoń. I ten gest, ten właściwie spokojny i pewny gest, sprawił, że wstrzymała powietrze, a jej twarz przybrała czerwony odcień. Miała wrażenie, że przez ułamek sekundy jej świat skurczył się do miejsca, w którym jego palce musnęły jej włosy, a wyjątkowo irytujące ciepło rozeszło się gdzieś pod jej żebrami tak szybko, że przez moment nie wiedziała, co się dzieje. Rozchyliła nieco usta, aby coś powiedzieć, jakoś zareagować, ale nie była w stanie się odezwać, a kiedy Tanner spojrzał jej w oczy, przez chwilę zastanawiała się, czy dostrzegał w niej więcej niż jeden kolor; tak jak aleksandryt obracany pod światło, który pod odpowiednim kątem wyglądał inaczej. Ale to była też okazja, żeby przyjrzeć się jego oczom i Reilynn robiła to w tym momencie tak bezwstydnie jak on, choć Tanner nie wyglądał w tym momencie jak speszony burak. Wypuściła z płuc powietrze dopiero wtedy, gdy Morgan się wycofał, sięgając kasetkę jubilerską. To był moment, w którym poprawiła włosy, które zostały dotknięte przez jego palce; Rei uśmiechnęła się przy tym lekko, odtwarzając w głowie ten konkretny gest, a potem Tanner wrócił i znów odebrał jej głos.
    Miała zamiar odpowiedzieć i już przygotowywała sobie w głowie jakiś ironiczny komentarz o tym całym pięknie, bo wcale nie czuła się wyrazista, jak mówił Morgan, tak właściwie zawsze wydawało jej się, że była dość szara i że łatwo dało się ją przeoczyć, ale w słowach Tannera nie było słychać niczego fałszywego, więc jak miała się z tym kłócić, skoro podejrzewała, że nie mówił tego ot tak, a naprawdę tak uważał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A kiedy mężczyzna stanął za nią, Rei odpuściła sobie gadanie. Nie była przygotowana na to, że znajdzie się tak blisko ani że jego dłonie pojawiają się po obu stronach jej szyi. Zaraz potem poczuła chłód łańcuszka. Jego palce musnęły jej kark, krótko, lekko, prawie przypadkiem, i Reilynn mimowolnie się spięła, walcząc z idiotycznym odruchem wstrzymania oddechu. Kiedy dłonie Tannera się odsunęły, Rei dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że przez kilka sekund stała zbyt nieruchomo, jakby bała się ruszyć. Opuściła wzrok do szmaragdu; kamień był skromniejszy, niż się spodziewała, ale nie próbował jej przykryć i nie wymuszał sztucznego zachwytu. Był... piękny.
      — Ostatecznie chyba wszystko ma swoją niepowtarzalną historię, prawda? — odezwała się, nawiązując do tego, co powiedział o śladach powstawania kamienia. — Ale… jak ocenić to, czy ktoś ma czystą duszę?
      Reilynn podniosła wzrok do lustra i przez moment nie wiedziała, co zrobić z własnym odbiciem. Nie wyglądała jak ktoś szary czy łatwy do przeoczenia. Szmaragd nie zmienił jej w inną osobę, nie przykrył śladów zmęczenia ani tego wszystkiego, co nosiła pod skórą, ale wydobył z niej coś, czego sama rzadko szukała w lustrze. Przerzuciła wzrok, aby wbić oczy w lustrzane odbicie Tannera Morgana, który stał za nią, ale to wcale nie sprawiało, że był mniej widoczny; doskonale dostrzegała jego twarz i uśmiech, który ją rozjaśnił. Widząc to, Reilynn również się uśmiechnęła.
      — Myślę, że tylko ktoś taki jak ty może widzieć we mnie coś ze szmaragdu. To… miłe… dziękuję — odpowiedziała, pozwalając sobie użyć mniej oficjalnego tonu, skoro i Tanner wypowiedział jej imię. Obserwowała mężczyznę w lustrze, nie odwracając się jeszcze przodem. Łatwiej było mówić do odbicia, bo miało w sobie dystans, cienką warstwę szkła i światła, co pozwalało jej być nieco odważniejszą w starciu z całą gamą dziwacznych emocji, które postanowiły zagnieździć się pod jej skórą.
      Rei dotknęła opuszkami palców szmaragdu. Był chłodny, gładki i pewny swojego miejsca, jakby dokładnie tak powinien się znajdować. Odwróciła się wolno w stronę Tannera, ale nie cofnęła się.
      — Wezmę też ten naszyjnik — oznajmiła, chcąc zabrać szmaragd do domu. Może nie będzie mieć wielu okazji, aby założyć łańcuszek i pochwalić się nową biżuterią, ale w tym momencie wcale nie chodziło o materialność tego przedmiotu, a o to, jak się teraz czuła i jak właściwie dość mały kamień potrafił jej pokazać, że też może być jakaś.

      Rei Bothwell 🪞💚

      Usuń
  28. Inni zobaczyliby w niej tę dziewczynę, która sączyłaby czarną kawę i paliłaby do tego cienkiego papierosa; rozmawiałaby otwarcie o seksie i bez żadnych zahamowań zarzuciłaby mięsem. Nie była fanką matchy, pilatesu czy też żadnych kursów o kobiecości. Miała swoje zasady. Miała swoje miejsce na tej ziemi. Nikt ani nic nie zmieni nastawienia Vanessy Kerr do tego świata, a co za tym szło, mogli o niej plotkować, budować sobie różne wyobrażenia, ale jeśli ktoś kocha uprawiać seks, a nie oglądać powtórkę serialu z wczoraj, to czy jest od razu złem chodzącym? Nie była dziwką. Jeśli Doreen Johnson tak o niej myśli, z chęcią wytłumaczy jej różnicę, bo daleko Vanessie było do prostytucji, gdyż lista kochanków należała do bardziej skromnych niż rozbudowanych, ponieważ nie wybierała się do łóżka z co drugim mężczyzną. To nie było jej dodatkowe źródło dochodu. Miała jedną pensję. Przelewaną na konto raz w miesiącu w okolicach dziesiątego dnia, lecz nie skamlała lub nie robiła afery, wychodząc czy to z hoteli, czy z ich prywatnych mieszkań, gdy nie dostała pieniędzy lub prezentu. Dlaczego? Ona sama czerpała z tego przyjemność. Z tego, że ten mężczyzna poświęcił jej wystarczająco dużo czasu, dbając o nią w łóżku, a nie wstydząc się jej przed kolegami, czy wybierając weekend gier przed komputerem, bo tacy byli chłopcy w wieku Nessy. ROZRYWKA. Nie uczucie. Chcieliby ją zdobyć w klubowej łazience i za chwilę zapomnieć, żeby pójść następnego dnia na siłownię, nagrać z tego rolkę na Tik Toka, czy zdobyć trudny level w grze o niezrozumiałej fabule.
    Tak też wybierała partnerów dojrzałych, starszych od niej o kilka albo kilkanaście lat. Nikomu nie robiła krzywdy i też nie wolno było posądzać jej o to, iż zrobiła z odwiedzających salon jubilerski klientów żywego Tindera. Bo jeśli ktoś myślał, że widząc, jak wchodzi ładnie ubrany, uśmiechający się i przystojny mężczyzna, a ona zamiast wymieniać zalety biżuterii, reklamuje siebie, to ci wszyscy żyliby w ogromnym błędzie. Najpierw praca, dopiero później zabawa, a to, że akurat miała kochanków, którzy odwiedzili salon jubilerski w dalszej czy też bliższej przeszłości, to czysty przypadek, gdyż zwykły komplement albo leciutki flirt przy wydawaniu paragonu, jeszcze nikomu specjalnie nie zaszkodził. Robiła to z głową. W sensie od jakiegoś czasu wcale, bo nie potrzebowała zbędnych wrażeń.
    Ignorując deszcz, pochwyciła folię, dziękując za nią Tannerowi Morganowi, który zapewne podczas jej prędkiego wyjścia na papierosa, poinformuje kogoś z ekipy, co się stało i żeby nikt się o nich nie martwił. Chroniąc się na zewnątrz, wypaliła prędko cienkiego szluga i wróciła do niego, aby nie moknąć oraz nie marznąć, gdyż z tej przyjemnej, dość wysokiej temperatury zostało tylko wspomnienie.
    — Dziecięce marzenia są piękne. Jedni marzą, żeby być syrenką, drudzy już nie, z kolei inne dziewczynki chcą tak, jak Amber być czarodziejką albo Atomówką. Później i tak wszyscy jesteśmy doradcami klienta, księgowymi, informatykami, mechanikami, prawnikami i pracownikami wielkich fabryk. Niekoniecznie tych, w których płynie bez przerwy czekolada. — wyjęła tajemną broń, łamiąc słodkość na kostki. — Moja ulubiona. Biała z pistacją i maliną. Proszę się częstować. — podeszła bliżej i wyciągnęła tabliczkę czekolady w stronę Tannera. — A pan? Pan jakie miał marzenia, gdy był pan w wieku córki? Coś takiego nieoczywistego chciałabym usłyszeć. Chyba nie chciał być pan od razu prawnikiem i jubilerskim erudytą?
    Dla Nessy był prawdziwym koneserem sztuki jubilerskiej. Jak dla niej to już jednym spojrzeniem potrafił odróżnić mistrzowskie dzieło od przeciętnej ozdoby, dlatego tak bardzo doceniała fakt, że to on może być dyrektorem sprzedaży w miejscu, w którym miała przyjemność pracować, ponieważ wybór tej ścieżki zawodowej nie był i raczej nie będzie dla niej żadną formą kary.

    Vanessa Kerr 💍🪎

    OdpowiedzUsuń
  29. Palce Reilynn drgnęły przy szmaragdzie. Pękają, oczywiście, że te kamienie pękają w przypadku nieczystej duszy, bo najwyraźniej miały swoje standardy moralne, a ona właśnie stała w salonie jubilerskim z naszyjnikiem na szyi i dowiadywała się, że jeśli jej dusza okaże się niewystarczająco czysta, biżuteria może złożyć reklamację i to dość dramatyczną. Reilynn nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy jej dusza jest dość czysta, wszystkie te duchowe sprawy miały dla niej małe znaczenie. Uwielbiała o tym słuchać, czytać czy dowiadywać się nowych rzeczy, ale nie wierzyła w nic. Tak chyba było łatwiej zaakceptować fakt, że choruje, niż przyjmować za pewnik, że dzieje się tak, bo ktoś to zaplanował, bo Bóg miał dla niej plan. Jeśli Jego planem było całe to cierpienie i poczucie bycia wybrakowaną, to z całą pewnością okrzyknęłaby Go sadystą. Nikt normalny nie bawiłby się w takie rzeczy.
    — Cudownie — mruknęła. — Czyli oprócz tego, że wygląda ładnie, pełni też funkcję sądu ostatecznego w wersji jubilerskiej.
    Rei szczerze wątpiła, aby kiedykolwiek dostała szmaragd w pierścionku zaręczynowym. Nie spotykała się z nikim, nigdy też nie dopuściła do siebie kogoś tak blisko, żeby w ogóle móc myśleć o takich rzeczach. Owszem, miała kiedyś kilku crushów, złamane serce i z całą pewnością nie chodziło o to, że nie chciała się zakochać, bo rozumiała całą tę koncepcję, tylko że trudno było myśleć o tym, co będzie, jeśli przyszłość wydawała się dość mglista. Poza tym brała pod uwagę to, że może umrzeć, więc planowanie wspólnego życia z kimś wydawało jej się okrutnie nieodpowiedzialne. I to przede wszystkim wobec kogoś, kto mógłby wejść w jej życie z całym swoim sercem, a potem zostać w nim z rzeczami, których nie dało się oddać, spakować ani wyrzucić po pogrzebie. Ze wspomnieniami, z kubkiem po jej stronie łóżka, z niedokończoną książką i wiadomościami, na które już nigdy by nie odpisała. Dlatego nie wyobrażała sobie pierścionków, zaręczyn czy obietnic składanych z naiwną wiarą, że przyszłość jest czymś, co można zaplanować w kalendarzu i zarezerwować salę z wyprzedzeniem. Nie dlatego, że gardziła miłością, wręcz przeciwnie, może właśnie dlatego, że traktowała ją zbyt poważnie. Miłość nie była dla niej ładnym rozdziałem dopisanym po wszystkich trudnościach, była czymś, co wymagało bycia, a Rei nie zawsze ufała samej sobie, że będzie mogła zostać.
    Spojrzała w lustrze na szmaragd leżący na jej skórze. Lojalność. Wierność. Czysta dusza. Piękne słowa, stare legendy, kamienie pękające pod ciężarem ludzkich win. Wszystko to powinno ją rozbawić, powinna rzucić kolejny żart, że szmaragd ma chyba zawyżone oczekiwania wobec kandydatów i że jej dusza jest co najwyżej w stanie roboczym, ale po prostu się zamyśliła, bo przez sekundę pomyślała, że może najbardziej bała się nie tego, że nikt nigdy nie da jej szmaragdu, tylko tego, że ktoś mógłby chcieć to zrobić, że ktoś mógłby spojrzeć na nią, na wszystkie jej pęknięcia, blizny, lęki, złośliwe żarty i niepewną przyszłość, a mimo to uznać, że warto i że chciałby zostać.
    Zanim zdążyła zrobić krok w bok albo jakoś rozsądnie pomóc, jego dłonie znów znalazły się ponad jej ramionami. Tym razem wiedziała, czego się spodziewać, a mimo to wcale nie było łatwiej. Stała nieruchomo, czując, jak rozpinane zapięcie porusza się przy jej karku. Cienki łańcuszek zsunął się z jej szyi, zostawiając po sobie chłodną, pustą linię. Szmaragd zniknął z jej dekoltu, a Rei, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła się przez sekundę tak, jakby odebrano jej coś, co jeszcze przed chwilą wcale do niej nie należało. Odsunęła się odrobinę, kiedy łańcuszek znalazł się w dłoniach Tannera, i obserwowała, jak przygotowuje lupę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Wezmę ten naszyjnik, nawet jeśli ma jakieś wady — oznajmiła, zanim w ogóle Morgan zacząć oględziny. Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie nadal trzymało się kamienia.
      Wiedziała, dlaczego to powiedziała; po jego słowach o inkluzjach i śladach powstawania myśl o idealnym, nieskazitelnym szmaragdzie wydała jej się nagle podejrzanie obca. Jakby taki kamień nie miał z nią nic wspólnego, jakby był przeznaczony dla kogoś, kto nigdy się nie łamał i nie miał wad, a Rei była dumną posiadaczką co najmniej kilku. Była uparta, zbyt gadatliwa, czasem nieznośnie ironiczna. Potrafiła ukrywać strach pod żartami tak długo, aż sama przestawała wiedzieć, kiedy przestała udawać. Uciekała w pisanie, udawała, że nie potrzebuje pomocy, a potem miała żal, gdy ktoś rzeczywiście jej nie dawał. Była chaotyczna, drażliwa, niecierpliwa i miewała skłonność do traktowania własnego ciała jak wroga, choć przecież to ciało robiło wszystko, co mogło, żeby jakoś funkcjonować.
      — Powiedział pan, że ślady nie zawsze są wadą — dodała ciszej. — Że czasem potwierdzają prawdziwość, więc… to bez znaczenia.

      Rei Bothwell 💎✨

      Usuń
  30. Rei uniosła brwi, słysząc wzmiankę o weryfikacji czystości duszy. To było całkiem zabawne i chyba nawet rzucone w żartobliwy sposób, co wydawało się nieco dziwne, ale w jakiś sposób satysfakcjonujące, bo Tanner Morgan przestał pokazywać jej tylko swoją kamienną twarz, nie wyrzucał też z siebie konkretnych słów tym swoim suchym tonem, który mógłby zamienić kogoś w kamień. Cóż, być może jednak trochę opuścił gardę, bo co niby mogłaby mu zrobić? Nie była ani silna, ani nie miała w sobie nic z cwaniaczka, żeby się jakoś targować albo urządzać dziwne akcje, jedyne, co mogłoby się zdarzyć, to kolejny wypadek z pączkiem albo drzwiami, choć Rei wolałaby, aby do tego nie doszło.
    — Hmmm… a macie tutaj jakiś formularz? „Reklamacja: szmaragd ujawnił wady charakteru klientki”? — Uśmiechnęła się pod nosem, ale zaraz potem wbiła wzrok w mężczyznę, który pochylał się nad kamieniem z lupą przy oku, skupiony i spokojny, jakby cały świat zwęził się do tego konkretnego momentu. Było w tym coś dziwnie kojącego; ta jego drobiazgowość, upór, żeby wszystko było zgodne z certyfikatem, zasadami i sztuką. Rei mogła się z tego śmiać, mogła przewracać oczami, mogła nazywać Tannera człowiekiem urodzonym w garniturze, ale prawda była taka, że podziwiała jego pasję i wiedzę.
    — To nawet miłe — odezwała się ciszej, obserwując jego dłonie. — Że nie opiera pan jakości sprzedaży na moim zachwycie, bo zachwyt, jak pan słusznie zauważył, bywa ulotny, a pęknięty szmaragd zostaje. — Przechyliła lekko głowę. — Chociaż przyznaję, że w całej tej sprzedaży jest coś bardzo… pańskiego. Kamień mógłby wyglądać idealnie dla każdego zwykłego człowieka, a pan i tak musi sprawdzić, czy przypadkiem nie ma mikroskopijnej skazy, której nikt poza panem, lupą i być może Bogiem jubilerstwa by nie zauważył.
    Jej uśmiech stał się trochę cieplejszy. Rozumiała jego podejście, więc uważnie obserwowała człowieka, który nie zostawiał niczego przypadkowi, jeśli mógł coś sprawdzić, ocenić i upewnić się, że oddaje komuś dokładnie to, co obiecuje. Rei znała zbyt wiele sytuacji, w których rzeczy obiecywały jedno, a dawały drugie. Ciało obiecywało posłuszeństwo, a potem nagle odmawiało współpracy. Lekarze obiecywali ostrożny optymizm, który czasem brzmiał bardziej jak zachęta do tego, aby się pożegnać. Ludzie obiecywali obecność, a potem znikali w wiadomościach, po kilku miesiącach, sięgając po tuziny wymówek albo kłamstw. Tanner natomiast sprawdzał szmaragd pod lupą, bo piękno nie wystarczało. I to było najprawdziwsze, czego ostatnio doświadczyła.
    Reilynn spojrzała na lupę, którą wyciągnął w jej stronę, jakby podał jej nie narzędzie jubilerskie, tylko przepustkę do świata, którego do tej pory nie znała.
    — Ogród? — powtórzyła ciszej. Oczywiście, że musiała to zobaczyć, więc ostrożnie wzięła lupę, starając się nie zrobić z nią niczego kompromitującego, na przykład upuścić albo przyłożyć odwrotną stroną. Nachyliła się nad szmaragdem, który Tanner trzymał pod światłem, i zmrużyła jedno oko. Przez pierwszą sekundę widziała tylko głęboką, chłodną i gęstą zieleń, a potem szczegóły zaczęły się wyostrzać. Wewnątrz kamienia rzeczywiście coś było; drobne linie, delikatne pęknięcia światła, mikroskopijne ślady układające się jak cienkie gałązki uwięzione pod powierzchnią.
    — Jardin — powtórzyła powoli, choć nie tak swobodnie jak Tanner. — Wygląda, jakby ktoś zamknął w nim las, zanim zdążył się rozrosnąć. Albo... jakby kamień pamiętał miejsce, z którego pochodzi, i nie chciał całkiem o nim zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiechnęła się, obserwując kamień w ten sposób, i przechylając głowę tak, aby móc zobaczyć więcej. Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział. Unikatowy, jedyny w swoim rodzaju. I oczywiście: ta cecha też wyjątkowo do pani pasuje. Rei zamarła na sekundę z lupą przy oku, jakby mogła udawać, że wcale tego nie usłyszała, bo była bardzo zajęta profesjonalnym oglądaniem mikroskopijnego ogrodu. Niestety jej serce natychmiast zareagowało szybszym biciem. Nie umiała za bardzo przyjmować takich słów bez żadnej reakcji, bo gdy jej serce już się rozpędziło, twarz Rei zrobiła się czerwona.
      — Czy to nie tak, że każdy kamień jest wyjątkowy? — spytała, opuszczając lupę i podnosząc wzrok do twarzy Tannera, a potem odnalazła jego oczy. — A jeśli każdy jest wyjątkowy, to właściwie żaden… To znaczy… jeśli każdy egzemplarz ma własne inkluzje, własny odcień, własny układ tego całego jardin, to wyjątkowość staje się cechą gatunkową. Jakby każdy kamień miał obowiązek być jedyny w swoim rodzaju, a wtedy trudno z tego robić… argument.
      Przełknęła ślinę i odwróciła wzrok do szmaragdu, przygryzając lekko dolną wargę.
      — Wiem, że próbuję właśnie zdyskredytować pański bardzo ładny komplement przy pomocy semantyki — mruknęła. — To… nie jest mój najgorszy mechanizm obronny, ale zdecydowanie jeden z bardziej żałosnych. — Oddała mu lupę ostrożnie, nadal czując ciepło na policzkach. Spuściła wzrok do swoich palców, gdy odbierał od niej przyrząd. — Po prostu nie jestem dobra w byciu porównywaną do rzeczy cennych.

      Rei Bothwell 😳🧠

      Usuń
  31. Nie przypominała sobie, żeby to ona w miejscu tych mężczyzn składała przysięgi małżeńskie czy to kościele, czy w urzędzie stanu cywilnego, więc nie paliły jej wyrzuty sumienia, bo to oni świadomie zdradzali żony. Ona ich siłą do łóżek nie zaciągała, mącąc im w głowie. Oni wiedzieli, co robią, wybierając Vanessę na kochankę i choć jej lista nie miała ani metra, ani kilku centymetrów, bo imiona kochanków zmieściłaby w jednej linijce, to uważała, że nie ma potrzeby, aby ją powiększać, natomiast w każdej chwili mogła ją zmniejszyć do zera. Dzisiaj odczytywała wiadomości i reagowała na kolejne prośby spotkań, ale jutro może nie odpisać żadnemu z nich i nie widziała w tym niczego złego, ponieważ nikomu nie obiecywała wierności w romansie ani też nie wyznawała miłości. Chciała się dobrze bawić. W tym przypadku interesował ją tylko własny czubek nosa. Akurat najczęściej muśnięty idealnym kolorem różu.
    Umilając sobie pobyt tutaj, ułamała cztery pojedyncze kostki czekolady i zjadła je w minimalnym odstępie czasowym. Resztę słodkości ukrytą w papierku, schowała, aby więcej jej nie kusiło, bo w jakimś stopniu miała słabość do słodyczy i choć to nie było uzależnienie, tak wiedziała, że musi się hamować. Inaczej zjadłaby nie cztery kostki, lecz całą tę czekoladę.
    — Ja? — wydukała zaskoczona. Myślała, że Tanner Morgan nie odbije piłeczki i nie będzie chętny poznać odpowiedzi związanej z jej marzeniami. Jak miała wyrazić to odpowiednimi słowami, kiedy czas do siódmego roku życia był okrutny, bo chowała się pod jednym dachem z potworami? Wtedy jej marzeniem było to, żeby ojciec ponownie nie chwycił przeraźliwie suchą dłonią za jej szyję, przyciskając do ściany. — Jak mam być z panem szczera, to moim jedynym marzeniem było to, aby przetrwać. Dożyć następnego dnia. Miałam paskudne dzieciństwo. Aż do momentu, kiedy trafiłam do domu dziecka. Przed umieszczeniem mnie w placówce, bałam się, że ojciec odbierze mi życie albo równie dobrze zrobi to matka, a kiedy tego się nie bałam, martwiłam się, że znowu pójdę spać bez jedzenia.
    Powiedziała to na głos. Nie zamierzała ukrywać tego, że pochodziła z rodziny patologicznej, gdzie zamiast radości z Vanessy, Zane’a czy Jaxa, było wielkie szczęście, gdy rodzice zdobyli butelkę jakiegoś trunku lub mogli wciągnąć co nieco, bo szybko zrozumiała, że nie byli wielbicielami cukru pudru w nosie. Tak też nauczyła się, że najlepiej wyjdzie na tym, kiedy będzie kochać samą siebie. Może i potajemnie marzyła o takim mężczyźnie, jak Tanner Morgan i o takiej córce, jak jego Amber, ale wątpiła, żeby kiedykolwiek miała męża oraz dziecko. Wolała przelotność. Żadnych związków i deklaracji, bo z tego powstają same problemy, dlatego też ktoś mógł ją brać za seksoholiczkę, ale Nessa nie przekręciłaby się, gdyby nie uprawiała go miesiącami. Po prostu lubiła się zabawić i robić to bez zobowiązań. I tak widziała, że gdyby wyznała to wszystko dyrektorowi sprzedaży, to on nie zrozumiałby takiego podejścia do życia, bo na pewno uprawia seks tylko z żoną i czerpie z tego największą przyjemność. Choć miała wątpliwości, co do tego, kiedy podczas przypadkowej opieki nad Amber, odniosła wrażenie, że pan i pani Morgan mają kryzys. W końcu na wystawie stworzonej przez szefa, ją i kilka osób, byli razem, ale kto powiedział, że nie przechodzą gorszych chwil?
    Nagle w tle usłyszała grzmot. Za chwilę następny. Nic nie wskazywało na to, aby prędko wrócili do miejsca, z którego wypłynęli. Wzdrygnęła się na moment, ale po chwili uświadomiła sobie, że ubrudziła się w kąciku ust nadzieniem malinowo-pistacjowym i ruszyła w kierunku szefa, aby sięgnąć porzuconą niedaleko mężczyzny paczkę chusteczek.

    Vanessa Kerr 🍫

    OdpowiedzUsuń
  32. Reilynn słuchała go uważnie, mimowolnie sięgającą ręką do dekoltu, jakby szukała tam naszyjnika, choć biżuterii już nie było, a mimo to, w dziwaczny sposób, czuła po niej brak. To było głupie, bo przecież nosiła ją przez chwilę, może kilka minut, jednak jej szyja zapamiętała chłód złota i ciężar szmaragdu. Teraz miejsce po łańcuszku wydawało się puste.
    Wodziła wzrokiem za Tannerem, który odłożył lupę i schował ją do etui, a potem sięgnął po kawę. Sam fakt niepowtarzalności niczego nie gwarantuje. To zdanie trafiło w nią dość celnie, bo przecież o to właśnie chodziło, prawda? Ludzie bardzo często mówili „jesteś wyjątkowa” tak, jakby to załatwiało sprawę. Jakby sama niepowtarzalność była automatycznym dowodem wartości, jakby każdy ból, każda blizna i każda historia z definicji zamieniały człowieka w coś cennego. A Rei nie była pewna, czy w to wierzyła. Nie chciała być wartościowa dlatego, że przeżyła lub żeby jej cierpienie robiło z niej unikatowy egzemplarz. Ostatecznie nie chciała być szmaragdem tylko dlatego, że miała w środku ślady, bo one mogły przecież przeszkadzać, mącić obraz. Mogły sprawić, że coś stawało się trudniejsze do noszenia, trudniejsze do zrozumienia, do kochania. Nie każda rana była piękna i nie każda blizna robiła z człowieka kogoś szlachetniejszego. Czasem blizna była po prostu blizną.
    Tanner nie powiedział jednak, że wystarczy mieć ślady, powiedział coś gorszego. Liczy się to, co kamień z nimi robi. Rei spuściła wzrok, aby obejrzeć własne dłonie, nieco zbyt chude, jasne, z długimi palcami, które zawsze były dość niezdarne. Myśląc o tym teraz, nie wiedziała, co robiła ze swoimi śladami. Czasem tworzyła z nich książki lub żarty, a czasem wznosiła bariery tak skuteczne, że później sama nie umiała przez nie przejść. Czasem brała cały ten wewnętrzny ogród, pełen krzywych gałęzi, ciemnych miejsc i korzeni wrośniętych w stare lęki, i próbowała udawać, że to tylko dekoracja. Że nic tam naprawdę nie rośnie i że nie ma czego oglądać pod lupą.
    Podniosła wzrok, by wbić w mężczyznę wzrok, a potem lekko się zmarszczyć, bo oczywiście, że Tanner Morgan potrafił wziąć jej desperacką próbę ucieczki przed komplementem i rozłożyć wszystko tak, że nie bardzo dało się z tym kłócić.
    — Rozumiem — powiedziała, kiwając lekko głową. — Chyba. Nie każda inność coś znaczy, a to że człowiek jest dziwny albo… trudny, nie robi z niego od razu dzieła sztuki.
    Gdy usłyszała jego śmiech, coś w niej mimowolnie drgnęło. Tanner Morgan nie śmiał się w sposób, który rozlewał się po pomieszczeniu; jego śmiech był raczej krótki, niski i kontrolowany, ale ten konkretny moment potwierdzał tylko, że jednak Pan Prawnik umiał się śmiać. 1:0 dla Rei w walce z alergią na uśmiechanie!
    — Co do mechanizmów obronnych — odezwała się po chwili, uśmiechając się wesoło — proszę nie kusić losu. To, co pan widział, to wersja demonstracyjna. Pełny pakiet zawiera ironię defensywną, ucieczkę w metafory i żarty o własnej śmierci…
    Wzruszyła lekko ramieniem. Mówiąc to, była szczera, i tego próbowała się trzymać, przeważnie, bo jeśli chodziło o maskowanie bólu, to była w tym mistrzynią. Jej szczerość objawiała się raczej w relacjach i w byciu sobą, a prawda wychodziła w żartach, w zbyt szybkich odpowiedziach, w metaforach, które zdradzały więcej niż powinny i w tym, że jeśli kogoś polubiła, trudno było jej udawać obojętność. I przede wszystkim była za bardzo sobą nawet wtedy, gdy to było niepraktyczne.
    — Co do tego, jak pan postrzega innych — zaczęła, sięgając po swoją kawę — to myślę, że jest to dość… rzadkie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uniosła kubek, ale zanim się napiła, zatrzymała go przy ustach i zerknęła na Tannera znad wieczka. Chciała coś powiedzieć, ale dała sobie chwilę, aby uporządkować chaos w głowie. Upiła łyk; kawa była już chłodniejsza i mniej słodka, niż zakładała.
      — Większość ludzi patrzy na różnice jak na etykiety — powiedziała. — Łatwo je zauważyć i nazwać, a jeszcze łatwiej uznać, że skoro coś jest inne, to automatycznie staje się to najważniejszą częścią człowieka. Choroba, ciało, pochodzenie, zawód, dziwne poczucie humoru. Wszystko może stać się skrótem. — Przesunęła palcem po kubku. — A pan robi coś zupełnie innego, patrzy pan, czy ta różnica naprawdę pracuje, czy coś z niej wynika i czy jest częścią większego sensu.
      Zamilkła na moment, biorąc kolejny łyk kawy. Oblizała lekko dolną wargę, wzięła głębszy oddech i uśmiechnęła się.
      — To trochę jak gramatyka — dodała nagle. — W angielskim można wstawić znak interpunkcyjny byle gdzie i technicznie coś się zmieni. Rytm, pauza, akcent. Ale dopiero dobrze postawiony znak zmienia zdanie tak, że zaczyna brzmieć inaczej. Wydaje mi się, że trochę patrzy pan w ten sposób, tak jakby ludzie byli zdaniami, a pan sprawdzał, czy ich osobliwości są przypadkowym przecinkiem, czy średnikiem, który naprawdę łączy dwie rzeczy, jakie bez niego byłyby osobno.
      Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że właśnie porównała Tannera Morgana do kogoś, kto czyta ludzi składniowo, i prawdopodobnie powinna natychmiast przestać mówić, ale zamiast się zamknąć, wymamrotała:
      — To komplement, żeby było jasne.
      Spojrzała w jego stronę i posłała mu delikatny uśmiech, chcąc przy tym zmarszczyć nos, ale gdy to zrobiła, przypomniała sobie, że nie powinna nawet próbować. Zacisnęła usta w wąską linię, próbując nie myśleć teraz o tym, że jej twarz nieprzyjemnie zabolała.

      Rei Bothwell ✍️👃

      Usuń
  33. Rei uniosła kubek do ust, ale nie napiła się od razu. To było niebezpieczne pytanie, ale nie dlatego, że nie wiedziała, jak odpowiedzieć. Raczej dlatego, że mogłaby powiedzieć naprawdę wiele, np. że patrzy na gesty lub jak ktoś traktuje kelnera, zwierzę albo osobę, od której niczego nie potrzebuje. Ale to byłoby zbyt płytkie i zdecydowanie niepełne.
    — Nie — przyznała po chwili, zerkając na niego znad kawy. — Kolor koszuli zwykle traktuję jako materiał pomocniczy, no chyba że jest naprawdę zły, wtedy możemy o tym podyskutować.
    Upiła łyk, dając sobie jeszcze sekundę, żeby jej mózg ułożył sobie to, co chciała powiedzieć w najprostszy sposób.
    — Myślę, że patrzę na pęknięcia — powiedziała w końcu. — Nie w takim sensie, że szukam słabych punktów, hmm… to raczej miejsca, te pęknięcia, kiedy człowiek przestaje być swoim własnym kreatorem, a przebija się coś prawdziwego.
    Przesunęła palcem po wieczku kubka. Rei lubiła szczerość, choć jednocześnie niewątpliwie bywała hipokrytką z tą prawdomównością, bo według niej prawd było wiele; wszystko zależało od danej sytuacji i czasem prawda wyglądała zupełnie inaczej dla osób po przeciwnych stronach.
    — Ludzie bardzo często pokazują światu swoją wersję po autorskiej redakcji. Ładnie ułożoną, logiczną, z poprawionymi zdaniami i usuniętymi fragmentami, które mogłyby kogoś zgorszyć — dodała. — A mnie interesuje to, co zostało między wersami lub kiedy żartuje, chociaż wcale nie jest mu do śmiechu, albo gdy mówi „nic się nie stało” tak szybko, że od razu wiadomo, że jednak coś się stało.
    Uśmiechnęła się słabo, bo znała ten mechanizm aż za dobrze.
    — Patrzę na to, co człowiek próbuje ukryć i czy robi to z lęku, dumy, przyzwyczajenia, czy dlatego, że kiedyś ktoś nauczył go, że pewnych rzeczy lepiej nie pokazywać. — Zamilkła na moment, a potem wzruszyła lekko ramieniem, jakby chciała zaznaczyć, że to nic takiego, że jej postrzeganie innych nie jest jakieś wyjątkowe, raczej bardzo pisarskie.
    Spojrzała na Tannera uważniej, dopiła kawę, a potem rzuciła dla rozluźnienia:
    — Ale chyba najbardziej patrzę na sprzeczności. Na ludzi, którzy mówią jedno, a robią drugie. Którzy twierdzą, że chcą dystansu, a potem przynoszą komuś kakao. Którzy odmawiają pączka, ale przyjmują kawę. — Kącik jej ust drgnął. — To, oczywiście, czysto hipotetyczne przykłady.
    Odwróciła wzrok w stronę gablot, znów czując, że za bardzo tutaj nie pasowała. I może to nie był jej świat, może nigdy nie nauczyłaby się poruszać po nim z taką swobodą jak Tanner, ale nie miała już wrażenia, że powinna natychmiast przeprosić za swoją obecność w luksusowym salonie.
    — W książkach najciekawsze postacie nigdy nie są spójne w prosty sposób. — Zerknęła w jego stronę. — Są pełne… wewnętrznych napięć, czegoś chcą, ale się tego boją. Albo próbują być dobrzy, ale czasem robią coś okrutnego.
    Urwała, bo nagle przypomniała sobie o czymś, co od początku miała zrobić, a co oczywiście przepadło gdzieś między szmaragdami, aleksandrytami, kawą i niebezpiecznie trafnymi rozmowami o tym, co kryje się pod powierzchnią. To było jej pęknięcie.
    — Och — wyrwało jej się cicho. Natychmiast odstawiła pusty kubek na bok i sięgnęła po swoją torbę. — Prawie zapomniałam. To znaczy… nie prawie, całkiem zapomniałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęła grzebać w środku, odsuwając portfel, telefon, paczkę chusteczek, długopis, który nie wiadomo skąd się tam wziął, i kilka paragonów świadczących przeciwko niej w sprawie nadmiernego kupowania kawy. W końcu wyjęła małe, starannie zapakowane pudełko. Nie było duże, ale wyglądało na wybrane z namysłem: ciemny papier, cienka wstążka, nic przesadnego. Rei przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby musiała jeszcze raz przekonać samą siebie, że to, co zamierzała zrobić, nie jest głupie.
      — To dla pana — powiedziała w końcu, podając mu pudełko. — Zanim zacznie pan protestować, to nie jest to prezent, to… odszkodowanie tekstylne za poszetkę, którą mi pan dał. Tamta… cóż, stwierdziłam, że nie powinnam jej oddawać po tym, co przeszła.
      Poszetkę od Tannera zostawiła sobie, oczywiście nie dlatego, że miała do niej jakiś sentyment. Absolutnie nie. Dodatek leżał teraz w jej mieszkaniu, schowany w jednej z szuflad biurka, zajmując bardzo konkretne miejsce.
      — Nie wiem, czy trafiłam idealnie, ale się starałam. Jest jedwabna, ciemna i bez żadnych idiotycznych wzorów. Żadnych smoków czy pączków, chociaż przyznam, że przez sekundę mnie kusiło. — Uśmiechnęła się trochę szerzej. — Chciałam po prostu… jakoś się odwdzięczyć. I przeprosić za cały chaos z mojego powodu.

      Rei Bothwell 🎁✨

      Usuń
  34. Rei miała już gotową odpowiedź, aby rzucić coś o tych sprzecznościach, oczywiście, że miała. Coś o tym, że Tanner Morgan mógł sobie rozpisywać własne zachowanie w swój sposób, ale to wcale nie oznaczało, że świat miał obowiązek przyjąć jego interpretację bez poprawek. Mogła mu powiedzieć, że ludzie rzadko bywają sprzeczni w swoim własnym odczuciu i że praktycznie każdy potrafił uzasadnić własne gesty tak, żeby pasowały do historii, którą chce opowiedzieć o sobie. Ale zatrzymała to dla siebie. Po pierwsze dlatego, że grzebała właśnie w torbie i próbowała nie wysypać na ladę całej swojej prywaty w postaci paragonów, chusteczek, długopisów, pomadki, opakowania po lekach przeciwbólowych i jednej samotnej gumki do włosów. Po drugie dlatego, że słowa dystans skracam w znacznie bardziej namacalny sposób wypadły z jego ust z takim spokojem, że jej mózg przez sekundę odmówił współpracy. Namacalny.
    Bardzo dziękuję, panie Morgan. Świetny dobór słów. Rei poczuła, jak jej twarz zaczyna robić się cieplejsza. Mimowolnie wyobraziła sobie ten moment przełamania dystansu, w którym prawnik podszedłby do niej w dwóch, może trzech krokach, aż wpadłaby plecami w ścianę, a gdyby podniosła głowę, zobaczyłaby, że Tanner jest blisko, zbyt blisko – jej mózg pokazał jej to bardzo obrazowo. Prawnik dociskający ją do ściany, a ona? Zdecydowanie zbyt zawstydzona, żeby się poruszyć. Cholera! Natychmiast skupiła całą uwagę na pudełku z poszetką, jakby od powodzenia tej osobistej misji zależało jej życie.
    Kiedy Tanner przyjął pudełko i zaczął je otwierać, w jej głowie zrobiło się dziwnie cicho. Nie musiał tego wszystkiego docenić. Mógł powiedzieć, że nie trzeba było i odłożyć prezent na bok, mógł potraktować to jak niewielką uprzejmość, o której szybko się zapomina. A jednak wolno rozwiązał wstążkę, jakby naprawdę uznał, że wymaga to jakiejś ostrożności. Patrzyła, jak przesuwa palcem po materiale, jak ocenia fakturę, kolor, prostotę. I nagle poczuła ten głupi, dziecięcy rodzaj napięcia, którego nie znosiła: Jest okej? Czy nie zrobiłam z siebie idiotki?
    Kiedy powiedział, że trafiła całkiem dobrze, odetchnęła cicho.
    — Cieszę się… — powiedziała tylko, ale w środku poczuła małe, niechciane ukłucie satysfakcji. Potem wspomniał o córce, a Rei na moment znieruchomiała, nie jakoś spektakularnie, po prostu jej palce, które jeszcze przed chwilą błądziły przy pasku torby, zatrzymały się w pół ruchu, a myśl, którą miała już gotową, nagle rozsypała się jak źle zapięty naszyjnik.
    Tanner Morgan miał córkę. To było jedno z tych zdań, które zmieniały obraz danego człowieka bez pytania o zgodę. Nie unieważniały tego wcześniejszego, ale dokładały do niego nową warstwę, zupełnie inną od tych, które Rei zdążyła poznać. Prawnik. Jubiler. Człowiek od dystansu, kawy, zasad i idealnie kontrolowanych gestów. Korpoelf w czerni, który mówił o szmaragdach tak, jakby potrafił zajrzeć pod powierzchnię kamienia i człowieka, a teraz jeszcze ojciec. Ojciec dziewczynki, która najwyraźniej mogłaby znaleźć zastosowanie dla poszetki w smoki. Rei poczuła wzbierającą się w niej ciekawość. Taką, która chciała ją zmusić do zadania kilku pytań i równie natychmiast kazała jej zamknąć usta. Ile ma lat? Co jeszcze lubiła, oprócz smoków? Jest podobna do niego? Nie odezwała się jednak. Granice, Reilynn.
    — Dobrze wiedzieć, że w razie katastrofy z wyborem poszetki istniał plan awaryjny w postaci młodszego pokolenia Morganów — powiedziała luźno. — Smoki zawsze znajdą swojego odbiorcę, to jedna z niewielu rzeczy, w które wierzę bez zastrzeżeń.
    Uśmiechnęła się, a gdy powiedział, że są kwita, posłała w jego stronę spojrzenie. Gest za gest. Formalnie bilans się zgadzał, więc skinęła głową.
    — Kwita — powtórzyła. — Świetnie, dziękuję — dodała, gdy wspomniał o tym, że zapakuje dla niej naszyjnik. Zaraz potem zapłaciła za biżuterię i dla siebie, i dla Maeve, wypisując czek bez mrugnięcia okiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Później, kiedy Maeve wysłała jej przypomnienie o koncercie, Rei siedziała w salonie, oparta plecami o kanapę, z laptopem na kolanach i włosami związanymi byle jak na czubku głowy. Wiadomość była krótka: Nie zapomnij. Czarna sukienka albo coś, w czym będziesz wyglądać jak człowiek. Masz wejściówkę z osobą towarzyszącą. Możesz przyprowadzić kogoś normalnego, jeśli znasz.
      Rei przeczytała wiadomość trzy razy. Koncert miał być poważny, nie żaden kameralny występ w dusznej salce, gdzie ktoś kaszlał między utworami, a krzesła skrzypiały głośniej niż publiczność. Maeve grała w eleganckiej sali, w programie miała Chopina, Rachmaninowa i coś jeszcze, czego Rei nie potrafiła wymówić.
      Miała zaproszenie dla dwóch osób. Oczywiście pierwszą myślą było, że pójdzie sama. Druga, cóż, wydawała się znacznie mniej rozsądna. Tanner Morgan. Rei znieruchomiała z palcami nad klawiaturą. Nie. Absolutnie nie. To byłoby idiotyczne! Dlaczego miałaby go zapraszać? Bo pomógł jej wybrać naszyjnik? Bo przyjął kawę? Zaproszenie na koncert było czymś innym niż kawa czy poszetka. To już wyglądało jak propozycja, a propozycje były ryzykowne, bo można było je odrzucić. Można było też przyjąć, co czasem bywało jeszcze gorsze. Poza tym Tanner Morgan nie wyglądał na człowieka, który chodził na koncerty z kobietami poznanymi przez pączka, krew z nosa czy zakup biżuterii. Chociaż z drugiej strony wydawał się kimś, kto mógłby słuchać muzyki poważnej.
      Gdy dostała od Tannera SMS-a, pojawiła się w salonie jakąś godzinę później. Niestety Morgan zdążył już wyjść, ale zostawił naszyjnik dla Maeve w rękach pracownicy. Miała miłą twarz, była ładna i konkretna. Rei nie miała prawa czuć rozczarowania, że go tutaj nie było, choć w jakiś dziwaczny sposób to rozczarowanie uderzyło ją w twarz, gdy przekroczyła próg sklepu.
      Pracownica poprosiła Rei o dokument, sprawdziła dane i podała jej elegancką torbę z pudełkiem w środku.
      — Pan Morgan prosił przekazać, że kamień został osadzony zgodnie z ustaleniami — powiedziała. — Dołączony jest certyfikat i instrukcja pielęgnacji.
      — Dziękuję. — Rei skinęła głową i przez sekundę stała nieruchomo, trzymając torbę w dłoni. To był ten moment, w którym mogła po prostu wyjść, a raczej powinna to zrobić. Zamiast tego sięgnęła do torebki i wyjęła białą kopertę z ręcznie napisanym imieniem i nazwiskiem prawnika. — Czy mogłaby pani przekazać to panu Morganowi? — zapytała, starając się brzmieć normalnie. — To nie jest nic pilnego. Ani… zobowiązującego.
      Kiedy wyszła z salonu, powietrze wydało jej się chłodniejsze, choć pogoda wcale się nie zmieniła. Szła wolniej niż zwykle, torbę z naszyjnikiem trzymając blisko siebie, jakby prezent dla Maeve mógł ją osądzić za tę głupią decyzję. W domu przełożyła naszyjnik do papierowej torby, którą wcześniej kupiła, potem zaparzyła kawę i przez prawie dwadzieścia minut udawała, że nie patrzy na telefon. Irracjonalnie wierzyła w to, że Tanner da jej znać, czy przyjmuje zaproszenie, czy też nie.
      Otworzyła laptopa, napisała pół zdania, skasowała je, napisała drugie, jeszcze gorsze, po czym zamknęła dokument. Telefon nadal milczał, a ona, niestety, nadal pamiętała, że w eleganckim salonie zostawiła małą białą kopertę z propozycją, której nie dało się już cofnąć. Dlatego zrobiła coś, czego być może będzie żałować przez resztę swojego życia. Wysłała do Morgana wiadomość: Dzień dobry, panie Morgan. Zakładam, że pańska pracownica przekazała już panu kopertę z zaproszeniem. Jeśli nie, proszę zignorować tę wiadomość...
      — Świetnie — mruknęła.

      Usuń
    2. Mogła tutaj skończyć, przestać pisać, bo wiadomość była już wystarczająco kompromitująca. Niestety jej palce miały własny plan: Chciałam tylko doprecyzować, że zaproszenie nie jest zobowiązaniem, pułapką ani próbą nielegalnego skracania dystansu. To koncert Maeve, tej przyjaciółki, dla której kupowałam naszyjnik. Gra na fortepianie. Bardzo poważnie. To znaczy… koncert jest poważny....
      Rei zamknęła oczy. Nie. Nie, nie, nie. To było za dużo. O wiele za dużo. Nikt normalny nie pisał takich wiadomości. Normalni ludzie pisali: Czy ma pan ochotę przyjść? albo Będzie mi miło. Ewentualnie: Rozumiem, jeśli nie.
      Rei usunęła wszystko, odetchnęła i napisała od nowa:
      Panie Morgan, zostawiłam dziś dla pana zaproszenie na koncert Maeve. Dostałam wejściówkę z osobą towarzyszącą i pomyślałam, że skoro pomógł mi pan wybrać prezent, może chciałby pan zobaczyć, dla kogo był. To oczywiście tylko propozycja. Jeśli nie ma pan czasu albo ochoty, proszę się tym nie przejmować.
      Patrzyła na tekst długo i dodała jeszcze:
      Koncert jest w sobotę wieczorem. Wyślę szczegóły, jeśli będzie pan zainteresowany.
      A potem, zanim zdążyła się rozmyślić, nacisnęła „wyślij”. I natychmiast tego pożałowała. Oczywiście, że pożałowała. Odłożyła telefon ekranem do dołu, a po trzech sekundach odwróciła go z powrotem. Nic.
      — Boże, Reilynn... — powiedziała do siebie. Telefon nadal milczał. Wstała, przeszła do kuchni, dolała sobie kawy, chociaż jej serce już teraz zachowywało się, jakby ktoś wpuścił do niego stado rozbieganych kotów, które wbijały pazury we wszystko po drodze. Potem wróciła do salonu, usiadła na kanapie, wstała z kanapy, poprawiła papierową torbę z naszyjnikiem i znów usiadła. To było absurdalne. Nie zaprosiła go na ślub, nie poprosiła o wzięcie wspólnego kredytu hipotecznego. Nie zaproponowała mu adopcji kota czy ucieczki do Szkocji. Zaprosiła go na koncert.
      Telefon zawibrował, a Rei prawie upuściła kubek. Przez moment patrzyła na urządzenie, jakby mogło ją ugryźć. Potem podniosła je ostrożnie – na ekranie pojawiło się tylko powiadomienie z aplikacji, przez którą zamawiała jedzenie: Twoje ulubione danie czeka na zamówienie. Rzuciła telefon na poduszkę, a potem natychmiast po niego sięgnęła. Nadal nic od Tannera. Może był zajęty, może prowadził samochód. Może był z córką. Może po prostu przeczytał wiadomość, uniósł brew i uznał, że chyba zwariowała. To też było prawdopodobne. Ostatecznie po prostu usiadła z laptopem i zaczęła pisać.

      Rei Bothwell 📱✉️

      Usuń
  35. Sukienka wisiała przed nią od prawie godziny, a Rei przez cały ten czas udawała, że to nic takiego i że w ogóle nie ma problemu z wystrojeniem się. Kreacja była czarna, lekka, z cienkimi ramiączkami i materiałem, który miejscami był cieńszy. Z przodu, przy dekolcie, sukienka miała delikatne koronkowe wykończenie, ale to plecy były punktem przyciągającym wzrok. Otwarty krój odsłaniał łopatki i kręgosłup, a cienkie tasiemki wiązało się przy karku i nieco niżej. Na dole materiał przechodził w czarne pióra; przy każdym kroku miały one drżeć, układać się inaczej i łapać światło.
    Ostatecznie w końcu się ubrała; najpierw bielizna, potem czarne, dopasowane rajstopy, później sukienka, którą przeciągnęła przez biodra z miną osoby rozbrajającej bombę. Materiał był chłodny i delikatny. A gdy sukienka znalazła sobie miejsce, Rei zobaczyła, jak wiele kreacja pokazywała: linię ramion, ostre łopatki i jasną skórę. A jednak nie wyglądało to tak źle. Czuła się teraz nieco inaczej – czerń wydobywała z niej coś ostrzejszego, bardziej świadomego i znaczącego. Zaraz potem założyła buty, poprawiła protezę i sprawdziła, czy materiał dobrze się układa, czy nic nie ciągnie, czy może poruszać się wystarczająco swobodnie.
    Zdecydowała się też założyć naszyjnik, który kupiła w salonie Morgana. Prosta złota oprawa, głęboka zieleń, żadnej przesady. Schwyciła ostrożnie łańcuszek i zapięła przy karku – szmaragd opadł dokładnie tam, gdzie powinien. Rei dotknęła kamienia opuszkami palców i przez sekundę pomyślała o Tannerze. O tym, że jeśli dziś przyjdzie, zobaczy, jak ten naszyjnik wygląda w innym miejscu, w innych warunkach, nie jako przedmiot do oceny. Nie miała pojęcia, czy Tanner Morgan przyjdzie, bo oprócz tego, że poprosił o więcej szczegółów, to nie dostała żadnego „tak” lub „nie”, a Rei uznała, że nie będzie do niego wypisywać, żeby nie uznał, że jest kompletną wariatką. I jasne, kilka razy trzymała telefon w rękach, chcąc napisać coś lekkiego, neutralnego, absolutnie niezobowiązującego, ale gdy tylko udawało jej się coś skleić, stwierdzała, że to żenujące, więc za każdym razem blokowała ekran i odkładała telefon jak najdalej od siebie.
    Dlatego wchodząc do sali, była już właściwie pogodzona z tym, że miejsce obok niej zostanie puste. Powtarzała sobie, że to nic takiego i że jedno wolne krzesło nie ma żadnego znaczenia, tylko że potem usłyszała ten głos. Odwróciła się przez ramię, a Tanner Morgan… po prostu stał obok niej. Jakby nagle zmaterializował się tuż obok.
    Pierwsze, co zrobiła, to zmierzenie mężczyzny spojrzeniem kogoś, kto zapomniał, że nie wypadało się gapić, nawet jeśli ktoś był bardzo, bardzo przystojny, ale jak niby miała przestać się patrzeć, skoro Tanner wyglądał tak, jakby był najpiękniejszą istotą w znanym wszechświecie? To było irytujące, bardzo irytujące, bo choć wielu mężczyzn w jej ocenie mogłoby uchodzić za przystojnych, to Morgan wydawał się być poza tą skalą. Nie powinno się tak wyglądać bez ostrzeżenia. Może gdyby dał jej znać, że jednak przyjdzie, to przygotowałaby się jakoś; zrobiła kilka ćwiczeń oddechowych i powtórzyła sobie, że jest dorosłą kobietą, a nie bohaterką z rozdziału, w którym dzieje się o wiele za dużo. Spuściła wzrok, dostrzegając cień szmaragdowych spinek przy jego mankietach. I wtedy jej mózg, który i tak ledwo trzymał się w ryzach, wykonał bardzo niepotrzebne salto. Szmaragdy, oczywiście, że to były szmaragdy.
    — Dobry wieczór — odpowiedziała w końcu. — Wygląda pan… — zaczęła, ale urwała, bo gdyby wyrzuciła mu wprost, że wygląda przystojnie, a właściwie, że wygląda skandalicznie dobrze, zapadłaby się pod ziemię. Dlatego dokończyła: — …stosownie do okazji.
    I natychmiast znienawidziła to zdanie. Stosownie do okazji. To nie brzmiało zbyt dobrze, raczej jakby oceniała strój jakiegoś starego wujka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacisnęła lekko usta w wąską linię. Tanner wyglądał tak, jakby ktoś wyjął go z konkretnej sceny, w której mężczyzna przed zbliżeniem się do kobiety poprawia mankiety, a potem wyciąga ręce, łapie za kark, sprawdza puls… STOP. Rei miała ochotę dać sobie w twarz za to, że jej wyobraźnia potrafiła kreować tak konkretne sceny – i zdecydowanie niepokoiło ją to, że przy Morganie było to tak łatwe.
      — Przyszedł pan — dodała, a potem zajęła miejsce i rzuciła jeszcze, czując się nieco głupio, gdy w jej głowie wybrzmiało to, co powiedziała. — To znaczy… oczywiście widzę, że pan przyszedł...
      W sali światło zaczynało przygasać. Rozmowy wokół nich cichły stopniowo, miękko, jakby ktoś wyciszał cały świat. Rei spojrzała w stronę sceny, gdzie stał fortepian. Maeve zaraz miała wyjść i dać swój popisowy koncert – chciała, żeby Tanner to zobaczył. Gdy światła zgasły jeszcze bardziej i była pewna, że Morgan nie dostrzeże jej twarzy, szepnęła jeszcze:
      — Dziękuję, że pan przyszedł.
      Potem Maeve wyszła na scenę, a Rei poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Zawsze tak miała, kiedy widziała przyjaciółkę w tym konkretnym wydaniu. Callahan była ubrana w długą suknię, której kolor w przygaszonym świetle wydawał się niemal czarny, choć przy ruchu łapał ciemne, zielonkawe i granatowe refleksy, a przy jej szyi widać było naszyjnik od Rei. Aleksandryt w złotej oprawie spoczywał tuż przy obojczyku, raz ciemny, raz nagle rozpalony od środka, jakby nie mógł zdecydować, czy jest kamieniem, czy zamkniętym w metalu fragmentem zmierzchu.
      Maeve ukłoniła się i usiadła przy fortepianie. Pierwsze dźwięki były delikatne, prawie ostrożne. Koncert zaczął się od Chopina. Rei rozpoznała go od razu, choć nigdy nie uważała się za osobę szczególnie kompetentną w muzyce klasycznej. Muzyka nieco się zmieniała; fortepian brzmiał głęboko, ciepło i drżąco. Palce Maeve przesuwały się po klawiszach z precyzją; każdy jej ruch był jednak opanowany, każde uniesienie nadgarstka, każde miękkie opadnięcie, każdy moment zawieszenia między jedną frazą a drugą wyglądał tak, jakby Maeve stała się portalem do usłyszenia piękna.
      Rei poczuła zachwyt; to, co słyszała, co czuła, to było coś zupełnie innego, jakby ktoś odkrył przed nią naturę tego, co nieuchwytne. Obserwowała Maeve i miała wrażenie, że dostrzega nie tylko przyjaciółkę przy fortepianie, ale całe lata jej pracy. Poczuła, jak oczy zaczynają ją piec i wtedy, zupełnie mimowolnie, Rei poruszyła dłonią. Nie pomyślała o tym ruchu, po prostu w którymś momencie jej palce przesunęły się po podłokietniku, potem dalej i… odnalazły dłoń. Dłoń Tannera Morgana. Zorientowała się dopiero po sekundzie, może dwóch, ale jej serce zdążyło już wykonać paniczny skok. Powinna cofnąć się od razu i przeprosić. Palce Tannera były jednak ciepłe i silne, a jej własne zacisnęły się odruchowo, jakby znalazły jakiś punkt zaczepienia. Nie trwało to jednak długo – Rei gwałtownie zabrała rękę i wcisnęła ją w kolana, uparcie patrząc przed siebie i podziwiając grę Maeve.

      Rei Bothwell 🎹🫣

      Usuń
  36. Rei wbijała wzrok w scenę tak intensywnie, jakby Maeve mogła ją uratować samą siłą Elegii Rachmaninowa. Dźwięki były głębsze niż wcześniej, rozlewały się wokół i dotykały duszy. Fortepian brzmiał tak, jakby ktoś otworzył stare drzwi w ciemnym domu, za którymi czekało wszystko, czego człowiek nie chciał nazwać, a może wszystko, czego kiedykolwiek pragnął – może czasem to, czego się pragnie, nie powinno być nigdy nazwane.
    Próbowała zignorować też to, co się stało, choć nie było to jakoś bardzo skandaliczne. Rei pomyślała jednak, że gdyby Tanner odsunął rękę, sprawa byłaby prostsza. Upokarzająca, oczywiście, ale prosta, bo odrzucenie nie pozostawiało domysłów ani nie pozwalało narastać narracji, w której coś mogłoby się wydarzyć, jeśli miałoby się odpowiednie zmienne. Poczuła, jak jej twarz zrobiła się bardziej ciepła, więc zacisnęła mocniej palce, czując pod opuszkami miękkość materiału i lekkie drżenie piór przy kolanach.
    Nie powinna czuć się tym wszystkim zażenowana – przypadkowe zetknięcie się rąk było lepsze od tego nieszczęsnego pączka z pistacjami, a potem wycieczką pod stół. W końcu takie rzeczy po prostu się zdarzały; ktoś dotknął czyichś palców, nie zastanawiając się nad tym, co to oznacza. Cywilizacja jeszcze od tego nie upadła. Tylko że to nie było przypadkowe w jakiś tam sposób, tylko w zupełnie inny, bardziej… intymny. Muzyka ją poruszyła, a zachwyt zrobił resztę – jej dłoń znalazła jego dłoń, nie podłokietnik czy torebkę. I przez moment, zanim to do niej dotarło, było jej z tym dobrze.
    Czuła jego spojrzenie. Próbowała siedzieć nieruchomo, ale nagle bardzo boleśnie uświadomiła sobie, jak wyglądała, jak blada była, że dzisiaj zrobiła sobie delikatny makijaż i że chyba nie przypominała chodzącej katastrofy. Wydawało jej się, że wzrok Tannera przesuwała się po niej tak ostrożnie, jakby coś oceniał. Ją? Światło? Naszyjnik? Szmaragd przy jej szyi wydawał się teraz cięższy. Rei mimowolnie pomyślała o tym, jak Tanner musiał teraz widzieć ten kamień: nie w pudełku, nie w aksamicie, nie w kontrolowanym świetle salonu. Nie miała pojęcia, co było bardziej zawstydzające: to, że chciała, żeby zauważył naszyjnik, czy to, że rzeczywiście go zauważył.
    Maeve grała dalej. Elegia płynęła przez salę, ciemna i dostojna, coraz głębsza, coraz bardziej bezlitosna. Rei próbowała pozwolić, żeby muzyka ją pochłonęła, ale teraz wszystko wokół niej było tak intensywne. Przełknęła ślinę i zmusiła palce, żeby się rozluźniły, bo zbyt mocno ściskała sukienkę.
    Gdy poczuła jakąś zmianę z jego strony, zerknęła tak, aby nie obracać głowy. Tanner wrócił spojrzeniem do sceny. Jego profil w półmroku był tak… skupiony i zdecydowanie niemożliwy do odczytania, co oczywiście nie przeszkodziło Rei próbować. Linia jego czoła była gładka, a brwi nieznacznie ściągnięte, ale to nie była złość, raczej skupienie – ładne, dojrzałe skupienie. Jego oczy śledziły scenę, poruszały się delikatnie, podążając za muzyką. Przypominały jej teraz dwa szkiełka, w których odbijał się cały świat, i przez moment Rei zapragnęła zobaczyć to wszystko jego oczami, ten obraz zniekształcony przez konkretne spojrzenie i mózg. Sięgnęła spojrzeniem dalej; półmrok wyostrzał mu twarz w irytująco piękny sposób. Zostawiał jasną linię przy policzkach, cień pod rzęsami, mocniejszy zarys nosa i ust. A kiedy uświadomiła sobie, że zbyt długo je ocenia, natychmiast wróciła wzrokiem do sceny.
    Kolejne utwory przychodziły po sobie płynnie, a sala wydawała się coraz bardziej poruszona, uwięziona w nutach i historii, którą opowiadała Maeve. Kiedy ostatni dźwięk wybrzmiał, przez sekundę nikt nie klaskał. Była tylko cisza, dopiero potem rozległy się brawa. Maeve wstała od fortepianu i ukłoniła się, a aleksandryt przy jej szyi błysnął pod światłem dokładnie tak, jak powinien. Callahan wyglądała pięknie, a Rei pomyślała o tym, że prezent, który pomógł jej wybrać Tanner, był idealny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Publiczność zaczęła podnosić się z miejsc. Fotele skrzypnęły cicho, ktoś poprawił płaszcz, ktoś inny pochylił się do osoby obok, wyrażając swój zachwyt. Sala, jeszcze przed momentem niemal nieruchoma, zaczęła wracać do życia. Rei wstała ostrożnie, sięgając po laskę i torebkę, a potem spojrzała krótko w stronę Tannera i uśmiechnęła się delikatnie.
      Gdy udało im się wyjść, a tłum zaczynał się przerzedzać, Rei zauważyła Maeve. Szła w ich stronę szybkim krokiem, wciąż w koncertowej sukni, i z zaróżowionymi policzkami. Maeve dopadła do niej i objęła ją mocno, nie przejmując się eleganckimi ludźmi wokół ani tym, że Rei straciła nieco równowagę.
      — Byłaś obłędna — odezwała się, uśmiechając się szeroko.
      — Wiem — odparła Maeve natychmiast, ale jej głos wydawał się zbyt delikatny, żeby zabrzmiało to naprawdę arogancko. — To znaczy… dziękuję. To było potworne. Cudowne, ale potworne. W pewnym momencie myślałam, że zapomnę, gdzie są ręce.
      Rei parsknęła cicho, lustrując wzrokiem przyjaciółkę. Maeve za to uśmiechnęła się wesoło, a potem jej spojrzenie przesunęło się ponad ramieniem i zatrzymało przy Tannerze.
      — A pan musi być panem Morganem — odezwała się Callahan, prostując się odrobinę i dotykając palcami aleksandrytu przy szyi. — Naprawdę dziękuję. Naszyjnik jest piękny. Rei powiedziała mi, że pomógł jej pan w wyborze.
      Potem rozejrzała się szybko po holu, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że nie przyszła wyłącznie po to, aby zawstydzić Rei przed eleganckim prawnikiem w szmaragdowych spinkach.
      — W każdym razie… po koncercie jest mały bankiet — dodała. — Nic strasznego, trochę wina i przekąsek. Musicie przyjść.
      Zanim Rei cokolwiek powiedziała, Maeve już odchodziła, otoczona przez kilka osób, które należały do jej ekipy. Bothwell została w miejscu z lekko uchylonymi ustami, jakby ktoś wepchnął ją w sytuację, w której nie wiedziała, jak się właściwie zachować, choć przecież zawsze istniało coś, co dało się zrobić i wyjść z tego z twarzą. Mimowolnie poprawiła pasek torebki przy ramieniu, choć wcale nie wymagał poprawienia. Potrzebowała po prostu zająć czymś ręce.
      — Oczywiście nie musi pan iść — odezwała się. — Już samo to, że pan tutaj przyszedł, było… — zaczęła, ale urwała, bo słowo miłe zabrzmiało w jej głowie nijako. — Było ważne.
      Przez moment milczała, słysząc dookoła szum rozmów, śmiech, brzęk szkła gdzieś dalej, za uchylonymi drzwiami sali bankietowej. Wieczór mógł się tutaj skończyć. Tanner mógł podziękować, pożegnać się uprzejmie i wrócić do własnego świata, a ona mogła udawać, że to był bardzo udany, ale skończony rozdział, tylko że bardzo nie chciała jeszcze sięgać po kropkę.
      — Ale jeśli ma pan ochotę dołączyć — powiedziała ostrożnie — to… byłoby mi miło.
      Uśmiechnęła się krzywo i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć mu w twarz. I to był błąd. Tanner w jaśniejszym świetle holu wcale nie wyglądał mniej niebezpiecznie niż w salowym półmroku. Teraz wszystko było wyraźniejsze: jego garnitur, twarz, cień szmaragdowych spinek i ten nieznośnie opanowany sposób bycia. Przygryzła nieco policzek od środka, czując się niezmiernie głupio, nawet w tej eleganckiej sukience, zupełnie jakby była jakimś intruzem.

      Rei Bothwell 🥂💎

      Usuń
  37. Rei poczuła, że jej żołądek zrobił bardzo nieprofesjonalny przewrót, zupełnie jakby znalazła się w sytuacji, w której chodziło o losy wszechświata, a nie o bankiet. Jeśli ma pani ochotę, żebym dołączył, to dołączę. To brzmiało bardzo… uprzejmie i dojrzale, i właśnie dlatego nie powinno wywołać w niej takiej reakcji. Może to przez jego uśmiech w kąciku ust, może przez to, że nie powiedział jedynie dobrze, a może przez jego nieszczęsne jeśli ma pani ochotę, co było stwierdzeniem, które zostawiło w jej głowie kompletny chaos.
    — Mam — odpowiedziała. Zaraz potem mrugnęła, jakby żałowała tego, że była aż tak szczera, że nie zachowała się dość nonszalancko, aby uchodzić za kobietę, która kokietuje, ale jednocześnie jest tajemnicza. Rei ani trochę nie była tajemnicza, choć miała warstwy. Jak ogry. — To znaczy… tak. Chciałabym... żeby pan dołączył.
    Uśmiechnęła się ostrożnie i ruszyła przed siebie, trzymając się boku Tannera, aby dołączyć do reszty towarzystwa. Sala bankietowa była mniejsza od koncertowej, ale wciąż elegancka, utrzymana w tym samym ciepłym, klasycznym tonie. Jasne ściany zdobiły delikatne sztukaterie, a wysokie okna zasłonięto ciężkimi, kremowymi kotarami. Pod ścianami ustawiono okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami, a między nimi krążyli kelnerzy z tacami pełnymi kieliszków i drobnych przekąsek. W powietrzu mieszał się zapach wina, perfum i świeżych kwiatów. W rogu sali grał cicho kwartet smyczkowy, tworząc tło dla rozmów. Ludzie stali w małych grupach, śmiali się, rozmawiali przyciszonymi głosami, pochylali się ku sobie z kieliszkami w dłoniach i wyglądali tak, jakby wszyscy od urodzenia wiedzieli, jak zachowywać się z klasą. Rei oczywiście nie posiadała takiej wiedzy i być może wcale nie pasowała do tego towarzystwa, ale nie przyszła tutaj po to, aby się pokazać. I ostatecznie była tylko sobą.
    Pytanie o Maeve przyjęła z ulgą, bo opowiadanie o przyjaciółce było znacznie bezpieczniejsze niż myślenie o tym, że Tanner właśnie zgodził się zostać, ponieważ ona miała na to ochotę. Zupełnie jakby Morgan był jakimś deserem, dodatkową filiżanką kawy albo bardzo fancy tartaletką, którą można było sobie wybrać przy bankietowym stole tylko dlatego, że chciało się ją posmakować. To porównanie było idiotyczne. I absolutnie nie pomagało, zwłaszcza że Tanner Morgan zdecydowanie nie wyglądał jak deser. Ani trochę, w ogóle, ale gdyby jednak był deserem, to takim mocno czekoladowym... Rei zacisnęła usta w wąską linię.
    — Poznałyśmy się w szpitalu — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Maeve przyszła wtedy odwiedzić kogoś z rodziny. Ja byłam po badaniach, lekarze zaczęli rozważać operację… spotkałyśmy się przy automacie z kawą. Pamiętam, że był zepsuty, więc niewiele myśląc, po prostu kopnęłam ten szmelc i zaczęłam krzyczeć, nie wiem, może licząc, że wtedy dostanę kawę?
    Kącik jej ust drgnął, bo miała wtedy zaledwie z dwadzieścia lat i dość wszystkiego i wszystkich, a w dodatku rzadko wychodziła ze szpitala i oprócz tego, że zdiagnozowano u niej rozwój raka, wytknięto jej depresję. To było combo. Nie wyglądała dobrze i była wtedy w naprawdę złym miejscu, jeśli chodziło o to, co działo się w jej głowie.
    — Maeve usłyszała, jak kłócę się z automatem — dodała z rozbawieniem. — Powiedziałam mu chyba, że jest metalowym zdrajcą klasy robotniczej i że jego rodzina wstydziłaby się za to, co robił z kawą. A ona po prostu stanęła obok, spojrzała na mnie i powiedziała, że jeśli zamierzam rozpocząć rewolucję przeciwko maszynom, to powinnam założyć ruch oporu. Potem przyniosła mi kawę spoza szpitala. Nie musiała tego robić, nawet mnie nie znała. Po prostu wyszła, kupiła dwie kawy i wróciła. Usiadła wtedy obok mnie i zaczęła narzekać na swoją rodzinę, pogodę i muzykę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rei nie miała wielu znajomych. Nie była też jakąś wielką duszą towarzystwa, ale dało się ją lubić. Nie była raczej zadufana w sobie, miała dystans i mało oczekiwała, a więc łatwo było ją zadowolić. Przyjaźń z nią wydawała się więc prosta.
      — Potem zaczęła wysyłać mi nagrania z prób, a ja odpisywałam jej komentarzami, które udawały recenzje… — Wzruszyła lekko ramieniem. — I tak się zaprzyjaźniłyśmy. Ile to już lat? Chyba z sześć.
      Czas naprawdę wydawał się dziwną jednostką, przynajmniej dla Rei, która została zdiagnozowana w wieku piętnastu lat, potem przeżyła amputację i chemioterapię, a następnie, rok później, przeprowadzkę do Nowego Jorku. Wtedy nie wierzyła w to, że dożyje swoich dwudziestych pierwszych urodzin, a teraz była tutaj i niczego nie żałowała, no, może znalazłoby się kilka rzeczy, ale tak naprawdę przez cały ten czas żyła w zgodzie ze sobą i próbowała być dobrą córką, dobrą pisarką czy dobrą przyjaciółką. Po prostu dobrym człowiekiem.
      — A co z panem? Ma pan w życiu takiego przyjaciela, do którego mógłby pan zadzwonić w środku nocy i powiedzieć: potrzebuję pomocy, trzeba zakopać ciało, a on zapytałby tylko, czy ma wziąć szpadel, wapno i ubrania na zmianę?
      Zamilkła na sekundę, po czym uniosła palec, jakby nagle przypomniała sobie, z kim rozmawia.
      — Oczywiście to pytanie czysto teoretyczne. Nie jest przyznaniem się do zamiaru popełnienia przestępstwa ani prośbą o poradę prawną — dodała. Uśmiechnęła się lekko, ale w jej spojrzeniu było coś bardziej miękkiego niż żartobliwego. — Chodzi mi o kogoś takiego jak Maeve. Kogoś, kto może i najpierw nawrzeszczałby na pana przez telefon, że jest pan idiotą, że ma pan dramatyczne wyczucie czasu, ale i tak przyszedłby. Nawet zły i w piżamie.
      Poprawiła palce, mocniej łapiąc laskę, i przez moment patrzyła przed siebie, obserwując innych.
      — Nie pytam, oczywiście, czy ma pan znajomych, bo to oczywiste, że tak. Ludzie pana znają, zapewne szanują, prawdopodobnie boją się odrobinę pana rozczarować… — Zerknęła w jego stronę, a kącik jej ust drgnął. — Pytam o kogoś, kto zna pana poza tą oficjalną wersją.

      Rei Bothwell 🪏🪦

      Usuń
  38. Rei przyjęła kieliszek, dziękując krótko, ale przez krótką chwilę nie uniosła go do ust. Obróciła go tylko lekko w palcach, obserwując, jak światło załamuje się w białym winie. Wbiła wzrok w Tannera, gdy ten wspomniał o rodzeństwie. To było… zaskakujące.
    — Ma pan młodszego brata? — spytała, jakby właśnie usłyszała najdziwniejsza informację w całym swoim życiu. — To znaczy… oczywiście, ludzie miewają rodzeństwo, tylko że pan sprawia wrażenie człowieka, który został wyprodukowany pojedynczo, taka... limitowana wersja.
    Uśmiechnęła się mimowolnie, pocierając kciukiem krawędź kieliszka.
    — I teraz mam problem, bo próbuję sobie wyobrazić młodszego Morgana, który jest gotów pomóc zakopać ciało... Obstawiam, że jest pana całkowitym przeciwieństwem, wszechświat nie zniósłby drugiego takiego samego faceta. — Upiła mały łyk wina, uznając, że alkohol był całkiem niezły. Rei nie piła jednak zbyt często ani dużo; nie lubiła później źle się czuć. — No i… to zmienia narrację. Do tej pory miałam w głowie obraz jednego Tannera Morgana, który samodzielnie egzystuje w świecie prawa i jubilerstwa, a teraz nagle pojawia się młodszy brat, potencjalnie z łopatą, gotowy do nieumyślnego samopochówku…
    Przyglądała mu się z cichym rozbawieniem. Jak wyglądał młodszy Morgan? Czy był podobny do Tannera, czyli był hot mężczyzną w garniturze, który przyciągał uwagę niepoprawnych pisarek? Nie miała pojęcia, ale to byłoby niemożliwe, gdyby jego brat wyglądał źle.
    Gdy zapytał o jej wersję oficjalną i tę mniej, powinna była odpowiedzieć od razu. Najlepiej żartem. Powiedzieć coś o tym, że jej poważna wersja nosiła eleganckie kreacje, a nieoficjalna je płatki na sucho nad zlewem o drugiej w nocy, co było prawdą, ale nie całą, bo wolała takie z zimnym mlekiem. Postukała paznokciem w kieliszek, zastanawiając się nad tym.
    — Oczywiście — powiedziała w końcu. — Jest wersja oficjalna, ta, której udaje się prowadzić życie dorosłej osoby. Reilynn Bothwell, autorka, córka aktorki i architekta. Myślę, że wersja oficjalna jest całkiem ładna, bo nikt nie dostrzega pęknięć ani porażek…
    Znów upiła łyk wina, oblizała lekko dolną wargę i wzruszyła ramieniem.
    — A ta druga wersja… — zawahała się, przesuwając kciukiem po nóżce kieliszka. — Ta druga jest mniej elegancka.
    Spojrzała wokół po gościach krążących po sali, obserwując przy okazji błysk kieliszków i zakładane podczas rozmowy uśmiechy. Tutaj wszyscy mieli jakąś wersję oficjalną. Rei pomyślała, że bankiety były właściwie muzeami takich właśnie ludzkich odsłon.
    — Tę drugą poznają nieliczni — dodała. — Maeve, mój ojciec, może parę osób, które miały nieszczęście być blisko w niewłaściwym momencie, czyli na przykład pan. — Roześmiała się krótko. — To wersja, która czasem nie odpisuje, bo boi się wyników badań i nie chce udawać, że jest zabawna. Która stroi sobie żarty, kiedy powinna powiedzieć: boję się. Która pisze o kobietach ratujących królestwa, bo łatwiej jest dać bohaterce miecz niż samej poprosić o pomoc.
    Dopiero po tych słowach zorientowała się, że powiedziała odrobinę za dużo. Odchrząknęła delikatnie i natychmiast spróbowała nieco przekręcić temat, chcąc rozmyć ciężar w swoich słowach.
    — Jest też wersja kulinarna, której nikt nie powinien poznawać — rzuciła. — Choć robię całkiem niezłe naleśniki. Ostatnio odkryłam, że idealnie pasuje do nich dżem z dyni i bita śmietana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uśmiechnęła się już trochę bardziej po swojemu, posyłając Tannerowi krótkie spojrzenie.
      — Nie wiem, czy to jest podwójne życie — wyznała. — Raczej kilka warstw obronnych… bo oczywiście mam te warstwy, wiem o tym. Ja mam warstwy, każdy inny człowiek też je ma, ogry także. — Przeniosła wzrok w stronę Tannera i dodała może zbyt odważnie: — Ale chyba nie ma pan racji co do siebie. Oficjalna i nieoficjalna wersja może nie różnią się u pana dramatycznie. Nie podejrzewam, że po godzinach zakłada pan cekinową marynarkę i prowadzi tajne życie jako gorący tancerz, ale ta różnica nie zawsze polega na tym, że ktoś staje się inną osobą. Czasem chodzi tylko o to, kto ma prawo zobaczyć nasze zmęczenie lub zawahanie. Albo to, że człowiek, który wygląda, jakby urodził się z alergią na uśmiechanie, ma kogoś, do kogo mógłby zadzwonić w środku nocy z problemem natury… ogrodniczo-kryminalnej.
      Uniosła kieliszek odrobinę, wnosząc toast. Stuknęła delikatnie kieliszkiem o kieliszek Tannera i uśmiechając się, powiedziała:
      — Więc… za obie nasze wersje, za tę oficjalną i nieoficjalną.

      Rei Bothwell 🎭🍷

      Usuń
  39. Rei przez pierwszą chwilę nie rozumiała. To znaczy, zrozumiała słowa, bo były proste. Dakota. Rocznica. Ślub. Żona. Wszystkie znajome, należące do języka dorosłych ludzi, bankietów, dokumentów, zaproszeń i życia, które istniało równolegle do niej. Ale prawdziwy sens tych słów dotarł sekundę później i wtedy coś w niej bardzo mocno skurczyło się w sobie. Nie była to żadna ze scen, w której bohaterka blednie i opuszcza kieliszek – Rei trzymała szkło mocno, nie cofnęła się ani nie spojrzała gwałtownie w stronę Tannera. Stała obok niego, w eleganckiej sali bankietowej, ze szmaragdem przy szyi i winem, i poczuła, jak jej ciało wykonuje tę starą, dobrze znaną pracę, gdy kto mówił jej wprost, że jest źle: jej twarz zrobiła się zbyt statyczna, oddech płytszy, a emocje zostały zepchnięte gdzieś głębiej, do miejsca, którego nie widać pod sukienką, światłem i uprzejmym uśmiechem.
    Dakota. Żona. Rocznica ślubu. Oczywiście, że Tanner Morgan miał całe życie, o którym Rei nie wiedziała. Wspomniał jednak o córce w salonie, przez przypadek właściwie, i wtedy nie połączyła kropek – ktoś tę córkę musiał urodzić, nie wzięła się znikąd, nie wykluła się z jajka. Najwyraźniej Rei zapomniała, że ludzie nie zaczynają się w chwili, w której wchodzą w jej narrację; mają swoje wcześniejsze rozdziały, przypisy, zobowiązania, osoby, których imiona pojawiały się w rozmowach z innymi. Przez moment zrobiło jej się naprawdę głupio, choć Tanner nic jej nie obiecał. Przyszedł tutaj dzisiaj, wcześniej pomógł wybrać naszyjnik dla Maeve i wręczył jej to cholerne kakao. To były fakty – fakty, które jej wyobraźnia zaczęła układać w niebezpieczną sekwencję, zanim ktokolwiek dał jej do tego prawo.
    Wersja oficjalna i nieoficjalna, pomyślała nagle, z niemal bolesną ironią. Przed chwilą rozmawiali właśnie o tym. O tym, co ludzie pokazują światu, a co zostaje schowane. Tanner powiedział, że nie byłby dobry w prowadzeniu podwójnego życia, a Rei mu uwierzyła. Było w tym jednak coś przewrotnego, bo tak naprawdę nie trzeba było być kimś innym, żeby trzymać część swojej historii niedostępną dla cudzych oczu.
    Frank przeniósł spojrzenie w jej stronę, jakby była bezpieczniejszym punktem w całej tej rozmowie, i uśmiechnął się w sposób, który od razu wzbudził w niej niechęć. Rei uniosła kieliszek odrobinę wyżej, ale nie upiła wina. Potrzebowała pół sekundy, ale przywołać oficjalną wersję panny Bothwell.
    — Jestem tu dzięki zaproszeniu Maeve Callahan. Przyjaźnimy się od kilku lat — odpowiedziała spokojnie, uśmiechając się lekko.
    Nie dodała nic o tym, że przyszła tutaj z Tannerem Morganem, że jest całym tym chaosem, który pojawił się w jego życiu, a którego nie chciał i chyba przez pewien czas próbował się pozbyć.
    Frank kiwnął głową, ale jego spojrzenie znów przesunęło się między nią a Tannerem, jakby próbował wyłapać szczegół, który pozwoliłby mu zrozumieć, co się tutaj właściwie działo. I kim Rei była dla Morgana.
    — A biznesowo? — zapytał Frank lekkim tonem, nie ukrywając tego, że jest ciekawy. — Czy jest pani związana z muzyką?
    Rei mogłaby odpowiedzieć krótko i zwięźle, ale nie miała zamiaru uginać się przed jakimś siwiejącym gościem, który ewidentnie próbował czegoś się dowiedzieć. Nie robiła przecież niczego złego!
    — Niestety nie — odparła. — Z muzyką jestem związana głównie jako słuchaczka i okazjonalna autorka komentarzy, których profesjonalni muzycy prawdopodobnie nie powinni czytać bez zgody lekarza. — Uśmiechnęła się uprzejmie i dodała: — Piszę książki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było zdanie wersji oficjalnej. Proste, prawdziwe i nieszkodliwe, dopóki nikt nie zaczął drążyć. W środku natomiast nieoficjalna wersja Rei siedziała gdzieś cicho, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nie miała prawa czuć się zraniona. Powtarzała to sobie z surowością człowieka, który próbuje posprzątać bałagan, zanim ktokolwiek go zauważy. Nie miała prawa. Tanner nie flirtował z nią wprost. Nie składał obietnic. Nie mówił rzeczy, których nie powinien mówić mężczyzna mający żonę. To ona ubrała jego obecność w półmrok, szmaragdy, muzykę i własne niedorzeczne reakcje ciała. Może właśnie na tym polegała różnica między wersjami. Oficjalna Rei potrafiła stać przy kieliszku wina, rozmawiać z obcym mężczyzną i nie mrugnąć nawet wtedy, kiedy usłyszała coś, co zmieniało tak naprawdę wszystko. Nieoficjalna Rei chciała wyjść do łazienki, oprzeć dłonie o umywalkę i powiedzieć swojemu odbiciu, że jest idiotką. Nie zrobiła jednak ani jednego, ani drugiego.
      Zamiast tego wbiła we Franka spojrzenie, idealnie pokazując uprzejme, ale sztuczne zainteresowanie, jakby jego obecność wcale nie była niezręcznym klinem wbitym między rozmowę a muzykę
      — A pan? — zapytała, bo najlepszą metodą przetrwania rozmowy z ciekawskim człowiekiem było pozwolić mu mówić. — Jest pan związany z organizacją koncertu, muzyką, czy po prostu przyszedł pan sprawdzić, kto na bankiecie najpewniej nadużywa słowa „interpretacja”?
      To było lekkie, nawet zabawne. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy lekkiego spięcia jej ramion ani tego, że naprawdę miała ochotę wyjść albo najlepiej przeprosić Tannera i za swoje zachowanie, i za zaproszenie, które teraz wydawało się tak złe. Nie wiedziała nic o jego żonie czy rodzinie, oprócz tego, że miał młodszego brata i córkę – gdyby była świadoma tego, że jest żonatym mężczyzną, nigdy nie zbliżyłaby się do niego tak jak teraz, bo może i było to tylko głupie zaproszenie i głupia obecność, wymiana zdań, to dla Rei znaczyło to tyle, że chciała, aby był tutaj właśnie on, Tanner Morgan, który od samego początku próbował trzymać dystans i jakoś się jej pozbyć. I dopiero teraz to do niej dotarło. Ależ była idiotką!
      Poczuła, jak jej podbródek delikatnie zadrżał, a oczy nieco zapiekły, choć reakcja ta była zdecydowanie zbyt irracjonalna. Rei niemal prychnęła na samą siebie. Nie znała żony Tannera Morgana, nie wiedziała, jaka była, czy nosiła włosy spięte, czy rozpuszczone, czy śmiała się głośno, czy tak cicho jak Tanner, czy lubiła szmaragdy i czy to małżeństwo było szczęśliwe, trudne, formalne, żywe, martwe lub skomplikowane. Była jednak świadoma tego, że nie chciałaby skrzywdzić ani żony Tannera, ani jego. I to było najgorsze w całej tej sytuacji. Nie samo odkrycie, nawet nie ukłucie zazdrości, którego natychmiast się zawstydziła, bo przecież nie miała do niego prawa. Najgorsze było nagłe zrozumienie, że jej własna obecność mogłaby stać się czymś niewłaściwym. Że coś, co dla niej przez chwilę było ciepłe, delikatne i poruszające, z innej strony mogło wyglądać jak przekroczenie granicy. Mimo wszystko jednak nie chciała stawać między ludźmi, których historii nie znała. Nie chciała dopisać się w cudze małżeństwo jak źle postawiony przecinek.
      Uśmiechnęła się lekko, bardzo lekko, niby w stronę Franka, który opowiadał o sobie, tak żeby jej twarz wyglądała po prostu ładnie i nie należała do kobiety, która w ciągu dziesięciu sekund zdążyła zawstydzić się, zranić, ocenić, skorygować i potajemnie ukarać za emocje, o które nikt jej nie prosił.

      Rei Bothwell 🤐

      Usuń
  40. Lekcje indywidualne z dziećmi przypominały Tamsin próbę rozbrojenia bomby z jednoczesnym prowadzeniem negocjacji pokojowych. Wystarczył fałszywy ruch, by wywołać wybuch i niewiele było potrzebne do zaostrzenia konfliktu i właśnie z tego względu chyba lubiła to tak robić. Jakkolwiek nielogicznie to brzmiało, to lubiła wyzwanie, jakie stanowili dla niej najmłodsi. Pamiętając surowość własnych nauczycieli, która wykladniczo rosła z następnymi latami gry, starała się za wszelką cenę być dla tych, którym udzielała lekcji możliwie miła, przy jednoczesnym zachowaniu dyscypliny. Nie krzyczała, nie szczypała po rękach, ani nie ubliżała, co prawdopodobnie u jej dawnych mentorów wywołałoby ciarki zażenowania. Tak, jak sama nie miała szczęścia do własnych nauczycieli, tak jeśli szło o uczniów odnosiła wrażenie, że los w jakiś sposób próbował jej zrekompensować własne traumy. A Amber była jednym z tych niezwykle satysfakcjonujących przypadków, które może niespecjalnie wykazywały się cierpliwością, ale były zawzięte. Zawzięte i zdolne, więc z materiałem szły dość szybko, dzięki czemu dziewczynka raptem w kilka miesięcy przeszła z bezpiecznej gry pizzicato (bezpiecznej, bo słabo słyszalnej dla domowników) do arco, które dzisiaj ćwiczyły.
    — Jeśli twoja córka będzie dalej tak ćwiczyć, to klękajcie narody… Szykuje się druga Jacqueline du Pré — stwierdziła, wchodząc do przestronnego salonu w apartamencie zamieszkanym przez Tannera. Lekcję, jak zwykle zakończyły krótkimi popisami po stronie Tamsin i obietnicą, że jak Amber będzie ćwiczyć tak, jak Tammy jej nakazała, to w przyszłości też będzie mogła skakać smyczkiem w sautillé, albo gonić palcami po gryfie w Allegro Appassionato Saint-Soëns’a. Odrobina przekupstwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda?
    Futerał z własnym instrumentem postawiła tuż przy ścianie, z rozczuleniem zauważając, że do naklejek, zdobiących włókno szklane, doszła nowa – malutki jednorożec z koniczynką. Taka sama, jaka zdobiła futerał najmłodszej z jej uczennic.
    — Jak zawsze wszystko zapisałam jej w zeszycie, nie zdziw się, jak będzie się popisywać małpką i rogatkami — powiedziała lekko i nie czekając na zaproszenie zajęła miejsce na kanapie.
    Gdyby ktoś powiedziałby jej pięć lat temu, że będzie siedzieć w salonie Tannera Morgana po skończonej lekcji z jego córką, prawdopodobnie wywróciłaby oczami na absurdalność takiej wizji. W tamtym czasie abstrakcją była dla niej możliwość nauczania kogokolwiek, czegokolwiek, nie mówiąc o okolicznościach w jakich miałaby się spotkać z samym Tannerem. Widywali się na bankietach, on w smokingu albo garniturze, ona w jednej z markowych sukienek wybranych przez Cartera i jedyny kontakt, jaki w tamtym czasie wchodził w grę to krótka wymiana uprzejmości, może niedługa, niezobowiązująca rozmowa, ale to wszystko. Na nic więcej Sullivan by nie pozwolił, a już bez wątpienia nie na to, by siedziała swobodnie na kanapie w mieszkaniu mężczyzny, ubrana w luźne, lniane spodnie i bawełniany t-shirt, tak intymnie domowy według jej zmarłego męża.
    Tego samego, po którym pamiątek właśnie zamierzała się pozbyć, przez co pomimo wcześniejszej lekkości wypowiedzi dało się zauważyć po Tamsin, że nagle na jej barkach pojawiło się dodatkowych kilkanaście kilogramów, jakby ktoś przewiesił przez nie betonowe bloki. Skurczyła się nieznacznie, zwykle wypiętej klatce piersiowej pozwoliła się schować, i chociaż pozornie wyglądało to na zwykłe, leniwe zgarbienie, to nie w rozluźnieniu należało szukać źródła jej zmiany postawy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej małżeństwo nie było w końcu jedną z wielu efemerycznych relacji, w których wir wsiąknęła po stracie męża. Chociaż zdawała się być zupełnie inną, nową Tamsin, to ilekroć natrafiała na cokolwiek, co było związane z tamtym okresem jej życia, wspomnienie tamtych chwil wraca na nią z ciężarem wody napierającej na falochron. Czerń zdjęła po roku, po dwóch latach schowała do szkatułki pierścionek zaręczynowy i obrączkę. Zdawać by się mogło, że całkowicie pogodziła się z tym, co się stało i w jaki sposób wpłynęło to na jej życie, a jednak wystarczyły drobnostki, by zachwiać status quo w którym się znajdowała.
      Biżuteria, patrząc na kunszt jej wykonania może taką drobnostką nie była, ale ilekroć Tamsin sięgała po cokolwiek ze szkatułki, biła nie tyle co swoim blaskiem, co wspomnieniami. Stanowiła maleńką drzazgę pod paznokciem, o której można było w codzienności zapomnieć, ale która przypominała o sobie przy każdym zgięciu palca.
      — To… — zaczęła nieco zakłopotana, bo nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Weź ode mnie to dziadostwo, bo nie mogę na nie patrzeć nie brzmiało zachęcająco, ale tylko to cisnęło jej się na język. Oblizała wargi w geście zdenerwowania i wyciągnęła z torebki skórzane, zdobione złotymi ornamentami, pudełeczko. Następnie kolejne, mniej fikuśne, za to obite w aksamit, koloru dojrzałych wiśni. W jednym krył się komplet – diamentowe, proste kolczyki i taki sam naszyjnik z mniejszych kamieni o markizowych szlifach. W drugim bransoletka, z malutkich diamentów o szlifie bagietkowym, oddzielonych od siebie mniejszymi rubinami czystej, krwistoczerwonej barwy.
      — Białe złoto raczej do mnie nie pasuje, więc nie ma sensu tego trzymać — jest to częściowa prawda, bo Tamsin faktycznie wolała cieplejsze kolory, ale wiedziała jednocześnie, że Tannerowi nie były potrzebne tłumaczenia. Były one dla niej, jakby miały możliwość zmienić cokolwiek w pewnego rodzaju nieodwracalności tej transakcji. Zupełnie, jakby gniew Cartera mógł jej dosięgnąć zza grobu.

      Tamsin Passalis

      Usuń
  41. Reilynn poszła za nim, choć czuła, że to nie powinno się stać, nie w ten sposób. Przez chwilę w jej głowie panował chaos, a wyobraźnia zaczęła pracować tak, żeby odciągnąć ją od niewygodnej sytuacji, w której się znalazła, choć przecież nie działo się nic złego i nic okropnego nie zostało powiedziane.
    Kiedy ją puścił, odruchowo przyciągnęła rękę bliżej siebie, ale nie dlatego, że zrobił coś nieodpowiedniego. Raczej dlatego, że w tej chwili każdy dotyk wydawał się mówić więcej, niż powinien. Każdy gest groził tym, że jej głowa znowu zacznie tworzyć jakąś pokręconą narrację, a Rei nie ufała już sobie w tej sprawie ani trochę.
    Gdzie tak właściwie się znalazła? Rozejrzała się krótko wokół. Pomieszczenie okazało się niewielkie, zbyt niewielkie. To była chyba jakaś boczna garderoba albo zaplecze dla pracowników; wąska przestrzeń miała jasne ściany, kilka krzeseł ustawionych z boku, składany stolik i wieszak, na którym wisiały dwa zapomniane pokrowce na ubrania. W rogu stały pudła po dekoracjach, a obok nich metalowy stojak na nuty, jakby ktoś wyniósł go tu tymczasowo i natychmiast o nim zapomniał. Było cicho, choć za drzwiami wciąż dało się słyszeć trwający bankiet, a oprócz tego czuć było tutaj tylko zapach kurzu, papieru, lekko rozgrzanego drewna i perfum, które Rei dzisiaj użyła, pachnąc jak ciasteczko waniliowe.
    Dopiero po chwili podniosła głowę, aby spojrzeć Tannerowi w twarz. Czuła się tak głupio i było jej tak wstyd, że miała ochotę powiedzieć, że wcale nie chce rozmawiać, że to w ogóle nie jest ważne, ale wtedy byłaby tchórzem, a raczej kłamliwym tchórzem, który ucieka gdzieś daleko, bo zrobiło się niewygodnie. Przez sekundę milczała, bo tak właściwie nie wiedziała, co mówić lub o co zapytać. „Prosto z mostu” było cudowną koncepcją i pewnie chętnie by z niej skorzystała, tylko że tym razem chodziło o coś bardziej intymnego. Teraz ten most chwiał się pod nią jak idiotyczna konstrukcja postawiona przez kogoś, kto nie przewidział niektórych zmiennych.
    — Nie wiedziałam — powiedziała w końcu. — O pańskiej żonie... o tej części pańskiego życia. — Wzruszyła lekko ramieniem. — Wiedziałam o córce, bo wspomniał pan o niej w salonie, i o młodszym bracie, bo mówił pan o nim jeszcze przed chwilą. I to właściwie tyle.
    Dotarło do niej, że wiedziała o Tannerze Morganie tyle, ile każdy człowiek mógłby się dowiedzieć, gdyby wpisał jego imię i nazwisko w przeglądarkę. Choć i tak miała przewagę; była świadoma tego, że nie przepadał za słodyczami, lubił czarną kawę, jadał pięć posiłków dziennie… uświadomienie sobie tego, że pamięta takie szczegóły z życia zamężnego faceta, sprawiało, że poczuła się jeszcze bardziej żałośnie.
    — To nie jest pańska wina — dodała szybko, zanim mogłoby to zabrzmieć jak oskarżenie. — Naprawdę. Nie powiedział pan niczego, czego nie powinien. Nie obiecał mi pan niczego. Nie… nie zrobił pan niczego złego.
    Musiała to powiedzieć, bo jeśli nie zrobił niczego złego, to zostawała jej tylko własna głupota. A z własną głupotą przynajmniej potrafiła żyć.
    — Po prostu… — odetchnęła płytko. — Gdybym wiedziała, nie próbowałabym... nie wiem? Wejść do pańskiego życia swoimi brudnymi butami, oczekując, że może się zaprzyjaźnimy?
    Och, gdyby chodziło wyłącznie o przyjaźń, pewnie byłoby jej to łatwiej przełknąć. Cofnęła się o krok, aby oprzeć plecy o jasną ścianę z cichym westchnięciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No i... nie zaprosiłabym pana w ten sposób… nie oczekiwałabym, że pan tutaj przyjdzie… — urwała, bo mówiąc to, czuła się jak najgorsza idiotka. — Nie dlatego, że zrobiłam coś strasznego. Wiem, że obiektywnie nic nas nie łączy ani… Boże, wiem, że nie jestem idealną osobą do spędzania czasu, za dużo mówię, zbyt dużo myślę, ale dla mnie to nie było całkiem nic. I właśnie dlatego jest mi wstyd.
      Powiedziała to ciszej i przez moment wpatrywała się w niego z takim napięciem, jakby spodziewała się, że samo powiedzenie tego wszystkiego będzie w stanie sprawić, że wszechświat nagle się skurczy i zniknie. Ale nic się nie wydarzyło, a gdzieś za drzwiami bankiet trwał dalej.
      — Nie chcę układać tego sama — przyznała po chwili, prawie szeptem. — Tylko że nie wiem, czy mam prawo pytać, bo to jest pańskie życie, pańska rodzina i prywatność. A ja jestem… — Skrzywiła się lekko. — Kim ja właściwie jestem w tej sytuacji? Kobietą od pączka i przypadkowego naruszenia przestrzeni osobistej? To trochę za mało, żeby domagać się wyjaśnień.
      Zamilkła i spuściła wzrok, wbijając oczy w swoje czarne buty. Wzięła głębszy oddech, pamiętając o tym, że powinna mówić prosto z mostu, nawet jeśli ten most był wykonany z patyków i klejony gumą do żucia.
      — Nie chcę nikogo skrzywdzić. Ani pańskiej żony, ani pana, ani siebie, chociaż w tej ostatniej kategorii mam niestety długą historię zaniedbań. Nie chcę być czymś niewłaściwym w cudzym życiu. Nie chcę dopisać sobie znaczeń tam, gdzie ich nie ma, a potem udawać, że rzeczywistość mnie oszukała, kiedy to ja sama napisałam scenę bez sprawdzenia faktów — wyrzuciła z siebie. Jej podbródek znów zadrżał minimalnie, więc mocno przygryzła lekko wewnętrzną stronę policzka. — Powiedział pan, żebym pytała, jeśli chcę coś wiedzieć… więc pytam. Czy ja źle to odczytałam? Proszę mi powiedzieć, jeśli to wszystko było tylko uprzejmością. Albo odpowiedzialnością. Albo czymkolwiek, co mieści się w pańskim świecie bez robienia z tego bałaganu. Jakoś to zniosę, będzie mi głupio, ale to zniosę, już jest mi głupio… po prostu… jest pan szczęśliwy?
      To pytanie może było tak głupie, jak głupio czuła się Reilynn, ale było ważne. Jeśli był szczęśliwy z żoną, to tak właściwie odpowiedź na wszystkie pozostałe pytania przestawała mieć znaczenie. Wtedy mogła zamknąć usta, przeprosić, wrócić na bankiet i zachowywać się przyzwoicie, bo szczęśliwy mężczyzna należał do swojego szczęścia. To było dla niej tak proste.

      Rei Bothwell 🫠

      Usuń
  42. Reilynn słuchała go w zupełnym milczeniu i nie przerwała ani razu, choć nie dlatego, że nagle zabrakło jej słów. Była pisarką, umiałaby się wtrącić powiedzieć swoje i ubrać to w jakąś narrację, tyle że tym razem nie chodziło o nią, a o Tannera. Każde jego zdanie próbowała analizować, uprościć i zrozumieć, nie używając do tego własnych filtrów.
    Nigdy nie przyjąłbym pani zaproszenia, gdybym był szczęśliwy. Gdy to usłyszała, poczuła… ulgę. Natychmiastową, taką, której od razu się zawstydziła, bo przecież ulga z czyjegoś nieszczęśliwego małżeństwa była moralnie podejrzana, nawet jeśli to małżeństwo okazało się bardziej układem, umową, historią rodzin i interesów niż czymś, co zostało zbudowane przez miłość. Ulga ta jednak dotyczyła przede wszystkim tego, że nie była czynnikiem, który mógł spowodować jakiś zgrzyt w wieloletnim małżeństwie. Rei nigdy nie celowała w zajętych mężczyzn, ba!, do tej pory w ogóle nie próbowała się do kogoś zbliżyć. Była beznadziejna w mówieniu komplementów, hot gadce i z całą pewnością nie miała zamiaru wysyłać nikomu swoich nudesów.
    Słysząc to wszystko, rozluźniła się nieco; ramiona odrobinę opadły, a coś ciasnego pod jej żebrami puściło, nie sprawiając już dyskomfortu, który mogłaby porównać do momentu przed zwymiotowaniem. Tanner mówił dalej i nie pozwalał jej zbudować sobie prostej wersji całej tej sytuacji, w której się znalazł. Nie był szczęśliwy, ale nie szukał szczęścia. Nie kochał Dakoty, ale formalnie nadal był jej mężem, a Rei nie zrobiła nic niewłaściwego.
    — To… wydaje się trudne — powiedziała w końcu cicho, nie znajdując innych słów. Mężczyzna właśnie opowiedział jej o siedmiu latach małżeństwa, córce, separacji, rodzinnych układach, wspólnym majątku, Dakocie, Franku Davisie i własnych granicach, a ona po prostu stwierdziła, że to trudne. Zerknęła w bok, próbując nie zapaść się w sobie, a potem podniosła spojrzenie, by wbić zielone oczy w postać Tannera Morgana.
    — Dziękuję — odezwała się. — Za to, że powiedział pan to wszystko i za to, że nie pozwolił pan Frankowi zostać głównym narratorem tej historii, bo muszę przyznać, że jako źródło informacji miał twarz człowieka, któremu się nie ufa. — Wciągnęła płytko powietrze i dodała: — I… dziękuję za to, że powiedział pan, że nie weszłam w środek pańskiego małżeństwa.
    To zdanie kosztowało ją najwięcej, bo właśnie tego bała się najbardziej; tego, że okaże się kimś niewłaściwym, kimś, kto nawet niechcący dotknął czegoś cudzego. Kimś, kto powinien był widzieć granicę, ale był zbyt zajęty wszystkim innym, żeby ją zauważyć.
    — Ja naprawdę nie chciałam… — zaczęła, ale urwała, bo nie wiedziała, jak skończyć to zdanie. Nie chciała czego? Zbliżyć się? Przecież chciała, właśnie w tym był problem. Nie chciała tylko, żeby to było krzywdzące dla kogokolwiek. — Nie chciałam być nieuczciwa. Ani wobec pana, ani wobec niej. Nawet jeśli jej nie znam, zwłaszcza że jej nie znam.
    Uśmiechnęła się lekko, jakby chcąc dać mu znać, że naprawdę rozumie jego sytuację i że nie zamierza niczego dodawać w swojej głowie, aby nie zbudować kolejnej pokręconej narracji, w której stanie się złoczyńcą. Najwyraźniej nikt tutaj nie był złem w ludzkiej skórze, czasem po prostu życie bywało nieprzewidywalne.
    — I naprawdę rozumiem, że nie szuka pan szczęścia. To znaczy… nie wiem, czy rozumiem naprawdę, bo chyba nie da się zrozumieć cudzego życia po kilku zdaniach wypowiedzianych w pomieszczeniu, które wygląda jak czyściec dla krzeseł po nieudanej próbie generalnej — powiedziała cicho. — Po prostu… nie wiem, jak się zachować po takiej rozmowie. Otworzył się pan przede mną, opowiedział o sobie, swoim małżeństwie…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miała pojęcia, czy Tanner, mówiąc to wszystko, czuł smutek lub żal. Jego twarz wciąż pozostawała niemal stoicka, głos spokojny, a wypowiedziane zdania były ułożone tak precyzyjnie, jakby nawet prywatny ból musiał przejść u niego przez jakąś kontrolę. Ale Rei wiedziała, że spokój nie zawsze oznaczał brak emocji i chyba dlatego poczuła… współczucie, choć może wcale nie powinna. Ale niezależnie od tego, jak bardzo Tanner Morgan potrafił wyglądać jak człowiek, który podpisał osobną umowę z własnym opanowaniem, właśnie powiedział jej coś trudnego
      Przez chwilę stała nieruchomo, walcząc ze sobą, ale ostatecznie zrobiła krok w jego stronę, a potem objęła go lekko. To był uścisk, który miał w sobie coś po prostu ludzkiego, a Rei naprawdę bardzo chciała wierzyć, że nawet Tanner Morgan czasem potrzebuje bezinteresownego przytulasa. Brała pod uwagę oczywiście to, że zaraz może dostać pogróżkę o zakazie zbliżania się, ale miała to gdzieś; trzymała dłonie niepewnie ułożone przy jego marynarce, jej policzek nie do końca znajdował się przy jego ramieniu, a drobne ciało było gotowe wycofać się w każdej sekundzie.
      Odsunęła się chwilę później, zanim ten uścisk zdążył stać się czymś innym niż ludzkim, empatycznym odruchem. Poprawiła dłońmi włosy, a potem przetarła palcami oczy, które jeszcze chwilę temu nieznośnie szczypały, i odetchnęła.
      — Dobrze — odezwała się, choć nie wiedziała, czego to „dobrze” miałoby się tyczyć. Uśmiechnęła się ostrożnie i spojrzała Tannerowi Morganowi prosto w oczy. — Skoro już tu jesteśmy, skoro przetrwaliśmy Franka Davisa, odkrycie Dakoty, czyściec dla krzeseł i mój nieautoryzowany uścisk, to myślę, że należy nam się coś z bankietu. — Przez chwilę jej twarz pozostała miękka, prawie poważna, a potem kącik ust drgnął jej znajomo. — Konkretnie tartaletki. Widziałam je wcześniej. Wyglądały podejrzanie elegancko, czyli mogą być albo bardzo dobre, albo smakować jak coś, co nie ma duszy.

      Rei Bothwell 🫂🍰

      Usuń
  43. — Mae jest chora — Andrea odpowiedziała poniekąd od końca, zupełnie tak, jakby celowo zignorowała poprzednie pytania pana Morgana. O scenariusz. Wilson nie wiedziała. Znaczy się – wiedziała, doskonale wiedziała, co chciała osiągnąć, ale była człowiekiem od realizacji, nie od planowania. Bez obecności Mae jej projekt mógł się nieco posypać, ale czarnulka nie chciała do tego dopuścić. Andrea była zawzięta, Andrea chciała w końcu z filmem związać się na dłużej, chciała móc po studiach pracować jako reżyserka albo chociaż jako pomocnik takiegoż. Asystent. Cokolwiek. Chciała wyrwać się z prostych ścian siłowni, chciała zmienić obłapywane przez wiele par rąk maszyny na finezję kamery, na kolorowe scenografie i skupienie. Zupełnie inne niż to, które towarzyszyło ćwiczącym. I jak zwykle Andrea potrafiła znaleźć piękno w wielu sytuacjach, miejscach i osobach, ale nie na siłowni. Może to kwestia tego, że spędzała tam naprawdę wiele, wiele długich i nudnych godzin, podczas których nie mogła oddawać się swoim prawdziwym pasjom. — Dopadła ją angina — doprecyzowała jeszcze, tym samym dając sobie samej jeszcze więcej czasu.
    Ale na co? Nad czym miałaby się zastanowić? Nie miała planu. Znaczy się – miała, ale był to plan na tyle ogólny, że mogła zmienić w nim jedną rzecz, a zmieniłaby wszystko. Westchnęła cicho, odprowadzając spojrzeniem Shirin. Miała nadzieję, że kawa dobrze jej zrobi. Prawda była też taka, że rezydencja Morganów, obecność jednego z nich zwyczajnie ją krępowały. Andy nie przywykła do tego typu przepychu. Nie znała. Może właśnie z filmów.
    Rozglądała się więc ciekawie po pomieszczeniu, ostatecznie skupiając się właśnie na gablotkach, w których Tanner prezentował te kamienie, które miały przyciągnąć uwagę, na razie nikogo innego jak samej Andy. Nie uważała się za typową srokę. Nigdy szczególnie nie ciągnęło ją do świecidełek, a prosty pierścionek z turmalinem i para kuleczek ze stali szlachetnej w uszach były jedyną metalową biżuterią. Miała całą masę sznureczkowych bransoletek z kolorowymi koralikami, ale nie dzisiaj – uznała, że pojawienie się u jubilera wysokiej klasy z takimi świecidełkami byłoby co najmniej obrazoburcze.
    Pan Morgan nie wydawał się przy tym wcale nadęty. Był sympatyczny. Wysoki, postawny i przystojny. Miał twarz, która nadawała się – z cała pewnością – na okładki magazynów. Może już nawet na jakiejś kiedyś figurował? Powinna była to sprawdzić, lepiej się przygotować. Niedoczas, w jakim wiecznie żyła, skreślił wiele jej planów. Andrea, choć była świetną organizatorką własnego czasu, żyła w nieustannym pędzie, uznając, że życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na nieróbstwo. Jednak dostrzegała też pewną niedogodność – jak na swój młody wiek, bo przecież była młodziutka, ledwo skończyła drugą dekadę życia, a czuła się niewyobrażalnie zmęczona.
    — Myślę, że najpierw napijemy się kawy — odpowiedziała z delikatnym uśmiechem, odgarniając włosy za ucho. — Teraz, w międzyczasie, może mi pan opowiedzieć co nieco o kamieniach. Poza kamerami. Bez pytań. To, co pan uważa za interesujące dla kogoś, kto widzi je pierwszy raz w życiu — zauważyła, a potem oderwała spojrzenie od gablotek z kamieniami. — Później musiałabym rozłożyć się ze sprzętem. Może przy tym wysokim oknie, a pana usadzę sobie przy gablotkach. Będzie dobre światło i ciekawe tło.
    Przedstawiła wstępny i wyjątkowo ogólny plan działania. Przemaszerowała w kierunku okna. Mimo pochmurnego dnia, gdzieś w oddali na niebie pojawiały się szczeliny, przez które przedostawały się promienie słońca. Andrea uśmiechnęła się w zasadzie sama do siebie, przyjmując to za dobry znak.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Część pytań, które będę panu chciała zadać, dotyczy pana prywatności — zauważyła jeszcze, odwracając się w stronę Morgana. — Chodzi głównie o pracę, łączy pan dwa ciekawe zawody, ale mimo wszystko, wolałabym, aby wytyczył pan jasną granicę. Albo umówimy się na hasło bezpieczeństwa. Nie idziemy na żywo, ale muszę mieć konkretne wskazówki co do późniejszego montażu.
      A teraz, mimo swojego młodego wieku, Andrea brzmiała – przynajmniej sama dla siebie – niezwykle fachowo.

      Andrea Wilson

      Usuń
  44. Tamsin znała te historie. Zarówno tą o balecie, jak i o rysowaniu. Nie pamiętała natomiast, kto opowiedział jej o nich pierwszy – Amber, czy Tanner, bo z Dakotą wymieniały się jedynie grzecznościowym uprzejmościami. To nie było tak, że za sobą nigdy nie przepadały, ale nie miały momentów styku w swoim życiu, które mogłoby w jakikolwiek sposób rozwinąć ich relację i chyba każdej z kobiet to odpowiadało, w szczególności patrząc na fakt, na jakim etapie znajdowało się małżeństwo Morgana.
    Wiedziała o tym niewiele, nigdy sama z siebie nie dopytywała, ale rozumiała, co oznacza mieszkanie osobno dwójki ludzi, którzy mają razem dziecko. Kiedy Amber próbowała poruszać kwestie rodziców na lekcjach, Tamsin ze zwinnością jaszczurki zmieniała temat, odwracała uwagę dziewczynki możliwie daleko, najlepiej w całkowicie abstrakcyjne miejsca, które nijak mogłyby się jej kojarzyć się z mamą, czy tatą. Rozmawiały całkiem sporo i Passalis musiała przyznać, że lubiła te chwile, kiedy dziewczynka opowiadała jej o szkolnych dramatach, które wśród siedmiolatek orbitowały wokół tego, kto z kim usiadł, kto zrobił coś obrzydliwego, albo nie nauczył się na lekcję. Różnica między Tamsin, a pewnie większością dorosłych, z jakimi spotykali się jej uczniowie polegała na tym, że nie była rodzicem i chciała ich słuchać, a dorośli zazwyczaj nie mieli do takich rzeczy cierpliwości ani czasu. Tamsin czasu też za dużo nie miała, ale mimo niespokojnej, często chaotycznej natury, miała nieskończone wręcz pokłady cierpliwości, a rzeczywiste wyprowadzenie jej z równowagi było czymś niemal niewykonalnym. Zwłaszcza, gdy sięgało się jej do pasa, szykowało rysunki i czerpało tą samą radość, jaką i ona wciąż czerpała z grania.
    — Bo my jesteśmy koleżankami… Ja wiem, że to może nie brzmi za dobrze, że koleguję się z siedmiolatką, ale Amber jest świetną psiapsiółką, a my dziewczyny musimy trzymać się razem — mrugnęła do niego z uśmiechem. — Ostatnio powiedziała mi, że jak będę smarować ręce kremem, to nie będę miała takich odcisków na palcach — zaśmiała się, bo później musiała jej wyjaśnić, że to od instrumentu, co nieco ją zmartwiło. Palce lewej dłoni miała trochę krzywe, zgrubiałe na końcach, z kciukiem naznaczonym niemal naroślą w miejscu, gdzie dotykał strun. W prawej dłoni sytuacja wyglądała nieco lepiej, odciski nie utrzymywały się na stałe, a jednak palec wskazujący, gdyby faktycznie miał precyzyjnie na coś wskazywać, musiałaby korygować nadgarstkiem. Ot, dosłowne skrzywienie zawodowe, którego nie zamieniłaby na żadne inne.
    To było szczęście w życiu, które miała farta odkryć młodo. Wiedziała, że chce grać profesjonalnie od momentu, kiedy usłyszała popis szkolny, na którym starsi uczniowie prezentowali instrumenty dla tych, którzy dopiero mieli zdecydować się na któryś z nich. Potwierdzenie swojej decyzji dostała na egzaminach wstępnych do szkoły muzycznej, gdzie sprawdzono jej słuch i śpiew, jednak nie samo to przekonało ją do trafności wyboru. Jeden ze starszych nauczycieli uważnie obejrzał jej dłoń. Pamiętała, że był w tym niedelikatny, nieco wręcz brutalny, bo jej mała dłoń dosłownie ginęła w jego – przypominał jej złego bohatera z jakiejś kreskówki, przez to, jak gładko miał zaczesanego do tyłu kucyka a na czubku nosa nosił małe, okrągłe okulary w czarnych oprawkach. Wyglądał jak połączenie szczura i patyczaka, gdy palcami rozsuwał palce tamsin, naciskał na śródręcze i kazał opierać rękę na długopisie. Głupie jej się to wtedy wydawało, ale po tym niemal lekarskim badaniu powiedział dokładnie to, na co liczyła – że się nadaje. A to było ważniejsze od jej odczuć; ostatecznie został jej pierwszym prowadzącym dając jej solidną szkołę życia przez uświadomienie jej, że bycie dzieckiem nie zwalnia jej z samodzielnego myślenia a on, jako dorosły, nie ma obowiązku być miły tylko dlatego, że ma raptem kilka lat. Może dlatego Tammy była tak miła dla swoich uczniów? Bo pamiętała, jakie to było dla niej przykre?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Carter wolał zimne kolory — wyjaśniła odruchowo, w myślach dodając uwagę, że sam też w zasadzie był już zimny. Dobrze, że Tanner wziął od niej pudełeczko, bo może było to infantylne, ale miała ochotę reagować na te błyskotki tak, jak reaguje się na dużego robaka siedzącego na swetrze. Nie chciała ich widzieć, czuć ich obecności i najlepiej by było, gdyby całkowicie zniknęły.
      — Może być lemoniada — odpowiedziała i przeciągnęła się, czując, jak po kilku godzinach prób i lekcji z Amber, kręgi dopiero teraz zdają się wracać na swoje miejsce. Wstała z kanapy i podeszła do okna, jak zwykle w tak wysokich budynkach usilnie szukając chodnika, jakby to on stanowił prawdziwy wyznacznik wysokości. — Tak wysoko… Czy na tej wysokości latają jeszcze ptaki? — spytała ze szczerym zaciekawieniem, bo u niej latały. Ale ona mieszkała na Brooklynie w starym mieszkaniu z kontrolą czynszu, skrzypiącą windą i schodami ewakuacyjnymi zaraz tuż obok okna. Z lokatorami z sąsiedniego budynku może nie mogła zbić piątki, ale mogli sobie pomachać, co czasami robili, gdy jedno przyłapało drugie na wpatrywaniu mu się w okna.

      Tamsin Passalis 🐦

      Usuń
  45. Kiedy cofnął się o krok, Rei odruchowo wygładziła palcami sukienkę przy biodrze. Wciąż pamiętała jego palce przy swoich plecach i wydawało jej się, że po raz pierwszy, odkąd weszła w jego życie ze swoimi butami, pączkiem pistacjowym i złamanym nosem, niczego nie analizowała. Był przytulas, dziwne pojednanie, choć nikt się nie kłócił, a przede wszystkim coś, czego być może Tanner się nie spodziewał, ale Rei nazwałaby to nicią porozumienia.
    — Lubię słodkości — odpowiedziała. — Nie, żebym miała jakiś problem z objadaniem się, ale… — zawahała się nieco, nie wiedząc, czy powiedzieć dokładnie to, co chciała, ale skoro Tanner był z nią szczery, ona także zdecydowała się być — …czasem po lekach wszystko smakowało jak metal albo gąbka, a czekolada była jedyną rzeczą, która nie sprawiała, że miałam ochotę zwymiotować.
    Gdy przepuścił ją w progu, podziękowała krótko i ruszyła przodem, przez sekundę mając wrażenie, że przekracza pewną granicę między jedną wersją wieczoru a drugą. Przed drzwiami była rozmowa o Dakocie, Frank, rocznica ślubu, ten okropny moment, w którym wszystko w niej zamarło, a głowa zdążyła stworzyć trzy dramatyczne scenariusze. Po drugiej stronie był Tanner, trudna prawda i uścisk, o którym powinna jak najszybciej zapomnieć, tak dla własnego dobra.
    Rei rozejrzała się wokół, jakby spodziewała się, że Frank wyskoczy zza najbliższego filaru z kolejną bombą towarzyską, ale na szczęście nigdzie go nie było. I dobrze. Nie była pewna, czy zniosłaby tego mężczyznę jeszcze chwilę dłużej.
    — Jestem pewna, że jest tutaj coś z gorzką czekoladą — stwierdziła, bo bankiet nie wyglądał biednie. Wątpiła więc, aby nie było tutaj deserów, które pasowałyby do każdego. — Je pan tylko taką czekoladę?
    Podeszli do stolików ustawionych pod ścianą, przykrytych jasnymi obrusami i zastawionych tak równo, jakby ktoś rozplanował to z co najmniej rocznym wyprzeniem. Były tam małe tartaletki, kruche ciasteczka, owoce ułożone w miseczkach, sery, cienkie kromki pieczywa, niewielkie kanapki z czymś zielonym na wierzchu i desery w szklanych naczynkach, które wyglądały naprawdę elegancko. Rei zatrzymała się przed stołem i przez chwilę przerzucała wzrok od jednego deseru do drugiego, nie mając pojęcia, czego powinna spróbować.
    Sięgnęła po mały talerzyk ze stosu, a drugi podała Tannerowi, gdyby jednak chciał coś zjeść, i opierając nieco laskę o stolik, schwyciła za tartaletkę. Przez chwilę przyglądała się kruchemu spodowi, błyszczącemu owocowi na wierzchu i odrobinie kremu – wszystko wyglądało naprawdę dobrze. Położyła tartaletkę na talerzyku, potem dobrała jeszcze coś ciemnego, czekoladowego, niemal czarnego, o gładkiej powierzchni. Gorzka czekolada, prawdopodobnie – pachniało bardzo kakaowo. Przez sekundę zawahała się, bo deser był mały, elegancki i wyglądał jak coś, co należało zjeść od razu, a mimo to Rei wzięła mały widelczyk, przytrzymała ostrożnie wypiek i przekroiła na pół. Nie wyszło idealnie. Jedna część była odrobinę większa, druga miała więcej kremu przy krawędzi, a czekoladowa warstwa brzydko pękła. Trudno.
    — Chce pan spróbować? — zapytała, odwracając się w jego stronę i podsunęła swój talerzyk, gdyby faktycznie chciał zjeść coś z gorzką czekoladą. Wzięła swoją połowę palcami, ostrożnie, żeby krem się nie rozlał, i ugryzła niewielki kawałek. Czekolada była gorzka i ciężka od kakao, ale w środku miała miękką, delikatniejszą warstwę, która łagodziła smak bez odbierania mu charakteru.
    — O — odezwała się. — To naprawdę dobry deser, co prawda, dla mnie zrobiło się trochę gorzko, ale kruchy spód jakoś to ratuje.
    Urwała, choć jej głowa zdążyła już napisać recenzję godną najlepszego krytyka kulinarnego. Poczuła, jak coś nieprzyjemnie ścisnęło jej żołądek – i Rei wiedziała, co to znaczy. Zamarła z talerzykiem w rękach, z niedokończoną myślą i uśmiechem, który nieco pobladł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przełknęła ostrożnie ślinę, ale to tylko pogorszyło sprawę. Czekolada, jeszcze przed chwilą pyszna i kakaowa, nagle zmieniła się w coś obcego. Przeszedł ją dreszcz, a przy karku pojawiła się cienka warstwa potu.
      — Chyba… — zaczęła i natychmiast zamilkła, bo głos jej nieco zadrżał. Nie chciała robić sceny. Nie chciała, żeby Tanner pomyślał, że ten wieczór to kolejny problem, który mu wręczyła, tylko że tym razem owinęła to wszystko w koncertowo-bankietową elegancję. Odłożyła talerzyk z przesadną starannością. — Przepraszam — powiedziała cicho. — Muszę… na chwilę...
      Nie dokończyła, po prostu złapała laskę, ale przez sekundę palce nie trafiły dobrze w uchwyt. Gdy w końcu jednak ją schwyciła, ruszyła w stronę łazienki szybciej, niż było to rozsądne, ale wolniej, niż chciała. Sala nagle zrobiła się za jasna, rozmowy zlewały się w obcy szum, a śmiech kogoś po lewej stronie zabrzmiał zbyt blisko. Zapach perfum, wina i jedzenia uderzył ją naraz. Rei przycisnęła dłoń do ust.
      W łazience wpadła do pierwszej wolnej kabiny. Zamknęła drzwi drżącą ręką, oparła laskę o ścianę i zdążyła tylko niezgrabnie uklęknąć, bardziej z konieczności niż z wyboru, zanim żołądek gwałtownie się zbuntował. Zwymiotowała krótko, boleśnie, z oczami zaciśniętymi tak mocno, aż pod powiekami pojawiły się jasne plamy. Potem została tak przez chwilę, oddychając płytko, z czołem opartym o dłoń.
      — Cudownie — wyszeptała ochryple do siebie. W jej gardle nadal paliła gorycz czekolady, teraz zmieszana z kwaśnym, upokarzającym posmakiem. Wyciągnęła papier, otarła usta, potem spuściła wodę i przez kilka sekund po prostu siedziała nieruchomo, próbując przekonać samą siebie, że to nic takiego, że to tylko wymioty, a nie omen, który zapowiadał coś złowrogiego. Przypomniała sobie o słowach doktora Reeda i wynikach morfologii. Westchnęła ciężko; chciała tylko wyjść z domu, spędzić czas w towarzystwie Tannera Morgana, zejść deser i wrócić grzecznie do siebie, aby tam w swoich czterech ścianach odtwarzać cały wieczór.
      Podniosła się ostrożnie, opierając najpierw dłoń o ścianę, a potem chwytając laskę. Wyszła z kabiny i podeszła do umywalki. Odkręciła zimną wodę, przepłukała usta i zwilżyła palce, po czym przyłożyła je do karku. W lustrze zobaczyła swoją bladą twarz i zbyt duże oczy, które wydawały się teraz nieco mętne. Rei wiedziała, że zaraz przyjdzie gorączka, która ją totalnie rozłoży.
      — Nie dramatyzuj — powiedziała do swojego odbicia. — Dasz radę…
      Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło to dość krzywo. Sięgnęła po papierowy ręcznik, osuszyła usta i poprawiła ostrożnie włosy przy twarzy. Zaraz potem oparła obie dłonie o brzeg umywalki i wzięła kilka wolnych oddechów. Musiała wrócić, nie mogła zostać w łazience na zawsze, choć przez moment wydawało się to bardzo kuszące. Nie wiedziała też, czy Tanner poszedł za nią, czy może został przy stoliku, ale zdecydowanie wolałaby, aby nie widział jej takiej. Tylko że Tanner Morgan miał oczy i był dość spostrzegawczy. W końcu wyprostowała się, choć jej żołądek skurczył się boleśnie jeszcze kilka razy, a ciało wydawało się dość ciężkie, jakby ktoś nagle dorzucił jej z tonę. Wzięła kolejny oddech, schwyciła za laskę i opuściła łazienkę, mając nadzieję, że nie zwymiotuje w drzwiach.

      Rei Bothwell 😵‍💫🤢

      Usuń
  46. Rei chciała odpowiedzieć od razu, naprawdę chciała, ale przez krótką chwilę jej mózg po prostu się zatrzymał, gdy Tanner Morgan, bez pytania o pozwolenia czy zawahania, ujął jej twarz w swoje dłonie, sprawdził temperaturę i przesunął kciukiem po żuchwie. Pomyślała jedynie o tym, że jego ręce były chłodne, przyjemnie chłodne.
    — Wow — wymamrotała, przełykając ślinę, a w jej głosie było słuchać autoironię, bo jak niby miała zareagować? — Czyli jestem gorąca. Wreszcie. Szkoda, że powiedział pan to w momencie, w którym czuję się, jakby potrąciła mnie ciężarówka, ale… nie można mieć wszystkiego.
    Spróbowała się uśmiechnąć, ale wiedziała, że ten uśmiech był zbyt blady i krzywy, żeby mógł przekonać kogokolwiek, że wszystko jest w porządku, tym bardziej Tannera, który raczej nie był człowiekiem, którego dało się oszukać sarkazmem, którym Rei przez lata próbowała maskować ból i niemoc.
    — To znaczy… przepraszam — dodała szybko, gdy dotarło do niej, że Tanner sięgnął po telefon i przyłożył urządzenie do ucha, jakby wszedł w tryb, w którym świat miał się podporządkować do jego decyzji. Gdyby nie to, że jej żołądek znów się boleśnie zacisnął, pewnie uznałaby to za całkiem… ujmujące. — Nie przepraszam za bycie gorącą — mruknęła, bo to akurat bawiło ją nawet teraz. — Przepraszam za… sytuację.
    Ścisnęła mocniej laskę, bo nagle poczuła się zawstydzona nie samym faktem złego samopoczucia, ale tym, że Tanner znowu musiał to zobaczyć. Najpierw był świadkiem jej złamanego nosa, a teraz widział kogoś, kto psuje całkiem udany wieczór wymiotowaniem w publicznej toalecie, bo przecież nie mogłoby się odbyć bez jakiejś katastrofy. I właśnie dlatego Rei nie lubiła wychodzić z domu zbyt często – takie sytuacje zbudowały w niej lęk, że niezależnie od tego, jak będzie się czuć, wszystko może się spieprzyć, ale i tak próbowała wyjść ze swojej strefy komfortu, zgodnie z zaleceniem swojego psychiatry, z którym spotykała się raz w tygodniu od dość dawna, bo gdy pojawiła się u niego po raz pierwszy, miała szesnaście lat, mocną niedowagę i przeświadczenie o tym, że po co jej kolejna chemia czy operacja, jak i tak umrze.
    — Nic wielkiego się nie stało — odparła, a potem dodała:. — To wina gorzkiej czekolady. Mleczna by mi tego nigdy nie zrobiła…
    Urwała, bo zrobiło jej się trochę słabo od samego mówienia. Korytarz wydawał się nagle zbyt ciasny i duszny, a dźwięki przytłumione i jednocześnie zbyt głośne. Znów przełknęła ślinę.
    — Mój tata… — zaczęła. — Ale jest teraz w Berlinie i kończy swój projekt, nie chcę do niego dzwonić i mu przeszkadzać, pracował nad tym naprawdę długo, a jeśli dostanie telefon, prawdopodobnie w ciągu dwudziestu minut zacznie organizować lot… A Maeve… Maeve jest dzisiaj gwiazdą wieczoru i naprawdę nie chcę, żeby musiała się stąd zrywać.
    Malcolm Bothwell zapewne wsiadłby do pierwszego samolotu i zająłby się córką, tylko że Rei nie chciała robić mu problemów – i tak wiele dla niej poświęcił, gdy była dzieckiem, a jego żona postanowiła się odciąć. Dlatego teraz, gdy była już dorosłą kobietą, chciała, żeby ojciec zajął się sobą i realizował projekty, które odkładał. Maeve też nie powinna rezygnować dzisiaj z siebie; świeciła własnym światłem, rozgrzana sceną, muzyką i oklaskami. Rei nie zamierzała niczego psuć, szczególnie gdy wiedziała, jak ważny był to dzień dla Callahan. Poza tym to tylko gorączka i wymioty – nie umierała. To znaczy, wiedziała, że gorączka i wymioty mogą coś znaczyć, była tego świadoma, jednak nie czuła się tak źle jak kiedyś i umiała wyczuć tę różnicę między umieraniem a osłabieniem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Proszę po prostu odwieźć mnie do domu — oznajmiła w końcu i wbiła wzrok w Tannera, jakby to, że to powiedziała, załatwiało wszystko. — Wezmę leki, położę się i jeśli będzie gorzej, zadzwonię do kogoś.
      Nie wiedziała, czy mogłaby zadzwonić do kogokolwiek, kto znałby jej sytuację bardziej niż to, co było widoczne, czyli że była niepełnosprawna, ale to nie znaczyło jeszcze, że mierzyła się z czymś gorszym. Tak naprawdę niewiele osób faktycznie wiedziało, co się u niej dzieje, ale to nie tak, że Rei jakoś się z tym kryła; mówiła o lekach, lekarzach, żartowała sobie z własnego samopoczucia, tylko że nikt nie zadał jej nigdy konkretnego pytania, więc skoro nigdy ono nie padło, to Rei mogła udawać, że choroby wcale nie było. Poza tym jednak nie miała zbyt wielu znajomych, a już z całą pewnością nie takich, których widziałaby przy sobie, gdy będzie pocić się i majaczyć w łóżku.
      — Poradzę sobie — dodała. To było zdanie, które mówiła zbyt często i zdecydowanie zbyt łatwo. Poradzę sobie, kiedy ojciec pytał, czy zostać. Poradzę sobie, gdy pielęgniarka proponowała pomoc przy wstawaniu. Poradzę sobie, kiedy Maeve chciała przyjechać z jedzeniem. Poradzę sobie, gdy nie była pewna, czy zdąży dojść do łóżka. I jakoś sobie radziła, choć czasem szło jej to lepiej lub gorzej.

      Rei Bothwell 🏠

      Usuń
  47. Tamsin nie wnikała w to, co było między Dakotą a Tannerem dokładnie. Nie dopytywała, bo chociaż była ciekawa świata, to nie była ciekawska prywaty swoich znajomych i przyjaciół, jeśli ci sami się nią nie dzielili. Oczywiście nie wynikało to z jej zobojętnienia, ale raczej wygody – jeśli ona nie pytała, to i jej nie pytano zbyt często, łatwiej więc było unikać niewygodnych tematów, a tych wszyscy mieli dużo. Właściwie, to gdyby nie Amber, wspominająca o sytuacji swoich rodziców, a raczej o swojej własnej, nierozerwalnie z nią powiązanej, Tamsin prawdopodobnie nigdy nie zastanawiałaby się głębiej nad tym, czemu Dakota i Tanner nie mieszkają już razem. Dla postronnych mieli przecież wszystko – piękni, młodzi, zdolni i bogaci, ale Passalis wiedziała, że wiele może kryć się za zamkniętymi drzwiami i chociaż nie podejrzewała, by tliło się za nimi cokolwiek, co mogło być chociaż trochę podobne do jej sytuacji, to wiedziała, że są to sprawy tej dwójki, która za tymi drzwiami jest. Nikt i nic, żadna siła, nie była w stanie rozwiązać pewnych problemów, jeśli ci, których dotyczyły nie widziało możliwości im zaradzenia. Skoro Dakota i Tanner zdecydowali się na mieszkanie osobno, to nikt nie miał prawa wściubiać tam swojego nosa. Tamsin nie szukała zwady, właściwie unikała konfliktów a ze względu na Amber starała się być dla Dakoty możliwie neutralna, przeźroczysta na tyle, na ile tylko mogła i na ile pozwalała jej rezolutna siedmiolatka.
    — A mnie średnio… Nie jestem stara — obruszyła się z udawanym przejęciem, a śmiechem przyklepała to, że wcale jej to nie dotknęło. — Jeszcze kilka lat, a zostanę jej starszą psiapsiółą, której trzeba tłumaczyć nowinki technologiczne — wywróciła oczami, bo może i była młoda, ale wybrzmiewała w niej stara dusza. Lubiła czytać książki w ich fizycznej formie, telewizor w jej domu się kurzył a włączony grzał tak, że potrafił podnieść temperaturę w pomieszczeniu. Smartphone’a nie zmieniała wraz z modą, a dopiero wtedy, gdy poprzedni wyzionął ducha i z pewnym sentymentem wspominała czasy telefonów na guziki. Modę na tablety przespała, laptopa miała bardziej ze względu na pracę, niż faktyczną potrzebę i gdyby ktoś w tej chwili nakazał jej pracę przed komputerem, najlepiej osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, prawdopodobnie testowałaby wytrzymałość szyb w takim apartamencie, jak ten Tannera. Może to był jeden z licznych powodów, przez które tak ochoczo wpadła w ramiona Cartera? Jedna z nut zapachowych, która sprowadziła ją do kwiatu-pułapki, do którego weszła sama, bez większej zachęty i z którego zdołała się wydostać dopiero, gdy pozbawiono rośliny korzeni i światła?
    Tamsin chętnie przychodziłaby do Amber codziennie. Lubiła dzieci, chociaż swoich nie miała, to czerpała wiele radości z przebywaniem wśród nich – szczególnie, kiedy i one ją lubiły, a za Amber przepadała. Łatwo się z nią pracowało, bo wystarczyło traktować ją jak osobę myślącą. Nie jak dorosłego, bo w końcu dziewczynka sięgała jej do pasa, wciąż wypadały jej mleczne zęby i w zasadzie była gliną z której miał dopiero powstać ostateczny twór, wypalony przez doświadczenia. Ale nigdy nie traktowała jej z wyższością, czy protekcjonalnością, którą sama była oblewana w tym wieku i chyba przez to się tak lubiły. Tylko, że Amber miała dziecięcy świat, a Tamsin ten dorosły, w którym trzeba było dywersyfikować ryzyko, ciągle się rozwijać i znajdować dla siebie możliwości, często sięgając po nie z użyciem łokci i ciężkiej pracy.
    Wzięła od niego szklankę z lemoniadą i pociągnęła spory łyk. Pokiwała ze zrozumieniem na jego odpowiedź zauważając, że to by się zgadzało – drapieżniki trzymają się wysokości innych drapieżników, ale rozwiał jej myśl, gdy wspomniał o innych gatunkach. Czyli jednak drapieżniki umiały dzielić przestrzeń z innymi , nie było to szczególnie zastanawiające, bo wydawało się całkiem logiczne – na kogo miałyby polować, gdyby były tu całkowicie same?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Takie budynki… Czy ich nie myje się przypadkiem raz na kilka miesięcy? Chcesz mi powiedzieć Tanner, że jeśli teraz rozbiłby ci się ptak o okno, to mieszkałbyś z krwawą plamą aż do następnego mycia? — nie była oburzona, ale nie kryła zaskoczenia. Słyszała oczywiście o tym, że ptaki rozbijają się o szyby, ale nie zdawała sobie sprawy z częstotliwości tego zjawiska. Sama nigdy nie mieszkała w takim miejscu – Carter wolał stare budynki z możliwie długą, jak na Stany, historią, a ona niewiele miała w tym temacie do powiedzenia, więc jej przygody z pierzastymi mieszkańcami Nowego Jorku, były zupełnie inne. Częściej byli nieproszonymi gośćmi w jej mieszkaniu, niż ofiarami wypadków komunikacyjnych – bo tak chyba należało nazwać wlatywanie w okna, by brutalniej nie nazwać tego zapłatą za ludzki postęp.
      Odwróciła się w jego stronę, w końcu odklejając się od okna i własnych myśli, wzięła duży łyk lemoniady i obserwowała, jak Tanner ogląda biżuterię.
      — Wszystko — powiedziała krótko i ponownie napiła się podanego napoju. — Bardzo dobra lemoniada, nie wiem, gdzie latem dostałeś tak słodkie pomarańcze, ale smakuje jak w szczycie sezonu — zatrajkotała z uśmiechem, zupełnie innym tonem głosu, niż chwilę wcześniej odpowiedziała na jego pytanie. Chciała sprzedać biżuterię, za zarobione pieniądze kupić inwestycyjnie złoto, które zamknie w banku i zapomni na następne lata do momentu, gdy nie dosięgnie ją jakieś zwyrodnienie stawów, albo demencja – w każdym razie coś, co nie pozwoli jej już zarabiać na życie. Nie chciała tego przejść, chociaż byłyby to pieniądze idealne na długą wycieczkę po Europie, tylko Tamsin nie była głupia. Pracowała dużo i ciężko nie tylko po to, żeby dobrze żyć i budować karierę, ale też po to, by gdy nadejdzie pora, nie być zdana na łaskę innych, bo tych innych wokół niej nie było. Była sama i nie sądziła, by to się kiedyś zmieniło.

      Tamsin Passalis💎🦅

      Usuń
  48. Rei ze swoim byciem, owszem, miała sporo znajomych i z całą pewnością dało się ją lubić, tylko że po pierwsze, nie chciała być dla nikogo ciężarem, a po drugie nie każdy znajomy czy ktoś, kogo mogłaby nazwać przyjacielem, musiał wiedzieć o tym, że chorowała. To nie było coś, czym się chwaliła. Poza tym nie dopuszczała do siebie nikogo aż tak blisko, aby ktoś widział całą paletę barw Reilynn Bothwell, bo Rei obawiała się, że przy bliższym poznaniu okaże się dość miałka i nudna. No i, kto by niby chciał użerać się z ciągle chorującą pisarką z mechanizmem wyparcia? Dlatego raczej nie pozwalała ludziom aż tak się do siebie zbliżyć i do tej pory jakoś to wychodziło. Nie przypuszczała jednak, że z Tannerem Morganem będzie inaczej – z nim nie dało się po prostu pożartować, wpaść w wir absurdów i udekorować tego głupim tekstem. Znajomość z Morganem nieco różniła się od schematów, które Rei przyjęła w relacjach międzyludzkich, i to mogło być naprawdę niepokojące. Pomijając to, że osobiście zaproponowała prawnikowi swoją przyjaźń. Może jednak Tanner Morgan wcale nie był elfim lordem, a czarnoksiężnikiem, który zmieniał rzeczywistość zaklęciami lub sięgał aż do atomów, rozbijając je i znów łącząc?
    Rei pozwoliła mu poprowadzić się w stronę wyjścia, bo w tej konkretnej chwili protest wymagałby energii, której nie miała. Dłoń Tannera w dole jej pleców była lekka, niemal formalna. Nie popychał jej ani nie pospieszał; pozwolił jej opuścić bankiet w swoim tempie, choć zdecydowanie wolałaby się tak nie wlec. Chłodne powietrze uderzyło ją po wyjściu z budynku i Rei od razu wzięła głębszy oddech. Przez sekundę było lepiej. A potem Tanner zdjął marynarkę. Spojrzała w jego stronę z opóźnieniem, bo najpierw zobaczyła tylko ruch: rozpięty guzik, czarny materiał zsuwający się z ramion, biel koszuli pod spodem. Nie minęła chwila, a ubranie opadło po jej ramionach. Materiał był… ciepły i cięższy, niż się spodziewała, a przede wszystkim pachniał Tannerem.
    — Dziękuję — powiedziała cicho i uśmiechnęła się blado, nie próbując zsunąć marynarki z ramion; była pewna, że gdyby to zrobiła, Tanner i tak by jej ją oddał. — Queens — potwierdziła jeszcze, kiedy wspomniał o miejscu jej zamieszkania.
    Kiedy czarny Mercedes klasy S podjechał pod chodnik, Rei popatrzyła na samochód z czymś pomiędzy wdzięcznością a rezygnacją. Naprawdę nie chciała robić nikomu problemów i tak właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, było jej po prostu nieco przykro. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór i z całą pewnością nie chciała skończyć w aucie Tannera Morgana po tym, jak zwymiotowała. Gdy prawnik otworzył przed nią drzwi, podziękowała krótko i wsiadła ostrożnie, najpierw układając laskę, potem nogę i samą siebie. Marynarka zsunęła się z niej lekko, więc poprawiła ją przy ramionach i oparła głowę o zagłówek. Tanner usiadł obok, co było dość zaskakujące, choć nie jakoś bardzo. Gdzieś usiąść musiał – może wybrał to miejsce, bo było tu więcej miejsca?
    Rei pochyliła nieco głowę w stronę szyby i gorącym czołem oparła się o nią, wzdychając cicho. Chłód szkła przyniósł ulgę tak nagłą, że przez chwilę miała zamknięte oczy, a gdy je otworzyła, zobaczyła, jak miasto się zmienia, a światła wirują wokół, jedne jaśniejsze od drugich. Napisała jeszcze SMS-a do Maeve, żeby się nie martwiła, że wyszła z bankietu; nie chciała psuć jej zabawy. Poza tym wszystko było w miarę pod kontrolą.
    Kiedy samochód zatrzymał się przed jej budynkiem, przez sekundę się nie ruszyła, ale musiała to w końcu zrobić, więc zmusiła się do tego, aby wyjść z auta i podziękować jeszcze Oscarowi, kierowcy, i życzyć mu dobrej nocy. Nie spodziewała się jednak, że Tanner wejdzie z nią do budynku, a potem do apartamentu, który kupiła za swoje pierwsze zarobione pieniądze z pisania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W mieszkaniu Rei pachniało papierem i waniliową świecą, którą zgasiła przed wyjściem. Nie było ono ogromne, ale zupełnie wystarczało – jeden z pokoi stał pusty, inny robił za jej sypialnię, a najmniejszy został jej gabinetem, choć Reilynn pisała tak naprawdę wszędzie. W salonie stała głęboka, miękka sofa w ciepłym odcieniu beżu, przykryta kocem w kratę i kilkoma poduszkami, które nigdy nie leżały tak, jak powinny. Przy niej niski stolik, na którym piętrzyły się książki, notesy, kubek z zaschniętym śladem po kakao i dwa długopisy, z których jeden na pewno nie pisał. Regały zajmowały prawie całą ścianę. Książki stały w nich podwójnymi rzędami, niektóre pionowo, inne poziomo, część z kolorowymi zakładkami; fantasy, romanse, eseje, albumy o sztuce, stare wydania ze Szkocji, coś z medycyny. Były też świece, zawieszone po ścianie małe lampki, miękki dywan i fotografie w ramkach; ojciec na jednej, Maeve na drugiej, kilka niewyraźnych zdjęć z czasów, kiedy Rei była młodsza, choć najczęściej ujęcia przedstawiały po prostu jakieś chwile, które wydawały jej się piękne; park, jezioro, oświetlony przez słońce budynek, mały skwer przy szpitalu, który kiedyś wydawał jej się naprawdę ogromny.
      Spojrzała w stronę Tannera Morgana i dopiero wtedy dotarło do niej, że on naprawdę tutaj był i że nie życzył jej dobrej nocy po tym, jak się pożegnała. Stał teraz w jej mieszkaniu, otoczony książkami i zapachem świec, a Rei czuła się dziwnie odsłonięta. Nie zapraszała do siebie zbyt wielu znajomych; poza tym nie miała tutaj szczególnie posprzątane, nie było też wielkiego syfu, ale gdyby wiedziała, że Tanner do niej wejdzie, zapewne bardziej ogarnęłaby przestrzeń wokół.
      Zsunęła z ramion marynarkę i oddała ją Morganowi tak ostrożnie, jakby bała się, że materiał zaraz kompletnie się rozpruje.
      — Dziękuję — odezwała się i uśmiechnęła słabo. — Przepraszam, ale nie odprowadzę pana… — wymamrotała, a potem zasłoniła usta dłonią. Nie czekała, aż jej odpowie, po prostu ruszyła w stronę łazienki tak szybko, jak to możliwe.
      Doczłapała się jakoś to toalety i zwymiotowała. Tym razem było nieco lepiej niż podczas bankietu. Oddychała jednak płytko, czując pod kolanami zimne kafelki, a jej palce drżały przy porcelanie, gdy Rei coraz bardziej pogrążała się we własnym wstydzie, który przychodził zawsze wtedy, kiedy jej ciało dawało o sobie znać. Była pewna, że Tanner wyszedł, więc kiedy się podniosła i przepłukała usta, przebrała się, sięgając po ubrania, które tutaj zostawiła jeszcze przed wyjściem. Przebrała się więc w luźną koszulkę ze spranym napisem Live long and prosper i ciepłe spodnie od piżamy, a potem opuściła łazienkę, przeczesując włosy i wbijając palce w kark. Musiała wziąć coś przeciwgorączkowego i sięgnąć po kilka leków od doktora Reeda. Myśląc o tym, prawie nie zauważyła, że w jej salonie wciąż jest Tanner Morgan. Zamrugała, przez chwilę myśląc, że ma halucynacje, co by nie było takie dziwne, biorąc pod uwagę to, że zdarzało jej się widzieć różne rzeczy podczas gorączkowania.
      — To… myślałam, że pan wyszedł — odezwała się, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować.

      Rei Bothwell 🖖😳

      Usuń
  49. Tamsin długi czas miała nadzieję, że uda jej się stworzyć rzeczywistość z Carterem i po Carterze, zapominając przy tym, że jeśli to jego umieści w centralnym miejscu na osi, to wciąż będzie na niej zaznaczony, przypominając o sobie każdego dnia. I tak, jak jej początkowym odruchem po śmierci Sullivana było odcięcie się od wszystkich znajomych, tak po czasie dotarło do niej, że nie tędy droga. Do nikogo nie żywiła urazy, że nie zareagował – w końcu wszystko skrzętnie ukrywała za szerokim uśmiechem i eleganckimi sukienkami. Spojrzenie, które zdawało się gasnąć z każdym miesiącem, z każdym towarzyskim zobowiązaniem mając coraz mniej połączenia z uniesionymi kącikami ust, tłumaczyła zmęczeniem i ilością pracy. Jakiej? O to zazwyczaj nikt już nie dopytywał, bo do rozmowy dołączał Carter z historiami o tym, ile Tamsin ćwiczy przed obroną dyplomu i jak dumny z niej jest. I był. W całej tej pokręconej sytuacji najgorsze było to, że Tamsin była przekonana, że gdyby Carter zmartwychwstał, albo było jakieś życie po śmierci, to nawet teraz byłby z niej autentycznie dumny.
    I właśnie przez te niektóre dobre momenty, przez szczerą miłość, jaką go darzyła, nie była w stanie odciąć się od wszystkiego, co go z nią łączyło. Wliczając w to wspólnych znajomych, których próbowała ubrać w skórę wilka, bo tak byłoby łatwiej – odciąć prawie dziesięć lat życia grubą kreską, bo przecież część z tych ludzi poznała ją, jeszcze kiedy Carter był jej sponsorem, ale nie w tym rozpowszechnionym obecnie znaczeniu. Płacił za jej lekcje, kupił jej dobry instrument, opłacał kursy muzyczne, bilety lotnicze i noclegi, zawsze dbając o to, by nie wylądowała w tanim motelu. Nim poznała Cartera, często w takich spała, albo u jakiejś koleżanki poznanej na kursach, raz na podłodze na dmuchanym materacu, innym razem na kanapie w salonie. A później, kiedy Tamsin skończyła w końcu wyczekiwane osiemnaście lat, wcale nie wstydził się tego, że poślubił swoją podopieczną i potrafił sprawić, że na samym początku i jej nie było głupio. Carter potrafił sprawić, że czuła się bezpiecznie i wiedziała, że jest dużo starszy, że nią czasami manipuluje i że w ogólnym rozrachunku, ta relacja nie była zdrowa, to i tak lubiła w niej być. Ze wszystkich węży wybrała tego, po którego ugryzieniu nie ma śladu, ale trucizna zatruwa organizm powoli, bez pośpiechu, zabijając komórkę po komórce, tkankę po tkance, aż w końcu doprowadza do lizy całego ciała.
    Po tym dziwnym okresie, kiedy krzywdę robiła bardziej sobie, niż komukolwiek innemu, w końcu otworzyła się na tych, których już znała, zaprzestając usilnych prób oddzielenia od siebie rozdziałów swojego życia na dwa tomy. Tanner, jako jeden z nielicznych miałby miejsce w obu, bo poznała go przez Cartera, ale to on pomógł jej też jego sprawę zamknąć i chociaż Tamsin wiedziała, że była to jego praca, to do tej pory była mu niezmiernie wdzięczna. Nie tylko za obsługę prawną, ale też za to, że zwyczajnie nie pytał. Zwyczajnie był obok, służył radą, ale nie dopytywał i chociaż Tamsin chciałaby być bardziej, jak Tanner, niż jak ona sama, to wiedziała, że ona by dopytywała. Próbowała poznać historię, przyczyny, wszystko zrzucając na karb pracy, ale nie powstrzymałaby pytań w szczególności, że wtedy nie byli aż tak dobrymi znajomymi, jak teraz. Teraz Tamsin, tak dla odmiany, na przekór logice, wolała nie dopytywać. Nie przez brak ciekawości, a zwykłe zaufanie względem Morgana, że gdyby działo się coś poważnego, w czym potrzebowałaby pocieszenia, albo pomocy, to zwyczajnie by się do niej zgłosił.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To dobrze… To musiałby być straszne i wyjątkowo obrzydliwe – wzdrygnęła się, ale co chwilę zerkała w stronę okna, jakby z nadzieją, że zobaczy jednego z sokołów, które gniazdowały w budynku. W jej bloku mieli dozorcę, którym musieli dzielić się z dwoma blokami obok, za to za ochronę budynku służyły czujne, starsze panie, którym nic nie umykało. Taki stan rzeczy odpowiadał Tamsin, bo dzięki niemu czuła się swobodnie w swoich czterech ścianach i chociaż lokatorzy bywali różni, to jeszcze nikt nie zapukał do jej drzwi z wrzaskiem, że nie może słuchać jej ćwiczeń. A ćwiczyła dużo, często i zazwyczaj tak, jak się powinno – nuta po nucie, fraza po frazie i dopiero, gdy była na końcu wędrówki można było doszukiwać się w tym jakieś przyjemności.
      Zmrużyła lekko oczy, próbując odnaleźć odpowiedź na jego pytanie. Odstawiła bez słowa szklankę na stoliku i podeszła do kanapy, by sięgnąć po torbę. Wyciągnęła z niej teczkę, otworzyła i schowała szybko, zauważając, że to nie ta – ta była z nutami, całymi w notatkach naniesionych ołówkiem. Dopiero przy drugiej próbie wybrała odpowiednią, o której gumkę zaczepiła się otwarta rano koperta.
      — Chwilka… — westchnęła, odkładając zaproszenie na blat, po czym wyciągnęła odpowiednie dokumenty. — Zupełnie o tym zapomniałam. Tu masz certyfikaty… Nie mam oddzielnych na złoto jeśli są potrzebne, ale na kamienie… To powinny być wszystkie — nie była pewna, bo kamieni było sporo, ale papierów też, więc istniała szansa, że niczego nie brakuje.
      — Jesienią mam otwarcie sezonu w MET, ale do tej pory… Głównie jakieś śluby, jedno nagranie studyjne i koncert w Central Parku. Swoją drogą, możecie przyjść z Amber. Będziemy grać muzykę z bajek, więc powinno jej się spodobać, wszystko na świeżym powietrzu, wstęp wolny. Mają być rozstawione food trucki, jakieś dmuchańce dla dzieciaków, wata cukrowa… — odpowiedziała zgodnie z prawdą, a o tym, że Amber powinno się spodobać, była przekonana.
      Sięgnęła po kartonik, który chwilę wcześniej odłożyła na blat i przesunęła po nim dłonią, jakby to miało przypomnieć jej, czego dotyczyła treść.
      — Też dostałeś? — zapytała, podnosząc do góry papier, który znalazła dzisiejszego dnia dwukrotnie. Najpierw w skrzynce na listy, a później w torebce, do której wrzuciła go w czeluści wiecznego zapomnienia – a jednak, zaproszenie nie pozwoliło jej tego zrobić.

      Tamsin Passalis 👸📜

      Usuń
  50. Tamsin nie wiedziała, jak mogłaby się wtedy zachować. Czy mając poczucie realnego wsparcia w kimś innym, byłaby w stanie przerwać perpetuum mobile nieszczęść w które wpadła, a z którego nie umiała się wydostać? Czy jednak wolałaby w nim zostać jako w czymś, co już znała? Teoretycznie przed śmiercią Cartera zaczęła odkładać pieniądze, które miały być jej poduszką w razie rozwodu – zarabiała wtedy grosze, nie mogła liczyć na pomoc matki i chociaż mogła zamieszkać, u wtedy jeszcze żyjącej babci, to i tak jej sytuacja nie wyglądała ciekawie. Teoretycznie, to już nawet była u prawnika rozwodowego; taniego, z polecenia od koleżanki ze studiów, ale takiego, który widział dużo podobnego syfu i zapewniał ją, że wie, jak ją z niego wyciągnąć. W praktyce nie wiedziała, czy rzeczywiście byłaby w stanie odejść, chociaż pod koniec jej małżeństwa na próżno było szukać w nim miłości, a romantyczna natura nie nadążała nad powtarzaniem to przejściowe, on się zmieni, ma trudny okres. Tamta Tamsin szczerze w to wierzyła; gdyby Tanner wiedział i próbowałby w jakikolwiek sposób zareagować, prawdopodobnie dokładnie to usłyszałby z jej ust, podczas gdy ona pozostałaby głucha na jego próby przemówienia jej do rozsądku. Przecież znała go lepiej.
    Nie miała pojęcia, jak Tanner to robi. Jak potrafi wrócić do domu, usiąść na kanapie i żyć normalnym życiem, podczas gdy potrafiło go otaczać tyle zła i niesprawiedliwości. Nie tak, że Tamsin nagle przeprowadziła się do krainy mlekiem i miodem płynącej – wiedziała, że otaczający ją ludzie mają problemy, sama zresztą ich znała i starała się pomóc, na ile tylko mogła. Ale Tannera otaczało to codziennie i czasami zastanawiała się, czy przed tym wszystkim chroniła go gruba skóra, lata doświadczenia, czy może kamienie, podobne do tych, które obecnie oglądał. Obojętne, co to było, to przynajmniej na pozór zdawało się działać, a jak było w rzeczywistości, wiedział już sam Tanner, o co Tamsin nie czuła, by była gotowa pytać. W końcu, gdyby mężczyzna odsłonił dla niej ten wrażliwy kawałek, to i ona powinna była, a do tego potrzebowała znacznie więcej niż butelka wina. Prędzej karton, taki, który stawia się na blacie, ma niewielki kranik i można pić je ze szklanki, bez całego sommelierskiego rytuału. Tamsin była raczej pogodzona z tym, co się działo. Nie próbowała wypierać faktów, malować trawy na zielono, czy w jakikolwiek sposób usprawiedliwiać Cartera – już nie, ale nie lubiła o tym mówić. Wyzbyła się irytującego poczucia winy, jakby to ona doprowadziła byłego męża do tego, kim się stał i nie bała się oceniania, bo to towarzyszyło jej w zasadzie od najmłodszych lat. Zwyczajnie… Wolała rozmawiać o postępach Amber, jej bezbłędnych obserwacjach i tekstach, przez które niekiedy bolał brzuch, bo umiała nimi wywołać tyle śmiechu. Albo o ptakach i wysokości.
    — Jeśli nic nie pomyliłam, to powinny być przy zapięciach… Nie byłam pewna, czy to wystarczy — nie znała się na tym i nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej. Wiedziała, co jej się podoba, że do codziennego noszenia lepiej wybierać próbę złota z piątką z przodu, bo mniej się rysuje i że znacząca większość pierścionków zaręczynowych z ogromnymi kamieniami, wcale nie jest z diamentem a moissanitem, albo innego rodzaju zamiennikiem. No i próba. Nigdy nie kupiła niczego bez wybitej próby, ale nie miała pojęcia, jak to wszystko wygląda od strony, gdy było się sprzedającym.
    Central Park był ogromny, wydarzeniami w wakacje było się wręcz zalewanym, nic więc dziwnego, że Tanner nie wiedział o księżniczkowym koncercie. Tamsin do ubiegłego tygodnia też nie miała o nim świadomości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dlatego mówię najpierw tobie, bo gdybyście mieli wtedy inne plany, Amber i mi dałaby popalić — zaśmiała się, już wyobrażając sobie reakcję dziewczynki. Szantaże, wymuszenia… Pewnie byłaby w stanie dużo zrobić, byle to zobaczyć i Tamsin wcale jej się nie dziwiła. Jako mała dziewczynka też byłaby zachwycona animatorkami w ładnych sukienkach, orkiestrze przebranej w mieszaninę strojów z bajek Disney’a i historycznych kreacji barokowych – w zależności od wybranej wypożyczalni, bo chociaż znajdowali się w Nowym Jorku, to znalezienie czegoś odpowiedniego i tak nie było takie łatwe. Tamsin skończyła z sukienką wypożyczoną z teatru – trochę za luźną, ale wybłagała u garderobianej zgodę na niewielką przeróbkę, która właśnie się robiła u zaprzyjaźnionej krawcowej.
      Lubiła patrzeć, gdy ktoś pracował w skupieniu, dlatego i tym razem, całkowicie bez skrępowania obserwowała poczynania Tannera.
      Tamsin nie potrzebowała filantropi ani PR’u. Może była muzykiem, wystawiała swoje umiejętności na ocenę za każdym razem, kiedy wychodziła na scenę, ale raczej nikogo nie interesowała wiolonczelistka i jej działania dobroczynne. W takim towarzystwie wciąż była głównie wdową po Sullivanie, ale tym razem dość dobrze znała i lubiła organizatorkę, a to zdarzało się niezwykle rzadko.
      — Miałam nadzieję się wywinąć… Wiesz, udać, że zaproszenie nie dotarło, ale Lisa wspominała mi o tym wcześniej. Chciała, żebym jej poleciła jakiś big-band do grania w tle, zatrudniła moich znajomych, więc skoro dostałam zaproszenie… — westchnęła wymownie, jakby tym samym chciała powiedzieć muszę iść. — A ty? Masz nadal szansę, żeby się wywinąć — uśmiechnęła się równie wesoło, porozumiewawczo poruszając przy tym brwiami.
      — Nie będę Cię namawiać, ale wiem, skąd będą mieć catering i za muzykę mogę ręczyć osobiście. Jak na spotkanie tego typu nie powinno być najgorzej — pytająco uniosła brew, lekko, ciekawa, czy da się namówić bez namawiania.

      Tamsin Passalis🎷🍸

      Usuń
  51. Rei przez kilka sekund miała taką minę, jakby Tanner Morgan odezwał się do niej po chińsku, choć ostatecznie dobrze zrozumiała, co powiedział, tylko że kompletnie się tego nie spodziewała. I nie miała pojęcia, czy robił to, bo czuł się odpowiedzialny za ten wieczór, czy po prostu się nad nią litował, bo okazało się, że nie ma nikogo, kto by się nią zajął. Co było gorsze?
    Spuściła wzrok, aby omieść swoją sylwetkę. Wyglądała domowo w luźniej koszulce i ciepłych spodniach od piżamy, a Tanner? Tanner wciąż był w ładnym opakowaniu i zupełnie nie pasował do zmieniającej się narracji.
    — Panie Morgan… — zaczęła, unosząc jedną dłoń, jakby mogła w ten sposób zatrzymać karuzelę rzucanych propozycji, bo ani trochę nie było to zabawne, a poza tym nie podobało jej się to, że przy Tannerze nie mogła trzymać się swojego motto, które brzmiało prosto i konkretnie: Poradzę sobie.
    Nie chciała jechać. To była jej pierwsza myśl, choć pojawiła się ona nie dlatego, że to Tanner proponował jej nockę u siebie, a dlatego, że Rei nie tak sobie wyobrażała ten wieczór. Nie była już w sukience, właśnie zwymiotowała, wyglądała jak menel i z całą pewnością nie umiała doszukać się w tym niczego wyjątkowego, mimo że tak się zaczęło. Koncert był wyjątkowy i Maeve także.
    — To jest… bardzo zły pomysł — przyznała, jakby licząc, że Morgan jej przytaknie, zaśmieje się, powie, że tylko sobie żartował i wyjdzie, ale twarz Tannera nawet nie drgnęła, a Rei zaczęła podejrzewać, że nie mówił tego, żeby sprawdzić jej reakcję.
    Przesunęła dłonią po twarzy, omijając czoło, bo było zbyt gorące. Przez chwilę przyglądała się własnemu mieszkaniu, jakby prowadziła wewnętrzną walkę z pokusą, by ulec propozycji Tannera. Gdyby została, pewnie wzięłaby kilka leków, zajęłaby kanapę i pospała z godzinę. Może obudziłaby się z gorszą gorączką, a może byłoby dobrze. Może jutro śmiałaby się z tego wszystkiego albo o trzeciej nad ranem siedziałaby w łazience z telefonem w ręku, nie wiedząc, czy już dzwonić do ojca, czy jeszcze przez pięć minut próbować być dzielną idiotką.
    Westchnęła cicho, wymamrotała pod nosem coś o tym, że zwariowała i że Tanner będzie tego żałować, a potem przeszła przez salon, aby zahaczyć o sypialnię. Pokój był mniejszy od salonu, ale urządzony bardziej intymnie. Stało tutaj szerokie łóżko z jasną pościelą, przykryte miękką narzutą w kolorze przygaszonego miodu i podbite przez kilka kolorowych poduszek, w tym taką w kształcie kota. Przy ścianie stała niska komoda z kilkoma świecami, pudełkiem po biżuterii i figurkami kolekcjonerskimi, które Rei traktowała jak najcenniejsze skarby. Po drugiej stronie pokoju piętrzył się kolejny regał z książkami; fantasy, romanse, albumy o szkockich zamkach, poradniki pisarskie, kilka starych tomów poezji i gruby segregator z dokumentami medycznymi wciśnięty między dwa eleganckie wydania, jakby choroba próbowała udawać literaturę. Ściany ozdabiały plakaty z filmów i ciemne obrazy.
    Podeszła do łóżka, wysuwając laskę ostrożnie przed siebie, po czym sięgnęła pod materac i wymacała torbę, którą trzymała tam od lat. Była dość niewielka, ale mieściła wszystko, co potrzebowałaby Rei, musząc iść do szpitala i wiedząc, że nie zostanie tak szybko wypuszczona do domu. W środku leżał zapasowy zestaw bielizny, luźna koszulka, grube skarpety, szczoteczka do zębów w plastikowym etui, mała pasta, ładowarka, powerbank, paczka chusteczek, elektrolity w saszetkach, notes, długopis i gruba bluza przypominającą owieczkę. W bocznej kieszeni trzymała kopię listy leków, numer do doktora Reeda, kartę ubezpieczenia i skróconą historię leczenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rei była przygotowana, a raczej nauczyła się być, mimo że nikt nie powinien musieć tego robić, mając dwadzieścia sześć lat. W tym wieku człowiek co najwyżej mógł trzymać pod łóżkiem wstydliwe rzeczy z zupełnie innych powodów, a jednak ta torba była tam od lat. Najpierw jako coś, co spakował jej ojciec, potem jako rzecz, którą sama uzupełniała, sprawdzała, przestawiała i... nienawidziła. Po każdej hospitalizacji obiecywała sobie, że tym razem schowa ją głębiej. Dorzuciła do środka leki i rzeczy potrzebne do protezy. Przez moment poczuła znajomy ucisk w gardle. Pomyślała sobie, że gdyby była kimś innym, pakowałaby teraz może kosmetyczkę, ładną bieliznę i perfumy. Gdyby była kimś innym, noc w apartamencie mężczyzny nie wiązałaby się z gorączką czy wymiotami. Niestety była tylko Reilynn Bothwell i musiała jakoś z tym żyć.
      — To… chyba jestem gotowa — odezwała się, wracając do Tannera, ale zanim się ruszyła do wyjścia, sięgnęła jeszcze po swojego laptopa i ładowarkę do niego. Wiedziała, że zbliżał się deadline, aby oddać kolejny rozdział do redakcji w tym tygodniu; pisała tę książkę od stycznia, a premiera miała odbyć się jesienią, tylko że w międzyczasie Rei zmieniła nieco tę historię i próbowała nadrobić stracony czas. Książka miała opowiadać o parze bohaterów; kobiecie bardzie, która ma talent do wpakowywania się w kłopoty, i mężczyźnie, który szuka starych, magicznych przedmiotów i błyskotek. I moment, w którym ta dwójka się spotyka, to zatłoczona karczma i jeden niewinny pączek pod stołem.
      Schowała komputer do torby i przerzuciła ją przez ramię, a potem mocniej oparła się o laskę. Spojrzała w stronę Tannera, jakby oczekiwała, że może teraz prawnik uzna, że lepiej, jak zostanie w domu i że to wszystko jedno wielkie nieporozumienie.

      Rei Bothwell 🧳💻

      Usuń
  52. Może i by przedstawiła swoje zdanie i bardzo jasno powiedziała, dlaczego to był zły pomysł, ale nie miała tyle energii, by kłócić się z Tannerem. A poza tym lepiej było tę nockę przeczekać u Morgana, zamiast modlić się, żeby się jej nie pogorszyło i nie musiała informować ojca czy Maeve. Rei była, oczywiście, świadoma tego, że w ten sposób staje się problemem dla kogoś innego, ale obiecała sobie, że jak tylko poczuje się lepiej, przestanie być taką łajzą.
    Nie odzywała się przez całą drogę, obserwując Nowy Jork przez szybę auta i czując, że to nie powinno tak wyglądać. Nie tak wyobrażała sobie noc po koncercie Maeve, ale co niby miała zrobić? Czuła się trochę jak dzieciak, którym Tanner się zajął, bo było mu jej szkoda. Odwróciła twarz trochę mocniej w stronę szyby, jakby to miało sprawić, że w tym momencie zniknie.
    Rei nie była kimś, kogo dałoby się oszołomić pieniędzmi, bo je miała – zapewne więcej, niż zdąży wydać. Tylko że jej własny luksus przyjął raczej postać zamawiania książek bez sprawdzania ceny, zbyt drogich świec, których później szkoda było jej zapalać, dobrej kawy i dobrego jedzenia. Nie miała odźwiernych, prywatnego kina ani człowieka, którego zadaniem było odebranie jej samochodu, gdyby w ogóle miała auto. Dlatego Central Park Tower jej nie zachwyciło, raczej nieco przytłoczyło. Odźwierny, valet, recepcja, restauracja, basen, spa, kino, siłownia — wszystko miało swoje miejsce. Było w tym coś niemal absurdalnego, bo Tanner mógł zjechać windą, zjeść kolację, popływać, obejrzeć film i wrócić do mieszkania, nie wystawiając nosa spoza budynku. Mieszkał w jednym z najbardziej chaotycznych miast świata, a jednocześnie urządził sobie życie w miejscu zaprojektowanym tak, żeby ten chaos nigdy nie miał okazji go dotknąć.
    W windzie uświadomiła sobie, jak wysoko mieszkał Tanner Morgan. Siedemdziesiąte szóste piętro brzmiało abstrakcyjnie; Rei obserwowała zmieniające się liczby, próbując odpowiedzieć sobie, dlaczego prawnik akurat wybrał to miejsce. Może uznał zwykłe mieszkanie nad ziemią za niewystarczające i postanowił zamieszkać gdzieś pomiędzy Manhattanem a chmurami?
    Nie bała się wysokości, przynajmniej nigdy wcześniej nie miała powodu, żeby się nad tym zastanawiać. Mimo to świadomość, że za kilkadziesiąt sekund będzie znajdowała się ponad dwieście metrów nad ziemią, była dziwnie niepokojąca, zwłaszcza że sama odruchowo wybierała miejsca bardziej przyziemne i przystosowane do osób niepełnosprawnych. Kiedy weszła do jego apartamentu, mimowolnie się rozejrzała. Spodziewała się chyba czegoś bardziej ostentacyjnego. Marmuru, złota i rzeźb. Tymczasem wnętrze było niemal ascetyczne. Piękne, bez wątpienia drogie, ale uporządkowane do tego stopnia, że przez pierwszych kilka sekund Rei miała wrażenie, że weszła nie tyle do czyjegoś domu, ile do perfekcyjnie przygotowanej wizualizacji mieszkania. Dopiero później zobaczyła okna. I właściwie wszystko inne przestało mieć znaczenie.
    — O Boże… — wyrwało jej się cicho i nie czekając, aż Tanner doda coś jeszcze, ruszyła w tamtą stronę, podpierając się laską. Zatrzymała się dopiero tuż przed szybą i przez kilka sekund po prostu patrzyła. Nowy Jork rozciągał się pod nią jak makieta. Światła samochodów przesuwały się ulicami cienkimi, jasnymi liniami, budynki, które z poziomu chodnika wydawały się ogromne, stąd wyglądały niemal niepozornie, a Central Park był ciemną, rozległą plamą wyciętą pośrodku morza świateł. Rei znała to miasto od lat. Widziała je z dachów, tarasów, szpitalnych okien i niezliczonych taksówek, ale nigdy w ten sposób. Przysunęła się jeszcze odrobinę bliżej, jakby te kilka centymetrów mogło sprawić, że zobaczy więcej.
    — Dobra — powiedziała po chwili, nie odrywając wzroku od panoramy. — Cofam wszystko, co właśnie pomyślałam o tym mieszkaniu. Dla tego widoku można panu wybaczyć nawet to, że salon wygląda tak, jakby bałagan był tutaj przestępstwem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widok naprawdę ją zachwycił. Było w nim coś nierealnego. W pewnym momencie chciała dotknąć palcem szyby, ale powstrzymała się w obawie, że po tym geście zostaną ślady jej opuszków.
      — To chyba pierwszy raz, kiedy rozumiem ludzi mieszkających tak wysoko — przyznała i dopiero wtedy zerknęła przez ramię w stronę Tannera. — Chociaż nadal uważam, że siedemdziesiąte szóste piętro to przejaw niezdrowej ambicji.
      Odsunęła się w końcu od okna, przypominając sobie, że ma gorączkę i że powinna teraz leżeć, a nie sterczeć przed szybą. Przysunęła torbę do siebie, rozpięła ją i przez chwilę grzebała w środku, aż wyciągnęła niewielką saszetkę z lekami.
      — Wystarczy woda — odezwała się, gdy Tanner wspomniał o czymś do picia, a potem niepewnie zajęła kanapę, siadając tak, aby zabrać jak najmniej miejsca. Wyłuskała potrzebne tabletki, odkładając resztę z powrotem do saszetki, a potem ułożyła je kolejno. Było ich kilka. Jedna większa, kredowobiała, której nie znosiła, bo zawsze miała wrażenie, że zatrzymuje się w połowie gardła. Dwie mniejsze, które potrafiłaby rozpoznać po kształcie nawet po ciemku, i kapsułka, śliska oraz nieprzyjemnie duża. Znała ten zestaw naprawdę dobrze – wiedziała, która z tabletek miała przytępić ból, która uspokoić żołądek po pozostałych i po której szybko zaśnie.

      Rei Bothwell 🌃💊

      Usuń
  53. [Hej, dzień dobry! Dziękuję za bardzo miłe powitanie na blogu!
    Działałam na opisanej przez Ciebie zasadzie - wpuścić mu do życia na łamach Nowego Jorku kogoś, kto mu zatrzęsie tą naukową rutyną i doprowadzi do wstrząsu poznawczego XD

    Bardzo też lubię nieco wulgarny, za to bardzo dosadny opis Twojego pana już od pierwszego akapitu, ale to też przez to, że mam słabość do takich temperamentnych typów ♡ Niech Wam również nie brakuje weny oraz czasu na pisanie!]

    doktor Ed & Luca

    OdpowiedzUsuń
  54. Rei przyjęła szklankę obiema dłońmi, choć zrobiła to głównie dlatego, że palce jej trochę drżały i nie ufała im na tyle, by ryzykować elegancki wypadek z wodą w apartamencie, w którym, jak właśnie została poinformowana, bałagan nie był mile widziany.
    — Dziękuję — powiedziała cicho, unosząc szklankę do ust, aby połknąć każdą z tabletek. Woda była chłodna i tak czysta w smaku, że przez chwilę Rei poczuła się absurdalnie świadoma własnego ściśniętego gardła i kwaśnego posmaku po wymiotach.
    Nie odpowiedziała od razu, gdy Tanner tak sprawnie wytknął, że idąc w kontrze do tego, co z siebie wyrzuciła, mieszkanie na Queens to przejaw braku ambicji. W normalnych warunkach pewnie obróciłaby jego słowa w żart, odparła, że mieszkanie wysoko wcale nie było grzechem, ale ludziom mieszkającym tak blisko chmur zdarzało się zapominać, że chodniki też istnieją. Wyjaśniłaby, że nie miała na myśli pieniędzy jako takich, tylko ten szczególny rodzaj architektonicznej pychy, która kazała ludziom odcinać się od miasta i udawać, że świat poniżej jest brudny. Powiedziałaby, że bałagan nie zawsze oznacza brak szacunku do rzeczy. Czasem oznaczał po prostu życie, choć zapewne i to zostałoby źle zrozumiane.
    Mimo wszystko jednak zajmowała jego kanapę w koszulce ze spranym napisem Live long and prosper, z torbą przy nogach, lekami i gorączką pod skórą. Skoro zdołała tutaj dotrzeć i nie rzucić się z wieżowca, to równie dobrze mogła się odezwać, bo akurat ambicji jej nie brakowało.
    — Nie chciałam pana obrazić — odezwała się w końcu, obserwując szklankę w swoich dłoniach. — Wiem, że to brzmi jak początek bardzo słabej obrony, po której zaraz padnie coś jeszcze gorszego, ale… naprawdę nie chciałam.
    Przesunęła kciukiem po chłodnym szkle. To mieszkanie nadal ją onieśmielało. Nie dlatego, że było drogie, choć oczywiście było. I nikt nie musiał być rzeczoznawcą, żeby zrozumieć, że ta przestrzeń kosztowała więcej, niż większość zarabiała przez lata. Ale pieniądze same w sobie nie były tym, co najbardziej ją uwierało. Rei znała bogate osoby. Była córką architekta, który projektował rzeczy dla ludzi z nazwiskami, kontami i gustem. Sama też nie była biedną dziewczyną z torbą na ramieniu. Chodziło raczej o kontrast.
    — Queens nie jest brakiem ambicji. Kupiłam je sama, gdy zaczęłam zarabiać z książek — powiedziała ciszej. — No i… skoro Queens nie jest brakiem ambicji, to to mieszkanie nie musi być jej pokazem. Wiem. Ma pan rację. — Dopiła wodę. — Po prostu… tutaj wszystko wygląda tak, jakby do siebie idealnie pasowało, a ja dzisiaj nie pasuję nigdzie. I jasne, możemy stwierdzić, że moja obecność to wynik pańskiego współczucia i tak naprawdę wcale nie powinnam tutaj być, i że nie ma pan ochoty tego wysłuchiwać, bo nie interesuje pana to, co mam w głowie. I, oczywiście, bardzo słusznie… tak... mówiłam, że to zły pomysł.
    Nie zamierzała tego powiedzieć głośno. To wszystko wyszło z niej samoistnie, ciche i zbyt prawdziwe, zanim zdołała przykryć je jakimś głupim żartem.
    — To nie była krytyka pańskiego mieszkania — dodała szybko. — Raczej moja nieudana próba poradzenia sobie z tym, że siedzę w miejscu, w którym nie powinnam być, z facetem, którego wplątałam w bycie moją niańką, a który już ma córkę. Czasem naprawdę nienawidzę wszechświata.
    Gdy wspomniał o sypialni, Rei poczuła, jak lekko się spina. Wiedziała, że nie przywiózł jej tu, żeby posadzić ją na kanapie i obserwować jak eksponat. Była pewna, że Tanner Morgan, który jadał pięć posiłków dziennie i ograniczał słodycze, ma też swoją rutynę snu, którą zapewne teraz zaburzyła. Kiwnęła lekko głową, ale Morgan poinformował ją, że musiał jutro o czternastej odebrać córkę.
    — Oczywiście — odpowiedziała szybko. — Do czternastej mnie tu nie będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniosła wzrok w jego stronę, jakby chciała, żeby to zdanie zabrzmiało absolutnie pewnie. Jak obietnica. Jak gwarancja, że po tej nocy już nigdy nie będzie musiał jej niańczyć. Uśmiechnęła się lekko i podniosła z miejsca.
      — Będę najcichszym, najbardziej nawodnionym i najmniej obecnym gościem w historii tego apartamentu — dodała. Odstawiła szklankę, pilnując, żeby nie zostawić mokrego śladu, bo nagle świadomość jego podejścia do porządku sprawiła, że zaczęła zachowywać się jak ktoś w muzeum, w którym niczego nie należało dotykać. — I proszę się nie martwić. Nie zrobię bałaganu.
      Gdy Tanner wskazał jej sypialnię, podziękowała krótko. Pokój był przestronny, jasny nawet nocą, bo za ogromnymi oknami rozciągał się widok na Dolny Manhattan; tysiące świateł zawieszonych w ciemności, nieruchomych i migoczących zarazem. Łóżko było duże, nienagannie pościelone, a gdy Rei się położyła, odetchnęła cicho. Zamknęła oczy, próbując zasnąć, ale sen… nie przychodził. Nic nowego. Bezsenność była kolejną rzeczą, z którą się mierzyła, a z którą nauczyła się żyć. Przekręciła się na drugi bok, potem na plecy i znowu na bok. Kołdra była za ciepła, więc ją zsunęła. Po chwili zrobiło jej się zimno, więc naciągnęła ją z powrotem. Gardło nadal miała suche, choć mniej piekące. Mdłości trochę odpuściły, ale żołądek wciąż wydawał się wrażliwy. Gorączka nie była już tak ostra, przynajmniej tak jej się wydawało, ale zostawiła po sobie ten dziwny, rozgrzany ciężar pod skórą. Rei czuła każdy punkt własnego ciała: miejsce, gdzie proteza otarła skórę po całym wieczorze, napięcie w karku, ból głowy, pulsujący gdzieś głębiej niepokój, którego tabletka przeciwgorączkowa nie mogła wyciszyć. Za drzwiami było cicho. Tanner gdzieś tam był. To również nie pomagało.
      Rei odsunęła kołdrę gwałtowniej, niż zamierzała, i usiadła na łóżku. Przez chwilę siedziała nieruchomo, oddychając ciężko. Dlaczego w ogóle pomyślała sobie, że będzie w stanie tutaj zasnąć? Co myślała Reilynn Bothwell, nie kłócąc się z Tannerem o tę absurdalną nockę w luksusowym apartamencie? To tak jakby wpuścić do domu dzikiego kota i oczekiwać, że od razu będzie umiał korzystać z kuwety.
      Sięgnęła więc po laptopa i podłączyła ładowarkę. Ułożyła poduszkę za plecami, wsunęła nogę pod kołdrę, a kikut ostrożnie ułożyła tak, żeby nic nie uciskało zaczerwienionej po dzisiejszym wieczorem skóry. Proteza stała oparta o ścianę przy łóżku – Rei długo myślała, czy ją ściągnąć, ale jak niby miała leżeć w łóżku z czymś metalowym? Otworzyła Worda, wzięła głębszy oddech i zaczęła pisać rozdział. Nie wiedziała, ile minęło, ale napisała naprawdę sporo, bo ostatecznie doprowadziła do momentu, w którym dwójka bohaterów miała się zbliżyć. I wtedy się zatrzymała. Palce zawisły nad klawiaturą, kursor migał bezczelnie, a Rei patrzyła w ekran z miną osoby, która właśnie zdała sobie sprawę, że nie wie, co dalej.
      Ostatecznie zrobiła to, co zawsze, czyli otworzyła przeglądarkę, weszła w tryb incognito i zaczęła kilkać w strony dla dorosłych. To nie był pierwszy raz, gdy korzystała z takich filmów, aby dodać pikanterii scenom, które rozpisywała. Jak inaczej miałaby takie coś napisać, skoro jej jedynym doświadczeniem w damsko-męskich relacjach był buziak w usta, który przypominał całowanie karpia pokrytego mułem?
      Kliknęła pierwszy film, który wyglądał wystarczająco neutralnie, po czym natychmiast skrzywiła się, bo miniatura okazała się rażącym kłamstwem marketingowym. Zamknęła kartę. Kliknęła inny – też nie. Trzeci filmik wydawał się bardziej obiecujący, przynajmniej do chwili, gdy w tytule pojawiło się tyle wykrzykników, że Rei straciła zaufanie do całej produkcji, ale to wystarczyło, aby spróbowała ustawić się w pozycji, w której była aktorka – jedna ręka w tę stronę, druga w inną… sapnęła cicho, nie mając pojęcia, co zrobić z nogą i jak wciągnąć tak brzuch, żeby wyglądał ładnie.

      Usuń
    2. Spróbowała poprawić swoją pozycję. Najpierw przesunęła poduszkę za plecy, potem laptop oparła trochę wyżej i przechyliła się w bok. Kikut ułożyła ostrożnie, tak żeby nie podrażnić skóry, a jedyną nogę zgięła pod kołdrą. Rei nawet nie zdążyła zrozumieć, co się dzieje, zanim w nowej karcie automatycznie uruchomił się kolejny film. Z dźwiękiem. Z laptopa rozległ się przeciągły, teatralny jęk, potem kolejny, a zaraz po nim męski głos wypowiadający coś tak bezwstydnie pewnego siebie, że Rei spanikowała.
      — Nie! — syknęła natychmiast. — Nie, nie, nie, nie, nie!
      Rzuciła się do laptopa, ale ponieważ była już ustawiona pod dziwnym kątem, z jedną poduszką za plecami, drugą pod łokciem i splątaną kołdrą, wcale nie było to takie łatwe.
      — O Boże, niech ktoś zdelegalizuje internet — wydusiła, próbując jednocześnie nie upuścić komputera, nie strącić wody i nie skręcić się w sposób, który wymagałby interwencji w szpitalu.
      Film grał dalej. Aktorka najwyraźniej była bardzo zaangażowana w swoją pracę i nie miała zamiaru milknąć tylko dlatego, że Reilynn Bothwell przeżywała kryzys literacko-moralny w cudzym łóżku. Wychyliła się jeszcze bardziej, palcami niemal dotykając laptopa, ale wtedy straciła równowagę i obiła się o podłogę.
      I wtedy to usłyszała; ten charakterystyczny dźwięk, gdy ktoś wchodził do pokoju. Chciała zapaść się w pościel. Najlepiej bardzo głęboko. Do fundamentów budynku albo do jądra ziemi. Gdziekolwiek, byle nie być w sypialni Tannera Morgana. Wyglądała tragicznie. Leżała częściowo na boku, częściowo na brzuchu, z jedną ręką wyciągniętą w stronę łóżka. Druga dłoń tkwiła wplątana w kołdrę, którą w panice ściągnęła za sobą i która teraz owijała ją od bioder w dół z bezwzględnością bardzo luksusowego węża. Koszulka z napisem Live long and prosper podwinęła się jej przy plecach i z jednej strony zsunęła z ramienia, odsłaniając rozgrzaną, bladą skórę i cienką linię kręgosłupa. Spodnie od piżamy przekręciły się krzywo na biodrach, jedna nogawka podjechała wyżej, a włosy przykleiły się do policzka, skroni i ust. Jej twarz płonęła. Częściowo od lekkiej już teraz gorączki, częściowo od wysiłku, a częściowo od tak potężnego zażenowania, że gdyby dało się je przekuć w energię, zasiliłoby Dolny Manhattan na tydzień.
      — Proszę… — zaczęła, ale urwała. Spróbowała się podnieść, ale kołdra zacisnęła się wokół niej jeszcze bardziej, a kobieta z filmiku, która najwyraźniej była bardzo zadowolona z tego, że jest związana i trzymana za szyję, znów jęknęła, tym razem niemal wykonując serenadę. — Chcę umrzeć…
      Ostatecznie Rei po prostu się poddała, oparła czoło o materac i zacisnęła mocno oczy, chcąc zniknąć.

      Rei Bothwell ✍️🫣

      Usuń
  55. Tamsin nie wiedziała do końca, dlaczego została wiolonczelistką. Właściwie nie stała za tym żadna głębsza myśl, wiara w przekonania, czy skrupulatnie zaplanowana strategia. Zaczęła grać w wieku pięciu lat, kiedy ojciec przyniósł do domu tanią, fabryczną wiolonczelę z plastikowym smyczkiem. Lekcje miała raz na kilka tygodni, bo rodziców nie było stać na większą częstotliwość, za to matka Tamsin była obecna na każdej z nich i skrupulatnie zapisywała wszystkie uwagi przekonana, że odpowiednią ilością ćwiczeń zdołają ukryć brak środków. O dziwo się udało – młoda Passalis dostała się do szkoły muzycznej na wymarzony instrument, chociaż wtedy nie wiedziała, czy to rzeczywiście jest jej marzenie, czy raczej marzenie jej rodziców, wszelkie budżetowe nadwyżki, wkładających w jej edukację. Nawet, jeśli owe marzenie było wspólne, to dzisiaj to Tamsin nie przeszkadzało – już po dwóch latach zawodowego kształcenia udało jej się zdobyć stypendium, które pokrywało podstawowe koszta. Dobrze zbiegło się to w czasie, bo w tym samym roku zmarł jej ojciec, więc matka została jedyną żywicielką rodziny i chociaż była sprytną, pracowitą kobietą, to Tammy wiedziała, że bywało ciężko.
    Ćwiczyła dużo i długo, po latach śmiejąc się, że robiła to dlatego, że przez ciągłe przeprowadzki nie miała znajomych, z którymi mogłaby spędzać czas; innym razem mówiła, że grała tyle, bo jej mama nie była zwolenniczką telewizji, a miały jeden komputer, który odpalony brzmiał, jakby za oknem startował helikopter. Telewizora zwyczajnie nie miały, bo nie wchodził do samochodu z ich rzeczami, a zasada była prosta – mogą mieć tylko tyle rzeczy, ile są w stanie pomieścić w aucie, w którym prócz nich, musiała zmieścić się wiolonczela, zajmująca całe przednie miejsce pasażera. Prawda była taka, że Tamsin upatrywała we własnym talencie i ciężkiej pracy szansę na to, by żyć inaczej.
    Jako dziecko była uznawana za małego wirtuoza, ale takich było wiele – jedni z lepszym, inni z gorszym marketingiem i zapleczem. W wieku kilkunastu lat miała nadzieję na karierę solową; grała w kilku ambasadach, jeździłą na międzynarodowe kursy i konkursy, świat stał przed nią otworem i była gotowa na jego podbój do momentu, gdy małżeństwo nie zatrzymało jej w Nowym Jorku. Trochę przez swoją naiwność, trochę przez wiecznie niesprzyjające warunki, przespała moment, który mógłby jej pozwolić na zostanie solistką, jednak z perspektywy czasu wcale tego nie żałowała. Wówczas może i zwiedziłaby cały świat, ale nie odkryłaby jednocześnie, jak dużo znaczy dla niej siedzenie w jednym miejscu, zapuszczanie korzeni i posiadanie wokół ludzi, których mogłaby nazwać przyjaciółmi, czy dobrymi znajomymi.
    Tak, jak Tanner miał silną psychikę do przeglądania akt, od których Tamsin pewnie byłoby słabo, tak sama Passalis miała całkiem niezłe umiejętności przetrwania i dostosowywania się do wszelkich warunków. Była jak połączenie kameleona i Elastyny, mogącej się pomieścić w słoiku i w swojej naturze całe szczęście nie miała malkontenctwa, bo chociaż czasami popsioczyła na czym świat stoi, to w rzeczywistości nigdy nie narzekała na poważne. Tak, jak Tanner uczył się rozwiązywać zaistniałe problemy, tak Tamsin nie łudziła się, że jest w stanie sprostać każdemu – grała tymi kartami, które dostała, za wszelką cenę próbując utrzymać się przy stoliku.
    — Tylko pozwól jej przebrać się za księżniczkę… Myślę, że Central Park będzie się aż roił od małych Els, Merid Walecznych, czy Mulan — nie wątpiła, że mała Amber miała więcej, niż jedną, odpowiednią na ten dzień, kreację. Sama widziała ją przynajmniej w dwóch i o ile z nich nie wyrosła w przeciągu ostatnich tygodni, to nadawały się w sam raz. Poza tym, zobaczenie Tannera ciągniętego przez siedmiolatkę w balowej sukni, rękawiczkach i z jakimś kwiatkiem we włosach, musiało być pysznym widokiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zmrużyła lekko oczy, słysząc, jak Tanner zaczyna kręcić nosem na jej namawianie, bez namawiania. Prawda była taka, że doskonale potrafiła się bawić na takich imprezach sama w swoim towarzystwie, aczkolwiek obecność Morgana byłaby zwyczajnie jej miła. W końcu nie przy każdym, zwłaszcza z tej konkretnej grupy społecznej, czuła się na tyle swobodnie, by pytać na jakiej wysokości latają ptaki, ot, bez cienia wstydu z własnej niewiedzy.
      Skoro jednak Morgan zdecydował się targować, nie mogła pozostać na to obojętna.
      — Jak będziesz miły, to może nawet zatańczę z tobą więcej razy, ale… — zawiesiła głos, przez chwilę zastanawiając się, co mogłaby dołożyć do swojej oferty. Wyszło to nieco teatralnie, można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że nawet dramatycznie, kiedy dołożyła palec wskazujący do brody i uderzyła nim kilka razy w geście zamyślenia. — Ale po mnie przyjedziesz i mnie odwieziesz — nie było nic za darmo i oboje to wiedzieli. Tanner sam dobrze wiedział, że gdyby poprosił ją do tańca na jubileuszu, to Tamsin z całą pewnością by zgodziła; sama Passalis domyślała się też, że tak, czy inaczej, zaproponowałby jej podwózkę. Przyjemnie było jednak się potargować.
      — Nie byłam w Pier Sixty od czasu ich remontu, więc nie wiem, czy warto, ale widok na rzekę Hudson pewnie nadal jest świetny… Jeśli będzie nudno, będziemy mogli się nim nacieszyć, a w najgorszym wypadku uciec wpław — zaśmiała pod nosem, bo tego typu imprezy potrafiły budzić w ludziach najgorsze instynkty, łącznie z tym tyczącym się ucieczki.

      Tamsin Passalis 🏊🕺

      Usuń

  56. Tamsin nie miała dzieci i nic w jej życiu nie wskazywało na to, by miała je kiedykolwiek mieć. Nie czuła się osobą, która powinna była w jakikolwiek oceniać sposób wychowywania małoletnich – wiedziała, że jej samej to, co dostała w dzieciństwie nie wystarczało i nie było dla niej do końca odpowiednie. Brak stabilności, rutyny, czy prozaicznego swojego miejsca doprowadził do tego, że gdy ktoś pytał ją, skąd właściwie jest, nie umiała jednoznacznie odpowiedzieć. Teoretycznie była z Wirginii, bo tam przyszła na świat, ale do szesnastego roku życia mieszkała jeszcze w trzech innych stanach, kilku różnych miejscowościach i w żadnym domu nie zagrzały z matką miejsca dłużej, niż rok. Osiem lat tułaczki, bo tyle trwał najbardziej intensywny okres, dla tak młodej dziewczyny, to było za wiele i Tammy, chociaż nie była matką wiedziała, że jeśli kiedykolwiek nią zostanie, to uwije gniazdo i będzie w nim siedzieć, nawet kosztem własnej kariery.
    Gdyby kiedykolwiek przyszło jej wychowywać małego człowieka, to pewnie podejście miałaby podobne do Tannera – nic na siłę, ale z pokazaniem wszelkich możliwości. Można było powiedzieć, że w obecnej chwili miała tego swojego rodzaju przedsmak i to wcale nie przy obserwowaniu Amber. Noah – kukułcze jajo, które samo znalazło się w jej prywatnym gniazdku, był chłopakiem, któremu próbowała wskazać kierunek. Tyle tylko, że był już w pewien sposób samoistnie uformowany, noszący własne przekonania i uprzedzenia, nie zawsze zgodne z tym, co myślała sama Passalis. Syn sąsiadki, za którego czuła się odpowiedzialna, chociaż nie miała do tego podstaw, bo z samą kobietą łączyły ją jedynie nieprzyjemne incydenty. Problem Tammy polegał jednak na tym, że sama była kiedyś zagubioną nastolatką, która potrzebowała pomocnej dłoni dorosłego i dostała ją, ale nie od odpowiedniej osoby. Nie mogła więc przejść obok chłopaka obojętnie, jednocześnie nie mogąc też ingerować za bardzo, co czyniło całą sytuację jedynie trudniejszą i delikatną do tego stopnia, że niekiedy miała wrażenie, że stąpa po cienkim lodzie, gotowym pęknąć pod ciężarem niektórych słów. Dlatego czasami jedynie była obok – gotowa pomóc, wysłuchać, dosłownie przyjąć pod swój dach, gdy zachodziła taka potrzeba.
    — Ja i cała orkiestra. Faceci w rajtuzach, dziewczyny w gorsetach i falbankach… Jakby to wyglądało, gdyby był to piknik księżniczek, a występujący ubraliby się jak na pogrzeb? — spytała, lekko unosząc brew ku górze. Chociaż takie projekty wymagały od niej więcej zachodu, niż wyjęcie jednej z wielu czarnych, eleganckich sukni, to szczerze je lubiła. Nie chodziło o same przebieranki, chociaż te były przyjemną odskocznią, a o wdzięczną, przyjemną widownię i pewien rodzaj poczucia przynależności do społeczeństwa. Orkiestra nie grała za darmo, jak żaden z trzech zespołów występujących tego dnia, jednak pieniądze były niewielkie, więc nie tylko dla nich to robili – Tamsin w swojej sytuacji finansowej właściwie wcale nie musiała grać nigdzie poza MET, a jednak to robiła. Gdyby sama miała siedem lat i ktoś zabrałby ją na taką imprezę, to chociaż stała po stronie wdrapywania się na drzewa i zdartych kolan, i tak byłaby zachwycona.
    La cygne. Jeden z utworów, które większość wiolonczelistów znała na pamięć a mimo to, ilekroć grany był gdzieś Karnawał zwierząt to każdy zabijał się o tę partię. Technicznie przyjemne, można byłoby powiedzieć, że niezbyt trudne, ale przez melodramatyczny wydźwięk trudne do trzymania emocji na wodzy. Tamsin uwielbiała takie utwory; muzyka współczesna była często wyzwaniem ze względu na stosowane techniki, wplatanie jazzowych standardów, czy trudne do rozgryzienia rytmy, za to romantyczna…. Dla Tammy, usilnei próbującej pozbyć się łatki artystki, była to czysta pożywka dla duszy. Uśmiechnęła się lekko, znacznie subtelniej, niż zazwyczaj, wzrok wlepiając w stojący pod ścianą futerał z instrumentem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Możesz mi akompaniować? Łabędź bez wody daleko nie popłynie… — wciąż nie patrząc na Tannera, wyciągnęła z kieszeni spodni telefon, gdy ten tylko zawibrował. Rzuciła okiem na przypomnienie, które brutalnie ściągnęło ją na ziemię, nie pozwalając nawet na chwilę zatopić się we własnych myślach.
      — Opowiem ci kiedyś ciekawostki związane z tym utworem, ale muszę uciekać na próbę, bo inaczej nici z księżniczkowych występów. Zostawię ci to… — ruchem ręki omiotła biżuterię, samym tym gestem pokazując, jak niewielkie miała ona dla niej znaczenie. — Jeśli zdecydujesz się to odkupić to super, jeśli nie, to prześlij mi proszę wycenę, żebym nie dała się naciągnąć… Tobie ufam — wiedziała, ile szacunkowo powinna była dostać za to, co leżało na stole, ale bardziej od samego zarobku zależało jej na dobrym kontakcie z Tannerem, a gdy w grę wchodziły pieniądze, ludzie potrafili być bardzo różni. Dlatego była ostrożna i możliwie powściągliwa, by przypadkiem ani on nie odczuł presji, ani ona sama nie wyszła na desperatkę, chociaż nie sądziła, by Morgan miał o niej takie zdanie.
      Związała włosy w niedbałego koka, pewnie chwyciła futerał, zakładając go na plecy jeszcze w ruchu, poprawiła szerokie paski i chwyciła za torebkę. Doskonale pamiętała, gdy jako dziecko chodziła z futerałem na plecach i szkolnym plecakiem z przodu – futerał był wtedy cięższy, plecak wyładowany książkami, a ona przekonana, że tak musiałaby się czuć żółwica w ciąży, gdyby była ssakiem. Pożegnałą się z Tannerem krótko, szybkim buziakiem w policzek niemal w drzwiach, bo chociaż nigdy nie spóźniała się na próby, to miała poczucie wiecznego niedoczasu. No i planowała jeszcze cokolwiek zjeść przed tym, jak następne cztery godziny spędzi w pracy, po której prawdopodobnie jedyne, o czym będzie marzyła to ciepły prysznic i lampka wina, której i tak nie będzie mogła wypić, dopóki nie zrobi opracowania smyczkowania i palcowania na następny dzień.
      W trakcie jednej z przerw na wodę i toaletę wysłała Tannerowi link do wydarzenia i do nut akompaniamentu, bo chociaż obie te rzeczy mógł znaleźć bez problemu

      Następne kilka dni było dla Passalis intensywne. Próby orkiestry, indywidualne ćwiczenie partii i zwykła codzienność dawały jej popalić, prawie tak mocno, jak lejący się z nieba żar. Starała się za wszelką cenę nie rozchorować, kiedy cała zgrzana wpadała na próbę w klimatyzowanej sali, na przemian owijając się szalem, to znowu go ściągając po utworach, w których miała więcej grania. Z ulgą przywitała dzień występu, dzień wcześniej odbierając poprawioną sukienkę, z którą wpadła do namiotu dla obsługi przedsięwzięcia, który dzielili z innymi artystami, ochroną i całą resztą ludzi zatrudnionych przy wydarzeniu. Nie były to warunki marzeń, ale nikt nie narzekał – nieraz w końcu chowali futerały pod sceną, bo organizatorzy wydarzeń nie przewidzieli, że na scenie nie ma na nie miejsca a garderoba nie jest jedynie wymysłem zblazowanych artystów. Tamsin zdarzało się przebierać za kocem, albo jechać przez metrem w wieczorowej sukience, więc rozłożony namiot z kilkoma długimi ławami, był czymś może niezbyt luksusowym, ale pozwalającym na to, że nie musiała przebijać się przez miasto, wyglądając jakby szła na bal przebierańców.
      — Powinniśmy wchodzić za piętnaście minut, więc sprawdźcie czy stroicie, czterysta czterdzieści… Dostroimy się na scenie, ale nie chcę wpadek z kołkami. Wiem, że jest ciepło, więc w razie potrzeby w połowie zobaczymy, czy nic nie puszcza. Patrzcie na mnie — powiedział dyrygent, a wśród muzyków rozszedł się cichy pomruk niezadowolenia. Byli profesjonalistami, nie potrzebowali takich uwag, jednak dyrygent wydawał się niewzruszony ich nastawieniem. Sam pracował w zawodzie od lat, o czym świadczyły nie tylko długie, siwe włosy, ale właśnie to, że nic nie pozostawiał przypadkowi. Passalis, chociaż zamruczała tak, jak koledzy, posłuchała prośby i na scenę wyszła z pewnością, że wszystko było na swoim miejscu, łącznie ze skrupulatnie ściągniętym gorsetem, który tuż przed wyjściem poprawiła jej koleżanka.

      Usuń
    2. Tak, jak zapowiedziała Tamsin, przebrana była cała orkiestra, ale jedynie wokaliści byli w strojach postaci z bajek. Sukienka wypożyczona wprost z “Upiora w operze” może i nie nie należała do księżniczki, ale Tamsin miała spory kłopot ze znalezieniem czegoś na swój wzrost i czegoś, co wyglądałoby dobrze bez stelaży, czy innych tworów ograniczających ruch.
      Zanim usiadła, próbowała jeszcze odnaleźć kogoś znajomego w tłumie – robiła tak zawsze przed występem, jednak zazwyczaj nie była w stanie znaleźć nikogo. Słuchacze mieszali się w jedną, niemal jednolitą całość, tworząc kolaż z kolorowych plam. W tym czasie jej koleżanka przypięła im nuty do pulpitu, a kiedy zajęły miejsca, lekko trąciła ją w łokieć.
      — Hm? — odwróciła w jej stronę głowę, kątem oka dostrzegając idącego dyrygenta. Wszyscy wstali, zaczekali aż mężczyzna się ukłoni, po czym usiedli i sprawdzili strojenie, bo chociaż koncert był skierowany głównie do małoletniej publiczności, piknik był pogodny i radosny, a wszyscy na scenie uśmiechali się szeroko, to pewnych rytuałów nikt z nich nie chciał pomijać. Były to ostatnie momenty względnej ciszy tuż przed tym, jak dźwiękowa maszyna, złożona z kilkudziesięciu ludzi i instrumentów, zaczynała działać.

      Tamsin Passalis 🧺🎶

      Usuń
  57. Rei przez chwilę patrzyła w jego stronę z dołu, całkowicie nieruchoma. Czuła, jak jej godność właśnie w tym momencie wyskoczyła przez okno, spadła kilkadziesiąt pięter niżej i prawdopodobnie właśnie leżała gdzieś na chodniku. I może zniosłaby to jakoś lepiej, gdyby nie fakt, że Tanner wpadł do pokoju w wydaniu roznegliżowanym, a to wcale, a wcale nie pomagało. I nie chodziło o to, że Rei nie znała ludzkiej anatomii, bo znała, i to dość dobrze, ale nigdy wcześniej nie była nawet o krok od sytuacji, w której prawdziwy mężczyzna prezentował przed nią swoją klatkę piersiową – i najgorsze było to, że robił to teraz, kiedy ona wyglądała jak kupka nieszczęścia zawinięta w kołdrę jak bardzo niewymiarowy prezent. No i, najwyraźniej wszechświat uznał, że sama pornografia to za mało i należy jeszcze dodać półnagiego Tannera Morgana, żeby jej życie zaczęło przypominać komedię. Co jeszcze? Poślizgnie się na skórce od banana?
    Spróbowała się podnieść, ale kołdra natychmiast udowodniła, że nie zamierza pozwolić jej odzyskać pozycji pionowej bez walki. Rei szarpnęła ją jedną ręką, drugą próbując poprawić koszulkę. Spodziewała się, co mógł sobie pomyśleć o tym wszystkim Tanner, i wcale mu się nie dziwiła, tylko że Rei wcale nie robiła sobie dobrze, nawet o tym nie myślała! To było czysto naukowe oglądanie filmów dla dorosłych, aby móc napisać naprawdę dobrą scenę seksu.
    Dopiero po chwili udało jej się podciągnąć wyżej na łokciu. Włosy ozdobiły jej czoło i połaskotały w oczy, więc odgarnęła je gwałtownie z twarzy, odsłaniając policzki tak czerwone, że Rei mogłaby zostać pomylona z pomidorem.
    — Cicho bądź! — Słysząc komentarz Tannera, jęknęła z zażenowaniem, schwyciła poduszkę i rzuciła w jego stronę, żeby po pierwsze, najlepiej w ogóle nic nie mówił, a w ogóle to, żeby się tą poduszką zakrył, a po drugie, żeby zrobić cokolwiek, aby odzyskać kontrolę. Dopiero chwilę później uświadomiła sobie, że zaatakowała Morgana i przez moment zaciskała usta w wąską linię, zastanawiając się, czy zaraz dostanie reprymendę za rzucanie pierzem. Poza tym zwróciła się do niego całkowicie nieoficjalnie, więc naruszyła jakąś niepisaną zasadę o tym, że mówią do siebie tak, jakby zmniejszenie dystansu miało zabić.
    — To nie było… — zaczęła, ale urwała. To nie było to, na co wyglądało? Było, niestety. — Okej. To było to, na co wyglądało, ale nie w tym znaczeniu, które pan prawdopodobnie właśnie sobie wywnioskował.
    Podciągnęła się bardziej, próbując jakoś wejść do łóżka. Zaparła się stopą, przytrzymała ręką kołdrę, aby zasłonić kikuta – nie chciała gorszyć tym widokiem Tannera Morgana, zapewne głupio myśląc o tym, że uzna jej nogę, a raczej jej część, za coś obrzydliwego. Piętnastoletnia Rei by się z tym stwierdzeniem zgodziła – i właśnie wtedy ją olśniło. Może to, jak się czuła w tym luksusowym apartamencie, widząc wszystko z tak odległej perspektywy, wchodząc w świat, do którego nie pasowała, było zdeterminowane jej myśleniem o samej sobie. Ładne rzeczy nie powinny znajdować się w jej rękach, bo albo je zniszczy, albo gdzieś zapodzieje. Nie powinna też w ogóle próbować zaprzyjaźnić się z Tannerem Morganem, bo ewidentnie jej to nie wychodziło. Do trzech razy sztuka, prawda? Próbowała z pączkiem, jedzeniem, kawą, potem kupnem biżuterii i koncertem – i co z tego miała? Załamanie nerwowe numer 939348349, bo niezależnie od tego, czego próbowała, już pomijając całą tę sytuację z Tannerem, to zawsze musiało się to wiązać z jakąś katastrofą. Wtedy Rei pomyślała, że może właśnie dlatego jeszcze żyje; może wszechświat ma ubaw, obserwując, jak próbuje przetrwać.
    Wyłączyła w końcu ten przeklęty filmik, zamknęła gwałtownie laptopa i przez moment milczała. Było jej wstyd, czuła, że zaraz umrze z zażenowania – jak mogło jej się coś takiego przytrafić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To był research — wyrzuciła z siebie. — Pisałam intymną scenę i utknęłam… szukałam, nie wiem?, inspiracji. — Słowo inspiracja zabrzmiało tak żałośnie, że Rei natychmiast zapragnęła cofnąć czas i zastąpić je czymkolwiek innym. — Nie takiej inspiracji — dodała szybko, unosząc rękę w jakimś dziwnym geście. — To znaczy… Boże. Nie.
      I wtedy popełniła kolejny błąd. Spojrzała w stronę Tannera Morgana i przez chwilę jej mózg po prostu się zawiesił. Wilgotne włosy, nagie ramiona, dresowe spodnie – gdyby się przyjrzała, może zauważyłaby zarys czegoś, tak jak w tych wszystkich filmikach, podczas których facet ćwiczył w sportowym wydaniu, pokazując to i owo, robiąc to, oczywiście, bardzo świadomie. Rei przełknęła ślinę i wyrzuciła z siebie bezmyślnie:
      — Niech pan się nie rozprasza faktem, że nie ma pan koszulki. — Mrugnęła, a potem zaśmiała się nerwowo. — Ja... ja miałam się nie rozpraszać. Nie pan. Pan zapewne doskonale wie, że nie ma koszulki. To jest pańska koszulka, więc pański brak koszulki to pańska wola, bo wszyscy mamy wolną wolę… to… Chodziło mi o to, że to nie było… — urwała i znowu odetchnęła, próbując brzmieć jak człowiek rozumny, a nie małpa. — Nie robiłam nic niestosownego w pana łóżku. To znaczy, nie żeby… Nie.
      Przycisnęła palce do czoła, a potem natychmiast je zabrała, jakby denerwowało ją to, że znalazła się w tej sytuacji i nie umiała sobie z tym poradzić.
      — Pisałam. Naprawdę pisałam… — zawahała się. Spojrzała w stronę zamkniętego laptopa, jakby sprzęt był winien wszystkiemu, co się wydarzyło. — I próbowałam sprawdzić, jak wygląda ułożenie ciała, żeby nie napisać czegoś, co będzie anatomicznie niemożliwe. Jasne, mam wyobraźnie, mogę to sobie wyobrazić, mam też za sobą jeden tragiczny pocałunek z człowiekiem, który całował jak karp znaleziony w mule. Co, przyznaję, nie jest fundamentem pod wiarygodną scenę seksu. — Było za późno, żeby cofnąć swoje słowa, te o rybie także, więc Rei wydusiła z siebie po prostu: — Przepraszam za to, że pana obudziłam. Albo zaniepokoiłam. Albo jedno i drugie. Nie wiem, co gorsze.

      Rei Bothwell 🐟

      Usuń