Tanner Morgan
lawyer jeweller
Może nazwiesz go wyrachowanym gnojkiem, gdy dowiesz się, że nigdy nie interesowała go cała ta prawnicza farsa i opasłe tomiszcza z łamiącymi język formułkami, a na koniec stwierdzisz, że totalnie perfidny z niego drań, skoro przeszedł tą długą drogę tylko po to, żeby w odpowiednim momencie teatralnie tym pieprznąć, ale on jest tylko doskonałym przykładem człowieka, który zjadł ciastko i dalej ma ciastko. Prawda bywa najkosztowniejszym ze złudzeń, a w rodzinie, która może zaoferować człowiekowi tak wiele, głupotą byłoby zostanie buntownikiem z wyboru. Zaspokoił ambicje wszystkich wokół, przez jakiś czas będąc marionetką w ich rękach i chodząc dla nich jak szwajcarski zegarek, ale kiedy przyszła odpowiednia pora, kiedy odhaczył punkty z ich listy i dostał w zamian obiecane granty, sprawnie odciął sznureczki, strzepnął z ramion kurz i wreszcie zajął się własnymi ambicjami. Bo jeżeli rodzina tak szczerze czegoś go nauczyła, to grać w pozory prawie do perfekcji i myśleć przede wszystkim o sobie. Pomyślał więc o tym dość wcześnie, bo już jako nastolatek, gdy po raz pierwszy zetknął się z maleńkimi kamieniami i na kolanach dziadka złapał jubilerskiego bakcyla. Wiedział wtedy, jaka droga została mu narzucona, ale wiedział też, jaka jest mu pisana. Realizując plan rodziców, zadbał o to, żeby zaspokoić ich widzimisię i zdobyć zaplecze finansowe, a potem odpowiednio je wykorzystać wraz z koneksjami, które w kopercie z jadeitem w spadku pozostawił mu dziadek. Bez wahania odstawił to, co narzucone i zajął się tym, co do dnia dzisiejszego daje mu autentyczną przyjemność i co wyzwala go z sideł pozorów, którymi przez te lata do szpiku kości przesiąkł. Ale podobno wewnątrz każdej bryły węgla tkwi diament, który czeka, żeby się wydostać, a piękno jest doskonałością z defektami. Nie da się być ideałem dla każdego, ale można postarać się być nim dla siebie, a przede wszystkim dla tych, którzy będą potrafili nas docenić jeszcze w tej nieoszlifowanej formie.
Tanner John Morgan-Miller
12 XII 1988, Nowy Jork
jubiler
Adwokat prawa karnego
gemmolog
CFO w M&G Jewellery
Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Dla niego wszystko ma znaczenie: zapach drewna w gabinecie, chłód metalu, linia na rysunku czy światło odbite w kamieniu. To właśnie w detalach odnajduje sens i spokój, nawet jeśli świat wokół dawno przestał być uporządkowany. Bez pamięci oczarowany turmalinami. W czasach szkolnych należał do drużyny pływackiej, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Sympatyk fortepianu, żeglarstwa, pojedynków szachowych oraz rysunku. Dodatkowy język: francuski. Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.
DAKOTA MORGAN
Żona, radca prawny w rodzinnej kancelarii
AMBER MORGAN-MILLER
Córka, siedmioletnia uczennica
JARED MORGAN-MILLER
28-letni brat, adwokat w trakcie specjalizacji
WALTER GOODWIN
Wieloletni przyjaciel, wspólnik w M&G Jewellery
OLIVIA FITZGERALD
Przyjaciółka od pierwszego spotkania w liceum
DANE POSTACI
Krótki opis postaci
cześć, damy się zjeść, zdaniezlozone@gmail.com
I
I
Po wyjściu ze szpitala Rei miała ambitny plan udawać przez jeden dzień normalną osobę. Nie pacjentkę czy przypadek medyczny z historią grubszą niż większość historii, które pisała. Chciała być po prostu młodą kobietą z laptopem, nieszczęsną protezą, laską opartą o blat i kawą tak drogą, że ta powinna przynajmniej rozwiązywać część jej problemów.
OdpowiedzUsuńPlan, jak większość jej planów, rozpadł się dość szybko. Konkretnie: jakiś tydzień wcześniej. Bo to wtedy pojechała do Midtown East, w okolice Park Avenue, gdzie szklane wieżowce wyglądały tak, jakby nikt w środku nie miał duszy. Tam, w kawiarence niedaleko JPMorgan Chase Tower, zamówiła kawę, wybrała stolik przy ścianie i otworzyła laptopa z miną osoby, która absolutnie nie miała żadnych ukrytych zamiarów. I wtedy spotkała j e g o; mężczyznę w garniturze, ale nie jedynie „przystojnego nieznajomego”, nie „interesującego bruneta”, nie „mężczyznę o ostrym, przenikliwym spojrzeniu”, bo tak pisała w książkach, kiedy udawała, że posiada godność. W głowie nazwała go po prostu hot gościem w garniturze. I mając wtedy przed sobą tego hot gościa w garniturze, zaczęła pisać; bezczelnie otworzyła Worda, a potem już wszystko ułożyło się samo.
I, oczywiście, że się gapiła, choć bardzo próbowała udawać, że nie, że tylko zerka, a potem zrobiła to kolejny raz i kolejny. Wystalkowała go z zawstydzającą skutecznością, za którą powinna była albo dostać medal, albo ograniczenie dostępu do internetu, bo do wieczora wiedziała już, że nazywa się Tanner Morgan. Nie dlatego, że była jakimś geniuszem, tylko dlatego, że internet najwyraźniej uwielbiał ludzi w garniturach, którzy robili duże rzeczy. O Tannerze Morganie było ostatnio głośno po sprawie Briana Bolesa i Charlesa Collinsa, dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Dowiedziała się więc podstawowych rzeczy o hot gościu w garniturze i to powinno jej wystarczyć, ale skoro poświęciła mu tyle czasu, chciała spróbować jakoś z nim porozmawiać, zebrać materiał. Dlatego tydzień później, po kolejnych badaniach w szpitalu, Rei po prostu „przypadkiem” znalazła się w Midtown East, w tej samej kawiarence.
Omiotła spojrzeniem całą przestrzeń, namierzając wzrokiem przystojnego prawnika; siedział przy stoliku pod ścianą, akurat w takim miejscu, że mogła usiąść dość blisko, ale nie tak, żeby było to creepy. Przełknęła ślinę i opierając się o laskę, podeszła do kasy; zamówiła kawę, prawie upuściła portfel, i poprosiła o pistacjowego pączka. Zerknęła w bok, oceniając jeszcze raz miejsce, które chciała zająć; idealny punkt strategiczny, z którego będzie widzieć jego profil, ręce i twarz. Może jednak było to trochę creepy.
Usiadła ostrożnie, odkładając laskę obok krzesła. Była ubrana w czarny top odkrywający nieco brzuch i ramiona oraz spódniczko-spodnie, bo nienawidziła samych spódnic, ale było dzisiaj dość ciepło, więc nie zamierzała pływać we własnym pocie. Poza tym od rana proteza uwierała ją trochę bardziej niż powinna, a Rei mogła znieść tylko jedną irytującą rzecz w ciągu dnia. No i, miała misję. Otworzyła laptopa, kliknęła Worda, a dokument zamrugał pustą stroną.
W tym momencie Tanner Morgan poprawił swoją koszulę przy szyi. Rei spojrzała krótko jego stronę, potem spuściła wzrok do klawiatury i znów zerknęła na mężczyznę.
— Badania terenowe — szepnęła do siebie, jakby to cokolwiek usprawiedliwiało. — To tylko badania terenowe.
Jej palce zawisły nad klawiaturą. Przez chwilę w głowie miała tylko jego dłonie. Długie palce, spokojne ruchy, kontrolę… Więc zaczęła pisać. Nie o Tannerze Morganie, oczywiście. Nigdy w życiu.
Pisała o elfim lordzie, który stał w marmurowej sali tronowej, którego nawet smoki śpiące pod fundamentami pałacu się obawiały; pisała o jego spojrzeniu, które odnalazło bohaterkę między kolumnami i zatrzymało się na niej z taką intensywnością, jakby już wcześniej rozebrał ją z każdego kłamstwa i każdej zbroi. Po trzech zdaniach zrobiło się zdecydowanie zbyt gorąco. Przełknęła łyk kawy, skrzywiła się, bo była za mocna, i zerknęła znad ekranu. Tanner właśnie patrzył w jej stronę. Rei zamarła z palcami na klawiaturze i otwartym dokumentem, w którym fikcyjny mężczyzna właśnie miał położyć fikcyjnej kobiecie dłoń na udzie.
Usuń— O nie… — powiedziała bardzo cicho, spuszczając głowę i próbując zrobić się niewidzialna. Cholera!
Rei Bothwell ☕👀
Rei przestała pisać dokładnie w połowie zdania i to nie dlatego, że skończyła myśl czy nagle zabrakło jej weny. Po prostu cień padł po stoliku, przy którym siedziała, a potem krzesło naprzeciwko odsunęło się z tym krótkim, cichym szurnięciem, które w jej głowie zabrzmiało jak teatralne odsłonięcie kurtyny przed egzekucją. Podniosła wzrok. Tanner Morgan siedział naprzeciwko niej. Tanner Morgan, którego tydzień wcześniej nazwała w notatkach „mrocznym, elfim lordem”, „smokiem w garniturze” i, w jednym szczególnie haniebnym przypływie szczerości, „facetem, który wygląda tak, jakby potrafił zniszczyć człowieka jednym spojrzeniem”. Laptop między nimi nagle wydał jej się za małą barierą.
OdpowiedzUsuń— Ooo... — powiedziała, zanim w ogóle pomyślała, jak zareagować. Bardzo błyskotliwie, Reilynn, bardzo literacko. Pulitzer właściwie sam powinien spaść z nieba i uderzyć ją w łeb.
Przez sekundę miała ochotę zatrzasnąć laptopa, ale to wyglądałoby podejrzanie. Zerknęła w ekran – tam elf właśnie pochylał się nad bohaterką i mówił bardzo, ale to bardzo gorące, kuszące rzeczy. Rei przesunęła palcem po touchpadzie i zupełnie przypadkiem zaznaczyła cały akapit. Świetnie.
Wytrzymała jego spojrzenie może trzy sekundy. Cztery, jeśli liczyć tę pierwszą, w której jej mózg jeszcze nie zarejestrował, że Tanner Morgan właśnie usiadł naprzeciwko niej i zaczął oglądać ją z taką samą bezczelną dokładnością, z jaką ona wcześniej. O co mu chodziło? Mrugnęła wolno, mając nadzieję, że gdy znów otworzy oczy, to wszystko okaże się jakimś snem, ale nie, bo hot facet w garniturze wciąż tutaj był. I się patrzył.
Rei otworzyła usta i… zamknęła je, potem spojrzała na niego z taką miną, jakby właśnie bardzo uprzejmie położył jej na stole dowód rzeczowy A, B i C, które zdecydowanie ją obciążały. Potrzebowała prawnika, ale nie takiego z urzędu, lepszego, który wyciągnąłby jej z tej sytuacji.
— Obserwacji z odległości — powtórzyła powoli, gryząc przez moment dolną wargę. — To bardzo poważne oskarżenie, panie Morgan — powiedziała w końcu, odrobinę unosząc brodę. — Zwłaszcza wobec osoby, która przyszła tu wyłącznie po kawę i miejsce z gniazdkiem.
Jej spojrzenie mimowolnie uciekło do jego rąk, potem do szyi i wróciło do jego twarzy z opóźnieniem tak kompromitującym, że równie dobrze mogła od razu przyznać się do wszystkiego i poprosić o najniższy wymiar kary.
— Poza tym — dodała, zasłaniając klawiaturę laptopa swoimi dłońmi, jakby chroniła tajne akta państwowe, a nie scenę z elfim lordem, który zdecydowanie miał ochotę dobrać się do majtek swojej wybrance — gdyby był pan mniej interesujący, problem rozwiązałby się sam.
Wzięła głębszy wdech, mocniej ugryzła się w usta i szybko dodała:
— To nie zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć.
Nie, zdecydowanie nie zabrzmiało. W jej głowie miało być lekkie, błyskotliwe, może nawet odrobinę wyniosłe. W rzeczywistości zabrzmiało jak przyznanie się do winy z próbą flirtu w tle, co było szczególnie żenujące, bo Rei nie flirtowała. Rei jedynie pisała flirt. W jej historiach bohaterki zawsze wiedziały, kiedy spuścić wzrok, kiedy odpowiedzieć szeptem i kiedy milczeć tak, żeby milczenie znaczyło więcej niż całe akapity dialogu. W prawdziwym życiu Rei potrafiła najwyżej powiedzieć coś niepokojącego lub żenującego i potem wyglądać, jakby chciała zapaść się pod ziemię.
Oparła się ostrożnie o krzesło, uważając na protezę, i spróbowała przywołać jakąś jedną ze swoich stoickich min, ale wyszło coś między bezczelnością, paniką i rumieńcem, który stanowczo nie był częścią jej wizerunku.
Usuń— Reilynn Bothwell. Pisarka — wyrzuciła z siebie, jakby to miało załatwić sprawę, a w myślach dodała: I recydywistka w zakresie romantyzowania obcych mężczyzn w garniturach. Zaraz potem zacisnęła usta, po czym odchyliła się ostrożnie na krześle, uważając na protezę i laskę opartą o stolik. Przez ułamek sekundy miała ochotę dodać coś normalnego, dorosłego, na przykład, że miło go poznać albo że przeprasza, jeśli poczuł się niekomfortowo. Albo że to wszystko jest zabawnym nieporozumieniem, a ona wcale nie sprawdzała w internecie ani jego, ani kancelarii, w której pracował. Niestety, jej usta jak zwykle nie skonsultowały się z rozsądkiem.
— Nie śledzę pana zawodowo — powiedziała, a potem zaśmiała się nerwowo. — Ani prywatnie. To znaczy… nie śledzę pana w… właściwie w żadnym sensie. To… trudno nie wiedzieć, kim pan jest. W internecie jest o panu wiele artykułów, zdjęć, a algorytm bywa potwornie bezlitosny. Klikniesz w jakiś post, a potem przeglądarka proponuje tego więcej i więcej.
Urwała, czując, że każde kolejne słowo nie tyle ją usprawiedliwia, ile kopie pod nią coraz głębszy dół. Spojrzała na niego ostrożnie, tym razem bez wcześniejszej bezczelności, choć rumieniec wciąż trzymał się jej policzków z uporem godnym osobnej diagnozy. Może naprawdę była wariatką?
— Więc tak, wiem, jak się pan nazywa i gdzie pan pracuje. Co brzmi fatalnie, kiedy mówię to na głos, ale to naprawdę nie miało być… aż takie dziwne — wymamrotała, a potem poruszyła się nieco, zdecydowanie niefortunnie, bo jej laska upadła, a Rei schylając się po nią, przywaliła głową w stolik z wyraźnym syknięciem; gdy to się stało, pistacjowy pączek poturlał się po stole i spadł w stronę prawnika, bezczelnie brudząc mu spodnie, a Reilynn widząc to, wlazła pod blat, aby zabrać tego zdradzieckiego pączura. Gdy to zrobiła i faktycznie złapała uciekiniera, okazało się, że wylądowała pod stołem, między nogami Tannera Morgana. Uniosła wzrok właśnie w tej pozycji i od razu tego pożałowała, bo to nie był dobry pomysł, to był tragiczny pomysł.
Rei siedziała więc pod stolikiem, z pączkiem w ręku, czerwonym czołem, jeszcze bardziej czerwonymi policzkami i spojrzeniem utkwionym w mężczyźnie, którego chwilę wcześniej próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką.
— Przepraszam… — wydukała.
Rei Bothwell 🍩🫣
Reilynn przez chwilę naprawdę rozważała zostanie pod stołem na stałe. Mogłaby tam nawet zamieszkać, przyjąć nową tożsamość i zostać niewielkim, wstydliwym stworzeniem żywiącym się resztkami pistacjowych pączków i cudzą dezaprobatą. Byłoby to, szczerze mówiąc, mniej kompromitujące niż wyłanianie się teraz spod blatu, między nogami Tannera Morgana i z pączkiem w ręce.
OdpowiedzUsuńZerknęła w jego stronę spod stołu z miną kogoś, kto właśnie usłyszał bardzo trafną diagnozę i nie miał żadnego prawa się z nią kłócić. Imponujące zamieszanie. To brzmiało dość... ładnie i łagodnie.
— Dziękuję — powiedziała w końcu. — Staram się przekraczać oczekiwania.
Chciała, żeby zabrzmiało to nonszalancko, ale Rei zdecydowanie nie była nonszalancka, szczególnie w tym momencie. Jej spojrzenie również powędrowało do pistacjowej smugi, po czym natychmiast wróciło do twarzy prawnika, bo patrzenie na jego udo w tej konkretnej konfiguracji było jednym z tych pomysłów, które powinny zostać zakazane prawnie i moralnie. Czuła, że ma gorące policzki, czoło ją obolało, a proteza zaczęła uwierać jeszcze bardziej.
— I przepraszam za spodnie — dodała szybko. — Naprawdę. Nie wiem, ile kosztuje czyszczenie czegoś, co wygląda, jakby miało własnego księgowego, ale zapłacę. Albo… odkupię.
Spojrzała przelotnie w bok, jakby naprawdę oceniała, czy ktoś z kawiarni patrzy w ich stronę. Kilka osób było zajętych kawą, laptopami lub rozmową. Tanner Morgan miał jednak rację, a to było bardzo irytujące, bo wyglądał jak człowiek, który miewał rację zbyt często i prawdopodobnie nigdy nie przepraszał za to wystarczająco. Poruszyła się lekko, żeby wreszcie wydostać się spod blatu, ale zanim zorientowała się, co zrobiła, było już za późno. W jakimś amoku, zamiast ruszyć tyłek w tył, to poszła do przodu, opierając palce o kolano prawnika i przysunęła się bliżej tak, że jej twarz znalazła się mniej więcej przy jego brzuchu. Niebezpiecznie blisko. Absurdalnie wręcz blisko! Tak blisko, że gdyby ktoś teraz spojrzał pod stolik, nie istniałoby absolutnie żadne wyjaśnienie, które nie brzmiałoby jak kłamstwo wymyślone przez osobę przyłapaną na gorącym uczynku.
Rei powoli uniosła wzrok. Najpierw zobaczyła koszulę, potem marynarkę i zdążyła nawet policzyć te kilka guzików, ostatecznie dotarła do jego twarzy i natychmiast pożałowała, bo z tej perspektywy Tanner Morgan wyglądał jeszcze bardziej jak mroczny lord, który albo poderżnie głównej bohaterce gardło, albo ją zerżnie – Reilynn prawie zadławiła się własną śliną. Dopiero po sekundzie odsunęła się i cofnęła rękę tak gwałtownie, jakby materiał nagle zaczął ją parzyć.
— Przepraszam. To nie było… — wymamrotała. Patrząc w jego stronę w ten sposób, znalazła się w takiej pozycji, której jej wyobraźnia nie powinna dostawać za darmo w miejscu publicznym. Hot facet w garniturze i klęcząca przed nim Reilynn Bothwell? Byłaby głupia, gdyby nie opisała tej sceny w książce, ale w tym momencie najprawdopodobniej powinna po prostu wstać i nie umrzeć ze wstydu.
W końcu, po serii ruchów godnych głośnego i rannego nietoperza, wycofała się w swoją stronę stolika. Najpierw zahaczyła ramieniem o blat, a potem prawie zrzuciła własną torbę. Na koniec udało jej się złapać laskę i podciągnąć z powrotem na krzesło, z twarzą czerwoną od wysiłku i zażenowania. Pączek znów zajął talerz, a Rei wzięła głębszy oddech i sięgnęła po kilka serwetek, aby zetrzeć z palców lukier, ale akurat jeden z opuszków liznęła, bo cholernie szkoda było jej tego pączka. Dopiero po sekundzie zorientowała się, co zrobiła. Zamarła z palcem przy ustach. Oczywiście, oczywiście, że po wyjściu spod stołu, po dotknięciu kolana obcego prawnika, po zbrudzeniu mu spodni pistacjowym kremem i po próbie przekonania go, że wcale go nie śledziła, musiała jeszcze oblizać palec na jego oczach. Odchrząknęła cicho.
Usuń— Gdyby zastanawiał się pan, czy pączek byłby dobry, to lukier jest całkiem niezły — powiedziała, czerwieniąc się mocno, jeszcze bardziej niż wcześniej.
I natychmiast zapragnęła cofnąć czas o jakieś trzydzieści sekund. Albo trzydzieści lat. Cokolwiek, byle nie musieć siedzieć naprzeciwko Tannera Morgana z serwetką w dłoni, pistacjowym lukrem na palcach i świadomością, że właśnie wypowiedziała zdanie, które w jej książkach mogłoby być początkiem bardzo niewłaściwej sceny.
— Przestanę mówić… — zdecydowała po chwili. — To prawdopodobnie najlepsze, co mogę panu teraz zaoferować.
Rei Bothwell 🫠🪑
Reilynn spojrzała najpierw na jego dłoń obejmującą jej nadgarstek i na chwilę… przestało być zabawnie. Nie dlatego, że zrobił jej krzywdę, bo tak nie było, ujął ją pewnie, ale nie mocno; bardziej zatrzymał niż przytrzymał, bardziej zaznaczył swoją obecność, niż cokolwiek wymusił. A jednak ten gest przeszedł przez nią zaskakująco wyraźnie, jak drobny impuls, który nie powinien mieć żadnego znaczenia, a mimo to nagle rozlał się ciepłem pod skórą. Rei poczuła własny puls dokładnie tam, gdzie opierały się jego palce. Przez sekundę nie myślała o pączku, plamie, laptopie ani o tym, że przed chwilą się koszmarnie wygłupiła i zapewne zniszczyła sobie reputację. Myślała tylko o tym, że Tanner Morgan trzyma jej nadgarstek, a ona zamiast natychmiast cofnąć rękę, siedziała nieruchomo i próbowała zrozumieć, dlaczego ten prosty dotyk tak skutecznie zabrał całą jej uwagę. Z całą pewnością się tego nie spodziewała, chociaż mogłaby się domyślić, że hot facet w garniturze bardziej brał, co chciał, niż pytał o pozwolenie. Przechyliła lekko głowę. W tym momencie bohaterki jej książek mówiły oś błyskotliwego, coś, co pozwalało zachować przewagę. Rei natomiast przez jedną fatalną sekundę poczuła się tak, jakby była zupełnie bezbronna.
OdpowiedzUsuńGdy zabrał jej serwetkę, otworzyła usta, aby jakoś to skomentować, a potem je zamknęła, bo tak właściwie nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Wszystko wydawało się nieodpowiednie. Spojrzała na odłożoną serwetkę, na prawnika i znów na serwetkę, jakby ten biedny, zmięty kawałek papieru był ostatnią rzeczą, która stała między nią a pełnowymiarowym przesłuchaniem albo aktem oskarżenia. Czy Tanner Morgan mógłby jej zarzucić atak pistacjowym pączkiem i pociągnąć do rekompensaty za straty materialne i nie tylko? Rei spięła się lekko, gdy o tym pomyślała.
— Bardzo dużo to przesada — powiedziała ostrożnie. — Mam panu do opowiedzenia najwyżej kilka rzeczy, może kilkanaście. To zależy, czy rozmawiamy koleżeńsko, czy jednak zamierza mnie pan pozwać za… to wszystko.
Próbowała mówić lekko, ale jej nadgarstek wciąż czuł jego palce. Nie trzymał jej już, a jednak skóra w tamtym miejscu wydawała się dziwnie czuła, co albo było wynikiem tego, że Rei naprawdę rzadko z kimkolwiek się dotykała, albo Tanner Morgan czymś ją zaraził. Zmierzyła męską sylwetkę spojrzeniem, próbując to ocenić; zdecydowanie nie wyglądał tak, jakby był chory, ba, wyglądał jak cholerny prawniczy bóg, jak ucieleśnienie prawniczych tekstów, które zapewne nie brzmiałyby nudno, gdyby to Morgan je wypowiadał.
— To… cóż, wspomniałam już, że nazywam się Reilynn Bothwell i jestem pisarką — odpowiedziała, podnosząc wzrok do twarzy prawnika. — I zanim przejdziemy dalej… czy może mi pan mówić po imieniu? — spytała cicho, czując się nieco dziwnie, gdy zwracał się do niej tak oficjalnie. Wiedziała, że robił to, bo tak nakazywały maniery, ale była osobą, która obejrzała sobie jego spodnie i krocze z takiego bliska, że zachowywanie surowego dystansu byłoby wręcz karykaturalne.
— Piszę… piszę tekst o prawnikach — mruknęła, uciekając nieco wzrokiem. Kłamstwo, cholerne kłamstwo, ale co innego miała powiedzieć? Oparła się ostrożnie o krzesło, próbując wyglądać jak osoba, która nie ma na ekranie żadnego elfiego lorda, żadnego napięcia w marmurowej sali tronowej i absolutnie żadnych opisów rąk inspirowanych człowiekiem siedzącym naprzeciwko.
— Potrzebowałam… informacji — przyznała po chwili, unosząc wzrok, aby posłać mu krótkie spojrzenie. — Ale takich ogólnych. Nie znam zbyt wielu prawników, więc chciałam się czymś zainspirować, ale też poznać pana w warunkach, w których byłby pan sobą. Jasne, mogłabym umówić spotkanie, ale czy wtedy miałabym pewność, że pan to prawdziwy pan? Lubię naturalność i szczerość w gestach i czynach, bo… to odświeżające i inne od wizerunku, który próbuje się kreować. Interesuje mnie właśnie to; to, jak ktoś odkłada filiżankę, jak poprawia mankiet czy jak zmienia się jego twarz, gdy się zamyśla. Jest pan po prostu… inspirujący.
UsuńMówiąc to wszystko, ostrożnie spojrzała mu w oczy, jakby dopiero teraz sprawdzała, czy jej tłumaczenie w ogóle miało szansę być wzięte pod uwagę. Tanner Morgan wyglądał jak człowiek, który potrafił usłyszeć kłamstwo między jednym słowem a drugim, nawet jeśli zostało ładnie opakowane, więc mogło być z tym różnie.
— Chociaż zdaję sobie sprawę — dodała ciszej — że po pączku, pańskich spodniach i mojej wycieczce pod stół… cóż, może źle zaczęliśmy, ale obiecuję, że najgorsze już za panem. Więc? Może napije się pan jeszcze kawy?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Reilynn wstała z miejsca, aby tę kawę zamówić. Nie zrobiła tego szybko. Po pierwsze dlatego, że po ostatnich pięciu minutach każdy gwałtowny ruch powinien zostać jej prawnie zakazany, po drugie dlatego, że wstawanie z protezą wymagało od niej krótkiej negocjacji z własnym ciałem. Najpierw przesunęła laskę bliżej, potem oparła dłoń o blat, wyprostowała prawą nogę i dopiero wtedy uniosła się ostrożnie. Proteza lewej nogi zaczynała się wysoko, powyżej kolana, ukryta częściowo pod materiałem spódniczko-spodenek i czarną osłoną, która znikała pod brzegiem ubrania przy udzie. Nie była krzykliwa ani ozdobna, a matowa, funkcjonalna, z metalicznymi elementami. Rei nosiła ją tak, jakby była czymś zupełnie zwyczajnym.
— Zanim pan zaprotestuje — rzuciła przez ramię, próbując brzmieć lekko — to nie jest to łapówka, raczej odszkodowanie.
Ruszyła w stronę lady, a tam zamówiła dwie kawy; dla siebie coś zbyt słodkiego, żeby udawać dorosłą osobę z gustem, dla niego czarną, bo oczywiście wyglądał jak mężczyzna, który pije tylko taką. Potem spojrzała na gablotę z wypiekami i zawahała się na widok pistacjowych pączków. Powinna była wybrać coś innego, cokolwiek innego, ale cóż, była tylko sobą.
— I jeszcze dwa pistacjowe pączki — powiedziała.
Kiedy wróciła do stolika, postawiła przed prawnikiem kawę, potem usiadła z powrotem, pilnując, żeby laska nie powtórzyła wcześniejszego zamachu stanu.
— Proszę — odezwała się, podsuwając mu talerzyk. — Pokojowy pączek.
Rei Bothwell 🙃☕
Rei odwróciła ekran minimalnie w jego stronę, ale drugą ręką natychmiast przesunęła talerzyk z pączkiem, jakby próbowała odwrócić uwagę prawnika cukrem. Podejrzewała, że nie jadał zbyt często takich rzeczy, bo zapewne gdyby to robił, garnitur nie układałby się tak dobrze. Doskonale mogła sobie wyobrazić, co się kryło pod materiałem i zdecydowanie nienawidziła tego, jak proste to dla niej było.
OdpowiedzUsuń— Najpierw pączek — powiedziała stanowczo. — Konsultacje konsultacjami, ale nie może pan opiniować tekstu tak po prostu.
Pączek leżał między nimi jak miękka, pistacjowa propozycja ugody. Albo jak kolejny dowód rzeczowy, który Reilynn bardzo chciała wcisnąć stronie przeciwnej.
— Proszę nie patrzeć na niego z taką rezerwą. Nie brał udziału w poprzednim incydencie, ma czystą kartotekę. — Przesunęła talerzyk jeszcze o centymetr. — Poza tym kupiłam go dla pana. Odmowa byłaby… rozczarowująca.
Dopiero wtedy dotarło do niej coś jeszcze. Coś, co przewijało się od początku tej rozmowy, ale dopiero teraz, kiedy próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, zaczęło ją to mocniej drażnić. Zmrużyła oczy i odchyliła się odrobinę na krześle.
— I nadal mówi pan do mnie „pani” — zauważyła, wskazując w jego stronę palcem. — Prosiłam, żeby mówił mi pan po imieniu. — Jeszcze bardziej zmrużyła oczy. — Reilynn — przypomniała mu, bo może zapomniał jej imienia. — Może być też po prostu Rei. Jeśli już siedzi pan przy moim stoliku, każe mi pan mówić, żąda wglądu w tekst i został pan zaatakowany przez mojego pączka, to chyba możemy uznać, że oficjalny ton nie jest potrzebny?
Spojrzała znacząco na pączka, którego dla niego kupiła. Ładny, okrągły pączek, który smakował całkiem nieźle, biorąc pod uwagę to, że Rei wcześniej zlizała nieco polewy z poprzedniego. Szkoda by było, gdyby Tanner Morgan w ogóle nie przekonał się o tym, że naprawdę czuć było tutaj pistacje.
— Proszę go nie ignorować — powiedziała. — Nie zasłużył na takie chłodne traktowanie tylko dlatego, że jego kuzyn popełnił przestępstwo przeciwko pańskim spodniom.
Rei wbijała wzrok w Tannera przez chwilę, po czym otworzyła lekko oczy z nagłym, bardzo podejrzanym ożywieniem. Najwyraźniej coś w jej głowie kliknęło. Coś głupiego. Coś, czego rozsądna kobieta nie powinna robić mężczyźnie, którego dopiero co próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką. Sięgnęła po drugą serwetkę, tę, którą dostała przy kupnie kawy, i przedzieliła pączka na pół. Jedną część podsunęła bliżej prawnika, robiąc to tak, jakby dzieliła się z nim jedzeniem co tydzień, właśnie w tym konkretnym dniu.
— Dobrze… — oznajmiła. — Nie musi pan zjeść całego. Wystarczy pół. Albo ćwierć. Albo jeden gryz.
Odczekała sekundę, ale Tanner nie ruszył nawet palcem. Westchnęła głęboko, jak osoba zmuszona do podjęcia ostatecznych środków.
— W porządku. Skoro negocjacje pokojowe zawiodły…
Wzięła kawałek pączka w palce, nachyliła się nad stolikiem i uniosła słodkie ciasto w jego stronę. Nie całkiem do ust, nie była aż tak bezczelna. Jeszcze. Zatrzymała dłoń w połowie, ale wystarczająco blisko, by intencja była jasna i absolutnie niemożliwa do zignorowania.
— Jeden gryz — powiedziała cicho, z powagą kogoś, kto składał propozycję ugody w naprawdę trudnej sprawie. — Zanim zostanę zmuszona do wpisania w moich notatkach, że Tanner Morgan boi się pączków. — Kącik jej ust drgnął. — Poza tym kupiłam kawę, pączka i publicznie zrujnowałam sobie godność, więc naprawdę uważam, że jeden mały gryz jest rozsądną ceną za zakończenie naszego małego konfliktu. Chcę dobrze zacząć naszą przyjaźń.
Zawahała się, a potem jej twarz nagle rozjaśniła się tym szczególnym rodzajem ekscytacji, który dopadał ją zawsze wtedy, kiedy mogła wyciągnąć z głowy zupełnie niepotrzebną informację i użyć jej jako argumentu.
— W niektórych kulturach zjedzenie posiłku od gospodarza potwierdzało czyste intencje, na przykład w Grecji była xenia, to taka święta gościnność. Jeden gryz i oficjalnie uznam, że nie jest pan moim wrogiem — dodała szybko. Przesunęła kawałek pączka odrobinę bliżej, nadal trzymając go między palcami.
Poruszyła się nieco, aby wyciągnąć się bardziej i uniosła wysoko jedną brew, oczekując, że prawnik ostatecznie zje tę małą część słodkiego ciasta. Obserwowała dokładnie jego twarz, próbując wyczytać z niej cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że naprawdę ma problem z pączkami. Spojrzała Tannerowi w oczy; i zapewne dla niektórych byłby to sygnał, żeby odpuścić, bo mężczyzna nie wyglądał, jakby miał zamiar się złamać, raczej jakby chciał ją wsadzić do wariatkowa za bezczelność, głupotę i bycie uosobieniem chaosu, ale Reilynn wcale się nie wycofała. Uśmiechnęła się szerzej, niemalże przyjaźnie i zdecydowanie niewinnie, trzymając część pączka w palcach, prawie tuż przy ustach prawnika, wyginając się w jego stronę tak, że musiała opierać drugą dłoń o stolik, żeby się nie przewrócić. I jedynie Bóg wiedział, ile czasu minie, zanim jej się ta ręka zmęczy, a Rei uderzy twarzą w blat. Może właśnie to chciał sprawdzić Tanner Morgan?
Usuń— Najpierw pączek, a potem pokażę tekst — oznajmiła, ruchem głowy pokazując słodycz, a chwilę później podniosła wzrok, żeby ponownie spojrzeć Tannerowi w oczy. To był dobry moment, żeby móc dobrze przyjrzeć się jego tęczówkom i odpowiednio je opisać; Rei zawsze miała słabość do oczu w swoich książkach. Opisywała je bezwstydnie, przesadnie i z pełną świadomością. Oczy jej bohaterów bywały koloru burzy nad morzem, mokrego granitu albo srebra przygaszonego popiołem. Potrafiła poświęcić im pół strony i udawać przed redaktorką, że to tylko budowanie atmosfery. Ale oczy Tannera były trudniejsze i to nie dlatego, że brakowało im wyrazu. Przeciwnie. Miały w sobie coś zbyt spokojnego, zbyt uważnego, jakby nie tylko patrzył, ale od razu układał z obserwacji kompletny obraz. To nie były oczy elfiego lorda, a człowieka, który wydawał się nie mniej realny niż jej fikcyjny bohater.
Rei Bothwell 😇🙌
Reilynn znieruchomiała tylko na chwilę. Nie dlatego, że poczuła się winna, no, może trochę, minimalnie, w zakresie tego, jak bardzo nie umiała powstrzymać własnego chaosu i poskromić natury bycia życiową pomyłką, jednak to wcale nie sprawiało, że miała zamiar pozwolić Tannerowi Morganowi budować z tego wszystkiego jakąś sprawę o prześladowaniu, wtargnięciu w życie i zagrożeniu dla porządku publicznego. Wolno opuściła rękę z pączkiem, ale nie odsunęła się od razu jak spłoszone zwierzę. Po prostu odłożyła kawałek, wzięła serwetkę i wytarła palce z lukru, patrząc w stronę prawnika z czymś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
OdpowiedzUsuń— Okej — powiedziała po chwili. — Przyjmuję do wiadomości, że nie zostaniemy dziś najlepszymi przyjaciółmi. To… cóż, bolesne, ale jakoś będę musiała z tym żyć. Natomiast proszę nie robić ze mnie stalkerki tylko dlatego, że jest o panu wiele informacji w internecie i najwidoczniej ma pan sporego pecha, skoro mnie pan spotkał.
Odchyliła się na krześle, układając dłoń przy brzegu stolika. Uśmiech wrócił, nie pokazując, żeby słowa Tannera Morgana trafiły w jej jakiś czuły punkt, bo tak nie było. Rei raczej nie miała słabych punktów, lubiła myśleć, że posiadała co najwyżej miejsca strategicznie niewygodne, których nie należało dotykać bez wcześniejszego ostrzeżenia i pełnego ubezpieczenia od szkód emocjonalnych. Poza tym też potrafiła zrozumieć jego reakcję i to, że ani trochę nie podobało mu się to wszystko; był poważnym facetem w poważnym garniturze, z poważną miną i poważną aktówką, który zapewne prowadził swoje poważne, ułożone życie i unikał takich pokrak jak ona, tylko że jego świat z całą pewnością nie był tylko poważny i Rei była przekonana o tym, że Tanner Morgan nie miał aż tak wielkiego kija w tyłku.
— Wie pan co? — odezwała się po chwili z lekkim, niemal uprzejmym uśmiechem. — Doceniam jasność komunikatu. Naprawdę. Jest pan bardzo precyzyjny w byciu niemiłym. I przyjmuję, że nie chce pan przyjaźni, pączka, czy mówić mi po imieniu, ani… jak to pan ujął? Brać udziału w przedstawieniu, o. Trochę szkoda, bo przedstawienie miało potencjał, a pączek był naprawdę dobry, ale nie można mieć wszystkiego.
Sięgnęła po swoją połowę pączka i ugryzła ją ze zaskakującym spokojem. Przez moment żuła w milczeniu, bardzo wyraźnie pokazując, że jeśli już ktoś miał ponieść konsekwencje tej cukierniczej porażki, to będzie to ona. Potem przesunęła wzrokiem po drugiej połówce, tej odrzuconej, samotnej i nieszczęśliwie nietkniętej.
— Poza tym może ja naprawdę chciałam się zaprzyjaźnić? — dodała po chwili, niby lekko, ale jednak wystarczająco wyraźnie, żeby nie dało się tego całkiem obrócić w żart. — Wiem, radykalna koncepcja. Poznawanie nowych osób w kawiarence? Jedzenie pączków? Darmowa kawa? Proszę mnie za to pozwać.
Dokończyła swój kawałek, po czym, z miną osoby podejmującej ważną decyzję życiową, sięgnęła po drugą połówkę.
— Skoro pan nie chce, to trudno. Nie będziemy marnować jedzenia tylko dlatego, że relacje międzyludzkie w Ameryce upadły.
Oderwała niewielki fragment słodkiego ciasta i wsunęła go do ust. Niemal od razu było widać, że przeceniła swoje możliwości. Zatrzymała się, przeżuła powoli, popiła kawą i spojrzała w stronę Tannera Morgana znad kubka z godnością człowieka, który nie przegrał, tylko chwilowo napotkał przeszkodę.
— Chciałam być miła — powiedziała w końcu. — W idiotyczny sposób, najwyraźniej. Ale jednak miła. — Odstawiła kawę i sięgnęła do laptopa, gdy prawnik schwycił swoją aktówkę. Zapewne chciał wyjść, ale skoro już miał ją za stalkerkę i wariatkę, to zasłużył, aby przeczytać to, co udało jej się napisać. I tak zapewne już nigdy się nie zobaczą, więc co to za różnica?
— Skoro już i tak zostałam oskarżona o bycie jednoosobowym zagrożeniem dla pańskiego spokoju, to proszę. Niech pan zobaczy ten rzekomy tekst o prawnikach — mruknęła i obróciła ekran w jego stronę, pokazując mu fragment. Trzymała jednak dłonie tak, aby w razie potrzeby móc zatrzasnąć komputer i udawać, że to niewinny wstępniak do jakiejś znaczącej sceny.
UsuńW tekście nie było oczywiście ani jednego prawnika. Był za to marmur, nocne niebo za wysokimi oknami i mężczyzna, który stał za kobietą tak blisko, że cień jego sylwetki przykrywał jej ramiona: Lord Vael nie musiał podnosić głosu, żeby cała sala zamilkła. Wystarczyło, że objął Elarę w talii. Jego palce przesunęły się nieznacznie po materiale jej sukni, nie dalej, niż pozwalała przyzwoitość, ale wystarczająco, by Elara zapomniała, jak się oddycha. Powinna była się odsunąć. Powinna była przypomnieć mu, że nie należała do nikogo, lecz zamiast tego zacisnęła palce i pozwoliła, by jego druga dłoń odnalazła jej nadgarstek, dokładnie tam, gdzie puls zdradzał wszystko, czego usta nie chciały powiedzieć...
Wiedziała, co jest tam napisane, dlatego głupio się czerwieniła, poza tym nie sądziła, że ten konkretny fragment tekstu cokolwiek mógłby zmienić w tym, jak postrzegał ją Tanner Morgan, bo prowadził do spicy sceny, a inspiracją dla lorda Vaela był prawnik, który zapewne nie znosił jej całym sobą. Rei wiedziała już, że owy lord nie będzie lubić słodyczy i że najpewniej stanie się nieco bardziej opryskliwy – kobiety, które czytały jej historie, lubiły takich mężczyzn, szczególnie gdy ta opryskliwość stawała się mniejsza z każdym rozdziałem, aż w końcu zastępowały ją troska, pożądanie i miłość.
Rei Bothwell 👑😳
Żeby przyjaźń mogła zaistnieć, muszą chcieć tego dwie osoby. Doskonale o tym wiedziała, choć sądziła, że czasem trzeba było wyciągnąć do kogoś rękę, ewentualnie po prostu przepchnąć się i zająć sobie wygodne miejsce. Raczej domyślała się, że Tanner Morgan miał sporo znajomych i pewnie nie potrzebował kolejnych, ale Rei niedawno wyszła ze szpitala, a ze szpitala wychodziło się zawsze trochę inaczej, niż się do niego wchodziło. Niby wciąż było się tą samą osobą, z tym samym nazwiskiem, tym samym numerem telefonu i tą samą twarzą w lustrze, ale świat poza sterylnym budynkiem wydawał się dziwnie obcy. Poza tym miała dość bycia kimś, do kogo odzywało się tylko wtedy, kiedy wypadało zapytać o zdrowie, bo choroba wcale jej nie definiowała. Może dlatego przesadziła, może dlatego uczepiła się tej głupiej kawiarni, prawnika z artykułów i może dlatego pomyliła ciekawość z odwagą, a odwagę z nachalnością. Ale to nadal nie znaczyło, że przyszła tutaj z jakimś złym zamiarem. Chciała kogoś poznać, tylko że po swojemu, czyli niezgrabnie, za głośno i z kompletnym brakiem umiaru. I tak po ludzku wyciągnęła rękę, którą Tanner Morgan elegancko odrzucił – i to też było w porządku.
OdpowiedzUsuńReilynn zatrzymała pączka przy ustach, którego zaraz potem z trudem przełknęła. Przez chwilę uważnie patrzyła w stronę prawnika, jakby próbowała zdecydować, czy właśnie usłyszała komplement.
— Dość pogodna — powtórzyła, a potem, ku własnej zgubie, uśmiechnęła się szerzej. Oderwała kolejny, znacznie mniejszy kawałek pączka, bo po ostatniej próbie jej organizm wyraźnie zasugerował, że dalsza walka wymaga strategii. Już i tak czuła, że jest jej za słodko. — Uznam to za komplement. To i tak dużo po tym, jak oskarżył mnie pan o potencjalny stalking i odmówił udziału w grecko-pistacjowym rytuale pojednania.
Gdy Tanner Morgan zaczął czytać tekst, Reilynn, niestety, zaczęła czerwienić się jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej. To było okropne! Jej własna twarz wystąpiła przeciwko niej i była żywym dowodem zawstydzenia i być może zażenowania. I to nie tak, że Rei nie przyznawała się do swoich tekstów, wręcz przeciwnie, jednak nigdy nie siedziała naprzeciwko kogoś, kto był inspiracją do bohatera, którego stworzyła.
— To… jest bardzo dobre pytanie — przyznała Reilynn z przesadną powagą, gdy zapytał o to, co mają wspólnego prawnicy z bohaterami fantasy, których stworzyła. — I cieszę się, że pan je zadał.
Nie cieszyła się, wcale się nie cieszyła. Najchętniej zatrzasnęłaby laptopa, wsunęła go do torby, wypiła całą kawę jednym haustem i ewakuowała się stąd w tempie, którego jej proteza i laska zapewne by nie udźwignęły.
— Był pan inspiracją — odpowiedziała, wzruszając lekko ramieniem, jakby było to oczywiste. — Nie jest pan Lordem Vaelem, to byłoby absurdalne. Lord Vael ma smoka, zamek, skomplikowaną linię sukcesji i prawdopodobnie więcej peleryn niż pan garniturów. Ale jest elfem, który zawsze walczy do końca, wie, co powiedzieć, aby poruszyć tłumy i przede wszystkim jest sprawiedliwy i nie cofa się przed niczym. Jest odważny, zamienia strach w siłę i nie jest typowym dupkiem, znaczy się... bywa dupkiem, ale jest też troskliwy.
Spięła się lekko, gdy nazwał ją panią Bothwell, jakby miała z pięćdziesiąt lat i spisywała właśnie testament.
— I naprawdę musi pan tak mówić? — zapytała, marszcząc nos. — Pani Bothwell? Nie jestem aż tak stara…
Przewróciła oczami, wiedząc, że zwracał się tak do niej, nie chcąc skracać dystansu, przecież zdecydowanie zaznaczył, że nie chciał się też przyjaźnić, ale Rei i tak próbowała to zmienić, bo nie była żadną panią Bothwell.
Reilynn znów otworzyła usta, ale chwilę później je zamknęła, jakby jej mózg właśnie próbował wybrać między kłamstwem, półprawdą, ucieczką a udawaniem, że jednak nie do końca rozumie, co właśnie powiedział.
Usuń— Nieświadomym dawcą cech… — powtórzyła bardzo wolno. — Mówiłam już, że był pan inspiracją. Poza tym Lord Vael nie jest „jakimś arystokratycznym kochankiem”, jest bardzo ważną postacią z tragiczną przeszłością, smokiem, zamkiem i problemem sukcesyjnym, i absolutnie nie powinien być redukowany do funkcji jakiegoś tam kochanka. Vael walczy o tron, o swoje królestwo i kobietę, która go nie pamięta, a którą znów chce w sobie rozkochać.
Mówiła o tym tak, jakby Vael i Elara naprawdę istnieli w jakimś alternatywnym świecie, jakby gdzieś, daleko poza kawiarnią i Nowym Jorkiem, istniało królestwo z białego kamienia, nad którym krążył smok. Reilynn zawsze tak miała. Wystarczyło poruszyć temat jej bohaterów, a zaczynała brzmieć jak osoba broniąca starych przyjaciół.
— To nie jest tylko romans — dodała, marszcząc się lekko. — To znaczy, jest tam romans, oczywiście, nie będę udawać, że go nie ma, są też odważne, spicy sceny. Ale piszę też o walce, władzy i o tym, czy można pokochać kogoś drugi raz, jeśli wcześniej ta miłość została komuś odebrana.
Rei Bothwell ⚔️🏰
To, że ogrzewanie zaskoczyło, było najprostszym obowiązkiem, jakie przyszło tutaj Vanessie wykonać, bo to, co robił Tanner Morgan zdecydowanie należało do bardziej skomplikowanego szeregu czynności. Nie wiedziała, jak duże doświadczenie posiada dyrektor sprzedaży. Wiedziała, że nie jest zielony w temacie i pewnie już z kilka razy robił wszystko, żeby znaleźć się blisko brzegu przed coraz szybciej nadchodzącą burzą. Wierzyła w niego. Wierzyła w jego niemałe zdolności.
OdpowiedzUsuńWedług Vanessy Kerr jej szef był człowiekiem wielu talentów. Adwokat prawa karnego to jedno. Miłośnik biżuterii to drugie. Zaangażowany w prowadzenie biznesu ze wspólnikiem to trzecie. Mężczyzna musiał mieć dobrze w głowie poukładane i być idealnie zorganizowanym w czasie, aby z każdej części życia zawodowego rozliczać się na bieżąco. Jeśli był tak samo obecny w kancelarii, jak i w salonie jubilerskim, należało mu pozazdrościć tego, że nigdy nie wyglądając na zmęczonego, nadążał z każdą sprawą, która działa się w miejscu pracy brunetki.
Czy Nessa również tak wspaniale porządkowała życie zawodowe? Nie widziała siebie jako właścicielki jakiejkolwiek interesu. Chciałaby mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, a była pewna, że wówczas musiałaby być skupioną na działalności każdego dnia tygodnia przez dwadzieścia cztery godziny. Na pewno śpiąc, śniłaby o bieżących sprawach związanych z pracą. A lubiła jednak za bardzo przychodzić do salonu jubilerskiego według ustalonego wcześniej grafiku, gdzie zawierano wszelkie prośby pracowników i kiedy wybijała odpowiednia godzina, wiedzieć tylko to, że spełniła narzucony plan sprzedaży, rozliczyła się z utargowanej gotówki, którą oddała komuś zatrudnionemu w konwoju lub umieściła pieniądze w kopercie, chowając je w sejfie. Wychodziła z ulgą i z chęcią powrotu do pracy następnego dnia.
Zatem czy Tanner Morgan mógł powiedzieć to samo, co w myślach powtarzała Vanessa Kerr? Nic mu zawodowo na duszy nie ciążyło? Dogadywał się pod każdym względem z Walterem Goodwinem? To, że był prawidłowo zorganizowany, nie świadczyło o tym, że może w wybrane wieczory nie siada ze szklanką whisky połączoną z colą albo jedynie lodem, przeklinając na głos, w co się świadomie wpakował. Chciałaby kiedyś poznać zdanie szefa na ten temat. Odkryć jakieś dodatkowe karty związane z mężczyzną. Miała na jego chrapkę. Zauroczyła się szefem, chociaż nie zawsze było im po drodze, jeśli chodzi o pełne zrozumienie.
Nikt jednak nie zabronił Nessie marzyć. Może kiedyś stanie się tak, że to jego będzie nazywać swoim jedynym kochankiem. Tak też liczyła na to, że wkrótce zejdzie na dół, a ona przestanie się o niego martwić i kiedy ten moment nadszedł nieco szybciej, niż się spodziewała, posłała w stronę dyrektora sprzedaży uśmiech połączony z wyraźnie malującą się na jej twarzy ulgą. Był bezpieczny. Ona też była. Razem byli bezpieczni. Co prawda pogoda potrafiła być nieobliczalna i zmienna, ale w tej chwili nic nie zagrażało ich życiu ani zdrowiu.
— Pytanie tylko, kiedy ta burza odpuści? — w aplikacji związanej z prognozą pogody wcześniej nic nie wskazywało na deszcz czy też burzę, więc zarówno niepogoda mogła potrwać kilkanaście minut, ale też i kilka długich godzin. — Pan i tak jest bohaterem w moich oczach. Ja nie umiałabym zbliżyć nas do brzegu.
Widząc jaki jest mokry, wyjęła paczkę dziesięciu chusteczek higienicznych, wręczając je mężczyźnie. Wiedziała, że zdecydowanie lepiej byłoby wytrzeć się w ręcznik, zdjąć przemoczone ubrania, a najlepiej wziąć ciepły prysznic, żeby się rozgrzać, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, więc w tej chwili mogły pomóc mu tylko chusteczki.
— Proszę, śmiało. Może pan zużyć wszystkie.
UsuńOdchodząc w stronę leżanki, usiadła na niej, skupiając swój wzrok na szefie. Może nie centralnie na jego twarzy, ale na całej dobrze zbudowanej sylwetce. Zastanawiałoby ją, jak wyglądałby bez ubrań, ale skarciła się w myślach, próbując z całych sił niepotrzebnie nie pobudzać swojej wyobraźni.
— Do twarzy panu w mokrych włosach.
Powiedziała to na głos. Speszona zwiesiła wzrok, ale po chwili uniosła spojrzenie wyżej. Takie kobiety jak Vanessa Kerr się nie zawstydzają, więc co takiego wyczyniała z nią obecność Tannera Morgana?
Nessa ❤️🔥
Czy Tanner Morgan był głuchy, że nie słyszał jej prośby o to, żeby w końcu zaczął mówić do niej po imieniu, czy może usilnie starał się ją mianować panią Bothwell, bo zakładał, że nie warto przekraczać określonej granicy? Przewróciła więc oczami, słysząc po raz kolejny ten oficjalny ton, jakby za każdym razem, gdy to do niej docierało, krwawiły jej uszy.
OdpowiedzUsuńKiedy jednak powiedział, że ma nadzieję, że elfowi i Elarze się ułoży i że będzie to bestseller, zamrugała wolno, bo to było… miłe. Bardzo, bardzo miłe, biorąc pod uwagę to, że jeszcze kilka minut temu była podejrzewana o stalking i być może nękanie. I oczywiście, że nie był to wyszukany komplement ani analiza krytyczna, ale te słowa, krótkie i rzeczowe, wydawały się bardzo w stylu Tannera Morgana.
— Dziękuję — odpowiedziała i uśmiechnęła się lekko. — Ja też mam nadzieję, że im się ułoży, chociaż, szczerze mówiąc, zanim dojdą do swojego szczęśliwego zakończenia, planuję jeszcze bardzo skutecznie zniszczyć im życie… tak dla fabuły.
Poprawiła palcami brzeg laptopa, jakby nagle nie wiedziała, co zrobić z rękami. Zapamiętam pani nazwisko. To zdanie zostało jej w głowie dłużej, niż powinno. Może dlatego, że po tych wszystkich pani Bothwell nagle jej nazwisko nie zabrzmiało staro i sztywno, tylko jak coś, co faktycznie miało zostać zapamiętane. Ostatecznie chyba właśnie dlatego zaczęła pisać; tworzyła historie, pisała fikcyjne życia, rozpisywała się o trudnościach, walce i uczuciach, ale być może robiła to, bo była samolubna. Samolubnie chciała zostawić po sobie jakiś ślad, coś, co będzie miało jakąś wartość dla innych, nawet jeśli to tylko szereg fikcyjnych książek i żyć. Chorowała od piętnastego roku życia, więc bardzo wcześnie zrozumiała, że wszystko mogło się zmienić w zaledwie kilka miesięcy. Od jej diagnozy, poprzez leczenie, aż do amputacji minęło naprawdę niewiele, by móc to ot tak przetrawić. Może dlatego Rei nigdy nie była zbyt poważna, bo jeśli zaczęłaby traktować wszystko w ten sposób, najpewniej w ogóle nie ruszyłaby się z łóżka. A jeśli miała znikać kawałek po kawałku, chciała przynajmniej zostawić po sobie światy, których nikt nie będzie mógł amputować.
— Czy pan się właśnie uśmiechnął, panie Morgan? — spytała, widząc, jak jego usta ułożyły się w tym chwilowym grymasie. Powiedziała to z taką ostrożną satysfakcją, jakby właśnie dokonała jakiegoś przełomu, który miałby zmienić cały świat. — Już zaczynałam myśleć, że jest pan całkowicie odporny na pączki, elfy i moje próby prowadzenia rozmowy… najwyraźniej nawet korpoelf w garniturze ma jakiś słaby punkt… — urwała. — Znaczy się… Przepraszam. To nie miało tak zabrzmieć, ale jeśli by się zastanowić, to ma pan w sobie coś z elfa, który porzucił dwór, założył kancelarię i teraz rzuca we wszystkich paragrafami zamiast klątwami.
Zaśmiała się cicho, chwilę później podnosząc się z miejsca. Sięgnęła do swojej torby po notes, wyrwała z niego jedną kartkę i przez moment szukała długopisu, który oczywiście postanowił ukryć się na samym dnie, między pomadką, paragonami i parasolem. Kiedy w końcu go znalazła, pochyliła się nad stolikiem i zapisała kilka cyfr, starając się, żeby jej pismo nie było zbyt niechlujne. Zaraz potem zgarnęła laptopa i sięgnęła po laskę.
— To mój numer — powiedziała, przesuwając kartkę w stronę prawnika. — Wiszę panu za spodnie, więc… — Wzruszyła lekko ramieniem, sugerując, że powinien wysłać jej SMS-a z rachunkiem za pranie. Poza tym jednak to była kolejna próba wciągnięcia Tannera Morgana w swoją przestrzeń, choć raczej wątpiła, aby kiedykolwiek do niej napisał, pewnie prędzej wolałby odrąbać sobie rękę.
— Do zobaczenia, Tanner — rzuciła luźno, tym razem zwracając się do niego po imieniu i posłała mu jeden ze swoich szczerych i szerokich uśmiechów. I zniknęła, opuszczając kawiarnię i zabierając za sobą cały chaos.
Urodziny Maeve Callahan zbliżały się niepokojąco szybko. Reilynn wiedziała o nich od miesięcy, miała je zapisane w kalendarzu, w telefonie i notatkach. Mimo to, jak zwykle, zorientowała się o tym, że zostało mało czasu, zbyt późno. Nie miała więc ani konkretnego pomysłu, co kupić, ani w ogóle prezentu, który mogłaby wręczyć ot tak, bo kupiła coś, co akurat by się nadawało. Maeve była jedną z tych osób, którym trudno kupowało się cokolwiek, bo o nic nie prosiły i raczej nie lubiły, gdy prezent kosztował fortunę, ale Rei uwielbiała wydawać pieniądze – kiedyś sobie zażartowała, że powinna polubić konsumpcjonizm, zanim umrze, co bardzo ją rozbawiło, ale Maeve nie zaśmiała się nawet trochę.
UsuńCallahan była pianistką, bardzo dobrą zresztą, miała ciepły głos, cięty dowcip, smukłe dłonie i tę nieznośną umiejętność, że nawet w zwykłym swetrze wyglądała jak milion dolarów. Rei uznała więc, że biżuteria będzie bezpiecznym wyborem; subtelna, piękna i osobista. Tylko że w Nowym Jorku było mniej więcej tysiąc salonów jubilerskich, a to utrudniało tak naprawdę wszystko. Mogła pójść do jednego z tych oczywistych miejsc, do salonu pierwszego wyboru, z biżuterią, którą znał każdy. Ale kiedy zaczęła szukać czegoś mniej oczywistego, algorytm, ten który wcześniej podsunął jej artykuły o Tannerze Morganie, zrobił coś bardzo, bardzo… niepoprawnego: przypomniał jej, że Tanner Morgan nie był wyłącznie prawnikiem, miał też salony jubilerskie, ale nie takie komercyjne, z biżuterią, którą można było zobaczyć wszędzie. Trzy salony w Nowym Jorku, nastawione na klientów, którzy wiedzieli, czego szukają, umieli docenić rzemiosło i nie dostawali lekkiego zawału przy cenach zapisanych małym fontem. Rei, niestety, wiedziała o tym wszystkim, ponieważ przeczytała o Tannerze Morganie trochę za dużo. Wiedziała więc również, że wygrał kiedyś istotny konkurs jubilerski, że jego projekty pojawiały się w branżowych tekstach i że wystawiał swoje prace w Museum of Arts and Design.
I oczywiście właśnie dlatego stanęła przed jednym z jego salonów, a nie dlatego, że chciała go spotkać. Absolutnie nie. Nowy Jork był ogromny, Tanner miał tylko trzy salony, a ona naprawdę potrzebowała prezentu dla Maeve. Statystycznie rzecz biorąc, wejście akurat tutaj nie musiało niczego znaczyć, było po prostu decyzją konsumencką.
W środku było cicho, jasno i elegancko, a Reilynn? Od razu poczuła, że tutaj nie pasuje. Była ubrana w zwykłą, czarną sukienkę, do połowy łydki, z odkrytymi plecami – ot, zwykły ciuch, w którym nie czuła, że pociła się za bardzo. W lewej ręce pewnie trzymała laskę, jej torba nieco za bardzo zwisała z ramienia, a włosy miała związane byle jak, w sposób, który rano wydawał się artystyczny, a teraz, w tym świetle, wyglądał raczej jak dowód, że przegrała krótką walkę z lustrem. I chyba właśnie dlatego doradca spojrzał na nią tak, jakby weszła tutaj przez pomyłkę.
— Dzień dobry — odezwała się, uśmiechając się miło. Miała gdzieś, co sobie myślał facet w dobrze skrojonym garniturze, który zapewne oceniał ją po tym, jak wyglądała, a wyglądała raczej jak biedna, trochę zbyt chuda, młoda kobieta z wątpliwym stylem.
— Dzień dobry — odpowiedział. — Mogę w czymś pomóc? — spytał takim tonem, jakby chciał jej zasugerować, że to nie było miejsce dla niej.
— Szukam prezentu urodzinowego dla przyjaciółki — powiedziała. — Czegoś wyjątkowego, ale nie krzykliwego. Raczej osobistego.
Mężczyzna przesunął po niej spojrzeniem. Zdecydowanie zbyt szybko, żeby mogła mu cokolwiek zarzucić, ale wystarczająco wyraźnie, żeby wiedziała, że ocenił jej sukienkę, laskę i twarz w jednej sekundzie.
— Rozumiem — odparł. — Jednakże… to biżuteria premium, a nie…
Usuń— A czy ja wyglądam, jakbym szukała breloczka przy kasie? — wtrąciła, posyłając doradcy znaczące spojrzenie.
— Nie to miałem na myśli. — Jego usta nawet nie drgnęły, wciąż uśmiechał się sztywno i profesjonalnie.
— Oczywiście, że nie. — Przewróciła oczami.
— Proszę pani — zaczął chłodniej — próbuję jedynie określić, czego pani szuka.
— Nie. Próbuje pan określić, czy w ogóle warto tracić na mnie czas.
— Zapewniam, że traktujemy każdego klienta z należytą uwagą. — Tym razem jego twarz stężała zauważalnie, Reilynn wychwyciła to niemal od razu.
— Świetnie — powiedziała. — W takim razie proszę zacząć.
— Jakim budżetem pani dysponuje?
— Wystarczającym.
— To dość nieprecyzyjna odpowiedź.
— Podobnie jak pańskie „biżuteria premium” wypowiedziane tonem sugerującym, że powinnam stąd wyjść, zanim przypadkiem dotknę powietrza wokół gablot.
— Jeżeli przyszła pani tylko obejrzeć… — mruknął.
— To co? Wyprosi mnie pan? Wezwie ochronę? Czy może skieruje do „bardziej przystępnego” salonu?
— Nikt nie mówił o wypraszaniu. — Pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Jeszcze. Ale pracuje pan na to bardzo sumiennie.
— Ten salon obsługuje klientów, którzy zwykle wiedzą, czego szukają — wytknął bezlitośnie, sądząc, że w ten sposób Reilynn po prostu się stąd zabierze.
Rei jednak oparła obie ręce o laskę i uśmiechnęła się słodko, choć zdecydowanie miała ochotę powiedzieć facetowi, żeby się pieprzył i że nie przyszła tutaj po to, aby marnować czas.
— Szukam prezentu dla przyjaciółki. Chcę czegoś... osobistego, subtelnego, dobrze wykonanego. Nie interesuje mnie masówka — oznajmiła, spoglądając w stronę gablot, a potem wróciła spojrzeniem do mężczyzny. — Więc spróbujmy jeszcze raz. Dzień dobry, szukam biżuterii dla przyjaciółki.
Uśmiech doradcy zastygł. Przez sekundę wyglądał tak, jakby naprawdę rozważał, czy bardziej opłaca mu się przełknąć własną dumę, czy eskalować sytuację w sposób całkowicie nieproporcjonalny do kobiety z laską, która poprosiła o pokazanie czegoś wyjątkowego. Niestety wybrał drugą opcję.
— Proszę pani — powiedział chłodno — pani ton jest nieakceptowalny.
— Mój ton? — Reilynn zamrugała.
— Tak. I pani zachowanie również.
— Moje zachowanie? Chcę po prostu kupić biżuterię w salonie jubilerskim — zauważyła. — Przyznaję, dość radykalna koncepcja.
— Obawiam się, że nie będę mógł pani obsłużyć.
— Bo? — spytała.
— Bo zakłóca pani spokój w sklepie.
Rei rozejrzała się wymownie po niemal pustym wnętrzu. Jedna klientka przy gablocie nawet nie udawała, że nie słuchała, ale zdecydowanie obserwowała wszystko i pewnie tylko czekała, co się zaraz wydarzy.
— Zakłócam spokój, mówiąc pełnymi zdaniami? — Prychnęła, potrząsając głową.
— Proszę opuścić salon — rozkazał doradca.
— Nie zrobiłam nic, co uzasadniałoby wyproszenie mnie z salonu — powiedziała ostro. — Chyba że w regulaminie macie punkt o zakazie posiadania laski…
— Proszę natychmiast opuścić salon — powtórzył.
— Nie — rzuciła z upartą miną.
Doradca zacisnął usta, słysząc to, po czym odwrócił głowę w stronę wejścia i krzyknął:
— Ochrona!
Rei Bothwell 😤💎
Reilynn powinna była przewidzieć, że to się wydarzy. Naprawdę powinna, a jednak kiedy Tanner Morgan wyszedł na salę sprzedaży, jej pierwszą reakcją nie było poczucie winy, nie był strach i nawet nie było to rozsądne, dojrzałe „świetnie, teraz wyjaśnię całą tę dziwną sytuację”. Jej pierwszą reakcją była jedna, bardzo klarowna myśl: Oczywiście. Oczywiście, że dzisiaj musiał być w tym konkretnym salonie.
OdpowiedzUsuńStała nadal z obiema dłońmi opartymi o laskę, z brodą uniesioną trochę zbyt wysoko i z twarzą tak napiętą, że mogłaby zacząć pękać od spodu. Alan za to wyglądał tak, jakby właśnie uratowano go przed kontaktem z klientką-wariatką. To było niesprawiedliwe, bo ona wcale nie była wariatką i wcale nie chciała robić sceny, ale nienawidziła, kiedy ludzie oceniali ją tak powierzchownie. Była po prostu klientką, która została źle potraktowana, po czym miała czelność to zauważyć.
— Dzień dobry, panie Morgan — powiedziała po chwili, patrząc jeszcze w stronę Alana i gdyby wzrok mógł zabijać, mężczyzna najpewniej padłby martwy. — Jak miło, że pański salon oferuje profesjonalną obsługę dopiero po wezwaniu ochrony.
Jej wzrok przesunął się do stojącego dalej ochroniarza, a następnie wrócił do Tannera. Nie uśmiechnęła się, nie tym razem. Podejrzewała, co sobie myślał o całej tej sytuacji i o niej. I nie podobało jej się to.
— Nie, nie przyszłam tutaj pisać kolejnego rozdziału — odpowiedziała. — Nie przyszłam też prowadzić osobliwego researchu, chociaż przyznaję, że materiał o selekcji klientów przy wejściu macie państwo bardzo mocny. Cudowna inspiracja.
Dopiero wtedy jej usta drgnęły, ale bardziej z irytacji niż rozbawienia.
— Przyszłam kupić prezent urodzinowy dla przyjaciółki. Biżuterię. W salonie jubilerskim. Wiem, to szalenie podejrzanie, ale nie jestem tutaj dla zabawy ani po to, żeby być oceniana przez to, jak wyglądam.
Bo doskonale wiem, jak wyglądam. Była chuda, niska i blada, miała blizny, największą ciągnącą się przez klatkę piersiową po ostatniej operacji, ukrytą teraz pod sukienką, ale obecną w jej głowie tak wyraźnie, jakby ktoś wciąż przesuwał po niej palcem. Miała ciało, które za często było oglądane przez lekarzy, krojone, zszywane, komentowane szeptem albo łagodnym, profesjonalnym tonem. Nie potrzebowała więc, żeby ktoś w garniturze za kilka tysięcy dolarów wystawiał jej własną ocenę.
— Wiem, że nie wyglądam jak typowa klientka tego miejsca — dodała ciszej, ale zdecydowanie ostrzej. — Nie noszę niczego, co krzyczy pieniędzmi, nie interesuję się za bardzo znanymi nazwiskami ani projektantami, ale to wszystko… to nie znaczy, że nie stać mnie na naszyjnik, czy że mam lub nie mam gustu. A już na pewno nie oznacza, że moja przyjaciółka nie zasługuje na prezent z miejsca, w którym ktoś naprawdę pomyślał o biżuterii, zamiast tylko ozdobić ją rozpoznawalnym logo.
Jej palce mocniej schwyciły laskę. Nie dlatego, że traciła równowagę, raczej dlatego, że potrzebowała czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, żeby nie powiedzieć wszystkiego, co cisnęło jej się na język, ale już się rozkręciła i jeśli miała być uznana za wariatkę, to niech tak będzie.
— Więc nie. Nie przyszłam tu po zbieranie informacji albo prowokować. I naprawdę nie przyszłam po to, żeby kolejny obcy człowiek przypomniał mi, że moje ciało lub ubranie jest pierwszą rzeczą, jaką ludzie zauważają, a dopiero potem łaskawie zastanawiają się, czy jednak warto poświęcić mi czas.
Przez chwilę w salonie panowała cisza; gęsta i bardzo niewygodna cisza. Wtedy odezwała się kobieta stojąca przy jednej z gablot. Ta sama, która od kilku minut oglądała cienką bransoletkę z ciemnym kamieniem i udawała, że absolutnie nie słyszy całej rozmowy. Była może po czterdziestce, miała starannie upięte włosy i wyglądała bardzo dostojnie.
— Przepraszam — powiedziała łagodnie. — Nie chcę się wtrącać, ale jako klientka muszę przyznać, że dziewczyna nie zrobiła niczego, co uzasadniałoby wezwanie ochrony.
Alan zesztywniał. Kobieta spojrzała w jego stronę krótko, cierpliwie i miło, jakby zajmowała się takimi sytuacjami na co dzień.
Usuń— Była zdenerwowana, owszem. Ja też bym była, gdyby zasugerowano mi, że powinnam robić zakupy gdzie indziej, zanim ktokolwiek zadałby mi choć jedno rzeczowe pytanie — dodała, a potem odwróciła się do Reilynn. — A prezent dla przyjaciółki to piękny powód, żeby przyjść do takiego miejsca, zwłaszcza jeśli szuka pani czegoś wyjątkowego.
Rei zamrugała, zaskoczona tak mocno, że przez sekundę nie wiedziała, co powiedzieć. To było dziwne. Gorsze od niemiłych uwag. Z niemiłymi uwagami potrafiła walczyć, miała w swoim arsenale żarty, ironię i zbyt długie zdania. Ale to? To było zaskakujące.
— Dziękuję — wymamrotała, czując, jak jej twarz staje się czerwona i ciepła.
— Proszę nie dziękować, proszę kupić przyjaciółce coś pięknego. — Kobieta uśmiechnęła się do niej lekko. — I chciałabym kupić tę bransoletkę. Też mam przyjaciółkę… i chyba dawno nie dałam jej czegoś bez okazji — dodała zaraz potem.
Dopiero po chwili Reilynn odwróciła wzrok do Tannera. Cała wcześniejsza ostrość trochę z niej zeszła, zostawiając po sobie coś bardziej kruchego i niezręcznego. Nadal była zła, nadal czuła upokorzenie pod skórą. Ale teraz musiała zrobić to, po co naprawdę tutaj przyszła, a po tym wszystkim okazało się to dziwnie trudne.
— Czy… — zaczęła, po czym odchrząknęła cicho. — Czy może mi pan coś pokazać? — Zawahała się tylko na sekundę. — Coś delikatnego, ale nie nijakiego. Moja przyjaciółka uwielbia rzeczy, które mają charakter. Cena nie ma znaczenia. Po prostu… chcę coś dobrego, naprawdę dobrego.
Rei Bothwell 😮💨💸
Reilynn patrzyła w stronę prawnika bez słowa, choć miała wiele do powiedzenia. Nie odzywała się, bo większość słów, które pojawiły się najpierw w jej głowie, brzmiała zdecydowanie zbyt ostro lub nieprzyjemnie, a mimo wszystko nie przyszła tu po kolejną scenę, a po prezent dla Maeve. Przełknęła więc pierwszą falę złości i wzięła cicho głębszy oddech.
OdpowiedzUsuń— W żadnym momencie pański pracownik nie powiedział wprost, że jestem za biedna, za chuda, źle ubrana albo że moja laska psuje państwu wystrój wnętrza — powiedziała w końcu spokojnie, choć spokój kosztował ją dużo więcej, niż chciała pokazać.
Uświadomiła sobie też, że jeśli faktycznie opowie o tym, że Alan mówił do niej takim tonem, jakby próbował skierować ją do wyjścia, zanim zdążyła poprosić o pokazanie czegokolwiek z gabloty, a gdy powiedziała, że szuka prezentu, od razu poinformował ją, że to biżuteria premium, to ta rozmowa przestanie dotyczyć jej, a zacznie jego. Alana. Jego pracy, jego zachowania i konsekwencji całej tej sytuacji, a przecież nie chciała, żeby ktoś miał przez nią problemy. Nie przyszła tutaj po to, żeby doprowadzić do reprymendy, zwolnienia albo upokorzenia pracownika przed własnym szefem. Była zła, tak. Poczuła się potraktowana z góry, tak. Ale znała też aż za dobrze moment, w którym człowiek mówił trochę za dużo, trochę za ostro, trochę za późno orientując się, że jego słowa mogą w kogoś uderzyć.
Nie chciała tego. Nie chciała być powodem, dla którego Alan będzie potem stał gdzieś na zapleczu blady, spięty i z poczuciem, że jeden błąd kosztował go więcej, niż powinien. Dlatego opuściła wzrok na swoje dłonie, zaciśnięte na lasce, i uśmiechnęła się krótko. Nie do Tannera. Bardziej do tego, jak głupio-miękka była.
— Może źle to odebrałam. Ostatnio jestem dość przewrażliwiona, to chyba przez wysoką temperaturę — dodała trochę nieszczerze.
Alan milczał, przyglądając się klientce, która wycofała się ze wszystkiego i niemal posypała głowę popiołem przed jego szefem. Po co to robiła? Mogła wyrzucić z siebie całą tę irytację, którą w sobie miała, a mimo to ta chuda, niska dziewucha brała teraz jego stronę. Wariatka.
Reilynn podejrzewała, że Tanner Morgan nie będzie zadowolony z tego, co powiedziała, bo nie podała mu żadnych konkretów, ale tak naprawdę miała to gdzieś, bo jeśli sprawa miała się zrobić jakoś bardzo poważna, to chciała się z tego wszystkiego wypisać. Nie potrzebowała martwić się człowiekiem, który być może przez nią straciłby pracę. Poza tym nie była tak mściwa, żeby urządzać sobie prywatną zemstę. Nie poczułaby też satysfakcji, gdyby Alan dostał jakiś większy opieprz. Bycie empatką było jednak do kitu i Rei czasem naprawdę żałowała, że nie umie wejść w rolę typowej sukowatej baby z kilkoma milionami na koncie.
— Przepraszam — zwróciła się do Alana, trochę sztywno, trochę niechętnie, ale jednak. — Nie powinnam była aż tak ostro reagować.
Nie dodała, że on też nie powinien. Nie musiała, zostawiła to między nimi. Poprawiła torbę na ramieniu, mocniej złapała laskę i cofnęła się o krok.
— Panie Morgan — odezwała się już do Tannera i krótko skinęła głową. — Przepraszam za zamieszanie. Kupię prezent gdzie indziej.
Nie czekała na odpowiedź. Nie oczekiwała, że powiedziałby coś konkretnego, być może nawet odczuł w tym momencie ulgę, ale tak naprawdę Rei po prostu się wycofywała, bo czuła nieprzyjemny ścisk żołądka, który świadczył o tym, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest tutaj mile widziana. Światło odbijało się od szkła gablot, ochrona nadal stała z boku, Alan milczał, a Tanner patrzył na nią tak, jakby jej najmniejszy ruch miał doprowadzić do wybuchu bomby nuklearnej.
Ruszyła do wyjścia, stukając laską o podłogę w równym, spokojnym rytmie. Starała się iść wolno, bez pośpiechu, bez dramatycznego odwrotu, bez choćby jednego gestu, który można byłoby uznać za ucieczkę. To był plan, bardzo dobry plan. Wyjść z godnością, znaleźć inny salon, kupić Maeve coś pięknego i nigdy więcej nie wchodzić do miejsc, gdzie mógł być Tanner Morgan. Była już przy drzwiach, kiedy ktoś po drugiej stronie gwałtownie wszedł do salonu, z telefonem przy uchu i całkowitym brakiem świadomości, że po drugiej stronie znajduje się człowiek. Drzwi otworzyły się prosto na nią, a uderzenie było krótkie i cholernie bolesne.
UsuńReilynn cofnęła się o pół kroku, tracąc równowagę bardziej ze zaskoczenia niż z bólu. Laska stuknęła ostro o podłogę, torba zsunęła jej się z ramienia, a ona odruchowo przyłożyła dłoń do twarzy. Dopiero po sekundzie poczuła ciepło pod palcami. Obserwowała, jak po jej skórze spływa krew. Cudownie. Czerwona ciecz zaczęła spływać jej nad górną wargą, cienką, ciepłą strużką. Rei natychmiast uniosła głowę, po czym zaraz przypomniała sobie, że to chyba było źle, więc zamarła w bardzo niepraktycznej pozie.
Mężczyzna z telefonem zaczął chaotycznie przepraszać, ale jego głos docierał do niej jak przez bardzo grube szkło.
— Nic się nie stało — powiedziała automatycznie. — To znaczy… coś się stało… — urwała, bo poczuła, że krew ozdobiła jej brodę. Wspaniale, naprawdę wspaniale. Weszła do luksusowego salonu po prezent, prawie doprowadziła Tannera Morgana do wniesienia oskarżenia o stalking, obroniła człowieka, który wezwał na nią ochronę, a na koniec dostała drzwiami w twarz. Jeśli to nie była metafora jej życia, to Rei nie wiedziała, co nią było.
Zignorowała gadanie mężczyzny z telefonem, ścisnęła mocniej laskę, poprawiła torbę, która prawie zsunęła jej się z ramienia, i wyszła przed salon. Odeszła kilka kroków od wejścia, żeby nie stać dokładnie przed drzwiami. Znalazła fragment ściany obok witryny sąsiedniego lokalu i oparła się o niego bokiem, ostrożnie, żeby się nie przewrócić. Dopiero wtedy pochyliła głowę. Krew spływała jej z nosa cienką strużką, więc przycisnęła do twarzy wierzch dłoni, a potem natychmiast uznała, że to głupie, bo tylko rozmaże wszystko jeszcze bardziej. Oddychała przez usta, płytko i nierówno, czując pulsujący ból rozchodzący się od nosa ku policzkom.
— Genialnie — wymamrotała pod nosem. — Po prostu genialnie, Rei.
Pochyliła się niżej i pozwoliła, żeby włosy opadły jej przy twarzy jak zasłona. To było nawet wygodne. Przez chwilę nikt nie musiał widzieć jej miny, a ona nie musiała widzieć nikogo. Poczuła łzy w oczach, choć nie wiedziała, czy to bardziej z bólu, całej tej sytuacji, czy dlatego, że niczego nie kupiła dla Maeve.
— Następnym razem wezmę świeczkę — mruknęła słabo i przycisnęła palce ostrożniej do nosa.
Rei Bothwell 🩸👃
Reilynn usłyszała jego głos, zanim zdążyła zobaczyć jego twarz, a właściwie najpierw usłyszała początek zdania, potem tę krótką przerwę, w której najwyraźniej Tanner Morgan zauważył krew, a dopiero później jego „cholera”, tak zwyczajnie ludzkie i pozbawione elegancji, że aż uniosła wzrok spod opadających włosów.
OdpowiedzUsuńNie spodziewała się go tutaj. Była przekonana, że został w środku i że po prostu przejdzie do swoich obowiązków. Nie była nikim szczególnym; ani znajomą, ani koleżanką, przyjaciółką, ani nawet jego klientką. Była totalnie randomową osobą, której nic nie był winien, a Reilynn w ogóle nie oczekiwała, że za nią wyjdzie, choć mogłaby sobie to wytłumaczyć tym, że martwił się o reputację swojego sklepu, a ostatecznie o to, czy Rei nie zacznie się ubiegać o jakieś odszkodowanie. Nie potrzebowała jednak odszkodowania ani tym bardziej żadnych pieniędzy – była ubezpieczona, a za swoje leczenie w szpitalu i tak płaciła krocie. Może gdyby dobrze zagadała do lekarza, ktoś sprawdziłby jej nos w cenie za bycie stałym pacjentem.
— Proszę się nie martwić — powiedziała odruchowo, choć brzmiało to absurdalnie, biorąc pod uwagę fakt, że stała pod ścianą, krwawiąc. — To tylko nos.
Czy nos był złamany? Nie wiedziała, ale miała dość szpitalnych korytarzy i naprawdę nie chciała tam wracać. Szpital był dla niej zbyt znajomy. Sterylna sala, zapach środków dezynfekujących, światło nad łóżkiem, ton pielęgniarek, które znały jej imię, bo widywały ją częściej niż niektórych znajomych. Nie chciała tam wracać przez drzwi, dosłownie przez drzwi. To byłoby już przesadnie żałosne nawet jak na nią.
Kiedy podsunął jej poszetkę, przez sekundę po prostu na nią patrzyła. Biała, lniana, zaprasowana, zdecydowanie zbyt elegancka, żeby kończyć jako prowizoryczna chusteczka dla kogoś takiego jak ona.
— To się nie dopierze — mruknęła, wahając się chwilę, czy wyciągnąć rękę, ale ostatecznie posłusznie przyjęła materiał i przyłożyła go do nosa.
Pochyliła głowę z powrotem, zgodnie z tym, co pamiętała o tym, co się robiło w takich sytuacjach, a potem oparła się mocniej bokiem o ścianę. Upał, ból, upokorzenie i zbyt szybkie wyjście z salonu zlały się w jedną nieprzyjemną falę. Przez chwilę naprawdę nie wiedziała, czy kręciło jej się w głowie od uderzenia, od słońca, od tego, że mimo wszystko nieco się zdenerwowała, czy po prostu dlatego, że jej ciało lubiło dramatyzować.
— Trochę — przyznała w końcu niechętnie, gdy zapytał o to, czy kręciło jej się w głowie. Zerknęła w stronę Morgana kątem oka, nadal trzymając poszetkę przy twarzy. Dwa rozpięte guziki koszuli zauważyła zupełnie mimochodem. Jej mózg, nawet gdy jej nos krwawił, najwyraźniej uznał, że warto odnotować linię szyi, cień przy obojczyku i ten absurdalny kontrast między opanowaniem Tannera Morgana a bardziej niedbałym szczegółem jego stroju. Nie teraz, Rei, naprawdę nie teraz.
— I zanim pan zapyta, nie zrobiłam tego specjalnie — dodała, wbijając wzrok w chodnik. — Nie jest to nowa forma zbierania inspiracji, nie rzucam się pod drzwi luksusowych salonów w ramach researchu. — Przełknęła ślinę, dalej oddychając przez usta. — Chociaż muszę przyznać, że jeśli kiedyś napiszę scenę, w której bohaterka próbuje wyjść skądś z godnością i dostaje w twarz drzwiami, to będę miała bardzo mocny materiał źródłowy.
Próbowała brzmieć luźno, jakby w ogóle nic się nie stało, jakby codziennie obrywała w nos i świetnie sobie z tym radziła, ale głos trochę jej się załamał przy ostatnich słowach. Minimalnie, prawie niezauważalnie, ale wystarczająco, żeby to usłyszała i natychmiast znienawidziła własne gardło za tę zdradę. Nie chciała się rozpłakać, nie tutaj, nie przed nim.
Docisnęła poszetkę ostrożniej do nosa i pochyliła głowę jeszcze trochę niżej, pozwalając, żeby włosy znów zasłoniły jej twarz. Wtedy torba kompletnie zsunęła się z jej ramienia, laska odbiła się o chodnik, a Rei zastygła w tej pozycji, chyba licząc, że stanie się niewidzialna, tylko że doskonale wiedziała o tym, że tuż obok wciąż stał Tanner Morgan. Nie chciała tutaj zemdleć, bo wtedy zmusiłaby prawnika do kolejnej reakcji, a podejrzewała, że wyjście za nią z salonu nie było dla niego w żaden sposób komfortowe, może nawet popsuła mu plany. I nerwy.
UsuńNie ruszyła się jednak od razu. Wiedziała, że jeśli spróbuje jednocześnie złapać torbę, laskę, poszetkę i pion, skończy się to jeszcze większą katastrofą. Już widziała tę scenę: ona pochylona, tracąca równowagę, Tanner Morgan zmuszony ją złapać, a potem oboje udający, że wcale nie było to najbardziej niezręczne przedłużenie tego dziwacznego spotkania. W tym momencie Rei bardzo chciała być jedną ze swoich bohaterek, silną i godnie znoszącą ból, tylko że nos bolał coraz bardziej i wydawało się, że nieco spuchł.
— Chyba… muszę jechać do szpitala — wymamrotała, a mówiąc to, zaczęła zbierać swoje rzeczy i próbować ruszyć się z miejsca. Wystarczyło wziąć taksówkę, zapłacić, a potem wejść do wielkiego budynku, który świetnie znała od wewnątrz, i powiedzieć coś w stylu: dzień dobry, tak, to znowu ja, tym razem to nie rak, tylko drzwi. Brzmiało prosto. Ruszyła się jednak za szybko. Torba szarpnęła ją w bok, laska przesunęła się po chodniku, a świat przez sekundę nieprzyjemnie od niej odpłynął. Reilynn jęknęła cicho, ściskając poszetkę przy nosie i drugą dłonią próbując złapać równowagę na ścianie.
Rei Bothwell 🏥😵💫
Reilynn była świadoma. Niestety. Nie na tyle przytomna, żeby samodzielnie wygrać walkę z grawitacją, ale zdecydowanie wystarczająco, żeby zrozumieć, że Tanner Morgan właśnie podniósł ją z chodnika i niósł przez ulicę. To było… niespodziewane. Mógł po prostu wezwać taksówkę, pomoc jej tam wejść i zapomnieć o wszystkim. Wyszła z jego salonu, bo nie chciała robić problemów, a okazało się, że stała się jeszcze większym i krwawiącym. Rei nie lubiła być ciężarem i zazwyczaj starała się godnie znosić każdą swoją porażkę czy pobyt w szpitalu, nie martwiąc przy tym ojca ani mamy, choć powinna raczej powiedzieć: kobiety, która wybrała karierę i której w ogóle nie odpowiadało, że jej córka pisze te swoje głupoty. Dla niej Rei była życiową klęską, a dla ojca chochlikiem, który nie powinien przestać tworzyć – ostatecznie dobrze się stało, że zamieszkała z Malcolmem po rozwodzie rodziców.
OdpowiedzUsuńJej głowa oparła się bliżej jego ramienia, bo świat wciąż wydawał się nieco rozmyty. Czuła jego koszulę pod policzkiem, ciepło jego ciała, napięcie w mięśniach i to, jak pewnie ją trzymał. Przez moment chciała zaprotestować, powiedzieć, że jest za ciężka i że jest w stanie iść, ale jeśli faktycznie by się odezwała, musiałaby skłamać, dlatego przyjęła swój nędzny los i pozwoliła Tannerowi Morganowi nieść się do samochodu jak najbardziej dziwaczny, niewymiarowy pakunek.
Pamiętała drogę do auta fragmentami. Słońce, błysk chodnika, rytm męskich kroków. Własną dłoń wciąż trzymała przyciśniętą do nosa i próbowała zignorować całą egzystencję prawnika, który – przynajmniej tak sobie to wyobrażała – musiał pachnieć teraz słońcem, drogą koszulą i pewnie czymś konkretnym; zaczęła myśleć o tym, jakich perfum używał, co pozwoliło jej nieco oddalić od siebie ból, bo jej mózg był zajęty czymś innym. Nie powiedziała nic, kiedy usadzał ją w fotelu pasażera, a gdy rozłożył marynarkę, zamrugała wolno i spojrzała w dół.
— Zapłacę za pralnię — wymamrotała, bo sądziła, że jego ubranie nie przetrwa tego tak bezboleśnie. Przez sekundę patrzyła, jak materiał okrył jej kolana i brzuch, a potem uniosła wzrok do twarzy Tannera, kiedy nachylił się, żeby zapiąć jej pas. Był zbyt blisko, zdecydowanie zbyt blisko, i choć było to wymuszone konkretną sytuacją, to Rei pomyślała sobie, że życie bywało naprawdę przewrotne, bo jeszcze nie tak dawno temu próbowała przekonać Morgana, że wcale nie jest zagrożeniem dla jego życia ani zdrowia psychicznego, i że nie jest stalkerką ani wariatką. Kliknięcie pasa zabrzmiało głośniej, niż powinno. Kiedy wspomniał o inspiracji do kolejnej książki, parsknęła cicho, ale od razu skrzywiła się z bólu.
Oparła głowę o zagłówek, oddychając przez usta. Przez chwilę próbowała zebrać myśli, ale rozlatywały się tak samo żałośnie jak jej rzeczy przed salonem jubilerskim. Wiedziała tylko, że jest w jego samochodzie, w Maybachu, oczywiście, bo najwyraźniej nawet katastrofy w jej życiu musiały być luksusowe. I znów tutaj nie pasowała – może Alan miał rację, sugerując, że powinna znaleźć inne miejsce, bo choć nie powiedział tego wprost, właśnie to wybrzmiało w jego postawie. Teraz, siedząc w drogim aucie, zrozumiała, że wcale nie chodziło tylko dzisiaj, a o to znane, lepkie uczucie, że weszła w czyjąś rzeczywistość przez zupełny przypadek i że za bardzo się wyróżniała.
Biała tapicerka wyglądała jak coś, czego nie powinno się dotykać bez wcześniejszego umycia rąk i zaświadczenia o dochodach. Marynarka Tannera przykrywała ją jak bariera ochronna między jej ciałem a wnętrzem auta, praktyczna i uprzejma, ale jednocześnie przypominająca, że nawet tutaj trzeba było coś przed nią zabezpieczać, by tego nie popsuła. Zamknęła oczy, bo zrobiło jej się nagle wstyd i tym razem nie umiała tego rozładować żartami o pączkach czy elfach. Znów była problemem, znowu ktoś musiał coś po niej sprzątać. Żałosne.
— Przepraszam — wymamrotała w końcu przez poszetkę, nawet nie do końca wiedząc za co konkretnie. Za krew? Za marynarkę? Za Alana? Za to, że dała się uderzyć drzwiami, jakby była to jej kolejna osobista porażka? — Naprawdę nie planowałam… tego wszystkiego.
UsuńOtworzyła oczy tylko na chwilę i spojrzała na rozmazany kontur deski rozdzielczej.
— Chciałam tylko kupić prezent dla Maeve — dodała, a chwilę później wyrzuciła z siebie: — Proszę jechać do Tisch Hospital.
Nazwa szpitala zabrzmiała w jej ustach jak coś zbyt dobrze znanego. Nie jak adres, tylko jak powrót do miejsca, którego człowiek nie chciał nazywać domem, ale doskonale znał każdy korytarz i zakamarek. Rei była pacjentką NYU Langone Health od szesnastego roku życia i miała świadomość, że raczej nigdy się stamtąd nie wypisze. Droga minęła jej nierówno. Fragmentami. Światło zmieniające się za szybą, dźwięk kierunkowskazu, ostry zapach krwi i lnu, głos Tannera, który coś mówił, choć nie była pewna, czy rozmawiał przez telefon, czy może mówił do niej.
Kiedy zatrzymali się pod szpitalem, przez chwilę nie ruszyła się z miejsca. Wiedziała, co się zaraz stanie. Wejście, rejestracja, pytania, pytania i więcej pytań. Gdyby nie to, że nos wciąż krwawił, w ogóle by się tutaj nie pojawiła i po prostu przyłożyła trochę lodu.
— Nie musi pan wchodzić — powiedziała cicho, zanim zdążył otworzyć jej drzwi. — Naprawdę. Dalej już…
Ale kiedy spróbowała odpiąć pas, palce zadrżały jej przy klamrze, a świat znów zrobił fikołka. Westchnęła więc tylko, zła o to, że sobie nie radziła, i pozwoliła jednak sobie pomóc. Szpitalne światło uderzyło ją od razu: jasne, bezlitosne, znajome. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi, kawą z automatu i czymś, czego nie potrafiła nazwać, ale co zawsze kojarzyło jej się z czekaniem. Przy recepcji uniosła głowę, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążyła.
— Rei? — odezwał się kobiecy głos.
Reilynn odwróciła się i zobaczyła Marisol Vegę, pielęgniarkę idącą w ich stronę szybkim, zdecydowanym krokiem. Marisol była niska, miała ciemne włosy ciasno spięte z tyłu, ciepłe oczy i zdecydowanie próbowała zrozumieć, co się właśnie dzieje.
— Ay, mi niña — powiedziała. — Co ty znowu zrobiłaś?
Reilynn, mimo poszetki przy nosie, mimo krwi, mimo Tannera Morgana stojącego obok, poczuła, jak coś w niej mięknie.
— Drzwi mnie zaatakowały — wymamrotała słabo.
Marisol spojrzała na poszetkę, potem na jej twarz i Tannera, oceniając sytuację jednym szybkim, zawodowym spojrzeniem.
— Krwawienie z nosa po urazie, możliwe zawroty głowy? — zapytała już rzeczowo.
— Trochę — przyznała Rei niechętnie.
— Trochę, czyli tak — podsumowała Marisol i natychmiast wskazała na najbliższe krzesło. — Siadaj. Głowa lekko do przodu.
Reilynn posłusznie usiadła.
— Też za tobą tęskniłam, Marisol.
— Ja za tobą mniej, jeśli wracasz mi tu z taką twarzą — odparła pielęgniarka, ale jej dłoń, kiedy ostrożnie poprawiła poszetkę przy nosie Rei, była delikatna. — Zaraz cię obejrzymy. I nie próbuj mi mówić, że nic się nie stało, bo widzę, że się stało.
Marisol cmoknęła cicho, badając jej nos, po czym zerknęła w stronę przystojnego mężczyzny w garniturze, tym razem nie tak zawodowo, a raczej z ciekawością. Do tej pory jedynym facetem, z którym Rei tutaj przychodziła, był jej ojciec. I z całą pewnością, gdy niedawno wychodziła ze szpitala, nie miała chłopaka.
— Zaraz poproszę lekarza, żeby cię obejrzał — powiedziała Marisol. — Nie podoba mi się ten obrzęk. Nos może być złamany. Poczekaj tutaj.
Pielęgniarka odeszła szybkim krokiem, a Reilynn odprowadziła ją wzrokiem. Zaraz potem skierowała spojrzenie do Tannera Morgana i spróbowała się do niego uśmiechnąć, ale wydała z siebie ciche jęknięcie. Bolało, cholernie bolało.
— Dziękuję za pomoc, panie Morgan — odezwała się. — Gdyby nie pan… — Wzięła głębszy oddech przez usta. — Tym razem proszę napisać, ile wyniósł rachunek za pralnię…
UsuńRei wbiła wzrok w posadzkę, czekając, aż przyjdzie lekarz. Spodziewała się, że prawnik jej przytaknie i sobie pójdzie. Była pewna, że uprzejmie się pożegna, może wyduka z siebie jakieś „proszę na siebie uważać”, wypowiedziane tonem człowieka, który zrobił już wystarczająco dużo i może wrócić do własnego życia. A jednak, gdy o tym pomyślała, coś ścisnęło ją pod żebrami; za chwilę drzwi zamkną się za Tannerem Morganem, a ona zostanie sama w tym znajomym, jasnym korytarzu z poszetką przy twarzy i bólem, który w ogóle nie robił się mniejszy. Nie chciała, żeby został, oczywiście, że nie. To znaczy… chciała, ale w sposób, którego nie zamierzała nikomu przyznawać, a już na pewno nie Tannerowi Morganowi, który miał wystarczająco dużo powodów, żeby uznać ją za chodzący kłopot i chcieć trzymać się od niej z daleka.
Rei Bothwell 🩹🤕
Nie przypominała sobie, aby jakiś mężczyzna był w stanie nawet w połowie zawstydzić ją tak mocno, jak momentami robił to Tanner Morgan, choć uczynił to na krótką chwilę, bo Vanessa Kerr prędko uświadomiła sobie, kim tak naprawdę jest. Bywała częściej niż zwykle czarującą kokietką, ale przede wszystkim spełnieniem marzeń cudzych partnerów, ponieważ przelewała wszelkie zainteresowanie ku zajętym mężczyznom. Już raz się na tym przejechała. Dokładnie podczas intensywnej znajomości wzbogaconej o bliskość z Jamesem Freemanem. Ale kto powiedział, że za każdym razem miałaby kończyć tak samo nieciekawie? Może dopiero przy kimś takim, jak Tanner Morgan zmieniłaby się całkowicie? Przeszłaby skuteczną metamorfozę upodobań i z chęci podrywu kilku mężczyzn jednocześnie, chciałaby podrywać tylko dyrektora sprzedaży?
OdpowiedzUsuńPragnęła w jego oczach wypadać obiecująco. Tak, aby mężczyzna myślał o niej jak najlepiej. Że jest zdolna. Że jest piękna. Że można rozmawiać z nią na wiele tematów. Że mimo znaczącej różnicy wieku, czuć się będzie przy niej, jak przy bardzo dojrzałej kobiecie. Tylko miała wrażenie, że on wciąż rozpamiętuje tamtą krzywą akcję. Co jeśli w jego oczach stała się łatwą panienką? Nie umiała prześwietlać cudzych myśli, ale z chęcią poznałaby te należące do szefa, aby choć trochę zluzować, ponieważ może pan Morgan nie krytykował Nessy aż tak mocno albo nie robił tego wcale. Jakby nie patrzeć, przejawiała też wieloma plusami, które mogły wymazać tamten nieprzyjemny moment z nią i dyrektorem sprzedaży w roli głównej. Gdyby nie list napisany przez Doreen Johnson, nie byłoby żadnej nieprawidłowości, lecz tak to jest, jak chce się szerzyć to, co przypadkiem się zauważyło i robić z całości tanią sensację. Zapewne Kerr w wyobrażeniach starszej koleżanki z pracy wychodziła na dziewuchę, co umie tylko nogi rozkładać…
I tu Doreen byłaby zaskoczona. Bo Vanessa potrafiła zaskoczyć i pokazać, że nie samą urodą człowiek zyskuje, gdyż dla niej i tak inteligencja była najważniejsza do zaprezentowania. Może gdyby się mocniej spięła i przy całkowitym zawzięciu się, skończyłaby podjęte studia, które przerwała podczas trzeciego semestru. Chociaż Nessa i tak twierdziła, że wykształcenie to nie wszystko. Liczyło się dobro człowieka, bo co dałoby jej chwalenie się w przyszłości tytułem profesora, jeśli gardziłaby drugim człowiekiem?
Tak też nie mogła nazywać siebie gorszą. Intensywnie wbiła spojrzenie w usta szefa, a kiedy wyczuła, że trochę przesadza, skupiła się na jego ślicznych oczach.
— Zatem niech nie schną, naprawdę pasuje panu taka fryzura, panie Morgan. — wstała i przystanęła przy mężczyźnie, jednak nie na tyle blisko, żeby go nie osaczać. — Co do burzy, jak nie przeminie, będziemy skazani na to, żeby tu zostać. Bezpieczeństwo najważniejsze. Nie będziemy ryzykować utratą zdrowia lub życia.
Najlepiej byłoby wrócić i przenocować w wygodnych łóżkach, ale Nessa rozumiała, że podczas deszczu i trwającej burzy nie ma, co podejmować się chorego ryzyka. Nikt w taką niepogodę nie popłynie. Oboje byli tego świadomi i na pewno żadne nie popchnęłoby się w takiej chwili na powrót do miejsca zbiórki. Muszą przeczekać to, co najgorsze. Ważne, że są tu razem. Może Tanner Morgan był zwyczajny do samotnych rejsów i dałby radę być w takiej sytuacji bez niczyjej obecności, ale tego samego o sobie już Vanessa by nie powiedziała. Była wdzięczna przeogromnie, że ma przy swoim boku właśnie szefa, bo on na pewno wie, co robić niemal w każdej sytuacji na wodzie.
— Chce mi się tak bardzo palić… To wszystko przez stres, wystraszyłam się nie na żarty. Nigdy nie brałam udziału w czymś takim, bo woda jest mi bliska wyłącznie podczas kąpieli. — zacisnęła dłonie w pięści i zluzowała, powtarzając ten ruch kilka razy. — Nie wiem jak pana córka, ale ja nigdy nie chciałam zostać syrenką, chociaż H2O wystarczy kropla oglądałam z zapartym tchem jako mała dziewczynka. I to tylko dlatego, że córka sąsiadów pragnęła zostać syreną, a teraz jest ratownikiem na basenie, więc jakby nie patrzeć, trochę spełniła swoje marzenie. — roześmiała się krótko i zaczęła bawić się porzuconą przez Tannera Morgana paczką chusteczek.
UsuńVanessa Kerr ⛵️⛈️
Reilynn usłyszała jego kroki, sądząc, że być może właśnie po prostu wychodził, a potem zobaczyła, jak przykucnął obok krzesła. To było dziwne. Nie samo przykucnięcie, chociaż ono też było dziwne, bo Tanner Morgan wyglądał raczej jak człowiek stworzony do stania prosto i dumnie, ale teraz był niżej, bliżej jej poziomu, z twarzą ustawioną tak, żeby naprawdę mogła spojrzeć w jego stronę, jeśli tylko zechciałaby oderwać wzrok od posadzki.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę nie chciała, bo zwyczajnie czuła się okropnie. Miała krew przy nosie, cudzą poszetkę przy twarzy, pulsujący ból rozchodzący się po policzkach i świadomość, że wygląda jak katastrofa, wielka katastrofa. Podniosła jednak wzrok, mimowolnie patrząc Tannerowi Morganowi w oczy, a z bliska były one… jeszcze gorsze, nie w sensie, że brzydkie, wręcz przeciwnie. Były tym rodzajem oczu, który w książce opisałaby z przyjemnością, a potem udawała przed redaktorką, że wcale się zbytnio nie rozmarzyła. Były spokojne, uważne, trudne do jednoznacznego nazwania. Nie miały w sobie tej oczywistej miękkości i nie były też zimne, raczej skupione. Jakby dostrzegał nie tylko to, co fizyczne, ale i to, co działo się pod spodem. I też były ładne.
— Po prostu nie chcę czuć się winna za pańską garderobę — wymamrotała. Spodziewała się raczej, że zapyta ją o to, czy ma świadomość, ile zamieszania zrobiła i czy zamierza mu jakoś wytłumaczyć sytuację w salonie i czy – przede wszystkim – to nie był jej jakiś chory plan. Zamiast tego usłyszała pytanie o urodziny Maeve.
Rei zamrugała i przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby właśnie powiedział coś w języku, którego nie znała, choć każde słowo z osobna było przecież całkowicie zrozumiałe. Nie usłyszała żadnego „proszę odpocząć” czy „wrócimy do tego później”, które zwykle znaczyło „nigdy”. Tylko: dokończymy to, po co rzeczywiście pani przyszła. Cała ta nieszczęsna misja, która miała być prosta, bo co było trudnego w kupieniu biżuterii?, skończyła się krwią, poszetką i Tannerem Morganem przykucającym obok niej w szpitalu, i zamiast zostać przez niego pozwaną za bycie jego osobistą klęską żywiołową, mężczyzna wyciągał do niej rękę, jakby to wszystko było kolejnym etapem obsługi klienta premium.
— Za pięć dni — odpowiedziała po chwili, zbyt cicho, więc odchrząknęła i poprawiła poszetkę przy nosie. — Maeve ma urodziny za pięć dni — powtórzyła.
Przełknęła ślinę, gdy zrobiło jej się nieco niedobrze. Najpierw poczuła gorąco pod skórą, potem nieprzyjemną pustkę w żołądku i lekkie rozchwianie świata przy krawędziach, gdy próbowała patrzeć Tannerowi prosto w oczy. Zacisnęła palce na poszetce, a drugą dłonią odruchowo chwyciła brzeg krzesła. Wzięła głębszy oddech i wydusiła z siebie, byleby nie myśleć o dyskomforcie:
— Maeve jest raczej fanką tego, co wyraziste, ale nie może to być coś przytłaczającego. Myślałam o bransoletce albo naszyjniku. I chciałabym, żeby ta biżuteria była wyjątkowa i żeby tylko Maeve ją miała.
Wbiła wzrok w posadzkę, bo znowu zrobiło jej się słabo, a oczy Tannera wcale nie pomagały. I oczywiście, że teraz wolałaby wyglądać inaczej, lepiej, bardziej jak kobieta, która weszła do salonu po biżuterię z pełnym prawem do bycia potraktowaną poważnie, a nie jak ktoś, kto przypadkiem zahaczył o luksus i został odesłany do domu z krwawiącym nosem. Chciałaby mieć starannie ułożone włosy i sukienkę, która nie wyglądałaby tak zwyczajnie, a przede wszystkim, żeby jej twarz nie wyglądała jak z horroru. Chciałaby, żeby Tanner Morgan nie widział jej właśnie takiej: osłabionej i bladej. Ostatnio, wychodząc ze szpitala, obiecała sobie, że zerwie z wizerunkiem chorej dziewczyny, ale najwyraźniej słabo jej to szło.
— Cena nie gra roli — dodała po chwili. — To znaczy… nie chcę najdroższej rzeczy tylko dlatego, że jest najdroższa. Nie o to mi chodzi, ale zapłacę tyle, ile będzie trzeba.
— Rei Bothwell — wtrącił się lekarz, zanim powiedziała coś jeszcze. — Słyszałem, że drzwi wygrały pierwszą rundę.
UsuńRei nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto to powiedział. Ten ton znała aż za dobrze: spokojny, lekko suchy, z lekkim seplenieniem. Doktor Nathaniel Reed. Pamiętała go głównie dlatego, że miał irytująco dobrą pamięć do jej wyników i sypał suchymi żartami, które bawiły tylko jego.
— To oszczerstwo — wymamrotała zza poszetki. — Drzwi zaatakowały bez ostrzeżenia, więc… nie uznaję swojej przegranej.
— Rozumiem. Zgłosimy zastrzeżenie do komisji — odparł Reed z całkowitą powagą i uśmiechnął się ledwie zauważalnie, po czym wskazał gestem w stronę jednej z wolnych sal. — Przeniesiemy cię do środka. Chcę wykluczyć złamanie i wstrząśnienie... Biorąc pod uwagę twoją historię leczenia, wolę nie zgadywać.
To ostatnie zdanie trafiło w nią mocniej, niż powinno. Twoją historię leczenia. Ta historia zawsze z nią była, nawet przy głupim uderzeniu drzwiami. Nawet przy rozmowie o biżuterii dla Maeve i Tannerze Morganie, który stał wystarczająco blisko, żeby usłyszeć to wszystko. Spięła się lekko. Nie chciała, żeby dostrzegał w niej słabeuszkę ani żeby przez jej chorobę zaczął jej wymuszenie współczuć; wolałaby, żeby zachowywał się tak samo jak wcześniej, nawet jeśli mówiąc w jej stronę, gdzieś między jednym a drugim słowem, słychać było widmo oskarżenia o stalking.
— Dobra — powiedział doktor Reed, zerkając w stronę Marisol. — Zabierzemy ją na salę. Sprawdzę nos, źrenice i reakcje neurologiczne…
— Sama pójdę — wtrąciła się Rei.
— Nie, mi niña. Dzisiaj bez negocjacji. — Marisol nawet nie udawała, że rozważa tę propozycję.
Reilynn chciała odpowiedzieć, a nawet nieco się o to pokłócić, ale nagły ucisk w żołądku zmusił ją do przełknięcia śliny. Marisol podsunęła jej rękę pod ramię, a Reed stanął po drugiej stronie, gotów asekurować ją bez robienia z tego wielkiej sceny.
— Może pan tutaj zaczekać — powiedziała Marisol, zwracając się do Tannera. — To potrwa chwilę.
Rei spięła się lekko, nie chcąc robić prawnikowi więcej problemów; i tak został już wciągnięty w jej małe, żałosne tornado wystarczająco głęboko.
— Tak, proszę zostać tutaj — dodała szybko, nie patrząc w jego stronę. — To znaczy… może pan też iść. W sensie nie musi pan czekać. Ale jeśli pan czeka…
— Zaraz do pana przyjdę — wtrąciła z rozbawieniem pielęgniarka.
W szpitalnej sali było jeszcze jaśniej; światło odbijało się od metalowych elementów łóżka, od białych szafek, od pojemników z rękawiczkami i monitora stojącego przy ścianie. Wszystko pachniało sterylnie i… znajomo. Marisol pomogła jej usiąść na brzegu materaca.
— Głowa lekko do przodu — przypomniała.
— Wiem — wymamrotała Rei i spojrzała w stronę kobiety spod rzęs.
Doktor Reed założył rękawiczki i podszedł bliżej. Ostrożnie uniósł jej podbródek dwoma palcami, ale Rei i tak gwałtownie wciągnęła powietrze przez usta, kiedy dotknął obrzęku przy nasadzie nosa. Ból rozszedł się ostro, aż do oczu.
— Przepraszam — powiedział natychmiast. — Jeszcze chwilę...
— Oddychaj ustami, mi niña — poleciła Marisol.
Reed obejrzał ją pod światło. Sprawdził źrenice, kazał jej śledzić palec, zapytał, gdzie się znajduje i czy pamięta, co się wydarzyło.
— Nos jest złamany — oznajmił.
— Oczywiście, że jest — mruknęła Rei, bo nie spodziewała się niczego innego.
— Bez otwartego urazu, ale obrzęk jest wyraźny. Musimy potwierdzić zakres i sprawdzić, czy przegroda nie wymaga pilnej interwencji. Przy zawrotach głowy i nudnościach chcę cię też zatrzymać na obserwację.
— Świetnie — powiedziała cicho, a gdy Marisol się ruszyła, aby wyjść i wrócić do Tannera Morgana, Rei dodała nieco nieporadnie: — Proszę mu powiedzieć, że może iść. Niech… niech nie czuje się zobowiązany.
UsuńPielęgniarka odnalazła Tannera Morgana w miejscu, w którym wcześniej kazała mu zaczekać, z formularzem podpiętym do sztywnej podkładki.
— Przepraszam, że musiał pan czekać — odezwała się. — Rei jest badana. Ma złamany nos i doktor Reed chce zostawić ją na noc w szpitalu, pomyślałam, że chciałby pan wiedzieć, a teraz potrzebuję kilku szczegółów do dokumentacji. Proszę mi opisać dokładnie moment uderzenia i powiedzieć, czy Rei upadła, straciła przytomność, czy mówiła coś o zawrotach głowy albo nudnościach. Albo czy zauważył pan coś niepokojącego? Rei ma brzydką manierę żartowania sobie z własnego bólu.
Rei Bothwell 😵💫🤢
Marisol wysłuchała go uważnie, co jakiś czas notując krótkie informacje w formularzu.
OdpowiedzUsuń— Tak, dane szpitala do zgłoszenia dostanie pan w recepcji, tam wskażą też panu właściwy kontakt, jeśli chodzi o dokumentację dla ubezpieczyciela — odpowiedziała rzeczowo. — A ja wpiszę pański opis zdarzenia do notatki medycznej jako relację świadka.
Przesunęła długopisem po papierze, dopisując jeszcze kilka słów.
— Co do daty urodzenia… — zaczęła i westchnęła cicho, bo nie powinna mówić takich rzeczy, ale pamiętała o tym, co Rei powiedziała chwilę wcześniej. — 8 czerwca 2000. O resztę może ją pan zapytać bezpośrednio, kiedy Rei będzie po badaniach. Sala 307. Natomiast skoro już pan pyta o sprawy praktyczne… mógłby pan pomóc w czymś innym. Doktor Reed chce zatrzymać ją na noc, a ona nie ma ze sobą niczego poza tym, z czym tu przyszła. Przydałyby się jej wygodne ubrania na zmianę, ewentualnie coś do picia… ale jeśli się pan spieszy, nie będę pana zatrzymywać.
Marisol nie wiedziała, co łączyło Rei z Tannerem Morganem, ale skoro ją tutaj przywiózł i jeszcze nie wyszedł, nie mógł być jej całkowicie obcy. Zaraz potem podziękowała mu krótko i pożegnała się z uśmiechem.
Rei za to nie miała nawet czasu, żeby porządnie zaprotestować, gdy doktor Reed oznajmił, że będą jej robić obrazowanie.
— Głowa i twarzoczaszka — doprecyzował, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać. — Przy złamanym nosie, nudnościach i zawrotach głowy nie będziemy zgadywać.
— Świetnie — mruknęła pod nosem.
— Do tego krew — dodał.
— Dlaczego krew? — Chciała zmrużyć oczy, ale powstrzymała się przed tym gestem.
— Bo zostajesz na noc, masz zawroty głowy, jesteś osłabiona… — wymienił krótko.
Znowu to samo. Marisol musiała wyczuć, jak bardzo Rei zesztywniała, bo pocieszająco oparła dłoń o jej ramię.
— Zrobimy to szybko, mi niña — odezwała się i przygotowała zestaw do pobrania; zawiązała opaskę uciskową i przesunęła palcami po zgięciu łokcia, szukając żyły. Rei odwróciła głowę w bok, choć wcale nie bała się igieł. Ukłucie było krótkie i prawie bezbolesne.
— Wszystko dobrze? — zapytała Marisol.
— Fantastycznie — odparła Rei bez przekonania. — Uwielbiam spontaniczne oddawanie materiału biologicznego.
— Czyli nie.
Marisol zabezpieczyła próbówki, przykleiła plaster i rzuciła:
— Zaraz jedziemy na obrazowanie.
Nie pozwolili jej jednak iść. Niechętnie zajęła wózek z pomocą pielęgniarki; wcześniej zdjęto jej protezę, jeszcze w sali, bo noga zaczęła ją uwierać, poza tym była zbyt zmęczona, a Marisol powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, że nie będzie ryzykowała kolejnego upadku. Teraz proteza stała przy ścianie jak niemy dowód, jak część niej samej, która została tak po prostu odstawiona, rzucona w kąt. Rei ani razu nie spojrzała w tamtą stronę.
Korytarz przesuwał się nad nią w jasnych prostokątach lamp. Sufit, kratka wentylacyjna, kolejna lampa, fragment ściany, mijany personel. Koc przykrywał jej biodra i uda, ale ona i tak miała wrażenie, że wszyscy widzą za dużo. Marisol szła obok, a technik pchał wózek.
W pracowni obrazowania było chłodniej i ciszej. Tam poproszono ją, żeby nie ruszała głową, a Marisol została blisko tak długo, jak mogła, potem Rei została sama z maszyną i ze sobą.
Nie myśl o Tannerze.
Nie myśl o tym, że może nadal czeka na korytarzu.
Nie myśl o tym, że bez protezy nie możesz nawet udawać, że nie jesteś wcale tak wybrakowana.
Maszyna zaczęła pracować, a Rei zamknęła oczy. Po wszystkim wróciła na salę jeszcze bardziej zmęczona, jakby samo bycie przesuwaną, badaną i ustawianą wyssało z niej całą energię. Marisol pomogła jej ułożyć się wygodniej, poprawiła koc, podsunęła poduszkę i ustawiła protezę w zasięgu wzroku, ale nie tak blisko, żeby Rei od razu próbowała po nią sięgnąć. Zaraz potem pielęgniarka sprawdziła kroplówkę, którą założono dla jej dobra. Rei leżała bez protezy, z lewą stroną ciała dziwnie lekką i jednocześnie ciężką od świadomości tego, że nic tam nie ma.
— Wyniki obrazowania będą za jakiś czas — powiedziała Marisol. — Doktor Reed wróci, jak tylko je dostanie. Krew też poszła do laboratorium.
Usuń— Czyli mam tu leżeć i rozmyślać nad swoimi wyborami życiowymi?
— Możesz spróbować odpocząć. — Marisol spojrzała na nią łagodnie, a potem poprawiła brzeg koca przy jej biodrze. Widząc spiętą twarz Bothwell, odezwała się jeszcze: — Rei…
— Nie lubię być bez niej — powiedziała cicho, zanim zdążyła się powstrzymać. Kobieta nie zapytała, o co chodziło. Nie musiała.
— Wiem.
Przez kilka sekund panowała cisza, a przez ten moment Rei próbowała przekonać samą siebie, żeby nie myślała o niczym poza wynikami i tym, jak bardzo nie znosiła szpitalnych koców. Nie udało się to jednak.
— Pan Morgan… — zaczęła nagle, a widząc wzrok Marisol, ostrożnie zacisnęła usta w wąską linię. — To znaczy… czy on poszedł? — zapytała, próbując brzmieć obojętnie, a i tak wyszło to tak bardzo obojętnie, że aż wcale.
Marisol przez chwilę patrzyła w jej stronę z taką miną, że Rei od razu tego pożałowała. Mogła po prostu siedzieć cicho.
— Pan Morgan był jeszcze na korytarzu, kiedy ostatnio wychodziłam — powiedziała, a potem sprawdziła kroplówkę. — Skoro zostajesz na noc, muszę zapytać: do kogo chcesz, żebym zadzwoniła? Ojciec? Maeve? Ktoś inny?
Rei zesztywniała prawie natychmiast.
— Do nikogo.
— Rei.
— Naprawdę do nikogo — powtórzyła szybko. — Tata jest za granicą. W Berlinie, dokładniej mówiąc, i jeśli dostanie telefon ze szpitala, kupi pierwszy możliwy bilet, nawet jeśli będzie musiał lecieć przez trzy kraje i sprzedać połowę duszy liniom lotniczym. A Maeve jest poza miastem. I ma urodziny za pięć dni. Nie będę jej tutaj ściągać przez głupi nos.
— A pan Morgan? — spytała.
— Co pan Morgan? — Rei chyba nie rozumiała, o co chodziło.
— Jest tutaj — wyjaśniła Marisol. — Przywiózł cię, został, załatwił sprawy z ubezpieczeniem. Mógłby może pomóc z ubraniami albo…
Rei posłała w jej stronę takie spojrzenie, jakby pielęgniarka właśnie zaproponowała, żeby oddała Tannerowi Morganowi klucze do mieszkania, hasła do wszystkich kont i własną duszę.
— Nie — wydusiła z siebie.
— Rei.
— Absolutnie nie — powtórzyła.
— To tylko ubrania — mruknęła z lekkim rozbawieniem. — Poza tym ten twój pan Morgan wydaje się dżentelmenem i chyba nie miałby problemu z pomocą, gdybyś umiała w ogóle prosić o tę pomoc. — Poprawiła koc przy jej nogach. — A teraz odpocznij, hmm? Przyjdę do ciebie za jakiś czas.
Rei Bothwell 🙄🛏️
Wybór tematu na zaliczenie jednego z przedmiotów nie był łatwy. Ale nie był też trudny. Zadanie było natomiast wyjątkowo skomplikowane – mieli przygotować dokument, reportaż, wywiad, niezbyt długą formę o czymś, co pozostawało nieoczywiste, a miało zainteresować nie tylko targetowaną grupę. Andrea głowiła się nad formą, ostatecznei doszła do wniosku, że wywiad przeplatany ze scenografią będzie dobrą bazą na dobry materiał. Zastanawiała się nad wywiadem z kobietą, która prowadziła lecznicę dzikich zwierząt przy górach Catskill, brała pod uwagę stewardessę, która więcej czasu spędzała w różnych miejscach globu niż we własnym świecie, ale docierało do Wilson, że owszem, tematy te mogły trafić do szerszej grupy odbiorców, ale był pospolite i oklepane. Szukała dalej, obracając niepozorny srebrny pierścionek na swoim palcu. Dostała go od mamy, która dostała go od babci. I choć Andrea miała mnóstwo sióstr, bo ich dom zawsze kipiał od nastoletnich hormonów, tak pierścionek z czarnym, onyksowym oczkiem trafił się właśnie jej. Wilsonowie nie byli zamożną rodziną, ale zwracali też uwagę na inne aspekty, nie przywiązując się szczególnie do rzeczy materialnych. Gdyby tak było, to Andrea pewnie niechętnie dzieliłaby z kimkolwiek pokój, niezbyt byłaby skora do tego, aby ustawiać się w kolejce do łazienki i czekać na to, aż ktoś w końcu odsunie się od tostera. Pierścionek z oczkiem z czarnego turmalinu był jednak tym, co szanowała. I chociaż na palcach pierścionków miała zwykle o wiele więcej, tak z tym jednym nie rozstawała się nigdy. Niby nic szczególnego, nic drogiego, ale z wartością sentymentalną, co czyniło go po prostu drogocennym nabytkiem. Dla Andy.
OdpowiedzUsuńI to właśnie ten pierścionek sprawił, że zaczęła robić research odnośnie jubilerstwa. Skupiła się wpierw na Jajach Fabergé, potem zaś badała fenomen Svarovsky’ego, by w pewnym momencie dotrzeć do krótkiego artykułu o nowojorskim jubilerze, który jednocześnie był prawnikiem, a jego rodzina posiadała zbiór drogocennych, unikatowych kamieni. Tanner Morgan. To nie było profesjonalne, kiedy zadzwoniła do kancelarii, w której pracował, ale skróciło to czas poszukiwań. Bo mogła oczywiście czatować pod salonem, mogła czaić się pod wieżowcem, mogła wszystko, ale wykonanie tego jednego telefonu okazywało się zaskakująco proste. I skuteczne.
Pan Morgan okazał się być zaskakująco, chociaż może znowu nie aż tak – skoro na głowie miał dwie firmy – zorganizowanym człowiekiem. Kilka maili i byli umówieni. Andrea pierwotnie miała w rezydencji Morganów pojawić się z koleżanką, ale tę dopadła okropna angina. Był marzec, zaliczenie zbliżało się wielkimi krokami, a aura była przygnębiająca, bardziej jesienna niż zwiastująca nadejście wiosny czy lata. Wilson musiała jednak skończyć ten pomniejszy projekt. Nie nadawała się do przeprowadzania wywiadów, ona miała odpowiadać za przebieg, ujęcia i dopping. To Mae miała siedzieć naprzeciwko pana Tannera. Ciemnoskóra dziewczyna była piękna, przebojowa i pewna siebie. Andrea była za to cholernie zestresowana, niepewna i spóźniona.
Wysiadała z Ubera, z bagażnika zabierając statyw do kamery, którą miała w przepastnej torbie na ramieniu, będąc co najmniej sfrustrowaną. Nic więcej przy sobie nie miała. Ubrana była w proste, szerokie jeansy, białe vansy i białą koszulę z kołnierzykiem, na którą narzuciła ciemny prochowiec. Było jej zimno, ale chciała wyglądać choć odrobinę elegancko, a gdy ujrzała posiadłość… szczęka jej opadła. Andrea nie znała luksusów, dlatego była pod ogromnym wrażeniem miejsca, w którym się znalazła. Nawet jeśli nie ociekało bogactwem i pretensjonalnością. Nadal było luksusowym miejscem. Musieli mieszkać w nim ludzie, którzy w głowie Wilson nie mieli zbyt wielu zmartwień, których problemy rozwiązywały pieniądze. Ale pewnie też je generowały.
Weszła na podjazd, kamyczki chrzęściły pod jej butami i nie zdziwiło jej wcale, że drzwi otworzyła jej kobieta – służąca, jak nazwała ją w myślach, chociaż pewnie teraz taki termin byłby więcej niż obraźliwy. Andrea chłonęła każdy fragment każdego pomieszczenia, przez które była prowadzona. Płaszcz oddała Shirin, poprawiła kołnierzyk prostej, klasycznej koszuli. Dorwała ją w second-handzie i na pewno była męska, ale Andy jedną jej stronę wsunęła w spodnie z wysokim stanem, a druga opadała luźno.
Usuń— Dzień dobry — przywitała się, kiedy wprowadzono ją do salonu. Diabelnie ogromnego salonu. Rozejrzała się, kręcąc się dookoła własnej osi, kompletnie ignorując Morgana. Przez chwilę, ale jednak. Odstawiła statyw, torbę rzuciła na jeden z foteli, które miała po drodze i prędko doskoczyła do wyciągniętej dłoni mężczyzny. — Wystarczy Andy, panie Morgan — dodała, czując, że się rumieni. Na Boga! Miała ledwo dwadzieścia parę lat. Dlaczego ktoś chciałby nazywać ją panią? Aż się wzdrygnęła.
— Jeśli to nie problem, to chętnie napiłabym się kawy. Ta pogoda… — mruknęła, a potem korzystając z zaproszenia podeszła do gablotki, znowu obracając swoim pierścionkiem na palcu. — Dziękuję za zaufanie — stwierdziła nagle, przechylając głowę, gdy jeden z kamieni szczególnie zwrócił jej uwagę. Zdawała sobie sprawę z tego, że była po prostu studentką. Jedną z wielu, ale może pierwszą, która odważyła się wystosować taką prośbę.
Andrea Wilson
Kiedy Marisol wyszła, sala zrobiła się nagle za duża, choć była zupełnie zwyczajna, szpitalna, zbyt jasna, z łóżkiem, szafką przy ścianie i krzesłem ustawionym pod takim kątem, jakby ktoś przed chwilą z niego wstał i obiecał, że zaraz tutaj przyjdzie. Rei leżała nieruchomo pod kocem, bez protezy, z obolałą twarzą i gazą przy nosie. Przez chwilę próbowała naprawdę odpocząć, a może nawet zasnąć, bo kroplówka zaczęła działać, a gdy tak nagle zrobiło się cicho, Reilynn uświadomiła sobie jedną rzecz: nie miała przy sobie telefonu.
OdpowiedzUsuńOdruchowo, choć zdecydowanie głupio, przesunęła ręką po biodrze, a potem jeszcze raz, ale z drugiej strony – i nic. Jej torba i laska musiały zostać w samochodzie Tannera Morgana. Nie mogła zadzwonić do ojca, nawet gdyby nagle uznała, że jednak chce mu opowiedzieć o całej tej sytuacji, ani do Maeve, żeby powiedzieć, że wszystko w porządku i że czuje się całkiem nieźle. Poza tym oczywisty brak telefonu to odcięcie od Internetu i odwyk od głupich filmików, editów i tworów AI, które w dziwny sposób ją bawiły.
Dopiero później, dużo później, kiedy za oknem zrobiło się ciemniej, a doktor Reed wrócił z wynikami i potwierdził, że zostaje na obserwacji do rana, Marisol pojawiła się znowu. Tym razem przyniosła ze sobą papierową torbę. Rei zauważyła, że wyglądała na zmęczoną. Jej dyżur musiał już się skończyć, bo miała na sobie cienką kurtkę i włosy trochę mniej idealnie spięte niż wcześniej.
— Zanim zaczniesz protestować — powiedziała od progu — to nie uwzględniam reklamacji.
Rei uniosła głowę i obserwowała, jak pielęgniarka zbliżyła się do łóżka. Marisol postawiła torbę na krześle i zaczęła wyjmować rzeczy: ręcznik, miękka bluza, luźne spodnie, prosta koszulka, skarpetki, bielizna w opakowaniu, prowizoryczny zestaw do mycia zębów, mała butelka wody i paczka chusteczek, jakby przygotowała zestaw przetrwania dla kogoś, kto właśnie tego potrzebował.
— Marisol… — wymamrotała.
— Jestem już po dyżurze — powiedziała pielęgniarka, jakby to wszystko wyjaśniało. — Sklep był po drodze. Rozmiar zgadywałam, ale myślę, że będzie dobrze. Jeśli nie, będziesz narzekać jutro.
— Nie powinna pani.
— Wiem.
— Naprawdę nie powinna pani — powiedziała przez ściśnięte gardło.
— Rei.
— Oddam pani pieniądze — dodała natychmiast, a widząc karcące spojrzenie kobiety, dodała cicho: — Dziękuję.
— Proszę bardzo, mi niña. — Marisol uśmiechnęła się ciepło. — Muszę już iść, ale przyjdę z samego rana. Spróbuj odpocząć.
— Spróbuję — odpowiedziała, patrząc jak pielęgniarka skierowała się do wyjścia. Pomachały do siebie przy progu, a potem Rei została sama.
Rano obudziło ją światło, które przesączyło się przez szpitalne zasłony. Rei przez chwilę leżała nieruchomo, próbując ustalić, co bolało ją najbardziej. Nos, głowa czy własna duma, że skończyła w szpitalu w ten sposób. I, oczywiście, że była to duma. Marisol pojawiła się jeszcze przed śniadaniem, z kubkiem wody i lekami przeciwbólowymi.
— Tabletki — powiedziała, wysypując je do małego plastikowego kubeczka. — Przeciwbólowe i coś na obrzęk. Doktor Reed kazał też powtórzyć badania, zanim podpisze wypis.
Marisol spojrzała na jej opuchnięty nos, plaster, bladą twarz i rozczochrane włosy. Potem przyszedł doktor Reed. Wyglądał tak samo jak wczoraj, może był trochę bardziej wyspany.
— Dobra wiadomość — zaczął.
— Jeśli zaraz powie pan, że drzwi oficjalnie mnie przeprosiły, nie uwierzę — mruknęła.
— Drzwi nie wykazały skruchy.
— Typowe... — Prychnęła cicho.
Reed usiadł na krześle obok łóżka i oznajmił:
— Obrazowanie nie pokazało niczego, co wymagałoby pilnej interwencji. Nos jest złamany, ale bez przemieszczenia, które wymagałoby nastawiania. Dostaniesz zalecenia, termin kontroli laryngologicznej i leki przeciwbólowe do domu. Jeśli zawroty albo nudności się nasilą, wracasz do szpitala. Bez dyskusji.
Rei odetchnęła ostrożnie przez usta i już chciała się odezwać, kiedy dostrzegła coś w twarzy doktora Reeda. I chyba wiedziała, co oznacza to coś
Usuń— Wyniki krwi są… średnie — powiedział po chwili. — Morfologia nie jest tragiczna, ale nie podoba mi się kilka wartości. Nie na tyle, żeby cię dłużej tutaj zatrzymywać, ale chcę cię zobaczyć za miesiąc. Powtórzymy krew i sprawdzimy, czy coś się zmieniło.
— Czyli... nie wypisuje mnie pan z pełnym błogosławieństwem? — zapytała.
— Wypisuję cię z ostrożnym błogosławieństwem i konkretną datą kontroli — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Masz odpoczywać, Rei. Bez forsowania się, bez samodzielnych wypraw przez pół miasta, szczególnie dzisiaj. I bez kolejnych pojedynków z drzwiami.
— Nie mogę obiecać ostatniego. Drzwi są wszędzie — wytknęła rzeczowo.
— W takim razie wybieraj przeciwników mądrzej — odparł, nauczony już, że Rei zawsze musiała z nim dyskutować. — Marisol przyniesie dokumenty, kiedy wszystko będzie gotowe. Do tego czasu masz leżeć i pić wodę.
Kiedy wyszedł, Rei zaczęła się ogarniać do wyjścia ze szpitala. W łazience wzięła prysznic, nie mocząc twarzy, a potem ostrożnie umyła zęby, rozczesała palcami włosy i ubrała się w ubrania, które wczoraj przyniosła jej Marisol. Były nieco za duże, ale za to wygodne i nie pachniały szpitalem. Stojąc jeszcze chwilę przed umywalką, musiała przyznać, że wyglądała o wiele lepiej niż kilka godzin wcześniej. Nos nie przypominał wielkiego ziemniaka, opuchlizna nieco zeszła, ale za to widać było delikatne zasinienia wokół oczu, nic niepokojącego.
Opuściła łazienkę, trzymając się przez chwilę ściany, zanim uznała, że jednak nie będzie kusić losu i zajęła łóżko. Marisol zostawiła jej dokumenty z informacją, że doktor Reed musiał podpisać jeszcze jedną rzecz, więc Rei miała kilka minut, aby zebrać się w sobie. Dopiero teraz dotkliwie uświadomiła sobie, że nie miała telefonu, torby ani portfela. Nadal nie wiedziała, ile wiadomości dostała, czy ojciec napisał z Berlina i czy Maeve już zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. W torbie miała klucze od mieszkania, a laska… cóż, była przydatna. Wszystkie te rzeczy były u Tannera Morgana. Reilynn zaczęła się więc zastanawiać, czy może zostawił je w recepcji? A może wysłał tutaj kogoś z salonu? Jedno było pewne, musiała to wszystko odzyskać.
Chwilę później rozległo się krótkie pukanie. Rei odruchowo się wyprostowała, patrząc, jak w progu staje Tanner Morgan. Tanner Morgan z jej torbą przewieszoną przez ramię, z laską i z dwoma papierowymi kubkami.
— Dzień dobry — wymamrotała, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. — Ja też przypomniałam sobie o swoich rzeczach dopiero późnym wieczorem, to… chyba naprawdę musiałam źle się czuć, skoro zapomniałam nawet o telefonie — dodała szybko, gdy wspomniał o tym, że zostawiła u niego torbę i laskę.
— O wiele lepiej niż wczoraj — odpowiedziała, bo faktycznie tak było. Nos nie bolał już aż tak bardzo. A kiedy Tanner Morgan wręczył jej kubek, podziękowała krótko; ciepło od razu przeszło przez papier do jej palców. — To kakao? Przyniósł mi pan kakao?
I przez jedną, bardzo krótką chwilę znów była piętnastoletnią dziewczyną w szpitalnym łóżku, w Szkocji, z kołdrą ułożoną nie tak, jak powinna, i ojcem wchodzącym do sali z papierowym kubkiem w ręku. Malcolm, odkąd zaczęła chorować, zawsze przynosił jej kakao z piankami. Nawet kiedy lekarze mówili, że nie powinna jeść nic zbyt słodkiego, nawet kiedy ona twierdziła, że to dziecinne. Zaraz potem wzięła ostrożny łyk, oblizała językiem dolną wargę i pokiwała delikatnie głową.
— Całkiem dobre — przyznała. Posłała mężczyźnie delikatny uśmiech i dodała nieco niepewnie, sądząc, że nie jest to coś, co w ogóle interesowało prawnika, ale i tak to powiedziała: — Kiedy zachorowałam, a potem zaczęły się badania, kontrole, operacje… to po każdym ciężkim dniu mój tata przynosił mi kakao i dorzucał do niego cztery pianki. Jedna z nich zawsze smakowała jak przesłodzona papka.
UsuńTo było miłe wspomnienie, choć nie wiązało się z czymś szczególnie pięknym. Wzięła kolejny łyk i uniosła spojrzenie, gdy do środka weszła Marisol, witając się. Przyniosła ze sobą ostatnie dokumenty, receptę i niewielką kartkę z zaleceniami.
— Dzień dobry jeszcze raz — powiedziała, a jej wzrok przesunął się najpierw po Rei i Tannerze, a potem po papierowych kubkach, ale nie skomentowała tego. — No, mi niña, doktor Reed podpisał wypis. Masz tutaj zalecenia: odpoczynek, leki przeciwbólowe zgodnie z rozpiską, zimne okłady, żadnego forsowania się, a kontrola laryngologiczna i wizyta u za miesiąc z powtórzeniem krwi.
— Więc widzimy się za miesiąc — odparła, biorąc kolejny łyk kakao, jakby już teraz miało jej to osłodzić przyszłe spotkanie.
Marisol przytaknęła, ale zanim wyszła, sprawdziła jeszcze, jak Rei poradziła sobie ze wstaniem. Gdy miała pewność, że wszystko jest w porządku, zostawiła Bothwell z panem Morganem.
Reilynn schwyciła za laskę i stanęła pewniej. Przez sekundę w ogóle się nie ruszała, po prostu oceniała, czy nie będzie trzeba wzywać Marisol po raz kolejny, ale świat wokół niej nie kręcił się jak ostatnio ani nie poczuła, żeby jej żołądek chciał zwrócić lekkie śniadanie, które zjadła wcześnie rano. Zaraz potem odwróciła się, żeby wziąć swoją torbę i resztę rzeczy.
Rei Bothwell 😮💨🍫
Rei szła wolno, ale szła sama i chyba to było najważniejsze, nawet jeśli jej towarzyszem był Tanner Morgan, który niejako został w to wszystko wciągnięty całkowicie przypadkiem, choć może nie aż takim przypadkiem, raczej bez świadomej zgody. Może naprawdę Reilynn niosła ze sobą chaos, który nie zawsze komuś odpowiadał – i jeśli tak było, zazwyczaj starała się nie panoszyć, bo nie była złośliwa ani nie próbowała czegoś sobie udowodnić. Lubiła jednak, gdy coś się działo, kiedy życie przypominało nieco fabułę książek, które pisała, bo do tej pory jej rzeczywistość była bardzo mocno ograniczona.
OdpowiedzUsuńLaska stukała cicho o podłogę, torba zajmowała jej ramię, a dokumenty gniotły się gdzieś w środku. To nie był pierwszy wypis Rei, więc nie czuła, że to coś wielkiego, choć chyba powinna, skoro krew wyszła nieźle, przynajmniej tak nieźle, że doktor Reed nie postanowił jej zatrzymać tutaj dłużej. A dopiero wtedy by się zaczęło. Badania, badania i jeszcze raz badania, a potem telefon do ojca i Maeve, trzymanie się ściśle określonego harmonogramu i zaczynanie dnia od pobudki o szóstej rano, potem mierzenie ciśnienia, toaleta, śniadanie… Rei wiedziała, jak to wyglądało i naprawdę nie miała ochoty powtarzać tego wszystkiego od początku. Była nieco zmęczona i zdecydowanie znudzona, a teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, chciała po prostu zacząć żyć.
Rei zerknęła w jego stronę z ukosa. To, co powiedział, było całkiem… miłe i oczywiście nie brzmiał tak, jakby robił jej łaskę. Wątpiła też w to, żeby próbował ją zawstydzić albo że przyszedł tutaj po to, żeby napawać się widokiem jej złamanego nosa.
— Po pierwsze, nie mieszkam poza miastem — powiedziała po chwili. — Queens to nadal cywilizacja, choć niektórzy ludzie z Manhattanu twierdzą inaczej. Po drugie, mogę zamówić taksówkę. A po trzecie, nie chcę zabierać panu więcej czasu.
Otworzyła jeszcze usta, żeby coś dodać, ale wtedy przypomniała sobie słowa Marisol o tym, żeby się oszczędzała. Czy oszczędzaniem w tym przypadku mogło być zajęcie miejsca w drogim aucie Tannera Morgana i pozwolenie mu, żeby odwiózł ją do domu? Miała albo wyjątkowe szczęście, że prawnik nie miał teraz nic ważniejszego, albo Morgan był pechowcem, bo akurat pojawił się, gdy ją wypisywano.
— Po prostu… chodźmy — wymamrotała.
Szli dalej przez jasny korytarz, mijając personel, pacjentów, wózek z pościelą i starszego mężczyznę, który rozmawiał przez telefon tak głośno, jakby był przekonany, że jeśli nie będzie tak mówił, nie zostanie zrozumiany. Rei stawiała dzielnie każdy krok, próbując nie iść jak typowy żółw i niczego nie opóźniać.
Przy wyjściu z budynku uderzyło ją chłodniejsze powietrze, inne, niż te, które kotłowało się w szpitalu. Wzięła głębszy oddech i obejrzała się przez ramię, aby omieść spojrzeniem budynek, który czasem wydawał jej się straszniejszy niż cokolwiek innego.
Samochód Tannera Morgana stał niedaleko. Dopiero teraz mogła się mu przyjrzeć; auto było ładne, smukłe i zdecydowanie pasowało do mężczyzny, którym był prawnik. Przede wszystkim jednak był bardzo, ale to bardzo kuszący, bo Rei tak naprawdę nie miała ochoty walczyć z aplikacją, kierowcą i taksówką, aby dotrzeć do domu. Co więc powinna zrobić?
Wyprostowała się nieco, podniosła podbródek i odwróciła się do Tannera, gdy ten stanął obok. Była od niego niższa, więc musiała czymś nadrabiać, choć w obecnym stanie wydawało jej się, że jest wybitnie żałosna.
— Wsiądę — oznajmiła. — Ale pod jednym warunkiem.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej warunek mógł zostać wyśmiany, bo to Morgan proponował jej podwózkę do domu i to ona zyskałaby więcej niż on, ale Rei nie mogła odpuścić sobie takiej okazji. Zamilkła jednak, aby szybko przemyśleć, czy to, co zamierzała powiedzieć, spotka się z jego krzywą miną, czy może jakąś ostrą reakcją albo jeszcze gorzej.
— Zacznie mi pan mówić po imieniu. — Wyciągnęła do niego rękę. To był prosty gest, może trochę nieco dziwny po tym, co już się wydarzyło, bo przez te kilka dni zdążyła obmacać prawnikowi kolano, rzucić mu wyzwanie pączkowe, zdradzić się z tym, że był inspiracją dla fikcyjnego bohatera, którego tworzyła, i poznać jego salon, w którym złamała sobie nos.
UsuńNie wycofała się jednak, stała naprzeciwko z kubkiem w jednej dłoni, laską opartą o nadgarstek, torbą zsuwającą się lekko z ramienia, a drugą rękę wyciągnęła do niego tak, jakby w ten sposób zaczynał się jakiś nowy rozdział.
— Reilynn Bothwell — przedstawiła się, choć wcale nie musiała. Uśmiechnęła się lekko, ostrożnie, bo nos nadal nieco bolał, gdy robiła miny. — Skoro przetrwał pan pierwsze spotkanie ze mną, myślę, że to dobry moment, żeby mówić sobie po imieniu. Więc jeszcze raz: jestem Rei, miło mi.
Spojrzała mu w oczy, a jej uśmiech stał się nieco bardziej rozbawiony. Naprawdę musiała być wariatką, skoro proponowała to komuś takiemu jak Tanner Morgan, bo wątpiła, aby zmienił o niej zdanie. Być może była najbardziej chaotyczną, głośną i niereformowaną osobą w jego otoczeniu i to byłby dobry powód, żeby nie chcieć mówić do mniej oficjalnie, tylko że Rei wcale nie chciała być panią Bothwell.
Rei Bothwell 🙌🥺
Rei została przy otwartych drzwiach samochodu jeszcze przez sekundę, z dłonią zawieszoną w powietrzu po tym, jak Tanner tak po prostu ją minął i obszedł auto. Nie uścisnął jej ręki, oczywiście, że tego nie zrobił. Dlaczego? Pewnie powodów było jakieś tysiąc i gdyby Reilynn miała dość czasu, to by sobie je wszystkie wymyśliła, a potem zwizualizowała. Zrobiła lekko naburmuszoną minę, wciąż uważając, aby jej nos za bardzo przy tym nie ucierpiał, a potem pochyliła się lekko.
OdpowiedzUsuń— To nie było wciskanie warunków — powiedziała, zaglądając do środka auta. — To była próba naprawy naszej relacji, którą, najwyraźniej tylko ja, chcę jakoś… ucywilizować. Zaczęliśmy to wszystko dość dziwnie, więc…
Wzruszyła lekko ramieniem, bo co jej niby szkodziło, żeby spróbować jednak zostać znajomą Tannera Morgana? Najwyżej ją pozwie. I oczywiście, że wiedziała, że nie musiał tego robić, tak właściwie to niczego nie musiał robić, a to, że tutaj był, być może świadczyło o tym, że jednak przejął się nią jako osobą i że nie ma jej za taką najgorszą zarazę.
— Poza tym negocjowałam w życiu kilka umów — dodała, unosząc lekko brodę. — Wydawniczych, filmowych, o prawa zagraniczne, terminy — wyliczyła krótko. Była zmuszona nabyć tę umiejętność, bo kiedy zaczęła być popularna, wszystko musiało być po pierwsze czytelne, po drugie zabezpieczone, a po trzecie niemożliwe do przejęcia przez innych. Rei dość szybko zrozumiała, że sukces nie oznacza tylko kwiatów, recenzji i maili od czytelniczek, które pisały, że płakały przy rozdziale dwudziestym siódmym. Sukces oznaczał też telefony, umowy, klauzule, procenty, prawa zależne i ograniczone zaufanie do osób, które chciały ją przekonać, że „tak po prostu działa branża”. Uczyła się więc czytać umowy, pytać i mówić „nie”, a przede wszystkim nie przepraszać za to, że chciała zachować prawa do świata i bohaterów, których stworzyła.
Ostrożnie wsunęła się do auta, pilnując, żeby torba nie zsunęła jej się z ramienia, laska nie uderzyła o próg, a kubek z resztką kakao nie przechylił się za bardzo. Ostatnie wymagało największego skupienia, bo po wczorajszym dniu biała tapicerka mogła mieć wobec niej uzasadnione obawy, że jednak zostanie pobrudzona. Dopiero kiedy usadowiła się wygodniej, postawiła laskę tak, żeby nie przeszkadzała, i przyciągnęła pas, dotarło do niej, że naprawdę jest w jego samochodzie. Znowu. I tym razem nie była półprzytomna, i weszła do środka bez pomocy. Sukces. Zapięła pas z cichym kliknięciem i dopiero wtedy spojrzała w stronę kierowcy.
— A co do moich ambicji — powiedziała, próbując brzmieć lekko, choć jej policzki zrobiły się odrobinę cieplejsze — to proszę nie przeceniać własnego znaczenia. Ja po prostu mam tendencję do ratowania beznadziejnych przypadków, chyba jestem masochistką.
Zasugerowała lekko, że to Tanner był tym beznadziejnym przypadkiem, bo chyba nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto tak bardzo by się od niej odpędzał. Jasne, bywała męcząca i czasem mówiła od rzeczy, szczególnie gdy wsiąkała w jakiś temat, ale ogólnie wydawało jej się, że dało się z nią wytrzymać. Morgan zachowywał się jednak tak, jakby każda kolejna rozmowa z nią wymagała analizy ryzyka i zabezpieczenia majątku osobistego przed skutkami ubocznymi przed znajomością z nią. To było trochę obraźliwe i nieco zabawne, bo odpędzał się, owszem, ale nie zniknął, choć może byłoby to łatwiejsze. Pomyślała sobie więc, że może gdzieś pomiędzy jego cierpliwością do tego, jaka była, a zniecierpliwieniem istniała przestrzeń, w której może dałoby się zakotwiczyć i to nie jako problemem, tylko jako Rei. Chaotyczna, gadatliwa, czasem nieznośna, ale jednak możliwa do zniesienia, może nawet do polubienia.
— Poza tym nie jestem aż tak stara, żebyś mówił do mnie pani Bothwell, tak właściwie… jestem dość młoda — odezwała się, dość dobrze akceptując ostatnią część zdania. Nagle jednak otworzyła szerzej oczy, jakby uświadomiła sobie, że może być jeszcze jeden powód, dla którego uparcie trzymał się tego oficjalnego tonu. — Czy ty myślisz, że co… że mam jakieś pięćdziesiąt lat? Aż tak staro wyglądam?
UsuńTo nie było ani trochę zabawne. Rei i tak miała mały problem z zaakceptowaniem samej siebie i tego, jak wyglądała, ale nigdy nie sądziła, że w oczach innych może być starą babą. Jasne, jej skóra bywała bledsza, a sińce pod powiekami wcale nie dodawały jej uroku, jednak to chyba nie sprawiało, że wyglądała o wiele, wiele starzej, prawda? Dotknęła palcami swojego policzka, jakby chciała sprawdzić, czy przez noc w szpitalu nie postarzała się o jakieś dwadzieścia lat.
Rei Bothwell 😳
Nie miała pojęcia, co takiego myślał sobie Tanner Morgan, ale gdyby wiedziała, to pewnie zaczęłaby wielką dyskusję o tym, dlaczego tak właściwie nie chce się z nią zaprzyjaźnić, oprócz tego, że była chaotyczna i głośna. Bo jasne, że była, i to może zbyt często, a już stanowczo zbyt często w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Ale przecież nie była wyłącznie chaosem. Nie była tylko kobietą od pączka, złamanego nosa i nieumiejętnego przełamywania cudzych granic. Miała też zalety, prawdopodobnie, a w sprzyjających warunkach, po dobrym śnie, bez urazu nosa, jej zalety mogłyby nawet zostać zauważone przez bezstronnego obserwatora.
OdpowiedzUsuńUmiała słuchać i być lojalna aż do przesady. Pamiętała o drobiazgach, umiała rozśmieszyć kogoś w trudnym momencie albo po prostu siedzieć obok, gdy robiło się ciężko. Nie była łatwa w obsłudze, ale nie była też taka jednowymiarowa, a Tanner zachowywał się tak, jakby jej intensywność była dowodem winy, a nie tylko nieporadnym sposobem utrzymania się przy życiu. Gdyby się nad tym zastanowiła, to chyba właśnie dlatego tak bardzo próbowała sobie żartować i nie brać niczego do siebie, bo jeśli sama nazwie siebie katastrofą, chaosem i beznadziejnym przypadkiem, to cudze stwierdzenie tego samego powinno boleć mniej. Teoretycznie.
Rei spojrzała przez szybę, mocniej łapiąc kubek. Może po prostu chciała, żeby ktoś taki jak Tanner Morgan, opanowany, konkretny i mocno osadzony w rzeczywistym świecie, zobaczył w niej coś więcej niż kłopot, no, może nie od razu przyjaciółkę, ale przynajmniej też nie kogoś, kto próbując zapalić świeczkę, podpalił sobie włosy.
Odruchowo dotknęła pasa bezpieczeństwa, kiedy zamki zaryglowały się cicho, a samochód ruszył przez parking.
— Przepraszam bardzo — odezwała się po chwili, obracając głowę w jego stronę. — Ledwie wyrosłam z pieluch?
Nie brzmiała tak, jakby była obrażona, choć określenie, którego użył, było niemal jak policzek.
— To bardzo śmiały tekst jak na mężczyznę, który sam wygląda, jakby urodził się od razu w garniturze i miał alergię na uśmiechanie — wytknęła, mrużąc lekko oczy. Najpierw myślała, że miał ją za staruchę, a teraz bezlitośnie oznajmił, że jednak widział w niej dzieciaka. Cóż, Rei dzieckiem nie była i z całą pewnością nie nazwałaby tak samej siebie, prędzej określiłaby się jako młoda kobieta przeżywająca kryzys wieku średniego, bo tak naprawdę od niedawna zaczęła żyć poza szpitalem i chyba zrozumiała, jak wiele ją ominęło.
Jego kolejne słowa przyjęła bez natychmiastowej reakcji, a to chyba samo w sobie było dowodem, że jednak umiała się zachować, tylko rzadko wybierała tę opcję jako pierwszą. Oczywiście, że ją uczono i oczywiście, że tata zrobił to jak najlepiej umiał, choć miał utrudnione zadanie, skoro jego żona w pewnym momencie się wycofała i uznała, że nie chce oglądać tego, jak jej córka umiera. Rei, może jedynie jakimś cudem, jednak żyła.
— Uczono mnie — odezwała się. — Nie wszystkie zasady się przyjęły, ale chyba nie jest tak źle, skoro wciąż tutaj jesteś i błaaaagam, nie mów mi tutaj o tym, że poczułeś się odpowiedzialny za dziewczynę, która dopiero co wyrosła z pieluch, bo mogłeś załatwić to wszystko inaczej, na przykład zostawić moje rzeczy w recepcji albo wysłać do szpitala jakiegoś swojego pracownika, ale nie, postanowiłeś pojawić się osobiście i wpadłeś… — chciała rzucić tekstem, że „cały na biało”, ale sobie darowała, wzięła głębszy oddech i wewnętrznie jęknęła, bo rozpoczęcie rozmowy o tym, po co to wszystko robił, było czymś, co wywoływało w niej dreszcz.
— Zapomnij. — Machnęła ręką, jakby odganiała od siebie natrętną muchę. Dopiła to cholerne kakao, które smakowało zbyt słodko i nieadekwatnie do całej tej sytuacji, a gdy Tanner Morgan wyrzucił z siebie oficjalne „proszę wpisać adres”, Reilynn miała wrażenie, że jej oko kilka razy podskoczyło.
Usuń— „Proszę wpisać adres” — powtórzyła pod nosem z przesadną starannością, jakby cytowała fragment pisma urzędowego. Przez moment miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, coś ostrzejszego. Coś w stylu, że nie da się raz przynieść komuś kakao, obudzić w nim rodzinnej traumy piankowej, użyć imienia przez całe trzy minuty, a potem cofnąć się do tonu obsługi klienta premium. Ale nie odezwała się, bo dotarło do niej to, co powiedział. Nie chciał być bliżej. Nie chciał, żeby jej chaos wszedł mu w życie i rozsiadł się tam z torbą, złamanym nosem i pretensją o oficjalne formy. I miał do tego prawo. Wpisała więc adres, nie dodając nic od siebie, a potem odwróciła głowę do szyby, próbując ignorować kierowcę. Jej zdrowa noga zaczęła nerwowo podskakiwać, co świadczyło jedynie o tym, że Rei toczyła wewnętrzną walkę sama ze sobą. Tanner Morgan był wkurzającym dupkiem, a ona? Ona była chaotyczną dupką i nawet nie próbowała temu zaprzeczać, tylko co mogło wyniknąć ze spotkania dwóch dupków?
Oparła głowę o szybę, obserwując miasto, które podobno nigdy nie zasypiało, choć Rei raczej w to wątpiła. Gdyby nie zasypiało, każdy prędzej czy później oszalałby z braku snu.
— Wiesz, że to określenie o mieście, które nigdy nie śpi, jest biologicznie podejrzane? — odezwała się nagle. I tyle było z jej milczenia, choć nie spodziewała się, że Tanner wejdzie w tę dyskusję, była zbyt abstrakcyjna, a Rei mówiła tylko po to, aby się czymś zająć. — Bo jeśli Nowy Jork naprawdę nigdy nie śpi, to znaczy, że funkcjonuje w stanie permanentnej deprywacji snu, a deprywacja snu prowadzi do zaburzeń koncentracji, drażliwości i… bardzo złych decyzji, co, przyznaję, tłumaczyłoby ceny mieszkań, Times Square i fakt, że ludzie nadal kupują sałatki za dziewiętnaście dolarów. Mam teorię, że miasto jednak śpi, tylko że kolejno zasypiają kolejne dzielnice, ale nigdy nie jest tak, że dwie śpią w jednym czasie… myślę, że… Manhattan i Brooklyn mają bezsenność wysokofunkcjonującą, Queens niby zasypia normalnie, ale bywa znerwicowane, Staten Island prawdopodobnie chrapie, a Bronx? Hmm, może to Bronx nigdy nie zasypia?
Rei Bothwell 👧🙄
Reilynn zmrużyła oczy, kiedy się zaśmiał. To było… niespodziewane. Tanner Morgan śmiejący się tak naprawdę, z poruszeniem klatki piersiowej i krótkim błyskiem białych zębów, był zjawiskiem tak niespodziewanym, że przez sekundę jej mózg się zawiesił. Nie podejrzewała, że będzie w stanie rozbawić prawnika jakimś swoim tekstem lub żartem, ale chyba jej się udało, skoro usłyszała to, co usłyszała, ba, Tanner nawet nie próbował się powstrzymywać. I to niby ona była dziwna?
OdpowiedzUsuń— Jestem… złożona — odparła dość ostrożnie, ale potem śmiało dodała: — Mam dwadzieścia sześć lat, ciało z przebiegiem, duszę emerytowanej bibliotekarki i emocjonalną odporność dziecka, któremu zabrano kredki. To… chyba uczciwe podsumowanie?
Uśmiechnęła się lekko. Nie zamierzała udawać, że jest poważna, choć umiała być, ani że zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować czy w ogóle jak żyć, bo tak naprawdę chyba nikt tego nie wiedział. Każdy miał jakieś role, jakieś powołanie lub zasady, które były ważne. Dla Rei najważniejsze było przeżycie swojego życia tak, aby ostatecznie niczego nie żałować. Poza tym niewiele istniało dla niej momentów poza szpitalem, więc chciała nieco pokorzystać, żeby później, leżąc w szpitalnym łóżku, mogła to wszystko wspominać z uśmiechem.
— Wiedziałam — mruknęła, gdy wspomniał o tym, że właściwie dałoby się powiedzieć, że urodził się w garniturze. — Mhm, a alergię na uśmiechanie nabyłeś po obronie, czy była wpisana w program studiów prawniczych od pierwszego semestru?
Zerknęła na niego z ukosa, z kubkiem kakao opartym o kolano. Zaraz potem parsknęła cicho i posłała Tannerowi szerszy uśmiech.
— Sporo ryzykowałeś tym śmiechem przed chwilą. Mam nadzieję, że nie zatrzyma nas żadna policja od uśmiechów prawników.
Przewróciła lekko oczami, słysząc te kilka zdań o byciu odpowiedzialnym. Potarła paznokciem papierowy kubeczek, w którym nie było już kakao, i kiwnęła lekko głową.
— Auć, czy ty właśnie nazwałeś mnie sprawą? — spytała nieco zaczepnie. — No tak, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność — rzuciła, bo trochę tak było, że Tanner miał tę moc, a właściwie moc sprawczą, że mógł dokończyć akurat tę konkretną sprawę. I niby przyjmowała jego tłumaczenie, ale jakoś nie wierzyła do końca w to, że gdyby nie chciał tego wszystkiego robić, to i tak by to zrobił, a raczej przekazał to w inne ręce, bo ostatecznie zawsze wszystko sprawdzało się do chcenia. I to był paradoks; stała się sprawą, której nie chciał, ale którą chciał doprowadzić do końca, mimo że wcale nie była nikim ważnym. Ciekawe.
Otworzyła usta, żeby zapytać, o co chodziło, ale Tanner tym razem ją uprzedził, więc grzecznie wysłuchała jego pytań.
— Pytanie o mój pseudonim i o potrzebę przyjaźni z Tannerem Morganem obok siebie? Nie grasz zbyt uczciwie. — Reilynn też rzuciła mu spojrzenie, bo pytał o bardzo konkretne i dość złożone rzeczy. — Nie publikuję pod moim nazwiskiem, ponieważ nie chciałam być kojarzona z rodzicami, mój tata jest architektem, matka aktorką teatralną, więc uznałam, że nie chcę wybijać się w ten sposób. Poza tym chyba potrzebowałam być nieco tajemnicza? No wiesz, jestem mimo wszystko dość anonimowa w tym, co robię, choć naprawdę uwielbiam pisać, kocham moich czytelników… Lynn R. Well jest po prostu pisarką, a Reilynn Bothwell ma trochę, jakby to ująć?, problemów.
Uśmiechnęła się lekko, mówiąc to wszystko, a potem zdała sobie sprawę z tego, że zostało jej jeszcze drugie pytanie. To gorsze.
— Jak to po co? Żeby móc wykorzystać tę przyjaźń, jesteś prawnikiem, może byś mi pomógł wynegocjować lepsze wynagrodzenie… — zaczęła, próbując zachować powagę, ale potrząsnęła głową ze śmiechem. — Tak naprawdę… to nie wiem. Gdy cię zobaczyłam, pomyślałam, że właśnie tego potrzebowałam, aby ułożyć sobie w głowie wątek elfa z mojej książki, a potem… hmm… może po prostu uznałam, że dobrze jest poznać kogoś, kto nie zna mnie ze szpitala, od taty czy Maeve? I wiem, że pączek to nie był najlepszy początek, przyznaję, ale... to było całkiem zabawne. Było, prawda?
UsuńWzruszyła lekko ramieniem i odetchnęła cicho. Oparła tył głowy o siedzenie, a swoje zielone oczy wbiła w profil mężczyzny; w ten sposób mogła nieco bezkarnie pooglądać prawnika z tej perspektywy.
— Nie potrzebuję twojej przyjaźni jak leku, Tanner — dodała. — Po prostu… pomyślałam, że może warto spróbować, skoro przeżyłeś spotkanie ze mną… Ale pytałeś, po co mi akurat twoja przyjaźń, więc odpowiadam: nie wiem jeszcze po co, może po nic konkretnego, a może po prostu dlatego, że pomyślałam, że… jednak warto powalczyć z twoją alergią na uśmiechanie, a jeśli ta alergia okaże się zabójcza, to nie musisz się obawiać o nekrolog. Napiszę coś ładnego.
Rei Bothwell 🧝♂️👀
Powiedziała swój pseudonim ot tak, raczej nie rozmyślając o tym, czy powinna to robić. Wątpiła jednak w to, aby Tanner cokolwiek zrobił z tą informacją, oprócz sprawdzenia sobie, co tak naprawdę pisała. I chyba lepiej, jeśli dowie się o tym, kiedy ona nie będzie zbyt blisko. Nie wstydziła się, oczywiście, literatury, którą tworzyła, jednak opinie o tym, że pisze seksy z elfami, nie były takie wyssane z palca, choć owa intymność, uczucia i dramy były częścią jakiejś większej fabuły.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, że mówiąc, że wolałbyś, żebym nie traktowała tego jako zachęty, tak naprawdę mnie zachęcasz? — Uśmiechnęła się pod nosem. — Ale możesz spać spokojnie, nie byłabym zbyt dobrą przestępczynią, no chyba że mówimy o przestępstwach przeciwko dobremu jedzeniu. Totalnie nie umiem gotować.
Oparła głowę wygodniej o siedzenie i zaczęła wyliczać na palcach.
— Raz spaliłam makaron, choć tata mówił, że raczej nie da się tego zrobić. Zrobiłam jajecznicę o konsystencji materiału budowlanego. O, i kiedyś próbowałam upiec muffiny i wyszły z tego małe, jadalne cegły…
Nie była urodzoną kucharką i raczej rzadko gotowała coś wymyślnego, najczęściej albo coś zamawiała, albo robiła najprostsze danie, jakie istniało, byleby coś zjeść. Nie była też zbyt wybredna, więc jeśli coś się za bardzo spiekło, i tak to jadła.
Dla niej Tanner nie był opcją. Może pojawił się w dobrym miejscu i o dobrym czasie, a może jednak to wszystko było decyzją przekornego losu. Rei nie miała pojęcia, ale nie sądziła, aby te różnice między nimi były aż tak wielkie. Poza tym przeciwieństwa się przyciągały, przynajmniej w teorii.
Gdyby miała określić, jak postrzega Tannera Morgana, z całą pewnością oznajmiłaby, że był dla niej jak zamknięta książka w twardej oprawie, z eleganckim grzbietem, bez opisu z tyłu i z bardzo wyraźną sugestią, że nie należy jej otwierać bez pozwolenia. Rei, niestety, całe życie miała z tym problem, co zapewne już udowodniła. Omiotła spojrzeniem jego profil, przesunęła wzrokiem po linii szczęki, a potem po ramionach, aż do palców trzymających kierownicę. Jeśli miałaby wskazać pierwszą lepszą różnicę, którą zauważała tak dotkliwie, to był nią wygląd, ale nie w tym oczywistym sensie. Wątpiła w to, aby Tanner Morgan miał kompleksy, i zresztą słusznie, wyglądał jak facet, który nie musiał się starać, żeby zachwycać, a ona? Ona bywała małolatą z pełną pieluchą, która próbowała nie umrzeć.
— Odmawiasz mi ładnego nekrologu? — zapytała ze śmiechem. — Poza tym nie sądzę, żebym zrobiła sobie krzywdę, walcząc z twoją rodzinną alergią na uśmiechanie. Mam doświadczenie w nierównych walkach.
Nie znała jego rodziny ani tej całej genealogii garniturów, dystansu i odziedziczonej niechęci do nadmiernej ekspresji. Ale wyobraziła sobie przez chwilę małego Tannera w minimarynarce, z poważną miną dziecka, które już wtedy wyglądało, jakby miało stanąć w sądzie. To było absurdalnie... urocze.
— A nekrologiem się nie martw, sama sobie napiszę, żeby mieć pewność, że jest tam wszystko, co chciałabym, żeby było — dodała. — Ale jeszcze nie teraz. Mam za dużo rzeczy do zrobienia.
UsuńOczywiście, że jako pacjentka onkologiczna kilka razy pisała już listy do najbliższych i pewnie umiałaby wyprodukować nekrolog w paręnaście minut, bo miała dość czasu, aby przygotować się do tego, co najgorsze, choć śmierć nie wydawała jej się aż taka straszna. Najbardziej raniące było jednak to, że umierając, zraniłaby tatę, który pewnie nie zdołałby się pozbierać, i Maeve. Dlatego chciała żyć jak najdłużej.
— Myślałam, że po wczorajszym mój status klientki został zawieszony do odwołania — powiedziała, gdy wspomniał o prezencie.
Maeve miała urodziny za cztery dni, a Rei naprawdę chciała, żeby ten prezent nie był przypadkowy czy kupiony w panice, ale nie spodziewała się, że Tanner zacznie ten temat. Sądziła, że odwiezie ją do domu i grzecznie się pożegna, a potem już nigdy, ale to nigdy się nie zobaczą, ostatecznie Nowy Jork był dość dużym miastem.
— Nadal chcę jej coś kupić — przyznała i kiwnęła lekko głową. — Przyjdę w sobotę… i dziękuję, Tanner, naprawdę.
Uśmiechnęła się do niego lekko, a potem odwróciła głowę, widząc już swój budynek. Gdy auto się zatrzymało, Rei wysiadła ostrożnie, najpierw wystawiając laskę, potem przenosząc ciężar ciała tak, żeby nie zrobić z tego kolejnego publicznego starcia z grawitacją. Zarzuciła torbę na ramię i pochyliła się jeszcze lekko przy otwartych drzwiach.
— I za podwózkę też dziękuję — dodała. — Do soboty. Jedź ostrożnie i uważaj na wszelkie drzwi po drodze, bywają zdradzieckie.
Pokiwała mu jeszcze krótko i odsunęła się, drepcząc w swoją stronę. Mieszkała w jednym z apartamentów, miała windę, a mieszkanie kupiła, gdy się dorobiła, pisząc kolejne historie o elfach. Może i dopiero wyrosła z pieluch, ale przynajmniej miała ładny widok na miasto z okna.
Sobota przyszła szybciej, niż Rei była gotowa przyznać. Przez ten czas prawie nie wychodziła z domu, stukając w klawiaturę. Pisała dużo, choć formalnie rzecz biorąc, można było uznać to za pracę, ale Rei wiedziała, że czasem pisanie było po prostu ucieczką przed własnymi myślami, a ona naprawdę nie chciała rozmyślać o tym, co się ostatnio wydarzyło, a już z całą pewnością nie o tym, że za miesiąc ma kontrolę i że być może to oznaka czegoś poważniejszego, może jej organizm znów uznał, że warto coś odwalić, bo już dawno Reilynn nie rzygała przed siebie z płaczem. W międzyczasie z jej twarzy zeszła opuchlizna, siniaki pod oczami pobladły, a nos przestał wyglądać karykaturalnie. Nadal bolał przy gwałtowniejszej mimice, ale dało się trzymać.
UsuńZanim wyszła z domu, długo stała przed szafą, po czym wybrała zwykłe jeansy i top, nic wyszukanego, ale przynajmniej było jej wygodnie. Jeansy były miękkie, trochę znoszone, dopasowane tak, żeby nie przeszkadzały przy protezie, czarny top był prosty i ładnie odsłaniał ramiona i obojczyki. Przez chwilę rozważała płaszcz, potem sweter, a ostatecznie marynarkę, w której wyglądałaby dojrzalej, ale koniec końców schwyciła za ciemną, luźną koszulę. Nie wyglądała jak klientka premium ani jak ktoś, kto miał wejść między gabloty pełne drogich kamieni i rozmawiać z Tannerem Morganem o prezencie dla Maeve. Wyglądała jak… ona. I to musiało wystarczyć.
Po drodze kupiła jedzenie, bo Tanner wspomniał, że miał być w salonie po godzinach, a Rei posiadała wprawdzie wiele talentów, ale gotowanie, cóż, lepiej tego nie komentować. Umiała wymyślać królestwa, łamać serca czytelnikom i przypadkiem wchodzić w cudze życie z pączkiem, ale kuchnia wydawała się zyskać miano jej osobistej nemezis. Dlatego papierowa torba z kupionym jedzeniem okazała się najlepszą opcją, żeby nie pojawić się w salonie z pustą ręką, a przy okazji zjeść coś konkretnego. Nie kupiła jednak niczego przypadkowego. Żadnych suchych kanapek w plastiku, żadnej smutnej sałatki, która wyglądałaby tak, jakby chciała ze sobą skończyć. Wzięła dwa ciepłe panini z dobrą mozzarellą, suszonymi pomidorami i pesto, pudełko makaronu z kurczakiem i cytrynowym sosem oraz porządną kawę z kawiarni. Dla siebie wybrała latte, dla Tannera czarną kawę, bo uznała, że mężczyzna wyglądający, jakby urodził się w garniturze, prawdopodobnie nie ufał piance, syropom ani rzeczom, które miały posypkę. Chociaż przez chwilę rozważała kupienie mu czegoś z karmelem tylko po to, żeby sprawdzić, czy to przeżyje.
Wchodząc do salonu, ostrożnie przeszła przez próg. Po godzinach było tutaj inaczej. Ciszej i bez tego napięcia, które wtedy natychmiast przykleiło się do jej skóry. Światła odbijały się w szkle gablot, kamienie połyskiwały chłodno i elegancko, a całe pomieszczenie sprawiało wrażenie sceny wyciągniętej z jakiegoś filmu. Kiedy zobaczyła Tannera, uniosła papierową torbę z jedzeniem i tackę z kawą.
— Przyniosłam posiłek dla człowieka pracującego po godzinach — oznajmiła, uśmiechając się. Podeszła bliżej, stukając laską o podłogę, i ostrożnie postawiła kawę na najbezpieczniej wyglądającej powierzchni, z dala od wszystkiego, co mogło kosztować tyle, co mały dom. — Czarna kawa jest twoja. Uznałam, że latte mogłoby naruszyć twój wizerunek.
Rei Bothwell ☕💎
Reilynn nie sądziła, aby jej nieumiejętność gotowania była jakąś wielką wadą. Nie była urodzoną kucharką, a do tej pory nie musiała nikim się opiekować, żeby faktycznie musieć umieć zrobić coś, co będzie zjadliwe, choć radziła sobie całkiem nieźle z kanapką i naleśnikami. I raczej nie doszukiwałaby się w tym tego, czy jest odpowiedzialna, czy też nie, bo akurat odpowiedzialna była, bo nie zdążyła spalić domu ani nikogo otruć. Punkt widzenia zależał od miejsca siedzenia, więc Rei nie wydawało się to jakąś zbrodnią. Pewnie gdyby miała rodzinę, zaczęłaby się bardziej przykładać albo poznałaby kilka przepisów, które nie skończyłyby się katastrofą. Nie miała jednak kogoś, kto wracałby wieczorem i pytał, co jest na kolację lub w ogóle kogoś, kto miałby konkretne miejsce w jej życiu, więc nie wykształtowała w sobie akurat tego rodzaju bycia odpowiedzialną. Może kiedyś.
OdpowiedzUsuńRei przechyliła lekko głowę, słysząc jego oficjalny ton. Pani Bothwell. Oczywiście, że wrócił do nazywania ją w ten sposób. Przejażdżka się skończyła, traktat pokojowy wygasł, a Tanner Morgan właśnie wrócił za swoją granicę, zamknął bramę i podniósł most zwodzony. Przez moment miała ochotę przewrócić oczami albo westchnąć, ale ostatecznie skapitulowała. Przyszła tutaj po prezent, a nie po dyskusję z Panem Prawnikiem, który w ładnych słowach kazałby jej się ogarnąć i zaznaczyłby, że tak naprawdę to wcale nie chciał się przyjaźnić, więc lepiej by było, gdyby kupiła to, co miała i już nigdy się nie pokazała. Przynajmniej tak to sobie wyobrażała.
— Panie Morgan — odpowiedziała równie uprzejmie z przesadnie poprawną dykcją. — Widzę, że wróciliśmy do ustawień fabrycznych.
Chciała być miła, ale bycie miłą wydawało się przy Morganie cholernie trudne. Nie jadał pączków z pistacją, co już wiedziała, i najwyraźniej nie tykał niczego oprócz swoich pięciu posiłków dziennie, a ona przyszła z papierową torbą, makaronem, panini i naiwnym przekonaniem, że spontaniczne jedzenie to dobry pomysł, żeby jakoś napełnić żołądek człowieka, który poświęcał jej swój czas po godzinach. Świetnie.
— No tak, bo wiedziałam doskonale, że je pan pięć posiłków dziennie i specjalnie przyszłam tutaj z jedzeniem, żeby kusić pana panini z mozzarellą — mruknęła, ostatecznie przewracając oczami.
Nie przyszło jej do głowy, żeby tutaj przyjść i zapytać, czy to w ogóle ma sens, bo nie chciała zabierać Tannerowi Morganowi więcej czasu. Poza tym sądziła, że żaden człowiek raczej nie odmawiał jedzenia. Teraz już wiedziała, że mogło się tak zdarzyć. Nie była jednak zawiedziona, rozumiała to, że miał dietę i jadał o określonych porach, jedzenie weźmie po prostu do domu i tam zje.
— Nie ma pan za co dziękować — wytknęła, bo ostatecznie nie miał zamiaru niczego zjeść. Uśmiechnęła się jednak pod nosem, gdy sięgnął po kubek z czarną kawą. Przynajmniej kawy sobie nie odmawiał, choć przez chwilę myślała, że kofeiny też nie przyjmie, bo może już wypił filiżankę espresso albo czegokolwiek innego i zaraz przekroczy limit.
— Konkretnej wizji nie mam, wiem tylko, że to powinien być naszyjnik albo bransoletka — odpowiedziała rzeczowo. — Może… po prostu się rozejrzę?
Odłożyła swoją torbę, a potem zdjęła z siebie koszulę i przewiązała ubranie wokół talii. Odgarnęła włosy za uszy i pochyliła się lekko nad szkłem. Przesunęła wzrokiem po cienkich łańcuszkach, drobnych zawieszkach, szafirach, perłach i diamentach, próbując wyobrazić sobie Maeve noszącą któryś z naszyjników. Wodziła spojrzeniem po tym, co pokazywał jej Morgan, kiwając głową albo prosząc o coś innego. Nie była wielką znawczynią biżuterii, kierowała się tym, co do niej przemawiało.
Już miała się wyprostować i uznać, że może powinna jednak kupić dla Maeve świeczkę, gdy zobaczyła ten jeden błysk. Klejnot w naszyjniku odpoczywał w aksamicie jak sekret zamknięty w szlifie: głęboki, chłodny i niejednoznaczny. W jednym kącie światła miał w sobie coś zielonkawego, niemal leśnego, jak cień pod mokrymi liśćmi, w następnym przełamywał się nagle w śliwkowy fiolet, purpurę i ciemny, malinowy poblask, jakby nie potrafił zdecydować, do którego świata właściwie należy.
Usuń— Piękny… — wyrwało jej się cicho.
Nachyliła się odrobinę bliżej, zapominając o tym, że powinna zachowywać dystans wobec rzeczy, które prawdopodobnie kosztowały tyle, ile mały dom, ale bardzo starała się pilnować samej siebie. Kamień zmienił się znowu, gdy poruszyła głową. Przez sekundę był zielony, potem ciemnofioletowy, potem prawie czerwony w samym sercu odbicia. Nie błyszczał tak po prostu, a odpowiadał światłu.
— Jak pan właściwie postrzega biżuterię? — spytała, nie odrywając spojrzenia od naszyjnika. — To znaczy… Dla wielu osób biżuteria to po prostu ozdoba, coś ładnego i drogiego, a pan nie wydaje się raczej człowiekiem, który sprzedaje błyskotki tylko dlatego, że ładnie odbijają światło.
Zerknęła krótko w stronę prawnika, a potem ruchem głowy wskazała na naszyjnik, bardzo starając się nie przycisnąć rąk do gabloty jak dziecko skuszone widokiem czegoś błyszczącego.
— Pytam całkiem serio. Jak pan to postrzega? Tylko technicznie, czy raczej jako… historię? W końcu biżuterię kupuje się z jakimś celem: urodziny, przeprosiny, obietnica, powrót, czasem miłość, a czasem strata. Czy to znaczy, że stał się pan handlarzem cudzych intencji?
Słysząc jak to zabrzmiało, dodała zaraz, aby nie miał ją za jeszcze większą wariatkę:
— Chodzi mi o to, że musi pan widzieć bardzo dużo rzeczy, których ludzie nie mówią wprost.
Rei Bothwell 📿✨
Obserwowała, jak ostrożnie zdjął naszyjnik z ekspozytora, i wydawało się, że nie czuł się tym zestresowany. Rei pomyślała, że to dlatego, że przez ręce Tannera przechodziło tyle drogocennych rzeczy, że ten nauczył się je odpowiednio chwytać, obracać i pokazywać. Nie odrywała spojrzenia od naszyjnika, który spoczął w męskich dłoniach – kamień znów wydał się inny, a Reilynn uśmiechnęła się lekko, widząc to. W jego dłoniach aleksandryt przestał wyglądać jak przedmiot zamknięty w gablocie, a zaczął przypominać coś… oswojonego. Jak małe, kapryśne zjawisko, które ktoś nazywał i wiedział, pod jakim kątem należy je ustawić, żeby zechciało pokazać kolejną twarz. Rei zauważyła sposób, w który łańcuszek przesuwał się po palcach Tannera, wyglądał niemalże tak płynnie jak wodospad, łapał się o knykcie, po czym spływał dalej. Aleksandryt znów złapał światło i rozlał się fioletowym cieniem między jego palcami. Przez sekundę miała dziwne wrażenie, że obserwuje jakąś magiczną sztuczkę, a wtedy Tanner minimalnie poruszył dłonią. Rei poczuła znajome ukłucie zachwytu, to nagłe, ciche napięcie w klatce piersiowej, kiedy coś układało się dokładnie tak, jak powinno – ostatnio czuła się w ten sposób, gdy miała zaledwie kilka lat i odkryła szkockie elfy. Nie te ładne, cukrowe i cnotliwe. Szkockie elfy były inne; starsze, bardziej niepokojące. Potrafiły być piękne w dziwny sposób, znikały w mgłach, mieszkały pod wzgórzami, zostawiały po sobie muzykę, która mogła doprowadzić śmiertelnika do szaleństwa, i światła kierujące do niebezpiecznych jaskiń. Kamień wydawał się równie przewrotny jak szkockie elfy i Reilynn była pewna, że któraś z tych istot zachwyciłaby się aleksandrytem równie mocno jak ona.
OdpowiedzUsuń— To niesamowite — przyznała. — Pierwszy raz widzę tyle kolorów w jednym, małym kamyku. — Potrząsnęła lekko głową, nieco niepewnie wyciągając dłoń do naszyjnika. Jej palce były długie i chude, paznokcie zadbane, ale krótko przycięte, a kiedy dotknęła biżuterii, spięła się lekko, obawiając się, że coś zepsuje, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Rei przez chwilę milczała. To było rzadkie, bardzo rzadkie, tak rzadkie, że gdyby Maeve była teraz obok, pewnie natychmiast sprawdziłaby jej puls, a potem zapisała datę w kalendarzu jako historyczny moment, w którym Reilynn Bothwell usłyszała coś, co naprawdę zamknęło jej usta. Tanner Morgan nie odpowiedział jak sprzedawca; nie mówił o cenie, certyfikacie czy o procesie powstawania naszyjnika. Nie opowiedział jej gotowej, eleganckiej historii, którą można było bez obaw powtórzyć. Powiedział coś prawdziwego.
Rei spuściła wzrok do naszyjnika, który znalazł się w jej dłoniach. Złoto było nieco chłodne, ale po chwili zaczęło łapać jej ciepło. Aleksandryt znów przesunął się z fioletu w zieleń, jakby nie zamierzał nikomu obiecywać jednej wersji siebie. I nagle poczuła się dziwnie świadoma własnych palców, nadgarstka, żył pod skórą, tego, jak trzymała ręce, zdecydowanie trochę niepewnie, trochę zbyt ostrożnie, jakby bała się, że zepsuje coś pięknego tym, że po prostu znajduje się obok.
— Rozumiem. Z książkami jest podobnie. Można napisać perfekcyjne zdanie, eleganckie i poprawne, takie, za które redaktor nie ma się do czego przyczepić… a ono i tak może być martwe, bo mogłoby zostać wypowiedziane przez kogokolwiek. Dlatego staram się pisać tak, aby słowa pasowały do danego bohatera… to jak z biżuterią, którą będzie nosić konkretna osoba. — Uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się do Tannera, głaszcząc delikatnie naszyjnik palcami.
Nagle pomyślała, że to porównanie przyszło jej zbyt łatwo, ale to może dlatego, że pierwszy raz od dawna ktoś mówił o swojej pracy w sposób, który rozumiała nie tylko głową, ale też sercem. Tanner nie opowiadał o biżuterii jak o produkcie, tylko jak o czymś, co musiało odnaleźć właściwego człowieka, i chyba to w jakiś sposób ją poruszyło.
— Chcę, żeby naszyjnik podkreślił to, jaką osobą jest Maeve. Czasem nazywam ją kolorowym ptakiem. Może… pokażę zdjęcie? — Ostrożnie oddała Morganowi biżuterię, a potem schwyciła za telefon komórkowy. Odblokowała ekran, weszła w zdjęcia i przewinęła kilka, aby wybrać to najlepsze; niestety znalazła tylko wspólną fotkę ze szpitala. Tam Maeve siedziała na brzegu szpitalnego łóżka Rei, w kolorowej koszuli, z trochę potarganymi rudymi włosami i szerokim uśmiechem; zrobiła sobie wtedy jasny, artystyczny makijaż. Jedną ręką trzymała plastikowy kubek z kawą, drugą obejmowała Rei tak mocno, jakby próbowała ją przy sobie zatrzymać. Reilynn natomiast wyglądała blado, była zmęczona i czuła się brzydka, z kocem naciągniętym pod brodę. Zawahała się. Przez sekundę miała ochotę przewinąć dalej, znaleźć coś ładniejszego, bardziej neutralnego, mniej obnażającego. Cokolwiek, co nie miało w tle szpitalnej ściany i kroplówki, ale to zdjęcie było prawdziwe, a Maeve wyglądała na nim najbardziej jak Maeve. Jak kolorowy ptak.
Usuń— To nie jest najlepsze zdjęcie pod względem… właściwie pod każdym względem — powiedziała Rei, podsuwając telefon Tannerowi. — Ale chyba najlepiej pokazuje to, jaka jest Maeve.
Rei Bothwell 🦜📸
Rei, pokazując to zdjęcie, nie podejrzewała, że Tanner w ogóle cokolwiek skomentuje, choć pewnie zauważył i szpital, i to, że nie wyglądała wtedy najlepiej. Tak naprawdę Reilynn w ogóle wątpiła w to, że kiedykolwiek prezentowała się dobrze. Była zbyt chuda, zbyt koścista, zbyt niska i zazwyczaj ubierała się wygodnie, a nie szykownie. Brakowało jej elegancji, choć to nie oznaczało, że nie miała takich ubrań w swojej szafie, tylko że nauczyła się wybierać to, czego nie żałowałaby pobrudzić, bo zdarzało jej się kaszleć krwią czy mdleć gdzieś wśród tłumu. Zresztą nie czuła potrzeby, żeby się jakoś wybitnie stroić, oprócz tych kilku mniej lub bardziej udanych randek, których tak naprawdę wcale nie chciała pamiętać. Najgorsza była chyba ta, podczas której facet opowiadał o swojej byłej, a potem kazał jej zapłacić za całą kolację, co, oczywiście, nie byłoby problemem, tylko że później nawet jej nie podziękował. Rei przestała więc umawiać się z facetami z Tindera i tak mijały kolejne lata. Maeve śmiała się z niej, że może jej przeznaczeniem jest zakon, a Reilynn zawsze odpowiadała, że nie może zostać zakonnicą, bo za bardzo uwielbia męskie klaty i zarost. I to był istny paradoks, bo ewidentnie lubiła ładnych, zadbanych facetów, ale nienawidziła, gdy ten ładny i zadbany mężczyzna otwierał buzię i wylewało się z niej to, co najgorsze.
OdpowiedzUsuńRei patrzyła za nim, kiedy przechodził do kolejnej gabloty, i przez kilka sekund naprawdę bardzo starała się nie wyglądać tak, jakby jej zaimponował, niestety, bez większego powodzenia, bo tak naprawdę od samego początku, no, oprócz małej dyskusji o jedzeniu i pięciu posiłkach, czuła się tutaj jak klientka premium. Tanner Morgan otworzył przed nią świat biżuterii i prowadził za rączkę, pokazując swoje świecidełka, a Reilynn dała się to wszystko wciągnąć bez zająknięcia.
— Szlif gruszkowy, a nie brylantowy… — powtórzyła, niczego nie rozumiejąc, bo nie miała pojęcia, czym to się niby od siebie różniło, ale gdy pochyliła się nad gablotą, kiwnęła lekko głową. — Oooo… teraz widzę.
Aleksandryt w szlifie gruszkowym był inny, bardziej miękki i płynny, a jednocześnie wyraźniejszy. Kształt łezki sprawiał, że kamień wyglądał mniej jak ozdoba, a bardziej jak coś, co miało z czegoś spłynąć, i zostało uwiecznione właśnie w tym konkretnym momencie.
— Tak, złoto będzie lepsze — stwierdziła, przytakując temu, co mówił Morgan. Może nie umiałaby wyjaśnić, dlaczego to powinno być złoto, ale widziała to od razu. Srebro było piękne, lecz zbyt chłodne dla Maeve, niedopasowane do kolorowego ptaka, którym była. — Byłoby świetnie, gdyby się to panu udało. Myślę, że Maeve będzie zachwycona… to naprawdę piękny kamień i projekt — dodała, sądząc, że to zabierze jego czas, chyba że był jakiś sposób, aby szybko wrzucić kamień do pasującego kruszcu. Tak czy inaczej, była gotowa zapłacić dodatkowo, gdyby o tym wspomniał.
Reilynn nie miała pojęcia o tym, że aleksandryty były jednymi z najdroższych kamieni, jakie znajdowały się w tym salonie, bo przychodząc tutaj, nie pomyślała o tym, żeby to sprawdzić. Zresztą to nie miało znaczenia, bo akurat mogła sobie pozwolić, aby kupić coś droższego niż zazwyczaj. Rei podchodziła do pieniędzy dość prostolinijnie. Zarabiała i wydawała, a że zarabiała więcej niż wydawała, to czasem kupowała coś najbliższym, przekazywała szereg czeków fundacjom albo robiła z pieniędzmi inne pożyteczne rzeczy. Ostatecznie chodziło o to, żeby cieszyć się życiem i tym, że znalazła się w takiej pozycji, aby czasem kupić sobie totalną głupotę. Albo błyskotkę.
Rei jeszcze przez chwilę oglądała aleksandryt, wyobrażając sobie go już nie w srebrze, ale w ciepłym złocie, na szyi Maeve, a potem rozejrzała się bez pośpiechu po salonie. Dopiero teraz, kiedy wybrała prezent i wiedziała, że to jest to, pozwoliła sobie przyjrzeć się gablotom zupełnie inaczej.
UsuńByły tam pierścionki, które wyglądały, jakby powinny należeć do kobiet łamiących serca, bransoletki cienkie jak linie światła i naszyjniki tak delikatne, że pod odpowiednim kątem znikały. Były też kamienie; chłodne, czyste, niemal lodowe, i takie, które wydawały się mieć w sobie zamknięty ogień.
— A dla mnie? — zapytała nagle. Uśmiechnęła się lekko, ale nie uciekła spojrzeniem od twarzy Tannera. — Skoro patrzy pan na ekspresję, gesty i to, czy ktoś mówi rękami… to co by pan polecił komuś takiemu jak ja?
Poruszyła palcami przy lasce, jakby nagle stała się świadoma własnych rąk. Tego, że często mówiła nimi więcej, niż powinna. Że łapała się przedmiotów, gdy robiło się zbyt cicho. Że jej ciało bywało jednocześnie czymś, co chciała ukryć, i czymś, czego nie mogła przestać używać do opowiadania o sobie, bo nie mogła zapomnieć o lasce, bliznach czy protezie, która była częścią jej osoby. Co więc wydobyłoby z niej prawdziwą Reilynn Bothwell? Czy w ogóle istniało coś takiego>
Rei Bothwell 🤲👀
Kiwnęła głową, gdy powiedział, że odezwie się, kiedy naszyjnik będzie gotowy. To oznaczało, że miał jej numer i że karteczka, którą wcisnęła mu w kawiarence, nie została wyrzucona do kosza. Uśmiechnęła się nawet lekko, bo nie sądziła, że faktycznie zostawił sobie kontakt do niej. Pewnie nie myślał nawet, że przyda mu się ten ciąg cyfr, co w ogóle było dość absurdalne, bo w całej tej relacji, która zaczęła się trochę bez zgody Tannera Morgana, wszystko wydawało się zupełnie nieprzewidywalne, a Reilynn po prostu płynęła z prądem.
OdpowiedzUsuńPrzez pierwsze dwie sekundy Rei była całkiem zadowolona z własnego pytania, bo naprawdę chciała wiedzieć, co wybrałby dla niej Morgan i czy w ogóle coś takiego istniało, a potem Tanner rozchylił lekko usta, zamknął je i zbliżył się o krok, a wtedy Reilynn zrozumiała, że wpadła we własną pułapkę. I choć nie przewidziała, że to się stanie, nie zmieniłaby niczego, gdyby dano jej taką szansę. Wystawiła się, aby Tanner Morgan ją ocenił, przyjrzał się jej okiem eksperta od kamieni, skóry, obojczyków i ludzkiej ekspresji. Nie wiedziała jednak, że w tym wszystkim jego spojrzenie będzie tak bezpośrednie i całkowicie pozbawione skrępowania, jakby naprawdę miał prawo ją oglądać, jakby jej twarz, szyja, skóra i dłonie były częścią jakiejś tajemnicy, którą chciał poznać.
Tanner nie patrzył jednak zbyt długo, a dokładnie tyle, ile trzeba. I właśnie tyle potrzebowała, aby jej ciało zupełnie ją zdradziło. Jej serce zabiło szybciej, oddech stał się odrobinę płytszy, a palce mocniej złapały laskę. Nie ruszaj się, pomyślała, zachowuj się normalnie. Kiedy jego spojrzenie zatrzymało się przy jej twarzy, Rei musiała powstrzymać odruch zasłonięcia nosa, aby jednak nie dostrzegł tej nikłej opuchlizny czy ledwo widocznych siniaków; gdy tak się jej przyglądał, wzrastał w niej znajomy lęk przed tym, że jeśli ktoś będzie patrzył w jej stronę zbyt uważnie, w końcu dojdzie do tego, że zacznie widzieć nie ją, tylko mapę wszystkich uszkodzeń i braków.
A potem uniósł dłoń. I ten gest, ten właściwie spokojny i pewny gest, sprawił, że wstrzymała powietrze, a jej twarz przybrała czerwony odcień. Miała wrażenie, że przez ułamek sekundy jej świat skurczył się do miejsca, w którym jego palce musnęły jej włosy, a wyjątkowo irytujące ciepło rozeszło się gdzieś pod jej żebrami tak szybko, że przez moment nie wiedziała, co się dzieje. Rozchyliła nieco usta, aby coś powiedzieć, jakoś zareagować, ale nie była w stanie się odezwać, a kiedy Tanner spojrzał jej w oczy, przez chwilę zastanawiała się, czy dostrzegał w niej więcej niż jeden kolor; tak jak aleksandryt obracany pod światło, który pod odpowiednim kątem wyglądał inaczej. Ale to była też okazja, żeby przyjrzeć się jego oczom i Reilynn robiła to w tym momencie tak bezwstydnie jak on, choć Tanner nie wyglądał w tym momencie jak speszony burak. Wypuściła z płuc powietrze dopiero wtedy, gdy Morgan się wycofał, sięgając kasetkę jubilerską. To był moment, w którym poprawiła włosy, które zostały dotknięte przez jego palce; Rei uśmiechnęła się przy tym lekko, odtwarzając w głowie ten konkretny gest, a potem Tanner wrócił i znów odebrał jej głos.
Miała zamiar odpowiedzieć i już przygotowywała sobie w głowie jakiś ironiczny komentarz o tym całym pięknie, bo wcale nie czuła się wyrazista, jak mówił Morgan, tak właściwie zawsze wydawało jej się, że była dość szara i że łatwo dało się ją przeoczyć, ale w słowach Tannera nie było słychać niczego fałszywego, więc jak miała się z tym kłócić, skoro podejrzewała, że nie mówił tego ot tak, a naprawdę tak uważał?
A kiedy mężczyzna stanął za nią, Rei odpuściła sobie gadanie. Nie była przygotowana na to, że znajdzie się tak blisko ani że jego dłonie pojawiają się po obu stronach jej szyi. Zaraz potem poczuła chłód łańcuszka. Jego palce musnęły jej kark, krótko, lekko, prawie przypadkiem, i Reilynn mimowolnie się spięła, walcząc z idiotycznym odruchem wstrzymania oddechu. Kiedy dłonie Tannera się odsunęły, Rei dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że przez kilka sekund stała zbyt nieruchomo, jakby bała się ruszyć. Opuściła wzrok do szmaragdu; kamień był skromniejszy, niż się spodziewała, ale nie próbował jej przykryć i nie wymuszał sztucznego zachwytu. Był... piękny.
Usuń— Ostatecznie chyba wszystko ma swoją niepowtarzalną historię, prawda? — odezwała się, nawiązując do tego, co powiedział o śladach powstawania kamienia. — Ale… jak ocenić to, czy ktoś ma czystą duszę?
Reilynn podniosła wzrok do lustra i przez moment nie wiedziała, co zrobić z własnym odbiciem. Nie wyglądała jak ktoś szary czy łatwy do przeoczenia. Szmaragd nie zmienił jej w inną osobę, nie przykrył śladów zmęczenia ani tego wszystkiego, co nosiła pod skórą, ale wydobył z niej coś, czego sama rzadko szukała w lustrze. Przerzuciła wzrok, aby wbić oczy w lustrzane odbicie Tannera Morgana, który stał za nią, ale to wcale nie sprawiało, że był mniej widoczny; doskonale dostrzegała jego twarz i uśmiech, który ją rozjaśnił. Widząc to, Reilynn również się uśmiechnęła.
— Myślę, że tylko ktoś taki jak ty może widzieć we mnie coś ze szmaragdu. To… miłe… dziękuję — odpowiedziała, pozwalając sobie użyć mniej oficjalnego tonu, skoro i Tanner wypowiedział jej imię. Obserwowała mężczyznę w lustrze, nie odwracając się jeszcze przodem. Łatwiej było mówić do odbicia, bo miało w sobie dystans, cienką warstwę szkła i światła, co pozwalało jej być nieco odważniejszą w starciu z całą gamą dziwacznych emocji, które postanowiły zagnieździć się pod jej skórą.
Rei dotknęła opuszkami palców szmaragdu. Był chłodny, gładki i pewny swojego miejsca, jakby dokładnie tak powinien się znajdować. Odwróciła się wolno w stronę Tannera, ale nie cofnęła się.
— Wezmę też ten naszyjnik — oznajmiła, chcąc zabrać szmaragd do domu. Może nie będzie mieć wielu okazji, aby założyć łańcuszek i pochwalić się nową biżuterią, ale w tym momencie wcale nie chodziło o materialność tego przedmiotu, a o to, jak się teraz czuła i jak właściwie dość mały kamień potrafił jej pokazać, że też może być jakaś.
Rei Bothwell 🪞💚
Inni zobaczyliby w niej tę dziewczynę, która sączyłaby czarną kawę i paliłaby do tego cienkiego papierosa; rozmawiałaby otwarcie o seksie i bez żadnych zahamowań zarzuciłaby mięsem. Nie była fanką matchy, pilatesu czy też żadnych kursów o kobiecości. Miała swoje zasady. Miała swoje miejsce na tej ziemi. Nikt ani nic nie zmieni nastawienia Vanessy Kerr do tego świata, a co za tym szło, mogli o niej plotkować, budować sobie różne wyobrażenia, ale jeśli ktoś kocha uprawiać seks, a nie oglądać powtórkę serialu z wczoraj, to czy jest od razu złem chodzącym? Nie była dziwką. Jeśli Doreen Johnson tak o niej myśli, z chęcią wytłumaczy jej różnicę, bo daleko Vanessie było do prostytucji, gdyż lista kochanków należała do bardziej skromnych niż rozbudowanych, ponieważ nie wybierała się do łóżka z co drugim mężczyzną. To nie było jej dodatkowe źródło dochodu. Miała jedną pensję. Przelewaną na konto raz w miesiącu w okolicach dziesiątego dnia, lecz nie skamlała lub nie robiła afery, wychodząc czy to z hoteli, czy z ich prywatnych mieszkań, gdy nie dostała pieniędzy lub prezentu. Dlaczego? Ona sama czerpała z tego przyjemność. Z tego, że ten mężczyzna poświęcił jej wystarczająco dużo czasu, dbając o nią w łóżku, a nie wstydząc się jej przed kolegami, czy wybierając weekend gier przed komputerem, bo tacy byli chłopcy w wieku Nessy. ROZRYWKA. Nie uczucie. Chcieliby ją zdobyć w klubowej łazience i za chwilę zapomnieć, żeby pójść następnego dnia na siłownię, nagrać z tego rolkę na Tik Toka, czy zdobyć trudny level w grze o niezrozumiałej fabule.
OdpowiedzUsuńTak też wybierała partnerów dojrzałych, starszych od niej o kilka albo kilkanaście lat. Nikomu nie robiła krzywdy i też nie wolno było posądzać jej o to, iż zrobiła z odwiedzających salon jubilerski klientów żywego Tindera. Bo jeśli ktoś myślał, że widząc, jak wchodzi ładnie ubrany, uśmiechający się i przystojny mężczyzna, a ona zamiast wymieniać zalety biżuterii, reklamuje siebie, to ci wszyscy żyliby w ogromnym błędzie. Najpierw praca, dopiero później zabawa, a to, że akurat miała kochanków, którzy odwiedzili salon jubilerski w dalszej czy też bliższej przeszłości, to czysty przypadek, gdyż zwykły komplement albo leciutki flirt przy wydawaniu paragonu, jeszcze nikomu specjalnie nie zaszkodził. Robiła to z głową. W sensie od jakiegoś czasu wcale, bo nie potrzebowała zbędnych wrażeń.
Ignorując deszcz, pochwyciła folię, dziękując za nią Tannerowi Morganowi, który zapewne podczas jej prędkiego wyjścia na papierosa, poinformuje kogoś z ekipy, co się stało i żeby nikt się o nich nie martwił. Chroniąc się na zewnątrz, wypaliła prędko cienkiego szluga i wróciła do niego, aby nie moknąć oraz nie marznąć, gdyż z tej przyjemnej, dość wysokiej temperatury zostało tylko wspomnienie.
— Dziecięce marzenia są piękne. Jedni marzą, żeby być syrenką, drudzy już nie, z kolei inne dziewczynki chcą tak, jak Amber być czarodziejką albo Atomówką. Później i tak wszyscy jesteśmy doradcami klienta, księgowymi, informatykami, mechanikami, prawnikami i pracownikami wielkich fabryk. Niekoniecznie tych, w których płynie bez przerwy czekolada. — wyjęła tajemną broń, łamiąc słodkość na kostki. — Moja ulubiona. Biała z pistacją i maliną. Proszę się częstować. — podeszła bliżej i wyciągnęła tabliczkę czekolady w stronę Tannera. — A pan? Pan jakie miał marzenia, gdy był pan w wieku córki? Coś takiego nieoczywistego chciałabym usłyszeć. Chyba nie chciał być pan od razu prawnikiem i jubilerskim erudytą?
Dla Nessy był prawdziwym koneserem sztuki jubilerskiej. Jak dla niej to już jednym spojrzeniem potrafił odróżnić mistrzowskie dzieło od przeciętnej ozdoby, dlatego tak bardzo doceniała fakt, że to on może być dyrektorem sprzedaży w miejscu, w którym miała przyjemność pracować, ponieważ wybór tej ścieżki zawodowej nie był i raczej nie będzie dla niej żadną formą kary.
Vanessa Kerr 💍
Palce Reilynn drgnęły przy szmaragdzie. Pękają, oczywiście, że te kamienie pękają w przypadku nieczystej duszy, bo najwyraźniej miały swoje standardy moralne, a ona właśnie stała w salonie jubilerskim z naszyjnikiem na szyi i dowiadywała się, że jeśli jej dusza okaże się niewystarczająco czysta, biżuteria może złożyć reklamację i to dość dramatyczną. Reilynn nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy jej dusza jest dość czysta, wszystkie te duchowe sprawy miały dla niej małe znaczenie. Uwielbiała o tym słuchać, czytać czy dowiadywać się nowych rzeczy, ale nie wierzyła w nic. Tak chyba było łatwiej zaakceptować fakt, że choruje, niż przyjmować za pewnik, że dzieje się tak, bo ktoś to zaplanował, bo Bóg miał dla niej plan. Jeśli Jego planem było całe to cierpienie i poczucie bycia wybrakowaną, to z całą pewnością okrzyknęłaby Go sadystą. Nikt normalny nie bawiłby się w takie rzeczy.
OdpowiedzUsuń— Cudownie — mruknęła. — Czyli oprócz tego, że wygląda ładnie, pełni też funkcję sądu ostatecznego w wersji jubilerskiej.
Rei szczerze wątpiła, aby kiedykolwiek dostała szmaragd w pierścionku zaręczynowym. Nie spotykała się z nikim, nigdy też nie dopuściła do siebie kogoś tak blisko, żeby w ogóle móc myśleć o takich rzeczach. Owszem, miała kiedyś kilku crushów, złamane serce i z całą pewnością nie chodziło o to, że nie chciała się zakochać, bo rozumiała całą tę koncepcję, tylko że trudno było myśleć o tym, co będzie, jeśli przyszłość wydawała się dość mglista. Poza tym brała pod uwagę to, że może umrzeć, więc planowanie wspólnego życia z kimś wydawało jej się okrutnie nieodpowiedzialne. I to przede wszystkim wobec kogoś, kto mógłby wejść w jej życie z całym swoim sercem, a potem zostać w nim z rzeczami, których nie dało się oddać, spakować ani wyrzucić po pogrzebie. Ze wspomnieniami, z kubkiem po jej stronie łóżka, z niedokończoną książką i wiadomościami, na które już nigdy by nie odpisała. Dlatego nie wyobrażała sobie pierścionków, zaręczyn czy obietnic składanych z naiwną wiarą, że przyszłość jest czymś, co można zaplanować w kalendarzu i zarezerwować salę z wyprzedzeniem. Nie dlatego, że gardziła miłością, wręcz przeciwnie, może właśnie dlatego, że traktowała ją zbyt poważnie. Miłość nie była dla niej ładnym rozdziałem dopisanym po wszystkich trudnościach, była czymś, co wymagało bycia, a Rei nie zawsze ufała samej sobie, że będzie mogła zostać.
Spojrzała w lustrze na szmaragd leżący na jej skórze. Lojalność. Wierność. Czysta dusza. Piękne słowa, stare legendy, kamienie pękające pod ciężarem ludzkich win. Wszystko to powinno ją rozbawić, powinna rzucić kolejny żart, że szmaragd ma chyba zawyżone oczekiwania wobec kandydatów i że jej dusza jest co najwyżej w stanie roboczym, ale po prostu się zamyśliła, bo przez sekundę pomyślała, że może najbardziej bała się nie tego, że nikt nigdy nie da jej szmaragdu, tylko tego, że ktoś mógłby chcieć to zrobić, że ktoś mógłby spojrzeć na nią, na wszystkie jej pęknięcia, blizny, lęki, złośliwe żarty i niepewną przyszłość, a mimo to uznać, że warto i że chciałby zostać.
Zanim zdążyła zrobić krok w bok albo jakoś rozsądnie pomóc, jego dłonie znów znalazły się ponad jej ramionami. Tym razem wiedziała, czego się spodziewać, a mimo to wcale nie było łatwiej. Stała nieruchomo, czując, jak rozpinane zapięcie porusza się przy jej karku. Cienki łańcuszek zsunął się z jej szyi, zostawiając po sobie chłodną, pustą linię. Szmaragd zniknął z jej dekoltu, a Rei, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła się przez sekundę tak, jakby odebrano jej coś, co jeszcze przed chwilą wcale do niej nie należało. Odsunęła się odrobinę, kiedy łańcuszek znalazł się w dłoniach Tannera, i obserwowała, jak przygotowuje lupę.
— Wezmę ten naszyjnik, nawet jeśli ma jakieś wady — oznajmiła, zanim w ogóle Morgan zacząć oględziny. Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie nadal trzymało się kamienia.
UsuńWiedziała, dlaczego to powiedziała; po jego słowach o inkluzjach i śladach powstawania myśl o idealnym, nieskazitelnym szmaragdzie wydała jej się nagle podejrzanie obca. Jakby taki kamień nie miał z nią nic wspólnego, jakby był przeznaczony dla kogoś, kto nigdy się nie łamał i nie miał wad, a Rei była dumną posiadaczką co najmniej kilku. Była uparta, zbyt gadatliwa, czasem nieznośnie ironiczna. Potrafiła ukrywać strach pod żartami tak długo, aż sama przestawała wiedzieć, kiedy przestała udawać. Uciekała w pisanie, udawała, że nie potrzebuje pomocy, a potem miała żal, gdy ktoś rzeczywiście jej nie dawał. Była chaotyczna, drażliwa, niecierpliwa i miewała skłonność do traktowania własnego ciała jak wroga, choć przecież to ciało robiło wszystko, co mogło, żeby jakoś funkcjonować.
— Powiedział pan, że ślady nie zawsze są wadą — dodała ciszej. — Że czasem potwierdzają prawdziwość, więc… to bez znaczenia.
Rei Bothwell 💎✨