aktualności

11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

22/08/2024

[KP] Excellent fun 'til you get to know her

And if you'd never come for me
I might've drowned in the melancholy

Sophia Moreira

Sophia Antonette Moreira ——— 22 latka; urodzona 21 marca 2003 roku w Nowym Jorku ● Natomiast od drugiego roku życia do dziewiątego mieszkała w São Paulo w Brazylii skąd pochodziła jej mama ● Studentka czwartego roku architektury krajobrazu na Columbia University ● Co roku wolontariuszka w sanktuarium dla zwierząt na Kostaryce ● Córka przedwcześnie zmarłej biolożki i CEO sieci hoteli Veritas Grand Hotels, który uczucia okazuje kolejnymi przelewami, bo inaczej już nie potrafi ● Podłużna blizna ciągnąca się od nadgarstka po łokieć na prawym przedramieniu ● Penthouse przy 111 West 57th Street dzielony z ojcem, macochą, przyrodnią i przybraną siostrą, z którymi ma napięte relacje ● Podwładna Chestera, który ze wszystkich domowników polubił tylko Soph i uroczej DaisyPowiązania ● Instagram

Bo wypadek to dziwna rzecz. Nigdy jej nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Sophia Moreira nie jest postacią znaną, choć zdawać by się mogło, że mając popularnego ojca będzie próbowała wybić się na jego plecach. Nic jednak bardziej mylnego, bo wcale się nie wychyla i nie korzysta, zbyt często, z popularności ojca. Na próżno więc szukać jej kont w mediach społecznościowych, bo i tak się ich nie znajdzie. W przeciwieństwie do swoich sióstr nie jest głodna rozgłosu i uwagi. W zupełności wystarcza jej bliskie grono przyjaciół, na których wie, że może polegać i że nie kręcą się przy niej ze względu na majątek, który w przyszłości odziedziczy. Żyje po cichu, ale nie odmawia sobie luksusów, które zapewnia jej każdego dnia ojciec. Zamiast wydawać tysiące na nowe ubrania woli wybrać się w długą podróż, bo poznanie nowych kultur, smaków, ludzi i miejsc nasyci ją bardziej niż droga sukienka, którą pewnie i tak zapomniałaby włożyć.

Przyszła na świat w prywatnej klinice na Manhattanie, ale swoje serce zostawiła w Brazylii w miejscu, gdzie urodziła się i wychowała jej mama. Przy każdej wizycie odzyskuje małe kawałeczki, lecz te znikają w chwili, w której znajdzie się na pokładzie samolotu, który z powrotem zabiera ją do Nowego Jorku. Większość swojego czasu spędza z rodziną od strony mamy w jej rodzinnym kraju lub włócząc się po świecie, o ile ma czas wolny od zajęć. Apartament na Manhattanie już od dawna nie ma w sobie rodzinnej atmosfery. Jeszcze parę lat temu przestrzeń wypełniona była miłością, wzajemnym oddaniem. Dziś, pomimo że mieszkanie jest zapełnione ludźmi jest w nim ponuro, chłodno i nieprzyjemnie.

Trzyma się raczej na uboczu i nie zwraca na siebie uwagi. Dalej nie przyzwyczaiła się do nowej, a w zasadzie obcej codzienności. Nie mówi głośno, że przeszkadza jej nowa żona ojca i jej córki. Ani o tym, że tęskni za ojcem, który od dnia wypadku zmienił się nie do poznania, a śladu po tym ciepłym i czułym człowieku już nie ma.

Sophia żyje po swojemu i stara się nie wchodzić macosze i jej córkom w drogę. Wychodzi wcześnie rano z apartamentu, ale nie wsiada do samochodu z prywatnym kierowcą tylko biegnie na metro. Zawsze wstąpi po ulubionego bajgla i kawę na mleku owsianym z syropem waniliowym. W ciągu dnia pilnie się uczy, a czasami tylko udaje, że zwraca uwagę na to, co dzieje się na wykładach. Zbyt często marzy o niemożliwych rzeczach, a jeszcze częściej marzy o ucieczce z Nowego Jorku. Najbardziej na świecie chciałaby cofnąć czas i nie dopuścić do wypadku, który rozbił jej rodzinę. Wie, że to jest niemożliwe, więc ze smutnym uśmiechem pociera obrączkę mamy, którą nosi na środkowym palcu lewej dłoni i wraca do rzeczywistości. Tej nieco smutnej i szarej, ale mimo to i tak stara się z niej wyciągnąć to, co najlepsze. 

Znowu ja, cześć! Taylor Swift, A.A. Milne & Dina Denoire
Karta: I; II; III; IV; V

200 komentarzy:

  1. Sophia chciała, żeby wszystko było słodkie i cukierkowe. I nawet nie zauważył, kiedy poprzestawiała całe jego życie. Kiedy przestał żyć po swojemu, a zaczął żyć pod nią. Pod jej rytm, jej lęki, jej marzenia o normalności. Jej celem było „żeby było dobrze”. Jego celem stało się… uszczęśliwianie jej. Dzień po dniu. Małymi gestami. Milczeniem tam, gdzie kiedyś był gniew. Cofaniem się tam, gdzie kiedyś szedł do przodu bez oglądania się na kogokolwiek. Kładł na szali swoje życie. Prawdziwe życie. To brudne, mroczne, niebezpieczne, próbując odciąć się od interesów, od ludzi, od świata, który znał najlepiej. Dusił swoje instynkty. Odcinał sieci kontaktów. Udawał, że przeszłość da się po prostu zamknąć w sejfie razem z bronią i brudem. Robił to wszystko w imię czego? Tego, że i tak nigdy nie będzie dość dobry. Nie dla jej ojca. Nie dla Gwen. Może nawet, w tych najbardziej gorzkich momentach, nie do końca dla niej samej. Mógł się starać, ile chciał. Mógł siedzieć grzecznie na charytatywnych przyjęciach, licytować wille w Kolorado, popijać wodę z cytryną i udawać, że nie ciągnie go do chaosu. Ale ile było w tym prawdziwego Cartera?
    Carter nawet na nią nie spojrzał od razu. Najpierw wciągnął w płuca to, co miał pod ręką, gorące, sztuczne powietrze z icosa, które tylko bardziej go irytowało, niż uspokajało. Ironia tej sytuacji była niemal doskonała. Stał na tarasie eleganckiej posiadłości, po kłótni z dziewczyną, w garniturze za kilka tysięcy dolarów, udając faceta, który „ogarnia swoje emocje” i trzymał w dłoni elektroniczną protezę nałogu, który przez lata był dla niego jedyną formą kontroli nad chaosem. Dopiero po chwili uniósł wzrok na wyciągniętą w jego stronę dłoń. Papierosy. Prawdziwe. Ciężkie. Dokładnie takie, jakie palił wtedy, gdy nie udawał przed sobą, że „daje radę”. Na moment zatrzymał spojrzenie na paczce, potem na jej twarzy. Kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie, bardziej z przekory niż rozbawienia.
    — Skąd możesz wiedzieć co byś zrobiła na moim miejscu? — Zapytał bez cienia rozbawienia.
    Na sekundę jeszcze zawahał się, jakby rozważał, czy sięgnąć po te papierosy, które kusiły obietnicą ostrego dymu i natychmiastowej ulgi. Dopiero kiedy się przedstawiła spojrzał na nią naprawdę. Tak, wiedział, kim była. Wiedział lepiej, niż chciał przyznać. Słyszał o niej wystarczająco dużo z urywków rozmów, z półsłówek, z napięcia w głosie Sophii, gdy padało to imię. Była częścią świata, którego Sophia niby nie lubiła, a jednak z którego nie potrafiła się do końca odciąć. — Wyszedłem tylko zapalić. — Odezwał się spokojnie, nisko. Bez tłumaczeń. Bez potrzeby usprawiedliwiania się przed kimkolwiek. — I trochę odpocząć od tego całego cyrku… — urwał. Parsknął krótko, bez humoru, jakby samo słowo „cyrk” było aż nadto trafne.
    — Podobno rzucam… — dodał po chwili, zerkając znów na iQOSa. — Przynajmniej tak brzmi oficjalna wersja, którą dzisiaj wypada grać.
    Na moment zawiesił wzrok na jej twarzy, potem znów na zapalniczce. Wyciągnął jednego papierosa, niemal mechanicznie, jakby jego ciało decyzję podjęło wcześniej niż głowa. Zapalniczka błysnęła między nimi przez ułamek sekundy. Dym wdarł się w jego płuca brutalnie, drapiąco, dokładnie tak, jak tego potrzebował. Ulga była natychmiastowa. I wkurwiająca.
    — Możesz powiedzieć wprost, po co tu przyszłaś, Gen — rzucił w końcu spokojnie. — Bo nie wierzę w dobre intencje przynoszone w paczce papierosów. — Zaciągnął się ponownie. Tym razem głębiej. Oparł się o barierkę tarasu, ramieniem odwrócony od niej, twarzą w stronę miasta. Manhattan jarzył się pod nim jak obietnica i groźba jednocześnie. Dym unosił się między nimi ciężko. — Jeśli liczysz na zwierzenia na tle Manhattanu, to możesz sobie oszczędzić czasu — mruknął chłodno, wypuszczając dym bokiem. — A jeśli przyszłaś powiedzieć mi jak bardzo tu nie pasuję… to jesteś spóźniona o jakieś dwadzieścia minut. Rozmawiałem już już z twoją matką — dodał obrzucając ją krótkim spojrzeniem u uśmiechną się przy tym niemal wesoło. — Problem w tym, że z jej ust to brzmi jaki… komplement.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaciągnął się głęboko, aż dym zaszczypał go w gardle tak, jak tego potrzebował. Prawdziwy. Ciężki. Taki, który nie udaje niczego. Przymknął na moment oczy, jakby to był jedyny prawdziwy moment tej nocy, który nie był przebrany w garnitur, uprzejmość i cudze oczekiwania. Dopiero potem spojrzał na nią spod lekko zmrużonych powiek.
    — Nie muszę tu pasować — odpowiedział spokojnie, bez cienia nerwowości, ale z tym charakterystycznym, ironicznym uśmiechem, który mówił, że nie zamierza się tłumaczyć ani dopasowywać pod cudze definicje. Wypuścił dym bokiem ust, krzywiąc się lekko, gdy papieros dopalił się szybciej, niż by chciał. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby naprawdę mu ulżyło. Patrzył gdzieś ponad linią tarasu, na rozlane światła miasta, zanim powoli przeniósł spojrzenie na Imogen. Kiedy przyznała, że Carter tam nie pasuje, uśmiechną się tylko pod nosem.
    — Raczej nie są… — parsknął cicho, ale zgodził się z nią bez zbędnej dyskusji. — Ale świat czasem stawia cię w dziwnych miejscach, Gen. — Uniosł na nią spojrzenie. W oczach miał ten znajomy błysk, mieszankę ironii i czegoś drapieżnego, co zawsze pojawiało się, gdy ktoś próbował go ustawić w roli, której nie zamierzał przyjąć. — Wiesz co jest najzabawniejsze? — Odezwał się znów, spokojnie, jakby kontynuował przerwaną chwilę wcześniej rozmowę, chociaż ta rozmowa nigdy tak naprawdę się nie zaczęła. — Że mogłem być gdziekolwiek. W klubie, w studiu, na pokerze, z kokainą na stole i whisky w szkle, jak Pan Bóg przykazał. — Zerknął na nią, zaciągając się raz jeszcze. — A zamiast tego? Garnitur, licytacje, Kolorado, kawior, sztućce warte więcej niż moje pierwsze mieszkanie i orkiestra grająca, jakby zaraz miał wjechać tort ze złotym flamingiem. — Parsknął cicho, z niedowierzaniem, z ironicznym rozbawieniem. — Ale czego się nie robi z miłości, co? — przeciągnął słowa z przesadą. Znów się zaciągnął, tym razem krócej. Dym rozwiał się między nimi powoli. Carter zaśmiał się cicho, krótko, bez wesołości. — Gdyby ktoś rok temu mi powiedział, że będę stał na tarasie przyjęcia charytatywnego ojca mojej dziewczyny i palił elektroniczne papierosy… — Pokręcił głową. — Wysłałbym go na odwyk szybciej niż samego siebie. — Dym rozwiał się między nimi, powietrze znów zrobiło się chłodniejsze. — A co do tej twojej „zabłąkanej owieczki”… — Spojrzał w stronę drzwi, za którymi została Sophia. — Raczej nie wraca już do starego pokoju. I raczej nie dlatego, że ktoś ją trzyma na siłę. — Urwał. Przygasił papierosa o metalową popielniczkę i jeszcze przez chwilę patrzył, jak dogasa żar. Jego oczy błysnęły. Prawdziwy Carter. Ten, który nie bał się syfu. Ten, którego Sophia próbowała uratować, zanim on sam zdążył się pogrzebać.
    — Ale powiem ci jedno — dodał, przechylając głowę w bok, z tym leniwym, półdrwiącym spojrzeniem. — Patrząc na waszą rodzinną atmosferę, to serio zaczynam czuć się tu jak w domu. Brakuje tylko, żeby ktoś komuś rzucił kieliszkiem w łeb. Chociaż wieczór jeszcze młody.
    Gen zaśmiała się krótko, ale Carter nawet nie spojrzał na nią od razu. Wypuścił dym powoli, unosząc głowę, jakby próbował go śledzić wzrokiem w ciemności.
    — No co? — mruknął z udawanym zdziwieniem. — Przecież to tylko obserwacja, nie diagnoza.
    Znowu ten jego ton. Sarkastyczny, podszyty pewnością siebie, ale z wyczuwalną ostrożnością, jakby ta rozmowa była dla niego spacerem po cienkim lodzie, na który wszedł z własnej woli. Mimo wszystko. Mimo, że mógł zostać w środku i grać dalej idealnego chłopaka z salonów.
    — A skoro już rozdajemy szczerość za darmo — powiedział, tonem zbyt lekkim, by brzmiał szczerze. — Muszę przyznać, nie spodziewałem się, że właśnie ty rzucisz mi koło ratunkowe w postaci fajek. — Zrobił pauzę, przekrzywił głowę i spojrzał w jej stronę z rozbawieniem. — Dzięki. Serio. Przydały się — dodał. Byłyby lepsze z ziołem, ale nie można mieć przecież wszystkiego. Wbił spojrzenie w wejście do środka, jakby wiedział, że za chwilę będzie musiał tam wrócić. Ale jeszcze nie teraz. Jeszcze nie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  3. Carter zaśmiał się krótko, niemal bezgłośnie, gdy wspomniała o tych drogich sygnetach pełnych kokainy, a potem zaciągnął się głęboko, dym długo trzymając w płucach. Spojrzenie miał nadal gdzieś w dal, jakby próbował nie dopuścić do siebie myśli, że cokolwiek, co padło z jej ust, rzeczywiście w nim zostało.
    — Może zatem pasuję tu bardziej, niż się wszystkim wydaje…
    Nie unikał tematu. Wcale nie zamierzał udawać, że to go nie dotyka. Ale miał swoje sposoby, a ten najskuteczniejszy polegał na zgrywaniu faceta, który wszystko ma gdzieś. Zwłaszcza wtedy, gdy w środku aż wrzało.
    — Zmieniłem ją? — Powtórzył jakby z namysłem. — Może po prostu wyciągnąłem z niej coś, co zawsze tam było, tylko nie miała okazji tego pokazać. Chyba każdy potrzebuje czegoś… albo kogoś, żeby się rozpaść w odpowiedni sposób. I poskładać trochę inaczej.
    Nie pytał, czy naprawdę tak myślała. Nie musiał. Znał ten ton. Znał też siebie, na tyle dobrze, by wiedzieć, jak wyglądał z boku, jaką miał reputację, co mówili o nim ludzie, i jak cholernie łatwo było ją utrzymać, gdy nie próbował z tym walczyć.
    — Wzruszająca historia o tym, jak chłopak z ulicy odmienił życie dobrze wychowanej damy? — rzucił sucho, z ironią, w której dało się wyczuć jakąś niepokojącą satysfakcję. — W sam raz na ekranizację. Oscar murowany— rzucił, rozkładając lekko ramiona, jakby prezentował siebie samego w całej okazałości. — W końcu wszyscy kochamy historie o odkupieniu, nie?
    Zdmuchnął dym, przesuwając językiem po zębach. Papieros nie smakował już tak dobrze jak kilka minut temu, ale przynajmniej nie był bezwartościowy. Przynajmniej czuł, że pali. Spojrzał na Gen ponownie, tym razem nieco uważniej. Nie zamierzał się zwierzać, a mimo to coś w jego głosie wskazywało, że mówi więcej, niż planował. Na tyle, by dotknąć czegoś w sobie, ale nie na tyle, by to otworzyć.
    — Ale masz rację, Gen. Rok temu wciągałem kreski ze Sloane w Vegas, a dziś… noszę elegancką marynarkę i jem łososia na musie z awokado w towarzystwie pieprzonych elit Upper East Side. Świat to naprawdę zabawne miejsce. — Zaczął się bawić zapalniczką, cyk, klik, cyk, klik. Stary tik, który wracał w momentach, gdy musiał czymś zająć ręce, żeby nie zacząć mówić o rzeczach zbyt prawdziwych. Albo żeby się nie odpalić. Przez chwilę był cicho. Zupełnie cicho. A potem zaśmiał się cicho pod nosem i odchylił głowę, zaciągając się jeszcze raz. Oczy miał wciąż zmrużone, jakby mierzył coś, czego nie dało się zmierzyć wzrokiem.
    Gdy tylko Sophia weszła na taras, jego wzrok odruchowo powędrował ku niej i nie był już ani chłodny, ani zdystansowany. Zniknął też ten cień, który miał przed chwilą w oczach. Zastąpił go spokój i coś zaczepnego, typowego dla niego. Patrzył na nią tak, jakby nie do końca potrafił się gniewać. Jakby wystarczył sam jej widok, by zmiękło mu serce. Kiedy Sophia rzuciła, żeby Gen mu nie dawała więcej fajek, parsknął cicho śmiechem. Odwrócił głowę w stronę Imogen, spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek i teatralnie przewrócił oczami.
    — No i tyle z naszej przestępczej współpracy. — Mruknął z rozbawieniem, zaciągając się po raz ostatni. Wypuścił dym powoli, jakby żegnał się z czymś, co i tak nie powinno już mu towarzyszyć.
    Rzucił niedopałek do popielniczki i poprawił mankiet marynarki, jakby znów miał wejść na scenę. — Spadam, bo jeszcze mnie nie wpuści do domu. — Rzucił do Gen z tym swoim uśmieszkiem z półzłośliwością, ale i wdzięcznością. — Jeszcze raz dzięki, Gen. Miło było… jak na terapii grupowej.
    Odwrócił się bez czekania na odpowiedź, zostawiając za sobą ostatnią smugę dymu Ruszył za Sophią, nie biegnąc, nie wołając, ale idąc z tą swoją ciężką, pewną siebie sylwetką, która niosła za sobą więcej napięcia, niż ktokolwiek w tamtym domu mógłby unieść. Nie wiedział jeszcze, co jej powie. Może nic.

    OdpowiedzUsuń
  4. Może tylko stanie przed nią, jak idiota, który zapomniał, że miłość to nie tylko wzruszenia, śniadania w łóżku i wspólne wyjazdy. Że czasem to walka. Codzienna. O nią. O siebie. O to, żeby nie wrócić do starego siebie, nawet jeśli ten „stary” nadal siedzi pod skórą i krzyczy, żeby przestać się starać. Ale ruszył. Bo to była Sophia. A Carter nie odpuszczał tego, co naprawdę było jego. Nawet jeśli nie był pewien, czy wciąż nim jest. Dogonił ją przy wyjściu, zanim zdążyła przekroczyć ostatni stopień schodów prowadzących do korytarza. Znał jej krok, ten lekko przyspieszony, ale nadal cichy, jakby nie chciała wzbudzać zamieszania, ale chciała jak najszybciej zniknąć z miejsca, które już tylko ją uwierało. Carter nie powiedział nic. Po prostu zbliżył się do niej zdecydowanym ruchem i zanim zdążyła się odsunąć, jeśli w ogóle chciała, zarzucił jej ramię przez jej ramiona kończąc na na linii jej dekoltu. Ten gest nie był nachalny. Był bliski, znajomy, z tym całym jego ciepłem i zapachem dymu, który nadal jeszcze lekko od niego czuć było. I może odrobiną napięcia, które nie zdążyło jeszcze całkiem opaść. Przyciągnął ją do siebie, tylko odrobinę, jakby chciał, żeby się zatrzymała. I zanim zdążyła zapytać, czego chce nachylił się i pocałował ją w policzek. Prawie leniwie. Prawie czułe. Tak, jakby to był ich własny kod. — Nie musisz iść szybciej ode mnie. — Mruknął jej cicho do ucha. I choć ton miał zaczepny, był w nim jakiś cień skruchy. — Idę z tobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  5. Carter parsknął bezgłośnie, jakby właśnie usłyszał coś wyjątkowo kuriozalnego. Opuścił wzrok na jej dłoń, potem na twarz, ale tym razem nie było w jego spojrzeniu tej czułości, którą Sophia znała aż za dobrze. Była w nim mieszanka zmęczenia i tego niebezpiecznego błysku, który pojawiał się, gdy coś w nim zaczynało iskrzyć. Niekoniecznie w dobrym kierunku. Cofnął się o krok, tylko tyle, żeby spojrzeć jej w oczy. — Serio? Nadal ci nie przeszło? — zapytał, a w jego głosie pojawił się ten charakterystyczny dla niego ton, lekko szorstki, lekko urażony. Ledwie usłyszał jej pytanie, to chłodne, zawieszone w powietrzu: „Po co?”, poczuł jakby coś w nim zgrzytnęło. Jakby ktoś pociągnął za zardzewiałą linkę w jego wnętrzu. Cofnął dłoń z jej ramion, odsunął się o pół kroku, prawie niedostrzegalnie, ale wystarczająco, by Sophia to poczuła. To był odruch. Samoobrona. Bo nawet jeśli nie chciał się od niej odsunąć, to pytanie sprawiło, że coś w nim się napięło. — Milo — mruknął z przekąsem, kręcąc głową. — To pytanie brzmi prawie tak, jakbym miał się wytłumaczyć z tego, że chcę wrócić z tobą do domu. — Uniósł brwi i zaśmiał się sucho, bez radości. Głos miał już nieco ostrzejszy niż wcześniej. Nie agresywny, ale z widoczną ironią. Zerknął na nią kątem oka, wykrzywiając usta w półuśmiechu.
    — Może wracam, bo nie chcę, żebyś zapytała mnie jutro, dlaczego cię zostawiłem. Albo żebyś mogła mi to potem wypomnieć, jak już zdecydujesz, że nie nadaję się do tej twojej małej utopii, która działa tylko wtedy, kiedy oboje udajemy, że nie mamy problemów. — W jego głosie nie było złości. Była tylko ta głęboka, wewnętrzna drwina. — Bo przecież jesteśmy świetni, kiedy śpimy, pieprzymy się albo dekorujemy mieszkanie. Dopóki nie trzeba otworzyć ust i powiedzieć czegoś prawdziwego.
    Zamilkł na moment, jakby coś jeszcze w nim walczyło, ale nie był gotów tego wypuścić. Nie teraz. Nie przy niej. Zacisnął szczękę, a potem pokręcił głową i parsknął pod nosem. Mógł ten wieczór skończyć na wiele różnych sposobów. Wiedział o tym aż za dobrze. Mógł olać wszystko i zniknąć na kilka godzin w jednej z tych dziur, gdzie nikt nie zadawał pytań, a wszystko miało smak ulgi i zapomnienia. Mógł pojawić się w klubie i dać się ponieść tej fali, która załagodziłaby jego dramatyczną potrzebę autodestrukcji. Był bliski którejś z tych opcji. Naprawdę bliski. W jego głowie wszystkie one rozgrywały się jednocześnie, jak symultaniczne ścieżki. Mógł sięgnąć po stare schematy, te, które znał, które zawsze działały. Ale tym razem… coś go zatrzymało. Może to, jak Sophia stała kilka kroków dalej. Może to, jak jej głos drżał nie z chłodu, tylko z emocji, których nie potrafiła już ukryć. A może to, że choć był wkurwiony, rozczarowany, zirytowany do granic, ona nadal go obchodziła. I to właśnie było najbardziej popieprzone. Mógł ten wieczór zakończyć w sposób, który znał najlepiej, zostawiając po sobie zgliszcza. Zamiast tego stał naprzeciwko niej, wciąż w tym cholernym garniturze, który miał mu pomóc dopasować się do świata, do którego nie należał i próbował rozmawiać. Choć każdy instynkt w nim krzyczał, żeby dać sobie spokój, przewrócić oczami, odpalić silnik i zniknąć.
    Carter przez chwilę nic nie mówił. Jakby ironia, którą przed chwilą z siebie wyrzucił, nagle przestała go bawić. Odwrócił głowę, potarł dłonią kark, powoli, ciężko, tym gestem, który zawsze zdradzał w nim napięcie, z którym nie bardzo wiedział, co zrobić.
    — Ja naprawdę nie wiem, jak się teraz powinienem zachować, żeby było dobrze. — Znów spojrzał na nią, a w jego oczach na sekundę zgasła ta maska sarkazmu. — Bo cokolwiek robię, to albo jestem za bardzo, albo za mało. Za ostry. Za miękki. Za cichy. Za głośny. — Wzruszył ramionami. — Z tobą wszystko jest jak chodzenie po polu minowym.
    Zrobił krok w jej stronę, znów bliżej, ale tym razem bez dotyku. Spojrzał na nią, poważnie. Zmęczony. Nie miał już w sobie złości z wcześniejszej rozmowy. Ale nie miał też siły, żeby raz po raz udowadniać, że jego obecność przy niej jest wyborem, nie karą.

    OdpowiedzUsuń
  6. Zacisnął usta, przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka. Próbował się ugryźć w język. Bezskutecznie.
    — To co, Soph? Mam dzisiaj nie wracać do domu? — zapytał z pewnego rodzaju wyzwaniem w oczach. — Tego chcesz?
    Wypuścił powietrze przez nos i pokręcił głową. Nie był zły, nie tak naprawdę, był sfrustrowany. Całą tą nocą. Tym, jak wszystko się poplątało. Tym, jak cholernie łatwo przyszło jej to pytanie. Jakby naprawdę wzięła pod uwagę, że może od niej odejść… i że może mu na tym nie zależeć.
    — Bo jeśli już muszę odpowiadać na pytania w stylu „po co chcesz ze mną wracać do domu”, to może rzeczywiście powinniśmy się zatrzymać i zadać sobie inne: czy jeszcze chcemy tego samego.
    Zamilkł. Patrzył na nią z góry, uparcie, z tą swoją typową miną kogoś, kto próbuje się nie rozpaść, choć napięcie pod skórą prawie go rozsadziło. Odsunął się o krok, ręce wsunął w kieszenie, plecy wyprostowane, barki spięte jak przed czymś nieuniknionym. Jakby sam się zastanawiał, po co właściwie tu stoi.
    — Więc jak chcesz wracać sama, to wracaj. Nie powstrzymam cię. Ale jeśli chcesz, żebym wsiadł za tobą do tego pierdolonego auta i spróbował to naprawić, mogę to zrobić. — Głos mu nie drżał. Ton był równy. Ale gdzieś pod tym sarkazmem i cynizmem tętniło coś niebezpiecznego, coś, co próbował utrzymać na wodzy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  7. Carter zmrużył oczy, a jego szczęka znów lekko drgnęła, jakby nie był pewien, czy chce jeszcze raz się odezwać, czy może jednak powinien zamilknąć, zanim powie coś, czego naprawdę nie da się cofnąć. Ale było już za późno na milczenie. Za daleko zaszli.
    — Nie odwracaj kota ogonem, Soph. To nie ja powiedziałem, że wszystko to iluzja. To ty mi zarzuciłaś, że tu, przy twoim ojcu, tylko „udaję porządnego” człowieka. Że gram jakąś rolę. Że jestem tym złym z klubu, a cała ta wersja tutaj to teatrzyk dla gości. — Zrobił krok w bok, by stanąć bardziej naprzeciw niej. Jego głos się nie podnosił, ale słowa cięły ostro, z precyzją skalpela. — Więc nie udawaj teraz, że to ja zacząłem w to wątpić. Ty mi to wrzuciłaś prosto w twarz. To w twoich oczach tamten facet z klubu jest prawdziwy. Ten, co się rzuca, co ma broń w garderobie, co sięga po to, co nielegalne, zanim pomyśli. I wiesz co? — Zatrzymał się. Coś błysnęło w jego oczach. Może rozczarowanie. Może zawód. Może to był ten moment, kiedy człowiek widzi coś bardzo wyraźnie i nagle żałuje, że w ogóle zapytał. — Byłoby na prawdę super, gdybyś nie próbowała mnie wciąż naprawiać. Gdybyś chociaż raz nie spojrzała na mnie jak na coś, co trzeba dopasować do tego twojego świata, jakbym był jakimś chujowym meblem, który ci się podoba, ale trzeba go najpierw przeszlifować, przemalować, ustawić pod ścianą, żeby nie raził gości. — Wziął głęboki wdech, ale zaraz wzruszył ramionami, jakby sam siebie próbował uciszyć. — Ale nie. Jasne. To ja jestem ten, co udaje. Ten, co próbuje nie krzyczeć na twoją macochę, nie uderzyć twojego byłego, nie zwiać w połowie tego wieczoru, kiedy wszystko we mnie chce pieprznąć drzwiami. I próbuję, Soph, naprawdę próbuję… ale potem słyszę, że i tak udaję. — W głosie Cartera znów rozległo się to ostre napięcie, które jeszcze przed chwilą zdawał się wypuszczać z płuc razem z dymem. Zrobił krok bliżej, nie agresywnie, ale stanowczo, nie zamierzał już chować się w ironii, skoro jego własne emocje znów zaczęły z niego kipieć. Przesunął dłonią po karku, jakby potrzebował wytrzepać z siebie wszystko, co w nim siedziało.
    — Serio, myślisz, że ot tak sobie rezygnuję z tego wszystkiego co mam? Z klubu, z ludzi, z życia, które znałem od lat? — Prychnął, z ironią, ale jego wzrok był przejrzysty, nie złośliwy. Bolało go to, co właśnie mówił. Bo sam siebie pytał czasem: po co ja się w to wszystko pakuję? Ale znał odpowiedź. I to właśnie doprowadzało go do szaleństwa. Opuścił głowę i na moment przymknął oczy. Nie tak miało wyglądać zakończenie tego wieczoru. Kiedy podniósł na nią wzrok, błysk, który zwykle zwiastował atak, gdzieś zgasł, ale to nie znaczyło, że było spokojnie. Wręcz przeciwnie. W środku aż go rwało. Cała ta sytuacja drapała go pod żebrami, szarpała od środka. Miał ochotę kopnąć w ścianę, rzucić jakimś komentarzem, który zrobi jeszcze większą dziurę niż już było, ale nie zrobił tego. Nie jeszcze.
    — Kurwa mać, Soph. — Mruknął, cicho, ale z tą zaciętą wściekłością, którą nosił w sobie jak drugą skórę. — Próbuję wrócić z tobą do domu, a ty mi robisz z tego przesłuchanie, jakbym właśnie wyszedł z twoją siostrą z pokoju hotelowego.
    Zacisnął szczękę, a potem odwrócił na chwilę wzrok. Wbił go gdzieś w jeden z ozdobnych kinkietów, jakby światło miało mu dać odpowiedź.

    OdpowiedzUsuń
  8. Znowu spojrzał na nią. Teraz już prosto. Twardo. I aż za bardzo świadomie. Zacisnął usta, a potem wzruszył ramionami, pozornie nonszalancko, ale jego ramiona aż lekko się trzęsły od napięcia. Ciało jakby nie nadążało za tym, co chciał z siebie wyrzucić.
    — Nie wiem, czego chcesz ode mnie teraz? Mam iść? Mam zostać? Przysięgać ci, że to nie była iluzja? Że jak robię śniadanie, to dlatego, że chcę, a nie dlatego, że to twoja wersja szczęścia? Że jak nie idę na melanż, tylko siedzę z tobą pod kocem, to też nie dlatego, że gram w twoją bajkę?
    Parsknął. — Ja nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz żyłem tylko dla siebie. W tej relacji od dawna gram pod twoje zasady, Soph. Tylko teraz się okazuje, że to też był błąd, bo przecież „nie patrzymy w tym samym kierunku”. — Ostatnie słowa wypowiedział z jawną ironią. I właśnie wtedy, właśnie teraz był na granicy. Na takiej, z której wraca się długo albo wcale. Ale nie zrobił tego kroku w przepaść. Jeszcze nie.
    — Może to nie ma sensu. — Przytaknął gorzko. — Może nigdy nie miało mieć sensu. Może nie miało prawa się zdarzyć. Ale się zdarzyło. I z jakiegoś powodu nie mogę od tego uciec. — Wziął głębszy oddech i poprawił się. — Nie chce od tego uciec. — Zamilkł na moment, potem dodał ciszej, patrząc jej prosto w oczy. — Nie wracam do domu, żeby ci nie było przykro, Soph. Wracam, bo tam jesteś ty. A bez ciebie… to już nie jest mój dom. — Zatrzymał się. Coś błysnęło w jego oczach. Może rozczarowanie. Może zawód. Może to był ten moment, kiedy człowiek widzi coś bardzo wyraźnie i nagle żałuje, że w ogóle zapytał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  9. Carter patrzył na nią długo, z tą charakterystyczną ciszą, która u niego nigdy nie była pusta. Raczej ciężka. Jak cisza przed burzą albo po wybuchu. W jej słowach było za dużo prawdy i właśnie to sprawiało, że coś w nim zaczynało się zapadać do środka, zamiast eksplodować na zewnątrz. Przez moment wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś ostrego. Jakby stare odruchy już ustawiały mu słowa na języku, sarkazm, prowokację, jedno zdanie, które zrani i zamknie temat. Ale nie powiedział nic od razu. Odsunął się minimalnie, jakby potrzebował tej odrobiny przestrzeni, żeby nie zrobić czegoś gwałtownego. Dopiero po chwili wypuścił z siebie powietrze. Pokręcił głową powoli.
    — Och tak — parsknął gorzko, z tą samą ironią, która wcześniej działała jej na nerwy. — Naprawdę, moje życie było absolutnie zrujnowane, zanim się pojawiłaś, żeby mnie uratować. — Spojrzał na nią z przekąsem, ale nie złośliwie. To był ten moment, kiedy coś go swędziało od środka, coś, co nie dawało mu spokoju i pchało go do takich słów. Sarkazm był jego mechanizmem obronnym, a teraz nakładał go na emocje, które kipiały gdzieś pod spodem.
    — Bo przecież bez ciebie… — dodał, rozkładając ręce teatralnie. — Bez twoich białych rękawiczek, tej moralnej miarki, którą wszystko odmierzamy… Nie wiem, gdzie bym dziś był, Sophia. Może pod mostem. Może w kostnicy. Albo w klubie, wiesz, tam gdzie „wychodzi moja prawdziwa natura”.
    Przesunął dłonią po karku, jakby próbował coś z siebie zetrzeć. I może naprawdę próbował.
    Zacisnął szczękę. — Nigdy nie prosiłem, żebyś mnie naprawiała. Chciałem tylko, żebyś była przy mnie. A to nie jest to samo.
    I wtedy uniósł spojrzenie z powrotem na nią, na jej oczy, które lśniły jak tafla tuż przed pęknięciem. Na ręce zaciśnięte wzdłuż ciała. Na tę cholerną dumę, z której był dumny, ale która w tej chwili bolała jak nic innego.
    — Nie jestem porządnym facetem. Nie byłem nim wtedy, gdy postanowiłaś ze mną zostać. Ale nie mów mi teraz, że wszystko, co robiłem przez ostatnie miesiące, było tylko udawaniem. Bo to znaczy, że nie widzisz różnicy między mną wtedy, a mną teraz.
    Oczy miał ciemne, błyszczące od zmęczenia i wściekłości, ale gdzieś pod tym było coś jeszcze. Potrzebował… czegoś. Papieros mu nie wystarczył. Jego organizm, jego umysł domagał się tego, czego ostatnio sobie odmawiał, zupełnie tak, jakby dotarł do jakiejś granicy, jakby sam szukał punktu zaczepienia, pretekstu żeby skończyć w klubie i coś wziąć. Sam nie wiedział co się z nim dzieje.
    — Chcesz mnie zostawić? Jasne. Twoje prawo. Ale nie rób ze mnie pieprzonego aktora w twoim spektaklu, który udaje, że mu zależy, żeby ci się lepiej spało. — Pokręcił głową. Nie cofnął się. Nie próbował więcej mówić. Nie tłumaczył. Stał tak, z tą swoją chłodną determinacją w oczach i cieniem bólu w linii szczęki. Jakby chciał powiedzieć: nie mam już nic więcej do dania.
    Carter nie ruszył od razu, choć jej słowa wybrzmiały wyraźnie. „W takim razie wracajmy do domu.” Nie brzmiały jak kapitulacja. Nie brzmiały jak przebaczenie. Brzmiały jak coś pomiędzy, próba, może ostatnia, może jedna z wielu, ale wypowiedziana głosem, który miał w sobie więcej kruchości niż złości.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przez dłuższą chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby próbował zdecydować, czy jeszcze coś powiedzieć, czy już tylko skinąć głową i ruszyć za nią w ciszy. Słowa, które między nimi padły, wisiały teraz w powietrzu gęste jak dym, ciężkie, zaczepne, prawdziwe. Nawet jeśli przerysowane przez emocje, to jednak prawdziwe. W końcu jego klatka piersiowa uniosła się w wolnym oddechu, jakby spuszczał z siebie powietrze z jakiegoś nadmuchanego balonu gniewu, frustracji i zawodu, który sam sobie przez ostatnie dni hodował. Spojrzał gdzieś w bok, na błyszczące fasady budynku, światła odbijające się w szybach limuzyn, na ludzi, którzy nie mieli pojęcia, że właśnie kilka kroków dalej rozpadał się na kawałki świat dwójki ludzi, którzy za bardzo się kochali, żeby zrezygnować i zbyt bardzo się bali, żeby powiedzieć to na głos. Nie spuścił wzroku, ale jego rysy się zmieniły. Zesztywniałe ramiona opadły, a w spojrzeniu pojawił się cień znużenia. Może świadomości, że właśnie otarli się o coś, co było cholernie blisko końca.
    — Wracajmy — powiedział cicho, ale stanowczo. — Zanim zaczniemy mówić coś, czego już naprawdę nie da się odkręcić.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  11. Carter patrzył za nią w milczeniu, jak znika w samochodzie, a jego własny gniew powoli zaczął ustępować czemuś cięższemu. Ciemniejszemu. Sam nie wiedział, czy był bardziej wściekły na nią, czy na siebie. Na to, że to wszystko wymknęło się spod kontroli, czy na to, że może nigdy tak naprawdę nie było w jego rękach. Mógł odpowiedzieć. Mógł rzucić jakąś głupią ripostą, odciąć się z tym swoim typowym chłodnym sarkazmem, który od lat był jego tarczą. Ale został. Znowu. Na tym cholernym podjeździe. Patrząc na zamykające się za nią drzwi auta, jakby miały się już nigdy więcej nie otworzyć. Nie powiedział nic, bo nie potrafił. Wciąż słyszał w głowie echo jej głosu, kiedy naśladowała te dziewczyny z klubu. „Dla mnie, Zaire. Jeszcze jedna…” Zacisnął szczękę. Miała rację.
    Nigdy nie chciał, żeby Sophia brzmiała jak ktoś, kto przestaje wierzyć. A dziś, po raz pierwszy, tak właśnie brzmiała. Nie miał pojęcia, czy zdąży jeszcze wszystko naprawić. Ale teraz, po raz pierwszy tej nocy, nie miał już w sobie chęci, żeby to rozgrywać dalej tutaj. W miejscu, gdzie wszyscy byli sztuczni. Gdzie każdy uśmiech kosztował za dużo. Gdzie nie było niczego prawdziwego. Nie zamierzał czekać, aż zrobi się jeszcze później. Nie zamierzał niczego analizować. Zaciągnął się głęboko chłodnym, powietrzem i podszedł do parkingowego, który po tym jak zamkną za Sophią drzwi pasażera, zatrzymał się blisko niego z kluczykami. Carter wziął je bez słowa i jeszcze chwilę stał nieruchomo, z ręką w kieszeni, z drugą zaciskającą się na metalowym breloku. Spojrzał raz jeszcze na ciemne ulice, a potem bez wahania otworzył drzwi. Wsiadł do auta z tym samym ponurym wyrazem twarzy, który miał zawsze wtedy, gdy coś w nim się zamykało. Usiadł obok niej, nie mówiąc jeszcze nic. Drzwi się zamknęły. Nie powiedział nic. Nawet do samego siebie. Nie rzucił przekleństwem, nie wyśmiał tej sytuacji, nie uderzył dłonią w kierownicę, nic. Po prostu wsiadł i przekręcił kluczyk w stacyjce. Silnik zaskoczył cicho, gładko, a zaraz po nim z głośników odezwała się muzyka. Zbyt głośna jak na to, co się właśnie wydarzyło, zbyt lekka jak na ciężar, który rozsiadł mu się na klatce piersiowej. Dźwięki rozlewały się po wnętrzu samochodu jak coś obcego, ale znajomego jednocześnie. Takt za taktem, jakby miał go czymś zająć, zanim znów zacznie myśleć. Ale nie ściszył. Nie wyłączył. Nie chciał już rozmawiać. Nie chciał jechać w ciszy. Nie chciał myśleć. Więc pozwolił, by muzyka zagłuszyła wszystko inne, zgrzyt sumienia, echo jej słów, ten niepokój, który się w nim rozgościł na dobre. Po prostu ruszył. Z dłonią na kierownicy, ze spojrzeniem wbitym w ciemność przed sobą.
    Zaparkował niemal bezszelestnie, jakby chciał się nie narzucać nawet temu miejscu, które od tygodni nazywali domem. Silnik ucichł, ale muzyka nadal grała, przytłumiona, pulsująca gdzieś w tle jak echo tego, co między nimi wisiało. Sophia wysiadła od razu. Bez słowa, bez spojrzenia. Po prostu otworzyła drzwi i wyszła, jakby nie chciała dłużej siedzieć w tej przestrzeni, w której każda sekunda zaczynała ich dzielić coraz bardziej. Carter został. Siedział przez moment nieruchomo, z dłońmi na kierownicy, spojrzeniem wbitym w ciemność za przednią szybą. Jakby się zastanawiał, czy powinien za nią pójść. Czy w ogóle powinien tu wracać. Czy może po prostu wrzucić bieg i odjechać. Jeszcze raz. Jeszcze tej nocy. Palce lekko napięły się na skórze kierownicy, ale nie poruszył się. Tylko siedział. Odezwała się myśl, cicha, ale natrętna, że mógłby przecież zniknąć. Na chwilę. Na godzinę. Na całą noc. Ale nie ruszył. Nie teraz. Jeszcze nie.

    OdpowiedzUsuń
  12. Zsunął dłonie z kierownicy, przesunął jedną po udzie, drugą oparł na drzwiach. Jego wzrok powędrował mimowolnie na schowek w bocznych drzwiach. Wiedział, co tam jest. Wiedział też, co trzyma schowane pod siedzeniem. Nie potrzebował wiele. Mała kreska, może dwa buchy z tego skręta, który od tygodni woził ze sobą, “na czarną godzinę”. To była właśnie taka godzina. Nie wyjął go. Ale przez moment bardzo chciał. Czuł, jak napięcie w karku pulsuje. Jakby jego ciało już wiedziało, co ma zrobić, a tylko głowa jeszcze się wahała. Wystarczyłby moment, impuls, żeby znów wciągnąć się w ten stary schemat. Zniknąć. Zresetować. Tylko że potem musiałby wrócić. A Sophia wciąż byłaby w środku. Z tym samym spojrzeniem. Z tą samą ciszą. Z tą samą cholerną obecnością, która sprawiała, że nie mógł udawać, że nic się nie stało. Zacisnął palce na kolanie, jakby próbował w ten sposób coś w sobie zatrzymać. Jeszcze chwilę posiedział. Potem sięgnął po klamkę, ale nie wysiadł od razu.
    Bo wciąż nie wiedział, czy bardziej boi się tego, co będzie, gdy znów się spotkają twarzą w twarz, czy tego, że to już może nic nie zmieni.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  13. Cisza w podziemnym parkingu była inna niż ta w aucie. Cięższa, duszna, betonowa. Odbijała się echem od ścian i sufitu, niosąc ze sobą stukot jego własnych myśli. Światła auta dalej były włączone, oświetlały pustą przestrzeń przed nim, puste miejsce parkingowe, filar z odrapanym numerem i czarny cień, który zdawał się dłuższy niż powinien.
    Silnik dawno już wyłączył, ale nie ruszał się z fotela. Z wnętrza auta sączyła się muzyka, ciepły wokal, leniwe tempo, melancholia. W tym utworze było coś, czego w tej chwili bardzo nie chciał słyszeć. Nie wyłączył. Nie przełączył. Nie zamierzał już niczego zmieniać. Dłoń zsunęła się niżej, niemal nieświadomie. Opuszki palców musnęły krawędź siedzenia, potem zatrzymały się przy szczelinie, w której trzymał pakiet. Niewielki, szczelnie złożony, ledwo wyczuwalny. Znał jego kształt na pamięć. Nawet nie musiał patrzeć. Przez ułamek sekundy wyobraził sobie, jak wyciąga go z ukrycia. Jak sięga po kartę, zwija banknot. Jak świat staje się na chwilę prostszy, nie lepszy, nie bardziej sensowny, ale prostszy. Cichy. Odległy. Ale tylko zamknął oczy. I odetchnął. Może nie miał już siły uciekać w ten sposób. A może po prostu nie chciał, żeby Sophia znów patrzyła na niego tak, jakby naprawdę się o niego bała. Pchnęła te drzwi samochodu tak, jakby chciała się od niego odciąć i to bolało. Nawet bardziej niż jej słowa. Zamrugał, przeciągnął dłonią po twarzy i powoli wypuścił powietrze przez nos. Potem sięgnął po klamkę i otworzył drzwi. Pachniało betonem, kurzem i… czymś znajomym, trudnym do nazwania. Może tym, co czekało na górze, w penthouse, który nagle wydawał się zbyt duży. Zbyt pusty. Wysiadł z auta i zatrzasnął drzwi. Echo odbiło się od ścian. Stuk jego kroków rozległ się na betonie. Nie spieszył się. Jeszcze nie. Podniósł wzrok w stronę windy. Gdzieś tam, piętra wyżej, była ona. Albo nie była. Może zamknęła się w pokoju. Może płakała. Może rzucała poduszkami. Albo siedziała na podłodze w łazience, tak jak kiedyś, w jego koszuli, z kolanami pod brodą, uciekając od wszystkiego, co bolało. Nie był pewien, co go tam czeka. Ale ruszył przed siebie. Bo jeśli miał się rozpaść, to przynajmniej nie sam.
    Drzwi windy zamknęły się z cichym, miękkim trzaskiem. Carter stał oparty plecami o lustro, z rękami w kieszeniach płaszcza, z głową pochyloną tak, jakby chciał się w sobie schować. Cyfry pięter wspinały się powoli w górę, jedna po drugiej. Za wolno. Zdecydowanie za wolno. Czuł jeszcze w palcach ciężar kluczyków. W ustach suchy, metaliczny posmak. W głowie echo jej słów, które nie chciały ucichnąć.
    „Iluzja.”
    „Udajesz.”
    „Rób co chcesz.”
    Zacisnął szczękę. Na trzeźwo wszystko bolało bardziej. Nie było tego miękkiego filtra, który rozmywał krawędzie. Każda myśl była ostra, każda wątpliwość wbijała się głęboko. Drgnął lekko, kiedy winda zatrzymała się na ich piętrze. Drzwi rozsunęły się bez pośpiechu. Cisza korytarza była niemal nienaturalna , gruba wykładzina tłumiła kroki, światło było przygaszone, jak zawsze o tej porze. Ich dom. Ich przestrzeń. A jednak teraz wydawała się tak bardzo obca. Przez moment naprawdę rozważał, czy nie odwrócić się i nie wrócić do windy. Zjechać na dół. Pojechać gdziekolwiek. Do klubu. Do ludzi. Do hałasu, w którym łatwiej było nie myśleć.
    Gigi poderwała się z łóżka i pobiegła w jego stronę, szczęśliwa, jakby nic złego nigdy się nie wydarzyło. Jakby świat dalej był prosty. Schylił się, pogładził ją po głowie, ale nie uśmiechnął się nawet na sekundę. Wnętrze przywitało go półmrokiem. Tylko jedna lampa w salonie była zapalona. Światło z kuchni nie dobiegało. Z jej pokoju też nie. Powietrze było nieruchome, jakby mieszkanie wstrzymało oddech razem z nim. Jej płaszcz rzucony niedbale na fotel, szpilki przy wejściu. Jakby cały ten chaos nie był tylko w jej głowie, ale fizycznie rozlał się po mieszkaniu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Zsunął płaszcz z ramion i rzucił go na oparcie krzesła. Buty zdjął wolniej niż zwykle. Nagle każda czynność była nadmiernie świadoma. Jakby bał się, że zbyt gwałtowny ruch rozerwie coś jeszcze bardziej. Nie wiedział, gdzie jest. Przesunął wzrokiem po salonie, po pustej sofie, po stoliku, na którym leżała jej torebka. Ruszył w głąb. Bez światła. Znał każdy centymetr tego miejsca na pamięć. Zatrzymał się w progu sypialni. Stała przy lustrze w garderobie. Nieruchomo. Wciąż w sukience. Z plecami napiętymi tak, jakby spodziewała się ciosu, choć przecież niczego więcej już tego wieczoru nie mieli sobie zrobić. Patrzył na nią chwilę w milczeniu. Myślał, że jeśli wejdzie wszystko samo się ułoży. Że znajdą z powrotem ton, w którym do siebie mówili jeszcze kilka godzin temu. Ten miękki. Ten ich. Ale nic nie wracało. Zrobił kilka kroków w jej stronę. Zatrzymał się jednak w połowie drogi, jakby nagle dotarło do niego, że nie może już po prostu podejść i objąć jej od tyłu. Że to nie jest „ten” moment. Że to już nie jest ta noc.
    — Soph… — odezwał się w końcu nisko.
    Nie odwróciła się od razu. Jakby bała się, że kiedy to zrobi, wszystko w niej pęknie na dobre. Podszedł bliżej. Teraz już naprawdę był tuż za nią. Widział jej oczy w odbiciu lustra. Czerwone. Zmęczone. Pełne rzeczy, których nie potrafiła już nazwać.
    — Nie przyszedłem się kłócić — powiedział cicho, wciąż patrząc w lustro, ale uważając, żeby nie wpatrywać się w jej oczy zbyt nachalnie. — I nie przyszedłem udawać, że nic się nie stało. — Zawahał się. Słowa nie były idealne. Nie były wygładzone. Ale były prawdziwe. — Nie wiem dzisiaj, jak być „tym właściwym Carterem”. — Przyznał w końcu. Głos miał niższy, surowszy. — Ale wiem, że nie chcę być tym, który stąd odjeżdża. — Zatrzymał się tuż za nią. W lustrze widział jej oczy. Zaczerwienione. Pełne wszystkiego, czym oboje byli zbyt zmęczeni, żeby to jeszcze nazywać. Jego palce delikatnie, niemal nieśmiało, przesunęły się po jej ramionach. Powoli, jakby badały grunt, jakby sprawdzały, czy jeszcze mogły. Zsunęły się w dół, muskając jej skórę z ramienia aż po łokcie, zostawiając za sobą ślad, którego nie dało się już z siebie strząsnąć. Ten dotyk był cichy. Nienachalny. Jak wspomnienie czegoś, co kiedyś było ich codziennością. Nie próbował jej przytulać ani całować, jeszcze nie. Po prostu był blisko. Blisko tak, jak tylko on potrafił, świadomie, intensywnie, fizycznie, a jednak z emocjonalnym ciężarem, który spoczywał im na barkach od tej cholernej rozmowy przed windą.
    — Mogę…? — dodał cicho przy jej uchu, a pytanie nie dotyczyło tylko sukienki, której suwak nadal uparcie trzymał się miejsca. Dotyczyło tego wszystkiego. Tej nocy. Ich dwojga. Tego, czy jeszcze może zostać. Jego usta znajdowały się niebezpiecznie blisko jej ucha. Głos miał niższy niż zwykle, jakby po drodze zdążył opuścić gardę i teraz mówił nie jako Carter, którego znał świat, ale jako ten, którego znała tylko ona. Ten, który nie zawsze umiał przeprosić, ale potrafił wrócić. Który nie wiedział, jak to wszystko naprawić, ale stał tu, bo wiedział jedno, nie chciał jej stracić.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  15. Carter nie odpowiedział od razu. Przez krótką chwilę po prostu tam stał, tuż za nią i milczał. Jakby ważył jej słowa, każde z osobna. Jakby próbował znaleźć w sobie coś więcej niż gotową ripostę, coś więcej niż kolejne niepotrzebne „ale”. Jakby sam nie wiedział, czy jeszcze potrafi się odezwać tak, żeby jej nie zranić bardziej.
    — Zostaję, bo chcę — wyszeptał jej przy skórze. — Nie dlatego, że muszę. Nie dlatego, że wypada. Nie przez strach. Tylko dlatego, że… kiedy ciebie nie mam obok, wszystko inne przestaje mieć sens — powiedział nagle, bez zbroi. Bez cynizmu, bez tej pieprzonej ironii, którą przez lata nauczył się nakładać jak tarczę. — Nie potrafię sobie wyobrazić, że cię nie ma. Że budzę się sam. Że nie patrzysz na mnie tym spojrzeniem, które… — urwał. Bo za dużo, za szybko. Ale nie przestał. — Nie umiem już oddychać bez tego spojrzenia, Soph.
    Złapał za suwak. Powoli. Z uwagą. Jakby każde szarpnięcie miało coś między nimi naruszyć. I jakimś cudem, posłusznie, z lekkim kliknięciem, suwak ustąpił. Wciąż milczał. Palce zsunęły się delikatnie wzdłuż jej pleców, razem z opadającym materiałem. Oddychał płytko, blisko jej szyi. Niewiele dzieliło go od tego, by znów się do niej zbliżyć. Od tego, by zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się tamtej nocy. Kiedy dotknął palcami dolnej części zamka, oparł delikatnie czoło o tył jej głowy, jakby chciał na moment uniknąć kontaktu wzrokowego.
    — Nie zasługujesz na takie wieczory. Na mnie w takim wydaniu.
    Podniósł lekko głowę, jakby chciał znów spojrzeć na nią przez odbicie w lustrze. I to był Carter. W swojej surowej, potłuczonej wersji. Bez udawania. Bez maski. Zrezygnowany, ale obecny.
    Pochylił się. Jego usta musnęły najpierw bok jej szyi, ledwie dotknięcie, bardziej oddech niż pocałunek. Potem jeszcze raz, odrobinę śmielej. Nie było w tym pośpiechu. Tylko potrzeba bycia bliżej. Prawdziwie. Przesunął opuszkiem palca wzdłuż jej przedramienia, tak delikatnie, że aż poczuł, jak skóra Sophii się napina. Jak zadrżała, choć wciąż stała bez ruchu. Patrzyła przed siebie. W swoje odbicie. I właśnie wtedy, gdy jego palce zatrzymały się przy jej nadgarstku, pochylił się. Głowę przesunął bliżej, aż jego usta znalazły się tuż przy jej uchu.
    — Chcę tego, Soph… ciebie. — Jego głos był cichy, głęboki. Prawie urwany. Jakby zmuszał się do mówienia czegoś, co zbyt długo w nim siedziało. — Nie mam już pojęcia, co robić, żebyśmy nie krzywdzili się nawzajem. Ale jedno wiem. Nie chcę żadnego życia bez ciebie. Nawet jeśli to wspólne nie będzie wyglądać tak, jak sobie wyobrażaliśmy. — Przerwał na moment. Jego oddech otarł się o jej skórę. — Bez ciebie to wszystko nie ma sensu.
    I zanim cokolwiek mogła odpowiedzieć, zanim dała jakąkolwiek reakcję, złożył cichy pocałunek tuż pod linią jej szczęki. Powoli. Z namysłem. Bez pośpiechu. Jakby chciał zapamiętać smak jej skóry. Jej ciepło. Cokolwiek, co go tu jeszcze trzymało. Powoli objął ją od tyłu. Przedramiona zamknęły się wokół niej miękko, nie zaborczo. Jedną dłoń wsunął na jej brzuch. Nie głęboko, tylko tyle, by ją do siebie przyciągnąć. Do ciepła. Do wszystkiego, czego nie potrafił nazwać, ale co i tak czuł z całą intensywnością. Trzymał ją tak przez chwilę, jakby sam szukał w tym pewności, że jeszcze ją ma. Że nie jest za późno. Że wciąż może być domem, jeśli pozwoli mu nim być.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  16. Carter milczał przez chwilę. Czuł pod dłonią bicie jej serca, delikatne, ale przyspieszone, jakby każde słowo, które wypowiadała, kosztowało ją więcej, niż była w stanie znieść. Miał ochotę odgarnąć włosy z jej karku i szeptać, że nic złego się nie stanie, że już są w domu, ale wiedział, że to za mało. Że musiała to usłyszeć naprawdę. I że nie wystarczy być. Trzeba też zrozumieć. Pochylił się znów bliżej, tak że jego głos niemal wtopił się w jej skórę, ciepły i głęboki.
    — Nawet wtedy — mruknął. — A może zwłaszcza wtedy.
    Palcami objął jej dłoń, tę, którą położyła na jego ramieniu, i ścisnął lekko, jakby chciał dać jej znać, że to, co teraz mówi, nie są tylko słowa. Że słuchał jej wcześniej. Że usłyszał wszystko.
    — Chcę, żebyś mówiła, co czujesz. Bo tylko wtedy mogę coś zrobić. Zmienić. — Przesunął nosem po jej skroni. — Nienawidzę się za to, że czasami nie umiem tego ogarnąć wcześniej. Że widzę dopiero, jak już boli.
    Zamknął na chwilę oczy, przyciągając ją mocniej, jakby dopiero ten moment pozwolił mu się naprawdę rozluźnić. W niej. W tej ciszy, która była bardziej intymna niż jakiekolwiek słowa.
    — Nigdy mi nie przyszło do głowy, że mógłbym cię zostawić. Że moglibyśmy nie być razem. — Głos miał cichy, ale pewny. — Od kiedy pozwoliłaś mi zostać, nic innego nie miało sensu. Nawet jeśli czasem sam siebie pytam, jakim cudem to się w ogóle dzieje. Jak to się stało, że ty… i ja… jesteśmy tutaj. — Zaśmiał się cicho, nie z niej, z siebie. Z tego niewiarygodnego faktu, że naprawdę to się wydarzyło. — Ale nie chcę świata, w którym cię nie ma.
    Czołem dotknął jej głowy, a potem jeszcze raz musnął ustami skórę przy jej uchu.
    — Potrzebuję cię. Nawet, kiedy mnie wkurzasz. Nawet, kiedy milczysz. Nawet, kiedy odwracasz wzrok, bo boisz się, że zobaczę, jak bardzo coś cię boli. Potrzebuję cię, Soph. Ty jesteś moim domem.
    Jego kciuk przesunął się powoli po jej skórze, uspokajająco, jakby próbował uciszyć nie tylko ją, ale też siebie. Pocałował ją jeszcze raz, tym razem wyżej, bliżej ucha. Oparł policzek o jej włosy. Oddychał w nie przez chwilę, jakby to był jedyny zapach, który jeszcze potrafił go utrzymać w pionie.
    — Wiem, że zawodzę — uśmiechnął się gorzko przy jej skroni. — Ale jestem tu. Z tobą. I to jest najbardziej prawdziwa rzecz, jaką teraz mam.
    Carter poczuł ten dreszcz pod palcami szybciej, niż zdążyła go ukryć. Jakby jej ciało zdradzało to wszystko, czego ona jeszcze nie potrafiła powiedzieć na głos. Przesunął dłonią po jej przedramieniu w górę, ostrożnie, niemal niepewnie, aż zamknął ją na jej ramieniu i przyciągnął bliżej. Nie gwałtownie. Nie zachłannie. Pozwolił, żeby cisza zrobiła to, czego słowa już nie potrafiły. Żeby jej oddech zrównał się z jego. Powoli zsunął dłonie z jej ramion w dół, do talii, aż znalazły się na jej brzuchu, jak obietnica przyszłości, której oboje się bali, ale nie potrafili już nie chcieć. Dopiero po chwili znów musnął ustami jej skórę, wolniej, spokojniej, bez pośpiechu. Odwróciła lekko głowę, a on to wykorzystał. Nachylił się i złożył kolejny pocałunek, tym razem w zagłębienie między jej szyją a obojczykiem. Wolno, świadomie. Tak, jakby chciał tym jednym gestem powiedzieć wszystko, czego nie umiał wyrazić głośno. Ich czoła złączyły się na moment, gdy oddechy się wymieszały.

    OdpowiedzUsuń
  17. Dotknął jej ramienia, potem drugiego, pomagając zsunąć suknię, ostrożnie, z uwagą, jakby była z cienkiego szkła, które lada moment może pęknąć. A może to nie o suknię chodziło. Może to o nią. O nich. Ruch był delikatny, uważny. Sukienka zsunęła się po jej biodrach i opadła na podłogę bezszelestnie. Nie odwracał wzroku. Patrzył na jej lustrzane odbicie tak, jakby widział ją po raz pierwszy. A może po raz ostatni i właśnie dlatego musiał zapamiętać każdy szczegół.
    Odwrócił ją do siebie powoli, niemal z ostrożnością. Ich spojrzenia się spotkały. W półmroku garderoby, w tej ciszy, która dopiero co przestała być ich wrogiem, Sophia wyglądała, jakby na chwilę przestała oddychać. W jej oczach było wszystko. I ból, i ulga. Wyczerpanie i potrzeba.
    — Nie jesteś dodatkiem, Soph. I nigdy nie byłaś.
    Jego dłoń powędrowała na jej policzek, palcami delikatnie musnął skórę pod okiem, jakby chciał zetrzeć cień łez, które nigdy nie spłynęły. Kciukiem przesunął po jej dolnej wardze, zatrzymując się tam na ułamek sekundy… i dopiero wtedy pochylił się i pocałował ją. Bez pośpiechu. Bez gwałtowności. To nie był pocałunek, który miał cokolwiek odebrać, rozgrzeszyć, czy przykryć. To był ten rodzaj bliskości, który mówił: jestem tutaj. I nigdzie się nie wybieram. Carter pogłębił pocałunek powoli, z tą samą uważnością, z jaką rozsuwał jej sukienkę. Jego dłonie zsunęły się na jej plecy, a potem otoczyły ją w pełni, przyciągając do siebie bez reszty, bez żadnych niedomówień, bez przestrzeni na lęk. W tej jednej chwili nie było ani ich różnic, ani kłótni, ani tej ciszy z samochodu, która bolała. Była tylko ona. I on. I to, że wciąż się wybierali. Pomimo wszystko.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  18. Carter nie ruszał się z miejsca. Pozwolił jej działać. Palce Sophii sunęły powoli po jego klatce piersiowej, guziki jeden po drugim ustępowały pod naciskiem. W gardłowym półuśmiechu, który zaledwie poruszył kąciki jego ust, była zmęczona ulga. Pozwolił jej rozpinać jego guziki bez słowa, bez pośpiechu, jakby w tym rytuale, tak cichym i uważnym, było coś, czego oboje właśnie potrzebowali. Coś, co mogło ich uspokoić bardziej niż jakiekolwiek zapewnienia. Jego dłonie nie powędrowały od razu do jej ciała. Zostały tam, na jej policzkach, potem na plecach, jakby chciał jedynie czuć jej obecność. Ciepło pod opuszkami. Uderzenia serca. Oddech. Tylko tyle i aż tyle. Każdy rozpięty guzik odsłaniał fragment jego skóry, ale też coś więcej, intymność, zaufanie, ciszę po burzy, która jeszcze chwilę wcześniej trzęsła fundamentami wszystkiego, co między nimi było. Nie odezwał się, gdy rozpięła ostatni guzik. Nie musiał. Pozwolił, by materiał koszuli ześlizgnął się z jego ramion, zostawiając go nagiego od pasa w górę, otwartego, bez zbroi, jakiej zazwyczaj potrzebował, by przetrwać dzień. Złapał jej twarz w dłonie, delikatnie, jakby była czymś, co można przypadkiem złamać.
    — Niczego nie żałuję — wyszeptał. — Ani jednej pieprzonej rzeczy, która nas do tego doprowadziła.
    Pochylił się znów i ją pocałował, inaczej niż wcześniej. Mocniej, z całym ciężarem tego, co niosło w sobie to jedno zdanie. W tym pocałunku było wszystko: jego złość na świat, który próbował im zabrać spokój. Jego strach. I potrzeba, głęboka, instynktowna, czysta. Dłonie Cartera zsunęły się na jej biodra, przyciągając ją bliżej. Z łatwością, z jaką tylko on potrafił ją do siebie dopasować. Wsunął palce pod materiał bielizny na jej plecach i przymknął oczy, opierając czoło o jej skroń.
    — Jesteś dla mnie wszystkim — powiedział cicho. Tak, jakby właśnie teraz to do niego naprawdę dotarło. Nie był to wybuch emocji. Nie była to kolejna obietnica. To był fakt. Odsunął się od nie minimalnie, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Palcami znów dotknął jej twarzy, delikatnie, z tą ostrożnością, którą rezerwował tylko dla niej. Jakby każde słowo, które miał wypowiedzieć, musiało zostać najpierw wyczute na skórze. — Nie unikniemy kłótni, Soph — powiedział cicho, ale pewnie. — Nie przy nas. Nie przy tym, jacy jesteśmy… jaki JA jestem.
    Kącik jego ust uniósł się lekko, choć w oczach wciąż tliło się coś więcej, coś z głębi, coś prawdziwego. — Czasem nie potrafię rozmawiać spokojnie. — Przesunął kciukiem po jej policzku, jakby to miał być gest, który zmaże resztki ich wcześniejszej kłótni. — Ale możesz być pewna jednego. — Zrobił pół kroku, znów skracając dzielący ich dystans, i pochylił się niżej, tak by jego czoło dotknęło jej czoła. — Zawsze się pogodzimy. — Na jego twarzy zarysował się cień uśmiechu, bardziej miękki, prawdziwszy niż ten, który nosił dziś wieczorem. — I tak jestem o ciebie zazdrosny — odezwał się cicho, głosem, który niósł w sobie więcej prawdy, niż pewnie planował powiedzieć. — Tak, że czasem nie wiem, co z tym zrobić, Soph. — Dłońmi objął ją ostrożnie, jakby dotykał czegoś kruchego, co bardzo chce zatrzymać przy sobie. — Wiem, że masz prawo do swojego życia, do ludzi wokół, do własnego świata. Ale czasem… — urwał, zaciągając się cicho jej zapachem, jej obecnością. — Czasem mam ochotę zamknąć cię gdzieś tylko dla siebie. — Palcem przesunął wzdłuż jej obojczyka, jakby próbował się uziemić, zanim powie więcej.
    — Ale to wszystko… Nie dlatego, że ci nie ufam. Nie dlatego, że chcę cię kontrolować. — Przeniósł spojrzenie w jej oczy, a jego głos był spokojny, ale napięty. — Tylko dlatego, że cię kocham. Tylko ja… nie potrafię kochać spokojnie, kocham w ten sposób, który odbiera oddech i czasem rozum.

    OdpowiedzUsuń
  19. Nie powiedział już nic więcej. Nie było potrzeby. Słowa przestały mieć znaczenie w chwili, gdy ponownie odnalazł jej usta. Tym razem bez uprzedzenia, bez zawahania. Całował ją głębiej, pewniej, jakby w tym jednym pocałunku chciał zostawić wszystko, czego nie potrafił ubrać w słowa. Jedna dłoń wsunęła się w jej włosy, druga objęła ją mocniej w talii, jakby nie mógł pozwolić sobie na żadną przestrzeń między nimi. Nie przerywał, nie szukał już żadnych odpowiedzi. Była tylko ona.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  20. Sophia miała jego obraz tak wyraźnie utkany w swojej głowie, że czasem wydawało się, jakby nie dopuszczała do siebie rzeczywistości. Nie chciała jej widzieć, nie chciała słyszeć tego, co mówił, zwłaszcza wtedy, gdy mówił najprawdziwiej o trudnych elementach swojego charakteru. Kiedy mówił, że nie potrafi kochać spokojnie, bo dla niego miłość to emocje, zazdrość, napięcie, gniew i namiętność, które zmieniają się jak pogodowe fronty. Że potrzebuje krzyku i awantury równie mocno, jak potrzebuje ciszy i oddechu. Że nie zna innej wersji siebie. Że jego wersja „kocham cię” to czasem zbyt głośne zamknięcie drzwi, zaciśnięta szczęka i chaos, który zostawia po sobie w salonie, gdy nie potrafi się zatrzymać. Mówił jej to, wyznawał na różne sposoby, słowami, milczeniem, spojrzeniem, ale ona jakby tego nie słyszała. Jakby wciąż wracała do tej wersji, którą sama w nim widziała. Tej, którą sobie wymarzyła. Wersji Cartera, który potrafi kochać tak, jak ona tego potrzebuje, cicho, pewnie, trzymając za rękę i zostając, kiedy świat się wali. I choć Carter czasem właśnie taki był, kojący, obecny, oddany, to tylko do czasu, aż nie wybuchł. Bo w spokoju było mu czasami duszno. Tłumiona frustracja buzowała w nim pod skórą, aż w końcu, jak tego wieczoru, wylewała się z niego jak benzyna rzucona na ogień. Wypalała wszystko. Ich rozmowy, ich wieczory, ich plany. A mimo to… ona nadal go widziała przez pryzmat tej jednej, najczystszej wersji. Tego Cartera, który wraca. Który zostaje. Który całuje ją w gardłowej ciszy sypialni i przy niej się zatrzymuje. Jakby całe to pęknięcie było tylko chwilowym zniekształceniem. Jakby dało się to wszystko poukładać, jeśli tylko wystarczająco mocno w to uwierzy. Ale on wiedział, że to nie jest takie proste, że ta miłość, którą jej dawał, była czasem jak wicher, którego nie da się zatrzymać w czterech ścianach penthouse’u. Wiedział to aż zbyt dobrze. I czasem uciekał tak, gdzie mógł ten głód emocjonalny załagodzić, żeby wrócić do niej znów w czystej postaci. Ale kiedy mówił jej, że nie potrafi kochać spokojnie, że dla niego miłość zawsze była jak wojna, ona odpowiadała „potrafisz”.
    — Wiem, że wracasz, że jesteś, że nie chcesz mnie zostawić… — przytaknął. Nawet podczas największych kłótni, kiedy robił coś, czego nie akceptowała, kiedy wracał w środku nocy i najpierw zmywał z siebie zapachy wieczoru a potem wsuwał się pod kołdrę jak gdyby nigdy nic, pod skórą wiedział że Sophia nie odejdzie, że wszystko zniesie i zaakceptuje, będzie sobie powtarzać „To tylko drobne potknięcie, Carter taki nie jest”. A on taki był. Po prostu.
    — Tylko… — urwał na moment, wypuścił powietrze z płuc i nie dokończył już tej myśli. Bo Carter taki był. Pełen sprzeczności, zmienności, gwałtowności i chaosu. Jednego dnia mógł rozbić szklankę o ścianę albo całować swoją ex a drugiego wręczyć Soph dwieście róż. I każdą z tych wersji była tak samo prawdziwa.
    Nie powiedział już nic więcej. Jego spojrzenie zmieniło się, przygasły w nim ciężkie słowa, a ustąpiły miejsca czystemu pragnieniu. Temu, które nie potrzebowało już żadnych wyjaśnień. Nie potrzebowało zgody ani rozgrzeszenia. Pocałował ją. Inaczej niż wcześniej, nie z ostrożnością, nie z czułą uważnością, ale z czymś, co przypominało desperację. Ciepły, głęboki pocałunek, w którym nie było już miejsca na zawahanie. Objął ją stanowczo, przyciągając do siebie bez przestrzeni na wątpliwość, na lęk, na cokolwiek, co mogłoby ich znów od siebie oddalić. Ich ciała odnalazły się szybko, jakby doskonale pamiętały wszystko, co było wcześniej, każdy pocałunek, każde westchnienie, każdy dotyk, który koił lepiej niż słowa.

    OdpowiedzUsuń
  21. Jego dłonie wędrowały po jej plecach, potem wzdłuż talii, aż zatrzymały się na biodrach. Znał ją zbyt dobrze. Wiedział, jak się porusza, jak pachnie jej skóra, jak reaguje, gdy milkną wszystkie myśli. Było tylko to, ich ciała, oddechy, głód bliskości, który nie musiał być wytłumaczony. Z garderoby nie ruszyli się ani o krok. Nie potrzebowali łóżka, świec, pościeli pachnącej lawendą. Potrzebowali tylko siebie. I to właśnie brali, nie pytając, nie cofając się. Uczepieni tej jednej chwili, w której nie było już niczego poza nimi.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  22. W nocy długo nie mógł zasnąć. Nie tylko przez nadmiar emocji i to, co między nimi padło, ale też dlatego, że w samochodzie, zanim jeszcze wrócił do niej na górę, pozwolił sobie na odrobinę. Niewiele. Taką ilość, która miała tylko złagodzić napięcie, pozwolić sercu uderzyć odrobinę spokojniej, a myślom choć na moment się wyciszyć. Nikt by nie zauważył. Zwłaszcza ona. Był ostrożny. Na tyle, by nie dać jej żadnych powodów do kolejnych pytań. Nie chciał, żeby wiedziała. Nie tej nocy. Nie po tym wszystkim. Leżał obok niej długo w ciemności, wsłuchany w jej spokojny oddech. Powoli uspokajający także jego własny. Czuł ją przy sobie. Ciepło jej skóry, miękkość jej włosów na jego ramieniu.
    Myśli wciąż krążyły, wokół ich rozmowy, kłótni, tej intensywnej bliskości później. I wokół tego, czego nie powiedział. Czego jeszcze w sobie nie poskładał. Po chwili ostrożnie, niemal bezgłośnie wysunął się spod kołdry, zostawiając ją wtuloną w poduszkę. Nie chciał jej budzić. Wyszedł z sypialni i zszedł po cichu do salonu. Z miejsca, które tylko on znał, wyjął lufkę i zioło. Zostawił je sobie na właśnie takie noce. Wyszedł na balkon, mimo że było zimno. Oparł się o barierkę i zapalił. Zaciągnął się głęboko, zamykając oczy. Czuł, jak napięcie z wolna zaczyna puszczać. Jak świat nieco się wycisza. Jak to wszystko: ona, on, ich wieczór, przestaje się aż tak tłuc w głowie, nie rani tak głośno. Wrócił do środka, umył ręce i zęby. Upewnił się, że w pokoju wciąż panowała cisza, a Gigi nie podniosła łba znad łóżka. Kiedy znów wsunął się pod kołdrę, Sophia poruszyła się lekko, ale nie obudziła. Otulił ją ramieniem i zamknął oczy. To wystarczyło, by w końcu też odpłynął, późno, ale jednak. Z tą jedną myślą, która nie dawała mu spokoju: że choćby się bardzo starał, czasem i tak potrzebował ucieczki.
    Poranek był zbyt cichy, jak na to, co przeszli w nocy. Zbyt spokojny, zbyt łagodny, niemal nierealny. Jakby ten szary świt chciał im dać złudzenie, że wszystko się unormowało. Że słowa, które padły, nie rozbiły w nich niczego naprawdę. Ale Sophia wiedziała swoje. Cisza potrafiła być zwodnicza. Jej palce przesunęły się po jego policzku z ostrożnością. Czułością. Tą samą, którą zawsze dla niego miała, nawet kiedy wszystko w środku mówiło jej, że powinna być już gdzie indziej. Ale przecież nie potrafiła. Została. Zawsze zostawała. Carter poruszył się lekko, jakby poczuł jej dotyk przez sen. Jego dłoń, leżąca na jej biodrze, zacisnęła się na moment mocniej, jakby podświadomie nie chciał, by się oddalała. Nie otworzył jednak oczu. Jeszcze nie. Odetchnął głęboko i przesunął jej dłoń z policzka do swoich ust. Musnął ją lekko, sennie.
    — Jeszcze chwilę — wymruczał półsennie, z tym charakterystycznym dla siebie chropawym, porannym głosem. Nie ruszył się. Tylko odnalazł jej dłoń i przyciągnął ją do swoich ust. Pocałował leniwie, miękko, jakby sam ten gest był wszystkim, czego teraz potrzebował, żeby nie musieć wracać do tej szorstkiej, napiętej rzeczywistości. Zamrugał powoli i dopiero wtedy otworzył oczy. Ich spojrzenia się spotkały, a jego twarz rozciągnął leniwy, nieco zmęczony uśmiech. Przeciągnął się lekko, nadal trzymając jej dłoń w swojej. Był gotów udawać jeszcze przez kilka minut, że cały świat ich nie dotyczy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  23. Zamruczał z aprobatą pod nosem, kiedy jej noga wylądowała na jego udzie, a ciepło jej skóry znów dotknęło jego ciała. Uwielbiał to. Ten bezwstydny poranny bezruch, kiedy niczego nie musieli, a wszystko już było na wyciągnięcie ręki. Cała ona. rozgrzana, cicha, miękka, jakby nigdy nie chciała się ruszyć z tego łóżka. I nie miałby nic przeciwko temu, żeby została dokładnie tu, dokładnie tak, przez resztę dnia. Zerknął na nią przez przymrużone powieki, leniwie, z tym swoim uśmiechem, który bardziej przypominał zamyślone rozbawienie niż jawne rozczulenie, ale Sophia znała go już na tyle, by wiedzieć, że był rozczulony. Głęboko, nieznośnie, do szpiku kości.
    — Frytki na śniadanie? — powtórzył półszeptem. — Brzmi jak plan, którego nie da się poprawić.
    Przetarł dłonią twarz, potem zjechał nią po jej biodrze, gdzieś do uda i z powrotem, jakby się upewniał, że jest prawdziwa. I że wciąż tu jest.
    — Wszystko, co tylko chcesz, skarbie. Chcesz frytki? Będą frytki. Chcesz lody do frytek? Też będą. — Jego głos znów lekko zadrżał od śmiechu, ale taki był. — Zamówię ci wszystko, co ci się zamarzy. Nawet mango z bekonem i pianki w panierce, jeśli tylko się okaże, że tego potrzebujesz, żeby przetrwać ten dzień.
    Zanurzył twarz w jej włosach, cmokając ją miękko w czoło. — W pakiecie z facetem, który nie tylko cię kocha, ale i nie ocenia twoich śniadaniowych fantazji.
    Znowu się do niej przytulił, bez żadnej napinki, bez emocjonalnego napięcia, tylko z tym spokojem, który rzadko w nim gościł. Ale był. Dziś rano naprawdę był. Przymknął oczy, a jego głos był głęboki, lekko ochrypły, ale miękki i nasycony tą zaspana czułością, która pojawiała się tylko w takich porankach jak ten. Pocałował czubek jej głowy, potem powoli zsunął usta niżej, do skroni, do policzka, aż znów wcisnął nos w jej włosy, oddychając tym znajomym zapachem, jakby ładował nim sobie baterię na cały dzień. Kiedy ułożyła się wzdłuż jego ciała, jakby znów chciała się nim otulić, znaleźć bezpieczną przystań gdzieś między jego ramieniem a spojrzeniem, które z każdą kolejną sekundą stawało się coraz bardziej przytomne, choć wciąż podszyte porannym spokojem. Przez chwilę tylko na nią patrzył, nic nie mówiąc. Bez żartów, bez mruknięć, bez rozbrajających uśmiechów. Po prostu patrzył. Na jej policzki jeszcze zaróżowione od snu, na oczy, które z bliska były wszystkim, pewnością, czułością, emocją i spokojem. I na usta, które znał tak dobrze, a które za każdym razem kusiły go tak samo. Jego kciuk musnął delikatnie jej skórę tuż przy żuchwie, przesuwając się leniwie wzdłuż jej policzka, aż do kąta ust.
    — To mój ulubiony widok… — powiedział w końcu, szeptem. Uśmiechnął się, ale nie przerywał kontaktu wzrokowego. Mówił powoli, jakby każde słowo miało dla niego wagę. — Nic się z tym nie równa. Żaden obraz, żaden widok za oknem, żadna pieprzona panorama Nowego Jorku z najwyższego piętra.
    Nachylił się delikatnie, z policzkiem niemal dotykającym jej skroni, a jego głos wypełnił przestrzeń między nimi z tą niespieszną, miękką intymnością, której nie dało się podrobić.
    — Mógłbym tak na ciebie patrzeć całe życie.
    Delikatnie pogładził opuszkami palców linię jej szczęki. Uśmiechnął się przy tym, ten uśmiech był zupełnie inny niż zazwyczaj. Spokojny. Czuły. Bez żadnych masek. Pochylił się i zostawił delikatny pocałunek na czole Sophii, zatrzymując usta dłużej niż zwykle, jakby to był znak, pieczęć, którą zostawia tylko on, tylko tutaj. Potem pocałował ją jeszcze raz, w skroń, w policzek, w kącik ust, aż wreszcie dotarł do ust i tym razem nie przerywał już szybko. Jego dłoń powędrowała niżej, leniwie, z namysłem, aż zacisnęła się pewnie na jej udzie. Nie powiedział już nic, nie musiał.

    OdpowiedzUsuń
  24. W jego spojrzeniu było wszystko: czułość, przywiązanie, głód bliskości, ale i ten cichy, znajomy błysk czegoś pierwotnego, co w nim zawsze istniało. Tego, co nie potrzebowało słów, by mówić „jesteś moja”. Przytrzymał jej udo i przekręcił się bez wysiłku na plecy, wciągając ją na siebie ze śmiechem, aż Sophia znalazła się nad nim, z włosami opadającymi na jego twarz i ciałem wtulonym w jego tors. Przyciągnął ją bliżej, jakby nadal było mu za mało, jakby każda sekunda oddzielenia była zbyt długa.
    — Tak lepiej — mruknął nisko, niemal gardłowo, trzymając ją mocno. Dłonie zsunęły się z jej ud na biodra, potem na plecy, gdzie wsunęły się pod materiał koszulki, którą miała na sobie. Jego koszulki. Spojrzał na nią z dołu, z tą niewymuszoną intensywnością, która sprawiała, że nawet najbardziej zwyczajna chwila zmieniała się w coś, co zapadało w pamięć na długo.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  25. Carter znów na nią spojrzał, miękko, z tym rozbrajającym półuśmiechem, który pojawiał się tylko wtedy, gdy pozwalał sobie na odrobinę sentymentalności. Jego palce przesunęły się po jej policzku, tam, gdzie skóra była jeszcze lekko odgnieciona od poduszki.
    — Tak — mruknął cicho, niemal z czułością, jakby to właśnie ten szczegół był dla niego nie do zniesienia uroczy. — I z tą odciśniętą poduszką na twarzy i miną, jakbyś dopiero co wróciła z jakiejś innej rzeczywistości.
    Przesunął kciukiem po jej policzku, gładząc to odgniecione miejsce tak delikatnie, że ledwo było to wyczuwalne. Uśmiechną się, kiedy tym razem to ona złożyła na jego twarzy kilka delikatnych muśnięć ustami.
    — Mhm, a to jest mój ulubiony moment poranka — dodał ciszej, jakby tylko dla niej, jakby ten poranek istniał tylko między nimi i światem nie trzeba było się dziś przejmować.
    Carter nie odrywał wzroku od Sophii, nawet kiedy poczuł na sobie pierwsze ciepłe, puszyste łapki, jakby Gigi już wyczuła, że nie jest dziś w centrum uwagi. Parsknął śmiechem, tym prawdziwym, miękkim, który zawsze wydobywał się z jego gardła wtedy, gdy był naprawdę rozbawiony. Nie musiał się nawet zastanawiać, co odpowiedzieć. — Wiesz, że to nie jest uczciwe pytanie, prawda? — mruknął półżartem, układając dłonie na jej udach, jakby chciał ją przy sobie zatrzymać, nawet jeśli tylko dla tej jednej chwili. Uśmiechnął się tylko leniwie, z tym charakterystycznym dla siebie rozbawieniem, kiedy spojrzał na ich psa, po czym znów wrócił spojrzeniem do kobiety, która leżała na nim, rozczochrana, z lekko zarumienionymi policzkami i tym uśmiechem, który łamał w nim każdą niepotrzebną barierę.
    — Jesteście bezczelnie wymagające, obie — wymruczał, nachylając się do jej ucha i zostawiając tam krótkie, ciepłe muśnięcie ust. — Ale ty jesteś tą, która mówi, że chce patrzeć na mnie przez całe życie, więc chyba wygrywasz dzisiejszy poranek.
    Delikatnie przesunął dłoń wzdłuż jej pleców, wsuwając palce pod materiał jego koszulki, którą miała na sobie. Jeszcze ciepłą od ich wspólnej nocy. To był ten moment, kiedy niczego więcej nie potrzebował. Ani chaosu, ani akcji, ani adrenaliny.
    Gigi szczeknęła ponownie, obróciła się na posłaniu i z cichym jękiem położyła pysk na kocu, jakby obrażona, że nie dostała natychmiast całej uwagi. Carter zaśmiał się cicho.
    — Chcesz się przytulać, Gigi? — rzucił w stronę psa, sięgając ręką na bok i zatapiając dłoń w puszystej sierści. — Daj jej trzy minuty i znowu będzie spać. — Uśmiechnął się szerzej, a potem spojrzał na Sophię z wyraźnym rozczuleniem. Jego dłonie wróciły do Sophii. Przesunął nimi wzdłuż jej pleców, zatrzymał się w dolnej części, obejmując ją mocniej. Patrzył na nią z dołu, z tym miękkim wyrazem twarzy, który wciąż kontrastował z twardością jego rysów. Czasem miał wrażenie, że ona widzi rzeczy, których inni nie są w stanie dostrzec. Że zna w nim coś, co on sam z trudem dopuszcza do głosu.
    — Mówiłem już, że wyglądasz pięknie?
    Oczy miał nieco przymrużone, ale spojrzenie było czyste, skupione tylko na niej. W jego tonie nie było tej nuty niepokoju, którą Sophia znała z innych poranków, kiedy coś się w nim tłukło jeszcze długo po tym, jak się obudził.
    — I jeśli masz jeszcze jakieś fantazje: śniadaniowe, cielesne, kulinarne czy… inne, to właśnie nadeszła ich pora. — Zaśmiał się cicho. — Bo nie zamierzam cię nigdzie puszczać, dopóki nie uznam, że jesteś wystarczająco… spełniona.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  26. Carter uniósł nieznacznie kącik ust, obserwując jej twarz z tą samą mieszaniną rozczulenia i przyciągającej pewności, która zawsze pojawiała się, gdy tak na niego patrzyła z czułością, z tą cholernie trudną do opisania obecnością, której nie dało się podważyć. Mimo wszystkiego, co między nimi zaszło, mimo słów, które padły i tych, które jeszcze tkwiły gdzieś w gardłach, teraz nie było niczego poza nią. Tą wersją Sophii, która na nim leżała, ciepła, zaspana i rozbrajająco obecna. Z takim błyskiem w oku, że nie potrafił myśleć o niczym innym.
    — Mhm, z odciśniętą poduszką na policzku i tym głosem, który brzmi, jakbyś mówiła prosto ze snu — wymruczał, sięgając dłonią do jej biodra i przeciągając ją po gładkiej skórze w kierunku talii. — To lepsze niż jakikolwiek sen, Soph. Każdy pieprzony poranek, kiedy cię mam przy sobie…
    Zacisnął dłoń delikatnie na jej biodrze, nie po to, by zatrzymać ją fizycznie tylko po to, by dać jej sygnał, że nigdzie nie chce jej wypuszczać. Nawet na sekundę.
    Kiedy wspomniała o prysznicu, jego spojrzenie na ułamek sekundy przygasło. Ale nie w smutku. W czymś zdecydowanie głębszym, tym zmysłowym skupieniu, które w nim zawsze było jak dym pod skórą, gotowy, by w jednej chwili wzniecić ogień.
    — Pod prysznic? — powtórzył za nią, jakby próbował rozważyć, czy dałby radę wstać, czy może ich tam po prostu zaniesie. — „Ostatnim razem” — zacytował, zerkając na nią z udawaną niewinnością. — Będziesz musiała być bardziej precyzyjna, Soph. Wiesz, że ostatnio byłem… wyjątkowo produktywny.
    Zsunął dłonie na jej uda i przytrzymał ją lekko, jakby chciał podkreślić, że nie ma zamiaru puścić jej tak łatwo.
    Gigi w tym czasie znów pisnęła cicho, zwinąwszy się w kłębek na drugim końcu łóżka, najwyraźniej urażona, że świat nie kręci się wokół niej. Carter rzucił w jej stronę spojrzenie i cicho westchnął.
    — Widzisz, Soph… problem z tobą i Gigi jest taki, że obie jesteście absolutnie nie do odparcia. I cholernie uparte. — Uśmiechnął się z lekką rezygnacją, po czym wrócił wzrokiem do niej. — Ale teraz wygrywasz. Bezdyskusyjnie.
    Objął ją znów w pasie i uniósł się nieco, by móc złożyć długi, przeciągły pocałunek na jej ustach. Było w nim coś więcej niż tylko poranna czułość, był smak pewności, że wszystko, co było złamane poprzedniego wieczoru, choćby chwilowo, zaczyna się sklejać.
    — Chodź — mruknął w końcu, głaszcząc jej plecy, ciepło i z zamysłem. — Wezmę cię pod prysznic. I powtórzę wszystko, czego nie możesz zapomnieć — zniżył głos, nachylając się nieco, by pocałować jej ramię, centymetr po centymetrze.
    Zerknął na Gigi, która przymknęła oczy, jakby specjalnie chciała im dać dyskretne przyzwolenie. Potem znów na Sophię, miękko, uważnie, z tym błyskiem w oku, który znała aż za dobrze.
    — Ale zanim tam pójdziemy, muszę ci powiedzieć jedno. — Jego głos przybrał ten niski ton, ten, który zawsze brzmiał bardziej jak obietnica niż zwykłe słowa. — Nie ważne, jak zwyczajne są te fantazje, nie ważne, czy chodzi o frytki, prysznic, czy leniwy dzień w pościeli… chcę być w każdej z nich. I dopilnuję, żeby żadna nie została tylko w twojej głowie.
    Przesunął palcem po jej szczęce, aż do kącika ust, gdzie kładł się jej uśmiech.
    — Gotowa? Jeśli znowu mnie wciągniesz pod tę wodę i spojrzysz na mnie tak, jak wtedy… to nie odpowiadam za siebie. Ale spróbuj tylko potem nie zjeść tych frytek. Obrażę się na śmierć.
    Carter nie odsunął się ani o centymetr. Przeciwnie, jak tylko zauważył, że Sophia wtula się w niego bardziej, rozluźniona, spokojna, z tym ciepłym półuśmiechem, który zawsze łapał go za serce, przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie. Jego dłoń przesunęła się wzdłuż jej pleców, aż do łopatki, zataczając tam leniwe kręgi.
    — Wiesz… — zaczął cicho, tuż przy jej uchu, a głos miał jeszcze zachrypnięty, jakby nie do końca wyrwany ze snu. — Mam czasem wrażenie, że całe moje pieprzone życie prowadziło do tej chwili. Do ciebie. Do tej wersji poranka.
    Zawiesił głos na chwilę, przylegając nosem do jej skroni. Zaciągnął się jej zapachem, tym znajomym, który zostawał z nim nawet wtedy, kiedy wychodziła na kilka godzin.

    OdpowiedzUsuń
  27. Zostawał na jego poduszce, na skórze, na dłoniach. Jak coś, co miało mu przypominać, że należy do czegoś więcej niż tylko do tego świata, który go ciągle rozrywał.
    — Zobacz, co ze mną robisz. — Szepnął, wciągając ją znów na siebie, tym razem jeszcze bliżej, tak, że nie było już między nimi żadnej przestrzeni. — Jeszcze dziesięć minut i naprawdę nie będziemy w stanie wyjść z łóżka.
    Nie czekał na odpowiedź. Zamiast tego wsunął dłonie mocniej pod jej koszulkę i odchylił się lekko, żeby na nią spojrzeć. Oczy miał wciąż lekko przymknięte, ale był już w pełni obecny, cały skupiony na niej, na tym, jak się porusza, jak oddycha, jak się uśmiecha, nawet nieświadomie.
    Jego palce przesunęły się z jej pleców na biodra, a potem zsunęły się niżej, zostając tam, jakby właśnie tam chciały zapuścić korzenie. Pochylił się, zostawiając krótki, miękki pocałunek tuż pod jej uchem.
    — Mógłbym tak z tobą zostać do poniedziałku. I dłużej. — wymruczał. — Tylko ty, ja, pies i góra jedzenia. Zero telefonów. Zero świata.
    Znów spojrzał na nią i uniósł brew z tym swoim lekko łobuzerskim półuśmiechem.
    — Ale jak mam cię wziąć pod prysznic… to musisz najpierw zejść z mojej klatki piersiowej, skarbie. A ty wyglądasz, jakbyś planowała tam zamieszkać na stałe.
    Przesunął kciukiem po jej biodrze i westchnął teatralnie i zaśmiał się przy tym wesoło. — No dobra. Może jednak nie schodź. Jeszcze chwilę. Jeszcze jedną.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  28. Carter jeszcze nigdy nie był w podobnej sytuacji. Nie siedział w tak cichym, sterylnym gabinecie, nie próbował zapanować nad drżeniem nóg w obliczu czegoś, co wcale nie przypominało jego świata. Wszystko tutaj było zbyt jasne, zbyt spokojne. Nawet głos lekarki wydawał się miękki i nienaturalnie ciepły, jakby mówiła do nich przez bańkę ciszy, w której on nijak nie potrafił się odnaleźć. Siedział z tyłu, za fotelem, w którym usiadła Sophia. Ręce miał zaciśnięte na materiale bluzy, jakby się bał, że bez tego ich drżenie stanie się zbyt widoczne. Mimo prób, nie potrafił udawać, że to nic takiego. Że to tylko rutynowa wizyta. Że wszystko pod kontrolą. Bo nie było. Nie tutaj. Nie wiedział, gdzie patrzeć. Czy na Sophię, czy na lekarkę, czy na ten dziwny ekran, który w każdej chwili mógł pokazać coś, co zmieni ich życie. Coś, co już w teorii wiedzieli, bo przecież testy były pozytywne, ale co dopiero teraz mogło przybrać kształt. Nabrać formy, której nie dało się już wypierać. Kiedy ekran się rozświetlił i pojawiły się na nim te szare, niewyraźne plamy, Carter wstrzymał oddech. Czuł, że jego ciało napina się jak przed uderzeniem. Gapił się w ten ekran jak zahipnotyzowany, próbując zrozumieć, co widzi. Czuł się wtedy obco, trochę jak gość w czyimś życiu, choć przecież to miało być ich wspólne życie. Ich wspólna decyzja. Ich wspólny problem. Albo cud. Wciąż nie wiedział, które z tych słów było prawdziwsze. I wtedy lekarka powiedziała: „Tutaj. To pęcherzyk ciążowy.”
    Niemal automatycznie spojrzał na Sophię. Na jej profil, na to, jak wpatruje się w ekran z taką intensywnością, jakby próbowała zapamiętać każdy piksel tej mikroskopijnej plamki. On sam czuł się… rozdarty. Jakby balansował na jakiejś cienkiej granicy. Bo nie wiedział, czy ma się cieszyć. Czy ma prawo. Czy w ogóle może pozwolić sobie na tę emocję, skoro jeszcze przed chwilą wszystko w nich się trzęsło od strachu i niepewności. Bo nie tak miało wyglądać jego życie. Nie w tej chwili. Nie w taki sposób. A jednak siedział tu, w miejscu, w którym nigdy nie wyobrażał sobie siebie i patrzył na ekran, na którym wyświetlało się coś, co miało zmienić jego życie. I jednocześnie… nie potrafił oderwać wzroku. Ta maleńka, jasna plamka wydawała się czymś więcej niż tylko obrazem z aparatury medycznej. Była dowodem, że to się naprawdę dzieje. Że to nie tylko słowo ciąża, które wypowiedzieli parę razy, jakby wciąż je testowali na językach. To było coś. Coś, co już istniało. Coś, co już się rozwijało. Coś, co było częścią Sophii… i jego. Carter poczuł, że jego gardło się zaciska. Nie mówił nic. Nie potrafiłby, nawet gdyby chciał. Czuł się jednocześnie jak dziecko i jak mężczyzna, który nagle musi dorosnąć w ciągu kilku sekund. Jak ktoś, kto dostał coś więcej, niż sądził, że zasługuje.
    Carter spojrzał na nią kątem oka, jeszcze nie całkiem gotowy na słowa. Jego palce splątały się z jej dłonią. Był cichy, ale nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. W jego głowie roiło się od myśli, rozsypanych, niewypowiedzianych, krzyczących i ściszonych jednocześnie. Od tamtej chwili, gdy zobaczyli na ekranie ten jasny, niemal nierzeczywisty okrąg… coś w nim się zmieniło. Westchnął cicho. Palcami przesunął po zewnętrznej stronie jej dłoni, jakby próbował ją uspokoić, ale może bardziej próbował uspokoić siebie.
    — Nie wiem — odpowiedział po chwili, szczerze, spokojnie, ale w jego głosie było coś nowego. Odwrócił głowę w jej stronę, patrząc na nią inaczej. Jakby widział ją w nowym świetle.
    — Patrzyłem na ten ekran i… — urwał, przesuwając drugą dłonią po brodzie, po zarostach, które wydawały się drapać go bardziej niż zwykle. — Wiem, że to jeszcze nic nie znaczy. Że możemy się wycofać. Że możemy jeszcze wszystko… zatrzymać. Ale… — spojrzał na nią, głęboko, uczciwie, z niepokojem zmieszanym z czymś, czego nie umiał nazwać — …nie potrafię przestać o tym myśleć jako o czymś naszym… prawdziwym...

    OdpowiedzUsuń
  29. Cisza między nimi zrobiła się gęsta, ale nie duszna. Była jak zawieszenie, jak oddech między dwiema falami.
    — Czy to… źle? — wymruczał cicho, wciąż z dłonią na jej brzuchu, nie odsuwając się ani o centymetr. — Że czuję się z tym… dobrze?
    Spojrzał na nią z bliska tak, jakby naprawdę potrzebował odpowiedzi. — Może to głupie, ale…
    Zacisnął delikatnie palce na jej dłoni, jakby chciał ją przy sobie zatrzymać jeszcze mocniej. Spojrzał jej prosto w oczy. — Ale jeśli… jeśli ty też choć trochę to czujesz… to może nie jesteśmy aż tak zagubieni, jak myśleliśmy.
    Potem zamilkł. Ale już nie był milczący z lęku. Patrzył na nią, na jej oczy, na zaciśnięte palce, na ten delikatny uśmiech, który mimo wszystkiego potrafił rozjaśnić każdy jego ranek. Nachylił się bez słowa, cicho, z miękkim ruchem, jakby bał się, że każde słowo tylko popsuje ten moment. Pocałował ją powoli. Nie na pokaz. Nie dlatego, że trzeba. Pocałował ją tak, jakby próbował w ten sposób coś jej powiedzieć, coś, co nie chciało się zmieścić w słowach. Jego dłoń podążyła za tym gestem, po policzku, po jej szyi, aż w końcu opadła cicho na brzuch Sophii. Delikatnie, ledwie wyczuwalnie, przesunął kciukiem po materiale jej bluzki, dokładnie tam, gdzie pod jego dłonią biło coś nowego. Przez chwilę patrzył na swoją dłoń.
    — To naprawdę się dzieje, co? — wyszeptał, podnosząc wzrok na jej oczy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  30. Carter nie bał się samej myśli o dziecku. Nie to paraliżowało go najbardziej. Może nie planował tego, może wciąż był zbyt pogubiony, by rozrysować im wspólną przyszłość na czystej kartce, ale myśl o tym, że miałby być ojcem nie budziła w nim przerażenia. Właściwie… to właśnie to czuł tam, w głębi, pod warstwami strachu, niepewności i wątpliwości: cichy, zdziwiony spokój. Bał się za to o nią. O Sophię. Bał się tego, co się z nią stanie, jeśli zdecydują się to zatrzymać. Jak to wpłynie na jej ciało, na jej psychikę, na każdy centymetr tego delikatnego świata, który nosiła w sobie i który tak długo próbowała poskładać. Bał się, że obudzi się kiedyś obok niej i zobaczy w jej oczach nie miłość, ale żal. Cichy, gorzki, wrośnięty w codzienność. Taki, który nie pada w słowach, ale który odbiera oddech każdemu porankowi. Bał się, że ją zatrzyma. Że będzie tym mężczyzną, przez którego Sophia zrezygnuje z własnego życia. Z marzeń, planów, z tych wszystkich rzeczy, które chciała dla siebie, zanim on w ogóle pojawił się w jej historii. I choć nie prosił jej, by zmieniała cokolwiek… choć chciał jej dać wszystko, co mógł, wiedział, jak łatwo jedno zdarzenie potrafi wszystko przesunąć. W jedną lub drugą stronę. To nie był strach przed dzieckiem. To był strach, że może ją skrzywdzić. Dlatego milczał dłużej, patrzył uważniej, trzymał ją mocniej. Nie dla siebie. Dla niej. Bo jeśli miała zdecydować, jeśli miała na to wszystko spojrzeć bez presji i bez lęku, musiała czuć jedno, że on będzie.
    Zacisnął lekko palce na jej dłoni, wciąż leżącej na jego. Drugą dłonią, wolną, sięgnął do jej twarzy, muskając kciukiem policzek, tak lekko, że ledwie to poczuła.
    — Wiem, że nie taki był plan — powiedział w końcu, jego głos był cichy, ale niepewność została w nim zastąpiona spokojem. — Wiem, że miałaś wszystko poukładane inaczej. Ale jeśli… jeśli to się właśnie dzieje, to nie mogę zaprzeczyć temu, co czuję.
    Zerknął na ich splecione dłonie, potem z powrotem na jej oczy.
    — Tam w gabinecie… — urwał, jego głos na chwilę się zaciął. Uniósł kącik ust z lekkim rozbawieniem i niedowierzaniem. — Nie pomyślałem o problemach. Ani o chaosie. Pomyślałem o tobie. I o tym, że jeśli to ma się wydarzyć… to nie chcę, żeby działo się z kimkolwiek innym.
    Pozwolił sobie zostać z nią blisko. Ich oddechy mieszały się w ciasnym wnętrzu auta, na tym parkingu, gdzie świat stanął w miejscu. Popatrzył na jej brzuch, a potem znów w jej oczy. Zbliżył czoło do jej czoła. Palcami znów przesunął delikatnie po jej brzuchu, tak jakby próbował coś poczuć, mimo że nic nie było jeszcze namacalne. Przez chwilę patrzył tylko na jej profil, na jej skupiony wzrok utkwiony gdzieś w przestrzeni między deską rozdzielczą a jego dłonią wciąż leżącą na jej brzuchu. Nie chciał jej naciskać. Ale nie mógł też pozwolić, żeby tonęła w lękach, które nie musiały być ich rzeczywistością.
    — Soph… — mruknął cicho. — To nie jest przecież tak, że nie mamy na to przestrzeni. Albo że nie mamy warunków. — Jego głos był spokojny, miękki, ale wyraźny. Patrzył jej prosto w oczy. Odwrócił się bardziej w jej stronę, nachylił lekko i uniósł dłoń, by odgarnąć jeden niesforny kosmyk z jej twarzy. Patrzył na nią, aż podniosła na niego wzrok. — Mamy dom. — Wymówił to prosto, jakby przypominał coś oczywistego. — Taki, który może być bezpieczny. I cichy. I pełen ciebie. I tego wszystkiego, co chcesz zrobić ze swoim życiem.
    Jego kciuk przesunął się delikatnie po jej policzku. — Możesz mieć wszystko, Soph. Możesz skończyć studia, możesz otworzyć firmę, stworzyć markę, być kim tylko chcesz. A ja ci to wszystko zapewnię. Wszystko, co będzie ci potrzebne. — Przełknął cicho ślinę, zanim dodał: — Tyle opiekunek, ile zechcesz. Każdą pomoc, jakiej będziesz potrzebować. Nie musisz wybierać między sobą a tym… co być może już mamy.
    To nie był impuls. Mówił spokojnie, pewnie. Bez paniki i bez presji, ale z czymś, co z dnia na dzień rosło w jego głosie, z przekonaniem. Z miłością, którą potrafił wreszcie nazwać.

    OdpowiedzUsuń
  31. — I nie mówię tego, żeby cię do czegokolwiek przekonać. Po prostu… chcę, żebyś wiedziała, że to nie musi wyglądać tak, jak w twoich największych obawach. — Jego spojrzenie było ciepłe, pełne tej trudnej do nazwania czułości, którą miał tylko dla niej. W tym jednym zdaniu zamknął wszystko, co chciał jej powiedzieć, odkąd zobaczyli tę małą, jasną kropkę na ekranie.
    — Możesz to mieć, Soph. Możesz mieć wszystko. Z nim. Z nią. Z nami. — Zatrzymał wzrok na niej na dłużej. Nie chciał jej przekonywać. Nie zamierzał jej do niczego zmuszać. Ale musiała wiedzieć, że jeśli się boi, to nie dlatego, że nie mają gruntu pod nogami.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  32. Carter milczał przez moment, nie dlatego, że nie miał jej nic do powiedzenia, ale dlatego, że każde słowo, które wypowiadała, wchodziło w niego głęboko, rozpinając coś, czego jeszcze do końca nie rozumiał. Patrzył na nią, spokojną, silną, tak cholernie świadomą tego, co się właśnie dzieje. I z każdym zdaniem coraz bardziej czuł to samo: że to nie jest przypadek. Że właśnie tak miało być. Wciąż trzymał jej dłoń, a drugą nie odrywał od jej brzucha, jakby w tym jednym geście próbował oswoić się z tym, co już było nieuniknione. Co już w nich rosło. I choć sam nie miał jeszcze wszystkich odpowiedzi, to jej słowa układały coś w nim na nowo. W jego przypadku nigdy nie chodziło o samo dziecko. Nie paraliżowała go wizja odpowiedzialności, nie uciekał przed tym, co miało przyjść. Mógłby wziąć na siebie każdy ciężar, jeśli tylko wiedziałby, że ona będzie bezpieczna. Że nie straci w tym siebie. Że nie będzie patrzyła na niego kiedyś z wyrzutem, z bólem w oczach, myśląc, że zrezygnowała z siebie, bo wybrała jego i to dziecko. Bo to właśnie to go przerażało najbardziej. Nie ich wspólne noce bez snu. Nie zmiany pieluch czy odwołane plany. Ale jej cichy, skryty żal. Jej złamane ambicje. Jej przyszłość, której mogłaby kiedyś nie zrealizować, tylko dlatego, że poszła za nim.
    — Nie, Soph — powiedział w końcu cicho, jego głos był chropowaty od emocji. — Ja też się nie boję dziecka. Nie boję się wstawać w środku nocy, nie boję się płaczu, nie boję się nieprzespanych miesięcy. Ale boję się jednego.
    Zamilkł na chwilę, jakby ważył każde kolejne słowo. Potem jego palce mocniej splotły się z jej.
    — Wiesz, czego się boję? Że pewnego dnia spojrzysz na mnie… i będziesz tego żałować. Że będziesz miała do mnie żal, że twoje życie mogło wyglądać inaczej. Lżej. Wolniej. Że zbyt wcześnie ci to wszystko zabrałem. Że będziesz mi to wypominać, choćby tylko w myślach. Bo ja wiem, jak dużo znaczy dla ciebie twoja droga. Wiem, jak ciężko na nią pracowałaś. I… wiem, że nie chcę być kimś, kto ci ją zabierze. — Pochylił się jeszcze trochę i oparł czoło o jej skroń. — Ale wiem też jedno. Że z tobą mogę wszystko. I że jeśli to oznacza zostać ojcem, naprawdę, Soph, jestem w tym z tobą. Na sto procent. — Uśmiechnął się lekko, czule, z cichym śmiechem, kiedy powtórzyła pytanie. — Myślę, że już to zrobiliśmy.
    Przesunął dłonią po jej włosach, a potem wrócił nią do jej brzucha, ciepłym, czułym gestem, który nie miał nic z niepewności, tylko spokojne przyjęcie tego, co było.
    — Nie wiem, co przed nami. Nie wiem, jak dokładnie będzie wyglądał każdy dzień. Ale jeśli pytasz, czy chcę być ojcem… Jeśli pytasz, czy chcę być z tobą, kiedy będziesz mamą… To tak. Chcę.
    Podniósł na nią wzrok. Jego oczy były poważne, ale nie przestraszone. Było w nich to wszystko, czego nie potrafiłby wypowiedzieć nawet najpiękniejszymi słowami.
    I może to nie było idealne miejsce. Może ten samochód, ten parking, ta pochmurna pogoda, nie wyglądały jak z obrazka. Ale on właśnie tutaj poczuł, że to możliwe. Że to nie koniec ich życia. Że to może być początek czegoś większego. Ich.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  33. Carter milczał przez dłuższą chwilę, pozwalając sobie zanurzyć się w każdym jej słowie. Patrzył na nią tak, jakby widział ją pierwszy raz, nie jak kobietę, z którą dzielił noce i poranki, śmiech i kłótnie, czułość i złość, ale jak partnerkę, która właśnie zgodziła się pójść z nim o krok dalej. O krok, który był nieodwracalny, poważny, głęboki… i prawdziwy. Jej dłonie na jego twarzy, te ciche wyznania, to jedno pytanie, którego nie wypowiedziała na głos, ale które wisiało między nimi z ciężarem, który Carter dobrze znał: czy na pewno chcesz tego ze mną?
    — Sophia… — powiedział cicho, głosem, który był bardziej oddechem niż słowem. — Ty nie musisz mnie przy sobie zatrzymywać. Nigdy nie musiałaś.
    Złapał jej dłoń i przycisnął ją do swoich ust w krótkim, delikatnym pocałunku, zanim pozwolił jej opaść na jego klatkę piersiową. Potem objął ją za kark, pochylając się i dotykając czołem jej czoła. Blisko. Bez żadnych granic.
    — Ja sam, każdego dnia, wybieram to, że przy tobie jestem. Nawet w te gorsze dni, Soph. A może właśnie wtedy najbardziej. I jeśli to oznacza, że nasze życie zmieni się na zawsze… to chcę tej zmiany. Nie dlatego, że muszę. Nie dlatego, że powinienem. Ale dlatego, że… to z tobą chcę je przeżyć.
    W jego głosie nie było już zawahania. Była emocja. Było to, co długo w sobie trzymał. I kiedy mówiła, że będzie ich mała kopia, coś w nim zadrżało. Może serce. Może wszystko.
    — Kurwa, chyba nie wierzę, że to mówię — mruknął i uśmiechnął się krzywo, przeczesując palcami jej włosy. — Ale jeśli ma gdzieś chodzić po tym świecie ktoś, kto będzie miał twoje oczy i mój charakter… to nie wiem, czy to będzie piękne czy przerażające. Albo jedno i drugie.
    Zaśmiał się krótko, cicho, jakby to miał być ich własny, niedorzeczny żart. Potem jednak spojrzał na nią znów z tą samą miękkością co wcześniej. Ze świadomością, że właśnie wypowiedzieli głośno coś, czego przez tyle dni się bali.
    — Będziemy rodzicami. — powtórzył za nią, jakby chciał utrwalić to na zawsze w tej przestrzeni, w tej chwili, między nimi. — I nie obiecuję, że nie zjebiemy paru rzeczy po drodze. Ale obiecuję, że się nie wycofam. Ani teraz, ani nigdy.
    Delikatnie, ostrożnie jakby miała się rozsypać, pocałował ją raz jeszcze, dłużej, z miękkością, która nie miała nic wspólnego z pożądaniem, a wszystko z bliskością. Z miłością. Z tą jedyną decyzją, której był pewien. Potem nachylił się do jej brzucha, układając dłonie z obu stron, jakby próbował ochronić coś, czego nawet jeszcze nie mógł zobaczyć.
    — Hej, mały potworze… — wymruczał. — Nie wiem jeszcze, kim jesteś, ale twoja mama jest najodważniejszą kobietą, jaką znam. A ja postaram się być najlepszą wersją siebie, jaką kiedykolwiek widziała. Dla niej. I dla ciebie.
    Kiedy uniósł wzrok na Sophię, był już zupełnie inny niż ten Carter sprzed kilku tygodni. To nie był chłopak z klubu. To był mężczyzna, który właśnie przyjął odpowiedzialność za nowe życie. I za nią.
    — Zróbmy to, Soph. Po naszemu. Bez scenariuszy i bez udawania, że wszystko mamy pod kontrolą. — I pierwszy raz od długiego czasu, naprawdę czuł, że to wystarczy.
    Carter spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem tym, który pojawiał się zawsze, kiedy próbował rozładować atmosferę, nie odbierając jej powagi. Przesunął kciukiem po jej policzku, a potem opadł z powrotem na fotel, opierając głowę o zagłówek.

    OdpowiedzUsuń
  34. Westchnął teatralnie, jakby właśnie podjął najważniejszą decyzję dnia. — Wiesz co… — mruknął, zerkając na nią z ukosa. — Skoro jesteście już we dwójkę, to chyba nie mam wyjścia, tylko zabrać was na jakąś cholernie dobrą kolację. — Uniósł brew, jakby właśnie ogłaszał coś bardzo poważnego. — Bo nie dość, że musisz jeść regularnie, to teraz jeszcze za dwoje. — Zrobił dramatyczną pauzę. — A ja nie zniosę tego, że moje dziecko zostanie głodne, bo jego mama stwierdziła, że wystarczy jej garść migdałów. — Spojrzał na nią z udawaną surowością, ale jego oczy błyszczały rozbawieniem. — Więc masz dokładnie trzy minuty, żeby się zdecydować, na co masz ochotę. Albo zamawiam pizzę, burgery i lody, wszystko naraz, żeby nie było, że ojciec roku nie daje ci wyboru. — Nachylił się do niej, całując ją krótko w usta. — Bo musisz wiedzieć, że jestem absolutnym fanatykiem dbania o wasze potrzeby. — Mruknął jej do ucha z uśmiechem. — Więc lepiej się przyzwyczaj…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  35. Carter uśmiechnął się szeroko, obserwując ją z tą czułością, którą rezerwował tylko dla niej, jakby każda kolejna sekunda z Sophią i ten jej spokojny, ale roześmiany głos, była czymś tak cholernie nie do uwierzenia, że musiał sobie przypominać, że to naprawdę się dzieje. Przesunął dłonią po jej włosach, opierając czoło o jej, kiedy jeszcze przez chwilę zostali złączeni w półprzytuleniu, które nagle stało się tak naturalne, jakby istniało zawsze. — Carbonara bez śmietany. Odnotowane. — Skinął głową teatralnie, jakby podpisywał ważny dokument. — Włoska kuchnia z autentyczną pancettą i świeżym pecorino. Żadnego kompromisu. — Przesunął dłonią po jej udzie, leniwie, z tym znajomym rozbawieniem, które wracało zawsze, kiedy między nimi było już lżej. — Ale jeśli w ciągu pięciu minut nie wypowiesz kolejnych zachcianek, to biorę na wynos wszystko od przystawki po deser i będziesz musiała zjeść wszystko. — Zaśmiał się cicho, zanim jeszcze raz pocałował ją krótko, jakby nie mógł się powstrzymać. Nie było już niepokoju, tylko ich. Ich dwoje, a właściwie troje.
    — A co do tuczenia… — zniżył głos, pochylając się do niej bliżej. Musnął ustami jej policzek, potem zjechał w stronę ucha i szepnął konspiracyjnie. — Będę cię karmić jak królową a i tak będziesz wyglądała jak grzech w ludzkiej postaci. Więc nawet nie próbuj mnie powstrzymywać. — Zamilkł na moment, zerkając przed siebie, na drobny śnieg osiadający na szybie, zanim z powrotem spojrzał na nią. Już spokojnie. Cicho. — Poza tym, teraz nosisz w sobie moją przyszłą największą życiową obsesję. — Rzucił pół żartem, pół serio, przesuwając palcami po jej brzuchu przez materiał płaszcza. — Więc jesteś moim oficjalnym priorytetem z pakietem rozszerzonym. — Odsunął się od niej tylko po to, by móc spojrzeć jej w oczy, już nie z tym żartobliwym błyskiem, ale czymś znacznie bardziej miękkim, intymnym, osadzonym w czymś większym niż tylko ten moment. — I tak… już to robimy, Soph. I nie zamierzam przestawać. Ani z tobą, ani z tym życiem. — Położył dłoń na jej brzuchu raz jeszcze, tym razem z większym spokojem. Uśmiechnął się lekko, unosząc brew.
    — Ale teraz serio… — Sięgnął do stacyjki i odpalił auto, a ciepłe powietrze popłynęło z nawiewów. — Zabieram was na kolację życia. A potem do domu. Bo ty masz teraz podwójny obowiązek — jeść i odpoczywać. I nie, nie da się być grzeczną tylko w jedzeniu. Musisz być grzeczna też w… — Zamilkł nagle z szelmowskim uśmiechem, udając niewiniątko. — No dobra, może nie. W sumie wolę cię niegrzeczną. Ale nakarmioną. Co do tego nie ma dyskusji. — Zerknął na nią z boku, gotowy ruszyć.
    Kolacja była dokładnie taka, jakiej oboje potrzebowali. Nie spektakularna ani wystawna, ale pełna małych gestów, spojrzeń i nieśmiałego śmiechu nad pastą, którą Carter z zaskakującą powagą analizował, czy „jest godna ich dziecka”. Sophia przewracała oczami, ale śmiała się prawie przez całą godzinę, nawet wtedy, gdy próbował zamówić jej dodatkowe danie, argumentując, że „je teraz za dwóch, więc to nie jest obżarstwo, tylko odpowiedzialność”. Wrócili do mieszkania z pudełkiem tiramisu, które Carter nazwał „nagrodą za przetrwanie najdziwniejszego poniedziałku ich życia” i z planem, by nie robić już kompletnie nic? poza przytuleniem się pod kocem i zasypianiem do jakiegoś durnego serialu, którego i tak nie będą oglądać.W mieszkaniu było cicho. Nie przesadnie romantycznie. Nie ceremonialnie. Po prostu… intymnie. W ich stylu. Gigi spała zwinięta na końcu łóżka, oddychając spokojnie. Za oknami padał delikatny śnieg, rozmywając światła miasta w miękką poświatę. Carter siedział na skraju łóżka, oparty przedramionami o kolana, z głową lekko pochyloną, jakby ważył coś, czego nie dało się policzyć. Czuł jeszcze ciepło jej dotyku na palcach. Zapach jej skóry unosił się w powietrzu, choć minęło już trochę czasu, odkąd wyszła z sypialni, zostawiając go samego z myślami. A tych miał więcej, niż był w stanie unieść.

    OdpowiedzUsuń
  36. Gdy weszła do sypialni podniósł wzrok i wyciągną w jej stronę dłoń. Bez słowa podeszła i stanęła między jego kolanami, a on spojrzał na nią z dołu, z tym swoim lekko rozbrajającym, lekko niepewnym uśmiechem. Objął jej biodra dłońmi, a czoło położył przez chwilę na jej brzuchu. Ten gest… Już nie był tylko dotykiem. Już miał inne znaczenie. — Soph — zaczął cicho, pocierając kciukiem wnętrze jej dłoni. Przez chwilę po prostu na nią patrzył, jakby chciał zapamiętać dokładnie ten obraz: rozczochrane włosy, lekko zmęczone oczy, ten znajomy uśmiech, który pojawiał się tylko przy nim.
    — Pamiętasz, że technicznie… przegrałaś nasz ostatni zakład? — mruknął cicho, z tym swoim nie do końca poważnym, nie do końca niewinnym błyskiem w oczach. Uniósł lekko brew, jakby naprawdę rozważał, czy właśnie nie wchodzi na minę. — A przegrany robi to, czego chce wygrany… — urwał na moment, jakby nagle uświadomił sobie, że to jednak jest ten moment. Ten prawdziwy.
    — Wiem, że to nie Paryż. Nie ma dwustu białych róż, nie ma kolacji na dachu wieżowca, nie ma skrzypka ani żadnej bajki, którą sprzedaje się dziewczynom w filmach. — Podniósł wzrok na nią. Już bez uśmiechu. — I kompletnie się do tego nie przygotowałem. Przysięgam. To nie było zaplanowane, przemyślane, wyliczone. Po prostu… nie mogę już dłużej z tym czekać. — Sięgnął wolno do kieszeni bluzy. Nie teatralnie. Bez napięcia. Zwyczajnie. Jakby wyciągał klucze od auta. Małe pudełko spoczęło na jego dłoni. — Zakładamy swoją własną rodzinę, Soph — powiedział spokojnie. Pewnie. Tak, jakby to zdanie istniało w nim od dawna. — I ja nie chcę tego robić na „próbę”, na „chwilę”, na „zobaczymy jak wyjdzie”. — Zawiesił głos, a potem uśmiechnął się szeroko, jakby miał dwadzieścia lat i po raz pierwszy przyznał się, że zakochał się po uszy. — Chcę cię codziennie budzić, codziennie z tobą zasypiać, kłócić się z tobą, godzić, bać się razem, ogarniać razem i robić to już zawsze jako twój mąż… jeśli mnie nie wyśmiejesz.
    Otworzył pudełko. Pierścionek błysnął w przygaszonym świetle pokoju. Zsunął się na jedno kolano. Nie teatralnie. Naturalnie. Jakby to był jedyny logiczny ruch na świecie. Na moment wrócił ten jego półuśmiech. — Wyjdź za mnie, Sophia. Nawet jeśli jestem trochę pojebany, czasem panikuję, mówię za dużo i będę cię wkurwiać przez następne pięćdziesiąt lat… Chcę, żebyś została moją żoną, żebyśmy byli prawdziwą rodziną. — Uniósł wzrok, znów łapiąc jej spojrzenie. — Chcę być twoim facetem, ojcem naszego dziecka i twoim mężem. Wszystkim naraz. — Zamknął palce na pierścionku i wyciągnął go w jej stronę, bez wielkiej ceremonii, ale z całym ładunkiem emocji, które tylko on potrafił przekazać jednym gestem. I choć w jego głosie wciąż czaił się uśmiech, jego oczy już się nie śmiały.
    — Wyjdziesz za mnie? — Zapytał. I czekał. Bez presji. Bez wielkich słów. Tylko z sercem wyłożonym dokładnie przed nią. To był ich moment. Intymny. Cichy. Nieidealny. I właśnie dlatego, najprawdziwszy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  37. Carter przez dłuższą chwilę się nie poruszał. Klęczał przed nią nadal, z dłonią w jej dłoni i pierścionkiem, który zdążył już przesiąknąć ciepłem ich palców. Jego wzrok nie uciekł. Nie zrobił żadnego gwałtownego ruchu. Ale Sophia widziała, widziała wszystko. Ten króciutki błysk w jego oczach, jakby coś tam pękło, coś się poluzowało, zawisło w niezręcznej, rozedrganej ciszy. Jakby przez jedną sekundę jego serce też nie wiedziało, co z tym zrobić. A potem… odetchnął. Wypuścił powietrze powoli. I jego usta uniosły się w tym miękkim, nieco przekornym uśmiechu, takim, który zawsze pojawiał się, gdy robił coś impulsywnie i liczył się z tym, że może go to kosztować więcej, niż się spodziewał.
    — Nie…? — wymknęło się z niego zanim zdążył to powstrzymać. Nie brzmiał jakby był zraniony. Jeszcze nie. Brzmiał… jakby nie rozumiał. Jakby coś właśnie przeskoczyło mu w głowie i nagle wszystko, co przez ostatnie godziny układał w całość, wspólne życie, dom, ich dziecko, ten wieczór, znów rozpadło się w dłoniach, zanim zdążył to nazwać „na zawsze”. Wciąż klęczał. Wciąż trzymał pudełko z pierścionkiem. Wciąż patrzył na nią jak na najważniejszą osobę, jaką kiedykolwiek miał w życiu. Ale teraz… w jego spojrzeniu pojawiła się szczelina. Lekkie drgnięcie brwi. Drobne napięcie w żuchwie.
    — Wiesz… Zazwyczaj jak facet klęka z pierścionkiem, to liczy na coś więcej niż słowo „jeszcze”. — powiedział cicho, z półuśmiechem. Podniósł się z kolan. Nie gwałtownie. Ale z tym ciężarem, który nagle zaczął ważyć więcej niż jego ciało. Spojrzał na nią z góry, przez moment nic nie mówiąc.
    — Tylko… co to znaczy „nie teraz”? — spytał ciszej. — Sophia, przecież… parę godzin temu zgodziłaś się zostać matką mojego dziecka. Powiedziałaś, że chcesz ze mną budować rodzinę. A teraz mówisz, że nie możesz przyjąć pierścionka. I ja… po prostu nie wiem, co to znaczy.
    Opuścił rękę z pierścionkiem, ale nie odsunął się. Wciąż był blisko. Tak cholernie blisko, że czuł jej ciepło, słyszał każdy przyspieszony oddech, ale nie mógł już powiedzieć, czy to z emocji… czy z niepewności.
    — Jeśli to „jeszcze nie”, to kiedy? — zapytał spokojnie, ale słowa miały w sobie ostrość, która mogła zaciąć. — Za pół roku? Jak już będzie widać brzuch? Jak kupimy łóżeczko? Czy jak już urodzisz i uznasz, że jednak dobrze ci ze mną w jednym mieszkaniu?
    Wyprostował się powoli, nadal trzymając pudełko, które nagle stało się cholernie ciężkie. Odwrócił się od niej, przecierając dłonią twarz, jakby próbował coś z siebie zetrzeć, niepewność, złość, zawód. Schował pierścionek do pudełka i wsadził go z powrotem do kieszeni bluzy. Niby spokojny. Ale wszystko w jego ruchach zdradzało napięcie. Ten cichy sposób, w jaki westchnął. Jakby musiał uspokoić myśli.
    — Czy to znaczy, że jednak nie jesteś pewna? — zapytał nagle i odwrócił się znów w jej stronę. — Że jeszcze to rozważasz?
    Jego głos zadrżał wyraźniej, ale szybko to stłumił. Przełknął ślinę, jakby to mogło zatrzymać to, co właśnie próbowało się przez niego przebić.
    — Przepraszam. — Dodał zaraz, ciszej. — Ja po prostu… nie rozumiem. Nie wiem, co mam z tym teraz zrobić.
    Stał z tym cholernym pudełkiem schowanym w dłoni i oczami, w których było zbyt wiele naraz: zawód, ból, zdziwienie i… jeszcze coś. Coś, czego nie wypowiedział. Jeszcze nie. Nie miał do niej żalu. To było widać. Carter miał w sobie tę rzadką umiejętność, potrafił naprawdę słyszeć, nawet jeśli coś w środku się buntowało. A buntował się, jasne, że tak. Pragnął tej odpowiedzi. Pragnął tej chwili. Pragnął mieć ją w swojej przyszłości jako żonę. Ale pragnął też jej spokoju. Jej zgody. Jej „tak” wypowiedzianego w pełni, bez cienia zawahania.
    — Zrobiłem coś nie tak? Powiedziałem coś, czego nie powinienem? — Zmarszczył lekko brwi, patrząc na nią nie z wyrzutem, tylko z jakimś gorączkowym pragnieniem zrozumienia.
    — Bo myślałem… — przerwał, westchnął, przeciągnął dłoń przez kark, jakby próbował sam siebie uspokoić.

    OdpowiedzUsuń
  38. Dla Cartera to nie był tylko romantyczny gest. To nie była scena wyjęta z filmu, ani spontaniczny kaprys serca. W jego świecie rzeczy nigdy nie były tak proste. Owszem, był emocjonalny. Zawsze był, jeśli chodziło o Sophię. Ale ta decyzja nie narodziła się z chwilowej euforii. Ona dojrzewała w nim od momentu, gdy zobaczył na ekranie tę drobną, migoczącą plamkę. Od chwili, gdy zrozumiał, że Sophia nosi pod sercem ich dziecko. To dlatego się spieszył. Nie chodziło tylko o miłość. Chociaż kochał ją bardziej niż kiedykolwiek kogoś kochał. Chodziło o coś więcej, o ochronę. O zapewnienie jej stabilności. O danie jej prawa do wszystkiego, co miał, jego nazwiska, jego majątku, jego życia. Bo Carter nigdy nie miał złudzeń co do własnego świata. Wiedział, że każdy dzień może być ostatnim, bo był zanurzony się w układach, z których nie było łatwych wyjść. Chciał, żeby miała wszystko, gdyby coś się stało. Żeby nikt nie mógł jej nic zabrać. Żeby była jego żoną nie tylko dlatego, że ją kochał, ale dlatego, że ją chronił. Chciał, żeby nosiła jego nazwisko nie jako romantyczny symbol, ale jako tarczę. Bo jeśli przyszłoby jej samej wychować ich dziecko… chciał, żeby była bezpieczna. To nie był gest. To była odpowiedzialność. Jego sposób, by upewnić się, że choć raz zrobił wszystko dobrze. Choć raz zadbał o wszystko, zanim zdąży się rozsypać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  39. Carter patrzył na nią długo z tą swoją dziwną ciszą, w której już nie było ironii ani luzu, za którym często się chował. Jego oczy nie odwracały się od jej twarzy, ale coś w jego ciele zdawało się wycofywać. Jakby od środka stopniowo się zamykał. Ręka wciąż schowana w jej dłoniach nie poruszyła się ani o centymetr. Nie wyrywał się. Ale nie ściskał jej też z powrotem. I może właśnie to bolało bardziej niż wszystko inne. Bo choć stał tuż przed nią, coś w nim nagle było bardzo daleko. Gdy się odezwał, jego głos był niższy, bardziej stłumiony niż wcześniej i bezbronny. Próbował poukładać sobie wszystko, co właśnie usłyszał i wszystko, co czuł, choć nie umiał tego do końca nazwać. W jego spojrzeniu pojawiło się coś trudnego do uchwycenia: nie było w nim złości, ale nie było też już tej cichej pewności, z którą jeszcze chwilę temu klękał przed nią z pierścionkiem w dłoni.
    — To nie miało być… — przerwał, bo głos zadrżał mu lekko w gardle, a on nie chciał tego pokazać. Odetchnął krótko. — Nie dlatego się oświadczyłem. Nie chodziło mi o to, że jesteś w ciąży. — Patrzył na nią, jakby naprawdę nie rozumiał, dlaczego musiała mu to powiedzieć. — To znaczy, to też, ale nie tylko…
    Spojrzał na nią uważnie, zbyt uważnie. Jakby próbował znaleźć w niej jakąś lukę, jakąś myśl, której jeszcze nie wypowiedziała. Jakby to, co usłyszał, nie dawało mu pełnego obrazu.
    Nie chodziło mu o symbol, o chwilę, o wpisanie się w scenariusz. To było o czymś więcej. O odpowiedzialności. O tym, co dla niego znaczyło zapewnienie jej i dziecku bezpieczeństwa, tego prawdziwego, nie tylko emocjonalnego. O formalności, która w świetle prawa robiła z nich rodzinę nie tylko z wyboru, ale i z definicji. I choć jeszcze jej tego nie powiedział, wiedział, że jego czas nie był dziś tak pewny, jak mogłoby się wydawać.
    — Myślałem, że to właśnie jest… nasz moment, nasz dzień... — Westchnął ciężko, kręcąc głową bardziej do siebie niż do niej. Przez moment wyglądał, jakby miał coś jeszcze dodać, ale tylko przygryzł wnętrze policzka i odwrócił lekko głowę, jakby nie chciał, żeby widziała wszystko, co mu się teraz przetaczało przez twarz.
    — Chodziło o to, żeby… — zaczął, ale urwał. Pokręcił głową, jakby sam siebie uciszał. — Nieważne.
    Odetchnął krótko przez nos, jakby chciał się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś, czego potem by żałował. A potem tylko skrzywił się lekko, bardziej z rozczarowania sobą niż czymkolwiek innym. Opuścił wzrok, jakby właśnie sam uznał, że powiedział za dużo. Nie chciał jej tłumaczyć swoich intencji jak win. Ale też nie potrafił udawać, że nic się nie stało.
    — Rozumiem — rzucił miękko, kiwając głową, jakby właśnie sam siebie przekonywał, że rozumie. — I przepraszam. Za moment. Za to, że źle to rozegrałem. Nie chciałem cię tym przytłoczyć. — Pochylił się, zanim zdążyła odpowiedzieć, i złożył krótki, ciepły pocałunek na środku jej czoła, tak delikatny, że niemal nie sposób było poczuć dotyku. – Nie było tematu, okej? – szepnął jej tuż przy skroni. – Spokojnie. Wreszcie wyjął dłoń z jej rąk i powoli przesunął palcami po karku. Nie złościł się. Nie teraz. Nie tak, jak wtedy, kiedy reagował impulsem. Tym razem wyglądał, jakby coś się w nim skruszyło. Zrobił krok w tył, a potem jeszcze jeden. Nie z chłodem. Z ostrożnością. A potem z prostotą i tą charakterystyczną dla siebie lakonicznością dodał. — Pójdę się ogarnąć.
    Odwrócił się bez zbędnych gestów i skierował w stronę łazienki. Drzwi zamknęły się za nim cicho. Bez trzasku. Bez demonstracji. Ale w środku tamtej ciszy została przestrzeń, która jeszcze przed chwilą była pełna czegoś niewypowiedzianie ważnego.
    W łazience Carter długo stał nieruchomo, oparty rękami o chłodne krawędzie umywalki, patrząc w swoje odbicie, jakby próbował znaleźć w nim odpowiedź, której nie potrafił sam sobie dać. A potem bez słowa zrzucił z siebie ubrania, od niechcenia, bez ładu, jakby wszystko, co miał na sobie, zaczęło go nagle uwierać.

    OdpowiedzUsuń
  40. Bluza, w której trzymał pierścionek, wylądowała na podłodze z miękkim szelestem, jakby nie zawierała w sobie niczego ważnego. Nawet nie sięgnął do kieszeni. Nawet nie spojrzał na nią. Pierścionek, który jeszcze kilkanaście minut temu trzymał w dłoni z drżącym sercem, wciąż tam był, przygnieciony materiałem. Nie miał żalu. Nie był wściekły. Ale coś w nim osunęło się lekko, jak niedomknięte drzwi, które zostają uchylone przy przeciągu. Bo komunikat, który wybrzmiał, choć niewypowiedziany wprost, był dla niego prosty: Sophia nadal zostawiała sobie otwartą furtkę. Nadal nie była gotowa zamknąć za sobą przeszłości. Nadal nie była pewna, czy to tu, z nim, teraz, to miejsce, w którym chce zostać na dobre.
    Wziął prysznic. Może dłuższy niż zwykle, zbyt gorący jak na swoje standardy, jakby chciał z siebie zmyć nie tylko zmęczenie dnia, ale i rozczarowanie. Może frustrację. Może to poczucie, że znów był o krok przed rzeczywistością. Że zbyt się pośpieszył. Że chciał za bardzo. Kiedy w końcu wrócił do sypialni, nie zapalił światła. Podszedł do łóżka, wsunął się pod kołdrę i bez słowa przysunął się bliżej. Ramieniem objął ją ostrożnie w talii i ułożył dłoń płasko na jej brzuchu. Nie potrzebował nic mówić. Ten gest był wszystkim.
    Wciąż ją kochał.
    Wciąż był tutaj.
    Nawet jeśli w kieszeni bluzy, gdzieś tam z boku, leżał pierścionek, który jeszcze nie znalazł swojego miejsca.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  41. Carter leżał w ciszy, z otwartymi oczami, wpatrując się w ciemność ponad jej głową. Czuł ciepło jej dłoni na swoim torsie, czuł jej szept, czuł jej obecność i mimo wszystko, czuł też ciężar. Niewidoczny, ale wyraźny. Milczał, bo nie był pewien, co powiedzieć, żeby nie zabrzmieć jak ktoś, kto właśnie się cofa. Bo się nie cofał. Był tu. Kochał ją. Wchodził w to życie z nią, dzień po dniu. Ale jego myśli nie dawały mu spokoju. Bo tego właśnie nie rozumiał. Nie rozumiał, dlaczego miała wrażenie, że ten pierścionek był reakcją na ciążę. Że dzisiejszy wieczór był zlepkiem emocji i decyzji podjętych w przypływie chwili. Dla niego to wcale nie był impuls. Nie wyjął pierścionka po kolacji, nie kupił go między jednym daniem a drugim. Bo w głowie Cartera nie istniało „za miesiąc” albo „za rok”, w którym sytuacja nagle stanie się bardziej oczywista. Sophia już była z nim w ciąży. Ich dziecko już rosło w niej z każdym dniem. Co miało się jeszcze zmienić? Jaki znak z nieba miałby spaść, żeby ona wiedziała, że nie chodzi mu tylko o to? Dla niego to był fakt. Pewność. Nie dodatek do rodzicielstwa, ale jego fundament. Chciał być jej mężem bo budowali razem coś, co wymagało nie półśrodków, tylko fundamentów. Więzi, która nie będzie tylko uczuciem, ale wyborem. Codziennym. Prawdziwym. Ostatecznym. A ona… wciąż nie była pewna. Jakby życie z nim trzeba było dawkować, ostrożnie, z dystansem, z zabezpieczeniem ucieczki. Carter przełknął ślinę i poruszył się lekko na poduszce. Wiedział, że musi coś powiedzieć. Że nie może milczeć, skoro ona czeka nie tylko na odpowiedź, ale na zapewnienie, że on tu jest. Mimo wszystkiego. Ale wiedział też, że to, co czuł, nie zniknie od słów. Tkwiło w nim zbyt głęboko. Bo dla niego to „nie” nie było tylko „nie teraz”. Dla niego brzmiało to: „jeszcze nie jestem pewna”. A to bolało bardziej niż jakiekolwiek inne słowo.
    Carter w końcu poruszył się delikatnie. Oparł czoło o jej skroń. Westchnął cicho, ciepło. Ale nie było w tym spokoju. Zamilkł na moment, a jego dłoń przesunęła się minimalnie na jej brzuch, jakby instynktownie szukał potwierdzenia, że to wszystko naprawdę się dzieje. Że to nie był tylko jego pomysł na życie, a ich wspólna rzeczywistość. Nie był dramatyczny. Nie robił z siebie ofiary. Ale coś w jego tonie było inne niż zwykle. Jakby coś w nim się wycofało, usunęło krok w tył. Nie z miłości — tej miał dla niej niewyczerpaną ilość. Ale z inicjatywy. Z zapału. Jakby czekał, aż tym razem ona zrobi krok w jego stronę. Jeśli jeszcze chciała.
    — Przepraszam, że cię przytłoczyłem. Jeśli potrzebujesz czasu… — mruknął w końcu cicho, z tym chropowatym, przygaszonym tonem, który zdradzał więcej, niż chciał. — Nie będę naciskał.
    Milczał przez chwilę, jakby chciał coś dodać, ale zrezygnował. To nie była złość. Nie był nawet rozżalony w sposób, który prowadziłby do kłótni. To było bardziej… coś głęboko w nim, co po prostu opadło. Myślał, że wiedzą już oboje, czego chcą. Że skoro dziś razem zdecydowali się wejść w coś tak bezwarunkowego, jak dziecko, to to pytanie nie będzie dla niej ciężarem. A jednak było. Nie powiedział jej tego teraz. Nie był głupi. Wiedział, że jej serce też go chciało. Ale teraz też wiedział, że nie wszystko jeszcze zniknęło. Że niektóre drzwi w niej wciąż były uchylone, nie na inną osobę, nie na odejście, ale na lęk, wątpliwość, ostrożność. I może miała do niej prawo. Ale on, w tej jednej chwili, poczuł się bardziej samotny niż przez ostatnie dni. Jakby nagle znów byli po dwóch stronach czegoś, czego nie potrafił już nazwać. Delikatnie ucałował ją w skroń.
    — Też cię kocham — odpowiedział cicho. Nie odsunął się. Nie zabrał ramienia. Po prostu został przy niej. Nawet jeśli jego myśli jeszcze przez długi czas nie ucichną.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  42. Carter usłyszał delikatny szelest pościeli i ciche kroki, zanim jeszcze otworzył oczy. Sophia wstała pierwsza, jej sylwetka przemknęła w półmroku poranka i po chwili zniknęła za drzwiami łazienki. Sięgnął po telefon rzucony wieczorem gdzieś w pobliżu łóżka. 9:12. Zdecydowanie nie jego godzina. Przez kilka minut jeszcze leżał w ciszy. W końcu westchnął, zsunął kołdrę z bioder i podniósł się powoli, przecierając twarz dłonią. W garderobie wciągnął na siebie dresowe spodnie, leżały gdzieś przewieszone przez oparcie fotela. Nie fatygował się nawet, żeby szukać koszulki. Rozciągną się, ziewnął przeciągle i ruszył w stronę schodów. Gigi, jakby wyczuwając jego obecność, podniosła łeb i poruszyła uszami. Carter uśmiechnął się pod nosem, przyklęknął na chwilę przy psie i podrapał ją za uchem.
    — Dzień dobry, mała. — mruknął, zanim ruszył dalej do kuchni. Tam od razu podszedł do misek. Wylał resztki wczorajszej wody i nalał świeżej, potem sięgnął po puszkę z karmą i nałożył Gigi pełną porcję. Usłyszał za sobą stukot jej pazurów na podłodze, jak podeszła z zadowolonym pomrukiem. Dopiero wtedy sam sięgnął po szklankę i nalał sobie zimnej wody. Wypił ją duszkiem, opierając biodrem o blat. Poranek był spokojny, ale nie do końca cichy. Coś pod powierzchnią wciąż w nim rezonowało, jakby ostatnia noc nie skończyła się jeszcze naprawdę. Gigi zjadła swoją porcję z entuzjazmem godnym psa, który nigdy w życiu nie ominął posiłku. Miska była pusta w kilka minut, a jej ogon już merdał z ekscytacją, kiedy zaczęła się kręcić przy windzie. Zerkała na Cartera, potem na drzwi, potem znowu na niego, jasny komunikat: czas iść.
    — Serio? Już? — mruknął, zerkając na zegar na piekarniku. — Jeszcze nie ma dziesiątej, Gigi.
    Pies odpowiedział westchnięciem, potem usiadł i spojrzał na niego tym swoim wymownym spojrzeniem, które mówiło: albo teraz, albo znajdę twoje ulubione buty. Carter westchnął teatralnie, podrapał się po brzuchu i ruszył na górę. Wciągnął bluzę przez głowę, wrzucił na stopy sneakersy bez zawiązywania sznurowadeł i złapał smycz. Po chwili już stali w holu. Gigi ruszyła przodem, jakby znała trasę lepiej niż on, a Carter tylko trzymał rytm. Zrobili małą rundkę wokół budynku, zimne powietrze jeszcze go do końca nie obudziło, ale spacer pomógł mu się uspokoić.
    Po kilku minutach spaceru skręcił w znajomą alejkę i zaszedł do jednej z ich ulubionych knajpek. Zamówił dwa zestawy na wynos: gofry z owocami, kremem waniliowym i miodem oraz dwa świeżo wyciskane soki pomarańczowe. Kiedy podziękował i odebrał torbę, poczuł się trochę… normalnie. Jak facet, który wraca do domu z czymś słodkim dla dziewczyny, którą kocha. Jakby wszystko jeszcze miało sens. W drodze powrotnej Gigi była już wyraźnie zadowolona, a Carter szedł wolno, ze śniadaniem w jednej ręce i smyczą w drugiej. Niby zwykły poranek. A jednak nie do końca. Kiedy Carter wszedł z powrotem do penthouse’u, cicho zamykając za sobą drzwi, na zegarze w kuchni było już po dziesiątej. Wnętrze wypełniała ta znajoma, spokojna cisza, przerywana jedynie delikatnym stukiem pazurków Gigi na marmurowej podłodze. Pies ruszył od razu w stronę miski z wodą, a Carter postawił papierową torbę na wyspie w kuchni i rozpiął bluzę. Z góry dobiegł go dźwięk kroków. Sophia była już na nogach. Słyszał, jak przesuwa coś w sypialni albo łazience, może szukała ubrań albo znów zapinała włosy tą swoją spinką, którą zawsze zostawiała na umywalce. Uśmiechnął się pod nosem mimo lekkiego napięcia, które nadal gdzieś w nim tkwiło. Odwrócił się w stronę wyspy i zaczął wypakowywać śniadanie. Ułożył dwa opakowania z jeszcze ciepłymi goframi, delikatnie pachnącymi wanilią i owocami, do tego dwa kubki z sokiem i sztućce w papierowych serwetkach. Przez chwilę wszystko układał bez słowa, spokojnie, metodycznie, jakby przygotowanie śniadania mogło choć trochę uporządkować to, co nadal nie dawało mu spokoju od poprzedniego wieczoru. Mimo wszystko chciał, żeby dzisiejszy poranek był dobry. Ciepły. Ich.

    OdpowiedzUsuń
  43. Carter zdążył już wypakować większość śniadania. Oparł się biodrem o wyspę, zerkając na Gigi, która stała na środku salonu z pyskiem pełnym entuzjazmu i ogonem ruszającym się jak metronom.
    — Co się tak patrzysz? — mruknął z rozbawieniem, chwytając leżącą na podłodze gumową piłkę. Rzucił ją lekko w stronę kanapy, a Gigi ruszyła jak strzała, ślizgając się po drewnianej podłodze i prawie wpadając w nogę stolika. Carter zaśmiał się cicho, kręcąc głową, kiedy pies triumfalnie wrócił z piłką i położył mu ją pod stopami.
    — No dobra, jeszcze raz. Ale ostatni — powiedział, choć oboje wiedzieli, że nie był w stanie jej odmówić. Piłka znów poleciała przez mieszkanie, a Gigi pognała za nią z tym swoim komicznym, nieco niezdarnym wdziękiem. Carter patrzył za nią z uśmiechem, przez moment naprawdę czując, że ten poranek mógł być normalny. Taki, jakiego chcieli. Taki, w którym wszystko przynajmniej na chwilę było na swoim miejscu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  44. Carter uniósł wzrok, kiedy usłyszał jej głos, cichy, znajomy, trochę ostrożny, ale jego. W pierwszym ułamku sekundy nie odpowiedział, tylko po prostu patrzył. Miał przed sobą dziewczynę, którą kochał jak idiotyczny wariat, z jej burzą loków, z delikatnymi cieniami pod oczami i z tym spojrzeniem, które znał już na pamięć, trochę skruszone, trochę pełne emocji, ale przede wszystkim – jej. Kąciki jego ust mimowolnie uniosły się w uśmiechu. Takim ciepłym, prawdziwym, trochę z ulgą, a trochę z tym typowym dla niego luzem, który wracał zawsze, gdy trzymała się blisko. Cholera, miał czasem wrażenie, że zakochuje się w niej każdego dnia od nowa. — Gdyby nie ty, to w tym domu byłby tylko pies, facet bez planu i pusta lodówka. — Odparł, udając powagę. — Chociaż w sumie psa też by nie było… — Uniósł lekko brew i posłał jej jeden z tych uśmiechów, które były jego znakiem rozpoznawczym. — Więc tak. Znajdzie się dla ciebie śniadanie. I deser. Ale tylko dlatego, że jesteś urocza.
    Zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, Carter zrobił krok do przodu i zostawił wszystko, co miał właśnie w rękach, widelec, serwetkę, czy co tam akurat układał. Chwycił jej twarz w dłonie. Ciepłe, duże dłonie, które ujęły jej policzki z tą naturalną czułością, jakby robił to od zawsze. Pochylił się i po prostu ją pocałował, krótko, ale mocno, tak jakby chciał w ten sposób zresetować ten poranek. Tę noc. Wszystko, co się między nimi wydarzyło, nie po to, żeby zapomnieć, ale żeby wrócić do punktu, z którego naprawdę chcieli zacząć. Jakby to był najnormalniejszy sposób, by powiedzieć dobrze, że tu jesteś. Jakby przez tę krótką chwilę znów wszystko było na swoim miejscu.
    — Dzień dobry, piękna. — Szepnął. Potem, zanim zdążyła coś powiedzieć, oderwał się od niej, odwrócił i sięgnął po jedną z dwóch szklanek stojących na wyspie. — Świeżo wyciskany. Zero konserwantów, zero głupot. Zdrowy, jak diabli. W przeciwieństwie do tych ociekających cukrem gofrów…
    Zerknął na jej dłoń, jakby chciał się upewnić, że wypije chociaż łyk. Gdy to zrobiła, uśmiechnął się znowu, tym razem ciszej, skromniej, ale wyraźnie.
    — Wiesz, możesz jeść z dwóch talerzy, jeśli masz ochotę. — Uśmiechnął się pod nosem. — Oficjalnie ci się należy. Jesteś… no wiesz, w duecie. — Zerknął na jej brzuch, jeszcze zupełnie niewidoczny, ale dla niego już najważniejszy na świecie. Było między nimi jeszcze dużo do przepracowania. Ale na ten moment… przynajmniej sok był dobry. I mimo że poprzedniego wieczoru wydarzyło się między nimi więcej, niż mogli udźwignąć w jeden raz, w tej chwili wszystko zdawało się być znowu na swoim miejscu. Może nie perfekcyjne. Ale prawdziwe.
    Carter zamarł na ułamek sekundy, jakby potrzebował czasu, by zrozumieć, co właśnie powiedziała. Jego wzrok spoczął na niej uważniej, jakby próbował odczytać z jej twarzy, co to słowo naprawdę znaczyło.
    „Pasuje.”
    Ciche, surowe wyznanie z serca kobiety, która poprzedniego wieczoru nie potrafiła go przyjąć, a dziś rano… mówiła, że pasuje.
    Nie wiedział, czy ma się roześmiać, czy… no właśnie, co to miało znaczyć? Ich spojrzenia się spotkały i przez chwilę żadne się nie odezwało. W tej ciszy było więcej znaczeń, niż w niejednej rozmowie z poprzedniego wieczoru.
    — Nie mam w zwyczaju kupować rzeczy, które nie pasują — mruknął cicho, w swoim typowym, trochę bezczelnym, trochę rozbrajającym tonie.
    — Proszę… — powiedział cicho, bez gniewu, ale z czymś cięższym pod skórą. — Nie wracajmy do tego, okej? — Nie spojrzał na nią od razu. Wzrok zatrzymał gdzieś przy kuchennym blacie, jakby musiał chwilę ustawić oddech. — Po prostu… — Wypowiedział te słowa z westchnieniem, które brzmiało bardziej jak zmęczenie niż rezygnacja. — Nie dzisiaj. — W jego głosie nie było chłodu.

    OdpowiedzUsuń
  45. Nie chciał się kłócić. Nie chciał do niczego wracać. Chciał tylko… żeby było dobrze. Tu i teraz. Odwrócił się z powrotem do kuchennej wyspy i zaczął układać sztućce, jakby ten banalny gest miał w czymkolwiek pomóc. Jakby mógł przykryć ciężar tej rozmowy zapachem świeżych gofrów i głośnym mlaskaniem Gigi, która znów kręciła się między ich nogami.
    — Chcesz malinę? — rzucił po chwili, już lżejszym tonem, zerkając przez ramię, jakby próbował złapać balans. — Bo zjem wszystkie, jeśli się zaraz nie określisz.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  46. Carter spojrzał na nią znad talerza, z łobuzerskim błyskiem, który nie pojawił się na jego twarzy od wczorajszego popołudnia. W pierwszej chwili tylko uniósł brew i zmierzył ją wzrokiem, od gofrów po bitą śmietanę i z powrotem do jej oczu, w których znów coś się roziskrzyło.
    — Tylko jeśli nie planujesz rzucać tym we mnie. — Mruknął z udawaną powagą, opierając się biodrem o blat i patrząc, jak Sophia przygotowuje sobie śniadanie z niemal chirurgiczną precyzją. — Albo… nie wiem. — Dodał, marszcząc brwi, jakby naprawdę to rozważał. — Może nawet mógłbym to przeżyć. Ale nie celuj we włosy.
    Było coś tak znajomego i ciepłego w tej wymianie, że sam poczuł, jak w końcu mięśnie ramion przestają być tak spięte. Sięgnął po jeden z gofrów z własnego talerza i bez większego zastanowienia oderwał kawałek, zanim wziął śmietanę z jej dłoni.
    — Dawaj, poddaję się. Balans mnie przekonał. — Otworzył usta i pozwolił jej wcisnąć sobie trochę bitej śmietany bezpośrednio do ust. Potem roześmiał się wesoło i wycisnął niewielką porcję na gofry i spojrzał na nią spod rzęs z tym półuśmiechem, który zniknął z jego ust dzień wcześniej, kiedy zamknęła mu dłoń wokół pierścionka. Teraz wracał, powoli i ostrożnie, ale był. — A w ogóle… — mruknął, podnosząc sok do ust. — To nie wiem, kto ci powiedział, że nie masz dwóch żołądków, Soph. Od dziś oficjalnie masz.
    W jego głosie było coś więcej niż tylko żart. Taki cichy, przygaszony zachwyt, który próbował ukryć pod warstwą zgrywy. Bo mimo całego zamieszania, mimo „nie” wczorajszego wieczoru, mimo tego, że wciąż coś w nim bolało ona tu była. Z nim.
    Carter nie chciał o tym rozmawiać. Nie teraz. Nie po tym wszystkim. Nie po tym, jak słowo “pasuje” choć wypowiedziane cicho i z tym dobrze znanym jej półuśmiechem rozciągnęło w nim coś, co ledwo udało mu się uspokoić od wczoraj. Nie chciał, żeby Sophia zrobiła cokolwiek z poczucia winy. Nie chciał widzieć w jej oczach litości. Nie dla siebie, nie dla tego, że stał przed nią z pierścionkiem i głupim planem, który był bardziej impulsem niż rozsądnym gestem. Może i zrobił wszystko jak trzeba intymnie, cicho, tylko dla nich ale wewnątrz nie umiał pozbyć się wrażenia, że to on coś popsuł. Że znów naciskał za mocno. Może miała rację. Może to wszystko naprawdę działo się za szybko. Z jednej strony ten pierścionek niczego nie zmieniał. Nie oznaczał, że będą musieli za miesiąc planować ślub, rezerwować salę i ustalać listy gości. Nie wymuszał niczego… ale Carter dobrze znał siebie. Gdyby Sophia go przyjęła, potraktowałby to jak zielone światło.
    Ruszyłby dalej. Bo jeśli czegoś pragnął, jeśli już raz czegoś zapragnął, musiał to mieć. Teraz. Zaraz. Taki już był. Działał szybko, intensywnie, emocjonalnie. Kochał w ten sam sposób. Bez półśrodków. Więc nie chciał teraz wracać do tematu. Nie chciał, żeby dzisiejsze spojrzenia czy rozmowy były podszyte napięciem w stylu „może już zmieniła zdanie”. Chciał ją przy sobie, tak po prostu. Chciał, żeby ten ranek był ich. Nie rozmową o decyzji, której nie cofną i którą trzeba było uszanować. Nie po to dziś wyszedł po śniadanie. Nie po to wypakował gofry i wyciskany sok, nie po to rzucał Gigi piłkę po mieszkaniu i śmiał się pod nosem. Potrzebował tego. Potrzebował kawałka normalności, który nie będzie się kruszył przy pierwszym dotyku tematu, który wciąż piekł go gdzieś pod skórą. Więc kiedy powiedział „po prostu odpuśćmy”, nie mówił tego ze złością. Ani po to, by ją odciąć. Mówił to dla siebie. Bo nie chciał, żeby to „nie” z wczorajszego wieczoru ciągnęło się za nimi jak cień. Nie chciał, żeby miłość, którą czuł do niej, do dziecka, do wszystkiego, co właśnie budowali zamieniła się w coś, co trzeba będzie wyjaśniać i usprawiedliwiać. Carter zawsze żył szybko. Ale z nią… chciał się nauczyć czekać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  47. Carter objął ją niemal automatycznie, ramiona zacisnęły się wokół jej talii, a broda oparła się lekko o czubek jej głowy. Pachniała szamponem i goframi, i czymś, co od razu sprawiało, że jego serce biło trochę spokojniej. Nie musiał myśleć. Nie musiał analizować. Wystarczyło, że była przy nim.
    — A co, chcesz się ze mną zamknąć w sypialni i zmusić mnie do oglądania komedii romantycznych przez całą noc? — Mruknął jej do ucha z delikatnym uśmiechem. — Czy zamówić sushi, którego nie możesz jeść i marudzić, że to moja wina?
    Zamilkł na chwilę, nie odrywając się od niej nawet na centymetr. Jej obecność koiła go bardziej, niż był gotów przyznać. Wciąż czuł w środku drobne zacięcie, pozostałość po wczoraj, ale nie chciał tego roztrząsać. Nie dzisiaj. Nie kiedy czuł ją tak blisko, słyszał ten miękki ton w jej głosie i widział ten uśmiech, który zawsze rozwalał mu system.
    Zacisnął lekko palce na szklance, jakby próbował się powstrzymać, ale rozbłysk w jego oczach zdradzał wszystko.
    — Wiesz — zaczął leniwie, odstawiając szklankę na blat i ruszając w jej stronę powoli, krok po kroku. — Jak tak patrzyłem dzisiaj na ciebie przy śniadaniu, z tą bitą śmietaną…
    Zatrzymał się tuż przed nią, nachylił nieznacznie i szepnął jej wprost do ucha z udawaną powagą:
    — …to myślę, że będziesz musiała zapłacić podatek od bycia zbyt seksowną w moim towarzystwie, Moreira.
    Zanim zdążyła zareagować, objął ją pewnie w talii, uniósł i z lekkim śmiechem posadził na kuchennym blacie, tak jak robił to setki razy wcześniej, tylko że tym razem zrobił to powoli, z większą czułością, z uważnością na nią, na jej ciało, na ten nowy, jeszcze niewidzialny ciężar, który teraz w sobie nosiła.
    — Wyglądasz na wyjątkowo winą. — Uniósł brew, przysuwając się między jej nogi, opierając dłonie po obu stronach blatu, jakby zamykał ją w małej pułapce złożonej z siebie i kuchennego marmuru. — Masz coś na swoją obronę?
    Uśmiechnął się szeroko, ale w jego oczach czaiła się nuta czegoś więcej. Czułości. Czystej adoracji. Może i żartował, ale jego spojrzenie mówiło zupełnie co innego. Jakby właśnie to była chwila, za którą był wdzięczny bardziej, niż umiał ubrać w słowa.
    — Bo wiesz… — wymruczał niżej, przesuwając dłonią powoli od jej kolana w górę uda, aż do miejsca, gdzie zaczynała się sukienka. — …takie wykroczenia nie mogą pozostać bez odpowiedzi.
    Zatrzymał dłoń na jej udzie, zostawiając ją tam z premedytacją, i pochylił się jeszcze bliżej tak, że czuła na skórze jego oddech. Nos musnął jej policzek, zanim przesunął się do jej ucha.
    — To podchodzi już pod próbę celowego rozproszenia mnie w środku dnia. — Westchnął teatralnie. — I to z pełną świadomością skutków. Wiesz, że tak się nie robi, Soph.
    Ujął jej brodę między palcami, obracając lekko jej twarz w swoją stronę, i zatrzymał wzrok na jej ustach, zanim znów spojrzał jej w oczy.
    — Bo widzisz… — urwał z lekkim uśmiechem. — Ja jestem tylko słabym człowiekiem. Z bardzo silnym instynktem, żeby cię rozebrać, kiedy wyglądasz tak cholernie dobrze, z bitą śmietaną na ustach. — Zerknął na jej usta i z rozbawieniem potrząsnął głową. — Jeszcze powiedz, że nie robisz tego specjalnie. — Delikatnie przejechał nosem po jej policzku i zatrzymał się na sekundę przy jej ustach nie całując, tylko zostawiając ciepło oddechu. — A jeśli robisz… to przynajmniej miej odwagę się przyznać — mruknął, muskając jej dolną wargę kciukiem, aż mięśnie jego szczęki lekko się napięły. Nie odsuwał się. Była wciągająca, cholernie, tak jak zawsze, tylko że teraz miała w sobie jeszcze coś więcej. Jakiś inny rodzaj blasku, który działał na niego jak obsesja.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  48. Carter zaśmiał się cicho, ale w jego śmiechu było coś, co sugerowało, że rozumie dokładnie, o co jej chodzi. Właściwie to ta nieco zadziorna pewność w jej głosie działała na niego tylko bardziej. Wciąż trzymając ją w swoich dłoniach, spojrzał jej w oczy, a uśmiech na jego twarzy zmienił się w coś bardziej zmysłowego, pełnego wyzwania.
    — Ty, Soph, nigdy nie jesteś niewinna. Nie z takim spojrzeniem. — Pochylił się jeszcze niżej, aż jego usta niemal dotknęły jej szyi, tuż pod uchem.
    Jego dłonie przesunęły się w dół, a on zbliżył się jeszcze bardziej, aż ich twarze były o włos od siebie, a oddechy wymieszały się w jednym, rytmicznym tańcu.
    — Wiesz, że nie musisz udawać. — Jego głos stwardniał nieco, nabierając tej samej zmysłowej pewności, która wypełniała cały pokój. — I właśnie to w tobie lubię…
    Zsunął dłonie na jej biodra, przytrzymując je, jakby próbował ją unieruchomić – choć przecież nie chciała nigdzie uciekać. Wręcz przeciwnie.
    — Poza tym, zakładanie, że wymigasz się niewinnością w takiej sukience i z takim spojrzeniem, to bardzo naiwne podejście mała...— Pokręcił głową, muskając ustami jej skórę przy linii żuchwy. Czuł, jak jej nogi oplatają go delikatnie, a ręce opierają się za jej plecami na blacie, idealnie wystawiona, kusząca, rozpalona.
    — Ale dobrze wiesz, że jestem cierpliwy. — Przesunął palcami po jej udzie, rysując kółka tuż przy granicy materiału. — Mogę grać w tę grę cały dzień. I noc.
    Złapał ją znów za brodę i spojrzał jej w oczy.
    — Ale nie testuj mnie za bardzo, Soph. Bo jeśli jeszcze raz wspomnisz o bitej śmietanie… — zawiesił głos i przysunął się tak blisko, że ich usta niemal się stykały — …to skończysz z nią wszędzie, tylko nie na gofrach.
    Puścił do niej oko, niby rozbawiony, ale z tą typową dla siebie intensywnością, która zdradzała, że każda z tych słów mogła lada moment zamienić się w działanie. Szczególnie teraz, kiedy już nie musiał grać obojętności. Nie dziś. Nie przy niej.
    — Nie jesteś niewinna — powtórzył szeptem, zatrzymując dłonie tuż pod brzegiem jej sukienki. — Ale jesteś moja. I to się liczy.
    Jego usta odnalazły linię jej szczęki, najpierw delikatnie, z niemal rozczulającą czułością, potem pewniej, jakby upominały się o wszystko, co należało do niego. Sophia zadrżała, a Carter poczuł to drżenie pod palcami, uśmiechając się pod nosem. Nie potrzebował słów to ciało znał lepiej niż własne. Wiedział, gdzie zatrzymać usta, gdzie przycisnąć dłonie, gdzie zostawić ciszę, a gdzie westchnienie.
    — Mówisz, że śmietana dobrze wygląda na ustach? — mruknął, wodząc językiem wzdłuż jej linii szczęki. — Może. Ale wiesz, co wygląda jeszcze lepiej?
    Odchylił się od niej minimalnie, tylko po to, żeby spojrzeć jej w oczy. Było w tym spojrzeniu coś wyraźnie bezczelnego, ale podszytego tą miękkością, która pojawiała się tylko dla niej. Tylko wtedy, kiedy naprawdę odpuszczał cały świat i pozwalał sobie czuć więcej.
    — Ty. Kiedy zapominasz o wszystkim. O kontrolowaniu się. O tym, że trzeba być rozważną, że trzeba być ostrożną. — Jego dłoń wślizgnęła się wyżej, zatrzymując się na nagiej skórze jej uda. — Kiedy jesteś cała tylko dla mnie.
    Przycisnął ją delikatnie do siebie biodrem, wciąż trzymając ją stabilnie na blacie, jakby nie zamierzał pozwolić jej się nawet lekko zachwiać. Pochylił się z powrotem, tym razem wolniej, aż ich nosy się niemal stykały.
    — To najseksowniejsze, co w życiu widziałem.
    I nie czekał na jej odpowiedź. Zamiast tego pocałował ją, głęboko, zachłannie, jakby potrzebował tego tak samo, jak powietrza. Jakby to był jedyny sposób, żeby się znów połączyć, tylko ich dwoje, bez całej reszty świata.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  49. Carter uśmiechnął się pod tymi wszystkimi pocałunkami, jakby jej słowa zamiast zaspokajać, tylko mocniej podsycały coś pod skórą. Jakby ta ich bezimienna gra była jego ulubionym sportem i właśnie trafił do finału.
    — W kuchni, hmm? — mruknął w jej usta z rozbawieniem, choć jego głos był niższy niż wcześniej, podszyty tym napięciem, które aż buzowało mu pod skórą. — Oboje wiemy, że zrobimy tu większy bałagan niż gdziekolwiek indziej.
    Zsunął dłonie wzdłuż jej ud, zatrzymując się na granicy materiału sukienki, jakby naprawdę się zastanawiał, czy nie pociągnąć go wyżej. Jego spojrzenie, ciemne, skupione, przeskakiwało między jej oczami a ustami, chłonąc każdy oddech, każdą reakcję.
    — Szyja. Dekolt. Brzuch. — Powtarzał szeptem, przesuwając opuszkami palców przez każdą z tych miejsc w miarę jak je wymieniała. A potem, zawisając tuż przy jej uchu, dodał z szelmowskim uśmiechem: — Ale myślę też o miejscach, przy których ta bita śmietana jest mi absolutnie zbędna… — Zrobił sekundową pauzę, jakby celowo zostawił ją z tym jednym zdaniem, wbitym w myśli jak zadrę. Palce jednej dłoni wsunął jej we włosy, przytrzymując lekko, kiedy znów ją pocałował, tym razem wolniej, głębiej, z intencją, której nie trzeba było już nazywać. Jego ciało zdawało się wtapiać w jej, pasować do niej jak najwygodniejszy ciężar, który znała na pamięć. A między nimi nadal wisiał niedopowiedziany ładunek z ostatniej nocy, słowa, których nie powiedzieli, i te, których nie byli jeszcze gotowi przyjąć. Ale Carter w tym pocałunku nie zostawiał miejsca na wątpliwości.
    — Tak cholernie moja — powtórzył cicho, zatrzymując się tuż przy jej ustach. — Że jak tylko zaczynasz tak na mnie patrzeć, to… zapominam, jak się oddycha. — Powtórzył z mocą, ledwo odrywając się od jej ust. Jego dłoń znów zsunęła się na udo, zahaczając o brzeg rajstop, jakby chciał je ściągnąć bez ściągania. — A skoro jesteś tylko moja, to mam pełne prawo być piekielnie zazdrosny o każdy twój rumieniec. I każde westchnięcie. I każdą pieprzoną kroplę bitej śmietany. Tak tylko przypominam… — Zaśmiał się cicho i pochylił się znów, by zostawić pocałunek na jej obojczyku, tuż nad miejscem, które zaczął właśnie obrysowywać palcem. — Nie masz pojęcia, Soph… co się dzieje w mojej głowie, kiedy siedzisz tak przede mną. — Zatrzymał się, patrząc na nią z taką intensywnością, jakby ten moment był czymś więcej niż tylko kolejną grą o samokontrolę. Carter nie spuszczał z niej wzroku nawet na sekundę. Nawet teraz, gdy wciąż czuł smak jej pocałunków na ustach i dotyk jej nóg ciasno oplatających jego biodra, nie przestawał jej czytać. Każdy drobny grymas, cień zawahania, urwany oddech. Sophia była dla niego mapą, której nie musiał studiować, znał ją na pamięć.
    Dłoń, którą jeszcze przed chwilą przesuwał po jej udzie, teraz spoczęła na jej talii. Nie po to, by ją przytrzymać, ale żeby być bliżej. Po prostu.
    Nie uciekł wzrokiem. Nie zakrył tego słowami, nie rzucił żadnym żartem. Był tylko on odsłonięty w tej jednej chwili bardziej niż przez całą noc.
    — Wiem, że zawaliłem wczoraj. Wiem, że cię zaskoczyłem i że to był zły moment. Ale to nie był impuls, Soph. — Westchnął krótko. — Ten pierścionek… nie wpadłem na ten pomysł wczoraj przy kolacji. Miałem go już wcześniej. Bo wiedziałem… — Zatrzymał się na moment, po czym pochylił się jeszcze bliżej. Czołem oparł się o jej czoło, jakby musiał złapać równowagę. Jakby za dużo się odsłonił. Ale nie odsuwał się. Nie tym razem. — Że kiedy patrzę na ciebie… to wiem, że już nie chcę być nikim innym. Nie chcę mieć żadnego innego życia. Nie dlatego, że jesteś w ciąży, ale dlatego że cię kocham. Bo jesteś wszystkim Soph. — Jego głos złagodniał. — Tym, co mnie rozbraja i doprowadza do szału. Tym, co przychodzi mi do głowy w środku nocy i tym, co trzyma mnie w pionie w ciągu dnia. — Jego kciuk powoli zatoczył kółko na jej udzie.

    OdpowiedzUsuń
  50. Czuł jej ciepło, napięcie pod skórą. To, jak jej ciało reagowało na każdy jego dotyk. I choć wszystko w nim krzyczało, żeby zsunąć pasek tej sukienki, pocałować linię obojczyka, poczuć jej westchnięcie już bez tej cienkiej granicy materiału… on się wstrzymał. Nie dlatego, że nie chciał. Ale dlatego, że dziś rano… naprawdę było dobrze. Nawet jeśli w powietrzu jeszcze wisiało coś cięższego.— Nawet pomimo tego, że powiedziałaś „nie”… — Zamknął oczy na ułamek sekundy, a jego głos zadrżał tylko trochę. — …i tak będę cię kochał jak swój cholerny dom.
    Jego uśmiech znów powrócił, tym razem spokojniejszy, ale nie mniej Carterowy. — Tylko błagam, nie każ mi znowu kombinować z zakładami. Bo w kolejnym poproszę cię, żebyś się przeprowadziła na Marsa. Dla równowagi emocjonalnej.
    Pochylił się jeszcze bliżej, ale tym razem tylko otarł się nosem o jej policzek, jakby sam walczył ze sobą, czy już się zatracić, czy jeszcze się wstrzymać. I przez chwilę naprawdę się powstrzymywał, dla niej, dla tego poranka, który oboje próbowali zaczarować na nowo. Ale jej głos, jej ciepło, jej ciało rozgrzane tylko jego dotykiem… Pocałował ją raz jeszcze, głębiej, z wyraźnym naciskiem, ale w tym wszystkim było też coś, co zdradzało, że dla niego ten kontakt to coś więcej niż tylko gra zmysłów. Że nawet jeśli ich ciała mówiły jedno, jego serce krzyczało coś jeszcze.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  51. Carter nie odrywał od niej wzroku nawet na sekundę. Ani wtedy, gdy mówiła z uśmiechem, ani wtedy, gdy mówiła szeptem. Całą uwagę miał skupioną tylko na niej, na tych jej słowach, które rozkładały go od środka. Każde jedno trafiało w miejsce, którego istnienia sam czasem nie chciał przed sobą przyznać. A kiedy powiedziała, że będzie jego żoną… nawet jeśli nie dziś, nawet jeśli nie teraz… poczuł, że coś w nim powoli puszcza. Napięcie, które od wczoraj ściskało mu żołądek, rozluźniło się, zostawiając po sobie tylko ten znajomy ciepły ciężar: miłość. I ulga.
    — Chcesz być panią Crawford…? — powtórzył. I był to ten moment, kiedy na jego twarzy coś się zmieniło. Coś miękkiego, kruchego. Ulga? Radość? Może jedno i drugie, bo przez chwilę tylko patrzył na nią z tym spojrzeniem, jakby widział ją po raz pierwszy. Jakby właśnie odkrył, że naprawdę tu jest. Że została. Że wybiera jego. Uśmiechnął się. Ten uśmiech nie był jak zwykle, nie był łobuzerski, nie był nawet pewny siebie. Był spokojny. Miękki. Prawdziwy. Potem westchnął. Cicho. Oparł czoło o jej czoło, jakby nie potrzebował teraz niczego innego, tylko być najbliżej niej, jak się da.
    — Dobra. — Jego głos był niższy niż zwykle, trochę ochrypły od emocji. — Skrzypek może być. Ale nie licz na lodowe rzeźby ani na baletnicę z fontanny. Mam swoje granice.
    Zaśmiał się krótko pod nosem, a potem pocałował ją jeszcze raz – z tą czułością, której wcześniej brakowało. Bez presji. Bez pośpiechu.
    — Masz rację — przyznał w końcu. — Jedna zmiana na raz. Nie będę się już z tym spieszył. Chcę, żebyś miała wszystko… po swojemu. Jak zawsze.
    Palcami musnął jej policzek, przelotnie, jakby musiał upewnić się, że jest prawdziwa. Że naprawdę właśnie powiedziała to wszystko.
    Zamilkł na chwilę, znów przyglądając się jej oczom. A potem, półgłosem, jakby to był jego najprawdziwszy sekret:
    — Nie musisz zakładać pierścionka, Soph. — Wyszeptał cicho. — Ale jeśli go założysz to nie znaczy, że za tydzień zaciągnę cię przed ołtarz.
    Objął ją w talii, przyciągnął mocniej do siebie i oparł czoło o jej czoło. Uśmiechnął się, tym razem szczerze, głęboko, z ulgą.
    — Nie ma znaczenia, czy nazwisko zmienisz jutro czy za rok.— Uśmiechnął się szerzej, zaczepnie. — Już jesteś moja. Nawet jeśli jeszcze nie mamy na to papieru. — Pochylił się i pocałował ją raz jeszcze. Długo, powoli. Z tym wszystkim, czego nie umiał już teraz wypowiedzieć. A potem nachylił się bliżej jej ucha i mruknął: Przesunął dłonie na jej biodra, zsunął je lekko niżej, aż palce oparły się o jej uda.
    — A co do skrzypka na dachu… Nie bądź zaskoczona, jak go kiedyś wynajmę.
    Carter parsknął śmiechem przy jej szyi, cicho, krótko, jakby nie mógł dłużej znieść tego miękkiego ciężaru emocji, który przez nich właśnie przepłynął. Wtulił się jeszcze na ułamek sekundy, jakby chciał zatrzymać ich w tej chwili… ale zaraz potem się wyprostował i spojrzał na nią z tym błyskiem w oczach, który mówił dokładnie jedno: wracał do siebie. Tego pewnego siebie, bezczelnego, kochającego ją Cartera.
    — Dobra. Dość gadania. — Pokręcił głową teatralnie, jakby właśnie zerwał z jakimś niepisanym zakazem. — Tu jest poważne zadanie do wykonania. I obawiam się, że nie mogę go dłużej odwlekać.
    Uśmiechnął się półgębkiem, znów nachylając się nad nią, tym razem z inną energią. Powolną, ale zdecydowaną. Jego dłonie powędrowały do brzegu jej sukienki, a głos obniżył się ledwie słyszalnie, mrucząc tuż przy jej uchu:
    — Muszę natychmiast wymierzyć karę za zbyt dużą ilość seksapilu przed dziesiątą rano.

    OdpowiedzUsuń
  52. Ujął jej udo, gładząc opuszkami skóry tuż pod brzegiem materiału, jakby tylko sprawdzał, czy naprawdę ma do tego prawo, mimo że oboje doskonale wiedzieli, że ma. Z łatwością podciągnął sukienkę wyżej, przesuwając się między jej nogami.
    — I za ten uśmiech, który rozwala mi system — dodał jeszcze cicho, całując ją w szyję, a potem przelotnie w kącik ust. — I za każde twoje “jestem niewinna”. Bo to największe kłamstwo, jakie w życiu słyszałem.
    Kiedy spojrzał jej w oczy, jego palce wsunęły się pod materiał sukienki i powoli, z wyraźną przyjemnością, zaczął ją z niej rozbierać.
    — No chodź, Soph. Pani przyszła Crawford. — Zaśmiał się cicho. — Zobaczmy, czy twoje argumenty dalej są tak przekonujące bez tej grzecznej sukienki.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  53. — O nie, nie, nie… — mruknął Carter, nie odsuwając się ani o milimetr, choć jego głos przeszedł w niższy rejestr, miękki, ale wyraźnie zabarwiony rozbawieniem i pożądaniem. — My tu właśnie rozmawiamy o karze, a ty mi próbujesz wyjść z roli, tylko dlatego, że uśmiechasz się w ten sposób?
    Palce Cartera zsunęły się z jej uda na linię biodra, przesuwając się powoli, z rozmysłem, jakby każde miejsce, którego dotykał, wymagało osobnego skupienia. Może tylko się z nią droczył, a może po prostu nie mógł się nią nasycić. Oparł dłonie po obu stronach jej ud, pochylając się bliżej, tak że jego czoło niemal dotknęło jej skroni, a głos stał się ledwie szeptem.
    — Grzeczne dziewczynki nie oddychają w ten sposób, Soph — wymruczał. — I nie patrzą tak, jak ty teraz patrzysz. I na pewno nie mówią, że zrobię wszystko, o co poproszą, kiedy dokładnie wiedzą, że mają rację.
    Odsunął kawałek sukienki jakby to był najważniejszy gest na świecie, po czym złożył na jej obojczyku leniwy, namiętny pocałunek.
    — Prawdę mówiąc… — westchnął między kolejnym pocałunkiem a muśnięciem języka. — Trochę się boję, że poprosisz o coś, co wymaga dwóch dni regeneracji i dostępu do elektrolitów.
    Uśmiechnął się przy tym z rozbrajającą bezczelnością. Oparł czoło o jej policzek, ramieniem obejmując ją pewnie w talii, jakby ta kuchnia naprawdę była ich małym światem, z którego nie zamierzali nigdzie wychodzić.
    — Ale dobra wiadomość? — dodał, muskając nosem jej skroń. — Dwa dni mam wolne. I zapas Red Bulla w lodówce. Także jeśli masz plan mnie wykończyć… to dobry moment.
    Usta Cartera znalazły jej szyję i tym razem pocałunek był głębszy, mokry, leniwy. Palce błądziły już pod materiałem sukienki, z niebezpieczną czułością.
    — Sukienkę zdejmę sam, skoro mówisz, że nie ma różnicy… Ale uprzedzam, Soph. — Spojrzał jej prosto w oczy, z tą swoją półobietnicą, pół-groźbą. — Nie zamierzam się spieszyć. Zasłużyłaś na karę, pamiętasz?
    A jego dłonie już zaczęły powoli rozsuwać materiał na jej ciele. Carter uśmiechnął się kątem ust, tym swoim charakterystycznym, drapieżnym półuśmiechem, który zawsze zapowiadał kłopoty. Te dobre kłopoty.
    — Chociaż… — wymruczał, muskając ustami jej skórę przy uchu. — Kara. Nagroda. Granica jest cienka. Zwłaszcza z tobą.
    Zębami musnął płatek jej ucha, a potem odsunął się tylko po to, by spojrzeć na nią z góry, obejmując ją spojrzeniem, które było zbyt ciemne, zbyt głodne, jak na poranek w kuchni. Złapał materiał sukienki i całkowicie ną z niej uwolnił. Jego palce błądziły teraz już bez żadnej bariery, ale mimo tej bliskości, mimo tego napięcia, nadal się nie spieszył.
    — A skoro już siedzisz tu taka rozgrzana i tak pięknie gotowa na wszystko, co ci zrobię…
    Zatrzymał się na moment, palcami delikatnie odgarniając jej włosy z karku. Pocałował ją znowu, mocniej, z tą dominującą pewnością, że zna każdy zakamarek jej ciała, każdą reakcję, każdą słabość. Zanurzył twarz w jej szyi, składając na niej miękki, nieśpieszny pocałunek. Potem drugi. I trzeci. Każdy z nich dokładnie tam, gdzie jej skóra była najcieplejsza. Każdy coraz niżej. Usta Cartera zsunęły się na jej dekolt, wbijając po drodze miękkie pocałunki, niektóre lżejsze, inne bardziej zachłanne, jakby próbował zostawić po sobie ślad, nawet jeśli niewidoczny.
    — Albo… może to ja jestem ukarany. Bo jedyne, co mi teraz chodzi po głowie, to jak sprawić, żebyś błagała o więcej. — Mruknął z rozbawieniem, ale jego spojrzenie było już ciemniejsze, bardziej skupione, bardziej głodne. Jedną dłonią objął ją za kark, przyciągając delikatnie do pocałunku. Nie nachalnego. Przeciągłego. Ciepłego. Tego, który zaczynał się na wargach, ale kończył dużo głębiej, w sercu, w oddechu, który przyspieszał niezależnie od ich woli. Kiedy odsunął się ledwo na centymetr, jego czoło oparło się o jej. — Powiedz mi tylko jedno, Soph… — wymruczał, tonem ledwie ubranym w głos. — Kiedy ty właściwie przestałaś być grzeczną dziewczynką, co?
    Nie czekał na odpowiedź. Nie musiał. Znał ją lepiej niż ktokolwiek inny.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  54. Patrzył na nią z tym półuśmiechem, którego nie mógł się pozbyć, choć mięśnie szczęki miał napięte. Była bezczelnie piękna, rozpalona, z tymi rumieńcami i zieloną koronką, która sprawiła, że musiał zamknąć oczy na sekundę, by nie rzucić się na nią bez ostrzeżenia. Jeszcze nie.
    — Więc to był ten moment? — Carter uśmiechnął się, cicho i niebezpiecznie, jakby właśnie usłyszał odpowiedź na pytanie, które od dawna chodziło mu po głowie. — Na parkingu. Kiedy patrzyłaś na mnie jakbyś chciała rozebrać mnie wzrokiem, ale grzecznie zacisnęłaś uda, żeby nikt się nie zorientował. — Ujął jej twarz jedną dłonią, patrząc prosto w oczy. — Musiałem wtedy użyć całej swojej jebanej silnej woli, żeby nie wrzucić cię do auta, nie skręcić w jakąś boczną ulicę i nie zrobić dokładnie tego, o czym myślałaś.
    Jego głos był niski, drżący od napięcia, ale nadal opanowany. Bo Carter uwielbiał ten moment kiedy miał ją dokładnie tam, gdzie chciał. Kiedy to ona nie mogła już wytrzymać. Kiedy domagała się, żeby nie zwlekał ani sekundy dłużej. A on tylko patrzył. Czekał. Budował napięcie z precyzją kogoś, kto znał każdy centymetr jej ciała i dokładnie wiedział, ile jeszcze może ją rozciągnąć między pragnieniem a szaleństwem.
    Kiedy zapytała na co czeka i zażyczyła sobie, żeby ją wziął, Carter zaśmiał się cicho, głęboko, z gardła, jakby właśnie usłyszał coś, na co czekał. Śmiech był krótki, ale prawdziwy, przesycony tą samą intensywnością, którą miał w oczach, gdy spojrzał na nią z góry. — Na co czekam? Właśnie na to, Soph. — Jego głos był niższy niż wcześniej, jakby z każdym jej słowem coś w nim puszczało. Nachylił się jeszcze bliżej, tak że jego usta otarły się o kącik jej ust, nim przeniósł się do linii szczęki, na chwilę zatrzymując się tuż przy uchu. Zanurzył palce w jej włosach i lekko pociągnął głowę w tył, tylko po to, by spojrzeć w jej twarz. — Kurwa, Sophia — mruknął Carter, nisko i z takim napięciem, jakby właśnie zderzył się z czymś, czego się nie spodziewał.
    — Wiesz, że jak mówisz takie rzeczy, to zaczynam się zastanawiać, kto tu naprawdę rozdaje karty. — Palcami powoli rozerwał rajstopy przy wewnętrznej stronie uda, tak, że materiał cicho pękł i opadł z szelestem na jej skórę. Patrzył na nią z góry, jakby badał każdy grymas, każdy ruch i cień niepewności. Ale nic takiego nie znalazł. Przycisnął dłoń do jej uda wsuwając ją powoli pod materiał rozerwanych rajstop, aż do granicy, która niemal sprawiała, że jej biodra drgnęły w napięciu. Prawda była taka, że on zawsze trzymał się o krok przed nią, ale właśnie w tej chwili, z jej głosem łapiącym go za kark i spojrzeniem pewnym siebie aż do szpiku, czuł, że gubi tempo. Gubił grunt. Złapał ją mocniej za biodra, przesuwając ją pod siebie z taką łatwością, jakby zawsze miała tam być. Ich oddechy znów się pomieszały, ale tym razem Sophia nie miała wątpliwości, kto trzyma rytm. Carter się nie spieszył, tak jak obiecał, ale nie było w nim już ani cienia wahania. Ujął jej dłonie, splótł palce z jej palcami. Pocałował ją mocno, głęboko, bez resztek powściągliwości. Smakowała dokładnie tak, jak powinna rozkoszą i pewnością siebie, ale też błaganiem, które tylko on potrafił z niej wyciągnąć. Nie patrzył już na nią jak ktoś, kto rozważa. Patrzył jak mężczyzna, który wie, że nie musi już nic mówić. Bo teraz będą mówić tylko ich ciała.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  55. Jego oddech przyspieszył, kiedy poczuł jej palce pod swoją koszulką, jakby nie tyle się go trzymała, co prowadziła go tam, gdzie miała ochotę go mieć. I on jej na to pozwalał. Odsłaniał przed nią każdy kawałek siebie fizycznie, ale i zupełnie inaczej. Pocałunek, który złączył ich usta, był już zupełnie inny niż poprzednie. Głębszy, bardziej zachłanny, cięższy. Nie było w nim już żartu, tylko potrzeba. Tego, żeby być blisko. I żeby to wszystko znów było tylko ich. Zsunął usta wzdłuż jej szyi. Dłoń wciąż błądziła po jej udzie, jakby badał granice, na przekroczenie których miał już od dawna pozwolenie. Czasem cichym skinieniem, czasem spojrzeniem. A czasem takim drżącym „proszę” wypowiedzianym wprost do jego ucha, jak teraz.
    — Lubię cię taką — wymruczał cicho. Kiedy rozpiął jej stanik, zrobił to jednym, płynnym ruchem, ale nie zerwał go z niej, pozwolił, żeby zsunął się lekko, gdy całował jej obojczyk. A potem niżej. Składał pocałunki nieśpiesznie, jakby tylko nimi mógł powiedzieć jej to wszystko, czego nie był jeszcze gotów wypowiedzieć na głos. Zanurzył się w niej nie tylko dłonią czy ustami, ale całą uwagą. Nie spieszył się. Znał ją zbyt dobrze. I lubił, gdy prosiła. Ale jeszcze bardziej, gdy już nie musiała, kiedy ciało samo mówiło za nią. Rozebrał ją do końca powoli, niemal ceremonialnie, pozwalając, by materiał opadał na podłogę warstwa po warstwie, aż została przed nim naga, prawdziwa, drżąca tylko od jego spojrzenia. Jego usta pieściły ją coraz pewniej, głębiej, zatracając się w jej cichych westchnieniach, w napięciu jej ciała, które odpowiadało mu bez wahania. Każdy jej oddech był dla niego drogowskazem. Każde drżenie, obietnicą. Kiedy w końcu zsunął ją ze stołu, zrobił to jednym, płynnym ruchem. Ustawił ją plecami do siebie, przyciskając jej plecy do swojego torsu. Poczuł jej ciepło, jej ciężar oparty o niego, jakby idealnie tam pasowała. Jedna dłoń spoczęła na jej biodrze, druga przesunęła się wyżej, przytrzymując ją blisko, pewnie, ale z tą czułością, która zawsze była tylko dla niej. Zatopił się w niej całkowicie, nie tylko ciałem, ale i myślami. Świat zwęził się do tej jednej chwili, do rytmu ich oddechów, do dźwięków, które wypełniły kuchnię: urywanych westchnień, cichych jęków, przyspieszonego oddechu. Kuchnia, która jeszcze chwilę temu pachniała kawą i goframi, teraz pulsowała ich bliskością. Znał każdy centymetr jej ciała, ale za każdym razem, gdy je odkrywał, czuł się tak, jakby robił to na nowo. Jakby pierwszy raz dotykał jej skóry, smakował jej ust, słuchał tych krótkich, urywanych oddechów, które uciekały jej z piersi, kiedy jego dłoń sunęła powoli po jej ciele.

    OdpowiedzUsuń
  56. Każdy ruch był wyznaniem, cichym „jesteś moja”, które wypowiadało jego ciało, a nie usta. Dłonie miał na jej brzuchu, czasem sunęły wyżej, dotykając piersi, czy szyi, czasem niżej, tak, jakby cały świat sprowadzał się teraz do tej jednej chwili, do jej oddechu zsynchronizowanego z jego własnym. Jego czoło oparło się o jej skroń, usta musnęły jej szyję, a dłonie trzymały ją tak, jakby była jedyną stałą rzeczą w jego świecie. Jęknęła cicho jego imię, a on przymknął powieki, pozwalając sobie na ten moment chwilę, która zdawała się rozciągać poza czasem. A potem, w jednej z tych cichych sekund, kiedy oddechy gubiły się w namiętności, a świat wokół był zbyt odległy, by istniał naprawdę, pochylił się do jej ucha i z cichym, lekko zachrypniętym mruknięciem wyszeptał.
    — Włóż ten pieprzony pierścionek na palec, Soph.
    Nie było w tym ani rozkazu, ani prośby. Było pragnienie. To czyste, nagie, bezbronne pragnienie, którego nie zamierzał już więcej przed nią chować. — Należy do ciebie. Jak wszystko inne.
    To, co było między nimi, właśnie tu, w tej kuchni, z niedojedzonym śniadaniem na stole, z Gigi gdzieś śpiącą w salonie, to było wszystko, czego potrzebował. Ona. Jej oddech. Jej ciało, jej emocje, jej drżenie w jego ramionach. Jej tak, wypowiedziane nie słowami, tylko tym, że pozwalała się kochać dokładnie tak, jak on tego potrzebował. I kiedy w końcu wszystko się w nich rozpłynęło, a kuchnia ucichła, Carter wciąż trzymał ją przy sobie, próbując złapać oddech. Byli tylko oni. Ciepło ich ciał. I to milczenie, w którym nie trzeba było już niczego mówić.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  57. Carter jeszcze przez chwilę trwał z nią w tym bezruchu, z czołem opartym o jej ramię, z dłońmi zaciśniętymi na jej ciele, jakby to wszystko, ta chwila, ta kuchnia, ten poranek, mogło mu się wyślizgnąć, jeśli choć na moment rozluźni uścisk. Słyszał, jak oddycha. Czuł każdy dreszcz, który jeszcze przez nią przechodził, i jak bardzo była przy nim obecna, nie tylko ciałem, ale tym wszystkim, czego nie da się dotknąć. Tą miękką, poruszającą obecnością, która go łamała i sklejała jednocześnie. Jej pytanie wypowiedziane niemal szeptem, trochę zaczepne, ale z uśmiechem, który znał aż za dobrze, uniosło jego kąciki ust bez najmniejszego wysiłku. Przymknął oczy na ułamek sekundy i po prostu się do niej uśmiechnął. Jeszcze bez odpowiedzi. Jeszcze zostając z nią w tej ciszy, w której oddychali tym samym powietrzem. Po chwili uniósł głowę i musnął ustami linię jej szyi, zanim odpowiedział.
    — I to jak… — mruknął cicho. — Z całą tą popieprzoną kolejnością, z niedojedzonym śniadaniem na stole i tobą, półnagą na moim kuchennym blacie. — Przesunął nosem po jej skórze i westchnął z uśmiechem. Odwrócił ją delikatnie przodem do siebie. Jego dłonie przesunęły się po jej talii, po bokach, a potem wsunął je na jej policzki, żeby zatrzymać na sobie jej spojrzenie.
    — Jesteśmy zajebiście zaręczeni. — Powiedział z jeszcze większym uśmiechem. Byli. Wbrew wszystkiemu, temu, co zaplanowali, co myśleli, że będą czuć i co rzekomo miało być „odpowiednim momentem”, byli. Jedną ręką wciąż obejmował ją mocno przy sobie, drugą powoli, niemal leniwie przesuwał po jej rozgrzanym brzuchu, jakby chciał uspokoić nie tylko jej oddech, ale też swój własny. Oparł policzek o jej skroń. Pachniała nim. I domem. I czymś, czego nie potrafiłby już sobie odmówić. Złożył ciepły pocałunek tuż pod jej uchem. — I nie pozwolę ci o tym zapomnieć.
    Jego głos był niższy, trochę jeszcze zachrypnięty od napięcia, które dopiero powoli schodziło z jego ciała. Ale ton był miękki. Prawdziwy. Należał do niego tego, który chwilę temu kochał się z nią tak, jakby świat miał się skończyć, ale który teraz po prostu trzymał ją cicho w ramionach, jakby musiał się upewnić, że nikt i nic nie wyrwie jej z tego miejsca. Zamknął oczy i wtulił nos w linię jej włosów, oddychając spokojnie, głęboko, jakby zbierał się na coś więcej, ale… nic nie musiał mówić. Wszystko już się wydarzyło. Wszystko zostało wypowiedziane wcześniej w gestach, w pocałunkach, w spojrzeniach. A potem potwierdzone jednym, prostym pytaniem, na które nie mógł odpowiedzieć inaczej. Nie potrzebowali teraz wielkich słów. Mieli tylko siebie rozgrzanych, nagich, lekko roztrzęsionych, ale spokojnych. W kuchni, która pachniała goframi i nimi. Z jej oddechem wplecionym między jego, z jej ciałem wtulonym w jego tors i jego ramionami ciasno wokół niej, jakby nie zamierzał jej już nigdzie puścić. Bo nie zamierzał.
    Carter przesunął ustami wzdłuż linii jej ucha, czując jak ciało Sophii powoli się rozluźnia, jak w jej oddechu znika napięcie. Było coś cholernie pięknego w tym, jak wtulała się w niego cała miękka, rozgrzana i wciąż lekko rozedrgana.
    — To… na kiedy umawiam wedding planera? — wymruczał z udawaną powagą, z ledwo skrywanym uśmiechem. — Może być na piątek? Mam wolne popołudnie — dodał. Odchylił głowę, żeby spojrzeć na jej twarz… i nie wytrzymał, śmiech wyrwał mu się spomiędzy warg, cichy, zachrypnięty, z tym typowym dla niego rozbawieniem, kiedy udało mu się zaskoczyć ją totalnie. — Szkoda, że nie widziałaś swojej miny właśnie. — Pochylił się jeszcze bliżej, muskając nosem jej policzek, zanim spojrzał na nią z nieco poważniejszym wyrazem twarzy.
    Ale tylko na moment. Taki, który robił różnicę.
    — Chyba że chcesz? — mruknął cicho, głosem nieco niższym. I zaraz potem znowu się roześmiał. Szczerze, miękko, z tym błyskiem w oczach, który zawsze miał tylko dla niej.
    — Nie martw się, Soph. Dam ci przynajmniej cały weekend.
    Carter jeszcze raz ucałował jej ramię, zanim odsunął się od niej z cichym, zadowolonym westchnieniem.

    OdpowiedzUsuń
  58. Sięgnął po sukienkę, która wylądowała wcześniej na krześle, zgarnął ją w palce i podał jej bez słowa, tylko z tym półuśmiechem, który zdradzał, że w jego głowie z pewnością wciąż krążyły obrazy z ostatnich minut.
    — Ogarnij się, zanim znów zapomnę, co to znaczy mieć silną wolę — mruknął, podając jej ubranie z lekkim rozbawieniem. Sam sięgnął po swoje rzeczy, spodnie i koszulkę, które wcześniej porzucił bez większego namysłu. Wciągnął je na siebie w ciszy, choć po jego minie było widać, że nastrój zdecydowanie mu nie opadł. Nie było pośpiechu. Tylko ciepło między nimi, które nie potrzebowało już żadnych słów. Zanim zdążyła wygładzić sukienkę, podszedł do niej w dwóch krokach i z szerokim uśmiechem obją ją tak, że aż uniósł do góry, jakby świat właśnie zawirował, a on musiał to jakoś wykrzyczeć, choćby tylko gestem. Uniósł ją lekko do góry, obracając wokół własnej osi, z dziecięcą niemal radością.
    — Cholera, Soph… — roześmiał się, chowając twarz w zagłębieniu jej szyi. — To jest absolutnie popierdolone, w najlepszy z możliwych sposobów— powiedział z niedowierzaniem, ale ton miał czuły, miękki, rozczulony aż do szpiku. Zsunął ją z ramion powoli, ostrożnie, ale nie wypuścił z objęć. — Najlepszy…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  59. Carter, wciąż trzymając ją w ramionach, przysunął usta do jej skroni i pocałował ją z takim rozczuleniem, jakby przez chwilę zupełnie zapomniał o świecie. O wszystkim, co poza nią. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, miękki i lekko rozbawiony, ten typ uśmiechu, który pojawiał się tylko przy niej, kiedy jego twarda powłoka mogła się w końcu rozpuścić.
    — Chcę to wykrzyczeć z dachu klubu, Soph. Z megafonu. — Zaśmiał się cicho, a jego czoło oparło się o jej. — Albo nie, zamówię billboard. „Carter Crawford - Nowa Era.” — Mruknął teatralnie, jakby czytał nagłówek z brukowca. — I dam twoje zdjęcie z tym pierścionkiem. Może jakimś brokatem to jeszcze obsypią, żeby lepiej się świeciło. — Objął ją jeszcze mocniej, jakby chciał zapamiętać to uczucie. To, że była tu, z nim. Że wybrała jego. Mimo wszystkiego, co mógł spieprzyć i czego nie mógł jej obiecać. Przez chwilę po prostu nic nie mówił, tylko wtulał ją w siebie, jakby ładował w ten sposób baterie.
    Potem odsunął się odrobinę, nie na długo.
    — Po mojemu? — Uniósł brew, jakby analizował to słowo. — Do klubu? — powtórzył, z tą znajomą nutą, która zwiastowała kłopoty. — Chcę to wykrzyczeć całemu światu, Soph. Naprawdę chcę. Ale już nie ma „po mojemu”. Teraz jest po naszemu. — W jego głosie nie było niepewności, tylko ta głęboka świadomość, że to wszystko się zmieniło. — I… chcę to uczcić, ale nie tak. Nie w klubie. Nie tam… — Spojrzał na nią z lekkością, ale i szczerością, której nigdy przed nią nie ukrywał. — Klub… nie ucieknie. — Puścił jej dłoń, tylko po to, by zaraz ująć ją z powrotem mocniej, pewniej, jakby podkreślał tym gestem to, co właśnie powiedział. I tym razem to nie była ucieczka. To był wybór. Zdecydowany. Świadomy. Dla niej. Dla nich. Carter milczał jeszcze przez sekundę, jakby zostawiał jej przestrzeń, by wszystko, co powiedział, mogło w niej wybrzmieć. Lepiej. Prawdziwiej. Ich. Ale… to wciąż był on. Carter Crawford. A jemu trudno było zbyt długo trwać w zbyt poważnych tonach zwłaszcza kiedy Sophia patrzyła na niego tym spojrzeniem, które znał już na pamięć. Takim, które z jednej strony miękło, a z drugiej błyszczało przekornie, jakby już układała ripostę. Uśmiechnął się powoli. Oczy mu zalśniły i uniósł brwi z miną niewiniątka, która z nim miała wspólnego mniej więcej tyle, co Gigi z tresurą. — Chyba że… — mruknął z udawaną rozwagą. — To ty chcesz zaprezentować moim „znajomym” w klubie, jak poważnie i jak bardzo jestem teraz… zajęty? — Zawiesił głos dokładnie tam, gdzie chciał. Wiedział, że zrozumie. Że to celowo podszyte tym dwuznacznym tonem, przy którym potrafiła się albo zarumienić, albo zgrywać obojętną, ale zawsze reagowała. Przysunął ją do siebie jeszcze bliżej, jakby nagle sam potrzebował tego dotyku bardziej, niż przypuszczał. — Wiesz, tak przypadkiem poprawiać włosy przy barze, rzucić komuś spojrzenie w stylu: „dotkniesz go, a odgryzę ci rękę”? A potem rozsiąść się na moich kolanach jakby to był wstęp do czegoś, czego nikt inny nie dostanie. — Zamruczał przy jej uchu z bezczelnością, której nie dało się zignorować. — Bo jeśli tak, skarbie, to bardzo ci kibicuję. I chce to zobaczyć. — Pokręcił głową z rozbawieniem, po czym nachylił się niżej i musnął nosem jej policzek. Nie tylko ona lubiła kiedy zaznaczał przy wszystkich, że należy do niego i nikt nie ma prawa się do niej zbliżać. Uśmiechnął się szeroko, przygryzając dolną wargę, kiedy zobaczył jej reakcję. Uwielbiał to w niej, to, jak jedno zdanie potrafiło rozproszyć każdą poważną rozmowę i zmienić ciężar emocji w coś lekkiego, drażniącego, ale tak cholernie ich. Przytulił ją znowu, jakby nie mógł się powstrzymać, a jego głos stał się cichszy bardziej prywatny, miękki, tylko dla niej.
    — Ale nadal nie idziemy. Nie dziś. — Ucałował ją lekko w skroń. — Dziś jesteś tylko moja. Cała. I w stu procentach po naszemu.
    Carter zsunął dłonie na jej biodra, lekko przyciągając ją bliżej siebie.

    OdpowiedzUsuń
  60. Na jego ustach zatańczył ten łobuzerski uśmiech, który Sophia znała aż za dobrze, zwiastun kłopotów albo… bardzo dobrych pomysłów.
    — Więc… jak chcesz, to zaznaczyć…? — mruknął nisko, nie odrywając od niej wzroku. — Mam sobie zrobić kolejny tatuaż? — Mruknął nisko, z tym łobuzerskim tonem, który zawsze zwiastował kłopoty. — Mam sobie wytatuować zajęty przez Sophię Moreirę na karku? Żeby każdy widział, jak tylko się odwrócę.
    Przesunął nosem po jej policzku, z trudem powstrzymując rozbawienie. Cofnął się odrobinę i spojrzał na nią spod zmrużonych powiek, uśmiechając się półgębkiem. — Chyba że chcesz, żebym sobie zrobił twój portret. Ale błagam… tylko nie każ mi iść do tego gościa, co robi hiperrealizm. — Zaśmiał się i pokręcił głową. — Wiem, że jestem pojebany, ale chyba nie aż tak, żeby wytatuować sobie twoją twarz na łopatce.
    — Zaśmiał się, zniżając głos jeszcze bardziej. — Chociaż… jakby to miało ci coś udowodnić, to znajdziemy jakiegoś Rio, co umie rysować anioły. Bo tylko taką wersję bym zaakceptował.
    Zamilkł na chwilę, a potem dodał ciszej, już bez żartów. — Ale nie potrzebuję atramentu, żeby wiedzieć, że należę do ciebie. I że ty jesteś moja.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  61. Carter uniósł brew, słysząc jej pytanie, to powolne, z rozmysłem wypowiedziane „Teraz?” i przez sekundę wyglądał, jakby coś kalkulował w głowie. A potem pokręcił głową z tym swoim bezczelnym, półuśmieszkiem, który zwiastował kłopoty. Takie droczenie się, którego Sophia znała już na pamięć i które niemal zawsze kończyło się tym, że miała ochotę rzucić w niego czymkolwiek, co było w zasięgu ręki. Albo rzucić się na niego. Zależy od dnia.
    — No wiesz… wcześniej byłem zajęty, ale tak… powiedzmy, w skali szkolnej to na mocne cztery z plusem. — Wzruszył ramionami teatralnie, zerkając na nią spod rzęs. — Bo wtedy miałem tylko dziewczynę. — Zrobił pauzę, wystarczająco dramatyczną, żeby Sophia zdążyła unieść brew i już szykować jakąś ripostę. — A teraz mam NARZECZONĄ. — Wyrzekł to słowo z przesadną powagą, jakby właśnie ogłaszał królewski dekret. — A to, kochanie, brzmi o wiele poważniej. Odpowiedzialniej. Używa się przy tym słowa „formalnie” i… — Zbliżył się do niej powoli, z tym rozbawionym błyskiem w oczach. — …nosi się pierścionek, który mówią każdemu innemu facetowi: „nie próbuj nawet, ona jest zajęta”.
    Nachylił się bliżej i musnął ustami jej policzek, zupełnie niewinnie. Prawie. I choć jego ton był lekki i żartobliwy, gdzieś pod tym wszystkim czaiła się prawda, która coraz mocniej pulsowała między nimi: on naprawdę tego chciał. Całego tego “narzeczeństwa”. Całej tej odpowiedzialności. Jej.
    Carter odchylił głowę, spoglądając na nią z udawanym zamyśleniem, jakby właśnie przyszło mu do głowy coś bardzo ważnego. Parsknął śmiechem, słysząc jej poważny ton, kiedy zaczęła mówić o pierścionku zaręczynowym… dla niego. Złapał ją w talii i lekko przyciągnął do siebie, patrząc z góry z rozbawionym niedowierzaniem.
    — Nie no, poczekaj. — Uniósł dłoń teatralnie. — Pierścionek zaręczynowy dla faceta?
    Zamilkł na sekundę, udając, że intensywnie się nad tym zastanawia, a potem westchnął ciężko, jakby właśnie pogodził się z losem.
    — Chyba przegapiłem moment, kiedy ta tradycja weszła w życie. — Pokręcił głową z udawaną powagą. — Ale jeśli bardzo chcesz, mogę zrobić wyjątek. Może nawet znajdziemy coś z diamentem. Taki maleńki, subtelny cios w męskość. — Zaśmiał się krótko, a potem nachylił się lekko w jej stronę i dodał z półszeptem. — Albo… po prostu nie zwlekaj za długo z założeniem mi tej cholernej obrączki. Bo to będzie dopiero odstraszacz. Skuteczniejszy niż tabliczka „wstęp wzbroniony”.
    Uśmiechnął się szeroko, ale nie kpiarsko, raczej z tym rodzajem dumy i pewności, jakiej nie musiał już grać. — Naprawdę, Soph. Kobiety są uparte. Ale widok obrączki działa jak znak stopu. A ja chcę, żeby każda, która na mnie spojrzy, wiedziała, że już jestem cholernie zajęty. Tak na całe życie. — Przesunął knykciami po jej szczęce z czułością, która na moment wyciszyła żarty. — I że nie zamierzam tego ukrywać. — Zbliżył się jeszcze bardziej, palcami przesunął po jej talii, niżej, z cichym, zadowolonym mruknięciem. Spojrzał na nią z uśmiechem, który zdradzał, że nie tylko się droczył. Że naprawdę go to rozczuliło. Odchylił się, jakby naprawdę rozważał ten scenariusz, ale oczy błyszczały mu rozbawieniem, a palce ścisnęły delikatnie jej biodro, jakby podkreślając, że nie było żadnego „ktoś”. Że nie istniał świat, w którym chciałby być gdziekolwiek indziej niż tu, z nią.

    Carter

    OdpowiedzUsuń

  62. Carter zaśmiał się cicho, ten jego charakterystyczny, chrapliwy śmiech, który zaczynał się głęboko w klatce piersiowej i nie sposób było go pomylić z żadnym innym.
    — Wiesz, że założę wszystko, co tylko zechcesz — mruknął z udawaną rezygnacją, jakby właśnie godził się na swój los mężczyzny sterowanego pierścionkiem i spojrzeniem. — Nawet matching bluzy z napisem „Property of Sophia”. Serio. Tylko mnie ostrzeż, żebym miał czas psychicznie się przygotować. Ten cały pierścionek zaręczynowy też, skoro tak ci na tym zależy. Byle nie świecił się jak choinka. — Dźgnął ją palcem w bok, a potem zaśmiał się jeszcze raz, tym razem już zupełnie otwarcie. Z jego ust znów wyrwał się rozbawiony śmiech, kiedy spojrzała na niego z tą miną, jakby właśnie rozważała, czy to naprawdę nie jest zły pomysł. Ale wtedy uniosła brew i zadała to jedno pytanie, przekorne, niewinne tylko z pozoru, z tą iskierką, którą znał aż za dobrze. Carter uniósł lekko podbródek, jakby rozważał to całkiem poważnie. Przez chwilę milczał, specjalnie przeciągając napięcie, aż w końcu zmrużył oczy i odpowiedział.
    — Co? — Uniósł brwi, jakby nie dosłyszał. — Po ślubie będę miał jeszcze większe powodzenie? To w ogóle możliwe?
    Oparł dłonie na jej biodrach i przysunął ją bliżej, tak że między nimi nie zostało już nawet milimetra przestrzeni.
    — Rozumiem, że wtedy nie będziesz odstępować mnie na krok? — Pokręcił głową z uśmiechem i musnął nosem jej policzek. — A raczej ja ciebie..
    Zniżył głos, jego ton przeszedł w coś głębszego, lekko zmysłowego, gdy pochylił się i szepnął jej do ucha.
    — Albo… może po prostu będziesz musiała częściej mnie całować przy ludziach. Dla bezpieczeństwa. Ich, nie mojego.
    Odsunął się tylko na tyle, by spojrzeć jej w oczy, tym swoim spojrzeniem, o którym sama przed chwilą wspomniała. Tym, które mówiło jasno: moja. I żadna inna niech nawet nie próbuje.
    Carter zaśmiał się cicho, pochylając głowę, jakby właśnie przyłapała go na gorącym uczynku.
    — No to szkoda… — mruknął z udawaną rezygnacją, muskając nosem linię jej szczęki. — Bo właśnie miałem pytać, czy da się jakoś… przyspieszyć tę ciążę. — Uniósł wzrok, a w jego oczach błysnęło coś figlarnego, coś między rozbawieniem a czułością. — Wiesz… może jakiś fast-forward. Dwa miesiące w tydzień? — Delikatnie położył dłoń na jej podbrzuszu, zupełnie jakby już próbował to sobie wyobrazić. — Tylko żebym miał dobry powód, żeby cię jeszcze bardziej rozpieszczać. Chociaż nie wiem, czy się da bardziej. — Zatrzymał spojrzenie na jej twarzy, lekko przymrużając oczy. — Ale okej. Poczekam.
    Carter zmrużył lekko oczy, jakby dopiero teraz coś sobie uświadomił. Wciąż z uśmiechem, przesunął spojrzeniem po niej, tej całej, rozpromienionej, stojącej tak blisko, że mógłby się nie odzywać, a i tak wszystko byłoby jasne.
    — Chwila… — mruknął, jakby mówił do siebie. — Czegoś tu brakuje.
    Zanim zdążyła zapytać czego, już nachylił się i bez najmniejszego ostrzeżenia porwał ją na ręce, a potem z rozbawieniem przerzucił sobie przez ramię, jakby ważyła tyle co nic.
    — Spokojnie, panno Moreira. — Rzucił przez ramię. — Misja specjalna: odzyskanie najważniejszego elementu twojej nowej tożsamości.
    Niosąc ją przez mieszkanie, wparował z nią do sypialni i bez żadnej ceremonii rzucił na łóżko. Poduszki się rozsypały, a Sophia roześmiała się jeszcze głośniej, próbując złapać równowagę. — Zostaniesz tu grzecznie — rzucił jeszcze żartobliwie, już odwracając się w stronę łazienki. — Idę znaleźć ten pierścio… — Zatrzymał się. Zmarszczył lekko brwi, a potem uniósł kącik ust w jeszcze szerszym uśmiechu. Spojrzenie padło na szafkę nocną, gdzie leżało znajome aksamitne pudełeczko. Odwrócił się do Sophii, która leżała na łóżku, unosząc się lekko na łokciach i już na niego czekała z uśmiechem. W jego spojrzeniu znów była mieszanina rozbawienia, miękkości i czegoś głębszego.

    OdpowiedzUsuń
  63. — Teraz możemy dokończyć, co zaczęliśmy — powiedział cicho, zbliżając się z pierścionkiem w dłoni. Spojrzał na nią z błyskiem w oku i uniósł pierścionek między palcami. Podszedł bliżej, powoli, z tym jego znanym spojrzeniem, miękkim, ale z nutą prowokacji.
    — No chodź tu. — mruknął z uśmiechem. Zatrzymał się tuż przed nią i trochę teatralnie wyciągnął rękę po jej dłoń. — Tym razem będzie już bez przemówienia. Wyczerpałaś limit…
    Carter spojrzał na nią spod rzęs, z tym półuśmiechem, który tak dobrze znała. Ale coś w nim było dziś łagodniejsze. Może dlatego, że to już nie był flirt. Nie test. Nie gra. Delikatnie wsunął pierścionek na jej palec, a potem pochylił się i pocałował jej dłoń, dokładnie tam, gdzie błyszczał kamień. — A teraz radzę ci się do tego przyzwyczaić… bo już cię nie wypuszczę.
    Przyciągnął jej dłoń do ust i pocałował ją w miejsce tuż obok pierścionka, jakby właśnie tam zaczynało się teraz „na zawsze”.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  64. Tego wieczoru klub tętnił życiem, ale oni byli jakby poza tym wszystkim. W ukrytej loży w Black Roomie, gdzie dym mieszał się z zapachem alkoholu i drogich perfum, świat zewnętrzny był tylko ledwie słyszalnym tłem. Muzyka dudniła w ścianach, rytmiczna, hipnotyzująca, ale nie na tyle głośna, by zagłuszyć ich własny świat, teraz jeszcze bardziej osobisty. Oświetlenie było miękkie, przytłumione, z lekkim, ciepłym światłem bijącym z lampionów zawieszonych nad nimi. Stół przed nimi połyskiwał, a na nim, dwa kieliszki, które jeszcze nie doczekały się toastu. Carter siedział z lekko przechylonym ramieniem, obejmując Sophię. Ubrany był w jeansy i ciemny T-shirt. W jego spojrzeniu był luz, ten dobrze znany błysk, ale i coś nowego. Coś pewniejszego. Jego palce bawiły się leniwie pierścionkiem zaręczynowym na dłoni Sophii, przesuwając go subtelnie, jakby jeszcze raz chciał się upewnić, że to się naprawdę wydarzyło. Że ona tu jest. Że nie uciekła.
    Sophia z kolei wyglądała… jak Sophia. Nienachalnie piękna, naturalna, pewna siebie w tej nowej roli. Jej pierścionek przykuwał spojrzenia, ale ona nawet nie próbowała go ukrywać. Nie dzisiaj. Może i przyszli tu tylko na chwilę, może Carter nie chciał, żeby robić z tego spektakl, ale nie zamierzali też niczego się wstydzić. Pierścionek Cartera też był na miejscu nie lśnił jak jej i chował się między innymi, ale Sophia widziała go co kilka chwil, kiedy tylko jego dłoń spoczywała na jej kolanie. Wyraźny. Symboliczny. Ich. Carter pochylił się, mrucząc jej coś nisko do ucha. Coś, co sprawiło, że Sophia parsknęła śmiechem, a potem lekko odchyliła głowę, odsłaniając mu szyję, tak jak tylko ona potrafiła z tą swoją pewnością, że nikt inny nie miał prawa jej dotykać.
    — Myślisz, że ktoś już zauważył? — mruknął, nie odrywając wzroku od jej profilu, a potem zerknął gdzieś za nią, w stronę sali. — Bo zaczynam się zastanawiać, ile jeszcze min zajmie, zanim ktoś odważy się podejść i zapyta, czy naprawdę to zrobiłaś.
    Uniósł brew z tym swoim nieznośnie zadowolonym uśmiechem. Gdyby mógł, najchętniej zdmuchnąłby konfetti w powietrze, ale z braku lepszych opcji poprzestawał na tej odrobinie ciszy między nimi. I na błyskotce, która błyszczała na jej palcu jak najmocniejsze „tak”, jakie w życiu usłyszał.
    Ostatnio pojawiał się w klubie sam. Zbyt często. Nie dlatego, że chciał tylko dlatego, że tak było bezpieczniej. Tak było rozsądnie. Sophia była w ciąży, a to miejsce… cóż, nigdy nie należało do tych, które można by nazwać spokojnymi czy przewidywalnymi. Club był jego terytorium, ale Carter doskonale wiedział, że to nie przestrzeń, w której powinien trzymać kobietę, którą kochał. Nie, kiedy musiała teraz dbać nie tylko o siebie. Zbyt wiele się tam działo. Zbyt wielu ludzi chciało czegoś od niego. I zbyt wiele razy ktoś rzucał spojrzenie, którego nie powinien. Ale ile można się chować? Ile razy można odkładać pewne rzeczy „na później”?
    Poza tym, był powód. Dobra okazja. Z pozoru nic wielkiego kilka godzin, obecność przy barze, pokazanie się w loży. Uścisk dłoni, parę zdjęć. Ale wieczór był ważny. Dla niego. Dla jego ludzi.
    Carter właśnie dostał nominację do Grammy. I choć na zewnątrz zachowywał chłód, który zwykle towarzyszył takim wydarzeniom, wewnętrznie coś w nim pulsowało z satysfakcji. To nie był byle jaki moment, nawet jeśli udawał, że go nie rusza. W Black Roomie byli tego wieczoru jego producenci, kilku współpracowników z branży, znajome twarze. Niektórzy świętowali za niego głośniej niż on sam, co było do przewidzenia. Musiał się pojawić. Musiał złożyć kilka toastów. I kiedy wchodził z Sophią u boku z tym pierścionkiem błyszczącym na jej dłoni i drugim na swoim własnym palcu nie musiał nic mówić. To było jasne. To był statement. Nie był już tylko Carterem, który pojawiał się sam, brał co popadło i znikał w Black Roomie. Był facetem z kobietą u boku. Narzeczonym. Przyszłym ojcem. I, do cholery, wreszcie wyglądał, jakby to wszystko miało sens.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  65. Carter siedział głęboko w loży, z tą swoją nieznośnie nonszalancką manierą, ramię rozłożone na oparciu za plecami Sophii, spojrzenie spokojne, trochę sarkastyczne, jakby widział więcej niż wypadało. Palcami drugiej ręki bawił się jej dłonią, przesuwając opuszką po skórze tuż nad pierścionkiem, który dopiero co włożył jej na palec. I tak, cholernie ciężko było oderwać od niego wzrok nie tylko jemu, ale każdemu w tym klubie, kto choć raz spojrzał w ich stronę.
    Zachowywał się, jakby to był po prostu kolejny wieczór, kolejna noc w Black Roomie, ale tak naprawdę nie był to „kolejny” wieczór. I nie, wcale nie tylko dlatego, że nominacje do Grammy wybuchły w sieci jakieś sześć godzin temu, a jego menedżer już prawie dusił się telefonami.
    Nie musiał się domyślać, czy ludzie patrzą. Oczy ich znajomych, jego ludzi, producentów i tych wszystkich, którzy zbyt często przesiadywali w Black Roomie, były wyczuwalne, nawet jeśli nikt jeszcze nic nie powiedział. Owszem, zauważyli. Wszyscy.
    Nie odpowiedział od razu, kiedy zapytała o to, czy zamierza się wreszcie ucieszyć z nominacji. Zamiast tego uniósł lekko kącik ust, jakby próbował się powstrzymać przed uśmiechem, ale nie do końca mu się to udało.
    — Nie udaję, że to nic takiego. — Mruknął, nachylając się w stronę jej ucha. Jego głos był niższy, cichszy, tylko dla niej. Potem przeniósł wzrok na kieliszki, które stały przed nimi. Carter pilnował, żeby Soph miała swoj klieliszek z bezalkoholowym drinkie, żeby nie wzbudzać podejrzeń, bo o ile chciał się chwalić zaręczynami, to nie chciał żeby ktokolwiek burzył ich spokój w temacie ciąży, który wydawał się bardzo intymnie ich, przynamniej narazie. Sięgnął po kieliszek, ale nie uniósł go jeszcze. Spojrzał na nią z boku, z tym lekkim, półprywatnym uśmiechem, który znali tylko ci, którzy byli naprawdę blisko. — Za to, że mam przy sobie najbardziej zjawiskową kobietę na tej sali. I najbardziej upartą. — Uniósł lekko kieliszek w jej stronę. — I za to, że jak spytają, czy to pierścionek zaręczynowy, nie będziesz musiała nic mówić. Po twojej minie i mojej twarzy wszystko będzie wiadomo.
    Carter westchnął kiedy na kanapę obok nich opadł Kai. Mrugnął porozumiewawczo do Sophii i podał jej jeden z drinków, jakby w ramach solidarności.
    Jade pojawiła się tuż po nim, z drinkiem w dłoni, z rozwianymi włosami i błyskiem, który zawsze zwiastował jedno: zaraz coś odpali. Oparła się biodrem o oparcie loży, a spojrzenie posłała prosto w stronę Kaia, który właśnie zajął sobie miejsce przy nich, próbując, nieudolnie, przemycić trochę jadu pod płaszczykiem podziwu.
    — Daj spokój Soph, nie tłumacz mu się — rzuciła z szerokim uśmiechem, zerkając raz jeszcze na pierścionek. — Kai jest po prostu zazdrosny. Myślał, że to on w końcu dostanie ten wymarzony pierścionek od Zaire’a. — Zrobiła pauzę, celowo dramatyczną. — Tak się do niego ostatnio przykleja, jakby chciał go co najmniej przelecieć.
    Zaire, który właśnie dolewał sobie drinka, wybuchnął śmiechem, aż prawie rozlał zawartość szkła.
    — A ile karatów, Kai? — Powtórzyła, unosząc brew. — Wystarczająco, żebyś się z tej zazdrości trochę spocił.
    — Jade, błagam cię — parsknął, ale nie wyglądał, jakby protestował na serio.
    Kai natomiast odwrócił głowę z miną, jakby ktoś właśnie rzucił w niego butelką. Kai aż się poderwał, jakby Jade właśnie splamiła jego dobre imię.
    — O nie, nie, nie. Nie mieszaj mnie w swoje chore fanfiki! — Kai uniósł dłonie w obronnym geście i uśmiechnął się krzywo. — To nie ja wisiałem na Zaire’ze przez pół zeszłego roku jakby mi kartę kredytową podpisał krwią.
    Odwrócił się do Jade. — Serio, odpierdolcie się. — Kai uniósł ręce w górę i przewrócił oczami. — Ktoś tu się zaręczył i nagle każdemu odbija. I tylko przypomnę, że ja tylko zapytałem o karaty, a wyście już zrobili z tego Love Island.
    — Bo z takim tonem musiałeś dostać jakąś odpowiedź, Kai
    — Dobra, przyznaję. Wygląda pięknie. I pierścionek też niczego sobie.
    Carter tylko spojrzał na nią spod rzęs z tym półuśmiechem, który mówił wszystko. Nie musieli nic mówić.

    OdpowiedzUsuń
  66. Kai nie potrafił się zatrzymać. I może właśnie dlatego Carter nie mówił nic od razu znał go zbyt dobrze. Wiedział, że za każdym jego dowcipem czai się coś ostrzejszego, czasem podszyte rozbawieniem, a czasem… gorzką drwiną.
    — No dobra, ale tak serio… — zaczął, znów się nachylając, tym razem nie do pierścionka, a do samego Cartera. — Zaprosisz nas chociaż na ten ślub? Czy znowu obudzimy się z informacją, że po pijaku w Vegas powiedzieliście sobie tak, a jedyny świadek to pracownik kasyna w smokingu i skarpetkach w banany? — rzucił Kai, zerkając znad drinka, który właśnie do niego dotarł. Wbił spojrzenie najpierw w Sophię, potem w Cartera, z udawaną powagą, która ledwie skrywała zaczepną nutę. Zrobiło się na moment ciszej. Ta jego luźna gadka tym razem uderzyła nie tylko w Sophię, a przynajmniej próbowała, ale też bardzo celnie w Cartera. Nawet Jade przestała przewijać coś w telefonie, unosząc brew i zerkając na Kaia z taką miną, jakby powiedział jedno zdanie za dużo. Zaire tylko cicho westchnął i odstawił drinka.
    — Widzisz, Kai… — odezwał się w końcu, głosem zaskakująco spokojnym. — Z tobą jest zawsze gen sam pieprzony problem, że nigdy nie wiesz, kiedy żart jeszcze jest żartem, a kiedy robi się żałosny. — Uniósł lekko brwi. Bez uśmiechu. Bez złości. Ot, suchy fakt. — Przypomnisz mi z jakiego powodu ciągle pozwalam ci się kręcić obok?
    Jade prychnęła pod nosem, aż musiała zakryć usta dłonią, a Zaire pokręcił głową z uśmiechem.— Carter, stary… brutalnie — wymamrotał, ale brzmiało to bardziej jak uznanie niż dezaprobata. — Tylko pytam, nie spinaj się. — Rzucił, próbując wyjść z tego bokiem, ale ton jego głosu już nie był tak pewny.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  67. To była ta chwila, kiedy Carter po prostu milczał. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie, jego myśli waliły się jedna po drugiej jak domino, każda bardziej niebezpieczna od poprzedniej. Ale właśnie dlatego nic nie mówił. Bo gdyby to zrobił, to już nie byłoby luźno. Już nie byłoby tej atmosfery niby-świętowania. Już nie byłoby niczego do śmiechu.
    Więc milczał.
    Siedział wyprostowany, z dłonią na udzie Sophii, jakby to ten jeden punkt trzymał go jeszcze w pionie. Czuł pod palcami cienki materiał jej rajstop i bijące od niej ciepło. Wspomnienie momentu w którym niewymuszonym ruchem zrywał z niej ostatnio tę część garderoby sprawiło, ze wziął głębszy wdech, jakby sprowadzał się na ziemię z jakiejś odległej krainy.
    Kai nie znał granic. A może znał i dlatego tak chętnie je przekraczał. Carter spojrzał na niego powoli. Nie ostentacyjnie. Nie teatralnie. Po prostu tak, jakby właśnie odczytywał, z kim naprawdę ma do czynienia. Tylko, że tę odpowiedź znał już od dawna. Właśnie dlatego przez ostatnie tygodnie trzymał Sophię z daleka od klubu. Bo tutaj zawsze ktoś mówił o jego przeszłości, jakby to był temat dnia. Jakby nic się nie zmieniło. Jakby wciąż był tamtym facetem.
    A nie był.
    Obok siedziała Sophia. Z pierścionkiem na dłoni, z dzieckiem pod sercem, z tą swoją cholerną obecnością, która trzymała go na ziemi. To była jego teraźniejszość. Jego jedyny plan na przyszłość.
    Nie zamierzał się z Kaiem kłócić. Nie dzisiaj. Nie tu. Ale jeśli był ktoś, kto potrafił rozbroić tę gęstą atmosferę, to zdecydowanie była to Sophia. Kiedy rzuciła ten komentarz z tak wyważonym luzem, że sam poczuł, jak coś w nim odpuszcza, przesunął spojrzenie z powrotem na nią i uniósł jeden kącik ust.
    — Dobrze, że ktoś tu jeszcze potrafi się zachować — mruknął w stronę niej, a potem odchylił się nieco do tyłu, opierając wygodnie o sofę.
    — Świadkiem? — Carter prychnął z rozbawieniem, podchwycając temat wreszcie luźniej. — Kiedy ostatnio byłeś w kościele? — Przeniósł na niego wzrok, a potem spojrzał porozumiewawczo na Zaire’a. — W 2003? Na swojej komunii?
    Loża wybuchnęła śmiechem. Nawet Kai nie powstrzymał uśmiechu, unosząc ręce w poddańczym geście. Kai zaśmiał się pod nosem. Oczywiście, że się zaśmiał. Nie umiał inaczej zareagować, jakby każda krytyka musiała zostać rozbrojona sarkazmem.
    — No dobra, może jestem lepszy na wieczór kawalerski. — Zmrużył oczy z niepokojącą błyskotliwością. — Załatwię tylko jedną striptizerkę. Może dwie. W oficjalnej wersji…
    Carter westchnął cicho i zerknął raz jeszcze na pierścionek na jej dłoni. Dla niego to nie był tylko symbol. To był nowy start. I nie zamierzał nikomu pozwolić, żeby ten start zabrudził.
    — Obiecuję dochować wszelkiej powagi. — Głos Kaia znów przeciął półmrok loży, ale tym razem był podszyty drwiną, jakby właśnie budował kolejną prowokację. — O ile, oczywiście, w ogóle dożyjemy do tego momentu.
    Spojrzenia z automatu przeniosły się na niego. Nawet Zaire uniósł lekko brwi, odchylając się na kanapie, jakby nagle poczuł się bardziej trzeźwy niż jeszcze chwilę temu. Jade westchnęła przeciągle i zacisnęła palce na swojej szklance, jakby powstrzymywała się przed rzuceniem w niego czymkolwiek. Carter nie poruszył się nawet o milimetr. Jego dłoń nadal spoczywała na udzie Sophii, ale oczy… oczy zrobiły się lodowato spokojne.
    — Kai — powiedział cicho, bez złości, bez gniewu, ale z czymś, co kazało milknąć. — Masz jeszcze jedno podejście, żeby dziś przestać gadać jakbyś naprawdę chciał, żebym ci przyjebał.
    Nawet jeśli padło to pół żartem, atmosfera w loży zawisła na ułamek sekundy ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  68. Kai uniósł ręce w teatralnym geście kapitulacji.
    — No dobra, dobra. Ostatnio w ogóle cię tu nie ma więc pomyślałem że masz wyjebane na interesy, co stawia nas jednak w sytuacji podwyższonego ryzyka. Ale już się zamykam. Tylko chciałem dodać dramatyzmu. Taka rola w ekipie — mruknął, sięgając po drinka. — Każdy ma jakiś talent. Ty robisz muzykę. Jade wbija szpile. Ja wszystkich wkurwiam. — Kai tylko przewrócił oczami, ale zamilkł, na razie. Carter zerknął z ukosa na Sophię. Jego dłoń przesunęła się na jej plecy, kciukiem kreśląc powolny, uspokajający gest. Ułamek sekundy później przed ich lożą pojawiły się znajome sylwetki. Trzy, może cztery dziewczyny, uśmiechnięte, rozchichotane, lekko już rozgrzane alkoholem i atmosferą klubu. Przez półmrok i kolorowe światła bez trudu dało się rozpoznać jedną z nich, Selenę, która szła na przodzie, z tym swoim charakterystycznym spojrzeniem, które zawsze mówiło: „Nie widzieliśmy się zbyt długo. Naprawmy to teraz.”
    — No wreszcie! — wykrzyknęła, nim jeszcze całkiem się zbliżyła. — Myślałam, że przyszłaś tu tylko po to, żeby siedzieć z nim jak przyklejona. — Uśmiechnęła się szeroko, kiwając głową w stronę Cartera, ale ton nie był napastliwy. Raczej droczący się. Sophia zdążyła tylko rzucić krótkie „hej” i wstać z miejsca, kiedy już została porwana, dosłownie, przez ramiona jednej z koleżanek, a potem drugiej. Selena w tym czasie objęła ją w talii i cmoknęła w policzek.
    — Gratulacje, Soph. Naprawdę. Wyglądasz, jakbyś wygrała wszystko, co było do wygrania. — W jej głosie była szczerość, choć gdzieś pod spodem można było wychwycić też subtelną ciekawość. — A teraz chodź, pogadaj z nami chwilę. Daj nam chociaż pięć minut, zanim znowu wrócisz do swojego królewicza.
    Jedna z dziewczyn już pociągała ją za rękę, druga zgarniała drinki z pobliskiego stolika, Selena zerkała kontrolnie na Cartera, jakby chciała upewnić się, że „pożyczają” Sophię tylko na chwilę.
    — Nie martw się, oddamy ją całą. — Rzuciła żartobliwie do Cartera. — Za jakieś dziesięć minut. Może piętnaście.
    Sophia odwróciła głowę przez ramię i rzuciła mu spojrzenie, które mówiło: Zaraz wracam.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  69. Oczy Cartera zawisły na Jade, kiedy tylko usłyszał jej ton. Ten znajomy, obniżony, pełen złości, której jeszcze nie rozładowała. Wiedział, że prędzej czy później do tego dojdzie. Że będzie musiał to z nią przerobić, choć ostatnią rzeczą, na jaką miał teraz ochotę, była kolejna rozmowa, w której musiał się z czegoś tłumaczyć. Przez chwilę milczał, opierając łokieć o kolano i splatając dłonie przed sobą. W powietrzu unosił się zapach drogiego perfumu, dym papierosa z kanapy obok i nuta napięcia, której nie dało się już zignorować.
    — Nie zostawiam ich — odezwał się w końcu spokojnie, z tą swoją niską, kontrolowaną manierą. — Ale mam tego dosyć, Jade. Tych rozmów, tej ciągłej presji. To wszystko, co zbudowaliśmy, jest cholernie kruche. Widzisz to, nie? Wystarczy jeden błąd. Jedno zdjęcie. Jedna zła decyzja. A ja nie mogę sobie teraz na to pozwolić.
    Jego spojrzenie powędrowało w stronę baru, gdzie zniknęła Sophia. Jej sylwetka była ledwo widoczna pośród tłumu, otoczona grupką przyjaciółek, które teraz patrzyły na jej dłoń i śmiały się głośno. Była w centrum uwagi, błyszcząca, piękna, jego. I właśnie to był problem. Bo wszystko, co miał, mogło równie dobrze jutro przepaść, jeśli nie utrzyma tej równowagi. Jade jednak się nie wzruszyła. Przysunęła się nieco bliżej, a jej głos nie złagodniał ani o ton.
    — Pamiętasz, kto z tobą był, kiedy nie miałeś nic? — warknęła. — Kiedy jedyną twoją szansą na życie był kurewski beat i mikrofon za dwieście dolców? Pamiętasz, kto z tobą jeździł po osiedlach i spał w aucie, żeby tylko nie wrócić do pierdolonego domu? Bo ja pamiętam. I oni też pamiętają.
    Carter zacisnął szczękę. Każde jej słowo trafiało celnie, jak dobrze wymierzone ciosy. Próbował nie zareagować, ale nie potrafił.
    — Nie zapomniałem — rzucił przez zęby. — Ale nie mogę być wszędzie. Nie mogę być wszystkim naraz. Jestem tu, dla nich. W klubie. Pokazuję się, trzymam to wszystko w ryzach. Ale nie będę łańcuchowym psem, który waruje przy każdej sprawie, tylko dlatego, że tak było kiedyś.
    Jade uśmiechnęła się bez radości, gorzko.
    — Nie chodzi o „bycie wszędzie”. Chodzi o to, że przestajesz być tu. Twoja głowa jest wszędzie indziej. Przy niej. Przy pierścionkach, które błyszczą jak reklama biżuterii. I to okej, cieszę się, że jesteś szczęśliwy. Ale nie zapominaj, że ten klub, ta ekipa, ci wszyscy ludzie, oni też cię ukształtowali. A teraz traktujesz ich, jakby byli opcją, a nie rodziną.
    Carter spojrzał na nią długo. Bez słów. Dłonie zsunęły się z jego kolan, a jego wzrok na moment zrobił się nieobecny. Była częścią tej drogi. Wiedziała, co mówi. Ale nie znała wszystkiego. Nie znała presji, jaką teraz czuł. Nie z tej strony.
    — Nie będę też całe życie żył, jakby wszystko miało mi się rozpaść, Jade. Chcę czegoś więcej — powiedział w końcu. Cicho. Przez chwilę panowała cisza. Między nimi, w tym kawałku loży, gdzie świat klubowy toczył się obok, ale jakby trochę wolniej. Jade patrzyła na niego z czymś, co przypominało smutek, ale i gniew. Jakby była dumna, ale i zawiedziona jednocześnie.
    — Tylko nie zapomnij, kto pomógł ci się wspiąć. I kto będzie, kiedy wszystko zacznie spadać. — rzuciła w końcu i odwróciła głowę.
    Carter zawahał się tylko przez ułamek sekundy, zanim odezwał się ponownie. Patrzył na Jade jak na kogoś, kogo dobrze znał… i komu ufał wystarczająco, by powiedzieć to, co właśnie miało paść. Nie unikał jej wzroku, wręcz przeciwnie. Mówił prosto, nisko, bez cienia emocjonalnego uniku, z tą spokojną twardością, którą zachowywał na sytuacje, kiedy wszystko wokół zaczynało się komplikować.
    — Myślę, że powinnaś na jakiś czas się stąd zawinąć — powiedział cicho, ale stanowczo. — I nie, to nie jest kara. To prewencja.
    Jade spiorunowała go spojrzeniem, ale nie weszła mu w słowo. To nie był ten ton, przy którym się przerywało. To był ten ton.
    — Prześle ci kasę za ostatnią robotę — dodał — wszystko pójdzie na twoje zagraniczne konto, jak zwykle. A ty po prostu… posiedź chwilę gdzieś daleko. Południowa Ameryka, może Argentyna, może Peru. Gdziekolwiek, gdzie nikt nie zadaje pytań.

    OdpowiedzUsuń
  70. Cisza między nimi była cięższa niż wcześniej. Clubowe światła odbijały się od jej kolczyków, a cień przesunął się przez twarz. Wiedziała, co to znaczy. Nie trzeba było wielu słów, by zrozumieć, że coś się dzieje. Może nawet nie wszystko jeszcze dotarło do niej w pełni, ale kiedy Carter prosił, żeby zniknęła, nie robił tego bez powodu.
    — Więc jednak robi się gorąco. — Mruknęła bez śladu uśmiechu. — Coś więcej niż to, co pierdoli Kai?
    Carter pokiwał twierdząco głową. Nie powiedział więcej, ale Jade nie była idiotką. Miała swój własny radar. Widziała zbyt wiele, żeby nie czuć tego samego napięcia, które wisiało w powietrzu, gdy tylko przekraczało się próg Black Roomu. I choć chciała się wykłócać… czuła, że coś jest nie tak. Że Carter nie byłby aż tak stanowczy bez konkretnego powodu.
    Zaire nawet nie drgnął, kiedy poczuł ten znajomy, sztucznie słodki ton Ruby i dotyk jej palców na swojej dłoni.
    — Zgubiłaś drogę do loży, czy szukasz kłopotów? — zapytał cicho, ale ostro, jakby jego głos był wystrzałem. Zaire spojrzał przez ramię, skinieniem przywołując Jade. — Ogarnij to — rzucił krótko. — Nie chcę tu żadnych dramatów, nie dziś. Jade zareagowała bez słowa. Jej krok był spokojny, ale spojrzenie ostre jak nóż. Podeszła do kanapy i nachyliła się nad dziewczynami z lodowatym uśmiechem, który nie sięgał oczu.
    — Dziewczynki, to nie wasz wieczór — powiedziała miękko, ale z takim tonem, że nawet Ruby poczuła, że gra dobiega końca. — Czas wracać tam, skąd przyszłyście, zanim zaczniecie żałować, że się tu w ogóle pojawiłyście.
    Zaire nie czekał, aż Jade załatwi sprawę, już po chwili zmierzał w stronę baru, zostawiając za sobą echo spojrzeń i szeptów. Wziął jedną szklankę whisky bez lodu. Nie szukał towarzystwa, ani rozrywki. Potrzebował kilku minut ciszy w swojej głowie. Oparł się plecami o bar. Obserwował parkiet. Światła pulsowały, ludzi przybywało. Miejsca takie jak to potrafiły być klaustrofobiczne, mimo przestrzeni i huku muzyki. Albo może właśnie przez to. Zdążył wziąć pierwszy łyk, gdy kątem oka zobaczył ruch, znajoma sylwetka, zdecydowany krok, za mocno pachnące perfumy. I zanim zdążył się odsunąć, miała już ręce na jego szyi.
    — Zaire! — pisnęła. — Wiedziałam, że ci się uda. Gratulacje! Grammy, serio?!
    Była piosenkarką. Zrobiło się o niej głośno po jednym duecie, który nagrali jakiś czas temu. Od tamtej pory częściej widywał ją na ściankach niż na scenie, ale nazwisko wciąż brzmiało znajomo, szczególnie w tych kręgach.
    Nie objął jej. Nie odepchnął. Stał nieruchomo, z półuśmiechem, jakby to wszystko działo się metr od niego.
    — Na razie to tylko nominacja. Ale dzięki — mruknął. Uniósł lekko szklankę w geście toastu, jakby przypominał, że nic się jeszcze nie wydarzyło. Jej dłoń zsunęła się z jego ramienia, ale wciąż stała za blisko, zadziornie odchylając głowę. Jakby chciała usłyszeć więcej. Ale on nie miał jej nic do powiedzenia. Nie dziś. Nie w tym momencie.
    — Wiesz, co powinniśmy zrobić? — zagaiła, nie dając mu przestrzeni. Jej uśmiech był szeroki, aż nazbyt entuzjastyczny. — Znowu coś razem nagrać. Tamten numer wciąż buja ludzi, serio. Gdybyśmy dorzucili coś nowego, wiesz, na Twoją nadchodzącą płytę… to byłoby ogień.
    Zaire milczał przez moment, wpatrzony w jej twarz. Pochyliła się bliżej, jakby szukała potwierdzenia.
    — Musimy się spotkać. Pogadać spokojnie, przegadać to kreatywnie. Wiesz, że mamy tę chemię. — Jej palce dotknęły jego przedramienia z udawaną nonszalancją, ale on doskonale wiedział, co ona robi. Tylko uniósł brew, wciąż z tym samym, wymuszonym półuśmiechem. Nie odsunął się, nie zaangażował. Trzymał dystans, który kiedyś pewnie by zatarł, ale dziś nie miał ochoty nawet udawać, że ta rozmowa naprawdę go interesuje.
    — Moja płyta jest w zasadzie gotowa… — Odparł zgodnie z prawdą. — I jest tym razem w… trochę innym klimacie Mia.
    Roześmiała się, jakby nie słyszała podtekstu. Zaire wzią kolejny łyk whisky, jakby właśnie zamknął temat. W jego oczach nie było już cienia zainteresowania.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  71. Carter nawet nie zdążył odpowiedzieć na zaczepkę dziewczyny, która właśnie kreśliła mu palcami po przedramieniu, kiedy poczuł znajomy dotyk. Delikatny, ale pewny. Właśnie taki, który znał już aż za dobrze.
    Jej dłoń z pierścionkiem. Zsunął spojrzenie w dół. A potem w bok, dokładnie tam, gdzie między niego i dziewczynę wcisnęła się Sophia. Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą z uśmiechem opierała się o bar, teraz spojrzała na Sophię z mieszaniną niedowierzania i urażonego rozbawienia. Odsunęła się od Cartera z ostentacyjnym westchnieniem i uniosła brew, jakby właśnie usłyszała coś niewiarygodnie… niegrzecznego.
    — Serio? — rzuciła w końcu. — Nie wiesz, kim jestem?
    Patrzyła na Sophię, jakby ta właśnie splamiła świętość sceny muzycznej, a nie po prostu stanęła obok swojego narzeczonego. — To nie autograf chciałam, tylko pogadać z Carterem o wspólnej pracy — jej ton był chłodny, choć pod jego powierzchnią buzowało to typowe „nie wierzę, że muszę się tłumaczyć”.
    Zaire nawet się nie poruszył. Przez chwilę tylko patrzył na nie obie, z tą swoją znaną miną, jakby obserwował grę, której reguły zna tylko on. Dziewczyna nie ruszyła się od razu. Stała przez moment z uniesionymi brwiami i spojrzeniem, które nagle przeszło z rozbawionego w coś wyraźnie urażonego. Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie miał w sobie ani grama sympatii. Raczej politowanie. Jakby oczekiwała, że Sophia wpadnie w popłoch i zacznie się tłumaczyć. Ale nic takiego nie nastąpiło.
    Carter przez moment milczał. A potem… parsknął pod nosem. Krótko. I nieprzyzwoicie cicho. Sophia nawet nie mrugnęła. Nie przeprosiła. Nie odsunęła się, jakby nagle zorientowała się, że ma do czynienia z kimś „ważnym”. Potraktowała ją jak każdą inną dziewczynę, która przykleiła się za blisko do czegoś, co do niej nie należało.
    I, cholera, Carterowi się to podobało. Może nawet za bardzo. Sophia, zazdrosna i stanowcza? To była wersja, która robiła z nim rzeczy.
    — Właśnie dlatego ją kocham — mruknął już na tyle głośno, że obie mogły usłyszeć. — Bo nawet gdybyś wygrała dziesięć Grammy… wciąż byłaby sobą. A ciebie i tak nie wpuściłaby za kulisy.
    Dziewczyna zacisnęła usta. I po tej jednej sekundzie ciszy… zrozumiała, że jej miejsce nie jest już przy tym barze. Zapadła sekunda ciszy. Carter w końcu się odezwał. Spokojnie. Chłodno. Ale wystarczająco wyraźnie.
    — Myślę, że złapałaś przekaz. — zwrócił się do dziewczyny. — Dzięki za gratulacje. Odezwę się, jeśli znajdę czas na współpracę.
    Dziewczyna przytaknęła z wymuszonym uśmiechem i odsunęła się bez słowa. Odwróciła się na pięcie i odeszła z podniesioną głową, poprawiając ramiączko sukienki.
    — Od teraz zawsze tak spektakularnie będziesz ratowała mi tyłek, czy to jakaś specjalna okazja? — mruknął nisko, przy jej uchu. — Bo jeśli mam dostać wykład… proszę, nie tutaj. Jeszcze ktoś nagra. A nie chcę, żeby Grammy przykryło Twoje spojrzenie, które mogłoby zabijać.
    Carter uniósł lekko brew i spojrzał na Sophię, która wciąż miała tę minę, niewzruszoną, lodowato spokojną. Ale znał ją już na tyle, że widział: w środku aż buzowała.
    Ujął jej dłoń, tę z pierścionkiem, i uniósł do ust. Pocałował ją, nie odrywając od niej wzroku. Bez pośpiechu. Ale w jego oczach było coś jeszcze. Ciekawość. Fascynacja. I coś cholernie bliskiego pożądaniu.
    — Nie wiem, czy bardziej kręci mnie to, że tak pewnie się tu wbiłaś… — mruknął, obracając się lekko przodem do niej, a jedną dłonią przesuwając po jej talii. — …czy to, jak perfekcyjnie ją spławiłaś, nie podnosząc nawet głosu.
    Dopiero wtedy Carter sięgnął do talii Sophii i przyciągnął ją do siebie.
    — Masz ochotę się stąd wyrwać, księżniczko? — zapytał cicho, głosem już całkiem innym. Tylko dla niej. — Albo chociaż przenieść tę piekielnie gorącą energię na parkiet? Czy może jednak chcesz, żebym cię… odciągnął gdzieś dalej, zanim powiesz coś, czego pewnie absolutnie nie będziesz później żałować? — zażartował, ale w jego oczach nie było złości. Tylko czyste uwielbienie dla tego, jak bardzo należała do niego i jak bardzo nie miała zamiaru tego ukrywać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  72. Carter słuchał jej z tym półuśmiechem, który powoli rozciągał mu się na ustach, tak, jakby każda kolejna riposta Sophii nie tylko go rozbrajała, ale też coraz mocniej rozgrzewała pod skórą. Był cholernie dumny. Nie z tego, że dziewczyna się przy nim kleiła, bo o tym już zdążył zapomnieć, tylko z niej. Z Sophii, która ani na moment nie dała się zepchnąć z pozycji. Nie musiała krzyczeć, nie musiała wymachiwać rękami, a i tak sprawiła, że Mia spaliła się od środka. I Carter widział to wszystko. Widząc ją teraz, z tym pierścionkiem na palcu i ogniem w oczach, wiedział jedno: nikogo bardziej odpowiedniego w swoim życiu już nie spotka.
    Carter parsknął cicho, a potem zerknął na nią z boku z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który zawsze poprzedzał coś, co nie powinno mu ujść na sucho. I dobrze o tym wiedział.
    — Wiesz co… ja to wcale nie mam nic przeciwko tym twoim scenom. — Mruknął, powoli odwracając się w jej stronę, aż oparł jedną rękę tuż obok jej głowy, przy ścianie. Drugą objął ją znów w talii. — Nachylił się jeszcze bliżej, głosem zszedł niemal do szeptu. — Lubię, kiedy jesteś tak troszeczkę o mnie zazdrosna. — Mruknął nisko, niemal przy jej uchu. — Ale kiedy jesteś spokojna i chłodna jak lód, to… cholera, Soph. — Zaśmiał się cicho, obejmując ją ramieniem mocniej. — Wszyscy mogli słyszeć, jak tej dziewczynie pękło ego.
    Musnął nosem jej policzek, usta zawiesił tuż przy jej uchu. — Każdy z tych tekstów to jak prezent dla mnie.
    Zaśmiał się nisko i objął ją mocniej, zanim znów nachylił się do jej ucha.
    — Poza tym, widzisz sama, jak mam przejebane. — Dodał ze śmiechem. — Wystarczy, że odejdziesz na pięć minut i od razu się do mnie lepią, jak do cukrowej waty. Ja tu naprawdę potrzebuję twojej pomocy. — Odchylił się lekko, patrząc na nią z udawanym błaganiem w oczach.
    — Dzięki, że pilnujesz, żebym nie zginął.
    Poza tym… — uniósł lekko brwi — Dobrze wyglądasz, kiedy jesteś cholernie pewna, że to wszystko należy do ciebie.
    Delikatnie ujął jej dłoń, tę z pierścionkiem i uniósł ją do ust, całując wnętrze jej nadgarstka, tuż obok linii żył. — I właśnie dlatego nikt nie ma szans.
    Pochylił się jeszcze, by musnąć ustami skrawek jej policzka, na granicy ucha i linii włosów. Tylko dla niej. Tylko w tym miejscu, gdzie Sophia zawsze łapała lekki dreszcz.
    — Nie musisz się martwić o moje collaby. — Dodał półgłosem. — Odkąd jesteś w moim życiu, nie potrafię już pracować z kimś, kto ma na mnie ochotę. Z tobą jest mi już za dobrze.
    Jego dłoń zsunęła się na jej plecy, a potem powędrowała niżej, aż do krzyża, gdzie zatrzymała się z czułością, której Carter nie rozdawał na prawo i lewo. Tylko ona dostawała jego spokój. Tylko ona dostawała jego uwagę w takiej formie.
    — Pięć minut. — Powtórzył, zerkając na nią z boku, jakby chciał się upewnić, że naprawdę chce teraz iść. — Tylko mnie nie prowokuj, bo wrócimy za godzinę.
    Wziął ją za rękę i przeszedł z nią przez tłum, nie pchając się, nie pospieszając. Ona była jego priorytetem. Nie musiała się przeciskać ani mierzyć z żadnym spojrzeniem. On szedł pierwszy. Ona była zaraz za nim. Zostawili za sobą hałas klubu, przeciskając się przez półmrok korytarza, aż dotarli do znajomych drzwi z matowym szkłem i chromowaną klamką. Carter puścił jej dłoń tylko po to, żeby sięgnąć do kieszeni i wyjąć klucz. Zawsze nosił go przy sobie. Biuro było jego azylem i teraz miało stać się ich wspólnym. Carter oparł się barkiem o ścianę i spojrzał na nią z tym znanym, miękkim błyskiem.
    — Masz ochotę pogadać? Mam cię tylko przytulić i sprawić, że znowu będzie wszystko okej? Czyyyy… — zapytał, najpierw poważnie a potem na jego usta wkradł się łobuzerski uśmiech.

    OdpowiedzUsuń
  73. Zamek kliknął cicho, drzwi otworzyły się z lekkim skrzypnięciem, a kiedy tylko weszli do środka, Carter zamknął je za nimi i przekręcił klucz. Odgłos ryglowania był jak cichy komunikat: teraz jesteśmy tylko my. Obserwował ją przez moment, z tym półuśmiechem, który tak często łamał jej własne postanowienia o „trzymaniu się planu”. Wyciągnął rękę w jej stronę, jakby czekał, aż znów do niego podejdzie, nie po to, żeby ją zatrzymać, ale po to, żeby dać jej przestrzeń, jeśli jeszcze jej potrzebowała.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  74. Uśmiech rozlał mu się po twarzy, gdy usłyszał jej przeciągnięte „czy…”. Wiedział dokładnie, co robi. Ta gra toczyła się między nimi od dawna, ale teraz… teraz Sophia grała nią po swojemu. Pewniej. Śmielej. I Carter kochał to w niej coraz bardziej.
    — Zawsze prowokujesz. — Odparł z rozbawieniem, jakby to było najoczywistszą rzeczą na świecie. — Nawet jak nie masz takiego zamiaru. Wystarczy, że się odezwiesz. Albo spojrzysz. Albo… stoisz… W twoim wydaniu wszystko jest jak prowokacja.
    Ruszył w jej stronę. Powoli. Kroki stawiał miękko, jakby skracał między nimi dystans nie tylko fizyczny, ale i każdy inny, który mógłby się pojawić przez ostatnią godzinę. Zatrzymał się tuż za nią, tak blisko, że czuła jego oddech na karku.
    — Wiesz, że nie musisz mnie bronić. Ale gdy to robisz… — Pochylił się bliżej, tak blisko, że jego szept otarł się o jej ucho. — Przez sekundę naprawdę żałuję, że nie robiłaś mi wcześniej scen. I wiesz co? — dodał niżej. — Rozstawiaj ich po kątach. Zaznaczaj terytorium. Bo, Soph… — Jego głos lekko zadrżał, ale nie stracił pewności. — Nawet jak wszystko się pieprzy, to jak na ciebie patrzę, wiem, że to jest moje miejsce. I że nigdzie indziej już nie chcę być.
    Delikatnie obrócił ją do siebie, dłonią muskając jej ramię, aż stanęła przodem do niego. Ich spojrzenia się spotkały. W jego nie było już tylko rozbawienia, była też powaga. Czułość. Potrzeba. I to wszystko, czego nie musiał mówić, bo w jego oczach Sophia widziała więcej, niż słowa mogłyby przekazać.
    — Masz świadomość, że jak tak stoisz w tym świetle, z tym pierścionkiem na palcu i z moim nazwiskiem na końcu języka… to wyglądasz jak ktoś, za kim powinienem iść do końca świata?
    Nachylił się powoli i pocałował ją lekko. Najpierw jak obietnicę. Potem dłużej, z odrobiną zachłanności, jakby musiał się upewnić, że to wszystko, co miała w sobie przed chwilą, złość, frustracja, lęk, naprawdę zostało za drzwiami.
    — Jeszcze raz… — szepnął między pocałunkami, muskając ustami jej szyję. — Jeszcze raz mi powiedz, że wszystko należy do ciebie, Soph.
    Oparł dłonie po obu stronach jej bioder, opierając się o szafkę tak, by zamknąć ją w tym samym, dobrze znanym „klatkowaniu”, które zwykle kończyło się… czymś, co nie powinno dziać się w biurze. Ale to było ich biuro. I ich wieczór.
    Jego usta musnęły linię jej żuchwy, lekko, ledwie dotykając skóry. Dłoń odnalazła jej nadgarstek, ten z pierścionkiem. Uniósł go delikatnie, spoglądając na błyskotkę pod światło jak na relikwię. Ucałował jej skórę tuż pod kamieniem.
    — Nawet nie wiesz jak dumny jestem z tego, że go nosisz… — Oparł czoło o jej skroń, zamykając oczy na moment. W jego oddechu nie było pośpiechu, tylko ta znajoma intensywność, która mieszała się z czułością.
    — I wiesz co? — uniósł lekko głowę, zerkając jej prosto w oczy. — Collaby tylko z facetami to najseksowniejszy warunek, jaki mi postawiono w kontrakcie. Wchodzę w to. — Uśmiechnął się szerzej. — Ale pod warunkiem, że ty też nagrasz coś ze mną. — Zatrzymał się na sekundę. — Słyszę jak sobie czasami podśpiewujesz w kuchni.
    Zamruczał to z rozbawieniem, ale w jego oczach nie było już śladu śmiechu, tylko czysta, rozgrzana emocjami intensywność. Dłonie przesunęły się wzdłuż jej talii, a usta sięgnęły jej skroni.

    OdpowiedzUsuń
  75. Jego wzrok, ciepły i uważny, nie odrywał się od Sophii ani na moment. W półmroku biura wyglądała jak coś więcej niż realna, jak sen, który wciąż trwał, mimo całego tego zgiełku, który zostawili po drugiej stronie ściany. Mógłby tak patrzeć bez końca. Stał tak przez sekundę dłużej, obserwując, jak Sophia spogląda na półkę z jego starymi statuetkami. By tam też Diamentowa Płyta za ich wspólny kawałek ze Sloane.
    — Oni uwielbiają tylko siebie… — odpowiedział cicho. — I tych przy których można się trochę ogrzać. — Zamilkł na moment, zastanawiając się co właściwie mial na to odpowiedzieć. — Bo była jedną z nich. Pasowała do tego syfu. Wypiła z nimi morze wódki, wrzeszczała z dachu o trzeciej nad ranem... Nie było granic. Nie było sumienia.
    Wsunął dłoń na jej kark i delikatnie przyciągnął ją bliżej, zmuszając ją, by znów spojrzała na niego, jeśli tylko próbowała spuścić wzrok.
    — A ty? — Pokręcił głową lekko. — Ty nie pasujesz. I dzięki Bogu.
    Brzmiało to jak przekleństwo i błogosławieństwo w jednym. Jakby sam nie do końca wierzył, że miał szczęście ją znaleźć w takim świecie.
    — Nie pasujesz do tego klubu. Ani do ich głupich komentarzy. Ani do ich wspomnień. I dobrze. Bo ja też już nie chcę tu pasować. I to twoja zasługa.
    Milczał przez chwilę, a jego głos był cichy, głęboki, mówiony tylko dla niej. A potem pochylił się bliżej, czołem dotykając jej skroni. Podniósł delikatnie jej brodę, zmuszając ją, żeby spojrzała mu w oczy. — A ty? Ty pasujesz do mnie. A ja należę do ciebie. — Jego głos nie był czuły. Był twardy. Prawdziwy. Z taką intensywnością, że niosło się to głęboko, zostawało w niej. — Nie zamieniłbym cię nawet za wersję świata, w której dostaję wszystko, tylko bez ciebie.
    Odchylił się tylko po to, żeby spojrzeć jej znów w oczy. — A to, że cię ten klub wkurwia… oznacza, że widzisz więcej niż oni wszyscy razem wzięci. I nie martw się, skarbie… Jak będziesz chciała, to po ślubie sprzedam to cholerstwo i postawimy galerię sztuki. Z wodą kokosową zamiast whisky. — Zaśmiał się krótko, pocałował ją w czoło i westchnął. Jak już uda mu się uwolnić od tych wszystkich interesów. Jak będzie miał rodzinę, dziecko, to nie będzie przecież latał po klubach. Tak mu się przynajmniej wydawało.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  76. Carter westchnął cicho, a jego dłoń odnalazła jej policzek. Pogładził delikatną skórę i przez chwilę milczał, jakby się zastanawiał, czy powinien mówić dalej.
    — Wiesz… — odezwał się w końcu, spokojnie, jakby dobierał każde słowo ostrożnie, choć brzmiał szczerze, bez cienia uniku — Oni tak myślą, bo nie znają mnie z tej strony, z której ty mnie znasz. Nie wiedzą, że potrafię kochać. Że potrafię być stały. Że umiem dawać więcej niż uśmiech i wspólne łóżko na kilka nocy.
    Uniósł lekko brwi, patrząc jej prosto w oczy. Chciał, żeby to do niej dotarło, do końca.
    — Prawda jest taka, Soph, że przez większość życia byłem dokładnie tym, za kogo mnie mają. Facetem, który znika, zanim się robi poważnie.
    Przyciągnął ją do siebie mocniej.
    — Sloane… potrafiła za mną wtedy nadążyć. Nie zatrzymać. Tylko nadążyć. I ludziom się wydaje, że potrzebuje właśnie kogoś takiego, że jeśli z nią mi się wtedy nie udało, to z nikim się nie uda. — Wzruszył lekko ramieniem. — Bo nie widzą tego, co widzisz ty.
    Przesunął nosem po jej policzku, pozwalając sobie na krótki oddech tuż przy jej skórze.
    — Nie wiedzą, że jak zasypiam, to zasypiam z ręką na twoim brzuchu. Że wiem, który kubek do kawy wybierzesz rano. Że mam w samochodzie zapasową gumkę do włosów, bo wiem, że zawsze gubisz. Nie wiedzą, że jak nie ma cię obok, to nie czuję się sobą.
    Przeniósł dłonie na jej twarz, delikatnie, jakby właśnie jej spojrzenie było centrum całego jego świata.
    — To, co my mamy, nie jest tymczasowe. Nie dla mnie. Nie odkładam cię w głowie na półkę „zobaczymy jak długo wytrzyma.” — skrzywił się lekko, bo sam koncept wydawał mu się absurdalny. — I jeśli komuś nie mieści się to w głowie, to trudno. To ich zgubiona sprawa, nie twoja.
    Zawiesił głos na moment, jakby nie do końca wiedział, czy chce to mówić głośno, ale potem wzruszył ramionami.
    — Gdybyś z nimi wciągnęła kilka kresek, połknęła jakieś pigułki i zatańczyła im na stole… O, wtedy by cię uwielbiali. Nosiliby cię na rękach i mówili, że jesteś „jedna z nas”.
    Skrzywił się z wyraźnym niesmakiem.
    — Ale to nie są ludzie, którym chciałabyś się przypodobać. I to nie są ludzie, którym musisz się przypodobać.
    Odchylił głowę lekko, by móc na nią spojrzeć. Jego wzrok był spokojny, uważny, aż dziwnie trzeźwy jak na to miejsce.
    — Ich szacunek to nie jest coś, co się zdobywa przez bycie sobą. To coś, co się kupuje. Czasem dosłownie. A czasem za cenę, której ty nigdy nie powinnaś płacić.
    Dotknął opuszkami jej policzka, delikatnie, z czułością.
    Carter nie spuszczał z niej wzroku. Tej twarzy, którą znał już lepiej niż własną. Tej, która była jego domem, nawet kiedy cały świat walił się w gruzy.
    — Rok temu… — zaczął, opierając czoło o jej czoło. Nie musiał wymieniać imienia Sloane, żeby Sophia wiedziała, jaki okres wspomina. Mówił cicho, jakby wypowiadał coś, co zbyt długo w sobie trzymał. — Większość czasu byłem naćpany. Pijany. Przeważnie jedno i drugie. Albo tak zjarany, że nie wiedziałem, który jest dzień tygodnia. — Przełknął ślinę, ale ani na moment nie uciekł spojrzeniem. — Ślub w Vegas… — wykrzywił usta w gorzkim uśmiechu. — My nawet nie pamiętaliśmy, że to zrobiliśmy. Dowiedzieliśmy się z dokumentów. Prawnik się odezwał, jak zobaczył wpis w rejestrze. — Brzmiał, jakby opowiadał o kimś innym. Jakby to był obcy facet z jego ciała. — Nic z tego nie było świadome, Soph. Nic. To wszystko było ucieczką. Przed czymś. Przed sobą nawzajem. Przed światem. I przed tym, co naprawdę boli.

    OdpowiedzUsuń
  77. Zatrzymał się na moment, a potem spojrzał na nią inaczej. Z tą spokojną pewnością, której nie musiał udawać.
    — Z tobą wszystko jest inne. — Jego głos był cichy, ale niepokojąco pewny. — Nie jestem na haju. Nie jestem zalany. Nie jestem w rozsypce. To — dotknął pierścionka na jej palcu. — Może i było nagłe, ale podjąłem tę decyzję z jasną głową. Z miłości. Z czystej, niepokurwionej miłości do ciebie.
    Nachylił się bez słowa i pocałował ją. Najpierw raz, krótko, cicho, jakby chciał wyciszyć wszystko wokół. Potem drugi, nieco dłużej, czulej, kiedy jego kciuk przesunął się po jej policzku. Trzeci był głębszy, bardziej świadomy. Jakby chciał jej dać coś, czego nie da się wypowiedzieć słowami. Coś, co można tylko poczuć. Znów ją pocałował. Krócej, ale bardziej stanowczo.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  78. Carter słuchał jej uważnie, nie przerywając ani razu. Stał tuż przed nią z tą swoją cholerną intensywnością w spojrzeniu, ale bez tego ciężaru, który czasem miał w oczach. Teraz nie było tam złości ani frustracji. Tylko czysta obecność. I może odrobina ulgi, że Sophia mówiła to wszystko na głos. Nawet jeśli bolało.
    Uśmiechnął się krótko, nieco cynicznie, kiedy padło pytanie o to, czy powinna coś wciągnąć albo rzucić plikiem banknotów. Jego palce objęły lekko jej biodra, przyciągając ją bliżej.
    — Gdybyś rzuciła kasą na stół, to pomyśleliby, że masz coś wspólnego z FBI albo że planujesz kupić klub. A jakbyś wciągnęła z nimi kreskę i zatańczyła na stole? No… wtedy by cię pokochali. — Skrzywił się teatralnie. — I właśnie dlatego to nie są ludzie, którym masz się podobać, Soph. To nie jest twój świat i nie próbuj się w niego wpisać.
    Pochylił się i krótko pocałował ją w czoło. Potem znów w policzek, delikatnie. W kącik ust. I dopiero po chwili całkowicie, spokojnie, a mimo to z tym ładunkiem, który zawsze przenikał ich pocałunki. Jakby wszystko, czego nie umiał powiedzieć, przekazywał w ten sposób.
    — Porozmawiam z nimi. — Mruknął, cicho, ale stanowczo. — Zwłaszcza z Kaiem. On chyba zapomniał, że mam granice.
    Parsknął, niemal ironicznie, kiedy wrócił do wcześniejszego wątku.
    — Niektórzy z nich się „umawiali”. Czasem tylko po to, żeby mi wysłać jakąś fotkę z imprezy. — Pokręcił głową z niedowierzaniem. Odsunął się delikatnie, tylko na tyle, by mógł na nią spojrzeć. Chciał być z nią całkowicie szczery. Przynajmniej na tyle, na ile potrafił.
    — Czemu zostaliśmy razem po Vegas? — Jego wzrok na chwilę uciekł gdzieś na bok, jakby wracał do tamtych dni, ale zaraz wrócił do niej. — Trochę na złość wszystkim. Trochę… dla skandalu. Wiesz, pasowało nam to wtedy. Prasa to kupiła. Ludzie byli w szoku.
    Przygryzł lekko policzek od środka, jakby walczył z resztą słów. Bo nie chciał kłamać. Ale nie chciał też wszystkiego powiedzieć. Więc nie powiedział.
    — To był chaos. Wtedy to się wydawało romantyczne, intensywne, prawdziwe… A tak naprawdę prawie cały czas byliśmy nieprzytomni. Albo naćpani, albo wkurwieni, albo zbyt zblazowani, żeby wyczuć granice.
    Jego palce przesunęły się po jej plecach. Nieco wolniej, jakby sam potrzebował się do tego przyznać bardziej niż tylko jej to opowiedzieć.
    Nie powiedział, że był w Sloane zajebiście zakochany. Tak po prostu, bez asekuracji. Że byli od siebie uzależnieni, emocjonalnie, fizycznie, psychicznie. Że kochali się tak samo, jak ranili. Że nakręcali się wzajemnie, emocjami, dramatami, seksem, gniewem, tęsknotą i zazdrością. Że kiedy odeszła, myślał, że tego nie przeżyje. Że naprawdę czuł, jakby ktoś wyrwał mu serce z piersi. Jakby przestał oddychać i nawet nie próbował tego zatrzymać. Że wspomnienie tej miłości do tej pory wzbudza w nim… coś dziwnego. Mrocznego. Tę wersję jego, karmiącą się pożądaniem i wściekłością. Gdzie miłoś nie istniała bez agresji, rozbijania butelek o ścianę i przekazywania sobie Molly z języka na język, a potem znikania na długie godziny w sypialni ze Sloane, Ruby albo innymi. Ale tego nie powiedział. Bo to nie miało teraz znaczenia.
    — Było nam dobrze… — Dokończył jedynie. — Bo oboje szliśmy tą samą drogą. Prosto w dół. I nikt się nie wtrącał.
    Carter nie powiedział tego na głos. Nie teraz. Może nigdy. Ale to biuro pamiętało. Ściana po jego lewej stronie wciąż miała ledwo widoczny ślad. Miejsce, o które roztrzaskał szklankę, kiedy Sloane była tu ostatnim razem. Dźwięk pękającego szkła długo jeszcze odbijał mu się w głowie, ostrzejszy niż krzyk, niż przekleństwa. Wtedy wszystko w nim było napięciem i gniewem, pomieszanym z czymś, czego nie potrafił już nazwać. Stała dokładnie tam, gdzie teraz stała Sophia. Sloane podeszła do niego bez zapowiedzi. Jak zawsze. Jakby ten dystans nigdy nie istniał. Jakby wciąż miała do niego prawo.
    Kiedy go pocałowała, oddał ten pocałunek. Nie dlatego, że planował. Nie dlatego, że chciał. Tylko dlatego, że ich ciała znały ten ruch na pamięć. Jego dłonie same odnalazły jej talię, biodra, plecy, dokładnie tak, jak robiły to setki razy wcześniej.

    OdpowiedzUsuń
  79. Jakby wróciły do starego schematu, do wydeptanej ścieżki, z której tak trudno było zejść. Przez ułamek sekundy było blisko. Zbyt blisko. Granica rozmyła się szybciej, niż zdążył pomyśleć. Opamiętał się. Odsunął ją. Ale fakt pozostał faktem, pocałunek oddał. I to nie był jedyny raz. W klubie było podobnie. Światła, bas, znajomy rytm destrukcji. Pigułki, jak zawsze, przekazywane z języka na język, śmiech, który nie był wesoły, tylko desperacki. Ten rodzaj bliskości, który nie daje spokoju, a jedynie chwilowe zapomnienie. Znali to za dobrze. Zbyt dobrze. A potem jego mieszkanie. Cisza po hałasie. Alkohol. Cienie przeszłości, które zawsze przychodziły nocą. I Carter wiedział jedno, brutalnie szczerze, gdyby wtedy zamiast mówić po prostu go pocałowała,
    gdyby nie zatrzymała się na słowach, gdyby znów sięgnęła po niego tak, jak kiedyś… Bóg jeden wie, czy miałby w sobie dość siły, żeby ją odepchnąć. To była prawda, którą musiał dusić w sobie. Tamto było uzależnieniem. Od chaosu. Od emocji, które paliły, zamiast ogrzewać. To, co miał teraz było inne. Cichsze. I właśnie dlatego bał się bardziej. Bo znał swoje słabości i wiedział, jak blisko już raz był, żeby wszystko stracić. Carter skinął głową, z cichym westchnieniem, jakby od dawna wiedział, że to pytanie kiedyś padnie. Że w końcu dojdą do tego punktu.
    Ujął znów jej twarz, szukając wzroku Sophii. Delikatnie, ale pewnie. Zamilkł na chwilę. Zatrzymał się, jakby chciał się upewnić, że wszystko, co mówi, naprawdę do niej dociera. Objął ją ciaśniej.
    — Nie jestem święty… — Zaśmiał się cicho, głową ocierając się o jej skroń. — Ale to zupełnie inna skala, Soph. — dodał spokojnie. — Czasem… coś wezmę. Rzadko. Z głową. Nigdy przy tobie. Uśmiechnął się przy tym kątem ust, lekko, niemal uspokajająco. Jego kciuk wciąż delikatnie gładził jej policzek, jakby tym jednym gestem próbował ją odciągnąć od ewentualnych dalszych pytań. Od wątpliwości. Znał ją już na tyle dobrze, by wiedzieć, że wciąż nie do końca mu wierzy, ale ufała mu. I na tym opierał się teraz ten kłamliwy spokój, który jej zaoferował. Bo prawda była inna. Nie rzucił wszystkiego. Nie był „czysty”. Był tylko lepszy w ukrywaniu. Z czasem nauczył się brać tyle, ile trzeba, by nie przekroczyć tej granicy. Nie do euforii, do funkcjonalności. Do lepszego nastroju, do znieczulenia, do kontrolowanego zjazdu po ciężkim dniu. Albo żeby znów być Zaire’m tam, gdzie Carter nie wystarczał. Tak jak dzisiaj. Jak za każdym razem, kiedy byli w klubie. Jak wtedy, gdy siedział sam z butelką i zestawem w biurze, udając, że właśnie przegląda kontrakty.
    Nałóg, poukładany w dobrze funkcjonujący system. Nie ćpał jak dawniej. Nie upijał się do nieprzytomności. Ale nie był też trzeźwy. Nigdy do końca.
    Carter spojrzał na nią przez moment z tą miną, która zwiastowała wszystko poza dalszą rozmową. Dłoń przesunęła się po linii jej szczęki, potem opadła niżej, zatrzymując się na biodrze, które objął pewnym, ale wciąż powściągliwym ruchem. Ich oczy się spotkały, jego ciemne, skupione, pełne czegoś, czego nie trzeba było nazywać.
    — Dość gadania — mruknął cicho, nisko, tuż przy jej uchu, a jego oddech przeszył ją dreszczem. — Chcę cię teraz. — Dłonią sięgnął do jej uda i bez trudu podsunął sukienkę do góry. — Tu. Na tym biurku. — powtórzył szeptem i delikatnie pchnął w stronę blatu, tak jakby prowadził ją w miejscu, które znał lepiej niż ktokolwiek inny. Biurko zaskrzypiało cicho, kiedy delikatnie ułożył ją na chłodnym, szklanym blacie, ale nie było w tym nic szorstkiego, tylko niecierpliwość i napięcie, które narastało od dawna.

    OdpowiedzUsuń
  80. Jego dłonie były wszędzie, silne, czułe, pewne. Zatrzymywały się w miejscach, które znały ją lepiej niż ktokolwiek.
    Pocałunki były krótkie, przerywane ich urwanym oddechem, ale każdy trafiał dokładnie tam, gdzie miał. Najpierw w kąciku jej ust, potem niżej, na obojczyku, aż po wrażliwą skórę między szyją a ramieniem. Ich ruchy były inne niż zwykle, chaotyczne z tą duszną intensywnością, która zdarzała się tylko między nimi. Nie potrzebowali niczego poza sobą i tą zamkniętą przestrzenią, która dla reszty była biurem, a dla nich… azylem. Szepnęła jego imię w najbardziej miękkiej formie, w jakiej tylko potrafiła, a on odpowiedział pocałunkiem, który był głębszy niż słowa. A potem z czułością i siłą, która była tylko jego wziął ją dokładnie tak, jak obiecał.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  81. Ta rozmowa kosztowała go więcej, niż był gotów przyznać, nawet przed samym sobą. Bo chociaż Carter od miesięcy zamykał za sobą rozdział ze Sloane, choć próbował zbudować coś nowego, prawdziwego, świadomego, to tamta historia wciąż wracała. Nie zawsze głośno. Czasem tylko w cieniu słów, w spojrzeniach znajomych, w zdjęciach, których nie dało się już wymazać z sieci. A czasem… wracała właśnie tak. Pod postacią głosu Sophii, pełnego troski i prób zrozumienia. Pod pytaniami, na które nie chciał już więcej odpowiadać. A przede wszystkim w jego własnej głowie. Bo siedząc tu, w tym biurze, z Sophią w objęciach, z jej udami oplatającymi jego biodra, z dłońmi wplątanymi w jego kark nie potrafił całkiem wyprzeć obrazu sprzed miesięcy. Nie potrafił zignorować tego, że dokładnie w tym miejscu, na tym samym biurku, kiedyś siedziała Sloane, że wtedy też sięgali po siebie w taki sam, desperacki sposób, jakby każde zbliżenie miało przykryć wszystkie niedopowiedzenia i braki. I to właśnie raniło najbardziej. Bo tamta namiętność była inna. Surowa. Chaotyczna. Zbudowana na bólu i uzależnieniu. A to, co miał teraz, było zbudowane na wyborze. Na czułości. Na świadomym „chcę cię” bez potrzeby ogłuszania rzeczywistości. Tylko że umysł nie zawsze podążał za sercem. I w tej jednej chwili, po wszystkim, kiedy cisza rozlała się po biurze, a Sophia oddychała jeszcze ciężko, przytulona do jego torsu, Carter zadrżał od wspomnienia, które za nic nie chciało zniknąć. Znał już ten mechanizm. Zawsze wracało wtedy, kiedy próbował być szczery. Wtedy, kiedy mówił o rzeczach, których nie chciał pamiętać. A fakt, że posadził Soph na tym samym biurku, na którym kiedyś kochał się ze Sloane… że teraz trzymał w ramionach kogoś zupełnie innego, a jego ciało wciąż pamiętało tamtą skórę, tamten smak, tamten chaos… To ryło mu głowę. I może właśnie dlatego trzymał Soph mocniej. Dłużej. Jakby próbował uciszyć w sobie ten głos, który podpowiadał, że niezależnie od tego, jak bardzo się stara, nie wszystko da się zostawić za sobą. Ale chciał. Dla niej, chciał.
    — Mógłbym cię oglądać taką codziennie — mruknął Carter z niskim, zadowolonym uśmiechem, gdy oparła czoło o jego tors. — Pewą siebie, mnie, tego życia… — Jego dłoń była wciąż na jej udzie, głaszcząc leniwie skórę, jakby nie miał najmniejszego zamiaru przerywać tego dotyku. Nie musiał mówić więcej, wystarczyło, jak na nią patrzył, jak oddychał. Jakby nic innego już nie miało znaczenia. Carter nie odsunął się od niej ani o centymetr, kiedy uniosła głowę i spojrzała na niego z tym rozbawieniem, które miękko opadało na nią po wszystkim, co właśnie między nimi zaszło. Jego dłoń wciąż spoczywała na jej biodrze, kciuk poruszał się leniwie po delikatnej skórze, a w oczach błyszczało jeszcze to napięcie, które nie do końca zdążyło opaść. Zaśmiał się cicho, gdy usłyszał o rajstopach.
    — Mógłbym powiedzieć, że to przypadek… — mruknął, zbliżając twarz do jej szyi. — Ale ty i ja dobrze wiemy, że nie był. — Zadarł głowę, opierając się lekko o kant biurka. Zerknął w dół, na materiał rajstop, który puścił gdzieś na wysokości uda. — Chyba mamy nową świecką tradycję, hm? — mruknął nisko, lekko zachrypniętym głosem. — Twoje rajstopy kontra moja niecierpliwość. Zgadnij, kto znowu wygrał.
    Uśmiechnął się pod nosem, ale nie był to zwykły uśmiech. Był w nim cień ulgi, którą próbował zamaskować humorem. Potrzebował tej chwili, jej, ich, bardziej niż się spodziewał.
    — Może powinnaś zacząć nosić zapasową parę tylko na wieczory ze mną — dodał, muskając ustami jej policzek. — Albo przestać w ogóle je zakładać, skoro i tak kończą w strzępach.
    Odchylił się lekko, żeby spojrzeć jej w oczy, ale nie wypuścił jej z ramion.
    — Chociaż wiesz… wyglądasz cholernie dobrze z tymi porwanymi rajstopami, rumieńcami i moimi śladami na szyi. — Przesunął kciukiem tuż pod jej uchem, gdzie jeszcze chwilę temu zostawiał pocałunki. — Nie jestem pewien, czy to ty masz się czego wstydzić. Ja bym raczej był z siebie dumny. — Ugryzł się w uśmiechu, a jego spojrzenie ponownie spoczęło na jej twarzy.
    Pochylił się, by krótko pocałować jej usta. Był spokojniejszy.

    OdpowiedzUsuń
  82. Dotykał jej teraz z większą czułością, jakby w tym wszystkim nie chodziło już tylko o namiętność, ale o ciszę, którą tylko ona potrafiła mu dać. — Wiem, że nie muszę z nimi rozmawiać — dodał po chwili, wracając jeszcze do tematu. — Ale chcę. Zwłaszcza z Kaiem. Niektórym przyda się przypomnienie, że mój świat to już nie tylko oni. I powinienem był to zrobić już dawno… — Zawahał się sekundę. — Nie mają prawa traktować cię w taki sposób. To ja jestem z tobą. Nie oni. — Uniósł lekko jej brodę. — A jak się komuś nie podoba, może przestać tu przychodzić. Powiedział to tonem tak spokojnym, że przez chwilę można było zapomnieć, jak bardzo był w stanie być niebezpieczny, kiedy naprawdę się wkurzał. Ale Sophia znała już ten ton, pozornie lekki, ale pod spodem jak stalowe ostrze. — A ty, księżniczko… — westchnął, przeciągając palcem po jej udzie, aż do podciągniętego materiału sukienki. — Jesteś wszystkim, co mam. I to nie podlega dyskusji. Ani tu, ani nigdzie indziej. — Zatrzymał dłoń na jej kolanie, nachylił się i musnął ustami jej obojczyk. Bardzo lekko. Bardziej jak oddech niż pocałunek. Carter przyciągnął ją jeszcze mocniej, wtulając twarz w przestrzeń między jej szyją a ramieniem, jakby chciał ukryć się tam na chwilę przed całym światem, a potem sięgnął po swoją koszulkę, tę samą, którą wcześniej z niego zdjęła z takim zaangażowaniem, jakby każda warstwa była niepotrzebnym opóźnieniem. Przeciągnął ją przez głowę jednym ruchem i poprawił na barkach, zostawiając rozczochrane włosy w takim lekkim chaosie, jakby celowo nie chciał ich układać.
    Spodnie miał w połowie drogi, nie zdjęte do końca, tylko zsunięte tak, jak wymagała chwila. Teraz po prostu wciągnął je z powrotem na biodra, z cichym westchnieniem i zapiął pasek, jakby kończył coś absolutnie poważnego.
    — Elegancko. — Mruknął bardziej do siebie, podnosząc brwi i poprawiając koszulkę, jakby w kilka sekund miał przejść z „facet właśnie uprawiający seks w biurze” do „właściciel klubu, gotowy do small talku w loży”. Kiedy Sophia zsunęła się z biurka i sięgnęła dłonią, by wygładzić swoją sukienkę, Carter zadziałał szybciej. Odwrócił ją lekko w swoją stronę, i teatralnie z absolutną powagą pociągną materiał jej sukienki, wygładzając go z przodu i z tyłu, z taką przesadną dokładnością, że aż nie sposób było się nie zaśmiać.
    — Voilà. — Oznajmił z satysfakcją, obciągając jej sukienkę jeszcze na biodrach. — Idealna. Jak nowa. — Zrobił krok w tył i przyjrzał jej się teatralnie od góry do dołu, z dłońmi na biodrach. — Może tylko… z małym detalem, który mówi: jestem szefową kogoś, kto przed chwilą prawie przewrócił biurko. — Uniósł brew i rzucił jej jeden z tych spojrzeń, które potrafiły rozbroić każdą próbę bycia poważną. — I wiesz co? W tej wersji lubię cię jeszcze bardziej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  83. Carter, mimo śmiechu i rozluźnionej atmosfery, w pewnym momencie spoważniał. Nie całkiem, jego uśmiech nie zniknął z ust, ale wyraźnie przygasł, kiedy spojrzał na Sophię z tym cichym, pewnym siebie napięciem, które oznaczało, że coś w nim właśnie zapadło. Jego dłoń znalazła się przy jej biodrze, drugą musnął jej policzek, jakby chciał się upewnić, że patrzy mu prosto w oczy, że słyszy każde słowo dokładnie tak, jak je czuje.
    Carter, choć jeszcze rozbawiony tą lekką sceną z koszulką, momentalnie spoważniał, kiedy zobaczył w oczach Sophii coś więcej niż tylko ciepło. Widoczny cień zawahania. Usta mu jeszcze drgały od śmiechu, ale ton głosu zmienił się całkowicie — stał się niższy, pewniejszy. Jego dłoń objęła ją za kark, a kciukiem delikatnie przesunął po jej policzku.
    — Ej. — Złapał z nią kontakt wzrokowy. — Nie broń ich, okej? — Nie musiał dodawać, kogo miał na myśli. Ona to wiedziała. On to wiedział. — Dzisiaj przesadzili. — Powiedział to spokojnie, bez uniesienia, ale z tym niepodważalnym tonem, w którym było więcej niż tylko rozdrażnienie. Było rozczarowanie. I coś znacznie głębszego, troska o nią. — Wiem, że próbujesz wszystko łagodzić. Ale to nie ty masz się dostosowywać do nich, tylko oni do ciebie. — Jego głos zrobił się bardziej szorstki. Nie mówił tego w złości, nie z frustracji. Mówił to z miejsca, które w nim dojrzewało od dawna, z potrzeby postawienia granicy. Potrzeby zrobienia porządku. — Nie musisz się z nimi „jakoś dogadywać” ani tym bardziej znosić ich tekstów. To nie jest twoja odpowiedzialność. — Delikatnie przejechał kciukiem po jej policzku. — To moja. I obiecuję ci, że się tym zajmę. Ze wszystkimi. Z Kaiem, z Ruby, z resztą.
    Zacisnął szczękę, ale zaraz rozluźnił się znowu, jakby nie chciał, żeby ten temat zepsuł im tę chwilę. I dodał, spokojniej, ale twardo:
    — Jesteś moją narzeczoną. I matką mojego dziecka. A to znaczy, że nie tylko masz tu swoje miejsce, to miejsce już do ciebie należy.
    Zamilkł na sekundę, ale spojrzenie wciąż miał intensywne, skupione tylko na niej. — A jeśli którykolwiek z nich tego nie zrozumie… to wyleci szybciej, niż zdąży to skomentować. — Uśmiechnął się krzywo. — Tyle ode mnie.
    Zbliżył się jeszcze bardziej, czołem dotykając jej czoła. Zatrzymał się na sekundę, palcami przesuwając po jej karku, po linii włosów.
    Pozwolił jej mówić, słuchał uważnie, nie przerywając ani jednym słowem. Lubił, gdy się tak rozgadywała, nie tylko dlatego, że ton jej głosu był jak miękka melodia, ale też dlatego, że to był ten moment, w którym Sophia wcale nie była tą spokojną, ułożoną wersją siebie. Była odrobinę bezczelna, trochę pewna siebie, trochę droczyła się z nim tak, jak robiła to coraz częściej i to był ten rodzaj ognia, za który Carter był gotów oddać wszystko. Uśmiechnął się, czując jak jej dłonie znów lądują na jego karku. Pachniała tak znajomo, że mógłby przysiąc, że ten zapach znał już od lat. A przecież nie znał. Nie tak długo. Nie wystarczająco długo, by tak bardzo mu się pod skórą wryła.
    — Cholernie lubię, jak się rządzisz — mruknął nisko, z tym charakterystycznym uśmiechem, który zazwyczaj poprzedzał kłopoty. — Przez ciebie mam w głowie tylko jeden plan na resztę wieczoru. — Przysunął ją bliżej, na tyle, by ich ciała znów stykały się linią bioder. Jedną ręką oparł się obok jej głowy o biurko, drugą wsunął na jej plecy, nie śpieszył się, nie naciskał. Po prostu tam był. Blisko. Pewnie. Z tą siłą, która nie wymagała krzyku. Carter zamarł na sekundę, gdy padły słowa o biurku i tej ich niedokończonej wyobraźni, którą Sophia właśnie tak bezwstydnie i z błyskiem w oku wywołała. Spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek, nie był w stanie się nie uśmiechnąć.

    OdpowiedzUsuń
  84. W tej chwili wyglądała tak cholernie zadowolona z siebie, tak pewna i swobodna, jakby dobrze wiedziała, co robi z jego głową.
    — Co jeszcze mogłoby się wydarzyć na biurku, Soph? — rzucił teatralnie, odsuwając się od niej tylko po to, by zrobić pół obrotu, spojrzeć przez ramię i z nonszalanckim westchnięciem i uśmiechem… ściągnąć z siebie koszulkę, którą dopiero co założył. — Cokolwiek sobie wymarzysz, księżniczko, jestem gotowy. — Posłał jej pełne rozbawienia spojrzenie, unosząc brew. — Nawet jeśli to oznacza, że to biurko nie dotrwa do końca nocy w jednym kawałku.
    Zachichotał pod nosem, rozciągając materiał w dłoniach, jakby miał zamiar cisnąć nim gdzieś w kąt. Wiedział, że prowokuje, i właśnie o to mu chodziło.
    — Jestem tylko… pokornym narzeczonym, który chce spełniać wszystkie twoje fantazje. Cokolwiek sobie wymarzysz. — Jego głos był rozbawiony, miękki, lekko zachrypnięty, a oczy iskrzyły się autentycznym rozbawieniem i tą czułą, nieodpartą namiętnością, którą miał tylko dla niej. Atmosfera, która jeszcze chwilę temu była gęsta od ciężkich tematów i trudnych emocji, teraz znów zaczęła być ich, pełna ich dynamiki, zmysłowości i ciepłego droczenia się, które tylko oni potrafili przekształcić w coś absolutnie własnego. Podszedł do niej z powrotem, znów bliżej, pochylając się nieznacznie. Zatrzymał się tuż przy niej, a w jego oczach lśniła czysta, szczera radość z tej chwili. Z niej. Z tego, że była tu, cała jego.
    — Jeszcze chwila i znowu cię na nim położę. I nie pytaj, czy żartuję. Bo wiesz, że nie.
    Jego głos był niższy, chrapliwy, pełen zmęczonej namiętności, ale i tej tkliwości, która pojawiała się zawsze, kiedy był tylko z nią. Spojrzał na jej usta, a potem znów w oczy, tym razem dłużej, uważniej.
    — Ale mamy coś lepszego do zrobienia. Trzeba wszystkim przypomnieć, że przyszłaś tu ze mną. I że ze mną wyjdziesz.
    Delikatnie pochylił się, zostawiając miękki pocałunek w zagłębieniu jej szyi, a potem jeszcze jeden, przy uchu, gdzie cicho szepnął:
    — A potem zabiorę cię do domu i dokończymy to, czego to biurko by nie wytrzymało. Brzmi jak plan?
    Carter wiedział, że to, co między nimi się wydarzyło, nie było tylko fizycznym zbliżeniem. Ale czasem łatwiej było zażartować, niż wracać do rozmowy, która zostawiła w nim więcej, niż chciał po sobie pokazać.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  85. Carter uśmiechnął się lekko, ten jego półuśmiech, którym częściej maskował emocje, niż je pokazywał. Ale teraz było w nim coś miękkiego. Autentycznego. Pochylił się odrobinę bliżej, muskając nosem jej policzek, a potem przycisnął usta tuż przy jej uchu.
    — Co dokładnie lubisz, gdy mówię? — Mruknął cicho. Zniżył głos, jego ton był miękki, nieco zachrypnięty, intymny.
    — To, że jesteś moją narzeczoną? Przyszłą żoną? Mamą mojego dziecka?
    Każde słowo wypowiadał wolno, z namysłem, jakby smakował je na języku.
    Zawiesił na moment głos, a potem dodał ciszej. — Czy może to, że jesteś… całym moim światem? — Palce jego dłoni przesunęły się z biodra na jej talię, potem na plecy, niespiesznie, z czułością. Trzymał ją blisko, tak jakby nie chciał, żeby cokolwiek ich od siebie oderwało. Ani ten klub, ani przeszłość, ani żadne spojrzenia, szepty czy cienie. — Zamilkł na ułamek sekundy, a potem dodał już zupełnie miękko, szczerze. — Bo ja lubię wszystkie te wersje. I żadnej nie przestanę powtarzać. — Pochylił się jeszcze raz, zostawiając krótki pocałunek tuż pod jej uchem. — Będziesz tego słuchać aż ci się znudzi. A potem i tak powiem to jeszcze raz.
    Carter słuchał jej w milczeniu , najpierw z lekkim uśmiechem, potem już bez niego. Każde jej słowo wbijało się w niego powoli, jakby uruchamiała w nim coś, co ledwo trzymał na wodzy. A może nawet już nie próbował. Gdy tylko usiadła z powrotem na biurku i spojrzała na niego spod przymkniętych powiek, w tej sukience, z rozgrzanym spojrzeniem i słowami, które roztaczały przed nim wizję zdecydowanie nie do powtórzenia, poczuł to aż w brzuchu. Jakby sama myśl o niej, takiej, rozpaliła go do granic. Zrobiło mu się gorąco. Fizycznie. Dosłownie. Skóra pod koszulką nagle zaczęła piec, a w karku uderzyło znajome napięcie. I jeśli kiedykolwiek patrzył na Sophię z pożądaniem i zachwytem, to jego spojrzenie w tej chwili wychodziło poza jakiekolwiek wcześniejsze granice. Miał wrażenie, że naprawdę jest na haju. Prawdziwym. Tylko że zamiast pigułki, to ona właśnie powoli, celowo, zaczęła sączyć się do jego krwiobiegu, uzależniając go od siebie jeszcze bardziej. Na moment zaniemówił. Dosłownie. Patrzył na nią tak, jakby pierwszy raz widział kobietę, która go złamała, rozbroiła i owinęła sobie wokół palca, nawet jeśli oboje udawali, że w tej relacji to on rozdaje karty. Oczy Cartera pociemniały, jakby powietrze między nimi zgęstniało, spowił je cień czegoś bardziej pierwotnego, instynktownego. Jego wzrok zsunął się powoli po linii jej szyi, zatrzymał na ustach i jeszcze niżej, aż do zaciśniętych na krawędzi biurka palców, a potem znów powrócił do jej oczu. Nie mówił przez moment, nie mógł. Coś ścisnęło go w gardle. Bo nie tylko ją pragnął. On był w niej cały. I myśl, że mógłby ją w tej chwili mieć dokładnie tak, jak o tym mówiła, sprawiała, że ciężko było mu złapać oddech. Kiedy w końcu się odezwał, głos miał lekko zachrypnięty, niższy niż zwykle.
    — Jeśli chcesz mnie doprowadzić do granicy wytrzymałości, Soph… — zrobił powolny krok w jej stronę — …to właśnie ci się to udało.
    Zatrzymał się przed nią i nachylił tak, że ich twarze dzieliły tylko kilka centymetrów. — Powinnaś zobaczyć swoją minę, kiedy siedzisz tu tak pewna siebie i opowiadasz, co byś zrobiła… na tej sofie… na tym biurku. — Uśmiech przesunął się powoli przez jego twarz, ale już bez cienia żartu. — Gdybym nie znał smaku twojej skóry, pomyślałbym, że to tylko gra. Ale wiem, że ty naprawdę… tak masz.
    Palcami musnął jej udo, ledwo, jakby chciał się upewnić, że jeszcze potrafi się powstrzymać. — I przysięgam ci, że jeśli zostaniemy tu minutę dłużej…
    Nachylił się i szepnął jej przy uchu. — …to rozłożę cię z powrotem na tym biurku i nie pozwolę wyjść, dopóki nie będziesz błagać, żebym przestał.

    OdpowiedzUsuń
  86. Potem jeszcze przez chwilę trwał w tej odległości, ciężko oddychając. Jakby sam próbował się do tej wizji nie przywiązać zbyt mocno. Jakby próbował wybrać między rozsądkiem, a tym, co aż kipiało mu pod skórą.
    Carter parsknął nagle cicho pod nosem, to był ten jego charakterystyczny, rozbawiony odgłos, w którym mieszało się niedowierzanie, rozbawienie i coś znacznie głębszego. Prychnął, jakby właśnie został rozbrojony w najbardziej bezczelny i piękny sposób, i po prostu nie mógł się już powstrzymać. Zaśmiał się, szczerze, cicho, z tą iskrą w oczach, która pojawiała się tylko dla niej. Potrząsnął lekko głową, jakby próbował się otrząsnąć z własnych myśli, choć było już dawno za późno.
    — I jak, do cholery, ja miałem dla ciebie nie stracić głowy? — zapytał półszeptem, pochylając się bliżej, aż jego usta niemal musnęły jej skroń. — Jak miałem nie chcieć wywrócić swojego życia do góry nogami, skoro ty… jesteś dokładnie wszystkim, co miałem nadzieję znaleźć, chociaż wcale nie wierzyłem, że to możliwe?
    Jego głos był ciepły, pełen emocji, w których brzmiało więcej niż tylko pożądanie. Było w nim to przyznanie, że został przez nią całkowicie rozbrojony. Że ta wojna już dawno się skończyła. I że ona wygrała.
    Carter nie odsunął się ani o milimetr. Wręcz przeciwnie, jego dłoń powędrowała wzdłuż jej uda, zatrzymując się tuż przy skraju materiału sukienki, jakby nie potrafił się powstrzymać przed kolejnym dotykiem, choć wiedział, że ledwo przed chwilą udało im się oderwać od siebie. Wzrok miał przy niej przyciemniony, ciężki od pragnienia, ale w tym wszystkim wciąż uważny. Uważny właśnie na nią. Na sposób, w jaki na niego patrzyła. Na to, jak oddychała. Jak wyginała lekko usta, kiedy udawała rozbawienie, a tak naprawdę prowokowała go do granic.
    — Nie wiedziałem, że można patrzeć na kogoś tyle razy i za każdym razem widzieć coś nowego. Coś mocniejszego — powiedział ciszej, z niższym tonem, niemal już samym oddechem. — Za każdym razem zakochiwać się bardziej…
    Palcem przesunął delikatnie po linii jej szczęki, potem wzdłuż szyi, aż do obojczyka. Zatrzymał się na moment, jakby chciał zapamiętać, jak bije pod nim jej puls. — Ty jesteś jak mój ulubiony nałóg, Soph. — Głos miał teraz jeszcze niższy, bardziej intymny, jakby mówił to już tylko jej ciału, a nie uszom. — Z tą różnicą, że po tobie nie chcę przestać.
    Uśmiechnął się znów , tym razem z tą miękkością, której nie pokazywał nikomu poza nią. Jakby w tej jednej chwili zapomniał, że na zewnątrz dalej toczy się impreza, że czekają ludzie, świat, role i odpowiedzialność. Bo tu, przy niej, z nią, nie było już niczego ważniejszego.
    — Jak miałem nie oszaleć, skoro wchodzisz do mojego świata i robisz z nim dokładnie to, co chcesz? — dodał jeszcze ciszej, nachylając się tak blisko, że każde słowo kładł wprost na jej ustach.
    Carter zaśmiał się cicho pod nosem, głęboko, nisko, jakby sam siebie próbował przywołać do porządku. Jego spojrzenie jeszcze chwilę trzymało się jej ust, jakby kusiło go, by wrócić tam natychmiast, ale po sekundzie pokręcił głową z rozbawionym niedowierzaniem.
    — Ty mnie kiedyś do grobu wpędzisz, Soph — mruknął, sięgając po jej dłoń.
    Złapał ją i pociągnął ku sobie, ściągając z powrotem z biurka jak nic nieznaczące piórko, które wylądowało miękko przy jego klatce piersiowej. Ujął ją w pasie i pocałował krótko w czoło, jakby to miało dać mu choć odrobinę dystansu, a może właśnie bliskości, której jeszcze nie nasycił.
    — Najpierw cię nakarmię — Oświadczył tonem, który nie zostawiał miejsca na dyskusje. A potem nachylił się, pochylając głowę do jej brzucha. Jedna dłoń wciąż spoczywała na jej plecach, ale druga powędrowała do przodu, głaszcząc ją przez materiał sukienki.

    OdpowiedzUsuń
  87. — Ciebie potworku też — powiedział półżartem, półczule, jego głos przy brzuchu był jak aksamit: ciepły, miękki i wyjątkowo uważny. Uniósł spojrzenie do Sophii. Ten błysk w jego oczach, ciemny, głodny, ale rozjaśniony uczuciem, znów tam był. — A potem — powiedział wolno, z tą samą intensywnością. — Nakarmię siebie. Tobą. — Zamruczał cicho, zadowolony z własnych słów i wyrazu jej twarzy, jakby już sam fakt, że to powiedział, był dla niego grzeszną przyjemnością. — I obiecuję, że będę się długo delektował.
    Carter nie puścił jej dłoni nawet na moment, kiedy wychodzili z biura. Spojrzał jeszcze raz za siebie, na biurko, które ledwo wytrzymało ich zachłanność i uśmiechnął się pod nosem, jakby zamykał za sobą fragment wieczoru, który jeszcze długo będzie wracał w jego głowie. Poprowadził Sophię przez korytarz i znów w stronę tłumu, choć sam czuł się, jakby nadal był w przyjemnym, zawiesistym transie. Świat zwolnił. Dźwięki rozmywały się gdzieś w tle, światła klubu pulsowały rytmicznie, ale nie tak głośno jak wcześniej. Carter czuł się, jakby był na miękkim haju, choć przecież nic nie brał a przynajmniej nie tego rodzaju substancji. To Sophia krążyła mu w żyłach. Sophia i ich dziecko, którego jeszcze nie było widać, ale które już nosiła w sobie. Byli trójką, idącą przez klub z cichą pewnością. I jakkolwiek pretensjonalnie to mogło zabrzmieć, nigdy wcześniej nie czuł się tak cholernie kompletny.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  88. Carter czuł, jak wszystko się w nim kotłuje i to nie w tym chaotycznym, niepokojącym sensie, do jakiego był kiedyś przyzwyczajony. To, co rozgrywało się między nimi od momentu, w którym zamknął za nimi drzwi biura, należało do tego rodzaju intensywności, który zostawiał ślad. Trwały. Fizyczny. Emocjonalny. Każde jej słowo było jak kolejne uderzenie serca, mocniejsze, cięższe, trochę jakby za mocne jak na człowieka, który przez większość życia nie wierzył, że coś takiego jak „dom” może istnieć w jednej osobie.
    Teraz ta osoba ściskała jego dłoń w tłumie. W tych cholernych porwanych rajstopach. Ze śladami po jego ustach na szyi.
    Gdy mruknęła coś z niedowierzaniem o tym, że to ona doprowadza go do granic, przytaknął tylko krótko, bez słów. Bo tak było. Nie wiedziała nawet jak bardzo. Nie wiedziała, że stojąc teraz przy barze, wśród znajomych, których ledwo słyszał, Carter miał wrażenie, jakby wszystko wokół zgasło. Ona. Tylko ona. I ten ich mały potworek.
    Oparł się lekko bokiem o ladę i zniżył się znów do jej ucha, muskając delikatnie opuszkami palców jej biodro.
    — Mówisz godzina, ale… — mruknął rozbawiony, cicho, tylko dla niej. — …ja już odliczam minuty. I nie sądzę, żebyśmy dotrwali do końca tej godziny.
    Spojrzał na nią z boku, z tym błyskiem w oku, który jednoznacznie zdradzał, że myślami znów był gdzieś przy niej. Potem jednak westchnął, jakby sam musiał się przywołać do porządku.
    Sięgnął po szklankę z wodą, podał ją jej, żeby naprawdę się czegoś napiła, i przysunął barkiem bliżej, zerkając w jej stronę.
    — Chcesz coś konkretnego? Kawior, jak rasowa fancy narzeczona, czy frytki z sosem jak stara dobra ty?
    Byli dla siebie dwoma światami jednocześnie.
    Wystarczająco różnymi, by się przyciągać, i wystarczająco zgranymi, by tworzyć jeden.
    I Carter, patrząc teraz na nią, nie mógł się powstrzymać przed jednym pytaniem, które cisnęło się na język, choć jeszcze go nie wypowiedział. Wyjść już teraz? Czy poczekać jeszcze piętnaście minut…? Bo ta godzina? Nie istniała. Nie z nią.
    Odwrócił wzrok, zerknął przez ramię, gdzieś w stronę znajomych.
    — Chyba ktoś cię szuka… — mruknął cicho Carter, pochylając się lekko w stronę Sophii, ale nie odrywając dłoni z jej talii. Wskazał subtelnie głową w stronę baru, gdzie Selene i Vic stały obok siebie z drinkami w dłoniach i rozglądały się dyskretnie po sali. Ich spojrzenia kilkukrotnie powędrowały w stronę Cartera i Sophii, nie nachalnie, ale wystarczająco, by nie dało się tego nie zauważyć. Zerknął na nią z boku, mrużąc lekko oczy. — Pokłóciłyście się? — zapytał w końcu, jakby właśnie zaczął układać sobie w głowie drobne sygnały, których wcześniej nie zauważył. — Bo tak patrzą… jakby nie były pewne, czy mogą podejść. Albo czy w ogóle powinny — rzucił żartobliwie, zerkając na jej brzuch, potem na usta, potem znowu na oczy, jakby na nowo zakochiwał się dokładnie w tej wersji Sophii, która potrafiła być zarówno słodka, jak i niebezpieczna.

    OdpowiedzUsuń
  89. Uniósł brwi, ale jego ton nie był oceniający, bardziej zaintrygowany. Zamilkł na moment, wzrokiem podążając za spojrzeniem Vic, która właśnie delikatnie szturchnęła Selene łokciem. — Mam im powiedzieć, że muszą stanąć w kolejce? — dodał z lekkim, chropawym uśmiechem, pochylając się nieznacznie bliżej Sophii. Jego głos był żartobliwy. Zanim Sophia zdążyła odpowiedzieć, Carter zauważył, że Selene i Vic ruszyły w ich stronę. Powoli, ale zdecydowanie z minami, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowa. Jakby miały coś do powiedzenia, może do naprawienia, ale jeszcze nie wiedziały jak. Kiedy dotarły na tyle blisko, że już nie było odwrotu, Selene spojrzała na Sophię i lekko się zawahała, zanim odezwała się pierwsza. — Soph… możemy pogadać? — zapytała cicho, a w jej głosie nie było ani złośliwości, ani ironii. Brzmiała szczerze. I lekko przepraszająco. Carter spojrzał na Sophię kątem oka, jakby pytał bez słów: chcesz, żebym poszedł? Ale nie czekał długo. Pocałował ją delikatnie w policzek, krótko, ciepło, z wyczuciem i mruknął przy samym uchu:
    — Będę w loży — powiedział krótko, przy uchu, zanim się wyprostował. I wtedy, z uśmiechem, który był gdzieś między rozbawieniem a dumą, przesunął palcami jej włosy na bok, tak, by choć trochę zakryć czerwony ślad na szyi, ten, który sam tam zostawił. Nie powiedział ani słowa, ale jego spojrzenie mówiło wszystko. Zostawił je sam na sam, Selene, Vic i Sophię, z przestrzenią, której najwidoczniej potrzebowały. Choć wiedział, że nie spuści jej dziś z oka ani na moment dłużej, niż to konieczne.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  90. Carter odchylił głowę i uniósł brew, kiedy usłyszał od Sophii pełną powagi deklarację, że mogą wyjść już teraz. Nie zdziwiło go to ani trochę. Bo czuł dokładnie to samo.
    Na początku go wkurzała. Jeszcze wtedy w schronisku. Miała w sobie coś z porządku, który nie pasował do jego chaosu. A przynajmniej tak sądził. Ale z czasem, ta jej uparta dobroć zaczęła go rozbrajać. Przygotowywała mu kawę, jakby to było coś oczywistego. Czekała na niego przy ekspresie z tym swoim miękkim spojrzeniem i kubkiem w dłoni. A kiedy pierwszy raz zrobiła mu śniadanie, bo zauważyła, że nie jadł od rana, a może i od poprzedniego dnia, nie wiedział co powiedzieć. Bo przecież to nie było tak, że nie było go na to śniadanie stać, on po prostu o siebie w ogóle nie dbał, a ona to zauważyła i… zaczęła działać. A raz podejrzał jej zamówienie w kawiarni, jakoś naturalnie zaczął przywozić dla niej rano kawę, którą kupował w knajpie przecznice dalej, a nie obok siebie, żeby wciąż była ciepła.
    Nie mógł zapomnieć tamtego dnia w schowku. Jak wpatrywał się w jej usta i nie mógł oderwać wzroku. Jak speszyła się na parkingu kiedy wsunął zimne dłonie pod jej koszulkę i jak jej dotyk przeszył go wtedy do szpiku. Dreszcz, który go wtedy obleciał, nie miał nic wspólnego z chłodem. To była ona. Była inna. Cudowna. Seksowna w sposób, którego zdawała się nie zauważać. Nie ścigała się z nim, nie udowadniała niczego. Dawała się prowadzić. I on… on chciał być tym, który ją poprowadzi. Zawsze.
    Teraz, gdy widział, jak jej spojrzenie zatrzymuje się na jego ustach, na szyi, jak przesuwa słomkę do ust z tym rozbrajającym westchnięciem i rzuca, że nie może kawioru, nie mógł uwierzyć, że dotarli razem do tego punktu.
    — Dlaczego nie możesz kawioru? — zapytał z autentycznym zaniepokojeniem. — I czego jeszcze nie możesz? Muszę to wiedzieć, Soph… — Zamilkł na moment, a potem spojrzał jej prosto w oczy. — I tak w ogóle… — mruknął, jakby dopiero teraz to do niego dotarło. — Czy to jest w ogóle bezpieczne, że… my tak… no wiesz… robimy to…intensywnie…? Można tak?
    Zapytał naprawdę poważnie, jakby dopiero teraz coś w nim kliknęło. Jakby świadomość, że nie są już tylko we dwoje, zaczęła się przebijać przez to wszystko, co między nimi tak buzowało. I że pierwszy raz, zamiast działać instynktownie, poczuł potrzebę, żeby się upewnić.
    Gdy przeniosła wzrok w stronę dziewczyn, a potem zaczęła mówić o tym wieczorze, który ewidentnie nie układał się tak, jak powinien, Carter słuchał jej uważnie. Nie przerywał. Po prostu był. A to było więcej niż wystarczające.
    — O co poszło? — zapytał w końcu cicho. — Powiedziałaś im o… o zaręczynach? Czy o ciąży? Nie były zadowolone?
    Sophia odpowiedziała mu z tym tonem pozornej obojętności, ale Carter znał ją już na tyle dobrze, że wyczuł emocje ukryte pod tymi słowami. Złapał ją jeszcze za dłoń, gdy sięgała po szklankę.
    — Jak tylko z nimi pogadasz, wychodzimy i zamawiamy pizzę z tym sosem na brzegach. — Uśmiechnął się i dodał, rozbawiony. — A twoje groźby wobec moich koleżanek… działają na mnie bardziej niż na nie. I nie chodzi tu o strach.
    Musnął jej usta raz jeszcze, czuły, szybki gest, po czym się wyprostował i już po chwili zostawił ją samą z Selene i Vic, ruszając w stronę loży.
    Widok na loże Cartera był wystarczająco wyraźny, by zauważyć, że atmosfera wcale nie należała do lekkich. Nie usiadł nawet na chwilę, rozmawiał z Kaiem na stojąco, gestykulując przy tym w ten nerwowy, trochę gwałtowny sposób, który znała już z ich wspólnego życia. Kai coś mówił, próbował go zatrzymać, nawet położył mu rękę na ramieniu, ale Carter strącił ją bez namysłu, jakby nie miał już cierpliwości. Dołączyła do nich Jade, najpewniej z nadzieją, że rozładuje napięcie, ale Carter nawet na nią nie spojrzał. Okręcił się na pięcie, powiedział coś, co wywołało konsternację u Kaia i powrócił do gestykulowania. Mówił szybko, intensywnie, z chłodnym dystansem, który mówił jasno, że to nie była rozmowa towarzyska.

    OdpowiedzUsuń
  91. Sophia mogła jedynie przypuszczać, o czym mówił. Ale jedno było pewne, to była reakcja. Może na ten wieczór, może na to, co usłyszał… a może na wszystko, co zebrało się w nim przez ostatnie tygodnie. I właśnie wtedy ktoś podszedł do niego z boku, młody chłopak w czarnej bluzie z kapturem, który rzucił mu coś do ucha. Carter od razu odsunął się od Kaia. Zamienili kilka zdań, zbyt blisko siebie, żeby cokolwiek można było odczytać z ruchu ust. Carter nawet nie skinął głową, tylko milczał przez dłuższą chwilę, a jego twarz lekko się napięła. Nie było w tym żadnego zaskoczenia, tylko natychmiastowa decyzja.
    Wciąż słuchając, odwrócił głowę w stronę Sophii. Złapał z nią kontakt wzrokowy. I mimo odległości, mimo muzyki, światła, tłumu. Uniósł dłoń i przesunął palcem po tarczy zegarka, robiąc gest, który Sophia zrozumiała natychmiast. Zaraz wrócę. Nie było słów, ale nie były potrzebne. Tyle wystarczyło. Sophia od razu zrozumiała. Potwierdziła to delikatnym kiwnięciem głowy, choć jej uśmiech wyraźnie zgasł. Zanim się odwrócił, posłał jej jeszcze krótki, przepraszający uśmiech. A potem ruszył, znikając w tłumie. Bez pożegnania. Bez słowa. Z tą swoją skupioną twarzą, która mówiła jedno: coś się dzieje. Tłum natychmiast go pochłonął.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  92. Carter wyszedł na wąski, przyciemniony korytarz oddzielający salę klubu od jego biura. Miejsce miało swój klimat, surowy, z betonową posadzką i cichym pogłosem oddechów muzyki dobiegającej zza ściany. Bywał tu setki razy. Z zamkniętymi oczami znał każdy jego centymetr, ale dziś… coś było inaczej.
    Zamarł. Dwóch typów. Stali dokładnie naprzeciwko wejścia do jego biura, nieruchomi, jakby już od dłuższej chwili czekali. Ubrani bez ekstrawagancji, szarości, ciemny granat, kurtki bomberki i neutralne twarze. Ale Carter wiedział, jak wygląda człowiek, który nie przyszedł się napić. Nie znał ich. Ani z widzenia, ani z żadnej z licznych, brudnych spraw, które przecież nie działy się za jego plecami. Ich obecność nie pasowała tu w żaden sposób.
    I to uczucie… jak ukłucie pod skórą, zaraz pod linią karku. Wewnętrzny radar, który nie raz ratował mu życie. Serce uderzyło mu mocniej. Nie dlatego, że ich się bał. Ale dlatego, że wiedział, że coś tu się właśnie zmienia.
    Byli biali. I to nie tylko z koloru skóry, ich sposób poruszania się, obserwacji, to jak zeskanowali go od razu, gdy wyszedł, nie byli stąd. Nie byli „jego” ludźmi. Bo nikt, absolutnie nikt, z kim robił interesy, nie wyglądał jak oni. Ci, którzy przychodzili do Black Roomu po coś więcej niż muzykę, mieli inny kod. Wiedział, z kim się gra. Ci dwaj nie należeli do tej ligi.
    Dwa scenariusze przeleciały mu przez głowę z prędkością błysku flesza.
    Albo FBI.
    Albo ktoś przyszedł go załatwić.
    Żaden z tych scenariuszy nie kończył się dla niego dobrze. Rzucił jeszcze jedno spojrzenie przez ramię, w stronę sali. Sophia była tam. Gdzieś między światłami, ludźmi, gwarem. Zasłonięta jego światem, który właśnie miał pęknąć. Jeśli to był nalot, nie mógł pozwolić, żeby to działo się tam, przy niej. Jeśli to był atak, nie mogli dotrzeć do niej. Mógł uciekać, jasne. Znał tylne wyjście, przećwiczone. Ale odwrót oznaczałby, że zostawia ją samą. Nie było opcji. Jeśli przyszli po coś więcej niż pogawędkę, wpuści ich do biura. Tam, za zamkniętymi drzwiami, pod biurkiem, miał broń. Nie jedną. W myślach już kalkulował, ile kroków, czy zdąży, czy któryś nie ma kamizelki. Czysta procedura przetrwania. Stare nawyki z czasów, o których już nie mówił. Ale wtedy zbliżył się, odruchowo twardszy w kroku, gotów do konfrontacji i jeden z mężczyzn uniósł dłoń. Wyciągnął legitymację.
    — FBI. Agenci Logan i Bennett. Chcemy porozmawiać.
    Carter zamarł na ułamek sekundy. W głowie zaświtało mu echo głosu Sloane:
    “Kiedy po ciebie przyjdą, już będzie za późno.” To była właśnie ta chwila?
    Nie ruszył się. Żaden mięsień, żadna emocja nie pojawiła się na twarzy, ale pod powierzchnią jego ciało już działało w trybie gotowości. Chciał się zaśmiać, z tej ich uprzejmości, z tej gry w “cywilizowaną rozmowę”. Nie przyszli tu grzecznie pogadać. Takie rozmowy zawsze kończą się jednym: pierdlem, zdradą albo kulą.
    — Nie mamy o czym — rzucił chłodno, z tonem, który znali już niejedni przesłuchujący. Głos mu nie zadrżał. Ale myśli biegły w każdą możliwą stronę. Bo czegokolwiek chcieli, to już się działo.
    — Nie mamy o czym rozmawiać? — powtórzył jeden z nich spokojnie, aż za spokojnie.
    — O coś jestem podejrzany? — Ten wyższy, Logan, sięgnął do wewnętrznej kieszeni kurtki. Carter odruchowo napiął barki. Nie po broń, po dowód. Zdjęcia. Kilka, rzuconych mu niemal pod nos. Rozpoznawał je natychmiast, choć żadne nie było wystarczająco wyraźne, by przeciętny człowiek mógł powiedzieć coś więcej niż „dwóch facetów w półcieniu”. Carter widział jednak wszystko: kąt, światło, miejsce, postaci.
    — Znasz tych ludzi? — zapytał drugi, Bennett, już bez tej sztucznej uprzejmości. Carter nie mrugnął ani razu.
    — Nie — odpowiedział krótko. Logan uniósł brew. Ledwie zauważalnie.
    — Wiesz, że okłamywanie agentów federalnych to osobne przestępstwo?
    Powietrze w korytarzu zgęstniało. Muzyka z sali zdawała się nagle za głośna, pulsująca, drażniąca. Carter poczuł, jak coś w nim zaczyna się przesuwać, z kalkulacji w instynkt. Z zimnej kontroli w

    OdpowiedzUsuń
  93. Z zimnej kontroli w gotowość.
    — A wiesz, że nachodzenie ludzi w ich własnym klubie bez nakazu też nie wygląda najlepiej? — Odpowiedział powoli. Bennett zrobił krok bliżej. Za blisko. — Mamy powody sądzić, że wiesz dokładnie, kim jest ten człowiek. I że nie był tu przypadkiem.
    Serce uderzyło mu mocniej, ale twarz pozostała kamienna.
    — Nie wiem, o czym mówicie. — Zrobił pół kroku w bok. — I nie macie tu nic do roboty. — Powietrze zgęstniało. Carter poczuł, jak napięcie wspina mu się po karku, jak ciało wchodzi w tryb walki, zanim umysł zdąży powiedzieć „stop”. Myśli zaczęły się rozjeżdżać. Obraz Sophii na sali. Broń pod biurkiem. Czas. Sekundy. I wtedy Carter zrobił błąd. Minimalny. Instynktowny. Ruch ramienia, jakby chciał odepchnąć Logana, zrobić sobie przestrzeń. W jego świecie to był odruch. Ostrzeżenie. Granica. Dla nich, sygnał.
    — Broń! — Krzyknął Logan. — Nie ruszaj się! — Warknął Logan, a dłoń Bennetta zniknęła pod kurtką. Metal błysnął. Broń wyszła na światło korytarza w tej samej chwili, gdy drugi agent ruszył. Logan uderzył pierwszy, barkiem, nisko, brutalnie. Carter poleciał w tył, plecami w ścianę, powietrze wyleciało mu z płuc. Nie zdążył sięgnąć po nic. Nie zdążył nawet zakląć.
    — Na ziemię!
    Kolano wbiło się w jego kręgosłup. Zbyt znajomy nacisk. Zbyt dobrze wykonany chwyt. Metaliczny dźwięk kajdanek zabrzmiał głośniej niż muzyka z klubu. Carter szarpnął się raz, drugi, bez sensu. Logan był ciężki, wyszkolony, bezlitosny. Złapał mu ręce, wykręcił je za plecy. Carter szarpnął się odruchowo, ale kajdanki były szybsze. Zimny metal zacisnął się na nadgarstkach z głośnym klik. Ból był ostry, upokarzający. Gorszy od tego był fakt, że to się właśnie działo naprawdę. Kai stał jeszcze sekundę przy końcu korytarza, oczy rozszerzone, twarz biała jak papier. Carter zdążył tylko spotkać się z nim wzrokiem. Jedno spojrzenie. Jedno nieme „spierdalaj”. Kai nie potrzebował drugiego sygnału. Odwrócił się i zniknął w bocznym wyjściu, w tłumie, w muzyce, w chaosie klubu, który nadal tańczył, nie mając pojęcia, że właśnie coś się skończyło. Carter leżał na zimnej podłodze, skuty, z twarzą przyciśniętą do betonu. W uszach dudniła mu krew. Jedna myśl wracała jak mantra, bolesna i nie do zatrzymania:
    To nie miało się tak skończyć.
    Jade spojrzała na Sophię, unosząc brew, jakby nie do końca była pewna, czy ta nie żartuje. Na sekundę zawahała się z odpowiedzią, ale po chwili machnęła lekko ręką, odwracając wzrok.
    — Carter powiedział, żebyś tu na niego poczekała. — odparła z pozornym spokojem, ale w jej głosie coś nie brzmiało do końca naturalnie. — I żebyś nigdzie nie szła. Jasno się wyraził. — Spojrzała na nią i poznała od razu, że Sophia nie ma zamiaru jej posłuchać. Kiedy chciała odejść Jade złapała ją za nadgarstek i obróciła w swoją stronę.
    — Sophia, na prawdę… musisz się w końcu nauczyć, kiedy trzymać się za daleka tak jak prosi… — powiedziała dosadnie, z miną pełną powagi. — To jest właśnie ten moment.
    Jej spojrzenie przeniosło się za ramię Sophii, gdzieś w głąb parkietu. Twarz natychmiast się zmieniła, z wyważonej, chłodnej maski na nagłe, czyste napięcie. Zmarszczyła brwi, rozchyliła lekko usta, jakby zobaczyła coś, czego zdecydowanie się nie spodziewała. Kai. Przeciskał się nerwowo przez tłum, jakby próbował się stamtąd wydostać za wszelką cenę. Rozglądał się gwałtownie, co chwilę oglądając za siebie. Jego ruchy były zbyt szybkie, zbyt chaotyczne, jakby nie mógł znaleźć wyjścia. Coś w nim, spojrzenie, ściągnięte ramiona, krzyczało, że ucieka. Nie tylko fizycznie, ale przed czymś większym. Jade zaklęła pod nosem i natychmiast zerwała się z miejsca. Cały jej dotychczasowy spokój zniknął jak zdmuchnięty płomień.
    — Zostań tu! — rzuciła tylko przez ramię do Sophii, zanim ruszyła szybkim krokiem w tamtym kierunku. Jej ruchy były stanowcze, skupione. Wiedziała, że coś jest bardzo nie tak.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  94. Gdy tylko metaliczny szczęk kajdanek rozległ się w tej surowej przestrzeni, mężczyzna górujący nad Carterem cofnął kolano, nieco odpuszczając nacisk na jego plecy. Wciąż był czujny, ale uznał, że to wystarczy. Carter dyszał ciężko, czując zimno betonu pod policzkiem i wbijające się w skórę kanty kajdanek. W tej jednej sekundzie jego własna bańka, ta, w której jeszcze chwilę temu śmiał się z Sophią, w której całował ją w policzek, zasłaniał ślad na szyi i myślał tylko o pizzy i ich nienarodzonym dziecku, pękła. Brutalnie i bez ostrzeżenia. Rzeczywistość dosięgła go w najgorszy możliwy sposób.
    Nie zauważył, że Sophia weszła do korytarza. Zorientował się dopiero wtedy, gdy usłyszał jej szept. Głos, którego nigdy wcześniej nie brzmiał tak… kruchym echem. Otworzył oczy. Nie odwrócił głowy, nie mógł, ale jego wzrok, nerwowo szukając źródła dźwięku, natrafił na jej sylwetkę.
    Sophia.
    Stała nieruchomo, z uniesionymi dłońmi, ze wzrokiem wbitym w niego, tak przejęta, że nie potrafił nawet ocenić, czy to wszystko naprawdę się dzieje. Adrenalina buzowała mu we krwi. Czuł jej pulsowanie aż w uszach, w gardle, w ściśniętym żołądku. Agent stojący obok pomógł mu się podnieść, co nie było łatwe ze skutymi za plecami rękami. Carter zatoczył się lekko, ale nie dał się poprowadzić od razu. Słowa wyrywały się z jego ust, zanim zdążył je przefiltrować.
    — Nie mam nic przy sobie. — Warknął z frustracją, kręcąc głową. — Nic, kurwa, nie mam, żadnej jebanej broni.
    W jego głosie nie było lęku. Tylko wściekłość i poczucie, że zaraz wszystko mu się rozleci. Spojrzał na Sophię.
    — To nieporozumienie. Wracaj do domu. — Rzucił sucho, ale jego oczy mówiły coś zupełnie innego. — Soph, wróć do domu. To się wyjaśni.
    Ale zanim zdążyła odpowiedzieć, zanim choćby drgnęła, za nią wpadła Jade. Wbiegła jak burza, z pazurami wycelowanymi obu agentów.
    — Co, kurwa, tu się dzieje?! — Wrzasnęła, a dźwięk jej głosu rozniósł się po ścianach jak echo wystrzału. — Macie go na glebie jak jakiegoś pieprzonego przestępcę?! Naprawdę?! Gdzie go zabieracie, do cholery?! — Jade nie zamierzała ustępować. Jej głos ponownie odbił się echem od betonowych ścian, tym razem bardziej przerażony niż agresywny. Ruszyła za agentami, którzy już prowadzili Cartera dalej korytarzem. — Gdzie go kurwa zabieracie?! Ma prawo do adwokata! — Wykrzyknęła, sięgając po telefon do tylnej kieszeni. Jade była w ruchu. Szybka, zdecydowana, wściekła.
    — Dzwonię do prawnika, Carter… — syknęła, z oczami rozszerzonymi od napięcia.
    — Proszę się odsunąć. — padła chłodna odpowiedź. — Niech pani nie utrudnia procedur.
    — Procedur?! — Jade niemal się zaśmiała, ale to był pusty, ironiczny śmiech. — Skuliście go jak zwierzę. Przeczesaliście klub?! Macie nakaz?! On nie miał przy sobie nawet kluczy, idioci!
    Jeden z funkcjonariuszy spojrzał na nią z wyraźną irytacją, ale nie odpowiedział. Carter odwrócił głowę na tyle, na ile pozwalał mu układ ramion i silny uchwyt przy łokciu.

    OdpowiedzUsuń
  95. — Macie obowiązek podać powód zatrzymania, skurwiele, a nie urządzać pokazówkę w klubie!
    Szła za nimi uparcie, nie zważając na to, że jeden z mężczyzn trzyma Cartera za ramiona jak podejrzanego o morderstwo, a drugi, ten z bronią, szedł nieco z tyłu, czujnie, wciąż gotowy zareagować.
    — Za pięć minut będzie tu więcej prawników niż was agentów — warczała, sięgając po telefon.
    Szczęka mu pulsowała, kark miał spięty jakby zaraz miał wybuchnąć, ale wiedział, że wszystko, co powie, może tylko pogorszyć sytuację. Usta miał zaciśnięte, a jego spojrzenie powędrowało jeszcze raz do tyłu, do Sophii. Jedyne, czego teraz chciał, to żeby się stamtąd wydostała. Żeby nie widziała więcej.
    — Jade… — warknął Carter. Głos znowu zadrżał mu z napięcia. — Jade, zabierz ją stąd. Do cholery. Słyszysz mnie?! Zabierz ją!
    — Carter! — rzuciła jeszcze za nim, już mniej wojowniczo. — Do cholery, powiedzcie coś! Gdzie go zabieracie?! — Agenci milczeli. Robili swoje. Zabierali Cartera. I nikt nie odpowiedział na to, co miało zaboleć najbardziej. Ale on już znikał za rogiem. Skuty. Milczący. Zaciśnięta szczęka. Nie walczył. Nie zadawał pytań. Wiedział, że to nie był przypadek. Wiedział, że właśnie zaczęło się coś, czego nie da się zatrzymać.
    Drzwi zamknęły się z głuchym, metalicznym trzaskiem. Jade odwróciła się gwałtownie, jak drapieżnik wypuszczony z klatki. Chodziła tam i z powrotem po korytarzu, dłonią zaciskając telefon tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Raz po raz wciskała ten sam numer. Sygnał. Cisza. Poczta głosowa. Znowu.
    — Kurwa… — syknęła pod nosem, przeciągając dłonią po włosach. — Teraz nikt, kurwa, nie odbiera.
    Zatrzymała się nagle, kopnęła lekko w betonową ścianę, jakby chciała z niej wybić odpowiedź. — Jebane psy… — warknęła, bardziej do siebie niż do kogokolwiek. Dopiero wtedy spojrzała na Sophię.
    — Co cię tak zamurowało?! Trzeba zadzwonić po managera! Natychmiast. I po prawnika. Nie mamy nawet informacji, gdzie go kurwa wzięli! Sophia rusz się! — warknęła. — Gdzie jest Kai?! — warknęła. — Gdzie on jest, jak zawsze wtedy, kiedy robi się gorąco! — Nie czekając na odpowiedź, minęła Sophię, ocierając się o nią ramieniem. Jej perfumy zostały w powietrzu jak ślad po burzy. Zerknęła nerwowo w głąb korytarza. Była wściekła. Wkurwiona na maksa. Na siebie, na nich, na sytuację. Ale też trochę… na Sophię. Za to, że stała jak posąg. Że wyglądała, jakby chciała się rozpaść, a nie działać.
    — Gdzie jest do cholery Kai?! — syknęła, już nie patrząc na nią, i ruszyła zdecydowanym krokiem do drzwi. Wymijając Sophię bez jednego słowa więcej. — Zaraz go znajdę. I, do kurwy nędzy, dowiem się, co się właśnie wydarzyło — rzuciła przez ramię i zniknęła za drzwiami, gotowa rozwalić pół klubu, byle tylko kogoś znaleźć. Kai’a. Managera. Ochronę. Kogokolwiek. zostawiając Sophię samą. W ciszy, która brzmiała głośniej niż wszystko inne tej nocy.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  96. Jade miała w oczach błysk, który równie dobrze mógłby podpalić cały ten klub. Jej ciało wręcz pulsowało od adrenaliny, jakby tylko od niej miało zależeć, czy Carter z tego wyjdzie. Jakby mogła siłą woli cofnąć czas i zapobiec temu, co właśnie się stało. Nie zamierzała już dłużej stać i rozmawiać. Zostawiła Sophię bez słowa, nie z braku empatii, ale dlatego, że teraz miała ważniejsze rzeczy na głowie niż emocjonalne wahania narzeczonej Cartera.
    Wróciła pod drzwi do biura. Zamknięte. Ale z wnętrza sączyło się światło. Zmarszczyła brwi i przez sekundę jej serce zabiło szybciej. Kto tam był? Czy ktoś wrócił? Czy może… FBI już szukało śladów?
    Chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi gwałtownie, gotowa na wszystko. Ulga mieszała się z irytacją, kiedy zobaczyła Sophię. Na nogach. Wyraźnie bladszą, roztrzęsioną… ale żywą. W odpowiedzi na jej pytanie prychnęła i wywróciła oczami.
    — Kai to pieprzony tchórz — rzuciła przez zęby, nawet nie starając się tłumić sarkazmu. Bez zbędnych słów podeszła do jednej z szaf i otworzyła ją zdecydowanym ruchem. Wyciągnęła z niej czarną torbę sportową. Solidną, z podwójnym zamkiem. Przeciągnęła ją po podłodze i rzuciła przy biurku.
    — Trzeba tu ogarnąć. Wszystko zabrać. I gdzieś to, kurwa, schować.
    Bez zawahania sięgnęła do szuflady. Pakiety z proszkiem. Pigułki. Wszystko wrzucała jedno po drugim do torby, bez sentymentów i ceregieli. Ruchy miała szybkie, jakby robiła to już nie raz. Jakby była gotowa. Zanim Jade sięgnęła po broń spod biurka, zatrzymała się w pół ruchu i rzuciła ostre spojrzenie w stronę Sophii. Jej dłoń zamarła nad torbą, a oczy zwęziły się jak u kogoś, kto ledwo trzyma nerwy na wodzy.
    — Nie wiem, ile ty właściwie wiesz… — zaczęła chłodno, tonem pozbawionym ozdobników. — Ale to nie jest moment, żebym miała się z tobą teraz cackać.
    Jej wzrok był twardy, konkretny, bez śladu współczucia. — Jeśli chcesz pomóc, to się, kurwa, ogarnij. Szybko.
    Dopiero wtedy wróciła do swojego ruchu, schyliła się pod biurko i sięgnęła po broń. Metaliczny chłód dotknął jej skóry, kiedy zacisnęła palce na rękojeści. Przez moment patrzyła na pistolet z czymś, co mogło być znużeniem… albo pogardą. Potem westchnęła cicho i wrzuciła go do torby, która zatrzęsła się od ciężaru. A potem kucnęła przy biurku. Sięgnęła pod nie i wyciągnęła broń.
    Przez moment po prostu na nią patrzyła. Jej dłoń zacisnęła się na zimnym metalu, a oczy lekko przymknęły. Westchnęła. Ciężko. Jakby czuła w tym wszystkim nie tylko gniew, ale i… bezsilność.
    — Pieprzyć to… — mruknęła i wrzuciła broń do torby, po czym zamknęła ją szybkim ruchem. Podniosła się i spojrzała na bladą jak ściana Sophię. Wywróciła oczami, znowu, ale już nie z pogardy. Z rezygnacją. Niechętnie podeszła do szafki przy barku, wyciągnęła z niej butelkę whisky, a potem bez pytania nalała dwie szklanki, do połowy, bo mniej uznała za zniewagę sytuacji. Przeszła do Sophii i wcisnęła jej szkło w dłoń z takim impetem, jakby to miało być lekarstwo. Nie szczędziła. Podeszła do Sophii, wcisnęła jej jedną z nich do ręki.
    — Masz, to ci pomoże… — Rzuciła krótko, nie patrząc jej w oczy. Sophia tylko uniosła wzrok na szklankę, na Jade a potem znów na szklankę i powoli odstawiła ją z powrotem na blat, Jade zatrzymała się. Zmarszczyła brwi, wzięła głęboki wdech i… spojrzała jej prosto w oczy. I wtedy coś jej zaświtało.

    OdpowiedzUsuń
  97. Jade patrzyła na nią przez moment. Milcząc. Mierząc ją wzrokiem… a potem nagle jej mina zamarła. Zmarszczyła brwi.
    — Ja pierdolę… — zaczęła cicho. I już wiedziała. Zadrżał jej kącik ust, a potem rozdziawiła lekko usta i sapnęła. — Jesteś w ciąży — wyszeptała. Nie zapytała. Stwierdziła. I przez chwilę, przez cholerną chwilę w tej burzy emocji, wyglądała, jakby to była najgorsza, a jednocześnie najbardziej oczywista rzecz, jaką mogła usłyszeć dzisiejszej nocy.
    — Kurwa, Carter… — mruknęła pod nosem, przecierając dłonią czoło, jakby próbowała zetrzeć z siebie napięcie, które rosło z każdą minutą.
    — No jasne. — Prychnęła z gorzkim uśmiechem, odchylając głowę w tył. — Stąd te całe zaręczyny. Kurwa, przecież to było jak z reklamy pierdolonych płatków śniadaniowych... — Zamilkła na moment, po czym napiła się ze swojej szklanki. Nie jednym łykiem. Dwoma, trzema, jakby próbowała zmyć z siebie gorycz, której nie dało się już ukryć.
    Patrzyła na Sophię dłużej niż wcześniej. I w tych oczach… było coś, co zdradzało, że mimo złości, mimo chęci trzymania dystansu… wcale nie była aż tak obojętna, jak próbowała udawać.
    — Odważna jesteś… albo głupia… Jedno z dwóch. — Zamilkła na chwilę. — To wszystko komplikuje. — Dodała cicho, bardziej do siebie niż do niej. — Dla ciebie. I dla niego. Mi wszystko jedno.
    Jade zapięła torbę szybkim, nerwowym ruchem i odstawiła ją na bok, jakby sama jej obecność w tej przestrzeni zaczynała ją już parzyć. Wciąż nie patrzyła na Sophię, jakby bała się, że jedno dłuższe spojrzenie wystarczy, by powiedzieć za dużo. Albo odwrotnie, żeby powiedzieć wszystko.
    Jade pokręciła głową z wyraźną dezaprobatą, jakby widok Sophii siedzącej tam tak blado, milcząco i roztrzęsiona, tylko ją dodatkowo irytował.
    — Ja pierdolę… — mruknęła pod nosem, po czym znów wzięła duży łyk whisky. Alkohol spłynął jej gardłem jak benzyna po suchej zapałce, ale nawet nie drgnęła. Odstawiła szklankę na blat z ciężkim stukiem i bez słowa podeszła do Sophii. Bez pytania zabrała jej szklankę whisky z dłoni, jakby z góry wiedziała, że i tak jej nie tknie, a potem sięgnęła po butelkę wody i wcisnęła ją jej do ręki.
    — Masz. Wodę. Przynajmniej to wypij, zanim się totalnie poskładasz — rzuciła twardo, choć bez jawnej złośliwości. Bardziej jak ktoś, kto przejmuje kontrolę, bo nikt inny nie potrafi tego teraz zrobić.
    — W twojej sytuacji to chyba nie czas się rozklejać, Soph…

    Jade

    OdpowiedzUsuń
  98. Jade podeszła do niej wolno, jakby oceniając stan, w jakim Sophia naprawdę się znajdowała, nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. Jej spojrzenie nie było już tak lodowate jak wcześniej, raczej twarde i pragmatyczne. Nie było tu miejsca na sentymenty.
    — I co, nie przeszkadza ci to? — rzuciła nagle, szorstko, bez zapowiedzi. — Nie wyglądasz na dziewczynę, która lubi facetów, którzy chowają broń pod biurkiem i trzymają w szufladzie imprezowy starter pack — rzuciła sucho, jakby bardziej do siebie niż do niej.
    Sophia nie odpowiedziała od razu, ale spojrzenie, które jej posłała, mówiło wystarczająco. Nie musiała tego lubić. Ale go kochała. I to wystarczyło. Jade tylko prychnęła pod nosem, jakby chciała powiedzieć twoja sprawa. Sama wróciła do pakowania, nie komentując więcej, przynajmniej przez chwilę.
    Gdy Sophia zapytała o miejsce, gdzie można by to wszystko ukryć, Jade przez chwilę milczała. W jej oczach błysnęło napięcie, jakby intensywnie analizowała możliwe wyjścia.
    — Coś wymyślę. Na razie nie panikuj. — powiedziała w końcu, sięgając znów do jednej z szuflad. — Nie wiadomo, czego od niego chcą. Może… może to o kogoś innego chodziło. Może tylko chcieli go przesłuchać… — urwała nagle, jakby ugryzła się w język. — Nieważne. Schowam to. Tak będzie lepiej. — Przez sekundę wyglądała, jakby żałowała, że w ogóle otworzyła usta. Zamknęła torbę gwałtownie i odsunęła ją na bok. Usiadła na krześle, z wyraźnym ciężarem na ramionach, którego już nie ukrywała.
    — Powiedział mi, że może zrobić się gorąco — rzuciła cicho. — Że powinnam wyjechać na jakiś czas. Miał nosa, jak zwykle — zamilkła na chwilę, kręcąc głową. — Dupek. Sam się do tej rady nie zastosował. Zwłaszcza teraz. W jego i twojej sytuacji.
    Jade parsknęła cicho, rozbawiona mimo wszystko tym komentarzem Sophii o wymiotowaniu. — Nawet kurwa o tym nie myśl — odparła, z nieudawanym uśmiechem, który pojawił się tylko na sekundę, ale wystarczył, by rozluźnić napięcie chociaż na moment. Obie wiedziały, że to nie był czas ani miejsce na rozczulanie się. Wciąż była w trybie akcji, ale nie była przecież z kamienia. A Sophia, z tymi swoimi ironicznymi odzywkami i bladością pod oczami, wyglądała tak… prawdziwie.
    Kiedy brunetka rzuciła, że nie wygląda na to, że jest ci obojętny, Jade tylko zacisnęła usta. Przez długą chwilę milczała, jakby chciała po prostu zostawić to bez odpowiedzi. Ale potem westchnęła cicho.
    — Znamy się długo — powiedziała w końcu. — Zależy mi na tym, żeby był szczęśliwy.
    Nie dodała tego, co wyraźnie wisiało w powietrzu. Że chciała, by był szczęśliwy z nią. Że przez długi czas znosiła jego fazy, dziewczyny, narkotyki i tę wieczną niepewność, licząc, że w końcu się wyszaleje, ogarnie i… wróci.
    Prawie się to wydarzyło. Prawie, kiedy rozstał się ze Sloane. Prawie, zanim pojawiła się Sophia. I Carter znów się jej wymknął z rąk.
    Zaśmiała się pod nosem. Krótko, gorzko, ale prawdziwie. Brzmiała, jakby sama nie wierzyła w to, co mówi.
    — Powinnaś się teraz chyba zastanowić, co zrobisz. Może… też powinnaś na jakiś czas zniknąć. Schować się. Carter chciałby, żebyś była bezpieczna.
    Jade zamknęła torbę i zapięła suwak jednym płynnym ruchem. Jej palce, mimo że nadal lekko drżały od adrenaliny, były zaskakująco sprawne. Rzuciła torbę na krzesło przy biurku i oparła dłonie na biodrach, jakby próbowała się zatrzymać. Zatrzymać w tym tempie, w którym jej myśli pędziły bez ładu i składu.

    OdpowiedzUsuń
  99. Popatrzyła na biurko, na wodę w dłoni Sophii, na rozsypane wcześniej papiery, które nie do końca udało się ułożyć z powrotem. A potem uniosła wzrok na nią.
    — Załatwię to — powiedziała stanowczo. — To nie pierwsza taka sytuacja, Soph. Chowałam już broń. I narkotyki. I opatrywałam mu rany postrzałowe — zerknęła na nią z powagą. — Poradzę sobie i teraz. A ty… też musisz sobie poradzić. Dla niego. I dla… waszego dziecka.
    To ostatnie powiedziała już łagodniej. I przez chwilę w ciszy spojrzały na siebie jak dwie kobiety, których życie zostało właśnie przewrócone do góry nogami. Każda z nich w inny sposób kochała tego samego mężczyznę. Ale tylko jedna z nich miała teraz coś, czego żadna inna już mieć nie mogła.
    — Nie wiem, co planujesz dalej — odezwała się po chwili ciszy, tym razem spokojniej, jakby już nie rzucała słów przez zęby. — Ale jeśli będziesz potrzebowała pomocy… możesz się do mnie odezwać.
    Brzmiało to tak, jakby ją samą zdziwiło, że to powiedziała. Że w ogóle złożyła jej taką ofertę.
    — Nie obiecuję, że będę miła — dodała po chwili z lekkim wzruszeniem ramion. — Ale jak będziesz potrzebować… to będę.
    Tylko nie dodała: bo on by tego chciał.
    Poprawiła włosy, które zsunęły się jej na twarz, splatając je niedbale w palcach. Ruch mechaniczny. Odruchowy. Jade rzadko robiła coś, czego nie przemyślała wcześniej. Zawsze kontrola, zawsze zimna kalkulacja. A teraz… to wszystko wymykało się z rąk. Nie tylko Carter, ale cały ten pieprzony świat, który przez lata nauczyła się ogarniać, na swój sposób. A teraz siedziała tu z jego narzeczoną. Z dziewczyną, która nie miała pojęcia, w co się wpakowała, ale mimo to… pomagała jej pakować dom torby broń i narkotyki. Nie uciekła.
    Przeniosła wzrok z powrotem na torbę. Na jej ciężar. Nie chodziło tylko o fizyczną wagę, ale o wszystko, co w niej było. O wszystkie sekrety, które przez lata zamiatali pod dywan. A teraz znów ktoś podniósł róg dywanu i wszystko wyleciało. Wzięła głębszy oddech. Wciąż nie mogła uwierzyć, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Że to nie był tylko zły sen. Że Carter naprawdę został zakuty w kajdanki, a ona… Ona znowu została z tym bałaganem.

    Jade

    OdpowiedzUsuń
  100. Jade spojrzała na Sophię, jakby przez chwilę naprawdę chciała jej odpowiedzieć szczerze na to pytanie o pokój, ten zaciemniony, który nie był przeznaczony dla gości, a o którym wspomniała. Ale po sekundzie już zdążyła schować te myśli za swoją chłodną, znudzoną miną.
    — Poza Carterem nikt nie ma tam dostępu — skłamała bez mrugnięcia okiem. — I nie trzyma tam nic wielkiego. Wszystko było tutaj.
    Nie była gotowa, by Sophii dawać mapę do tego, co naprawdę mogłoby się jeszcze ukrywać w tym klubie. W tym świecie. W tej cholernej sieci zależności, którą Carter sam stworzył. I którą teraz wszyscy musieli łatać, zanim ktoś pociągnie za nią z drugiej strony. Na pytanie o to, co Carter powiedział, zacisnęła usta. Skrzywiła się lekko, jakby właśnie się zorientowała, że puściła farbę.
    — Nieważne — rzuciła krótko. — To po prostu… ryzykowny biznes. I tyle.
    Jade nie odpowiedziała od razu. Wzrok przesunął się na szklankę whisky, jakby próbowała znaleźć słowa w tym, co zobaczy w szkle. Zacięła wargi, ale w końcu wypluła to z siebie, bo i tak już Sophia była za daleko w tym wszystkim.
    — Wszystko zaczęło się pierdolić od dnia, w którym tu przyszła — wycedziła. — Pokłócili się. Nie wiem, o co poszło, ale on… dawno nie widziałam go w takim stanie. Wściekły, porobiony. I tak najebany, że ledwo stał, a i tak wsiadł za kierownicę. Nikt nie mógł go zatrzymać. — Wzruszyła ramionami, jakby chciała zbyć to wszystko, ale emocje wciąż były żywe. — Od tamtego wieczoru wszystko zaczęło się jebać.
    Mówiła to bez wyrzutów, ale Sophia doskonale wiedziała, że ona w tym była. W tym wszystkim. Tak samo, jak i Sloane. I że Carter nie potrafił z nikim zbudować prostych relacji.
    — Nie chodzi o to, żebyś go zostawiła. — dodała po chwili Jade. — Ale musisz… zadbać o siebie. I o dziecko. Carter… on sobie poradzi. Ma od tego ludzi. Na pewno go wyciągną. — W jej tonie zabrzmiała pewność. Taka, której Sophia potrzebowała. Nawet jeśli była tylko zagraniem, maską, blefem, lepiej było w to wierzyć. Jade patrzyła na nią z boku. Widziała, jak trzyma się na resztkach siły. Jak próbuje nie pokazać, że pęka. Ale widziała też, to wszystko dla niej było nowe. Obce.
    Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła przez chwilę w przestrzeń, jakby ważyła w myślach każde możliwe słowo, jakie mogłaby teraz wypowiedzieć. Jej dłoń przesunęła się po kantach biurka, aż w końcu zacisnęła palce na szklance z whisky, która już dawno przestała być zimna. Zanim sięgnęła po kolejny łyk, wzruszyła tylko ramionami, lekko, niedbale, niemal obojętnie.
    — Nie wiem. — mruknęła. — To ty z nim mieszkasz. Powinnaś chyba wiedzieć, co macie w domu i w samochodzie. — Jade wzruszyła ramionami i z lekkim przekąsem prychnęła. — Witaj w świecie Cartera. — Odparła, ale nie było w tym jadu. Raczej stwierdzenie faktu.
    Ton jej głosu nie był złośliwy. Był chłodny, ale trzeźwy. Jade nie próbowała jej dogryźć, mówiła po prostu, jak było. Jakby przeszła już przez wystarczająco wiele takich sytuacji, żeby wiedzieć, co warto sprawdzać i kiedy. A potem sięgnęła w końcu po tę whisky, pociągnęła większy łyk niż powinna i przymknęła oczy, jakby ten gorzki smak miał na chwilę zresetować jej myśli. Kiedy spojrzała znów na Sophię, w jej spojrzeniu było coś miększego. Może nawet… współczucie? Zmęczenie na pewno.

    OdpowiedzUsuń
  101. Jade spojrzała na nią. I w tym spojrzeniu było więcej, niż Sophia mogłaby się spodziewać. Współczucie? Może. Zmęczenie? Na pewno. Ale nie było tam złośliwości.
    — To nie moja sprawa. — powiedziała chłodno. Bez uśmiechu. — Nikt się ode mnie nie dowie — dodała ciszej, spokojniej, patrząc Sophii prosto w oczy. I tego można było być pewnym. Bo jeśli Jade coś umiała, to trzymać język za zębami. Szczególnie jeśli chodziło o sprawy, które naprawdę miały znaczenie. Wstała powoli, sięgając po czarną torbę i zapięła ją porządnie. Nie patrzyła już na zawartość. Zapięcie było jak kropka na końcu zdania. Potem oparła się biodrem o biurko i przez dłuższą chwilę po prostu milczała. Przeglądała w głowie wszystko to, co powinny jeszcze zrobić. Gdzie zadzwonić. Jak to zabezpieczyć. Kogo zaangażować. I co, do cholery, powiedzieć ludziom, którzy zaczną zadawać pytania.
    — Idź do domu… Odpocznij — rzuciła a potem, bez zastanowienia zapisała jej na kartce swój numer. — W razie czego zadzwoń. — Spojrzała jeszcze raz na Sophię. Przez dłuższą chwilę. Inaczej niż wcześniej. Jakby pierwszy raz widziała ją nie jako narzeczoną Cartera, nie jako dziewczynę, która zastąpiła ją w życiu faceta, na którego czekała… tylko jako dziewczynę, która naprawdę się teraz boi.

    Jade

    OdpowiedzUsuń
  102. Carter nie pamiętał, jak otworzył drzwi. Dłoń sama odnalazła kod, jakby jego ciało działało mechanicznie, a głowa była zupełnie gdzie indziej. W środku panowała ciemność, jedyne światło wpadało od strony tarasu, gdzie świat odbijał się od śniegu i czarnych szyb. Cicho. Zbyt cicho. Jedyne co usłyszał, to szurnięcie pazurów i miękkie popiskiwanie Gigi, która jakby wyczuwając go szybciej niż ktokolwiek inny ruszyła w jego stronę z merdającym ogonem i entuzjazmem, jakiego nie czuł od dawna.
    Kucnął, pozwalając się jej obskoczyć. Przytulił pysk psa do swojej szyi, a w oczach, które zawsze były spokojne i pewne, teraz czaiło się coś innego. Coś, czego dawno w nim nie było: zmęczenie. Głębokie, fizyczne, ale przede wszystkim, emocjonalne. Jakby coś w nim się zsunęło, jakby spadł z wysokości, z której sądził, że już się nie da spaść.
    Wstał powoli. Ciężko. Jak człowiek, który przez dwa dni nie miał łóżka, nie miał ubrania na zmianę, ani jednej minuty na to, żeby cokolwiek przemyśleć bez obecności kogoś obcego. Spojrzał w głąb mieszkania. W mroku rozpoznał ją od razu. Siedziała na kanapie. Nieruchoma. W tym samym płaszczu, z którego jeszcze nie zdjęła śniegu. Gigi została za nim, ale on nie zrobił ani kroku bliżej. Stał przy drzwiach jak ktoś, kto wrócił do miejsca, do którego sam nie wie, czy wciąż ma prawo wracać.
    Wydawało się absurdalne, że po wszystkim, co się wydarzyło, jedyne, co miał do pokazania, to ślady zmęczenia i powyciągane ubrania. W jego spojrzeniu nie było błagania. Nie było też buty, jaką nosił zawsze. Była tylko ta… głucha, głęboka niepewność. Był zmarznięty bo z klubu zabrali do tak jak stał, w samym T-shircie. Na rękach miał widoczne obtarcia, ślady po szarpaninie na betonowej podłodze. Plecy miał posiniaczone on wbijającego się w nie kolana agenta. Podniósł głowę i ich spojrzenia się spotkały.
    — Jestem — powiedział cicho. To nie było powitanie. To było wyznanie. Jakby mówił: Wiem, że nie wiesz, kim wróciłem, ale… wróciłem.
    Nie wiedział, od czego zacząć. Mógł mówić o aresztowaniu, o agentach, o tym, jak bardzo sytuacja wymknęła się spod kontroli, ale nic nie miałoby znaczenia, dopóki ona patrzyła na niego tak, jak teraz. Jakby nie była pewna, czy chce go słuchać. Jakby cały jego ciężar, który przez lata nosił z nonszalancją, nagle zaczął się odbijać na niej.
    Podszedł w końcu, bez słowa. Usiadł na skraju kanapy, blisko, ale nie zbyt blisko. Cisza była gęsta jak kurz po wybuchu. Jej ramiona, zaciśnięte na klatce piersiowej, jej dłonie, schowane pod płaszczem, jakby nawet one nie chciały go teraz dotknąć.
    — Jak się czujesz? — zapytał cicho. — Wszystko… wszystko w porządku?
    Jego głos zadrżał, ale nie od zmęczenia. Od ostrożności. Jakby zbliżał się do zwierzęcia, które jeszcze niedawno ufało mu bezwarunkowo, a dziś mogło ugryźć, jeśli podejdzie za blisko. Nie odpowiedziała. Nawet na niego nie spojrzała. Jej oddech był równy, zbyt równy, jakby cały czas próbowała nie pęknąć. Palce jej drgnęły, ale nie ruszyła się ani o milimetr.
    — Soph… — powiedział, sięgając do niej dłonią. Nie gwałtownie. Nie nachalnie. Po prostu… z przyzwyczajenia. Z tęsknoty. Ale wtedy ona się odsunęła. Milimetr. Centymetr. Wystarczająco, by dać mu do zrozumienia, że to, co między nimi istniało… przynajmniej na tę chwilę, nie było już takie samo.
    Sophia nie uniosła głosu. Nie rzuciła niczego ostrego.

    OdpowiedzUsuń
  103. To właśnie to zabolało go bardziej niż jakiekolwiek „wypierdalaj”. To cisza między nimi była najgłośniejszym oskarżeniem. Serce ścisnęło mu się w piersi, jakby coś zassało powietrze ze środka.
    — Powiedz coś… — powiedziała, cicho, bez spojrzenia w jego stronę. — Tylko nie mów, że nie wiesz, o czym mówię. Przesunął dłonią po twarzy. Cicho westchnął. Był gotów na krzyk. Na złość. Na łzy. Ale nie na to. Nie na to obojętne wycofanie, jakby już mu nie ufała.
    — Wiem, że nic, co powiem, nie wystarczy — odezwał się znów, niższym, zduszonym głosem. — Nie planowałem, żeby tak to wyglądało. Nie… nie tej nocy. Nie kiedykolwiek.
    Zawahał się. Potarł kark, jakby chciał z siebie coś zrzucić. Spojrzał na jej profil. Na to, jak bardzo się zmieniła. Była wciąż piękna, wciąż jego… ale inna. Coś w niej się zamknęło. A może… otworzyło na coś, czego on nie był pewien, czy może udźwignąć.
    Przełknął ślinę. Dłonie zacisnął w pięści. To była najtrudniejsza rozmowa w jego życiu. I jeszcze się nie zaczęła. Cisza między nimi zadrżała.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  104. Słuchał jej w ciszy. Nie przerywał, nie bronił się, nie zadawał pytań. Tylko przytaknął. Głową, która nagle wydawała się zbyt ciężka. Wszystko, co powiedziała, utkwiło w nim ostrym, cichym echem. Nie w słowach, ale w tym, jak je wypowiedziała. W tym, jak już nie brzmiała jak ona. A może po prostu dopiero teraz słyszał ją bez filtrów, bez emocji, bez nadziei. Niby wszystko było na swoim miejscu, wrócił, był obok, oddychał, patrzył na nią, a jednak coś wyraźnie się przesunęło. Tak jakby punkt, do którego mieli razem dojść, przesunął się gdzieś poza zasięg.
    To było znajome uczucie. Jak wbijanie gwoździ w ściany domu, który właśnie się wali. Jakby próbował coś naprawiać, zanim jeszcze zdoła zrozumieć, co właściwie się zepsuło. Zamrugał powoli i wziął głęboki oddech. Na nadgarstkach nadal czuł odparzenie metalu, echo momentu, w którym jego wolność została zatrzaśnięta w zimnym kliknięciu.
    Czuł się… dziwnie pusty i jednocześnie przeciążony. Jak po wypadku, z którego wyszedł o własnych siłach, ale dopiero po czasie dociera, że coś w środku pękło. Kajdanki zostawiły ślad nie tylko na nadgarstkach. Zostawiły go w głowie. W spojrzeniu Sophii. W tym, jak na niego patrzyła, nie z gniewem, nawet nie z pretensją, ale z czymś znacznie gorszym. Z dystansem. Z ostrożnością. Z pytaniem, którego jeszcze nie zadała.
    Kiedy powiedziała: „Idź weź gorący prysznic”, nie był pewien, czym to właściwie było. Rozkazem. Troską. Błaganiem o przestrzeń, o chwilę ciszy, w której nie będzie musiała na niego patrzeć.
    Może wszystkim naraz.
    — Nic mi nie zrobili — odezwał się w końcu, zanim zdążyła się całkiem odwrócić. Głos miał niski, zmęczony. — To tylko… obtarcia.
    Patrzył na nią chwilę w milczeniu, jakby próbował odczytać, co naprawdę kryje się za tym jednym zdaniem. Jakby szukał luki, przez którą mógłby się przecisnąć z wyjaśnieniem, które brzmiałoby wystarczająco dobrze.
    Uniósł lekko nadgarstki, jakby chciał zademonstrować te ślady, ale zrezygnował. — Przyszli tylko… porozmawiać. Ale sytuacja… wymknęła się spod kontroli. — Zawahał się. — Sięgałem po klucz do biura. Myśleli, że to… —
    Urwał. Nie dokończył. Bo po co? I tak wiedziała. Albo przynajmniej się domyślała. Spojrzał na nią uważnie, jakby chciał dodać coś jeszcze, ale jej spojrzenie go zatrzymało. Ciche. Twarde. Nieobecne. Nie teraz.
    Wstał. Wciąż z wahaniem. Jakby bał się, że każdy ruch może być tym o jeden za dużo. Słowa nie przychodziły. Bo wszystko, co chciał powiedzieć, brzmiało głupio. Puste. Za późne. Zatrzymał się w miejscu. Spojrzał na nią z ukosa, jakby próbował odczytać między słowami coś, czego nie powiedziała.
    Nie była obojętna. Nie ona. Nie naprawdę. Widział jej oczy. I widział, że jej serce wciąż na niego reaguje, nawet jeśli wszystko inne w niej próbowało się od niego odciąć.
    — Nie jestem głodny — mruknął. Ale nie w tonie sprzeciwu. Raczej… zmęczenia. Porażki. I tak niczego by nie przełknął. Już miał odejść, ale zatrzymał się.
    — Soph.
    Odwróciła się do niego. A on nachylił się powoli i pocałował ją w czoło. Tak delikatnie, jakby bał się, że wszystko się rozpadnie od tego jednego dotyku. Nie dodał nic więcej. Odwrócił się i poszedł.
    Prysznic nie zmył z niego wszystkiego. Ale przynajmniej spróbował. Carter stał bez ruchu pod strumieniem gorącej wody, który spływał po jego karku, plecach, barkach, ale ciało miał wciąż spięte. Jakby mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Jakby wciąż czekały na kolejny rozkaz, kolejny strzał, kolejny gest obrony. Pochylił się do przodu, opierając dłonie o chłodną ścianę kabiny. Para osiadła na szkle, zasłaniając go przed resztą świata, choć przecież i tak był sam. Woda płynęła, gorąca i nieubłagana, ale żaden brud nie znikał z jego myśli. Wciąż widział jej twarz, tam, na korytarzu. Zamarłą. Zamarzniętą. Nie wiedział, czy bardziej bolał go zimny beton pod policzkiem, czy ten wzrok Sophii, gdy widziała go w kajdankach. W tym pieprzonym, bezsilnym stanie, którego nienawidził.
    Walczył. Z myślami. Z sobą. Z tym wszystkim, co przyniósł do jej życia i czego nie mógł już zabrać.

    OdpowiedzUsuń
  105. Sięgnął po żel, nie czując nawet zapachu. Mył się mechanicznie. Jakby próbował coś z siebie zdrapać. Jakby sam siebie nie poznawał. To nie tak miało wyglądać. Nie jej świat. Nie ich historia. A jednak, stała się ich codziennością. Zamknął oczy, zaciągnął się powietrzem i dopiero po długiej chwili zakręcił wodę.
    Zszedł na dół w milczeniu. Włosy wciąż miał mokre, krople spływały po karku. Zatrzymał się na schodach. Stała przy kuchennym blacie, w jednej dłoni kubek, w drugiej łyżeczka. Mieszała herbatę, ale jej ruchy były nieobecne. Jakby też walczyła z własnym wnętrzem. Jakby każda czynność była tylko zasłoną. Cicho zszedł ostatnie stopnie, nie mówiąc nic. Zbliżył się. Otulił jej talię przedramionami. Przylgnął do jej pleców nagim, wilgotnym torsem. Schował twarz w zagłębieniu jej szyi. Zaciągnął się znajomym zapachem. Zamknął oczy.
    — Przepraszam, że musiałaś to oglądać… — wyszeptał ledwie słyszalnie. Nawet nie jako pytanie. Bardziej jak imię, którego bał się stracić. Jak kotwicę, która trzymała go na powierzchni. W jego dotyku nie było presji. Tylko zmęczenie. Tylko prośba o chwilę ciszy, która nie będzie karą. I może o to, żeby choć przez sekundę, ona nadal była domem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  106. Carter stał za nią w ciszy, tuląc ją do siebie jak człowiek, który właśnie wrócił z wojny. Nie takiej, w której strzelają, ale takiej, w której każde wspomnienie, każdy krok i każda decyzja mogą kosztować więcej, niż się ma do oddania. Miał czoło przyciśnięte do jej szyi, jakby tylko w tym miejscu potrafił jeszcze oddychać. Kiedy poczuł jej dłonie na swoich przedramionach, coś w nim drgnęło. Mały, cichy impuls. Jak odruchowy skurcz serca po długiej bezczynności. Nie odsunęła się. Nie warknęła. Nie zamarła. Położyła dłonie. Po prostu.
    Jej głos, cichy i urywany, wybrzmiał w jego klatce jak echo z innego życia. Jakby Sophia mówiła do niego przez mgłę, przez wodę, przez ścianę zbudowaną z tych wszystkich spraw, o których jej nie powiedział.
    „Mówiłeś, że tego nie zaplanowałeś…”
    Przymknął oczy. Poczuł, jak coś w nim osiada. Gęsto. Ciężko. I boleśnie znajomo. Miała rację. Nie planował. Ale nie zmieniało to faktu, że jej świat się wtedy zawalił. Otworzył usta, ale z początku nie padły żadne słowa. Tylko wdech, głęboki, wymuszony. Chciał jej coś powiedzieć. Coś, co nie zabrzmiałoby jak kolejne gładkie kłamstwo, ani jak połowiczna prawda, która miała ją zatrzymać tylko po to, by znów mógł trzymać ją przy sobie.
    Ale w tej chwili nie umiał walczyć o nią słowami. Nie miał już żadnych do zaoferowania. A potem zadała to pytanie.
    „Więc… teraz co się stanie?”
    Zacisnął lekko ramiona wokół niej, ale nie za mocno. Jakby chciał, żeby go jeszcze czuła. Żeby to, co miał do powiedzenia, nie było tylko suchym ciągiem głosek. Ale żeby było czymś więcej. Oparł brodę na jej ramieniu. I odpowiedział cicho, tak, jakby bał się, że jego głos rozpadnie się w powietrzu.
    — Wiem, że się martwiłaś — powiedział w końcu cicho, nie udając, że nie. —  I że nie powinnaś musieć przez to przechodzić. Nigdy.
    Zacisnął lekko palce na jej talii. Nie po to, żeby ją zatrzymać, tylko… żeby jeszcze chwilę być blisko. Nie próbował się wybielać. Nie tłumaczył. Nie robił z siebie ofiary. Był zbyt świadomy, że wszystko to, czego dotykali teraz, było zbudowane z kłamstw, przemilczeń, brudnych transakcji, niedopowiedzianych nocy i nieodebranych telefonów. Wiedział, że ją zawiódł. Nie tylko jako mężczyzna. Jako człowiek.
    Zamknął oczy, wtulając twarz mocniej w jej kark. Chciał ją poczuć. Jeszcze raz. Zapamiętać. Utrwalić ciepło jej skóry, bo nie był pewien, ile jeszcze mu go zostanie. Carter trwał przez chwilę w ciszy, ale czuł jej oddech, płytki, zbyt szybki. Czuł też własny puls, ciężki jak bębny wojenne i równie niepokojący.
    Wiedział, że to nie był czas na obietnice, których nie był w stanie spełnić. Ale też wiedział, że jeśli teraz nic nie powie, jeśli jej nie powie czegokolwiek, to zostanie mu tylko milczenie. A ono już nie wystarczy.
    — Chciałbym ci to jakoś wynagrodzić. Wszystko. — Westchnął, głęboko, zmęczony do szpiku kości. Brzmiał szczerze. Bezpiecznie powściągliwie. Ale każde słowo byłoby niczym, gdyby nie to jedno, które dodał po chwili.
    — Myślałem… że może wyjedziemy — powiedział tak, jakby sam ledwo wierzył, że to mówi. — Na chwilę. Na tydzień. Dwa. Może do São Paulo. Albo gdziekolwiek, żebyśmy mogli… — Zatrzymał się. Język uwiązł mu na podniebieniu, ale zmusił się, by dokończyć. — Żebyśmy mogli po prostu być. Bez telefonów. Bez ludzi. Bez tego wszystkiego.
    Zamilkł. Przesunął dłonią po jej brzuchu, delikatnie, z wyczuciem, jakby bał się, że samym dotykiem mógłby ją zranić. Albo ich. Ją i dziecko.
    Czuł, jak jego dłoń drży.
    — Zależy mi, motylku — powiedział w końcu. — I na tobie. I na naszym dziecku.

    OdpowiedzUsuń
  107. Odsunął się na milimetr. Tyle, by mogła się obrócić, jeśli chciała. To było najbliżej, jak potrafił dojść do słowa przepraszam. Ale nie kajał się. Nie błagał. Stał tam za nią, zmęczony, z duszą jak otwarta rana i sercem na dłoni. I z cichą nadzieją, że może, jeśli będzie wystarczająco blisko, to jeszcze przez moment będzie mogła wierzyć, że jej Carter istnieje. Że to nie wszystko kłamstwo. Że coś z nich… wciąż się trzyma.
    — Mogę tylko powiedzieć, że zrobię wszystko, co mogę… żeby już nigdy nie doszło do czegoś takiego.
    Jego palce przesunęły się wyżej, ledwie wyczuwalnym gestem. Nie nachalnie. Nie błagalnie. Ale z czymś, co mogła odczytać, jeśli chciała, jako próbę, by jeszcze raz dotknąć tego miejsca, gdzie mieli wspólną przyszłość. Miała pełne prawo to odrzucić. Ale jeśli choć część niej jeszcze chciała uwierzyć… to właśnie teraz dostała ten moment. Cichy. Ludzki. Z jego szeptem na skórze i sercem bijącym z tyłu, z każdą chwilą coraz szybciej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  108. Carter pamiętał doskonale, jak jeszcze na początku ich związku Sophia postawiła granicę. Wyraźnie, stanowczo, choć z tą miękkością, którą miał tylko ona. Powiedziała, że nie chce znać jego najciemniejszych stron. Że nie potrzebuje szczegółów. Nie chce wiedzieć, z kim wcześniej pracował, co robił, jak to wyglądało naprawdę. Chciała jego, tego, którego miała teraz. Obecnego. Czułego. I kochającego. A on… On nie zamierzał jej przekonywać, że lepiej wiedzieć. Że lepiej znać go całego. Nie. Zbudował mur. Całkiem logiczny, prosty: skoro nie chce znać prawdy, nie będę jej mówić. Nie będzie się spowiadał. Nie będzie opowiadał o tym, co zostawił za sobą, nawet jeśli to „za sobą” nigdy naprawdę nie zniknęło. Nie drążyła. On nie tłumaczył. I to działało. Przynajmniej przez jakiś czas. Przynajmniej do dziś.
    Kiedy wspomniała o Jade, jego ciało instynktownie się spięło. Zacisnął zęby, powieki opadły mu na moment, jakby próbował utrzymać pod kontrolą coś, co właśnie chciało wymknąć się spod skóry. Zastanawiał się, co jeszcze Jade jej powiedziała. Dlaczego w ogóle to poruszyła. Dlaczego nie zamknęła tego między nimi.
    Odetchnął głęboko. Nie chciał, by to się między nimi rozegrało właśnie w ten sposób. Zbliżył się jeszcze bardziej, muskając ustami jej szyję, cicho, bez nacisku, potem policzek. Jakby próbował ją przeprosić, zanim wypowie cokolwiek. Jakby chciał zabrać choć odrobinę tego ciężaru, który dźwigała.
    — Moglibyśmy wyjechać razem — powiedział w końcu. — Nie na wakacje. Na jakiś czas. Tyle, ile trzeba. Po prostu… żebyśmy mogli odetchnąć.
    Ale nie był pewien, czy to wystarczy. Bo kiedy znów się odezwała, słowa były jak ukłucie igły prosto w to, co jeszcze miał w sobie miękkiego.
    Zamarł. Zatrzymał się na sekundę, jakby ktoś go uderzył. A może raczej, obudził. I kiedy cicho nabrał powietrza, wstrzymał je, jakby w tej jednej chwili ważyło się wszystko.
    — Co masz na myśli? — zapytał w końcu. Powoli. Ostrożnie. Spojrzał na nią, nie odwracając wzroku. — Jestem tutaj. — Rozłożył dłonie, jakby chciał pokazać, że nie ma nic do ukrycia. Że stoi przed nią, bez żadnych zasłon, broni, maski. — Nie zamknęli mnie. Nie ma żadnych zarzutów. Gdyby nie… to nieporozumienie… po prostu porozmawialiby ze mną w klubie i wyszli. Przełknął ślinę, czuł, jak napięcie wraca do jego karku, jakby mięśnie nie mogły już więcej unieść. — Rozumiem, że się przestraszyłaś, ale… nic mi nie grozi. Jestem tu.
    Zamilkł. Zobaczył jej twarz. Oczy. I zrozumiał. Ona już wie, albo prawie wie. I nie pyta, bo nie ufa. Nie ufa, bo wie, że kłamał. A może… przemilczał za długo. Nie wiedział, że walizka już czeka. Nie wiedział, że ma ją przygotowaną od wczoraj. Gdy odwróciła się w jego stronę, przez chwilę patrzył na nią tylko w ciszy. Jakby zobaczył ją pierwszy raz. Dłonie uniósł do jej twarzy, delikatnie, z ostrożnością, jakby bał się, że mu zniknie, jeśli poruszy się zbyt gwałtownie.
    — Nie chodziło o paczkę — odpowiedział cicho, ale z ciężarem, który nie znikał z jego głosu. Zbliżył się do niej jeszcze bardziej. Uniósł dłonie, powoli, jakby dotykał czegoś kruchego. Jakby miała rozpaść się pod jego opuszkami. Jego palce objęły jej policzki, kciuki delikatnie gładziły jej skórę. W jego oczach była cisza. Prawdziwa, długa, cierpliwa.
    — Pytali o ludzi, z którymi kiedyś… przecinały mi się drogi. Pokazywali zdjęcia. Próbowali dopasować twarze do nazwisk, do ksywek. Szukali powiązań. Grzebali w o rzeszłości, która… — Zawahał się. — Która już dawno powinna zostać za mną. Ale wciąż mnie dopada.
    Przerwał, nie spuszczając wzroku z jej oczu.
    — Sophia… Proszę.
    Głos mu zadrżał. Nie jak u chłopaka, który się boi. Ale jak u mężczyzny, który wie, że zaraz może stracić wszystko. Zbliżył się jeszcze bardziej. Ich czoła prawie się stykały.
    — Nie patrz tak na mnie… —  Wiedział, że to może być za późno. Ale musiał spróbować. Dla niej. Dla siebie. Dla dziecka, które jeszcze nie miało szansy go poznać. — Nie jestem człowiekiem, którym chciałbym być, Soph. Ale… dla ciebie próbuję. Każdego dnia. Od kiedy cię poznałem.

    OdpowiedzUsuń
  109. Carter milczał przez chwilę, jakby sam musiał ułożyć sobie w głowie to, co właśnie powiedział. To, co powiedział w końcu naprawdę. Jego kciuki wciąż poruszały się po jej policzkach, niemal nieświadomie, uspokajając ją… a może samego siebie.
    — Potrzebuję tylko jeszcze trochę czasu — wyszeptał. Cicho. Prawdziwie.
    Głos miał nieco niższy niż zwykle, chropawy, jakby słowa z trudem przechodziły mu przez gardło. Ale nie przestawał patrzeć jej w oczy.
    — Żeby to wszystko zamknąć. Oczyścić. Oddzielić to, kim byłem… od tego, kim chcę być. Dla ciebie. — Zawahał się. — Dla was.
    Nie musiał dotykać jej brzucha, by to powiedzieć. Nie musiał mówić “dziecko”, nie musiał udawać czułości, która była przecież prawdziwa. Wszystko mieściło się w tym jednym słowie, wypowiedzianym z ciężarem i ostrożnością, jakby bał się, że nie ma do niego prawa. Zbliżył się, delikatnie opierając swoje czoło o jej. Ich oddechy mieszały się cicho w napiętym milczeniu.
    — Proszę, księżniczko… Daj mi jeszcze trochę czasu i wszystko poukładam.
    Zamknął oczy, jakby właśnie na to jedno słowo, czas, postawił wszystko, co miał. Jakby w tym ostatnim geście, prawdziwym, prostym i nagim z dumy – oddawał jej całą kontrolę. Bo może wreszcie zrozumiał, że nie wszystko zależy od niego. Że jeśli naprawdę chce walczyć o ich przyszłość… musi jej ją dać najpierw do ręki. Nie do obietnic. Nie do łóżka. Cisza między nimi była ciężka. Wypełniona wszystkim tym, czego nie powiedzieli wcześniej. Ale Carter się nie cofnął.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  110. Carter drgnął, jakby jej słowa fizycznie w niego uderzyły. — Soph, jaka ucieczka… — odezwał się od razu, zbyt szybko, zbyt nerwowo. — To nie… Nie o to chodzi... — Ale nawet on słyszał, jak pusto to brzmi. Jak obrona, a nie prawda. — Nie ma żadnych innych dziewczyn. Co ty w ogóle mówisz? — Zacisnął zęby. Oczy mu pociemniały, a w spojrzeniu pojawiło się coś, czego rzadko jej pokazywał, strach. Nie przed FBI. Nie przed konsekwencjami. Przed tym, że właśnie ją traci. Kiedy spytała „na ile” jest, coś w nim pękło. Nie spektakularnie. Cicho. Jak źle ustawiona kość, która od dawna bolała, ale dopiero teraz została poruszona.
    — Na ile? — powtórzył głucho. — Na zawsze, Sophia. Przecież… pamiętasz? Tak mówiliśmy. Na zawsze.
    Gdy zaczęła mówić o tym, że to nie przeszłość, tylko teraźniejszość, nie zaprzeczył od razu. To było najgorsze. Zawieszenie. Ta jedna sekunda ciszy, która mówiła więcej niż tysiąc słów. Kiedy zapytała wprost, czy im powiedział… odsunął się od niej. Nie dlatego, że chciał uciec. Dlatego, że zabrakło mu powietrza. Złapał się obiema rękami za głowę, palce wbił we włosy, potem przeciągnął dłonią po karku, jakby próbował zetrzeć z siebie napięcie. Zrobił kilka kroków po salonie, bosymi stopami po zimnej podłodze.
    — To nie jest takie proste — powiedział w końcu, odwrócony do niej plecami. — To nie jest czarno‑białe. — Odwrócił się z powrotem. Jego twarz była zmęczona. Prawdziwie zmęczona. Bez maski. — Nie możesz powiedzieć wszystkiego, bo wtedy… wtedy to się nie kończy. A jak mówisz za mało, to myślą, że kłamiesz. Każdy ruch jest zły. Każde słowo.
    Kiedy ujęła jego dłonie i zatrzymała je przy sobie, spojrzał na nią jak na ostatnią deskę ratunku.
    — Uwierz mi. Proszę — wyszeptał. Ale gdy zaczęła wyliczać, jego zniknięcia, nocne powroty, stan, w jakim wracał, to, co musiała zrobić, kiedy go zabrali, coś w nim naprawdę się złamało. Nie podniósł głosu. Wręcz przeciwnie. Jakby cały ciężar opadł mu na ramiona.
    — Bo tak będzie… — powiedział cicho, uparcie, niemal rozpaczliwie. — Wszystko się ułoży. Ja to poukładam. Zamknę. Odkręcę. Zrobię, co trzeba.
    Podszedł bliżej, ostrożnie, jakby bał się, że jeden gwałtowny ruch ją spłoszy.
    — Nie mówię tego, żebyś zapomniała. Mówię, bo… — głos mu się załamał na ułamek sekundy. — Bo nie wyobrażam sobie, że ciebie tu nie będzie. Że nas tu nie będzie.
    Patrzył na nią z tą swoją desperacką wiarą, która kiedyś wystarczała jej za wszystko. — Daj mi czas. Nie słowa. Czas. A zobaczysz, że to się skończy. Że będziemy mieli normalne życie.
    Nie wiedział jeszcze, że tym razem sama obietnica już nie wystarczy. Ale wciąż wierzył. I to właśnie było w nim najbardziej przerażające i najbardziej ludzkie.
    Carter zamarł na ułamek sekundy, jakby jej słowa dotarły do niego dopiero teraz, całym ciężarem naraz. Najpierw była nadzieja. Prawdziwa. Surowa. Taka, która rozświetliła mu oczy, kiedy powiedziała, że da mu czas. Chwycił jej dłoń niemal odruchowo, przycisnął do ust, pocałował jej palce jeden po drugim, jakby to był gest pieczętujący coś, co właśnie udało mu się ocalić. Ale im dłużej mówiła, im więcej warunków padało, im wyraźniej brzmiało to jak pożegnanie, a nie próba… tym bardziej to światło w nim gasło. Patrzył na nią tak, jakby nagle grunt usuwał mu się spod nóg. Jakby ktoś właśnie wyjął z jego rąk jedyną rzecz, która trzymała go w pionie.
    — Soph… — zaczął cicho, a potem przerwał, bo głos mu się złamał. Przełknął ślinę, zacisnął szczękę. — Nie mów tak.
    Potem sięgnął do jej twarzy, znów, jego dłonie objęły jej policzki jak coś kruchego, delikatnego, wartego ratowania. Patrzył w jej oczy… i nie widział w nich tego, czego się spodziewał. Nie było tam pewności. Nie było też już zaufania. Szukał w jej oczach czegokolwiek. Jednego pęknięcia. Jednego znaku, że jeszcze może ją zatrzymać.
    — Ja chcę tej rodziny. Z tobą. Z naszym dzieckiem — powiedział szybciej, nerwowo, jakby bał się, że jeśli nie wypowie tego teraz, straci ostatnią szansę. — Nie „może”. Nie „kiedyś”. Teraz. Zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  111. Kolejne zdania trafiały go coraz głębiej i boleśnjen.
    “Wezmę radę Jade i wyjdę na jakiś czas.”
    “Nie będziesz się ze mną kontaktował.”
    “Do czerwca.”
    Carter cofnął się o krok. Potem jeszcze jeden. Przejechał dłonią po karku, wplótł palce we włosy, oddychając ciężej. Na początku nie zrozumiał. Jej głos był zbyt łagodny. Zbyt miękki, jak na wyrok, który właśnie mu czytała.
    A potem usłyszał resztę. Każde zdanie, jakby mu coś z ciała wycinało. Z każdą kolejną sylabą jego spojrzenie gasło. Ramię opadło powoli. Palce zsunęły się z jej skóry.
    — Nie kontaktować się…? — powtórzył, jakby to słowo było w obcym języku. — Jak ty to sobie wyobrażasz? Że po prostu… znikniesz? A ja mam tu siedzieć i udawać, że ciebie nie ma?
    Zrobił pół kroku w tył, jakby instynktownie próbował się bronić, przed czym, sam nie wiedział. Szukał w jej twarzy czegokolwiek, czegokolwiek, co mógłby uchwycić. Ułamek zawahania. Jedno spojrzenie, które dałoby mu powód, by się nie rozpaść. Ale Sophia patrzyła już gdzieś poza niego. Jakby odcinała się jeszcze zanim odeszła.
    — Sophia… — wyszeptał, ale głos mu się załamał. —  Przecież… jak? — Zrobił krok w jej stronę. I zaraz kolejny. — Nie chcę bez ciebie. Bez was. — Tonął. A ona była jedynym brzegiem.
    — Zrobię wszystko. Przysięgam. — Głos miał już urwany, gardło ściśnięte. — Przestanę brać. Rzucę to gówno. Nie dotknę już nawet kieliszka. Oddam wszystko, co mam. Zamknę ten rozdział, jeśli tylko ty… jeśli zostaniesz.
    Wyciągnął do niej ręce, ale już nie dotykał. Nie teraz. Tylko stał naprzeciw niej, nagi, bezbronny, prawdziwy. Taki, jakiego nie widziała nigdy.
    — Zostawisz mnie teraz? W tym momencie? Kiedy po raz pierwszy naprawdę… próbuję wszystko poskładać? — Jego spojrzenie było błagalne. — Nie zabieraj mi tego.
    Wciąż miał na ustach jej imię. Wciąż miał na dłoniach ciepło jej skóry. I tracił ją. W każdej sekundzie, coraz bardziej.
    Pokręcił głową, gwałtownie, jakby chciał strząsnąć samą myśl.
    — Ja nie dam rady bez ciebie. Nie chcę bez ciebie — wyrzucił z siebie. To nie brzmiało jak manipulacja. Brzmiało jak strach. — Ty jesteś jedyną rzeczą, która trzyma mnie przy ziemi, Soph. Jedyną.
    Podszedł do niej znowu, bliżej, zbyt blisko, ale nie dotknął od razu. Jakby bał się, że jeśli to zrobi, ona naprawdę odejdzie. Stał przed nią obnażony z pewności siebie, z planów, z kontroli. Bez tej wersji Cartera, którą znał świat.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  112. Carter nie był w stanie nic powiedzieć. Nie od razu. Stał w miejscu, jakby właśnie przeszedł przez środek pożaru, dym w płucach, skóra paląca od środka, oczy, które nie potrafiły już znaleźć punktu zaczepienia. Jej słowa docierały do niego falami. Każde jedno, jakby ktoś wbijał mu ostrze między żebra, powoli, świadomie. A on… nie miał jak się obronić. Ona mówiła prawdę. Każda litera, każde zdanie były prawdą. Cholernie niewygodną, trudną, bolesną, ale prawdą. I najgorsze było to, że nie miał jak się bronić, bo przecież wszystko, o czym mówiła, sam pozwolił zbudować. Kłamstwo po kłamstwie. Przemilczenie po przemilczeniu. Proszek po proszku, uśmiech po uśmiechu, wszystko, co udawał, że trzyma pod kontrolą, właśnie mu się rozsypywało. W jej oczach, w jej głosie, w tym, jak patrzyła, a raczej… już na niego nie patrzyła.
    Zaprzeczył od razu. Zbyt szybko. Zbyt gwałtownie, jakby to jedno zdanie było ostatnią deską ratunku.
    — Nie było żadnych dziewczyn — powiedział ostro, niemal szorstko, a w jego głosie pobrzmiewało coś więcej niż irytacja. — Nie było.
    Zacisnął pięści i przetarł dłonią twarz, jakby próbował się obudzić z tego wszystkiego, co właśnie działo się tuż przed nim. Ale to nie był sen. To nie była jeszcze jedna kłótnia. To był moment, w którym coś pękało. Nie między nimi, w nim. Kiedy podniosła głos, aż się cofnął pół kroku nie ze strachu, nie z obrony. Z poczucia, że naprawdę wszystko stracił. I że ona zaczęła to rozumieć szybciej niż on.
    — Nie wiem! Do cholery, Sophia, nie wiem, kiedy to się skończy — wybuchnął wreszcie. — To nie jest tak proste jak myślisz. Myślisz, że mogę to wszystko zamknąć jak jebany lokal po godzinach? — Wyrzucił z siebie w końcu, głosem zdartym, zmęczonym. — Myślisz, że ja tego nie chcę? Że ja nie chcę mieć spokoju?
    Zrobił krok w jej stronę, ale zaraz się zatrzymał, jakby sam nie był pewien, czy ma prawo się zbliżyć. Przejechał dłonią po twarzy, potem po włosach, nerwowo, chaotycznie. Jakby próbował strząsnąć z siebie myśli, które nie chciały go opuścić. Nie umiał jej tego wytłumaczyć. A może nie mógł. I właśnie to go łamało najbardziej.
    — Że nie chciałbym ci o wszystkim powiedzieć?
    Ale nie mogę, bo boję się, że jak ci powiem wszystko, to nie zostaniesz. A jak ci nie powiem… to i tak odejdziesz. I nie wiem, co jest gorsze.
    Odwrócił się gwałtownie, zrobił kilka kroków po salonie. Złapał się za kark, potem za głowę, palce wbił we włosy i przez moment po prostu stał tak, z pochyloną głową, oddychając ciężko. Jakby próbował nie rozsypać się na kawałki. Odwrócił się do niej z powrotem. Oczy miał ciemne, zmęczone, pełne czegoś, co przypominało desperację.
    — Zrobiłem. — powiedział w końcu. Krótko. Twardo. — Zrobiłem coś.
    Podszedł bliżej. Nie dotknął jej, ale był blisko, zbyt blisko, żeby to było obojętne.
    — Nie mogę ci powiedzieć co. Nie teraz. — Jego głos zadrżał, choć starał się tego nie pokazać. — Ale zrobiłem wszystko, co mogłem. Dla ciebie.
    Spojrzał jej prosto w oczy. Bez uciekania wzrokiem. Bez maski. — Musisz mi uwierzyć. — dodał ciszej. — Tylko tyle.
    W głowie miał chaos. Strach, że ją traci. Wściekłość na siebie. Paniczną potrzebę zatrzymania jej tu, teraz, za wszelką cenę.
    Myślał: sprzedam wszystko.
    Potem: nie mogę.
    Potem: rzucę to wszystko dziś.
    A zaraz potem: a jeśli to za późno?
    Patrzył na nią i widział kobietę, którą kochał najbardziej na świecie. I jednocześnie widział, jak oddala się od niego o każdy jej kolejny oddech.
    — Soph… — wyszeptał w końcu, bez siły, bez gniewu. — Ja naprawdę próbuję.
    I to było w nim najgorsze. Bo tym razem to nie była gra. To było jego załamanie. Carter nie zgadzał się. Nie na to. Nie na takie pożegnanie. Nie z nią. Z każdą sekundą, kiedy słuchał jej głosu, drżącego, ale stanowczego, czuł, jak ziemia pod jego stopami zaczyna się uginać. Jak wszystko, co budowali, rozchodzi się w szwach. Słowa Sophii raniły go bardziej niż cokolwiek innego, co kiedykolwiek przyszło mu przeżyć. Nie strzały, nie ciosy, nie zatrzymania i kajdanki.

    OdpowiedzUsuń
  113. Tylko ona. Jej głos. Jej zawód. Jej spojrzenie, które jeszcze niedawno było jego domem, a teraz było dla niego jak lustro, w którym widział… obcego. I siebie takim nienawidził. Kręcił się nerwowo po salonie, nie miał w sobie już nic z chłodnej pewności siebie, którą zwykle nosił jak zbroję. Przechodził od ściany do ściany, chwytając się za głowę, pocierając kark, próbując wyrwać z siebie to wszystko, co chciało wybuchnąć. Było w nim tak cholernie dużo, złości, paniki, miłości, strachu. W tym wszystkim był jak ranny wilk, dziki, rozszarpywany własnymi emocjami, zbyt dumny, by się rozpaść na jej oczach, i zbyt zakochany, by pozwolić jej odejść.
    Oczy miał już czerwone, zaszklone. Oddychał płytko, jakby ktoś położył mu na piersi ciężar nie do uniesienia. I wtedy ona wypowiedziała te słowa.
    „Wizyt raz w tygodniu przez szybę? Małej rączki na szybie?”
    To zdanie uderzyło go w samo serce. Wbiło się ostrzem tak głęboko, że przez sekundę zamarł. Nie musiała widzieć jego twarzy, wystarczyło, że słyszała, jak oddycha. Jak łapie powietrze, jakby nagle coś odebrało mu możliwość złapania tchu. Zamrugał. Jeden raz. Drugi. Ale łzy nie spadły. Nie pozwolił. Nie przy niej. Ale jego wzrok był mokry, rozbity, zbłąkany. Tak. O tym właśnie myślał, kiedy siedział tam, przesłuchiwany, rozebrany z godności, odzierany z tajemnic. A potem, kiedy powiedziała, że nie chce, i znalazła jego ramiona, coś w nim zadrżało. Oplotły ją niemal natychmiast. Mocno, z desperacją. Przylgnął do niej całym sobą, jakby jej ciało było jedynym kotwiczącym go elementem w tej rzeczywistości.
    — Nie. — szepnął. I mocniej objął ją w ramionach. — Nie. Nie zgadzam się. Nie chcę tego. Nie chcę, żebyś odchodziła — szeptał drżącym głosem w jej włosy. Zamknął oczy. — Zrobię to. Wszystko. Pozbędę się tego syfu, Sophie. Będę czysty. Będę tym facetem, którego ty i dziecko potrzebujecie. Nie jakimś pieprzonym klubowym królem z bronią w szafie.
    Odchylił się delikatnie, żeby na nią spojrzeć. Ujął jej twarz znowu, z taką ostrożnością, jakby bał się, że zniknie.
    — Prozę cie, Soph… Nie chcę życia bez ciebie... — Głos mu się załamał na ostatnich słowach. I choć był cały spięty, twardy, zamknięty w swoim pancerzu, to właśnie teraz wszystko się w nim kruszyło. Nie był już tym samym Carterem, który trzymał wszystko w garści. Ten mężczyzna stał teraz przed nią, obdarty z iluzji, blady od strachu, ale wreszcie… prawdziwy. To był ten moment, w którym miłość nie wystarczała. Ale mimo to nie potrafił puścić. Jeszcze nie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  114. Carter słuchał tego wszystkiego tak, jakby każda jej sylaba wbijała się w jego skórę i zostawiała po sobie niewidoczne, ale głębokie rany. Nie przerywał jej. Nie dlatego, że nie chciał, chciał aż do bólu, żeby to wszystko odwrócić, zatrzymać, wyjaśnić, co naprawdę czuje, co miał na myśli, kiedy po raz kolejny mówił jej, że “to nic takiego”. Ale nie mógł. Bo każde jego słowo mogło tylko pogorszyć sprawę. W jego spojrzeniu nie było gniewu. Zostało tylko to przerażające, ciche załamanie, które uderzało znacznie mocniej niż jakikolwiek wybuch. Stał naprzeciw niej, ten sam, a zupełnie inny. Rozbity. I czuł, jak jego świat, ten, który z takim trudem budował, właśnie walił się na jego oczach. Nie próbował się tłumaczyć. Nie potrafił. Bo jak miał jej powiedzieć, że nie było żadnych dziewczyn, jeśli ona już patrzyła na niego tak, jakby przestała go znać? Jak miał udowodnić, że te szuflady, ta broń, te prochy, to nie była jego codzienność, tylko resztki czegoś, z czym sam nie umiał sobie poradzić? Carter nie był już w stanie ustać spokojnie. Zaciskał dłonie w pięści i rozluźniał. Rzucał spojrzenia w bok, jakby próbował znaleźć coś, cokolwiek, co mógłby jej powiedzieć, by to zatrzymać. Ale Sophia mówiła dalej. I każde jej słowo docierało do niego jak uderzenia, kolejne, systematyczne, głębokie, prosto w to miejsce, które jeszcze się w nim trzymało.
    Zaciskał szczęki, oddech miał rwany, ciężki, chropowaty od cisnących się emocji. Bo nie mógł jej zaprzeczyć. Nie miał prawa.
    — Sophia… — szepnął z ledwością. W jego głosie była łamana cisza, niewypowiedziane błaganie. — Nie mów tak. To jest twoje miejsce. To zawsze było twoje miejsce. I zawsze będzie…
    Podszedł o krok, ale nie wyciągnął rąk. Już nie.
    Nie, jeśli ona ich nie chciała.
    — Sophia… — wyszeptał, jakby samo jej imię miało go utrzymać w pionie Spojrzał na nią i nie mógł już udawać.
    — Nie wiem, jak to naprawić— powiedział cicho. — Nie wiem, jak pokazać ci, że zrobiłbym wszystko, żeby to się nie wydarzyło. Że cholera, próbuję, ale…
    Odwrócił się do niej. Był rozbity. Nie wyglądał już jak mężczyzna, który wszystko kontroluje. Wyglądał jak ktoś, kto stracił kompas, grunt, siebie.
    — Nie wiem, jak funkcjonować bez twojego głosu, bez twojego oddechu obok mnie —  przyznał z duszonym bólem. Jego oczy były mokre. Już nie tylko szkliły się, teraz zgasły całkiem. Carter wyglądał, jakby zgasło w nim światło. Jakby patrzył na świat, który mu się wymknął z rąk, choć jeszcze kilka dni temu był przekonany, że może go zatrzymać. Zrobił dwa kroki w bok. Potarł twarz obiema dłońmi. Jeśli była choć cienka nitka między tym, co się waliło, a tym, co mogli jeszcze odbudować, trzymał się jej kurczowo.
    Carter wciąż stał przed nią, ale teraz jakby coś w nim pękło. Jakby dopiero teraz, naprawdę, boleśnie, dotarło do niego, co właśnie się dzieje. Co mówiła. Co oznaczały jej słowa. Nie tylko chwilowy dystans. Nie cisza na kilka dni. Nie kłótnia, po której wracali do siebie. To było odejście. Jej odejście. Z jego gardła wyrwał się krótki, suchy oddech, nieśmiała próba śmiechu, która zabrzmiała bardziej jak ból.
    — To jest twoje „na zawsze”? — zapytał, głosem zgaszonym, rozbitym, jakby sam nie wierzył, że wypowiada te słowa. Jego spojrzenie było inne niż przed chwilą. Nie błagał. Nie szukał już litości. Było w nim coś gorzkiego. Coś, co miało posmak rezygnacji pomieszanej z niezrozumieniem. — To jest to twoje „nie odchodzę”, Soph? — dopytał z goryczą, głosem, który raz po raz mu się załamywał. — „Nie zostawię cię”?

    OdpowiedzUsuń
  115. Odsunął się krok do tyłu, jakby potrzebował przestrzeni, żeby to udźwignąć. Jakby nagle czuł, że nie ma już czym oddychać.
    — Bo ja pamiętam, jak mi to mówiłaś. — urwał. Odetchnął ciężko i przeszedł dłonią po karku, próbując nie stracić gruntu pod nogami. — Pamiętam, jak na mnie patrzyłaś. Jak mówiłaś, że jestem twoim domem.
    Zacisnął usta i spojrzał na nią, a w jego oczach była mieszanka bólu, niedowierzania i tego wszystkiego, czego nie potrafił już utrzymać w środku.
    — Więc co? Teraz, kiedy naprawdę tego potrzebuję, ty wychodzisz? — wyszeptał. Nie był wściekły. Był złamany. Rozczarowany. Tak bardzo… rozczarowany. Zrobił jeszcze jeden krok, już nie ku niej, ale jakby chciał przejść przez ścianę, uciec od wszystkiego, co go dusiło. Ale się zatrzymał. Zacisnął powieki. To go dobijało. Że uwierzył. Że naprawdę myślał, że mają szansę, nie idealną, ale prawdziwą. Zbudowaną na czymś, czego wcześniej nie znał. A teraz wszystko się sypało. I mimo że wiedział, że to jego wina, nie mógł pogodzić się z tym, że to właśnie ona go opuszcza.
    Carter potrząsnął głową powoli, jakby próbował strząsnąć z siebie to, co właśnie słyszał. Jakby to wszystko było snem, z którego za chwilę się obudzi. Jego wzrok przesunął się po jej twarzy, potem gdzieś obok, po ścianach mieszkania, które jeszcze niedawno było ich miejscem.
    — Naprawdę nie wierzę, że to się dzieje — powiedział w końcu cicho, ochryple. Zaśmiał się krótko, nerwowo, bez śladu humoru. Ten śmiech brzmiał jak pęknięcie. — Jeszcze dwa dni temu mówiłaś mi, że jesteśmy rodziną. Że damy radę. Że cokolwiek się stanie, to… my. — urwał, przełykając ślinę. Spojrzał na nią z tym samym bólem, ale teraz było w nim coś jeszcze, niedowierzanie pomieszane z żalem. Zamilkł. Stał tam, złamany, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. I po raz pierwszy wyglądał nie jak mężczyzna, który kontroluje chaos, ale jak ktoś, komu świat właśnie rozsypał się na kawałki.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  116. Maxine nie tylko uczestniczyła w rodzinnej kolacji, a finalnie także została na noc. Po tonie słodyczy, którą zjadły na pół z Sophią, a także po obfitym posiłku i awanturce wciągającej bardziej, niż niejeden odcinek Grey’s Anatomy nie było mowy, aby Max ruszyła się do domu. Była na to zbyt zmęczona, a zmęczenie to wynikało z sowitej porcji emocji oraz jedzenia – dziewczyny przecież zadbały o to, by dziś jednego i drugiego zafundować sobie w nadmiarze.
    O tym, że nie wróci na noc i że zostaje u Sophii, Maxine oczywiście poinformowała mamę, a zrobiła to bez zastanowienia i od razu, kiedy tylko stało się wiadome, że będzie spała u przyjaciółki. Miała już dwadzieścia trzy lata i teoretycznie nie musiała nikomu tłumaczyć się z tego, gdzie spędza noc, ale raz – wciąż mieszkała z rodzicami i wychodziła z założenia, że to ją do czegoś obligowało, a dwa – Lucy odeszłaby od zmysłów, gdyby Max nie dała znaku życia. Maxine potrafiła to zrozumieć – sama najzwyczajniej w świecie martwiłaby się, gdyby któreś z jej rodziców po spotkaniu ze znajomymi nie wróciło do domu, lub nie wróciliby oboje, kiedy wcześniejsze ustalenia wskazywałyby na to, że powinni znaleźć się w domu przed północą.
    Lucy, poinformowana o zaistniałej sytuacji podczas krótkiej rozmowy telefonicznej, nie miała nic przeciwko. Poprosiła Maxine, żeby ta pozdrowiła Sophię i koniecznie zaprosiła ją na zapiekankę, a zrobiła to sama z siebie, ponieważ Riley nie zdążyła choćby słowem wspomnieć mamie o tym, że ona i Sophia jeszcze kilka godzin temu o tej zapiekance rozmawiały.
    Tym sposobem Maxine i Sophia nadgoniły trochę czasu i nadrobiły zaległości, które powstały w minione pół roku. Zaległości te nadrabiały także w sobotę, kiedy wybrały się na kawę, do kina i na jedzenie – bo niby dlaczego miałyby sobie odmówić choćby jednej z tych rzeczy? - spędzając większą część dnia razem. Także w tę sobotę umówiły się na zapiekankę, nie tylko dlatego, że naciskała na to Lucy, ale także dlatego, że im obu zależało na tym, aby nie wypaść z rytmu i widywać się regularnie.
    I niby tym razem wcale nie widziały się tak długo, a z września zdążył zrobić się październik i życie Maxine wywróciło się do góry nogami.
    — Ja otworzę! — zawołała, kiedy późnego październikowego popołudnia w kamienicy typu brownstone na Brooklynie wybrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi. To musiała być Sophia, bo przecież były na dziś umówione i ani Maxine, ani Lucy, ani nawet Kevin, który siedział zamknięty w swoim gabinecie, nie spodziewali się nikogo innego. Max, która siedziała w salonie i nie miała na widoku żadnego z rodziców, poderwała się z kanapy i ruszyła do drzwi. Z salonu przeszła do wiatrołapu i tam przekręciła zamek, a potem pociągnęła skrzydło do siebie po to, by zobaczyć stojącą u szczytu schodów przyjaciółkę. I mimo, że od pewnego czasu panująca w domu Riley’ów atmosfera była ciężka, a na pewno była taka dla Maxine, to ta uśmiechnęła się na widok Soph.
    — Chodź, zapraszam — zachęciła, robiąc jej miejsce w progu. — Czujesz, jak już pachnie? — zagadnęła, kiedy tylko zamknęła za nią drzwi i zaśmiawszy się krótko, westchnęła cicho, jakby z żalem. Starała się robić tak zwaną dobrą minę do złej gry, ale widać było po niej, że coś nie jest w porządku. Maxine nigdy nie była dobra w kryciu się z własnymi emocjami, co nie zawsze było dobre – czasem chciałaby, żeby ktoś, kto akurat nie powinien, nie widział i nie wiedział tego, co działo się w jej wnętrzu.

    [Jak tu pięknie i zimowo 🤍]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  117. Carter patrzył na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu. I kiedy w końcu odpowiedział, głos miał niższy, zduszony, ale podszyty tym samym bólem, który odbijał się w jego oczach.
    — W jakich warunkach, Sophia? — zapytał. — W penthousie na Piątej Alei? W łóżku, w którym co wieczór całuję ci brzuch i przysięgam, że zrobię wszystko, żebyście byli bezpieczni? Z ojcem, który da mu wszystko, czego będzie potrzebować i kocha je bardziej niż cokolwiek innego na tym jebanym świecie?
    W jego głosie nie było agresji. Była desperacja. Jakby nie rozumiał, jak mogli dojść do tego punktu, mimo tego wszystkiego, co zbudowali. A potem zaśmiał się sucho, bez cienia rozbawienia, bardziej jakby próbował pozbyć się goryczy zalegającej mu w gardle.
    — Mówisz o tym tak, jakbym, do cholery, latał po mieście z trzema spluwami za paskiem i walizką kokainy pod pachą. — Pokręcił głową z niedowierzaniem. — Jakby te wszystkie narkotyki były moje, dla mnie, jakbym ja to wszystko wciągał…
    Zrobił krok w stronę stołu, oparł dłonie o blat, jakby musiał zapanować nad ciężarem własnych myśli. Jego ramiona lekko drżały. Jego głos był już bardziej urywany, gardłowy, jakby musiał wypychać każde zdanie siłą. — Jakby połowa moich ludzi nie miała dostępu do tego biura. Jakby to było tylko moje miejsce. Jakby ja sam był całym tym pierdolonym układem.
    Podniósł wzrok na Sophię. Wyglądał jak człowiek, który po raz pierwszy naprawdę uwierzył, że ją traci. W jego oczach nie było złości. Była tylko bezradność. I rozczarowanie, przede wszystkim sobą. Tym, że nie zdążył. Że jego przeszłość okazała się silniejsza niż jego najlepsze intencje.
    — Myślisz, że ja to wszystko robię dla zabawy? Że nie próbuję z tego wyjść, bo… — urwał na chwilę, po czym spojrzał na nią. — Bo próbuję. Codziennie, odkąd jesteś w moim życiu, staram się to wszystko wyczyścić. Ułożyć.
    Zamilkł na sekundę, bo czuł, że zaraz znów coś w nim pęknie. Ale tym razem już nie był w stanie trzymać tego wewnątrz. Potarł dłonią kark i spojrzał w bok, jakby musiał znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia w tej rozmowie, coś, co pozwoliłoby mu nie krzyknąć. Ale to, co usłyszał przed chwilą, paliło go od środka. Zrobił kilka kroków w głąb salonu, jakby nie mógł już ustać w miejscu.
    — Nawet nie wiesz, ile z tego robiłem tylko po to, żebyśmy mogli być tutaj. Żeby to miejsce w ogóle istniało. Żebyś mogła w nim być bezpieczna. Żebyś nie musiała wracać do świata, który cię ranił. Ale ty… — Zaciął się. Westchnął ciężko i potarł twarz dłońmi. — Ty wciąż widzisz we mnie tylko to, czego się boisz. Nie to, co próbuję dla ciebie ocalić.
    Pokręcił głową. W jego oczach widać było ten sam ból, który wcześniej drżał w jej głosie. Tylko że u niego ten ból zaczynał się przeplatać z rozgoryczeniem. Z tą wściekłą bezsilnością człowieka, który nie wie już, co więcej może zrobić.
    — Nie jestem święty, Sophia, nigdy nie mówiłem, że jestem. I zrobiłem wiele rzeczy, których nie jestem dumny. Ale to? Te wszystkie rzeczy, które widziałaś? Naprawdę myślisz, że to był mój plan? Mój pomysł na życie z tobą? Z naszym dzieckiem?
    Mówił coraz ciszej, ale każde słowo było ciężkie. Wymierzone nie po to, by ją zranić, tylko dlatego, że bolało go, że musiał to w ogóle mówić. Że był zmuszony udowadniać coś, co jego zdaniem powinno być oczywiste. Podszedł krok bliżej, ale nie dotknął jej. Ręce miał wzdłuż ciała, a palce zaciskały się lekko, jakby próbował powstrzymać wszystko, co buzowało w jego wnętrzu.
    Zamilkł na moment, jakby coś próbowało się z niego wydostać, ale jeszcze to powstrzymywał. Jego oczy znów się zaszkliły, ale nie odwrócił wzroku.
    — Jade wiedziała, bo zna to od lat. Sloane… tak, Sloane też by wiedziała. Bo była przy tym wszystkim, zanim ty w ogóle wiedziałaś, kim jestem. Ale to nie czyni z ciebie mniej ważnej, Soph. Nie czyni z ciebie słabszej. Tylko nie znasz tego świata. Nie chciałem, żebyś go znała. Bo próbuję go zamknąć, odciąć, zostawić za sobą. Kurwa, Sophia, przecież widzisz, że próbuję.

    OdpowiedzUsuń
  118. Zamilkł na chwilę. Ciężko. Jakby jego własne słowa go przytłoczyły. Jakby wszystko, co właśnie powiedział, sprawiło, że powietrze w pomieszczeniu nagle zrobiło się gęstsze.
    — Chciałem być przy tobie inny. Lepszy. I naprawdę próbowałem… Próbuję. Każdego dnia. Ale ty widzisz tylko te cholerne szuflady i FBI w drzwiach. — Pokręcił głową. I tym razem to on spuścił wzrok. Na sekundę. Dwie.
    — Wiem, że spieprzyłem. I wiem, jak to teraz wygląda. Ale, do cholery, przestań mówić o mnie tak, jakby wszystko, co zbudowaliśmy, było kłamstwem. Jakbym ja był kłamstwem.
    Nie był już w tym zły. Był w tym pęknięty.
    Głos mu drżał. Ramiona napięte, jakby czekał, aż to wszystko się w końcu zawali. A przecież już się waliło. Carter patrzył na nią, jakby każde słowo wbijało się w niego głębiej, bez szansy na obronę. Nie miał już odpowiedzi. Nie miał nawet siły udawać, że wciąż walczy, bo prawda była taka, że wszystko, co próbował uratować, rozpadało się na jego oczach. A ona… Ona tylko dopełniała wyroku.
    — Nie będę dla ciebie nigdy wystarczająco dobry, co? — powiedział cicho, z głosem szorstkim od tłumionej złości i żalu. — Bo nie da się zmienić przeszłości. Nie da się jej zmazać, ani przepisać. Nie da się wymazać tego, co zrobiłem, kim byłem, przez co przeszedłem. Nie da się wyciąć ruch blizn — przyłożył dłoń do klatki piersiowej. — Ani tych — dotknął palcem skroni. Zrobił jeden krok w tył, ale nie uciekając. Raczej jakby coś właśnie w nim pękło i potrzebował przestrzeni, żeby to wytrzymać. Jego ramiona napięły się, palce zadrżały, a żuchwa się zacisnęła.
    — Nigdy nie będę taki, jakiego sobie wymarzyłaś. — Wypluł te słowa jak gorzki ciężar, którego nie dało się już dłużej nieść. — Musiałbym się wyrzec siebie. Swojego życia. Doświadczeń. Przeszłości. Wszystkiego, co mnie zbudowało. A może… — zadrżał mu głos, ale nie dokończył od razu. — Może właśnie tego chcesz…
    Oczy mu zaszkliły, czerwone od napięcia, ale nadal stał nieruchomo, jakby próbował zachować resztki kontroli.
    — Skoro twoim zdaniem to nie ma przyszłości… to… — urwał. I wtedy, zanim zdążył powstrzymać impuls, jego ręka gwałtownie poszła w bok, zmiatając wszystko, co leżało na blacie. Ciężki dźwięk tłuczonego szkła rozniósł się po pomieszczeniu, ostro, brutalnie, jak echo tego, co właśnie rozbiło się w nim samym. Szkło rozsypało się na podłodze, drobinki błyszczały w półmroku jak potłuczone kawałki czegoś, co kiedyś miało znaczenie. A on tylko patrzył z szeroko otwartymi oczami, jakby właśnie dotarło do niego, że naprawdę ją traci. Że to nie była kolejna kłótnia. Że to nie był cichy protest, który rozwiążą potem szeptem w sypialni. To była ściana. Ostateczna. Nie do przebicia.
    — Po prostu powiedz mi to wprost, Soph. — Jego głos był cichy, ale oblepiony goryczą. — Powiedz, że mnie już nie chcesz. Że mam zniknąć. Że jesteś lepsza beze mnie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  119. Jej pytanie o Sloane przecięło powietrze jak żyletka. Zacisnął szczękę. Ciemne oczy utkwił w niej z bezbrzeżnym żalem. Na moment nawet nic nie powiedział, bo miał wrażenie, że nie ma już sensu. Że każde jego słowo, zamiast przybliżać, jeszcze bardziej ją odsuwa. Carter stał przez chwilę w bezruchu, jakby pytanie Sophii nie tyle go dotknęło, co rozdarło od środka. Żal, który jeszcze przed momentem miał w sobie ciężar straty, zaczął przelewać się w coś ostrzejszego, w złość wynikającą z bezradności i poczucia, że cokolwiek powie, i tak zostanie użyte przeciwko niemu. Jakby każde jej zdanie dokładało kolejną warstwę do obrazu, w którym był już tylko najgorszą wersją siebie.
    Na początku walczył. Odrzucał oskarżenia, tłumaczył się, próbował bronić resztek tego, co uważał za prawdę. Potem błagał, nie wprost, ale tym napięciem w głosie, tym spojrzeniem, które szukało w jej oczach choćby cienia dawnej wiary. Aż w końcu dotarło do niego, że znów stoi dokładnie w tym samym miejscu: musi prosić o bezwarunkową miłość. I że ona już nie jest w stanie jej dać. Coś w nim wtedy opadło.
    — Tak — powiedział krótko. — Spotkałem się z nią tamtej nocy.
    W jego głosie nie było krzyku, ale coś w tej ciszy było gorsze. Jakby już się poddał. Nie patrzył na nią, kiedy to mówił. Wzrok utkwił gdzieś obok, w pustej przestrzeni salonu, jakby łatwiej było mówić prawdę, nie widząc jej reakcji.
    — Ale po co mam ci się tłumaczyć, Sophia? — dodał po chwili, a w jego głosie nie było już ani obrony, ani prośby. Tylko zmęczenie. — Skoro i tak mi nie wierzysz.
    Carter stał z ramionami ciężkimi od wszystkiego, co w nim narosło. Od win, które się w nim kotłowały, od bezsilności, która ściskała go za gardło i złości, która była jedyną emocją, do jakiej jeszcze miał dostęp.
    — Dla ciebie to proste, prawda? Znowu coś ukrywam, znowu cię zawiodłem. — Pokręcił głową i parsknął cicho, pusto. — Odkąd tu wszedłem wrzucasz mi wszystko na głowę, jakbym był najgorszym człowiekiem na ziemi. Jakby nic, nic się nie liczyło poza tym, co możesz mi właśnie wytknąć.
    Cisza, która zapadła po tym, jak szkło rozprysło się na podłodze, była cięższa niż jakiekolwiek słowo. Jakby na chwilę całe mieszkanie wstrzymało oddech razem z nimi. A potem, tylko pisk psa, odgłos rozlanego płynu sączącego się ze stołu i ich wzrok wbity w siebie nawzajem, jakby każde kolejne spojrzenie wbijało ostrze głębiej. Carter stał i trzymał się za głowę, jakby sam nie wierzył, że to zrobił. Jeszcze przez moment patrzył na rozbite szkło, jakby ono miało odpowiedzieć na pytania, których nigdy nie zadał. Gdy zapytała: kim ty jesteś, zaśmiał się krótko, bez humoru. To były trzy słowa, które nie tylko zamroziły mu krew w żyłach, ale też wydrążyły coś wewnątrz. Gdyby mogła zobaczyć jego serce w tamtym momencie, zobaczyłaby, jak się zatrzymuje.
    Odwrócił wzrok, jakby to mogło go uchronić. Ale nie mogło.
    — Jak to kim? — wycedził. Głos miał niższy niż wcześniej, przygaszony, rozedrgany, ale nie łamiący się. Jeszcze nie. — Kryminalistą, prawda? Przestępcą. Człowiekiem z patologii — spojrzał na nią z bólem i wyrzutem jednocześnie.
    — To się wszystko zgadza, Soph. Tego się właśnie spodziewałaś, prawda? — Pokręcił głową z drwiącym półuśmiechem, ale jego oczy były puste. — Możesz jeszcze dorzucić: nieudacznik, który potrafi tylko wszystko spieprzyć, i facet, którego lepiej nie wpuszczać do rodziny, bo nie wiadomo, z czym wróci do domu.
    Podniósł na nią wzrok. Był pełen bólu. Nie krzyku. Nie złości. Ale wyrzutu. I żalu. Ogromnego, przytłaczającego żalu, który aż pulsował w jego spojrzeniu.
    — Ostrzegali cię, nie? Może trzeba było ich posłuchać.

    OdpowiedzUsuń
  120. Wziął głęboki oddech, jakby zbierał się w sobie. Cisza. Tylko ich oddechy, jego krótki, urywany, coraz bardziej szarpany. Jej, wstrzymany.
    — Ale jedno ci powiem. — Uniósł dłoń i wskazał nią w jej stronę, nie agresywnie, ale z gestem, który nie znosił sprzeciwu. — Nie będziesz mnie szantażować. Nie będziesz mi rzucać pod nogi miłości i dziecka, jakby to była transakcja. Jakbyś stawiała mnie pod ścianą: „albo zmienisz wszystko w tej chwili, Carter, albo nas więcej nie zobaczysz.” Nie. — Wskazał teraz na siebie, mocno, jakby próbował sam siebie jeszcze przekonać. To był moment, w którym coś w nim pękło. Jego wzrok był nagi i bolesny, a głos drżał od napięcia, którego nie mógł już kontrolować. Wyprostował się gwałtownie, jakby w jednej sekundzie podjął decyzję.
    — W porządku. Nie będę… — zaczął, urywając, bo znowu coś w nim pękało. — Nie będę ci robił więcej piekła z życia.
    Mówił to w emocjach. Surowych, nieposkładanych. Jakby cały jego świat pękł na pół i próbował choć na chwilę udawać, że potrafi go jeszcze utrzymać. Odwrócił się, nie czekając na odpowiedź. Jakby ta rozmowa właśnie go wypaliła do zera. Ruszył w stronę wieszaka, ignorując wszystko, rozbite szkło, ciszę, psa, nawet to, że nie miał na sobie koszulki. Jakby to nie miało już żadnego znaczenia. Każdy jego ruch był ostry, nerwowy, jakby jeśli zatrzyma się choćby na sekundę, rozpadnie się na dobre. Sięgnął po kurtkę. Ruch był szybki, prawie automatyczny. Zatrzymał się tylko na moment.
    — Możesz zostać. Możesz wyjść. Jak chcesz. — rzucił twardo, choć głos miał już chropowaty. — Ja zniknę ci z oczu. I nie będziesz musiała już więcej zastanawiać się, kim jestem.
    Ton jego głosu był pusty. Zimny. Ale nie był to chłód obojętności, to był chłód zranionego człowieka, który właśnie uwierzył, że wszystko, co kochał… właśnie się od niego odwróciło. Wsunął ręce w rękawy kurtki. Nie patrzył już na nią. Jakby to był jedyny sposób, żeby się nie rozpaść.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  121. Carter milczał, gdy to mówiła. Nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. W jego głowie kłębiły się słowa, które już nic nie mogły zmienić. Tłukły się jak oszalałe o ściany jego świadomości, ale nie miał już siły ich wypowiadać. Każde z nich wydawało się spóźnione. Niepotrzebne. Okrutnie jałowe wobec tego, jak wyglądała teraz rzeczywistość. Więc tylko stał. Nieruchomy. Z twarzą zastygłą w napięciu, jakby sam ledwo znosił własne istnienie. Patrzył, jak spuszcza wzrok, jak łzy cicho spływają jej po policzkach, jak ten pierścionek błyszczy na palcu w zupełnym kontraście do tego, co działo się między nimi. Symbol obietnicy, która miała trwać, a której żadne z nich już nie potrafiło unieść. To wszystko mogło się potoczyć inaczej. Gdyby był wcześniej gotów się przyznać. Gdyby nie wciągał jej w ten świat bez mapy. Gdyby… tak wiele rzeczy. Ale Carter nie żył gdybaniem. Nie był tym człowiekiem, który rozkładał emocje na części pierwsze. Raczej tłumił je, aż w końcu wybuchały, zostawiając po sobie szkło na podłodze i ciszę, która rozsadzała uszy. Gdy zrobiła krok do tyłu, nawet nie drgnął. Wiedział. To był koniec. Nie taki, w którym jedno mówi „odchodzę”, a drugie rzuca „zostań”. To był ten prawdziwy, ostateczny, wyczerpany. I choć chciałby coś powiedzieć, zaprzeczyć, spróbować jeszcze raz, przybliżyć się i pokazać, że jednak potrafi, to ona już nie patrzyła. Nie błagała. Nie krzyczała. Nie walczyła. Zobaczył ją tak naprawdę. Jakby nagle stała od niego oddalona o całe życie. Z ramionami opuszczonymi, twarzą wtuloną w dłoń, z oczyma zasnutymi łzami. I z pierścionkiem na palcu, który nie świecił już żadną obietnicą, a tylko tym, co zostało niewypowiedziane.
    Carter stał przez chwilę przy drzwiach, z kurtką w dłoni i napięciem, które pulsowało mu pod skórą. Palce trzymały materiał zbyt mocno, jakby to był jedyny sposób, by jeszcze się nie rozpaść. Nie miał na sobie koszulki. Nawet tego nie zauważył. Albo nie obchodziło go to już zupełnie.
    Rzucił kurtkę na bok i w kilku krokach podszedł do niej, zanim zdążyła się odsunąć. Dłonie uniosły się łagodnie, niemal ostrożnie, jakby bał się, że dotyk sprawi, że pęknie na pół. Ujął jej twarz, mokre policzki zamknięte w jego dłoniach, tak znajome, tak ukochane i tak pełne bólu, którego już nie umiał znieść.
    — Sophia… — wyszeptał, pochylając się bliżej, jakby tym dotykiem próbował cofnąć wszystko, co się wydarzyło. — Nie musi tak być. Jeszcze wszystko możemy odkręcić. Słyszysz mnie? Jeszcze wszystko może być jak dawniej…
    Szukał jej wzroku, błagał o jakikolwiek znak, że tamta dziewczyna, ta, która mówiła „nie odejdę” jeszcze gdzieś w niej istnieje. Że jeszcze nie wszystko zostało zaprzepaszczone.
    — Nie musisz nigdzie iść. Tu zawsze było twoje miejsce, Soph. I zawsze będzie. — Głos mu się załamał przy ostatnich słowach. — Nie zostawiaj mnie z tym. Nie odchodź…
    Westchnął głęboko, jakby te wszystkie emocje z tygodni w końcu zaczęły go dobijać.
    — Co właściwie planujesz, hm? Gdzie chcesz się przenieść? — mówił ciszej, bez krzyku, ale z wyraźnym drżeniem emocji pod skórą. — To nie ma sensu. To wszystko nie ma sensu, jeśli nie jesteś ze mną.
    Oparł czoło o jej czoło, nie próbując już nic udawać. Skulił się lekko, jakby świat nagle stał się zbyt ciężki do uniesienia. Dłonie nadal trzymały jej twarz, kciukami delikatnie ocierał łzy spływające po jej policzkach. Tych łez, które sam wywołał, a których nie potrafił znieść.
    — Zostań… — szepnął, już prawie bez tchu. — Po prostu… zostań.
    Carter trwał tak przez chwilę, jakby mógł się w niej ukryć przed całą tą rzeczywistością, którą sam roztrzaskał na kawałki.

    OdpowiedzUsuń
  122. Oddychał głęboko, nieregularnie, jak ktoś, kto nie wie, czy zaraz się rozpadnie, czy może jeszcze coś w nim przetrwa. Czuł, jak jej ciało lekko drży w jego dłoniach i nienawidził siebie za to, że to on doprowadził do tego drżenia.
    — Nie chcę cię stracić, Soph… — powiedział cicho, ale z taką intensywnością, że każde słowo wbijało się w przestrzeń między nimi jak ostrze. Przesunął dłonią wzdłuż jej linii szczęki, po karku, jakby chciał się upewnić, że jeszcze tu jest, że nie znika. Oczy miał zamglone, pełne złości na siebie i bezradności, której nie był w stanie z siebie zrzucić, choć próbował wszystkiego.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  123. Carter nic nie odpowiedział przez długą chwilę. Trzymał jej twarz w dłoniach, jakby chciał ją w ten sposób zatrzymać, fizycznie, choć emocjonalnie już czuł, że ją traci. Patrzył na nią, a jego klatka piersiowa unosiła się ciężko, nieregularnie, jakby właśnie tonął. Tak właśnie się czuł, jakby coś w nim tonęło, bez szans na zaczerpnięcie powietrza. Jej słowa były jak ciche ciosy. Każde z nich uderzało w jego pierś, nie podnosząc głosu, nie raniąc gwałtownie, ale trafiając celnie, do samego środka. I może właśnie to bolało najbardziej. Ten brak krzyku. To zrezygnowanie. Przesunął kciukiem po jej policzku, chcąc zetrzeć.
    — Nie wiem, Soph… — wydusił w końcu, a głos miał niski i ochrypły. — Nie wiem, jak to ma wyglądać. Ale… nie chcę tego kończyć. Nie potrafię tego tak po prostu zakończyć.
    W jego głosie nie było już gniewu. Ani furii. Została tylko bezsilność. Zawiesił wzrok gdzieś na wysokości jej ust, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół. To, jak poruszała wargami, jak brwi lekko jej drżały, jak głos tracił siłę.
    — Myślałem, że choćby nie wiem co, to się nie poddasz. Że jesteśmy ponad tym. — Jego głos załamał się przy ostatnim słowie. — Bo ja się nie poddaję. Nie chcę „dystansu”. Nie chcę „za jakiś czas”. Nie chcę próbować na nowo. Ja chcę ciebie. Tu. Teraz.
    Wziął głęboki, urwany oddech, ale nadal nie odsuwał się od niej nawet o centymetr.
    — Wiesz, jak to jest, kiedy człowiek całe życie uczy się nie ufać? Nie czekać? Nie przywiązywać? — zapytał cicho. — A potem przychodzi ktoś taki jak ty i nagle wszystko ma sens. Wszystko nabiera kształtu. I po raz pierwszy chcesz… czegoś więcej. A potem to wszystko ci ucieka.
    Opuścił ręce z jej twarzy, ale nie cofnął się.
    — Wiem, że cię zawiodłem. — Przyznał w końcu. — Mówisz, że może za jakiś czas… Ale ja nie potrzebuję kiedyś. Ja potrzebuję ciebie dzisiaj. Teraz. Choćby w tej rozsypanej wersji. Nawet jeśli nie jesteśmy idealni. Kurwa, zwłaszcza jeśli nie jesteśmy.
    Zacisnął szczękę. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Westchnął więc tylko ciężko i potarł palcami oczy. Wciąż stał przy niej, tak blisko, że czuli swój oddech, ale między nimi była już przepaść.
    — Chcesz odejść. Ja to widzę. — mruknął z goryczą. — I wiesz co? Może masz rację. Może to wszystko nie ma sensu.
    Spojrzał na nią po raz ostatni z tą miną, która już nie błagała. Była pełna żalu. Tego głębokiego, cichego, co nie potrzebuje więcej słów.
    — Ale nie mów mi, że za jakiś czas może spróbujemy na nowo. Nie obiecuj mi tego, jeśli teraz odchodzisz. — Głos mu zadrżał. — Nie zostawiaj mnie z nadzieją, Soph. Nie mam już siły jej nosić. — I wtedy się odsunął. Powoli. Jakby każdy krok w tył odrywał z niego kolejną warstwę. Ale zrobił go. Jeden, potem drugi. Zniknął z dotyku. Zniknął z przestrzeni między ich ciałami. Ale w jego oczach nadal była ona. I wszystko, co stracili. Sophia obstawała przy swoim. Odetchnął głębiej i w końcu spuścił ręce z jej twarzy, zostawiając je bezwładnie wzdłuż ciała. W jego oczach nie było już tej samej furii co wcześniej. Tylko coś o wiele gorszego. Rezygnacja.
    — Rozumiem, już podjęłaś decyzję — pokręcił głową cofając się o dwa kroki wstecz.
    To był moment, w którym wszystko się skończyło. Nie wybuchem. Nie wrzaskiem. Nawet nie dramatycznym wybiegnięciem z domu i trzaśnięciem drzwiami.

    OdpowiedzUsuń
  124. To był koniec, który wślizgnął się cicho. Niewidzialny, ale wyczuwalny w powietrzu. Koniec, który zostawiał po sobie tylko pustkę, nie tą teatralną, ale realną, bezbarwną, duszną. Koniec, w którym nie było już nic do powiedzenia, bo każde słowo przestawało mieć sens.
    Kolejny raz już nie poprosił, żeby została. Nie próbował niczego naprawić. Nie po tym wszystkim. Bo już nie wiedział, czy naprawianie miało jeszcze jakikolwiek sens. Może to było to, o czym mówili wszyscy, że czasem ludzie się psują tak bardzo, że nie da się ich już poskładać razem. I może właśnie tacy byli oni. Taki był on. Posklejany zbyt wieloma warstwami ciszy, niedopowiedzeń, domysłów i półprawd. Wycofał się bez słowa. Zatrzymał się tylko na moment przy framudze. Jego twarz była jak kamień. Nieruchoma. Ale pod oczami miał cienie, których nie było tam jeszcze parę dni temu. I spojrzenie, to samo, którym patrzył na nią, kiedy się zakochiwał, teraz wyglądało, jakby już nie umiało jej znaleźć. Jakby wszystko, co miała w sobie, co go kiedyś przyciągało, przestało być dla niego dostępne. Otarł dłonią łzy a potem wyszedł i zamknął za sobą drzwi, cicho, niemal zbyt łagodnie, jak na to, ile w nim jeszcze wrzało.
    Nie trzasnął. Nie rzucił niczego więcej. Po prostu zniknął. A z nim… wszystko, co mogli mieć. Nie powiedział „do widzenia”. Nie powiedział „wrócę”. Nie obiecał już niczego. Po prostu wyszedł. Za nim zostały tylko ślady stóp na zimnej podłodze, echo stłuczonego szkła i herbaty, która już dawno wystygła. A z nią, pierścionek, który jeszcze tkwił na jej palcu, choć jego symbolika już dawno przestała mieć znaczenie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  125. — Jestem maltretowana tym zapachem już od pół godziny — pożaliła się i delikatnie pokręciła głową, ponieważ popisowa zapiekanka Lucy musiała swoje w piekarniku odsiedzieć, a jej obłędny zapach zaczynał rozchodzić się po mieszkaniu stosunkowo szybko od umieszczenia jej w tym piekarniku, przez co od wspomnianych trzydziestu minut ślinianki Maxine pracowały na najwyższych obrotach. Dodatkową katorgą było to, że zapiekanki nie można było jeść od razu po wyciągnięciu jej z piekarnika – a raczej nie tyle, że nie można było tego robić, co po prostu groziło to bolesnym poparzeniem podniebienia i języka. Lucy zawsze dbała o to, by upieczona zapiekanka odstała dziesięć, piętnaście minut na blacie i dopiero wtedy wołała wszystkich na posiłek.
    — O, dziękujemy — rzuciła z uśmiechem, przejmując od Sophii bukiet kwiatów oraz butelkę z winem. Nie zaczęła prawić jej kazania pod tytułem ale przecież wiesz, że nie trzeba było, ponieważ i tak nie miało ono poskutkować, poza tym sama nie lubiła udawać się w gości z pustymi rękoma i jedynym wyjątkiem od tej reguły były bardzo spontaniczne wizyty, gdzie nie było czasu i okazji wstąpić gdzieś po drodze po cokolwiek.
    — Sprawdzimy, może otworzymy je do kolacji — stwierdziła i na chwilę odłożyła zarówno wino, jak i kwiaty na wierzch wysokiej szafki na buty po to, by wyciągnąć z niej ulubione kapcie Sophii, na widok których ta pisnęła z zachwytem. Maxine zaśmiała się wesoło, a potem przykucnęła tylko po to, by najpierw podsunąć pod stopy przyjaciółki jeden, a potem drugi kapeć, co najmniej jakby Sophia była Kopciuszkiem i w sumie, poniekąd tak było, prawda? W końcu miała paskudną macochę i wredną, przyrodnią siostrę.
    Wyprostowała się dokładnie w momencie, w którym Moreira zaczęła mówić o tym, że ma jej coś do powiedzenia.
    — Na pewno po obiedzie. Moja mama też będzie chciała się tobą nacieszyć, wiesz? — oznajmiła i tym samym wywołała wilka z lasu, ponieważ zaraz do ich uszu doleciało nawoływanie Lucy:
    — Dziewczynki!
    Max zaśmiała się cicho, usłyszawszy to dziewczynki i popatrzyła wymownie na Soph. Było im już bardzo, ale to bardzo daleko do bycia dziewczynkami, ale Lucy nigdy nie miała dać sobie tego wytłumaczyć. Było w tym też coś uroczego i ciepłego, przez co Maxine wcale tak bardzo nie broniła się przed tym, aby ona i Sophia były tak nazywane przez jej mamę.
    Zgarnęła z szafki wino i kwiaty, a potem skinęła głową na przyjaciółkę.
    — Chodź — zachęciła i poprowadziła Sophię do kuchni, choć nie musiała tego robić, ponieważ Moreira doskonale znała drogę i Max nie wydawało się, aby zapomniała jej przez te pół roku. Mimo wszystko ruszyła przodem, wyszła z wiatrołapu, przeszła przez klatkę schodową biegnącą przez trzy piętra kamienicy, zahaczyła o część jadalną otwartą na kuchnię i przystanęła dopiero przy wyspie, za którą kręciła się Lucy.
    Maxine była bardzo podobna do mamy. Miały tę samą karnację, ten sam kolor oczu i te same, naturalnie lekko falowane włosy, które Max namiętnie prostowała. Teraz to widoczne na pierwszy rzut oka podobieństwo sprawiło, że Riley lekko zacisnęła usta. Odłożyła torebkę z winem na kuchenny blat i zaczęła szukać wazonu, w który mogłaby wstawić kwiaty.
    — W dolnej szafce, kochanie — poinstruowała ją Lucy, która otarła dłonie w niebieski fartuszek, jaki miała na sobie i podeszła do Sophii z szeroko rozłożonymi ramionami. Uścisnęła ją krótko, ale zamiast odsunąć się od razu, przytrzymała ją na wyciągnięcie ramion i przyjrzała jej się. — Dawno cię u nas nie było. Już zaczęłam się martwić, że moja zapiekanka przestała ci smakować — powiedziała z uśmiechem. — Ślicznie wyglądasz, jak zawsze. Siadaj, Soph — rzuciła, wskazując na wysokie stołki przy wyspie. — Musicie poczekać jeszcze jakieś dwadzieścia minut.
    W tym czasie Maxine znalazła szklany wazon, nalała do niego zimnej wody z kranu i wstawiła do niego kwiaty. Wazon ustawiła z boku wyspy, tak żeby bukiet pozostawał widoczny, ale też żeby nikogo nie zasłaniał, przez co można było swobodnie rozmawiać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zajęła miejsce obok Sophii i uśmiechnęła się do niej lekko, a potem wróciła spojrzeniem do krzątającej się po kuchni mamy. Jeszcze nie powiedziała jej o Andrei. Zresztą Sophia także niczego nie wiedziała i chyba przez to Maxine zupełnie niekontrolowanie wyrwało się ciężkie westchnienie. Przez ostatnie wydarzenia nie potrafiła cieszyć się z tego obiadu tak, jak powinna i jakby chciała.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  126. Carter siedział wciąż na podłodze, oparty plecami o kanapę, z łokciami wspartymi na kolanach, kiedy telefon zawibrował w kieszeni jego spodni. Odruchowo sięgnął po niego, nie spodziewając się niczego konkretnego, może kolejne powiadomienie z klubu, może któryś z jego ludzi. Ale to, co zobaczył na ekranie, sprawiło, że na moment kompletnie zamarł.
    „Przypomnienie: Jutro, 15:30 – wizyta kontrolna dr Mendez / klinika prenatalna.”
    Nawet nie mrugnął. Po prostu wstrzymał oddech, jakby sam jego organizm próbował się zorientować, czy to jeszcze jego rzeczywistość, ta, w której siedzi na miękkim dywanie w mieszkaniu Sloane, pachnącym nikotyną i napięciem, z nią obok, jeszcze roztrzęsioną po tym, co zrobił Ezra. A jednak… tak. To jego telefon. To jego przypomnienie. To jego Sophia.
    Wstrzymał powietrze w płucach trochę za długo, jakby jego ciało próbowało na siłę zapomnieć, że w ogóle może oddychać. To była ta inna część jego życia. Ta, od której uciekł. Albo raczej: którą chwilowo zawiesił w próżni, próbując nie rozpaść się w międzyczasie. A teraz wracała, nie z pretensjami, nie z krzykiem. Z zimnym, klinicznym faktem: jesteś ojcem. Jutro, 15:30.
    Zamrugał powoli, nadal nie poruszając się ani o milimetr. Nagle wszystko, co działo się wokół, złość Sloane, dym papierosów, hałas powiadomień, zeszło gdzieś na drugi plan, jakby przycichło w jego głowie. Carter przetarł twarz dłońmi i oparł głowę o kanapę. Sufit nad nim był znajomy, neutralny, kompletnie nieświadomy tego, jak bardzo wszystko w nim właśnie się przesuwało. W głowie miał chaos, ale nie ten gwałtowny, do którego był przyzwyczajony, raczej ciężki, gęsty, duszny. Taki, który nie krzyczy, tylko przygniata. Nie powiedział jej o przypomnieniu. Jeszcze nie. Ale myśl o jutrze siedziała w nim jak kamień, ciężka i nie do zignorowania. I wiedział jedno: nie może zmarnować tej szansy.
    Przyjechał za wcześnie. Zdecydowanie za wcześnie. Była 15:00, a on już od kilku minut siedział w zaparkowanym na parkingu kliniki aucie. Silnik dawno był zgaszony, radio wyłączone, a w środku panowała irytująca, gęsta cisza. Taka, która nie uspokaja, tylko potęguje wszystko, co i tak krążyło mu po głowie. Carter oparł łokieć o drzwi i potarł twarz dłonią. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Jakby mógł zetrzeć z siebie to napięcie, które siedziało w nim od rana. Nie wiedział, dlaczego w ogóle tu przyjechał. A jednocześnie wiedział dokładnie. Odsuną lekko szybę i odpalił IQOS. Urządzenie drżało mu lekko między palcami, chociaż próbował to ignorować. Zaciągnął się raz, potem drugi. Rytm, który zdradzał stres, nawet jeśli sam przed sobą próbował udawać, że to tylko kolejna sprawa do ogarnięcia. Spojrzał na wejście do kliniki. Szklane drzwi. Kilka osób wchodziło, kilka wychodziło. Kobiety. Pary. Czasem ktoś z torbą, czasem ktoś z telefonem przy uchu. Każda sylwetka sprawiała, że prostował się odruchowo i po sekundzie znów opadał, kiedy orientował się, że to nie ona.
    Nie wiedział nawet, czy Sophia przyjedzie sama, czy z kimś. Nie wiedział, czy w ogóle pozwoli mu się do siebie zbliżyć. Czy spojrzy na niego, czy go zignoruje. Czy będzie chłodna. Czy zmęczona. Czy… Przełknął ślinę i spojrzał znów na wejście do kliniki. Serce zaczęło mu walić szybciej, zupełnie bez ostrzeżenia. W klatce piersiowej czuł to dziwne, niepokojące napięcie, mieszankę strachu, winy i czegoś, czego jeszcze nie potrafił nazwać. Carter w tej chwili nie miał nad niczym kontroli. Nawet nad własnym ciałem, które wciąż zdradzało go tym nerwowym, uporczywym ruchem nogi, kiedy czekał, aż zobaczy ją wreszcie wychodzącą zza tych szklanych drzwi. Piętnaście po trzeciej. Potem osiemnaście. Potem dwadzieścia. Siedział w aucie z opuszczoną szybą, choć było chłodno, i raz po raz zerkał na zegarek. I wtedy ją zobaczył. Najpierw tylko sylwetkę. Znajomą linię ramion.

    OdpowiedzUsuń
  127. Ten sposób, w jaki szła, spokojny, ale czujny, jakby świat cały czas mógł ją czymś zaskoczyć. Carter dosłownie znieruchomiał. Noga przestała tupać. Oddech urwał się w połowie. Przez ułamek sekundy po prostu siedział, patrząc, jakby mózg potrzebował chwili, żeby potwierdzić: to naprawdę ona. Potem otworzył drzwi auta. Wysiadł wolno, zbyt wolno jak na swój charakter. Zamknął drzwi cicho, niemal ostrożnie. Stał przez moment obok samochodu, prostując się, poprawiając kurtkę zupełnie bez sensu. I dopiero wtedy ruszył w jej stronę. Każdy krok był cięższy, niż się spodziewał. Serce waliło mu w klatce piersiowej, dłonie miał napięte, a głowę pełną myśli, które nie chciały się ułożyć w żadne sensowne zdanie. Patrzył na nią uważnie, na jej twarz, na sposób, w jaki trzymała torbę, na drobne szczegóły, których nigdy nie zapominał. Nie wiedział jeszcze, co powie. Wiedział tylko, że nie może się już cofnąć. Ich spojrzenia spotkały się gdzieś w połowie drogi. Carter uniósł dłoń w geście, który miał być powitaniem, a wyszedł nieporadnie, jakby nie wiedział, czy ma prawo tu być.
    — Hej… — powiedział, gdy stanął przed nią, ciszej niż zamierzał. Głos miał chropowaty, jakby zbyt długo trzymał w nim niewypowiedziane słowa. — Wiem, że… nie umawialiśmy się na to, żebym tu był. Ale pomyślałem, że… — urwał, przełknął ślinę i spróbował jeszcze raz. — Chciałem się upewnić, że dotarłaś. I że wszystko jest okej.
    Nie wiedział, czy mówi to bardziej do niej, czy do siebie. Stał przed nią spięty, z rękami wsuniętymi do kieszeni kurtki, z napięciem w ramionach i spojrzeniem, które zdradzało więcej niż jakiekolwiek słowa. W tym jednym krótkim zdaniu było wszystko: stres, poczucie winy, strach i to jedno, uparte uczucie, którego nie potrafił w sobie zabić.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  128. Carter stał jeszcze przez chwilę w miejscu, jakby ktoś przybił mu stopy do chodnika. Widok Sophii przed kliniką uderzył go mocniej, niż się spodziewał. Nie była roztrzęsiona, nie była dramatyczna. Była cicha. Skupiona. Dorosła w sposób, który bolał najbardziej, bo oznaczał, że poradziła sobie bez niego, przynajmniej na zewnątrz. A on zawsze nienawidził momentów, w których widział, że nie jest już pierwszym odruchem bezpieczeństwa. Chciał podejść bliżej. Dotknąć jej ramienia. Przyciągnąć do siebie, tak jak robił to setki razy. Ale nie był już tym samym Carterem, którego znała. A ona, może nie była już tą samą Sophią. Zauważył ten gest: jak ścisnęła pasek torebki. Jak spojrzała w bok, zamiast na niego. Jak natychmiast zaznaczyła granicę czasem.
    Osiem minut.
    Nie zostań. Nie wejdź.
    Osiem minut.
    — Jasne — powiedział cicho, wolniej, niż normalnie, jakby każde słowo musiało przejść przez filtr rozsądku, którego wcześniej nie miał. — Nie chcę cię zatrzymywać.
    Ale nie odszedł.
    Zrobił pół kroku bliżej, ostrożnie, jakby podchodził do kogoś, kogo łatwo spłoszyć. Ręce trzymał w kieszeniach płaszcza, bo wiedział, że gdyby ich nie schował, zdradziłyby go pierwsze, chęcią dotyku, odruchem ochrony, potrzebą bycia blisko.
    — Nie przyszedłem… — zawiesił głos na ułamek sekundy. — Nie przyszedłem robić scen ani naciskać. Chciałem tylko…
    Jego spojrzenie mimowolnie zsunęło się niżej. Na jej brzuch. Jeszcze niewielki, jeszcze ledwo zauważalny pod płaszczem, a jednak wystarczający, by ścisnęło go w klatce piersiowej tak mocno, że przez moment musiał wziąć głębszy wdech. To nie był już abstrakt. To nie była myśl. To było tu.
    Carter przestąpił z nogi na nogę, jakby to, że stoi w miejscu, zaczynało go palić od środka. Milczenie między nimi zrobiło się zbyt ciężkie, zbyt znajome, przypominało zbyt wiele niewypowiedzianych słów z tamtych ostatnich dni. W końcu westchnął i uniósł na nią wzrok. Głos miał niższy niż zwykle, ale pewny.
    — Soph… po prostu… nie odzywasz się. — Powiedział to spokojnie, ale w jego oczach było to wszystko, czego nie potrafił już dłużej trzymać w środku. — Nie wiem, co się dzieje. Nie wiem, jak się czujesz. Nie wiem gdzie jesteś. Nie wiem nic…
    Zrobił krok bliżej. Nie próbował jej dotknąć, ale jego obecność stała się wyraźniejsza, bardziej rzeczywista. Jakby chciał jej przypomnieć, że nadal tu jest. Że nie odszedł. Nie na dobre.
    — Wiem, że nie chcesz mnie teraz widzieć — dodał szybciej, jakby bał się, że jeśli zrobi pauzę, powie za dużo. — I masz do tego pełne prawo. Po prostu… nie chciałem, żebyś myślała, że mnie to nie obchodzi.
    Zacisnął szczękę, wzrok zawisł na jej profilu, na lekko poruszających się rzęsach, jakby coś z trudem powstrzymywała.
    — Nie możesz mnie tak całkiem wyciąć. Nie teraz.
    Milczała. Ale on nie zamierzał się cofnąć. Zacisnął usta, odwrócił na moment wzrok, jakby musiał przełknąć własne emocje, zanim spojrzy na nią znów.
    Nie powiedział: spałem z kimś innym.
    Nie powiedział: jestem pogubiony.
    Nie powiedział: boję się bardziej, niż kiedykolwiek.

    OdpowiedzUsuń
  129. Zamiast tego tylko skinął głową, krótko, prawie sztywno. Przez moment wyglądał, jakby miał się wycofać. Jakby rozsądek podpowiadał mu, że powinien po prostu wrócić do samochodu, odjechać i dać jej tę przestrzeń, o którą tak wyraźnie prosiła. Wciągnął powietrze tak, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że oddychanie jest potrzebne do życia. Stał przed nią nieruchomo, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała, jakby bał się, że jeden gwałtowniejszy ruch ją spłoszy. Serce waliło mu w piersi zbyt szybko, a noga, nad którą nie miał kontroli, zaczęła nerwowo tupnąć o chodnik, zanim zdążył ją powstrzymać. Była blada. Zmęczona. Inna niż ta Sophia sprzed kilku tygodni, ale wciąż ta sama, którą znał aż za dobrze.
    — Zaczekam tutaj na ciebie — dodał po chwili, unosząc na nią wzrok. W jego głosie nie było nacisku, raczej coś na kształt prośby. — Chcę tylko porozmawiać. Nic więcej.
    Wsunął dłonie do kieszeni kurtki, jakby to miało powstrzymać je przed sięgnięciem po nią odruchowo. Stał trochę z boku, dając jej wyraźnie do zrozumienia, że nie zamierza iść za nią do środka ani łamać żadnych granic. To było maksimum, na jakie sobie pozwolił. Nie dlatego, że nie chciał więcej, ale dlatego, że wreszcie rozumiał, że tym razem więcej mogłoby ją tylko zranić. Cofnął się o krok. Dał jej przestrzeń. Naprawdę.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  130. Carter przez cały ten czas stał w miejscu, jakby wbity w beton, mimo że serce waliło mu w piersi jak cholerny dzwon alarmowy. Czekał na wyrok, na jedno słowo, gest, spojrzenie, cokolwiek, co pozwoliłoby mu odczytać, czy jeszcze jest w tym miejscu, w jej życiu, choćby na marginesie. Wiedział, że zawalił. Wiedział, że nie ma prawa oczekiwać od niej czułości, zaufania, a tym bardziej tego, by przy nim została. Ale mimo wszystko; był tu. Patrzył, jak Sophia znika za drzwiami kliniki, jak jej sylwetka znów oddala się od niego. Nie zrobił kroku, choć całe ciało rwało się, by pobiec za nią. Powiedzieć coś więcej. Powstrzymać. Ale nie mógł tego zrobić, nie jeśli chciał, żeby to ona zdecydowała. W dłoni wciąż trzymał kluczyki do samochodu, których nawet nie zauważył, że tak kurczowo się uczepił. Przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, wciągając głęboko powietrze nosem, jakby próbował uspokoić cały ten chaos w środku.
    Do momentu, w którym drzwi za Sophią zamknęły się, stał nieruchomo. Nie umiał po prostu odejść. Nie po tym, jak spojrzała na niego tym swoim ostrożnym wzrokiem, jakby bała się znów sparzyć. Przez chwilę patrzył w swoje odbicie w szklanych drzwiach. Wypuścił powietrze powoli, opierając się o zimną ścianę przy wejściu. Zawsze miał jakieś słowa. Zawsze potrafił coś powiedzieć, nawet jeśli było to totalnie spieprzone. Ale przy niej? Przy niej nagle nic mu nie wystarczało. Naciągnął kaptur głębiej na głowę, jakby chciał się schować przed zimnem, ale też przed własnymi myślami. Jedną, zmarzniętą dłoń wsunął głęboko do kieszeni kurtki, palce zacisnęły się tam instynktownie, szukając czegoś stałego, czegoś, co pozwoliłoby mu ustać w miejscu. Drugą trzymał IQOS-a, zaciągając się mechanicznie, bez większej przyjemności. Bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Zamierzał na nią zaczekać. Tak po prostu. Nieważne ile to potrwa, pół godziny, godzinę, dwie. Stałby tu i tak. Nie miał prawa wchodzić za nią bez zaproszenia, ale miał obowiązek być pod ręką. Na wypadek gdyby jednak go potrzebowała. Na wypadek gdyby zmieniła zdanie. Albo po prostu… na wypadek. Dlatego kiedy usłyszał za sobą jej głos, zareagował gwałtownie. Odwrócił się szybciej, niż zdążył pomyśleć, serce uderzyło mu mocniej, jakby ktoś nagle pociągnął za niewidzialny sznurek napięcia w jego klatce piersiowej. Spojrzał na nią z niedowierzaniem, które niemal natychmiast ustąpiło miejsca czemuś miękkiemu. Ciepłemu.
    — Naprawdę? — zapytał cicho, głupio, jakby potrzebował to usłyszeć jeszcze raz. Jakby dopiero teraz do niego docierało, że to wszystko dzieje się naprawdę.
    — Oczywiście, że pójdę — powiedział nisko, bez wahania. Jakby ta decyzja była oczywista od samego początku. Uśmiechnął się. Prawdziwie. Tak, jakby przez moment wszystko przestało ciążyć. Bez słowa schował IQOS-a do kieszeni, jakby to było najbardziej oczywiste na świecie. Jakby nie było żadnego „ale”, żadnej wątpliwości.

    OdpowiedzUsuń
  131. Zrobił krok w jej stronę, a potem jeszcze jeden, spokojnie, bez pośpiechu, jakby bał się, że zbyt gwałtowny ruch mógłby to wszystko spłoszyć. Był gotowy. Iść z nią. Stać obok. Trzymać ją za rękę. Być dokładnie tam, gdzie właśnie go poprosiła. Nie obiecywał cudów. Nie mówił, że wszystko się naprawi. Ale był. I w tej chwili to było jedyne, co naprawdę miało znaczenie.
    — Dziękuję — powiedział w końcu. Nie „super”, nie „jasne”, nie „no to idziemy”, tylko to jedno słowo. Bo wiedział, ile ją to kosztowało. Widział to w sposobie, w jaki na niego patrzyła, w lekkim drżeniu głosu, w napięciu ciała, które znał zbyt dobrze. Ona się bała. Nie tylko tej wizyty, ale ich. Tego, co między nimi. Bała się, że jak wejdą razem, to już nie będą mogli udawać, że nie są w tym połączeni na zawsze. A on się bał dokładnie tego samego. Ale to nie miało znaczenia. Bo kiedy Sophia powiedziała „chciałabym, żebyś poszedł ze mną”, to nie było już miejsca na dumę, urazę, ani pytania. Tylko jedno, czy potrafi jeszcze być człowiekiem, którego ona naprawdę potrzebuje.
    — Nie musisz niczego robić sama. Jestem tu, Soph — powiedział cicho, ale pewnie. — I zostaję. Przynajmniej na tyle, na ile mi pozwolisz — dodał miękko, nachylając się lekko, by spojrzeć jej w oczy. A potem pozwolił jej prowadzić. Przez szklane drzwi kliniki, przez recepcję, do windy, gdzie zrobił to, co chciał zrobić od momentu, kiedy ją zobaczył, sięgnął po jej dłoń. Nie miał pewności, czy mu na to pozwoli.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  132. Carter był twardy. Zawsze. Nawet kiedy wszystko w nim się rozlatywało, kiedy waliły się kolejne filary, na których próbował cokolwiek zbudować i tak trzymał to w sobie, jakby sam miał być ostatnią strukturą, która się nie zawali. Ale teraz, w tym cholernie cichym gabinecie, w którym każdy dźwięk był jak echo czegoś większego, Carter nie potrafił utrzymać w ryzach tego, co się w nim działo. To serduszko go rozpieprzyło. Nie krzyk, nie dramat, nie kłótnia, nie lęk, że ją straci, tylko to. Szybkie, uparte bicie. Ciche pukanie, które brzmiało, jakby miało własną wolę. Własny rytm. Ich rytm. Siedział obok Sophii, z dłonią zaciśniętą wokół jej palców. Trzymał ją mocno, nie żeby ją zatrzymać, ale jakby sam nie był pewien, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Patrzył na ekran i nie potrafił wydusić z siebie ani słowa. Coś mu osiadło w gardle, ciężar, którego nie był w stanie przełknąć, ale który nie bolał. To nie był ból. To było coś dużo bardziej niebezpiecznego: czułość.
    Nie spodziewał się, że właśnie to sprawi, że jego serce pęknie, ale nie dlatego, że ktoś je złamał. Pękło ze wzruszenia, z przerażenia, z miłości, z tej brutalnej świadomości, że coś się zmieniło i nie będzie odwrotu. Że nie chodzi już tylko o nich. To było jego dziecko. I to serce biło, bo on i Sophia zdecydowali się nie uciec. Nie zabić tej możliwości, nie cofnąć się, tylko zaryzykować. Zamrugał kilka razy, zbyt szybko, bo obraz się rozmazywał. Wziął głęboki wdech, jakby chciał ten dźwięk zabrać ze sobą gdzieś głęboko, zachować go na zawsze. A potem spojrzał na nią. Nie musiała się odwracać, żeby go poczuć. Ale to zrobiła. Ich spojrzenia się spotkały i przez kilka sekund nie było między nimi nic poza tym, spojrzeniem, które mówiło wszystko. W tym spojrzeniu Carter chciał jej powiedzieć, że będzie. Że jeśli tylko mu pozwoli, zostanie. Że może nie wszystko ogarnia, może wciąż gubi się między sobą a światem, ale dla nich dwojga, dla niej i dla tego dźwięku, spróbuje jeszcze raz. I jeszcze jeden, jeśli trzeba. Bo nie słyszał jeszcze w życiu nic tak cholernie prawdziwego jak ten dźwięk. I wiedział, że już nie może się cofnąć. Nie chciał. Delikatnie, bez słów, pochylił się i pocałował jej dłoń. Nie potrzebował więcej. Ani słów, ani wyjaśnień. Wystarczyło mu, że serce tego dziecka biło. Bo skoro biło, to znaczyło, że mają jeszcze szansę.
    — No dobrze, wszystko wygląda bardzo ładnie — odezwała się w końcu lekarka, odrywając wzrok od monitora. Jej głos był łagodny, a spojrzenie ciepłe, pełne zrozumienia. Znała ten moment. Widziała go już setki razy. Tych dwoje patrzących na siebie ludzi, którzy właśnie po raz pierwszy usłyszeli coś, co odmieni ich życie. — Serduszko bije równo, wielkość płodu zgodna z wiekiem ciąży. Nie widzę żadnych niepokojących objawów.
    Zamilkła na chwilę, jakby celowo dając im jeszcze moment tylko dla siebie. Sophia wciąż patrzyła na ekran, a Carter, na nią.
    — Teraz najważniejsze — kontynuowała kobieta, zerkając tym razem na Cartera. — Będzie pan musiał wyjątkowo dbać o mamę. I o to maleństwo, oczywiście. Ale na tym etapie… to głównie mama potrzebuje troski.
    Spojrzenie lekarki było serdeczne, ale bez miejsca na żarty. Była konkretna. Profesjonalna. Ale nie szorstka.
    — Dużo odpoczynku, unikanie stresu, regularne posiłki, spacery. — Mówiła dalej, przenosząc wzrok między nimi. — I bliskość. To bardzo ważne. Ciało robi teraz ogromną pracę, ale emocje… emocje są równie istotne.
    Carter skinął tylko lekko głową. Zbyt ściśnięte gardło nie pozwoliło mu odpowiedzieć. Wciąż trzymał dłoń Sophii, jakby bał się, że jeśli ją puści, wszystko się zniknie. Że to, co tu przeżyli, okaże się snem. A przecież to było prawdziwe.
    — Wrócicie za kilka tygodni — dodała jeszcze lekarka, uśmiechając się teraz wyraźnie. — A wtedy może i maluch pomacha wam już na ekranie.

    OdpowiedzUsuń
  133. Uśmiechnęła się, jakby mówiła o czymś najzwyklejszym na świecie, ale dla nich dwojga nie było nic bardziej niezwykłego. Carter odetchnęła głębiej, po raz pierwszy od wejścia do gabinetu naprawdę. Nie odzywał się od razu, gdy dźwięk serduszka ucichł, a lekarka zsunęła sondę z brzucha Sophii, zostawiając po sobie chłodną warstwę żelu i coś jeszcze, ciszę, której oboje potrzebowali. Widział, jak Sophia spuściła wzrok, jakby próbowała ukryć wszystko, co właśnie poczuła. Te emocje były zbyt duże, zbyt intensywne, żeby dało się je ubrać w słowa. A on… nie zamierzał ich rozpraszać. Nie teraz. Nie powiedział: „wszystko będzie dobrze”, bo wiedział, że nie wystarczy. Nie powiedział: „zrobimy to razem”, bo słyszała to już kiedyś. Zacisnął palce na jej dłoni, delikatnie, jakby chciał jej coś przekazać bez słów. Że tu jest. Że nigdzie się nie wybiera. Że może nie naprawił jeszcze wszystkiego, ale tym razem zamierza się naprawdę postarać. Trzymał jej dłoń do samego końca, aż lekarka delikatnie poprosiła, żeby pozwolił Sophii wstać i się ogarnąć. Cofnął się wtedy o krok, zostawiając jej przestrzeń. Nie patrzył na nią, kiedy wytarła brzuch z chłodnego żelu, kiedy zakładała z powrotem swój sweter i zapinała guziki płaszcza z odrobinę drżącymi dłońmi. Wiedział, że próbowała pozbierać się emocjonalnie, zanim znowu do niego wróci, z tą swoją cichą dumą, której nigdy nie próbował jej odbierać. Zanim Sophia wróciła, Carter zdążył podziękować lekarce i odebrać wydrukowane zdjęcia USG. Trzymał je teraz w dłoni, ostrożnie, jakby były z porcelany. Spojrzał na nie tylko raz, wystarczył mu jeden rzut oka, by serce znów ścisnęło mu się w piersi. Mały, zamazany cień na tle czerni. Ich dziecko. Czekał przy drzwiach, oparty lekko o ścianę, z tą kopertą w dłoni i wzrokiem wbitym w podłogę, kiedy w końcu do niego dołączyła. Uniósł głowę i wyprostował się powoli. Nic nie powiedział. Wyciągnął rękę, chwycił ją za dłoń i nie zważając na to, czy jej się to podoba, czy nie, przyciągnął ją do siebie i objął ramionami.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  134. Carter nie oderwał od niej wzroku ani na sekundę, gdy wypowiadała te ciche, miękkie „dziękuję”. Było w tym coś tak prostego, a jednocześnie tak cholernie poruszającego, że przez moment czuł, jak zaciska mu się gardło. Jakby te dwa słowa przebiły się przez cały dystans, który ostatnio między nimi urósł, te dni ciszy, niedopowiedzeń, wszystkich rzeczy, których nie powiedzieli sobie w porę. I teraz, patrząc na Sophię, Carter czuł, że wszystko znowu wraca na swoje miejsce. Może jeszcze nie na dobre, może nie od razu, ale wraca.
    — Jasne — powiedział cicho, gdy poprosiła o zdjęcia, choć tak naprawdę już je jej podawał, zanim dokończyła zdanie. Patrzył, jak dotyka delikatnie miejsca, gdzie znajdował się ich żelek, jakby to zdjęcie było czymś więcej niż tylko kawałkiem papieru, jakby było świętością, której nie można zniszczyć.
    Jej „dziękuję” nie potrzebowało rozwinięcia. Rozumiał wszystko. I może właśnie dlatego nie powiedział nic więcej, tylko skinął głową, przesuwając kciukiem po jej dłoni, którą wciąż delikatnie trzymał, jakby to miało ich na nowo połączyć. Nie na siłę. Po prostu, być blisko.
    — Dziękuję, że mi pozwoliłaś — mruknął tylko, cicho. I była w tym obietnica, może nie jeszcze wykrzyczana, ale wyraźna: nie zamierza znikać.
    Carter spojrzał na nią uważnie, tak jakby chciał dokładnie zapamiętać ten moment, z nią trzymającą zdjęcia ich dziecka, z oczami jeszcze lekko wilgotnymi od wzruszenia i niepewnością, która ciągle majaczyła gdzieś między jej oddechami. Widział, że coś w niej pękło. Ale nie drastycznie. Raczej jak zamek, który nie domknął się do końca. Wystarczyło lekko popchnąć drzwi.
    — Wiesz co? — odezwał się, łagodnie, ale z tym tonem, który Sophia znała aż za dobrze, kiedy coś planował i nie zamierzał przyjąć odmowy. — Zabieram cię na kolację.
    Uniósł lekko brew, jakby oczekiwał, że zaraz usłyszy klasyczne „nie trzeba” albo „nie mam ochoty”, ale tylko się uśmiechnął, zanim zdążyła coś powiedzieć.
    — I możesz sobie marudzić, ile tylko chcesz, Soph. Możesz kręcić nosem, robić te swoje miny i mówić, że nie jesteś głodna… ale serio, jak będzie trzeba, to cię zniosę do auta na rękach. — Uśmiechnął się krzywo, z tym cieplejszym błyskiem w oku, który pojawiał się tylko wtedy, gdy naprawdę mu zależało. — I nie będę za to przepraszał — dodał, a potem spoważniał. Spuścił wzrok na moment, a potem znów spojrzał jej prosto w oczy.
    — Musimy pogadać, Soph. Tak naprawdę. O nas. O wszystkim. I to nie może być przypadkiem, między drzwiami.
    Westchnął cicho, ale jego dłoń wciąż była przy niej, nie narzucająco, ale obecna. Gotowa, żeby ją złapać, jeśli tylko pozwoli.
    — Zresztą, i tak już jesteś skazana na mnie do końca życia, więc może… — uniósł kącik ust. — Może po prostu pójdziemy coś zjeść i zaczniemy chociaż od tego?
    Zamilkł. Bo teraz decyzja należała do niej. Zaśmiał się krótko pod nosem, a w tym śmiechu była próba rozładowania napięcia, które znowu zaczęło się między nimi zbierać jak burzowe powietrze przed ulewą.

    OdpowiedzUsuń
  135. Przesunął dłonią po karku, jakby nie wiedział, gdzie ją wsadzić, i spojrzał na nią z tą swoją mieszaniną uporu i miękkości, która czasem łamała jej opór szybciej niż wszystkie słowa.
    — Poza tym, nawet, jeśli ty nie chcesz ze mną gadać… — zaczął cicho, z lekkim uśmiechem. — To ja sobie pogadam z dzieckiem.
    Zerknął na jej brzuch, ledwo zaokrąglony, ale dla niego był już całym światem.
    — Zaczniemy od podstaw: czy nadal ma takie szalone mocne zachcianki, które rano przyprawiają mamę o mdłości, czy nadal lubi frytki na śniadanie czy makaron z truskawkami?
    Zamilkł na chwilę, a potem spojrzał na nią już bardziej miękko. Bez presji. Bez żartów. Po prostu z tą cichą nadzieją, że jeszcze może coś uratować. Albo chociaż spróbować.
    — Muszę też naszego małego potworka uprzedzić na przykład o tym, że jego mama jest najbardziej upartą kobietą na świecie. — Uniósł brew z udawanym wyrzutem. — Ale że i tak ją kocham. I że będzie świetną mamą, nawet jeśli na razie mnie unika i zachowuje się, jakbym miał dżumę.
    Popatrzył znów na Sophię, bez ciśnienia, bez nacisku. Po prostu z tą cichą obecnością, która mówiła, że zostanie tak długo, jak będzie trzeba. Nawet jeśli miałby rozmawiać z dzieckiem, zanim ona znów zacznie mówić do niego.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  136. Carter uniósł lekko brew, kiedy zasugerowała przełożenie kolacji. Przez chwilę tylko patrzył na nią, nie komentując nic, jakby coś kalkulował, coś ważył, a potem odchrząknął cicho i uśmiechnął się bez śladu rozbawienia. Ten uśmiech był bardziej z tych, które się pojawiały, kiedy coś go poruszało, głębiej, niż chciał przyznać.
    — Sophia — Jego głos był spokojny, bez naporu, ale pewny. — Jedynym planem, jaki miałem na dzisiejszy wieczór, było to, żebyś mnie w końcu nie zbyła. — Zrobił jeden krok w jej stronę i mówił dalej, cicho, ale zdecydowanie. — Jeśli to oznacza frytki z syropem klonowym, to jestem w grze. Ale nie odkładajmy tego. Nie dziś. Nie po tym wszystkim.
    Oparł dłonie o biodra, jakby próbował nie zrobić niczego więcej. Jakby się pilnował, żeby nie wyciągnąć do niej ręki, nie dotknąć jej policzka, nie zatrzymać jej bliżej, niż to jeszcze było dozwolone.
    — Jesteś głodna, jesteś w ciąży i… nie wiem, może nadal mnie nie chcesz i może nadal cię wkurzam, ale będziemy mieć razem dziecko. To jest dla mnie priorytet. — Zawiesił głos, ale nie spuścił wzroku. W tych ostatnich słowach nie było żartu. Był za to jakiś błysk surowej szczerości, coś między zmęczeniem a cichą nadzieją, że jeszcze nie wszystko skończone.
    Carter skinął lekko głową, jakby chciał dać jej jeszcze chwilę. Nie naciskał. Już nie. Przez ostatnie dni zdążył zrozumieć, że zaufania nie da się wymusić. Że wszystko, co między nimi miało jeszcze szansę się odbudować, musiało wyjść od niej. Ale nie mógł odejść bez próby. Nie po tym wszystkim. Nie po tym, jak usłyszeli bicie serca ich dziecka.
    Carter przestał się uśmiechać, kiedy znów spojrzał na nią. Już bez żartów, bez tej miękkości, która czasem przysłaniała, jak bardzo był w środku poruszony. Teraz mówił poważnie — tak, jak mówi się, kiedy stawką jest coś więcej niż uczucia. Bo tym razem chodziło o życie. Ich wspólne. I nie tylko ich.
    — Sophia… — zaczął cicho, głosem niższym, przygaszonym emocjami, których nie próbował już ukrywać. — Nawet jeśli nie masz mi teraz nic do powiedzenia, to… po prostu mnie wysłuchaj.
    Zamilkł na sekundę, pozwalając słowom wybrzmieć między nimi. Potem wzruszył lekko ramionami, z tym cieniem uśmiechu, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, gdy za dużo czuł i nie wiedział, jak sobie z tym poradzić.
    — I nie, nie szukam rozgrzeszenia. Nie będę ci składał obietnic, wiem, że nie chcesz ich znowu słuchać.
    Zrobił krótką pauzę, jakby szukał w sobie słów, które oddadzą wagę tego, co naprawdę czuł. Gdy znów mówił, jego głos był głęboki, ale miękki, jakby trzymał każde zdanie z największą ostrożnością. Carter nie spuścił z niej wzroku, nawet kiedy Sophia znów odwróciła głowę. Nie poganiał jej, znał ją już na tyle, by wiedzieć, że każde wypowiedziane zdanie musiała najpierw dobrze rozważyć, a potem jeszcze oswoić. Ale była jedna rzecz, której nie zamierzał już dłużej przemilczać.
    — Ale to nie jest już tylko o nas dwojgu. To nie jest tylko o mnie, który coś przegapił albo coś spieprzył. Chodzi o naszą rodzinę. O to małe serce, które słyszeliśmy dzisiaj razem. — Przełknął ślinę, a jego spojrzenie było teraz w niej zakotwiczone. — Ja na prawdę rozumiem, że potrzebujesz czasu i przestrzeni. Ale nie możesz po prostu znikać, Soph. Odcinać się, wyłączać telefon i kazać mi gadać z Maddie.
    Wyciągnął do niej dłoń, nie po to, żeby ją złapać, ale żeby podkreślić wagę tego, co mówił, żeby nie uciekła znów, zanim usłyszy.
    — Może nie jesteśmy razem. Może nie jesteśmy gotowi na to, co będzie za pół roku. Ale jedno wiem na pewno. Jestem ojcem tego dziecka. I jestem odpowiedzialny za was dwoje. Za waszą przyszłość. Za naszą małą rodzinę. I nawet jeśli się boisz, nie możesz mnie z tego wycinać. Nawet jeśli nie kochasz mnie już tak, jak kiedyś. To nie zmienia faktu, że tu jestem. I zostaję.

    OdpowiedzUsuń
  137. Zamilkł, a cisza między nimi znów nabrzmiała od wszystkiego, czego jeszcze nie powiedzieli. Odchrząknął, jakby to ostatnie zdanie samo go zaskoczyło siłą, jaką niosło. Opuścił wzrok na moment, jakby chciał złapać oddech. Potem znów uniósł spojrzenie na nią.
    — A teraz chodź. Frytki z syropem klonowym czekają. — Uśmiechnął się łagodnie. — I przysięgam, jak trzeba będzie, to sam je usmażę. Zerknął na nią kątem oka, potem wyciągnął dłoń, ale nie złapał jej, tylko otworzył przed nią, czekając, czy sama sięgnie. Czekał. Nie z pytaniem, nie z przymusem, tylko z obecnością. Gotowy być, nawet jeśli ona wciąż się wahała.
    — Nie musisz nic mówić — dodał po chwili ciszy, łagodnie, choć coś ścisnęło go w gardle. — Serio. Nie dzisiaj. Ale nie znikaj mi znowu, okej? Nawet jeśli to nie będzie żaden wielki powrót… to po prostu zostań. Albo pozwól mi zostać.
    Nie brzmiał jak ktoś, kto rzuca słowa na wiatr. Brzmiał jak ktoś, kto właśnie wybrał swoją przyszłość i stała dokładnie przed nim.
    — Jeśli nie dasz mi drugiej szansy jako facetowi… zrozumiem. Naprawdę. Ale daj mi ją jako ojcu. Bo nie wyobrażam sobie nie być częścią tego życia. I choćbyś miała mnie nienawidzić przez resztę ciąży, będę pod drzwiami. Będę przy USG. Będę tam, gdzie mnie potrzebujesz, nawet jeśli tylko w tle. — Zamilkł na moment, przymykając na chwilę oczy. I tym razem to nie był teatr. To był Carter, szczery, wykrwawiony z pozorów i zostawiający dumę za sobą. — Nie proszę cię o wszystko. Proszę cię tylko o miejsce. Małe, spokojne miejsce przy waszym boku.
    W końcu opuścił lekko dłoń, jakby nie chciał jej już dłużej wystawiać na odmowę, ale nie cofnął się. Stał, gotowy czekać. Ile trzeba.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  138. Leonard długo stał głęboko wpatrzony w niewielkie drzewko przyozdobione niebieskimi i białymi bombkami, które pięknie mieniły się w świetle choinkowych lampek. Im dłużej tak po prostu stał, tym bardziej docierał do niego absurd podjętej decyzji. To była pierwsza choinka od trzech lat, którą ubrał samodzielnie, choć od śmierci najbliższych uparcie zarzekał się, że już nigdy więcej do takiej sytuacji nie dojdzie. Łudził się, że może dzięki temu się coś zmieni, cokolwiek. Tymczasem noce nadal były niemal w całości pozbawione odpoczynku, przytłaczając go podłymi koszmarami, co powodowało, że Allen niejednokrotnie miał problem z odróżnieniem jawy od snu. Posiłki zamieniły się w kubki kawy, które tylko pozornie zapychały żołądek. Niegdyś postawna i umięśniona sylwetka Leonarda stanowiła już tylko miłe wspomnienie. Mężczyzna działał niczym idealnie skonstruowana maszyna, która kiedyś i tak w końcu opadnie z sił.
    Allen drgnął niespokojnie, gdy ucisk w klatce piersiowej zaatakował go równie gwałtownie, co myśl o tym, że fizycznie jako jedyny z najbliższych pozostawał żywy, ale mentalnie umarł wraz z nimi dokładnie w drugi dzień świąt niespełna trzy lata temu. Zbliżył się nerwowo do kabla wpiętego w biały przedłużacz, który niemal wyszarpał i rzucił pod stojak choinki. Zamknął oczy i ciężko odetchnął. Spokojnie, Leonard, to wszystko siedzi w twojej głowie. Allen chwilę później znalazł się w kuchni, gdzie odgrzał kawałek zapiekanki, której kęsy przypominały ostre żyletki uparcie zatrzymujące się w gardle. Walczył z posiłkiem zbyt długo, aby po raz kolejny stanąć na przegranej pozycji. Nie musiał długo czekać na to, aby zawisnąć nad toaletą szarpany przez podłe skurcze pustego żołądka. Nie wiedział ile czasu minęło nim zdołał wstać, wziąć prysznic i ułożyć się wygodnie na salonowej kanapie. Wszystko, dosłownie wszystko zlewało się w przykrą całość. Wziął chyba najdłuższe wolne w pracy odkąd tylko pamiętał, zamknął możliwość zamawiania nowych produktów na czas nieokreślony, wcześniej dostarczając wszystkie dotychczasowe zamówienia osobiście, a jego ogród zapomniał o jego istnieniu od ponad dwóch tygodni.
    Leonard zamknął na moment oczy, wsłuchując się w równomierne tykanie starego zegara z nadzieją, że uda mu się pogrążyć we śnie. Nie zwrócił uwagi w tamtej chwili na blask samochodowych reflektorów, który odbił się na szybach zasłoniętych jasną roletą. Powoli zasypiał, gdy dźwięk przekręcanego klucza w zamku wyrwał go z pogranicza snu. Otworzył oczy niemal w tym samym momencie, w którym w progu jego domu stanął nie kto inny jak Soph. Leonard niemal natychmiast zrzucił z siebie koc. Może i przyjaźnili się od dłuższego czasu, ale kobieta nigdy nie używała kluczy od jego domu bez większego powodu.
    Wstał nieco zbyt gwałtownie z kanapy, ale nie pozwolił, aby zawrót głowy przejął nad nim kontrolę.
    — Sophia? — zagadnął powoli do niej podchodząc. Płakała? Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, atakować ją milionem pytań, ale cholera, na kilometr było widać, że coś się stało. Wyciągnął w jej stronę dłoń w oczekiwaniu aż sama zechce ją pochwycić, dopiero wtedy stanowczo ją do siebie przyciągnął, zamknął w mocnym uścisku i pocałował czule w czubek głowy. Cokolwiek miało miejsce, nie miał zamiaru zostawić jej samej.

    Leonard

    OdpowiedzUsuń
  139. Carter słuchał, z każdą kolejną jej odpowiedzią coraz mniej pewny, czy zdoła wytrzymać to wszystko bez pokazania, jak bardzo go rusza. Jak bardzo te proste, pełne zawahania zdania rozbijają jego wnętrze, w którym od tygodni zalegał chaos. Wpatrywał się w nią uważnie, nie przerywał, nie przyspieszał. Nie chciał, by urwała choć jedno słowo, które tak długo w sobie dusiła. Gdy powiedziała, że go kocha, jego serce na moment naprawdę przestało bić. To nie było wyznanie z euforią czy nadzieją. Było pełne zmęczenia i prawdy. Takiej, jakiej on sam nie potrafiłby nazwać, ale znał ją aż za dobrze, uczucie wypowiedziane nie dlatego, że chce się coś naprawić, tylko dlatego, że nie da się już go dłużej ukrywać.
    — Wiem, Soph… — odezwał się cicho, miękko, głosem, który używał tylko wtedy, gdy coś naprawdę bolało. — Wiem, że mnie kochasz. I to mnie właśnie najbardziej boli.
    Zacisnął na moment szczękę, odwracając wzrok, nie dlatego, że nie mógł na nią patrzeć, ale dlatego, że przez krótką chwilę nie potrafił zapanować nad tym, co działo się w jego oczach.
    — Bo to wszystko… powinno wyglądać inaczej. Powinniśmy teraz się kłócić o to, jaki kolor farby wybrać do pokoju dziecka. Albo jak nazwać żelka, który najwyraźniej ma ochotę na frytki z syropem i cynamonem, a nie zastanawiać się, czy w ogóle jeszcze istniejemy jako para. — Uśmiechnął się krzywo, bez cienia złości, raczej z tym cichym, surowym smutkiem, który przebijał się przez jego barki od kilku dni.
    — Ale skoro mówisz, że nie znikniesz, to wystarczy. Na dzisiaj to mi wystarczy.
    Ścisnął delikatnie jej dłoń, którą sama wzięła w swoją. Ten gest znaczył dla niego więcej niż cokolwiek, co mogła powiedzieć. Była tu. Nie uciekła. I mimo że nie wiedzieli jeszcze, jak to wszystko naprawić, mimo że miłość między nimi nadal bolała, była gotowa iść kawałek dalej.
    Carter słuchał tego wszystkiego w milczeniu, bez przerywania, bez wymuszania odpowiedzi, bez tej nerwowości, która zwykle w nim pulsowała, kiedy czuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Tym razem stał spokojnie. A raczej, na tyle spokojnie, na ile pozwalało serce, które waliło mu jak młot.Patrzył na nią, na jej spojrzenie, które po raz pierwszy od dawna nie było zasłoną. Było czyste. Prawdziwe. I kiedy wreszcie poczuł jej dłoń w swojej, nie powiedział od razu nic. Tylko przyciągnął ją bliżej, bardzo powoli, bardzo świadomie. Nie do pocałunku, nie do jakiejś gwałtownej emocji. Po prostu bliżej. Tak, by mogli oddychać tym samym powietrzem. Jak kiedyś.
    — Chodźmy na te frytki, Soph. Z syropem. Z cynamonem. Z czym tylko chcesz. — Pochylił się nieco bliżej, mrugając z lekkim uśmiechem. — Obiecuję, że nie zjem ostatniej. No chyba, że sam żelek mi pozwoli. — Uśmiechnął się trochę bardziej. — I chcę zobaczyć twoją minę, kiedy dostaniesz frytki, które naprawdę smakują jak deser.
    Zamilkł na moment, szukając w niej tej starej, znajomej Sophii i znajdował ją. Ukrytą pod warstwą bólu, rozczarowania, ale wciąż tam.
    — To wszystko będzie miało sens, Soph. Nie od razu, ale… będzie miało.
    To było wyznanie. Spokojne, z tym cichym uśmiechem, który pojawiał się u niego tylko w dwóch sytuacjach: kiedy miał ją bardzo blisko, i kiedy naprawdę się bał. Nie puszczał jej dłoni. Nie chciał tego robić. I chyba ona też już nie próbowała się cofnąć. Zatrzymał się jednak jeszcze na sekundę, nachylając się lekko, żeby spojrzeć jej w oczy. Potem odsunął się o krok i otworzył przed nią drzwi do samochodu i może nie powiedział “wróć do mnie”, ale wszystko, co robił, mówiło jedno: „nie przestanę cię wybierać”. Spojrzał na nią z delikatnością, której u niego rzadko można było doświadczyć. I choć wewnątrz nadal ściskała go niepewność, pierwszy raz od dawna naprawdę poczuł, że może jeszcze coś się między nimi ocali. Krok po kroku. Bez presji. Bez chaosu. Tylko oni. I to małe życie, które trzymało ich razem bardziej, niż kiedykolwiek byli w stanie przyznać.

    OdpowiedzUsuń
  140. Carter wziął od niej płaszcz i zawiesił go na wieszaku, uważnie obserwując, jak Sophia siada naprzeciwko, wciąż delikatnie spięta, jakby nie do końca wierzyła, że naprawdę tu są, tylko we dwoje, z dala od kliniki, obowiązków i tego wszystkiego, co przez ostatnie tygodnie pęczniało między nimi aż do punktu pęknięcia. Atmosfera lokalu była cicha, przygaszona, otulona miękkim światłem zawieszonym nisko nad stolikami. W tle sączyła się jazzowa melodia, na tyle cicha, że nie zagłuszała myśli. Przez moment milczeli, ale nie było to już milczenie niezręczne. Raczej to pełne przestrzeni, które przychodzi wtedy, gdy nie trzeba wszystkiego wypowiadać od razu. Carter pochylił się lekko nad stołem, oparł przedramiona o blat, nie spuszczając z niej wzroku. Podniósł wzrok na Sophię, lekko przekrzywiając głowę. Carter przez chwilę wpatrywał się w parującą filiżankę kawy, jakby próbował w niej znaleźć właściwe słowa. Jego spojrzenie złagodniało, a rysy twarzy, zwykle tak opanowane, teraz wydawały się jakby cięższe, bardziej szczere.
    — Wiesz… — zaczął cicho, bez tej swojej zwyczajowej zadziorności. — Kiedy byłem dzieciakiem, zawsze chciałem mieć normalną rodzinę. Taki dom, do którego się wraca, a nie przed którym się stoi i zastanawia, czy tym razem będzie cicho czy znowu wylecą talerze. Bez krzyku, bez poczucia, że nie pasujesz, że lepiej byłoby, gdyby cię nie było.
    Zamilkł na chwilę. Przesunął dłonią po karku, jakby coś go tam swędziało, a może po prostu nie wiedział, co robić z własnymi emocjami. Podniósł wzrok na Sophię, nie uciekając już przed niczym.
    — Zazdrościłem innym dzieciakom. Tych zwykłych obiadów, ojców, co przychodzą na mecze, matek, które nie zasypiają z flaszką pod poduszką. — Uśmiechnął się krzywo. — I chyba przez długi czas myślałem, że to po prostu nie dla mnie. Że to nie jest mój świat, że ja się nie nadaję do żadnego „normalnie”.
    Uśmiechnął się lekko, ale w oczach wciąż tliło się coś głębszego.
    — A dzisiaj, jak siedzieliśmy tam razem… — Wzruszył lekko ramionami. — Dotarło do mnie, że to jest właśnie moja szansa, na stworzenie takiej rodziny, jakiej sam nigdy nie miałem. Dla tego dziecka. Dla ciebie. Dla nas, jeśli mi na to pozwolisz. — Zamilkł na chwilę, jakby czekał na oddech, którego nie mógł złapać. — I musisz wiedzieć, że ja tego naprawdę chcę. Nie z obowiązku. Nie ze strachu. Z wyboru. — Głos mu się lekko załamał, ale nie odwrócił wzroku. — I zrobię wszystko, żeby to się udało, Soph. Nawet jeśli będziemy budować to od zera.
    Cisza po tych słowach była miękka, ciężka, ale potrzebna. Jakby na chwilę między nimi zapanowało zawieszenie, nie rozstanie, nie powrót. Po prostu chwila, która mówiła więcej niż słowa. Carter opuścił na moment wzrok, po czym westchnął cicho, jakby dopiero teraz naprawdę zrozumiał ciężar tego, co powiedział. Potarł kark, uśmiechając się do siebie z lekkim niedowierzaniem, a potem znów spojrzał na Sophię, już z tym swoim półuśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy chciał coś rozładować.
    — Przepraszam. — Mruknął cicho, zupełnie szczerze, ale nie przeciągał tego słowa, jakby nie chciał, żeby ton ich rozmowy ugrzązł na długo w tym jednym, trudnym rejestrze. — Zaczynam tu zaraz terapię grupową urządzać przy makaronie z pesto.
    Uniósł brew, przesuwając wzrokiem po jej twarzy, szukając reakcji.
    — Powiedz mi lepiej… gdzie ty się właściwie zatrzymałaś? Mam nadzieję, że nie w żadnym hotelu na drugim końcu miasta...
    Uśmiechnął się nieco szerzej, ale zaraz znów nieznacznie spoważniał, pytając.
    — Twój ojciec już całkiem mnie nienawidzi? — Zmarszczył lekko brwi, udając, że naprawdę się zastanawia. — A Gwen? Ona już świętuje „a nie mówiłam”, czy czeka na moment, żeby to ładnie podsumować przy obiedzie?
    Parsknął lekko pod nosem i pokręcił głową. Nie musiał słyszeć odpowiedzi, by znać ją na pamięć. Ale chciał, żeby Sophia się uśmiechnęła. Żeby oddech im się wyrównał. Bo nie wszystko jeszcze było stracone. Nie, jeśli nadal mogli żartować, nawet w cieniu tak wielu nierozwiązanych spraw.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  141. Carter był tej relacji pewien. Od początku. Nawet wtedy, gdy Sophia jeszcze wątpiła, on już wiedział, że to z nią chce budować życie. Ze chce wracać do domu, nie do miejsca, a do niej. Do ciepła, spojrzenia, do drobnych gestów, które nazywały codzienność. Do rodziny, której sam nigdy nie miał, ale której obraz nosił w głowie od dziecka, zbudowany z filmów, obserwacji i cichego pragnienia, które trzymało się go nawet w najciemniejszych momentach życia. Teraz, mając Sophię i dziecko, to wszystko mogło się wydarzyć naprawdę. Mógł stworzyć rodzinę, której sam nigdy nie doświadczył i pragnął tego z całych sił. Nie w idealnej wersji, nie w bajce, ale prawdziwie. Z nią.
    Stawiał ją na pierwszym miejscu od miesięcy, nawet jeśli nie zawsze potrafił to dobrze okazać. Ograniczył wyjścia, zredukował to, co brał, nie rzucił wszystkiego nagle i spektakularnie, ale zmieniał się codziennie, kawałek po kawałku, dla niej. Dostosowywał się. Czasem w milczeniu. Czasem robiąc to tak subtelnie, że Sophia mogła tego nie zauważyć, nie dlatego, że była ślepa, ale dlatego, że nie wiedziała, jak bardzo popękane było jego życie, zanim się w nim pojawiła. Nie znała jego nocy sprzed niej. Tych, które kończyły się urwanym snem, zawrotami głowy, samotnością. Nie wiedziała, jak daleko potrafił wtedy zniknąć. A teraz… teraz nie chciał znikać. Chciał być. Z nią. Dla niej. Dla ich dziecka.
    Dla Cartera nie istniało coś takiego jak: „chcę z tobą być, ale nie mogę.” Albo się chce, albo nie. W miłości nie było przecież „prawie”. Kiedy Sophia odeszła wiedział, że to nie była pomyłka, tylko decyzja. Świadoma, może bolesna, ale podjęta. Może nawet miała rację. Może on się nie nadawał do codzienności. Może był tym facetem, który potrafi być tylko tatą weekendowym, tatą z doskoku. Tym, który nosi prezenty, ale nie zna ulubionego smaku kaszki. Może nie był gotowy na małżeństwo, na wspólne śniadania i nocne płacze dziecka. Nie wiedział. Ale chciał się starać. I był gotów to udowodnić, nie słowami, a czynami. Codziennie. I nie dlatego, że ktoś od niego tego wymagał. Ale dlatego, że ją kochał. A ona wybrała odejście.
    Starał się nie walczyć. Nie naciskać. Nie łamać drzwi, które ona zamykała z pozorną delikatnością. Wystarczyło, że zmusił ją do tych cholernych zaręczyn. Nawet nie fizycznie, ale emocjonalnie, tak jakby zepchnął ją w coś, na co nie była gotowa. I tydzień później już jej nie było. Jakby nagle wszystko dotarło: gdzie jest, co robi, do czego zmierza i jakby właśnie wtedy postanowiła, że jeszcze może się z tego wycofać. Że wciąż ma wybór. To bolało bardziej niż był gotów kiedykolwiek przyznać. Bo to oznaczało, że nie kocha go tak, jak on ją. Że on musi zasłużyć na jej miłość. Na zaufanie. Na rodzinę. A przecież mieli być rodziną. Miała zostać. Miała się być wtedy, kiedy jej potrzebował, a zamiast tego postawiła mu ciche ultimatum. Wyprowadziła się. Zniknęła. Pokazała, że jeśli kiedyś znów zdecyduje się odejść, to on nie będzie mógł jej powstrzymać.
    Westchnął ciężko, kiedy znów wypomniała mu temat, którego nie mógł z niej zmazać, nawet jeśli chciał. Gdy ujęła jego dłoń, poczuł znajome ciepło, które od miesięcy było jego punktem odniesienia. Nie odsunął dłoni, ale też nie odwzajemnił jej dotyku. Zawiesił się w tej pustce, w tej przestrzeni pomiędzy. Stary Carter już dawno by wyszedł. Zostawiłby rachunek i odwrócił się bez słowa. Ten, który tu siedział, tylko przygryzł wnętrze policzka i milczał, pozwalając tej goryczy rozlać się gdzieś w środku. Już i tak nosił jej za dużo.
    — Nie skrzywdzi. — Powiedział w końcu. Głosem niższym, zmęczonym, ale stanowczym. — Bo ja na to nie pozwolę — dodał cicho, ale pewnie. I właśnie dlatego to bolało. Bo otworzył się przed nią. Powiedział coś z wnętrza. A ona znów, jak zawsze, próbowała obrócić to przeciwko niemu. Sprytnie, delikatnie, ale wystarczająco boleśnie.

    OdpowiedzUsuń
  142. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  143. Przez chwilę tylko patrzył w bok, jakby potrzebował oderwać wzrok od jej oczu, zanim się złamie. A potem znów spojrzał na nią. Uważnie. Uważniej niż wcześniej. Siedząc teraz z nią przy stoliku, słysząc jak mówi, że będzie z nim albo z nikim, poczuł w sobie coś, co nie było jeszcze ulgą, ale nie było już też rozpaczą. Westchnął. Nie ostentacyjnie. Bardziej jak ktoś, kto właśnie stoczył w sobie długą walkę i przegrywa ją w ciszy.
    — To dlaczego nie wrócisz do domu, Soph? Jeśli wciąż tego wszystkiego chcesz, że mną? — Zapytał spokojnie, bez oskarżenia. Tylko z tym pytaniem, które niosło wszystko. Przyszłość. Obietnicę. Żal. Bo jeśli to on, albo nikt… to dlaczego odeszła?
    — Chcę, żebyś wróciła do miasta — powiedział spokojnie. — Nie mówię, że do mnie. Wybierz sobie miejsce, penthouse, apartament, cokolwiek chcesz. Umówię cię z moją agentką, załatwi to w jeden dzień.
    Wzruszył ramionami, jakby to było nic. Spojrzał na nią poważnie. W tym nie było żartu. Nie było gry.
    — Nie chcę, żebyś przeze mnie mieszkała kątem u kogoś. Nie chcę, żeby przez… to wszystko — uniósł rękę, wskazując między nimi — twoje życie musiało się składać z połówek i prowizorek.
    Nachylił się nieco nad stołem, nie robiąc tego demonstracyjnie, a raczej z potrzeby bycia bliżej. Głosu miał niższego, cieplejszego, ale wciąż zdecydowanego.
    — Nie będziesz mieszkała u żadnej ciotki w Scarsdale, Sophia. Nie dlatego, że mi to przeszkadza. Tylko dlatego, że nie zasługujesz na to, żeby każdego ranka budzić się w cudzym domu, z poczuciem, że trzeba się jakoś dostosować. Masz prawo do swojego miejsca. I ja ci je dam.
    Popatrzył na nią z tym spokojem, którego nie udawał. Czekał, aż odpowie. Aż zrobi pierwszy krok. Bo on już swój zrobił, wchodząc tu dziś z nią. Właśnie tu, do tego miejsca, gdzie nic już nie było takie samo, ale wszystko mogło zacząć się na nowo.
    Słowa, które padły z jej ust, uderzyły go znienacka. „Skończyłam dokładnie tak, jak przewidziała. W ciąży, bez domu i pracy.”. Jakby mówiła o czymś zupełnie zewnętrznym, oderwanym od nich obojga. A jednak właśnie w tej chwili coś w Carterze pękło. Poczuł to fizycznie, jakby ktoś wbił mu coś zimnego tuż pod mostek. Zacisnął szczękę, nieznacznie. Przez sekundę nie odpowiedział nic, bo gdyby otworzył usta zbyt szybko, nie był pewien, co powie. A może bardziej, jakim tonem to powie. Spojrzał na nią z czymś, co było bliskie niedowierzaniu. Bo to nie był tylko żal. To był ten głęboki, okrutny ból, że ona tak właśnie to widzi. Że wszystko, co stworzyli, do czego doszli, co między nimi było… można tak po prostu zamknąć w jednym zdaniu. W przewidywalnym finale według Gwen. Cofnął się od stołu tylko na oparcie fotela, jakby potrzebował milimetra dystansu, żeby nie złamać się na jej oczach.
    — Tak na to patrzysz? — zapytał cicho, głosem, który ledwo drgał. Przełknął ślinę i przez moment unikał jej wzroku. Nie dlatego, że się wstydził. Ale dlatego, że to bolało mocniej niż wszystko, co ostatnio powiedziała. Chciał wiedzieć.
    — Żałujesz? — Zapytał nie spuszczając z niej wzroku, jakby oczekiwał odpowiedzi od jej oczu, a nie ust. Mógłby wstać. Mógłby się zamknąć. Wrócić do starej wersji siebie, która pali mosty, zanim ktoś go po nich dogoni. Ale nie zrobił tego. — Oczywiście, że żałujesz… — Jego głos lekko się załamał, ale szybko go opanował. — Gdyby nie ciąża, nawet byś ze mną teraz nie rozmawiała, prawda?
    Nie chciał, żeby te słowa ją zniszczyły. Ale nie mógł też udawać, że nie czuje się jakby dostał nimi prosto między żebra. Bo kochał ją. Nadal. Mimo wszystkiego. I bolało go, że ona tego nie widzi.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  144. Carter siedział w ciszy przez dłuższą chwilę.
    „Nie chcę się zastanawiać, co się dzieje, kiedy wychodzisz w nocy. I sam dobrze wiesz, że nie tak się powinno wychowywać dzieci.”
    Przesunął dłonią po brodzie, jakby chciał sobie coś z niej zetrzeć, ale tak naprawdę próbował utrzymać resztki cierpliwości. Nie rozumiał. Naprawdę. To znaczy, rozumiał jej lęki, widział je… ale nie potrafił pojąć, jakim cudem po wszystkim, co dla niej zrobił, wciąż stawiała go w tej pozycji. Tego, który może zniszczyć. Tego, który jest ryzykiem. Tego, którego lepiej trzymać na dystans. Jakby był… skażony. Zacisnął szczękę i westchnął. Może był głupi, może zbyt uparty, ale nie zamierzał się już wycofać.
    „Nie możesz przewidzieć przyszłości, Carter.”
    Z takim podejściem, pomyślał gorzko, to nie powinien wychodzić z domu. Zresztą… tak właśnie żył przez większość życia, nie? Gotowy na najgorsze, oswojony z tym, że świat gryzie, nawet kiedy się nie prosisz. Ale teraz próbował robić wszystko, jak trzeba. Starał się. Naprawdę. A mimo to, to wciąż nie wystarczało.
    Nie odpowiedział od razu. Bo nie wiedział, jak odpowiedzieć, by nie zabrzmieć jak idiota. Jak facet, który kolejny raz coś obiecuje, a potem nie dotrzymuje. Wsunął język pod policzek i przygryzł go od środka. Zawsze chodziło o to samo. O ten jeden temat. O to, co wciąż trzymało ją z dala. I co z każdym razem wbijało mu się pod żebra, przypominając, że nigdy nie będzie dla niej wystarczająco czysty.
    — No tak — mruknął cicho. — Lepiej, żeby ojca w ogóle nie było, niż żeby był… taki jak ja. Jasne. Rozumiem.
    Ale nie rozumiał. A jeszcze bardziej, nie umiał tego przyjąć bez oporu. Nie odezwał się, kiedy mówiła dalej. O tym, że nie chciała, żeby ktoś ich usłyszał, że nie powinni rozmawiać o tym tutaj. Kiedy powiedziała, że nie chce nowego mieszkania, tylko nasze, na moment uniósł głowę i spojrzał na nią jakby coś się w nim na nowo zapaliło. Nasze. Brzmiało jak coś, co jeszcze mogliby uratować. Carter odchylił się na krześle, jakby coś go przygniotło. Palcami przesunął po karku i zerknął na nią z boku, w półcieniu restauracyjnego światła.
    — Nie wiem, Soph… — powiedział, sucho, ledwo powstrzymując to, co naprawdę chciał powiedzieć. — Chcesz wrócić do naszego mieszkania, ale nie do mnie. Chcesz, żebym był ojcem, ale boisz się mnie w tej roli. Chcesz rodziny, ale nie z tymi warunkami, które teraz mamy. — Zawiesił głos i przesunął spojrzeniem po jej twarzy. — Mówisz, że nie masz niczego, a jak chce ci coś dać, to odmawiasz — pokręcił głową z westchnięciem. To było trudniejsze niż się spodziewał. — Może po prostu wróć do penthouse’u, a ja się wyniosę. Skoro to mieszkanie nie ma znaczenia, tylko ja w nim przeszkadzam. Bo, serio, Sophia… ja już naprawdę nie wiem, co mam zrobić, żebyś w końcu była zadowolona. Żebyś poczuła się bezpieczna. Żebyś przestała mi patrzeć na ręce jak facetowi, który może to wszystko spieprzyć w jednej sekundzie.
    Podparł się łokciami o stół, zmęczony. Głosem, który nie szukał już litości, tylko zwykłej, cholernie ludzkiej ulgi, dodał: Nie mówił tego z przekąsem. Nie był to wyrzut. Raczej kapitulacja. Może miał nadzieję, że jeśli choć miejsce będzie znajome, to jej będzie łatwiej… nawet jeśli już bez niego. A może po prostu naprawdę nie wiedział, co jeszcze mógłby zrobić, żeby nie stracić jej całkiem.
    Carter patrzył na nią w milczeniu, z zaciśniętą szczęką i ciężkim oddechem, jakby próbował połknąć coś, co utknęło mu w gardle. Słowa o tym, że nie żałuje, wypowiedziane tak stanowczo, z tym ogniem w oczach, powinny przynieść mu ulgę. Ale nie przyniosły. Nie w całości. Nie, kiedy przez ostatnie tygodnie żył z przeświadczeniem, że Sophia żałuje wszystkiego, co z nim związała, nie tylko dziecka, ale i siebie.

    OdpowiedzUsuń
  145. To, co poczuł wcześniej, ten ścisk w piersi, kiedy powiedziała, że skończyła tak, jak wszyscy przewidywali, wróciło ze zdwojoną siłą. Nie unosił się. Nie krzyczał. Ale w jego głosie czuć było ten znajomy cień: rozczarowania, zmęczenia, zbyt długo tłumionego żalu.
    — Nie żałujesz dziecka. Dobrze. Naprawdę… dobrze. — Pokiwał głową, jakby chciał sam się do tego przekonać. — Ale chyba żałujesz mnie. Nas. I nie potrafisz tego powiedzieć głośno, żeby mnie nie zranić. Tyle że… Sophia, ja i tak to czuję. Każdego dnia, od kiedy postanowiłaś ode mnie odejść.
    Odsunął się lekko do tyłu, łapiąc kubek z herbatą, który już dawno przestał parować. Nie napił się. Tylko trzymał go w dłoni, jakby ten gorzki, chłodny płyn miał dać mu odrobinę kontroli nad tym, co działo się w środku.
    Jego wzrok spoczął na niej, miękki, ale zmęczony. I tylko oczy zdradzały, jak bardzo go to wszystko boli. Jak bardzo chciałby cofnąć czas, nie żeby coś zmienić, ale żeby nie musieć teraz o to wszystko walczyć. Nie sam. Carter nie odrywał od niej wzroku. Próbował coś z tej rozmowy zrozumieć, coś sobie poukładać, ale to wszystko znowu zaczynało mu się sypać w rękach, dokładnie tak jak wtedy, gdy tamtego wieczoru po prostu zniknęła.
    A teraz? Teraz siedziała naprzeciwko niego i mówiła, że chce ich mieszkania. Że to nie koniec. Że kocha i chce zawalczyć. I nie minęła nawet chwila, a znów cofnięcie. Znów niedopowiedzenie. Znów urwane zdanie, które więcej zabrało, niż dało. Czuł, jak w środku zaczyna mu buzować coś, co bardzo długo trzymał w ryzach.
    — Najpierw odchodzisz — powiedział cicho, ale już bez tej miękkości, którą próbował jeszcze przed chwilą utrzymać. — Potem mówisz, że to nie na zawsze. Że chcesz wrócić, ale nie wracasz. Że chcesz naszego mieszkania, ale wciąż jesteś gdzie indziej. Mieszasz mi w głowie, Soph.
    Pokręcił głową i oparł łokcie o kolana, nachylając się nieco. Głos miał niższy, nieco matowy. Już nie błagał. Już nawet nie próbował.
    — Nie wiem, czy mam cię puścić, czy cię trzymać. Czy ci pozwolić odejść, czy błagać, żebyś wróciła. Bo za każdym razem, gdy robię jedno, ty wracasz z czymś drugim. I nie wiem, w którym momencie coś się naprawdę zmienia, a kiedy to tylko… słowa.
    Zamilkł na moment. Zacisnął dłoń w pięść, jakby walczył sam ze sobą.
    — I nie wiem już, czy to ja nie potrafię ci dać tego, czego potrzebujesz… czy po prostu ty nie wiesz, czego chcesz. — Spojrzał na nią. W tych słowach nie było ataku. Była czysta, zmęczona szczerość.
    Carter przełknął ślinę, jakby próbował zepchnąć na dno gardła coś, co paliło go od środka. Utrzymywał spojrzenie Sophii, ale było w nim coś surowego. Coś, co przez chwilę ukrywał, a teraz po prostu nie miał już siły chować.
    — Nie możesz zrywać ze mną „na chwilę”, Soph. — Powiedział to cicho, ale bez żadnego zawahania. — Nie możesz odchodzić „na moment”, zostawiać mnie w zawieszeniu i liczyć, że ja po prostu będę tu stał i czekał, aż zdecydujesz, czy to już ten moment, żeby wrócić. Bo ja tak nie umiem.
    Wyprostował się nieco. Jego głos nie był ani zły, ani podniesiony. Był spokojny. I przez to jeszcze bardziej prawdziwy.
    — W moim słowniku nie ma czegoś takiego jak „przerwa”. Albo się ze mną jest, albo nie jest. Albo się walczy, albo się rezygnuje. Nie będę pół-etatowym ojcem, pół-obecnym facetem. Nie będzie żadnego „wpuszczę cię jak zasłużysz”…

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  146. Carter spojrzał na nią spod rzęs, potem odwrócił wzrok na moment, jakby potrzebował tych kilku sekund, żeby nie powiedzieć czegoś, czego nie cofnie. Powoli przetarł dłonią usta, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli, a potem oparł się łokciami o stół, pochylając lekko w jej stronę.
    — Nie wyłączyłem się — powiedział w końcu, nisko. — Po prostu… twoje „będziesz dobrym ojcem” ma całą pieprzoną listę „jeśli”.
    Uniósł na nią spojrzenie. Twardsze. Bardziej skupione. Krótki, gorzki uśmiech przeciął mu usta. Jego głos pozostał spokojny, ale pod tą kontrolą kryło się coś więcej. Kiedy dodała, że nie on jej przeszkadza, uniósł lekko brwi. Zamilkł, słuchając jej dalej, wbijając spojrzenie w jej oczy. W jej słowa. W ten niepokój i determinację, która przecinała przestrzeń między nimi ostrzej niż nóż. I wtedy padło to zdanie: Chcę znać prawdę. Carter znieruchomiał. Nie pierwszy raz je słyszał. Ale pierwszy raz poczuł, że nie da się już dłużej przed tym uciekać. A mimo to… każda komórka w jego ciele się spięła. Kiedy nachyliła się nad stolikiem, nie odsunął się. Pozwolił, by ta odległość między nimi się skróciła, choć serce uderzało mu w gardło. Oparł się mocniej o krzesło, dłonie splecione, jakby próbował trzymać samego siebie w ryzach. Carter wciągnął powietrze nosem, powoli. Spojrzał jej w oczy. Tym razem bez ucieczki.
    — Znasz prawdę, Sophia. — Powiedział w końcu. — Znasz tyle, ile mogłaś poznać, będąc obok mnie. I tyle, ile byłem w stanie powiedzieć, zanim… — urwał, zacisnął szczękę. Przesunął wzrokiem po stole, jakby widział tamten moment jeszcze raz. — Jak mam ci powiedzieć wszystko, skoro nawet nie wiem, czy zostaniesz wystarczająco długo, żeby tego wysłuchać? Hmm? I co u ciebie mieści się pod tym całym „ wszystko”. Co dokładnie chcesz wiedzieć?
    Uniósł brew, w spojrzeniu pojawiło się coś bolesnego, niemal rozczarowanego. Pochylił się lekko do przodu. Głos miał spokojny, ale napięty jak struna.
    — Nie jestem kimś innym, niż byłaś w stanie zobaczyć. Nie jestem potworem z ukrytej piwnicy ani facetem z podwójnym życiem, o którym nic nie wiedziałaś. Jestem tym samym Carterem, tylko z rzeczami, o których nie chciałaś słuchać, bo cię przerażały. — Zawiesił na niej wzrok. Twardy. Prawdziwy. Jego wzrok na sekundę pociemniał. — Bo kiedy naprawdę zrobiło się trudno trzasnęłaś drzwiami. Zostawiłaś mi ten pierścionek na blacie jak notatkę z wymówką. I nawet nie spojrzałaś za siebie. — Odchylił się lekko, choć wciąż mówił spokojnie, ale głos był już niższy, bardziej napięty. — Więc jak mam ci niby powiedzieć więcej, hm? Jak mam sięgnąć jeszcze głębiej, skoro nie wiem, czy za minutę nie wyjdziesz z tej knajpy znowu? — Przełknął ślinę. Cicho. — To nie są trzy zdania, Soph. To całe moje życie, którego sam jeszcze nie umiem do końca ogarnąć. A ty pytasz mnie, kim jestem? Może to właśnie próbuję jeszcze sam zrozumieć.
    Zamilkł. Potem uśmiechnął się gorzko. Patrzył na nią długo. Bez oskarżeń. Ale też bez udawania. Po prostu prawdziwie. Bez warstw. I nagle wydał się… młodszy. Mniej pewny. Bardziej zmęczony. Oparł się mocniej o krzesło, dłonie splecione, jakby próbował trzymać samego siebie w ryzach. Przesunął wzrokiem po stole, jakby widział tamten moment jeszcze raz.
    Oparł się mocniej o krzesło, palcami przesunął po krawędzi stołu, jakby sprawdzał, czy wciąż jest tu, w tej rozmowie, a nie już kilka kroków dalej. Spojrzał na nią dopiero wtedy, kiedy wypowiedziała to na głos, że może osobno będzie im lepiej. Nie było w jego spojrzeniu złości. Było zmęczenie. I coś jeszcze zgoda, która bolała bardziej niż sprzeciw.
    — Może… — zaczął cicho. — Może rzeczywiście tak jest.
    Westchnął, ciężko, jakby z jego klatki piersiowej zeszło powietrze, które trzymał w sobie od tygodni. — Może teraz, na tym etapie, osobno jest lepiej. — uniósł wzrok na nią, spokojnie, bez oskarżeń. — Dla ciebie. I… może nawet dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
  147. Nie cofnął dłoni od razu, choć czuł jej ciepło. Zrobił to powoli, ostrożnie, jakby nie chciał, żeby to wyglądało jak odrzucenie.
    — Bo widzisz — powiedział ciszej. — Oboje próbujemy zrobić „to, co słuszne”, tylko każde z innego miejsca. — Uśmiechnął się krzywo, bez radości. — A prawda jest taka, że teraz i tak jesteśmy w zawieszeniu. Ani razem, ani osobno. I to nas wykańcza.
    Podniósł wzrok, zatrzymał go na jej twarzy. Przesunął talerz na bok, jakby jedzenie nagle przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Oparł przedramiona o stół, gest, który zawsze zdradzał, że przechodzi w tryb konkretny.
    — Wróćmy do rzeczy, które mogę ogarnąć tu i teraz. Bez „może”, bez „zobaczymy”. — Spojrzał na nią uważnie, ale już inaczej niż wcześniej. Nie jak na kobietę, którą próbuje zatrzymać, tylko jak na osobę, za którą jest odpowiedzialny. — Po pierwsze: gdzie chcesz mieszkać — zaczął. — Wybierz miejsce, które ci się podoba. Ja zajmę się resztą. — Mówił rzeczowo, ale bez chłodu. Jak ktoś, kto myśli kilka kroków do przodu. Zatrzymał wzrok na niej jeszcze raz. — Możesz wybrać, czy chcesz być blisko mnie, czy dalej. Będę na każde zawołanie, ale nie będę cię zmuszał. Powiedz tylko, czego potrzebujesz. I postaram się, żebyś to miała. Samochód, kierowca, ktoś do pomocy domowej, cokolwiek…
    Z jego twarzy zniknęło to napięcie, które towarzyszyło im w emocjonalnej wymianie zdań. Teraz został tylko mężczyzna, który był gotów zadbać o wszystko, co trzeba, nawet jeśli nie wróci dziś z nią do domu.
    — Nie chcę, żebyś była od nikogo zależna. Ani od ojca, ani od znajomych. Masz mieć swoje miejsce… z komfortem, na jaki zasługujesz. — Na moment zamilkł, po czym dodał ciszej. — Pokryję koszty wszystkiego, a poza kartą kredytową, którą masz, przeleję ci pieniądze na osobne konto. Twoje. Bez hasła do wglądu z mojej strony. — Jego głos nie drżał, był pewny, twardy. — Nie chcę, żebyś czuła się tak, jakbyś musiała mi się z czegokolwiek tłumaczyć. — Uniósł na nią wzrok, spokojny, uważny. — Nie musisz mi teraz obiecywać niczego więcej. Wystarczy, że pozwolisz mi zadbać o praktyczne rzeczy, bez marudzenia, że nie możesz czegoś przyjąć. Możesz. To nie jest coś co podlega dyskusji, a ja nie robię tego, żeby się pokazać z dobrej strony. Robię to, bo jesteś matką mojego dziecka. I nie zamierzam patrzeć, jak męczysz się w byle jakiej sytuacji tylko dlatego, że między nami nie jest idealnie.
    Oparł się lekko na krześle. Po chwili dodał, już spokojniej.
    — Więc powiedz mi gdzie chcesz być przez najbliższe miesiące, czego potrzebujesz, a ja się tym zajmę się.
    Nie naciskał. Ale było jasne, że jeśli Sophia powie jedno konkretne zdanie, on ruszy natychmiast, żeby to załatwić. Jeśli nie mogą być razem teraz, to przynajmniej mógł się upewnić, że Sophia będzie miała wszystko, czego potrzebuje. Że będzie bezpieczna. Zaopiekowana. Niezależna. Bez litości. Bez łaski. Bez warunków. Carter podniósł na nią wzrok, spokojny, ale stanowczy. Nie był twardy dla zasady, był taki, bo sytuacja tego wymagała. Bo odkładanie wszystkiego „na potem” było dokładnie tym, co doprowadziło ich tu, gdzie byli teraz.

    OdpowiedzUsuń
  148. — Możemy to ustalić w domu, spokojnie. Bez ludzi dookoła. Bez kelnera krążącego nad głową — powiedział cicho, ale pewnie. — Ale chcę, żebyś wiedziała, że decyzje trzeba podjąć dzisiaj. Nie jutro. Nie za tydzień. Nie „jak będziesz gotowa” — mówił dalej, a jego głos był niski, opanowany, pozbawiony emocjonalnych fajerwerków. Oparł się lekko plecami o krzesło, ale nie uciekł spojrzeniem. — To nie są rzeczy, które można zostawić w zawieszeniu. Nie chodzi o to, że naciskam. Po prostu… zorganizuję wszystko dokładnie tak, jak chcesz. Ale muszę wiedzieć co. Bo mam już dość niepewności, Soph.
    Przesunął dłonią po brodzie, przyglądając się jej uważnie. Było w tym coś bolesnego, ale bez złości. On nie miał już siły bawić się w domyślanie. I nie zamierzał jej do niczego zmuszać. Chciał tylko konkretu.
    Westchnął krótko. — I nie chodzi o to, żebyśmy rozstrzygnęli na zawsze — dodał łagodniej. — Chodzi o to, żebyś dziś zasnęła z poczuciem, że masz plan. Że nie jesteś sama. Że jutro nie obudzisz się z myślą „nie wiem, co dalej”.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  149. Carter słuchał jej bez przerywania. Tym razem naprawdę. Nie opierał się wygodnie, nie uciekał wzrokiem, nie szukał w głowie riposty. Siedział prosto, z łokciami opartymi o blat, dłonie splecione, jakby trzymał w nich coś kruchego. Każde jej słowo trafiało dokładnie tam, gdzie najbardziej bolało, bo było prawdziwe. Przez chwilę nic nie mówił. Oddychał wolno, ciężko. Jak ktoś, kto wie, że za moment będzie musiał powiedzieć coś, czego unikał od bardzo dawna.
    — Wiem — odezwał się w końcu cicho. — I nie mówię tego, żeby cię zbyć albo zamknąć temat. — Uniósł na nią wzrok. Był w nim spokój, ale też zmęczenie. Takie głębokie, wieloletnie. — Masz rację. Nie znasz całej prawdy — przyznał wprost. — I nie dlatego, że ci nie ufałem. Tylko dlatego, że… — urwał na sekundę, jakby ważył słowa. Uśmiechnął się bez cienia rozbawienia. Ten grymas był krzywy, prawie cyniczny, jakby sam siebie próbował zaskoczyć tym, co zaraz powie, choć przecież już dawno wiedział, że to musi paść. Carter wypuścił powietrze przez nos i spojrzał na nią z jakimś dziwnym rodzajem zmęczonego uśmiech,nie ironicznego, nie wyniosłego. Raczej pełnego gorzkiego zrozumienia.
    — Mogłem ci od razu powiedzieć, że ten wyrok schronisku to mój najmniejszy problem — powiedział cicho, jakby mówił coś, co już dawno powinno paść. — Najdelikatniejsze przewinienie z całej listy rzeczy, których się dopuściłem, zanim w ogóle zdążyliśmy się poznać.
    Przesunął spojrzeniem po blacie stołu, jakby tam próbował znaleźć słowa. Ale kiedy w końcu uniósł wzrok, był już całkiem odsłonięty. Bez maski. Bez tej zbroi, którą zwykle nosił.
    — I może powinienem ci to wszystko wyłożyć od razu. Albo nie pozwalać na to, żebyśmy się do siebie tak zbliżyli. Może właśnie tak powinienem zrobić, zanim jeszcze się zaczęło.
    Opuścił wzrok, na sekundę uciekając spojrzeniem gdzieś w bok, jakby nie mógł znieść ciężaru własnych słów.
    — Ale nie zrobiłem tego. Z czysto egoistycznych powodów… — dodał i znów na nią spojrzał, tym razem już wprost. — A potem zrobiło się za późno. Potem już byliśmy w czymś więcej.
    Jego głos nie drżał, ale nie było w nim też chłodu. Mówił spokojnie, z pełnym przekonaniem i z czymś więcej, z żalem, który nie był już złością na świat ani na nią, tylko na siebie.
    — I może to był właśnie mój największy błąd. Że chciałem zatrzymać to wszystko, nie dając ci wszystkich kart. Ale nigdy nie próbowałem cię oszukać. Tylko… zatrzymać na chwilę w miejscu.
    Zamilkł na moment. Patrzył na nią spokojnie, z tą dobrze znaną sobie rezygnacją. Nie tą, która oznaczała poddanie się, tylko tą, która przychodziła wtedy, kiedy człowiek wiedział, że nie ma już sensu udawać lepszej wersji siebie. — Więc tak. Ten wyrok to była tylko mała czkawka w całkiem brudnym życiorysie. — Znów spuścił wzrok, a jego palce zadrgały lekko na szklance, której nawet nie dopił. I może wreszcie czas na to, żeby przestał udawać, że da się zbudować nowe życie, jeśli stare wciąż dyktuje warunki zza kulis. Carter pokiwał głową powoli, z tą samą powagą, z którą wcześniej mówił, jakby każde słowo musiało przejść przez gęstą warstwę milczenia, zanim w ogóle się pojawiło. — Reszta nie była już taka łagodna. — dodał ciszej. — I nie da się jej opowiedzieć w dwóch zdaniach. Nie da się też wyjaśnić, nie rozgrzebując tego, czego przez tyle miesięcy nie chciałem ci przynieść do domu.
    Westchnął i opadł lekko plecami na oparcie krzesła, ale jego spojrzenie nie uciekło już od Sophii. Patrzył prosto na nią, pierwszy raz bez filtrów.
    — Pewnie wtedy… — zaczął cicho, patrząc na Sophię, jakby próbował sobie przypomnieć wszystkie momenty, w których mógł jej powiedzieć prawdę, ale się cofnął. — Pewnie wtedy nawet byśmy tu nie dotarli. Nie siedzielibyśmy teraz razem, nie czekali na dziecko… Nie byłoby tego wszystkiego.

    OdpowiedzUsuń
  150. Uśmiechnął się krótko, ale bez cienia lekkości. Ten uśmiech był bardziej rezygnacją niż czymkolwiek innym. Zsunął dłonie ze stołu, splatając je luźno między kolanami.
    — Nie jestem człowiekiem bez sumienia, Soph. Po prostu długo żyłem w świecie, w którym sumienie… przeszkadzało przetrwać. I tak, pewne rzeczy wciąż za mną idą. — Zawiesił głos, pozwalając, by ciężar tych słów wybrzmiał. Carter skinął tylko lekko głową, ale jego spojrzenie ani na moment nie zsunęło się z Sophii.
    — Wiem, że ci ciężko. — powiedział cicho, zaskakująco spokojnie jak na to, ile emocji przewaliło się między nimi przy tym jednym, cholernie źle dobranym stole. — I nie oczekuję, że nagle ci się rozjaśni.
    Przez chwilę jego dłoń zatrzymała się na krawędzi stołu. Widział, jak spuściła wzrok, jak ciężko jej z tym wszystkim, i nawet jeśli mieli za sobą kilka naprawdę trudnych dni, wciąż widział w niej kobietę, z którą chciał budować życie. Spojrzał na nią uważnie. Jego ton znów stał się spokojny, rzeczowy.
    — Blisko. Dobrze. — przytaknął. — To da się załatwić. Bez złotych klamek, bez pałacu. Tak, żebyś miała swoje miejsce. Bez poczucia, że komuś coś zawdzięczasz. — Popatrzył na nią uważnie. — To dla mnie ważne — dodał poważniej. — Wziąć odpowiedzialność za sytuację, którą stworzyłem.
    Odchylił się znów i oparł plecy o krzesło, prostując się z tym ciężarem, który gdzieś tam trzymał od momentu, w którym wszedł za nią do kliniki.
    W drzwiach mieszkania powitała ich znajoma cisza ta, która z jednej strony koiła, z drugiej przypominała o wszystkim, co między nimi przeszło. Carter otworzył je pierwszy, przepuszczając Sophię przed sobą, a Gigi… jakby tylko na to czekała. Pisk pazurów na drewnianej podłodze. Ślizg łap. I w jednej chwili, zanim Sophia zdążyła zrobić krok dalej, została niemal staranowana przez rozemocjonowanego labradora. Gigi rzuciła się na nią z głośnym skowytem, machając ogonem tak intensywnie, że potrąciła stojący w holu kosz z parasolkami. Gigi zaczęła ją lizać po dłoniach i wspinać się łapami na jej uda, jakby sprawdzała, czy to naprawdę ona. Carter stał z boku, obserwując tę scenę z wyraźnym rozczuleniem. I może lekkim ukłuciem w piersi, że nawet pies tak mocno odczuł ich nieobecność. Gigi nie czekała długo jak tylko Sophia przestała ją głaskać, natychmiast podbiegła do niego, jakby przypomniała sobie, że jego też nie widziała od dawna.
    — Okej, okej… spokojnie wariatko. — Carter przykucnął, a Gigi zaskomlała, wpychając się w jego ramiona, merdając ogonem jak opętana. W tej chwili coś w tym mieszkaniu znów wyglądało normalnie. Może nie było łatwo, ale przez ten ułamek sekundy, było domem. Gigi kręciła się między nimi, podekscytowana, jakby wyczuwała, że wrócił jakiś fragment starego porządku. Dom pachniał znajomie, ciepło, pachniał nimi. I przez ten moment, krótką sekundę w progu, można było uwierzyć, że nie dzieliło ich ostatnich kilka tygodni ciszy, wyrzutów i niedopowiedzianych słów.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  151. To był najpoważniejszy ton, jaki Sophia przybrała od dawna, ale w jej głosie nie było krzyku ani chłodu. Była rzeczowa, spokojna, uważna. Patrzyła mu prosto w oczy i mówiła jak ktoś, kto wciąż chce walczyć. Nawet jeśli miała już wszelkie powody, żeby przestać. Carter słuchał, naprawdę słuchał i to miało dla niej znaczenie większe niż mógłby przypuszczać. Bo nie chodziło już tylko o prawdę. Chodziło o to, czy w ogóle był gotów wpuścić ją do swojego świata. Naprawdę. Bez wyłączeń. Bez cenzury. Bo Sophia nie chciała już więcej żyć w cieniu jego przeszłości, nie znając jej kształtów.
    Nie oskarżała. Nie prowokowała. Ale jej słowa trafiały celnie, bo były szczere. Carter dobrze to wiedział, znał jej oczy i ton głosu, kiedy mówiła coś, co dużo ją kosztowało. A teraz mówiła rzeczy, które mogły go zranić, ale nie po to, by go ukarać. Tylko po to, żeby coś między nimi wreszcie ruszyło z miejsca.
    Gdy powiedziała: „Muszę wiedzieć, Carter. Nie dla siebie, ale dla tego dziecka” , poczuł to jak cios. Nie dlatego, że go raniła, ale dlatego, że miała rację. Jej wiara w nich… jeszcze się tliła. To było widać. Mimo bólu, mimo strachu, mimo tego, co odkryła w jego garderobie i tego, co widziała w jego oczach przez ostatnie dni. Wciąż widziała przyszłość, ich przyszłość, i nie zamierzała się jej tak łatwo wyrzec. Nie musiała mówić żadnych imion. Carter doskonale wiedział, o kim mówiła. I właśnie ta świadomość ciążyła mu najbardziej. Bo faktycznie, do nich zwracał się po pomoc, a jej zostawiał ciszę i „wszystko w porządku”. A mimo to… była tu. Wciąż gotowa słuchać. Wciąż próbowała go zrozumieć. Nie było w niej ani krzty ironii, ani śladu przekory. Tylko spokój. I ogromna, nieoczywista siła. Carter jeszcze nie wiedział, co jej powie. Ale wiedział jedno, Sophia zasługiwała na prawdę. I jeśli miał jeszcze jakąkolwiek szansę ją odzyskać, musiał przestać ją przed tą prawdą chronić.
    W powietrzu unosiła się cisza,nie ta niewygodna, pełna napięcia, ale miękka, zawieszona, jakby świat przez chwilę przystanął, dając im czas na oswojenie się z tym, co było i co dopiero miało się wydarzyć. Sophia stała przy wejściu, z palcami skrytymi w rękawach jak dziecko, które nie wie, czy może znów dotknąć czegoś, co kiedyś należało tylko do niej. Dłonie jej lekko drżały, może ze wzruszenia, może z niepewności. Carter mógłby się założyć, że jedno i drugie. Obserwował ją w milczeniu. Jej ruchy były delikatne, znajome. Zsunęła kozaki dokładnie w tym samym miejscu co zawsze, jakby ani przez chwilę nie była naprawdę nieobecna. Jej obecność pasowała tu zbyt naturalnie, jakby powietrze tego mieszkania też ją pamiętało jej zapach, jej rytm, jej dotyk. Gigi nadal piszczała i biegała między nimi, jakby próbowała nadrobić cały tydzień samotności. Jakby nie mogła się zdecydować, czy bardziej tęskniła za Sophią, czy za nim. Carter odwiesił kurtkę.
    Spojrzała na niego. Nie powiedziała ani słowa, choć w jej oczach było ich tysiące. Miała tę swoją minę, lekko zamyśloną, zbyt spokojną jak na to, ile emocji właśnie przez nią przepływało. Rozchyliła usta… ale je zamknęła. I to wystarczyło. To jedno zawahanie powiedziało mu wszystko. Była tu. Wciąż nie wiedziała, czy może być, ale była. I przez ułamek sekundy świat znów był na swoim miejscu.
    Patrzył na nią inaczej. Nie tylko dlatego, że znów tu była, w jego mieszkaniu, w ich wspólnej przestrzeni, ale dlatego, że coś w nim się przesunęło, jakby zbyt długo ignorowana prawda w końcu przebiła się przez mur wyparcia. Stała przed nim ta sama Sophia, a jednocześnie zupełnie inna. Już nie tylko jego dziewczyna, partnerka, ta, która znała go lepiej niż ktokolwiek. Teraz była matką jego dziecka. I powiedziała to na głos. Wprost. Bez cienia wahania. I nagle to, co wcześniej wydawało się czymś odległym, może nawet nie do końca realnym, trafiło go z pełną siłą. Ona miała rację.

    OdpowiedzUsuń
  152. Wszystko się zmieniło. Teraz to do niego dotarło. Jakby ten jeden moment, w którym znów ją zobaczył w progu, z dłońmi schowanymi w rękawach i tym samym drżącym spojrzeniem wystarczył, by poczuł ciężar tej odpowiedzialności. I nagle miał ochotę powiedzieć jej wszystko. Bo wcześniej nie zadawała tych pytań. Nie nalegała. Nie drążyła. A on pozwalał sobie wierzyć, że tak będzie łatwiej. Że skoro nie pyta, to nie musi odpowiadać. Ale to już nie działało. Ona miała prawo wiedzieć. Może od początku. A teraz… wręcz powinna. Bo już nie chodziło tylko o nich dwoje. Chyba po raz pierwszy był gotowy powiedzieć więcej. Nie rzucać półsłówek. Nie zbywać jej milczeniem. Nie chować się za chłodną pewnością siebie, która przez lata była jego zbroją. Stał tam, wciąż z ciężarem nieprzepracowanej przeszłości na barkach, ale coś w nim pękło. Może nie gwałtownie, ale wyraźnie. Jakby jej obecność, ten znajomy zapach w powietrzu i echo jej kroków na panelach wyciągało z niego coś, co dotąd skutecznie dusił. Nie był pewien, co dokładnie zamierzał powiedzieć. Ale po raz pierwszy od dawna chciał, naprawdę chciał spróbować. Nie dla spokoju sumienia. Nie, żeby się wybielić. Nie dlatego, że ktoś go do tego zmuszał. Chciał, bo na nią patrzył, na tę kobietę, która nosiła jego dziecko, która właśnie wróciła do miejsca, które zbudowali razem i wiedział, że już nie może chować się za tym, co było wygodne. Nie kiedy wszystko się zmieniło. Nie kiedy ona była w tym wszystkim razem z nim. I może jeszcze nie dziś, może nie od razu, ale coś w jego spojrzeniu zdradzało, że tym razem naprawdę zamierzał się otworzyć.
    Carter patrzył na nią przez chwilę w milczeniu, a potem jakby wyłapując ten niepewny ruch jej dłoni, zawahanie w spojrzeniu i sposób, w jaki stała kilka kroków dalej, niepewna, czy może jeszcze należeć do tego miejsca, odezwał się cicho, ale stanowczo.
    — Nadal jesteś u siebie. — Jego głos był cichy, ale pewny. Nie brzmiał, jakby próbował ją przekonać. Brzmiał, jakby przypominał jej coś, co ona sama zaczynała kwestionować. Stał kilka kroków od niej, obserwując, jak mierzy wzrokiem wnętrze, które przecież znała na pamięć. Jego spojrzenie zmiękło, a w tonie, którym wypowiedział te słowa, było coś więcej niż tylko zachęta. Było w tym coś czułego. Coś niepokojąco osobistego.
    — Nic się tu nie zmieniło — dodał spokojniej, z lekkością, która kontrastowała z ciężarem poprzednich dni. Chciał, żeby zrozumiała. Że to miejsce, ten dom… to wciąż był ich dom. I jeśli miała jeszcze wątpliwości, on właśnie dał jej odpowiedź.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  153. Carter patrzył na nią, jakby pierwszy raz od tygodni widział ją naprawdę. Nie przez pryzmat ich rozmów, ich sporów, ich niepewności i własnych lęków, tylko tak po prostu, jak kobietę, którą kochał i z którą przecież chciał to wszystko budować, nawet jeśli tak często mu to nie wychodziło. Jakby fakt, że nalewa herbatę do ich wspólnych kubków, był bardziej uzdrawiający niż wszystkie rozmowy, które do tej pory odbyli. Uśmiechnął się kącikiem ust, słysząc jej wyznanie o serialu. Znał ten widok na pamięć. Szarawy sweter, rękawy naciągnięte na drobne dłonie, ten jej ton, delikatny, trochę niepewny, trochę jakby próbowała przekonać samą siebie, że mogą wrócić do czegoś zwyczajnego. Do serialu, do zamawiania jedzenia, do siebie.
    — Tylko trzy? — zapytał półgłosem, z cieniem uśmiechu. — Prawdę mówiąc, myślałem, że wciągniesz cały sezon i po prostu mi nie powiesz.
    Udał zranionego, ale jego głos był miękki, wręcz łagodny. W tym tonie nie było napięcia. Tylko coś znajomego, prawie domowego. To był ten moment. Cisza, w której coś w nim pękło. Coś, co w ostatnich tygodniach usiłował trzymać w ryzach. Carter nie oglądał seriali, ale z nią potrafił obejrzeć cały sezon w jeden wieczór, nawet jeśli fabuła go nie obchodziła. Leżała z głową na jego klatce piersiowej, komentując bohaterów szeptem, śmiała się z jego przewracania oczami, czasem wciskała mu łyżkę lodów do ust, zanim zdążył zaprotestować. Potrafili się kłócić o zakończenie albo przerywać oglądanie na godzinę, żeby tylko porozmawiać o czymś zupełnie innym. To nie był serial. To była Sophia obok niego. Jej noga zaplątana między jego, kubek herbaty, który zawsze stawiała za blisko, przez co wylewał go na koc. Jej ciche „jeszcze jeden odcinek”, nawet jeśli oboje już odpływali. Jej obecność. Chodziło o to, że kiedy był z nią nawet rzeczy, których nie rozumiał albo nie lubił stawały się do zniesienia. Ba, stawały się czymś, czego chciał. Bo ona tam była. Bo był z nią. I jeśli miał jakąś definicję spokoju w tym rozsypanym świecie, to właśnie w tym się mieściła w niej, wtulonej pod ten brązowy koc, z kubkiem herbaty i głową opartą o jego ramię. To było to, za czym tęsknił najbardziej. Nie dramat. Nie seks. Nie napięcie. Tylko ta zwykła, domowa bliskość, która sprawiała, że nawet cholerny serial o potworach wydawał się bezpiecznym miejscem.
    — A jeśli potworek chce lody do tego wszystkiego, to… — wzruszył lekko ramionami — …to mam tu gdzieś jeszcze ten karmelowy sorbet, ten który udaje zdrowy. I wiem, że nienawidzisz go w teorii, ale zawsze zjadasz pół opakowania.
    Jego głos był cichy, trochę matowy. Mieszkanie było przesiąknięte ich wspólną historią. Było tu wszystko, ślady jej obecności, jej ciepło, rzeczy, które zostawiła w pośpiechu, a których nigdy nie ruszył. Bo nie potrafił.
    — W porządku. Ale w ramach kary musisz zamówić pizzę. I nie jakąś twoją zieloną z rukolą czy innym dziwactwem, tylko normalną, z serem i pepperoni. — Przekrzywił głowę. — Bo ten potworek nie będzie głodny za pół godziny. On już jest głodny, tylko jeszcze nie chce się przyznać.
    Brzmiał inaczej. Jakby to nie był Carter z tych ostatnich tygodni. Miał w sobie coś łagodnego, ale też bardzo realnego. Jakby w końcu przyznał się przed sobą, że nie da się dłużej uciekać. Ani przed nią. Ani przed sobą.
    W knajpie prawie nic nie zjedli. Nawet nie pamiętał, czy w ogóle wziął pierwszy kęs, może kilka, na początku, zanim rozmowa znów zeszła na temat, którego żadne z nich nie potrafiło już dłużej unikać. Każde zdanie, które między sobą wymienili, miało więcej ciężaru niż cały ten posiłek. Między słowami był przecież ból, rozczarowanie, nadzieja i zmęczenie. Trudno było przełknąć cokolwiek, kiedy w gardle tkwił ten niewypowiedziany lęk, że być może właśnie rozmawiają nie o naprawie, tylko o końcu. Zamówili jedzenie z nadzieją, że to będzie spokojny obiad, coś zwyczajnego w tym wszystkim, co już dawno przestało być zwyczajne. A potem siedzieli przy tym stole, każdy z własnym talerzem i wszystkimi słowami, które bardziej ich karmiły, niż cokolwiek z tej kuchni.

    OdpowiedzUsuń
  154. Cisza, która zapadała między ich wymianami zdań, wcale nie zachęcała do jedzenia. Wydawało się wręcz nie na miejscu, żeby sięgnąć po widelec, kiedy ważyły się ich decyzje. Kiedy przyszłość leżała na stole razem z tymi zimnymi potrawami, których już żadne z nich nie chciało. Zamilkł na moment, patrząc na nią z tej niewielkiej odległości, a potem… coś w nim lekko drgnęło. Delikatnie, jakby to wszystko, co między nimi wciąż wisiało, przytłumiało każdy gest, ale jednocześnie pozwalało mu oddychać lżej, kiedy widział ją właśnie taką. Z kubkiem w dłoniach. Z herbatą, z cichym głosem, próbującą mówić o czymkolwiek, tylko nie o nich.
    — Wiem, że nie od tego powinniśmy zacząć — powiedział w końcu cicho, zerkając na jej ręce, a potem znów na twarz. — Ale dziękuję, że tu jesteś.
    Nie musiała tu wracać. Nie musiała próbować. A jednak stała przed nim. W ich kuchni. Z ich kubkami. Z ich wspomnieniami. I z ich przyszłością, która, choć wciąż niepewna, właśnie robiła pierwszy krok, by znów się wydarzyć. Bez słowa podszedł do niej.
    Objął ją delikatnie, ale mocno. Tak, jak się obejmuje kogoś, kto wrócił po długiej nieobecności. Przyciągnął ją do siebie i pocałował w czoło cicho, miękko, z jakimś niemym „dziękuję” ukrytym w tym geście. Potem odsunął się odrobinę, by dłońmi ująć jej twarz. Kciukiem musnął delikatnie linię policzka, a jego spojrzenie przesunęło się po jej oczach. Nie mówił nic. Nie pytając o zgodę tak, jakby nie było już nic do uzgadniania, pochylił się i pocałował ją w usta. Z tą samą łagodną siłą, którą wkładał w gesty, kiedy nie umiał znaleźć słów. To był pocałunek, który nie próbował niczego naprawić ani niczego wymusić. To było jestem tutaj.
    Wciąż cię chcę.
    Nie uciekaj.
    Carter odsunął się od niej powoli, jakby nie chciał jeszcze puszczać tej chwili. Palce nadal delikatnie obejmowały jej policzki, a kciuk gładził skórę przy linii żuchwy, zanim odsunął ręce całkiem. W jego spojrzeniu wciąż tliło się coś miękkiego, jakby sam siebie zaskoczył tym, co właśnie zrobił.
    — To był ten moment, kiedy miałem zapytać o pozwolenie, co? — mruknął z lekkim uśmiechem, przesuwając dłonią po karku. — No trudno. Wiesz, czasem działam szybciej niż myślę.
    Zerknął na nią z tym pół-żartobliwym błyskiem w oku, który przez ostatnie dni był całkiem nieobecny. — Nie powstrzymałem się. Ale wiesz… myślałem o tym jakieś dziesięć dni, więc możesz mi zaliczyć to na poczet odłożonego przywitania.
    Wzruszył lekko ramionami, ale nie cofnął się dalej. Wciąż był blisko.
    — Poza tym — dodał ciszej — gdybym się nie odważył teraz, to pewnie znów byśmy tylko siedzieli naprzeciwko siebie i udawali, że wszystko jest w porządku. A nic nie jest w porządku, Soph. Ale ty jesteś tutaj. A ja… ja naprawdę za tobą tęskniłem.
    Pochylił się jeszcze raz, muskając jej usta krótkim, lżejszym pocałunkiem, prawie jakby chciał zatrzeć tamten pierwszy, ten, który był zbyt szczery, zbyt pełen emocji, by udawać, że nic się nie stało.
    — Jak chcesz, to możemy udawać, że to był przypadek. — Uśmiechnął się nieco szerzej, z tym znajomym błyskiem w oczach, który zwykle rozbrajał każdą powagę. — Że się poślizgnąłem i tak jakoś… no, wpadłem ci na usta.
    Cisza między nimi była inna niż ta wcześniejsza. Miała w sobie coś cieplejszego, mniej bolesnego. Jakby przez te kilka sekund wszystko znowu było proste.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  155. Carter milczał przez chwilę, z tym lekkim uśmiechem, który był gdzieś na pograniczu ulgi i niedowierzania. Wciąż trzymał jej twarz w dłoniach, jakby bał się, że zaraz zniknie, rozpłynie się, zniknie mu z pola widzenia, jak przez ostatnie dni. Ale nie zniknęła. Była tutaj. I mówiła rzeczy, które przypominały mu, że mimo wszystkiego, wciąż ich nie stracił. Nie całkiem.
    — Dziesięć dni? — powtórzył z udawanym oburzeniem. — Ja myślałem o tym jakieś dziesięć razy na godzinę. I to tylko w te lepsze dni, kiedy nie waliło mi się wszystko na głowę.
    Puścił jej policzki, ale tylko po to, żeby przyciągnąć ją bliżej i wtulić twarz w jej szyję, wtchnąć cicho powietrze przy jej skórze, jakby dopiero teraz mógł naprawdę złapać oddech.
    — Możemy poudawać… — mruknął jej w skórę, a jego głos był miękki, ciepły, pełen tego znajomego, miękkiego zmęczenia. Pocałował ją w szyję krótko, prawie mimochodem, jakby to było coś, co robił setki razy. Bo przecież robił. A teraz tylko próbował przypomnieć sobie, jak to jest znowu to mieć. Objął ją mocniej, wsuwając dłoń pod materiał jej swetra, opierając ją na plecach.
    — I obiecuję… że nie tknę tego pysznego karmelowego sorbetu. Nawet jeśli się “przypadkiem” potknę w jego stronę. Będzie cały dla ciebie… — zażartował. Gigi zaszczekała w tle, jakby chciała się przypomnieć, a Carter przymknął oczy na moment i wtulił twarz w skroń Sophii.
    — Mhm… mogę spróbować potknąć się o Gigi. Widzę, że jest chętna… — Mruknął nisko, nachylając się znów, ale jeszcze się nie zbliżył, tylko zawiesił oddech tuż nad jej ustami. Uśmiechnął się lekko, kątem ust, a potem wreszcie znów ją pocałował. Nieśpiesznie. Tym razem dłużej. Głębiej. Jakby naprawdę przez dziesięć dni tylko o tym myślał. A myślał. I wcale nie zamierzał tego ukrywać.
    — Ale jeśli mam się poślizgnąć raz jeszcze… — wymruczał, unosząc brwi. — To tylko pod warunkiem, że potem wylądujemy razem pod tym cholernym kocem, który Gigi i tak nam zaraz zabierze.
    Brzmiał jak żart, ale wcale nie żartował. Tak naprawdę w głębi serca marzył o tym, żeby znów zasnąć z nią obok. Z tą samą cichą pewnością, z jaką przez wiele nocy ją obejmował, nie wiedząc wtedy jeszcze, jak bardzo będzie za tym tęsknił.
    — Chcę poudawać, że to nasz zwykły wieczór, Soph. Nawet jeśli jutro wszystko znów się rozleci.
    Carter, korzystając z tego, że jej ramiona objęły go za szyję, pochylił się nieco niżej, jakby instynktownie, szukając jeszcze bliższego kontaktu. W tym ruchu był spokój i pewność, nie szorstka, a czuła, jakby każdą czynnością próbował jej powiedzieć, że naprawdę tu jest. Że jeszcze się nie poddał. Złapał ją pewniej w talii, a kiedy Sophia bez oporu wsunęła palce w jego włosy, odchylił się lekko tylko po to, by bez wysiłku unieść ją i posadzić na blacie. Zrobił to, jakby robił to setki razy wcześniej, znajomie, miękko, a jednocześnie z tym ledwo wyczuwalnym napięciem w mięśniach, które pojawiało się tylko wtedy, kiedy próbował sobie przypomnieć, jak to było mieć ją tak blisko.

    OdpowiedzUsuń
  156. Zanim jeszcze zdążyła się porządnie ułożyć, Carter przesunął się między jej nogi i sam objął się nimi w pasie ciasno, mocno, jakby właśnie tam chciał ją trzymać. Najbliżej, jak się da. Jakby fizyczna bliskość była teraz jedynym językiem, którego żadne z nich nie zapomniało. Jego ramiona otuliły jej plecy, mocniej niż przed chwilą, a twarz ukrył w jej szyi, cicho, bez słów. Wciągnął powietrze, które pachniało nią. Tak znajomo, że aż zabolało. Nie powiedział nic. Nie musiał. Ten jeden ułamek sekundy, jego czoło przy jej skórze, ręce obejmujące ją tak, jakby miały utrzymać cały świat mówił wszystko, czego nie zdążyli wypowiedzieć przez ostatnie tygodnie. Tęsknił. I nie zamierzał już udawać, że nie.
    Trwał tak przez chwilę, bez ruchu, z twarzą wtuloną w jej szyję, jakby zatrzymywał czas. Jego ramiona objęły ją mocniej, a dłonie wsunęły się pod materiał jej swetra. Oddychał wolno, głęboko jak ktoś, kto dobrze wie, że to, co ma, zaraz może mu się wymknąć z rąk. W tej jednej chwili nie musiał się tłumaczyć. Nie musiał walczyć o słowa, wybierać, co powiedzieć, a czego jeszcze nie. Nie musiał niczego bronić ani niczego udawać. Mógł po prostu być przy niej. Trzymać ją blisko, poczuć jej zapach, ciepło i miękkość skóry pod ustami, gdy dotykał jej szyi tylko oddechem. Bo wiedział, że jak Sophia w końcu zacznie zadawać pytania, te właściwe, te, które od dawna wisiały w powietrzu, to może nie będzie już potrafiła go objąć tak, jak teraz. Może zwyczajnie nie będzie już chciała. A on, nawet jeśli na to zasłużył, nawet jeśli wiedział, że to uczciwe, nie był na to gotów. Dlatego trzymał ją teraz tak, jakby od tego zależało wszystko. Jakby te kilka sekund mogły mu wystarczyć na czas, kiedy będzie musiał od niej odejść. Albo, co gorsza , kiedy ona sama już go nie zatrzyma.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  157. Carter przytulił ją jeszcze mocniej, czując pod palcami znajome ciepło jej ciała i sposób, w jaki dopasowywała się do niego, jakby nigdy od siebie nie odeszli. Czasem, a może właśnie w takich momentach szczególnie, wystarczyło to jedno milczenie, w którym nie było pustki, tylko wszystko. Jej ramiona wokół jego szyi, jej nogi otulające go w pasie, jej zapach, oddech, cicha pewność, że jeszcze nie wszystko między nimi stracone. Jeszcze nie.
    Przymknął oczy, czując, jak jej głos wibruje tuż przy jego uchu, ciepły, miękki, pełen czegoś, co znów zaczynało brzmieć jak spokój. Jej słowa były obietnicą, nie wielką, nie podniosłą, ale tą, która liczyła się najbardziej: wylądujemy. Bo przecież właśnie tego chcieli oboje, znaleźć grunt pod nogami. Prawdziwy, nie tymczasowy. Uśmiechnął się, ledwo zauważalnie, kiedy wspomniała o Gigi i jej wiecznych próbach kradzieży skarpetek. Kiedyś by go to wkurzyło. Teraz było dowodem na to, że wszystko, co ich łączyło, wciąż było możliwe, że dom to nie tylko mury i adres, ale właśnie te głupie, małe rytuały. Gigi zasypiająca z piłką w pysku. Rajstopy z dziurą. Herbata zbyt słodka, bo Sophia zapominała, ile już razy wsypała cukier.
    — Zwykły wieczór. — Powtórzył półszeptem. I jeśli gdzieś w jego głosie zabrzmiała nutka ulgi, to tylko dlatego, że zwykły jeszcze nigdy nie znaczył dla niego tak wiele. Że mogli to powiedzieć — my — bez goryczy, bez cudzysłowu, bez wybiegania w przyszłość ani w przeszłość. Po prostu teraz.
    — Podzielisz się sorbetem i miejscem na kanapie. — Mruknął. — A ja będę udawał, że nie przeszkadza mi to, że znowu muszę oglądać dzieciaki walczące z potworami.
    Usłyszał jej śmiech i poczuł, jak mięśnie w jego karku się rozluźniają. Gigi. Cholernie niezgrabna, emocjonalna kulka futra, która jakimś cudem trzymała ich przy tej ziemi. Carter uśmiechnął się w jej szyję, ledwo zauważalnie, ale prawdziwie. Nie spuszczał z niej wzroku, kiedy siedziała na blacie, z lekko zarumienionymi policzkami i oczami, które już nie miały w sobie tej pustki z tamtych ostatnich dni. Oparł dłonie na jej udach i przesunął po nich powoli. Pochylił się, dotknął czołem jej czoła, a potem wtulił się w nią znowu, nie mówiąc już nic. Przesunął dłonią po jej plecach, przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej, jakby jej ciało mogło wypełnić pęknięcia, które w nim powstały przez te dni bez niej. Gigi, gdzieś pod stołem, zaszczekała w swój charakterystyczny, zniecierpliwiony sposób, jakby przypominała, że nie zamierza być pominięta w tej nowej normalności. Carter nie mówił nic, ale jego ramiona zaciskały się wokół Sophii z odrobiną tej desperacji, której nie potrafił już ukrywać. Z twarzą ukrytą w jej szyi chłonął ciepło i zapach jej skóry, jakby to był ostatni oddech przed czymś, czego jeszcze nie znał, ale czego podświadomie się bał. Jej słowa koiły, ale nie były lekarstwem. Były obietnicą. Taką, której jeszcze nie był pewien, ale której chciał wierzyć bardziej niż czemukolwiek innemu.
    Carter przymknął. Nadal miał twarz wtuloną w jej szyję, jakby bał się ją stamtąd zabrać. Jej pytania nie były jak ostrze , ale i tak poczuł ich ciężar. Taki cichy, delikatny, ale nieunikniony. Jak kropla, która uderza w to samo miejsce, aż w końcu zostawia ślad. Z wszystkich pytań, które mogła mu zadać… wybrała właśnie to. Carter wiedział, że nie zadała go przypadkiem. Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę tylko milczał, wciąż wtulony w jej szyję, oddychając cicho i powoli, jakby liczył sekundy, które zostały mu zanim będzie musiał znów być szczery. Jakby ta bliskość miała mu pomóc znaleźć słowa, które będą wystarczająco prawdziwe, ale jeszcze nie zniszczą tej kruchej normalności, którą właśnie udało im się odzyskać.

    OdpowiedzUsuń
  158. W końcu się odezwał, powoli, spokojnie, ważąc każde słowo.
    — Nie, nie byłem sam. — Przyznał cicho. — I nie siedziałem w ciszy, jeśli o to pytasz — dodał głosem zmatowiałym, ledwie słyszalnym. — Ale to nie znaczy, że było dobrze.
    Nie odsunął się od niej, nie uciekł wzrokiem, chociaż wiedział, że za chwilę może będzie musiał. Bo nie potrafił jej skłamać. Ale też nie potrafił powiedzieć wszystkiego. Nie tak od razu. Nie tutaj, kiedy wciąż obejmowała go nogami, a on trzymał ją jak coś, co mógłby jeszcze utrzymać przy sobie, gdyby był ostrożny.
    — Trochę imprezowałem… — powiedział, niemal ze wstydliwym rozbawieniem, które nie miało w sobie ani śladu dumy. — Bardzo imprezowałem — poprawił się. I nie było w tym nic, z czego byłbym dumny, ale chciałem… nie wiem, nie myśleć, nie czuć się sam. Ale i tak byłem. Nawet jak ktoś siedział obok. — Zacisnął dłonie na jej biodrach, jakby bał się, że odsunie się od niego przy następnych słowach. — A potem zbierałem się do kupy. Próbowałem. Miałem dość tego, jak to wyglądało. Miałem dość siebie, Soph. — Powiedział to cicho, szczerze, niemal wbrew sobie. Bo prawda była taka, że przez kilka pierwszych dni naprawdę nie chciał czuć nic. A potem to wszystko do niego wróciło, świadomość, co stracił. I ile jeszcze może stracić. Odchylił się od niej tylko na tyle, by spojrzeć w jej oczy, nadal trzymając ją blisko. Jedną dłoń wsunął jej na plecy, drugą oparł luźno o blat obok jej uda, jakby próbował dać im jakiekolwiek zakorzenienie w tej rozmowie. — Nikt nie był tobą. — Dodał po chwili, jeszcze ciszej. — Nawet w najmniejszym stopniu.
    Przesunął kciukiem po jej policzku, delikatnie, wciąż z tym dziwnym ciężarem na ramionach. — Myślałem o tobie. Wkurzałem się na siebie, trochę na ciebie… Wiesz, jak to u mnie wygląda. Przerzucałem winę. Brałem ją z powrotem. Przerzucałem znowu. — Uśmiechnął się krótko, gorzko. — Ale nie przestałem tęsknić. Ani przez chwilę.
    Carter milczał przez chwilę jeszcze, wtulony w nią, jakby nie chciał wypuścić jej z rąk, ani fizycznie, ani emocjonalnie. Odsunął się odrobinę, by spojrzeć jej w oczy, ale dłoni z jej talii nie zabrał.
    — A ty? — zapytał cicho, spokojnie. — Rozmawiałaś z ojcem?
    Zawahał się. — Mówiłaś mu o… wszystkim? — Przesunął kciukiem wzdłuż jej uda, nie po to, by ją rozproszyć, raczej jakby podtrzymywał nić, która ich jeszcze łączyła. — Jak zareagował?
    Brzmiał niemal miękko, jakby chciał jej dać przestrzeń, ale jednocześnie… potrzebował to wiedzieć. Nie był jedynym, który coś przeszedł w ostatnich dniach. A ona… wyglądała, jakby nosiła to wszystko w środku. Jakby dźwigała cały świat i jeszcze próbowała go ochronić przed ciężarem, który wcale nie należał tylko do niej.
    — Bałem się, że jak tylko się dowie, będzie gotów mnie wymazać z twojego życia. I nie jestem pewien, czy się pomyliłem.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  159. Carter wiedział, że Sophia zasługuje na prawdę. Ale wiedział też, że prawda czasem wbija się pod żebra ostrzej niż kłamstwo. Dlatego mówił tylko tyle, ile mógł. I milczał o reszcie. O tym, jak bardzo pozwolił sobie spaść. O tym, jak łatwo wrócił do mechanizmów, które kiedyś już prawie go zniszczyły. I jak bardzo nie miał ochoty tego przerywać, dopóki ktoś go niemal siłą z tego nie wyciągną. Że tym kimś okazała się Sloane, która w tamtej chwili jako jedyna miała na uwadze jego dobro… i niezależnie od tego co nią kierowało Carter był jej za to wdzięczny. Wyrwała go wtedy z odrętwienia jak uderzenie pięścią w pierś. I choć nie powiedziała tego na głos, wiedział, że wie. Czuł to w tym, jak go dotykała. W jej cichym “mogę sobie wyobrazić”. Zbyt spokojnym, by nie skrywało pod spodem czegoś więcej. Zbyt czułym, by miało być obojętne. Przymknął oczy, kiedy dłoń Sophii znów pogładziła jego kark. Odchylił lekko głowę, pozwalając sobie na to ulotne, miękkie zawieszenie w jej dotyku.
    — Nie chcę tak więcej, Soph — powiedział cicho. — To znaczy… wiem, że może nie naprawię wszystkiego w jeden wieczór. Ale nie chcę wracać do tamtego stanu. Ani do tych ludzi, ani do tamtych miejsc.
    Spojrzał na nią, trochę niżej, bo wciąż siedziała na blacie, obejmując go nogami. Jego dłonie wciąż spoczywały na jej udach i nie cofnął ich, jakby sam dotyk miał go trzymać przy niej, przy tej rzeczywistości, którą musiał odzyskać.
    — Tam wszystko się rozpadało. Ja się rozpadałem…
    Nie chciał teraz mówić więcej. Nie o Sloane. Nie o loży, w której stracił świadomość, gdzie kończy się on sam, a zaczynają rozmazane granice między żalem a zapomnieniem. Przesunął dłonią po jej ramieniu, wolno, jakby znów się upewniał, że to nie jest tylko wyobrażenie.
    — Nie wiem, czy mogę cofnąć wszystko, co schrzaniłem, Soph… Ale wiem, że bez ciebie wszystko przestaje mieć sens.
    Zniżył głos, niemal konspiracyjnie, jakby za chwilę mieli wspólnie śmiać się z absurdu, choć dobrze wiedział, że śmiechu raczej nie było.
    — Dostałem mentalnego kopniaka w tyłek, kiedy nie odezwałaś się przez tydzień… Ale coś czuję, że twój ojciec był gotów dorzucić do tego całą salwę rakiet.
    Kiedy dodała, że Oscar „był gotów tu przyjechać”, w kąciku ust Cartera drgnęło coś na kształt krótkiego, gorzkiego uśmiechu.
    — Oczywiście, że był — mruknął. I to nie brzmiało jak żart. Raczej jak pogodzenie się z oczywistością. A potem usłyszał: „Nie powiedziałam mu o aresztowaniu”. Carter nie odpowiedział od razu. Wtulił się z powrotem w jej szyję, jakby potrzebował tej sekundy bez słów, żeby nie powiedzieć czegoś zbyt ostrego. Jego kciuk przesunął się po jej skórze raz, drugi, mechanicznie, uspokajająco. Zanim w końcu, cicho, prawie szeptem. — Dziękuję.
    Zacisnął lekko szczękę, choć wciąż trzymał ją łagodnie, jego głos brzmiał miękko, ale Sophia znała już wystarczająco dobrze ten ton, w którym pod warstwą kontroli kryło się zbyt wiele emocji.
    — Miałem przeczucie, że jak się dowie o wszystkim, będzie chciał cię stąd zabrać… że uzna, że jestem dla ciebie i dziecka zagrożeniem. — Zamilkł na moment, jakby te słowa nadal wydawały mu się zbyt trudne do wypowiedzenia. — Było aż tak źle?
    Nie chciał pytać z lęku. Nie chciał brzmieć, jakby potrzebował ulgi. Chciał po prostu wiedzieć. Czy miała tam spokój. Czy ktoś ją wspierał. Czy Gwen rzucała tym swoim chłodnym, pozornie zatroskanym tonem kolejne “zastanów się, co robisz”. Carter znał ten głos. Słyszał go zbyt wiele razy, ten, który mówił: “Jesteś tylko błędem. Nie pasujesz. Nie do niej, nie do tego.” Czy była z tym wszystkim zupełnie sama, bo jeśli tak, to był gotów znienawidzić siebie jeszcze bardziej niż dotąd. „Leo”, „Constance”, „tata”, te słowa układały mu się w głowie w coś, co powinno było go uspokoić, a zamiast tego ściskało go gdzieś pod żebrami. Bo ona nie uciekła w próżnię.

    OdpowiedzUsuń
  160. Nie zniknęła w imprezach. Nie rozpadła się na oczach obcych ludzi w klubach, gdzie nikt nie pyta, czy żyjesz, dopóki jeszcze się ruszasz, kiedy on… kiedy on był daleko od bycia kimkolwiek, kto zasługuje na miano „bezpieczny”.
    — Leo… — powtórzył cicho, jakby sprawdzał smak tego imienia. Nie miał do niej pretensji. Wolał, żeby miała kogokolwiek, niż żeby siedziała sama z tym wszystkim. A jednak coś go zakuło pod żebrami. — Dobrze, że nie byłaś sama…
    Odchylił się minimalnie, na tyle, żeby spojrzeć jej w oczy. Dłoń, którą trzymała na jego policzku, przykrył swoją. Przytrzymał ją tam przez chwilę a potem przeciągnął do swoich ust i pocałował.
    — Nawet jeśli na to zasłużyli? — spytał szeptem. Nie prowokacyjnie, nie z wyrzutem. Z cichą, bolesną ciekawością. — Nawet jeśli cię zawiedli, złamali coś, co miało być nienaruszalne?
    Jego głos był szorstki. Jakby wypowiadając te słowa, musiał się przyznać do wszystkiego, czego nie powiedział.
    — Nie powinienem był pozwolić, żebyś musiała sama to wszystko dźwigać. — Jego głos był niższy, cichszy. Spojrzał na nią odrobinę bardziej otwarcie, bez tej zbroi, którą zwykle nosił. — Wiem, że nie jesteśmy jeszcze po drugiej stronie. I że pewnie masz milion pytań. — Uśmiechnął się smutno. Zamilkł na chwilę, zbliżając się znów, aż ich czoła się zetknęły. — Ale nie znikaj, Soph. Nie znikaj już.
    Jego palce wciąż spoczywały na jej biodrze, ale ścisk nieco się zmienił. Coś, co mówiło, że potrzebuje od niej więcej niż ciepłego spojrzenia i kilku słów otuchy. Spojrzał jej prosto w oczy, intensywnie, ale bez złości. Była w tym rezygnacja zmieszana z rozpaczą. A może z rozczarowaniem, którego nie chciał już ukrywać. Wziął głęboki, trudny oddech, jakby przez chwilę walczył sam ze sobą, żeby nie powiedzieć tego zbyt ostro.
    — Bo jeśli za każdym razem, kiedy będzie ciężko, ty będziesz znikać…
    Palcami delikatnie przejechał po jej udzie, a potem znów uniósł spojrzenie na jej twarz. Ona zawsze mu to obiecywała. Że zostanie. Że nie ucieknie. Że nie zniknie bez słowa. I on, naiwnie, albo po prostu desperacko jej wierzył. Chciał wierzyć. Bo Carter nie potrzebował od niej wielkich gestów, nie oczekiwał nawet, że go uratuje, że wszystko zrozumie. Prosił tylko o jedno: żeby została. Nawet jak będzie źle. Nawet jak on się rozpadnie, jak zgaśnie mu w oczach ten cały chłodny spokój. Nawet wtedy. A może zwłaszcza wtedy. Ale za każdym razem, gdy robiło się naprawdę trudno Sophia znikała. Zostawiała go z tym całym bałaganem. Z sobą samym. Z ciszą, która w jego życiu zawsze brzmiała jak wyrok. A on zostawał. Jak zawsze. Czasem na granicy wytrzymałości, ale zostawał. Wrócił z aresztu poraniony, rozbity, zmęczony jak nigdy wcześniej, z duszą na ramieniu, a zastał lodowatą pustkę. Nie znalazł w niej nawet cienia wsparcia. Nie zobaczyła w nim wtedy tego, kim był naprawdę, tylko kogoś, kogo trzeba odsunąć. I może nie mówił tego głośno. Może nie robił jej wyrzutów, bo Carter już dawno przestał oczekiwać od życia czułości. Ale w środku, gdzieś pod warstwą cynizmu i zmęczenia, zostawała ta głucha cisza, która mówiła wszystko. Że znów został sam. Że znów uwierzył komuś, kto miał nie odejść. Że nawet ona, nawet Sophia, nie została, kiedy naprawdę tego potrzebował. Więc poszedł jedyną drogą, jaką znał. W znajomy otępiający rytuał, który tłumił wszystko, czego nie był w stanie unieść. W dym, biały pył i rozmazane noce, które niewiele pamiętały, ale przynajmniej nic nie czuły. Nie dlatego, że chciał się zniszczyć. Tylko dlatego, że nie potrafił inaczej sobie pomóc. W tamtych dniach nikt nie powiedział mu: jestem tu. Nawet ona. A przecież nie chciał niczego więcej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  161. Carter przez moment nie był w stanie nic powiedzieć. Każde zdanie przyjmował z ciężarem, ale i ulgą. Bo nieważne, jak bolesne były niektóre prawdy, to były jej słowa. I brzmiały jak powrót. Milczał nawet wtedy, gdy mówiła o tym, że również zawiodła, że uciekła, że się przestraszyła. Gdy przyznała, że chciała wrócić tutaj, do niego, do Gigi, do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Gdy opowiadała o tym, jak niewiele powiedziała ojcu i jak wiele ukryła, by ich chronić. By jego chronić. A on, mimo całego poczucia winy, czuł, jak coś w nim mięknie, jak coś w nim odpuszcza. Jakby po raz pierwszy od tych parszywych tygodni mógł naprawdę zaczerpnąć powietrza. W oczach miał ten znajomy cień, ale spojrzenie było już inne. Nadal zmęczone. Nadal przygaszone. Ale też… miękkie. Prawdziwe. Jakby po raz pierwszy nie musiał się zasłaniać ani bronić. Stał tuż przy niej, z dłońmi wciąż opartymi o jej biodra, z jej nogami otulającymi jego pas, jakby świat poza tą kuchnią przestał istnieć. A może właśnie taki miał być ten świat, skurczony do cichego mieszkania, psa kręcącego się pod nogami i serca ich dziecka bijącego gdzieś pośrodku tej całej rozsypanej układanki. Zacisnął palce na jej biodrach, nieco mocniej, nie agresywnie — bardziej jakby próbował zakotwiczyć się w rzeczywistości, która właśnie znowu stawała się ich wspólna.
    — Nie masz pojęcia, jak bardzo tego potrzebowałem. Jak bardzo… ciebie potrzebuję. Nie tylko dzisiaj. Nie tylko teraz. Ale każdego dnia. W każdej wersji dnia. Nawet tej najgorszej.
    Jego kciuk przesunął się delikatnie po jej brzuchu, przez materiał swetra. Wsunął czoło w zagłębienie jej szyi, westchnął cicho i przez moment tylko oddychał jej zapachem, jej obecnością. W tej jednej chwili Carter po prostu był. Bez masek. Bez mechanizmów obronnych. Bez cynizmu.
    — Tylko… — przerwał nagle, zanim zdążyła odpowiedzieć cokolwiek. Jego głos był cichy, ale nie drżał. Był w nim ten znajomy ton, surowy i prawdziwy, jakby coś w nim wreszcie puściło. — Nie obiecuj mi niczego. Nie dzisiaj.
    Spojrzał jej w oczy z tą bezbronnością, którą pozwalał sobie okazywać tylko wtedy, gdy był już całkiem na granicy, wyczerpany, ale nadal stojący.
    — Nawet jeśli chcesz. Nawet jeśli ci się wydaje, że wiesz. Po prostu… nie dzisiaj.
    Zamilkł na moment, wzrokiem błądząc gdzieś w bok, jakby szukał w ścianach odpowiedzi, które i tak musiał powiedzieć sam.
    — Bo prawda jest taka, że odkąd odeszłaś… — wziął oddech, jakby z trudem przyznawał się do czegoś, co sam ledwo unosił. — nNiewiele się zmieniło z tych rzeczy, których ode mnie oczekujesz. — Przyznał bezbronnie, niemal ze wstydem. — Chciałbym powiedzieć ci, że wszystko już ogarnąłem. Że jestem dokładnie takim facetem, jakiego potrzebujesz. Ale nie jestem. Jeszcze nie.
    Nie spuszczał z niej wzroku, nawet jeśli to, co mówił, obnażało go bardziej niż cokolwiek wcześniej.
    — Próbuję. Naprawdę próbuję. Ale nie mogę ci dzisiaj sprzedać bajki, Soph.
    A potem zamilkł i tylko patrzył, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale się zawahał. Jakby nie był pewien, czy ma do tego prawo. Bo wiedział. Wiedział, że kiedy zacznie jej mówić więcej, kiedy dojdą do tych tematów, których wciąż unikali, Sophia znów może się odsunąć. Może nie fizycznie. Może nie od razu. Ale wystarczy jeden zły szczegół, jeden nieostrożny obraz z przeszłości, a jej wzrok znowu się oddali. Już widział to w jej oczach nieraz. Bał się tego momentu. Tego, w którym znów poczuje, jak zamyka się przed nim. Jak znów zaczyna udawać, że to nie boli, że nie musi wiedzieć, że wystarczy jej półprawda. Ale nie wystarczy. Nie na dłużej. I on też to wiedział. Więc chciał chociaż jednej nocy. Jednego wieczoru, w którym będzie mógł ją trzymać w ramionach i udawać, że nic się nie rozpada. Że wszystko, co jeszcze nie zostało powiedziane, może poczekać. Że ona zostanie, jeszcze choć trochę.
    Trzy dni temu ledwo wrócił do siebie. To nie było to „odsypianie” po ciężkiej nocy ani kac, który da się rozchodzić kawą i prysznicem. Tak naprawdę nie był pewien, czy to w ogóle można nazwać „wróceniem”.

    OdpowiedzUsuń
  162. Raczej wygrzebywaniem się z dna, na którym leżał, kiedy wciągnął wszystko, co miał pod ręką, bez planu, bez myślenia, bez tego charakterystycznego hamulca, który zwykle jeszcze gdzieś się w nim odzywał. Jakby przez chwilę było mu wszystko jedno, czy następny oddech przyjdzie, czy nie. Pamiętał urywki. Zbyt jasne światło. Zbyt głośne dźwięki. Serce bijące za szybko, potem za wolno. Mieszkanie Sloane. Postawiła go do pionu nie dlatego, że była delikatna. Postawiła go do pionu, bo nie miała w sobie już ani grama cierpliwości na jego autodestrukcję. Bo widziała ten stan wcześniej. Bo wiedziała, jak kończą się takie noce. Współpraca z FBI nie była ratunkiem. Nie był to żaden filmowy deal w stylu „mówisz wszystko i jesteś wolny”. Carter doskonale wiedział, że to tak nie działa. Ten układ nie oznaczał, że nagle zmyje z siebie wszystko, co zrobił. Nie oznaczał czystej karty ani bezpiecznego wyjścia. Oznaczał współpracę. Oznaczał ryzyko. Oznaczał, że teraz nie należy już tylko do siebie. Mógł skończyć w więzieniu. To było realne. Bardziej realne, niż kiedykolwiek wcześniej. A równie realna była druga opcja ta, o której nikt nie mówił głośno, ale którą wszyscy mieli z tyłu głowy. Źle dobrany moment. Jedna informacja za dużo. Jeden człowiek, który uzna, że Carter mówi zbyt wiele. To był świat, z którego nie dało się wyjść, trzaskając drzwiami. Wiedział to, kiedy zaczął mówić. Wiedział to teraz, stojąc z Sophią w ramionach, czując jej ciepło i ten nowy, kruchy ciężar odpowiedzialności, który już nie był tylko metaforą. I właśnie dlatego milczał. Bo jak miał jej powiedzieć, że „naprawianie” siebie nie polega na terapii, szczerych rozmowach i obietnicach?
    Carter wiedział jedno: jeśli powie jej wszystko teraz, straci ją. Jeśli nie powie, straci ją i tak, tylko później. Nie było dobrego momentu. Były tylko konsekwencje. Dlatego trzymał ją tak blisko. Dlatego chłonął ten spokój, jej zapach, ciepło domu, Gigi kręcącą się pod nogami. Jakby próbował zapamiętać coś, co może wkrótce przestać być oczywiste. Jakby pod skórą już wiedział, że cokolwiek zrobi ta historia i tak będzie miała swoją cenę. Dlatego wolał być teraz z nią tak blisko, jak się da. Choćby przez chwilę.
    Zanim prawda znów stanie między nimi. Odsunął od siebie te myśli. Zepchnął je gdzieś głęboko, tam, gdzie nie sięgał nawet głos rozsądku. Teraz nie był czas na analizowanie ryzyka ani na przygotowywanie się na najgorsze. Siłą się uśmiechnął. Tak jakby mógł choć na moment zapomnieć o tym wszystkim, co trzymał w sobie. Zsunął ją z blatu z miękkim ruchem, nie przerywając kontaktu, wciąż z jej nogami oplecionymi wokół jego bioder, jakby nie zamierzała go puścić, a on nie dawał jej ku temu żadnego powodu. Trzymał ją pewnie, obejmując dłońmi jej plecy i śmiał się krótko, gdy próbowała zachować równowagę, zaplątana w jego ramionach.
    — Zdecydowanie za długo cię nie nosiłem. — rzucił półgłosem, zanim ruszył w stronę salonu. Nie był to wielki dystans, ale wystarczający, żeby Gigi zdążyła zareagować. Wyskoczyła ze swojego miejsca jak z procy, szczekając z ekscytacją, jakby właśnie zrozumiała, że wszystko znów jest tak, jak być powinno. Albo prawie tak. Carter zignorował jej entuzjazm, śmiejąc się cicho, kiedy usiłowała wskoczyć na nich, kiedy osadzał Sophię na sofie. Zrobił to powoli, z rozmysłem, przytrzymując ją przy sobie, zanim opadł obok niej, a może raczej na niej, wciąż obejmowany jej nogami, z głową ukrytą gdzieś przy jej szyi.
    — Gigi, serio? — mruknął, gdy pies uparcie próbował wepchnąć się pomiędzy nich, domagając się uwagi. Poczuł, jak Sophia się uśmiecha. Cicho. Ciepło. Jak rozluźnia się pod nim. Jakby naprawdę przez moment wierzyli, że świat za drzwiami nie istnieje.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  163. Carter przyglądał jej przez chwilę w milczeniu z głową opartą o ramię, jedną ręką opartą na przedramieniu o sofę, a drugą wciąż uwięzioną gdzieś przy jej biodrze, pomiędzy psem, który uznał, że to idealny moment na pieszczoty, a miękką tkaniną swetra Sophii. Nie ruszał się. Nie mówił. Po prostu patrzył. Z takim skupieniem, jakby chciał zapamiętać ten widok na długo. Jej twarz, tę nową miękkość w spojrzeniu, którą przyniosły ze sobą słowa „zostanę na noc”. Tę ciszę pomiędzy nimi, która po raz pierwszy od dawna nie bolała, a koiła. Jakby niczego więcej nie potrzebował poza tym, że oddychała tuż obok. Wiedział, że nie mógł jej teraz niczego obiecać. Żadnego „będzie dobrze”. Żadnego „już nic się nie wydarzy”. Wszystko wisiało na włosku i ona doskonale o tym wiedziała, a mimo to, była tutaj. Usiłował tego nie zepsuć.
    — To będzie nowa misja — mruknął cicho, wskazując brodą na Gigi, która właśnie zaczęła gryźć rąbek koca między nimi, jakby chciała udowodnić, że nikt jej nie przegoni. — Przeszkolić psa, zanim pojawi się konkurencja. Mamy… jakieś sześć, siedem miesięcy?
    Brzmiał, jakby naprawdę próbował policzyć. Jakby „sześć miesięcy” było realistycznym planem, a nie cudem, który wymagałby, żeby przeżył najbliższy kwartał bez żadnej eksplozji, dosłownie lub metaforycznie. Ale nie dał po sobie poznać, co naprawdę w nim siedzi. Bo przecież potrafił. Robił to całe życie.
    Trzy dni temu jeszcze nie był pewien, czy się z tego podniesie.
    Siedział wtedy w mieszkaniu Sloane, tak odrętwiały, że nie czuł nawet własnych dłoni. Wtedy, w ten cholerny wieczór, nie musiał niczego analizować, bo wszystko, co miał w sobie, rozpuścił w alkoholu, białym proszku i tej pustce, która czaiła się na dnie klatki piersiowej. Wtedy nie było ani Sophii, ani Gigi. Było tylko echo jego własnego upadku i głos Sloane, która jako jedyna miała jeszcze siłę, żeby go wtedy postawić na nogi.
    Ale to wszystko…
    Nie dziś.
    Dziś była Sophia. Jej oddech przy jego szyi. Jej dłonie w jego włosach. Jej nogi wciąż splecione wokół niego, jakby bała się, że jeśli go puści, to zniknie. Odsunął się nieznacznie, tylko tyle, by spojrzeć na nią z bliska.
    — Jeśli zaraz nie zrobisz mi miejsca na tej poduszce, to Gigi zajmie całą kanapę, a ja będę zmuszony przenieść się na podłogę... — mruknął z udawanym namysłem. Uśmiechnął się pod nosem. Lekko. Bez napięcia. Nie chciał tego zniszczyć. Nie tej nocy. Jutro mogło wrócić wszystko, pytania, pretensje, lęki. Ale dziś, tylko dziś, chciał poczuć ją obok. Prawdziwie. Bez filtrów. Bez murów. Bez kolejnych kłamstw. Delikatnie pochylił się bliżej, muskając ustami jej policzek. Później skórę przy kąciku ust. Nie spieszył się. Zsunął się niżej, najpierw tylko odrobinę, muskając wargami jej obojczyk.. Aż w końcu zsunął dłonie na jej talię, odsunął materiał jej swetra, który wcześniej sam naciągał i odsłonił brzuch. Ten, w którym kryło się coś więcej niż tylko obietnica. Pochylił się i pocałował go, raz cicho, niemal z nabożną czcią. Potem drugi raz, nieco niżej. Jakby witał się z kimś, kto jeszcze się nie pojawił, ale już był. I już był ważny. A potem znów zaczął się przemieszczać. Jego pocałunki wędrowały wyżej miękko, leniwie, z czułością, której sam się po sobie nie spodziewał.

    OdpowiedzUsuń
  164. Przesuwał się powoli wzdłuż jej ciała, zostawiając ślad nie po to, by ją uwieść, ale by ją poczuć. Każdym milimetrem skóry. Każdym oddechem. Zatrzymał się dopiero przy linii żeber, aż w końcu dotarł z powrotem do jej twarzy. Do ust. Do spojrzenia, które przyjął, jakby znów uczył się, jak w nim oddychać.
    — Nie umiem cię mieć blisko… i nie całować — wymruczał cicho, zanim znów ją pocałował, tym razem już pełniej, głębiej. Z uczuciem, którego nie trzeba było nazywać. Pocałunek był inny niż ten w kuchni. Mniej ostrożny, mniej zawieszony. Bardziej prawdziwy. Głębszy. — Każdej nocy wyobrażałem sobie, że mogę cię tak dotknąć. — Znowu musnął ustami jej szyję. Zawieszony nad nią, z jej nogami dalej ciasno oplecionymi wokół siebie, objął ją mocniej. Jedną dłonią podtrzymywał jej plecy, drugą wsunął w jej włosy, nie przerywając pocałunku. Czuł, jak mięknie pod jego dotykiem, jak oddaje mu ten moment, bez pytań, bez warunków. Tylko oni. Tu i teraz. Bez ciężaru przeszłości, który zaraz znów opadnie im na barki. Oderwał się tylko na moment, krótki oddech dzielący ich usta, jego czoło oparte o jej, wzrok wbity w jej oczy.
    — Wiesz, że gdybym mógł, zatrzymałbym ten moment, prawda? — mruknął przy jej uchu, cicho, niemal szeptem, z takim rodzajem miękkości, której w jego głosie nie słyszała często. Znowu ją pocałował, tym razem spokojniej, łagodniej. Jego palce przesunęły się po jej boku, po materiale swetra, jakby chciał go z niej zsunąć, ale się nie spieszył. Nie chodziło o pożądanie, choć ono w nim buzowało. Chodziło o tę cholerną potrzebę bycia przy niej. Blisko. Całym sobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  165. Carter nie odpowiedział od razu. Przyjął jej pocałunek, jakby to był tlen, którego brakowało mu przez ostatnie dni. Niewidzialna lina, którą oboje próbowali na nowo związać to, co zdążyło się poluzować. Jego dłonie odnalazły znajomy rytm na jej ciele, wracały tam, gdzie czuły się jak w domu. Nie odsunął się, nawet gdy już na dobre zatrzymali się w tym pocałunku. Czoło przytulił do jej własnego, oddychając wspólnym rytmem. Tak, jak kiedyś. Jak zawsze, gdy chciał coś powiedzieć, ale słowa jeszcze nie były gotowe. Palcami musnął jej szczękę, potem linię żuchwy, aż w końcu dotknął ust.
    Siedem miesięcy.
    Brzmiało to jak wieczność i mgnienie oka jednocześnie. Jak coś, co powinno wystarczyć, a jednocześnie było absurdalnie krótkie, biorąc pod uwagę, ile jeszcze musieli odbudować.
    Siedem miesięcy.
    Tyle zostało im czasu, żeby się pozbierać, żeby stworzyć fundament, zanim przyjdzie ktoś nowy, ktoś zupełnie bezbronny, dla kogo mieli być całym światem. Świadomość tego, że pod jego dłonią znajdowało się nowe życie, które było połączeniem ich dwojga, wciąż nie mieściła mu się w głowie. Nie do końca. Nie w całości.
    — Siedem miesięcy… — powtórzył szeptem, bardziej do siebie niż do niej.
    Zawiesił głos, jakby się zgubił. Jakby te dwa słowa nagle unieważniły wszystkie inne, które chciał wypowiedzieć. W jego oczach pojawiła się mieszanka zdumienia, niepokoju i czegoś jeszcze, może pokory.
    Niesiony tą falą emocji, która przetoczyła się przez niego jak coś pierwotnego i zupełnie niekontrolowanego, Carter pochylił się i bez słowa złożył na jej ustach pocałunek. Nieśpieszny, ale głęboki, taki, który nie prosił o pozwolenie, tylko wyrażał wszystko, czego nie potrafił wypowiedzieć. Z każdym kolejnym pocałunkiem zanurzał się w niej bardziej, jakby jedynym miejscem, w którym teraz mógł oddychać, była Sophia. Jego dłoń odnalazła jej plecy, przesuwając się wzdłuż kręgosłupa, jakby chciał zapamiętać kształt jej ciała w dotyku.
    — Chodź tu. — Szepnął, prawie bezgłośnie, z tym lekkim uśmiechem, który tak rzadko mu ostatnio towarzyszył. Zamienił ich miejscami. Delikatnym ruchem wciągnął ją na siebie. Teraz to on leżał na plecach, a ona siedziała na nim, z dłońmi opartymi o jego tors, z włosami rozsypanymi wokół twarzy, z oczami, które jeszcze przed chwilą patrzyły z niepewnością, a teraz… teraz były pełne czułości. Carter spojrzał na nią z dołu, uśmiechając się lekko. Dłonie przesunął na jej uda, kciukami delikatnie głaszcząc materiał jej rajstop. Jego dłonie przesunęły się z jej talii nieco wyżej, pod materiał swetra. Uważnie. Wolniej. Tak, jakby chciał sobie przypomnieć, jak to jest czuć ją bez cienia niepokoju, bez świadomości, że może zaraz odejdzie.
    — Jesteś wszystkim, co mam, Soph. — Jego głos był niski, chropawy, jakby walczył z czymś w środku. Z czymś, co nie dawało mu się całkiem otworzyć, ale też nie pozwalało milczeć. — Jesteście… — Urwał, bo nie umiał tego dokończyć jednym słowem. Bo może jedno nie wystarczało.
    Jego palce mocniej zacisnęły się na jej plecach, jakby próbował ją wciągnąć głębiej w siebie, zatrzymać tu na stałe, nie pozwolić, by znów się wymknęła. Przymknął oczy, czując jej ciężar na sobie, ciepło jej skóry i ten znajomy zapach, który przez te dni wydzierał mu spokój w każdym pustym pokoju, w każdej cichej godzinie.
    — Ty. Nasze dziecko. Gigi, która zaraz tu znów wskoczy. — Uśmiechnął się blado, bez siły, ale z czułością. — To wszystko, co mam. Cały mój pieprzony świat.
    Otworzył oczy i spojrzał na nią, zupełnie inaczej niż wcześniej. Tak, jakby właśnie teraz naprawdę wszystko do niego docierało. Każda decyzja, każdy wybór, który postawił ich tu, gdzie teraz byli. Każdy błąd, który omal tego nie zniszczył. Przesunął dłonią po jej włosach, potem po linii szczęki. Zatrzymał się przy ustach, musnął kciukiem jej dolną wargę, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale nic już nie wypowiedział na głos. Zamiast tego podniósł się lekko, przyciągając ją jeszcze bliżej i pocałował. Długo, głęboko, z całą tą tęsknotą, która nie znalazła dotąd ujścia.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  166. W nocy niemal jej nie puszczał. Nie do końca świadomie, może to był jakiś instynkt, może strach, że znów zniknie, jeśli tylko poluzuje uścisk. Gdy ułożyli się w łóżku, a Gigi zajęła swoje miejsce w nogach, Carter objął Sophię odruchowo. Dłoń wsunęła się pod jej koszulkę, zupełnie jakby podświadomość chciała się upewnić, że naprawdę tu jest. Ciepła, miękka, obecna. Spał głęboko, pierwszy raz od wielu dni. Ale każda jej próba odsunięcia się, nawet ta najmniejsza, kończyła się tym, że mimowolnie przyciągał ją bliżej. Jakby jego ciało mówiło za niego: zostań.
    Nie rozmawiali. I dobrze. Milczenie tamtej nocy było bardziej kojące niż tysiąc słów. Leżeli wtuleni w siebie, w ciszy, która nie ciążyła. Zasypiał z nosem przy jej włosach i słowami z własnych ust wciąż dudniącymi mu gdzieś z tyłu czaszki: jesteś wszystkim, co mam. Powiedział to bez zastanowienia, a mimo to z każdą godziną nabierało to coraz większego sensu. I ciężaru. Nawet nie był pewien, o której zasnął. Sophia już wcześniej przytuliła się do niego mocniej, a potem, nagle, jakby świat znów zaczął działać, wszystko po prostu… ucichło. Tak jakby całe miasto wydało z siebie ostatni sylwestrowy krzyk i zamilkło. Cisza. Spokój. Ciepło. Miękka skóra Sophii pod palcami. Zapach jej włosów. I oddech, regularny, spokojny. Gdyby nie to, że jej potrzebował tak cholernie mocno, mógłby uwierzyć, że śni. Ale to się działo. Była tu. I choć pewnie rano będą musieli znów rozmawiać, znów zderzyć się z rzeczywistością, tej nocy nie zamieniłby na żadną inną.
    Rano obudził się wolniej niż zwykle. Ciepło w pokoju, miękka pościel i znajomy ciężar na klatce piersiowej mówiły mu, że wszystko jest tak, jak powinno być. Przynajmniej przez moment. Sięgnął ręką na jej stronę łóżka, odruchowo, jeszcze przez sen i zamiast drobnej sylwetki Sophii natrafił na coś znacznie bardziej kudłatego. Gigi. Przytulona do jego boku, z łbem ułożonym na poduszce, jakby należała tu bardziej niż ktokolwiek inny. Przesunął dłoń po jej karku, ale nie to wywołało w nim niepokój. Sophii nie było. Otworzył oczy, gwałtownie. Spojrzał na zegarek, późno. I przez pierwsze sekundy miał niemal pewność, że wszystko, co się wydarzyło ostatniego wieczoru, było snem. Twarze, dotyk, to jak go objęła, jak zasnęła z nim na sofie… Nawet jej śmiech, cichy, zaspany, gdy Gigi próbowała się między nich wcisnąć, brzmiał zbyt dobrze, zbyt prawdziwie, żeby mogło się to wydarzyć naprawdę. Usiadł powoli na łóżku, przecierając twarz dłońmi. Serce biło mu szybciej niż powinno. Zmarszczył brwi. Napiął mięśnie ramion, gotowy rzucić się w pościg, ale nie tym razem. Bo pod progiem sypialni sączyło się ciepło. Czuł je. Jej obecność. Jakby dom od wczoraj znów był naprawdę ich domem. To nie był sen. Sophia wróciła. Przetarł twarz dłonią i wsłuchał się w dźwięki domu. Cichy szelest, skrzypnięcie drzwi lodówki, uderzenie kubka o blat. Te wszystkie drobne odgłosy normalności, które przez ostatnie dni zupełnie zniknęły. Wszystko inne mogło iść do diabła, ale to? Ta chwila? Sophia w jego koszulce, chodząca po kuchni, robiąca herbatę? To było życie, którego pragnął. Bez względu na wszystko, co miało nadejść. Nawet jeśli za kilka godzin, dni czy tygodni wszystko miało runąć, teraz miał wszystko. Ich. I nawet przez sen nie umiał tego puścić.
    Carter patrzył na nią z tego miejsca, w którym jeszcze przed chwilą szukał jej dłoni. Nadal półleżał w pościeli, z tym porannym zmiękczeniem rysów, które znała najlepiej. Miał na sobie jedynie bokserki, jak zwykle, ale to nie jego naga skóra była teraz najbardziej odsłonięta. To jego wzrok. Cichy, zbyt skupiony. Zawieszony na niej z taką intensywnością, jakby musiał upewnić się, że naprawdę tu jest.
    — Za dobrze — mruknął, przyjmując kubek z jej dłoni, ale wzrok miał utkwiony tylko w niej. Nie w kawie. Nie w Gigi, która z oburzeniem przeniosła się o kilka centymetrów dalej, jakby to ona miała tu pierwszeństwo.

    OdpowiedzUsuń
  167. Carter przyciągnął ją bliżej wolnym ruchem, jakby robił to nieświadomie, bez pytania. Potrzebował czuć, że znów jest obok. — Spałem jak ktoś, kto przez ostatni tydzień nie spał wcale. — Odpowiedział cicho, z krótkim, niewymuszonym uśmiechem, z którym tak rzadko go ostatnio widywano. — Chociaż… nie jestem pewien, czy bardziej spałem, czy pilnowałem cię przez sen. — Odchylił kołdrę tak, żeby mogła się wsunąć bliżej. Już nawet nie udawał, że może bez niej spać wygodnie. Gdy tylko się położyła, instynktownie objął ją ramieniem, chowając nos w jej włosach. Pachniała jak herbata. I jak coś, co było domem.
    — Dzień dobry. — Powtórzył ciszej. Uśmiechnął się, nieco nieprzytomnie. Jeszcze nie zdążył się w pełni rozbudzić, ale wystarczyło, że ją widział. W jego koszulce, z tym spokojem w oczach, którego nie widział od wielu dni. Z kubkiem herbaty, który postawiła na bok, jakby nigdzie się już nie wybierała. Bez wybuchających drzwi i telefonów, które zmieniały wszystko.
    — Już myślałem, że to wszystko mi się śniło — mruknął cicho. Przesunął palcami po jej udzie, leniwie, pod kołdrą. Wciąż próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio mieli taki poranek. Bez pośpiechu. Bez strachu.
    — A ty? — zapytał, przesuwając dłonią po jej włosach, aż do karku, jakby sprawdzał, czy nadal jest prawdziwa. — Śniło ci się coś?
    Nie był gotowy na rozmowę o wszystkim. Nie jeszcze. Ale był gotowy słuchać. Gotowy czekać. Jeśli to właśnie miało znaczyć „zostań”, to chciał wiedzieć każdą wersję tego słowa z jej ust.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  168. Carter nie od razu odpowiedział. Jego spojrzenie zatrzymało się na niej, tak blisko, znowu przy nim, znowu jego. Przesunął dłonią po jej plecach pod koszulką, nieśpiesznie, jakby właśnie tam na kręgosłupie, między łopatkami, w tych wszystkich miękkich zakamarkach jej ciała ukryta była odpowiedź, której potrzebował najbardziej. Milczał chwilę, ale nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia. On po prostu nie chciał zniszczyć tej chwili słowami, które mogłyby się okazać zbyt głośne. Przesunął kciukiem po jej dłoni i westchnął cicho, jakby sam nie wierzył, że to pytanie przyszło mu do głowy. Ale przyszło. I zbyt długo czekał na coś, co choć trochę przypominało początek.
    — Myślisz, że to… dobry początek roku? — zapytał w końcu cicho, z nutą niepewnego uśmiechu. Głos miał niższy niż zwykle, jeszcze przygaszony snem i tym, co tkwiło między nimi niewypowiedziane. Ale w tym pytaniu nie było ironii. Ani prób rozładowania napięcia. Było prawdziwe. Ciche i szczere. Jak wszystko, co działo się między nimi odkąd wróciła. — Bo jeśli to ma być nasz punkt wyjścia… to chyba nie mam nic przeciwko.
    Carter przez chwilę jeszcze patrzył na Sophię, jakby wciąż próbował zakodować w sobie ten moment, jej twarz wtuloną w jego ramię, ciepło jej ciała, fakt, że była tu naprawdę. Ale nie chciał więcej mówić o początkach, o nadziejach, o tym, co może się zdarzyć. Wiedział, że każde kolejne słowo będzie balansowało na granicy, której nie chcieli dziś przekroczyć. Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz. Zamiast tego, westchnął cicho i uniósł wzrok, kiedy coś poruszyło się u stóp łóżka.
    Gigi.
    Mały kłębek sierści, który przewrócił się z boku na bok, przeciągnął, a potem wyraźnie zasygnalizował, że dłuższe leżenie w jednym miejscu absolutnie nie wchodzi już w grę. Najpierw jęknęła, potem stanęła na łapach i zaczęła kręcić się przy krawędzi materaca, jakby dokładnie wiedziała, że to jej moment. Carter parsknął cicho i spojrzał w stronę Sophii z lekkim półuśmiechem. Jego palce sięgnęły jej biodra w krótkim, miękkim geście.
    — Chyba ktoś się domaga swojej części poranka — mruknął, kątem oka obserwując, jak Gigi najpierw skrobie pazurami po narzucie, a potem pcha pysk w stronę Sophii, jakby próbowała przypomnieć o swoim istnieniu. Gigi zeskoczyła z łóżka i podeszła bliżej, trącając jego nogę nosem. Carter odruchowo wyciągnął dłoń i pogładził ją po łbie. Uśmiechnął się do siebie, zanim ponownie spojrzał na Sophię.
    — Pójdziemy z nią razem na spacer? — zapytał cicho, a potem dodał, nieco pewniej. — A potem na śniadanie. Na zewnątrz. Jak kiedyś.
    Z lekkim błyskiem w oku, choć wciąż z tym zastrzeżonym spokojem, który miał tylko przy niej. Nie pytał, czy zostanie na dłużej. Nie musiał wiedzieć jeszcze wszystkiego. Wystarczało, że mógł sięgnąć po chwilę, tę jedną, wspólną i zobaczyć, czy ona też chce ją złapać.
    Carter zerknął z udawaną powagą na Gigi, która właśnie zaczęła kręcić się przy drzwiach do sypialni, jakby rozumiała każde słowo i tylko czekała, aż ktoś w końcu zareaguje. Potem spojrzał z powrotem na Sophię, unosząc nieznacznie brwi i przygryzając dolną wargę w tym swoim półuśmiechu, który zbyt dobrze znała.

    OdpowiedzUsuń
  169. — Poza tym… — mruknął, sięgając dłonią do jej biodra i przesuwając kciukiem po materiale koszulki. — Pani doktor wyraźnie powiedziała, że masz spacerować. Na świeżym powietrzu. Regularnie. — Uniósł dłoń, jakby właśnie cytował jakieś oficjalne zalecenie z wypisu ze szpitala. Zniżył ton głosu, jakby cytował jakiś oficjalny dokument, ale w oczach miał ten znajomy błysk rozbawienia. Gigi znowu zaszczekała cicho, jakby przyznając mu rację.
    — A ja, jako człowiek bardzo poważnie traktujący zalecenia medyczne, postanowiłem osobiście dopilnować, żebyś nie siedziała w zamknięciu jak więzień.
    Gigi, jakby wyczuła, że coś się dzieje, już biegała między drzwiami a kanapą, co chwilę patrząc to na jedno, to na drugie. Carter tylko pokręcił głową z rozbawieniem.
    — No i mamy jeszcze do ogarnięcia to futrzaste tornado, które najwyraźniej też potrzebuje zacząć nowy rok z czystą kartą — rzucił, wskazując głową na psa. — Nie wiem, czy ogarnie, że będzie musiała się z kimś dzielić. Myślisz, że zrozumie, że nie będzie już najważniejsza?
    Przeniósł wzrok na Sophię. I choć zapytał pół żartem, to w jego oczach było coś więcej, coś, czego nie wypowiadał na głos. Jakby to pytanie wcale nie było tylko o Gigi, ale o nich wszystkich. O to, czy ich historia ma szansę się zmieścić w nowej codzienności, której jeszcze nawet nie zaczęli planować.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  170. Carter stał oparty ramieniem o framugę drzwi i patrzył na nią z tym półuśmiechem, który rezerwował tylko dla niej. Nie odezwał się od razu, pozwalając jej dokończyć próbę zmierzenia się z garderobą, tak dobrze mu znaną, a dziś jakby odrobinę inną. Jego wzrok nie ślizgał się po jej ciele z pożądaniem, jak zazwyczaj, ale z czymś znacznie głębszym.
    — To dobrze — powiedział w końcu cicho, ale pewnie, robiąc kilka kroków do środka. Odstawił kubek na półkę obok, podszedł do niej i po prostu objął ją od tyłu. Ręce owinął wokół jej talii, nie przejmując się żadnymi ciasnymi spódnicami. Ułożył dłonie na jej brzuchu, jeszcze prawie niewidocznym i spojrzał na nich w lustrze. — Ma rosnąć.
    Zamilkł na moment, ale jego dłonie powoli przesuwały się po jej ciele, jakby próbował uspokoić nie tylko ją, ale też samego siebie. Nie potrafił przestać myśleć o tym, ile razy przez ostatnie dni wyobrażał sobie, że ona znów tu jest. Że znów może ją dotknąć w tej ciszy, bez konieczności objaśniania świata. Że będzie mógł włożyć dłoń pod jej sweter i poczuć ciepło tego wszystkiego, co zostawiła po sobie, odchodząc.
    — Za chwilę trzeba będzie zrobić czystkę w garderobie — mruknął z łagodnym rozbawieniem, ale bez puszczania jej z ramion. Pocałował ją w kark. Powoli, z wyczuciem. A potem jeszcze raz, trochę niżej.
    — Ale wiesz… To moja wina i nie zamierzam się z tego tłumaczyć. — Wskazał teatralnym gestem na jej brzuch. — Dowód rzeczowy A. I przypominam, że to była bardzo udana współpraca.
    Zanim zdążyła rzucić mu spojrzenie, pocałował ją raz jeszcze tym razem miękko, z większą czułością. Jakby chciał jej przekazać, że mimo całego droczenia się, widzi ją. I że dobrze wie, że to nie o spódnicę tu chodzi. — Będę twoją wymówką do końca życia, jeśli będziesz chciała.
    Nie puszczał jej. Jeszcze nie. Jeszcze przez parę sekund chciał poczuć ją tak, spokojną, miękką, bliską. A potem mógł ją znów wypuścić na świat. Razem z Gigi, która już w przedpokoju piszczała z frustracji. — Wyglądasz dobrze — powiedział w końcu. Prosto. Cicho. Bez słów na pokaz. Bo właśnie tak ją teraz widział. — Idealnie. I tak, zaraz kupimy ci wszystko, co będzie wygodne. — Dodał szeptem, zerkając na podłogę, gdzie leżała odrzucona spódnica. — Nic się nie martw. Będziesz wyglądać dobrze nawet w kocu. Choć nie jestem pewien, czy znajdziemy jakiś na twoim poziomie estetycznym.
    Uśmiechnął się lekko i odsunął tylko po to, by sięgnąć po jej płaszcz, ten cieplejszy, który sama zwykle ignorowała, a on za każdym razem powtarzał, że nie zamierza iść przez miasto z jej zmarzniętą wersją.
    — Gigi już prawie wyrwała klamkę. — Wskazał kciukiem za siebie. — Mamy dokładnie pięć minut, zanim zwariuje.
    Zawiesił płaszcz na jej ramionach i poprawił kołnierz, uważnie, z tą swoją irytującą precyzją, która sprawiała, że wyglądała jak z okładki, nawet jeśli twierdziła, że wygląda jak wrak człowieka. Gigi krążyła wokół nich z rosnącą ekscytacją, obijając się o nogi i wydając z siebie dźwięki, które nie pozostawiały wątpliwości, jeszcze minuta i będzie piszczeć na całe mieszkanie. Carter zerknął na nią przez ramię i westchnął teatralnie.
    — Czekaj. Gdzie twoja czapka? — Zmarszczył brwi. Zanim zdążyła zaprotestować, zniknął w korytarzu i wrócił po chwili z jej czapką w ręku.

    OdpowiedzUsuń
  171. Wsunął ją jej na głowę z absolutnie przesadnym namaszczeniem, jakby właśnie zakładał koronę królowej.
    — Gotowa? — zapytał cicho. — To idziemy. Zanim Gigi weźmie sprawy w swoje łapy i zrobi coś, co będzie wymagało przemeblowania.
    Wyprostował się, wyciągnął rękę w jej stronę i rzucił jeszcze przez ramię.
    — A po śniadaniu kupimy ci spódnicę z gumką. Chyba że wolisz chodzić po mieszkaniu tylko w rajstopach. Nie jestem przeciw. Wręcz przeciwnie. — Puścił do niej oko. — A potem… możemy nic nie robić przez resztę dnia. Albo kupić pierwszą małą rzecz do pokoju potworka. Nawet jeśli będzie to najbardziej niepraktyczna rzecz świata.
    Otworzył drzwi wyjściowe, Gigi dosłownie wystrzeliła jak z procy. Carter roześmiał się cicho i dopiero wtedy zerknął na Sophię, uważnie, ale miękko. Carter splótł ich palce a potem obie ich splecione dłonie schował do swojej kieszeni. Tak jak zawsze. Jakby nigdy stąd nie odeszła.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  172. Carter spojrzał na nią z ukosa, kiedy zadała to pytanie i choć nie przestawał iść, a jego dłoń wciąż pewnie obejmowała jej palce, przez chwilę nie odpowiedział. Jakby naprawdę się zastanawiał, jak bardzo szczerze powinien odpowiedzieć. Nowy rok. Nowe zasady? Może. Ale też nowa rzeczywistość, która uderzała z każdej strony, nawet w taki lekki, jasny poranek. Carter spojrzał na nią kątem oka, a jego uśmiech na chwilę zgasł, zastąpiony tym charakterystycznym wyrazem, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, gdy musiał sięgnąć po coś, co od tygodni spychał na dalszy plan.
    — Plan? — uniósł brew i spojrzał na Sophię z lekkim rozbawieniem. Spojrzał przed siebie, na parkową alejkę, którą Gigi prowadziła ich z wprawą kapitana statku. Carter parsknął krótko, jakby sama myśl o trasie koncertowej w tym momencie była czymś tak absurdalnym, że aż śmiesznym. — Plan wygląda tak, że jeszcze trzy dni temu nie wiedziałem, czy doczekam dzisiejszego poranka. A teraz? Teraz idziemy na spacer z psem i rozważamy zakup pluszaka.
    Powiedział to szczerze, ale bez ciężaru. Bez tego mroku, który tak często towarzyszył jego słowom w ostatnich tygodniach. Było w nim coś lżejszego, nie pewność, ale ulga, że jeszcze tu jest. Że idzie obok niej, trzymając jej dłoń, zamiast wpatrywać się w sufit własnego piekła.
    — Odwołałem kilka rzeczy jeszcze przed świętami — powiedział cicho. Nie patrzył na nią od razu, pozwalając, by cisza chwilę między nimi zawisła. — Nie wiem… — dodał po chwili, zniżając głos i lekko ściskając jej dłoń. — Myślę, że mogę nie wrócić do tras wcale. Przynajmniej nie tak, jak wcześniej. Nie na tych samych warunkach.
    W końcu przeniósł na nią wzrok. Nie było w nim żalu, ale coś w rodzaju zgody na tę nową wersję siebie. Może i nie był gotowy, ale chciał być.
    — Szczerze? — Uniósł jedną brew. — Jak pomyślę, że miałbym teraz znowu pakować walizki i jechać z kraju do kraju… — Pokręcił głową z uśmiechem, który nie miał w sobie zbyt wiele żartu. — Nie mam już w sobie tego samego ognia, co kiedyś. Może to chwilowe. A może nie.
    Byli już blisko parku. Gigi biegała przed nimi, co chwilę zerkając przez ramię, jakby upewniała się, że jej ludzie nie zniknęli. Carter przez chwilę obserwował ją w ciszy, zanim znów spojrzał na Sophię.
    — Więc nie mam żadnych planów na trasę. — Uśmiechnął się lekko, jakby ta myśl była… może nie całkiem lekka, ale przynajmniej nie przytłaczająca. — Mam plan na to, żeby się ogarnąć. Żeby być tutaj. I na razie to mi wystarcza. Serio.
    Nie próbował jej przekonywać, że rzuca wszystko tylko dla niej, bo wiedział, że to by ją prędzej zdenerwowało niż wzruszyło. Ale mówił prawdę. Nie miał teraz planów wielkich tras ani ambicji, żeby znów grać przed tysiącami ludzi. Przynajmniej nie w tym momencie.
    — Może później coś wróci. Może coś się zmieni. Ale teraz… — Złapał ją za rękę mocniej. Zatrzymał się na moment, zatrzymując też ją, zanim Gigi zorientowała się, że zostali z tyłu. Poprawił jej szalik, delikatnie naciągając go wyżej, aż po brodę, a potem wsunął jej kosmyk włosów za ucho, nie odrywając od niej spojrzenia.
    — Przez długi czas muzyka była jedyną rzeczą, która mnie trzymała przy życiu. — Przyznał cicho. — Teraz trzyma mnie coś innego. Po raz pierwszy mam coś, czego nie zamierzam poświęcać dla sceny. — Uśmiechnął się lekko, jakby właśnie zdał sobie sprawę z wagi tych słów. — Nie wiem, jak to wszystko będzie wyglądało. Może zrobię coś nowego. Może nie zrobię nic przez kilka miesięcy i skupię się na tym, żebyś nie chodziła po mieszkaniu w samych rajstopach.
    Mrugnął do niej, odrobinę rozbrajająco, próbując rozładować to napięcie, które pojawiło się między słowami. Carter nie mówił o tym wcześniej, ale prawda była taka, że odwołał wszystko. Nie tylko trasę koncertową, ale i premierę nowej płyty, która pierwotnie miała ukazać się w styczniu. Wszystko było już gotowe, utwory dopracowane, sesje zdjęciowe zrobione, materiały promocyjne przygotowane. Termin wisiał w kalendarzu od miesięcy. Ale kiedy wszystko zaczęło się sypać, najpierw między nim a Sophią, potem w nim samym, podjął decyzję, że to nie jest moment.

    OdpowiedzUsuń
  173. Nie czuł się na siłach, żeby ją wypuścić. Jeszcze bardziej nie czuł się na siłach, żeby ją promować. Nie chciał iść na wywiady, mówić o inspiracjach, o utworach, które pisał, kiedy wszystko między nimi dopiero się zaczynało. Ta płyta była zbyt osobista, zbyt bliska, zbyt o niej. O nich. A Carter był zbyt rozbity, żeby udawać, że potrafi mówić o tym bez emocji, kiedy nie wiedział nawet, czy Sophia kiedykolwiek do niego wróci. Nie potrafił grać piosenek o niej, gdy każdego dnia budził się sam. Dla innych to była tylko płyta. Kolejny krążek, kolejny projekt. Dla niego, dokument z czasu, który właśnie tracił. Więc kiedy menedżer dzwonił po raz trzeci z pytaniem, czy mogą ruszyć z promocją, Carter powiedział „nie”. Zbyt spokojnie. Zbyt pewnie. Przełożyli wszystko bezterminowo. A on przestał odbierać telefony. Teraz, kiedy szli z Sophią przez park, trzymając się za ręce, a Gigi przemykała im między nogami, miał wrażenie, że pierwszy raz od miesięcy nie musi udawać, że coś kontroluje. Nie potrzebował już tej płyty jako formy terapii. Najlepszą formą terapii była ona, żywa, ciepła, uśmiechnięta, obecna. I może jeszcze nie wszystko było naprawione. Może nie wrócili do siebie całkiem. Ale był z nią. Szli razem. A to było więcej niż jakakolwiek premiera.
    — Zrobię to, co trzeba, Soph. Tak, żeby być na miejscu. Żeby nie musieć wybierać między trasą a tobą. Nie chcę ryzykować.
    Po chwili ruszył znów przed siebie, jakby to wszystko, co powiedział, miało po prostu zniknąć w rytmie kroków i szelestu śniegu pod butami. Ale jego dłoń pozostała w jej, ciepła, mocna, jakby po raz pierwszy od dawna wiedział, gdzie jest jej miejsce. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zamiast tego tylko wsunął dłonie głębiej w kieszenie płaszcza i skinął głową w stronę kawiarni, która, ku ich zaskoczeniu, okazała się otwarta. — Dobra wiadomość: albo zapomnieli zamknąć drzwi, albo będzie śniadanie. — Rzucił żartobliwie. — W najgorszym wypadku zamówimy bajgle i wrócimy pod koc. Też dobra opcja, prawda?
    Gigi odwróciła się przez ramię, jakby dokładnie zrozumiała słowo śniadanie, i zaczęła ciągnąć ich w stronę ogródka kawiarnianego.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  174. Spojrzał na nią uważnie, z lekkim półuśmiechem, ale tym razem bez żartów, bez zaczepnej ironii.
    — To nie jest najlepszy moment, żeby znów się pakować i biegać po lotniskach. Nie chodzi tylko o chaos, który teraz mamy wokół siebie. Chodzi o ciebie. — Jego kciuk poruszył się leniwie po jej dłoni. — Jesteś w ciąży, Soph. A za kilka miesięcy… będziesz rodzić.
    Westchnął cicho, jakby sam dopiero teraz pozwalał sobie to w pełni uznać za fakt. Zamilkł na moment, jakby sam potrzebował złapać oddech. Wciąż nie potrafił tego do końca objąć umysłem, a jednocześnie… był pewien.
    — I to właśnie wtedy chcę być obok. Nie na scenie. Nie w trasie. Nie w hotelach na drugim końcu świata. Chcę być przy tobie. W domu. Czekać z tobą na każde badanie. Trzymać twoją rękę, kiedy będzie bolało. I być obok, kiedy pierwszy raz usłyszymy jego albo jej płacz.
    Uśmiechnął się, cicho, trochę niepewnie, ale z taką miękkością, z jaką mówił tylko do niej.
    — Teraz… moje miejsce jest tutaj. Przy tobie.
    Pochylił się, składając krótki pocałunek na jej czole. Potem jeszcze raz spojrzał jej w oczy. — Wszystko inne może poczekać.
    Oczywiście, że robił to tylko i wyłącznie dla niej. Przez nią. Ze względu na nią. Na dziecko. Starał zapanować nad czymś, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się poza jego zasięgiem. Bo Carter mógł mówić o trasie, o zmęczeniu, o potrzebie pauzy, ale oboje wiedzieli, że prawdziwy powód był jeden. Ona dała mu listę. Nie fizyczną, nie napisaną, nie powtarzaną w kółko. Ale istniała. Składała się z prostych „jeśli”, tych, które miały zdecydować, czy zostaną razem, czy się rozpadną. Jeśli chcesz być ze mną. Jeśli chcesz być ojcem. Jeśli naprawdę chcesz to wszystko poskładać. A ta lista była bezlitosna. Nakazywała mu przestać ćpać. Przestać znikać. Przestać uciekać. A jego koncerty, te długie noce, kluby, trasy, całe to życie oparte na adrenalinie, presji i niemożliwych do wytrzymania emocjach, były odurzeniem. Ucieczką. Przyspieszonym biciem serca, białym proszkiem na szklanym blacie. To wszystko było… nie do pogodzenia. Nie dało się jednocześnie wybierać życia z nią i tkwić w świecie, który nie znał żadnych granic. Nie dało się być z Sophią i z dzieckiem, jeśli nadal będzie wybierał chaos.
    Wybrał ją.
    Carter nie przerywał jej. Szli wolno, między drzewami przysypanymi śniegiem, a on słuchał tej spokojnej, miękkiej opowieści, w której było więcej niż tylko słowa. Były też gesty. Ten uścisk dłoni, spojrzenia rzucane ukradkiem, ciche westchnienia pomiędzy zdaniami. To było dokładnie to, czego mu brakowało przez ostatnie tygodnie: jej głosu, jej obecności, tej łagodnej pewności, z jaką potrafiła owinąć go wokół własnych słów. Kiedy powiedziała, że „dopisuje im szczęście”, uniósł lekko kącik ust, bo nie mógł się z nią nie zgodzić. Tak, to było szczęście. Proste, zwyczajne, ale cholernie cenne.
    — Jak pani doktor każe robić dwie rundki, to zrobię dwie. — Odpowiedział z powagą, która zdradzała, że kompletnie nie jest poważny. — Jak powie, żebyś chodziła dookoła budynku trzy razy dziennie, to zamówię ci krokomierz i będę liczył, jak święty Mikołaj.
    Zerknął na nią z boku, jakby chciał się upewnić, że to w porządku, że mogą sobie tak żartować. Ale ten uśmiech, który zobaczył na jej twarzy, wystarczył.
    — Poza tym — dodał zniżonym głosem, nachylając się lekko do jej ucha — Gigi i tak nie zaakceptowałaby spaceru krótszego niż dwadzieścia minut. Wiesz, jaka jest wybredna.

    OdpowiedzUsuń
  175. Na potwierdzenie jego słów suczka właśnie zaryła nosem w zaspę i zaczęła coś kopać z uporem godnym poszukiwacza złota. Carter spojrzał na nią, po czym wrócił wzrokiem do Sophii.
    — To się robi prawdziwe, co? — mruknął, już ciszej, z tym specyficznym napięciem w głosie, które pojawiało się tylko wtedy, gdy mówił o czymś, co naprawdę miało dla niego znaczenie. — Jeszcze niedawno nie wiedziałem, gdzie jesteśmy… a teraz idziemy na śniadanie, gadamy o trasie i śpioszkach, i…
    Zamilkł na moment, nie kończąc zdania. Ale nie musiał. Wiedziała, co chciał powiedzieć. Spojrzał na nią. Tak po prostu. Bez napięcia, bez oczekiwań, bez przymusu. Ujął jej dłoń nieco mocniej, a kciukiem przesunął po wnętrzu jej palców.
    — Więc… tak, zjemy śniadanie, zrobimy dwie rundki po parku, zmarzniemy jak cholera i wrócimy pod koc. A potem… — Nachylił się jeszcze bardziej, szepcząc konspiracyjnie. — Potem zobaczymy, co się stanie, jak naprawdę ci pozwolę chodzić po domu w samych rajstopach.
    Puścił do niej oko, a potem odwrócił się w stronę ogrzanego ogródka kawiarni, gdzie już machała im ręką baristka, najwyraźniej rozpoznając Cartera mimo czapki i szalika. Zaśmiał się cicho pod nosem, kręcąc lekko głową, jakby próbował sam przed sobą udawać, że nie ma zamiaru tego powiedzieć, ale powiedział. Oczywiście, że powiedział.
    — Wiesz, Soph… — mruknął, zerkając na nią z tym znajomym, lekko zaczepnym błyskiem w oku, który wracał zawsze, gdy atmosfera między nimi łagodniała, a serce przestawało walić z niepokoju. — Doceniam cię bardzo w samych rajstopach. Naprawdę. Ale… jeśli mam być szczery? — Zatrzymał się na chwilę i nachylił nieco bliżej, jakby to miała być jakaś tajemnica między nimi. Jego głos był niższy, cieplejszy, przełamany lekkim rozbawieniem. — Bardziej lubię cię bez rajstop w ogóle. Zdecydowanie.
    Uśmiechnął się szerzej, kiedy spojrzała na niego z mieszanką rozbawienia i lekkiego oburzenia, udawanego oczywiście.
    — Ale możesz to potraktować jako profesjonalną opinię partnera życiowego. Taką… użytkową. — Dodał z lekkim wzruszeniem ramion, jakby właśnie przedstawił najbardziej obiektywny fakt na świecie. Chciał, żeby między nimi znów mogło być miejsce na te drobne, intymne żarty. Na bliskość, która nie musiała niczego wyjaśniać. Na to by byli sobą, nawet jeśli to “sobą” oznaczało odrobinę zuchwałości i całą masę uczucia, które nie mieściło się już tylko w słowach.
    — Chodźmy. Ktoś tu wygląda, jakby miała ochotę na trzy tosty z masłem orzechowym — rzucił przez ramię, z tym typowym dla siebie zadziornym tonem. — I nie, nie mówię o Gigi. Chociaż… kto wie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  176. Carter nie potrafił się powstrzymać. Parsknął śmiechem, kiedy usłyszał odpowiedź Sophii, tę o tym, co naprawdę wolał. Była szybka, była bezczelna, była dokładnie tą wersją Sophii, którą kochał najbardziej: lekko zuchwałą, ale też niewinną, z tą przewrotną iskrą w oczach, która zawsze zdradzała, że wie więcej, niż mówi.
    — Wiesz co, Soph… — odezwał się w końcu, pochylając się do niej nieco, jakby mieli właśnie wspólnie spiskować przeciwko całemu światu — …ty chyba próbujesz mnie sprowokować, a to wyjątkowo niebezpieczne działanie, zwłaszcza, że jesteś teraz w stanie błogosławionym. — Jego ton był żartobliwy, ale głos niższy, miękki, podszyty tym ledwie skrywanym napięciem, które zawsze między nimi istniało, nawet w najbardziej niewinnych rozmowach. Carter parsknął cicho śmiechem, kiedy usłyszał jej odpowiedź, tę o rajstopach i o tym, co by powiedział, gdyby miał być szczery. Pokręcił głową z rozbawieniem i wyciągnął do niej rękę, by pociągnąć ją lekko za palce, którymi ściskała jego dłoń. Nachylił się jeszcze bliżej, ustami ledwie musnął jej ucho, tak by baristka na pewno nie usłyszała, ale by Sophia doskonale poczuła ciepło jego oddechu na skórze. — Ale skoro już to rozgryzłaś… Tak. Właśnie to bym powiedział. Najbardziej lubię cię bez niczego.
    Uśmiechnął się łobuzersko, a potem cmoknął ją krótko w skroń, zanim się odsunął, jakby właśnie uznał, że po tym wyznaniu musi zachować przynajmniej resztki przyzwoitości, stojąc w kolejce po śniadanie z dziewczyną, która nosiła w sobie jego dziecko i właśnie rozważała, w co ma się ubrać, żeby nie doprowadzić go do szaleństwa.
    — Powiedzmy, że dołożę wszelkich starań, żeby ich nie porwać. — Dodał, zerkając na nią z udawaną powagą. Ton miał niewinny. Ale tylko z pozoru. — Zdejmę z największym szacunkiem, godnym tej jednej, ocieplanej pary. — Uśmiechnął się półgębkiem, tak jak robił to zawsze, gdy właśnie wypowiadał coś, co było nie do końca przyzwoite, ale całkowicie szczere. Pociągnął ją lekko za rękę, kiedy ruszyli w stronę kontuaru. Gigi tymczasem położyła się obok ich nóg, jakby również wiedziała, że teraz jest pora na grzeczne czekanie.
    — A potem i tak wrócimy do domu. I ta spódniczka… jakoś sama zniknie. — Mruknął pod nosem, niby od niechcenia, ale wystarczająco głośno, żeby tylko ona to usłyszała. Zamówił śniadanie, ich tosty z miodem i migdałami, dwie herbaty, porcję owsianki z bananem i mały kawałek chleba z masłem orzechowym „dla psa”. Kiedy kelnerka zapisywała, uniósł brew.
    — Pies ma bardzo wymagające podniebienie. — Powiedział z pełną powagą, wskazując na Gigi. — A jeśli zostanie pominięta w śniadaniu, może się obrazić. A nie chce pani wiedzieć, co robi, jak się obrazi.
    Kiedy usiedli przy oknie, a ciepło kawiarni zaczęło powoli rozgrzewać policzki, Carter przez chwilę tylko na nią patrzył. W tym spojrzeniu było coś miękkiego, nienazwanego. Coś, co sprawiało, że nie musiał nawet nic mówić, żeby Sophia wiedziała, co się w nim dzieje.
    — Jasne, czasem myślę… że może lepiej, żeby to była dziewczynka. Bo gdyby to był chłopiec, to nie wiem, czy umiałbym uchronić go przed tym, co we mnie. — Zerknął na nią ukradkiem, jakby czekał, czy się przestraszy jego słów. Przeniósł wzrok na Gigi, która właśnie próbowała wsadzić nos pod pobliski fotel i wyciągnąć coś, co ewidentnie nie powinno już istnieć.
    — A potem, chwilę później, wyobrażam sobie małą wersję ciebie. Taką uparciuchę, co zadaje milion pytań i nie daje sobie wcisnąć kitu. I myślę: niech będzie dziewczynka. Tylko na litość boską, oby miała twoją cierpliwość, nie moją. — Zamilkł na moment, po czym pochylił się nad jej dłonią i pocałował ją lekko, tak zwyczajnie, jakby właśnie w tym geście zawierał wszystko, czego nie umiał ubrać w słowa.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  177. Carter parsknął cicho śmiechem, ale nie tym beztroskim, raczej takim, który rodzi się gdzieś głębiej, pod żebrami, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie powinno. Kciukiem zatoczył powolne koło na wierzchu jej dłoni, jakby potrzebował tego drobnego ruchu, żeby zebrać myśli.
    — Mały łobuz… — powtórzył pod nosem. — Brzmi jak ktoś, kogo bym się bał bardziej niż samego siebie.
    Uniósł na nią spojrzenie, miękkie, uważne. To był ten moment, w którym przestawał żartować, nie nagle, nie ostro, tylko jakby ktoś ściszył muzykę w tle.
    — Jeśli miałby być do mnie podobny… — zaczął wolniej. — To mam nadzieję, że odziedziczy po mnie tylko tę część, która nie umie się cofnąć, kiedy już kocha. Resztę… — wzruszył lekko ramieniem. — Resztę niech ma po tobie.
    Na chwilę uciekł wzrokiem gdzieś na bok, na okno kawiarni, na ludzi przechodzących obok, jakby sprawdzał, czy świat dalej istnieje w tej samej formie. Potem wrócił do niej.
    — Dziewczynka… — powtórzył, tym razem z lekkim uśmiechem. — Mała wersja ciebie, która najpierw będzie patrzeć, słuchać, a dopiero potem i tak będzie robić dokładnie to, na co będzie ma ochotę. — Uniósł brew. — Taka, która będzie wiedziała, że wystarczy jedno spojrzenie, żeby postawić mnie do pionu.
    Pochylił się jeszcze bliżej, głosem niemal konspiracyjnym.
    — I tak, będę udawał, że mam kontrolę. Przez jakieś… pięć minut.
    Ścisnął jej dłoń nieco mocniej. Jego kciuk znów zaczął gładzić jej dłoń, wolno, rytmicznie.
    — A ja… — dodał po chwili, z cichym uśmiechem, w którym było coś czysto jego. — Zamierzam być tym ojcem, który wraca do domu. Nawet jeśli czasem będzie się potykał.
    Spojrzał na nią uważnie, jakby sprawdzał, czy to wszystko brzmi wystarczająco prawdziwie.
    — I uprzedzam — mruknął już lżej. — Jeśli to będzie dziewczynka z twoim uśmiechem i moim charakterem, to świat ma przejebane…
    Carter urwał w pół zdania, kiedy poczuł znajome, natarczywe szturchnięcie w kolano. Zerknął w dół i od razu parsknął cicho. Gigi siedziała idealnie prosto, jakby ktoś ją ustawił. Uszy lekko do przodu, łeb uniesiony, spojrzenie wlepione w niego z pełnym skupieniem. Jedna łapa już powoli sunęła w jego stronę, testując granice.
    — O nie — mruknął pod nosem, pochylając się trochę bliżej Sophii. — Nie rób tego spojrzenia, jakbyś była najbardziej zaniedbanym psem w całym mieście.
    Pies przechylił głowę, jakby dokładnie wiedział, że właśnie wygrał. Carter westchnął, ale w jego oczach pojawił się rozbawiony błysk. Oderwał kawałek tostowej skórki i trzymał ją chwilę nad jej nosem. — Jedno. Małe. I ani grama więcej — ostrzegł szeptem. Gigi zjadła skórkę w sekundę i natychmiast usiadła jeszcze bliżej, jakby właśnie rozpoczęła drugą rundę. Carter uniósł brew i spojrzał na Sophię z udawaną powagą.
    — Widzisz? — powiedział cicho. — Już teraz mamy w domu istotę, która myśli, że świat kręci się wokół jej potrzeb. — Po czym pochylił się bliżej niej, głosem znacznie cieplejszym. — I, co gorsza… — dodał z lekkim uśmiechem. — Kompletnie nie potrafię z tym walczyć.

    OdpowiedzUsuń
  178. Oparł łokieć o stolik, pozwalając, by Gigi wsunęła pysk na jego kolano, i przez chwilę po prostu patrzył na Sophię spokojnie, miękko. Jakby dokładnie tak miało wyglądać ich „teraz”.
    — Dobra. — Sięgnął po jeszcze jeden malutki kawałek chleba, choć wcześniej zarzekał się, że już koniec. Pies pochłonął kąsek, nawet nie udając, że żuje. Carter przewrócił oczami i podparł brodę na dłoni, zwracając uwagę już tylko na Sophię.
    — Wiesz… — zaczął, splatając ich palce na środku stolika. — Jak tak patrzę na was obie, to zaczynam się zastanawiać, czy ja jestem w ogóle przygotowany na jeszcze jedną istotę, która będzie na mnie wymuszać wszystko spojrzeniem. — Uniósł lekko brwi. — Bo jeśli to naprawdę będzie dziewczynka… to jestem skończony, Soph. Kompletnie. Będzie miała twoje oczy, twoje usta i twoją umiejętność owijania mnie sobie wokół palca.
    Przesunął kciukiem po jej dłoni, wolno, uważnie.
    — I będę mieć przesrane w sposób absolutnie nieodwracalny.
    Uśmiechnął się lekko, tym swoim półuśmiechem, który zawsze pojawiał się, kiedy mówił prawdę udając żart.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  179. Carter prychnął cicho, kręcąc głową z tym swoim niedowierzającym uśmiechem, który zawsze pojawiał się, kiedy Sophia trafiała w punkt szybciej, niż chciałby przyznać. Westchnął teatralnie, odchylając się na krześle tak, jakby już czuł na karku oddech tej absolutnej klęski.
    — Trzy kobiety pod jednym dachem? — uniósł brwi, patrząc na nią jakby właśnie zapowiedziała mu wyrok. — Ja nawet Gigi nie potrafię niczego odmówić, a ty chcesz mi jeszcze dorzucić miniaturową wersję ciebie z twoim uśmiechem i twoim charakterem?
    Uśmiechnął się, ale nie było w tym nic udawanego. Patrzył na Sophię i wiedział, że owszem, to go rozłoży na łopatki, pozamiata i zostawi go w tym stanie na lata, ale był gotów. Nawet jeśli kompletnie nie miał pojęcia, co robi.
    — Ta mała nie będzie potrzebować żadnych lekcji. Jeśli odziedziczy po tobie spojrzenie… — mruknął, opierając się łokciami o blat i pochylając lekko w jej stronę. — To nie będę mieć szans od samego początku. Już czuję, jak będzie stała w drzwiach i błagała mnie o drugiego psa. Albo konia. A ja się będę zastanawiał, gdzie do cholery postawić stajnię.
    Zerknął w dół, pod stół, gdzie Gigi właśnie westchnęła głęboko, jakby podkreślając powagę całej sytuacji.
    Spojrzał znacząco na Gigi, która w tym samym momencie uniosła łeb spod stołu, jakby dokładnie wiedziała, że jest o niej mowa.
    — Widzisz? — dodał ciszej, wracając wzrokiem do Sophii. — Już teraz uczę się przegrywać z godnością.
    Wyciągnął rękę i pogładził psa po łbie, ale tym razem bez żadnych resztek jedzenia. Gigi spojrzała na niego z wyrzutem absolutnym, po czym teatralnie westchnęła i opadła na podłogę, jakby los właśnie ją złamał.
    — Manipulantka — mruknął pod nosem, ale w jego głosie było więcej czułości niż irytacji. Kiedy zjedli już wszystko, łącznie z ostatnim kawałkiem tosta, który oczywiście wylądował u Gigi, Carter otarł usta serwetką i spojrzał na Sophię z tym znajomym błyskiem w oku.
    — Gotowa na podbój parku? — zapytał, podnosząc się i wyciągając do niej rękę. — Obiecałem spacer. I Apple Watch musi się czymś nakarmić, nie? — dodał z rozbawieniem, nawiązując do jej wcześniejszego żartu. Gigi poderwała się pierwsza, jakby dokładnie wiedziała, co właśnie padło. Ogon zaczynał jej wirować w kółko, a łapy już niemal przebierały w miejscu z ekscytacji. Carter sięgnął po smycz i przypiął ją do szelek, zanim zdążyła wystrzelić jak rakieta.
    — Widzisz? Jesteśmy tylko dodatkiem do jej planu dnia. — Mruknął do Sophii, poprawiając kołnierz kurtki i wychodząc z nią z kawiarni. Na zewnątrz nadal było zimno, ale powietrze miało ten świeży, rześki zapach, który kojarzył się z początkiem roku. W parku śnieg skrzypiał pod butami, a na gałęziach drzew lśniły jeszcze resztki szronu. Gigi od razu pociągnęła do przodu, rozglądając się z ekscytacją, jakby każdy krzak miał dla niej jakąś nową wiadomość do odczytania.
    — Trzeba będzie ją wykąpać — mruknął Carter, kiedy Gigi z dziką radością wskoczyła w niewielką zaspę przy alejce i zaczęła się w niej tarzać, zostawiając za sobą ślady błota i śniegu na całym futrze. — Albo oddać do pralni — dodał z rozbawieniem, zerkając na Sophię.
    Gigi, jakby nieświadoma przyszłości, właśnie próbowała zjeść kawałek lodu, po czym otrzepała się, obsypując śniegiem ich oboje a Carter pokręcił głową, zerkając na Gigi, która teraz sunęła przez śnieg z miną niewiniątka.
    — I pomyśleć, że to ja byłem tu kiedyś najbardziej problematyczny — mruknął z udawanym westchnieniem. Ale uśmiechał się cały czas. Carter splótł palce z Sophii, a potem, bez słowa, przesunął jej dłoń do swojej kieszeni, tak żeby razem ogrzewali sobie dłonie.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  180. Carter ani na moment się od niej nie odsunął, choć wiedział, że milczenie między nimi nie jest już tylko spokojem po wspólnym dniu, było zawieszeniem. Czymś w rodzaju niepisanej umowy, że dziś jeszcze nie rozmawiają o niczym trudnym. Jeszcze nie. Przesunął wzrok na jej dłoń, która leniwie sunęła po jego klatce piersiowej. Była tu, obok, pod jego ramieniem. Pachniała jak ich pościel. Ciepło. Domowo. Blisko.
    — Przysięgam, jeśli będziesz patrzeć na te tosty w ten sposób, zacznę gotować codziennie. — mruknął cicho, z łobuzerskim uśmiechem, łapiąc jej dłoń i splatając z nią palce.
    Nie oderwał od niej spojrzenia. Jej policzki były lekko zaróżowione, może od ciepła herbaty, może od jego słów. Patrzył na nią, jakby widział ją po raz pierwszy. A przecież znał każdy detal tej twarzy i tak samo dobrze znał jej wszystkie wersje. Tę złośliwą, czułą, uważną, spiętą. Tę, która potrafiła mu się wymknąć, choć chciała zostać. I tę, która właśnie teraz, po tylu dniach ciszy, walki i dystansu, siedziała z nim na kanapie i próbowała nie pytać. Wiedział, że nie wytrzyma długo, bo Sophia nigdy nie była mistrzynią w ignorowaniu spraw, które bolały. Ale jeszcze trzymała się tej cienkiej granicy. Przesunął kciukiem po jej dłoni. W tym momencie tamte chwile ze Sloane, te sprzed trzech dni, wydawały się Carterowi czymś kompletnie odległym. Jakby należały do innego życia. Do mężczyzny, którego już nie było. Leżał teraz z Sophią na tej kanapie, z jej głową opartą o jego ramię, z jej ciepłą dłonią wsuniętą w jego, i to wszystko… to tu i teraz miało w sobie taką prawdziwość, że to, co wydarzyło się w mieszkaniu Sloane, co rozegrało się w ciemnościach klubu, między dotykiem a desperacją, zdawało się niemal nierzeczywiste. Jakby ktoś opowiedział mu tamtą noc, a nie on ją przeżył. Bo tutaj, z Sophią obok, świat wyglądał inaczej. Nie był pogmatwany. Nie był na krawędzi. Był cichy, ciepły, pełen herbaty, tostów z ciągnącym się serem. Obok miał psa, który chrapał jakby niczego nie przegapił. Carter pierwszy raz od wielu dni czuł, że może zacząć oddychać. I że nie chce wracać już do tamtego świata. Nie do tamtej wersji siebie. Nie, jeśli to jest alternatywą.
    Cisza, która między nimi zapadła, nie była niezręczna. Wręcz przeciwnie, była spokojna, przyjemna, osadzona w tej intymnej bliskości, którą odzyskali jakby przez przypadek, choć żadne z nich nie miało już wątpliwości, że chcą ją zatrzymać na dłużej. Carter przesunął opuszkiem palca po dłoni Sophii, a potem zerknął na nią kątem oka.
    — Myślałem… że może powinniśmy poszukać innego mieszkania — rzucił cicho, jakby mimo wszystko nie był do końca pewien, czy to właściwy moment. Ale po chwili poprawił się, ledwo słyszalnie. — Właściwie… nie mieszkania. Domu. — Brzmiało to inaczej. Mocniej. Pewniej. Spojrzał przed siebie, jakby próbował sobie wyobrazić, jak to mogłoby wyglądać.
    — Czegoś większego. Ciszej położonego. Z ogrodem. Z miejscem na konia, kota… i cały twój planowany zwierzyniec.
    Nie powiedział tego tylko dla żartu. Nie rzucał pomysłu na oślep. W jego głosie było coś głębszego, jakby po raz pierwszy od dawna próbował myśleć o przyszłości naprawdę. Nie tylko o przetrwaniu kolejnego dnia. Przesunął kciukiem po jej palcach, miękko.
    — Po prostu… myślę, że dobrze byłoby zacząć szukać miejsca, które będzie naprawdę nasze. Takiego, które od początku zbudujemy razem.
    Nie powiedział tego wprost, ale nie musiał. Oboje wiedzieli, że nie mówił tylko o ścianach i dachu. Chodziło o coś więcej.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  181. Czuł jeszcze ciepło jej ust na policzku i kącie warg, i mógłby się łudzić, że wszystko już za nimi, gdyby nie to, jak dobrze znał Sophię. To nie była ucieczka przed rozmową. To była cisza, którą mu ofiarowała. I on wiedział, że nie dostanie takiej drugiej. Przez moment się nie odzywał, tylko przyglądał jej twarzy z takim spokojem, jakby właśnie z niej odczytywał odpowiedź, której sam jeszcze nie znał.
    — Myślałem… że może tym razem naprawdę zrobimy to po swojemu — wzruszył nieznacznie ramionami. Wiedział jak to brzmi. Ledwo wczoraj rozmawiali o tym, że wynajmie dla Sophii jej własny penthouse, a teraz roztaczał wizję ich wspólnego domu i sam do końca nie wiedział, na jakim są teraz etapie. — Przesunął dłonią po jej plecach, wolno, ciepło, bez żadnego nacisku. — W domu, gdzie Gigi będzie biegać po ogrodzie i piachu, nie po marmurze. Gdzie nie będziesz musiała zasłaniać okien. Gdzie będziemy mogli wyjść na zewnątrz bez obaw, że ktoś będzie tam czekał na to, żeby zrobić nam jakieś zdjęcie… — Uśmiechnął się lekko, z tym charakterystycznym błyskiem w oku. — I pokój dla dziecka… z huśtawką pod sufitem, jeśli chcesz.
    Zamilkł na chwilę, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. Pochylił się lekko, muskając czubkiem nosa jej policzek. Carter uniósł wzrok na nią z uśmiechem, kiedy usiadła na jego udach, tak, jakby to było zupełnie naturalne. Jakby właśnie tam zawsze było jej miejsce. Jego dłonie spoczęły na jej biodrach, kciuki zatoczyły powolne, niemal nieświadome kółka po materiale jej spodni.
    — Myślałem… — zaczął, cicho, ale bez zawahania. Uśmiechnął się lekko pod nosem, nie odrywając od niej wzroku. — Że chciałbym pić poranną kawę w ogrodzie, patrzeć, jak nasze dziecko biega z Gigi i z jakimś potwornie rozpuszczonym kotem, który pewnie będzie spał na środku łóżka. — Jego głos lekko zadrżał przy słowie „nasze”, ale nie wycofał się. Skrzywił się półżartem, ale zaraz potem mówił dalej, już ciszej, bardziej miękko. Zamilkł na chwilę i spojrzał jej w oczy.
    Carter przez chwilę milczał, jakby ważył słowa, zanim się odezwał. Palcem zatoczył krótki krąg na jej biodrze, zupełnie mimochodem, odruchowo, z czułością, jakby w ten sposób trzymał ją bliżej nawet wtedy, gdy mówił o rzeczach, które dopiero miały się wydarzyć.
    — Myślałem, że moglibyśmy poszukać czegoś… w spokojniejszej dzielnicy — odezwał się w końcu, jego głos był niższy, ciepły, prawie senny. — Nie za daleko od miasta, żebyś mogła spokojnie dojeżdżać na zajęcia. Ale na tyle daleko, żebyśmy w końcu słyszeli własne myśli.
    Zerknął na nią z góry, jakby sprawdzał, czy dobrze mówi.
    Zawiesił na niej wzrok, a potem dodał nieco ciszej, z tą nutą łagodnego zamyślenia. Na moment zamilkł, a potem uśmiechnął się pod nosem.
    — Po prostu my. Ty, ja, dzieciak, pies, ten twój kot, którego jeszcze nie sprowadziłaś. I cisza, na którą oboje zasłużyliśmy.

    OdpowiedzUsuń
  182. Zawiesił głos i lekko uniósł dłoń, odgarniając jej włosy za ucho. Przeniósł spojrzenie na jej usta, ale się nie zbliżył. Wsunął dłonie pod jej sweter, powoli, znajomo, z tą pewnością, która nigdy nie wymagała pośpiechu. Palce przesunęły się wzdłuż jej kręgosłupa, sunąc miękko w górę. Ten gest był prosty, ale skuteczny, zmusił ją do zbliżenia się jeszcze bardziej. Jej ciało poddało się bez oporu, miękko wpadając w jego przestrzeń. Czołem prawie dotknęła jego skroni, kiedy ich oddechy się splotły, a w ich wspólnej ciszy było więcej bliskości niż w setce wypowiedzianych słów. Carter uniósł lekko brodę i nie czekał dłużej, musnął jej usta, a potem pogłębił pocałunek, z tą miękkością, która nie wymagała niczego więcej.
    Oderwał usta od jej ust tylko na tyle, by móc wypowiedzieć szeptem słowa, które miał w głowie już od dłuższej chwili. Jego czoło oparło się o jej, oddech był wciąż ciepły, nierówny i tylko ona była w tej chwili ważna.
    — A ty? — zapytał cicho, kciukiem muskając kawałek jej pleców tuż przy linii stanika. — Jak ty to sobie wyobrażasz, Soph?
    W jego głosie nie było presji. Nie chodziło o to, by teraz zdecydowali wszystko. Chciał tylko usłyszeć, co ona widzi, kiedy zamyka oczy i myśli o tym, jak będzie wyglądało ich życie. Ten dom, to miejsce. Ich „my”.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  183. Carter wpatrywał się w nią w milczeniu. Znał ten wyraz na jej twarzy, to nie była gra, nie była też fantazja. Sophia właśnie powiedziała mu, czego pragnęła naprawdę, z serca, bez zbroi i masek. Przyciągnął ją bliżej, mocniej jakby mógł zakotwiczyć to wszystko między nimi jednym gestem, jedną ciszą. Ujął jej twarz w dłonie, przesuwając kciukami po jej policzkach i patrzył jeszcze przez chwilę, zanim się odezwał.
    — Chcę dokładnie tego, Soph. — Jego głos był cichy, ale nie drżał. Był pewny. — Chcę, żebyś piekła te przeklęte ciasta i miała swoją szklarnię. Gigi będzie przekopywała ogród, a ja będę chodził za naszym dzieckiem i łapał je zanim zje kwiatek z podłogi.
    Nie brzmiało to jak żart, choć oczywiście mogło. Uśmiechnął się lekko, ale jego wzrok pozostawał spokojny, poważny jakby właśnie pierwszy raz naprawdę wypowiedział marzenie, którego nigdy nie miał odwagi nazwać na głos.
    Tak naprawdę Carter nie był pewien, czy potrafi to wszystko zbudować.
    Z jednej strony chciał dokładnie tego, co opisała: jasny dom, Gigi ślizgającą się na rozlanym cieście, pokój pełen kolorów. Chciał jej, dziecka, spokoju. Ale z drugiej… gdzieś w środku tliło się pytanie, które tłumił każdym kolejnym pocałunkiem: czy to naprawdę jego świat? Czy to jego scenariusz, czy tylko jej i on próbuje w nim odegrać idealną rolę? Nie był pewien, ale wiedział jedno: nie chciał jej znów stracić. Więc mówił. Mówił dokładnie to, czego potrzebowała. Mówił to, bo widział, jak się rozczula, jak zamyka oczy i uśmiecha się z lekkością, której nie widział u niej od tygodni. Bo kiedy mówił o pokoju dziecka, jej dłoń zaciskała się mocniej na jego ramieniu. Bo kiedy wspominał o szklarni, nie zadawała żadnych pytań. Więc szedł za tym. Krok za krokiem, wizja za wizją. Budował dla niej świat, który być może sam chciałby mieć, ale wciąż nie potrafił do końca uwierzyć, że to naprawdę jego świat. Bo przecież nie miał pojęcia, czy potrafi żyć normalnie. Czy dom z ogródkiem i huśtawką dla dziecka to coś, co umiałby utrzymać bez rozsypania się w pył. Nie wiedział, czy potrafiłby dawać jej to każdego dnia, nie tylko wtedy, gdy wszystko było dobrze, spokojnie i słonecznie. Ale mówił. Bo jeśli miało ją to zatrzymać… jeśli choć przez moment pozwalało jej zapomnieć o tym, ile w nim było niepewności i tajemnic, to warto było rzucać tymi wizjami jak peleryną, przykrywką na wszystko, czego jeszcze nie naprawił. I był w tym szczery. Tyle, że nie do końca wobec siebie. Bo niektóre z tych słów były jak plaster na ranę, która jeszcze krwawiła. Bo sam nie wiedział, czy planuje ten dom… czy tylko próbował ułożyć z ich wspólnych wyobrażeń coś, co przyklei Sophię do niego choć na chwilę dłużej. Choćby jeszcze na jeden dzień.
    Więc zamiast cokolwiek powiedzieć po prostu się pochylił. Zamiast odpowiedzi, wybrał jej skórę. Jakby w tych pocałunkach łatwiej było ukryć niepewność. Jakby miękkością ust potrafił uciszyć pytania, których nie chciał jeszcze usłyszeć. Przesunął dłoń na jej biodro, drugą wsuwając znów pod sweter, tym razem nieśpiesznie, z czułością, jakby chciał zapamiętać ciepło jej ciała, zanim znowu się od siebie oddalą. Przechylił głowę i musnął ustami jej szyję. Raz. Delikatnie. Potem znów, trochę niżej. Przeciągle. I jeszcze raz, tuż przy linii żuchwy, tam, gdzie jej oddech stawał się cieplejszy, a ciało drżało w ten znajomy sposób.
    — Mhm… — mruknął przy jej skórze, nie przestając jakby potwierdzał jej wizję. Odchylił lekko materiał swetra z jej ramienia, odsłaniając obojczyk.
    Wsunął się tam ustami z miękkością, jakby ten punkt miał odgonić wszystko inne, wszystkie pytania, cały ten ciężar. Pocałował go, długo, leniwie, czule. Jakby tym jednym gestem próbował jej pokazać, że choć może nie zna odpowiedzi na wszystko… to tu i teraz wciąż ją wybiera.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  184. Carter nie zauważył tej zmiany. Może nie chciał jej zauważyć. Może przez tę jedną chwilę wolał trzymać się iluzji, że wszystko znów wraca na swoje miejsce. Że jej dotyk nie jest próbą ucieczki przed ciężarem myśli, a wyrazem tego samego pragnienia, które paliło się w nim od chwili, kiedy po raz pierwszy znów zamknęła się w jego ramionach. Kontynuował więc. Nie zadawał pytań. Nie dopuszczał do siebie tych cichych znaków, które mogłyby mu powiedzieć, że coś się w niej zmienia. Że niektóre pocałunki nie są odpowiedzią, a sposobem na milczenie. Pochylił się, zsunął usta wzdłuż jej szyi, znajomym gestem, miękko, z tą pewnością, która przychodzi tylko wtedy, gdy zna się czyjeś ciało niemal tak dobrze jak własne. Jedną dłoń wsunął pod materiał jej sweterka, drugą przyciągnął ją bliżej, jakby chciał, by znów wtuliła się w niego bez oporu, bez tego napięcia, którego jeszcze nie wyczuwał. Nie zatrzymał się, bo nie czuł, że powinien. Jej dotyk był dla niego zgodą. Jej bliskość, odpowiedzią. A on… pragnął tylko tego, by to trwało. Tylko ich. Tylko tu. Jeszcze trochę. Jeszcze chwilę.
    Był zbyt głęboko w tej chwili, w niej, w potrzebie, która od wczoraj nie dawała mu spokoju. W jej dłoniach na swoim torsie, w tym sposobie, w jaki do niego sięgnęła, zobaczył tylko jedno: że ona też chce, że wracają do siebie tym jedynym językiem, który zawsze potrafił im przynieść ulgę. Jego usta wróciły na jej wargi, wolniej tym razem, ale z tą samą intensywnością. Całował ją tak, jakby próbował zakotwiczyć ją w tej chwili, zatrzymać tu, gdzie jeszcze nie było pytań. Dłonie Cartera wsunęły się pod materiał jej swetra, ciepłe, pewne, znajome. Przebiegły po jej plecach, wzdłuż kręgosłupa, jakby sprawdzał, czy naprawdę jest tu, pod jego palcami, czy to wciąż nie sen. Przyciągnął ją mocniej do siebie.
    — Soph… — wymknęło mu się cicho, bez żadnej dalszej myśli, bez zdania, które należałoby dokończyć. Nie zatrzymał się, kiedy jej palce zajęły się guzikami. Nie zapytał. W tym geście nie zobaczył ucieczki, zobaczył powrót. Pozwolił, by materiał się rozsunął, by jego dłoń mogła dotknąć jej skóry, ciepłej, znajomej, tak boleśnie potrzebnej. Jego pocałunki zsunęły się z ust na linię szczęki, niżej, wolno, jakby chciał rozciągnąć tę chwilę w nieskończoność. Jakby im dłużej będzie trwała, tym mniejsze będzie ryzyko, że rzeczywistość znów ich dogoni. Był skupiony tylko na tym, co było teraz. Na niej. Na bliskości, która zawsze była dla niego schronieniem.
    Był przekonany, że trochę ją tymi słowami udobruchał. Że to, co powiedział, o byciu na miejscu, o wyborze jej, o rezygnacji z rzeczy, które ciągnęły go w dół, wystarczyło na teraz. Carter miał wrażenie, że skoro wróciła po tym wszystkim, co się wydarzyło, skoro spędziła z nim noc, a potem cały dzień, zachowując się niemal tak, jakby nic się nie stało, to znaczyło jedno: jeszcze nie postawiła granicy nie do przejścia.
    Nie pytała. Nie drążyła. Nie wracała do tematów, które wisiały między nimi jak ciężkie, niewypowiedziane słowa. Zamiast tego była blisko. Śmiała się. Planowała z nim śniadanie, spacer, zakupy. Dotykała go w ten znajomy sposób, który zawsze mówił mu, że jeszcze nie uciekła, że wciąż jest tutaj, z nim.
    W jego głowie układało się to w prostą, wygodną narrację. Skoro nie naciskała, skoro nie domagała się prawdy tu i teraz, skoro nie zmuszała go do tłumaczeń, to znaczyło, że wciąż jest gotowa przymykać oko na wiele spraw. Że daje mu czas. A może nawet coś więcej, ciche przyzwolenie, by jeszcze nie mówić wszystkiego. Jeszcze nie teraz. Carter nie widział w tym ucieczki Sophii. Widział kompromis. Zrozumienie. Może nawet lojalność. Nie przyszło mu do głowy, że to milczenie nie jest ulgą, tylko zawieszeniem. Że to nie była zgoda, a raczej wstrzymany oddech, ostatni moment, w którym wszystko jeszcze mogło się wydawać normalne.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  185. Carter tej zmiany nie zauważył. Odczytał jej ruchy tak, jak zawsze. Jako odpowiedź. Jako zgodę. Jako powrót do znanego rytmu, który znał na pamięć i który nigdy go nie zawiódł. Nie przyszło mu do głowy, że to nie była eskalacja pożądania, tylko próba zagłuszenia czegoś znacznie głębszego. Gdy pogłębiła pocałunek, przyjął to jak potwierdzenie, że jest dobrze, że robią dokładnie to, czego oboje teraz potrzebują. Jej imię wypowiedziane cicho nie zabrzmiało dla niego jak ostrzeżenie. Brzmiało jak zaproszenie. Jak powolna utrata cierpliwości. Jak ciche błaganie. Objął ją mocniej, pewniej, tak jak robił to dziesiątki razy wcześniej. Jakby ciało pamiętało drogę lepiej niż głowa. Jakby wszystko między nimi dało się jeszcze ułożyć dotykiem, a nie słowami. Jego dłonie przesunęły się po jej plecach w tym samym, znanym tempie, bez wahania, bez pauzy, bez pytania, czy to dobry moment, by się zatrzymać. W jego myślach wszystko było spójne. Wczorajsza noc. Dzisiejszy dzień. Jej śmiech. Jej prowokacje. To, że nie zadała ani jednego pytania, które mogłoby go przycisnąć do ściany. To, że była tu, teraz, w jego ramionach, wystarczyło, by uznał, że nadal są po tej samej stronie. Że jeśli coś ją bolało, to właśnie w ten sposób pozwalała temu minąć. Nie dostrzegł tej drobnej sztywności w jej ciele. Tego ułamka sekundy, w którym oddech był zbyt urywany, a ruchy zbyt intensywne, jakby chciała uciec przed własnymi myślami. Dla niego była po prostu blisko. Zbyt blisko, by widzieć więcej. Pocałunki, które składała na jego skórze, odebrał jak głód, nie jak chaos. Jej chaotyczność przypisał przerwie, napięciu, tęsknocie. Przecież tak bardzo za sobą tęsknili. Przecież to było naturalne. Więc nie zatrzymał jej dłoni. Nie zwolnił. Nie zapytał. Pozwolił, by wszystko potoczyło się dalej dokładnie tak, jak zawsze, wierząc, że tym razem również wystarczy bliskość, by uciszyć to, co niewygodne. Że jeśli teraz nie mówi, to dlatego, że nie chce. A nie dlatego, że nie potrafi.
    Carter zawsze reagował w ten sam sposób, kiedy to ona przejmowała inicjatywę. Było w tym coś, co trafiało w najgłębsze, najbardziej pierwotne warstwy jego natury, coś, czego nie musiał nazywać ani rozumieć, wystarczało, że to czuł. Wtedy jego świat zwężał się do jednego punktu. Do niej. Jego wzrok stawał się skupiony, niemal ciężki. Utkwiony w Sophii tak, jakby każdą sekundą chciał zapamiętać więcej: sposób, w jaki się poruszała, jak rozbierała się bez pośpiechu, jakby miała pełną świadomość tego, co z nim robi. Nie spuszczał z niej oczu ani na moment, pożerał ją spojrzeniem, chłonął każdy gest, każdą zmianę w jej postawie. Była wtedy absolutnie jego uwagą, jego centrum. Kiedy zdjęła mu koszulkę, a jej usta zaczęły znaczyć jego skórę pocałunkami, poczuł to znajome napięcie w ciele, to, które zawsze pojawiało się, gdy oddawał jej kontrolę. Z jednej strony nie potrafił wysiedzieć z pożądania; każdy mięsień był napięty, gotowy, jakby czekał na impuls. Z drugiej, całkowicie się temu poddawał. Pozwalał, by to ona nadawała rytm, by prowadziła, jakby wiedziała dokładnie, gdzie dotknąć, żeby go rozbroić. Jego dłonie zatrzymywały się na jej biodrach, plecach, ramionach, nie po to, by przejąć stery, ale by ją poczuć. Upewnić się, że jest tu, tak samo realna jak to, co działo się w nim. Oddychał głębiej, wolniej, jakby smakował każdą sekundę, każde muśnięcie jej ust na swojej skórze. Zamknął oczy, gdy usta Sophii przesuwały się po jego szyi, jakby tylko w ten sposób mógł nie stracić nad sobą resztek kontroli. Ale nie powstrzymał jej. Nigdy by nie powstrzymał. Bo właśnie ten moment, ten rodzaj bliskości, gdzie wszystko działo się bez przymusu, gdzie nie było miejsca na chaos świata zewnętrznego, był tym, do którego wracał, kiedy wszystko inne waliło się w pył. W tych chwilach nie było w nim chaosu. Było skupienie. Intensywne, ciche, niemal zachłanne, to szczególne zawieszenie między chęcią ruchu a świadomym bezruchem. Carter pozwalał sobie na to rzadko, ale kiedy już to robił… robił to całym sobą.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  186. W tej chwili, tak cichej, gorącej i przepełnionej udawanym spokojem, Carter nie dostrzegał nic więcej niż jej. A może po prostu nie chciał widzieć więcej. Bo widok Sophii, kiedy ściągała z siebie sweter, kiedy w tym półmroku i ciszy prezentowała mu się bez słowa, był wszystkim, czego potrzebował, żeby zapomnieć o tym, co powinien zauważyć. O zawahaniu. O pytaniach. O jej zaciśniętej szczęce i tym, że unikała jego wzroku nie dlatego, że była zawstydzona, a dlatego, że bała się tego, co on może z niej wyczytać.
    Ale nie pytał. Nie powiedział też tego, co być może powinien. Że ją widzi. Że ją czyta. Że zna każdy centymetr jej skóry, a mimo to… wciąż się jej uczy. Tak jak teraz, gdy zdjęła z siebie podkoszulek, jego spojrzenie automatycznie zsunęło się po jej skórze, kiedy błądził spojrzeniem po jej brzuchu i staniku, tak delikatnym, że wydawał się niemal z nią stapiać. Mógłby powiedzieć, że jest piękna, że cholernie za nią tęsknił. Ale nie powiedział nic. Zamiast tego westchnął tylko cicho i uniósł się na łokciach, a potem jego dłonie objęły jej talię i znów ściągnęły ją na siebie. Bez słów. Bez pytań. Całował ją długo i miękko, a kiedy poczuł, jak poruszyła się nad nim, jak jej ciało zatańczyło nad jego, głowa opadła mu lekko do tyłu. Wargi rozchyliły się mimowolnie, a palce przesunęły się na jej plecy, jakby musiał się upewnić, że to nie sen, że znów była tu, z nim. Gdy wyszeptała, że tęskniła pocałował ją z taką intensywnością, jakby te słowa były też jego. Jakby odpowiedział nimi na wszystko, czego nie potrafił powiedzieć. I choć nie mówił tego głośno, tęsknił.
    Za nią. Za nimi. Za tą bliskością, która była wszystkim, co trzymało go przy powierzchni. Teraz był tylko dotyk. I ona, wtulona, rozpalona, cicha. Udająca, że wszystko jest w porządku. A on, udający, że w to wierzy. Przesunął dłonie po jej bokach, pewniej, jakby chciał ją zatrzymać w tym miejscu, w tej chwili. Kciuki zostawiły na skórze ciepłe ślady, a potem znów się pochylił ku jej szyi, ku temu miejscu, które znał na pamięć. Gdy poruszyła biodrami, napięcie w nim odpowiedziało natychmiast. Palce zacisnęły się odruchowo, a w gardle ugrzęzło mu ciche westchnienie. To było znajome. Ten moment, w którym wszystko inne przestawało mieć znaczenie, bo ciało brało górę nad myślami.
    Objął ją mocniej, przyciągając bliżej, pozwalając, by pocałunek, który mu dała, pogłębił się naturalnie, bez pośpiechu, bez presji. Tylko oni. Ciepło. Bliskość. Iluzja, którą oboje w tej chwili wybierali świadomie. Carter w końcu uniósł na nią wzrok. Nie spieszył się z tym, jakby chciał, żeby ten moment zapadł głębiej, żeby nie był tylko reakcją na dotyk, ale czymś świadomym. Patrzył na nią długo, uważnie, z tym skupieniem, które zawsze zdradzało, że coś w nim pęka albo układa się jednocześnie. Tak, jakby zapominał oddychać. Jakby to, co miał przed sobą, było jednocześnie czymś zupełnie nowym i czymś, co znał od zawsze.
    — Spójrz na siebie… — powiedział w końcu cicho, ale z tym spokojnym przekonaniem, którego nie dało się podrobić. — Jesteś… cholernie piękna, wiesz? — Mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej. — Najpiękniejsza…
    Jego kciuk przesunął się wolno po linii jej szczęki, potem niżej, po szyi, jakby dotyk był przedłużeniem tego, co mówił. Jego spojrzenie było zachłanne. Było pełne podziwu. Uniósł jedną dłoń wyżej, na jej plecy, a drugą delikatnie na jej kark, zmuszając ją, by pochyliła się bliżej, aż ich czoła niemal się dotknęły.
    — Kocham cię, Soph — powiedział ciszej, ale wyraźnie. Bez żartu. Bez ucieczki. Jego oddech mieszał się z jej oddechem. Nos musnął jej policzek, potem kącik ust, ale nie pocałował jej od razu, jakby chciał, żeby te słowa wybrzmiały między nimi. Żeby zostały. — Kocham cię... — powtórzył. Dopiero wtedy przyciągnął ją bliżej i pocałował, wolno, głęboko, z tą czułością, która nie była tylko pragnieniem, ale obietnicą bycia tu. Teraz. Z nią.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  187. Carter poczuł jej słowa i to ledwie uchwytne drżenie jej ciała tak wyraźnie, jakby wypowiedziane zostało głośno. Już dawno nauczył się czytać Sophii z oddechu, ze sposobu, w jaki zaciskała palce, z drżenia w głosie, które zawsze pojawiało się, gdy emocje brały nad nią górę. I właśnie wtedy, gdy wypowiedziała to pokaż mi, jak mnie kochasz tym miękkim, rozsypującym się szeptem, coś w nim aż boleśnie zadrżało. Nie było już niczego, co musiał ukrywać, niczego, przed czym mógłby się bronić. Ani pożądania, ani czułości, ani tego rozciągającego się w nim pragnienia, żeby ją mieć teraz blisko, tak blisko, jak tylko pozwoli. Jego dłoń objęła jej twarz, palce wsunęły się w jej włosy przy karku, a spojrzenie… to spojrzenie było tak ciemne i intensywne, że mogło zatrzymać jej oddech.
    — Pokażę ci to tyle razy, ile będziesz chciała... — wyszeptał jeszcze raz, tuż nad jej ustami, jakby te słowa miały się wpić w jej skórę, w pamięć, w każdy mięsień, który drżał od jego dotyku. Drugą dłonią zsunął się po jej bokach, wolno, niespiesznie, jakby chciał zapamiętać każdy centymetr jej skóry. A potem, gdy nachyliła się nad nim, gdy jej usta znów odnalazły jego szyję, Carter uniósł się, by ją przyciągnąć jeszcze bliżej, tak, jakby chciał ją na sobie rozpuścić, jakby potrzebował jej ciała tak samo, jak powietrza. Przesunął ustami po jej policzku, potem po linii żuchwy, aż dotarł do jej szyi.
    Pocałunek był głęboki, powolny, ten rodzaj pieszczoty, który sprawiał, że świat na chwilę przestawał istnieć. Potem zsunął się ustami niżej, tuż pod ucho, gdzie wiedział, że jej oddech łamie się najbardziej.
    — Soph… — wymruczał w jej skórę, a jego głos był już chropawy, przeciągnięty pożądaniem. Jej dłonie walczące z paskiem sprawiły, że w jego ciele narastające napięcie zrobiło się aż śmiesznie wyraźne. Zaśmiał się cicho, nisko, drżąc jej oddechem o szyję, takim śmiechem, który mówił więcej niż słowa.
    Carter w pewnym momencie zwolnił, nie przerwał bliskości, ale zmienił jej rytm. Delikatnie, stanowczo odsunął ją od siebie na tyle, by mógł spojrzeć na nią całą. Nachylił się lekko, prowadząc ją ruchem dłoni, aż zsunęła się z jego kolan i stanęła przed nim. On sam nie wstał. Został na sofie.Oparł łokcie o kolana, pochylając się minimalnie do przodu, jakby chciał skrócić dystans, ale wciąż pozwalał jej być w centrum. Jego wzrok był wygłodniały, ciężki, skupiony tylko na niej jakby świat poza tą chwilą przestał istnieć. Uśmiechnął się, gdy zobaczył jej krótką dezorientację. Tę sekundę zawahania, w której nie była pewna, czego od niej chce, a jednocześnie dokładnie to czuła. Palce Cartera musnęły brzeg jej spódniczki. Tylko tyle. Ledwie dotyk, bardziej obietnica niż ruch. Jego spojrzenie ani na moment nie opuściło jej twarzy, potem powoli, niespiesznie, przesunęło się niżej, jakby chłonął każdy szczegół.
    — Zdejmij to — powiedział cicho, patrząc na nią z dołu i właśnie w tym spojrzeniu było wszystko. Cierpliwość. Głód. Zachwyt, którego wcale nie próbował ukryć. Bez pośpiechu. — Wszystko.
    Nie było w tym rozkazu ostrego ani wymuszonego. Była pewność. I pragnienie. Nie spieszył się. Nie pomagał. Nie dotykał więcej, niż było trzeba. Chciał patrzeć. Na każdy ruch. Na każde zawahanie. Na to, jak stoi przed nim, tylko dla niego. Chciał zapamiętać ten moment, to drżenie w jej ciele, sposób, w jaki stała przed nim, piękna, prawdziwa, jego. I nawet gdy milczał, w tym spojrzeniu było jasne jedno: Nie chodziło tylko o pożądanie. Chodziło o nią.
    Uśmiechnął się. Ten uśmiech był spokojny i pewny siebie. A w jego oczach było dokładnie to, czego potrzebowała zobaczyć: pewność, pożądanie i ta bezbronna szczerość, która pojawiała się u niego tylko wtedy, gdy naprawdę kogoś pragnął.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  188. Carter nawet nie drgnął, kiedy ona cofała się o krok, tylko jego spojrzenie, ciężkie i ciemne, podążyło za każdym ruchem jej ciała, jakby było z nim fizycznie związane. Przypominał kogoś, kto właśnie dostał to, czego pragnął bardziej, niż potrafił powiedzieć. Albo kogoś, kto nie śnił się spodziewać, że jeszcze kiedykolwiek będzie mógł zobaczyć ją w ten sposób, tak obnażoną, ale nie tylko z ubrań. Z siebie. Z tych wszystkich warstw, które nosiła, z tych dni, w których oboje udawali, że potrafią żyć osobno. Była naga tak, jak w żadnym innym momencie dotąd. A Carter… Carter patrzył, jakby widział ją pierwszy raz. Powietrze między nimi zgęstniało. Napięcie drgnęło mu na szczęce, jakby musiał włożyć wysiłek w to, żeby się nie podnieść, nie przyciągnąć jej do siebie od razu. Jej pytanie spadło miękko w tę ciszę. Carter uniósł wzrok z jej ciała na jej oczy powoli, jakby każdy centymetr skóry, który przesuwał jego spojrzenie, zapisywał sobie pod powiekami. I wtedy kącik jego ust uniósł się minimalnie. Nie chłodno. Nie drwiąco. Zachwytem. I czymś gorętszym, cięższym.
    Głos miał niższy niż zwykle, lekko ochrypły.
    — Tak, Soph. Cholernie dobrze.
    Oparł dłonie o krawędź sofy, pochylając się nieznacznie bardziej do przodu, jakby zbliżał się do niej samym spojrzeniem.
    — Kocham na ciebie patrzeć — powiedział w końcu cicho, z przekonaniem, które nie potrzebowało potwierdzenia. On rzadko kiedy mówił takie rzeczy. Rzadko kiedy pozwalał sobie na słowa zamiast dotyku. Ale teraz mówił, jakby coś w nim pękło, jakby trzymał to zbyt długo. Spojrzenie powoli zsunęło się z jej twarzy na jej szyję. Na obojczyki. Na piersi, które unosiły się szybko i lekko, na brzuch, delikatniejszy, miękko zaokrąglony. I jeszcze niżej. Oddech wyrwał mu się z gardła głębiej, niż planował.
    To była prawda. Cała. Naga. Jego. Po chwili wyciągnął do niej dłoń, nie dotykając jeszcze, tylko czekając, aż poda mu swoją.
    — Chodź tu.
    Ton miał miękki, ale w oczach było coś, co sprawiało, że jej kolana mogły zadrżeć. Głód, czułość, pragnienie, wszystko naraz. I obietnica, że za sekundę, kiedy będzie już przy nim, nie zostawi na niej ani centymetra, którego by nie dotknął. Kiedy podeszła bliżej, Carter w końcu przestał się powstrzymywać. Jego dłonie odnalazły jej uda pierwsze, ciepłe, pewne, obejmujące ją od zewnątrz i przesuwające się w górę z niespieszną uważnością. Opuszki palców sunęły po skórze, zostawiając za sobą dreszcze, które zbierały się jej nisko w brzuchu. Kiedy dotarł do talii, przyciągnął ją bliżej, bez szarpnięcia, bez rozkazu, naturalnie, jakby to było jedyne miejsce, w którym powinna teraz być. Stała teraz pomiędzy jego kolanami. Ich ciała znalazły się na tyle blisko, że mogła poczuć jego oddech na skórze, zanim jeszcze się pochylił. Carter złożył pierwszy pocałunek na jej brzuchu, niemal nabożnie. Potem drugi, trochę niżej. Trzeci przesunął się na bok, jakby mapował ją ustami, jakby każda część jej ciała była warta osobnego zatrzymania się. Nie spieszył się. Między jednym pocałunkiem a kolejnym jego usta ledwie muskały skórę, a oddech był ciepły, głęboki, spokojny w całkowitym kontraście do napięcia, które w nim czuła. Uniósł głowę powoli, jakby nie chciał przerwać tej ciszy między nimi zbyt gwałtownie. Jego dłonie wciąż spoczywały na jej biodrach, ciepłe, pewne, trzymające ją blisko, ale to nie one były teraz najważniejsze. To był jego wzrok.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  189. Carter patrzył na nią tak, jakby właśnie usłyszał coś świętego. Jakby te trzy słowa „kochaj się ze mną” były czymś więcej niż zaproszeniem. Były obietnicą, prośbą o bliskość i próbą zatrzymania chwili, która w ich świecie była zbyt łatwa do utracenia. Jego dłonie wciąż spoczywały na jej biodrach, ale teraz palce zacisnęły się odrobinę mocniej, nie po to, by ją zatrzymać, ale żeby utrzymać się w rzeczywistości. Zsunął dłonie nieco niżej, po zewnętrznej stronie jej ud, aż po zgięcia kolan, i ułożył je tam, jakby chciał, by zapamiętała dokładnie to jedno miejsce dotyku.
    — Sophia… — wyszeptał cicho, z niskim, chropowatym napięciem, które sprawiało, że jej imię zabrzmiało prawie jak modlitwa. Nie odpowiedział słowami, bo nie musiał. Wszystko, co chciał jej przekazać, przelał w sposób, w jaki spojrzał jej w oczy, powoli, bez obrony, bez zbroi, tylko on. Prawdziwy. Obnażony z całej tej pozornej siły. W tej chwili był tylko mężczyzną, który kochał kobietę przed sobą do granic, których sam wcześniej nie rozumiał. Sięgnął do rozpiętych już wcześniej spodni. Bez najmniejszego pośpiechu, nie odrywając od niej wzroku. Potem uniósł biodra i jednym ruchem zsunął resztę ubrania. Kiedy znów wsunęła się na jego kolana, zrobiła to ostrożnie. Jej ruchy były nieśmiałe, niemal niepewne, ale właśnie w tej ostrożności było coś, co całkowicie rozbrajało Cartera. Nie brała kontroli gwałtownie. Nie odbierała mu jej siłą. Raczej… przejmowała ją nieśmiało, jakby nie była pewna czy może, czy potrafi. Carter oparł się wygodniej, dłonie ułożył luźno na jej biodrach, ale nie prowadził. Nie poprawiał. Nie kierował. Patrzył tylko, uważnie, z cichym zachwytem, jak ona sama szuka dla siebie miejsca, jak odnajduje rytm ich bliskości na własnych zasadach. Jak powoli prostują jej się plecy, jak oddech przestaje się łamać, a w spojrzeniu pojawia się coś nowego. Pewność. Delikatna, krucha, ale prawdziwa. Oddał jej dowodzenie bez słowa. I zrobił to świadomie. Podziwiał to, jak przejmowała nad nim kontrolę nie gestem, a intencją. Tym, że była blisko. Że decydowała, kiedy się nachylić, kiedy zatrzymać, kiedy tylko na niego spojrzeć. Każdy jej ruch był jak pytanie zadawane szeptem, a on odpowiadał na nie ciałem, rozluźnieniem, spokojem, pełnym przyzwoleniem. Uśmiechnął się cicho, kiedy zauważył, że robi się odważniejsza. Że już nie tylko sprawdza, ale wie. Że to on teraz jest pod jej spojrzeniem.
    — Lubię, kiedy to robisz — powiedział nisko, spokojnie. Jego kciuki zatoczyły powolny, niemal nieobecny ruch na jej biodrach, ale nie po to, by ją poprowadzić, raczej, by dać jej znak, że widzi. Że czuje. Że podziwia. I że pozwala jej być dokładnie tam, gdzie jest. Sięgnął do jej karku i przyciągnął ją do siebie, całując najpierw powoli, głęboko, z miękkością, która przeczyła całemu napięciu między nimi. Ich ciała dopasowały się jak fragmenty jednej układanki. Carter przysunął się bliżej, ramionami otulając ją wokół talii, jakby chciał dać jej nie tylko bliskoś, ale bezpieczeństwo. Nie pośpieszał. Każdy jego ruch był świadomy. Czuły. Jakby mówił jej: „Zostań. Tu. Ze mną. Zawsze.”
    A kiedy znów oderwał się od jej ust, dotknął czołem jej skroni, zamykając na chwilę oczy.
    — Powoli… — wyszeptał, choć sam nie brzmiał, jakby potrafił wytrzymać jeszcze długo. — Chcę… żebyś poczuła wszystko.
    Palcami wrócił do jej pleców i zsunął je niżej, wzdłuż linii kręgosłupa, aż do talii. A potem obie dłonie znalazły się na jej pośladkach, pewne, ciepłe, prowadzące ją do ruchu, którego pragnęła i którego on potrzebował równie mocno. Przesunął kciukiem po skrawku jej skóry odchylił głowę do tyłu, żeby dobrze widzieć jej twarz i nie pozwolił jej schować się w zagłębiu jego szyi. Patrzył na nią za to z tą intensywnością, która zawsze sprawiała, że traciła na moment grunt pod sobą.
    — Jesteś niesamowita… — mruknął ledwie słyszalnie, zanim pocałował jej obojczyk… a potem jej dekolt, już bez żadnej kontroli.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  190. Carter patrzył na nią z dołu w absolutnym skupieniu, jakby świat zwęził się do tej jednej chwili i do niej samej.
    — Właśnie to — powiedział cicho, z uśmiechem, który nie był prowokacją, a wyznaniem. Sposób, w jaki na niego patrzyła, już nie szukał potwierdzenia, niósł w sobie pewność. Ten rodzaj kobiecej odwagi, która nie krzyczała, ale mówiła szeptem: “jestem tutaj. Wybieram ciebie.” Carter znał ten szept. I znał ten wzrok. Miała w sobie spokój, który przeczył burzy, jaką przecież nosiła w środku. Każdy jej drobny gest zapadał w jego pamięci głębiej niż wszystko inne. Delikatność, z jaką przesunęła dłonią po jego torsie. Drżenie, które przebiegło jej po plecach, kiedy przyciągnął ją bliżej. Dźwięki, które z niej uciekały bezwiednie, jakby tylko jego dotyk był w stanie je z niej wydobyć. Oddychał ciężko. Głęboko. Jakby sam musiał się powstrzymywać przed zbyt szybkim przyspieszeniem rytmu. Wstrzymał oddech, kiedy odchyliła głowę. Była piękna. Nieznośnie, nieprzyzwoicie piękna. Nie tylko ciałem, ale wszystkim, co teraz z siebie zdejmowała. I Carter czuł się, jakby patrzył na cud, którego nie był pewien, czy zasłużył zobaczyć. Jęknął cicho, nisko, bez fałszu. Jakby wypuszczał z siebie cały ten chaos, który nosił od tygodni, a który teraz ustępował miejsca jedynemu, co się liczyło ich chwili. Ruchy mieli miękkie, zmysłowe w sposób, który nie potrzebował nic więcej niż to, co między nimi. Carter miał wrażenie, że świat wstrzymał oddech. Że nie istniało już nic poza nią. Każde ściśnięcie palców na jego skórze, każde delikatne poruszenie bioder, każdy cichy dźwięk, który z niej wypływał, wszystko to w nim narastało jak fala, która miała go pochłonąć. I chciał tego. Uniósł dłoń i przesunął palcami po jej policzku, potem po szyi i dalej , po ramieniu, aż dotarł do dłoni, w której zacisnął swoje palce. Jej czoło przez moment dotknęło jego. Zatrzymali się tak, zawieszeni między pocałunkami, czułością a tym, co nieuchronne.
    — Jesteś wszystkim — wyszeptał. Był moment, w którym poczuł, że nie może już dłużej czekać. Nie chodziło o pośpiech, przeciwnie. Chodziło o to, że wszystko, co w nim drżało, co w nim było tęsknotą i ciszą, właśnie zaczynało domagać się odpowiedzi. I tą odpowiedzią była ona. Jego usta odnalazły linię jej szczęki, potem szyi. Złapał ją mocniej, ale bez gwałtowności. Po prostu stanowczo. Przesunął ich ciała, zmieniając pozycję z łatwością, jakby przez cały ten czas wiedział, że do tego prowadzi każda ich wymiana spojrzeń, każde westchnięcie, każde ciche “kocham”. A kiedy znalazł się za nią, na moment zawahał się , nie z wątpliwości, tylko z podziwu. Przesunął palcami po jej włosach, po karku i po drgającej szyi. Pocałował ją jeszcze raz w na linii szczęki a w tym samym momencie pozwolił sobie całkowicie ją objąć. Czuł, jak dopasowują się do siebie bez żadnego wysiłku. Jakby ich ciała znały ten rytm lepiej niż oni sami. Pozwolił emocjom przelać się przez niego, całkowicie, tak jak pozwalał jej się zatonąć w tym momencie razem z nim. Westchnął jej imię, cicho, prawie błagalnie, zanim przyciągnął ją do siebie mocniej, jakby nie potrafił już wytrzymać ani sekundy bez tego dotyku. Kulminacja nie była gwałtowna. Była głęboka. Drżał przy niej, tak samo, jak ona przy nim. Zamknął ją w ramionach i trwał, łapiąc oddech, jakby to był jedyny dowód, że wciąż tu jest. Czuł jeszcze drżenie w mięśniach, nieregularny oddech, wilgotne czoło. Bez słowa, ledwie poruszając się, osunął się z powrotem na sofę. Potem ściągnął ją na siebie. Powoli, z czułością, jakby jeszcze nie mógł się nią nasycić. — Chodź tu. — Mruknął to ledwie słyszalnie, ale był w tym tonie spokój, którego nie miał od tygodni. Jedną ręką otulił ją w pasie, drugą wsunął pod jej kark, prowadząc ją do siebie. Znalazła się na nim, bokiem, głową przy jego szyi, a on wtulił nos w jej włosy, jeszcze ciepłe od wszystkiego, co właśnie między nimi zaszło.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  191. Carter nie odpowiedział od razu. Jego dłoń poruszała się leniwie po nagich plecach Sophii, zataczając niewidoczne kręgi, jakby rysował na jej skórze spokojne, niekończące się linie. Czuł jej oddech na szyi, ciepły, rytmiczny, trochę jeszcze nieregularny. Głowę miał opartą o miękką poduszkę, powieki przymknięte, jakby nie chciał otwierać oczu, żeby czegoś nie spłoszyć. Oparł brodę o czubek jej głowy i westchnął przez nos, cicho, z czymś, co brzmiało jak wdzięczność pomieszana z ulgą. Jej słowa rozproszyły go, ale nie w nieprzyjemny sposób. Uśmiechnął się pod nosem, trochę bezbronnie, trochę z tym znajomym, zadziornym spokojem, który przychodził tylko wtedy, gdy czuł się naprawdę bezpiecznie. Tylko przy niej.
    — W naszym przypadku… — mruknął cicho przy jej skroni, muskając ją ustami. — Nic nigdy nie dzieje się powoli, Soph.
    Uśmiechnął się lekko, z tym rozbrajającym spokojem, który pojawiał się u niego rzadko, ale zawsze wtedy, gdy naprawdę czuł się bezpieczny, z nią. Objął ją mocniej, jakby nie był jeszcze gotów, by pozwolić jej się choćby odsunąć.
    — I chyba sobie nie wyobrażam, żebyśmy mieli trzymać się na dystans. — Jego głos był niższy, miękki, opadający. — Nie kiedy jesteś tu, tak blisko. Nie potrafiłbym.
    Pozwolił sobie jeszcze chwilę ciszy, takiej z gatunku tych, które nie bolą. Jego dłonie powoli wędrowały po jej plecach, delikatnie, leniwie, jakby zapamiętywał jej skórę na nowo. Ciepło jej ciała, jej oddech na jego szyi, wszystko to działało na niego kojąco.
    — Najpierw dziesięć dni ciszy, potem wspólne śniadanie, potem ty na mnie w samej koronce, mówiąca, że tęskniłaś. Brzmi jak klasyczne „powoli” — mruknął nisko, z lekkim chrypnięciem w głosie. Palcami zatrzymał się przy jej karku, zatopił dłoń w jej włosach, głaszcząc je z czułością, której nie trzeba było nazywać. Wsunął nos w jej włosy, przymknął oczy i pozwolił sobie na chwilę ciszy, ale tej dobrej, łagodnej, niosącej w sobie ciężar wszystkiego, czego nie trzeba już było wypowiadać na głos. Jego oddech wyrównał się z jej, zupełnie jakby ich ciała znały się lepiej niż oni sami.
    Odetchnął głęboko, wciąż z nosem przy jej włosach. — Jesteś domem, Soph. Nawet jeśli czasem przetacza się tu huragan.
    Zamilkł na moment, przelotnie całując jej skroń.
    Oodsunął się odrobinę, na tyle, by móc spojrzeć jej w oczy — …mam nadzieję, że nie uznasz tego za formę terapii par, bo muszę przyznać, że nie wiem, czy jesteśmy już gotowi na drugą sesję. — Drobny żart przemycił z rozmysłem, chcąc rozbroić atmosferę, ale i złapać z nią kontakt, który teraz wydawał się głębszy niż przez wiele ostatnich tygodni. Pochylił się, by musnąć ustami jej skroń, a potem znów przyciągnął ją bliżej, jakby nie potrafił już pozwolić, by choć centymetr dzielił ich ciała.
    — Gdybyś tylko mogła zobaczyć siebie moimi oczami, Soph… — głos mu nieco zadrżał, ale nie uciekł wzrokiem. — To nie miałabyś żadnych wątpliwości, że warto spróbować jeszcze raz. I jeszcze raz. Tyle razy, ile będzie trzeba.
    Przesunął dłonią po jej plecach aż do karku i zatrzymał się tam na moment, jakby ten jeden gest mógł mu pomóc złapać równowagę. Ale równowaga była złudzeniem, kiedy leżała tak blisko, naga, otwarta, cała jego, choć przecież nic nie było jeszcze w pełni naprawione.
    — Każda minuta bez ciebie to było kurwa jakieś przeciągające się nieporozumienie. — Uśmiechnął się krzywo, bez złości, z rezygnacją, która miała w sobie więcej czułości, niż można by się spodziewać po jego słowach. Carter milczał jeszcze moment, jakby sam nie dowierzał, że wypowiedział to wszystko na głos. Że nie zatrzymał się w połowie zdania, nie uciekł w żart. Bo przecież zwykle właśnie to robił. Ale nie tym razem. Nie przy niej. Przesunął dłonią po jej plecach, aż do linii żeber, zatrzymując się tam, jakby chciał wyczuć bicie jej serca, zsynchronizować się z nim. Przyciągnął ją bliżej, niemal oplatając ramionami, jakby sama myśl o tym, że mogłaby się odsunąć, była nie do zniesienia. Nie potrzebował teraz niczego więcej niż jej ciepła na sobie, jej oddechu na szyi i znajomego zapachu.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  192. Carter przez chwilę nic nie mówił, tylko głaskał ją spokojnie po plecach, miękko, rytmicznie, jakby chciał w ten sposób pomóc jej zrzucić z siebie choć odrobinę ciężaru, który właśnie wylała z siebie cicho i bez obrony. Słuchał uważnie, nawet jeśli w sercu z każdym słowem pojawiało się znajome ukłucie, to, którego nigdy nie potrafił nazwać, ale które zawsze pojawiało się wtedy, gdy czuł, że ją zawiódł.
    Miał ochotę jej odpowiedzieć. Wytłumaczyć. Przyznać, że nie był gotowy, że próbował to wszystko ogarnąć po swojemu, nie raniąc jej bardziej. Że chciał ją chronić, chociaż znów zrobił to w najgorszy możliwy sposób, przez przemilczenie. Ale nie powiedział tego. Nie teraz. Nie wtedy, kiedy leżała na nim jak mała, zmęczona wersja siebie, a on nie chciał zniszczyć tej chwili kolejnym ciężarem.
    Kiedy cisza między nimi już wystarczająco nasyciła się emocjami, Carter po prostu pocałował ją w skroń, nie mówiąc ani słowa więcej. I zanim zdążyła zapytać, co dalej wstał, obejmując ją jedną ręką pod udami, drugą pod plecami, jakby nie było w tym żadnego wysiłku. Jej cichy protest tylko go rozbawił. Taki senny, niepoważny, wypowiedziany z twarzą wtuloną w jego szyję. Uśmiechnął się lekko, bo ten dźwięk był bardziej mruknięciem niż słowem, i bez trudu zaniósł ją do łazienki, ignorując wszystko, co leżało po drodze.
    Prysznic był cichy, leniwy, jakby każdy z nich liczył, ile czasu mogą jeszcze przeciągnąć tę chwilę. Carter nie wypuszczał jej z rąk. Czasem coś do niej mruczał, czołem dotykając jej czoła, a czasem tylko stał cicho, pozwalając, by strumień gorącej wody spływał po jego skórze. Kiedy mył jej plecy, robił to powoli, bez żadnych podtekstów, tylko z czułością, jakby chciał zetrzeć z niej resztki ciężaru, który niosła przez ostatnie dni. Zostali tam dłużej, niż powinni, aż para szczelnie wypełniła przestrzeń i lustro dawno już zaparowało. Ale żadne z nich nie poganiało. Ani nie mówiło, że to pora kończyć.
    Kiedy wrócili do sypialni, nie potrzebował słów, by ją znów do siebie przyciągnąć. Narzucił na nich miękką pościel i zamknął ją w ramionach tak, jakby ten dom miał się za chwilę zatrząść. Trzymał ją blisko, z policzkiem opartym o jej włosy, z ramieniem pod jej głową, z drugą ręką oplatającą talię.
    Następnego dnia obudził się wcześniej niż zwykle. Przez chwilę tylko leżał nieruchomo, wpatrzony w sufit, z jedną ręką pod głową, a drugą wsuniętą pod ciepłe ciało Sophii. Spała głęboko, wtulona w jego bok, z twarzą przyklejoną do jego skóry, z rozczochranymi włosami i lekko uchylonymi ustami. Nie obudził jej. Wysunął się spod jej ciała ostrożnie, jakby każdy ruch mógł złamać coś kruchego, co ledwie udało im się posklejać. Przykrył ją lepiej kołdrą, nachylił się jeszcze, by pocałować ją w ramię i zsunął się z łóżka. Gigi czekała już pod drzwiami sypialni, merdając ogonem, jakby też czuła, że coś się zmieniło. Ubrał się w ciszy, wsunął przez głowę bluzę, nałożył czapkę i wyszedł z nią na zewnątrz.
    Nowy Jork dopiero się budził. Chłodne powietrze pachniało zbliżającym się śniegiem. Szli znajomą trasą, przez kilka przecznic, potem skręt w stronę małego parku, gdzie Gigi mogła się wyszaleć. Carter włożył dłonie do kieszeni i zwolnił, pozwalając jej ciągnąć smycz tam, gdzie chciała. Sam był gdzie indziej. Telefon w kieszeni drgał co chwilę. Kiedy w końcu wyjął go, zobaczył, że Internet oszalał. Fani, fora, portale branżowe wszyscy pytali, czy Carter rzeczywiście odpuścił trasę i premierę płyty.
    A on? Zablokował ekran i wsunął telefon z powrotem do kieszeni. Płyta mogła poczekać. Ludzie też. Tego dnia jego świat zaczynał i kończył się w mieszkaniu na Upper East Side.
    Wrócił do mieszkania w lepszym nastroju, niż zakładał, że może mieć po tak krótkim spacerze. Gigi wracała truchtem tuż obok niego, z językiem na wierzchu i satysfakcją wypisaną w każdym ruchu ogona.

    OdpowiedzUsuń
  193. Trzymał w jednej ręce smycz, w drugiej duży bukiet. Chciał po prostu przynieść coś, co wywoła u niej uśmiech. Otworzył drzwi, rozpinając bluzę już w progu, i od razu poczuł znajomy zapach i ciepło, które nie miało nic wspólnego z ogrzewaniem. Usłyszał szmer, delikatne brzęknięcie naczyń. Ruszył w głąb mieszkania, a Gigi pognała do miski z wodą, zostawiając za sobą wilgotne ślady łap na podłodze. Znalazł ją w kuchni. Stała tyłem, w jego zbyt dużiej bluzie, z którą wciąż nie potrafiła się rozstać. Włosy miała spięte w niedbały koczek, bose stopy wystawały spod bluzy, a blask porannego słońca przecinał kuchnię, zatrzymując się właśnie na niej. Carter uśmiechnął się do siebie i przez chwilę po prostu patrzył, nie spiesząc się z wejściem. Potem ruszył cicho i stanął za nią.
    — Dzień dobry. — Powiedział cicho. Kiedy się odwróciła, już z uśmiechem na ustach, podał jej kwiaty. — Wyglądasz tak dobrze, że trochę żałuję, że nie kupiłem dwóch bukietów – mruknął, podchodząc do niej. — Albo wszystkich, które mieli… — Potem pochylił się, żeby ją pocałować, zanim jeszcze zdążyła coś powiedzieć. — Zmarzłem jak cholera — mruknął, wsuwając nos w jej włosy, kiedy już przyjęła od niego kwiaty. Trzymał ją jeszcze przez moment z przyjemnym westchnieniem, czując, jak powoli wraca mu ciepło, nie tylko fizyczne. — Spacer z Gigi powinien liczyć się jako sport ekstremalny.
    Odchylił się lekko, żeby spojrzeć jej w oczy. Jego usta uniosły się w znajomym półuśmiechu, tym, który pojawiał się zawsze, gdy planował coś nie do końca rozsądnego, ale wystarczająco uroczego, by nie mogła mu odmówić.
    — Mam teraz trochę wolnego. Ty za chwilę wracasz na uczelnię. — Ujął kosmyk jej włosów, który uciekł z gumki. — Więc pomyślałem, że może byśmy… polecieli gdzieś. Gdzie jest ciepło. I gdzie nie muszę nosić trzech warstw i czapki, żeby wyprowadzić psa.
    Zawiesił głos, patrząc na nią uważnie.
    – Tylko ty, ja… i twoje koronkowe rzeczy, które spokojnie możesz tam nosić bez bluzy. Co ty na to, księżniczko?

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  194. — Na pewno będziesz miała okazję mi się odwdzięczyć. — Maxine mrugnęła porozumiewawczo do Sophii w odpowiedzi na to, że ją rozpieszczała. W naturze Riley leżało to, aby być miłym dla ludzi, ponieważ nie widziała powodu, aby miłą nie być, jeśli ktoś nie zalazł jej za skórę i nawet jeśli Sophia przestała odzywać się do niej na pół roku, to Max bynajmniej nie zamierzała się za to mścić. Raz, że mszczenie się, w przeciwieństwie do tego bycia miłym, nie leżało w jej naturze, a dwa, uważała, że po tamtej rozmowie odbytej w pokoju Sophii naprawdę nie miały do czego wracać i czego roztrząsać, nawet jeśli jedna z nich – i można tu było mieć na myśli Moreirę – miała skłonność do dramatyzowania.
    — A podzielę — odparła i posłała Sophii kolejne, porozumiewawcze mrugnięcie, przez co można było pomyśleć, że był to jakiegoś rodzaju nerwowy tik, ale nic z tych rzeczy. Tak się po prostu złożyło, że do obydwu wypowiedzi Maxine pasowało to właśnie puszczenie oczka i nawet nie zastanowiła się nad tym, że zdążyła zrobić to dwukrotnie w przeciągu niecałej minuty.
    — Ale tylko na dziś! — zastrzegła mimo wszystko, ale robiąc to z lekkim rozbawieniem.
    Kiedy przeszły do kuchni, zajmująca się szukaniem wazonu na kwiaty Maxine kątem oka obserwowała, jak jej mama wita się z Sophią i choć jej głowę zaprzątały ponure myśli, to nie mogła nie uśmiechnąć się na ten widok. Lucy traktowała każdego znajomego czy znajomą Maxine, których ta przyprowadzała do domu, jak własne dziecko, okazując im wszystkim dużo serdeczności, a kiedy trzeba było, także troskę. Pośród nich miała też swoich ulubieńców, regularnych bywalców tego domu, do których należała także Sophia, bo przecież ona i Maxine nie znały się od dziś, przez co często bywały jedna u drugiej. Nawet Marcus, kiedy jeszcze studiował i towarzyszył Maxine w pracy nad różnymi projektami, a przez to od czasu do czasu do niej wpadał, dostał próbkę tego, jaka potrafiła być pani Riley.
    — Trzymam cię za słowo! — rzuciła Lucy, uśmiechając się zaczepnie, a do tego pogroziła Sophii palcem. Kiedy z kolei ta pochwaliła jej fryzurę, Lucy delikatnie, ale zauważalnie się zarumieniła i odruchowo poprawiła sięgające ramion włosy, ich lewą część zaczesując za ucho. — Dziękuję, mocno je ostatnio skróciłam. Mniej więcej z tej długości, jaką ma teraz Max — powiedziała, a że włosy młodszej Riley aktualnie sięgały za łopatki, to śmiało można było powiedzieć, że Lucy zdecydowała się na ostre cięcie.
    W momencie, w którym Maxine zajmowała swoje miejsce obok Sophii, nastawiony na sto osiemdziesiąt stopni piekarnik kilkukrotnie piknął, tym samym dając znać, że właśnie minął ustawiony czas pieczenia. Lucy przeprosiła dziewczynki za pomocą łagodnego uśmiechu i oddaliła się od wyspy, by wyjąć i odłożyć na bok zapiekankę, aby ta jeszcze doszła poza piekarnikiem, a także nieco przestygła. Tę chwilę Max i Soph mogły wykorzystać na krótką rozmowę.
    Maxine popatrzyła na przyjaciółkę, jakby nieco zdziwiona jej uwagą. Coś faktycznie chodziło jej po głowie, a raczej, jak słusznie zauważyła Sophia, był to ktoś, ale Riley nie zdawała sobie sprawy z tego, że aż tak bardzo było to po niej widać. Przeciwnie, była przekonana, że kryje się z tym wystarczająco dobrze, aby rodzice niczego nie zauważyli. Może zatem tylko udawali, że niczego nie widzieli…?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ktoś — odparła i już nabierała powietrza, by westchnąć ciężko po raz drugi, ale zdawszy sobie z tego, co robi, zacisnęła usta i dopiero po chwili mocno wypuściła powietrze przez minimalnie rozchylone wargi, przez co jej policzki lekko się przy tym wydęły. — Ale to nie taki ktoś, który mógłby przyjść ci do głowy i nie taki, który chciałabym, żeby po tej mojej głowie chodził — wymamrotała, uprzednio nachyliwszy się ku Soph tak, by Lucy jej nie słyszała. — Pogadamy o tym po obiedzie, dobrze? Nie chcę, żeby mama słyszała — wyjaśniła, przy ostatnim zdaniu ściszywszy głos do konspiracyjnego szeptu. Posłała przyjaciółce słaby uśmiech, a potem spojrzała na niczego nieświadomą Lucy, która wyjęła z lodówki dużą, szklaną miskę pełną lekkiej sałatki, której dominującymi składnikami były rożne rodzaje sałat właśnie, przez co przekrojone na pół pomidorki koktajlowe ginęły gdzieś pośród zieleni.
      — Nakryjecie, proszę, do stołu? — zapytała Lucy, stawiając miskę przed nimi. — Pójdę do gabinetu, zapytam Kevina, czy zje z nami — rzuciła, zdjęła niebieski fartuszek, odwiesiła go na haczyk przytwierdzony do boku rzędu szafek i wyszła z kuchni.
      — W tym względzie nic się nie zmieniło, tata nadal uwielbia siedzieć do późna nad papierami — zauważyła Max, zsunęła się ze stołka i złapała za miskę z sałatą.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  195. Carter parsknął cicho, nie spuszczając z niej wzroku, gdy poczuł jej ramiona na sobie. Jego dłonie spoczęły na jej biodrach, na materiale jego własnej bluzy, który teraz wyglądał na niej lepiej niż kiedykolwiek wyglądał na nim. Miała rację, wyglądała jakby dopiero wstała, z rozczochranymi włosami, bladością poranka na twarzy i śladami snu jeszcze wypisanymi w kącikach oczu… ale właśnie dlatego nie mógł od niej oderwać wzroku.
    — Wyjechać to może źle powiedziane — mruknął w końcu. — Ja to bym to nazwał… Tymczasową ewakuacją z tej lodówki zwanej Nowym Jorkiem, albo strategicznym przemieszczeniem się w stronę słońca. — Pochylił się, żeby jeszcze raz musnąć jej czoło. Wyprostował się, ale nie cofnął wręcz przeciwnie, jego kciuki zatoczyły niewinny okrąg po jej bokach.
    — Mam dwie opcje. Ale wiem, że i tak wybierzesz trzecią, więc się przygotuj.
    Zamrugał teatralnie, jakby zbierał myśli.
    — Opcja pierwsza: Bahamy. Leżymy na słońcu, nie robimy nic oprócz opalania i jedzenia… może jakaś joga, jeśli zdecydujesz się mnie upokorzyć.— Zrobił krótką pauzę. — Opcja druga: Miami. Coś pomiędzy. Trochę plaży, trochę spacerów, dużo owoców, może jakiś jacht? Tylko nie wiem czy to nie pogorszy tych twoich mdłości.
    Cofnął się tylko na tyle, by znów spojrzeć jej w oczy. Był zupełnie poważny, mimo tego żartobliwego tonu wcześniej.
    — I opcja trzecia… — Pochylił się i powiedział jej to niemal szeptem do ucha. — Ty decydujesz. Byle było ciepło, bez zasięgu i bez napiętego grafiku. I żebym mógł patrzeć na ciebie, kiedy będziesz próbować czytać książkę w bikini, a ja ci będę tę książkę zabierał.
    Carter oparł się biodrem o blat, przyglądając jej z tym swoim półuśmiechem, który zawsze zwiastował jakieś nie do końca niewinne myśli. Palcami sięgnął do kącika ust, gdzie wcześniej zostawiła mu odrobinę miodu i jakby od niechcenia oblizał opuszki.
    — Odpoczniemy parę dni — powiedział spokojnie, z nutą czułości w głosie. — Oderwiemy się od wszystkiego. Ty nacieszysz się słońcem, ja tobą… może w tej kolejności, może nie.
    Nachylił się bliżej, jakby miał zdradzić jej jakiś sekret. — A potem wrócisz na uczelnię jak przykładna studentka, z opaloną skórą i moją bluzą na ramionach. I tak będziesz wszystkich rozpraszać.
    Zaśmiał się cicho pod nosem i pochylił się jeszcze niżej, by pocałować ją lekko w skroń. — A ja będę udawał, że się nie martwię, ile spojrzeń za tobą pójdzie w kampusie.
    Carter, nie spuszczając z niej wzroku, jednym ruchem sięgnął po leżący na talerzu tost, ten, którego Sophia nadgryzła i zanim zdążyła zaprotestować, odgryzł porządny kawałek z miną człowieka, który właśnie dokonał wielkiego skoku.
    — Mmm, klasyka. Biały serek i miód — powiedział z pełnymi ustami, z wyraźnym uznaniem, i dopiero wtedy się zaśmiał. Cicho, szczerze, z tym swoim rozbrajającym błyskiem w oczach, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy naprawdę był z nią sobą. — Wiesz, że smakuje lepiej, jak jest twój?
    Podniósł lekko brwi w niewinnym geście, ale na twarzy malowała mu się pełna satysfakcja. Gigi zaszczekała z drugiego końca kuchni, jakby popierała ten sabotaż śniadaniowy.
    — Uznam to za oficjalne pozwolenie na podjadanie ci wszystkiego w trakcie wyjazdu — dodał, żartując. Jego głowa działała inaczej. Inaczej niż jej. Inaczej niż większości ludzi, którzy potrzebowali czasu, by rozłożyć wszystko na czynniki pierwsze, nazwać emocje i podjąć decyzję dopiero wtedy, kiedy wszystko zacznie układać się w logiczną całość.

    OdpowiedzUsuń
  196. Carter nigdy tak nie funkcjonował. Nie analizował słów, nie szukał między nimi ukrytego znaczenia, nie zastanawiał się, co Sophia chciała przez nie powiedzieć. Nie w tej chwili. Nie teraz, kiedy wróciła. Dla niego to było najważniejsze. Nie jej wątpliwości, nie pytania, które miała w oczach, nie rozmowy, które jeszcze na nich czekały. A to, że znów była tu. Że chodziła po jego kuchni w jego bluzie, że piła herbatę z miodem i że znów pachniało w domu jak czymś więcej niż ciszą i samotnością. W jego świecie to wystarczało. Była. I to oznaczało, że mógł znów oddychać. Dlatego zachowywał się jak zwykle. Nie z wyrachowania, nie po to, żeby coś ukryć, ale dlatego, że to było dla niego naturalne. Zabrać jej tosta, rozśmieszyć ją, pocałować w czoło jakby to był zwyczajny poranek. Bo chciał, żeby znów tak wyglądały ich poranki. Żeby to nie była chwilowa zawiesina między dwiema katastrofami, tylko coś, co da się utrzymać, jeśli będą tego wystarczająco mocno chcieć. I on właśnie tego chciał. Bez względu na to, ile rzeczy jeszcze nie powiedział.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  197. Carter nawet nie udawał, że przejmuje się tym teatralnym oburzeniem, które wymalowało się na twarzy Sophii, kiedy odgryzł jej tosta. Uśmiech rozciągnął mu usta, ten prawdziwy, łobuzerski, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy był naprawdę rozbawiony. Uniósł brew, słysząc to przeciągłe „ciężarna”, które wybrzmiało jak ostrzeżenie i deklaracja jednocześnie. Carter nie przestawał się uśmiechać, a gdy zobaczył tę jej groźbę wymierzoną w niego z oczami, które próbowały wyglądać surowo, tylko parsknął cicho, kompletnie niezrażony.
    — Właśnie dlatego podkradam. — Mruknął, nie kryjąc rozbawienia. — Lubię ryzyko i życie na krawędzi.
    Sięgnął ręką, by musnąć opuszkiem palca miejsce przy kąciku jej ust, jakby miał zamiar zetrzeć odrobinę miodu, ale nie zrobił tego naprawdę, tylko drażnił się z nią, świadomie i z rozmysłem. Wciąż miał ją na wyłączność. Przynajmniej na te kilka poranków, zanim znów rozpłyną się między obowiązkami, napięciem i wszystkim, co czekało ich poza tym mieszkaniem Zbliżył się, żeby złożyć krótki pocałunek w kąciku jej ust, jakby tym drobnym gestem chciał ją rozbroić jeszcze bardziej. Chociaż nie było czego rozbrajać, Sophia wyglądała, jakby w tej jednej chwili zapomniała o wszystkim, co trudne, i właśnie tego mu było trzeba. Nie kolejnej rozmowy, nie kolejnej próby tłumaczenia się ze swoich decyzji, ale jej, takiej, jaka była właśnie teraz. Uśmiechniętej. Ciepłej. Obecnej.
    — Gigi leci z nami, jasne że tak — odparł bez zastanowienia Carter, jakby ta decyzja była podjęta dawno temu. Uśmiechał się czule z czymś, co nie pasowało do tej szelmowskiej miny, którą miał jeszcze przed chwilą, kiedy kradł jej tosta. — Już za bardzo za nami tęskniła. Musimy dać jej się nacieszyć rodzicami w komplecie…
    Jego ton był lekki, ale coś w jego spojrzeniu mówiło, że mówi całkiem serio. — Zresztą… To nasz pierwszy rodzinny wyjazd, nie?
    Wciąż czuł na ustach smak miodu z jej śniadania. I choć był to drobiazg, coś tak zwykłego i niewartego uwagi, nie chciał go jeszcze oddać. Miał ochotę zanurzyć się w tej domowej wersji Sophii na zawsze. W jej zebranych włosach i tych kilku kosmykach, które opadały na policzki. W miodzie na ustach, za długich rękawach jego bluzy, w cieple, które do niego wniosła, nawet jeśli sama miała w sobie tyle chłodu ostatnio.
    — Wszystko ogarnę. — Odezwał się cicho, ale pewnie. —Samolot, apartament, nawet śmieszne kapelusze, jeśli będziesz chciała. Ty tylko… Bądź… — Palcami przesunął delikatnie po jej ramieniu, a potem po dłoni, która wciąż zaciskała się lekko na jego bluzie. — A jak wrócisz na uczelnię, to z takim spokojem, że wykładowcy nie będą wiedzieli, co z tobą zrobić.

    OdpowiedzUsuń
  198. Zaśmiał się cicho, ledwie muśnięciem oddechu, bo wiedział już, że kiedy Sophia jest spokojna, to świat ma się na baczności. Bo to oznaczało, że zebrała siły. Że będzie walczyć, jak zawsze. Nawet z nim, jeśli trzeba będzie. Ale póki co, nie zamierzał jej się stawiać. Chciał po prostu, żeby byli. Razem. I żeby wszystko inne mogło choć na kilka dni… zniknąć.
    Carter wcale nie potrzebował wypowiadać tego głośno. Nie mówił jej wprost, co robi ani dlaczego, ale każdy jego gest, z pozoru drobny, swobodny, jak ukradziony kęs tosta czy łobuzerski uśmiech, który posyłał jej przez ramię, był dokładnie przemyślany. Może nie planowany z góry, ale intuicyjny, jakby gdzieś głęboko znał dobrze drogę powrotną do niej. Do nich. Tych sprzed chaosu. Sprzed tej zimnej pustki między słowami i kłamstwami, które przez chwilę stały się ich codziennością. Bo Carter, choć rzadko mówił o emocjach wprost, to wiedział jedno: że Sophia, ta prawdziwa, z którą układał poranki jak puzzle z tostów, kawy i zbyt długich bluz, zasługiwała, żeby poczuć się tak, jak wtedy, kiedy wszystko jeszcze było lekkie. Kiedy ich dotyk nie niósł ze sobą napięcia, a spojrzenia nie szukały drugiego dna. Dlatego teraz się starał. W drobnostkach. W tym, jak podał jej herbatę, mimo że sam nie rozumiał, jak można pić coś z miodem i cytryną z rana. W tym, że wstał wcześniej i wrócił z kwiatami, zamiast udawać, że nie wie, ile ten gest może dla niej znaczyć. W tym, jak snuł opowieści o ciepłych wyspach i układał przed nią możliwe scenariusze ucieczki, nie przed nią, tylko dla niej. Dwoił się i troił, by przy niej ożywić ten obraz, który kiedyś tworzyli razem z taką łatwością. Może i sam się w tym odnajdywał, może też potrzebował tej iluzji „jak dawniej”, ale przede wszystkim chciał, by ona znów się tak poczuła. Bezpieczna. Kochana. Chciana. Nie jako dziewczyna, która coś mu wybacza, ale jako jego partnerka. Jego jedyna. Nawet jeśli musiał zbudować to wszystko od zera i tym razem trzymać mocniej, żeby już się nie rozpadło.

    Carter

    OdpowiedzUsuń