Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

05/08/2026

[KP] Should I stay or should I go?

PABLO
Paweł Wysocki, lat 35 


Gdańsk - Nowy Jork, Greenpoint, 30 Kent Street - właściciel PW Constructions, małej firmy budowlanej zatrudniającej ok 10 pracowników (Polaków, Meksykanów, Portorykańczyków i Pakistańczyka) - spec od wszystkiego i niczego - w NYC od ośmiu lat, dalej tłumaczy ludziom, że jest w nim t y m c z a s o w o - niby unika zobowiązań, ale przywiązuje się do każdego, kogo pozna - nie potrafi funkcjonować bez najbliższych mu ludzi i współpracowników - fan NBA i New York Knicks, często można spotkać go w MSG na meczu  


Miał zostać w Nowym Jorku tylko kilka miesięcy, max pół roku. Zacisnąć zęby, zarobić portfel cały wypchany dolarami, wrócić do Polski i opowiadać, że american dream to bujda i na nim Nowy Jork wcale nie zrobił wrażenia. Osiem lat później połowa Greenpointu zna go jako Pabla, druga połowa ma zapisany jego numer telefonu jako emergency, a on sam prowadzi niewielką firmę budowlaną i nadal twierdzi, że w NYC jest tymczasowo.

Remontuje mieszkania, ratuje budowy i rozwiązuje problemy, zanim ich właściciele zdążą spanikować. Zawsze zna kogoś, kto zna kogoś. Potrzebny hydraulik w niedzielę? Pablo go załatwi. Przeprowadzka o szóstej rano? Przyjedzie swoim białym, rozklekotanym vanem. Ktoś stracił pracę, mieszkanie albo wiarę w ludzkość? Paweł zatrudni, znajdzie dach nad głową i wzruszy ramionami, gdy będziesz dziękować. 

Jest głośny, rozmowny, bezpośredni i wszędzie zachowuje się tak, jakby był u siebie. Z klientami negocjuje z uśmiechem, z ekipą się droczy, a z nowo poznanym człowiekiem po dziesięciu minutach rozmawia jak ze starym kolegą. W Nowym Jorku zna kogoś niemal na każdej ulicy. Kierowcy dostawczy trąbią na jego widok. Właściciele polskich sklepów odkładają mu ulubione produkty (krówki ciągutki i Michałki!). Portierzy wpuszczają jego ekipę bez zbędnych pytań, a pracownicy innych firm podchodzą do niego po radę, nawet jeśli formalnie nie mają ze sobą nic wspólnego.

Wychowany w Gdańsku, w Nowym Jorku znalazł się przypadkiem, gdy jego kuzynka zadzwoniła, że na już potrzebują fachowca przy budowie luksusowego hotelu w centrum Manhattanu. Paweł kupił bilet, spakował torbę i poleciał, przekonany, że wróci, zanim ktokolwiek zdąży za nim zatęsknić. Tyle że był k t o ś, kto miał na niego czekać. W Polsce zostawiał nie tylko rodzinę i znajomych, ale również dziewczynę, z którą był od kilku lat. Związek na tyle poważny, że rozmowy o ślubie przestały być żartami rzucanymi przy piwie, a zaczęły dotyczyć konkretnych terminów, mieszkania i pieniędzy. Wyjazd do Stanów miał być częścią tego planu. Paweł zarobi więcej przez pół roku, wróci, dorzucą pieniądze do wspólnego startu i zaczną urządzać życie, które w zasadzie było już ustalone. Paweł nigdy nie wrócił, a ona przestała czekać. 

Od tamtej pory Paweł nie ma problemu z kobietami, flirtowaniem ani bliskością. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś te flirtowanie chce ubrać w poważny związek. Raz już obiecał komuś przyszłość, nie potrafiąc zrobić dla niej miejsca w teraźniejszości. Nie chce zrobić tego ponownie. Dlatego łatwiej powiedzieć mu, że nie szuka niczego poważnego, niż przyznać, że boi się zostać dla kogoś najważniejszą osobą i znowu okazać się wiecznie nieobecny. Wie przecież, że odbierze telefon z budowy o dziesiątej wieczorem, pojedzie ratować cudzą awarię w niedzielę i odwoła własne plany, jeśli ktoś będzie go potrzebował.

Paradoksalnie człowiek, który twierdzi, że unika zobowiązań, jest jednym z najbardziej zobowiązanych ludzi w całym Nowym Jorku. Wobec pracowników, rodziny, przyjaciół, sąsiadów i każdego, komu kiedykolwiek powiedział: dzwoń, jakby coś było potrzebne. Tak samo jest z Nowym Jorkiem. Ma tutaj firmę, przyjaciół, mieszkanie i ułożone całe życie, ale nadal nazywa je tymczasowym.

Bo dopóki coś jest tymczasowe, nie trzeba przyznać, że podjęło się jakąś decyzję. Paweł w podejmowaniu decyzji jest n a j g o r s z y



_ _ _



Cześć i czołem! (kluski z rosołem, też). Nie było nas kilka lat na blogach, ale czasami chce się wrócić. Pablo jest do tańca i do różańca, zapraszamy wszystkich, szukamy wszystkiego, komplikacji też.
LEPIMY PIEROŻYNY
Twarzy użycza znany i lubiany Theo James; znajdziecie nas: shakespeare.is.not.dead@gmail.com

62 komentarze:

  1. [No cześć!
    Czytając „jest głośny, rozmowny, bezpośredni i wszędzie zachowuje się tak, jakby był u siebie”, miałam takie, o, totalnie jak moja Rei xD
    Paweł wydaje się spoko ziomeczkiem, takim do rany przyłóż, no i bycie złotą rączką to jednak sztos w tych czasach, więc pewnie jest rozchwytywany! I dobrze, trzeba robić hajsy w tym JuEsEj :D
    Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych wciągających wątków, a gdyby coś, to zapraszam właśnie do Rei, co prawda, nie wiem, czy Nowy Jork przetrwa spotkanie tych rozgadanych głów, ale jakieś ofiary muszą być...]

    Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova

    OdpowiedzUsuń
  2. [Magnus dałby sobie rękę uciąć, że nie skończy jak Paweł i on na pewno wróci do swojego pięknego kraju! Z drugiej strony, może dobrze wiedzieć, że niektórym się udaje znaleźć sobie miejsce, swoich ludzi, społeczność, bez względu na to, gdzie się znajdują.
    W razie chęci na wątek zapraszamy - jako że obaj są trochę oderwani, mogą się nieźle dogadać. Albo nie dogadać wcale. ]

    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  3. [Pawełek jest cudny 🩵 Zauroczyłam się nim przy okazji sprawdzania karty postaci 🩵 Miałam tu swego czasu Jerome'a, który pracował w firmie budowlanej i chcę być przekonana, że pracował właśnie u takiego Pawełka, a nawet u samego Pawełka.
    Szkoda tylko, że w tym byciu cudnym Pawełek nie jest cudny sam dla siebie. Powinien być. Zasługuje na to. I mam nadzieję, że najdzie się ktoś, kto wtłucze mu to do tej cudnej głowy. Mam też nadzieję, że ta kilkuletnia przerwa skończy się kilkuletnim pobytem na blogach, tak dla równowagi 😉]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  4. [Odezwałam się mailowo :D]

    Rei Bothwell

    OdpowiedzUsuń
  5. [ O jaaa! Miło widzieć polaka na blogu! Paweł jest cudny! Mam nadzieję, że znajdzie w końcu czas dla samego siebie!
    Z moimi panami myślę, że bez problemu, by się dogadał, więc zapraszamy jeśli są chęci!
    Dużo weny, ciekawych wątków i niezliczonych ilości krówek ciągutek! ]

    Nathaniel Park & Caleb Williams

    OdpowiedzUsuń
  6. [Cześć! Jaki on się przesympatyczny wydaje 🩷Przybijam piątkę, bo sama też miałam długą przerwę od blogowania, ale z tym chyba trochę, jak z jazdą na rowerze - ciężko zapomnieć. Gdybyś miała ochotę na wątek to zapraszam do siebie ☺️]

    Tamsin Passalis, Ivan Voronin

    OdpowiedzUsuń
  7. [ Tą kartę czyta się jak książkę ulubionego autora, jest taka lekka, kojąca, rozśmieszająca, po prostu wspaniała! Każde zdanie na swoim miejscu, jak ty to uczyniłaś?! I to zaskoczenie porządne, że Pablo jest Pawłem i pewnie jak większość z nas tutaj, również Polska jest mu bliska, ale miła odmiana, naprawdę ^^ Ukochuję także za wizerunek, boska robota ^^ I choć jestem typową dziołchą z gór, tak takie miejsca, jak jego rodzinny Gdańsk ubóstwiam, może nie za to, że jednak jest tam sporo mieszkańców i turystów, ale za dostęp do morza ;D
    Chwilowy przystanek stał się miejscem, z którego zaraz nie odjedzie. Ma liczne zobowiązania. Dobrze prosperującą firmę. Czego zatem życzy się takiemu Pawełkowi? (Tak, musiałam użyć zdrobnienia używanego przez mamusię :D)
    Chyba tylko tego, żeby w przerwie od licznych awarii, znalazł czas dla samego siebie. Bo chyba jak każdy z nas, to i Pablo ma jakieś życie poza pracą ^^
    Sukcesów na blogu!]

    VANESSA KERR

    OdpowiedzUsuń
  8. Rei nie była osobą od wielkich wyjazdów czy przygód, raczej od kawy, laptopa, zbyt długich zdań i bohaterów, którzy przeżywali emocjonalne załamania, zdrady i całą resztę dramatów. Góry, plecaki, „weź coś przeciwdeszczowego” oraz całe to podejrzane zjawisko nazywane aktywnym wypoczynkiem należały do tych osób, które uważały, że człowiek powinien wstać wcześnie zupełnie dobrowolnie.
    A mimo to zaplanowała ten wyjazd, tę wielką przygodę, namawiając Pawła, żeby wziął sobie wolne i w końcu odpoczął. Przygotowała sobie nawet płomienną przemowę o tym, jak wypoczynek może zdziałać cuda i że zdecydowanie jest mu potrzebny, bo za dużo pracuje, a Paweł, cóż, przytaknął. Nie wiedziała, czy to dlatego, że uznał ten pomysł za całkiem w porządku, czy po prostu miał dość słuchania tego, co mówiła o urlopie, słońcu i Bear Mountain. Tak czy inaczej, zgodził się, a skoro już się zgodził, Rei uznała, że absolutnie nie może tego zepsuć.
    Poznała Pawła przez przypadek. Kiedy jej mieszkanie zalało, pojawił się najpierw jako fachowiec polecony przez znajomą, a potem jako ktoś, kto w którymś momencie przestał być wyłącznie „panem od remontu”. Może dlatego, że widział ją siedzącą w zalanym salonie, z mokrymi skarpetkami, laptopem kurczowo trzymanym przy sobie i miną, jakby ktoś właśnie umarł. Nie miała pojęcia, co spowodowało przejście z randomowego kolesia od rurek, zamków, przeciekających syfonów do kogoś, kogo z całą pewnością mogłaby nazwać dobrym znajomym. Ale Paweł miał w sobie coś irytująco... stabilnego. Nie w tym nudnym sensie, raczej takim, który sprawiał, że rzeczy przestawały wydawać się końcem świata, a zaczynały być zadaniem do wykonania. Zalana podłoga? Do osuszenia. Odpadająca farba? Do zdrapania. Zepsuty zamek? Do wymiany. I lubiła tę praktyczność, choć czasem wydawało jej się, że Paweł nigdy z niej nie wychodził, więc kiedyś ot tak zaproponowała mu kawę, potem wcisnęła mu kawałek kupionego sernika, a innym razem zamówiła pizzę. Być może ta przyjaźń zaczęła się właśnie od jedzenia. Rei miała swoją teorię, ale świat nie był gotów, aby ją usłyszeć.
    Teraz jednak, wbijając wzrok w walizkę, zaczynała kwestionować własny optymizm co do tego wyjazdu. Na łóżku leżały trzy pary legginsów, jeansy, bielizna, bluza, kurtka przeciwdeszczowa, kostium kąpielowy, ręcznik szybkoschnący kupiony impulsywnie po przeczytaniu opinii w internecie, mała kosmetyczka, leki, ładowarka, powerbank, książka, której na pewno nie przeczyta, notes, drugi notes, awaryjny notes oraz gruby sweter, który nie miał sensu, ale wyglądał jak coś, co powinno się mieć, gdy było się daleko od domu. Do tego osobna torba na rzeczy związane z protezą.
    — To wycieczka, a nie przeprawa przez Mordor, dasz radę… — mruknęła do siebie.
    Dwadzieścia minut później Paweł stał pod jej kamienicą, a potem, gdy się przywitała z szerokim uśmiechem, a jej rzeczy zostały włożone do bagażnika, zajęła miejsce obok kierowcy. Dopasowała fotel do siebie, ustawiła telefon z nawigacją i od razu przejęła oficjalną funkcję osoby odpowiedzialnej za trasę, co samo w sobie było dość ryzykowne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No to co? Kierunek Mordor? — Posłała Pawłowi uśmieszek i kliknęła w ekran. Przez pierwszą godzinę wszystko szło podejrzanie dobrze. Miasto zniknęło, droga zrobiła się szersza, potem bardziej zielona. Za oknem przesuwały się drzewa, stacje benzynowe, małe miasteczka, pola i domy z ogródkami.
      — Wiesz, że tak naprawdę jakoś za bardzo nie lubię takich wyjazdów? — zagadnęła, sięgając do plecaka po paczkę żelek i rozerwała opakowanie zębami, bo oczywiście tak było najszybciej. — To znaczy… lubię ideę wyjazdów i koncepcję świeżego powietrza, widoków, basenu i ogniska. Wzięłam nawet strój kąpielowy.
      Przez chwilę grzebała w słodkościach palcami, aż wybrała zielonego żelka i podsunęła Pawłowi pod nos. Uznała, że ten będzie mu smakował najbardziej.
      — Proszę. Żelek podróżny. Przyjmij, a nasza wyprawa otrzyma błogosławieństwo bożka cukrowego. — Trzymała go uparcie przy jego twarzy, czekając, aż otworzy usta albo przynajmniej zareaguje z godnością człowieka, któremu princess passenger próbuje właśnie wepchnąć żelka podczas jazdy.

      Rei Bothwell 🚗🍬

      Usuń
  9. [Odezwałam się na maila ;) ]

    OdpowiedzUsuń
  10. [Ay, papi! Odważny ten Pawełek, skoro tak ochoczo weźmie na siebie tę gorętszą część temperamentu Valentiny. Albo sam jeszcze nie wie, w co się pakuje :D
    Paweł jest super, od razu da się go lubić i jestem przekonana, że przypadnie mojej pannie do gustu aż za bardzo, więc tym chętniej zgłaszam się na wspólne pisanie. Daj znać, czy masz jakieś pomysły na tę dwójkę, możemy również zrobić burzę mózgów mailowo, bo też co nieco mi się już zaczęło rodzić w głowie.]

    Valentina Velasquez

    OdpowiedzUsuń
  11. Rei w ogóle nie przeszkadzało to, że Paweł był od niej starszy, właściwie rzadko kiedy takie rzeczy miały dla niej znaczenie, choć z całą pewnością był dojrzalszy od niej i to w wielu kwestiach. Nie chodziło nawet o wiek w papierach, tylko o sposób bycia. Paweł był po prostu praktyczny i wszystko traktował tak, jakby dało się to naprawić. Reilynn, tak dla kontrastu, potrafiła przeżyć mały kryzys egzystencjalny z powodu źle działającego zamka błyskawicznego, zagubionego kabla albo braku kawy w domu, bo to oznaczało, że musiała wyjść do sklepu. Ani trochę, w przeciwieństwie do Wysockiego, nie wykazywała się cierpliwością do rzeczy czy przeciekających syfonów. I być może trochę ją to irytowało, szczególnie gdy pozwalał jej trochę popanikować, aby później założyć niewidzialną pelerynę i wszystko to naprawić.
    Ale ufała mu. Gdyby tak nie było, nie wiedziałby o jej prawdziwej karierze ani o tym, że to ona jest Lynn R. Well. Nie mówiła o tym głośno, bo nie chciała bawić się w sławę. Bestsellerowa autorka, prawa zagraniczne, ekranizacje, wywiady, ludzie piszący do niej o tym, jak jej książki złamały im serce – lubiła to, naprawdę, ale nie tak, żeby móc się obnażyć w ten najbardziej intymny sposób. Lynn R. Well była odważną pisarką, a Rei tylko kobietą, która potrafiła zgubić telefon w pościeli, żywić się kawą i tostami z serem i szynką. Nie było w niej niczego wow. Przede wszystkim jednak nie chciała, żeby ktokolwiek postrzegał ją przez pryzmat nazwiska z okładek. Pamiętała, że gdy Paweł się dowiedział… nie stało się nic dziwnego. Świat wciąż istniał, nie pojawiła się żadna czarna dziura ani nie zdarzyła się żadna anomalia czasowa, a potem już swobodnie mówiła mu o bohaterach, intrygach, pomysłach i ekranizowała sceny przy użyciu słodyczy, wykałaczek i słomek dołączonych do kawy.
    Pamiętała o tym, że chciał zostać jednym z bohaterów jej kolejnego erotyka, ale musiała się w sobie zebrać, żeby to zrobić. Oczywiście, umiała pisać takie sceny; przystojny właściciel firmy budowlanej pojawia się w trzecim rozdziale bez koszulki, naprawia cieknący kran, ociera pot z czoła, a bohaterka obserwuje jego sylwetkę, pochłania wzrokiem każdy ruch, wyobrażając sobie, jak silne, męskie dłonie łapią jej szyję… jasne, nie byłoby problemu z tworzeniem spicy momentów. Pisała je nawet całkiem skutecznie, jeśli wierzyć komentarzom czytelniczek, wiadomościom prywatnym oraz jednej recenzji, w której ktoś napisał, że po rozdziale dwudziestym pierwszym musiał „przemyśleć własne małżeństwo”. Do dziś nie wiedziała, czy powinna czuć dumę, niepokój, czy może odpowiedzialność społeczną. Rei wiedziała, jak działało pożądanie w literaturze. Umiała zbudować napięcie, zatrzymać spojrzenie i sprawić, że jedno przesunięcie palców znaczyło więcej niż cały dialog. Potrafiła wykreować pragnienie tak, żeby czytelnik czuł je pod skórą, tyle że chyba obawiała się, że gdy stworzy w książce przystojnego właściciela firmy budowlanej, a Paweł to przeczyta, będzie zawiedziony, a nie chciała, żeby tak było.
    Przyjęła kawę i upiła spory łyk, kiwając z uznaniem głową. Była smakoszką kofeiny. Miała swój ulubiony rodzaj i doskonale wiedziała, kiedy kawa smakuje jak mokry karton. Ta była dobra.
    — Po pierwsze, nie „suszyłam głowę”, tylko prowadziłam kampanię informacyjno-motywacyjną… i społeczną pod hasłem: WOLNOŚĆ DLA WSZYSTKICH BUDOWLAŃCÓW! — poprawiła go natychmiast, opierając się wygodniej o fotel. — Gdybyś się nadal opierał, rzuciłabym w ciebie skarpetką, wtedy Zgredek byłby wolny.
    Posłała mu rozbawione spojrzenie, marszcząc nos. Och, oczywiście, że pamiętała spam, który zrobiła, wysyłając mu link za linkiem. Mimowolnie wzięła jednego z żelków, najpierw odgryzła misiowy głowę, potem zjadła resztę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Po drugie... harcerska przeszłość, co? Ty byłeś harcerzem, ja szukałam elfów i wróżek w lesie — mruknęła, uśmiechając się lekko. — To znaczy, nie wiem, czy polskie harcerstwo przygotowała cię, aby spędzić ze mną tyle czasu, ale zakładam, że skoro przeżyłeś remont mojego mieszkania po zalaniu, to Bear Mountain nie powinno cię złamać.
      Przytrzymała żelka tak, żeby mógł zjeść całego, po czym cofnęła rękę. Uśmiechnęła się szerzej, słysząc, że wycieczka została pobłogosławiona, tak po bożemu, a skoro Paweł tak mówił, to tak musiało być, choć gdyby ktoś ją zapytał, to zdecydowanie bardziej wierzyła w Wysockiego niż Boga, bo wątpiła, aby Bóg pomógł jej kilka lat temu z zalanym mieszkaniem. Wyciągnęła z paczki kolejnego żelka i podsunęła mu pod nos, dzieląc się prowiantem; wiedziała, że Pawłem był łasuchem i czasem niecnie to wykorzystywała, gdy chciała mu podziękować za pomoc w domu.
      — Rzeka Delaware? — Zjadła swojego żelka w podobny sposób co chwilę temu i kiwnęła głową. — Może wtedy nauczysz mnie jakiś harcerskich sztuczek, a ja powiem, gdzie szukać tych nieszczęsnych wróżek? — Przewróciła oczami z rozbawieniem. — Wiesz, że szkockie wróżki nie są słodkimi, błyszczącymi istotkami, które mieszkają w kwiatach i rzucają brokatem? W Szkocji wróżki są raczej jak bardzo stare, bardzo obrażalskie istoty ze skłonnością do porywania ludzi.
      Zerknęła w jego stronę, jakby upewniała się, że słuchał. Zawsze to robiła. Gdy widziała, że ktoś raczej nie miał ochoty wysłuchiwać jej bajek, to zazwyczaj nie kontynuowała, bo po co mówić coś, co i tak zostanie zapomniane?
      — Czyli, mówiąc prościej, jeśli kiedyś zobaczysz piękne światło nad torfowiskiem albo usłyszysz muzykę dochodzącą spod ziemi, to… po prostu nie idź tego sprawdzić. — Wzruszyła ramieniem. — Są wzgórza, pod którymi miały mieszkać całe dwory wróżek. Piękne, niebezpieczne, kompletnie pozbawione ludzkiego poczucia czasu. Wchodzisz tam na jedną noc, tańczysz, pijesz coś, czego absolutnie nie powinieneś pić, a kiedy wychodzisz, okazuje się, że minęło sto lat, wszyscy twoi znajomi nie żyją, a ty nadal masz kaca.

      Rei Bothwell 🧚‍♀️

      Usuń
  12. [Nie powinnam brać kolejnego wątku, naprawdę nie powinnam brać kolejnego wątku, szczególnie w takim momencie, kiedy planuję wkrótce opublikować nową postać :D
    Ale chyba się skuszę. To wszystko przez pierogi, bo jeśli Nessa kocha pierogi taką samą miłością, jak jej autorka, to aż żal odmówić. Zapraszam Cię do kontaktu mailowego (tusznapapierze@gmail.com)]

    Vanessa Kerr

    OdpowiedzUsuń
  13. [No nic nie poradzę na to, że Pawełek ujął mnie za serduszko - naprawdę lubię ten typ postaci, bardzo pozytywny, ale jednak dźwigający pewien bagaż, bo przecież każdy z nas go dźwiga i nie da się ukryć, że zawsze jest coś za coś.
    Oj tak, z Max wyszła mi bardzo urocza misia pysia, czym jestem poniekąd zaskoczona, bo niekoniecznie celowałam w taką uroczą misię pysię, ale że się taka zrobiła, to przecież nie będę się z nią kłócić, prawda?
    Gdybyś miała ochotę poklepać jakiś niegroźny wąteczek, to zapraszam ☺️ Wymyśliłam sobie, że jak już Max obroni dyplom (co powinno już mieć miejsce, a ja powinnam zaktualizować kartę -.-), to będzie chciała wraz z przyjaciółmi ze studiów zamieszkać w jakimś wynajmowanym mieszkanku, więc z powodzeniem mogliby znaleźć takie, któremu przydałby się jakiś remont, więc jeśli nie będziesz miała zbyt wielu wątków remontowych, to można coś pomyśleć, z katastrofą budowlaną łącznie.
    Poza tym nie mogę odpędzić się od wizji, że na widok Pawełka Maxine szczęka opadnie (bo mi na widok Theo trochę opada), a że dziewczyna jest beznadziejna w sprawach damsko-męskich i pierwszy raz znalazłaby się w takiej sytuacji, to kompletnie nie będzie wiedziała, co z tym fantem zrobić, przez co mogłoby być całkiem zabawnie, jeśli w ogóle odpowiadałaby Ci taka wizja 😃 Byłoby nawet jeszcze zabawniej, gdyby Pawełek szybko połapał się, o co chodzi i miał takiej "oj, dziecko drogie" xD ]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  14. Zaproszenie od Richarda Callahana pojawiło się w skrzynce pocztowej kilka tygodni wcześniej i początkowo Valentina nie przywiązywała do niego większej wagi. Richard był długoletnim przyjacielem jej ojca, a przy okazji jednym z tych ludzi, których nazwisko od lat przewijało się w rozmowach Enrique Velázqueza dotyczących nowojorskich inwestycji. Ich rodziny znały się od dawna, a Richard wielokrotnie powtarzał, że Valentina jest dla niego niemalże jak córka, dlatego też nie zdziwiło jej, kiedy zaproszenie obejmowało również ją. Miała pojawić się w imieniu ojca i jego nowojorskiego imperium, jednak ostatecznie zdecydowała się również dołożyć własną cegiełkę do prowadzonej zbiórki. W końcu cel był tego wart, a pieniądze, które od lat zarabiała na własnych zasadach, nie miały dla niej większej wartości, jeśli nie mogła przeznaczyć ich również na coś, co rzeczywiście miało znaczenie.
    Wieczorne światła Manhattanu odbijały się w tafli rzeki niczym rozsypane po wodzie drobiny złota, kiedy prywatna limuzyna Velasquezów zatrzymała się przed monumentalnym gmachem kamienicy przy Piątej Alei. Bywała w niej już wcześniej, ponieważ raz do roku jej marmurowe wnętrza zamieniały się w salę jednego z najbardziej prestiżowych bali charytatywnych organizowanych w Nowym Jorku. Wysokie kolumny opleciono girlandami białych róż i eukaliptusa, a czerwony dywan prowadził gości wprost do ciężkich, zdobionych drzwi, zza których dobiegały dźwięki orkiestry.
    Valentina odetchnęła głęboko, gdy drzwi limuzyny się otworzyły, i poczuła subtelny ucisk w żołądku, przez ułamek sekundy wahając się, czy przyjęcie zaproszenia było dobrym pomysłem.
    Nie dlatego, że podobne wydarzenia były jej obce. Wręcz przeciwnie. Przez większą część dzieciństwa i nastoletnich lat bankiety, kolacje, aukcje charytatywne i bale stanowiły niemal stały element rodzinnego kalendarza. Enrique Velázquez dbał o to, aby jego córka potrafiła odnaleźć się zarówno podczas kolacji z inwestorami, jak i oficjalnych przyjęć organizowanych przez największą śmietankę towarzyską w Europie. Wiedziała, kiedy należy wyciągnąć dłoń na powitanie, jak długo utrzymać kontakt wzrokowy i w którym momencie rozmowy dyskretnie się wycofać.
    Później jednak wszystko zaczęło się zmieniać. Przeprowadzka na stałe do Nowego Jorku, otwarcie pracowni i natłok indywidualnych zamówień spływających do Pottery By V.V sprawiły, że życie Valentiny zaczęło kręcić się przede wszystkim wokół gliny, pieca ceramicznego i niewielkiego atelier na Lower East Side.
    I chyba właśnie dlatego teraz czuła się odrobinę nieswojo. Wystarczyło jednak, że przekroczyła próg sali balowej, aby wszelkie wątpliwości na moment zeszły na dalszy plan.
    Wysokie sklepienie ginęło w miękkim blasku kryształowych żyrandoli, a światło odbijało się od marmurowej posadzki i setek kieliszków ustawionych na stołach. Wszędzie dookoła znajdowały się eleganckie suknie, perfekcyjnie skrojone smokingi i wysokie obcasy wystukujące na podłodze spokojny rytm. Kobiety miały na sobie maski zdobione piórami, kryształkami i drobnymi kamieniami, mężczyźni wybierali klasyczną czerń albo ciemne odcienie granatu. Wszystko było dopracowane w najmniejszym szczególe, od kwiatowych kompozycji ustawionych przy wejściu po muzykę sączącą się gdzieś w tle.
    Valentina uśmiechnęła się lekko. Musiała przyznać, że Richard miał dobry gust.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama zdecydowała się na suknię w głębokim, ciemnobrązowym kolorze, który podkreślał opaloną na karmelowy odcień skórę. Materiał miękko układał się na sylwetce, podkreślając smukłe nogi i talię, a całkowicie odsłonięte plecy pozostawały jedynym mocniejszym akcentem kreacji. Długie blond włosy, poprzetykane jaśniejszymi pasmami, które były pamiątką po ostatnim miesiącu spędzonym na Bali, upięła w luźny kok na karku, dzięki czemu delikatne kosmyki wymykały się spod upięcia i opadały przy twarzy.
      Do tego wysokie szpilki, które po kilku godzinach prawdopodobnie miały stać się jej największym wrogiem.
      Biżuteria, którą dostała od matki z okazji tego wydarzenia, była droga. Horrendalnie droga. I właśnie dlatego Valentina postanowiła niemalże całkowicie z niej zrezygnować.
      Na jej nadgarstku znalazła się zwykła, ręcznie pleciona bransoletka z sznurków, którą kilka tygodni wcześniej dostała od jednej z przyjaciółek poznanych podczas jogowego retreatu na Bali. Przy szyi zawisł natomiast delikatny naszyjnik z niewielkim turmalinem, który również otrzymała tamtego lata. Kamień miał chronić przed złą energią i przynosić szczęście, a chociaż Valentina nie należała do osób, które bezgranicznie wierzyły w podobne rzeczy, lubiła myśl, że coś tak niepozornego może przypominać jej o miejscu, w którym przez miesiąc budziła się wraz ze wschodem słońca.
      Wbrew wszystkim konwenansom zrezygnowała również z pełnego makijażu. Jej policzki były jedynie delikatnie muśnięte różem, rzęsy odrobinę wydłużone tuszem, a na ustach nie było niczego poza naturalnym kolorem wiśniowej pomadki ochronnej. Nie potrzebowała grubej warstwy podkładu ani perfekcyjnie wykonturowanej twarzy, aby poczuć się pięknie. Zresztą nigdy nie rozumiała, dlaczego kobiety miałyby wyglądać zupełnie inaczej tylko dlatego, że wybierały się na elegancki bal.
      Czarna maska zasłaniała część jej twarzy, jednak pozbawiona była kryształków, piór czy jakichkolwiek świecidełek. Prosta i elegancka, dokładnie taka, jaką sama wybrałaby bez względu na obowiązującą modę.
      Przechadzała się pomiędzy gośćmi niespiesznie, nie rozpoznając niemalże żadnej twarzy. Maski sprawiały, że nawet osoby, które prawdopodobnie znała z rodzinnych spotkań albo biznesowych kolacji ojca, stawały się zupełnie obce. Mimo to odwzajemniała uśmiechy, odpowiadała na uprzejme skinienia głową, a czasami sama posyłała komuś krótkie spojrzenie zakończone lekkim uśmiechem. Właściwie zaczynało jej się to podobać. Nikt nie wiedział, kim była. A przynajmniej przez kilka pierwszych chwil można było udawać, że tak właśnie jest.
      — Szampana, proszę pani?
      Valentina odwróciła głowę w stronę kelnera, który zatrzymał się obok niej z tacą pełną wysokich kieliszków.
      — Dziękuję. — sięgnęła po jeden z nich, uśmiechając się uprzejmie.
      Wtedy usłyszała znajomy głos.
      — Pablo! Cieszę się, że przyszedłeś!
      Donośny śmiech Richarda przebił się przez gwar rozmów, sprawiając, że Valentina odruchowo uniosła głowę.
      Pablo. To jedno imię wystarczyło, aby na krótką chwilę zupełnie zapomniała o trzymanym w dłoni kieliszku.

      Usuń
    2. Spojrzenie powędrowało w kierunku głosu. Richard stał kilka metrów dalej, witając się z wysokim mężczyzną w eleganckim smokingu. Rozmawiali przez moment, wymieniając kilka zdań, których Valentina nie była w stanie usłyszeć. Nie próbowała nawet. Stała nieco na uboczu, przy wyjściu prowadzącym na taras, i przyglądała się mężczyźnie z rosnącym zainteresowaniem.
      Czy to był ten sam Pablo? Ten, którego poznała mając dwadzieścia jeden lat? Ten sam, na którego widok przez długi czas serce zaczynało bić odrobinę szybciej, choć wtedy była jeszcze wystarczająco rozsądna, aby nikomu o tym nie powiedzieć? Ten sam Pablo, który przez kilka miesięcy był zaangażowany w budowę pierwszego nowojorskiego hotelu jej ojca?
      Valentina zmrużyła lekko oczy. Minęło przecież tyle czasu. Richard po chwili uścisnął mężczyźnie dłoń, po czym odszedł w kierunku kolejnych gości. Pablo został sam.
      Valentina nadal stała w tym samym miejscu, obserwując go zza czarnej maski. Nie mogła mieć pewności. Wysoki mężczyzna w eleganckim smokingu mógł być przecież kimkolwiek. W Nowym Jorku z pewnością również mieszkał więcej niż jeden Pablo, a fakt, że Richard właśnie tak się do niego zwrócił, nie był jeszcze żadnym dowodem.
      Mimo wszystko poczuła dziwne łaskotanie w żołądku. Dokładnie takie samo, jakie pamiętała sprzed lat. I chyba właśnie to było najbardziej absurdalne. Nie wiedziała nawet, czy rzeczywiście na niego patrzy.
      Mężczyzna nagle odwrócił głowę. Ich spojrzenia się spotkały, a Valentina została przyłapana na gorącym uczynku, gapiąc się bezwstydnie, o czym świadczyło uniesienie przez mężczyznę kieliszka w geście niemego pozdrowienia. Poczuła, jak na policzki wypływa jej rumieniec i dziękowała w duchu za maskę, która z powodzeniem potrafiła to ukryć. Zaraz jednak zganiła siebie w myśli za podobne reakcje, bo przecież nie była już dzieciakiem tylko dorosłą kobietą prowadzącą swoją własną firmę, do jasnej cholery!
      Uniosła kieliszek w podobnym geście i uśmiechnęła się, a później, zanim zdążyła zrobić coś zdecydowanie bardziej nierozsądnego, odwróciła się i wyszła na taras. Potrzebowała świeżego powietrza. Albo chwili, żeby przekonać samą siebie, że kilka sekund spojrzenia z zupełnie obcym mężczyzną, który tylko potencjalnie mógł być tym samym Pablo, za którym wodziła wzrokiem kilka lat temu, nie powinno wywoływać żadnych emocji.
      Taras był pusty. Valentina oparła dłonie o chłodną balustradę i spojrzała przed siebie. Niebo zasnuły ciężkie chmury, przez które nie było widać ani jednej gwiazdy. Zresztą nawet gdyby ich nie było, Nowy Jork rzadko pozwalał zobaczyć prawdziwie rozgwieżdżone niebo. Łuna świateł odbijająca się nad Manhattanem skutecznie przesłaniała większość tego, co znajdowało się wysoko ponad miastem.
      Valentina usłyszała ciche kliknięcie otwieranych drzwi tarasowych, a zaraz później męski głos. I wtedy zaczęła mieć pewność, jeszcze zanim się odwróciła. Wystarczyło jedno zdanie, kilka wypowiedzianych słów mężczyzny, by rozpoznała to samo brzmienie głosu, które pamiętała sprzed lat. Niewielkie zaciąganie przy niektórych słowach, ledwie słyszalne dla kogoś, kto nie zwracał na nie uwagi. W przeszłości nie potrafiła przypisać go do żadnego konkretnego miejsca, choć z czasem dowiedziała się, skąd się brało. Polski akcent. Coś, co wtedy wydawało jej się urocze, choć nigdy nie powiedziałaby mu tego prosto w twarz.
      Paweł. Ten sam, dla którego zdecydowanie zbyt często znajdowała powody, żeby pojawić się na placu budowy pierwszego hotelu jej ojca, kiedy miała zaledwie dwadzieścia jeden lat. Przez moment miała ochotę się roześmiać, bo przecież to było absurdalne. Po tylu latach, wśród setek ludzi, właśnie tutaj, właśnie tego wieczoru.

      Usuń
    3. — Wie pan, co w moich rodzinnych stronach mówi się o nadziei? — odpowiedziała w końcu, zatrzymując spojrzenie błękitnych tęczówek na jego twarzy. — Nadzieja jest matką głupich, co nie przeszkadza jej być uroczą kochanką odważnych — dokończyła, a jej usta rozświetlił rozbawiony uśmiech. Puściła mu oko.
      Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, po czym upiła niewielki łyk szampana.
      — Chociaż, skoro już o odwadze mowa... — zaczęła, unosząc lekko brew. — Sprawia pan wrażenie człowieka odważnego. Czy naprawdę moja sugestia była potrzebna, żeby zdecydował się pan wyjść za mną na taras? — uśmiechnęła się nieco szerzej, obserwując jego reakcję.

      Valentina

      Usuń
  15. [Póki co przyszło mi do głowy, że Paweł byłby świadkiem, jak jakieś chłopaczki trochę Magnusa przetrąciły, a że był w full dragu to jednak ciężko się bronić w obcasach i całym osprzęcie.]
    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  16. Valentina przez kilka sekund patrzyła na niego w milczeniu, próbując zdecydować, czy powinna się roześmiać, czy jednak zachować resztki powagi. Ostatecznie zwyciężyło to pierwsze. Zaśmiała się cicho, kręcąc głową.
    — A skąd pan wie, że to ja nie jestem takim właśnie deweloperem? — podjęła, unosząc brew i wykonując lekki gest kieliszkiem, z którego upiła łyk różowego wina. — Może właśnie po to przyciągnęłam pana wzrokiem, żeby teraz przekonywać pana o swoich racjach na temat moich luksusowych włości?
    Nadal z rozbawieniem przyglądała się mężczyźnie stojącemu naprzeciwko. Właściwie wszystko zaczynało się zgadzać. Ten sam bezczelny sposób bycia. Ten sam rozbawiony błysk w oku, który pamiętała sprzed lat i doskonale widziała teraz zza czarnej maski. To samo poczucie humoru, które najwyraźniej przez osiem lat nie zmieniło się ani trochę. Paweł zawsze miał w sobie coś zawadiackiego. Coś, co sprawiało, że nawet najbardziej absurdalne rzeczy potrafił wypowiedzieć z miną człowieka, który właśnie odkrył wyjątkowo logiczne rozwiązanie problemu.
    I, ku jej własnemu zaskoczeniu, wciąż robił na niej dokładnie takie samo wrażenie. A może nawet większe. Osiem lat najwyraźniej zdecydowanie mu służyło. Nawet jeśli większość jego twarzy ukrywała maska, Valentina była niemal pewna, że gdyby zobaczyła go bez niej, uznałaby go za jeszcze przystojniejszego niż wtedy.
    — Och, wiem, kim jesteś, Pawle — przyznała, ujmując jego wyciągniętą dłoń w swoją chłodną. Zaraz potem roześmiała się głośno. Mocno rozbawiła ją próba mężczyzny, który w nieco stereotypowy sposób próbował odgadnąć jej imię, bo oczywiście sama również znała Emily z garderobą pełną diamentów oraz Charlotte, która wszędzie chodziła w obstawie trzech przyjaciółek nieodstępujących jej na krok. — Ale najwyraźniej nie zdążyłeś poznać jeszcze zasad bali maskowych organizowanych przez Richarda. Bo gdyby tak było, wiedziałbyś, że przed północą nikt nie musi wyjawiać ci swojego prawdziwego imienia — wyjaśniła pokrótce, bo na kilku takich balach miała już okazję bywać u Callahanów i w tej kwestii nic się nie zmieniło. Przypuszczała nawet, że dla większości gości była to ta najbardziej ekscytująca część całego przedsięwzięcia. — I na razie z tej zasady skorzystam, żeby nie psuć zabawy — puściła mężczyźnie zawadiackie oczko, najwyraźniej całkiem dobrze bawiąc się swoją anonimowością. — Mam nadzieję, że jesteś cierpliwy, bo do północy zostały jeszcze… — zerknęła na billboard po drugiej stronie ulicy, który wyświetlał również godzinę. — Trzydzieści dwie minuty.
    Valentina musiała przyznać, że było coś niezwykle przyjemnego w tym, że po tylu latach mogła stać obok niego i po prostu z nim rozmawiać. Bez nazwiska ojca, bez hotelowego imperium, bez własnej firmy i całej reszty rzeczy, które zwykle pojawiały się wraz z jej nazwiskiem. Po raz pierwszy od dawna ktoś patrzył na nią wyłącznie jak na kobietę w czarnej masce, którą chwilę wcześniej zauważył po drugiej stronie sali.
    — Muszę jednak przyznać, że z jedną rzeczą trafiłeś całkiem dobrze — powiedziała w końcu, odrywając wzrok od świateł miasta. — Faktycznie nie czuję się tutaj szczególnie na swoim miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę przyglądała mu się bez słowa. Nie mogła również odmówić mu spostrzegawczości. Trafił przecież w samo sedno czegoś, czego sama nie potrafiła do końca nazwać. Rzeczywiście nie czuła się tutaj jak reszta gości. Od kilku lat coraz mniej miała wspólnego z tym światem. Zamiast bankietów i przyjęć wybierała pracownię, zapach gliny i dłonie ubrudzone szkliwem. Zamiast kolejnych drogich restauracji wolała poranną jogę na tarasie albo kubek kawy wypity w ciszy, zanim Nowy Jork na dobre się obudzi. Nawet kiedy miała okazję uczestniczyć w wydarzeniach takich jak to, coraz częściej odnosiła wrażenie, że stoi gdzieś pomiędzy dwoma światami. Jej rodzina nadal należała do tego świata. Ona coraz mniej.
      Kącik jej ust uniósł się lekko.
      — Chociaż nie jestem jeszcze pewna, czy wynika to z tego, że jestem normalna, czy po prostu wystarczająco bogata, żeby już nie musieć tego udawać. — Roześmiała się cicho, a potem pokręciła głową. — Więc uznajmy, że przyszłam tutaj dla trzeciej opcji. A zwłaszcza dla tiramisu. Bo tiramisu za darmo nigdy nie jest złym argumentem. — pokiwała głową, jakby tym gestem dodatkowo chciała potwierdzić swoją ogromną miłość do włoskich deserów.
      Valentina przez moment patrzyła na niego z niedowierzaniem, po czym roześmiała się szczerze, kręcąc głową. Najwyraźniej nawet po ośmiu latach Paweł nie stracił swojego specyficznego poczucia humoru.
      — Och, muszę cię rozczarować. Wykańczałeś moje łazienki mnóstwo razy i wszystkie były fenomenalne — odpowiedziała, z trudem powstrzymując kolejny uśmiech. — Za każdą wystawiłam ci na Yelpie pięć gwiazdek i wciąż polecałam cię wszystkim znajomym. Powinieneś być już milionerem.
      Przez chwilę pozwoliła mu zastanawiać się, czy rzeczywiście mówiła poważnie. Dopiero potem uniosła lekko brew, a w jej błękitnych oczach pojawił się rozbawiony błysk.
      — Spróbuję ci trochę ułatwić — zdecydowała w końcu, po czym przygryzła dolną wargę. Zrobiła krótką pauzę, jakby zastanawiała się, ile właściwie powinna mu powiedzieć.
      — Znasz mnie — przyznała, a jej głos nabrał odrobinę tajemniczego tonu. — A w każdym razie znałeś — nie odrywała spojrzenia od jego oczu, obserwując uważnie jego reakcję. — Ale nie będę miała ci za złe, jeśli mnie nie zapamiętałeś — uśmiechnęła się i wzruszyła lekko ramionami, opierając biodro o balustradę balkonu. — W końcu minęło kilka lat.
      Uśmiechnęła się przy tym łagodnie, zastanawiając się, ile właściwie potrzebował, żeby ją rozpoznać. I czy w ogóle.

      Valentina

      Usuń
  17. [Fajny ten Pawełek, przystojny Pawełek...halo, chyba potrzebuję właśnie remontu! Jest tak sympatyczny, że od razu człowiek chciałby się z nim zaprzyjaźnić (ewentualnie go schrupać, nie wiem co lepsze) 😉 Weny i dobrej zabawy!]

    Theodore Lannister

    OdpowiedzUsuń
  18. Rei słuchała go z miną osoby, która bardzo starała się zachować powagę, ale wyraźnie przegrywała. Powstrzymywała śmiech najpierw przy Amnesty International, potem przy skarpetce, a kiedy Paweł zaczął rozważać, czy wyrzuciłby ją z samochodu w zależności od stanu tejże skarpetki, parsknęła śmiechem i prawie zakrztusiła się żelkiem.
    — Amnesty International jeszcze się nie kontaktowało, ale to dlatego, że moja kampania jest lokalna, niszowa i skierowana do bardzo konkretnej grupy docelowej: jednego przemęczonego człowieka z niezdrowym stosunkiem do pracy. — Zerknęła w jego stronę znacząco. — Poza tym gdybym rzuciła w ciebie skarpetką, to oczywiście, że byłaby czysta. Za kogo ty mnie masz?
    Mimo narzekań wsunęła mu następnego żelka w otwartą dłoń. Ich prowiant rzeczywiście przestał być jej prywatną własnością w okolicach piętnastej minuty podróży. Rei zauważyła to bez większego zdziwienia. Paweł miał ten rodzaj apetytu, który zdążyła już poznać, więc po prostu to akceptowała.
    Kiedy zaczął wyliczać harcerskie umiejętności, pokiwała głową z uznaniem.
    — Prawdopodobnie — powtórzyła z zachwytem. — To moje ulubione słowo w kontekście przetrwania. Od razu czuję się bezpiecznie. Jeśli zgubimy się w lesie, a ty powiesz: „spokojnie, prawdopodobnie wiem, gdzie jest północ”, to ja po prostu usiądę na kamieniu i zacznę pisać testament na paragonie po kawie.
    Uśmiechnęła się jednak pod nosem, bo mimo całego teatralnego sceptycyzmu obraz małego Pawła w mundurze, z chustą i przekonaniem, że zostanie człowiekiem natury, był zaskakująco uroczy.
    — Wiedza o grzybach jest akurat bardzo ważna — przyznała. — „Nie jesz, jeśli nie wiesz” powinno być zasadą dotyczącą nie tylko grzybów, ale też podejrzanych relacji, ofert wydawniczych i jedzenia z tyłu lodówki.
    Słuchała jego komentarzy o szkockich wróżkach z rosnącym rozbawieniem. Klient z Upper East Side jako potencjalna ofiara wróżek, cóż, to mogłoby być nawet ciekawe.
    — Nie możesz oddawać klientów wróżkom — powiedziała jednak. — To łamie co najmniej trzy zasady etyki zawodowej!
    Zakryła usta dłonią, żeby nie roześmiać się zbyt głośno, gdy nawiązał do swojej mamy.
    — Twoja matka miałaby absolutną rację. Wróżki mogłyby cię trzymać w najpiękniejszej sali pod wzgórzem, z winem i muzyką, a ty i tak wyszedłbyś stamtąd tylko po to, żeby dostać opierdziel życia, bo nie dałeś znać, czy dojechałeś — skwitowała z rozbawieniem. — Ale wiesz, przynajmniej jej zależy.
    Nie czuła się dotknięta tym, że jego matka interesowała się nim bardziej niż jej. Reilynn zdążyła przerobić już to, że dla Evelyn Ward była jedynie ciężarem, którego chętnie się pozbyła. Nawet nie próbowała o nią walczyć, gdy rozwodziła się z jej ojcem, co Rei przyjęła z ulgą, bo Malcolm był najlepszym tatą, jakiego mogłaby mieć.
    — Piękna kobieta mówiąca, że jest wróżką i zapraszająca cię na drinka… to zdecydowanie sytuacja wymagająca natychmiastowej ewakuacji. Ty, były harcerz, powinieneś to wiedzieć. Piękne nieznajome w lesie to zawsze problem... i początek historii, w której mężczyzna znika, a potem ktoś znajduje tylko jego but.
    A potem Paweł przeszedł do najważniejszej sprawy: swojej rzekomo niezastąpionej pracy redakcyjnej w zakresie fizycznej wykonalności scen erotycznych, które pisała. Rei zmrużyła lekko oczy.
    — Pawle — wypowiedziała lekko jego imię, bo zdążyła już nauczyć się je płynnie wymawiać. — Twoja praca redakcyjna to rzucanie komentarzy „nie da się tak, chyba że jest opętany przez demona” albo „ten facet po takiej pozycji nie wstanie bez pomocy fizjoterapeuty”. To jest sabotaż romantyzmu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wzięła łyk kawy, żeby dać sobie chwilę. Prawda była taka, że jego komentarze bywały irytująco przydatne. Paweł nie był żadnym ekspertem od słowa, nie mówił nigdy o konstrukcji czy o tym, czy coś jest poprawne lub nie, ale potrafił przeczytać i zrozumieć scenę tak, aby móc potem powiedzieć, że ktoś zachował się jak dupek. Lub czy dana sytuacja faktycznie była spicy.
      — A co do procentu od sprzedaży. — odezwała się — Możesz dostać procent od żelków. Aktualnie wynosi około trzydziestu, ale rośnie w niepokojącym tempie.
      Kiedy wspomniał o postaci, Rei przewróciła oczami tak mocno, że prawie zobaczyła własny mózg od środka.
      — Wiedziałam — mruknęła. — Wiedziałam, że do tego wrócisz. Budowlaniec slash hydraulik. Skromny człowiek, który nie chce być głównym bohaterem, ale domaga się pół strony zdejmowania koszulki. Bardzo minimalistyczne oczekiwania.
      Właściwie pamiętała tamtą prośbę zbyt dobrze. Paweł powiedział to wtedy ze śmiechem, luźno, a ona też się śmiała, bo przecież co innego miała zrobić? Ale później naprawdę przez moment pomyślała o tej konkretniej scenie. O mężczyźnie w roboczych spodniach, opartym o framugę, z mokrymi włosami po deszczu albo potem przy karku po pracy. O rękach, które potrafiły naprawić wszystko. Problem polegał na tym, że Rei nie miała żadnego doświadczenia, aby móc stworzyć taką sytuację od zera. Musiałaby sięgnąć po wyobraźnię, ewentualnie obejrzeć kilka filmów dla dorosłych, w którym występował budowlaniec, tyle że tam nie było konkretnych emocji – te Rei musiałaby stworzyć, wyważyć i sprawić, aby pożądanie było przekonujące, przejmujące i odbierające oddech.
      — Hmmm… jeśli kiedykolwiek napiszę postać inspirowaną tobą, to facet będzie miał ogromne ego i rzucał suchymi żartami — oznajmiła z rozbawieniem i przyjrzała się Pawłowi, jakby próbowała coś ustalić. — Wiesz, że byłbyś świetnym krasnoludem? Nie takim kreskówkowym. Żadnego biegania z toporem po lesie i krzyczenia o piwie.
      Uśmiechnęła się szerzej i wrzuciła sobie żelka do ust, po czym dodała:
      — Chodzi mi o krasnoluda z porządnego fantasy! Takiego od kamienia i rzemiosła, który patrzy na królewskie pałace i mówi: „ładne, ale tę ścianę robili debile”.
      Przez chwilę wyobraziła go sobie z ciężkimi rękawicami, w pyle, wśród kamiennych korytarzy pod górą. Nie jako księcia, nie jako elfa o tragicznie pięknych oczach, nie jako przeklętego generała o włosach rozwiewanych przez wiatr. Paweł nie pasował do istot, które wyglądały, jakby przez większość życia stały na balkonie i pięknie cierpiały.

      Rei Bothwell 🛠️🏰

      Usuń
  19. Valentina przez moment patrzyła na niego w milczeniu, a potem jej usta powoli rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Nie spodziewała się, że zajmie mu to aż tyle czasu, ale zdecydowanie nie zamierzała narzekać. Wręcz przeciwnie. Widok jego miny, kiedy kolejne elementy zaczynały wskakiwać na właściwe miejsce, był chyba nawet lepszy niż samo usłyszenie jej imienia.
    — Masz rację, mój błąd — blondynka przyznała z rozbawieniem, po czym upiła łyk wina, opróżniając tym samym kieliszek. Pierwszy i ostatni tego wieczoru, bo jej głowa była zdecydowanie nieprzyzwyczajona do trunków alkoholowych i wolała uniknąć porannego kaca. — Łazienek było dwadzieścia jeden, zapomniałam o tych dla personelu.
    Valentina z rozbawieniem obserwowała, jak kolejne wspomnienia zaczynały pojawiać się na twarzy Pawła. Skupienie, które nagle zastąpiło wcześniejszy uśmiech, było niemal równie zabawne, co wszystkie jego dotychczasowe próby odgadnięcia jej imienia. Przyglądała mu się bez słowa, pozwalając mu prowadzić własne małe śledztwo i przeszukiwać zakamarki pamięci, do których najwyraźniej nie zaglądał od bardzo dawna.
    Musiała jednak przyznać, że wyglądał wtedy wyjątkowo dobrze. Zmarszczone brwi, skupione spojrzenie i ten charakterystyczny wyraz twarzy, który pojawiał się u niego, kiedy naprawdę nad czymś myślał, sprawiały, że nagle wydał jej się jeszcze przystojniejszy niż kilka minut wcześniej.
    Valentina uśmiechnęła się pod nosem, kiedy zaczął wymieniać kolejne możliwości. Było coś niezwykle zabawnego w świadomości, że dziewczyna, którą wtedy była, wcale nie potrafiła tak dobrze ukrywać swojego zainteresowania, jak jej się wydawało. W wieku dwudziestu jeden lat była przekonana, że pojawianie się na budowie pod kolejnymi, coraz bardziej absurdalnymi pretekstami wygląda zupełnie naturalnie. Najwyraźniej Paweł od początku wiedział swoje.
    A teraz, kiedy był już tak blisko właściwej odpowiedzi, poczuła to znajome łaskotanie gdzieś w środku. To samo, które pamiętała sprzed lat i którego zdecydowanie nie spodziewała się poczuć ponownie po tak długim czasie. Nie było już jednak dokładnie takie samo. Osiem lat zrobiło swoje. Była starsza, miała własne życie, własną firmę i zdecydowanie więcej rozsądku niż wtedy. Mimo wszystko jego obecność obok nadal wywoływała u niej reakcję, której nie potrafiła do końca powstrzymać.
    — Byłam — przyznała w końcu, kiwając głową z uznaniem, dając tym samym do zrozumienia Pawłowi, że jak na razie całkiem dobrze mu idzie. — Związana to może trochę zbyt mocne słowo, ale zmierzasz w dobrym kierunku. Ciepło, Pawle, coraz cieplej… — uśmiechnęła się niewinnie.
    Zaraz jednak roześmiała się głośno, nie potrafiąc już dłużej utrzymać powagi, kiedy usłyszała o kręcącej się po budowie dziewczynie. Osiem lat temu zapewne umarłaby ze wstydu, gdyby ktoś powiedział jej wprost, że jej częste wizyty na budowie były aż tak oczywiste. Teraz wspomnienie tamtej dziewczyny wydawało jej się przede wszystkim zabawne. A jednak gdzieś pod tym rozbawieniem pojawiło się coś jeszcze. Nie spodziewała się, że Paweł w ogóle ją zapamiętał. Przez tyle lat była przekonana, że była wtedy tylko jedną z wielu osób przewijających się przez budowę pierwszego hotelu jej ojca. Tymczasem najwyraźniej zapisała się w jego pamięci znacznie wyraźniej, niż mogła przypuszczać.
    — Uważasz, że moje oficjalne zainteresowanie postępem prac było zmyłką? — podchwyciła Valentina, spoglądając na mężczyznę z błyskiem niemego wyzwania w oku. Zaczęła się zastanawiać, czy już wtedy doskonale wiedział, jaki był faktyczny powód jej częstych wizyt na budowie. — W takim razie jaka była nieoficjalna wersja? Skoro kafelki na czwartym piętrze mnie nie interesowały, to co innego? — dopytywała, szczerze zaintrygowana sposobem, w jaki została zapamiętana przez Pawła.
    Nie zamierzała mu oczywiście ułatwiać wszystkiego. Skoro po tylu latach udało mu się połączyć pierwsze elementy układanki w tak szybkim tempie, mogła pozwolić mu na jeszcze chwilę samodzielnego dochodzenia do odpowiedzi. Poza tym do północy zostało już naprawdę niewiele czasu.

    Valentina

    OdpowiedzUsuń
  20. [W takim razie cieszę się, że tym razem padło na takiego Pawełka i cieszę się, że mój pomysł przypadł do gustu ^^ Współczuję Max, która potrafi być mocna w gębie (ale tylko w tym, w końcu to słodka misia pysia) i z taką ekipą pewnie by jej się to przydało, a tu zapomni, jak się tej gęby używa ^^ Biedactwo.
    Ja nam zacznę. Myślę, że będzie nam zdecydowanie wygodniej, jak to rozpoczęcie wyjdzie z mojej strony, bo też muszę sobie jeszcze wymyślić, gdzie to mieszkanie miałoby być i w ogóle. A zacznę nam od pierwszego spotkania, na zasadzie, trzeba przyjść i pooglądać, co tak właściwie byłoby do roboty, prawda?
    W najbliższych dniach postaram się coś podrzucić ☺️]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  21. — Jest tu jakieś dobre miejsce, gdzie można na szybko coś zjeść? — zapytała, odkładając instrument, który przez ostatnie trzy godziny opierała na klatce piersiowej. To, że jeszcze nie miała czerwonego odcisku, zawdzięczała jedynie cieniutkiej, od dawna pełnoletniej, poduszeczce, trzymającej się na gumce ostatkiem sił i na kilku nitkach, którymi Tamsin próbowała ratować starą przyjaciółkę.
    W ostatnim czasie, czyli tym trwającym nieprzerwanie od czterech lat, Tamsin pracowała bardzo dużo, przyjmując każde możliwe zlecenie bez różnicy, czy było ono za kilkanaście, czy za kilkaset dolarów. Była w jednym kwartecie, który można byłoby określić mianem całkiem stałego w składzie, ale tym razem potrzebny był kontrabas, więc zmienił się nie tylko skład, ale też miejsce prób.
    Poluzowała włosie w smyczku, uprzednio przecierając pręt jedną częścią szmatki, a owijkę drugą, z niezadowoleniem zauważając, że ta druga zostawiła szary ślad na jej palcu w miejscu wklęśnięcia, które zdawało się być tam od zawsze.
    — Przecznicę stąd jest food truck z burrito. Całkiem niezłe… Brzuch nie boli, więc to już pół sukcesu dla żarcia z budy — stwierdził Victor, z namaszczeniem smarując włosie kalafonią. To on był tym razem osobą kontaktową do nagrania ścieżki dźwiękowej do miniserialu dla Netflixa, którego scenariusz się dopiero pisał.
    — Idzie ktoś ze mną? — spojrzała na pozostałą trójkę, ale niestety każdy miał coś zaplanowane w przerwie, którą sobie zrobili. Tamsin, mieszkając najdalej i czując, jak jej żołądek tańczy czaczę, wzruszyła na to ramionami, nie bardzo się przejmując, że przyjdzie jej jeść samej. Tak od zawsze wyglądało jej życie zawodowe – niby w grupie, a jednak zawsze sama.
    Zostawiła instrument u Victora, bo chodzenie z trumną na plecach przy tej pogodzie nie miało prawa być przyjemne, bo samo przejście przecznicy skutkowało wypiekami na twarzy. Było ciepło, ale nawet nie jakoś bardzo, tyle tylko, że w Nowym Jorku nawet nie jakoś bardzo potrafiło dać w kość popołudniem, kiedy budynki oddawały nagromadzone przez dzień ciepło. Jeszcze cztery lata temu odczuwałaby to znacznie dotkliwiej. Nosiła długie rękawy i koszulki bez dekoltów, zasłaniała prawie każdy fragment skóry w obawie, że ktoś mógłby zauważyć ślady palców, jej bliskich spotkań ze ścianami czy odbicia przedmiotów, do których użycia przecież go zmusiła. Teraz, mądrzejsza o kilka lat, lżejsza o jednego dupka mniej w swoim życiu i w końcu bez siniaków, szła żwawym krokiem w sukience, która odsłaniała całe plecy, dla równowagi zasłaniając cały dekolt i sięgała połowy łydki, dzięki rozcięciu z jednej strony umożliwiając jej wygodną pozycję przy instrumencie. Kupując ubrania, zawsze sprawdzała, jak te zachowują się, gdy siadała okrakiem na skrawku krzesła — inne nie miały racji bytu i pewnie dlatego nigdy nie nosiła krótkich spódniczek. A trochę szkoda, bo całkiem lubiła swoje nogi.
    Lubiła też to, że potrafiły ją wszędzie dość szybko zaprowadzić, bo kroki stawiała długie i szybkie, więc przecznicę od mieszkania kolegi była już po kilku minutach, ale gdy do food trucka zostało jej raptem kilkanaście kroków, coś ją zatrzymało. Dokładniej ktoś, bo niegrzecznie byłoby nazywać Pawła, a raczej tył jego głowy, cosiem. Tammy, która specjalnie do wstydliwych nie należała i konfrontacji się nie bała, teraz stała jak zaklęta, szczerze nie wiedząc, co powinna zrobić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu po incydencie „pięść-nos”, do którego doszło na kilka miesięcy przed śmiercią Sullivana, zwyczajnie Pawła olała. W zasadzie to nawet nie olała, co próbowała usilnie wyrzucić ze swojej głowy. Spotkali się w bardzo złym czasie; wcale nie chodziło o to, że była mężatką, bo oddaną żoną nie czuła się już od miesięcy i tylko czekała, aż uzbiera wystarczająco pieniędzy, żeby wystąpić o rozwód. Problem polegał na tym, że najpierw potrzebowała sobie wszystko przemyśleć. A potem, jak to Carter Sullivan miał w zwyczaju – zrobił jej po złości i umarł. Wtedy tym bardziej nie mogła Pawłowi ani odpisać, ani od Pawła odebrać, bo prócz żałoby towarzyszyło jej głębokie przekonanie, że gdyby tylko usłyszała jego głos, poprosiłaby, żeby do niej przyjechał. A gdyby wtedy przyjechał, próbowałaby odnaleźć ukojenie w jego ramionach, a Tamsin czuła głęboko, że to ukojenie musi znaleźć w sobie. Sama. Że w końcu musi stanąć na własnych nogach, pobyć trochę sama i nauczyć się siebie na nowo, bo w tamtym momencie zupełnie nie wiedziała, kim jest.
      Przy Pawle miała przebłyski tego, kim mogłaby być. Lubiła z nim się śmiać, bo uśmiechał się ładnie i tak, że uśmiech ten sięgał aż do jego ciemnych oczu. Spodobał jej się fakt, że jej instrument potraktował całkiem serio, a nie na zasadzie drogiego hobby, i pilnował, by nikt nie wchodził do pokoju, w którym stała wiolonczela. Podobało jej się jego poczucie humoru, przez które przypomniała sobie, jak to jest mile śmiać się z absurdów, takich chociażby jak te kretyńskie lampy, na które uparł się Carter. Długi czas nie mogła też zapomnieć o przyjemnym dreszczu, który przechodził ją po plecach, ilekroć czuła na sobie jego spojrzenie, i chociaż do niczego między nimi nie doszło, to wiedziała, że wcale wiele do tego nie brakowało. Gdyby Carter przejmował się zdradą emocjonalną, to prawdopodobnie już w pierwszym tygodniu ekipa remontowa Pawła wyleciałaby z ich mieszkania, a tak wyleciała dopiero, gdy Sullivan wrócił nawalony do domu, Paweł kończył fugi w łazience, o której framugę drzwi opierała się Tamsin. W tamtym stanie Carter nie potrzebował więcej, żeby wszcząć awanturę. On właściwie niewiele do tego potrzebował.
      Nie wiedziała, czy do niego podejść. Ba! Nawet nie do niego, a do budki, przy której stał. Powinna była się przywitać? Czy to nie do niego należała decyzja, czy ją rozpozna, czy uda, że jest mu obca? W końcu to ona zignorowała wszelkie próby nawiązania kontaktu, a ze względu na sympatię, którą wciąż do niego żywiła, wolała zostawić mu wybór. Podeszła więc, bo burczenie w brzuchu z czaczy przeszło w sambę, a i zwykła ciekawość napędziła jej kroki.
      Kiedy Paweł się odwrócił i stanął wryty, jakby to nie ją, a ducha przynajmniej zobaczył, nie była w stanie powstrzymać uśmiechu, który jedynie się powiększył na słowa jego kolegów.
      — Aż takie zamieszanie wprowadzam? — zaśmiała się lekko, tak trochę pod nosem, nie wiedząc, czemu czując się przez całą sytuację nieco zestresowana. Ale tak to chyba było z niedokończonymi sprawami, a te między nimi były takie z całą pewnością. Ukrócone, nim na dobre się zaczęły.
      Gdy wymieniał wątpliwe grzeczności z Hectorem, Tamsin zamówiła u żony Hectora tacosy, które podejrzała na papierowym talerzu mężczyzny pijącego herbatę.
      — Jak chcesz, to pytaj. Już i tak jest zajebiście niezręcznie, ale tak chyba bywa, jak nie widzi się kogoś przez cztery lata… — stwierdziła, odbierając puszkę napoju od Hectora. Poprawiła torebkę i rozejrzała po plastikowych stolikach, szukając dla siebie jakiegoś miejsca.
      — Mogę się do was przyłączyć? Albo ty chcesz się przyłączyć do mnie? Lubię jeść w towarzystwie — powiedziała z udawaną lekkością, bo serce zdawało się wykładniczo przyspieszać wraz z czasem, który stali obok siebie. Skurczybyk nadal miał oczy, od których niejednej miękły kolana. Tego była pewna.

      Tammy

      Usuń
  22. — Czyli jednak wszystko było aż tak oczywiste? — Valentina zrobiła teatralnie zaskoczoną minę i z rezygnacją pokręciła głową. Zaraz jednak spojrzała na mężczyznę błyszczącymi z rozbawienia tęczówkami, a w jej głosie nie było już nawet próby udawania oburzenia. — Przez cały ten czas byłam naiwnie przekonana, że bardzo dobrze się maskuję. Najwyższa pora zapaść się pod ziemię, nie uważasz?
    Nie zdążyła jednak dodać nic więcej, bo kolejne słowa Pawła sprawiły, że na moment spoważniała.
    Cholernie młoda. Pamiętała, ile wtedy miała lat. Pamiętała również jego wiek i to, jak bardzo imponowało jej wówczas wszystko, co robił. Był starszy, bardziej doświadczony, bezczelnie pewny siebie i jednocześnie zupełnie inny od mężczyzn, których znała z rodzinnego otoczenia. Nie nosił garnituru, nie mówił o kolejnych inwestycjach ojca ani o hotelach, a mimo to z jakiegoś powodu właśnie jego potrafiła wypatrzyć w tłumie szybciej niż wszystkich innych.
    I chyba właśnie dlatego jego słowa sprzed chwili wywołały w niej coś więcej niż zwykłe rozbawienie. Paweł naprawdę wtedy zauważył. Nie wszystko, oczywiście, bo nie wiedział przecież, co działo się w jej głowie za każdym razem, kiedy znajdowała kolejny absurdalny powód, żeby pojawić się na budowie. Ale zauważył wystarczająco dużo.
    Szeroki uśmiech, który pojawił się na twarzy Valentiny, nie miał już nic wspólnego z próbą utrzymania tajemnicy. Usłyszenie własnego imienia wypowiedzianego głosem mężczyzny po tylu latach wywołało w niej coś dziwnie znajomego. Przez krótką chwilę poczuła się tak, jakby znowu miała dwadzieścia jeden lat i stała na tej samej budowie, próbując z wyjątkowo poważną miną dowiedzieć się, czy drzwi w pokojach rzeczywiście będą otwierały się w tę stronę, którą wcześniej wskazał jej kierownik. Tyle że tym razem nie musiała już udawać, że faktycznie interesują ją drzwi.
    Przez chwilę po prostu na niego patrzyła. Nie dlatego, że była zaskoczona. Od kilku minut wiedziała, że w końcu przypomni sobie, kim był. Raczej dlatego, że nagle wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru, przestało być zabawą w anonimowość. Tajemnicza kobieta z tarasu przestała być tajemnicza. Znowu była Valentiną Velázquez. Córką Enrique.
    Zaśmiała się cicho, kiedy Paweł z oburzeniem przyłożył dłoń do piersi.
    — Manipulacji? — powtórzyła z rozbawieniem. — Przesadzasz. Przecież dałam ci mnóstwo wskazówek. — uśmiechnęła się niewinnie.
    Właściwie dała mu ich zdecydowanie więcej, niż początkowo planowała. I chyba właśnie dlatego jego śledztwo bawiło ją tak bardzo. Przez kilkanaście minut obserwowała, jak grzebie we własnych wspomnieniach, próbując połączyć kobietę stojącą przed nim z dziewczyną sprzed ośmiu lat. Najbardziej rozbawiało ją jednak to, że tamta dziewczyna była przekonana, iż doskonale ukrywa swoje zainteresowanie. Najwyraźniej nie ukrywała go nawet trochę.
    Dwadzieścia jeden lat. Wtedy wydawało jej się, że jest niezwykle subtelna. Potrafiła przecież znaleźć całkiem wiarygodny powód, żeby pojawić się na budowie kolejnego dnia. A później następnego. I jeszcze następnego. Czasami naprawdę chodziło jej o postęp prac, czasami o coś, o co równie dobrze mogła zapytać kierownika, a czasami… po prostu chciała zobaczyć Pawła. Teraz, kiedy słuchała jego wspomnień, miała ochotę śmiać się przede wszystkim z samej siebie.
    I, ku własnemu rozbawieniu, wcale nie poczuła rozczarowania faktem, że swego rodzaju gra, która miała miejsce między nimi, dobiegła końca. Wręcz przeciwnie. Było w tym coś niezwykle przyjemnego. Jakby jakaś mała część jej przeszłości, o której dawno przestała myśleć na co dzień, właśnie na chwilę wróciła do niej w zupełnie nieoczekiwany sposób.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A razem z nią wróciło to znajome łaskotanie gdzieś pod żebrami. Valentina naprawdę nie spodziewała się, że jeszcze je poczuje. Przez osiem lat zdążyła przecież dorosnąć. Zbudowała własne życie, własną firmę, nauczyła się podejmować decyzje bez zastanawiania się, co pomyśleliby o nich jej rodzice. Tamta dwudziestojednoletnia dziewczyna, która potrafiła spędzić pół godziny na rozmowie o drzwiach tylko dlatego, że po drugiej stronie stał przystojny Polak, wydawała jej się teraz trochę zabawna i trochę obca.
      A jednak wystarczyło jedno spojrzenie na Pawła, żeby przekonała się, że pewne rzeczy najwyraźniej nie zmieniają się tak łatwo. Zwłaszcza kiedy uśmiechał się w ten sposób.
      — Skoro tak otwarcie przyznajesz, że próbowałeś mnie poderwać… — Valentina uniosła ku górze jedną brew, również nachylając się odrobinę w stronę mężczyzny. Przez moment patrzyła na niego w milczeniu, jakby ważyła słowa i zastanawiała się, czy rzeczywiście chce dać mu tę satysfakcję. W końcu na jej ustach pojawił się lekki, zaczepny uśmiech.
      — To ja również otwarcie przyznam, że chodziło o ciebie — powiedziała w końcu, a w jej błękitnych oczach pojawił się znajomy błysk. — A skoro już sobie to wyjaśniliśmy, to maska chyba nie jest już potrzebna?

      Valentina

      Usuń
  23. Miał prawo mieć wiele pytań, dokładnie tak samo, jak miał prawo jej nie pamiętać. Cztery lata to ledwie przecinek, gdy buduje się życie od wykopania fundamentów – do tej pory Tamsin miała jedynie przyczepę rozstawioną na ogrodzie Sullivana.
    Prawda była taka, że gdy już się otrząsnęła, przeprowadziła do mieszkania po babci i zamiast jedynie stać, nauczyła się biegać na własnych nogach, to było jej zwyczajnie głupio zadzwonić do Pawła. W końcu niczego sobie nie obiecywali, nigdy nie przekroczyli pewnej granicy zza której nie było powrotu, a Tamsin miała świadomość syfu, jaki się za nią ciągnął, a jakim nie chciała obarczać mężczyzny; najpierw wolała pozbyć się smrodu.

    Trochę z ulgą przyjęła wołanie Marka.

    — Mark… Marek! Cześć — zawołała jednym z bardzo nielicznych słów po polsku, których nauczyła się zarówno od ekipy Pawła, jak i swojej sąsiadki, która dzielnie unikała nauki angielskiego od czterdziestu lat, nijak poddając się gentryfikacji.

    Lampa. Cholerna lampa warta w tamtym czasie więcej niż samochód jej matki, remont kawalerki u matki Pawła i pewnie kilka miesięcy wyżywienia czteroosobowej rodziny. Swoją drogą, cholernie brzydkiej lampy z którą całe szczęście Tamsin musiała mieszkać raptem kilka miesięcy.

    Otworzyła puszkę z zainteresowaniem przysłuchując się rozmowie. Wiedziała, że powyginany potwór, przypominający słodką zemstę szklarza, wywołał sporo emocji przy montażu, ale nie sądziła, by aż tak mógł weżreć się w pamięć ekipy, która z całą pewnością niejedno widziała.
    Już była w ogródku, już witała się z gąską, a dokładnie z przełknięciem coli, gdy wspomnienie loda doprowadziło do sytuacji, gdzie napojem się popluła, w ostatnim momencie zasłaniając buzię serwetką, by nie trysnąć jak z fontanny na Pawła, jego burrito i Hectora przy okazji. Tyle było z damy, bo chociaż może i ekipa Pawła szastała nieco rynsztokowym humorem, to on Tamsin wcale nie przeszkadzał, a wręcz przeciwnie. Gdyby nie to, że ostatni raz widziała ich cztery lata temu i w zasadzie byli niemal obcymi sobie ludźmi, z chęcią by do tych żartów dołączyła.

    — Za te cztery tysiące, to powinna sprzątać, płacić czynsz i robić loda — zadecydowała Tamsin, brudną chustkę wyrzucając do starej, zardzewiałej beczki służącej za kosz.

    — Widzisz Paweł, Tammy się zgadza! — dumnie skwitował Marek i wgryzł się w swoją porcję, nachylając nad papierowym talerzykiem tak, by nadmiar sosu skapywał na serwetki.

    On robił z siebie idiotę, ona to traktowała z rozłożonymi rękoma gotowa wziąć wszystko, co chciał jej dać. Swoją bezpośredniością, tak orzeźwiającą i pociągającą, bardzo szybko przebił się przez pancerz, którego konstrukcja utrzymywała się na mąkę i słowo honoru i teraz, pewnie całkowicie nieświadomie, zrobił to samo. Było niezręcznie, bo było. Była trochę zestresowana, bo miała przecież tylko zjeść w samotności tacosy, trochę poszwędać się po okolicy i wrócić na próbę. Ale to samo, co nakazywało jej wyjątkowo często przynosić mu herbatę, czy tylko obserwować co robi, teraz kazało jej brnąć w to dalej. Zamiast pożegnać się i uciec, stała tam uśmiechnięta i z tym uśmiechem, może niezbyt szerokim, ale szczerym, usiadła na odsuniętym krześle.

    W jej oczach Paweł niewiele się zmienił, chociaż w ciepłym, letnim słońcu zdawał się wyglądać jeszcze przystojniej niż przy gołych żarówkach w jej starym mieszkaniu. Albo w świetle tej paskudnej lampy.

    W przeciwieństwie do Pawła nie zastanawiała się nad posiłkiem. Wytarła dłonie w mokre chusteczki, rzuciła je na stolik w geście jasno informującym wszystkich, że mogą się nimi częstować i złożyła miękkie ciasto wpół, w jednym kęsie pochłaniając jakąś jedną-trzecią. Ślepy nie zauważyłby tego, jak Paweł na nią zerka, ale i ona na niego zerkała i w tym zerkaniu wymieniali się, jak pasy przejścia dla pieszych. Biały-czarny-biały-czarny. Tamsin-Paweł-Tamsin-Paweł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. —Hector?

      —E?!

      — Ci z Michelina to cieniasy. Pyszne! — zawołała i oblizała wilgotne od sosu usta. Gdyby ktoś dostarczyłby jej to jedzenie do domu, prawdopodobnie oblizywałaby teraz palce, bo na głodnego wszystko lepiej smakuje, a szła o zakład, że te tacosy pochłonęłaby nawet, gdyby była najedzona pod korek.

      — Wpadaj częściej, ale nie jak są ci pendejos! Cyrk mi tu tylko robią!

      Zaśmiała się pod nosem patrząc po mężczyznach, trochę celowo omijając wzrokiem Pawła, bo tym razem to była jego kolej na spoglądanie. Co to byłaby za niezręczność, gdyby ich spojrzenia się spotkały!

      Paweł westchnął, a ona sięgnęła po puszkę, której zawleczka nagle stała się szalenie ciekawa do obracania palcem. Uśmiechu nie powtrzymywała, ale nim podniosła oczy na Pawła potrzebowała chwili, którą podarował jej mrukliwy Samir. Była pewna, że był mrukiem, chociaż usłyszała raptem kilka jego zdań.
      Nie zdążyła odpowiedzieć, bo dołączyła śmiechem do ekipy, chociaż przecież nie mogła wiedzieć nic na temat jego dojrzałości. Tylko śmiech był zaraźliwy, a ona miała na niego wybitnie niską odporność.

      — Bycie agentką nieruchomości mi nie grozi, więc nie musisz się psychicznie przygotowywać — zapewniła, patrząc na niego już nie ukradkiem, a wprost, błądząc po jego twarzy wzrokiem. — Dalej gram, mam stały angaż i sporo dodatkowych fuch — cztery lata temu miała pojedyncze fuchy, a o angażu mogła zapomnieć, bo nijak byłaby w stanie dostosować swój kalendarz do tego Cartera.

      — Ej, a mieszkasz dalej z tą lampą, czy się jej w końcu pozbyliście? — zapytał Marek, któremu nie dawała spokoju albo lampa, albo jej cena, która była absurdalna dla przeciętnego człowieka. W zasadzie dla nieprzeciętnego też powinna.

      — Już tam nie mieszkam. Siedzę teraz na Brooklynie, w sumie nie aż tak daleko stąd — odpowiedziała, zezując na pracownika PW Constructions, by po skończeniu zdania przestać zezować, a spojrzeniem wrócić do twarzy Pawła. Na chwilę nawet zahaczyła o oczy, ale niezbyt długo, bo za stara była, żeby czuć tą miękkość w kolanach, którą potrafiły wywołać. — Nie mam lampy za cztery koła. Ale mam taką z przerobionego manekina, więc pewnie też by ci się nie spodobała… — dodała, ale wzroku od Pawła nie odwróciła, ciekawa czy wyłapał. Albo raczej załapał, że nie mieszkała już w wielkim apartamencie na Manhattanie. Nie mieszkała już z nim.

      — Często tu jadacie? Macie jakąś budowę niedaleko? — zapytała, jakby nigdy nic i sięgnęła po następnego tacosa, przy którym już całkowicie przestała zachowywać pozory, bo połowa zniknęła w jej ustach, które, ostatnimi podrygami dobrego wychowania, zakryła serwetką na czas rozprawiania się z szarpaną wołowiną.

      Tammy

      Usuń
  24. Tamsin, gdy tylko uporała się ze sprawami spadkowymi, byłą teściową, żałobą i pustką, jaką pozostawił po sobie Carter w końcu pozwoliła sobie na coś, czego jedynie przedsmak miała chociażby przy Pawle. Pozwoliła sobie wyciągnąć kij, który nakazywał ciągle zachowywać wyprostowaną postawę, jakby od tego zależało jej życie. W sumie to trochę tak było, ale Tammy ciężko było go ciągle wkładać i wyjmować, więc na wiele lat przyjęła go za stały punkt zapewniający jej względny spokój. A teraz nie było Cartera, nie było jego matki, która miała dużo do powiedzenia i nie było ciągłej presji, którą Tamsin na sobie czuła. Znacznie swobodniej czuła się, kiedy sama musiała martwić się o swoje rachunki niż w złotej klatce, którą z dużą pieczołowitością wybudował dla niej Sullivan i było to widać.

    — Spomiędzy pośladków niekoniecznie, ale z głowy wystaje ta żarówka… I z ręki,wygląda trochę jak kula do wróżenia — odpowiedziała z dumną miną, bo lampę zrobiła sama. Przepłaciła to zaciętym palcem, kilkunastoma przekleństwami i zniechęceniem do siebie pana z budowlanego, bo potrzebowała jego szczerej rady przy wyborze czarnego spreya, a on nijak wydawał się widzieć różnicę między ultra black a extra black, którą Tamsin zauważała gołym okiem. Było jednak warto, bo chociaż lampa była faktycznie wątpliwej urody i straszyła ją czasami w nocy, to była jedną z pierwszych rzeczy, którą przytargała po przeprowadzce. Symboliczny artefakt jej samodzielności.

    Swoboda z jaką wszystko toczyło się wokół wpłynęła bezpośrednio na samą Tamsin, która też swobodnie się czuła. Jakby Marek, Jarek i Samir byli jej starymi znajomymi – takimi, co to się z nimi za dużo nigdy nie gadało, ale zawsze było o czym i można było się z czegoś pośmiać. Początkowa niepewność, rodzaj pewnej nerwowości poszedł w zapomnienie równie szybko, co chwilowy brak języka w gębie, gdy Paweł się z nią przywitał. Nie była nastoletnią pensjonariuszką, żeby zaraz rumienić się przez samą uwagę przystojnego mężczyzny, ale jego zerknięcia – te krótsze i dłuższe – sprawiały jej nieprzyzwoitą przyjemność, do której mogłaby się przyzwyczaić. W zasadzie to już kiedyś nawet zaczęła i dopiero teraz, kiedy znowu je na sobie poczuła, przypomniała sobie jak miłe to było.

    Właśnie brała kolejnego gryza, gdy Jarek wytknął szeroki wachlarz usług, jakie oferował Paweł. Nie zakrztusiła się, nie zareagowała też w żaden inny sposób zdradzający jakąś większą emocję, a jedynie zerknęła na niego mniej ukradkiem. W jej życiu nie było mężczyzny – nikogo na stałe, kto zostawiłby u niej swoją szczoteczkę, czy miał swoje kapcie w przedpokoju. No może poza Noah, ale Noah miał szesnaście lat, szczoteczkę mieszkanie obok a w kapciach wchodził zazwyczaj swoich, bo Tamsin nienawidziła chodzenia w butach po jej czterech kątach. Czy w jego życiu ktoś był? Ktoś trzymał swoją szczoteczkę obok jego? Przyniósł mu czasami herbatę, kiedy siedział nad fakturami przy kuchennym stole? Dała sobie chwilę na zbłądzenie myślami w tych rewirach, szybko się z nich wycofując w niepewności, czy chce znać prawdę. Życzyła mu jak najlepiej, ale sama zachowała dziwny względem niego sentyment, który pobudzony przez to spotkanie spowodował, że jakakolwiek byłaby odpowiedź na te pytania, to żadna nie sprawiłaby jej większej radości.

    Od śmiechu jeszcze nie bolał jej brzuch, ale chyba tylko dlatego, że siły musiała rozdzielić między tacosy a chichot, bo dopiero przy trzecim tacosie kiszki przestały kręcić się w rytmie samby.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Przez najbliższy tydzień mam próby niedaleko, więc…. — powiedziała cicho, tak, by właściciel przbytku jej nie usłyszał, ale za to Paweł już z całą pewnością — Hector, jutro muszę koniecznie spróbować burrito, bo tacosy… Amigo mío, está delicioso! — zawołała dumna jak paw z odkopanego jeszcze z czasów licealnych, hiszpańskiego. Pablo próbował wrócić do Polski, Tamsin się usamodzielnić, a Hector najwyraźniej lubił komplementy odnośnie swojej kuchni, bo odkrzyknął po hiszpańsku coś, czego nie dało się dobrze usłyszeć przez śmiech przy stole. Minę miał przy tym jednoznaczną – Tamsin może nie na najlepsze kąski, ale przynajmniej na dobrą energię mogła liczyć, gdyby odwiedziła to miejsce ponownie.

      — W Operze Metropolitalnej. W Carnegie Hall nie mają swojej własnej, stałej obsady, ale raz tam grałam z takim projektem… Z jedną z fuch — nie zagłębiała się w szczegóły. Była nauczona, że ludzie dzielą się na dwa typy, z czego każdy z nich lubiła w zasadzie po równo. Byli ci, który sami byli związani z muzyką klasyczną, albo byli ogromnymi fanami i byli ci, którzy zasypiali w Carnegie Hall. Ona, gdyby nie to, że remont mieszkania w pojedynkę postawiła sobie za punkt honoru, pewnie zasnęłaby w budowlanym, gdzieś między sekcją wkrętów i gwoździ, a muszli toaletowych i armatury, więc nie miała Pawłowi za złe. W sumie, to nawet niespecjalnie mu się dziwiła, bo sama przy muzyce klasycznej czasami zasypiała. Jednym jest grać, innym słuchać.


      — Na stałe gram głównie tło. Siedzę często w takim kanale… Takiej dziurze niemal pod sceną, że tylko czubek głowy i czubek smyczka widać, jak gram — wyjaśniła, nie zdając sobie sprawy a kropli sosu, który został jej w kąciku ust. — Teraz jestem poza sezonem, to gram dużo na ślubach, zaręczynach… W przyszłym tygodniu będę nagrywać część ścieżki dźwiękowej dla Netflixa. Ale tak, nadal to są te rzeczy, które mogą lecieć w zapętleniu — zaśmiała się krótko, zamknęła usta i przejechała językiem po zębach, sprawdzając, czy przypadkiem zdradziecka pietruszka nie została jej między zębami. Najgorzej. Gdyby wciąż się tak szeroko śmiała z zieleniną między jedynkami – może ze wstydu by się nie spaliła, ale głupio tak.

      — Nie pytam, czy nadal remontujecie chaty bogatym ludziom, bo Brownstone samo to sugeruje…— zaczęła, ale nie dokończyła, bo Marek nie wytrzymał.

      — Bogatym? Tamsin, to są czasami rudery z których można byłoby jedynie kable na złom powyciągać, bo do niczego innego się nie nadają a ci ludzie są gotowi zapłacić każdą cenę, byle bliżej centrum mieszkać!

      — Zupełnie, jakby metro gryzło — mruknął Jarek.

      — Metro nie, ale szczury potrafią — zauważył przytomnie Diego.

      — Jak się nie myjesz, to cie gryzą.

      — Spieprzaj Luis, nigdy mnie nie pogryzły, a przynajmniej metra potrafię używać, bo jestem z Nowego Jorku, a nie z jakieś wiochy Rhode Island…

      — Pablo jest z Gdańska i potrafi używać, więc wypad mi z tym wytykaniem pochodzenia.

      — Niewiarygodne… — westchnął Samir, przypominając przy żywych kolegach starca, chociaż był w ich wieku.
      — Tamsin, a Ciebie ugryzł szczur w metrze? — zapytał Jarek.

      Usuń
    2. — Nie, ale widziałam kilka takich, które mogłyby zjeść kota lub małego psa… Moja sąsiadka ma takiego małego, że ten szczur był na bank większy — stwierdziła pewnie i wyciągnęła telefon. Pokazała im zdjęcie chihuahuy tak małej, że zdawała się mieścić na jej dłoni. — Według niej najlepszy pies dla samotnych ludzi, bo bierzesz do kieszeni i zawsze jest przy tobie — mruknęła, trochę specjalnie o to zahaczając, a trochę wmawiając sobie, że przecież tak było.

      Pani Lahmanowa w istocie mówiła o tym, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka i ze swoją “Aferką”, której imię dla Tamsin było przypadkowym zbitkiem liter, chodziła wszędzie. Ilekroć Tamsin pomagała jej z zakupami, albo była przez nią zaganiana do kuchni na domowy posiłek, musiała patrzeć pod nogi, by Aferki przypadkiem nie szturchnąć. Albo najlepiej wcale obok niej nie przechodzić, bo maleńka suczka bardzo lubiła zaczepiać nogawki. W zasadzie to nawet nie nogawki, a kostki Tamsin, przez co te miała bardzo często naznaczone maleńkimi, ostrymi ząbkami.

      — Wy znaleźliście dwie puszki pod prysznicem, a ja jak wyburzyłam ściankę w mieszkaniu odkryłam, że między płyty z karton-gipsu nie musi iść wełna szklana, tylko świerszczyki wymieszane ze starymi egzemplarzami “Strażnicy”... Pytanie, czy materiały dostarczała ta sama osoba — stwierdziła i przesunęła ostatniego tacosa na środek stołu. — Najadłam się. Jak ktoś ma ochotę, to niech się częstuje.
      Tammy

      Usuń
  25. Przez chwilę Valentina nie odpowiedziała. Patrzyła na Pawła, kiedy ten powoli zsuwał maskę z twarzy, i dopiero wtedy uświadomiła sobie, jak bardzo przez ostatnie kilkadziesiąt minut przyzwyczaiła się do tego kawałka czarnego materiału oddzielającego ich spojrzenia. Nagle zniknął. Bez żadnej wielkiej ceremonii, bez teatralnego gestu, a jednak wraz z nim zniknęła ostatnia rzecz, która przypominała jej, że tego wieczoru mieli być dla siebie anonimowi. I chyba właśnie dlatego przez moment po prostu na niego patrzyła.
    Pamiętała jego twarz. Oczywiście, że pamiętała. Nie tak dokładnie, jak wtedy, kiedy widywała go niemal codziennie na budowie, ale wystarczająco dobrze, żeby bez większego problemu połączyć mężczyznę stojącego przed nią z młodym Polakiem sprzed ośmiu lat. Niektóre szczegóły wspomnienia zdążyły się przez ten czas rozmyć. Zmieniła się fryzura, rysy twarzy stały się odrobinę dojrzalsze, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś, czego dwudziestosiedmioletni Paweł jeszcze nie miał. Doświadczenie. Pewność siebie, która nie wynikała już wyłącznie z zawadiackiego charakteru, ale również z życia, które zdążył sobie zbudować.
    A jednak nadal był dokładnie tym samym człowiekiem. Ten sam krzywy uśmiech. Ten sam rozbawiony błysk w oku. Ta sama twarz, która osiem lat temu potrafiła sprawić, że nagle wszystkie niezwykle pilne pytania dotyczące drzwi, fug i postępu prac wydawały jej się najważniejszymi rzeczami na świecie.
    Valentina uniosła lekko brew, opierając się biodrem o balustradę.
    — Muszę przyznać, że trochę się zawiodłam — zawiesiła głos, jakby poważnie rozważała swoje następne słowa. Zmrużyła powieki i nieco nachyliła w stronę mężczyzny, uważnie przyglądając się jego twarzy. — Liczyłam, że po ośmiu latach zobaczę na twojej twarzy chociaż kilka zmarszczek, a tutaj takie rozczarowanie. — cmoknęła, teatralnie kręcąc głową. Zaraz potem puściła mu zawadiackie oczko, ale tym razem nie odwróciła od niego spojrzenia tak szybko, jak zrobiłaby to osiem lat temu.
    Sięgnęła dłonią do własnej maski, nagle czując coś dziwnie podobnego do niepewności. Przez cały wieczór to ona była tą, która miała przewagę. To ona wiedziała, kim jest stojący przed nią mężczyzna, podczas gdy on musiał cierpliwie przekopywać własne wspomnienia, próbując odnaleźć w nich odpowiedź. Teraz sytuacja się zmieniła. Paweł znał już jej imię i nazwisko. Wiedział, kim była wtedy. A mimo to zdjęcie maski wydało jej się nagle czymś bardziej osobistym, niż powinno.
    Może dlatego, że przez ostatnią godzinę mogła być po prostu kobietą w czarnej sukni, z kieliszkiem w dłoni i tajemnicą, której nie zamierzała nikomu zdradzać przed północą. Teraz znowu była Valentiną. Tą samą Valentiną, którą Paweł pamiętał sprzed ośmiu lat.
    Poczuła lekkie łaskotanie gdzieś pod żebrami. Tym razem towarzyszyło mu jednak coś jeszcze — odrobina podekscytowania i, ku jej własnemu zaskoczeniu, niewielkie zawstydzenie. Zupełnie irracjonalne. Przecież nie miała już dwudziestu jeden lat. Nie musiała się zastanawiać, czy dobrze wygląda, czy przypadkiem nie zrobiła czegoś głupiego i czy mężczyzna stojący przed nią rzeczywiście uważa ją za atrakcyjną. A jednak, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, przez krótką chwilę poczuła się niemal tak samo jak wtedy.
    W końcu wsunęła palce pod krawędź czarnej maski i ostrożnie ją zdjęła, przy okazji zahaczając dłonią o upięte z tyłu włosy. Kok lekko się rozluźnił, a kilka jasnych, blond pasm wysunęło się spod niego i opadło miękko na kark oraz skroń. Valentina poprawiła je odruchowo, ale po chwili zrezygnowała z dalszych prób ujarzmienia fryzury.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwilę po prostu stała naprzeciwko niego, czując dziwną mieszaninę swobody i lekkiego napięcia. Było w tym coś niemal absurdalnego. Przecież znał już jej imię. Wiedział, kim była jej rodzina. Wiedział nawet, że osiem lat temu przychodziła na budowę zdecydowanie częściej, niż wymagał tego jakikolwiek etap prac. A mimo wszystko dopiero teraz, kiedy mogli zobaczyć swoje twarze bez masek, naprawdę poczuła, że tamten rozdział został zamknięty. I że być może właśnie otwierał się kolejny.
      — I jak tam twoja pamięć? — zapytała w końcu, odkładając maskę na bok, i przechylając lekko głowę. — Aż tak bardzo się zmieniłam?
      Valentina doskonale wiedziała, że przez osiem lat zmieniło się w niej znacznie więcej niż tylko kolor włosów, teraz mocno rozjaśniony słońcem, czy sposób, w jaki je upinała. Nie była już tą samą dziewczyną, którą Paweł pamiętał z budowy. Dojrzała, zmieniła priorytety, nauczyła się znacznie lepiej rozumieć siebie i własne potrzeby. Regularna joga i sport również zrobiły swoje — sylwetka stała się smuklejsza i bardziej wysportowana, a rysy twarzy z czasem nabrały wyrazistości. Czas nie zabrał jej jednak tego, co pamiętała z tamtych lat. Po prostu nadał temu zupełnie inny charakter.
      — Wiesz… — zaczęła z uśmiechem majaczącym w kącikach ust. — Jednym z moich talentów jest to, że nigdy nie zapominam twarzy. Zdarza się, że imiona umykają mi zaraz po tym, jak ktoś się przedstawi, ale twarze będę pamiętać do końca życia — wyjaśniła, a kącik jej ust uniósł się wyżej. — Tym bardziej takie przystojne.
      Valentina nie spuściła wzroku. Wypowiedziała te słowa z taką samą swobodą, z jaką chwilę wcześniej żartowała z braku zmarszczek na jego twarzy. Nie było w jej głosie ani odrobiny zawahania czy próby wycofania się z tego, co właśnie powiedziała. Po prostu uznała to za fakt. Paweł był przystojny. Był już wtedy, osiem lat temu, i przez ten czas najwyraźniej niewiele się w tej kwestii zmieniło.
      — Nie patrz tak — dodała po chwili, kiedy zauważyła jego reakcję, a na jej ustach pojawił się rozbawiony uśmiech. — Przecież powiedziałam tylko prawdę.
      Valentina również przesunęła wzrok na szklane drzwi tarasowe, za którymi większość gości zdążyła już zdjąć maski, a przyjęcie dopiero teraz zaczynało się na dobre. Znała Richarda wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że jeśli coś sobie zaplanował, prędzej czy później doprowadzi to do końca. A biorąc pod uwagę grupę inwestorów, która właśnie zaczynała się zbierać wokół niego, Paweł rzeczywiście mógł za chwilę zostać siłą wcielony do kolejnej rozmowy o interesach.
      Na szczęście wciąż pozostawali w nieco ocienionej części tarasu, więc istniała szansa, że Richard i jego goście nie zauważą ich tak prędko. Chociaż Valentinie przyszła do głowy również druga możliwość. Richard doskonale wiedział, gdzie — i przede wszystkim z kim — zniknął Paweł. Być może właśnie dlatego od kilkunastu minut nawet nie próbował go szukać. Może po prostu postanowił podarować im odrobinę prywatności.
      — Zawsze mogę powiedzieć, że to ja cię dzisiaj porwałam i nie zamierzam tak łatwo wypuścić — rzuciła pół żartem, pół serio, ponownie spoglądając na mężczyznę. — Myślisz, że odmówią kobiecie?

      Usuń
    2. Roześmiała się głośno, słysząc żart mężczyzny o bankierze z Connecticut. Sama myśl o tym była tak absurdalna, że nawet przez chwilę nie potrafiła potraktować jej poważnie. Przez ostatnie osiem lat ani razu nie pomyślała na serio o małżeństwie. Tym bardziej nie potrafiła wyobrazić sobie siebie u boku nudnego bankiera, który całe dnie spędzałby w garniturze, a wieczorami opowiadał jej o rynku nieruchomości.
      Oczywiście, w jej życiu pojawiali się mężczyźni. Było kilka krótszych i kilka nieco dłuższych relacji, kilka zauroczeń, które kończyły się równie szybko, jak się zaczynały, i parę takich, którym przez moment wydawało się, że mogą przerodzić się w coś poważniejszego. Żadna z nich jednak nie doprowadziła jej do miejsca, w którym rzeczywiście chciałaby dzielić z kimś życie. Nigdy też szczególnie tego nie żałowała. Miała własną pracę, własny biznes i życie, które przez ostatnie lata urządziła dokładnie tak, jak chciała. Nie czuła, że brakuje jej drugiej osoby, żeby uznać je za pełne.
      Spojrzała ponownie na Pawła i uśmiechnęła się pod nosem. Musiała przyznać, że los miał wyjątkowo dziwne poczucie humoru.
      — Bankierzy nie są w moim typie — odpowiedziała, kręcąc głową. — Preferuję budowlańców z Polski. Nie pamiętasz?
      Wypowiedziała to z taką naturalnością, jakby właśnie stwierdziła coś absolutnie oczywistego. Dopiero po chwili uśmiechnęła się szerzej, obserwując jego reakcję. Było coś niezwykle przyjemnego w tym, że po tylu latach mogła pozwolić sobie na tak bezpośrednią uwagę. Osiem lat temu prawdopodobnie spaliłaby się ze wstydu na samą myśl o powiedzeniu czegoś podobnego. Teraz była już wystarczająco dorosła, żeby nie przejmować się tym, czy przypadkiem nie zdradza zbyt wiele. Zwłaszcza że Paweł sam przed chwilą zrobił dokładnie to samo.
      — Ale spokojnie — dodała po chwili z uśmiechem. — Nie poślubiłam żadnego bankiera. Ani budowlańca. Ogólnie nikogo nie poślubiłam, więc nie musisz się martwić. Twój smoking jest przy mnie bezpieczny.
      Stwierdziła to z rozbawieniem, a następnie bez większego zastanowienia musnęła opuszkami palców ramię marynarki Pawła, zdejmując z materiału drobny płatek, który zapewne opadł z któregoś z ustawionych w sali bukietów.
      — Przez te osiem lat zdążyłam zrobić kilka rzeczy — powiedziała w końcu, wracając spojrzeniem do Pawła i uśmiechając się delikatnie. — Mam własną firmę. Prowadzę pracownię ceramiczną. Mieszkam nad nią, więc właściwie nie muszę nawet wychodzić z domu, żeby pójść do pracy. — zaśmiała się cicho, wzruszając lekko ramionami.
      Przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, czy właśnie na tym powinna zakończyć swoją odpowiedź. W końcu na jej ustach pojawił się lekko rozbawiony uśmiech.
      — Założyłam też plantację truskawek, mięty i rozmarynu — dodała Valentina z taką powagą, jakby właśnie wymieniała kolejne poważne przedsięwzięcie biznesowe. — Poza tym trenuję jogę, więc jeśli kiedyś będziesz potrzebował kogoś, kto jednocześnie ulepi ci filiżankę, sprzeda koszyk truskawek i wygłosi wykład o prawidłowym oddychaniu podczas medytacji, to chyba wiesz, do kogo zadzwonić.
      Przez chwilę obserwowała jego twarz, jakby próbowała odgadnąć, która z tych informacji najbardziej go zaskoczyła.

      Valentina

      Usuń
  26. [Nie mogę przejść obojętnie obok buźki Theo Jamesa, bo sama kiedyś użyczałam jej sobie do tutejszej postaćki. Paweł jest cudowny! ♥ Uwielbiam polskie akcenty na naszym blogu, a w końcu Polaków w USA nie brakuje. ;>
    Życzę od groma weny i udanego pobytu - oby jak najdłuższego. :)]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  27. Angela i Cody mniej więcej w połowie studiów postanowili, że po ich zakończeniu będą chcieli wspólnie wynająć mieszkanie, by w ten symboliczny sposób wkroczyć w dorosłość. Maxine podeszła do ich pomysłu z ostrożnością, nie mówiąc ani tak, ani nie. Nie wiedziała przecież, co będzie za tych kilka lat. Poza tym, najzwyczajniej w świecie dobrze mieszkało jej się z rodzicami. Miała swój pokój, całkiem duży i przestronny, bo usytuowany na ostatnim pięterku kamienicy typu brownstone na Brooklynie, a gdyby tego było mało, również swoją łazienkę. Także jej rodzice pozostawali znośni, będąc na dobrą sprawę najzwyklejszymi rodzicami w świecie, przez co nie znajdowała innego powodu ku wyprowadzce, jak chęć usamodzielnienia się, a ta nie była duża, lub – może inaczej – Max nie podzielała zdania, że usamodzielnienie się równało się wyprowadzce z rodzinnego domu. Można było mieszkać na drugim końcu kraju, a pozostawać kompletnie zależnym od rodziców, prawda?
    Jedynym, czego się nie spodziewała, to to, że koniec studiów nadejdzie tak szybko. Jeszcze nie tak dawno temu, bo początkiem października rozpoczynała wieńczący kilkuletnią naukę rok akademicki, a dziś była po obronie pracy dyplomowej i rozglądała się za pracą, tak dorywczą, by mieć jakiekolwiek źródło dochodu, które dotychczas stanowiło stypendium, jak i taką, w której mogłaby zacząć zdobywać pożądane w branży filmowej doświadczenie, choćby jej rola miała początkowo sprowadzać się do kupowania pozostałym pracownikom kawy.
    W tym czasie dwójka jej przyjaciół żyła poszukiwaniem mieszkania, dokładnie tego, które wymyślili sobie w połowie studiów i trzeba było przyznać, że los postanowił się do nich uśmiechnąć. Okazało się bowiem, że wujek Angeli, młodszy brat jej mamy, posiadał mieszkanie na wynajem. Poprzedni lokatorzy, zbieranina zupełnie przypadkowych ludzi, zostali pokierowani przez życie zupełnie gdzie indziej i wszyscy wypowiedzieli umowy niemal w tym samym czasie, przez co wujek Angeli zmuszony był poszukać minimum trójki nowych lokatorów. Cóż, miał już dwójkę.
    Mieszkanie znajdowało się w Ridgewood i z tego, co Angela przekazała Maxine i Cody’emu, potrzebowało remontu. Nie generalnego, a odświeżenia. Liam, wspomniany wujek Angeli, powiedział, że pokryje całkowity koszt remontu, pod warunkiem, że nie będzie musiał użerać się z ekipą remontową i wszystko załatwi Angela. Poza tym, jako że jeden z pokoi miała zajmować jego siostrzenica, a dwa pozostałe jej przyjaciele bądź znajomi, miał liczyć ich wyłącznie za czynsz i media, bez dodatkowego zysku dla siebie, bo aktualnie zależało mu tylko na tym, by mieszkanie nie stało puste i nie przynosiło mu strat. To była więcej, niż dobra propozycja, dlatego Angela wzięła to na siebie. Zajęła się szukaniem ekipy remontowej, zdążyła pokłócić się z Codym o to, które z nich weźmie większy pokój i jednocześnie usilnie namawiała wciąż niezdecydowaną Max na to, by ta zamieszkała z nimi.
    Ponieważ Maxine nadal nie wiedziała, czy chce się wyprowadzić od rodziców i nie wiedziała tego wciąż, kiedy trzy tygodnie później czekała w mieszkaniu na Ridgewood na Pawła Wysockiego – tak było napisane na karteczce, którą dostała od Angeli, tuż pod nazwą firmy PW Constructions i numerem telefonu – aby omówić szczegóły czekającej ich przeprawy remontowej. Nie było z nią ani Angeli, ani Cody’ego. Angela wróciła w rodzinne strony i najbliższy miesiąc miała spędzić w Baltimore, podczas gdy Cody wyleciał razem z rodzicami na Florydę i miał wrócić dopiero za tydzień. To, że ona, na ten moment najmniej zainteresowana, miała rozmawiać z szefem ekipy remontowej, nieco ją bawiło. Stąd uśmiechała się do siebie, kiedy siedziała na kanapie i wpatrywała się w karteczkę, starając się wymówić imię obcokrajowca. Finalnie zrezygnowała, decydując się na to, że Pablo, jak przekazała jej Angela, brzmi równie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był czwartek, godzina szesnasta. Umówieni byli na szesnastą z minutami uwzględniającymi tę niezbędną poprawkę na nowojorskie korki, a raczej to Angela była umówiona. Maxine nie miała pewności, czy przyjaciółka przekazała, że nie będzie jej na spotkaniu i wcale by się nie zdziwiła, gdyby tego nie zrobiła. Nie było jednak czasu się tym przejmować, bo o szesnastej pięć rozległo się głośne pukanie do drzwi, na które Max poderwała się ze starej, zmęczonej życiem kanapy i podeszła do drzwi, po drodze karteczkę z danymi wciskając do tylnej kieszeni jeansów.
      Przekręciła zamek i otworzyła. Od razu na oścież, mocno pociągając drzwi do siebie, a że była niska, to jej wzrok najpierw zatrzymał się na wysokości męskiej piersi, by dopiero po tym powędrować wyżej. Kiedy sięgnął twarzy Pablo – najprawdopodobniej Pablo, bo nikogo innego się nie spodziewała – Maxine mocniej zacisnęła palce na przytrzymywanej krawędzi drzwi w obawie przed tym, że jej kolana ugięły się nie tylko metaforycznie, ale też zupełnie prawdziwie.
      — Dzień dobry — przywitała się wyjątkowo cicho i słabo, jakby zapomniała przysłowiowego języka w gębie. — Pan Pablo? — upewniła się, tym razem wyjątkowo przytomnie jak na to, jak się poczuła, choć w zasadzie było jej obojętne, czy to był Pablo czy to nie był Pablo, póki kolana nadal jej miękły, co było dla niej tak niespotykane, że złapała się drzwi także drugą dłonią, a nawet trochę się za nimi schowała, bo zaczęła odczuwać lekkie zawstydzenie, nadal jednak nie na tyle mocne, by oderwać spojrzenie szeroko rozwartych, brązowych oczu od stojącego w progu człowieka, który, cóż… Maxine nie wiedziała, który, co, ale przez to co trzymała się tych drzwi tak, jakby zależała od tego jej najbliższa przyszłość.

      [Przybywam z obiecanym rozpoczęciem, mam nadzieję, że jest w porządku, a gdyby nie było w porządku i coś się nie zgadzało, krzycz, a się poprawię ^^]

      MAXINE RILEY

      Usuń
  28. Rei przez dłuższą chwilę wbijała w Pawła takie spojrzenie, jakby powiedział coś pokręconego, a jej usta drżały lekko z powstrzymywanego śmiechu, ale przegrywała tę walkę z każdą kolejną sekundą. Z Pawłem mogła żartować, śmiać się, nic nie było poważne, bo to, co lubiła w tej relacji, to to, że ze wszystkiego dało się zrobić coś śmiesznego. Taka przyjaźń była jej potrzebna, bo nie wymagała od niej niczego trudnego, żadnego przyznania się do tego, że jest jej trudno, że rzygała wczorajszej nocy i ogólnie to ma dość siebie, życia i czasem też swoich książek – tu i teraz była po prostu Reilynn Bothwell, która uznała, że świetnym pomysłem będzie wyjazd z Nowego Jorku, aby oderwać się od miastowego chaosu. Nie przewidziała tylko, że został jeszcze jej chaos i ten Pawła.
    — Przepraszam, ale czy ty właśnie aspirujesz do bycia krasnoludem premium? — zapytała w końcu, unosząc brew. — Wersja limitowana, bez brody do pasa, z własną firmą, ciężarem emocjonalnym i uprawnieniami do naprawiania rur? Cenisz się, co?
    Wyciągnęła jednego żelka z paczki, ale zamiast podać go od razu Pawłowi, uniosła słodycz między palcami i oceniła badawczo spojrzeniem.
    — I zanim zaczniesz protestować, że „krasnolud” brzmi mało okładkowo, przypominam, że połowa moich czytelniczek zakochałaby się w facecie, który w środku oblężenia zamku powiedziałby: „najpierw zabezpieczę belkę nośną, potem możemy porozmawiać o uczuciach”. To jest prawdziwa fantazja, bardzo erotyczna dla osób, które choć raz wynajmowały mieszkanie z cieknącą rurą.
    Oczywiście, że żartowała i szła w narrację krasnoluda-hydraulika, który bardziej niż jakąś królewną przejąłby się tym, że coś stoi niezbyt równo. Zaraz potem podała mu żelka i oparła się wygodniej o siedzenie. Przez moment patrzyła przez szybę, obserwując widok; zieleń zaczęła przejmować krajobraz, słońce świeciło mocno, a miasto coraz bardziej i bardziej się kurczyło.
    Tak naprawdę wymyśliła ten wyjazd, bo nie tylko Paweł potrzebował odpocząć. Ona chyba także. Poza tym być może to był ten moment, w którym powinna zrobić coś szalonego, skoro doktor Reed twierdził, że jej morfologia wyszła tak sobie. Jeśli miała umrzeć za miesiąc, rok albo za kilka lat, to miło będzie wrócić pamięcią do momentu, w którym jak totalna idiotka wyjechała z Nowego Jorku, chcąc przeżyć jakąś przygodę życia.
    — Jeśli coś zje cię w lesie — powiedziała, unosząc palec — będę oczywiście udawała smutek, ale tak ogólnie uznam, że to bardzo dobry materiał promocyjny dla moich książek.
    Uśmiechnęła się szerzej z miną przedsiębiorcy, który sprzedałby własną babcię, gdyby było to opłacalne. Rei, oczywiście, tylko sobie żartowała i choć były to żarty z kategorii raczej czarnego humoru, to przy Pawle nie musiała się przejmować, że zostaną one źle odebrane. Zerknęła przez szybę na tablicę reklamującą jakąś tutejszą knajpę i prawie poczuła ulgę. Postój oznaczał nie tylko jedzenie, ale też skorzystanie z toalety, a Rei szła za potrzebą, kiedy tylko było jej dane, aby później nie przesiedzieć trasy z miną zbitego psa i pełnym pęcherzem.
    — Jestem za — rzuciła więc, gdy Paweł sprawnie zarządził przerwę. Podała mu jeszcze jednego żelka, tym razem bez negocjacji, po prostu podsuwając mu go pod nos. — Proszę. Racja awaryjna dla krasnoluda, zanim zacznie gryźć kierownicę z głodu.
    Wypowiedziała słowo „krasnolud” z wyraźną satysfakcją, bo wiedziała, że temat niskiego, ale krzepkiego faceta z brodą był dla Pawła drażliwy. I lubiła to. Lubiła tę łatwość, z którą jedno i drugie rzucało absurdami i to bez żadnego filtra. Czasem liczyło się tylko to, które z nich powie coś głupszego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — I wiesz co? — odezwała się po chwili z błyskiem w oku. — Ta kobieta dla twojego krasnoluda nie będzie się naprawiała przez czterysta stron, spokojnie, będzie miała własne sprawy. Może własną siekierę… O! I zamek, w którym pękają rury! I wtedy pojawiasz się ty, cały w sadzy i z narzędziami. Wtedy ona spojrzy w twoją stronę i powie: „Nie potrzebuję ratunku”, a ty wskażesz tę przeciekającą rurę i rzucisz nonszalancko: „Może i nie, ale za pięć minut zaleje ci lochy”. — Parsknęła śmiechem. — I to, Pawle Wysocki, jest romantyzm!
      Auto zatrzymało się przy małej knajpce, która wyglądała tak, jakby od lat dziewięćdziesiątych nikt niczego w niej nie zmienił. Neon nad wejściem mrugał lekko zmęczonym światłem, szyby były oblepione starymi naklejkami z informacją o najlepszych naleśnikach w okolicy, a przy drzwiach stała tablica z kredowym napisem coffee, pie, breakfast all day.
      — Nic cię nie zje. Jesteś zbyt duży i pewnie nawet dobrze nie smakujesz — skwitowała, rzucając mu krótkie spojrzenie. — Poza tym babcia Mariolka i tak by nie uwierzyła w to, że jej ukochany Paweł został przez coś pożarty. No weź, albo zagadałbyś to coś, aż miałoby dość, albo to ty byś rozpalił ognisko i to przysmażył.
      Posłała w jego stronę uśmieszek, a potem wyszła ostrożnie z samochodu, łapiąc za swoją laskę. Knajpa z bliska wyglądała jeszcze bardziej jak miejsce, które mogło mieć w środku albo genialne frytki, albo ketchup pamiętający trzech ostatnich prezydentów. W oknie z boku migał neon z napisem OPEN, a za szybą widać było czerwone kanapy, metalowe serwetniki i tablicę z ciastami dnia.
      — Dobra — mruknęła i zerknęła w stronę Pawła. — Jeśli mają sernik z rodzynkami, wychodzimy. Są jakieś granice cywilizacji.
      Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, kiedy weszli do środka. Zapach uderzył ją od razu po przekroczeniu progu: smażony boczek, kawa, ciepłe pieczywo i syrop klonowy. Wnętrze było jasne, trochę krzykliwie i lepkie, ale dość przyjemne. Kilka osób siedziało przy blacie, ktoś przewracał gazetę, starsza para jadła naleśniki, a zza lady wyłoniła się kobieta w różowym fartuszku, z tapirowanymi blond włosami, mocnym makijażem i biustem tak imponująco zaokrąglonym i ewidentnie zrobionym, że Rei przez sekundę zapomniała, po co tu przyszła.
      — Witajcie, skarbeńki! — przywitała się miło. — Zajmijcie stolik, który chcecie, i wybierzcie sobie coś z menu. Zaraz do was podejdę, dobrze?
      Rei ruszyła przodem, zajmując miejsce przy oknie. Sięgnęła po menu, wodząc wzrokiem po daniach. Przez pierwsze kilka sekund próbowała zachowywać się rozsądnie, co oznaczało, że zerknęła w sekcję z sałatkami, ale nie minęła chwila, a zmarszczyła brwi i natychmiast przesunęła wzrok niżej, tam, gdzie były frytki, burgery, milkshaki i ciasta dnia.
      — Weźmy dwa różne ciasta, to podzielimy się po połowie, żeby spróbować więcej — zaproponowała nagle, jakby właśnie odkryła rozwiązanie jednego z większych problemów współczesnej gastronomii. Zerknęła w stronę Pawła. — To chyba dość ekonomiczne, co nie?

      Rei Bothwell 🍰

      Usuń
  29. — Chciałam zobaczyć, czy umiem wyburzać i okazało się, że umiem — powiedziała dumnie, nie wspominając o tym, że zrobiła to gdzieś między napadem dzikiej furii z powodu znalezienia się w takim, a nie innym miejscu w życiu, a ciemnej rozpaczy, która kazałaby jej załamać ręce i się poddać. W tamtym momencie potrzebowała poczuć sprawczość, zobaczyć efekt swoich działań, zrobić akcję, która wywoła natychmiastową reakcję. Cienka, kartonowa ściana była wręcz idealna, bo gdy od młotka zaczęły ją boleć przedramiona, mogła mocniejszymi kopnięciami wyrzuć się na niższej części.

    No i nie mogłaby poprosić Pawła o to, by zrobił to za darmo, bo nie odzywała się od kilku miesięcy, on nie był jej nic winien, a bezwstydna Tamsin odkryła, że jednak odczuwa wstyd. Zwłaszcza, że Paweł jako jeden z niewielu, wiedział. A wtedy wolała, żeby nie wiedział najlepiej nikt, a już w szczególności ktoś, kto zerkał na nią tak, jak on, słuchał jej uważnie i chyba cieszył się wtedy, gdy się z czegoś śmiała. Było jej przed nim wstyd, bo czuła się tak, jakby go oszukała, pokazując jedynie tą część, którą chciała być, zapominając o tym, kim była w rzeczywistości, a raczej kim się czuła.

    — Skoro są wśród nas żonaci, to wiedzę o roku wydania zostawię dla siebie… Powiem jedynie, że modelki pewnie są już babciami — mruknęła i wytarła usta serwetką, z niezadowoleniem odkrywając fakt, że nikt nie zwrócił jej uwagi, że się pobrudziła. Trudno.
    Gestem ręki kazała brać mu tacosa, bo przecież stygnie, a zimny tacos to wciąż dobry
    tacos, tylko, że zimny.

    — Zajebisty pies. Kieszonkowy, a ujada tak, że samym jazgotem odstrasza szczury — wtrąciła, bo chociaż Afera jej chyba nie lubiła, to ona ją już tak, bo lubiła każdego psa.
    Na jego pytanie odnośnie MET skinęła głową, ale nie mogła powstrzymać szerokiego, szczerego uśmiechu; jednego z tych, przy których pokazuje się wszystkie zęby. W istocie wiedziała i z każdą minutą tego spotkania wiedziała też, że dobrze, że do niego nie zadzwoniła, bo najwyraźniej tak miało być. Musiała poskładać swoje życie na nowo sama, bo może, gdyby zadzwoniła to i tak grałaby w MET, może wciąż zrobiłaby niewielki remont sama, ale nie wiedziała, czy wtedy czułaby tą siłę, którą odkryła w sobie dzięki samotności, w której ramiona wpadła.

    — Będę słodzić Hectorowi przez najbliższy tydzień, bo znalezienie tak dobrych tacosów w tym mieście graniczy z cudem. Później mam nagrania i w końcu zasłużone kilka dni wolnego, zanim zaczną się próby do sezonu — powiedziała i odchyliła się na krześle, by mocno się przeciągnąć. Gdyby nie to, że towarzyszyły dźwięki miasta – szum aut, rozmowy mijających ich przechodniów i roboty budowlane nie tak daleko, to dałoby się usłyszeć ciche chrupnięcie w plecach Tamsin. Potrzebowała wolnego, bo chociaż nabijała się z tancerzy, że tak często robią sobie przerwy, to jednak czuła, że i jej ciało potrzebuje odpoczynku. Odpoczynku, najlepiej przy jakimś basenie, albo mniej uczęszczanej plaży, chociaż teraz zadowoliłaby się nawet zwykłą kąpielą.
    Spojrzała na wyświetlacz telefonu i westchnęła ciężko.

    — Muszę zaraz…

    — Ej, Tamsin, no nie mów, że już nas opuszczasz — powiedział Jarek, który lekko szturchnął w bok Marka, jakby ośmielając go do realizacji pomysłu, który chodził któremuś po głowie. Tamsin nie wiedziała któremu, bo Marek zmarszczył brwi, próbując wyczytać coś z twarzy kumpla, a kiedy najwyraźniej telepatycznie, przekazali sobie informacje (może to przez te kleje do tapet), uśmiechnął się szeroko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No właśnie, tak szybko?! — rzucił Diego.

      — Jak szybko? Pojadłam, popiłam, muszę jeszcze mieć czas na powrót — wyjaśniła, a Diego zmarszczył brwi, jakby sobie coś przypomniał.

      — Czy ty przypadkiem nie miałaś prawka? — widząc, jak Tamsin posępnieje, aż klasnął w dłonie. — Wiedziałem! Pamiętałem! Nadal nie masz?

      Tamsin westchnęła ciężko i sięgnęła do torebki po portfel i z ociąganiem, budując teatralne napięcie, wyciągnęła plastik wydany raptem trzy lata temu.

      — Już mam.

      — To czemu drałowałaś tu z buta. Jest darmowy parking za rogiem — zmarszczył brwi Jarek, a Passalis w tym czasie schowała plastik z powrotem do torebki.

      — Mieszkam obok linii metra, pracuję obok linii metra… Zazwyczaj — wzruszyła ramionami, przemilczając fakt, że z mieszkania w którym miała próby będzie musiała iść do stacji dobre dwadzieścia minut, z dużą torbą i wiolonczelą i chociaż bywało to uciążliwe, to nawet lubiła ulgę, którą odczuwała za każdym razem, kiedy przekraczała próg własnego mieszkania. — Samochód odpalałabym od święta, więc…

      — No tak, mąż wozi… — mruknął Marek, a Tamsin wiedziała już, że na nią pora. Wytarła dłonie w mokre chusteczki, które wcześniej położyła na stoliku, zgarnęła papierową podkładkę, puszkę po napoju i torebkę.

      — Dupa nie wozi. Uciekam, bawcie się dobrze chłopcy. Do zobaczenia jutro — wyrzuciła z siebie w myśl zasady, że jak powie się dużo i szybko, to do wszystkich i tak trafiają ostatnie słowa. Równie sprawnie wywaliła śmieci do kosza i nim jeszcze minęła budkę z jedzeniem Hectora wyciągnęła telefon i wybrała numer, który może powinna była wybrać wcześniej, a który może miał być wybrany właśnie teraz.

      Miło było Cię zobaczyć - wystukała prędko i wysłała nim zdążyła się rozmyślić, wcześniej posyłając Pawłowi lekki, wyjątkowo tym razem, nieśmiały uśmiech.

      Tammy

      Usuń
  30. [Hej, hej, dziękuję za komentarz pod kartą Jonatana ❤️ Hah, a wiesz, że ja miałam nie dokonywać wizerunku? Ale tchnęło mnie, że może ktoś zarezerwuje i będę żałować, więc stało się, jak się stało, ale przecież Twój Paweł jest bardzo przystojnym mężczyzną!
    Wybacz też, bo nasz wątek się zakończył, ale po powrocie z urlopu stwierdziłam, że potrzebuję powiewu świeżości ^^
    Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twojej postaci!]

    Jonatan Barlett

    OdpowiedzUsuń
  31. Rei bardzo chciała powiedzieć, że wcale nie patrzyła, ale trochę by skłamała, więc jedynie prychnęła z oburzeniem.
    — To była obserwacja pisarska — oznajmiła w końcu, unosząc palec. — A ty raczej gapiłeś się jak facet, który albo dawno nie randkował, albo już się zastanawia, jak zagadać.
    Oczywiście, gdyby faktycznie chciał zagadać do tamtej kobiety, Rei zrobiłaby taktyczny odwrót i zniknęła w toalecie, żeby Paweł mógł wejść w tryb zdobywcy kobiecych serc.
    — Jesteśmy dorośli — powtórzyła po nim, kiwając głową. — To prawda. Nikt nam nie zabroni zamówić trzech deserów. Co najwyżej nasze trzustki złożą oficjalną skargę. —Przesunęła palcem po menu. — Apple pie obowiązkowo, sernik też, brownie… iiii może jeszcze blok czekoladowy z herbatnikami? — Zerknęła na niego z ukosa. — Bear Grylls pił własny mocz, my zjemy cztery desery. Każdy ma swoją drogę wojownika.
    Gdy kelnerka podeszła, Rei wzięła dla siebie talerz frytek z serem, bekonem i paprykową posypką oraz miętowego milkshake’a. Dopiero po chwili dotarło do niej jego wcześniejsze: nikt nic ode mnie nie chce. Powiedziane żartem, oczywiście. Wszystko u Pawła było raczej dość żartobliwe i nieco ironiczne. Tak właściwie nigdy nie słyszała, żeby jakoś narzekał, że jest mu źle albo że ma zły dzień. Rei znała jednak ten typ rozmowy, w której nigdy nie wybrzmiewało to, co działo się gdzieś wewnątrz, bo była mistrzynią w zasłonach dymnych. Nie wiedziała więc, co Paweł miał w głowie, ale zamiast pytać, czy wszystko w porządku, po prostu zorganizowała wyjazd za miasto.
    — To chyba dobrze — powiedziała, opierając łokieć o blat. — Że przez chwilę nikt nic od ciebie nie chce. — Uśmiechnęła się lekko. — Możesz przez kilka godzin nie być Pawłem od wszystkiego. No wiesz, tym Pawłem, który ogarnia budowę, telefon i klienta, który ma tylko szybkie pytanie, czyli tak naprawdę chce, żebyś naprawił mu pół życia. Możesz być po prostu Pawłem, który siedzi w knajpie sprzed epoki dinozaurów, planuje zjeść cztery desery i obraża arystokratkę z mojego nieistniejącego romansu o krasnoludzie.
    Rozsiadła się wygodniej, odgarnęła włosy do tyłu i wbiła wzrok w twarz Pawła, wracając do rozmowy o hipotetycznym bohaterze literackim.
    — A co do romansu z krasnoludem… to popełniasz podstawowy błąd narracyjny. Kobieta nie byłaby arystokratką, która chodziłaby za facetem i pytała: „panie krasnoludzie, kiedy skończycie?”, a doskonale wiedziałaby, czego chce, a chciałaby mieć w życiu i w łóżku zaradnego krasnoluda. I to jest romans. Nie dlatego, że bohaterka nie wie, czego chce, bo w tym rzecz!, ona dokładnie wie, czego chce, a chce tego, żeby ktoś w końcu przyszedł i naprawił coś bez proszenia się o to. A zaradny krasnolud jest atrakcyjny, bo nie wygłasza wielkich obietnic przy księżycu, po prostu przychodzi z narzędziami i ogarnia cały chaos.
    Właśnie wtedy obok ich stolika pojawiła się kelnerka z taką ilością talerzy, że Rei przez moment naprawdę uwierzyła, że kobieta posiada dodatkowe ręce ukryte gdzieś pod różowym fartuszkiem.
    — No dobrze, skarbeńki — oznajmiła z promiennym uśmiechem, stawiając najpierw przed Pawłem wielki talerz. — Big Mountain Breakfast dla pana. Ze wszystkim, co najlepsze! I cudownie chrupiące fryteczki dla pani.
    Kelnerka podsunęła Rei jej frytki z serem, bekonem i paprykową posypką. Ser ciągnął się już między kawałkami ziemniaków, a bekon był posypany tak hojnie, jakby kucharzowi sypnęło się za bardzo. Obok wylądował miętowy milkshake w szklance, z bitą śmietaną na górze i cienką zieloną smugą syropu spływającą po wewnętrznej stronie szkła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chwilę później kobieta wróciła z kolejnymi talerzykami, a Rei obserwowała to z narastającym poczuciem, że chyba wzięli za dużo tego wszystkiego. Apple pie przyszło pierwsze, ciepłe, z lekko zapadniętą skórką i kulką waniliowych lodów topniejącą na wierzchu, potem sernik i brownie. Na końcu kelnerka postawiła blok czekoladowy z herbatnikami.
      — I cztery desery dla moich wojowników — powiedziała kobieta, mrugając do nich. — Jak czegoś zabraknie, krzyczcie.
      Odeszła, zanim Rei zdążyła odpowiedzieć cokolwiek rozsądnego, a potem wbiła wzrok w śniadanie Pawła, które było chyba najbardziej okazałym daniem, które widziała w całym swoim życiu.
      — Wiesz co? — powiedziała z powagą, nachylając się nieco nad stołem. — Myślę, że nasza kelnerka coś od ciebie chce.
      Poruszyła sugestywnie brwiami i sięgnęła po frytkę, ostrożnie przeciągając ją przez roztopiony ser. Przez sekundę próbowała zachować przy tym jakąkolwiek elegancję, ale ser natychmiast utworzył długą nitkę ciągnącą się między talerzem a jej dłonią.

      Rei Bothwell 🍟🥤

      Usuń
  32. Zaraz po wysłaniu wiadomości, wrzuciła telefon z powrotem do torebki, jakby nagrzał się do czerwoności i miał ją poparzyć. Nie odważyła się go wyciągnąć aż do powrotu do mieszkania w którym odbywała się próba, co zrobiła bardziej w odruchu, niż żeby spojrzeć, co napisał Paweł. Bo wiedziała,że napisał – w końcu poczuła wibrację aparatu.

    — Co się tak szczerzysz? Ja wiem, że burrito dobre, ale aż tak… — spytał Victor, widząc minę Tamsin na wiadomość, którą odczytała.

    — Jadłam tacosy — mruknęła, zupełnie nie zwracając uwagi na ton głosu kolegi, który jasno zapraszał ją do przekomarzanek. Nie miała na to czasu. Jeśli Hector będzie miał ten kalendarz, to ja też chcę – wyślij.

    To była chyba jedna z najtrudniejszych prób w jej życiu i nie dlatego, że w nutach, które dostali były błędy, które wychwyciłby każdy, ale nie ktoś, kto bezmyślnie pisał z pomocą sztucznej inteligencji. Znienawidzone zajęcia z harmonii w końcu się na coś przydały, w szczególności, kiedy wytrąceni z równowagi zdzwonili się komisyjnie z kompozytorem i tłumaczyli mu, że zostawienie nierozwiązanej dominanty septymowej, to jak jedzenie samych rantów pizzy, bez samej pizzy. Tak się zwyczajnie nie robi, to krzywdzi ludzi. Ale Tamsin było to całkiem na rękę, bo dzięki tym błędom, miała chwile, by móc odpisywać Pawłowi, uśmiechając się przy tym jak nastolatka.

    — To ktoś nowy? — Victor nie dawał za wygraną, kiedy zostali sami. Skończyli później niż zakładali, ich znajomi wracali do Queens, a Tamsin zdecydowała się jeszcze chwilę posiedzieć, zanim zamówi ubera, bo nie widziała jej tułaczka nocnym metrem.

    — Co? — spytała, odrywając się od telefonu.

    — Gówno. Ten z kim piszesz, to ktoś nowy?

    — Nowo-stary. A jak tam Mario?

    — On nie nazywa się Mario…

    — Ale ma wąsa jak Mario.

    — A jak nazywa się ten nowy?

    — Nie… twoja… sprawa… — wydukała, dzieląc uwagę między kolegę, wiadomość do Pawła i ubera, którego najwyraźniej powinna była zamówić zaraz po skończeniu pracy. — Poza tym, to stary znajomy. Wpadliśmy na siebie w trakcie lunchu, nie widzieliśmy się cztery lata…

    — Masz jego zdjęcie? — spytał, nachylając się w stronę telefonu, który Tamsin odruchowo przytuliła do piersi.

    — Nie spoufalam się z altówkami, Vic — stwierdziła śmiertelnie poważnie, na co w odpowiedzi dostała środkowy palec.

    — To cie Mario więcej nie przyjmie poza kolejką na podcięcie grzywki — burknął niezadowolony.

    — Wiedziałam, że mówisz na niego Mario… Spadam, mój uber już jedzie — skłamała, ale trudno. Nie miała ochoty kontynuować rozmowy, ani dzielić czasu między kolegą, a odpisywaniem Pawłowi, o którego było stanowczo za dużo pytań.
    Krzywo docięta listwa była małym piwem przy kafelkach, które próbowała położyć w łazience, a od których nie przyznała się Pawłowi. Udało jej wyłożyć płytkami prysznic, ale na resztę pomieszczenia zabrakło jej cierpliwości, samokontroli i kleju, więc płytki leżały w piwnicy, czekając na moment, w którym Tamsin stwierdzi, że na nie już pora, w odpowiednim czasie X.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorastanie Tamsin pozbawione było tego dziwnego rodzaju ekscytacji, która towarzyszyła jej przy wymianie wiadomości z Wysockim. Mogła do niego zadzwonić, przez chwilę nawet chciała, tylko… Kto w dzisiejszych czasach rozmawiał przez telefon? Szybciej spotykała się z połączeniami z kamerką, a to nie wchodziło w grę – w mieszkaniu panował względny porządek, bo nawet nie miała kiedy nabałaganić, ale sama nie przypominała Tammy sprzed paru godzin. A przynajmniej nie taką Tamsin, którą chciałaby pokazać mężczyźnie, który jej się kiedyś podobał bardzo i przez którego uśmiechała się do telefonu, jak głupia. Zamiast naszykować sobie kolację, wstawić pranie, czy zrobić cokolwiek innego, co miała na liście do zrobienia, leżała na kanapie i wcale nie czekała na dźwięk powiadomienia informującego o przychodzącej wiadomości. Wcale. Tylko słuchała muzyki.
      Widząc wiadomość, że mają na coś iść zmarszczyła brwi. Przez chwilę czekała na zdjęcie, które może jeszcze nie doszło i w tym czekaniu stwierdziła, że wykorzysta tą chwilę na prysznic.
      Nie odpisywała Pawłowi przez następne piętnaście minut, a widząc, że jednak nic nie wysłał w końcu zwyczajnie zapytała, o co chodzi. Knicksi. Koszykówka, o której miała tyle pojęcia, co o polityce pieniężnej Wysp Zielonego Przylądka. Wiedziała, że są, kojarzyła ich kolory i to by było na tyle, ale się zgodziła, bo prawda była taka, że zgodziłaby się pewnie nawet na wspólne łowienie ryb, chociaż nie wiedziała, jak miałoby to wyglądać, skoro oboje z Pawłem lubili pogadać.
      W ciągu następnych kilku dni nie udało im się złapać. Próba w mieszkaniu Victora była jeszcze tylko raz, bo sąsiedzi chłopaka jasno dali do zrozumienia, że jego ćwiczenia wytrzymają, ale nie całego zespołu. Musieli się przenieść, więc przez następne kilka dni Paweł dostawał zdjęcia z różnych sal – od takich w wytłaczankami po jajach na ścianach, po profesjonalne studio, które ostatni remont miało prawdopodobnie w czasach świetności Cyndi Lauper.
      Jako sezonowa fanka, a raczej okazyjna fanka, bo nie chcąc wyjść na totalną ignorantkę nadgoniła ostatnie nowinki związane z drużyną, kupiła koszulkę Knicksów na tyle dużą, żeby później móc ją oddać Noahowi. Synowi sąsiadki, który, poproszony o wytłumaczenie jej zasad panujących w koszykówce najpierw ją wyśmiał, a później poświęcił ponad godzinę i kilkanaście kartek papieru, żeby wyjaśnić Tammy zasady. Coś mu się za to należało. I chociaż Tammy miała wybraną górę, to spodnie przebierała jakieś dziesięć razy, jakby od tego zależało jej życie. Może nie zależało, ale jej humor zależał, bo chciała wyglądać ładnie i chociaż wydrapałaby oczy każdemu, kto powiedziałby jej, że jest próżna, to taka bywała i z naturą nie miała zamiaru walczyć. Przynajmniej nie dzisiaj.
      Umówiła się z Pawłem pod stadionem, bo na mecz jechała prosto z próby, instrument zostawiając pod opieką Victora, który nie powstrzymał się ani od głupkowatych pytań, ani od komentarzy odnośnie nagłego zainteresowania Tamsin koszykówką. Nie skomentował jednak tego, że musiał czekać aż Tammy przebierze się w łazience przy sali ćwiczeń, ani tego, że wyszła z rozpuszczonymi włosami i w makijażu, którego wcześniej nie miała, a włosy przez pół dnia nosiła w gnieździe na czubku głowy.
      Nie wiedziała, co to ma oznaczać. Ani, czy ma to oznaczać cokolwiek i nie chciała o to pytać, bo odpowiedź już by coś narzucała. Mecz nie był czymś, dla niej codziennym. Niecodziennym było też spotkanie z Pawłem, bo prócz lunchu u Hektora, nie widzieli się cztery lata. A przez cztery lata można stać się zupełnie innym człowiekiem. Ona była zupełnie innym człowiekiem. I jako zupełnie inny człowiek, w stanowczo za dużej koszulce Knicksów, jeansach i skórzanej kurtce przewieszonej przez ramię, rozglądała się za Pawłem, co chwilę zerkając też na telefon, czy przypadkiem do niej nie dzwoni. Stała tak i czekała, żałując, że założyła zwykłe tenisówki zamiast szpilek – może, gdyby była jeszcze wyższa, łatwiej byłoby jej go znaleźć.

      Tammy⛹️

      Usuń
  33. [ Wybacz późną odpowiedź, powoli odgrzebujemy się po przeprowadzce i blogowym urlopie ;;
    Jakby naszła ochota, możemy pomyśleć o wątku z obojgiem moich panów! xD
    Chętnie przyjedziemy do was na budowę! Chcesz dogadać szczegóły na mailu? iwoyii@gmail.com]

    CALEB

    OdpowiedzUsuń
  34. [Chętnie poszukamy tych pierogów razem, nawet jeśli Josie nie do końca wie, czym są pierogi. Na pewno byłaby równie zdziwiona co on, że ich nie ma. Jak to w jej sklepie czegoś brakuje?!
    Dziękuję za powitanie! <3 Paweł jest uroczy i mamy nadzieję, że w końcu pomyśli też o sobie (dlatego nie będziemy go wzywać do cieknącego kranu czy wniesienia mebli). Jo również jeszcze do niedawna nie potrafiła podejmować decyzji, wszyscy inni za nią decydowali, więc wie, że to trudne. A związkowe zobowiązania? No co ty!
    Chodź na maila, coś im wymyślimy: glodny.dekadent@gmail.com]

    Josephine Lincoln

    OdpowiedzUsuń
  35. [No hej! Cieszę się że ktoś docenił najbardziej viralowa wypowiedź prezydenta NYC, bo to zdecydowanie ulubiony cytat do rozpoczynania wszelkich rozmów i przełamywania lodów. A co do gustów muzycznych, to jak wiadomo, każdy ma własne. Tilly to akceptuję, chociaż swoje musi dodać.
    Bardzo chętnie wejdziemy w jakąś dziwną znajomość typu love-hate, albo się pokłócimy, czy cokolwiek innego. Mattie też nie przepada za zobowiązaniami. Jakoś nie czuję się do tego stworzona.
    Od czego zacząć nie wiem, ale chętnie coś pogłówkuję :)]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  36. — Ja wale — jęknęła przeciągle, gdy okazało się, że w dniu meczu w okolicach MSG mijało się z celem. Tłum był zbyt gęsty, za dużo osób korzystało z sieci, ale Tamsin mimo to i tak próbowała się do Pawła dodzwonić. Poddała się się szybko, bo doszła do wniosku, że nawet gdyby się do Pawła dodzwoniła, to nie istniała absolutnie żadna szansa, by go usłyszała, skoro sygnał bardziej wyczuwała przez drżenie telefonu, niż dźwięk. Westchnęła i ostatecznie stanęła na palcach, rozglądając się za mężczyzną.
    A później usłyszała cześć. I w tym cześć w sumie nie było nic niezwykłego, ot, przywitanie, a jednak coś drgnęło w klatce Tammy i nie wiedziała, czy to ta dziwna ekscytacja, przez którą od rana była nakręcona jak króliczek Duracell, czy to, jak niespodziewane to cześć było.

    — Przygotowałam się. Nowa, ale dobrze udaje, że nie jestem sezonówą… — stwierdziła dumnie, bo Noah jej wyjaśnił, że Sochan w Knicksach był na gościnnych występach i jej pomysł wyboru koszulki, tylko ze względu na powiązania gracza z Polską, było idiotyczne. O koszu, sporcie i ogólnie kibicowaniu wiedziała tylko tyle, że ludzie poświęcają temu wiele czasu i dużo emocji im przy tym towarzyszy, więc nie miała zamiaru z tym dyskutować. W końcu chciała zachować się profesjonalnie.

    Wyglądał dobrze. Byłoby pewnie łatwiej, gdyby wyglądał źle albo chociaż trochę gorzej, ale wyglądał dokładnie tak, jak myślała, że będzie wyglądać. Niby normalnie, tak, jak większość otaczających ich ludzi. Tylko uśmiechał się tak miło, że ten uśmiech dochodził aż do oczu i Tamsin nie wiedziała, czy to uśmiech chodzi, czy może o to, że ten uśmiech kierował właśnie w jej stronę. Sama nie umiała ani komplementować, ani flirtować. Wychodziło jej to koślawo, bardziej jako komentarz starszej użytkowniczki facebooka pod zdjęciem wnuczki – niby miło, ale umiało być dziwnie.

    Zaśmiała się krótko na jego pochwałę i skinęła głową w geście podziękowania.
    — Dobrze wiedzieć. Stare, dobre “po znajomości” wiecznie żywe — stwierdziła i trudno było się z tym nie zgodzić. Ktoś znał kogoś, kto znał kogoś, kto miał te rzeczy, co inny ktoś chciał, żeby ktoś miał. Sznurki powiązań rozpościerały się po Nowym Jorku, jak pajęcza sieć i Tamsin od dawna nie widziała w tym niczego dziwnego. Sama korzystała z tego, że znała czasami kogoś, kto mógł coś załatwić, czy przyspieszyć i chociaż wydawać by się mogło, że na wiele rzeczy były procedury, procesy i ustalone kolejki, to niestety świat nie należał do tych, którzy się ich trzymali. Nawet, kiedy w tym świecie było się takimi maluczkimi, jak Tammy czy Paweł.

    — Albo będziesz musiał mi to powtórzyć, albo mówić kiedy co… Będę cię naśladować — jeden, dwa, trzy, cztery, a zapamiętała tylko, że była to wiedza, której Noah jej nie przekazał. Musiała złożyć reklamację na korepetycje.

    Myślała, że głośno jest wtedy, gdy na małej sali siedzi się przed tubami i puzonami, których czary były wycelowane prosto w tył jej głowy. Tylko, że tamten hałas był usystematyzowany, przewidywalny, a tu… Tamsin była przekonana, że czeka ją następnego dnia ból głowy, a jeśli nie ból głowy, to częściowa głuchota, która o dziwo wcale aż tak nie przeszkadzała w graniu. Passalis miała teorię, że słuch dzielił się na dwa rodzaje – ten muzyczny i ten normalny, i podczas, gdy muzyczny miała ostry jak żyleta, to ten normalny… Bywało różnie. Często musiała prosić, by ktoś powtórzył, co do niej mówi, wcale nie dlatego, że wyłączała się w trakcie dłuższych wypowiedzi. Zwyczajnie potrafiła nie słyszeć, a gdy jeszcze ktoś bawił się w mamroczącego Ozzy’ego Osbourne’a, to już zupełnie nie miała pojęcia, co się dzieje. I chociaż hałas początkowo ją uderzył, to chęć opuszczenia MSG nie dotarła do nóg, które wyprowadziłyby ją z tego przybytku.

    Nie miała pojęcia, jak będzie się bawić, bo w życiu nie obejrzała żadnego meczu. Nie było to trudne zważywszy na to, że była wychowywana przez samotną matkę, a jedyną rodziną w Stanach była babcia, która w telewizji oglądała głównie Judge Judy, krzycząc do ekranu, albo, już nieco spokojniej, Days of our lives.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Zamrugała kilka razy. Zupełnie, jakby to był jeden z tych przypadków, gdy nie usłyszała, co właśnie Paweł powiedział. Ale później powiedział to znowu i z ulgą przypomniała sobie, że ma rozpuszczone włosy i zasłonięte uszy, które z całą pewnością by ją zdradziły. Tamsin rzadko się rumieniła – zamiast tego czerwieniały jej uszy, co było znacznie mniej urocze, co kiedyś ją wkurzało, ale teraz nawet się z tego cieszyła.

      — Pogubiłam się. To nie randka, ale gdyby kolega Maciek pytał, to mam powiedzieć, że to była okropna randka. Jeśli powiem, że było super, to będzie chciał z tobą iść następnym razem, a na twoją prośbę żona… — ene, due, rike - palec Tamsin chodzi z prawej na lewą, kiedy próbuje zrozumieć, czego Paweł właściwie od niej chce. — A nie mogę mu powiedzieć, że randka była super, za to mecz i miejsca beznadziejne? Jeśli tylko randka byłaby słaba, to przecież i tak chciałby mnie wygryźć z miejsca — stwierdziła i zapominając o tym, że włosy były jej wielkim przyjacielem w tej chwili, przeczesała je ręką. Zmrużyła lekko oczy, widząc, jak kolejka do jedzenia wcale aż tak bardzo się nie ciągnie – w końcu jedno stanowisko było zaraz obok drugiego, a prócz nachosów można było tutaj dostać jeszcze hot-dogi i frytki. Tylko jaki, szanujący się nowojorczyk, brałby hot-doga w takim miejscu?

      — Chodź po te nachosy. Skoro to nie randka, to nie muszę udawać, że piję tylko matchę i żywię się tylko sałatkami — mrugnęła do niego porozumiewawczo, chociaż interpretację tego mrugnięcia jemu pozostawiała. Nie miała piętnastu lat, żeby potrzebować zapewnienia wprost, że ich wspólne wyjście było randką i właściwie, to nie wiedziała, czy była potrzeba oficjalna nazwa dla tego spotkania. Nie widzieli się cztery lata. Przez te cztery lata Tamsin się zmieniła, Paweł pewnie trochę też i Passalis wiedziała tylko, że dziwnym trafem nie bardzo się zmieniło to, jak się przy nim czuła. Nie wiedziała, czy to dobrze, bo nie mogła być pewna, że polubi tą nową Tammy. Taką, która na gwałtowny ruch nie reagowała wzdrygnięciem, która nie bała się odpowiedzieć, gdy ktoś podnosił na nią głos. Taką, która była gotowa razem z Pawłem buczeć z całych sił, gdy sędzia uznawał wątpliwy punkt dla drużyny przeciwnej.

      Tamsin stanowczo nie piła tylko matchy, bo gdy wyszła na chwilę pod pretekstem konieczności skorzystania z toalety, na miejsce wróciła z piwami.

      — To jest niesamowite…

      — Niech pani usiądzie! — krzyknął chłopiec, któremu Tamsin chwilowo zasłoniła widok, podając napój Pawłowi.

      — No już, już! — odpowiedziała, szybko zajęła miejsce upijając piankę, która zdążyła ścieknąć jej po nadgarstku.

      —To jest niesamowite, jak wszyscy ludzie wydają się przy nich mali Jakbyśmy oglądali grę olbrzymów — powiedziała głośno i spojrzała na najpierw na Pawła, potem przesunęła spojrzeniem po zawodnikach, a następnie znowu spojrzała na swojego towarzysza. — Myślisz, że też byśmy przy nich tak wyglądali? Jestem dość wysoka, ty też… Ałaaaa, to wyglądało na bolesne — skrzywiła się, gdy jeden z zawodników dostał od drugiego z łokcia prosto w nos.

      Tammy

      Usuń
  37. Maxine nie była pewna, kogo zobaczyła w progu. Zobaczyła mężczyznę, to jedno nie pozostawiało wątpliwości i najprawdopodobniej rozchodziło się właśnie o to, że zobaczyła mężczyznę. Nie byle jakiego mężczyznę. Mężczyznę. Takiego pisanego z dużej litery i kursywą, właśnie przez to, że był nie byle jaki.
    Nie miała względem Pablo oczekiwań. Nie zastanawiała się nad tym, a tym bardziej nie wyobrażała sobie, jaki będzie. Teraz ten brak wyobrażeń przeszedł jej najśmielsze oczekiwania, czym pozostawała tak zaskoczona, jak i coraz bardziej speszona, bo na podobną sytuację nie była ani trochę przygotowana. Była przygotowana na rozmowę z szefem ekipy remontowej. Wiedziała, co powinna mu powiedzieć i w jaki sposób przedstawić to, czego Angela, Cody, a po części także ona sama oczekiwali. Niektóre z tych rzeczy miała nawet wynotowane w zeszycie, który zostawiła na niskim stoliku w salonie, a po który miała sięgnąć po wpuszczeniu Pablo do mieszkania, aby o niczym nie zapomnieć podczas rozmowy z nim.
    Tymczasem zapomniała o wszystkim. Także o tym, że przede wszystkim powinna wpuścić Pablo do środka, nie wspominając już o sięgnięciu po zeszyt. Zamiast tego, znieruchomiała przy drzwiach, przytrzymując się ich kurczowo, co Pablo zauważył.
    W dodatku Pablo mówił. Dużo i swobodnie, z czym w normalnych okolicznościach Max nie miałaby najmniejszego problemu i chętnie dałaby się wciągnąć w pogawędkę, z tym że to nie były dla niej normalne okoliczności. Nie stały się nawet nadzwyczajne, urosły do rangi wręcz ekstremalnych, bo też wrażenie, jakie wywołał na niej Pablo, było ekstremalne, a im więcej Pablo mówił, tym dobitniej Maxine zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo musiało być to po niej widać. W końcu nikt normalny nie stałby w ten sposób przy drzwiach, kurczowo się ich trzymając, a przy tym wgapiając z lekko rozchylonymi ustami w człowieka, któremu powinno się pozwolić przekroczyć próg tychże drzwi.
    Dlatego się zreflektowała. Drgnęła, opuściła wzrok, a nawet się odezwała.
    — Może pan.
    Jeszcze mocniej dociągnęła do siebie drzwi, chowając się za nimi niemalże całkowicie, kiedy robiła mu miejsce w przejściu i dobrze, że krótki przedpokój pozostawał przy tym stosunkowo szeroki, bo dzięki temu Riley miała wystarczająco wiele miejsca, aby faktycznie za tymi drzwiami stanąć i jednocześnie nie wgnieść samej siebie w ścianę, jedną z tych wszystkich wymagających odświeżenia. Kiedy Pablo wszedł, od razu udając się w głąb pomieszczeń, Max zamknęła za nim drzwi, robiąc przy tym głęboki wdech i powolny wydech. W ten sposób starała się doprowadzić do porządku, aczkolwiek odniosła wrażenie, że tylko bardziej zakręciło jej się w głowie. Odruchowo przekręciła zamek, odwróciła się na pięcie i namierzając Pablo po głosie, bo widać ten zdecydował się mówić za nich dwoje, udała się do pomieszczenia, w którym mężczyzna aktualnie się znajdował.
    Stanęła za nim, dłonie splotła na podołku i zakołysała się na piętach, obserwując, jak Pablo dokonuje wstępnych oględzin. Starała się też słuchać, co miał do powiedzenia, ale zamiast tego bardziej skupiła się na tym, że Pablo wyglądał z tyłu równie dobrze, co z przodu, a zauważenie tego przyszło jej z zaskakującą swobodą, z powodu której zaraz się zarumieniła, bo nigdy wcześniej tego nie robiła – nie zauważała podobnych rzeczy. Spuściła więc wzrok, odchrząknęła i ruszyła za nim do kolejnych pomieszczeń, za każdym razem przystając w bezpiecznej odległości. Nieco większej, niż nakazywałyby zwykłe konwenanse i metraż mieszkania.
    — Słucham? — rzuciła, bo słuchanie Pablo przychodziło jej z trudem. To znaczy, bez wątpienia miał miły dla ucha głos. Taki, który potrafił wprawić w lekkie drżenie i pod wpływem którego stawały włoski na rękach, przez co Maxine potarła dłońmi przedramiona. — Tak, w porządku — odparła i uśmiechnęła się lekko, równie sztywno, co stała. Być może miała przypomnieć sobie o istnieniu tego języka w gębie, o którym na cały ten czas zapomniała.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Patrzę? — powtórzyła za nim nieco piskliwie. Czyli zauważył, musiał przecież zauważyć, bo nawet w swoim własnym odczuciu Maxine zachowywała się wyjątkowo dziwnie, a robiła to tylko dlatego, że w Pablo wszystko było takie, jak trzeba. Nawet więcej, niż jak trzeba. — Nie patrzę i tak, ma pan na sobie spodnie — powiedziała, odruchowo sunąc wzrokiem za ruchem jego dłoni, aż do rzeczonych spodni. O rany.
      Kiedy wrócił do oglądania mieszkania, tym samym odwracając się od niej, Maxine złapała się za policzki. Te były rozgrzane, wręcz gorące w kontraście z chłodnymi dłońmi. Nakazała sobie wziąć się w garść i nie przesadzać, bo ewidentnie przesadzała, choć to wszystko działo się poza jej kontrolą. Riley nie lubiła nie mieć kontroli, dlatego czuła się też lekko spanikowana i gorączkowo próbowała tę kontrolę odzyskać, tak nad sobą, jak i sytuacją. Stąd, kiedy Pablo zwrócił się w jej stronę, spojrzała na niego twardo, wręcz hardo. Całe szczęście, zdążyła wcześniej odjąć dłonie od twarzy i opuścić ręce, które teraz skrzyżowała na wysokości piersi.
      — Maxine — przedstawiła się, a nawet w trzech krokach pokonała dzielącą ich odległość i wyswobodziwszy prawą rękę z kurczowego splotu, podała Pablo dłoń, nie przewidując, że to może być błąd, bo kiedy Pablo tę dłoń uścisnął… — Maxine Riley — dodała słabiej, czym prędzej wyswobodziła się z uścisku dłoni i wycofała. Odchrząknęła, znowu, miała przecież odzyskać kontrolę.
      — Docelowo też mam tu mieszkać. Angela… zapomniała, że w tym terminie, w którym umówiła spotkanie z panem, będzie u rodziny. Więc jestem ja — zaczęła mówić, całkiem dużo na raz, jakby chciała nadrobić dotychczasowe milczenie. — Naprawdę myśleliśmy tylko o odświeżeniu — dodała z powątpiewaniem, zdradzając się z tym, że jednak co nieco ze wcześniejszych słów Pablo wyłapała. — To znaczy odmalowaniu ścian i sufitów, uzupełnieniu ubytków w tynku, tam gdzie te ubytki są… I nie, nie chcieliśmy ruszać podłogi. W łazience też brakuje paru kafelek, drzwi kabiny prysznicowej ledwo chodzą, a brodzik jakimś cudem przerdzewiał, więc to też wpadałoby jakoś doraźnie ogarnąć — wymieniła, ewidentnie się rozkręcając. Przeszła nawet przez pokój i zgarnęła ze stolika zeszyt, który otworzyła, zaginając okładkę. Popatrzyła na to, co było zapisane na stronie w kratkę.
      — Angela chciała też, żeby zerknął pan na kuchnię, bo nie mamy pewności, ale na ścianie przy zlewie chyba jest grzyb — dodała, znad zeszytu podniosła wzrok na Pablo i uśmiechnęła się lekko, ostrożnie i nieśmiało. Proszę, jak chciała, to potrafiła.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  38. Obserwowała go z zainteresowaniem równym temu, co działo się na boisku. Ba! Jego zachowanie było ciekawsze, niż te wszystkie rzuty za trzy, kozłowania, podawania piłki, gwizdy, świsty i krzyki. Poddawała się jego ekscytacji, chociaż jej nie rozumiała, ale to nie było chyba coś, co trzeba było rozumieć, a jedynie czuć. Widziała jego uśmiech, szczere zaangażowanie w grę zupełnie, jakby to on biegał po boisku, albo coś w jego życiu faktycznie od tego zależało i chociaż Tamsin zupełnie nie rozumiała, czemu i po co się komuś kibicuje, to nie mogła przestać się cieszyć; nie było to spowodowane jedynie tym, że była tu z Pawłem.

    Widząc, jak się do niej nachyla, sama też się pochyliła i przez chwilę większą uwagę przykuł jego zapach i bijące od niego ciepło, niż jego słowa. Widziała, ale nie samo miejsce sprawiało jej największą przyjemność, a jego obecność, przez którą wiedziała, że pod koniec wieczoru będą bolały ją policzki od ciągłego uśmiechu. Na co Dzień Tamsin się tylko nie uśmiechała, bo i po co? Do nut, które i tak nie mogły odpowiedzieć tym samym? Do własnego odbicia w lustrze, gdy ćwiczyła i próbowała odpowiednio korygować postawę? A może do swoich kolegów z pracy, z których niektórzy wiekiem wcale nie odbiegali daleko od obecnego prezydenta?

    Dla kogoś, kto Tammy nie znał i nie nawiązywał z nią kontaktu wzrokowego, mogła wydawać się wyniosła. Była wysoka, bardzo szczupła i zazwyczaj dość elegancko ubrana, bo musiała utrzymywać jakąś równowagę między tym, jak wychodziła z domu, a jak w nim spędzała czas. Ale wystarczyło, żeby przecięła z kimś spojrzenie i zaraz się uśmiechała – nie wiedziała, skąd to miała, bo jej matka nie była specjalnie miła, babcia też średnio, a ojciec… Z tego co pamiętała, to ojciec też raczej specjalnie sympatyczny na obcych nie był. A ona raczej tak, chociaż nie dla wszystkich, bo preferowała uśmiechanie się do starszych ludzi, dzieci i młodych kobiet. Nie wiedziała więc, czemu tak naturalnie wychodzi jej to ciągłe uśmiechanie się do Pawła i z nim.

    Może nie kumała tego, czemu ludzie ekscytują się facetami biegającymi za piłką, ale czuła ekscytację Pawła tak, jakby to była jej własna. Ludzie wokół nich przeżywali mecz podobnie do niego, podobnie do niego ciesząc się z miejsc, które mieli, akcji… Tamsin przypominało to działanie roju, który współdzieli jedną myśl i dzięki temu każdy wiedział, co powinien robić, poddała się więc temu, ze zdziwieniem odkrywając, że było to całkiem przyjemne. Zdziwiona była, bo tyle mówiło się o indywidualizmie, o tym, jak wszyscy są niezależni i powinni tacy być, a ona odnajdywała spokój (chociaż było głośno) w tym, że wiedziała co ma robić, bo robiła to, co wszyscy.

    Nie podnosiła się z siedzenia w takich emocjach, jak to robił Paweł, ale kilkukrotnie nachyliła się do przodu, jakby to miało pomóc zawodnikom, jakby miała wpływ na to, gdzie znajdzie się piłka, zacisnęła mocno kciuki i wzrokiem próbowała zmusić sędziego, do przyznania punktu jedynej, odpowiedniej drużynie. Dzisiaj byli to Knicksi i domyślała się, że jeśli znajomość z Pawłem nie skończy się na tym jednym spotkaniu, to pewnie przez cały okres ich znajomości będą to Knicksi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złapała się na tym, że chociaż ich kolana się stykały, tak samo jak co chwile ocierały się ramiona, to wcale nie czuła potrzeby ucieczki. Niby nic wielkiego, od, kawałek materiału trącego o materiał, ale gdy to przyuważyła, a później jeszcze Paweł złapał ją za przedramię, jakby byli starymi, dobrymi znajomymi, a nie…. Nie Wiadomo Czym sprzed czterech lat. No bo nie było wiadomo. Nie byli przyjaciółmi, bo Tamsin nie miała ochoty z przyjaciółmi łamać przysięgi małżeńskiej. Nie byli kochankami, bo prócz jakiś całkowicie niewinnych (aha) muśnięć dłoni, kiedy podawała mu herbatę, albo “niby asekuracyjnego” dotyku, gdy przechodził obok, to właściwie wcale się nie dotykali. Uśmiechali się do siebie, wzdychali i zachowywali, jak nastolatkowie, którzy nie mają pojęcia co i jak. Chociaż, może… Tamsin faktycznie nie bardzo wiedziała? Bo przed Carterem nie było nikogo i po nim też nikogo, kogo mogłaby nazwać czymś więcej niż kolegą, albo przyjacielem? Passalis szufladkowała ludzi i jeśli ktoś był jej przyjacielem, to mógł być tylko nim, a z tymi, z którymi szła do łóżka nie chciała się przyjaźnić, bo to zaburzyłoby system szufladkowy. A system działał – od czterech lat nikt nie łamał jej serca tak dobrze, jak ona sama – ale nad tym przynajmniej miała kontrolę.

      Tammy swobodnie dołączyła do tego masowego zbijania piątek, jakby na meczu była któryś już raz, bo najwyraźniej psychoza koszykarska Pawła była zaraźliwa, a pierwszym z symptomów była otwartość na wszystkich wkoło. Albo raczej pogłębiona otwartość, bo Tamsin lubiła ludzi i nie miała problemów w zbijaniu piątek z nieznajomymi.

      — Kiss cam… To nie przez to wpadł jakiś CEO i laska z HR’ów? — nie pamiętała, czy to był kiss cam, czy zwykłe pokazywanie fanów na telebimach, ale pamiętała skandal, bo opera i korpo leżało daleko od siebie, ale internet mieli przecież wszyscy.

      Najpierw zamarła. A później próbowała wcisnąć się w fotel tak, żeby zniknąć. Była gotowa ostentacyjnie pokręcić głową, zamachać ręką, zrobić w zasadzie cokolwiek, byle ta głupia kamera poszła dalej. Nie wstydziła się, bo Tammy ogólnie niewiele mogła mieć wstydu z racji wykonywanego zawodu, ale nie wiedziała, co by to miało znaczyć. Niby niewinny buziak, ot, coś co ludzie robili po pijaku w klubie i bez picia w sumie też. Gest, który nie znaczył wcale więcej niż to, co samemu się mu przypisało.

      O kurwa znała to wyrażenie i znała nawet znaczenie – lepiej by tego nie podsumowała. Bo łatwiej byłoby jej pocałować nawet kogoś nieznajomego, bo wtedy pocałunek nic by nie znaczył, a z Pawłem? Co by to miało być? To nawet nie była randka, ona nie bawiła się w związki, a znajomości z Wysockim nie mogła tak zwyczajnie zaszufladkować. Chciała go pocałować, bo była przekonana, że usta ma miękkie w przeciwieństwie do spracowanych dłoni, szła o zakład, że jako bajerant całował też niejedną dziewczynę i zwyczajnie całował dobrze, ale serce jednoznacznie dawało jej znać, że wtedy przyjaźń nie wchodziłaby w grę. W grę nie wchodziła już tylko fizyczna znajomość, bo przez ostatnie dni udowodnił jej, że za bardzo go lubi, by mogła ponownie zachować się tak, jak powinna – zerwać kontakt, zniknąć z jego życia i nie wprowadzać w nie syfu, który jej wciąż towarzyszył.

      Usuń
    2. Byłoby łatwiej, gdyby nie pozostawił jej wyboru. Mogłaby to zbyć śmiechem, próbować obrócić w żart, ale widziała po jego minie, że dla niego wcale nie było to aż tak śmieszne. Nie wiedziała, czego chce Paweł, nie wiedziała równie mocno, czego ona sama chce – bezmyślnie poddała się chwili, zgodziła na wyjście na mecz nie zastanawiając się zupełnie nad konsekwencjami. Nie mogła z nim teraz porozmawiać, wyjaśnić, zapytać, czemu tak łatwo jej odpuścił, jakby wcale nie miał do niej żalu, bo ona do siebie miała go dużo.

      — Nie… Chodź — Tamsin zachowała się jak Tamsin. Nie dość, że poddała się presji społecznej, to jeszcze zrobiła to, na co miała ochotę a co niekoniecznie mogło być dobre. Nachyliła się w jego stronę, przymknęła oczy i dłonią zakryła ich usta tak, że wyglądali, jakby się całowali. Ale nie musnęła jego warg, chociaż miała na to ogromną ochotę. Nawet nie na muśnięcie, ale na spróbowanie tego, czego odmawiała sobie cztery lata temu, bo chciała być w porządku. Teraz znowu chciała taka być i nie robić niczego, zanim nie porozmawiają, ale już tak bez ciągłych żartów i śmiechu, bo to wszystko siedziało w niej zbyt głęboko, by mogła to trywializować.

      Jej fortel zadziałał, chociaż na sam koniec tego buziaka-niebuziaka, kiedy już miałą się odsunąć, zachwiała się lekko przez to, jak nienaturalnie odchylała się do przodu i ostatecznie i tak doszło do spotkania usta-usta. Odskoczyła jak poparzona, zakryła buzię i z ulgą zauważyła, że telebim przeskoczył do następnej pary. Zrobiła to, co mogłaby zrobić każda dojrzała osoba w takiej chwili, czyli spaliła głupa, wzrok wlepiając w parkiet przed nimi. To, że myśli intensywnie widać było po tym, że wzrokiem zdawała się liczyć miejsca w pierwszym rzędzie, jakieś piętnaście razy, wciąż wracając do pierwszego krzesełka.

      — Nie całuję się na nie-randkach — powiedziała po chwili, jakby to miało wszystko tłumaczyć. Łącznie z tym, że najchętniej wróciłaby do pozycji sprzed chwili i tym razem nie odskoczyła. Żeby zająć czymś ręce i usta, zanim powiedziałaby coś podobnie wspaniałomyślnego, napiła się piwa. I tak piła, aż nie opróżniła do końca swojego kubka.

      — Pójdę po następne i do łazienki, chcesz? — spytała, ale nie czekała na odpowiedź. Wstała szybko i równie szybko, przeciskając się całkiem zgrabnie między siedzeniami. Ostatecznie nie wiedziała, o co spytała, bo nie zapraszała go ze sobą do łazienki, ale pytała o piwo, o które w zasadzie też nie chciała pytać, bo Paweł swoje też już dopił, a chciała się chociaż tak odwdzięczyć za zabranie na mecz. Przez krótką chwilę zastanawiała się, czy nie byłoby lepiej wyjść. Ot, uciec, zablokować jego numer, albo znowu nie odbierać i ponownie spotkać się za cztery lata, chwilę pogadać… Może wtedy, zamiast krótkiego, przypadkowego buziaka, w końcu odważyliby się normalnie porozmawiać? Nie miała zamiaru się przekonywać. Zamiast tego wolała jednak wrócić, chociaż na schodkach złapała się na tym, że myśli o odwrocie, jednak nie mogła już uciec, bo Paweł ją zauważył – posłała w jego kierunku nerwowy uśmiech i wróciła na miejsce, tylko trochę spokojniejsza.

      — Coś przegapiłam? —bystrzak, nawet nie zaczęli grać, bo przerwa dopiero dobiegała końca. Podała Pawłowi piwo, znowu licząc krzesełka, speszona unikając jego spojrzenia.

      Tammy

      Usuń
  39. [Brzmi kusząco. Jeśli budowlańcom nie będą przeszkadzały hobbystyczne fotki zza ściany, to brzmi to jeszcze lepiej. Czy aplikacje należy składać na maila? :)]

    Gina Roberts

    OdpowiedzUsuń