Mattie/Tilly
33 lata — pielęgniarka ICU, sporadycznie dorabiająca na ER w szpitalu NewYork-Presbyterian / Weill Cornell Medical Center — aktywistka aborcyjna
To nie żadna niesamowita historia, ot przeciętne życie jakich wiele. Pełna rodzina, bez większych życiowych zawirowań i ekscesów. Ojciec adoptowany Koreańczyk w latach 70’, profesor nauk politycznych na CUNY, matka Amerykanka, psycholog dziecięcy. Dominujące geny w fizjonomii postawiły na azjatycką urodę u Mattie, brak jednak w rodzinie odniesień czy zamiłowania do kultury przodków ze wschodu. Rodzice zawsze czuli się po prostu Amerykanami.
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
Benjamin Netanjahu is a world criminal - zero wyrozumiałości dla antyszczepionkowców - medycyna alternatywna nie istnieje - Men are not lonley enough - fanka techno i muzyki klasycznej - zamiast platform streamingowych ogląda zatrzymania i pościgi policyjne z body camu - ludzie słuchający Taylor Swift nie mają osobowości - miłośniczka koncertów pod batutą von Karajana - People are mostly stupid - po pracy jak daje radę idzie na siłownię, zajęcia kickboxingu, ewentualnie biega szybkie kółko gdzieś w okolicy - podwiązane jajowody - za chwilę zabraknie nam wody - spłacana kawalerka w południowym Brooklynie, tak jak i kredyt studencki - aktualnie planuje podróż do Sudanu - Starbucks to nie kawa - ulubione powiedzenie : nie zesraj się - 3 wypalenia zawodowe - kiedyś szalona dusza ze skłonnością do skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań - najbardziej w życiu boi się zarazić HIV, WZW typu C, wesz
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
W skrócie:
Benjamin Netanjahu is a world criminal - zero wyrozumiałości dla antyszczepionkowców - medycyna alternatywna nie istnieje - Men are not lonley enough - fanka techno i muzyki klasycznej - zamiast platform streamingowych ogląda zatrzymania i pościgi policyjne z body camu - ludzie słuchający Taylor Swift nie mają osobowości - miłośniczka koncertów pod batutą von Karajana - People are mostly stupid - po pracy jak daje radę idzie na siłownię, zajęcia kickboxingu, ewentualnie biega szybkie kółko gdzieś w okolicy - podwiązane jajowody - za chwilę zabraknie nam wody - spłacana kawalerka w południowym Brooklynie, tak jak i kredyt studencki - aktualnie planuje podróż do Sudanu - Starbucks to nie kawa - ulubione powiedzenie : nie zesraj się - 3 wypalenia zawodowe - kiedyś szalona dusza ze skłonnością do skrajnie nieodpowiedzialnych zachowań - najbardziej w życiu boi się zarazić HIV, WZW typu C, wesz
⇝ ⇝ ⇝
Hej, dawno mnie tu nie było. Wróciłam z racji szukania kreatywności na L4. Dodatkowo zależało mi na stworzeniu kogoś zupełnie normalnego/przeciętnego.
W tytule The Strokes.
W tytule The Strokes.
Lojalnie uprzedzam, że udzielać się mogę tylko do końca roku.
[No dzień dobry, bardzo miło zobaczyć Cię tutaj po tak długim czasie 😊 I od razu żałuję, że możesz zostać z nami tylko do końca roku. Na pewno nie da się na dłużej? 🥺
OdpowiedzUsuńZ Mathilde jest bardzo konkretna babeczka i to do tego stopnia, że myślę, że mogłabym czuć się przy niej niego onieśmielona. Nie zmienia to tego, że jako postać, bardzo mi się podoba. Jest charakter na i wyraźna, a takie postacie lubię 😊
To co, życzę udanej zabawy, póki czas będzie na nią pozwalał? Mam nadzieję, że uda Ci się z nami rozerwać na tym L4 😁
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[ Hej, hej! Witamy ciebie i twoją konkret babeczkę! Chętnie bym się z nią zaprzyjaźniła, gdybym miała okazje poznać taką personę w życiu prywatnym!
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy na blogu, żeby czas na l4 minął ci naprawdę przyjemnie! Dużo fajnych wątków!
W razie cięci zapraszam do moich panów! ]
Nathaniel & Caleb
[Takie powroty po latach zawsze chwytają za serducho. Mam nadzieję, że świetnie spędzisz z nami ten czas! A z Mathilde rzeczywiście jest konkret kobietka, ja chyba też czułabym się nieco onieśmielona, ale z drugiej jednak też zaciekawiona. Poza tym muzyka klasyczna i techno to bardzo ciekawy kontrast :D Ciekawe, ile takich kontrastów ona w sobie jeszcze ma! Życzę mnóstwa dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
[Nie wiem, czy fotka przygotowała mnie na tak mocny charakter! Chociaż może powinna - spojrzenie zacięte, to i podejście do życia też. Jest ciekawie, jest wysoko. Podoba mi się zasygnalizowanie zdrobnień, Tilly/Mattie, tak na miękko, to dopiero kontrast z postawą życiową. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście bogowie myślą jak ich wyznawcy. Dałoby się dyskutować, bo patrząc na część religijnych osób, można by stwierdzić, że wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuńDzień dobry, hej, wszystkiego dobrego!]
Leif & Len
[Totalnie rozumiem miłość do muzyki klasycznej i techno jednocześnie - Tamsin też. Cześć! Nie wiem, czy określiłabym ją jako przeciętną, ale wydaje się być przyjemnie normalna. Życzę samych udanych wątków, odnalezienia kreatywności i świetnej zabawy! Gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do siebie ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis i Ivan Voronin
[Dobry jazz nie jest zły, chociaż chyba nie umiałabym za bardzo odróżnić tego dobrego, od złego. Szkoda czasu na takich typów! Różnica wieku jest, ale z drugiej strony to już chyba ten czas, kiedy te różnice się nieco zacierają. Chyba mam nawet pomysł, jak można byłoby dziewczyny połączyć. Chcesz ustalić szczegóły tutaj, czy wolisz przenieść się na maila? :) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis
[ hahaha o proszę! My na taką analizę się piszemy podczas przerwy śniadaniowej, a co tam! ]
OdpowiedzUsuńCaleb
[Cześć! Fajna ci ona! Przepiękna karta, przepiękna pani, co tu więcej mówić. ♥ Szkoda, że Twój pobyt tutaj jawi się jako krótki, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że nam sam koniec wyślesz Tilly do tej Szwajcarii.
OdpowiedzUsuńNiech ten okres będzie dla Ciebie dobrze spożytkowanym czasem. Baw się dobrze, masy weny i mnóstwo wątków. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Benjamin Netanjahu is a world criminal - 👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏!
OdpowiedzUsuńI to jest najważniejsze w tej karcie, kilka linijek dalej poczułam się urażona, bo i ja, i Paweł mamy osobowość i to nie całkiem wątpliwej jakości, Tejlor kochamy, nie przestaniemy! ;D
Bawcie się dobrze, bo wyszła naprawdę mocna. Jak chcecie love-hate to zapraszamy do Pawła :D ]
Pawełek Wysocki
Ocknął się, kiedy z noszy przerzucano go na łóżko, a że jeszcze pięć minut temu stał przed szpitalem, tuż przy podjeździe dla karetek, to ewidentnie coś mu się nie zgadzało. Stąd od razu poderwał się do siadu i również od razu został spacyfikowany przez czarnoskórego pielęgniarza, który jedną ręką przytrzymał go za ramię, a drugą ułożył na jego piersi i stanowczo, a także przy użyciu siły w stopniu wystarczającym do tego, by Ian poczuł, że nie miał po co próbować podrywać się po raz drugi, docisnął jego tułów z powrotem do twardego łóżka.
OdpowiedzUsuń— Proszę pana, spokojnie. — Nie cofnąwszy dłoni, pielęgniarz złapał z nim kontakt wzrokowy i nawet uśmiechnął się lekko, kiedy spostrzegł, że Hunt dość przytomnie skupił na nim wzrok. — Jest pan w szpitalu, ma pan uraz głowy, zaraz się panem zajmiemy — wyłuszczył i zręcznie pochwycił nadgarstek Iana, kiedy jego lewa ręka powędrowała do głowy, na której chciał rzeczowy uraz wymacać, ewidentnie nie dowierzając słowom pielęgniarza.
— Proszę nie dotykać.
— Zatrzymanie krążenia na trójce! Logan, biegiem!
Ktoś klepnął czarnoskórego pielęgniarza, Logana, w ramię i wybiegł z salki, podczas gdy Logan wywrócił oczami, by następnie te oczy, tak ciemne, że niemal czarne i o przekrwionych ze zmęczenia białkach, utkwić w Ianie.
— Leżeć. Nie. Dotykać — powtórzył, wyraźnie artykułując każde słowo. — Zaraz ktoś przyjdzie! — To ostatnie rzucił już w biegu, a Ian, który wyciągnął szyję, by odruchowo odprowadzić wzrokiem oddalającego się mężczyznę, poczuł ból tak nagły i przeszywający, że pociemniało mu przed oczami. Na dodatek zrobiło mu się niedobrze, stąd, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia, akurat zaciskał powieki i walczył z tym wszystkim, co go nękało. Aktualnie najbardziej zależało mu na tym, żeby się nie porzygać.
Otworzył jedno oko dopiero, kiedy ten ktoś, kto wszedł, postanowił się odezwać. Drugie wciąż przymykał, ale kiedy w sylwetce pielęgniarki rozpoznał znajomą osobę, a brzmienie jej głosu w tej znajomości go utwierdziło, otworzył też drugie, mimo że padające zewsząd jasne światło zadawało mu fizyczny ból podobny do tego, jakby ktoś wbijał parę sztyletów prosto w jego oczodoły.
— Mattie — sapnął na początek, całkiem dobry, bo skoro ją rozpoznał, to nie oberwał tak mocno. Z tym że, dlaczego w ogóle oberwał? Zmarszczył ciemne brwi. — W szpitalu — odpowiedział, chyba jeszcze nie zarejestrowawszy tego, że będzie musiał tutaj zostać, bo znowu podniósł się do siadu, a że w pobliżu nie było Logana, to także dotknął swojej głowy. Przesunął dłonią od potylicy po czoło i gdzieś po drodze natrafił na punkt tak tkliwy, że aż syknął. Na placach została mu krew, ciepła i intensywnie czerwona.
— Kurwa, co jest — mruknął, co z powodzeniem mogło uchodzić za odpowiedź na drugie pytanie zadane mu przez Mathilde. Był w szpitalu, bo miał w nim być. Był tu umówiony z klientem, miał przekazać towar i ruszyć dalej, z tym że z niewiadomych względów tkwił na oddziale.
Podniósł wzrok na Mattie, spoglądając na nią tak, jakby oczekiwał, że to ona wytłumaczy mu, co zaszło, mimo tego, że to on dostał po głowie i chyba nie tylko, bo z opóźnieniem docierało do niego, że bolą go także inne miejsca na ciele.
nieco splątany, ale na pewno nadal ulubiony diler IAN HUNT
[To bardzo się cieszę, że rozbawiły! Leif to wesoły chłopak jest ogólnie, Lenny nie aż tak, ale też nie smutas i gorąco wierzę, że da się ukręcić wątek trochę do śmiechu i trochę nie do śmiechu.
OdpowiedzUsuńA skoro już tak o wierze i religii mówimy, to można to pociągnąć. Bo wierzę też, że Len dobrze wygląda w ornacie. Więc taka sytuacja - rodzina jakiegoś pacjenta chciałaby, żeby tenże pacjent wreszcie pojednał się z Bogiem; pacjent odmawia, ale kończy mu się i cierpliwość, i asertywność jednocześnie, a jednak tę swoją rodzinę kocha. Przy okazji jednak B/boga nie kocha, bo w jego istnienie nie wierzy. I jak wybrnąć z tego konfliktu? Na pewno istnieją jakieś rozsądne ścieżki, ale typ akurat wybiera inną - a imię jej Len Weston i Ear Me Out.
Czyli zatrudnia go jako księdza, żeby rodzina zobaczyła i się odczepiła. Przy okazji niektórzy inni pacjenci mogliby chcieć porozmawiać z, dajmy na to, ojcem Elim, skoro już jest na miejscu. A idąc za kartą, może i bojowa Mathilde zechciałaby coś pokwestionować?]
Len Weston
[ ja jestem bardzo politycznym cżłowiekiem. U mnie tak samo jak fuck Netanjahu, tak samo fuck Donald :D
OdpowiedzUsuńmam pomysł, odezwę się na @ ]
PAWEŁEK
[ albo i nie, bo nie widzę, więc zapraszam Ciebie do mnie: shakespeare.is.not.dead@gmail.com ]
Usuń[Bardzo mi się to podoba, że mogłaby pomóc w zatrudnieniu Lena, a potem robić mu wyrzuty z powodu etyki! Lenny udaje księdza, ale to Mathilde prawi kazania :D To co, kluczowe pytanie jest takie, od czego zaczynamy - od samego zwerbowania Lena czy Lena/księdza Eliego już na oddziale?]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Jeśli możesz zacząć, to super; jeśli nie, to też super, wezmę to na siebie :D, tylko musiałabyś chwilkę poczekać, aż się ogarnę.]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Ja powiem tak, właśnie takich przeciętno-niesamowitych historii, jak historia Tilly nam potrzeba! Tyle niespodzianek w tej karcie ;D Tyle różnych emocji, doświadczeń i przede wszystkim tego, jak logicznie podchodzi ona do życia. Nie chwilą, a solidnym przemyśleniem wszystkiego, co może mieć różne nieprzyjemne konsekwencje ^^ To mi się w niej spodobało. Szkoda tylko, że nie możesz z nią zostać tu na dłuższy czas, niż na 4 krótkie miesiące.
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu! ;D]
Jonatan Barlett
[Dzień dobry - z opóźnieniem, ale się witamy!
OdpowiedzUsuńDziesięć razy bardziej preferuję normalność prezentowaną przez Tilly niż gdyby na przykład miała mieć poglądy odwrotne i uważać się za specjalną. Och, to byłoby cięższe do przełknięcia! Bardzo przyjemnie mi się czytało kartę, tak sobie poprzytakiwałam wielkokrotnie i w końcu stwierdziłam, że może wątek? Jeśli masz ochotę oczywiście - wtedy zapraszamy!]
Magnus Valtersson
[Na szczęście to moja postać i mogę stwierdzić, że występuje cyklicznie! A więc występuje, słuchaj. Obecnie to raczej dwa wieczory w tygodniu, ale to zawsze coś, no i fajnie jak płacą za coś, co się lubi. Warto jednak wpleść w to również Tilly, bo głupio jakby biedna po prostu patrzyła jak on wywija na scenie. Może mu jednak postawić drinka po występie albo w ogóle całą butelkę to jej walnie prywatnego death dropa. Może też oczywiście w zupełnie innych okolicznościach go zobaczyć: ktoś mógł Magnusa poturbować i mógł trafić na izbę na przykład, bo niestety, czasem bywa niebezpiecznie jak się przejdzie w szpilach przez miasto. A jakby w full dragu musiał wylądować na izbie to w ogóle miałaby do czynienia z niecodzienną wersją Magnusa, bo on raczej z tych pogodnych: no tu pogodny by nie był.]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
[Och tak, obie są z innych światów! Ale muszę przyznać, że Mathilde jest bardzo imponującą postacią, taką zdecydowaną i konkretną. Pewnie mogłyby zostać sąsiadkami, bo zakładałam, że Gina również mieszka na Brooklynie, tylko brakuje mi konkretnego pomysłu na wątek, który udałoby się nam ciekawie poprowadzić. Jeśli tobie chodzi coś po głowie, chętnie się zapoznam. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
Tamsin lubiła czuć się dobrze. Nie było to zależne specjalnie od ubioru, który miała na sobie, czy tego, jak danego dnia układały się jej włosy – zazwyczaj tak samo, a jeśli cokolwiek odbiegało od normy, to nie próbowała tego naprawiać tańcami deszczu, wałkami, czy innymi piankami, tylko upinała je w koka. Żadnej filozofii i zagłębiania się w temat, bo chociaż Tamsin nie robiła niczego, od czego zależałoby czyjekolwiek życie, to zwyczajnie nie miała na to czasu. Czasu i przestrzeni w głowie, żeby się takimi rzeczami przejmować.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak samo, jak nie miała czasu za długo zastanawiać się, co powinna założyć. Była szczupła, wysoka i wymiarowa na tyle, że większość rzeczy mniej, lub bardziej na nią pasowała, więc nigdy nie musiała specjalnie kombinować, w czym jej praca tylko jej ułatwiała. Od dziecka była przyzwyczajona do eleganckich sukienek. Najpierw, kiedy jeszcze ubierała ją mama, były to sukienki odcięte pod biustem, którego jeszcze tam nie było, z wstążkami, często z aksamitu albo satyny, jakby to właśnie taki materiał był zarezerwowany do tych konkretnych sukienek. Czuła się w nich jak Wioletka Baudelaire z “Serii niefortunnych zdarzeń”, a przynajmniej jak swoje wyobrażenie o niej. Później urosła, chociaż lepszym określeniem byłoby, że dosłownie wystrzeliła w górę, bo stało się to tak szybko, że sama nie była pewna kiedy dokładnie. I wtedy musiała przestać być Wioletką, a stać się Tamsin, albo chociaż Tammy, bo nie mogła nosić już sukienek dla małych dziewczynek, tylko suknie. Najlepiej czarne, na tyle skromne, by móc w nich grać w kościele i na szkolnych popisach, ale na tyle strojne, by nie odstawać od starszych uczniów w orkiestrze. I tak, jak wtedy polubiła jeden, konkretny krój, który męczyła aż do ukończenia szkoły średniej, tak teraz miała szafę pełną wariacji na jego temat.
Dlatego teraz miała sukienkę zabudowaną z przodu, bo nie lubiła, jak instrument odbijał jej się na dekolcie, ale z gołymi plecami, bo sceniczne lampy dawały tyle ciepła, że każdy przewiew był mile widziany. Chociaż nie była solistką i nie siedziała w pierwszym pulpicie, to grała tak, jakby jutra miało nie być. Grała tak zawsze, wkładając w swoją pracę całe serce i gram skupienia, jaki posiadała, bo miała ten niesamowity przywilej, że mogła utrzymać się ze swojej pasji. Doceniała każdy angaż, każdą linijkę do zagrania, nawet jeśli była to jedna nuta powtarzana w zapętleniu. Ta jedna nuta była potrzebna, by w partyturze nie było pustki podobnej do tej, którą kiedyś czuła.
Od czterech lat budowała swoje życie na nowo a jedynym, co towarzyszyło jej niezmiennie, jedyną przyjaciółką, którą miała od dziecka była wiolonczela. Wiedziała, że taki jeden, wierny przyjaciel to więcej, niż niektórzy mieli przez całe życie, dlatego nie narzekała. Nie narzekała też wtedy, kiedy Tilly się nią zajmowała – była przekonana, że ma to na własne życzenie. Nie to, że Carter okazał się ostatnim złamasem, czy to, że się nad nią postawił, ani to, że właściwie zajął cały jej świat, gdy była jeszcze nieletnia. Na własne życzenie miała to, że zamiast pozostać tylko przy swojej wiernej przyjaciółce, zaczęła rozglądać się za miłością i wpadła w łapska, z których nie umiała się wydostać, bo te z każdym ruchem zaciskały się coraz ciaśniej, jak ruchome piaski powodując, że zapadała się coraz głębiej. Tamsin mało narzekała tak naprawdę, bo to i tak nic by nie zmieniło – zamiast tego, wolała działać. Hop, hop, hop, długie legato, smyczek w palce i szarpiemy struny w pizzicato. Może nie zawsze kontrolowała swoje życie, ale smyczek umiała i wyjątkowo w trakcie tego koncertu była z siebie zadowolona – smyczek smyczkował.
Próbowała odnaleźć wzrokiem Mattie, gdy stała i czekała, aż dyrygent się ukłoni i będą mogli zejść ze sceny. Próbowała było słowem kluczowym, bo mając na sobie lampy w rzeczywistości niewiele widziała, a tłum tworzył jedynie kolorową masę – nawet zmrużyła oczy, jakby to miało wyostrzyć widzenie, ale cóż… Zobaczyła przysłowiowe nic, chociaż patrzyła się wprost na Stevenson – w końcu wiedziała, jakie miejsce zajmuje młoda kobieta.
Ze sceny zeszła dziarsko, bo też w takim tempie prowadziły ich kontrabasy. Wiolonczele wytarła po graniu czule, odtłuściła struny, zluzowała włosie w smyczku i wsunęła do środka nawilżacz, bo przy tak starych instrumentach, dobrze było jeszcze odmawiać pradawne modły, by przypadkiem się nie rozkleiły. Futerał wsunęła do swojej szafki z szyfrowym zamkiem dopiero, kiedy się przebrała w coś mniej wygodnego, bo mimo wszystko bardziej ograniczającego ruchy. Czarne spodnie, czarny top i wysłużona, skórzana kurtka, która prawdopodobnie pamiętała poprzednie stulecie, bo z samą Tamsin była od dziesięciu lat, a kiedy ją kupiła, mogłaby pójść o zakład, że już była bardzo stara.
UsuńPrzeszła z zaplecza opery, po drodze żegnając się z ochroną, życząc każdemu z osobna dobrej nocy. Miała nadzieję, że Tilly nie czeka na nią zbyt długo, bo spieszyła się bardzo, ale niektórych rzeczy zwyczajnie nie była w stanie przeskoczyć.
Ciemne włosy, szczupła, ubrana elegancko, ale wygodnie… Jest! Kiedy zobaczyła Mathilde, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niej energicznym krokiem. Zasłoniła jej oczy, szybko, ale delikatnie, żeby jej niepotrzebnie nie wystraszyć, tylko raczej mile zaskoczyć.
— Zgadnij kto to — było to oczywiste, bo przecież to na Tammy czekała.
Tamsin Passalis
[Możemy spróbować w takim razie dać im chwilę na poznanie się już po jej zmianie na izbie? Zakładam, że i tak nie miałaby czasu na jakieś wielkie rozmowy, u Magnus pewnie też nieszczególnie z ochotą, a jak emocje trochę opadną, mogą usiąść na tej samej ławce pod szpitalem i dopiero tam faktycznie porozmawiać. Dzięki temu unikniesz kolejnego wątku szpitalnego, a on będzie miał okazję zaprosić ją na występ. Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
Koloratka łapała spojrzenia i wdzięczyła swoją bielą, tak wyróżniającą się na tle czarnego ubioru. Jeśli Bóg istnieje, to wpychanie koszuli w spodnie powinno być obrzydliwością w jego oczach – a jednak jego słudzy, umiłowane owieczki, tak postępowali. Barany. Nic jednak dziwnego. To nie pierwszy raz, gdy księża przeciwstawiali się słowom Księgi.
OdpowiedzUsuńLen dobrze o tym wiedział – w końcu od czasu do czasu sam stawał się kapłanem. W okresach pomiędzy aktywnie grzeszył. W trakcie zresztą też, ale wtedy ludzie sami przydawali mu świętości. Wybacz, Boże, ecce homo.
Prawdziwi księża rozkładali ręce i mówili o woli Bożej. Len wolał brudzić ręce kłamstwem, byle tylko ten świat stał się choć odrobinę znośniejszy. Już przed laty zrozumiał, że prawda wcale nie wyzwala, a dobrze skrojona iluzja – bywa aktem miłosierdzia.
Nie żeby wszystkie zlecenia były tak uduchowione i czyste. Rachunki same się nie płaciły. Dzisiejsza koloratka też miała swoją cenę. Wcale nie tak niską.
Ksiądz Eli maszerował przez szpitalne korytarze. Tak jak Len – chodził lekko przygarbiony, ale w przeciwieństwie do Lena, jego chód był spokojniejszy i bardziej harmonijny, a kiedy stawał, unosił brodę ku górze. Lekko się kołysał na piętach; gdy miał na sobie albę czy sutannę, wprawiało to materiał w ruch. Gdy zamiast nich nosił spodnie, wprawiał tylko sam siebie w śmieszność.
Nie szkodzi.
Pierwsza pielęgniarka zaprowadziła go do drugiej. Tej, z którą rozmawiał przez telefon.
– Eli – przedstawił się Len. Chwycił podaną dłoń mocno, ale nie siłowo, tak uczciwym uściskiem, że jeszcze trochę, a chciałoby się go zakwestionować. – Miło poznać.
Przy łóżku numer trzy zgromadził się mały wianuszek rodziny pana Robinsona. Gdy tylko Len się zbliżył, poczuł, że jest wystawiony na ostrze ocen. Nie ugiął się pod ogniem spojrzeń, a zamiast tego cicho się przywitał. Rzucił parę niezobowiązujących słów o korkach na moście, o tym, że Nowy Jork z roku na rok robi się coraz bardziej nieznośny dla pieszych, oraz że w tak zagonionym świecie nawet duch święty miałby dzisiaj problem ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego, czym idealnie skrócił dystans i uśpił ich czujność.
– Tak się cieszymy, że ksiądz jest z nami! – zawołała jedna z kobiet. – Ojciec zawsze był bardzo uparty… jak osioł.
– Albo jak oślica – odparł Eli, splatając ręce za plecami.
Posłał ciepły uśmiech leżącemu na łóżku panu Robinsonowi.
– W historii Balaama to ona jedna wiedziała, kiedy należy się zatrzymać. – Spojrzał znów na kobietę. – Czasem człowiek się uprze, bo czegoś nie rozumie. A czasem dlatego, że jako jedyny dobrze widzi drogę.
Kobieta zamrugała, zbita z tropu teologiczną woltą. Robinson nie patrzył na córkę, tylko prosto na Eliego. W jego oczach tliła się jeszcze resztka trzeźwej, głębokiej wściekłości na świat. Len poczuł na karku chłodny dreszcz – to był ten moment.
– A teraz, jeśli pozwolicie – Eli zniżył głos do miękkiego barytonu. – Chciałbym zamienić z waszym ojcem kilka słów. Sam na sam. Jak uparty z upartym.
Gdy rodzina posłusznie opuszczała salę, Len położył na jednym z krzeseł elegancką teczkę i ją otworzył. W środku pyszniły się błyskająca fioletem stuła, metalowe naczynko z olejkiem, brewiarz oraz Pismo Święte, co prawda w wydaniu protestanckim, ale Len wątpił, że ktoś się zorientuje. Sam tak preferował, chociaż, co przyznawał niechętnie, katolickie skurwysyny potrafiły ubrać się z lepszym rozmachem.
W czasie przygotowań i rozkładania szpitalnej kotary na kółkach, by choć trochę przysłonić łóżko, Eli prowadził swobodny small talk z Robinsonem – o tym, jak zaczynasz poznawać współtowarzyszy z sali po samym sposobie, w jaki chrapią; albo też zastanawiali się, jaki procent sprzedaży crocsów to personel medyczny.
Kotara w końcu szurnęła na prowadnicy, prowizorycznie odcinając ich od reszty świata. Głos Robinsona był chrapliwy, świszczący; mówił niewiele, a kiedy już przemawiał, to z wyraźnym wysiłkiem. Len czuł, jak bardzo to starszego mężczyznę frustruje.
– Wie pan – zaczął, zakładając stułę na szyję. – Mojżesz był chujowym mówcą, choć nie wiadomo, o co do końca chodziło. Gadają, że się jąkał, ale może tylko znał mało słów. Jak Bóg kazał mu przemawiać publicznie, to ten o mało się nie posrał ze strachu. Nie, Boże, nie, tylko to nie to! – Len uniósł dłonie, parodiując Mojżesza. – Ja nie umiem! To się naucz, mówi Bóg. Nie dam rady! Dasz, mówi Bóg. Nie, błagam, nie, zbłaźnię się! No to weź, mówi Bóg, Aarona, kurwa, niech on gada za ciebie.
UsuńLen zahaczył stopę o jedną z nóg krzesła i dosunął je bliżej do łóżka. Rozsiadł się wygodnie, a chwyciwszy Biblię, położył ją na kolanach; nie otworzył jej jednak.
– Aaron był bratem Mojżesza – kontynuował. – Starszym. Też mam starszego brata. Ma równie odstające uszy. – Len wskazał na swoje. – Gdy byliśmy smarkaczami i wydawało mu się, że podoba mi się jedna dziewczyna, zadzwonił do niej ze stacjonarnego i zaprosił do kina, udając, że to ja. Jak przyszła, grałem na pleju z kumplami i nie byłem na nic przygotowany. Uznała, że wystawiłem ją dla żartu. Ach, ta rodzina, co nie? Zawsze wie, co dla nas najlepsze.
– Tak – odparł Robinson. – Chcą… dobrze, a ja… żeby się odpierdolili. Odpraw swoją magię.
– Mhm. – Len otworzył Biblię na losowej stronie. – Niech myślą, że wygrali.
Kiedy kilkanaście minut później Len odsuwał kotarę, Robinson drzemał – albo tylko udawał. Jego córka natychmiast dotruchtała do rzekomego księdza, złapała go za ramię i zapytała przyciszonym głosem:
– Tata… tata naprawdę się wyspowiadał?
– Tajemnica – odparł Len tonem księdza Eliego i puścił oczko. – Spowiedzi.
Kiedy zdejmował stułę i pakował ją do teczki, usłyszał jeszcze pytanie:
– A namaszczenie?
– Nie budźmy chorego. Potrzebuje spokoju. Do zobaczenia.
Gdy wychodząc, mijał pielęgniarkę Mattie, skinął jej głową. Miał nadzieję, że za nim podąży, ba, wierzył, że za nim podąży – w końcu religia mu nakazywała. Jej za to wskazane było zainteresowanie, w końcu była zleceniodawczynią.
ksiądz Eli albo Len Weston
[Bardzo lubię takie konkretne, idące pewnie przed siebie i broniące swoich wartości kobitki, fajnie, że rodzice nie blokowali jej w wyrażaniu własnej opinii i poglądów. I też ubolewam nad tym, że pozostaniecie tutaj tak krótko (choć kto wie, życie bywa czasem nieprzewidywalne i pisze różne scenariusze 😊). Z racji L4 - życzę dużo zdrówka. Weny i masy ciekawych wątków, a gdyby tych nie było w nadmiarze, zapraszamy też do siebie 🩷]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Ian nie lubił szpitali, nie lubił ich jednak z innych powodów, niż przeciętny obywatel. Każde pojawienie się w szpitalu jako pacjent równało się dla niego z pojawieniem się w systemie, a z oczywistych względów Ian nie chciał w nim figurować. To jednak nie było możliwe, nie do końca. Ian Hunt nie był człowiekiem widmo, który dla systemu, a tym samym dla władz nie był nieuchwytny. Miał wyrobione prawo jazdy, posiadał podstawowe ubezpieczenie medyczne, a umowę najmu mieszkania podpisał osobiście. Gdzieś, we właściwym do tego urzędzie, musiał tkwić jego akt urodzenia, nota z interwencji opieki społecznej wraz z policją, skutkująca tym, że w wieku sześciu lat Ian Hunt trafił do domu dziecka. Pewnie można było znaleźć o nim więcej drobnostek, jednak nic na temat tego, że Ian był notowany. O to dbał Louis. Konsekwentnie czyścił kartotekę młodszego brata, choć ten nigdy go o to nie prosił.
OdpowiedzUsuńO to, aby nie pojawić się w szpitalu, Ian zadbałby sam, gdyby nie to, że stracił przytomność. Nie było innego wytłumaczenia na to, że tkwił teraz w szpitalnym łóżku. Jeśli miał taką potrzebę, korzystał z klinik działających pro bono, gdzie nikt nie pytał go o dane osobowe. W jednej z takich klinik poznał Olivię, panią doktor i panią prezes, wielką fankę oxy i to ona zajęła się nim po ostatnim, ciężkim pobiciu, nie mając o nic pytać tak długo, jak długo Ian miał mieć dla niej kolejną dostawę.
Znał też Mattie.
— Ian Hunt — powiedział, bo o ile kobieta znała jego imię, dotąd nie poznała nazwiska. Spuściwszy wzrok z jej twarzy na bliżej nieokreślony punkt, zawieszony gdzieś w przestrzeni, poklepał się po kieszeniach ciemnych jeansów. — W samochodzie — westchnął i to tyle, jeśli chodzi o dokumenty. W zasadzie dobrze, że nie miał ich przy sobie, ale niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę. Wstrętnie pulsujący ból głowy przytępiał jego instynkt samozachowawczy, co Mattie, jeśli faktycznie chciała dowiedzieć się o nim więcej, mogła niecnie wykorzystać.
Skoro już siedział, to podniósł ręce do góry, obie na raz. Opuściwszy je, lekko zaparł się dłońmi o twardy materac i ugiął nogi. Kiedy zginał prawe kolano, poczuł i usłyszał, jak coś w nim przeskoczyło. Stary uraz, po pobiciu. Czasem staw się blokował i Ian musiał poświęcić bolesną chwilę na to, by znowu wyprostować nogę. Skrzywił się, ale tym razem kolano współpracowało.
— O rany — mruknął, kiedy kobieta na niego fuknęła. Popatrzył na nią spode łba, po czym umazane krwią palce wytarł w cienkie prześcieradło, skoro pewnie i tak miało trafić do kosza, kiedy już stąd wyjdzie. Jak na kogoś, kto nie chciał tutaj być, zachowywał się nad wyraz potulnie. Podstawił Mattie rękę, trochę ułatwiając jej założenie rękawa. Nie wyglądał przy tym na zadowolonego, ale wiedział, że jego sprzeciw przyniósłby odwrotny skutek i spędziłby tu dwakroć więcej czasu.
— Bez lekarza — odezwał się, podnosząc na nią wzrok. Twarz miał lekko pobladłą, pod oczami słabe zasinienie. — Pooglądaj mnie sobie, proszę bardzo. Załóż jakiś opatrunek na głowę. I nie ściągaj tu lekarza — wyrecytował, a kiedy Mattie poprawiała mu pulsoksymetr, wykorzystał okazję i wolną dłonią naprawdę delikatnie, acz sugestywnie przytrzymał ją za nadgarstek, zaplatając wokół niego wyłącznie kciuk i palec wskazujący. Złapał jej spojrzenie.
— Odwdzięczę się. Kiedy następnym razem będziesz czegoś potrzebować, dowiozę gratis.
IAN HUNT, za darmo to uczciwa cena