To nie żadna niesamowita historia, ot przeciętne życie jakich wiele. Pełna rodzina, bez większych życiowych zawirowań i ekscesów. Ojciec adoptowany Koreańczyk w latach 70’, profesor nauk politycznych na CUNY, matka Amerykanka, psycholog dziecięcy. Dominujące geny w fizjonomii postawiły na azjatycką urodę u Mattie, brak jednak w rodzinie odniesień czy zamiłowania do kultury przodków ze wschodu. Rodzice zawsze czuli się po prostu Amerykanami.
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
W tytule The Strokes.
Szukamy z Tilly przyjaciół, wrogów, romansów, dziwnych zdarzeń, imprez, wakacji i co tam tylko przyjdzie do głowy!
Lojalnie uprzedzam, że udzielać się mogę tylko do końca roku.
Za pomoc z kartą klasycznie ukłony dla smoły!
[No dzień dobry, bardzo miło zobaczyć Cię tutaj po tak długim czasie 😊 I od razu żałuję, że możesz zostać z nami tylko do końca roku. Na pewno nie da się na dłużej? 🥺
OdpowiedzUsuńZ Mathilde jest bardzo konkretna babeczka i to do tego stopnia, że myślę, że mogłabym czuć się przy niej niego onieśmielona. Nie zmienia to tego, że jako postać, bardzo mi się podoba. Jest charakter na i wyraźna, a takie postacie lubię 😊
To co, życzę udanej zabawy, póki czas będzie na nią pozwalał? Mam nadzieję, że uda Ci się z nami rozerwać na tym L4 😁
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[ Hej, hej! Witamy ciebie i twoją konkret babeczkę! Chętnie bym się z nią zaprzyjaźniła, gdybym miała okazje poznać taką personę w życiu prywatnym!
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy na blogu, żeby czas na l4 minął ci naprawdę przyjemnie! Dużo fajnych wątków!
W razie cięci zapraszam do moich panów! ]
Nathaniel & Caleb
[Takie powroty po latach zawsze chwytają za serducho. Mam nadzieję, że świetnie spędzisz z nami ten czas! A z Mathilde rzeczywiście jest konkret kobietka, ja chyba też czułabym się nieco onieśmielona, ale z drugiej jednak też zaciekawiona. Poza tym muzyka klasyczna i techno to bardzo ciekawy kontrast :D Ciekawe, ile takich kontrastów ona w sobie jeszcze ma! Życzę mnóstwa dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
[Nie wiem, czy fotka przygotowała mnie na tak mocny charakter! Chociaż może powinna - spojrzenie zacięte, to i podejście do życia też. Jest ciekawie, jest wysoko. Podoba mi się zasygnalizowanie zdrobnień, Tilly/Mattie, tak na miękko, to dopiero kontrast z postawą życiową. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście bogowie myślą jak ich wyznawcy. Dałoby się dyskutować, bo patrząc na część religijnych osób, można by stwierdzić, że wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuńDzień dobry, hej, wszystkiego dobrego!]
Leif & Len
[Totalnie rozumiem miłość do muzyki klasycznej i techno jednocześnie - Tamsin też. Cześć! Nie wiem, czy określiłabym ją jako przeciętną, ale wydaje się być przyjemnie normalna. Życzę samych udanych wątków, odnalezienia kreatywności i świetnej zabawy! Gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do siebie ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis i Ivan Voronin
[Dobry jazz nie jest zły, chociaż chyba nie umiałabym za bardzo odróżnić tego dobrego, od złego. Szkoda czasu na takich typów! Różnica wieku jest, ale z drugiej strony to już chyba ten czas, kiedy te różnice się nieco zacierają. Chyba mam nawet pomysł, jak można byłoby dziewczyny połączyć. Chcesz ustalić szczegóły tutaj, czy wolisz przenieść się na maila? :) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis
[ hahaha o proszę! My na taką analizę się piszemy podczas przerwy śniadaniowej, a co tam! ]
OdpowiedzUsuńCaleb
[Cześć! Fajna ci ona! Przepiękna karta, przepiękna pani, co tu więcej mówić. ♥ Szkoda, że Twój pobyt tutaj jawi się jako krótki, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że nam sam koniec wyślesz Tilly do tej Szwajcarii.
OdpowiedzUsuńNiech ten okres będzie dla Ciebie dobrze spożytkowanym czasem. Baw się dobrze, masy weny i mnóstwo wątków. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Benjamin Netanjahu is a world criminal - 👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏!
OdpowiedzUsuńI to jest najważniejsze w tej karcie, kilka linijek dalej poczułam się urażona, bo i ja, i Paweł mamy osobowość i to nie całkiem wątpliwej jakości, Tejlor kochamy, nie przestaniemy! ;D
Bawcie się dobrze, bo wyszła naprawdę mocna. Jak chcecie love-hate to zapraszamy do Pawła :D ]
Pawełek Wysocki
Ocknął się, kiedy z noszy przerzucano go na łóżko, a że jeszcze pięć minut temu stał przed szpitalem, tuż przy podjeździe dla karetek, to ewidentnie coś mu się nie zgadzało. Stąd od razu poderwał się do siadu i również od razu został spacyfikowany przez czarnoskórego pielęgniarza, który jedną ręką przytrzymał go za ramię, a drugą ułożył na jego piersi i stanowczo, a także przy użyciu siły w stopniu wystarczającym do tego, by Ian poczuł, że nie miał po co próbować podrywać się po raz drugi, docisnął jego tułów z powrotem do twardego łóżka.
OdpowiedzUsuń— Proszę pana, spokojnie. — Nie cofnąwszy dłoni, pielęgniarz złapał z nim kontakt wzrokowy i nawet uśmiechnął się lekko, kiedy spostrzegł, że Hunt dość przytomnie skupił na nim wzrok. — Jest pan w szpitalu, ma pan uraz głowy, zaraz się panem zajmiemy — wyłuszczył i zręcznie pochwycił nadgarstek Iana, kiedy jego lewa ręka powędrowała do głowy, na której chciał rzeczowy uraz wymacać, ewidentnie nie dowierzając słowom pielęgniarza.
— Proszę nie dotykać.
— Zatrzymanie krążenia na trójce! Logan, biegiem!
Ktoś klepnął czarnoskórego pielęgniarza, Logana, w ramię i wybiegł z salki, podczas gdy Logan wywrócił oczami, by następnie te oczy, tak ciemne, że niemal czarne i o przekrwionych ze zmęczenia białkach, utkwić w Ianie.
— Leżeć. Nie. Dotykać — powtórzył, wyraźnie artykułując każde słowo. — Zaraz ktoś przyjdzie! — To ostatnie rzucił już w biegu, a Ian, który wyciągnął szyję, by odruchowo odprowadzić wzrokiem oddalającego się mężczyznę, poczuł ból tak nagły i przeszywający, że pociemniało mu przed oczami. Na dodatek zrobiło mu się niedobrze, stąd, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia, akurat zaciskał powieki i walczył z tym wszystkim, co go nękało. Aktualnie najbardziej zależało mu na tym, żeby się nie porzygać.
Otworzył jedno oko dopiero, kiedy ten ktoś, kto wszedł, postanowił się odezwać. Drugie wciąż przymykał, ale kiedy w sylwetce pielęgniarki rozpoznał znajomą osobę, a brzmienie jej głosu w tej znajomości go utwierdziło, otworzył też drugie, mimo że padające zewsząd jasne światło zadawało mu fizyczny ból podobny do tego, jakby ktoś wbijał parę sztyletów prosto w jego oczodoły.
— Mattie — sapnął na początek, całkiem dobry, bo skoro ją rozpoznał, to nie oberwał tak mocno. Z tym że, dlaczego w ogóle oberwał? Zmarszczył ciemne brwi. — W szpitalu — odpowiedział, chyba jeszcze nie zarejestrowawszy tego, że będzie musiał tutaj zostać, bo znowu podniósł się do siadu, a że w pobliżu nie było Logana, to także dotknął swojej głowy. Przesunął dłonią od potylicy po czoło i gdzieś po drodze natrafił na punkt tak tkliwy, że aż syknął. Na placach została mu krew, ciepła i intensywnie czerwona.
— Kurwa, co jest — mruknął, co z powodzeniem mogło uchodzić za odpowiedź na drugie pytanie zadane mu przez Mathilde. Był w szpitalu, bo miał w nim być. Był tu umówiony z klientem, miał przekazać towar i ruszyć dalej, z tym że z niewiadomych względów tkwił na oddziale.
Podniósł wzrok na Mattie, spoglądając na nią tak, jakby oczekiwał, że to ona wytłumaczy mu, co zaszło, mimo tego, że to on dostał po głowie i chyba nie tylko, bo z opóźnieniem docierało do niego, że bolą go także inne miejsca na ciele.
nieco splątany, ale na pewno nadal ulubiony diler IAN HUNT
[To bardzo się cieszę, że rozbawiły! Leif to wesoły chłopak jest ogólnie, Lenny nie aż tak, ale też nie smutas i gorąco wierzę, że da się ukręcić wątek trochę do śmiechu i trochę nie do śmiechu.
OdpowiedzUsuńA skoro już tak o wierze i religii mówimy, to można to pociągnąć. Bo wierzę też, że Len dobrze wygląda w ornacie. Więc taka sytuacja - rodzina jakiegoś pacjenta chciałaby, żeby tenże pacjent wreszcie pojednał się z Bogiem; pacjent odmawia, ale kończy mu się i cierpliwość, i asertywność jednocześnie, a jednak tę swoją rodzinę kocha. Przy okazji jednak B/boga nie kocha, bo w jego istnienie nie wierzy. I jak wybrnąć z tego konfliktu? Na pewno istnieją jakieś rozsądne ścieżki, ale typ akurat wybiera inną - a imię jej Len Weston i Ear Me Out.
Czyli zatrudnia go jako księdza, żeby rodzina zobaczyła i się odczepiła. Przy okazji niektórzy inni pacjenci mogliby chcieć porozmawiać z, dajmy na to, ojcem Elim, skoro już jest na miejscu. A idąc za kartą, może i bojowa Mathilde zechciałaby coś pokwestionować?]
Len Weston
[ ja jestem bardzo politycznym cżłowiekiem. U mnie tak samo jak fuck Netanjahu, tak samo fuck Donald :D
OdpowiedzUsuńmam pomysł, odezwę się na @ ]
PAWEŁEK
[ albo i nie, bo nie widzę, więc zapraszam Ciebie do mnie: shakespeare.is.not.dead@gmail.com ]
Usuń[Bardzo mi się to podoba, że mogłaby pomóc w zatrudnieniu Lena, a potem robić mu wyrzuty z powodu etyki! Lenny udaje księdza, ale to Mathilde prawi kazania :D To co, kluczowe pytanie jest takie, od czego zaczynamy - od samego zwerbowania Lena czy Lena/księdza Eliego już na oddziale?]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Jeśli możesz zacząć, to super; jeśli nie, to też super, wezmę to na siebie :D, tylko musiałabyś chwilkę poczekać, aż się ogarnę.]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Ja powiem tak, właśnie takich przeciętno-niesamowitych historii, jak historia Tilly nam potrzeba! Tyle niespodzianek w tej karcie ;D Tyle różnych emocji, doświadczeń i przede wszystkim tego, jak logicznie podchodzi ona do życia. Nie chwilą, a solidnym przemyśleniem wszystkiego, co może mieć różne nieprzyjemne konsekwencje ^^ To mi się w niej spodobało. Szkoda tylko, że nie możesz z nią zostać tu na dłuższy czas, niż na 4 krótkie miesiące.
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu! ;D]
Jonatan Barlett
[Dzień dobry - z opóźnieniem, ale się witamy!
OdpowiedzUsuńDziesięć razy bardziej preferuję normalność prezentowaną przez Tilly niż gdyby na przykład miała mieć poglądy odwrotne i uważać się za specjalną. Och, to byłoby cięższe do przełknięcia! Bardzo przyjemnie mi się czytało kartę, tak sobie poprzytakiwałam wielkokrotnie i w końcu stwierdziłam, że może wątek? Jeśli masz ochotę oczywiście - wtedy zapraszamy!]
Magnus Valtersson
[Na szczęście to moja postać i mogę stwierdzić, że występuje cyklicznie! A więc występuje, słuchaj. Obecnie to raczej dwa wieczory w tygodniu, ale to zawsze coś, no i fajnie jak płacą za coś, co się lubi. Warto jednak wpleść w to również Tilly, bo głupio jakby biedna po prostu patrzyła jak on wywija na scenie. Może mu jednak postawić drinka po występie albo w ogóle całą butelkę to jej walnie prywatnego death dropa. Może też oczywiście w zupełnie innych okolicznościach go zobaczyć: ktoś mógł Magnusa poturbować i mógł trafić na izbę na przykład, bo niestety, czasem bywa niebezpiecznie jak się przejdzie w szpilach przez miasto. A jakby w full dragu musiał wylądować na izbie to w ogóle miałaby do czynienia z niecodzienną wersją Magnusa, bo on raczej z tych pogodnych: no tu pogodny by nie był.]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
[Och tak, obie są z innych światów! Ale muszę przyznać, że Mathilde jest bardzo imponującą postacią, taką zdecydowaną i konkretną. Pewnie mogłyby zostać sąsiadkami, bo zakładałam, że Gina również mieszka na Brooklynie, tylko brakuje mi konkretnego pomysłu na wątek, który udałoby się nam ciekawie poprowadzić. Jeśli tobie chodzi coś po głowie, chętnie się zapoznam. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
Tamsin lubiła czuć się dobrze. Nie było to zależne specjalnie od ubioru, który miała na sobie, czy tego, jak danego dnia układały się jej włosy – zazwyczaj tak samo, a jeśli cokolwiek odbiegało od normy, to nie próbowała tego naprawiać tańcami deszczu, wałkami, czy innymi piankami, tylko upinała je w koka. Żadnej filozofii i zagłębiania się w temat, bo chociaż Tamsin nie robiła niczego, od czego zależałoby czyjekolwiek życie, to zwyczajnie nie miała na to czasu. Czasu i przestrzeni w głowie, żeby się takimi rzeczami przejmować.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak samo, jak nie miała czasu za długo zastanawiać się, co powinna założyć. Była szczupła, wysoka i wymiarowa na tyle, że większość rzeczy mniej, lub bardziej na nią pasowała, więc nigdy nie musiała specjalnie kombinować, w czym jej praca tylko jej ułatwiała. Od dziecka była przyzwyczajona do eleganckich sukienek. Najpierw, kiedy jeszcze ubierała ją mama, były to sukienki odcięte pod biustem, którego jeszcze tam nie było, z wstążkami, często z aksamitu albo satyny, jakby to właśnie taki materiał był zarezerwowany do tych konkretnych sukienek. Czuła się w nich jak Wioletka Baudelaire z “Serii niefortunnych zdarzeń”, a przynajmniej jak swoje wyobrażenie o niej. Później urosła, chociaż lepszym określeniem byłoby, że dosłownie wystrzeliła w górę, bo stało się to tak szybko, że sama nie była pewna kiedy dokładnie. I wtedy musiała przestać być Wioletką, a stać się Tamsin, albo chociaż Tammy, bo nie mogła nosić już sukienek dla małych dziewczynek, tylko suknie. Najlepiej czarne, na tyle skromne, by móc w nich grać w kościele i na szkolnych popisach, ale na tyle strojne, by nie odstawać od starszych uczniów w orkiestrze. I tak, jak wtedy polubiła jeden, konkretny krój, który męczyła aż do ukończenia szkoły średniej, tak teraz miała szafę pełną wariacji na jego temat.
Dlatego teraz miała sukienkę zabudowaną z przodu, bo nie lubiła, jak instrument odbijał jej się na dekolcie, ale z gołymi plecami, bo sceniczne lampy dawały tyle ciepła, że każdy przewiew był mile widziany. Chociaż nie była solistką i nie siedziała w pierwszym pulpicie, to grała tak, jakby jutra miało nie być. Grała tak zawsze, wkładając w swoją pracę całe serce i gram skupienia, jaki posiadała, bo miała ten niesamowity przywilej, że mogła utrzymać się ze swojej pasji. Doceniała każdy angaż, każdą linijkę do zagrania, nawet jeśli była to jedna nuta powtarzana w zapętleniu. Ta jedna nuta była potrzebna, by w partyturze nie było pustki podobnej do tej, którą kiedyś czuła.
Od czterech lat budowała swoje życie na nowo a jedynym, co towarzyszyło jej niezmiennie, jedyną przyjaciółką, którą miała od dziecka była wiolonczela. Wiedziała, że taki jeden, wierny przyjaciel to więcej, niż niektórzy mieli przez całe życie, dlatego nie narzekała. Nie narzekała też wtedy, kiedy Tilly się nią zajmowała – była przekonana, że ma to na własne życzenie. Nie to, że Carter okazał się ostatnim złamasem, czy to, że się nad nią postawił, ani to, że właściwie zajął cały jej świat, gdy była jeszcze nieletnia. Na własne życzenie miała to, że zamiast pozostać tylko przy swojej wiernej przyjaciółce, zaczęła rozglądać się za miłością i wpadła w łapska, z których nie umiała się wydostać, bo te z każdym ruchem zaciskały się coraz ciaśniej, jak ruchome piaski powodując, że zapadała się coraz głębiej. Tamsin mało narzekała tak naprawdę, bo to i tak nic by nie zmieniło – zamiast tego, wolała działać. Hop, hop, hop, długie legato, smyczek w palce i szarpiemy struny w pizzicato. Może nie zawsze kontrolowała swoje życie, ale smyczek umiała i wyjątkowo w trakcie tego koncertu była z siebie zadowolona – smyczek smyczkował.
Próbowała odnaleźć wzrokiem Mattie, gdy stała i czekała, aż dyrygent się ukłoni i będą mogli zejść ze sceny. Próbowała było słowem kluczowym, bo mając na sobie lampy w rzeczywistości niewiele widziała, a tłum tworzył jedynie kolorową masę – nawet zmrużyła oczy, jakby to miało wyostrzyć widzenie, ale cóż… Zobaczyła przysłowiowe nic, chociaż patrzyła się wprost na Stevenson – w końcu wiedziała, jakie miejsce zajmuje młoda kobieta.
Ze sceny zeszła dziarsko, bo też w takim tempie prowadziły ich kontrabasy. Wiolonczele wytarła po graniu czule, odtłuściła struny, zluzowała włosie w smyczku i wsunęła do środka nawilżacz, bo przy tak starych instrumentach, dobrze było jeszcze odmawiać pradawne modły, by przypadkiem się nie rozkleiły. Futerał wsunęła do swojej szafki z szyfrowym zamkiem dopiero, kiedy się przebrała w coś mniej wygodnego, bo mimo wszystko bardziej ograniczającego ruchy. Czarne spodnie, czarny top i wysłużona, skórzana kurtka, która prawdopodobnie pamiętała poprzednie stulecie, bo z samą Tamsin była od dziesięciu lat, a kiedy ją kupiła, mogłaby pójść o zakład, że już była bardzo stara.
UsuńPrzeszła z zaplecza opery, po drodze żegnając się z ochroną, życząc każdemu z osobna dobrej nocy. Miała nadzieję, że Tilly nie czeka na nią zbyt długo, bo spieszyła się bardzo, ale niektórych rzeczy zwyczajnie nie była w stanie przeskoczyć.
Ciemne włosy, szczupła, ubrana elegancko, ale wygodnie… Jest! Kiedy zobaczyła Mathilde, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niej energicznym krokiem. Zasłoniła jej oczy, szybko, ale delikatnie, żeby jej niepotrzebnie nie wystraszyć, tylko raczej mile zaskoczyć.
— Zgadnij kto to — było to oczywiste, bo przecież to na Tammy czekała.
Tamsin Passalis
[Możemy spróbować w takim razie dać im chwilę na poznanie się już po jej zmianie na izbie? Zakładam, że i tak nie miałaby czasu na jakieś wielkie rozmowy, u Magnus pewnie też nieszczególnie z ochotą, a jak emocje trochę opadną, mogą usiąść na tej samej ławce pod szpitalem i dopiero tam faktycznie porozmawiać. Dzięki temu unikniesz kolejnego wątku szpitalnego, a on będzie miał okazję zaprosić ją na występ. Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
Koloratka łapała spojrzenia i wdzięczyła swoją bielą, tak wyróżniającą się na tle czarnego ubioru. Jeśli Bóg istnieje, to wpychanie koszuli w spodnie powinno być obrzydliwością w jego oczach – a jednak jego słudzy, umiłowane owieczki, tak postępowali. Barany. Nic jednak dziwnego. To nie pierwszy raz, gdy księża przeciwstawiali się słowom Księgi.
OdpowiedzUsuńLen dobrze o tym wiedział – w końcu od czasu do czasu sam stawał się kapłanem. W okresach pomiędzy aktywnie grzeszył. W trakcie zresztą też, ale wtedy ludzie sami przydawali mu świętości. Wybacz, Boże, ecce homo.
Prawdziwi księża rozkładali ręce i mówili o woli Bożej. Len wolał brudzić ręce kłamstwem, byle tylko ten świat stał się choć odrobinę znośniejszy. Już przed laty zrozumiał, że prawda wcale nie wyzwala, a dobrze skrojona iluzja – bywa aktem miłosierdzia.
Nie żeby wszystkie zlecenia były tak uduchowione i czyste. Rachunki same się nie płaciły. Dzisiejsza koloratka też miała swoją cenę. Wcale nie tak niską.
Ksiądz Eli maszerował przez szpitalne korytarze. Tak jak Len – chodził lekko przygarbiony, ale w przeciwieństwie do Lena, jego chód był spokojniejszy i bardziej harmonijny, a kiedy stawał, unosił brodę ku górze. Lekko się kołysał na piętach; gdy miał na sobie albę czy sutannę, wprawiało to materiał w ruch. Gdy zamiast nich nosił spodnie, wprawiał tylko sam siebie w śmieszność.
Nie szkodzi.
Pierwsza pielęgniarka zaprowadziła go do drugiej. Tej, z którą rozmawiał przez telefon.
– Eli – przedstawił się Len. Chwycił podaną dłoń mocno, ale nie siłowo, tak uczciwym uściskiem, że jeszcze trochę, a chciałoby się go zakwestionować. – Miło poznać.
Przy łóżku numer trzy zgromadził się mały wianuszek rodziny pana Robinsona. Gdy tylko Len się zbliżył, poczuł, że jest wystawiony na ostrze ocen. Nie ugiął się pod ogniem spojrzeń, a zamiast tego cicho się przywitał. Rzucił parę niezobowiązujących słów o korkach na moście, o tym, że Nowy Jork z roku na rok robi się coraz bardziej nieznośny dla pieszych, oraz że w tak zagonionym świecie nawet duch święty miałby dzisiaj problem ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego, czym idealnie skrócił dystans i uśpił ich czujność.
– Tak się cieszymy, że ksiądz jest z nami! – zawołała jedna z kobiet. – Ojciec zawsze był bardzo uparty… jak osioł.
– Albo jak oślica – odparł Eli, splatając ręce za plecami.
Posłał ciepły uśmiech leżącemu na łóżku panu Robinsonowi.
– W historii Balaama to ona jedna wiedziała, kiedy należy się zatrzymać. – Spojrzał znów na kobietę. – Czasem człowiek się uprze, bo czegoś nie rozumie. A czasem dlatego, że jako jedyny dobrze widzi drogę.
Kobieta zamrugała, zbita z tropu teologiczną woltą. Robinson nie patrzył na córkę, tylko prosto na Eliego. W jego oczach tliła się jeszcze resztka trzeźwej, głębokiej wściekłości na świat. Len poczuł na karku chłodny dreszcz – to był ten moment.
– A teraz, jeśli pozwolicie – Eli zniżył głos do miękkiego barytonu. – Chciałbym zamienić z waszym ojcem kilka słów. Sam na sam. Jak uparty z upartym.
Gdy rodzina posłusznie opuszczała salę, Len położył na jednym z krzeseł elegancką teczkę i ją otworzył. W środku pyszniły się błyskająca fioletem stuła, metalowe naczynko z olejkiem, brewiarz oraz Pismo Święte, co prawda w wydaniu protestanckim, ale Len wątpił, że ktoś się zorientuje. Sam tak preferował, chociaż, co przyznawał niechętnie, katolickie skurwysyny potrafiły ubrać się z lepszym rozmachem.
W czasie przygotowań i rozkładania szpitalnej kotary na kółkach, by choć trochę przysłonić łóżko, Eli prowadził swobodny small talk z Robinsonem – o tym, jak zaczynasz poznawać współtowarzyszy z sali po samym sposobie, w jaki chrapią; albo też zastanawiali się, jaki procent sprzedaży crocsów to personel medyczny.
Kotara w końcu szurnęła na prowadnicy, prowizorycznie odcinając ich od reszty świata. Głos Robinsona był chrapliwy, świszczący; mówił niewiele, a kiedy już przemawiał, to z wyraźnym wysiłkiem. Len czuł, jak bardzo to starszego mężczyznę frustruje.
– Wie pan – zaczął, zakładając stułę na szyję. – Mojżesz był chujowym mówcą, choć nie wiadomo, o co do końca chodziło. Gadają, że się jąkał, ale może tylko znał mało słów. Jak Bóg kazał mu przemawiać publicznie, to ten o mało się nie posrał ze strachu. Nie, Boże, nie, tylko to nie to! – Len uniósł dłonie, parodiując Mojżesza. – Ja nie umiem! To się naucz, mówi Bóg. Nie dam rady! Dasz, mówi Bóg. Nie, błagam, nie, zbłaźnię się! No to weź, mówi Bóg, Aarona, kurwa, niech on gada za ciebie.
UsuńLen zahaczył stopę o jedną z nóg krzesła i dosunął je bliżej do łóżka. Rozsiadł się wygodnie, a chwyciwszy Biblię, położył ją na kolanach; nie otworzył jej jednak.
– Aaron był bratem Mojżesza – kontynuował. – Starszym. Też mam starszego brata. Ma równie odstające uszy. – Len wskazał na swoje. – Gdy byliśmy smarkaczami i wydawało mu się, że podoba mi się jedna dziewczyna, zadzwonił do niej ze stacjonarnego i zaprosił do kina, udając, że to ja. Jak przyszła, grałem na pleju z kumplami i nie byłem na nic przygotowany. Uznała, że wystawiłem ją dla żartu. Ach, ta rodzina, co nie? Zawsze wie, co dla nas najlepsze.
– Tak – odparł Robinson. – Chcą… dobrze, a ja… żeby się odpierdolili. Odpraw swoją magię.
– Mhm. – Len otworzył Biblię na losowej stronie. – Niech myślą, że wygrali.
Kiedy kilkanaście minut później Len odsuwał kotarę, Robinson drzemał – albo tylko udawał. Jego córka natychmiast dotruchtała do rzekomego księdza, złapała go za ramię i zapytała przyciszonym głosem:
– Tata… tata naprawdę się wyspowiadał?
– Tajemnica – odparł Len tonem księdza Eliego i puścił oczko. – Spowiedzi.
Kiedy zdejmował stułę i pakował ją do teczki, usłyszał jeszcze pytanie:
– A namaszczenie?
– Nie budźmy chorego. Potrzebuje spokoju. Do zobaczenia.
Gdy wychodząc, mijał pielęgniarkę Mattie, skinął jej głową. Miał nadzieję, że za nim podąży, ba, wierzył, że za nim podąży – w końcu religia mu nakazywała. Jej za to wskazane było zainteresowanie, w końcu była zleceniodawczynią.
ksiądz Eli albo Len Weston
[Bardzo lubię takie konkretne, idące pewnie przed siebie i broniące swoich wartości kobitki, fajnie, że rodzice nie blokowali jej w wyrażaniu własnej opinii i poglądów. I też ubolewam nad tym, że pozostaniecie tutaj tak krótko (choć kto wie, życie bywa czasem nieprzewidywalne i pisze różne scenariusze 😊). Z racji L4 - życzę dużo zdrówka. Weny i masy ciekawych wątków, a gdyby tych nie było w nadmiarze, zapraszamy też do siebie 🩷]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Ian nie lubił szpitali, nie lubił ich jednak z innych powodów, niż przeciętny obywatel. Każde pojawienie się w szpitalu jako pacjent równało się dla niego z pojawieniem się w systemie, a z oczywistych względów Ian nie chciał w nim figurować. To jednak nie było możliwe, nie do końca. Ian Hunt nie był człowiekiem widmo, który dla systemu, a tym samym dla władz nie był nieuchwytny. Miał wyrobione prawo jazdy, posiadał podstawowe ubezpieczenie medyczne, a umowę najmu mieszkania podpisał osobiście. Gdzieś, we właściwym do tego urzędzie, musiał tkwić jego akt urodzenia, nota z interwencji opieki społecznej wraz z policją, skutkująca tym, że w wieku sześciu lat Ian Hunt trafił do domu dziecka. Pewnie można było znaleźć o nim więcej drobnostek, jednak nic na temat tego, że Ian był notowany. O to dbał Louis. Konsekwentnie czyścił kartotekę młodszego brata, choć ten nigdy go o to nie prosił.
OdpowiedzUsuńO to, aby nie pojawić się w szpitalu, Ian zadbałby sam, gdyby nie to, że stracił przytomność. Nie było innego wytłumaczenia na to, że tkwił teraz w szpitalnym łóżku. Jeśli miał taką potrzebę, korzystał z klinik działających pro bono, gdzie nikt nie pytał go o dane osobowe. W jednej z takich klinik poznał Olivię, panią doktor i panią prezes, wielką fankę oxy i to ona zajęła się nim po ostatnim, ciężkim pobiciu, nie mając o nic pytać tak długo, jak długo Ian miał mieć dla niej kolejną dostawę.
Znał też Mattie.
— Ian Hunt — powiedział, bo o ile kobieta znała jego imię, dotąd nie poznała nazwiska. Spuściwszy wzrok z jej twarzy na bliżej nieokreślony punkt, zawieszony gdzieś w przestrzeni, poklepał się po kieszeniach ciemnych jeansów. — W samochodzie — westchnął i to tyle, jeśli chodzi o dokumenty. W zasadzie dobrze, że nie miał ich przy sobie, ale niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę. Wstrętnie pulsujący ból głowy przytępiał jego instynkt samozachowawczy, co Mattie, jeśli faktycznie chciała dowiedzieć się o nim więcej, mogła niecnie wykorzystać.
Skoro już siedział, to podniósł ręce do góry, obie na raz. Opuściwszy je, lekko zaparł się dłońmi o twardy materac i ugiął nogi. Kiedy zginał prawe kolano, poczuł i usłyszał, jak coś w nim przeskoczyło. Stary uraz, po pobiciu. Czasem staw się blokował i Ian musiał poświęcić bolesną chwilę na to, by znowu wyprostować nogę. Skrzywił się, ale tym razem kolano współpracowało.
— O rany — mruknął, kiedy kobieta na niego fuknęła. Popatrzył na nią spode łba, po czym umazane krwią palce wytarł w cienkie prześcieradło, skoro pewnie i tak miało trafić do kosza, kiedy już stąd wyjdzie. Jak na kogoś, kto nie chciał tutaj być, zachowywał się nad wyraz potulnie. Podstawił Mattie rękę, trochę ułatwiając jej założenie rękawa. Nie wyglądał przy tym na zadowolonego, ale wiedział, że jego sprzeciw przyniósłby odwrotny skutek i spędziłby tu dwakroć więcej czasu.
— Bez lekarza — odezwał się, podnosząc na nią wzrok. Twarz miał lekko pobladłą, pod oczami słabe zasinienie. — Pooglądaj mnie sobie, proszę bardzo. Załóż jakiś opatrunek na głowę. I nie ściągaj tu lekarza — wyrecytował, a kiedy Mattie poprawiała mu pulsoksymetr, wykorzystał okazję i wolną dłonią naprawdę delikatnie, acz sugestywnie przytrzymał ją za nadgarstek, zaplatając wokół niego wyłącznie kciuk i palec wskazujący. Złapał jej spojrzenie.
— Odwdzięczę się. Kiedy następnym razem będziesz czegoś potrzebować, dowiozę gratis.
IAN HUNT, za darmo to uczciwa cena
Ten dyżur był naprawdę ciężki i zdecydowanie dał mu się we znaki. Od wielu godzin praktycznie nie miał chwili wytchnienia. Kolejne wyjazdy, wypadki, ludzie potrzebujący pomocy, a pomiędzy tym wszystkim jeszcze strzelanina, po której adrenalina długo nie chciała zejść. Caleb był przyzwyczajony do trudnych dyżurów, ale ten wyjątkowo mocno go wyczerpał. W pewnym momencie przestał nawet sprawdzać godzinę.
OdpowiedzUsuńNie pamiętał już, o której właściwie powinien skończyć pracę. Wiedział tylko, że zdecydowanie został zbyt długo. Zresztą często mu się to zdarzało. Kiedy ktoś prosił go o pozostanie na zmianie, rzadko odmawiał. Nadgodziny były oczywiście miłym dodatkiem do wypłaty, ale prawda była taka, że pieniądze nigdy nie były dla niego wystarczającym powodem, żeby zostawać. Po prostu miał zbyt duże poczucie obowiązku. Nie potrafił powiedzieć „nie”, kiedy wiedział, że ktoś inny musiałby za niego przejąć dyżur. Zawsze znajdował jakiś powód, żeby zostać. Czasami sam zastanawiał się, czy nie przesadza, ale ostatecznie i tak robił swoje. Co zabawne, czasem miał wrażenie, że w pracy męczy się mniej niż w domu. Tutaj przynajmniej wiedział, co ma robić. Każde wezwanie miało swój początek i koniec. Był problem, trzeba było zareagować. Trzeba było działać, podejmować decyzje, pomagać. Nie było czasu na zastanawianie się nad własnymi emocjami. W domu było zupełnie inaczej.
Nad ranem w końcu skończył dyżur i teoretycznie mógł wrócić do domu. Samo słowo „dom” sprawiło jednak, że przez chwilę stał bez ruchu, patrząc gdzieś przed siebie. Był zbyt zmęczony, żeby jeszcze teraz wsiadać do samochodu. Do tego żołądek przypominał mu, że przez całą noc właściwie nie miał czasu porządnie zjeść.
W końcu skierował się do szatni. Ogarnął się najlepiej, jak potrafił. Zmył z siebie resztki zmęczenia, przebrał się i dopiero wtedy ruszył do pokoju socjalnego. Zaległy obiad dawno zdążył stać się kolacją, a może już właściwie śniadaniem. Nie miał pojęcia. Na tym etapie przestało mieć to większe znaczenie.
Podgrzał sobie jedzenie i zrobił herbatę. Kawa kusiła go przez moment, ale szybko z niej zrezygnował. Kolejna byłaby już dużym przegięciem, nawet jak na niego. Usiadł przy stole i przez chwilę po prostu jadł. Bez telefonu. Bez patrzenia na zegarek. Bez myślenia o tym, co jeszcze powinien zrobić.
W pewnym momencie usłyszał znajomy głos, a zaraz po nim przekleństwo rzucone pod adresem czegoś, co najwyraźniej wyjątkowo wyprowadziło jego właścicielkę z równowagi. Caleb odwrócił głowę. Na widok kobiety, którą znał, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Przeżuł spokojnie kęs do końca, a dopiero potem uniósł dłoń i pomachał jej na powitanie.
— Hej. — Przywitał się spokojnie, po czym oparł się wygodniej na krześle. — A... nawet nic nie mów. Miałem mieć dzionek, a skończyło się na tym plus nocce — zaśmiał się cicho, choć jego głos zdradzał zmęczenie. Przeczesał dłonią włosy, które po całej nocy zdecydowanie nie chciały już współpracować.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Jakieś ciekawe przypadki u was?
Był autentycznie ciekawy, co właściwie tak bardzo ją zezłościło. Poza tym rozmowa była dobrą okazją, żeby na chwilę przestać myśleć o własnym dyżurze.
Na jej komentarz dotyczący powrotu do domu tylko ciężko westchnął. Tym razem nawet nie próbował tego ukryć. Wyczerpanie zrobiło swoje. Zwykle potrafił trzymać emocje na wodzy, ale po takiej nocy zwyczajnie nie miał już na to siły. Perspektywa powrotu do mieszkania, zamiast dawać mu ulgę, zaczynała ciążyć gdzieś z tyłu głowy.
Kochał Sam. W pewien sposób nadal ją kochał, choć nie było to już to samo uczucie, które kiedyś ich połączyło. Z czasem coś się zmieniło. Caleb nie potrafił dokładnie wskazać momentu, w którym zaczęło się między nimi psuć, ale coraz częściej miał wrażenie, że ich małżeństwo opiera się bardziej na obowiązku niż na tym, czego oboje naprawdę chcieli. I to właśnie najbardziej go przytłaczało. Mimo wszystko nie potrafił odejść. Nie teraz. Nie wtedy, kiedy Sam była w takim stanie. Wiedział, że gdyby nagle ją zostawił, mogłaby kompletnie się rozsypać. A Caleb nie był człowiekiem, który potrafiłby przejść obok tego obojętnie. Dlatego wracał. Nawet jeśli czasami miał wrażenie, że coraz bardziej brakuje mu sił.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na swoją herbatę, po czym cicho westchnął raz jeszcze. Pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że ten dzień okaże się dla Sam choć odrobinę lepszy. Że kiedy wróci do domu, zastanie ją w nieco lepszym stanie i nie będzie musiał od razu martwić się o kolejną rzecz. Może wtedy uda mu się położyć. Może nawet na trzy godziny. Na tym etapie to naprawdę wystarczyłoby mu w zupełności.
CALEB
[Chętnie sprowadzę go odrobinę ,,na ziemię", podrzucam mail do kontaktu, żebyśmy mogły dograć sobie szczegóły wątku - zatenpapierostuzpo@gmail.com]
OdpowiedzUsuńTheodore
[Jeśli tylko masz ochotę zacząć to ja poczekam!]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
– Dlaczego naganne?
OdpowiedzUsuńŁagodny wyraz twarzy Eliego się nie zmienił, ale niecierpliwość rozlała się po ciele Lena. Dotąd lekko pochylony, wyprostował się, a złożone za plecami dłonie nagle się zacisnęły – jedna na drugiej. Zmiany były nieznaczne, niemal niedostrzegalne, ale mimo wszystko całym sobą protestował przed kategorią niemoralności.
Nikomu nie zrobił krzywdy, wręcz przeciwnie – Mathilde sama przyznała, że to pomogło. Dlaczego trzymać się arbitralnie wyznaczonego zbioru, który jednemu elementowi nadawał wagę, a drugiemu ją zabierał; jeden wskazywał jako etyczny i drugi jako jego przeciwieństwo. Tak jakby cokolwiek było raz na zawsze dane.
Ksiądz Eli nie istniał – to fakt. Był wytworem umysłu, któremu Len nadał ciało. Spleciony z fikcji i czyichś pragnień, powołany do życia tylko na chwilę i z jej potrzeby, mógł jednak wpłynąć na cudzą rzeczywistość skuteczniej niż jakakolwiek prawda. Lepiej niż jakakolwiek prawda.
Intelektualnie – rozumiał, czemu jego postępowanie budziło w ludziach opór. Emocjonalnie wciąż nie potrafił się z nimi zgodzić. Ale ksiądz Eli miał na ten temat inne zdanie, chyba, a teraz to przecież jego potrzebowano.
Gdy na korytarzu rozległo się wołanie, Len drgnął. Rozluźniona sylwetka powróciła do naturalnej miękkości Eliego, jego delikatnych i płynnych ruchów. Ksiądz Eli, pozbawiony gniewu – przynajmniej w tej chwili – nie był jednak pozbawiony człowieczeństwa, w całej jego krasie. Ksiądz Eli był też mężczyzną. Niełamiącym złożonych ślubów, ale wcale nie tak wolnym od bodźców.
Len nie zamierzał tego trzymać w ryzach, zwłaszcza że przecież – sam był mężczyzną i sam się w Eliego wcielał. Więc kiedy druga pielęgniarka, tak pełna wdzięku i uroku, posłała promienny uśmiech, nie mógł nie odpowiedzieć tym samym.
– Tak? Co się stało? – zapytał z łagodnym zainteresowaniem.
Ruth. A więc Ruth. Jak Moabitka, pramatka dawidowego rodu, która zbierała plony ziemi; ta również krążyła w przestrzeni, gotowa zgarnąć młodego duchownego na swoje własne poletko chorych i cierpiących. Len pomyślał, że musi odrobinę zmniejszyć gorliwość w przygotowywaniu się do odgrywanych ról. Jak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia naprawdę wstąpi do seminarium – tylko po to, by jak najlepiej wpasować się w ramy scenariusza, który sam sobie narzucił.
Był rozdarty. Nie tylko dlatego, że jedno ramię chwyciła Mathilde, a drugie Ruth – tak bardziej metaforycznie też się dwoił. Z jednej strony stał rozsądek i obowiązek: przyszedł do pana Robinsona, zrobił co trzeba, więc pora się zmywać. Z drugiej strony stała prośba.
Problemem Lena było to, że nie był na nie głuchy – i to, że nie postrzegał tego jako problemu. Ksiądz Eli codziennie, kilka razy dziennie, klękał, by szeptać modlitwy; Len nie odmawiał ani ich, ani ludziom, którzy do niego przychodzili.
Pewnego dnia, kiedy wychodził z metra, dopadli go wolontariusze zbierający podpisy pod petycją, która miała zapewnić niezależnemu kandydatowi miejsce na karcie wyborczej.
Był po nieudanym spotkaniu, a im bardziej słońce prażyło, im bardziej spływał po nim pot, im bardziej t-shirt kleił się do karku, tym był wścieklejszy. Do tego spieszył się do biblioteki, która tamtego dnia zamykała się wcześniej – i tak przetrzymał książki, więc czekała na niego kara do zapłacenia, nie zamierzał jej zwiększać.
Wolontariusz zastąpił mu drogę z podkładką pod papiery i poprosił o podpis. Len odmówił i powędrował dalej. Sprawa, o którą walczyli aktywiści, nie była jego sprawą. Ani z wyboru, ani z zainteresowania.
Przeszedł pół przecznicy. Może całą. Był już w każdym razie daleko, gdy coś go zakłuło w boku, a o serce obiły się wyrzuty sumienia. Zaklął pod nosem, zawrócił i odnalazł tego samego wolontariusza i powiedział, że jednak chce się podpisać, a ten ze śmiechem i uśmiechem podsunął mu kartkę.
To wciąż nie była jego sprawa, ale – była czyjaś. A skoro była czyjaś, powinna mieć prawo istnieć. Powinna dostać swoją szansę, choćby tylko po to, żeby później można ją było uczciwie odrzucić. Reszta należała już do ludzi.
Nie odmawiał. Nie chciał. Albo może nie mógł? Może stał za tym patologiczny przymus? Nie był pewien; nie zakładał raczej, że dobroć. Prędzej skrajny egoizm. Zgódź się, bo ktoś będzie cierpiał – a jeśli dołożysz do tego rękę, to i ciebie zaboli.
UsuńNie w sposób karmiczny, odrzucał przeznaczenie. Somatyka nie odrzucała jego.
Wyswobodził się ostrożnie z uścisków i na chwilę położył prawą rękę na ramieniu Mathilde, a lewą – na Ruth.
– Spokoooojnie – powiedział tonem, w którym powinno usłyszeć się uśmiech. Spojrzał na Ruth. – Mogę prosić o pięć minut? Albo dziesięć, najdłużej kwadrans. Potem przyjdę.
Kiedy młodsza pielęgniarka odtruchtała, Len odwrócił się do Mathilde i przetarł czoło dłonią. Na chwilę z jego twarzy zniknęła księżowska miękkość, a wstąpiło całkiem prozaiczne zmęczenie.
– Dobra – powiedział. – To tak. Nie jestem pewien, czy sprawa z panem Robinsonem jest skończona. Rodzina chyba oczekuje jeszcze jednej wizyty. Zagadasz z nimi?
Robinson był zmęczony i naprawdę przysypiał, więc Len nie chciał wydłużać całej tej sytuacji jeszcze bardziej. Rodzina założyła, że odbył spowiedź, ale wydawało się, że liczyli jeszcze na wspólną modlitwę, dzisiaj raczej niemożliwą. A jeśli tak, należało im wszystkim tego dostarczyć.
Zlecenie nie dotyczyło liczby spotkań – a wykonanie zadania. Teraz miał poczucie, że pochód zatrzymał się może nie w pół drogi, ale jednak sporo metrów przed metą. Dlatego zakładał jeszcze jedną wizytę, w żaden sposób niewpływającą jednak na wynagrodzenie.
Tak samo zresztą jak rozmowa z pacjentami Ruth.
Kasa, oczywiście, była ważna. W zasadzie najważniejsza. Zawsze. Bardzo chciał wyznawać w nią wiarę.
uwierz w duch…ownego Eliego, bo w Lena Westona wierzyć nie trzeba
Tammy miała tylko to. Dobry słuch, dużą dłoń, jak na kilku latkę i silną potrzebę przebywania w swojej głowie, bo zawsze bardzo dużo myślała. Nie umiała rysować, do tej pory była gdzieś na etapie przedszkolaka, ludzi rysując przy użyciu prostych kresek i kilku kółek. Nie uczyła się wybitnie, na zawsze pozostając wśród średnich uczniów, których rodzice nie byli wzywani na wywiadówki, ale oni sami też nie byli wywoływani na scenę za szczególne osiągnięcia. Tamsin grała w szkolnych orkiestrach, ale z reguły ją to nudziło – nie dlatego, że w orkiestrze nie lubiła grać, ale dlatego, że te szkolne były zazwyczaj trochę słabsze, często głównie dęte, więc po godzinie próby w ciasnej sali lekcyjnej wychodziła z bólem głowy i złością, że za jej plecami siedzi tuba, czy inny puzon.
OdpowiedzUsuńOceny jednak nie były wyznacznikiem ciekawości świata. Tamsin nie bardzo miała kogo pytać, szczególnie po śmierci taty – mama była wiecznie zapracowana, a jeśli nie była w pracy, to była zbyt zmęczona, by tłumaczyć, albo samemu sprawdzać, czemu niebo jest niebieskie, słońce wydaje się żółte, drewno jest drewnem, a nie stalą. Dlatego świat poznawała długi czas na swój sposób – przez obserwację, wyciąganie wniosków, ale też stawianie tez bez pokrycia, zapominając o potrzebie ich potwierdzenia. To, czego nie dosłyszała, albo nie do końca wiedziała, to sobie dopowiadała, wymyślając w ten sposób własną rzeczywistość, w której płyn do naczyń przytulał resztki obiadu, gdzie olej walczył z wodą i dlatego się z nią nie mieszał, zaś szkło było odmianą lodu, ale dla innej cieczy nic woda. Nic nie było do końca kłamstwem, ale też nie do końca stanowiło prawdę.
Tamsin w szarości świata doszukiwała się kolorów, głęboko wierząc, że w końcu uda jej się pokolorować monochromatyczny obraz. Może była naiwna, mogła wydawać się prosta, ale nie widziała sensu w umęczaniu się problemami, na które nie miało się wpływu. Pozostawało czerpanie z życia łyżeczka, po łyżeczce, drobnymi partiami, one day at a time.
Wyczuła jej napięcie, więc dłonie cofnęła w chwili, gdy usłyszała swoje imię. W końcu Tilly wcale nie zgadywała tak długo, Tamsin też aż takiej umiejętności czytania ludzkiego ciała nie miała i już chciała ją przeprosić, gdy dziewczyna zaśmiała się, upewniając ją, że nic aż takiego nie zrobiła. Odpowiedziała na jej powitanie równie entuzjastycznie, wysoko unosząc kąciki ust i pokazując zęby. Uśmiechy bez zębów nadawały się do reklamowych biuletynów.
— Oj nie przesadzaj! Ale faktycznie, dobrze wyszło, maestro był zadowolony, więc nie będzie ględzenia w poniedziałek o tym, co powinniśmy jeszcze dopracować — stwierdziła i założyła kosmyk włosów za ucho, ale wcale nie z zawstydzenia pochwałą. Wyszło faktycznie dobrze, ale też na nic innego nie liczyła – ćwiczyli dużo i sumiennie, a że na orkiestrę składali się faktycznie bardzo dobrzy muzycy, to nie było innej możliwości.
— Brzmi przepysznie, chociaż nie mam absolutnie zielonego pojęcia, czego mogę się spodziewać po karaibskiej kuchni. A jeśli o mnie chodzi… W zasadzie nic nowego. Wpadło mi ostatnio nagranie dla Netflixa, więc jak tylko wyjdzie serial, to powiem ci, gdzie można mnie usłyszeć, ale poza tym… Jak to mówią, stara bieda — nie taka znowu bieda, bo Tamsin nie narzekała na to, by brakowało jej na cokolwiek, więc miała więcej szczęścia, niż pewnie ponad połowa Nowego Jorku. Ujęła Tilly pod ramię i nie tyle, co pociągnęła, o ile poprowadziła w stronę wyjścia z opery.
Czas leczył rany, a Tamsin była tego dobrym przykładem, bo chociaż małżeństwo z Carterem Sullivanem dalej kładło się cieniem na jej życiu, to żyła dalej. Nie, jak gdyby nigdy nic – to byłoby zbyt proste, a Tamsin musiałaby mieć pamięć złotej rybki, by zapomnieć o wszystkim, ale żyła dalej i mogła śmiało powiedzieć, że bywała szczęśliwa. Chociażby teraz, gdy przekroczyła próg miejsca, w którym jako mała dziewczynka marzyła, by zagrać kiedykolwiek.
— A co u Ciebie? Dyżury bardzo dają w kość? Powiem ci szczerze Mattie, że to nie mnie i grę należy podziwiać, a to, co ty robisz… Gdyby nie ty i osoby, które mierzą się z podobnymi do ciebie wyzwaniami, ten świat… Ten świat byłby dużo mroczniejszym miejscem — stwierdziła szczerze.
UsuńTamsin Passalis
[Pięknie dziękuję za przywitanie i tyle miłych słów!
OdpowiedzUsuńHelen tego nie pokazuje po sobie, ale praca mocno na nią wpływa. Pewnie też ma na koncie co najmniej jedno wypalenie zawodowe jak Mathilde. Chyba właśnie z tego powodu zajmuje się bzdurami i życiami innych, by nie zadręczać się tym, że inni je tracą (i na to patrzeć, każdego dnia). Sama również ma problem ze swoją moralnością, ale wciąż tłumaczy sobie, że robi to w dobrej wierze i chęci pomocy. No i ustaliła wiele zasad (na pewno nie oszukuje żadnej osoby starszej) i wyznaczyła granicę, której nigdy nie przekracza. A za zarobione pieniądze stara się zrobić dużo dobrego (zwłaszcza dla swoich podopiecznych). Ale tak, zgadzam się z Tilly (która jest wspaniała, cudowna kreacja!) :D
Co do wątku – znajdę nawet mały pomysł. Na pewno ciekawie byłoby je skonfrontować. Jeśli jednak miałabyś chęć i czas, to zapraszam na maila: harusamenomichi@gmail.com. A jeśli na razie chcesz spasować, to ja to świetnie rozumiem, bez obaw :)]
Helen Lynch
Chciałoby się rzec, że Magnus jest odpowiedzialny, ale raczej jedynie bywa. I tym razem niekoniecznie, bo coś naprawdę durnego musiało strzelić mu do głowy, żeby wyjść z klubu w pełnym dragu. Niby miał swoje powody, ale te z biegiem czasu wydają się niezbyt istotne w obliczu konsekwencji. Powtarzamy, tylko innymi słowami: nie jest głupi. A jednak kiedy podejmuje decyzję, że te kilkanaście przecznic pokona pieszo i już w mieszkaniu zdejmie z siebie cały oręż, żeby zaoszczędzić czas to nie mądrość pcha się na usta jako komentarz. Naiwność. Może durnota.
OdpowiedzUsuńI niby wie, że nie jest winny, a jednocześnie ma pewność, że gdyby maszerował w trampkach i portkach uniknąłby nieprzyjemności. Te chłopaki, co sobie zrobiły z niego worek treningowy zdawały się przecież nie mieć problemu z kutasami - w końcu sami znajdowali się w tej kategorii. Bolączka ewidentnie dotyczyła tego, że jego nie znajdował się w spodniach. Straszne rzeczy, warte pięści.
Nie jesteś w domu, złotko, myśli sobie przy pierwszym wyzwisku, bo żeby ktoś podniósł na niego głos w Malmö musiałby chyba pojawić się na ulicy nago. A nie planował! Bierze głębszy oddech, potem kolejny i przyspiesza kroku, bo może to prędkość jest problemem. Szybko okazuje się, że nie. Nie dostaje przestrzeni by powiedzieć cokolwiek i kilka następnych minut spędza na heroicznym bronieniu głowy. Żebra się zrosną, mózg nie.
Chce wrócić do domu. Wziąć kąpiel. I może żeby tym chłopom odpadła jakaś część ciała. O ile o ostatniej chęci nie wspomina kobiecie, która przystaje przy nim, oferując podwiezienie na izbę przyjęć, tak o reszcie już owszem. Jakimś cudem te metr pięćdziesiąt zdają się jednak nie brać takiej opcji pod uwagę i stawiają go przed dwiema opcjami: zawozisz się sam, zawiozę cię ja. Korzysta więc z pomocy, bo nie ma siły się kłócić i przeklina w duchu te pół godziny, które chciał zaoszczędzić.
Gdy tylko dociera na izbę, tempo zdarzeń nie zwalnia. Ktoś wskazuje mu miejsce, gdzie ma usiąść, ktoś inny podaje formularz do wypełnienia i Magnus w pierwszej chwili jest zbyt oszołomiony, by dotarło do niego, że właściwie każdy się na niego gapi. Och, w innych okolicznościach wykorzystałby ten moment na reklamę. Albo chociaż by się uśmiechnął. Zamiast tego spogląda na swoje odbicie w metalowej podkładce i krzywi się nieznacznie, choć w gruncie rzeczy jest zadowolony ze stanu twarzy. Peruka zdaje się trzymać ostatkami sił, makeup jest rozmazany, ale to niewielkie ofiary: żaden cios nie rozwalił mu nosa, nie ma podbitych oczu ani krwawiącej wargi. I głowa też cała. Problemy zdają się zaczynać w okolicy torsu i promieniować przez kręgosłup aż do lędźwi, gdzie oberwał najbardziej. Właściwie nie widać po nim, że coś się stało. Równie dobrze mógł potknąć się o krawężnik. Albo własną nogę.
Wypisuje więc kwestionariusz, podaje swoje dane i zaznacza brak ubezpieczenia, nie mając pojęcia jeszcze jak tę sprawę rozwiązać. To jednak zdaje się być problemem na później. Odkłada papiery na bok i czekając na personel medyczny, wyciąga z włosów wsuwki i odrywa ostatnie pasy taśmy, trzymające ją w miejscu. Wiele nieprzyjemności spotyka go tego wieczora: fakt, że musi pokazać się światu w tak marnym wydaniu z pewnością jest jedną z nich.
Gdy chwilę później pojawia się przed nim kobieta, sięga w znane sobie schematy: uśmiechnąć się i czarować, byle szybko się stąd zwinąć. Byle wrócić do domu. Wziąć kąpiel. Póki co ledwo może zmusić się do pierwszego. Rozciąga usta, choć daleko mu do zwyczajowej lekkości, co wcale nie poprawia marnego humoru.
— Właśnie buciury się stały — mówi, siląc się na żarty. Ten jednak jest słaby, nie wart zachodu. Marszczy więc nos, bo to w sumie nie miejsce na zagadki i jeśli chce wyjść stąd jeszcze dziś, warto pewnie coś dodać. — Tylko nie moje. A dokładniej trzy pary buciorów w zbyt bliskim kontakcie z moimi żebrami.
UsuńSpogląda na te, o których wspomina pielęgniarka i tym razem uśmiecha się już szczerzej, bo czemu miałby nie? Gdyby towarzystwo sprzed klubu potrafiło docenić, co ma na nogach, może nie musiałby się teraz chwalić szpilami na izbie przyjęć. To wszystko ich wina. Wiadomo. Poza tym uśmiechem, który już jest ponad magnusowe siły, ma wrażenie, że resztki energii opuszczają go w tempie ekspresowym. Sen. Kąpiel. A przede wszystkim własne (no, na jakiś czas) cztery ściany i zero wścibskich spojrzeń.
— Czy jak ci powiem skąd mam trepy to może uda się zorganizować trochę więcej prywatności? — pyta chwilę później, walcząc z tym by nie objąć się w pasie. — Z natury to jestem pierwszy, żeby się pokazać i jak się gapią to nawet pomacham, ale na dzisiaj mi chyba wystarczy. Jak się nie uda to też ci powiem — zapewnia zaraz, bo przecież to żadna tajemnica, musi sobie tylko przypomnieć.
Magnus Valtersson i jego super buty
[Nie wybaczam, bo nie ma czego!]
– Dziękuję, ale nie trzeba.
OdpowiedzUsuńDelikatny uśmiech wychynął na twarz księdza Eliego, kiedy odmawiał miękko, kręcąc głową. Życie bywało słodkie, ale gdy wśród gamy smaków pojawiały się kwaśniejsze bądź bardziej gorzkie tony – co zdarzało się nierzadko – należało je przyjmować bez docukrzania.
Dostatecznie wiele parafianek wyciągało ręce pełne smakołyków, wabiąc młodego duchownego. Jak nie reese’s, to pralina rozpuszczająca się na języku. Jak nie pralina, to jabłecznik z lodami. Jak nie jabłecznik z lodami, to może wino, tym razem niemszalne, tym razem opierające się cudowi przeistoczenia.
Gdyby uległ, to cóż – Bóg by wybaczył. Niechby skusił nawet keks z bakaliami, a i tak grzechy zostaną odpuszczone, tako rzecze Ozeasz. Tak miłuje Pan synów Izraela, choć się do bogów obcych zwracają i lubią placki z rodzynkami.
Tak sobie to tłumaczył Len, częściowo odprowadzając wzrokiem Ruth, która drobiła kroczki, stawiając stopy niemal jedna za drugą. Motywacja była o wiele prostsza – nie lubił herbaty, kawę już pił, a do wieczora nie chciał za wiele jeść. Czekał go rodzinny obiad; prawdziwie rodzinny, taki z rodzoną matką i rodzonym ojcem, nawet rodzeństwem zrodzonym z tych samych rodziców. Tym razem żadnego udawania brata, syna, szefa, kochanka, narzeczonego czy nawet księdza na proszonym podwieczorku u chórzystki.
– Nie wiem – Len wzruszył ramionami. – Jak rodzina i Robinson będą zadowoleni, to okej. Po sprawie.
Nie miał żadnego interesu w tym, by przedłużać zlecenie. Sztywna koloratka, mimo że luźniejsza niż pętla biurowego krawata, gryzła go w szyję. Zapięta na ostatni koszula głównie drażniła, a wpuszczona w spodnie – krępowała ruchy. Choć odgrywanie księdza Eliego zawsze było ciekawym doświadczeniem, wcale nie pragnął zostawać w jego skórze dłużej niż było to konieczne.
Więc jeśli okaże się, że pan Robinson oczekuje czegoś więcej, Len w postaci Eliego będzie musiał przyjść ponownie i dokończyć robotę. W innym wypadku – koniec posługi.
Zmyje się bez szemrania, jeśli wyjdzie na to, że rodzina Robinsona jest w pełni usatysfakcjonowana i wcale nie oczekuje wspólnej modlitwy. Zniknie, i Mathilde już nie będzie musiała przyglądać się jego oszustwom, jeśli krewni zgłoszą jakieś problemy, ale zleceniodawca zrezygnuje z kolejnej wizyty. Chyba że…
Chyba że ktoś inny będzie potrzebował pomocy.
– Dobra – powiedział. – Z przytomnymi i chętnymi chwilę pogadam, tyle.
Ruth był ładna i trzepotała rzęsami jak motyl macha skrzydłami, a jej uśmiech mienił się kolorami, nawet jeśli tylko metaforycznie. Łatwiej i chętniej zgodzić się na prośbę kogoś, kto się o to stara i wprawnie gra na cudzej próżności. Len mógł pchać się w oczywiste pułapki, ale uroda i ruch bioder wpływały może na entuzjazm, a nie – na chęć samą w sobie.
Ruth mogłaby mieć dwie głowy, włosy meduzy i twarz sędziwego dziadka Westona, a Len wciąż zgodziłby się zajrzeć na salę do jej pacjentów, bo przecież – może ktoś z nich naprawdę potrzebował rozmowy z księdzem. W takim wypadku powinien ją dostać, nawet jeśli pod czernią stroju i bielą koloratki krył się facet bez święceń, który mógłby powiedzieć to samo również i w cywilu. Odpowiedni strój i zmieniona tożsamość zamieniała jednak zwykłe słowa w te najdroższe sercu osoby wierzącej.
Len nie zamierzał nikogo nawracać, broń Boże, ani ewangelizować – dać raczej to, co potrzebne tym, którzy i tak wierzą. Możesz walczyć o prawdę, możesz też spróbować dodać trochę otuchy komuś, kto wkrótce odejdzie. Albo uśmiechnąć się. Ścisnąć za rękę. Niewiele więcej.
– Egzorcyzmy może we wtorek, jak będę w purpurze – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Dziś nie zlecono mi udawania biskupa.
Jak pech to pech. Dupa biskupa. Najwyżej mogą zagrać w karty.
Len Weston
[ Nie ma czym się przejmować, Tammy ładne imię, więc się nie dziwię 😁]
OdpowiedzUsuńW tym wszystkim Tamsin miała się za ogromną szczęściarę – życioweg kota, który spada zawsze na cztery łapy, obojętnie z którego piętra ktoś go zrzuci. Była przed trzydziestką, miała mieszkanie ze stałym czynszem, na które nie musiała brać kredytu, bo dostała je w spadku po babci i zarabiała na życie z pasji. Chociaż jej dzieciństwo nie należało do tych, które wspomina się z utęsknieniem, to obecnie traktowała to jako formę zapłaty za ten spokój, który udało jej się utrzymywać od kilku lat. W końcu to było znacznie więcej, niż potrafili mieć inni i Passalis ani myślała wybrzydzać przy kartach, które dostała od losu.
Rozterki, które targały małą Tilly były jej obce, bo to ona była tym dzieckiem, którego rodzice prowadzili życie, w którym potrafiło brakować pieniędzy – nie miała więc przestrzeni w głowie na to, by zastanawiać się, czemu ktoś bał się stracić dom, skoro sama żyła z mamą na wynajmie. Mała Passalis nie musiała dopytywać o krzyże, bo od dziecka grała na parafialnych uroczystościach, przeskakując między kościołami z każdą przeprowadzką, w każdym odnajdując się szybko, równie szybko powtarzając słowa kaznodziei, bezdźwięcznie poruszając przy tym ustami, bo pewne partie wszędzie były w końcu takie same. To, że nie wszyscy mogli mieć po równo dobitnie wyjaśniła jej babcia, opowiadając o tym, jak już byli tacy, co chcieli równo dzielić, ale i wśród nich znaleźli się tacy, co chcieli równiej, czyli więcej dla siebie. Dlatego Tamsin wolała skupiać się na rzeczach bardziej przyziemnych, bezpiecznych dla jej małej głowy.
Nauczona pokory przez lata gry, wciąż nie buntowała się przeciwko prawom rządzącym światem, co nie oznaczało, że się z nimi zgadzała. Nie była w końcu ani ślepa, ani głucha, ani nie należała do grona ignorantów, którzy udawali, że jeśli coś nie dotyka ich bezpośrednio, to nie jest ich problemem. Nie czuła jednak gniewu – prędzej smutek, który czasami może przeradzał się w złość, ale kończył się tam, gdzie zaczynała się świadomość Tamsin, że na pewne rzeczy zwyczajnie nie ma wpływu. Ot, nie była Don Kichotem, by podejmować się próby walki z wiatrakami.
— Tilly, zaraz zacznę się ślinić, to brzmi tak dobrze — gdyby Tamsin umiała ćwierkać, to prawdopodobnie właśnie zapuściłaby skowronkowy trel zadowolenia, całkowicie poddając się ekscytacji Mattie.
— To nie jest sprawiedliwe! Ty możesz mnie chwalić, a ja ciebie nie? Jak ty sobie to wyobrażasz? — obruszyła się, brwiom pozwalając zbliżyć się ku sobie, niemal w pocałunek, uniemożliwiony przez zmarszczkę na czole. Dla Tamsin każdy, kto pomagał innym był kimś niesamowitym i chociaż sama należała do tych z gatunku pomocnych, to tak jak inni ludzie, którzy pomagali i ona nie dostrzegała w sobie heroizmu. Upraszczając sobie świat, nie uważała, by jedynie pomaganie okupione cierpieniem, altruizmem, było coś warte. Jeśli pomagało się, żeby pomóc, nawet dla własnego, lepszego samopoczucia, to czy było w tym coś rzeczywiście złego?
— Tilly, nie mówię przecież, że jesteś Matką Teresą, ale nie musisz tak tego upraszczać… Mogłaś równie dobrze klepać na komputerze w jakimś korpo, a jednak zakładasz ludziom motylki, robisz im wymazy i często jesteś ich towarzystwem w najgorszych chwilach życia — nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, ale tak samo nie powstrzymała uśmiechu, kiedy usłyszała o chaosie w jej pracy. — Przynajmniej nie możesz narzekać na nudę – stwierdziła, czego nie mogła zawsze powiedzieć o sobie, bo chociaż uwielbiała swoją pracę, to czasami brakowało jej czegoś, o czym mogłaby opowiadać, albo samemu wracać myślami. A tak? Czasami wpadła plotka, lub dwie, ale nic specjalnego.
— Jakbyś mnie nie znała… Z gościem z Fedexa sypiam we wtorku, z tym z Amazona w czwartki, ten z UPS jest poza zasięgiem, bo odkąd ogolił brodę, wygląda jakby miał osiemnaście lat, a ja wolę starszych — akurat o ostatniej rewelacji wiedziały obie, chociaż im starsza Tamsin była, tym więcej widziała patologii w tym, w czyje ramiona uciekła jako nastolatka, ale płakała nad tym zbyt długo, by teraz powstrzymywać się od żartów. Humor był w końcu czymś, co potrafiło oswoić strach, rozgonić smutek i nawet dzień do dupy zmienić w taki, żeby chociaż przez chwilę był znośny.
OdpowiedzUsuńJak kurka strosząca lekko piórka przed zajęciem pozycji do wysiadywania jajek, tak Tamsin zamiast w suchą trawę, wtuliła się w Tilly, samą przyjemność odnajdując w tej bliskości.
— Może ich jakoś przyciągasz? — spytała, ale zaraz dodała, coby Tilly nie pomyślała, że i ona należała do sekcji dziwne w jej życiu. — Nie mówię o jakiś czary-mary, ale… Wiedzą gdzie pracujesz, wiedzą, że jesteś porządną firmą, więc zamiast rozbijać się gdzieś po mieście, wolą iść tam, gdzie jest szansa, że spotkają ciebie, albo jakiegoś twojego znajomego… Może nawet nie chodzić o… dziękuję — powiedziała do mężczyzny, który przytrzymał im drzwi, gdy wchodziły do wnętrza restauracji. — Może nawet nie chodzić o same znajomości a o to, że jednak w sytuacji jakiegoś zagrożenia, albo bólu, zwyczajnie milej jest mieć przy sobie kogoś znajomego — wzruszyła lekko ramionami, bo odwiedziny dziwnych ludzi w szpitalu brzmiały… Brzmiały właściwie jak coś, co faktycznie mogło mieć miejsce, zwłaszcza w tym ogromnym mieście; jednak, jak wiele dużych miast, w ostateczności było wielkie tylko pozornie, a krewni i znajomi królika, ostatecznie zawsze dosięgali łapkami do krewnych i znajomych innych zwierząt.
Tamsin Passalis
Paweł wszedł na izbę przyjęć tak, jakby wchodził do baru, który odwiedza się co piątek i sobotę. Nie było w tym może jeszcze etapu, na którym rzucałby wszystkim po imieniu „cześć”, ale brakowało niewiele. Drzwi rozsunęły się przed nim, a on przytrzymał je ramieniem, żeby przepuścić Marka, który był blady, wkurwiony i kompletnie niezainteresowany faktem, że Paweł od dwudziestu minut tłumaczył mu, iż mówił mu, żeby uważał.
OdpowiedzUsuń— Powiedziałem ci, żebyś nie łaził po tych płytach — odezwał się po raz chyba ósmy, idąc za nim. — Powiedziałem czy nie?
— Pablo, zamknij się. — Marek odwrócił głowę.
— Czyli powiedziałem.
— Wyjebałem się, dobra? Zdarza się.
— No. Niektórym częściej.
Ręka była prowizorycznie usztywniona tym, co znaleźli na budowie, nim przyjechali do szpitala. Luis chciał ją nastawiać, ale Paweł zgromił go wzrokiem i zakazał meksykańskich praktyk magicznych na współpracowniku. Jak zobaczył, że nadgarstek Marka zaczyna puchnąć w tempie ekspresowym, wsadził go do samochodu i tyle było z dyskusji i pomocy medycznej Luisa. Kiedy znaleźli się przy rejestracji, Paweł pomyślał o kimś jeszcze. Rozejrzał się odruchowo po oddziale.
— Nawet, kurwa, nie zaczynaj — powiedział Marek.
— Co? — Paweł spojrzał na niego niewinnie.
— Wiem, kogo szukasz.
— Nikogo nie szukam.
— Jasne. Od wejścia patrzysz, czy jest ta pielęgniarka.
— Jaka pielęgniarka? — Marek prychnął, a Paweł uśmiechnął się pod nosem.
No dobrze. Może rozglądał się trochę. Mathilde Stevenson stanowiła swego rodzaju stały element jego doświadczeń z amerykańską służbą zdrowia. Zaczęło się kilka lat wcześniej od rozciętego łuku brwiowego jednego z chłopaków, później był gwóźdź wbity w dłoń, upadek z drabiny, coś ze stopą, czego Paweł nawet nie chciał pamiętać, własne szycie dłoni i cała długa lista pomniejszych katastrof będących naturalnym skutkiem zatrudniania dziesięciu facetów pracujących codziennie na budowie pełnej potencjalnych wypadków. Nie to, żeby jego ludzie byli jakimiś idiotami. Po prostu statystycznie rzecz ujmując, na budowie musza się zdarzać wypadki. Chociaż, patrząc na Marka, czasami jednak zachowują się jak idioci.
Mattie trafiała na nich za każdym razem. Za pierwszym była dla niego po prostu pielęgniarką z wyrazem twarzy sugerującym, że świat rozczarował ją już przed śniadaniem. Za drugim pamiętała jego nazwisko. Za trzecim powiedziała mu, że jeśli jeszcze raz zacznie przeszkadzać podczas zakładania szwów, może sam sobie je założyć. Za czwartym Paweł odkrył, że doprowadzanie jej do irytacji jest jednym z tych drobnych uroków życia, których człowiek nie powinien sobie bez potrzeby odmawiać. Bo Mathilde miała tę cudowną właściwość, że nie udawała uprzejmości. Kiedy uważała go za kretyna, Paweł dokładnie wiedział, że uważa go za kretyna. A Wysockiego to po prostu bawiło.
Usiedli w końcu w części dla oczekujących, a Marek ułożył chorą rękę na brzuchu.
Usuń— Ile tym razem minie minut, zanim ją wkurwisz? — zapytał.
— Nie wiem. Dwie? — Paweł spojrzał na zegarek.
— Daję ci trzy, chociaż ostatnio wystarczyło ci trzydzieści sekund.
— Bo przyszła już zdenerwowana.
— Powiedziałeś jej, że wygląda na zmęczoną i że może powinna więcej spać.
— To była troska o pracownika amerykańskiej służby zdrowia, która trzyma nas przy życiu.
— Jesteś pojebany. — Marek spojrzał na niego takim wzrokiem, jakim zwykle patrzy się na człowieka świadomie wkładającego widelec do kontaktu.
— A ty masz złamaną rękę przez własne nogi. Nie wiem, który z nas gorzej wypada w tym zestawieniu.
Paweł rozparł się na plastikowym krześle, wyciągnął telefon i sprawdził kilka wiadomości z budowy. Odpisał szybko jednemu z chłopaków, żeby skończyli bez nich, przypomniał o zabezpieczeniu miejsca, w którym Marek zrobił swój popis kaskaderski, po czym jeszcze raz zerknął w stronę korytarza. Nikogo znajomego. Żadnej Mattie na horyzoncie. Dziwne, jakie to było rozczarowujące, skoro już tracił pół dnia na ER, dobrze było mieć jakąś rozrywkę. Piętnaście minut później ktoś wywołał Marka, Paweł podniósł się razem z nim.
— Pan może zostać — odezwała się kobieta z recepcji.
— On słabo mówi po angielsku. — Paweł wskazał na Marka, ten spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— I speak fucking English.
— Widzi Pani? — Paweł zwrócił się do kobiety. — Tragicznie.
Recepcjonistka przez chwilę wyglądała, jakby zastanawiała się, czy warto wchodzić w tę dyskusję, ale ostatecznie odpuściła. Kilka minut później znaleźli się za drzwiami oddziału i wtedy ją zobaczył. Najpierw charakterystyczny szybki krok, potem ciemne włosy i w końcu ten wkurwiony wyraz. Uśmiech pojawił się na jego twarzy automatycznie.
— O, kurwa — mruknął Marek.
— Zamknij mordę, Marek.
Mattie jeszcze ich nie zauważyła. Paweł patrzył, jak kończy krótką rozmowę z innym pracownikiem, sprawdza coś na ekranie komputera, a potem podnosi wzrok prosto na nich. Moment rozpoznania był bezcenny. Naprawdę. Paweł widział dokładnie tę sekundę, w której jej twarz przechodziła od zawodowej neutralności do czegoś, co można było opisać mniej więcej jako: not fucking today.
Właśnie dlatego uśmiechnął się jeszcze szerzej i podniósł rękę w powitalnym geście.
— Stevenson! Mathilde! — rzucił zdecydowanie za głośno jak na odległość dzielącą ich może dziesięciu metrów. Marek jęknął coś pod nosem, kręcąc głową. — Stęskniłaś się?
PAWEŁEK
Ian akceptował to ryzyko, które wiązało się z wykonywaniem jego zawodu. Nie było to ryzyko kontrolowane, ponieważ nie miało prawa takim być, kiedy w grę wchodził czynnik ludzki i kiedy Ian stanowił tylko jego ułamek, jednak na tyle, na ile pozostawało to możliwe, Ian starał się mieć to ryzyko pod kontrolą. Był ostrożny, nie postępował pochopnie i woził ze sobą tylko tyle towaru, ile potrzebował dany klient, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy. Mógłby przez to popaść w paranoję, ale nie zrobił tego, zupełnie świadomie. Prościej i wygodniej, ponieważ dzięki temu nadal mógł spać spokojnie w nocy, było założyć, że w końcu wpadnie. To było nieuniknione. Mogło stać się za godzinę, za tydzień, za miesiąc albo za pięć lat, ale w końcu miało się stać i Ianowi nie przeszkadzała te perspektywa, a przynajmniej nie przeszkadzała mu do niedawna, bo nie wiedział, co lepszego mógłby zrobić ze swoim życiem.
OdpowiedzUsuńNie rozchodziło się nawet o to, że odkąd poznał Debbie, zaczął mieć co robić ze swoim życiem. Rozchodziło się o to, że kiedy w końcu trafi do więzienia, przekreśli nie tylko swoje życie, ale też życie Debbie. Nie całkowicie, ale w pewnym stopniu i na pewien czas. Debbie miała z nim wystarczająco wiele problemów, nie chciał więc dokładać jej kolejnego, choć ten problem stanowił rozwiązanie wszystkich innych, czyż nie? To było skomplikowane i nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby Ian potrafił odpuścić sobie Debbie, ale nie potrafił, tak jak nie do końca potrafił zrozumieć, dlaczego Debbie nie może odpuścić sobie jego. Nie był dobrym materiałem na chłopaka, nie tylko dlatego, że był dilerem. Miał wiele innych ułomności, wynikających z tego, w jakimś środowisku został wychowany. Był trudny, widać jednak nie tak trudny, żeby odpuszczać.
Odpuścić nie chciała także Mattie, choć w jej przypadku wynikało to z czegoś zupełnie innego. Ian był pewnie jednym z przyjemniejszych pacjentów, jakich miewała w swojej karierze. Był czysty, nie był agresywny i mimo wyraźnej niechęci, współpracował. Musiałby bardzo się postarać, aby Mattie odpuściła, a niekoniecznie chciał w ten sposób uprzykrzać jej zmianę.
— Nie bardzo — odpowiedział, ignorując pytanie o numer ubezpieczenia. — Musiałbym się zastanowić, a chwilowo w zastanowieniu się przeszkadza mi to, że nakurwia mnie łeb — wyznał, bo od pulsującego bólu głowy nadal lekko go mdliło. Stąd skrzywił się, kiedy kobieta roześmiała się dźwięcznie, bo o ile w normalnych okolicznościach ten dźwięk mógł uchodzić za przyjemny, o tyle teraz ani trochę przyjemny nie był, przeciwnie, penetrował wnętrze głowy Hunta nie gorzej, niż robiłby to młot pneumatyczny.
Wtem coś go tknęło. Puścił dłoń Mattie, zarówno pod wpływem jej dotyku, jak i tej myśli, która zaczęła tłuc się po jego obolałej głowie.
— To chyba był wpierdol — zgodził się z nią a propos tego, co mogło się stać, ale nie o to mu się rozchodziło. Nie dlatego marszczył teraz brwi, wpatrując się przy tym we własne stopy i zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co chce przekazać. W końcu podniósł na nią wzrok.
— Dacie mi coś przeciwbólowego? — spytał, bo raz, że chciał coś takiego dostać, a dwa, potrzebował żeby nie było to nic, czego później mógłby chcieć więcej. — Mattie, możesz dopilnować, żeby to nie były opioidy ani inne gówno?
Nie odpowiadał na jej pytania, nie kontynuował tematów, które poruszała, co z powodzeniem można było zrzucić na to, że nakurwiał go łeb, ale gdyby Mathilde miała okazję porozmawiać z nim dłużej, niż tych kilka minut potrzebnych na przekazanie towaru, zorientowałaby się, że Hunt potrafił rozmawiać w ten sposób także na co dzień, robiąc to bez najmniejszego wysiłku. Tak jakby prowadził rozmowę i jednocześnie jej nie prowadził, za to ciągnął wygodny dla siebie monolog. Teraz także zmierzał w kierunku, który interesował jego, ale niekoniecznie interesował ciemnowłosą kobietę, czym być może nie uprzykrzał jej zmiany, ale także bez wątpienia jej nie ułatwiał.
IAN HUNT
[Cześć! Prawda, nie znamy się, ale właśnie się poznałyśmy. Chyba. :D Dzięki za powitanie i od razu przyznam rację. To prawda, nie najgorsze ma to życie, trochę się nad sobą użala i nie potrafi postawić na swoje. Ale pracujemy nad tym, a mi Naomi chyba pomaga rozbudzić więcej cierpliwości i empatii wobec ludzi z jej typem osobowości. :D No ale, lubię ją. :)
OdpowiedzUsuńPolubiłam też Matty! Ło panie, to przecież przeciwieństwo mojej N. A taka przyjaciółka z pewnością przyda jej się w życiu! Ja bym tu widziała świeżą, dopiero rozwijającą się od jakiegoś czasu przyjaźń. Bo poza Erin Blake, N. w zasadzie nigdy nie miała takiej przyjaciółki-przyjaciółki, więc może kogoś takiego znalazłaby właśnie w Matty! Sama ma w sobie ogromne pokłady miłości do ludzi, tylko nie do końca ma to z kim w pełni dzielić. Mogę mieć nawet pomysł na punkt zaczepienia. ;) Jeśli to coś, co widzisz, to możesz napisać na maila. Preferuję tego typu ustalenia. :D cinnamoonlattee@gmail.com
Raz jeszcze dziękuję za powitanie!]
Naomi Kim
Brant od kilku minut obserwował stolik sąsiedni, coraz bardziej przekonany, że kumpelski wieczór tamtejszych pijaczków zaraz zamieni się w książkową chryję. Najpierw były tylko podniesione głosy. Nc szczególnego. Wszyscy byli już wstawieni, poza tym bar pełen ludzi miał to do siebie, że czasami trudno było stwierdzić, czy ktoś prowadzi ożywioną dyskusję, czy za chwilę wszyscy zaczną się okładać po twarzach. Zwłaszcza w takiej spelunie, gdzie stali bywalcy znali się po imieniu i każdy wiedział, na jakie hasło można dostać towar spod lady. Ale do tych podniesionych głosów doszły za chwilę nerwowe gesty, ktoś wrzasnął, inny wstał. Drugi też się podniósł i złapał kolejnego za koszulkę tak gwałtownie, że ten wpadł na postronnego gościa, który szedł z piwem. Szklanka przechyliła się w dłoni, zawartość rozlała się na podłogę, a kilka kropel chlapnęło przy okazji na spodnie Branta. Kurwa, no nie.. Facet nawet tego nie zauważył. Zamachnął się tylko i przywalił przeciwnikowi prosto w nos.
OdpowiedzUsuńKrzesło Branta zaskrzypiało o podłogę, kiedy odsunął je nogą i wstał. Zrobił dwa kroki i złapał najbliższego z awanturników za fraki, szarpnięciem odrywając go od przeciwnika. Facet nawet nie zdążył porządnie zaprotestować, kiedy Brant przerzucił go na drugą stronę, prosto w wolną przestrzeń między stolikami. Drugi już ruszał za nim, ale Brant złapał go za ramię, obrócił i równie sprawnie posłał w przeciwnym kierunku. Pozostali goście szybko zorientowali się, że warto pomóc i przytrzymali obu, zanim ci zdążyli ponownie rzucić się sobie do gardeł.
— Macie dzisiaj jakiś konkurs na największego idiotę, czy to jakiś lokalny zwyczaj?
Zdołał ledwie wyrzucić z siebie ostatnie słowo, kiedy coś ciężkiego z impetem uderzyło go w głowę. Zacisnął powieki, a z jego ust wyrwało się krótkie przekleństwo. Poczuł ból w okolicy brwi, pulsujący nieprzyjemnie aż do skroni. Odruchowo przyłożył dłoń do czoła i przez chwilę stał tak, próbując zorientować się, co właściwie się stało, a kiedy odsunął rękę, zobaczył na palcach krew. Opuścił wzrok na podłogę, dopiero teraz zauważając przedmiot, który zsunął się tuż obok jego buta. Krzesło. Dosłownie ktoś rzucił w nich krzesłem. W Oklahomie może spodziewałby się czegoś podobnego, ale w Nowym Jorku? Przez moment patrzył na to krzesło z niedowierzaniem, po czym uniósł wzrok na faceta stojącego kawałek dalej.
— Ty jesteś, kurwa, poważny?
Facet próbował coś powiedzieć, ale Brant wszedł mu w słowo.
— Rozdzielam ich, żeby się nawzajem nie pozabijali, a ty bierzesz krzesło i rzucasz nim na oślep?! — syknął, robiąc krok w jego stronę. Krew zaczęła spływać mu cienką strużką wzdłuż czoła, więc otarł ją wierzchem dłoni, czując ból przy każdym nawet najmniejszym dotyku.
Awanturnicy dali sobie spokój, jeden burknął coś do drugiego i całą grupą się rozeszli. Barmanka pojawiła się chwilę później z woreczkiem lodu i kawałkiem wątpliwej jakości gazy, mówiąc coś o tym, że powinni byli mieć apteczkę, ale ostatnio jakoś nie było okazji jej uzupełnić. Zajebiście.
Przyłożył lód do brwi, a gazę docisnął drugą ręką. Zimno przyniosło chwilową ulgę, choć rana nadal pulsowała przy każdym ruchu. Nie zamierzał jednak robić z tego większej sprawy, bo nie pierwszy raz miał rozcięty łuk brwiowy i pewnie nie ostatni. Wiedział, że się zagoi. Problem polegał tylko na tym, że tym razem prawdopodobnie zostanie po nim pamiątka.
Do mieszkania miał raptem trzy przecznice. Szedł spokojnie, trzymając lód przy brwi, dopóki ten nie zaczął topnieć i znikać w palcach, aż w końcu przestał mieć z niego jakikolwiek pożytek.
Kiedy oderwał gazę od skóry, zobaczył, że przesiąkła krwią prawie całkowicie. Westchnął. Tate na pewno zrobi mu przesłuchanie i nie odpuści, dopóki nie dowie się, co zaszło. Znów westchnął i tym razem zatrzymał się na środku chodnika. Wizja pytań wydawała mu się znacznie gorsza niż wizyta w szpitalu, więc wyciągnął więc telefon, zamówił Ubera i po kilku minutach siedział już na tylnym siedzeniu, kierując się do najbliższego Emergency Department. Na miejscu zgłosił się do rejestracji, gdzie po krótkiej wymianie zdań dostał kolejny kawałek gazy – tym razem niewątpliwej, bo jałowej Cudownie. Przycisnął ją do brwi, podziękował i grzecznie usiadł na jednym z krzeseł ustawionych wzdłuż korytarza. Krew wciąż sączyła się z rany, powoli przesiąkając przez opatrunek. Oparł się więc wygodniej i spojrzał przed siebie, bo teraz pozostawało mu już tylko czekać. Podobno na panią pielęgniarkę.
UsuńBrant Dawson
Wziął od Mathilde woreczek na wymioty, a że pierwszy raz miał do czynienia z tym wynalazkiem, to obejrzał go sobie dokładnie z każdej strony. Zakończywszy krótkie oględziny, zacisnął usta i pokiwał głową, robiąc tę charakterystyczną minę świadczącą o tym, że oto obdarzył uznaniem wręczony mu gadżet. Skupienie się na przedmiocie sprawiło, że nudności stały się mniej dokuczliwe, nie oznaczało to jednak, że ustąpiły zupełnie, przez co Ian wolał mieć woreczek w pogotowiu.
OdpowiedzUsuń— Nie jestem na nic uczulony.
A przynajmniej do tej pory nie trafił na nic, na co by był. Trochę tych substancji przetestował, stąd jego pytanie o opioidy. Nie tylko słyszał historie o ludziach, którzy uzależniali się w sposób, który zobrazowała mu pielęgniarka Mathilde, a jego klientka Mattie, a który rzekomo nie miał miejsca tak często, jak się uważało, ale też miał z tymi ludźmi do czynienia. Jedna z jego najnowszych klientek, swoją drogą pani doktor, łykała oksykodon jak cukierki, a niekoniecznie łykała go w celu uśmierzenia bólu kręgosłupa po wypadku samochodowym. Jeśli już uśmierzała w ten sposób jakiś ból, to innego rodzaju.
— To dobrze — skomentował krótko tym razem on i wygodniej rozłożył się na szpitalnym łóżku. Do tej pory siedział stosunkowo sztywno, teraz oparł się plecami o podniesioną pod pewnym kątem część i wyciągnąwszy nogi przed siebie, skrzyżował je w kostkach. Byłoby mu jeszcze wygodniej, gdyby oparł głowę, ale tę trzymał prosto i sztywno, napinając kark. Miał dziwne wrażenie, że rana, guz czy cokolwiek innego, co widniało tam po uderzeniu, znajdowało się dokładnie w tym miejscu, w którym jego potylica zetknęłaby się z zagłówkiem.
Parsknął cicho, kiedy Mattie pogroziła mu palcem.
— Nie zeświruję — obiecał. — Aż tak mocno nie oberwałem.
Kiedy Mattie zniknęła za zasuniętą kotarką, wygradzającą z przepastnego pomieszczenia trochę przestrzeni osobistej dla Hunta, ten miał czas zastanowić się nad tym, co zaszło. W obolałej, nieustannie pulsującej głowie odtworzył przebieg wydarzeń sprzed trafienia do szpitala.
Zaparkował Cadillaca dwie przecznice dalej. Zabrał ze schowka maleńki woreczek z dokładnie sześcioma pigułkami dla doktora Simmonsa. Wysiadł, zamknął samochód, pokonał tych kilkaset metrów piechotą i już z odległości pięćdziesięciu metrów, będąc jeszcze po drugiej stronie ulicy, wypatrzył Simmonsa czekającego przy podjeździe dla karetek. Przeciął jezdnię, nie kwapiąc się w szukaniem najbliższego przejścia, podszedł do Simmonsa i w niespełna minutę załatwił z doktorkiem, co miał do załatwienia. Bogatszy o kilka stówek, odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę. Ostatnim, co pamiętał, to to, że przeszedł przez ulicę i skręcił w jedną z bocznych alejek, żeby skrócić sobie drogę.
To w tej alejce, a w zasadzie w wąskim przesmyku między dwoma budynkami, takim, w którym stały kubły na śmieci, a wokół tych kubłów walały się kartony i, a jakże, śmieci, musiał oberwać. I musiał oberwać najpierw w głowę, bo bolało go jeszcze kilka innych miejsc na ciele. Głównie lewy bok, od łopatki aż po biodro.
Cmoknął cicho, z uznaniem. Ten ktoś, kto sprzedał mu ten celny cios w głowę, musiał się postarać. To nie była pierwsza rana głowy Hunta, ale pierwsza, która z miejsca pozbawiła go przytomności i to na czas wystarczający do tego, aby ktoś sprowadził pomoc i zaciągnął go do pobliskiego, bo znajdującego się tuż za rogiem, szpitala. Ciekawe, ile był nieprzytomny? Popatrzył za smartwatcha zapiętego na nadgarstku. Z Simmonsem był umówiony na dwudziestą pierwszą, dochodziła dwudziesta pierwsza czterdzieści. No nieźle.
Kotarka, która zapewniała mu tę odrobinę prywatności, z której był uradowany, rozsunęła się gwałtownie, ze zgrzytem metalowych kółek o metalowy stelaż. Ian skrzywił się i mocniej zacisnął palce na usztywnionych krawędziach woreczka na wymioty. Obdarzył Mattie nieprzychylnym spojrzeniem, a następnie popatrzył na podążającego tuż za nią mężczyznę, który przystanął przy łóżku i zapatrzony w kartę, nawet nie popatrzył na pacjenta.
— Dobry wieczór — odezwał się, poślinił palec i przerzucił kartkę, wywijając ją na zewnątrz. Czy ślinienie palca nie było przpadkiem nawykiem, którego lekarz mieć nie powinien…? — Jestem…
Usuń— Doktor Simmons. — Ian wszedł mu w słowo, a kiedy doktor Simmons podniósł wzrok, nie podnosząc przy tym głowy, przez co uwydatnił się jego drugi podbródek, Hunt posłał mu głupkowaty uśmiech.
Może to doktorek miał uzupełnić jego około trzydziestominutową lukę w pamięci? Było by miło, zważywszy na to, że Simmons dostał, co chciał, a Ian dostał tylko wpierdol.
Coś go tknęło. Puścił woreczek, poklepał się po prawej kieszeni jeansów, a potem wcisnął w nią dłoń.
— Kurwa.
Gotówki, którą wręczył mu Simmons, nie było.
biedniejszy o kilka stówek IAN HUNT i doktorek
Siedział grzecznie, z zamkniętymi oczami, układając sobie w głowie krótkie wyjaśnienie na wypadek, gdyby jego siostra postanowiła urządzić mu wykład, dlaczego nie powinien łazić po tych spelunach, skoro wokół tyle jest cywilizowanych barów. Wolał być przygotowany, bo dobrze wiedział, że nie będzie łatwo jej wytłumaczyć, że rozcięta brew była efektem ubocznym próby rozdzielenia dwóch pijanych idiotów, podczas gdy trzeci rzucił krzesłem. To wydawało się tak absurdalne, że nawet on, siedząc teraz na tym szpitalnym korytarzu, miał wrażenie, że brzmi jak kiepski żart albo jak wymówka wymyślona na poczekaniu. W tym czasie pomyślał od razu, że personel szpitalny pewnie słyszał już niejedną podobną historię i żadna z nich nie robiła na nich większego wrażenia, więc przynajmniej tu nikt nie będzie wnikać w szczegóły. Oni widzieli ludzi przywożonych po bójkach i po znacznie głupszych pomysłach, więc krzesło rzucone w głowę na pewno ze spokojem zajmowało miejsce gdzieś w środku tej listy popieprzonych przypadków, a nie na jej czele.
OdpowiedzUsuńSpojrzał w głąb korytarza, kiedy zza drzwi wyłoniła się pielęgniarka, a potem skierował się za nią do jednego z pomieszczeń, gdzie grzecznie usiadł na wskazanym miejscu. Rozejrzał się krótko po wnętrzu, przypominając sobie tamte czasy, gdy trafił do szpitala z o wiele gorszym przypadkiem. Wtedy kula zrobiła mu znacznie więcej szkody niż dzisiejsze krzesło, choć i z tamtego wykaraskał się całkiem sprawnie, bo po dwóch miesiącach rehabilitacji wrócił do patrolu. Fakt, że rana była przelotowa, a kula ominęła kość i wszelkie nerwy oraz tętnice, robiąc spustoszenie jedynie w tkankach miękkich, więc obyło się skomplikowanych powikłań. Oczywiście od tamtego czasu aż do teraz było jeszcze parę takich odwiedzin, bo w pracy na ulicy działy się różne rzeczy, a czasami nie wypadało zbagatelizować nawet głupiego rozcięcia. Częściej miewał jednak urazy, które można było załatwić opatrunkiem i kilkoma szwami, niż takie, z którymi trzeba było zostać na dłużej, bo po piętnastu latach służby człowiek w końcu wpaja sobie pewne nawyki, a przede wszystkim takie, by nie robić sobie krzywdy na własne życzenie. Dziś wyglądało to zgoła inaczej, ale dawno był po godzinach i próbował zrobić po prostu dobry uczynek.
Siedząc na leżance, przyglądał się ruchom kobiety, zastanawiając się z automatu, którym z kolei pacjentem był i czy miała już jakieś ciekawsze przypadki tego dnia, czy wszyscy przyjeżdżali z bolącymi paluszkami. Albo rozciętymi brwiami. Generalnie to miał dziwne wrażenie, że w ogóle nie powinno go tutaj być, bo przecież rozcięta brew to nie koniec świata, można płakać jedynie nad walorami estetycznymi, gdy zagoi się jak popadnie. Ale on musiał jutro jakoś pokazać się w pracy i byłoby dobrze, gdyby ta rana nie rozlazła mu się przy pierwszym gwałtowniejszym pochyleniu po psią smycz. Musiał to ogarnąć. Po prostu musiał
— Poza kamuflażem? No nie wiem, może nieudana próba zaprzyjaźnienia się z krzesłem? — odpowiedział, uśmiechając się nieznacznie. — Rozdzielałem dwóch pijanych mężczyzn. Trzeci uznał, że przyda im się jeszcze uzbrojenie, więc rzucił w naszą stronę... krzesłem.
Wycelował spojrzenie w jej oczy, gdy usiadła naprzeciwko na taborecie. Nie ruszał się, obserwując, jak jej wzrok biegał po jego twarzy w poszukiwaniu jakichś istotnych zmian, które mogłyby wyglądać niepokojąco.
— Głowa boli, ale jeszcze wiem, gdzie jestem i jak się nazywam, więc chyba nie jest źle. Widzenie bez zmian. Ręce i nogi też działają. — Poruszył lekko palcami, chcąc jej to dodatkowo zademonstrować. — Nudności brak. Wymiotów też nie planuję, jeśli to cię uspokoi.
Na ostatnie pytanie uniósł lekko brew, po czym przypomniał sobie, że akurat ta brew jest aktualnie w kiepskim stanie do robienia jakichkolwiek min. Za chwile w ogóle przestał się poruszać, bo Mathilde zabrała się za oczyszczanie tej rany.
— Pamiętam wszystko. Nawet moment, w którym pomyślałem, że powinienem jednak zostać przy swoim piwie i pozwolić tym kretynom samym się pozabijać — przyznał, czując lekkie szczypanie w miejscu, które właśnie odkażała. Uwinęła się z tym tak sprawnie, że nie był nawet w stanie sobie na nią dobrze popatrzeć. A urodę miała nietuzinkową.
UsuńZaraz usłyszał znajomy głos tutejszego lekarza, więc uśmiechnął się krótko bo te okoliczności może i były lepsze, ale tych spotkań i tak nie zaliczał do wartych powtarzania. Dlatego starał się powtarzać je jak najrzadziej.
— Dobry wieczór, doktorze — przywitał się, a potem spojrzał na Mathilde, która nagle jakby doznała dziwnego przypływu oświecenia. Miał świadomość, że nagrania z kamer nasobnych często trafiają do sieci, bo policja na życzenie niektórych agencji udostępnia je czasem w celach edukacyjnych, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie rozpoznany w ten sposób gdziekolwiek na świecie. Poza Oklahomą, bo tam całe miasto wiedziało. Był zaskoczony, bo nawet jeśli to spektakularne nagranie z postrzelenia zostało wyświetlone miliony razy, to jakie było prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się pani pielęgniarka, która tego wieczoru będzie przygotowywała jego brew do szycia? Może powinien zagrać w zdrapki, skoro miał szczęście do trafiania na mało prawdopodobne przypadki. Co więcej, znany był jako ten z postrzału. Cudownie. Dzięki, Tate.
Wzruszył lekko ramionami, bo ciężko było mu zrzucić taki obrót spraw na szczęście. Szczęścia w tym raczej nie było. Albo to napastnik nie umiał strzelać, albo to on wiedział, jak unikać kul, żeby zminimalizować ryzyko ciężkich obrażeń. A może i jedno i drugie złożyło się finalnie na to, że miał tę nogę w pełni sprawną, a po tamtym incydencie została tylko brzydka blizna. I ten specyficzny ból, bo tego rodzaju bólu też nie dało się zapomnieć, ani zestawić z żadnym innym.
— Rana była przelotowa, pocisk przeszedł wzdłuż włókien — potwierdził, bo faktycznie obeszło się bez szycia. Napastnik strzelał z góry i trafił w zgiętą nogę. Zresztą, nie bez powodu zawsze pracował na ugiętych kolanach, schodząc nisko na nogach przy każdym kontakcie ogniowym, bo latami uczył się tej pozycji właśnie po to, by w razie trafienia zminimalizować ryzyko strzaskania kości czy rozerwania tętnicy. Tamtego dnia ta nawykowa dbałość o geometrię własnego ciała być może uratowała mu życie. A na pewno nogę.
— Cóż, miło wiedzieć, że przynajmniej ktoś oglądał z przejęciem. — Zerknął na nią z lekkim rozbawieniem. A potem poczekał, aż przyniesie odpowiedni sprzęt do zasklepienia rany i pozwolił lekarzowi zacząć procedurę.
Brant Dawson
Porzuciwszy gmeranie dłonią w pustej kieszeni, która nie mogła stać się już bardziej pusta, niż była, Ian cofnął rękę i podniósł głowę, by móc spostrzec, że postawa Mathilde diametralnie się odmieniła. Już wcześniej kobieta była energiczna, poruszała się z werwą, a kiedy mówiła, to konkretnie, co sprawiało, że biła od niej mocna aura zdecydowanego, pewnego siebie człowieka, ale teraz wręcz promieniała wewnętrznym blaskiem. Jej ciemne oczy, utkwione w Simmonsie, błyszczały niemal jak w gorączce, zdradzając niezdrową ekscytację.
OdpowiedzUsuńNo tak. Ian uśmiechnął się pod nosem. To, że oprócz pracy, stał się dodatkowym ogniwem łączącym tę dwójkę, musiało być interesujące. Mniej dla niego, bardziej dla Mathilde, a najbardziej dla doktora Simmonsa, który po entuzjastycznym powitaniu dilera nie wiedział, co ze sobą począć.
Lekko zadarłszy podbródek i przechyliwszy głowę, Ian nadstawił uszu, by nie uronić ani słowa z rozmowy tej dwójki. Na jego twarzy malowało się uprzejme zainteresowanie, a sam Ian pozostawał niewzruszony tym, że zachował się wyjątkowo nieprofesjonalnie. Był dobrym dilerem. Dyskretnym. Takim, który dbał o to, by tożsamość jego klientów nie była jawna. Tymczasem wystawił doktora Simmonsa aż miło, choć przy tym nie wystawił samej Mattie. Pielęgniarka wystawiła się sama, swoimi słowami sprawiając, że każda z przebywających tutaj osób doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kto jaką pełnił rolę w ich małym trójkącie. Cóż, swoje drobne potknięcie Ian mógł wytłumaczyć urazem głowy, który nie był wyimaginowany, bo ból ściskający jego czaszkę był jak najbardziej prawdziwy. Poza tym, podświadomie chyba miał za złe Simmonsowi, że to, co go spotkało, spotkało go akurat po dostawie dla niego. Kto wie, może Simmons był w zmowie z napastnikiem?
Cierpliwie poddał się badaniu. Pozwolił doktorkowi pooglądać się z każdej strony, w zasadzie wyglądało na to, że Ian podczas tego badania rozluźnił się już całkowicie i przestało tak bardzo zależeć mu na tym, aby opuścić szpital jak najszybciej. Nie mógł przecież wymarzyć sobie lepszej opieki, prawda? Pielęgniarka, której dostarczał zielsko i lekarz, którego zaopatrywał w benzo.
— Jesteś okrutna — zauważył, kiedy zostali sami i kiedy Mattie śmiało poczynała sobie z jego żyłami. Wodził za nią wzrokiem i uśmiechał się przy tym lekko, a kiedy nazywał ją okrutną, brzmiało to bardziej jak komplement niż przytyk. — I nie ma za co.
Pokiwał tylko głową, kiedy tłumaczyła mu, co dalej. Nie wypadało mu przecież choćby potaknąć, skoro przedstawiła go jako małomównego, prawda? Zresztą, to nie była tylko poza. Ian naprawdę niewiele mówił. Dokładnie tyle, ile było trzeba, a że jego zdaniem ludzie często mówili zdecydowanie więcej, niż było to konieczne, to na ich tle wypadał wyjątkowo blado. Instrukcje Mattie były jasne, on je rozumiał i nie miał żadnych zastrzeżeń co do tego, że miał poczekać, więc skinięcie było absolutnie wystarczające.
Odetchnął głębiej, kiedy został sam. Przymknął powieki, a nawet ostrożnie podparł głowę, tak by nie urazić bolącego miejsca, czym odciążył napięty kark. Woreczek na wymioty wciąż trzymał pod ręką, tak na wszelki wypadek i czekał, aż podany dożylnie paracetamol zacznie działać. Potrzebował sprawnie działającego umysłu, żeby podpytać Simmonsa, czy wiedział, co dokładnie zaszło.
małomówny, ale grzecznie czekający IAN HUNT
Pokręcił tylko głową, odprowadzając Tilly wzrokiem, aż ta zniknęła z jego pola widzenia. Pomyślał, że być może mógłby dogadać się z nią w życiu prywatnym. Pomyślał także, nie wiedzieć czemu, że Mathilde potrafiłby zjeść go na przystawkę – lub na jeden kęs, jak te modne finger foods serwowane na przyjęciach. Wystarczyło mu te niespełna pół godziny, z przerwami, spędzone w jej towarzystwie, by zaobserwować, a poniekąd także poczuć na własnej skórze, że Mathilde nie pierdoliła się z ludźmi. I dobrze. Ian także tego nie robił, ponieważ tego nie lubił, dlatego cenił w innych akurat tę cechę.
OdpowiedzUsuńJego przemyślenia nie trwały zbyt długo, a przez to nie zaprowadziłby go daleko, bo zgodnie z poleceniem opiekującej się nim pielęgniarki Mathilde, zapadł w płytką drzemkę. W normalnych okolicznościach raczej zachowałby czujność i nie pozwolił sobie na sen, ale to nie były normalne okoliczności. Nie co dzień Ian trafiał na ER, gdzie obskakiwała go dwójka jego klientów, choć należało zaznaczyć, że obskakiwali go wyłącznie z zawodowej konieczności. Tak jak Ian nie lubił pierdolić się z ludźmi, tak też nie lubił być przez nich obskakiwanym.
Szkoda, że musiał zostać w swoim pokoiku, bo nie mógł zobaczyć, jak Mathilde nie pierdoli się z Simmonsem. Będąc tego świadkiem, w duchu przyklasnąłby kobiecie, a doktorem by wzgardził. Był dilerem, działał wbrew wszelkiej etyce i nie katował się tym ani na co dzień, ani w bezsenne noce, w które mogłyby dopaść go wyrzuty sumienia. Hunt nie miał żadnych wyrzutów sumienia przez to, że handlował prochami. Nie on, to inny diler, prawda? Dlatego nie żałował swoich klientów, ponieważ ci byli dorosłymi ludźmi, którzy potrafili samodzielnie dokonywać wyrobów i równie samodzielnie niszczyli sobie w ten sposób życie.
Z drzemki wyrwało go wtargnięcie Mathilde na salkę. Zrobiła to tak gwałtownie, że opony wózka zapiszczały o gumolit, kiedy wykręcała nim przy łóżku. Pisk ten nie był tak nieprzyjemny, jak mógłby być jeszcze kilkanaście minut temu, a to oznaczało, że radośnie krążący w krwiobiegu Iana paracetamol musiał zacząć działać.
— Tym cackiem? — Wskazał na wózek. — No nieźle — skomentował, jako fan motoryzacji doceniając zaoferowany mu środek lokomocji.
— Czy zleciał? Nie wiem, nie znam się. Ty mi powiedź, z naszej dwójki to ty masz odpowiednie kompetencje — zauważył, nawet z nutą rozbawienia w tonie głosu, co musiało oznaczać, że lek nie tylko zleciał, ale też działa ja ta lala. Ian, podniósłszy się do pozycji siedzącej, popatrzył na podwieszony na haczyku worek. Wydawał się pusty. No i łeb już go nie nakurwiał, co najwyżej tylko lekko pobolewał.
Spuściwszy nogi za krawędź łóżka, podstawił Mathilde przegub. Chyba powinna tam coś odkręcić i zakręcić, prawda?
— Simmons jeszcze przyjdzie? — zagadnął, popatrując na Tilly. — Chciałbym z nim chwilę porozmawiać.
Kiedy tylko został uwolniony z kroplówki, przesiadł się na wózek. Mógłby wykłócać się, że pójdzie sam. Przecież nic takiego mu nie było, bywał naprawdę w gorszym stanie, a na początku zeszłego roku ledwo pozbierał się po jednym, wyjątkowo paskudnym pobiciu. Ta rana głowy, ten obity bok, to było nic. Z tym że Ian naprawdę chciał przejechać się tym cackiem, a że miała popychać je sama Mathilde, to już w ogóle.
shut up and drive! IAN HUNT
Rozumie czemu pielęgniarka jego żart sprowadza do krótkiego podsumowania, nie może się dziwić. Gdyby ktokolwiek przyszedł do niego poobijany też nie bawiłby się w śmichy-chichy, tylko skupił na sprawie. Magnus jednak gdzieś musi uciec, żeby nie oszaleć ze złości, a do humoru mu najbliżej.
OdpowiedzUsuńGdyby jednak na moment musiał przystanąć, mogłoby się okazać, że tej złości nosi w sobie całkiem sporo. Za głupie teksty, gdy idzie ulicą bez dragu, ale, nie daj boże, ma zrobione kolorowe kreski. I za tych facetów z dzisiaj, bo przypomnieli mu, że nie żyje w bańce i nie może pozwolić sobie na moment zapomnienia, że jeden fałszywy ruch ma swoje konsekwencje. To ważna lekcja. Smutna, ale ważna.
Dlatego rzadko kiedy przystaje. Raczej biegnie. Sprintuje. Wyprzedza durne gadki i jeszcze durniejsze pięści. Po prostu tego wieczora się nie udaje.
— Głównie żebra — odpowiada w końcu, żeby nie robić kobiecie problemów. Na pewno ma wielu pacjentów i nie potrzebuje żarcików tylko konkretnych informacji. Poza tym, on nigdy nie był trudny. Teraz też nie zamierzał zacząć. — I trochę lędźwie. — Wzdycha z irytacją. — Może trochę bardziej niż trochę.
Odpowiada uśmiechem na jej uśmiech, choć ten zaraz blednie. Rozgląda się w poszukiwaniu swojego plecaka, ale ten wciąż leży na krześle przy łóżku, gdzie go zostawił. Może nie będzie tak źle.
— Obejdzie się bez szykownie, jeśli będzie wygodniej — stwierdza, bo tak jak chęć wyglądania najlepiej jest dla niego często motywacją, tak nie w tej chwili. Podnosi materiał tak jak prosi, bo przecież jest łatwy i przechyla głowę na bok by spojrzeć na młodego lekarza. Ma tylko nadzieję, że to nie stażysta, naoglądał się wystarczająco Grey’s Anatomy, żeby tych unikać jak ognia.
Nie próbuje się wtrącać w tę słowną próbę zrozumienia jego osoby, bo to zwyczajnie śmieszne. No i czasem wystarczy zapytać, nic w tym złego. Magnus często bez dragu nazywany jest Malmo i często w dragu nazywany jest Magnusem, zależy kto mówi. To samo tyczy się pan i pani, no i wniosek był jeden: najmniej mylili się ci, co zapytali.
— Dzięki — mówi, zanim kobieta zostawia go samego, po czym schodzi z łóżka i sięga po swój plecak. Wyrzuca na pościel produkt do demakijażu i ręcznik. Zazwyczaj działa dużo ostrożniej, bo nie chce ani uszkodzić sobie cebulek włosów, kiedy pozbywa się peruki ani zniszczyć cery makijażem, ale teraz to jego najmniejsze zmartwienia. W ekspresowym tempie wylewa zatrważające ilości produktu na trzymany ręcznik i przesuwa nim po twarzy. Trochę piecze, bo za dużo trze, ale trudno. Spogląda na siebie w lusterku w kosmetyczce, zrywa sztuczne rzęsy i domywa kilka miejsc, które wciąż mają na sobie make-up. Przeczesuje włosy palcami, przypadkiem znajdując w nich jakąś zagubioną wsuwkę.
Ledwo udaje mu się wrzucić zużyty ręcznik z powrotem do plecaka, pojawia się ponownie pielęgniarka. Wspaniale, z (prawie) najgorszym się wyrobił.
— Pewnie — mówi, schylając się by odpiąć klamrę przy bucie. Ten spada na ziemię. To samo dzieje się z drugim. — Możesz mi tam tylko wyjąć tę agrafkę? Przy zamku u góry — pyta, odwracając się do niej plecami. Nie powinno być to szczególnie trudne: odzyskał swój zwyczajowy wzrost, włos nie straszy, twarz też już zupełnie inna. — Odpiąłbym sam, ale trochę mi się ręce trzęsą. — Głupio się przyznać, ale przecież nie będzie udawał, że nie. A musi się z tej kiecy wyswobodzić, a potem z pięciu par rajstop, które utrzymują sztucznie stworzone z pianki biodra. I będzie gitara. Dziękuje wszelkim istniejącym i nieistniejącym bóstwom, że nie zdecydował się tego wieczora na strój, który wymagałby tuckingu. — To już prawie koniec, słowo — dodaje jeszcze, co by kobiety nie martwić, że zajmie jej pół zmiany swoimi przebierankami.
Magnus, co w sumie dość chętnie się przebiera
W zostawaniu bywał całkiem niezły – choć zazwyczaj bardziej zostawaniu kimś niż gdzieś. Skoro jednak tak polecono, zatrzymał się w miejscu i byłby może nawet zastygł, gdyby nie to, że od żony Lota wolał Ikarowe loty i pieprz od soli też. Oparł się o ścianę i wytupując na podłodze energiczny rytm, przeglądał wiadomości na telefonie. Dostał trochę video początkowych aktorów do obejrzenia, pod casting. Będzie miał co robić w metrze i w domu.
OdpowiedzUsuńWyprostował się, kiedy Mattie wróciła. Koperta bieliła się niczym koloratka i tak jak ona – była równie święta. Albo równie potworna. Len oderwał jednak od niej wzrok i wzruszył ramionami. Po to tu przyszedł i po to tu wróci, już za chwilę; teraz nie chciał jednak brać jej ze sobą. Po co kusić los? Jeszcze wypadnie mu z kieszeni przy kolejnych wiernych.
– No, dobra – odparł. – To idę do nich, a potem się policzymy.
Pani Monroe, wbrew znaczącemu nazwisku, nie miała pieprzyka nad kącikiem ust czy perfekcyjnej fryzury z hollywoodzkimi falami. Z jej szczupłej twarzy śmiały się brązowe, ciepłe oczy, a włosy zaczesała w ciasnego koczka. Mimo zmęczenia i mimo choroby – wiele wskazywało, że za młodu musiała być ogromnej urody. Na Boga, wciąż przecież, nawet u schyłku, było w niej coś magnetycznego.
Mówiła cicho, słabym głosem, za to – nieprzerwanie. Kiedy ksiądz Eli dostawił sobie krzesło i przycupnął skromnie, właśnie historią o hortensjach zabawiała każdego, kto chciał słuchać. Albo miał czas.
Eli chciał. I mógł, co pomogło sytuacji. Opowieść była trywialna – opiewała dawne dzieje, gdy pani Monroe mieszkała w starej kamienicy na Brooklyn Heights i hodowała na balkonie hortensje, wielobarwne kwiaty, których każdy listek był ponoć pielęgnowany z osobna. Rozwijały się z rozmachem, aż te białe odmiany zaczęły przysłaniać barierki, a włożone do doniczek wiszących niebieskie baldachy dawały więcej cienia niż zadaszenie. Gdy tak się rozrastały, pani Monroe rosło serce. Po to właśnie to robiła – by nacieszyć oczy, by zająć czymś ręce, by rywalizować z sąsiadką o piękniejszy balkon.
Oba były, powiedziała, piękne. Z sąsiadką się zaprzyjaźniły. Ze swoim szwagrem też utrzymywała dobre kontakty, choć to historia jeszcze dziwniejsza. Przeżył swoje dwie żony, obie były siostrami pani Monroe. Szwagier od pierwszej był starszy osiem lat, a od drugiej – która za niego wyszła na polecenie ojca – o piętnaście. Po jej śmierci żył jeszcze niespełna dwie dekady.
– Już się nie ożenił? – zapytał ksiądz Eli.
– Gdzie tam! – Pani Monroe machnęła dłonią. – Ja, najmłodsza, na szczęście już byłam zamężna, no to sióstr do żeniaczki zabrakło.
– To dobrze. Po trzeciej siostrze miałbym parę pytań.
– Wszyscy mieliśmy, ale to był dobry człowiek. Dożył też pięknego wieku. A ksiądz ile ma lat?
– Dwadzieścia osiem.
– Strasznie ksiądz młody.
– Przepraszam.
– Nie szkodzi, nie szkodzi. Ja księdzu strasznie tego wieku współczuję, tyle jeszcze ksiądz musi się narobić, porobić, nażyć się. Jezu, mi już się nie chce! Chyba nie wolno tak mówić?
– Dlaczego? Mamy wolną wolę, więc ja wolę, gdy się mówi, co się chce.
– To mi się podoba. No. To tak. Niech mnie ksiądz źle nie zrozumie, miałam dobre życie. Wiem, że się mówi o całym tym życiu wiecznym i byciem jednością z Bogiem, że prawdziwe szczęście to zbawienie i niebo. Ale ja raj chciałam mieć na ziemi, no bo przecież… Gdzie się człowiek cieszy, tam raj, prawda?
Pani Monroe poprawiła się w pościeli – uniosła się trochę, na szczęście tylko dosłownie, bo mówiła tonem spokojnym, w którym jednak igrała lekka figlarność. Jaśniała drobna twarz, poznaczona wiekiem, poprzecinana siateczką zmarszczek; najbardziej widać było kurze łapki. Łapała, pomyślał Len, wiele, wiele radości w życiu.
– Pewnie – odparł. – Niebo poczeka.
– Mój Wally, mąż, zmarł trzynaście lat temu. Bardzo go kochałam. Wszyscy mnie chcą tak pocieszać, że przynajmniej niedługo już się spotkamy, ale czy ja wiem, czy ja tak bardzo chcę go znów spotkać?
– Bóg jest miłosierny, pani Monroe. Może nie skaże pani na wieczność z Wallym.
– Oby! Po trzynastu latach człowiek przywykł, że jest spokój i nikt nie chrapie nad uchem. Żeby było jasne, dużośmy mieli szczęścia. Walter był porządnym człowiekiem. Aż do znudzenia. Myślałam ja czasem, że gdyby miał więcej wolnej woli, no i gdyby nie poznał kogoś tak wspaniałego jak ja, to sam byłby kapłanem. Kochał prawić kazania, niestety. Aż do znudzenia.
Usuń– Niestety – powtórzył Eli. – Biblijnie. Święty Paweł zanudził kiedyś kogoś na śmierć.
– E? Ja to tak na Biblii się nie znam.
– Mówił kazanie tak długo, że jeden typ usnął i wypadł przez okno. Z trzeciego piętra. Zginął. Paweł go wskrzesił. I mówił dalej.
– A ksiądz potrafi wskrzeszać?
– Broń Boże. Dlatego staram się streszczać.
– Niebywałe, ksiądz bez ględzenia! Czy ksiądz na pewno jest księdzem?
– Mogę coś powiedzieć po księżowsku. – Eli uśmiechnął się ciepło. Wstał i uniósł dłonie. – Ach, zaprawdę powiadam ci, córko marnotrawna, małżeństwo to święty sakrament, chrapanie to tylko mała próba wiary, a na drodze do zbawienia każdy musi dźwigać swój krzyż. Nawet hortensje o tym przypominają, mając liście nakrzyżległe. Pomodlimy się, pani Monroe? – zakończył już bez parodii.
– Jeśli ksiądz musi…
Zaśmiał się cicho i zmówił niewielką modlitwę.
Rozmowa z panem Dawsonem była dużo krótsza. Zgodnie z relacją pielęgniarki, rzeczywiście wydawał się pobudzony – choć bardziej było to widać w spojrzeniu niż w ciele. Na łóżku leżał prawie nieruchomo; wiele wskazywało na to, że niegdyś był potężnym mężczyzną, a teraz zapadał się w sobie, jakby jakaś moc zasysała go od środka. I tak uwięziony, rozbieganym spojrzeniem krążył po sali, usta wykrzywiając prawdopodobnie w bólu, choć tylko z prawej strony. Drugi kącik ani drgnął. Od pana Dawsona biło cierpienie. I gniew.
Przemawiał bełkotliwie, a wraz ze słowami, wyrzucał z siebie drobinki śliny. I choć był głośniejszy niż pani Monroe, to Len nie rozumiał połowy zdań, więc po krótkim czasie, wbrew zaleceniom, przysunął się jednak bliżej.
– Ch-chryste... gówno. Na krzyżu... znosić to cier-cierpliwie? Mnie kurrrwa rozrywa. Jak mam się... się... się... nie...
Opadł na poduszkę, świszcząc głośno przez zęby, a w jego gorączce lśniła czysta, bezsilna furia.
– Jezus też się wkurwiał – odezwał się cicho Eli. – Choć może nie wtedy. Ale to nawet i dla niego gorzej…
Pan Dawson próbował coś jeszcze dodać, ale nie mógł, więc tylko wpatrywał się w Eliego, spojrzeniem zadając pytanie.
– Miał ochotę kiedyś na figę – kontynuował Eli. – Więc podszedł do figowca, a tam figa z makiem. Nic. Same liście, bo to nie był sezon na figi. Jezus się wkurwił, przeklął drzewo i to uschło na amen. Skoro nawet Bóg się złości z błahego powodu, to co dopiero człowiek, gdy ma jakiś większy.
Dawson charknął, jakby chciał się zaśmiać, ale z gardła wydobyło się tylko rzężenie. Wciąż był bardzo nerwowy, ale coś w jego twarzy mówiło, że odpowiedź księdza Eliego przypadła mu do gustu.
Odmówili różaniec, choć to bardziej Eli szeptał coś nad paciorkami, a Dawson to przymykał oczy, to je otwierał, aż w końcu chyba przysnął, płytko i niespokojnie, ale zawsze coś.
Len wytarł z czoła i policzków odpryski śliny, a kiedy opuszczał salę, zaczepiła go pani Monroe.
– A przyjdzie ksiądz jeszcze?
– Ja… – odchrząknął i powrócił do tonu Eliego. – Zobaczymy.
– Nie zobaczymy, tylko do zobaczenia.
– Postaram się!
Len zerknął na zegarek. Chryste, minęło dużo więcej czasu niż planował tu zostać. Jeśli pójdzie tak dalej, to ani się obejrzy, a miną długie, długie lata i sam wyląduje w którymś z tych łóżek.
Mattie dorwał na korytarzu.
– Jestem – powiedział. – Skończyłem, więc jak wszystko okej, to… no, możemy się żegnać.
Złapał dłonią za koloratkę, chcąc ją poluzować i oddalić od szyi. Już niedługo, już zaraz kapłaństwo przestanie drapać go w gardło i uwolni się z więzienia duchowieństwa.
Ksiądz Eli po posłudze, Len Weston po zapłatę, no i ja po wybaczenie, że tak dużo tekstu o niczym!
Całkiem to było miłe, że mu pani pielęgniarka dawała czas na przebranie się. Jest pewien, że mógł trafić na taką, co specjalnie woziłaby go po oddziałach w pełnym dragu, tylko po to, żeby zrobić przedstawienie. Ludzie lubią sensacje. Tym bardziej w miejscach, które kojarzone są ze smutkiem i cierpieniem. Raz nawet występował w szpitalu i było to całkiem niezłe doświadczenie i prawie wszystkim się podobało. Ci co im się nie podobało to wyszli i też było w porządku.
OdpowiedzUsuń— Pewnie, pobieraj ile chcesz — deklaruje gotowość, raz, dlatego, że obiecał sobie nie utrudniać jej pracy, dwa, że dużym szczęściem był jednak brak rozwalonego nosa czy skroni, więc krwi ma więcej niż się spodziewał.
Igieł nigdy się nie bał, pobierania krwi również, więc samo przedsięwzięcie trwa właściwie chwilę.
Gdy ponownie zostawia go samego, ściąga z siebie wszystkie warstwy przytrzymujące padding i rzuca zarówno rajstopy jak i piankę na krzesło. Zostaje w samej bieliźnie, zakłada szpitalną piżamę. Przydałby się się jakiś laczek, żeby nie latać na boso. I jakiś pasek, żeby w tym paskudztwie zaakcentować biodra. Taka kosmetyczna uwaga.
Kiedy jednak Mathilde wraca, faktycznie jest gotowy: makeup zmyty, peruka zdjęta, strój i cała magia leżą obecnie na krześle.
— Dzięki — mówi miękko, uśmiechając się łagodnie, bo naprawdę jest jej wdzięczny. Różnie bywa, więc człowiek zwyczajne gesty zaczyna traktować jak niespotykane dobro. To wciąż lepsze niż zaskoczyć się wrogością, na tę lepiej być przygotowanym.
Ma ogromną nadzieję, że jest tylko poobijany. Nie ma czasu ani środków, żeby działo się coś poważniejszego. Udało mu się zaklepać trzy występy w tym tygodniu i żeby wyjść na plus, musi pokazać się na każdym. Nie zadzwoni przecież i nie powie, że ktoś go skopał. To byłoby niepoważne.
— Teraz to różnie, trochę się tułam z miejsca na miejsce — mówi, wzruszając ramionami, Męczący to moment, kiedy nie masz załatwionego stałego angażu, ale Magnus wierzy, że prędzej niż później uda mu się coś ogarnąć. — Krótko jestem w Nowym Jorku, jeszcze się nie rozeznałem dobrze, co i jak. No i dużo tu dobrych dziewczyn, więc spora konkurencja.
Poprawia za dużą piżamę, bo jest prawie pewien, że wiszące elementy zaraz wkręcą się w kółka wózka. Wolałby iść. Oglądał seriale medyczne więc wie, że protokół to protokół i nie będzie z nim walczył dla samej walki: w końcu obiecał nie utrudniać jej roboty.
— Ale ostatnio miałem kilka nocek w Bottoms up, więc może się skuszą i zakręcę się tam na dłużej — dodaje jeszcze, prawie pewien, że Mathilde zapytała go z grzeczności. Kim jest jednak by nie dać jej obszernej odpowiedzi na pytanie, na które może wcale nie chce jej znać? A jeśli chce to tym lepiej!
— A ty? — odpowiada, bo znowu, oglądał seriale medyczne i wie, że duża część personelu medycznego nie działa tylko w jednej placówce. Poza tym, wypada też o coś zapytać, a ona zdołała wyrwać z niego odpowiedzi na co najmniej pięć zanim jeszcze opuścili salę na izbie przyjęć. — Tylko tu czy latasz po innych szpitalach? — dodaje tak w razie czego, gdyby pytanie nie było zrozumiałe.
Lędźwie dają o sobie znać chwilę później, ale przykrywa dyskomfort kolejnym uśmiechem i wciągnięciem powietrza przez nos. Przecież nie jest słaby, żeby zaraz narzekać na byle jakie dolegliwości.
wścibski bądź nie wścibski Magnus
Tamsin zastanawiała się czasami, co by było, gdyby rzuciła wszystko i zaszyła się na jakimś pustkowiu. Po śmierci Cartera przytuliła całkiem pokaźny spadek, który w dużej części leżał na koncie nietknięty bądź pracował w jej imieniu na giełdzie – nie były to kokosy, bo jej były mąż żył w dużej mierze na kredyt, ale były to pieniądze, które spokojnie wystarczyłyby jej na wygodne życie do samego końca jego trwania. Wstawałaby wcześnie, szła na spacer do lasu otoczona przez kilka psów, drzwi domu zamykając tak, by nie dać umknąć kotom. Przechadzałaby się po lesie, zbierała jagody i grzyby, a raz w tygodniu jeździłaby do najbliższego miasteczka po odbiór poczty, zamówionych książek i zakupy spożywcze, prawdopodobnie dziczejąc z każdym dniem coraz bardziej. Już teraz, gdy przez cały tydzień miała próby, a po nich czas jedynie na sen, bez chwili nawet na spotkanie z kimkolwiek, kto nie byłby członkiem orkiestry, czuła, jak jej umiejętności społeczne zaczynają kuleć. Szybko zaczynała wytracać pewność siebie, humor i pewność tego, co mówiła, przybierając postać paprotki – obecna, ale właściwie wtapiająca się w tło, będąca jedynie elementem otoczenia. Łapała się na tym, że czuła się niezręcznie, nie umiała ubierać myśli w słowa i nie wiedziała, czy było to spowodowane tym, że jej myśli płynęły często szybciej niż słowa, wielokrotnie błądząc gdzieś między jednym a drugim pytaniem, czy tym, że aparat mowy zwyczajnie nie nadążał, chociaż przecież nie należała do grona typowych gaduł.
OdpowiedzUsuń— Skończyłabyś z opinią wrednej pindy pewnie. Wiesz, takiej, co rządzi się i rozstawia wszystkich po kątach, a wszyscy się jej boją. Gdybyś była facetem, prawdopodobnie daliby ci za to awans, ale… No wiesz — wzruszyła ramionami, patrząc na Mattie z zastanowieniem. Gdyby obie trafiły razem do jednego korpo, prawdopodobnie skończyłyby jako te dwie zołzy, które lubią tylko siebie, a na resztę syczą. Tilly pewnie trochę głośniej, ale Tammy kąsałaby po kostkach.
— To dobrze, Tilly. Pomyślałabym, że ktoś cię podmienił i musiałabym znaleźć ciebie prawdziwą, bez wzbudzania podejrzeń u klona… Nie będę hipokrytką, miewam zapędy do samobiczowania i altruizmu, ale rzeczywistość zazwyczaj w porę sprowadza mnie na ziemię — westchnęła, bo niezbyt była z siebie z tego powodu dumna. Miewała chwile, właściwie całe okresy, kiedy postrzegała siebie samą jako źródło nieszczęść innych, jako kogoś niewystarczającego do pomocy, sfrustrowana brakiem możliwości zmienienia świata, chociaż ten próbowała ograniczać do własnego podwórka. Drażniła ją niemoc, gdy nie mogła pomóc raz a dobrze nastolatkowi, niemal młodemu dorosłemu, którego matka nadużywała alkoholu – miał klucze do jej mieszkania, żeby móc się w nim zaszyć w razie libacji rodzicielki. Chociaż Tamsin nie bardzo lubiła gotować, to zawsze „akurat miała jakieś resztki”, kiedy wiedziała, że wpadnie, a ciuchy, które mu kupowała, dostała za grosze w jednym ze sklepów Salvation Army. Nie wspominając o „koledze, który wisiał jej przysługę, dlatego pomagał mu czasami z matmą” – kolega dostawał za tę znajomość całkiem dobre pieniądze. Co z tego wszystkiego, skoro to nie rozwiązywało głównego problemu, a jedynie proponowało mu jakiś kompromis? Zgłoszenie problemu służbom wchodziłoby w grę, gdyby nie to, że chłopak miał prawie siedemnaście lat i niedużo mu zostało, by się maksymalnie usamodzielnić – nie chciał zmieniać szkoły, lądować w domu zastępczym czy w jednym z ośrodków, gdzie w jedno miejsce trafiały dzieciaki z takich domów jak jego i te, które same miały ze sobą problemy. Na ten przejaw altruizmu u siebie nie była akurat zła, bo według niej stosunkowo niewiele ją kosztował. No i odciągał ją od samobiczowania, które uprawiała niezbyt systematycznie, ale za to zawsze z całym sercem i przekonaniem.
— No leci, leci, ale raczej z chujem pod moje drzwi — wyszczerzyła się głupkowato, ale spoważniała już chwilę później, gdy Tilly wspomniała o spotykaniu pacjentów poza pracą. W przeciwieństwie do jej wyimaginowanych wyczynów z kurierami to brzmiało mało zabawnie.
— Tilly, ale to coś poważnego? Jakiś stalker, niepokojące typy…? — zmarszczyła brwi w zmartwieniu, bo to, co mówiła Stevenson, nie brzmiało dobrze. — Jak trzeba komuś nastukać, to może ja się nie nadaję, ale to Nowy Jork… Ktoś się znajdzie — wzruszyła ramionami, oczywiście trochę żartując, ale też nie do końca, bo gdyby ktoś faktycznie zagrażał bezpieczeństwu Mathildy, Tamsin byłaby gotowa poruszyć niebo i ziemię, żeby jej pomóc.
UsuńTamsin uwielbiała ludzi. Lubiła z nimi przebywać, ale też było to pewnie spowodowane jej pracą, która chociaż działa się często w tłumie, to w rzeczywistości była bardzo samotna – większość czasu przebywała w końcu sama w swojej głowie, z nikim nie rozmawiając, bo próby nie od tego były. W domu, w trakcie rozczytywania nowych utworów, ćwiczenia wprawek, pasaży czy dwudźwięków też przebywała sama ze sobą. Jednak podobnie do Tilly nie lubiła osaczania, a niezapowiedzianych wizyt sama raczej nie robiła, w swojej śmiałości będąc na nie zbyt nieśmiałą, chociaż jej się zdarzało. Z Tilly jeszcze do tego nie doszło, ale zawsze mógł być ten pierwszy raz, kiedy będąc w jej okolicy, zadzwoni z informacją, że ma coś dobrego, chce się z nią tym podzielić i wprasza się na kawę. Ale uprzedzi – stojąc pod blokiem.
— Ja chcę ten o nazwie „All inclusive”, uwielbiam połączenie wiśni i toniku… A później Painkillera, bo będę ci zazdrościć — mrugnęła do niej tuż przed tym, jak podszedł do nich kelner.
— Za spotkanie! — stuknęła się szkłem z Tilly i pociągnęła spory łyk, z uznaniem, nieco teatralnie mlaskając. — Pyszne. Spróbuj sobie, jak masz ochotę — podsunęła szklankę w jej stronę i zawiesiła wzrok na jednym z fikuśnych kinkietów z kolorowych szkiełek, przez chwilę zamyślając się nad tym, co powiedziała jej rozmówczyni.
— Chyba rozumiem… Ale mam też wiele pytań. Co takiego głupiego mogłaś robić jako dzieciak, a nie możesz teraz? Chciałabyś cofnąć się do bycia dzieckiem czy zwyczajnie móc coś nawywijać, bo jeśli to drugie… To moja piękna, noc jest jeszcze młoda, my jesteśmy dopiero na początku pierwszego drinka i według mnie możemy szaleć do białego rana! — zaśmiała się i konspiracyjnie nachyliła w stronę przyjaciółki. — Możemy też zasadzić się na któregoś z tych natrętów i go przepłoszyć albo… Karaoke. Ale nie takie w zamkniętym pokoju, takie prawdziwe, przy tabunie pijanych ludzi. Wchodzisz w to? — uniosła brew w minie, której miała nadzieję, że nie da się odmówić.
Tamsin Passalis
[Dziękuję serdecznie za powitania Declana! Też go polubiłam i mam nadzieję, że się będziemy lubić dalej :D Jak wpadnę na jakiś pomysł, to będę dawać znać i w razie, gdyby Tobie coś przyszło do głowy, to też serdecznie zapraszam, wiesz, gdzie mnie znaleźć <3 ]
[Hej, pięknie dziękuję za tyle ciepłych słów, śmietniki łączą ludzi. A jakie cuda można na nich znaleźć! To teraz zaciekawiłaś mnie tą skrzynią.
OdpowiedzUsuńZostałam fanką (pewnie nie pierwszą) Mattie, jest cudowna. Myślę, że świetnie odnalazłaby się w świecie The Pitt ;)
Co do Milo – bardzo chętnie sprzedamy plakat, nawet drugi dorzucimy za darmo, co by jednemu nie było smutno w tej biednej kawalerce. Tilly wolałaby go kupić przez internet czy w kawiarni? Jeśli przez Etsy, chłopak sam dostarczy (choć może nie przyzna się, że jest autorem), nawet wybierze miejsce i powiesi, aby było ładnie. A jeśli w kawiarni, to Milo pomoże w wyborze i sam się wprosi do mieszkania. Co myślisz?]
Milo Hathaway
Do Magnusa dociera, że przecież nie przedstawiał się swoim pseudonimem scenicznym, a więc i jego pochodzenie nie jest znowu taką oczywistością. No i fajnie, że nie słyszy akcentu. On tak. Za każdym razem, gdy się odzywa ma wrażenie, że jego u charczy jak stare auto. Skoro jednak dzieje się tak jedynie w jego głowie, czas zaakceptować, że jest po prostu świetny w języki obce.
OdpowiedzUsuń— Wcześniej to w Szwecji, w Malmö — mówi i normalnie na tym by zakończył, ale Mathilde wydaje się zainteresowana tym, co plecie, więc plecie trochę więcej. — Ale pojawiła się szansa, żeby się trochę wybić, no i ruszyłem do Stanów dwa miesiące temu? Jakoś tak. A potem to już słaba historia, która kończy się na tym, że występuję, gdzie się da i tyle.
Nie powie jej przecież, że się wyjebał. Jeśli wie to wie. Jeśli nie, lepiej dla Magnusa. Nie żeby spędzało mu to sen z powiek, viral viralem, ale człowiek naprawdę przyzwyczaja się do największych głupot, nawet jak cię manager klubu prosi żebyś się specjalnie wyłożył, co by się trochę ludzie pośmiali. Raz się nawet zgodził, bo dostał sto dolców, a za sto dolców to już można szaleć! Albo jak Magnus, dołożyć do czynszu.
— Ty jesteś Mathilde? Jakoś można na ciebie inaczej wołać? Strasznie długie masz to imię — narzeka, gdy zdaje sobie sprawę, że ciągle mówi do niej bezosobowo. A to nieładnie tak. Szczególnie, że ma dobre imię. W Szwecji pewnie Matilda. Też w porządku. Zaraz przechodzi jednak do jej odpowiedzi na pytanie o występy – wychyla się za wózek, żeby zobaczyć crocsy, bo to najważniejsza część stroju. Cmoka z aprobatą. — Ogólnie dałoby się coś z tego zrobić. I z crocsów, i całej stylówy. Kiedyś lubiłem bawić się w metamorfozy. Raz własną mamę wrobiłem nawet.
To był śmieszny dzień, na pewno lepszy niż ten, w którym z poobijanymi żebrami jechał na RTG. Jego mama powiedziała, że wygląda jak clown, ale dla Magnusa to wyglądała super, po prostu nie była przyzwyczajona do takiej ilości makeupu. Clown. Też coś.
— Ktoś mógłby pomyśleć, że intensywniej jest jednak na ER, a nie intensywnej terapii. — Ten ktoś to on.
— Mają stronę na insta, gdzie możesz sobie zobaczyć, kiedy kto występuje. Nie namawiam, ale polecam wybrać się na Malmo Mia!, słyszałem, że super.
Posyła jej niewinny uśmiech, całkiem żałując, że dojeżdżają już do pracowni RTG. Tak samo, jak że w ogóle musi badanie robić. Salutuje jej smutno na pożegnanie, po czym przekracza próg.
No i znowu musi się rozebrać, tym razem przed starszym gościem, który instruuje go, by zrzucić piżamę i stanąć w wyznaczonym miejscu. A potem się obrócić. I jeszcze raz. Tak więc Malmo trochę się poobracał, założył kiecę i wrócił na korytarz.
— To co następne na agendzie? — pyta, siadając na wózku. Już z przyzwyczajenia uśmiecha się w momencie, gdy żebra bolą najbardziej. — Nigdy jeszcze nie jadłem tej waszej słynnej, szpitalnej galaretki — sugeruje, unosząc wyczekująco brwi. Istnieje spora szansa, że pielęgniarka stwierdzi, że pacjentem jest wybitnie męczącym i zostawi go samego na korytarzu. Niektórzy płakaliby z tego powodu. Magnus też.
strasznie rozgadany Magnus
Ian mógłby zajmować się w życiu czymś lepszym, bo był stosunkowo inteligentnym i bystrym chłopakiem, choć brakowało mu wykształcenia, ale to zawsze można było jeszcze zdobyć. Ian mógłby zajmować się w życiu czymś lepszym, ale to narkotyki były tym, na czym znał się najlepiej i nie byłoby przesadą powiedzenie, że wiedzę o nich wyssał z mlekiem matki. Będąc dzieckiem dwójki ćpunów, którzy kochali wyłącznie siebie nawzajem i heroinę, był osobą wręcz stworzona do rozprowadzania towaru, a wychowawcy w bidulu nie wpoili mu dość skutecznie, że mógłby osiągnąć w życiu coś więcej i tak, otrzymawszy od swojego jedynego przyjaciela propozycję wejścia do tego intratnego biznesu, Ian się zgodził.
OdpowiedzUsuńDobrym przykładem na to, jak różnie mogły skończyć dzieciaki z domu takiego, jak ich, był Louis, starszy brat Iana. Lou postanowił zostać policjantem i został nim, a teraz uprzykrzał życie Ianowi, prawdopodobnie próbując zadośćuczynić mu za to, co miało miejsce w dzieciństwie, z tym że Ian żadnego zadośćuczynienia nie chciał. Ten sześciolatek, który tkwił gdzieś głęboko w jego wnętrzu, nadal obwiniał brata, że to przez niego trafili do domu dziecka i to przez niego ich rozdzielili, bo system zawiódł gdzieś po drodze. Stąd dorosły Ian już niczego nie chciał od dorosłego Louisa.
— Która to już godzina dyżuru? — zapytał po tym, jak Mathilde się przeciągnęła, a on usadowił na wózku. Materiał siedziska skrzypiał cicho pod jego ciężarem tak długo, jak długo Hunt wiercił się w poszukiwaniu wygodnej pozycji, ale niezależnie od tego, jak ułożył ciało, zawsze coś gdzieś go uwierało, więc tak szybko jak zaczął, tak szybko przestał się wiercić.
To, że objedzie na tym cacku kawałek szpitala, przyjął spokojnie i bez głupiego komentarza, co by nie nadwyrężać cierpliwości Mattie, nawet jeśli kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że nadwyrężył ją komentarzem o kroplówce. On naprawdę się nie znał, a postanowił być grzecznym pacjentem.
Zaśmiał się, krótko i cicho, kiedy pielęgniarka przyrównała Simmonsa do wyplutej na chodnik gumy do żucia.
— Trochę się nim rozczarowałem — przyznał.
Ian nie miał żadnych oczekiwać względem swoich klientów, ponieważ jego klienci byli po prostu ćpunami, ale zdarzało mu się mieć wobec nich pewne odczucia, tak jak teraz wobec pana doktora. Rozumiał, co mogło oznaczać dla niego to, że ktoś z jego środowiska dowiedział się, że ten brał, ale cóż, Ian siłą niczego mu nie wciskał, ani do ręki, ani tym bardziej do gardła. Jeśli coś nim rządziło, to wyłącznie uzależnienie, a to Simmons rozwinął sam. Mógłby więc wziąć to na klatę, prawda? Ian mógł mieć tylko nadzieję, że Simmons nie zacznie kleić się do niego, ale nie przewidywał, że coś podobnego mogłoby mieć miejsce, bo niby po co miałby się do niego kleić? Póki płacił, póty Hunt miał mu dostarczać towar, bo dokładnie do tego sprowadzała się każda jego relacja z klientem.
Nie rozglądał się nadto, kiedy pokonywali trasę do pracowni rentgenowskiej. Podparł łokieć na podłokietniku wózka, by następnie podeprzeć podbródek na dłoni i wodził wzrokiem wyłącznie za tym, co pojawiało się w jego polu widzenia. Mathilde operowała wózkiem jak zawodowy kierowca i cóż, funkcje operatora wózka nie-widłowego musiała mieć poniekąd wpisany w zawód. Przed pracownią wyhamowała zgrabnie, bez nieprzyjemnego, gwałtownego szarpnięcia, co Ian docenił.
— Nie zejdzie mi długo — zapewnił, podnosząc się z wózka, jakby miał na cokolwiek wpływ i odpowiedziawszy bardzo podobnym uśmiechem na jej uśmiech, zniknął za ciężkimi drzwiami.
W surowo urządzonym pomieszczeniu, gdzie znajdowały się tylko niezbędne sprzęty, przejęła go niska blondynka. Sięgała Ianowi może do ramienia, ale od razu ustawiła go przed aparatem. Po tym, jak wysoko uniósł ręce, ustawiła urządzenie na odpowiedniej do jego wzrostu wysokości i dopiero po tym kazała mu ściągnąć koszulkę.
Przyodziała go też w ciężki, ochronny fartuch, osłaniający go od pasa do kolan, raz jeszcze ustawiła, kazała się nie ruszać, a także nie oddychać. Nie od razu, a dopiero na jej komendę, bo zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu, zamykając za sobą kolejną parę drzwi.
UsuńProcedura była szybka, a niska blondynka konkretna, bo kiedy oceniła, że zdjęcie jest w porządku, powiedziała, że nie widzi na nim niczego niepokojącego, ale że trzeba będzie poczekać na opis i wygoniła Hunta z pomieszczenia tak szybko, że wychodząc, Ian jeszcze obciągał na koszulkę.
— Nie składasz obietnic bez pokrycia — zauważył, zerknąwszy na Mattie, która faktycznie na niego zaczekała i umościł się wygodnie na wózku, na którym chyba mu się spodobało. — Gdzie teraz?
dzielny i grzeczny pacjent IAN HUNT
Wiedział, czego się spodziewać, bo nie pierwszy raz miał zszywany łuk brwiowy. Samo szycie nie robiło już na nim większego wrażenia. Było nieprzyjemne, owszem, szczególnie kiedy środek dezynfekujący szczypał w świeżo rozciętą skórę, ale daleko mu było do rzeczy, których naprawdę nie chciał już więcej powtarzać. Siedział więc spokojnie, bez wiercenia się i narzekania pozwalając lekarzowi robić to, co do niego należy. Podziękował krótko, gdy skończył i spojrzał na panią pielęgniarkę, kiedy zajęła miejsce naprzeciwko. Oczywiście weźmie sobie do serca wszystkie te zalecenia, choć już na tym etapie wiedział, że o ile saunę i basen odpuści, tak z treningami będzie miał dużo większy problem, bo ćwiczy prawie codziennie, jeśli nie sam, to z Kodą. Tak czy inaczej skinął głową, przyjmując słowa Mathilde do wiadomości, a potem wstał z leżanki i uścisnął jej dłoń, żegnając się krótko.
OdpowiedzUsuńOpuścił szpital i wrócił do mieszkania, gdzie od progu czekały na niego zjeby od Tate za spóźnienie na kolację, bo przecież przygotowała Indian tacos specjalnie dla niego i wszystko zdążyło już dawno wystygnąć. Dopiero po chwili, gdy ucałował ją w głowę, zauważyła opatrunek na jego brwi, więc złość ustąpiła miejsca trosce. Na moment. Kiedy dowiedziała się, w jakich okolicznościach dorobił się szwów, szybko wróciła do umoralniania go za pakowanie się w czyjeś awantury, a ponieważ on wiedział, że jego mała siostrzyczka też się o niego martwiła, pokornie tego kazania wysłuchał. Nie próbował nawet specjalnie się bronić, bo doskonale wiedział, że każde ale z jego strony tylko niepotrzebnie przedłuży całą tyradę.
Następnego dnia pojechał z Kodą na służbę. Poranek minął im na rutynowych patrolach i na kilku interwencjach, a później na sprawdzeniu zgłoszenia dotyczącego podejrzanego mężczyzny kręcącego się przy jednym z magazynów. Brant większość czasu spędził za kierownicą albo przy boku Kody, pilnując, żeby pies nie nudził się bardziej niż on sam. Pod koniec zmiany wrócili jeszcze na komisariat, gdzie Brant złożył stosowne raporty i później dotarli w końcu do domu. Po południu standardowo ruszyli jeszcze z Kodą na jogging. Zwykle robili około sześciu kilometrów, w zależności od tego, ile czasu mieli i jak bardzo Koda potrzebował się jeszcze wyszaleć. Tym razem dobiegli do pobliskiego parku, gdzie Brant pozwolił psu złapać chwilę oddechu na trawie, a potem przeszedł z nim do kilku rutynowych ćwiczeń. Najpierw krótkie komendy niewerbalne z zatrzymaniem i zmianą kierunku, później przywołanie z różnych odległości, siad i warowanie na komendę, a na końcu kilka ćwiczeń z utrzymaniem pozycji mimo rozproszeń. Te ostatnie w parku przychodziły całkiem naturalnie, bo co jakiś czas ktoś zatrzymywał się przy nich, chcąc zadać parę pytań czy zamienić kilka słów, albo po prostu Kodę pogłaskać. Brant nie miał z tym problemu i pozwalał, kiedy ktoś pytał, dobrze wiedząc, że pies nie ruszy się choćby o milimetr z wyznaczonego miejsca, dopóki sam nie da mu jasnego sygnału, że może.
Po wszystkim dał Kodzie chwilę luzu. Pies dostał pozwolenie na swobodne obwąchanie trawy, obejście najbliższych drzew i sprawdzenie, czy przypadkiem pod ławkami nie kryje się coś zdecydowanie bardziej interesującego niż człowiek, z którym przyszedł na spacer. Brant w tym czasie napił się wody i rozciągnął obolałe po bieganiu nogi, opierając dłonie na biodrach. Nie zamierzał jeszcze wracać do domu. Pogoda była całkiem przyzwoita, a skoro i tak już wyszli, szkoda było kończyć po godzinie.
Koda w pewnym momencie podniósł łeb i znieruchomiał, wpatrując się w kogoś biegnącego alejką. Brant początkowo nie zwrócił na to większej uwagi, bo pies miał zwyczaj interesować się wszystkim, co pojawiało się w jego zasięgu wzroku, więc sam zerknął dopiero wtedy, gdy Koda poruszył ogonem i ponownie spojrzał w tamtą stronę. Brant zmrużył oczy i przyjrzał się biegnącej kobiecie, dopiero po chwili kojarząc twarz z nocną wizytą na ER. Pani pielęgniarka. Mathilde.
Usuń— No proszę. Człowiek ledwo wyjdzie ze szpitala, a już spotyka pielęgniarkę na joggingu — rzucił z lekkim uśmiechem, kiedy znalazła się bliżej. — Mam nadzieję, że nie biegniesz po to, żeby mnie dogonić i sprawdzić, czy faktycznie stosuję się do zaleceń — zażartował, spoglądając na nią, a później na Kodę, który nadal śledził ją wzrokiem, ale grzecznie siedział przy nodze Branta i zamiatał ogonem stare liście. — Ładny dzień na bieganie, prawda?
Brant Dawson
[Chyba „Wiesz co? Nie obchodzi mnie to. Zrobię jak uważam” wtłoczę sobie w słownik i będę używała w życiu!]
OdpowiedzUsuń– Proszę księdza, proszę księdza!
Słodki szczebiot doleciał do Lena, ale nim zdążył się obejrzeć, czyjaś dłoń musnęła go gdzieś na wysokości żebra. Gdy się obrócił, stanął oko w oko z Ruth, choć właściwie – oko w czoło, bo był jednak wyższy.
– Już się obawiałam, że nie zdążę księdza złapać! – zaćwierkała. – Tak pięknie ksiądz z nimi rozmawiał...
Ksiądz Eli uśmiechnął się nieśmiało i skromnie spuścił oczy; Len przy okazji rzucił spojrzenie na nogi Ruth, mimo że strój pielęgniarki ich nie eksponował.
Przyniosła ze sobą ptasie trele, jakby wleciała do pokoju przez otwarte na oścież okno. Skróciła dystans jednym podrygiem, sprawiając, że świat nagle się zacieśnił do rozmiarów ich dwojga. Słówka wpadały w jedno ucho Lena, plątały się po myślach, i wylatywały drugim; bardziej niż znaczeniu, poddawał się ich rozkołysanej melodii.
Ręka na ramieniu. Na chwilę na boku. Muśnięcie biodrem. Przelotne spojrzenie na usta, zalotne wprost w oczy. Ruth czarowała z bliska całym swym powabem. Kołnierzyk ocierał się o szyję, spinka we włosach odbijała światło, aż słoneczny zajączek przemknął po policzku Lena.
Nawet ksiądz Eli nie znał modlitwy, która rozganiała urok. Ale kto wie, czy gdyby znał, to chciałby ją odmówić? Odmówić musiał jednak niedzielnego obiadu, który Ruth proponowała, mimo że przecież tak miło mu mąciła w głowie.
– Dziękuję – powiedział miękko. – Ale niedziela to czas dla rodziny. I naszego Pana. Od świtu do wieczora nie zdejmę nawet stuły.
Ruth była prawdziwą katoliczką, najwyraźniej, i człowiekiem wielkiej wiary. Jak Jakub po walce z aniołem odgrażał się, że nie puści, póki mnie nie pobłogosławisz – i jak Jezusowa wdowa, nachodząca sędziego, który wziął ją w końcu obronę tylko po to, by przestała mu się naprzykrzać, tak Ruth nie ustawała w ogromnym uporze.
Więc kiedy Mattie przyszła, by ją przegonić, szybko naskrobała na karteczce adres i numer telefonu.
– Tak, tak – potwierdził ksiądz Eli, zerkając na zegarek. – Już ta godzina! Proboszcz Barnaby na pewno zrozumie, ale chorym... Chorym nie mogę kazać czekać.
Len nie odprowadził Ruth ani krokiem, ani wzrokiem, ale papierek wsunął do kieszeni, a zaraz obok niego – przechwyconą właśnie kopertę. Wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – zapytał. – Jest miła.
Miła, ładna, nieszkodliwa. Jedne z ulubionych cech Lena. Do tego jeszcze dużo gadała, co też było przyjemne, bo wystarczyło reagować w odpowiednich momentach.
– Dzięki – odparł i skinął głową. – Wolontariuszem już byłem, rabinem jeszcze nie. W życiu trzeba próbować, nie? Shema Israel, Adonai Elohenu. Muszę jeszcze poćwiczyć.
Kto wie – może w przyszłości do Ear Me Out wpadnie zapłakana chrześcijanka i powie, że jej hear me out jest pięknym żydem z sąsiedniej przecznicy i och, tak bardzo chciałaby za niego wyjść, ale konflikt religii nie pozwala; konflikt objawiający się w postaci rodziców ukochanego. Rety, rety, ratuj mnie i konwertuj na judaizm! To by było ciekawe, choć i przerażające – bo jak tu nauczyć 613 przykazań, samemu ich nie poznawszy? Na razie to umiał przekonwertować co najwyżej PDF na docs, a i to za pomocą gotowych już narzędzi.
O wymaganiach islamu nawet nie chciał myśleć. Chyba musiałby sobie kupić dywanik do oddawania pokłonów. Nie miał dywanika. Ruszył przed siebie, do wyjścia.
– Jeśli się z nimi dogaduję – mruknął do idącej obok Mattie – to dlatego że chcieli usłyszeć takie słowa od księdza, a nie od obcego typa. Nie wiem, co w tym takiego złego.
Len Weston wychodzący zza księdza Eliego
Prawdę mówiąc nie zdarzało mu się wpadać tutaj na ludzi z interwencji niemalże wcale, ale to może dlatego, że większa ich część odbywała swoje kary, albo dlatego, że nie miał jednego stałego miejsca pracy, które siłą rzeczy kręciłoby się wokół tych samych ulic czy blokowisk. Pracował na terenie całego miasta, a czasami nawet poza nim, bo jako członek jednostki specjalnej był kierowany tam, gdzie akurat był potrzebny. Nie miał więc zbyt wielu okazji, żeby regularnie mijać tych samych ludzi na ulicy, a już tym bardziej spotykać ich przypadkiem podczas wieczornego joggingu. Nie dotyczyło to jedynie sąsiadów, choć tych znał głównie z widzenia na klatce schodowej czy przy skrzynkach na listy, a i tak rzadko zdarzało mu się zamienić z nimi więcej niż kilka słów. Prawie zawsze wychodził pobiegać z psem, a ten zaskarbiał uwagę większości mijanych osób, co właściwie wcale mu nie przeszkadzało, bo wolał, kiedy ludzie zatrzymywali się, żeby pogłaskać psa, niż kiedy na siłę próbowali ciągnąć z nim rozmowę. Koda był przy tym psem ułożonym i doskonale wiedział, gdzie jest jego miejsce. Podczas zwykłego spaceru trzymał się blisko nogi Branta, reagując na najdrobniejsze zmiany jego tempa czy kierunku, nawet jeśli w okolicy działo się coś znacznie ciekawszego. Smycz była bardziej kwestią zasad niż rzeczywistej potrzeby, bo Brant dobrze wiedział, że Koda i tak nie oddali się bez pozwolenia, ale przepisy były jasne, więc kiedy wychodzili w miejsce publiczne, pies zawsze szedł przypięty. Dopiero kiedy docierali do odpowiedniej strefy, a pies dostawał pozwolenie, mógł swobodnie odejść kawałek dalej. Wtedy zwykle zaczynał szukać swojej ulubionej gałęzi, najlepiej takiej, która była kilka razy większa od niego, a później dumnie nosił ją w pysku przez większość czasu. Cała ta kontrola nie brała się jednak wyłącznie z dobrego charakteru psa, bo Koda był programowany od szczeniaka i znał dziesiątki komend, ale równie ważne było dla niego obserwowanie Branta i odczytywanie jego zachowania. Wiedział, kiedy ma pracować, kiedy zostać na miejscu, kiedy iść przy nodze, a kiedy może się rozluźnić i zachowywać jak zwyczajny pies. Dlatego mogłoby się wokół palić i walić, a on, dopóki nie dostanie odpowiedniego sygnału, i tak pozostanie skupiony na Brancie i nie ruszy się z miejsca.
OdpowiedzUsuńCzy stosował się do zaleceń? Ciężko było jednoznacznie odpowiedzieć, bo z jednej strony się stosował, z drugiej nie stosował, ale szwy cały czas niezmiennie trzymały się jego brwi, a to było chyba najważniejsze. Jemu też zależało na tym, żeby brew jak najszybciej się zagoiła, bo im szybciej pozbędzie się szwów, tym szybciej będzie mógł wrócić do normalnych treningów bez konieczności pilnowania, żeby przy każdym ruchu nie zahaczyć przypadkiem o świeżo zszytą skórę i nie rozpruć jej na nowo. Ale nie mógł zrezygnować ze wszystkiego, a skoro w pracy nie siedział na tyłku, to i po pracy trochę pobiegać przecież nie zaszkodzi. Na główkę do basenu nie skakał i saunę też grzecznie omijał.
Popatrzył na Mathilde, gdy ocierała z twarzy pot, i uśmiechnął się na jej pogróżki o zostaniu lokalnym postrachem.
— Jeśli będę jak Quasimodo to przynajmniej oglądalność kanału wzrośnie — stwierdził. — A potem znajdziemy Cygankę Esmeraldę i zrobimy zupełnie nowy kontent — dodał, zerkając na Kodę, który siedział z wywieszonym na bok jęzorem i ziajał, jakby te kilka kilometrów wcale nie wystarczyło, żeby spożytkować jego nadmiar energii. — Na razie tylko z psem, ale wieczór jest jeszcze młody — odpowiedział, wracając spojrzeniem do Mathilde. Posłał jej lekko zaczepny, rozbawiony uśmiech, a potem zmarszczył brwi. Przyglądała mu się. Nie miał pojęcia, czego na nim szukała, ale z pewnością nie odpowiedzi na pytanie, czy faktycznie stosował się do zaleceń lekarza, bo poniżej klatki piersiowej raczej trudno było znaleźć dowody na stan jego brwi. Gdy rzuciła krótki komplement, przechylił głowę w bok.
— Staram się — przyznał. — A potem pojawia się ktoś, kto wygląda lepiej — odpowiedział, wymownie zatrzymując na niej spojrzenie i nawet nie siląc się na to, żeby zabrzmiało to niewinnie. Nie dało się nie zauważyć, że dbała o sylwetkę. Może nie z potrzeby robienia rzeźby i budowania mięśni na pokaz, co dbania o formę tak w ogóle, ale ciało miała zadbane i proporcjonalne, co przy jej stroju do biegania trudno było przeoczyć.
Usuń— Pies wabi się Koda. — Spojrzał na swojego towarzysza, który zaraz poruszył się przy jego nodze. — Kolego, gdzie twoje maniery, chyba wypada się przywitać.
Brant wydał krótką komendę, a Koda od razu podszedł do Mathilde, usiadł przed nią i zaczął unosić łapę w jej stronę. Z ekscytacji cicho sobie przy tym popiskiwał, ale utrzymywał odpowiedni dystans i wcale nie był nachalny. Brant dobrze wiedział, że gdyby pozwolił mu na samowolkę, pies najchętniej wsadziłby jej łeb pod rękę i domagał się natychmiastowego głaskania, a najlepiej jeszcze kilku dodatkowych pieszczot w ramach wyjątkowo udanej znajomości. Koda był typem, który kochał ludzi całym swoim psim jestestwem i najchętniej zaprzyjaźniał się z każdym, kto tylko poświęcił mu odrobinę uwagi. Na szczęście szkolenie nauczyło go, że nawet największa ekscytacja nie zwalnia z czekania na pozwolenie, dlatego nie narzucał się i grzecznie czekał.
Brant Dawson
[Dzięki za powitanie Philipa! Prawie dałam mu na imię Edward, ale to pewnie byłaby już przesada i co wtedy. Niewątpliwie przychodzą do niego też i po swastykę, tylko nie ma zniżki żadnej.]
OdpowiedzUsuńMagnus/Philip
Tak, Ian wiedział, że dilerka to nie zajęcie na całe życie. Nie, jeśli miało się na to życie jakiś pomysł lub chociaż plan, a on nie miał. Przez dwadzieścia siedem lat nie zdołał wymyśleć, co innego mógłby robić, bo też to, że handlował narkotykami, nieszczególnie go uwierało. W zasadzie, nie uwierało go to wcale przez bardzo długi czas i pewnie byłoby tak nadal, gdyby nie to, że nieco ponad półtorej roku temu poznał Debbie. Grayson okazała się pierwszą dziewczyną, na której zaczęło mu prawdziwie zależeć, a wtedy zrozumiał, że tak naprawdę nie miał jej niczego do zaoferowania. Co prawda bez kłopotu mógłby utrzymać ich dwójkę, a także zapewnić wygodne życie, ale czy miało to jakąkolwiek wartość, kiedy jednocześnie każde kolejne jutro stanowiłoby wielką niewiadomą? Żadną.
OdpowiedzUsuńDlatego Ian dilował coraz mniej. Swoich stałych klientów kierował do Zane’a i pewnego dnia miał pokierować do niego także Mattie, samemu stając się kierowcą Ubera na pełen etat, ale kiedy o tym myślał, nie czuł spokoju czy satysfakcji. Lubił jeździć samochodem, a swojego Cadillaca hołubił nie gorzej, niż samą Debbie, ale nie uśmiechało mu się kursowanie po mieście tam i z powrotem aż do emerytury, jeśli nie dłużej. Ian lubił spokój, ale jednocześnie lubił adrenalinę, a jako diler, nie mógł narzekać na jej brak.
Był więc w kropce. Z czego sam chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę, ponieważ aktualnie był na etapie wycofuję się z interesu, ale przecież nie zostawię Zane’a z dnia na dzień. I nie widział, że etap ten trwał już stosunkowo długo. Że jeszcze tylko ta ostatnia dostawa do podzielenia, jeszcze tylko obskoczę tego ostatniego klienta ani razu nie stały się tymi ostatnimi. Był świadom wielu mechanizmów rządzących jego życiem – dlatego sam nie sięgał po żadne używki – lecz nadal nie tego jednego.
Miał nadzieję, że nie będzie musiał dotrzymywać towarzystwa Mathilde aż do końca jej dyżuru. Jakkolwiek pogodził się z tym, że w szpitalu spędzi więcej czasu, niżby chciał, nie zakładał, że będą to kolejne cztery godziny. Trzymał więc kciuki za to, żeby kolejki do badań nie były długie, a wyniki wskakiwały w system stosunkowo szybko, tak by Simmons mógł przyjść do niego bez zbędnej zwłoki i złożyć zamaszysty podpis na jego wypisie.
— Myślę, że i bez tego powie mi, czy widział coś więcej — rzucił, bo chciał porozmawiać z doktorkiem nie o swoim stanie zdrowia, a o tym, czy ten nie zauważył kogoś podejrzanego, kiedy po ich małej transakcji Ian zaczął się oddalać. — Ale jeśli miałby mówić tym chętniej, to skorzystam — dodał i wzruszył ramionami, bo to, w jaki sposób wyciśnie informacje z Simmonsa, o ile ten posiadał jakieś informacje, było mu w zasadzie obojętne – tak jak obojętnych mu było wiele innych rzeczy w jego życiu bez pomysłu i planu.
— Dlaczego? — zapytał, kiedy Mattie westchnęła ciężko. — To szpitalne łóżko przed nami oznacza, że jest źle?
Nim jednak Hunt uzyskał odpowiedzi na zadane pytania, pojawiła się przy nich kobieta, bez wątpienia tutejsza pracownica, która z rozpędu wzięła Mathilde w ramiona i uściskała ją serdecznie, co Ian dostrzegł, wykręciwszy się na wózku. Zważywszy na to powitanie, pogawędka między paniami bez wątpienia zapowiadała się na dłuższą, więc Ian okręcił wózek, manewrując jednym z kół. Nie wyszło mu to tak zgrabnie, jak wychodziło to osobom poruszającym się na tym sprzęcie na co dzień, ale wcale nie zależało mu na podobnej gracji. Najważniejsze, że ustawił się w pozycji dogodnej do obserwacji Mattie i jej koleżanki, choć gdyby wiedział, że sam zostanie wciągnięty w rozmowę, raczej pozostałby zwrócony do nich plecami.
— Po tomografii mogę ją zabrać na kawę do bufetu — zaoferował i w uśmiechu wyszczerzył zęby do Valentiny, bo po ich krótkiej wymianie zdań odniósł wrażenie, że Tilly nie była z tych, które chętnie dają zabierać się na kawę, nawet takim przystojniakom jak on. Bo z tego, że był przystojny, Ian obiektywnie zdawał sobie sprawę, nie był jednak próżny, by kiedykolwiek grać tą kartą. No, może czasem, kiedy trochę się wyzłośliwiał, tak jak teraz.
Zerknął na Mathilde, kiedy ta go przeparkowała i uśmiechnął się do niej lekko, prawie niewinnie, po czym podniósł wzrok na zagadującą go kobietę.
Usuń— Najprawdopodobniej ktoś za mną nie przepada — poinformował, w ostatniej chwili decydując, że jednak nie powie, że najprawdopodobniej dostał wpierdol. Tak jak Valentina bez skrępowania strofowała Tilly, tak pewnie zaczęłaby strofować także jego, a tego wolał uniknąć. Mimo że na co dzień nie zależało mu na budowaniu relacji międzyludzkich, nie był gburem. Kiedy chciał, potrafił zaskarbić sobie czyjąś sympatię i może nawet był przy tym trochę czarujący? Na pewno dobrze maskował obojętność, którą każdego innego dnia obdarzał świat i ludzi, co w jego zawodzie bywało przydatną umiejętnością.
— Może pani też chce iść na kawę? — spytał, bo skoro już miał tu tkwić, to mógł zapewnić sobie w tym czasie nieco rozrywki, a rozrywką było słuchanie Mathilde i Valentiny. Ich rozmowa powiedziała mu o Tilly więcej, niż sam kiedykolwiek zechciałby się dowiedzieć i niż wiedzieć potrzebował, ale tak jak niektórzy jego klienci sami opowiadali mu wiele o sobie, tak Tilly nie miała takiej potrzeby. Co oczywiście działało na jej korzyść.
[Jak tu pięknie! 🧡🧡🧡]
zapraszający na kawę IAN HUNT
Przyglądał się z uśmiechem tej prezentacji mięśni, którą właśnie przed nim urządziła. Nie był zafiksowany na punkcie ćwiczeń i robienia masy mięśniowej, bo sam trenował przede wszystkim po to, żeby pilnować swojej formy, ale odnajdywał w tym też pewnego rodzaju spokój i sposób na odreagowanie po całym dniu. Lubił wyżyć się na hantlach i wyrzucić z siebie nadmiar energii, a przy okazji zrobić coś pożytecznego dla własnej kondycji. Wychodził więc z prostego założenia, że skoro i tak musi gdzieś spożytkować nerwy, równie dobrze może przy okazji popracować nad formą. Do tego oczywiście biegał, ale z tą formą aktywności musiał polubić się ze względu na czworonożnego towarzysza, który odwalał, gdy zbyt długo siedział na tyłku. Koda zawsze wiedział, jak dać mu do zrozumienia, że czas ruszyć dupę z kanapy, zaczynając od przynoszenia mu smyczy, a kończąc na wpychaniu mu łba pod rękę i gryzieniu stóp. Albo nogi od krzesła, jeśli w danym momencie siedział na krześle. Ten pies nie miał litości pod żadnym względem, a naprawdę bywały momenty, w których po prostu chciałoby się choć na chwilę wyciągnąć z niego baterie.
OdpowiedzUsuńOczywiście pies przyjął jej pieszczoty z nieskrywanym zadowoleniem, bo każdy rodzaj atencji był dla niego powodem do szczęścia. Od razu zaczął merdać ogonem, wyglądając przy tym tak, jakby właśnie wygrał los na loterii, a znalezienie nowej osoby do głaskania było najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się tego wieczoru przytrafić. Chyba, że z nieba spadłby nagle deszcz jego ulubionych smaczków o smaku królika, bo wtedy pewnie byłby skłonny porzucić pieszczoty i całą swoją policyjną powagę na rzecz obżerania się nimi w nieskończoność. Brant miał je zresztą przy sobie, bo były nagrodą, którą dawał mu, gdy dobrze wykonał polecenie albo zachował się tak, jak powinien podczas treningu. Czasami tylko trochę go przedrzeźniał i specjalnie nie dawał mu ich od razu, na co Koda oczywiście szybko odpowiadał szczekaniem i psim lamentowaniem, bo przecież właśnie spotkała go największa niesprawiedliwość na świecie, więc należało o tym głośno poinformować wszystkich w promieniu kilometra.
Zgodził się pójść do sklepu, bo i tak znajdował się po drodze, w którą oni zamierzali za jakiś czas biec, więc zapiął Kodę w pewnym momencie na smycz i całą trójką przeszli do najbliższego lokalu. Mathilde zniknęła na chwilę w środku, a oni poczekali na zewnątrz, bawiąc się na uboczu w prostą zabawę polegającą na tym, że Brant przesuwał czubkiem buta niewielki patyk po chodniku, a Koda próbował go złapać łapą, nie ruszając się przy tym z wyznaczonego miejsca. Gdy powróciła z zakupionym prowiantem, Brant pozwolił Kodzie odpuścić pozycję, więc pies znów obdarzył ją pełnym zainteresowaniem.
— Może na to nie wygląda, ale on też jest rozpuszczony — przyznał. — W domu jest czasami kompletnie nie do opanowania. Ale dokarmiać pozwalam, choć wyłącznie tym, co sam dla niego mam — wyjaśnił krótko, bo zasada była taka, że pies nie zje z ręki obcego bez pozwolenia, a za pozwoleniem zje wyłącznie to, co jeść może. Dieta tego psa była uregulowana policyjnym regulaminem, a on dostawał specjalną karmę co miesiąc w ramach uposażenia, więc Brant zupełnie nie miał wpływu na jego jedzeniowe menu. Karmił go tym, co wydawano mu odgórnie. Koda był natomiast wyszkolony i zaprogramowany w taki sposób, żeby zawsze słuchać się poleceń, ale to nie oznaczało, że nie miał swoich humorków. Potrafił w nocy ściągać z niego kołdrę, gdy uznawał, że zdecydowanie za długo śpi, a jemu samemu zrobiło się nudno, albo otwierał sobie szafkę i wyciągał rolkę papieru toaletowego, którą później rozwlekał po całym mieszkaniu jak wściekły dzik. Był nawet w stanie pogryźć listwy przypodłogowe i dostać się do kabla od ładowarki, który oczywiście też musiał przegryźć. Dlatego Brant już dawno zrozumiał, że najlepszym sposobem na uniknięcie takich sytuacji było po prostu porządne wybieganie psa. Koda musiał się zmęczyć do upadłego, bo dopiero wtedy jego nadmiar energii przestawał szukać ujścia we wszystkim innym, co akurat znalazło się w zasięgu jego pyska.
Im więcej ruchu miał w ciągu dnia, tym większa była szansa, że wieczorem położy się spokojnie i nie wpadnie na kolejny genialny pomysł, który on następnego ranka odkryje z lekkim niedowierzaniem. Z tego właśnie powodu bieganie stało się ich stałym elementem dnia. Nie zawsze miał na nie ochotę, ale przy Kodzie szybko nauczył się, że czasami łatwiej było przebiec kilka kilometrów, niż później naprawiać mieszkanie po znudzonym psie.
UsuńGdy dwa strzały niespodziewanie rozbrzmiały gdzieś w oddali, Brant odruchowo uniósł głowę, próbując zlokalizować kierunek, z którego dobiegły. Jego wzrok przesunął się po ulicy, a dłoń zacisnęła mocniej na smyczy Kody, nieco ją skracając. Nie zauważył jednak w pobliżu żadnego zamieszania ani ludzi uciekających w popłochu, dlatego pozostał spokojny, jedynie uważniej obserwując otoczenie. Automatycznie wyciągnął telefon i wybrał policyjny numer.
— Chodź, zejdziemy na chwilę na bok — powiedział spokojnie, wskazując głową w stronę mniej odsłoniętego miejsca. — Na wszelki wypadek.
Zaraz w telefonie rozbrzmiał głos dyspozytora.
— Brant Dawson, NYPD, obecnie off-duty — przedstawił się krótko. — Dwa strzały, usłyszane w okolicy McCarren Park. Nie widzę na razie żadnego zamieszania ani poszkodowanych, ale chciałbym zgłosić zdarzenie i ustalić, czy w tej okolicy nie ma już żadnego zgłoszenia.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, podczas której dyspozytor sprawdzał zgłoszenia. Brant nie odrywał wzroku od ulicy, co jakiś czas przesuwając spojrzeniem po najbliższej okolicy. Koda również wyczuł zmianę jego nastawienia i przestał interesować się wszystkim dookoła, skupiając uwagę na swoim przewodniku.
— Rozumiem — odezwał się po chwili Brant, słuchając kolejnych pytań. — Nie, nie widziałem żadnych osób ani samochodów, które mogłyby mieć z tym związek. Strzały były dwa, jeden po drugim. Kierunku nie jestem w stanie określić dokładnie, ale dochodziły mniej więcej od strony Lorimer Street.
Wysłuchał odpowiedzi dyspozytora i skinął lekko głową, choć ten oczywiście nie mógł tego zobaczyć.
— Jasne. Zostaniemy w bezpiecznym miejscu i dam znać, jeśli coś się zmieni.
Rozłączył się dopiero wtedy, gdy usłyszał potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia. Schował telefon do kieszeni, ale nie wrócił do wcześniejszej rozmowy. Przez chwilę stał nieruchomo, obserwując okolicę.
— Podobno już ktoś jedzie — powiedział w końcu do Mathilde. — Więc na razie nie mamy czego szukać. Poczekamy tutaj.
Brant Dawson
– Mówisz? – zapytał Len, uśmiechając się półgębkiem. – To może pójdę.
OdpowiedzUsuńPrzez szpitalny korytarz zdążał jeszcze krokiem księdza Eliego, spokojnym i miarowym, jeszcze plątała go koloratka i wepchnięta w spodnie koszula, zapięta na ostatni guzik. A mimo to zza kostiumu księdza powoli zaczynał wychylać się Len, choć jeszcze utrzymywał fasady . Nie mógł pozwolić na zupełne wyjście z roli.
Nadusił przycisk windy, a gdy połówki drzwi rozchyliły się, by zaprosić ich do środka, wpuścił przed siebie Mattie. Udźwig do 2000 funtów, witał napis, do 10 osób. Nie sprecyzowano, czy liczą się tylko te stojące na podłodze – czy te w lustrze również. Jedna Mattie wbijała w niego chmurne spojrzenie, ta z odbicia spoglądała gniewnie na drugiego Lena. Albo Eliego. Który był którym – i który z windy wysiądzie?
– Trochę – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Dość wcześnie zaczynałem, powiedzmy.
Minęła już ponad dekada, choć samo Ear Me Out trwało krócej – dopiero w 2019 roku zarejestrowali z bratem działalność. Wcześniej działał sobie sam i przyjmował więcej kopert; teraz standardem były jednak przelewy.
Uśmiechnął się nieznacznie, niemal nieśmiało, do stojącej przed nim pielęgniarki, jakby nie miał pomysłu na skruszenie jej niechęci. Przypominała mu nieco starszą siostrę; nie tak dosłownie i na pewno nie z urody, ale w jej geście i ruganiu tkwiło coś z zachowania typowego dla rodzeństwa. Chociaż jego prawdziwa siostra prędzej złapałaby się pod boki niż założyła ręce na piersi, a i spod złości szybko zaczęłyby prześwitywać cieplejsze uczucia.
– Nie, nie sądzę – odparł, uśmiechając się trochę szerzej, choć przecież nie żartował. – Czy zrobiłem im coś złego?
Winda się zatrzymała, więc poczekał, aż Mattie wyjdzie, a potem wyskoczył i za nią. Drzwi wejściowe już było widać, stały niewzruszone i kusiły wolnością. Za chwilę będzie można się rozstać – żegnaj, szpitalu, żegnaj księże Eli! Choć ten drugi pewnie z czasem powróci w różnych zleceniach.
Len naprawdę nie postrzegał tej roli jako czegoś złego. Nie udawał przecież lekarza, który obiecuje cudowny lek na wszelkie choroby – i natychmiastowy powrót do zdrowia.
– Przecież to mogło być prawdziwe – mruknął jeszcze, chwytając za klamkę. – Fakty są takie, że facet w koloratce pogadał z paroma ludźmi, którzy tego chcieli.
Prawda to było jednak więcej niż fakty – ale jak wszystko, co podległo spojrzeniom i interpretacjom, mogła dla każdego wyglądać trochę inaczej. Dlaczego proste zrelacjonowanie wydarzeń miałoby powiedzieć o świecie i ludziach coś prawdziwszego, bardziej znaczącego, niż fikcja? Różnie bywało.
Na zewnątrz było rześko i choć łatwiej dostrzec wiatr – bo przez niego drgały liście na drzewach – niż skryte zza chmurami słońce, to i to drugie dało się odczuć, gdy w plamie światła rzucało się na kark.
– Luz – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Też tego nie chcę.
Bez wahania uścisnął dłoń Mattie i skinął głową.
– Nie chciałbym być księdzem. I wiesz, ostatecznie z własnej woli wzięłaś w tym udział. Nawet powołałaś do życia proboszcza Barnaby’ego. I jak się z tym czujesz?
ksiądz Eli, choć tym razem dużo bardziej Len Weston
Ian także nie lubił opowiadać o sobie. Jeśli ktoś zadał mu konkretne pytanie, na które można było konkretnie odpowiedzieć, odpowiadał. Nie był jednak jedną z tych osób, które nawet obcym potrafiły z marszu opowiedzieć historię swojego życia. Informacje o sobie dawkował oszczędnie, mówiąc tylko tyle, ile było konieczne, a wspomnianych odpowiedzi nie udzielał zawsze, bo przecież wszystko zależało od kontekstu i sytuacji. Bynajmniej nie wynikało to z tego, że był dilerem i dzięki temu chronił swoją skórę, co nie było bez znaczenia, jednakże gdyby tym dilerem nie był, postępowałby dokładnie w ten sam sposób. Nie był mistrzem w nawiązywaniu relacji międzyludzkich, a jeśli już je nawiązywał, to te przeważnie miały w sobie toksyczny pierwiastek. Jego relacja z bratem nie była zdrowa, z najlepszym przyjacielem tym bardziej. Nawet jego związek na tym cierpiał, bo kto przy zdrowych zmysłach, będąc dilerem, umawiałby się z policjantką?! Tutaj akurat to, że był dilerem, miało niebanalne znaczenie, ale i bez tego Debbie miałaby z nim ciężko, ponieważ Ian nie bardzo potrafił w emocje czy uczucia. Nie potrafił o nich mówić ani rozmawiać, nie pozwalał też na to, aby emocje go ponosiły, potrafiąc zachować wręcz stoicki spokój niemal w każdej sytuacji, choć to nie tak, że nie dawał im się ponosić wcale. Tracił kontrolę, najczęściej wtedy, kiedy nie do końca rozumiał, o co mu chodzi i co tak właściwie się dzieje.
OdpowiedzUsuńStąd, nie musząc mówić o sobie, Hunt nie miał nic przeciwko przysłuchiwaniu się rozmowie dwóch kobiet, z której został wykluczony, przynajmniej początkowo. Siedział na wózku, rozparty na nim na tyle wygodnie, na ile było to możliwe. Przyjął tę samą pozycję, co w drodze przez szpitalne korytarze. Podparł rękę o podłokietnik, by z kolei na dłoni podeprzeć podbródek. Wodził spojrzeniem od Mathilde do Valentiny i z powrotem, by zatrzymywać wzrok na tej, która akurat mówiła.
Nie znał hiszpańskiego, rozumiał tylko pojedyncze słówka, ale entuzjazm, z jakim Valentina zareagowała na jego propozycję zabrania Tilly na kawę był nadto czytelny i nieznajomość języka w niczym tutaj nie przeszkadzała. Wnioskując po tym, co starsza pielęgniarka powiedziała wcześniej, wcale nie był zaskoczony tym, że jego propozycja spotkała się z jej aprobatą. Wyglądało także na to, że Val od razu obdarzyła go bezwarunkową i bezgraniczną akceptacją, choć Ian podejrzewał, że obdarzała tak szczodrze każdego napotkanego człowieka. W tym także Mattie, która pyskowała jej bez najmniejszego zawahania, czym Valentina była oburzona, ale na pewno nie urażona, nie biorąc uwag młodszej koleżanki po fachu personalnie.
Bawił się więcej, niż dobrze, także wtedy, kiedy Valentina zaczęła ubolewać nad nim. Co prawda nie przepadał, kiedy uwaga skupiała się na nim, ale tyczyło się to raczej większych grup, niż pojedynczych jednostek. Gdyby Val wiedziała, kogo przyszło jej żałować, pewnie nie byłoby jej tak bardzo przykro, tymczasem nim Ian zdążył zareagować, znalazł się w objęciach Latynoski. Nad jej ramieniem posłał Mathilde nieco spanikowane, a na pewno wyrażające zaskoczenie spojrzenie, bo piwne oczy miał szeroko rozwarte. Na szczęście nadprogramowy dla Iana, a zupełnie zwyczajny dla Valentiny uścisk nie trwał długo, bo w dalszej części korytarza nastąpiło poruszenie. Val na krótko ścisnęła go mocniej, uścisk pocieszający przeistaczając w pożegnalny, a kiedy odsunęła się od niego, w podobny sposób wyściskała Mattie, choć ją jeszcze dodatkowo wycałowała, Ian jednak nie miał poczucia, że na czymś przez to traci.
— Bohaterze? — podchwycił. — Do bohatera jest mi bardzo, ale to bardzo daleko — zauważył i podniósł się ze skrzypiącego wózka. Do pracowni odprowadził się sam, pozostawiając Mathilde na krzesełku, które wcześniej zajęła.
O ile miał już wcześniej wykonywane zdjęcia rentgenowskie różnych części ciała, o tyle tomografii nigdy. Nawet wtedy, kiedy jeszcze w domu dziecka rozwalił głowę o kaloryfer, na który popchnął go Zane. Została mu po tym blizna na lewym łuku brwiowym, tuż pod linią włosków. Stąd o ile w pracowni rentgenowskiej mniej więcej wiedział, czego się spodziewać, o tyle tutaj był jak dziecko we mgle i również jak to dziecko, pozwolił tutejszemu pracownikowi poprowadzić się za rączkę.
UsuńBył wolny stosunkowo szybko. Kiedy wyszedł na korytarz, Mattie siedziała w tym samym miejscu, w którym ją zostawił, a to oznaczało, że w międzyczasie ani nie wynudziła się na tyle, by zechcieć się oddalić, ani nie wydarzyło się nic na tyle pilnego, by została wezwana gdzie indziej.
— Z powrotem do salki? — zagadnął, przystanąwszy przy wózku. O ile dobrze usłyszał i zapamiętał, Simmons skierował go tylko na dwa badania. — Chyba że jednak dasz się namówić na kawę? Albo cokolwiek innego, co macie w automatach? — Rozejrzał się, ale tutaj żadnego nie wypatrzył, natomiast na pewno widział jakieś po drodze. Powrócił więc spojrzeniem do Mathilde i schowawszy dłonie w kieszeni spodni, uśmiechnął się do niej lekko. Cóż, akurat czegoś innego nie mógł jej zaproponować, nawet jeśli w jego repertuarze znajdowała się przynajmniej jedna rzecz, którą Mattie mogłaby być zainteresowana. Niestety ani przy sobie, ani w Cadillacu nie miał zielska.
[Wiesz, masz mało czasu na te zmiany, więc w razie czego się nie krępuj i szalej 😁]
nadal zapraszający na kawę IAN HUNT
Ta potrzeba dołożenia swojej cegiełki do zmieniania świata chyba najbardziej przyciągnęła Tammy do Mathildy. W dniu, w którym się poznały, zdawała się być zupełnie inną osobą, niż była teraz i wydawało jej się, że faktycznie – po śmierci przemocowego męża – Tamsin w końcu odnalazła siebie. Nie wierzyła w afirmacje, nie chodziła na pilates i nie piła matchy, wciąż woląc czarną kawę – nie była to zmiana powierzchowna, podyktowana modnymi trendami. Nadrabiała stracone młodzieńcze lata, które spędzała na zabawie w dorosłą, którą ani nie była, ani właściwie nie chciała być, co odkryła o chwilę zbyt późno, by móc odrobić wszystkie stracone lekcje, ale nie żałowała.
OdpowiedzUsuńZwłaszcza w takie wieczory jak ten, gdy po dobrze wykonanej pracy mogła spotkać się z kimś, kogo podziwiała i uwielbiała.
Nie zmieniało to faktu, że czasami wolałaby być mężczyzną i myśl ta nie wynikała z kryzysu tożsamości, a ze zwykłej zazdrości i przekonania, że ci mieli w życiu zwyczajnie łatwiej. Jasne, stały przed nimi inne wyzwania, inne problemy i kłopoty, a jednak ciężko było jej sprzeciwiać się swojemu przekonaniu o niesprawiedliwości kart, którymi każdy miał rozegrać swoją partię. Mając same liczby, wygrana z figurami wydawała się z góry skazana na porażkę.
— Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdyby światem rządziły kobiety… Myślisz, że którejś chciałoby się wywoływać wojny? Mówią, że kobiety są bardziej kłótliwe od mężczyzn, a jednak to nie one są odpowiedzialne za większość przemocy na świecie. Wolę darcie się niż obijanie i zabijanie siebie wzajemnie – westchnęła ciężko i uśmiechnęła się do Mattie. – Ja chcę mieć kiedyś dzieci. Dwójkę, trójkę może, chociaż pewnie nie zdążę, bo zegar tyka, a jednak i tak mnie to wkurwia. Uproszczenie życia kobiety do bycia kurą domową i klaczą rozpłodową – wzruszyła ramionami, wyznając jedną z rzeczy, którymi do tej pory z Tilly nigdy się nie dzieliła.
Chciała mieć rodzinę. Nie dusiła w sobie tego pragnienia, chociaż było uporczywe i często powodowało nieprzyjemny dyskomfort, gdy zazdrość robiła swoje. Wystarczyło, by widziała rodzinę z dziećmi – nie musiał być to reklamowy obrazek, gdzie wszyscy się uśmiechają, idą za ręce i wyglądają, jakby zostali wyjęci z ulotki biura podróży. Wystarczył jej wózek zakupowy pchany przez ojca, siedzący w nim maluch i idąca obok nich kobieta, którą z góry nazywała w swojej głowie mamą. Coraz częściej łapała się na tym, że uszczęśliwiłyby ją cotygodniowe wypady do sklepów z rodziną, robienie list, planowanie posiłków, których nie umiała nawet przygotować, ale to nic. Nauczyłaby się. Tylko w tym obrazku nie chciała być sama.
Nie chciałaby wychowywać dziecka w pojedynkę, bo sama była takim dzieckiem i nie wiedziała, czy w końcu i ona nie byłaby tak zgorzkniała jak jej matka. Historia nieszczęśliwości pani Passalis nie wynikała jedynie z tego, że z Tammy zostały same – był to właściwie jedynie element układanki, bo jej matka nigdy nie chciała być matką. A mimo to Tamsin bała się, że i ją dotknęłoby takie zgorzknienie, a na to nie zasługiwało żadne dziecko. Im starsza była, tym bardziej była tego świadoma.
— Tilly, to za karaoke. Za to na taką imprezę bym poszła. Tylko musiałabym się wcześniej chociaż zjarać, bo mam wysoką tolerancję, ale obawiam się, że bez jakiegoś znieczulenia nie wyrobię tempa imprezy – bała się piguł. W życiu wzięła jedną, jeden raz i cały następny dzień przespała, uznając to za najlepsze wyjście. Był to sen niespokojny, pełen potu i walki jej organizmu z toksynami, bo pigułkę przepiła dużą ilością alkoholu i nawet nie była pewna, czy się chociaż dobrze bawiła poprzedniej nocy. Dno i wodorosty.
— Nie masz może jakiegoś pacjenta, który mógłby coś ogarnąć? – spytała konspiracyjnie, cicho, jakby faktycznie planowała znieczulenie na tę noc. Kelner przyniósł ich zamówienie i nim skończył zestawiać talerzyki na stół, Tamsin domówiła kilka shotów do ich stolika.
UsuńWpakowała sobie do buzi niebanalną porcję curry z koźliną i zamruczała z uznaniem. Mięso rozpływało się w ustach, puszczając soki, a korzenno-pikantny smak atakował z każdej strony kubki smakowe, przypominając Tammy o tym, że jedzenie nie ograniczało się do makaronu z sosem pomidorowym i wegańskich sznycli, które jadła nie przez umiłowanie do planety, a przez to, że wystarczyło je podgrzać pięć minut. Nawet mrożone nuggetsy potrzebowały więcej czasu.
— O szlak, jakie to jest pyszne…
Tamsin Passalis
Może, gdyby uważał się za jakiegoś superprzystojnego gościa, jej zaczepna uwaga ubodłaby jego męskie ego, ale był zwykłym facetem, a nie modelem z okładki Men's Health, więc nie miał powodu brać jej do siebie. Doskonale wiedział, że nie wygląda źle, ale też nie spędzał przed lustrem pół godziny, zastanawiając się, pod jakim kątem najlepiej prezentuje się jego szczęka, albo który kosmyk włosów powinien zalotnie opadać na brew. Szczerze? Wyjebane w to miał. Był tak bardzo sobą we wszystkim, zarówno w stylu bycia, jak i w stylu życia, że chyba samo to sprawiało, że ludzie zwracali na niego większą uwagę, niż gdyby na siłę próbował robić z siebie kogoś, kim nie był. Nie musiał niczego udowadniać ani specjalnie się starać, żeby czuć się dobrze we własnej skórze. Po prostu robił swoje i to wystarczało. Można było go zatem lubić, albo nie lubić, uważać za przystojnego albo nie uważać, ale nie zamierzał przecież z tego powodu zmieniać charakteru czy całego swojego podejścia do życia. Jeśli komuś odpowiadał taki, jaki był, to świetnie. Jeśli nie, świat się w ogóle od tego nie kończył. Poza tym, chłopcy w policyjnych mundurkach jechali już na miejsce, więc szansa na poznanie ich wciąż była tak samo duża. Dyspozytor kazał poczekać, żeby w razie czego mogli wskazać funkcjonariuszom kierunek, z którego dobiegły strzały, albo poświadczyć, gdyby nagle sytuacja zrobiła się niespokojna.
OdpowiedzUsuń— Nadal jest duża. Ale czy będą przystojni, to już sama ocenisz — powiedział, bo jego uwaga nie kierowała się w stronę mężczyzn pod żadnym względem, więc to ocenianie pozostawi już w jej zakresie. Małe było prawdopodobieństwo, że będzie kolegów znał, bo to nie był jego stały rejon, ale mógł trzymać kciuki, że nie przyjadą tu żadne chłopy w poważnym już wieku, których ściągnęli tutaj z przerwy na kolejnego donuta i kawę w papierowym kubku. Chociaż nie miał tak naprawdę pojęcia, w jakich typach Mathilde gustowała, i czy w typach tak w ogóle. Może wolała typiary.
Oparł ciężar ciała na jednej nodze i popatrzył na nią, gdy pociągnęła kolejny łyk wody z butelki. Nie urodził się wczoraj, żeby nie zorientować się, że ta gadka z jej strony była jakąś formą flirtu. Przerabiał już podobne sytuacje wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, kiedy zwykła rozmowa zaczyna skręcać w trochę mniej niewinną stronę. Nie robiło to na nim większego wrażenia, ale też nie zamierzał udawać, że niczego nie zauważył. Gdyby miał przy sobie kajdanki, może nawet przetestowaliby i sprawdzili, czy coś takiego rzeczywiście ją jara. Ale do biegania nie zabierał ze sobą ani broni ani kajdanek. Miał przy sobie jedynie odznakę, a to już mniej podniecający gadżet, i psa, który ludzi co najwyżej rozczulał, ewentualnie obrzydzał wiecznie wywieszonym jęzorem, z którego skapywała ślina.
— Nie mieszkam w okolicy — odpowiedział. — Czasami tylko biegam w te strony — dodał dla wyjaśnienia, bo rzeczywiście mieszkał jakieś siedem kilometrów stąd, może osiem, i generalnie nie pojawiał się jakoś często w rejonie Williamsburga. Żeby mieć święty spokój najczęściej biegali na Wyspy Randalla i Warda, bo tam była cała masa pól, żeby Koda mógł polatać bez smyczy. I był też niczego sobie widoczek na Manhattan.
— Nie mam przy sobie kajdanek, ale jeśli naprawdę zastanawiasz się, jak to jest, możemy poprosić kolegów, jak przyjadą. Może któryś udzieli prywatnej lekcji — zasugerował, poruszając brwiami. A potem posłał jej rozbawiony uśmiech, bo jakoś ciężko było mu sobie wyobrazić, że złożyłaby któremuś z policjantów taka ofertę, nawet jeśli jemu dyskretnie dawała do zrozumienia, że nie obraziłaby się, gdyby spróbowali.
On już tego próbował, ale musiał, tak samo jak siły tasera i teleskopowej pałki, żeby mieć dokładny obraz tego, czego sam używa wobec napastników. Wiedział już też jak to jest oberwać z ostrej, choć tamto nie odbywało się w ramach testów. Sponiewierać się w kajdankach w łóżku nigdy się nie dał, ale to raczej dlatego, że zdecydowanie bardziej odpowiadała mu rola tego, który je zakłada, niż tego, który pozwala sobie je założyć. Lubił rozdawać karty, ale prawda jest taka, że rozdawał je wyśmienicie, skoro w sposobie prowadzenia przez niego gry kobietom wcale nie spieszyło się do odzyskania kontroli.
UsuńBrant Dawson
W chęci posiadania potomstwa przez Tammy było coś samolubnego. Pełną rodzinę miała raptem do ósmego roku życia. Miała kochającego, chociaż posiadającego własne demony, ojca i matkę, która swoich dorobić miała się później, przytłoczona samotnym rodzicielstwem. Jako dorosła osoba Tamsin wiedziała, że nie stanowili przykładu rodziny idealnej, a jednak w samych wspomnieniach znajdowała coś na tyle pokrzepiającego, by tęsknić za tym często, równie często zastanawiając się, czy gdyby depresja nie ściągnęła ojca w alkoholowy ciąg, mieliby szansę na normalność. Dobrze pamiętała domy swoich koleżanek z wczesnego dzieciństwa. Tata chodził do pracy, mama często też, ale to ona zajmowała się domem. U nich było odwrotnie. Matkę Passalis nigdy nie interesowały domowe obowiązki, ale jej ojciec nigdy się na to nie skarżył, przez co z perspektywy czasu Tamsin dochodziła do wniosku, że jak na tamte czasy był całkiem postępowym mężczyzną.
OdpowiedzUsuńNie była do końca pewna, jak często widziała ojca pijanego czy trzeźwego ani jakim mężczyzną był w rzeczywistości. Jej wspomnienia były wybrakowane, dziurawe jak szwajcarski ser, w którym ubytki powypełniała pewnego rodzaju gloryfikacją, która miała uczynić chociaż pewien okres jej życia rzeczywiście szczęśliwym. Przez to, jaki moment nieświadomie wybrała, szczęście właśnie z tym jej się kojarzyło – z rodziną, która spędzała ze sobą czas, obecną, nieprzyklejoną do ekranu telewizora czy pochłoniętą własnymi, indywidualnymi sprawami.
Chciała ją mieć nie tylko dlatego, że pragnęła dołożyć własną cegiełkę do świata w postaci dziecka, ale chciała poczuć to utracone wrażenie przynależności do jakiejś grupy. Na dobre i na złe, bo tak jej się wtedy wydawało.
Była też łagodniej nastawiona do mężczyzn od Mattie, chociaż nie mogła powiedzieć, by miała do nich szczęście. Patrząc na swoje życie, musiała uczciwie przyznać, że gust miała do tej pory wybitnie do dupy. Mając piętnaście lat, pozwoliła zawładnąć swoim życiem dorosłemu facetowi, który wkradł się do niego bez większego problemu, czyniąc z siebie centrum jej świata. Rozgościł się w tym miejscu na tyle długo, że okres, gdy większość uczyła się, co im się podoba albo przeszkadza w partnerach, Passalis zwyczajnie przespała. A potem?
A potem, jeśli uznać, że sukcesem był awans z worka treningowego na kogoś, kogo można było olać po kilku randkach albo próbować udusić nadmierną atencją, to można powiedzieć, że było trochę lepiej. Trochę było kluczowe. Po kilku nieudanych próbach Tamsin postanowiła, że musi do tego podejść jak do grania. Większość ludzi postrzegało artystów jako kompulsywnych i działających często bez większej logiki, dlatego Passalis lubiła myśleć o sobie bardziej jak o rzemieślniku niż takim prawdziwym artyście, co to pod wpływem natchnienia potrafił stworzyć prawdziwe dzieło. Ona nie tworzyła. Bardziej odtwarzała i interpretowała, do każdego utworu podchodząc wręcz z inżynierską precyzją. Najpierw przeglądała nuty na sucho, zaznaczała potencjalnie mniej wygodne miejsca jako te, które należało w pierwszej kolejności przećwiczyć. Później dochodziło opracowanie palcowania i smyczków, takt po takcie, fraza za frazą, z dokładnym uwzględnieniem partii innych instrumentów. Tak też zaczęła podchodzić do relacji – ostrożnie, z rozmysłem i najchętniej z granicami, których nie chciała przekraczać. Z mężczyznami się przyjaźniła albo z nimi sypiała. Nic pomiędzy.
Może dlatego tak odważnie mówiła o marzeniach, których wcale nie była pewna? Bo była przekonana, że te nie mają prawa się spełnić i skonfrontować jej wyobrażeń z ponurą rzeczywistością?
— Tak sobie pieprzę głupoty, Tilly. Mam wrażenie, że ledwo ogarniam swoje życie, a co dopiero, jakbym miała ogarniać jeszcze cudze… Zwyczajnie… Coraz częściej łapię się na tym, że nie mam celu — przyznała, dopijając drinka do końca z taką łatwością, jakby to nie alkohol piła, a spragniona dopijała szklankę wody. — To takie naturalne w życiu kobiety. Kariera zrobiona, chata jest, to czego brakuje? A, nie wiem, ale wokół tyle mówi się o rodzinie i rodzeniu dzieci, że to chyba to… To chyba tego brakuje do poczucia spełnienia — tak było łatwiej. Iść drogą utartą przez miliony kobiet przed nią, które może nie zawsze mówiły, że to było dobre, ale najgłośniej wypowiadały się zazwyczaj te, dla których macierzyństwo stanowiło sens istnienia. A tego sensu ostatnio Tamsin brakowało, co uświadamiała sobie zazwyczaj, leżąc w majtkach na łóżku, zastanawiając się, co dalej, nieprzyzwyczajona do tego, że w życiu pewne etapy mogą trwać dłużej niż kilka miesięcy.
Usuń— Muszę sobie obmyślić jakąś listę, wiesz? Zawsze miałam coś do odhaczenia. Jakiś kurs, konkurs, semestr do zaliczenia, trasę do odhaczenia, a od czterech lat płynę z prądem i czuję niepokój, że o czymś zapomniałam. Jakby była jakaś lista, a ja zamiast iść zgodnie z jej punktami wszystko pomieszałam i płynę z prądem, bo brakuje mi odwagi, by wyjść na brzeg i samemu zdecydować, gdzie iść — uśmiechnęła się lekko, wzrokiem wyłapując kelnera, który podszedł już po chwili. Zamówiła następnego drinka, czując, jak ten pierwszy przyjemnie otępił jej zmysły. — Prowadzisz się dobrze? Jezu, Tilly, to brzmi jak regularny sen, trzy posiłki dziennie i aktywność fizyczna. Musiałabym całe swoje życie zmienić — zaśmiała się, bo nigdy nie ukrywała, że nie po drodze było jej z myśleniem o jedzeniu, spaniem albo bardzo dużo, albo prawie wcale, i aktywnością fizyczną ograniczającą się do niesamowitej ilości kroków, co już uznawała za trening sam w sobie. Często jeszcze z obciążeniem!
— Za kobiecą wolność! — stuknęła się z przyjaciółką szklanką.
Sięgnęła po wciąż ciepłego chipsa i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Tłuszczyk i lekka słodycz – czego chcieć więcej?
— To mam inny pomysł. Umówimy się kiedyś na jaranie. Ja zrobię brownie z masłem orzechowym, bo chociaż słabo gotuję, to brownie robię zajebiste, przyjdę w dresach i obejrzymy sobie „Rick i Morty”. Możemy zamówić jeszcze pizzę… Ja już mam plan na wieczór. Zrobimy sobie nocowankę, albo u mnie, albo u ciebie i… Ej, nie mogę się doczekać — Tamsin ekscytowała się swoim pomysłem tak, jakby to rzeczywiście było coś niesamowitego. Może dlatego, że nie miała takich nocowanek jako nastolatka? A może chodziło tylko o towarzystwo Tilly, które zwyczajnie uwielbiała?
— A dzisiaj postawmy na te shoty, które stoją przed nami i parują. Najwyżej będę się darła za nas obie, może być? — zaproponowała, jeden kieliszek stawiając przed sobą, drugi zaś przesuwając w stronę ciemnowłosej.
Tamsin Passalis
Nigdy nie był typem faceta, który leci na wszystko, co się rusza. To, że kobieta obdarzała go zainteresowaniem, nie oznaczało, że on automatycznie odwzajemniał je w takim samym stopniu, a czasami nie oznaczało nawet najmniejszego zainteresowania z jego strony. Potrafił zauważyć flirt i docenić komplement, a nawet pobawić się chwilę w podobne zaczepki, ale nie każda kobieta, która zwracała na niego uwagę, od razu trafiała na jego radar. Nie był desperatem, a do zainteresowania potrzebował czegoś więcej niż tylko ładnej twarzy i chętnych spojrzeń, dlatego większość takich znajomości kończyła się, zanim w ogóle zdążyła dobrze się rozpocząć. Na pewno ciekawe okazje przelatywały mu przez to koło nosa, bo takie dziewczyny, które chętnie rozkładały nogi, miały wiele do zaoferowania, choć wtedy zapewne włącznie z całym pakietem STI, ale nie ubolewał z tego powodu. Już pomijając fakt, że nie potrzebował przypadkowych znajomości, żeby się zabawić, bo w swoim stałym otoczeniu daleko okazji szukać nie musiał, to na ogół niechętnie wpuszczał nowe osoby do swojego świata i tym bardziej nie miał potrzeby robić w nim miejsca dla każdego, kto akurat pojawił się na jego drodze. Lubił ryzyko, lubił dobrą zabawę i z pewnością nie należał do facetów, którzy całe życie przeżywali według utartych schematów, ale nawet on potrafił czasem pomyśleć o konsekwencjach, zanim narobił sobie problemów, których później musiałby się pozbywać. Nie był ani grzeczny, ani ułożony, a jednak miał w sobie wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby żądze nie wyłączyły mu myślenia i nie wpędziły go w jakieś absurdalne bagno. Był stróżem prawa, więc wyjątkowo kiepskim pomysłem byłoby pakowanie się w jakąś seksualną aferę tylko dlatego, że w odpowiednim momencie zabrakło mu rozsądku, a nie miał przecież żadnej pewności, co finalnie może odwalić dziewczyna, której praktycznie nie znał, a którą sponiewierał w łóżku dzień wcześniej. W pomiętej pościeli wszystko mogło wyglądać świetnie, dopóki nie okazywało się, że po wszystkim druga strona miała jednak zupełnie inny pomysł na ciąg dalszy znajomości.
OdpowiedzUsuńCzy więc udzielał prywatnych lekcji? Czasem tak, czasem nie. Wszystko zależało od sytuacji, od tego komu miał ich udzielać i czy rzeczywiście cokolwiek sprawiało, że miał na to w ogóle ochotę. Dlatego na razie zostawił to pytanie bez odpowiedzi, szczególnie, że zaraz padła wzmianka o odwdzięczaniu się i zabrzmiała dość intrygująco. A skoro byli już w temacie, warto było przynajmniej dowiedzieć się, co miała na myśli, twierdząc, że umiała to robić.
— Na przykład jak? — Uniósł lekko brew, utrzymując spojrzenie w jej twarzy.
Koda za moment poruszył się niespokojnie, więc Brant przeniósł wzrok w stronę alejki. Po chwili dostrzegł dwóch funkcjonariuszy zbliżających się w ich kierunku. Jeden z nich trzymał dłoń przy radiu, co jakiś czas spoglądając w stronę ulicy i otoczenia, podczas gdy drugi rozglądał się uważnie. Obaj byli raczej przed czterdziestką, wysocy, szczupli i w pełni umundurowani. Kajdanki z daleka błyszczały wsunięte w kieszenie ich taktycznych pasów.
— Dog man i bite officer? — rzucił jeden z nich z uśmiechem, podchodząc bliżej i zerkając na Kodę, który stał i patrzył na nich czujnie.
— We własnej osobie — odpowiedział Brant z lekkim uśmiechem i poruszył smyczą, na co Koda usiadł przy jego nodze. — Ale dzisiaj obaj po służbie.
— Dawson, tak? To pan zgłaszał strzały?
— Dwa. Jeden po drugim. Dochodziły mniej więcej stamtąd. — Wskazał głową w stronę alejki. — Niczego więcej nie widziałem. Żadnych ludzi uciekających ani samochodu, który zwróciłby moją uwagę — wyjaśnił, nie czekając na pytania, bo dobrze znał schemat takich interwencji, więc nie widział sensu w przeciąganiu sytuacji. Poza tym oni i tak już znali tę wersję, bo dyspozytor przekazał im wszystkie informacje, więc była to kwestia potwierdzenia wcześniejszych słów i tego, że od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Usuń— W porządku. Sprawdzimy teren. — oznajmił i spojrzał na Mathilde. — Pani też je słyszała?
Brant Dawson
Ian ze spokojem słuchał, jak Mathilde kolejnymi argumentami bombardowała jego propozycję zgarnięcia kawy z jednego z tutejszych automatów. Uśmiechał się przy tym, lekko unosząc kąciki ust. Wyciągnął dłonie z kieszeni i uniósł ręce w geście kapitulacji, kiedy pielęgniarka przypomniała, że powinni trzymać się wytycznych, aczkolwiek, przechyliwszy nieco głowę, spojrzał na nią z zainteresowaniem, kiedy wysunęła propozycję dalece wykraczającą poza popijanie niedobrej kawy na szpitalnym korytarzu.
OdpowiedzUsuń— Pomyślimy — odparł, sadowiąc się z powrotem na wózku, skoro kawa w szpitalu nie wchodziła w grę. Z kolei kawa poza murami szpitala wydawała mu się tak samo niedorzeczna, jak Tilly. Jego propozycja wypłynęła z chęci zabicia czasu, nie z chęci zacieśnienia więzi ze swoją klientką, jakkolwiek był miło zaskoczony tym, że spędzanie czasu z Mathilde okazało się nie tylko bezproblemowe, ale i sympatyczne. Wiele osób, z którymi Ian miał do czynienia, posiadało w sobie coś, co go irytowało. Tilly albo nie miała w sobie tego pierwiastka, który skutecznie działałby mu na nerwy, albo jeszcze nie zdążył go odkryć. W każdym razie, głównie dzięki niej jego początkowa niechęć do spędzenia części tej nocy na ER gdzieś się ulotniła, bo jak można było zauważyć, Ian przestał się spieszyć i przestał okazywać niechęć, za to wręcz potulnie poddawał się kolejnym badaniom i procedurom. Przyświecał im wspólny cel – może nie jak najszybsze, ale na pewno jak najbardziej sprawne wypchnięcie Hunta do domu, więc może dlatego dość dobrze im się ze sobą współpracowało? Istniało jednak pewne ryzyko, nawet całkiem spore, że kiedy już ten wspólny cel osiągną, nie wyznaczą kolejnego, a przez to wyjście na kawę i ciastko mogło okazać się kompletnym fiaskiem, bo niby po co mieliby to robić?
Przestał zastanawiać się nad tym, co z tą kawą, kiedy w polu jego widzenia zamajaczył Simmons. Ian poderwał głowę i przyszpilił lekarza wzrokiem, podczas gdy Mattie zaatakowała go na swój sposób. Wydawało się, że w tym krzyżowym ogniu nie miał dokąd uciec, ale wymówił się oczekiwaniem na wyniki badań, czego ani Mathilde, ani tym bardziej Ian nie mogli podważyć. Sądząc jednak po reakcjach osób, które operowały sprzętem na poszczególnych pracowniach, które odwiedził, Ianowi nic nie dolegało.
— Dzięki, niczego mi nie trzeba — odparł, przesiadając się z wózka na łóżko. Popatrzył na Tilly, potem na dzwonek i skinął głową, aczkolwiek nie przewidywał, że miałby z niego skorzystać. Po raz kolejny odprowadził oddalającą się Mathilde wzrokiem, a kiedy zniknęła, wyciągnął się na łóżku. Ułożył ręce pod głową, ale skrzywił się, kiedy natrafił na tkliwy punkt. Wyczuwał pod palcami zgrubienie, twardą opuchliznę wokół niedużej rany, którą ponownie, a jakże, zmacał paluchami. Poprawił ułożenie rąk tak, by nic go nie bolało i… czekał.
Po kilku minutach wpatrywania się w sufit sięgnął po telefon. Zrobił to zupełnie odruchowo, bo telefonu nie było tam, gdzie był najczęściej, w prawej kieszeni spodni. Zostawił go w samochodzie, uznawszy, że skoro sprawę z Simmonsem załatwi w góra pięć minut, to nie musi go ze sobą brać. Przyszło mu na myśl, żeby wymknąć się z salki i po niego pójść. Cadillac nie stał tak daleko, by nie obrócił w te pół godziny. Porzucił jednak ten pomysł, nie chcąc robić kłopotu nie tyle Mathilde, co sobie – potrafił bowiem bez problemu wyobrazić sobie, jak znajoma pielęgniarka opierdala go za to, że wyszedł i choć jej opierdol pewnie spłynąłby po nim jak woda po kaczce, czuł wobec Tilly wdzięczność, która odwiodła go od szargania jej nerwów.
Do głowy przyszło mu coś innego. Coś, co mogło rozwiązać problem kawy i ciastka.
Simmons pojawił się w boksie o trzeciej czterdzieści trzy, jeszcze przed Mathilde. Trzymał w dłoniach kartotekę Iana, uzupełnioną o opis badań. Przerzucił kilka kartek, wyjął z kieszonki fartucha długopis i kliknął nim trzykrotnie.
— Wyniki są w porządku — poinformował, popatrując na swojego dilera. Nie wydawał się już być tak spłoszony. Może zdążył ochłonąć, może pomógł mu fakt, że Hunt niedługo miał zniknąć mu sprzed oczu i nie uprzykrzać dyżuru. — Nie masz pękniętych żeber ani innych obrażeń wewnętrznych, na tomografii widać tylko obrzęk wokół rany. — Wycelował długopisem w jego głowę. — To nie twoje pierwsze pobicie, co? — rzucił, bo wyniki ujawniły kilka starych, dawno zaleczonych urazów.
Usuń— I pewnie nie ostatnie — odparł Ian. Zza Simmonsa popatrzył ku wejściu, jakby spodziewał się, że do środka zaraz wpadnie Mattie, ale nic podobnego nie miało miejsca. Widać musiano ją zatrzymać przy innych pacjentach. — Słuchaj, Mark. Sprowadzisz mi tutaj Valentinę? Pielęgniarka, korpulentna latynoska? Przytula każdego, kto się napatoczy? — Opisywał kobietę, wymieniając jego zdaniem jej najbardziej charakterystyczne cechy. Simmons popatrzył na niego niechętnie, z długopisem zawieszonym nisko nad dokumentami, które w międzyczasie uzupełniał.
— Czego chcesz od naszej Val?
— Czegoś zupełnie innego, niż od ciebie, Mark — rzucił konwersacyjnym tonem, ale spojrzenie, którym obdarzył Simmonsa, nie było przyjemne. — Nie panikuj. Mam do niej prośbę.
Lekarz kliknął długopisem. Tym razem tylko dwa razy, wolniej, niż poprzednio, bo bez zdecydowania, ale z namysłem.
— Dobrze — odpowiedział i obejrzał się przez ramię, bo do salki weszła Mathilde, zaszczycając ich swoją obecnością, spóźniona tylko o dwie minuty. — Jeszcze raz oczyść i opatrz ranę, proszę — zwrócił się do niej grzecznie, o wiele bardziej grzecznie, niż do Iana, co dilera w żaden sposób nie ubodło, a go rozbawiło. Skinieniem głowy wskazał na nieduże, acz świeże ślady krwi na poduszce i spodniach Hunta, w które ten wytarł palce, tłumacząc w ten sposób swoje zalecenie. — Puszczamy go. Przygotuję wypis — poinformował i póki miał ku temu szansę, opuścił salkę. W zasadzie, to nieomal z niej wybiegł, nie dając Mattie czasu na jakikolwiek komentarz.
— Powiedziałaś mu coś jeszcze w międzyczasie? — zapytał szczerze rozbawiony Ian. Już nie leżał, a siedział na łóżku, z opuszczonymi nogami i dłońmi wspartymi o krawędź materaca. Gdyby nie to, że jego stopy swobodnie spoczywały na podłodze, z uciechy zamachałby nogami. — Może zrobiłaś?
IAN HUNT, który ma plan 🍰
Był bardzo chętny do słownych przepychanek, ale nie był na ten moment zainteresowany Mathilde w taki sposób, żeby traktować każdą jej zaczepkę jako zaproszenie do czegoś więcej. Raz, że w ogóle jej nie znał i nie miał pojęcia, co właściwie chodziło jej po głowie, a dwa, że kiedy dał jej możliwość rzucenia paru konkretów, jej odpowiedź o przykładach odwdzięczania się zabrzmiała na tyle zachowawczo, że nie było w tym żadnej dobrej zachęty. On lubił konkrety, szczególnie w łóżku. A Mathilde mogła flirtować, mogła się z nim droczyć, ale równie dobrze mogła po prostu lubić rozmowy prowadzone w takim zalotnym tonie, a finalnie wycofywać się w momencie, w którym granice przestawały być już tak umowne i rozmowa zaczynała zmierzać w stronę czegoś bardziej intymnego. Odwdzięczając się, chciała mu zaoferować dobre ręce, ale on w dobrych rękach może być każdego dnia, więc to żaden rarytas korzystać akurat z tej okazji. Dla niej to też na pewno nic straconego, w końcu w okolicy z pewnością dałoby się znaleźć jeszcze niejednego biegacza, który chętnie skorzystałby z takiej oferty.
OdpowiedzUsuń— Oczywiście, że jestem porządny — przyznał, zadowolony z takiego podsumowania. — Odznaka zobowiązuje — dodał, wzruszając niewinnie ramieniem. Był policjantem, więc im częściej sprawiał wrażenie porządnego i grzecznego, tym lepiej, szczególnie że prywatnie wciąż miał w sobie sporo z tamtego młodego chłopaka z Oklahomy, który nauczył się żyć z dnia na dzień i przetrwać na wiele różnych sposobów, nie zawsze zgodnych z prawem. Mundur zmienił sporo, ale nie wymazał wszystkiego, co ukształtowało go wcześniej. Właściwie to nie wymazał prawie niczego, a jedynie doszlifował trochę zachowań, które z czasem nauczył się lepiej kontrolować i dostosowywać do życia, jakie prowadził teraz. Nadal potrafił sobie radzić bez oglądania się na zasady, ale w mundurze znacznie rozsądniej było wyglądać na człowieka, który zawsze postępuje właściwie, niż udowadniać wszystkim, że wcale nie musi tak być. Mathilde była panią pielęgniarką z lokalnego szpitala, więc zdecydowanie lepiej, że widziała go jako porządnego gliniarza.
— A moja dziewczyna jest ze mnie bardzo dumna — odparł. — Codziennie tylko czeka, aż wreszcie przypnę ją kajdankami do łóżka i przelecę tak ostro, że zapomni własnego nazwiska. Niekiedy sama grzecznie się przypina. Tyle wystarczyło, żeby ją sobie bezbłędnie podporządkować — powiedział, patrząc na Mathilde całkiem beznamiętnie. Słowa brzmiały bezwzględnie i twardo, ale wyrzucił je z siebie bez cienia emocji, bo nie miały dla niego żadnej wagi. Już abstrahując od faktu, że z nikim się nie wiązał i nie miał zamiaru tego robić, to nie kręciło go tanie poniżanie kobiet. Był ostry, wymagający i bez kompromisów doprowadzał partnerki na skraj obłędu, ale zawsze istniała cienka granica między czystym pragnieniem a zwykłym upokorzeniem, której nie przekraczał. Grzeczność zostawiał za drzwiami sypialni, ale szacunek zabierał ze sobą do środka. Ale to było oczywiście zarezerwowane dla jego dziewczyny, bo skoro Mathilde założyła istnienie takowej, to nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu. Jeśli sama wyłapie w tym sarkazm, to wtedy sama wyciągnie też odpowiednie wnioski, a on nie będzie musiał jej przekonywać, że jest inaczej. Jeśli nie, to nie. Niejeden raz dla świętego spokoju zaznaczał, że kogoś już ma, więc to, czy Mathilde wróci do swoich spraw z tą myślą, było mu całkowicie obojętne.
Gdy rozległy się kolejne strzały, Brant odruchowo wyprostował się i natychmiast przeniósł wzrok w stronę, z której dobiegł huk. Koda również momentalnie zbystrzał, unosząc łeb i napinając sylwetkę, bo z miejsca wyczuł, że tym razem coś rzeczywiście się dzieje. Brant mocniej zacisnął dłoń na smyczy, przez chwilę obserwując teren, a kiedy gdzieś po drugiej stronie alejki zrobiło się lekkie zamieszanie, funkcjonariusze bez zbędnego czekania ruszyli biegiem w tamtą stronę.
Nie zamierzał im przeszkadzać ani tym bardziej pakować się w sam środek sytuacji, która przestała być już jego problemem, dlatego mocniej skrócił smycz Kody i zerknął na Mathilde.
Usuń— Nic tu po nas — rzucił, rozglądając się za miejscem, w którym mogliby chwilę jeszcze poczekać, aż policjanci opanują sytuację. Poza tym zaraz zjadą się dodatkowe radiowozy i zablokują teren. — Chodź. Schowamy się gdzieś na chwilę — powiedział do Mathilde i ruszył w stronę betonowej podwaliny trybun przy boisku, gdzie mogli zejść poniżej linii wzroku i osłonić się od strony ulicy. Te znajdowały się najbliżej. — Nie ma sensu ryzykować i łazić teraz po otwartym parku, dopóki nie będzie wiadomo, co się tam właściwie odwaliło. Uspokoi się, to pójdziemy dalej.
Betonowa konstrukcja trybun dawała im idealną osłonę, bo w ich niższym segmencie znajdowała się niewielka, techniczna wnęka, w której zmieściliby się bez problemu, znikając całkowicie z oczu komukolwiek na zewnątrz, a w przeciwieństwie do zamkniętego budynku nie stawała się pułapką bez wyjścia. Pozwalała Brantowi w każdej chwili się wychylić, żeby zachować pełną kontrolę nad sytuacją. Było to też znacznie bezpieczniejsze niż ucieczka przez otwarty park, gdzie łatwo można było wbiec wprost pod przypadkowy rykoszet, albo, już nie daj boże, pod lufę spłoszonego napastnika.
Brant Dawson
Tamsin już od dziecka uczyła się, jak rozkładać rzeczy bardziej skomplikowane na mniejsze, tym samym zabierając wszelką moc, jaką otrzymywały przez złożoność bryły i mechanizmów. Każdy problem starała się rozpatrywać nie jako całość, a poszczególne składowe i to właśnie na nich się skupiać, je rozwiązywać, niszczyć albo próbować je oswoić, jeśli to miało pomóc jej być i żyć dalej. A Tamsin kochała życie i chyba właśnie ta miłość napędzała ją każdego dnia, nawet w tym najbardziej mrocznym czasie, gdy czuła się zupełnie zagubiona. Teraz, z perspektywy czasu, starsza o kilka lat, chciałaby tamtą Tamsin przytulić, powiedzieć jej, że nic z tego, co się dzieje, nie jest jej winą i że ma rację z planowaniem zostawienia Cartera. Dużo musiało się wydarzyć, by dojrzała do tamtej decyzji, która nie była podjęta pochopnie, pod wpływem któregokolwiek z wydarzeń i w zasadzie mogłaby nigdy nie zostać podjęta, gdyby coś się nie zmieniło.
OdpowiedzUsuńPamiętała, jak piła wtedy kawę, siedząc wbrew sobie – wyprostowana, z nogami dotykającymi zimnej podłogi, chociaż miała ochotę podciągnąć kolano pod brodę, stopę opierając na siedzeniu. Siedziała u szczytu długiego, futurystycznego stołu ze szklanym blatem wspartym na nodze wyglądającej jak metalowy żuraw origami, na krześle o podobnej konstrukcji, ale zamiast ze szkła zrobionym z pleksiglasu, przez co nie można było na nim siadać w spodniach z dżetami na pośladkach. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni nosiła przez to dżinsy, bo ze wszystkich sił nie chciała się zapomnieć.
Dżinsy.
Spodnie będące niegdyś symbolem klasy robotniczej, coś, co zawsze było w jej szafie na wierzchu, bo było zakładane tak często. Zmarszczyła wtedy brwi i próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miała je na sobie. Pamięta, że spojrzała wtedy na Cartera, zupełnie nieświadomego myśli żony, który niewzruszony czytał coś na tablecie. Wtedy też uderzyło ją to, że pozwoliła zaszczuć się do tego stopnia, że bała się w domu założyć spodnie z barwionego włókna, byle go nie rozzłościć, a świadomość tego, że doprowadził ją na taki skraj, uderzyła w nią mocno. Mocno na tyle, że przy następnym łyku kawy zaczęła zastanawiać się, jak to zrobić, by zakończyć tę całą farsę możliwie szybko i najlepiej tak, by nie mógł na nią wpłynąć, gdy papiery pójdą w ruch. Już raz się w nim zakochała, nie mogła popełnić tego błędu ponownie.
Życie rozwiązało pewne problemy za nią, za nią też podjęło szereg decyzji, na które czuła się już wtedy przygotowana i pierwszy raz miała wrażenie, że los się, w bardzo pokręcony sposób, do niej uśmiechnął. Nie lubiła jednak o tym mówić. Nie lubiła do tego wracać i wychodziła z założenia, że skoro była w stanie oddychać bez ciągłego wspominania własnych traum, to nie było sensu, by je ciągle rozdrapywać. Mogła się załamać po tym pierwszym razie, gdy piekł ją policzek, po którym spływały łzy i właściwie tak było – nie odzywała się przez kilka dni, czując, jakby ktoś odebrał jej głos. Ale później uwierzyła w jedne przeprosiny, drugie, a następnie, jakkolwiek by to źle nie brzmiało, nauczyła się działać tak, żeby nie wywoływać konfliktów, co z jej charakterem wcale takie łatwe nie było. Aż do tych przeklętych dżinsów, które w końcu ją ocuciły.
— To pieprzenie, Mattie. Plany powinny mieć możliwość spełnienia, mieć swój początek i koniec, zamykać się w jakichś ramach, a to… To tylko gadanie – stwierdziła, a później posłusznie wysłuchała tyrady Tilly, nie kryjąc ani na chwilę swojego rozbawienia.
Nie chcąc przerywać przyjaciółce, kiwała głową na wszystko, co mówiła w geście zgody, ani myśląc się z nią kłócić, podziwiając ją za pasję, z jaką potrafiła rozmawiać przy obiedzie, podczas gdy sama Tammy… Była trochę za bardzo pogubiona w tym, czego chciała, czego się bała i co wydawało jej się być w realnym zasięgu, więc jej samej zwyczajnie takiego oddania brakowało. Pewności co do tego, co uważa rzeczywiście.
— Mattie, nie musisz się martwić o mój feed, bo prawie nie korzystam z sociali. Mam przyjaciół, niewielu, ale mam i cieszy mnie fakt, że są oni w moim życiu, ale… Ale brakuje mi rodziny. Zawsze brakowało i to jest fakt, którego nie zmienię, luka, której nie wypełnię, bo musiałabym cofnąć się daleko w czasie, a i tak nie byłabym w stanie na to wpłynąć – powiedziała spokojnie, biorąc dłoń przyjaciółki w swoją. Ścisnęła ją lekko. – A punkty na liście… Muszę je wymyślić sama. I to był żart… Chujowy, ale żart. Nie potrzebuję mieć domku na przedmieściach, faceta ze stabilną pracą i dzieci, żeby czuć się spełniona, to zupełnie nie to… Chyba zwyczajnie myślałam, że będzie tego więcej. Wiesz, że dorosłość będzie bardziej spektakularna, ciekawa, a jest… Spokojna. Właściwie to jest najspokojniejszy czas w moim życiu i chyba zwyczajnie do tego nie przywykłam, ale nie postrzegam tego jako coś złego. Jest to inne, słabo to rozumiem, ale ma też sporo plusów – wzruszyła lekko ramionami i puściła dłoń przyjaciółki, wracając do swojego kieliszka.
UsuńOd czterech lat mieszkała w jednym miejscu. Prócz krótkiej pracy na kontrakcie na statku właściwie podróżowała tylko w celach wakacyjnych, a i tego było niewiele, bo poruszała się głównie między Nowym Jorkiem a Los Angeles, każdy z wyjazdów i tak łącząc z pracą; był to najdłuższy czas zamieszkiwania jednego miejsca, odkąd skończyła osiem lat. Może to przez to czuła się niespokojna? Może niemal koczowniczy tryb życia wywarł na niej takie piętno, wszedł jej pod skórę tak głęboko, że gdy za długo stała w miejscu, nakazywał jej ruch?
— Rany, Tilly, to brzmi świetnie! – uśmiechnęła się szeroko i szczerze, bo wizja spędzenia wieczoru w towarzystwie przyjaciółki, zamiast jedynie kątnika, którego próbowała upolować od tygodnia, była niezwykle przyjemna.
Ona za często się przeprowadzała i zbyt często wstydziła się swojego domu, żeby zapraszać do niego koleżanki. Za dużo była też w rozjazdach i na stypendiach, by nawiązać relacje na tyle bliskie, by nawet zostać zaproszoną na nocowanie. Jeśli dobrze pamiętała, była na jednym, ale nie był to jeszcze wiek, w którym rozmawiało się o chłopakach, a nawet jeśli, to nie przypominała sobie, żeby takie rozmowy miały miejsce. Mogła to też zwyczajnie wyprzeć z pamięci, bo w tym była wręcz niepokojąco dobra.
— Karaoke. Jak po tym jedzeniu i alkoholu jeszcze się zjaram, to nigdzie nie wyjdę, tylko zasnę ci na kanapie… I nie żeby coś, to jest wręcz cudowna wizja, ale nie chcę tak spędzić tego wieczoru. Mam ochotę potańczyć, pośpiewać, jeszcze coś wypić i może wrócić do mieszkania z numerem jakiegoś przystojniaka, którego tak dla zasady oleję – wyszczerzyła się szeroko i wystukała coś w telefonie. – Dwie przecznice stąd jest miejsce, w którym są moi znajomi… Nie z orkiestry, bo to byłaby impreza geriatryczna, ale z zespołu, z którym gramy chałtury, czasami coś tam nagramy. Bardzo spoko ludzie, nie musimy z nimi się spiknąć, ale to zawsze raźniej, jak ktoś znajomy jest w pobliżu. Zainteresowana? – spytała i wytarła usta serwetką, przygotowując się tym samym do wyjścia.
Tamsin Passalis
Na ten moment nie czuł się ani testowany, ani tym bardziej badany. Tego typu potyczki słowne traktował jak niewinną zabawę, czyli coś, o czym zapomni sekundę po przekroczeniu progu własnego mieszkania. Jeśli więc wydawało jej się, że tak gładko go podejrzewa i podchodzi, to pewnie tylko dlatego, że w rzeczywistości to on owijał ją sobie wokół palca. A miał nieodparte przeczucie, że wystarczyłoby jedno jego odpowiednio wyreżyserowane posunięcie, żeby grzecznie i bez protestów poszła za nim jak po sznurku. Gdyby doskwierała mu samotność albo brak przelotnych relacji, być może chwytałby się tego, co akurat podsuwał mu los, ale nie musiał iść na takie kompromisy. I niestety, albo stety, był zbyt wybredny, a może po prostu wcale nie tak łatwy, żeby łapać się na pierwsze lepsze przynęty. Ale oczywiście nie był tu od tego, żeby oceniać czyjeś podejście, dlatego nawet nie próbował. Świat był pełen ludzi gotowych brać wszystko, co popadnie, i nic mu do tego. On po prostu znał swoją cenę i nie zamierzał schodzić z marży tylko dlatego, że kolejna dziewczyna ładnie uśmiechnęła się w jego stronę. Na razie nie czuł się zafascynowany na tyle, żeby sprawdzać, czy ma do zaoferowania coś więcej, ale przecież nie spotkali się tu taj po to, żeby nawzajem się czarować. Po prostu znaleźli się w tym samym miejscu i czasie, jak wielu przypadkowych ludzi, którzy na moment krzyżują gdzieś swoje drogi.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że nie był na nią zły. Tak naprawdę nie miał wobec niej żadnych emocji na ten moment, bo spotkał ją zaledwie drugi raz i traktował ją tak, jak wszystkich tych, z którymi urządzał sobie jednorazowy small talk, tyle że ten był podkręcony dodatkowo o kilka zalotnych słówek. Ale to też nie było dla niego niczym nowym, przecież nie urodził się wczoraj, a na odciętego od świata ascetę też nie wyglądał. Dobry flirt nie musiał oznaczać obietnicy czegokolwiek. Dla niego był czasami intelektualną gimnastyką, a czasami po prostu zręcznym sposobem na zabicie nudy. Niczym więcej i niczym mniej. Nie musiał iść za nim żaden głębszy sens ani tym bardziej ciąg dalszy. Można było rzucić kilka celnych uwag i poczuć lekkie napięcie, a potem uśmiechnąć się pod nosem i bez oczekiwań po prostu pójść w swoją stronę. Ale jeśli Mathilde koniecznie chciała bawić się dalej, nie zamierzał jej przerywać, dopóki scenariusz tego widowiska dalej będzie pisał on.
Pokiwał głową do szczęściary, bo gdyby rzeczywiście wszedł w związek, to całkiem możliwe, że byłby skłonny uchylić swojej kobiecie kawałek nieba w każdej dziedzinie życia. Ale nie myślał o tym na obecnym etapie swego życia i nie wiadomo czy pomyśli o tym kiedykolwiek, bo nie lubił mieć zobowiązań wobec drugiego człowieka. Wynikało to z jego przeszłości i doświadczeń, które mocno zakorzeniły się w jego głowie. Zawsze szedł przez życie w pojedynkę, bo nikomu nie ufał tak bardzo, jak samemu sobie, i nie miał potrzeby tego zmieniać.
— Może potrwać godzinę, albo dwie, a nawet pięć — odpowiedział, wchodząc do wnęki pod trybunami. Nie miał pojęcia, jakie było sedno tych strzałów, czy ktoś kogoś potraktował z ostrej, czy ktoś strzelał z nudów gdzie popadnie. Jeśli sprawca był na miejscu, to pewnie już go mieli, a jeśli ruszył w długą, to wszystko będzie zależało od tego, jak szybko uda się ustalić, w którą stronę uciekł i czy ktokolwiek zdołał go wcześniej zauważyć. — Ale myślę, że za dobre pół godziny, jeżeli w okolicy będzie spokojnie, możemy się stąd zmywać.
Beton był chłodny, co dało się odczuć od razu po zbliżeniu się do ścian, które rzucały cień na cały ten fragment przestrzeni pod trybunami. Rzucił krótkie spojrzenie wnęce, odpiął smycz i poklepał Kodę po boku. Pies usiadł na krawędzi cienia i wlepił spojrzenie w otwartą przestrzeń, przejmując wartę.
— Tak, chowanie się pod trybunami to moje największe guilty pleasure — odparł, posyłając Mathilde krótkie, rozbawione spojrzenie. Machając końcówką smyczy, przeszedł się wzdłuż wysokiej ściany, która wydawała się naprawdę masywna, ale chyba nic zaskakującego, skoro nad nimi znajdowały się dziesiątki plastikowych siedzisk.
Usuń— Myślę, że szatnia jest, ale na pewno nie taka, do której moglibyśmy się włamać. — Odwrócił się w jej stronę. Ona oczywiście mogła robić, co jej się żywnie podoba, ale jemu, jako trzeźwo myślącemu policjantowi, nie wypadało włamywać się do miejsca, które jest obkamerowane z każdej możliwej strony. Już nie chodziło o konsekwencje, a o sam fakt, że spaliłby się ze wstydu za wykazanie się taką amatorką. Jeżeli już robić coś niepoprawnego, to przynajmniej nie tak, żeby dać się złapać jak ostatni frajer.
— Zanim jednak spróbujesz, sprawdź, czy nie jest otwarte — zasugerował. — Wcześniej chłopaki grali mecz, więc może ktoś tam jeszcze jest.
Wzruszył lekko ramionami, zostawiając jej wolną rękę. Na pewno ktoś ten obiekt sprzątał, więc istnieje jakaś szansa, że drzwi będą po prostu otwarte, choć to też w żaden sposób nie wykluczało możliwości włamania się, jeśli to na tym szczególnie Mathilde zależało. Powstrzymywać jej nie zamierzał, przecież nie jest strażnikiem dobrych obyczajów, zwłaszcza po godzinach, kiedy życie toczy się swoimi zasadami.
Brant Dawson
Nie chodziło o to, że nie kwapił się do dłuższych relacji, bo relacja mogła trwać nawet i dziesięć lat, pod warunkiem, że on nie miał wobec niej żadnych zobowiązań, a ona wobec niego żadnych oczekiwań. W jego przypadku nie chodziło o to, że nie był zdolny do wyższych emocji, czy uczuć, bo był i jeśli miałby ochotę się postarać, to z pewnością wspiąłby się na wyżyny swoich możliwości. Ale nie chciał i właśnie o to przede wszystkim chodziło – że nie pchał się w żadne zobowiązania, bo przez wiele lat jego życie przypominało odbijanie się od długu do długu i to wcale nie finansowego, bo to byłby wtedy najmniejszy problem. Nie chciał kolekcjonować w swoim życiu ludzi, którym musiał coś obiecywać, przed którymi musiał się tłumaczyć, a już tym bardziej takich, którzy czekaliby aż spełni ich oczekiwania. Wygodniej było mu mieć obok kogoś, z kim mógł dzielić dobre chwile, ale bez konieczności podpisywania na to jakiegokolwiek kontraktu. Miał jednak przyjaciół, którzy może nie wiedzieli o nim wszystkiego, ale z którymi łączyło go zaufanie podparte latami znajomości i wspólnie przeżytymi sytuacjami, a nie musiał opowiadać im o sobie wszystkiego, żeby wiedzieć, że może na nich liczyć. I miał też siostry, a może właśnie przede wszystkim siostry, bo za nie dałby się pociąć. To były osoby, dla których bez większego zastanowienia rzuciłby wszystko, gdyby naprawdę go potrzebowały. A jeśli siostrom potrafił uchylić nieba, a potrafił nawet bardzo, to z pewnością byłby w stanie zrobić to również dla tej kobiety, której nie chciałby wypuszczać nigdy więcej ze swych rąk. Nie zamykał się na taką możliwość, związków też wcale nie demonizował, bo znał ludzi, którzy mieli świetne relacje, ale szukanie drugiej połówki nigdy nie mieściło się w jego priorytetach, więc tego nie robił. Po prostu nie potrzebował tego rodzaju uczuć dla swojego osobistego spełnienia.
OdpowiedzUsuńPopatrzył na nią z uniesioną brwią, gdy zasugerowała, żeby ją osłaniał. Najpierw rzuca abstrakcyjne pomysły, a teraz chce, żeby on stał na ich straży? Za kogo powinien ją mieć? Nie mogła sobie poradzić z tym w pojedynkę, skoro i tak skłaniała się w iściu przez życie w właśnie w pojedynkę? Jeszcze gdyby chodziło może o jakąś szczególnie ciekawą miejscówkę, ale ona mówiła o włamywaniu się do szatni. Do kawałka przestrzeni z kiblem i prysznicem. No nie, świat się nie zawali jeśli nie umyje się przez następne pół godziny, bo dokładnie za tyle czasu zamierza stąd spadać, a eksplorowanie szatni po grających mecz chłopakach nie mieściło się w zakresie zajęć, z których czerpałby jakąkolwiek przyjemność.
— Nie? — odparł w odpowiedzi na jej pytanie. — Ja nie robię za prywatnego ochroniarza — rzucił, patrząc na nią wymownie. A potem wyszedł kawałek zza trybun, żeby spojrzeć w stronę alejki, z której przyszli. Gdzieś w oddali od budynków odbijało się czerwone i niebieskie światło, więc akcja była w toku. Wrócił z powrotem pomiędzy ściany wnęki i oparł się plecami o jedną z nich, wygodnie splatając ramiona na wysokości klatki piersiowej. Czuł chłód ściany przez materiał koszulki, ale chłodziła plecy w przyjemny sposób, więc opierał się dalej.
— Nie jestem zainteresowany, Mathilde — wyjaśnił, patrząc na nią, siedzącą na podłodze w staniku. I chodziło tu zarówno o kreatywne pomysły tego pokroju, jak i o obezwładnianie jej. Gdyby miał chęć niwelować dystans, na pewno sam już dawno pokusiłby się o taką próbę, ale nie miał. Dlatego najlepiej gdyby wzięła go za porządnego i grzecznego pana policjanta, nudziarza ze szczęściarą na głowie, a w dodatku za gbura, dupka, egoistę czy cokolwiek tam jeszcze sobie wymyśli, bo jego to nie ruszy, ale dla niej może będzie to przynajmniej słuszny wniosek, żeby nie uwzględniać go w swoich planach na jakąkolwiek, krótszą czy dłuższą przyszłość. Czyli dać sobie z nim święty spokój.
Generalnie to już dawno byłby w drodze do mieszkania, ale wolał to niż kolejną kulkę, więc musiał tu być. Choć zrobiłby z dziesięć ciekawszych rzeczy w tym czasie, w którym musiał tu stać, żeby dla bezpieczeństwa przeczekać strzelaninę nieopodal, dlatego miał jednak szczerą nadzieję, że koledzy po fachu ogarną temat sprawnie i szybko. Że reszta wieczoru nie jest bezpowrotnie stracona.
Usuń— A jeśli chcesz zobaczyć bliznę, to proszę — powiedział. Rozplótł ręce i podciągnął materiał prawej nogawki krótkich spodenek, a potem sam spojrzał na to miejsce nieco wyżej nad kolanem, w które kilka lat temu wbił się pocisk, zanim przeleciał z drugiej strony i tam też zostawił stały ślad. Na co dzień wcale nie zwracał już na to uwagi, mimo że blizna z przodu miała kilka centymetrów i była jaśniejsza od reszty jego skóry, a przy tym nierówna w miejscu, w którym tkanka nigdy nie zrosła się już tak jak wcześniej. Ta z tyłu była nieco większa i bardziej nieregularna, a czasami po karkołomnym treningu czuł tam lekkie ciągnięcie, ale nie było to nic, z czym nie dało się na co dzień żyć.
Brant Dawson
Ian był też dobrym chłopakiem. Z reguły nie uprzykrzał ludziom życia, ponieważ nie czerpał z tego żadnej satysfakcji, choć czasem okoliczności zmuszały go do zastosowania rozwiązań dalekich od powszechnie uważanych za przyjemne. Dotyczyło to problematycznych klientów lub jeszcze bardziej problematycznej konkurencji, a że Mathilde nie zaliczała się ani do tych pierwszych, ani tym bardziej do tych drugich, to Ian stosunkowo szybko powściągnął swoje niezadowolenie wynikające z pobytu na oddziale ratunkowym. To, że miał z tym problem, było wyłącznie jego problemem, a nie był osobą, która swoje problemy, te drobne czy te całkiem poważne, przerzucała na innych. Niektórzy mieli tego typu tendencję, ale nie Ian, który szanował pracę Tilly, jak i ją samą.
OdpowiedzUsuńNajczęściej nie miał najlepszego zdania o swoich klientach. Prędzej czy później, każdy jeden z nich staczał się na samo dno jak po równi pochyłej, z tą różnicą, ze u każdego ta równia miała inny kąt nachylenia. Jedni potrafili popłynąć w ciągu kilku miesięcy, drudzy brali latami, tkwiąc w złudnym poczuciu posiadania kontroli, przez co pogrążali się powoli, ale konsekwentnie. Były też wyjątki potwierdzające tę regułę i Mathilde była jednym z nich. Nigdy nie chciała od Hunta niczego mocniejszego, ograniczała się do trawki, którą popalała nieszczególnie często. Ian uważał, że jeśli kiedyś usunie jej numer z kontaktów, to dlatego, że Mattie całkowicie zrezygnuje z tej drobnej przyjemności, na jaką sobie pozwalała, a nie dlatego, że przestanie być wypłacalna i stanie się wyjątkowo upierdliwa.
— A co chciałabyś mu powiedzieć? — spytał, jak na niego będąc tym wyjątkowo zainteresowanym. Dynamika relacji tej dwójki była dla niego tak zabawna, jak zaskakująca. W końcu Simmons wręcz w popłochu uciekał przed Mathilde, jakby stało za tym coś więcej, niż to, że Mattie dowiedziała się o jego małym sekrecie. Pewnie, że mogła go sprzedać. Może nawet powinna to zrobić? Nawet Ian nie chciałby mieć do czynienia z lekarzem, który chadzał naćpany, dlatego w pewnym momencie spojrzał Simmonsowi głęboko w oczy, a także obserwował jego zachowanie, ale nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Widać pan doktor dopiero miał zrobić użytek z tego, co Ian wręczył mu na podjeździe dla karetek.
— Dobrze — rzucił w odpowiedzi na instrukcje Tilly. Nie miał ich zlekceważyć, bo nie miał żadnego interesu w tym, by rana na głowie goiła się długo, lub, co gorsza, zaczęła się paprać. Już raz zaniedbał w ten sposób draśnięcie po nożu i od tamtej pory bardziej się pilnował, stając się przez to naprawdę dobrym pacjentem. Może Ian nieszczególnie szanował swoje życie, zważywszy na to, jaką ścieżkę dla siebie obrał, ale tak dla odmiany dbanie o zdrowie wychodziło mu bardzo dobrze.
Westchnął, kiedy Mathilde zniknęła. Znowu. Musiała jednego dnia robić tyle kroków, ile Ian przez tydzień.
Nie na długo został sam, bo w progu pojawiła się Valentina. Ian naprawdę rzadko uśmiechał się na widok kogokolwiek, ale w przypadku Val nie dość, że się wyprostował, to jeszcze posłał jej lekki uśmiech. Najpierw uspokoił kobietę, bo przecież nic się nie stało, a później przedstawił jej swój plan. Zupełnie prosty, taki, którego głównym założeniem było, aby Mathilde otrzymała w miarę dobrą kawę i ciastko, ponieważ całodobowe sklepy czy stacje benzynowe nie serwowały prawdziwych rarytasów, na pewno jednak lepsze, niż produkty dostępne w szpitalnych automatach. Jednak aby ten plan wypalił, Ian potrzebował kogoś, kto tę kawę i ciastko dostarczy prosto do rąk Mathilde i właśnie tym kimś miała być Valentina. Hunt mógłby jej w to nie angażować, a wróciwszy do szpitala z kawą i ciastkiem, mógłby poprosić kogokolwiek, aby ściągnął do niego Tilly – o ile takie prośby były tutaj w ogóle realizowane – ale raz, że Valentina była pewniakiem, a dwa, może z tego tytułu miała jeszcze trochę pouprzykrzać Tilly życie, tak aby ta nadal mogła ćwiczyć się w pyskowaniu?
Kiedy Val opuszczała jego box, Ian wciąż czuł na sobie ciepło jej ciała. Pokręcił parokrotnie głową, przestając to robić akurat, kiedy do boxu wpadła Mathilde. O mały włos!
— Nie było — potwierdził, bo naprawdę nie miał na co narzekać i cierpliwie poddał się pracy rąk Tilly, przygarbiając się nieco i pochylając głowę, by ułatwić jej założenie opatrunku. Nawet się nie skrzywił, kiedy dociskała gaziki do rany, nawet jeśli paracetamol nie uśmierzył całkowicie bólu i jego mina zrobiła się niewyraźna dopiero, kiedy zobaczył, a potem poczuł na głowie tę śmieszną siatkę.
Usuń— Chyba nie widziałaś groźnego dilera. — Łypnął na nią, unosząc obie dłonie do głowy, bo oczywiście, że chciał tę siateczkę pomacać, ale w ostatniej chwili zreflektował się i opuścił ręce, dłonie układając na udach. Jeśli Mathilde korzystała z jego usług, to faktycznie miała prawo nie widzieć groźnego dilera. Ianowi daleko było do takich, aczkolwiek kiedy musiał, potrafił wejść w rolę. Taka praca.
— Dziękuję, Matti. — Zsunął się z łóżka i uścisnął jej dłoń, zamykając ją w pewnym uścisku. Simmonsem nie miał się przejmować w ogóle, więc wymienił z nią ostatnie spojrzenie, jeszcze na odchodne skinął głową i opuściwszy box, poszedł wzdłuż szpitalnego korytarza. Gdzieś przy wyjściu złapała go jeszcze jedna z pielęgniarek, przekazała podpisany przez Simmonsa wypis i tym sposobem całkowicie legalnie, w środku nocy Ian mógł opuścić mury szpitala.
Cadillac stał dokładnie tam, gdzie go zostawił. Obszedł go z drżącym sercem, obejrzał dokładnie i odetchnął dopiero, kiedy nie znalazł żadnego nowego zarysowania. Skoro ktoś z nim obszedł się tak mało delikatnie, mógł tak samo postąpić z jego samochodem, prawda? Na szczęście czarny lakier był nienaruszony i namierzywszy najbliższą stację, Ian ruszył w drogę.
Na szpitalnym parkingu, a dokładnie tej jego części przeznaczonej dla pacjentów i odwiedzających, zaparkował niecałą godzinę później. Zaopatrzony w niewielkie pudełko ze słodką zawartością i papierowy kubek z dużą kawą, wszedł do środka. O ile wszystko dobrze sobie policzył, Mathilde powinna niedługo kończyć zmianę, więc zależało mu na czasie. Zahaczył o recepcję oddziału ratunkowego, gdzie umęczonej dyżurującej uprzejmie wyjaśnił, że jest umówiony z Val i czy ta może na chwilę zejść. Kobieta siedząca za pleksą patrzyła na niego z powątpiewaniem, ale wykonała telefon, a kiedy dobiła się do Valentiny i okazało się, ze Ian nie kłamie, zaczęła popatrywać na niego już nie z ukosa, a z zaciekawieniem.
Val znowu go uściskała. Zgarnęła flat white, które wydawało się Ianowi najbezpieczniejszym wyborem, zgarnęła też zapakowany w kartonowe pudełko kawałek sernika baskijskiego, który z kolei wydawał się Ianowi najświeższy pośród dostępnych kawałków ciast i mimo zajętych rak, co chyba nie stanowiło dla niej żadnej przeszkody, uścisnęła go raz jeszcze, powiedziała, żeby o siebie dbał i popędziła na poszukiwania Mathilde. Wypatrzywszy ją na korytarzu, zawołała za nią niemal z jego drugiego końca. Przyspieszyła kroku, przez co kiedy już dotarła do Tilly, była lekko zasapana.
— Por favor! — Wręczyła jej kawę i ciastko. — Es de tu chico guapo. — Mrugnęła do niej porozumiewawczo, obdarzyła uściskiem, okręciła się na pięcie i zawinęła do siebie.
W tym czasie Ian był już w drodze do mieszkania z zamiarem przespania się, by już względnie wyspanym zastanowić się nad tym, kto tym razem zechciał go uszkodzić i czy był to ktoś nowy, czy może ktoś, z kim już miał na pieńku.
IAN HUNT 🍰☕
[Cześć, ale masz przepiękną i estetyczną kartę! :) Tilly jest śliczna i ciekawie wykreowana. Aż chciałoby się ją poznać bliżej.
OdpowiedzUsuńTo prawda, od jakiegoś czasu chodziła mi postać żyjąca w zgodzie z naturą i będąca zawsze blisko niej. Kaya była dla niej idealną inspiracją, szczególnie że uwielbiam tą książkę i film. A Effy, cóż, jest do niej pewien sentyment i do tych niebieskich oczu *.*
Dziękuję pięknie za powitanie i gdybyś miała ochotę poznać moją pannę bliżej to zapraszam na wątek!]
Love Iris Anderson
Nie było w nim absolutnie żadnej rezerwy ani strachu. Był po prostu kimś, kto miał jasno sprecyzowane zasady, które nie zawsze pasowały innym, ale jeśli innym nie pasowały, to cóż – w ogóle go to nie obchodziło. Możliwe, że umiejętność czytania z ludzi nie była mocną stroną Mathilde, skoro myliła się w tak podstawowych kwestiach dotyczących jego osoby, ale nie można było oczekiwać, że każdy będzie na równym poziomie rozumiał czyjś sposób działania. Niektórzy potrzebowali dużo więcej czasu, żeby zrozumieć człowieka, którego mieli przed sobą. Prawdą było jednak to, że jego kalkulacje były rozsądne, nawet bardzo, bo nie działał na oślep, a pomysły na miarę nastoletnich wygłupów zwyczajnie się go nie trzymały. Przeszłość nauczyła go myśleć, zanim coś zrobił, i zastanowić się, zanim coś powiedział. Ale ludzie, którzy przez całe życie mieli wszystko podane na tacy, mogli nie przejawiać zdroworozsądkowych zachowań i tego nie rozumieć, tyle że on wcale nie oczekiwał zrozumienia. Tak naprawdę, miał głęboko w poważaniu czyjeś zrozumienie.
OdpowiedzUsuńOn był doskonale świadom niebezpieczeństw, ale nie musiał mieć sióstr, żeby to wiedzieć. Najważniejsze jednak było to, że jego siostry nie musiały ze wszystkim radzić sobie same. Nie musiały wiecznie walczyć o swoje i udowadniać światu, że poradzą sobie bez niczyjej pomocy, bo miały wokół siebie ludzi, zarówno mężczyzn jak i kobiety, na których mogły liczyć. I dla nich to właśnie to było najważniejsze. Oczywiście nie prosiły go o byle pierdołę, ale jeśli trzeba było otworzyć w domu słoik z ogórkami, to jasne, że z przyjemnością wyręczały się jego dłońmi. Jeśli potrzebowały wsparcia w czymś, czego nie potrafiły albo nie chciały robić same, miały do kogo się zwrócić i dla całej ich trójki nie było w tym nic uwłaczającego. Byli rodziną, mieli przede wszystkim siebie.
— Oczywiście, że mógłbym. W niektórych przypadkach pewnie nawet chciałbym, ale nie w tym — zgodził się, patrząc na Mathilde z rozbawionym wyrazem twarzy. — Naprawdę schlebia mi to, że jesteś zainteresowana mną w ten sposób, ale to zainteresowanie musi działać w dwie strony... a nie działa — zauważył, wzruszając ramionami niby to bezradnie. Na ten moment nie widział w niej niczego, co skłaniałoby go do szukania z nią bliższego kontaktu. Była miła, dobrze się z nią rozmawiało, ale wciąż była tylko kolejną osobą, którą poznał w mniej typowych okolicznościach, i na tym etapie zupełnie mu to wystarczało. Oczywiście, gdyby zdarzyło się kiedyś, że przez dłuższy czas nie miałby nikogo w swoim łóżku, wtedy mógłby sobie o niej przypomnieć. Chyba nie wypadnie to jakoś zbyt chamsko, skoro sama nie miała nic przeciwko takiemu układowi i nie przeszkadzało jej przedmiotowe traktowanie. Chociaż, tak naprawdę to nie miał do niej żadnego kontaktu, więc z planu awaryjnego w jej osobie też raczej nici.
— Mam ziemię. Mieszkanie może za jakiś czas. Okaże się — odpowiedział krótko, gdy Mathlide oglądała bliznę po ranie. Nie wiedział, czy zostanie w tym mieście na stałe, więc na razie tu nie inwestował. Miał ziemie w rodzinnej Oklahomie, którą mógł sprzedać w każdej chwili, tym bardziej, że deweloperzy składali mu sporo ofert, żeby zaorać wszystko i postawić tam swoje wypasione bloki. Może tam wróci, a może zdecyduje się na zupełnie inny stan, czas pokaże. Prawdę mówiąc, do służbowej emerytury zostało mu jakieś pięć, sześć lat, więc do tego czasu może stwierdzi, że chce się później realizować na jakimś innym polu. Wątpliwe, bo lubił swoją robotę, ale miał też inne zajęcia i pasje, więc kto wie, co życie przyniesie za pięć lat.
— Alternatyw nie rozważałem ale służba to nie tylko działanie w terenie, więc w najgorszym przypadku pewnie ogarnąłbym sobie jakąś robotę za biurkiem — stwierdził. Pewnie byłoby mu tam nudno, ale zrównoważyłby sobie tę nudę czymś innym, jak zawsze. Kiedyś chciał spróbować base jumpingu, więc może miałby ku temu jakąś okazję. — Ale dobra, bo tematy kręcą się stale wokół mnie, a co ty powiesz o sobie? Pielęgniarstwo to był od początku twój pomysł czy życie samo cię tam zaprowadziło? — zapytał i spojrzał na Kodę. Klepnął w bok swojej nogi, a kiedy pies podbiegł do niego, wyciągnął z kieszeni niewielkie opakowanie smaczków i podał mu na dłoni jedno prasowane ciasteczko z królika. Koda chapnął smaczek i grzecznie usiadł przy jego nodze.
UsuńBrant Dawson
Tamsin uparcie twierdziła, że rozdrapywanie przeszłości wcale nie pomagało w budowaniu przyszłości. Oczywiście, gdyby dokończyła terapię, na którą poszła kierowana resztkami zdrowego rozsądku, który posiadała, prawdopodobnie dość szybko uświadomiłaby sobie, że bez przepracowania pewnych rzeczy nie mogła ruszyć do przodu. Tyle, że Tamsin była niecierpliwa. I cholernie sceptyczna co do tego, że rozmawianie z obcym człowiekiem, mogłoby jej w jakikolwiek sposób pomóc. Dlatego trwała w dobrze znanym sobie zawieszeniu i chociaż brakowało jej listy rzeczy do odhaczenia, szczytów do zdobycia i skonkretyzowanego celu, to żyło jej się całkiem dobrze. Bywała nawet szczerze szczęśliwa.
OdpowiedzUsuń— Dlatego wolę gadać o bzdurach — jęknęła Tamsin z niezadowoleniem wywracając oczami. Nie miała ochoty dalej kontynuować rozmowy, która wymagała większą otwartość niż była gotowa dzisiaj zaprezentować. Była po pracy, zbyt trzeźwa na wybebeszanie się i zbyt zmęczona, by być w stanie pilnować każdą myśl ubraną w słowa, często bez ładu i składu, nieraz bez zrozumienia przez nią samą. Zupełnie, jakby z jej ust wychodził zwykły bełkot.
Oblizała usta powstrzymując się przed stanowczym zaprzeczeniem, że przecież ona była dzieckiem z mało świadomego rodzicielstwa i jakoś sobie dawała radę, gdzie niestety jakoś było kluczowe w określeniu jej dzieciństwa. Dzieci zasługują na wszystko, co najlepsze i z tym oczywiście się zgadzała, ale w tej jednej chwili, w karaibskiej knajpce, dotarła do niej wątpliwość, która zawsze w niej była, gdy tylko zaczynała myśleć o posiadaniu potomstwa. Abstrakcyjnym koncepcie, który jeszcze kilka lat temu nie miał prawa pojawić się w jej myślach, a teraz wracał z potwarzalnością zmieniających się pór roku. Nie było to w końcu coś, co wciąż wisiało jej u szyi i nie dawało spokojnie żyć, ale siedziało w niej to ciągle, wystawiając łeb w najmniej oczekiwanych momentach. Czy mogłaby być dobrym rodzicem? Czy świadome rodzicielstwo chroniło przed popełnianiem błędów? Czy istniała możliwość, by ochroniła dziecko przed wszelkim złem?
— Tilly, zostawmy proszę temat mojego bezsensownego memlania jęzorem, chyba nie mam dzisiaj siły wchodzić głębiej w takie tematy — przyznała odruchowo oblizując usta, dopiero po chwili przypominając sobie o tym, że powinna je wytrzeć w chustkę. Przejechała językiem po zębach, potencjalnie ukrytej między nimi zieleniny, po czym dopiła drinka do końca.
Tamsin robiła to, co uważała dla siebie za najlepsze – uciekała od tematów, które nie były dla niej wygodne i nie chodziło wcale o rozdrapywanie starych ran, a bardziej o zadawanie sobie nowych. Wolała żyć jeszcze przez kilka miesięcy, może lat w przekonaniu, że pozna kogoś, z kim będzie chciała założyć rodzinę, może mieć dzieci, a może żyć tylko we dwoje, bo to też brzmiało, jak coś potencjalnie miłego.
Spotkania we dwie wyszły trochę same z siebie – nie dlatego, że Tamsin w jakikowliek sposób się Tilly wstydziła, ale Mathilde zahaczała o tamto życie. To, w którym nie miała zbyt wielu znajomych, o którym nie mówiła nikomu, kogo poznała w przeciągu ostatnich czterech lat, jeśli nie było takiej potrzeby. Nie tak, że ukrywała cokolwiek przed kimkolwiek, zwyczajnie nie wywalała całego swojego życiowego syfu, jeśli ktoś nie pytał, a raczej mało kto wpadłby na pomysł, by w wieku dwudziestu ośmiu lat była wdową z historią przemocy domowej. Nie dość, że to było dużo nieszczęścia, jak na jedną osobę, to Tammy była zwyczajnie młoda i z reguły pogodna – daleko jej było do stereotypowo umęczonej duszy, która szukałaby spokoju.
Należało jednak iść do przodu. Nie mogła ciągle udawać, że wszystko grało i trzymać ludzi z kiedyś i ludzi z dzisiaj osobno w szczególności, gdy byli jak Mattie – niby z przeszłości, ale przyjaźnić zaczęły się jednak już po śmierci Cartera. Poza tym, chyba zwyczajnie chciała, żeby Mathilde’a poznała ludzi z którymi pracowała, wypełniając jej codzienność swoją obecnością.
Nie lubiła, gdy ktoś za nią płacił, ale nie miała zamiar kłócić się z przyjaciółką, postanawiając, że odpłaci się w jakiś sposób w pubie – w końcu ona ten bilet też miała za darmo.
Usuń— Za przystojniaków! — zaśmiała się Tamsin, trzymając Tilly pod ramię.
Droga z knajpki do pubu nie zajęła im szczególnie dużo czasu, chociaż Nowy Jork jak zwykle nie pozwalał człowiekowi przejść kilku przecznic w całkowitej ciszy. Samochody przesuwały się ulicą niemal bez przerwy, gdzieś obok ktoś rozmawiał przez telefon zdecydowanie za głośno, inny ktoś ze swojego aparatu puszczał muzykę, a z otwartych drzwi kolejnych lokali wylewały się zapachy jedzenia. Tamsin szła obok Tilly, co jakiś czas coś do niej mówiąc, bardziej już skupiona na tym, co czekało je na miejscu niż na rozmowie, którą prowadziły wcześniej.
Pub mieścił się na parterze jednej z niepozornych kamienic, a nad wejściem wisiał podświetlany szyld. Zanim jeszcze weszły do środka, dało się usłyszeć muzykę i czyjś głos próbujący zdecydowanie zbyt ambitnie śpiewać piosenkę, której tekst najwyraźniej znał tylko częściowo. Karaoke. Tamsin uśmiechnęła się pod nosem, popychając drzwi.
W środku było tłoczno, ciepło i głośno. Kolorowe światła odbijały się od butelek ustawionych za barem, przy stolikach siedzieli ludzie, a niewielka przestrzeń przed mikrofonem co jakiś czas stawała się sceną dla kolejnej osoby, która najwyraźniej uznała, że kilka drinków wystarczy, żeby odkryć w sobie ukryty talent wokalny. Nad wszystkim górowała muzyka i rozmowy, które zlewały się w jeden przyjemny, chaotyczny hałas. Tamsin zdecydowanie bardziej odpowiadało to niż eleganckie lokale, w których trzeba było pilnować sposobu siedzenia, tonu głosu i tego, czy przypadkiem nie rozlało się odrobiny wina na elegancki, biały obrus, albo stół z rzadkiego, egzotycznego drewna.
Dostrzegła znajomych niemal od razu. Pomachała do nich, zanim podeszła bliżej, a potem przywitała się z kilkoma osobami, zatrzymując się na dłużej przy Caitlyn i Taylerze. Z nimi znała się najlepiej – grywali razem różne chałtury, czasami bardziej opłacalne, czasami mniej, ale zazwyczaj wystarczająco ciekawe, żeby po wszystkim mieć o czym opowiadać. Caitlyn mocno przytuliła na powitanie, Taylera również. Declana kojarzyła zaledwie z dwóch wcześniejszych spotkań. Był raczej znajomym Taylera niż kimś, z kim Tamsin miała własną, złożoną relację, więc posłała mu tylko uśmiech i krótkie „hej”, nie próbując udawać większej zażyłości, niż rzeczywiście między nimi istniała.
— Tilly, to jest Caitlyn i Tayler — przedstawiła w końcu przyjaciółkę, wskazując kolejno na oboje. — Grywam z nimi czasem różne rzeczy. Jeśli kiedyś usłyszysz, że ktoś potrzebuje wiolonczelistki na wczoraj, prawdopodobnie któreś z nas właśnie dostało ode mnie kopa w tyłek.
— Tamsin zawsze mówi, że to ostatni raz — dorzucił Tayler.
— Bo zazwyczaj taką mam nadzieję — odparła, nawet nie próbując zaprzeczać.
— A potem dzwoni do nas tydzień później i mówi, że jednak jest dostępna.
— Nie da się zaprzeczyć — uśmiechnęła się szeroko Passalis.
Caitlyn parsknęła śmiechem, a Tamsin przeniosła wzrok na stojącego nieco dalej mężczyznę.
— A to Declan — dodała, wskazując na niego ruchem głowy. — Znajomy Taylera. Kojarzymy się, chyba dwa razy się widzieliśmy.
— Trzy — poprawił ją Tayler.
— Tym bardziej. Czyli znamy się świetnie — stwierdziła Tamsin, zerkając na Declana z rozbawieniem.
Nie było w tym jednak niczego więcej. Declan był po prostu jednym z ludzi, których kojarzyła z nowojorskiego kręgu znajomych, podobnie jak dziesiątki innych osób, które przewijały się przez jej życie przy okazji pracy, muzyki czy przypadkowych spotkań.
Tamsin Passalis
Ian miał permanentnie wyciszony telefon. Na wyposażony w dwie karty sim smartfon przychodziło wystarczająco wiele powiadomień, by Ian pamiętał o ich sprawdzaniu bez nieustannych przypominajek w postaci irytujących plumknięć w parze z wibracjami. Z kolei o przychodzących połączeniach informował go zapięty na lewym nadgarstku smartwatch. Wystarczył rzut oka na rozświetloną tarczę, by Ian wiedział czy musi sięgnąć po telefon, czy może bez wyrzutów sumienia zostawić go tam, gdzie akurat postanowił go odłożyć, to jest najczęściej na blat wygradzający otwartą kuchnię od salonu.
OdpowiedzUsuńZdjęcie od Mathilde pozostało niewyświetlone do czasu powrotu Iana do mieszkania. Dopiero po zamknięciu za sobą drzwi i zrzucenia odzienia wierzchniego Hunt sięgnął po komórkę, zrzucił część zupełnie nieistotnych powiadomień bez otwierania wiadomości i wszedł w konwersację z Mattie, pełną krótkich i konkretnych wiadomości, teraz urozmaiconą jej uśmiechniętym zdjęciem. Wygląda na to, że ci smakuje. Smacznego. I to ja dziękuję. Posłał jej tę wiadomość i odłożył telefon, mając sięgnąć po niego dopiero za kilka godzin. Dwadzieścia minut później już spał.
Pięć tygodni później po ranie na głowie pozostało wyłącznie blade zaróżowienie, zupełnie niewidoczne spod gęstych włosów Hunta. Ian zapomniał o zranieniu, ale nie zapomniał o tym, że zebrał cios w głowę oraz przynajmniej kilka kopniaków w korpus. Udało mu się ustalić, głównie na podstawie późniejszej rozmowy z Simmonsem, że mężczyzną, który go pobił, był już mu znany człowiek Ortegi. Po tym, jak Ian się oddalił i zniknął w najbliższej uliczce, pozostający na podjeździe dla karetek Simmons widział, jak za nim do tej uliczki wchodzi średniego wzrostu, łysy mężczyzna, który miał pod okiem albo tatuaż, albo wyjątkowo dorodny pieprzyk. Z tej odległości Simmons nie potrafił tego określić, ale Ian nie miał wątpliwości co do tego, że był to tatuaż. Nie wiedział, czemu ten gość tak bardzo się na niego uparł, choć mogło to wynikać wyłącznie z tego, że był wyjątkowo durny. Wiedział, że będzie musiał coś z tym zrobić, ale odsunął to w czasie, bo nie chciało mu się użerać z tym idiotą.
Póki co, użerał się ze swoimi klientami. Szczególnie z Lindą. Znali się już długo, widywali w co drugi piątek, a ostatnio nawet częściej. Linda, która była rozwódką i matką dwójki dzieci, lubiła amfetaminę. Stosunkowo długo trzymała uzależnienie w ryzach, ale i na nią w końcu przyszła pora. Ian widział, że jest coraz gorzej i nie podobało mu się to. Raz, że próbował przestać handlować i większość jego klientów przejmował Zane, a nie chciał przekazywać mu tych kłopotliwych. Dwa, oznaczało to, że musiał odciąć Lindę, a nie zawsze był to prosty proces. Czasem wystarczyło, że Ian blokował numer. Czasem musiał osobiście wytłumaczyć, że to ostatni raz i pora poszukać innego dilera, bo on nie zamierzał jeździć do kogoś, kto w zamian za pięć gram proponował, że mu obciągnie. Miał nadzieję, że Linda zachowa tę resztkę przyzwoitości.
Wiedział, że coś jest nie tak, już kiedy podjeżdżał wysypanym żwirem podjazdem pod dom. Linda zwykle czekała na niego na ganku. Paliła, oparta o balustradę lub siedziała na jednym z ogrodowych krzeseł. Czasem stała na ostatnim schodku, opatulając się swetrem. Dziś nigdzie nie widział Lindy, za to na ostatnim schodku siedział Samuel, jej syn. Blondwłosy i brązowooki, bardzo podobny do matki. Kulił się, obejmował nogi rękoma, brodę podpierając na jednym z kolan.
Ian zatrzymał Cadillaca, zgasił silnik i wysiadł. Widywał Samuela naprawdę rzadko, prawie w ogóle. Linda odzywała się do niego, kiedy dzieci były u ojca, zdarzyło jej się jednak już kilka potknięć, a ostatnio każde jedno kończyło się spektakularnym upadkiem. Sam nie lubił Iana. Raz jeden rzucił się na niego, uderzył go i kopnął, samemu się przy tym wywracając. Hunt pomógł mu wstać, po czym pozwolił mu pobiec z powrotem do Lindy, uprzednio zadbawszy o to, że młody nie zobaczy, jak jego matka, która w międzyczasie, pijana, zaplątała się we własne nogi i wywróciła, gramoli się na ganku. Od tego czasu Samuel unikał Iana, ale kiedy zdarzało się, że był w domu, kiedy Ian przyjeżdżał, popatrywał na niego z okna swojego pokoju.
UsuńA teraz siedział na ostatnim schodku, mając za sobą uchylone drzwi wejściowe i pogrążony w ciemności dom. Świeciły się tylko reagujące na ruch lampki ogrodowe, które rozświetliły się, kiedy Ian podjechał.
— Co jest? — Ian przystanął tuż przed nim, zadziwiony tym, że młody nie uciekł na jego widok. Samuel podniósł wzrok, spoglądając na niego niechętnie.
— Jestem głodny. A mama śpi — odezwał się cicho.
— A twoja siostra?
— Poszła na nocowankę do koleżanki ze szkoły.
— Nie powinieneś być u taty?
— To nie jego weekend.
Ian westchnął. Stojąc nad Samuelem, popatrzył na dom. Linda faktycznie mogła spać kamiennym snem pijanego, naćpanego lub jedno i drugie człowieka, zapomniawszy o tym, że się z nim umówiła i że miała na niego czekać. Mogła też właśnie dławić się własnymi wymiocinami.
— Zaczekaj tu — polecił Ian, wyminął siedmiolatka i wszedł do środka. Namierzył Lindę w salonie, wyciągniętą na kanapie. Na niskim stoliku stały dwie butelki po winie, gdzieś obok nich majaczył niedbale rozmazany dłonią biały ślad.
— Linda. — Ian złapał ją za ramię i potrzasnął. Najpierw lekko, a kiedy to nie poskutkowało, mocniej. Stał tak nad nią, wbijając palce w jej ciało, póki się nie obudziła. Drgnęła, otworzyła szeroko przekrwione oczy i popatrzyła nieprzytomnie na Hunta.
— Jak bardzo jesteś napierdolona?
W odpowiedzi Linda zajęczała, potem coś wybełkotała i machnęła ręką, jakby próbowała odgonić bzyczącego nad uchem komara. Nie było najmniejszych szans na to, żeby wstała i zrobiła własnemu dziecku chociaż kanapkę, bo już po chwili odpłynęła. Ian pozwolił sobie zakląć pod nosem. Leżącą na plecach Lindę przekręcił na bok wyuczonym ruchem, który pierwszy pokazał mu starszy brat. Potem wyszedł przed dom, domknął za sobą drzwi i rzucił Samuelowi zgarniętą po drodze z wieszaka kurtkę, która wydawała się należeć do chłopca.
— Chodź, pojedziemy na hot doga.
— Nigdzie z tobą nie pojadę. Zaczekam, aż mama wstanie.
— Twoja mama będzie spała do rana, a w lodówce nie macie nawet mleka, żebyś mógł zalać sobie płatki. Wiem, bo sprawdziłem.
Pół godziny później byli daleko od bogatego osiedla pełnego luksusowych domów, za to bliżej tętniącego życiem, nieco tylko obskurnego centrum. W Nowym Jorku, który nigdy nie zasypia, pełno było bud z jedzeniem otwartych także w środku nocy, choć pora nie była szczególnie późna. Dochodziła dwudziesta druga. Budka z hot dogami nieopodal siłowni, na którą chodził Ian, była otwarta do dwudziestej trzeciej, czasem dłużej w zależności od ruchu. Teraz Ian i Samuel stali przed tą budą i podczas gdy Hunt miał proste menu na wysokości wzroku, Sam musiał zadzierać głowę, żeby coś przeczytać.
— Nie widzę — poskarżył się. — Jakie są sosy?
— To tylko bułka z parówką. Weź sobie keczup z musztardą.
— Chcę jeszcze prażoną cebulkę.
— A masz dolara? — Ian docisnął palec wskazujący do miejsca, w którym wypisana była cena za dodatkowy składnik i popatrując z góry na Sama, uśmiechnął się wrednie. No przecież, że miał mu wziąć tę prażoną cebulkę, ale młody nie musiał o tym wiedzieć.
IAN HUNT & little SAM
Hej! Przyznaję, że się takiego komentarza nie spodziewałam, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie odstawiłam biednego Marco na bok, co zresztą widać na pierwszy rzut oka pod kartą... Niemniej, bardzo mi miło, że ten mój nicpoń wpadł Ci oko i obudził chęci na wątek, miód na moje autorskie serduszko, naprawdę. ^^
OdpowiedzUsuńTilly jest równie ciekawa, a tak się akurat składa, że chciałabym spróbować ruszyć na nowo z wątkami, więc wspólnemu pisaniu mówię entuzjastyczne tak.
Pytanie, czy jakiś pomysł chodzi Ci już po głowie, czy urządzimy sobie burzę mózgów?
MARCUS LOCKHART
Hunt wyciągał ręce po dwa hot dogi, kiedy gdzieś za jego plecami padło jego imię. Niestety zdarzało mu się wpadać na nieodpowiednie osoby w najmniej odpowiednich do tego momentach, dlatego odruchowo spiął się, ściągając łopatki. W podzięce skinąwszy głową sprzedawcy, obrócił się z dwoma hot dogami w dłoniach, trzymanymi na wysokości piersi. Wyraz twarzy miał niemrawy, podchodzący wręcz pod niezadowolony, ale kiedy jego spojrzenie padło na Mathilde, jego gęste brwi powędrowały ku górze, nieco wygładzając ten grymas. Trwało to mgnienie, bo ubrana na sportowo Mattie, spocona i zziajana po biegu, który najpewniej musiała przerwać, dostrzegłszy Iana i Samuela przy budce z jedzeniem, zaczęła go opieprzać. Uśmiech, który zadrżał w kącikach ust dilera, gotów rozciągnąć się szerzej, momentalnie zgasł, aczkolwiek Ian nie był zdenerwowany. Po prostu ze stoickim spokojem wysłuchał tego, że siedmioletni chłopiec nie powinien jeść o tej porze hot doga.
OdpowiedzUsuń— Cześć, Mattie — przywitał się, czego nie zrobiła ona. Wykorzystał moment, w którym kobieta przerwała. Z przyspieszonym po wysiłku oddechem, nie była w stanie mówić tak szybko i tak dużo, jak mówiła chociażby na dyżurze w szpitalu, kiedy trafił tam Ian, co teraz wiele ułatwiało.
Tymczasem Samuel przysunął się bliżej Iana. Zadarł blondwłosą głowę, popatrzył na mężczyznę, na trzymanego przez niego hot doga, a potem na tę panią, która pytała go o to, czy jadł dziś jakiś porządny posiłek. Jeśli za porządny posiłek można było uznać płatki z mlekiem, które zjadł na śniadanie, to tak. Rano nie lubił jeść dużo, głodniał dopiero później i zazwyczaj to drugie śniadanie było u niego tym bardziej obfitym, ale nie dziś. Musiał po raz drugi zjeść płatki, z żalem zauważając, że skończyło się mleko. Wlał jego resztkę do miseczki, zapełniając ją ledwo w jednej trzeciej.
Nie poprosił mamy o nic do jedzenia. Od rana bolała ją głowa, mocno. Nie powiedziała mu o tym, ale Samuel nauczył się rozpoznawać, kiedy tak było. Nauczył się także, że lepiej było wtedy mamie nie przeszkadzać. Robiła się nieprzyjemna, wyganiała go z sypialni, czasem nawet krzyknęła. Zdecydował, że zaczeka na obiad, ale się nie doczekał.
Dlatego naprawdę chciał tego hot doga.
— Tak, proszę pani — odezwał się więc, poczuwszy nieprzyjemny skurcz w pobolewającym brzuchu. — Mogę? — zapytał, ostrożnie podnosząc wzrok na nieznajomą, by zaraz przenieść go na Iana.
— Możesz — odparł ten i wręczył chłopcu hot doga, tego z prażoną cebulką. — Tylko jedz powoli — pouczył go, z doświadczenia wiedząc, co potrafiło dziać się z żołądkiem po całym dniu nie jedzenia, kiedy nagle zjadło się za szybko i za dużo na raz. Przerabiał to, będąc jeszcze młodszym od Samuela.
— A mógłbym zjeść też obiad? — To pytanie Sam zadał już po przełknięciu pierwszego kęsa bułki z parówką. Obrócił się przy tym ku Ianowi, to u niego szukając aprobaty. Poniekąd nie miał innego wyjścia, jak zaufać tej dwójce dorosłych. Nie lubił Iana, ale to dzięki niemu prażona cebulka przyjemnie chrupała pod jego zębami. Poza tym Ian wiedział, gdzie mieszka i na pewno później miał zabrać go swoim fajnym autem do domu. Może to przez Iana jego mama źle się czuła, bo to Ian przywoził jej narkotyki, ale dzisiaj to Ian, w przeciwieństwie do mamy, zdawał się wiedzieć, co robi.
Z tym że Ian kompletnie nie wiedział, co tak właściwie odpierdala. Nie powinien zabierać Samuela z jego domu. Gdyby Linda się obudziła – co raczej nie miało prawa mieć miejsca, ale gdyby jednak się obudziła – i odkryła, że nie ma jej dziecka, na pewno wszczęłaby alarm. Nie była jeszcze na tym etapie, by mieć na wszystko wyjebane, byle tylko móc wciągnąć następną kreskę. Hunt powinien zostawić chłopca na schodkach na ganku, może ewentualnie podrzucić mu coś do jedzenia, ale na pewno nie brać go ze sobą. Coś jednak sprawiło, że teraz stali tutaj, a Mathilde, która pojawiła się znikąd, zapraszała ich na obiad.
Ian łypnął na nią, jakby miał wyrazić swój sprzeciw, ale skapitulował.
— Mógłbyś — odpowiedział czekającemu na odpowiedź Samuelowi, który był już w połowie swojego hot doga. Ten wyraźnie się ucieszył i obrócił ku Tilly.
Usuń— Samuel — odparł z pełną buzią i uścisnął dłoń kobiety swoją drobną dłonią, już umorusaną w keczupie i musztardzie, ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie Sammy, który zajadał wybornie smakującego hot doga. — Lubię makaron z sosem. Różnym, ale najbardziej chyba pomidorowym. Lubię spaghetti. Lubię też pieczonego kurczaka, frytki i lody czekoladowe — wyliczył i spojrzał na Tilly. Był ciekaw, czy miała u siebie którąś z tych rzeczy, a jednocześnie trochę się bał. Miał już siedem lat i wiedział, że to nie była normalna sytuacja. Starał się jednak w tej nienormalnej sytuacji zachowywać jak najbardziej normalnie, chyba głownie dlatego, że był głodny i że niemalże cały dzień spędził sam, a teraz w końcu coś się działo, nawet jeśli było to odrobine straszne.
— Zaparkowałem niedaleko — zaoferował Ian, wolną dłonią wskazując, w jakim kierunku powinni się udać, po czym odwinął papierek i wgryzł się w swoją porcję. Hot dogi nie były duże i o ile Samuel zajadał swojego, zgodnie z poleceniem, względnie powoli, o tyle Ian miał mieć go na trzy gryzy. W porywach cztery, bo w przeciwieństwie do Samuela, nie był szczególnie głodny i na pewno nie chciał obiadu.
bardziej SAMUEL niż IAN HUNT
Tamsin wiedziała, że ma w Matildzie oparcie, ale nie sądziła, by dla swoich wyborów sprzed lat znalazła zrozumienie i wcale nie było to spowodowane tym, że nie wierzyła w empatyczność Tilly. Jak mogła oczekiwać, że byłaby w stanie ją zrozumieć, kiedy sama nie do końca siebie rozumiała? Dodatkowo nie chciała winić przeszłości za własne pogubienie w teraźniejszości, bo nie wierzyła, by rozwiązanie zaległych spraw, które nie mogły znaleźć zakończenia innego niż jej przebaczenie, cokolwiek pomogło. A ona już dawno wybaczyła. Wielu powiedziałoby, że zbyt łatwo, za lekko i bez jakiegoś dramatycznego momentu katharsis, ale chociaż żal do niej powracał, nie umiała jednoznacznie wskazać winnego tego, co ją spotkało i co dotykało ją do tej pory. Uwięziona w tym zagubieniu wolała twierdzić, że sama sobie z nim poradziła, bo musiała jakoś żyć, iść do przodu.
OdpowiedzUsuńNie chciała zresztą pozwolić, żeby przeszłość stała się czymś więcej niż częścią jej historii. Nie mogła zmienić tego, co już się wydarzyło, ale też nie uważała, żeby wszystko, co miało miejsce wcześniej, miało dzięki temu prawo decydować o tym, kim była teraz. Gdyby pozwoliła, żeby dawne wybory, cudze decyzje i rzeczy, na które nie miała żadnego wpływu, bez końca tłumaczyły jej zachowanie, mogłaby równie dobrze zatrzymać się w miejscu i uznać, że skoro kiedyś została skrzywdzona, to już zawsze będzie miała prawo być zagubiona, ostrożna albo zwyczajnie nieszczęśliwa. A ona nie chciała tak żyć. Przeszłość mogła być powodem, dla którego czegoś się bała, mogła zostawić po sobie blizny, przyzwyczajenia i odruchy, których pozbywała się latami, ale nie chciała robić z niej wyroku. Nie mogła przecież za każdym razem wracać do tego, co było, żeby usprawiedliwiać to, czego nie potrafiła zrobić dzisiaj. W końcu życie nie zatrzymało się wtedy, kiedy wydarzyło się coś, co miało ją na zawsze zmienić. Tamsin również się nie zatrzymała.
Może właśnie dlatego tak uparcie próbowała patrzeć przed siebie. Nawet jeśli czasami oznaczało to udawanie przed samą sobą, że niektóre rzeczy wcale nie bolały już tak mocno, jak bolały naprawdę. Łatwiej było jej powiedzieć, że sobie poradziła, niż przyznać, że niektóre części niej samej wciąż tkwiły gdzieś pomiędzy tym, kim była kiedyś, a tym, kim próbowała być teraz.
Stanowczo wolała myśleć o przystojniakach. Albo właściwie nie myśleć, a pocieszyć się na krótką chwilę uwagą jakiegoś, po czym odprawić go z kwitkiem przynajmniej dzisiaj, bo nie tylko wychodziła z Tilly, ale najzwyczajniej w świecie nie miała ochoty zapraszać kogoś do siebie na noc. Albo budzić się w obcym łóżku.
— O! Coś nam się szykuje pod koniec października… — zaczęła Caitlyn, a Tamsin pokręciła głową.
— Zapomnij, odpadam, sezon…
— Tammy, gadasz tak przez cały sezon, a i tak grasz — zauważył Tayler.
— A może w tym roku postanowiłam mieć czas na trochę więcej życia towarzyskiego i prywatnego?
— Tak, może jeszcze przy okazji zaczniesz wymieniać włosie w smyczku co miesiąc, struny co trzy i spać po osiem godzin — zaśmiała się Caitlyn, na co Tammy też zareagowała śmiechem, bo faktycznie były to rzeczy, których absolutnie nigdy nie robiła, zostawiając je na ostatni moment, a noce zarywając częściej, niż przesypiając je w całości.
Declan przysłuchiwał się im z lekkim rozbawieniem błądzącym gdzieś w nieznacznym uśmiechu. Chodzili z Taylerem do jednej szkoły, gdzie jego kolega grał w szkolnej orkiestrze, podczas gdy on sam był członkiem drużyny footballowej. Bazując na stereotypowych relacjach w liceum, nie mieli prawa być dobrymi kolegami, a jednak było inaczej, bo to z Taylerem usiadł pierwszego dnia szkoły i siedział z nim na wszystkich wspólnych zajęciach, nie bawiąc się w licealne gierki, które miałyby poróżnić sportowców i muzyków. Nie był artystycznie uzdolniony tak jak Tayler, a z kolei Tayler nigdy nie polubił się z aktywnością fizyczną, a jednak nie kończyły im się tematy do rozmów i z czasów szkolnych był jedną z nielicznych osób, z którymi Declan trzymał kontakt. Albo raczej to Tayler trzymał kontakt z nim, pamiętając o przyjacielu z dawnych lat, gdy ten wracał na jakiś czas do Nowego Jorku pomiędzy poszczególnymi przydziałami. Teraz, gdy przyszłość Declana malowała się niepewnie, tym bardziej cenił sobie taką stałą w swoim życiu.
UsuńMimo wszystko to nie Tayler przyciągał teraz jego uwagę najbardziej. Co jakiś czas jego wzrok mimowolnie wracał do Tilly, szczególnie gdy się odzywała albo reagowała na żarty pozostałych. Nie znał jej jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, czego się spodziewać, a może właśnie dlatego zaciekawiała go bardziej niż reszta. Była nową osobą w grupie, kimś, kto pojawił się w jego otoczeniu właściwie za sprawą Tamsin, a jednak nie czuł przy niej tego rodzaju dystansu, który zwykle pojawiał się wobec obcych. Złapał się nawet na tym, że bardziej niż treść rozmowy interesowało go czasem to, jak Tilly reagowała na poszczególne słowa, jak się uśmiechała albo czy śmieszył ją ten sam żart co pozostałych. Nie przywiązywał do tego większej wagi. Przynajmniej jeszcze nie.
— Licząc mnie podwójnie, to mamy idealną równowagę… Słoń mi na ucho nadepnął — odpowiedział Tilly, pomijając fakt, że nie był to słoń, a mina przeciwpiechotna i że faktycznie nie dosłyszał na jedno ucho.
— Proponuję, żebyśmy zaczęli od shotów, a później może jakieś drineczki… – zaproponowała Tamsin, a Caitlyn zrobiła duże oczy, jakby wpadła na jakiś pomysł.
— Proponuję, żeby każdy zadał po jakimś pytaniu i wszyscy musimy kolejno odpowiedzieć. Trochę się poznamy, przełamiemy lody… Właściwie, to ty nas trochę poznasz, Tilly, chociaż nie będę ściemniać, że pytanie o zawód możemy pominąć, bo Tamsin nam trochę o Tobie opowiadała — wyszczerzyła się i uścisnęła ramię ciemnowłosej. — Bycie pielęgniarką musi być szalenie ciekawe i szalenie wykańczające.
— Kto by pomyślał, że muzycy i ludzie służby potrafią się dogadać — zauważył Tayler, po czym szybko dodał: — Ty służba zdrowia, Declan służba wojskowa — wskazał brodą w stronę kolegi.
— Zobaczymy, jak długo — mruknął Doyle i potarł o siebie ręce. — Pójdę nam po shoty. Chcecie coś jeszcze? — spytał, patrząc po wszystkich uważnie, wzrokiem zatrzymując się na Tilly.
Tamsin Passalis i Declan Doyle
Czy chciał przylecieć do Ameryki? Tak. W konkretnym celu. Cel ten szybko stał się przeszłością, on zaś został w kraju, który tak naprawdę lubić ciężko. Mange robi, co może. I zakłada, że wróci. Całe jego życie, rodzina i przyjaciele, jego bezpieczne przestrzenie znajdują się w Malmö. Póki co, Nowy Jork znajdował się dość nisko w hierarchii miejsc, w których spędzić chciałby resztę swojego żywota. Skoro jednak już tu siedzi, stara się garściami czerpać z możliwości jakie daje choćby i krótki występ w telewizji. Większość występów bookuje jedynie dlatego, że wspomni o swoim marnym udziale w Drag Race’ie.
OdpowiedzUsuń— Ty tak serio? — pyta. — Bo mogę podpytać. Jedna z moich ciotek pracuje w szpitalu w Malmö, więc nie byłoby to znowu takie trudne.
Wzrusza łagodnie ramionami. Sam może nie jest jeszcze gotowy na powrót, ale przecież nie stanie na drodze komuś, kto chce stąd uciec. A Malmö ładne. I ogólnie też lepsze. Obiektywnie, wiadomo.
Przygląda się Tilly uważnie, gdy ta pyta o metamorfozę. To ważna sprawa, nie można odpowiedzieć byle czego, nie można tak po łebkach. Właściwie jednak wie od samego początku: może to zboczenie zawodowe? Na tę myśl to się nawet uśmiecha. Lepiej w tę stronę niż jakby widywał wszędzie logo amazona.
— Poszedłbym w coś ostrego. Tradycyjnie odciąłbym możliwość oddychania gorsetem, ale dałbym ci trochę taki Lara Croft vibe, tylko z włosami może bardziej w wet-hair niż jakieś warkocze. Na pewno dałbym ci jakiś dowalony, czarny obcas i maznął jakieś cuda na twarzy, żeby się ładnie zgrało.
Nie ma pojęcia czy dziewczyna chciałaby iść w tę stronę, ale że to wymyślanki na szpitalnym korytarzu, nie przejmuje się za bardzo. Nigdy przecież do podobnej metamorfozy nie dojdzie - a może szkoda!
Gdy po badaniu ląduje z powrotem na wózku, stęka teatralnie na wieść o braku galaretki. Pewne tragedie wymagają wokalnej żałoby.
Ma nadzieję, że samo czekanie na wyniki nie będzie trwało długo. Wrażenie, że każda minuta w szpitalu sprawia, że kopie pod sobą większy dół nie znika i kiedy dojeżdżają do łóżka, pewien jest, że można byłoby go zakopać już po czubek głowy. Przenosi się na cienki materac, zaciskając mocniej zęby, bo ból w żebrach nie znika, a przecież nie będzie z tego powodu niepotrzebnie jęczał.
— I co, sprawdziłaś instagrama? — pyta jeszcze, póki Tilly nie zostawiła go, by zająć się innymi pacjentami. Zakłada, że nie jest VIP-em i jej czas podzielony musi być jednak według ciężkości przypadku, a nie wartkiego tempa rozmowy.
Instagram oczywiście zdradza udział w programie, wymóg produkcji nie był do negocjacji. Na tyle, na ile może stara się jednak dodawać nowy content. Natomiast to, ile razy został oznaczony w filmikach, na których się wywala jest niemożliwe do policzenia. Magnus ogląda, bo niektóre są naprawdę śmieszne.
— Zakładam, że jutrzejszy występ powinienem odwołać? — dodaje już mniej radośnie, bo opłaty za pobyt w szpitalu plus brak dochodu nie wróżą mu dobrze. Nie wie jednak w jaki sposób wyginać się na scenie, gdy każdy gwałtowniejszy ruch sprawia mu ból. Może mógłby wywalić się w pierwszym kroku, zadowolić widownię odwzorowaniem swojego viralowego contentu, a potem zejść ze sceny i zabrać kasę.
Magnus skruszony, że trzeba było na niego tyle czekać
Kawałek ziemi to pojęcie tak szerokie, że równie dobrze mogło chodzić o ziemię w doniczkach kwiatów, ale Tilly z jakiegoś powodu założyła, że mógłby mieć nawet własną wyspę. To miłe, choć nie uważał, że wygląda na człowieka, który miałby w zwyczaju kupować sobie wyspy i trzymać je w tajemnicy przed światem. Nie miał nawet jednego krawata w garderobie, więc jeśli miał być jakimś wielkim biznesmenem z prywatną wyspą, to gdzieś po drodze chyba przegapił etap, w którym powinien zacząć wyglądać jak ktoś, kto ma własnego księgowego i marinę pełną jachtów, a do tego oczywiście seksowną asystentkę, która dba o te wszystkie bardzo ważne spotkania przy drogim alkoholu. Już chrzanić te jachty, ale akurat asystentką by nie pogardził, choć w kontekście dbania o coś zupełnie innego. Marzenia ściętej głowy. Tak naprawdę jego ambicje nigdy nie sięgały tak daleko, więc nawet nie brał pod uwagę takiego życia dla siebie. Pogoń za pieniądzem nigdy go nie interesowała, a bogactwo wcale go nie pociągało, być może dlatego, że przez pierwsze dwie dekady życia radził sobie bez pieniędzy i nie uważał, że są warte więcej niż uczciwy handel wymienny, który w tamtych czasach nieraz ratował mu tyłek. A teraz w zupełności wystarczało mu to, ile zarabiał. Zawodowo też czuł się spełniony, bo mimo drogi, na której przeszkoda goniła przeszkodę, osiągnął swój cel i pod tym względem znajdował się w miejscu, w którym chciał być, a cała reszta była już tylko otoczką, którą dostosowywał zależnie od swojego widzimisię. Spędzał życie tak, jak chciał, ale w zgodzie z samym sobą i nie potrzebował do tego złotych kranów czy kawioru na śniadanie, żeby uważać je za udane. Na śniadanie najlepsze są zresztą jajka na bekonie, a nie jakieś pieprzone rybie jajeczka, których nawet nie wiadomo, jak dużo wypada nałożyć na talerz.
OdpowiedzUsuńAle ziemię posiadał, choć przez długi czas nawet o tym nie wiedział. Niewiele odziedziczył po ojcu, bo nawet gdyby ten przekręcił się w więzieniu, to i tak nie posiada nic, co do niego należy, za to po dziadku ze strony ojca przypadła mu ziemia w Oklahomie. Niewielki kawałek dawnego choctawskiego allotmentu, który od pokoleń pozostawał w ich rodzinie. Jego ojciec był wykluczony ze społeczności Choctaw, więc rodzinna historia nie była czymś, o czym kiedykolwiek rozmawiali, już abstrahując od faktu, że nie rozmawiali za wiele tak w ogóle, stąd dopiero po śmierci dziadka dowiedział się, że istnieje jakaś ziemia o wielkości trzydziestu akrów, do której on został przypisany jako spadkobierca. Leżała na obrzeżach Talihiny, wśród lasów u podnóża Kiamichi Mountains. Kiedyś nie była szczególnie cenna – kawałek lasu, stara chata i więcej chwastów niż czegokolwiek, co można było uznać za majątek, ale mimo to nigdy jej nie sprzedał. I to się opłaciło, bo w dzisiejszych czasach deweloperzy prześcigają się o tamte malownicze rejony, szukając ziemi pod rekreacyjne posiadłości, więc to, co kiedyś było dla niego zapomnianym kawałkiem lasu, zaczęło być warte całkiem konkretne pieniądze.
— Talihina — odpowiedział więc. — W Oklahomie, w górach Kiamichi — doprecyzował, bo ich kraj jest tak wielki, że Talihinę można by zestawić z maleńką kropką na stronie pełnej długich zdań, przy czym wiele ludzi nie miało nawet pojęcia, gdzie na mapie należy szukać Oklahomy, a jeszcze więcej uważało ten stan za dziurę zabitą dechami, gdzie kowboje nadal strzelają do siebie z rewolwerów. I poniekąd tak jest, tyle że to już dalekie od kowbojów. A o Szlaku Łez to już w ogóle mało kto pamięta.
— Czyli dom to dla ciebie bardziej baza wypadowa niż miejsce docelowe — stwierdził, lekko drapiąc Kodę za uchem. Od początku nie wyglądała mu na domatorkę, więc to go nie zaskoczyło, a skoro wspomniała o wyjazdach, to uznał, że może warto temat pociągnąć. On sam nieczęsto miał okazję wyjeżdżać gdzieś dalej czy zwiedzać zakątki świata, ale nie narzekał z tego powodu jakoś bardzo. Był jednak ciekawy, jak inni widzieli świat swoimi oczami.
Usuń— A te wyjazdy to jakiś wolontariat czy po prostu masz słabość do miejsc, których nie da się dobrze sprzedać na Instagramie? — Uniósł lekko brew. Teoretycznie wszystko dało się sprzedać, jeśli tylko zapakowałoby się syf w odpowiednio ładne opakowanie, ale nie podejrzewał jej o prowadzenie podróżniczego Insagrama i robienie sobie selfie z ręki na tle slumsów. W ogóle mu to do niej nie pasowało.
Brant Dawson
Wywołany do odpowiedzi Ian wzruszył ramionami. Co miał powiedzieć Mathilde? Że zgarnął dziecko swojej klientki, bo ta napruta spała w najlepsze na kanapie, niezdolna do opieki nad własnym potomkiem? Nawet jeśli, to na pewno nie miał zrobić tego tutaj, niemalże na środku tłocznej ulicy, wciąż pełnej przechodniów mimo coraz późniejszej pory. Ludzie spieszyli z pracy do domów lub gonili za sprawami, których nie zdołali załatwić w ciągu dnia. Inni, podobnie do Tilly, oddawali się bieganiu lub chociaż dobijaniu kroków, których dotąd nie zdołali nazbierać. Znalazło się także kilku spacerowiczów z psami, a i budka z hot dogami była oblegana przez klientów, którzy zapragnęli wrzucić coś na ząb. Słowem, wokół znajdowało się zbyt wiele par uszu, by Ian chciał i mógł wytłumaczyć Mathilde, czego tak właściwie była świadkiem.
OdpowiedzUsuńTymczasem zarówno Ian, jak i Samuel mogli dziwić się temu, jak wiele Mattie miała do powiedzenia na temat jedzenia. Popatrywali przy tym na siebie, Ian z góry na Samuela, Samuel z dołu na Iana, chcąc utwierdzić się, że jeden był niemniej zdziwiony, niż ten drugi. Obaj byli bowiem w pełni świadomi tego, że ten wypad na hot doga nie miał na celu utrwalenia w siedmiolatku zdrowych, a w tym konkretnym przypadku niezdrowych nawyków żywieniowych, a służył wyłącznie temu, aby napełnić jego pusty brzuch. Ani Ian nie poczuwał się w obowiązku o zadbanie o dzieciaka, ani sam dzieciak nie oczekiwał, że Ian o niego zadba. To, że wylądowali pod tą konkretną budą, było działaniem wyłącznie doraźnym.
— Co nieco potrafię — odpowiedział ostrożnie Sam, powstrzymując się przed dodaniem proszę pani. Słusznie obawiał się, że jego skąpe umiejętności kulinarne mogły nie zadowolić Tilly, która w tym konkretnym względzie wydała mu się bardzo wymagająca. Mama nie oczekiwała od niego wiele pomocy w kuchni, w tygodniu gotowała sama, a w te weekendy, które Sam i jego siostra spędzali pod jej opieką, często coś zamawiali. Kiedy jednak tego nie robili, zdarzało się, że przygotowywali posiłek wspólnie, ponieważ Linda nigdy nie chciała, by jej dzieci miały dwie lewe ręce. Tylko ostatnio było gorzej. Zdecydowanie gorzej, dlatego Sam z apetytem wciągnął hot doga, ciesząc się z tego, że mógł zjeść coś ciepłego. Cieszył się jeszcze bardziej, że niedługo będzie mógł zjeść także ciepły obiad.
— Spacer — zdecydował Ian, który po usłyszeniu, jak niedaleko stąd mieszka Mathilde, podjął decyzję w przeciągu sekundy. Nie było sensu ruszać Cadillaca tylko po to, by później krążyć nim po osiedlu w poszukiwaniu wolnego miejsca trzy razy dłużej, niż zająłby im dojazd do celu.
Nim ruszyli, cofnął się jeszcze do budki. Wziął kilka serwetek z wystawionego na ladę stojaka i kilka z nich wręczył uczepionemu Mathilde Samuelowi, choć akurat ta dwójka raczej już i tak potrzebowała wody i mydła. Serwetki były rozwiązaniem doraźnym, tak samo, jak nakarmienie Sama hot dogiem. Ian, który nie wybrudził się tak bardzo, zrobił z serwetek użytek i wyrzucił zmięte zawiniątko do najbliższego, mijanego kosza.
— Ian. — Samuel, który bez oporu szedł pomiędzy dwójką dorosłych, przy czym to Tilly trzymał za rękę, zadarł głowę i popatrzył na dilera. — Ale mama nie będzie się gniewać, prawda? — spytał, po czym zacisnął drobne usta. Hunt rzucił Mathilde szybkie spojrzenie, po czym skupił wzrok na młodym.
— Nie będzie. Odstawię cię do domu przed północą. Najedzonego — obiecał i podniósłszy głowę, zapatrzył się przed siebie. Wiedział, że przegiął i że postąpił bardzo, ale to bardzo nierozsądnie, ale o ile nie miałby najmniejszego problemu z pozostawieniem dorosłego na pastwę losu – tak przecież postąpił z Lindą – o tyle nie potrafił zostawić dziecka. Nakarmienie Sama stało się dla niego dziwnym priorytetem, bo przecież o ile rozsądniej, a na pewno rozważniej byłoby po prostu kazać mu zadzwonić po ojca.
IAN HUNT & SAMUEL
Tamsin lubiła czasami sobie ponarzekać, ale w gruncie rzeczy lubiła swoje obecne życie. Lubiła wolność, lubiła swoich ludzi i lubiła to, jak dużo przyjemności potrafiła czerpać z zadawania się z nimi. Lubiła te wszystkie opcje, które miała do wyboru, chociaż na żadną nie decydowała się permanentnie – teoretycznie pracowała w MET, ale nie w pełnym wymiarze, więc mogła chwytać dodatkowe zlecenia. Jeśli zaś nie miała dodatkowych zleceń, mogła liczyć na pensję z MET, a w najgorszym wypadku mogła sięgać do zaskórniaków i tego, co zostało jej po śmierci męża. Postronne osoby mogły myśleć, że właściwie wygrała los na loterii – wyszła za znacznie starszego od siebie faceta, przystojnego i majętnego, a gdy zaczęło mu się pojawiać coraz więcej zmarszczek i siwych włosów, to kopnął w kalendarz, zostawiając jej większość swoich pieniędzy. I Tamsin z tym wyobrażeniem nie próbowała się kłócić. Nie bawiły jej próby wyprowadzania kogokolwiek z błędu, nie miała kompleksów, które mogłyby się pojawić, gdyby próbowała udawać, że nie jest naciągaczką. Nie była. A fakt, że praktycznie nie wydawała pieniędzy, które dostała w spadku, powinien całkiem nieźle to potwierdzać.
OdpowiedzUsuńLubiła jednak poduszkę finansową, którą miała, bo dzięki temu stać ją było na granie nawet w średnio opłacalnych przedsięwzięciach, jeśli te zwyczajnie jej się podobały – a to pod koniec października miało być jednym z nich, bo mieli grać utwory z filmów Burtona na imprezie halloweenowej. Może samo przyjęcie wolałaby spędzić jako gość, a nie w pracy, ale już czuła, że afterparty po takim graniu mogło być świetną zabawą, a jeśli nie, to i tak sama możliwość przebrania się sprawiała jej sporo frajdy.
Declan przechylił głowę lekko w bok tak, by móc wyłapać, co Tilly do niego mówi. Zmarszczył przy tym lekko brwi, za wszelką cenę starając się zrozumieć poszczególne słowa.
— Trzeba ich trochę upić, to wtedy dzielą się na chórki i nie zwracają uwagi na to, kto śpiewa — odpowiedział i uśmiechnął się lekko. — Wtedy łatwiej im umknąć — mrugnął do niej porozumiewawczo. Nie widziało mu się śpiewanie, ale nie chciał być marudą, która psułaby innym zabawę. Prawda była taka, że średnio miał ochotę na jakiekolwiek wyjścia, ale założył, że chociaż raz w tygodniu musi spotykać się z ludźmi, którzy nie mają nic wspólnego z wojskiem, by w końcu przynajmniej lepiej poczuć potencjalny powrót do cywila. Bronił się przed tą myślą, ale z każdym tygodniem czuł się z nią coraz bardziej pogodzony.
Tayler uniósł ręce do góry w geście poddania się.
— Przepraszam, Tilly. Nie chciałem… Dobra, wyszedłem na ignoranta — uśmiechnął się przepraszająco i objął ramieniem Caitlyn. — Zabierzesz się ze wszystkim, Dec?
— Dam radę, siedź, Tay — odpowiedział i ruszył w stronę baru, przez ramię zerkając z rozbawieniem na Tilly w reakcji na jej słowa o sponiewieraniu. Odwaga ważna sprawa, ale gdy w grę wchodził alkohol, Declan robił się wręcz brawurowy – dlatego cieszył się, że najwyraźniej ze wszystkich osób w towarzystwie na ten moment był najbardziej trzeźwy. Zamówił dla wszystkich tęczowe shoty, ułożone w korytkach, gdzie w każdym miejsce znalazło się dla pięciu niewielkich kieliszków. Czekając na zamówienie, oparł się o bar i wzrokiem omiótł lokal. Przy mikrofonie stała teraz grupa koleżanek próbujących udawać Spice Girls, stół do billarda zajmowała mieszana grupa znajomych podobna do ich własnej, a przy rzutkach stała trójka chłopaków, wyraźnie przejętych swoją dyskusją. Reszta osób zlewała się w tłoczną masę, w której prawdopodobnie nie dopatrzyłby się własnych znajomych, gdyby nie to, że wiedział, gdzie szukać.
— Możesz wrócić do stolika, kelnerka wam przyniesie — odpowiedział barman, wręczając mu numerek, który miał postawić na stole.
Usuń— Dzięki — skinął głową i ruszył z powrotem do stolika.
W tym samym czasie Tamsin oparła głowę na ramieniu Tilly, będąc w tym momencie odurzenia alkoholem, w którym nie mogła wybrać między tym, czy bardziej chce jej się spać, czy coś odwalić.
— W zasadzie to chyba nie — wzruszył ramionami Tay, na co Caitlyn przytaknęła.
— Ja mam tylko prośbę, żeby nie było zbyt filozoficznie, bo mam zbyt zmęczony mózg na głębokie rozmowy — stwierdziła Tamsin, wygodniej wciskając się na kanapę. Declan wrócił do stolika i wyjaśnił, że szoty powinny niedługo do nich dotrzeć, miejsce zajmując koło Mathildy.
— Tilly, to ty zacznij. Czego byś się chciała o nas dowiedzieć? — spytała Cat z ciepłym, sympatycznym uśmiechem i szczerym zainteresowaniem. Skoro nie miały być to HR-owe pytania, to raczej nie wypadało zacząć od pytań o posiadanie rodzeństwa czy zainteresowania.
Tamsin Passalis i Declan Doyle
Ian wolał, aby Tilly nie poznawała wspomnianych pełnych okoliczności. Na pewno jeszcze nie teraz, choć wolał, aby nie poznawała ich także później. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że z jej twardym charakterem uniknięcie odpowiedzi na pytania, które Mathilde bez wątpienia mu zada, pozostawało raczej nieuniknione i o ile teraz miał dobrą wymówkę, aby nic nie mówić, o tyle w jej mieszkaniu pewnie zostanie przyszpilony do ściany. Póki więc mógł, milczał jak zaklęty, a to zawsze wychodziło mu doskonale. Nie-mówienie było umiejętnością dopracowaną przez Iana Hunta do godnej pozazdroszczenia perfekcji. Pozostawał niewzruszony na miny pielęgniarki, na jej mocne i sugestywne spojrzenia, które rzucała mu ponad głową idącego pomiędzy nimi Samuela.
OdpowiedzUsuń— Najczęściej myję i kroję warzywa, mieszam w garnku albo na patelni — poinformował chłopiec, na co maszerujący we wspólnie ustalonym tempie Ian z uznaniem pokiwał głową. O ile pamięć go nie myliła, w wieku Sama potrafił zrobić sobie co najwyżej kanapki i płatki z mlekiem. Przyrządzenie ciepłego posiłku pozostawało poza zakresem jego umiejętności, za to wiedział, na jakiej dokładnie wysokości ramienia najlepiej zaciągnąć opaskę uciskową, by pięknie wyeksponować żyły w zgięciu łokcia. Wielokrotnie patrzył, jak robili to jego matka i ojciec, nim trudne do przebicia zrosty skłoniły ich do poszukiwania innych miejsc na ciele, w które można by wprowadzić igłę.
— Co to za zaproszenie na obiad, który trzeba sobie samemu ugotować — skomentował i popatrzył na Mathilde w sposób, który sugerował, by przypadkiem i jemu nie kazała wymieniać tego, co potrafił zrobić w kuchni. Nie wyglądał przy tym jak ktoś, kto mówił szczególnie poważnie. Jego spojrzenie stwardniało i pociemniało dopiero, kiedy Tilly zaczęła dopytywać o to, dlaczego mama Samuela miałaby się gniewać.
— Nie teraz, Mattie — warknął ostrzegawczo. — Serio.
Kontrolnie popatrzył także na Sama, by ten przypadkiem nie pisnął słowa. Chłopiec struchlał pod jego wzrokiem, mocniej uczepił się ręki prowadzącej go kobiety, co podziałało na Iana na tyle, że odwrócił wzrok, mocniej wcisnął dłonie w kieszenie lekkiej kurtki i znowu zapatrzył się przed siebie. Okolica, którą dotąd znał z perspektywy kierowcy, inaczej prezentowała się z perspektywy pieszego. Podczas gdy samochodem mógł skręcić w kilka uliczek, tutaj więcej było dostępnych dla pieszych wąskich przesmyków między poszczególnymi budynkami.
— Siedem. — Samuel, w przeciwieństwie do Iana, był bardziej chętny do udzielania odpowiedzi na zadane mu pytania. Na pewno jednak nie miał opowiedzieć, dlaczego o tak późnej porze szwendał się z dilerem swojej mamy. W zasadzie, sam tego nie rozumiał. Wiedział przecież, co się dzieje. Wiedział, co robiła jego mama i co robił Ian. Może i był siedmiolatkiem, ale był siedmiolatkiem w dwudziestym pierwszym wieku, z niemalże nieograniczonym – ponieważ Linda wiedziała, co to kontrola rodzicielska – dostępem do Internetu i telewizji. Stąd wiedział też, że to, co działo się w jego domu, było powodem do wstydu. Ten wstyd był u niego silniejszy, niż złość, którą także odczuwał. Może kiedy to złość stanie się większa, powie o wszystkim tacie? Mama prosiła go, aby tego nie robił, ale w dni takie jak ten, coraz bardziej się o nią martwił.
Przejście dwóch kilometrów zajęło im mniej więcej pół godziny. Jakkolwiek szli żwawo, chłopiec nie był w stanie robić tak długich kroków, jak robili Mathilde i Ian. To oni musieli dostosować tempo do siedmiolatka, stąd kiedy przystanęli przed klatką, w której mieszkała Tilly, wszyscy byli nieco zmarznięci. Jakkolwiek w dzień wciąż potrafiło być przyjemne dwadzieścia stopni, w nocy temperatura drastycznie spadała.
IAN HUNT & SAMUEL
Trawa po drugiej stronie płotu zawsze wydawała się być bardziej zielona, chociaż w przypadku Declana był to raczej piasek i pył niż soczysta mieszanka żółtego i niebieskiego. Całe swoje dorosłe życie spędził na wyjazdach, Stany znając jedynie od tej strony, którą poznał jako dzieciak z dobrego domu, z kochającymi rodzicami i wszelkimi spełnionymi warunkami, które miały być gwarantem życia. Nie miał pojęcia o problemach, które pojawiły się w kraju w ciągu ostatnich lat, ale nie widział tu miejsca na dramaty, których świadkiem był na misjach. Nieszczęścia nie należało stopniować – wiedział o tym, ale podświadomie i tak to robił, zupełnie inaczej postrzegając problem zagubienia w życiu i w tym, co chciało się w nim robić, a problem głodu, braku dostępu do bieżącej wody czy edukacji, która była oknem na świat tylko dla tych, którzy dopchali się do parapetu.
OdpowiedzUsuńCzasami nachodziła go myśl, że musiał za wszelką cenę wrócić. Przejść maksymalną liczbę turnusów rehabilitacyjnych, siłą woli naprawić ciało i zmusić je, by móc wrócić do służby – mógł w końcu biegać, pływać, tylko ze skakaniem i wspinaczką szło gorzej, ale to była przecież kwestia czasu, kiedy na nowo przejdzie testy sprawnościowe z palcem w nosie. Mięśnie nie mogły tak łatwo zapomnieć o dawnej sile.
A on o tym, że nawet jeśli znowu wyjedzie, to ostatecznie będzie musiał w końcu wrócić i stawić czoła rzeczywistości zupełnie odmiennej od tej, do której przywykł w armii. Tak jak i Tilly nie wiedział, co czeka na niego gdzieś indziej, jednocześnie myśląc o tym, z czego musiałby zrezygnować, aby się tam znaleźć.
— Jasne – skinął głową na znak zgody, w głowie przyznając, że Mattie ma całkiem dobry pomysł z tą butelką wody, więc do stolika wrócił z dwiema wsadzonymi do tylnych kieszeni spodni. Jedną z nich przekazał Tilly, jak jakiś towar spod lady, puszczając jej przy tym oczko, drugą rzucając do wgłębienia w kanapie.
— Nie śpię, tylko odpoczy… Kto? — Zmarszczyła brwi i jak surykatka podniosła się na kanapie, rozglądając wkoło. Brakowało tylko, by uniosła dłonie na wysokość piersi. Kiedy zauważyła chłopaka, krytycznie zlustrowała go wzrokiem, zastanawiając się, jak bardzo opłaca jej się wychodzić ze swojej strefy komfortu, ile jeszcze szotów musi wypić i czy właściwie młody mężczyzna jest wart grzechu. Na ten moment był jedynie wart zwrócenia uwagi, bo był całkiem w typie Tamsin, tylko za młody o kilka lat. Wzruszyła lekko ramionami, wracając na wygodne ramię przyjaciółki, które było podobnie kościste jak jej własne, więc w zasadzie… Takie w sam raz. Ze stanu chwilowego zaspania wyrwało ją pytanie przyjaciółki, na które nie mogła zareagować inaczej niż wielkimi oczami i głupkowatym uśmiechem pełnym rozbawienia.
— I to lubię! Nie jakieś pierdolety! — zaśmiał się Tayler, a Caitlyn mu w tym potowarzyszyła, lekko marszcząc nos.
— Mogę zacząć — wzruszył lekko ramionami i oblizał usta, patrząc na Tilly z miną, która jasno mówiła, że podejmuje rękawicę. — Na bank nie w tym kiblu, bo już tam byłem i za bardzo lubię kobiety, z którymi uprawiam seks, żeby którąś narazić na taką traumę — zaśmiał się, brzmiąc przy tym tak lekko, jakby rzeczywiście rozważał seks w miejscu publicznym. Dodatkowo, gdyby został przyłapany, groziła mu znacznie większa kara niż mandat albo krótki proces – za coś takiego mógł zwyczajnie wylecieć z wojska i tak jak była to szara strefa podczas misji, tak w kraju nie miał zamiaru ryzykować. Ale Mattie nie musiała o tym wiedzieć, to tylko zepsułoby nastrój, którego budowę zdecydowała się zapoczątkować, a on nie miał zamiaru pozostać w tym całkowicie bierny.
— Z tych dwóch miejsc raczej park. Natura, szum liści, ławeczki, drzewka… Można powiedzieć, że nawet romantycznie mogłoby to wyjść — stwierdził i spojrzał na siedzącego obok siebie Taylera.
Kolejne pytania obracały się wokół tego samego. Kto z kim, gdzie najczęściej, najlepiej, w pamięci do końca życia. Gdy Tamsin została zapytana o wybór między tylnym siedzeniem samochodu a przebieralnią, kolejność odbiła w drugą stronę.
— Dec, przyjacielu… — Tay położył rękę na ramieniu Doyla i wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, od którego Doyla przeszedł dreszcz. — Wolisz się przytulać czy całować?
Usuń— Kurwa, Tay… — zaśmiał się Declan, kręcąc przy tym głową. — Jedno i drugie, kretynie — wolał się przytulać. Lubił czuć przy sobie miękkie, kobiece ciało, słodki zapach perfum i gładką skórę pod palcami. Całować mógł się, a i owszem, ale przez chwilę, bo ile można było?
— Oj no… Pruderyjny chłoptaś z ciebie, nie wstydź się — zarechotał chłopak, na co Doyle pokazał mu środkowy palec, kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem i zastanawiając się, czemu zdawał się tyle lat wytrzymywać z tym klaunem.
— Tilly… Wolisz, kiedy druga osoba przejmuje inicjatywę, czy kiedy to ty ją przejmujesz? — uniósł lekko brew, przyglądając się jej ładnej buzi i błyszczącym od tych kilku szotów, które wypili w międzyczasie, oczom. Nie wiedział, jakiej odpowiedzi się spodziewać, bo siedząca obok dziewczyna prowokowała, ale jednocześnie zdawała się sama oczekiwać prowokacji, a Dec… Declan był skrzywiony przez posiadanie młodszej siostry, która z wypiekami czystej złości potrafiła wytykać mu toksyczne zachowania mężczyzn, które inne kobiety uznawały za pociągające. Przez jej perspektywę Dec wiedział tyle, że… Właściwie nie wiedział nic. Zupełnie nic nie wiedział o kobietach.
Declan Doyle i Tamsin Passalis
On również lubił swoją pracę, choć nigdy nie była dla niego romantyczną wizją służby, którą przez całe życie nosiłby w głowie jako wymarzony cel. Nie wstąpił do policji z potrzeby zostania bohaterem ani po to, żeby codziennie ratować świat, bo piętnaście lat temu motywowało go do tego coś zgoła innego, niemniej jednak starał się być najlepszy w tym, co robi. Czy tego chciał, czy nie, służył przecież obywatelom, a skoro już wybrał taką robotę, zamierzał wykonywać ją porządnie, nawet jeśli oznaczało to, że czasem musiał robić rzeczy, na które nie miał najmniejszej ochoty, albo użerać się z ludźmi, których najchętniej wysłałby do diabła. Nie był przy tym wcale przykładnym policjantem, zdarzało mu się naginać zasady, korzystać z własnego uznania tam, gdzie regulamin mówił coś zupełnie innego, a niekiedy również podejmować decyzje, które z perspektywy przełożonych wyglądały co najmniej dyskusyjnie. W większości przypadków nie robił tego jednak bez powodu. Po prostu nie zawsze uważał, że ślepe trzymanie się procedur jest ważniejsze od zdrowego rozsądku, bo życie nie było w rzeczywistości tak czarno-białe, jak paragrafy zapisane na kartach kodeksów. Dobrze o tym wiedział z własnego doświadczenia.
OdpowiedzUsuńNie miał kont na portalach społecznościowych, więc przynajmniej teoretycznie nie istniał w wirtualnej przestrzeni w taki sposób, jak większość ludzi. W praktyce jednak jego gęba, i nie tylko ona, pojawiała się przecież na filmach publikowanych na siostrzanym kanale, więc siłą rzeczy był tam obecny, nawet jeśli sam nigdy nie miał potrzeby aktywnie uczestniczyć w całym tym internetowym podwórku. Miał jednak świadomość, jak to wszystko wygląda, bo kiedy siadali z Tate do kolacji, często czytali razem komentarze pod jej filmami, czy żartowali sobie z propozycji reklamowych, które otrzymywała w związku z dużą ilością subskrybentów. Może jego brak potrzeby aktywnego życia w mediach społecznościowych wynikał właśnie z tego, że od zawsze był od tego internetu daleki. Z komputerem tak naprawdę zetknął się dopiero w szkole, bo w domu nie było pieniędzy na tego rodzaju rzeczy. Kiedy inni zaczynali dorastać z dostępem do internetu i pierwszych nowinek technologicznych, dla niego komputer był przede wszystkim szkolnym sprzętem, z którym miał styczność wtedy, kiedy musiał. Później, kiedy ludzie wokół niego zaczęli mazać palcami po dotykowych ekranach swoich telefonów, on wciąż miał komórkę z klawiszami i to w dodatku taką, która była praktycznie niezniszczalna, a przy odrobinie wprawy nadawała się nawet do otwierania butelek piwa. Tak czy inaczej, nie negował przydatności tych wszystkich internetowych wynalazków, ale sam nigdy nie czuł potrzeby, żeby robić z nich stały element własnego życia, więc po prostu tego nie robił.
— Brzmi ciekawie — przyznał szczerze, bo ludzie, jeśli podróżowali, to najczęściej tam, gdzie nic nie wyciągało ich z własnej strefy komfortu. Ale każdy miał jakiś swój sposób na odpoczynek czy spędzanie wolnego czasu, dlatego on starał się nikogo w ten sposób nie oceniać. Jedni lubią tak, drudzy siak, grunt, żeby każdy wracał zadowolony lub spełniony. Mathilde ze swoich wyjazdów miała na pewno mnóstwo ciekawych wspomnień i doświadczeń, o których fajnie byłoby posłuchać w bardziej sprzyjających okolicznościach, o ile oczywiście ona sama miałaby ochotę w ogóle o nich opowiedzieć.
Wyszedł nieco zza muru i popatrzył w stronę, z której przyszli, gdzie wcześniej padły strzały, a Koda automatycznie skopiował jego ruch. W oddali wciąż błyskały światła służb, ale skoro od tamtej pory nic nie działo się w tej przestrzeni, to całkiem możliwe, że policjanci rozprawili się z problemem.
— Myślę, że możemy iść. Ale lepiej w drugą stronę, do innego wyjścia — powiedział, wskazując kciukiem gdzieś za siebie. Zerknął zaraz na Mathilde, po czym zapiął smycz na szelkach psa i lekko owinął ją wokół dłoni. Koda, jakby tylko na to czekał, zaczął energicznie machać ogonem, zadowolony, że w końcu ruszą tyłki. — Chyba się nie wybiegałeś, kolego — zwrócił się do psa, na co ten odpowiedział mu krótkim spojrzeniem. — To może odprowadzimy trochę Mathilde, co? — dodał, spoglądając zaraz na kobietę. — No dalej, przekonaj ją, że to świetny pomysł. Popatrz na nią tym swoim wzrokiem, wiesz, że to działa.
UsuńLekko trącił psa dłonią w bok, a Koda od razu zwrócił pysk w stronę Mathilde i usiadł przed nią. Gdy wlepił w nią swe uważne, psie spojrzenie, cicho przy tym popiskując i zamiatając ogonem kurz na betonie, raz w prawo, raz w lewo, Brant uśmiechnął się pod nosem.
Brant Dawson
Gdyby Ian widział, że Mathilde pokazuje mu język i go przedrzeźnia, najpewniej popukałby się w głowę. Skoro jednak unikał kontaktu wzrokowego, unikając odpowiedzi na niezadane przez nią pytania, pozostawał błogo nieświadomy tego, co się działo. Dopiero chichot chłopca zwrócił jego uwagę. Popatrzył najpierw na Samuela, później na Mathilde. Siedmiolatek może i nie miał zginąć w krzyżowym ogniu ich groźnych spojrzeń, ale na pewien czas ucichł. To, że przez kilka minut pomiędzy ich trójką wybrzmiewały wyłącznie ich kroki, tylko podkreślało beznadzieję sytuacji. Każde z nich dobrze zdawało sobie sprawę z własnego, nienajlepszego położenia. Na ten moment było to jednak jednocześnie najlepsze położenie, w jakim mogli się znaleźć, więc szli zgodnie w narzuconym kierunku, jak ludzie, którzy doskonale wiedzieli, co robią. Mijająca ich starsza pani, która wyprowadzała swojego trzęsącego się na cienkich nóżkach pieska, nawet uśmiechnęła się do nich ciepło, bo jej zdaniem wyglądali całkiem sympatycznie.
OdpowiedzUsuńSamuel zachichotał po raz drugi, kiedy Mattie nazwała Iana wysokim pajacem. Sam wysoki pajac tylko popatrzył na nią spod lekko przymrużonych powiek. Ludzie potrafili nazywać go gorzej. Hunt przywykł do rzucanych pod jego adresem wymyślnych obelg, które padały najczęściej wtedy, kiedy okazywało się, że jego klient nie miał tyle kasy, ile mieć powinien, żeby móc dostać towar, którego akurat bardzo potrzebował. Ian bywał więc chujem i kutasem, kurwiem i kurwiarzem, ojco- i matkojebcą oraz pedałem. Nigdy natomiast nie był wysokim pajacem, skąd kiedy odwracał wzrok od Mathilde, w kącikach jego ust majaczył pobłażliwy uśmieszek.
Ian mieszkał na czwartym, w bloku bez windy, więc wejście na trzecie nie stanowiło dla niego problemu. Samuel mieszkał w domu, z gankiem do którego prowadziły trzy schodki, ale wdrapał się po schodach z werwą charakterystyczną dla dziecka, momentami przeskakując po dwa stopnie.
Wprowadzeni do mieszkania, obaj zdjęli najpierw buty, potem kurtki. Te pierwsze odstawili obok butów kobiety, te drugie w ślad za nią rzucili na jej bluzę. Ian ściągnął jeszcze własną bluzę, która dołączyła do kurtek i został w prostym, czarnym T-shircie bez nadruków. W mieszkaniu było ciepło, za ciepło, by zostawać w długim rękawie.
Samuel słuchał Tilly uważnie i w pełnym skupieniu. Wyglądał, jakby za nic nie chciał jej zawieść, dlatego potakiwał głową na każde jej słowo, wpatrzony w kobietę jak w obrazek. W końcu miała go nakarmić, prawda? Przez to w tym momencie stała się całym jego światem. Ian, jeśli był czymś zainteresowany, to mieszkaniem. Oparłszy się biodrem o kant kuchennego blatu, skrzyżował ręce na piersi i kręcąc głową, rozglądał się po wnętrzu. Nie miał w zwyczaju wpraszać się do swoich klientów, a że do Mattie został zaproszony, to korzystał.
Popatrzył na nią dopiero, kiedy dostał do ręki kuchenny fartuszek. Zmiął materiał w dłoni, przyglądając się pielęgniarce spode łba. Samuel już założył swój, próbował zawiązać go za plecami, ale mu nie szło. Ian, któremu założenie fartuszka nie miało odebrać męskości, westchnął ciężko. Przeczuwając, że jego protest na nic się nie zda, zarzucił ciuszek na szyję, a potem przykucnął za Samem i pomógł mu z zawiązaniem kokardki. Taką samą zrobił nisko na swoich plecach, po czym wręczył chłopcu nóż i podsunął marchewki.
— No, spadaj — polecił, kiedy jeszcze Mathilde wystawiała głowę zza drzwi łazienki i machnął na nią trzymanym nożem. Potem obrócił się do blatu i zajął się cebulami, które przekroił na pół. Połówkom obciął dupki i dopiero po tym zaczął obierać je z łupin.
W tej zupełnie niecodziennej sytuacji Ian zachował charakterystyczny dla siebie spokój. Ani specjalnie się nie denerwował, ani nie irytował, choć Tilly trochę działała mu na nerwy, czego zresztą wcale przed nią nie ukrywał. Mimo wszystko, nawet w tej swojej irytacji pozostawał wyjątkowo oszczędny, tak jak emocjonalnie oszczędny był we wszystkim innym.
Krojąc cebulę w kostkę, popatrywał na pracującego obok Samuela. Pilnował, by ten zamiast marchewki, nie obciął sobie palca, ale chłopiec nie kłamał, kiedy mówił, że jego pomoc w kuchni sprowadzała się do krojenia. Wiedział, co robić i nie potrzebował dodatkowych instrukcji. Marchewki najpierw opłukał pod kranem, potem w jednej z szuflad znalazł sobie obieraczkę i ściągnął z korzeni cienką skórkę. Kroił zręcznie, ale powoli. On też uważał, żeby nie obciąć sobie palca. Kiedy cebula już skwierczała na patelni, a czosnek czekał na swoją kolej, Ian wziął jedną z marchewek, żeby było sprawniej.
UsuńSzum wody w łazience ucichł już jakiś czas temu, a to oznaczało, że Tilly miała lada moment do nich dołączyć.
— Kurwa — wyrwało się dilerowi, przez co Sam przestał kroić i podniósł na niego wzrok.
— Co? — zapytał, trochę wystraszony, bo oczy miał szeroko rozwarte.
— Zapomnieliśmy o wodzie na makaron. — Ian obrócił się przez ramię, jakby spodziewał się, że Mattie stoi tuż za nim, gotowa go za to opieprzyć, ale że drzwi łazienki pozostawały zamknięte, szybko włączył palnik pod garnkiem i podkręcił płomień, by nadrobić stracony czas.
top chefs IAN & SAM
— No to jak serio to podpytam — decyduje, bo przecież nic na tym nie traci, a Tilly może znajdzie sobie alternatywę dla amerykańskiego snu. Magnus szczerze wierzy, że szwedzki sen może być równie satysfakcjonujący.
OdpowiedzUsuńTęskni za domem. Bez względu na to jakie fikołki robi, żeby zająć sobie głowę i o tym nie myśleć, nadchodzą momenty, kiedy nie potrafi robić nic innego. Nie zostawił przecież jedynie miejsca. Zostawił swoją rodzinę. Zostawił przyjaciół. Zostawił rośliny na balkonie, który najpewniej już nie żyją. Przyjechał jednak do Ameryki z własnej woli i z własnej woli jej nie opuszcza, choć pewne jest jedno: na zawsze tu nie zostanie. To chwilowe. To na moment. Aż coś się uda.
— Dobra, będą takie z czubem, ale lojalnie uprzedzam, że w walce z kimś zdają się prawie na nic. Natomiast wyglądać będziesz zajebiście, więc żadna strata — stwierdza, kiwając głową na potwierdzenie swojej opinii.
Właściwie wcale się nie wstydzi swojej historii. Nawet wyjebanie się na scenie w publicznej telewizji nie jest na tyle tragiczne by potem płakać po kątach. Wystarczy, żeby nie wrócić do Szwecji, ale poza tym jest ze sprawą całkowicie pogodzony. Tak bywa. Na pewno. Ktoś kiedyś zrobi to samo. Poza viralową zawartością instagrama czy tik-toka, z contentu jest całkiem zadowolony. Gdyby ten przerodził się w faktyczne gigi byłby zachwycony.
— Dobrze. To możesz też sprawdzić na żywo, przyjść na występ, zobaczyć świetne akrobacje i zostawić tłusty napiwek — proponuje, zaraz krzywiąc się na słowa pielęgniarki, bo siedzący występ to ostatnie, co mógłby zrobić. Nikt nie chce słuchać przez godzinę jak kaleczy angielskie idiomy i podryguje nogą w rytm muzyki. — W takim razie polecam jakieś show za tydzień. Albo dwa.
Nie ma pojęcia jak długo może boleć. Zakłada, że lekarz poinformuje go o tym, co się dzieje, a przy okazji dowie się – przy dobrych wiatrach – że w przyszłym tygodniu będzie w pełni wylizany. Jak feniks z popiołu. Nie miałby wtedy nic przeciwko, żeby Tilly na występ wpadła i to nawet bez napiwku.
Szpitale nie kojarzą się dobrze – dla większości ludzi to strach, ból i smutek. Dla Magnusa też. Nigdy nie wszedł do szpitala, żeby uczcić dzień bez złamania nogi. Za to wylądował na izbie, gdy nogę złamał mając osiem lat: jak więc miałoby nie być strachu, bólu i smutku? Valtersson potrafi jednak docenić swobodę w rozmowie z pielęgniarką, która z pewnością ułatwia ciężki moment. Pełnia tego, co się wydarzyło jest tak daleko, że Magnus na razie w ogóle jej nie widzi. W końcu jednak odpakuje tę chwilę do cna, do siły, którą ktoś włożył w nienawiść.
— W takim razie musisz trzymać kciuki za moje magiczne uzdrowienie — mówi całkiem poważnie, uśmiechając się łagodnie.
Nie ma pojęcia w jakich butach ma wrócić do domu,
[Myślę, że pewnie możemy sobie gdzieś przeskoczyć? No i albo klub, bo to oczywista opcja albo sobie wymyślimy coś konkretniejszego.]
Magnus
Ian nie uważał, by Mathilde była groźna i zła. Choć wcześniej nie mieli zbyt wielu okazji do rozmowy, ponieważ ich spotkania ograniczały się do krótkiej wymiany dóbr, nieco nadrobili w ostatnim czasie, przez co Hunt miał Stevenson po prostu za przyjemnie konkretną. Ta cecha jej charakteru być może mogła być mylona z byciem groźną czy złą, ponieważ wielu dorosłych, mimo tego, że nazywani byli właśnie dorosłymi, nie byli ani trochę konkretni, a co za tym idzie, zdecydowani. Pozostawali plastyczni, dopasowując się do otoczenia, w tym do osób, z którymi przebywali. Tilly natomiast nie zamierzała do nikogo się dopasowywać, chyba że do samej siebie. Ian nie musiał jej o to pytać, by zdawać sobie z tego sprawę. O ile jednak Ian to rozumiał, o tyle siedmioletni Samuel nie musiał. Był tylko dzieckiem, w dodatku wciągniętym w mocno niecodzienną sytuację. Miał pełne prawo się miotać. Mógł ufnie podążać za dwójką dorosłych, mógł lękliwie kulić się pod ich spojrzeniami, mógł wpatrywać się w Mathilde jak w obrazek po to tylko, by w następnej chwili chować się za Ianem i żadne z tych zachowań się nie wykluczało, bo Samuel znajdował się poza domem, z dwójką obcych sobie osób i tak jak wydawał się nie mieć z tym problemu, tak też najzwyczajniej w świecie się bał. Ponieważ nic z tego, co działo się tego wieczora, nie powinno być i nie było normalne dla siedmioletniego dziecka.
OdpowiedzUsuńHunt nie zdziwił się, kiedy brunetka pojawiła się przy nich. Słyszał, jak wychodziła z łazienki i jak przemykała do sąsiedniego pomieszczenia, najpewniej sypialni, ponieważ cebulka na patelni, chociaż zaczynała pachnięć obłędnie, wcale nie skwierczała tak głośno. Nie obejrzał się jednak na nią, bo akurat dorzucał na tłuszcz pokrojony drobno czosnek, do którego po chwili miała dołączyć marchewka.
— No nie — odparł niezrażony na jej uwagę o wodzie, kompletnie nie spodziewając się tego, że zostanie tak bezczelnie sprzedany przez Samuela. Kiedy chłopiec go wydał, oskarżycielsko celując w niego palcem, Ian wyprostował się, powoli odłożył nóż na deskę i równie powoli obrócił głowę ku dziecku. — Nigdy. Więcej. Żadnego. Hot doga — wyrecytował, między każdym słowem stawiając wyraźną pauzę. Tak, żeby dotarło. Chłopiec chyba nie przejął się tym szczególnie, bo popatrywał na Tilly i uśmiechał się szeroko, przez co uwidoczniły się braki w jego uzębieniu, po wypadniętych mleczakach.
Ian nie zamierzał się kłócić. Ściągnął kuchenny fartuszek, który następnie wręczył Mathilde. Nie chcieli jego pomocy, to nie. Obszedł kuchenny blat, stając za tą jego częścią, na której spoczywały bluzy i kurtki. Miał mieć stąd dobry widok na to, co miało dziać się na kuchence. Pochylił się, wygodnie rozparł przedramionami na wolnej przestrzeni i po prostu obserwował toczącą się krzątaninę. Zaangażowany w gotowanie Sam wyglądał na niewymuszenie zadowolonego. Chyba cieszył się, że może coś robić i że wkrótce coś zje. Na pewno było to stokroć lepsze, niż siedzenie w cichym domu, z pochrapującą na kanapie Lindą, której nie obudziłoby nawet przebiegające przez salon stado słoni.
— Może być woda — odparł, co chłopiec podchwycił i skinął głową. Był zbyt skupiony na dorzucaniu na patelnię kolejnych składników, by przejąć się tym, co dostanie do picia. Tym bardziej, że mięso trzeba było dobrze rozmieszać, żeby nie porobiły się z niego nieestetyczne grudy. Sam z taką dokładnością operował drewnianą szpatułką, że aż wystawił koniuszek języka, na widok czego Ian parsknął cicho.
Wspólnie zdecydowali, że makaron powinien być al dente, choć gdyby przypadkiem im się rozgotował, zjedliby i taki. Jednocześnie cały czas opierający się o blat Ian był w pełni świadomy tego, jak Mathilde na niego patrzy. Z premedytacją nie uciekał przed jej spojrzeniami, znosząc każde jedno.
— Później — powiedział w końcu, jednocześnie skinąwszy głową ku Samuelowi, kiedy ten pochylał się nad patelnią. Nie chciał mówić przy nim o tym, w jakim stanie aktualnie znajdowała się jego matka, tak jak rok temu nie pozwolił na to, by Sam patrzył, jak Linda, która zaplątała się we własne nogi, nieudolnie próbowała się na te nogi podnieść. Ciężko było stwierdzić, co nim powodowało. Może niezrozumiała troska. Może chęć, aby Samuel miał choć odrobinę mniej chujowe dzieciństwo, niż miał on. Może jedno i drugie.
Usuń— Mogę? — zapytał, jednocześnie prostując się i wskazując ku łazience. Przy okazji prezentował Mathilde swój ulubiony, mono wyrazowy sposób komunikacji. To, że z zaciekawieniem rozglądał się po jej mieszkaniu, nie oznaczało, ze zamierzał się po nim panoszyć. Choć niektórzy jego klienci chętnie zapraszali go do siebie, Ian najczęściej z tych zaproszeń nie korzystał. Uzyskawszy pozwolenie, zniknął we wciąż lekko zaparowanym po jej prysznicu pomieszczeniu, zrobił, co miał zrobić i umywszy ręce, wrócił do kuchni akurat wtedy, kiedy Sam, z pomocą Mathilde, odcedzał makaron.
not next MasterChef IAN HUNT & sous chef SAM
— Warto i może, gdyby nie to, że potencjalne przyłapanie równałoby się dla mnie z możliwością zmiany pracy. To z tej dwójki… I tak wolę tył auta. Albo jakiś syf, albo odmrażanie sobie tyłka — wzruszył ramionami, a gdy Tilly przysunęła się do niego, specjalnie się nachylił, by mieć pewność, że dobrze ją słyszy. Spojrzał na nią z nieodgadnionym wyrazem twarzy, ale nie skomentował tej zaczepki, mając w głowie obrazy, których z całą pewnością nie chciał tego wieczoru przywoływać. Ani tych, ani żadnych innych. Sięgnął po kieliszek i wypił szota, bez cienia reakcji na zawarty w nim alkohol, nie dając nic po sobie poznać. Pytanie o przytulanie i całowanie było zwykłym dogryzaniem ze strony Taylera, bo jeszcze w czasach szkolnych, kiedy wszyscy chwalili się swoimi wyczynami łóżkowymi, Declan był bardzo powściągliwy. Nie dlatego, że taki był z niego świętoszek – oj nie, nie zawsze umawiał się z dziewczynami, z którymi sypiał, ale wychodził z założenia, że to, co działo się w sypialni, było zwyczajnie sprawą jego i tej drugiej osoby. Zawsze, gdy ktoś próbował z niego coś wyciągnąć, odpowiadał, że się całowali i przytulali, pozostawiając przy tym całkiem szerokie pole do domysłów. Jak było widać, niewiele się w tej kwestii zmieniło. — Mattie, ja zbieram energię na później… Dawno się tyle nie nawciskałam i mój organizm odwykł od tego, że trawienie jest takie wymagające — zaśmiała się, teatralnie masując pośladek, jakby faktycznie uszczypnięcie ją zabolało. — Widzisz, Dec. Można powiedzieć, że buziaki i przytulasy od Tilly mam na wyłączność — uśmiechnęła się do przyjaciółki i wypiła prędko szot wody. — Uła, mocne. Dec zawsze stawiał sprawę jasno. Gdy już był w miejscu, gdzie mógł poznać jakąś dziewczynę, zawsze wprost informował o tym, że zaraz wyjedzie i że nie jest gościem, z którym można byłoby myśleć o czymkolwiek więcej. Jednak nie odmawiał sobie wspólnych poranków, tych chwil błogości, kiedy ciężkie po stosunku ciało leżało obok drugiego ciała, równie zmęczonego. Lubił, kiedy do pomieszczenia wpadało miękkie, ciepłe światło, a on mógł patrzeć na linie kobiecego ciała rysującego się pod pościelą, na gęsią skórkę na odsłoniętych przedramionach. Dla własnej przyjemności robił kawę dla dwóch osób, przygotowywał śniadanie, a później znikał, całe życie mając zapakowane w dwie sportowe torby i wojskowy plecak. Nigdy nie postrzegał kobiet, które wybierały bycie samemu, bo nie śmiał nazywać tego stanu samotnością, jako łatwych. Ludzie z natury przecież nie byli łatwi, więc jak można było sprowadzać człowieka do czegoś na kształt równania i stopniować jego dostępność do pewnych rzeczy? Poza tym sam w sobie seks był łatwy – nie ci, którzy go uprawiali. Skinął głową na jej odpowiedź. Ciekawiło go, oczywiście, że go ciekawiło, jakie warunki były spełnione w tej chwili. Czuł jej zainteresowane spojrzenie; sam rzadko wychodził z inicjatywą, trochę wciąż korzystając z karty całkiem przystojnego gościa, a trochę dlatego, że zwyczajnie nie był mistrzem podrywu. Lubił myśleć, że ma nieskomplikowaną naturę i jako prosty gość zwyczajnie nie rozumie tych amorycznych niuansów, a na ten moment nie potrzebował ich rozumieć. Kilka miesięcy temu stracił wszystko, co znajome, to, co wydawało mu się pewne i co w rzeczywistości przeciągał z braku lepszego pomysłu. Cara już od kilku lat ubezpieczała się sama, korzystając z części pieniędzy, które zostały im po sprzedaży domu babci i wyznaczeniu budżetu na jej studia. Od kilku lat mógł być w kraju, a jednak został, decydując się na oglądanie coraz większej ilości okrucieństwa, bo to było coś, co znał. Nie znał Nowego Jorku, w którym ma ponad trzydzieści lat, w którym nie ma jego rodziców i w którym jego siostra jest dorosłą kobietą. Nie znał nawet Declana, którym był w tym mieście.
OdpowiedzUsuńCzując dotyk kobiecej dłoni, zyskał pewność, że jej uwaga nie była jedynie jego płonną nadzieją. Nie zrzucił jej, ale też nie sięgnął, by spleść z nią palce, zamiast tego wygodnie opierając na niej rękę i przyklejając plecy do oparcia kanapy. Lekko przesunął nogę w jej stronę, tak by nie musiała do niej sięgać, i patrzył, co młoda kobieta zamierza zrobić dalej. Drgnął na początku pytania, ale nie zareagował bardziej, bo nie zostało ono wypowiedziane. Jeśli była ciekawa, musiała zapytać, bo on bez tego nie dzielił się swoimi przemyśleniami, szczególnie gdy dotyczyły one wojska. — Tak! Chodźmy! A ja może nawet sobie trochę potańczę! — stwierdziła zadowolona Tammy, której uwadze nie uszła ani ta dłoń, która wędrowała po nodze Declana, ani to, że mężczyzna zaczął zerkać na jej przyjaciółkę niczym zadowolony kot, który zaraz ma zacząć mruczeć, łasząc się o więcej. Cóż, albo amant stojący przy barze, albo dobra wymówka, by wrócić do domu – nie widziała innej opcji, a już była o tym przekonana, gdy razem z nieświadomymi niczego Caitlyn i Taylerem stanęła przed telewizorem. Rozbrzmiał wstęp do „Livin’ on a Prayer” Bon Joviego i Tammy była przekonana, że Declan właśnie nachylał się do ucha Tilly. — O co chciałaś spytać, co? — nie szeptał, bo było na to stanowczo zbyt głośno, ale przysunął twarz do twarzy Mathildy na tyle blisko, by móc zadać pytanie możliwie cicho, uprzednio odgarniając jej kosmyk włosów za ucho, do którego zbliżył się tak, że ciepłym oddechem muskał nie tylko wrażliwą małżowinę, ale też to czułe miejsce zaraz obok. Korzystając z okazji, zaciągnął się jej zapachem, ale nie jak ostatni zwyrol – dyskretnie, tak by nie była niczego świadoma, nie wiedząc jeszcze, czy przypadkiem właśnie nie przepadł dla tego zapachu. Przynajmniej na tę noc.
Usuńbardziej Declan niż Tamsin
Dopiero kiedy zadała mu pytanie o wyjazdy, a on zaczął w głowie układać odpowiedź, dotarło do niego, jak właściwie wyglądała jego codzienność. Praca zajmowała mu większą część doby, a co za tym idzie również życia, choć prawda była taka, że w dużej mierze sam sobie taki tryb narzucił, bo nikt nie zmuszał go do brania dodatkowych godzin. Pasowało mu to, więc jeśli wolny czas pozostawał w jego życiu czymś, co pojawiało się trochę przypadkiem, to na własne życzenie. Nie licząc oczywiście godzin, które w tygodniu poświęcał na siłownię, strzelnicę czy bieganie z Kodą, bo to akurat było stałym elementem jego rutyny i nawet nie traktował tego jako szczególnego sposobu spędzania wolnego czasu. Ale nie był wcale pracoholikiem. Po prostu miał dość duże zapotrzebowanie na adrenalinę, a praca potrafiła mu ją zapewnić, nawet jeśli po piętnastu latach służby nic nie robiło już na nim takiego wrażenia jak kiedyś. Dodatkowe godziny nie były dla niego żadnym poświęceniem, jeśli wypracowywał je z własnej woli, poza tym po tylu latach służby był już przyzwyczajony do takiego trybu życia, więc wolny czas nie był z drugiej strony czymś, czego rozpaczliwie potrzebował do swojego szczęścia. Odpowiadał mu taki układ. Nie czuł, żeby czegokolwiek mu brakowało, więc nie widział też powodu, żeby na siłę coś w nim zmieniać.
OdpowiedzUsuń— Do Oklahomy nie wracam, bo nie mam na razie po co — odpowiedział najpierw na ostatnie pytanie, bo sprawa była jasna. Miał tam starych znajomych, jakichś dalekich krewnych po matce i ojcu, ale nie przywiązywał się ani do ludzi ani do miejsc, więc nie czuł potrzeby wracania na stare śmieci tylko po to, żeby powspominać sobie dawne czasy, albo przejść się własnymi śladami sprzed lat. Nie tęsknił za Oklahomą, choć nie miał też do niej żadnego żalu. Była częścią jego przeszłości, do której mógł wrócić, kiedy naprawdę pojawiłby się ku temu powód, ale nie zostawił tam niczego, co wzywałoby go z powrotem. Na razie. Miał gdzieś z tyłu głowy kilka spraw, które wciąż pozostawały nierozwiązane, ale nie było to w ten czas nic istotnego. I była też wspomniana wcześniej ziemia, którą może kiedyś zechce sprzedać.
— Ale miasta miewam dosyć, dlatego lubię wyrwać się parę razy w miesiącu gdzieś dalej na jakiś bushcraft i robię to regularnie odkąd tu mieszkam, czyli od pięciu lat — dodał zaraz, bo na takie wypady w pobliskie góry czy lasy pisał się akurat często, a jego czworonożny przyjaciel był zachwycony, kiedy tylko mogli wyrwać się z miejskiego zgiełku i pobuszować w lesie, nocując przy tym w namiocie czy pod gołym niebem. Nie było to jednak nic tak spektakularnego, jak jej wyjazdy, a nie widział sensu chwalić się kilkoma dniami spędzonymi w szczerym lesie z samym sobą. Robił to dla siebie, bo to też dawało jakiś mały zastrzyk adrenaliny, ale przede wszystkim pozwalało wyciszyć głowę i na tym zależało mu wtedy szczególnie. Taki mały reset od codziennego chaosu, ale i od ludzi wokół.
— I oczywiście, że chcę sprawdzić, gdzie mieszkasz. Nie bez powodu zasugerowałem całe to odprowadzanie — odparł z zaczepnym uśmieszkiem, ruszając już w stronę wyjścia z parku. Zamiast siedmiu kilometrów z powrotem zrobią dziesięć. Nic wielkiego. — Może mi się ta wiedza przyda.
Spojrzał na Mathilde, poruszając brwiami, po czym zamienił chód w trucht. Koda biegł przed nim o krok z wywieszonym jęzorem i rozglądał się po otoczeniu. Alejki parku opustoszały po tych kilku strzałach, które odbiły się echem pomiędzy drzewami, więc jeśli mijali ludzi, to pojedynczych i takich, którzy szybkim krokiem przechodzili przez te bardziej zakrzaczone fragmenty. Lubił biegać, bo bieganie go odprężało, ale w tym mieście nie zawsze było to przyjemne, bo na głównych ulicach praktycznie przez całą dobę panował ruch. Na co dzień wybierał więc te boczne uliczki, gdzie tłumy były niewielkie, choć do mieszkania Mathilde to akurat ona dyktowała trasę, więc biegli z Kodą tam, gdzie prowadziła ich wybrana przez nią droga. Wieczór był chłodny, ale przyjemny do biegania, dlatego te trzy kilometry pokonali bez większego wysiłku i ani razu nie musieli się zatrzymywać.
Kiedy w końcu dotarli pod właściwą kamienicę, Brant uniósł głowę i spojrzał na rząd okien, próbując zgadnąć w myślach, które z nich należało do mieszkania Mathilde. Zaraz po tym pożegnali się krótko i ruszyli z Kodą w drogę powrotną. Do Astorii również wracali truchtem, choć tym razem po drodze zrobili kilka krótkich przystanków, głównie po to, żeby Koda mógł napić się wody, a kiedy dotarli do mieszkania, pies rozłożył się na chłodnych panelach między kuchnią a salonem i nie ruszył się nawet o centymetr, żeby zrobić domownikom swobodne przejście. Do rana mieli święty spokój.
UsuńPrzez kilka kolejnych dni Brant pracował tak jak zawsze, czyli brał swoje zmiany, dorzucał do nich dodatkowe godziny, kiedy miał na to ochotę, a poza służbą znajdował czas na treningi i bieganie z Kodą. Nic szczególnego nie wydarzyło się aż do piątku, kiedy Tate wybierała się na imprezę do Bembe razem z grupą znajomych. Mieszkanie na kilka godzin zostało wyłącznie do jego dyspozycji, ale nie miał żadnego szczególnego planu na ten wieczór i, jak się okazało, niewiele z tej okazji wykorzystał. Przez jakiś czas miał spokój, a później wpadł do niego Gabriel, z którym wypili po piwie i pogadali, zanim każdy wrócił do swoich spraw.
Miał zwyczaj czekać, aż Tate wróci do mieszkania, kiedy wychodziła wieczorem, ale nie dlatego, że był jakimś cholernie nadopiekuńczym bratem, tylko po prostu lubił mieć pewność, że wróciła cała i zdrowa, a jeśli nie zdrowa, to że przynajmniej nie obrzyga niczego w drodze do łóżka. Tym razem też nie zamierzał kłaść się wcześniej, szczególnie, że obiecała wrócić do trzeciej nad ranem, a on miał nazajutrz wolne. Tate była zresztą spokojną dziewczyną. Lubiła wychodzić ze znajomymi i dobrze się bawić, ale daleko jej było do robienia głupich czy brawurowych rzeczy. Była nieśmiała i miała w sobie sporo ostrożności, dlatego Brant nigdy nie musiał się martwić, że pewnego wieczoru postanowi nagle sprawdzić, jak daleko może posunąć się jej własna głupota. Jakiś czas temu poznała jednak nowych ludzi, więc umówili się właśnie w Bembe, a ponieważ on miał bardzo ograniczone zaufanie do ludzi, zwłaszcza nowych, to czuł się zobowiązany być w gotowości, gdyby nagle zadzwoniła. Taką mieli zasadę z siostrami, że jeśli któremuś z nich działo się coś niepokojącego, dzwonili do siebie bez zastanawiania. Nie zawsze działało to jednak tak, jak powinno, bo dziewczyny wiedziały, że Brant ma krótki lont do pewnych spraw i jeśli dowiedziałby się, że ktoś zrobił którejś z nich krzywdę, czy że próbował ją zrobić, albo nawet nie próbował, ale chociaż o tym pomyślał, to noc dla nikogo nie skończyłaby się dobrze. Z tego powodu czasami wolały najpierw spróbować poradzić sobie same, zanim ściągnęłyby go sobie na głowę. Wiele razy dowiadywał się o różnych akcjach po fakcie, za co też był na nie zły, ale chciał wierzyć, że gdyby naprawdę go potrzebowały, wtedy żadna nie zastanawiałby się choćby minuty, żeby go ściągnąć.
Wziął więc dłuższy, chłodniejszy prysznic, a przy okazji ogarnął się trochę przed lustrem, goląc zarost do swojej ulubionej długości. Kiedy się osuszył, wsunął na siebie jedynie lekkie spodenki z cienkiego syntetycznego materiału, bo w tym mieszkaniu było mu wiecznie za gorąco. W sypialni okno miał już otwarte, a gdy przeszedł do salonu, lekko uchylił też balkon. Wziął później służbową broń, usiadł na kanapie i rozłożył obok siebie wszystko, czego potrzebował do jej wyczyszczenia. To też robił regularnie. W pewnym momencie Koda podniósł łeb, a po chwili stanął na równe nogi i zaczął merdać ogonem, więc Brant rzucił okiem na zegarek. Dochodziła druga.
— No co, już ją wyczuwasz? — rzucił do psa, odkładając na moment lufę na stolik, żeby sięgnąć po welurową szmatkę i przetrzeć nią metalowe elementy broni. — Daj jej chociaż dojść do drzwi, zanim zaczniesz się cieszyć.
Brant Dawson
Doyle był przekonany, że ktokolwiek próbowałby się z nim związać, musiałby być przygotowany na przeprawę przez mękę i to bynajmniej nie wynikającą z jego złej woli, a raczej z pewnych przyzwyczajeń, które nabył jeszcze w trakcie czynnej służby, bo to, co teraz trzymało go w wojsku ciężko było nazwać faktyczną służbą. Mógł wstawać o której chciał, byle wyrobić się do pracy, a i tak budził się w okolicach szóstej rano, składał łóżko i szedł zaparzyć kawę. Był niewolnikiem własnych przyzwyczajeń od zawsze, już jako nastolatek trzymając się utartych szlaków zachowań, które stanowiły o jego komforcie, gdy pozostawały niezaburzone. Nie był furiatem, który wytrącony z rutyny wpadał we wściekłość, czy głębokie niezadowolenie, ale gdy przed dłuższy czas wyrwany był z jakichkolwiek schematów, zwyczajnie gubił rezon. Dlatego nie starał się nigdy o dodatkowe przepustki, nie próbował też za wszelką przedłużyć urlopów między kontraktami.
OdpowiedzUsuńWidząc zmianę, jaka w moment zaszła w kobiecie, nie odsunął się zbyt daleko, ale na te kilkanaście centymetrów, które zdawało się wypadać utrzymać. Po zaczepnym półuśmiechu nie pozostał nawet ślad, bo pytanie, które mu zadała, ani trochę mu się nie podobało. Zmierzył ją spojrzeniem, ograniczając się właściwie tylko do jej twarzy, najbardziej koncentrując się na oczach. Ważył, czy ma siłę na taką rozmowę, szczególnie dzisiaj – gdzie było miło, lekko i zwyczajnie sympatycznie, jednocześnie zastanawiając się, czy zwyczajnie nie powinien wstać i wyjść, nie udzielając Tilly żadnej odpowiedzi. Już dawno nauczył się, że nie ma obowiązku tłumaczyć się komukolwiek z czegokolwiek, a nowo poznanej, młodej kobiecie tym bardziej nie był tego winien.
— Łatwo tak, nie? Sprowadzić zawód do jednej czynności, która jest ostatecznością, której nikt nie chce… — stwierdził, obracając w dłoni kieliszek i to na niego przenosząc całą swoją uwagę. Wyraźnie spochmurniał, chociaż nie nad samą odpowiedzią się zastanawiał a nad tym, czy jej właściwie udzielać. Sam był ciekaw, jakie pytanie chodziło Tilly po głowie, ale nie mógł przecież znać jego dokładnej treści, zanim się nim nie podzieliła. — Zadajesz to pytanie policjantom? Albo strażnikom więziennym? Albo lekarzom, którzy spieprzyli swoją robotę? — pytanie było odważne i Declan podejrzewał, że sama Mattie taka była, ale odpowiedź na nie była trudna. Nie unikał odpowiedzenia wprost, tylko wprost nie dało się odpowiedzieć. I trudno było odpowiedzieć bez odsłaniania się, więc Declan westchnął tylko ciężko i potarł się dłonią po brodzie, tą, która wcześniej dotykała Tilly.
— Pewnie tak, jak ci się wydaje. Tak jest — stwierdził i powędrował spojrzeniem w stronę parkietu.
— Pewnie zaraz się to zemści — stwierdził, ale nie sięgnął po następnego szota, a po butelkę wody, bo to nie na kolorowego shota miał teraz ochotę. Muzycy bawili się na parkiecie tak, jakby była to ich prywatna scena i chociaż żaden z nich nie miał wybitnego głosu, to nie można było powiedzieć, że fałszują. Tamsin wydawała się być we własnym świecie, Caitlyn i Tayler śpiewali wyraźnie skupiając się na sobie wzajemnie, a piosenka nieuchronnie zmierzała ku końcowi.
— Baw się dobrze — mruknął, odprowadzając ją spojrzeniem.
Od stolika wstał dopiero, gdy wrócili do niego Caitlyn i Tayler i mogli przypilnować dziewczyn, które wyraźnie były zadowolone ze swojego towarzystwa do tego stopnia, że nikt inny nie był im potrzebny.
Podszedł do baru i zamówił whisky na lodzie, nic tak fikuśnego jak tęczowe shoty, ale za to coś, po co sięgał najczęściej. Oparty plecami o par, korzystając z tego, że nie ma obok niego nikogo znajomego, bezpardonowo wlepił spojrzenie w tańczące dziewczyny. Właściwie to w jedną, która nie brała jeńców w rozmowie.
Declan Doyle
Samo pytanie pewnie nie zadziałałoby na niego tak, a nie inaczej, gdyby zostało zadane w inny sposób i w innych okolicznościach. Może też w innym czasie? Nie teraz, kiedy wciąż miał wrażenie, jakby odgrywał jakąś rolę, do której nikt nie dał mu cholernego scenariusza, a wszyscy inni aktorzy doskonale znali swoje kwestie. Sposób każdy miał swój i bezpośredniość dziewczyny nie była dla niego czymś obcym, z czym nigdy się nie spotkał, ale za dużo miał za sobą rozmów, gdy był stawiany w roli swojego rodzaju oprawcy uciemiężonych, gdzie z jego perspektywy i doświadczenia, też tego, czym zajmował się w armii, sytuacja zwyczajnie tak nie wyglądała. A on sam miał za dużo samokontroli, by móc pozwolić sobie w ten sposób myśleć – to mogłoby skończyć się zwykłym obłędem.
OdpowiedzUsuńPo co więc Tilly sformułowała pytanie w sposób, który dobrze wiedziała, w jaki sposób wybrzmi? Jakiej odpowiedzi się spodziewała? Prostego dobrze, albo źle? Czy długiego wywodu, do którego atmosfera w barze nijak nie sprzyjała? Może dał się jej podpuścić, podejść w zasadzie jak dziecko, ale to, co sprawiało Mathildzie przyjemność, prowokowanie i czekanie na efekt, jemu samemu wcale nie sprawiało frajdy. Czy nie chodziło o to, by obie osoby cieszyły się rozmową? A jeśli już rozdrapywały tematy, które leżały nacodzień zakopane, ukryte przed ciekawskim spojrzeniem, ale nie tylko po to, by się nimi nie dzielić, ale dla samego komfortu osoby, której te dotyczyły, to czy nie powinno to być w pewnego rodzaju zaufaniu, którego nie mogli względem siebie jeszcze mieć? Declan ledwo znał Tilly, właściwie, to prócz imienia, tego, że była koleżanką Tamsin i że pracowała jako pielęgniarka, jedyne, co o niej na ten moment wiedział, to że lubiła prowokować, dość samolubnie najwyraźniej dobrze się przy tym bawiąc, zapominając o tej drugiej stronie, która właśnie czuła, jak lekki humor z niej ulatuje.
To nie męskie ego się unosiło, a fakt, że Declan nie był z kamienia, tak, jak z kamienia nie byli jego koledzy z armii.
Mógłby jej odpowiedzieć używając wyuczonej, pompatyczno-patriotycznej gadki, którą każdy z żołnierzy miał przygotowaną po tym, jak pierwszy raz ktokolwiek zadał mu takie pytanie. Mógłby opowiedzięć o tym, jak chroni Amerykę, chociaż nikt jej przecież nie atakował, albo o tym, że to wszystko w imię wolności. Problem polegał na tym, że sam w to nie wierzył, tak jak większość jego współpracowników i miał głupie szczęście w swoich przydziałach, bo był w stanie dostrzec w nich sens, który pozwalał zasypiać spokojnie.
Nic nie powiedział. Nie wspomniał o strzelaninach z udziałem policji, o karach śmierci wykonywanych w innych stanach, o tym, że błędy lekarskie były znacznie częstsze, niż wskazywały na to statystyki – chociaż z tym nie miał zamiaru się kłócić, bo Tilly wiedziała o tym z całą pewnością lepiej od niego.
Tamsin bawiła się świetnie, równie świetnie bawiąc, gdy Tilly zeszła z parkietu, a do niej samej podszedł mężczyzna, który kilkanaście minut wcześniej przyglądał jej się niemal z tego samego miejsca, w którym stał teraz Declan. Zamiast jednak zgodzić się z nim zatańczyć, przyłączyła się do Caitlyn i Taylera, wcześniej zamawiając szklankę soku. Po wcześniejszym zmęczeniu nie było śladu, ale Tamsin nie miała zamiaru pić tego wieczora więcej – już i tak kręciło jej się w głowie, po za tym, czuła, że Tilly wypiła więcej od niej, albo mocniej na nią to zadziałało i będąc dobrą przyjaciółką, postanowiła zwyczajnie zerkać na nią co jakiś czas. Ot, pilnować, coby żadna krzywda jej się nie stała.
Uśmiechnął się nieco szerzej, widząc rumieńce na policzkach Tilly, która wyglądała dosłownie kilkanaście lat młodziej, niż wiek, który przypuszczał Tayler, kiedy wspominał, że Tammy przyjdzie z koleżanką.
Dąsać przestał się już dawno, widząc całą tą energię, którą Mattie dosłownie wręcz tryskała, skacząc do rytmu z Tammy, czy wydurniając się z nią w ten, czy inny sposób. Uważnie obserwował jej ruchu, dość szybko uświadamiając sobie, że Tilly była pijana. Nie wiedział jeszcze jak bardzo, ale domyślał się, że bardziej niż mniej, a pewien był w momencie, kiedy poczuł drobną dłoń na swoim pośladku.
Usuń— Bardziej łobuziary, niż wariatki, ale faktycznie… Dawno nie miałem przyjemności — zauważył z lekko uniesionym kącikiem ust i odstawił szklankę na barze, nawet na chwilę nie spuszczając z niej bacznego spojrzenia. Oparł dłoń najpierw na jej biodrze, by następnie powędrować nią na lędźwia i tam się zatrzymać, palcem odnajdując miejsce między koszulką a spódnicą, gdzie mógł poczuć miękką, gładką skórę.
— Tilly, czy ty właśnie sugerujesz, że miałbym cię przelecieć w parku? — spytał zaczepnie, patrząc na nią z rozbawieniem, drugą ręką, tą, która do tej pory pozostawała wolna, lekko ją do siebie przyciągając. Pochylił się nieznacznie w jej stronę, wyraźnie nad nią górując sylwetką, swoją twarz zbliżając do jej tak blisko, że niemal stykali się nosami. — Możemy zrobić tak… Jak Tamsin się jeszcze trochę zmęczy, odstawimy ją do dom, a potem… Kto wie, może znajdziemy przyjazny skwerek, hm?
Declan Doyle
Zdążył odłożyć szmatkę i zabrać się za składanie broni, kiedy zza drzwi dobiegł go maleńki harmider. Zmarszczył lekko brwi, bo przez moment wydawało mu się, że słyszy kogoś jeszcze oprócz Tate, ale Koda już kręcił się podekscytowany pod drzwiami, skutecznie utrudniając mu rozeznanie w sytuacji, a chwilę później szczęknął zamek i drzwi zaczęły się otwierać. Ich niewielkie mieszkanie było urządzone tak, że od drzwi wejściowych wchodziło się wprost do salonu połączonego z aneksem kuchennym, a ponieważ nie było tam choćby kawałka przedpokoju ani ściany, za którą można byłoby zniknąć na kilka sekund, to wystarczyło przekroczyć próg, żeby od razu znaleźć się w samym centrum ich domowego życia. Nie było tu klasycznego stołu, bo jego funkcję pełniła niewielka wyspa kuchenna z hokerami, przy której zwykle jedli posiłki. Z salonu było również wyjście na nieduży balkonik, wystarczający, żeby wieczorem usiąść sobie na chwilę z kawą i popatrzeć na Hell Gate Bridge, którym co jakiś czas pędziły pociągi, czy na błyszczący w oddali Manhattan. Ewentualnie wyjść na dach. Po bokach salonu znajdowały się dwie sypialnie. Ta należąca do Branta miała własną łazienkę, natomiast druga znajdowała się przy sypialni Tate i do niej prowadziły dodatkowe drzwi z salonu, więc służyła ona także gościom. Dlatego, gdy dziewczyny weszły do środka, jego spojrzenie od razu spoczęło na ich sylwetkach i może nie byłby nawet jakoś szczególnie zaskoczony, bo Tate często gościła tu swoje koleżanki, gdyby nie to, że zobaczył tam Mathilde. Z początku był przekonany, że coś mu się konkretnie przewidziało, ale kiedy zdjęła martensy, ominęła psa i weszła głębiej, dotarło do niego, że nawet przypadkowe nawdychanie się oparów po czyszczeniu broni nie tłumaczyłoby takiego odklejenia. Patrzył więc na nią z uniesionymi brwiami i dwoma elementami, które trzymał nieruchomo w palcach, gdy zmierzała, jak się okazało do łazienki, a kiedy się zatrzymała i zwróciła do niego, obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głów. Zniknęła zaraz za drzwiami toalety, więc wrócił powoli spojrzeniem do Tate, nawet nie kryjąc zaskoczenia na swojej twarzy, a kiedy zobaczył, jak nieporadnie próbuje się rozebrać, odłożył trzymany w dłoniach zamek i szkielet broni na stolik, po czym od razu podniósł się z kanapy i ruszył w stronę siostry, żeby nie zdążyła przewrócić się o własne nogi. I o Kodę, który domagał się swojej dawki powitalnych pieszczot.
OdpowiedzUsuń— Nie wspominałaś, że kogoś przyprowadzisz — zauważył, sięgając do jej płaszcza. Ściągnął go z jej ramion i rzucił na razie na kuchenny hoker. — Co się stało z twoją nową paczką? — zapytał. — Nie mieliście spędzić razem wieczoru?
— Spędzaliśmy — przyznała, zsuwając torebkę z ramienia i przytrzymując się ściany. — Ale trochę się pozmieniało.
— Widzę. Pytam, dlaczego wróciłaś z nią, a nie z nimi.
Tate rzuciła mu krótkie spojrzenie, po czym wzruszyła ramionami, jakby nie było w tym niczego szczególnie interesującego.
— Bo nie chciałam wracać sama — rzuciła, nachylając się do swoich butów, ale zanim sięgnęła do sznurówek, Brant kucnął przed nią i pomógł jej uporać się z ich zdjęciem.
— Dlaczego miałabyś wracać sama?
— Bo oni chcieli jeszcze zostać, a ja miałam już dosyć.
— I wtedy przypadkiem spotkałaś ją?
— Mniej więcej.
Przyjrzał jej się uważniej. Tate unikała jego wzroku, a to, w połączeniu z wyjątkowo oszczędnymi odpowiedziami, zaczynało mu się coraz mniej podobać. Odstawił na bok jej buty i podniósł się do pionu.
Usuń— Tate.
— Co?
— Nie rób ze mnie idioty. Zapytałem, co się stało.
— Nic się nie stało. Po prostu nie miałam ochoty siedzieć tam do rana. Ona też wracała, więc pomyślałam, że możemy wrócić razem.
Na jego twarzy pojawił się powątpiewający uśmiech.
— Przecież ona mieszka w zupełnie innej części miasta.
Tate zamilkła na ułamek sekundy, nie spodziewając się, że akurat ten szczegół zwróci jego uwagę.
— No i co z tego?
— To z tego, że próbujesz mi wmówić, że wróciłaś z nią, bo akurat miała po drodze, a ja doskonale wiem, że jej wcale nie było tutaj po drodze. Więc spróbuj jeszcze raz.
— Brant, naprawdę nie rozumiem, dlaczego robisz z tego taki problem.
— A ja nie rozumiem, dlaczego tak bardzo starasz się uniknąć odpowiedzi na proste pytanie.
Tate westchnęła ciężko i spróbowała przejść do swojej sypialni, ale Brant wyprostował rękę i oparł ją o ścianę, blokując jej przejście. Gdy to zrobił, ona przeskoczyła z drugiej strony, złapała już za klamkę drzwi i lekko je uchyliła, ale Brant zaraz zamknął je z trzaskiem. Koda siedział z boku, machał ogonem i patrzył na nich z postawionymi uszami.
— Nie staram się niczego unikać — odparła, przewracając oczami i splotła ręce na wysokości piersi, patrząc w jakiś punkt na ścianie.
— W takim razie odpowiedz mi na jedno pytanie. Dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie?
Tym razem spojrzała na niego od razu.
— Co?
— Słyszałaś. Skoro nie chciałaś wracać sama, dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie? Przyjechałbym po ciebie i nie musiałabyś organizować sobie eskorty z kimś, kogo nawet dobrze nie znasz.
— Nie chciałam zawracać ci głowy.
Brant pokręcił głową, a na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.
— Zawracać mi głowy? Tate, jest środek nocy, do cholery. Gdybyś zadzwoniła, przyjechałbym bez zadawania pytań. A przynajmniej bez tych wszystkich, które muszę zadawać teraz, bo nie zamierzasz mi powiedzieć, co się wydarzyło.
— Po prostu nie chciałam robić zamieszania — stwierdziła. — A ty na pewno zrobiłbyś z tego większą sprawę, niż jest. Wróciłam cała i zdrowa, nie ma o co robić szumu, Brant. Idę spać.
Otworzył usta, żeby coś odpowiedzieć, jednak ostatecznie tylko wypuścił powietrze nosem i pokręcił głową z niezadowoleniem, a w tej samej chwili otworzyły się drzwi łazienki. Odwrócił głowę w tamtą stronę, przenosząc wzrok na Mathilde, a Tate wykorzystała tę krótką chwilę nieuwagi. Przemknęła obok niego, wskoczyła do łazienki i nawet się nie zatrzymując, przebiegła przez nią do drugich drzwi, prowadzących bezpośrednio do jej sypialni. Brant już nabierał powietrza, żeby rzucić za nią, żeby sobie przypadkiem głowy nie rozbiła w tym pijackim pędzie, ale dał sobie spokój. Nie miało to najmniejszego sensu, podobnie jak ciągnięcie tej rozmowy. Wrócą do tego jutro.
— Pielęgniareczko? — zwrócił się do Mathilde, bo jej też nie zamierzał dać stąd wyjść zupełnie bez słowa. — Co masz z tym wspólnego poza tym, że odstawiłaś ją pod drzwi? — Oparł ręce na swoich biodrach. Oczywiście, że coś miała, nie wątpił w to wcale, bo doskonale wiedział, kto był w gronie dzisiejszych znajomych Tate i na pewno nie było tam Mathilde. One mogły poznać się w trakcie, nie wykluczał wcale takiej opcji, ale umowa była prosta – Tate wychodziła z paczką i z paczką miała wrócić. Nie z kimś, kogo spotkała po drodze, a już na pewno nie w okolicznościach, które zmuszały ją do unikania odpowiedzi na każde zadane pytanie. Gdyby nie była jego siostrą, może nie domyśliłby się, że coś ukrywa, ale był przy niej od pieluch i wiedział o niej więcej, niż ona sama o sobie.
UsuńBrant Dawson
Faktycznie, Declan mógłby spróbować też dopiec jej w jakiś sposób, ale takie zachowanie niekoniecznie leżało w jego naturze. Nie szukał uciechy w dogryzaniu komukolwiek, z reguły będąc raczej spokojnym i trochę wycofanym, postawionym jeszcze w liceum wśród tych fajnych, głównie dlatego, że był całkiem przystojny i dobrze grał. Czy z tego korzystał? Oczywiście, że tak, ale nigdy nie potrzebował prowokować, bo nie czuł z tego satysfakcji. Uniósł się, bo nie był przyzwyczajony do takiej bezpośredniości, a wszelkie jego wcześniejsze doświadczenia z nią związane, kończyły się na wielkich słowach małych ludzi, którzy nie mieli pojęcia o służbie.
OdpowiedzUsuńGdyby zdecydował się odpowiedzieć, dostałaby dokładnie to, czego oczekiwała. Nie był mafijnym capo, który wykonywał wyroki; nie należał do plutonu egzekucyjnego i istniała spora szansa, że przestanie być w armii, gdy ten ponownie “zaistnieje”. Nie był ślepo zapatrzonym patriotą, bo to nie czysty patriotyzm pchnął go w stronę armii, a silnie ograniczone możliwości wymagana szybkość działania, która w tamtym momencie wydawała się największym priorytetem. Nie szukał jednak w służbie niczego górnolotnego, nie dodawał sensu tam, gdzie nie było na niego miejsca, nie należał też do jednostek, które w białych rękawiczkach zrzucały na ludzi śmiercionośne ładunki, często zastanawiając się, jak Ci, którzy siedzieli w ciepłej, miłej bazie pod Las Vegas, byli w stanie patrzeć na siebie w lustrze. Wracać po zmianie do czystych domów, dzieci, żon i normalnie funkcjonować. Z drugiej strony, ci sami ludzie, którzy byli odpowiedzialni za największą ilość śmierci cywilów, nie raz uratowali Doylowi i jego oddziałowi skórę, więc nawet ich praca nie mogła być postrzegana w sposób zero-jedynkowy, przynajmniej z perspektywy samego Declana. Odbijanie się od różnych odcieni szarości, zbliżonych do siebie tak, że często niemal identycznych, bywało zwyczajnie męczące.
Mattie była trochę pijana, on w zasadzie też, więc postanowił zwalić tą średnio przyjemną wymianę zdań na karb dodatkowych procentów we krwi, może jakiegoś nieporozumienia, wynikającego z tego, że byli dla siebie właściwie obcymi ludźmi. W dodatku po kilku głębszych, chociaż patrząc na błyszczące oczy Mattie zyskał pewność, że z tej dwójki jest on znacznie bardziej trzeźwy.
Nie pocałował jej, chociaż miał na to przez chwilę ochotę, gdy poczuł słodkawy zapach whisky, jej perfum i ciepło warg, znajdujących się tuż obok jego. Zamiast tego trącił tylko jej nos swoim, gestem tym upominając samego siebie, że na cokolwiek miał teraz ochotę, należało to przełożyć na później.
— Oczywiście. Ja będę milczeć, jak ty będziesz milczeć. To będzie nasz sekret — odpowiedział, nie ukrywając rozbawienia, które w jego raczej skąpej mimice objawiało się przez ledwo podniesione kąciki ust i oczy zmrużone tak, jakby trochę raziło go słońce.
Nie był pewien, czy sekret nie ulegnie szeregowi zmian, bo patrząc na Tilly zastanawiał się, czy przypadkiem nie jest pijana za bardzo. Była ładna, zgrabna i wyraźnie chętna na nocne harce, a jednak z pewnego rodzaju zadowoleniem przyjął fakt, że spodobał jej się jego plan. Wyszedł ze znajomymi, domyślał się, ża Taylor już zauważył go z Tilly przy barze i będzie musiał znosić jego dogryzania przy najbliższej okazji, ale to był mały problem. Męczący, ale mały, bo wszyscy byli dorośli, on i Tilly, jak przynajmniej podejrzewał, nie byli w związkach, więc nikomu nie działa się żadna krzywda. A Tamsin już raz stąd odwoził, bo chociaż niespecjalnie było mu po drodze, to i tak miał bliżej niż Tayler i Caitlyn, a nie widziało mu się puszczanie pijanej dziewczyny samej w nocy. Czy wątpił, że umiałaby o siebie sama zadbać? Raczej nie, bo na ostatnim spotkaniu chwaliła się, co Tilly doradziła jej, żeby zawsze miała przy sobie, przez co Tamsin wydawała się dosłownie uzbrojona w narzędzia do samoobrony, nie mówiąc o tym, że próbowała pokazywać chwyty, które Mattie jej kiedyś pokazała.
Wyjątkowo nieudolnie, bo nie pamiętała połowy ruchów, ale dużego plusa zdobyła za same starania. Nie mówiąc o tym, że już wtedy był ciekaw tej Tilly , o której opowiadała, jedynie utwierdzając się w przekonaniu, że ta Tilly, faktycznie jest ciekawa.
UsuńTamsin domyślała się, że to nie będzie całkowicie babski wieczór. Nie tylko mieszana ekipa znajomych się do tego przyczyniła, ale tak, jak Tilly lubiła mężczyzn wykorzystywać do własnych celi, tak Tamsin lubiła być adorowana. Trochę niewinnego flirtu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a teraz, kiedy słuchał makaronu nawijanego jej na uszy, wiedząc jednocześnie, że nie ma opcji, by wylądowała dzisiaj w cudzym łóżku, czy wpuściła do swojego jakiegoś faceta, bawiła się tym lepiej, karmiąc swoje ego. Oczywiście, że zauważyła Tilly i Declana, ale wcale jej ten widok nie zaskoczył. Znała przyjaciółkę, a i Deca zdążyła poznać na tyle, by przeczuwać już od wejścia, że ta dwójka przypadnie sobie w jakiś sposób do gustu. Przynajmniej na ten wieczór.
— Chcę — skinął głową, ani trochę konwenansami się nie przejmując, chwytając ją za dłoń. Pozwolił się zaprowadzić w stronę parkietu, samemu w rytm muzyki poruszając się lekko, z leniwą swobodą. Muzyka była wolna, gesty więc były minimalne, cały ruch skupiając w zasadzie na utrzymaniu kontaktu wzrokowego z Tilly, który przerwał dopiero, gdy przyciągnął jej rękę do siebie, opierając ją sobie na ramieniu, uprzednio muskając wargami jej wierzch. Nie stykali się ciałami, nie próbował jej zagarnąć, przyciągnąć do siebie całej, tylko pozwolił, by poruszali się ze sobą w rytmie, w pewnego rodzaju lustrzanym transie, podczas którego powrócił do jej twarzy, jedną dłoń opierając na jej talii, drugą poruszając do śpiewanej melodii.
Declan Doyle
Każdy był inny i chociaż był to powszechnie znany truizm, to kilkunastoletnia Tamsin w życiu by nie pomyślała, że będzie miała takich, a nie innych przyjaciół w dorosłym życiu. W okresie nastoletnim nie znała niemal nikogo, kto nie byłby związany w jakiś sposób z muzyką, bo tylko w takim otoczeniu się kręciła. Pojedyncze osoby, które nie należały do tego świata stanowiły niemal egzotyczny dodatek w jej egzystencji, a jednak w tej chwili, to nie z muzykami trzymała się najbliżej. Nie wynikało to z jakichkolwiek uprzedzeń względem swojej grupy zawodowej, ale raczej z ogromnej przyjemności, jaką Tamsin czerpała z zadawaniem się z ludźmi, dla których kawałek drewna, czy metalu nie był całym światem, i których perspektywa była inna, niż ta, która zamykała się w futerale i pulpicie. Tayler i Caitlyn byli jednymi z nielicznych znajomych z którymi spotykała się poza pracą, ale było to też spowodowane tym, że sami również szerokie grono swoich przyjaciół mieli spoza kręgu. Można więc powiedzieć, że ciągnie swój do swego i pomimo wszelkich różnic, tych między nią a Tilly, miały wystarczająco dużo miejsc styku, by można było mówić, że dobrze się dobrały. Potencjalna przeprowadzka Mathildy byłaby dla Tamsin dość dużym ciosem, ale Passalis wierzyła, że odległość jest tylko barierą do pokonania – mogły się przecież odwiedzać, a sama Tammy miała o tyle wygodną sytuację zawodową, że zawsze mogła znaleźć coś w Europie i posiedzieć w jakimś miejscu, przy projekcie, nawet przez kilka miesięcy. Mogła też zwyczajnie wybrać się na kilka tygodni wakacji, żeby odwiedzić Mattie, jeśli nie mogłaby już wytrzymać z tęsknoty.
OdpowiedzUsuńDla Declana sprawa była dość oczywista. Przyszły razem, więc pewnie miały zamiar razem wyjść, a on nie chciał w tym przeszkadzać. Nie znał “kobiecych kodeksów”, jeśli takowe kiedykolwiek istniały, ale mając siostrę, która swoimi poglądami w dużym stopniu przypominała Tilly, podejrzewał, że tak jak i siostra, Mattie zwyczajnie nie zostawi Passalis samej. I dobrze. Ludzie powinni byli brać za siebie wzajemnie odpowiedzialność, kiedy byli sobie bliscy.
Gdyby Tilly faktycznie postanowiła iść przez miasto, prawdopodobnie szedłby z nią. Nie z braku wiary, że sobie nie poradzi, bo przecież radziła sobie przed jego poznaniem i będzie radzić po nim, ale dla własnego, samolubnego spokoju ducha, że nic się jej po drodze nie stało, bo Nowy Jork nocą potrafił być bardzo niebezpiecznym miejscem, nawet w dobrych dzielnicach.
W przypadku Declana, bezpośredniość Mathildy była dosłownie wskazana, jeśli faktycznie była nim zainteresowana, bo należał nie tyle, co do ślepych, co do tych, którzy raczej nie wychodzą z inicjatywą. Nie doszukiwał się też nigdy zainteresowania tam, gdzie go nie było, bo nie czuł takiej potrzeby – nigdy też nie należał do tych, którzy by się komuś narzucali, uważając takie zachowanie za zwyczajnie żałosne. Na pytanie, które właśnie z tej bezpośredniości wynikało, niechętnie, ale odpowiedziałby Mathildzie, gdyby znali się trochę lepiej, może gdyby był bardziej pijany, albo nie założył sobie, że dzisiaj chce się dobrze bawić, a rozmowy o śmierci i zabijaniu, wcale go nie bawiły.
Wstrzymał na chwilę oddech, gdy zaczęła prowokacyjnie, bezwstydnie się o niego ocierać, ale dość szybko wypuścił powietrze i sapnął z zadowoleniem, jedną z dłoni, w której trzymał jej własną, kierując na brzuch. Nie pozostając biernym na jej ruchy, dołączył do tego tańca, wciąż zachowując jednak powściągliwość w wyrazie, bo nadal byli w miejscu publicznym, a to, że coraz mniej miał ochotę tu być, to była inna inszość.
— Na wzw b i różyczkę jestem zaszczepiony, na resztę systematycznie badany. Wszy miałem trzy lata temu, bo jakiś kretyn przyniósł je do koszar — odpowiedział, nachylając się do niej z pewnego rodzaju rozbawieniem, ale też zrozumieniem. Była pielęgniarką, oglądała cały ten syf na co dzień i nie mógł jej winić za to, że była ostrożna i miała rację – jego koledzy i koleżanki, bardzo często przez swoją głupotę i brak ostrożności, lubili wrócić z dodatkowym bagażem, który potrafił zmienić ich życie nawet bardziej, niż sama armia.
UsuńTak, jak Tilly zerkała na Tamsin, tak i Declan co jakiś czas zerkał w tamtą stronę, ale na ten moment nie widział, by działo się cokolwiek, co mogłoby wzbudzać obawy. Kątem oka błądził też w kierunku stolika, przy którym siedzieli Tayler i Caitlyn, wyraźnie zajęci w tej chwili sobą.
Zaśmiał się krótko, słysząc uwagę o ciągnięciu za włosy, reagując też na to ugryzienie, lekkie i zaczepne. Tilly niczego nie pozostawiała przypadkowi, a to było przyjemnym powiewem świeżości, gdy znaczna większość kobiet, z którymi się do tej pory spotykał, nie dość, że wymagała od niego pełnej inicjatywy, to oczekiwała, że będzie się domyślać. A on wolał jasno postawione granice, wymagania i komunikację, bo seks był przecież czymś, w czym uczestniczyło dwoje ludzi.
Puścił jej dłonie, gdy tylko zaczęła się obracać, wygodnie obejmując ją na wysokości lędźwi, splatając tam palce.
— Ja też nie lubię bicia, poniżania, ani duszenia. Nie mam też zamiaru przyczynić się do sprowadzenia na ten świat następnego człowieka, więc też jestem zwolennikiem zabezpieczenia. Lubię za to, jasne komunikaty… — uśmiechnął się do niej zaczepnie i nachylił do jej ucha, przyciągając ją do siebie tak, by znalazła się możliwie blisko i poczuła, jak na niego działa, bo całe szczęście nie było tego jeszcze ordynarnie widać gołym okiem. — Jak mam cie…. — pieprzyć chciał powiedzieć, ale zatrzymał się przed tym słowem widząc Tamsin, która wyraźnie zrzucała z siebie ręce mężczyzny z którym do tej pory tańczyła.
Odsunął się od Tilly, przy Passalis znalazł się dosłownie w kilku krokach, w moment znajdując się między nią a mężczyzną, wcześniej lustrując ją szybkim spojrzeniem, czy nic jej nie było. Nie była przestraszona, tylko wściekła i Declan przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie zostawić jej nawtykania facetowi, który wyraźnie przekroczył granicę i najwyraźniej niespecjalnie przejmował się wskazaniem jej istnienia.
— Co jest ku… — zaczął niedoszły alvaro, gdy Dec popchnął go w pierś dłonią. Lekko, bardziej, by dać mu znać, żeby się oddalił, niż zaczynał jakąkolwiek kłótnie.
— Spadaj, koleżanka nie chce już tobą tańczyć — powiedział chłodno Doyle, swoim ciałem dosłownie Tamsin zasłaniając, chociaż ta wyglądała zza jakiego pleców, poczerwieniała ze złości.
— Jak mówię nie, to znaczy nie, ty fiucie! — krzyknęła Passalis a Dec, święcie przekonany, że ta zaraz rzuci się do mężczyzny z pięściami, odruchowo wyciągnął rękę tak, by ją przed tym ewentualnym zamiarem powstrzymać.
— Pojebana jesteś! Najpierw się ocie…
— Lepiej zamknij mordę, weź grzecznie kurtkę i stąd spiepr…
— Bo chuj mi zrobisz? — uśmiechnął się kpiąco mężczyzna, ale Dec nie dał się sprowokować. Znał takich, jak on. Mocny w gębie, słaby w ciosach, ale za dużo było świadków, żeby mógł pozwolić sobie na obicie mu mordy, chociaż pięść go aż świerzbiła do zadania ciosu. To był jeden z tych momentów, gdy cholernie żałował, że jest żołnierzem, który ma narzędzia i umiejętności, a jednak nie może ich wykorzystać na takim kretynie, bo to oznaczałoby znacznie poważniejsze konsekwencje, niż jego złamany nos.
Zamiast pięści, popchnął go z całych sił – szybko i mocno, tak, by poczuł, że chociaż Dec był w miarę szczupłej budowy, to pod luźnym t-shirtem znajdowały się mięśnie, których użycia oblech powinien był się obawiać.
— Wypierdalaj — warknął Declan, dłonią wskazując na drzwi, w których już pojawił się ochroniarz, gotowy do interwencji. — Już! — adorator pożal-się-boże zmierzył Declana spojrzeniem i chyba zamierzał splunąć Declanowi na nogi, ale zanim zdążył to zrobić, Dec szybko chwycił go za rękę w żelaznym uścisku, wykręcił ją mocno tak, że mężczyzna stał obrócony do niego plecami. Drugą ręką założył hak na jego szyi i tak unieruchomionego wręcz rzucił pod nogi ochronie, specjalnie podstawiając mu nogę.
Usuń— Ty łajzo! — krzyknął mężczyzna, kiedy ochroniarz chwycił go za ramię i doprowadził do wyjściowych drzwi.
Declan zacisnął dłonie kilka razy w pięść, oddychając głośno przez nos, próbując uspokoić oddech, który przyspieszył na skutek działania adrenaliny, ale też czystej złości.
— Poradziłabym sobie! — wypaliła z pretensją Tamsin, podchodząc do Doyla. — Na chuj się wtrącałeś?!
— Pewnie, że byś sobie poradziła, ale po co? Ten kretyn nie był wart twojego radzenia. Zostaw to na innych dupków — odpowiedział ostro Declan.
— Stary, aż dziw, że mu nie przyłożyłeś — stwierdził Tayler, kładąc przyjacielowi rękę na ramieniu. Dawny Declan prawdopodobnie by tak postąpił – uderzył, pozwolił, by emocje wzięły nad nim górę, a cała sytuacja eskalowała. Ale Dec widział za dużo zbędnej przemocy, by się temu tak łatwo poddać. Przesunął ręką po twarzy, zatrzymując ją tam na chwilę dłużej i sapnął głośno.
— Zbieramy się? — spytał, spojrzenie kierując w stronę Tilly, o Tamsin ledwo nim zahaczając.
Declan Doyle
Na szczęście specem od niezdrowych zachowań nie może być ktoś, kto tych zachowań niezdrowych przejawia równie wiele, a czyjaś osobista opinia była dla niego ważna tyle, co wykorzystany kupon rabatowy, więc jedyne co mógł z nią zrobić, to chętnie celować do kosza. Najważniejsze było to, co uważały jego siostry i jak one się przy nim czuły, a wiedział, że nawet jeśli wkurzali się na siebie za odwalanie głupot mniejszych lub większych, to u podstaw tych wszystkich spięć leżała zwyczajna troska. Żadne z nich nie uważało drugiego za tyrana, a jego przesłuchania, nawet jeśli czasem potrafiły doprowadzić dziewczyny do szewskiej pasji, były niczym w porównaniu z tym, co mogło spotkać je w tłocznych barach, gdzie jeden niewłaściwy człowiek potrafił zostawić po sobie ślad znacznie trwalszy niż jego podminowane spojrzenie. Tate doskonale wiedziała, jaki był Brant, i rozumiała, skąd brała się jego nadmierna czujność. Nigdy nie próbował jej skrzywdzić ani ograniczać dla samej przyjemności kontrolowania jej życia. Chciał tylko mieć pewność, że nic jej się nie stanie, choć prawda, że nie zawsze potrafił wyrażać to w sposób, który nie przypominał przesłuchania na komisariacie. Zresztą Tate miała własne sposoby na to, jak go sobie owinąć wokół palca, kiedy naprawdę czegoś chciała, i korzystała z nich bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Nawet w czasach, gdy była jeszcze niepełnoletnia, a on sprawował nad nią opiekę, potrafiła wykorzystać jego słabości z taką bezczelnością, jakby to ona była starsza z tej dwójki. I, co gorsza, zwykle wiedziała, że w końcu postawi na swoim. Tate była jednak wciąż młodą dziewczyną, która choć daleka była od naiwności, miała w sobie wystarczająco dużo wrażliwości, żeby wciąż wierzyć, że świat nie jest aż tak podłym miejscem, jak on próbował jej czasem wmówić. Wciąż dostrzegała w ludziach dobro, zanim zdążyła przekonać się, czy w ogóle było tam czego szukać, a on niejednokrotnie zastanawiał się, jakim cudem zamierzała zostać dziennikarką, skoro nie potrafiła porządnie skłamać nawet wtedy, gdy od tego zależało jej życie. Wypominał jej to przy każdej nadarzającej się okazji, bo przecież trudno było wyobrazić sobie gorszy zestaw cech dla kogoś, kto miał zawodowo zadawać ludziom niewygodne pytania i wyciągać na światło dzienne rzeczy, których woleliby nie ujawniać. Przede wszystkim jednak Tate nie miała jeszcze skończonych dwudziestu jeden lat, a więc wciąż nie mogła legalnie kupić sobie alkoholu, co samo w sobie stanowiło dla niego wystarczający powód, żeby zachować wobec jej nowych znajomości zdrowy dystans. Mathilde była od niej starsza, tego był pewien, i jakoś trudno mu było uwierzyć, że nagle połączyło je koleżeństwo, szczególnie że jego siostra na co dzień obracała się wśród rówieśników, ale tej nocy coś ewidentnie musiało zestawić je razem, skoro to właśnie z nią Tate wróciła do mieszkania. Ciekawe, gdzie spotkają się za czwartym razem, skoro z każdym kolejnym przypadkowym spotkaniem robiło się coraz ciekawiej.
OdpowiedzUsuń— Zabawne to jest to, jak obie jesteście niewiarygodne, ale wierne swojemu kłamstewku. Nawet urocze, powiedziałbym — przyznał, patrząc jak siada na wolnym hokerze. Zsunął spojrzenie po jej kiecce do nóg i podszedł do kuchennej wyspy z jej drugiej strony. Widział Mathilde już w trzech wydaniach i to było najbardziej odstrojone, ale dopiero co wyszła z imprezy, więc nic dziwnego, że wyglądała seksownie z tą swoją nonszalancką aurą typowej łobuziary.
— Akurat to, że wróciła cała i zdrowa, nie znaczy, że nie ma winnego. A jeśli z takim przekonaniem mówisz, że miałbym z ciebie co wyciągać, to sama też o tym wiesz. Ale spokojnie, pielęgniareczko, ja będę grzeczny, a ty będziesz bezpieczna. Tate sama wszystko wyśpiewa, kwestia czasu — powiedział, nachylając się do szafki pod blatem kuchennej wyspy. Wyciągnął butelkę mezcalu i szklankę do whisky z grubym dnem. Nie był szczególnie gościnnym typem i nawet nie zamierzał udawać, że jest inaczej.
Miał ograniczone zaufanie do obcych, więc nie wpuszczał do swojego mieszkania pierwszych lepszych osób, które gdzieś poznał, a one akurat postanowiły wpaść na herbatkę. Tate też tego nie robiła. Tym razem sytuacja była jednak nieco bardziej skomplikowana, bo Mathilde nie była mu aż tak obca, żeby wrzucić ją do jednego worka z całą resztą przypadkowych ludzi, z kolei Tate jej potrzebowała. Nie zmienia to jednak faktu, że znał ją tylko ze spotkań, które im się przytrafiały, więc trudno było mówić o bliższej znajomości.
Usuń— Tam? — Kiwnął głową w kierunku swojej sypialni, nalewając alkohol do jednej czwartej szklanki. Akurat ten meskal miał w sobie czterdzieści pięć procent alkoholu, więc był mocniejszy niż standardowe trunki, również w smaku, który pozostawał dymny, ziemisty, a momentami nawet lekko pikantny. — Dawno i nieprawda. Monogamia zaczęła mnie nudzić, teraz mam tam cały harem służebnic i kilka żon w kajdankach, rzecz jasna przypiętych do łóżka — odpowiedział, patrząc na Mathilde. Zakręcił butelkę i uśmiechnął się nieznacznie pod nosem, a potem odstawił ją na bok i podał jej szklankę.
— Nie mam ci za co dziękować, wielka szkoda, bo na pewno bym się postarał, ale odprowadziłaś Tate, więc na odchodne faktycznie mogę poczęstować cię alkoholem. Umiesz to pić, czy mam cię nauczyć? — Oparł się o blat ramionami i lekko pochylił. — Besos, no tragos — oznajmił, co znaczyło dosłownie pocałunki, nie łyki i było meksykańską zasadą picia tego alkoholu. Jego ojciec kiedyś przemycał meskal, więc naturalnie Brant miał do niego najłatwiejszy dostęp, a i kultura picia tego alkoholu nie była mu obca. Nie był w Meksyku, ale Meksyk miał w swoim popieprzonym życiu.
Brant Dawson
Znał to z autopsji, zarówno zbrodnie mężczyzn względem kobiet, jak i kobiet względem mężczyzn, bo świat nie działał tylko w jedną stronę, jak mogłoby się co niektórym wydawać. Ale swojej siostrzyczki o nic akurat nie oskarżał, bo nie było takiej potrzeby. Stwierdzał oczywisty fakt, bo obie kłamały i nie trzeba było zbyt długo nad tym siedzieć, żeby to wywnioskować, ale to i tak urocze, że Mathilde unosiła się w taki sposób, gdy w grę wchodziła kobieca duma i cień szansy na jej urażenie. Tak czy inaczej, nie zamierzał rozmawiać z Mathilde o tym, co działo się w Bembe, bo z tego, co zrozumiał, jej ta sprawa nie dotyczyła. Jej obecność była wypadkową jakiegoś zdarzenia z udziałem jego siostry, więc nie było sensu z nią o tym rozmawiać bez Tate.
OdpowiedzUsuń— Wiem — przyznał w odpowiedzi na jej stwierdzenie o tym, że ma piękną siostrę. Nie powiedział jednak, że to on coś z niej wyciągnie, tylko że ona sama mu to wyśpiewa. Był przy niej od dwudziestu jeden lat, więc doskonale znał jej sposoby radzenia sobie z różnymi sytuacjami. Nie potrafiła dusić w sobie negatywnych emocji, więc jeśli wydarzyło się coś, co dotknęło ją w ten sposób, dojrzeje do tego, żeby się wygadać. A on, jak zawsze, przyjmie to wszystko i ją wesprze.
— Mam wrażenie, że albo jesteś jedynaczką, albo nienawidzisz swojego rodzeństwa. Inaczej nie musiałabyś mnie pytać, skąd ta pewność. Po prostu znam swoją siostrę i wiem, że jeśli wydarzyło się coś złego, będzie chciała o tym porozmawiać — odpowiedział, nieznacznie wzruszając ramionami. — Sekrety nie mają tu nic do rzeczy. Wszyscy je mamy.
Sekrety same w sobie nie były przecież żadnym grzechem, dopóki nie zaczynały pomagać komuś uniknąć odpowiedzialności za popełnione przestępstwo. Każdy miał coś, czym nie dzielił się z innymi, ale gdyby w przypadku Tate chodziło teraz o sekret pokroju zapalenia trawki, to nie byłoby z tego żadnej afery. Tego wieczoru potrzebowała jednak eskorty w drodze do domu, a po drodze zdążyła zmienić towarzystwo na takie, z którym do tej pory nic jej nie łączyło, i miała problem, żeby od razu o tym opowiedzieć. Nie miał wątpliwości, że coś na tej imprezie poszło mocno nie tak.
— Wtedy powinien ponieść konsekwencje — odpowiedział. — Jakie? To już zależy od sprawy.
Obserwował ją, gdy upijała łyk alkoholu ze szklanki. Nie poczęstował jej meskalem, bo chciał popatrzeć sobie z satysfakcją, jak trunek wykrzywia jej twarz. W ogóle o tym nie myślał. Po prostu uważał ten trunek za bardzo smaczny i zakładał, że każdy choć raz powinien go spróbować i zestawić z popularną tequilą, bo oba alkohole miały podobne nuty smakowe. Fakt, ten egzemplarz był mocniejszy, ale to jeden z jego ulubionych, więc oczywista sprawa, że skoro miał na stanie rarytasy to nie zamierzał częstować jej tutaj jakimś gównem.
Wyprostował się i oparł plecami o kuchenny lat, który miał za sobą, a potem splótł ramiona na wysokości klatki piersiowej. Jego spojrzenie podążało za sylwetką Mathilde, gdy ta wstała z hokera i ruszyła wzdłuż salonu. Nie było tu niczego szczególnego do zwiedzania, czy oglądania, bo mieszkanie było małe i udekorowane zdawkowo. Kilka obrazów na ścianach, wygodne meble. Parę pamiątek na komodzie zamiast telewizora i gryzak Kody, który walał się gdzieś na podłodze. Tate miała w swojej sypialni całe mnóstwo zdjęć, czy to w ramkach, w albumach czy przypiętych na dużej tablicy korkowej, bo kolekcjonowała chwile też w sposób fizyczny i uwielbiała do nich wracać przy każdej domówce.
W salonie jednak wspólnych obrazków nie było. Nudne mieszkanie, ale on nie był sentymentalny, więc nie gromadził szpargałów, a Tate miała swoje wszystkie skarby pochowane w sypialni. Poza tym oni w większości i tak przebywali gdzieś poza nim, więc żadne z nich nie widziało powodu, żeby urządzać salon jak wystawę poświęconą ich życiu.
Usuń— Nie do końca. Towarzystwo pożegnałem kilka godzin temu — odpowiedział, zerkając chwilowo na broń, która leżała rozłożona na stoliku. Wiele mu nie zostało, ale dokończy składać zabawkę, jak pożegna gościa. — A ty? Twoje towarzystwo też się rozeszło? — zapytał z ciekawości, bo może imprezowała sama, ale jeśli tak było, to nie miał wątpliwości, że Mathilde to sprostuje. Z drugiej strony, może zdecydowała się odprowadzić Tate i wracać do klubu z powrotem. Noc była przecież jeszcze młoda.
Brant Dawson
— Miałem stać obok i patrzeć, jak typ pakuje łapy tam, gdzie nie trzeba? Czy może zaczekać, aż Tammy zacznie się z nim szarpać? — wtedy już z całą pewnością nie opanowałby się na tyle, by typkowi zwyczajnie nie jebnąć. Nienawidził takich gości. Może zareagował za ostro, ale gdyby Tamsin faktycznie zaczęłaby się z nim szarpać, Dec wiedział, że nie przepuściłby okazji. Cicha woda brzegi rwie – taka opinia krążyła o nim w liceum, kiedy będąc świadkiem podobnej sytuacji, równo przyłożył swojemu koledze z drużyny i nie bardzo nawet wiedział, skąd się w nim to wzięło. Łatwiej było mu myśleć, że to przez siostrę, na nią zwalić całą winę i uznawać, że zwyczajnie chciałby, żeby to w jej obronie ktoś stanął, gdyby nie było go obok. Żeby nie miała tego przykrego rozczarowania społeczeństwem, że kiedy działo się coś nieprzyjemnego, to w ostatecznym rozrachunku zostawało się samemu. Prawda była jednak taka, że Declan miał w sobie dużo gniewu. Takiego, który nosił w sobie od dziecka, którego źródła nie umiał jasno umiejscowić, ale uważał, że umie sobie z nim radzić. Już jako kilkuletni szczyl, chociaż cichy i raczej wycofany, gdy dochodziło do konfrontacji między jakimś jego bliskim kumplem, a innym chłopakiem, nawet starszym i silniejszym, nie miał problemu z użyciem pięści. Matka się o to martwiła, prowadzała go do psychologów, a ojciec… Ojciec szukał rozwiązania w sobie znanych metodach i starał się syna zwyczajnie zmęczyć. Brał go ze sobą na biegi, angażował w prace, nawet te najcięższe, w ogrodzie, zawoził na treningi, byle tylko jego syn miał gdzie wyładować pokłady energii i złości. I to pomagało. To, że dzisiejszego wieczoru nie polała się krew, Dec uważał za swój mały, osobisty sukces i tylko on wiedział, ile go to kosztowało.
OdpowiedzUsuńTamsin nie twierdziła, że takie sytuacje zdarzały się często, bo w zasadzie musiałaby skłamać, ale się zdarzały. Jako samotna kobieta w dużym mieście starała się być ostrożna, sam fakt, że musiała taka być wyjątkowo ją denerwował, ale nie była w stanie zmienić świata własną frustracją. W zachowaniu Declana najbardziej rozdrażniła ją nie tyle, co jego reakcja, co jej własne myślenie, z którego niespecjalnie była dumna – przecież nic takiego się nie stało. Ot, gość, z którym całkiem miło jej się tańczyło, zaczął bezpardonowo macać ją po tyłku i próbował wcisnąć jej rękę pod koszulkę, ale… Takie rzeczy się zdarzały. A ona przyjmowała to jako część wychodzenia na miasto – idąc na imprezę musiała przecież liczyć się z tym, że ktoś pomyśli za dużo, przekroczy granicę, której ona nie miała ochoty i trzeba będzie zareagować. Kiedy w idealnym świecie, nic takiego nie powinno miało mieć miejsca.
Luźna, przyjemna atmosfera wieczoru zdawała się prysnąć, a Tamsin z pewnego rodzaju ulgą przyjęła, że Dec zaproponował wyjście, a Tilly to poparła. Nie miała ochoty tu już dłużej być.
— Tilly… Miałem stać i się przyglądać? Nie jestem zasranym mistrzem dyplomacji, żeby wyjaśniać typowi, że nie należy macać dziewczyny, jeśli ona sobie tego nie życzy — odpowiedział jej równie cicho, trochę przy tym kłamiąc. Mógł mu to wyjaśnić, ale w swoim języku i wtedy już raczej nikt nie byłby z tego zadowolony. Nikomu nie próbował swoim zachowaniem zaimponować, ba! było mu nawet trochę wstyd, że może faktycznie przesadził, ale przecież nawet nie uderzył tego czubka, chociaż ten wyraźnie zasługiwał na taki zimny prysznic.
W błagalnym geście wzniósł oczy do nieba, gdy wyczuł, jak jego pytanie zostało odebrane przez Tilly. Zwariuje z tymi babami, tylko przyszło mu do głowy, bo we własnym odczuciu, nie zrobił nic złego. W końcu taki mieli plan z Tilly, prawda? Odstawić Tamsin do mieszkania, upewniając się, że do niego trafiła a później… A później sam nie wiedział. Nie miał żadnych oczekiwań, w szczególności teraz, gdy atmosfera uległa całkowitej zmianie, ale nie zamierzał też pozwolić Mattie wracać samej. Pod wieloma względami był jak dobra, stara konserwa, która zwyczajnie nie widziała możliwości, żeby puścić znaną sobie dziewczynę samą w nocy, by ta wracała w pojedynkę do domu.
iedział dobrze, że zarówno Tamsin, jak i Mathilda, na co dzień radziły sobie same i pewnie przywykły do powrotów późną porą, a jednak nie dopuszczał do siebie myśli, że będąc obok miałby nie upewnić się, że spokojnie zakończyły wspólną zabawę. Taka była rola nie tylko faceta, ale zwykłego, dobrego znajomego, bo gdyby wieczór skończył tylko z Taylerem i Caitlyn też upewniałby się, czy bezpiecznie dotarli do swojego mieszkania. Dla niego było to całkiem logiczne.
OdpowiedzUsuń— Zgrywać bohatera… — westchnął ciężko, powtarzając pod nosem słowa Mattie i podszedł do Taylera i Caitlyn, żeby się pożegnać.
— Dobrze zrobiłeś, Dec…— zaczął Tayler, za co zaraz dostał kuksańca w bok od Caitlyn.
— Tayler! To było niepotrzebne Dec, wystarczyło…
— Co wystarczyło, Caitlyn? Żebym ładnie poprosił? Czy czekał na rozwój wydarzeń?
— Nie wiem Dec, ale pewnie dało się to rozwiązać spokojnie — stwierdziła młoda kobieta, usta zaciskając w cienką linię.
— Ja uważam, że i tak dostał od ciebie bardzo łagodne traktowanie, patrząc na to, jak w ogólniaku…
— Spadam. Odprowadzę dziewczyny, obiecuje być już grzeczny — westchnął ciężko i pożegnał się ze znajomymi.
Kobiety dogonił, gdy właściwie wychodziły z lokalu, pospiesznie zakładając na siebie ciepłą bluzę. Była na tyle gruba, że kurtkę niósł w ręce.
— Nie jest wam zimno? — spytał, z trzymanego przez siebie okrycia robiąc coś na kształt gałązki oliwnej, którą wyciągał w geście pojednania. Tamsin potrząsnęła przecząco głową, poprawiając szal na swojej szyi, więc wzrok wlepił w Mathildę, czekając na jej odpowiedź.
Declan Doyle
Statystyki statystykami, ale dla niego przemoc pozostawała przemocą, niezależnie od tego, kto dopuszczał się jej częściej. Nie dzielił sprawców na lepszych i gorszych w zależności od płci, bo siniak nie bolał mniej tylko dlatego, że zostawiła go kobieta, a krzywda nie stawała się mniej istotna, kiedy ofiarą był mężczyzna. W tej kwestii nie uznawał taryfy ulgowej dla nikogo. Wszyscy podlegali tym samym zasadom. Tate mogła sobie sama zrobić krzywdę, wpadając pod samochód, czy to będąc pijaną czy trzeźwą, więc obawiał się również wielu innych możliwości. Ludzie nie byli jedynym zagrożeniem, jakie mogło spotkać ją na mieście, więc nie skupiał się tylko na tym.
OdpowiedzUsuńPokiwał głową na boki, bo debiut faktycznie nie wyszedł im najgorzej, choć jemu ciężko było to rzetelnie ocenić na tym etapie ich znajomości. Ale najważniejsze, że ona sama lubiła siebie taką, jaką była, a wszystko wskazywało na to, że tak właśnie jest.
— Słowo klucz: wydaje ci się — zauważył, po prostu jej się przyglądając. — Nie znamy się, więc wiele może nam się wydawać, to prawda — przyznał, bo w tym też nie było niczego złego. Na tym polegało poznawanie się, że najpierw coś się komuś wydawało, a dopiero później człowiek dochodził do wniosku, ile z tych przypuszczeń pokrywa się z rzeczywistością. Część z nich mogła jednak takiej szansy nigdy nie dostać, bo nie każdy chciał dać się poznać, a on należał właśnie to tej grupy osób. Jemu naprawdę nie zależało na tym, żeby wszyscy go rozumieli ani żeby wszyscy go lubili, więc nie dbał o to.
— Zależy od sprawy — powtórzył, uśmiechając się nieznacznie. — Jeśli trzeba kogoś aresztować, co samo w sobie jest już jakąś konsekwencją, to tak: ja — wymienił. — To ja oceniam, czy są podstawy, żeby kogoś zatrzymać, a jeśli uważam, że są, to nie obchodzi mnie, czy zatrzymanemu się to podoba czy nie.
Był policjantem, więc dziwne, gdyby nie był pewny siebie. I doskonale wiedział jak działa prawo, a jeszcze lepiej potrafił obchodzić się z tym prawem w taki sposób, żeby nie zrobić krzywdy samemu sobie. Pielęgniarka nie mogła jednak wiedzieć jak się to robi, bo zajmowała się czymś zgoła innym, więc można było jej to wybaczyć.
Ale z tego toku rozumowania wychodzi, że Mathilde Stevenson mogła na własną rękę skopać jakiemuś nachalnemu typowi dupę, czy też spektakularnie mu grozić, bo wtedy konsekwencje przestawały jej dotyczyć, ale jeśli miał to zrobić ktoś inny, a szczególnie facet, nagle pojawiał się osobliwy dualizm. Naprawdę ciekawe zjawisko, że można przejawiać dokładnie te same skłonności co inni, a jednocześnie nie dostrzegać ich we własnym zachowaniu. A może należało uznać to za pewnego rodzaju hipokryzję, która pozwalała człowiekowi z czystym sumieniem potępiać u innych to, co samemu uważał za całkowicie uzasadnione? Albo za dysfunkcję psychiczną? Zawsze go to zastanawiało. Jak to jest, że ludzie potrafią bez problemu usprawiedliwiać własne zachowanie, a kiedy dokładnie to samo robi ktoś inny, nagle zapominają o wszystkich okolicznościach i zaczynają wygłaszać kazania o zasadach, których sami nie przestrzegają. Bo on, owszem, nie przestrzegał wielu zasad, ale przynajmniej nie wypominał tego innym, udając świętoszka.
— Skoro nowa koleżanka poszła spać, to czeka cię samotny powrót do mieszkania. Albo przynajmniej do baru — stwierdził, zakładając, że może Mathilde niekoniecznie zamierzała od razu wracać do mieszkania, bo mogła mieć jeszcze ochotę na dalszą zabawę, ale nowa koleżanka na pewno nie będzie już w stanie dotrzymać jej towarzystwa. Obudzi się pewnie dopiero przed południem z morderczym kacem.
— Smakuje ci? — Kiwnął głową na szklankę i wrócił spojrzeniem do jej oczu. Nietypową miała urodę, już wcześniej to dostrzegł. Z pewnością były w niej jakieś azjatyckie korzenie.
UsuńNiekoniecznie interesował go jej przyjaciel, więc nawet nie pomyślał o rozwinięciu tego tematu. Z grzeczności zapytał o trunek, bo jeśli okazałoby się, że to jednak nie jej smaki, to nie musiała przecież na siłę tego sączyć. Sam nie miał problemu z wypiciem czegoś, co niekoniecznie przypadło mu do gustu, ale nie zakładał z góry, że każdy podchodził do tego w ten sam sposób.
Brant Dawson
Mattie była dobrą przyjaciółką i co do tego Tamsin nie miała wątpliwości. Sytuacja właściwie dopiero się rozpoczęła, gdy dołączył do niej Declan, bo Tammy ledwie raz pouczyła tanecznego partnera w kwestii tego, gdzie zaczyna się granica, za którą go nie chce.
OdpowiedzUsuńMoże to jakiś wyostrzony instynkt, który wypracował przez lata w armii, a może fakt, że z całego towarzystwa wypił zwyczajnie najmniej, ale zareagował szybciej, niż problem mógł urosnąć do rozmiarów poważnych kłopotów. Nie był rycerzem na białym koniu, bo gdy był, to byłaby bajka, a w bajkach z założenia nie było obleśnych typów, chyba, że zaliczali się do nich ci, którzy całowali śpiące kobiety, ale czy pocałunek prawdziwej miłości, który księżniczki dostawały od książąt, się do tego zaliczał? Tego Declan nie wiedział, za to wiedział, że nie jest w stanie zrozumieć kobiet, z czym pogodził się już dawno, bo z całą empatią, którą posiadał, nie rozumiał co tak wkurzyło te dwie. Nie reagował - źle, nie reagował – to powinien inaczej; tyle tylko, że nikt nie dawał na to instrukcji. W takich sytuacjach myślał prosto, bo jeśli Tamsin poczuła się zagrożona, to ten gość też miał się tak poczuć. Skoro nie był wystarczająco rozgarnięty, żeby zrozumieć prosty przekaz ze strony dziewczyny, to jak Declan miał liczyć, że zrozumie z jego? Bo spojrzy na niego spode łba, albo pogrozi palcem?
Declan nie wiedział o mężu Tamsin, bo taka zażyłość ich nie łączyła, a sama Passalis o byłym partnerze nie opowiedziała ani Taylerowi, ani Caitlyn, więc nie nawet nie było szans na narodzenie się jakichkolwiek plotek w tym temacie. Gdyby jednak wiedział, jeszcze w czasach, kiedy Carter żył, a Tamsin nosiła długie rękawy nawet w upalne, letnie dni, to bardzo było prawdopodobne, że jemu akurat by przypierdolił. Ot tak, skoro Tamsin tego nie zrobiła, chociaż Passalis musiała przyznać, że jeszcze na samym początku koszmaru zdarzało jej się próbować oddać byłemu mężowi – ten jednak dość szybko zgasił w niej ten płomień.
Declan na własne oczy widział, jak potrafiła działać dyplomacja. Często wcale, uderzając swoimi absurdami w tych, którzy cierpieli najbardziej, zapominając o ujęciu w niej wszystkich, jak chociażby teraz, gdy odnosił wrażenie, że świat żył głównie dwiema wojnami, jedną dlatego, że zaangażowany był w nią kraj rozpościerający się na dwa kontynenty, a druga dlatego, że ropa była przez nią droższa. Zupełnie tak, jakby o reszcie zapomniano, często nazywając je zupełnie inaczej niż tym, czym były w rzeczywistości.
— No to nie — wzruszył ramionami, bo w swojej zawziętości, jeśli Tilly miała kogoś skrzywdzić, to siebie, bo jeśli jednak było jej zimno, to chora będzie ona, nie Dec. Dlatego szedł obok, bez słowa, patrząc na Tilly, którą Tamsin w tej chwili dosłownie do siebie przytulała, czując, jak zimny policzek przyjaciółki dotyka jej, znacznie cieplejszego. Passalis jednak nie upomniała przyjaciółki, żeby ta się głupio nie unosiła dumą, bo sama zachowałaby się na jej miejscu prawdopodobnie podobnie, tylko może szybciej by pękła.
— Nie jestem najlepszą kucharką, ale zrobię ci brownie twojego życia — powiedziała i posłała Mattie zawadiacki uśmiech. — Oh! No dobrze, już dobrze uparciuchu! Podeślę ci linka do wydarzenia — odwzajemniła uścisk, marszcząc lekko nos na soczystego buziaka, bynajmniej nie dlatego, że jej się nie spodobał, a raczej dlatego, jak głośno Tilly cmoknęła jej do ucha. — Ty też! A ty — wskazała palcem na Declana. — Bądź milszy dla ludzi i ją grzecznie odprowadź. Tylko nie szarp więcej ludzi! – cmoknęła na pożegnanie Declana, wcale nie zapominając o złości, ale nie chciała iść spać pokłócona o to, że ktoś próbował jej pomóc. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, Declan momentalnie zwrócił się do Tilly.
— Nawet go kurwa nie uderzyłem! Miałem tam stać i się gapić? Poprosić go grzecznie, żeby nie macał mojej koleżanki, bo ona sobie tego nie życzy? A jakby on jej coś zrobił, Tilly? — wyrzucił z siebie, patrząc na nią nie tyle, co ze złością, tylko z zupełnym niezrozumieniem. — Nie mam problemów z agresją…— to powiedział znacznie chłodniej, zaciskając mimowolnie pięść w kieszeni bluzy. No co za uparte babsko – przeszło mu przez myśl, kiedy tak opatulała się marynarką, jakby szukała w niej więcej materiału niż ten, z którego była uszyta. Gdy zaczęła odchodzić, ponownie tego wieczora, wzniósł oczy ku niebu z prośbą o cierpliwość, ale pozwolił, by szła dalej. Oczywiście zamierzał za nią ruszyć, upewnić się, że faktycznie dotarła do domu, ale nim zdążył zrobić chociażby krok, Tilly odwróciła się na pięcie, ponownie, tym razem dosłownie w niego wpadając.
UsuńNie zareagował na pierwsze uderzenie. Ani na drugie. Na trzecie, czwarte, piąte… Dopiero, kiedy stwierdził, że bez wątpienia nie zamierza zwyczajnie przestać, złapał ją za nadgarstki mocno, ale nie tak, żeby zrobić jej jakąkolwiek krzywdę. I to on miał problemy z agresją .
W pierwszym odruchu nie odwzajemnił pocałunku, będąc nim zwyczajnie zaskoczonym, ale gdy ten trwał chwilę dłużej, ostatecznie rozchylił wargi i oddał się temu gestowi, absolutnie nie wbrew sobie.
— Kurwa, Tilly… — wysapał, będąc już zupełnie pogubionym w tym, co się właśnie działo. Czy miał na nią ochotę? Jak jasna cholera. Czy to był dobry pomysł? Najpewniej nie, ale Declan nigdy nie uważał się za kogoś, kto zawsze postępuje zgodnie z logiką. Dopiero, kiedy wymamrotała słowa, które zadziałały na niego z mocą soli trzeźwiących, odsunął się od niej na pół kroku, by móc spojrzeć na jej twarz. Błyszczące oczy w kształcie migdałów, rozchylone lekko usta, spomiędzy których wydobywał się przyspieszony oddech i ciemne włosy, które otulały jej policzki. Tilly była śliczna i to nie ulegało żadnym wątpliwościom.
— Chodź — powiedział, ale zanim podał jej rękę, narzucił na nią kurtkę. — Nawet nie waż się jej ściągnąć, zimno mi, jak na ciebie patrzę.
Chciała iść? Dobrze. Ale po przedstawieniu, które właśnie odstawiła, nie miał zamiaru już się dłużej patyczkować. Nie zdecydował jeszcze, czy się z nią prześpi, ale wcale nie dlatego, że nie miał na to ochoty, bo miał cholerną, tylko nie ocenił jeszcze, czy przypadkiem nie była tak pijana, że czułby się po wszystkim tak, jakby ją wykorzystał. Tego nie chciał ani dla siebie, ani dla niej.
Przyciągnął ją do swojego boku i pozwolił, aby poprowadziła go w kierunku swojego mieszkania. Może jednak wariatka, a nie łobuziara?
totalnie skołowany Declan Doyle
Wychodząc tego wieczora z Caitlyn i Taylerem zupełnie nie spodziewał się, że pozna kobietę tak różną od tych, które znał do tej pory. Prawda była taka, że nie znał ich też znowu tak wiele, bo w wojsku nie było ich tak dużo, i dla zasady unikał z nimi relacji bliższej niż ta przyjacielska, a dziewczyn z szkoły średniej i college’u ciężko było nazwać w tamtym czasie kobietami. Z resztą ich obraz jawił mu się jako zamazany kontur, w którym rzeczywistość była łatwiejsza, wszystko bardziej niewinne, a i jego naiwność była znacznie większa. Nie zmieniało to jednak faktu, że Tilly znacząco różniła się od kobiet poznanych przypadkowo w barze, a sama różnica zaczynała się w miejscu, w którym mieli wspólnych znajomych, a kończyła na tym, że w jej towarzystwie przeżył dosłowny rollercoaster skołowania, pragnienia i złości.
OdpowiedzUsuńSkłamałby mówiąc, że nie robiło to na nim wrażenia, bo robiło i to znaczne, ale nie był w stanie jeszcze określić, czy to dobrze, czy źle i czy właściwie miało to mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Znajomość ta mogła w końcu tej nocy się rozpocząć i tej nocy zakończyć, nie mając absolutnie jakiegokolwiek wpływu na ich życie następnego dnia, więc tym bardziej nie wiedział, czemu u diabła przejmuje się w jakimkolwiek stopniu tym, co dziewczyna o nim pomyślała. Nie był napaleńcem, który straciwszy możliwość spędzenia nocy z kobietą, plułby sobie z tego powodu w brodę. Nie uważał też, by był wybuchowy, bo jakkolwiek dzisiejsza sytuacja nie była postrzegana przez dziewczyny, to z jego perspektywy nic takiego się nie stało, a krzywda wyrządzona mężczyźnie wcale nie różniła się od tego, jak Tilly postanowiła uczynić z niego żywą gruszkę bokserską.
— Do twarzy ci — mruknął z rozbawieniem, kiedy Złośnica opatuliła się jego kurtką, ale nie powiedział nic więcej aż nie dotarli do kamienicy.
Posłusznie dał prowadzić się za rękę, nie myśląc już o tym, czy dziewczyna jest za bardzo pijana, ani o tym, czy był to dobry pomysł. Byli dorośli, Mattie wszelkimi sposobami pokazała mu, że jest nim zainteresowana, robiąc to w dość oryginalny sposób, ale za to skuteczny, bo gdy oderwała się od niego, by znaleźć klucze w swojej torebce, ani myślał przestać jej dotykać, wargami całując jej szyję i żuchwę, włosy odgarniając z jej ramienia, dłonią mocno chwytając ją za kark, jakby chciał być pewny, że się nie odsunie.
Całkowicie poddał się narzuconemu przez nią tempu, wchodząc za nią do mieszkania, ale w przeciwieństwie do niej nie ściągnął z siebie niczego poza bluzą i koszulką, które znalazły się na podłodze gdzieś przy jej ubraniach. Za bardzo podobało mu się obserwowanie, jak Tilly pospiesznie się rozbiera, odsłaniając coraz więcej ciała i chociaż wolałby sam ściągnąć z niej stanik, najpierw drażniąc jej piersi przez cienki materiał miseczki, to widok jej w samych, czarnych stringach kontrastujących z jasną skórą, zupełnie go w tej chwili zadowolił. Gdy męczyła się z balerinami, przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien jej pomóc, ale szybko zarzucił ten pomysł, pozbywając się swojego obuwia i skarpetek, ostatecznie pozostając w spodniach, które robiły się coraz bardziej, irytująco ciasne.
Zaśmiał się cicho, gdy poklepała go, jak posłusznego pieska, uświadamiając sobie, że trochę się tak zachowywał – pomimo jej zachowania, całkowicie posłusznie robił dokładnie to, co chciała, chociaż jeszcze kilkanaście minut temu darli ze sobą koty.
Złapał ją mocno, gdy na niego wskoczyła i niespiesznie, czerpiąc dużo przyjemności z pocałunków, których podobno nie lubił, przeszedł do kuchennego aneksu, nie odmawiając sobie przy tym masowania jej pośladków w trakcie drogi.
Całe szczęście, że nie miała dwudziestu lat, bo wówczas Declan z całą pewnością nie dałby się zaciągnąć do jej mieszkania. Oczywiście doceniał młode ciała, werwę, jaką potrafiły mieć kobiety w tym wieku, ale za dużo nasłuchał się historii o złamanych serduszkach, które wchodziły w grę, gdy w tym wieku dość często łączyło się uczucia z seksem, a on nie chciał być przyczyną upadłych nadziei, zupełnie nie nadając się do związku.
— Jak sobie pani życzy – wymruczał jej do ucha, ale nie od razu znalazł się w miejscu, gdzie chciała go oglądać. Wsunął palce w jej włosy i stanowczym ruchem odchylił jej głowę do tyłu, by rozpocząć powolną, niespieszną wędrówkę pocałunkami wzdłuż linii jej żuchwy i szyi, które już zdążył poznać, odpowiednio długo interesując się jej piersiami, których sutki drażnił przez chwilę językiem, by następnie przygryźć delikatnie każdy z nich. Powoli zszedł ustami przez jej brzuch, celowo hacząc o gładką skórę zarostem, językiem pozostawiając ślady swojej obecności. Palcami wolnej ręki, okrężnymi ruchami drażnił jej kobiecość przez materiał bielizny, nie bez przyjemności czując na opuszkach jej ciepło, gdy przycisnął dłoń mocniej. Stringów pozbył się dopiero w momencie, gdy natrafił na nie ustami, uprzednio całując jej podbrzusze wzdłuż czarnej koronki.
UsuńDo tej pory kucał niezgrabnie, niezbyt wygodnie, więc wykorzystał ten moment na klęknięcie przed nią tak, że jego głowa znajdowała się dokładnie naprzeciwko zwieńczenia wnętrza ud. Idealnie.Spojrzał na nią z dołu, przez panującą ciemność widząc jedynie zarys jej postaci, unoszących się wraz z oddechem piersi i wyraźnego zniecierpliwienia, które miał zamiar jeszcze trochę przeciągać, karmiąc się jej rozdrażnieniem.
— Dwudziestu lat może nie masz w dowodzie, ale twoje ciało…— zaczął, przerywając, by zassać, a następnie ugryź lekko jej udo, wyraźnie się z nią przy tym drażniąc. Powoli ruszył nosem w górę, do miejsca, gdzie go tak bardzo chciała i kilka razy przejechał wzdłuż jej kobiecości, wyraźnie czując wilgoć na języku, gdy to robił, jednocześnie zarzucając sobie jej nogi na ramiona. — Mówi coś zupełnie innego — zauważył nie bez satysfakcji. Powrócił do swoich ruchów, zwiększając ich intensywność, mocno zaciskając jedną dłoń na jej biodrze, drugą przytrzymując ją za podbrzusze, uniemożliwiając jej tym samym jakikolwiek ruch. W tej chwili żałował, że nie zdążył zdjąć spodni, bo niewiele brakowało, by zabrakło w nich miejsca, bo skupiając się na drżeniu kobiety, jej oddechu i wszystkich, wydawanych przez nią dźwiękach, czuł, jak jego podniecenie rośnie w wykładniczym tempie.
usłuchany Declan Doyle
[Hej, dobry wieczór,
OdpowiedzUsuńSerdecznie dziękuję za powitanie Iskandera. Zdradzę ci małą tajemnicę dotyczącą tych trzech chartów - zgłosił się do fundacji mając zamiar zaadoptować jednego, a tymczasem w oczy rzuciły mu się trzy saluki, jedyne psy uznawane przez islam i do tego tradycyjne. Dopiero po paru dniach dotarło do niego jakie szaleństwo popełnił.
PS. Wpadam na Discord z propozycją wątku.]
Ian nie był z tych, którzy siedzieli ludziom na głowach, zaburzając ich harmoniczne życie. Nie prywatnie, ponieważ zawodowo przyczyniał się do zaburzania życia wielu ludzi, niemniej był zdania, że gdyby nie on, robiłby to ktoś inny. W związku z tym nie miał żadnych, najmniejszych nawet wyrzutów sumienia i te nie pojawiały się u niego nawet w obliczu takich sytuacji, jak ta dzisiejsza. Nie czuł się odpowiedzialny za Lindę. I może tylko trochę czuł się odpowiedzialny za Samuela, skoro ten u boku Mathilde mieszał sos na patelni, zamiast siedzieć w swoim domu.
OdpowiedzUsuńParsknął krótko w imitacji dźwięcznego śmiechu, kiedy ta dwójka zaczęła go przedrzeźniać i pozwalając wargom rozciągnąć się z nikłym uśmiechu, lekko pokręcił głową. O ile pozostawał spokojny o Samuela, o tyle Mattie budziła w nim niepokój. Nie podejrzewał, by chłopiec miał cokolwiek chlapnąć na jego temat. Mattie natomiast… Mimo tego, że teraz żartowała i wyglądała przy tym, jakby bawiła się całkiem nieźle, miała drążyć. Ian był co do tego przekonany i jakkolwiek nie unikał jej pytających spojrzeń, było mu to nie w smak. Tam bowiem, gdzie ktoś inny mógłby się zawahać, konkretna Mathilde miała podjąć konkretne działania. I o ile Sam jak najbardziej właśnie takich działań potrzebował, o tyle Ian niekoniecznie.
— W moim życiu i przygodach nie ma niczego ciekawego — zapewnił, biorąc od kobiety szklankę. Pociągnął kilka łyków wody i odstawił szkło na wolny kawałek blatu, pozostawiając je sobie pod ręką. Nie mówił tak tylko dlatego, by uciąć ten temat. W jego życiu naprawdę nie było niczego ciekawego, a w zasadzie, nie było w nim niczego ciekawego dla kogoś, kto nie powinien obracać się w półświatku, w którym obracał się Ian. Stąd osobom takim, jak Mathilde i Samuel, naprawdę nie miał wiele do opowiedzenia. W momentach takich, jak ten, tym bardziej bolało go to, że jego jedyny przyjaciel, Zane, postanowił karać go cichymi dniami, bo oprócz niego Ian naprawdę nie miał nikogo innego, z kim mógłby porozmawiać o wszystkim. Nawet Debbie nie zaliczała się do tych osób, bo nie opowiadał jej o tym, co i z kim robił w pracy.
Od ciągnięcia za język wykręcił się wyjściem do toalety. Co prawda mógłby zamarudzić w niej dłużej, ale nie podejrzewał, by miało go to uchronić przed kolejnymi pytaniami, więc nie było sensu odwlekać powrotu do salonu połączonego z kuchnią. Tym bardziej, że pachniało w nim coraz lepiej i nawet Ian poczuł, że zaczyna burczeć mu w brzuchu.
— Ładnie pachnie — odezwał się, ponownie rozparłszy się przedramionami na kuchennym blacie. Widać zaanektował ten niewielki fragment mieszkania wyłącznie dla siebie. Raz, że przyjemnie odciążał w ten sposób zmęczone po wczorajszym treningu na siłowni plecy. Dwa, blat skutecznie odgradzał go od czyhającej na chwilę jego nieuwagi Mattie, jakby ta fizyczna bariera miała pomóc mu w unikaniu odpowiedzi na jej celowane pytania.
— Nawet bardzo ładnie — zgodził się Samuel, wyraźnie zadowolony z tego, że miał swój udział w powstaniu tego ładnego zapachu. — Ale nie opowiedziałeś nam żadnej historii — podchwycił, ewidentnie po Mathilde, bo zadarł głowę i to na nią najpierw popatrzył. — Więc chyba nie zasługujesz na jedzenie — dodał z przebiegłością, o którą Ian nie podejrzewałby siedmiolatka. Posłał mu więc spojrzenie z kategorii i ty, Brutusie?!, po czym pochylił głowę i parokrotnie obiema dłońmi przeczesał palcami ciemne włosy.
— Nie lubię opowiadać o sobie. I nie potrafię opowiadać historii — westchnął ciężko, ale z godną pozazdroszczenia cierpliwością.
— To nie zjesz — zawyrokował Sam, którego wspólne gotowanie, jak i przedrzeźnianie Iana musiało rozochocić, bo choć mieszał zawartość patelni niby to z niewzruszoną miną, tak naprawdę błyszczącymi oczami co rusz spoglądał na Mattie. Teraz spojrzał na nią także Ian, robiąc przy tym wyjątkowo zbolałą minę. Naprawdę musieli się na niego uwziąć?
— Dobrze, że chociaż wodę dostałem — rzucił i nim skończył to mówić, złapał za szklankę i przyciągnął ją do siebie, by objąć ją obiema rękami. Tak na wszelki wypadek, gdyby i jej mieli mu odmówić.
IAN HUNT
Średnią miał ochotę na zabawę w poznawanie się, bo już pomijając fakt, pora była już późna, to on zwyczajnie nie widział na ten czas powodu, żeby opowiadać o sobie więcej, niż było to absolutnie konieczne, a nie zamierzał dostarczać jej szczegółów ze swojego życia, którymi mogłaby się później karmić, albo robić sobie z nich żarty przy najbliższej okazji. Jego biografia nie była darmowym bufetem, z którego każdy mógł sobie nałożyć, ile dusza zapragnie, a on nie miał na razie podstaw uznać, że zasłużyła na coś więcej niż na zdawkowe odpowiedzi. Ale pozadawać pytania oczywiście mógł, to żaden problem. W końcu ciekawość nie wymagała od niego zwierzania się z własnych grzechów, a jeśli przy okazji udałoby mu się dowiedzieć czegoś, co rzeczywiście warte było uwagi, na pewno nie będzie narzekał.
OdpowiedzUsuńPozostając opartym plecami o blat, rozplótł ręce i ułożył przedramiona płasko na jego powierzchni, krzyżując przy tym wygodnie nogi w kostkach. Poczęstował ją alkoholem, ale sam się na niego nie skusił, więc w ramach swojego toastu skinął jedynie głową. Mógł oczywiście zaproponować jej tequilę, bourbon albo brandy, bo jeszcze tego rodzaju trunki miał w swojej szafce, a część z nich faktycznie była słabsza, ale to były alkohole, które mogła dostać wszędzie, więc i trochę nudne na taką nietypową okazję. Poza tym chciała szklaneczkę czegoś mocniejszego, a mezcal taki właśnie był, mocniejszy, więc się postarał i o piwie z lodówki nawet nie pomyślał, chociaż też je miał i mógł nim poczęstować.
Nie czytał zbyt wielu książek, głównie dlatego, że brakowało mu na to czasu. Życie poznawał na własnej skórze, w takiej postaci, w jakiej rzeczywiście wyglądało na ulicach, a nie na kartach powieści, co oczywiście nie oznacza, że nie interesowało go czyjeś spojrzenie na świat. Lubił sprawdzać, jak inni postrzegali rzeczywistość i jakie wnioski wyciągali z własnych doświadczeń, dlatego jeśli ktoś polecał mu konkretną książkę, zwykle prędzej czy później po nią sięgał. Nie zawsze akurat po to, żeby się z autorem zgodzić, ale choćby po to, żeby poznać jego perspektywę i zrozumieć doświadczenia, które ukształtowały jego sposób myślenia. Miał własne zdanie i nie należał do ludzi, którzy porzucali je przy pierwszej okazji, ale uważał, że zamykanie się na argumenty tylko dlatego, że nie pasowały do jego własnych przekonań, byłoby zwyczajnie głupie. Zresztą, nawet jeśli ostatecznie uznawał, że autor pieprzył od rzeczy, przynajmniej nie wyrabiał sobie opinii na temat czegoś, czego nawet nie przeczytał.
— Chciałem dla siebie trochę lepszego życia — odpowiedział na jej pytanie, patrząc, jak pokłada się na blacie. Był to zaledwie niewielki fragment wszystkiego, co skłoniło go do zostania policjantem, ale mieścił się w granicach odpowiedzi na jej pytanie. Zresztą nieszczególnie przepadał za takimi pytaniami, bo sugerowały, że za każdą decyzją stoi jeden konkretny powód, który wystarczy wyciągnąć na wierzch, żeby zrozumieć całą resztę. Tymczasem życie rzadko układało się w tak wygodne, czarno-białe historie, a już na pewno nie jego. Motywacje potrafiły zmieniać się z czasem i przeczyć sobie nawzajem, więc sprowadzanie ich do jednego zdania było co najwyżej użytecznym uproszczeniem, które dobrze brzmiało w rozmowie, ale niewiele mówiło o tym, jak naprawdę wyglądały sprawy.
— Z tym że chyba nie da się tego tak po prostu policzyć — stwierdził, odnosząc się do pytania, które zacytowała. — Niektóre rzeczy robisz, bo musisz, inne dlatego, że w danej chwili wydają ci się słuszne, a dopiero później okazuje się, ile tak naprawdę były warte. Zresztą, nie zawsze masz wpływ na to, jak kończą się twoje decyzje — powiedział, nie odrywając od niej spojrzenia.
Sam mógłby podać kilka przykładów, choć jeden szczególnie do tego tematu pasował. Kiedyś pojechał na interwencję do awantury domowej między ojcem a synem. Sytuacja nie wyglądała najlepiej, ale starszy mężczyzna zapewniał, że wszystko jest w porządku, nie chce wnosić żadnych oskarżeń i nie ma sensu robić z tego większej sprawy. Nie miał wtedy wystarczających podstaw, żeby postąpić wbrew jego woli, więc ostatecznie odpuścił i odjechał. Kilka godzin później wrócił pod ten sam adres, ale tym razem nie po to, żeby ponownie porozmawiać z domownikami, tylko żeby wezwać wydział zabójstw, bo mężczyzna leżał martwy, zadźgany we własnym domu. I teraz pytanie: czy gdyby poprzednim razem podjął inną decyzję, gdyby starszego faceta nie posłuchał, ten by żył? A może finał i tak byłby taki sam, niezależnie od tego, co on sam zrobiłby w tej sprawie? Człowiek ma wpływ na własne decyzje, ale nie zawsze ma kontrolę nad tym, co one przyniosą. Takich awantur domowych przerobił setki i większość kończyła się wraz z jego odjazdem. Tu było inaczej.
Usuń— W takim razie, skoro nikomu bezpośredniej krzywdy nie zrobiłaś, to czym była ta pośrednia krzywda? I czy może ktoś taką krzywdę zrobił tobie? — zapytał w ramach zabawy w poznawanie się. Skoro już znaleźli się w takich tematach, to szkoda było z okazji nie skorzystać.
Brant Dawson
Declan pewnie wcale by o niczym nie myślał, gdyby Tilly była dziewczyną przypadkowo spotkaną w barze. Nie był przyjacielem Tammy, by mieć pewność, że spotka Tilly jeszcze wielokrotnie, ale nie dało się ukryć faktu, że przez ten wieczór straciła na anonimowości, która byłaby obecna, gdyby poznali się bez wspólnych znajomych. Nie dało też się ukryć faktu, że zupełnie dał jej się zbajerować. Nie musiała się specjalnie starać, bo gdy tylko weszła do baru zwróciła jego uwagę i pewnie zwróciłaby ją nawet, gdyby nie towarzyszyła Passalis. Była ładna, śliczna nawet, czego nie dało się ukryć i czego nawet jej gniewna twarz, gdy zła na jego reakcję go zwyczajnie ochrzaniała, nie była w stanie zasłonić. Miała też tą bezwzględną pewność siebie, ale nie taką jak Declan, okazywaną za pośrednictwem niemal grobowej miny i odzywaniem się półsłówkami. Pewność siebie Mattie była łatwiejsza w odbiorze, przyjemniejsza w swojej lekkości i bez wątpienia było czymś, co potrafiło przyciągnąć i chociaż nie wiedział, czy zatrzymałaby go przy niej na dłużej, to teraz działała tak, że gdyby był kilka lat młodszy i mniej doświadczony, nie klęczałby przed nią tak cierpliwie, upewniając się, że jest jej dobrze. Bardzo chciałby wszystko przyspieszyć.
OdpowiedzUsuńSpotkali się jednak w momencie, gdy nie był już napalonym, młodym chłopakiem, tylko napalonym mężczyzną, który, jak pewnie kilku przed nim, za punkt honoru postawił sobie sprawienie, by Mattie tę noc zapamiętała, może nawet chciała powtórzyć. Zimy w Nowym Jorku były w końcu zimne i ciemne, niezbyt zapraszające do włóczenia się po mieście, a wieczory wcale nie stawały się krótsze i mógł się założyć, że spędzenie ich w towarzystwie Mathildy byłoby zwyczajnie milsze, niż spędzenie ich bez niej. Przynajmniej na to się zapowiadało.
Podniósł spojrzenie, wyrwany z głębokiego skupienia nad jej kobiecością, gdy usłyszał brzdęk ceramiki, ale widząc, że Tilly nic sobie z tego nie robi, sam też nie miał zamiaru tym się przejmować, mając znacznie bardziej interesujące sprawy. Czuł jej podniecenie, jak rosło, gdy zdradzało ją delikatnie drżenie ud i coraz lepiej wyczuwalna, słodka wilgoć, której towarzyszyły równie słodkie pomruki. Mimowolnie uśmiechnął się, gdy usłyszał swoje nazwisko, uśmiechając się jeszcze szerzej, kiedy powiedziała mu, co ma z nią zrobić. Zrobi, tylko wszystko w swoim czasie.
Przestał na chwilę, ale tylko po to, by spojrzeć na nią z satysfakcją i obserwować ją dokładnie, gdy zaczął napierać palcem na jej wejście, wcześniej zwilżając go śliną.
— Powoli, łobuziaro… Ja też mam swoje lata — zaśmiał się, trochę złośliwie, a trochę po to, by samemu nabrać powietrza, w przerwie od zajmowania się jej wrażliwym miejscem ustami. Oblizał je, powoli zagłębiając w niej palec, lekko go przy tym zginając, by drażnić jedynie lepiej, delikatną tkankę, patrząc na nią spomiędzy jej ud. Wrócił wargami i językiem do wcześniej przerwanej czynności, poruszając ręką w równym, szybszym od marszowego, tempie aż do momentu, gdy nie poczuł jej drżenia, znacznie bardziej intensywnego, niż chwilę wcześniej. Nie przerywał w tym czasie swoich ruchów, ustając z nimi dopiero w momencie, gdy był pewien, że Tilly jest najlepiej, jak mogłoby być i wstał z klęczek, natychmiast dopadając do jej ust, by ją pocałować, by mogła poczuć na jego wargach smak, którym zajmował się przez ostatnie kilka minut.
— Co z klapsami? — zapytał, odrywając się od niej, gdy zabrakło mu tchu. Odsunął się na krok, sięgając do sprzączki paska, by już po chwili być bez spodni, które nogą kopnął w bliżej nieokreślonym kierunku. — Zaliczają się do bicia i poniżania, czy mogą być? — zapytał po omacku szukając opakowania prezerwatyw, które przyniosła Tilly. Był bardziej, niż gotowy, żeby spełnić jej prośbę, ale jasno określiła warunki, a on nie miał zamiaru testować jej granic. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
— Kurwa… — szepnął pod nosem, ale w końcu wyczuł pod palcami niewielki kartonik, który pospiesznie rozpakował, a gdy w końcu udało mu się założyć zabezpieczenie, sięgnął w kierunku Mathildy, przyciągając ją władczo do siebie. Podniósł ją tak, jakby nic nie ważyła, pozwalając by ponownie objęła go w biodrach nogami i pocałował ponownie, z głębokim zadowolonym pomrukiem wyczuwając, jak jej obecność przyjemnie drażni naprężoną męskość.
Usuń— Kanapa, sypialnia, czy blat? — spytał w końcu, całkowicie oddając jej tej nocy pałeczkę. Tej, bo jeśli miała być jakakolwiek następna, to liczył, że zwiedzą całe jej mieszkanie, łącznie z prysznicem.
grzeczny Declan Doyle
Poranna zmiana w klubie przeleciała Iskanderowi dziś niezwykle szybko za sprawą ogromnego, nawet biorąc pod uwagę fakt trwające w najlepsze weekendu, tłumu. Ktoś urządzał imprezę urodzinową, więc alkohol lał się strumieniami, a jemu wpadło do kieszeni kilkanaście dodatkowych dolarów. Pijackich historii też nasłuchał się całkiem sporo, w tym wielu takich, z których śmiał się jeszcze pod nosem walcząc z okropnym wiatrem starającym się dosłownie wyrwać mu z rąk kierownicę ukochanego motoru. Któryś z kelnerów zwrócił mu nawet uwagę, że znacznie bezpieczniej by było, gdyby dla odmiany skorzystał z transportu publicznego. Być może miał w tym sporo racji, ale po pierwsze – za nic nie zostawiłby swojego małego skarbu na wiele godzin na parkingu przylegającym do miejsca, do którego zdecydowana większość klientów przychodziła odstresować się w towarzystwie znajomych i wysoko procentowych trunków, a po drugie – nazbyt mu się śpieszyło, by jeszcze marnować czas na wystawanie na przystankach. Smukły, wyścigowy bicykl pozwalał mu na łatwe wymijanie tutejszych korków. Wystarczyło tylko uodpornić się na wściekłe przekleństwa pozostałych kierowców i z dużym powodzeniem można było w ten sposób zyskać i pół godziny dodatkowo. A on przed wieczornymi zawodami planował jeszcze przebrać się w sportowe ciuchy, zjeść jakiś szybki obiad i dla rozgrzewki pobiegać trochę z psami po okolicy. Kto wie czy zdąży jeszcze rozruszać się choć trochę po przybyciu do The Horizon, a tak przynajmniej będzie miał stuprocentową pewność, że później nie nadwyręży mięśni.
OdpowiedzUsuń- Wrócę do was nad ranem. Bądźcie grzeczni. – Przed wyjściem z domu pogłaskał każdego z chartów po łebku. – A ty nie daj im się znowu przeciągnąć przez park. – Rzucił jeszcze do Amana, zatrzaskując drzwi nim ten zdążył uraczyć go jakąś urażoną odpowiedzią.
***
W miejscu docelowym pojawił się po około trzech godzinach jazdy metrem. Nie pamiętał kiedy dokładnie ostatnio odwiedził ten konkretny budynek na przedmieściach Brooklynu, który dla niewtajemniczonych mieszkańców Nowego Jorku kojarzył się głównie ze starym magazynem należącym dawniej do fabryki mebli, a od ponad dwóch dekad proszącym się o gruntowny remont. Równie dobrze mogłoby to być zarówno rok, jaki i dwa lata temu. Ale czy to było w ogóle ważne, skoro właścicielem wciąż był ten sam podstarzały Koreańczyk z blizną od karambitu na lewej stronie szyi oraz charakterystyczną szramą pozostawioną przez pistoletową kulę na prawym bicepsie… Zdecydowana większość zdroworozsądkowych ludzi, których znał, za nic nigdy nie zawarłaby z nim bliższej znajomości, ale kiedy Bahja pozwolił zwerbować mu się po raz pierwszy, rządził nim jedynie instynkt przetrwania, nakazujący mu za wszelką cenę zdobyć trochę kasy na cokolwiek, co tylko nadawałoby się do jedzenia. Teraz natomiast zachodził tu chyba raz na ruski rok z czystego sentymentu. A może najzwyczajniej w świecie lubił ten metaliczny smak drażniący czubek języka za każdym razem, gdy facet przedstawiał mu kolejnego przeciwnika… Może po trochu jedno i drugie… Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nadal tu zaglądał, choć żołądek już mu nie doskwierał ?
Usuń- Witaj młody, dawno cię tu nie było. – Gospodarz uśmiechnął się lekko, wpuszczając go do środka. – Myślałem, że znalazłeś sobie lepsze zajęcie.
- I tak i nie. – Wzruszył nieznacznie ramionami, rzucając kurtkę na najbliższe krzesło. Nie zamierzał wdawać się w szczegóły, więc natychmiast przeszedł do interesów. – Masz coś dla mnie ?
- Słyszałeś może o gościu o pseudonimie Snake ?
- Coś mi się faktycznie obiło o uszy. Ponoć jest naprawdę dobry.
- Właśnie dlatego nikt nie chce się z nim zmierzyć. Biedak, od kilku godzin szwenda mi się po lokalu i z każdym szuka zwady. Chciałbyś może spróbować rozbroić tą chodzącą minę ? Płacę dwadzieścia do jednego. Trzydzieści, jeśli frekwencja na widowni będzie naprawdę spora. – Zaproponował, mierząc Saudyjczyka przenikliwym spojrzeniem.
- Wołaj go. – Odparł pewnie, naiwnie wierząc jeszcze, że przynajmniej trzy czwarte z tego, co słyszał o swoim przeciwniku stanowią zwyczajne bajki opowiadane po barach dla poprawy własnego ego.
Swego czasu i jego imię obrosło podobnymi legendami, a pewna część z nich krążyła na pewno po ziemi również obecnie. Tak już w końcu od niepamiętnych wieków urządzony był świat sportu. Szczególnie tego nielegalnego. I nic nie dało się na to poradzić.
UsuńNieznajomym, którego do tej pory znał wyłącznie z opowieści okazał się być o głowę od niego wyższym, na oko około mniej niż trzydziestoletnim Szwajcarem o rozbudowanych mięśniach ozdobionych kilkoma tatuażami przedstawiającymi rozmaite mitologiczne demony. Typowa próba zastraszenia podświadomości drugiego pięściarza nim starcie w ogóle się rozpocznie, na zaprawionego w bojach Araba niestety już dawno nie działająca. On, chcąc poznać rzeczywistą wartość swego partnera, musiał wejść wraz z nim do jednej klatki. I to dosłownie, bo tutejszy zarządca, chcąc się upewnić, że żaden z zawodników nie da mu w pewnym momencie po prostu nogi, za każdym razem stosował tego typu zabezpieczenia. Dodatkowym plusem, oczywiście z punktu widzenia organizatora, takiego rozwiązania było instynktowne pompowanie większej ilości adrenaliny przez organizmy walczących, która to zwiększała ich odporność na ból, co zawsze wywoływało też głośniejsze wrzaski publiczności. Jakiekolwiek zdrowotne, czy psychiczne skutki całej tej szopki aż do przyjazdu gliniarzy w ogóle go nie interesowały. Liczyła się tylko forsa. A na starciu takich dwóch eksportowych towarów, z których każdy dał się wcześniej poznać z wyjątkowych zdolności bokserskich, można było zarobić znacznie więcej niż zazwyczaj. Zapowiadał się do tego stopnia emocjonujący spektakl, że po zamknięciu zakładów, senior osobiście rozsiadł się wygodnie w najbardziej reprezentatywnym rzędzie, skąd od pierwszych chwil obserwował wyjątkowo dynamiczną wymianę ciosów. Doprawdy, jego podstarzałe oczy już dawno nie miały okazji podziwiać czegoś tak wspaniałego. Krew tryskała na tyle wartkimi strumieniami, że co wrażliwsi widzowie zaczęli wychodzić już po drugiej rundzie, ale on wytrzymał aż do dziesiątej, kiedy to niczym rzymski cesarz łaskawie wstał wreszcie ze swojego miejsca, gromkim głosem zarządzając koniec. Choć chętnie obserwowałby te zmagania dalej, nawet on zaczął na serio obawiać się o życie Iskandera, który z sekundy na sekundę coraz trudniej łapał oddech. Snake wyglądał odrobinę lepiej, ale i jego żuchwa, zresztą najprawdopodobniej jak i pozostałe kości, była w opłakanym stanie.
- Sprzątnijcie ich jak najszybciej z ringu i zadzwonicie po karetkę. Pamiętajcie tylko, żeby wyciągnąć ich przed wyjście i zatuszować jakiekolwiek dowody na to, że omal tutaj nie wykitowali. – Rozkazał swoim pracownikom, zaszywając się w swoim gabinecie. Wolał nie rzucać się w oczy, gdy wreszcie przybędą medycy. Tak na wszelki wypadek, gdyby zachciało im się przypadkiem zadawać jakieś upierdliwe pytania. Jego ludzie wiedzieli jak ich zbyć, byli do tego specjalnie przeszkoleni, toteż nie musiał się osobiście tym zamartwiać.
Iskander
Ian jęknął cicho, jednak z wyraźną boleścią. Na co dzień jęczał w duchu, pozostając w ten sposób wiernym swojej zasadzie o nieuzewnętrznianiu się, ale to jedno jęknięcie wyrwało mu się i pomknęło ku światu, a konkretnie ku Mathilde i Samuelowi, kiedy to ciemnowłosa kobieta zakomenderowała, że będą opowiadać o sobie jak na spotkaniach HR. Hunt nie miał żadnego doświadczenia w tym temacie, ponieważ pozostawał samozatrudniony, także jeśli mowa była o jego zupełnie legalnej działalności i kiedy Mattie zaczęła mówić, pomyślał o spotkaniach, ale anonimowych alkoholików. Z tego jednak, co wiedział, tam mówiło się raczej krócej niż dłużej, podczas gdy Mathilde, na którą patrzyli wraz z Samuelem, wyraźnie się rozkręcała. Ian przyjął to z rosnącym rozbawieniem. Podparł głowę, tym razem na pięści, szklankę z wodą nadal przytrzymując przy sobie jedną ręką i z półuśmiechem malującym się na twarzy z bliżej nieokreślonego powodu, wodził za nią wzrokiem, kiedy ta krzątała się po kuchni. Dla postronnego obserwatora, którym z powodzeniem mogła pozostawać Mathilde, Ian i Samuel musieli wyglądać w tym momencie bardzo podobnie, choć ten pierwszy przyglądał jej się z mniejszą intensywnością, niż ten drugi. Sam w ten dziecięcy sposób, bo robił to całym sobą, wydawał się być zauroczony kobietą, która może i trochę go przerażała, ale która zdawała się mieć odpowiedź na każde pytanie, rozwiązanie na każdą sytuację i w dodatku miała go nakarmić.
OdpowiedzUsuńIan co prawda na zauroczonego nie wyglądał, był jednak na tyle uprzejmie zainteresowany sytuacją i rozmową, że w zasadzie nie można było niczego mu zarzucić, nawet jeśli jego zainteresowanie przejawiało się jako naburmuszenie i rozbawienie w jednym. Dobrze się bawił, póki to Mathilde opowiadała o sobie. Jeśli faktycznie w końcu miała nadejść jego kolej, o żadnej zabawie nie mogło być mowy.
— Teraz ja? — Samuel popatrzył najpierw na Mathilde, potem na Iana, kiedy Stevenson skończyła mówić, ewidentnie gotów do podzielenia się swoją historią, choć czekał na akceptację któregoś z dorosłych.
— Na pewno nie ja — rzucił Hunt i zmienił nieco pozycję, w której trwał, o tyle tylko, że przełożył ręce i teraz podparł głowę, a konkretnie skroń na drugiej pięści.
— Wszyscy muszą zjeść, więc wszyscy muszą opowiedzieć o sobie. — Sam pozostawał nieugięty. Pozostając w pobliżu Mathilde, popatrzył na nią i uśmiechnął się nieśmiało, a potem odetchnął głębiej. — Jestem Samuel, mam siedem lat — zaczął, nie odrywając wzroku od pielęgniarki, bo to właśnie u niej szukał potwierdzenia, że mówi dobrze i w odpowiedniej kolejności. — Chodzę do drugiej klasy. Mieszkam z mamą i starszą siostrą, a w co drugi weekend jestem u taty. W wolnym czasie… — zaciął się, niepewnym, czy to już pora do mówienia o wspomnianym wolnym czasie, ale że nikt nie zaprotestował, to kontynuował. — W wolnym czasie lubię grać na konsoli, ale mogę tylko godzinę dziennie i mama bardzo tego pilnuje. Lubię też, jak tata zabiera mnie na treningi i… — urwał, przeciągając samogłoskę, bo musiał nie wiedzieć, co dalej. Wtedy niespodziewanie z pomocą ruszył mu Ian.
— Co trenujesz, Sam? — zapytał, przez co to na niego chłopiec przekierował uwagę.
— Futbol.
— Futbol? — Hunt nie krył zdziwienia. Sam ani nie był wysoki, ani postawny. Ale może wcale nie musiał, żeby skutecznie rozpychać się na boisku?
— Tak. Biegam najszybciej ze wszystkich chłopaków — pochwalił się i popatrzył na Mattie, chyba szukając jej aprobaty.
— Jeszcze jakaś ciekawa historia z twojego życia — przypomniał uprzejmie, niemalże słodko Ian, zerkając przy tym na Mathilde. Skoro Samuel był wobec niego bezlitosny, on zamierzał być bezlitosny wobec Samuela. Poza tym był ciekaw, co siedmiolatek mógł uważać za ciekawą historię. Chłopiec zapatrzył się na niego, zmarszczył brwi i trochę się zasępił. Widać nic ciekawego, jego zdaniem wartego opowiedzenia nie przychodziło mu do głowy. W pewnym momencie jednak drgnął, niemal wręcz podskoczył.
— Nie wiem, czy to ciekawe, ale… Niedawno wybiłem okno w domu taty — przyznał ni to z dumą, ni to zawstydzony. — Ćwiczyliśmy rzuty piłką. Najpierw blisko siebie, potem coraz dalej. Piłka trochę uciekła mi z ręki i zamiast rzucić do taty, rzuciłem obok…
Usuń— I co na to twój tata? — Ian od razu pociągnął Sama za język. Potrzebował odpowiedzi na to pytanie, żeby zdecydować, co zrobi po odstawieniu Samuela do domu.
— Śmiał się — przyznał Sam, na co Hunt wyraźnie odetchnął. — Powiedział, że to dobrze, że tak mocno rzucam, a nad celnością zawsze możemy popracować.
Ian, który w pewnym momencie przestał kurczowo obejmować swoją szklankę z wodą, zabębnił palcami o kuchenny blat. Zatem ojciec Samuela był w porządku. Ciekawe, czy wiedział, co wyprawiała jego była żona? Ian podejrzewał, że nie. Inaczej już dawno by zainterweniował. Cóż, powinien w końcu się dowiedzieć.
— Teraz ty. — Sam wycelował w Iana palcem, chwilowo zupełnie niezainteresowany tym, że kiedy mówił, minęło wspomniane pięć minut i można było nakładać makaron na talerze.
— Może najpierw zjemy?
— Tilly. — Samuel zwrócił się do swojej jedynej sojuszniczki. — Powiedz mu coś.
IAN & SAMUEL