wdowa | 28 lat | mieszka w odziedziczonym mieszkaniu na Brooklynie
Mówili, że jest zdolna.
Miała raptem dwanaście lat, kiedy wygrała pierwszy konkurs międzynarodowy. Bolały ją palce i było jej strasznie gorąco od świateł reflektorów i niewywietrzonej sali koncertowej, miała spękane do krwi usta. Podszedł do niej i poklepał ją lekko po plecach swoimi długimi palcami, niskim głosem składając gratulacje jej matce, jakby to ona przed chwilą goniła samą siebie w Scherzo Goens’a, śpiewała przed śmiercią w Łabędziu Saint-Saëns’a i opowiadała historyjkę w Humoresce Dworzaka. Jakby to ona spędzała każdą wolną chwilę przy instrumencie, który wciąż ranił.
Mówili, że ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Miała piętnaście lat, kiedy poklepał ją swoimi długimi palcami po ramieniu i powiedział, że jest jedyna w swoim rodzaju. Zdolna, pracowita i piękna. Inne niż wszystkie znane mu kobiety, dojrzalsza od nich znacząco i rozkwita niczym kwiat, kiedy tylko gra. Grała więc jeszcze więcej, byle tylko ją chwalił i całował, prosił, by mógł zostać jej tajemnicą.
Mówili, żeby się za bardzo nie spieszyła.
Miała osiemnaście lat, kiedy założył na jej palec obrączkę trzęsącymi się, długimi palcami. Sam rok wcześniej skończył czterdzieści pięć i mówił jej, że to właśnie był znak, że powinien uklęknąć przed ukochaną kobietą i jej się oświadczyć. Jej matka im błogosławiła mówiąc, że ma szczęście, że trafiła na takiego mężczyznę i powinna całować ziemię, po której chodził. Całowała, ale chyba nie o to chodziło jej matce.
Mówili, żeby uciekała.
Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Najpierw słowami o jej braku wartości, a później dłonią o długich palcach, wprost w policzek, który chwilę wcześniej czule całował. Ubierał ją pięknie, dbał, by zdrowo jadła i kazał dużo ćwiczyć, dużo grać, by była jeszcze lepsza, tylko później narzekał, że palce ma krzywe, zgrubiałe na końcach i kciuk zdeformowany, z dwoma niemal przezroczystymi, pożółkłymi naroślami w miejscu, gdzie skóra dotykała metalowych strun.
Mówili, że im przykro.
Miała dwadzieścia cztery lata, kiedy pochowała męża i ostatni raz widziała jego długie palce, które miały już nigdy więcej nie zacisnąć się zbyt mocno na jej nadgarstku.
Teraz nie mówią już nic.
|
Odautorsko
Cześć! Jesteśmy chętne i otwarte na wszystko. Spotkać ją można niemal wszędzie — od bankietu po słaby bar z marnym jazzem czy metro w środku nocy. Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich. Pozdrawiam i zapraszam. P.S. Kod EMME - przerobiony |
[Witaj i tutaj <3
OdpowiedzUsuńSmutna i bolesna historia, ale zgrabnie ujęłaś w tym całą przemianę jaka zaszła w kobiecie! Podoba mi się, jak opisałaś jej talent, wrażliwość i dobre serduszko, ale do diaska, czy musiała trafić na starego drania?! Ostatecznie dobrze, że została wdową i nie nosi już odcisków chudych palców... -,- Teraz mam nadzeję, że odetchnie i rozkwitnie na nowo! :D
Udanej zabawy dla Was!]
Emma / Lily
[Dzień dobry, podobnie jak Sol, jest mi bardzo miło, że mogę Cię przywitać także tutaj 🩵
OdpowiedzUsuńMiałam ciarki jeszcze podczas sprawdzania Twojej karty postaci, bo choć teoretycznie nie musiałam (sprawdzamy tylko kwestie techniczne), to kiedy już zaczęłam czytać treść, nie potrafiłam przestać. Biedna Tamsin :c Blogowa intuicja podpowiada mi, że okoliczności śmierci pana męża mogą okazać się co najmniej ciekawe i stąd mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zdradzisz nam co nieco na ten temat ;) I może to lepiej, że w końcu o Tamsin nikt nic nie mówi? W końcu dziewczyna może mieć święty spokój!
Życzę udanej zabawy i wątków bez liku 🩵]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Cześć!
OdpowiedzUsuńPrzeczytałam kartę w okamgnieniu i miałam takie... ugh. Smutno mi. Sama pisałam, nie tak dawno zresztą, postacią, która doświadczała przemocy ze strony męża i wiem, że z jednej strony jest to ciekawy temat, a z drugiej dość ciężki. Na szczęście Tamsin jest już wolna i mam nadzieję, że nie maczała palców w tym, że pochowała męża. Życzę jej samych dobroci, chociaż wydaje mi się, że wcale nie jest jej łatwo funkcjonować w społeczeństwie.
Zostańcie z nami jak najdłużej! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
[O cholercia, mocna historia, lubię bardzo! Świetnie ją przedstawiłaś, a nie dość, że to, to jeszcze i zachęciłaś, żeby się dowiedzieć, co to się z tym chłopem zadziało. Jakbyście potrzebowały pana prawnika, a coś czuję, że takowy może lub mógł się przydać, to zapraszamy do kancelarii. Tymczasem życzę dobrej zabawy w Nowym Jorku! <3]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
[O, milutko wiedzieć, że już kiedyś przez NYC się przewinęłaś i teraz skusiłaś się na powrót! Skoro tak, to tym bardziej musimy postarać się o to, aby Tamsin mogła rozwinąć skrzydła :) (Nie)cierpliwie czekam na post o panu mężu!
OdpowiedzUsuńHm, hm, prawdopodobnie to z Maxine najprościej byłoby połączyć Tamsin ALE co powiesz na to, żebyśmy spróbowały wykombinować coś z Chrisem? Został mi u niego tylko jeden wątek, a nie lubię mieć u postaci tylko jednego wątku, więc z chęcią bym nad czymś pomyślała, nawet jeśli z tą dwójką nie będzie prosto i dlatego, jeśli masz ochotę, zapraszam na burzę mózgów już na maila :)
P.S. W moim odczuciu właśnie ta scena była kluczowa dla całego posta, więc nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to właśnie ona zapadła Ci w pamięć, aż mam wzruszki 🩶]
nadal cała trójca: MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
A kogóż my tu mamy? Pojawiam się z ogromnym poślizgiem, ale chyba taki już mam standard, niestety. Piękna Mara na zdjęciu, postać tragiczna w karcie, a koniec karty taki, że chciałoby się zapytać, co stało się z mężem Tamsin... Część mnie jednak nie chce pytać o to wcale, bo wystarcza mi w zupełności wiedzieć, że się od niego uwolniła. W jaki sposób? Nieistotne.
OdpowiedzUsuńPowiem szczerze, że chciałam do Ciebie wpaść z pomysłem na jakiś super wątek, ale nic konkretnego jak na złość nie przychodzi do głowy, bo ze strzępków o których myślę nie da się niczego zszyć. Może Tobie przychodzi na myśl coś mniej oklepanego niż to, że mogliby z Marco być sąsiadami? O ile w ogóle możemy Wam się do czegoś przydać.
Cześć, witajcie w Nowym Jorku i bawcie się świetnie. <3
MARCUS LOCKHART
[Bardzo dziękuję za te wszystkie komplementy! :) Tak, Nyx jest bardzo buntownicza, na pewno ten motyw przewinie się w jej historii wielokrotnie, haha.
OdpowiedzUsuńA co do karty — ta akurat nie jest zbyt skomplikowana, wbrew pozorom. Gdyby Cię kiedyś naszło, daj znać, chętnie pomogę w kodowaniu, choć uprzedzam, że jestem amatorką :D]
Nyx Hackett
Kiedy zostajesz fotografem ulicznym, z pewnością nie spodziewasz się, że któryś z twoich przyszłych współlokatorów zaproponuje ci przeprowadzenie sesji w budynku jednej z najsłynniejszych oper świata. Przez większość czasu żyjesz tak jakby nie obowiązywał cię żaden inny zegar od tego naturalnego. Chwytasz chwilę i robisz to często z ciekawością małego dziecka. A jednak zdarza się, że w całe to twoje niemal sielankowe współistnienie ze wszechświatem wedrze się ktoś, kto ten spokój przełamie. W przypadku Natty’ego była to Rosa, młoda pianistka, która jakieś dwa tygodnie wcześniej wprowadziła się to ich pełnego gwaru mieszkanka.
OdpowiedzUsuń- Och, chyba nie powiesz mi, że tak sławny artysta jak ty obawia się pstryknąć kilka fotek pracującym muzykom... – Zbliżała się do niego coraz bardziej tamtego wieczora, robiąc słodkie minki. – Tym bardziej, że to tylko zastępstwo. – Nie przejmując się widoczną na jego palcu obrączką podkreślającą wciąż niezwykle żywe uczucia do nieżyjącej małżonki, zaczęła muskać czubkami palców jego skórę w miejscu, w którym miał lekko rozpiętą koszulę. Rzadko zapinał wszystkie guziki, twierdząc że krępowały mu oddech, lecz akurat wówczas tego żałował. – Za tydzień, może dwa Bastian wróci z chorobowego i będziesz znów wolny niczym ptak. To jak będzie ? – Spytała, doskonale wiedząc, że choć ostatkiem sił usiłował opierać się jej niewątpliwym wdziękom, zwycięstwo miała w kieszeni. Zdradzało go własne, od dawna spragnione kobiecego dotyku, ciało.
- Niech ci będzie, ale tylko ten jeden raz. – Mruknął, mając nadzieję, że wreszcie się od niego odczepi.
I faktycznie, niemal natychmiast straciła nim zainteresowanie, biegnąc do telefonu, by poinformować zarząd Opery, że jej misja znalezienia tymczasowego fotografa została zakończona sukcesem.
***
W ten oto sposób dokładnie w samo południe zaparkował swego staruszka nieopodal głównego wejścia. Chociaż zaparkował było w tym wypadku dużym eufemizmem, bo właściwie wcisnął go mocno nieprzepisowo w wąską dziurę jakże typową dla tak ogromnych miast, modląc się, by nie musiał później odbierać go z rąk straży miejskiej lub, co jeszcze gorsze, policji. Zapewne powinien po prostu poszukać innego postoju, ale i tak przyjechał niemal na ostatnią chwilę. Przeskakując po kilka stopni na raz, liczył więc na łut szczęścia.
- Pan Morais ? – Siedzący za biurkiem portier obdarzył go uważnym spojrzeniem.
- Zgadza się. – Potwierdził, wręczając mu, a jakże, prawo jazdy, bo dowód oczywiście wcisnął diabeł jeden wiedział gdzie.
- W takim razie proszę za mną. – Poprowadził go przez przestronne korytarze.
Natty [Jeszcze się rozkręcimy.]
[A ja bardzo chętnie wmieszałabym w coś Debbie, bo trochę brakuje mi u niej wąteczków, nie ukrywam. Tylko, że te cztery lata temu, gdy Tamsin owdowiała, Debbie jeszcze nie pracowała w policji. :(
OdpowiedzUsuńAle! Mamy sporo punktów zaczepienia, bo obie mieszkają na Brooklynie, z tym że Debs wynajmuje klitkę z przyjaciółką, ale też na Brooklynie pracuje Debbie.
Może Tamsin coś zgubi? Albo będzie miała podejrzenia, że jej coś ukradziono? Debbie byłaby wtedy prowadzącym taka drobną sprawę i może dziewczyny się spikną.
Albo! Tamsin może być świadkiem bardzo nieprzyjemnego zdarzenia - pobicia, gwałtu, morderstwa. Co Ty na to? :D
No i dziękuję, w imieniu swoim i Muminka, za docenienie bliźniaczek! :D
P.S. To trzecia wersja tego komentarza, więc jeśli jestem odpowiedzialna za SPAM na Twojej skrzynce, to proszę o wybaczenie. ♥]
Debbie Grayson🚓
Przechodząc przez obszerne korytarze, zastanawiał się kiedy dokładnie ostatnio miał zaszczyt przebywać w tak wykwintnym miejscu. Chyba było to podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia spędzonych z Alix. Niecałe dwa tygodnie przed jej śmiercią. Jak zwykle wyjechali na parę dni do jej rodziny, ponieważ ona musiała szybko wrócić do pracy. Tego wieczoru w Operze Garnier wystawiano Don Giovanniego.
OdpowiedzUsuń- To tutaj. – Z melancholijnych rozmyślań wyrwał go nagle głos portiera.
Zanim zdążył się do końca otrząsnąć, podeszła już do niego młoda blondynka wylewająca z siebie chyba tysiąc słów na sekundę. Z oczywistych względów dużej części z nich nie był w stanie nawet zarejestrować, choć naprawdę się starał. Najchętniej powiedziałby jej, żeby trochę zwolniła, ale nie miał nawet kiedy się wtrącić. Zupełnie tak jakby oddech był jej zbędny. Co gorsza, domyślił się że skoro to ją właśnie oddelegowano jako pierwszą do rozmowy z nim, musiała zajmować jakieś ważne stanowisko. Prawdopodobnie organizatorki całej tej szopki. Cóż…w przeciwieństwie do niej już teraz raczej kiepsko widział ich współpracę. Gdyby tylko mógł, najchętniej po prostu, by jej podziękował i wrócił na ulicę, tam gdzie jego miejsce. Skoro jednak wcześniej dał się tak łatwo podejść Rosie, musiał przejść przez to piekło z uśmiechem na ustach. Najwyżej później czeka ich kilka sprzeczek. W sumie nic nowego. Mało który manager podzielał jego luźny sposób życia. Dawno zdążył zaakceptować niewygodny fakt, że najlepszym sposobem na przetrwanie w towarzystwie tego typu osób było zwyczajne uzbrojenie się w ogromne pokłady cierpliwości i dawanie się prowadzić im niczym lalkarzowi. Gdyby tak jeszcze lista miejsc, którą wcisnęła mu tuż przed przedstawieniem go reszcie zespołu nie była aż tak długa… Jeden szybki rzut okiem na pozycje na niej skreślone wystarczył, by uświadomił sobie z całą mocą, że jego wcześniejsze ambitne plany wyrwania się stąd choćby na parę godzin podczas weekendu właśnie legły w gruzach. Cóż, będzie musiał znaleźć jakieś zastępstwo, bo przecież biedne dzieciaki liczące na jego lekcje nie mogły się rozczarować. Bez tego nie miały łatwego życia.
- Natale Morais, na co dzień streetphotographer. Miło mi poznać. – Odwzajemnił uśmiech Tamsin, ściskając lekko jej wyciągniętą dłoń. – Proszę się zbytnio nie przejmować. Postaram się dołożyć wszelkich starań, by nasza dzisiejsza sesja mimo wszystko przyniosła jak najlepsze efekty. W najgorszym wypadku zrobimy tylko kilka próbnych fotek, a resztą zajmiemy się jutro.
Natty
Emma od razu polubiła Tammy, lubiła ją kiedy się poznały jako dzieci, kiedy się nie widziały i czasami pisały do siebie listy, kiedy znów spotykały w nastepne za szybko mijające wakacje i teraz. A teraz może szczególnie ją lubiła, bo czuła że jej obecność koi nerwy i obie będące po przejściach, rozumieją siebie nawzajem lepiej, niż próbowałby je zrozumieć ktoś, kto o trudach życia nie wie nic. Przy niej Emma wstydziła się trochę mniej, tego że nie ma studiów i zakończyła edukację na szkole średniej, a potem robiła mnóstwo szkoleń i certyfikatów z rozmaitych dziecin gastronomii. Trochę niej krępowało ją wspominanie, że nie zna swoich prawdziwych rodziców, a ci nieżyjący dali jej najwięcej miłości i najlepszy dom na świecie. Trochę lżej jej było na sercu, gdy Tammy nie patrzyła na nią z wiecznym współczuciem, bo była przecież niedoszłą żoną i niedoszłą wdową jednocześnie. I czuła się też niejako mniej winna tragedii, jaka miała miejsce w zeszłe lato, jakby pozwalała swoim myślom na chwilę odpocząć dzięki Tamsin.
OdpowiedzUsuńTo co ceniła najbardziej, że obie się nie oceniały. Przyjmowały i akceptowały swoje wybory, decyzje, to jakie są. Mogły sobie porozmawiać szczerze i swobodnie, powierzyć sekrety, przyznać się do zmartwień i trosk, które im ciążą. Tammy była prawdziwą przyjaciółką i pomijając okoliczności, to gdy wróciła i wprowadziła się do mieszkania po sąsiedzku, Emma naprawdę się ucieszyła. Potrzebowała jej, kompanki, towarzyszki, kogoś z kim łączy ją coś dobrego, zarówno wspomnienia jak i prosta codzienność. Dzięki niej White uśmiechała się codziennie trochę więcej, niż poprzedniego dnia i bardzo jej to pasowało, bardzo się z tym uczuciem lekkości polubiła.
- Nie martw się, Tammy, kupię ci nowe, większe o rozmiar - pocieszyła ją z rozbawieniem, obserwując jak ta bez zawahania pochłania kolejny kawałek. - Za tydzień robię duże zamówienie na tort cytrynowy, na pewno coś zostanie... - zasugerowała, jak zawsze gdy tak subtelnie zapraszała koleżankę do odwiedzin po godzinach pracy w cukierni, aby potestowały nowe smaki.
Emma zamykała całe swoje życie obecnie w cukierni, a choć miała plan od zawsze zająć się tym zawodowo, nie tak to miało wyglądać. Przejęła interes za szybko, zbyt gwałtownie, nie tak, jak planowała, bo po śmierci mamy nie było czasu zastanawiać się nad niczym. Gdy sama wyszła z szpitala po tygodniach w śpiączce, musiała na szybko znów wskoczyć w życie i nie tracić kolejnego dnia. Musiała opłacić rachunki za mieszkanie i za lokal, musiała zadbać o to, by mieć co jeść, musiała... przetrwać. Po prostu pokonywać kolejne kartki w kalendarzu. Piec kochała, dbać o ludzi także i zarówno uśmiech, zadowolenie klientów, jak i kolejne zamówienia cieszyły, ale mimo wszystko White gasła. Nie pogodziła się z stratą, nie przebrnęła przez żałobę, nie odwiedziła nawet świeżych nagrobków na cmentarzu, bo w tle rozgrywały się kolejne trudne sprawy, które ją coraz mocniej tłamsiły. Nie mówiła o tmy, nie skarżyła się, przyjmowała z pokorą wszystko, co na nią spadało, wierząc, że zasłużyła. Sąsiedzi pozwalali jej zamykać mieszkanie na cztery spusty, ignorowali krzyki i dźwięk tłuczonych rzeczy, gdy Thomas się denerwował, ignorowali jej uciekające spojrzenie pełne wstydu, gdy wywalała z śmieciami nadmiarowe szklane butelki po alkoholach. Byli rozbici i każdy wokół sądził, że to wypadek sprzed roku tak się za nimi ciągnie, a przecież wszystko się zmieniło, a Thomas się nie zmieniał... Ale o tym nie mogła wspomnieć nikomu, a już szczególnie Tammy, która nie potrzebowała cudzych problemów.
Usiadła naprzeciw niej przy małym stoliku, a w środku były takie dwa z dwoma krzesłami każdy, objęła w dłonie duży kubek z stygnącą aromatyczną herbatą i z uznaniem pokiwała głową. Sama jadła niewiele, a w cukierni niekiedy tylko próbowała kremów, czy są odpowiednio słodkie i nasycone docelowym aromatem, bo apetyt jej dawno temu przestał dopisywać.
- To tylko placek drożdżowy z śliwkami, Tammy, musimy zadbać o podkręcenie twoich kubków smakowych - stwierdziła pogodnie, poprawiając rękaw bluzki, by materiał zasłonił obity nadgarstek.
Emma 🍰
Debbie Grayson lubiła swoją pracę. Powiedziałaby to każdemu, nawet przypadkowemu mieszkańcowi, któremu wpadłoby do głowy, żeby ją o to zapytać. Debbie była zadowolona z decyzji, którą podjęła, cieszyła się, że odpuściła pracę przy ratuszowym biurku i przywdziała mundur. Służyła już niemal półtora roku. Długo dla samej Debbie, ale krótko dla innych policjantów, dla których wciąż była świeżakiem. Miała jednak doświadczenie, nawet te najgorsze, bo wynikające z postrzału. Ramię Deborah, w które została postrzelona na jednej z wieczornych akcji, niedawno wróciło do sprawności, jaka pozwalała Debbie na to, aby ta mogła znowu brać czynny udział w patrolach.
OdpowiedzUsuńLubiła swoją pracę. Czasami jednak musiała to sobie powtarzać. Najczęściej wtedy, kiedy w dwunastej godzinie służby, gdy powinni zawijać się z Louisem na komisariat, zdać raporty i ruszyć na odpoczynek do domu, dostawali wezwanie na interwencję. Nie mogli odmówić.
— Lubię swoją pracę — powiedziała na głos, gdy Hunt zawracał, aby jak najszybciej znaleźć się pod podanym im w komunikacie adresie. Milczał. Zbywał poniekąd Debbie, a ta wcale mu się nie dziwiła. Przywykła do ciszy w radiowozie, która przerywana była wtedy, gdy zaistniała taka potrzeba. Ich relacje i tak były o wiele poprawniejsze teraz, kiedy wróciła z długiego zwolnienia lekarskiego, ale ruda miała świadomość, że Louisowi wcale nie odpowiada to, z kim spotyka się Debbie.
Pod wskazany adres na Brooklynie dojechali w mniej niż pięć minut. Był już wieczór, dochodziła godzina dwudziesta, ulice robiły się coraz mniej zakorkowane, a i na chodnikach pojawiało się mniej pieszych. Grayson wysiadła z wozu, włączyła kamerę przy kamizelce i usłyszała, że to samo zrobił Louis, gdy do jej uszu dotarło: rejestracja interwencji rozpoczęta. Spojrzała na niego, Louis skinął jej głową. Mieli szczątkowe informacje.
Awantura. Alkohol. Dzieci.
Debbie poszła przodem. Gdzieś między drugim a trzecim piętrem trafili na starszą kobietę, która wyzywała się z młodszą od siebie, wyraźnie pijaną kobietą, ta, stała u szczytu schodów na trzecim piętrze, trzymając się barierki. Młoda policjantka odnosiła wrażenie, że pojawili się z Louisem w ostatniej chwili, że w ostatnim momencie powstrzymali kobiety przed rzuceniem się sobie do gardeł.
— Hej, hej, hej! — wyrwało się z gardła Louisa, a zaraz potem wykrzyczeli, że są z policji, podali swoje nazwiska i stopnie. Wszystko zgodnie z procedurami, wszystko utrwalane na nośniku danych przy kuloodopornej kamizelce.
Potem krzyki kobiet przybrały na sile. Niektóre z drzwi do mieszkań, ulokowane na przeciwległych ścianach w długim korytarzu, otwierały się szeroko, inne tylko się uchylały. Do krzyków, plucia i prób szarpaniny, dołączyły inne głosy.
Funkcjonariusze obie kobiety wprowadzili na jedno piętro, Louis przytrzymywał tę starszą, a Debbie… Debbie stała naprzeciwko tej młodszej, chwiejącej się na nogach. Chwyciła kobietę dopiero wtedy, gdy ta zdawała się nie kontrolować własnych członków i osuwać się po ścianie między dwiema parami drzwi. Grayson jej na to pozwoliła, ale w swojej asyście.
— Halo? Jak się pani nazywa? — Debbie kucnęła przed nieznajomą, próbując dotrzeć do niej przez krzyki furiatki uspokajanej przez Louisa. — Mógłbyś zaprowadzić ją do jej mieszkania? — spytała w końcu, spoglądając na partnera przez ramię, bo rozdzielenie tych dwóch wydawało się być najrozsądniejsze. I musieli zrobić to tak, aby te nie musiały nawet na siebie patrzeć. Lubię swoją pracę. — Kto wezwał policję? Gdzie są dzieci? — pytała spokojnie, w liczbie mnogiej, próbując dotrzeć do sedna zgłoszenia, które miało przedłużyć ich zmianę.
Debbie Grayson
[Ha, ha, ha. Zapraszam! To bardzo miłe! :D ♥
OdpowiedzUsuńI tak, uwielbiam to zdjęcie, ale to był ciężki wybór, bo Damian ma tyle wspaniałych fotografii, że długo, długo wybierałam. Ale tak, jak mówisz - to konkretne robi wrażenie i chociaż o zaciskającej się pięści nie pomyślałam, to właśnie spojrzenie Damiana (Evana) jest tutaj niemal miażdżące, pozornie spokojnie. ;D
A pewnie, że się odezwę! Jak szaleć, to szaleć!]
Evan Roth
Christian na palcach jednej ręki mógłby policzyć telefony, które dostawał ze szkół, do jakich chodziła Abigail – bo tych na przestrzeni lat było co najmniej dwie, podstawowa i średnia. Pośród tych zliczonych na palcach jednej ręki telefonów ledwo dwa dotyczyły sytuacji na tyle poważnych, by któreś z rodziców musiało niezwłocznie stawić się w szkole. Ten, który odebrał przed kwadransem, był trzeci. Pani dyrektor, która osobiście pofatygowała się i wybrała numer Riggsa, na wstępie wyjaśniła, że Abigail jest cała i zdrowa, i że Chris absolutnie nie musi martwić się na wyrost, jednakże ze względu na to, co się wydarzyło, powinien przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Na pytanie Christiana o to, co się stało, odpowiedziała tylko, że była to kwestia nieporozumienia z innym uczniem i że wyjaśnią wszystko na miejscu, w jej gabinecie. Riggs, wyczuwając, że nie uda mu się pociągnąć jej za język, rozłączył się i skupił na tym, by przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Zwolnił się z pracy, z czym nie miał większego problemu, ponieważ wykonał swoją część roboty i z powodzeniem mógł zostawić zawodników New York Giants w rękach pozostałych trenerów, którzy doskonale znali rozpiskę na ten dzień i mieli zrealizować pozostałe zadania tak, by harmonogram został wypełniony w stu procentach. Dotarł na parking, wsiadł do samochodu i rozpoczął żmudną podróż do szkoły. Żmudną, bo choć poranne godziny szczytu minęły, przebicie się przez Nowy Jork o każdej porze dnia zdawało się być wyzwaniem, raz mniejszym, raz większym, ale zawsze wyzwaniem.
OdpowiedzUsuńNie był zdenerwowany, nie był nawet zestresowany, a może jedynie lekko zaniepokojony. Abigail była cała i zdrowa, a to było najważniejsze. Ze wszystkim innym mieli sobie poradzić, prawda? Zachodził jednak w głowę, co takiego mogło się stać, że musiał stawić się w szkole? Abi była w ostatniej klasie, miała stałe grono szkolnych znajomych i nie była konfliktowym dzieckiem, tymczasem rozchodziło się o konflikt z innym uczniem. A może uczennicą? Zatrzymawszy się na czerwonym świetle, Christian zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie, czy jego jedyne dziecko w ostatnim czasie skarżyło się na coś związanego ze szkołą, ale jeśli Abigail marudziła, to ze względu na ilość nauki do egzaminów, a nie na koleżanki i kolegów. Pokręciwszy głową, ruszył, kiedy światło zmieniło się na zielone.
O drogę do gabinetu dyrektorki musiał zapytać na portierni, bo choć mgliście kojarzył, gdzie ten się znajdował, dotąd nie miał potrzeby, aby w nim bywać. Jeśli zachodziła taka konizeczność, to Natalie wybierała się do szkoły, czy to na wywiadówki, czy to na szkolne kiermasze i to z tej prostej przyczyny, że on do niedawna mieszkał w Filadelfii, a raczej mieszkał zarówno w Filadelfii, jak i w Nowym Jorku, przy czym w tym drugim spędzał tylko weekendy. Pokierowany przez sympatycznego mężczyznę, pokonał korytarz, skręcił w prawo, a potem jeszcze raz w prawo i wtedy dostrzegł siedzącą pod ścianą, na jednym z kilku prostych krzeseł ustawionych w rzędzie, Abigail. Korytarze były puste, zajęcia trwały w najlepsze, przez co kroki Riggsa niosły się cichym echem i usłyszawszy je, osiemnastolatka od razu poderwała głowę, a na widok ojca poderwała się także z krzesła. Widząc to, Chris przyspieszył kroku, przez co spotkali się w połowie drogi.
— Abi — tchnął, podczas gdy jego już nie taka mała kopia obiema rękoma złapała go za przedramię i zacisnęła wokół niego długie, szczupłe palce. — Co się stało?
— Sama nie do końca wiem — odezwała się cicho, podczas gdy Chris uważnie lustrował jej sylwetkę wzrokiem. Musiał upewnić się, że rzeczywiście była cała i zdrowa. Na taką wyglądała, więc zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i wtedy spostrzegł, że blondynka wpatrywała się w niego z napięciem.
— Jak to, nie wiesz?
Abigail opuściła wzrok, oderwała prawą rękę od jego przedramienia i podrapała się po policzku.
— To było… dziwne. Jest taki jeden chłopak, Noah. Chyba jest w pierwszej klasie, nie jestem pewna, ale zauważyłam, że on, cóż… — Abigail poczerwieniała i zerknęła krótko na ojca. — Wygląda na to, że mu się podobam — przyznała cicho, wyglądając na odrobinę zażenowaną, a jednocześnie rozbawioną tą sytuacją. Zaraz jednak odchrząknęła, a lekki uśmiech czający się w kącikach jej ust zniknął. — W każdym razie dziś, na długiej przerwie śniadaniowej, na stołówce, Noah do mnie podszedł i ni z tego, ni z owego mnie pocałował — wyrzuciła z siebie jednym tchem. — A ja, jakoś tak, sama nie wiem, chyba bardzo się oburzyłam, bo… Akurat stałam w kolejce po jedzenie, miałam w ręce tacę i… Zdzieliłam go tą tacą w głowę…
Usuń— Abigail…! — Chris nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
— To był odruch!
— Ile wy macie lat, żeby się tak zachowywać?!
Osiemnastolatka opuściła głowę, przyciskając jedną dłoń do zaczerwienionego policzka, podczas gdy drugą wciąż ściskała przedramię Chrisa, jakby ten był jej ostatnią deską ratunku. W głowie nie mieściło mu się to, co usłyszał. Jedno i drugie zachowało się niedorzecznie, ale nie zamierzał rugać Abigail za to, że ta najzwyczajniej w świecie się broniła, bo ktoś nieproszony brutalnie wtargnął w jej przestrzeń osobistą. Riggs westchnął cicho. Gdyby był jedną z tych rozhisteryzowanych matek, z powodzeniem mógłby oskarżyć gówniarza o napaść na tle seksualnym. Na szczęście nią nie był, a i Abigail nie zachowywała się tak, jakby została jej zrobiona krzywda. Bardziej była przejęta tym, że chłopak oberwał od niej plastikową tacą na jedzenie, niż tym, że ten pocałował ją bez jej zgody. Swoją drogą Chris był ciekaw, jak mu się to udało?
— Dobrze zrobiłaś — powiedział, przygarnął ją do siebie wolną ręką i uścisnął krótko. — Gdzie on jest?
— Czeka w gabinecie dyrektorki. Nie wiem, które z nas będzie miało bardziej przechlapane…
— Cóż, już ja o to zadbam, żeby przechlapane miał on. Możemy wejść do środka?
Abi, co prawda bez przekonania, ale twierdząco pokiwała głową. Podeszli do drzwi gabinetu, Chris zapukał, a w odpowiedzi na przytłumione proszę nacisnął klamkę. Weszli do sekretariatu, który stanowił swoisty bufor między korytarzem, a gabinetem dyrektorki. Siedząca za biurkiem kobieta przywitała się i wskazała na znajdujące się po lewej drzwi.
— Pani dyrektor czeka — dodała, na co Riggs skinął głową i wszedł do środka, prowadząc za sobą Abigail. Nie zdążył dobrze rozejrzeć się po wnętrzu, nie mówiąc nawet o zajęciu miejsca, kiedy ktoś jeszcze zapukał do drzwi sekretariatu, a chwilę potem do pomieszczenia weszła stosunkowo młoda kobieta i rozejrzała się nerwowo.
— Pani Passalis, proszę do mnie — odezwała się pani dyrektor, zza postawnej sylwetki Christiana starając się pochwycić spojrzenie kobiety, której uwagę próbowała zwrócić. Zaraz po tym wskazała Christianowi i Abigail dwa krzesła ustawione przed biurkiem, za którym siedziała. Noah – bo to musiał być on – siedział na krześle pod ścianą, prostopadle do nich i nawet nie podniósł nisko zwieszonej głowy. Riggs strategicznie zajął skrajne krzesło, przez co Abigail po swojej lewej stronie miała ścianę gabinetu, po prawej ojca.
CHRISTIAN RIGGS
Prawdę powiedziawszy ani przez sekundę nie martwił się o siebie. Owszem, jako wychowanek ulicy i bidula znacznie bezpieczniej czuł się na wolnych przestrzeniach niż zamknięty we wnętrzu ogromnego modernistycznego budynku, lecz dekada robienia fotek nauczyła go niemal akceptować niewygodny fakt jakoby przez część klientów postrzegany był jedynie przez pryzmat bezwolnej maszyny do pstrykania zdjęć. Wielokrotnie słyszał, że za ludzi takich jak on prawie całą robotę wykonuje aparat, podczas gdy inni artyści muszą się naprawdę namęczyć, by osiągnąć w swej pracy wymagany efekt, więc nie powinien narzekać. Ignoranci, nie zdawali sobie sprawy jak wiele czasu poświęcał przed udaniem się na sesję wyborowi odpowiednich soczewek, obiektywów, nasadek, filtrów i całego tego ustrojstwa. Nie wspominając już o należytym ich ustawieniu, przygotowaniu sali i późniejszej obróbce. Choć praca, którą wykonywał stanowiła zarazem jego pasję, podobne uwagi sprawiały, że niejednokrotnie zastanawiał się, czy aby rzeczywiście nie powinien zawiesić tego na przysłowiowym kołku. Wystarczyło jednak, że popatrzył w roześmiane twarze dzieciaków z zapartym tchem wyglądających go zza zakrętu, by odzyskać wiarę w sens tego, co robił.
OdpowiedzUsuń- Dziękuję za wskazówki. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Najlepiej od razu z nią porozmawiam. – Stwierdził, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu wspomnianej kobiety.
Zazwyczaj najdłużej jak mógł, wykorzystywał promienie słoneczne, by następnie przerzucić się na specjalistyczne obiektywy do wykonywania zdjęć także po zmroku. Skoro jednak tym razem przyszło mu pracować w dużo bardziej komfortowych warunkach niż zwykle, nie widział sensu w dodatkowym obciążaniu już i tak ciężkiego plecaka kolejnym sprzętem. Te dwa tygodnie mógł się ostatecznie jakoś przemęczyć. Przynajmniej dopóki najbliższa kawiarnia z dobrą, mocną kawą nie znajdowała się o wiele przecznic dalej. Nie wyobrażał sobie bowiem, by miał przetrwać cały ten cyrk z profesjonalnym uśmiechem cały czas przyklejonym do ust bez dużej dawki kofeiny. A najlepiej jeszcze czegoś słodkiego.
- Musiałabym poszukać w kantorku. – Wyraźnie usiłowała go zbyć. – Może na razie skorzystasz ze światła padającego ze sceny ? Poproszę techników, żeby skierowali więcej lamp na Tamsin i Andy. W końcu to je głównie później zarząd życzy sobie widzieć na plakatach.
- Wspaniała wizja, naprawdę. – Odparł nieco sarkastycznie. – Tyle, że na miarę sesji modelingowej. Może od razu zainstalujecie tu wybieg i dacie im jakieś fosforyzujące fatałaszki ? – Ciągnął wciąż tym samym tonem. – Znam nawet…
- Dobrze, już dobrze. Rozumiem. – Przerwała mu, a niej jej twarzy wykwitł wyraźny rumieniec. – Chodźmy już po te nieszczęsne lampy. – Podreptała przodem, zamaszyście uderzając szpilkami o podłogę. Niczym wojskowa orkiestra. Raz dwa. Raz dwa. W prawo zwrot. W lewo zwrot.
Natty
Kiedy Emmę jako kilkulatkę państwo White przyjęli do siebie do domu, szybko zapomniała o tym, jak zimno jest w bidulu, jak trzeba się starać o uwagę, jak zawsze trzeba sie ładnie uśmiechać, aby otrzymać dobre słowo od dorosłego. Potem, z biegiem lat, myślała że było to naiwne, zbyt pochopne, bo adopcje dziecka w wieku wczesnoszkolnym często wracają i są cofane, ale nie... trafiła bardzo dobrze. Otrzymała dom, rodzinę i mnóstwo miłości, a także zrozumienia dla nieśmiałej, skrytej natury. Nigdy nie czuła się adoptowana tak właściwie, nigdy nie dano jej odczuć obcości, ale też nigdy nie czuła, że musi odnaleźć swoje prawdziwe korzenie. Jej życie i jej dom były na swoim miejscu, a ona nosiła prawidłowe, jedyne prawdziwe nazwisko z dumą. Jako nastolatka w liceum podjęła decyzje, że przejmie interes mamy, ale ostatecznie nigdy nie musiała się też nigdzie przepychać jak Tammy. Lubiła, gdy sprawy były proste, a życie nieskomplikowane, nie miała wielkich ambicji, a marzenia nie odlatywały wysoko nad ziemię, więc chyba Emma zwyczajnie była taka szara i zwyczajna, bez aspiracji na coś wielkiego. I może, tylko może, w tej jednej sprawie obrania ścieżki zawodowej, nie umiałaby zrozumieć presji czasu i starań przyjaciółki. W całej reszcie rozumiała ją nad wyraz dobrze.
OdpowiedzUsuńRodzina i cukiernia był dla Emmy wszystkim, a teraz zostało jej tylko to drugie i to musiała podreperować, zaopiekować się lokalem, podbudować interes, włożyć wiele pracy i wysiłku, aby to co robiła jej mama przetrwało. Nie wiedziała tylko czasami, czy ma jeszcze siły. Zazdrościła tego Tammy, parcia do przodu, wytrwałości, cierpliwości, uporu, przekonania, że nie może się poddać. Emma poddać się bardzo chciała, a jednocześnie dławiła ją myśl, że zostaje z niczym. Mieszkanie po rodzicach było przyjemne, zagracone i bardzo zaniedbane, potrzebowało remontu, odświeżenia, a przede wszystkim siłowego wyzbycia się niechcianego lokatora, który właściwie mieszkał tam bezprawnie, tak samo jak bezkarnie i wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości znęcał się nad pasierbicą. Ale cukiernia... ona kochała kochać, to jedno przynosiło jej nie tylko zarobek, ale i radość. Nie chciała tego rzucać, ani zaniedbywać cukierni. Tylko czasami, w niektóre dni, było jej ciężej i trudniej niż w inne. I tych było ostatnio trochę więcej. A ona nie umiała walczyć, nie była taka jak jej przyjaciółka, która wytrwale czekała, aż w końcu odzyskała wolność i zyskała spadek i lekkość, bo kolejne dni nie były już tak ciężkie.
Lubiła ich rozmowy, te uśmiechy, delikatność słów, to jak nic nie jest sztuczne, wymuszone i wystudiowane, a zarazem uważają na siebie nawzajem. Emma wiedziała, że Tammy wiele przeszła, że u niej tez nie wszystko było piekne i różowe, więc wspierała ją w wszystkim, co sobie planowała i co robiła. Tak czuła, że obie muszą mieć gdzieś oparcie i źródełko zrozumienia, że same dla siebie są zbyt małą podporą. Ale obawiała się zawsze tego, że przyjaciółka poruszy trudny temat związany z jej sytuacją, bo nie wiedziała wtedy, co odpowiedzieć. I co zrobić tak w ogóle, by sytuację odmienić.
- Oj, Tammy... - posłała jej karcące spojrzenie, takie które było w całej wrażliwej Emmie zbyt surowe, zbyt srogie i nie pasowało do łagodnych rys, do jasnych oczu i miękkich palców, bo wczorajsza chińszczyzna była paskudztwem. - Nie chcę o tym słyszeć - cmoknęła i pokręciła głową z dezaprobatą, bo o ile obie były dorosłe, to jednocześnie żadna z nich nie umiała o siebie porządnie zadbać. Jedna odżywiała się karygodnie. Druga pozwalała się zastraszać. Może dlatego ta przyjaźń była tyle warta, bo obie były siebie warte.
UsuńWystarczyła kolejna chwila, by uśmiech z jej twarzy został całkiem wymazany. Lekko zacisnęła usta, lekko opadły jej ramiona, powieki zakryły kolor tęczówek i Emma dwie sekundy milczała, zaciskając dłoń na widelcu za mocno. Tammy widziała i wiedziała, a Ems nie chciała jej urazić, odpychając, czy kłamiąc. Obie na to nie zasługiwały. Ta propozycja i taka rozmowa nie odbywała się między nimi pierwszy raz, a jednak z każdym kolejnym, White było bardziej wstyd. Coraz mocniej uświadamiała sobie, że nie będzie w stanie zawsze chronić Thomasa i trzymać w sekrecie tego, co dzieje się w ich mieszkaniu, a jeśli wiedziała Tammy, niedługo może dowiedzieć się ktoś jeszcze. Ona nie była gotowa jeszcze rozmawiać.
- To bardzo miłe z twojej strony, chętnie przygotuję śniadanie - kiwnęła głową, nie podnosząc jeszcze oczu i patrząc teraz na swoje zakryte częściowo rękawami dłonie, jakby to jej własne odruchy zasłaniania sie, były winne przyłapaniu, bo to ona kryjąc siniaki, zwracała na nie uwagę cudzych spojrzeń. - Tammy... nie musisz, wiesz o tym, prawda? - upewniła się tylko, bo nie chciała, aby przyjaciółka czuła jakikolwiek przymus i jakikolwiek obowiązek. Żadna z nich nic nie musiała.
Wyprostowała się, wsunęła do ust kolejny kawałek drożdżowego placka, a potem spojrzała w kierunku pustej, szklanej gabloty, z której wszystko dzisiaj zeszło. Takich dobrych dni nie było dużo, ale właściwie doceniała każdy, a zamówienia w sieci mocno podciągały jej nie tylko budżet, ale zauważyła, że zyskiwała dobre opinie i darmową reklamę, a poczta pantoflową, dochodziło do poleceń, kolejnych zamówień i klientowska sieć się poszerzała sama z siebie, bez jej ingerencji.
- Chciałabym tak dużo zmienić... - przyznała nagle cicho, mówiąc zbyt ogólnie, by dopasować te słowa do kontekstu ich rozmowy, ale pasowało to również tutaj, do wszystkich wątków, jakie poruszyły.
Emma
Debbie nie miała życiowych braków. Wychowała się w pełnej, szczęśliwej rodzinie. Miała mamę, która niemal całe swoje dorosłe życie poświęciła na wychowanie trójki pociech. Poważnego Michaela, roztrzepaną Deborah i uroczą, najmłodszą Madelaine. Nie wychowywała dzieci sama, bo w końcu miała do pomocy męża, który – choć pochłonięty bez wątpienia służbą, wpierw w nowojorskiej policji, następnie w DEA – każdy wolny wieczór poświęcał rodzinie, każde wolne popołudnie było czasem z dzieciakami, odnajdywaniem dla nich drogi, próbowaniem nowych rzeczy, smakowaniem życia tak, jakby było najlepszym rarytasem. Debbie nie miała braków, ale śmierć tego, który jawił się jako idealny, niezastąpiony opiekun, bolała. Grayson była już dorosła, gdy dowiedziała się o tym, że jej ojciec poległ na służbie. Dorosły był też Michael i tylko Maddie pozostawała dzieckiem. Miała już nim pozostać na zawsze, gdy objawy świadczące o tym, że była w spektrum, tylko uległy pogłębieniu.
OdpowiedzUsuńDlatego Debbie tak żywo reagowała na krzywdę nieletnich. Nie wyobrażała sobie tego, aby ktoś nie mógł kochających rodziców. A potem przypominała sobie Iana i Louisa. Partnera życiowego i partnera w pracy – braci, których rozdzielił system. Dzieciaki, którym narkotyki odebrały rodziców. Debbie, odkąd na swojej drodze spotkała Iana Hunta, rozumiała coraz więcej rzeczy, ale na coraz mniejszą ich ilość dawała przyzwolenie. Nie podobało jej się to, kiedy dzieci cierpiały w wyniku błędów rodziców.
Spojrzała w stronę, z której dobiegł ją kolejny, nieznany głos. Kucała przy ścianie, między nogami kobiety, która się osunęła i teraz bełkotała coś, co było nie tyle niezrozumiałe, co w ogóle nie przypominało słów.
— Dzień dobry… — mruknęła, mrugając kilkakrotnie, jakby upewniała się, że młoda kobieta w dresach była prawdziwa. — Tamsin… — powtórzyła i już otwierała usta, żeby zadać jakieś pytania, kiedy niejaka Tamsin ją wyręczyła. Powiedziała i o kobiecie, którą za ramiona przytrzymywała funkcjonariuszka i o dziecku, którego Grayson szukała. — Dobrze, ale…
Nie zdołała powiedzieć nic więcej, bo pani Passalis po prostu czmychnęła z klatki schodowej, a Debbie westchnęła ciężko. Spojrzała na pijaną kobietę, którą niemal odcięło, gdy straciła energię do kłótni.
— Katherine O’Hara, tak? — powtórzyła, a Katherine skinęła głową i zaczęła coś bełkotać. Czasami ta paplanina nabierała kształtu i Debbie wyłapała z tego pojedyncze słowa, jak numer mieszkania, Noah, kot i coś o wódzie. Louis zniknął za drzwiami z panią Lutzman, która wydawała się być w lepszym stanie niż niejaka Katherine. Mimo to, Debbie chwyciła ją pod ramię i podprowadziła do uchylonych drzwi mieszkania, które było mieszkaniem kobiety. Śmierdziało tu alkoholem, a w zlewie w kuchni dostrzegła nieumyte talerze.
— Jeszcze jedna interwencja i będziemy zmuszeni zadzwonić po pogotowie, a to wtedy wrzuci panią w maszynę systemu. Słyszy mnie pani? — Debbie nie owijała w bawełnę, ale to był przypadek, kiedy nie należało tego robić. — Dzisiaj pouczenie i mandat za zakłócanie miru domowego pozostałych sąsiadów — mówiła dalej, a potem przedstawiła jej opcję wniesienia oskarżenia przeciwko pani Lutzman i wiedziała, że Louis zrobi to samo. Prawa obywatelskie. Grayson wypisała bloczek, zapowiedziała, że jeszcze tu wróci i to nie koniec. To nie mógł być koniec, bo było jeszcze dziecko.
Debbie zapukała do drzwi, za którymi zniknęła Passalis.
— Funkcjonariusz NYPD – Deborah Grayson, jesteśmy tutaj z wezwania do bójki i zakłócania porządku, dostali zawiadomienie o poszkodowanym małoletnim. Interwencja jest nagrywana — pouczyła, kierując w końcu spojrzenie na tego, kto otworzył jej drzwi. — Rozumiem, że chodzi o dziecko pani O’Hara?
Debbie Grayson 🚓
Evan Roth w świecie wielkiej polityki jeszcze nie zaistniał, ale taki miał plan. Cel, który założył sobie po kilku dniach pracy jako asystent asystenta radnego miasta Nowy Jork. Poczuł to coś, co niektórzy byliby w stanie opisać tylko w zetknięciu z przeznaczeniem. Ten przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa młodego mężczyzny, który był gotowy na wszystko.
OdpowiedzUsuńPowoli wdrażał się w ten świat, który początkowo wydawał mu się duży, trudny i niezrozumiały. Tu nie chodziło o dobro ogółu, jakim było społeczeństwo poszczególnych okręgów. Chodziło o pieniądze, wpływy i władzę. Zaczynał to rozumieć z dnia na dzień coraz lepiej. Przestał być zagubionym chłopcem, który wieczorami wyładowywał się w pubach, a właściwie to pod ich murami. Był chłopcem, który za dnia nosił garnitur i kupował swoje pierwsze krawaty. Wieczorami zaś stawał się chłopcem, który po dniu ciężkiej pracy musiał odreagować. Już nie w pubach. Chodził do miejsc, gdzie nikt nie mógłby go powiązać z szefem – z Kevinem Rileyem, bo przecież to obiecał. Na tym polegała jego praca, w dbaniu o wizerunek radnego, więc i jego – skoro musiał pojawiać się u boku Rileya – musiał być nieskazitelny.
Praca asystenta początkowo była pracą biurową, ślęczeniem nad aktami prawnymi, organizowaniem kalendarza, kontrolowaniem social mediów, a kiedy Roth wykazał się w prostych zadaniach, został dopuszczony dalej. Umożliwiono mu pojawianie się, więc się pojawiał. Na balach, bankietach, galach, aukcjach i innych uroczystościach, na których pojawiali się lokalni politycy i możni, od których zależało wiele, wiele rzeczy. Zawierał znajomości. Jedne z nich były korzystne i potrzebne, inne mniej. Kolejne zaś mógłby zaliczyć jedynie do kategorii przyjemnych i początkowo za taką uważał relację z Tamsin. Pojawiła się niespodziewanie, ale to dzięki niej pozbył się tego gniotącego go wrażenia, że nie pasuje do miejsca, w którym był. To dzięki niej poznał znacznie więcej osób niż mógłby zrobić to samemu i to dzięki niej zyskał fundusze na piknik rodzinny w dwunastym okręgu. Może dlatego pojawił się na pogrzebie Cartera Sullivana i osobiście składał kondolencje jego młodej żonie. Przyniósł bukiet lilii i białych róż. Trzymał się na uboczu, ale nie omieszkał potem napisać do wdowy. Wdowa. Zupełnie nie pasowało mu to określenie do osoby Passalis. Nie był przesadnie empatyczny, nie napisał do niej, bo chciał ją wesprzeć. Napisał do niej, bo sam czegoś potrzebował. Towarzystwa. Wejścia na elegancki bankiet, na którym asystent radnego nie miałby czego szukać, ale jednak wiedział, co chce tam znaleźć.
Do tej pory nie był pewien, czy chce nazywać ją swoją przyjaciółką. Wiązałoby się to z pewnego rodzaju przynależnością, a tego Evan unikał. Nie powstrzymywało go to jednak przed pisaniem do Tamsin wtedy, gdy potrzebował towarzystwa. Najczęściej na eleganckich przyjęciach, bo miał pewność, że Passalis wie, jak się zachować i wie, jak wyglądać, a że prezentowała się zwykle nienagannie, to i samemu sobie nie odbierał przyjemności trzymania jej u swojego boku.
Tym razem nie było inaczej. Krótki sms. Krótkie potwierdzenie. Na Brooklyn, pod znany sobie adres, podjechał swoim ciemnogranatowym BMW X3. Ubrany w klasyczny, czarny garnitur, pod którym miał białą koszulę, czuł się swobodnie. Czarna mucha leżała na kokpicie, czekając, aż dotrą na miejsce. Evan czuł się dobrze w eleganckich ciuchach, ale jednak stawiał też często na swobodę. Włosy miał zaczesane do tyłu, wystylizowane tak, że ani jeden niesforny kosmyk nie próbował wydostać się przed szereg.
Niespecjalnie nastawiał policzek, ale pozwolił jej na ten gest, a potem prześledził spojrzeniem to, jak wyglądała. Wciąż trzymał jedną dłoń na kierownicy, drugą wspierając się o drzwi.
— Tamsin — odpowiedział na jej powitanie i uniósł brew. — Wiem. Nowy — przyznał bez skrępowania, bo garnitur faktycznie był nowy. Szyty na miarę. — Ty też ładnie wyglądasz — dodał, bo przecież wiedział, że się starała. I że lubiła te starania, a on lubił je doceniać.
Usuń— Dzisiaj przyjemności. Głównie — odparł, bo to, że zamierzał na balu charytatywnym zdobyć haka na konkurenta swojego szefa, przemilczał. Na razie nie musiał jej zawracać tym głowy. — Dla ciebie same przyjemności — dodał i odpalił auto, powoli włączając się do ruchu.
Evan Roth 💼
Nie pierwszy raz traktowano go niemal równie bezosobowo co zwykły element krajobrazu. Na początku kariery zawodowej zdarzało mu się za to nawet obrażać. Często po takim obcesowym wskazaniu mu jego właściwego miejsca wśród towarzystwa lądował w podrzędnych knajpach, pochylony nad kuflem piwa z miną świadczącą o głębokim zamyśleniu, z którego lepiej było go nie wyrywać. Znajdował się wówczas w nastroju nieprzysiadalnym. Lata praktyki sprawiły jednak, że nabrał wreszcie należytego dystansu do świata i nauczył się kontroli nad własnym wybujałym ego. Owszem, nadal w tego typu sytuacjach słyszał jego dzikie wrzaski, ale były już one znacznie cichsze niż dawniej. Jakby dochodziły z najgłębszych zakamarków duszy. Takich, do których rzadko dochodziło jakiekolwiek światło.
OdpowiedzUsuń- Dziękuję. – Chwycił lampy, zapisując sobie w głowie, by następnego dnia przynieść własny sprzęt. Tutejszy swoje najlepsze lata musiał mieć niestety dawno za sobą, bo zanim przestał doprowadzać go niemal do oczopląsu swoim ciągłym miganiem minęło ładnych kilka minut. Swoją drogą ciekawe jak długo zdążyły już przeleżeć w tym nieszczęsnym składziku ? Najwyraźniej ich stały fotograf niezbyt przejmował się zrzędzeniem muzyków, stosując lampę błyskową tak często jak tylko uznał to za niezbędne. On jednak postanowił być względem nich nieco bardziej wyrozumiały, wychodząc z założenia, że skoro Tamsin od samego początku naciskała na jej wyłączenie, to najwidoczniej musiała mieć ku temu ważny powód. Najwyżej później poprosi ją o jego wyjaśnienie.
Póki co zajął miejsce na jednym z niższych balkonów w taki sposób, by szerokokątny obiektyw obejmował możliwie największą połać sceny. Przed włączeniem przycisku nagrywania sprawdził jeszcze raz, czy aby na pewno pamiętał o usunięciu z obiektywu specjalistycznego filtru do wykonywania czarno-białych zdjęć. Podczas swojej codziennej pracy korzystał głównie z nich, lecz zleceniodawcy zarządzający takimi miejscami jak Metropolitan Opera nieodmiennie woleli stawiać na nowoczesność, uznając że monochromatyczna fotografia jest już po porostu passe. Cóż, jak to mówią klient nasz pan.
Natty
Tammy była dobrą przyjaciółką i nawet jeśli Emmę otoczyłaby cała grupa bliskich osób, a ona sama nie czułaby się samotna i przytłoczona rzeczywistością, z którą sobie nie radziła, to i tak nie zmieniłaby tej opinii. Tammy była, obecna kiedy trzeba, empatyczna, rozumiejąca i nie komentująca. Emma wiedziała, że obie dobrze rozumieją sytuację, ale ceniła wysoko to, że nie padają komentarze, pouczenia i dobre rady, o które nie prosiła. Chyba sama nie była gotowa, by cokolwiek robić, za bardzo się bała i za bardzo wstydziła, by wyjść do świata i powiedzieć wprost, że ma problemy.
OdpowiedzUsuń- Przecież nie mamy windy - zauważyła z rozbawieniem, a od tych wymijających i pozornie pogodnych pogaduszek, które miały być idealnym rozproszeniem dla prawdziwych trosk, delikatne rumieńce już zaczęły pogłębiać się na jej zwykle bladej twarzyczce. Potrzebowała takich spotkań i takich rozmów, czegoś co odciągnie jej myśli, co pozwoli jej odetchnąć i przestać się martwić, czy drzwi do mieszkania nie będą zamknięte od środka i będzie zmuszona zanocować na tyłach cukierni, albo jeszcze gorzej - Thomas będzie w gorszym nastroju, zaczepny i wulgarny.
Emma miała dużo szczęścia w życiu i teraz uwierzyła, że musi za to odpokutować Wyszła z domu dziecka w wieku szkolnym, to naprawdę cud. Znalazła, a właściwie dostała prawdziwy dobry dom i cudowną rodzinę, to kolejny cud. Michael za którego miała wyjść, był wspaniałym, pogodnym i czułym facetem, on też był jej cudem. Miała naprawdę wszystko, o czym człowiek może marzyć, czego kobieta może chcieć w życiu i gdy doszło do wypadku, nie mogła obudzić się w nowej rzeczywistości. Zimnej i cichej, bez śmiechu i rozmów, bez ramion wokół siebie. Nie to było najgorsze, bo przecież z czasem zaczęła się oswajać z samotnością. Najgorszy był Thomas, który nie tylko się awanturował, on zaczął jej wpajać, że wypadek i strata wszystkich to jej wina. Uwierzyła i pozwoliła się stłamsić, a teraz nie widziała żadnego rozwiązania i żadnego wyjścia z tej sytuacji. Nawet nie próbowała, bo skoro była winna, to na to zasłużyła. ktoś musiał być winny, a skoro ona wybrała trasę na letni festiwal i przez nią wyjechali później... to było oczywiste.
Gdy Tammy podzieliła się swoimi sekretami, zdradzając tylko tyle, ile uznała za słuszne, Emma przestała sama zapewniać, że wszystko jest w porządku, że w upał długi rękaw jej nie przeszkadza, a podkrążone oczy to wynik niewyspania bo szukała nowych przepisów. Przestała kłamać i kryć się za pozorami, nie miała na to ani sił, ani ochoty, ale przede wszystkim jej przyjaciółka nie zasługiwała na takie krętactwa. Obie wiedziały, co to wszystko oznacza i chyba ciche zrozumienie dawało White więcej wsparcia, niż współczujące spojrzenia, jakie rzucali jej sąsiedzi mijani na ulicy pod bramą. Przyjmowała więc to, co chciała i mogła jej dać Tamsin, jednocześnie nie przestając sie mierzyć z tym, co ją dręczy.
Uniosła brwi i zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując śmiech. Była chuda i smutna, nie miała za bardzo ładnego ciała, bo od wyjścia z śpiączki wciąż brakowało jej witamin i uzupełnienia niedoborów, przez co jej skóra nie była promienista i wystawały jej wszystkie kości, które mogły wystawać, a ponadto od wypadku zostały jej blizny, więc w ogóle nie patrzyła na siebie w kategoriach kochanki, lub w ogóle osoby atrakcyjnej dla kogokolwiek. I ona miałaby ogrzać Tammy łózko? Sama chyba nie wierzyła już w żadną miłość, za to w przypadku przyjaciółki, wręcz przeciwnie - miała wrażenie że pewnego razu się zakocha, mocno i szalenie i jej świat zabarwi się na nowo. Bardzo jej tego życzyła. Aby pokochała siebie i pozwoliła komuś również siebie pokochać.
- Czy właśnie zostałam zdegradowana z przyjaciółki na one night stand? - podchwyciła, wbijając widelczyk w ostatni kawałek ciasta, aby dokończyć swój kawałek. - Czy może to awans? - uśmiechnęła się rozbawiona i spuściła wzrok na swoje kolana, na ciasto, które trzymała przed sobą.
UsuńNaprawdę nie wiedziała, jak rozmawiać o tym co się dzieje w jej domu, co robi i jak zachowuje się wobec niej Thomas. Nie umiała powiedzieć, jak ją to boli, jak się boi każdego dnia i jak w ogóle czuje się sama z sobą. Nie wiedziała, co zrobić i czy w ogóle coś można. Czuła się jak w potrzasku, bezsilna i bezwolna.
- Tammy... - podjęła po chwili, zaciskając palce na jej dłoni, a potem powoli wyswobadzając się z uścisku i wycofując. - Nie mogę. To mój dom - powiedziała po prostu. Dla niej mieszkanie, w którym zalągł się rozgoryczony wdowiec po jej mamie to nie były tylko ściany, tam dostała rodzinę i szansę na inne życie niż to po zakładowym wychowaniu. Tam odmienił się jej los, choć może odmienił się ledwie na kilka lat. Nie mogła i nie chciała stamtąd uciekać, nie chciała tego porzucać, postanowiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie czekać. Czekała więc, aż coś się samo zmieni, aż Thomas się zmieni, a najlepiej odejdzie sam. - Ale dzisiaj chętnie u ciebie przenocuję - dodała jeszcze na koniec, bo teraz było już za późno, aby wracać do domu bez szans na awanturę. Emma była tym naprawdę zmęczona.
Emka
Tammy była silniejsza, była może też bystrzejsza od Emmy, bo widziała świat nie przez mgłę, mrzonki i piękne choć kruche nadzieje, ale dostrzegała cały jego syf. Przyjaciółka najwidoczniej potrafiła nad nim przejść do porządku dziennego, albo go wymazać, lub zignorować albo nawet przekuć w swój sukces, podczas gdy Emma po prostu jak piórko kierowane lekkim wiatrem, pozwalała się nieść biernie przez wszystko, co los rzucał jej pod nogi, ba! co rzucał w nią! I nigdy się nie buntowała, nie kłóciła, nie wyrażała sprzeciwu. Przyjmowała pokornie wzloty i upadki, starając się być po prostu szczera i sprawiedliwa w swoich postępowaniach. taka była od zawsze i taka miała pozostać... zbyt łagodna, cicha. Łatwa do ogrania przez życie.
OdpowiedzUsuńObie przeszły swoje trudności, ale niekiedy White wydawało się, że ona nie przerobiła swoich lekcji. Nie stała się bardziej odporna i wytrwała na ból i porażki, na zawody i wyzwania. Obserwowała Tammy i widziała, jak ta każdego dnia idzie z wysoka podniesioną głową, podczas gdy sama opuszczała ramiona coraz niżej. Nie umiała znaleźć w sobie ducha walki, choć to właśnie tego potrzebowała. Iskry, aby wzniecić płomień.
Thomas w jej życiu była od dawna. Zanim jeszcze umarł jej tata, ten który z mamą zabrali ją z bidula, zawsze wspierał ich rodzinę, jako bliski przyjaciel obojga państwa White. Gdy jej mama opłakiwała męża, wspierał ją i małą Emmę, był troskliwy, pomocny, wspierający i nie narzucał sie, nie pchał od ich życia, ale mogły na niego liczyć. Naturalnie on i mama Emmy się do siebie zbliżyli, potrzebowali bliskości, ciepła i w końcu wzięli ślub w urzędzie, a niedługo po tym Thomas się wprowadził, zajmując z jej mamą starą sypialnię rodziców. Zawsze był dobry, czuły, wyrozumiały i szlachetny. Emma mu ufała, choć nigdy nie zastąpił jej taty, ale po wypadku zmienił się tak drastycznie, że ona... nie poznawała go. Był obcy. Zimny, okrutny i zawistny. Podły. Obwiniał ją o wszystkie swoje straty i porażki, a ona wiedziała, że musi mieć rację, bo wszystko co robił, to wyraz bólu i tęsknoty, smutku. On również stracił bliską, ukochaną osobę.
Uśmiechnęła się rozbawiona tymi próbami przekupstwa, choć obie wiedziały, że spędzenie nocy w łóżku Tamsin to nie tylko luksus, a prawdziwy zaszczyt i Emma się nie oprze. Nie rozpychała sie, nie kręciła, nie chrapała, więc nie musiała się wstydzić, że rano przyjaciółka będzie niewyspana, bo jej przeszkadzała w odpoczynku. I wolała to zdecydowanie bardziej od pozostania na noc w cukierni, a zresztą... obie wiedziały, że Emma potrzebuje odetchnąć.
- Tu też jest moje serce - powiedziała miękko, nie chcąc, aby ta rozmowa nadal szła w kierunku, w jakim zmierzała. Tammy nie musiała jej rozumieć, ale Emma kochała mieszkanie po rodzicach, miała tam mnóstwo wspomnień, pełno jeszcze niespełnionych marzeń, które wierzyła, że kiedyś się spełnią. Jeszcze wszystko mogło się przecież odmienić. Thomas... on mógł się zmienić, lub odejść sam, na pewno to się kiedyś wydarzy. Ona zwyczajnie tylko czekała.
Podniosła się i zgarnęła puste kubki i swój talerzyk. Skinieniem wskazała, aby przyjaciółka za nią poszła na zaplecze cukierni, gdzie chciała tylko umyć naczynia, po czym mogły się zbierać.
Usuń- Jutro mam zamiar porobić dużo bez i makaroników, więc nie obudzimy się o czwartej, a o piątej czterdzieści... Postaram się szybciutko wyjść, żebyś mogła dospać - oznajmiła łagodnie, myjąc w głebokim zlewie naczynia po ich deserze. - Zgarniesz mogą torbę i płaszcz? - poprosiła, bo rzeczy zostawiła na drugim końcu długiego pomieszczenia na pojedynczym krześle. Wszystko w cukierni było stare, trwałe i solidne, a Emma uwielbiała to miejsce za spokój i przewidywalność. Tutaj każdy dzień był jak rytuał, w którym umiała się odnaleźć bez wahania i lęku.
Gdy Tammy łapała za plecak, z bocznej kieszonki wyleciała mała poskładana kilkukrotnie karteczka. Ulotka konkursu na wypieki weselne dla młodych przedsiębiorców. Emma skupiała się na cukierni, ale nie próżnowała, interesowała się tym, co w trawie piszczy, choć nie zawsze miała czas, czy odwagę, by sama się gdzieś pokazać.
[dziewczyny są super kochane! wzruszają mnie obie!]
Emka 🍰
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńW otulonym przyjemnym półmrokiem pokoju cisza przetaczała się od ściany do ściany, przerywana szmerem dwóch oddechów. Żar wciąż kłębił się w pościeli, a powietrze przesycone było wspomnieniem upojnych chwil, których widmo Marcus wciąż czuł pod skórą, raz po raz rozlewające się ciepłym dreszczem po rozprężonym ciele. Zeszło z niego całe napięcie oraz stres minionych dni, głowę miał wciąż lekką i mimo, że na jego skórze ciagle skraplało się zmęczenie, pokrywając ją cienką, lśniącą warstwą potu, nie przeszkadzał mu wcale chłodny, wieczorny wiatr wlewający się do pomieszczenia przez uchylone okno. Było po prostu przyjemnie, on natomiast ani myślał się ruszyć — przynajmniej przez kilka dobrych minut, chcąc nacieszyć się tym stanem chwilowej błogości, na który pracował w pocie czoła, starając się, żeby Tamsin osiągnęła ten stan pierwsza, więcej niż jeden raz. Jak przystało na kogoś o włoskich korzeniach, Marcus miał w sobie dużo ognia, zatem nie sprawiało mu trudności wzniecanie go w innych, szczególnie biorąc pod uwagę, że spełnienie drugiej strony zawsze przedkładał nad własne. Z doświadczenia wiedział, że im więcej da od siebie, tym więcej będzie mógł potem wziąć, a brał dużo, bo był z natury zachłanny.
OdpowiedzUsuńCałkowicie zrelaksowany, podłożył ramię pod kark i uważnie przyjrzał się wstającej Passalis, bezwstydnie pociągając ciemnym spojrzeniem wzdłuż miękkich linii kobiecej figury, naświetlonych przez łunę nocnego miasta opalizującą za szybą. W negliżu była jak wizja, którą jeszcze parę lat temu mógłby z powodzeniem przelać na płótno, tonąc w jego koszulce wyglądała jeszcze lepiej, więc uśmiechnął się leniwie pod nosem i jakby bardziej wtopił w materac. Uśmiech ten tylko się poszerzył, kiedy powiedziała mu, że się spisał, łechtając skutecznie jego ego. Nie istniało w końcu dla mężczyzny pochlebstwo większe niż zaspokojona kobieta.
Nie odsuwając się od niej, pozwolił by pomruk satysfakcji zawibrował na dnie jego gardła i wsiąkł w tę pieszczotę, ale nie mogła tak go komplementować, jednocześnie oczekując, że nie zareaguje na skok testosteronu wywołany pochwałą. Nagle zmotywowany, opuszkami długich palców pociągnął wzdłuż jej ramienia, później przez bok szczupłej szyi, ostatecznie owijając dłoń wokół gardła, przytrzymując Tamsin w miejscu bez użycia faktycznej siły. Chwyt nie był ciasny, ale wymowny na tyle, by nie cofnęła się, kiedy przejął kontrolę, smakując jej mocniej i głębiej. Wystarczająco intensywnie, by poczuła to dokładnie tam, gdzie był jeszcze niedawno, a gdzie chciał żeby znów go jej zabrakło. Gorącym językiem przesunął po jej dolnej wardze; nie skorzystał jednak z zaproszenia oferowanego przez uchylone usta. Zamiast tego przeciągnął pocałunek zębami ku sobie, po czym cofnął na tyle, by uchwycić jej wzrok.
— Nogi się pod Tobą nie uginają, więc spisałem się niewystarczająco — skomentował, wypuściwszy ją z ręki dopiero teraz, choć zrobił to niechętnie, kciukiem ocierając się o krzywiznę żuchwy.
Przez moment miał nawet ambicję, żeby wprosić się pod ten prysznic, ale ciężkość ciała do pary ze sztywnością sfatygowanych mięśni skutecznie odwiodła go od tego pomysłu. Poza tym, gdyby Tamsin go tam chciała, z pewnością dałaby mu o tym znać, bo zdążył poznać ją na tyle, by wiedzieć, że nie należała do nieśmiałych kobiet.
Cofając się na poduszki, przeciągnął się w ślad za Passalis, a potem znów pociągnął za nią spojrzeniem aż do progu łazienki. Korzystając z momentu wytchnienia, ułożył się wygodnie na materacu, zakrywając oczy ramieniem i przez kilka minut wsłuchiwał się w szum wody.
Nawet nie zauważył, kiedy sen wkradł mu się pod powiekę, co było nietypowe, bo z reguły nie zasypiał łatwo, o ile nie miał ze sobą swoich tabletek, a przecież ich nie miał, bo nie planował nadużywać gościnności bardziej, niż sobie na to dotychczas pozwolił.
Przespał też spokojnie całą noc, co również mu się zdarzało, ale dla równowagi przebudził się bardzo wcześnie, na długo zanim wstało słońce.
Na początku był zdezorientowany. Otulało go ciepło, niemalże zbyt duszne, bo przez ostatnie lata zdążył odzwyczaić się od dzielenia z kimś łóżka na dłużej niż wymagały tego potrzeby ciała, mimo że kiedyś robił to często, bo tak jak Tamsin miał za sobą dłuższą relację, która zakończyła się fiaskiem i tak jak Tamsin, nie planował tego powtarzać ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Najlepiej nigdy, biorąc pod uwagę, że sens jego życiu wytaczać będzie jego młodsza siostra, której chciał zapewnić jak najlepszy start.
UsuńObecność drugiego ciała obok zmieszała go, nim zdążył sobie przypomnieć gdzie jest i z kim. Jego pierwszym instynktem było opuścić mieszkanie po cichu, aczkolwiek po chwili przypomniał sobie, że nie ma już siedemnastu lat, a kobieta obok nie jest przypadkową nieznajomą na jeden raz, więc takie wyjście byłoby bardziej niezręczne, aniżeli nadchodzący poranek.
Postanowił się zatem rozgościć. Stąpając lekko, by nie zbudzić Passalis, poszedł wziąć prysznic, długi i gorący, przynosząc ulgę zbolałym mięśniom, potem zaś przeszedł do kuchni, decydując w spokoju napić się kawy dla rozbudzenia. Koszulki nie założył, zbyt rozgrzany kąpielą, poza tym nigdy nie lubił naciągać ubrań na wilgotne ciało. Trzymając w dłoni parujący kubek, zainteresował się wreszcie swoim telefonem, z ulgą stwierdzając, że nikt nie chciał od niego niczego ważnego. Wczoraj Claudią zajmowała się Lydia, więc nie musiał się o nią martwić, natomiast reszta nie była na tyle istotna, żeby zrywać się z miejsca.
W normalnych warunkach wyszedłby pobiegać, jak zwykle nad ranem, ale nie mógłby wrócić nie przerywając tym snu wciąż śpiącej błogo kobiecie i z tego powodu tym razem sobie darował.
Ciało domagało się jednak ruchu, więc po dłuższym namyśle dźwignął się od stołu, kierując się do lodówki. Przejrzał też pobieżnie szafki, z zadowoleniem stwierdzając, że ma pod ręką wszystko, żeby przygotować naleśniki. Nie był pewien, kiedy Tamsin się obudzi, dlatego postawił na coś, co można było z powodzeniem zjeść na zimno albo też zwyczajnie odgrzać na patelni, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Przygotował wszystko na blacie, a potem zabrał się do pracy, zadowolony że znalazł jakieś zajęcie dla rąk.
MARCUS LOCKHART
Evan na większość tego typu wydarzeń chodził… zły, wściekły, szukając pola do manipulacji i do uknucia kolejnego scenariusza, który pomógłby wywindować zasługi Rileya, a przyćmić innych radnych bądź społeczników, którzy mogli w przyszłości starać się o polityczny mandat w radzie miasta. Roth zwyczajnie lubił swojego szefa, a poza tym czuł się jego dłużnikiem, był wdzięczny Kevinowi za to, że bez mrugnięcia okiem przygarnął do swojego biura studenta z problemami, agresywnego, wybuchowego, dostrzegając w nim coś więcej niż tylko tykającą bombę. Było parę spraw, nad którymi Roth musiał popracować i przecież obiecał to swojego pracodawcy tuż po tym, jak staż dobiegał końca i miał szansę stać się stałym, legalnym zatrudnieniem, dającym mu spore perspektywy na przyszłość.
OdpowiedzUsuńMężczyzna był głodny wiedzy i nowych doświadczeń, potrzebował celu, musiał ukierunkować swoją złość, musiał mieć poważny powód, aby się ogarnąć. Dostał taką szansę i nie zamierzał kąsać ręki, którą ktoś do niego wyciągnął. Może fakt, że Kevin wcale nie wydawał się być pod wrażeniem szału, w jaki potrafił wpaść Evan, gdy coś mu nie wyszło, pomógł w budowaniu zaufania, bo obojętność polityka na wybuchy młodego człowieka, budowały w Evanie poczucie, że nie robi nic, co robiłoby jakiekolwiek wrażenie. Na kimkolwiek.
Brwi młodego Rotha uciekły ku górze, gdy Passalis odpowiedziała na jego komplement, czy też raczej uwagę, w wielce nieskromny sposób. Nie mijała się z prawdą. Była tym typem kobiety, który dobrze wyglądał nawet w dresie, jak więc mógł zaprzeczyć? Nie mógł. I nie zrobił tego, skinął jedynie głową, skupiając się już na jeździe. Mimo pory, która nie uchodziła już za godziny szczytu, musiał kontrolować swoje reakcje, ale i pozostawać czujnym na innych kierowców.
— Skromna jak zawsze — mruknął tylko, obserwując jak Tamsin rozgaszcza się w jego BMW. Nie żeby miał coś przeciwko temu. Cień uśmiechu przemknął po jego ustach, gdy włączyła podgrzewanie fotela i zsunęła szpilki ze stóp. Sam fakt, że Tammy czuła się w jego towarzystwie komfortowo, budził w nim przeczucie, że wybrał dobre towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Parę razy, gdy kuszony urodą i łatwością innych kobiet, zdecydował się na pojawienie się na jakimś przyjęciu z kimś innym, ale miał wtedy problemy, aby skupić się na pracy. Nie dlatego, że nie chciał, a dlatego, że towarzyszki były wymagające i upierdliwe, a jednocześnie zaskakująco skrępowane, skoro stawiały pierwsze kroki w jego świecie. Passalis była obeznana i nie próbowała na siłę wbić mu się do łóżka, za co też powinien być jej wdzięczny.
— Czasami możesz też milczeć, Tamsin — odparł bez cienia jakichkolwiek emocji. Wiedział, że kobieta chciała dobrze, wiedział, że jej pytania mogły pomóc, ale na razie sam nie wiedział, czego się spodziewać. Miał w zanadrzu tylko jedną plotkę. — Wejdziemy, rozejrzymy się — zaczął jednak mówić, jakby chciał złagodzić wydźwięk swoich wcześniejszych słów. — A potem pójdziemy zapalić i wszystko ci powiem — dodał, ustalając wstępny plan działania. Niezbyt konkretny, ale gdyby okazało się, że jego celu nie będzie na imprezie, będą mieli czas dla siebie.
Słuchał jej, gdy manewrował samochodem tak, aby opuścić Brooklyn, gdy minęli szybko kilka skrzyżowań, korzystając z zielonej fali, wcisnął pedał gazu, ale nie na tyle, aby móc zostać ukaranym sowitym mandatem. Kontrolnie tylko zerknął na wyświetlaną na kokpicie godzinę. Mieli czas, niemniej dotarcie w ścisłe centrum Manhattanu zawsze było drogą przez męki. Mogliby skorzystać z metra, ale w tych strojach wyglądaliby co najmniej… nie na miejscu.
— Dasz radę załatwić cztery bilety? — spytał, bo choć nie wątpił w to, że Riley mógłby załatwić wejściówki dla siebie i osoby towarzyszącej, tak Roth chciał pokazać się przed szefem, jako ktoś zaradny i myślący przyszłościowo. Zamierzał bez skrupułów wykorzystać propozycję wysuniętą przez Tamsin, wcale nie obiecując jej tego, że i tym razem to ona będzie jego plus jeden, choć nadal stanowiła najbezpieczniejszą opcję. Posłał jej kontrolne spojrzenie, gdy tym razem zatrzymał ich korek znikąd. Stali za charakterystyczną żółtą taksówką.
UsuńEvan Roth
Gdyby tylko Debbie wiedziała, że jest dla kogoś wielkim strachem z przeszłości, byłaby zdziwiona, ale może dlatego, że jej nikt nigdy, a tym bardziej w dzieciństwie, nie straszył policjantami. Jej ojciec nim był, wpierw funkcjonariuszem NYPD, później zaś DEA, więc Debbie widziała w ludziach w mundurach bohaterów, a największym był, co dość oczywiste – Mitch Grayson był największym z nich. Nawet teraz, gdy była dorosła i zbliżała się do trzydziestki, a jej ojciec nie żył od kilku lat, miała momenty, w których chciała skryć się w rodzicielskich ramionach i poskarżyć na to, jak ciężka jest praca w policji, chociaż przecież sama zgotowała sobie ten los.
OdpowiedzUsuńNie straszono jej funkcjonariuszami i sama, gdyby się nad tym głębiej zastanowiła, nie pochwalałaby takiego zachowania. Może właśnie dlatego, że przecież formacja ta powstała po to, żeby strzec porządku i pilnować respektowania prawa. Jak ktoś, kto całe dzieciństwo był nimi straszony, miał umieć im zaufać? Oddać im swoje bezpieczeństwo pod pieczę?
Na szczęście młoda Grayson nie wiedziała, że jest źródłem niepokoju i nieprzyjemnych wspomnień w głowie młodej kobiety, która właśnie zaprosiła ją do swojego mieszkania. Debbie, nadal przy włączonym nagrywaniu, weszła do środka, rozglądając się dyskretnie po wnętrzu lokalu, który zajmowała Passalis.
Grayson westchnęła ciężko, gdy pod oknem spostrzegła nastolatka prawdopodobnie wyższego od niej samej. Skierowała spojrzenie na Tamsin i na moment przymknęła powieki. Sięgnęła dłonią do rejestratora.
— Małoletni bezpieczny, bez urazów — odezwała się zaraz po tym, jak syn pani O’Hara powiedział, ile miał lat i na tym skończyła nagrywanie. Obecni w otwartej przestrzeni dziennej mogli usłyszeć automatyczny komunikat: interwencja zakończona. Debbie zdawała się sobie nic nie robić z nastawienia chłopaka. Nie imponował jej swoim buntem wobec całego świata.
— Nie jesteś dzieckiem… — odpowiedziała mu Debbie. — Ale w świetle prawa jesteś nieletni, a twoja matka jest zobowiązana do dbania o twoje dobro… — zaczęła mówić, ale pozwoliła na to, aby mówili oni. O starej Lutzman i jej kocie. Debbie już teraz wiedziała, że to nie stara sąsiadka i jej zwierzak są problemem. Sprawa była o wiele bardziej delikatna, ale trudno było Noah odmówić przywiązania do matki. Wpakowanie go do systemu mogłoby być, na tym etapie życia, najgorszym z możliwych scenariuszy.
— Nie, dziękuję — zwróciła się teraz do Tamsin, proponującej jej coś do picia. — Byłabym tylko wdzięczna, gdyby w razie potrzeby, wpuściła pani tutaj mojego partnera. Zajmuje się teraz panią Lutzman — wyjaśniła, krzyżując ręce przy piersi.
— Posłuchaj, Noah, tu nie chodzi o sąsiadkę i kota. Twoja mama często sięga po alkohol? — spytała Debbie, unosząc przy tym lekko brew. Wiedziała, że to może być niełatwy temat, ale skoro chłopak twierdził, że nie był dzieckiem i skutecznie manipulował sytuacją tak, aby wybielić własną rodzicielkę, mógł też porozmawiać z policjantką, która choćby ze względu na swój wzrost nie była groźna i trudno było wyobrazić ją sobie w takiej roli, ale właśnie te skrzyżowanie przy piersi ręce miały dodać jej… powagi?
Zdała sobie też sprawę, że patrzy teraz na Noah przez pryzmat swoich partnerów – życiowego i tego z pracy. Oni też zostali zabrani… nie, oni też wychowywali się bez rodziców, a gdyby miała postawić się teraz na miejscu szesnastolatka, którego życie zostanie wywrócone do góry nogami… cóż, wiedziała, że byłoby to związane z traumą.
Debbie Grayson
Christian przesunął wzrokiem po sylwetce kobiety, która weszła do gabinetu, oceniając ją jako człowieka tak, jak oceniało się książkę, po okładce. Wyglądała młodo. Zbyt młodo, by być matką chłopaka w wieku Noah, jednakże w tym przypadku Chris nie mógł rzucić kamieniem – sam przecież postarał się o to, by w wieku trzydziestu sześciu lat mieć osiemnastoletnią córkę, podczas gdy w dzisiejszych czasach wielu jego równolatków dopiero zostawało rodzicami. Porzucił więc dywagacje na ten temat, a jednak, coś mu się nie zgadzało i stało się to tym bardziej widoczne, kiedy kobieta zajęła miejsce obok Noah. Nie było pomiędzy nimi absolutnie żadnego podobieństwa, byli za to różni tak bardzo, jak tylko było to możliwe, więc jeśli nieznajoma miała okazać się krewną nastolatka, to bardzo, ale to bardzo daleką. Może Noah nie miał nikogo innego? To było prawdopodobne, takie sytuacje przecież się zdarzały, że opiekę nad dziećmi przejmowali członkowie rodziny, szumnie tymi członkami nazywani, bo pokrewieństwa trzeba było szukać daleko, cofając się po drzewie genealogicznym.
OdpowiedzUsuńRiggs westchnął. Siedział, rozparty na krześle, które było dla niego ciut za małe, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i z rozchylonymi nogami, nie tak szeroko jednak, by zostało to uznane za nieeleganckie. Nieustannie patrzył na kobietę, przez dyrektorkę nazwaną panią Passalis, a kiedy ta streszczała jej przebieg wydarzeń, kontrolnie zerknął na Abigail. Ta siedziała prosto i tak sztywno, że jej plecy nie dotykały oparcia. Dłonie zaciskała na ramiączku plecaka, który ułożyła sobie na kolanach. Starała się patrzeć na dyrektorkę, ale jej wzrok uciekał ku Noah, który z kolei uparcie wpatrywał się w podłogę, a przez to, że pochylał głowę, tym bardziej było widać, jak mocno czerwienią się jego uszy.
— Też jestem tego ciekaw — mruknął, bo nawet on nie wpadłby na równie niedorzeczny pomysł, co Noah, a jako nastolatek miał naprawdę różne pomysły, z tym że on wychowywał się w innych czasach i czuł się przez to jak wyjątkowo stary człowiek, ale z perspektywy upływających lat widział, że on miał o wiele łatwiej, niż dzisiejsze dzieciaki.
Noah nie zamierzał im powiedzieć, co miał na myśli, nawet nie podniósł na nich wzroku, więc Chris odruchowo popatrzył na panią Passalis, kiedy ta wyciągnęła ku niemu rękę i przedstawiła się.
— Christian Riggs — odpowiedział, wymieniając z nią uścisk dłoni, a potem wyżej uniósł brwi. Teraz już wiedział, co się nie zgadzało – kobieta nie była krewną Noah. Była przyjaciółką rodziny, co oznaczało, że mogła być każdym i w pierwszym odruchu, nie spodobało mu się to. Zmarszczył brwi, z głową wciąż zwróconą ku Tamsin, łypnął na dyrektorkę. Ta, pochwyciwszy jego spojrzenie, przymknęła powieki i złapała się palcem wskazującym oraz kciukiem za nasadę nosa. Tak, Christian miał pełne prawo zapytać o to, gdzie byli rodzice nastolatka, bądź ktokolwiek inny, kto był jego prawnym opiekunem i przymrużywszy powieki, zacisnął usta, wyraźnie się nad tym zastanawiając. Wrócił wzrokiem do Tamsin, podczas gdy dyrektorka proponowała, aby porozmawiali we trójkę, bez dzieci.
— Tak, mogą — odparł, po czym popatrzył na Abigail, tym samym dając jej sygnał do wyjścia.
— Tato, tak naprawdę nic się nie stało… — podjęła jedynaczka, podnosząc się z krzesła. — To znaczy, stało się, ja… Nie powinnam była tak zareagować… — bąknęła.
— Abigail — napomniał ją. — Nie waż mi się przepraszać za to, że się broniłaś.
Jedyne dziecko Christiana Riggsa, a zarazem jego jedyna córka westchnęła ciężko, popatrzyła kolejno na dyrektorkę, na Tamsin i na Noah, a kiedy nie udało jej się przyciągnąć spojrzenia chłopaka, skapitulowała i wyszła. Zaraz za nią, kiedy tylko do ich uszu doleciał dźwięk zamykanych drzwi, prowadzących z sekretariatu na korytarz, wyszedł Noah i domknął za sobą skrzydło dzielące sekretariat od gabinetu. Chris nie zwlekał, odezwał się od razu.
— Co to znaczy, że pani Passalis jest przyjaciółką rodziny? — spytał bez ogródek, nachylając się przy tym bardziej ku biurku, za którym siedziała dyrektorka. — Gdzie są rodzice Noah? Chociaż jeden? — drążył, przenosząc spojrzenie na Tamsin. — Z całym szacunkiem, ale może być pani kimkolwiek. Jest pani w stanie wytłumaczyć Noah, że całowanie dziewczyn wbrew ich woli może kiedyś skończyć się dla niego o wiele gorzej, niż zdzieleniem tacą w głowę? Rany boskie — westchnął, po czym prawą dłonią nakrył oczy, pokręcił głową i finalnie zaśmiał się cicho. Powoli zsunął dłoń z twarzy, a kiedy to zrobił, w jego niebieskich oczach, które wodziły od jednej, do drugiej kobiety i z powrotem, widoczne było rozbawienie.
Usuń— Nie wpadłbym na to, że będę wzywany do szkoły w takiej sprawie. Przecież oni nie mają ośmiu i sześciu lat! Oczywiście Abigail nie powinna zrobić tego, co zrobiła. Teoretycznie, bo chyba wszyscy możemy zgodzić się z tym, że zawinił Noah, a ja nie będę ganił mojej córki za to, że potrafi radzić sobie z takimi… — urwał, hamując się w ostatnim momencie, inaczej nazwałby chłopaka co najmniej palantem, a mimo wszystko nie wypadało mu tego robić.
CHRISTIAN RIGGS
Emma nie miała iskry, nie taką która wyzwalała złość i pozwalała go przekuć w akcję. Od zawsze była cichsza niż inni, bardziej łagodna i skryta, bojaźliwa. Stała na uboczu, nigdy nie zajmowała pierwszych ławek w szkole i ostatnich również nie - te po środku pozwalały się zgubić w szeregu. Nigdy nie widziała z kolei w swoim spokoju i wrażliwości wad i powodów do zmian, ale może... może warto było walczyć o siebie. A nawet właściwie trzeba było. Tylko jak? I po co? Była skromna i potulna, była ugodowa i nie tyle szła na kompromisy, co zgadzała się na wszystko, co proponowali jej inni. Nie robiła nic wbrew sobie, ale też nie utrudniała niczego. Po prostu szła przed siebie, czasem mniej, a czasem bardziej okrężną drogą, bo cel zawsze był jasny i prosty - spokój, szczęście, brak konfliktów.
OdpowiedzUsuńNie mogła i nie chciała o wszystko winić Thomasa, dostrzegała w całej jego obecności, która sprawiała jej ból, również cierpienie mężczyzny. Ona straciła mamę, a on miłość swojego życia - Emma była przekonana że kochał tę kobietę długo zanim się związali i dla niej był przyjacielem ich rodziny, ale nigdy o tym nie rozmawiali. Widziała jak na nia patrzył, nawet kiedy miała ledwie kilka lat, a obok stał pan White, widziała teraz też jak trzymał przy piersi zdjęcie zmarłej, kiedy pijany zasypiał w fotelu i... cierpiała razem z nim. I zapadała się w poczuciu winy. Logicznym wydawało się, że tragiczny wypadek był tylko wypadkiem i mogło do niego dojść lub nie, jeśli pojechaliby później, albo godzinę szybciej, albo drogą wybraną przez Michaela. Ale nie było tak. Pojechali o godzinie wybranej przez Emmę i trasą, którą ona wyznaczyła, bo chciała zahaczyć o lodowe koktajle na festyn. To ona zaplanowała każdą minutę tej wycieczki i to ona wzięła na siebie odpowiedzialność. Możliwe, że nigdy się z tym nie upora i nikt jej nigdy nie przetłumaczy, że sama sobie robi krzywdę.
Nie straszne jej było przygniecenie nawet przez przyjaciółkę w łóżku. To było lepsze niż niepokój, czy nieprzespana noc. To czy Tammy kogoś miała, na chwilę, na stałe, na próbę nawet to nie była sprawa White, ale każda z opcji musiała znaczyć to, co ona już wiedziała od dawna. Jej przyjaciółka nie była stworzona do samotności. Zimna pościel, puste mieszkanie, to mogło przytłaczać, tak jak Emkę przytłaczała obecność niechcianej osoby. Liczyła w duchu, że kiedyś Tammy znów się zakocha, zaufa i otworzy, i znajdzie kogoś, kto ją pokocha ponad wszystko, kto zrozumie jej marzenia i pomoże jej po nie sięgać za wszelką cenę. Sobie tego nie życzyła, w to dla siebie nie wierzyła, nie czekała, choć może dzisiejszego wieczoru każda z nich powie o czymś, co się dzieje w ich życiu i zaskoczy tą drugą. Bo u Emmy działo się zaskakująco wiele. Zatrważająco wręcz. I sama była zatrwożona, nawet oszołomiona w ten słodki i upajający sposób, który dawno jej nie towarzyszył.
Wybuch entuzjazmu Tammy sprawił, że na chwilę White ściągnęła łopatki i obejrzała się na nia, gwałtownie prostując. Wszystko było już czyste i domknięte, gotowe na kolejny dzień, ale przez chwilę właścicielka cukierni patrzyła na koleżankę z niemrawym uśmiechem i pewnym zaskoczeniem w jasnych, zbyt często zgaszonych, oczach. Dopiero po chwili zrozumiała, co ta ma na myśli i powiązała to z karteczką w jej dłoni. Spuściła wzrok i wyciągnęła dłonie, odebrać płaszcz, torbę i ulotkę, niespiesznie ubierając się do wyjścia.
- Nie zapisałam się... - przyznała, gotowa na serię ponagleń i przekonywującej, motywującej salwy, by nie zwlekała, aby się nie wahała, po prosty żeby spróbowała. Uśmiechnęła się wdzięczna za to, ile wiary ma w nią Tammy, a rumieniec wzruszenia ładnie pokolorował jej jasną twarz. - Jeszcze... jeszcze zdążę, bo termin jest do wtorku - dodała, zanim Tamsin by na nią wręcz nakrzyczała. Była do tego zdolna w najbardziej uroczy i kochany sposób z możliwych, bo z czystej troski.
UsuńUśmiechnęła się szerzej i wyprostowała w palcach ulotkę. Nie była pewna, czy znajdzie czas i siły na ten konkurs, choć chciała spróbować się w tortach... Zaleceń przybywało dzięki nowemu kontu na social mediach i dobrych zdjęciach, które wrzucała regularnie, lokalni klienci z sąsiedztwa też ją odwiedzali dzień w dzień. Ale co z tego? Co z tego, skoro tort zajmował wiele godzin... kiedy by miała się wyspać ? I kiedy miałaby zrobić wypieki do cukierni, przecież nie mogła zamknąć z powodu kaprysu i konkursu lokalu, taka opcja nie wchodziła w grę.
- Nie wiem, wiesz... to sporo pracy. I jeszcze musiałabym tam pojechać. Zeszłoby mi... dwa dni. Pełne. W środku tygodnia. A cukiernia.... cukiernia to mój priorytet - bąknęła, zgarniając klucze i kierując się do wyjścia, aby już poszły do Tammy na noc. - Tort mogę ci upiec i tak, bez okazji, jakikolwiek chcesz - zapewniła jeszcze pogodnie, zerkając na Tammy i lekko poklepała ją przy biodrze. - Zmieścisz się w dresy na gumce, spokojnie - dodała z rozbawieniem, zakluczając drzwi lokalu, gdy wyszły na ulicę zalaną już nocnym półmrokiem.
Emka 🍰
Nim Christian zdążył choćby zastanowić się nad tym, czy chce mieć dzieci, czy nie, okazało się, że Natalie jest w ciąży. Zarówno dla niego, jak i dla niej było to niemałe zaskoczenie – zabezpieczali się przecież i pewnie gdzieś w tyle nastoletnich głów mieli to, że każde zabezpieczenie mogło zawieść, a jednak nie dopuszczali do siebie myśli, że może trafić akurat na nich, bo niby z jakiej racji? A jednak, trafiło, a to zrodziło konieczność zastanowienia się nad tym, nad czym osiemnastoletni Riggs dotąd się nie zastanawiał, choć jednocześnie stosunkowo szybko zrozumiał, że ostateczna decyzja nie miała należeć do niego. To Natalie miała ponieść wszystkie konsekwencje ich chwili zapomnienia – może nie wszystkie, ale ich zdecydowaną większość, tę bardziej obciążającą tak dla psychiki, jak i ciała. Z tego względu Chris wyszedł z założenia, że niezależnie od tego, jaka ta decyzja będzie, on będzie ją wspierał. Jak na tamtego osiemnastolatka, którym był, zachował się więcej, niż przyzwoicie, a z perspektywy czasu mógł stwierdzić, że on i Natalie stanęli na wysokości zadania, co przecież nie było łatwe, przeciwnie, było cholernie, niewyobrażalnie wręcz trudne.
OdpowiedzUsuńDziś nie wyobrażał sobie, by w jego życiu miało nie być Abigail, a w obliczu jej krzywdy, nawet tej najmniejszej, gotów był zrobić nie tyle wiele, co wszystko – obojętnie, co to wszystko miałoby zawierać. Należało więc mieć na uwadze, że Noah miał wyjątkowe szczęście, iż Abigail nie poczuła się przez niego skrzywdzona, co Chris ocenił na podstawie jej zachowania oraz tego, co miała do powiedzenia. Co prawda w ocenie tej zamierzał upewnić się jeszcze później, kiedy znajdą się w domowym zaciszu, na ten moment jednak nie czuł się szczególnie zaniepokojony, a przez to nie był skłonny, aby wyciągać wobec chłopaka ostre konsekwencje.
Zadawszy te pytania, które nie dawały mu spokoju, spróbował wygodniej rozeprzeć się na krześle i wysłuchał tego, co miała do powiedzenia pani Passalis. Wydawała się być kobietą, która lubiła konkrety, a przy tym nie zapierała się, że Noah nie zrobił niczego złego i nie bagatelizowała problemu, ponieważ to bez wątpienia był problem. Chris nie był czarnowidzem, ale jeśli nastolatek potrafił wpaść na coś takiego, a w dodatku to zrealizować, to do czego jeszcze mógł się posunąć? Z drugiej strony zawstydzenie Noah kazało mu zastanowić się nad jego motywacją. Może to była kwestia jakiegoś głupiego zakładu z kolegami? A może ostatni – miejmy nadzieję, że ostatni – akt desperacji zakochanego po uszy nastolatka? Noah nie wyglądał na zadowolonego z siebie i nie sprawiał wrażenia, jakoby był swoim wybrykiem usatysfakcjonowany. To działało na jego korzyść. Co jednak, jeśli to była tylko poza?
Christian westchnął ciężko i skupił spojrzenie na mówiącej kobiecie, a kiedy ta wspomniała o oblaniu sokiem, odwzajemnił jej uśmiech. Pomyślał, że musieli to jakoś wypośrodkować – nie mogli tego zbagatelizować, ale też nie powinni robić wideł z przysłowiowej igły. Jednocześnie nie zgasił tej palącej się, ostrzegawczej lampki, która rzucała światło na problem, jakim był brak rodziców chłopaka w gabinecie dyrektorki. Zamiast nich pojawiła się Tamsin, przyjaciółka rodziny. Hoa, najlepsza przyjaciółka Natalie jeszcze z czasów liceum, także pozostawała przyjaciółką rodziny, a jednak Christian nie wyobrażał sobie, by siedziała tutaj zamiast niego czy Natalie, niezależnie od okoliczności.
— Myślę, że możemy… — odpowiedział ostrożnie, wymieniając przy tym spojrzenie z panią dyrektor, która potaknęła skinieniem głowy. — Na razie — dodał, przenosząc wzrok na Tamsin, a popatrzył na nią w sposób więcej, niż wymowny. — Bo gdyby to miało nie podziałać i Noah miałby wpaść na jeszcze jakiś, równie genialny pomysł, który postanowił by zrealizować, to na nic podobnego nie przystanę — zastrzegł.
— Oczywiście — podchwyciła starsza kobieta, pozostająca na swoim miejscu za biurkiem. — Szkoła nie pozostanie obojętna na jakiekolwiek przejawy niewłaściwego zachowania ze strony Noah, dołożymy wszelkich starań, aby wyłapać wszelkie, ostrzegawcze sygnały odpowiednio wcześnie… Myślę jednak, podobnie jak pani Passalis, że Noah już czuje się dostatecznie… ukarany — powiedziała, posyłając Christianowi uprzejmy, a przy tym łagodny uśmiech.
Usuń— Dobrze. — Blondyn przestał krzyżować ręce przy piersi, lekko uderzył dłońmi o uda i zaczął podnosić się z krzesła. — To chyba wszystko, prawda? — dopytał, kiedy już stanął wyprostowany, znowu przeskoczył wzrokiem między jedną, a drugą kobietą, lekko marszcząc przy tym brwi. Był człowiekiem konkretnym i pragmatycznym, przez co nie miał ciągnąć tego tematu dłużej, niż jego zdaniem było to konieczne, a jego zdaniem właśnie skończyli. Coś jednak go tknęło, kiedy na dłużej zatrzymał spojrzenie na Tamsin.
— Pani Passalis… Możemy wymienić się numerami telefonów? Tak na wszelki wypadek?
CHRISTIAN RIGGS
Mógłby być milszy. Evan Roth mógłby być milszy w wielu sytuacjach, ale nawet nie próbował. Nie chciało mu się. Ta opryskliwość, uszczypliwość i beznamiętność często ratowały mu tyłek, wolał być sarkastycznym dupkiem i nie mieć zbyt wielu przyjaciół niż serwować sztuczne uśmiechy i otaczać się gronem osób, z którymi nie miałby nic wspólnego. Tamsin była wyjątkiem, jeśli chodziło o dopuszczanie ludzi bliżej. Nie byli przyjaciółmi jak z kinowego ekranu w kolejnej wspaniałej produkcji albo w kolejnym, przyjemnym sitcomie. Nie siadywali razem na kanapie, nie wcinali pizzy z jednego pudełka i nie pili taniego lagera kupionego w sześciopaku w pobliskim 7Eleven. Szanował ją i nawet jeśli nie zawsze bywał dla niej miły, to nigdy też nie ubliżał jej celowo. Nie obrażał jej, nie wyzywał, nie próbował nawet się z nią kłócić. Passalis miała jednak to szczęście albo pecha, w zależności od tego, kto patrzył, zaliczać się do grona stosunkowo bliskich znajomych Evana. Poza dwojgiem przyjaciół, nie miał bliższych. Mógłby więc czasami być dla niej milszy, ale ten mechanizm obronny, który w jego wnętrzu był na ciągłym czuwaniu, nie odpuszczał, nie luzował postronków.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na nią, w końcu stali w korku i albo nie poruszali się w ogóle, albo brnęli do przodu z prędkością nie większą niż dwie mile na godzinę. Ściągnął brwi ku sobie i potrząsnął lekko głową, idealnie ufryzowane włosy ani drgnęły.
— Masz rację — odparł tylko tyle, ale nie pokusił się na żadne przepraszam. To bowiem z trudem przechodziło przez jego gardło, ale Tamsin mogła mieć pewność, że w ten sposób ogłosił nic innego, jak kapitulację. Mogła być więc pewna, że przynajmniej do końca tego wieczora będzie starał się być dla niej milszy, a czy jego starania odniosą jakikolwiek skutek…
Pewnie byłby dla niej milszy, gdyby chciał ją zaciągnąć do łóżka i choć na początkowym etapie ich znajomości taka myśl pojawiła się pod jasną czupryną, tak teraz nie pojawiała się prawie wcale. Passalis niczego nie brakowało. Była piękna, miała ten klasyczny typ urody, który niezależnie od ilości i rodzaju makijażu prezentował się dobrze. Miała ciepłe oczy i uroczy uśmiech, kiedy tylko chciała, ale Evan nie dostrzegał w niej ślicznotki do łóżka. Była na to zbyt bystra, miała mu wiele do zaoferowania i choć niewątpliwie mogłaby mu równie wiele oferować w łóżku, nie chciał tego.
Czerpał niezaprzeczalne korzyści z tej znajomości, a zaciągnięcie jej do swojej sypialni wiązałoby się z ich utratą. Nie był głupi. Znał siebie samego i wiedział, że po pierwszym, szybkim zapewne numerku, byłoby go stać tylko na kolejne albo i żadne. Nie miałby wtedy żadnych szans na to, aby sięgnąć po kolejną przysługę. Musiałby wtedy ją wykorzystać, a tego nie chciał. Teraz ich układ, w głowie Rotha, bazował na pewnej równowadze sił.
Zdawał sobie sprawę z tego, że rozdzielanie fizyczności od emocji było łatwe, kiedy tych emocji nie było, ale Tamsin lubił. I to była najtrudniejsza przeszkoda, której nawet nie próbował pokonać. I w tym momencie padły słowa, które potwierdzały dokładnie to samo z jej strony. Uniósł brew i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Niewiele osób lubiło Evana.
— Ach tak? Lubisz? — spytał, kręcąc przy tym głową. Zatrzymał znowu samochód. — A za co? Za to, jaki jestem miły? — dopytał, z jednej strony po prostu się drocząc, z drugiej poddając jej słowa w powątpiewanie.
Westchnął ciężko, kiedy usłyszał o wypadku przed nimi. Przycisnął kciuk i palec wskazujący do nasady nosa, zamykając na moment oczy, drugą dłoń wciąż trzymał na kierownicy. Zaczął niespokojnie wystukiwać coś na niej palcami.
— Chcesz w tej sukni iść na metro? — spytał, bo żadna inna opcja nie wchodziła w grę i to nie dlatego, że nie ufał jej na tyle, aby przekazać jej samochód, a dlatego, że potrzebował jej obecności na wydarzeniu. Znajdując pierwsze wolne miejsce przy chodniku, wjechał w zatoczkę i zgasił silnik.
Evan Roth
To przez stres…, powtórzyła w myślach, ale milczała, czekając na jakiekolwiek rozwiązanie się tej sytuacji. Nie było jej łatwo. Powinna to zgłosić, powinna zgarnąć i chłopaka, i jego matkę, i ich rozdzielić. Tego wymagały od niej procedury, ale chłopak wcale nie wyglądał na zaniedbanego albo na niekochanego, nie był niechcianym lokatorem w mieszkaniu swojej matki.
OdpowiedzUsuńGrayson wykazywała się teraz niesamowitą cierpliwością, kiedy nie poganiała Noah, a wręcz przeciwnie - patrzyła na niego trochę tak, jakby wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Nie zależało jej na tym, aby maglować nastolatka i na siłę wyduszać z niego to, czego potrzebowała do perfekcyjnego protokołu z interwencji. A też nie umknęło jej to westchnienie ulgi ze strony młodej kobiety, która jako sąsiadka w ogóle nie powinna móc mieć możliwości wtrącać się w tę sytuację, ale wychodziło na to, że panna Passalis nie miała żadnych oporów, aby się jednak w to wszystko mieszać.
Gdy Noah przyznał, że jego matka pije, Debbie westchnęła ciężko. Sama piła. Może nie sięgała po alkohol w chwilach kryzysu, chociaż… gdyby miała się nad tym zastanowić, to przed poznaniem Iana piła dużo i często, równie często wprawiając się w stan, w którym graniczyła ze świadomością, gotowa na odlot. Taka była brutalna prawda, tym trudniej było jej oceniać matkę Noah. Ale musiała być teraz profesjonalną, twardo stąpającą po ziemi policjantką.
Rudowłosa układała w głowie wszystko to, co udało jej się dowiedzieć do tej pory. Nie było to nic łatwego ani przyjemnego, nadal żałowała, że do mieszkania Tamsin nie wparował Louis. Jej partner był o wiele bardziej doświadczony i z pewnością znalazłby rozwiązanie tej sytuacji, ale też ciężko było Debbie uwierzyć, że próbowałby rozwiązać coś poza oficjalnymi kanałami.
Debbie oparła dłonie na swoich biodrach, kiedy Tamsin przegoniła głównego zainteresowanego do swojej sypialni i policjantka uniosła brwi, spoglądając na właścicielkę mieszkania pytająco i odrobinę powątpiewająco, bo bardzo jej się nie podobało to, co Passalis usiłowała zrobić.
Debbie próbowała postawić się w sytuacji tej młodej kobiety, głównie po to, aby zrozumieć. Nie była jednak pewna, czy ona dla któregokolwiek z sąsiadów mogłaby się tak poświęcać. Bo to było poświęcenie. Tamsin w pewien sposób informowała właśnie funkcjonariuszkę policji podczas pełnienia obowiązków służbowych, że jest w tej sytuacji głębiej niż powinna być.
Patrzyła w plecy odchodzącego chłopaka. Nie zdołała nawet nic powiedzieć, bo sytuacja obróciła się o jakieś sto osiemdziesiąt stopni, a ona żałowała, że wyłączyła nagrywanie. Skupiła się na Tamsin, posyłając ciemnowłosej blady uśmiech.
— To, czy pani O’Hara pije i to, czy jej syn sobie radzi, to dwie odrębne kwestie. A wie pani… — urwała, spoglądając uważniej na Passalis. — A wiesz dlaczego? Bo on nie powinien radzić sobie sam. Nikt nikomu nie broni sięgać po alkohol, niestety, ale skoro pani O’Hara jest matką, to powinna robić wszystko, by jej syn nie musiał radzić sobie sam. Albo szukać schronienia u sąsiadek. Już sam fakt, że to robi, budzi we mnie mój sprzeciw, wiesz? — Wydusiła z siebie, nawet nie przejmując się tym, że zrezygnowała z grzecznościowych zwrotów. Tamsin nie mogła być zbyt wiele starsza od samej Debbie, mogła być nawet młodsza, a z pewnością były w zbliżonym wieku.
— Uważasz, że to normalne? Że on przychodzi do ciebie wtedy, kiedy ona się napije?
Pozwoliła temu pytaniu zawisnąć między nimi. Nie podjęła jeszcze żadnej decyzji. Nie była w stanie jej podjąć, nie w momencie, nie teraz, kiedy kompletnie nie miała pojęcia, co robić.
Debbie Grayson
- Jesteś pewna, że nie potrzebujesz chwili odpoczynku ? – Zerknął uważnie na zarumienioną twarz kobiety. Jeszcze tego by brakowało, żeby zemdlała mu podczas tej nieszczęsnej sesji i musiał ją reanimować. – Co prawda wasza droga Jodie dała mi jakiś grafik, ale i tak prawdziwym cudem będzie, jeśli przy tempie, które mi w nim narzuciła sprzęt w ogóle wytrzyma. – Zerknął na harmonogram leżący na futerale od kamery, gdzie położył go jeszcze przed rozpoczęciem nagrywania w obawie, by przypadkiem się gdzieś nie zawieruszył. Podniesione lekko brwi i ciche westchnięcie, które wydobyło mu się z piersi jasno wskazywało na wysoki poziom jego irytacji. Jak zwykle będzie musiał trochę w nim poprzestawiać i zebrać burę, od osoby uważającej, że samo posiadanie profesjonalnego aparatu i całego tego ustrojstwa, jak zwykli nazywać jego codzienne narzędzia pracy nieznający się na rzeczy ignoranci, gwarantuje jego nieprzerwaną bezpieczną pracę dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wspominając już o modelach, będących w końcu, podobnie zresztą do niego, żywymi ludźmi.
OdpowiedzUsuń- Ta lista jest naprawdę długa, a ja chciałbym ci zapewnić możliwie najlepsze warunki do pozowania. Jeśli jednak nie chcesz marnotrawić czasu i wolisz zrobić wszystko w biegu, rozumiem. – Oświadczył, pakując się, gotowy na przeniesienie do kolejnego zakamarka Opery. – Zawsze zamiast zgodnie z jej zaleceniami zaczynać od najwyższych pięter, możemy przenieść się do ogrodów i pstryknąć parę ujęć wśród tutejszych kwiatów. – Zaproponował. – A stamtąd, o ile tylko oczywiście będziesz chciała, wymkniemy się na jakiś szybki lunch. Spokojnie, tą waszą harpię biorę na siebie. – Zaśmiał się, wyobrażając sobie reakcję tutejszej zarządczyni, gdy tylko dowie się, że już w pierwszym dniu współpracy odważył się nie zastosować się w pełni do jej zaleceń.
Cóż, zawsze mogła przecież zatrudnić jednego z tych jego wymuskanych kolegów po fachu wyszkolonych do bezwarunkowego podążania utartym szlakiem zamiast wynajmować streetphotographera, bo tacy zawsze zbyt wysoko cenili sobie wolność, by co jakiś czas nie zbaczać z kursu.
Natty
Srebra rodowe Pendletonów zawsze brzęczały w ten sam, nieznośnie czysty sposób, a zapach drogiego kateringu i perfum z Fifth Avenue przyprawiał Lawrence’a o mdłości. Siedział w cieniu wielkich, kryształowych żyrandoli rodzinnej rezydencji, z dłonią zaciskaną na szklance z kolejną porcją whisky. Dla reszty gości, elity nowojorskiej palestry, sędziów federalnych i rekinów biznesu, z którymi jeszcze kilka miesięcy temu dobijał targów, był teraz tylko kłopotliwym meblem. Cieniem dawnego magnata nieruchomości, na którego patrzyło się zza bezpiecznej zasłony litości. Matka uznała najwyraźniej, że powiew „wyższej kultury” złagodzi napięcie i zatrudniła na ten wieczór żywy akompaniament. Dźwięki wiolonczeli niosły się po marmurowym holu, głębokie, melancholijne i przesiąknięte tak ordynarnym smutkiem, że Lawrence’a aż paliło w żołądku. Każde pociągnięcie smyczka brzmiało dla niego jak bezczelne, publiczne wywlekanie jego własnej bezsilności. Wytrzymał trzy utwory. Kiedy goście powoli rozeszli się w stronę bufetu, a dziewczyna ogłosiła krótką przerwę i odłożyła instrument na stojak, Lawrence ruszył kołami swojego wózka do przodu. Dźwięk gumy na marmurze był cichy, ale dla siedzącej na uboczu wiolonczelistki, doskonale słyszalny. Podjechał tak blisko, że niemal potrącił podest z jej nutami. Dziewczyna właśnie sięgała po szklankę wody, gdy cień Lawrence'a odciął ją od światła kinkietu.
OdpowiedzUsuń- Przestań rzępolić - rzucił bez żadnego wstępu, a jego głos był chłodny i ostry jak skalpel - Słyszałaś. Mówię, żebyś przestała - powtórzył głośniej, a w jego oczach lśnił ten sam bezwzględny, jadowity gniew, którym kiedyś niszczył konkurencję na giełdzie nieruchomości - Jeśli moi rodzice płacą ci za to, żebyś psuła powietrze w tym domu, to przynajmniej graj coś, co nie brzmi jak ścieżka dźwiękowa do taniego pogrzebu. Twoje ambicje artystyczne nikogo tu nie obchodzą. Masz być przezroczystym tłem do rozmów o milionach, a nie zmuszać wszystkich do wysłukiwania twoich wewnętrznych dramatów - warknął, wpatrując się w nią wściekłym wzrokiem - Po prostu schowaj ten instrument do futerału i oszczędź nam reszty tego żałosnego popisu - dokończył jadowicie, upijając potężny łyk whisky. Patrzył na nią z dołu, uwięziony na swoim wózku, ale w jego głosie wciąż była cała potęga i arogancja Pendletonów, która miała zrównać ją z ziemią. Lawrence nie czekał na odpowiedź, nie potrzebował jej aprobaty ani buntu. Powiedział dokładnie to, co miało ją zranić i uciszyć. Przez ułamek sekundy w jego piersi rozlała się dzika, drapieżna i głęboko autodestrukcyjna satysfakcja. Udało mu się skutecznie zatruć ten idealny, snobistyczny wieczór, który jego rodzice tak skrupulatnie zaplanowali, by pokazać światu, że u Pendletonów wszystko jest w porządku. Otóż nie było.
koszmarek
Christian oszczędnie skinął głową w odpowiedzi na kolejne zapewnienia Tamsin, że ta dopilnuje, aby Noah więcej nie wpadł na nic podobnie głupiego. Nie oszukiwał ani siebie, ani tym bardziej pani Passalis i rozumiał, że ta nie mogła powiedzieć mu czegokolwiek innego, ani czegokolwiek ponad to, co już powiedziała, stąd jego reakcja pozostała stonowana. Jego zdaniem powiedzieli sobie wszystko, co było w tej sytuacji do powiedzenia, oczywiście z pominięciem awantury, do jakiej mogłoby dojść, gdyby Riggs był innym człowiekiem, zdawało się jednak, że wszystkim poszczęściło się z tytułu tego, jakim blondyn pozostawał ojcem i że sam, jeszcze do niedawna, miał każdego dnia do czynienia z młodymi mężczyznami, w ciałach których buzowały hormony.
OdpowiedzUsuńBył trenerem uniwersyteckiej drużyny i choć w jej skład wchodzili nie nastolatkowie, a młodzi mężczyźni, Christian miał wrażenie, że nadal było im bliżej do nastolatków, niż do mężczyzn. Generalizował, bo aby wyrobić sobie pewne zdanie, musiał to robić. Jak w każdym przypadku, w tym także istniały wyjątki potwierdzające regułę, regułą tą natomiast było to, że młodzi ludzie robili głupoty. Po prostu. Taki był ich przywilej wynikający z braku doświadczenia, jakiego nabywało się wyłącznie z wiekiem. Dzięki pracy, którą zmienił dopiero przed paroma miesiącami, Christian był tym wołem, który nie zapomniał, jak to jest być cielęciem.
Obrócił między palcami wręczony mu kartonik. Przebiegł wzrokiem po delikatnych literach i wyżej uniósł gęste brwi, po czym podniósł wzrok na stojącą przed nim kobietę i lekko przechyliwszy głowę, pozwolił, aby jego spojrzenie prześlizgnęło się po jej sylwetce. Owszem, znowu ją oceniał na podstawie tego, jaką informację o niej pozyskał, jednakże jego spojrzenie nie było z tych, pod którym Tamsin mogłaby poczuć potrzebę skulenia się. W błękitnych oczach Riggsa tliło się niegroźne zaciekawienie.
Nie zdążył odpowiedzieć, czy woli telefon, bo kiedy otwierał usta, aby się wypowiedzieć, w jego dłoni znalazła się komórka należąca do pani Passalis. Skomentował to uśmiechem, po czym wystukał na klawiaturze swój numer telefonu i zapisawszy kontakt, oddał komórkę jej właścicielce.
— Będę dzwonił i proszę już się tak nie przejmować — napomniał ją łagodnie, uznając, że dość wyjaśnień na dziś. — Stało się, co się stało i cieszmy się, że tylko tyle — zawyrokował i przeniósł wzrok na dyrektorkę, która także wstała i stojąc za swoim biurkiem, z uśmiechem skinęła głową. Była zadowolona z przebiegu tego spotkania. W swojej pracy niemal codziennie musiała rozmawiać z rodzicami uczniów i gdyby każda z tych rozmów przebiegała w takiej atmosferze jak ta, która miała miejsce przed chwilą, raz w tygodniu nie wyrzygiwałaby swojej psychoterapeutce tego, jak bardzo jest już wypalona i jak serdecznie dość ma swojej pracy.
Pożegnali się. Gabinet pani dyrektor jako pierwszy opuścił Chris. Wychodząc, rzucił czekającemu w sekretariacie Noah groźne i wymowne spojrzenie, pod którym chłopak lekko struchlał. Musiał wiedzieć, że gdyby jeszcze raz miał dopuścić się podobnego wybryku, Riggs osobiście przetrzepie mu skórę.
Po czekającej na niego na korytarzu Abigail znać było zdenerwowanie. Krążyła w tę i z powrotem, a kiedy wypatrzyła zamykającego za sobą drzwi ojca, od razu dopadła do niego i wypytała o szczegóły. Riggs nie migał się od odpowiedzi. Opowiedział jej o przebiegu spotkania, a także podkreślił, że gdyby zadziało się cokolwiek niepokojącego, niezwłocznie powinna powiedzieć o tym jemu lub Natalie. W drodze do domu powtórzył jej to jeszcze parokrotnie, a wieczorem on i Natalie, której w ciągu dnia zdążył opowiedzieć o tym, co zaszło, raz jeszcze porozmawiali z córką, uczulając ją na to, że powinna dbać o swoje bezpieczeństwo, ale też o to, by niekoniecznie goniła za Noah po szkolnej stołówce z tacą w rękach.
Od spotkania w szkole minęło dobrych kilka tygodni, które po podliczeniu z powodzeniem mogły stanowić dwa miesiące, kiedy w piątkowy wieczór Abigail przysiadła się do wylegującego się na kanapie Christiana. To wylegiwanie się z jego strony było tylko pozorne, bo przeglądał urywki z ostatnich meczów New York Giants i w aplikacji notatnika zapisywał to, co jego zdaniem już na pierwszy rzut oka było do poprawy. Głębszej analizy miał dokonać z pozostałymi trenerami w nadchodzącym tygodniu, a żeby móc to zrobić. Powinien być przygotowany.
UsuńNatalie wyszła z Hoą, z którą miały spędzić typowo babski wieczór, więc mógł bez wyrzutów sumienia poświęcić tych kilka godzin pracy.
— Tato…
Odłożył telefon, kiedy Abigail zagaiła go tonem sugerującym, że miała mu coś ważnego do powiedzenia. Podniósł się też z pozycji półleżącej do siedzącej, przeczesał palcami obu dłoni pozostające w nieładzie, kręcące się kosmyki i popatrzył wprost na córkę.
— No co, Abi?
Dziewczyna opuściła wzrok, westchnęła ciężko i skubnęła paznokciami krawędź bluzki.
— Noah… — podjęła, na co Chris wyprostował się jak struna i od razu jej przerwał.
— Co tym razem zrobił?
— Niczego nie zrobił! — Abigail uniosła dłonie w tak obronnym, jak i uspokajającym geście. — To znaczy, zrobił. Ale nie to, co myślisz — wyjaśniła pośpiesznie, spostrzegłszy, że jej ojciec lekko czerwienieje na twarzy i szyi. Westchnęła raz jeszcze, po czym wyjęła z kieszeni dresowych spodni telefon, kilkukrotnie przesunęła kciukiem po ekranie, po czym wręczyła komórkę Christianowi i wskazała na widoczną na ekranie wiadomość.
— Przeczytaj — poprosiła.
Chris popatrzył na nią z powątpiewaniem, ale pochylił głowę i nabrał powietrza.
— Abigail — zaczął, śledząc wzrokiem litery. — Próbowałem. Naprawdę próbowałem, ale nie potrafię wyrzucić cię z głowy. Wiem, że jesteś starsza. Wiem, że masz chłopaka. I wiem, że to nie ma najmniejszego sensu… — urwał, przestając czytać i popatrzył na córkę. — Noah to napisał? — dopytał, chcąc się upewnić. Abigail skinęła głową.
Christian czytał dalej. W dalszej części wiadomości, która była stosunkowo długa, Noah tłumaczył, że tamta sytuacja na stołówce faktycznie była wynikiem głupiego zakładu z kolegami, że przeprasza i że może Abigail chciałaby się z nim spotkać w poniedziałek po szkole?
Riggs oddał komórkę córce i przesunął dłonią po twarzy, jakby ten gest miał mu w czymkolwiek pomóc.
— Martwię się o Noah, tato — odezwała się Abi, przez co Chris popatrzył na nią tak z czułością, jak i nieco pobłażliwie. Martwiła się. O Noah. Zamiast być na niego wściekłą, martwiła się. Właśnie w takich momentach, jak ten, Christian zastanawiał się, jak jemu i Natalie udało się wychować tak dobrego człowieka.
— Wiem. Ja chyba też zaczynam się martwić — przyznał, bo choć zaczęło się od głupoty, to była delikatna sprawa. Noah się zauroczył, w dodatku beznadziejnie, a podobne zauroczenia nie mijały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tymczasem Abigail nie miała mu niczego do zaoferowania – kochała swojego chłopaka, Tylera i planowała z nim przyszłość. Noah mógłby dla niej nie istnieć, a jednak, martwiła się o niego i zamiast odpisać mu, żeby spadał, przyszła z tym do Christiana.
— Myślisz, że ta cała… Tamsin? — zagadnęła, zastanawiając się chwilę nad imieniem kobiety. — Mogłaby pomóc?
— Nie ma innego wyjścia.
Christian zerknął na telefon, by sprawdzić godzinę. Był piątkowy wieczór, dochodziła dwudziesta. Tamsin miała pełne prawo korzystać z dopiero co rozpoczętego weekendu, więc po chwili zastanowienia Christian, zamiast zadzwonić, napisał do niej krótkiego smsa. Dobry wieczór Pani Passalis, z tej strony Christian Riggs. Powinniśmy spotkać się i porozmawiać w sprawie Noah. Proszę o kontakt, kiedy będzie miała Pani czas. Pozdrawiam.
— Nie odpisuj Noah — polecił Abigail. — Przetrwa weekend bez odpowiedzi od ciebie.
— Pewnie tak… Obejrzysz ze mną jakiś film? — spytała z nadzieją.
— A co byś chciała obejrzeć…
— Diabeł ubiera się u Prady! Wybieramy się z dziewczynami do kina na dwójkę, więc chciałabym sobie odświeżyć jedynkę, chociaż widziałam ją już tyle razy…
UsuńPodczas gdy Abigail mówiła dalej, Christian podźwignął się z kanapy, żeby zrobić popcorn, choć jednocześnie nasłuchiwał, czy pozostawiony na salonowym stoliku telefon nie wibruje, informując o nadejściu nowej wiadomości lub połączeniu.
CHRISTIAN RIGGS
Mając wciąż w pamięci swoją karierę w modelingu, przykładał zdecydowanie większą wagę do reakcji osób pozujących po drugiej stronie aparatu niż większość jego kolegów po fachu. Doskonale znał to uczucie rwącego bólu niemal w każdej części ciała po kolejnej zbyt wymagającej sesji, podczas której ani na sekundę nie mógł wypaść z roli wiecznie uśmiechniętego samobieżnego wieszaka na ubrania. Całe szczęście te męczarnie miał już od dawna za sobą, bo na dłuższą metę chyba doszedłby do momentu, w którym zwyczajnie pieprznąłby to wszystko w diabły i zwiał do rodzinnego Porto.
OdpowiedzUsuń- Spokojnie, wiem jak to jest zostać zmuszonym do odstawiania wymuszanych scenek przed obiektywem. – Zapewnił z lekko melancholijnym uśmiechem. - Wiele lat temu sam byłem na twoim miejscu. Tyle że najpierw jako uliczny aktor undergroundowy, a potem model. Najgorzej z okresu pracy w tej drugiej branży wspominam chyba codzienne nakładanie soczewek wyłącznie z tak błahego powodu jak widzi mi się góry. Dziwnym trafem niemal zawsze trafiali mi się szefowie, dla których moja heterochromia stanowiła element zbyt odwracający uwagę od prezentowanych strojów. – Wywrócił oczami, zarzucając sobie torbę na ramię i chwytając lampy. – Nie sądzę, by przy większość zdjęć pulpit był nam do czegokolwiek potrzebny. Najwyżej na koniec ewentualnie pstryknę ci przy nim kilka fotek, ale to jeszcze zobaczymy. Co do wiolonczeli, osobiście jestem za tym, byś faktycznie wymieniła ją na ciemniejszą, ale nie wiem co powie na to później Judy. Odniosłem wrażenie, że nie za bardzo docenia klasykę już wówczas, gdy na początku wyraźnie zaznaczyła, że nie życzy sobie czarno-białych zdjęć, w jakich głównie się specjalizuję. A szkoda, bo moim zdaniem mają w sobie wyjątkową magię… - Westchnął. – Zaryzykujmy jednak. Idź po nią. Ja zaczekam na ciebie przy północnym wejściu do ogrodów. Kiedy tam skończymy, porywam cię do Portugal Sunset na Pasteis de Bacalhau. Oderwiesz się na moment od tutejszych obowiązków i przy okazji spróbujesz przysmaków mojej rodzinnej kuchni przyrządzanych w jednej z tych uroczych malutkich knajpek, do których turyści niestety zdecydowanie zbyt rzadko zaglądają nieświadomi tego, co tracą.
Natty
Przewrócił oczami. Nie żądał wcale od Tamsin miłych słów. Jasne, prowokował ją, ale nigdy nie był szczególnie łasy na puste komplementy. Znał swoją wartość. Kompletną. Z wadami i zaletami, i wiedział, że na pierwszy rzut oka zawsze więcej było w nim wad. Ludzie go nie lubili. Nie prywatnie. Zawodowo obdarzali go zaufaniem, powierzali mu swoje sekrety, zlecali zadania. Był rzetelny, skrupulatny i skuteczny, ale prywatnie był dupkiem. Tak po prostu. Nikomu się nie zwierzał z powodów, które go do tego popychały. Ale miał je. Nie był dupkiem po to, aby nim być i odstraszać od siebie ludzi. Był dupkiem, bo się bał. Bał się tego, że nadto się do kogoś zbliży, nie fizycznie – to wydwało mu się przecież naturalnym sposobem na poradzenie sobie z popędem. Bał się zbliżenia emocjonalnego. Tego, które odsłaniało człowieka bardziej niż pozbycie się ubrań. Roth był ostrożny. Otaczał się ludźmi, którzy nie pogłębiali tego starannie pielęgnowanego w nim lęku.
OdpowiedzUsuńTamsin była bezpieczną opcją. Nazywał ją przyjaciółką, ale nie mówił jej o sobie zbyt wiele, nie poruszał tematów, które poruszały Evana, ale był. Jeśli dzwoniła, robił wszystko, by móc jej pomóc. Jeśli on dzwonił, oczekiwał poniekąd tego samego i Passalis jeszcze nigdy go nie zawiodła. Może dlatego teraz bez szemrania zaufał jej pomysłowi. Może dlatego zaparkował samochód przy ulicy, zabrał telefon, portfel i wysiadł. Nie widziało mu się to specjalnie, ale korek ciągnący się wzdłuż drogi tylko utwierdził go w przekonaniu, że postąpili słusznie. Wszystko wskazywało na to, że na gali pojawią się modnie spóźnieni, ale było to dopuszczalne. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Gorzej, gdyby Roth, mimo swoich zapewnień, nie pojawił się na imprezie wcale.
Ich stroje, eleganckie, zapewne niezbyt tanie nie pasowały do greckiej knajpki, pod którą podprowadziła go Tamsin. Szedł obok niej, ale kiedy weszli do lokalu, pozostawał o krok za nią. To ona znała to miejsce, a Roth pozostawał pod wrażeniem, jak śmiało zagarnia sobie przestrzeń, która wcale nie należała do niej. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że wiele kobiet mogło Tamsin zazdrościć pewności siebie, ale i tego bliżej nieokreślonego czegoś, co kazało ludziom ją po prostu lubić. Evan nie wiedział, czy to jej otwartość, zapewne tylko pozorna, bo mimo lat ich znajomości, nie wiedział o niej zbyt wielu rzeczy. Czy może to kwestia jej spojrzenia, którym nie uciekała przed oczami innych. A może kwestia uśmiechu, którym obdarzała swoich rozmówców?
Evan mógł być skończonym dupkiem, ale na pewno utrzymywał w tajemnicy wszystko to, co powierzali mu inny. Jasne, jeśli mu na kimś w ogóle nie zależało, a z wypłynięcia informacji mógł skorzystać, robił to – wypuszczał wiadomości. O swoją prywatność jednak dbał. Każda dziewczyna, z którą sypiał, był anonimowa. W końcu nie pokazywał się z nimi na mieście, umawiał się z nimi w swoim mieszkaniu. Albo ich. Albo hotelu. Traktując niemal jak darmowe prostytuki. Były chętne, otwarte i gorące. Na jedną noc mu to wystarczało.
Przeszli restaurację. Nieco zaskoczony Evan chował niewielkie portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki, gdy przechodzili przez kuchnię. Skinął głową ludziom, których mijali, a po chwili byli już w innym pomieszczeniu. Szedł w milczeniu, nie zadając niepotrzebnych pytań. Orientacja w terenie pozwalała mu przyjąć stosowne przypuszczenia, że Passalis przeprowadza ich skrótem, co zresztą potwierdzały też jej ostatnie słowa, ale nie komentował. Tak samo, jak nie zamierzał komentować tej całej blondyny, którą go wtedy uraczyła. Był zbyt dumny.
Skinął tylko głową, dając jej znać, aby weszła na ruchome schody. Stanął zaraz za nią, po prawej stronie, lewą pozostawiając do dyspozycji tym, którzy biegali po tych schodach, co w przypadku szpilek Tamsin mogło okazać się zgubne.
Wsunął dłonie do kieszeni spodni.
— Jestem Nowojorczykiem z urodzenia, Tamsin — odparł. I początkowo sądził, że tyle wystarczy w odpowiedzi na jej pytanie. — Możesz sobie myśleć, co chcesz, ale nie lubię marnować czasu na stanie w korkach — mówił, nadal stojąc za jej plecami.
Widział, że przyciągali spojrzenia. Ludzie na schodach jadących do góry, spoglądali na nich z zainteresowaniem. Zupełnie nie przejął się jej złośliwością. Kartę do metra miał już przygotowaną, więc kiedy znaleźli się na odpowiednim poziomie, odbił się i przeszedł przez bramki.
UsuńRuszył w kierunku peronu, bez trudu odnajdując się na stacji.
— Tak szybko nawiązujesz znajomości, że znasz wszystkich na dzielnicy? — spytał, gdy spostrzegł na wyświetlaczu, że pozostało im teraz pięć minut czekania na kolejny pociąg.
Evan Roth
Lewa, lewa, lewatywa to poważna sprawa, prawa, prawa, a prawica też kaprawa. Leif wdrapywał się po schodach, wybijając rytm, aż kroki niosły się miarowo po klatce schodowej. Mógł pojechać windą, ale kiedy stanął na parterze i zobaczył na wyświetlaczu cyferkę osiem, stwierdził, że nie chce mu się czekać – i wybrał się na pieszą wędrówkę.
OdpowiedzUsuńTo tylko kilka pięter w górę i jedno w dół, bo się zagapił i poszedł dalej, więc musiał zbiec, co zresztą ładnie się składało – bo był tutaj tylko zbiegiem okoliczności. Kręcił się niedawno po okolicy i tylko przypadkiem sobie przypomniał, że Jeremiah zostawił mu klucze do mieszkania na czas swoich wakacji.
Znajomi Leifa nie byli zbiorem nieskończonym, choć niebezpiecznie się do tego zbliżali. W ciągu roku potrafił sobie wyrobić tyle kontaktów, na ile niektórzy potrzebują pół życia. Inną kwestią było, oczywiście, ile spośród tych znajomości mogło przetrwać i na jakim poziomie, ale to nieważne – przynajmniej nie aż tak. Lubił ludzi i lubił ich poznawać.
Jerry’ego akurat spotkał przed laty, jak obaj byli jeszcze gówniarzami, a Jerry miał zwyczaj kładzenia się na środku chodnika i twierdzenia, że opala się na Tahiti. Nie robił tego na trzeźwo, ale tak jakoś wyszło, że zazwyczaj, gdy widywał się z Leifem, był upalony. Leif akurat nie, bo drażniło go rozmemłanie i spowolnienie, które po trawie zazwyczaj odczuwał.
Poza tym nie miałby problemu, żeby położyć się na chodniku pod wpływem samego tylko powietrza. Chociaż o nie w Nowym Jorku było ciężko, w stanie czystym praktycznie nie występowało.
Jeremiah nie był najbardziej odpowiedzialną osobą na świecie, o czym mogło świadczyć samo to, że klucze do mieszkania (i przykaz zajęcia się roślinami) powierzył Leifowi, który również nie zostałby umieszczony w top tierze ludzi ogarniętych. Ale tym razem się udało! Znaczy, nie dostać się do rankingu, ale za to dostać się do mieszkania kumpla, zanim jeszcze ostatnia szeflera mu padła.
Wygrzebując z kieszeni pęk kluczy, a potem wybierając właściwy, obracał w głowie zdanie Najpierw się odlać, potem kwiaty podlać. Gdy przekroczył próg, słowo ciałem się stało – to znaczy okazało się, że tak skutecznie frazę sobie wmówił, że rzeczywiście najpierw skorzystał z toalety i umył ręce, a dopiero potem odnalazł konewkę i zaczął podlewać całe to zielsko w pokojach.
Włączył muzykę, wyjątkowo nie na słuchawkach, więc poił monsterę w rytm Kendricka Lamara i sam też kiwał się w tym samym tempie. Tak właśnie ujrzała go kobieta, która do mieszkania wparowała nawet prędzej niż w tym upale woda wyparowywała.
Obrócił się na pięcie, żeby na nią spojrzeć.
– Wodę sobie leję – odpowiedział lekko, unosząc konewkę jako namacalny dowód na prawdziwość wypowiedzianych słów. – Spragniona? Nawet nagazowanej szklankę mogę ci podać. – Ruchem głowy wskazał na kuchnię, gdzie na blacie stał saturator SodaStream. – A ty co tutaj robisz?
Leif Zweig
Ale tu letnio i przyjemnie! ♥
OdpowiedzUsuńDebbie, nie mogła na razie przyznać tego na głos, ale podziwiała postawę Passalis. Była pełna podziwu dla młodej kobiety, która tak w zasadzie zupełnie bezinteresownie mieszała się w życie swoich sąsiadów – nastolatka, który niebawem miał wkroczyć w dorosłość. Młoda policjantka nie była jednak przekonana co do tego, aby Noah był na taką możliwość przygotowany. Może wcześniejsze lata jego życia były lepsze, cenniejsze, może matka poświęcała więcej czasu synowi niż kolejnej butelce taniej wódki. Dlatego Debbie podziwiała Tamsin Passalis, bo potrafiła postawić się nawet funkcjonariuszce, która choć wyglądała niepozornie, miała przecież we władaniu atrybut władzy. Zastanawiała się, co kierowało młodą przecież kobietą. Nie dostrzegła w mieszkaniu Passalis żadnych znaków świadczących o tym, że miała ona dziecko. Wydawało jej się, że lokum jest typowo singielskie. Debbie westchnęła. Nie musiała powiem też domyślać się motywów, które kierowały Noah. Podkochiwanie się w sympatycznej, przepięknej sąsiadce może i było niczym wyrwane ze scenariusza filmowego, ale nie było przecież niemożliwe. Grayson nie potrafiła posądzić nikogo z marszu o instynkt macierzyński, bo sama go po prostu nie miała. Nie oceniała kobiety w ten sposób. Sama przecież wychowała się w szczęśliwej, pełnej rodzinie. Do czasu. Wiedziała jednak, czym jest miłość i troska rodziców. Wiedziała, czym jest więź z rodzeństwem. I wiedziała, jak to jest opiekować się kimś słabszym. Maddie, jej młodsza siostra, zawsze była nieco inna, wolniejsza, bardziej zamknięta, ale przy tym piekielnie inteligentna. Po śmierci ojca społeczne wycofanie Maddie się tylko pogłębiło, a ona nie wiedziała, co mogłaby więcej dla niej zrobić. Chyba dlatego nie chciała mieć dzieci. Zresztą, mimo tego, że była z kimś związana, to panicznie bała się myśli o ciąży, zupełnie tak, jakby to miała być nastoletnia ciąża i na nic zdało się myślenie, że przecież ma prawie trzydzieści lat. Ian przecież był jej rówieśnikiem i jakakolwiek wpadka nie byłaby niczym złym, niczym nienormalnym dla ludzi w ich wieku, ale Debbie… Westchnęła ciężko. Znowu.
Dzisiejsza interwencja sporo ją kosztowała. Powinna działać według procedur. Po to były. Aby je szanować, egzekwować, wypełniać punkt po punkcie. Przecież musiała potem to opisać, spisać protokół, wskazać świadków, czasami wezwać ich na uzupełnienie zeznań. Sporo było w tym roboty. I często najłatwiej było wszystko zamieść pod dywan, ale nie zawsze się tak dało. Teraz? Skoro udział w tym wszystkim brała nie tylko matka Noah, ale i wstrętna sąsiadka, którą uspokoić musiał Louis, trudno było uciszyć wszystkich.
Noah słuchał się Tamsin, miał wobec niej szacunek, którego nie szło nie zauważyć. Grayson słuchała Passalis, a jednocześnie walczyła z mętlikiem w swojej głowie. Pod rudą czupryną wrzało. Myśli skakały sobie swobodnie. Z kwiatka na kwiatek, mogłoby się wydawać, z łączki na łączkę. A potem, jakby ktoś rzucił kamieniem w jezioro. Bul, bul, bul. I po sprawie. Myśli nie było.
Nabrała powietrza w płuca, wstrzymując je przez chwilę. Młoda kobieta miała rację – system był kulawy, ba, system był inwalidą o znacznym stopniu niepełnosprawności. Doskonale o tym wiedziała. Widziała na żywo rozwiązania, które nie powinny istnieć, które powinny zostać uwspółcześnione, dostosowane do obecnych realiów, pójść z duchem czasu. Powinny znaleźć się rozwiązania, które obejmowałyby swoimi działaniami takich szenasto-, siedemnastolatków, nie skazując ich na bezwzględne trafienie do systemu, skoro wedle prawa byli niemal dorośli.
— Okej… — rzuciła nagle. Cicho, bez wyrzutu, zupełnie neutralnie, ale spojrzeniem uciekła gdzieś w bok. Mocno zacisnęła palce na swoich biodrach, próbując znaleźć w ten sposób uziemienie. — Spiszę protokół, w którym pominę to, że Noah w ogóle tu był. Uznamy zgłoszenie za wprowadzające w błąd, ale… Tamsin. — Tutaj Debbie się zatrzymała, celowo akcentując imię młodej kobiety. Specjalnie też zwróciła się do niej per ty, aby zminimalizować między nimi dystans mogący powstać ze względu na służbowe powinności Grayson. — Ale jeśli choćby raz, którykolwiek z naszych patroli tu przyjedzie, zainterweniuję — mruknęła. To nie była groźba. Ani obietnica, a przedstawienie decyzji, jaką ruda podjęła. Tu i teraz. — Ale pani O’Hara nie mogę zostawić. Ma problem. Może powinna udać się na odwyk, może warto spróbować pchnąć sprawę z pomocy społecznej? Mogę pomóc znaleźć jej pracę. Mogę poręczyć za to, że naprawdę się zmieni, ale to ona musi tego chcieć. Możesz do niej jakoś dotrzeć?
UsuńTo pytanie zawisło między młodymi kobietami. Debbie doskonale wiedziała, że to nic łatwego i nic przyjemnego, że Tamsin mogła chcieć naprawiać Noah, ale niekoniecznie jego matkę.
Debbie Grayson 👮♀️
Złapał rzucone mu spojrzenie, ale zamiast się w nim pławić, poczuł się oceniany. Oceny, oceny, oceny – mimo to postanowił nie robić sceny, chyba że taką teatralną, a nie dramę. Trzeba przecież jakoś się zaprezentować.
OdpowiedzUsuńNajpierw mimowolnie się wyprostował, żeby poprawić posturę, a potem uśmiechnął. Po chwili przypomniał sobie wskazówki z tamtego filmu – więc do uśmiechu dołożył uniesione brwi. Przestał się uśmiechać. Teraz klasa, a właściwie to Balenciaga normalnie. Ponownie uniósł kąciki ust i wrócił do promowania H&M-u.
Potem ręka znalazła się w górze, dłoń otwarta, ułożona na płask, wierzchem do góry, a na nim konewka. Tak w zastępstwie czaszki. Lać czy nie lać, oto jest pytanie. Reszta jest przesadzaniem.
Może zachowałby się inaczej, gdyby wiedział, że nieznajoma tak uważnie na niego patrzy, bo próbuje zdecydować, czy byłaby w stanie go pokonać. Zaprezentowałby pozę zawodników MMA albo walkę z cieniem. Na pewno ułatwiłoby sprawę!
Tak bez błaznowania – siłą rzeczy i męskiej pięści pewnie by ją pokonał, ale nie miał zamiaru wchodzić w żadne zwarcie. Nawet gdyby faktycznie był włamywaczem. Chociaż nie świadczyłoby zbyt dobrze o jego profesjonalizmie to, że pierwsze, co zrobił po wejściu, to podlanie roślin okradanego.
O którym nie miał pojęcia, że nazywa swoje rośliny – a więc nowością okazało się to, że monstera była Monicą.
– Pewnie – zawołał, odkładając konewkę. – Poczekam, nie przeszkadzaj sobie!
Dobrze, że Jerry nie wpadł na pomysł strojenia sobie żartów – nastroił co najwyżej kilka głupich min, które zrobił do Leifa, gdy ukazał się przed nim na videopołączeniu. Leif odmachał mu z zadowoleniem i powstrzymał chęć zrobienia zeza.
– Cześć – powiedział, podchodząc, by podać rękę Tamsin. – Leif, akurat nie jestem sąsiadem, ale też zazwyczaj nie podlewam kwiatków. Nie dlatego że zapominam, tylko nie pamiętam. Najwyraźniej Jerry uznał, że dwa minusy dają plus.
Wrócił po konewkę, by dokończyć podlewanie. Kiedy jednak jego uszu dobiegły słowa o piwie i pizzy, poczuł niemal, jak burczy mu w brzuchu. Jezu, chyba nie jadł nic od rana – z podobnego powodu, który wyłuszczył przed chwilą. Czyli nie zapomniał, tylko nie pamiętał. Dobrze, że chociaż w głowie miał picie wody.
– Z przyjemnością! – Entuzjazm w głosie potwierdzał słowa. – Chociaż… – Zmrużył oczy. – Może jakiś makaron? W sumie mógłbym nawet coś przygotować – zaoferował się.
Leif Zweig
Z dawno minionych czasów swojej krótkiej kariery w branży modelingowej Natty zapamiętał doskonale nie tylko jakie rodzaje strojów należało zakładać zarówno przygotowując się do wyjścia na wyjątkowo wyszukane okazje, a jakie chociażby do biegania po osiedlu czy na zwykłe spotkanie rodzinne. Nawet teraz najprawdopodobniej na jednym tchu potrafiłby wymienić nazwiska wielu projektantów najbardziej topowych marek tamtych lat lub zasady licznych diet, który zmuszone był wówczas stosować. A jednak po jego obecnym wyglądzie trudno byłoby się na pierwszy rzut oka doszukiwać jakichkolwiek nawiązań do stylu aktualnie uwielbianego przez sławnych kreatorów mody. W jego szafie przeważały zwykłe, sportowe ciuchy, w których nie tylko zdecydowanie łatwiej mógł wtopić się w tłum uliczników, z którymi przyszło mu się wychować. Wszystkie one bowiem posiadały także tą ważną przewagę nad drogimi, markowymi fatałaszkami prosto z wybiegów, że były zwyczajnie wygodne. Nawet na dzisiejszą sesję nie założył eleganckiej marynarki, gwałcąc tym samym naczelną zasadę swoich dawnych pracodawców stale podkreślających, że planując przekroczyć próg tak wykwintnego miejsca jak opera powinien postawić najlepiej na frak. Już na samą myśl, że miałby przez długie godziny biegać po tutejszych schodach z elegancką skórzaną torbą skrywającą cały niezbędny mu majdan i lampami wypożyczonymi przez Jodie pocąc się niemiłosiernie w stroju pingwina przyprawiała go o lekką frustrację.
OdpowiedzUsuń- Hmm… z mojego doświadczenia wynika, że profesjonalny model to przede wszystkimi bezwolna marionetka w rękach napuszonego lalkarza uznającego się za pana całej tej kolorowej szopki dla nielicznych wariatów najczęściej ceniących sobie zdecydowanie wyżej czyjś ładny wygląd niż osobowość. – Mruknął, jeszcze raz upewniając się, czy aby na pewno nie zapomniał czegoś spakować. – Naprawdę nigdy nie widziałaś żadnego występu ulicznych aktorów ?! – Zapytał zdziwiony, bo dla niego przeglądanie się wysiłkom tych zazwyczaj buntujących się przeciwko całemu systemowi młodych ludzi nadal stanowiło niemal chleb powszedni. – W takim razie najwyższy czas nadrobić braki. Daj znać, jak będziesz miała wolniejszy dzień, to zabiorę cię na jeden ze spektakli w wykonaniu młodzieży nieopodal Grand Central. Ostatnio przedstawiali własną wersję historii mitologicznej Kasandry. Mówię ci, coś wspaniałego, choć rygorystyczni historycy zapewne by tę opinię chętnie podważyli uznając ją za zbyt uwspółcześnioną. – Zaśmiał się. – No ale to kiedy indziej, teraz musimy niestety wrócić do własnych zajęć. – Nie chcąc jej zbyt długo zatrzymywać, ruszył do ogrodów, podczas gdy ona udała się po zastępczy instrument. – Rzeczywiście robi zdecydowanie bardziej imponujące wrażenie. – Zauważył, gdy znowu się spotkali, oceniając wiolonczelę na tyle krytycznym spojrzeniem na ile mógł sobie na to pozwolić jako niefachowiec. – Sukienka dla oka sponsorów i potencjalnej publiczności mającej w przyszłości ściągnąć na wasze koncerty zawsze jest w cenie, ale pytanie brzmi czy naprawdę chcesz się już od samego początku podporządkowywać wyłącznie ich zdaniu. – Obdarzył kobietę prowokacyjnym spojrzeniem spod nieznacznie przymrużonych rzęs.
Podpuszczający Natty
– To widzimy się za momencik – powiedział Leif na pożegnanie.
OdpowiedzUsuńSkłamał. Przynajmniej tak mógłby stwierdzić ktoś złośliwy i brutalny. Osoba o łagodniejszym usposobieniu rzekłaby raczej, że wszystko jest kwestią interpretacji, a wobec tego zależy, co rozumie się pod słowem momencik. Jeśli parę minut, to rzeczywiście nie dotrzymał słowa. Jeśli trzydzieści parę minut, to zmieścił się w limicie.
To nie tak, że zapomniał – czy też nie zapamiętał. Albo wolał się powałkonić, zamiast zapukać do drzwi naprzeciwko. To nawet nie było tak, że postanowił rakiem się wycofać z obietnicy ugotowania czegoś. Wręcz przeciwnie. Nawet wykwitło w nim zadowolenie, że w końcu ma okazję, by coś przypichcić.
Najczęściej był na cateringu albo po prostu zamawiał potrawy z różnych knajpek. Ewentualnie kupował przekąski w sklepach czy piekarniach. Zdarzało się, że żył na tym, czym dokarmiali go inni. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby od czasu do czasu własnymi rękami coś przygotować, ale… nie myślał o tym za często.
To był ten problem! Rzadko myślał o jedzeniu, jeśli nie musiał, więc zaplanowanie posiłku graniczyło z cudem. Co z oczu, to z serca – i z pamięci też, przynajmniej w jego przypadku. Kwiatek schowany za firanką przestawał być podlewany, bo skoro znikał z widoku, to tak jakby nie istniał. Z rzadka tęsknił za znajomymi, nawet tymi bardzo przez siebie lubianymi, jeśli nie spotkali się od dłuższego czasu; wylatywali mu z umysłu.
Często dopiero burczenie w brzuchu, zapach jakiegoś dania albo ssanie w żołądku przypominało mu o konieczności jedzenia, ale wtedy było już za późno na gotowanie – kiedy umierasz z głodu, chcesz natychmiast przestać, więc nie ma czasu na obieranie pomidorków.
Skoro jednak teraz mu o tym przypomniano i nie znajdował się jeszcze w sytuacji agonalnej, z zadowoleniem stwierdził, że coś przygotuje. Skończywszy podlewanie, wybiegł praktycznie z mieszkania, ale zamiast zgłosić się do Tamsin, z równym entuzjazmem zbiegł ze schodów i pomaszerował do pobliskiego sklepu.
Więc kiedy wpuściła go do środka niedługo później, trzymał w ręku papierową torbę, w której obijały się warzywa, owoce, makaron soba, masło orzechowe i jeszcze jakieś sosy, ale to akurat zwinięte od Jerry’ego z lodówki. Kupił też tofu, na wszelki wypadek, chociaż liczył na to, że Tamsin ma może kurczaka do rozmrożenia. Te sklepowe wyglądały, jakby już rozmrażania nie potrzebowały, bo przeżyły je kilkukrotnie. Choć właściwie – nie przeżyły w ogóle.
– Dzień dobry – odpowiedział z uśmiechem i wszedł do środka.
Bo skoro zapraszają – to wchodź i nawet nie zastanawiaj się, czy to nie za wysokie progi na twoje nogi. Leif rozejrzał się w poszukiwaniu kuchni.
– Masz mięso albo jakieś nietolerancje? – przeszedł do rzeczy. – Alergie znaczy. Naostrzyć ci noże?
Boże, nienaostrzone noże były najgorsze.
Leif Zweig
[ A ktoś kiedyś lutnął mężowi przed śmiercią za takie traktowanie? Bo jak nie, to Paweł chętnie, do bójki też się nada... a kto wie, gdzie te bójki mogą zaprowadzić cztery lata poźniej :D ]
OdpowiedzUsuńPablo
Paweł Wysocki uważał, że istniały trzy rzeczy, dla których człowiek miał prawo stać dwadzieścia minut w kolejce: dobry kebab, polski paszport w konsulacie i jedzenie od Hectora. Przy czym w dwóch pierwszych przypadkach można się było jeszcze zastanawiać.
OdpowiedzUsuń— No me jodas, Hector, powiedział, opierając przedramiona o metalowy blat food trucka i zaglądając mu do środka, jakby samym spojrzeniem był w stanie przyspieszyć smażenie mięsa na burrito, o którym marzył od rana. — Piętnaście minut temu mówiłeś cinco minutos. Ja znam hiszpański wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że pięć to nie jest piętnaście.
Z wnętrza dobiegło go coś gwałtownego po hiszpańsku, z czego wyłapał swoje imię, słowo idiota i sugestię dotyczącą samodzielnego przygotowania obiadu. Pablo pokiwał głową.
— No. I od razu można było normalnie.
Był jeszcze w roboczych spodniach, chociaż robota skończyła się dobre pół godziny temu. Szara koszulka miała ciemniejszą smugę przy boku tam gdzie rano oparł się o świeżo pomalowaną framugę i przez następne osiem godzin zapominał sprawdzić, czy farba zeszła. Nie zeszła. Na przedramieniu został mu biały ślad po gipsie, pod paznokciami coś, czego nie zamierzał identyfikować, a kluczyki od vana brzęczały przy każdym ruchu o metalowy karabińczyk przypięty do szlufki. Normalny dzień. Dokładnie taki, w którym człowiek nie spodziewał się zobaczyć ducha. Odwrócił głowę tylko dlatego, że ktoś stanął obok. I przez pierwszą sekundę zwyczajnie patrzył. Potem zmarszczył brwi. Jeszcze sekundę później coś w jego głowie wskoczyło na właściwe miejsce z taką gwałtownością, jak źle zamontowane drzwi wypadające z ościeżnicy.
Tammy. O Jezu Chryste.
Minęły cztery lata, ale pamięć najwyraźniej miała bardzo wybiórcze poczucie humoru, bo nagle przypomniał sobie absolutnie wszystko. Mieszkanie, które miało być „tylko lekkim odświeżeniem”, a okazało się remontem połowy cholernych pomieszczeń. Tamsin siedzącą czasem na kuchennym blacie. Wiolonczelę opartą w pokoju, do którego jego ludziom praktycznie zabronił wchodzić. Jej śmiech, kiedy powiedział, że za cenę jednej lampy wybranej przez jej męża można by wyremontować łazienkę u jego matki w Gdańsku i jeszcze zostałoby na flaszkę dla Józia spod klatki.
I to pieprzone napięcie, które pojawiało się między nimi za każdym razem, kiedy zostawali sami. Nigdy niczego nie zrobił. Technicznie. Bo patrzenie zdecydowanie nie liczyło się jako niewinność, a kilka rozmów późnym wieczorem, kiedy robotnicy już wyszli, również kwalifikowało się gdzieś pomiędzy „nic się nie dzieje” a „Paweł, ty kretynie, ona ma męża.”
A potem poznał jej męża trochę lepiej. Wystarczająco dobrze, żeby pewnego popołudnia przestać być wykonawcą, a zostać facetem, który przyłożył klientowi. Remontu oczywiście nie skończył. Przez kilka miesięcy próbował jeszcze dowiedzieć się, co u niej. Najpierw pisał. Potem raz zadzwonił. W końcu dostał wystarczająco jasno do zrozumienia, że ma się odpierdolić.
Więc się odpierdolił, Paweł akurat takie życzenia spełniał od razu. Może i miał wiele wad, ale włażenie ludziom do życia wbrew ich woli nigdy nie było jedną z nich. Aż teraz stała kilka kroków od niego przy food trucku Hectora, bo najwyraźniej Nowy Jork liczył osiem milionów ludzi tylko po to, żeby człowiek miał złudne poczucie anonimowości. Przez moment rozważał, czy powinien coś powiedzieć. Normalny, rozsądny człowiek zapewne poczekałby na jakiś sygnał, ale Paweł nigdy nie miał specjalnego talentu do bycia normalnym, rozsądnym człowiekiem.
I nie była sama, bo wokół trwał ich zwyczajowy lunchowy cyrk.
— Mówię ci, to nie jest mild — burknął Marek, patrząc podejrzliwie na swoje jedzenie. — To jest portorykański mild, czyli zaraz będę płakał.
Usuń— Ty zawsze płaczesz — odparł Jarek.
— Authentic experience! — krzyknął Hector z food trucka.
Luis i Diego parsknęli śmiechem przy barierce, a siedzący kawałek dalej Samir nawet nie podniósł wzroku znad herbaty.
— You polish people are too loud.
Co zwykle kończyło się jeszcze większym hałasem. To był ich typowy lunch. Hałaśliwy, chaotyczny, kompletnie niepasujący do żadnej logiki, Hecotr znał ich od lat i od lat tak samo obsługiwał ich z politowaniem, udawanym oczywiście, bo Pabla nie raz wzywał to zjaranej elektryki w tej swojej budzie. I w samym środku tego wszystkiego stała ona, jak zjawa. Przez moment rozważał, czy powinien się wycofać. Normalny człowiek by się wycofał, ale on nie był normalny i to zaznaczał w każdej możliwej sytuacji.
— Ja pierdolę — wyrwało mu się półgłosem. Zerknął w bok, jakby potrzebował potwierdzenia, że rzeczywiście widzi tę samą osobę, którą miał w głowie. Potem jeden kącik jego ust drgnął. — Tammy? Albo mam udar, albo Nowy Jork właśnie uznał, że ostatnio było u mnie za spokojnie.
Z food trucka Hector wychylił głowę.
— Pablo! Tu orden!
— Uno momento, mam ważniejsze problemy. — Paweł nawet na niego nie spojrzał.
— You said you were starving!
— Już mi przeszło.
Hector niemal rzucił mu papierową torbę.
— Drama queen.
— Spierdalaj, Hector.
— See? His Spanish gets better every day — zauważył Samir.
Luis się roześmiał, Jarek zakrztusił jedzeniem, a Paweł pokazał Samira palcem.
— Ty jesteś dzisiaj bardzo blisko utraty premii.
— I don't work for you, Pablo.
Dopiero wtedy przesunął się odrobinę na bok, zwalniając miejsce przed okienkiem i znów spojrzał na Tammy.
— Spokojnie — dodał zaraz, już nieco lżej. — Nie zamierzam pytać, gdzie byłaś przez cztery lata. To byłoby cholernie niezręczne nawet jak na mnie.
Pablo
[Hejka! Bardzo dziękuję za docenienie nazwy Ear Me Out, wiele to znaczy dla mnie i braci Uszatków :D Na skombinowanie czegoś zawsze jestem chętna, więęęc... spodziewaj się mnie później na mejlu!]
OdpowiedzUsuńLen Weston
Jak chcesz, to pytaj.
OdpowiedzUsuńNo świetnie. Cztery lata temu przez kilka miesięcy miał w głowie przynajmniej kilkanaście pytań, a teraz, kiedy dostał oficjalne pozwolenie, nie potrafił sobie przypomnieć nawet jednego, które nie brzmiałoby jak początek policyjnego przesłuchania. Najgorsze było jednak to, że poczuł ulgę. Głupią ulgę na sam fakt, że nie powiedziała „miło było cię widzieć” i nie odeszła, a nadal stała obok i właściwie sama zaproponowała wspólny lunch, jakby nie przeżyli właśnie czterech lat ciszy, a jej wspomnienie powoli zaczęło się zacierać w pamięci Pawła. Bo cztery lata to szmat czasu dla kogoś, kto zrozumiał, że był niemile widziany.
Na szczęście zanim zdążył odpowiedzieć na drugą część, odezwał się Marek.
— Tammy! — zawołał od stolika. Najwyraźniej właśnie sam zdecydował, że wszyscy są już starymi znajomymi. Machnął ręką tak szeroko, że prawie strącił butelkę coli. — Chodź tutaj! Miejsce jest!
— Ty ją pamiętasz? — Paweł obejrzał się przez ramię.
— No jasne, że pamiętam. Od tej drogiej lampy. — Marek zmarszczył brwi, jakby pytanie go obraziło.
Tamsin mogła nie wiedzieć, dlaczego Paweł zamknął na moment oczy.
— Kurwa, oczywiście.
— Tej brzydkiej — doprecyzował Jarek.
— Bardzo brzydkiej — dodał Marek.
— Panowie — odezwał się Paweł tonem ostrzegawczym. — Cztery lata minęły, a wy nadal jesteście chamami.
— Ty pierwszy powiedziałeś, że wygląda jak lampa z burdelu — przypomniał Jarek.
Między nimi wszystkimi zapadła sekunda ciszy, a Pablo wskazał na niego palcem.
— Nie pamiętam takiej sytuacji.
— Ja pamiętam. — odezwał się Luis z pełną gębą tacosów.
— To pamiętasz źle.
— Powiedziałeś dokładnie: „za cztery tysiące dolarów powinna jeszcze robić loda”. — odrzekł Marek, jakby to było coś zwyczajnego.
Luis parsknął tak gwałtownie, że zakrztusił się jedzeniem. Diego klepnął go po plecach, Samir westchnął ciężko nad kubkiem herbaty, a Paweł przez chwilę patrzył na Jarka z autentyczną zdradą w oczach.
— Nie powiedziałem „robić loda”
— Nie? — Jarek uniósł brwi.
— Powiedziałem, że za cztery tysiące powinna sprzątać mieszkanie i płacić czynsz. Nie rób ze mnie prostaka przy kobiecie. — Paweł serio zaczął się zastanawiać, czy nie lutnąć ich po głowie na tyle mocno, żeby zapomnieli angielskiego.
— Ah. Sorry. Much classier. — skomentował Samir bez emocji. Paweł czasami zastanawiał się czy ten chłop był ich całkowicie pozbawiony, czy jedynie udawał.
— Dziękuję, Samir.
— That wasn't a compliment.
Wtedy znów spojrzał na Tamsin i zobaczył ten uśmiech. Ten sam czy trochę inny, tego nie wiedział. Cztery lata to wystarczająco długo, żeby człowiek zmienił fryzurę i pół życia, ale coś w tym uśmiechu było dokładnie takie, jak zapamiętał. I cholernie szybko przypomniał sobie, dlaczego cztery lata temu tak często robił z siebie przy niej idiotę. Coś nieprzyjemnie przyjemnego ścisnęło go gdzieś pod żebrami. Nie żadne pieprzone motyle, Paweł miał trzydzieści pięć lat, kredyt na sprzęty i ludzi-imbecylów, którzy dzwonili do niego w niedzielę rano z pytaniem czy silikon można kłaść na mokre. Motyle były dla nastolatków, a nie dla dorosłego faceta.
— No to chyba zostało zdecydowane za nas — powiedział, wskazując głową stolik. — Demokracja w PW Constructions działa bardzo sprawnie, dopóki nie dotyczy pieniędzy.
Ruszył z nią w stronę reszty, automatycznie zwalniając pół kroku, żeby iść obok, a nie przed nią. W trakcie tej krótkiej drogi zdążył zauważyć więcej niż chciał. Nie komentował sukienki ani tym bardziej odsłoniętych pleców. Nie komentował też tego, że kiedy znał ją wcześniej, właściwie nigdy nie widział jej w czymś podobnym. Pamiętał jedynie długie rękawy i golfy. Może i robił z siebie na co dzień debila, ale nie był ślepy. Pewnych rzeczy Paweł nauczył się przez osiem lat pracy w cudzych domach: jeżeli widzisz coś, czego ktoś sam ci nie pokazuje, zamykasz mordę i zajmujesz się swoją robotą.
Przy stoliku Marek natychmiast zaczął przesuwać plastikowe krzesło, na którym siedział z przesadną energią. Paweł postawił torbę na stole i odsunął dla Tammy wolne krzesło nogą.
— Proszę. Strefa VIP. — Zerknął na blat poplamiony ostrym sosem i serwetki przyciśnięte butelką wody, żeby nie odleciały. — Pięć gwiazdek. Michelin jeszcze nas nie znalazł, ale Hector twierdzi, że to przez rasizm.
Usuń— Because they're cowards! — krzyknął Hector z budki.
— Widzisz?
Usiadł naprzeciwko niej, rozpakowując własne jedzenie. Przez chwilę naprawdę wyglądało to niemal normalnie: Marek kłócił się z Luisem o ostatnią butelkę coli. Jarek próbował wmówić Hectorowi, że dostał za mało mięsa. Diego grzebał w telefonie, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Samir pił herbatę i wyglądał jakby żałował wszystkich decyzji prowadzących go do tego konkretnego stolika. Tylko Paweł co jakiś czas zerkał na Tammy ponad swoją torbą. Trochę jak cztery lata temu, kiedy potrafił trzy razy w ciągu pięciu minut sprawdzić, czy nadal siedzi na kuchennym blacie, chociaż doskonale wiedział, że siedzi. Wkurwiało go to wtedy i najwyraźniej przez cztery lata niczego się w tej kwestii nie nauczył. Za każdym razem szybko wracał spojrzeniem do jedzenia, zanim ktoś z tych kretynów to zauważy. Marek prawdopodobnie i tak zauważył, bo zauważał wszystko, czego zauważać nie powinien. Paweł westchnął.
— Dobra. — Odłożył burrito nim zrobił chociaż gryza. — Powiedziałaś, że mogę pytać, więc teraz nie możesz mieć pretensji, że wykorzystuję lukę prawną. — Marek natychmiast podniósł głowę. Paweł wskazał na niego bez patrzenia w jego stronę. — A ty zaraz przestaniesz słuchać.
— Ja jem.
— Spróbuj jeść z zamkniętymi uszami.
Marek prychnął, ale Paweł już znów patrzył na Tamsin. Przez moment miał na języku coś zupełnie innego. Co się wtedy stało? Dlaczego nie odpisałaś? Czy on dalej… Przez jego myśli przemknęło nieprzyjemne wspomnienie Sullivana. Jego pijanej mordy i tego, jak szybko Paweł zrozumiał wtedy, że to, co widział, nie wydarzyło się pierwszy raz. Nadal na samą myśl zaciskała mu się pięść. Nadal miał gdzieś głęboko ten sam pierwotny odruch, żeby zapytać, czy wszystko jest dobrze, a potem osobiście dopilnować, żeby było.
— Zacznijmy bezpiecznie. — Wskazał na nią burrito. — Dalej grasz? — Kącik ust podjechał mu wyżej. — Bo jeżeli przez te cztery lata rzuciłaś wiolonczelę i zostałaś agentką nieruchomości, to muszę się psychicznie przygotować. Mam trudne relacje z agentami nieruchomości.
— You have difficult relationships with everyone — zauważył Samir.
— Nieprawda. — Paweł spojrzał na niego.
— Name three people.
Otworzył usta i zastanowił się.
— Moja matka.
— That's one.
— Hector.
Z budki natychmiast dobiegło:
— Fuck you, Pablo!
Samir bez słowa rozłożył dłonie, a Paweł zacisnął usta.
— Dobra, nieważne. — Spojrzał z powrotem na Tammy i przez sekundę naprawdę miał ochotę się roześmiać. Nie dlatego, że Samir go zaorał, tylko dlatego, że prostu siedziała przed nim. Przy ich gównianym plastikowym stoliku, wśród wrzasków Hectora, żartów jego ekipy i zapachu najlepszego meksykańskiego jedzenia w mieście. Cztery lata wcześniej był przekonany, że już nigdy jej nie zobaczy. Potem przez tyle czasu praktycznie o niej nie myślał, a teraz pojawia się znowu przed nim. — Widziałaś? Cztery lata i nic się tu nie poprawiło. No, może poza mną. Ja jestem teraz znacznie dojrzalszy.
Przy stole rozległy się jednocześnie cztery wybuchy śmiechu. Tylko Samir przewrócił oczami. Paweł nawet nie drgnął. Tylko powoli przeżuł, przełknął i spojrzał na nich wszystkich z absolutnym spokojem.
— Zamknąć mordy. Rozmawiam.
Paweł
Paweł przestał przeżuwać może na pół sekundy, kiedy usłyszał, co Tammy odpowiedziała Markowi. Już tam nie mieszkam. Krótka, choć cholernie istotna informacja, rzucona między jednym kęsem taco a drugim. Taka, którą normalny człowiek przyjąłby dokładnie tak, jak została podana: Tamsin zmieniła adres. Tylko że Paweł na samo wspomnienie tamtego mieszkania dostawał białej gorączki. Tamto mieszkanie automatycznie znaczyło Carter, a Carter kilka rzeczy, których zdecydowanie nie chciał sobie przypominać przy jedzeniu.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na nią, ale nie zapytał od kiedy, dlaczego ani przede wszystkim z kim teraz mieszkasz, chociaż to ostatnie cisnęło mu się na język szybciej, niż miał ochotę przyznać. Brooklyn mógł oznaczać wszystko. Mogła przeprowadzić się z Carterem, mogli kupić coś nowego, zacząć od początku. Ludzie robili przecież idiotyczne rzeczy z nadzieją, że inne ściany naprawią to, czego nie potrafili naprawić między sobą. Tylko że Tammy wyglądała inaczej. Nie chodziło o sukienkę ani odsłonięte plecy. Raczej o spokój, którego cztery lata temu w niej nie było. I chyba dopiero teraz Paweł poczuł, że spada mu z serca kamień, o którym zdążył zapomnieć.
Kiedyś chciał ją za wszelką cenę ratować. Teraz wiedział już, że nie każdy potrzebował Pawła Wysockiego wpadającego do życia ze skrzynką narzędziową i przekonaniem, że to się naprawi. Tammy nie chciała wtedy jego pomocy, więc odszedł, choć długo miał sobie to za złe. Teraz wyglądała, jakby poradziła sobie bez niego. Dobrze. Naprawdę dobrze. A to, że jakaś mniej rozsądna część jego mózgu bardzo chciała wiedzieć, czy w tym nowym życiu był Carter albo ktoś inny, postanowił potraktować jak usterkę techniczną.
— Masz lampę z przerobionego manekina? — powtórzył zamiast tego i zmarszczył brwi. — Tammy, cztery lata nie doradzałem ci w sprawach budowlanych i od razu zaczęłaś podejmować takie decyzje?
— Lepsza niż ta poprzednia — prychnął Marek.
— Nie wiemy. Nie widziałem manekina. Może ma żarówkę wystającą z dupy. Podejmę decyzję dopiero po oględzinach. Może być piękna. — Zawiesił głos. — Nie będzie, ale załóżmy, że może.
Przerzucanie się z nią głupotami przyszło podejrzanie łatwo. Jakby między tamtą kuchnią na Manhattanie a plastikowym stolikiem Hectora nie minęły cztery lata, tylko cztery dni. I właśnie to było niebezpieczne. Nie dlatego, że Paweł bał się, że nagle się zakocha. Takie rzeczy zostawiał ludziom, którzy mieli za dużo wolnego czasu i za mało problemów z hydrauliką. Bardziej chodziło o to, jak szybko przypomniał sobie, że przy Tammy po prostu dobrze mu się było. Takie rzeczy wydawały się niewinne, dopóki człowiek nie orientował się, że zaczyna na nie czekać każdego ranka.
Sięgnął po burrito.
— A my jesteśmy trzy ulice stąd. Brownstone. Klient kupił go po remoncie i odkrył, że poprzednia ekipa miała luźne podejście do poziomu, pionu i przepisów budowlanych.
— I elektryki — wtrącił Samir.
Paweł kiwnął burrito w jego stronę.
— Elektryczność to drobiazg.
Samir spojrzał na niego długo.
— Nienawidzę, kiedy mówisz takie rzeczy.
— Dlatego mówię je głównie przy tobie.
— Zainstalowali przewód 14-AWG na bezpiecznikach 20A.
Nawet Paweł się skrzywił.
— Nie przy jedzeniu, Samir.
— Oni byli pojebani — podsumował Luis. — Dom poszedłby z dymem.
— Poprzedni goście byli bardzo kreatywni — poprawił go Paweł. — Wczoraj znaleźliśmy puszkę elektryczną zamurowaną pod prysznicem.
Marek podniósł palec.
Usuń— Dwie.
Paweł zamarł.
— Znalazłeś drugą i dopiero teraz mi mówisz?
— Byłeś zajęty.
— Czym?
Jarek parsknął śmiechem.
— Nazwijmy to oferowaniem szerokiego wachlarza usług jakiejś przemiłej pani przez telefon.
Paweł znieruchomiał z burrito w połowie drogi do ust.
— To była klientka.
— No właśnie. Klientka. Usługi.
Marek zachichotał.
— PW Constructions. We satisfy every customer.
Luis prawie wypluł colę.
— Marek. Masz rodzinę. Pomyśl o niej, zanim powiesz następne zdanie.
— Ja tylko proponuję hasło reklamowe.
— Nie potrzebujemy hasła.
— Koszulki — zaproponował Luis. — We satisfy every customer z przodu, a z tyłu Pablo z wiertarką.
— Nie.
— To kalendarz — rzucił Diego.
Marek aż odłożył jedzenie.
— O kurwa. Men of PW Constructions.
Paweł spojrzał po nich z niedowierzaniem.
— Czy wy właśnie próbujecie zrobić ze mnie dziwkę budowlaną przy obiedzie?
— Styczeń: Pablo z młotkiem — zaczął Jarek. — Luty: Pablo z poziomicą…
— Lipiec bez koszulki — dorzucił Marek.
Paweł przez chwilę wyglądał, jakby naprawdę rozważał zamknięcie firmy i zostanie samotnym rybakiem na Alasce.
— Zamknąć mordy i jeść.
Sam jednak nie powstrzymał uśmiechu. Po chwili znów zerknął na Tamsin. Cztery lata temu kontrolowała przy Carterze prawie wszystko: sposób siedzenia, mówienia, nawet jedzenia. Teraz miała sos na palcu i wyglądała, jakby kompletnie miała w dupie, czy ktoś uzna sposób pochłaniania tacosów za elegancki.
— Powoli — ostrzegł ją. — Hector się do ciebie przywiąże. Jeszcze jeden komplement i zacznie ci odkładać najlepsze mięso, a nam będzie dawał resztki.
— Już dostajecie resztki, pendejos! — krzyknął Hector.
— Płacę ci! Połowa twojego zysku idzie z mojego portfela, bo te pojeby naciągają mnie na twoje żarcie codziennie!
— Wracaj do Polski, Pablo!
— Próbuję od ośmiu lat! — Paweł prychnął.
Przy stole rozległ się śmiech. On też się uśmiechnął, choć przez moment własny żart smakował gorzej niż powinien. Najpierw miał wrócić po pół roku. Potem po następnym kontrakcie. Potem, kiedy odłoży jeszcze trochę. Zawsze znajdował się dobry powód, żeby zostać, aż w końcu nie było już po co wracać. Pablo zagryzł burrito i sprawnie zamknął tę szufladę w głowie.
— Stały angaż brzmi poważnie — powiedział po chwili, patrząc na Tammy. Tym razem bez żartu. — Bardzo dobrze.
UsuńI naprawdę tak uważał. Cztery lata temu znał dziewczynę, której kalendarz zależał głównie od tego, co pasowało Carterowi. Teraz siedziała przed nim kobieta mówiąca o angażu i dodatkowych fuchach jak właścicielka własnego życia. Popatrzył na nią chwilę, po czym oczywiście musiał wszystko zepsuć.
— Gdzie? Tylko nie mów, że Carnegie Hall, bo raz tam byłem i zasnąłem.
— Ty byłeś w Carnegie Hall? — Marek natychmiast podniósł głowę.
— Byłem.
— Na koncercie?
Paweł zawahał się.
— Naprawialiśmy zaplecze.
— To się nie liczy.
— Drzwi przekroczyłem? Przekroczyłem. Dach był nade mną? Był. Carnegie Hall zaliczone.
Zerknął ponownie na Tammy. Była tu raptem kilkanaście minut, a coraz mniej czuł, jakby rozmawiał z kimś niewidzianym od czterech lat. I właśnie to było najbardziej zdradliwe. Nie to, że nadal mu się podobała. Z tym sobie radził. Gorzej, że wracała znajomość. To idiotyczne poczucie, że pasowała do ich stolika, jakby nigdy z niego nie zniknęła. Paweł zrobił więc jedyną rozsądną rzecz: zignorował problem.
— Tylko jeśli powiesz coś bardzo prestiżowego, zrobię taką minę. — Zmarszczył brwi i pokiwał głową z przesadną powagą. — To znaczy: nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale chcę wyglądać inteligentnie.
— Czyli twoja normalna mina — rzucił Marek.
Paweł bez patrzenia pokazał mu środkowy palec.
— Jem z kobietą. Nie przeszkadzać.
Jarek natychmiast uniósł głowę.
— Z kobietą?
Paweł zamknął oczy.
— Kurwa.
— Panowie, cisza. Pablo ma randkę.
— Jarek…
— Już mnie nie ma.
— Nadal cię widzę.
Luis uniósł ręce.
— Damy wam prywatność.
— Siedzicie pół metra ode mnie.
Paweł pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do Tammy.
— Ignoruj ich. Są zazdrośni, bo przez dziesięć minut nie są centrum mojego wszechświata. — Wskazał na nią burrito. — No. To gdzie grasz? Dalej te rzeczy, przy których człowiek myśli, że utwór już się skończył, a potem wszyscy nagle zaczynają napierdalać od nowa?
Pawełek
Tanner musiał przyznać, że jeśli cokolwiek Amber odziedziczyła po nim, to z pewnością była to determinacja, bo kiedy coś naprawdę ją zainteresowało, trudno było ją od tego oderwać. Nie wystarczało jej powierzchowne poznanie tematu, zawsze chciała wiedzieć więcej i próbować kolejnych rzeczy, a jeśli już wyznaczyła sobie jakiś cel, potrafiła uparcie do niego dążyć, nawet kiedy początki okazywały się znacznie trudniejsze, niż zakładała. Nie trzeba było jej przekonywać, namawiać ani wymyślać sposobów na zainteresowanie jej czymś nowym, bo to dziecko lubiło być wszędzie, a jednak wybór zajęć dodatkowych nie był wcale łatwy. Najpierw miał być balet, bo tego akurat bardzo chciała Dakota, przekonana, że Amber w różowej spódniczce i baletkach będzie wyglądała absolutnie uroczo. Problem pojawiał się jednak już na parkingu, bo wyciągnięcie dziewczynki z samochodu przed pierwszymi zajęciami graniczyło z cudem, a kiedy w końcu udawało się ją doprowadzić do sali, z całą powagą oznajmiała, że w stroju baletnicy czuje się jak parówka i ona nie zamierza tańczyć, jeśli wszyscy będą mogli ją tak oglądać. Nikt nie rozumiał, skąd wzięła się ta parówka, ale to był definitywny koniec tematu. Później był więc rysunek i przez jakiś czas miało to rację bytu, ale z czasem zaczynała się tym nudzić, bo zanim powstał efekt, który naprawdę ją satysfakcjonował, trzeba było najpierw cierpliwie szkicować i równie cierpliwie nanosić poprawki, natomiast Amber rzeczywiście nie miała tyle cierpliwości, żeby przez pół godziny patrzeć na kartkę i machać ołówkiem, aż rysunek zacznie wyglądać tak, jak to sobie wymyśliła. Dlatego ostatecznie Tanner pomyślał o wiolonczeli. Nie o fortepianie, na którym sam grał od dwóch dekad, bo Amber była z nim osłuchana i przeczuwał, że klawisze nie będą dla niej wystarczającą zagadką, a o wiolonczeli. Granie na tym instrumencie wymagało skupienia i pracy, żeby z czasem wreszcie wydobyć z instrumentu dźwięk, który nie będzie brzmiał jak skrzypienie starego mebla. Wiolonczela angażowała ją w całości i nie pozwalała jej chodzić na skróty, dzięki czemu ta cierpliwość, której wcześniej miała zdecydowany deficyt, powoli zaczynała przychodzić jej łatwiej. Poza tym najbardziej trafiony okazał się wybór nauczycielki. Dziewczynka uwielbiała lekcje z Tamsin, bo mimo wymagań, co do gry, wcale nie odbierała jej frajdy z grania. Mogły sobie przy tym swobodnie pogadać, pośmiać się z mniej udanych prób, albo ponarzekać chociażby na zadania domowe, które zdaniem Amber nie uwzględniały faktu, że dzieci też mają w domu ważniejsze rzeczy do robienia. Lalki same się przecież nie przebiorą, co nie? Po każdej lekcji opowiadała z ekscytacją czego się nauczyła i jak spędziła z Tamsin czas, oczywiście nie pomijając żadnego szczegółu, który według niej zasługiwał na uwagę. Dziś z zajęć odebrali ją dziadkowie, więc Tanner nie miał wątpliwości, że umiliła im drogę do Kings Point bardzo szczegółową relacją z całego dnia.
OdpowiedzUsuńUśmiechnął się na słowa Tamsin, idąc do salonu. Nie zdziwiłby się, gdyby córka zaczęła się tak podpisywać, wręcz przeciwnie. Byłby zaskoczony, gdyby było inaczej.
— Jestem święcie przekonany, że gdyby teraz przyszło jej ćwiczyć z kimś innym, mielibyśmy do czynienia z małym końcem świata — stwierdził z rozbawieniem. — Albo przynajmniej z końcem wiolonczeli, bo na pewno uznałaby, że skoro nie ma ciebie, to całe to przedsięwzięcie nie ma już najmniejszego sensu.
I to nie było naciągane stwierdzenie z jego strony. Amber naprawdę potrafiła przywiązywać się do ludzi, którzy zdobyli jej sympatię, a kiedy już kogoś polubiła, trudno było jej zaakceptować nagłe zmiany. Tanner doskonale wiedział, że próba wciśnięcia jej innego nauczyciela skończyłaby się długą listą argumentów, dlaczego nowa osoba absolutnie się do tego nie nadaje. I dlaczego cała gra nie ma sensu.
Przyglądał się, jak Tamsin wyciągała z torby pudełeczka po czym podciągnął nieco rękawy białej koszuli, wciśniętej w czarne, eleganckie spodnie, i przysiadł na kanapie. Rzucił wstępnie okiem na zawartość, próbując zorientować się, czego zamierzała się pozbyć. Diamenty. Kamienie, które nigdy nie wychodziły z mody i niezależnie od zmieniających się trendów zawsze znajdowały dla siebie miejsce w biżuterii. I rubiny o całkiem obiecującej barwie.
UsuńSięgnął po jedno pudełeczko i uniósł je nieco, przyglądając się znajdującej się w środku bransoletce. Przechylił je lekko, żeby padające z góry światło odbiło się od oprawionych w niej diamentów, po czym przez chwilę obserwował, jak kamienie łapią kolejne refleksy. Dopiero wtedy przeniósł uwagę na samą biżuterię, oceniając na pierwszy rzut oka jej wykonanie i stan.
— Gdyby nie było rodowane, pasowałoby do ciebie w sam raz — przyznał, nie spoglądając jednak w stronę Tamsin. Biel wynikała z rodowania. Gdyby nie to, odcień białego złota byłby znacznie cieplejszy. Co prawda, on w swoich salonach nie sprzedawał biżuterii z białego złota, ale to nie szkodzi, nie zmarnuje się. Znajdzie dla niej nowe zastosowanie. — Zaraz wszystko obejrzę, ale najpierw... Czego się napijesz? — Odłożył pudełeczko na stolik i spojrzał na Tamsin. — Mam całkiem dobrą lemoniadę pomarańczową, chyba, że wolisz coś ciepłego.
Tanner Morgan
Tamsin faktycznie miała w sobie coś, co pozwalało ludziom ją lubić. Może to był jej niezaprzeczalny urok, może uśmiech, a może to imię, które zdrabniało się to słodkiego i niebudzącego podejrzeń Tammy. Evan istoty Passalis doszukiwał się jednak gdzie indziej – w jej socjalnych umiejętność. Tego, aby tak sprawnie czytać i rozszyfrowywać ludzi nie nauczyła człowieka żadna szkoła, nawet najlepsze studia i dyplom za dyplomem. Takie umiejętności albo wypijało się z mlekiem matki, albo nabywało w niesprzyjającym otoczeniu, ucząc się po prostu doświadczeniem.
OdpowiedzUsuńEvan nie miał zbyt wielu sposobności, aby nabyć tą umiejętność w młodym, szczenięcym niemal wieku. Do pewnego czasu jego życie przypominało sielankę – miał oboje rodziców, młodszą siostrą i dom z ogródkiem na przedmieściach Nowego Jorku. Byli zamożniejszą klasą średnią, stać ich było na coroczne wakacje i wystawne urodziny, a Dziękczynienie zawsze było pełne przepychu. Znany Rothowi świat zaczynał się walić dopiero wtedy, kiedy był w stanie to zrozumieć. Dlatego bolało. I nie rozumiał, dlaczego rodzice przy rozwodzie podzielili się nim i Joyce, jakby ci nie byli ich dziećmi, a kolejnym składnikiem majątku. Nie rozumiał, dlaczego musiał zostać z ojcem, kiedy ten wiecznie od niego wymagał perfekcji, a to ciepłe, matczyne ramiona stanowiły schronienie dla zagubionego chłopaka.
Wszystko legło w gruzach, a śmierć siostry przeważyła o równi pochyłej, po której Evan zaczął się staczać. Dlatego cenił sobie przyjaźń z Tamsin. Bo nie pytała. Nie drążyła w jego przeszłości, akceptowała go takim, jakim był – czyli niezbyt idealnym. Evan mógł mieć wysokie mniemanie o sobie, ale nigdy nie uważał się za idealnego. Był dupkiem, był skurwielem wtedy, kiedy wymagała tego od niego sytuacja, ale potrafił zachować się też po dżentelmeńsku i bez większego przymusu po prostu pożartować. Nie musiał jednak przy tym grzebać w życiorysie Tamsin. Poniekąd nie czuł się tak głęboko do jej życia zaproszony. Ich znajomość, przyjaźń, jak zwał tak zwał, krążyła raczej na powierzchni. Wspierali się w sytuacjach, które były dla nich znane, rozmawiali na tematy, które ich połączyły. To była bezpieczna przystań. Tamsin była bezpieczną przystanią dla Evana.
— No oczywiście — mruknął, spoglądając w dół na Tamsin, która mięła sukienkę. Wiedział dlaczego, ot, aby się o nią nie potknąć, aby ruchome schody nie wciągnęły i nie zniszczyły materiału. Nie był ignorantem, przecież niejednokrotnie towarzyszyli sobie na podobnych wydarzeniach, a długie suknie to był mus w takich miejscach. Żadna z kobiet nie przychodziła wtedy z odsłoniętymi nogami. A Passalis nogi miała zajebiste, co do tego nie miał wątpliwości, ale miała też klasę. — Bycie miłym stanowi o sukcesie człowieka. Z pewnością — dodał. Nigdy nie był ustępliwy, zawsze walczył o swoje, akurat tego nauczył go ojciec, ale jeszcze za życia Joy nie był chamem, potrafił się dzielić, zwierzać i płakać. A potem po prostu się zamknął. W sobie. Na kilka zamków, otoczył kilkoma murami i ignorował bycie miłym przez innych ludzi.
Szedł więc za Passalis, która pewnym siebie krokiem na tych niebotycznie wysokich szpilkach pokonywała kolejne metry peronu. Wkroczył za nią do pociągu i choć nie byli w nim zduszeni jak sardynki w puszce, to nie mieli co liczyć na siedzące miejsca. I to nie tak, że nie słyszał, jak Tamsin wspomina swojego byłego męża. Słyszał, ale w odpowiedzi uniósł tylko brew.
Evan złapał się barierki nad ich głowami, stojąc przodem do boku Tamsin. Wolną dłonią w razie czego mógł asekurować jej plecy, żeby nie poleciała czy to do tyłu, czy na boku i w zasadzie tak zrobił, układając palce w okolicy jej lędźwi.
— Mam.
Odpowiedział niezwykle krótko na całą jej opowieść o miłej stałej w zabieganej rzeczywistości.
— Chociaż może nie do końca takie.
UsuńPrzyznał jeszcze, spoglądając na tłoczących się w wagonie ludzi ponad głową Tamsin. Do jego nosa dotarł zapach jej perfum, idealnie układających się z całą jej kreacją. Ich woń nie był natrętna i nie uruchamiała odruchu kichania w Evanie.
Domyślał się, że pytanie Tamsin nie było pytaniem, które można było zostawić bez odpowiedzi i domyślał się, że jego odpowiedź nie jest pełną odpowiedzią.
— Nie jest tak przyjemne, jak twoje miejsce. Ale… może być. Zależy, kto i kiedy się tam pojawi, ale… — urwał, spoglądając dopiero teraz na swoją towarzyszkę. — Na pewno jest niezmienne.
Evan Roth
Tak na dobrą sprawę, mimo że nie dawał Dakocie żadnych powodów do zazdrości, jej podejście do damskiej części jego towarzystwa nigdy nie było szczególnie dobre. Przez te lata ich małżeństwa – które to nigdy nie doczekało się prawdziwego uczucia z jego strony – nawet nie przyszło mu do głowy oglądać się za innymi kobietami, choć nie dlatego, że brakowało mu ku temu okazji, bo takich akurat miał na pęczki na większości imprez dla nowojorskiej kasty. Wynikało to z szacunku, który mimo braku głębszych uczuć nieustannie do niej żywił. Znali się przecież niemal od pieluch, dorastali w tych samych kręgach i przez lata zdążyli poznać siebie na tyle dobrze, że ich małżeństwo nie wzięło się znikąd. Bywały między nimi momenty bliskości, bo przecież nie znaleźli Amber w kapuście, a skoro obie rodziny od dawna widziały ich razem i miały w tym wszystkim własny interes, wejście w związek małżeński stało się naturalnym następstwem. Mógł nie kochać Dakoty, ale nie odbierało to znaczenia temu, co przez te wszystkie lata ich łączyło. Z czasem sytuacja między nimi jednak się zmieniła i oboje uznali, że dalsze trwanie w tym układzie w dotychczasowej formie nie miało większego sensu, dlatego zdecydowali się rozejść. Na tym etapie rozwód nie był dla nich wskazany, więc zdecydowali się na separację. Co prawda ich porozumienie miało tyle warunków i zabezpieczeń, jakby zamiast rozdzielać małżeństwo przygotowywali się co najmniej do podziału konglomeratu wartego kilkaset milionów dolarów, ale trudno się dziwić – w ich przypadku w grę wchodziły wspólne inwestycje, finanse, zobowiązania i otwarte sprawy zawodowe, przy których liczyło się zachowanie wizerunku, i których rozdzielenia nie dało się załatwić jedną pieczątką jakiegoś urzędasa. Mieszkać nie musieli wcale osobno, bo przy takiej ilości obowiązków i metrażu posiadłości w Kings Point mogli z powodzeniem spędzić cały dzień na dwóch różnych jej końcach i nawet się nie zobaczyć. Dla dobra sprawy Tanner uznał jednak, że łatwiej będzie całkowicie odsunąć się z tego układu i na ten moment po prostu zostawić dziewczynom dom, który przez lata był ich wspólną przestrzenią, a szczególnie Amber. Tak czy inaczej, to że Tamsin nie miała zbyt wielu okazji do spotkań z Dakotą, uważał akurat za całkiem rozsądny obrót spraw. Pewnie już sama sympatia Amber do Tamsin była Dakocie solą w oku, więc może o tą jej znajomość z nim była choć w jakiejś części spokojniejsza. A może nie.
OdpowiedzUsuń— Dziwne, że jeszcze swoich nie zaczęła smarować — zastanowił się krótko, bo może nie miał po prostu o tym pojęcia. Amber nie byłaby sobą, gdyby chociaż nie spróbowała dotknąć tego kremu, więc to nie powinno go zaskoczyć, jeśli swoje pierwsze smarowanie miała już dawno za sobą, a to on był po prostu w tyle z wydarzeniami. — Ale wierzę w wasze koleżeństwo, bo już parę razy słyszałem od niej, że chciałaby być stara, żebyście mogły zostać przyjaciółkami — przyznał, uśmiechając się do Tamsin. — Bardzo mnie to cieszy.
Cieszył go każdy jej postęp, nawet taki, który dla kogoś z boku mógł wydawać się zupełnie nieistotny. To, że nauczyła się czegoś nowego, że przełamała własny upór, zdobyła się na odrobinę cierpliwości czy po prostu znalazła kolejną rzecz, która sprawiała jej radość, miało dla niego znaczenie. Starał się być dobrym ojcem, nawet jeśli nie zawsze wychodziło mu to w sposób szczególnie efektowny. Chciał znać jej zainteresowania, słuchać tych wszystkich opowieści, które dla reszty świata zapewne nie miały żadnego znaczenia, i przede wszystkim dać jej poczucie, że niezależnie od tego, co wybierze, zawsze będzie miała po swojej stronie kogoś, kto będzie z niej dumny. Nawet jeśli czasem oznaczało to wysłuchiwanie przez dwadzieścia minut historii o tym, dlaczego nuty są źle narysowane, albo odpowiadanie kilka razy na to samo pytanie, dlaczego Tamsin nie może po prostu codziennie przychodzić do nich i grać z nią na wiolonczeli, skoro obie świetnie się przy tym bawią. Dziecięcy świat bywał pod tym względem naprawdę prosty.
Podniósł się z kanapy i skierował do kuchni, skąd po chwili wrócił z dzbankiem lemoniady oraz dwiema wysokimi szklaneczkami. Postawił wszystko na stoliku, a następnie rozlał do nich dobrze schłodzony napój. Chwycił obie szklanki, po czym podszedł do Tamsin i jedną z nich wyciągnął w jej stronę, zostawiając drugą dla siebie.
Usuń— Oczywiście — odpowiedział na jej pytanie i spojrzał na widok za oknem, na moment podnosząc wzrok ku niebu. — Na tej wysokości, czyli jakieś dwieście sześćdziesiąt metrów, polują sokoły wędrowne, które w nowojorskich wieżowcach mają swoje gniazda. Jedno było nawet tu na dachu — powiedział. Nie były to oczywiście jedyne gatunki widziane tak wysoko, bo mniej więcej na tych wysokościach znajduje się główny korytarz migracyjny ptaków, dla których widoczny na dole Central Park jest z kolei siedliskiem. — Statystycznie każdego roku o nowojorskie elewacje rozbija się ponad dwieście tysięcy ptaków — dodał i pociągnął łyk chłodnego napoju ze szklanki. Akurat ten wieżowiec miał szklaną elewację, a w jego szybach odbijało się niebo i pobliskie budynki, więc dla lecącego z dużą prędkością ptaka była to przeszkoda, która stawała się praktycznie niewidoczna. Niestety, za efektowną panoramą miasta krył się również całkiem realny problem, ale kto by się nad tym zastanawiał, prawda?
Sięgnął po lupę jubilerską, którą przygotował sobie wcześniej, po czym wrócił na kanapę. Odstawił szklankę z lemoniadą na stolik, a w zamian sięgnął po pudełeczko z bransoletką, którą ostrożnie wyjął i ułożył na podkładce gemmologicznej.
— Chcesz sprzedać wszystko, czy może zależy ci na tym, żeby zostawić sobie któreś kamienie? — Zerknął na Tamsin chwilowo, a potem skupił uwagę na diamentach. Jakby nie patrzeć jest to jakiś majątek, który w diamentach na pewno nie straci na wartości, więc wolał się upewnić, jakie Tamsin ma co do tego zamiary.
Tanner Morgan 🍊🥛
— Zaraz, zaraz. — Pablo uniósł dłoń, jakby potrzebował zatrzymać całą rozmowę. — Ty sama wyburzałaś ścianę? — Przyjrzał jej się podejrzliwie, kompletnie ignorując ostatniego tacosa na środku stołu. — I oczywiście nie zadzwoniłaś do jedynego człowieka w Nowym Jorku, który zrobiłby ci to za darmo, tylko poszłaś do sklepu, pokłóciłaś się z facetem o odcień czarnej farby i zaczęłaś napierdalać młotkiem w mieszkaniu. — Zmarszczył brwi, przez chwilę się nad czymś poważnie zastanawiał. — Jestem trochę dumny i trochę obrażony.
OdpowiedzUsuń— Ja jestem głównie ciekawy świerszczyków — wtrącił Marek.
— Ja też — przyznał Jarek. — Jak stare?
— Ty jesteś żonaty — zauważył Paweł.
— To nie znaczy, że nie interesuje mnie historia budownictwa.
Paweł przez chwilę patrzył na nich wszystkich, po czym wskazał Tamsin.
— Widzisz? I właśnie dlatego ja jestem szefem. Ktoś musi zapewniać tej firmie poziom intelektualny. — Przy stole rozległy się jęki.
— Bardzo niski poziom — mruknął Samir.
— Ale jednak poziom. A wy nawet pionu czasem nie trzymacie.
Dopiero wtedy Paweł sięgnął po ostatniego tacosa, ale zatrzymał palce centymetr nad talerzykiem.
— Ktoś chce?
Nikt się nie odezwał, więc spojrzał na Tammy.
— Ostatnia szansa. U mnie zasada pięciu sekund dotyczy też ofert. — Odczekał może dwie. — Dobra, przepadło. — Zgarnął tacosa, wciąż jednak wracał myślami do tego, co powiedziała wcześniej.
Najlepszy pies dla samotnych ludzi. Mogło nie znaczyć absolutnie nic, przecież cytowała sąsiadkę. Normalny człowiek nie przywiązywałby do tego najmniejszej wagi. Paweł przywiązał. Nie na tyle, żeby zapytać. Jeszcze nie, ale coś przyjemnie rozluźniło mu się w karku, zanim zdążył sam siebie za to opierdolić. Zamiast tego spojrzał na zdjęcie chihuahuy.
— To nie jest pies.
— Jest — zaprotestował Luis.
— Nie. Pies powinien być większy od szczura, to absolutne minimum techniczne.
— Moja mama ma takie dwa — powiedział Diego.
— Dwa minusy nie dają plusa. — Diego pokazał mu środkowy palec. Paweł odpowiedział tym samym i wrócił spojrzeniem do Tamsin. Dopiero teraz dotarło do niego coś jeszcze. — Czekaj. — Zmarszczył brwi. — Metropolitan Opera? MET?
Tym razem nie żartował od razu, przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Cztery lata temu słuchał, jak opowiadała o kolejnych zastępstwach, przesłuchaniach i telefonach, na które czekała. Widział, jak bardzo chciała grać więcej i jak często coś (albo ktoś) stawało jej po drodze. A teraz mówiła o MET tak swobodnie, jakby informowała go, gdzie robi zakupy w sobotni poranek. Na twarzy Pawła pojawił się powolny uśmiech.
Usuń— No proszę, ty się jednak nie opierdalałaś przez te cztery lata.
— Pablo — odezwał się Marek. — Ona właśnie powiedziała Metropolitan Opera, a ty jej mówisz, że się nie opierdalała?
— To jest najwyższa forma polskiego uznania. — Paweł rozłożył ręce.
— Nie wierzę, że właśnie tego bronisz — mruknął Samir.
— Tammy wie, co mam na myśli. — Spojrzał na nią i przez sekundę jego uśmiech zrobił się promienniejszy. — Naprawdę. Fajnie to słyszeć. Ale ten kanał brzmi jak oszustwo. Metropolitan Opera i chowają cię w dziurze pod sceną?
— Orchestra pit — poprawił Samir.
Paweł powoli odwrócił głowę.
— Ty znasz muzykę klasyczną?
— Jestem człowiekiem oczytanym.
— Nie popisuj się przy gościach.
Marek prychnął, Paweł odgryzł kawałek taco i zerknął znowu na Tammy. To było dziwne, jak szybko przestał odliczać te cztery lata między nimi. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej szukał ostrożnie każdego kolejnego zdania, teraz łapał się na tym, że właściwie chciał wiedzieć wszystko naraz. Ale po raz pierwszy od dawna Paweł potrafił nie pchać się przez zamknięte drzwi tylko dlatego, że zauważył klamkę.
— Czyli przez najbliższy tydzień jesteś tutaj? — zapytał zamiast tego, pozornie skupiony bardziej na jedzeniu niż na odpowiedzi. Jarek podniósł wzrok, Paweł natychmiast wycelował w niego palcem.
— Ani słowa.
— Nic nie powiedziałem.
— Ale już widzę twoją mordę.
— Jaką?
— Taką, która zaraz zacznie mówić.
Marek zachichotał.
— Pytam logistycznie. Muszę wiedzieć, ile razy w tym tygodniu Hector zdradzi nas dla nowej klientki.
Z budki natychmiast dobiegło:
— Tammy płaci i mówi miłe rzeczy, a ty tylko narzekasz, pendejo!
Paweł obejrzał się przez ramię.
— Ja cię promuję od ośmiu lat!
— Straszysz mi klientów!
Luis parsknął śmiechem.
— Tak czy inaczej — dodał, już ciszej. — Jak będziesz wpadać, raczej nas tu znajdziesz. Niestety. — zerknął rozbawiony na Hectora.
Pawełek
Ludzie generalnie nie wnikali zbyt głęboko w jego życie prywatne, bo doskonale wiedzieli, że Tanner praktycznie nikogo nie wpuszczał do swojego świata i dość szybko potrafił zniechęcić każdego, kto bez jego aprobaty próbował tę granicę przekroczyć. Oczywiście miał znajomych, i to całkiem sporo, spotykał się z nimi, spędzał wspólnie czas, a czasem zapraszał też do siebie na kolację czy drinka, ale nawet wtedy pokazywał im tylko tę część swojego życia, która i tak zawsze pozostawała dostępna dla wszystkich. Na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które wiedziały więcej, które miały dostęp do jego problemów, słabości, rodzinnych spraw czy po prostu do tych części jego codzienności, których nie miał potrzeby pokazywać światu. Było ich niewiele i żadna z tych osób nie znalazła się w tym gronie przypadkiem. A to wynikało przede wszystkim z zasady ograniczonego zaufania, którą kierował się właściwie od zawsze. Doskonale wiedział, że pozycja, pieniądze i nazwisko przyciągają nie tylko ludzi naprawdę zainteresowanych jego osobą, ale również całą rzeszę tych, którzy potrafili być serdeczni tylko wtedy, gdy im się to opłacało. Nie raz miał do czynienia z ludźmi, którzy z uśmiechem potrafili klepać go po plecach, a pięć minut później interesować się tym, co można wynieść z jego prywatnego życia, dlatego nie należał do osób, które cokolwiek rozdają na dzień dobry, zwłaszcza jeśli chodzi zaufanie. I może komuś wydawać się, że był przez samotnym człowiekiem, ale nic bardziej mylnego. On i tak nigdy nie był duszą towarzystwa, która do życia potrzebowała wokół siebie tłumów. Cenił sobie własną przestrzeń, więc niewielkie grono ludzi, których naprawdę lubił, w zupełności mu wystarczało.
OdpowiedzUsuńTamsin również należała do tego grona, mimo że nie byli ze sobą szalenie blisko. Lubił ją. Była swobodna, miała poczucie humoru i potrafiła rozmawiać z nim normalnie, również o rzeczach, o których większość ludzi pewnie nie prowadziłaby rozmowy przy lemoniadzie. Bo kogo tak naprawdę interesowało, czy na wysokości dwustu sześćdziesięciu metrów latają ptaki i co właściwie dzieje się z oknem, kiedy jakiś nieszczęśnik postanowi w nie wlecieć? Oczywiście, on też znał jakąś część jej historii, przede wszystkim tę, która pojawiła się w późniejszym etapie jej życia, kiedy sam siłą rzeczy stał się jej częścią, reprezentując ją prawnie. Znał tyle szczegółów, ile było mu wtedy potrzebnych do zamknięcia jej spraw, a o więcej nigdy nie dopytywał, bo go zwyczajnie nie interesowały. Również nie należał do ciekawskich osób, dlatego przyjmował dokładnie tyle, ile ktoś sam zechciał mu powiedzieć. Poza tym, gdyby miał chłonąć z ciekawością wszystkie problemy swoich klientów i robić sobie z ich życia prywatnego osobistą telenowelę, to dawno zabrakłoby mu miejsca w głowie na własne problemy.
Podniósł wzrok w jej kierunku, gdy zapytała o mycie okien. W tamtym roku umyto je aż trzy razy, więc nie był to taki zły wynik. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakiś ptak wycelował akurat w jego piętro, ale dopiero od dwóch lat mieszka tu na stałe, a wcześniej bywał tu tylko z doskoku, więc jego statystyki nie miały jeszcze zbyt dużej wartości poznawczej.
— Z drugiej strony mógłbym umyć je sam, bo tam jest balkon — przyznał, wskazując kciukiem kierunek na drugą stronę apartamentu. Od strony salonu okna się nie otwierały, więc tu nie mógłby już poszaleć sobie ze ścierką, jednak ze strony kuchni i jadalni jak najbardziej.
— Ale tak serio, opłacam w czynszu white-glove services, więc gdyby takie coś miało miejsce, wtedy zgłaszam to do konsjerża i za kilka dni okna muszą błyszczeć — wyjaśnił, wracając uwagą z powrotem do kamyków w bransoletce. Gdyby miał czekać rok na umycie okna, płacąc prawie dziesięć tysięcy dolarów czynszu za apartament, to chyba naprawdę coś byłoby tu nie tak. A tak naprawdę, cała ta usługa białej rękawiczki obejmowała wiele więcej, bo nawet wyręczanie lokatora w jego codziennych sprawach, od odbierania paczek, przez organizację transportu, po prywatny serwis kateringowy, ale Tanner z tego nie korzystał.
Opłacając to mieszkanie, płacił przy okazji też za to, żeby wszystko mieć tu podane na tacy, bo taka była zasada mieszkania w Billionaires' Row i nie dało się tego anulować, ale może skorzysta z tego dopiero, jak już będzie stary albo poważnie niepełnosprawny. Na razie wolał zadbać o swoje sprawy sam.
Usuń— Chwilę to potrwa — uprzedził, pochylając się i zaglądając pod stolik po wagę jubilerską. Ułożył na niej najpierw bransoletkę, później kolczyki, a na końcu naszyjnik i zapisał wagę każdego z nich w notatniku w telefonie. — Muszę to wszystko dobrze obejrzeć i zważyć. Żadnych certyfikatów do diamentów i rubinów nie było? — Spojrzał na Tamsin, sięgając po szklankę, z której upił nieco lemoniady. Może były, ale się zmyły. — A te pomarańcze to akurat z Union Square Greenmarket. Rzeczywiście słodkie — potwierdził, odstawiając szklankę z powrotem na blat. Od czasu do czasu lubił wycisnąć sobie taką lemoniadę z cytrusów z dodatkiem mięty i lodu. — Jakieś koncerty masz zaplanowane w najbliższej przyszłości? — zagaił z ciekawością, bo przecież Tamsin nie zajmowała się wyłącznie uczeniem dzieciaków grać. To było raczej zajęcie dodatkowe.
Tanner Morgan 🎻
Z dużym prawdopodobieństwem, gdyby wiedział wcześniej, co rzeczywiście dzieje się za ich drzwiami, nie zostawiłby tego ot tak. Owszem, szanował cudze decyzje i granice, ale istniały sytuacje, w których trudno było udawać, że niczego się nie widzi, a on nie był człowiekiem, który uznaje, że skoro ofiara sama jeszcze niczego nie zrobiła, to on również nie ma powodów, by się wtrącać. Jako prawnik wiedział, że musi uważać na tajemnicę zawodową, jednak jako człowiek mógł zacząć działać innymi drogami, ale oczywiście wszystko i tak ostatecznie zależałoby od Tamsin, bo gdyby definitywnie kazała mu się odpieprzyć, to musiałby uszanować jej decyzję bez względu na własne przekonania. Miał świadomość, że niezależnie od własnych chęci, nie zbawi całego świata, bo można stanąć na rzęsach, a i tak nie da się pomóc tym, którzy nie chcą tej pomocy przyjąć. Przerobił już wiele różnych przypadków, począwszy od kobiet, które po latach wspólnego życia odważyły się wreszcie odejść od mężów, po takich, które po złożeniu pozwu wracały do nich po kilku tygodniach, przekonane, że tym razem wszystko będzie inaczej. Miał klientów, którzy przychodzili po pomoc dopiero wtedy, gdy sprawy były już naprawdę poważne, i takich, których najtrudniejszym przeciwnikiem okazywała się ich własna niepewność. Wiedział więc, że czasem można przygotować plan i otworzyć człowiekowi wszystkie możliwe drzwi, a ten i tak wybierze powrót do miejsca, z którego próbował się wydostać. Nie była to reguła, ale dość częsty schemat, który wynikał z wielu rzeczy naraz. W sprawach karnych przestępcy też bardzo często wracali do tych samych zachowań – tak zwane persistent offending.
OdpowiedzUsuńW przypadku Tamsin również potrafił oddzielić sprawę od niej samej. Znali się, ale jej sprawa była jego pracą i w pewnym sensie podchodził do tego technicznie, jak do każdego innego zadania, które wymagało od niego chłodnej oceny sytuacji i doprowadzenia wszystkiego do zaplanowanego finału. Nie oceniał jej wyborów ani nie zastanawiał się, co właściwie trzymało ją w relacji, która z perspektywy kogoś z zewnątrz od dawna nie wyglądała na zdrową, bo nie potrzebował znać odpowiedzi na te pytania, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Jego rolą nie było przecież rozliczanie jej z przeszłości, tylko zajęcie się tym, co mogli zrobić od momentu, w którym trafiła do jego kancelarii. Nie oznaczało to jednak, że nie był zupełnie zainteresowany rozmową na ten temat. Wtedy ich znajomość nie była jeszcze tak bliska jak obecnie, dlatego większość rzeczy, które wiedział o tamtym okresie jej życia, poznawał głównie z perspektywy prowadzonej sprawy. Ale teraz, gdyby przy okazji obecnej rozmowy wrócili do tamtych czasów, porozmawiałby z nią o tym bez problemu. Mogliby nawet otworzyć do tego butelkę wina, bo chyba nie ma lepszego dodatku do wspominania własnych życiowych katastrof niż wygodna kanapa i coś dobrego w kieliszku.
Sięgnął po dokumenty, które wyłożyła na blat i przejrzał na razie tylko pobieżnie, żeby rozeznać się, co jest do czego.
— Do złota nie są potrzebne. Próba jest na materiale — oznajmił, bo metal najczęściej nie potrzebował osobnego potwierdzenia, jeśli oznaczenie na nim było czytelne i wszystko się zgadzało.
Na wzmiankę o koncercie w Central Parku lekko uniósł brew, bo nie spodziewał się, że w najbliższym czasie zaplanowano tam takie wydarzenie. Pomyśleć, że mieszkał praktycznie tuż nad nim, a nie miał pojęcia, co działo się na dole. Nie spędzał w tej części miasta aż tak wiele czasu, jak można by przypuszczać.
— No oczywiście, że przyjdziemy, Tammy, nie ma innej opcji — zapewnił od razu, sortując w międzyczasie certyfikaty.
— Całe szczęście, że mi o tym powiedziałaś, bo Amber nie dałaby mi żyć, gdyby się dowiedziała, że przegapiłem coś tak ważnego — przyznał, lekko kręcąc głową na samą myśl, jaka dyskusja rozpętałaby się w chwili, w której Amber dowiedziałaby się, że jej ulubiona koleżanka, prawie psiapsióła, grała piosenki z bajek pod ich chatą, a oni nawet o tym nie wiedzieli. I nie poszli. Awantura gwarantowana.
UsuńWziął przyrząd do mierzenia kamieni i zaczął od rubinów, uważając jednak na ich oprawę. Nie wiedział jeszcze, w jakiej formie finalnie będą, ale na razie były częścią bransoletki i nie było sensu ingerować w ich oprawę. Sama bransoletka miała współczesną, elegancką formę, wciąż modną, więc niewykluczone, że większą wartość będzie miała jako kompletna bransoletka niż jako zestaw pojedynczych kamieni.
Spojrzał na zaproszenie, które Tamsin trzymała w palcach. Chodziło o jubileusz którejś fundacji, prowadzonej przez ich wspólnych znajomych, który łączył się z akcją charytatywną. Teoretycznie należało się pokazać, a w praktyce i tak zawsze chodziło o to samo – kilka godzin uprzejmych rozmów, kieliszek czegoś drogiego i przypominanie wszystkim obecnym, że wciąż istnieje się w odpowiednich kręgach. Akurat jemu taka promocja nie była potrzebna. Przy okazji można było oczywiście zrobić coś dobrego, ale w tym środowisku nawet filantropia zwykle miała całkiem sprawnie działający dział PR.
— Dostałem — odparł. — Chociaż przyznam, że liczyłem na to, że tym razem ktoś o mnie zapomni — dodał, posyłając Tamsin wesoły uśmiech. Widocznie jego nazwisko nadal znajdowało się na zbyt wielu listach, żeby było to tak po prostu możliwe. — Idziesz? — Uniósł lekko brew, ciekawy jej planów, co do tego wydarzenia.
Tanner Morgan 🏛️ 🥂