VALENTINOALEXANDER BRANDT
25.12.1999, Los Angeles - Tatuażysta i właściciel jednego z najpopularniejszych salonów w Stanach - Loft na Manhattanie - Wolny duch
„Masz bystre oczy, synu”. Te słowa, które matka szeptała przez piętnaście lat, brzmiały dla niego jak echo z innego wcielenia. Nadała mu imię świętego, wierząc, że stanie się ono tarczą, jednak to właśnie dom pełen alkoholowych oparów i matczynej słabości stał się jego pierwszym polem walki. Gdy matka zmarła – poczuł nie tyle żal, co chłodną ulgę. Od tamtego dnia jego życie stało się misją: chronić młodszą siostrę i za wszelką cenę nie stać się takim jak rodzice.
Ojciec, wiecznie nieobecny kierowca ciężarówki, był w ich życiu jedynie cieniem. Kiedy trzy lata temu przenieśli się do Nowego Jorku, ojciec zmarł niemal natychmiast po przyjeździe. Chłopak wtedy uznał to za ostateczne domknięcie rachunków z przeszłością. Właśnie wtedy podjął decyzję: „Valentino” umarł wraz z ojcem. W Nowym Jorku narodził się Alexander. To imię miało być grubą linią, która na zawsze odcinała go od świata, w którym dorastał w cieniu butelki i strachu.
Nowy Jork stał się dla Alexandra nową areną. Podczas gdy jego siostra odnalazła stabilizację, zakładając własną rodzinę i wchodząc w świat ciepła, którego on nigdy nie poznał, Alexander całkowicie oddał się obsesji. Tatuaż stał się jego nowym językiem. Jego studio w sercu metropolii nie jest miejscem pracy – to sterylna świątynia dyscypliny. Nie znajdziesz tam artystycznego nieładu; panuje tam surowy, zimny profesjonalizm.
Dziś jest monolitem. Każdy człowiek, który siada w jego fotelu, jest dla niego tylko płótnem, a nie istotą z historią. Emocje wyciął ze swojego życia jak zbędną tkankę, bo dla niego przywiązanie to błąd w oprogramowaniu, który zniszczył jego matkę i odebrał mu dzieciństwo. Jest twardy, bo życie zmusiło go do bycia niezniszczalnym. Jest silny, bo sukces stał się jedynym parametrem, który ma znaczenie.
Kiedy późną nocą zamyka drzwi studia, nie wraca do nikogo. Wraca do swojego uporządkowanego, pustego świata. W jego oczach, tych samych, które dwadzieścia siedem lat temu obserwowały upadek rodziny, wciąż czai się ten sam chłodny, analityczny błysk. Wygrał zakład z losem, zdobył sławę pod nowym imieniem, ale ceną za to zwycięstwo jest absolutna, wykalkulowana samotność. Alexander Brandt nie szuka szczęścia. Szuka kontroli. A sukces jest jedyną tarczą, która sprawia, że nic, co ludzkie, nie jest już w stanie go zranić.
And they say they know of darkness
But I have lived there all my life...
_______________________________________
Cytat z Tiger Army, na wizerunku Fabien Tietjen.
Cześć i czołem! ;)

Geneviev pomyślał, że to w sumie takie delikatne znęcanie się nad nim, kiedy świeciła mu latarka prosto w oczy, jednak wolała się upewnić, czy wszystko z nim w porządku. Upadek musiał być bolesny, bo kiedy dotykała rany, czuła, że jest ona dość mocno spuchnięta. Gennie już wiedziała, że lepiej będzie go zabrać do szpitala, bo wszystko mogło się różnie skończyć. Głodna muzyka nie pomagała, choć oni i tak znajdowali się w loży, która była nieco odgrodzona od parkietu. Mimo wszystko, i tak było tu głośno, do tego stopnia, że Geneviev zaczęła odczuwać, jak jej głowa zaczyna pulsować z bólu. Jeszcze tego brakowało, żeby i ja złapała migrena na te kilka ostatnich godzin pracy.
OdpowiedzUsuńChris nie był w stanie powstrzymać rozbawienia, za to Geneviev puściła ten wysokolotny komplement mimo uszu, nadal skupiając się na swojej pracy. W duchu zaś westchnęła. Pijani byli najgorszymi pacjentami, choć ten przynajmniej był w trybie żartownisia, a nie przemocowca.
Na wszelki wypadek i dla lepszej stabilizacji, założyła mu kołnierz ortopedyczny,
— Musiałeś się bardzo mocno uderzyć w głowę. Wiesz, że łapówki są nielegalne? I mogę to zgłosić? — zapytała, spoglądając na niego. Pokusiła się na lekki, ledwo co widoczny uśmiech.
Przełknęła ślinę, spoglądając na Alex z uwagą, a później podniosła wzrok, spoglądając na Sky. Wydawała się jeszcze bardziej poruszona cała ta sytuacja, niż sam poszkodowany.
— Będzie żył. A ty się uspokój, bo za chwilę tu zemdlejesz i będę musiała wzywać drugą karetkę, bo oboje pojedziecie na izbę przyjęć — odpowiedziała z nutką ironii w głosie. Była zmęczona, głodna i czuła, jak coraz bardziej robi jej się gorąco, będąc w tym miejscu.
— Cóż, twój kolega musi chyba przejść się do lekarza, jeśli traci równowagę. Albo zrezygnować z alkoholu, to wtedy będzie trzymać się na nogach, a nie rozbijać głowę — dodała. Wraz z Chrisem sprawnie przenieśli go na noszę, a później ruszyli w stronę wyjścia ewakuacyjnego, które zostało im udostępnione przez pracowników klubu.
— Wolę herbatę. I nie umawiam się z osiłkami z siłowni. Trzeba było nie upadać i nie rozbijać głowy, wtedy obeszłoby się bez tego całego zamieszania i postawy dźwiękowej. A tak jesteś teraz widowiskiem dla każdego, choć wielu pewnie w ogóle nie zapamięta, że tu byliśmy. Dużo wypiłeś? — zapytała, kierując się w stronę karetki.
— Cholernie dzisiaj zimno — stwierdziła bardziej do siebie.
— Nie ja Cię będę zszywać. Oddam Cię w ręce lekarzy i pójdę coś zjeść. A później pójdę do domu, bo skończę zmianę — wyjaśniła, spoglądając na Alexa.
— I nie zatańczę z Tobą.
Gennie
— Panno — prychnął Chris, kręcąc z rozbawieniem głową na boki. Gennie rzuciła mu szybkie, karcące spojrzenie, po czym westchnęła i wywróciła oczami.
OdpowiedzUsuń— To mi jej nie dostarczaj, tej papierkowej roboty. Żadnych łapówek. Bądź grzecznym pacjentem, tak by szybko i gładko to wszystko poszło. Ty posiedzisz następne kilka godzin na izbie przyjęć, żeby zrobili Ci badania, a ja dokończę zmianę i pójdę do domu — powiedziała. Karetka na szczęście nie stała daleko i już po chwili znaleźli się tuż koło niej. Po chwili wszyscy byli już w środku. Chris zajął się wypełnianiem papierów, Geneviev zaś schowała torbę i otworzyła jeden ze schowków, wyciągając z nich potrzebne rzeczy.
— Słuchaj. Podam Ci teraz dożylnie leki przeciwbólowe i przeciwwymiotne. Glukoza wyszła dobrze, ciśnienie krwi również. Na sorze zbadają cię dokładniej. Będę musiała rozpiąć Ci koszulę i podpiąć do kardiomonitora — powiedziała, najpierw podając mu leki, a później, kiedy Alex był już podpięty do kroplówki, Gennie rozpiąła kilka pierwszych guzików jego koszuli i podpięła go do monitora.
Chris zachichotał, po chwili spoglądając na obojga.
— Zostawiam was, gołąbeczki. Gennie zajmie się tobą najlepiej, przyjacielu. Chcesz jechać na sygnale? — zapytał rozbawiony.
— Tak Chris, poproszę na sygnale. Chce jak najszybciej znaleźć się z nim w szpitalu, bo po tym co mówi, sądzę, że tam rośnie jakiś krwiak — powiedziała, spoglądając na monitor.
— Się robi, szefowo — Chris zaśmiał się po raz ostatni, po czym przesiadł się na przednie siedzenie karetki, tuż obok Jay’a. Geneviev już wiedziała, o czym będą tam plotkować.
— Coś Cię boli? Jest Ci niedobrze? — zapytała, siadając na fotelu obok.
— I tak, jesteś osiłkiem z siłowni — powiedziała. Karetka ruszyła, a po chwili do ich uszu dobiegł dźwięk syren. Teraz miała pewność, że dość szybko znajdą się w szpitalu.
— Długo znasz się ze Sky? — zapytała, zmieniając temat na nieco luźniejszy dla nich obojga.
— Robi cholernie dobre tatuaże. Ona zrobiła mi jeden z pierwszych, jak jeszcze zaczynała stawiać kroki, jako tatuażystka — powiedziała, uśmiechając się przy tym pierwszy raz, dość delikatnie.
— nie wiem. Dwanaście godzin, może czternaście. Czasami człowiek traci już rachubę — stwierdziła, wzruszając przy tym ramionami.
— Ostatnio nadgodziny są dosyć częste, ale cóż zrobić — znów skupiła uwagę na monitorze, który wskazywał, że ciśnienie Alexa nieco skoczyło w górę.
— Zobaczymy, czy będziesz ostatnim pacjentem.
Gen
— Nie myśl sobie za dużo, nie jesteś jedyny, któremu dzisiaj rozpinałam koszulę — rzuciła ironicznie w jego stronę, widząc ten błysk w jego oczach i błąkający się po ustach uśmieszek. Dla niej był jak większość tych wszystkich facetów z siłowni, którzy na loterii przy okazji wygrali ładną twarz. Bo tak, Alex był przystojny, i pewnie wiele kobiet zwracało na niego uwagę i się za nim oglądało. I może nawet Gen by to zrobiła, ale ona taka nie była.
OdpowiedzUsuń— Nie oceniam. Stwierdzam fakty — wzruszyła ramionami, uśmiechając się przy tym cynicznie w jego stronę.
— Tak naprawdę, to w tej chwili nie obchodzi mnie nic innego, oprócz tego, żeby Twój stan się nie pogorszył. Więc mam gdzieś to, że mogę być dla Ciebie niegrzeczna. Jeśli będziesz chciał, możesz złożyć na mnie skargę — wiedziała, że i tak tego nie zrobi. Geneviev robiła to, co do niej należy, a rozmowa z nim hula częścią jej pracy i stwierdzenia, czy aby przypadkiem jego stan się nie pogarsza.
— Sky zawsze była dobra w rysunku. Całe liceum bazgrała po zeszytach, notatnikach i tym podobnych. Nic dziwnego, że poszła w tą stronę, jeśli chodzi o zawód. Jest w tym profesjonalistką — odpowiedziała z uśmiechem. Sky była tą osobą, z którą mimo, że nie spotykała się zbyt często, to zawsze potrafiły mimo wszystko znaleźć wspólny język, po tylu latach znajomości. I mimo, że były całkiem różne charakterami, to jakoś łączyły się w spójną całość.
— Cóż, chyba chciałam trochę złagodzić tymi wzorami, ten wizerunek twardzielki — skwitowała, spoglądając na kroplówkę, która już praktycznie się kończyła. Kiedy monitor wydał dźwięk, Gennie spojrzała na wykresy. Zdecydowanie, były za wysokie.
Uniosła nieco w górę wezgłowie noszy, po czym sięgnęła po maskę tlenowa, która nałożyła na twarz Alexa.
— Jeśli możesz, bądź teraz najcichszym pacjentem mojej zmiany. Połóż się i oddychaj głęboko. To całkiem normalne, że ciśnienie skoczyło w górę, za chwilę powinno się uspokoić. Dodatkowo, dla pewności nakuła mu palca, sprawdzając poziom cukru we krwi.
— Alex, boli Cię głowa? Albo kręci Ci się w niej? — zapytała, zbliżając się do niego.
— Zaraz będziemy na miejscu. Spróbuj się uspokoić — poinstruowała, sięgając po strzykawkę i lek na obniżenie ciśnienia.
— Słuchaj, dam Ci teraz lek, który obniży ciśnienie. Jest bezpieczny w tej sytuacji, biorąc pod uwagę, że trochę wypiłeś. Nawet, jeśli alkohol był rozwodniony, to i tak nadal masz we krwi procenty — wyjaśniła, naciskając delikatnie strzykawkę i wypuszczając nieco leku. Kiedy miała pewność, że wszystko jest dobrze, powoli podała lek Alexowi.
— Widzisz? Picie nie prowadzi do niczego dobrego — stwierdziła, spoglądając na monitor. Ciśnienie, choć nadal wysokie, powoli zaczynało spadać.
— Ale, jak to powiedziałeś, jesteś w najlepszych rękach. Leż spokojnie i oddychaj głęboko, zaraz wszystko minie — uspokoiła go. Każdy, nawet ona będąc na jego miejscu zaczęłaby panikować, choć on na pierwszy rzut oka wydawał się niewzruszony całą sytuacją, tak jego ciało mówiło zupełnie co innego.
— Podziękujesz mi potem — dodała jeszcze, a karetka zatrzymała się na szpitalnym podjeździe. Chris wraz z Jay’em otworzyli tylne drzwi, chwytając za nosze. Geneviev zdarzyła jeszcze przypiąć Alexa do przenośnego monitora.
Kiedy wjechali na Sor, podeszła do lekarza, wyjaśniając całe zajście.
— 27 lat, pacjent z raną głowy. Przewrócił się i na moment stracił przytomność. Nieduża ilość alkoholu we krwi, brak używek. Cukier w normie, jednak ciśnienie skoczyło w górę, ale udało się je unormować. Chyba będzie potrzebny tomograf — powiedziała, kiedy wraz z lekarzem stanęli przy noszach, na których leżał Alex.
Gennie
Geneviev Lubiła to miejsce. Ten chaos, tą prędkość i szybkość, kiedy trzeba było podejmować decyzje. To był jej świat, w którym odnajdywała się najlepiej. Niejednokrotnie czuła, że tu pasuje, jest elementem ważnej układanki, tworzy całość z resztą zespołu.
OdpowiedzUsuńPraca na sorze była ciężka i wymagająca, nie dla każdego. Trzeba było mieć psychikę ze stali, potrafić odgrodzić życie codzienne od tego, co działo się tutaj.
Tu zawsze ktoś biegał, gdzieś się spieszył. Było głośno i tłoczno, każdy gdzieś się spieszył. Niejednokrotnie dało się usłyszeć zirytowane głosy pacjentów, którzy czekali na swoją kolejkę.
Geneviev uniosła w górę brew, słuchając słów Alexa. Był cholernie pewny siebie, nawet będąc w sytuacji, kiedy chodziło o jego życie. Prychnęła, wywracając przy tym oczami.
— Gdybym nie skierowała Cię na tomograf, mogłabym mieć Cię na sumieniu, a nie o to chodzi w mojej pracy — wyjaśniła chłodno.
— Lepiej, żebyś w ogóle odpuścił alkohol. Widzimy tu wszyscy, że zdecydowanie Ci nie służy. Mam wrażenie, że niektórym facetom po wypiciu piwa czy drinka, odblokowuje się bycie niezniszczalnym. A potem mamy tego skutki, jak teraz. Może pobyt tutaj nauczy Cię, że czasami warto odpuścić — powiedziała, tym razem uśmiechając się nieco złośliwie w jego stronę. Lekarz, stojący obok, cicho prychnął pod nosem, po czym obszedł noszę i skupił całą swoją uwagę na ranie, która widniała na głowie Alexa.
— Hej Gen, a jak tam w ogóle Twoje plany? Co z tym Swatem? — zapytał, skutecznie zmieniając temat.
— Na razie nic konkretnego. Przechodzę wszystkie możliwe testy i te sprawy — wzruszyła ramionami, z uwagą spoglądając na mężczyznę na noszach. Widziała, jak się skrzywił. Widziała ten cień bólu, który przemknął po jego (cholernie) przystojnej twarzy.
— Ciesz się, że te czary ze strzykawką działają. Jeszcze brakowałoby mi tego, żebyś jedną nogą był na tamtej stronie — odpowiedziała w jego stronę.
— Co? Co Ty za głupoty wygadujesz. Z resztą, nie ważne — mruknęła, spoglądając na zegarek. Zdecydowanie, powinna już udać się do szatni i zbierać do domu.
— Dobra Gennie. Koniec na dzisiaj. Karetka ogarnięta, papierkowa robota też. Zbierajmy się, dla nas już dzisiaj starczy — Chris przetarł zmęczone oczy, wzdychając przy tym ciężko.
Gennie nachyliła się w stronę Alexa, opierając ręce na udach. Uśmiechnęła się, wpatrując się w niego zmęczonymi oczami.
— Możesz mi podziękować teraz. Jesteś moim pacjentem, a ja się z nimi nie umawiam. Poza tym, nie mam czasu na takie bzdury. „Dziękuję za uratowanie życia, Gen”, tyle mi w zupełności wystarczy.
Gennie
Geneviev po prostu nie miała ochoty na jakąkolwiek dalszą rozmowę. Byla zmeczona, tak najzwyczajniej w świecie, jak to człowiek jest zmęczony po wielogodzinnej pracy.
OdpowiedzUsuńOdeszła bez słowa, czując na sobie spojrzenie Alexandra, który miał zostać w szpitalu na obserwacji. I tak naprawdę, to nie spodziewała się tego, że gdy wróci do szpitala następnego dnia, to tam go zastanie. Tak też się stało, bo następnego dnia nie było po mężczyźnie śladu.
Ich drogi, choć o tym jeszcze Gennie nie wiedziała, miały się znów skrzyżować. Miała wolny dzień, a dzień wcześniej skończyła też dość wcześniej, wybierając kilka nadgodzin. To było dziwne, obudzić się rano, zjeść w spokoju śniadanie, nigdzie się nie spieszyć. Gennie nie pamiętała, kiedy tak naprawdę miała wolny dzień, w którym nie musiała nic załatwić i mogła w spokoju robić to, na co miała ochotę.
Jedyny planem, który dzisiaj miał wypełnić jej popołudnie, była wizyta w studiu tatuażu, gdzie pracowała Sky.
W okolicy studia pojawiła się jakieś czterdzieści minut wcześniej. W okolicy była całkiem dobra restauracja, do której się wybrała. Do studia weszła dosłownie chwilę przed umówioną wizytą, stając praktycznie w progu pomieszczenia.
Westchnęła, tak cicho, by Alex tego nie mógł usłyszeć, ale pewnie i tak widział ten grymas, który pojawił się na twarzy Geneviev. Jej ciemne oczy spoczęły na sylwetce mężczyzny, lustrując go uważnie. Ten jego uśmiech który pojawił się na twarzy, był dokładnie tym samym, który zapamiętała ze szpitala.
— przyszłam do Sky — odparła spokojnie, rozglądając się po studiu tatuażu. Czuła, że jednak jest coś nie tak,
— Byłam dzisiaj umówiona na sesję, ale to już pewnie wiesz. I coś czuję, że maczałeś w tym palce, bo Sky nie odwołuje sesji bez uprzedzenia — odparła, przeczesując palcami włosy. Kiedy Alex do niej podszedł, spojrzała na niego twardo, unosząc w górę jedną brew.
— Bezczelny jesteś. I tak, nadal nie mam czasu na bzdury. Gdzie jest Sky? Jeśli jej nie ma, to proszę, przełóż mój termin na jakiś inny dzień, tylko poczekajcie bo muszę zobaczyć, kiedy znowu mam jakieś wolne — mruknęła, wyciągając z tylnej kieszeni spodni telefon.
— Jak się czujesz, mimo wszystko? — zapytała, klikając na kalendarz w telefonie. Nadal uparcie na patrzyła na Alexa, który był tak blisko niej.
Kurwa — pomyślała, marszcząc delikatnie czoło.
Gennie
Nie wiedziała czemu, ale po prostu ją denerwował. W jakiś dziwny i pokręcony sposób, ta jego bezczelna pewność siebie sprawiała, że Gennie czuła jakąś wewnętrzną irytację. Ten uśmiech na jego twarzy wywoływał dreszcz wkurzenia, a ona nie mogła tak naprawdę nic zrobić. Została postawiona pod ścianą, w najbardziej niewygodnym dla niej położeniu. Bo on miał rację. Słyszała to w jego tonie głosu, kiedy wypowiadał każde zdanie. Mimo to, ona nadal uparcie przeglądała kalendarz w telefonie, gdzie roiło się od różnych przypomnień. Szkolenie, strzelnica, siłownia, wizyta w jakimś urzędzie, fizjoterapeuta. Aż wyprostowała się, kiedy uderzyło w Geneviev to, jak dużo ma zajęć i w tym wszystkim nie ma dnia, kiedy mogłaby znaleźć chwilę spokoju, by odetchnąć od tego wszystkiego.
OdpowiedzUsuńZawsze była na najwyższych obrotach. Gotowa do działania, nigdy do odpoczynku. Bo ona nawet nie potrafiła chyba odpoczywać. Odpoczynkiem miała być dla niej sesja tatuażu, ale na pewno nie w jego towarzystwie.
— Jedyną osobą, która powinna odpoczywać, jesteś ty. To uderzenie w głowę chyba było nieco mocniejsze, niż sądziłam. No ale, Twoje zdrowie, nie moje — odparła, wzruszając przy tym ramionami. Prychnęła ironicznie w duchu, na swoje własne słowa. Ona przynajmniej wiedziała, co robić i jak pomóc swojemu organizmowi, gdyby coś było nie tak.
— Ja Tobie? Jeszcze czego — burknęła w jego stronę. Nie miała zamiaru za cokolwiek dziękować.
Jeszcze nie.
— Gołębie serce, też mi coś — wywróciła oczami, kręcąc przy tym głową na boki.
Spojrzała w końcu na niego. Na jego uśmiech, ciemne oczy, i ogólnie, na całą jego postać. Cóż, musiała przyznać sobie w myślach rację, że był przystojny i pewnie niejednokrotnie to wykorzystywał.
— Kawa zdecydowanie jest Ci najbardziej potrzebna. Mam nadzieję, że choć trochę trzymasz się zaleceń, które dali Ci w szpitalu. I nie, Alex, to nie jest troska o Ciebie, a zwyczajne przyzwyczajenie zawodowe — powiedziała, od razu w jakiś sposób wyprzedając jego potencjalne słowa. Następnie spojrzała na swój tatuaż, który miał już dobre kilka lat i był jednym z pierwszych.
— Prawda jest taka, że nie wymyśliłam żadnego planu B. Nie zostawiłam żelazka na gazie czy coś tam — wow Gennie, jesteś mistrzynią żartu, nie ma co— w jej głowie zabrzmiała ironia, a gdyby mogła, to wewnętrznie wywróciłaby jeszcze oczami, na swój własny żart.
— Pięć. Pięć miesięcy do przodu — odparła, ruszając za Alexem. Chcąc czy nie, nie miała wyboru. Dzisiejszy dzień był jednym z nielicznych, gdzie mogła sobie pozwolić na ten tatuaż. To przecież tylko kilka godzin. W jego towarzystwie. Znowu.
Podeszła z nim do fotela, a chwilę później rzuciła spojrzeniem na projekt Sky. Przechyliła głowę, spoglądając na rysunek z uwagą. Nie znała się jakoś wybitnie, tak naprawdę to artystka z niej była żadna. Ale nie mogła być też taka krytyczna względem Sky.
— Nie no, aż tak źle nie jest — odparła, marszcząc delikatnie czoło. Dobra, Alex miał rację. Było źle.
Projekt, który szybko przygotował Alex, wyglądał sto razy lepiej, to musiała mu przyznać.
— Po prostu zacznijmy, co? Mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia dzisiaj — powiedziała, siadając na skórzanym fotelu. Ściągnęła koszulkę, zostając w samym staniku.
— Nie wyobrażaj sobie za dużo.
Gennie