Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

29/07/2026

[KP] Love all, trust a few, do wrong to none


Theodore Lannister

27 lat | Weterynarz | Właściciel dwóch psów oraz wiecznie zmęczonego życiem i niezadowolonego kota | FC: Khobe Clarke | POWIĄZANIA
/
Hakuna matata
Uśmiech jest jego znakiem rozpoznawczym. Nie ten wymuszony, wyuczony na rodzinnych bankietach, ale szczery i ciepły - taki, który zaraża wszystkich wokół i sprawia, że nawet najbardziej ponury dzień wydaje się odrobinę jaśniejszy. Trudno znaleźć w nim choćby odrobinę cynizmu. Wierzy w ludzi, nawet jeśli życie kilka razy udowodniło mu, że nie każdy zasługuje na zaufanie. Mimo to nigdy nie pozwolił, by rozczarowania odebrały mu wrażliwość. Dorastał w świecie, który z pozoru niewiele miał wspólnego z jego wartościami. Jego rodzice od lat budowali potęgę w branży zbrojeniowej, a rodzinne imperium było symbolem wpływów, pieniędzy i sukcesu. Od najmłodszych lat miał przygotowywać się do przejęcia interesów, jednak nigdy nie potrafił odnaleźć się w rzeczywistości, w której ludzkie życie często sprowadzało się do liczb, kontraktów i politycznych decyzji. W przeciwieństwie do swojej rodziny zawsze był zwolennikiem pokoju i uważał, że prawdziwa siła nie polega na dominacji, lecz na umiejętności chronienia tego, co bezcenne. Już jako dziecko znosił do domu porzucone zwierzęta. Rodzice początkowo protestowali, dopóki ich luksusowa rezydencja nie zaczęła przypominać małego schroniska. Z czasem ta dziecięca potrzeba pomagania nie tylko nie zniknęła, ale stała się najważniejszą częścią jego życia. Zamiast studiować ekonomię i przygotowywać się do przejęcia rodzinnego imperium, wybrał weterynarię. Ku niezadowoleniu rodziny uznał, że ratowanie życia daje mu znacznie większą satysfakcję niż pomnażanie majątku. Do dziś regularnie współpracuje ze schroniskami, finansuje leczenie zwierząt, których właścicieli nie stać na kosztowne operacje, a część swojego czasu poświęca na wolontariat. Nie robi tego dla poklasku. Większość osób nawet nie zdaje sobie sprawy, że anonimowy darczyńca, który opłacił leczenie ich psa, siedzi właśnie obok nich przy kawie. Podobnie jest z ludźmi. Nigdy nie przejdzie obojętnie obok osoby proszącej o pomoc. Zna z imienia bezdomnych, których codziennie mija w drodze do pracy. Często zatrzymuje się z gorącą kawą i śniadaniem, ale przede wszystkim z rozmową, bo uważa, że największym okrucieństwem jest udawanie, że drugi człowiek nie istnieje. Organizuje zbiórki, wspiera fundacje i angażuje się w akcje charytatywne, choć jego nazwisko niemal nigdy nie pojawia się na listach sponsorów. Jest chodzącą definicją dobrej energii. Śmieje się głośno, zaraża optymizmem i ma niezwykły dar wyciągania ludzi z najgorszego nastroju

26 komentarzy:

  1. [ Ojeeeej, ale urocze zdjęcie <3
    Theodore wydaje się być taki pure i taki kochany, że mam ochotę go wyściskać! Myślę, że świetnie dogadałby się z moim Nathanielem - czy to w kontekście odcięcia się od rodzinnej tradycji, czy ratowania zwierzątek i przynoszenia ich do domu! ♥
    Sama byłam tego typu osobą (jeśli o zwierzątka chodzi), więc doskonale rozumiem!
    Bawcie się świetnie na blogu! Fajnych wątków, weny i przede wszystkim czasu na pisanie!
    W razie chęci, zapraszam do moich panów! ]

    Nathaniel Park & Caleb Williams

    OdpowiedzUsuń
  2. [Idealnie dobrane zdjęcie do wykonywanego przez Theodore’a zawodu, naprawdę w punkt. Mógłby je umieścić dodatkowo na ulotkach lub banerze, przyciągając w ten sposób przyszłych pacjentów, choć myślę, że ich na pewno u niego w gabinecie nie brakuje. Cudownie dobrego człowieka nam stworzyłaś w NYC, czy on serio jest bez skazy? Każdy ma jakieś sekrety, złą stronę medalu, więc jestem ciekawa, czy tu też coś wypłynie, czy jednak nie ma w nic niczego, co by się ludziom nie spodobało. Fajnie się czytało kartę, dzięki za to :D
    Sukcesów na blogu! ^^]

    Vanessa Kerr

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć!
    Theo wydaje się odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu :D I myślę, że pewnie łatwo się z nim dogadać, takie ciepełko bije z KP. Tekst czytało mi się bardzo przyjemnie i hej, też bym chciała mieć takiego weta dla mojego kitku!
    Baw się dobrze i mnóstwa super wątków!]

    Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova

    OdpowiedzUsuń
  4. [Dzień dobry, cześć i czołem :) Tak sobie przeczytałam kartę Theodore'a i nachodzi mnie tylko jedna refleksja - że to piękny człowiek i że na tym świecie brakuje właśnie takich, pięknych ludzi. Jednocześnie wydaje mi się, że trudno jest być takim człowiekiem i że trzeba być w tym na swój sposób upartym, a z tego, co przeczytałam, akurat temu weterynarzowi jej nie brakuje :)
    Theodore jako postać podoba mi się tak bardzo, że aż mam ochotę wrobić którąś z moich postaci w posiadanie zwierzaka, tak co by razem z tym zwierzakiem mogły pana weterynarza odwiedzać ;)
    Życzę udanej, a także długo trwającej zabawy na blogu ^^]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń
  5. [Hej! Jasne, damy się w coś z Rei wciągnąć :D Uprzejmie ostrzegam, że ona jest chaosem w czystej postaci, więc oby Theo miał dobre ubezpieczenie xD Masz jakiś konkretny pomysł czy robimy burzę mózgów? Jak coś możesz mnie łapać mailowo :D]

    Rei Bothwell

    OdpowiedzUsuń
  6. [Maxine zdecydowanie jest urocza osóbką, zupełnie niechcący taka misia pysia mi z niej wyszła 🤭 Ostatnio zrezygnowałam z kilku wątków, bo czułam się wątkowo wyeksploatowana i teoretycznie przez jakiś czas nie miałam brać nowych wątków, ale praktycznie przyszedł mi do głowy zupełnie niegroźny pomysł, który nie chce się ode mnie odczepić.
    Mianowicie założyłam sobie, że Maxine nie ma żadnego zwierzaka, ponieważ jej ojciec ma alergię na sierść zwierząt wszelakich. Tymczasem wyobraźmy sobie, że Max i Theodore, skoro się przyjaźnią i skoro są partnerami w zbrodni, wracają sobie z jakiegoś jednodniowego wypadu za miasto, aż tu nagle, na trasie pośrodku niczego, ktoś wyrzuca psa z samochodu 💔 Oczywiście Maxine i Theodore psa zgarną, a żeby dodać całej historii smaczku, to raz, będą jechać samochodem rodziców Max, a dwa, pies to będzie jakieś długowłose bydle, przez co oprócz ratowania zwierzaka czeka ich także późniejsze zacieranie dowodów tejże zbrodni, co by ojciec Maxine nie zakichał się na śmierć po tym, jak wsiądzie później do samochodu.
    Co Ty na taki lekki przyjemniaczek na początek, a później się zobaczy? 😊
    W razie czego możesz mnie łapać na mailu albo na czacie: panienkazokienka92@gmail.com]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  7. Reilynn nie planowała znaleźć kota, tak w ogóle to niczego dzisiaj nie planowała. Miała tylko wyjść po kawę, kupić coś słodkiego, wrócić do domu i udawać przed samą sobą, że praca nad rozdziałem idzie świetnie, choć od rana przepisywała to samo zdanie. Jej wena zdecydowanie miała wolne, a Rei próbowała po prostu coś ze sobą zrobić.
    Kot pojawił się między workami ze śmieciami za małą piekarnią, przy bocznej uliczce, którą Rei zwykle skracała sobie drogę. Najpierw usłyszała dźwięk, jakby pęknięcie, a nie miauknięcie. Zatrzymała się od razu, opierając mocniej dłoń o laskę, i przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując. Kolejny pisk dobiegł spod metalowego kontenera. Pochyliła się ostrożnie, ignorując protest własnego biodra, i zobaczyła parę ogromnych, jasnych oczu w czarnej, brudnej plamce futra.
    — Cześć… — powiedziała cicho. Kotek był malutki, cały czarny i wychudzony. Jedno ucho miał przyklapnięte, futro posklejane, a ogon… ogon kończył się za wcześnie. Jakby ktoś albo coś brutalnie przerwało go w połowie. Rei poczuła, jak coś nieprzyjemnie ściska jej żołądek.
    Nie miała transportera. Nie miała rękawiczek. Nie miała żadnego planu, ale miała za to bluzę, którą z siebie zdjęła. Potem przykucnęła z trudem przy kontenerze i zaczęła mówić do kota:
    — Wiem, wiem. Jestem duża, niezgrabna i pachnę kawą, ale obiecuję, że mam dobre intencje. No chodź... błagam.
    Kotek syknął i obnażył zęby. Rei westchnęła cicho, ale rozumiała, że zwierzak jej nie ufał. Nie dziwiło jej to. Przekonanie malucha do siebie zajęło jej prawie dwadzieścia minut. Dwadzieścia minut klęczenia na nierównym chodniku, przeklinania pod nosem, przekupywania zwierzęcia kawałkiem drożdżówki i udawania, że wcale nie boli jej noga. W końcu kociak dał się zawinąć w bluzę, choć przyjął to z wyraźnym przekonaniem, że zostaje bestialsko porwany. Zabierając malucha, Rei kupiła pierwszy lepszy transporter w pobliskim sklepie zoologicznym, przepłacając haniebnie i bez żalu.
    — Musisz zrozumieć, że nie jestem osobą od kotów — wyjaśniła kotu w taksówce, podczas gdy zwierzę siedziało w transporterze i patrzyło na nią z czystą nienawiścią małego, czarnego demona. Wskazała kierowcy adres najbliższej kliniki weterynaryjnej. — Ale nie zostawiłabym cię samego… albo samej. Po prostu… damy sobie radę, obiecuję.
    W lecznicy recepcjonistka poprosiła ją o dane, więc Rei podała nazwisko, numer telefonu i próbowała powiedzieć coś konkretnego, ale nie wiedziała zbyt wiele o kocie. Znalazła go przy śmietniku. Był mały, czarny i przerażony. Z urazem ogona albo starą raną. Bez obroży. Bez chipa i najprawdopodobniej bez właściciela.
    Czekając, sięgnęła po telefon. Na ekranie nadal wisiało powiadomienie z forum. Od niego, mężczyzny, z którym pisała od prawie dwóch lat i którego twarzy nigdy nie widziała. Znała sposób jego pisania, jego suche poczucie humoru, jego irytującą umiejętność wyczuwania, kiedy udawała, że nic się nie dzieje. Nie znała jego imienia, na forum pisał z nią pod wymyślną nazwą, zresztą ona również. Dla niego była szkocką_wróżką00. Przez dwa lata, przynajmniej w jej ocenie, udało jej się zbudować z tym konkretnym użytkownikiem coś jednocześnie dziwnego, ale i bliskiego. Jakąś intymność bez tego, co zazwyczaj było konieczne do zbliżenia się do kogoś. Rei nie wiedziała, jak wyglądał ten mężczyzna, jak brzmiał jego głos, czy ma zadbane paznokcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu był. I jasne, obawiała się, że może tak naprawdę przez cały czas pisała z kimś, kto jedynie udawał miłego i empatycznego, ale ostatecznie Rei lubiła to ryzyko. No i, nigdy nie zrobiła niczego, aby się ujawnić. Poza tym sądziła, że słowa były prostsze niż jej rzeczywistość, bo ta jej miała zapach środków dezynfekcyjnych, protezę pod jeansami i zdecydowanie zbyt wiele leków. Lepiej więc było zostać w internetowej sferze, aby się nie rozczarować.
      — Pani Bothwell? — Usłyszała z recepcji. Schowała telefon, ale zdążyła napisać: Znalazłam kota. Czarnego. Może nie jest pechowy? Może... to jakiś znak?. A potem weszła do gabinetu. Mężczyzna w fartuchu odsunął się od drzwi, robiąc jej miejsce. Miał miłą twarz, uważne spojrzenie i głos, który od razu brzmiał tak, jakby nie należało przy nim panikować, nawet jeśli miało się w transporterze czarnego kota bez połowy ogona.
      Rei ostrożnie postawiła transporter, jakby niosła nie zwierzę, tylko bombę emocjonalną z funkcją miauczenia.
      — Uprzedzam, że jest mały, wściekły iiii prawdopodobnie... przekonany, że jestem jego porywaczką — powiedziała. — Co technicznie nie jest jakąś wielką nieprawdą, ale miałam dobre intencje…
      Kiedy otworzyła transporter, kot natychmiast cofnął się w najdalszy kąt. Czarna kulka nieszczęścia, z za dużymi złoto-pomarańczowymi oczami i ogonkiem urwanym albo zdeformowanym tak, że Rei znów poczuła złość. Obserwowała, jak mężczyzna przykucnął, dając kotu potrzebną chwilę. To ją trochę uspokoiło. Nie próbował wyciągać zwierzaka na siłę. Nie cmokał, nie narzucał się, nie robił tego idiotycznego „no chodź, maluszku” głosem, który czasem bardziej pomagał ludziom niż zwierzętom. Po prostu poczekał.
      — Od około godziny — odpowiedziała. — Może półtorej. Znalazłam go za piekarnią, pod kontenerem. Usłyszałam miauczenie, zajrzałam i… teraz jesteśmy tutaj.
      Zerknęła na kota, który syknął cicho z wnętrza transportera.
      — Tak, wiem, wersja wydarzeń pokrzywdzonego może być inna — mruknęła do niego. Gdy zapytał, czy coś o nim wiedziała, pokręciła głową. — Niewiele. Tak właściwie tylko to, co da się wywnioskować, patrząc na kota. — Oparła dłoń o krawędź stołu, drugą mocniej ścisnęła uchwyt laski. Zmarszczyła się lekko, próbując sobie przypomnieć każdy najmniejszy szczegół.
      — Nie widziałam krwi na chodniku, ale futro jest posklejane. Nie wiem, czy ktoś go wyrzucił, czy uciekł, czy… — urwała, bo nie chciała dopowiadać reszty. — Nie wiem. Nie ma obroży, nie wiem też, czy ma chip. Pomyślałam, że najlepiej będzie przywieźć go tutaj. I… zapłacę za leczenie, więc proszę w ogóle nie przejmować się kosztami. Pieniądze nie są problemem.
      Kotek spojrzał na nią z wnętrza transportera. Rei mogłaby przysiąc, że zwierzę zaczęło rozumieć, co się działo – i że znalazło się w miejscu, w którym jest bezpieczne. Przynajmniej w to chciała wierzyć, bo maluch nieco się uspokoił i próbował zrobić kilka kroków, ale się chwiał.

      Rei Bothwell 🐈‍⬛🩹

      Usuń
  8. [W takim razie cieszę się, że Maxine tak bardzo się podoba ^^ I czekam na rozpoczęcie, a gdyby z rożnych względów miało Ci być z nim nie po drodze, daj znać, to wezmę to na siebie ^^]

    MAXINE RILEY

    OdpowiedzUsuń
  9. [ Cudownie! Chodź do nas na maila lub hg to obmyślimy ciekawy wątek! iwoyii@gmail.com]

    Nathaniel

    OdpowiedzUsuń
  10. [Słodkości nigdy za wiele! Tym bardziej w świecie, który jest po same brzegi przepełniony goryczą, więc wątek koniecznie. Serdecznie zapraszam na maila (jagodzianka.z.malinami@gmail.com) i burzę mózgów, bo wydaje mi się, że mamy duże pole do manewrowania (: ]

    Valentina

    OdpowiedzUsuń
  11. Rei stała po drugiej stronie stołu, ściskając mocno swoją laskę, i patrzyła, jak weterynarz dotyka kota z ostrożnością. Słuchała tego, co mówił – do niej i do kota – i coraz bardziej czuła, jak jej żołądek się zaciska. Kiedy powiedział, że ogon nie wyglądał tak, jakby uraz był świeży, przygryzła policzek od środka. Czyli ten mały, czarny kłębek brudu, kości i strachu chodził z tym dłużej; chował się pod kontenerem albo błądził gdzieś, sycząc wokół, bo ból był jedyną rzeczą, którą czuł.
    Przyjrzała się kotu; omiotła wzrokiem za krótki ogon, posklejaną sierść, napięte ciałko i złote oczy, które wciąż obserwowały wszystko z podejrzeniem, jakby każda ręka mogła okazać się tą samą ręką, której należało się bać.
    — Czyli… — zaczęła, ale zacięła się, jakby nie wiedziała, co powinno się powiedzieć w takiej sytuacji, więc odchrząknęła. — Po prostu… nie chcę, żeby umarł.
    Rei nie lubiła, kiedy jej emocje wychodziły z niej bez pozwolenia. Przed ludźmi jeszcze jakoś umiała się bronić, czy to ironią, za długim zdaniem, zmianą tematu, czy… czymkolwiek. Ale przy zwierzętach było gorzej. Zwierzęta nie rozumiały jej literackich zasłon dymnych. Kot nie potrzebował dowcipu, a kogoś, kto się nim zajmie i da mu dach nad głową.
    Westchnęła cicho. Wiedziała, że świat bywał okrutny w sposób banalny, codzienny, niewymagający wielkich potworów. Bo co takiego zawinił kot, że skończył pod kontenerem z urwanym ogonem? Czasem po prostu wystarczyło być małym i bezbronnym, urodzić się w złym miejscu albo trafić do nieodpowiedniego człowieka. Wystarczyło istnieć w świecie, w którym cierpienie nie zawsze miało sens czy powód.
    Obserwowała więc tego małego, czarnego demona i czuła w środku coś miękkiego, niewygodnego, prawie wstydliwego. Nie chciała myśleć o sobie, gdy myślała o jego urwanym ogonie; nie chciała wracać do własnych wspomnień, tych szpitalnych nocy i wszystkich momentów, kiedy jej ciało stawało się sprawą do omówienia. Ale kiedy widziała napięty grzbiet kota, rozumiała więcej, niż chciała.
    — Dobrze — powiedziała po chwili, kiwając głową. — RTG. Oczywiście. Wszystko, co trzeba. I… dziękuję. — Podniosła wzrok, aby wbić spojrzenie w weterynarza. Nie była pewna, za co dokładnie mu dziękowała. Za to, że nie potraktował kota jak problemu znalezionego przy śmietniku? Za to, że nie próbował jej uspokajać pustym „na pewno będzie dobrze”, którego szczerze nienawidziła?
    — To znaczy, wiem, że to pana praca — powiedziała szybko. — Ale i tak dziękuję.
    Odwróciła wzrok do kota. Ten nadal był spięty, ale leżał i nie próbował uciekać. To już było coś.
    — Słyszałeś? — zwróciła się do zwierzaka nieco ciszej. Kotek poruszył uchem. — Dobrze, że cię znalazłam…
    W jej głowie pojawiła się myśl, której natychmiast próbowała nie dopuścić za blisko: jeśli nikt go nie szuka, może… mogłaby go zatrzymać? To było absurdalne. Nie znała się na kotach i nie była przygotowana. Nie miała misek, kuwety, karmy, doświadczenia, żadnej instrukcji obsługi małych czarnych demonów po przejściach. Miała za to mieszkanie, w którym i tak panował chaos, pracę z domu, tendencję do mówienia do martwych przedmiotów i zbyt miękkie serce. Może to by wystarczyło?
    — Jeśli ma chip, oczywiście trzeba będzie znaleźć właściciela — powiedziała ostrożnie, jakby mówiła to bardziej do siebie niż do weterynarza. — Ale jeśli nie ma… — Pokręciła lekko głową i dodała: — Proszę zrobić RTG i wszystko, co pan uzna za konieczne. Ja poczekam. Mogę wypełnić formularze, podpisać zgody, zapłacić, zadzwonić, gdzie trzeba… — urwała i skrzywiła się lekko. — To znaczy… po prostu poczekam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kot został przeniesiony dalej i zaczęły się badania. Najpierw skan w poszukiwaniu chipa, potem RTG, później reszta rzeczy, których nazwy Rei zapamiętała tylko częściowo. Została sama. Przez chwilę stała w miejscu, opierając się o laską, i wbijała wzrok w zamknięte drzwi, jakby mogła siłą wzroku dopilnować, żeby nic złego się już nie wydarzyło.
      Recepcjonistka podała jej formularze, a Rei wypełniła je powoli, staranniej, niż było trzeba. W rubryce „imię zwierzęcia” zawahała się absurdalnie długo. Nie miał imienia... i ostatecznie zostawiła to pole puste. Potem wyszła po kawę. Powiedziała sobie, że zrobiła to dlatego, że potrzebuje kofeiny. Że nie ma sensu siedzieć bezczynnie i patrzeć w ścianę, skoro za rogiem widziała małą kawiarnię. Że spacer to doby pomysł, a kawa jakoś jej pomoże.
      W kawiarence zamówiła dla siebie dużą kawę z mlekiem i coś słodkiego, bo najwyraźniej jej organizm uznał, że stres należy neutralizować cukrem. Napisała jeszcze do swojego przyjaciela z forum: Kot jakoś się trzyma… i chyba zostanie u mnie, jeśli nie znajdzie się jego właściciela. Myślę nad imieniem… może Bean? Jak ziarenko kawy. Rei wróciła do lecznicy z dwiema kawami i papierową torebką z ciastkiem. Jedną kawę trzymała dla siebie, drugą ściskała trochę zbyt ostrożnie, jakby była dowodem w sprawie o przekroczenie granic społecznych. Bo czy kupowanie kawy weterynarzowi było normalne? Może tak, może nie. Może była to tylko uprzejmość wobec człowieka, który ratował małego kota, a może Rei miała poważny problem z tym, że kiedy ktoś zachowywał się przyzwoicie, natychmiast chciała mu coś przynieść: kawę, jedzenie, cokolwiek, co mogło powiedzieć dziękuję.
      Kiedy weterynarz wyszedł z gabinetu i do niej podszedł, Rei uniosła kubek w jego stronę z miną osoby, która właśnie żałowała własnej inicjatywy, ale było już za późno, bo kawa została kupiona.
      — Nie wiem, jaką pan pije — powiedziała szybko. — Więc wzięłam czarną. To znaczy, jeśli nie pije pan czarnej, to mogę ją zatrzymać i udawać, że od początku kupiłam dwie dla siebie... — Uśmiechnęła się nerwowo. — Ale pomyślałam, że kawa się panu przyda.
      Po chwili spojrzała w stronę drzwi, za którymi zniknął kot.
      — Co z kotkiem? — zapytała, patrząc weterynarzowi w oczy, jakby to miało sprawić, że będzie wiedzieć, że jest źle, jeszcze zanim zostanie to wypowiedziane.

      Rei Bothwell ☕🐾

      Usuń
  12. Maxine i Theodore regularnie wybierali się razem za miasto, z dala od wiszących nad głowami zabudowań, z dala od wszędobylskich ludzi, z dala od wszechobecnego zgiełku. Stało się to ich małą tradycją, którą kultywowali przynajmniej raz w miesiącu, a w miarę możliwości częściej, a wypady te niekoniecznie musiały zajmować im cały weekend. Wystarczało, że wyruszali o świcie, a wracali wieczorem, bo nawet niespełna godzinę jazdy od Nowego Jorku można było znaleźć miejsca, w których człowiek mógł odpocząć od pędu charakterystycznego dla metropolii, która nigdy nie zasypiała. I to nie tak, że Maxine nie lubiła pędzić. Urodzona i wychowana w Nowym Jorku, zupełnie naturalnie i bez wysiłku pędziła wraz z nim, potrzebowała jednak tych nielicznych momentów, w których mogła się zatrzymać, w dodatku bez poczucia, że ucieka jej coś ważnego, czego przez ten krótki postój już nigdy nie dogoni.
    Za miastem, w towarzystwie tego konkretnego człowieka, którym był Teddy, przychodziło jej to łatwo i bez żalu. Może dlatego, że przy Teddym nigdy nic jej nie uciekało, przeciwnie, często, a w dodatku wbrew ich woli doganiała ich przygoda, której najpierw musieli sprostać, by później móc wielokrotnie ją wspominać.
    Riley na pewno nie podejrzewała, że zaczątkiem przygody będzie błysk świateł stopu jadącego przed nimi samochodu. Mimo że trzymała odległość więcej, niż wystarczającą do zachowania bezpieczeństwa od poprzedzającego ich pojazdu, odruchowo zdjęła nogę z gazu. Pchany siłą pędu Land Rover, turlający się na dużych kołach, nie zwolnił od razu, ale też nie przyspieszał, podczas gdy Maxine zawiesiła stopę nad hamulcem, gotowa zareagować. Zerknęła kontrolnie na siedzącego obok Lannistera, który zwieszał głowę nad swoim telefonem, a kiedy wróciła spojrzeniem do drogi, przyhamowała. Auto przed nimi wyraźnie zwolniło, odległość między nimi zmalała. Kierowca skierował pojazd na pobocze, zatrzymał go, a scena, która rozegrała się potem, nie trwała dłużej, niż piętnaście sekund. Podczas gdy Maxine wciąż przetwarzała to, co właśnie zaszło, tylne światła samochodu przed nimi zaczęły się oddalać, tak jakby nie było żadnego postoju, żadnego wystawienia psa-giganta na pobocze i odjechania bez niego.
    Oczywiście, że Theodore nie musiał prosić Maxine, aby ta się zatrzymała. Nie musiał nawet posyłać jej porozumiewawczego spojrzenia, bo Riley już hamowała, by następnie płynnie zjechać na pobocze i zatrzymać się w pewnej odległości od porzuconego psa, a myślenie o nim w ten sposób przychodziło jej z niemałym trudem oraz dyskomfortem. Włączyła światła awaryjne, tak na wszelki wypadek, choć byli sami pośrodku niczego, odpięła pas i odwróciła się w stronę swojego pasażera, jakby chcąc coś powiedzieć, ale zamiast pozostającego na swoim miejscy Teddy’ego, spostrzegła pusty fotel i otwarte na oścież drzwi pasażera. Westchnęła, przypomniawszy sobie, że przecież niczego innego nie mogła się po nim spodziewać i sama wysiadła. Nie trzasnęła drzwiami, a tylko lekko je domknęła, nie chcąc nagłym i nieprzyjemnym dźwiękiem przestraszyć psa. Podczas gdy młody mężczyzna przykucnął w pewnej odległości od zwierzęcia, ona obeszła samochód od przodu i oparła się pośladkami o maskę. Skrzyżowawszy ręce na piersi, popatrywała to na psa, to na przyjaciela i czekała.
    Theodore wiedział, co robi. Musiał to wiedzieć, skoro był weterynarzem, prawda? Zresztą nie był to pierwszy raz, kiedy Maxine była świadkiem podobnej sytuacji i o ile była tym typem osoby, która lubiła działać oraz przejmować inicjatywę, o tyle w kwestii zwierząt zawsze, ale to zawsze oddawała dowodzenie przyjacielowi. Stąd, stojąc oparta o maskę, była zupełnie spokojna. Uśmiechała się nawet lekko sama do siebie, przekonana o tym, że pies prędzej czy później podejdzie do mężczyzny i uśmiechnęła się jeszcze szerzej, kiedy to w końcu nastąpiło. Uśmiechu tego nie przygasił nawet ten ból, który gniótł ją w środku, a który płynął ze świadomości, że istnieli ludzie, którzy potrafili ot tak porzucić zwierzę, skazując je wyłącznie na łaskę lub niełaskę losu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nie maximkuj mi tutaj — odezwała się i pokręciła głową. — Przecież dobrze wiem, że nie możemy go tutaj zostawić. — Z Teddy’ego przeniosła wzrok na psa, który zdawał się całkiem komfortowo czuć w jego towarzystwie, bo nawet lekko merdał ogonem. Był wielki, wręcz ogromny. Z powodzeniem przesłoniłby kucającego Lannistera, gdyby tylko zamienili się stronami. Ten jego rozmiar trzymał Max na dystans, choć przez to łagodne spojrzenie psich oczu przywodził na myśl niegroźną i płochliwą krówkę, a raczej krowę.
      — Po prostu nie ominie cię czyszczenie samochodu. Sama na pewno nie będę tego robić — zawyrokowała, a że minę przez pewien czas miała niby to groźną, to teraz posłała przyjacielowi wspaniałomyślny uśmiech i odepchnęła się od maski. Podeszła do tylnych drzwi, otworzyła je i przytrzymała.
      — Usiądziesz z nim z tyłu, proszę? Powinniście się zmieścić — oceniła, uprzednio zerknąwszy na wnętrze. Mieli szczęście, że amerykańskie drogi były szerokie, a samochody duże. Land Rover w typie SUV-a miał pomieścić całą ich trójkę i to bez konieczności składania tylnych siedzeń.
      Wolała, aby pies nie jechał z tyłu bez opieki. W końcu żadne z nich nie wiedziało, jak będzie się zachowywał, a Maxine, która miała z powrotem zasiąść za kierownicą, wolała się tym nie martwić i na pewno miała być spokojniejsza, jeśli Teddy dopilnuje ich pasażera na gapę.
      — Jest ogromny — sapnęła jeszcze, przyglądając się ich dwójce. Nie pochwalała czegoś podobnego, ale potrafiła sobie wyobrazić, że kilkuletnie dziecko mogłoby przejechać się na grzbiecie psa jak na kucyku. — Wygląda ci na rasowego? Czy to po prostu jakaś mieszanka wybuchowa?

      [Na pohybel alergii…? xD]

      MAXINE RILEY

      Usuń
  13. Rei przez pierwszą sekundę słyszała jedynie to, że kotek był stabilny i chyba to pozwoliło jej nieco odetchnąć. Dopiero po chwili dotarła do niej reszta: odwodniony, niedożywiony, starszy uraz, częściowa operacja ogona. Kot nie umierał, a weterynarz powiedział to z uśmiechem i chyba właśnie dlatego jej oczy przez chwilę wydawały się dziwnie piec. Nie było jej smutno, po prostu poczuła ulgę, a owa ulga zawsze rozmiękczała jej kolana.
    — To… dobrze — powiedziała cicho, a kiedy mężczyzna dodał, że kot prawdopodobnie zacznie terroryzować całą lecznicę, Rei parsknęła, zanim zdążyła się powstrzymać. — Ma potencjał — przyznała. — Widziałam to od razu, bardzo silna osobowość.
    Przesunęła palcami po pasku torby. Chciała zobaczyć tego malucha, choć było to bez sensu, wiedziała o tym, więc nie odezwała się nawet. To jednak nie zmieniało tego, że najchętniej weszłaby do pomieszczenia, w którym kot leżał pod kroplówką, sprawdziła, czy oddycha spokojniej, czy nie jest sam. Jakby spodziewała się, że jej obecność mogła coś zmienić. Jakby kot, który jeszcze godzinę temu syczał na nią z głębi transportera, nagle miał uznać ją jako swojego człowieka.
    — Jeśli naprawdę zacznie terroryzować lecznicę, proszę to traktować jako pozytywny objaw — wymamrotała. — Znaczy, nie chciałabym oficjalnie wspierać przemocy wobec personelu medycznego…
    Posłała mężczyźnie rozbawiony uśmieszek, a potem usłyszała, że może wrócić do domu. Poczuła delikatny opór. Wiedziała, że kot był bezpieczniejszy tutaj niż przy niej. Miał kroplówkę, lekarzy, ciepło i kogoś, kto wiedział, co robić.
    — Jasne — powiedziała, choć wcale to tak nie brzmiało. Zaczęła zbierać swoje rzeczy trochę za wolno. Torebka, telefon, papiery, paragon z kawiarni, którego nie potrzebowała, ale który nagle wymagał złożenia na pół i wsunięcia w jeansy. — Proszę zadzwonić, jeśli cokolwiek się zmieni — dodała, wbijając wzrok w weterynarza. — To znaczy wiem, że pan właśnie to powiedział, ale… emmm… powinnam się już przymknąć.
    Miała dodać coś jeszcze, może kolejne nerwowe zdanie o numerze telefonu albo formularzu, kiedy jej komórka zawibrowała. Rei zerknęła do niej odruchowo. Powiadomienie z forum; od niego, człowieka, z którym pisała od prawie dwóch lat. I po raz pierwszy, odkąd znalazła tę czarną kupkę nieszczęścia, poczuła, że naprawdę dobrze zrobiła. Mały kot leżał pod kroplówką, weterynarz stał gdzieś dalej z czarną kawą, a jej telefon właśnie przypominał, że gdzieś istniała ta dziwna, słowna bliskość, której nigdy nie potrafiła porządnie nazwać. Otworzyła wiadomość i uśmiechnęła się lekko pod nosem, pocierając komórkę kciukiem.
    Ale wtedy coś do niej dotarło. Weterynarz, któremu kupiła kawę, przed chwilą wziął telefon i coś pisał, a potem ona dostała wiadomość. Czy…? Nie, to zdecydowanie nie było to, co jej mózg chciał teraz zasugerować. Absolutnie nie. To byłoby zbyt absurdalne nawet jak na nią. Przecież to mógł być przypadek. Ludzie cały czas pisali do siebie wiadomości, telefony wibrowały, a fora istniały z całą swoją emocjonalną infrastrukturą, nickami i prywatnymi rozmowami. Rei mocniej złapała telefon. Nie mogła teraz o to zapytać. Nie mogła po prostu podejść bliżej i rzucić: Przepraszam, czy przypadkiem od dwóch lat nie rozmawia pan ze mną o bezsenności, kotach, książkach i tym, dlaczego sernik bez rodzynek jest lepszy do tego z?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To było pytanie z kategorii tych, po których człowiek albo dostawał odpowiedź zmieniającą wszystko, albo musiał natychmiast zmienić tożsamość. Poza tym może się myliła. Kciuk zawisł nad ekranem i ostatecznie napisała: Może. No wiesz, poza tym ten kot jest do mnie nieco podobny... Oboje mamy defekty :D . Nie ukrywała nigdy tego, że jest niepełnosprawna i często też z tego żartowała, bo kompleksy kompleksami, ale Rei zdecydowanie nie miała kija w dupie. Wzięła swoje rzeczy i wolno skierowała się do wyjścia, a potem wysłała wiadomość, którą określiła w głowie bombą nuklearną, bo napisała: Pamiętasz, jak mówiłam o tym, że nie radzę sobie z ludźmi? Właśnie kupiłam weterynarzowi kawę za opiekę nad kotem… pewnie pomyślał, że jestem wariatką. Co powinnam zrobić? Kupić mu następną, jak przyjdę po kota?.
      Wyszła z lecznicy i zrobiła kilka kroków, aby oddalić się tak, żeby nie wiedzieć, co się stało i czy mężczyzna, którego dzisiaj poznała, zrobił coś, co mogłoby zdradzić to, że jest tą konkretną osobą z forum.

      Rei Bothwell 😳

      Usuń
  14. [ halo, czy ktoś tu zamawiał remoncik? :D Teoś jest tak pozytywny, że Paweł mu zrobi go za pół ceny, promocja! ]

    Pablo

    OdpowiedzUsuń
  15. [Hej, dzięki! Barwny, bo jak trzeba to nosi kolorowe ciuchy, uszaty, bo taki się urodził, i z nutą żartu, bo nie wolno być tak zawsze poważnym - cały Lenny. :D Theo za to jest przesłodki i przeuroczy, na pewno uwielbiają go nie tylko zwierzaki, ale też ich właścicielki/właściciele. W zasadzie jestem tego pewna!]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  16. — Wygląda trochę tak, jakby gdzieś po drodze przez jego drzewo genealogiczne przewinął się niedźwiedź — skwitowała Maxine, nadal z rękoma skrzyżowanymi na piersi, nadal oparta pośladkami o maskę samochodu. Mimo tej wyraźnie zamkniętej pozy, jej twarz rozjaśnił ciepły uśmiech, bo Theodore i lgnący do niego kudłaty olbrzym stanowili wyjątkowo miły widok, nawet jeśli sytuacja, w której się znaleźli, do miłych nie należała. Na pewno nie była taka dla porzuconego psa, który chyba jeszcze nie do końca rozumiał, co tak właściwie się stało i choćby z tego względu Maxine powinna się złościć, ale nie potrafiła. Czuła rezygnację, ale nie złość i była od niej wolna prawdopodobnie tylko dlatego, że w tym nieszczęściu, ten konkretny pies miał bardzo dużo szczęścia. W końcu trafił właśnie na nich, a przede wszystkim trafił na Lannistera, który nie tylko miał nie dopuścić do tego, aby pies został sam pośrodku niczego, ale też miał możliwość zagwarantowania mu profesjonalnej opieki.
    — Och, niczego innego się nie spodziewam! — parsknęła krótko, lustrując sylwetkę psa wzrokiem. Był duży i bez wątpienia miał równie dużo futra, długiego i jasnego, które miało stanowić wyraźny kontrast dla ciemnej tapicerki, a także bezpośrednie zagrożenie dla zdrowia ojca Maxine. Co prawda alergia Kevina nie była tak silna, by ten miał z miejsca dostać wstrząsu anafilaktycznego, ale po kontakcie z taką ilością sierści na pewno nie miały ominąć go przykre objawy, do których zaliczało się zaczerwienie spojówek, cieknięcie z nosa, kaszel i duszności.
    Skinęła głową, kiedy Theodore oznajmił, że najpierw zawiozą psa do lecznicy. To było rozsądne, a przy tym oczywiste i gdyby była tutaj sama, postąpiłaby dokładnie tak samo. Pozornie zwierzę mogło wyglądać na takie, któremu nic nie było, podczas gdy w rzeczywistości mogło być różnie, tym bardziej, że już teraz wprawione oko jej przyjaciela wyłapywało skutki długotrwałego zaniedbania, które dla Maxine objawiało się jedynie w skołtunionej, a momentami wręcz sfilcowanej sierści. Była ciekawa, czy te kołtuny dało się rozczesać, czy koniecznym okaże się ogolenie psa, choć kojarzyła, że niektórych ras chyba nie można było golić, a jeśli już, to tylko w ostateczności.
    — Sugerujesz, że właśnie dorobiłeś się nowego pupila? — spytała z cieniem rozbawienia, nieco wyżej unosząc ciemne brwi. — Czyżby system dystrybucji psów działał na tej samej zasadzie, co system dystrybucji kotów? — dopytywała żartobliwie, teraz już czekając na nich przy otwartych, tylnych drzwiach. — Nie da się ukryć, ładnie razem wyglądacie — podsumowała, wypowiadając na głos to, co wcześniej pomyślała i uśmiechnęła się szerzej, czekając, aż Theodore podprowadzi psa bliżej i dopiero, kiedy ta dwójka znalazła się zupełnie blisko, uzmysłowiła sobie, jak duży w istocie był ten czworonóg. Riley była niska, więc kiedy pies i Teddy przymierzyli się do zainstalowania na tylnej kanapie, przez chwilę łeb kudłacza znajdował się na wysokości jej łokcia.
    — Tak, nadal ją ma. A na pewno miał ją, kiedy na godzinę byliśmy u mnie z tym pekińczykiem, który zgubił się w Central Parku. Pamiętasz? Ledwo wszedł do środka, a kichnął pięć razy pod rząd — pokręciła głową, przystając za drzwiami, podczas gdy Theodore pakował psa do środka. Obie dłonie wsparła na górnej krawędzi tychże drzwi i z tego bezpiecznego miejsca obserwowała proces instalacji.
    — Dlatego od razu powiedziałam o czyszczeniu samochodu. Może poszukamy jakiejś całodobowej, profesjonalnej myjni, w której ogarną to za nas? — zastanowiła się na głos, a kiedy już pies znalazł się na tylnej kanapie, a Teddy odsunął nieco, wyszła zza drzwi, przysunęła się bliżej i ostrożnie podsunęła dłoń pod ogromną głowę, proporcjonalną przecież do ogromnego cielska. Zaczekała, aż pies obwącha jej palce, a kiedy poczuła na nich ciepły i mokry język, zaśmiała się krótko i już bez większego oporu pogłaskała psa, używając do tego obu rąk i nachylając się do wnętrza samochodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie miała tej swobody obcowania ze zwierzętami, co Theodore. Kiedy miała siedem, może osiem lat, chciała pogłaskać psa należącego do jej koleżanki ze szkoły. Średnich rozmiarów kundelek, który na co dzień był raczej przyjazny, złapał ją zębami za dłoń we wcale nie przyjazny sposób i trzymał tak przez kilka uderzeń serca przestraszonej nie na żarty Maxine. Puścił jej dłoń, pozostawiwszy w niej kilka wyraźnych i pobolewających wgłębień, nie przebił jednak skóry, a że w pobliżu nie było dorosłych, to nikt zbytnio nie przejął się tym zajściem, nie licząc Maxine, która pamiętała je do dziś i przez to nie podchodziła do psów z takim entuzjazmem, jak robili to niektórzy. Nie oznaczało to też, że się bała. Ot, stawiała na pewną rezerwę.
      Domknąwszy drzwi za przyjacielem i ich nowym, kudłatym towarzyszem, obeszła samochód i z powrotem zajęła miejsce należne kierowcy. Zapięła pas, zerknęła na nawigację, a potem w lusterka i włączyła się do ruchu, a w zasadzie po prostu zjechała z pobocza z powrotem na pustą drogę.
      — Do centrum pokazuje nam jeszcze pięćdziesiąt minut. To nie tak źle. Pokierujesz mnie potem na lecznicę, dobrze? — poprosiła, bo mimo że potrafiła jako tako poruszać się po Nowym Jorku, to orientację w terenie miała kiepską i cóż, wcale nie wstydziła się tego, że potrafiła pogubić się, wjeżdżając na swoje osiedle z innej strony, niż wjeżdżała zazwyczaj. Była dobrym, a na pewno przyzwoitym kierowcą, z tym że często nie pamiętała, gdzie powinna skręcić, żeby dotrzeć do celu lub jechała na około.
      — Roboczo nazwiemy go Kudłaty — odezwała się po chwili milczenia. — Co ty na to? — rzuciła, zerkając na swoich pasażerów w odbiciu wstecznego lusterka. Co prawda Kudłaty było imieniem męskim, a ona nie zdążyła zorientować się w płci zwierzęcia, ale jako imię robocze, powinno się nadać, prawda?

      MAXINE RILEY

      Usuń
  17. [Bardzo dziękuję za miłe słowa! Theodore wydaje się nadzwyczaj przyjemnym gościem - nie wiem skąd takich brać, ale na pewno nie ma ich wystarczająco. Poza tym ma najważniejszy zawód świata, więc już w ogóle, kłaniamy się nisko.]

    Seth Weston

    OdpowiedzUsuń
  18. — Znajdziemy niedźwiedzia, ot co — wymruczała cicho Maxine, ledwo poruszając przy tym ustami, tak jakby mimo wszystko nie chciała, aby te słowa doleciały do uszu Theodore w obawie przed tym, że okażą się samospełniającą się przepowiednią.
    Droga pozostawała przyjemnie pusta, więc pozwoliła sobie spojrzeć we wsteczne lusterko na dłużej, niż wymagało tego skontrolowanie najbliższego otoczenia. Musiała wyprostować się i lekko wyciągnąć szyję, żeby lepiej dostrzec w odbiciu przyjaciela oraz ich znajdę, a kiedy spostrzegła, jak pies ułożył głowę na udzie mężczyzny, uśmiechnęła się do siebie, pokręciła głową i wróciła do obserwacji drogi przed nimi. Lepiej, żeby ten system dystrybucji nie działał, bo w istocie byli gotowi znaleźć niedźwiedzia. Theodore działał jak magnes na zwierzęta. Maxine nie przypominała sobie, aby sama tak często znajdowała różne… znajdy. Owszem, zdarzyło jej się to raz czy dwa w przeciągu ostatnich kilku lat. Właśnie, w przeciągu ostatnich kilku lat, podczas gdy nie było miesiąca, w którym ona i Theodore nie natknęliby się na jakiegoś zwierzaka potrzebującego akurat ich pomocy.
    Nie przeszkadzało jej to. Z tym że patrząc na tę częstotliwość oraz na rozmiar leżącego na tylnej kanapie psa, znalezienie niedźwiedzia stawało się niebezpiecznie prawdopodobne.
    — Mam nadzieję, że gdzieś tam, nie płacze za nim jakieś dziecko — skomentowała z westchnieniem, kiedy Teddy mówił o sprawdzeniu chipa. Jej wyjątkowo płodny w różne historie umysł, w końcu nie bez powodu kończyła właśnie scenopisarstwo, już dorobił swój własny scenariusz do tego ułamka historii, który widzieli. Oczyma wyobraźni Maxine widziała ubraną bogato choinkę, a pod nią jeden duży prezent. Widziała kilkuletnie dziecko, ściągające wieczko z tego prezentu, a następnie piszczące z zachwytu nad małą, białą kulką. Z tym że ta mała, biała kulka stosunkowo szybko przestała być małą kulką, a co gorsza, nic nie wskazywało na to, że ta mała kulka będzie kryła w sobie potencjał na dużego, wręcz ogromnego psa. Przecież ten pies, jak obiecywał handlarz, miał wyrosnąć na średniej wielkości kundelka, a nie na przepotężne bydlę z długą, kołtuniącą się sierścią.
    Być może początkowo dorośli nawet się starali. Czesali Kudłatego, kąpali, kupowali tony karmy i wychodzili z nim na spacery, robiąc wszystko to, czego od kilkuletniego dziecka nie można było wymagać, na pewno nie w takim stopniu, który w pełni wystarczyłby do zaopiekowania się tak dużym psem. Tymczasem mieszkanie, wcale nie tak duże, obrastało w sierść, a tak potrzebne, zgromadzone na koncie bankowym oszczędności, po kolejnych zakupach i kolejnej wizycie u weterynarza, topniały.
    — Nie wydaje ci się, że ktoś po prostu nie podołał? — zagadnęła Maxine, kierowana procesem trochę myślowym, a trochę twórczym, który przed chwilą miał miejsce w jej głowie, a którego oszczędziła przyjacielowi. — Nie chcę usprawiedliwiać tego człowieka czy tych ludzi. Można było przecież rozwiązać to o wiele lepiej, nie porzucając zwierzęcia na pastwę losu, ale… No nie wiem — westchnęła ciężko. — Chyba nadal za mocno wierzę w ludzi i mam nadzieję, że ci konkretni nie są tak bardzo bezduszni, jak mogłoby się wydawać po tym, co widzieliśmy — wyjaśniła i zacisnęła usta, a przy okazji także mocniej palce na kierownicy, choć kiedy Theodore roześmiał się, przypomniawszy sobie ich przygodę z pekińczykiem, zdołała zawtórować mu śmiechem.
    — Pytanie jeszcze, ile będzie kosztowało takie czyszczenia, bo może być dalece poza naszym budżetem, a wtedy będziemy musieli uporać się z tym sami. I to jeszcze dzisiaj, bo ojciec wspominał mi, że na jutro potrzebuje samochód. Akurat na jutro! — uniosła się i aż lekko uderzyła otwartą dłonią o kierownicę. — Złośliwość losu — skomentowała i znowu zacisnęła usta, na tyle, że te aż wyraźnie pobielały. Nie trwało to jednak długo, bo uśmiechnęła się, kiedy wymyślone przez nią od niechcenia imię dla psa zostało zaakceptowane.
    — A zatem Kudłaty — potwierdziła i zaśmiała się, kiedy nie zobaczyła, ale usłyszała, jak psi ogon radośnie, bo z dużą częstotliwością uderza o tapicerkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Nic się nie martw, dowiozę nas w jednym kawałku. I wiesz, to chyba taka równowaga dla tego spokojnego dnia. Było nam zbyt sielsko, to teraz na koniec świat zaserwował nam trochę adrenaliny — podsumowała i wzruszyła ramionami. — Na szczęście nie jest to nic, z czym sobie nie poradzimy, prawda? — zauważyła radośnie i obróciwszy się przez ramię, posłała młodemu mężczyźnie promienny uśmiech. Po tym wyprostowała się i docisnęła gaz, dostosowując prędkość do znaku, który minęli, bo skoro mogła przyspieszyć, to czemu nie? Im szybciej dotrą do lecznicy, tym mniej sierści wgryzie się w tylną kanapę i w ubrania Teddy’ego.

      MAXINE RILEY

      Usuń
  19. Reilynn odwróciła się odruchowo, słysząc swoje nazwisko, a jej pierwsza myśl była prosta i okropna. Kot. Coś z kotem. Jej serce zabiło mocniej i boleśnie, napełniając się niepokojem, zanim Theodore zdążył się zatrzymać, zanim zdążyła zobaczyć jego twarz i zrozumieć, że nie wyglądał jak człowiek, który przynosił złą wiadomość. Przez tę jedną sekundę zdążyła już sobie wyobrazić kroplówkę, nagłe pogorszenie stanu kota…
    — Coś z nim? — zapytała natychmiast, prostując się odrobinę. — Z kotem?
    Dopiero wtedy naprawdę wbiła w niego swoje zielone oczy. Weterynarz się uśmiechał, nie szeroko czy niepokojąco, raczej tak, jakby właśnie rozwiązał zagadkę, którą wszechświat mu bezczelnie wręczył. Trzymał kubek z kawą, a jego spojrzenie było spokojne, uważne i trochę jakby zbyt znajome.
    — Kawa była dobrym pomysłem? — powtórzyła wolno, bo jej mózg próbował złapać pierwszy element zdania. — To dobrze…
    Wróżko. Słowo dotarło do niej z opóźnieniem. Nie powinno tu paść, nie tym głosem i nie przed lecznicą. Nie z ust mężczyzny, który jeszcze przed chwilą był po prostu weterynarzem, który miał dobre podejście do kocich demonów. Nikt nie powinien znać tego słowa, nikt poza nim.
    Reilynn znieruchomiała. Przez kilka sekund patrzyła na Theodore’a tak, jakby jego twarz nagle zmieniła rysy albo jakby mężczyzna zrzucił skórę i okazał się kosmitą w przebraniu.
    — Nie — powiedziała cicho. To nie było zaprzeczenie, a pierwsza, bezradna reakcja organizmu, że rzeczywistość znów wywinęła jej numer, jakby walka z rakiem i amputacja kończyny były zaledwie prologiem do bardziej powalonych rzeczy w jej życiu — Nie, nie, nie. To jest…
    Rozejrzała się krótko, jakby gdzieś obok powinien stać ktoś odpowiedzialny za nadzór narracyjny nad tą sceną. Nikogo jednak nie było ani niczego nie kamerowano. Wszechświat podrzucił jej czarnego kota, weterynarza i człowieka z forum w jednej osobie, po czym najwyraźniej uznał, że da jej wolną rękę.
    — Ty — zaczęła, po czym natychmiast się zacięła. — To znaczy…
    Nerwowy śmiech wyrwał jej się cicho, ale zgasł prawie od razu, bo teraz patrzyła na niego i naprawdę widziała oba obrazy naraz. Theodore’a z lecznicy i jego, człowieka z ekranu, tego, który znał jej bezsenne noce, jej głupie metafory, jej poglądy o serniku, czarne poczucie humoru i głęboko skrywany lęk, z którym się czasem mierzyła, gdy musiała wyjść z domu
    — To ty — powiedziała ciszej. W jej głosie było słychać niedowierzanie i lekkie zawstydzenie. Gdyby wiedziała, że ma spotkać faceta, który znał miękką wersję Reilynn, zapewne jakoś by się przygotowała, a tak wyglądała jak uosobienie chaosu, zupełnie niewyjściowo.
    — Chciałabym zaznaczyć — odezwała się po chwili, próbując odzyskać grunt — że jeśli to jest jakiś eksperyment narracyjny wszechświata, to został bardzo źle zaplanowany… nie powinniśmy się spotkać.
    Chciała dopasować mężczyznę do słów, które znała, i wiadomości wysyłanych późno w nocy. Zacisnęła usta w wąską linię.
    — Nie wiem, co się teraz robi — przyznała zupełnie szczerze. — Istnieje jakiś protokół? „Dzień dobry, znam twoje poglądy na temat sernika, trochę twojego lęku przed światem i prawdopodobnie za dużo wiem o twoich nocnych myślach, ale nigdy nie widziałam twojej twarzy, więc może zacznijmy od kawy”?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kącik jej ust drgnął, choć czuła się zawstydzona, odsłonięta i dziwnie rozbawiona, jakby ktoś właśnie otworzył szufladę, w której trzymała same intymne rzeczy, i wysypał jej zawartość.
      — Kawa może być — powiedziała w końcu i przez moment po prostu wpatrywała się w mężczyznę przed sobą. — Dobrze cię zobaczyć — dodała nagle, a potem odchrząknęła szybko i spojrzała w bok, jakby jakiś fragment chodnika nagle wymagał naukowej analizy. — To znaczy… dziwnie. Dobrze dziwnie. Niepokojąco dobrze, ale… tak…
      Przez chwilę czuła się teraz tak, jakby ktoś zapalił światło w pokoju, w którym od dawna siedziała po ciemku i udawała, że wcale nie urządziła go po swojemu. Każda rzecz była nagle widoczna; każde zdanie, które mu kiedyś napisała, czy każdy żart wysłany po północy. Co, jeśli teraz, widząc ją taką, bez autorskiej korekty w zdaniach, zauważył te wszystkie brakujące elementy? Może, gdy ją zobaczył, zrozumiał, że tak naprawdę jest jedynie zbiorem porażek, lęków i kilku marzeń, które i tak pewnie się nie spełnią?

      Rei Bothwell 😳

      Usuń