Lawrence Pendleton
Nowy Jork nigdy nie zasypia, ale dla Lawrence’a Pendletona czas zatrzymał się w jedną z deszczowych, listopadowych nocy. Trzydzieści lat na karku, dyplom z prawa zdobyty na Harvardzie, pozycja na rynku luksusowych nieruchomości, o której inni mogą tylko marzyć, i konto w banku pozwalające kupić niemal wszystko - oprócz władzy we własnych nogach. Sam wybór jego imienia był u Pendletonów zapowiedzią życiowego scenariusza. Jako pierworodny syn pary najbardziej wpływowych i bezwzględnych prawników w Nowym Jorku, przed którymi drżały sale sądowe od Manhattanu po Waszyngton, od kołyski był skazany na sukces. Dali mu na imię Lawrence - od lauru zwycięstwa, aby od najmłodszych lat zakorzenić w nim kult wygrywania. Lawrence przez lata idealnie spełniał ich ambicje, choć zamiast klasycznej adwokatury postanowił pójść w ślady legendarnego dziadka i zajął się obrotem najdroższymi gruntami w mieście. Jeszcze kilka miesięcy temu jego codziennością były wielomilionowe kontrakty, garnitury szyte na miarę przy Fifth Avenue i szklanka drogiej whisky w zamkniętych klubach dla elity. Żył szybko, bezwzględnie i na własnych warunkach, z prędkością, która zdawała się zaginać rzeczywistość.
Wszystko pękło w ułamku sekundy, gdy jego sportowy samochód uderzył w barierki niedaleko Central Parku. Oficjalnie auto po prostu straciło przyczepność na mokrym asfalcie. Prawda o tamtej nocy jest jednak znacznie mroczniejsza. To nie był przypadek, lecz celowa, rozpaczliwa próba samobójcza. Sekret o tym, że Lawrence sam wcisnął gaz do dechy, byle tylko uciec od przytłaczającej go rzeczywistości, skrywają mury szpitalnych sal oraz ratownicy, którzy tamtej nocy wyciągnęli go z płonącego wraku i uratowali mu życie.
Uraz rdzenia kręgowego i wózek inwalidzki stały się jego nowym, znienawizionym domem. Uciekając przed błyskami fleszy i sępami z branży, Lawrence spakował resztki swojej dumy i opuścił Manhattan. W rodzinnej rezydencji zamieszkał z bliskimi, ale zamiast szukać w nich oparcia, całkowicie odciął się od otoczenia. Codzienna obecność rodziców, ludzi nawykłych do wygrywania każdej sprawy i nietolerujących słabości, tylko potęgowała jego wewnętrzne piekło. Zaszył się w czterech ścianach swojego pokoju i absolutnie nigdzie nie wychodzi. Stał się nieznośny, zrzędliwy i zgorzkniały, a każdą próbę rozmowy czy pomocy kwituje ostrym, jadowitym sarkazmem. Nie chce nic robić. Odmawia ćwiczeń, ignoruje telefony z biura, a całe dnie spędza na bezcelowym wpatrywaniu się w okno. Zamiast walczyć o powrót do zdrowia, bezlitośnie topi smutki w alkoholu. Każdy wieczór spędza ze szklanką drogich trunków, które mają zagłuszyć bezsilność, a z każdym kolejnym łykiem jego gniew na cały świat tylko rośnie. Lawrence po prostu okopał się w swoim żalu, rzucając wyzwanie każdemu, kto odważy się zakłócić jego samotność w rodowym domu.
[Hej! Mam nadzieję, że Lawrence jednak otworzy się na innych i nie będzie takim zamkniętym mrukiem. Bawcie się dobrze. Dużo weny i słoneczka! ;-)]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[Dzień dobry, cześć i czołem 🙂 Dużo, a nawet bardzo dużo zrzuciłaś na barki Lawrence'a, mam jednak nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto pomoże mu dźwigać ten ciężar. Jeśli rodzice nie bez powodu nadali mu to imię, to może jeszcze odniesie sukces, o jakim nawet mu się nie śniło?
OdpowiedzUsuńŻyczę udanej zabawy i niedających spać po nocach wąteczków 🙂]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Cześć!
OdpowiedzUsuńJaki on smutny, ale i wkurzający! Bo jak ma się zmienić cokolwiek w jego życiu, jeśli nie wyjdzie ze swoich czterech ścian? Lub nie wyjedzie?
Generalnie życzę dobrych wątków i zabawy... ale na razie nie mam pomysłu na wiązanie z moją hiperaktywną Tonyą... Jeśli coś Ci przyjdzie do głowy, to zapraszam!]
[Okej, jak zaczęłam czytać, myślałam, że jego historia będzie zupełnie inna… ale totalnie się zaskoczyłam! Mam nadzieję, że Lawrence przestanie topić smutki w alkoholu i doświadczy jeszcze wiele, wiele dobrego, ostatecznie podobno trudniej jest żyć, niż umrzeć.
OdpowiedzUsuńOd siebie życzę mnóstwa weny i samych wciągających wątków, i oczywiście zapraszam do którejś z moich dziewczyn, może uda nam się wymyślić coś wciągającego. Baw się dobrze! :D]
Vasilisa Dragunova & Lavender Wong
Tamsin wyszła dzisiaj z domu z postanowieniem, że będzie miała dobry dzień. Miewała ich dużo, z zasady malkontenctwo zostawiając na samotne wieczory z lampką wina, które spędzała oglądając stare kreskówki, albo czytając książki, których zdania musiała wiele razy obracać w głowie, by zrozumieć ich sens. Te intelektualne wycieczki zazwyczaj wprowadzały ją w stan głębokiego zamyślenia, w którym umiała tkwić niekiedy do wschodu słońca. Ze względu na chałturę, którą miała dzisiaj do zagrania, zamiast Hesse’go wybrała wieczorem sen. Nie bajki, nie książki, a zdrowy sen, który miał być lekarstwem na całe zło tego świata.
OdpowiedzUsuńMateriał, który miała przyszykowany składał się głównie z solowych utworów na wiolonczelę. Nie miała do dyspozycji pianisty, nikt z jej kwartetu nie był tego dnia dostępny, więc zdecydowała się na główne głosy ze ścieżek dźwiękowych z filmów, które raczej większość osób znała. Nic skocznego, raczej spokojne, melodyjne, jednak grane na wiolonczeli… Nie dało się zapomnieć, że z jakiegoś powodu jej instrument był nazywany królową smutku.
Tamsin nie musiała specjalnie patrzeć w nuty, ustawione na pulpicie bardziej jako rekwizyt, niż prawdziwa pomoc. Z nóżką wbitą w gumowy krążek, na krześle, na którym siedziała ledwo końcówką pośladków, w myśl zasad co nie dograsz, to dowyglądasz, ułatwiała sobie zmiany smyczka delikatnymi odchyleniami, dłuższe nuty dopieszczając subtelnym vibrato. Ubrana w elegancką, czarną sukienkę bez dekoltu, na grubych ramiączkach, z włosami związanymi w prostego koka, nie odstawała wcale od gości obecnych na bankiecie. Gdyby tylko chciała, mogłaby rozpłynąć się wśród tłumu niezauważona i miała to przez krótką chwilę w planach, gdy zdecydowała się na przerwę, wcześniej jednak postanowiła przesmarować włosie smyczka kalafonią, która zdążyła się wytrzeć w trakcie setu. Skupiona na czynność, najpierw usłyszała kleisty dźwięk gumy sunącej po marmurze, później dostrzegła kątem oka mężczyznę, by na koniec usłyszeć jego słowa. Wyprostowała się mocno, patrząc na niego początkowo ze zdziwieniem, które bardzo szybko przerodziło się w rozbawienie.
— Ty tak poważnie, czy to jakaś ukryta kamera, hm? — uśmiechnęła się, ale widząc irytację na twarzy mężczyzny, która jasno sugerowała, że nie był to żart aż się wzdrygnęła. Odłożyła smyczek i powoli podeszła do krawędzi podestu, patrząc na niego wyzywająco z góry.
Tamsin nie była strachliwa. Nie była też zdesperowana i szybciej była gotowa zrezygnować z wynagrodzenia, niż dać się traktować w ten sposób.
— Twoi rodzice zaakceptowali każdy z utworów, który im zaproponowałam na ten wieczór — odpowiedziała z chłodną łagodnością, którą potrafiła wyprowadzić niemal każdego z równowagi. Wiedziała, że nikt nie traktuje poważnie kobiet, które za dużo krzyczą — Powietrze psują raczej ryby z cateringu, a pogrzeby nie są tanie… Gdybyś wyjechał poza tą dziuplę, Profesorze X, to może byś o tym wiedział. Lawrence, prawda? Nazywam się Tamsin Passalis, jakbyś chciał na mnie naskarżyć — powiedziała i bez absolutnie jakiegokolwiek skrępowania wyciągnęła w jego kierunku dłoń, wcześniej kucając mimo wysokich szpilek i długiej sukni.
Tamsin Passalis 🎼
[Cześć, jak miło widzieć znajomych autorów ❤️ Taki ciężki klimat to totalnie Twój styl, a ja naprawdę mam nadzieję, że u tego Pana nie będzie powtórek i po prostu... Jakoś jego życie nabierze pięknych barw. Zrzuciłaś na niego bardzo dużo, trochę tak bez litości, ale życzę aby znalazł się ktoś, kto go pociągnie za uszy do góry i nie pozwoli smutków topić w żadnych paskudztwach. Cały świat może należeć do niego, niech go bierze! 😎
OdpowiedzUsuńUdanej zabawy! ]
Lily/Emma