Edynburg, 2015 r.
Reilynn Bothwell miała piętnaście lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiała, że cisza potrafiła być naprawdę głośna, głośniejsza niż krzyk. Leżała w szpitalnym łóżku pod zbyt białą kołdrą, w pokoju pachnącym plastikiem, środkami dezynfekującymi i czymś jeszcze, czego nie umiała nazwać. I chyba nawet nie chciała. I leżąc w ten sposób, wpatrując się w sufit, jej oczy wydawały się w ogóle nie poruszać. Rei nie mrugała, po prostu oddychała miarowo przez nos, czując się wewnętrznie pusta. To było dziwne uczucie, jakby jednocześnie była martwa, ale dość żywa, by mieć bolesną świadomość tego stanu.
Od operacji minęło kilka dni, ale czas w szpitalu wydawał się płynąć zupełnie inaczej. Odliczała każdą godzinę od momentu, w którym się obudziła, i nie potrafiła od razu zrozumieć, dlaczego jej ciało wydawało się takie lekkie, a jednocześnie tak potwornie ciężkie. Wiedziała, co się stanie, gdy zaśnie, mając nad twarzą wielką lampę i kilku lekarzy, a mimo to wydawało jej się to zupełnie inne od tego, co sobie wyobrażała, choć może zbyt mało o tym myślała, skoro teraz tak trudno jej było przełknąć rzeczywistość, w której się znalazła.
Za oknem Edynburg był szary i mokry. Ciągle padało. Rei, mając łóżko blisko okna, widziała przez szybę kawałek murów, kominów i mokrych gałęzi poruszanych wiatrem. To uświadomiło jej, że zmiana w jej świecie nie jest zmianą globalną i tak naprawdę nikogo nie obchodziło to, co się tutaj działo, bo każdy miał swoje życie, problemy i walczył o coś innego. I przez chwilę poczuła, że to niesprawiedliwe. Świat powinien się zatrzymać albo przynajmniej dać jej coś, co mogłoby świadczyć o tym, że coś działo się z jakiegoś powodu, zainicjowane przez jakąś wyższą i inteligentniejszą siłę. Nie chciała być kolejnym dzieciakiem po amputacji, o którym szybko się zapominało albo któremu się współczuło, bo nie mogło już biegać. Rei nienawidziła biegania, nienawidziła się pocić, ale teraz? Teraz oddałaby wszystko, aby móc rzucić się biegiem przed siebie, byle jak najdalej od tego, co czuła. A potem skoczyłaby z klifu, przypomniała sobie o tym, że amputowano jej nogę i utonęłaby – tak po prostu.
Drzwi otworzyły się cicho, ale Rei nie odwróciła głowy w tamtą stronę od razu. Wiedziała, że to ojciec, zanim zobaczyła jego twarz. Tylko Malcolm Bothwell chodził tak cicho.
— Cześć, robaczku — odezwał się miękko, podchodząc do łóżka.
Rei nie poruszyła się ani trochę. Wpatrywała się w ten cholernie biały sufit, nie chcąc, aby tata tutaj był i udawał, że wszystko jest w porządku, bo nie było. Gdy dowiedziała się o diagnozie, uznała, że to nic takiego, zdarza się, jakoś przejdzie przez leczenie, a reszta się ułoży, tylko że jedyne, co się ułożyło, to dokładny plan, aby nie pozwolić jej umrzeć.
— Przyniosłem kakao — dodał. Przez chwilę stał obok łóżka, trzymając papierowy kubek z kakao, z którego unosiła się słodka para.
— To próba przekupstwa? — spytała.
— Oczywiście.
— Słaba — mruknęła.
— Dodałem kilka pianek — rzucił, a Rei dopiero wtedy spojrzała w stronę ojca. Malcolm Bothwell był tuż obok. Wyglądał okropnie. Widziała, że schudł, że od kilku dni golił się niedokładnie i że kiedy myślał, że ona spała, siadał przy jej łóżku i patrzył w jej stronę z takim bólem, jakby chciał oddać coś z siebie, byle tylko odzyskać dla niej to, co jej zabrano. Nienawidziła tego, nie taty, a tego, że musiał to wszystko oglądać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz