Len Lenny Weston
(28 lat; zawodowo casting associate & scout; po godzinach współwłaściciel EAR ME OUT)
(28 lat; zawodowo casting associate & scout; po godzinach współwłaściciel EAR ME OUT)
Gdy świat stoi na pasach i czeka, aż zamryga zieleń, Len przechodzi na czerwonym. Nie obraża się na zasady – właściwie w ogóle nie bierze ich do siebie. Dobrze, że istnieją, ale po co od razu ich przestrzegać? Bez przesady. Przecież się spieszy.
Więc kroczy. Najpierw idą uszy, potem nos – i dopiero na końcu cała reszta. W poprzednim życiu pewnie był gryzoniem, rodzajem myszowatego, może szczurkiem przeciskającym się przez szczeliny, może myszoskoczkiem, który czeka, aż ktoś go pogłaszcze po grzbiecie.
W tym życiu akurat jest człowiekiem. W tym życiu przeżył już wiele żyć. Początek był niewinny. Działo się to, gdy Lenny miał siedemnaście lat i został wolontariuszem w hospicjum. Jedna z pacjentek wzięła go za wnuka – pierwszego dnia nie zaprzeczył, przez następne siedem też nie.
Od tamtej pory odgrywał już role czyjegoś dzieciaka, przyjaciela z dzieciństwa, księdza nawet. I bliskiego, z którym ktoś nie zdążył się pożegnać. Taki aktor osobisty, na drugą nóżkę i na drugi etat, zawsze do wynajęcia – razem z bratem stworzyli nieoficjalną agencję aktorską Ear Me Out i oferują ludziom właśnie to. Jeśli zapłacisz, przyjdzie jako twój chamski znajomy i powie sąsiadowi, że wszyscy mają dość jego dowcipów. Przetańczy noc na weselu. Usiądzie naprzeciwko ciebie w swetrze zmarłego syna i pozwoli wyznać wszystko, co powinno było paść wcześniej.

Radykalnie dobry, skrajnie nieetyczny. Len odbierze telefon o czwartej rano, pojedzie przez pół miasta i usiądzie obok kogoś na podłodze, dopóki ten nie przestanie płakać. Może przy okazji odwołać kolację z dziewczyną albo zapomnieć o urodzinach brata, nie ma problemu. To znaczy – oni zwykle mają.
Z obcymi idzie mu łatwiej. Obcy potrzebują od niego konkretnej rzeczy. Obecności na pogrzebie. Przykręcenia szafeczki. Ramienia, na którym można się wypłakać. Bliscy chcą Lena, a to zamówienie, które często pozostaje poza pakietem.
Na przeprosiny może się uśmiechnąć, choć wygląda wtedy, jakby wypchał sobie policzki jabłuszkami. Siostra powiedziała kiedyś, że uśmiech Lenny’ego czyni cuda – leczy trądzik, nawadnia pola. Cuda należy sobie dawkować, tak mówią zasady. A Len na zasady się nie obraża, właściwie to w ogóle nie bierze ich do siebie.
[Dzień dobry, część i czołem, witam serdecznie Twoją kolejną postać :) Do Leifa po jego powrocie nie przyszłam, bo przechodziłam wtedy małe wyeksploatowanie blogowo-wątkowe, ale już co nieco sobie odpoczęłam, więc przychodzę do Lenny'ego, żeby nadrobić.
OdpowiedzUsuńCudna postać 💙 I cudnie napisana karta, bo wybrzmiewa w niej to, co w moim odczuciu wybrzmieć powinno - ile ciężkiej głębi kryje się pod tą lekką powierzchownością.
Kusi mnie wątek, bo podoba mi się, jak piszesz i podoba mi się Lenny, więc jeśli masz ochotę na burzę mózgów, to zapraszam, najlepiej pewnie do Maxine, bo z nią będzie najbardziej po drodze. A burza mózgów, bo o ile już sobie odpoczęłam, o tyle wenę muszę dopiero na nowo rozkulać i proszę o pomoc w tym względzie ☺️
Wedle naszych wyliczeń z liskiem, Maxine i Andrea powinny być już po obronie dyplomu, więc może możemy pójść w jakieś filmowe klimaty? Może Len pomógłby się Max gdzieś zaczepić, jeśli ma jakieś ciekawe znajomości? Tylko najpierw musieliby się gdzieś poznać, ale o to pewnie nie będzie trudno. Może Len wcielałby się w rolę czyjegoś partnera na weselu kogoś z dalszej rodziny Max? Tak stereotypowo, jakiejś starszej siostry panny młodej, której matka suszy głowę o to, że ta jeszcze się nie ustatkowała, podczas gdy jej młodsza siostra jest taka idealna i wychodzi za wspaniałego człowieka?
Daj znać, co Ty na to, a przede wszystkim, czy masz czas i ochotę na pisanko ☺️]
bardziej MAXINE RILEY niż IAN HUNT
[Nazwa agencji jest złotem i jestem przekonana, że pocztą pantoflową, szeptana z uszka na uszko, cieszy się dużym powodzeniem 😁Tak jak i Leif, tak Len wydaje się być całkiem sympatycznym jegomościem. Gdybyś miała ochotę na zmontowaniem czegoś z którymś z mojej dwójki do śmiało dawaj znać - wiesz, gdzie mnie znaleźć . Może ktoś potrzebowałby wynająć parkę do udawania, że ma znajomych i Tamsin by mu się przydała...?🤔
OdpowiedzUsuńBaw się przewspaniale i samych ciekawych wątków z Lenem! 😁 ]
Tamsin Passalis i Ivan Voronin
[Piękne zdjęcie dostał Lenny i wygląda na nim jednocześnie jakby cię mógł przewieźć na drugą stronę jeziora, jak i zdzielić wiosłem przez głowę, bo go strasznie nudzisz. Jestem ogromną fanką całej karty, ale chciałabym mieć kubek z napisem "uśmiech nawadniający pola" oraz "uszy, co idą pierwsze", bo to piękne i prawdziwe słowa.
OdpowiedzUsuńMoże i Len jest nieetyczny, ale za to ma fajne uszy, więc mówi się trudno i tyle.
Wspaniała kreacja, czapki z głów.]
Magnus
[Kolejna oryginalna, nietuzinkowa postać! Hallo, jak Ty to robisz? :D Lenny wydaje się mieć kilka różnych twarzy i co najmniej parę osobowości... który Len jest prawdziwy??? No ale, KP czytało się lekko i szybko, ale kompletnie nie jestem zdziwiona!
OdpowiedzUsuńA gdyby coś, to wiesz, gdzie nas szukać, jakbyś chciała pomęczyć Lenny'ego :D]
Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova
[Przeczytałam przed chwilą kartę jednego brata, a drugi wydaje się być równie barwny i ciekawy, co on! 😃 Bardzo mi się podoba ta lekkość treści, wyczerpująca, ale z nutą żartu, wciąga się to szybciutko i aż prosi o więcej 😊 Zgodzę się z przedmówcami, mega ciekawa i nietuzinkowa postać, która od razu chce się poznać bliżej 😋 Weny i masy wciągających wątków!]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
[Taka postaćkowa równowaga jest fajna, ja sama uważam, że na ten moment te postacie, które mam, zaspokajają wszystkie moje ciągoty. Póki jakieś nowe ciągoty się nie pojawią... ^^
OdpowiedzUsuńA to prawda, wątek z Leifem ma pełne prawo być preludium do tego, co nastąpi teraz, więc cieszę się, że zdążyłam się rozgrzać ^^
Czekam grzecznie na maila! I cieszę się, że udało mi się skusić Cię na wątek z uroczą Max ^^]
MAXINE RILEY
[Jak już z cichacza pisałam - Lenny jest cudowny. Zauroczył mnie ten typek, a od zdjęcia nie mogę oderwać oczu. Masz talent do tworzenia niekonwencjonalnych postaci. Każda kolejna (nieważne, że spod to druga postać, z którą mogę się tu zapoznać) jest jeszcze ciekawsza.
OdpowiedzUsuńObiecuję, o ile masz chęci, że jeśli się uporam z żyćkiem i tymi odpisami, które mam, to porwę Lena na wątek. Coś wymyślimy! ♥ Zostańcie jak najdłużej.]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Maxine nie miała dużej rodziny, a raczej, ich podstawowa komórka rodzinna w postaci niej samej, ojca oraz matki nie utrzymywała szczególnie zażyłych stosunków z pozostałą jej częścią. Nie dlatego, że wszyscy pokłócili się ze wszystkimi, a dlatego, że po prostu jakoś tak wyszło – większość członków rodziny była rozrzucona po Stanach, więc chcąc, nie chcąc, częste, wzajemne odwiedziny nie były możliwe, lecz też należało przyznać, że nieszczególnie o nie zabiegano. Maxine nie uważała, aby było to coś złego, bo też nie czuła, aby przez to czegoś jej brakowało lub aby coś traciła. Uznawała to za zupełnie naturalny stan rzeczy, choć jednocześnie wiedziała, że było pełno rodzin, które funkcjonowały zupełnie inaczej. To jednak, jak funkcjonowały, było wyłącznie ich sprawą oraz ich wyborem, prawda?
OdpowiedzUsuńZarówno jej matka, jak i ojciec mieli po jednej sztuce rodzeństwa. Lucy posiadała starszego brata, Kevin młodszego. Podczas gdy oboje rodziców Lucy nie żyło, rodzice Kevina, oboje będący już po osiemdziesiątce, trzymali się jak na swój wiek bardzo dobrze. Maxine pamiętała dziadków po stronie mamy – babcia przegrała walkę z późno wykrytym nowotworem, kiedy Max miała osiem lat, a dziadek odszedł przed trzema laty, pokonany przez demencję. Paradoksalnie, ale to właśnie w czasie choroby dziadka częściej widywała się z kuzynostwem, z którym na co dzień w ogóle nie miała kontaktu. Jej dwie kuzynki, córki starszego brata mamy, były od niej starsze – Ann o cztery lata, Claire o siedem. Może dziś to nie było wiele, ale kiedy były dziećmi, stanowiło to między nimi przepaść nie do przeskoczenia. Maxine do dziś pamiętała, jak Ann i Claire nie chciały nigdzie jej ze sobą zabierać, kiedy były nastolatkami, bo przecież nie będą niańczyć dziecka, a ich niechęć paliła ją do żywego, co sprawiło, że cóż, sama Maxine, mimo że wtedy była dzieckiem, zapałała do kuzynek niechęcią. Nigdy nie dostały szansy, aby tę niechęć całkowicie zniwelować i teraz, jako dorosłe osoby, były sobie prawie całkowicie obce, a mimo tego, kiedy Ann rozsyłała zaproszenia na nadchodzący ślub, uwzględniła w nich zarówno państwa Riley, jak i ich córkę, Maxine.
Claire, mimo że starsza, pozostawała niezamężna, do niedawna także z nikim się nie spotykała i o ile dla Maxine było to doskonale obojętne, o tyle wiedziała od Lucy, że mama Claire, Mary, wprost nazywała starszą córkę starą panną, wytykając jej, że lata lecą i niedługo nikt jej nie zechce. Max uważała to za okrutne i nie rozumiała, jak w dzisiejszych czasach można było mieć takie podejście, ale swoje przemyślenia zostawiała dla siebie. Nie ona była od tego, aby wyperswadować ciotce, w dodatku nielubianej, ten tok myślenia i tylko ucieszyła się, kiedy przed dwoma miesiącami, na prawie że okrągłych, bo osiemdziesiątych piątych urodzinach dziadka, Claire pojawiła się z partnerem. Jej radość była jednak przedwczesna, bo niespełna dwa tygodnie później wpadła na tegoż partnera na mieście, z tym że nie był on w towarzystwie Claire, a innej kobiety. No, może nie dosłownie wpadła, bo zobaczyła ich w tej samej knajpce, w której jadła z przyjaciółmi, dostrzegając ich w zasadzie na chwilę przed opuszczeniem lokalu. A że na co dzień nie utrzymywała kontaktu z Claire, to nawet nie pomyślała o tym, żeby do niej napisać i zapytać o to, co się stało. Założyła, że ona i ten człowiek musieli się rozstać, bo było im ze sobą nie po drodze i zasmuciła się na myśl, że Mary nadal będzie męczyć Claire, nie na tyle jednak, by ten smutek przyćmił pozostały czas spędzony z przyjaciółmi.
Przypomniała sobie o tym w drodze na ślub Ann. To, że młodsza siostra miała ustatkować się prędzej, niż ta starsza miało stanowić dla Mary dodatkowy argument do pastwienia się – bo inaczej nie można było tego nazwać – nad Claire. Maxine mogła mieć tylko nadzieję, że na czas trwania uroczystości Mary odpuści i da spokój starszej córce, choćby przez wzgląd na to, że naturalnie ta uwaga powinna skupiać się na Ann.
Ślub miał odbyć się w Hudson Valley, położonym mniej więcej dwie godziny drogi od Nowego Jorku, a konkretnie w obiekcie Lambs Hill Venue. Ponieważ ceremonia była zaplanowana na piątkowe popołudnie, na godzinę szesnastą, Kevin zawczasu wystarał się o to, aby on, Lucy i Maxine mogli spędzić tam cały weekend. Zarezerwował pokój, podobnie jak większość członków rodziny, z których część państwo młodzi rozlokowali także po sąsiednich obiektach. Stąd z Nowego Jorku wyjechali przed południem, aby po dotarciu na miejsce móc w spokoju odświeżyć się oraz przyszykować do uroczystości.
UsuńMaxine nie miała osoby towarzyszącej, choć taka figurowała na jej zaproszeniu. Mogłaby zabrać Cody’ego, swojego przyjaciela, ale ten akurat był na wakacjach z rodzicami. Znalazłoby się też kilku innych kandydatów, ale Max nie miała parcia na to, aby koniecznie szukać sobie męskiego towarzystwa. Wiedziała, że będzie bawić się tak samo dobrze, z partnerem czy bez.
Stąd, kiedy o piętnastej trzydzieści była gotowa, uznała, że nie będzie czekać na rodziców i sama ruszyła ku ogrodowi, gdzie miała odbyć się oficjalna część ceremonii. Połowa rozstawionych na tę okazję drewnianych ław do siedzenia była już zajęta przez gości, a ci, którzy nie siedzieli, spacerowali po ogrodzie, podziwiając widoki, czemu nie można było się dziwić, bo Lambs Hill Venue było usytuowane na wzgórzu, z którego rozpościerał się piękny widok na dolinę Hudson.
Maxine rozejrzała się za znajomymi twarzami i dostrzegła ich więcej, niżby chciała, bowiem jej spojrzenie zatrzymało się na Claire i… jej partnerze, dokładnie tym samym, który towarzyszył jej na urodzinach dziadka, a którego później Maxine widziała z knajpce z inną kobietą. Skonsternowana, zmarszczyła ciemne brwi i zawahawszy się tylko przez ułamek sekundy, pchana dziwnym impulsem, podeszła do pary. Mimo tego, że dla niej sytuacja była co najmniej dziwna, odwzajemniła uśmiech kuzynki, który rozjaśnił jej twarz, kiedy ta ją spostrzegła.
Uścisnęły się lekko, równie lekko cmokając się w policzki.
— Claire, pięknie wyglądasz — odezwała się Maxine. — I widzę, że namówiłaś swoją drugą połówkę na krawat pod kolor sukienki — zaśmiała się krótko, przenosząc wzrok na mężczyznę, a kiedy ten się na nim zatrzymał, jej spojrzenie stało się wyraźnie chłodniejsze. — Zabij mnie, ale nie pamiętam twojego imienia, więc może… — zaśmiała się nerwowo, bo nawet jeśli ten tutaj delikwent zdradzał jej kuzynkę lub robił cokolwiek innego, ale robił to za jej plecami, czuła się głupio z tym, że jego imię kompletnie wyleciało jej z głowy. — Więc może uznajmy, że ty masz pełne prawo nie pamiętać mojego — wybrnęła i wyciągnęła ku niemu dłoń. — Maxine.
MAXINE RILEY
[Dzień dobry! Dziękuję za powitanie i przyszłam pochwalić obu panów, bo dawno mnie nie rozbawiły tak obie karty. Klasa.
OdpowiedzUsuńCo do wiary i przekonań, to cóż, na pewno dałoby się dyskutować i to dużo. Jakoś jednak postawę Mattie w tym temacie było trzeba przedstawić, bo uważam, że to ważny element całokształtu jej charakteru.
Bardzo bym chciała ją zestawić z tak nieetyczną osobowością jak Lenny, bo mogłoby być ciekawie i rozpętać się małe tornado, a wyjść coś z tego i dobrego by mogło. Bo przecież nie można się zamykać na ludzi, którzy są inni od nas, prada?
Jeśli jakaś wizja natknięcia się na siebie właśnie w skrajnych okolicznościach w pracy czy na jakimś pogrzebie Ci się widzi, to chętnie to wykorzystamy.]
Mathilde Stevenson
[Pointa i pointy – piękne połączenie, cześć! Josie chętnie podniesie wysoko zarówno głowę, jak i nogę w grand battement, aby pokazać rodzicom, że nauczyła się nie tylko tańczyć (choć chyba do tego jeszcze długa droga, w końcu dopiero co zaczęła).
OdpowiedzUsuńZakochałam się w obu panach, Josie na pewno też by ich polubiła. Chodźmy razem pouśmiechać się szeroko i uleczyć całe zło. Jeśli wolisz wrzucić właśnie Lenny'ego, to chętnie poznamy tego prawdziwego, nie tego na weselach i pogrzebach. Choć kuszące jest to, aby wynająć go do rozliczenia się z rodzicami, ale to Josie musi zrobić sama.]
Josephine Lincoln
[Bardzo mi się pomysł z oszukanym księdzem podoba! Proponuję, żeby to w ogóle był pacjent Mattie z OIOMu, który faktycznie jest w ciężkim stanie i któremu może nawet musiała pomagać w załatwienia usług Lenny'ego. Oczywiście, że nie omieszkałaby przy tym wygłosić swojej dezaprobaty do takich pomysłów i do pacjenta i do pana aktora, bo jednak budzi to w niej wiele moralnych problemów. A, że się reszta oddziału zainteresuje wizytą księdza, to zupełnie normalna sytuacja i w sumie dodatkowo komiczna w tej sytuacji. Punkt wyjścia jest to na pewno :)]
OdpowiedzUsuńMathilde Stevenson
[Słuchaj, w tej głowie nie ma ograniczeń, kazania prawić zdecydowanie lubi, gorzej z załatwianiem takich rzeczy x)
OdpowiedzUsuńMyślę, że chyba wygodniej byłoby już na oddziale. Ja w razie co mogę nam zacząć :)]
Mathilde
Czasami łapała się na tym, że miała za dobre serce. Naprawdę. Ilu osobom z jej zmiany czy w ogóle współpracownikom chciałoby się bawić się w coś takiego?
OdpowiedzUsuńNo dobra, ¾ z tych ludzi to równie łaskawe dusze i naprawdę starają się ułatwić niedolę przykucia do łóżka pacjentom na oddziale intensywnej terapii.
Ale żeby porywać się na coś takiego?
Popijając świeżo zaparzoną kawę znad papierów i stacji monitorującej stan pacjentów, wciąż nie mogła uwierzyć w co się wpakowała i do czego się przysłużyła. Lepiej, za minut kilka miała być świadkiem całej tej farsy, w którą została wplątana.
Ale po kolei.
Pan Robinson był uroczym starszym panem, jej pacjentem, który leżał już u nich czwarty miesiąc i perspektywy miał mówiąc pozytywnie - niezbyt rokujące. Ilekroć próbowano go rozintubować czy zmniejszać dawkę leków, zaraz im się zapadał. Walczyli już nie jedną noc o jego życie. I nadal był z nimi. Niestety z tracheotomią i przykuty do łóżka, pomimo usilnych wyczynów fizjoterapeutów z jego osobą. Potrafił posiedzieć kilka minut, ale to był szczyt jego możliwości.
Niemniej jego rodzina świadoma całej sytuacji gorąco namawiała go na pojednanie z Bogiem, czego ten uparcie nie miał zamiaru do tej pory uczynić. To Mattie zupełnie rozumiała, od dawna traktując nawrócenie na łożu śmierci jako objaw hipokryzji. Tak jak i wpychanie na siłę opłatka do ust umierających, byle kapelan mógł podnieść sobie statystyki. Moralnie, w obu przypadkach jej zdaniem była to okropna sytuacja.
Ponieważ jednak poza leżeniem i rozmyślaniem, jej pacjent nie miał za wiele do roboty, tak któregoś pięknego dnia przy śniadaniu, a potem toalecie, zaznajomił ją ze swoim iście przebiegłym planem. Chciał wynająć aktora, który miał odegrać przed rodziną szopkę, jak mężczyzna przyjmuje na niby sakrament i nawraca się na jedyna słuszna wiarę. Wszystko po to, by w końcu się od niego odczepili.
W pierwszej chwili myślała, że robi sobie z niej żarty, ale kiedy kolejnego dnia podjął próbę z tą samą prośbą, odmówiła tłumacząc jak ohydne, nieuczciwe i niemoralne to jest, a ona nie chce brać w tym udziału. Pan Robinson był dorosłym mężczyzną, szczęście lub nie, świadomym, a zatem powinien stać przy swoim zdaniu i rodzinie jasno dać do zrozumienia jakie ma stanowisko w tej sprawie.
Niestety nie poddał się tak łatwo.
Męczył ją bite dwa tygodnie, na każdej zmianie, prosząc by wykonała w jego imieniu telefon do agencji Ear Me Out. I w końcu się zgodziła.
Mało rzeczy stresowało ją jeszcze w tym życiu, ale ten telefon był jedną z takich sytuacji. O dziwo, rozmowa przebiegła całkiem łatwo, a jej rozmówca w ogóle nie wydawał się zdziwiony problemem i potrzebą, które mu nakreśliła. Doprawdy, świat robił się coraz dziwniejszy.
Tak zatem czekali - ona, pan Robinson i cała jego najbliższa rodzina.
Mathilde nie odważyła się przyznać nikomu ze zmiany, o tym co miało mieć zaraz miejsce. Takich rzeczy nie można psuć zawczasu, a bawią zawsze bardziej po fakcie.
Wtem rozległ się dźwięk dzwonka na oddział i Mattie odruchowo spojrzała na zegarek, a następnie na swojego pacjenta, aby się upewnić czy to pora na ich wyczekiwanego gościa.
— Tilly, jakiś ksiądz do pana Robinsona. — usłyszała pytanie od koleżanki na zmianie i kiwnęła potakująco głową.
— Wpuść go. Już po niego idę. — odpowiedziała podnosząc się z fotela i wychodząc naprzeciw wejścia na oddział.
Jasne, że była ciekawa jak wygląda człowiek, który para się tak niemoralnym zajęciem!
O dziwo był zupełnie normalny.
— Hej, jestem Mattie, to ze mną rozmawiałeś. — wyciągnęła dłoń na powitanie i zagarnęła mężczyznę ramieniem wprowadzając od razu do wielkiego pomieszczenia z 12 łóżkami. Każde było ponumerowane i zajęte. W większości byli to pacjenci nieprzytomni.
— Łóżko nr 3. Cała rodzina już tam jest. — dodała ciszej wskazując mu odpowiednie miejsce, gdzie powinien się udać, sama zaś wróciła na swój fotel, by dokończyć kawę i wnikliwie obserwować cały ten ambaras.
Siostra Miłosierdzia Mathilde
Nie miała pojęcia, czemu się zgodziła. Może to naturalna ciekawość przeżywania nowych rzeczy, które właściwie wcale tak nowe nie były? W końcu wiele razy udawała, grała, nawet na scenie nie zawsze w pełni oddawała się temu, co wychodziło spod jej palców, bo ile emocji można doszukiwać się w zapętleniu basowej sekcji? A jednak minę zawsze miała taką, jakby od każdej nuty zależał sukces całego utworu, a ona odnajdywała głębie w tej jednej nucie C, która jeszcze była pustą struną, więc już zupełnie nieciekawą. Przez kilkanaście miesięcy udawała też, że wcale nie jest ofiarą przemocy domowej i chociaż przy tym bawiła się znacznie gorzej, to była w tym całkiem niezła, ba! Nikt niczego by pewnie nie zauważył, gdyby raz nie poobijała się tak bardzo, spadając ze schodów, że jej litościwy mąż postanowił zabrać ją do szpitala. Tam niepokojące ślady zauważyła jedna z pielęgniarek, więc można było powiedzieć, że Tamsin wpadła.
OdpowiedzUsuńDzisiaj nie miała zamiaru wpaść. W umówionym miejscu była przed czasem. Włosy zafarbowała szamponetką, przez co nabrały rudych tonów – wyglądała przez to cieplej, może nawet trochę milej w szczególności, że zamiast klasycznego zestawu top i jeansy, zdecydowała się na sukienkę w kwiatki i baleriny. Nowoczesna żona ze Stepford – obcasów brakowało, bo i tak była wystarczająco wysoka, a nie chciała nikogo onieśmielać; miała być przystępna i prosta w odbiorze. Taką Emily sobie wymyśliła.
— Śmierdzi tutaj — powiedziała do Burns na przywitanie. Nie z pretensją – w końcu to nie była jej wina, bo śmierdziało kurzem i wilgocią. — Przydałoby się trochę wywietrzyć i może dać jakieś patyczki zapachowe… — zmarszczyła nos.
— Ciebie też miło widzieć. Wiem, przyjechałam przed chwilą. Pojadę na szybko do sklepu i kupię jakieś odświeżacze…
— I kwiaty. Jakieś kolorowe, bo wchodzi się tu jak do domu pogrzebowego z lat dziewięćdziesiątych — zmarszczyła nos Tamsin. Nie wiedziała, jak wyglądały wtedy domy pogrzebowe, ale mogła się domyślać, że właśnie tak, jak parter domu. Strasznego domu.
Burnes skinęła głową i nie odezwała się nic więcej, przez chwilę chyba zapominając, kto komu płaci. Zostawiła Tamsin samą, na co Passalis podskórnie liczyła. Nie chodziło o jakieś niecne zamiary, czy odpowiednie wczucie się w rolę – wtedy powinna była przypominać Morticie Adams; to miejsce zwyczajnie ją ciekawiło.
Było ciemne, chociaż okna w salonie były duże i odsłonięte. Ściany pomalowane na deweloperską modłę, czyli na modny wszędzie jasny beż, pod którym najwyraźniej próbowano ukryć ich historię, kuchnia odnowiona tak, jak Tamsin odnowiła swoją. Stare, drewniane fronty, pamiętające początek milenium, pociągnięte farbą o kolorze butelkowej zieleni, kamienny blat, niepokojąco kojarzący się z płytami nagrobnymi.
Przesuwała właśnie po nim dłonią, rozkoszując się przyjemnym chłodem i ciszą, kiedy usłyszała powitanie. Nie podskoczyła, bo spodziewała się jego przybycia, a skrzypiące na werandzie deski były w roli fanfar obwieszczających ten fakt.
— Burns pojechała po zasłonę dymną dla starości… Ma przywieźć jakieś odświeżacze powietrza. Otworzyłam okna, ale to nic nie daje — wyjaśniła, odwzajemniając uśmiech. Poprawiła kosmyk włosów, które zakręciła na końcach i podpięła po bokach stwierdzając, że gdyby była nauczycielką, którą w domyśle miała być Emily, to właśnie tak chodziłaby uczesana do pracy.
To było ciekawe. Widzieć, jak Len dosłownie na jej oczach zmienia się w Jima. Jak bezpardonowo objął ją ramieniem, jakby robił to już wiele razy wcześniej – nie poczuła się w żaden sposób niekomfortowo, bo strefę komfortu miała bardzo szeroką i wiele było potrzeba, żeby cokolwiek ją zaburzyło.
— Jesteśmy w końcu bez pamięci zakochani, a przeprowadzamy się, bo dostałeś ofertę pracy nie odrzucenia, ale w Bostonie. Bardzo nad tym ubolewam, bo uwielbiam, jak słońce wpada przez okna do salonu i jak mogę obserwować jesienią liście spadające z drzew, siedząc z kubkiem kawy na szczycie tej… Jakże malowniczej wieżyczki — raczej strasznej i wyglądającej tak, jakby przy silniejszym podmuchu wiatru mogła przechylić się na jedną stronę jeszcze bardziej. Zmarszczyła lekko brwi, widząc wybrzuszenie na dywanie w kształcie kwadratu. Klapa? Dodatkowe zejście do piwnicy?
UsuńOdsunęła się od Lena i podeszła do tego miejsca. Ostrożnie podniosła ciężki materiał, chwytając go ledwo dwoma palcami, z niezadowoleniem czując pod nimi drobiny piasku.
— O tym też mamy mówić? Len… Jak już skończymy sprzedawać, będziemy mogli zwiedzić ten dom dokładnie? Myślisz, że Burns ma klucze? — zapytała z błyskiem w oczach, bo przed nimi w istocie znajdowała się klapa z wmontowanym zamkiem. Zakryła ją szybko, i oparła ręce na biodrach, myśląc intensywnie nad tym, czym byłoby lepiej ją zasłonić – małym stolikiem kawowym, czy ciężkim pufem, bo kanapa nie wyglądała na jedną z tych, które mogliby przenieść we dwójkę.
— Pomóż mi z tym stolikiem. Zasłonimy to, żeby nikt się o to nie potknął i najlepiej nie pytał — wskazała na mebel z kamiennym blatem. Nie była to Ikea, bo z nią Tamsin poradziłaby sobie sama, a mebel, który miał z całą pewnością więcej lat niż Len, Burns i Tamsin razem wzięci. Może i on miał w sobie tajemnice?
Tamsin "Emily" Passalis