Nathaniel Park
2 września 1996 roku, Busan,
Korea Południowa
• syn koreańskiego neurochirurga i amerykańskiej paleoantropolożki •
Nate,
Nat,
Nathie
– jak kto woli • w Nowym Jorku od 2005 roku • mała przerwa od
modelingu
na rzecz nowej
ścieżki
• ambasador marki
Calvin Klein
oraz Bvlgari • od dwóch lat wychowuje dobermana imieniem
Baram
바람 • jedynak, od zawsze marzący o rodzeństwie •
Live'y
o niczym nadal sporą częścią jego
życia
• ambiwertyk • miłośnik nocnych spacerów • od dziecka idzie własną
drogą
• hobbystycznie trenuje boks i taniec •
szczęście
w pracy, brak szczęścia w miłości • właściwie dobre, spokojne życie •
duma porażka rodziców •
powiązania
•
instagram
• karta
pierwsza
Na początku był dzieckiem idealnym. Taki egzemplarz z instrukcją obsługi: mówił, kiedy trzeba, chodził, gdzie kazali, sam wiązał buty i nie rozlewał soku na dywan. Uczył się jak szalony, w weekendy przegrywał z Chopinem na pianinie, a w poniedziałki potrafił przekląć po angielsku i francusku, choć oczywiście nigdy by tego nie zrobił, w końcu był chodzącą perfekcją. Nie pyszczył, nie kwestionował, wykonywał polecenia zanim jeszcze zostały wydane. I uśmiechał się. Zawsze.
A potem przyszła refleksja: A niby po co? Po co się uśmiechać, gdy w środku człowiek ma ochotę przewracać oczami? Po co być miłym dla cioci, której życiowym hobby jest wnikliwa analiza cudzych porażek? Po co mówić to, czego się nie myśli, tylko po to, by nikt się nie obraził?I tak się zaczęło. Pierwszy tatuaż – rodzice nie odzywali się miesiąc. Rezygnacja z medycyny na rzecz… no cóż, czegokolwiek innego – cisza przez rok. Widzą go na okładkach? Odwracają wzrok. W jego mieszkaniu byli dwa razy. Ostatni raz, kiedy uprzejmie, acz stanowczo odmówił randki z córką koleżanki mamy.
Samotność? Trochę bolała. Brak rodzinnego wsparcia, porad z kategorii “Ja w twoim wieku…”, brak życzeń świątecznych i urodzinowych. To wszystko czasem uwierało bardziej niż zbyt ciasne nowe buty. Mieszkanie było za duże, za puste, zupełnie niepasujące do kogoś, kto z natury nosił w sobie słońce.
Więc sprawił sobie psa. I nagle życie stało się bardziej kolorowe. Zyskał czteronogiego współlokatora, który nigdy nie oceniał i zawsze cieszył się na jego widok. Poza tym były jeszcze live’y i rozmowy z obserwującymi, którzy śmiali się z jego żartów i kibicowali mu w codziennych bitwach z rzeczywistością.
Ostatnimi czasy jednak coś się zmieniło. Ten jego wewnętrzny reflektor, który zawsze świecił trochę za mocno, jakby przygasł o pół tonu. Coraz częściej wybiera ciszę zamiast ludzi. Jakby coś go od środka przytrzymywało, odbierało lekkość, z której zawsze był zrobiony. Trochę się wycofał, trochę zniknął, trochę przestał być tym, który pierwszy zagaduje i rozjaśnia pokój samą obecnością. Może to tylko kryzys, a może coś głębszego, coś czego jeszcze nie umiał tego nazwać. Wiedział tylko, że stoi w miejscu i że potrzebuje nowego wyzwania, impulsu, czegoś co znowu nada kierunek. Dlatego zawiesił karierę modela, bez wielkich słów, bez tłumaczeń. I wtedy pojawiła się propozycja: nowy, głośny serial na HBO. Przyjął ją, jakby łapał się czegoś, co może go jeszcze gdzieś poprowadzić.
ODAUTORSKO
Hej! Wracam po małej przerwie z lekko zmienionym Nathanielem, a może powinnam powiedzieć - zaktualizowanym xD Zapraszam do wątków - szukamy właściwie wszystkiego! Im więcej dramy i skomplikowania, tym lepiej! Nie gryziemy, mocno tulimy :D iwoyii@gmail.com
Kartę sponsoruje Jeon Jungkook. Mordką i piosenką "Too sad to dance".
Ostatnia aktualizacja: karta postaci, powiązania
|
Hello boy 💙
OdpowiedzUsuń[Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńWidząc wizerunek, od razu mi się przypomina moja faza na BTS ;__; stare, dobre czasy!
Nathaniel za to wydaje się, że szuka siebie i chyba jakoś mu to idzie, skoro udaje mu się dostawać ciekawe oferty – oby ten serial był przepustką do czegoś niezapomnianego! :D Trzymam za niego kciuki i za to, żeby ułożyło mu się wszystko to, jak to sobie zaplanuje.
Życzę wiele, wiele weny i samych wciągających wątków, a w razie chęci zapraszam do Vasilisy. Baw się dobrze!]
Vasilisa Dragunova ⛸️✨
Lily nie potrzebowała wiele, aby zrozumieć, że coś się zmieniło i nie jest to dobra zmiana. Od wieczoru gali, na której towarzyszyła Nathanielowi pierwszy raz tak oficjalnie, ich relacja zamiast się poprawiać, lub chociażby zostać tak swobodna i lekka jak do tej pory, zaczęła się sypać. Może nie dosłownie, bo przecież rozmawiali, ale wrócili do częstszych wymian wiadomości tekstowych, do telefonów późnymi wieczorami, jak na początku znajomości, gdy się poznawali, ale wszystko to wydawąło się być krokiem w tył, który nie podtrzymuje zbudowanego zaufania, a tworzy dystans. Czuła, że to głównie Nate zrobił krok w tył, że wymyka się jej, że może... może nie zrozumiała go dobrze. Może go uraziła. Może powiedziała coś przy reporterach nieodpowiedniego, albo kilka zdjęć które rozeszły się w mediach, gdy się w siebie wpatrywali, mu zaszkodziły i musi teraz podreperować przez nią wizerunek... Tamtego wieczoru patrzyła w niego jak zakochana, nie umiała opanować mimiki, nie umiała się schować za uprzejmościami, ale może to było zbyt wiele? Miała mnóstwo domysłów, a kiedy Nate zaczął się dziwnie zamykać w sobie, co zresztą nie bardzo do niego pasowało, poczuła, że ją za coś każe. Gdy jego odpowiedzi straciły na zaangażowaniu, poczuła się z tym już naprawdę źle. Martwiła się o niego, zaniepokoiło ją to i nie miała zamiaru pozwolić mu tak zniknąć i zapaść się pod ziemię. Nie miała pojęcia co się mogło stać i jak to rozumieć, on... opuszczał ją i tu nie chodziło o nic więcej, jak o tę ich przyjaźń, która zaskoczyła ich oboje, bo o niczym więcej już nawet nie myślała. Była pewna, że nie ma prawa nic więcej sobie wyobrażać, ale przynajmniej przyjaciela, który pokazuje jej uroki biwaku poza miastem, nie miała zamiaru tracić.
OdpowiedzUsuńDochodziła ósma, był środek tygodnia, gdy Lily stanęła pod drzwiami jego mieszkania. Godzinę wcześniej i jeszcze w porze obiadu wysłała do Nathaniela wiadomości, że przyjedzie z kolacją. W rękach miała papierową torbę, ucho od góry się urwało, a dół patrzył ją w ręce od gorących dań, więc obejmowała całość nieco trudząc się nad tym, by nie wywalić jedzenia na siebie, na podłogę i go nie zmarnować. Łokciem nacisnęła dzwonek i czekała.
- Otwórz... proszę, bądź w domu i otwórz - odezwała się głośno, zupełnie jakby była pewna, że stoi za drzwiami i się waha. Był na nią zły? Wahał się, czy chce ją zobaczyć? A może już wcale nie chciał jej w swoim otoczeniu? Cokolwiek się działo, chciała to usłyszeć od niego, chciała poczuć chłód i dystans, a nie uniki. Nie zasługiwała na to.
Lily czuła jak płaszcz uwiera ją, gdy torebka zsunęła jej się z ramienia i ciągnęła materiał po ręce. Jasny płaszcz był brudny na dole od wczoraj, gdy poszła wyjaśniać swoje nowe trudne sprawy do rozwikłania, takie w których potrzebowała wsparcia i pocieszenia. Nie było u niej dobrze, pojawiło się kilka napięć, potrzebowała Nathaniela - przyjaciela. Uciekał, chował się, a ona może nieco natrętnie i uparcie, nie miała zamiaru pozwolić mu na te rzeczy. Był dla niej bardzo ważny, więc jeśli u niego też działo się coś dużego i ważnego, chciała to wiedzieć, chciała być tego częścią.
Oparła czoło o drzwi i odetchnęła głeboko. Miała już gorące dłonie od trzymania torby i ochotę rzucić tym wszystkim w diabły. Naprawdę... Naprawdę Nate zachowywał się paskudnie. Nie umiała zrozumieć, co się wydarzyło na gali, że od kolejnego dnia się odsunął, przecież nawet nie pytała o tę byłą dziewczyne, o której wspominali reporterzy, nie wtrącała się w jego życie. Czuła pod skórą, że to nie jest coś, czym chce się dzielić, że to coś głębszego i może jeszcze jej nie ufał na tyle, by to powiedzieć, ale... mógł przynajmniej jej nie odtrącać. Bardzo ją tym ranił.
Lily
[Cześć! Miło widzieć Cię z powrotem z Nathanielem. To fajny chłopak i mam nadzieję, że tym razem rozgościcie się na dłużej. Nasz Nowy Jork zasługuje na jak najlepszych mieszkańców. :D W razie czego, wiesz, gdzie nas znaleźć. Bawicie się dobrze. ♥]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Wyprostowała się natychmiast, gdy usłyszała kroki za drzwiami, a potem dźwięk przekręcanego zamka. Odruchowo przycisnęła do siebie torbę, choć jedzenie mogło zostawić tłustą plamę na jej błękitnym trenczu, przeciekając przez papierowe opakowania i wpatrywała się w próg, gdzie Nathaniel... żył. Stał, trochę bledszy, ale cały i zdrowy, a krótkie hej, które jej rzucił z jednej strony zdjęło z jej serca ogromny ciężar, a z drugiej sprawiło, że poczuła, jak robi jej się gorąco z zdenerwowania.
OdpowiedzUsuń- Cześć - odpowiedziała równe krótko i równie niezręcznie, ale już nie patrzyła na niego, a wcisnęła się bokiem do mieszkania. Mimowolnie odetchnęła głebiej, gdy była tuż obok, jakby tęskniła za jego obecnością, ciepłem, a nawet zapachem, a potem przekazała mu torbe, aby wszystkim rozporządził i kucnęła, aby przywitać Barama. Mokry nos był tak samo chłodny i mięciutki jak pamiętała, przynajmniej to jedno się nie zmieniło.
Lily nie mogła mieć za złe Nathanielowi, że się odsunął, że potrzebował przestrzeni, że działo się w jego życiu coś, w co nie chciał jej włączać. Nie rozumiała jedynie, dlaczego nie powiedział jej, że teraz to nie chodzi o nią i o nich, że będzie zajęty. Zrozumiałaby, czekałaby cierpliwie, nie była przecież kimś, kto robi awantury i afery, nie strzelała fochów, nie podnosiła nawet głosu. Znał ją, musiał wiedzieć, że jego nagłe milczenie po prostu ją zaniepokoi i nawet zaboli. Na gali i po niej, te plotki, że są razem... miała wrażenie, że nie wszystko jest zmyślone, że naprawdę w tę przyjaźń wkrada się coś innego, coś głębszego. Jesli tak nie było, lub jeśli tego Nate nie chciał, mogli porozmawiać i wszystko byłoby lepsze niż znikanie.
- Masz coś zimnego do picia? - spytała, jak gdyby nigdy nic, bo nie chciała rozmawiać przy drzwiach. Nie powiedziane, że zaraz nie opuści tego mieszkania, Nathaniel nie wyglądał, jakby się cieszył z jej wizyty, ale na razie grała w tę grę.
Zsuneła z ramion płaszcz i odwiesiła obok kurtek mężczyzny, krytycznie zmierzyła ciemną plamę na tyłnej części ubrania, a potem zrzuciła kremowe balerinki, zostając w miękkiej, prostej sukience, w której czuła się swobodnie. Pochyliła się znów do dobermana, gdy ten wcisnął swój nos pod materiał i domagał się pieszczot, a gdy pies poczłapał za sowim tatą, poszła w kierunku kuchni. Nie rozglądała się na boki, nawet specjalnie nie interesowało ja, czy w mieszkaniu coś się pojawiło, zniknęło, zmieniło. Interesował ją Nate i to, co z nim się dzieje.
Mimo że kotłowało się w niej od wątpliwości, po prostu się o niego martwiła. Stanęła przed nim, z luźno opuszczonymi rękoma wzdłuż ciała. Wpatrywała się w niego z troską, szukając jakichkolwiek znaków, podpowiedzi, czegokolwiek.
- Nate... powiedz mi, co się dzieje? - spytała łagodnie, spokojnie, choć miała wrażenie, że serce dudni jej w piersi jak rozregulowana perkusja. Może wiedziała, co usłyszy i może tego się bała.
Lily
[Dzień dobry, cześć i czołem :) Cieszę się, że Nathaniel nie spędził w wersjach roboczych zbyt wiele czasu, aczkolwiek nie będę ukrywać, ani trochę nie podoba mi się ta aktualizacja, której został poddany! Mam nadzieję, że wszelkie błędy w tej wersji zostaną szybciutko naprawione i na kolejną aktualizację nie trzeba będzie czekać zbyt długo, a gdyby Maxine miała przydać się we wprowadzaniu poprawek (lub ktokolwiek inny z mojej gromadki), to zapraszam ^^]
OdpowiedzUsuńMAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
Nie dotarła jeszcze do momentu, w którym nazwałaby Nathaniela dupkiem, ani jego zachowania dziecinnym. Na razie była na etapie troski i niepokoju, choć zaczynała się również odrobinę irytować. Czuła, że jego uniki i wymówki nie są szczere, a nie zasługiwała przecież na kłamstwa i wykręty. Byli przyjaciółmi, nawet jeśli nie chciał jej czegoś mówić, mógł to zaznaczyć i by mu dała spokój. Zaczynała się więc złościć, że kłamie i że zaczyna przez to sprawiać, że czuła się czemuś winna. Czemuś, czego nie rozumiała, bo nie chciał z nią rozmawiać.
OdpowiedzUsuńNie wiedziała już, co myśleć o ich przyjaźni. Granica została przesunięta, kilkukrotnie naruszona wręcz, ale ona... jeśli Nathaniel by chciał, i ona chciałaby czegoś więcej. Podążała za nim i nie bała się tego, ufając mu i pozwalając, aby ich znajomość rozwijała się niewymuszenie, swoim tempem. To on pierwszy ją przytulił, on pierwszy chwytał ją za rękę, gdy szli obok siebie, on pierwszy dzwonił do niej rano po przebudzeniu. Czy nie wyraziła się jasno w tych zauroczonych spojrzeniach, w tych krótkich pocałunkach na policzkach zbyt blisko jego ust gdy się przytulali za długo, albo w tym że gdy zasypiali na kanapie u niej objęci, nie odsuwała się od niego przez całą noc? Wydawało jej się, że Nate ją rozumie, że wie co się dzieje i też to czuje... I potem już go nie było obok. Nie zrobiłaby awantury, gdyby powiedział, że się zapędzili, ale... potrzebowała to usłyszeć. Potrzebowała rozmowy. Zamiast tego dostała jedno, wielkie, tłuste nic. To było nie fair. To było w ogóle nie w jego stylu.
Gdy Nate się kręcił w kuchni i przekładał jedzenie na talerze, już tylko milczała. Jej oczy nie dosięgały jego, jakby specjalnie unikał spojrzenia w jej stronę, a potem gdy obrócił się do niej plecami, jako wymówki używając szykowania napojów i wyłożył w odpowiedzi na całą jej troskę wyświechtany frazes, aż w niej coś drgnęło. Wyciagnęła rękę w dół do dobermana wołającego o kolejne porcje głaskania i robiąc unik od ciężkiego jęzora psa, rozejrzała się w końcu po wnętrzu. Wszystko wyglądało normalnie, nienagannie, jak gdyby nigdy nic. Nie mogła pozbyć się wrażenie, że to wszystko to pozory, że coś się jednak dzieje i Nathaniel nie tylko chowa to przed nia, ale przed wszystkimi, a może nawet samym sobą.
- Tu nie chodzi o ten czas - stwierdziła z westchnieniem, który nie świadczył o irytacji, ale bardziej zrezygnowaniu. Martwiła się. Nie wierzyła mu. Miała takie niedobre przeczucie, że chowa w sobie coś, co go tłamsi, go mu przeszkadza, z czym nie może sie uporać.
Oglądała jego Live'y, od kiedy zaczęli z sobą rozmawiać obserwowała jego konta na socjalach i widziała, że tam też jest go mniej. Znikał. To było do niego niepodobne. Gasł. Mógł być zmęczony sławą, to by zrozumiała, ale... dlaczego nic nie mówił?
Patrzyła jak przeciąga moment, by usiedli i po prostu pożałowała, że tu przed nim stoi. Starała się, wychodziła z siebie, naprawdę wykonywała wysiłek za nich dwoje, ale najwidoczniej niepotrzebnie. Wydawało jej się teraz, że się po prostu naprzykrza, a Nate nawet nie cieszy się z tego spotkania, choć ostatnie było... może nawet na tej cholernej gali. Nie mogła sobie nawet przypomnieć. Coś ją zabolało pod sercem, a gdy skupił się na napoju, o który poprosiła, westchnęła już z irytacją.
- Właściwie... to chyba niczego - stwierdziła krótko, podchodząc bliżej jeszcze o dwa kroki, aby stanąć przed nim na wyciągnięcie ręki. Swojej nie wyciągnęła, zacisnęła za to obie dłonie na materiale sukienki przy udach. - Po co mnie w ogóle wpuściłeś do środka, jak nie będziemy rozmawiać? - spytała wprost, odrobinę głośniej, bez miękkiej nuty, bez łagodności i z żalem. - Nie wierzę ci... nie wiem, co się dzieje, ale nie wierzę, że to praca i nie mogę znieść tego, że mnie odsuwasz, jakbym ci coś zrobiła - wyrzuciła z siebie, czując jak jeszcze panuje nad głosem, ale rosnące emocje zdradzają rozpalone policzki.
Lily była dobra, cierpliwa, wyrozumiała i ciepła. Ale Lily też miała swoje granice, a Nate doprowadzał ją na ich skraj.
Lily ⛈️⛈️⛈️
Jej spojrzenie osiadło miękko na sylwetce Nathaniela, na ramionach, zmęczonej twarzy, opadających na czoło kosmykach. Brakowało w nim nie tylko wesołości, którą zarażał wszystkich wokół, ale i iskry... Poczuła drobne ukłucie pod sercem, niepokój i troskę, która rosła. Obróciła się za nim, gdy ją wyminął i zmarszczyła brwi, czując, że nadal czegoś jej nie mówi. A może nie tylko jej, ale samemu sobie.
OdpowiedzUsuń- Wiem, że zawiesiłeś karierę, wiem to jak każda randomowa osoba na świecie z twoich wpisów na socjalach - mruknęła, pokazując tym samym jak mocno czuje się odsunięta. Nawet sam jej tego nie powiedział... Coraz bardziej nie chciała zostawać.
Podeszła do wyspy, usiadła na wysokim stołku i patrzyła jak Nathaniel ją oszukuje wymuszonym uśmiechem. Znała go, wiedziała kiedy patrzy na nią i uśmiecha się szczerze, kiedy w jego oczach błyszczy radość, wiedziała więc też, kiedy tylko gra. Miała ochotę nim potrząsnąć, wykrzyczeć, że zachowuje się jak obcy, ale nie było w niej jeszcze tyle złości. Zamiast tego kolejny nieprzyjemny dreszcz musnął jej kręgosłup, zbiegając po plecach w dół. Objęła szklankę, upiła sok i uznając że jest za słodki, odsunęła od siebie szkło, na jedzenie nawet nie spojrzała. Nie była już głodna.
- Martwię się o ciebie, a ty się zamykasz coraz bardziej... Może faktycznie się doszukuję czegoś na siłę, może ty po prostu masz mnie już dość - wzruszyła lekko ramieniem i zacisnęła palce na torebce, którą miała ciągle przewieszoną przez ramię.
Wpatrywała się w niego chwilę w milczeniu i potem powoli, delikatnie, położyła dłoń na jego ramieniu. Tęskniła za nim strasznie, martwiła się i nie rozumiała, co się dzieje i co on chce jej powiedzieć, lub czego nie mówi.
- Czym jesteś zmęczony? - spytała spokojnie, jeszcze dając mu jedną szansę, bo to ucinanie jakoś do niej nie przemawiało. - U mnie działo się ostatnio sporo, ale to drobne rzeczy, małe problemy, moje własne troski. Gdybyś dzwonił, odzywał się, pokazywał, a nie zapadał pod ziemię, to byś wiedział, że znowu kłócę się z Robem, że myślę o rzuceniu pracy i ktoś roznosi okropne plotki, że mam romanse z klientami - mówiła nadal spokojnie, ale cofnęła dłoń, wyprostowała się nieco sztywno i odwróciła wzrok. - Nathaniel... powiedz mi, co się dzieje, proszę - powtórzyła ponownie, może ostatni raz, bo wiedziała, że kolejnej wymijającej odpowiedzi i kłamstwa nie przyjmie z spokojem.
Ona też nie znała izolacji, nigdy tego nie stosowała. Wybuchała, gdy coś ją uciskało, albo po prostu szukała rozwiązania. Nie poddawała się. Nie uciekała. Nie chowała. I na pewno nie odcinała ludzi, na których jej zależało. Więc może źle oceniła ich przyjaźń i to wcale nie było to?
Lily
Zaplecze domu pogrzebowego pachniało dokładnie tak, jak pachną miejsca, w których próbowano oswoić śmierć: środkiem dezynfekującym, pudrem i chłodem. Pod tym wszystkim unosiła się jeszcze ostra nuta formaliny, słodkawy zapach balsamu pośmiertnego, alkohol do odkażania skóry i ciężka woń kosmetyków kryjących.
OdpowiedzUsuńKobieta leżąca na stole nazywała się Liu Zhao. Mei ją znała, choć nie tak, żeby mówić o jakiejkolwiek większej sympatii. W Chinatown wszyscy znali wszystkich przynajmniej z widzenia. Pani Zhao sprzedawała przez lata przyprawy, suszone grzyby i zioła w małym sklepie przy bocznej uliczce, tej samej, gdzie zimą zawsze śmierdziało pieczonymi kasztanami, a latem rybą. Miała twarz pomarszczoną jak papier, stale zmrużone oczy i talent do oceniania człowieka jednym spojrzeniem. Dwa razy wcisnęła Mei do ręki mandarynki, a innym razem zrugała Chena tak skutecznie, że przez tydzień omijał jej sklep szerokim łukiem. Teraz leżała nieruchomo, mniejsza niż za życia.
Mei stała przy niej w rękawiczkach, z włosami spiętymi ciasno, w fartuchu ochronnym, i pracowała nad ciałem. Pani Zhao miała cienką skórę, delikatną jak pergamin, a dłonie zniszczone pracą. Wyglądała... jakby zapadła się w sobie.
Chen siedział kilka kroków dalej pod małym, okratowanym oknem, jakby to miejsce było poczekalnią u dentysty, a nie miejscem, gdzie szykowało się trupy. Jedną nogą bujał w powietrzu i chrupał jabłko, które przyniósł ze sobą.
— Nie jedz tutaj — rzuciła Mei, nie podnosząc wzroku.
— Jem przy oknie. — Chen teatralnie przeżuł kawałek.
— To nie zmienia faktu, że jesz obok trupów.
— Pani Zhao nie wygląda na oburzoną — stwierdził luźno.
— Jak skończę, może wstanie i sama cię opierdoli. — Mei posłała mu krótkie spojrzenie.
Chen uśmiechnął się pod nosem.
— To by było coś — uznał.
Mei wróciła do pracy. Po obmyciu osuszyła ciało, a potem zajęła się twarzą. To była zawsze najważniejsza część. Pani Zhao miała zapadnięte policzki i skórę, która straciła już większość ciepłego koloru. Mei pracowała cienkim pędzlem i gąbką, nakładając z wprawą kolorowe produkty. Pochyliła się nad głową pani Zhao i zaczęła układać jej włosy. Pamiętała, jak staruszka zwykle czesała się do tyłu, z przedziałkiem, i tak właśnie ją uczesała.
— Dziwnie spokojna — powiedział Chen ciszej niż wcześniej.
Nie odpowiedziała, po prostu zaczęła ubierać kobietę w rzeczy wybrane przez rodzinę. Chen obserwował to wszystko, choć ani razu nie zapytał, czy jej pomóc.
— Myślisz, że wiedziała? — zapytał nagle.
— Że umiera? — doprecyzowała. Mei przez chwilę poprawiała jeden z rękawów przy nadgarstku kobiety i dodała: — Stare kobiety wiedzą wszystko, więc pewnie tak.
Skończyła pracę nad panią Zhao, uznając, że nic więcej nie jest w stanie zrobić, choć jej zdaniem staruszka wyglądała naprawdę dobrze, godnie. Zdjęła rękawiczki, umyła dłonie i przetarła blat. Chen zniknął wyrzucić ogryzek, co w jego wykonaniu mogło oznaczać zarówno kosz przy tylnym wyjściu, jak i półgodzinną rozmowę z dostawcą papierosów, a Mei wróciła za ladę – miała zamiar pooglądać idiotów w Internecie i zjeść obiad, który zrobiła mama. Posiłek czekał w plastikowym pojemniku, a w środku znajdował się ryż, smażone warzywa z czosnkiem, kawałki kurczaka w ciemnym, lepkim sosie i bok choy.
Złapała pałeczki, mając zamiar zapchać się ryżem, ale ktoś postanowił, że jej przerwa obiadowa skończyła się, zanim się dobrze zaczęła. Mei, stojąca przy małej ladzie, podniosła wzrok znad pojemnika dokładnie w momencie, gdy obcy zamykał za sobą drzwi i kładł nieprzytomnego mężczyznę na podłodze. Na jej podłodze, tej dopiero co umytej. Przez ułamek sekundy nie zarejestrowała nawet rany. Zobaczyła najpierw smugę krwi, potem brudne podeszwy i czerwony odcisk dłoni zostawiony przy wejściu na framudze. Coś w niej pękło. Oczywiście, że ktoś musiał przynieść krwawiącego człowieka akurat tutaj. Do domu pogrzebowego. I to zaraz po tym, jak skończyła przygotowywać staruszkę do ostatniego pożegnania i odważyła się pomyśleć, że może, tylko może, najgorsza część dnia już za nią i teraz będzie mogła cokolwiek zjeść.
UsuńWestchnęła, niezbyt zaskoczona widokiem krwawiącego faceta tak w ogóle. W Chinatown ludzie krwawili z wielu powodów; ktoś krzywo spojrzał albo źle policzył dług, a innym razem ktoś pokłócił się o mahjonga. Mei widziała już faceta z widelcem wbitym w udo, dostawcę z nosem rozkwaszonym o automat z napojami i staruszka, który dostał w głowę mrożoną rybą, gdy wykłócał się o cenę. Sięgnęła po telefon, wzywając karetkę – wiedziała, że zanim ktoś tutaj przyjedzie, może być za późno, ale to nie byłyby pierwszy raz, gdyby ktoś przy niej umarł.
Zgarnęła spod lady apteczkę i podchodząc do intruzów, rzuciła ją na podłogę obok rannego. Sięgnęła po opatrunek, otworzyła opakowanie zębami, a gdy się pochyliła, zobaczyła, jak bardzo jest źle. Wspaniale. Naprawdę wspaniale. W myślach pożegnała się z czystą podłogą, spokojnym wieczorem i ciepłym obiadem, który zostawiła za ladą. Kurczak od matki stygł sobie teraz obok katalogu urn, podczas gdy Mei klęczała przy facecie, który przy dobrych wiatrach stanie się jej klientem. Przyłożyła opatrunek tam, gdzie trzeba, pomagając zamaskowanemu mężczyźnie w uciskaniu rany.
Spojrzała na bladą i mokrą od potu twarz rannego.
— Hej! Słyszysz mnie?! — zawołała. — Nie odpływaj mi tutaj! To dom pogrzebowy, nie poczekalnia. Jak umrzesz na mojej podłodze, doliczę ci to do rachunku.
Mei-Mei odwróciła głowę, słysząc karetkę. Syrena brzmiała ostro, a czerwono-niebieskie światło przemknęło po szybach i ścianach, nadając całemu pomieszczeniu nastrój wyjątkowo ponurej imprezy. Po kilku sekundach drzwi domu pogrzebowego otworzyły się z impetem. Do środka wpadło dwóch ratowników z torbą medyczną i noszami, a za nimi szedł trzeci, bardziej znudzony od reszty. Chyba miał tak samo dość wszystkiego jak Mei.
Mei-Mei Wong 🫧💀
Patrzyła na niego i nie umiała w nim rozpoznać tego ciepłego, radosnego mężczyzny, który poruszał w niej wszystkie ukryte głęboko struny. Tego który ją rozśmieszał, który wyzwalał w niej chęć odkrywania nieznanego, tego który zarażał ją zapałem do nawet najbardziej absurdalnych doświadczeń. Lily sama była wesoła i dzielna, pełna życia, energii i empatii, ale w porównaniu z Nathanielem była jak nieporadne dziecko. Miała ładny uśmiech i dobre serce, ale to on rozświetlał pokój, a ludzie od razu czuli się przy nim lepiej. Teraz zaś wydawało się, że wszystko w nim gaśnie, że on sam jest jakiś dziwnie obcy, wycofany.
OdpowiedzUsuńSiedziała w milczeniu i widziała, że stara się podtrzymać rozmowę, że mu zależy, ale to nie było to, co znała. To nie był on, jej Nate, który ją zabierał na biwaki do lasu, aby przestała się bać robaków i pozwalał jej się wygłupiać, a potem śmiać do rozpuku, żeby w końcu przytulić i pozwolić pokazać też, że czasami za maską śmiechu kryje się jego odwrotność. To był jakiś oschły facet, który odcinał ludzi którym na nim zależało, zupełnie jakby z dnia na dzień przestali mieć znaczenie dla niego. Nie rozpoznawała go, a jednak słysząc co mówi, martwiła się znowu bardziej.
Sięgnęła po sztućce, ale zamiast złapać za widelec, położyła dłoń płasko na blacie. Nie była głodna, nie mogła się teraz zmusić do jedzenia, bo żołądek ścisnął jej się w mały, ciasny guz. Kiedy również Nathaniel się zirytował, uniosła zaskoczona brwi. To było za dużo. Wstała gwałtownie i prawie nie trzepneła go po ramieniu.
- Złościsz się na mnie? Że przyszłam? Że się martwię? Że mi zależy?! - prychnęła. - Nie, nie możemy rozmawiać na inne tematy. Nie obchodzą mnie inne tematy, jakieś bzdury którymi się zasłaniasz. Ty mnie obchodzisz i przyszłam tu dla ciebie, widzę że jesteś... Inny. Mniej wesoły. Zgaszony. Izolujesz się - wciskała torebkę mocno, czuła jak spiłowane w migdałki paznokcie drażnią jej wnętrze dłoni i pewnie zostawi to czerwony ślad, ale szczerze, wcale się tym nie przejmowała. Wcale jej to teraz nie interesowało, mogła nawet wcisnąć sobie paznokcie w skórę do krwi i o, potem się tym zajmie.
Wpatrywała się w Nathaniela już całkiem zła, czuła się odtrącona i bagatelizowana. Niby spytał, jak może jej pomóc, dopytywał, ale to wszystko było jawnym odwróceniem uwagi od siebie. A ona nie chciała aby jej uwaga skierowana została na boczne tory, to on był teraz najważniejszy. COŚ się działo, może coś małego, ale mające przykre konsekwencje na jego nastrój, sposób obcowania z ludźmi, czy odbiorem światła. Lily też była wrażliwa i empatyczna, ale Mate zamykał się tak cholernie mocno i był tak uparty, że w ogóle nie miała jak do niego dotrzeć.
- Jeśli nic się nie dzieje, to dlaczego jesteś zmęczony, czemu się nie odzywasz? - spytała, choć już nie czekała na odpowiedź. Nie spodziewała się już odpowiedzi.
Wspomnienie gali i bliskości, jaka mieli, głębokiego zaufania zaczynało pękać. Było jej przykro, ale była też wściekła, że przychodzi mu tak łatwo skreślać ich znajomość. Szczególnie doskwierało jej to, bo Nate pierwszy starał się ją poznać, to on chciał wiedzieć jaka jest i powoli odkrywał to, co ona ma do zaoferowania jemu poza gadulstwem i wszedobylstwem. Może to nie było warte tego, aby uwierzyła, że naprawdę się znają i są dla siebie ważni. Może znowu tylko ona się na to nabrała.
- Przestań mnie okłamywać, chce zrozumieć, o co chodzi - rzuciła jeszcze, bo... Bo bała się, że jak znowu usłyszy jakieś bzdury to po prostu zacznie na niego wrzeszczeć. Albo wyjdzie i już nie będą umieli z sobą rozmawiać, bo sama pomyślała nagle, czy może być tak jak wcześniej?
Spojrzała na dobermana, pies chyba wyczuł napięcie, stanął na środku mieszkania z nastawionymi uszami. Miała nadzieję, że się na nią nie rzuci, choć sama miała ochotę się rzucić na Nathaniela i nim potrząsnąć. Popatrzyła znów na mężczyznę, opuściła ramiona, wypuściła powietrze z cichym sapnięciem. Nie miała sił na kłótnie, nie chciała z nim walczyć. On też nie chciała widziała to.
Usuń- Nieważne. Niepotrzebnie przyszłam - stwierdziła w końcu, po czym zawróciła do drzwi. - Daj mi znać, jak się obudzisz, czy nadal jesteśmy przyjaciółmi - mruknęła sięgając przy drzwiach po buty i płaszcz.
Lily 💙
Lily nie miała zamiaru wychodzić, nie miała zamiaru go opuszczać, ale widząc jak się od niej odwraca, jak się chowa i ucieka od rozmowy, od odpowiedzi, nawet od błahego przyznania, że jest teraz w dziwny sposób bezsilny, po prostu się wściekła. Okłamywał ją, oszukiwał sam siebie, zamiatał pod dywan jakieś problemy, których albo sam nie widział, albo po prostu je ignorował. Nie dbał o siebie, zupełnie jakby ten Nate, który był jej bliski zapadał się pod ziemię. Najgorsze były jednak te durne, oklepane wymówki, jakby czekał, aż ona przestanie drążyć, a cała reszta sama minie i się wszystko ułoży. To nigdy tak nie działało. Ona... nie miała sił na to. Sama go też potrzebowała. Nie chciała już dalej siedzieć z ściśniętym żołądkiem i udawać, że wszystko jest jak zawsze. Nie póki Nathaniel nie powie wprost, że jest zaniepokojony, a nie że... wszystko w porządku. Ta jego olewatorska postawa była najgorsza. Lily czuła się odsunięta, pominięta. Nieważna. Nie dość ważna nawet do rozmowy. Zabolało.
OdpowiedzUsuńObróciła się zaskoczona, gdy już złapał ją za rękę przed drzwiami, a potem bez słowa, bez sprzeciwu i szarpania, widząc jego oczy, całe napięcie zaczęło z niej schodzić. Wypuściła powietrze z cichym westchnieniem i poszła za nim w tym płaszczu, zrzucając tylko po drodze obcasy. Poczuła wstyd za ten wybuch złości, że to zbyt nieprzemyślane, zbyt wybuchowe. Zagryzła dolną wargę, nie wiedząc, nie rozumiejąc, co się do diaska dzieje. Wystraszyła się też trochę. Nigdy go nie widziała... takiego. Smutnego, ale wręcz zrezygnowanego, zgaszonego. Ale łzy na krawędzi oczu, to jakie miał przybite spojrzenie... To było już niebezpieczne.
- Nate... - powiedziała cicho, łagodnie. Nie wiedziała co powiedzieć, co dodać, jak go pocieszyć. Czy potrzebował pocieszenia?
Zdała sobie sprawę, że jest zagubiony i może sam się boi. Objęła jego dłoń sowimi dwiema drobniejszymi, pogładziła skórę palcami i oparła się o kanapę, przytulając do jego ramienia. Miała ochotę go objąć, przyciągnąć do siebie, otoczyć ramionami, ale teraz wydawało jej się, że może to być zbyt wiele.
- Nie chowaj się, nie uciekaj ode mnie - poprosiła tylko. Mogła być przy nim, okazać wsparcie, zrozumienie, ale sam musiał jej na to pozwolić. - Może potrzebujesz czasu, żeby wszystko poukładać. Ja jestem tutaj, żeby cię wspierać, nawet jeśli nie wiesz, jak to wyjaśnić. Razem damy radę - zapewniła, już bez złości, już bez pretensji, bez żalu, choć to wciąż w niej było, takie... doskwierające, cierpkie.
Splotła razem ich palce, nie puszczając jego dłoni, popatrzyła na dobermana i odetchnęła głebiej. Zaczynało jej być gorąco w płaszczu, ale nie poruszyła się. Zupełnie jakby się bała, że Nate znów ją odtrąci. Baram, czasami wydawało sie, że rozumie wszystko, co się dzieje wokół, bo wtulił się jeszcze mocniej w nogi swojego pana, jakby wiedział już, że ktoś w końcu zostanie przy nim, mimo wszystko.
Lily
Z każdą kolejną sekunda, ciężkim oddechem i spojrzeniem, które uciekało od niej, jakby Nate bał się że zostanie oceniony i skrytykowany, było jej coraz ciężej. Nie było uśmiechu, lekkości, wesołej iskierki, nie było nawet tego charakterystycznego napięcia, które się między nimi pojawiało, gdy wcześniej spędzali czas razem, jedno objęło drugie, stali zbyt blisko. Nic. Nathaniel się odcinał, nie tylko od niej, ale od wszystkich, wszystkiego i... zapadał w tym, w sobie, w smutku i zagubieniu. Pomyślała przez chwilę, czy to depresja? Czy coś więcej niż zmęczenie modelingiem? Poniekąd sam to przyznał, ale... nie była specjalista, nie chciała mu szkodzić, a pomóc nie umiała jak.
OdpowiedzUsuńLily siedziała cicho, cierpliwie, pozwalając mu na te kotłujące i żrące myśli, choć widziała, że wiele go to kosztuje i nie umiała mu ulżyć. Wreszcie spojrzała na niego z troską, czując, jak jej serce się kurczy. Nie rozumiała do końca, co się dzieje, ale wiedziała, że Nathaniel potrzebuje jej obecności, choć nie potrafił tego wyrazić słowami, ale zatrzymał ja, nie pozwolił wyjść... Widziała, jak bardzo jest zagubiony, jak ta cisza i jego milczenie, urywkowe wymijające strzępki zdań mówią więcej niż tysiąc słów.
Uniosła jego dłoń i przytuliła do swojego policzka delikatnie, starając się dać mu odczuć, że nie jest sam. Wiedziała, że nie ma możliwości zrobić nic więcej, póki on ją odtrąca i się na nią zamyka, ale chciała mu pokazać, że jest obok i że może na nią liczyć, nawet gdy on sam nie potrafi powiedzieć, co się dzieje i czego potrzebuje. Jej własne troski i problemy zmalały, nie chciała się teraz nad tym skupiać, nie chciała o tym rozmawiać. Trudno, poradzi sobie sama.
- Wiem, że to jest trudne – zaczęła cicho, patrząc na niego, choć on uporczywie odwracał wzrok. – I rozumiem, że nie chcesz mówić, ale jestem tutaj, żeby cię wspierać. Nie musisz się na siłę zmuszać. Po prostu bądź, taki jak jesteś, a ja będę przy tobie - zapewniła, czując mimo wszystko, że dla niej jest to też trudne. Że się od siebie oddalają i to co wydawało się proste i łatwe tygodnie temu... to już znika.
Po chwili odsunęła się od niego nieznacznie, choć jej palce wciąż trzymały jego dłoń. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować emocje, które aż kipiały od środka. Lily uśmiechnęła się lekko, odrywając wreszcie spojrzenie od poszarzałej twarzy Parka i spojrzała na dobermana. Brakowało jej przyjaciela i tego, jak sama się przy nim czuła, jak miękła, jak się otwierała, jak czuła się z nim pewnie i bezpiecznie. Miała wrażenie, że zabiera jej to, odcinając się z swoimi problemami, ale co mogła zrobić? Nic. I zamierzała podejść do tego dojrzale, pomóc mu a o sobie... pomyśli później. Ona znała swoje problemy, wiedziała jak je rozwiązać.
- Jestem bardzo głodna, zjedzmy zanim wystygnie - skłamała gładko, aby odwrócić uwagę od tego, jak ciężka aura zawisła wokół ich rozmowy. Przyjęła tę lekcje, nie będzie naciskać, po prostu... będzie tak blisko, odsunięta, jak pozwoli jej Nate.
Lily 💔
Mei patrzyła, jak ratownicy wynoszą rannego, i przez moment naprawdę miała nadzieję, że to koniec, że wszystko inne jakoś magicznie zniknie. Głupia nadzieja. Westchnęła cicho, gdy syrena zawyła gdzieś dalej, alarmując o beznadziejnym przypadku, a w domu pogrzebowym nagle zrobiło się cicho, zbyt cicho.
OdpowiedzUsuńByć może wcale by jej to nie przeszkadzało, gdyby nie to, że podłoga zaczęła przypominać krwawy basen. Była świeża, błyszcząca i bezczelnie czerwona – i tym razem wcale nie musiałby tego sprzątać, to nie jej sprawa, ale ranny wykrwawiał się w domu pogrzebowym jej rodziców, więc… tak, to jednak była jej sprawa. Najwidoczniej wszechświat uznał, że jest zajebistą sprzątaczką.
Mei-Lan powoli wypuściła powietrze nosem. Obiad za ladą zdążył wystygnąć. Kurczak matki, który jeszcze chwilę temu pachniał czosnkiem, teraz przegrywał z metaliczną wonią krwi. Gdzieś z tyłu pani Zhao leżała gotowa do ostatniego pożegnania, a gdyby żyła, zapewne uznałaby to za dość kuriozalne. I Mei całkowicie by się z nią zgodziła.
Zerknęła w stronę mężczyzny, który zajął podłogę. A kiedy ściągnął maseczkę dłońmi brudnymi od krwi, Mei widocznie się zmarszczyła. Wyglądał znajomo. To ją zirytowało… i nagle zrozumiała, skąd kojarzy tę twarz.
— Nathaniel? — powiedziała powoli, jakby samo imię było czymś wyjątkowo niewygodnym, jak wyjątkowo ohydna guma znaleziona pod podeszwą buta.
Nagle wszystko wróciło: zaaranżowana randka, matka zachowująca się tak, jakby właśnie finalizowała umowę handlową, herbata, sztywne uśmiechy i ten szczególny rodzaj zażenowania.
— Większość facetów po nieudanej randce po prostu przestaje pisać — powiedziała sucho. — Ty wracasz z rannym człowiekiem… mogłeś wybrać kwiaty.
Nieudana randka wcale nie była aż tak nieudana, po prostu i Mei, i Nathaniel siedzieli podczas tego spotkania jak dwie ofiary rodzinnej logistyki, które ktoś uprzejmie posadził naprzeciwko siebie. Przez pierwsze pół godziny oboje byli nienagannie uprzejmi, co w praktyce oznaczało rozmowę o pogodzie, pracy i jedzeniu – nuda. Dopiero później, kiedy stało się jasne, że żadne z nich nie zakochało się od pierwszego wejrzenia, napięcie odpuściło. Mei-Mei zaproponowała wtedy wyjście do baru. Zjedli wtedy smażonego kurczaka, napili się czegoś mocnego i to tyle, później nigdy – aż do teraz – nie widziała Nathaniela. Dlatego, widząc go tutaj, z cudzą krwią na rękach, Mei poczuła coś pomiędzy irytacją a absurdalnym rozbawieniem.
— Nie musisz — powiedziała, gdy zaproponował, że pomoże jej posprzątać. — Po prostu nie ruszaj się i nie zostawiaj nigdzie śladów, krew cholernie trudno zmyć.
Zrobiła krok w stronę zaplecza i zawołała:
— Chen!
Z tyłu dobiegło podejrzanie szybkie:
— Co?!
— Jeśli stoisz z uchem przy drzwiach, to przestań wyglądać jak idiota i przynieś mi żółte wiadro, ręczniki i rękawice.
Nastąpiła krótka cisza.
— Które żółte?
Mei zamknęła oczy, próbując nie wyglądać jak rozwścieczony kot.
— To, które jest żółte, Chen! — krzyknęła.
— Mamy dwa!
— To przynieś oba, zanim zacznę żałować, że pani Zhao nie wstała i cię nie pogoniła!
Z zaplecza dobiegł szelest, przekleństwo i odgłos czegoś przewróconego. Mei wróciła wzrokiem do Nathaniela, ale nie zdążyła niczego powiedzieć, bo w domu pogrzebowym pojawiła się policja.
Pierwszy z funkcjonariuszy był wysokim i białym facetem z miną człowieka, który bardzo chciałby być gdziekolwiek indziej, a drugi niższy, chińskiego pochodzenia, z okrągłą twarzą i wąsami przyciętymi z przesadną starannością. Pieprzony Patrick Lam. Co robił tutaj ten idiota? Mei-Mei miała ochotę uderzyć głową w ścianę.
Usuń— Oho! — zagwizdał funkcjonariusz Lam. — Panna Wong. Powinienem był wiedzieć.
— Dobry wieczór — mruknęła, choć zdecydowanie wolałaby wskazać policjantom wyjście, niż bawić się w uprzejme słówka.
— „Dobry” to odważne słowo. — Lam rozejrzał się wokół, zatrzymując dłużej wzrok przy Nathanielu siedzącym pod ścianą i stygnącym jedzeniu za ladą. — Chociaż muszę przyznać, że jak na dom pogrzebowy, macie dziś wyjątkowo żywą atmosferę.
Mei-Mei zacisnęła usta w wąską linię. Wcale jej te żarty nie bawiły – była głodna, miała dość i najchętniej sięgnęłaby po papierosa. Niestety zamiast papierosa dostała jedynie garść suchych pytań zadawanych przez policjantów.
— Już po wszystkim? — Chen wyszedł z zaplecza, gdy zrobiło się cicho i nie słyszał już rozmów.
Mei powoli odwróciła głowę w jego stronę. Stał w progu z dwoma wiadrami, butelką środka czyszczącego i rolką papieru ręcznikowego.
— Tak — powiedziała Mei.
Chen otworzył szerzej oczy, widząc krew. Nie tego się spodziewał.
— O kurwa — jęknął.
— Piękny opis sytuacji. Zwięzły, literacki. Mama byłaby dumna — mruknęła, pochodząc do Chena, aby wziąć wiadra. — Rusz się, nie mamy całego dnia.
— A to kto? — Chen wskazał głową w stronę Nathaniela, oceniając szybko, że mężczyzna nie był biednym Chińczykiem z Chinatown. W jego oczach nagle pojawił się irytujący błysk, który zawsze oznaczał, że właśnie połączył o dwa fakty za dużo albo wymyślił sobie trzeci. — Czekaj. To ten?
— Chen. — Mei posłała mu znaczące spojrzenie.
— Ten od randki? — dopytał.
— Chen.
— Ooo! — zawołał.
— Jeszcze jedno „ooo”, a zamieszkasz w urnie.
Chen, ku jej zaskoczeniu, zamilkł. Chyba uznał, że najpierw należało tutaj posprzątać, a później jej dogryzać.
— Masz — powiedział, zwracając się w stronę Nathaniela i podając mu kilka oderwanych kawałków papieru ręcznikowego. — Wytrzyj chociaż ręce.
Mei-Mei Wong 🫧💀
[Cześć! Przychodzę się nieśmiało przywitać. Przeczytałam kartę Nathaniela i pomyślałam, że spotkanie naszej dwójki mogłoby być zabawne. On wycofany, a ona czasem zbyt do przodu. Gdybyś miała ochotę na wątek, to gorąco zapraszam, chętnie pokombinuję!]
OdpowiedzUsuńTonya
Nie spodziewała się tego. Zupełnie nie. I to nie tak, że wcześniej tylko się śmiali i poruszali błahe tematy. Lily mówiła mu, jak czuję się nierozumiana, jak kłóci się z bratem, jak jej tata milczy, nie chcąc by kiedyś mu wyrzuciła, że dał jej złe rady i źle pokierowała swoim życiem przez niego. ten atak Nathaniela sprawił, że zastygła w bezruchu. Zszokowana tym, jaki potrafi być szorstki i zimny.
OdpowiedzUsuńLily chciała malować, od dawna, może od zawsze. Nie miała takich możliwości i takiego szczęścia jak Nate, nie miała takiej swobody. Słuchała taty i szła przez życie nie opierając sie, nie skręcając, po prostu szlakiem wyznaczonym przez edukację, przez rozsądek, potem już jakoś się toczyło samo, bo tak powinno być. Malowanie było schowane, za drzwiami w jej pokoju, w kartonach, w rulonach i teczkach. Ostatnio coś się zmieniło, chciała do tego wrócić bardziej niż kiedykolwiek, sięgnęła znów po pędzle i potrzebowała podzielić się z tym, co się w niej rwie na zewnątrz z przyjacielem.
- Czy chcesz, żebym tutaj z tobą siedziała? Po co mnie zatrzymałeś? - spytała cicho, spuszczając głowę. Zacisnęła drobne palce na krawędzi płaszcza, obawiała się, że usłyszy to co mówił od początku, jak tu przyszła, że nie wiem. To by było gorsze, niż kolejne zarzuty.
Czuła, że napięcie znów rośnie, że Nathaniel znowu się złości i może w końcu pozwala sobie to okazać. Nie wiedziała tylko teraz, jak ona ma to przyjąć.
- Jestem zła - przyznała krótko. - Jestem zła, bo zachowujesz się jak pięciolatek, jakby nagle świat spadł ci na głowę. Ale jestem też smutna i zmartwiona. Ja... ja też ciebie potrzebuje. Tęsknie za tobą - przyznała cicho i popatrzyła na psa. Baram wydawał się zagubiony, jakby cała ta sytuacja wpływała też na niego.
A potem Lily jednak wstała i skierowała się do drzwi. Było jej zbyt ciężko, gdy Nate znów ją odtrącał. Chwyciła buty w rękę i wyszła boso na korytarz, aby założyć szpilki już przy windzie, albo w środku. Czuła jak pali ją twarz, jak płoną policzki i jak szczypią ją oczy. Jak lecą łzy, których nie zatrzymywała, bo to było jakoś prostsze, niż siedzieć obok Nathaniela, który sam nie wiedział co się dzieje i chyba nawet nie wiedział, czego chce. Nie zamierzała być workiem treningowym, na którym wyładuje frustracje. On nie wiedział, co się dzieje... ona nie wiedziała tym bardziej. I miała takie wrażenie, że cały czar, który mieli wokół siebie dzisiaj prysł.
Lily
Wiosna ma to do siebie, że wiele osób, które przez całą zimę starało się nie wychodzić za progi swoich mieszkań, zaczynało podejmować nietypowe dla siebie aktywności, które można było realizować również w brzydkie dni, ale brakowało motywacji. Do tego typu czynności należało odwiedzanie siłowni. Masowe w dodatku. Istny koszmar stałych bywalców.
OdpowiedzUsuńTego dnia Tonya pożałowała, że nie jest rannym ptaszkiem i nie wybrała się na ćwiczenia przed pracą. Kiedy z torbą na ramieniu minęła recepcję w drodze do szatni, zobaczyła obłożenie maszyn i zwątpiła, czy uda jej się zrealizować własny trening. Nie zamierzała się jednak łatwo poddać, dlatego poszła do swojej szafki, przebrała się, zabrała ręcznik i wodę, po czym ruszyła na poszukiwania odpowiednich… maszyn.
Na początek stanęła przy matach i zaczęła lekką rozgrzewkę. Szybko przekonała się, że bieżnie są nie tylko zajęte, ale nawet ustawia się do nich kolejka oczekujących. Uznała więc, że zamiast biegania poćwiczy na macie, poskacze i rozrusza się w wolnej przestrzeni. W tym czasie też starała się wyczuć moment, by załapać się na odpowiednie miejsce… Była nastawiona na ćwiczenia górnych partii mięśniowych. Potrzebowała hantli albo sztangi na początek. Ławeczki. Albo maszyn na klatę… Póki co jednak niczego nie widziała, więc chwyciła za ketla i zaczęła swoje serie swingów. W przerwach przebiegła wzrokiem po sali. Zauważyła kilku stałych bywalców, ale przeważali ci okazyjni i zupełnie nowi.
Pod koniec czwartej serii… spostrzegła ruch przy maszynach. Tak! Jakiś mężczyzna zbierał się ze swoimi zabawkami i sprzątał. Bez wahania odłożyła szesnastokilowy ciężar i zdecydowanym krokiem ruszyła ku zwalniającej się ławce.
Niestety znalazła się przy niej równocześnie z kimś innym. Spojrzała na niego zła… a potem westchnęła. Akurat nie był to wiosenny klient, a mężczyzna, którego już nie raz widziała.
- Ale dzisiaj ruch, nie? – zagadnęła nieco zrezygnowana. W końcu muszą się jakoś dogadać, a może to ten gość odpuści? Warto porozmawiać, zagaić temat.
Tonya
Nie chciała wychodzić teraz z jego mieszkania ostatni raz. Chciała zrobić coś, by choć odrobinę, choć trochę naprawić to, co się między nimi właśnie zepsuło, nawet jeśli nie potrafiła tego powiedzieć głośno. Nathaniel się odsuwał i odtrącał ją, a ona nie wiedziała... co powinno się teraz wydarzyć. Nie mogła tam zostać, Nate właściwie jej tak nie chciał i to bolało, równie mocno, a może mocniej niż to, jak się o niego martwiła.
OdpowiedzUsuńŹle ją oceniał. Nie chciała tylko wesołego przyjaciela. Wszystko, co miał jej do zaoferowania było ważne i było dla niej wyjątkowe, ona... wiedziała, do czego się zbliża. Nie cofała się. Nie uciekała. Szła w jego stronę z ogromnym zaufaniem, że on też w końcu ją zobaczy i doceni. Nie wydawało jej się przecież, nie wmówiła sobie, że obejmuje ją czasami dłużej, że czasami przytula mocniej, że gdy chwyta ją za rękę, aby patrzy na nią, coś się między nimi zmienia... Ale może to nie wystarczy. Albo to nie był odpowiedni czas dla nich.
Lily, mimo że miała wrażenie, że odsuwa się od niego fizycznie i emocjonalnie, nie zamierzała poddać się bez walki. Postanowiła pokazać Nathanielowi, że się o niego martwi, mimo wszystko. Do wieczora już się nie odzywała, pozwoliła samej sobie też ochłonąć, ale od kolejnego dnia działała. Z wyczuciem, z taktem, ale nie chciała, aby o niej zapomniał, albo bo gorsza myślał, że to ona zapomina o nim. Nie odcinała go bo jest smutny, odsunęła się, bo on sam nie wiedział, czy chce ją mieć przy sobie teraz. Nie narzucała się.
Minęły dwa dni, jak wzięła głęboki oddech, sięgnęła po telefon i zaczęła wysyłać mu wiadomości, starając się, by brzmiały jak najczystsze wyrazy troski, nie wymuszonej, lecz pełnej autentycznego zainteresowania. Chciała zrobić dla niego coś, co go podniesie na duchu, ale bez pretensji, aby i on nie poczuł, że czegoś od niego wymaga. Nie wymagała niczego, chciała aby sam sie od niej nie odwracał.
Pierwsza wiadomość była krótka: Cześć Nate, wiem, że potrzebujesz czasu, ale chciałam, żebyś wiedział, że myślę o tobie. Mam nadzieję, że to ciasto, które wysłałam, poprawi ci nastrój. Smacznego! :).
Po chwili dołączała zdjęcie własnoręcznie upieczonego ciasta, na którym widać było delikatne warstwy lukru i staranne zdobienia z płatków cukrowych które ułożyła w kwiatki. Do wiadomości dołączyła jeszcze jedno zdanie, bo to przecież ważne, aby mężczyzna wiedział, że zaskoczy go w domu nadana paczka: Przesyłka kurierem będzie za godzinę u ciebie. Mam nadzieję, że spróbujesz. Pamiętaj, że nie musisz być sam.
Lily dbała o ludzi, a gdy ktoś był dla niej bliski, skupiała się na nim. Jej własne troski odchodziły w cień, bo do nich mogła wrócić w każdej chwili. Teraz wydawało jej się, że Nathaniel przeżywa coś dużego i sam się w tym gubi. Nie była pewna, że on potrzebuje jej tak mocno, jak ona jego... ale jeszcze jej na zawsze nie odepchnął, więc po prostu starała się dodać mu otuchy. Chciała zostać w jego życiu, dokładnie w miejscu, które dla niej szykował wcześniej.
Po kolejnym dniu zdecydowała się też na bardziej osobistą wiadomość: Chociaż wydajesz się odsuwać, ja nadal jestem tutaj. Nie chcę cię naciskać, ale jeśli będziesz czegoś potrzebował, daj znać. Nie zniknę.
Wiedziała, że to nie zmieni od razu wszystkiego, ale choć odrobina troski i zrozumienia to coś, co może powoli zacząć naprawiać ich relację. Chociaż otwarcie się nie pokłócili i chyba nie do końca wszystko było zmarnowane... Nie wiedziała co to znaczy i co się właściwie dzieje. Nate chyba też nie wiedział... Trochę jakby wyszli z bajki i utknęli w martwym punkcie.
Gdy czuła, że zrobiła na razie wszystko, co mogła, zajęła się tym, co spędzało jej sen z powiek. Próbowała wyjaśnić plotki w firmie o sobie i przekonać się, że może to najlepszy czas na zmianę pracy... To wszystko wydawało się ją rozpraszać i wprawiać w jakieś obawy, ale jej myśli i tak wracały do Nathaniela.
Lily
Maxine nie wiedziała, co powinna sądzić o wiadomości od @npark_greatestfan, którą otrzymała na Instagramie dzień po tym, jak niechcący i nieplanowanie pojawiła się na live’ie Nathaniela. Jej wystąpienie nie trwało dłużej, niż trzydzieści sekund, a że Maxine absolutnie nie miała parcia na szkło – zdecydowanie wolała stać po tej drugiej stronie ekranu – to jedynie przemknęła gdzieś w tle, a że znajomy ją do tego zachęcił, to krótko pomachała do jego fanów i już nie było jej widać, bo uciekła poza zasięg kamerki. To jednak wystarczyło, by @npark_greatestfan napisała do niej: „Odpierdol się od Nathiego!!!! On jest MÓJ!11!!! Tylko mój!!”
OdpowiedzUsuńJako pierwszą Max poczuła konsternację. Nie od razu rozłożyła na czynniki pierwsze nick piszącej do niej dziewczyny, skupiła się przede wszystkim na wiadomości i chwilę zajęło jej połączenie ze sobą odpowiednich kropek, które doprowadziły ją do konkluzji, że Największa Fanka Nathaniela nie tylko musiała odnotować jej obecność na wczorajszym live’ie, ale także włożyć mnóstwo wysiłku w odnalezieniu jej na Insta. Musiała dokładnie przejrzeć co najmniej listę osób, które śledził Park, jeśli nie imponującą, bo prawie pięćdziesięciomilionową listę jego followersów – Maxine obserwowała Nathaniela, ale nie miała pewności, czy on obserwował ją, bo na co dzień rozmawiali na innym komunikatorze.
To z kolei doprowadziło ją do bezgranicznego zdziwienia, które najpierw przeszło w rozbawienie – Maxine pozwoliła sobie na kilkuminutowe chichranie się z otrzymanej wiadomości – a potem w strach. Jak bardzo musiała być zdeterminowana Największa Fanka Nathaniela, że odszukała jej profil? Jak bardzo zafiksowana na jego punkcie, że napisała Riley wiadomość o takiej, a nie innej treści?
Strach ten jednak nie tkwił w Max wystarczająco długo, by ta poszukała odpowiedzi na postawione pytania. Nie zakorzenił się w niej, nawet nie zdołał tych korzonków wypuścić, bo Max zdecydowała się machnąć na zaistniałą sytuację ręką i skasowała otrzymaną wiadomość. Już na drugi dzień o niej zapomniała, oczywistym było więc, że nie wspomniała o niej głównemu zainteresowanemu, jakim powinien być Nathaniel.
Może gdyby Max była bardziej świadoma tego, jak medialną osobą był Park, nie zachowałaby się tak lekkomyślnie. Na co dzień jednak nie pamiętała o tym, jak potężną armią fanów dysponował Nathaniel. Dał jej się poznać jako zwykły chłopak, z którym złapała dobry kontakt już tamtego dnia, na planie reklamy dla Calvina Kleina i ten dobry kontakt utrzymywali po dziś dzień, stając się znajomymi, którzy polubili spędzać ze sobą czas, choć ostatnio zdarzało im się to rzadziej. Riley nie była tym zaniepokojona – tak działała dynamika w każdej relacji, czasem ulegała rozluźnieniu, by później znowu przybrać na intensywności. Zaniepokoiło ją dopiero to, jak rozwinęła się sytuacja z @npark_greatestfan i ten niepokój, który osiągnął apogeum dzisiejszego poranka, skłonił ją do zadzwonienia do Nathaniela, by zapytać o to, czy może wpaść do niego bliżej wieczora, po zajęciach na uczelni.
W drodze do mieszkania znajomego przeglądała wiadomości od @npark_greatestfan, bo… To już nie była jedna wiadomość, którą mogłaby usunąć. Dziewczyna napisała do niej znowu, mniej więcej po tygodniu od pierwszej wiadomości. Ta druga była w podobnym stylu. Później pisała już regularnie, mniej więcej co dwa, trzy dni, aż dziś rano, po wejściu na Instagrama, Max zobaczyła nowe powiadomienie. Największa Fanka Nathaniela wysłała jej zdjęcie, na którym Riley wychodziła z domu na zajęcia. Wychodziła z domu. Z domu. DOMU. To było wczoraj, poznała to po ubraniach, które miała na sobie.
To zdjęcie pchnęło ją do tego, żeby zareagować. Żeby poszukać odpowiedzi na te dwa pytania. Jak bardzo musiała być zdeterminowana Największa Fanka Nathaniela, że odszukała jej profil? Jak bardzo zafiksowana na jego punkcie, że napisała Riley wiadomość o takiej, a nie innej treści? I na jeszcze jedno, nowe. Jak bardzo zdesperowana i niezrównoważona była ta dziewczyna, że wyśledziła ją w realu?
Dotarłszy pod adres Nathaniela, zadzwoniła na domofon. Dostała się na klatkę schodową, potem na właściwe piętro i pod znajome drzwi. Zapukała, głośno i szybko. Nie skorzystała z dzwonka, nigdy nie lubiła dzwonków do drzwi i ich, najczęściej, przeszywających dźwięków. Baram pewnie też za nimi nie przepadał.
UsuńMAXINE RILEY
Maxine nie wiedziała, jak powinna czuć się w związku z zaistniałą sytuacją. Nic podobnego jej nie spotkało, nie miała więc żadnego punktu odniesienia. Niczego, do czego mogłaby to porównać. Czy te wiadomości, które otrzymała od nieznanej sobie dziewczyny na Instagramie, były wystarczające do tego, by Maxine miała podstawę do odczuwania strachu? Czy to zdjęcie, które otrzymała dzisiejszego poranka, a które przedstawiało ją samą, upoważniało ją do podjęcia działania? Może tak naprawdę i na to powinna machnąć ręką, zignorować tę wiadomość tak, jak zignorowała poprzednie? To jednak nie skłoniło Największej Fanki Nathaniela do zaprzestania wysyłania tych wiadomości, przeciwnie, Maxine odnosiła wrażenie, że jej milczenie prowokuje tę dziewczynę, skoro ta zdecydowała się ją wyśledzić.
OdpowiedzUsuńRiley nie czuła jednak strachu czy złości, a dyskomfort i zdała sobie z tego sprawę, stojąc pod drzwiami znajomego. Czekając, aż ten otworzy, nasłuchiwała dobiegających ze środka odgłosów i uśmiechnęła się do siebie, kiedy do jej uszu doleciało mocno stłumione, ale wciąż słyszalne szczeknięcie Barama.
— No cześć — przywitała się, kiedy tylko podniosła wzrok na sylwetkę stojącego w progu Nathaniela i weszła do środka, kiedy ten zrobił jej miejsce. Nim chociażby pomyślała o tym, aby ściągnąć lekki płaszczyk i białe trampki, pochyliła się, żeby pogłaskać Barama. Zrobiła to delikatnie i z wyczuciem, bo ona i psiak jeszcze nie zaprzyjaźnili się ze sobą na tyle, by Max pozwoliła sobie śmielej z nim poczynać.
— Ciebie też. — Uśmiechnęła się, spojrzawszy krótko na mężczyznę. Potem ściągnęła torebkę, łapiąc za przewieszony przez tułów pasek, który przełożyła nad głową. Odwiesiła ją na wieszak, na którym umieściła także płaszczyk i ściągnęła trampki, które ustawiła pod ścianą. Z kieszeni płaszczyka wyjęła telefon, z lekkim drżeniem dłoni zaciskając na nim palce i ruszyła w głąb mieszkania za znajomym.
— Trochę jestem, ale… Może zjemy później? — zapytała niepewnie i przystanęła w salonie. Teraz ściskała telefon już w obu dłoniach, robiąc to na tyle mocno, że skóra jej smukłych palców w niektórych miejscach pobielała.
— Najpierw chciałabym załatwić to, z czym przychodzę i nawet nie wiem, od czego powinnam zacząć — westchnęła głęboko. — Usiądziemy? — Zerknęła na kanapę, na której już rozgościł się Baram. — Muszę ci coś pokazać.
Uznała, że zamiast tłumaczyć, co zaszło, po prostu pokaże Nathanielowi wszystkie wiadomości oraz to jedno zdjęcie, które dotąd otrzymała od @npark_greatestfan, a potem opowie mu, kiedy dokładnie to wszystko się zaczęło. Miała ogromną nadzieję, że Nathaniel będzie wiedział, co z tym zrobić, ponieważ ona nie wiedziała. Nie miała pojęcia, jak postępuje się w takiej sytuacji i choć nie życzyła mu tego, wolałaby, aby Nate miał doświadczenie, którego jej brakowało. Może miała to nie być pierwsza nawiedzona fanka, z jaką Park miał mieć do czynienia? Może takich dziewczyn, które coś sobie ubzdurały, a potem groziły innym dziewczynom, było więcej?
Max miała nadzieję, że tak. Że nie była odosobnionym przypadkiem, a jednym z wielu i że na takie przypadki istniały określone procedury. Że Nathaniel da znać komuś, z kim pracował, a kto dbał o jego wizerunek, i że ten ktoś zażegna problem.
[Jak pięknie się tu zrobiło! 💙💙💙]
MAXINE RILEY
Maxine było niezręcznie z tym, że stawiała Nathaniela w niekomfortowej sytuacji, ale do kogo innego miałaby się zwrócić akurat z tym problemem? Chcąc, nie chcąc, dotyczył on bezpośrednio ich dwójki, a Max zawsze szukała rozwiązania u źródła. I tak jakiś czas zwlekała z przyjściem z tym do Nathaniela, bo nie uważała, by to, że jakaś nawiedzona laska wypisuje do niej głupoty było warte zaprzątania mu głowy. Może mogła ją po prostu zablokować? Może to ukróciłoby tę sytuację? Wtedy dziewczyna widziałaby, że Maxine nie odczytuje jej wiadomości i dałaby sobie spokój, zamiast brnąć w to dalej.
OdpowiedzUsuńRiley przysiadła na kanapie, na samym jej skraju. Ją i Nathaniela dzielił Baram, stanowiąc bezpieczny bufor, w którego krótkiej, ale gładkiej i wypielęgnowanej sierści zawsze można było zanurzyć palce w poszukiwaniu ciepła i wsparcia. Ujęła telefon w lewą dłoń, palcem wskazującym prawej weszła w Instagrama, a następnie w interesującą ją konwersację, przewinęła do początku sprzed kilku tygodni i wręczyła swojego iPhone’a znajomemu.
W milczeniu obserwowała, jak Nathaniel skroluje wiadomości, przewijając je kciukiem, jak jego oczy poruszają się od lewa do prawa i z powrotem. W pewnym momencie otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, wytłumaczyć, ale tylko westchnęła cichutko i zacisnęła wargi. Patrzyła w ekran, czekając, aż młody mężczyzna dotrze do zdjęcia z dzisiejszego poranka, a kiedy to wysunęło się na pierwszy plan, podniosła wzrok do jego twarzy. Czekała na cokolwiek, co miał do powiedzenia Nate i zagryzła dolną wargę, kiedy ten poinformował, że zadzwoni do managera.
— Dobrze.
Powiodła za nim wzrokiem, kiedy wstawał. Nadal siedziała na skraju kanapy, z dłońmi ułożonymi na kolanach, z wyprostowanymi plecami. Jej ciało zdradzało napięcie, a reakcja Parka sprawiła, że Riley zaczęła się denerwować. Potarła lekko pocące się wnętrze dłoni o materiał jasnych jeansów.
— Mogę — przytaknęła i opuściła wzrok na własne dłonie, skupiając go na pociągniętych mleczną odżywką paznokciach. Uniosła rękę, podrapała się po policzku, a potem odgarnęła za ucho łaskoczący ją w ten policzek kosmyk, który wymsknął się z niskiego upięcia włosów na karku.
— Aż tak? — rzuciła, zerkając na niego, kiedy Nathaniel wyskoczył z policją. Zaśmiała się, krótko i nerwowo, po czym sama odetchnęła głębiej. Jej spojrzenie przesunęło się po twarzy znajomego; w jej wyrazie było coś, co sprawiło, że Maxine poczuła ukłucie niepokoju. Czegoś brakowało. Czegoś istotnego, czego Riley na ten moment nie potrafiła zidentyfikować.
Może Park był zły, że nie przyszła z tym do niego wcześniej?
— Przepraszam, że dopiero teraz — podjęła, kierowana tym właśnie podejrzeniem. — Że nie przyszłam z tym od razu, albo chociaż wcześniej, ale myślałam, że jeśli będę ignorować te wiadomości, to ta dziewczyna w końcu się znudzi — mówiła szybko, patrząc teraz na własne palce, którymi nieudolnie skubała materiał jeansów nad kolanem. — Aż dzisiaj rano przysłała mi to zdjęcie. Musiała je zrobić wczoraj, poznaję po ubiorze, pod moim domem. Nie mam zielonego pojęcia, jak mnie znalazła, przecież nigdzie nie podaję swojego adresu. Myślisz, że przetrzepała wszystkie moje socjale? Że z tych zdjęć, które wrzucam do sieci da się skleić to, gdzie mieszkam?
Głos Maxine zatrząsnął się lekko, kiedy zadawała ostatnie pytanie, przez co zaraz odchrzaknęła, a żeby zająć się czymś innym, niż skubanie spodni, zaczęła głaskać Barama. Ten chyba wyczuwał, że coś jest nie tak, bo uszy miał lekko położone po sobie, przez co wyglądał na zmartwionego, ale jego ogon zaczął mocno uderzać o siedzisko kanapy, kiedy tylko poczuł na sobie drobną dłoń Riley.
[Opłacało się zarwać nockę ^^ Bardzo mi się podoba 💙]
MAXINE RILEY
Nathaniel nie był skazany na samego siebie, nie musiał z wszystkim mierzyć się sam i choć Lily próbowała mu to przekazać, był już tak mocno zamknięty w sobie, że nie tylko nie chciał jej słuchać, ale z irytacją przyjmował jej łagodne słowa. Nie chciała go zostawiać, ale nie widziała też sensu w pomaganiu na siłę. Może to kwestia tego, że sława i presja w końcu go dosięgły i już nie umiał sobie z tym radzić... Jego świat był trudny, modeling, kontrakty, kontakty, wyjścia, wiedziała, ile wysiłku go to wszystko kosztuje, nawet jeśli to uwielbiał. Była z nim na gali raz, była tym wszystkim oczarowana, choć siła plotek, jaka potem się rozpętała nieco ją zaskoczyły... Nate ją chronił, zajął się wszystkim, nim nie dotarł do niej jakiś wstrętny wścibski paparazzi, ale ile takich sytuacji skupiało się tylko na nim? Nie wiedziała. I chyba sie nie dowie, skoro się od niej odcinał? On sam nie wiedział, co się dzieje, więc jak mogła wiedzieć ona?
OdpowiedzUsuńNajbardziej zabolało ją to, że ją odtrącił. Starała się, chciała pomóc, może niepotrzebnie naciskała na wyjaśnienie, co się dzieje, ale nie chciała go zostawiać z niczym. Był zagubiony, był w jakiejś dziwnej rozterce, w stanie w którym go nie poznawała... Gdy się na nią zezłościł i dał jej do zrozumienia, że sam nie wie, czego od niej chce, coś jakby się w niej połamało. Może miała co do niego za wielkie oczekiwania. Może jej przywiązanie i uczucia urosły już za mocno... Nie wiedziała. Nie chciała go tracić, ale nie wiedziała też, czy może go nadal przy sobie zatrzymać. Lily bardzo dbała o bliskich i o relacje, ale gdy te wykraczały poza wyraźne, klarowne i jasne granice, zaczynała sama czuć się zagubiona i potrzebowała wsparcia. Nathaniel właśnie w tej chwili się wycofywał.
Na zdjęcie, które Nate odesłał z ciastem, wpatrywała się zdecydowanie dłużej, niż powinna. Z uwagą i jakąś czułością dostrzegała zmiany w jego twarzy, zasinienia pod oczami, jak zmizerniał, jak po prostu... był zmęczony. Czy był chory? Czy to depresja? Czy działo się coś w jego życiu prywatnym, tam dokąd jeszcze jej nie dopuścił i czego jeszcze przed nią nie odsłonił? Byli przyjaciółmi, ale to chyba wciąż było za mało... Lily już naprawdę nie wiedziała, co myśleć o ich znajomości, nie chciała się narzucać, kiedy więc dostała zaproszenie na sobotę, nie odpisała. I długo się wahała, czy powinna przyjść.
Przyszła. Nie w szpilkach i eleganckiej sukience jak ostatnio prosto z pracy. W wygodnych wiązanych lekkich tenisówkach, jeansach i miękkiej bluzce, z włosami związanymi w luźnego warkocza, z którego uciekały krótsze kosmyki przy twarzy. Przyszła jako Lily, która gotowa jest uciekać, jeśli Nate jej nie chce i nie potrzebuje. Nie wiedziała nawet, czy się nie pokłócą, ale postanowiła, że nie pozwoli mu się na sobie wyzywać i że sama też musi teraz zadbać o siebie. Znowu kłóciła się z Robem, znowu w pracy rosło dziwne napięcie i plotki działały na jej niekorzyść, stresowała się nadchodzącą rozmową i myślała, czy wszystkiego nie rzucić... Może u brata w Chicago żyłaby lepiej, nawet jeśli zamknięta w klatce? Może na chwilę byłoby jej po prostu łatwiej.
Martwiła się o Parka, gotowa była być cały czas obok, wyprowadzić Barama, zrobić dla Nathaniela zakupy, nawet zadzwonić jeśli gdzieś trzeba i przełożyć jego spotkania. Gotowa była się mocniej zaangażować, jeśli tylko by jej pozwolił i nie chodziło o naprawianie czegoś, albo wyręczanie go. Chodziło o pomoc, aby on sam miał chwilę, aby sobie przemyśleć i poukładać to, co go ręczy. Zależało jej na nim, tęskniła za nim, powiedziała mu to ostatnio nim wyszła, a jednak to chyba tak nie było wystarczające. Może nigdy nie było i się oszukiwała?
UsuńZadzwoniła dzwonkiem jak ostatnio, jednak bez napięcia i niepokoju, czy go zastanie. Wiedziała, że jest, tylko nie wiedziała w jakim stanie. Miała z sobą dwa maślane rogaliki z cytrynowym nadzieniem i chyba nie do końca była głodna... Ostatnio prawie nie jadła gotowanych rzeczy, szybkie kupne dania zastępowały jej zdrowe posiłki, ale dawały czas na... na martwienie się. A martwiła się bardzo dużo, szczególnie o Nathaniela, który wydawał się być obdarty brutalnie z wszelkich sił na cokolwiek.
- Cześć - powiedziała cicho, widząc go w progu i podała mu kartonik, wchodząc do środka. Baram, który zjawił się obok, jak ostatnio wywołał w niej ciepły uśmiech, kiedy pochyliła się, przywitać psa.
[Oh, woooow! ale tu cudownie! ❤️]
Lily
Przewróciła oczami, bo to nie tak, że opowiadała o tej randce, to jej matka zaczęła snuć wielkie plany. Suyin wystarczył jeden wspólny obiad, jedno „miło było poznać” i fakt, że Nathaniel nie uciekł przez okno, żeby w jej głowie powstała cała przyszłość: kolejne spotkanie, wspólne święta i Mei-Mei cudownie naprawiona siłą odpowiednio dobranego mężczyzny. Cóż, Nate był miły, ale szybko stało się jasne, że prędzej zostaną znajomymi od kieliszka niż parą.
OdpowiedzUsuń— I nie, nie opowiadałam o tobie. Chen ma po prostu talent do wyciągania najgorszych możliwych wniosków — stwierdziła, zerkając w stronę brata. — Szkoda, że nie potrafi tak analizować własnych decyzji życiowych.
— Hej! — odezwał się starszy Wong.
— Cicho. Mówię prawdę! — mruknęła z lekkim rozbawieniem.
Przemknęła wzrokiem do swojego obiadu. Kurczak, ryż, warzywa. Wszystko zimne, smutne i stojące obok katalogu urn tak długo, że nawet Mei miała wrażenie, że jedzenie przeszło duchową przemianę w eksponat.
— To zrobiła moja matka — dodała, wskazując pojemnik. — Gdyby usłyszała, że powiedziałeś „nie jadłbym tego”, znalazłaby sposób, żeby cię przekląć.
Oczywiście, że mogła to usłyszeć, bo mieszkanie rodziców było tuż nad domem pogrzebowym. Mei odruchowo zerknęła w sufit, jakby Suyin mogła właśnie stać piętro wyżej z uchem przy podłodze i notesem, w którym notowała czyjeś przewinienia. Nie zdziwiłoby jej to. Matka miała nadnaturalny talent do pojawiania się dokładnie wtedy, gdy ktoś mówił lub robił coś głupiego. Poza tym w domu Wongów ściany nie były cienkie, przenosiły zapach imbiru, dźwięk kroków ojca, narzekania Chena, muzykę Lily i matczyne „Mei-Mei?” wypowiadane tonem, który pewnie potrafiłby znaleźć ją nawet po śmierci. Gdyby Suyin usłyszała, że ktoś odmawia jej jedzenia, zeszłaby na dół w kapciach, z twarzą pełną uprzejmego oburzenia i zapytała Nathaniela, co jest nie tak z jej kurczakiem.
Mei wbiła w niego spojrzenie. Powinna odmówić. Właściwie wszystko w tej sytuacji krzyczało, że powinna odmówić; zimny obiad od matki, zmęczenie siedzące pod jej skórą i fakt, że Nathaniel znowu pojawił się w jej życiu w okolicznościach, które trudno było nazwać normalnymi. Ale była głodna.
Pomyślała o matce, o tym, że Suyin pewnie wyczułaby zdradę jedzenia przez sufit, gdyby Mei wyrzuciła jej obiad. Dlatego pojemnik schowała do torby. Nie zje teraz, ale też nie popełni świętokradztwa.
— Dobra. Ale ja wybieram miejsce — stwierdziła z uśmieszkiem.
Zgarnęła z oparcia krzesła swoją skórzaną kurtkę i wsunęła ręce w rękawy, poprawiła kołnierz i dopiero wtedy poczuła się odrobinę bardziej sobą, mniej jak pracownica domu pogrzebowego po awaryjnym udzielaniu pierwszej pomocy.
Knajpka znajdowała się trzy ulice dalej, wciśnięta między zamknięty zakład krawiecki a sklep z telefonami. Nad wejściem wisiał wyblakły szyld z kaczką, która wyglądała, jakby miała dość własnego menu. W środku było ciasno, ciepło i tłusto od pary. Pachniało bulionem, smażonym czosnkiem, sosem sojowym i starym olejem, czyli dokładnie tak, jak powinno pachnieć miejsce, w którym jedzenie naprawdę dobrze smakowało.
Za ladą stał pan Gao, niski, siwy Chińczyk o twarzy wiecznie niezadowolonego proroka, który od trzydziestu lat karmił pół dzielnicy i obrażał drugą połowę. Spojrzał na Mei, potem na Nathaniela.
Usuń— Za późno — burknął. — Zamknięte.
Mei minęła go bez pytania i usiadła przy stoliku pod ścianą.
— Kłamiesz. Garnek jeszcze pracuje — wytknęła. — Dwie zupy, pierożki i smażony kurczak — poprosiła, składając ręce w konkretnym geście, a pan Gao prychnął, jakby właśnie błagała go o przysługę godną cesarza.
— A ten? — Wskazał brodą Nathaniela. — Chłopak?
Mei zdjęła kurtkę, rzuciła ją na krzesło obok i westchnęła.
— Nie zaczynaj — wymruczała cierpiętniczo.
— To nie bierz ładnych chłopaków ze sobą, jak nie chcesz pytań.
Mei-Mei machnęła lekceważąco dłonią i posłała Nathanielowi znaczące spojrzenie.
— Widzisz? Miły człowiek. Prawie jak rodzina, tylko mniej subtelny. — Sięgnęła po paczkę papierosów i zapaliła.
Pan Gao odwrócił głowę znad garnka.
— Nie palić — warknął.
Mei zaciągnęła się spokojnie i wypuściła dym w bok, nie na stół.
— To nie patrz — poleciła, uśmiechając się szeroko.
— Umrzesz młodo.
— Pracuję w domu pogrzebowym. Będę miała zniżkę — stwierdziła rzeczowo, zresztą bardzo słusznie.
Stary Chińczyk prychnął coś pod nosem, ale nie podszedł zabrać jej papierosa, co w jego języku oznaczało zgodę, błogosławieństwo i prawdopodobnie troskę. Mei oparła łokieć o blat i zmierzyła Nathaniela spojrzeniem. Dziwnie było go tutaj widzieć.
— No więc — odezwała się w końcu, stukając popiołem do wyszczerbionej popielniczki. — Jak idą ci kolejne randki? — Mei uśmiechnęła się krzywo. — Bo jeśli standardem jest wpadanie do domów pogrzebowych z rannymi ludźmi, to muszę przyznać, że konkurencja bardzo podniosła poprzeczkę.
Mei-Mei Wong 🫧💀
[Ależ tutaj ładnie!]
Lily nie była interesowna, nie kalkulowała ich relacji i znajomości i zabolało ją to, co usłyszała poprzednim razem. Myślał, że jest blisko, bo ją rozśmieszał? Myślał, że chce go widywać, bo jest zabawnie i lekko i beztrosko? To jej dawał, owszem, zgadza się, ale poza tym było jeszcze mnóstwo innych wspaniałych rzeczy i wspaniałych cech w Nathanielu, które były dla niej ważne. Był szczery, otwarty, empatyczny i wyrozumiały. Pozwalał jej poczuć się bezpiecznie, gdy przestawała się krępować i pilnować. Potrafił słuchać. Czasami nie musieli rozmawiać, sama obecność przynosiła spokój, a Lily w której niekiedy emocje buzowały trochę za bardzo, wyciszała się przy nim i po prostu nie wstydziła tego, że czasami sama jest zagubiona, podirytowana bez powodu, albo krytyczna bez okazji. Przy Nathanielu nie bała się odsłonić, pokazać że nie jest idealna, nie jest zawsze wesoła, zawsze silna, zawsze niezawodna. Za to ceniła go najbardziej, że patrzył na nią, widział ją i nie oceniał... Mogła być sobą i mogła być swobodna. I mogła się nie bać, że właśnie wtedy Nate sie odwróci.
OdpowiedzUsuńOna również nie miała zamiaru sie od niego odwracać. Nie mogła jednak nic zrobić, jesli sam postanowi ją odciąć. To ją poniekąd bardzo przerażało, bo jak... jak miałaby zrezygnować z niego? Z przyjaźni i tego, co się powoli wkradało między nich? Nie chciała.
– Nie jestem aż tak wybredna – powiedziała z lekkim uśmiechem. – Chciałam po prostu spędzić z tobą trochę czasu. Nie musi być nic wielkiego... - zaczęła, ale żeby atmosfera nie stała się zbyt nerwowa i napięta jak ostatnio, przysiadła przy blacie i zastukała paznokciami o powierzchnię, myśląc nad tym, co jedli wspólnie... - Wiem. Placki jeon, te z naszego pierwszego biwaku. Co ty na to?
Spojrzała a niego z ciepłem, z uśmiechem, tak, jakby chciała teraz odgonić od niego wszystkie zmartwienia, wszystkie ciemne chmury i burze, które wirowały mu nad głową. Bardzo chciała go wesprzeć, nawet jeśli nie chciał i nie umiał rozmawiać, jakby miał wszystkich i wszystkiego dość. Chciała być przy nim musiał jej tylko na to pozwolić.
Wyciągnęła rękę do dobermana, który łasił się po pieszczoty i drapała go za uchem, zerkając raz na niego, a raz na Nathaniela. Nie chciała, aby czuł się przytłoczony jej obecnością i uwagą... Miała wrażenie, że Nate który teoretycznie przywykł do cudzych spojrzeń, teraz miał ich przesyt.
Lily ❤️
Kiedy mężczyzna gestem wskazał ławeczkę, poczuła ulgę. Najwyraźniej trafiła na uprzejmego gostka. Uśmiechnęła się do niego i mimowolnie przebiegła wzrokiem po sali.- Mam nadzieję, że co najmniej połowa z nich odpadnie. Nie chce mi się szukać nowej siłowni - przyznała. Nie chciała być wredna czy niemiła, ale nie wyobrażała sobie, by jej regularne treningi miały stale przebiegać w atmosferze wyścigu szczurów. - Nie życzę im źle... po prostu nie lubię tłoku - dodała, starając się nie brzmieć jak ostatnia jędza. Potem skinęła lekko głową.- Dziękuję. Możemy wymieniać się seriami - zaproponowała. Położyła swoje rzeczy na ziemi, zarzuciła ręcznik na ławeczkę, a potem obeszła maszynę i ustawiła obciążenie. Następnie położyła się i zaczęła wyciskanie na klatę. Po dwudziestu powtórzeniach podniosła się i zwolniła miejsce. - Dawaj. Ja sobie odpocznę. Poniekąd była ciekawa, ile ten mężczyzna wyciśnie. Sama może nie brała bardzo dużo, ale jakąś już wprawę miała. Przynajmniej nie czuła już wstydu przy ćwiczeniach. Mniej wiedziała, że daleko jej do tych maniaczek ketli i crossfitu, które wyglądały jak z okładem magazynów sportowych. Za to mężczyzna... w swojej sportowej koszulce na siłacza też nie wyglądał. - Jestem Tonya tak w ogóle - dodała i sięgnęła po wodę, aby upić łyka cennego napoju.
OdpowiedzUsuńTonya
Baram skutecznie odwracał jej uwage, bo choć ta skupiona była na Nathanielu, Lily nie osaczała go. Nie śledziła każdego jego ruchu, nie wodziła za nim wzrokiem gdy stawiał kolejny krok do szafki po miskę, a potem do lodówki po warzywa. Doberman zdejmował z tej chwili nieco ciężkości, a jej dłonie sunęły po gładkiej i lśniącej sierści zadbanego pupila. Uśmiechała się czule i radośnie, patrząc to na mężczyznę, to w lśniące ciemne oczy dobermana. Uwielbiała tę dwójkę, uwielbiała ich bardzo i nie miała zamiaru, nie chciała z nich rezygnować, nawet jeśli Nathaniel chwilowo wydawał się wycofany i zrezygnowany walczyć o samego siebie. Jeśli trzeba będzie, to ona zawalczy o nich wszystkich i za wszystkich.
OdpowiedzUsuń- Ale wtedy nie padało... Można je jeść tylko gdy jest deszcz? - wyprostowała się i popatrzyła na dłonie Parka, który starannie i z uwagą szykował warzywa na tarce. Ona również wolałaby, aby nie stracił palców, ani jednego, ani nawet pół.
Biwak, na którym próbowała placków był bardzo dawno temu, niekiedy w tej znajomości ruda traciła poczucie czasu i rzeczywistości, szczególnie gdy wspominała ostatnie miesiące. Wtedy gdy byli wobec siebie czulsi i uważniejsi, gdy trochę nie wiedziała, czy niektóre gesty są poprawne i im wypada... Wtedy gdy zaczynało jej zależeć bardziej, przez to teraz tym mocniej czuła się zagubiona.
- Jakie... sytuacje? - nieco zaskoczona pytaniem i doborem słów, popatrzyła wyżej na twarz Nathaniela. Nie rozumiała o co pyta i o co może mu chodzić.
Gdy ostatnim razem wyrzuciła z siebie, że kłóci się z bratem i na dodatek ktoś roznosi plotki o jej romansie, bardziej przejmowała się nim i tym, jak mężczyzna się izoluje niż sobą. Teraz nawet o tym nie pomyslała, wtedy była w emocjach i chyba większość z tego, co mówiła o sobie, nie miało znaczenia. Dzisiaj zresztą też nie, bo nie po to przyszła i to nie ona teraz się liczyła najbardziej.
- Nie wiem... w czym chciałbyś pomóc? - uśmiechnęła się lekko, odrobinę tracąc grunt w tej rozmowie, bo nie wiedziała, o co chodzi Nathanielowi.
Lily wiedziała, że teraz przyjaciel sam czuje się nieswojo, że jej potrzebuje i nie czekała na jakiekolwiek wsparcie w swoim własnym położeniu. Zresztą Lily nawet jeśli kogoś potrzebowała, to o pomoc prosiła niechętnie, bo zwyczajnie nie chciała nikomu zawracać głowy sowimi troskami. Od tego miała brata i te ich kłótnie, bo mimo wszystko bardzo je ceniła.
Odchyliła się na krześle i lekko wzruszyła ramionami, nie wiedząc, co może dodać. Nie złościła się już na Parka, wiedziała i widziała, że to on potrzebuje jej teraz bardziej. Nie była tylko pewna, czy... pozwoli jej być blisko. Więc poniekąd oboje byli wobec siebie w tym samym położeniu.
- Nate, może ja pomogę tobie? - zaproponowała i aby go nie denerwować, wskazała na szykowane placuszki. - Coś obrać, pokroić? - doprecyzowała. Chciała, aby im wyszło, cokolwiek by to miało być.
Lilka
Max nie uśmiechało się zgłaszanie tej sytuacji na policję. Raz, że wymagało to zachodu, na który ona niekoniecznie miała ochotę, a dwa, pomyślała o tym samym, co Nathaniel – czy policjanci mieli w ogóle przejąć się czymś podobnym?
OdpowiedzUsuń— Dobrze — westchnęła. — Zgłoszę to, ale jutro, na spokojnie. Może być?
Uważała, że nie było większego sensu w udawaniu się na najbliższy komisariat jeszcze dzisiaj. Było późno, może nie zupełnie późno, bo Riley dotarła do mieszkania Parka niemalże od razu po skończeniu zajęć na uczelni, jednakże musieli poczekać na jego managera, a rozmowa z nim pewnie miała im zająć trochę czasu. Maxine podejrzewała, że po wszystkim będzie najzwyczajniej w świecie zmęczona i wizyta na policji będzie ostatnim, na co będzie miała ochotę. Szczególnie, gdyby przyszło jej użerać się z policjantami bagatelizującymi problem.
Nathaniel miał rację, powinna to zgłosić. Tak na wszelki wypadek, bo nawet gdyby funkcjonariusze nie podjęli żadnych czynności, ona byłaby zabezpieczona na przyszłość i gdyby przyszło co do czego, nikt nie miałby podstaw do zadawania głupich pytań typu a dlaczego od razu nie zgłosiła pani tego na policję? Wolała jednak, by żadnego na przyszłość i co do czego nie było. Miała nadzieję, że ta dziwna i niecodzienna dla niej sprawa, która mimo wszystko napawała ją niepokojem, rozejdzie się po kościach.
Mimo wszystko czuła się w obowiązku przeprosić. Jakoś tak… czuła, że powinna. Bo może mogła zachować większą ostrożność, odwiedzając wtedy Nathaniela? Wystarczyło odrobinę się przypilnować, nie wejść niechcący w jego kadr, a dziś nie siedzieliby na kanapie, z Baramem pomiędzy nimi i nie zastanawialiby się, co zrobić z tym, że do Max wypisywała jakaś nawiedzona dziewczyna.
Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością, kiedy powiedział, że coś na to zaradzą. Ucieszyło ją to, bo mimo wszystko, choć pewnie dałaby radę, nie chciałaby borykać się z tym na własną rękę. Wolała skorzystać z pomocy kogoś… doświadczonego. I nawet jeśli Nate nie był tą osobą, to jego manager był, prawda?
— Och — wyrwało jej się, bo zaskoczyły ją pytania znajomego. — W zasadzie, to niczego. To znaczy, potrzebuję, żeby zajął się tym ktoś, kto wie, co należy robić, ale jeśli chodzi o zajmowanie się mną, to mam się dobrze, dziękuję — wyrzuciła z siebie i zaśmiała się nieco nerwowo, bo trochę zapędziła się w swoim wywodzie i pokręciła głową. — Jest w porządku, naprawdę. Wystarczy, że zaczekamy na twojego managera. I może… — zastanowiła się. — Może faktycznie coś zjemy, jeśli zdążymy, nim przyjedzie? — zaproponowała ostrożnie, po czym uśmiechnęła się szeroko i rozbrajająco, bo Maxine Riley jedzenia nie odmawiała, a z kuchni Nathaniela naprawdę pięknie pachniało.
— A przy okazji może opowiesz mi, jak idzie z serialem?
MAXINE RILEY
Widziała że Nathaniel wciąż jest wycofany i przygaszony, że jest wobec niej w ten obcy sposób ostrożny. Trochę jakby pilnował sam siebie i pilnował, aby Lily nie podchodziła zbyt blisko. Nie było tak jak wcześniej. Nawet gdy się uśmiechał, wydawał się kalkulować, czy to w ogóle coś warte. Nie wiedziała, jak się ma sama w tym odnaleźć i czy na pewno przy nim, było dla niej miejsce. Zaczynała mieć wątpliwości, czy on tego chciał, czy zaprosił ją z zwykłej uprzejmości i przyzwyczajenia, bo w ciągu ostatniego czasu po prostu więcej się spotykali. Sama była niepewna, chciała być taktowna i miła, a zarazem nie umiała ukryć swojej troski.
OdpowiedzUsuńTo oczywiste, że Lily się martwiła. Zależało jej na Nathanielu. Na jego zdrowiu, samopoczuciu, na powodzeniu w rozwijaniu kariery szczególnie teraz, gdy skręcił w stronę kina odchodząc nieco od modelingu... Kibicowała mu i czuła się trochę tak, jakby ją karał, odsuwając od wszystkiego co się dzieje. Mógł nie znać powodu tej zmiany, sam się bać, ale... wystarczyło to powiedzieć. To już byłoby coś.
Poprzednim razem wszystko mu wyrzuciła, nie wykrzyczała, ale atmosfera była napięta i bliska kłótni. Dziś było lepiej, ale to wciąż... to wciąż nie to co znali. Była w tym jakaś sztywność, ostrożność i czujność. Lily tego nie chciała. Brakowało jej swobody i lekkości. Brakowało jej ciepła, które znała z spojrzeń, gestów i słów którymi Nathaniel potrafił ją otulić tak, jakby okrywał ją miękkim kocem w jesienny wieczór. Był obok, stał kilka kroków przed nia, a wydawał się nieobecny.
Patrzyła na Parka w milczeniu. Nie chciała się na niego zamykać, ale to oczywiste, że w tej chwili musiał skupić się na sobie. Nie potrzebował jej problemów, nie powinien nawet prosić, by się tym dzieliła, a jednak chciał wiedzieć. Uśmiechnęła się lekko, rozczulona, bo przecież wiedziała, że on też nie chce jej tracić, ani odsuwać. Jemu też nadal zależało na ich znajomości, nawet jeśli sam ją odsuwał. Z tą myślą poczuła jak ramiona jej opadają i schodzi z niej choć część tej niepewności i napięcia, z jakimi tu przyszła. On tego nie widział, bo stał do niej tyłem, ale ona obserwowała go i widziała, jak spinał barki gdy tylko użyła tego słowa. Wiedziała, że może być dzisiaj ciężko i niezręcznie, ale oboje się starali i to już znaczyło bardzo dużo.
- Pamiętasz co robiłeś na biwaku? Chyba chciałabym to samo, wtedy pierwszy raz próbowałam tych placków i były cudowne - stwierdziła, głaszcząc jeszcze raz dobermana za uszami.
Podeszła do lodówki, na razie ignorując temat swoich spraw i czy Nate mógłby jej w czymś pomóc. Wolała porozmawiać o tym, gdy już usiądą przy jedzeniu, na spokojnie, bez wymijania się. Zachowywali się teraz tak, jakby musieli się badać, okrążać, poznawać jak jakieś obce osoby, a przecież nie było tak. Nie wiedziała... czy Nate się jej boi? A może się czegoś wstydzi? Nie oceniała go, nie po to tu przyszła i znów... poczuła, że go zawodzi. Było jej przykro, ale nie miała zamiaru uciekać. Ani z niego rezygnować, skoro sam się też starał. Zajrzała do lodówki, sprawdzając co tam zakupił i schował na ich dzisiejsze spotkanie. Wyjeła składniki, o których wspomniał wcześniej i przeniosła to na blat, stając naprzeciwko niego. Zrobiła to specjalnie, aby móc na niego patrzeć, a nie na jego plecy.
- No dobrze... To gdybym coś pomyliła, uratujesz sos? - upewniła się, uśmiechając się do niego lekko. - Jeśli zrobię coś zbyt ostre, to oddam ci wszystko, pamiętaj - dodała, bo pikantne potrawy i dodatki to nie były jej smaki i zaraz za szybko paliło ja gardło, więc Nathaniel w razie czego będzie musiał ratować i sos i sytuację.
UsuńZ lodówki wyjęła też smaczki, więc gdy Baram przysiadł obok, podała mu na otwartej dłoni kostkę jakiegoś smakołyka. Ten pies był cudownym towarzyszem, łagodnym, jakby rozumiał wszystko, co dzieje się wokół.
- Ja też za nim tęskniłam - przyznała, znów gładząc pieska po grzbiecie. - I za tobą też, Nate. Nawet bardziej niż za dobermanem - dodała spokojnie, bez nacisku, aby nie było niezręcznie i odwróciła się na chwile, by umyć dłonie zanim zacznie coś przyrządzać. Musiała też odetchnąć, bo czuła że coś zaciska jej sie w klatce, choć wypowiedziała proste i oczywiste zdanie.
Lily ❤️
Dobrze, że Lily nie czytała mu w myślach, bo gdyby dowiedziała się, że chciał z niej zrezygnować, rozsypałaby się na kawałki. Na milion kawałków i nie byłoby co zbierać. Dlatego tu dzisiaj była, dlatego ostatnio przyszła, dlatego do niego pisała, bo nie chciała się odsuwać. Chciała, aby i on dał im szanse, ratować tę przyjaźń, nawet jeśli nie było już żadnej szansy na nic więcej. Nate był wspaniałym facetem i świetnym człowiekiem, nie chciała całkiem go tracić. A teraz, gdy przechodził przez coś trudnego i niezrozumiałego... chciała go wesprzeć, nadal być blisko, aby jeśli potrzebuje, oparł się na niej.
OdpowiedzUsuńLily była silna i była wytrwała. Dbała o innych i była dla innych, może czasami zdarzało jej się zaniedbywać samą siebie, ale nie czuła się wtedy winna. Nie czuła sie też wykorzystywana, choć widziała i czuła, kiedy jej zaangażowanie w znajomość i dobroć są wykorzystywane , a zaufanie nadwyrężane. Ale to nic, bo ona po prostu chciała być pomocna. Teraz chciała być przy przyjacielu i nawet gdyby był egoistą, a przecież nie był, nie umiałaby go opuścić.
Zabrała się do pracy. Przysunęła sobie jedną z miseczek i wlała kolejno po każdym z składników, a jeśli miała wątpliwości, pytała Nathaniela o proporcje i ilości. I wtedy poczuła, jak ramiona jej się rozluźniają, a atmosfera wraca do tej lekkiej, przyjemnej, pogodnej. Jak dawniej. Uśmiechnęła się szerzej, nadal z troską, ale i czułością, zerkając na to, jak placki na patelni nabierają rumianego koloru i aż westchnęła, wyobrażając sobie ich pyszny smak.
- Mnie zawsze można przekupić jedzeniem - stwierdziła żartobliwie, ale to była jakaś malutka prawda o niej i zaśmiała się cicho pod nosem. Jakby nic ich nie poróżniło i nie dzieliło.
Chwila ciszy jaka nastąpiła, nie była ciężka jak poprzednio. Nate się kręcił między patelnią a talerzem, a Lily łapiąc rytm muzyki puszczonej z telefonu, lekko nawet zakołysała się nad miseczkami z uśmiechem, który jakby obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Ona wierzyła, że jakoś sie im nawzajem ułoży i po prosto o siebie wzajemnie zadbają, dotrą się, zrozumieją. Zerknęła zaraz na Parka, gdy stanął bliżej, wyłączył płytę pod patelnią i odpowiedział, że również za nią tęsknił. W jej spojrzeniu z tą chwilą coś się zmieniło... zmiękło. Odłożyła miseczke i łyżkę, która mieszała drugi pikantniejszy sos dla Nate'a i odwróciła się w jego stronę. Wahała się jedynie chwilę i jakby czytając mu w głowie, tym razem te dobre, czułe myśli, a potem wyciągnęła przed siebie ręce i objęła go, wciskając twarz w jego tors. Odetchnęła głeboko, westchnęła z jakimś wewnętrznym zatroskaniem.
- Nie przejmuj się... dam ci tyle czasu, ile tylko potrzebujesz - zapewniła cicho, po prostu wzruszona tym, jak oboje są niepewnie i zarazem jak nadal chcą o siebie dbać i mieć siebie nawzajem blisko. Może mimo wszystko naprawdę nic się nie zmieniło. - Możesz być egoistą, a ja będę tutaj, obok ciebie - zapewniła jeszcze i podniosła na niego spojrzenie, zadzierając głowe, by spojrzeć mu w oczy. - Zaczekam - obiecała, choć nie była pewna, co to znaczy i czego właściwie Nathaniel od niej chce. Wiele w ich relacji było niedopowiedzeń i wiele się zmieniło na gali, Nathaniel był wtedy wobec niej bardzo zaborczy i pilnował jej, żeby nikt jej nie zaczepiał, a nawet wtedy myślała, że może był zazdrosny. Zmieniało się też dużo, gdy byli sami i zostawała u niego na noc. Wiedziała, że naginali granice zdrowej, zwykłej przyjaźni, ale nie walczyła z tym i na pewno nie miała zamiaru walczyć z Nathanielem.
Uśmiechnęła się czule i uniosła dłoń, aby odgarnąć mu kosmyki opadające na czoło w tył, a potem z uśmiechem spojrzała na talerz z placuszkami, choć nie odsunęła się od Nathaniela od razu. Uśmiech stał się szerszy, a ona poczuła, że naprawdę była głodna. I naprawdę jej ulżyło po tej jednej, krótkiej chwili, gdy mogła go przytulić.
❤️❤️
[Cześć!
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję za tyle miłych słów odnośnie karty, jak i samej Willow; od razu zrobiło mi się przyjemniej <3 Nathaniela też bym chętnie przytuliła (zresztą Wills także wzbudza we mnie takie odczucia, haha), więc doskonale rozumiem. Na wątek jak najbardziej mam ochotę! Pytanie tylko, czy chodzi Ci po głowie jakaś konkretna relacja, czy też idziemy na żywioł i kombinujemy od zera? Pomyślałam, że skoro marzy o rodzeństwie, mogliby znać się jeszcze z dzieciństwa i mieć właśnie taką bratersko-siostrzaną relację (może nawet zarówno z Willow, jak i z jej bratem bliźniakiem, obecnie wydziedziczonym i traktowanym w rodzinie jak wstydliwy sekret), aczkolwiek to luźna propozycja i jestem otwarta na burzę mózgów!]
Willow Calloway
Pokusa, aby przeciągać ten moment, gdy znalazł się blisko okazała się silniejsza niż zdrowy rozsądek. Lily tęskniła za Nathanielem, za przyjacielem, który zakorzenił się w jej sercu głęboko, zbyt głeboko na znajomość która trwa miesiące i dzieli ich kilka światów i jest nazwana tak, aby nikt im nie miał tego za złe. Kiedy wtulił twarz w jej włosy, gdy czuła jak spokojnie oddycha, pozwalając napięciu opuścić ciało, ona sama objęła go mocniej. Wplotła palce w jego krótsze kosmyki nad karkiem, które przygładziła czule i przyciągnęła do siebie. Nie chciała być teraz ostrożna i rozważna. Nie chciała uważać na każdą wspólną chwilę.
OdpowiedzUsuń- Nie masz mi za co dziękować, Nate - zapewniła cicho, łagodnie i miękko. Jakby składała mu obietnicę.
Przez kilka sekund napawała się jego ciepłem, zapachem, tym że nic nie jest stracone. Że może do niej wróci... że go odzyska. Że będzie jak dawniej. I z myślą o tym, aż poczuła jak coś zaciska jej się nad żołądkiem. Strach. Że to co mieli, nie wróci i zdeptali swoją szansę.
Odsunęła sie w końcu, wypuszczając go z ramion. W jej oczach pojawił się ten błysk, który zawsze się pojawiał, gdy mężczyzna był obok, gdy przekraczali granice i górę brało coś, co nie pasowało do przyjaźni. Coś silniejszego. Coś, czego nigdy żadne z nich nie nazwało. Coś przed czym nie umieli chyba uciec i tylko wzajemnie sami się oszukiwali.
Nałożyła sobie placuszki i wybrała ten łagodniejszy sos. Przysuneła się bliżej i westchneła po pierwszym gryzie, mrucząc też z uznaniem.
- Tak dawno tego nie jadłam... - uśmiechnęła się, ewidentnie zadowolona z tego, co ma na talerzu. Ugryzła znowu i odchyliła się w tył, uśmiechając leniwie. To było pyszne, przypominało jej o ich pierwszym wspólnym biwaku.
Obróciła w jego stronę głowę, a potem uniosła brwi. Lily nie trzeba było przekupywać, w tym domu chętnie sama spędzała czas. Niekiedy nie potrzebowała nawet zaproszenia.
- Popcorn i... lemoniadę? - trochę się teraz droczyła, aby nie wróciła powaga i ciężkość, jaka ich ostatnio nieco przytłoczyła. Wyciągnęła rękę, swobodnie i bez skrępowania, również bez przesadnej niepewności musnęła palcami po brodzie Nathaniela, wycierając mu tłuszcz z placka. - Pewnie, że zostanę, u ciebie jest dużo więcej miejsca i jest z tobą milej niż mi samej - zapewniła lekko, ale w środku... w środku poczuła rosnące ciepło. - Ale ty wybieraj film, ja naprawdę jestem beznadziejna - dodała, aby jakoś zamaskować i odwrócić uwagę d tego, jak jej twarz nagle zapłonęła rumieńcem.
Nie mogła mu powiedzieć o wielu rzeczach. O tym jak naprawdę mocno tęskni. Jak na niego czeka. Jak bardzo chce go objąć i jeszcze raz spróbować jak kiedyś, przypadkiem, gdy wypili za dużo... Jak czasami dusi się z sowimi uczuciami. Ale nie musiała też mówić tego wszystkiego, jej oczy nie kłamały. Gdy patrzyła na Nathaniela jej spojrzenie miało w sobie blask, iskierki, które zdradzały dużo więcej niż słowa, które nigdy nie padły.
❤️❤️
Mei parsknęła cicho, wypuszczając dym bokiem, żeby nie leciał prosto w stronę Nathaniela. Zauważyła to jego skrzywienie. Oczywiście, że zauważyła. Nie była aż tak zmęczona ani rozkojarzona, żeby przegapić cudzą minę, zwłaszcza minę człowieka, który bardzo elegancko próbował nie powiedzieć: obrzydliwe. Wiedziała, że papierosy nie są zdrowe i że nie powinna palić, bo to nic dobrego, ale lubiła tę oczywistość w fajkach – papierosy nie mogły ją niczym zaskoczyć, po prostu były.
OdpowiedzUsuńPoza tym nikogo nie udawała, więc Nathaniel doskonale wiedział, z kim właśnie usiadł przy stole. Nie była jego wymarzoną randką ani po tamtejszej kolacji do niczego nie doszło, ale ostatecznie Park okazał się dobrym znajomym, którego się nie wstydziła i który nie wyglądał jak menel.
— Kreatywne? — powtórzyła, unosząc brew. — Cóż… można tak powiedzieć, przynajmniej wciąż wszyscy żyją.
Zaciągnęła się jeszcze raz papierosem, ale tym razem krócej. Pan Gao łypał w jej stronę zza lady tak, jakby papieros obrażał nie tylko regulamin lokalu, ale również jego przodków. Dlatego Mei zgasiła fajkę w pustej, wyszczerbionej popielniczce i oparła łokieć o blat, a kiedy zadał jej pytanie o to, czy poznała kogoś, kto odmienił jej życie, zacisnęła usta w wąską linię.
To było głupie pytanie, żartobliwe, rzucone z lekką ironią. I mogłaby je po prostu zignorować albo sobie zażartować, tyle że Mei pomyślała o Ivanie. Ta myśl pojawiła się nagle i gwałtownie, Lavender zupełnie tego nie kontrolowała. Przez chwilę pogrążyła się w całym chaosie relacji, w którą weszła; czarna skórzana kurtka Ivana, jego bezczelność, szerokie ramiona, gotowość do tego, by po prostu być obok, jakby nie widział w niego tego całego syfu. Potem przypomniała sobie vana, imprezę w klubie i noc w jego łóżku – powinna odciąć sobie głowę. Albo przynajmniej wyciąć z niej tę część, która uznała, że wspomnienie rąk Ivana przy jej biodrach było czymś, do czego należało wracać w knajpce pana Gao, naprzeciwko Nathaniela Parka i po absurdalnej sytuacji z krwawiącym, obcym facetem w domu pogrzebowym.
— Poznałam kogoś — wyrzuciła z siebie, zanim zdążyła się powstrzymać.
Pan Gao postawił przed nimi miski z zupą tak mocno, że bulion zakołysał się przy brzegach, a obok rzucił talerz ze smażonym kurczakiem i kolejny z pierożkami. Wzięła więc pierożka, ugryzła połowę i przez chwilę żuła z miną człowieka, który wolałby omawiać skład chemiczny środka do usuwania plam niż własne życie prywatne.
— To… jest... jest inny, lepszy niż większość osób, które znam, i... spotykamy się — dodała, chcąc podkreślić przede wszystkim to, że Ivan nie był kolejnym mężczyzną, który nie miał jej nic do zaoferowania i który spotykał się z nią tylko dla seksu. Wydawało jej się, że w tym wszystkim, w całej tej relacji, chodziło o coś innego, głębszego, lepszego, choć bała się jeszcze mówić o tym głośno, wierząc, że jeśli zacznie mieć jakąś nadzieję, to zostanie ona zdeptana przez pecha rodziny Wong.
Sięgnęła po kurczaka, głównie po to, żeby zająć czymś ręce i usta. Pan Gao smażył kurczaka tak, jakby w poprzednim życiu zawarł pakt z bogiem tłuszczu, czosnku i ostrej papryki, więc przez kilka sekund Mei mogła udawać, że milczy dlatego, że jedzenie było zbyt dobre, a nie dlatego, że właśnie powiedziała coś, co z jej ust brzmiało… dość zaskakująco.
— Dobra — powiedziała nagle, wskazując tłustym od tłuszczu paluchem w jego stronę. — Koniec sekcji zwłok mojego życia uczuciowego. Twoja kolej.
Posłała mu znaczące spojrzenie, chcąc zachęcić Nathaniela do rozmowy o jego miłosnych rozterkach albo podbojach, bo skoro ona wygadała się, że się z kimś spotyka, to Nate mógł chociaż okazać odrobinę solidarności i też coś powiedzieć.
— Masz kogoś? Miałeś kogoś? Uciekłeś komuś sprzed ołtarza? — Uśmiechnęła się zaczepnie.
Mei-Mei Wong 🍜🥟
[Dziękuję za przywitanko! O, no proszę, jednak wielkie umysły myślą tak samo, haha :D Mam nadzieję, że Rei się tutaj odnajdzie i napisze jeszcze wiele dobrych książek... a gdyby coś ten tego, wiecie, gdzie nas szukać!]
OdpowiedzUsuńRei Bothwell ✨🌷͙
Maxine, choć przyszła tutaj z własnym problemem, nie pozostała nieczuła na Nathaniela. Zauważyła, nie tyle może, że coś było nie tak, a że coś się zmieniło i pozostawało to dla niej coś na tyle nieuchwytnego, że nie potrafiła tego nazwać. Nathaniel wydawał jej się pozbawiony tej żywiołowej iskry, dzięki której tak dobrze go zapamiętała, a także momentalnie polubiła podczas ich współpracy przy reklamie, a która była tym charakterystycznym elementem jego osobowości wyróżniającym go na tle innych i oczywiście, że iskra ta raz płonęła mocniej, raz delikatniej, co było zupełnie naturalne i co Maxine zdążyła zauważyć podczas trwania ich znajomości, lecz dziś wydawało jej się, że nie dostrzega jej w ogóle.
OdpowiedzUsuńJednocześnie nie chciała wyciągać pochopnych wniosków. Każdy miał prawo do gorszego dnia, nawet kilku gorszych dni pod rząd, prawda? Park mógł być zmęczony natłokiem pracy, mógł też mieć gorsze samopoczucie bez żadnego, konkretnego powodu. Może warunki biometeo były niekorzystne? Poza tym raczej nikt nie tryskałby nadmiernym entuzjazmem w obliczu sprawy, z jaką do Nathaniela przyszła dzisiaj Maxine. Stąd postanowiła się nie niepokoić, zamierzała jednak obserwować znajomego i może delikatnie wypytać o to, czy aby na pewno wszystko było u niego w porządku, a przy wspólnym posiłku miały zaistnieć idealne warunki, aby mogła to zrobić.
— Cudnie — skomentowała, z wesołym uśmiechem obserwując, jak Nate podrywa się z kanapy. Pozostawszy na miejscu, głaskała Barama i cierpliwie czekała na to, aż młody mężczyzna postawi przed nią talerz z lasagne. Być może mogła ruszyć się po sztućce czy po szklanki na napoje, ale Baramowi tak bardzo przypadły do gustu prezentowane mu przez nią pieszczoty, że przekręcił się na bok i wystawił do głaskania brzuch. Riley nie miała więc serca porzucać psiaka akurat w tym momencie i kontynuowała głaskanie, póki Park nie zajął swojego poprzedniego miejsca na kanapie.
— Nie, dziękuję. Wszystko jest dobrze — zapewniła, bo nie chciała go fatygować, a też nie była fanką lodu w napojach, w przeciwieństwie do osób, które dorzucały przynajmniej dwie kostki do każdej możliwej cieczy, którą akurat popijali.
Wziąwszy pierwszy kęs lasagne, przeżuła i zaraz zamruczała z zadowoleniem. Była z tych osób, które głośno i wyraźnie okazywały zadowolenie płynące ze spożywania dobrego jedzenia i być może Nate już parokrotnie był tego świadkiem, ale Maxine i tak zawstydziła się lekko swoją niekontrolowaną reakcją, przesłoniła usta wolną ręką i zaśmiała się cicho, jednocześnie pokazując znajomemu uniesiony kciuk w tej dłoni, w której trzymała widelec, tym samym dając mu znać, że jej smakowało.
— Spodobało ci się? — powtórzyła za nim, będąc szczerze ucieszoną z tego, co usłyszała. — To świetnie! Nie wszyscy lubią pracę na planie, nawet jeśli są na nim niezbędni — zauważyła z cieniem rozbawienia. — Skończyliście już zdjęcia czy prace jeszcze trwają? — dopytała, zainteresowana tematem, bo przecież to była jej branża. Dokładnie ta, w którą chciała wejść po skoczeniu studiów, a że była już na ostatnim roku, to miało to nastąpić niedługo. O ile oczywiście dopisze jej szczęście, bo Max miała w tym środowisku jedynie drobne znajomości, choć fakt, że jako studentka, już jakieś miała, na pewno był znaczący.
MAXINE RILEY
Ich relacja nie działała na zasadzie handlu. Lily nie przychodziła do Nathaniela, bo jej się to opłacało, albo liczyła na coś z jego strony, to znaczy... to znaczy na coś oczywiście liczyła, ale nie miała zamiaru się z nim targować. Jedna chwila wsparcia za kolejną na wymianę. Tak nie działała przyjaźń, przynajmniej nie w jej słowniku.
OdpowiedzUsuńNathaniel faktycznie nie był wobec niej w porządku, ale i ona pod pewnymi względami nie była. Przede wszystkim pozwalała mu na to... by był bliżej, niż powinien. By zachowywał się wobec niej tak, jakby miał prawo być zaborczy i zazdrosny. By oboje z tego czerpali cos, co nie zostało zapewnione, ani nazwane. By miał pewność, że ona na niego zaczeka, że przyjmie go, gdy się zawaha. To nie było fair. Ale i ona powinna umieć nakreślić granice, zamiast je przekraczać wspólnie raz za razem. oboje byli winni, ale chyba i oboje... chcieli tego. Przestać uważać. I po prostu czerpać z siebie to, co najlepsze, czym gotowi się byli dzielić.
- Hmm... to może woda z lodem i jakimiś owocami? - zaproponowała zamiast lemoniady.
Dziś nie było ciężko, ani trudno. Dzisiaj było przyjemnie i tak słodko, jak zwykle, choć początek jej przyjścia tu był niepewny. A teraz nie chciała wychodzić. I tak też nie powinno być, bo to nie był dom Lily i ona nie powinna się tu czuć tak dobrze.
Gdyby Nathaniel powiedział, że chce wylecieć do Korei, a jakby jeszcze wspomniał, że możliwe że zniknie na stałe, Lily by pękło serce. Bo to tak, jakby mieli się już nigdy nie zobaczyć. Nie sądziła, że ma możliwość tam przylecieć, choćby w odwiedziny... więc musieliby się pożegnać? Tego możliwe nie umiałaby już przyjąć z zrozumieniem i spokojem. Gdyby jej powiedział, że chce wylecieć i zmienić coś w życiu, nie umiałaby się z nim pożegnać. Bo wcale nie była taka dobra, jak uważał.
Obserwowała go chwile, jak się kręci po mieszkaniu. Wydawał się rozluźniony i całkiem taki... jak on. Jak zwykle. Nie jak ostatnio, ale wiedziała, że temat nie jest zamknięty i Nathaniela nadal coś dręczy. Gdy pochylił się w jej stronę i podsunął placki, pokręciła głową i odsunęła z powrotem talerzyk w jego stronę.
- O nie, ja już nic nie wcisnę - zbuntowała się i zaraz uśmiechnęła szeroko, podnosząc z stołka. - Za to przygotuje poduszki i koc na seans do rana Harry'ego Pottera - dorzuciła zgodnie, pochyliła się sama bardziej i musnęła go czule w czubek nosa, ostrożnie, widząc że jest wszędzie umorusany placuszkami wokół ust. - Ale nie kradnij mi poduszek, bo wylądujesz na podłodze! - zawołała, z ożywieniem idąc do salonu, aby wyciagnąć wszystko i przygotować, skoro wiedziała, gdzie rzeczą odpowiednie rzeczy.
To właśnie było niepoprawne. Ta bliskość i całkowita swoboda. To jak Nathaniel pozwalał jej być blisko i czuć się dobrze. Przekraczać granice. I to że Lily robiła dokładnie to samo... oboje nie uważali.
Rozłożyła kanapę, nie tylko wyciągnęła koc z szafki. Nie miała zamiaru się gnieść. Zebrała wszystkie poduszki jakie znalazła w mieszkaniu i zrzuciła je w wielką wieżę na kanapę, układając je trochę tak, aby mieć więcej. Gdy wszystko było gotowe, wróciła do kuchni tylko po to, aby pomóc Parkowi poskładać naczynia po plackach do zmywarki i składniki do szafek, a smieci do kosza.
- Jak lemoniada? Kwas? Czy masz litość? - zerknęła na to, co szykował i podsunęła już dla siebie szklaneczkę. Naprawdę była bardzo swobodna, ale chyba właśnie za to ją lubił, prawda?
Lilka ❤️❤️
Czegoś jej brakowało. Nate nie był do końca swój, choć było miło, przyjemnie, swobodnie. Atmosfera była lekka, ona się uśmiechała, on żartował i niby wszystko wracało do normy, ale... miała wrażenie, że Park się pilnuje. Że za bardzo uważa na słowa, na każdy krok, że czasami słucha jej tak uważnie, jakby oczekiwał ataku. Może to w niej tkwił problem, bo ona... za bardzo chciała tu być. Z nim i obok niego. Może ostatnio przesadziła, krzycząc niemalże, wyrzucając jakieś pretensje, że go nie ma obok, bo przecież nie musiał jej pilnować. Ona nie miała prawa go o o nic prosić, a tym bardziej niż mu zarzucać, a on... on mógł po prostu kazać jej się odwalić.
OdpowiedzUsuńLily im dłużej o nich myślała, tym bardziej czuła się zagubiona. Wiedziała, że przesunęli granice tej znajomości nieroztropnie i za daleko, ale teraz... wydawało jej się, że nie ma już odwrotu i już. Że ona nie przestanie z dnia na dzień mu ufać i chcieć być blisko. A jeśli on by potrafił... Nie chciała tego i nie chciała się nad tym zastanawiać.
Była dumna z tego, jak ułożyła poduszki i jednocześnie wiedziała, że Nate wybierze tę stronę bardziej wypłaszczoną. Oczywistym było również to, że poduszki w ciągu seansu pospadają z kanapy, jak Lily zacznie się wiercić, choć po całym tygodniu pracy możliwe że ruda po prostu szybko uśnie i nie obejrzy do końca filmu, a wtedy to jedyna szansa aby poduszki zostały nieruszone. Tym akurat w ogóle się nie przejmowała, bo te poduszki to kolejny pretekst, aby trochę rozweselić Nathaniela. Lily się nie poddawała i już, nie miała zamiaru z niego rezygnować. Póki sam jej nie wygoni i powie, że nie chce jej już widzieć, była obok.
- Dziękuję - odebrała szklankę z lemoniadą na początek a po pierwszym łyku, aż się skrzywiła, jakby wcisnął tam tylko cytryny. - Nate! To jest pyszne - oznajmiła, co było oczywistym kłamstwem i aż się cała zatrzęsła, jakby otrzepywała ciało z smaku cytrusów. Odstawiła szklankę na stolik i przejęła drugą z wodą z owocami. Będzie pić na zmianę, nie zmarnuje tych starań mężczyzny i chyba oboje wiedzieli, że jest zdolna do poświęceń.
Popcorn pachniał nieodparcie. Gdy Nate położył miskę między nimi, przysuneła się trochę bardziej, na tyle by czuć jego obecność, ciepło emanujące z ciała, subtelny zapach perfum, które nie były przytłaczające.
Znała ten film, kto nie znał? Ale tak dawno tego nie oglądała, że naprawdę seans ją wciągnął. Zapadła się na kanapie, oparła nieco o ramię przyjaciela, wyciągała dłoń po popcorn, uśmiechając isę pod nosem, gdy ich palce czasami zderzały się nad miską. Oboje patrzyli na ekran, ale jej świadomość pozostawała skupiona również na jego reakcjach. Słyszała śmiech, obserwowała też trochę jak on się przechyla, jak reaguje na sceny. Wszystkie te drobne gesty, które dla kogoś innego byłyby całkowicie nieznaczące, dla niej pokazywały, że Nate nadal jest tutaj, że się nie oddala. Że od niej nie ucieka jak wcześniej.
Ta linia przyjaźni, o której myślała wielokrotnie, nie była już wcale cieniem. Ona ją przekroczyła pierwsza dzisiaj, poprzez ten pocałunek w nos. On zaś siedział tutaj, pozwalając jej być znów bliżej, udając że to nic nie znaczy, że film jest fascynujący, że wcale nie zwraca uwagi na zmianę, gdy znów Lily odrzuciła poduszkę sama, aby oprzeć się o niego
- No dobrze, to jaką formę patronusa chciałbyś dla siebie? - spytała w pewnej chwili, choć wydawało jej się, że mogli już o tym rozmawiać i to więcej niż raz. - Co by pasowało? - obróciła się w jego stronę i zawiesiła jasne oczy na jego profilu, studiując z uwagą to, jak światła z ekranu grają na jego skórze. To nie była ta część filmu, ale rzecz jasna nie miało to dla Lily znaczenia.
❤️
Gdyby wiedziała, co się dzieje w jego głowie, nie siedziałaby przy nim tak rozluźniona, pogodna i uśmiechnięta. Chciał oszukać ją, aby nie zadawała pytań? A może niejako samego siebie? Grał, ale nie byli na scenie, a ona nie była kimś obcym na publice, tylko kimś, przed kim mógł odsłonić się z swoich słabości. Nie oceniałaby go. Może nie potrafiłaby zrozumieć, ale starałaby się go wspierać. To co się z nim działo było niepokojące i na pewno trudne, ale jednocześnie Lily przejmowała się tym, że nie tylko oddalają się od siebie, ale Nathaniel wydaje się być zagubiony... Może poniekąd zrezygnowany i zły na samego siebie. Tylko dlaczego?
OdpowiedzUsuńNie dopuszczał jej blisko, nadal trzymał trudne sprawy gdzie na uboczu. Starał się, nawet bardzo i widziała to dzisiaj. Tak jak i ona nie chciała tracić jego, wydawało się, że Nathaniel nie chce aby ona się odsunęła. Jakby bał się, że go opuści. A przecież była tu! Przyszła dzisiaj właśnie dlatego, że nie chciała go zostawiać. I nie miała zamiaru pozwolić mu zamykać się w ciasnej, szczelnej, twardej skorupce samemu.
Czuła, jak z kolejnymi scenami Nathaniel się rozluźnia. Ona oparła się o niego i brakowało jej tylko tego, by założył jej ramię za plecy, przytulił, przyciągnął do siebie tak, jak wielokrotnie już robił. I nie miałoby to wtedy nic wspólnego z tym, jak bardzo niekiedy niepoprawnie się zachowywali, bo przecież... ufała mu. Chciała być blisko. I przyjaciele się przytulali. Lily potrafiła wiele rzeczy w ich relacji usprawiedliwić, choć jednocześnie doskonale wiedziała, jak źle robi. I jak sama wszystko komplikuje, nie przyznając się do uczuć.
- Ah, bardzo się starałam nie przeszkadzać - zaśmiała się wesoło i już bez skrupułów poprawiła na poduszkach, znów blisko niego. Podciągnęła kolana pod brodę i oparła się okiem o kanapę, wpatrując w profil Nathaniela. Jak dla niej mógł w tym momencie włączyć pauzę dla seansu, szczególnie że film oglądało się naprawdę przyjemnie, a rozmowa nie wiąząła się z tą częścią w ogóle.
Przechyliła głowę, pozwoliła aby kilka pasemek znów opadło jej na twarz. Może specjalnie to zrobiła, aby Nate znów musnął ja po policzku. Lubiła te czułe gesty w jego wykonaniu i to, jak wtedy na nią patrzył.
- Nie jestem pewna... mój mógłby wyglądać jak ty - powiedziała powoli, nieco ostrożnie, jakby już to mogło zdradzić zbyt wiele. Może odepchnąć od niej Parka.
Patronus miał chronić i pojawiał się przy głębokich uczuciach. Dobrych. Cennych. Nathaniel pasował dla niej idealnie.
Uśmiechnęła się lekko, może zawstydzona tym, co własnie wygaduje i pochyliła się, łapiąc go za ramie, aby ukryć twarz w jego barku. Zaśmiała się cicho, niby chcąc to wszystko obrócić w żart, a mimo wszystko nie skomentowała tego, nie wyjaśniła i nie sprostowała. Bo mówiła szczerze.
❤️
Nigdy nie starała się go przytłaczać, ani niczego na nim wymóc. Niczego nie oczekiwała, niczego nie szukała, nie ścigała uczuć. Gdy się poznali i długo po pierwszym kontakcie uważała Nathaniela za świetnego przyjaciela. Dziś również. To się nie zmieniło, a jednak w międzyczasie uczucia między nimi wkradły się samoistnie. Poza czyjąkolwiek kontrolą. W przekraczaniu granic nie było niezręczności. W bliskości nie było nic sztywnego, ani dziwnego. Gdy się przytulali, albo gdy te kilka razy skradli sobie pocałunki, żadne nie odskakiwało od drugiego nagle zdumione, czy wystraszone. oboje przyjmowali to jak coś naturalnego, jak część ich relacji, pogłębiając wzajemne zaufanie i tę potrzebę, by być blisko. I z czasem Lily szukała w nim czegoś więcej, niż przyjaźni, jednocześnie na niej polegając przede wszystkim. Czegoś głębszego, cieplejszego. Trwalszego. Nie była dzisiaj pewna, czy jest w nim zakochana, a jeśli była... właśnie teraz, w tym momencie dostała odpowiedź. Była w tym sama.
OdpowiedzUsuńPrzyjeła jego ramię, jedno potem drugie, odnalazła się jeszcze bliżej. Nagle poczuła, jak jego ramiona zacieśniają się wokół niej, ale jednocześnie czuła też, że coś się w nim zmienia. Jego ciało pozostało blisko, ale jakaś część Nathaniela zdawała się oddalać, chować się gdzieś głęboko. Odetchnęła głębiej, napawając jego ciepłem i tak znajomym zapachem, ale wystraszyła się, że znów ją odtrąci. Uniosła na niego spojrzenie, a widząc to zagubienie w oczach Parka lekko ściągnęła łopatki. Już wiedziała, że się zagalopowała.
Usłyszała jego słowa i instynktownie poznała ten ton. Poznawała go zbyt dobrze, to był ton kogoś, kto ucieka. Odsunęła się nieco, nie chcąc go przytłaczać swoją obecnością. Zmusiła się do uśmiechu, choć serce zacisnęło jej się boleśnie w piersi. Wiedziała, że nie powinna była mówić takich rzeczy. Nie teraz, gdy Nate był taki nieswój, ale może i nigdy... Ale było już za późno.
- Nieprawda - powiedziała cicho, siadając trochę dalej na kanapie, dając mu przestrzeń. I samej sobie również. Nie patrzyła na niego, skupiając się na swoich dłoniach, które zaczęły miąć jedną z poduszek w nerwowy sposób. – Byłbyś super kucharzem i mistrzem kwaśnych lemoniad - próbowała jeszcze zażartować. - Patronusem może być cokolwiek, bo to fikcja - próbowała jeszcze bronić swojego zdania i uśmiechnęła się, łapiąc w końcu poduszkę, którą męczyła. Uniosła ją i wycelowała w niego.
Postanowiła postarać się z wszystkich sił, by niczego więcej nie zepsuć. Przesunęła się jeszcze trochę, niemalże nieświadomie, jakby chciała stworzyć fizyczną granicę między sobą a jego strachem, ale udała, że to taktyka dla poduszkowego lotu.
- Mogę mieć klona Nathaniela Parka jako swojego obrońce, nie możesz mi zabronić - oceniła.
Jej głos był cichszy teraz, bardziej wycofany i nieco ostrożniejszy. Zupełnie jak ona, która właśnie otworzyła swoje serce komuś, kto wyraźnie nie wiedział, co z nim zrobić. I wcale nie mogła miec mu tego za złe.
❤️
Mei zatrzymała pałeczki w połowie drogi do ust i spojrzała w stronę Nathaniela.
OdpowiedzUsuń— Szczęśliwa? — powtórzyła, jakby właśnie zapytał ją, czy umie latać albo czy w wolnych chwilach zbiera zabytkowe porcelanowe aniołki. Przez moment naprawdę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
Szczęśliwa. Mei zwykle operowała prostszymi kategoriami: żywa, niewyspana, wkurwiona, spłukana, głodna, zbyt zajęta, żeby umrzeć w tym tygodniu. Szczęście brzmiało jak luksus, a jednak pomyślała o Ivanie. O tym, jak odgarniał jej włosy z twarzy, jak podstawił naprawionego vana pod jej dom, jak siedział przy jej rodzinnym stole i nie uciekł, choć Suyin Wong potrafiła zamienić obiad w przesłuchanie godne służb specjalnych. O tym, że przy nim czuła coś… po prostu coś i to znaczyło tak wiele, że Mei-Lan nie do końca to ogarniała.
— Nie wiem — odpowiedziała w końcu. — To znaczy… nie jestem nieszczęśliwa. — Sięgnęła po pierożka, ale zamiast go zjeść, przez chwilę obracała go w pałeczkach. — Bywa wkurzający, ale jest… dobry, tak po prostu dobry. I… dobrze mi przy nim.
Ivan nie był dobry w sposób grzecznych chłopców, których matki przedstawiały córkom przy herbacie i ciasteczkach, licząc, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie był miękki i potulny, miał w sobie upór i bezczelność – i łączył to wszystko w całość, dając jej to, czego potrzebowała. I właśnie dlatego postanowiła zaryzykować, angażując się w tę relację.
Parsknęła, gdy spytał, czy poznała go na randce w ciemno. Gdyby tak było, Mei już dawno by uciekła.
— Nie, nie, skończyłam z tym gównem, oznajmiając matce, że jeszcze jedna taka randka, a wbiję sobie pałeczkę w oko, no wiesz, taka nowoczesna lobotomia — powiedziała, wzruszając ramieniem. Kącik jej ust drgnął. — Poznałam go przez pracę.
To było tak duże uproszczenie, że aż prawie zabawne, bo tak naprawdę poznała Ivana przez sprzątanie zakrwawionego mieszkania, zepsutego vana, obiad i kłamstwo o chłopaku, noc w klubie i całą serię decyzji, które raczej nie powinny w ogóle zaistnieć.
— Długa historia — dodała, zanim Nathaniel zdążył zapytać. Zjadła w końcu pierożka i spojrzała na niego uważniej, kiedy zaczął mówić o dziewczynie, która prawie mu uciekła. Nie przerywała, słuchała, gryząc powoli, z łokciem opartym o blat i papierosem dogasającym gdzieś na krawędzi popielniczki. Kiedy wspomniał o teraz, kiwnęła lekko głową.
— Skomplikowane — powtórzyła z powagą. — Czyli wpakowałeś się w coś po uszy… — Uśmiechnęła się lekko. — Ale co właściwie oznacza, że to skomplikowane? Bo to może znaczyć wszystko. Na przykład, że ona mieszka daleko albo ma kogoś. Lub że masz traumę po prawie-oświadczynach.
Zamachnęła się w jego stronę pałeczkami, a potem sięgnęła po kurczaka. Przeżuła spokojnie i dodała:
— Ale spokojnie, nie oceniam. Sama właśnie przyznałam się do bycia zabujaną w facecie z problemem bycia zbyt pomocnym, więc moralnie siedzę w śmietniku i macham do ciebie z dołu. — Oblizała usta. — Ale… czy ty jesteś szczęśliwy?
Mei-Mei Wong
Leżała na nim nieruchomo, a on mógł poczuć, jak jej oddech stopniowo się uspokaja, synchronizując się z jego rytmem. Nie powinien tego robić, nie teraz, gdy sam ma tyle wątpliwości i nie w ten sposób, pokazując jej znów, kolejny już raz, że cokolwiek się dzieje, on się nie odsunie i nie pozwoli jej się cofać. Mogliby wszystko zamknąć w żarcie, Lily wiedziała, że to byłoby proste. Ale wtedy coś między nimi by pękło, coś by się popsuło... Może ta swoboda, a może zaufanie by zostało nadłamane... Ona zrobiłaby krok w tył i sama zaczęłaby uważać. Może mniej ufać jemu, albo samej sobie. Uważałaby na wszystko. Tak jak on teraz... To nie było dobre i nie było zdrowe, a ruda widziała, że coś się jednak w Nathanielu zmienia. Że on... Pilnuje się.
OdpowiedzUsuńPowoli zamknęła oczy, pozwalając sobie na chwilę słabości, na to, by po prostu być z nim, bez komentarzy, bez wyjaśnień. Przytuliła go, obejmując ramionami, oparła policzek na jego ramieniu i nawet jeśli przypadkiem jej usta musnęła go po twarzy i szyi, gdy się układała, nie przepraszała. To nie było w tej chwili nawet niezręczne, a tak zwyczajne.... niepoprawnie naturalne. Jego ciepło przenikało przez koszulkę, uspokajające i jednocześnie bolesne, bo wiedział, że to nie wystarczy. Nigdy nie wystarczy, jeśli będzie dalej kłamać zarówno jej, jak i sobie.
Przesunęła palcami po jego włosach, delikatnie, niemal nieświadomie, wtapiając dłonie w ciemne kosmyki. Odetchnęła jego zapachem i pomyślała o Baramie, który wiedział, kiedy Nathaniel zaczyna tonąć. Czy tym razem też by to zauważył? A czy ona by potrafiła? Czy by umiała pomóc? Martwiła się i nic nie mogło tego zmienić. Bo bardzo jej na nim zależało, już pomijając uczucia i czekanie na coś więcej, niż tylko fragment jego serca... Był jej przyjacielem. I to wystarczyło, by chciała się nim zaopiekować.
– Przepraszam – szepnęła wreszcie przez lekki uśmiech gdzieś pod jego uchem.
Czuła jak jej oddech rozbija mu się na skórze, objęła go jeszcze mocniej, układając się wyżej. Powiedziała to z uśmiechem, rozbawiona tym oburzeniem i zadowolona, że tak właśnie kończą spleceni na kanapie. Oczywiście wcale nie o to jej chodziło, że jej przykro przez urażenie go... Chodziło o to, co sprawia problem. Przepraszała za to, że czuła więcej. Przepraszała, że się bala. Przepraszała, że nie mogą być dla siebie całkowicie szczerzy.
Zamiast tego powiedziała miękko coś innego.
- Oryginał jest najlepszy. I ja też lubię, gdy jesteś blisko.
Wiedziała, że to może być kolejne ryzykowne zdaniem, że zaraz Nathaniel może ją postawić do pionu i wyznaczyć granicę. Ale przynajmniej w tej chwili, gdy trzymał ją w ramionach, mogła się po prostu cieszyć tym, że są dziś razem. Naprawdę go potrzebowała. Może nawet bardziej, niż on ją, nawet jeśli nie miała tak trudnej sytuacji... Może za bardzo za nim tęskniła i za mocno już na nim polegała. Może to wszystko zabrnęło już zbyt daleko... Nie żałowała. Ceniła to co mieli.
Pocałowała go krótko w policzek. Bez intencji, bez zmiany pozycji , a potem trąciła to miejsce zaczepnie nosem.
- A tak wracając do twojej dupy, to ona też jest niezła - parskneła cicho śmiechem, rozluźniając atmosferę. Widziała wiele jego sesji i sam musiał przyznać jej rację. Zresztą tłum jego fanem by się teraz pozabijał o tę rację.
Lily zrozumiała jedno. Że ma przyjaciela. I na tym musi się zatrzymać, nawet jeśli w pewnym miejscu boli ją to za bardzo. I że z tym musi poradzić sobie sama.
💖🥺
Nie chciała, by udawał, by grał, by starał się usilnie zatrzymać ją przy sobie. Alby by udawał, że wszystko jest już dobrze, jeśli nie było. Nie musiał się aż tak starać, bo przecież zrozumiałaby gorsze samopoczucie, a przede wszystkim ona sama chciała przy nim być. Na pewno wzięłaby pod uwagę to, jak zagubiony się wydawał i o czym ostatnio rozmawiali i bardzo możliwe, wysoce prawdopodobne, że nie miałaby żalu... Nie jak ostatnio. Bo dzisiaj nie była już tak zirytowana jego milczeniem, gdy sam przyznał, że sam go nie rozumie.
OdpowiedzUsuńNate nigdy nie mówił o rodzicach, ale nie trudno było dostrzec, że brakuje mu ich. Otaczał się różnymi ludźmi, uczęszczał na eventy, był rozpoznawalny i dryfował wśród fanów i ekip, z którymi pracował, ale to wszystko... byli obcy - mniej, lub bardziej. Wspominał o dziadkach, ale Lily choć o nic nie pytała, miała wrażenie że w tym wszystkim co go otacza, Nathaniel pozostaje samotny. I że to uczucie stara się przegonić czasami za wszelką cenę.
Jednym okiem oglądała seans, ale jej uwaga skupiona była na Parku. Na tym jak spokojnie i równomiernie bije jego serce, jak jego klatka unosi się wraz z kolejnym głębszym wdechem, czy jak spokojnie muska jej plecy i głaszcze po włosach dłonią. Te wszystkie drobne rzeczy nieco ją rozpraszały, ale na pewno były ważniejsze niż film. Podciągnęła się do siedzącej pozycji, jeszcze ostatni raz dotykając jego włosy, które rozczochrały się jej podczas leżenia na poduszcze. Wiedziała, że to był oczywisty pretekst. Spojrzała na dobermana i uśmiechnęła się.
- Pójdę z wami - odpowiedziała szybko, może trochę za szybko. Nie chciała zostawać sama w jego mieszkaniu, bo na pewno myślałaby za dużo o tym, co się dzieje. - Muszę was pilnować, żeby nikt nie ukradł ani Barama, ani twojego tyłka - rzuciła zaczepnie, odwdzięczając się za to droczenie i wstała, poprawiając nieco podciagniętą za wysoko na brzuchu bluzę.
Wstała, zanim zdążył cokolwiek dodać, i dopiła ostatnie łyki wody z owocami, jakie jej wcześniej przygotował. Poszła do drzwi, założyć tenisówki.
"Potem kontynuujemy nasz seans" - to nie było zaproszenie. To była obietnica. Prośba. Nie wiedziała do końca jak to rozumieć, ale poczuła takie ciepło na sercu... Takie właśnie, jak wiele razy wcześniej. Jak na ich biwakach. Na poprzednich jej nocowaniach u niego, albo gdy on zasiedział się i zostawał u niej. Albo na jego evencie, na którym nie odstępował jej na krok. Zbyt głębokie. Zbyt trwałe. Niepoprawnie przejmujące.
Lily nigdy nie była dobrą aktorką, ale starała się. Za każdym razem, gdy Nathaniel mówił jesteśmy przyjaciółmi, a ona się uśmiechała i potakiwała, czuła, że powoli ją to ciągnie w dół. I najgorsze było to, że nie wiedziała, czy on wiedział. Czasem łapała go na tym, że na nią patrzył w taki sposób, że aż zapierało jej dech w piersi. Ale nie miała pojęcia, co się dzieje... nie umiała tego rozszyfrować.
Ale nigdy nic nie powiedział. I ona też nie.
- Dobrze, no chyba jestem gotowa - mruknęła, wciągając drugi but i poprawiła włosy, zaczesując krótsze kosmyki, które wymsknęły się spod gumki w koku za uszy. - Mogę chwilę poprowadzić Barama? - spytała, wyciągając już dłonie w kierunku psa, który bardzo chętnie przychodził do niej po pieszczoty. - Nie wiem czy jest już chłodno... weźmiesz mi jakąś kurtkę? - podniosła spojrzenie na Nate'a prostując się.
To było specjalne zagranie. Lubiła mu zabierać kurtki, bluzy, koszulki, wszystko to co nim pachniało, co przesiąknięte było tymi perfumami, które reklamował i aromatem jego skóry. I o tym na pewno wiedział, ale nigdy jej nie zwrócił uwagi. A może nawet lubił ją widzieć w czymś, co należy do niego... Lubiła to, nawet jeśli przekraczali w ten sposób kolejne granice.
❤️
Gdyby Nathaniel opowiedział Maxine o tym, jak się czuje, ta z całym prawdopodobieństwem niezwłocznie zasugerowałaby mu, że powinien udać się z tym do specjalisty. Mimo młodego wieku, a przez to małego doświadczenia życiowego, wiedziała, że istniały takie problemy, z którymi człowiek nie mógł poradzić sobie sam lub szansa na to, że poradzi sobie sam, była znikoma. Jednocześnie rozumiała, że ciężko było prosić o pomoc. Sama miała z tym problem, nawet w tych zupełnie drobnych kwestiach i choć rodzice wychowali ją w przekonaniu, że zawsze może zwrócić się do nich absolutnie ze wszystkim, Maxine była w tym względzie uparta i niezwykle rzadko korzystała z pomocy, tak rodziców, jak i kogokolwiek innego. Nauczyła się, że jeśli chciała, aby coś było zrobione dobrze, powinna zrobić to sama, co w ogólnym rozrachunku nie było dobre, o tym jednak jeszcze nie miała okazji się przekonać.
OdpowiedzUsuńNie byli z Nathanielem szczególnie blisko. Znali się, lubili, ale nie można było powiedzieć o nich, że byli serdecznymi przyjaciółmi – raczej, że znajdowali się na dobrej drodze, aby nimi zostać. Stąd nawet jeśli Riley wyłapała tę subtelną, bo dobrze maskowaną zmianę w zachowaniu Parka, nie chciała wybiegać przed szereg i dopytywać, czy aby na pewno wszystko było w porządku. Intuicja podpowiadała jej, aby zachować ostrożność i najpierw wybadać grunt, choć wobec swoich przyjaciół Max nie miała najmniejszych oporów i najczęściej waliła prosto z mostu.
— Oczywiście, że będę chciała obejrzeć! — zapewniła gorliwie, kiedy przełknęła kolejny kęs. — Gdyby tylko HBO wypuszczało całe sezony na raz, obejrzałabym wszystkie odcinki w jedną noc.
To było wiele, bo zazwyczaj Maxine nie pochłaniała całych sezonów w jedną noc z tej prostej przyczyny, że lubiła spać i lubiła być wyspana, przez co zamiast jeszcze jednego odcinka serialu, nawet takiego, który bardzo ją wciągnął, wybierała o jedną więcej godzinę snu, a jednak była przekonana, że czekanie na kolejny odcinek z udziałem Nathaniela będzie katorgą, ponieważ była bardzo ciekawa, jak ten wypadł.
— To dobrze. Bardzo dobrze. Wielu reżyserów nie ma cierpliwości do początkujących aktorów, jakby nie pamiętali, że każdy musiał kiedyś zacząć. Choć są i tacy, którzy maltretują dublami nawet tych aktorów znanych i lubianych przez publikę. Wszystko zależy od tego, na kogo się trafi i jak będzie układać się współpraca. Skoro nie uciekałeś z krzykiem z planu, musiało być naprawdę miło — zażartowała i zaśmiała się dźwięcznie, a przy tym lekko pokręciła głową. W przyszłości, i to całkiem niedalekiej, sama będzie musiała się z tym mierzyć, choć z nieco innej strony.
Ponownie zainteresowała się swoją porcją jedzenia, więc musiała przerzuć i przełknąć, nim odpowiedziała na pytanie Nathaniela.
— Dooobrzee — sapnęła, nieco przeciągając samogłoski, bo pod tym dobrze naprawdę wiele się kryło. Chyba nie zdążyła wspomnieć Parkowi, że w tym roku akademickim dorobiła się siostry bliźniaczki oraz że okazało się, iż są w jednej grupie w projekcie dyplomowym? Mogłaby mu o tym opowiedzieć, ale to była długa historia, której nie podjęła, bo w mieszkaniu młodego mężczyzny wybrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi.
— Manager? — zagadnęła Max, prostując się nad w połowie opróżniony talerzem. Nikogo innego o tej porze się nie spodziewali, a raczej nie było jej wiadomo, aby mogło tak być.
[Dziękuję i cieszę się, że się podoba 🥰]
MAXINE RILEY
Parskneła śmiechem, poprawiając zamek bluzy i odwracając wzrok. Kiedy powiedział to o swoim tyłku, a ona w tej chwili przecież wcale nie patrzyła na jego tyły, poczuła, jak krew uderza jej do twarzy. Całej twarzy. Pewnie była czerwona jak burak. A on? On tylko się uśmiechał. Za szybko ją peszył i po prostu jasna skóra zdradzała wszystko.
OdpowiedzUsuń- Ja jestem bardzo miła - mruknęła trochę zażenowana, a trochę też rozbawiona, o czym prowadzą rozmowy. Lubiła te ich zaczepki i przekomarzania i to, że umieją się dobrze zrozumieć. Tylko teraz będzie musiała uważać, żeby się naprawdę na tej tyłek nie gapić, chryste!
Obserwowała, jak się ubiera i starała się znaleźć coś do robienia. Cokolwiek. Jej oczy miały tendencję do wędrówki, kiedy on się poruszał, kiedy zakładał tę bluzę, kiedy zapinał psu smycz. I mogłaby dać sobie rękę uciąć, że właśnie wykorzystywał chwilę , aby się do niej wypiąć. Zaśmiała się pod nosem, bo przecież to niemożliwe.
Kiedy podał jej smycz, jej dłonie złapały za pasek mocno, a uśmiech na twarzy po prostu obiegł wszystkie piegi. Baram był ogromny, ale przede wszystkim uwielbiała go. To że mimo gabarytów i paszczy pełnej zębisk, był łagodnym i kochanym towarzyszem. To miał być krótki, ale nikt spacer. Zwykły spacer z przyjacielem i jego psem. Nic więcej.
Tylko że wszystko było więcej, a ona nawet nie wiedziała, od kiedy. Nie od wczoraj. Nie odkąd powiedział, że ją potrzebuje i ceni pierwszy raz. To się tak dziwnie wkradło między nich... I Lily nie potrafiła się bronić. Nawet już nie Chciała.
- Nie mam... - skłamała, kiedy zapytał o niebieską bluzę, choć doskonale wiedziała, że ma ją w szafie. I Nate chyba też to wiedział, bo tak na nią spojrzał. Leżała gdzieś pomiędzy jej rzeczami, pachniała jego perfumami i Lily chętnie by mu ją oddała.... kiedyś. – Niebieski to mój ulubiony kolor - zaznaczyła jeszcze, tak żeby w razie jak ta bluza się gdzieś kiedyś u niej znajdzie, to może Nathaniel nie będzie wcale zły.
Uśmiechnęła się niewinnie i tak dla podkreślenia swojej niewinności zamrugał dwa razy. Oczy też miała niebieskie. Niebieskozielone, ale na potrzeby mogły być tylko jak jego bluza.
On oczywiście poszedł do garderoby i oczywiście wrócił z czymś dla niej. Zawsze tak robił. Zawsze dbał o to, by jej było ciepło, by było wygodnie, by czuła się dobrze. To były rzeczy, które robił dla każdej osoby, którą lubił. Dla przyjaciół. I oczywiście tak musiała sobie mówić, aby nie oszaleć do reszty.
Kiedy założył jej bluzę na ramiona, jego bluza, jego zapach, jego ciepło, sprawiły , że Lily zamarła. Gdy pogłaskał jej włosy, miała nadzieję, że nie widzi, jak szybko bije jej serce. Nie widzi, nie słyszy, czy cokolwiek.
- Wszystko od ciebie mi pasuje - powiedziała cicho, trochę zbyt miękko.
Jej głos brzmiał dziwnie. Zbyt... czule. - Masz dobry gust - sprostowała, wychodząc zaraz za nim.
Trzymała smycz Barama, szła i starała się nie myśleć o tym, jak naturalnie się przy nim czuje. Jak naturalnie jego bluza opada jej na ciele. Jak naturalnie patrzy się na niego, kiedy myśli, że ona nie patrzy. Jak wiele ma swobody i naprawdę wszystkie troski i wątpliwości znikają, gdy są razem.
To nie powinno być takie łatwe. Nie, jeśli chciała, aby wszystko pozostało takie, jakie było. Musiała się postarać. I trochę lepiej udawać.
Gdy wyszli na ulicę, przysunęła się i wsunęła rękę pod ramię Nathaniela. Lubiła być blisko i naprawdę miała w głębokim poważaniu, jaka jest nieostrożna.
- Słuchaj... Mam taki pomysł... Chcę pomalować kuchnię, wpadłbyś do mnie i pomógł mi odsunąć szafki? - spytała ostrożnie. Nie dlatego, że przysługi kosztują, ale ze względu na to, jak ostatnio rozmawiali. Jak Nate się odsunął. Jak mocno uważał na kontakty i się odgradzał.
Lily nadal nie wiedziała, jak będzie dalej, czy nie zacznie jej unikać. Albo czy nazajutrz przestanie się znów odzywać przez dni, albo tygodnie. Wiedziała, że jest mu ciężko, ale nie wiedziała, jak blisko i na jak długo do niej wrócić. I czy w ogóle będzie jak kiedyś.
💘
Lily poczuła jak jej serce szybciej zaczyna bić, ale starała się to ukryć, skupiając się na tempie marszu i sposobie, w jaki Baram snuł się tuż przy jej nodze. Smycz nie była napięta, ale i tak czuła siłę gabarytów dobermana i domyslała się, że Nate też ciągle czuwa. Pewnie gdyby wyskoczył im na drodze kot, albo sprowokował ich inny duży zwierzak, nie utrzymałaby psa, więc zaciskała dłoń na smyczy pewnie, starając się być gotowa.
OdpowiedzUsuńI nagle Nate robił znów cos, co sprawiało, że totalnie nie rozumiała świata. Ten gest- pocałunek w czoło i ramię wokół pasa, był tak naturalny w ich relacji, że prawie zapomniała, iż wcale nie powinien być naturalny. Nie dla przyjaciół. To było zbyt łatwe, zbyt proste i przychodziło znienacka. Jakby mieli prawo do wszelkiej czułości. I chyba to ich gubiło, bo żadne z nich nie chciało się pilnować. Oni nawet nie próbowali!
Ale to była właśnie ich sztuczka. Ta cienka linia między przyjaźnią a czymś więcej, którą oboje nauczyli się perfekcyjnie ignorować. Lily czuła się już mistrzynią, a Nate... on też był w tym niezły. Bardzo niezły.
- Zawsze... - powtórzyła cicho, zupełnie zbyt świadomie nachylając się nieco bliżej do jego ramienia. - Wiem.
I właśnie w tym było coś boleśnie ironicznego. Wiedziała, że zawsze jej pomoże, ale czy potrafił zobaczyć, że ona także go potrzebuje? Nie tylko jako przyjaciela, który będzie stał przy ulicy, czy pocałuje ją w czoło w czasie spaceru. Potrzebowała go w taki sposób, którego nie mogła nazwać, nie mogła wymienić między nimi. Ponieważ wtedy wszystko by się zmieniło. Wzięła głębszy oddech.
- Może... W sobotę? - zaproponowała, wracając do tematu. – Około czternastej, żebym potem mogła przygotować obiad w podziękowaniu. Ale naprawdę nie musisz... I możemy umówić dowolny termin, to też nic pilnego - dodała szybko. - Mogę upiec ciasteczka... albo zrobię coś innego - rzucała dalej pomysłami, jakby usilnie chciała go namówić.
Mogła dać mu furtkę do ucieczki, ale też nie była pewna, czy chce... nie po tym, jak wyglądało ich spotkanie spotkanie.
Lily przygryzła wargę. To był kolejny taki moment, właściwie jeden z milionów momentów, które razem tworzyły tę wielką, niewypowiedzianą rzecz między nimi. Byli przyjaciółmi. Tylko przyjaciółmi. I oboje udawali, że to wystarczało.
❤️
Nie bez powodu Maxine nie czuła, aby wyprowadzka z domu rodzinnego była koniecznością, choć wraz z przyjaciółmi ze studiów snuła pierwsza plany o tym, by po ich zakończeniu wspólnie wynajęli mieszkanie i posmakowali tego rodzaju dorosłości. Było jej wygodnie, a nawet bardzo wygodnie w kamienicy typu brownstone na Brooklynie, w której mieszkali Riley’owie. Miała tam swój pokój, usytuowany na ostatniej kondygnacji, z własną łazienką, a rodzice szanowali jej prywatność i w zasadzie nie istniał żaden inny powód, niż chęć usamodzielnienia się, który miałby skłonić ją do wyprowadzenia się. Istniało za to kilka przeciwskazań, jak chociażby to, że Maxine nie posiadała własnego źródła dochodu. Nigdy nawet nie pracowała, ponieważ nie musiała tego robić. Rodzice dawali jej kieszonkowe, a kiedy była starsza i rozpoczęła studia, stosunkowo szybko otrzymała stypendium za dobre wyniki w nauce, które może nie było wysokie, ale z powodzeniem pokrywało jej własne wydatki, których nie było znowuż tak wiele, bo przecież Maxine utrzymywali rodzice.
OdpowiedzUsuńMax widziała jednak, jak żyli jej rówieśnicy. I widziała, że zdecydowana większość z nich już od dawna pracowała na własne utrzymanie. Stąd zdawała sobie sprawę z własnej, uprzywilejowanej pozycji i stąd coraz większa była w niej chęć uniezależnienia się od rodziców, co prędzej czy później i tak miało nastąpić. W jej przypadku było to jednak podyktowane czymś zupełnie innym, niż w przypadku Nathaniela.
— Tak. Ja, w jedną noc — pokreśliła, powtarzając za nim nie bez rozbawienia. — Ale może chociaż umówmy się, że będzie to weekend, dobrze? Piątek albo sobota. Tak, żebym kolejnego dnia mogła od razu odespać — zastrzegła ze śmiechem, bo choć przed chwilą oznajmiła, że dla roli Nathaniela gotowa była na poświecenie w postaci zarwania nocki, to chyba jednak nie była gotowa na to, aby z godnością znieść konsekwencje tego poświęcenia i kolejnego dnia jak gdyby nigdy nic udać się na zajęcia, bo zamiast uważać, przysypiałaby gdzieś po kątach.
— Nie wątpię w twój urok osobisty — zauważyła. — Ale uwierz mi, jeszcze znajdą się tacy, na których on nie zadziała — dodała i mrugnęła porozumiewawczo do mężczyzny, uśmiechając się przy tym lekko. Nie chciała go zniechęcać, nie chciała go też straszyć, bo oboje mieli wystarczająco wiele lat na karku, by wiedzieć, że ludzie byli różni i z niektórymi albo nie dało się współpracować, albo ta współpraca była niebotycznie ciężka i pół biedy, kiedy z podobnej relacji można było łatwo się wycofać. Schody zaczynały się dopiero wtedy, kiedy na takiego człowieka trafiało się właśnie w pracy, gdzie inaczej, niż w życiu osobistym, nie można było tak po prostu odwrócić się na pięcie i odejść.
To, że Maxine była tego świadoma, to jedno. To, jak sama miała zachowywać się w zderzeniu z takimi osobami oraz jak bardzo będzie to przeżywać, pozostawało już drugą, osobną kwestią, bo i ona wierzyła w siłę własnego uroku osobistego, którego przecież jej nie brakowało. Była miła i sympatyczna, do każdego podchodziła bez uprzedzeń i z założeniem, że z każdym da się porozumieć. Tego, że to założenie było całkowicie błędne, dopiero uczyło ją życie.
Skinęła głową, kiedy Nathaniel zapowiedział, że jeszcze wypyta ją o studia. Nie miała nic przeciwko, aczkolwiek w tym konkretnym momencie wolała rozwiązać bardziej palącą dla niej kwestię dziewczyny, która wypisywała do niej te wszystkie głupoty, więc ucieszyło ją szybkie przybycie managera i mogła przymknąć oko na to, że przeszkodziło to jej i Nathanielowi w dalszej rozmowie.
Zaczekała w salonie, nie ruszywszy się z kanapy, aż Park otworzy mężczyźnie i wpuści go do środka. Kiedy ten wszedł do salonu, Max wstała i wymieniła z nim uścisk dłoni, a kiedy usiadła, od razu sięgnęła po telefon, przewidując, że Robert będzie chciał zobaczyć wiadomości.
— Tu chyba nie ma wielu szczegółów — skomentowała, jednocześnie przewijając rozmowę od jej najstarszej części do tej najnowszej. Robiła zrzuty ekranu, które od razu przycinała tak, aby było widać na nich tylko to, co niezbędne i kiedy skompletowała w ten sposób całą swoją konserwację z @npark_greatestfan, przesłała ją na podany przez managera numer telefonu, choć konwersacja to było duże słowo, skoro Max ani razu nie odpisała nieznajomej.
Usuń— Przyszłam do Nathaniela od razu po tym, jak dostałam to ostatnie zdjęcie. No, nie od razu po tym — uściśliła z westchnieniem. — Wyczekałam do końca zajęć — poprawiła się i zerknęła na Parka, chyba szukając w nim odrobiny otuchy, bo podczas gdy Robert zaczął przeglądać otrzymane od niej screeny, Max zaczęła trochę się denerwować. Była przekonana, że gdyby wzięła jeszcze kęs porcji lasagne, której nie dojadła, a która pozostała na talerzu przed nią, ten stanąłby jej w gardle.
MAXINE RILEY
Baram spisywał się wzorowo i chyba był teraz buforem ich emocji. Jego niepewności, metliku, zagubienia i jej. A w tym momencie Lily sama nie wiedziała, co czuje. Wiedziała tylko, że nie może się bać.
OdpowiedzUsuńRoześmiała się, a jej śmiech brzmiał naturalnie, bez tego napięcia, które ostatnio między nimi wisiało. Nathaniel chyba lubił, gdy była taka swobodna, lekka, wtedy nie wkradała się między nich żadne skrępowanie. Ona to lubiła.
- Jeśli pasowałby inny dzień, daj znać, chyba będę malować na raty - dodała znowu. Aby nie czuł presji, aby nie było tu nic wymuszanego. Nie chodziło już ani o malowanie, ani o te ciężkie szafki. Chodziło o to, aby odbudowali to, co ostatnio zostało nadszarpnięte. Lily chciała coś zrobić dla niego.
Miała wrażenie że to wszystko, te niewypowiedziane i niepisane rzeczy, które rosły między nimi, były jak bluszcz oplatający stary mur. I było w tym coś zarówno niepewnego i stabilnego. I Lily chyba to przerażało najmocniej.
Szeroki uśmiech rozjaśnił jej buzię natychmiast, gdy Nate się zgodził. Tak naprawdę to wcale nie szafki były najważniejsze. I w sumie nawet nie musiała malować tego, co sobie wymyśliła. Ujęła go pod ramię i tym razem nie pozwoliła mu od siebie uciekać.
– Ciasteczka będą – obiecała, a jej oczy błyszczały. – Może te z czekoladą? Wiem, że to twoje ulubione - zaproponowała miękko. I coś sytego... może spaghetti? Nie będę starała się nikogo zatruć, obiecuję - znów się zaśmiała. Lżej, głośniej, mocniej. Jakby teraz naprawdę już wszystko miało być dobrze.
Przeszli kilka kroków w ciszy. Wiatr poruszał liśćmi, a słońce przebijało się przez gałęzie, choć cienie na ulicy były już długie, zaczynało się robić szaro. Lily czuła, jak jej serce bije szybciej, w innym rytmie, nie z powodu zmęczenia, ale z powodu jego obecności. To uczucie było już bardzo znajome...
Baram gwałtownie szarpnął smycz, zauważywszy wiewiórkę na drzewie. Lily poczuła to najpierw w dłoni, a potem w ramieniu, gdy nagle pociągnął ją tak że aż poleciała w przód, ciągnąc za sobą Parka. Nathaniel bez wysiłku powstrzymałby psa, była tego pewna, ale ona nie była gotowa. Zacisnęła mocniej palce na ramieniu przyjaciela, aby nie runąć. Aby trzymał ją i psa. Może i był teraz sam z sobą zagubiony, ale ona bez wahania powierzyłaby mu swoje bezpieczeństwo.
🤍
To był moment, ona się tego nie spodziewała i najwidoczniej nie doceniła nie tylko siły dobermana, ale i refleksu Nathaniela. Pies swoje ważył bo i był górą mięśni, ale to nie to pociągnięcie ją nieco wystraszyło i zdziwiło. To mocna komenda, która wyszła z gardła Parka twardo, tonem spokojnym, ale zdecydowanym. Kiedy złapał ją w pasie i przytrzymał w miejscu, w dziwny i niewytłumaczalny sposób Lily poczuła, że jej ciało wcale się nie buntuje. Z pełnym zaufaniem, nabrała powietrza przez nos i obejrzała się na przyjaciela, gdy w mniej niż sekundę stanął przy niej blisko. Dbał o nią... znów. Znów w ten sposób, który sprawiał, że serce jej najpierw przyspieszało, z potem... potem było jej jeszcze cieplej w środku.
OdpowiedzUsuńPowoli kiwnęła głową, choć Nate dostrzec mógł lekkie drżenie jej ramion. . Uśmiechnęła się uspokajająco, ale on znał ją zbyt dobrze i możliwe, że zorientuje się, jaka jest poruszona. Choć to nie wszystko wina Barama.
— Tak, wszystko w porządku. Po prostu... Baram mnie zaskoczył — powiedziała, śmiejąc się nieco nerwowo. Oddała mu smycz i popatrzyła mu w twarz. Znała to spojrzenie. Tę miękkość i czułość w tęczówkach.
Ostrożnie i delikatnie przesunęła kciukiem wewnętrzną stronę jego dłoni, czując jak napięcie powoli opuszcza jej wlasne ciało.
— Przepraszam — mruknęła , powoli cofając dłoń, ale tylko po to, aby chwycić jego palce, które przesunęły się po jej rudych kosmykach. - On jest silniejszy, niż sądziłam — powiedziała, zerkając na dobermana. Nie doceniła go .
Stali tak przez moment — bliscy, w ciszy, która wcale nie była niezręczna. I właśnie teraz Lily poczuła, jak bardzo to przykre, że oboje... Uciekają. Od siebie. Jednocześnie chcąc byc przy sobie.
— Może po prostu on będzie szedł z tobą? — zaproponował miękko, ale uciekając spojrzeniem gdzieś w bok. — Zanim zrobi się prawdziwe szaleństwo. Nie chcę jeszcze wracać.
Lily również ceniła ich czas. Nawet jeśli było trudno i ciężko i nawet jeśli oboje wydawali się coraz mocniej świadomi i zagubieni.
🥺☺️
Wiedziała, że tak będzie i ani nie miała nic przeciwko, ani nie zamierzała robić nic, by zmienić bieg wieczoru. Posnęli razem, a wcześniej oboje ułożyli się przy sobie i na sobie tak, aby nie było im tylko wygodnie. Tylko żeby było blisko. Lily w byciu obok Nathaniela odnajdywała swój własny egoizm. Czerpała z tego przyjemność i karmiła uczucia, które już nie tylko kiełkowały, a po prostu rozkwitły i teraz emanowały mocno. Bezczelnie oszukiwała zarówno siebie jak i jego, że to tylko przyjaźń, ale skoro on też w to grał... Choć może nie grał, nie chciała nic psuć. Tyle musiało jej wystarczyć.
OdpowiedzUsuńNoc minęła spokojnie. Lily nawet zmęczona potrafiła się czasami budzić, gdy z ulicy dobiegł głośniejszy dźwięk syreny alarmowej, klaksonu, czy krzyków, ale u Parka praktycznie nigdy się nie budziła. On ją przytulał, a ona chowała się w jego ramionach i czuła bezpiecznie.
Głos babci przez głośnik jej nie obudził, ale raczej ogólnie dźwięki z kuchni zwróciły jej uwagę. A przede wszystkim zimne miejsce obok. Przewróciła się na plecy, poprawiła podciągniętą za wysoko kołdrę, chowając zimne stopy z powrotem pod pościel i dopiero po chwili otworzyła oczy. Było dla niej za wcześnie na wstanie... Ale gdyby się tu wylegiwała kolejną godzinę, to zdecydowanie byłoby to niegrzeczne.
Zajęło jej chwilę, zanim się podniosła, zupełnie jakby musiała dać czas ciału, aby wstało i nadążało za głową. To że obudziła się w innym miejscu, niż zasnęła w ogóle jej nie zadziwiło. Poczuła znajome ciepło pod sercem na myśl, że to Nate ją pewnie tu przeniósł. I na pewno był z nią cały czas. Robił właśnie takie rzeczy, przez które wcale nie była bezpieczna! Był tak... Dobry. Nic dziwnego, że znaczył dla niej tak wiele. Od początku po prostu o nią dbał.
Lily pojawiła się w drzwiach, rozczochrana i ospała, ze zmarszczonymi brwiami i wciąż ciężkimi powiekami. Chyba w środku toczyła batalię, czy to odpowiedni moment, by zacząć dzień. Jej wzrok padł na niego od razu, nie musiała się rozglądać. Siedział bez koszulki, z rozpięta bluzą, trzymając telefon w dłoni, z wyraźnie zakłopotanym wyrazem twarzy.
— Cześć... — mruknęła, przecierając oczy. — Kto dzwonił? — spytała przez ziewniecie, zasłaniając usta dłonią, przez co praktycznie w ogóle mógł jej nie zrozumieć.
Chyba nie docierało do niej, że może przeszkadzać w rozmowie. Zatrzymała oczy na jego twarzy, potem niżej na odsłoniętym torsie i bardziej ściągnęła brwi, studiując linie mięśni w dół na brzuchu do granicy wyznaczonej przez spodnie. Jej policzki zaróżowiły się natychmiast. Odetchnęła głębiej i wyprostowała się odrobinę, zdając sobie sprawę, że po prostu się na niego gapi. Jak sroka w skarb, coś naprawdę ładnego. W sumie nie było to wcale nieprawdą.
Kiedy Baram podbiegł się przywitać, z miękkim uśmiechem przykucneła, aby przywitać dobermana. Miała na sobie wczorajsze ubranie, ale tym też się niespecjalnie przejmowała. W tym mieszkaniu i z tymi facetami czuła się po prostu swobodnie.
hello sunshine 💘
Parsknęła wesołym śmiechem, kiedy Nathaniel zbulwersował się jej opinią o jego uroku osobistym, nie śmiała się jednak długo, ponieważ wybrzmiał dźwięk dzwonka do drzwi i w mieszkaniu Parka pojawił się jego manager, a to nie tylko skutecznie ją uciszyło, ale też starło uśmiech goszczący na jej twarzy. Maxine nie było do śmiechu, kiedy chodziło o dziewczynę, która do niej wypisywała. Wiedziała, że tego typu sprawy mogły przebiec różnie i różnie się skończyć, bardziej jednak niż o siebie, martwiła się o tę dziewczynę. Może nawet odrobinę jej współczuła? Mogła jedynie domyślać się, co nią powodowało, że zdecydowała się napisać do niej te wszystkie wiadomości i cóż, to na pewno nie było zdrowe. Jeśli się nad tym zastanowić, to ta dziewczyna musiała mieć większy problem, niż aktualnie miała Maxine.
OdpowiedzUsuńObserwowała Roberta, kiedy zapoznawał się z wiadomościami, a potem zaczęła przysłuchiwać się rozmowie, która wywiązała się pomiędzy dwójką mężczyzn, ale sama nie zdecydowała się wziąć w niej udziału. Uniosła za to wysoko brwi, kiedy Robert nazwał Nathaniela idiotą, a że słyszała, że miało to raczej pieszczotliwy, niż obraźliwy wydźwięk, zaśmiała się cicho. Ta odzywka nakreśliła relację między mężczyznami jako bliską, a przy tym stosunkowo swobodną, przez co sama Maxine poczuła się swobodniej.
Skinęła głową, kiedy Robert poinstruował ją, aby nadal nie odpisywała i zaraz skrzywiła się wyraźnie, kiedy dodał, że powinna zgłosić to na policję. Popatrzyła przy tym z boleścią w ciemnych oczach na Nate’a, bo akurat w tym on i jego manager byli zgodni, a Max zdążyła już powiedzieć Parkowi, co sądzi na ten temat.
Powróciła spojrzeniem do Roberta i już miała powiedzieć, że ktoś taki pewnie się znajdzie, kiedy wtrącił się Nate. Riley zacisnęła wargi, bo nie do końca jej się to spodobało. Raz, że potrafiła wypowiadać się sama za siebie. Dwa, rozmawiali o niej tak, jakby zapomnieli, że siedziała na kanapie i doskonale wszystko słyszała. Może rzeczywiście zapomnieli? Maxine była drobna i niska, podczas gdy zarówno Nathaniel, jak i Robert byli mężczyznami wysokimi i dobrze zbudowanymi.
Z zaciętym i niezadowolonym wyrazem twarzy, zaczekała, aż ci przestaną przerzucać się argumentami, a kiedy to nastąpiło, odchrząknęła, wstała i skrzyżowawszy ramiona na piersi, wyszła spomiędzy kanapy, a niskiego stolika i stanęła tak, aby mieć dobry widok zarówno na jednego, jak drugiego, przez co i oni mieli dobry widok na nią.
— To jest głupi pomysł — stwierdziła, zwracając się w pierwszej kolejności ku Nathanielowi. — Nie chcę ochroniarza, zamiast tego dopilnuję, żeby nie wychodzić z domu samej. To mogę w dość prosty sposób zorganizować, na uczelnię będę jeździć z Codym — poinformowała, wspominając swojego przyjaciela ze studiów. — I zgłoszę to na policję — westchnęła, nie kryjąc się z tym, jak niechętnie miała to zrobić. Popatrzyła na Roberta i Nate’a, parokrotnie przeskakując pomiędzy nimi wzrokiem, aż zatrzymała spojrzenie na Nathanielu, jakby doszła do wniosku, że to do niego bardziej trafi to, co chciała powiedzieć.
— Nie róbcie z tej dziewczyny jakiejś groźnej wariatki, dobrze? — poprosiła, mimo wszystko ostrożnie. — Może trzeba jej… pomóc? — rzuciła, nie do końca wiedząc, jak w odpowiedni sposób zakomunikować im to, co w związku z tą sytuacją czuła, wydawało jej się jednak, że Nate może wiedzieć, co ma na myśli, dlatego to w niego usilnie się wpatrywała.
MAXINE RILEY
Lily stała w przejściu do kuchni, wciąż półprzytomna, ale jej mózg pracował na pełnych obrotach. To jedno słowo i szczególnie ton głosu Nathaniela mówił wszystko. Babcia to był ktoś ważny. Ktoś, komu zależało na Nathanielu równie mocno, jak i jemu. W jego spojrzeniu pojawiło się coś miękkiego, jakas głębia, może tęsknota, której nie widywała za często.
OdpowiedzUsuńNie rozumiała koreańskiego, ale widząc uśmiech na twarzy przyjaciela i to ożywienie w jego ruchach, uśmiechnęła się czule pod nosem. Lubiła, gdy taki był. Swobodny, odsłonięty i prawdziwy.
Podeszła bliżej, gdy zakończył rozmowę. Jej policzki rozgrzały się jeszcze bardziej na jego zaczepny komentarz. Wiedziała, że powinna odpowiedzieć czymś równie trafnym, ale chyba chwilowo widok jego mięśni ją onieśmielał. Na pewno była wciąż za mocno zaspana, o to to.
Chrzakneła, wycelowała palec w jego tors , a potem musnęła opuszkami gładką skórę na piersi. I była bardzo dzielna, bo on się wyprostował, jakby chciał się jej zaprezentować, a ona wcale się nie potknęła o własne nogi z przysuwając się o krok.
— Może tak, chociaż ten twój tyłek to solidna podstawa — odparła w końcu z śmiechem, cofając w końcu rękę. Te wygłupy dzisiaj były jakieś wyjątkowo niebezpieczne.
Obserwowała go, jak naturalnie poruszał się w swojej kuchni. Ten Nathaniel, którego teraz widziała, swobodny, półnagi, śmiejący się ze swoich żartów, był zupełnie inny od tego, którego widziała ostatnio. Bardziej prawdziwy. Bardziej jej.
— Pójdźcie sami na spacer — zdecydowała, opierając się o blat. — Ja w tym czasie wezmę prysznic, zjemy razem szybciej dzięki temu. A szakszuka na śniadanie brzmi idealnie.
Uśmiechnęła się szeroko i zaraz przysłoniła usta dłonią, ziewając potężnie. Była wyspana, wypoczęta i wcale nie bolał jej kark, chociaż zasnęła na Nathanielu. Przysunęła się blisko i bez słowa i jaka go w pasie, przytulając się. Czuła przy sobie jego ciepłą skórę, no i nagle uświadomiła sobie że te jego mięśnie widoczne zawsze w sesjach to nie photoshop. To były prawdziwe mięśnie od ciężkich treningów i teraz bezczelnie się do nich przytulała.
— Nie ruszaj się - nakazała. — Sprawdzam co teraz mi się jeszcze podoba - mruknęła wciąż zbyt sennie, jakby wcale nie chciała i nie starała się obudzić.
Poczuła na dłoni mokry nos dobermana, zaśmiała się cicho w bluzę narzuconą na ramię Natea, a potem spojrzała na psa. Psuł moment, ale to chyba dobrze.
— Mogę się trochę rządzić? Wiem gdzie masz ręczniki, mogę sobie sama wziąć i się rozgościć w łazience? — dopytała tak z grzeczności. Mimo wszystko nigdy nie zachowywała się tu jak u siebie i szanowała jego porządek.
🤤😁
Wiedziała co robi i dlaczego to robi, ale nie oszukiwała samej siebie. Kłamała tylko przyjacielowi. Lubił gdy ona była blisko, a ona korzystała, bo również lubiła go czuć. Okazywać troskę , czułość w gestach, w takich chwilach jak spontaniczne przytulenie. Łamała granicę przyjaźni tak samo jak i on i czuła się bezkarnie.
OdpowiedzUsuń- Nawet nie wiesz... - mruknęła mu gdzieś przy uchu, a tym razem wcale się nie wygłupiała. Podobało jej się wszystko. I to był jej problem.
Gdy została sama, musiała ochłonąć. Miała zarumienioną twarz i naprawdę potrzebowała chwilę pomyśleć. Czy wcześniej było między nimi lżej, czy to ona się zmieniła? Czy może ostatnia kłótnia i napięta atmosfera z Nathanielem uświadomiła jej, że może go stracić? A może po prostu wpadła jak śliwka w kompot i teraz dopiero to do niej dochodziło? Albo może była przytłoczona swoimi problemami i tak reagowała? Nie wiedziała, co się dzieje... Ale czuła to bardziej niż wcześniej. Dużo bardziej.
Wzięła kąpiel i jej też zajęło to nieco dłużej. Koszulki sobie nie przygotowała, a swoje ciuchy odłożyła gdzieś na bok, więc będąc jeszcze sama w mieszkaniu, paradowała w krótkim ręczniku. Materiał zasłaniał co trzeba, ale był też nieprzyzwoicie cieniutki i króciutki.
Lily, która właśnie otwierała szafki w poszukiwaniu talerzy, odwróciła się na dźwięk otwieranych drzwi. Jej włosy, były nadal wilgotne, opadały jej na ramiona, a ręcznik, zawiązany nisko w biuście, ledwie jej zakrywał tyłek. Uśmiechnęła się do niego szeroko, bo grunt że miała wszystko zasłonięte i jakoś nie pomyślałam że może prezentować się bardziej niż niepoprawnie.
— Hej, a ja zaczęłam już szukać talerzy! — zawołała wesoło. — Myślałam, że ci pomogę i też coś naszykuje. Baram był grzeczny? — wyciągnęła dłoń do dobermana, aby podrapać go za uchem.
Przysunęła się bliżej, zaglądając w stronę worka z bułkami. Uśmiechnęła się szerzej z czując zapach z piekarni.
— Kupiłeś świeże pieczywo? Jesteś kochany — wciągnęła nosem zapach. — Mogę coś przygotować, podczas gdy ty będziesz pod prysznicem — zaproponowała, czekając na instrukcję.
Baram już zajmował się swoją miseczką z wodą. Lily natomiast, zupełnie naturalna w swoim półnagim stanie, czekała na odpowiedź, przygotowując się do gotowania, albo asystowania.
💘
Gdyby nie wycieczki nad jezioro, w las na biwakowania, wspólne nocowanie , gdyby nie mnóstwo sytuacji wcześniej, gdzie widzieli się w piżamach, albo stroju kąpielowym czy bieliźnie, chyba szybciej zorientowała by się, że to przegięcie. Że granice już nie są przesuwane, a przeskoczyła je teraz bardzo niepoprawnie, nie zostawiając już Nathanielowi miejsca.
OdpowiedzUsuńObserwowała go przez chwilę, zanim wyszedł z kuchni, starając się nie robić min. Była zdziwiona i na chwilę nawet chciała się kłócić. Nie rzucił komentarza zbyt miło, chociaż... cholera miał rację. Poczuła dreszcze na odsłoniętej skórze i lekko się wzdrygneła, gdy pojedyncza kropla z włosów spadła na jej odkryte ramię. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jego nagłe polecenia i sztywna postawa to nic innego jak próba opanowania sytuacji. I szczerze mówiąc, podobało jej się to. Bardziej niż powinno. Bo to oznaczało, że może wcale jej się nie wydaje i może... Może on też lubi ją trochę bardziej. Cholera.
Kiedy zniknął za drzwiami łazienki, pozwoliła sobie na cichy śmiech. Policzki miała zaczerwienione od wstydu, ale cała sytuacja wyszła komicznie. Nie planowała tego całego przedstawienia, naprawdę nie, ale kiedy wpadła pod prysznic i zdała sobie sprawę, że zapomniała zabrać ubrania, pomyślała, że nic się nie stanie, jeśli i tak się zakryje. Przecież była zasłonięta, czyż nie? Znali się od dłuższego już czasu i wszystko wydawało się normalne. To byli tylko oni, tylko Lily i Nathaniel. Tylko... coś się zmieniło, prawda?
Poszła do jego sypialni i otworzyła szafę, którą znała już bardzo dobrze. Jego ubrania były miękkie, pachniały czymś znajomym, zapewne jego perfumami, z którymi się już dawno temu polubiła. Wciągnęła szarą koszulę, elegancką, z lekkiego gładkiego materiału, który opadał na ramionach luźno. Wyglądała w niej jakoś drobno i chyba szkoda jej było na zwykły poranek, pewnie powinna wybrać jakąś koszulkę, ale nie miała zamiaru się nad tym zastanawiać. Nathaniel miał bardzo dużą szafę, a jak jej każe się przebrać, to tu wróci. Wybrała jeszcze jego szorty i mocno związała je sznurkiem w pasie, by nie spadły jej z bioder.
Zapieła guziki, podwinęła rękawy do łokci i wróciła do kuchni. Wybrała pomidory, na bok odłożyła jajka i zaczęła kroić warzywa. Czuła jak z mokrych kosmyków kapie jej woda na kark, ale już nie chciała nigdzie się ruszać.
Zerknęła na niego, gdy pojawił się obok. Eh.... oczywiście, że przyszedł bez koszulki, chyba specjalnie, a Lily czuła, jak serce przyspieszyło i tak szybkie bicie. To było niesprawiedliwe. Kompletnie niesprawiedliwe.
— Druga kawa? — powiedziała, opierając się o blat. Odsunęła się od deski z pokrojonymi warzywami i odłożyła nóż. — Jak dostaniesz zawału, będę musiała cię ratować, tak? — trąciła go łokciem i zrobiła mu miejsce do robienia śniadania.
Podeszła do lodówki, wycierając ręce w kuchenną ściereczkę. Czuła się pewnie w jego ubraniach, może nawet zbyt pewnie, ale w głowie miała tę niezręczność i dziwaczność sytuacji gdy wrócił.
— Zakładam, że to znaczy, że chcesz, żebym została? — rzuciła lekko, wyjmując jajka. Celowo nie patrzyła na niego, ale słyszała, jak zaczyna przygotowywać jedzenie i się krzątać.
UsuńTo było takie domowe. Takie... normalne. A jednocześnie takie skomplikowane. Zatrzymała się przy ekspresie z ręką wyciągniętą po filiżanki obok. Być obok Naghaniela było jej nadzwyczajnie łatwo. I ... Też bardzo łatwo było jej się do niego przywiązać. Przyzwyczaiła się już do myśli, że jest blisko. I chyba dlatego tak się bała, że ją odsunie i że cokolwiek się dzieje, zepsuje coś między nimi.
— Będę ci się przyglądać, żeby upewnić się, że nie wrzucić mi skorupek do talerza - stwierdziła nagle, nastawiając ekspres i stając znów obok niego.
Uśmiechnęła się pod nosem i oparła się o blat, aby prawie dotykać jego ramienia. Dotknęła palcem widocznego zarysu mięśni i mruknęła zaczepnie z uznaniem.
— O to mi się podoba - rzuciła, a propos wcześniejszych rozmów, co w nim lubi. — Przepraszam za ten ręcznik, Nate — mruknęła jeszcze ciszej. Była zawstydzona swoją nieostrożnością. Ale lepiej było udawać, że to nic nie znaczy i nic nie zmienia. I że między nimi może być jak wcześniej.
❤️☺️
[Dziękuję za powitanie! No i pewnie, że jesteśmy chętni na wątek, przygarniemy pod przyjacielskie skrzydła Nataniela i dobermana, Theodore nie przejdzie obok takiego duetu obojętnie <3]
OdpowiedzUsuńTeodorek
Miewali naprawdę nierozsądne pomysły i nadwyrężali, nie tylko tę przyjaźń tak ogólnie, ale każdy jej aspekt. Wzajemne zrozumienie, zaufanie, wyrozumiałość... Własne rezerwy wstrzemięźliwości i przyzwoitości też się kurczyły dziwnie mocno. Tarmosili ostatnio granice swojej znajomości bez namysłu i bez litości, ale Lily wiedziała że żadne z nich, nie działa pod wpływem impulsu i z premedytacji. Nie chcieli się skrzywdzić. Nie chcieli nic zmieniać. Nie chcieli nic na sobie wymuszać. To... Po prostu się działo. Bo czuli się z sobą dobrze, a może nawet zbyt dobrze i o to w tym chodziło.
OdpowiedzUsuńŻe przyjaźń to za mało. Że chcieli siebie bardziej. Że ufali sobie i wierzyli w siebie za mocno. Miała wielu znajomych, z większością rozmawiała naturalnie i bez skrupułów. Ale przed żadnym innym mężczyzną w tym bliskim gronie nie wyszłaby w ręczniku, czy bieliźnie. Ani Nathaniel, ani ona nie nazywali rzeczy po imieniu, przed sobą nawzajem a nawet przed samymi sobą, ale... Coś się zmieniło. Nie teraz, ale wcześniej, jakiś czas temu... I nie wracało na swoje pierwsze miejsce.
- Nie muszę ćwiczyć, doskonale wiem, co ci zrobię - odwdzięczyła się, choć jej słowa zabrzmiały dziwnie wielowymiarowo i dwuznacznie w tym kontekście. Parskneła krótko cicho, po prostu przyjmując fakt, że tak już rozmawiają jako stan normalny. Troszkę się zaczepiali jak zwykle.
Gdy podszedł bliżej, a potem oparł dłonie o blat po obu jej stronach, w jej spojrzeniu pojawiło się zdumienie. I coś nowego. Jasna, błyszcząca iskierka ekscytacji. Odruchowo, nawet o tym nie myśląc, wyciągnęła dłonie i przytrzymała blisko jego nadgarstki, aby nie uciekał. Nie musiał się jej bać przecież, prawda ? Uśmiechnęła się potem dziwnie rozczulona, miękko i łagodniej, gdy pogładził jej policzek. Potrafił ją uspokoić. Umiał wyciszyć jej niepokój i zgasić każdą niezręcznośc, gdy nagle zaczynała w siebie wątpić.
Oparła dłonie na jego ramionach, czując pod opuszkami ciepło skóry, a potem popatrzyła na niego z zdumieniem i... niedowierzaniem. Słowa zawisły między nimi jak coś nieodwołalnego. Widziała, jak jego oczy szukają jej reakcji, czekając na odpowiedź. W jej głowie pojawiło się zamiast niej zbyt wiele pytań. Również takich, które nie powinny paść... Miała jechać, jako kto? Z kim jeszcze pojadą? Po co chce ją zabrać do swojej rodziny?
Jej serce zabiło szybciej. To nie było pytanie. To nie było nawet zwykłe zaproszenie. To była propozycja, która zmieniała wszystko. Prawdziwe zaproszenie do części jego życia, którą do tej pory trzymał oddzielnie, w bezpiecznej odległości.
— Myślisz, że to dobry pomysł? — zapytała cicho, choć znała już odpowiedź. Znała ją po tym, jak stał przed nią teraz. Jak na nią patrzył. Jak dotykał jej policzka. Po każdym jego słowie i każdym spojrzeniu.
Zamiast odpowiadać, zmniejszyła dystans między nimi jeszcze bardziej. Objęła jego twarz ostrożnie w swoje smukłe dłonie, aby na nią spojrzał.
— Twoi dziadkowie mnie nie znają — powiedziała łagodnie, choć oboje wiedzieli, że to nie było głównym zmartwieniem. W jej oczach pojawiły się już radosne błyski i Lily przystanęła z nogi na nogę, jakby już szykowała się do podróży. Mimo wątpliwości nie tylko w związku z tym.
Poczuła, jak coś pęka w jej piersi. Coś, co trzymała w sobie, odkąd zdała sobie sprawę, jak bardzo się w nim zatraca.
Jego usta były teraz tak blisko, że mogła poczuć jego oddech na twarzy. Przez chwilę czuła się tak, jakby świat zatrzymał się tylko dla nich dwojga. Nie było już zmęczenia, nie było już strachu przed jego zawirowaniami, czy nawet sławą, w której Lily nie umiała się odnaleźć. Było tylko on. I ona. I wreszcie, po całych tygodniach czekania i niepewności, możliwość czegoś więcej.
Usuń— Polecę z tobą — zgodziła się i żeby nie uciekał i żeby sama nagle się nie wycofała, bo przecież znała siebie i zaraz mogła wymyślić sto wymówek, objęła go mocno za szyję i mocno, bardzo mocno się do niego przytuliła.
Czuła przez cienką koszulkę na piersiach i brzuchu jego ciało, ciepło skóry i twarde mięśnie od treningów, ale to nie było najważniejsze. Liczyło się to, że chciał dla niej otworzyć swój świat. Chciał ją. Lily wiedziała, jakie to dla niego ważne i... Jasna cholera, dla niej też takie było. Pocałowała go krótko w policzek z niemo dziękując, że nie ucieka. Że mimo problemów pozwala jej być obok, bo gdyby zachowywał się obco jak ostatnio... Złamałby jej serce. To pewne.
💘 hello, handsome
[Masz pełne prawo mnie ukrzyżować za brak odpisu... Mam jedynie cichą nadzieję, że dasz mi drugą szansę na wątek... :( Pięknie proszę!]
OdpowiedzUsuńTo było całkiem miłe, że postanowił ją asekurować. Nie było to konieczne, ale należało do pewnej etykiety na siłowni... i zwyczajnie świadczyło o kulturze człowieka. Nic zatem dziwnego, że kiedy się zmienili sama stanęła za stojakiem, żeby w razie potrzeby go wesprzeć, choć podejrzewała, że potem ktoś musiałby ratować ją. Poza tym odpoczywała przed kolejną serią. I obserwowała. Nie to, że gapiła się na mężczyznę. Po prostu lubiła patrzeć, jak mięśnie pracują i się napinają. To było po prostu ładne. Oczywiście o ile ktoś te mięśnie miał na tyle widoczne, żeby było co oglądać. I nawet nie chodziło o napakowaną sylwetkę, to ją nawet trochę brzydziło, bo u tych wszystkich kulturystów żyły wystawały tak bardzo, jakby chciały się uwolnić z więzienia ciała. Bardziej chodziło o samą mechanikę, płynność ruchu. Cóż... miała swój męski typ i nawet jeśli akurat nie zamierzała flirtować, to zawsze chętnie sobie popatrzyła.
- Miło poznać i tak - odparła. - Od kilku miesięcy w tym miejscu. Odkąd mam stałe godziny pracy, łatwiej mi wpisać treningi w grafik dnia - przyznała.
Ponownie zajęła miejsce pod sztangą. Druga seria wymaga już od niej więcej skupienia, ale jeszcze nie miała zawahań. Po prostu powoli zaczynała odczuwać mięśnie.
- A ty często tu bywasz? - zapytała, gdy wstawała z ławki, aby udostępnić mu miejsce po skończonej serii. - Wybacz, ale zwykle najwięcej czasu patrzę się w lustro - dodała i uśmiechnęła się przepraszająco. - Wiesz... próbuję się upewnić, czy dobrze wykonuję ćwiczenia. Łatwiej się popsuć niż potem wyleczyć, a pracuję za biurkiem, więc ból kręgosłupa mam zapewniony i bez dodatkowych rozrywek - rzuciła żartobliwie.
Tonya
Łapała te chwile, gdy Nathaniel nagle się wahał. Gdy robił krok w jej stronę, a gdy ona odpowiadała spojrzeniem, uśmiechem, lub gestem, za moment go nie było. Jakby zamiast iść wraz z nią w jednym kierunku, spłoszony uciekał. Jakby... Jednak jej nie chciał. Nie tak jak wcześniej jej się wydawało. I wtedy sama nie wiedziała, jak to rozumieć. Sytuację, jego ale i samą siebie. Bo do diaska, dobrze wiedziała, że ta przyjaźń ryzykuje coś więcej. Nie rozumiała tylko, czy to jest warte tego ryzyka. Bo jeśli nie, to nie tylko jej się wydawalo i szukała sygnałów, których nie ma. Ona po prostu robiła z siebie idiotke.
OdpowiedzUsuńLily uniosła lekko głowę, opierając podbródek o jego pierś. Wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę, jakby próbowała upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Słowa o dziadkach, Seulu i niezbyt ostrym jedzneiu dla niej wywołały w jej sercu przyjemne ciepło, ale wciąż tliła się w niej drobna iskra niedowierzania. To brzmiało... Nieprawdopodobnie. A jednak zgodziła się. I to bez cienia zawahania.
— Koło okna? — powtórzyła cicho, a na jej usta wypłynął miękki, nieco rozbawiony uśmiech. — Nate, ty naprawdę nie żartujesz? Ty chcesz mnie po prostu porwać na drugi koniec świata... — rzuciła z pewnym zdumieniem. Jakby to chwilę wcześniej wszystko miało zamknąć się tylko na teorii i słowach, na gdybaniu.
Jej głos był łagodny, pozbawiony cienia pretensji. Przeciwnie, kryła się w nim fascynacja, która natychmiast uciszyła kłębiące się w jego głowie lęki. I wzruszenie i ogromną czułość. Bo znów chciał o nią dbać, tak jak wtedy na gali, gdzie cały czas byli razem. Lily nie wyglądała na przytłoczoną. Wyglądała jakby właśnie dostała klucz do sekretnego ogrodu, o którego istnieniu dotąd mogła tylko marzyć.
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, już nic nie mówiąc. Znów był blisko... niemal zbyt blisko, mogła się jedynie pochylić i... Wsunęła dłonie pod jego bluzę, szukając kontaktu z nagą skórą na jego plecach. Jej palce były chłodne, ale wiedziałam że nie będzie miał jej tego za zle. Poczuła, jak napięcie w jego ramionach ostatecznie ustępuje, a gdy obejmował ją dłużej, sam wydawał się spokojniejszy.
— Zawsze wybieram okno — przyznała, patrząc mu prosto w oczy. — Ale pod jednym warunkiem. Jeśli lecimy klasą biznes, to ty będziesz musiał dbać o to, żebym nie zasnęła na całe szesnaście godzin. Chcę pamiętać każdą minutę tej podróży. Z tobą — oznajmiła, a ostatnie dwa słowa wypowiedziała ciszej, niemal szeptem, zdejmując z nich maskę dotychczasowej ostrożności. To nie był już przypadek. To nie było niewinne droczenie się. Lily skracała dystans z pełną świadomością, dając mu do zrozumienia, że jego chaos wcale jej nie przeraża.
Przez głowę przemknęła jej myśl o pracy, o barierze językowej, którą tak gładko zminimalizował, opowiadając o dziadkach. Wszystko nagle stawało się prostsze. Pytanie tylko, czy ona się tam odnajdzie ... Czy będzie tam dla niej miejsce? Spojrzał na jego usta, znajdujące się teraz tak niebezpiecznie blisko jej własnych. Magia tej chwili, zamknięta w czterech ścianach i cieple ich ciał, działała silniej niż jakikolwiek zdroworozsądkowy hamulec.
— Wolne załatwię od ręki — dodała, a w jej oczach błysnęły radosne iskierki. — Mój szef i kadry sami mnie wyślą, mam zaległy do odebrania z zeszłego roku. Powiedz tylko na jej długo polecimy — musiała znać szczegóły, aby wszystko dograć. To... Najwidoczniej to się naprawdę działo.
🤍🤍🤍
Słuchała go uważnie, widząc że tak się ożywił... Jakby to było coś więcej, niż odwiedziny dziadków. Jakby naprawdę w Korei istniał inny świat i inny Nate, który tylko tam się pokazywał. Pozwoliła mu pokierować swoimi dłońmi, a gdy ujął w jej palce własną twarz, w jej spojrzeniu pojawiło się coś, czego nie umiała głośno nazwać. Coś miękkiego, coś błyszczącego i czułego, co zdradzało więcej niż słowa, gesty, nieprzypadkowe zaczepki.
OdpowiedzUsuńLily stała nieruchomo, powoli gładząc jego policzki, a potem pozwalając, by chłód poranka powoli wkradał się między nich w miejsce dotychczasowego ciepła. Przez moment patrzyła na swoje puste dłonie, na których wciąż czuła delikatne mrowienie po dotyku jego skóry. Nagła zmiana tonu Nathaniela – ten błyskawiczny powrót do bezpiecznej, codziennej rutyny – uderzył ją z siłą, której się nie spodziewała. Jeszcze przed chwilą budowali zamki na piasku, planowali ucieczkę na drugi koniec świata i topili się w spojrzeniach, a teraz rzeczywistość brutalnie upomniała się o swoje prawa za sprawą burczącego brzucha.
– Śniadanie. Jasne – odpowiedziała, starając się, by jej głos brzmiał równie lekko i naturalnie jak jego.
Cofnęła się o krok, dając mu przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował. Znowu. Bo najwidoczniej znowu się pomyliła.
Ta nagła ucieczka w obowiązki domowe była aż nadto czytelna. Oboje wiedzieli, że przekroczyli niewidzialną granicę, a powrót do roli tylko przyjaciół stawał się z każdą sekundą coraz bardziej karkołomny. To wydawało się coraz trudniejsze, a Lily... Ona już chyba śmielej burzyła panujący do tej pory między nimi porządek. Niezbyt nachalnie, niezbyt nawet brutalnie, ale konsekwentnie. Bezlitośnie korzystała z tego, że oboje mają do siebie słabość. Pytanie tylko... Kto kogo pierwszy zrani? Kto kogo skrzywdzi i ucieknie? Albo kto się bardziej oszukuje?
Baram, słysząc słowo śniadanie, jakby natychmiast uniósł głowę z legowiska i zastukał ogonem o podłogę, chyba doskonale rozumiał, że czas marzeń i uniesień dobiegł końca, a zaczął się czas karmienia. To że polecą bez psa było trochę... Smutne. Przywykła, że doberman zawsze jest z swoim panem.
Lily przyglądała się przyjacielowi przez chwilę z boku. Widziała, jak mięśnie jego pleców powoli się rozluźniają, choć napięcie w karku wciąż zdradzało, że jego myśli wcale nie krążą wokół idealnie pokrojonych pomidorów.
– Dwa tygodnie w Korei brzmią jak sen – odezwała się cicho, opierając się o framugę drzwi, bo odsunęła się kilka kroków. Sama... Sama potrzebowała otrzeźwienia. – Ale mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że nie wywiniesz się z tego tak łatwo. Skoro zacząłeś planować, to teraz musisz to dokończyć. Nie pozwolę ci zapomnieć o tych pomarańczach na Jeju - oznajmiła miękko i z szerokim, promiennym uśmiechem. Widziała, jak go to poruszyło, jak dodało mu skrzydeł, jak... Wrócił do niej Nate, którego poznała, pełen życia, ochoty na przygody. Pełen chęci do działania. I porwania wszystkich wokół w to szaleństwo i przygody.
UsuńZrobiła krok w stronę okna, trochę uciekając od metliku i niedopowiedzeń. Popatrzyła na ulicę i gdy znów spojrzała w stronę przyjaciela, jej oczy zjechały na jego usta. Atmosfera w kuchni w ułamku sekundy ponownie zmieniła się i było jakby duszno, a zapach parzonej kawy mieszał się z niewypowiedzianym napięciem, które wisiało między nimi jak naelektryzowane powietrze przed burzą. Lily zaczynała się gubić. Zaczynała na zbyt wiele sobie pozwalać, a on... Niepotrzebnie jej pozwalał na to. I właściwie sama już nie wiedziała co jest prawdziwe, albo... Czego Nate od niej oczekuje.
– Zaparze herbaty i kawy – oznajmiła nagle, aby się czymś zająć. Ona też potrzebowała odrobinę nakierować myśli na te bezpieczniejsze tory i na ochłoniecie. Przy nim... Zbyt łatwo było jej się zapominać. Zbyt łatwo przychodziło jej utonięcie w jednej, dzielonej z nim chwili.
Podeszła do szafki z naczyniami. Wyjęła dwie filiżanki do postawienia pod ekspres i dwa większe kubki, a potem poruszała się po kuchni swobodnie, bo znała tu już zawartość szuflad. Zerkała na niego z uśmiechem, trochę zagubiona a trochę... Chyba oszołomiona tym, że naprawdę robią plany pobytu w Korei.
your sweet girl
— Tak, Nate, myślę o niej — powiedziała dobitnie, tym samym dając mu do zrozumienia, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, co powiedziała oraz jaki wydźwięk miały jej słowa. Nie zmieniła przy tym swojej zamkniętej pozycji, stojąc z rękoma skrzyżowanymi na piersi, na lekko rozstawionych nogach.
OdpowiedzUsuń— Myślę o tym, że ta dziewczyna może mi zrobić realną krzywdę. I myślę o tym, dlaczego może chcieć mi ją zrobić lub dlaczego nie chce jej zrobić, a tylko napisała to, co napisała. Może nie taką macie politykę postępowania z fanami, których działania, cóż, odbiegają od normalnych — westchnęła i posłała krótkie spojrzenie Robertowi, który w tym momencie wydawał się być równie niezadowolony, co Nathaniel. — Myślę też jednak o tym, żebyśmy to my nie zrobili krzywdy jej.
Maxine naprawdę starała się w zrozumiały sposób przekazać im to, co teraz czuła, ale wydawało jej się, że znajduje się na z góry przegranej pozycji. Nie potrafiła z taką łatwością osądzać ludzi oraz tego, w jaki sposób się zachowywali wyłącznie na podstawie tego ułamka, którym mogli posiłkować się teraz. Charakteryzowała się wysoce rozwiniętą empatią i jakkolwiek ta empatia często ją gubiła, Riley nie potrafiła jej wyłączyć. Stąd, zamiast skupić się wyłącznie na problemie, który ją dotknął, sięgała myślami dalej i głębiej.
— Dobrze, mogę to przemyśleć — odparła, bo to, że przemyśli temat przydzielenia jej ochroniarza nie oznaczało, że finalnie na jego przydzielenie się zgodzi. Na ten moment była od tego więcej, niż daleka, na dodatek z niewiadomych, nawet dla siebie samej względów, czuła się poirytowana zachowaniem Parka, tego jednego starała się jednak nie okazywać. Wiedziała, że mężczyzna ma rację, że nie powinna przejmować się jego natrętną fanką, a to, że nie potrafiła tego zrobić, pozostawało wyłącznie jej problemem.
W zastanowieniu przymrużyła powieki, kiedy Nathaniel zaproponował pójście z nią na policję.
— Dobrze — zgodziła się ostrożnie, uznawszy, że w jego obecności może wypaść w oczach funkcjonariuszy bardziej wiarygodnie. W końcu, gdyby wybrała się na posterunek policji sama i przedstawiła tę historię, policjanci mogliby uznać, że i ona jest małolatą, która ubzdurała sobie, że zna osobę tak rozpoznawalną, jak Nathaniel Park. I prawdopodobnie świadomość tego, że mogłaby zostać potraktowana niepoważnie, pchała ją ku temu, by bardziej zastanowić się nad zachowaniem fanki Nathaniela i nie rozpatrywać go wyłącznie, jako coś złego. Miała przeczucie, że mogło kryć się za tym coś więcej, coś mniej oczywistego.
— Ale to jutro — zaznaczyła, po czym wróciła na swoje poprzednie miejsce na kanapie. Opadając na miękki mebel, westchnęła głośno. — Jest już późno. Zamówię sobie Ubera — poinformowała, popatrzyła to na Roberta, to na Nathaniela, jakby czekała na ich aprobatę, ale kiedy ci ani jej nie potaknęli, ani nie zaprotestowali, sięgnęła po swój telefon i otworzyła właściwą aplikację.
MAXINE RILEY
[Jakby co to posłałam gmaila z propozycjami ♡]
OdpowiedzUsuńdoktor Ed & Luca
[Rozumiem, to w takim razie mamy dwa słoneczka. Oby nikt nie oślepnął. Zaraz posyłam mail!]
OdpowiedzUsuńJosephine Lincoln
[Hej, dobry wieczór.
OdpowiedzUsuńJutro wracam z wakacji, więc pozwoliłam sobie wpaść na PW z propozycją wątku.]
Lily lekko dotknęła widelec, a na jej twarz wypłynął szeroki, choć nieco zaskoczony uśmiech. Przez dłuższą chwilę patrzyła na Nathaniela, jakby próbowała się upewnić, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Ostatnie spotkanie przyniosło między nimi sporo napięcia, a chłodny dystans, który przez moment ich dzielił, spędzał jej sen z powiek. Bała się, że straciła to, co najcenniejsze, jego zaufanie, przyjaźń, po prostu... Jego. I dziś przychodząc tu była wciąż niepewna, ale to było wczoraj. I dziś wszystkie jej obawy się rozpływały. Jakby jeden wspólny wieczór i kilka chwil blisko siebie, miały uratować ich relacje. Jakby naprawdę przy niej Nate wracał do siebie, a ona nie umiała go puścić. Cóż... I tak nie umiała.
OdpowiedzUsuńZaśmiała się cicho, słysząc jego śmiałe żarty o przetrzepaniu tyłka. Odchyliła się i zlustrowała go specjalnie, jakby już planowała go dotykać i widząc, z jakim entuzjazmem planuje ich wspólny wyjazd do Korei, poczuła, jak ogromny kamień spada jej z serca. Nathaniel jej nie odtrącał. Wręcz przeciwnie zapraszał ją do swojego świata, do miejsc, które ukształtowały go jako człowieka, z dala od błysków fleszy. Bo ona znała go takiego, jakim był poza kamerami, chyba o tym zapomniał... Biwaki, kino domowe u niej lub u niego, spacery z Baramem, wszystko poza sławą, to był ich początek i w tym najlepiej się przy nim czuła.
— Dobrze, trzymam cię za słowo z tym pozwoleniem! — zaśmiała się, choć jej głos na moment zadrżał od skrywanych emocji. — I nie myśl sobie, że zapomnę o tej koreańskiej pielęgnacji. Wyczyszczę ci konto — ostrzegła z śmiechem i skupiła się na swoim talerzu. Wiedziała, że Nate lubi o siebie dbać, a może chciała przekonać się, czy mogą też tym razem zrobić coś razem. Jakiś wieczór z maseczkami?
W jej piersi rozlało się przyjemne, kojące ciepło. Widok rozluźnionego mężczyzny, który z apetytem zajadał śniadanie i rzucał jej te swoje charakterystyczne, ciepłe spojrzenia i żarty, był najlepszym, co mogło ją dzisiaj spotkać. Wszystko wracało do normy. Znów było tak jak dawniej, czyli naturalnie, bezpiecznie i bez zbędnych barier. Choć ona sama czuła się inaczej i czuła że może to widać, trzymała się dzielnie, by tych ich granic nie zmieniać. Nie, kiedy Nate wskazał jej je wyraźniej, odsuwając jej dłonie, pilnując ich oboje.
— Myślę, że możemy dokończyć film — odpowiedziała, a jej oczy błyszczały z zadowolenia. — A w międzyczasie zacznę robić listę miejsc w Seulu, które musisz mi pokazać. Skoro sam podsunąłeś mi ten pomysł, to teraz nie masz wyjścia — znów się roześmiała, głośno i lekko. Tak jak dawno nie mogła, bo się o niego martwiła.
Wyciągnęła dłoń i pogłaskała psa, gdy skończył chrupać i przeszedł blisko niej. Podobało jej się to, taki poranek. Jakby byli wszyscy razem i jakby miało tak pozostać. Jak to mogła... Zostać.
— Będę dzisiaj wieczorem wracać do siebie, muszę wybrać ostatecznie kolor do tej kuchni — powiedziała nagle, bo przecież teraz było dobrze, ale świat się nie zatrzymał. A ona musiała też trochę ogarnąć swoje życie i swoje problemy.
🧡🌼
[Masz tutaj dwie, bardzo ciekawe, a jednak zupełnie różne postacie, fajna sprawa! :) Czytając kartę Nathaniela, poczułam dziwną potrzebę pocieszenia go, naprawdę. Wydaje się być bardzo w porządku facetem i mam wrażenie, że rodzice nie traktują go sprawiedliwie. Chętnie skorzystam z zaproszenia! Pomyślałam, że ich znajomość mogłaby zacząć się od nocnego spaceru, skoro on je lubi a Gina nie zna jeszcze miasta i błądzi nawet z mapą w ręku. Niby banalne, ale czasem z tych banalnych rzeczy tworzy się coś wspaniałego. :)]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
[Dobrze. To przesyłam początek. :)]
OdpowiedzUsuńByła w Nowym Jorku od niedawna, ale nie przyjechała tu zupełnie nieświadoma tego, czego może się spodziewać. Wcześniej trochę poczytała o mieście, więc przynajmniej w teorii wiedziała, na co powinna się przygotować. Nie trafiła tutaj zresztą przypadkiem, ponieważ nie wybrała tego miejsca na chybił trafił. Już jako nastolatka, kiedy po raz pierwszy przyjechała do Nowego Jorku na wycieczkę, wiedziała, że chciałaby kiedyś tu zamieszkać. Od tamtej pory myśl o tej metropolii gdzieś w niej pozostała, aż w końcu po wielu latach zbierania oszczędności, udało się ją zrealizować. Teraz, kiedy wreszcie miała okazję nazywać to miasto swoim miejscem, odkrywała je zupełnie inaczej niż podczas tamtej pierwszej wizyty. Nie jako turystka, która zachwycała się wieżowcami i ulicami tętniącymi życiem, lecz jako ktoś, kto miał spędzić tutaj znacznie więcej czasu. Wiedziała, że Nowy Jork nie zawsze będzie wyglądał tak, jak zapamiętała go z tamtych wakacji, ale właśnie to ciekawiło ją najbardziej. Chciała zobaczyć nie tylko jego najbardziej znane i zachwycające oblicze, ale również te mniej oczywiste strony, których nie sposób poznać podczas krótkiej wycieczki. Powinna była jednak przewidzieć, że zanim zacznie odkrywać te wszystkie zakamarki, sama będzie musiała najpierw nauczyć się poruszać po mieście. Setki numerów autobusów, linie metra oznaczone literami oraz ciągłe przesiadki okazały się znacznie większym wyzwaniem, niż początkowo zakładała. W teorii wszystko wydawało się proste, dopóki nie stanęła na ulicy z telefonem w dłoni i nie próbowała zrozumieć, dlaczego właściwy autobus właśnie odjechał z przystanku znajdującego się po drugiej stronie ulicy. W który wsiadła więc ona? Oczywiście w niewłaściwy.
Nie pozostało jej nic innego, jak wysiąść na najbliższym przystanku i rozejrzeć się dookoła, przeklinając w myślach własne niedopatrzenie. To, że był już późny wieczór, a Nowy Jork zdążył zamienić się w niekończący się las świecących lamp, również nie pomagało. Każda kolejna ulica wyglądała podobnie, a światła samochodów i witryn tylko potęgowały wrażenie, że znalazła się jeszcze dalej od miejsca, do którego właściwie próbowała dotrzeć.
Gina spojrzała na mapę w telefonie, próbując zorientować się, gdzie dokładnie się znalazła i w którą stronę powinna się teraz udać. Przez chwilę obracała telefon w dłoni, porównując niebieską kropkę na ekranie z nazwami ulic wokół siebie, aż w końcu spróbowała ustalić najprostszą trasę do celu. Gdzieś nieopodal powinno być metro. Ruszyła więc w jego stronę, co jakiś czas zerkając na ekran, by upewnić się, że tym razem niczego nie pomyliła.
Nie szła główną ulicą, dlatego chodnik pozostawał zupełnie pusty. Co jakiś czas mijał ją jedynie samochód, a poza tym okolicę wypełniała przede wszystkim cisza przerywana odległym szumem miasta. Poprawiła materiał szerokiego swetra, otulając się nim nieco szczelniej, gdy poczuła lekki wieczorny chłód. Wtedy kawałek dalej dostrzegła kogoś spacerującego z psem. Od razu pomyślała, że skoro ktoś o tej porze spokojnie przechadzał się tutaj ze swoim czworonogiem, musiał być mieszkańcem okolicy. A skoro tak, z pewnością będzie wiedział, czy stacja metra rzeczywiście znajduje się tam, dokąd właśnie zmierzała. Przyspieszyła więc kroku, kierując się w jego stronę, ale na tyle ostrożnie, żeby nie zdenerwować psa. Pies wyglądał jak doberman, więc na pewno był czujny.
— Przepraszam? — odezwała się, zatrzymując w bezpiecznej odległości i unosząc lekko telefon, chcąc od razu wyjaśnić powód zaczepienia. — Mogę o coś zapytać? Szukam stacji metra i chyba właśnie zaczęłam mieć wątpliwości, czy moja mapa rzeczywiście wie, dokąd mnie prowadzi — powiedziała z lekkim, zakłopotanym uśmiechem. — To znaczy... powinnam iść tędy? — wskazała palcem kierunek. — Mieszkam w mieście od niedawna i wszystkie ulice nadal wydają mi się takie same — usprawiedliwiła się jeszcze, próbując brzmieć żartobliwie, ale raczej wypadła jak nieszczęście. Była to jednak prawda. Ulice wciąż wyglądały dla niej podobnie, a przystanki autobusowe zdawały się znikać, akurat gdy naprawdę próbowała jakiś znaleźć. Do tego dochodziły niezliczone linie metra i nazwy ulic, które jeszcze nie zdążyły ułożyć się w jej głowie w żaden sensowny system.
UsuńGina Roberts
Podniosła wzrok z telefonu na Roberta, kiedy ten wypowiedział jej imię. Słuchała go, z telefonem przytrzymywanym w obu dłoniach, skupiając swoją uwagę na nim, a nie aplikacji, która wyszukiwała dla niej przejazdy na Brooklyn. Siedziała wyprostowana, ale nie całkowicie sztywno. Rysy jej twarzy stężały, układając się w skupionym wyrazie, a spojrzenie utkwione było w twarzy menagera.
OdpowiedzUsuń— To dobrze — odpowiedziała krótko, kiedy ten skończył mówić. Powiedziała to bez uśmiechu, tej miękkiej krzywizny, która łagodziłaby jej wypowiedź, bo nie chciała jej łagodzić. Chciała trzymać tak Roberta, jak i Nathaniela za słowo, dlatego kontrolnie zerknęła także na drugiego z mężczyzn, chcąc w ten sposób upewnić się, że słowa Roberta wybrzmiały wystarczająco głośno. Kiedy zyskała pewność, opuściła wzrok na ekran telefonu i potwierdziła pierwszy, najtańszy przejazd. Uber miał podjechać za dwanaście minut.
— Możesz po mnie podjechać — odpowiedziała, odłożyła telefon na niski stolik, ekranem do góry i popatrzyła na Nathaniela. Tym razem pozwoliła sobie na uśmiech, całkiem szeroki i zupełnie swobodny. Wiedziała, że Nate miał dobre intencje, jednak musiała wyznaczyć pewne granice. — Dam ci znać. Skoro mam sama nigdzie nie chodzić — westchnęła, jednak nie przestała się uśmiechać.
To nie tak, że nie chciała pomocy i planowała poradzić sobie z tym sama. Nic z tych rzeczy. Gdyby tak było, nie przychodziłaby tutaj, tymczasem pierwszym, co zrobiła, było pojawienie się u Parka. Robert miał rację, to była delikatna sprawa i Maxine to rozumiała. Jeden nieodpowiedni ruch z jej strony i mogło stać się coś złego, jej samej bądź tej dziewczynie. Nie wiedzieć, czemu, obawiała się najgorszego możliwego scenariusza, a jednocześnie nie wiedziała, co mogłoby nim być. Mogła popuścić wodze fantazji, wręcz zrobić to bez najmniejszego problemu, ale w tym konkretnym przypadku się na to nie zdecydowała i pozwoliła tylko na to, by niespokojne myśli krążyły gdzieś na krawędzi jej umysłu.
— Nie trzeba, Uber już jedzie. Ale dziękuję. — Brzmiała teraz nad wyraz grzecznie, zupełnie niepodobnie do tej swojej stanowczej wersji sprzed kilku minut. Cóż, Maxine potrafiła stawiać na swoim lub chociaż chodzić na kompromisy, jeśli akurat sytuacja tego wymagała, a jej zdaniem wymagała.
Robert podniósł się ze swojego miejsca, Nathaniel zaraz za nim. Odprowadził go do drzwi, a kiedy wrócił do salonu, mógł zastać Maxine zerkającą na swój telefon.
— Ja też powinnam powoli wychodzić — oznajmiła. — Osiem minut. — Podniosła smartfon, obróciła go ekranem do znajomego. Odliczanie w aplikacji trwało w najlepsze, miniaturowy samochodzik sunął po mapce ku właściwej lokalizacji, pokonując żmudnie kolejne zakręty. Riley podniosła się z kanapy, na co Baram, który cały czas pozostawał zwinięty na niej w kłębek, podniósł głowę.
— Odezwę się po zajęciach, dobrze? To znaczy koło trzynastej. A na uczelnię obiecuję pojechać z Codym. On też jest całkiem niezłym ochroniarzem, wiesz? — rzuciła, tak dla rozluźnienia atmosfery, ale na widok zasępionej miny Nathaniela westchnęła cicho. — Nie martw się. Nie bagatelizuję tej sytuacji. Inaczej by mnie tu nie było.
[Dziękuję i cieszę się, że się podoba! 💚]
MAXINE RILEY
Lily widziała, jak w przyjacielu zmienia się właściwie wszystko. Jak ustępuje napięcie, jak znów na jego twarzy pojawia się ciepły,promienny uśmiech, a w oczach iskierki entuzjazmu. Nie wyglądał jak ostatnio, nie był zagubiony, ani tak zgaszony, jak świeczka wypalona do cna. Nie sądziła aby tylko jej obecność tak mu pomogła, ale dobrze było widzieć go takim. Chciałaby, aby tak już zostało i cokolwiek rozrywało Nathaniela od środka, żeby odpuściło. Żeby już było dobrze. Pamiętała i nie mogła wymazać tego z głowy, jak ich ostatnie dwa spotkania wyglądały. Wtedy nawet na nią nie patrzył. Nie umieli rozmawiać. A dziś, zachowywali się jak wcześniej, jak gdyby nigdy nic. Nie rozumiała tych zmian, bo nie wiedziała też, co siedzi na sercu mężczyźnie, ale póki mogła, dotrzymywała mu towarzystwa i nie zamierzała odpuścić tej przyjaźni. Jeśli on się poddać, ona spróbuję zawalczyć o nich za ich dwoje. Dopóki nie usłyszy, że jej nie chce. Dopiero po czymś takim, będzie mogła się poddać, choć... Choć może nie. Może nigdy się nie podda.
OdpowiedzUsuńZ rozbawieniem spoglądała, jak Nate szykuje owoce. Nie miała pojęcia, jak może tyle jeść i nadal tak świetnie wyglądać, bo ona czuła, że zaraz pęknie. Przecież dopiero co zjedli śniadanie! Ale to co zrobił w salonie, zaskoczyło ją tak bardzo, że już nic nie umiała skomentować.
Poddała się jego ramionom, wcale się nie kłócąc i wcale nie wzbraniając, gdy lądowali na kanapie. Poruszyła się lekko, dopasowując swoje ciało do jego klatki piersiowej. Wydawało się to tak proste i naturalne, jakby w ten sposób mieli spędzać każdy dzień. Mimo że byli tylko przyjaciółmi. Mimo że to ona wcześniej została upomniana, że ma się pilnować. Nathaniel mógł poczuć, jak jej dłoń niemal odruchowo spoczęła na jego brzuchu, a policzek przy torsie. Ciepło jego skóry i miarowy oddech działały na nią kojąco, choć prawdę powiedziawszy czuła też, jak jej serce zaczyna bić mocniej. W tym momencie wcale nie była zrelaksowana, oj nie. Na ekranie telewizora pojawiły się kolejne wznowione sceny, a z głośników popłynęła znajoma muzyka, ale ona wcale się na tym nie skupiała. Wręcz rzadko patrzyła w stronę ekranu. Wolała obserwować, jak błękitnawe światło ekranu tańczy na profilu twarzy Nathaniela.
— Naprawdę nie musisz się denerwować — odezwała się nagle cicho. Jej palce zaczęły leniwie kreślić niewidzialne wzory na jego skórze. — Twoi dziadkowie na pewno są cudowni. Skoro wychowali kogoś takiego jak ty, to ja też nie mam się czego obawiać — stwierdziła miękko. Usłyszała co wcześniej powiedział, po prostu musiała się zastanowić, co na to odpowiedzieć.
Lily nie miała zamiaru wpychać się mu w życie na siłę. Musieliby tylko w końcu porozmawiać. I musieliby w końcu zacząć trzymać się zdrowych, prostych granic. Ona nie umiała, to było już chyba oczywiste, a on... On chyba nawet nie wiedział, co jej robi. Wcześniej obawiała się, że to zaproszenie do Korei zostało rzucone spontanicznie i Nate już żałuję tych słów, ale... Nie chciała, aby się wycofywał. Chciała zobaczyć jego dom, to co sprawiało, że taki był dziś. Czuły, pogodny, troskliwy i dobry.
—Babcia pewnie od progu zacznie karmić nas rzeczami, o których istnieniu nie miałam pojęcia, prawda? — zgadywała. Chciała aby oboje skupili się na tych dobrych stronach, szczególnie że widziała, jak tego potrzebuje Park. — A dziadek? Jaki on jest? Zmusi cię do naprawienia czegoś w ogrodzie, tylko po to, żeby móc ze mną porozmawiać sam na sam i wypytać o każdy szczegół twojego życia w Ameryce? — roześmiała się serdecznie, a tylko snuła bajki i domysły o tym, czego mogą się spodziewać. Ona też ekscytowała się i cieszyła na możliwość podróży z nim!
Poprawiła się i nieco uniosła. Oparła dłonie na jego torsie i odwróciła całkiem od telewizora, tracąc zainteresowanie seansem w sekundę. Zatrzymała jasne spojrzenie w jego twarzy i musnęła opuszkiem kolczyk przy jego dolnej wardze zamyślona.
Usuń— Wiesz, jeśli nie jesteś pewien, czy powinnam tam z tobą lecieć, wystarczy powiedzieć, ja się nie obrażę — mruknęła cicho, a wszystko po to, żeby Nate zrozumiał, że nie ma takiej rzeczy, jaka by ją od niego odsunęła. — Możesz się rozmyślić, a ja będę czekać, aż wrócisz i mi wszystko opowiesz. I przywieziesz dużo prezentów pocieszania — oznajmiła łagodnie, jeszcze chwilę wpatrując się w niego z uwagą. Jakby sama trwała w napięciu i niepewności, czy na pewno Nate zmieni zdanie. Wolałaby nie. Chciałaby tam z nim polecieć. Tam i w wiele innych miejsc. Zaczynała rozumieć, że ona.... Po prostu chciałaby być przy nim.
Ułożyła się jednak znów tak, by widzieć telewizor. I żeby Nate nie widział jak zapłonęła jej twarz. Przez następną godzinę w salonie panował błogi spokój, przerywany jedynie odgłosami filmowych scen i chrupaniem krojonych wcześniej owoców. Nie naciskała, nie domagała się konkretnych odpowiedzi, ciesząc się z tego, jak prosta i naturalna jest ta chwila. Nie było tu miejsca na udawanie, na zakładanie masek, które tak często musieli nosić w codziennym życiu. Przy niej mógł być po prostu sobą.
Kiedy film dobiegł końca, a na ekranie zaczęły przewijać się napisy końcowe, Lily jeszcze nie wstawała. Pokój tonął w przyjemnym półmroku, odcięty od reszty głośnego świata grubymi zasłonami. Obejmowała go, dotykając silnego ciała dłońmi i cóż... Całkiem świadomie korzystała z tego, że Park został z gołą klatą.
— Cieszę się, że mnie tam zabierzesz. Nawet jeśli tylko to zaproponowałeś i zmienisz zdanie. To dla mnie ważne, że ja też jestem ważna dla ciebie —powiedziała cicho, lekko unosząc głowę, by na niego spojrzeć z dołu. Nie chodziło o presję i jakieś obietnice. Chciała, aby rozumiał, jaką rolę gra w jej życiu i że ona tak łatwo z niego nie zrezygnuje.
🌼🥰
Słuchała jego opowieści, nie interesując się filmem. Kiedy on wpatrywał się w ekran, ona mogła bezkarnie przyglądać się emocjom na jego twarzy. Ciepłu, tęsknocie, pewnemu rozmarzeniu na myśl o wspomnieniach z dzieciństwa. I miłości. Jego oczy nagle złagodniały, gdy opowiadał o dziadkach, o tym jacy są i co na pewno zrobią na ich przyjazd. To było tak urocze i tak ładne, że Lily w pewnym momencie poczuła, że naprawdę chce być tego częścią. Nie chwilę. Nie na czas wyjazdu... po prostu być.
OdpowiedzUsuńPoczuła zmianę, zanim padło pytanie. Nathaniel zabrał dłoń, jego oddech wydawał się bardziej kontrolowany, a gdy padły słowa, patrzyła na niego, a w jej piersiach wezbrała nagła fala poczucia winy, która niemal odebrała jej oddech. Widok przygaszonych, smutnych oczu Nathaniela sprawił, że poczuła się potwornie. Zamiast cieszyć się tą chwilą i jego bliskością, nagle wszystko zepsuła. Sama pozwoliła, by jej własne wątpliwości i wieczna niepewność zatruły coś tak pięknego. Tyle że to nie było to, jak ocenił.
— Nate, nie... proszę, nie patrz tak. To nie ma nic wspólnego z tobą — wykrztusiła praktycznie, a jej głos lekko zadrżał. Przysunęła się bliżej, desperacko próbując odzyskać fizyczny kontakt, który przed chwilą straciła, gdy zabrał dłoń. — Ty robisz wszystko idealnie. Naprawdę. Jesteś dla mnie niesamowity i ten wyjazd, to, że chcesz mnie tam zabrać... to najpiękniejsza rzecz, jaka mnie spotkała — zapewniła szybko.
Uniosła dłoń, chcąc dotknąć jego policzka, ale zawahała się na moment, bojąc się, że przyjaciel się odsunie. Ostatecznie delikatnie położyła palce na jego żuchwie, zmuszając go, by nie uciekał spojrzeniem. Spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się delikatnie, choć coś w sercu ją ścisnęło.
— To nie jest wątpienie w ciebie. Ja... ja po prostu wątpię w siebie — wyznała cicho, a w jej oczach pojawiły się szklane odbicia tego, czego nie umiała powiedzieć. Emocje, których tak bardzo nie chciała teraz pokazywać. — Kiedy opowiadałeś o swoich dziadkach, o tym, jacy są cudowni, otwarci, ale też tradycyjni... ja nagle się przeraziłam. Pomyślałam o sobie. O tym, jak mogę tam nie pasować, coś zepsuć, urazić kogoś. No i..., że mogę ci przynieść wstyd, przez to ile mam w sobie barier i jak bardzo nie pasuję do tego ciepłego, idealnego obrazka, który nosisz w sercu. Poza tym, mogłeś zaproponować mi wyjazd spontanicznie i chcieć się jednak z tego cofnąć... A nie musisz być honorowy, bo ja zrozumiem — zaczęła mówić szybko i trochę niewyraźnie, jakby próba wyjaśnienia i usprawiedliwienia się była jednak za ciężka i ją przerastała. Jakby nawet powietrza nie mogła teraz złapać, bo przecież musiała wyjaśnić wszystko.
Nie chciała deklaracji, nie chciała żadnych obietnic. To w ogóle nie o to chodziło! Byli przyjaciółmi, a ona nie miała zamiaru domagać się niczego więcej. Nie miała nawet do niczego prawa. Nie chciała na nic naciskać. Wystarczyło jej już tyle, ile sobie dawali i to, jak naciągali te swoje wzajemne granice. Przecież doskonale zdawała sobie sprawę, jak daleko od siebie leżą ich światy i że może zwyczajnie nie jest to dobry czas i Nathaniel jej nie chce... Musiało jej starczyć to, co mieli. I to że mogła być blisko. Ale musiała też być ostrożna, aby nie zranić i jego i samej siebie.
UsuńWzięła głęboki, drżący oddech, próbując ubrać w słowa chaos, który panował w jej głowie. Nacisnęła dłońmi o jego tors i usiadła na brzegu kanapy, odsuwając się. Musiała to wszystko poukładać i wyjaśnić, bo dostrzegła, że Nate znów się zaczął wycofywać i od niej odsuwać.
— Przecież ty jedziesz tam odpocząć. Chcesz odwiedzić bliskich, nacieszyć się nimi, a przy okazji będziesz musiał naprawiać dom, pomagać im. I nagle w tym wszystkim jestem ja. Ktoś, kto nie zna języka, nie zna kultury, kto będzie stał z boku jak kołek, absorbując twoją uwagę. Przeraziłam się, że zamiast pomóc ci odpocząć, będę dla ciebie kulą u nogi. Że zamiast być towarzystwem w tej podróży, stanę się ciężarem, którym będziesz musiał się bezustannie opiekować, tłumaczyć mi świat i pilnować, żeby twoja babcia nie zadała mi pytania, które zwali mnie z nóg — uśmiechnęła się lekko, bo akurat tego nie bała się wcale. A może właśnie te pytania coś wyklarują.
Spuściła na chwilę wzrok, czując, jak pali ją wstyd. Ta jej ostrożność, jej niepewność nie wynikała z braku zaufania do Nathaniela, ale z strachu przed tym, że go rozczaruje. Że w zderzeniu z jego prawdziwym życiem, z jego korzeniami, okaże się niewystarczająca. Nijaka i słaba. Bo on chciał dać jej wiele. Pokazać swój świat, otworzyć przede nią drzwi, których nikomu wcześniej nie otwierał. A ona trochę panikowała, bo bała się, że to zepsuje. Że jak przyjadą na miejsce to on zobaczy, że Lily nie radzi sobie w jego świecie tak, jak by chciał. Bardzo chciała, żeby ten wyjazd był dla Nathaniela idealny, ale paraliżowała ją myśl, że to przeze nią taki nie będzie. A to że nigdy nikogo tam nie zabrał... To wskazywało tym bardziej, jaki ten wyjazd był istotny i znaczący. Nawet jeśli ona i on, sami nie mieli pojęcia co się za tym kryło.
—Przepraszam... Nie chciałam, żebyś pomyślał, że winne są twoje słowa czy gesty. Jesteś niesamowity. To ja po prostu boję się, że nie dorastam do tego wszystkiego — mruknęła na koniec i wstała z kanapy. — Mam sobie już pójść? — spytała cicho i może nieco bezradnie. Tak jak ostatnim razem, nie wiedziała, jakie będzie najlepsze rozwiązanie. I czego sama chce, albo czego potrzebuje Nate.
💛🥺