Michael Bachmann
Urodzony 25.09.1991 roku w Tallinie - Architekt wnętrz - Sobotnimi wieczorami grywa u przyjaciela w jazzowym klubie - Nyks, jego czworonożna miłość
Nowy Jork nie przywitał go oklaskami, ale on wcale ich nie oczekiwał. Miasto uderzyło go w twarz zapachem spalin i dźwiękiem klaksonów, oferując mu to, czego najbardziej potrzebował: całkowitą, kojącą anonimowość. W tym molochu nikt nie znał historii jego matki, która gasła zbyt długo, by można było o tym zapomnieć, ani twarzy tej , która odeszła kiedy on oddał jej całego siebie. Tutaj jego przeszłość była tylko martwym projektem, a on wreszcie mógł zacząć budować na czystym gruncie, choć w kieszeni płaszcza wciąż czasem zaciskał dłoń na wspomnieniach, których nie dało się zostawić w Europie.
Za dnia brunet o ciemnych jak noc spojrzeniu, to człowiek fundamentów, poruszający się z wprawą w świecie kątów prostych i chłodnej stali. Jako architekt w jednej z cenionych pracowni na dolnym Manhattanie, zyskał opinię profesjonalisty, który nie traci zimnej krwi nawet przy najbardziej karkołomnych terminach. Jego styl to surowy minimalizm – hołd dla północnej estetyki, gdzie beton i szkło służą do ujarzmiania światła. W biurze uchodzi za człowieka konkretnego i twardo stąpającego po ziemi. Zamiast brać udział w jałowych plotkach przy ekspresie, woli godzinami analizować bryłę budynku, szukając w niej matematycznej doskonałości. To nie jest chłód wynikający z braku empatii, lecz pancerz człowieka, który zrozumiał, że w życiu – tak jak w architekturze – im mniej zbędnych ozdobników, tym trudniej o katastrofę. Jednak gdy zapada cisza, Michael patrzy na swoje projekty i widzi w nich to, czego im brakuje: ciepła, którego nie potrafił zatrzymać w Tallinie.
Jego prawdziwa pasja uwidacznia się szczególnie w soboty, kiedy nowojorskie wieżowce rozbłyskują tysiącami świateł. Michael zamienia wtedy teczkę z projektami, na futerał z gitarą i rusza do dobrze znanego mu miejsca. W zadymionym wnętrzu klubu jazzowego jego racjonalna natura wychodzi na światło dzienne. Właściciel klubu, stary wyga, ceni Michaela za autentyczność – Michael nie gra po to, by się popisywać, lecz by dać upust temu, co dusi pod krawatem przez cały tydzień. Kiedy zaczyna grać, nowojorski beton ustępuje miejsca głębokim, nasyconym dźwiękom. W jego grze słychać siłę, ale też ciche, melancholijne echo północnego wiatru. To moment, w którym jego twarda postawa lekko drży, a muzyka staje się spowiedzią z błędów, których nie dało się wykreślić gumką na papierze milimetrowym.
Choć jego życie bywało kiedyś porównywane do kiepskiego melodramatu, on sam dawno już podarł tamten scenariusz, jednak gdzieś wciąż trzyma jego skrawki w szufladzie biurka. Dzisiaj to on jest reżyserem własnej codzienności, świadomie balansując między dyscypliną pracy a nostalgią jazzowej improwizacji. Nie ucieka już przed przeszłością, lecz traktuje ją jak stare, nieco wadliwe fundamenty – coś, co mimo pęknięć pozwoliło mu wznieść obecną, solidną strukturę swojego życia. Michael Bachmann to człowiek sukcesu, który w sercu Manhattanu odnalazł własny, prawdziwy rytm.
Witam.

[Nie wiem, ale to zdjęcie ma w sobie coś, co każe sądzić, że ten facet na zdjęciu to faktycznie architekt. :D Fajny ten Michael, złożony i interesujący. A skoro odnalazł w sercu Manhattanu własny, prawdziwy rytm, ja mam nadzieję, że Ty odnajdziesz swoje miejsce u nas na blogu i będziesz się przednio bawić. ♥]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
[Cześć!
OdpowiedzUsuńSurowy minimalizm - to mi tak bardzo mocno podpasowało nie tylko do stylu jego prac, ale do opisywanego charakteru, a szczególnie tego który sam dla siebie kreuje. I oczywiście aż chce mi się wyć, żeby dostać się do tego podartego melodramatu, ale czuję, że może jeszcze coś przed nami odkryjecie :)
Zgrabnie, ładnie napisana karta. Mam wrażenie, że to wszystko, co on w sobie chowa, to się aż dusi w czwartki i piątki - przy końcówce roboczego tygodnia. Skomplikowany, silny typ. Myślę, że moja Lily może zazdrościć mu tej świadomej autonomii i dyscypliny.
Bawcie się dobrze, w razie chęci, zapraszam do nas :)]
Lily/ Emma
[ Cześć! Michael może nazwać się szczęśliwcem, że dla niego Nowy Jork okazał się synonimem sukcesu i odnalazł w nim swoje miejsce, próbując żyć dalej po, niekoniecznie łatwym starcie w dorosłość. Jestem ciekawa, kim była jego matka, skoro tak dramatycznie została wspomniana w karcie.
OdpowiedzUsuńWymyślmy coś razem. Marisol nie ma pojęcia o architekturze, ale żadnej pracy się nie boi! ]
Marisol Rivera