I’m not a businessman
I’m a business, man.
Ezra "VXIL" Creighton
1992 | VXIL/Vexile | OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
|
Obserwuje świat z dystansu kogoś, kto nauczył się patrzeć szerzej niż inni. Nie mówi wiele, ale każde jego zdanie jest przemyślane, celne, pozbawione zbędnych ornamentów. W branży pełnej krzyku i pozerstwa wyróżnia się tym, że nie próbuje niczego udowadniać na siłę. Lojalność traktuje jak świętość, ale nigdy nie myli jej z naiwnością. Wie, kogo dopuścić bliżej, a kogo trzymać na bezpieczny dystans. Emocje trzyma głęboko pod powierzchnią, nie z chłodu, lecz z ostrożności. Jest artystą i strategiem jednocześnie: człowiekiem, który słyszy więcej niż inni, ale myśli jak ktoś, kto od dawna gra według własnego planu. W biznesie potrafi być bezlitosny. Jego decyzje są precyzyjne, trafne, nie zawsze fair, ale zawsze skuteczne. W świecie, w którym każdy chce wygrać, on po prostu wygrywa. Jego historia jest równie cicha jak on sam. Zaczynał od beatów wrzucanych na SoundClouda, później produkował utwory jako ghost-producer dla nazwisk, które nawet nie wiedziały, jak wygląda. Viralowy hit otworzył mu drzwi do branży na poziomie, o jakim wcześniej tylko myślał. Był też tym, który wprowadził na scenę Zaire’a, od pierwszych koncertów w klubach po największe trasy. Przez lata był jego cieniem, doradcą, napędem. Rozstali się w dobrych stosunkach, ale z wyraźną zmianą dynamiki: on chciał iść wyżej, dalej, przestać być jedynie menedżerem jednej gwiazdy. Dziś jest współwłaścicielem firmy produkcyjnej OBSIDIAN TONE i VXIL RECORDS niezależnej wytwórni, surowej w estetyce, konceptualnej, zbudowanej dla artystów, którzy myślą szerzej niż mainstream. Labelu, który łączy rap, dokument, sztukę współczesną, modę i eksperyment. Zaire wciąż nagrywa u niego z sentymentu, lojalności, może z przyzwyczajenia, ale ich współpraca nigdy nir była prosta. Wisi między nimi napięcie: przyjaźń zbudowana na wspólnej historii kontra nowa równowaga sił, w której Ezra nie jest już „jego” menedżerem, tylko człowiekiem, który stoi wyżej, w innym miejscu niż kiedyś. Wszystko, co osiągnął, osiągnął po cichu. I właśnie dlatego jego nazwisko waży więcej niż krzyk całej sceny.
|
Kąciki jej ust lekko się uniosły, kiedy zaczął mówić. Znała doskonale to opowiadanie historii, sama również się upierała, że nie kłamała tylko tworzyła powieści. Niekoniecznie zawsze musiały pokrywać się przecież z prawdą. Pisała piosenki, które nie zawsze miały odniesienie w rzeczywistości. Jej pierwszy hit? Totalnie zmyślony. Naoglądała się seriali, złych chłopców i stamtąd czerpała inspirację. Wtedy jeszcze nie umawiała się z mężczyznami, którzy jednym ruchem ręki mogliby zniszczyć jej życie. Wtedy inspiracją Sloane były fikcyjne postacie, do których się przywiązywała. Dopiero z czasem te postacie ustąpiły miejsca prawdziwym ludziom, a piosenki pisały się same.
OdpowiedzUsuń— Och, rozumiem. Jak najbardziej to rozumie. Również lubię… tworzyć historię. Tylko moje nie zawierają miniaturowych mebli i Chopina. — Odpowiedziała bez większego przejęcia, a potem płynnie weszła w jego historię, jakby jej poprzednie słowa wcale nie miały miejsca. Może nie powinna go tak z miejsca nazywać kłamcą, ale nie rzucała przecież żadnymi oskarżeniami. Nawet bawiła ją wizja Ezry składającego miniaturowe meble i zapłaciłaby wiele, aby to zobaczyć naprawdę. — Widzisz, gdybyś na moment przestał myśleć i być chodzącym przykładem, już dawno stałbyś się bohaterem mojej historii. Ale teraz… — Westchnęła przeciągle, a jej wzrok na moment powędrował, gdzieś za jego ramię, jakby to właśnie w przechodzących ludziach Sloane widziała najciekawsze rzeczy. — …, teraz to tylko wspomnienie. I nawet nie jest prawdziwe.
Sloane nawet nie próbowała ukryć, że o nim myślała. Czasem zbyt intensywnie, co jej się naprawdę nie podobało. Wiedziała, że z tego będą kłopoty, więc próbowała jakoś wyłączyć myślenie, ale nie potrafiła. Wyszła pobiegać, aby oczyścić głowę z Ezry i kogo spotkała w pierwszej kolejnego? Pieprzonego Ezrę Creightona. Świat śmiał się jej prosto w twarz, a potem splunął pod nogi, jakby chciał potwierdzić, że Sloane uciec przed nim nie może.
— Nie, powiedziałeś, że gdybyś chciał to już bym tu była. Tu, w twoich ramionach, a nie jestem. Więc, jak jest? Ty nie chcesz czy jednak to ja jestem rozsądniejsza niż oboje byśmy podejrzewali? — Zapytała. Głowę przechyliła lekko na bok, ale odpowiedzi… Odpowiedzi Sloane oczekiwała na poważnie. — Chcieć to jedno, Ezra. Zrobić… Sam wiesz, jak to działa.
Spojrzenie Sloane wciąż było tak samo uważne. Nie wytrącił jej z równowagi, choć mógłby to zrobić używając zaledwie jednego słowa. Jak się postara to wystarczyłoby pół. Ona sama rozpraszała siebie, kiedy wciąż trzymała ręce przy jego żebrach. Kuszona, aby zsunąć je niżej i pod bluzę. Wtedy… Wtedy to byłoby przekroczenie granicy, a nie była pewna, czy teraz powinni to robić.
— Nie wyglądasz, jakby ci przeszkadzało to, co robię. Jestem dziś w nastroju, aby… działać charytatywnie.
Malo brakowało, a Sloane by się zaśmiała. Mimo wszystko, ale z Ezrą to nie byłaby żadna akcja charytatywna. Znów robiło się niebezpiecznie. Z tą różnicą, że nie byli teraz skryci w garderobie, a byli na mieście i w każdej chwili ktoś mógł zobaczyć. Ludzie byli przyzwyczajeni do widywania celebrytów, ale paparazzi żyli z robienia fot w najmniej oczekiwanym momencie. I szczerze? Nie byłaby zaskoczona, gdyby jakieś się pojawiły. Niech się pojawią. Niech gadają.
Sloane nie miała nadziei, ona miała ochotę. Ochotę na to, aby jego dłonie znalazły się znów na jej talii i aby przyciągnęły ją do siebie, a jej ciało zderzyło się z jego torsem. Ochotę na to, aby w końcu ją pocałował tak, jak oboje o tym myśleli i przestali udawać, że są lepsi i rozsądniejsi, bo wcale nie byli. To nie był rozsądek. Nie tak do końca. Bo owszem, powstrzymywali się, ale wcale nie, bo byli dobrymi ludźmi i nie chcieli na siebie nawzajem ściągnąć problemów. Nie zrobili tego, bo wiedzieli, jak bardzo to wszystko by skomplikowało sprawy, a Sloane… Boże, gdyby tylko naprawdę mogła to zrobiłaby ten dodatkowy krok. Tylko po to, aby mu udowodnić, że mogą i nie muszą się nikomu z niczego tłumaczyć.
— Hm… — Zamruczała przeciągle, kiedy nie dokończył. Nie musiał. Ona swoje i tak wiedziała. Wiedziała, że Ezra chciał tego samego. Przekroczyć tę samą granicę razem z nią. Sięgnąć po więcej niż dostali do tej pory, ale powstrzymywał się z dokładnie tych samych powodów, z których ona trzymała się na dystans. I profesjonalizm niewiele miał z tym wspólnego. — To było brutalne. Ostatecznie chyba… poradziłeś sobie z tym pragnieniem?
UsuńCzy ty naprawdę chcesz to wiedzieć? Otóż nie, nie chciała wiedzieć, ale i tak się zapytała, bo Sloane nie potrafiła odpuszczać. Nie zawsze przynajmniej. Gdyby Ezra jej też podarował chociaż namiastkę zgody to przy nim również by nie odpuściła, ale on wtedy odszedł zostawiając ją samą przy barze. Wściekłą, bo odszedł. I… głodną na więcej, a teraz karmił ją dokładnie tak, jak tego chciała. Jeszcze bez przekraczania granic, ale wystarczająco blisko, aby się mogła sparzyć.
— Negocjować warunki… Ezra, to nie podpisywanie kontraktu. — Przewróciła oczami i zaśmiała się pod nosem. — Ale… chętnie cię wysłucham. Ciekawa jestem co masz do powiedzenia.
Sloane nie zamierzała z nim negocjować, jak mogła wyglądać ich ewentualne relacja. Gdyby do czegoś miało dojść, a patrząc na to, jak oboje znajdowali się blisko tego, aby puściły im hamulce, to miało to iść swoim rytmem. Bez negocjowania warunków. I bez łączenia biznesu z przyjemnością.
Próbowała nie patrzeć, kiedy zdejmował bluzę. Gotowa była udawać, że wcale nie jest jej zimno i że wszystko jest w porządku, a za chwilę przecież ogrzeje się w środku, ale… był szybszy. Mimo wszystko, ale pozwoliła, aby jej wzrok uciekł w jego stronę. Już widziała go przecież bez koszulki, więc nie powinno jej to robić różnicy.
— Dzięki. — Mruknęła cicho, ale nie była speszona. Nawet przez moment. — Jasne, jasne. Nie chodzi o narzekanie. Tylko o pieniądze. Przeziębię się i zero nagrywania, dopóki nie wrócę do formy. — Westchnęła i przewróciła oczami.
— A jeśli o to chodzi… — Zaczęła. — To mam jedną piosenkę z trzech gotową. Ale chcę ci pokazać je dopiero, kiedy będą skończone.
Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć i lekko się uśmiechnęła. Nie tak, jakby do czegoś go prowokowała, ale jak zwykle, kiedy szli razem do studia i rzuciła jakimś żartem lub on coś powiedział.
— Widzisz? Czysty profesjonalizm.
sloane
Sloane stanowczo zbyt często myślała przez te ostatnie dni o Ezrze. To nie powinno w ogóle mieć miejsca, a tymczasem nie chciał wyjść jej z głowy. Siedział w niej i się rozgościł, a najgorsze było to, że blondynka wcale tak naprawdę nie szukała sposobu, aby się pozbyć go na dobre. Owszem, próbowała nie myśleć, ale niemyślenie było czymś innym od odcięcia się. Potrafiłaby go wyrzucić z głowy, gdyby naprawdę tego chciała, ale problem leżał w tym, że Sloane nie chciała się go pozbywać. Nie zrobił nic specjalnego, aby utknął jej w pamięci, a mimo to nie potrafiła zrezygnować z tego dreszczyku emocji, które jej dawał. Być może przemawiała przez nią samotność, a może nuda. W takich chwilach ciężko było stwierdzić, jednak Sloane skłonna była powiedzieć, że to nie było żadne z tych uczuć, a raczej ta dziwna fascynacja, która nie pojawiała się zawsze. Przecież, gdyby leciała w ten sposób do każdego mężczyzny, który okazuje jej zainteresowanie to miałaby ich na pęczki. Lubiła myśleć, że starannie wybiera sobie mężczyzn, ale nie zawsze tak było i jej historia była tego dowodem. Ezra też dobrym wyborem by nie był. Pomijając ich zawodową relację, to Sloane nie była pewna, czy był człowiekiem, z którym powinno ją łączyć cokolwiek, a już na pewno coś romantycznego czy wiążącego w inny sposób.
OdpowiedzUsuńNie uwierzyłaby, gdyby powiedział jej, że nie nadaje się do krótkich relacji. Czy ich życie nie było właśnie z takich stworzone? To Sloane miała problem. Zachowywała się obsesyjnie. Kochała każdego, a potem za każdym płakała, dopóki nie pojawił się kolejny, który dał trochę uwagi. Boże, naprawdę brzmiała żałośnie. Muszę się wziąć w garść, zdecydowanie powinna. Ale może nie, jeśli chodzi o Ezrę. Przy nim chciała się jeszcze zapomnieć. Tak może na jeszcze jeden dodatkowy dzień albo dwa, a najlepiej na dłużej.
— Szkoda. — Westchnęła z przejęciem. Poniekąd faktycznie było jej szkoda, a z drugiej strony Ezra właśnie dał jej zielone światełko (według Sloane), aby flirtować z nim w ten bezczelny sposób dalej i sprawdzać, ile jeszcze wytrzyma zanim w końcu nie zrobi tego, czego od niego chciała. I… Cóż, w zasadzie to mogła się tak bawić przez resztę życia. Była przekonana, że z ich dwójki to ona sobie poradzi z tym lepiej, bo przecież to wcale nie było tak, że Sloane była w gorącej wodzie kąpana i jeśli czegoś nie miała na już to zaczynała się denerwować i kląć pod nosem, a potem bez pytania brała to, na co miała akurat chęć. — Bardzo dbasz, abym sobie tego życia nie komplikowała. Może chcesz, żebym się jakoś za to odwdzięczyła?
Wyczuła, że stawia między nimi mur, a Sloane właśnie sprawnie przeszła przez jego bramę. Spoglądała na Ezrą z niemalże niewinnym uśmiechem, gdyby nie zdradzające ją oczy. Błyszczały od tej dziwnej dawki ekscytacji, która w niej niemal aż parowała. Prawdę mówiąc, ale dawno już nie czuła czegoś takiego i zwyczajnie też jej brakowało tego uczucia w życiu. Jednocześnie, wcale nie chodziło tylko o głupią tęsknotę za tym uczuciem, które jakiś czas temu obudził w niej Ezra. Chodziło również o niego. Bo to uczucie nie pojawiłoby się, gdyby uważała go tylko za przystojnego.
Miał w sobie wszystkie cechy, które uważała za atrakcyjne. I to z miejsca dawało mu dodatkowe punkty, a kolejne… Kolejne punkty miał za twarz, na której wiecznie gościł ten bezczelnie piękny uśmiech. Opamiętaj się. Zdecydowanie musiała.
Wyglądała na niemal dumną, kiedy brał głębszy wdech. Ona go również potrzebowała. Zdawał sobie zapewne sprawę z tego, jak bardzo ona sama teraz chciała to zrobić. Zamiast tego na niego patrzyła. Dziwnie uważnie i spokojnie, choć w środku wszystko w niej wręcz wrzało i gotowe było do tego, aby jednak się do mężczyzny zbliżyć i przegrać grę, którą sama rozpoczęła.
— Nie przeszkadza. — Odparła, mówiąc za niego. Trochę już go poznała. Może nie w szaleńczy sposób, ale… Dostatecznie dobrze, aby wychwycić pewne rzeczy o nim. — Jakbym ci przeszkadzała to spławiłbyś mnie tak, jak tamtą laskę, która pewnie ci obiecywała, że poklęczy, jak ją znajdziesz na imprezie.
Sloane wzruszyła ramionami, bo w teorii nie była tym przejęta. Nie była zazdrosna.
UsuńW praktyce natomiast… Miała plany na tamten wieczór. I cholera, naprawdę liczyła, że skończą noc w niego inny sposób. Zamiast tego zostawił ją przy tym cholernym barze, a ona go potem nie znalazła, choć obeszła cały ten pieprzony klub dookoła dwa razy i czuła się, jak idiotka. Za to odwagi już nie miała, aby pukać mu do pokoju w hotelu, choć była tego bliska. Nawet się pod tymi drzwiami znalazła, ale coś jej przeszkodziło. Może własne myśli, a może ktoś szedł i się wystraszyła. Nie pamiętała. Ich pokoje znajdowały się na tym samym piętrze, więc nie było nic dziwnego, że tam była. Nie zapukała, nie przeszkodziła mu, o ile coś robił. Wróciła do swojego pokoju, do śpiących dziewczyn i do własnych myśli, które nie pozwoliły jej zasnąć. Męczyła się z nimi aż do teraz, bo wciąż nie potrafiła wyrzucić sobie go z głowy.
Zignorował jej żart o negocjowaniu warunków, więc Sloane po raz kolejny już nie drążyła tematu. Przynajmniej nie teraz, bo była pewna, że jeszcze do tego wrócą. Specjalnie lub przypadkiem, ale wrócą i jeszcze będą o sobie myśleć w niejednej sytuacji.
— Możesz je mieć na szybko albo dokładnie. Jaką wersję wolisz? — Spojrzała na niego z tym wiercącym w brzuchu spojrzeniem. Lekko przymrużone oczy, ściśnięte ze sobą usta. Sloane nie robiła nic na pół gwizdka, a zwłaszcza nic w pracy. Mogła mu napisać te piosenki w pół godziny, ale nie będą one ani dobre, ani warte tego, aby na nie spojrzeć. — Wciąż możesz mnie wezwać na dywanik. Mogę przyjść i przeprosić za… niesubordynację. Może zdołam jeszcze swojego producenta przekonać, aby mnie nie skreślał i dał mi kolejną szansę.
I tyle by było z jej niedrążenia tematu. Poszło wybitnie szybko i szczerze? Niczego nie żałowała. Gdyby Ezra miał naprawdę dość, a ona weszła mu zbyt mocno za skórę to dawno ustawiłby sobie ją do pionu i zmusił, aby przestała w ten sposób mówić, ale on na to pozwalał. Najwyraźniej mu to wcale aż tak nie przeszkadzało.
Sloane
Bawiła się świetnie. Być może z jego perspektywy to wyglądało, jakby Sloane po raz kolejny sięgała po kogoś z nudów. Wcale tak nie było i jej w zupełności wystarczyło, że sama o tym wie. Wszystko co działo się między nimi Sloane odbierała podwójnie mocno. Z jakiegoś powodu nie potrafiła się otrząsnąć po tym krótkim, ale intensywnym zbliżeniu w garderobie i klubie. Nie dotknął jej. Przynajmniej nie w pełni w taki sposób, o jakim Sloane myślała. Również jej nie pocałował. Wystarczyło jednak to w jaki sposób do niej mówił, a także, jak się patrzył. Właśnie dzięki temu – tej małej gierce między nimi wszystko odczuwała mocniej. Nakręcała się tylko bardziej. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli to zabrnie za daleko to nie będzie potrafiła się wycofać, że zrobi się niebezpiecznie i albo się znienawidzą albo pokochają. Wcale taka pewna nie była, czy gotowa jest, aby zrezygnować z tego co mieli na rzecz pragnienia, które przecież mogła w sobie ugasić, jeśli odpowiednio się postara.
OdpowiedzUsuń— Myślałam, że to tylko żarty. — Westchnęła z teatralną przesadą. Oczywiście, że to nie były żarty. Nie dla niej w każdym razie. Ezra mógłby wyczuć, gdyby traktowała go jako tylko kolejnego do kolekcji. Sloane się angażowała i właśnie, dlatego to robiło się niebezpieczne. Pozwalała sobie na coraz śmielsze odzywki i żarty, przeciągała struny dalej i tylko patrzyła z ciekawością, co wydarzy się dalej. Ciągle miała nadzieję, że on w końcu pójdzie za nią, ale był tak uparcie wytrwały w staniu przy swoim, a ona z kolei równie mocno uparta i nie odpuszczała.
Przechyliła lekko głowę na bok, kiedy mówił. Przyglądała mu się z tym swoim lekkim uśmieszkiem, który mówił wszystko i nic jednocześnie.
— Gdybyś nie był taki spięty, to już dawno przekonalibyśmy się co się stanie. — Odpowiedziała z uporem. Podobało się jej to krążenie wokół siebie. Zbyt szybko z tego rezygnować również nie chciała, bo wiedziała, że czasami to uczucie było lepsze do rzeczywistości. — Ale jeśli zaspokajają cię same „a co, jeśli”… To nie moja sprawa.
Wzruszyła lekko ramionami.
Nie zamykał się przed nią w pełni. Wciąż była jakaś otwarta furtka, przez którą Sloane mogła się prześlizgnąć. Od razu tego robić nie zamierzała, bo to byłoby za proste, a oboje się odnajdowali w tym wspólnym chaosie aż za dobrze. I mimo wszystko, ale wciąż miała w głowie tę myśl, że gdyby jednak pozwolili sobie na więcej – to wszystko nad czym pracowali mogłoby pójść się jebać i rozpaść w proch, a tego cholernie Sloane nie chciała. Umiała oddzielić pracę od życia osobistego, ale gdy to mieszało się tak bardzo to różne kwiatki mogły się pojawić. I wcale nie była taka pewna, czy dałaby radę na dłuższą metę grać dwie różne rolę. Artystkę, która doprowadza go do szału i dziewczynę, która… Właśnie, która co? Sypia z nim? Przecież nawet jej nie dotknął. Miał okazję, ale z niej nie skorzystał.
— Wiedziałbyś, gdyby to było tylko to.
Powiedziała mu tym krótkim zdaniem zbyt wiele. Była nim zafascynowana. W ten niepoprawny sposób, który teraz wychodził na wierzch. Udawać też wcale nie zamierzała. Ale miał też rację. Sloane lubiła obserwować, jak ludzie się przez nią roztapiają, jak sięgają po nią i cieszą się, że ją mają. Nawet, jeśli była tylko zbudowaną przez siebie iluzją, która z porankiem się rozmyje.
Przed wejściem do knajpy oddała mu bluzę. Zagrzała się w miarę, a jemu mimo wszystko, ale nie wypadało siedzieć półnago w knajpie przy śniadaniu, nie? Było tu cicho, nawet zbyt cicho, jak na głośne Los Angeles, ale nie narzekała w tej chwili na brak tłumów. Przez moment opierała łokcie o stolik i gapiła się na ocean. Widziała go kątem oka. W przeciągu tych kilku chwil jej wzrok parę razy uciekł w jego kierunku. Jakby nie wierzyła, że faktycznie tutaj razem siedzą i będą jeść razem śniadanie. Tego nie miała w swoim bingo na ten poranek. To miał być zwykły jogging, który zakończyłby się łapczywym łapaniem powietrza od tych wszystkich fajek, vape’ów i iqos’ów, które wypaliła. Tymczasem siedziała sobie z Ezrą Creightonem i widokiem na ocean i zastanawiała się czy wziąć omlet czy jednak jajecznicę.
Sloane prychnęła pod nosem na jego uwagę, a potem przeniosła wzrok na mężczyznę.
Usuń— Jedna porządna piosenka? — Powtórzyła po nim, a potem odchyliła się lekko na krześle. — Wiesz co, myślałam, że masz może do mnie już trochę więcej zaufania. Nie daję ci byle czego.
Przybrała obronny ton, jakby koniecznie chciała zaznaczyć, że jej teksty są dobre. Bo były zajebiście dobre. Może nie te, które mu pokazała na początku, ale to były skrawki. Urywki jej umysłu zapisywane na szybko. Razem stworzyli coś więcej. Coś co było świetne.
— One wszystkie rozpierdolą o system. I to tak, że jeszcze będziesz mnie błagał o więcej.
sloane
Sloane zwróciła w końcu głowę w jego stronę. Łokcie wciąż miała oparte o stolik, mając głęboko, czy tak wypada i jest poprawnie. Nie byli w pięciogwiazdkowej restauracji, aby się zachowywała poprawnie. Nawet, jeśli w zwykłej kalifornijskiej knajpie też wypadało. Nikt jej przecież nie będzie rozliczał z łokci na stole.
OdpowiedzUsuń— Dokładnie tak, Ezra. Będziesz błagał mnie o więcej takich piosenek. — Odpowiedziała spokojnie, ale z tą rozbrajającą pewnością siebie, która z niej aż kipiała. Sloane nie zamierzała w żaden sposób się z tych słów wycofać. Łzawe piosenki? Lubiła je, naprawdę. Uważała, że każdy album zasługiwał na to, aby mieć jedną, która rozerwie serce. Niekoniecznie musiało to odnosić się do byłych mężów, kochanków czy chłopaków – Sloane w życiu miała dość inspiracji, aby napisać coś łzawego co nie będzie dotyczyło mężczyzn. — Powiedz mi, czy odkąd zabrałam się za to na poważnie cię rozczarowałam? Nie mówię o tym wybryku przed świętami, to był błąd i przeprosiłam za to. Po swojemu. — Skrzywiła się lekko. Jej wersja przeprosin to było rzucenie popielniczką, rozwalenie konsoli i wydarcie się mu prosto w twarz. Każdy ma gorsze momenty, nie?
— Obiecałam ci, że nie będzie więcej piosenek o byłych i dotrzymałam swojego słowa. Dostałeś wszystko, ale nie dziewczynę, która wciąż ryczy za swoimi byłymi.
Ezra nie musiał wiedzieć, że jeszcze zdarzało się jej to robić. I wyżywała się pisząc teksty, ale one nie miały trafić nigdy na streaming. Były dla niej. Pisała teksty, nuciła je pod nosem, a czasem siadała przy fortepianie, gdy ją nachodziło, a potem te same teksty paliła trzymając między ustami skręta. To było zaskakująco uzdrawiające.
— Obiecałam ci też seks i morderstwo, pamiętasz? — Zaczepiła, bo ona pamiętała. — I tego słowa również dotrzymam. Nie będę pisała w pospiechu, bo gówno wtedy z tego wyjdzie. Coś o wenie twórczej powinieneś wiedzieć i że nie bierze się ona z powietrza.
Mogła mu je napisać nawet teraz na serwetce, ale dobrze wiedzieli, że nic by z tego konkretnego nie wyszło. Sloane miała na nie plan, ale potrzebowała do tego inspiracji. Ezra mógłby pomyśleć, że to co działo się między nimi było jedynie jej potrzebne do tego, aby napisać tekst, ale to nie była prawda. Nie w głowie Sloane. Ona sama tak do końca nie wiedziała, co właściwie chce osiągnąć przez to co z nim robi. Ale na pewno nie chodziło tylko o to, aby go wykorzystać i dostać inspiracje do pisania. Zdecydowanie to pomagało, ale to wcale nie był jej główny cel. Jeszcze nie miała określonego głównego celu tego… Przedsięwzięcia. Jakkolwiek by to nazwać. Sloane szła za instynktem, a ten jej mówił, żeby nie odpuszczać sobie Creightona. Z jakiego powodu? Cholera wie.
— To nie byłam ja. — Odparła. Do dziś nie obiecywała mu, że będzie ją o coś błagał. Chyba, że nie pamiętała, bo była naćpana. — Czy coś pominęłam? Albo… był to ktoś kto dużo naobiecywał i nie wywiązał się z obietnic? — Zagadnęła. Próbowała sięgnąć teraz w niego głębiej, a tak naprawdę jedyne co otrzymywała od mężczyzny to były drobnostki. Nie wiedziała o jego życiu prywatnym wiele. Ot, tyle, że czasem lubił przelecieć Molly, która robiła się zabawna dopiero po molly, ale to nie było interesujące. Nie aż tak.
Menu jej nie interesowało. Interesował ją on.
— A nie byłoby? — Zapytała, ale czy potrzebowała odpowiedzi? Nie. — Zrobię ci małą psychoanalizę, co ty na to? — Poprawiła się na krzesełku i lekko nachyliła w jego stronę. — Lubisz mieć wszystko pod kontrolą i to rozumiem. Być o krok przed przeciwnikiem i kiedy zaczynasz czuć, że kontrola wymyka ci się z rąk robisz krok w tył. Tak, jak zrobiłeś to w klubie. Zaproponowałam tylko taniec. Kogo obchodzi, czy coś by się wydarzyło? Jesteśmy dorośli. Cóż, jedni bardziej niż inni. — Puściła mu oczko, niemal nie mogąc przejść obojętnie od wytknięcia mu, że jest od niej starszy. — Wiemy co robimy. Nikt nie był naćpany. Miałeś zielone światełko i… Odszedłeś, jak na dżentelmena przystało. Ale wiesz co? Nawet przez sekundę w to nie uwierzyłam. Coś cię… odciągnęło. I wiem, że to nie była inna kobieta.
Uniosłaby się dumą, gdyby odrzucił ją dla innej kobiety. Ale Sloane nie była ślepa i potrafiła czytać mężczyzn, a przynajmniej przez większą część czasu się jej zdawało, że umie. Ezra nie chciał wtedy wychodzić. Tak samo, jak nie chciał jej puścić, gdy znalazł ją w klubie. Dopiero inni mu uświadomili, że trzyma dłonie na jej ciele trochę zbyt długo. Nie odsunął się speszony, ale ona to wyczuła. Tę niechęć do przerwania kontaktu.
UsuńKącik jej ust lekko się uniósł. Odgarnęła zbłąkany kosmyk z twarzy.
— I powiem ci coś jeszcze. — Nachyliła się, jakby zdradzała mu teraz tajny sekret. — Żaden z ciebie dżentelmen. Gdybyś nim był… Nie patrzyłbyś się na mnie, jakbyś już w myślach zdejmował ze mnie sukienkę. I tak, zauważyłam. — Puściła mu oczko. I cholera, wcale nie miała zamiaru tego przed nim ukrywać. Sama o tym myślała, ale nie wyszło. Trudno, nie zamierzała płakać, ale udawać, że jej to nie ruszało również nie. Niech wie i zrobi z ta wiedzą to, na co tylko ma ochotę.
Sloane nie potrafiła dać mu odpowiedzi wprost. Sama jeszcze nie wiedziała. Podobało się jej to co między nimi się działo. Sposób w jaki ze sobą rozmawiali od tamtej chwili w garderobie. W zasadzie to zaczęło się wcześniej, ale było to kontrolowane. Po Super Bowl wszystko się zmieniło.
— Wszystko musi mieć jakiś cel? — Zapytała, a głowę lekko przechyliła na bok. — Nie mam ukrytych motywów. Wszystko co widzi i słyszysz, to nie gra. Nie nadaję się do czegoś więcej, cokolwiek to według ciebie ma znaczyć. Mogłoby być, ale jest chyba za wcześnie, aby o tym mówić, nie sądzisz?
Westchnęła krótko, a potem odchyliła się na krześle. Sięgnęła po wodę, ale nie po to, aby zająć czymś ręce. Jej ruchy były lekkie i płynne. Nie było w nich nawet grama zdenerwowania. Może tym razem, faktycznie, zamiast krążyć wokół i wymyślać należało powiedzieć parę rzeczy wprost.
— Może się mylę i tylko sobie to wyobraziłam, ale oboje coś poczuliśmy. I chciałam się przekonać, czy jesteśmy dobrzy tylko w słowach. — Wzruszyła ramionami. — Może to był tylko tamten moment i nie mogłam wybić sobie tego z głowy. Występ, adrenalina i w tamtej chwili byłam szczęśliwa po raz pierwszy od miesięcy, więc… Może to było chwilowe, a może nie.
Sloane chciałaby się mylić. Choć nawet nie wiedziała, dlaczego. Ot, stało się i nie puszczało.
— Ale jeśli jest ci przez to niekomfortowo czy źle, mogę przestać. Zajmę się sama sobą i tym co mam w szufladach. — Oczywiście, że nie mogła sobie odpuścić. — Zresztą. Wciąż staram się… wyjść na prostą i to nie tak, że się zauroczyłam, bo okazałeś mi trochę uwagi i spędzamy ze sobą więcej czasu niż we własnych domach. Powiem to raz i sobie lepiej to zapamiętaj, ale… Nie wkurwiasz mnie tak, jak myślisz, że to robisz. Mogłoby być zabawnie, ale czaję, że zachowanie profesjonalnej relacji prawdopodobnie wyjdzie nam lepiej niż uleganie… sobie nawzajem.
sloane
Nie lubiła być poganiana. To też nie tak, że termin im dyszał na karki i zmuszał do pospiechu. Wiedziała, ile miała czasu na to, aby płyta była gotowa i wyrobi się idealnie. Może to z jego strony był sposób na motywację. I szczerze? To działało. Przynajmniej poniekąd, bo odkąd zaczął mówić to Sloane czuła w sobie tę potrzebę, aby wrócić do domu i zacząć tworzyć, a potem zaciągnąć go do studia. Może to właśnie należało zrobić. Zanim zacznie się tu jeszcze bardziej uzewnętrzniać, bo padło zdecydowanie zbyt wiele słów, które odsłaniały jej jedne z najgorszych części. Nie robiła tego z krzykiem i chyba właśnie, dlatego brzmiała ona na poważniejszą niż planowała być. W złości i krzyku najczęściej mówiła to, co wiedziała, że ludzi zrani. Dobierała słowa, aby były ostre jak brzytwa, a potem wbijała bez litości. Natomiast w takich chwilach, jak ta, kiedy była dziwnie rozluźniona i wyrzucała z siebie to, jak nie mogła przestać o nim myśleć była najbardziej autentyczną wersją siebie, jaką mogła mu na ten moment zaprezentować. Bo Ezra wciąż nie widział tych chwil, kiedy ledwo łapie oddech, jak z jej twarzy zsuwa się każda maska i zostaje tylko ta poraniona przez życie dziewczyna, która tak naprawdę nie wie co robi i została wprowadzona w dorosłość zdecydowanie zbyt szybko. Nie nauczyła się życia. Nie nauczyła się jak odpowiednio kogoś kochać, kiedy odejść, gdy widzi się pierwsze znaki ostrzegawcze. Nie lubiła samej siebie, więc, jak tak naprawdę miała polubić kogoś innego?
OdpowiedzUsuń— Kazałeś mi też wyrzucić wszystkie teksty o moich byłych. To było dość wymowne. — Dorzuciła. I odświeżające, bo prawdę mówiąc, ale naprawdę sporo jej to dało. Nie uleczyło, ale pozwoliło już się tak mocno nie trzymać przeszłości. Małymi kroczkami do przodu, prawda? — I nie chcę o nich pisać. Dostali za dużo mojej uwagi. I to trochę nie fair, że ja myślę o nich więcej niż oni o mnie, nie sądzisz?
Była pewna, że rzadko przemykała przez ich myśli. Może, kiedy w radiu leciała jej piosenka, a może już nie zwracali na to uwagi. Nie wiedziała, nie pytała i nie pisała, choć czasem miała ochotę. Ale wiedziała, że to byłby beznadziejnie głupi pomysł.
Sloane nie czuła, aby Ezra ją poganiał. Wiedziała, że to były małe zaczepki, aby wywołać w niej reakcję i nic, poza tym. Nie stał nad nią z gilotyną i nie zmuszał do pisania na już i teraz. To nigdy by nie zadziałało, a jeśli na kogoś takie rzeczy działały to z pewnością nie napisał nigdy nic dobrego pod presją. Sloane się z Ezrą trochę też droczyła. Na swój własny sposób, który przynosił jej rozrywkę i był tak naprawdę niegroźny.
— Nie ja? Ciekawe. — Mruknęła pod nosem. Zastanawiała się, czy pociągnąć temat dalej czy jednak sobie darować. Wyczuła w nim nutkę… Niechęci do tematu, a niewygodne tematy były dla niej najlepsze do rozwiązywania. — To kto w takim razie? No weź, zdradź mi coś. Nie musisz być taki tajemniczy, wiesz? Chociaż… to kręci laski. Mnie też.
Puściła mu oczko. Sloane zakładała, że pewnie zgrabnie ominie ten temat albo zacznie mówić dookoła. Nie czuła dziś jakiejś wielkiej presji, aby zaczął się jej zwierzać. Będzie na to jeszcze pewnie niejedna okazja do tego. Dziś mogła sobie odpuścić.
— Inaczej? — Uniosła lekko brew, a uśmiech na jej twarzy zrobił się nieco szerszy. Westchnęła, trochę rozbawiona całą sytuacją. — A miałam ci się położyć na złotej tacy? Poza tym, Ezra, obiecałeś mi cholerny taniec i nie dotrzymałeś obietnicy tylko chciałeś mnie stamtąd zabrać. I…
Urwała, bo nie była pewna, czy chce mu powiedzieć, że się wtedy speszyła. To nie on się speszył, tylko ona. Sloane miała ochotę z nim wtedy wyjść i tego nie ukrywała, ale nie mogła tego zrobić tak szybko. I zaskoczyła tym samą siebie, bo przecież nie miała wcześniej problemu z tym, aby wyjść z mężczyzną, kiedy wyraźnie jej to sugerował.
— Nie chodziło o to, że nie chciałam z tobą wyjść. — Powiedziała po chwili. Bo chciała. Ezra sobie nawet nie zdawał sprawy z tego, jak bardzo Sloane chciała z nim wyjść z nim z klubu. — I szczerze? Kilka miesięcy temu zrobiłabym to bez wahania. Nawet bym się dwa razy nie zastanowiła.
Sloane pewnie teraz również by z nim poszła. Gdyby powiedział tylko jedno słowo – wróciłaby z nim do domu i pozwoliła, aby działo się wszystko to na co mieli ochotę. Nie powiedziała mu wprost czego od niego chce, ale naprawdę nie mógł tego wyczytać spomiędzy wierszy i z tego, jak na niego patrzyła? Nawet teraz, kiedy miała trzeźwy umysł, który nie był zamglony przez alkohol czy inne używki?
Usuń— Nie musisz kontrolować spojrzenia. — Odparła. Podobało się jej to w jaki sposób na nią patrzył. Nie tyle co jej to schlebiało, a po prostu… To była miła odmiana. Może sobie to wyobrażała, ale kiedy jego wzrok na nią padał to Sloane miała wrażenie, że nie patrzył tylko na nią, jak na obiekt pożądania. I to była miła odmiana. — Podobało mi się.
Uniosła lekko ramię, ale nie w geście, że to jej już nie obchodzi. Bo w zasadzie to te uczucie jej nie opuszczało, choć próbowała się z niego otrząsnąć, ale było ciężko. Chciała… Chciała może czegoś więcej niż tylko tych spojrzeń.
— Inne rzeczy też pewnie by mi się spodobały, ale… chyba nie wypada w ten sposób myśleć o swoim producencie, prawda? — Jaśniej się wyrazić nie mogła. Znaczy mogła, ale nie zamierzała tego robić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. — Czyli co, tylko relacja zawodowa?
Chciała wiedzieć na czym stoi, bo jeśli jej powie, że tak – zaprzestanie wszystkiego. Nie będzie flirtowała i posyłania uśmiechów, a przynajmniej nie tak, jak to miało miejsce w ostatnich dniach. Wróciłaby do tego co było przedtem. Mimo, że naprawdę nie chciała. Sloane zdawała sobie sprawę, że szuka w nim też oderwania się od rzeczywistości. Kogoś przy kim faktycznie coś poczuje. Nie znosiła pustki, która w niej siedziała, a nie potrafiła jej niczym zapełnić. I owszem, myślała, że jeśli ktoś jej da jakiekolwiek uczucia to coś się zmieni. Tylko, że nie chciała tego od przypadkowej osoby. Potrzebowała tego od kogoś komu ufała i przy kim się dobrze czuła.
sloane
Zbierało się jej na szczerość w najmniej oczekiwanych momentach. Sloane jednak uznała, że jeśli nie będzie z nim szczera to kolejna relacja – zawodowa czy prywatna – będzie budowana na kłamstwie. Przejechała się już na tym już kilka razy i tym razem tych samych błędów nie zamierzała popełniać. Nawet, jeśli otwierała się przed nim teraz zbyt mocno to nie zamierzała się z tego wycofać. Może nie mówiła wszystkiego wprost, ale wystarczająco dużo, aby Ezra zrozumiał o co jej chodziło i to wystarczyło. Gdyby naprawdę musiała mu wypunktować wszystko to zaczęłaby się martwić, ale nic podobnego na szczęście nie miało miejsca. Coś faktycznie w niej pękło, choć nie potrafiła tego nazwać po imieniu. Doskwierała jej w tym mieście samotność. W Nowym Jorku działo się więcej. Miała więcej znajomych, więcej znajomych miejsc. Z LA wciąż się nie polubiła. Ciągle była… W zawieszeniu. Miała, mimo masy roboty, więcej czasu na to, aby rozmyślać o tym, jak wyglądało teraz jej życie. I niezbyt się blondynce podobało do jakich wniosków doszła.
OdpowiedzUsuń— Nie twierdzę, że to nie było terapeutyczne. Może pomogło bardziej niż pisanie tekstów, które i tak oleją. — Wzruszyła ramionami. O co miała błagać? Cartera, żeby dał jej kolejną szansę i zostawił swoją dziewczynę, która była w ciąży? Na samą myśl się skrzywiła. Jamesa o to samo, choć nigdy nie dała mu siebie w stu procentach? Czy Nico, aby zobaczył, że jest kimś więcej niż tylko laską, która potrafi się naćpać i wyrzucić w twarz wszystko co najgorsze? To miała być przeszłość. Zamknięte drzwi. Nawet, jeśli zbyt wiele razy ją kusiło, aby za nie zajrzeć. Cicho zapukać w nadziei, że jeszcze nie jest skreślona na sto procent u wszystkich, że jeszcze któryś ma dla niej miejsce. Może to był strach przed tą samotnością, której nie umiała się pozbyć, odkąd pamięta. Może potrzeba, aby ktoś ją w końcu pokochał. Jeszcze nie odkryła co to tak naprawdę jest, ale nie pisała i nie dzwoniła. Cóż, zrobiła to raz i wtedy znalazła się w Nowym Jorku, ale od powrotu nie próbowała już żadnych sztuczek. Nie miała na to czasu ani energii.
Ezra może nie słyszał wszystkiego wprost, ale w słowach, które mu mówiła zawierała więcej informacji niż w ostatnich miesiącach. Prawda była taka, że Sloane nie od razu potrafiła mówić prosto z mostu. Zajmowało jej to trochę czasu, a teraz mówiła tyle, ile uważała za stosowne.
— Wiedziałam. — Zaśmiała się, prawie, jak dziecko, które właśnie w paczce chipsów znalazło żeton na darmową paczkę. Zresztą, ona przecież chciała tego samego, ale miło było usłyszeć to z jego ust. Rozluźniła się bardziej na krzesełku. Między jedną rozmową, a drugą złożyli szybko zamówienia, a kelnerka zdążyła wrócić z napojami i śniadaniem, które pachniało obłędnie i na szczęście nie próbowała nad nimi wisieć, więc spokojnie mogli rozmawiać dalej.
— Wiesz, że nie zrobiłeś niczego, prawda? — Nie wiedziała, dlaczego się pyta, ale wiedziała, że musi. — Chciałam iść, naprawdę. Tylko… nie wiem, powiedzmy, że nie robiłam tego od dawna i wypadłam z gry, czy coś. — Wzruszyła ramionami. Nie miała jak inaczej się wytłumaczyć. Nie przestraszyła się tego, co działoby się za zamkniętymi drzwiami. Tylko raczej tego co działoby się po nich. Bo mogła mówić, że odróżnia pracę od życia osobistego, ale jej przeszłość wskazywała na to, że wcale nie potrafi tego robić. — To nie był impuls. Nie z mojej strony. Gdyby nim był… Nie trzymałby się mnie dzisiaj.
I to była chyba najszczersza rzecz, jaką Sloane z siebie dziś wyrzuciła. Reszta, owszem, była prawdziwa. Ale to dotyczyło tylko Ezry. Dotyczyło tego, że on ciągle siedział jej w głowie i nie potrafiła przestać, że gdyby tylko sobie pozwolili to nie siedzieliby przy kawie, a w domu u któregoś z nich i zdejmowali ubrania, a tymczasem mieli ocean, śniadanie i gorącą kawę z namalowanym źdźbłem. Czy inną roślinką.
— Ale masz rację. — Niechętnie mu ją przyznawała, ale nie tym razem. — Szkoda byłoby, aby to co zbudowaliśmy zepsuło się przez… Impuls.
Nie powiedziała tego z grymasem. Bo ona to rozumiała. Naprawdę. Dawniej może by nie zrozumiała, ale nie siedziała przed nim Sloane, która nie potrafiła słuchać. Dziś była zaskakująco uważna. Chciała taka być, bo jeśli jednak mieliby się zdecydować, aby wejść w coś od czego odwrotu nie będzie, to oboje musieli być świadomi tego, jak wiele mogą przez to stracić. I wyglądało na to, że nie ważne, jak bardzo mogli siebie pragnąć i zaspokoić tę wewnętrzną potrzebę to nie była ona na tyle ważna, aby zniszczyć współpracę i poświęcić swoje kariery. Bo przecież nie tylko Sloane by ryzykowała, ale on również, a może jednak odrobina przyjemności nie warta była kolejnego kryzysu.
UsuńSpoglądała na niego uważnie. Bez choćby grama kpiny, która często jej towarzyszyła. Chciała go słuchać, a to była różnica od bycia zmuszoną do słuchania, a do tego, kiedy sama chciała słuchać.
— A co z chwilami, kiedy nie idzie odróżnić pracy od życia prywatnego? — Takie rzeczy musiały się zdarzyć. Jej się zdarzało, a jemu tym bardziej musiało. Nikt nie rodził się z tym pieprzonym spokojem. Nawet świętego można było wytrącić z równowagi. — Wtedy wszystko się rozpierdala, nie? Wszystkie obietnice, wszystkie „nie będziemy tacy”… I zostaje jedno wielkie nic.
Nie mówiła tego, aby ich od siebie odsunąć. Jeśli już, to miała wrażenie, że ten wylew prawdy ich do siebie zbliżył. Nawet, jeśli nie miało się to skończyć zdzieraniem ubrań i poznaniem go w sposób, który był dla niej zablokowany.
— Wiem, że to mam. — Odparła. Była tego świadoma. Pierwszy raz od dawna naprawdę miała u swojego boku kogoś kto ją rozumiał. Jej wizję artystyczną. Jej głos i to co chciała nim przekazać. — Nie chcę tego rozpieprzyć. Nawet, jeśli… perspektywa tego „a co, jeśli” jest wkurwiająco kusząca. — Zaśmiała się krótko, trochę ponuro pod nosem. Sięgnęła po szklankę z sokiem pomarańczowym i upiła kilka łyków, a potem odstawiła ją z powrotem na stolik.
— Rozumiem, Ezra. Serio, jakiś czas temu bym nie rozumiała. I to byłoby głupie, gdybym to wszystko odrzuciła, bo mam ochotę na… Cóż, ciebie. — Kącik jej ust lekko drgnął. Pierwszy raz powiedzieli sobie to wprost bez owijania w bawełnę. Ona sobie z tym poradzi. On również. A za jakiś czas pewnie nie będą o tej rozmowie pamiętać. — Obraziłabym się za to jakiś czas temu. Wylałabym na ciebie sok i wyszła z uniesioną głową i część naprawdę chcę to zrobić, ale mam dziś za dobry humor, aby odstawiać dramatyczne scenki. Możemy uznać, że to twój szczęśliwy dzień.
sloane
Zauważyła, że z jego twarzy zniknął ten jego niemalże typowy wyraz twarzy, który towarzyszył mu zawsze i wkurzał ją od samego początku. Z czasem nie tyle co wkurzał, a co chwilami nawet zaczynała tęsknić za tym brakiem jego ironicznego spojrzenia i bezczelnego uśmiechu. Znikało to głównie wtedy, kiedy pracowali i oboje byli skupieni na tym, aby praca była na najwyższym poziomie. W rozmowach prywatnych? Rzadko się zdarzało, aby oboje zrzucali z siebie maski. Sloane teraz i jego widziała w nieco innym świetle. Bardziej… Prawdziwego. Dostępnego, ale jednocześnie z murem, za który może i wciąż miała ochotę wskoczyć, ale w nieznośny dla siebie sposób rozumiała, że tym razem będzie lepiej, kiedy tylko popatrzy przez ogrodzenie, a potem pójdzie dalej.
OdpowiedzUsuńKiedy jej głos ociekał ironią, to nie było skierowane do niego. Nie tak pośrednio. Tylko raczej do sytuacji, w jakiej się znalazła. Tkwiła między kimś nowym, który był obiektem pożądania, a przeszłością, od której nie potrafiła się odciąć. Sloane wiedziała, że gdyby weszła w nową relację – z nim czy nie – to od samego początku byłaby skazana na niepowodzenie. Ezra to najpewniej wiedział jeszcze zanim którekolwiek z nich zrobiło pierwszy ruch. Znalazł ją złamaną życiem i osobistymi tragediami. Widział, jak reagowała na wzmianki o Carterze. Że wystarczyło jedno zdjęcie czy filmik, aby się złamała. To nie był dla niej czas na nowe związki. I może nawet nie na szybkie, fizyczne relacje. Tylko, że Sloane coraz ciężej znosiła samotność i nie wiedziała, ile jeszcze wytrwa w tym oczyszczaniu siebie z przeszłości, zanim się nie złamie.
— Nie czuję się, jakbym była wolna. — Westchnęła pod nosem. Mówiła to bardziej do siebie niż do niego. Chwilami, ale naprawdę odnosiła wrażenie, jakby uwiązana była do przeszłości łańcuchami. Takich, których nie da się zdjąć i które ciągle ciągnął w tył. — Może to kwestia czasu. I w końcu mi przejdzie. — Dodała i wzruszyła ramionami. Sloane nie miała, póki co, wielkich nadziei na to, że znów poczuje tę wolność, którą miała kiedyś. Wciąż była przywiązana do ludzi, którzy nie chcieli mieć z nią nic wspólnego.
Wolała nie myśleć o tym kim była, kiedy próbowała ich zatrzymać. Żałosną wersją samej siebie. Tą laską, z której się kiedyś by śmiała, a stała się nią na własne życzenie. Dziewczyną, która nie potrafi przetrwać bez obecności mężczyzny i wiecznie kogoś potrzebuje.
Sloane uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy ten jego żart padł.
— Widzisz? Dzisiaj mi się to udało. — Brzmiała niemal na dumną, że faktycznie ściągnęła mu z twarzy ten uśmieszek. Ciekawa była czy to jej wyznanie to sprawiło, czy jednak ta nieoczywista otwartość, na którą się zdecydowała. Sloane trochę żałowała, że jednak doszli do takich, a nie innych wniosków. Była z jednej strony naprawdę ciekawa, ale też i nakręcona. Tego nie można było wyłączyć, jak światła. Nie istniał żaden przycisk, który mogła wcisnąć i sprawić, że nagle przestanie o nim myśleć, że przestanie go chcieć. To tak nie działało. Chciałaby, bo wtedy wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. — Tyczy się to wszystkich drzwi, które mnie kuszą czy tylko tych z przeszłości?
Tym razem to ona się uśmiechnęła. Bezczelnie i zadziornie, jakby właśnie mu odebrała ten uśmiech i przypisała sobie. Niby miała z tym skończyć, ale nie potrafiła. Jeszcze nie. Było zbyt wcześnie, aby mogła naprawdę być grzeczna i poukłada. Zresztą, czy było coś złego w tym, jeśli trochę się ze sobą podrażnią? Nikt przecież nie mówił, że musi się coś wydarzyć. Choć, jak widać, żadne nie miałoby nic przeciwko, gdyby jednak się wydarzyło.
— Hm.
Tyle. Zastanawiała się. Trawiła jego słowa. Nie po to, aby je wyśmiać. I owszem, miał rację. Potrzebowała to usłyszeć, ale nie po to, aby połechtał jej ego i sprawił, żeby poczuła się dobrze. Sloane potrzebowała zapewnień. Nawet tych najprostszych. Głupiego lubię cię, aby nie straciła głowy.
— Czyli co, żadnych chłopaków… albo dziewczyn? — Zaczepiła go z zadziornością w głosie, której mimo wszystko, ale nie potrafiła się pozbyć. — Dla dobra albumu i naszego własnego.
Zaśmiała się pod nosem. Brzmiało to absurdalnie, ale może faktycznie tego potrzebowała. Znała siebie i pewnie długo nie wytrzyma. W końcu umówi się z kimś na randkę. Gdzieś zaiskrzy, a potem… Może nie będzie kompletnej katastrofy. Póki co, ale jedyną osobą, która ją interesowała (z tych obecnych w jej życiu) był Ezra. I teraz, kiedy wiedziała, że nie będzie go miała musiała się trochę zdystansować. Bez rozmyślania, co będzie, kiedy jednak spróbują, bo to przecież nie doprowadzi ich nigdzie.
Usuń— Boże, wiesz, że to może być moja pierwsza dorosła decyzja? — Westchnęła przeciągle. Sama chyba nie wierzyła, że podeszła do tego w ten sposób. Zamiast upierać się, że tak będzie dla nich najlepiej. Zejdzie z nich ciśnienie, a potem wrócą do tego co było dawniej. — Nie wiem o czym mówisz, Ezra. Ostatnio byłam grzeczna. Jak aniołek. Żadnego rzucania mikrofonami. Może tylko czasem krzyknęłam, ale wiesz, że miałam wtedy rację.
Sama zrobiła przerwę, aby napić się kawy i zjeść chociaż trochę. Bardziej grzebała w talerzu niż jadła, ale nie przez brak głodu. Raczej przez myśli, których miała w sobie aż nazbyt wiele.
— Tak… cóż, możliwe, że tak właśnie by było. — Przyznała. Jedna zła decyzja, która jej nie będzie odpowiadać i była skłonna zgotować każdemu piekło, a Ezra był tego świadom i wiedział, że lepiej sobie pewne rzeczy darować. Nawet, jeśli bezlitośnie kuszą.
Przechyliła lekko głowę po jego słowach. Brzmiały… Dokładnie jak coś, co chciała usłyszeć. Długotrwałe budowanie… Tego nie wzięła pod uwagę, ale nie brała tego też jako obietnicy przyszłości.
— Wychodzi na to, że będziemy musieli się przekonać, czy to w ogóle będzie warte. — Odparła. Miała dziwne przeczucie, że wcale nie zmierzali z siebie rezygnować. Tylko, że zasady gry się zmieniły i nie były one już tak obsceniczne, jak przedtem.
Patrzył na nią tego poranka inaczej niż do tej pory. Ona na niego również patrzyła w inny sposób. Bardziej… zrozumiały? Pewna nie była, ale coś się zmieniło między nimi. I jeśli nic po drodze się nie wykraczy to mogły to być dobre zmiany.
— To wciąż może być highlight tego ranka, ale chyba nie chcę, aby mój ewentualny wybuch złości przyćmił Super Bowl. — Rozsądna decyzja. Poczeka z dramatami, jak zrobi się o niej zbyt cicho. — Właściwie… nie tylko o występie pisali, widziałeś? — Zaśmiała się pod nosem. Wzbudziła sensację. Owszem. Coś jej się rzuciło w oczy. Jakieś zdjęcie czy urywek filmiku, ale nie było to nic szczególnego. Raczej plotka rzucona dla wyświetleń.
— Podobno dobrze razem wyglądamy.
sloane
Dostała motywacyjnego kopa i korzystała z niego w stu procentach. Nie pozwalała sobie na wracanie do tego co się mogło, ale nie wydarzyło między nią, a Ezrą. Bez mówienia pewnych rzeczy na głos umówili się, że nie będą ciągnęli tego tematu dalej. Sloane postawiła sobie teraz za cel, aby ukończyć płytę i dać mu dokładnie to, czego od niej chciał, a i przy okazji zaskoczyć własnymi pomysłami. Odnaleźli się w tym dziwnym trybie i w nim trwali. To nie była bezpieczna przystań na przeczekanie chaosu związanego z nadchodząca premierą płyty. Tak teraz wyglądała jej rzeczywistość. Wszystko w niej skupione było na pracy. Chwilami nie było z nią żadnego kontaktu, aby po kilku dniach ciszy wydzwaniała do Ezry w środku nocy z gotowymi tekstami. Robiła wszystko po swojemu (z jego zgodą) i była w tym dobra. Jakby naprawdę właśnie tego potrzebowała, aby zacząć działać w dwustu procentach i dać z siebie absolutnie wszystko.
OdpowiedzUsuńIch kłótnie, gdy się w czymś nie zgadzały, wcale nie ustały. Chwilami miała wrażenie, że są jeszcze bardziej zażarte niż wcześniej. Równie mocno odczuwała, gdy się w czymś zgadzali i trafili na tę samą łódź, która mimo sztormu bezpiecznie niosła ich do celu. Cokolwiek się działo – zadziałało. Sloane wciąż była sobą. Rzuciła czasem dwuznacznym tekstem. Nawet w obecności kamer, które miała wrażenie, ale nie odstępują jej na krok. Chciał w końcu dokument, prawda? Nie zliczyła, ile razy trzaskała drzwiami tuż przed operatorem, bo nie była w nastroju, aby teraz ją nagrywali i próbowała się odciąć od wszystkiego. Łapał też te dobre momenty. I Sloane wiedziała, że to wcale nie jest koniec, a dopiero tak naprawdę początek wszystkiego i nie mogła doczekać się tego, jak będzie wyglądał finał.
Głównie była jednak skupiona na pracy, a nie na tym, aby dobrać mu się do rozporka. W którymś momencie zdążyła o tym zapomnieć. Pochłonięta była przez wszystko wokół. Pilnowała szczegółów, jak jeszcze nigdy przedtem. Cholernie zależało jej na tym, aby w końcu wyszło z tego coś porządnego. Niczego, tym razem, nie robiła na odpierdol. Było to widać, po tym, jak zaangażowana w każdy krok produkcji była. Nie poprzestała swojej pracy tylko na dobrym zaśpiewaniu. To musiało wyjść. Jeśli Sloane miała osiągnąć więcej niż to po co sięgnęła do tej pory – to właśnie był czas, aby to zrobić. Bez żadnego rozpraszania się producentem, który znał zbyt dobrze jej zamówienie w kawiarni. Mówiła sobie, że tak będzie lepiej i faktycznie tak właśnie było lepiej, kiedy nie podpuszczali się nawzajem, a skupili na wspólnym celu.
Sloane w międzyczasie zakręciła się przy kimś innym. Poznali się niby przypadkiem, niby przez znajomych – sama nie wiedziała, jak w zasadzie doszło do tego, że między nią, a Cadenem zaiskrzyło. Nie traktowała tego jako czegoś poważnego, ale też nie zamierzała się wycofać. Dopóki była skupiona tak samo na pracy to absolutnie nie przeszkadzało jej, że nocy nie spędza już sama. Po tych wszystkich miesiącach, które spędziła w zawieszeniu było zwyczajnie miło i więcej nie potrzebowała, a nawet na ten moment nie chciała niczego więcej. Zdawała sobie sprawę z tego, że Caden i Ezra mieli jakąś przeszłość, ale kto w tej branży jej nie miał? Wszyscy znali się ze wszystkimi. Każdy pisał na siebie dissy i podkładał kłody pod nogi. Nie była tez nikomu winna wyjaśnień, a to, że przez moment myślała, że między nimi coś będzie to jeszcze nie był powód, aby spędziła resztę życia sama, prawda? Nie musiała być wierna komuś z kim nawet nie była. To dopiero byłaby głupota. Chciała się dobrze bawić i odpocząć trochę od życia, które ją naprawdę męczyło. Zagłuszyć czymś ciszę w mieszkaniu. Zapełnić wieczory. Przestać być ciągle samą.
Dogadywali się nieźle. I to w zupełności jej wystarczyło. Miał w sobie ten magnetyzm, który ją przyciągał. Czasami mówił tak, jakby znał ją lepiej niż ona samą siebie. Lub po prostu mówił to, co Sloane potrzebowała usłyszeć, aby być zadowoloną i nie marudzić tak, jak miewała to w zwyczaju. Opiniami, o ile jakieś były, zewnątrz się nie przejmowała i nawet ich słyszeć nie chciała.
Tak, jak zwykle, stresowała się, kiedy wybiła premiera płyty. Bała się, że ludziom nie spodoba się kierunek, w którym poszła. Wciąż brzmiała, jak Sloane. Z tą różnicą, że ta płyta wychodziła od kogoś innego. Inne brzmienie, inne teksty. Inna estetyka, której wcześniej swoim fanom nie zaserwowała.
UsuńI to był strzał w dziesiątkę. Byli zachwyceni, a Sloane tym bardziej. Cieszyła się jak dziecko, które nie tylko otrzymało wór słodkości, ale i cały pokój zapełniony zabawkami. Dostała w końcu to, czego pragnęła, a czego nie potrafiła z siebie wydusić przez bardzo długi czas. Ezra to z niej wyciągał. Nie bez krzyków i drapania paznokciami, ale wszystko przez co razem przeszli właśnie im się odpłaciło.
Ten wieczór miał być jej. Sloane była mistrzynią w myśleniu tylko o sobie i to właśnie tego wieczoru robiła. To ona błyszczała na scenie, kiedy trzymając lekko mikrofon, jakby urodziła się z nim w dłoni, śpiewała kolejne piosenki. Spoglądała czasem w stronę Ezry. Bo mimo wszystko, ale wiedziała, że bez niego nie znalazłaby się w tym miejscu. Nie byłoby prywatnego show. Nie byłoby albumu. Nie byłoby niczego, a ona być może wciąż siedziałaby dokładnie w tym samym miejscu co dawniej.
Caden dostał od niej zielonego światełko. Może przyjść, jeśli chce. Spodziewała się go, ale nie liczyła na żadne wsparcie. Ot, zwykłe zaproszenie, jeśli miałby ochotę się pojawić i zobaczyć, jak sobie radzi. Jeszcze nie mogła zauważyć, że jest obecny. Uwaga blondynki była w innym miejscu. Nie na backstage.
Scena była miejscem, gdzie czuła się najlepiej. Światła odbijały się od jej złotej sukienki, krótkiej, ale nie wulgarnej. To nie był pełnometrażowy koncert z choreografią w tle. Mogła tu pozwolić sobie na zupełnie inny outfit. Włosy miała rozpuszczone, a makijaż wyjątkowo nie był tym samym, który wyglądał, jakby był robiony trzy dni temu i przetrwał dwie imprezy. Był bardziej stonowany, ale nie stracił na drapieżności. Sloane, ta która nie dawał się okiełznać i wrzeszczała na ulicy, wciąż się z niej przebijała, ale nie grała pierwszych skrzypiec i pierwszy raz mogła powiedzieć, że zmiana jest naprawdę odświeżająca, a ta, którą otrzymała teraz zapowiadała się obiecująco.
sloane
Scena była o wiele mniejsza niż te do których Sloane przywykła. Zdawała się za to być ostrzejsza. Dawała bliskość, której nie było zwykle podczas koncertów. Ciepło ciał pod sceną, światła odbijające się od sceny, rozciągnięte pod nią miasto, które w wieczorze błyszczało tysiącami świateł. Sloane zaczynała przy zachodzie słońca, kiedy jeszcze złociste promienie sięgały na scenę i na nią. Tworząc kompletnie inną atmosferę niż przy sztucznych światłach aren, na których występowała. Była niemal na wyciągnięcie ręki osób, które tu się znajdowały. Sloane stała w tym wszystkim pewnie. Jej głos niósł się gładko, bez zawahania. Każdy wers wchodził tam, gdzie miał wejść. Nie zostawiał żadnych luk. Nie było żadnego potknięcia.
OdpowiedzUsuńPrzy ostatnim numerze wyczuła znajome napięcie w klatce. To nie był stres. Tego pozbyła się jeszcze przed dojazdem tutaj. Sloane wiedziała, że to jest jej wieczór i nikt ani nic, nie mogło jej tego zepsuć. To co czuła to było skupienie. Na tyle intensywne, że aż elektryczne. Widziała światła. Czuła ciarki na karku. Wiedziała dokładnie, gdzie jest kamera nawet, jeśli na nią nie patrzyła. Ten utwór nie był najgłośniejszy, ale najmocniejszy w tekście. Przez te ostatnie tygodnie, które spędziła na uczeniu się siebie na nowo i odkrywaniu tego, jaka potrafi być, zrozumiała, że nie zawsze musi krzyczeć, aby zaznaczyć swoją obecność. Ten utwór taki był. Niegłośny, ale wbijający się między żebra. Zostawiał po sobie ślad, a to najbardziej jej chodziło.
Kiedy wybrzmiał ostatni wers Sloane nie ukłoniła się teatralnie przed publicznością. Nie wzniosła rąk w wesołym geście zakończenia. Ona pozwoliła, aby muzyka i jej ostatnie słowa rozeszły się wśród publiczności powoli i zostały między nimi. Przez kilka sekund trwała w bezruchu. A potem świat wrócił.
Oklaski. Głosy. Jej imię.
Zeszła ze sceny powoli. Bez pospiechu, ale jednocześnie z ulgą. Potrzebowała Ezry. Rozglądała się za nim jeszcze na scenie, ale nie dostrzegła go. Może wrócił za kulisy, aby być pierwszym, który ją złapie, kiedy zejdzie ze sceny. Na tę parę chwil przed chaosem, który się zacznie. Sloane widziała dziennikarzy, którzy tylko czekali, aż uda im się ją złapać. Najpierw chciała z nim porozmawiać. Bo to owszem była jej noc, niczego sobie nie zamierzała odmawiać, ale ciągle miała w sobie tę potrzebę, aby każdy sukces, który teraz odnosiła najpierw świętować z nim.
Kiedy schodziła kamery wciąż śledziły jej ruchy. Dopiero, kiedy zniknęła za kulisami nie była już aż tak obserwowana. Ktoś z obsługi podał jej schłodzoną colę, odbierali od niej słuchawkę. Ktoś coś mówił, ale Sloane nie słuchała.
— Gdzie Ezra? — rzuciła w przestrzeń przed sobą, ale nie dostała odpowiedzi, choć tak bardzo jej teraz potrzebowała. Wszystko działo się też płynnie. Jak dobrze przećwiczony taniec, który znało się na pamięć.
I wtedy poczuła czyjąś obecność. Nie pachniała ona jak Ezra. Nie niosła tej energii, która się pojawiała, kiedy to Creighton stawał obok niej. Była inna.
Caden.
Poczuła najpierw jego dłoń na dole pleców, a potem ciepłe usta musnęły jej skroń. Pachniał czymś drogim, zbyt dopasowanym do sytuacji. Był blisko. O pół kroku bliżej, aby wyglądało to na przypadek. Nie ukrywała tej relacji, ale dziś to nie jej romanse na boku miały pierwszeństwo.
— Byłaś bardzo… skupiona.
Nie „świetna”. Nie „niesamowita”. Skupiona.
Sloane wzniosła brew, a głowę przechyliła lekko w stronę mężczyzny. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Jeszcze okryta tą sceniczną aurą, która nigdy nie schodziła z niej zbyt szybko. Przekręciła się ciałem w jego stronę. Jakby szukała ramion, które ją obejmą, choć wiedziała, że to nie nadejdzie i nawet tego nie chciała. Nie on miał być pierwszą osobą, którą po zejściu ze sceny przytuli. Gdzie. Był. Ezra?
— Skupienie to komplement. — Odparła. — Zwłaszcza dziś.
Caden skinął głową, jakby właśnie to chciał usłyszeć. Jego dłoń leniwie przesunęła się w górę pleców do łopatek, a potem znów spłynęła w ich dół. Sukienka miała odkryte plecy, a palce mężczyzny były chłodne w porównaniu z jej ciałem, które rozgrzane było od emocji.
Współdzielił z nią przestrzeń. Jak ktoś, kto wie, gdzie powinien być widziany.
Usuń— Muszę… — Zaczęła, ale nie dał jej skończyć. Kciuk musnął miejsce między łopatkami, a potem sprawnym ruchem przyciągnął ją bliżej, aż wpadła na jego tors. Zaśmiała się cicho, bardziej jak odruch. — Caden… Muszę iść.
— Zatrzymaj się na sekundę. — Powiedział miękko. Dłoń nie przestała się poruszać na jej plecach. Delikatnie, powoli rozpracowywał w niej napięcie. — Zostań jeszcze na chwilę.
Blondynka spojrzała na niego pytająco. Uśmiech miał spokojny, zadowolony. Jak ktoś kto wygrał zakład, o którym ona nie miała pojęcia.
— Chciałam tylko… — Zaczęła znów, ale i tym razem nie miała okazji skończyć.
Caden nachylił się nad nią. Jego usta były tuż przy uchu blondynki, a on musnął prawie niezauważalnie miejsce tuż obok. Sloane cicho westchnęła. Rozpraszał ją.
— Wiem. — Głos mężczyzny wybrzmiał tuż przy uchu. — Ale to twój moment, mała. Nie pozwól, aby ktokolwiek ci go skradł.
Zrobił krótką pauzę, której Sloane nie wykorzystała, aby dorzucić coś od siebie.
— Pozwól, że najpierw nacieszę się nim z tobą.
Spojrzenie Sloane uciekło w inną stronę. Automatycznie, jakby ciało dowiedziało się o jego obecności zanim zdążył zarejestrować ją umysł. Dostrzegła go kątem oka. Ruch. Sylwetkę. Cień. Wystarczająco, by serce zareagowało szybciej niż powinno.
Caden to wyczuł.
W tej samej chwili jego dłoń zsunęła się o pół centymetra niżej na lędźwie. Wciąż było to bezpieczne. Wciąż było niewinne. Jakby obejmował ją tylko po danym występie. Jakby to było oczywiste, że to on jest tym, przy którym powinna teraz stać.
— Zaraz porwą cię do wywiadów. — Dodał wciąż spokojnie. — Zaraz będziesz dostępna dla wszystkich. — Uśmiechnął się i lekko opuścił głowę, aby musnąć jej szyję. — Teraz jesteś jeszcze dla mnie.
Sloane wzięła oddech. Brzmiało to jak troska, jak wspólne świętowanie. Jak coś, co powinna była przyjąć bez grama oporu w sobie. A jednak to poczuła. Subtelnie, delikatnie. Jakby nagle ktoś poprzestawiał meble w pokoju, który znała na pamięć.
— To jest dobry wieczór. — Odezwała się w końcu, neutralnie. Bez wybuchu emocji, bez radości, którą jeszcze pół sekundy temu w sobie miała.
— Bardzo dobry. I dopiero się zaczyna.
Jego dłoń wciąż była na miejscu. A Sloane pozwoliła jej tam zostać. Nie, bo musiała. Wiedziała czyja para oczu ją obserwuje. I wtedy znów pojawiło się to kujące uczucie. Że ktoś właśnie przesunął kolejność ważnych rzeczy. Tylko o jedno miejsce. Tylko o ułamek momentu, a jednak tyle wystarczyło, aby je odczuła.
sloane
Sloane czuła na sobie dodatkową parę oczu. Wzrok cięższy niż przypadkowego technika, który zerkał z ciekawości czy makijażystki, która sprawdzała, czy makijaż Sloane wciąż się trzyma. Ona znała ten wzrok aż za dobrze i był to wzrok należący do Ezry. Myślała, że kiedy zejdzie ze sceny będzie na nią czekał i być może czekał, ale Caden go prześcignął. Sloane wciąż trwała w jego objęciach z dłonią, która subtelnie i wyczuciem płynęła po nagiej skórze jej pleców. Obiecując coś, czego żadne z nich nie nazywało wprost.
OdpowiedzUsuńCzuła zmianę w sobie. Parę miesięcy temu nie dałaby rady wystąpić tak, jak zrobiła to dzisiaj. Nie miałaby w sobie ten energii. Tej pewności, że gdy wejdzie na scenę to ludzie nie tylko wstrzymają oddech, ale będą milczeć w zachwyceniu. Sloane weszła tu nie tylko z bezczelną pewnością siebie, ale przede wszystkim z przekonaniem, że jest w swoim zawodzie świetna i że wszystkie te miesiące pracy się opłaciły, a ona właśnie odbudowuje coś więcej niż tylko swoje imię i karierę. Tu od samego początku chodziło o coś więcej i dopiero jakiś czas temu zaczęła to wyraźniej widzieć.
Caden mówił coś do niej jeszcze. Ciągle trzymając ją blisko. Szepcząc coś do ucha. Czasem składał lekkie pocałunki na skórze, jakby zaznaczał, że z nim jest. Nie opierała się przed tym. I nie, dlatego, że wiedziała, że Ezra krąży w pobliżu i wszystko widzi. Sloane nie bawiła się w kto komu zagra bardziej na nerwach. To nie był jej sposób na pokazanie, że radzi sobie bez niego. Oboje się zgodzili – w milczeniu, ale jednak – na to, aby postawić na przyjaźń. Mimo, że kuło ją czasem w bok, kiedy widziała, że wychodził z Molly albo Kendall lub inną kobietą, która akurat miała okazję znaleźć się w kręgu jego zainteresowań. Sloane nie mogła okazywać tego co przypominałoby zazdrość. Ezra nie był jej do przywłaszczenia. Spróbowała tego raz, a on sprowadził ją na ziemię i oboje się zdystansowali. Nawet, jeśli czasem wciąż pojawiały się żarty, a spojrzenie było dłuższe niż wypadało. Blondynka nie mogła rościć sobie do niego żadnych praw, więc skupiła się na sobie. Na zapełnieniu sobie życia kimś innym. Nie mogła powiedzieć, że Caden jest tylko kolejną zabawką. Lubiła go, dogadywali się i było jasne, że nie szukają niczego długotrwałego, choć żadne zasady nie padły. Ot, nie nadawali sobie żadnych etykiet, choć z boku było to jasne, że ta dwójka jest razem. Mimo, że żadne oficjalne potwierdzenie nie padło ani z jednej ani drugiej strony.
Nie do końca potrafiła zrozumieć samą siebie. Bo Ezra miał być chwilową zachcianką. Tak sobie to tłumaczyła, a mimo profesjonalizmu, który przybrali to wcale nie zanosiło się na to, aby przestała o nim myśleć. Znalazła sobie po prostu zastępstwo. Może takie, z którego wyjdzie z czasem coś więcej. A może takie, które miało być tylko plastrem, dopóki jej myśli się nie uspokoją. Trudno było stwierdzić, a Sloane niekoniecznie chciała to robić dziś.
Ten wieczór był w pełni dla niej. Poświęcony jej karierze. Temu, że właśnie dała pierwszy, kameralny koncert, a premiera płyty sprawiła, że Sloane znów wybijała się na listach. Nie było zagubionej po rozwodzie dziewczyny. Była zupełnie nowa, która jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, a ta płyta to był dopiero początek. To nie był koniec pracy. Nie miała czasu na wakacje i imprezy. Chciała zresztą pracować dalej. Miała energię, czas i wenę, nie było lepszego momentu na ruszenie dalej.
Sloane nie odsunęła się od Cadena, kiedy Ezra do nich podszedł. Jej spojrzenie za to się zmieniło. Stało się lżejsze, jakby w końcu dostała to czego chciała, a choć spodziewała się, że Ezra sięgnie do niej pierwszy to nic podobnego się nie wydarzyło. Przywitał się najpierw z Cadenem.
— Zapominasz o czymś? — Rzuciła lekko, trochę zgryźliwie, jakby musiała przypomnieć mu, że ten wieczór jest o niej, a nie o odnawianiu znajomości. Uniosła lekko brew, czekając, aż zwróci na nią swoją uwagę. Bo tylko tego chciała. Odrobiny uwagi, tego, aby zgarnął ją w ramiona i powiedział po swojemu „jestem cholernie, Sloane. Rozjebałaś to w najlepszy możliwy sposób”.
Tylko, a może aż tyle.
Była czasami jak mała dziewczynka, która bez uwagi usychała.
UsuńEzra objął ją delikatnie. Inaczej niż wcześniej, a choć chciała w tym uścisku potrwać chwilę dłużej to nie było jej dane. Nawet nie tyle co mężczyzna się odsunął, a ona w talii poczuła kolejny dotyk. Kolejne ciche przypomnienie. Nie jesteś już sama, tylko ze mną.
— Dzięki. — Odpowiedziała. Coś się zmieniło, ale nie potrafiła palcem wskazać dokładnie na to, co to było. — Nie mogło pójść lepiej. Żadnych błędów, potknięć… Nie mogło być lepiej.
Uśmiechnęła się. Tak, jak ona tylko potrafiła. W tym uśmiechu była duma, ale również lekkie zmęczenie i satysfakcja, której Sloane ukrywać nie potrafiła.
— Tak, pewnie. Chciałam cię poszukać, ale…
— Świętowaliśmy występ Sloane we dwójkę. — Wtrącił się Caden, niemal podkreślając, że to do niego przyszła pierwsza, choć przecież pierwszym jej pytaniem po zejściu ze sceny było „Gdzie jest Ezra?”. Ezra, nie Caden. — Nie każ mi czekać zbyt długo.
Sloane przewróciła oczami i przysunęła się, aby musnąć lekko jego policzek.
— Pracuję. Wrócę, jak skończę. — Jej głos nie był nieprzyjemny, ale twardy. Jakby właśnie stawiała granicę, bo choć czekało ją małe świętowanie to nie zamierzała się pospieszać. — Znajdę cię później.
Sloane nie zaczekała już na odpowiedź. Ezra był już parę kroków przed nią. Zwykle na nią czekał, choć to zależało od sytuacji. Czasami odchodził pierwszy, a ona podążała za nim. Innym razem niemal podawał jej swoją dłoń i szli ramię w ramię. Tym razem musiała go dogonić.
— Ezra, poczekaj. — Westchnęła. Sprawnie dorównała mu kroku. Właściwie to aż złapała za materiał rękawa marynarki, aby go zmusić do zwolnienia. — Wiem, że mam długie nogi, ale mógłbyś poczekać. — Mruknęła wywracając oczami. — Byłeś do końca? Widziałeś? Podobało im się! — Niemal zapiszczała, znów jak dziecko, które dostało nową zabawkę. — Boże, wiesz, że przez moment nic nie widziałam ani nie słyszałam? Mówiłam, że mniejsze widownie mnie stresują bardziej niż miliony ludzi.
Sloane trajkotała nad uchem, wesoło wyrzucając z siebie wszystko co w niej tego wieczoru siedziało. Każdą jedną emocję. Nie zdawała sobie sprawy, że wciąż nie puściła jego rękawa, jakby szukała w ten sposób kontaktu, który z jakiegoś powodu między nimi był mniejszy niż zazwyczaj.
— … a potem patrzyłam na miasto i było mi jakoś lepiej. — Mruczała dalej. Czasem bez ładu i składu, szybko i niepoprawnie, i wciąż w tych samych emocjach. — Nie mogłam cię znaleźć na koniec. Gdzie poszedłeś? — Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, a sposób w jaki wypowiedziała to zdanie było… Bliskie tego, aby jej głos się załamał, bo faktycznie w tych ostatnich sekundach już go nie widziała.
sloane
Sloane mówiła dalej, idąc obok niego z dłonią zaciśniętą wokół rękawa marynarki, jakby to tylko Ezra mógł ją teraz utrzymać na powierzchni. Działo się wiele, a choć przyzwyczajona była do tego, że ciągle żyje w pędzie to chciała zwolnić. Tak na sekundę i spróbować odetchnąć w spokoju, spojrzeć na ten cały wieczór z innej perspektywy, a potem wejść w to co czekało na nią za drzwiami. I jakaś jej część chciała również, aby przez moment była tylko ona i Ezra. Nawet, kiedy wokół było tłoczno i hałaśliwie to przecież niemal zawsze, gdy na siebie patrzyli to wszystko wokół po prostu cichło. Przez moment Sloane potrzebowała tylko tego. Tych paru sekund, które będą należeć tylko do nich, aby znaleźli się w miejscu, gdzie nikt inny nie miał dostępu. W miejscu, które rozumieli tylko oni.
OdpowiedzUsuń— Widziałeś? — Zapytała niemal z ulgą, bo choć wiedziała, że nie zostawiłby jej, nie w tak ważnym dla obojga dniu, to kiedy go na moment straciła z oczu poczuła w środku to dziwne ukłucie. Miała świadomość, że on wciąż tu jest i dzięki temu, ale i też przez to, jak cholernie uparta była, bo nie zamierzała tego rozpieprzyć tylko dlatego, bo straciła go na moment z oczu. To już nie była ta rozsypana wersja Sloane. Wciąż w środku nie wszystkie kawałki ułożone były w całość, ale coraz bliżej była tego, aby stać się całością, a nie tylko częściami. — Myślałam, że się wepchniesz do pierwszego rzędu i będziesz mnie podziwiał od spodu. Zawiodłam się.
Puściła mu oczko, wciąż się go uparcie trzymając i nie zapowiadało się na to, aby zamierzała go szybko puścić. Sloane robiła to nieświadomie, a może z premedytacją? Sama już nie wiedziała. Szukała z nim kontaktu w sposób, który znała, a który nie będzie zbyt nachalny. Tylko taki… Dla nich.
— Sloane i dojrzałość to połączenie, którego się nie spodziewałam. — Zaśmiała się. Miał jednak rację w swoich słowach. Nie mogła mu tego odmówić. — Wiem, zachwyceni byli, prawda? — westchnęła z krótkim rozmarzeniem w głosie. — Nie mogę się doczekać, jak skończymy ten ostatni teledysk i wszystko pójdzie w świat. To już jest zajebiste, ale jak skończymy… Jak nie dostaniemy jakiejś nagrody za ten teledysk to się wkurwię.
Ramiona poruszyły się od śmiechu, bo niby żartowała, ale faktycznie na to liczyła. Nie był ukończony, ale już był dobry i ciekawy. To nie było kolejne śpiewanie przed kamerą bez niczego w tle. Nie tym razem.
Sloane była obecna. Jak najbardziej, a kiedy jego palce musnęły jej poczuła przyjemny, znajomy dreszcz, który zawsze się pojawiał przy nim. Odetchnęła nieco głębiej. Jeszcze nie do końca puściły jej emocje, a w zasadzie to teraz one do niej wracały, kiedy w końcu mogła cieszyć się tym tak, jak powinna była. Z odpowiednią osobą. Ezra tu był i to było najważniejsze.
Westchnęła krótko po jego odpowiedzi, ale nie odwróciła głowy.
— Nie planowałam tego. — Wzruszyła ramionami. — Ciebie tam chciałam zobaczyć pierwszego.
Może nie widziała, a może nie chciała widzieć tego, co naprawdę się działo. Caden wślizgnął się doskonale na miejsce Ezry. Gdyby to Ezra pojawił się pierwszy Sloane przez długi czas pewnie nie zarejestrowałaby nawet obecności swojego nowego partnera. Cała jej uwaga skupiłaby się na tym, że jej i Ezrze udało się po raz kolejny. Dzieliła z nim ten sukces, a choć to przede wszystkim ona była w blasku świateł, a Ezra działał po cichu i za plecami to było jasne, że bez niego nie udałoby się to wszystko.
— Zrobimy to teraz, ale nie obiecuję, że będę myślała nad tym co powiem. — Rzuciła wesoło. To nie miało iść od razu na żywo, więc w razie czego, gdyby jakieś elementy jednak nie pasowały zawsze będzie można je wyciąć, nie? — Boże, wciąż mi się trzęsą ręce. — Zaśmiała się pod nosem i uniosła wolną dłoń, która faktycznie lekko drżała. — Myślisz, że to było widać?
Nie przejęłaby się tym za bardzo. Była tylko ciekawa czy to małe zdenerwowanie było po niej widać na scenie czy jednak tam się trzymała, a na trochę paniki pozwoliła sobie dopiero już po wszystkim.
— To wciąż jest mój wieczór. Jeszcze się nie skończył.
Gadała dalej. Nie potrafiła się dziś zatrzymać. W ciągu tych kilku minut wyrzuciła z siebie więcej słów niż zwykle. A połowa z nich nie miała większego sensu, ale to nie było teraz istotne. Sloane mówiła, Ezra słuchał. I to jej totalnie odpowiadało. Nie musiał odpowiadać jej słowami. Widziała, że jej słuchał. Widziała, że jest dumny i to czasem było bardziej zapewniające niż setki słów, które mógłby jej tego dnia powiedzieć.
UsuńZatrzymała się w ostatniej chwili. Sekunda później i wpadłaby mu w ramiona. Na co zdecydowanie by nie narzekała. Uniosła lekko brew, bo wyraźnie ją powstrzymywał przed wejściem do środka, ale nie przeszkadzało jej to.
Sloane patrzyła na niego w absolutnej ciszy. Chłonąc każde słowo, które właśnie jej serwował.
— Tylko nie skończmy jak w tym filmie. — Powiedziała cicho. Rozpoznała już, kiedy Ezra mówił poważnie, a teraz nie było w jego głosie grama ironii ani sarkazmu, jak zwykle. Była prawda, która dawała jej większego kopa. — Zrobiłam, bo mogłam. Bo ktoś dał mi taką możliwość.
Uśmiechnęła się ciepło z wdzięcznością. To nie była tylko jej zasługa, ale udało się i to było najważniejsze.
Odchyliła lekko głowę, poprawiła włosy i posłała mu takie spojrzenie, które nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Ten występ nie był odstępem od reguły. On był dopiero początkiem czegoś znacznie większego. Czegoś na co świat jeszcze nie był gotów.
— Dopiero zaczęłam się rozkręcać, kochanie. Nikt nie jest gotów na to, co będzie dalej.
Kiedy to mówiła zbliżyła się. Delikatnie, powoli, ale wystarczająco, aby odczuł jej bliskość na swojej skórze, a potem odsunęła się. Nie, bo nie chciała wprowadzać ich w zakłopotanie. Dla efektu.
— Pomyślę co dalej. Może szampan z producentem? — Zasugerowała z figlarnym śmiechem. To brzmiało lepiej niż powrót tam czy picie w samotności, nawet, jeśli towarzyszyliby jej ludzie.
Zaśmiała się, jakby właśnie usłyszała najlepszy żart, a potem westchnęła i pokręciła głową.
— Nie mam jednego hitu, Ezra. Mamy siedemnaście piosenek. I każda z nich jest zajebistym hitem. — Odparła. I ona w to wierzyła, naprawdę. — A ja mam pomysły na wersję deluxe, więc… oczekuj telefonów o drugiej w nocy, jak dostanę zastrzyk inspiracji. I robimy to. Za parę miesięcy, jak zaczną się domagać kolejnych tekstów. I to niby ja jestem zachłanna. Widziałeś tych ludzi? Dostali nowy album parę miesięcy po tamtym, a już chcą więcej. — Zaśmiała się ponownie i przewróciła oczami.
W momencie, kiedy te drzwi się otworzyły Sloane wiedziała, że długo stąd nie wyjdzie. Chciała dać to, czego od niej wymagano, a jednocześnie zostać sobą. Dopiero też wtedy jej palce puściły materiał marynarki Ezry. Zrobiła to niechętnie, ale wiedziała, że musi. Przynajmniej na moment musiała puścić się mężczyzny, którego znała i który prowadził ją przez te ostatnie miesiące, aby dotarli właśnie tutaj. Do miejsca, które było dopiero początkiem.
sloane
Sloane czuła się podobnie, jak wtedy po występie na Super Bowl, kiedy wokół panował istny chaos, a ona nie wiedziała, gdzie lub na kogo ma patrzeć. Oczywiście, że pierwsze co to szukała wzrokiem Ezry po występie. Jemu wpadła pierwszemu w ramiona i przytuliła się mocniej niż to pewnie było konieczne, ale to, jak bardzo go wtedy potrzebowała było nie do opisania. Podobnie było dziś. Z tą małą różnicą, że ktoś go wyprzedził, a ona, mimo że czuła małe rozczarowanie to też w miarę była zadowolona. Zresztą, to już było bez znaczenia, bo miała go teraz obok siebie. Skupionego na niej i na tym, jak świetnie jej poszło podczas występu. Wróciła do siebie, a może raczej otworzyła nową Sloane, która nie cofała się już absolutnie przed niczym. Taką, która nie bała się zaryzykować tylko wchodziła w te ryzyko. Mogła się na niego wściekać tysiące razy, mieć mu za złe odwołanie trasy, co już mu wybaczyła, ale opłaciło się. Słyszała od różnych osób, że popełnia błąd, że zrujnuje swoją karierę, jeśli przejdzie do jego wytwórni. Tymczasem jej kariera była zrujnowana przed nim. Sloane może zrobiła to na własne życzenie. Nie wiedziała i nie chciała tego rozgrzebywać. To była pora na zupełnie nową artystkę. Tamtą Sloane pogrzebała dziesięć metrów pod ziemią i dodatkowo zalała betonem, aby na pewno nie mogła się wygrzebać. Nie chciała już nigdy więcej wracać do bycia tamtą dziewczyną, która musiała hamować swoje pomysły, bo może są zbyt odważne, bo ludzie tego nie polubią. Tworzyć miała przede wszystkim dla siebie i to co śpiewa miało zadowolić ją, a jeśli komuś się nie podoba to trudno. Nie zmuszała nikogo do tego, aby jej słuchali.
OdpowiedzUsuńSloane zerknęła na niego, kiedy chwycił jej dłonie. Mocno i pewnie. Jego własne były ciepłe i tak przyjemnie znajome. Ścisnęła je, ale nie w obawie, że zaraz ją puści. Wciąż drżały od wszystkiego co w niej tego wieczoru siedziało i wiedziała, że tak łatwo to nie puści.
— Na dziś w planie jest tylko świętowanie z tobą i ekipą. Zawał może poczekać. — Zaśmiała się. I tak po prostu, uznała, że wieczór spędzi z nim. Jakby zapomniała, że obiecała Cadenowi, że go później poszuka, ale teraz nie facetów miała w głowie, a przynajmniej nie tego, który czekał, aż skończy i do niego potulnie wróci.
Blondynka na moment zamilkła. Ezra rzadko mówił takie rzeczy. Prędzej je pokazywał poprzez gesty, ale gdy już mówił to było pewne, że to nie są żarty. On naprawdę był z niej cholernie dumny, a Sloane to widziała i czułą każdą komórką swojego ciała. Instynktownie przysunęła się bliżej, jakby chciała zaczerpnąć z tej chwili trochę więcej.
— Hm, moja obojętność się jednak opłaciła. — Rzuciła. Pamiętała, jak się wtedy zachowywała. Jakby wcale nie była tym zainteresowana. Ani nim ani jego propozycją, jakby zapodał jej coś, czego wcale nie chciała. Tylko nie było tak, a Sloane, gdyby odmówiła, zrobiłaby ogromny błąd. — Dzięki… Naprawdę, dziękuję, Ezra.
Nie dodała nic więcej, bo słowa w zasadzie nie mogły pomieścić tego, ile w niej siedziało wdzięczności do niego. Zrobiła krok bliżej i musnęła jego policzek. Zostawiając tam usta na trochę dłużej niż to było konieczne.
— Zrobiliśmy to razem. I zrobimy jeszcze więcej. — Powiedziała, ale ledwo co odsunęła się od jego policzka. Czuła jego perfumy, ale również coś co było czymś więcej niż tylko drogim zapachem czy mieszanką papierosów lub jointa. Coś co należało tylko do niego i zdążyło znów jej zawrócić w głowie. — Teraz się mnie nie pozbędziesz.
Zrobili to. Wspólnymi siłami. Ona z początku była zrezygnowana. Nie widziała w tym celu. Potrzeby. Przecież, teoretycznie, miała wszystko. Teraz wiedziała, jak wiele straciłaby, gdyby nigdy do tego Los Angeles nie wróciła. Mogła psioczyć na to miasto, ale to co się wydarzyło było warte absolutnie wszystkiego. I nie zamierzała już więcej się za siebie oglądać. Tylko iść do przodu.
— Dobrze, że jesteś. Zamierzam dać ci jeszcze więcej powodów do tego, abyś mówił mi to częściej.
To nie była pusta obietnica. Teraz oboje wiedzieli, że Sloane naprawdę potrafi zrobić show, jeśli tylko tego zapragnie. I wcale nie potrzebowała do tego ogromnej sceny i tancerzy. Jedynie siebie i swój głos.
UsuńMusiała zrobić ten krok w tył, aby przypadkiem zbyt mocno się nie wciągnąć w coś w co obiecali sobie, że przecież nie wejdą. Sloane po otworzeniu drzwi nie musiała udawać zaskoczenia, bo i tak była. Tym, jak wiele ludzi chciało razem z nią to uczcić. To nie były przypadkowe osoby, ale ludzie, którzy równie mocno i ciężko pracowali razem z nią nad tym sukcesem. Każdy miał tu swoją małą rolę, a bez nich nic by się nie udało. Mimo, że to ona przede wszystkim zbierała laurki.
Jeden przekrzykiwał się przez drugiego. Zapanował istny chaos, nad którym nie dało się zapanować i Sloane kochała każdą sekundę. Uginała się niemal pod ciężarem bukietów. Były ogromne, piękne i pachniały jakby były nie z tej ziemi. Trzymała je na jednej dłoni, próbując objąć każdego kto do niej podszedł. Nie nadążała za dziękowaniem za gratulacje. Próbowała z każdym porozmawiać chociaż chwilę. To była autentyczna radość. Taka, której nie da się udawać. Sloane na moment się rozproszyła, bo nawet nie zauważyła, że Ezra zniknął, a zaraz był z kieliszkami. Oddała komuś bukiety, aby odłożyli je na bok. Zdążyli już zrobić jej dziesiątkę, jak nie setkę zdjęć z bukietami i od razu jak weszła do środka.
— Myślałam o innym szampanie. — Mruknęła cicho, aby tylko on usłyszał, kiedy odbierała od niego kieliszek i puściła mu oczko. Nie zwlekała jednak z upiciem pierwszego łyku. Szampan był idealnie schłodzony. Dokładnie taki, jaki powinien być.
Sloane bez protestu objęła Ezrę, kiedy ją przytulił, a jej uśmiech stał się szerszy, kiedy musnął jej skroń. To wszystko się działo i działo się naprawdę. Robiła ten ogromny krok do przodu i nic jej już nie powstrzyma.
Pisnęła wesoło, kiedy kieliszek rozbił się tuż pod ich nogami. Zaśmiała się zaraz po chwili i spojrzała na niego z nutą niedowierzenia, ale także… Tej cholernie upartej wdzięczności, która nigdy nie znikała. Nie w takich momentach.
— Okej! Moja kolej! — Zarządziła. Kieliszek wypełnił się jej od nowa szampanem, a Sloane bez problemu znalazła niski stolik. Złapała Ezrę za rękę i bez tłumaczenia tam podeszła, a potem na niego weszła. Mebel nawet się nie zachwiał. Zerknęła z góry na Ezrę z góry i uśmiechnęła się lekko.
Sloane przez chwilę nic nie mówiła. Tylko patrzyła na wszystkich wokół.
— Nie przyzwyczajajcie się, bo to nie będzie się działo często. — Zaznaczyła z lekkim uśmiechem na twarzy. — Wiem, że nie jestem najłatwiejszą osobą do pracy i że wkurwiłam każdego z was tysiące razy i wyklinałam jeszcze więcej, kiedy nikt nie słyszał — zaśmiała się krótko — ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie wasze zaangażowanie i… Zaufanie. Nie okazuję tego zawsze, ale kurwa, jestem za was wdzięczna. — Pokręciła lekko głową. Nie była osobą od przemówień. Była od robienia show, ale dziś zasługiwali na parę słów. — Za każdą osobę, która od miesięcy dokładała starań, aby ta płyta mogła wyjść. Że ten wieczór… To nie tylko kolejny koncert, o którym zaraz się zapomni. I oczywiście — zwróciła głowę w stronę Ezry — nie byłabym tutaj bez ciebie. Więc… Za kolejne sukcesy, wkurwianie się i… Za wszystko co jeszcze się wydarzy!
Sloane przechyliła kieliszek z szampanem i wypiła duszkiem wszystko, a potem, podobnie jak Ezra zbiła swój o podłogę. To nie było udawane. To było prawdziwe. I prawdziwszej Sloane nikt już nie dałby rady wyciągnąć.
sloane
Zdawała sobie sprawę z tego, jak istotni są ci wszyscy ludzie, ale prawda była taka, że równie dobrze mogłoby ich nie być, a ona ten wieczór mogłaby spędzić z Ezrą i nikogo więcej nie potrzebowałaby do tego, aby cieszyć się swoim sukcesem. Prawda była taka, że nie potrzebowała tłumów, ale ci wszyscy ludzie, którzy przynieśli jej kwiaty, nalewali szampana do kieliszka zasługiwali, aby usłyszeć od niej podziękowania. Każdy ciężko pracował, a Sloane nie chciała umniejszać nikomu.
OdpowiedzUsuńI była cholernie wdzięczna za to, co dla niej zrobili. Za to, jak bardzo się starali. Dlatego dziś mogła wygłosić tę kompletnie nieprzemyślaną przemowę, rozbić kieliszek o podłogę i śmiać się tak głośno, że pewnie było ją słychać piętro niżej.
Często czuła się pewnie, ale to co czuła dziś… Przebijało absolutnie wszystko. Przebiło nawet te przeklęte Super Bowl, przed którym chciała wziąć kreskę, aby wyjść w ogóle na scenę. Dzisiaj nie potrzebowała żadnych wspomagaczy, aby w ogóle na tę scenę wyjść.
Policzki miała czerwone, jednak nie były one rumiane przez zawstydzenie, ale przez emocje. Przez tę ogromną dawkę emocji, których już nie potrafiła trzymać dłużej w sobie. Sloane była w swoim żywiole i zamierzała się nacieszyć tą nocą aż do samego końca. Tak długo, jak to będzie możliwe.
— Panie i panowie, Sloane Pieprzona Fletcher! — Zawołał ktoś z tyłu, a potem narosła kolejna warstwa oklasków i wrzasków, które były jak porządna dawka endorfin, z których zdecydowanie zrezygnować nie chciała.
Sloane w dramatycznie teatralnym geście pochyliła się do przodu. Tak, jak aktorzy po zakończeniu grania sztuki, kiedy otrzymywali stojące owacje. Sloane wyszczerzyła zęby w wesołym prawdziwym uśmiechu. Czuła, że jutro będą ją bolały policzki od tego ciągłego uśmiechania się. Ale było absolutnie warto.
Nawet się nie zawahała, kiedy Ezra do niej podszedł. Ułożyła dłonie na jego ramionach i dała się ściągnąć ze stolika. Zrobili to z gracją, jakby ich ruchy od zawsze były ze sobą skoordynowane. Nie chciała teraz z jego ramion znikać. Chciała w nich zostać i trwać tak długo, jak to możliwe. Nie odsunęła się, nie uciekła wzrokiem. Patrzyła w ciemne tęczówki mężczyzny, który dla niej przez ostatnie miesiące zrobił więcej niż ktokolwiek inny. Nie miał podstaw, aby wyciągnąć do niej rękę. Sloane nie wiedziała, czy to była intuicja, zakład czy po prostu chwilowa głupota, ale jej zaufał i nie zamierzała po raz kolejny go zawieść.
— Nie zamierzam się zatrzymywać. — To nie brzmiało tylko jak obietnica. Tylko jak coś znacznie poważniejszego. Sloane tu zamierzała być i to tak długo, jak to możliwe. Bez cienia wahania i bez myślenia, żeby zniknąć. — Uważaj, Ezra. Nie wiem, czy po kolejnym show się pozbierasz.
Sloane jeszcze nie pokazała wszystkiego. To dopiero był słodki początek. Otwarcie nowej ery, która dopiero pokaże na co ją stać, a potem przy kolejnej udowodni znów światu, że Sloane Fletcher stać na więcej i więcej. Odpoczywać jeszcze nie chciała. Nie potrzebowała. Teraz był czas na pracę i na wszystko co z tym razem szło.
— Nie pozbędziesz się mnie już tak łatwo, Creighton.
Mogli się wkurzać do końca życia, ale dopóki nie wydarzy się coś, co zmusiłoby ją do odejścia to jej miejsce było przy nim. W jego wytwórni. Nigdzie indziej Sloane teraz być nie chciała. Wiedziała, że posypią się teraz propozycje. Dziesiątki ofert, którym ciężko będzie odmówić. Kuszące pieniądze i wizje, ale nie o to chodziło. Nie pieniądze były na pierwszym planie. Musiało być to coś, a to coś miała z Ezrą od pierwszego spojrzenia na tamtym tarasie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziała. Dopiero po czasie zaczęła to rozumieć. Teraz rozrosło się to do takich rozmiarów, że już nie miała nad tym żadnej kontroli. I wcale kontrolować tego nie zamierzała, bo czymkolwiek ten chaos miał być, to Sloane wiedziała, że będzie wart.
Ezra widział ją w różnych wersjach. Rozpłakaną o trzeciej w nocy w studiu, kiedy myślała, że to wszystko jest gówno warte i gotową, aby usunęli wszystko nad czym pracowali. W złości, która aż kipiała jej z uszu. Rzucającą przekleństwami, jak przecinkami. Zadowoloną przy śniadaniu i kubku gorącej kawy. Widział ją już bez masek, które na siebie wkładała. I żadna z tych wersji mu nie kazała się wycofać. Widział ją również w pełni szczęśliwą i kompletną. Właśnie teraz, kiedy przez te kilka ułamków sekund patrzyli sobie w oczy, a samym spojrzeniem powiedzieli więcej niż jakimikolwiek słowami mogliby.
Usuń— Trzymaj się blisko to pierwszy ze mną na ten stół wejdziesz. Albo z niego ściągniesz. — Puściła mu oczko. Lubiła stoły, choć najczęściej wchodziła na nie wtedy, kiedy już niezbyt ogarniała co się dzieje wokół. Dziś tak nie było. Dziś to było w pełni świadome i z planem, choć ta krótka przemowa była nieplanowana. — Och, Ezra. Ja już jestem legendą. Dzięki tobie.
Niezbyt chciała go puszczać, ale to był już ten moment. Musiała się wycofać i znów wrócić do chaosu, który toczył się wokół nich. Tylko jeszcze przez moment nie spuszczała z niego wzroku, aż ktoś wszedł między nich. Flesze migały co chwilę. Sloane próbowała mówić o wieczorze, bo kamera słuchała. W międzyczasie ktoś robił zdjęcia. Potem przyciągnęli na moment Ezrę do wspólnego zdjęcia ze Sloane, które miało trafić wszędzie i być ich popisową fotką świętowania, choć tym zdjęciem równie dobrze mógł być moment, jak zdejmował ją ze stołu, bo nie było wątpliwości, że i ta scenka została uchwycona.
Sloane wiedziała, że to jest jej wieczór i jej czas, aby lśnić i zbierać pochwały. I korzystała z tego. Nawet nie wiedziała, ile czasu minęło. Godzina? Dwie? Bez znaczenia, ale w końcu powoli wszystko zaczynało wokół cichnąć. Nie, bo ludzie mieli dość. Tylko trzeba było iść dalej. Czekały ją jeszcze wywiady. Nie kończyło się tylko na kilku piosenkach i szampanie w garderobie. Sloane dziś naprawdę lśniła i nie tylko przez mieniącą się sukienkę czy brokat na oczach. Ona lśniła energią. Tak, jak jeszcze nigdy przedtem. Pierwszy raz bez żadnych cieni nad sobą. Bez demonów, które w niej drgały. Była tylko ona i ten moment, w którym w końcu wzięła głęboki wdech, a gardło przestała mieć ściśnięte. Już się nie dusiła. Po raz pierwszy od miesięcy czuła, że jest w końcu wolna. Może jeszcze nie od wszystkiego, ale ta noc była pierwszym wielkim krokiem w stronę nie tyle co lepszego jutra, a lepszej wersji samej siebie.
sloane
Życie Sloane się odmieniło.
OdpowiedzUsuńEzra odmienił jej życie. Wolała nie myśleć co robiłaby teraz, gdyby została w Nowym Jorku i nigdy nie odpowiedziała na jego propozycję. Lub co gorsza, gdyby nie poleciała do Los Angeles, kiedy Clara ją tam wysłała. Sloane się dąsała i strzelała fochy, kiedy kazali jej lecieć do LA. Mówiła, że to jest zbędna, że ta impreza niczego nie zmieni w jej życiu, a nie ma ochoty iść tylko po to, aby pochwalić się nową sukienką przed ludźmi. Tak, tak – nie o to w tym chodziło. Mogła nawiązać dodatkowe kontakty i to właściwie zrobiła, bo kto by się spodziewał, że będzie tam Ezra Creighton? Głodny nowej artystki producent, który dostrzegł w niej coś wartego uruchomienia po raz kolejny? Nikt chyba nie przemyślał, że Sloane dostanie lepszą ofertę. Ani że ją weźmie. Była lojalna ludziom, z którymi pracowała. Nawet, kiedy nie spełniali jej oczekiwań, a w ostatnich miesiącach niezbyt dobrze się działo. Zewnątrz nikt tego nie widział. Jak mogli? Wydała płytę, nagrała teledysk, a od nowego roku miała iść w trasę. Wszystko to generowało pieniądze, ale nie było dla Sloane wystarczające. Poprzedni album miał być otrzepaniem się z tych miłosnych zawirowań, w które wpadła. Nie była do końca pewna, czy chciałaby śpiewać piosenki o relacjach, które zniszczyła. Upierała się na tę trasę. I niby w głębi wiedziała, że ta trasa wykończyłaby ją psychicznie. To nawet nie jej głos czy wytrzymałość byłyby problemem. Ale teksty. Jak miała stać na scenie i zaśpiewać to, co bolało ją najbardziej? W dodatku wiedząc, że żaden z nich tego nie usłyszy? Że żaden nie będzie obecny, aby usłyszeć? Ale nie wycofała się. Uznała, że jakoś to przełknie. Da sobie radę. Dla zasady musiała się z nim pokłócić o tę trasę, a potem już o niej zapomniała. I odmieniła swoje życie za jego pomocą.
Sloane Fletcher wróciła i to nie w byle jakiej wersji.
Dzisiejszy wieczór dał jej coś, czego nie miała od dawna. Pokazał jej, że naprawdę można upaść, a potem wrócić i znów zacząć błyszczeć. Że ona wciąż na tej scenie coś znaczy, a ludzie wciąż chcą jej słuchać. Nie tych ballad o rozerwanym sercu, ale czegoś co jest teraz w pełni o Sloane. Żadnych byłych facetów. Żadnych niedokończonych historii. Teraz to była po prostu Sloane. Wchodziła z powrotem z całym swoim chaosem nad głową, który teraz potrafiła dobrze kontrolować.
Łatwo można było pogubić się w tych gratulacjach i kto z nią chciał zdjęcie. Grupowe, a potem osobno. Zanim się obejrzała została zaciągnięta do osobnej garderoby, aby się przebrać. Złota sukienka zmieniła się na inną, choć równie błyszczącą. Sloane udzieliła jeszcze kilku krótkich zaledwie pięciominutowych wywiadów. To nie był wieczór, aby opowiadać o albumie w pełni i swojej przyszłości w VXIL Records. Te dłuższe, bardziej rozbudowane z tego co Sloane wiedziała były zaplanowane na później. Łącznie z sesjami, aby każdy magazyn, który chciał o niej napisać dołączył zdjęcia, a Sloane już wiedziała, że to będą ciężkie dni, ale warte wstawanie o nieludzkich porach, aby jak najwięcej zrobić w ciągu dnia.
Noc teraz należała do świętowania. Dlatego zniknęła po jakimś czasie.
Wyszła na taras, bo obeszła cały klub i nie widziała nigdzie Ezry ani Cadena. Domyśliła się, że jeden z nich musi być w takim razie na tarasie. I wcale się nie pomyliła. Stali obok siebie w dość bliskiej odległości. Patrząc można było wywnioskować, że ta bliskość wcale nie wynika z przyjaźni, a między mężczyznami panuje raczej dziwny chłód, który tylko oni rozumieli.
Sloane nie zdążyła zareagować ani powiedzieć nawet słowa, kiedy Caden do niej podszedł.
Dała się przyciągnąć i wtopiła w sylwetkę mężczyzny. Prawie, jakby pasowała do jego ciała. Lekki, trochę leniwy uśmiech rozlał się na jej twarzy, kiedy ją pocałował. Okazji do odwzajemnienia pocałunku nie miała, ale to mogło zaczekać.
— Zakopali. Przestałam już je liczyć. — Odpowiedziała z lekkim uśmiechem na twarzy. Jeszcze przez chwilę na niego patrzyła, kiedy mówił o imprezie i czymś specjalnym. Wzniosła brwi, domyślając się, że za czymś specjalnym wcale nie stoi podwójne martini.
Dłoń blondynki znalazła się na torsie mężczyzny. Muskała ledwo opuszkami palców skórę, którą odsłaniał materiał rozpiętej koszuli. Kilka guzików zaledwie od góry, ale wystarczyło.
Usuń— Jestem gotowa, możemy iść.
Wszystkie obowiązki miała za sobą. Nie uciekała od nich, a właściwie to wykonywała je teraz z przyjemnością. Mimo, że zmęczenie dawało o sobie znać. Sloane ostatnio mało sypiała i miała nadzieję, że jak już uda się jej trafić do łóżka to nie będzie wstawała przez minimum dwanaście godzin. Potrzebowała odespać, ale jeśli Ezra potrzebowałby jej w pracy to na pewno nie zamierzała się wymigiwać i z marudzeniem, ale pojawi się.
Wzrok Sloane spoczął na Ezrze. Zawsze znikał. Nauczyła się już, że nie znika, bo ją porzuca, ale wychodzi, kiedy wie, że to jej czas, aby stać przed kamerami i mówić. Mimo to ona wciąż i tak szukała go spojrzeniem, kiedy rozmawiała z dziennikarzami czy robiła kolejne zdjęcia. Z przyzwyczajenia, a może… Może jednak z czegoś innego, czego żadne z nich nazywać wprost nie chciało.
— Idziesz? — Spytała. Pytanie padło do Ezry. — Wciąż wisisz mi taniec. — Dodała i uśmiechnęła się do niego w ten sposób, który tylko mężczyzna mógł zrozumieć. Zamierzała sobie ten obiecany taniec odbić. Dziś lub w bliskiej przyszłości. Ezra mógł być jednak pewien, że mu tego nie odpuści i prędzej czy później, ale na parkiecie się znajdą.
sloane
Poczuła, jak palce Cadena mocniej wbijają się w jej talię. Jakby to był kolejny gest, który zaznaczał, że Sloane teraz należy do niego i nikt inny nie ma do niej prawa. Zwykle taka zaborczość się jej podobała. Uwielbiała, kiedy Carter to robił. Nie, gdy lał ludzi po pysku do nieprzytomności, ale jak podchodził obejmując ją w talii i przyciągał do siebie, jak zanurzał twarz w jej szyi zaciągając się zapachem jej perfum lub nią samą, a jego palce muskały odsłoniętą skórę, a każdy gest mówił moja. Przy Cadenie tego nie czuła. Podobało się jej to, ale równie dobrze mógłby sobie to darować i nie zrobiłoby to na niej różnicy. Może to była kwestia tego, że nie było między nimi uczuć? Jasne, jakieś były. Mniejsze niż większe, ale to nie była żadna wielka miłość. W zasadzie to nie była żadna miłość.
OdpowiedzUsuń— Pięć minut się znajdzie. — Wzruszyła ramionami. Przecież to nie tak, że była uwiązana przy jego nodze i nie mogła się oddalić, bo będzie za nią nagle tęsknił. Wątpiła, że spędzą całą noc razem. Zwykle, jeśli już wychodzili, to jakoś w trakcie się rozdzielali. Sloane nie pytała się co robi Caden, a Caden nie pytał się co robiła Sloane. I ten układ im pasował. Tylko najwyraźniej to chyba tylko ona miała tak luźne podejście lub zapomniała, że w którymś momencie zdecydowali, że to nie jest tylko luźna znajomość. Bez znaczenia w sumie. Ani nie wiązała z nim przyszłości ani nie miałaby nic przeciwko, gdyby jednak coś z tego wyszło więcej niż tylko spędzanie razem nocy i budzenie się w swoich łóżkach obok siebie.
Przewróciła oczami na ten mały popis między nimi.
— Coś do załatwienia? Ważniejszego niż ja dziś? — Uniosła brew. To miała być ich noc, a on znikał, bo czekały na niego inne obowiązki? Sloane prychnęła, jakby byłą urażona, ale Ezra ją już dobrze znał i wiedział, że daleko było jej do tego, aby się na niego dziś obrazić naprawdę. Gdyby obrał sobie za cel, aby Sloane się obraziła to musiałby się bardziej postarać.
Kiedy Ezra się do niej zbliżył oczywiście, że poczuła to wszystko. Jeszcze wyraźniej niż przedtem. Zupełnie odruchowo chciała sięgnąć dłonią do jego, gdy musnął jej palce. Ledwo nią tylko poruszyła, ale to wystarczyło, aby ich dłonie się o siebie otarły. To mówiło więcej. Nie zawsze musieli się ze sobą komunikować za pomocą słów. Dla Sloane było jasne. To jeszcze nie był koniec. Czymkolwiek to było żadne z nich nie wywiesiło białej flagi.
— Będę ostrożna.
Ten jeden raz naprawdę miała to na myśli. Po raz kolejny nie chciała już pakować się w kłopoty, od których ciężko będzie blondynkę odciągnąć. Ezra miał rację. Sloane się obejrzała. Zrobiła to powoli, jak znajdował się już kilka kroków od drzwi tarasowych. Znajome perfumy mężczyzny wciąż jeszcze unosiły się w powietrzu, a może tylko Sloane wyobraziła sobie, że dalej je czuje. Nie miała żadnej pewności co do tego.
Nie odpowiedziała już Cadenowi. Zaraz po odejściu Ezry odciągnął, a przynajmniej próbował odciągnąć jej myśli od mężczyzny. Zapalili jeszcze po jednym papierosie, Sloane wypiła resztki alkoholu, który miał w szklaneczce. Dopiero kilkanaście minut później wyszli z budynku do podstawionego na prywatnym, podziemnym parkingu czarnego SUV’A i udali się do klubu, gdzie noc miała trwać dalej.
The Vault znajdował się w West Hollywood. Był to luksusowy klub, który ściągał setki klubowiczów niemal każdej nocy. Wnętrze klubu było przystrojone w ciemnych kolorach. Dominował tu bordowy z czernią. Sloane od dobrych dwóch godzin nie schodziła prawie z parkietu. Głównie tańczyła z Cadenem. Poruszali się płynnie, ich ruchy były ze sobą zgrane. Ciała blisko ciebie. Ocierające się o siebie. Szukające bliskości. Dłonie mężczyzny czuła na swoich udach, biodrach i talii. Każdy gest zdawał się przypominać jej o tym, że teraz istnieje tylko ich dwójka, a cała reszta to jedynie tło do wspólnie prowadzonej narracji.
Czegoś jej w tym jednak brakowało. Tylko nie potrafiła określić czym dokładnie to coś jest. Jednak każdy wdech zdawał się nie być tym, czego potrzebowała. Nie tyle co się dusiła, a było jej niewygodnie.
Niby znajdowała się w swoim ciele. Poruszała się jak Sloane. Mówiła jak Sloane. I wciąż coś było nie tak, jak powinno. Caden to w którymś momencie zauważył lub się zaczął domyślać, że Sloane jest nieswoja. Zaciągnął ją do baru. Przestała liczyć już drinki i shoty tego wieczoru. Później zanim się obejrzała znajdowali się w loży, która była pełna jego znajomych. Sloane znała już ten schemat przedstawiania nowej dziewczyny kumplom. Poznała niektórych wcześniej, ale dopiero teraz byli całą paczką. Każdy oceniał, przyglądał się, czy to, aby na pewno ta Sloane Fletcher, a skoro już nią jest to czy nadaje się do tego, aby z Cadenem być. Kiedy pytanie powinno brzmieć, czy to on nadaje się do tego, aby być z nią.
UsuńNajpierw pojawiło się subtelne pytanie. Czym panowie umilamy sobie wieczór? Później ktoś z wnętrza marynarki wyjął drobne pudełeczko. Po kolei sobie je podawali, aż dotarło ono do Sloane. W środku było kilka pigułek. Wyglądały, jak zwykły Ibuprofen powlekany różową otoczką, która miała chronić przed gorzkim smakiem leku.
— Odlecisz po tym, mała. Gwarantuje. — Caden nachylił się do niej, muskając ustami jej ucho.
— Mogę wziąć dwie? — Nawet nie zapytała co to jest. Może ekstazy napakowane czymś ekstra, a może coś czego lepiej było, aby nigdy nie miała w swoim organizmie. Obiecała sobie, że przestanie brać. I robiła to coraz rzadziej, ale kiedy zdarzały się chwile takie, jak ta… Ciężko było odmówić.
— To moja dziewczyna! — Zaśmiał się głośno i klasnął dłońmi o uda. — Otwórz usta, Sloane.
Przekręciła się na sofie w jego kierunku i polecenie wykonała bez najmniejszego zawahania. Caden wyciągnął najpierw jedną różową pigułkę i ułożył na języku blondynki.
— Teraz połknij.
Oczy pociemniały mu jeszcze bardziej, kiedy Sloane bez zawahania wykonała jego polecenie. Jak tylko to zrobiła otworzyła usta znowu. Po drugą dawkę, której z pewnością nie powinna była brać, a której nie mogła się oprzeć. W końcu… Co złego mogło się stać, prawda? Caden powtórzył ruch, a potem Sloane swój. Kiedy przełknęła Caden roześmiał się głośno i nie dał jej okazji do tego, aby Sloane cokolwiek powiedziała. Przyciągnął ją do siebie bliżej jednym sprawnym ruchem i wpił się w usta blondynki. To nie był łagodny pocałunek. Raczej szorstki, ciężki. Przez ułamki sekund Sloane za nim nie nadążała. Czuła, jak jego palce wędrują po wewnętrznej stronie jej uda. Centymetr po centymetrze wznosiły się coraz wyżej, a ona wcale nie powstrzymywała jego dłoni. Wręcz przeciwnie, jak w cichym zaproszeniu rozsunęła delikatnie nogi.
— Nie prowokuj mnie, mała. — Zaśmiał się gardłowo. Palce wbił mocniej w jej udo, aż cicho syknęła zaskoczona intensywnością tego nacisku. — Jeśli nie chcesz, żeby twój wieczór zbyt szybko się skończył.
Sloane jedynie w odpowiedzi uśmiechnęła się w ten swój pyskaty sposób, jakby dokładnie o to jej chodziło. O sprowokowanie i przekroczenie kolejnych granic. Do stolika przyniesiona została taca z shotami. Rose tequila dla niej, na resztę nie patrzyła. Słodki likier tylko podkręcił działanie tego, co Sloane wzięła. W zbyt dużej dawce. Zdecydowanie.
Nie pamiętała, jak z sofy trafiła na parkiet ani jak z parkietu trafiła na podwyższenie tuż obok DJ’ki. Świat był teraz weselszy niż zazwyczaj. Kolorowe światła, które błyskały po klubie wyraźniejsze. Muzykę Sloane wchłaniała przez ciało, nie uszy. Tańczyła na tym podwyższeniu sama. Jej ruchy nie były spowolnione, wręcz przeciwnie. Mimo płynącego w żyłach narkotyku wciąż poruszała się z tą samą wyćwiczoną na pamięć gracją. Caden jej zniknął z pola widzenia jakiś czas temu. Widziała go ostatni raz na pół minuty przed tym, jak tu weszła. Była w centrum zainteresowania. Widoczna z każdego kąta klubu. Podwyższenie było podświetlane. Nie interesowało jej, czy ktoś ją nagrywa. Niech nagrywają. To przecież była jej noc, prawda? Świętowała, tańczyła i piła, bo miała do tego prawo, bo tego właśnie dzisiaj chciała.
Na ustach wciąż czuła ciepłe wargi Cadena, a na ciele jego dłonie. A może to tylko się jej przewidziało?
Myśli Sloane popłynęły w inną stronę, kiedy dłońmi przeciągnęła po swoim ciele. Biodra poruszały się do rytmu piosenki, która właśnie leciała. Na pewno wyobrażała sobie Cadena czy może… Kogoś innego? Nie, to niemożliwe. To musiało być niemożliwe, aby teraz jej ktoś wszedł inny do umysłu. Zanim zdążyła dwa razy pomyśleć faktycznie tym razem poczuła na sobie czyjeś dłonie. Nie zwróciła uwagi na to, że nie była tu już sama. Sprawnie odwróciła się do partnera, który miał obcą, ale ładną twarz. Posłała mu tylko krótki uśmiech, zanim odwróciła się twarzą z powrotem do środka klubu. Plecami przylgnęła do ciała nieznajomego. Nie blokowała jego dłoni, nie protestowała, kiedy przyciągnął jej biodra do swoich. Było jej lekko, przyjemnie. Głowa niezagracona była żadnymi myślami. Był tylko ten klub, ta muzyka i ta chwila.
Usuńsloane
Z podwyższenia znalazła się na parkiecie. Towarzyszył jej ten sam facet, z którym tańczyła, a przynajmniej tak się jej wydawało. Twarze były teraz rozmazane, a muzyka trochę za głośna. Męcząca chwilami, ale Sloane przełknęła to następną kolejką tequili. Tym razem zamiast słodkiego likieru był czysty ogień, limonka i sól zlizywana z obojczyka jakiejś dziewczyny w sukience tak obcisłej, że gdyby zjadła pół frytki materiał pękłby na jej ciele jak gumka recepturka. Sloane nie wiedziała, gdzie jest Caden. Właściwie zapomniała o jego obecności. O tym, że przyszli tutaj razem, że miała ten wieczór spędzić z nim. Tak naprawdę chciała, aby Ezra z nią poszedł do klubu, ale nie mogła go namawiać, a mężczyzna wyraźnie zaznaczył, że z nią nie pójdzie. Sloane, więc nie naciskała. Poza tym, w tym wszystkim był Roth. Trochę jak piąte koło u wozu, które z jakiegoś powodu trzyma się blisko, choć nikt nie zna w pełni jego zastosowania. I w zasadzie było to bez znaczenia w tej chwili, gdzie był mężczyzna, który podobno się z nią umawiał. Może wciskał jakiejś dziewczynie język do gardła, a może nie było go tutaj już wcale. Nie miało to żadnego znaczenia.
OdpowiedzUsuńSloane poszła roztańczonym krokiem za tym mężczyzną do loży. Na początku byli tu kompletnie sami. Niemal od razu wylądowała na jego kolanach. Dłonie były śmiałe i nie pytały o pozwolenie. One po prostu brały. Garściami to, czego właśnie sobie zażyczyły, a życzyły sobie najwyraźniej Sloane. Blondynka nie protestowała. Palcami trzymała policzki mężczyzny. Nie zamieniła z nim nawet słowa. Siedziała mu na kolanach i pozwalała sobie na te pocałunki. Coraz gwałtowniejsze, jakby brakowało w nich kontroli. Odchyliła głowę z tył z jękiem, który zaniknął wśród muzyki i ciężkich basów, a usta nieznajomego z jej zsunęły się na szyję. Drapał ją zarostem, zbyt mocno, aby było to przyjemne, czy chociaż lekko drażniące.
— Już dość. — Wymruczała. Próbując go lekko od siebie odsunąć. Dalej iść nie chciała. To jej wystarczyło. Dwójka nieznajomych w klubie, którzy właśnie idą w swoją stronę. Sloane znów westchnęła, tylko tym razem bez tej przyjemności w głosie, a raczej w irytacji. — Serio… dość. — Powtórzyła i tym razem odepchnęła go mocniej, ale jej ruchy były spowolnione przez alkohol i dwie pigułki, od których świat pulsował wyraźniej. Blondynka próbowała wstać z jego kolan, ale dłonie miał na jej talii i posadził ją z powrotem na kolanach.
— Zostań. — Niewyraźny pomruk osunął się z jego ust, które wciąż zostawiały ślady na jej skórze. Poruszyła się, ale nie niespokojnie. — Zostań.
Sloane zaśmiała się. Lubiła, kiedy prosili, ale nie tej nocy. Nie w ten sposób. Nie znała nawet jego imienia. Wątpiła, że je pozna i wcale nie było jej z tym jakoś wybitnie źle. Pokręciła przecząco głową, a dłońmi sięgnęła do jego twarzy i odsunęła ją stanowczo od swojej szyi. Było miło, ale zaczynało się jej to nudzić.
— To koniec, kochanie. — Westchnęła, a jak na pożegnanie ledwo musnęła jego usta. Prawie ich nie dotknęła. Już nie chciała ich dotykać. Delikatnie, niemal czule poklepała go po policzku. — To nie twoja szczęśliwa noc.
Uśmiechnęła się niewyraźnie, a potem wstała z jego kolan. Prosto… Przed siebie. Gdzieś. Gdziekolwiek, gdzie będzie miło. Chwyciła ze stolika kieliszek z szampanem. Nawet nie wiedziała, czyj on jest, ale zapełniony był do pełna i to było istotne.
Schodząc zachwiała się na szpilkach i w ostatniej chwili złapała się balustrady, aby nie upaść i nie upokorzyć się na oczach całego klubu. Ogarnij się, mruknęła do siebie w myślach. Jej upadki się nie zdarzały. Nigdy. W żadnym wypadku do tego nie dochodziło. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że jest obserwowana. Teraz już nie była czuła na jego obecność. Wszystko co czuła zniknęło gdzieś między jednym, a drugim uderzeniem basa. Między jednym kieliszkiem, a drugim. Po prostu przestało istnieć, a Sloane… Sloane była w siódmym niebie. Przynajmniej tak myślała.
Chciała znaleźć Cadena. To imię zadźwięczało jej w głowie. Caden… Carter… Za dużo tych literek C miała w swoim życiu, a może już nie miała? Jeszcze nie wiedziała.
Puściła w którymś momencie kieliszek, który jeszcze miał w sobie szampana. Delikatne szkło rozbiło się o podłogę, ale ona nawet nie zwróciła na to uwagi. Wciąż szła dalej. Szukając znajomej twarzy. Nie pamiętała, kiedy się rozstali ani dlaczego. Sloane z cichym westchnięciem wróciła do loży, w której byli na początku. I coś jej w tym składzie nie pasowało. Kilka znajomych męskich twarzy, choć nie pamiętała imion. Więcej przypadkowych dziewczyn. Jeśli dobrze liczyła, a chyba potrafiła jeszcze liczyć, to na jednego przypadały dwie. Nie interesowała jej reszta. Interesował ją Caden. Siedział z jakąś brunetką na kolanach, a obok był platynowy blond. Sloane, mimo swojego stanu, dostrzegła te spalone włosy, które ratowała doczepami.
UsuńUniosła brew, a palące spojrzenie wbiła w Cadena. To, że ona chwilę temu robiła to samo było bez znaczenia. Sloane weszła głębiej. Mierząc wzrokiem mężczyznę, któremu nawet nie drgnęła powieka. Patrzył na nią tak, jakby zmuszał ją do reakcji. Do zrobienia czegoś, czego na trzeźwo zacznie żałować. Sloane nie miała nic przeciwko, dopóki nie widziała. Takie chyba były zasady, nie?
Roth wyprostował się po chwili. Nie odsunął od siebie dziewczyn, ale wzrok wbił w Sloane. Jej krótką srebrną sukienkę. Błyszczące oczy, w których powoli gotowało się coś co zaczynało przypominać furię. Pochylił się do przodu. Oparł łokcie o kolana, palce złączył razem i oparł brodę o nie.
— Zatańcz dla mnie, Sloane.
Blondynka uniosła brew. Przesłyszała się? Caden dostrzegł jej zdezorientowaną minę, a potem wskazał skinięciem głowy na niski stolik między sofami. Ktoś z boku przesuwał już butelki i kieliszki, zapalniczki robiąc przestrzeń dla Sloane. On mówił poważnie.
— Zrób to dla mnie, kotku. — Powtórzył miękko, a coś w jego spojrzeniu sprawiło, że Sloane… Posłuchała się. — Właśnie tak…
Zrobiła krok do przodu. Stolik był niski i weszła na niego bez problemu. Caden mruknął w zadowoleniu, a potem odchylił się z powrotem do tyłu. Czuła na sobie spojrzenie nie tylko faceta, z którym tu przyszła, ale jego kumpli i ich dziewczyn, choć to bardziej pochłonięte były wsuwaniem dłoń za pasek i koszulę. Sloane za to patrzyła tylko na Cadena. Jakby cały klub przestał istnieć. Jakby nie było tu nikogo poza nimi, a ona robiła mały, prywatny pokaz.
I zaczęła się poruszać. Miękko, płynnie. Nie zważając na otoczenie.
Tańczyła dla niego. Bo poprosił, a ona nie chciała, aby zniknął tak, jak wszyscy inni.
sloane
Granica zaczęły się coraz bardziej zacierać. Czy to naprawdę była Sloane czy tylko ukryta w niej dziewczyna, która wychodziła po dawce czegoś mocniejszego niż tequila? Teraz tego nie wiedziała, kiedy stała na stoliku przed Cadenem i grupką jego kumpli, tańcząc w jakiejś głupiej nadziei, że ją zauważy, choć przecież stała tuż przed nim. Czego niby nie wiedział? Głowę miała lekką, choć wciąż zapełnioną myślami, które teraz zbierały się w jednym miejscu. Gotowe do tego, aby zacząć się rozbijać o czaszkę. Tę odrobinę trzeźwiejsze próbowały ją z tego stolika ściągnąć, ale Sloane zawsze miała wybitny talent do tego, aby je wyciszać. I to samo zrobiła w tej chwili.
OdpowiedzUsuńKolorowe klubowe światła łamały się na jej skórze. Muzyka zdawała się być głośniejsza niż jeszcze parę minut temu, kiedy siedziała w innej loży z innym mężczyzną. Brzmiała inaczej niż podczas zlizywania soli z ciała jakiejś nieznajomej dziewczyny. Nie była wyraźniejsza, tylko ostra i gładko wchodząca przez skórę. Bas wchodził jej w klatkę piersiową rozmazując granicę między ciałem a rytmem. Widziała twarze obserwujących ją mężczyzn i kobiet. Tylko nie mogła wywnioskować, czy te miny są zadowolone, zaskoczone czy może było w nich rozbawienie. A może wszystko na raz?
Caden siedział wygodnie oparty o zagłówek. Jedna jego ręka swobodnie zwisała przy nodze tamtej blondyny. Gładził jej idealnie gładką skórę, ale wzrok miał zarezerwowany dla Sloane. Wpółprzymknięte powieki, zmęczone spojrzenie, które zdawało się być trochę niewyraźne, a jednocześnie skupione jak jeszcze nigdy przedtem. Kiedy ich spojrzenia się znów spotkały uniósł lekko podbródek.
— Skoro już tutaj jesteś… — powiedział, nachylając się, żeby jego głos przebił się przez muzykę. Uśmiech miał spokojny. Zbyt spokojny. — Nie udawaj. Pokaż im.
Sloane zaśmiała się krótko i bez humoru. Przez sekundę myślała, że on żartuje bądź że źle usłyszała prośbę, która jednak wypowiedziana tym tonem głosu wybrzmiała bardziej na rozkaz, który w każdej innej sytuacji wykonałaby bez cienia zawahania.
— Co dokładnie? — Zapytała, bardziej z przekory niż ciekawości bądź niewiedzy. Nawet w tym stanie wiedziała, czego od niej tego chciał i wiedział, że Sloane nie może mu tego tutaj dać. I że zrobi najpewniej dokładnie to, czego będzie chciał, bo nie miała nad sobą już kontroli. Nie była dziewczyną sprzed trzech godzin, która potrafiła wyznaczać granice. Sloane, która tańczyła na stole, choć wciąż w rytm i bez cienia zawahania, nie była tą, która umiała powiedzieć „nie”.
Caden wzruszył ramionami. Ten gest, pełen obojętności i znudzenia, był gorszy niż jakikolwiek rozkaz, który mogłaby z jego ust usłyszeć.
— To co zawsze.
Krótka pauza. Wbijali w siebie spojrzenia, jakby szacowali, które podda się pierwsze.
— Zrzuć to napięcie, mała.
Nie dał instrukcji, jak ma to zrobić. Nie musiał.
Powietrze nagle zgęstniało. Kątem oka dostrzegła, jak jego kumple przesuwają wzrokiem po jej ciele, jakby próbowali dostrzec przez materiał srebrnej sukienki. Zobaczyć więcej niż pokazywała na Instagramie. Sloane poczuła, jak coś w niej twardnieje. Nie ekscytacja, a opór.
Czekali na jej ruch, a ona nie tyle co zamarła, a zastanawiała się, czy to naprawdę jest tego warte. I wtedy, zamiast zejść z obrażoną miną, wyrzucić mu w twarz, że jest śmieciem i stąd wyjść z uniesioną głową, dłonie, które były na udach przesunęły się w górę ciała. Powoli, jakby badała dokładnie każdy centymetr ciała, które znała już na pamięć. Kiedy dotarła do cienkiego ramiączka sukienki osunęła je delikatnie z ramienia. W loży zapanowała cisza, absurdalna wręcz, gdy wokół pulsowały basy i dudniła muzyka, ale dla tej grupki na sofach świat się na moment zatrzymał. Caden pochylił się do przodu, a w jego oczach błyszczało coś groźnego. Coś, czego Sloane wcześniej w nich nie widziała i coś czego nie potrafiła nazwać, a co nie pozwoliło się jej zatrzymać.
sloane🫣
Sloane nie wiedziała po co właściwie to wszystko robi. W klubie przed tyloma ludźmi. Może otumaniły ją tamte pigułki, może kolejna dawka tequili. Nie miała bladego pojęcia. Nie potrafiła zebrać teraz myśli w spójną całość. One były, ale… Niedostępne. Jakby nagle pojawiła się między nią, a jej własną głową gruba ściana ze szkła. Sloane te myśli widziała, oczywiście tylko teoretycznie, ale nie mogła ich usłyszeć. Już nie potrafiły przebić się przez te wszystkie warstwy, które się w niej pojawiały i odciągały od tego jaka była tak naprawdę. Sloane na stoliku nie byłą tą dziewczyną, która jeszcze kilka godzin temu z tym szerokim uśmiechem i niezabrudzonym spojrzeniem figlarnie zerkała na Ezrę po udanym występie. Tamta Sloane się nie upokarzała na oczach obcych ludzi. Nie próbowała zdejmować z siebie sukienki, bo ktoś ją o to poprosił. Tamta Sloane zaśmiałaby się Cadenowi prosto w twarz, a potem znów powtórzyła, że jest nic niewartym śmieciem i ma się od niej trzymać z daleka. Ale zrobił to wszystko, kiedy nie była trzeźwa. Z szansą, że rano obudzi się z luką w pamięci, że nie zapamięta nawet ułamka tej nocy. I być może przy następnym spotkaniu spojrzy na niego z tą samą nutą zauroczenia, którą miała w sobie od pierwszego spotkania. Nie zapamięta tego kogo próbował z niej zrobić. Lub wręcz przeciwnie. Będzie to wszystko pamiętała i wtedy nie będzie w jej życiu miejsca dla Rotha.
OdpowiedzUsuńW pierwszej chwili nie była pewna, co właściwie się wydarzyło. Nagle ktoś ją obejmował, a ona przestała tańczyć. Jej odruchem była ucieczka, wyrwanie się, ale wystarczyło, że spojrzała na osobę, która śmiała się przerwać jej występ i wszystko w niej puściło. Tak na chwilę zyskała świadomość, której tak bardzo jej teraz brakowało.
— Ezra… — Szepnęła, a może tylko ledwo poruszyła ustami. Sama nie była już niczego pewna, a już nie tego co robi i dlaczego to w ogóle zaczęła robić. Czemu była w tej loży i na tym stoliku? Dlaczego tu tańczyła?
Sloane nie zaprotestowała w żaden sposób. Może była jednak zbyt otępiała, aby zareagować, a może już zbyt zmęczona samą sobą. Cokolwiek się działo, jej to już nie interesowało. Aż do pewnego momentu. Dopóki Caden nie poderwał się z miejsca. Chaotycznie, niechlujnie wręcz. Nie powstrzymała się i zaśmiała się pod nosem. Zbyt głośno, aby tego nie usłyszał lub zauważył, zbyt bezczelnie, aby to było rozbawienie własnymi myślami. Zbyt upokarzające. Poprawiła ten śmiech, gdy uderzył kolanem o stolik, a jej dłoń znalazła się gdzieś na ramieniu Ezry. Niby jakby szukała podpory w tym chaosie, który miała w głowie, a może to wcale nie był taki przypadkowy dotyk na jaki mógł wyglądać.
Nastrój Sloane zmienił się jednak w sekundzie, kiedy usłyszała to jedno słowo. Potrzebowała kilku sekund, aby je przepracować i zrozumieć, że mówił o niej. Nazywali ją w gorszy sposób, ale usłyszenie tego od kogoś, kto podobno ją lubił to było jak wymierzenie policzka prosto w twarz.
— Jak ty mnie nazwałeś? — Warknęła, gdzieś między tym, jak Ezra kazał mu powtórzyć, a Caden zbierał się w sobie do wyrzucenia kolejnych obelg. Niepewne było, czy to miało być adresowane do niej czy do Ezry i zdawało się, że nie ma to też większego znaczenia na ten moment.
Sloane rejestrowała wszystko z kilkusekundowym opóźnieniem. Jakby nie do końca potrafiła nadążyć za obrazami oraz dźwiękami. Wszystkiego było teraz trochę za dużo, a ona potrzebowała powietrza. Może wody. Sama nie wiedziała. Ezra mógł nią przestawiać, jak szmacianą lalką. Zrobił to, kiedy Caden wyrwał się do przodu i nie trafił. Nie sięgnął ani po nią, ani po mężczyznę, który wciąż miał ramię owinięte wokół jej talii niczym pas bezpieczeństwa. Może tak właśnie się Sloane poczuła, jakby jego ramiona – znajome i pewne – były bezpieczeństwem.
Sloane spróbowała się wyrwać, ale nie, bo nie chciała przy nim być. Chciała jakiejś głupiej sprawiedliwości dla samej siebie za to, co właśnie usłyszała. Tylko uścisk Ezry był zbyt mocny, jakby wiedział, że to nie jest czas, aby dać jej przestrzeń na upuszczenie emocji.
Blondynka fuknęła w złości, a potem opuściła ramiona. Już chyba gotowa do odpuszczenia, ale wcale jeszcze tego taka pewna nie była.
UsuńZ Cadena złość wręcz parowała. Wciśnięty w oparcie kanapy przez Marcusa łypał okiem na ich dwójkę. Dziewczyny, które jeszcze chwilę temu go zabawiały ulotniły się szybciej zanim zdążyłby to zauważyć. Któryś z jego kumpli wstał, jak posłuszne pieski w drodze do pomocy swojemu kumplowi.
Uśmiech Sloane był… nieszczególnie wesoły. Przytłumiony wszystkim co się wydarzyło, a wzrok z Cadena, który płonął przeniosła na Ezrę. Bo usłyszała jego głos.
— Następnym razem. — Szepnęła, a jej dłoń sięgnęła do jego policzka. Uśmiech zsunął się z jej twarzy powoli, jakby ktoś wcisnął zwolnione tempo. — Jak będziemy tylko my… i kiedy mnie w końcu polubisz. — Westchnęła, a jej dłoń zsunęła się z twarzy na ramię.
Nie chciała już tutaj być. Chciała wyjść, ale nie bez wypowiedzenia ostatniego słowa. To już nie była kolejna próba wyrwania się Ezrze. Znalazła jego dłoń i wplatała swoje palce w jego, ciągnąć za sobą. Nie wiedziała, gdzie. Z tego klubu. Gdzieś wysoko.
Odwróciła tylko głowę w stronę Cadena i na ułamek sekundy jej uśmiech wrócił.
— Wygląda na to, że ta suka już do ciebie nie należy.
sloane
Sloane patrzyła już tylko na niego. Przyciągnął jej uwagę w momencie, kiedy jego dłonie objęły ją wokół talii i ta tylko na moment się rozproszyła, kiedy Caden rzucił wyzwisko, które w niej zagrzmiało. Po rzuceniu tego krótkiego komentarza, który raczej nie uszedł jego uwadze, blondynka była już z powrotem dla Ezry. Skupiona na jego ciepłej dłoni, którą trzymała w swojej. Jeszcze nie do końca była pewna, co właściwie planuje i gdzie chce z nim iść. Chyba chciała się stąd wydostać, a może właśnie powinna była zostać? Tutaj gdzieś na parkiecie, gdzie nikt im nie będzie przeszkadzał? Gdzie będą tylko razem, bo świat zawsze znikał, kiedy na niego patrzyła. I to było uczucie, którego nie potrafiła sobie wytłumaczyć ani tym bardziej jemu, gdyby zaczęła mówić więcej niż to było konieczne. Ezra nie musiał wiedzieć wszystkiego, prawda? Nie musiał wiedzieć o tym, że szlag ją trafiał, kiedy widziała, że kręciły się przy nim te wszystkie modelki, że za każdym razem, kiedy Kendall czy Molly przy nim siedziały i miały jego uwagę Sloane chciała się wcisnąć między nich i ją ukraść w pełni dla siebie. Że zaciskała mocniej zęby, kiedy widziała, jak razem wychodzą, a ona zostaje w tyle. Umówili się na przyjaźń, Sloane próbowała szanować decyzję, którą podjęli wspólnie, a jednocześnie nie mogła udawać, że nie widzi tego, co się dzieje. Ignorować tego, co w niej się rozpalało bardzo powoli. Było jeszcze zbyt delikatne, aby to nazwać, ale było jak najbardziej obecne. Tylko wciąż było za wcześnie. Wciąż miała w głowie kogoś innego, choć już coraz rzadziej o nim myślała. Powoli odpuszczała. Musiała odpuszczać, bo inaczej zwariuje i skończy w pokoju bez klamek z gumowymi podłogami i ścianami, uwiązana w skafander bez rękawów.
OdpowiedzUsuńGłos Ezry docierał do niej faktycznie jak zza grubej szyby. Ciężki i na początku trudny do zrozumienia. Wyczuła, że się zatrzymywał. Pociągnął ją delikatnie do siebie, a ona w końcu zwróciła głowę w jego stronę. Jej ruchy były teraz trochę wolniejsze niż zwykle. Mniej uważne.
Nie uśmiechała się. Nie miała w oczach tego błysku, który tak dobrze znał z tych wszystkich chwil, które spędzali razem. Nawet, kiedy była wkurwiona do granic możliwości to wciąż oczy nie były tak… Martwe, jak teraz.
Oparła się dłonią o blat, jakby potrzebowała dodatkowego podparcia. I potrzebowała. Nogi miała miękkie, szpilki stały się niewygodne, a sukienka za ciasna. Wszystko teraz ją kuło. Nic nie pasowało. Przez moment nic nie mówiła, choć go słyszała. Zamrugała powoli. Później na moment zamknęła oczy. Mogło to wyglądać, jakby odpływała, ale ona tylko próbowała teraz złożyć zdanie w sensowną całość, która nie będzie brzmiała, jak kolejne błaganie czy niezrozumiały bełkot, który donikąd jej nie zaprowadzi.
— Jestem, jestem. — Przytaknęła. Nie brzmiała na zbyt przekonaną, ale starała się być obecną. Słuchać go i być na tyle obecną na ile to możliwe.
Sloane uśmiechnęła się słabo, kiedy odgarnął włosy z jej twarzy. Przymknęła oczy, jakby rozkoszując się ciepłem od jego dłoni. Bo była ciepła. Niemal rozpalona.
— To miała być zabawa. Tak myślę. — Czymkolwiek to było daleko temu pokazowi było do zabawy. Sloane wcale nie czuła, jakby się dobrze bawiła. Czuła się raczej tak, jakby zapomniała czym jest dobra zabawa i jak świętowanie naprawdę powinno wyglądać. Na pewno nie zapijaniem pigułek alkoholem i robieniu z siebie pośmiewiska. — Ludzie to widzieli… — Ciężko było stwierdzić, czy to było pytanie czy może stwierdzenie faktu i dopuszczenie do siebie myśli, że z tej dziewczyny, która dziś rozbiła bank została znów tematem plotek.
Znów widziała te wszystkie nagłówki. Sloane Fletcher: Upadek / Młoda wokalistka znów schodzi na dno i cała masa innych, które przewinęły się przez ostatnie miesiące. Znów robiła wokół siebie cyrk. Znów dała się złapać w sieć, z której ledwo co zaczęła się wyplątywać.
— Chyba zerwaliśmy. Tak myślę. Był moim chłopakiem? — Zaśmiała się pod nosem. Naprawdę? Jego pytała? Przecież powinna była takie rzeczy wiedzieć o sobie.
Sloane wykonała polecenie Ezry z opóźnieniem. Jednak spojrzała i nie uciekała wzrokiem, choć bardzo miała na to chęć. Zgodziła się na niego spojrzeć, jakby wiedziała, że w nim znajdzie nie tyle co odpowiedzi, ale oparcie, którego potrzebowała tej nocy. Było już za późno, aby ją poskładać, ale może wystarczająco wcześnie, aby nie rozleciała się na więcej kawałków. Może jeszcze miał szansę ją jakoś poskładać i nie dopuścić do tego, aby było gorzej niż jest.
Usuń— Zawsze nią jestem. — Ledwie poruszyła ramionami. Westchnęła i przysunęła się odrobinę bliżej. Nie było to celowe. Raczej wyglądało na przypadek. — W każdej historii skończę jako suka. I w twojej też tak będzie. — Zachichotała i palcem wycelowała w jego mostek. Mówiła, jakby znała już zakończenie tej historii. Jakby wiedziała, że ich drogi się rozejdą prędzej czy później, ale to zawsze kończyło się tak samo.
— I ty też mnie zostawisz. — Głos załamał się jej bardziej niżby sobie tego życzyła. — Wszyscy mnie zostawiają.
Sloane nie poruszyła się, kiedy ścierał palcem smugę cienia spod powieki. Oczy błyszczały, jednak nie tak, jak powinny. Nie wiedziała, czy już zdążyła się popłakać czy to tylko po prostu przypadek. Było to raczej bez znaczenia.
Pokiwała potulnie głową. Na górę. Napić się czegoś zimnego. To brzmiało na plan, który Sloane mogła zrealizować. Trzymała jego dłoń trochę mocniej. Inaczej niż zazwyczaj. Tak, jakby się bała, że jeśli poluzuje uścisk na choćby sekundę to on zniknie w tłumie.
Sloane zatrzymała się jednak przed schodami i odwróciła w stronę Ezry. Poderwała głowę do góry. Zmiana planów. Nagła i bez ostrzeżenia.
— Zatańcz ze mną. — To już nawet nie była prośba, a potrzeba. Potrzebowała tej chwili. — Tylko jedną piosenkę… I potem pójdziemy… dobrze? — Przysunęła się bliżej. Nie była gotowa na świeże powietrze. Na to co przyjdzie, gdy znajdą się na tarasie. Jeszcze nie teraz. — Nie idź już sobie, dobrze? Zostań ze mną.
sloane
Przez bardzo krótki moment wydawało się jej, że będzie potrafiła dalej żyć bez Cartera. Były, na samym początku, takie chwile, kiedy oddychało się jej lżej. Nie pojawiało się żadne kujące uczucie w klatce piersiowej, nie było tego palącego, bolesnego wręcz uczucia, które ogarniało całe jej ciało. Był zaskakujący spokój i myśl, że ona sobie bez niego naprawdę poradzi, że wcale nie potrzebuje Crawforda do tego, aby było jej dobrze. I trwało to chwilę. Zazwyczaj do momentu, aż czegoś o nim nie usłyszała lub czegoś nie zobaczyła, a potem to wszystko co trzymała za tama, która tylko z wierzchu wyglądała na silną zaczynało wypływać. Wraz z tymi pęknięciami nadchodziły zniszczenia, nad którymi Sloane nie potrafiła zapanować. Nie widziała wyjścia z tej sytuacji. Ucieczki od tego przywiązania do człowieka, który nie chciał z nią mieć nic wspólnego. Chyba, że był sam i waliło mu się życie, to wtedy Sloane była dobra. Wtedy go rozumiała. Wtedy była warta poświęcenia uwagi. Kilka dni. Parę godzin. Jak mały plaster na ranę, który można przyklejać, kiedy ma się ochotę. Na co przecież pozwalała. Pozwalała, bo potrzebowała się poczuć ważna, potrzebna i przez te kilka skradzionych chwil kochana tak, jakby między nimi nic się nie zmieniło, a potem była odkładana na miejsce. Już zbędna. Niepotrzebna. Do wykorzystania następnym razem, gdy zajdzie potrzeba.
OdpowiedzUsuńCaden miał być na chwilę. Rozrywką. Dobrą zabawą.
Nigdy nie obiecywała przyszłości, a on o nią nie prosił. Sloane nie była ślepa i zauważała, jak pojawiał się tylko wtedy, kiedy coś się działo. Jak wygrzewał się w jej blasku, ale nie pozwalał sobie być w cieniu. Kiedy wychodząc z restauracji przed budyniem była gromada paparazzi chwytał ją za rękę. Mocno i pewnie, ale puszczał w tej samej chwili, jak wsiedli do auta. To nie była prawdziwa życzliwość. Sloane mu na to pozwalała, bo tego potrzebowała. Tak na moment, aby choć przez parę chwil udawać, że wszystko jest w porządku. Próbowała sobie tym udowodnić, że jeszcze coś jest warta, choć w głębi przecież wiedziała, że nie chodziło o nią, a o nazwisko. O to, co mogła mu dać, gdy teraz jej nazwisko znów było wspominane i tym razem nie w formie skandalu, a zachwytu.
— Hm, cóż i zgaduję, że to się skończyło. — Westchnęła bez żalu w głosie. Może należało to skończyć zanim się zaczęło i najwyraźniej ten wieczór był jednocześnie początkiem oraz końcem. Lub tylko końcem. Może znów wszystko zacznie się sypać.
Sloane westchnęła cicho, kiedy dłoń Ezry mocniej objęła ją w talii. To nie był zaborczy gest, bardziej świadomy i pewniejszy, jak potwierdzenie czegoś, czego blondynka jeszcze nie rozumiała. Uniosła głowę, aby móc na niego lepiej spojrzeć. Obraz czasami się jej rozmazywał. Nie była pewna, czy to przez to co wzięła czy jednak już się zapełniły łzami, których nie chciała. Nie tutaj i nie przed nim. Nie chciała znowu być słaba.
— Tylko tańczyłam. — Powtórzyła po nim, ale nic w jej głosie nie brzmiało, jakby wierzyła w te słowa. Czy na pewno tylko to robiła? Sloane chciała w to wierzyć. Tylko tańczyła. Miała nadzieję. Nie była gotowa na kolejne negatywne teksty. Nie, kiedy dopiero zaczęła tak naprawdę stawiać pierwsze kroki na nowo w tym świecie i zaczynała odzyskiwać jakiś grunt pod nogami. — Nie chcę tam znów być… Nie mogę tam wrócić.
Tam te magiczne miejsce, które nie miało nazwy, ale z którego Ezra ją wyciągnął miesiące temu. Mimo, że ona się zapierała rękami i nogami, to kiedy w końcu mu zaufała dostrzegła, jak wiele by straciła, gdyby wziąć tam była.
— Jesteś pewien? — Sloane nie była w tym miejscu, w którym kompromitacja byłaby jej obojętna. Wciąż jej zależało, a to był dobry znak. Przynajmniej tak się wydawało. Skoro jeszcze się przejmowała to może nie pogubiła się zbyt mocno. — A jeśli nie… to wtedy co? Kim będę wtedy?
Znów tą dziewczyną, która psuje wszystko czego się dotknie? Piosenkarką, która marnuje każdą okazję do poprawienia swojej kariery? Wciąż Sloane Fletcher czy tylko jej cieniem, dla którego nie będzie już miejsca w tym świecie?
Westchnęła krótko, kiedy przycisnął jej dłoń do swojego mostka.
Sloane na moment rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie nie wydała z siebie nawet dźwięku. Przez ten cały czas nie rozglądała się na boki. Patrzyła na Ezrę, jakby był teraz punktem w tym świecie, który znów był przytłaczający i znów obcy. A potem się uśmiechnęła. Krzywo, niewyraźnie. Bez cienia emocji na twarzy.
Usuń— Zostawiasz. Wszyscy mnie zostawiacie. — Nie mogła pozwolić sobie na uwierzenie, że Ezra zostanie. Nie był jej chłopakiem. Nie był jej przyjacielem, nawet, jeśli mówili o sobie w ten sposób. Sloane nie mogła pozwolić sobie na uwierzenie, że mógłby zostać. Więc nawet, kiedy się do niego zbliżała, kiedy mówiła mu przedtem te wszystkie rzeczy i gdy patrzyła tak, jakby nikt inny nie istniał to wciąż w pobliżu miała drzwi ewakuacyjne. Takie, za którymi będzie mogła się zamknąć, kiedy tylko poczuje, że Ezra się wycofuje. Miejsce, gdzie będzie mogła udawać, że zniknięcie nie zaboli. — Nie zostawię cię, Sloane. Wciąż cię lubię, Sloane. Kocham cię, Sloane. Jesteś moim wszystkim. Nie mogę bez ciebie oddychać… Kłamstwa. Wszyscy kłamiecie i odchodzicie.
Moment odejścia dla Sloane był jak tykająca bomba. Jakby w każdej chwili gotowa była zobaczyć pierwsze oznaki, że Ezra odejdzie. Zostawi ją tak, jak wszyscy inni. Teraz było już bez znaczenia, że Sloane dawała im często powody do odejścia, ale tak naiwnie liczyła, że je będą ignorować, że przejdą przez to, a tymczasem… Była w błędzie. Pomyliła się.
— Jeszcze, Ezra. Jeszcze nie odszedłeś.
Pokiwała głową, kiedy zgodził się na jedną piosenkę. Tyle tylko potrzebowała. Jednej, krótkiej piosenki. Uciec na moment na parkiet zanim zacznie rozpadać się całkowicie. Stała przodem do Ezry, a jej ruchy były wolniejsze niż gdyby była trzeźwa. Mniej prowokujące, czasami chaotyczne. Ta jedna piosenka jej nie uratuje. Nie tej nocy i może nie nigdy, ale przynajmniej na chwilę pozwoli nie myśleć. I tego najbardziej potrzebowała. Wyłączyć się z myślenia.
Poderwała głowę do góry. Minę miała odrobinę rozmarzoną, choć daleką do spokoju, który Ezra w niej już jakiś czas temu poznał. Uśmiechnęła się powoli. Bas pulsował pod nogami, podłoga drżała od jego ciężaru, a kolorowe światła muskały ich ciała i twarze. Sloane nie patrzyła na innych. Patrzyła na Ezrę.
— Piękny jesteś, wiesz o tym? — Tylko przez ułamek sekundy patrzyła mu w oczy, a potem zachichotała, jak zawstydzona dziewczynka i oparła czoło o jego tors, jakby nie chciała, aby widział te purpurowe policzki i pustkę w oczach.
sloane
Myślała, że ten wieczór będzie inny. Chciała świętować. Nacieszyć się tym sukcesem, który przez bardzo długi czas zdawał się jej być niemalże nieosiągalny. Sloane była świadoma, jak wiele mogła stracić i teraz, kiedy odzyskała trochę wiary w siebie nie chciała tego popsuć. Kiedy obiecywała to Ezrze, że się postara, że da mu to czego od niej chce, to nie były tylko puste obietnice składane po to, aby mężczyzna się od niej odczepił i dał święty spokój. To była walka o samą siebie. O pokazanie sobie i całemu światu, że Sloane Fletcher wcale się nie skończyła, a dopiero tak naprawdę zaczyna. Tymczasem… Znalazła się w klubie, gdzie nie było kontroli nad niczym. Z mężczyzną, który widział w niej zabawkę, którą można podawać każdemu po kolei i sprawił, że zamiast cieszyć się swoim sukcesem zaczęła się na nowo rozpadać. Nawet nie próbował udawać, że cieszy się z jej sukcesu, jakby to, że jej się powodziło było jego osobistą porażką.
OdpowiedzUsuń— Tylko tańczyłam. — Powtórzyła po nim i chyba zaczynała wierzyć w te słowa. Tylko tańczyła. Tam na stoliku. Nie zrobiła nic złego. To był tylko taniec, trochę szalony i nieodpowiedzialny, ale był tylko tańcem. Skinęła głową, jakby jeszcze bardziej zgadzała się z tymi słowami. Tylko tańczyłaś. — Masz? — Uniosła głowę, kiedy przyznał, że ma na nią oko. Nie rozumiała, dlaczego. Nie była jego odpowiedzialnością. Cóż, poniekąd była, bo jeśli Sloane odpieprzała to Ezra równie dobrze mógł zbierać po niej niepochlebne komentarze, tracić zainteresowanie jako producent. W końcu kto chce nawiązywać współprace z człowiekiem, który ma pod swoimi skrzydłami kłopotliwą piosenkarkę, prawda?
Sloane wypuściła powietrze z płuc. Ciężko, jakby właśnie pozbywała się ogromnego ciężaru. Poniekąd tak właśnie było. Dużo rzeczy siedziało jej w głowie. Tych mało przyjemnych, ale Ezra sprawiał, że one zaczynały powoli zanikać. Zagłuszał je swoimi słowami i dotykiem. Tym, że jej nie pospieszał i nie próbował jej stąd zabrać na siłę, jakby wiedział, że potrzebowała tych paru minut tutaj, zanim znajdzie się w cichej przestrzeni, która nie będzie przyjemna.
— Ode mnie tylko odchodzi. I mają rację, Ezra. Ja też bym odeszła.
Nie mówiła tego, bo szukała współczucia. Była to gorzka prawda, którą czasem do siebie dopuszczała, a czasem nie. Sloane nie była święta. Kłamała, zdradzała, kręciła, manipulowała i zgrywała ofiarę, kiedy tylko się dało. Nie zawsze z początku rozumiejąc, że problemy, które są dookoła stworzyła ona sama. Szukała winy w innych ludziach, a kiedy nie nabierali się na jej gierki robiła krok do tyłu i znikała. Ot, jakby nigdy nie istniała w ich życiu, a potem, kiedy cisza i samotność były zbyt głośne zaczynały się wyrzuty sumienia. Zaczynało się przepraszanie, błaganie, które podkręcała tylko kolejnym kieliszkiem, kolejną pigułką lub kreską. Czymkolwiek co odetnie ją od tych paskudnych uczuć, które w sobie nosiła.
Uniosła głowę idąc za dotykiem mężczyzny.
Słyszała co mówił i to brzmiało tak pięknie, tak… Tak pięknie, że aż chciało się w to wierzyć.
— A co, jeśli muzyka nie wystarczy? Co, jeśli… coś między nas wejdzie? Wtedy odejdziesz? — Już szykowała się na usłyszenie twierdzącej odpowiedzi. Ezra nie dawał jej obietnic. Nie podnosił jej nadziei do nieba, nie zapewniał, że zostanie na zawsze. Mówił co ich teraz łączy. Wspólna pasja. Tworzenie. Muzyka. Grunt, który mieli razem. Który był ich teraźniejszością i przyszłością.
Przymknęła oczy z cichym westchnięciem, kiedy jej dotykał. Ten rodzaj dotyku nie niósł za sobą niczego co Sloane mogłaby odczytać jako sygnał, aby sięgnąć po więcej. Nie był łapczywy. Nie był zaborczy. Był stabilny. Niemalże czuły w porównaniu z tym czego doświadczała.
— Tak… to właśnie dziś widzieli. — Przytaknęła mu cicho. Miał głos, któremu należało wierzyć. Któremu chciało się wierzyć. Sloane nie chciała pozwolić sobie na to, aby nie uwierzyć. — Powrót Sloane Fletcher w wielkim stylu… z pięknym producentem. — Znów się roześmiała, trochę jak dziecko, które nie rozumie żartu, ale śmieje się, bo dorośli zanoszą się śmiechem.
Pokiwała w zgodzie głową. Oddychała, może nie w pełni wracała do siebie, bo do tego była długa droga. Ile zwykle ją trzymało? Dwie godziny? Trzy? Nawet nie wiedziała, co wzięła, a wybrała podwójną dawkę i zapijała to tequilą.
UsuńPosłuchała się. Tańczyła dalej i oddychała, takie proste to było.
Sloane odwróciła się w pewnym momencie plecami do Ezry. Nie, bo nie chciała na niego patrzeć. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak łatwo było się w jego oczach zatopić. Odnajdowała w nich dziwny rodzaj spokoju, którego nie czuła od dawna. Przechyliła głowę do tyłu, niemalże opierając ją o jego ramię i sięgnęła po dłonie bruneta. Przesunęła nimi po swoim ciele. Powoli, niemal subtelnie i zaskakująco grzecznie, jak na to, co mogła zrobić i co zrobiłaby, gdyby sytuacja była inna. Ale Sloane była teraz w nieco innym świecie. Wciąż kolorowym, choć zebrały się nad nim burzowe chmury. Była rozmarzona, trochę zaniepokojona i kompletnie oderwana od rzeczywistości. Bez słowa czy ostrzeżenia zwróciła się znów w jego stronę, a dłonie zarzuciła mu na szyję. Palcami zaczepiła o kark. Uśmiech na jej twarzy był leniwy, rozmazany z lekka, a spojrzenie mniej obecne niż przed chwilą, choć tak z całych sił starała się utrzymać na powierzchni i nie znikać pod stosem własnych myśli.
— Ezra… — Westchnęła, a jego imię trochę inaczej brzmiało z jej ust. Jedną ręką objęła go mocniej za szyję, a druga powoli zsunęła się na ramię, aż palce musnęły ciepłą skórę szyi. Tak, jakby próbowała poznać każdy centymetr jego skóry, której jeszcze nie poznała. Spojrzała na niego od dołu. Jakby czekała tylko na ruch z jego strony. Jedno pozwolenie. Na co? Jeszcze nie wiedziała. Dowie się, kiedy je otrzyma.
Dłoń zsunęła się niżej. Wzdłuż torsu. Przez materiał koszuli wyczuwała twarde mięśnie. Wiedziała, że tam są. Widziała je. Kącik jej ust drgnął, jak na to wspomnienie. Trochę mgliste w tym momencie, ale było obecne. Prawdziwe.
— Jeszcze jedną piosenkę — poprosiła — dobrze? Potem… potem zrobię wszystko.
sloane
Szukała czegoś znajomego, co pozwoli jej przez chwilę jeszcze wierzyć, że nie wszystko zostało stracone. Kolejnego zapewnienia, że nie zrobiła z siebie pośmiewiska, a choć mogła mówić wiele razy, że nie interesuje jej co o niej się mówi to była tym przejęta. Zdawała sobie sprawę z tego, co tak naprawdę zła prasa może z człowiekiem zrobić i co zdążyła z nią zrobić w zeszłym roku. Nie mogła znów upaść tak nisko. Nie zniosłaby kolejnego upokorzenia, do którego ten wieczór prowadził.
OdpowiedzUsuńMiało być przecież zupełnie inaczej. Cały wieczór miał wyglądać kompletnie inaczej. Bez narkotyków. Bez robienia rzeczy, które miały zadowolić innych i zdecydowanie bez takich, które będą mogły ją upokorzyć.
— To dobrze. Czasami tego potrzebuję.
Chyba nie zdawała sobie do końca sprawy z tego co właśnie mówiła. Nie były to słowa, które musiała mu potwierdzać. Sloane czasami naprawdę potrzebowała, aby ktoś miał na nią oko. Szczególnie, że ona nie była w stanie tego zrobić sama dla siebie. Nie pilnowała się. Nigdy nie była tą, która o siebie zadba. Rzucała się w niebezpieczeństwo bez myślenia o tym jakie może to mieć dla niej konsekwencje. Zawsze po prostu liczyła na cud. Zawsze ktoś był też w pobliżu. Miała tę świadomość, że pojawi się ktoś kto nie pozwoli, aby dotknęło ją coś złego. I jeszcze nie dopuszczała do siebie myśli, że nie jest w Nowym Jorku, a to nie jest życie, które prowadziła kilkanaście miesięcy temu. Że teraz nie było już nikogo kto by ją łapał. Był Ezra. Jednak, ile zniesie zanim i on tego ratowania będzie miał dość? Kiedy w końcu uzna, że nie chce, aby jego życie kręciło się wokół Sloane?
— Zawsze… Zabawne słowo. — Małoznaczące, chciała dodać. Ugryzła się jednak w język. Może to resztki świadomości, a może już nie chciał kolejny raz przeprowadzać tej rozmowy. Tego, że on na pewno jest po jej stronie.
Dziś był. Trzymał ją blisko i mocno, nie wypuszczał i nie pozwalał się oddalać. Na ten moment tyle musiało jej wystarczyć. Teraz to było wystarczające, a Sloane na moment poczuła, że już nie jest tej nocy sama. Mogła otaczać się wieloma ludźmi. Przy małej garstce przestawała czuć się samotnie. Ezra był jedyną osobą obok. Jedyną, której potrzebowała, aby przestać czuć jak to okropne uczucie oplata się wokół jej ciała i wciąga ją w najgorsze możliwe scenariusze.
— Tak, ty tutaj jesteś. Dla mnie, prawda? — Czuła go. I słyszała. Ale musiała usłyszeć go jeszcze raz. Był tutaj dla niej. Nie przyszedł za jakąś modelką, nie przyszedł, aby skraść sobie z nią parę chwil, czym później mógłby się chwalić. Był tutaj dla niej. Dla niej… Przyszedł dla niej. Miał oko na nią. Tańczył z nią. Czy to nie było wystarczające? Było. Oczywiście, że było. Ale potrzebowała usłyszeć to jeszcze raz. Jakby te potwierdzenie miało odbudować jej grunt pod nogami, który zgubiła między jednym kieliszkiem, a drugą pigułką.
To się nigdy nie powinno było zdarzyć. Podobnie, jak wiele innych rzeczy między nimi. Sloane i Ezra nie powinni byli się zdarzyć. Może już było za późno, aby się wycofać. Blondynka nad sobą nie miała już kontroli, a Ezra zdawało się, że wiedział, co teraz musi usłyszeć, aby nie zaczęła przed nim uciekać. Łatwo się w takich momentach łamała. Gdyby ciągnął ją na siłę zaczęłaby się szarpać i najpewniej uciekłaby mu przy pierwszej okazji. Z powrotem w cudze ramiona. Do ludzi, którzy nic nie znaczyli i którym na niej nie zależało. Tylko po to, aby mu udowodnić, że nie potrzebuje jego bliskości, że radzi sobie doskonale sama, choć to wszystko to było kłamstwo. Wyćwiczona od lat sztuka. Sztuczność, która już tylko w oczach Sloane wyglądała naprawdę.
— Nie uciekaj ode mnie, Ezra. — Poprosiła cicho. Może muzyka zagłuszyła jej słowa. Może wypowiedziała to niewyraźnie. Może nie usłyszał. — Nie zgub się.
Był tutaj teraz. Będzie też jutro. Ale przyszłość była niepewna, a Sloane szukała potwierdzeń, których nie mógł jej dać. Obietnic, których nie mógłby jej złożyć. Jedyne co jej dawał to obecność tu i teraz. I wiedziała, że na więcej nie może liczyć. Przynajmniej teraz. Na więcej… na więcej musiała zasłużyć.
— To źle? Że… robi się dobrze? — Powoli zamrugała, jakby robiła to w zwolnionym tempie. Miała trochę wolniejsze ruchy niż jeszcze minutę temu. Teraz próbowała być uważniejsza. Spoglądać na niego trzeźwiejszym okiem, choć to było niemożliwe. — Jest miło, kiedy jest… dobrze. Mogę sprawić, że będzie dobrze.
UsuńOpuszki palców znów musnęły jego skórę. Tym razem przy szyi. Sloane zdawała się być uważniejsza niż chwilę temu, choć głęboko w sobie wiedziała, że nigdy nie może do niczego dojść. Nie do tańca, nie do pocałunku, nie do czegoś… Z czego nie będzie odwrotu. Dziś te bariery zdawały się między nimi rozmywać. Nie doszłoby, najpewniej, do tego, gdyby była trzeźwa. Bo zwyczajnie w świecie by go tutaj nie było. Nie musiałby jej ratować przed samą sobą. Nie zatańczyłby z nią. Tak samo, jak nie zatańczył tamtej nocy. Odszedł, bo wiedział lepiej. Wiedział, że nie mogli sobie pozwolić na zbliżenie, które zniszczyłoby pewnie wiele. I równie dobrze wiedział, jak oboje się starali, aby do tego nie doszło, a wystarczyła noc jak ta, aby znów byli blisko. Nawet, jeśli tylko na moment. Nawet, jeśli tylko po to, aby za chwilę się odsunął.
Sloane przybliżyła się, układając mu dłoń na ramieniu. Zbliżyła usta do jego ucha. Była tak blisko, że niemal musnęła nimi jego ciepłą skórę.
— Chcesz… żeby było miło? — Przymknęła oczy, kiedy wśród tej całej mieszanki poczuła jego perfumy. Mocne, ale nieduszące. Wyraźne i tak cholernie jego. — Chcesz… wiem o tym. Widzę to. I…I czuję to.
sloane
Zawsze szukała kogoś kto będzie gotów do tego, aby rozpaść się razem z nią. Nigdy nie były to przypadkowe osoby. Zawsze musiał to być ktoś z kim Sloane wcześniej nawiązała relację. Poczuła cokolwiek więcej niż zwykłe lubię cię. Jednocześnie wiedziała, że z Ezrą tego dziś nie dostanie. Może nigdy tego z nim nie dostanie. Był dojrzały. Odpowiedzialny. Każdy jej wybuch złości potrafił uspokoić, choć nie zawsze udawało mu się to szybko. Gasił w niej potrzebę destrukcji siebie i świata. Samą obecnością. Tym, że po prostu był obok i zamiast mówić „nie” on dawał jej wybór. Mogła wejść w tę czarną dziurę, w której nie było nic poza pustką albo mogła zostać wciąż sobą i nie obudzić się następnego dnia czując obrzydzenie do samej siebie. Mówił prostymi słowami, ale takimi, które do niej trafiały. To jakie wyobrażenia jej podsuwał było wystarczające, aby nie chciała sięgać po więcej tego co wyniszczało ją najbardziej. Nie sięgała po wersje siebie, których skrycie nienawidziła, a do których wracała, kiedy wszystko inne wokół się waliło. Bo tylko z nimi potrafiła przez moment nie czuć. Nie była wtedy Sloane Fletcher. Nie była niczyją byłą żoną ani kochanką. Nie była córką, która zawiodła rodziców. Nie wiedziała kim wtedy była, ale w tych momentach problemy nie miały wstępu. Te uczucie było miłe, ale znikało wraz z przebudzeniem, a po nim nadchodziły wyrzuty sumienia i słowa, które wypowiedziała, a których nie dało się cofnąć żadnym „przepraszam’.
OdpowiedzUsuńPokiwała w zgodzie głową. Skoro tak mówił, to tak właśnie musiało być. Miło i wystarczająco. Nie musiała robić nic więcej. Nie musiała się przed nim bardziej starać. Było dobrze.
— Mhm. — Przytaknęła gubiąc powoli słowa, których już nie chciała mówić. Powtarzać po raz kolejny tego co padło w ciągu tych kilku minut tańca.
Jeszcze przed wejściem na tamten stolik było dobrze. To ten moment ją rozbił. Bardziej niż się spodziewała. Nie chodziło o Cadena i te dziewczyny, które siedziały mu na kolanach. Chodziło o to, co próbował z niej zrobić. Kogo próbował z niej zrobić. A ona mu się poddała, bo wiedziała, że gdyby odmówiła to już by jej nie chciał. A Sloane potrzebowała uwagi mocniej niż gotowa była to przyznać. Nawet, jeśli miała pochodzić ona od kogoś tak śliskiego i podłego jak Caden. Dał jej to, czego nie mogła znaleźć u Ezry. Bo się przyjaźnili. Choć nie, nawet tego jej nie dawał. Był zastępstwem. Pustym, nijakim. Łatwym do zapomnienia. Nie był nim. Nie był nikim. On po prostu był. Wiedział, gdzie położyć dłoń. Kiedy ją pocałować. Co najczęściej robił, gdy ktoś mógł zobaczyć. Sloane sobie wmawiała, jak ostatnia idiotka, że to dla jej bezpieczeństwa. Prowadził przez zbiór paparazzi i fanów, chciał dla niej dobrze, ale to przecież nie była prawda. Nie dbał o nią. Nie znał jej. Nie wiedział, że lubi pić latte macchiato z syropem klonowym, ale nienawidzi espresso. Nie wiedział o niej nic, a ona wciąż i tak się go trzymała. Bo dawał jej uwagę. Złudne poczucie, że jest coś warta i trzymała się tego kurczowo, bojąc się, co się stanie, kiedy zostanie sama.
Sloane dała mu się prowadzić. Powoli już traciła zainteresowanie tańcem, ale przede wszystkim on wiedział co teraz robić. Sloane mogła kołysać biodrami, ale robiła to do rytmu, który wybrzmiewał w jej głowie. Nie do tego, co leciało z klubowych głośników.
W jej głowie piosenka była wolniejsza. Skupiona na dwójce ludzi, którzy czegoś od siebie chcą, ale po co nie sięgają. Mimo, że są tego tak blisko i wystarczyłby jeden krok. Jedno dłuższe spojrzenie, aby te wszystkie mury, które wokół siebie zbudowali runęły. I żadne sobie na to nie pozwalało. Ezra bardziej niż Sloane. Poszłaby za tym upartym pragnieniem w sekundę. Byle tylko poczuć go bliżej. Ale nie mogła i nawet teraz, choć zamroczona substancją, o tym wiedziała. Mogła pragnąć, mogła dotknąć, ale… Ale nie mogła mieć. Nie ważne, jak bardzo mogłaby tego chcieć.
Wystarczająco.
Jedno krótkie słowo wystarczyło, aby Sloane skinęła głową, a tę potem oparła o jego ramię. Była wystarczająca. Przynajmniej tego wieczoru. Przynajmniej na chwilę. Nawet, jeśli skłamał, to tego nie zauważyła. Była zbyt daleko, aby zauważać takie rzeczy, ale przecież Ezra by jej nie okłamał. Nigdy jej nie okłamał. Może jeszcze tego nie zrobił, a może nigdy nie miał zamiaru sprawić, aby zaczęła w niego wątpić.
UsuńMogłaby to zrujnować w moment.
Zacząć upierać się przy swoim. Spróbować go pocałować. Nie chciała tego robić tutaj i w ten sposób. Nie wiedziała, dlaczego, ale… Ale już dawno doszła do wniosku, że jeśli cokolwiek miało się między nimi wydarzyć naprawdę to w miejscu, gdzie nie będzie innych. Tak, aby nikt nie stanął im na przeszkodzie. Gdzieś, gdzie będą jedynymi osobami, które istnieją.
— I jak… Jak chciałbyś, żeby było dobrze? Jeśli nie tak… to o czym myślałeś? — Podniosła głowę. Nie tyle co z trudem, ale z opóźnieniem. Wciąż jeszcze była tu obecna. Wciąż starała się nie odejść zbyt daleko, choć jej umysł myślami wędrował po planetach, które nawet nie miały nazw. — Możesz mi to pokazać?
Nie chodziło jej o to, aby ją pocałował. Choć mógłby to zrobić. Nie protestowałaby.
Sloane miała wiele rzeczy na myśli. Nie chciał tego zrobić jej kosztem i bez tego co płynęło w jej żyłach by to zrozumiała. Ale teraz? Teraz nawet nie brała tego pod uwagę.
— Chcę być tylko z tobą. — Nie musiała szeptać. Nikt nie byłby w stanie usłyszeć ich rozmowy. Nie, kiedy ci wszyscy ludzie byli na tych samych prochach co ona lub na czymś gorszym. Tu każdy był zajęty sobą. — Pójdźmy gdzieś… Gdzie będziemy tylko my. Ty i ja, ja i ty… i coś zimnego.
Roześmiała się pod nosem, jakby właśnie opowiedziała zabawny żart, a potem odchyliła głowę do tyłu. Nawet nie próbowała się go trzymać. Ufała, że jej nie puści. Zakręciło się jej od tego w głowie, a nogi lekko się ugięły i zmieszały między sobą, jakby nagle straciła możliwość do stania prosto. Złapała za materiał jego koszulki, aby się wyprostować i spojrzeć mu prosto w oczy.
— Chcę wyjść z tobą. Gdzieś… daleko stąd.
sloane
Sloane po wypowiedzeniu swojej prośby nie powiedziała nic więcej.
OdpowiedzUsuńSpoglądała na Ezrę swoimi piwnymi oczami, choć obecnie ich kolor nie był już tak widoczny, jak zazwyczaj. Źrenice miała rozszerzone, zakrywały niemal cały kolor miodowych oczu blondynki, które nieraz patrzyły na niego z wściekłością, aby za chwilę spojrzeć z uwielbieniem i czystym porozumieniem, które osiągnęli poprzez tygodnie spędzone razem w zamkniętym studiu, gdzie pracowali do późnych godzin, a czasem aż do ranka. Teraz jednak nie było w nich tego, co Ezra tak dobrze mógł znać z poprzednich wspólnie spędzonych chwil. Z jednej strony była obecna ciałem, ale jej duszy tu dawno już nie było. Rozpłynęła się w momencie, kiedy stała się atrakcją dla Cadena i jego kumpli – równie śliskich i nieprzyjemnych co on sam. Mimo słów, które wypowiadała nie była nawet tą Sloane, która nie pragnęła jego uwagi z potrzeby bycia zauważoną, a z tego niewytłumaczalnego dla samej siebie pożądania, które ją ogarniało, kiedy tylko znajdowali się w swoim towarzystwie i pozwalali sobie na to, aby poczuć coś więcej niż tylko tą drobną ekscytację, kiedy niby to przypadkiem ich dłonie się zetknęły. Pamiętała te momenty aż za dobrze. W pustym studio, gdzie mogli pozwolić sobie na dodatkowy ruch, ale którego nigdy nie wykonali. Mimo, że ciała od wewnątrz płonęły, aby coś zrobić. Wśród ludzi wcale nie było inaczej. Trwało to jednak krócej. Wystarczająco, aby Sloane mogła wyobrazić sobie jego oddech na karku i zgubić się w znajomych oczach, ale zbyt krótko, aby mógł to dostrzec ktokolwiek poza nimi.
Uśmiechnęła się, kiedy znów powiedział te swoje „hej”.
— Tak, już wystarczy. — Westchnęła w zgodzie. Była gotowa, aby w końcu odpuścić i wrócić powoli do rzeczywistości, w której nie będzie tego wszystkiego co działo się dzisiaj. — Możemy już iść? Chciałabym już stąd iść.
Basy stały się przytłaczające. Zbyt głośne. Zbyt mocno drgała od nich skóra. Podłoga się trzęsła. Światła stały się zbyt wyraziste i kolorowe. Zaczynały jej przeszkadzać. Miała dość tego, że ktoś się ciągle o nią obijał. Śmiechu ludzi, kiedy ona wcale nie była zadowolona.
— Kocham zimną colę. — Roześmiała się. Nie dodała, że musi być bez cukru. Nie, bo dbała o linię. To oczywiście też, ale ta zwykła była zbyt słodka i tak przyzwyczaiła się do tej wersji, że inne już nie smakowały jej tak dobrze.
Wplotła palce w jego dłoń. Zbyt mocno, jak na stan w jakim się znajdowała. Tak, jakby nie chciała, aby teraz Ezra ją puścił chociaż na krótki moment. Nie mógł jej teraz puszczać. Zrobiła ten pierwszy krok, którego od niej wymagał. Nie musiał powiedzieć ani słowa. Ona po prostu wiedziała, że Ezra chce, aby to ona zadecydowała. Nie patrzyła, dokąd idą. Czasem szła obok niego, a czasem jej krok zwalniał i zostawała z tyłu, a on tylko się zatrzymywał i czekał, aż do niego dołączy. Na schodach był mały problem. Wejście po nich zajęło im zdecydowanie zbyt wiele czasu, ale w końcu dotarli na taras.
Sloane odetchnęła głęboko, kiedy świeże powietrze w nią uderzyło. Było tu cicho i spokojnie. Żadnych ludzi, którzy mogliby się jej przyglądać i plotkować. Żadnego Cadena. Tylko odległe głosy miasta. Świecące pod ich stopami.
Sloane, kiedy zatrzymała się w miejscu na moment lekko zachwiała się na nogach, ale Ezra był szybszy. Podtrzymał ją za ramiona i nie pozwolił na upadek. Nawet tak mały. Uśmiechnęła się lekko, kiedy ciężki materiał marynarki opadł na jej ramiona. Westchnęła bezgłośnie, a głowę zwróciła w stronę Ezry.
— Ktoś mi kiedyś powiedział, że chciałby mnie zobaczyć tylko w marynarce. — Mruknęła. Niemal zaskoczona, że pamiętała teraz takie rzeczy. — Ale z sukienką chyba też wygląda nieźle, co?
Odebrała od niego butelkę z colą. Butelka była zimna, a napój dokładnie taki, jaki chciała. Po pierwszym łyku zauważyła, jak bardzo spragniona była. Zamiast jednego wypiła prawie połowę. Nie na raz. Robiła przerwy, ale połowa napoju zniknęła.
Niedbale otarła usta wierzchem dłoni. Ściągnęła resztki błyszczyku oraz krople sody. Wszystko tutaj było takie… Żywsze. Jeszcze nie była pewna, czy jej się to podoba, czy zacznie ją to jednak przytłaczać.
W ciszy nie mogła zniknąć. W ciszy rodziło się więcej pytań. Pojawiały myśli. Cisza nie była dobra.
UsuńPrzeniosła wzrok z miasta na Ezrę.
Słyszała jego pytania, ale nie odpowiedziała od razu.
— I wrócić do pustego domu? — Czekała tam na nią Rue, ale… Ale to nie było to samo. Sloane odetchnęła głębiej, jakby zbierała się do powiedzenia czegoś, czego bardzo nie chciała. — Poradzę sobie.
Nie poradzi. Gdyby wyszedł, gdyby się jej naprawdę posłuchał, Sloane wróciłaby do klubu. Po kolejną dawkę czegoś co pozwoli jej nie myśleć. Pokręciła głową i westchnęła ciężko.
— To było żałosne… wszystko jest żałosne.
sloane
Naprawdę chciała, aby tak wyglądało jej życie?
OdpowiedzUsuńKolejne imprezy nad którymi nie miała żadnej kontroli? Mężczyzna, który widzi w niej zabawkę i trofeum, a nie kogoś wartego przynajmniej polubienia? Ukrywane przed światem spojrzenia w stronę innego, którego mieć nie może? Znów chciała wejść w te samo bagno, z którego ledwo wypłynęła na powierzchnię? Przecież to był schemat, który Sloane doskonale znała z przeszłości. Popełniała dokładnie te same błędy, które po dziś dzień ją śledziły. Robiła te same rzeczy, których nie potrafiła strząsnąć ze swoich ramion. Przez, które nie mogła spać ani normalnie funkcjonować.
Podeszła bliżej do barierek. Jeszcze bez tego zewu, który zawsze kazał wychylić się jej odrobinę zbyt mocno. Postawiła butelkę z colą z boku. Spoglądała na miasto przed sobą. Miliony różnych istnień. Każde ze swoimi problemami. To zawsze ją fascynowało. Jak wiele ludzi jest w mieście. Jak wiele żyć jest prowadzonych. Jak miliony ludzi miało większe problemy niż ona. I nie wszyscy uciekali do używek, aby zapomnieć. Oni sobie po prostu radzili z tym, co się działo.
— W końcu. — Westchnęła z teatralną przesadnością. — Przyznajesz mi rację i nie kwestionujesz moich modowych wyborów.
Prychnęła pod nosem, jakby to naprawdę było największe osiągnięcie, jakie mogła przy nim zdobyć.
Sloane zerknęła w jego stronę. Spojrzała mu w oczy. Widziała, a może sobie wmawiała, że się waha przed tym co powiedzieć. Dobierał słowa ostrożniej niż zwykle. Prawda była taka, że jedno złe mogło ją z powrotem wrzucić w wir tych złych decyzji. Jego bądź jej.
Kiedy się przybliżył nie pozwoliła sobie na żaden gwałtowny ruch. Pozwoliła sobie na to, aby jej wzrok przesunął się po jego sylwetce, ale zatrzymał na jego oczach. Tych, których dziś się tak łapczywie łapała przy każdej możliwej okazji. Były znajome. I jeszcze ani razu nie widziała w nich rozczarowania. Nawet, jeśli na nie zasłużyła.
— Było. Ale zgaduję, że dżentelmen taki, jak ty nigdy się do tego nie przyzna. — Odpowiedziała z wesołym uśmiechem, a przynajmniej starała się, aby ten uśmiech był wesoły. Nie wyszło jej do końca tak, jakby tego chciała. — Zawsze wiesz co powiedzieć. Jak się zachować… Idealna partia.
Miał rację, której bardzo nie chciała mu przyznawać. Dawniej Sloane by się nie zatrzymała. Dopiero w tej ostatniej chwili, kiedy byłoby za późno, aby cofnąć cokolwiek. Nie wycofała się teraz też sama. Być może, gdyby nie Ezra to zrobiłaby coś gorszego na tym stole. Może faktycznie… Nie. Nie, to było niemożliwe. Miała granice. I to takich, których nigdy by nie przekroczyła. Nie dla siebie, a już na pewno nie dla żadnego mężczyzny.
— Nie, Ezra. To nie jest prawda. — Westchnęła. Zacisnęła dłonie na barierce i pochyliła się lekko w dół, jakby potrzebowała złapać oddech. — Jeśli ktoś to zobaczył… Nagrał… To będzie powrót do punktu zero. I to był powrót… Tylko na mniejszą skalę.
Wyprostowała się powoli i spojrzała na niego z opóźnieniem. Miał w sobie zbyt dużo spokoju, którego ona nigdy nie potrafiła odnaleźć w sobie. Kiedy to zrobiła marynarka faktycznie trochę się zsunęła. Szepnęła ciche dziękuję, kiedy ją poprawił na jej ciele.
— Może masz rację… Ale nie mogę ciągle prosić o pomoc. — Prędzej czy później nawet on się zmęczy tym, jaka była. — Powinnam radzić sobie sama. Nie upokarzać się przed każdym kto przez pięć minut pomyśli, że jestem może warta czegoś więcej niż tylko szybkiego numerku. — Mruknęła ponuro pod nosem. Nie patrzyła już na miasto ani na niego. Nigdzie nie patrzyła.
Przesunęła dłońmi po jego marynarce. Pamiętała, w której kieszeni nosił papierosy i zapalniczkę. Wiedziała, że w paczce może znaleźć coś weselszego niż zwykły papieros. Ale nie była pewna, czy na pewno tego chce. Wyciągnęła ją z wewnętrznej kieszeni. Nie pytała o zgodę, bo jej nie potrzebowała. Podałby jej sam, gdyby nosił ją na sobie.
Usuń— Poczęstuję się.
Otworzyła ją i wyjęła papierosa. Ruchy miała trochę chaotyczne. Zbyt szybkie, aby były poprawne. Nie sięgnęła nią w jego stronę. Zbyt skoncentrowana na tym, aby odpalić papierosa, ale nie współgrała z nią zapalniczka. Nie trafiała palcem, dłonie jej drżały, a frustracja tylko narastała.
— Wiesz co jest zabawne? — Mruknęła wciąż walcząc z głupią zapalniczką. — Już to kiedyś słyszałam. I wiesz co się okazało? — Poderwała głowę, aby na niego spojrzeć. Wyciągnęła papierosa z ust. — Że jestem jebanym problemem. Przechodziłam przez to, więc możesz przestać udawać, że jesteś lepszy od innych i skończyć bawić się w zbawcę Sloane.
sloane
Sloane przewróciła oczami, kiedy jej odpowiedział. Bo znowu miał rację. Znowu miał pieprzoną rację, a Sloane musiała mu ją przyznać. Nawet, gdyby nie odezwała się nawet jednym słowem to oboje wiedzieli, gdzie leży prawda.
OdpowiedzUsuń— Wiele rzeczy między sobą ustaliliśmy i się jakoś ich nie trzymamy. — Rzuciła w odpowiedzi wzruszając ramionami. Raz zachowywał się jak przykładowy facet, który nie zerknie nawet w stronę głębokiego dekoltu, a innym razem potrafił pożerać wzrokiem i sprawić, że tylko ten wzrok wywoła płonące policzki, a język zacznie się plątać. Sloane się przy nim próbowała kontrolować, ale nigdy jej tego nie ułatwiał. Nie robił tego specjalnie, to się działo samo, ale wystarczyło, żeby szumiało jej w głowie.
Zwróciła swoje spojrzenie na mężczyznę. I dostrzegła w jego oczach to samo, co wtedy w klubie, gdy nosiła na sobie sukienkę od niego. Czy może sobie to tylko wymyśliła? Ubzdurała to sobie, aby poczuć się lepiej? Cały świat się jej teraz przecież zawalił, a Sloane była dobra w szukaniu zastępstwa, aby się pocieszyć. Z tym, że kiedy patrzyła na Ezrę nie widziała w nim zastępstwa. Nie wiedziała, co widziała, ale nie było to nic chwilowego.
— Wychodzi ci. Ten przyzwoity człowiek. — Dodała. Bo faktycznie, wychodziło mu to. Mogła mu zarzucić wiele, jednak nigdy nie to, jak ją potraktował. Jeśli ktoś komuś miał to zarzucić to prędzej Ezra Sloane, a nie na odwrót.
Sloane na sekundę wstrzymała oddech, kiedy się zbliżył. Wyciągnął zapalniczkę z jej dłoni i odpalił dla niej papierosa. Była sfrustrowana, ale zaciągnęła się, a końcówka zajarzyła się i powoli zaczęła dymić. Sloane cofnęła się o krok, jakby chciała w ten sposób zbudować między nimi delikatny dystans. Znowu to robił. Mącił jej w głowie. W najgorszej możliwej chwili.
Słuchała go, choć wcale nie chciała. Nie chciała słyszeć tych wszystkich rzeczy, które jej mówił. Tej prawdy, przed która od zawsze uciekała, a z którą nie umiała się zmierzyć. Jakaś jej część tego chciała. Nie, bo to było poprawne czy tak trzeba zrobić. Ale dlatego, że to było znajome. Wróciłaby na salę, gdzie odnalazłaby Cadena. Byłaby najmilszą dziewczyną na świecie. Słodko zmanipulowała każdym „przepraszam”, choć to nie ona miała tu przepraszać, a potem sięgnęłaby do jego kieszeni po te małe metalowe pudełko, gdzie trzymał różne przysmaki.
— Nie mam za co przepraszać. — Syknęła jak we własnej obronie. Jakby to siebie, a nie jego próbowała przekonać, że nie zrobiła absolutnie nic złego. Że była tylko dziewczyną, która chciała się dobrze pobawić, a nie, że znowu stała się tą ponurą wersją siebie, która potrzebuje środków odurzających, aby cokolwiek poczuć.
Mówił te wszystkie rzeczy, które celowały dokładnie tam, gdzie powinny. Nie w jej serce, choć te teraz drgało niespokojnie, ale z zupełnie innych powodów. Celowały do umysłu. Do miejsc, które próbowała zamknąć przed sobą i przed nim, aby nie zobaczył przypadkiem czegoś więcej. Choć on widział już niemal wszystko. Niekoniecznie z nią, ale z innymi ludźmi, a może we własnym odbiciu.
— Jakbyś nie zauważył, ale nie mam czasu na tygodniowe imprezowanie w Vegas czy na Ibizie. — Warknęła. Tyle. To mu musiało wystarczyć za odpowiedź. Nie zniknie przecież. Choć taki scenariusz również przez jakiś moment istniał. Zatopić się w tłumie, ale czy ona potrafiła to zrobić? Zawsze się wyróżniała. Nawet, jeśli nie wyglądem czy strojem to energią, która od niej bila.
Tak bardzo chciała być dla niego dobra. Nie tą dziewczyną, która ucieka przed obowiązkami. Nie Sloane, która we wtorkowy wieczór po pigułkach wzięła ślub i nie wiedziała o tym przez kolejny miesiąc. Nie dziewczyną, która nie ma swojego życia ogarniętego.
Dla niego chciała być lepsza. Dla samej siebie chciała być lepsza, a teraz znów znalazł się na tej ścieżce, która prowadziła prosto do destrukcji.
— Nie wiem. Może to chwila załamania, a może za dwa dni już mnie nie będzie. Bez znaczenia.
Wzruszyła ramionami. Jakby to naprawdę nie miało znaczenia, choć oboje wiedzieli, że ma. Sloane wcale nie zrobiła kroku w tył. Nie wracała do starych schematów. Nie tak naprawdę. Sloane po prostu… Zachwiała się na moment. Straciła równowagę, ale nie upadła. Nie tak, jak zrobiłaby to dawniej.
UsuńKiedy się zbliżył w pierwszym odruchu miała ochotę zrobić krok do tyłu. Ale nie cofnęła się. Rozchylił marynarkę, a Sloane przez moment nawet nie drgnęła. Był znowu za blisko. Tak blisko, że czuła jego obecność i znacznie więcej. Pozwoliła sobie na chwilę przymknąć oczy. Wyobrazić sobie… Coś czego nie powinna, a potem się odsunął. Wyjął to czego potrzebował i ją zostawił.
Sloane nic nie mówiła. Może nie chciała, a może nie potrafiła wydusić z siebie słowa.
Patrzyła mu na twarz, kiedy odpalał jointa. Cienie płomieni zatańczyły mu na twarzy. Sloane przez moment się nie odzywała, jakby wyczuła, że on również potrzebuje na moment się odsunąć od tego wszystkiego.
— Nie chcę już tych poślizgów.
Była nimi zmęczona i jednocześnie nie wiedziała, jak ma się od nich uwolnić. To było jedyne co znała. Jedyny sposób ucieczki przed tym co bolało. Choć to następne poranki dopiero bolały, kiedy docierało to niej wszystko lub większość.
Nieświadomie się do niego zbliżyła.
— Dlaczego, Ezra? — Nie doprecyzowała o co pyta, a pytała o wszystko. Dlaczego mu zależy, dlaczego ciągle ją ratuje przed samą sobą, dlaczego nie może zostawić jej w spokoju ani dać tego, czego oboje od siebie chcą, dlaczego ciągle jest obok, choć oboje wiedzą, że nie powinien. Dlaczego, ktoś taki jak on, pozwala sobie na balansowanie nad przepaścią dla kogoś takiego jak ona?
sloane
Zaciągnęła się w końcu papierosem, a ostry dym podrażnił jej płuca. Przetrzymała go w nich chwilę dłużej, zastanawiając się właściwie nad wszystkim. Wcale nie trzeźwiała. Było jej do tego daleko, ale kiedy zeszli z parkietu, kiedy przestało być głośno to ze Sloane zniknęła cała miękkość, która w niej jeszcze chwilę temu była. Zupełnie, jakby ktoś przełączył w niej tryby i teraz znów musiała uważać. Już nie mówiła mu, że jest piękny, choć dalej tak uważała. Już nie wtulała się w jego ciało. Zrobiłaby to, gdyby dał jej na szansę.
OdpowiedzUsuńSloane stała do mężczyzny przodem. Podobnie, jak on bokiem opierała się o barierkę. Kiedy wypuszczała dym odwracała głowę, aby nie dmuchać mu nim prosto w twarz. Może nie miała wszystkich manier wykutych na pamięć, ale miała ich w sobie dość, aby nie dmuchać mu nim w twarz.
— Oczywiście, że się trzymamy.
Dobrze wiedzieli, że to kłamstwo. Niby nic nie robili, ale od kiedy potrzebne były między nimi fizyczne akty, aby poczuli to samo napięcie? Sloane naprawdę się starała i przez większość czasu jej to nawet wychodziło. Tylko, że myślała o nim zbyt często. Od tamtego wieczoru w garderobie, kiedy go rozbierała. Niby niewinnie i niby z inicjatywą, aby zabawić się w stylistkę, ale to było znacznie więcej niż tylko chwilowe pożądanie ciała. Sloane chciała znacznie więcej. Choć nie potrafiła w żaden sensowny sposób wytłumaczyć sobie, dlaczego to jego tak bardzo pożąda. I to uczucie wcale w niej nie gasło, choć próbowała je stłamsić na dziesiątki sposobów.
— Jasne, nie mieszamy sobie w żaden sposób w głowie. — Mruknęła. Prawda była taka, że ona sobie najbardziej mieszała w głowie. Wiedziała, że między nimi do niczego nigdy nie powinno było dojść, a póki co dość dobrze trzymali się tego postanowienia, aby nie zbliżać się do siebie. — Nie robimy nic złego, prawda? Tylko patrzymy. Czasem staniemy za blisko… Nic skandalicznego. Jak moglibyśmy?
Uśmiechnęła się ponuro kątem ust. Mogła przysiąc, że przez jej głos przechodził wręcz żal, że to tak między nimi wygląda. I cholera, naprawdę byłoby łatwiej, gdyby chciała go zabrać do łóżka. Nie potrafiła tego sobie wytłumaczyć ani tym bardziej jemu. Gdyby to zrobili ona od razu chciałaby więcej, a Ezra chciałby wiedzieć czego dokładnie Sloane od niego chce, a odpowiedzi mu dać nie mogła. Nie takiej prostej, która wyjaśniłaby mu wszystko.
Przymrużyła oczy, co miało pomóc jej wyostrzyć obraz przed oczami. Czasami ten się zamazywał. Sylwetka Ezry rozmywała na tle rozświetlonego Los Angeles. Jeszcze w innej chwili miała wrażenie, że znajduje się całe metry od niej, a przecież był na wyciągnięcie ręki.
— Tak, zobowiązania. — Powtórzyła po nim. Miał rację, tamta Sloane nie dbałaby o to, że ma wywiady, sesje, że są poważne sprawy, które musi ogarnąć. Spakowałaby się albo i nie i zniknęła. Nie dałaby znaku życia przez tydzień albo dwa. Wróciłaby z wymówkami albo nie tłumaczyłaby się wcale. — Wolałbyś, żebyś spierdoliła bez słowa i zostawiła cię znowu na lodzie?
Uniosła brew. Do załatwienia. Telefon, potrzebowała telefonu. Miała go w ogóle ze sobą? Nie widziała go od paru godzin. Może był w aucie. Może ktoś jej go zabrał. Bez znaczenia chyba.
— Touché. — Mruknęła, gdy wypomniał jej byłego męża. Dilera. Jedno i to samo w końcu, nie? — Nie mogłeś się powstrzymać, nie? — Wypowiedziała go z jadem w głosie. Ze wszystkich rzeczy wzmianek o Carterze absolutnie teraz nie potrzebowała.
Sloane wzruszyła ramionami.
— To jest bez znaczenia.
Parę godzin temu mówiłaby coś zupełnie innego. Byłaby szczęśliwa. Tak prawdziwie i bez masek, jak w chwili, kiedy zdejmował ją ze stolika po jej małej przemowie czy jak szli do garderoby, a Sloane trajkotała mu nad uchem w zachwycie. Tymczasem śladu po tej dziewczynie nie było. Zniknęła. Ot tak, rozpłynęła się jak dym, który wypuszczali z płuc.
— Tak. Te wszystkie pieprzone „dlaczego”. — Warknęła i zrobiła krok w jego stronę. Zauważyła, że cierpliwość się w nim kończy, a ona tylko to przeciągała coraz bardziej. — Nie jesteś moim przyjacielem, choć próbujemy udawać, że to działa i nam pasuje „bycie przyjaciółmi”.
Usuń— Nie jesteś moim chłopakiem, aby za mną biegać i pilnować ani ochroniarzem. — Bo nie wierzyła, że mógł tu być z własnej woli. Nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że faktycznie mógłby być obok dlatego, że chce, a nie bo ma wobec niej zobowiązania. — Pytam, bo nie wiem, Ezra! Możesz być wszędzie. Z dziewczynami, które nie będą się staczać i ćpać za twoimi plecami. Nie prowadzają się z idiotami. W domu, gdzie nie musiałbyś się martwić co dziś odjebie Sloane. Z kim skończy i gdzie obudzi się rano. Gdziekolwiek!
Ciężej oddychała. W końcu wypuszczała z siebie słowa, które trzymała trochę zbyt długo w swojej głowie. Od dawna chciała wiedzieć. Mimo, że odpowiedzi miała tuż pod nosem, ale zdawało się, że nie chce ich zauważać. Albo czeka, aż jej powie. To jego chciała zmusić do pierwszego kroku.
— Kim dla ciebie jestem, Ezra? — Spytała już ciszej i bez unoszenia głosu bez potrzeby. — Dziewczyną, którą chcesz, ale nie możesz mieć? Kłopotliwą wokalistką, której trzeba pilnować, żeby twoje nazwisko nie ucierpiało? Kim chcesz, żebym była?
Nie pytała, bo mogła przybrać odpowiednią rolę w zależności od potrzeby. Zapytała, aby jakoś poukładać sobie w głowie wszystko co się wydarzyło. Nie tylko dziś, ale również wcześniej.
— Przyznałam ci rację… że nie mieszamy sobie w głowie. — Pokręciła głową z ciężkim westchnięciem. — Ale to nie prawda. Ty… Ty mieszasz mi w głowie. Pojawiasz się, mówisz wszystkie poprawne rzeczy. Miałeś być tylko moim producentem, ale oboje wiemy… że jesteś kimś więcej.
sloane
Nie powinna była mu tego wszystkiego mówić. Żadnych wyjaśnień nie był jej przecież winien, prawda? Ezra nie obiecywał jej tak naprawdę niczego, więc czego niby Sloane od niego chciała? Próbowała, ale nie potrafiła zostawić go w spokoju. Wystarczyło, że spojrzał na nią przez kilka sekund dłużej niż było to konieczne, a jej głowa zaczynała wariować. Pojawiały się pytania, na które nie mieli odpowiedzi. Scenariusze, które nigdy się nie spełnią. Lubiła sobie wyobrażać dużo i wiele. Zbyt często to robiła, ale z nim? To było nowe. Może trwało parę tygodni, od Super Bowl, ale aż do dziś miała to pod kontrolą. Do dziś nie próbowała już z nim żadnych sztuczek, nie przeciągała niepotrzebnie spojrzeń. Była obecna, ale nie dała sobie ani jemu ten satysfakcji i nie karmiła tego napięcia między nimi bardziej niż to było konieczne. Zauważała je, ale nie robiła z nim absolutnie nic. Bo tak uzgodnili. Bo tak będzie dla wszystkich lepiej. Bo podobno tak zachowują się dorośli ludzie, a ona nie chciała, aby widział w niej tę samą dziewczynę, którą poznał na tamtym tarasie w grudniu. Dziś miała być już zupełnie inną wersją samej siebie. Dziś miała być lepsza.
OdpowiedzUsuńSloane już nie dbała o to, czy są tu sami czy ktoś ich usłyszy. Równie dobrze mogło usłyszeć ich całe Los Angeles, a i tak nie zrobiłoby jej to żadnej różnicy.
To źle? Przez moment przetwarzała w głowie te dwa słowa. Tylko tyle. Dwa krótkie słowa. Pięć liter łącznie. To źle?
— Nie, to zajebiście dobrze. — Głos miała mętny, nijaki wręcz. Gotowa była zrobić już krok w tył. Mimo tego, że głowę miała ciężką i daleką od spokoju, to rozumiała, że ta rozmowa nie doprowadzi do niczego. Nie będzie miała zakończenia, które się jej spodoba.
Wzruszyła ramionami, jakby nie zrobiła nic takiego.
Już nie wiedziała, co Ezra sobie myśli ani co mówi, bo nie mówił nic wprost. Nie nadawała się obecnie do tego, aby radzić sobie z niedopowiedzeniami. Sama grała w tę grę. Nie mówiła nigdy wprost, ale oczekiwała od innych, że będą z nią szczery i nie zagrają w tę samą grę. Tymczasem znalazła się z Ezrą na jednej planszy i nie było już pewne do kogo należy kolejny ruch.
— Nie, nie mylisz się. — Już nie patrzyła na niego, kiedy to mówiła. Odwróciła się w stronę miasta i zerknęła w dół. Nie pamiętała, na którym byli piętrze. Trzydzieste? Dwudzieste? Może więcej, a może mniej. Nie było to teraz ważne. Ludzi w dole nie było dobrze widać. Jedynie niezbyt wyraźne kropki, które się poruszały pod budynkiem. — Nie chcę, żeby wracała.
Sloane najchętniej odcięłaby się od tamtej dziewczyny. Zrobiła coś, aby już nigdy więcej jej nie widzieć w lustrze. Tylko, że ona była już częścią blondynki. Była kimś kogo nie da się zapomnieć ani zostawić na długo w tyle.
Zaciągnęła się ostatni raz papierosem, zanim go zgasiła. Większość spaliła się sama, bo była zbyt zajęta wyrzucaniem z siebie kolejnych słów, aby palić. Wrzuciła niedopałek do popielniczki, która stała z boku.
Spojrzała na Ezrę, a w pierwszej chwili nie była pewna, czy dobrze go usłyszała.
— I co? Myślisz, że robię sceny, bo nie chcesz mnie przelecieć? — Roześmiała się. Gorzko i długo, jakby właśnie naprawdę usłyszała wybitny żart, choć do prawdziwego śmiechu było jej cholernie daleko. — Że jestem aż tak żałosna? Tak mnie widzisz?
Zacisnęła mocno zęby. Nie tyle, aby wstrzymać się przed wypowiedzeniem kilku słów. Tylko chciała mu dać przestrzeń, aby powiedział wszystko co w nim siedziało. Bo nie chciała przyznać, że gdyby zaczęli ze sobą sypiać to chociaż mogłaby znaleźć wytłumaczenie na to, dlaczego jej pilnuje, kiedy może być w zupełnie innym miejscu w Los Angeles. Sloane nie dopuszczała do siebie myśli, że ktoś bezwarunkowo mógł o nią dbać. Nie, bo była dobrą inwestycją. Nie, bo rozbierała się na zawołanie. Wiedziała przecież jaka jest. Wiedziała, że nie jest łatwa w obyciu. I widziała wielu ludzi odwracających się, bo już zwyczajnie mieli jej dość. I zawsze czekała, aż ci którzy kręcą się przez chwilę zaczną zauważać jej wady i zaczną się wycofywać. Czekała, aż Ezra to zrobi, bo wtedy będzie mogła wyrzucić to „a nie mówiłam” i udowodnić swoją rację.
Sloane nie pozwoliła sobie nawet na ułamek reakcji.
UsuńJeszcze sobie na to nie pozwalała. Z każdym jego kolejnym słowem coraz bardziej przekonywała się, że to wszystko to był błąd. Pójście z nim do tej garderoby. Dotykanie go i zamiana ich relacji w coś zupełnie innego. Już wtedy widziała, że tego pożałuje, ale nie sądziła, że to się wydarzy tak szybko.
— A jesteśmy? — W jakimś stopniu na pewno. Sloane lubiła w ten sposób o nim myśleć, ale… Jednocześnie nie potrafiła. Nie, kiedy przyjaźń to nie była jedyna rzecz, której od niego chciała. — Przynajmniej teraz brzmisz na szczerego. Raczej nie podpisywaliśmy kontraktu, bo chciałeś się ze mną zaprzyjaźnić, co? Chciałeś zarobić. Zarabiasz. Pilnujesz biznesu.
Miała ochotę się roześmiać z tego do jakiej roli sprowadziła samą siebie. Zachowywała się tak, jakby naprawdę nie widziała tego, jak ich relacja przez te miesiące się pozmieniała. Że to to wcale nie była tylko transakcja biznesowa. Muzyka, płyta – cała reszta – to wciąż było ważne, ale przecież dawno przestało chodzić tylko o to, jak oboje wypadną na czerwonym dywanie.
— Przynajmniej wszystko sobie wyjaśniliśmy, panie producencie. — Powiedziała chłodno półgłosem i z dziwny trudem. Jeszcze kilka godzin temu wpadła mu wesoło w ramiona ciesząc się tym koncertem. Szukała go wzrokiem w tłumie, a teraz… teraz wydarzyło się coś czego prawdopodobnie nie da się cofnąć.
Sloane gotowa była już odpuścić. Zamknąć się i przesiedzieć resztę nocy w milczeniu. Tylko potem powiedział coś, czego się kompletnie nie spodziewała. Sloane powoli zamrugała, jakby tym samym się upewniała, że dobrze go usłyszała.
Słyszała wszystko. Nawet to co wypowiedział do siebie.
Kiedy teraz na niego patrzyła to nie widziała swojego producenta. Nie widziała też faceta, którym była… Co zauroczona? Nie widziała faceta, który się jej podobał. Poczuła się tak, jakby stojący przed nią człowiek był kimś kompletnie obcym, a każde słowa, które wypowiadał miały zranić.
I to zrobiły.
Nie zastanowiła się nad tym, co robi. To był impuls, nad którym nie zapanowała. Dłoń blondynki przecięła powietrze. Szybko i sprawnie, a jak na zawołanie wszystkie odgłosy miasta czy klubu, który jeszcze przez chwilę zdawało się, że pulsował całym budynkiem ucichły. Dłoń Sloane uderzyła o policzek Ezry. Nie myślała o swojej sile, ale poczuła pieczenie na dłoni, która zaczęła drżeć od tego piekącego bólu.
— Tak, bo tego właśnie potrzebuję. Zostać przelecianą i porzuconą. Może wrócę do niego. Wezmę coś jeszcze, a potem przeproszę, bo przecież wszystko to moja wina. — Wycedziła każde słowo z osobna i powoli. — Dziękuję, za przypomnienie mi, gdzie moje jest.
sloane
Tak naprawdę wcale nie chciała powiedzieć tego wszystkiego. Nie wierzyła w to, a przynajmniej nie przez większość czasu. To oczywiście nie było żadne wytłumaczenie na to, co właśnie zrobiła. Dłoń ciągle jej drżała od uderzenia. Wnętrze było czerwone. Nie była pewna, jak wiele siły w to włożyła, ale nie mogło ono należeć do najlżejszych. W takich momentach nigdy się nie hamowała i nie panowała nad siłą, którą miała w dłoni. Pierścionki, które miała na palcach nie pomogły w niczym. Pożałowała tego w dokładnie tej samej sekundzie, w której to zrobiła, a między nimi zapadła cisza, której nie mogło nic przeciąć.
OdpowiedzUsuń— Może już wszystko poszło w cholerę. — Jak po tym niby dalej miała z nim pracować? Spędzać godziny w studio? Robić cokolwiek co wymagało przebywania z nim w jednym miejscu, kiedy już teraz przebywanie w jego obecności było tak zajebiście bolesne? — Może to wszystko to był błąd.
Nie myślała w ten sposób. Nie tak naprawdę. Napędzała się teraz sama i próbowała go tylko zranić. Odsunąć się czym dalej od tego mężczyzny i odciąć w pełni od wszystkiego co ich łączyło, aby ta obojętność, którą sobie na pewno zaserwują nie bolała tak bardzo. Przekroczyła granicę. Jednak nie tę, za którą kryła się słodka przyjemność. Nie mogła się łatwo z tego wycofać. Rzucić głupim „przepraszam” i liczyć, że to wystarczy, a Ezra jej przebaczy, bo przecież w przeszłości wszyscy inni jej przebaczali, więc on również musi. Tylko, że jak wspomniał to on wcale nie pasował do scenariuszy, które sobie przygotowała. Nie był człowiekiem, który podążał jej schematami. Może miał swoje własne, a może nie robił nic według schematu tylko według tego na co miał ochotę.
Stała tak z zaciętą miną, bo wszystko – każde pieprzone słowo – co Ezra mówił było prawdą, na którą Sloane nie była gotowa. Jedyną osobą, z którą Sloane naprawdę mogła o wszystkim porozmawiać był teraz Ezra. Słuchał, kiedy gadała o czymś totalnie odklejonym, choć miał tę swoją pobłażliwą minę, ale nie wyśmiewał jej. Słuchał, gdy przychodziła z problemami, co prawda te prywatne próbowała trzymać od niego z daleka, ale nie zawsze się udawało. Czasem musiała mu coś rzucić. Słuchał, znajdował rozwiązania. I wciąż mimo tego wszystkiego dziś uznała, że nie jest jej przyjacielem? Bo nie potrafiła wytrzymać w tym napięciu? Bo owszem, nie wiedziała co ma z nim zrobić. Nie umiała się przy nim zachować. Starała się, ale on… On był po prostu inny od wszystkich, których Sloane znała.
— Jesteś taki pewien, że wciąż jesteś moim przyjacielem? — Wycedziła to powoli przez zaciśnięte zęby. Przyjaciele się tak nie zachowywali, prawda? Sloane była wściekła, choć teraz już sama nie wiedziała czy bardziej na siebie czy może na niego, a może na cały świat. — Wciąż widzisz we mnie przyjaciółkę? — Uniosła brew. Nie znała odpowiedzi. Zaskoczy ją, jeśli powie „tak” i tak samo zaskoczona będzie, kiedy powie „nie”.
— Nie prosiłam, abyś cokolwiek dla mnie poświęcał. Nie potrzebuję, aby ktokolwiek coś dla mnie poświęcał. — Przez jej głos przebijała się gorycz, której nie umiała usprawiedliwić. Ani przed sobą, ani przed nikim innym. — A już na pewno nie potrzebuję ciebie. Dałeś mi czego chciałam. Nie mam już po co z tobą być.
Nie myślała teraz o kontrakcie, który wiązał ich na lata. Na kolejne albumy. O tym, że gdyby naprawdę zniknęła to konsekwencje byłyby bolesne. I jeśli Ezra znał ją tak, jak się jej wydawało, że zna to też wie, że zaczęła pieprzyć od rzeczy tylko po to, aby mieć ostatnie słowo w tym cyrku, który sama wywołała. Bo dziesięć minut temu jeszcze tańczyła, nieporadnie, w jego objęciach, szeptała mu, że jest piękny i śmiała się, choć nikt nie mówił nic zabawnego.
— Może twój następny projekt będzie lżejszy w obyciu.
Odsunęła się od barierki i jednocześnie od niego. Zrobiła krok do tyłu, chwiejny i nieporadny. Buzowało jej w głowie od emocji i wypowiedzianych słów, które chciała cofnąć, ale już nie potrafiła. Zabrnęła za daleko. Trudno, może się pogodzą, a jeśli nie to znajdą sposób, aby jakoś przetrwać kolejne kilka lat zanim kontrakt dobiegnie końca, a ona będzie wolna.
Widziała, że nie ma w nim już tej miękkości, którą otrzymywała jeszcze kilkanaście minut temu. Zanim ten cały burdel zaczął wokół nich płonąć. Stała nieugięta. Z wysoko uniesionym podbródkiem, jakby to była jakaś forma dominacji nad nim i pokazania, że nie zamierza powiedzieć tego pieprzonego „przepraszam”, które się należało.
Usuń— Zawsze możesz mi oddać.
Kącik jej ust drgnął. Przecież wiedziała, że tego nie zrobi. Nie twierdziła, że mu się należało. Puściły jej nerwy i… I tłumaczenie było bez znaczenia, bo Sloane przepraszać nie zamierzała. Jeszcze nie teraz, kiedy wszystko w niej się gotowało do środka, a dłoń najchętniej trafiłaby na drugi policzek.
Zrobiła krok w jego stronę. Pewny i świadomy, jak na stan, w którym się znajdowała. Oczy blondynki płonęły od tej niewyrzuconej z siebie w pełni złości. Błyszczały, ale nie było w nich nawet pół grama tej radości, którą Ezra potrafił z niej wyciągnąć.
— Nie chcę więcej z tobą rozmawiać, jeśli nie muszę. — Mówiła powoli i tak, aby każde słowo dotarło do niego i zabolało, choć teraz już nie miała pewności, czy zaboli go cokolwiek czy po prostu włączy obojętność i zapomni o jej istnieniu. — Chcesz porozmawiać? Wyślij asystentkę. Cokolwiek to było… właśnie się skończyło. Nie chcę takiego przyjaciela.
Mówiąc to patrzyła mu w oczy. W te, w których teraz widniał zawód i coś jeszcze czego Sloane określić nie potrafiła. I czuła, że coś w niej pęka. Na tyle mocno, że chciała złapać się barierki albo jego. Zamiast tego zrzuciła z ramion marynarkę należącą do Ezry i wcisnęła mu ją w ręce.
— Nie potrzebuję cię więcej.
sloane
Przez Sloane powoli przepływały te fale obojętności, które miały odciąć ją od tego co się między nimi wydarzyło. Miały sprawić, że nie będzie myślała o tym, jak bardzo rozpieprzyła ich relację, która może nie była idealna, ale była czymś co aż do tej chwili uważała za przyjaźń. Nie miała nikogo innego i taka była prawda. Sloane miała tylko Ezrę, ale to był już czas przeszły. Robiła teraz wszystko, aby nie chciał już nawet przez ułamek sekundy spojrzeć tak, jak wcześniej.
OdpowiedzUsuńSloane zdawała sobie sprawę z tego, że Ezra przez te miesiące dał jej znacznie więcej niż ktokolwiek wcześniej. Uwierzył w nią, chociaż ona nie wierzyła w siebie. Nie zauważała tego, co widział on. Miała talent, tego sobie nie odejmowała. Nie sądziła tylko, że ma w sobie jeszcze ten zapał, aby dalej pracować i stanąć na scenie, a dzisiejszy wieczór był żywym dowodem na to, że Sloane sobie poradziła świetnie. Nie sama, bo za nią stał Ezra. Podtrzymywał ją, kiedy była blisko upadku, ciągnął w górę. Mogły stać za tym pieniądze, a Sloane może i była jak ta kura, która znosi złote jajka, bo jej nazwisko się klikało. W zeszłym roku ze złym PR’em, ale on to odmienił. Zamiast wybryków był kolejny singiel, który przebijał się przez listy na pierwsze miejsca. Były sesje, które zachwycały. Porządne wywiady, w których nigdy nie zdradzała zbyt wiele. Utrzymywała nutkę tajemniczości, aby podtrzymać niepewność i zachęcić bardziej do odtworzenia albumu, kiedy już go wydadzą. Była systematyczność w pracy i skupienie. Dawali sobie radę.
— Racja. Nigdy nią nie byłam.
Była egoistką. Brała, ale od siebie dawała niezwykle mało. Okruchy, które były jej zbędne lub nie dawała absolutnie nic i tylko zabierała więcej. Potrafiła wyssać z człowieka wszystko co najlepsze, a potem iść w drugą stronę i nawet na niego nie spojrzeć. To samo właśnie teraz robiła z Ezrą. Zabierała od niego wszystko, ale od siebie nie chciała dać już nic. Nic poza głosem i czasem, co przez moment wydawało się, że wystarczy.
— Byłeś. — Poprawiła go. Nie musiała mówić dużymi zdaniami, aby coś zabolało. Choć teraz nie była pewna, czy cokolwiek jeszcze go ruszy czy już tak, jak ona, wszedł w pozę obojętności.
Kiedy rzuciła w nim marynarką Sloane czuła, jakby oddawała mu coś więcej niż tylko ubranie. Jakby tym niby prostym gestem przerwała jakakolwiek więź, jaka jeszcze między nimi istniała. Nie zadrżała, kiedy mocniejszy podmuch wiatru owiał jej ramiona. Nawet nie drgnęła. Nie czuła chłodu. Nie czuła absolutnie niczego, co mogłoby ją zmusić, aby zrobić cokolwiek co pomogłoby się jej z tego wyplątać. Była nietrzeźwa, po prochach i ostatnie o czym myślała to to, jak poczuje się rano, kiedy nie będzie mogła do niego napisać nawet z głupotą. Kiedy obudzi się, a obrazy z nocy będą przebijały się do świadomości. Bo nadejdzie taki moment, kiedy przypomni sobie, jak wyglądały jego oczy. Przypomni sobie, że patrzył na nią z zawodem, którego nigdy przedtem u niego nie widziała. I uświadomi sobie, jak cholernie to bolało i że jedyną osobą, którą może za to winić jest ona sama.
— Tak zawsze powinno być. Zrobimy co musimy i to tyle.
Mówiła jakby to było takie proste. Jakby naprawdę potrafiła się wyłączyć z tej relacji, którą mieli. Nie odcinała ich tylko od napięcia, bo przecież, gdyby z nim porozmawiała, jak człowiek, że to jej przeszkadza, że sobie nie radzi i aby jakoś spróbowali z tym skończyć – wyglądałoby to zupełnie inaczej. Tylko Sloane nigdy nie potrafiła rozmawiać tak, jak należało. Popadała z jednej skrajności w drugą. Nie umiała w proste rozmowy, które nie ranią. Wyciągała wtedy najostrzejsze noże, jakie posiadała w swojej kolekcji i raniła na oślep, dopóki przeciwnik się nie poddał lub ona nie zmęczyła.
— Aww, przykro ci? — Przechyliła głowę na bok i przez moment się uśmiechała. Zaśmiała się, a może raczej wyśmiała. Był może chłodny i obojętny, ale nie z kamienia. Sloane wiedziała, jak działa oddzielanie się murem od tego co bolało. — Zawiodłeś się? Nie stworzyłeś sobie dziewczyny, którą myślałeś, że będę? Naprawdę myślałeś, że wystarczy… to? I będę inna?
Dostrzegła ślad krwi dopiero po chwili.
UsuńZerknęła krótko na dłoń. Czerwona od uderzenia, ale na pierścionku była rubinowa kropla. Niewielka, ale wystarczająca, aby poczuła, jak coś w niej drga. Nie zadrżało to jednak na tyle mocno, aby Sloane poczuła coś więcej poza krótkim, trwającym zaledwie ułamek sekundy poczuciem winy. Takim, które nie przebiło się przez warstwy chłodu, obojętności, złośliwości i dystansu, które na siebie nakładała.
Uniosła wyżej głowę, jakby była dumna, że to zrobiła. Mimo, że było jej do tego naprawdę daleko, ale w tym momencie wyglądała na wręcz zadowoloną z siebie. Zadowoloną z tego, że go… Zepsuła.
— Widzisz? Mówiłam ci, że będziesz błagał.
Odchyliła lekko głowę, kiedy się zbliżył. Płynące z jego ust słowa brzmiały, jak zachęta. Do rozniesienia tego jeszcze bardziej. Do zniszczenia wszystkiego na co tak długo razem pracowali. Nie tylko współpracy, ale całej reszty, która między nimi była.
— Jesteś zimnym skurwysynem, ale to już wiesz. — Zsunęła wzrok z jego oczu na moment ciut niżej, ale zaraz wróciła do jego oczu. Tych chłodnych i pełnych rozczarowania. — Nie muszę krzyczeć, żeby wiedziało o tym całe LA, Ezra.
Nie miałaby teraz nic na swoje wytłumaczenie. Nic co mogłoby ją w jakikolwiek sposób usprawiedliwić. Miała to zniszczyć? Śmiało. Tylko nie była pewna, czy zrobiła to w sposób, który jemu chodził po głowie. To była kolejna skrajność, w którą wkroczyła i zrobiła to bez zawahania.
— I jestem pewna, że na dole jest wiele ludzi, którzy się ze mną zgodzą. — Wyszeptała, a w jej głosie pojawiła się znów ta miękkość, którą obdarzała go wcześniej, choć przebijała się przez nią kpina. — Caden… na pierwszy ogień. Tamten gość, który wiecznie na ciebie patrzy, jakbyś przeleciał mu siostrę na jego oczach. — Gorzki śmiech. Jej palce sięgnęły do policzka. Jego z krwią. Opuszkiem przesunęła po ranie rozmazując krew bardziej na jego policzku.
Przeniosła wzrok na jego oczy.
Jej własne już były nie do odgadnięcia. Była tam złość czy uwielbienie? Zauroczenie czy czysta nienawiść? Potrzeba czy niechęć? Pożądanie czy… Pustka?
Opuszek ześlizgnął się z jego policzka niżej. Wciąż patrzyła mu w oczy, kiedy niespodziewanie przyciągnęła go za policzki do siebie. Nie myślała, nie kwestionowała tego, nie tłumaczyła sobie tego. Skoro wszystko i tak miała zepsuć, to równie dobrze mogła sobie zasmakować tego, czego od tygodni jej odmawiał. Żarliwie wpiła się w jego usta, chaotycznie i bez przemyślenia tego ruchu. Smakował whisky i wypalonym jointem sprzed chwili. Bez pozwolenia wdarła język między jego usta, korzystając z tych ułamków sekund, zanim zorientuje się co się dzieje, zanim ją odepchnie. Skoro tak prosił, aby to zepsuła, to zrobi to po całości, aby oboje mieli pewność, że już nie mają po co do siebie wracać.
sloane
Wyobrażała sobie ten moment zbyt wiele razy, aby było to zdrowe. Raz? Można było wytłumaczyć ciekawością. Dwa? Fascynacją. Trzy? Jeszcze znośnie, wciąż podchodziło pod pierwsze dwie kategorie. Ten konkretny jednak moment żył w głowie Sloane od zbyt długiego czasu i pojawiał się w najmniej oczekiwanych momentach. Zaczynało się tylko od pocałunku, bo później, oczywiście, przychodziło w coś więcej. Tak z ciekawości tylko myślała, co czułaby, gdyby usta Ezry znalazły się na jej ciele. Jak zachowałaby się, gdyby miała go pod sobą bądź nad sobą, czy wciąż czułaby tę nutkę ekscytacji, co w tych wszystkich momentach, kiedy byli tylko we dwójkę, a powietrze gęstniało? Żaden z tych scenariuszy nie był nawet blisko pocałunku na dachu klubu z widokiem na Los Angeles tuż po tym, jak go uderzyła, wykrzyczała wręcz, że go nienawidzi i nigdy więcej ma się do niej nie odzywać. Jednocześnie, czy nie taka właśnie była? Pełna sprzeczności? Odpychała i wierzgała nogami, aby tylko zostawić ją w spokoju, a za pięć sekund całowała i błagała, aby jej jednak nie zostawiać.
OdpowiedzUsuńEzra mógł pomyśleć, że to jakiś rodzaj testu. Że Sloane tylko chciała go sprawdzić, czy ulegnie, kiedy go pocałuje. Prawda była nieco inna, bo choć to również poniekąd robiła, to chciała też tak po prostu zawłaszczyć sobie kawałek mężczyzny dla siebie. Wziąć od niego, znowu, coś czego nie zamierzała oddać z powrotem. I tym razem to nie był jego czas ani pieniądze, to nie były jego pomysły na utwór czy teledysk, to nie była jego obecność, bo znów zbyt dużo wypiła lub wzięła coś niespodziewanie i musiał odprowadzić ją do auta. To było coś znacznie bardziej osobistego. Coś, czego nie będzie już nigdy w stanie mu oddać, a on tego nie odzyska. Zostawi u niej część siebie. Zostawi coś, czego wcale dziś dawać jej nie chciał.
Nie spodziewała się, że ten pocałunek odwzajemni. Pełen chaosu i wściekłości, rzeczy, których Sloane nie potrafiła wprost nazwać. Czekała, aż ją odepchnie. Czekała na te Sloane, co ty do cholery wyrabiasz?! Ale ono nie nadchodziło.
Niby było w jego ustach coś znajomego, choć znała je tylko ze swojego policzka. W tych krótkich pocałunkach, które teoretycznie nic nie znaczyły, a w rzeczywistości sprawiały, że czuła się jak nastolatka, która skradła sobie moment z kapitanem drużyny koszykarskiej w szatni.
Sloane jęknęła, głośno i bezwstydnie, ale nie pokazowo, kiedy ją do siebie przyciągnął. Zaskoczył ją tym. Krótki, drapieżny uśmiech przebiegł jej przez twarz, ale nie dała sobie chwili na to, aby się odsunąć, żeby mógł go zobaczyć. Zamiast tego obdarzyła go kolejnym pocałunkiem. Ostrym. Niemającym zbyt wiele wspólnego z uczuciami, które może do niego żywiła, a może tylko sobie wmawiała, że one istnieją. Dłonie z policzków przesunęła na jego szyję. Później jedną dłoń oplotła jego kark, a palcami drugiej zaczepiła o ramię, wbijając w skórę paznokcie, jak kotwica na jego ciele, żeby zbyt szybko tego momentu nie przerywał. Nie było tu chwili na to, aby myśleć o czymkolwiek innym. Tylko oni i ta chwila. Ten pocałunek, niewybaczający, pełen frustracji i gniewu, żalu do samych siebie i tego napięcia, które w końcu puściło, ale które niewiele wspólnego miało z ulgą.
Oddychała ciężko, kiedy się od siebie oderwali. Usta miała rozgrzane, rozchylone, a spomiędzy nich uciekały kolejne ciche westchnięcia.
— Zamknij się. — Warknęła i nie czekała na więcej. — Włosy… złap mnie za włosy. — Nie zamierzała mu niczego potwierdzać ani tym bardziej niczego odmawiać. Kiedy znów poczuła jego usta na swoich, choć już nie była pewna, które z nich rozpoczęło drugi pocałunek, Sloane znów westchnęła w jego usta, a potem pogłębiła pocałunek. To niewiele wspólnego miało z pieszczotliwymi pocałunkami. Z czułością.
Miała wrażenie, że coś między nimi w końcu wybuchło. Te całe pożądanie, które tkwiło w nich od tygodni nareszcie puściło, ale wcale nie zmalało. Jeśli już, to tylko urosło do rozmiarów, których nie dało się niczym już kontrolować. Sloane, o ile to było możliwe, przylgnęła jeszcze bardziej do jego torsu.
Wciąż równie mocno wbijała paznokcie w jego ramię.
Nie próbowała udawać, że ma tu kontrolę. Żadne z nich jej nie miało. To, co się działo, dawno znajdowało się poza kontrolą. To było nieokrzesane. Niepoprawne i sprawiające, że miała ochotę na znacznie więcej. Nie w jego sypialni. Nie w ładnym hotelu z szampanem i truskawkami. Tutaj. Surowo i brutalnie. Bez pewności co będzie jutro.
Usuń— Tego chciałeś? — Syknęła między pocałunkami, choć słowa mogły być niewyraźne. Wbiła zęby w dolną wargę mężczyzny. Mocno, rozcinając zębami cienką skórę na ustach, a kiedy wyczuła na języku ten znajomy metaliczny posmak pogłębiła pocałunek zanurzając się w nim jeszcze głębiej. Przesunęła dłoń z karku wyżej, na włosy, w które próbowała wplatać palce, ale jej ruchy były zbyt chaotyczne. — Odbudować Sloane… a potem zrujnować na nowo? Miałam błyszczeć tylko przez chwilę? A potem co? Będziesz grał bohatera, który znów mnie uratuje? — Wycedziła. Nie brzmiała na złą. Bardziej, jakby… Gotowa była wejść w taki układ. W taką narrację.
Usta blondynki zderzyły się znów z jego. Była w niej siła, której nie spodziewała się po sobie. Nie w tym stanie. Nie, kiedy jej głowa była pełna dziesiątek myśli, którym nie wiedziała, czy ulegnie czy się postawi.
— Wciąż się nudzisz, Creighton?
sloane
Gdyby miała odpowiedzieć, dlaczego go pocałowała to nie byłaby to jednoznaczna odpowiedź. Chciała tego od dawna. Mieli zbyt wiele okazji, których nie wykorzystali, bo upierali się (może słusznie), że nie powinni tego robić dla dobra płyty i ich zawodowej relacji.
UsuńSloane na pewno nie potrafiłaby zachować profesjonalizmu. Zbyt łatwo wpadała w gniew. Zbyt szybko ulegała własnym myślom, które nie zawsze były odpowiedzialne. Właściwie to rzadko takie bywały. Wystarczyłby jeden moment, jedno nieodpowiednie słowo lub gest, aby wszystko poszło się pieprzyć. I to wcale nie byliby oni. Prawdopodobnie. Czy właśnie nie przed chwilą kazała mu się odjebać i kontaktować tylko za pomocą asystentki? Kazała. A co robiła teraz? Całowała go i nie zamierzała przestać. Jeszcze nie. Było zbyt wcześnie, aby to przerwać. Czuła jednak, że i on nie ma ochoty tego przerywać. Pytanie, które się na moment pojawiło w jej głowie to, czy nadal będzie tym pieprzonym dżentelmenem, którego udawał, czy jednak w końcu spuści się sam ze swojej smyczy, na której się tak uparcie trzymał i pozwoli, aby to te pierwotne, niepoprawne i nieokrzesane pragnienia wzięły nad nim górę? Sloane cholernie liczyła, że chociaż na moment Ezra nie będzie tym przyzwoitym człowiekiem, którym podobno był. Że spuści z siebie te wszystkie maski i da im więcej niż tylko ta chwila.
Sloane nie wstrzymała tego westchnięcia, które pchało się jej na usta, kiedy złapał ją za włosy. Usta wygięły się w uśmiechu przesiąkniętym żądzą i chciwością. Palce zacisnęła na materiale jego koszuli, jakby tym ruchem upewniała się, że nie odsuwa jej od siebie na dobre.
— Jeszcze ci mało, Creighton? — Syknęła w odpowiedzi. Nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo znów ją pocałował.
Jej pocałunki wcale nie robiły się słabsze. Z każdą kolejną chwilą, kiedy czuła jego gorące, miękkie wargi na swoich, język, który plątał się razem z jej w tym już nawet nie tyle co pocałunku, a pojedynku, pragnienie w niej tylko wzrastało. Ich gorące oddechy mieszały się ze sobą. Dłonie, które czuła na swoim ciele zostawiały na skórze, a także pod nią, przyjemnie mrowiące uczucie, od którego Sloane od środka robiło się upalnie.
Napierała na niego swoimi ustami. Nie czuła oporu z jego strony, nawet przez sekundę. Może w końcu poluzował swoje granice, może przestał być w końcu tym pieprzonym poprawnym człowiekiem i dopuścił do siebie możliwość, że czasem można, a może nawet trzeba pozwolić sobie na luźniejsze podejście. Choć w ich wykonaniu wyglądało na to, że poluzowanie granic będzie niosło za sobą koszmarne skutki, ale Sloane nie potrafiła się tym przejąć teraz nawet przez ułamek sekundy. Nie, kiedy całował ją z tego rodzaju pasją, której nie wiedziała, czy zaznała wcześniej. Odnosiła wrażenie, że przelewa w ten pocałunek cały gniew, pożądanie i frustrację, które w nim narastały przy niej od tygodni, a dziś w końcu wszystko to pękło.
Robiło się chaotycznie. Tak, jak lubiła najbardziej. Westchnęła w cichym proteście, kiedy się od niej oderwał, by zaraz potem jęknąć, kiedy poczuła usta na szyi. Przechyliła głowę na bok. Nie zostawiał po sobie delikatnych śladów. Syknęła krótko, kiedy zaczepił o skórę mocniej zębami, ciało przeszył dreszcz.
Dłonie sięgały każdego skrawka skóry. Sloane aż nie wiedziała, czy bardziej ma się skupić na pocałunkach, czy na dłoniach, które brały i nie pytały o pozwolenie.
— Ustaliliśmy już… że nim nie jesteś. — Wycedziła. Już jednak nie w złości. Prawie zapomniała o co się wściekała jeszcze pięć minut temu i dlaczego go uderzyła. — Ale tak… o to mi chodziło. — Przytaknęła. Niemal potulnie. Grzecznie.
Roześmiała się, niekontrolowanie, kiedy uderzyła biodrami o stolik. Gotowa, aby się na niego wsunąć, ale miał inne plany. Nie było między nimi delikatności. Nie było na nią teraz czasu ani przestrzeni. Sloane nie szukała też czułości, a zdawało się, że Ezra nie zamierza jej podarować.
Westchnęła, kiedy odwrócił ją do siebie plecami. Dłonie zacisnęła na barierce, biodra wysunęła w jego stronę. Oddech miała ciężki, trudny do opanowania. Głowa opadła jej w tył, choć spojrzenie miała na rozświetloną panoramę Los Angeles. Było pięknie. Należące do niej. Należące do nich.
UsuńGłos Ezry był wręcz drapieżny. Zapełniony mrokiem, którego wcześniej u niego nie dostrzegła, jakby chował go przed nią specjalnie nie chcąc pokazać na jak wiele może sobie pozwolić. Jej ciało wciśnięte było w jego. Głowę skierowaną miała na miasto. Oplatająca jej szyję dłoń była pewna i mocna, silna. Nie odbierał jej tym samym tchu. Skupiała się bardziej, a jednocześnie rozpływała od tego co jej teraz dawał.
Słowa mężczyzny były jednak drapieżniejsze, mroczniejsze.
Otworzyła szeroko oczy wpatrują się w miasto.
— Królową… — Powtórzyła po nim szeptem. Ktoś ją tak dawniej nazywał. Królowa chaosu. Uwielbiała ten przydomek. Teraz? Teraz jednak wolała być tylko królową. Bez chaosu. Bez tego chaosu, który znała z przeszłości. — Jestem pieprzoną królową tego miasta. Z tobą u boku. — Nie w formie króla. Król był tylko dodatkiem. To doradcy się liczyli, czyż nie? Ci, którzy naprawdę mieli coś do powiedzenia. Ta rola do niego bardziej pasowała. Podejmował decyzje, był odpowiedzialny za to, kim ona jest w oczach innych.
Słowa mężczyzny były brutalne. Sięgały głębiej niż Sloane by sobie tego życzyła. I były dokładnie tym czego potrzebowała.
Rozpraszał ją jego oddech na szyi. Gorący. Tylko dla niej.
— Znasz odpowiedź, Ezra. — Szepnęła. Powieki miała półprzymknięte, a usta rozchylone. Dłonie zaciskała na barierce przed sobą. — Wiesz… Jak bardzo mi się to podoba. — Jak ty mi się podobasz, ale tego nie dodała. Zrobiłoby się zbyt sentymentalnie. — Nikt inny nie potrafi mnie zatrzymać… Nikt.
Sięgnęła dłonią do jego szyi, gdy usta znów przywarły do jej skóry. Wypchnęła biodra do tyłu, wprost na jego. Zanim zdążyłby ją powstrzymać odwróciła się w jego stronę i od razu sięgnęła do ust. Gorączkowo, aby nie było miejsca na jedną myśl, która kazałaby mu się wstrzymać. Bądź jej. Dłoń owinęła wokół jego karku, palce drugiej natomiast wbijały się w jego żebra. Kolejny punkt zaczepienia.
— I popsuć taka piękną twarz? — Wymruczała między pocałunkami. Rana chyba przestał już mu krwawić. Nie zwróciła uwagi. — Ukrałabym cię, ale nie w sposób, o którym myślisz. — Wyszeptała to w jego usta, które jeszcze raz musnęła, zanim jej własne zsunęły się niżej, jakby to teraz jej kolej była na poznanie lepiej jego ciała. Nawet tego ledwo odsłoniętego.
sloane
Mieli tak wiele okazji wcześniej, kiedy mogli pozwolić sobie na więcej. Wtedy w studio, kiedy zostali całkiem sami, był środek nocy, a ona nie potrafiła się przestać na niego gapić. Przyłapał ją przynajmniej trzy razy, rzucił jakimś sarkastycznym komentarzem, a Sloane odpyskowała. Jak to Sloane, a przez dobrą minutę była pewna, że siądzie mu na kolanach zamiast obok na sofie. Była wtedy blisko. Może nawet dostrzegł, jak się waha, ale ostatecznie wybrała ogólne dobro od własnych pragnień.
OdpowiedzUsuńDziś Sloane nie była już tak wspaniałomyślna. Tego wieczoru brała to na co miała ochotę, a jeszcze dla blondynki było zbyt wcześnie, aby się zatrzymywać. Nie, kiedy jego palce wbijały się w jej ciało z taką siłą, która mogła wstrzymać w niej każdą burzę, a usta napierały na jej z pasją, która przedtem była dla niej zakazana.
Nie potrzebował od niej zgody. Sloane mu ją wydawała bez słów. Sposób w jaki próbowała niemalże wtopić się w jego ciało, jak sama szukała tej bliskości z nim były wystarczającym potwierdzeniem. Mógł myśleć, że to narkotyki przez nią przemawiały, ale ona wiedziała, że i bez nich byłaby gotowa do zrobienia tego samego. Oddałaby mu się w ten sam sposób i nawet by przy tym nie mrugnęła.
Palce mocniej zaczepiła o koszulę, kiedy jego głos i oddech musnęły jej ucho. Przymknęła oczy, jakby to miało jej pomóc odnaleźć się w tym chaosie, choć Sloane wcale nie potrzebowała mapki, aby wiedzieć, w którą stronę ma teraz iść.
— Czułam się żywa cały wieczór. — Odpowiedziała. Odchyliła się lekko, aby na niego spojrzeć. Ta pustka, którą miała jakiś czas temu w oczach zniknęła. Błyszczały teraz, nie były już tak matowe i nijakie, jak gdy rzucała mu wyzwiskami w twarz czy ledwo stała na parkiecie. — Kiedy byłam z tobą.
Prawie to mogło zabrzmieć, jak wyrzut, że ją zostawił. Nie pojechał na tę imprezę z nią. Że zostawił ją z Cadenem, choć co miał zrobić? Zakazać jej? Wtedy jeszcze bardziej by się postawiła i wywracała oczami. Sloane jednak chciała, aby z nią pojechać. Nie rzuciła tekstem o obiecanym tańcu na darmo. Bo być może, ale skrycie marzyła, że z nią tam pojedzie, że znajdą jeszcze chwilę, aby porozmawiać. Tak, jak wiele razy, kiedy zostawali sami, a języki im się rozwiązywały. Teraz się plątały i to ze sobą, a Fletcher narzekać nie zamierzała.
— To mnie rozszarp. — Wyzywająco spojrzała mu w oczy. Jak mógł nie widzieć, jak bardzo go chce? Co niby jeszcze miała zrobić? — Widzisz, Ezra, mi się wydaje, że trzymałeś zapałki. Jak zauważyłeś… Jesteś jedynym, który naprawdę umie mnie zatrzymać. Mogłeś mnie zatrzymać, a zamiast tego… stoisz tu ze mną na tle naszego miasta.
Uśmiechnęła się kątem ust. Pięknie to brzmiało. Nasze miasto. Taki banał, a była w stanie w to uwierzyć. Że naprawdę, nawet jeśli tylko teoretycznie, mogli rządzić tym miastem, a przynajmniej tą muzyczną częścią Los Angeles.
Usta Sloane przesunęły się po skórze szyi mężczyzny. Była ona ciepła, pachniała znajomo, a jednocześnie było w tym zapachu coś czego nie znała wcześniej. Dziwny rodzaj bliskości, który odkryć mogła dopiero teraz. Kiedy całowała jego szyję nie spieszyła się w tym. Robiła to uważnie, chciała zapamiętać dobrze każdy skrawek, który miała pod ustami.
— Nie nienawidzę cię. — Szepnęła mu w skórę. Bardziej do siebie, jakby dziś nie chciała mu się przyznawać do słabości, a Ezra… Ezra był jej słabością. Taką, o której nie powinna była myśleć, której nie należało dotykać. — Tak… Tak. — Powtórzyła z westchnięciem, które wyrwały jej kolejne pocałunki, które składał na jej skórze, a którym nie potrafiłaby się oprzeć i którym nie chciała się opierać. — Ezra. — Nie kontrolowała już tego. Niby słyszała jego słowa, rozumiała co do niej mówi, ale jednocześnie nie potrafiła się skupić na rozmowie i na nim jednocześnie.
Rozchyliła usta, kiedy jego palec musnął jej usta. Nie pomyślała nad tym, kiedy złożyła na jego opuszku pocałunek. Tak śmiesznie niewinny w porównaniu z tym, co ze sobą robili. Sloane spojrzała na niego od dołu z iskrą psotności w oczach.
— Manifest. — Odpowiedziała po chwili i z opóźnieniem. Jednak nie, dlatego, że jego słowa docierały do niej po chwili. Była rozproszona tą chwilą i tym, jak blisko był. Tym, że w końcu go miała i cholernie się pomyliła, bo była pewna, że kiedy już go dostanie i się nasyci lub chociaż spróbuje przez ułamek sekundy to będzie miała dość, a tymczasem jej głód wcale nie malał. — O chwili takiej jak ta. Ja z tobą, ty ze mną… My. — Szepnęła.
UsuńMylił się. Poniekąd się mylił, bo to co się między nimi działo było z nim związane. Być może teraz po prostu znalazła w sobie więcej odwagi, aby sięgnąć po więcej niż tylko skradzione spojrzenia i delikatne muśnięcia dłoni, które łatwo mogli sobie przetłumaczyć.
Nie, nie zrobiłaby tego samego z Cadenem. Przynajmniej tak się jej wydawało, bo Roth nie wzbudzał w niej aż tylu uczuć. Mogła go pożądać, ale równie dobrze obeszłaby się bez niego. Z Carterem sytuacja była inna. Był jej mężem. Byłym mężem. Nie umiała tak po prostu o nim zapomnieć, choć wszystkie znaki na niebie wskazywały, że należało to zrobić. Reszta… Przy Nico by się nie wahała. Przy Jamesie też nie. Pozostali nie mieli w jej głowie już ani imion, ani twarzy.
Był tutaj jednak Ezra. Z krwi i kości. Nie w jej wyobraźni. Nie metry od niej. Tutaj razem z nią. W tej chwili, która mimo swojej burzliwego początku zmieniała się w coś czego długo nie będzie umiała zapomnieć.
Podwinęłaby dla niego sukienkę. Pozwoliła, aby posadził nawet na tej pieprzonej barierce z ryzykiem, że upadnie. Dałaby mu teraz wszystko. Nie dla samej przyjemności, nie dla faktu posiadania go. Tylko dla tych wszystkich powodów, których jeszcze nie umiała nazwać. Nie myślała o tym, że taras otwarty jest dla innych uczestników. Że zawsze ktoś tu może wejść. Ani o tym… że gdzieś tu są kamery, że ktoś z ochrony może właśnie ma małe show.
— To tylko mała rysa. Zapomnisz o niej rano. — Obiecała. Przechyliła głowę w stronę jego policzka, na którym wydawało się jej, że jest rana. I nie pomyliła się. Sięgnęła do niej ustami. Pocałunek, który tam złożyła równie dobrze mógł być, jak plaster na ranę. — Zdaję sobie sprawę. Przeprowadzają się do miasta, którego nienawidzą i zaczynają je kochać… — Zaśmiała się w jego skórę. Oczy miała wpółprzymknięte, a dłonie już nie zaciskały się tak desperacko na nim.
Oddychała mu niemal prosto w usta, kiedy zadawał pytanie. Zamruczała najpierw cicho, jak zadowolony kociak po misce ciepłego mleka.
— Pytasz o to, jak cię chcę ukarać czy… co chcę, żebyś zrobił ze mną? — Zapytała. Dla jasności, oczywiście. Paznokcie przesunęły się po jego karku, a po chwili wsunęła je za materiał koszuli. — Nie mogę zdradzić swoich planów. Wolałabym… żebyś nie był gotów na to, co mi chodzi po głowie. To psuje element zaskoczenia, panie producencie.
sloane
Sloane nie miała żadnej pewności, ile da radę jeszcze tylko go całować zanim nie zrobi czegoś głupiego. Bo to było przyjemne, miłe i nie chciała kończyć, ale z każdym pocałunkiem, który zostawiał na jej skórze lub który to ona składała na jego rozpalało to w niej tylko większą potrzebę. Potrafiła to w sobie tłumić. Robiła to przez ostatnie tygodnie. I Boże, byłoby o wiele łatwiej, gdyby naprawdę chodziło tylko o seks. Gdyby tylko chciała go zaliczyć, przysłowiowo wpisać do dzienniczka i zapomnieć, znaleźć kolejnego, ale nie chodziło. I w tym leżał cały problem.
OdpowiedzUsuńNawet nie powstrzymała śmiechu, kiedy przekleństwo spadło z jego ust. Poczuła, jakby właśnie weszła na teren, z którego nie było już żadnej ucieczki. Najlepsze było również to, że żadne z nich uciekać nie chciało. Nie rozglądali się za wyjściem ewakuacyjnym. Nie mogli, kiedy ich oczy skierowane były tylko na siebie nawzajem.
— Może któregoś dnia. — Przytaknęła. Sloane ta sprzed paru godzin nawet by nie uwierzyła, że coś między nimi faktycznie by się wydarzyło. Sprowadziłaby to do głupiego żartu, bo tamta Sloane jeszcze ze wszystkich sił próbowała być odpowiedzialna. Dla niego i dla siebie, ale przede wszystkim dla tego co razem budowali. — Ale jeszcze nie. Wciąż… królowa nie może być bez doradcy, prawda? Byłaby głupia wypuszczając najlepszego, jaki istnieje.
Muskała palcami wciąż ciepłą skórę. Nie potrafiła go nie dotykać, choć w tym geście nie było nic ponaglającego. Raczej, jakby faktycznie chciała poznać mapę jego skóry, której jeszcze nie znała. Jakąś jej część, ale nie wystarczająco, aby podążać po niej na oślep.
— Teraz już teraz. — Tamto co powiedziała wcześniej nie było zwykłym wyznaniem. Myślała, że wiedział. Może niekoniecznie, że zapisuje o nim rzeczy, ale to, jak intensywnie o nim myśli. O nich. Może wszystkiego się wyprze, kiedy się obudzi rano. Może będzie próbowała odwrócić sytuację, ale nie dziś. — Bohaterem manifestu, fantazji, marzeń… Mam mówić dalej? — Uśmiechnęła się kątem ust. Zdradzała mu zbyt wiele. Z drugiej strony… Czemu niby miała się powstrzymywać? Dlaczego nie mogła mu powiedzieć, co czuje? Nawet, jeśli te uczucia nie były ukształtowane w coś pewnego.
Sloane była nim zachwycona. Nie przyznałaby się do tego na głos, ale już tego pierwszego wieczoru zrobił na niej wrażenie. Potem przepadała tylko bardziej. Z początku dla producenta. Zauroczył ją swoją pracą, charyzmą i wszystkim co za nim stało. Z czasem zaczynała w nim widzieć bardziej mężczyznę niż producenta, a zanim się zorientowała nie potrafiła na niego już inaczej patrzeć. Zmuszała się, bo musiała. Bo tak było, przede wszystkim dla niej, lepiej.
Pokręciła przecząco głową.
— Nie pisnę ani słówka. — Obiecała. — Powinieneś… Zadowolony. Odrobina zaufania, panie Creighton. Czasami na nie zasługuję.
Musnęła ustami linię jego szczęki, jak na przypieczętowanie swoich własnych słów. Myślała o nim w różnych scenariuszach, a te, które wracały do niej teraz nie miały nic wspólnego z ich pracą czy uszkadzaniem po raz kolejny jego twarzy.
— Ostrzegałam cię, Ezra. — Mówiła mu. Od samego początku mówiła, jaka jest i jak to się może skończyć. — Masz wybiórczy słuch albo zapędy masochistyczne. — Zaśmiała się, ale nie szydząco. Raczej w zadowoleniu, że dotrwali do takiego momentu, kiedy (tak myślała) będzie z nim mogła zrobić na co tylko najdzie ją ochota.
Znów musnęła to samo miejsce. Nie poświęcając nawet sekundy na to, że gdzieś na tym policzku jest zaschnięta krew.
— Jeszcze nie zaczęłam cię przepraszać. — Upomniała go. Do wypowiedzenia tych słów było jej daleko. — Ale kiedy zacznę… Nie będziesz żałował.
Mógł myśleć, że to jest kwestia chwili. Tego, że dała się ponieść własnym emocjom, że niósł ją narkotyk. Po części – owszem. Kiedy już się uspokoiła, a świat znów stał się wyraźny to wszystkie uczucia, które się w niej obudziły były zaskakująco przyjemne, a Sloane chciała ich więcej i więcej, więc brała, bo jej pozwalał, bo nie trzymał jej na dystans.
UsuńSloane odsunęła się, ale minimalnie. Chciała tylko na niego spojrzeć, a gdy wypowiedział, że chce zdradzić jej swój plan w jej oczach pojawiły się ogniki, które wskazywały na to, jak zniecierpliwiona i podekscytowana jest.
Blondynka krótko westchnęła w cichym zachwycie, którego nawet nie próbowała ukrywać. Przesunęła językiem po ustach, a przez to, jak blisko byli musnęła przypadkowo i jego.
— Tak. — Odpowiedź była krótka. Zdecydowana. Nie musiała się nad nią nawet zastanawiać. — Zabierz mnie do domu. Zdejmij mi sukienkę… Zrób wszystko.
Nie obchodziło jej, czy ktoś tu wejdzie. Pozwoliłaby mu ją zdjąć tu i teraz, ale propozycja, która od niego wyszła brzmiała sto razy lepiej niż klubowy taras w pospiechu i z wiecznym odwracaniem głowy, czy na pewno wciąż są sami.
sloane
W żadnym stanie nie spodziewałaby się, że to z jego strony padnie propozycja, która wisiała nad nimi od dawna, ale po którą żadne nie decydowało się sięgnąć. Aż do tej nocy, która zadecydowała o wszystkim. Sloane czekała na ten moment. Nie na szybkie i urwane westchnięcia na tarasie, ale na ten, kiedy nie będzie nikogo poza nimi. Żadnych klubowych świateł ani basu. Miejsce, w którym będą mogli się sobą delektować i nie martwić o to, że lada moment zostaną przyłapani na gorącym uczynku. A plotki… Och, rozkoszne by były. I cholernie prawdziwe.
OdpowiedzUsuń— Lubię, kiedy się śmiejesz. — Przyznała. Uniosła dłoń, aby opuszkami palców musnąć te same miejsce, które przed chwilą pocałowała. Wśród wszystkiego co mu mówiła tej nocy to była jedna z tych niewinnych rzeczy. Nie wypowiedziana pod wpływem emocji, nie, bo sądziła, że tego od niej oczekuje. Prawda, którą Sloane nie częstowała ludzi zbyt często. Co nie znaczyło, że cała reszta była kłamstwem. Bo nie była. Różnił się jednak sposób w jaki to wypowiedziała. Swobodny, bez tego zadziornego uśmiechu i z miększym spojrzeniem.
Sloane cicho się zaśmiała, kiedy znów ją do siebie przyciągnął, choć między nimi już i tak nie istniała żadna przerwa. Niemal wtulała się w jego tors z dłońmi na jego bokach.
— Znowu bawisz się w dżentelmena, Creighton? — Uniosła brew. — Znaleźliśmy sposób, aby nie było mi zimno.
Nie myślała o czymś tak prozaicznym jak chłód. Od wszystkiego co wypiła i wzięła nie zwracała uwagę na chłodniejsze powietrze nocnego miasta.
Inny rodzaj uśmiechu zagościł na jej ustach, kiedy materiał marynarki spoczął na ramionach blondynki. Cieplejszy, ale i spokojniejszy. Obserwowała ruchy Ezry, ale bez pospiechu. Dawno przy nim nauczyła się, że czasami warto poczekać i teraz nie zamierzała go pospieszać. Najpierw spojrzała na dłonie, które zanurkowały w marynarce, a potem na twarz, kiedy wyjmował skręta.
— Cholera, Ezra. — Westchnęła. Kilka prostych słów wystarczyło, aby poczuła w klatce ścisk. — Podoba mi się ten plan.
Sięgnęła po skręta, którego jej podawał i nawet nie próbowała ukryć mrowienia w palcach, kiedy ich dłonie się ze sobą zetknęły. Robił wszystko… Idealnie. Zbyt idealnie. Zaciągnęła się porządnie, odchyliła głowę w tył, a kiedy wypuszczała z płuc ciężki, gęsty dym miała wrażenie, że wypuszcza z siebie ciężar, który siedział jej na ramionach cały wieczór i dopiero teraz pozwala odetchną niego głębiej.
— Jeśli ci powiem to nie będzie niespodzianki. — Uświadomiła go i pozwoliła sobie na jeszcze jednego bucha. — Ale nie martw się. Nigdy nie proszę o nic groźnego. — Zapewniła puszczając mu oczko.
Uniosła lekko brew, a jej ciało automatycznie już dopasowało się do jego.
— Kiedy palę twoje zioło, czy kiedy wpuszczam cię do swojej głowy? — To nie było pytanie, na które potrzebowała odpowiedzi. Zawiesiła jedną rękę na jego karku, jakby już naprawdę nie chciała, aby dzieliło ich cokolwiek. — Mhm, wiedziałam. Caaaały ten czas. Ale musiałeś bawić się w pieprzonego dżentelmena. Mam nadzieję, że jesteś tak samo tym sfrustrowany, jak ja. O ile nie bardziej.
Roześmiała się wesoło, bez choćby jednej troski w głosie. Podniosła dłoń ze skrętem do jego ust. Nie oddała mu go, sama wsunęła go między wargi mężczyzny. Przez cały ten czas nie była w stanie oderwać od niego wzroku nawet na ułamek sekundy.
— Kocham sekrety. — Och, jak ona je uwielbiała. Swoje czy cudze, to było bez znaczenia. Kiedy się zbliżył cicho mruknęła w zadowoleni. Bo tu był, bo trzymał ją blisko, bo zamierzał z nią zostać. — Naprawdę? Mało masz wariatek w życiu?
Słuchała każdego słowa z taką uwagą, jakiej tego wieczoru w niej jeszcze nie było. Wyobraźnia działa jej szybciej w połączeniu z jego aksamitnym głosem i ciepłą dłonią, która wciąż znajdowała się na jej ciele.
— Och. — Sapnęła krótko. Zaskoczona, a jednocześnie z ulgą, że nie była jedyna. Wiedziała, że nie była. Chciał jej już wcześniej, ale to? To był zupełnie inny poziom chcę cię. — Mhm, dobrze, że się o tym w końcu przekonasz, prawda?
Objęła go mocniej za kark. Z każdym kolejnym słowem obejmowała coraz mocniej. Dla samej siebie i dla niego. Przymknęła oczy i zadrżała, choć już nie była pewna czy to jego słowa czy dotyk, a może to ta niebezpieczna mieszanka jednego i drugiego sprawiła, że Sloane coraz łatwiej traciła kontrolę nad samą sobą.
Usuń— Ezra… — Błogi uśmiech zagościł na jej twarzy. Przez chwilę czuła się tak, jakby znalazła się we własnej głowie, a nie tu z nim. Jakby to było wyobrażenie jedno z wielu. — Wiesz, jak długo tego chciałem? Ile razy… ile razy wyobrażałam sobie nas? — Oparła głowę o jego ramię, ale zaledwie przez parę sekund. — Powiem ci mój sekret — podniosła ją, aby na niego spojrzeć. Obdartego z emocji. Nagiego, choć wciąż w pełnym ubraniu. — Myślałam o tobie, kiedy byłam sama. Szeptałam albo krzyczałam twoje imię, choć wcale nie było cię obok.
Pozwoliłaby mu na więcej tutaj. Jednak wizja, którą prze nią malował była znacznie lepsza niż cokolwiek miało zdarzyć się tutaj. W cichym domu. Tylko oni i tylko to na co przyjdzie im ochota.
— Nigdy niczego z tobą nie żałowałam. I zdecydowanie nie pożałuję tego.
Mówiła prawdę. Nie tę przyćmioną używkami i alkoholem. Tę, która w niej siedziała od wielu miesięcy, a z której Ezra musiał zdawać sobie sprawę. Mogła krzyczeć i się wierzgać, ale na koniec i tak mu dziękowała. Bo za każdym razem miał pieprzoną rację.
— Zabierz mnie do domu, Ezra. — Poprosiła ciszej. — To już jest nasza noc. Była nasza od samego początku.
Powiedział wszystkie odpowiednie rzeczy. Skusił ją w sposób, któremu nie potrafiłaby się oprzeć. Gdyby nie mieszkał w jej głowie do tygodni, miesięcy – zastanowiłaby się. Jednak teraz żadna siła nie odciągnęłaby jej od tego mężczyzny. Świat mógłby się walić, a ona i tak patrzyłaby tylko na niego.
— Weź mnie do domu — powtórzyła — żebym mogła przeprosić tak, jak na to zasługujesz. I spełnię każdą fantazję, którą mieliśmy.
I jak na przypieczętowanie tej obietnicy, której dotrzymać chciała, przyciągnęła go do siebie bliżej. Znów sięgnęła do jego ust, choć tym razem odrobinę spokojniej. Bez gwałtowności i uporu z początku, już nie jak dziewczyna, która go całuje, bo nie wie, kiedy nastąpi kolejny raz. Ale jako dziewczyna, która już wie, że on nie odejdzie.
sloane
Poza Ezrą Sloane nie zauważała już nic więcej. Mogli tu równie dobrze być otoczeni dziesiątką osób, a blondynka i tak nie zauważyłaby ich obecności. Ciężko było się jej skupić na innych, kiedy Ezra był dla niej teraz tak dostępny. Z ustami na skórze i dłońmi na jej ciele. To było jak spełnienie marzeń, o których nie wiedziała, że w ogóle istnieją. Bo to nie była tylko zachcianka. Nie mogła być, kiedy myślała o nim tak często i gęsto, kiedy nie mogła wyrzucić sobie go z głowy, chociaż próbowała zastąpić te myśli innymi. Zdawało się, że to po prostu jest niemożliwe, a skoro już raz go zasmakowała to wiedziała, że będzie pragnęła tylko więcej. I wcale na jednym razie się nie skończy.
OdpowiedzUsuń— Lubię ryzyko. — Odparła bez najmniejszego zastanowienia. Sloane ryzykowała i robiła to często. W większości przypadków to zawsze był błąd, jednak teraz czuła, że daleko im będzie do wpisania tej nocy na listę popełnionych błędów. — I lubię Ciebie. — Dodała z uśmiechem, który teraz był tylko i wyłącznie dla niego. Dla tego mężczyzny, którego Sloane nie potrafiła wybić sobie z głowy. Dla mężczyzny, który zbyt długo siedział jej w głowie, a teraz rozgościł się w niej jeszcze bardziej.
Sloane uśmiechnęła się przeciągle, kiedy Ezra mówił.
— Jeszcze nie wiesz, jak naprawdę smakuje. — Wypomniała mu z rozbawionym uśmiechem.
Dym, który wypuścił z ust musnął jej szyję. Sloane wyciągnęła głowę w jego stronę, wciąż rozkoszując się tą chwilą, która między nimi się działa. Rozkoszowała się tym, jak czuła się przy nim i jak ona sprawiała, że Ezra się czuje. To było wszystko czego mogłaby tej nocy pragnąc. Wszystko o czym myślała przez cały ten czas, kiedy nie było go obok.
Sloane była kompletnie zauroczona. Już nawet nie próbowała tego udawać. Ezrą zauroczyła się już dawno temu, jednak dopiero niedawno zaczęła o nim myśleć znacznie intensywniej. Jakby nie potrafiła już w żaden sposób się od tego oderwać, a dziś? Dziś przekroczyli wszelkie granice przyzwoitości i zamierzali przesunąć je jeszcze dalej.
— Nie, kochanie. — Pokręciła przecząco głową. Ułożyła palec mu na ustach, jakby w ten sposób chciała go powstrzymać przed kolejnymi słowami, które nie miałby zbyt wiele wspólnego z prawda. — Jestem pieprzoną manifestacją. Nie błędem.
Nawet w swoim stanie nie zamierzała się dać sprowadzić do poziomu błędu. Była wszystkim, ale nie błędem. Nie mogła nim zostać w historii Creightona. Sloane nie chciała po prostu być następną dziewczyną, która będzie łatwa do zapomnienia lub która będzie się chciało zapomnieć, a tym najczęściej się stawała.
— Zdaje sobie z tego sprawę. — Odparła. Wiedziała, że ta nic miała mieć zupełnie inne zakończenie. Bez nich razem. — Będziesz żałował?
Uniosła brew. Sloane nie zamierzała. Nawet przez sekundę nie chciała żałować, jednak gdyby Ezra uznał, że istnieje prawdopodobieństwo, że tego pożałuje to być może, Ale wycofałaby się. I pozwoliła, aby ta noc wciąż żyła tylko w jej głowie.
UsuńMogła być dla niego trofeum. Nie miałaby nic przeciwko. Mógł w niej widzieć kolejną dziewczynę, która wliczy do swojej kolekcji. Następna, która mógłby się pochwalić. Ale wiedziała, że nie będzie. Wiedziała, ze wszystko co się między nimi działo nie było na pokaz. Nie było dla mediów. Było dla nich. I przed to znaczyło więcej.
Słowne trzymała jego dłoń mocno. Trzymała tak, jakby nigdy już więcej miała jej nie puścić. Dała się poprowadzić przez klub, a kiedy obok niego szła nie wyglądała jak zagubiona dziewczyna. Plecy miała wyprostowane, a na twarzy uśmiech, który był ciężki do odgadnięcia. Taki, który nie do końca sugerował kto kogo wyrwał.
— Ja również znam zasady. — Odparła z urocza wręcz rozbrajającą szczerością. Sloane uśmiechnęła się kątem ust, a potem uniosła głowę wyżej. Spojrzenie nie było trzeźwiejsze, choć takie mogło się zdawać. — Kochanie, ja zawsze panuje nad sytuacja. Nie wiem, czy zauważyłeś, Ale nie byłoby nas tu teraz, gdybym nie chciała.
Tym samym tym razem to ona go pociągnęła za sobą. Nie kojarzyła które auto należało do niego. Wiec na zewnątrz musiała się dać poprowadzić. Nie jak dziewczyna, która zaraz mu wskoczy na kolana, choć to zamierzała właśnie zrobić. Po zamknięciu drzwi nawet nie będzie czekała sekundy. Sloane. Je patrzyła czy ktoś patrzy. Cała jej uwaga skupiona była na Ezrze. Na tym mężczyźnie, który tej nocy miał być w pełni dla niej.
sloane
Dla Sloane to co się działo było czymś więcej niż tylko chwilą, w której pozwolili sobie na odrobinę bliskości. Z tego już nie było odwrotu. Oczywiście, mogli się wycofać w każdej chwili. Byli dorośli, nie obrażali się (przynajmniej Ezra) o głupoty. Tylko wszystko w nich głośno dawało znać, że nie zamierzają się wycofać. Zaszło to zbyt daleko, a budujące się między nimi napięcie było zbyt duże, aby móc je tak po prostu zignorować i wrócić do swoich zwykłych zajęć, choć teraz jedynym zajęciem Sloane okazało się siedzenie na kolanach Ezry w ciemnym SUV-ie z przyciemnianymi szybami. W momencie, kiedy kierowca zamknął za nimi drzwi blondynka bez wahania wpakowała mu się na kolana. Nie zwracając uwagi na sukienkę, która podwinęła się na jej udach. Dłonie od razu ułożyła na jego ramionach, jak na znak, że dziś się jej już nie pozbędzie.
OdpowiedzUsuńSloane zamruczała cicho, kiedy jego palce wsunęły się między jej włosy. Przechyliła lekko głowę na bok. Dostawała więcej niż sądziła, że będzie mogła od niego kiedykolwiek otrzymać. Nie musiał jej całować, aby w głowie zaczynały pojawiać się przyjemne myśli, których odpędzać od siebie nie zamierzała.
— Wiesz, jeszcze praktycznie nic nie zrobiłeś. — Zauważyła, a uśmiech rozciągnął się na jej twarzy. — A już jest lepiej niż sobie wyobrażałam. — Przyznała bez cienia wstydu czy zażenowania, które mogłoby się pojawić, gdyby nie to, że tej nocy mówiła mu o wiele odważniejsze rzeczy. Chciała również, aby Ezra wiedział, że Sloane o nim myśli. I że to wcale nie była jednorazowa myśl.
Przyjemny dreszcz musnął jej plecy, gdy jego dłoń je zaczęła gładzić. Zostali już całkiem sami. Oddzieleni od kierowcy szybą, zamknięci przed światem. Poczuła się od razu lepiej. Pewniej, a przede wszystkim stabilniej, kiedy już nie było nikogo kto mógłby im w jakikolwiek sposób przerwać.
Sloane roześmiała się wesoło, prawie chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. W rzeczywistości jednak musnęła ciepłą skórę wargami.
— Och, wiem, że nie mam niczego pod kontrolą. — Odparła. Nie miała i była tego świadoma. — Po prostu lubię czasami udawać. — Dodała. Żadne z nich nie miało już tego o czym myśleli, bo gdyby faktycznie się kontrolowali to nie byłoby ich tutaj teraz. Jej ust na jego szyi, jego dłoni na jej ciele. Wróciliby do domu osobno. Podstawiłby dla niej samochód. Lub odwiózł sam, ale nie dotknął.
Odchyliła się nieznacznie, a dłonie z ramion przesunęła mu na szyję.
Słuchała go z uśmiechem na twarzy. Trochę leniwym, rozmarzonym. Nie do końca potrafiła ogarnąć, że faktycznie trafili w jedno miejsce. Że wystarczyła jedna niekontrolowana impreza i parę wyzwisk rzuconych w eter. Inaczej sobie to wyobrażała, ale nie zamierzała już narzekać.
Westchnęła cicho, a głowę przechyliła na bok, gdy musnął jej szyję. Miałą wrażenie, że to dotyk, którego nie powinna była znać. Coś, co miało zostać tylko w jej wyobraźni, ale absolutnie nie zamierzała powstrzymywać siebie czy jego. Nigdy nie była rozsądna. Nigdy nie mówiła „nie powinniśmy”. Nawet, jeśli miało to później mieć swoje konsekwencje. W ich przypadku mogły się pojawić i to różne, ale blondynka nie zamierzała się tym jakoś wybitnie teraz przejmować.
— Podoba mi się, kiedy nad sobą nie panujesz. — Odparła. Przymknęła oczy, jakby ten gest miał sprawić, że bardziej będzie delektowała się jego pieszczotami. — Och, zabrzmiało groźnie… Więc, co takiego zamierza ze mną zrobić, pan Creighton? — Zapytała i otworzyła oczy. Spojrzała prosto w jego. Uważne, skupione na niej i takie, jakich nigdy przedtem u niego nie widziała. Sloane przybliżyła się, aby złożyć na jego ustach pocałunek. Krótki i szybki, niepozwalający na oddanie go. — Co ci chodziło po głowie, Ezra? — Pytała dalej. Miał do niej dostęp tu i teraz, ale coś blondynce mówiło, że żadne z nich wcale nie ma ochoty na szybki numerek w aucie z kierowcą, który będzie udawał, że nie wie co się dzieje za jego plecami. Mógł nie słyszeć i ich nie widzieć, ale z pewnością wiedział.
— Och, to pełny manifest. Spełnię dziś wszystko ze swojej vision board 2026. — Zaśmiała się. — Powinieneś być zadowolony.
Sloane też nie wiedziała, czy nie pożałuje. Przekonają się później. Sama sobie mówiła, że najwyżej może żałować tego, że tyle z tym zwlekali. Nie czekała też na zapewnienia z jego strony. Różnie mogło być.
Usuń— To dobrze. — Odpowiedziała po chwili. Jakby zbierała myśli, aby poukładać je w jakąś sensowną całość. — Nie potrzebuję obietnic i ty też nie. Będzie zabawnie. — Mruknęła z pewnością w głosie. Zaśmiała się krótko, jakby niedowierzając w chwilę między nimi. — Och, ja ci mogę za to dać gwarancję, że coś spieprzę. Zawsze to robią, wiesz o tym. — Przewróciła oczami. Ale to nie była noc o błędach, które mogła popełnić. To była noc o nich. To była noc dla nich. Wszystko inne mogło i musiało zaczekać.
— Zamierzam cię tak ładnie i miło potraktować, że będziesz chciał znacznie więcej. — Wyszeptała mu w usta, a potem zanim zdążyłby cokolwiek odpowiedzieć złączyła ich usta w pocałunku, trochę niespokojnym i zniecierpliwionym, jakby te minuty spędzone na rozmowie były im zbędne, a ona właśnie sięgała po to czego tej nocy chciała najbardziej.
sloane
To było nieludzkie, jak wiele razy wyobrażała sobie te wszystkie chwile z nim. Naprawdę była z początku przekonana, że to tylko zauroczenie. Takie niewinne, które przechodzi za parę dni. Ot, spodobał się jej z twarzy, podobało się jej to co mówił, ale prawda była nieco inna. Owszem, to wszystko się jej wciąż podobało, ale Sloane nie była tylko zauroczona. Z każdym dniem, który spędzali razem przepadała bardziej. Za wcześnie było, aby mówić o czymś więcej. Wiedziała jednak, że Ezra był mężczyzną, który nie tylko chodził jej po głowie, ale w niej zamieszkał i nie planował się wyprowadzać.
OdpowiedzUsuńSloane mruknęła w zadowoleniu, a kiedy jego dłoń trafiła na jej udo nie powstrzymała uśmiechu.
— Myślałam, że w końcu pękniesz, wiesz? Może wtedy, kiedy byliśmy sami w studio i było późno. — Mruknęła. To byłby dobry moment, choć miejsce bardzo średnie, ale skoro nikogo poza nimi nie było to kto by się dowiedział? — Albo kiedy odwoziłeś mnie do domu i z jakiegoś powodu nie wysiadłam z auta przez pięć minut i tylko się na siebie patrzyliśmy. Wypadało wtedy, abyś mnie chociaż pocałował, a musiałam obejść się smakiem.
Takich chwil było znacznie więcej. Oboje tworzyli między sobą dystans. Zdrowy czy też nie, nie pozwalali sobie na więcej. Może fakt, że ukończyli płytę zadziałał, choć Sloane była pewna, że to wydarzyłoby się nawet z płytą wciąż w produkcji.
Dla Sloane te tygodnie, a w zasadzie miesiące były jak zapowiedź tej nocy. Nie była planowana, nie wpisali sobie tego w kalendarz. To się po prostu wydarzyło, bo najwyraźniej świat uznał, że w końcu nadeszła ich pora. Gdyby wierzyła w jakieś siły wyższe to uznałaby, że nareszcie gwiazdy się dobrze dla nich ułożyły lub coś podobnego.
— To nie było intencjonalne. — Przyznała. Nie ciągała za sobą Cadena, bo chciała mu zrobić na złość. Wiedziałby, gdyby zaczęła mu grać na nerwach. To, że się z nim spotykała to była kwestia czegoś zupełnie innego. — Zresztą, to przeszłość. Upewniłeś się o tym. — Szepnęła mu przy uchu, jak obietnicę, że nie zamierza do niego już wracać. Wkurwił ją. I próbował sprawić, aby się ośmieszyła. Sloane miała za sobą masę chwil, kiedy robiła głupoty, ale to byłaby jedna z większych.
— Nie patrzyłam, czy patrzysz. — Odparła. Nie próbowała mu grać na siłę na nerwach. Próbowała się odciąć od tych uczuć, które rosły do Ezry. Potrzebowała po prostu kogoś. Zastępstwa. Czegokolwiek co pozwoli jej na moment nie myśleć. Nie tylko o Ezrze, ale i Carterze. — Mhm, ale znam to uczucie. Za każdym razem byłeś z tą swoją Molly czy Kendall, czy jakąkolwiek inną miałam ochotę im wyrwać parę włosów i się wpakować na ich miejsce. — Zaśmiała mu się w skórę, jakby właśnie zdradzała mu sekret, który nigdy miał nie ujrzeć światła dziennego.
— Nie masz limitu.
Mógł zachwycać się nią do woli. Tak długo, jak będzie miał na to ochotę. Będzie mógł z nią zrobić to, na co tylko będzie miał chęć, a Sloane nie odmówi. Nie, bo chciała mu się przypodobać, ale bo przeczuwała, że ich pragnienia bardzo się teraz ze sobą pokrywają.
Odwzajemniła pocałunek bez najmniejszego zawahania. Dopasowała się tempem do jego spokoju, który on jej podarował. Nie brała tych pocałunków gwałtownie. W tym jak spokojne były miała wrażenie, że jest w stanie lepiej go zasmakować i poznać.
— Nie będzie następnego razu. — Mruknęła z obietnicą na ustach. — Możemy już o nim nie mówić? Wolałabym mieć w głowie tylko mojego upierdliwego producenta, a nie typa, po którym musiałam sięgać po zabawki. — Mruknęła prawie przewracając oczami. Raczej był łatwy do zapomnienia. Nawet bardzo łatwy. Miała pod sobą mężczyznę, o którym nie potrafiła przestać myśleć od miesięcy i to tylko na nim zamierzała się skupić.
Uśmiechnęła się w pełnym zadowoleniu, kiedy mówił. Jakby to były właśnie te słowa, które chciała od niego usłyszeć. Przybliżyła się, a twarz Ezry ujęła w swoje dłonie.
— Czuję, że cię to kręci. — Mruknęła i krótko zamruczała. Zakręciła nad nim lekko biodrami, powoli i z premedytacją, jakby tylko coś sprawdzała. — Baaardzo wyraźnie czuję. — Zaśmiała się. — Zapowiada się obiecująco.
Wyprostowała się na nim, kiedy zaczął na nią patrzeć. Jakby uważniej. Sloane nie powstrzymała go, gdy dłonie sięgnęły do zapięcia sukienki. W ciszy, która między nimi zapadła, i której nie wypełniała bezsensowna muzyka, oboje mogli wsłuchać się w to, jak dudnią im serca w klatce, a oddechy staja się coraz płytsze. Nie robiła żadnych gwałtownych ruchów. Jedynie rozchyliła delikatnie usta, kiedy dłonie sunęły po jej ciele. Krótko westchnęła, kiedy sukienka spadła z jej ciała niżej. Sloane lekko zadrżała, jednak nie było w niej nic wstydliwego.
Usuń— Dziękuję. — Szepnęła w odpowiedzi, gdyby on jej nie przyciągnął sama wtopiłaby się w jego ciało. — Myślałam, że zaczekasz, aż dojedziemy. — Znów szepnęła, ale tym razem do ucha. Odetchnęła ciszej, jakby wciąż do niej nie docierało, że to naprawdę on, a tygodnie wyobrażeń w końcu zmieniają się w prawdę.
sloane
Najwyraźniej był tak samo niecierpliwy, jak ona. Sloane wcale nie zamierzała też Ezry spowalniać. Sama również była zaskoczona tym, jak bardzo można kogoś pragnąć. Dawno już nie miała w sobie tego uczucia, które rozkwitało od tygodni, a kiedy w końcu pozwoliła m na rozwinięcie zaczęły się dziać rzeczy, których nie brała przedtem pod uwagę.
OdpowiedzUsuńZamruczała z zadowoleniem na jego odpowiedź. Właśnie takiej się spodziewała.
— Podoba mi się ta niecierpliwość. — Westchnęła cicho. Cholernie mocno się jej podobała. I wcale jej nie przeszkadzała. Sloane wyobrażała sobie wiele rzeczy, a potem okazywało się, że rzeczywistość jest znacznie lepsza. Zsunęła dłonie z jego ramion do koszulki, której guziki zaczęła odpisać sprawnie i szybko, ale nie było w jej ruchach pospiechu, który zwykle takim chwilom towarzyszył. Chciała się nim dobrze nacieszyć. — Dobrze, że nie mieszkasz daleko, prawda? Może… Może starczy czasu na mały sneak peak. — Zaśmiała się muskając jego szyję. Wyciągnęła materiał koszuli zza jego spodni, a kiedy dotarła do ostatniego gzika zsunęła ją z jego ramion.
Rozpraszał ją ustami na szyi. Oddechem, który po sobie zostawiał. Rozpraszał ją absolutnie wszystkim, a Sloane coraz bardziej chciała więcej i nie było szans, że nacieszy się tylko skrawkami, które otrzymywała teraz.
— Nie wstrzymuj się teraz. — Poprosiła półgłosem. Wszystko, ale niech się nie zatrzymuje. — Praca zrobiona. Tylko Ezra i Sloane. — Szepnęła. Żadnej piosenkarki i producenta, żadnych albumów i wywiadów, nic poza ich dwójką i niegasnącym między nimi pragnieniem, które od dawna było ciężko im ukrywać.
Sloane nawet przez moment nie poczuła zawstydzenia. Choć może powinna, kiedy jego wzrok przesuwał się po jej praktycznie nagim ciele. Poza tą cienką, niewiele już i tak zakrywającą warstwą materiału nie miała na sobie nic więcej. Rozebrana była niemal ze wszystkiego. Jedynie szyję zdobił złoty łańcuszek.
Przylgnęła do niego mocniej swoim ciałem. Nie odpowiedziała już, jedyną odpowiedzią jaką mu dała był ten pocałunek. Przybierający na sile. Dłonie blondynki przesunęły się po jego ramionach, zaciskając mocniej wokół bicepsów. Jakby potrzebowała teraz czegoś stabilnego. Chwili, która ją utrzyma na ziemi, ale to zdawało się niemożliwe. Wszystko w jej głowie sprowadzało się teraz do niego. Do tego momentu. Do świadomości, że miała w końcu Ezrę. I miała go w pełni dla siebie. I mogła z nim zrobić to na co miała ochotę.
Odchyliła się delikatnie, jakby w ten sposób chciała mu dać lepszy widok na siebie i swoje ciało. Sloane nie spuszczała wzroku z ciemnych oczu Ezry, które teraz zdawały się być niemalże czarne. Przygryzła dolną wargę, gdy jego dłonie sprawnie sięgnęły za plecy. Strząsnęła ramiączka stanika z siebie, a materiał spadł w zasadzie sam. Usta Sloane rozciągnęły się w niemalże drapieżnym uśmiechu. Pełnym dumy i samozadowolenia, takim, który nie znał wstydu.
— Jestem, że taką samą ilość razy ja rozbierałam ciebie. — Odparła. Dłońmi przesunęła po jego torsie. Wzrokiem objęła odsłoniętą skórę, którą już widziała i dotykała, a jednak tym razem w tym dotyku było coś zupełnie innego. Bo teraz mogła i nie musiała udawać, że nie ma ochoty go posmakować, że nie chce, aby on zrobił coś więcej.
Zamknęła oczy i odetchnęła głębiej. Wyobrażała sobie to dziesiątki razy, ale rzeczywistość była lepsza niż jej własne myśli. Objęła dłonią jego kark, a głowę Sloane lekko odchyliła w tył. Ciało miała napięte, nastawione w pełni na Ezrę.
— Jeszcze. — Szepnęła cicho, a może ledwo tylko poruszyła ustami, kiedy to powiedziała, nie miała już absolutnie żadnego pojęcia co się działo. Nie, kiedy jego usta sięgały jej szyi, dekoltu czy piersi, które już i tak były wrażliwe, a teraz równie spragnionego jego dotyku. — Cholera, moja wyobraźnia naprawdę nie ma do ciebie podjazdu. — Zaśmiała się. Wiedziałaby, że to nie to już po pierwszym pocałunku. Tymczasem, kiedy sięgnęła do jego ust po raz pierwszy Sloane dostała sygnał, że owszem, to jest właśnie to.
— I cała twoja do uwielbiania.
Nie przerwała mu. Nawet nie przyszło jej do głowy, aby go próbować od siebie odsunąć. Sloane sięgnęła dłońmi do zapięcia jego spodni. Nawet się nie zawahała, kiedy rozpinała pasek. Uniosła się lekko na kolanach tym samym bardziej napierając swoim ciałem na mężczyznę, który nieszczególnie wyglądał na takiego, któremu to przeszkadza.
Usuń— Rozbierzmy cię. — Szepnęła mu przy uchu. Musnęła jego płatek chwilę później, a potem miejsce tuż pod nim i kolejne, a potem jeszcze następne, wciąż nienasycona jego skórą, a w zasadzie nim całym. — Tutaj…? — Szepnęła.
sloane
— Cholera, a myślałam, że to ja jestem niecierpliwa. — Zaśmiała się krótko w odpowiedzi, której dokładnie od niego oczekiwała. Jeszcze zanim odpowiedział Sloane była pewna, że za moment usłyszy od niego coś co pasowałoby do tej wersji Ezry dżentelmena, że zaczeka, aż znajdą się w jego domu, że wytrwają, że chciał tylko nacieszyć oko. Do tej sekundy Sloane była przekonana, że to tak właśnie będzie wyglądało, a tymczasem bezwstydnie mówił jej czego pragnie najbardziej, a tym pragnieniem była właśnie ona.
OdpowiedzUsuńSpróbowała przylgnąć od niego mocniej, gdy ją pocałował. Zdawało się to już niemożliwe, aby być bliżej. Nie, to było możliwe, ale wciąż jeszcze tej granicy nie przekroczyli, choć oboje doskonale wiedzieli, że to już kwestia sekund, a nie minut.
Pocałunek przybierał na sile z każdą kolejną chwilą. Momentami zdawał się być wciąż tak samo chaotyczny, jak wtedy na tarasie. Kiedy żadne z nich nie było w stanie sformułować nawet jednej myśli, gdy ich usta zetknęły się ze sobą po raz pierwszy. Sloane działała pod wpływem impulsu w tamtej chwili i jak nigdy teraz sobie za bycie nieodpowiedzialną dziękowała. Szarpała się przez chwilę z guzikiem i rozporkiem jego spodni, które nie chciały ustąpić, a może to po prostu ona była zbyt zniecierpliwiona, aby rozsądniej dobierać ruchy.
— Owszem, jestem. — Potwierdziła mu, chwytając po tym jego wargę między usta. Zaraz jednak znów go pocałowała, jakby nie potrafiła się powstrzymać, a każda sekunda z dala od jego ust była stratą czasu. Właściwie to dokładnie to czuła. — I wszystko to we mnie lubisz.
Nie musiał jej tego mówić. Przecież, gdyby naprawdę jej nie lubił to nie spojrzałby na nią w ten sposób. Nie chciałby jej teraz mieć na swoich udach, nie rozbierałby jej, a już na pewno przez poprzedzające tygodnie nie pozwalałby jej na ten bezwstydny flirt, który był niemalże ich codziennością.
Sloane oddychała znacznie ciężej. Podbrzusze pulsowało od napięcia, które już tylko on byłby w stanie z niej zedrzeć. Zniecierpliwiona, ale jednocześnie skłonna zaczekać, choć doskonale wiedziała, że oczekiwanie właśnie nachyliło się ku końcowi. Zassała gwałtowniej powietrze, kiedy sięgnął do koronkowego materiału, a palce blondynki wbiły się w jego boki, jakby potrzebowała uczepić się czegoś, aby nie stracić kontaktu z rzeczywistością. Równie dobrze mogła teraz znajdować się na planecie Ezra. Nic już poza nim nie miało znaczenia.
— Jestem najsłodszą nagrodą, jaką w życiu dostałeś. — Szepnęła drżącym od napięcia i emocji głosem. I mogła być jeszcze większym rozczarowaniem, ale tej nocy już nie zamierzała go rozczarowywać.
Sloane nie potrafiła powstrzymać wesołego śmiechu, kiedy materiał puścił pod jego dłońmi.
— Wisisz mi stringi. — Mruknęła rozbawiona i chwyciła jego twarz w swoje dłonie. — Teraz będę tego chciała tylko więcej… nie wiem, czy wiesz na co się właśnie skazałeś. — Zostawiła swój oddech na jego ustach, zanim go pocałowała. Z namysłem, uważnie. Jakby dokładniej chciała zapamiętać kształt, a także smak tych ust, które jeszcze do dziś pozostawały w granicach fantazji.
— Jebać trzymanie się granic. — Rzuciła i to całkiem poważnie. Nie wychodziło im to. Nie trzymali się ich wcale. Próbowali, ale nie wyszło.
Uniosła lekko brew w górę, a razem z tym kąciki jej ust się wzniosły na tę wzmiankę o noszeniu jego koszul. To już zabrzmiało, jak obietnica, której składać jej nie powinien, ale którą Sloane przyjęła.
— Zawsze mogę nosić tylko ten wisiorek.
Dała mu sobą pokierować. Dłonie tylko przeniosła z jego żeber na ramiona, ot dla lepszej stabilności. Odrzuciła głowę do tyłu z zastygającym na ustach jękiem. Przez sekundę miała wrażenie, że wszystkie emocje i całe to napięcie, które tłumiła w sobie od tygodni ją rozsadzi od środka. Osunęła się na nim do samego końca.
— Mhm. — Mruknęła niezrozumiale. Zamknęła na parę chwil oczy. I ona potrzebowała tych paru chwil, które Ezra wziął dla siebie. Jakby się upewniała, że to dzieje się naprawdę. Że to nie jest tylko kolejny sen, z którego zaraz ją coś wybudzi.
Zajęło jej kilka sekund, aby wrócić do rzeczywistości. Do tego auta, w którym byli zamknięci, a z którego teraz żadne z nich nie chciało wychodzić. Odchyliła się do tyłu, dłoń układając mu na piersi i popychając do tyłu. Chciała, aby na nią patrzył, a jednocześnie, aby ją całował. Chciała wszystkiego. To już dawno przestała być gra czy zwykły flirt. Choć to jeszcze nie miało nazwy było czymś znacznie więcej niż tylko chwilowym pragnieniem, któremu można dać upust na tylnym siedzeniu auta.
Usuńsloane
Ruchy Ezry i Sloane się ze sobą zsynchronizowały. Zupełnie, jakby ciała znały siebie na pamięć, choć to przecież był pierwszy raz, kiedy zetknęły się ze sobą w ten sposób. W tym co robili nie było żadnego zawahania ani chwili, która mogłaby wskazywać na to, że którekolwiek z nich chce się wycofać. Sloane pozwalała sobie na pogrążenie się w tych myślach dziesiątki razy, jednak nigdy tak w pełni nie była pewna, czy one kiedyś się sprawdzą, czy po prostu zostaną tylko tym – małą fantazją. Ezra powinien być nieosiągalny. Powinien być człowiekiem, z którym jedyna relacja jaka będzie ją łączyć to tylko ta zawodowa. Jeżeli istniała rzeczywistość, w której pożałowała tego ruchu, to musiała ona być błędna i musiała być równie nieprawdziwa. Sloane nie szukała perfekcji, a czegoś prawdziwego. Mogła sobie wymarzyć i zażyczyć idealną noc, ale zawsze najlepsze były dla niej te momenty, które wcale nie były zaplanowane. Kiedy życie wymykało się spod kontroli, kiedy robili to na co mieli ochotę tu i teraz, a nie przy świetle świec, choć jak miała być szczera to nie przypominała sobie, aby kiedykolwiek trafiła na tak romantyczny wieczór. A może po prostu już o tym nie myślała, bo całą głowę zajmował jej Ezra. Jego pocałunki, jego ruchy bioder. Ostre, surowe. Nieoznakowane delikatnością, której teraz nie szukała. To była ta najczystsza forma pragnienia, które musiało być zrealizowane tutaj. Które musieli zrealizować ze sobą.
OdpowiedzUsuńJak tylko zamienił ich pozycjami Sloane niemal od razu objęła go nogami w pasie, jak na znak, aby mieć go jeszcze bliżej siebie, jakby nie chciała, aby się oddalił zbyt mocno. Mimo, że wszystko w nim również jej mówiło, że Ezra wcale nie zamierza znikać. Szumiało jej w głowie od wszystkiego co z nią robił. Każdy pocałunek rozpalał ją jeszcze bardziej. Każdy ruch bioder sprawiał, że jej własne wysuwały się na spotkanie jego. Mimo tego, jak szybko i jak wiele się działo w tak krótkim czasie, Sloane miała wrażenie, że nie ma między nimi chaosu. Była zaskakująca spójność, którą odnaleźli w tym odrobinę szalonym, ale przyjemnym rytmie. Odnajdowała się w jego szorstkości i głodzie, odpowiadała mu dokładnie tym samym. Dłonie raz miała na jego ramionach, innym razem paznokciami rysowała mu plecy nie zważając na to, czy jest delikatna czy może zostawi po sobie ślady, które jeszcze rano będą dawały o sobie znać.
— To słodka prawda. — Wyszeptała, a głowa po raz kolejny opadła jej do tyłu. Głęboko westchnęła w odpowiedzi na zsuwające się po jej ciele usta mężczyzny. Miała go dokładnie tak, jak chciała i jednocześnie w sto razy lepszy sposób niż sobie to wyobrażała.
Oboje zamilkli w odpowiednim momencie. Już nie było między nimi przestrzeni na nic innego, jak na kolejne pocałunki. Obejmowała go udami mocno, pewnie i śmiało, nie chcąc sobie pozwolić nawet na moment, kiedy ta bliskość między nimi zniknie. Dawno już się nie czuła tak pożądana. Dawno nikt jej tak nie pragnął, jak Ezra. Dawno ona nikogo tak nie pragnęła. Mimo, że często go przy niej nie było to zapełniał jej umysł w pełni. Przesiadywał w nim. Słyszała jego głos, kiedy mężczyzny wcale nie było obok. Czasem odnosiła wrażenie, że czuje jego perfumy, że dotyka jej talii, a potem orientowała się, że przecież nie jest tu obecny, a ona po prostu pozwoliła sobie na to, aby odpłynąć w myślach po raz kolejny.
Tak, tacy właśnie byli. Niepoprawni. Do bólu wręcz stworzeni dla siebie. Pasowali do siebie, nie mogli temu zaprzeczyć, a jednocześnie byli od siebie tak różni, tak niepasujący, że to chwilami nie miało sensu, że się dogadują.
Między tymi niekontrolowanymi westchnięciami, a jękami czasem wypowiadała jego imię. Jedyne, które teraz chciała mieć na swoich ustach. Jedyne, które było poprawne w tej chwili. Sama nie była pewna, w którym momencie jej paznokcie mocniej wbiły się w plecy mężczyzny, ciało wygięło w delikatny łuk, a cichy, przeciągły jęk zsunął się z ust. Fala rozkoszy przepłynęła przez nią brutalnie z siła, której się nie spodziewała. Włosy kleiły się jej do twarzy, oddech był niespokojny, a serce drgało rozjuszone.
Przymknęła oczy, jeszcze nie do końca rejestrując, że to już. Dłoń Sloane zsunęła się bezwiednie z ramienia Ezry i opadła niżej. Głowę przez jakiś czas przechyloną miała na bok, a potem niespodziewanie roześmiała się. Trochę z niedowierzaniem.
Usuń— Mamy problem, Creighton. — Mruknęła. Wciąż jednak nie otwierała oczu. Usta miała napuchnięte od gorączkowych pocałunków. Policzki rumiane i zadowolenie wymalowane na twarzy. — Teraz będę chciała więcej… i więcej… i jeszcze trochę.
W końcu otworzyła oczy i spojrzała na mężczyznę. Jeśli wcześniej sądziła, że jest piękny, to tak teraz była o tym przekonana. Wyglądał inaczej. Spokojniej.
— Och, zdecydowanie powtórzymy to dziś jeszcze… minimum dwa razy. — Zaśmiała się. Leniwym ruchem sięgnęła do jego twarzy, aby przyciągnąć go do pocałunku. Tym razem spokojniejszego, jak na zakończenie tej chwili. — Oczywiście, o ile dasz radę za mną nadążyć.
Nie byłaby sobą, gdyby nie pozwoliła sobie na odrobinę zgryźliwości.
Wciąż leżała na fotelach, kiedy Ezra się odsunął. Westchnęła bezwiednie, jakby nagle ogarnęła ją pustka po tym, jak z niej zszedł. Nie rozglądała się gorączkowo za swoją sukienką. Nie zakrywała dłońmi.
— Przypomnij mi… dlaczego nie zrobiliśmy tego wcześniej? — Mruknęła zaczepnie.
Podniosła się dopiero, kiedy podał jej marynarkę. Wsunęła ręce w rękawy, ale nie zapinała jej. Sięgała idealnie do połowy ud. Wystarczy, aby przeszła z auta do domu. Zresztą, nosiła czasem krótsze sukienki niż jego marynarka.
— Mhm, pożyczyć. Już widzę, jak dajesz mi wyjść nago z auta. Aż tak swojego kierowcy i ochroniarza nie możesz lubić, aby im serwować takie widoki. — Zaśmiała się. Sprawnie klęknęła na sofie, a ręce zarzuciła mu na szyję. Przybliżyła się, jedynie po to, aby musnąć jego policzek. W porównaniu ze wszystkim co się działo było to absurdalnie niewinne.
sloane
Wciąż była rozedrgana po tym co miało między nimi miejsce. Potrzebowała trochę więcej czasu na to, aby dojść do siebie. Sloane nie była pewna, czy wszystko co wzięła i wypiła już z niej zeszło, Ale nigdy przedtem nie czuła się tak trzeźwa jak w tej chwili.
OdpowiedzUsuńOdurzona wciąż była jego dotykiem i zapachem. Bezustannie czuła dotyk na swoim ciele, które nadal było rozgrzane. Przez moment była wręcz pewna, że obudzi się i znajdzie w swojej sypialni, a co gorsza, że z drugiej strony będzie leżał ktoś kto nie był Ezrą. Dlatego w ciszy patrzyła na jego profil. Chcąc dobrze zapamiętać rysy jego twarzy. Sposób w jaki się uśmiechał, jakby i on sam jeszcze nie wierzył w to co miało między nimi miejsce. To było wręcz niedorzeczne, ale cholernie prawdziwe i nie mogli temu zaprzeczyć. Wątpiła, że którekolwiek z nich chociaż pomyślało, aby zasugerować zapomnienie o tej nocy. To było niemożliwe.
— Nie, żebym była wstydliwa, ale mam nadzieję, że ta szyba była wygłuszona. — Mruknęła wesoło. Nieszczególnie miała problem z nagością. Rozbierała się przed kamerami, nigdy co prawda w pełni, bo zawsze miała na sobie bieliznę czy bikini, wiele współprac, które wymagały takich sesji. Jednak zareklamowanie luksusowej bielizny czy strojów kąpielowych, a bycie słyszaną w trakcie intymnego zbliżenia to były kompletnie różne kwestie. Zabawne, bo w końcu jeszcze pół godziny temu skłonna była podciągnąć przed nim sukienkę na tarasie, który dostępny był niemalże dla wszystkich.
Sloane zaśmiała się krótko i przytaknęła mężczyźnie.
— Szybko przy tobie znika ta bielizna. — Mruknęła. Zupełnie jej to nie dziwiło. Ledwo zdążyła wejść do auta, a pare minut później Sloane już jej na sobie nie miała i absolutnie taki rozwój sytuacji blondynce nie przeszkadzał.
Przymknęła oczy, kiedy znów musnął jej kark. Mogłaby dla tych momentów przepaść, a w zasadzie to już przepadała i robiło się to niebezpiecznie szybko. Cokolwiek zamierzała przynieść przyszłość Sloane w nią odważnie wchodziła. Mimo, że wiedziała, jak nieodpowiedzialne to jest.
— Masz coś przeciwko temu, aby mnie nasycić? — Zapytała z błyskiem w oku. Poprawiła włosy, które schowane były pod marynarką. Uśmiechała się wesoło. Czując trochę tak, jakby w końcu wszystko wróciło na swoje miejsce. Sloane czuła się zaskakująco dobrze i bez żadnych wyrzutów sumienia czy myśli, aby jednak z jego domu uciec z krzykiem i błagać, aby o tej nocy zapomnieli.
Wysiadając z auta nie zwróciła uwagi na kierowcę. Raczej taka noc nie była dla niego niczym wyjątkowym. Sloane dobrze wiedziała, jak to działa. Sama bazowała na podobnych zasadach jeszcze w Nowym Jorku. Właściwie tylko z Carterem. Ale to teraz było bez znaczenia. Dyskrecja ochroniarzy i kierowców zawsze była na najwyższym poziomie. Musiała być, jeśli zależało im na tej pracy.
Obserwowała dom i rośliny przed. Elegancki podjazd. Wszystko tu krzyczało o pieniądzach, ale nie w wulgarny sposób, który można byłoby wyśmiać.
Uśmiechnęła się, kiedy objął ja z powrotem i bezwłose przylgnęła do jego ciała układając dłonie na torsie mężczyzny.
— Wiesz jak nienawidzę przyznawać ci racje? — Westchnęła rozgoryczona, bo i tym razem ją miał. Teraz również wiedział, jakby to wyglądało, gdyby jednak wcześniej się ze sobą przespali. — Bo mi nie grało. Za piątym razem chodziło wszystko jak w zegarku.
Sloane sięgnęła do jego ust, na których złożyła delikatny pocałunek. Przypominało to raczej słodkie muśnięcie niż pocałunek, który mógłby odwzajemnić.
— Chce zobaczyć jak mieszkasz.
UsuńNie była tutaj wcześniej. Chciała zobaczyć wszystkie idiotyczne rzeczy, jakie ma. Czy na wymyślne rzeźby albo paskudne obrazy. Ile warta jest jego kolekcja kryształowych kieliszków i gdzie trzyma swoje największe sekrety. Sloane była gotowa zagłębić się w to wszystko już teraz.
Zamiast przejść jednak dalej wpatrywała się mu w oczy. Jakby to właśnie niebyły teraz najlepszym co ją spotkało. I poniekąd właściwie były. Policzki piekły, wciąż po tym co się między nimi zdarzyło.
— Mhm, wciąż tego nie wiesz. Nie tak naprawdę. — Odparła. — Ale nie martw się. Mamy cała noc, a ja… ja zamierzam się dziś dokładnie przekonać jaki jesteś w… całości.
Sloane wiedziała, że to co działo się między nimi nie było jednorazowe. Że to jeszcze się wydarzy i to wcale nie raz ani nie dwa. Może tylko było to jednak na jedna noc. Może rano nie będą w stanie spojrzeć sobie w oczy, a może nie dadzą rady się od siebie oderwać.
— Mogę? — Spojrzała na niego spod rzęs, a dłonie wciąż ułożone miała na odsłoniętym torsie. — Gdzie masz sypialnie? — Spytała. Mogła rano połazić mu po domu. Pogrzebać w zakamarkach. Teraz chciała więcej Ezra. Dosięgnąć tam, gdzie jeszcze jej nie było.
— Twoje pięć minut już upłynęło. Łap wodę po drodze i nie ociągaj się. Bo jeszcze pomyślę, że te plotki o tobie to rozpuszczone zostały z litości.
sloane
Sloane jakoś nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy ci ludzie, którzy ich wszędzie wozili i byli świadkami wszystkiego; brania używek, upojenia alkoholowego, seksu, który potrafił w tych autach być nieprzyzwoity i oburzający, kiedykolwiek zastanawiali się nad rzuceniem tej roboty. Ile razy w myślach wykliniali swoich pracodawców, jak często mieli ochotę spuścić tę oddzielającą ich szybkę od wnętrza auta tylko po to, aby złapać trochę tego świata dla siebie? Nigdy jej jakoś nie przeszło jej to przez myśl. Jakby nie patrzeć, ale byli dość blisko tego świata. Znali sekrety, które mogłyby ich pogrążyć. Może i mieli podpisane umowy o poufności, ale kiedy to niby kogoś powstrzymało?
OdpowiedzUsuń— Nie musiał słyszeć, aby wiedzieć. — Odparła. Raczej było jasne po co Sloane wsiadała do tego auta, ale widział ją również, jak wysiadała. W samej marynarce, która nie zasłaniała zbyt wiele. Co prawda przetrzymała materiał dłońmi, bo mimo wszystko, ale nie chciała świecić przed obcym mężczyzną ciałem, kiedy dopiero co była z Ezrą i właściwie już postanowiła sobie, że ona w całej swojej okazałości jest teraz zarezerwowana tylko dla Creightona.
Sloane zaśmiała się na tamo wyobrażenie tego.
— I najgorsze, że nie może jej powiedzieć co się działo. — Rzuciła wesoło. Choć pewnie mówił. Bez nazwisk i szczegółów. — „Hej, kochanie. Nie wierzysz co dziś się działo. Facet, którego wożę? Sprosił sobie młodą dziewczynę. Była taaaaka głośna”… — Przerwała, bo nie wytrzymała i zaśmiała się wesoło. Ciekawe czy po powrocie brał się za żonę czy raczej potrzebował czasu dla siebie, aby ochłonąć i zapomnieć o nocnych ekscesach swojego szefa.
Nie miała jak mu odpowiedzieć. Objęła go za kark i odwzajemniła pocałunek. Jeszcze chyba nie dotarło do niej, że naprawdę z nim jest. Bo to wszystko brzmiało, jak jeden wielki, pieprzony sen, z którego już dawno powinna była się obudzić. Tymczasem całowała się z nim z tą samą pasją, co przedtem, a pragnienie wcale nie malało. Tylko na nowo się odbudowywało po tym co miało miejsce w aucie.
— Zamierzam je dziś do kilku grzechów wykorzystać. — Wymruczała między jednym, a drugim pocałunkiem. Zupełnie się tego po tym wieczorze nie spodziewała. Kiedy przyjechała do klubu myślała, że zostanie tam do końca z Cadenem, a potem wrócą do niej lub do niego, że nie wydarzy się dziś, a działo się cholernie wiele i wcale nie była tym rozczarowana. Wręcz przeciwnie. — Albo dołożyłabym swoją cegiełkę do tych plotek z litości. Nigdy się nie dowiesz.
Sloane nawet nie próbowała ukrywać uśmiechu, który wyraźnie wskazywał, że z litością to co się działo miało niewiele wspólnego. Próbowała tych plotek nie słuchać. Tylko, kiedy dziewczyny ogarnęły, że Sloane przeszła do tego Creightona to zasypała ją cała masa plotek, o które się nie prosiła. I każda taka jedna sprawiała, że miała ochotę przekonać się na własnej skórze czy są prawdziwe, a dziś się przekonała i tak, jak mogłaby zacząć plotkować z innymi to zamierzała to zachować dla siebie. Nie, bo zamierzała go ukrywać, ale bo po prostu pewne rzeczy smakowały lepiej, kiedy się nie dzieliło z innymi.
— Zastanowię się. Kolekcja winyli i książek wiele mówi o mężczyźnie. — Odparła całkiem poważnie. W LA Sloane nie miała zbyt wiele własnych rzeczy. Wciąż była przekonana, że wróci do Nowego Jorku, że to tylko chwilowa przerwa, a potem zawita znowu do NYC. Tymczasem jej życie się układało tutaj.
Podobało się jej to, jak intymnie tutaj było. To nie było miejsce na pokaz, ale miejsce, gdzie naprawdę ktoś mieszkał. Niczego bardziej niż tych marmurowych domów, które bardziej przypominały muzeum nienawidziła. Wypierała się tego, odkąd tylko pamiętała. Dlatego jej mieszkanie zawsze przypominało chaos. Obrazy, które nie były zawsze zgodne ze sobą. Niepasujące do siebie meble, ale dzięki temu mieszkanie nie było tylko dodatkiem. Cóż, nie pasowały na pierwszy rzut oka. Nie miała zresztą nic przeciwko temu, aby fotel był z innej parafii niż sofa. To były w końcu tylko dodatki, a nie całokształt, prawda?
Sloane przechadzała się powoli. Przyglądając uważniej niż Ezra mógłby się tego po niej spodziewać. Uniosła lekko brew, kiedy przechodzili obok obrazu, którego nie potrafiła w żaden sposób skomentować.
Usuń— Nie powiem ani słowa. — Obiecała unosząc ręce w geście zapewnienia. Pokręciła lekko głową. Jej szpilki cicho stukały o posadzkę. Jeszcze nie ich nie zdjęła, ale to była już kwestia czasu. Robiło się jej już w nich powoli niewygodnie.
Kiedy została sama zajrzała do łazienki, którą pokazał jej na początku. Pozwoliła sobie na szybkie odświeżenie się, które w zasadzie zaliczyło się tylko do przepłukania ust płynem miętowym i poprawienia włosów. Policzki nie były już tam rumiane, a kiedy spoglądała na siebie w lustrze widziała parę śladów, które zostawił po sobie Ezra. Uśmiechnęła się do własnego odbicia, a potem wróciła do salonu. Stała akurat przy wspomnianej kolekcji winyli. Bez patrzenia na wykonawcę wzięła jeden. Wyjęła go z opakowania, a płytę ułożyła na gramofonie. Spokojna melodia rozproszyła się po salonie, a Sloane przeszła dalej. Obejrzeć książki. Była ciekawa teraz wszystkiego i jednocześnie, gdyby tu wrócił i zrzucił z niej marynarkę jedyne o czym by myślała to, aby go znów w sobie poczuć. Na samo wspomnienie aż poczuła przyjemny skurcz w podbrzuszu, jakby ciało wcale nie zapomniało.
Odwróciła delikatnie głowę w stronę mężczyzny, kiedy usłyszała jego głos.
— Dziękuję. — Odebrała od niego herbatę. Pierwszy łyk uświadomił jej, jak spragniona faktycznie była. Westchnęła bezgłośnie w zadowoleniu. Tak, zdecydowanie było jej miło.
Sloane zatrzymała się na moment przy pokoju z fortepianem. Patrzyła na niego odrobinę dłużej niż było to konieczne.
— Grasz? — Spytała doganiając po chwili mężczyznę. Uśmiechnęła się lekko. Zadowolona i… Cóż, naprawdę szczęśliwa, że dotarła do tego miejsca. Bo nie chodziło przecież tylko o to, aby go zaliczyć. Nigdy nie chodziło tylko o to.
Stanęła w przejściu do łazienki. Kuszącej wanną i odświeżeniem się. Nie miałaby nic przeciwko, aby z siebie wszystko zmyć, a wrócić do niego w nieco innej wersji.
— Mhm, czasem ktoś zostaje na noc. — Powtórzyła po nim z lekkim uśmiechem. — Hej, nie oceniam. Właściwie, doceniam. U niektórych ciężko znaleźć choćby waciki.
To była wygoda. I Sloane wiedziała, że nie chodzi tylko o dziewczyny, które mógł sobie tu spraszać. Spraszał, nie wątpiła w to. Ale zostawali też znajomi, którzy czasem nic ze sobą nie mieli, a taka łazienka ratowała. Nie oceniała. Praktykowała coś podobnego.
— Brakuje mi czegoś. — Odezwała się dość poważnie, a kącik jej ust lekko uniósł się. — Koszulki. Wiem, nie ponoszę jej długo, ale dla zasady. Chyba, że w garderobie masz specjalne miejsce na dziewczyny, które przypadkiem zostają na noc… — Wzruszyła ramionami. Nawet by jej to nie zdziwiło.
sloane
Blondynka uniosła lekko brew, kiedy zaczął mówić, jakby w niedowierzaniu, że faktycznie mógł mieć w swojej garderobie takie małe miejsce przeznaczone dla dziewczyn, które sobie sprasza na noc i potem odstawia w innych ubraniach. Z tego co Sloane zapamiętała to jej sukienka została w aucie. Łącznie z bielizną. Jedyne co teraz nosiła to była ta marynarka, wyraźnie za duża, ale jak tylko narzucił jej ją na ramiona to czuła się w niej tak dobrze, jakby od zawsze było zaplanowane, aby nosiła tylko te, które należały do niego.
OdpowiedzUsuń— I już przez chwilę myślałam, że będę wyjątkowa. — Roześmiała się. Ta noc mogła należeć tylko do nich i być przeznaczona tylko dla nich, ale nie była naiwna. Nie była pierwszą, którą tak zabrał z klubu. Tak, jak i Ezra wiedział, że nie był pierwszym, z którym ona tak uciekła. Jednocześnie Sloane miała wrażenie, że to wszystko dzieje się po raz pierwszy. Poniekąd, ale się działo. Między nimi pierwszy raz zaiskrzyło tak mocno, że już nie byli w stanie tego dłużej kontrolować. I wszystko, dlatego, że nie potrafiła się powstrzymać i skoro już popadała ze skrajności w skrajność to postanowiła, że go pocałuje, a reszta w zasadzie wydarzyła się już sama.
Ułożyła swoje dłonie na jego przedramionach, kiedy podszedł bliżej, a dłonie trafiły na biodra blondynki. Przechyliła lekko głowę z zamyśloną miną. Nie była, dziś, tą, która dopytuje „czym teraz jesteśmy?”, kiedy dobrze wiedziała, że odpowiedź nie będzie jednoznaczna.
— Czyli chcesz, żebym została. — Stwierdziła i skinęła głową. Powiedział jej to już wcześniej, kiedy napomknął coś o tym, że przez najbliższy tydzień nie będzie nosiła niczego poza jego koszulami lub wisiorkiem. Jeszcze się nie zastanawiała nad tym, jak to będzie, kiedy wytrzeźwieje, a zioło z niego zejdzie. Sloane miała w sobie taki koktajl wszystkiego, że świat nie tylko był piękny, ale wspaniały, litościwy, niesamowity, choć w tej chwili? Naprawdę taki był, a przynajmniej ten, w którym znajdowali się teraz razem. — Nie planowałam wychodzić, ale… To ściąganie brzmi obiecująco. Chętnie się przekonam do czego jesteś zdolny, aby mnie tu zatrzymać.
Najlepsze było to, że wcale nie musiał się starać, aby została. Sloane sama tego chciała. Tego spędzania z nim czasu, ale, który nie ogranicza się tylko do aktywności w sypialni. Lubiła go od dłuższego czasu. Nie jako potencjalnego partnera od zaspokojenia różnych potrzeb, ale jako człowieka. Ot, tyle i aż tyle. Nie widział w niej przyjaciółki, rozumiała to, bo nie była ona najlepszym wzorem. Sloane jednak widziała w Ezrze przyjaciela i to od bardzo dawna. Widziała w nim człowieka, na którym można polegać i któremu można ufać. Wbrew temu co słyszała, co mówili inni. Nie dał jej powodu, aby w niego wątpiła i w jego obietnice, a każda, którą jej złożył – ziściła się i to z dodatkami, o których przedtem nie wiedziała, że mogą istnieć.
Westchnęła bezgłośnie, kiedy się odsunął i poszła za nim.
Uśmiechnęła się lekko, kiedy otworzył przed nią drzwi do pomieszczenia, w którym znajdowały się instrumenty. Jeśli istniało coś co zdecydowanie ich łączyło to była muzyka. Bez niej najpewniej nawet by się nie poznali. Sloane bez słowa podeszła do fortepianu. Przesunęła dłońmi po gładkiej, lśniącej powierzchni.
— Na moich nerwach grasz doskonale. — Odparła cicho, jakby wiedziała, że w tym pomieszczeniu nie trzeba unosić głosu. — Zresztą, ja twoimi chyba też potrafię nieźle poszarpać, co?
Przystanęła przy fortepianie i przez moment tylko się wpatrywała w instrument. Podniosła klapę, bez pytania o pozwolenie. Oparła się biodrem o krawędź, spojrzała na klawiaturę jakby szukała w niej czegoś co było zapisane tylko dla blondynki. Potem położyła palce, miękko i pewnie, i nacisnęła trzy klawisze, nie obok siebie, nie w przypadkowej kolejności. Akord rozlał się po pomieszczeniu głęboki, ciepły, idealnie nastrojony.
Zagrała kolejny. Trochę wyżej. Potem pojedynczą nutę, która zawisła w powietrzu i opadła dopiero po chwili. To nie było ćwiczenie ani popis. Raczej przypomnienie, że potrafi wydobyć z ciszy znaczenie.
Nie uśmiechnęła się. Nie dodała już niczego więcej. Opuściła w ciszy klapę fortepianu, jakby nie chciała tej chwili zmienić w coś czym absolutnie nie była.
UsuńSpojrzała po chwili po reszcie instrumentów. Uniosła brew, zaskoczona widokiem saksofonu. Nie spodziewała się tego po nim, ale jak widać oboje byli pełni niespodzianek, które z czasem przyjdzie im o sobie odkrywać.
Sloane przez moment nic nie mówiła. Przetwarzała jego słowa, które niosły za sobą większe znaczenie. Nie mówił tego dla popisania się. Mówił to, bo chciał dać jej kawałek od siebie, którego najpewniej nie rozdawał na prawo i lewo.
— W żadnym wcieleniu nie zgadłabym, że znajdzie się w twojej kolekcji saksofon. I że na nim grasz. — Odpowiedziała po chwili. Jednak to nie była kpina, a czyste zaskoczenie, że ten konkretny instrument tu był. — Pasuje do siebie. Teraz, kiedy wiem… Potrafię sobie to wyobrazić.
Znów zamilkła. Zdawała sobie sprawę, że zajrzała właśnie w niego głębiej niż kiedykolwiek przedtem. Mimo, że nie powiedział zbyt wiele. Ale czy właśnie nie w tych, niby, mało znaczących słowach kryło się najwięcej?
— Dźwięki niosą za sobą większe wyznanie niż słowa. — Powiedziała miękko po chwili. Przechadzała się po studio bezszelestnie. Nawet stopy stawiała tak, aby nie stukać zbyt mocno obcasami, a te posłusznie się słuchały i nie tupały. — Można nimi często powiedzieć to, czego nie można ułożyć w słowa.
sloane
Zapięła guzik od marynarki jakiś czas temu. Uznała, że może wykazać się odrobiną przyzwoitości i nie pozwalać, aby rozchylała się na boki przez cały ten czas. Teraz, gdyby odsłaniała ciało to byłoby prawie niepoprawne. Biorąc pod uwagę, że zrobiło się poważniej niż Sloane zakładała. Cała noc była pełna niespodzianek. Wysiadając z auta pewna była, że przejdą od razu do sypialni lub na pierwszy mebel, który trafią na drodze. W ostateczności mogli wylądować na podłodze. Tymczasem znajdowali się w jego domowym studio, a Sloane pozwoliła sobie na to, aby wypuścić z siebie emocje, których nie umiała nazwać za pomocą kilku klawiszy i cichych urywanych dźwięków. Ot, nic specjalnego.
OdpowiedzUsuń— Nerwy to mój ulubiony instrument. Najmniej przewidywalny.
Uśmiechnęła się blado kątem ust, a spojrzenie z fortepianu przeniosła na Ezrę. Nie musiała na niego patrzeć, aby czuć intensywność jego spojrzenia. Przenikało ono przez warstwę marynarki i kolejne warstwy skóry. Wchodziło głęboko. Zaczepiało o rzeczy, o których Sloane niekoniecznie chciała myśleć.
— Wychowałam się na rocku. — Odparła powtarzając po nim. — Głównie na muzyce ojca. Zabierał mnie ze sobą na koncerty i festiwale. Przed tabliczką mnożenia nauczyłam się, jakie rodzaje mikrofonów istnieją i jakie jest ich zastosowanie.
Dzieciństwo Sloane nie było zwykłe. Odbiegało od tego czego doświadczali jej rówieśnicy. Nie miała najłatwiej, ale gdyby zaczęła „narzekać” znaleźliby się tacy, który wytknęliby jej nazwisko, z którym się urodziła. Nepotyzm.
— Nie zapytam, ale to ma sens. Nie pytaj, dlaczego. Po prostu to czuję. — Odparła. Nie powiązałaby go z jazzem. Nie mężczyznę, którego znała ze studia, z kłótni w jego biurze czy niezobowiązujących lunchy, kiedy na złość zamawiała najdroższe danie, a potem je odsyłała, bo jej nie smakowało i jak dziecko kończyła z frytkami. — I widziałam kolekcję winyli. Lubisz jazz.
Absolutnie nie wyśmiewała. Jeśli nauczyła się czegoś to tego, że muzyka zawsze powinna łączyć, a nie dzielić. Istniało tyle gatunków, tak wiele możliwości i w każdym zakątku świata istniała muzyka. Różne jej rodzaje, różne instrumenty. Dla jednych to mógł być bałagan, a dla innych najpiękniejsze dźwięki, jakie słyszeli w życiu.
— Czasami, kiedy jestem sama odpalam playlisty z jazzem na YouTube. Wypiję lampkę wina, zapalę świeczkę i poudaję, że życie ma sens.
Nikt jej wtedy nie przeszkadzał. Była sama i płynąca z głośników muzyka, która przenosiła ją w inne miejsce. Czasem do nowoorleańskiego baru w latach czterdziestych. Czasem do Chicago dekadę później. Wcale nie ruszała się z własnej kanapy. Zamykała oczy i pozwalała, aby wyobraźnia robiła swoje.
— Jak często na nim grasz? — Spojrzenie Sloane na moment skierowało się w stronę instrumentu. Teraz niezwykle cichego i połyskującego w miękkim złocistym świetle. — Grasz dla innych czy… tylko dla siebie?
Z jakiegoś powodu, ale nie odważyłaby się poprosić, aby zagrał dla niej. To już nie było wrażenie, ale niemal fakt, że Ezra pozwalał jej zajrzeć w miejsca, które nie były wcześniej dla niej otwarte. Nie znała tej części jego życia. Historii, która kryła się za człowiekiem, który stworzył VXIL Records.
— Fakt, jest seksowny. Zwłaszcza w odpowiednich rękach. — Przytaknęła mu. Potrafiła sobie to wyobrazić, a na pewno chciałaby spróbować. Skupienie na jego twarzy, kiedy zatapia się w dźwięki, którym sam nadaje kształt. — Wciąż tym dla ciebie jest, prawda? Brzmi, jakby był. Tylko tego rodzaju językiem, którego używa się w samotności.
Przymknęła na chwilę oczy, kiedy jego dłoń znalazła się w talii. Nie był to rodzaj dotyku, który rozpala na nowo. Było w nim coś spokojniejszego. Coś, czego po wszystkim co się wydarzyło, Sloane się nie spodziewała, a co przyjęła ze spokojem i niemal wdzięcznością. Otworzyła je, kiedy na twarzy poczuła ten delikatny dotyk. Jej spojrzenie napotkało jego. Spokojne, cierpliwe, nieponaglające.
— Bo nie jestem. Tak to wygląda, ale to nigdy nie była tylko zachcianka, wiesz? Czy możliwość, którą wykorzystałam, bo mam powiązania i nazwisko, które dobrze się klika.
W sposobie w jaki Ezra zadawał te pytania było coś, co sprawiało, że Sloane chciała mówić. Nie chować się za kolejną warstwą sarkazmu i kiepskich żartów czy flirtu, aby odciągnąć jego uwagę od samej siebie. To nie było też odpłacenie się za to, że dowiedziała się czegoś o nim.
UsuńMilczenie z jej strony się przeciągało. Chciała mu odpowiedzieć i zamierzała to zrobić, ale w swoim czasie. Stała wciąż przy fortepianie, do którego ciągnęło ją najbardziej z tych wszystkich instrumentów, którymi się otaczali. Była w jego małym świecie, do którego przypadkiem dostała dostęp i… Nie chciała tego popsuć. Tę ciszę wypełnił Ezra. Krótkimi dźwiękami z gitary. Trochę melancholijnymi, pasującymi do momentu, który zapadł.
— Grałam na fortepianie, kiedy byłam dzieckiem. — Uśmiechnęła się blado. — Kiedy świat był głośny, a w moim przypadku… Zawsze był. Uczyłam się najpierw z mamą, później z nauczycielem, a potem grałam sama. Kiedy… — Przerwała na moment, ale nie było w tym dramatyzmu. Zbierała myśli. — …, kiedy w domu było głośno. Zamykałam się w pokoju i grałam. To wyciszało wszystko co się działo za drzwiami. Wciąż wycisza, ale to co jest w głowie.
Usiadła przy fortepianie, ale bez zamiaru podniesienia klapy po raz kolejny. Ułożyła na niej dłonie. W miejscach, gdzie znajdowały się klawisze, które by wcisnęła, aby wyciągnąć z instrumentu pierwsze dźwięki. Nie patrzyła już na mężczyznę. Tylko na własne dłonie. Smukłe palce. Zbyt długie paznokcie. Zawsze ostro zakończone. Zawsze krwistoczerwone.
— W klubie… Próbowałam sobie coś udowodnić. I to zrobiłam. Nie dla pieniędzy czy większego rozgłosu, nie dla pochwał. Dla samej siebie. — Palce poruszały się po zamkniętej klapie. Wygrywała melodię w głowie, a i tak miała wrażenie, że ta unosi się między nimi. — Że wciąż mogę śpiewać i grać, że… po wszystkim co się wydarzyło to dalej ma sens. Że jeszcze mam prawo tu być.
sloane
Nie mówiła o takich rzeczach w wywiadach. Nie dzieliła się nimi na Instagramie. To były części Sloane, które znała nieliczna garstka osób. Ci, którzy faktycznie słyszeli, jak w nocy, kiedy wszystko było zbyt przygniatające, siadała przed fortepianem i pozwalała sobie uciec we własny świat. Nigdy się tym nie chwaliła, że potrafi grać, że nie wychodzi jej to źle. Na scenie zawsze skupiała się na śpiewaniu i choreografii. Tym chciała się dzielić ze światem. To nie była część życia, którą chciała chować za prywatnością, ale to? To było zbyt osobiste, aby dziesiątki tysięcy, a nawet miliony ludzi wiedziały.
OdpowiedzUsuńSloane nie lubiła się nad sobą użalać, choć pewnie robiła to częściej niż było to konieczne. Wyjawiała swoje sekrety zbyt często, kiedy czuła się komfortowo. Jak teraz. Czasem tego żałowała, a jeszcze innym razem zapominała, że w ogóle komukolwiek mówiła. Rzadko ktoś sięgał głębiej, jakby nawet z wiedzą, że Sloane pod tą maską często obojętnej i zdystansowanej młodej kobiety kryje się ktoś kto zwyczajnie czasami potrzebuje, aby posiedzieć z kimś w ciszy lub wyrzucić z siebie wszystko co od lat siedziało jej w sercu. Łatwiej było być obojętną. Tą zimną suką, która nie przejmuje się niczym niż dziewczyną, która jednak ma w sobie jakieś uczucia.
— Myślisz, że kiedyś nadchodzi koniec tych łamiących nas rzeczy? — Bo Sloane tak nie uważała. Przytrafiało się jej wiele dobrego, ale jeszcze więcej było takich rzeczy, które powoli ją wyniszczały. I dobrze wiedziała, że za znaczną ich część odpowiada sama. Nikt inny tylko ona. — Chyba jeszcze nie jestem na tym etapie, aby doceniać, że przytrafia mi się syf.
Nigdy nie rozumiała, jak ludzie mogą przejść przez okrutne rzeczy, a wciąż mieć w sobie nadzieję. Według Sloane to nie działało. Kiedy dzieje się coś złego pierwszym odruchem nigdy nie jest „kiedyś będzie lepiej”. Była obrona, atak, a często też ucieczka. Nigdy myśli o przyszłości i o tym, że kiedyś może dzięki temu będzie jej łatwiej w życiu.
— Może znaleźli inny sposób, aby się wyrazić. — Szepnęła. Sztuka nie ograniczała się tylko do dźwięków. Jedni malowali obrazi, robili na szydełku, a jeszcze inni przebiegali po dwadzieścia kilometrów, aby coś poczuć i wypluć z siebie wszystko co w nich siedziało. — Ale z muzyką jest inaczej. Możesz… powiedzieć wszystko i nigdy się nie przyznać, że to o tobie. Ludzie nie będą tego kwestionować, bo uwierzą, że jak mówisz, że to jest fikcja.
Sloane często tak robiła. Nie przyznawała się, które piosenki są naznaczone największym znaczeniem, które bolą najbardziej. Nie potrzebowała słyszeć, jak pytają o jej znaczenie, bo nie chciała się tym dzielić. Zawsze mówiła, że zainspirowała się książką, którą czytała, choć nie zdradzała tytułu, a czasem, że to o kimś bliskim kto przeżył coś podobnego. Rzadko wprost mówiła, które piosenki są naprawdę o niej. Ludzie lubili to analizować. Szukać szpar i niepasujących elementów w jej wypowiedziach. Czasem im się udawało, ale bez wyraźnego potwierdzenia z jej strony to wciąż były tylko teorie i nigdy niczym więcej miały się nie stać.
Wydarzyło się między nimi dziś coś więcej niż tylko fizyczne zbliżenie. Którego skutki wciąż Sloane na sobie czuła. I wcale nie chciała, aby znikało.
— Zrobiło się emocjonalnie. — Skwitowała to krótko i przekręciła się na stołeczku w stronę mężczyzny. Uniosła lekko głowę, aby na niego spojrzeć. Na jego ciepły uśmiech, którego przedtem nie widziała. Tak bardzo ludzki i zwyczajny. Zupełnie niepokryty ironią czy sarkazmem, którego mu przecież nie brakowało w życiu. — Pięć minut dłużej i zaczęłabym ci opowiadać o wszystkich sekretach czy pierwszym chłopaku. — Zaśmiała się i pokręciła lekko głową. To zdecydowanie nie było miejsce ani czas, choć może to właśnie w tym domowym studio należało powiedzieć sobie więcej, ale wiedziała, że gdyby zaczęli to długo by nie skończyli.
Ujęła jego dłoń, aby wstać ze stołka, choć nie potrzebowała pomocy, ale szukała z nim kontaktu. Tak po prostu. Bez tłumaczenia, dlaczego po niego sięga i dlaczego chciałaby mieć go blisko. Nie wszystko trzeba było tłumaczyć.
— Nie wiem, jak mogłabym obojętnie przejść obok takiej propozycji.
UsuńNawet nie zwróciła uwagi, że Los Angeles powoli budziło się do życia. Sloane miała wrażenie, że znaleźli się w swoim małym świecie, kiedy drzwi się za nimi zamknęły. W tym, w którym nikt nie miał prawa im przeszkodzić.
Uniosła lekko brwi. Rozbawiona jego słowami.
— Rozumiem, że wcale nie będę podziwiała wschodu słońca. — Puściła mu oczko, a palce nieco mocniej owinęła wokół jego dłoni. Jakby chciała się upewnić, że to się dzieje naprawdę, a Ezra zaraz nie zniknie. — Prowadź, panie Creighton. Nie odmówię sobie… takich widoków przy wchodzie słońca.
sloane
Sloane uśmiechnęła się połówką ust. Ezra miał rację, gdyby każdy dzień był idealny to by oszalała. Miała przecież taki czas, kiedy wszystko było w porządku, a poranki były słodkie i pachnące kawą, lasem i spokojem, aż nie zaczęła szukać problemów i ich stwarzać, bo tego spokoju było az zbyt wiele.
OdpowiedzUsuń— Jeszcze pomyślę, że znasz mnie lepiej niż powinieneś. — Rzuciła zaczepnie. Pewnie zauważał więcej niż Sloane gotowa była pokazać. Wcale by jej to nie zdziwiło, gdyby się okazało, że Ezra ma dar do czytania między wierszami i wyciągania z półsłówek więcej niż człowiek chciał pokazać. — Przynajmniej wychodzą z tego chaosu dobre inspiracje. Po co mi więcej, prawda?
Lekko rozchyliła usta, kiedy o niej mówił. Czy byłaby wciąż tak piękna? Nie wiedziała. Nie potrafiła odpowiedzieć na to jednoznacznie. To był zupełnie inny rodzaj piękna, a przynajmniej tak myślała. Nie pochodził on zewnątrz, ale ze środka. Choć Sloane sądziła, że jej środek wcale nie należy do ładnych rzeczy. Był ubrudzony, połamany i daleki od ideału z ostrymi krawędziami, o które inni się kaleczyli i krwawili, a jeśli komuś zależało to potrafił przebrnąć przez wszystkie te ostre części, bo tak naprawdę pod nimi dopiero była Sloane. Odważna i pewna w swoich wyborach. Nawet tych, które krzywdziły innych. Jeszcze nie potrafiła stawiać innych nad sobą. Kiedyś się jej wydawało, że umie to robić, a teraz? Teraz była świadoma, że sama wybiera siebie najczęściej. I było jej z tym dobrze.
Pokręciła głową z lekkim śmiechem. Wiedział, jak rozbroić sytuację i sprawić, aby nie musiała się tak przejmować wszystkim wokół.
— Raczej trzy. Miej we mnie trochę wiary, Ezra.
Chyba jeszcze mu nie płakała na ramieniu. Nie tak naprawdę, kiedy ledwo jest w stanie złapać oddech i nie potrafi uspokoić drżenia. Płakała jakoś wtedy na tej pierwszej imprezie, kiedy dowiedziała się, że Carter się oświadczył tamtej, ale to był inny rodzaj. Tego prawdziwego, który nie był wywołany żadnymi używkami Ezra jeszcze nie widział, a Sloane znała się na tyle, aby wiedzieć, że ten moment kiedyś nadejdzie. Ale nie wydarzy się to dziś.
— Opowiem ci o nim innym razem. — Obiecała. Zazdrosny Ezra? Chciałaby to zobaczyć, a jeszcze bardziej poczuć, ale nie tej nocy, a może już tego poranka. Nie wiedziała, która jest godzina, ale wiedziała, że jest wystarczająco wcześnie, że niektórzy o tej porze szykują się już do pracy czy wstają, aby jak ostatnie świry biegać przy wschodzie słońca. Oni za to zamierzali skoczyć noc w jacuzzi i nie myśleć już o niczym co mogłoby im nastroje popsuć.
Chętnie zatrzymałaby go na kolejny pocałunek, ale nie zdążyła odpowiedzieć na pierwszy, a jego już nie było. Jakby to była tylko ulotna chwila, w której pozwolił sobie na krótką pieszczotę. Sloane jeszcze przez chwilę została w studio. Obdarzyła fortepian ostatnim spojrzeniem. Saksofon, który wiedziała, że musi kiedyś wybrzmieć tylko dla niej. Podążyła za nim dopiero po jakimś czasie. Zatrzymała się przy kanapie, na której usiadła, aby zdjąć z nóg szpilki. Zrobiła to niemal z ulgą, kiedy stopy dotknęły chłodnych paneli. Szpilki były może dobrze dobrane, ale która kobieta nie czuła ulgi po ich zdjęciu?
Dołączyła do mężczyzny dopiero po chwili. Stawiała miękkie powolne kroki, a kiedy stanęła niedaleko jacuzzi pozwoliła sobie, aby trochę mu się przyjrzeć. Z unoszącą się nad wodą parą. Na jego sylwetkę, która w połowie zasłonięta była wodą. Odpięła guzik marynarki, a ta po chwili spłynęła po jej ramionach na posadzkę. I tak po prostu poza biżuterią, złotym wisiorkiem na szyi i błyszczącym kolczykiem w pępku, nie miała na sobie nic więcej. Nawet wstydu, kiedy wchodziła do ciepłej wody. Sięgnęła po jego dłoń, kiedy ją do niej wyciągnął pomagając zanurzyć się jej w wodzie.
— Jest idealnie.
Mogła rzucić czymś sarkastycznym, ale zamiast tego wybrała prawdę, która sama cisnęła się jej na usta. Która była lekka do wypowiedzenia. Osunęła się niżej w ciepłej wodzie, jednak nie po to, aby się zakryć.
Zamiast czekać na ruch z jego strony Sloane bez pytania o pozwolenie przybliżyła się i usiadła przodem do mężczyzny na jego kolanach. Bez podtekstu, bez szukania czegoś więcej. Sięgnęła po bliskość, której się nie spodziewała, a od której zaczęła się już uzależniać.
Usuń— Mówiłeś coś o widokach. — Mruknęła zaczepnie i nachyliła się, aby musnąć kącik ust mężczyzny. — Chciałam je zobaczyć z bliska.
Uniosła dłoń, którą przyłożyła do jego policzka. Tego, który rozcięła mu wcześniej pierścionkiem. Rana była wyczuwalna pod opuszkiem palca. Niewielka, ale obecna.
sloane
Sloane chciała zapamiętać tę noc.
OdpowiedzUsuńNie tylko to co wydarzyło się między nimi w aucie, ale przede wszystkim to co wydarzyło się w tamtym studio. To, jak dopuścili się do siebie nawzajem głębiej niż kiedykolwiek wcześniej. Odsłonili się przed sobą z czegoś więcej niż tylko z ubrań. Sloane w żadnej wersji siebie nie podejrzewała, że mogliby kiedyś znaleźć się tak blisko.
— Pasują ci blizny. — Odpowiedziała. Czy żałowała? Nie mogła, bo wtedy nie doszłoby do tego wszystkiego. Teraz już nawet nie pamiętała, dlaczego właściwie go uderzyła. Powód zdawał się być nieistotny w zasadzie w tej chwili. Sloane naprawdę już nie pamiętała co ją do tego zmusiło. Nachyliła się, aby musnąć ustami policzek mężczyzny, który zdobiła rana zrobiona przez nią. — Chcesz z drugiej strony dla wyrównania? — Rzuciła żartobliwie. Trochę już wytrzeźwiała, może nie w pełni, ale było jej tego bliżej, a bez emocji – głównie tych negatywnych – nie potrafiła się rzucać w taką przepaść.
Odsunęła się delikatnie, aby na niego spojrzeć. Uśmiechnęła się lekko, kiedy mówił o niej. I doceniała, że widział więcej niż tylko odsłonięte ciało, choć w tej chwili właśnie serwowała mu właśnie to.
— Myślałam, że przez to też jestem piękna. — Mruknęła niższym głosem. Nosem przesunęła po jego policzku, jakby w ten sposób Sloane próbowała dokładniej wszystko zapamiętać. Nie tylko to, jak Ezra teraz pachniał, jak jego dotyk sprawił, że przez ciało przechodziły przyjemne dreszcze. Ale ton jego głosu, uważne i skupione spojrzenie, kiedy mówił jej wszystko i sprawiał, że pragnęła znacznie więcej. Zauważał ją. Bardziej niż być może ktokolwiek przed nim. — Długo myślałam, że to błąd, że taka jestem. Ludzie, na których mi zależało tego nie lubili.
Dłonie ułożyła na jego ramionach. Pewne i spokojne, a nie, jakby próbowała się na siłę go uczepić. Bardziej próbując zapamiętać strukturę jego skóry pod swoimi palcami.
— Wiem, że wiesz… I to trochę przerażające. — Wyznała z cichym śmiechem, który stłumiła na jego skórze. Do tej pory nikt za bardzo nie umiał się z nią obchodzić. Mężczyźni albo odchodzili, albo unikali zagłębiania się w to co siedziało w Sloane. Ona nie próbowała ich zatrzymać na siłę. Po prostu… Znikała, bo to było najlepsze co mogła zrobić dla samej siebie. — Mogę krzyczeć, drapać i gryźć, a ty… z jakiegoś powodu pozwoliłeś mi zostać. Nie wiem, czy to kompletna głupota czy początek czegoś czego żadne z nas się nie spodziewa.
Czuła wyraźnie jego dłoń na udzie oraz plecach. To tylko sprawiło, że przylgnęła mocniej swoim ciałem do jego. Była nie tyle co spragniona dalszego kontaktu, a zwykłej obecności. Takiej, która nie musi prowadzić do niczego więcej. Dostała dość, a jednocześnie, gdyby miała dostać jeszcze trochę to wcale by się nie zawahała.
Odwzajemniła pocałunki bez pospiechu. Dłonie przesuwając na jego szyję, opuszkami delikatnie gładząc skórę, którą może już poznała, ale której jeszcze nie znała na pamięć. I chciała poznawać ją dalej, głębiej i mocniej. Tak, aby na trwałe zapisała się w jej pamięci. Pocałunki były spokojne, choć nie brakowało w nich energii i zaangażowania.
— Ani mną. — Dodała za niego trochę żartobliwym tonem. Nie musiał tego mówić na głos. Sloane wiedziała, że go męczy czasami. Nie wiedziała może co robi, kiedy zostaje sam z myślami o niej, ale tej nocy nie musiał z nimi być sam. Tej nocy miał ją na wyłączność, a być może będzie ją miał na wyłączność przez najbliższe kilka dni, a może na dłużej. — A jutro… zostanę, jeśli tego chcesz. Ukradnę jedną z tych twoich perfekcyjnie wyprasowanych koszul i pogniotę, abyś się wkurwiał, że nie są już takie idealne. Mogę spalić ci tosty na śniadanie, a ty będziesz udawał, że takie miały być i mimo spalenizny są idealne.
Mogła również wyjść. Po cichu i bez pożegnania. Bez pytań „to co dalej”, choć już na samą myśl, że mieliby udawać, że nic się nie wydarzyło ściskało ją od środka. Dlatego tego nie powiedziała, bo nie chciała, aby ta opcja między nimi zawisła.
Sloane jeszcze nie musiała wiedzieć, czego chce. Wiedziała natomiast wystarczająco, aby wiedzieć, że tej nocy znalazła się w odpowiednim miejscu z odpowiednim mężczyzną. I zrobiłaby wiele, aby mieć takich nocy więcej. Takich, kiedy zapadała między nimi cisza, a świat zdawał się skupiać tylko na nich. Tego subtelnego dotyku, który nie był ponaglający, a wyrozumiały oraz cichy. Lampki wina przy wschodzie słońca w jacuzzi. Wpatrując się w oczy, które już pierwszego dnia zostały w niej na dłużej, a od których nie umiała się odpędzić.
Usuń— I tak. Ten widok jest nie do opisania.
Zgodziła się z nim bez wahania, aby po chwili jej usta musnęły jego. Delikatnie, prawie niepewnie, ale wciąż z tym wszystkim co tej nocy trzymało ich razem.
sloane
Uwielbiała jego uśmiech, choć równie często miała ochotę zmazać mu go z twarzy. Tym razem było jednak inaczej, a Sloane w pełni była zachwycona, bo ten uśmiech był teraz tylko dla niej. Bezczelny, niegrzeczny, idealnie pasujący do sytuacji, która się między nimi rozwijała.
OdpowiedzUsuń— Nie musi być limitowane. — Szepnęła. W tej chwili wizja, że to się więcej nie powtórzy była dziwnie przytłaczająca. Pewnie równie przytłaczająca będzie, kiedy Sloane już w pełni wytrzeźwieje. Pragnęła go od dawna. Nie tylko jednej nocy, czegoś więcej, czego nie potrafiła nazwać, a dziś dostała, ale to dla niej dopiero był początek. Ledwo musnęła to, czego chciała tak w pełni, a czego nie wypowiadała na głos.
— Właściwie… to dzisiaj. Zostaję dzisiaj. — Poprawiła ich. Był już dawno następny dzień, a oni nawet jeszcze nie dotarli do łóżka. — Ale jutro też mogę zostać i pojutrze… I na trochę dłużej, jeśli mnie nie przepędzisz. — Uśmiechnęła się, choć bardziej do samej siebie. Chciała zostać. Gdyby dał jej na to szansę to Sloane by się tu zadomowiła. Nie miała nawet daleko, aby wrócić do najpotrzebniejsze rzeczy, a raczej po psa. Rzeczy mogła kupić nowe. To były tylko ubrania. Nic znaczącego. Jedyne co w tym kalifornijskim domu miało znaczenie to była Rue.
Pozostanie tutaj nie było odpowiedzialne. Ezra również musiał zdawać sobie z tego sprawę. Musiał liczyć się z tym, że jeśli pozwolą sobie na więcej – na takie dni, kiedy budzą się razem, pieklą się w kuchni na spalone tosty – to zrobi się groźnie. W zasadzie już się robiło, ale Sloane nigdy nie wycofywała się, kiedy języki ognia ledwo ją musnęły. Ona musiała się najpierw w całości spalić, a dopiero później orientowała się, że zabrnęła za daleko, kiedy było już za późno, aby z popiołów odzyskać choćby cząstkę tego, co tak bardzo ją pochłonęło.
Roześmiała się, ale nie tylko na jego słowa czy na to, jak ją do siebie przyciągnął.
— Pojebany jesteś. — Mruknęła w rozbawieniu. Boże, który facet się prosił i nadstawiał drugi policzek? I Sloane odnosiła wrażenie, że kiedyś drugi moment nadejdzie. Może w szale nie zapomni, aby celować w lewy policzek, a nie prawy. Skoro mu zależało na symetryczności. — Boże, spodobało ci się to. — Roześmiała się jeszcze bardziej. Sama nie była pewna, czy bardziej ją to kręciło czy zaskakiwało.
Ujęła jego twarz w dłonie, jakby tym chciała go zatrzymać przy swojej bliżej. Spoglądała mu w oczy, ciemne i błyszczące. Takie, które teraz mówiły jej, że bez względu na wszystko to Sloane tu i teraz należy do niego, a Ezra do niej.
— Lubię, kiedy jest ostro, ale nie podejrzewałam, że tak szybko cię rozgryzę. — Mruknęła rozbawiona i pocałowała go w kącik ust. — Zapamiętam sobie na następny raz. Mam przynieść kolejnym razem pejcz? Kajdanki? Obrożę z łańcuszkiem? Drążek do rozszerzania nóg? Chociaż… — I już nie brzmiała, jakby rozmyślała nad tym dla śmiechu, a robiła listę zakupów.
Zdecydowanie nie wydarzyli się przez przypadek. Sloane nie wierzyła w przypadki. Coś między nimi było już od tamtej pierwszej nocy, kiedy spalili na tarasie skręta, niby od niechcenia rozmawiając. Tamta noc wiele zmieniła, a reszta historii w zasadzie napisała się już sama, a Fletcher chciała tylko więcej.
— Ty przytrafiający się mi… To było najlepsze co mogło mi się przytrafić. — Odparła cicho, jakby nie do końca chciała mu zdradzać ten sekret, choć przecież znał go już doskonale. — To nie musi mieć sensu, aby działało.
Westchnęła bezgłośnie w odpowiedzi na pocałunek. Spokojny i miękki, ale rozbrajający ją od środka. Jej dłonie zsunęły się na ramiona mężczyzny, a ciało już całe było nastawione na niego. Od chwili, kiedy trafili na taras. Jeszcze zanim go pocałowała. Zanim rozpieprzyła i poskładała wszystko w całość jednocześnie.
— A co, jeśli już mi się podoba za bardzo? — Szepnęła. Mogłaby zatracić się w tym od razu i zatracała, choć jeszcze przez moment próbowała udawać, że trzyma nad tym jakąś kontrolę, że nie jest tak całkiem stracona, jak myślała. — I wszystko co mi pokażesz, co zrobisz… tylko mnie zatrzyma tu bardziej?
To też przecież nie było tak, że Sloane chciała stąd odchodzić. Już się rozgościła i nie zamierzała wracać przez przynajmniej najbliższe dwadzieścia cztery godziny, a co będzie potem to będą się musieli przekonać sami.
UsuńSpoglądała na mężczyznę z czystym zachwytem w oczach, kiedy ustami muskał opuszki palców. Każdy ten gest znaczył więcej niż Sloane gotowa była przyznać.
— Ezra. — Wyszeptała miękko, prawie w zniecierpliwieniu, ale nie pozwoliła sobie na to, aby zbyt wyraźnie było ono wyczuwalne w jej głosie. — Masz rację, nie zasłużyłam. Byłam nieposłuszna, rozwydrzona, arogancka… a ty wciąż dasz mi to wszystko, bo podobnie, jak ja, nie będziesz potrafił się powstrzymać.
Próbowała sięgnąć mu do ust, jednak zanim zdążyła on lekko się odsunął. Niemalże drażniąc z nią tą prowokacją pocałunku, która nie nadeszła. Westchnęła bezgłośnie w odpowiedzi na rozchylanie jej ud. Uśmiechnęła się krótko i na moment zamknęła oczy.
— Jesteś niemożliwy. — Wymruczała. Było z nim lepiej niż sobie wyobrażała i mogło być jeszcze lepiej. To była w końcu dopiero pierwsza noc. — Nie chcę dziś nic psuć… Chcę coś zbudować.
Coś. Te magiczne słowo, które padało między nimi cholernie często, a które ciągle było tylko czymś. Odwzajemniła pocałunek bez sekundy zawahania. Objęła go dłonią za kark, a druga powoli zsunęła się wzdłuż torsu. Bardziej zaczepiała jego skórę paznokciami niż palcami. Docierając do podbrzusza, delikatnie pociągnęła zębami za dolną wargę Ezry.
— Wiesz… przez chwilę myślałam, że może powinnam być już grzeczna. Otworzymy wino, wypijemy lampkę i obejrzymy wschód. — Szeptała mu w usta, jakby ktoś poza nim tu był i absolutnie nie powinien słyszeć tej wymiany zdań. — Ale nie wiem, jak mam zignorować to, że oboje jesteśmy nadzy i że wciąż nie zrobiłam połowy tego, co chodziło mi po głowie w aucie… — Zaśmiała się krótko. Pozwalając by dłoń zsunęła się jeszcze niżej, drugą pewniej objęła go za kark. — Powiedz, mam być grzeczna i poprosić, żebyś zabrał mnie do łóżka i ułożył do snu, czy… czy mogę poprosić o odrobinę więcej ciebie?
sloane
Mogła się domyślić, że mu się to spodoba. Był okrutne bezczelny w tym, a Sloane się to podobało zbyt mocno. Przymrużyła oczy w odpowiedzi na to, jak jego dłoń sunęła po jej udzie. Wiedział dokładnie co robi i wiedział, że nawet z udami schowanymi pod wodą wciąż czuje każdy ruch, który jej dawał.
OdpowiedzUsuń— Nie każda kobieta jest mną, a tego — wskazała na siebie — nie da się podrobić.
Ciekawa była, czy jakiejś innej na równie tyle samo by pozwolił, czy może złapał za nadgarstek jeszcze zanim dłoń sięgnęłaby policzka. Ezra mógłby ją powstrzymać, gdyby chciał. Przynajmniej tak myślała, że jej ruchy mogły zostać przewidziane albo chociaż na tyle wolne, aby miał czas zareagować.
— Może taki był mój plan od początku? Aby cię od siebie uzależnić. Sprawić, abyś nie był w stanie myśleć o czymś innym niż ja. O tym co czujesz, kiedy siedzę na tobie. Kompletnie naga, mokra… i nie, nie od wody. — Zaśmiała się krótko. Siedziała na nim bezwstydnie. Obnażona ze wszystkich warstw, które wcześniej zakładała jak pancerz, a przy nim zdejmowała go bez najmniejszego zawahania. — I mam zamiar zrobić wszystko, abyś nie potrafił skupić się na niczym innym, kiedy już z tobą na dziś skończę, a kiedy będziemy osobno… To będziesz odliczał sekundy, aby się znowu we mnie znaleźć. — Szepnęła mu przy uchu, jak obietnicę, którą spełnić oboje chcieli. Słowa Sloane sprawiły, że ona sama delikatnie zadrżała, samej wyobrażając sobie więcej niżby wypadało.
Zamrugała, kiedy się odsunął. I na sekundę myślała, że powie jej coś w stylu niewyobrażania sobie przyszłości, czego nie chciała i tak robić. Ich życia były nieprzewidywalne. Raz byli tutaj, a za pięć minut mogli znaleźć się w zupełnie innym miejscu.
Pokręciła lekko głową i westchnęła.
— Obiecuję, że nie tknę tostera, a kawę zrobisz ty. Co do szklanek… Zobaczymy, jak będzie wyglądało południe.
Puściła mu oczko i zaśmiała się pod nosem. Nie byłaby zdziwiona, gdyby jakaś jednak pękła, ale może będzie jednak miło, a żadne napięcie się nie pojawi. Wolałaby tę opcję, aby nie wydarzyło się nic od czego zrobi się przykro.
Uśmiech blondynki trochę zmiękł, kiedy się śmiał. Lubiła, kiedy to robił, a już zwłaszcza, kiedy to był ten rodzaj śmiechu, który pochodził z głębi i był nieudawany, szczery i taki, którego nie słyszała u niego zawsze.
— Ja? Urocza? To słodkie. — Zaśmiała się i przewróciła oczami. Ten kolejny moment między nimi wyglądał tak niewinnie i niemal uroczo, choć nijak nie pasowała do sytuacji i rozmowy, którą właśnie prowadzili. Sloane nigdy nie podążała za jedną zasadą. Ona po drodze je zmieniała, wymyślała kolejne, a potem je wszystkie dla zabawy łamała. — Nie chodzę do sex shopów. Zamawiam online. Dyskretnie i szybko, a przede wszystkim… wybór większy. I niektóre rzeczy mają bardzo ładne kolorowe kamienie na końcu… — Mruknęła, hamując śmiech, bo jednak nie spodziewała się, że rozmowa przybierze taki obrót.
Westchnęła bezgłośnie, kiedy ujął jej dłoń i musnął ciepłe miejsce.
— Trenować? — Uniosła lekko brew, a kąciki jej ust zadrżały. — Aww, jesteś początkujący? Nie martw się, jak przyjdzie co do czego to będę dla ciebie delikatna. — Obiecała ze śmiechem. — Ale poproszę, naciesz się do woli.
Sloane nie chciała mówić, znowu, na głos tego, jak bardzo go chce i że chciałaby, aby ta chwila nigdy się nie kończyła. Bo naprawdę tego pragnęła, ale nie odważyła się poprosić, bo to nie była obietnica, którą mógł jej złożyć.
Uśmiechnęła się kątem ust.
— Nie martw się, jeszcze nie planuję się w tobie zakochiwać. — Mruknęła w odpowiedzi. Miał rację i wszystko mogło zaczekać. — Lubię, kiedy tracisz przy mnie kontrolę… I chcę obaczyć, co się stanie, kiedy pozbędziesz się jej kompletnie.
Miejsce na szyi, które pocałował przyjemnie mrowiło, a Sloane już dłużej nie chciała mówić. Chciała go znowu mieć. W sobie. Na języku. Tam, gdzie tylko to możliwe i nie przeciągać tego kolejnymi rozmowami, które choć fascynujące odciągały ją do tego na co czekała najbardziej.
UsuńOdwzajemniła pocałunek, silniej niż poprzedni z nutą potrzeby, która się znów przez nią przebijała. To, jak ona go potrzebowała i pragnęła nie mieściło się w głowie blondynki. Naparła ciałem na jego dłoń, a jej własna również osunęła się niżej. Wciąż go całowała. Wciąż z tą samą potrzebą i rodzajem namiętności, który w niej rozpalił. Może to było głupie. Może było nieodpowiedzialne, ale było ich i reszta nie miała już znaczenia.
sloane
Cała ta noc była dla Sloane czymś co przypominało sen. Trochę dziwny, nieoczywisty i piekielnie gorący i długo niepozwalający zasnąć z powrotem. Przywitał ich w jacuzzi wschód słońca, otulając ich splecione ze sobą sylwetki pierwszymi promieniami, ale byli zbyt pochłonięci sobą, aby to zauważyć. Nie mówili po tym nic więcej, Sloane już nie była pewna, które z nich pierwsze nie odpowiedziało i nie miało to już większego znaczenia. Słyszała później tłuczone szkło, śmiech i chyba przy wychodzeniu strącili kieliszki, ale i nie zwróciła na to zbyt dużej uwagi, bo niemal od razu przylgnęła do mokrego wciąż ciała Ezry szukając jego ust. Nie w desperackiej próbie, ale tej zwykłej potrzeby, która urosła do rozmiarów, których Sloane nie potrafiła już w żaden sposób kontrolować i których przede wszystkim kontrolować nie chciała.
OdpowiedzUsuńNie planowała się w nim zakochać. Nie mogła tego zrobić. Nie, kiedy nic tak naprawdę nie było między nimi pewne i nie, kiedy sama wciąż miała w sobie tyle problemów, że nie dało się ich zliczyć. Chciała, póki co, nocny takich jak te. Bez obietnic. Bez przyszłości. Takie, które zostawiają w nich pragnienie na więcej, ale które niekoniecznie są wiążące na całe życie. Choć przyłapywała się na myśli, coraz częściej zresztą, że nie miałaby za złe, gdyby to mogło wyjść. Ale była upojona mężczyzną, trawą i tequilą. Dziś wszystko było piękne i cudowne, a jednak mimo tego Sloane była naprawdę świadoma wszystkiego co się wydarzyło. Każdego pocałunku i wszystkich słów, które między nimi w nocy i nad ranem padły.
Obudziła się wtulona w jego ramię. Było późno, a słońce leżało już wysoko na niebie. Przeciągnęła się niedbale na łóżku, a potem zasnęła z powrotem. Zarzucając rękę na jego tors, a nogę przerzucając przez udo. Słyszała, jak coś powiedział niewyraźnie i przyciągnął ją bliżej, a potem jeszcze na godzinę, a może dwie świat znów zniknął, a ona odpłynęła. Potrzebowała tego odpoczynku. Zwłaszcza po tak intensywnej nocy, która odbijała się w niej nawet wtedy, kiedy już po prysznicu z ręcznikiem na włosach i w jasnej koszuli Ezry, którą niedbale i krzywo (specjalnie) zapięła, aby powkurzać jego perfekcjonizm i sprawdzić, ile mu zajmie zanim poprawi te guziki, bo nie da rady się na nie dłużej patrzeć.
Siedziała na blacie kuchennej wyspy z kubkiem gorącej kawy, która parowała jej prosto w twarz. Obserwowała każdy jego ruch przy kuchni. Niby proste, ale dla niej gotowanie nawet najprostszych rzeczy zawsze było czarną magią. Czymś czego nie opanowała. Poza tą durną jajecznicą, a której nie robiła, bo przecież sama sobie gotować nie będzie.
— Więc… jeśli dotknę tostera to co wtedy? — Rzuciła zaczepnie. Wesoło zamachała nogami i upiła łyk kawy. Słodka, bardziej mleczna niż kawowa. Idealna dla niej. Nigdy nie była fanką kawy, a piła ją chyba bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby rozbudzenia się. — Dostanę po tyłku?
Prowokowała go podobnymi tekstami właściwie od chwili, kiedy się obudziła. Jakby to dla niej cały czas była gra, bo poniekąd była. Ale nie taka, która prowadzi ją prosto do wygranej, a która sprawia, że droga po nią staje się bardziej ekscytująca. Sloane martwiła się trochę bardziej niż zwykle tym, że kiedy się obudzą – trzeźwi i bez cienia nocy nad nimi – to Ezra znów wejdzie w rolę producenta. Tylko przez moment, dopóki nad nią nie zawisł jeszcze w łóżku i nie pocałował z taką siłą, która wybiła jej wszystkie głupie pomysły z głowy. Bo prawdę mówiąc, ale ostatnie czego chciała to, aby wrócili do tego samego miejsca, w którym byli przedtem. Cokolwiek się między nimi działo podobało się jej i chciała, aby działo się jeszcze więcej.
— Ładnie pachnie. Co to? — Kolejna przerwa na łyk kawy. Smakowała wybitnie. Musiała zapamiętać jakiej kawy używał. Choć może to nie kawa, a fakt, że zrobił jej tę kawę on. — I serio? Nie masz żadnych zwierzaków? Nawet rybek? Strasznie tu cicho.
sloane
Cała ta noc była niesamowita i Sloane nie chciała, aby kończyła się zbyt szybko. Najlepsze było to, że żadne z nich nie musiało się spieszyć. Dziś nie było już żadnych obowiązków. Nie było wywiadów, sesji, kolejnych koncertów. Sloane teraz nie wiedziała, na jak długo, ale wiedziała, że mogli pozwolić sobie na czyste lenistwo, które na pewno nie ograniczy się do jedzenia i popijania kawy, która dziś smakowała lepiej niż zazwyczaj.
OdpowiedzUsuńZaśmiała się pod nosem, bo owszem, Ezra miał rację. Gdyby jej tym zagroził to Sloane w pierwszej kolejności by rzuciła się w stronę tostera. Była pewna, że kiedy nie widziała to Ezra przestawił go w inne miejsce. Tak, aby znajdował się jak najdalej od niej, żeby nie przyszło jej do głowy, aby się tam zbliżać.
— Nie wiem o co ci chodzi. — Przewróciła oczami. — Co trudnego niby jest w tym, aby wrzucić chleb do tostera i ustawić, ile ma się grzać? — Westchnęła. Tak naprawdę to nie wiedziała. Kiedyś myślała, że to zajmuje wiele minut i nastawiła swój na dziesięciominutowe grzanie. Okazało się, że to kompletnie spaliło tosty, a w mieszkaniu śmierdziało spalenizną przez kolejne dwie godziny. Więcej tostów już nie wstawiała. Ani nie grzała ich na patelni. Kuchnia to nie był jej świat.
Uśmiechnęła się. Nieco drapieżnie, lekko przygryzając dolną wargę.
— Cóż, skoro tym mi grozisz… to w takim razie go nie dotknę. Nawet na niego nie spojrzę.
Sloane odstawiła kubeczek na bok, a dłońmi oparła się o blat i pochyliła lekko do tyłu. Przekrzywiła głowę, aż ręcznik spadł na blat. Nie zwróciła na niego większej uwagi. Siedziała tak w przekrzywionej koszuli, wilgotnymi włosami, które teraz były w nieładzie i nie mogła wyglądać bardziej naturalnie. Bez mocnego makijażu, który ukrywał drobne piegi na nosie. Bez maski, za którą mogła się ukrywać, kiedy czuła potrzebę, aby świat nie widział jej prawdziwej twarzy. Przed Ezrą nie chciała się chować. Przy nim chciała być tą najbardziej autentyczną wersją siebie, którą sama jeszcze musiała odkryć. Sloane spoglądała na niego cierpliwie. Uśmiech miała psotny, a oczy figlarne. Była szczęśliwa. Tak po prostu. Może wzrosły jej hormony szczęścia po ich wspólnej nocy, a może po prostu Ezra sam sprawiał, że była szczęśliwa. Kiedy do niej podszedł rozsunęła nogi, aby zrobić mu miejsce bliżej siebie. I nie odezwała się nawet słowem. Odwzajemniła za to pocałunek. Powoli i bez pospiechu, jakby mieli cały świat na świecie i być może… Być może mieli, bo kto ich poganiał?
Oczy miała jeszcze przez chwilę zamknięte, kiedy Ezra się od niej odsunął. Rozchyliła je dopiero po chwili, a kiedy na niego spojrzała jej twarz była rozświetlona. Tak po prostu i wszystkim c się działo.
— Dzieją się im… Miłe rzeczy? — Spytała z udawaną niewinnością w głosie, ale nawet przez nią przebijała się nuta flirtu, której nie potrafiła sobie tak po prostu odmówić. Nie przy nim i nie, kiedy była tak rozgrzana. — Muszę wiedzieć, żeby wiedzieć, czy warto… trzymać się z daleka od domowych sprzętów.
Sloane nie zerknęła na jego dłonie, kiedy rozpinał koszulę. Wciąż patrzyła mu w oczy, nie uciekając spojrzeniem, a chłonąć ten moment między nimi. Cała sobą. Chciała dobrze zapamiętać wszystko co się między nimi dzieje. Zawsze tak robiła, bo życie było nieprzewidywalne i nie wiedziała, kiedy nastąpi koniec, a oni oboje byli na tyle szaleni, że ten koniec mógł nadejść w każdej chwili. Sloane nie chciała o tym myśleć, ale to była przecież jedna z opcji. Choć było tak miło, że Sloane nie chciała dwa razy zastanawiać się nad tym, jak mogłoby być nieprzyjemnie, gdyby jednak nie wyszło. Zaśmiała się krótko, kiedy jednak zapiął koszulę z powrotem. I to by było na tyle z pokazania jej co się dzieje na blacie. Póki co.
— Nie mogłeś się powstrzymać, prawda? — Zaśmiała się pod nosem. Wytrwał dłużej niż myślała. Najpierw myślała, że Ezra zrobi to w chwili, kiedy wyszła z sypialni, a on nie powiedział nawet słowa. Tylko na nią patrzył w niedowierzaniu, a potem zabrał do kuchni
Westchnęła, gdy się odsunął.
UsuńMogła się tego spodziewać. Odpięła dwa guziki i w górną dziurkę wsunęła guzik z dołu. Nie będzie miał z nią spokoju. Ani teraz, ani już nigdy, o ile tylko jej pozwoli. Póki co zapowiadało się, że nie zamierzał jej stąd wyganiać.
— Możesz mi powiedzieć, że mnie nienawidzisz na milion sposób. Ale zielone smoothie to przesada.
Dramatyzowała. Przewracała oczami. Ale sięgnęła po szklankę, bo cholera, ale potrzebowała jakiegoś zastrzyku witamin po tym co się wydarzyło zeszłej nocy. I tak trzymała się lepiej niż się spodziewała. Może głowa trochę pulsowała, może niekoniecznie była wyspana, ale to jej przeszło, kiedy Ezra się kręcił obok. I rozbudzał ją powoli a swoje sposoby.
— I to to jest coś, co rozumiem. — Przytaknęła mu w końcu. Tosty? Zgadzają się. Francuskie? Może być. Owoce? Uwielbiała. Syrop klonowy? Nie mogło być lepiej. — Nie, nie ma opcji, abym zjadła coś normalnego. Wiesz, moje śniadanie się jednak trochę różni. Zwykle ich nie jem, a jak się trafia to nieszczególnie… takie.
Widział, jak jadała, kiedy od rana byli w studio. Czasem się pytał, czy już jadła, a ona nigdy nie odpowiadała poprawnie, bo nie, nie jadła. Sloane nie miała nawyku, aby jeść śniadania. Czasem dopiero sięgała po jedzenie, kiedy jej się przypomniało.
— Szybciej, jestem głodna, a skoro masz mi pokazać co się dzieje z grzecznymi dziewczynami na blacie, to chyba potrzebuję trochę energii, nie sądzisz?
Uśmiechała się, gdy znów do niej podszedł. Tosty wyglądały i pachniały bosko. Nawet nie smoothie nie było takie złe, choć daleko jej było do fanki zdrowego odżywiania się. Ale nie skrzywiła się, kiedy je piła, a to był już naprawdę ogromny plus.
— Nudny jesteś. — Westchnęła i przewróciła oczami. — Psy są świetnie. Poznałeś Rue, prawda? Wychowana i czysta. I w przeciwieństwie do mnie nie pyskuje.
Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, a potem przybliżyła się i pocałowała go krótko w usta.
— Jak mam zostać tu na dłużej… to będziesz musiał ją przeżyć.
sloane
— Bo to jest katastrofa, ale zagrzanie kromek chleba nie może być aż tak trudne. — Westchnęła upierając się alej przy swoim. Przewróciła oczami w odpowiedzi na jego śmiech, który cholera, ale lubiła coraz bardziej. To był przyjemny dla skóry wydźwięk. Taki, który na niej zostawał i prosił się o jeszcze kolejną dawkę, a Sloane odkryła, że niczego bardziej niż sprawienie, aby Ezra śmiał się właśnie w ten sposób było czymś co Sloane chciała robić przez najbliższe godziny, dni, a może nawet tygodnie lub miesiące.
OdpowiedzUsuń— Uciekam się do różnych sztuczek, ale ostatnim razem, kiedy próbowałam coś zrobić w kuchni to się poparzyłam, spaliłam patelnię na wiór i zadymiłam całą kuchnię, więc nie, to nie było kłamstwo. — Przyznała zgodnie z prawdą. Gotowanie po prostu nie było przeznaczone dla kogoś takiego jak Sloane. — Lepiej się sprawdzam w roli ładnego rozpraszacza w źle zapiętej koszuli z niczym pod spodem, bo ktoś się popisywał siłą i rozerwał mi bieliznę…
Wzruszyła ramionami, jakby wspominała o kupieniu wacików, kiedy będzie wracała do domu, a nie o tym co się między nimi działo od połowy zeszłej nocy. Boże, powtórzyłaby to wszystko jeszcze raz, a potem kolejny i jeszcze raz, aby mieć pewność, że na pewno się wydarzyło. I najlepsze? Mogli to powtarzać do woli. Bez końca. Bo kto ich niby poganiał?
Uśmiechnęła się z zadowoleniem, kiedy jej przytaknął.
— Ktoś mi powiedział, że gdyby był mądrzejszy to nie przeleciałby mnie w aucie. — Zauważyła i sięgnęła po borówkę z talerza, którą wrzuciła sobie do ust. — I w jacuzzi… i w łóżku… dwa razy. — Puściła mu oczko, kiedy to mówiła. Sloane nie wątpiła, że był mądrzejszy. Spokojniejszy na pewno, ale nie tej nocy i nie w ciągu ostatnich kilkudziesięciu godzin. — Gdzie twoja mądrość, panie Creighton?
Sloane zamachała lekko nogami w powietrzu, choć blokował jej swobodne ruchy. Ale o to właśnie jej chodziło. Aby go dotknąć, podroczyć się na swój sposób.
Spoglądała na niego wciąż z tym samym błyskiem w oku co wcześniej. Tak samo figlarnym i zaczepnym. Dla Sloane ten dzień nie miał końca, ale za to miał początek i to bardzo przyjemny. Taki, który zamierzała wykorzystać odpowiednio i na wszystkie sposoby, które przyjdą jej do głowy.
— No to je rozepnij. — Wzruszyła ramieniem. — Nie chciałabym… pana drażnić swoją niesubordynacją.
Sloane westchnęła bezgłośnie, kiedy się odsunął, a przez moment była pewna, że ją pocałuje. Nic z tego, a przynajmniej jeszcze nic z tego nie było. Musiała zaczekać. Cierpliwość nie była jej mocną stroną, ale dla niego było warto.
Wraz z każdym kolejnym słowem mężczyzny jej wyobraźnia zaczynała działać sprawniej i sprawniej, a Sloane najchętniej już sama rozłożyłaby się na blacie. Odpowiedzi miała na końcu języka. Jeszcze bliżej była tego, aby go do siebie przyciągnąć i pocałować. Zdążyła właściwie objąć go nogami w pasie, prawie zapominając o całym śniadaniu, które dla niej przygotował. Miała mu powiedzieć, a właściwie zażądać, aby ją nakarmił, ale wydarzyło się coś czego Sloane nie przewidziała, że może się wydarzyć. Dźwięk obcasów dobiegł do niej z chwilowym opóźnieniem. Była zbyt upojona Ezrą, aby zwracać uwagę na otoczenie. Dopiero, kiedy jego sylwetka się zmieniła, a całe rozluźnienie wyparowało zorientowała się, że coś jest zajebiście nie tak, jak powinno. Coś, a raczej ktoś, wytrącił go z tej chwili uwielbienia, w której trwał i wcale nie była to Sloane.
Pamiętała, kiedy zobaczyła ją pierwszy raz. Z upiętym wysoko kucykiem. Gładką, lśniącą skórą, która choć blada nie wyglądała na chorą. Pieprzona modelka z głośnym nazwiskiem. I pamiętała też, jak szybko Ezra zostawił Sloane dla Molly. Wtedy zazdrosna nie była, ale przypominając sobie jak na nią patrzył tamtego wieczoru nie mogła nic poradzić na to, że zaczęła się zastanawiać, czy to zaraz nie Molly będzie na miejscu Sloane w rozpiętej koszuli i Ezrą między nogami.
— To powinno być zabawne.
Przeniosła wzrok z Ezry na Molly, której miny chwilowo, ale rozgryźć nie mogła.
sloane
Sloane była w różnych sytuacjach, ale jeszcze przyłapana w cudzym mieszkaniu nie była. To był dla niej pierwszy raz, a reakcja Molly była zupełnie nie tym czego się blondynka spodziewała. Myślała, że rzuci jakimś luźnym komentarzem, który nawet jeśli złośliwy to nie będzie o tak… Dokładny.
OdpowiedzUsuńUniosła brew, gdy zaatakowała najpierw ją i miała ochotę się szczerze roześmiać. Potrzebowała czegoś więcej niż parę ostrych słów, aby poczuć się urażoną.
— Wróciłam na nią zanim znalazłam się tutaj. Skoro już musisz wiedzieć.
Wzruszyła ramionami i w zasadzie całą tą sytuacja była nieprzejęta. Przynajmniej z wierzchu, bo w środku Sloane zapamiętywała każde słowo, które Molly wyrzucała. Wszystko to, czego nie wiedziała lub wiedzieć nie chciała o Ezrze. Widywała ich dziesiątki razy razem. Nigdy nie było między nimi czułości i żadnych podobnych słodkich gestów, ale sama atmosfera między nimi wyraźnie mówiła blondynce, że nie spędzają wieczorków na piciu zielonej herbaty i nie rozmawiają o literaturze pięknej. Tak samo, jak wiedziała, że z Kendall nie omawia najnowszych faktów naukowych. Nie była głupia, aby myśleć, że taki mężczyzna, jak Ezra nie ściąga sobie do łóżka super modelek bądź innych równie pięknych kobiet na poziomie. I nie była zazdrosna. Nie mogła być zazdrosna, kiedy nic wtedy między nimi nie było. Nic poza tym niegasnącym napięciem, któremu dali upust wczoraj.
Sloane czuła się trochę jak widz w teatrze na niezłym dramacie.
Dostała miejsce w pierwszym rzędzie i szczerze mówiąc, ale coraz mniej chciała tu być. Lubiła karmić się cudzymi dramatami, ale nie w ten sposób. Siedziała na tym cholernym blacie słuchając kobiety, która wyrzucała z siebie oskarżenia, najwyraźniej słuszne. Sloane była ich powodem. Choć nie rozumiała, dlaczego, bo czy to przypadkiem nie było tak, że z nimi tylko sypiał?
Zacisnęła lekko usta, a sytuacja powoli zaczynała wymykać się spod kontroli. Zanim Ezra w ogóle cokolwiek powiedział to powietrze przecięła dłoń kobiety. Wściekła, szybka i precyzyjna. Cisza, która zapała po wszystkich słowach, które padły przez te kilka sekund była przytłaczająca. Rzucił ją. Cokolwiek ich łączyło Ezra zakończył to w tej samej chwili, w której Sloane siedziała w jego kuchni nosząc jego koszulę i na ciele mając ślady po wspólnej nocy z nim.
Zmrużyła oczy, kiedy Molly uderzyła tym razem w nią.
— Zazdrość na tobie dobrze nie wygląda. — Przechyliła lekko głowę na bok. Udawała, a może faktycznie była niewzruszona. — Zostawia ci małą zmarszczkę, o tutaj. — Sloane dotknęła się palcem między brwiami. Mogła milczeć, ale nie zamierzała dać się sprowadzić do roli dziewczyny, która robi karierę przez łóżko. Zrobiła nią na długo przed Ezrą. I odzyskała ją zanim trafiła na jego kolana. Ale nie miała zamiaru tłumaczyć się wściekłej modelce, bo ktoś inny przeleciał jej faceta, który najwyraźniej nie uważał, że nim był lub go nie obchodziło, że jest w związku.
Oparła dłonie o blat i przez moment nic nie mówiła. Nawet, kiedy Ezra się odezwał. Sloane po prostu milczała. Nie zamierzała karać go ciszą, bo to było bez sensu. Tylko myślała nad tym co widziała i słyszała. Na tym, jak się poczuła. Jeszcze kilka minut temu chciała go znów poczuć na sobie, w sobie i wszędzie na ciele, a teraz nie była pewna, czy ta ochota jeszcze im wróci.
— Ucierpiał tylko policzek. Znowu.
Wzruszyła ramionami.
Faktycznie byli w związku, a Ezra przeleciał Sloane na boku? Rozjebała komuś związek tym, że nie potrafiła się powstrzymać? Ale przecież widziała go od miesięcy. Z różnymi kobietami. I z nimi się też nie ukrywał. I jak widać, ale Molly wiedziała o Kendall, więc…
— Hej, to nie oberwałam. — Rzuciła w odpowiedzi. — Ale byłoby miło widzieć, że jesteś zajęty.
sloane
To chyba było naturalne, że zaczęła się nad tym wszystkim zastanawiać. Mimo, że prawdę mówiąc, ale nie przeszkadzało jej to tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. To nie był świat, w którym miłość grała pierwsze skrzypce. Ona była obecna, ale miała nieco inną formę niż w świecie, który nie był przepełniony pieniędzmi, często brudnymi, pożądaniem i brakiem jakichkolwiek hamulców. Tak ten świat działał. Jedno zdradzało z drugim, przechodziło się do kolejnej osoby i tak w kółko, aż w końcu trafiło się na kogoś kogo nie chciało się zdradzać lub miało się otwarty związek. Tylko o tym głośno już nikt nie mówił.
OdpowiedzUsuńMusiała myśleć również o sobie. Przede wszystkim, ale musiała myśleć o sobie. Zwłaszcza, że gdyby Molly zaczęła paplać, a było to nieuniknione, bo pewnie powie swoim przyjaciółkom, że zastała Sloane Fletcher w kuchni Ezry nosząc jego koszulkę, pachnącą nim. Nie potrzebowała tego rodzaju plotek. Bez znaczenia było to, że nie ukrywali się wczoraj z tym. Wyszli z klubu trzymając się za ręce. Byli razem na tarasie, gdzie dostęp miał każdy. W ciągu minut Sloane mogła zostać tą, która odnawia karierę przez łóżko. I choć oboje wiedzieli, że to nie była prawda to ludzie spojrzą na to zupełnie inaczej.
— Widowiskowe zerwanie. — Skwitowała. Nie sądziła, że popołudnie przyniesie im takie emocje. Sloane mogła przysiąc, że wciąż słyszy kroki Molly roznoszące się po holu. Odgłos uderzenia brzęczał jej jeszcze w uszach.
Nie czekała na żadne wyjaśnienia z jego strony. Nie potrzebowała, aby Ezra się tłumaczył i zapewniał „to nie tak, jak myślisz”. Raczej ciekawiło ją teraz, dlaczego to w ogóle się wydarzyło. I dlaczego weszła tu tak, jak do siebie i ile jeszcze takich poranków mogą mieć zanim pozbędzie się wszystkich swoich dziewczyn.
Wzruszyła ramionami w odpowiedzi, choć doskonale ją znała. Nie uciekłaby. Nawet by nie mrugnęła, gdyby jej o tym powiedział. Zresztą, chwilę przed tym, jak zdejmował ją z tego stołu ona była z kimś innym, a jeszcze wcześniej z Cadenem. Żadne z nich nie nosiło aureoli nad głową.
— Byłeś też z Kendall. Widziałam was, byliście całkiem blisko. Prawie wyglądało to romantycznie.
W innej sytuacji mogłoby to zabrzmieć, jak wyrzut. Tymczasem brzmiało to jednak jak suchy fakt, bo nim właśnie był. W klubie widziała go z Kendall, gdy ona sama była na scenie, pochłonięta śpiewaniem, ale dostrzegała szczegóły. Dostrzegała jego.
— Nie, nie odsunęłabym się.
Odpowiadając Sloane nawet nie mrugnęła. Wiedziała przedtem, że był z Molly. Nie znała szczegółów, ale tyle wiedziała. I był z tą drugą, a może była nawet trzecia i czwarta albo siedem i każda na inny dzień tygodnia. Nie wnikała.
— I nie czekam na wyjaśnienia, nie potrzebuję. Wiedziałam w co wchodzę, kiedy wyszłam z tobą tamtego klubu. — Powiedziała. Wtedy może nie była świadom i nie spodziewała się, że ich popołudnie zostanie tak przerwane, ale nie oczekiwała też raju i wiecznego spokoju, choć cholera, liczyła, że potrwa to przynajmniej o kilka dni dłużej zanim rzeczywistość zacznie uderzać do drzwi. Lub uderzać w policzki.
Nie pokazała tego po sobie, ale odetchnęła z ulgą, że jednak za nią nie pobiegł. Mógł, ale tego nie zrobił. Gdyby tak się stało Sloane najpewniej by sama stąd wyszła. Tak, jak była ubrana i nawet nie prosiłaby o kierowcę.
— Udawanie go wychodzi ci nader wybitnie. — Rzuciła. Potrafił się zachować jak na prawdziwego dżentelmena przystało, ale nim absolutnie nie był. I nigdy tego też przed nią nie ukrywał. To ona pod nosem gadała, że taki jest.
Sloane zsunęła się sprawnie z blatu i podeszła do Ezry. Koszula zsunęła się odrobinę z jej ramienia. Bez słowa sięgnęła dłonią do policzka, który pod palcami był ciepły od uderzenia sprzed chwili.
— Ten drugi raz miał należeć do mnie. — Powiedziała to niemal z zawodem, że to nie od niej wyszło. — Nie szukam „i żyli długo i szczęśliwie”, Ezra. To… cokolwiek to jest, jest wystarczające. Ale przysięgam, że jeśli jeszcze jedna tak tu wpadnie i cię ode mnie oderwie to nie przed swoimi rozgoryczonymi dziewczynami będziesz chował noże, a przede mną.
Sloane to wciąż była Sloane.
UsuńRozstrojona trochę po tym poranku, ale ciągle taka sama, jak rankiem w łóżku. Jak wtedy, kiedy wychodzili z jacuzzi i śmiała się ze wszystkiego, a potem z uśmiechem wpadała mu w ramiona. Nie zraził jej. Nie uciekała. Nie była zła i nie czekała na dalsze wyjaśnienia z jego strony, które i tak niczego by nie zmieniły.
— Jestem głodna. I mam ochotę na ciebie i twoje tosty. Może tosty pierwsze, dopóki są jeszcze ciepłe.
sloane
Sloane mogła zacząć rzucać przekleństwami. Wykrzyczeć mu, że jest dupkiem, który zbiera sobie kobiety jak pokemony i wybiera, którym się będzie bawił w nocy albo w ciągu dnia. Mogła rozbić kubek z kawą. Zrobić scenę, jakiej jeszcze nie widział. Mogło to pójść w dwie strony. Będzie nakręcony tak, jak wtedy, kiedy go uderzyła w klubie albo powie, żeby stąd wyszła i zniknęła mu z życia, a Sloane miała na ten dzień lepsze plany i nie zamierzała ryzykować, że nie wypalą.
OdpowiedzUsuńPrzechyliła lekko głowę, kiedy mu się przyglądała. Jej palce były delikatne, skupione, jakby chciała zapamiętać, jak wyglądał po takim dramacie, który właśnie się tutaj rozegrał. Drugą dłoń ułożyła mu na nagim torsie, który po dotykiem był gorący i tak zachęcający, że aż nie chciała myśleć o tym co się wydarzyło przed chwilą.
— Komplikacja to twoje drugie imię, co? — Zaśmiała się. Sloane jeszcze go nie rozgryzła, ale oboje byli ulepieni z podobnej gliny i może właśnie dlatego się dobrze rozumieli. — Mhm, powinieneś. Jeszcze niektórzy pomyślą, że masz… uczucia. Nie do jednej, nie do dwóch… trzech? Czterech? Chyba mnie przebiłeś, wiesz? Myślałam, że to ja miałam skomplikowane życie miłosne.
Bo miała. Cholernie poplątane i na równi rozwiała sobie dwa romanse jednocześnie, a może trzy? Sama nie wiedziała, bo przecież przez długi czas był Carter i James, potem był James i zjawił się Nico, a potem był Carter i Nico, a teraz… Teraz był Ezra i echo wspomnienia po Carterze. Wciąż gdzieś tam był obecny, ale już nie tak jak przedtem. Bo Sloane to ignorowała. Zablokowała, znowu. Udawała, że nie słyszy i nic nie widzi. Bo tak było lepiej.
— Ezra… — Zaczęła z miękkim uśmiechem, który ktoś mógłby pomylić za przyjacielski, ale nie on. Nie Creighton, który wiedział, że za Sloane kryją się demony, które wypuszczała w nieoczekiwanych momentach.
Objęła dłonią jego kark. Delikatnie gładząc ciepłą skórę jego karku. Natomiast ta druga, która była a policzku była równie delikatna. Przez chwilę. Krótką i ulotną, bo dosłownie sekundę później wbijała paznokcie w jego policzki. Tuż pod miejsce, które mu wczoraj rozcięła pierścionkiem.
— Powiem to tylko raz. — Wycedziła, ale zaskakująco aksamitnym głosem. Przybliżyła się do niego, aż jej usta stykały się niemal z jego. — Dopóki jesteś ze mną w tym „cokolwiek to jest”, jeśli znajdę z inną… — Mówiła dalej, a z każdym słowem paznokcie wbijały się odrobinę mocniej. — … sprawię, że pożałujesz nawet spoglądania w ich stronę. Rozumiemy się?
Sloane się nie dzieliła. Jeśli miał takie życzenie i potrzebę, aby biegać za innymi niech to robi tak, aby o tym nie wiedziała. Nie miała zamiaru mu stawiać warunków. Poza tym jednym. Niech robi to na co ma ochotę, ale tak, aby o tym nie wiedziała. Bo kiedy tu będzie przychodziła nie chciała widzieć cudzych ubrań czy szpilek. Znajdować włosów w łazience bądź na poduszce. Przychodząc do niego oczekiwała, że będzie w pełni dla niej. Tak, jak ona zamierzała być w pełni dla niego. Nawet, jeśli nie do końca to będzie prawda.
— Gdyby próbowała przeprosić tak, jak ja, długo nie znalazłaby się na żadnej okładce jebanego Vouge.
Być może przemawiała przez nią zazdrość. To już było bez znaczenia. Nie zamierzała się z tego tłumaczyć. Mógł sobie o tym myśleć co tylko chciał, a Sloane… Sloane dalej robiła swoje.
— Bo zasłużyłeś. Może nie pamiętam co powiedziałeś, ale zasłużyłeś.
Uśmiechnęła się lekko, bo naprawdę, ale nie pamiętała. Szybko zajęła się czymś zupełnie innym i znacznie przyjemniejszym.
— Ale dziękuję. Dużo ćwiczyłam, aby wychodziło idealnie.
Uśmiechnęła się, a potem puściła jego policzki. Powoli. W skórze dostrzegając zagłębienia od jej paznokci. Nie zrobiła mu krzywdy. Długotrwałej. Przez kilkanaście minut będzie nosił po nich ślad, nic więcej.
— Jacy my jesteśmy zgodni.
To było wręcz zaskakujące, że przy takim temacie nie było większych dramatów. Nadejdą, była tego pewna, ale na ten moment było dokładnie tak, jak być powinno. Dała się pocałować bez uciekania. I odwzajemniła te pocałunek, choć był krótki. Był jednak wystarczający, jak na ten moment.
Rozchylała już usta, aby coś powiedzieć. Ezra był szybszy i zamknął je pocałunkiem. Dłoń na karku zacisnęła się mocniej, a jej ciało automatycznie przylgnęło do jego. Jakby mimo całego dramatu właśnie tutaj chciało być. Bo chciało. Nie dbała o to co się wydarzyło. Nie dbała o plotki. Nie dbała o przyszłość. Bo to czego chciała najbardziej od miesięcy właśnie dostała i dostawała znacznie więcej. Odwzajemniła go z namysłem, smakując dokładnie jego ust, choć już je tak dobrze poznała.
Usuń— Posadź mnie na tym pieprzonym blacie. — Wysyczała między jednym, a drugim pocałunkiem. Zrobiła krok do tyłu, ciągnąc go za sobą.
sloane
Sloane nie była zaborcza. Ona była stanowcza.
OdpowiedzUsuńMoże nie należała do najwierniejszych osób na świecie, może nie potrafiła dochować wierności, a jej serce bywało otwarte dla każdego kto przez moment okazał jej zainteresowanie, ale to jeszcze nie oznaczało, że miała zamiar się nim publicznie dzielić. W końcu równie dobrze mogli więcej na siebie już po tym dniu nie spojrzeć, prawda? Wrócić do tego co było wcześniej, ale gdyby jednak nie wrócili to Sloane zamierzała postawić granice jasno. Ktoś kto nie był Ezrą, kto jej nie rozumiał i nie działał w podobny sposób uznałby to pewnie za toksyczna zazdrość i może faktycznie coś w tym toksycznego było, ale skąd miała brać przykład zdrowej, niezazdrosnej relacji, kiedy to było wszystko czym otaczała się od samego początku? Urodziła się w takiej rodzinie. Można było powiedzieć, że kontynuowała rodzinną tradycję.
Uśmiechnęła się kątem ust po jego słowach.
— Nie chodzi o bycie wiernym, Ezra. — Wyjaśniła lekko kręcąc głową. Nie powstrzymałaby go przed tym, aby spraszał sobie kobiety. Raczej nie byli stworzeni, aby trwać wiernie u boku jednej osoby. Sloane próbowała, ale nie wychodziło. Może nie trafiła na odpowiednią, a może jednak miała w sobie dość miłości, aby kochać naprawdę wszystkich. — Chodzi o to, abym nie wiedziała i widziała. Czasami im mniej wiem… tym lepiej.
Sloane bywała zazdrosna. Okrutnie. I wiedziała, że gdyby trafiła na niego na jakiejś imprezie z dziewczyną to urządziłaby scenę. W dodatku niepotrzebną, a chyba dobrze by było, żeby unikali teraz zbędnego rozgłosu, prawda?
Nie próbowała go usidlić. Rozumiała, że to nie wyjdzie. Tak samo, jak próby zatrzymania jej nigdy nikomu nie wychodziły. Zmuszała się do tego, aby grać tę rolę, której od niej wymagano, ale ostatecznie zawsze wybierała samą siebie.
— To nie są ograniczenia, Ezra. To p prostu bycie… praktycznym. — Wzruszyła ramionami. Opuszki jej palców musnęły policzek. Spojrzenie zsunęła na jego usta. Pełne, znajome i tak cholernie kuszące. — Chcesz sobie tu sprowadzać swój mały harem? Śmiało. Ale nie będę jego częścią. Nie jestem jedną z wielu i o tym doskonale wiesz.
Prawda była taka, że Sloane lubiła mieć wyłączność, kiedy sama jej nie dawała. Ezry nie zamierzała zapinać na smyczy i prowadzić przy nodze, jak dobrze wytresowanego pieska, bo tego nigdy nie byłaby w stanie zrobić. Nie była głupia, aby próbować utrzymać kogoś takiego, jak on w prostej linii. Pod wieloma względami byli do siebie zbyt podobni, więc rozumiała, że ograniczanie go tylko odciągnie, a nie przyciągnie.
— Tego właśnie chcę. — Odparła bez kręcenia, bez wymyślania wymówek. Chciał szczerości? To ją dostanie. — Nigdy nie lubiłam się dzielić. Zabawkami, kiedy byłam mała. Kiedy ktoś próbował gryzłam i krzyczałam, dopóki nie dostałam ich z powrotem. — Zaśmiała się pod nosem. Wychowali ją na taką, to już nie była jej wina, że przyzwyczajona była, że płaczem dostawała wszystko. Manipulacji uczyła się od małego.
— Chcę myśleć, że jesteś tylko dla mnie. — Opuszek z policzka zsunął się na jego szyję. — Że nie widzisz poza mną żadnej innej. Że jestem jedyną, która cię zaspokoi. Jedyną, która jednej nocy wykrzyczy ci, że cię nienawidzi, a dziesięć minut później będzie z siebie zdejmowała sukienkę w aucie.
Przecież to wszystko było dziecinnie proste.
Pokręciła lekko głową.
— To idzie w dwie strony, Ezra. Ja nie wiem co robisz w wolnym czasie, ty nie będziesz miał pojęcia, co robię ja.
Ale po raz kolejny miał rację, bo gdyby to jej się wymsknęło, gdyby to ona była tą, która zostanie przyłapana z kimś to miałaby dziesiątkę wymówek. Zaczęłaby od tego, że przecież nie są w związku, że nigdy nie obiecywała mu wierności, więc o co się właściwie pruje? Chciała, aby to między nimi było tylko między nimi. Bez angażowania w to innych osób, które będą stać między nimi. Bo zrobi się bałagan. Któraś się zaraz zakocha. Będzie próbowała ją od niego odciąć. Któryś znów będzie chciał Sloane mieć w pełni dla siebie, a potem zderzy się z rzeczywistością i nie da rady unieść tego kim Fletcher była.
— Powiedziałeś w nocy, że jesteś jedynym, który potrafi mnie zatrzymać. — Powiedziała cicho, ale nie z drżeniem w głosie. Bo nie chodziło o to, że się zakochała i chciała wyłączności, słodkiej miłości, wierności i obietnic życia, którego nie pragnęła. — Chcę, żebyś mnie czasem zatrzymał.
UsuńOdwzajemniła pocałunek bez najmniejszego wahania. Sloane nie była dziewczyną, która potrzebowała słodkich słów i obietnic, które od początku były kłamstwem. Wystarczyła jej surowa prawda. Taka, która może zaboli, otrze się o najdelikatniejsze i zranione miejsca, ale nie będzie krzywdziła dalej. Była dokładnie tym, czego Sloane potrzebowała, aby jeszcze przetrwać kolejny dzień. Ta relacja nie musiała mieć nazwy. Wystarczyło, że oboje jej chcieli, a to, że nie nazywali rzeczy po imieniu było najmniejszym problemem. Sięgała po jego ciało, bo sam je jej dawał. Oddawała pocałunki, bo ona tego chciała. Zdejmowała ubrania, bo miała na to ochotę. Nie robiła tego, bo widziała tu jakąś przyszłość. Oni nie mieli przyszłości, a na pewno nie w tych wersjach, w których byli obecnie. Mieli tu i teraz i to było jedyne co mogli sobie szczerze zaoferować.
sloane
Sloane zdawała sobie sprawę z tego jak to wszystko brzmi. Jak każde jej słowo się wykluczało. Brzmiało jak wyrwane z innej rzeczywistości. W jednej Sloane chciała być tą wierną partnerką, która nigdy nie oszukuje, a w drugiej prosto w twarz mu mówiła, że mogą się zdradzać, dopóki nie będą o tym wiedzieć. Choć, czy tu właściwie można było mówić o zdradzie, skoro nie byli razem? Nie padły żadne słowa potwierdzające to. Nie było żadnych deklaracji. I tak miało pozostać. Bez obietnic. Bez przyszłości. Tylko to co przyniesie czas. Gdzie ich poniesie życie.
OdpowiedzUsuńSloane go jeszcze nie puszczała. Nie potrafiła o wypuścić i dać mu odejść na tyle, na ile chciał. Trzymała się blisko. Nie desperacko, choć wszystko przez nią mówiło, że nie chce tego kończyć w ten sposób.
— Dorosły jesteś. Nie radzisz sobie z małą manipulacją gówniary? — Zapytała z rozbawieniem w głosie. Naprawdę sądziła, że lepiej będzie znosił jej małe sztuczki, w których przeczyła wszystkiemu co mówiła i co robiła. — Wolałbyś, żebym powiedziała, że chcę cię na wyłączność? Żebyś zerwał ze wszystkimi modelkami i nigdy więcej nie spojrzał w ich stronę? Robiła awantury, kiedy dowiem się, że któraś zaplątała ci się w pościeli? Możemy iść tą drogą. Mogę się jeszcze odpalić. Za Molly i jej wtargnięcie tutaj… Pokrzyczeć, rozbić naczynia… Albo mogę klęknąć i zapomnimy, że w ogóle tutaj była. Twój wybór, kochanie.
Wszystko co powiedział się zgadzało.
Sloane sądziła, że jej plan jest prosty. W teorii był, ale w praktyce to nie mogło wyjść. Dawała mu wolną rękę, ale wiedziała, że gdy będzie gdzieś wychodził to bez problemu znalazłby sobie wianuszek chętnych. Nie wiedziała, czy mogli czy nie mogli być widziani razem publicznie, choć na to chyba było za późno. Ona mogła się potknąć i przypadkiem wylądować w łóżku jakiegoś sportowca, gitarzysty, aktora czy modela. Nie chciała z tego tytułu awantur, jednocześnie wiedząc, że będzie pierwsza do ich wszczęcia, kiedy się dowie, że Ezra był z kimś innym.
— Wszystko ładnie pokryłeś. Widzisz? Nadążasz, a już myślałam, że starszych panów trzeba będzie spisać na straty. — Westchnęła przewracając oczami. Tak na dobrą sprawę to Sloane nie była do końca pewna, co chce od niego. Zostać zatrzymaną na moment w miejscu? Tak, kiedy zrobił to wczoraj poczuła, że naprawdę oddycha. Wyłączności, ale też opcji, aby eksplorować inne opcje? Tak, tego chciała. To nie miało zbyt wiele sensu, kiedy o tym dłużej myślała. — Mogę ci powiedzieć, że nie chcę, żebyś się spotykał z innymi. Że chcę być jedyną, którą weźmiesz do łóżka. I tak, chcę tego. Ale również wiem, że niekoniecznie się w tej roli sprawdzimy.
Wzruszyła ramionami. Stawiała mu warunki, które tak w zasadzie nie miały żadnego sensu. Przeczyła samej sobie tymi słowami. Ale dla niej to miało sens, a przynajmniej wmawiała sobie, że to ma sens. Sloane sama w swojej własnej głowie się nie odnajdywała, a co dopiero ktoś kto dopiero tal naprawdę zaczął ją poznawać.
— Będzie ci łatwiej, kiedy usłyszysz, że chcę być jedyną? Kiedy obiecam, że nie wyląduje w łóżku z kimś innym? Kiedy uwierzę, że ty nie wylądujesz w łóżku kolejnej modelki? — Zapytała. Palce Sloane zsunęły się z jego szyi na tors. — Wolałbyś, żebym powiedziała, że chcę… związku? Nawet, kiedy oboje wiemy, że to może w każdej chwili jebnąć?
Musieli wyznaczyć granice i to nie podchodziło pod żadne negocjacje. Sloane nie chciała, aby wszystko na co pracowali pięknie się rozpadło, bo nie potrafiła trzymać zamkniętych przed nim nóg. Stwarzając między nimi pewien mur się w ten sposób broniła przed rozpadem.
— Czy się zapędziłam i to była jednorazowa akcja? Może być, jeśli tego chcesz. Zaliczyłeś mnie, ja ciebie. Dostaliśmy co za nami chodziło od dawna. — Wzruszyła ramionami. Nie będzie przecież płakała, gdyby to się dziś skończyło. Tu i teraz. Dąsałaby się, ale w końcu by jej przeszło. — Jak ty to widzisz? Coś co wydarzyło się raz, było fajnie, ale wracamy do bycia profesjonalistami, czy chcesz mnie zatrzymać na trochę dłużej?
Zmarszczyła lekko czoło.
Usuń— Nie robię z ciebie idioty. To proste, możemy sypiać ze sobą i jest fajnie, a jeśli masz ochotę to baw się ze swoimi modelkami, ja po prostu nie chcę o tym wiedzieć. — Wzruszyła ramionami. Zaczynał ją drażnić. Sloane nie stawiała tu żadnych pułapek. Wyjątkowo była transparentna. Mimo, że jej wymagania były idiotyczne i wymijały się. — Ale jeśli nie chcesz to po prostu powiedz, zjem śniadanie i zobaczymy się w pracy.
Sam zaznaczył, że ma od tego inne i teoretycznie Sloane do szczęścia mu potrzebna nie jest. Ona nie miała. Rozważała tylko, że może mieć i gdyby tak się stało, że w trakcie tej pokręconej relacji z nim trafi się ktoś inny to nie chciała z tego robić dramatu. Nic, poza tym.
— A gdybym cię przyłapała to zrobiłabym lepszą scenę niż Molly. Może powinna wziąć lekcje z aktorstwa, bo strasznie marnie jej to wyszło. — Odparła niewzruszona.
Zadawał pytania, które może nie były zbędne, ale irytujące. Jakby próbował zajrzeć tam, gdzie Sloane wpuścić go nie chciała. Myślała, że to jest proste. Mogą sypiać ze sobą, a jednocześnie z innymi. Tylko po cichu i bez robienia z tego cyrku.
Zacisnęła lekko zęby, gdy jego dłonie znów wylądowały na jej szyi. Nie zmuszał, ale i tak tym ruchem zatrzymał ją na sobie. Wpatrywała się uparcie w jego oczy, mrużąc odrobinę swojego.
— Nie będziesz tylko dla mnie. — Nie powiedziała tego z wyrzutem. Rozumiała świat, w którym się obracali. — Ale mogę udawać, że jesteś.
sloane
W gruncie rzeczy to naprawdę nie miało sensu. Sloane wcale nie chciała od niego związku. Nie chciała wplątać się w coś na co nie była gotowa. Wchodzić w kolejny związek, który nie będzie dla niej tak naprawdę miał znaczenia. Bo nie byłaby w stanie mu teraz obiecać czegoś więcej, poza tym, że po prostu będzie i czasem się rozbierze. Nie mogła pozwolić sobie a to, aby złapała do niego uczucia, a jednocześnie wiedziała, że jeśli dalej będą to robić to w końcu jakieś uczucia się pojawią. Głębsze i silniejsze od tych, które już dryfowały między nimi. W jej głowie to miało sens. Nie będzie łączyło ich nic poza takimi dniami, jak ten. Wśród ludzi będą zachowywać się profesjonalnie. Nie będą prowadzać się z innymi publicznie, aby uniknąć niepotrzebnych wybuchów zazdrości, bo te się pojawią. Sloane była tego cholernie świadoma, więc wymyślała teraz co mogła, aby nie doszło do takiej sytuacji, kiedy straciłaby nad sobą kontrolę w miejscu publicznym.
OdpowiedzUsuń— A byłbyś tylko dla mnie, gdybym o to poprosiła? — Zapytała. Przechyliła delikatnie głowę. Nie łudziła się, że odpowie twierdząco. Dostała dziś przedsmak tego, jaki Ezra jest naprawdę. Nie zważał zbytnio na uczucia innych. Zerwał z Molly między tostami, a kawą i zrobił to bez mrugnięcia w dodatku z ustami, które wciąż miały na sobie Sloane. Z nią w przyszłości mogłoby być podobnie. — Przecież wiesz, że którymś razem znalazłabym się na miejscu Molly. Trafiłabym tak na ciebie i jakąś dziewczynę. Może Kendall. Albo tą, której imienia nie mogę zapamiętać. Więc będę myśleć, że jesteś cały dla mnie, a to co robisz, kiedy nie widzę… to twoja sprawa.
Nie była naiwna, aby sądzić, że wystarczy przed nim rozłożyć nogi i będzie miała go na wyłączność. Sloane nie musiała lubić się dzielić, ale mogła nauczyć się jak się dzielić, kiedy nie jest tego świadoma. Nie oszukiwała się też i dobrze wiedziała, że będzie każdego wieczoru, który spędzą osobno zastanawiała się, czy właśnie posuwa inną, a może ma w łóżku dwie na raz. I ta zazdrość tylko będzie w niej rosła, rosła i rosła, aż nic dobrego z tego nie wyjdzie.
Sloane jęknęła z frustracją. Czemu on musiał wszystko tak komplikować?
— Powiedziałam ci czego chcę. — Westchnęła wywracając oczami. — Czego jeszcze nie rozumiesz?
Ona również dbała o swoje interesy. Wiedziała, że pakowanie się w związek z Ezrą (jak zwał tak zwał) to idiotyzm. Inaczej by było, gdyby to wyszło przez uczucia. Bo się zakochali i nie widzieli poza sobą świata, ale chodziło przecież o pożądanie, o nutkę ekscytacji, kiedy wszystko mogło się zawalić, świat o nich dowiedzieć. O to elektryzujące napięcie, które się pojawiało między nimi, kiedy tylko na siebie popatrzyli.
— Komplikujesz to za bardzo. — Powiedziała. Dłoń dociskał do swojej klatki. Sloane jej nie zabierała. Nie wyrywała się. Czuła pod palcami jak jego serce równomiernie bije. — To powiedz mi, jak ty to widzisz. Albo tego nie widzisz. I czego ty chcesz, bo jak cokolwiek z tego ma wyjść to chyba nie tylko moje zachcianki powinny być brane pod uwagę, nie sądzisz?
Uniosła lekko brew.
Nie zamierzała się prosić, aby z nią sypiał, bo ma na to ochotę. Mogli równie dobrze o tej nocy zapomnieć. Tak, znaczyła ona również coś i dla Sloane. Nie była na to obojętna. Potrafiłaby jednak spróbować o tym zapomnieć i nie wracać do tematu, jeśli tak miałoby być lepiej dla nich obojga i dla ich zawodowej relacji.
— Bo dla mnie to jest zajebiście proste. Zostaję, dobrze się bawimy i nie robimy wokół siebie szopki. Ja robię dalej swoje, ty robisz swoje. Nie mówimy o tym w pracy. Nie zwierzasz się kumplom po whisky, że ci obciągnęłam. Chcesz pieprzyć inne? W porządku, po prostu nie chcę o tym wiedzieć, Ezra. I zmień pościel zanim przyjdę.
Wzruszyła ramionami, bo przecież chodziło tylko o to. Nic więcej od niego nie chciała. Nie prosiła o pierścionek. Nie prosiła o obietnicę, że zostaną razem do końca życia i będą zajebiście szczęśliwi, a ona mu kiedyś urodzi piątkę dzieci i pobawią się w dom. Na samą myśl o takim życiu ją cofało.
— I nie martw się. Nie zmienię nagle zdania i nie będę chciała, żebyś mnie kochał i wybierał mnie, dał mi gwiazdkę z nieba. — Nie chciała go w tym sensie. Niby nie mogła ręczyć, że zdania nigdy nie zmieni, ale na ten moment po prostu wiedziała, że tego nie zrobi. Zakochiwała się szybko, a jeszcze szybciej się jej to nudziło, gdy już faktycznie kogoś miała, gdy już usłyszała te „kocham cię” zaczynała szukać rozrywki w innym miejscu. Może kiedyś się zmieni i zacznie pragnąć czegoś więcej, ale nie teraz. Było na to za wcześnie. — Pewnie się obrażę, gdybyś jednak mnie nie chciał, bo kurwa, nie wiem czego tu nie chcieć, ale to byłaby twoja stara. Nie moja.
UsuńOdetchnęła odrobinę głębiej, kiedy Ezra objął jej twarz, a gdy wsunął dłoń we włosy Sloane cicho westchnęła, a jej usta rozciągnęły się w drapieżnym uśmiechu. Bardziej przez jego słowa niż gest, który był aż zbyt czuły, jak na to, co z nim teraz chciała zrobić.
— Widzisz… mówiłam ci, że to proste. — Szepnęła mu prosto w usta. Niemal słodko. — Nie szukam miłości, Ezra. Wyłączność… to tylko ma „papierze”, nic więcej. Nie chcę, żebyś mnie kochał. Tylko, skoro to lubisz, czasem się ze mną pieprzył bez rozpierdalania wszystkiego co zbudowaliśmy. Moja kariera i album są ważniejsze niż parę orgazmów, ale jeśli mogę mieć oba… to wezmę oba. Ale ty zadecyduj, jeśli to dla ciebie za dużo… to nie klęknę, więcej cię już nawet nie pocałuję. Zobaczę cię w poniedziałek, powiem „Dzień dobry, panie Creighton” i zachowam się tak, jakbyś nigdy we mnie nie był.
I zamilkła, bo mówiła już stanowczo zbyt wiele i rozciągała niepotrzebnie swoje odpowiedzi. Sloane zrobiła swój ruch. Jeśli to wciąż dla niego nie była jasna odpowiedź, jeśli wciąż szukał tu jakiegoś drugiego dna to nic tu po niej. Poszuka tego w kimś innym w ostateczności, choć wiedziała, że drugiego takiego, jak on nie znajdzie.
sloane
Cały ten układ był tak naprawdę beznadziejny i nie miał prawa zadziałać. Sloane się oszukiwała, że to tylko seks, że niczego więcej od niego nie chce, ale prawda była odrobinę inna. Sloane brała od Ezry coś o czym on, najpewniej, nawet nie wiedział. Mimo tego, jaki chaos między nimi panował i że częściej krzyczała niż mówiła, to panowała między nimi dziwna stabilność, której Sloane nie znała. Jakby w końcu ktoś naprawdę widział ją przez te wszystkie warstwy, które na siebie nakładała. Bo był kimś kto widział ją już od najgorszej strony, a zamiast spojrzeć w drugą stronę, odejść, czy próbować zmieniać on trzymał ją mocno i nie pozwalał odejść, zagubić się we własnych myślach. I nie zakazami, a pokazując konsekwencje. To na nią działało bardziej niż, gdy z każdej strony słyszała „to dla ciebie złe, Sloane. Tak nie wolno” i masę innych słów, które przepuszczała jednym uchem.
OdpowiedzUsuńRola, do której się sprowadziła również była obroną. Przed tym, aby nie zaangażować się zbyt mocno, bo czuła, że kiedyś nadejdzie taki dzień, kiedy będzie żałowała, że go do siebie dopuściła, a raczej, że dopuściła siebie do niego, że zasmakowała jego ust i ciała, że poznała, jak brzmi, kiedy nikogo między nimi nie ma, kiedy zdradza jej swoje sekrety, o których nie wiedział świat. Próbowała się w ten sposób schować przed zmierzającym w jej stronę rozczarowaniem.
Żadnych emocji, jakby to było możliwe.
Żadnego przywiązania się, choć Sloane powoli już zaczynała widzieć tylko jego.
Na swój sposób chroniła siebie oraz jego. Siebie przed własnymi wyobrażeniami, a Ezrę przed samą sobą. Bo skoro zaznaczyła, że to ma być tylko seks, tylko odrobina przyjemności to nie będzie mógł mieć do niej pretensji, kiedy znów coś się w niej złamie. Jak znów będzie wrakiem, bo zbyt intensywnie pomyśli nad życiem, które miała.
Dla Sloane to była obrona i jednocześnie próba zatrzymania czegoś nowego, choć wiedziała, że nie da rady zbudować z nim niczego, kiedy wciąż nie wygrzebała się ze swojej przeszłości, ale była zbyt samolubna, aby dać mu odejść i wrócić na swoje miejsce. Nie potrafiła, kiedy już nie tylko znała rytm jego dnia, ale zaczynała poznawać jego.
Mogło to być degradujące, bo sprowadzała siebie i jego do roli zabawek, po które się sięga, kiedy ma się chęć. Mogło to być smutne. Ale dla niej to było potrzebne, aby przetrwać nadchodzące rozczarowanie, a to się w końcu pojawi, a gdy już tak się stanie to Sloane będzie mogła powiedzieć „a nie mówiłam?” tym swoim rozczarowanym głosem, a potem się odwrócić w przeciwną stronę i udawać, że nigdy nic ich nie łączyło, bo przecież nie łączyło i skończyło się tak, jak przewidziała.
Może niepotrzebnie przed tym uciekała. Może znów pakowała się w coś z czego nie było wyjścia, ale nie potrafiła mu się w tej kuchni przyznać, że nie szuka tylko seksu, że nie widzi w nim tylko szybkiego zaspokojenia się. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i przyznać, że pierwszy raz od miesięcy to przy nim poczuła się dobrze. Że nawet kiedy nie było go obok to czuła dziwną stabilność, kiedy przedtem był chaos i wrzaski. Przyznać, że chciałaby więcej takich nocy, jak ta, kiedy siedzieli w jego studiu, ona przy fortepianie, a on z gitarą i rozmawiali mówiąc rzeczy, którymi nie dzielili się z innymi. Dlatego skłamała, że chce od niego tylko jednego, bo to była najbezpieczniejsza opcja. Taka, która nie skomplikuje niczego bardziej niż już było skomplikowane. I tylko przy okazji chciała udawać, że Ezra może być jej. Choć w środku aż ją skręcało od myśli, że takie same wieczory mógł i będzie miał z innymi. Że jakaś inna będzie siedziała na tym samym miejscu co ona tamtego ranka. Ale tego mu nie powiedziała również. Poprosiła tylko, aby upewnił się, że o niczym nie będzie wiedziała, że gdy już się z kimś będzie spotykał to zrobi to tak, aby Sloane o niczym się nie dowiedziała. Sama przed sobą udawała najwięcej. Że ma jakąś kontrolę, że ona decyduje, kiedy w rzeczywistości nie podejmowała tak naprawdę żadnych ważnych decyzji. Fletcher tylko udawała i zdawało się jej, że robi to na tyle dobrze, aby nikt nie zorientował się, że od środka ją to rozbija.
Restauracja byłą niewielka. Klasyczna, schowana przed głównymi ulicami i idealna do schadzek, kiedy nie chciało się być widocznym. Sloane ją polubiła, bo rzadko tu się zdarzało, aby łazili za nią paparazzi. Więc kiedy spotkała się tam z Rayą nie sądziła, że będzie tam również Ezra.
UsuńMolly była widoczna z daleka. Z tymi błyszczącymi jasnymi włosami, skórą bledszą od księżyca. To Raya ich zauważyła.
— Ej, to nie ten twój producent? — Rzuciła szturchając ją lekko w ramię, a kiedy Sloane podniosła wzrok to faktycznie był on. Skupiony na rozmowie z Molly, nachyleni blisko siebie i wystarczająco daleko, aby nie widzieli Sloane ani Rayi. Fletcher wzruszyła ramionami i rzuciła coś, że to po prostu jedna z jego wielu dziewczyn. Tak jak ja, ale tego już na głos nie dodała.
Zignorowała wtedy wszystkie wiadomości od Ezry, które nie były powiązane z pracą. Nie, aby było ich wiele, ale była zła. Teoretycznie nie mogła mu zakazać wychodzić na lunche. Z drugiej strony wkurwiało ją, że był z Molly.
Kilka dni później, kiedy biegła znajomą sobie trasą, która prowadziła obok domu Ezry, to już nie jej wina, że mieszkali niemal w jednej linii, zobaczyła jak zza bramy wychodzi jakaś drobna sylwetka i zmierza w tym samym kierunku co Sloane. Biegła trasą, którą Sloane znała ze wspólnych joggingów z Ezrą. Zatrzymała się nawet przy tej samej budce z lemoniadą, przy której zatrzymywali się oni, gdy trafili na siebie na trasie. Sloane skończyła swój bieg wcześniej. Zanim zakręciłaby kółko, a nogi zaniosły ją do posiadłości, w której urządziłaby awanturę.
Do studia, gdzie mieli nagrywać teledysk dojechała sama. Nie z kierowcą. Sama. Nowym autem w kolorze wściekłej czerwieni. Jakiś sportowy. Nawet nie zwracała uwagi, ale było szybkie, ładne i przede wszystkim – zwracało uwagę, a dziś jej jakoś na tym wyjątkowo zależało. Nie była taka sama w zasadzie, bo zabrała ze sobą Rue, która nie spędzi kolejnego dnia sama w domu.
Do studia wparowała spóźniona z poplątanymi włosami, kubkiem truskawkowej matchy w dłoni. W wulgarnie krótkiej jeansowej spódniczce i w crop topie. Po złości, bo wiedziała, że Ezra tego w niej nie lubił. Może nie powiedział wprost, ale zawsze kręcił nosem, kiedy wkładała swoje zbyt krótkie spódniczki i podarte koszulki. I tak to zaraz zmieni. Kiedy przechodziła obok mężczyzny nie obrzuciła go nawet spojrzeniem. Wcisnęła mu tylko w dłoń smycz Rue, jakby był jej osobistym asystentem i miał zajmować się jej zachciankami, a potem usiadła przed lusterkiem gotowa do tego, aby poprawili jej włosy, zrobili makijaż i przygotowali do pierwszej sceny, którą dziś mieli nagrywać.
sloane z foszkiem
Ten weekend był cudowny. Tak po prostu. Spędzili go w pełni razem. Sloane łaziła mu po domu w samej koszuli, przeglądała książki i płyty, zadawała niewygodne pytania dotyczące każdej części jego życia niespodziewanie całowała i przylegała do jego ciała, jakby nic innego się nie liczyło i istniał tylko on, bo tak też było. W tamten weekend nawet przez sekundę Sloane nie pomyślała o kimś innym. Zapełnił jej przestrzeń w głowie. Kiedy myślała o bliskości to chciała jego poczuć. Nie było tam przestrzeni dla nikogo innego poza Ezrą. A potem wyszła i wydarzyły się inne rzeczy.
OdpowiedzUsuńPytała się go, czy mu to odpowiada. Nie wychwyciła w nim zawahania. Nie, kiedy pocałował ją wtedy w sposób, który odbierał dech. Nie wyczuła w nim tego, kiedy przed ni klęczała w tej kuchni, a potem narzekała na twarde płytki, a on ze śmiechem rzucił, że następnym razem przyniesie jej poduszkę. Sądziła, że mu ten układ pasuje. Tak, miał pewnie takich lasek na pęczki, które bez mrugnięcia okiem zgadzały się na wszystko i nie stawiały mu żadnych warunków, więc mógł odmówić. I Sloane nie rozumiała, dlaczego jej nie odmówił. Może i była przekonana o swojej zajebistości, ale była też (niejako) świadoma swoich wad i tego, że Ezra raczej nie robi tego z dobroci serca. Pytała, on nie odpowiadał, więc zostawiła tak ten temat i udawała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, kiedy tak naprawdę wszystko się wokół zawaliło jeszcze zanim rozpoczęło się na dobre.
Dałaby wszystko, aby przestać go kochać.
Myślała, że jej przeszło. Minęły jebane miesiące od grudnia. Cale tygodnie, które poświęciła w pełni tylko sobie. I w tym czasie myślała o Crawfordzie tak mało, jak to było tylko możliwe. Udawała, że nie widzi jego nominacji do Grammy, na które ostatecznie mimo zaproszenia nie poszła. Nie potrafiła wytłumaczyć Ezrze, dlaczego nie chce tam iść, ale w końcu odpuścił. Kiedy się dowiedziała, że dostał nominację chciała napisać z gratulacjami, ale odpuściła. Bezpieczniej było trzymać się od niego z daleka. Udawać, że uczucia nie istnieją. Zagrzebać je pod milionami warstw, które i tak nic nie dadzą, bo prędzej czy później, ale to wychodziło na wierz. Ezra w tym wszystkim nie grał roli bandażu na ranę. Sloane w ogóle go tak nie widziała. Zależało jej, w jakiś pokręcony sposób i zaczynała go lubić bardziej niż powinna, a jednocześnie nie zmierzała go do siebie dopuszczać bliżej, bo zwyczajnie nie była na to gotowa. Nie chciała kolejny raz związać się z kimś, kiedy cały czas myślała o innym. Kiedy ten ktoś siedział w niej tak głęboko, że żadna siła nie była w stanie go z niej wyplenić. Sloane po raz kolejny bez powodu nie chciała krzywdzić. Uważała, że skoro nie zaangażowała się emocjonalnie, co było pieprzonym kłamstwem, to nie będzie mógł mieć do niej pretensji, że nie jest jedynym. I miała rację, aby się nie angażować. Nie sądziła tylko, że tak szybko się po niej pocieszy i zaledwie na kilkanaście godzin po tym, jak opuściła rano, w końcu, jego dom to trafi na niego i Molly w knajpie.
Czerwień dla Sloane była kolorem, który się z nią kojarzył od zawsze. Niezmiennie nosiła czerwone paznokcie, mocną czerwoną szminkę. Czuła się w tym kolorze dobrze i jednocześnie to była jej oznaka złości i zemsty. Mogła, jak człowiek, porozmawiać z nim o tym co widziała, ale jeszcze nie była na etapie, aby rozmawiać w spokoju. Zawsze wszystko zaczynała i kończyła z hukiem. Tak, jak teraz i przepraszać za to nie zamierzała.
W którymś momencie warknęła na makijażystkę. Nie podobało się jej co robiła jej z oczami. Zabrała jej pędzle i sama się pomalowała. Psiocząc pod nosem, że wszystko musi najwyraźniej robić sama. Ze stylistą było to samo. Najpierw okazało się, że robiony specjalnie na zamówienie kostium do jednej sceny jest o dwa rozmiary za duży i nie będą mogli nagrać dziś tej sceny, a potem nie podobały się jej wybrane stylizacje, które kompletnie mijały się z jej artystyczną wizją i wyglądały na niej po prostu źle, a przynajmniej to sobie Sloane wmawiała.
Stała z rękami skrzyżowanymi pod piersiami i wpatrywała się w czerwonego od złości reżysera. Kłócili się minutę temu o zmianę wszystkiego, a Sloane jako artystka nie zamierzała żyć pod cudzą wizję. To był jej teledysk. Jej głos. Jej ciało. Zamierzała z tym zrobić to na co tylko miała ochotę i nie wchodziło w grę słuchanie faceta, który najwyraźniej nie miał pojęcia co robi.
UsuńPrzewróciła oczami, kiedy zaczął wyjaśniać co chciała zrobić.
— To nie ma być porno. — Wycedziła. Spojrzała na Ezrę, w końcu pierwszy raz tego dnia. W jej oczach wciąż był ten sam gniew, z którym tutaj weszła i który towarzyszył jej od kilku dni. — Tylko emocje. To co było zaplanowane jest nudne, powtarzalne i nie chcę tego znowu robić. Ty coś o tym wiesz, prawda? — Zwróciła się do Ezry i uśmiechnęła. Prawie słodko. Prawie uroczo. — O surowych emocjach, tu i teraz? Daniu się im ponieść. O konsekwencjach tuż po.
Wzniosła brew, a potem nie chcąc na niego już dłużej patrzeć wróciła do reżysera.
— Faceci są strasznie emocjonalni. — Westchnęła wzruszając ramionami. — Jak sobie nie radzisz ze zmianą decyzji to może poszukaj stabilniejszej pracy.
— Słuchaj no — warknął, a Sloane najwyraźniej nacisnęła na odcisk — to że masz ładną buźkę i niegłupi głos jeszcze nie znaczy, że masz tu coś do powiedzenia.
Sloane odtrąciła jego dłoń od swojej twarzy, kiedy wskazywał na nią palcem, jakby musiał jeszcze wskazywać o kogo mu chodzi.
— Mam tu bardzo wiele do powiedzenia. Gówno beze mnie zrobicie. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby. Zrobiła krok między Ezrę, a czerwonego reżysera. — Zmienię tę scenę z tobą lub bez. Nie jesteś jedynym reżyserem w tym pierdolonym mieście, a już na pewno nie najlepszym jakiego mogłabym mieć.
Sloane nie zamierzała się wycofać. Przespała się z tym, nie podobało się jej i zamierzała to pozmieniać, a jeśli ktoś miał coś przeciwko, to niech ją kurwa zwolnią. Jakby jeszcze mogli to zrobić.
— Znajdź mi kogoś innego. Nie będę z nim pracować. — Syknęła w stronę Ezry i odwróciła się szukając wzrokiem asystentki, która podeszła bez słowa wręczając dziewczynie elektrycznego papierosa, bo przecież zwykłego tu zapalić nie mogła. Tego chyba też nie, ale chwilowo zasady jej nie interesowały ani nie obowiązywały.
sloane
Sloane nawet nie patrzyła w stronę Ezry, bo wiedziała, że jeśli na niego spojrzy to zobaczy spokój, który ustawi ją w miejscu, a Sloane za cholerę tego nie chciała. Podporządkować się, bo tak wypada, bo tak należy. Może odstawiała teraz scenę i to niepotrzebną, ale nie zamierzała się też tak po prostu zgodzić na nagranie sceny, która się kłóciła z jej najnowszą wizją. Wszystko było w porządku jeszcze kilka dni temu, kiedy pomysł był zaakceptowany przez wszystkie strony. To nie jej wina, że nastrój się jej zmienił, a Sloane miała teraz ochotę na coś zupełnie innego, prawda? Wolała, a przynajmniej myślała, że woli, coś nowego i świeższego. Coś co rozwali ją emocjonalnie do samego dna. Tak, jak ostatnie dni.
OdpowiedzUsuń— Nie w ścianę. Przez okno. — Poprawiła go i zrobiła to takim tonem, który aż prosił się o to, aby ustawić ją w szeregu i przypomnieć, że to jednak nie ona ma tutaj najwięcej do powiedzenia. — Nie wszystkich zadowoli pięć minut pod kołdrą i zgaszonym świetle.
Zaciągnęła się elektrykiem, a dym wypuściła między ich trójkę. Nie zważając na to, jak nieeleganckie to może być. Sloane nie zamierzała się z niczego tłumaczyć, a już na pewno nie ze swoich pomysłów, a to, że ludzie tego nie widzieli – trudno. Nie jej sprawa. Mogli pracować z kimś kto będzie potulny, jak baranek i nie zacznie kwestionować niczego.
— Ale to jest show pode mnie! To moja piosenka, mój teledysk, moja praca. — Wysyczała i zrobiła krok w stronę mężczyzny. — Ja podejmuję decyzję, a jak ci się to nie podoba, to możesz wypierdalać i zabrać całą resztę ze sobą!
Sloane w nerwach wypuściła powietrze przez nos i faktycznie zamilkła, kiedy Ezra się odezwał. Miał ten irytujący dar, aby wszyscy się go słuchali. Nawet wtedy, kiedy nikt nie chciał się go słuchać. Zwłaszcza ona, a dziś ostatnie na co miała ochotę to słuchanie Creightona, jego spokojnego tonu głosu. W ogóle nie chciała tutaj być. W jego przestrzeni. Z jego zapachem perfum, który teraz doprowadzał ją do szału. Fuknęła pod nosem, kiedy zabrał jej urządzenie. Zaciskała mocno usta, ale nie powiedziała nawet słowa. Tylko znów skrzyżowała ręce pod piersiami. Nic jednak w jej postawie nie mówiło o obrażonej divie, której nikt nie słucha. To była złość. To było rozczarowanie. Niechęć. Nerwy. I nie była pewna, czy kieruje to do siebie czy jednak do Ezry.
— Smakuje ci strawberry ice? — Prychnęła wywracając oczami. Nie przepadała zbytnio za elektrykami, olejkami i całą resztą. Wolała zwykłe, ale te nie zostawiały zapachu i mogła zabrać go wszędzie. — O nic mi nie chodzi. Zmieniłam zdanie, mam inny pomysł, a wszyscy się zachowują, jakbym chciała komuś poderżnąć gardło.
I może chciała. Nawet, jeśli to miało być tylko w scenie i udawane. To z pewnością przyniosłoby jej ulgę. Dobrze się bawiła, kiedy nagrywali poprzedni teledysk, a Ezra dał jej puścić wodze fantazji i Sloane nagrała swój mały horror w formie teledysku. To było świetne, ale teraz nie była w nastroju na „świetne”, a raczej na „chcę spalić cały świat, a potem siebie”.
— Skąd pomysł, że tobie chcę przyjebać?
To było aż nazbyt widoczne, że właśnie jemu chciała przyłożyć. Zrobiłaby to najchętniej teraz, ale nie mogła. Nie, gdy tak wiele ludzi się na nią gapiło i tyle samo bało się głośniej odetchnąć w jej towarzystwie. I dobrze, bo mogła wybuchnąć za to, bo ktoś w oddali kichnie.
— Niczego nie rozpierdoliłam. Nie będę spełniała jakiejś durnej wizji miłosnej, kiedy to wszystko się mija z celem i jest bezużyteczne.
Wzruszyła ramionami i wyrwała mu elektryka z ręki. Chciała iść do domu. Miała obecnie w dupie ten teledysk. Mogli tego nie robić wcale. Nagrać, jak stoi przed kamerą i tylko śpiewa, też ujdzie. Nie musiało być z tego żadnej wielkiej sceny. Mogło być jedno wielkie nic.
— Ta scena w garderobie nie ma sensu. Jest głupia i nie łączy się z tekstem. Nie wiem, który idiota to zatwierdził. — Warczała pod nosem. Tak samo niepewna, czy chce rozmawiać z mężczyzną, który potrafił uspokoić jej artystyczne demony, czy z tym, który słyszał jej jęki i zaciskał dłonie na jej biodrach.
Podeszła do tablicy i po prostu zerwała wszystkie zdjęcia z kadrami. Każdy pomysł, który był zapisany i już klepnięty. Zerwała wszystko i rzuciła to na podłogę. Zaczynała od zera. Inaczej nie mogła. Wszystko szło do wymiany, a na pewno ta scena.
Usuń— Nie będzie tej jebanej sceny w garderobie. — I tyle. Żadnego wytłumaczenia, dlaczego ani co się jej nie podoba. — I nie krzyczałabym na ludzi, gdyby potrafili wykonać swoją pracę! — Dorzuciła wciąż uniesionym głosem, przez który przepływała cała frustracja, którą trzymała w sobie od paru dni.
sloane
Zdzierała wszystko.
OdpowiedzUsuńJakby nie była w stanie patrzeć na to, co sama wybrała kilka dni temu. Wiedziała, że to ona zadecydowała o wszystkim. Długo rozmawiała z Ezrą i resztą ekipy, czy na pewno tak będzie dobrze, a potem, kiedy to przede wszystkim jej projekt się spodobał to uściskali sobie ręce, w myślach, i ucieszyli się, że przynajmniej poszło sprawnie i bez dramatów przy obmyślaniu planu na ten teledysk. Teraz po tej Sloane, która wtedy z uśmiechem przytakiwała na konkretne sceny, nie było nawet ślad. Pozrywała wszystko. Nie oglądając się za siebie, nie oglądając się na ludzi, którzy mogli między sobą szeptać, pukać się w czoło. Sloane nie była łatwa do współpracy, ale to dlatego, że wszystko zawsze musiało być dopracowane na ostatni guzik. Doszlifowane. Dopieszczone. Nie wydzierała się bez powodu, a przynajmniej starała się nie wyzierać bez powodu. Dziś sobie ten powód znalazła, a raczej znalazła go kilka dni temu i teraz po prostu wszystko się z niej ulewało. W najgorszy możliwy sposób. Bo przecież tak naprawdę nie chciała, aby ludzie widzieli w niej wariatkę, którą teraz bez dwóch zdań była.
— Cóż, musiałam być czymś zamroczona. A z nim. — Syknęła wskazując palcem na mężczyznę. Chciała go, faktycznie. Prosiła nawet Ezrę, aby pogadał z kim trzeba. Nie była zdesperowana, ale sądziła, że jego prace były dobre i chciała tyle samo dobrego dla siebie, a może więcej, ale to była już przeszłość. — Więcej pracować nie będę.
Sloane nie zareagowała, kiedy się do niej zbliżył. Mimo, że wcale nie miała ochoty na to, aby spędzać z nim teraz czas. Nawet w pracy. Nie chciała udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nic nie było w porządku. Chciała wrócić do tamtego weekendu. Bo wtedy było dobrze. Bo wtedy nie miała żadnych zmartwień. Bo wtedy nie rzucała się jak wariatka po hali do nagrań, nie krzyczała i nie awanturowała się na milion sposobów.
Wiedziała, że Ezra ma rację we wszystkim co teraz mówił i owszem, Sloane chciała z jednej strony przeprosić, poprosić o dziesięć minut na ogarnięcie się i wróci tu z uśmiechem, jakby nic złego się nie wydarzyło, a potem zrobi to co do niej należy. Taki właśnie miał na nią wpływ. Zatrzymywał ją, do cholery, kiedy ona wcale zatrzymana być nie chciała.
— Chciałam pozmieniać tylko parę rzeczy. Nawet nie krzyczałam, to on zaczął się awanturować ze mną! — Warknęła. Podnieśli jej ciśnienie paroma innymi rzeczami, ale Sloane to mogła zignorować. To Trevor dolał oliwy do ogania, kiedy nawet nie chciał jej wysłuchać, a gdy już to zrobił po zbyt wielu prośbach to ją wyśmiał. Więc się wkurwiła, a teraz znajdowali się tutaj.
Sloane spojrzała, z łaską, na Trevora. Kiedy mówił ona przesunęła językiem po zębach. Próbował, ale był daleko od upokorzenia jej. Gorzej jej nie potraktuje niż ona samej siebie. Nie przyznałaby jednak, że jego słowa w nią trafiły. W dodatku bardzo celnie.
— Nie mam z emocjami problemu. — Odezwała się. Cóż, to było kłamstwo, ale on nie był jej terapeutą. — Ale mam problem z facetami, którym się wydaje, że jak liznęli odrobinę władzy to nagle im wszystko wolno. — Uniosła brwi, a potem posłała mu uśmiech tak słodki, że mógł wywołać próchnicę.
Sloane nie powiedziała nic więcej. Odwróciła się bokiem do obu mężczyzn. Stała tak ze skrzyżowanymi rękami, wciąż paliła swoją truskawkę i nawet nad niczym nie myślała. Chciała wrócić do domu. Nie będzie tu z niej żadnego pożytku. Ani dzisiaj ani pewnie jutro. Kątem oka namierzyła Rue, która z ciekawością obserwowała, jak wszyscy się zbierają. Spojrzała też na Sloane, jakby się tym upewniała, że jej właścicielka nie wychodzi i nie zostawia jej tutaj samej. Sloane tylko się uśmiechnęła w jej stronę, a suczka była jedyną żywą istotą, która od niej dziś dostała szczery i niewymuszony uśmiech.
Blondynka też w przeciwieństwie do innych nie zbierała się do wyjścia, bo ten rozkaz nie padł w jej kierunku. Ezra wyganiał wszystkich, poza nią. Sloane miała tu zostać i wiedziała to z tonu jego głosu. Jeszcze z nią nie skończył. Nawet, jeśli ona chciała skończyć z nim.
Słyszała, jak do niej podchodzi, ale nie spoglądała w stronę mężczyzny.
UsuńPatrzyła na Rue. Jej rude uszka, które były ustawione wysoko. Nasłuchiwała każdego dźwięku. Na biały ogon, którym raz po raz machała w powietrzu. Wciąż leżała na podłodze. Łapkę miała założoną na łapkę. Jak prawdziwa dama.
Zignorowała pierwszą prośbę Ezry. Drugą również miała ochotę zignorować, ale równie mocno miała ochotę na niego spojrzeć, więc to zrobiła. Bez chowania się za maskami, że jest wszystko w porządku. Bez krzyku. Tylko Sloane w całej swojej okazałości. Z idiotycznym powodem, aby się aż tak wściekać. Nie kontrolowała tego. Raz mogła olać dosłownie walący się świat, a innym razem gubiona wsuwka do włosów sprawiała, że gotowa była spalić wszystko i wszystkich. A teraz była obrażona za lunch z Molly i tamtą laskę, która wychodziła zza jego bramy, biegła ich trasą, a na koniec pewnie siedziała na blacie w tym samym miejscu co Sloane.
— Najwyraźniej sobie zasłużyłam, aby tak do mnie mówić. — Rzuciła niby to niewzruszona. Może miał rację i była zaburzona, no na pewno coś z nią było nie w porządku, ale to nie był temat na dziś.
Wzruszyła ramionami, jakby to już jej było obojętne, co zrobią z tym dalej.
— Tak, chcę go zmienić. Mogę pracować z dupkami, ale z kretynami.
A to jest coś innego. Miała ochotę się zaśmiać. Oczywiście, że to było coś innego. Chodziło o niego. O jej obietnice, że rozdzieli życie prywatne od zawodowego. Że będzie potrafiła z nim sypiać i pracować, a wystarczył jeden dzień, aby to się rozsypało.
— Skończyło się, więc to już bez znaczenia.
Wzruszyła ramionami, choć to przecież nie było takie „nic”. Może z jakiejś perspektywy, owszem. To powinno być nic. Nie chciała przecież wyłączności, prawda? Sama to zaproponowała, a teraz, kiedy dosięgały ją konsekwencje własnych pomysłów nie potrafiła sobie z tym poradzić.
— Chcę to zmienić. Scena jest zbyt miękka, nie idzie w parze z tekstem. — Wzruszyła ramionami, aby odciągnąć temat od siebie. — Makijażystka próbowała mi wbić pędzelek w oko, stylista wpisał zły rozmiar w zamówieniu, więc zanim zrobią kolejny strój minie parę tygodni. Tak czy siak, wszystko się jebie i stoi w miejscu, więc ten mój mały wybuch niewiele zmienił. — Mruczała pod nosem koleje usprawiedliwienia, jakby to naprawdę to było powodem wszystkiego. — Chciałam tylko trochę zmienić tę scenę. Minimalnie. To zwyzywał mnie od wariatek i kazał się leczyć, wybacz, że mnie poniosło.
Raz syczała, raz mówiła normalnie. Jakby nie mogła się zdecydować na ton głosu, którego chce przy nim użyć. Sloane miała dość. Tego dnia i samej siebie, ale i jego również. Bo zaraz wyleci ze swoimi logicznymi rozwiązaniami, które najchętniej roztrzaskałaby o beton.
Prychnęła po jego słowach. Jogurt dla dzieci. Całkiem pasowało.
— I wciąż palisz. Tęsknisz za dzieciństwem?
Przewróciła oczami i sięgnęła po urządzenie z jego ręki. Próbując go przy okazji nie dotknąć, bo po prostu wiedziała, że jedno muśnięcie i będzie po niej.
sloane
To było idiotyczne, że aż tak wytrąciło ją to z równowagi. Dobra, ten równie idiotyczny ślub Cartera i chwalenie się ciążą również ją wpieniło. Ani przez moment nie wierzyła, że Zaire w tych nowych rolach długo wytrwa. Nie nadawał się do bycia ojcem i niewiele to miało wspólnego z tym, jak przejebane miał dzieciństwo, a wiele z tym, że Sloane po prostu nie umiała wyobrazić sobie go rzucającego wszystkie imprezy, koncerty i całą resztę, aby o drugiej w nocy wstawać do ryczącego bachora, a nie po to, aby wziąć kolejną kreskę. I była zajebiście pewna, że któregoś razu rzuci to w cholerę, wpadnie w znajomy wagonik wypełniony ulubioną whisky, wysokiej jakości kokainą i dziewczynami, które prędzej wyrwałyby sobie narządy byle tylko nigdy nie wpaść. Ale tak naprawdę wkurwił ją Ezra, a ona tylko bardziej się nakręcała. Coraz więcej sobie wyobrażała. Przeżywała to, co widziała zbyt mocno. Nie łączyło ich w końcu nic. Żadne uczucie. Sama tego chciała. Sam seks. Parę westchnięć i jęków. Zbyt dobre zapoznanie się ze swoimi ciałami. Szepty w ciemności, które niosły za sobą większą siłę niż Sloane gotowa była przyznać. Dłonie, które raz były delikatne, a innym razem wbijały się z brutalną wręcz siłą. Sama o to prosiła, a teraz nie umiała sobie z tym poradzić.
OdpowiedzUsuń— No, rozjebałam w końcu cały pierdolony plan, nie? Panoszyłam się, jakbym była u siebie i miała tu coś do powiedzenia. — Prychnęła z goryczą w głosie. Tak naprawdę nie chodziło o Trevora. Mógł gadać co chce. Zwyzywać ją od niezdiagnozowanych wariatek, a i tak jej to nie obeszło. Niech powie coś, czego Sloane i wszyscy wokół nie wiedzieli.
Zaciągnęła się znowu, ale tylko bardziej się wkurwiała. Nie smakowało jej to tak, jak powinno. Potrzebowała zwykłego. Poczuć gryzący dym w płucach. To ją uspokoi, a nie smakowe powietrze, które równie dobrze mogła zajebać trzecioklasiście.
— Bo chciałam to z nim omówić, a zaczął się na mnie drzeć. — Wzruszyła ramionami. I bo nie chciałam rozmawiać z tobą. Sloane Ezry unikała. To było widać po tym, jak tu weszła. Wcisnęła mu Rue do ręki i zniknęła, aby ją przygotowali. Żadnego zaczepnego dzień dobry, żaru czy nie chce jej matchy, której nie lubił i zawsze komentował, kiedy z nią przychodziła. Zachowywała się tak, jakby był jednym z wielu, z którymi musi pracować i robi to, bo jest zmuszona, a nie bo naprawdę ceni sobie obecność Ezry, jego wiedzę oraz doświadczenie.
— To odpowiedziałam mu tym samym. Miałam potulnie słuchać, a potem przeprosić, że śmiałam mieć inny pomysł? — Mruknęła. W niej wciąż siedziało to samo niezadowolenie. Jeszcze nie gasło. Jej oczy o tym wyraźnie mówiły. Sloane się jeszcze do spokoju nie szykowała. — Wiesz, nawet nie chciałam zmieniać wszystkiego. Zamienić tej jebany moment na coś… bardziej w moim stylu. To w zamian usłyszałam, że jestem jebnięta.
Nie skarżyła się. To też nie do końca była wina Trevora, ale łatwiej było zwalić na kogoś innego niż wziąć odpowiedzialność na swoje barki. Robiła tak zawsze i ze wszystkimi. Udawała, że ona nie zrobiła nic złego, ludzie się wkurwiali, a Sloane zgrywała ofiarę, która chciała dobrze, a wyszło jak zwykle. To były pierdoły. Naprawdę. Nakręciła się przez Ezrę. Przez to co zrobił, a o czym nie wiedział, że Sloane wie.
Hala powoli robiła się coraz cichsza, aż w końcu zostali tylko oni. Poczuła się jeszcze gorzej, kiedy jedyny dźwięk, jaki między nimi był to dźwięk klimatyzacji. Wszystko zostało porzucone tak, jak stało. Żadnego sprzątania. Uprzątnięcia rzeczy. Wyszli tak, jak stali. Nikt nie został. Nikt nie odważył się zostać, a Sloane nie wątpiła, że gdyby jednak ktoś został to w końcu Ezra by nie wytrzymał i Sloane nie byłaby jedyną, która się unosi. A to mogłoby być zabawne. Patrzeć, jak traci nad sobą kontrolę. Ale był na to zbyt opanowany, aby tak po prostu dać się ponieść emocjom. W przeciwieństwie do niego Sloane im ulegała w tej samej sekundzie, w której je poczuła.
— Nie wszystko ma drugie dno, Ezra. Gorszy dzień, zjebałam. Zdarza się.
Wzruszyła ramionami. Nie przyzna się przecież, że chodziło o niego.
UsuńTo było idiotyczne.
Zniszczyć wszystko, bo zranił ją facet, od którego nie chciała żadnych obietnic. Ten sam, którego poprosiła, aby traktował ją jak jedną z wielu dziewczyn, które sobie sprowadzał. Sloane sądziła, że jest w stanie to kontrolować, ale najwyraźniej nie była.
— Nie musisz. Ogarnę to.
Nie ogarnie. Znaczy mogła i gdyby naprawdę musiała to spięłaby się, siedziała tu i całą noc, zaczekała do rana, aż team się znów zejdzie. Po prostu nie chciała siedzieć tutaj z nim, ale tego też mu przecież nie powie wprost.
Najlepszym rozwiązaniem byłoby nie pojawienie się tutaj wcale. Zostałaby w domu, nie odbierała telefonów i udawała, że świat nie istnieje. Potem by się do niej dopierdolił, ale przynajmniej wtedy nie byłoby tej całej dramy. Ot, tylko kolejna diva, która myśli, że jej wszystko wolno.
— Nie mam za czym tęsknić.
To pytanie rzuciła w ramach żartu, skoro już porównał to do jogurtu dla dzieci. Nieszczególnie miała ochotę na rozgrzebywanie przeszłości, ale przy nim tematy, które były trudne przychodziły z zaskakującą łatwością. I strasznie tego w nim nie lubiła. Bo Sloane zaczynała się otwierać, a ona tego robić nie chciała.
Odłożyła elektryka na bok i kucnęła, aby pozbierać zerwane przez siebie zdjęcia, plany. Głównie po to, aby przez moment chociaż na niego nie patrzeć i udawać, że wcale nad nią nie stoi z tym swoim przenikliwym spojrzeniem, a nie, bo nagle uznała, że wypadałoby po sobie posprzątać.
sloane
Irytowało ją wszystko. Irytował ją Ezra i ten jego spokój, który doprowadzał do szału. Walczyła z nim od samego początku, ale to nic nie dawało. On po prostu miał w sobie nieskończone pokłady cierpliwości i spokoju, czego Sloane od zawsze brakowało. Próbowała na niego też nie patrzeć, kiedy położył z boku swoją paczkę z papierosami i nie tylko. Sloane dobrze ją znała. Zupełnie, jakby nigdy jej nie wymieniał, a tylko dokładał nową zawartość. Może był sentymentalny czy coś. Nie wnikała. To nie było jej miejsce, aby wnikać czy Ezra jest osobą sentymentalną. Zbierała te zdjęcia powoli. Układając je w irytująco równy sposób. To była jego wina. Przez niego stawała się dokładniejsza. Próbowała się tutaj nie rozlecieć. Nie wyrzucić mu, że go widziała z Molly. Że jedli w tej samej miejscówce lunch, że siedzieli kilka stolików dalej, ale był zbyt pochłonięty swoją on and off dziewczyną, aby zwrócić uwagę na Sloane. Zresztą, zmyła się stamtąd szybko.
OdpowiedzUsuńNie skomentowała tego o Trevorze. On by nie wybuchł, gdyby Sloane nie wybuchła. Wybuchli oboje, a potem zrobił się z tego gnój, którego nie potrafiła kontrolować. Trudno, nie? Zdarza się czy coś. Mogło zawsze skończyć się gorzej, a tak tylko powydzierali na siebie pyski i wszyscy się rozeszli. To prawie jak sukces.
— Trochę jestem. Nie musisz być na siłę miły. — Wzruszyła ramionami. Coś tam w niej nie do końca stykało. Sloane o tym wiedziała i wiedział o tym każdy kto ją poznał bliżej. To nawet nie tak, że odmawiała jakiejś terapii, bo to pewnie zmieniłoby wiele, ale próbowała tego i może trafiła na beznadziejną osobę, ale nie widziała siebie z terapeutą. Opowiadając o wszystkim co się wydarzyło w jej życiu i robieniu planów, aby jakoś zaradzić wchodzeniu w toksyczne schematy, które wybierała, bo były dla niej komfortowe, bo mogła przewidzieć czego się po nich spodziewać.
Po kilku minutach wszystko było pozbierane. Niektóre podarte bardziej od innych, ale wciąż się nadawały, aby je złożyć w całość i wykorzystać później.
Ezra może jej nie oceniał za gorszy dzień, ale wszyscy inni owszem. I w zasadzie to miała to gdzieś. Nie interesowało jej niczyje zdanie. Liczyła się z tym co miała do powiedzenia sobie sama w lustrze i co częściej niż rzadziej do niej mówił Ezra. Teraz… Teraz Sloane próbowała jakoś przetrwać ten zjebany dzień. Usiadła w końcu na podłodze. Zmęczona kucaniem. Zmęczona samą sobą.
— Raczej masz lepsze rzeczy do robienia niż zajmowanie się moimi humorkami.
To nie była odmowa, bo gdzieś tam w głębi wiedziała, że nie tyle co potrzebuje, ale chce jego obecności tutaj. Nie pomocy. Tego, aby po prostu był, ale nie zamierzała o nią poprosić ani przyznać się, że byłoby fajnie, gdyby został. Bo wiedziała, że pewnie zaraz zaczęłaby mówić więcej i przypadkiem wymsknęłoby się jej to o czym mówić nie chciała. Zwykle nie miała problemu z gadaniem o głupotach. Potrafiła najmniejszy problem rozdmuchać do wielkich rozmiarów, jak teraz, i opowiadać o nim jak nakręcona, ale z Ezrą było teraz inaczej. Jakby nie chciała złamać mu tej obietnicy, że potrafi z nim pracować i sypiać jednocześnie. Więc łatwiej było udawać, że chodzi o coś innego co jest niepowiązane z nim. Najwyraźniej to kupił.
— Możesz zostać, możesz iść. Jak wolisz.
Wzięła do niego kartkę i położyła ją na kupkę pozostałych, a potem sięgnęła po paczkę, którą położył między nimi. Zawahała się, czy chce sięgnąć po papierosa czy skręta, ale na początek wzięła zwykłego. Wsunęła go między usta i odpaliła, a to pierwsze zaciągnięcie się przyniosło większa ulgę niż się spodziewała. Dy drapał w gardło. Rozwalał płuca. Oczyszczał głowę. Minimalnie, ale robił swoje.
— Nie chciałam tego psuć.
Wzruszyła lekko ramionami. Wyciągnęła nogi przed siebie. Opalone i długie. Oparła się o coś co miała za plecami, a głowę odchyliła do tyłu i znów się zaciągnęła, a dym wypuściła na głową. Było tu zbyt cicho. Zbyt… Dziwnie. Zbyt wszystko. Ale nie uciekała, a przynajmniej jeszcze nie.
sloane
Daleko jej było do normalności. Normalni ludzie nie wchodzili w ten biznes, a jeśli tacy byli w tej branży to Sloane ich nie znała. Muzyka potrafiła dać od siebie naprawdę wiele, ale równie wiele potrafiła zabrać. Wciągała człowieka, przeżuwała, a potem wypluwała resztki i zostawiała z niczym, ale tylko nieliczni zostawali. Ci najbardziej uparci. Nazwisko na koniec dnia się nie liczyło, bo była setka takich jak Sloane – urodzonych z nazwiskiem, ale bez szansy na to, aby ich kariera przetrwała. Jej przetrwała. Mimo upadków.
OdpowiedzUsuń— Muszę być trochę jebnięta. Nikt o zdrowych zmysłach nie robiłby tego co ja. I nie mam na myśli tego z dziś. — Wzruszyła ramionami. Była z tym pogodzona. Niezbyt miała ochotę przyznawać Trevorowi rację, ale dziś trafił. Nawet w punkt i to w dodatku jeszcze zabolało, a do takiej porażki Sloane się nie przyzna.
— Może wiem, czemu to zrobiłam, a może miałam tylko ochotę na urządzenie sceny. — Powiedziała neutralnie. To miała być jakaś dziwnie urocza scena, która wtedy się jej podobała, bo była nakręcona i szczęśliwa. Zabawne, jak wiele w ciągu paru dni się może zmienić. — A może tylko chciałam, aby wszyscy mnie mieli za jeszcze bardziej niestabilną.
Zaciągnęła się znowu i zamknęła oczy.
Ciężko było jej teraz wytrwać w tej bliskości z nim, a jednocześnie do niej lgnęła. Jak ostatnia idiotka, która wie, że to się skończy katastrofą, ale jeszcze nie umie się z tego wyplątać, więc siedzi przy im i udaje, że jest tak, jak być powinno. Ezra jej nie pomagał, gdy używał tego tonu, który potrafił w sekundzie coś w niej rozpalić. Sloane mimowolnie, ale uśmiechnęła się kącikiem ust.
— Jeszcze to we mnie lubisz.
Męczyła w końcu tym każdego i była przekonana, że jego to również zmęczy. Raz miała dobre dni i była szczęśliwa, kochała cały świat i potrafiła być najsłodszą na świecie, a zaraz był obrót o sto osiemdziesiąt stopni i nienawidziła wszystkiego i wszystkich.
— Mhm, przez takie zachowanie wylądowałam u ciebie. — Mruknęła w odpowiedzi. — Znudzi ci się to. Wszystko o czym mówisz, będzie tego za dużo. Strat finansowych i emocjonalnych, kłamstw, wybuchów złości i szarpania się przy każdej możliwej okazji. — Była na to gotowa, choć nie miała żadnych dowodów, którymi mogłaby się wesprzeć, że na pewno tak się stanie. Szykowała się po prostu na taką możliwość. — Znudzi ci się i znajdziesz coś w kontrakcie zapisane małym druczkiem, którego nie czytałam i wykorzystasz to, żeby mnie wywalić.
Ile w końcu można było znosić takie cyrki? Może nie robiła tego codziennie, bo pokazała mu, że potrafi się wziąć w garść i ogarnąć, ale nadchodziły takie dni, a nic nie zapowiadało tego, że Sloane w najbliższej przyszłości się ogarnie.
— Byłam blisko, aby mu przyłożyć. Może następnym razem.
Zrobiłaby to. Bez wahania, ale Ezra go odprawił. Ręka ją świerzbiła, ale była po prostu za wolna. To na pewno nie było też jej ostatnie spotkanie z Trevorem, więc wszystko było możliwe. Mogła jeszcze spełnić życzenie Ezry i przyłożyć zbyt wygadanemu reżyserowi, a potem zwalić to na swoją niestabilność.
— Pewnie mnie pozwie. Ale trudno, przynajmniej uczucie będzie satysfakcjonujące.
Nawet, jeśli będzie to trwało tylko parę minut lub zlepek sekund.
Zerknęła na niego kątem oka. Próbowała przez cały ten czas na niego nie patrzeć, bo dobrze wiedziała, że ją to rozwali jeszcze bardziej. Nie potrafiła się jednak powstrzymać. W ostrym świetle hali był tak samo piękny, jak wtedy na dachu i w kuchni, w łóżku i jacuzzi, w domowym studio i tym znajdującym się na Downtown, gdzie spędzali razem długie godziny.
— Przynajmniej nie z Brazylii. — Mruknęła do siebie pod nosem.
Odchyliła głowę znowu w tył i zamknęła oczy kończąc papierosa. Zgasiła niedopałek o beton. Słuchała co mówił dalej. Na co jest dobra i brzmiało to zachęcająco, a Sloane jeszcze przez moment się wahała.
Pasowała jej ta cisza. Mówiła więcej niż słowa. Nie było w niej niezręczności, a raczej próba zrozumienia, że coś się tu między nimi pozmieniało. Na lepsze, a może na gorsze. Ciężko było stwierdzić.
Sięgnęła po skręta po minucie. Może dwóch. Delikatnie wyjmując go spomiędzy palców mężczyzny, które chciała, czy nie, ale dotknąć musiała. I z całych sił udawała, że nie wyczuła żadnego przechodzącego między ich skórami prądu. Łatwiej było udawać, że nie czuje niż przyznać się, że ją to poruszyło.
UsuńZaśmiała się bez cienia wesołości.
— Zakopać na pustymi, rozpuścić w kwasie, poćwiartować i zamrozić, wywieźć do lasu.
Doskonale wiedziała, że nie o tym mówił.
Zaciągnęła się. Trochę mocniej niż poprzednim razem, a potem oddała mu skręta bez słowa. To było aż dziwne, że siedzieli tak, dzielili się nim, a nic między nimi nie było jasne. Przesunęła dłońmi po nagich udach.
— Mówiłam ci, chcesz zostać to zostań, a jak nie to tam msz drzwi.
Teoretycznie dawała mu wybór, a w praktyce… Nie chciała zostać sama. Patrzeć, jak wychodzi, choć miał do tego pełne prawo. Nie mówił o tym dniu. Czuła to. Wpatrywała się w swoje dłonie na udach. Czasem wbijała w skórę paznokcie. Nie tak mocno, aby zostawiły ślad. Bardziej był to odruch. I ze wszystkich sił na niego nie patrzyła, bo wiedziała, że gdy znów zerknie to z samego jej spojrzenia dowie się więcej niż przez cały ten nieszczęsny poranek powiedziała.
sloane
Sloane westchnęła ciężko, jakby w tej chwili wypuszczała z siebie całe to ciężkie, toksyczne powietrze, które w niej siedziało. Próbowała nakręcać się dalej, ale Ezra ją wstrzymywał. Tak po prostu trzymał ją blisko, choć wcale nie dotknął. Nie unosił głosu, a przynajmniej już nie. I siedział czasem w ciszy, a czasem rzucając tak trafnym komentarzem, że Sloane nie wiedziała co ma robić i gdzie podziać oczy.
OdpowiedzUsuń— Ile ludzi mówiło ci, że będziesz tego żałował? — Pytała z ciekawości. Ktoś musiał raczej mu powiedzieć, że to jest średnio dobry pomysł, aby brać dziewczynę, która nie potrafi nad sobą panować, miewa ataki złości co pół godziny, dramaty się za nią ciągną bez przerwy, a to był dopiero początek.
Zwróciła w końcu głowę w jego stronę, ale nie pytała się, czy żałował. Nie żałował. Nie tego, że podpisał z nią kontrakt. Nawet, jeśli doprowadzała go do białej gorączki i czasem sprawiała, że wszystko mu się dosłownie waliło w rękach.
— Trochę byłam pod ścianą z tym kontraktem. — Mruknęła, a pierwszy raz odkąd się do niego odezwała w jej głosie pojawiła się nutka zaczepności. Ta, którą Ezra dobrze znał. Dał jej ten kontrakt, idealny pod każdym względem, a Sloane nie miała innego wyjścia. Albo przenosi się do Los Angeles albo nigdy więcej nie stanie na scenie. Bo nie stanęłaby. Nie w ten sposób w jaki mogła to zrobić z nim. W jaki już to robiła. — I nie odmawia się przecież, nie? Zwłaszcza takiej ładnej buźce. — Westchnęła wywracając oczami. Już dawno należało mu odmówić, ale na pewno nie kontraktu.
Nie skomentowała tego, że może chciała się wyładować. Poniekąd chyba właśnie tego chciała. Odreagować i w miarę się jej to udało, ale nie mogła powiedzieć, że jest usatysfakcjonowana.
Zaśmiała się pod nosem o jego wzmiance o ekipie, która nie widziała tylu awantur.
— Widzisz? W pakiecie z piosenkarką i tancerką dostałeś jeszcze darmowy dramat.
Nie była z tego dumna. Ją samą męczyło chwilami to, jak nieprzewidywalna potrafiła być. I szczerze? Zrobiłaby wszystko, aby nie czuć się tak ciągle, ale nie wiedziała, jak ma z tym pracować. Robiła więc dalej to samo. Awanturowała się, warczała i robiła wszystko po swojemu, bo to było znajome i bo mogła przewidzieć reakcję Ezry.
Odwróciła głowę i oparła się o sofę, a wzrok wbiła w sufit.
Przez moment nic nie mówiła. Być może znów miał rację. Czy odchodziła? Po części owszem, ale to, dlatego, aby uniknąć rozczarowania. Przygotowywała się w ten sposób na cudze odejście, a lepiej było być tą, która porzuca niż tą którą się porzuca. Była w tym ogromna różnica.
Analizował ją. Rozkładał na części, a Sloane tego nie chciała.
— Zmieniasz się w mojego psychologa? — Rzuciła. Może trochę zbyt kąśliwie, ale już przy nim nie dbała o to, jaki ma ton głosu. Jeśli jej nie pasowało coś to okazywała to dość wyraźnie. Nawet bez nazywania rzeczy po imieniu. — Ja odchodzę, oni odchodzą. Żadna różnica. To zawsze kwestia tego „jeśli”, a ono się pojawia. Prędzej czy później.
Mogła prosić. Mogła błagać. Robić z siebie kompletną idiotkę, a i tak… I tak na nic to się zdało, bo nie chciano jej z powrotem. Sloane sama sobie utrudniała życie, ale to zbyt wiele kosztowało, aby się przyznać do błędu i że jest się głównym powodem swoich niepowodzeń.
— Mhm, tylko kogoś z mniejszym ego, co? Nasza dwójka w zupełności tu zapełnia miejsce.
Potrzebowała kogoś innego niż Trevor. Nie dogada się już z nim. Nie po tym co do niej powiedział i co o niej myślał. Gdyby spróbowali znowu to każda najmniejsza sprzeczka zmieniłaby się w ogromną awanturę, której już nie potrzebowali.
Wzruszyła ramionami, kiedy zapytał, czy chodzi o Cartera. Odpowiedź nie była taka jednoznaczna i po części był winny tego, jak się obecnie czuła, ale nie był tego głównym powodem.
— Poniekąd. — Przyznała i zrobiła to niechętnie. — Wiedziałam o tym wcześniej, to żadna niespodzianka. Tylko… To nie fair. Ruszył do przodu, a ja wciąż czekam chuj wie na co.
Ale przede wszystkim to mnie wkurwia, że byłeś z Molly i tą której imienia nie znam. Również cisnęło się jej na usta. Może to naprawdę ona była powodem wszystkiego, a ludziom bez niej po prostu jest lepiej.
Sloane zaśmiała się cicho pod nosem. Trochę w wymuszony sposób, ale było w tym też coś dziwnie szczerego.
Usuń— Mhm, musiałbyś uważać, aby się przypadkiem nie schylać w nieodpowiednim towarzystwie.
Sloane nie cofnęła ręki. Nie uciekła od niego, choć miała na to ochotę. Znaleźć się jak najdalej i jednocześnie z powrotem na jego kolanach. Przodem do niego. Szukając w nim tej znajomej bliskości, którą dzielili jakiś czas temu razem. Zagryzła usta starając się ze wszystkich sił zignorować to, co poczuła, kiedy ich dłonie były zbyt blisko siebie na te parę sekund. Miała dosyć, a jednocześnie wciąż jej było mało.
— Wiem. — Odparła cicho i dopiero po ciągnącej się w nieskończoność sekundzie na niego spojrzała. Na profil, który tak dobrze znała i którym czasem w ciszy, a czasem na głos się zachwycała. — Wiem, że nie dlatego tutaj siedzisz.
Został dla niej. Jednocześnie dla swojej rozbitej emocjonalnie piosenkarki, która wdawała się w kłótnie z reżyserami i nie wiedziała czego chce, ale i (przynajmniej tak myślała) dla tej Sloane, która w tamten weekend uchyliła przed nim drzwi, które przedtem były niedostępne.
sloane
Możliwe, że powoli schodziło z niej całe to napięcie, z którym Sloane się mierzyła już od kilku dni. Mimo, że nic tak naprawdę między nimi się w zasadzie nie wyjaśniło, a blondynka wciąż w środku się wręcz gotowała od samego wspomnienia tamtej knajpy. Nie należało się tym przejmować tak mocno, jak się tym przejmowała. Nie był przecież jej chłopakiem. Sloane nie mogła o to prosić. Zresztą, nawet nie wiedziała, czy lubi go wystarczająco mocno, aby to rozważać. Ani czy on lubi wystarczająco mocno ją. Mogłaby go polubić. Sloane wcale nie potrzebowała wiele, aby przepaść. Problem leżał w czymś innym. W tym, że Sloane ciągle liczyła na wielki powrót, który nigdy się nie wydarzy. I tkwiła wciąż w tym ponurym miejscu, które nie wypuszczało jej ze swoich łap.
OdpowiedzUsuń— I chyba się opłaciło, co? Nawet z tymi dramatami? — Upewniała się. Znała odpowiedź, a Ezra wcale nie musiał jej tego potwierdzać. Sloane może na początku myślała, że sięgnął po nią tylko, dlatego, że mógł na niej zarobić. Nie robił przecież nic charytatywnie. Tylko z czasem to wszystko zaczynało się zmieniać, a to od dawna nie była już tylko współpraca, która opiera się na wspólnym podgryzaniu. — Mhm, to też. I lubię co siedzi ci w głowie. Nawet, jeśli mnie to często wkurwia.
Uśmiechnęła się lekko. Rozluźniła się już odrobinę, nie napinała tak bardzo ramion, choć paznokcie wciąż czasem wbijała w skórę. Próbowała się tym jakoś rozproszyć, aby znów nie popaść w ten swój ciąg, kiedy będzie krzyczała i wyrywała sobie włosy z głowy.
— Nie, nie tylko ładna buźka mnie skusiła. — Przyznała. Może zasługiwał na to, aby usłyszeć trochę więcej niż tylko ciągłe komplementy o twarzy, która owszem przystojna, ale nie była głównym powodem jej wyboru. — I to nie były pieniądze, choć one też mnie skusiły.
Bardzo kusiły i zachowałaby się idiotycznie, gdyby odmówiła.
— A co się stanie, jeśli tego dramatu będzie jednak za dużo? — Zapytała. Zdawała sobie sprawę z tego, że raczej nie da jej konkretnej odpowiedzi, bo to było niemożliwe. — Nigdy nie pomyślałeś, że może trzeba mnie trochę… Uspokoić? Zanim stanie się coś nieodwracalnego?
Cóż, już wydarzyło się coś nieodwracalnego. Wiele razy się wydarzyło coś takiego. Sloane I po pierwszym pocałunku wiedziała, że nie da rady wrócić do tego co było przedtem. Ezra dobrze robił trzymając ją na dystans, choć często ją to frustrowało. Zastanawiała się, czy to z nią jest coś nie tak, że jej nie chce, ale on po prostu wiedział lepiej. A jednak to zrobili. Przekroczyli tę granicę i już nie mogli się wycofać.
— Wasza? — Powtórzyła z cichym parsknięciem. — Mówiłam akurat o nas, ale niech ci będzie.
Zagryzła wnętrze policzka, kiedy zapytał o Cartera. Może wyrzucenie z siebie tego będzie dobrym pomysłem? Odetchnie może bardziej. Może się uspokoi, a jeśli nie… To cóż, próbowała.
— Nie wiem. Myślałam, że kiedy będę tutaj, a on tam… to będzie lepiej. I czasami jest, naprawdę, ale potem dzieje się coś, czasami nawet niepowiązane z nim i… znów jestem w tym miejscu, kiedy błagałam, aby mnie nie zostawiał. — Zaśmiała się bez większych emocji. Była żałosna i dobrze o tym wiedziała. Czekała na powrót kogoś kto już dawno o niej nie myślał. — Byłoby łatwiej, gdybym się tak tego uparcie nie trzymała, ale puścić też nie potrafię.
Chciałaby przestać. Tak po prostu. Zostawić to małżeństwo za sobą. Nie wracać więcej. Nie roztrząsać. Zamknąć ten rozdział na dobre i w końcu zacząć prowadzić życie, na które zasługiwała. Bez obwiniania się za wszystko co się wydarzyło. Dopuścić do siebie myśl, że zasługuje na szczęście i nie musi pokutować przez resztę życia, bo przez jeden tydzień była niewierna.
— Nie myślę tak. — Odparła od razu kręcąc lekko głową na bok. — Przynajmniej już tak nie myślę. — Poprawiła się. Były wcześniej momenty, kiedy Sloane była przekonana, że wszystko robi dla niej z litości. Bo ma biedne oczy. Smutną historię. — Masz powody, ale litość nie jest jednym z nich.
Nienawidziła jej i wyczuwała z odległości. To teraz… Nie było tym. Może to ta mityczna przyjaźń, o której jej mówił. W końcu był jej przyjacielem, tak?
UsuńSloane przez moment nic nie mówiła.
Patrzyła tylko na Ezrę, kiedy on mówił rozkładając ją przy tym na miejsce kawałki. Małe, ale wciąż całe. Wyciągając z niej informacje, które czasem wolałaby zachować dla siebie, a których przy nim nie potrafiła.
Zajęło jej dłuższą chwilę zanim odpowiedziała. Jakby zbierała się w sobie, aby to zrobić i wyznać parę rzeczy. Po cichu i bez fajerwerków.
— Chcę, żebyś został. — Powiedziała to niemal szeptem, jakby się bała, że jeśli powie to zbyt głośno to wszystko się rozpadnie. — Nawet, jeśli coś rozwalę… Zostań.
Sloane lekko pochyliła się w jego stronę, jakby głowę próbowała oprzeć na jego ramieniu, ale nie zrobiła tego. Bo wyjątkowo, ale nie chciała, aby to dotyk decydował o tym co wydarzy się za chwilę.
— Teraz? Wymyślimy nową scenę, a potem zabiorę cię na obiad. Chyba, że masz plany to… zobaczymy się jutro. I może bez kolejnych dram na planie zdjęciowym.
sloane
— Kłóciłabym się z tym.
OdpowiedzUsuńMógł mówić co chciał, ale Sloane wiedziała swoje i wiedziała, że lubił wyzwania, a ona bez dwóch zdań wyzwaniem była. Opłacanym? Jeszcze jak. Męczącym? Nawet bardziej. Była w zasadzie ciekawa, jak to wszystko wygląda z jego perspektywy. Nie z tych słów, które mówił do niej, ale z jego oczu. Gdyby mogła to sprawdziłaby to na własnej skórze. Zobaczyć siebie w pełni jego oczami. Może wtedy przestałaby tak we wszystko wokół wątpić. Poniekąd mogła to zrobić, ale musiała mu zaufać, a Sloane nie ufała, gdy chodziło o dobre słowa mówione o nią. Zawsze czekała, jak już podkreślała wiele razy, aż coś się popsuje i czasem się psuło, ale nie z nim. Przy Ezrze miała już wiele wybuchów, a i tak wciąż był obok. Z tą swoją miną, którą ją doprowadzała do szału i z tym uśmieszkiem, który miała mu za każdym razem ochotę ściągnąć z ust.
— Jesteś chyba pierwszą osobą, która myśli w ten sposób, wiesz? — Pokręciła lekko głową. Chyba właśnie dlatego tak ciężko było jej uwierzyć, że on ciągle jest i nie próbuje jej zmieniać na jakąś wersję, której Sloane nie chciała oglądać w lustrze. — I przez to odnoszę wrażenie, że rozumiesz mnie lepiej niżbym sobie tego życzyła. — Dodała. Bez odwracania głowy czy spoglądania w sufit, na którym nie działo się nic interesującego. Prosto w oczy, jakby nie chciała już kłamać czy chować się za swoimi półprawdami, które ostatecznie i tak zawsze wyjdą na wierzch.
Blado się uśmiechnęła. Dlaczego on ciągle musiał mieć rację?
— Dawno już nie byłam na takiej imprezie. Może wyskoczę sobie gdzieś na weekend… Albo dwa. — Zastanowiła się na głos. Droczyła się. Powoli wracały jej na twarz kolory, ale już nie ta czerwień pełna złości, ale coś zdrowszego i bardziej przypominającego Sloane, a nie te wersję, która wpadła tu jak burza i domagała się cudów na kiju. — Chyba po prostu nie zauważam tego tak, jak ty. Wiem, że sporo się zmieniło, odkąd tu jestem, ale nie zmieniło się jeszcze dość.
Widziała efekty. Skończyli album. Wystąpiła na Super Bowl. Bez wspomagania się kokainą. Bez udawania, że sobie radzi. Wystąpiła jakiś tydzień temu na prywatnym koncercie. Zaprezentowała swoje piosenki. Nie jak zaprogramowana artystka, ale jako ona. Po prostu Sloane z całym swoim emocjonalnym grajdołkiem. I nie zniszczyła żadnej z tych rzeczy. A to, że zaliczyła jeden regres to jeszcze nie był przecież koniec świata.
— Wolałabym tego wszystkiego nie czuć. — Wzruszyła ramionami. To było męczące i uzależniające. Ciągle liczyła na jego powrót, a jednocześnie chciała zacząć coś nowego, ale nie mogła, kiedy wciąż myślała, że coś się zmieni. — Skupić się bez wyrzutów sumienia na tym co mam przed sobą. — Dodała nieco ciszej. Bardziej jak dla samej siebie, bo to było zbyt poważne wyzwanie, aby Sloane mogła się nim podzielić ot tak, a jednak to zrobiła. Bo Ezra tutaj był i był od bardzo dawna, a Sloane wciąż nie mogła pozwolić sobie na poczucie czegoś więcej. Nie, bo nie chciała. Nie robiła tego, bo gdyby dopuściła uczucia to znów nie mogłaby się oddać w pełni i znów byłaby w tym samym miejscu.
Sloane westchnęła z cichą frustracją w głosie, a potem bez wahania sięgnęła po jego dłoń. Kiedy pomógł się jej podnieść z podłogi stała zbyt blisko. Z jego perfumami w nosie. Ramionami niemal na wysokości jej oczu. Poniosła głowę trochę wyżej, nie zauważając, że jeszcze nie puściła jego dłoni.
— Odmawiasz randki ze mną? — Uniosła jedna brew w górę. Obiad nie miał być randką, ale równie dobrze mógł się w nią zmienić. — Mam sobie najpierw zasłużyć?
Kącik ust jej drgnął, jak na znak, że miała na końcu języka zupełnie inne pytanie bądź propozycję.
— Najpierw scenariusz, tona kawy i fajek, a potem zobaczymy. Niech ci będzie, Creighton. Postawiłeś na swoim. — Zgodziła się, bo to musiało być skończone. Czy tego chcieli czy nie, a oboje bardzo chcieli. — Naprawdę miałam pomysł na inną scenę, ale myślę, że zrobimy coś lepszego.
Mogła odnosić się do sceny z teledysku, ale równie dobrze mogła mówić też o nich. O tych niewypowiedzianych słowach, które tu były. Wymienionych spojrzeniach. Zsynchronizowanych oddechach.
sloane
Sloane nieszczególnie przejęłaby się, gdyby Ezra był na nią zły. Poniekąd miał do tego prawo, ale blondynka poznała go już na tyle dobrze, aby wiedzieć, że jego złość nie objawiała się w typowy sposób. I gdyby naprawdę był na nią zły to wątpiła, że siedziałby tu teraz z nią i wyciągał do niej dłoń, bo jej potrzebowała i to nie tylko do tego, aby wstać z podłogi.
OdpowiedzUsuń— Nie tylko. Kłóciłabym się, bo uważam, że jesteś strasznym masochistą. — Poprawiła się. Teraz brzmiało to zdecydowanie lepiej. Sloane wystawiła w uśmiechu rządek różnych, białych zębów, jakby tym samym sugerowała, że cokolwiek Ezra powie nie wpłynie na jej opinię. Ona już miała ją wyrobioną.
Skinęła głową w porozumieniu. Było coś w tym, co Ezra mówił o patrzeniu, ale nie tylko po to, aby się popatrzeć. Nie każdy chciał też sięgnąć głębiej, aby dostrzec coś więcej poza ładnym opakowaniem, którym Sloane była.
— Musiało ci się spodobać to co widziałeś, skoro wciąż tu jesteś. — Odparła. Ezra faktycznie trwał przy niej dość uparcie. Sloane od dawna robiła wszystko, aby go odtrącić, a on się jej nie dawał. Jakby wiedział, że w niej jest coś więcej niż tylko kilka wybuchów od czasu do czasu, które potrafiły przyćmić wszystko inne.
Kącik jej ust lekko zadrżał, kiedy mówił o imprezie i włączeniu lokalizacji.
— Wiesz, mógłbyś mieć na mnie oko, gdybyś pojechał na taką imprezę ze mną. — Dodała z lekkim uśmieszkiem, którego nie potrafiła powstrzymać. Imprezowała w jednym klubie z nim, ale nigdy nie widziała go, aby faktycznie dał się ponieść. Może zwyczajnie miał ten etap za sobą. — Ciepłe powietrze, basen z pianą i morze tequili dla mnie, a dla ciebie ta ohydna whisky. Nie powiesz mi, że to nie brzmi dobrze.
I najlepiej, gdyby była tylko ich dwójka, bo Sloane jakoś w towarzystwie innych ludzi nie miała już ochoty imprezować. Właściwie to jej nie ciągnęło aż tak, jak dawniej. Lubiła klubu, to się nie zmieniło, ale zmieniło się to, że w tych klubach szukała jednej osoby i z nim gotowa była spędzić resztę wieczoru. Robiła to jeszcze przed tym, jak dotarli do jacuzzi.
— Tak, chyba w końcu do mnie dotarło, że nie ma sensu się taplać w ty syfie. — Westchnęła wzruszając ramionami. Musiała sobie jakoś z tym w końcu poradzić, bo nie było przecież szans, że Carter rzuci Sophię i tego dzieciaka, aby wrócić do niej. Jednocześnie, gdyby tak się miało zdarzyć to Sloane nie była pewna, czy potrafiłaby Carterowi odmówić, choć sama myśl o porzuceniu wszystkiego co zbudowała tutaj sprawiała, że robiło się jej niedobrze. — Nie chcę przestać całkiem czuć… To byłoby czasem miłe, ale dużo fajnych rzeczy się działo i nie wyobrażam sobie, że miałabym na to być obojętna.
To nie były tylko sprawy zawodowe, ale prywatnie Sloane również wiele czuła. Na przykład, kiedy była z nim, ale wciąż nie potrafiła pozwolić sobie na to, aby w pełni się zaangażować. I robiła to mając a uwadze Ezrę, którego po prostu krzywdzić nie chciała bardziej niż już pewnie to zrobiła.
Przechyliła głowę, kiedy mówił i zagryzła wnętrze policzka. Słuchała go uważnie, ale nie pozwoliła sobie na to, aby zrobić krok w tył i się od niego odsunąć emocjonalnie. Nie, Sloane zrobiła krok naprzód. Mimo, że nie ruszyła się z miejsca.
— Nigdy nie powiedziałam, że nie chcę randek. — Odparła. Wspomniała o tym? Nie. Choć to pewnie rozumiało się samo przez siebie, kiedy zaznaczyła, że będzie lepiej, aby nikt ich nie widział razem. Obecnie miała to chyba w dupie i mogli pisać o nich co chcą. — Och, romantyczne zachody słońca nie wchodzą w grę, ale wschody już owszem?
Poczuła tę nutkę prowokacji w jego głosie, którą podłapała niemal od razu.
— A jeśli zmieniłam reguły, to co wtedy? — Minimalnie przysunęła się bliżej. — Zrezygnowałbyś, gdybym powiedziała, że chcę randek i romantycznych zachodów słońca? Że nie chcę, abyśmy się jednak spotykali z innymi?
Zapędzała się? Być może, ale nie potrafiła z niego też zrezygnować w pełni. Bo najlepszym rozwiązaniem byłoby pójście w inną stronę i zerwanie tej relacji, a tymczasem Sloane chciała się w nią zagłębić bardziej.
Skrzyżowała ręce pod piersiami, kiedy Ezra zaczął przypinać z powrotem wszystko co Sloane zerwała z tablicy. Znała ten stan, kiedy wchodził w tryb skupienia i teraz już nie było miejsca na żarty ani na sprzeczki, które mogłyby się skończyć tak, że wylądują na sofie. Pełne skupienie i motywacja do wykonania pracy.
UsuńCzasem milczała, innym razem przytakiwała. Coraz więcej ujęć znikało, a ona czułą, że zaczyna to mieć większy sens niż ostatnim razem. Mimo, że jeszcze nie zadecydowali o tym co do tej sceny dodadzą.
— Myślałam o rozczarowaniu, które przechodzi w złość, a potem w obojętność. — Odpowiedziała bez patrzenia na niego. — To idzie w parze z tekstem, zamiast tej udawanej wesołej scenki z tym… jak mu było? Blake? Nieistotne. Trafili do garderoby po poprzedniej scenie, racja? I co nagraliśmy jest świetne, ale… Potrzebuję tu jakiegoś pierdolnięcia, Ezra. Coś co nie tylko mnie rozwali, ale kiedy będą oglądać powiedzą „o kurwa”.
Nie wiedziała, chwilowo, czy to ma sens. Miała w głowie obraz, który chciała ułożyć, ale z którym jeszcze nie było jej po drodze. Więc… Starała się coś z tego wygrzebać.
— Wiem, że nic nie pobije mnie w tym czerwonym lateksie, który na mnie wymusiłeś i scenką z zabijania wszystkiego na mojej drodze… — Uśmiechnęła się lekko zerkając na niego z ukosa. — …, ale chcę coś podobnego. Z mniejszym pierdolnięciem, ale bez tej miłosnej otoczki, która miała tu grać pierwsze skrzypce.
sloane
— Czasami. — Przyznała bez większego zawahania. — I nie tylko ja w ten sposób myślę, ale nie martw się. Z zapędami masochistycznymi czy bez, wciąż jesteś… całkiem okej. — Dodała nie potrafiąc się powstrzymać przed tym lekko zgryźliwym, droczącym się tonem, który Ezra tak dobrze u niej znał. Dobrze je robiło to oderwanie się od tych awantur, które wszczynała jeszcze jakiś czas temu, a teraz powoli się uspokoiła i potrafiła z nim żartować, a przede wszystkim chciała z nim żartować.
OdpowiedzUsuń— Podpisujesz kontrakty z niestabilnymi dziewczynami, które jednej nocy są w twoim biurze, a potem nie ma z nimi kontaktu przez tydzień. To nie świadczy o spokoju. — Zaśmiała się. Należało powiedzieć z dziewczyną, choć kto go wie. Może sprowadzi sobie koleją, która sprawi, że będzie cały czas w trybie alarmowym i gotów na szkody o każdej porze dnia czy nocy.
Przesunęła po nim wzrokiem. Po tej idealnej koszuli, którą miał podwiniętą do łokci. Po ciemnych dopasowanych spodniach. Dodatkach, które nie krzyczały, ale dopełniały całość. Nie patrzyła się tak, jakby rozbierała go wzrokiem, choć była blisko właśnie tej cienkiej granicy. Jeszcze między zwykłym podziwem, a wyobrażaniem sobie co kryje się pod koszulą, choć przecież doskonale wiedziała.
— W bardzo eleganckiej wersji. — Przytaknęła. Miał w sobie dokładnie tę nutę elegancji i prowokacji, która działała na nią dokładnie tak, jak magnes. Przyciągała i nie zamierzała wypuszczać. — Czyli lubisz moje oczy… — Wyciągnęła z tego wszystkiego to przede wszystkim. Uczepiła się tego co słyszała o sobie. — Co jeszcze lubisz? — Zrobiła krok bliżej, ale jeszcze nie przekraczała tej granicy między nimi, która mogłaby sprowokować do czegoś więcej.
Żadne wspólne wakacje nie powinny wchodzić w grę, a Sloane już gotowa była zarezerwować co trzeba na Barbadosie, Dominikanie czy gdziekolwiek indziej na świecie, aby mogli pobyć we dwójkę. Nawet bez tej piany.
— Nie wiem, kto jest w stanie przeżyć trzy butelki tequili, ale jestem pełna podziwu. — Chyba musieliby ją z podłogi zbierać ratownicy medyczni albo trafiłaby na OIOM. Jedno było pewne – nie wyszłaby z tego całego. — Chcesz mi powiedzieć, że nie chciałbyś mnie w basenie pełnym piany i w bardzo, bardzo cienkim bikini? — Uniosła brew. Specjalnie podkładając mu do głowy obraz, który mógłby go przekonać do jej małego pomysłu, który nie skończy się dobrze.
— Ezra, pamiętasz, że nie piliśmy kawy przy wschodzie słońca, prawda? — Oparła dłoń o biodro i przekrzywiła głowę. — Jeśli nie, to naprawdę się obrażę.
Miał rację co do tego. Było wtedy intymnie, cicho, miasto dopiero budziło się do życia, a to co zostało po nocy osiadało wtedy między nimi powoli, ale tamta noc wcale z nich nie zeszła. Ani następna. Wszystko w niej wciąż było prawdziwe i żywe, jakby dopiero co się wydarzyło.
— Uwierzysz, jeśli powiem, że tak?
Ciężko mogło być w to uwierzyć, kiedy chwilę temu przyznała, że ciągle myśli o Carterze, ale mówiła też, że chce skupić się na tym co ma przed sobą, a tym „czymś”, a w zasadzie kimś był Ezra. To nie o Carterze myślała przez ostatnie dni. Nawet, jeśli czasami przemknął jej przez umysł to głównie Ezra zajmował pierwsze miejsce.
— Nie, nie romans. Chcę, aby to się rozpadło. Zniknęło. Nie z hukiem, ale tak, aby poczuli to wszyscy. Wliczając mnie. — Odpowiedziała. Sloane nie potrzebowała romansów na ekranie. Potrzebowała, aby ten jeden konkretny się zakończył. Na moment się zamyśliła. Wyobrażała sobie sceny przed oczami. Co mogłaby jeszcze dodać. — Zróbmy z tego pożegnanie… Coś takiego, aby to tak wyglądało bez mówienia wprost. Z postacią Blake. — Nie musiała się tłumaczyć, ale łatwiej było się zasłonić tym niż znów wyciągać na wierzch prawdę. Za dużo już jej padło dzisiaj.
Pęknięcie. Jedno krótkie słowo. Malutkie. Dziewięć literek.
Wystarczająco, aby coś się w niej poruszyło.
— Jest idealnie. Będzie idealnie.
sloane
Podobało się jej, kiedy panowała między nimi taka atmosfera. Jak ni do końca było wiadomo co właściwie się dzieje, gdzie to wszystko zmierza i gdzie znajdą się za pięć minut. Te spojrzenia, które z jednej strony były niepewne, jakby sami nie do końca byli pewni na jak wiele mogą sobie pozwolić, choć przecież nie byli z tych, którzy kiedykolwiek czy przed czymkolwiek się wstrzymywali.
OdpowiedzUsuń— Bardzo kosztowna decyzja biznesowa. — Zaśmiała się, bo chyba poniekąd tak właśnie było. — Lubię taką elegancką wersję.
Bo lubiła. Cholernie i coraz trudniej przychodziło jej udawanie, że w żaden sposób jej to nie obchodzi. Powinna się była skupić teraz na teledysku, a rozważała różne opcje na wyjazdy z Ezrą, które tylko skomplikowałyby wszystko bardziej, a jednocześnie nie mogła się powstrzymać, bo wiedziała, że byłoby po prostu dobrze, choć dobrze to wielkie niedopowiedzenie, ale póki co zostało jej tylko wyobrażanie sobie tego i owego, a potem może przyjdzie cała reszta.
Słuchała go z lekkim uśmiechem. I każde jedno zdanie zaczepiało się w niej coraz mocniej. Nie rozpalało w niej nadziei, bo póki co, ale żadnych jeszcze nie miała. To wszystko mogło się oczywiście zmienić, jeśli tylko sobie na to pozwoli. Krok po kroku pozwalała, ale jeszcze nie natyle, aby zawładnęło to nią w pełni.
— Włożyłam ten czerwony lateks, bo ktoś się na niego upierał. — Odparła i wycelowała palcem prosto w jego mostek. Sloane nawet nie ukrywała, że zrobiła to dla niego, bo raz o tym wspominał, a wtedy jeszcze byli przed choćby pierwszym pocałunkiem. Delikatnie napięła się, kiedy Ezra się zbliżył, ale nie zrobiła tego z nerwów. Raczej oczekiwania, które teraz zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
Sloane słuchała go i starała się nie uśmiechnąć, choć to wcale nie było takie łatwe. Nie, kiedy wyliczał to co w niej lubi i te rzeczy nie zaliczały się do fizycznych atutów, które w sobie miała. Mówił o tym jaka była. Co mu się w niej podobało.
— Strasznie mi słodzisz, Creighton. — Westchnęła, potrzebując chwili, aby jakoś to w sobie poukładać, bo to uderzało bardziej niż jakiekolwiek „jesteś piękna”. To było takie proste i oklepane, ale to co jej mówił? To był trochę inny poziom. — Uważaj, jeszcze kilka razy odpowiesz tak na moje pytanie i wprowadzę się bez zapowiedzi z Rue. — Zagroziła, a może ostrzegła, bo naprawdę byłaby w stanie to zrobić. Zjawić się bez zapowiedzi i rzucić, że chce u niego zostać na dłużej.
Przewróciła oczami.
— Ty w ogóle nim nie jesteś. — Odparła z przekorą w głosie. — Ale dobrze, że masz swoje priorytety… poukładane, a co do tego, jak cienkie te bikini jest… Musiałbyś się przekonać. Znajdź parę dni wolnego i może zobaczysz. — Dodała z prowokacją. Wystarczyło jedno „tak”, a mogli znaleźć się jeszcze tego wieczoru w samolocie, który ich zabierze gdziekolwiek będą chcieli z taką ilością bikini, że oboje stracą rachubę w liczeniu.
— Jesteś bogaty. Stać cię, aby pokryć moje… kaprysy. — Wzruszyła ramionami, jakby to było takie łatwe, bo było. — I wydaje mi się, że wcale nie byłbyś zawiedziony w tym basenie z pianą.
Nie odwracała wzroku, kiedy patrzył jej w oczy. Choć mogłaby, bo chwilami sprawiał, że aż się peszyła. Sloane nie była pewna, czy Ezra to po niej widzi. Trzeba było się naprawdę postarać, aby się w ten sposób poczuła, a Ezra miał w sobie ten talent, aby ją rozpraszać bez choćby dotknięcia.
— Zapamiętam. Żebyś tylko potem nie żałował, jak znowu będę bezczelna i wszczynała awantury, a potem zwierzała się, jak na spowiedzi. — Odparła z rozbawieniem, ale i przestrogą, bo to na pewno się wydarzy jeszcze wiele razy i to wcale nie była jednorazowa sytuacja.
Zmrużyła oczy i bez zastanowienia uderzyła go palcami w przedramię. Niezbyt mocno, bardziej zaczepnie niż jakby faktycznie chciała mu coś zrobić.
— Dupek. — Syknęła. Jednak mimo ostrego tonu Sloane było daleko do obrażania się. — Nie będziesz prowadził żadnych zapisków, bo jedyne poranki jakie będziesz miał to te ze mną.
To nie była propozycja, a jej sposób, aby zaznaczyć, że nie chce, aby miał takie z innymi i że ona też nie chce mieć takich z innymi.
Nie musiał jej wierzyć dzisiaj. Wystarczyło, że Sloane sobie wierzyła. Nie musieli się zgadzać dziś na nic, choć ta jej niecierpliwa strona już teraz chciała, aby powiedział, że nie będzie spotykał się z innymi. Aby jej przyznał, że jest jedyną, ale jak mógł, kiedy ona nie mogła obiecać w zamian tego samego?
Usuń— Może za jakiś czas. — Nie brzmiała na zrezygnowaną. Raczej na przekonaną, że prędzej czy później w końcu nadejdzie moment, kiedy Sloane nie będzie zafiksowana na punkcie Cartera i nie tylko otworzy się na coś nowego.
— Wiem. I to byłoby nie fair wobec ciebie.
Poruszyła lekko ramionami. Niby było nie fair, a jednocześnie ciągle chciała go na wyłączność, gdy nie mogła tego dać od siebie.
Sloane patrzyła, jak Ezra jeszcze kreśli, zastanawia się i myśli intensywnie nad tym co razem stworzyli. Nie spuszczała wzroku z tablicy, która przypominała teraz wielki chaos, ale dla nich miała sens.
— Nie, ale idealne rzeczy można stworzyć. — Odpowiedziała zerkając na niego. — I czasami niektóre muszą się rozlecieć, aby powstało coś lepszego. Tak, jak to. — Spojrzała znów na tablicę, która nosiła ślady ich pracy.
sloane
— Wizja artystyczne czy nie, ale upierałeś się. — Odparła niemalże znudzonym tonem, choć poznał ją już wystarczająco dobrze, aby wiedzieć, kiedy Sloane naprawdę była znużona, a kiedy to była jedynie część większej gry. W tę wplątani byli niemal od samego początku i do pewnego momentu trzymali się na dystans, ale jaki cel było trzymanie się teraz, kiedy już wszystkie granice zostały przekroczone, a żadne z nich nie planowało, najwyraźniej, zawracać? Wbiła palec odrobinę mocniej w skórę. — Ale przyznać, że ta wersja artystyczna była seksowna.
OdpowiedzUsuńSloane lubiła przekomarzać się z Ezrą. To był zupełnie inny rodzaj wzajemnego dokuczania sobie nawzajem, choć owszem większość ich słów kryła się za dwuznacznością to według niej zawsze było w tym coś więcej. Na bycie tak rozluźnioną pozwalała sobie tylko w ograniczonym towarzystwie, a Ezra od dawna zaczął się do grona takich właśnie osób zaliczać.
Jej tekst o wprowadzeniu się był żartem. Tylko takim, który mogła spełnić dla pokazania, że może i nie musi pytać się o zgodę. Wcale taka pewna nie była, czy udałoby im się dogadać, gdyby przyszło im razem mieszkać. Chociaż te kilka dni, które spędzili wtedy razem w jego domu wcale nie były złe. Sloane była tam w jednym celu, który nieraz udało im się spełnić. Zresztą, było za wcześnie, aby nawet w żartobliwy sposób rozważała przeprowadzkę.
Uniosła brew, kiedy się odezwał.
— To jakaś sugestia, że byłabym złą współlokatorką? Czy że Rue by nią była? — Zerknęła krótko na psa, który zajęty był układaniem się do spania, choć najwyraźniej niezadowolona była z tego, że musi leżeć na podłodze, a nie na designerskim posłaniu, do którego była przyzwyczajona. — Jest wytresowana, czysta i grzeczna. Bardzo ładnie komunikuje, jeśli musi wyjść na zewnątrz. Byłbyś z niej zadowolony.
Sloane nie potrafiła powstrzymać tego lekkiego uśmiechu, który wślizgnął się jej na twarz, kiedy złapał ją za nadgarstek. Nie próbowała mu się wyrwać, wręcz przeciwnie. Najchętniej znalazłaby się jeszcze bliżej.
— Nie, żadnych bud. — Zastrzegła od razu. — Miałaby swój własny pokój. To rozpieszczony pies jeszcze bardziej rozpieszczonej dziewczyny. Myślisz, że pozwoliłabym jej sypiać poza domem? — Prychnęła niemal urażona taką propozycją. — W najgorszym wypadku przyplątałby się tu jakiś kojot. Rue śpi w domu.
Sloane roześmiała się krótko, ale szczerze i wesoło. Obecnie chyba tylko Ezra był w stanie sprawić, aby Sloane w jednej chwili krzyczała na cały świat, a po chwili śmiała się tak, jakby już nie miała w sobie żadnych trosk, choć tych była cała masa.
— Niech ci będzie. Odbije łapkę na kontrakcie. Żadnych weekendów w Vegas, żadnych dram, ale nie ręczę za nią, jeśli zobaczy wiewiórki. To jej śmiertelni wrogowie. — Odpowiedziała. Rozmowa na pewno dotyczyła psa czy może zeszła już na inny temat? Bardziej osobisty? — Druga też się zadomowi, a ta pierwsza… Ta pierwsza nie planuje się nigdzie przenosić.
Wiedziała, że trochę zaczynała przeginać.
Z tym, że sama myśl o tym, że ma inne zaczynała doprowadzać ją do szału. Wyobrażenie, że nie była jedyną, a raczej nie wyobrażenie, a fakt, był zwyczajnie dołujący i zamierzała to zmienić. Nawet, jeśli było zbyt wcześnie, aby podejmować takie decyzje.
— To moje zasady i mogę sobie z nimi robić to na co mam ochotę. — Powiedziała z wyraźnym naciskiem na „moje”. Jakby tylko ona mogła decydować, jak ta relacja ma wyglądać. — Myślisz, że takie zebranie będzie bezpieczne? Lepiej im wysłać prezentację i arkusz z grafikiem na mejla. — Dodała. Dłoń zsunęła się z jego torsu trochę niżej. Z całych sił starała się też brzmieć na rozluźnioną, a nie, jak dziewczyna, która zaczyna być zazdrosna, choć przecież nie powinna być. — Ale chcę wpisać się pierwsza. I nie obiecuję, że nie zapełnię ci całego tego pieprzonego grafiku.
Dłonie automatycznie oparła o jego klatkę, kiedy ją do siebie przyciągnął bliżej. Zadarła lekko głowę do góry nie chcąc tracić nawet chwili z nim.
— Kto powiedział, że to był żart? — Zapytała. Zdawała sobie sprawę, jak to wszystko brzmi. I miała świadomość, że dziesięć minut temu jęczała o Carterze. Cóż, bo on sam podrzucił jej temat i łatwiej było zwalić to na Crawforda niż na fakt, że sobie nie radzi w tej małej umowie między nimi. —Bywam okrutna, ale nie jestem aż taką suką, aby sobie z takich rzeczy żartować. Zrób co chcesz z tą informacją.
UsuńMogli zasady pozmieniać całkowicie albo zostanie tak, jak było do tej pory. Mimo, że druga opcja Sloane wcale nie urządzała, ale nie była pewna, czy to miejsce było odpowiednim do prowadzenia takich rozmów.
Sloane mu się nie wyrywała, kiedy ujął jej twarz w dłonie. Spojrzenie blondynki było miękkie i skupione na mężczyźnie. Wszystko wokół przestało już mieć znaczenie. Była tylko Sloane i Ezra, a świat? Świat był gdzieś daleko i na pewno nie miał dostępu do nich.
Z każdym jego kolejnym słowem oczy Sloane odrobinę się powiększały, a usta lekko rozchyliły. Bezczelność biła mu nie tylko z uśmiechu, ale i oczu, a także całej postawy. Dłonie zostawiały po sobie ciepłe uczucie i cholernie znajome.
— Nigdy. — Odparła kręcąc lekko głową. — Nigdy nie było właściwej osoby.
Nie musiał jej zachęcać dwa razy. Wystarczyło to jedno pytanie i niby niewinne muśnięcie ust, aby Sloane przylgnęła do niego bliżej. Dłoń z torsu przesunęła na kark i pogłębiła pocałunek bez dawania mu szansy na to, aby się rozmyślił. To był powolny pocałunek, jakby Sloane musiała sobie przypomnieć kształt jego ust i dopasować swoje ciało do jego. Powoli i bez pospiechu, choć zdawała sobie sprawę, że między nimi wszystko zmienia się gwałtownie i bez ostrzeżenia.
— Dlaczego wszystkich wygoniłeś? — mruknęła między pocałunkami. Palce Sloane już gdzieś przy guzikach jego koszuli próbowały pracować. — Myślisz, że wyłączyli kamery czy nagramy przypadkiem najlepiej sprzedający się film tego roku? — Zaśmiała się, a dłonie zsunęła niżej do pasa. Wciąż bez pospiechu, bo jeśli mogła to zamierzała się tym delektować.
sloane
Miejsce odpoczynku Rue było dla Sloane istotniejsze niż najważniejszy kontrakt jej życia. Prędzej zgodziłaby się do samej śmierci rok w rok wydawać albumy i koncertować bez przerwy, niż aby jej pies miał niegodne warunki. Jeszcze wpadłby na pomysł, aby dawać jej nieprzefiltrowaną wodę albo inną markę niż Fiji. Nie dopuszczalne.
OdpowiedzUsuń— Rue taka jest. Przejmuje wszystko po trochu dla siebie, że nawet tego nie zauważasz. — Zaśmiała się. Pozwoliła sobie jeszcze na to, aby na moment zerknąć na suczkę, która wcale nimi zainteresowana nie była, a raczej znudzona tym, że musi tu wciąż leżeć. — Myślisz, że od kogo się tego nauczyła?
Sloane potrafiła być głośna. Wchodzić bez zapowiedzi, ale czasami wślizgiwała się niezauważona. Pojawiała się coraz częściej, aż w końcu jej obecność stała się codziennością, że to jej brak robił się dziwny. Potrafiła zakręcić innymi tak, aby to oni zaczynali za nią tęsknić najpierw, a potem sobie pozwalała na tęsknotę. Do życia Ezry zakradła się bez problemu. Wpuścił ją do siebie jeszcze wcześniej, choć wtedy jeszcze wciąż udawali przyjaciół, którzy wcale ze sobą nie sypiają i którzy wcale ze sobą sypiać nie chcą.
— Wymieniłeś same moje zalety. — Rzuciła z lekkim uśmiechem. — Dałabym ci miejsce na łóżku. Na przykład nade mną albo pod… miałbyś kawałek.
Nie potrafiłaby, a już na pewno nie chciałaby go z niego wygonić. Właśnie próbowała do tego łóżka wejść i to najlepiej z nim. Choć raczej nie musiała się też wybitnie starać, aby się tam znaleźć. Nawet ze swoją wybuchową osobowością, która jeszcze godzinę temu chciała rozwalić tu wokół wszystko.
Dostrzegła tę minimalną zmianę w jego spojrzeniu. Stał się bardziej uważniejszy niż zwykle, a Sloane się wcale nie dziwiła. Potrafiła raz mówić jedno, a po chwili zmienić temat i udawać, że wcale nic nie powiedziała. Tym razem nie zamierzała się z tych słów wycofać.
— Myślę, że nie masz nic do powiedzenia w kwestii grafiku. — Odpowiedziała i choć ton miała okruszony żartobliwym tonem to coś w jej spojrzeniu mówiło, że wcale nie zamierzała mu pozwolić, aby zapełniał sobie ten grafik tak, jak on tego chce. — Będzie tak, jak ja chcę. I chcę się wpisać w cały. Na ten tydzień. Miesiąc. Cokolwiek. Będziesz zajęty mną.
Żadnych randek z byłą. Żadnej Kendall. Żadnej kolejnej bezimiennej, która będzie wychodzić z jego domu. Na samo przypomnienie palce Sloane mocniej zacisnęły się na jego koszuli, a uśmiech na moment przygasł. Wkurzało ją to, że to widziała. Żyłoby się jej znacznie lepiej bez tej wiedzy, ale bez tej wiedzy nie znaleźliby się teraz tutaj, więc może wyszło to na dobre.
— Nie lubię się dzielić. — Powiedziała w końcu. Przybliżyła się minimalnie, kiedy jego dłoń znalazła się na jej plecach. — Bo chcę. Nie będę się dzieliła tobą z żadną inną dziewczyną. Myśl sobie, co chcesz. Może to zazdrość, może jednak się zakochuję… — Wzruszyła lekko ramieniem. Nie zakochujesz się. Musiała to sobie powtarzać wręcz, jak mantrę, bo to ostatnie czego chciała. Nie, bo Ezra był złym facetem. Był świetny, czego nie zamierzała mu mówić, bo jego ego było już i tak wybite w kosmos, ale bo ona nie była odpowiednią dziewczyną i nie dałaby mu siebie w dwustu procentach. W pracy? Bez problemu. W życiu codziennym? Mógł z tym być problem.
— I to ma mnie odstraszyć? — Uniosła brew. — Wypełnienie ci grafiku jest tak straszne? Myślisz, że nie podołam? Czy już zbudowałeś dla mnie tę piwnicę bdsm? — Zaśmiała się, ale tej opcji wcale nie wykreślała. Nawet by się nie zdziwiła, gdyby jednak był w trakcie remontu.
— Nie chcę osobnego skrzydła. Chcę być tam, gdzie ty.
Mówiła poważnie. Mogli udawać, że chodzi tylko o seks, ale dla Sloane to była też obecność. Niewymuszone rozmowy o trzeciej nad ranem, gdy siedziała przy fortepianie. Przekomarzanie się przy ekspresie i tosterze. Te nudne rzeczy, które ją do niego zbliżały.
Sloane wciąż była, a to nie była gra. Nie taka, jakiej mógł się po niej spodziewać.
Usuń— To nie była groźba, Ezra. To była obietnica. — Uśmiechnęła się i zanim zdążył odpowiedzieć musnęła kącik jego ust. — Potem dasz mi telefon i wystosuję grzecznego e-maila do twoich… koleżanek, a potem będziesz już tylko mój.
Patrzyła mu w oczy, kiedy jej dłonie rozpracowywały zapięcie paska. Bez pospiechu, którego można było się po tej chwili spodziewać. Raczej z uwagą, która skupiała się przede wszystkim na oczach mężczyzny.
— Och, marzy ci się bycie zdemolowanym? — Uniosła lekko brew, ale wcale nie była zaskoczona. — Da się załatwić.
Potrafiła już wyczuć, kiedy żartował, a kiedy nie. I cokolwiek chodziło mu po głowie Sloane nie zamierzała się pytać, a odgadnąć sama i sprawdzić na ile jej jednak będzie chciał pozwolić.
Sloane nie potrafiła nie rozchylić ust, kiedy miała na nich jego kciuk. Jej język musnął opuszek palca, ale spojrzenie wciąż utkwione miała w oczach mężczyzny. Jakby to właśnie w nich znalazła coś co mogło z wierzchu przypominać bezpieczną przystań. Westchnęła krótko, gdy jej biodra zderzyły się z jego.
— Masz słabość do mnie. — Powiedziała to z taką pewnością, która mogłaby niejednego wbić głęboko w fotel. — Chcę to usłyszeć. Powiedz, że masz do mnie słabość.
W teorii nie musiał, bo Sloane to już wiedziała, ale chciała jeszcze usłyszeć te pięć słów. Sloane, mam do ciebie słabość. Tylko, a może aż tyle.
— Zawsze chciałam zagrać w filmie. — Zamruczała, choć może nie w takim, ale gdzieś podobno trzeba zacząć. — A z takim partnerem… Hit murowany.
Nawet, jeśli to był impuls to tylko kierowany nim. Nie przeszłością, nie jej problemami. Nim. Tym, jak Ezra na nią działał. Tym co robił z jej ciałem i umysłem. Uśmiechnęła się, ostrzej niż zamierzała, gdy jego dłoń mocniej zacisnęła się na jej talii. Dokładnie tak, jak lubiła.
— Wiesz, co byłoby fair? — Zapytała po chwili. Odpięła spodnie, ale jeszcze ich nie zsunęła. Mówiła niemal wprost w jego usta, tak blisko byli, a ich oddechy już nie tylko się mieszały, a właściwie stały jednym. — Gdybym to teraz ja zobaczyła ciebie na kolanach.
sloane🤭
Była pewna, że sobie poradzi z tym ich małym układem. Wcześniej sobie radziła i nie było żadnego problemu. Nie pojawiała się żadna zazdrość. Zasady były proste, żadnych uczuć, które wchodzą w drogę. Żadnej zazdrości. Żadnego przywłaszczania sobie, a teraz? Zadziałało to przez parę dni. Tylko Ezra nie był też przypadkowym kumplem, z którym mogła w taki układ wejść. To nie był Xavier, z którym wieki temu bawiła się w coś podobnego. To nie był Zaire, z którym na początku miała ten sam układ. To był Ezra. Kompletnie inny mężczyzna. Z kompletnie innym pudełkiem z narzędziami, z którymi jeszcze nie umiała się w pełni obchodzić. I nie zakochała się. Nie mogła. Czuła… coś. Tylko to coś było zbyt małe, aby mogła je nazwać tym słowem na „Z”. Przywiązanie – to prędzej, ale jednocześnie to „coś” było czymś więcej niż tylko codziennością, do której przywykła.
OdpowiedzUsuńPokiwała głową przytakując.
— Mhm, usunę ci wszystkie te pieprzone modelki, aktorki i każdą, która próbowała ci się wbić do DM’ów z tym uroczym „hej”. — Boże, miałaby roboty na cały dzień, jak nie dłużej. Jeśli liczyć wszystkie wiadomości, które trafiały do folderu „spam”. — Wiem, że chciałbyś się na mnie patrzeć bez przerwy. Będę mogła ci to ułatwić tapetą.
Nie było w tym gry, którą prowadziła z nim parę dni temu. Była ta dziwnie uparta szczerość, na którą zbierało się jej zawsze w najmniej oczekiwanych momentach, ale to właśnie fakt, że tak z powietrza zaczynała mówić najczęściej było znakiem, że jest w tym szczera.
Ledo zauważalnie drgnęła w odpowiedzi na dotyk Ezry.
Sloane cicho mruknęła, kiedy dłoń z pleców przesunął na jej kark. Przymknęła na moment oczy, ale zaraz je otworzyła, nie chcąc tracić jego reakcji.
— Wkurwia mnie, że ktoś inny mógłby z tobą być o trzeciej nad ranem.
Zbyt wiele razy wyobrażała sobie to, że siedzi z Molly albo Kendall. Dobra, nie siedzi, bo o trzeciej nad ranem nie omawia się kryzysowych sytuacji w życiu. Zazwyczaj, ale nie była głupia i nie spraszałby sobie modelek po to, aby podzielili się ciekawostkami na temat drugiej wojny światowej.
— Oboje się z czegoś rozbieramy. — Odparła. — Ja ciebie z ubrań… ty mnie z prawdy.
To nie był tylko seks. I musiał to wiedzieć już w tamtym momencie, kiedy rzuciła tym głupim tekstem, bo gdyby naprawdę chodziło tylko o to – Sloane nie biegałaby za nim od tygodni. Wprost by mu powiedziała, że chce od niego tylko tego, pewnie by to dostała i poszła w swoją stronę.
— Podchodzę bardzo poważnie do… umów z tobą. — Mruknęła nie wstrzymując już nawet uśmiechu. — I lubię łamać zasady… ale tych nie chcę. Chyba, że z tobą. — Dodała. Podniosła lekko brwi, sugestywnie i z lekkim rozbawieniem, bo mogliby te zasady złamać osobo, ale razem? To mogło być zabawne, ale jeszcze nie teraz. Nie na tym etapie, kiedy miała ochotę rozszarpać każdą, która się choćby na niego spojrzała.
— Tylko połowy? — Zapytała wesoło. Znała odpowiedź. Przeciągała strunę od samego początku, a on jej nie poprawiał. Czasem patrzył z fascynacją, jakby po raz pierwszy ktoś mu się tak stawiał, a innym razem (może przesadzała), ale dałaby sobie rękę uciąć, że z wrażeniem.
Dłonie wsunęła pod materiał rozpiętej koszuli. Na jego plecy. Te, które zdążyła już dobrze poznać, ale których jeszcze nie znała na pamięć. Palcami powoli wspinała się coraz wyżej, kradnąc dla siebie kolejne kawałki skóry.
— Tak… chciałam to usłyszeć. — Potwierdziła. Usłyszała i poczuła w każdej komórce ciała. Dokładnie tak, jak sobie tego zażyczyła. — A gdybyś jej nie miał… co zrobiłbyś ze mną wtedy?
Sloane przechyliła lekko głowę w tył z cichym mruknięciem, pełnym zadowolenia, że słyszała te słowa, których tak bardzo chciała. Palce zacisnęła mocniej na jego plecach. Ciepło, które biło od jego ciała było uzależniające. Słowa hipnotyzujące, a spojrzenie… Spojrzenie było ciężkie, wręcz mroczne i fascynujące.
— Wcale nie zamierzałam przestawać. — Obiecała. Dopiero się rozkręcała, a mając świadomość, że może? Czuła się niemal niepowstrzymana.
Pokręciła lekko głową.
Usuń— Nie, nie chodzi o to. — Odparła. Hierarchia w tym co między nimi było nie istniała. — Chodzi o to czego chcę. A teraz chcę cię na kolanach.
Delikatnie przygryzła usta, kiedy uniósł jej głowę. Oczy blondynki nieznacznie pociemniały od wymiany zdań i tego co między nimi tak bez przerwy biło. Po tym dniu spodziewać mogła się wszystkiego, a i tak była zaskoczona w jakim kierunku to poszło.
— Nie musiałam tego sprawdzać. Wiem, że ją mam. — Odpowiedziała. Jej uśmiech był delikatny, trochę na granicy prowokacji, a figlarności. — Wiem też, że w końcu cię dostanę tam, gdzie chcę. Nawet, jeśli to nie wydarzy się tutaj.
Gdyby zamierzał jej odmówić – zrobiłby to już w tej chwili. Miał swoje sposoby, aby odciągnąć ją od pomysłów, a coś nie wydawało się jej, aby to był jeden z tych, obok których Ezra przeszedłby obojętnie.
Nie musiał jej dwa razy powtarzać.
Hala produkcyjna była pusta, światła techniczne wciąż świeciły chłodno nad scenografią garderoby. Wszystko wyglądało, jakby czekało na powrót ekipy, ale byli tu tylko oni i nieskończone pokłady wyobraźni Sloane.
Pociągnęła go bez słowa na środek planu.
— Skoro to jest mój plan — odezwała się cicho — to zrobimy to dobrze.
Posadziła go na fotelu naprzeciwko lustra. Światła wokół ramy zapaliły się automatycznie, odbijając się w jego oczach. Teraz to on był w centrum kadru. Stanęła za nim, poprawiając kołnierz koszuli. Rozpiętej w tej drażniący sposób, a potem dłonie położyła mu na ramionach. W odbiciu lustrzanym patrzyła na siebie, nie na niego.
— Jestem seksowna, kiedy się złoszczę. — Powiedziała to bardziej do siebie niż do niego. Położyła dłoń na biodrze lustrując samą siebie w odbiciu. — Nic dziwnego, że masz do mnie słabość.
Po sekundzie wróciła jednak do Ezry. Dłonie znów trafiły na jego ramiona, a ona delikatnie się nad nim nachyliła. Dłonie zsunęła na klatkę, a usta miała tuż przy jego uchu.
— Powiedz mi, Ezra. — Szepnęła zerkając na nich w lustrze. — Potrafisz oddać kontrolę? Pozwolić, aby ktoś inny decydował? Posłuchać się tej małolaty, która od miesięcy wchodzi ci na głowę i robi burdel w życiu? — Głos miała miękki, cichy. Zaciekawiony.
Improwizowała. Jak ze wszystkim w życiu, ale nauczyła się, że czasem najlepsze chwile w życiu to te, które wcale nie zostały zaplanowane, a opierają się na instynkcie i emocjach, a tego im nie brakowało.
sloane
Palce Sloane delikatnie sunęły się w górę, a potem z powrotem w dół aż do lędźwi. Karmiła się każdym najcichszym szmerem, który wychodził spomiędzy jego ust. To była niemal jak melodia, która wybrzmiewała tylko dla niej. Sloane chciała w ten sposób myśleć, bo dlaczego niby miałaby myśleć inaczej? Byli tutaj sami, a Ezra, nie miała wątpliwości, że potrafi być skurwielem, to raczej nie był a tyle zepsuty, aby myśleć o innej, kiedy ona go dotykała i całowała.
OdpowiedzUsuń— Mhm, to zdecydowanie jeden z powodów, dlaczego tak bardzo cię nie znoszę.
Potrafił wyciągnąć z niej to, czego Sloane mówić nie chciała. Robił to na tyle sprawnie, że blondynka się poddawała bez większej walki. Nawet nie czuła potrzeby, aby się przed nim bronić. Pozwalała na to, aby zaglądał w miejsca, które trzymała w zamknięciu przed światem.
Westchnęła, kiedy jej nie odpowiedział. Czekała na coś zupełnie innego.
Nie była jednak pewna, czy wzdycha, bo jej nie odpowiedział czy przez sposób w jaki ją dotykał. Ten powolny, delikatny. Nie władczy i pełen siły, choć to te Sloane lubiła najbardziej. Robił to w dość spokojny sposób, od którego można było się uzależnić.
— Mogę dać fizyczną wyłączność. — Odparła. To mogła mu zapewnić. Dlaczego miałaby szukać uciechy w innym miejscu, kiedy Ezra mógł jej dać tak naprawdę wszystko? Sloane nie potrzebowała dziesięciu facetów, którzy będą spełniać jej zachcianki. Wolała tego jednego, który wcale nie uginał się tak łatwo. — Z tą emocjonalną… może być chwilowo problem, ale pracuję nad tym.
Dałaby wiele, aby nie być już zależną od nikogo. Od żadnego faceta z przeszłości. Wyleczyła się z jednego, cóż z dwóch. Został jeszcze trzeci. Ten najważniejszy. Ten, który nie potrafił opuścić jej serca, choć on ją ze swojego wykopał już dawno temu, a ona wciąż nie potrafiła tego pojąć. I żadne przypomnienie – ma żonę i dziecko w drodze – nie działało. Sloane tego nie widziała. Ale ten dzień nie był o nim. Właściwie nie o niego się wściekała. Nie tak naprawdę. Wściekała się na Ezrę i na tym gniewie zamierzała się skupić.
Sloane mówiła dużo i nie zawsze jej słowa pokrywały się z czynami. Nawet nie była zaskoczona, że Ezra teraz jej nie wierzył. Ona sama sobie by nie uwierzyła, ale to jeszcze niczego nie zmieniało. Chciała, aby on był wyłącznie dla niej. Bez modelek i aktorek, ale jak mogła tego od niego wymagać? Kiedy jeszcze kilka dni temu zapewniała, że jej to pasuje i aby pieprzył się z kim mu się zamarzy, gdy jej nie ma w pobliżu.
Nie miała żadnego planu na to, kiedy go tutaj zabrała. Działała pod wpływem impulsu. Zwykle impuls prowadził do tragedii w jej przypadku, ale nie była naćpana. Nie była pijana. Była trzeźwa i skupiona. Wciąż wkurzona za tamte dziewczyny, o których mu nadal nie powiedziała.
Dłonie blondynki były delikatne. Można to było niemal pomylić z czułością, kiedy tak dotykała jego klatki, jak poprawiała kołnierzyk przy jego szyi. Spoglądała mu w oczy w lustrze. Chciała zobaczyć do czego to doprowadzi. Lubiła zabawy, a już zwłaszcza takie, w których nie było wiadomo, jaki krok będzie następny. Było zabawniej, kiedy sama nie wiedziała co zrobi za dwie sekundy.
Czasami potrzebowała kontroli. Nie tylko iluzji, ale prawdziwej świadomości, że ją ma i może robić to na co będzie miała ochotę, a on się posłucha i nie będzie tego kwestionował. Teraz w zupełności wystarczy jej iluzja. Ułamek pewności, że zrobi dla niej to, co siedzi jej w głowie.
Kącik jej ust lekko się uniósł, kiedy się odezwał. W rozbawieniu, drobnej irytacji. Palce zacisnęła z kolei mocniej na jego ramionach, a głowy nie zwróciła w jego stronę. Mogła, a wtedy znów miałaby go milimetry przed sobą.
Dopiero, gdy się odezwał, a głos przesiąknięty miał zazdrością Sloane na niego spojrzała.
— Kochanie, nie pieprzyłam się z nikim poza tobą. — Nie kłamała. Nie tym razem. — I ci chłopcy… Nie jest zabawnie, kiedy wykonują polecenia bez małego oporu. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, aż do oczu, w których już nie było rozbawienia, a ciemność, która nakręcała ją tylko bardziej.
Krzyk był sposobem Sloane na wyrażenie się, ale to cisza krzyczała czasami najgłośniej. I docierała w miejsca, które wrzaski omijały. Zwilżyła delikatnie usta językiem, a byli na tyle blisko, że równie dobrze mogła nim sięgnąć go jego ust.
Usuń— Może powinnam do nich wrócić. Pobawić się tak, jak lubię… Odesłać ich wtedy, kiedy będziesz przejeżdżał obok, abyś wiedział kto u mnie był. — Wysyczała. Paznokcie zaczepiła o skórę. Powinien wiedzieć. Zacisnęła usta, jakby powstrzymywała się przed powiedzeniem czegoś więcej. — Zabrać jednego na lunch… dać się zmacać pod stołem, kiedy siedzisz parę stolików dalej i nic nie możesz z tym zrobić.
Sloane uśmiechnęła się lekko, a potem zerknęła na nich w lustrze.
— Och, rozważamy taką opcję? — Prawie się ucieszyła. Prawie. — Uklękniesz. To kwestia czasu, a nie żadnego pieprzonego „być może”. — Wyjaśniła mu. Była tego rozbrajająco pewna. — Wyobraziłeś sobie, kiedy o to poprosiłam. Widziałam to w twoich oczach.
Musiałby się bardzo starać, aby nie chcieć mieć jej nad sobą. Zmrużyła oczy, kiedy ta myśl przeszła jej przez głowę. Zbyt ostra, aby ją zignorować. Zbyt bolesna. I jednocześnie zbyt prawdziwa. Krótko przygryzła wnętrze policzka. Coś co było mieszanką złości i zawodu błysnęło jej w oczach.
— A może jednak nie chcesz… — Wyprostowała się. Dłonie wciąż miała na jego ramionach. Tym razem się nie uśmiechała, a faktycznie rozważała myśl, że może jej nie chcieć. — Nudzę cię? Nie jestem dość dobra, abyś to dla mnie zrobił?
Odpowiedzi miała podane już wcześniej i choć wiedziała co może powiedzieć, to wolałaby to usłyszeć z jego ust.
— Nie wiem, czy chcę się bawić w reżyserkę, jeśli udajesz. — wzruszyła ramionami. — Żadna zabawa, jak mam cię do czegoś zmuszać.
sloane
Była tak naprawdę niezdecydowana. Chciała z jednej strony wyłączności, której sama nie mogła mu podarować i wkurzała się za każdym razem, kiedy tylko pomyślała o nim z inną. Z drugiej potrzebowała tej wolności i świadomości, że nie jest nikim i niczym ograniczona, a co sama sobie zbierała, bo nie potrafiła w pełni wyjść z przeszłości, która tylko tym powinna być. Zamkniętym rozdziałem, którego już się nie rozgrzebuje. Bo to nie był rozdział, który można przeczytać znowu i znaleźć ukryte smaczki. Ten był w pełni skończony, a Sloane w końcu musiała do siebie dopuścić myśl, że nic więcej w tym temacie się nie wydarzy.
OdpowiedzUsuń— Mam sentyment do wielu rzeczy.
Większy niż mógł się spodziewać. Na ogół spychała to wszystko na bok. Zbyt intensywne myślenie ją przytłaczało. Prowadziło do tego, że zaczynała robić głupie rzeczy. Mówić zbyt wiele. Otwierać się, kiedy należało się zamknąć i nie dopuszczać do siebie nikogo.
I znowu to robiła.
Ufała mu, bo dał jej trochę uwagi. Opowiadała o tym co ją boli, gdzie jeszcze szczypie. Zdradzała rzeczy, których nie mówiła ot tak. I po co? Aby za jakiś czas znowu zostać samej? Wiedziała już jak to się kończy. Ucieknie, kiedy zrobi się zbyt poważnie. Tak, jak miała to w zwyczaju. Nakłamie w oczy. Powie coś co zaboli i sprawi, że nie będzie potrafił na nią spojrzeć bez rezerwy, a potem będzie mogła chodzić i mówić, że znów została sama.
— Mhm, nie brałam cię za typa, który zna zazdrość. — Mruknęła. Widziała ją czasami w jego oczach. Słyszała czasem w głosie. Sprawiał jednak wrażenie wręcz obojętnego i nie pomyślała, że mogłoby mu przeszkadzać to, że czasem o nim wspominała. Nie musiała wymieniać z imienia. Ezra i tak wiedział.
Nic w jego dotyku nie było uspokajające. Mimo, że takie właśnie miało być. Sloane lekko drgnęła, jakby ciało szukało ucieczki, choć wcale odsuwać się nie chciała. Kilkoma słowami trafiał w odpowiednie miejsca.
— Bez wyłączności. Bez deklaracji. Bez przejmowania grafików. — Powtórzyła po nim. Ani nie brzmiała na obojętną ani nie brzmiała na złą. Coś pomiędzy co nie miało obecnie konkretnej nazwy. — Tak, jak miało być, prawda? Bezpiecznie dla wszystkich.
W głębi wiedziała, że Ezra ma rację, ale nienawidziła mu jej przyznawać. Wykłócałaby się z nim, że dwa i dwa to pięć i tylko po to, aby nie powiedzieć tych dwóch słów „masz rację”. Znalazłaby teorię, która potwierdza jej punkt widzenia i rzuciła mu nią prosto w twarz. Dla podkreślenia własnego punktu. Zwłaszcza tego błędnego.
— Wyczuwam, „ale” na końcu tego zdania.
Rozumiała go. Naprawdę. Sama wymyśliła te zasady po to, aby go chronić. Nie siebie, jego. I dokładnie te same zasady właśnie próbowała złamać, bo przez parę dni poczuła się odsunięta na bok. Choć to nie było tak, że ją ignorował. To ona ignorowała jego, bo nie potrafiła się dostosować do „regulaminu”, który sama mu podyktowała i jakby trzeba było to podpisałaby się pod nim własną krwią.
Wygładziła po raz kolejny kołnierzyk. Tak idealnie złożony. Równy. Niby patrzyła w lutro, ale częściej patrzyła na niego. Nie w lustrze. Wolała żywy obraz od odbicia.
— Może czasami jest, ale… znasz to uczucie, prawda? Kiedy ktoś robi wszystko tylko po to, aby cię zadowolić? Nie podważa niczego co powiesz. — Musiał znać. Niejedna pewnie się zabijała z drugą o jego uwagę. I żeby nie zrozumiał jej źle, Sloane się również gotowa o nią była zabijać, ale sama ze sobą. Nie chciała walczyć z innymi o to, aby na nią popatrzył. — To nie był, Ezra. To była prośba. Odrzuciłeś ją, a ja nie będę naciskać. Jeśli przyjdzie dzień, kiedy będziesz chciał to zrobić… to to zrobisz, a jeśli nie… zawsze mam wyobraźnię, a ta jest bardzo bogata.
Nachyliła się nad nim. Dłonie układając płasko na jego ramionach. Zwróciła głowę w jego stronę, a zapach perfum mężczyzny stał się jeszcze intensywniejszy. Przymknęła na moment oczy, pozwalając sobie na chwilę odcięcia się od tej rozmowy.
— Podeślę ci filmiki, jakbyś chciał zobaczyć co moja wyobraźnia potrafi zdziałać, kiedy jestem sama.
Już wiedziała, że nie zamierzał spełniać jej zachcianek. Szkoda, ale mogła nad tym z nim popracować. I też nie do końca chciała, aby robił wszystko co powie. Czasem, owszem chciałaby mieć władzę absolutną, ale dziś mogła obejść się smakiem.
Usuń— A jestem ważna? — Nie pytała, czy jest najważniejsza, bo nie była. Aż tak kompletnie oderwana od rzeczywistości nie była, aby sądzić, że stawiał ją na pierwszym miejscu. W pracy? Być może. W życiu osobistym? Nie zasłużyła na to.
Wzruszyła powoli ramionami. Lewa dłoń zsunęła się z ramienia na klatkę. Jego skóra była w dotyku przyjemnie ciepła, miękka. Sloane zatoczyła palcem niewielkie kółko na jego torsie.
— Myślałam, że to oczywiste czego chcę. — Odparła. Jednak nie była zaskoczona, że o to pyta. Po wszystkich słowach, które między nimi padły to chyba było jedno z tych właściwszych pytań. — Lubię wygrywać, ale bardziej od wygranej mnie interesuje ten, z którym w tę grę gram.
Uśmiechnęła się delikatnie, prawie opierając policzkiem o jego ramię. Nachylona z tyłu, blisko mężczyzny, który miał być jednorazową zachcianką, a stawał się powoli kimś o kim nie mogła zapomnieć, choć starała się to robić, bo nic dobrego w końcu z tego nie wyjdzie.
— Dałoby mi ciebie. Tyle ci na razie musi wystarczyć. — Powiedziała bez zdradzania więcej, a jednocześnie i tak powiedziała mu tym więcej niż chciała. — Ale muszę obejść się smakiem, prawda?
sloane