Myślałem, że rozpacz jest elementem nie do zniesienia, że dławiąca nieumiejętność, by wstać rano z łóżka, umyć się czy zjeść to części spójne z tragedią, jednostajnie paskudne i ciężkie jak ołów. Myślałem, że gdy w końcu wezmę prysznic albo spojrzę w telefon, coś się zmieni. Myślałem, że gdy przestanę wyć, nastąpi akceptacja albo złość, albo inna, równie użyteczna emocja.
Zamiast tego jednak przyszły nicość i odrętwienie, a tęsknota za cierpieniem, jak dokuczliwy efekt uboczny, zawisła w powietrzu kwaśnym posmakiem na języku. Stracony potencjał i niewykorzystane pokłady ambicji, ten dzieciak, który miał przed sobą taką świetlaną przyszłość, a zamiast komponować muzykę, komponował jedynie dźwięki ignorowanych połączeń. Dzieciak, który w końcu wyszedł z łóżka i w milczeniu rozpoczął wędrówkę przez kolejne lata, jak żołnierz, który wie, że czeka go jedynie stracenie.
A teraz, gdy minęło zbyt wiele czasu by czuć cokolwiek, udaję. Ciężar maski od lat jest prawie niewyczuwalny, ta zrosła się z moją twarzą. Jak huba. Jestem porośnięty kłamstwem jak grzybem i nie mam pojęcia czy istnieje jakakolwiek część mojej osoby, która wciąż jest prawdziwa. Uśmiech, który zakładam to szereg wyuczonych drgań mięśni. Dzieci uczą się alfabetu, ja nauczyłem się rozciągać usta jak profesjonalista. Z ogromnym zaangażowaniem podchodzę do mojej roli: jestem sercem imprezy, lekkoduchem bez zmartwień, tym typem, o którym mówi się, że po prostu wie jak się dobrze bawić. Z pewnością wiem, jak nie orzygać sobie butów po całonocnym piciu. Jestem cyniczny, płytki i nieszczególnie przyjemny przy każdym bliższym kontakcie; nadzwyczaj wręcz czarujący, gdy tylko nie ma to żadnego znaczenia. Nie utrzymuję przy sobie ludzi i nie utrzymuję siebie przy żadnym zajęciu, chwytam się wszystkiego, byle zająć czas jak najciaśniej, a czy będzie to pośladek, czy kolejna, przypadkowa fucha, nie robi mi większej różnicy. Nie jestem wybredny. Mogę zatopić nos zagłębieniu szyi, a mogę dłonie w brudnej wodzie do naczyń. Póki nie trzeba myśleć. Póki można z uporem maniaka powtarzać: u mnie w porządku.
Dwadzieścia siedem lat, z czego ostatnich dziesięć spędzonych na absolutnie niczym konkretnym. Zero prawdziwej pracy czy wykształcenia, chwytanie się każdej dorywczej roboty, która pojawia się na horyzoncie, od miesiąca na zmywaku, przez dwa tygodnie w sklepie z kanapkami, kolejnych kilka kserując dokumenty. Nic na stałe, nic na poważnie. Zbyt żałosnym byłoby dalsze rozpamiętywanie swojej nastoletniej miłości, tej samej, która trzymana w tajemnicy nie mogła wyjść na światło dzienne, a której żniwo zbiera po dziś dzień, gdy tylko w rocznicę śmierci telewizyjne nagłówki znów poruszają temat zbyt szybko utraconego talentu. Chciałby złościć się za bycie sekretem, za to że nikt nie mógł się dowiedzieć, a więc i po, nie było miejsca dla smutku czy żałoby, ale i na to nie ma siły, bo przecież ten wypracowany uśmiech sam nie rozciągnie się na ustach.
[Cześć! Nieco przygnębiająca ta karta, ale jednocześnie bardzo prawdziwa. Widzę Wayne'a jako jedną z twarzy, które w swoim teledysku lub jakimś projekcie chciałaby uwiecznić Andrea. ♥
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zabawisz u nas na dłużej. Mnóstwa weny i ciekawych wątków! :)]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
[Hejka!
OdpowiedzUsuńKurczę, smutna ta karta. Oby ten wypracowany uśmiech kiedyś zastąpił taki bardziej szczery i beztroski.
Zapraszam do mojej panny, a nuż wpadniemy razem na coś fajnego <3]
Powder Smith
[Dobry wieczór, cześć i czołem :) Zgadzam się z dziewczynami, smutna ta karta postaci, ale jednocześnie bardzo prawdziwa. Wayne jest bardzo prawdziwy, z powodzeniem mógłby być jednym z nas, choć nikomu nie życzę takich odczuć i takich doświadczeń. Mam nadzieję, że uda mu się wyrwać z tego błędnego koła, w które wpadł i choć nie wiem, co miałoby go z niego wyrwać (a może musiałby to być ktoś?), to będę mocno trzymać za to kciuki!
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że zostaniesz z nami na długo i życzę udanej zabawy, nie takiej udawanej i nie na siłę ;)]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Jak najbardziej możemy iść w tym kierunku. Ostrzegam jednak: bar w którym pracuje Powder to totalna speluna, jeśli to nie przeszkadza Wayne'owi to zapraszamy na wspólną zmianę. <3
OdpowiedzUsuńŻeby trochę podkręcić możemy dodać jakiegoś agresywnego klienta, albo może jakąś bójkę? :D]
Powder Smith
[Andy nie nagrywa profesjonalnych teledysków, a raczej takie swobodne klipy, które pokazują miasto, jego mieszkańców i życie. Czasami, kiedy jedna osoba zachwyci ją bardziej, decyduje się nawet na rozmowę i próbuje coś dla siebie ugrać, i w takiej sytuacji możemy ich postawić na starcie, jeśli Ci to pasuje. Myślę, że Andy, która nie ma pieniędzy, może próbować negocjować na różne sposoby. ;>]
OdpowiedzUsuńAndrea Wilson
[A więc podrzucam początek, poleciałam na żywioł. Co ma być to będzie :D]
OdpowiedzUsuńPowder zawsze przychodzi do pracy zawsze kilka minut wcześniej, choć nikt tego od niej nie wymaga. Ba!, nawet gdyby się spóźniła to najpewniej nikt by tego nie zauważył. Nie w takim miejscu. Ona jednak jest punktualna, to nawyk, który nabyła jeszcze na farmie. Jej ojciec źle znosił wszelkie spóźnienia, a kara za nie była nieprzyjemna. A ona wolała unikać kar, być może dlatego zawsze była ulubienicą tatusia. Grzeczna, posłuszna i ułożona. Przynajmniej do dnia, w którym postanowiła uciec i odciąć się od starego życia. W barze na Bronxie panuje półmrok, chłód i zapach wczorajszego alkoholu, który nigdy do końca nie znika. Powietrze jest ciężkie, stojące, jakby bar wstrzymywał oddech między jednym dniem a drugim, a ona ma wrażenie, że wciąż unosi się tu dym papierosowy. Otworzyła więc okna, chcąc wpuścić nieco świeżego powietrza. Następnie zapaliła światła, a żółtawe światło oświetliło to miejsce, pokazując je we wszystkich niedoskonałościach: odsłoniło rysy, pęknięcia w blacie, obdrapane stoły i rozlane trunki. Na ostatnie była w stanie coś poradzić, więc chwyciła w smukłe palce szmatę, przecierając blaty. Stając za barem, zdjęła kurtkę, wciskając czapkę i szal w jej rękawy i wieszając ją na chybotliwym wieszaku na zapleczu. I tak zaczyna się jej praca. W mechaniczny sposób wytarła szkło, sprawdza butelki, przeciera blat, choć doskonale wie, że zaraz i tak będzie lepki. Zaraz bar zapełnia się pierwszymi klientami. Powder zna te twarze już niemal na pamięć. Zawsze ci sami mężczyźni, zmęczeni swoim życiem, głośni i wulgarni, wlewający w siebie litry taniego piwska. Czasami przychodzą ze swoimi dziewczynami, młodymi i zagubionymi ćpunkami, które nie ogarniają rzeczywistości. Te dziewczyny są idealnym kąskiem dla Nate’a, miejscowego dilera, który czasem przychodzi do baru i opycha im jakieś tanie i nędzne narkotyki.
— Powder, dziś nie będziesz sama. Ktoś przyjdzie na zastępstwo. — z zaplecza doszedł ją głos szefa, ciemnoskórego mężczyzny po pięćdziesiątce. — Poradzicie sobie — właściwie stwierdził, a nie zapytał.
— Dobrze, ale kto… — nawet nie zdążyła zadać pytania. Kiedy obróciła się w jego stronę, aby dopytać o coś więcej, ten zniknął za drzwiami, a ona już wiedziała, że dziś raczej nie wróci. Westchnęła ciężko, wracając do wycierania szklanek i zerknęła na zlew piętrzących się naczyń. Przynajmniej nie będzie musiała ogarniać tego sama.
Kiedy dochodziła dwudziesta do baru wszedł młody chłopak, o ciemnych włosach. Podobnie jak ona, nie pasował do tego miejsca. Gdy stanął przy ladzie Powder uśmiechnęła się do niego niepewnie, jakby nie wiedziała, czego może się spodziewać.
— Hej, Ty przyszedłeś na zastępstwo za Jacka, tak? — zapytała, ale było to dość oczywiste. W końcu znała niemal każdego klienta baru, a tu wyjątkowo rzadko pojawiał się ktoś nowy. — Jestem Powder. — przedstawiła się, unosząc kąciki ust w bladym uśmiechu. — Spóźniłeś się. — zauważyła, zerkając na zegar wiszący na ścianie. — Zresztą, kogo to obchodzi? — westchnęła cicho. — Łap za szmatę, a ja idę podać im piwo. — wskazała na zlew pełen brudnych kufli po piwie, rzucając ścierkę stolik prosto w niego. Sama zaś chwyciła zgrabnie tace wypełnioną kuflami z piwem i ruszyła w kierunki stolika przy którym siedziało czterech latynosów. Postawiła piwa na ich stoliku i czym prędzej się ulotniła, nie chcąc słuchać na swój temat niewybrednych komentarzy. Wróciła za bar, obserwując swojego nowego kolegę z pracy.
— Głównie lejemy piwo, czasami ktoś wypije shota wódki albo tequili. Żadnych wymyślnych drinków, nie sprzedajemy jedzenia. Właściwie to tyle. — wzruszyła obojętnie ramionami. — Ja robię wszystko. Stoję za barem, jestem kelnerką, sprzątam. Nie będę Cię niczego uczyć, ani nic pokazywać, bo nie ma czego. — stwierdziła cicho. — Aha. Swoje osobiste rzeczy trzymaj blisko siebie… — uprzedziła go, bo kradzieże zdarzały się tu dość często. — I nie wkurzaj klientów… są... specyficzni. — ściszyła głos jeszcze bardziej, jakby w obawie że ktoś mógł ją usłyszeć.
Powder Smith
[Cześć, już po samym zdjęciu wiedziałam, że nie będzie różowo, ale takiej żałoby i tęsknoty nie spodziewałam się wcale. Mimo że karta i kawałek historii pokazują smutek, to jest w tym też ładna i spójna historia, aż ciekawi mnie jaki był te kilka lat temu, przed stratą. Gorycz, rozczarowanie i tłumiona złość, to chyba główne kolory wraz z smutkiem w palecie barw, w której tworzy maski. I szorstki cynizm mega pasuje!
OdpowiedzUsuńMam takie skojarzenie, że ten jego los tak wiruje jak niesione nad ziemią przez wiatr potargane piórko, albo ledwie się tli jak gasnące ognisko, w którym jeszcze czasem żar ożywia zimny wiatr...
Smutne i przykre, ale ładnie napisane. Życzę wątków, które pobudzą wenę jeszcze bardziej!]
Emma/ Lily
[ Hej! Nie odkryję Ameryki, więc po prostu przyznam to, co wszyscy już zdążyli zauważyć: smutny los spotkał Wayne. My autorzy kochamy tworzyć nietuzinkowe i smutne historie, które rzucają naszych bohaterów na kolana... Mam nadzieję, że Wayne w końcu zazna choć odrobiny szczęścia, że przepracuje swoją stratę, o której nie można mu mówić głośno i w końcu wyjdzie na prostą, znajdzie miejsce, w którym zostanie na dłużej. Może kogoś, kto pokaże mu, że czasami trzeba pójść do przodu.
OdpowiedzUsuńMarisol może zawsze pomóc, choć na chwilę rozbawić i podnieść na duchu, bo sama dobrze wie, jak boli strata. ]
Marisol Rivera