EVE MARGARETT JOHNSON
Ur 8.02.1992 r w Aspen - W Nowym Jorku ledwie parę tygodni | Lekarz Internista w jednej z nowojorskich klinik | 4 lata małżeństwa o którym wcale nie chce wspominać | Odziedziczony loft na Brooklynie | Wspinaczka górska jej miłością od dziecka
Jest słońcem, które nie zna zachodu. W murach kliniki jej obecność jest pierwszą rzeczą, jaką czują pacjenci – to ten poranny uśmiech, który rozprasza mrok korytarzy i daje nadzieję, zanim jeszcze zadziała pierwsza dawka leku. Jest przy nich również wieczorem, gdy światła na salach cichną; jej głos staje się ostatnim dźwiękiem, który słyszą przed snem – cichą obietnicą, że jutro nadejdzie i z pewnością będzie lepsze.
W jej żyłach płynie czysta energia, niczym pierwszy łyk mocnej, czarnej kawy o świcie – gwałtowna i niezbędna do życia. Kryje się w niej też natura dzikiej róży. Jej kolce są ostre, wyhodowane przez lata trudnych doświadczeń; chronią to, co w niej najbardziej kruche i bolesne. Ona sama stara się jednak za wszelką cenę o nich zapomnieć, chowając rany pod białym fartuchem.
Mimo że każdego dnia otaczają ją setki ludzi, w sercu nosi ciszę samotności. Jej domem stała się praca, a rodziną ci, których leczy. Nie potrafi być jedynie obserwatorem – ona z nimi współistnieje. Śmieje się do łez, siedząc na brzegu łóżka i słuchając starych anegdot, jakby każda z nich była najcenniejszym skarbem świata. Ale te same oczy, które błyszczą radością, potrafią też utonąć w żalu. Kiedy nadchodzi kres, nie odwraca wzroku. Siedzi przy swoich pacjentach do samego końca, trzymając ich za dłonie, dopóki nie staną się zimne. Spogląda łagodnie na gasnące oczy, odprowadzając ich sercem tam, gdzie sama nie może jeszcze wejść.
Poświęca każdą minutę, każdy oddech i każdą myśl służbie innym, jakby w ten sposób próbowała zagłuszyć pustkę czekającą na nią za progiem ciemnego mieszkania. Jest słońcem dla świata, spalającym się, by dawać innym ciepło. W głębi duszy wciąż jednak gdzieś tam ma nadzieję, że w jej życiu pojawi się ktoś, kto odważy się dotknąć kolców i w końcu ogrzeje jej własne, zmarznięte dłonie.
Sznurki (w budowie)
Cześć!
Mamy do oddania ex męża i szukamy śmiałka z którym Eve będzie się świetnie bawić. Zainteresowanych zapraszam o tu - ✉️ coralinesdiaryx@gmail.com

[Nie potrzebuję wiele, bo mnie do tej karty przyciągnęło jedno zdanie i to już zawarte na początku — wspinaczka górska jej miłością od dziecka ❤️ Jako dziołcha z gór rozumiem to najbardziej!
OdpowiedzUsuńPowiem Ci, że uśmiech u lekarza to podstawa, dlatego cieszę się, że Twoja bohaterka obdarza nim swoich pacjentów, bo najgorzej trafić do gbura. Miałam „przyjemność” być u takiej pani doktor dwa tygodnie temu, prywatnie, prawie 400zł za wizytę, a empatii za grosz.
Widać, że praca jest dla niej wszystkim. Opisałaś to tak, że Eve to lekarz z powołania, a nie ktoś, kto zakłada fartuch lekarski i szpanuje. Fajna postać, ale niech w Nowym Jorku zjawi się ktoś, kto wyciągnie ją z murów kliniki, pokazując jej, że dom można mieć też w innym miejscu ^^
Podzielisz się ze mną informacji na temat ex męża i śmiałka?
Pozdrawiam!]
Natalie Harlow i Vanessa Kerr
[Cześć! A mnie przyciągnęły nie tylko zdania z karty, ale ogrom ciepła, jaki od Was bije! Jestem zauroczona 💙 Eve jest taka autentyczna w tym, co daje, że od razu nasuwa mi się pytanie, co to za patafian odszedł z jej życia i jak bardzo ją zawiódł... Bo ona nie wydaje się kobietą, która łatwo odpuszcza złożone przysięgi. Jest promyczkiem, niezaprzeczalnie, ma w sobie również wiele świeżości i slodkiego uroku. Jest cudowna!
OdpowiedzUsuńŻyczę wspaniałej zabawy i jakiegoś porywu dla serca, który troszkę stępi te różane kolce. W razie chęci zapraszam do siebie 😊]
Emma / Lily
[Jakie to przykre, że taka ciepła osoba gdzieś w czterech ścianach własnego domu musi mierzyć się z taką pustką. No, jest to po prostu niesprawiedliwe. Dlatego mam ogromną nadzieję, że zaplanowałaś dla niej same dobre rzeczy, niech Nowy Jork wniesie mnóstwa słońca do jej życia! :) Życzę dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
[Dobry wieczór, jest mi bardzo miło powitać Cię w naszym gronie :) Eve to taka postać, którą chce się podziwiać - dobrze pamiętam, że kiedyś wymyśliłam sobie, że zostanę właśnie lekarzem, po czym im starsza byłam, tym bardziej docierało do mnie, jak trudny jest to zawód i finalnie doszłam do wniosku, że tego nie udźwignę. A jest co dźwigać, bo oprócz ogromu wiedzy do przyswojenia, trzeba dźwigać także ludzkie historie i emocje, niejednokrotnie bardzo trudne.
OdpowiedzUsuńStąd chylę czoła, że w tym wszystkim Eve pozostaje dla swoich pacjentów tym słońcem :) I podobnie jak ona, liczę na to, że ktoś stanie się jej słońcem - tak, żeby miała kogoś, w kogo blasku ogrzeje się i odpocznie :)
Życzę udanej zabawy na blogu z masą udanych wątków!]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Dobry wieczór. ^^
OdpowiedzUsuńAch, to chyba z dziesięć już lat jak nie widziałam Kristiny na wizerunkach. Mam z nią masę świetnych wspomnień, a z biegiem lat ona tylko lepiej wygląda. ^^ Od postaci Eve bije spory smutek. Całe szczęście, że wyrwała się z małżeństwa, a choć nie zdradziłaś za wiele to lepiej jej na pewno jest jako singielce. Oby w końcu zaczęła myśleć również trochę o sobie, bo nie ma co się tak dla innych poświęcać. Nawet jeśli to szlachetne. ^^ Udanej zabawy życzę na blogu!^^]
sophia moreira & sloane fletcher
[Czyli liznęłaś trochę tego tematu! ^^ Ja też, ale wyłącznie za pomocą bloga, ponieważ moja pierwsza, wieloletnie postać tutaj była ratowniczką medyczną ^^ Zatem może ja też mogę to sobie zaliczyć jako jakieś życiowe osiągnięcie? ^^
OdpowiedzUsuńOjej, dziękujemy za te miłe słowa ❤️ Staramy się i robimy, co możemy, a gdybyśmy same tego nie lubiły - zarówno pisania, jak i prowadzenia bloga, to pewnie tak dobrze by nam to nie szło. I to świetnie, że pamiętasz NYC jeszcze z czasów Onetu i że teraz znowu jesteś z nami ❤️]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Hej! Jaki z niej człowieczek o dobrym serduszku, jej pacjenci mają szczęście, że ktoś taki się nimi opiekuje, nie zawsze w tym środowisku można liczyć na tyle wsparcia :) Mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto ogrzeje te jej dłonie i wniesie trochę słońca do jej życie, zwłaszcza, że ona sama to taki promyczek 🩷 Przyszedł mi do głowy pomysł na wątek, gdybyś miała oczywiście ochotę. Rowan podczas pobytu w zakładzie karnym mógł trafić do kliniki w której ona pracuje i jako jedyna mimo tego, że to więzień i człowiek za pewne pilnowany przez funkcjonariuszy, nie bala się go i okazała mu serduszko. Teraz po wyjściu mógłby ją odszukać, albo przypadkiem na nią gdzieś wpaść i będzie chciał się jej jakoś odwdzięczyć :) Życzę dużo weny!]
OdpowiedzUsuńRowan&Lusya
[O, witamy koleżankę po fachu, może pracuje z Noah w jednej klinice? Myślę, że mają podobne priorytety w życiu i podejście do pacjentów, więc na pewno świetnie się dogadają. Chodź na wątek! <3]
OdpowiedzUsuńNoah Locke, Ethan Hochul, Aiden Brown, Blaise Ulliel
Rowan zatrzymał się gwałtownie przed wejściem na oddział, a echo jego ciężkich butów na sterylnym gumoleum niosło się nienaturalnie głośno po korytarzu. Szpitalny zapach, mieszanka środków dezynfekujących, starej kawy i choroby, uderzył w niego z siłą, której się nie spodziewał, natychmiast wywołując duszność, jakiej nie czuł nawet w najciaśniejszej izolatce. Przyszedł tu tylko po papiery. Dokumentacja medyczna miała być jego ostatnim ogniwem łączącym go z systemem, biletem do zamknięcia przeszłości, która wciąż ciągnęła się za nim jak cień. Był tak skupiony na tabliczkach informacyjnych, że nie zauważył wychodzącej zza rogu kobiety w białym kitlu. Zderzenie było nieuniknione. Choć Rowan zareagował instynktownie, próbując wyhamować swoje prawie dwumetrowe ciało, i tak niemal taranował drobną postać.
OdpowiedzUsuń- Przepraszam, ja... - zaczął, wyciągając rękę, by ją podtrzymać, ale zamarł w połowie gestu. Zamiast zirytowanego spojrzenia lekarza, któremu właśnie przerwano dyżur, napotkał oczy, które znał aż za dobrze. Te same oczy patrzyły na niego przez kraty ambulatorium, gdy wszyscy inni widzieli w nim tylko numer seryjny i „ćpuna, który zabił człowieka”. Odsunął się o krok, czując, jak jego klatka piersiowa gwałtownie się unosi. To była ona. Jedyna osoba w białym fartuchu, która kiedyś podała mu szklankę wody bez pogardy w spojrzeniu i która mówiła do niego po imieniu, gdy reszta świata o nim zapomniała. Odetchnął głębiej, a napięcie w jego barkach, które towarzyszyło mu od samego progu szpitala, nieco zelżało. Przesunął dłonią po karku, czując pod palcami krawędź bawełnianej koszulki zamiast szorstkiego, pomarańczowego drelichu. To było dziwne uczucie, stać przed nią jako wolny człowiek, bez strażnika depczącego mu po piętach i bez ciężaru metalu na nadgarstkach.
- Miło panią widzieć, doktor Johnson, Muszę przyznać, że o wiele lepiej rozmawia mi się z panią teraz, kiedy nie mam na sobie kajdanek i może pani zobaczyć we mnie kogoś, kto przynajmniej w połowie przypomina normalnego faceta - uśmiechnął się do niej blado, ale szczerze. Pamiętał każdą chwilę, gdy w tamtym ponurym miejscu okazywała mu minimum ludzkiej przyzwoitości, gesty, które dla innych były niczym, dla niego stanowiły wtedy kotwicę.
- Nigdy nie miałem okazji pani podziękować. Za tamto... za wszystko, za to, że traktowała mnie pani jak człowieka, kiedy sam o tym prawie zapomniałem - dodał, a potem zerknął na zegarek na ścianie korytarza i znów na lekarkę - Wiem, że w tym miejscu czas liczy się inaczej, ale jeśli nie jest pani w trakcie ratowania komuś życia, to czy dałaby się pani zaprosić na szybką, dziękczynną kawę? - wyprostował się, a jego potężna sylwetka w cywilnych ubraniach wciąż dominowała w przestrzeni, ale tym razem bił od niego spokój, którego doktor Johnson prawdopodobnie nigdy u niego nie widziała.
Rowan
[Pokusiłam się w takim razie o rozpoczęcie ❤️]
Przez chwilę stał nieruchomo, niemal przytłoczony ciepłem bijącym od doktor Johnson, a potem delikatnie odwzajemnił uścisk, starając się nie przygnieść jej swoją posturą.
OdpowiedzUsuń- „Ulubiony pacjent”? - powtórzył z cichym, gardłowym śmiechem, a w jego spojrzeniu pojawił się błysk, którego dawniej nie było - Obawiam się, że reszta personelu miałaby na ten temat nieco inne zdanie, ale cieszę się, że akurat pani zachowała takie wspomnienia - ruszył obok niej, starając się dostosować swój długi krok do jej tempa. Słuchając o jej intensywnym poranku, poczuł ukłucie podziwu. Widział, jak inni lekarze traktowali go jak kolejny punkt w grafiku, ale ona zawsze wnosiła do sali coś więcej niż tylko diagnozę. Wnosiła nadzieję, której on wtedy panicznie się bał, bo nadzieja w więzieniu potrafiła boleć bardziej niż samotność.
- Czyli jednak kofeina to paliwo rakietowe lekarzy - zażartował, a jego głos stał się cieplejszy, gdy mijali kolejne sale - Skoro ma pani dla mnie te papiery, to znaczy, że oszczędziła mi pani co najmniej dwóch godzin walki z biurokracją w okienku na dole - uśmiechnął się. Kiedy dotarli do gabinetu, zatrzymał się w progu, pozwalając jej wejść pierwszej. Oparł dłonie na kolanach, patrząc na teczkę, którą położyła na biurku. Przez moment milczał, a potem dodał ciszej - Wie pani, tam, na oddziale więziennym, kiedy mówiła pani do mnie o „błahych rzeczach”, to był jedyny czas, kiedy nie czułem się jak wrak. Chciałbym, żeby pani wiedziała, że te rozmowy... one naprawdę miały znaczenie - przesunął wzrokiem po pierwszej stronie dokumentacji, sprawdzając swoje dane. Widok własnego nazwiska na oficjalnym piśmie, które nie było aktem oskarżenia ani raportem dyscyplinarnym, był dziwnie satysfakcjonujący.
- Wszystko wygląda w porządku. Zresztą, po tym jak postawiła mnie pani na nogi tam, w ambulatorium, te papiery to tylko formalność, ale skoro obiecałem tę kawę, to nie zamierzam się wykręcać biurokracją - powiedział, zamykając teczkę i podnosząc wzrok na lekarkę - Jestem gotów na to espresso. I naprawdę chętnie posłucham, co u pani, bo mam wrażenie, że przez te miesiące, kiedy ja uczyłem się na nowo obsługiwać smartfona, pani uratowała tu małe miasteczko - wstał, znów górując nad biurkiem, i ruchem ręki zaprosił ją do wyjścia z gabinetu - Proszę prowadzić, doktor Johnson. Mam nadzieję, że ta kawiarnia na dole ma wystarczająco mocną kawę, żeby postawić panią na nogi po tym poranku - uśmiechnął się, kierując za nią swoje kroki - Wie pani, właściwie to mam jeszcze jedną prośbę - zaczął, obracając w palcach teczkę z dokumentami - Skoro już nie leżę na tamtym twardym łóżku pod strażą, a pani nie musi wpisywać moich parametrów życiowych do systemu co dwie godziny, to może... może mogłaby mi pani mówić po imieniu? - zrobił krok w jej stronę, a jego sylwetka w tym małym gabinecie wydawała się jeszcze potężniejsza, ale teraz bacznie obserwował jej reakcję, jakby obawiał się, że przekracza jakąś niewidzialną barierę - „Pan Rowan” brzmi dla mnie wciąż jak wezwanie przed komisję dyscyplinarną. A po tym wszystkim, co dla mnie zrobiłaś tam, w środku, czułbym się o wiele lepiej, gdybyśmy zostali przy samym Rowanie. Zwłaszcza przy kawie - uśmiechnął się do niej szerzej, oczekując na jej reakcję.
Rowan
[Wszystko jest super, ucałuj ode mnie kotełka ❤️]
[To jest bardzo dobry pomysł, Emcia potrzebuje kopa, bo sama się z swoim życiem zebrać nie potrafi xDD niebawem przyjdę z zaczęciem, spotkanie w cukierni i przypadkowo odsłonięty siniaczek, pasuje? ;)]
OdpowiedzUsuńEmka
[Dziękujemy razem z Antonio za przywitanie :) Jestem chętna na wątek, ale ostatnio kiepsko z moimi pomysłami, więc jeśli masz ochotę na wspólną burzę pomysłów, to możesz odezwać się do mnie na chacie na gmailu: lifenotfair2@gmail.com :)]
OdpowiedzUsuńAntonio/Leonard
Rowan odsunął jej krzesło, dbając o to, by mogła usiąść w najbardziej komfortowym zakątku „Aromy”, z dala od przeciągów, a sam zajął miejsce naprzeciwko. Kiedy usłyszał swoje imię wypowiedziane przez nią tak swobodnie, poczuł dziwną lekkość. Eve. To imię pasowało do niej znacznie bardziej niż sztywny tytuł naukowy.
OdpowiedzUsuń- Eve... - powtórzył cicho, jakby sprawdzał, jak to słowo brzmi w jego ustach. - Miło to słyszeć. I nie daj się zwieść temu szpitalnemu zmęczeniu. Masz w sobie więcej życia niż połowa ludzi, których mijam na ulicy - uśmiechnął się. Kiedy padły pytania o wolność i to pierwsze uczucie za bramą, na moment zamilkł. Wpatrywał się w wirujący w filiżance ciemny płyn, a jego twarz stała się na chwilę bardzo poważna.
- To było przerażające - przyznał szczerze, podnosząc na nią wzrok - Każdy myśli, że to moment czystej euforii, jak w filmach, ale prawda jest taka, że kiedy brama się zatrzasnęła, a ja zostałem sam na chodniku z jedną torbą, poczułem się... mały. Pierwszy raz od piętnastu lat nikt na mnie nie krzyczał, nikt nie kazał mi stać w linii. Ta cisza była ogłuszająca. Czułem się, jakby ktoś wyrzucił mnie na środek oceanu i powiedział: „no, to teraz płyń” - upił łyk espresso, delektując się smakiem, który faktycznie był wart każdej wydanej monety - Ale potem wziąłem pierwszy głęboki oddech. Bez zapachu tytoniu, potu i środków czyszczących. To był zapach wolności. I wiesz co? Najlepsze było to, że mogłem iść w lewo albo w prawo. I nikt mnie nie zatrzymał. Wybrałem lewo, tylko dlatego, że mogłem - uśmiechnął się do niej, a w jego oczach pojawił się ten sam spokój, o którym wspomniała w gabinecie - Fizycznie czuję się świetnie. Chyba te wszystkie pompki i bieganie po spacerniaku jednak na coś się przydały, ale psychicznie... wciąż uczę się świata. Smartfony, te wszystkie aplikacje, kawa zamawiana przez tablet, czasem czuję się jak jaskiniowiec, ale radzę sobie - pochylił się nieco nad stolikiem, opierając przedramiona o blat - A ty, Eve? - uśmiechnął się, ale był to uśmiech pełen melancholii. Przesunął palcem po brzegu filiżanki, bacznie ją obserwując - Pamiętam, jak opowiadałaś mi o swoich marzeniach o medycynie, kiedy opatrywałaś mi żebra. Wyglądałaś wtedy na taką zmęczoną, a jednak, miałaś w sobie ten blask. Widzę, że on wciąż tam jest, choć podkrążone oczy mówią co innego. Powiedz mi szczerze: czy ten szpital to naprawdę to, co chciałaś osiągnąć? Czy może ta mała dziewczynka bandażująca misie wyobrażała sobie to wszystko trochę inaczej? - pochylił się nieco, skracając dystans między nimi, a jego postać, choć wciąż dominująca, promieniowała teraz dziwnym rodzajem spokoju - Bo jeśli szukasz kogoś, kto po prostu posłucha, bez oceniania i bez proszenia o receptę, to masz przed sobą eksperta od słuchania. Piętnaście lat w ciszy robi z człowieka niezłego słuchacza - podniósł na nią wzrok, a w jego ciemnych oczach odmalowało się coś, czego nie potrafił ukryć pod maską twardziela, czysta wdzięczność.
Rowan
Emma White była kobietą o delikatnej urodzie, której cichość i wycofanie zdawały się odzwierciedlać jej duszę. Od dwóch lat nosiła na drobnych ramionach ciężar tragedii, którą przeżyła, wierząc, że to ona spowodowała wypadek, w którym straciła bliskich. Wciąż strapiona i pełna bólu, próbowała odnaleźć w sobie siłę, by wrócić do życia, choć potrzebowała pomocy i tylko cud wyrwał ją z rąk śmierci, a później rozpaczy. Po śmierci mamy przejęła cukiernię, miejsce, które miało być jej ostoją i odskocznią od bolesnej przeszłości. Zawsze wiedziała, że to się wydarzy, bo pokochała to miejsce od pierwszego razu, gdy jako dziecko tu przyszła, ale nigdy nie sądziła, że stanie się to tak szybko i w takich okolicznościach. Wypiekała najlepsze ciasteczka, rozpieszczała sąsiedztwo słodkimi drobiazgami, a wśród ludzi starała się zachować jak najwięcej spokoju i cichej nadziei. Ale w środku czuła się popękana... pełna skaz i stłuczeń.
OdpowiedzUsuńPod tą spokojną fasadą łagodności kryła się głęboka samotność i nieustające koszmary, ale Emma szczelnie budowała wysoki mur pozorów, by nie dopuszczać ludzi zbyt blisko. Poza tym co jej się śniło i wybudząło w środku nocy, inne koszmary nawiedzały ją na jawie w domu. Jej ojczym, którego kiedyś uważała za opiekuna i rodzinę, zaczął ją obwiniać za tragiczny wypadek, w którym zginęła jego żona i pozwolił jej w to uwierzyć. Pozwolił jej nawet pogodzić się z tym, że każdy ma prawo za to winić.. Codziennie znosiła jego wyzwiska, szturchnięcia i popychania, chowając się za długimi swetrami, które zasłaniały jej ręce i szyję. Siniaki i otarcia ukrywała pod warstwami materiału, bojąc się pokazać je innym, choć czuła się coraz bardziej wyczerpana i samotna w tym ukryciu.
Cicha, wrażliwa i nieśmiała Emma unikała kontaktów, bojąc się odrzucenia i niezrozumienia. To wszystko zbyt mocno ją przytłaczało i w końcu... zapadała się w samej sobie. Nikła. W jej oczach można było dostrzec coś, co nie było dobre i co próbowała ukryć za miłym uśmiechem i słodkimi wypiekami.
Wybiła siedemnasta, gdy do jej cukierni weszła kobieta, już od progu serdeczna i uśmiechnięta. Zamówione specjalne rogaliki z nadzieniem cytrynowym, które Emma piekła z pasją i troską, czekały już spakowane w sztywnym pudełku za ladą na niskiej ladzie. Od kiedy Emma założyła konto w na socialach, jej cukiernia stawała się coraz bardziej popularna, przez wyraziste smaki, piekne wykonanie i dobre ceny. Wiedziała, że cukiernia to jedyne, co jej zostało i musi o to dbać najlepiej, jak potrafi nie tylko dla siebie, ale też ku pamięci mamy. Kobieta od razu zapłaciła, zamówiła kolejne wypieki i nim wyszła, zrobiła kilka zdjęć małych torcików, z których White była szczególnie dumna. Gdy wyszła, brunetka usiadła na krześle za kasą i odetchnęła głebiej, czując, że ta chwila rozmowy, ta radosna i wyrazista ekspresja klientki nieco ją zmęczyła, choć była jak orzeźwiający łyk zimnej wody, lub ratujący życie haust powietrza. Zaczesała opadające na czoło kosmyki w tył i podwinęła rękawy pod łokcie, pozwalając na chwilę ramionom opaść z całym tym ciężarem, jaki nosiła w milczeniu.
Emma White chciała zniknąć.
[Nie sądziłam, że wyjdzie tak depresyjnie xD tym bardziej Emka potrzebuje słońca! <3]
Emma
Pytanie Eve o decydowanie o sobie i wolności uderzyło w czuły punkt, o którym nie wspominał nikomu od czasu opuszczenia murów.
OdpowiedzUsuń- Z tą wolnością i decydowaniem o wszystkim to nie jest tak kolorowo, jak by się wydawało - zaczął, a w jego głosie pojawiła się nuta goryczy, której wcześniej nie słyszała - Myślałem, że brama więzienna to ostatnia blokada, ale na zewnątrz czekali moi rodzice. I oni mają zupełnie inny plan na moją „wolność” - oparł łokcie o blat, splatając palce tak mocno, że aż pobielały mu kostki - Chcą mną sterować, Eve. Najchętniej wymazaliby te ostatnie kilkanaście lat z kalendarza, jakby to był tylko jakiś niefortunny epizod, o którym się nie rozmawia przy niedzielnym obiedzie. Próbują mnie wepchnąć w buty faceta, którym byłem przed wypadkiem, udając, że nic się nie stało, że nie było procesów, wyroku i tych lat w celi - spojrzał na nią z powagą, a w jego oczach czaiło się zmęczenie walką, której lekarze nie mogli wyleczyć tabletkami - To dziwne uczucie. W więzieniu strażnicy mówili mi, co mam robić, bo taki był regulamin. Teraz rodzice próbują robić to samo, bo tak im podpowiada ich poczucie wstydu i chęć powrotu do „normalności”. Tylko, że ja już nie jestem tym samym człowiekiem. Nie da się udawać, że te lata nie zostawiły śladu. Czasem mam wrażenie, że łatwiej było dogadać się z klawiszem niż z własnym ojcem, który patrzy na mnie i widzi tylko błąd, który trzeba teraz za wszelką cenę naprawić i ukryć przed światem - westchnął, rozluźniając nieco uścisk dłoni - Więc widzisz, jeden nadzór zamieniłem na drugi, tyle że ten nosi maskę troski. A ja po prostu chcę być... sobą. Kimkolwiek teraz jestem - pojrzał na nią z ukosa, mrużąc oczy - To jest inna forma odsiadki. Tam przynajmniej wiedziałem, na czym stoję. Miałem swój numer, swój grafik i święty spokój od ich oczekiwań. Teraz wracam do domu, a oni patrzą na mnie tym wzrokiem... pełnym litości zmieszanej ze wstydem. Chcą, żebym był tym Rowanem, który miał przed sobą karierę i czyste konto, ale ten dzieciak zginął tej samej nocy, co tamten człowiek w wypadku - zamilkł na moment, a jego szczęka mocno się zacisnęła - Dzięki, że wtedy nie udawałaś, że mnie nie widzisz. W takim miejscu jak to, z którego wyszedłem, bycie potraktowanym jak człowiek, a nie jak kolejny numer do odhaczenia, robi kolosalną różnicę. Uratowałaś mi tam głowę, nie tylko żebra - pochylił się nieco nad stolikiem, opierając na nim swoje potężne przedramiona - A teraz ty. Widzę te cienie pod oczami, Johnson. Serio, ile kaw dzisiaj już wypiłaś? Bo mam wrażenie, że ten twój zapał do ratowania świata zaraz cię wyśle na to samo łóżko, na którym ja leżałem. Nie masz czasem dość bycia tą "niezniszczalną"? - zapytał, a w jego głosie, pobrzmiewała nuta koleżeńskiej troski. Odstawił filiżankę i oparł się wygodniej, nie spuszczając z niej wzroku. Wyznanie o jej burzliwej przeszłości sprawiło, że poczuł do niej jeszcze większy respekt. Nie była tylko idealną panią doktor, była kimś, kto też oberwał od życia.
- Mówisz, że szpital cię pożera, może po prostu potrzebujesz kogoś, kto wyciągnie cię z tego brzucha wieloryba chociaż na godzinę dziennie? - uśmiechnął się, tym razem nieco szerzej - Co do bycia gadułą... zaryzykuję. Po latach słuchania o tym, kto komu ukradł papierosy i kto ma większy wyrok, twoje narzekanie na biurokrację czy szpitalne gierki będzie brzmiało jak najlepszy podcast na świecie - pochylił się w jej stronę, kładąc dłonie na blacie.
Rowan