Uwaga ! Możliwe treści uznawane za niewłaściwe dla osób niepełnoletnich. Czytasz na własną odpowiedzialność.
Podkład: Five Finger Death Punch - Wrong side of Heaven
Lio Rockefeller
Imię i nazwisko
Lionel Michelangelo Rockefeller
Data i miejsce urodzenia
04/07/1992, Adelaide (Australia Południowa)
Obywatelstwo
Australijskie i amerykańskie
Nowy Jork
W okresie dzieciństwa letnia przystań
Zawód
Ratownik medyczny, Mount Sinai Brooklyn
Studia
New York Medical College
Jest błędem na wysokiej drabinie ewolucyjnej powszechnie szanowanej rodziny Rockefellerów. Dosłownie i w przenośni. Daltonistą maskującym swą wadę soczewkami kontaktowymi. Buntownikiem. Od dnia szesnastych urodzin wygnańcem niemal w pełnym znaczeniu tego słowa. Narkomanem czystym od blisko czterech lat. Człowiekiem, który nieco zbyt późno zorientował się, że życie to nie tylko wspaniała zabawa, a mitologiczna Fortuna jak niemal każda kobieta bywa niezwykle kapryśna. Osobą z ogromnym długiem studenckim zaciągniętym prawdopodobnie u najgorszych wierzycieli jakich można sobie tylko wyobrazić, bo pochodzącymi z własnej familii, a więc nadal mającymi go za czarną owcę czekającą jedynie na odpowiedni moment, by znów wbić im przysłowiowy nóż w plecy. Kochankiem zazwyczaj wymykającym się z łóżka wraz z pierwszymi promieniami słońca, uparcie powtarzającym, że nie chce niepotrzebnie komplikować nikomu życia. Dorosłym facetem wciąż mającym ogromny problem z otwartym mówieniem o własnych emocjach. Tym, którego niezwykłe opanowanie podczas nawet najcięższych akcji zazwyczaj sprawia, że czujesz nagłą ochotę, by dosłownie wypłakać mu się w pierś, podczas gdy on monitorując twoje czynności życiowe, będzie szeptał ci do ucha słowa pocieszenia lub lekko klepał cię po plecach. Zakładając oczywiście, że będzie to fizycznie możliwe i nie zagrozi ci jeszcze bardziej niż sam wypadek. Mieszkańcem niewielkiej klitki ulokowanej na poddaszu jednego z wieżowców na Coney Island. Nieporadnym opiekunem Mio, królewicza skrywającego się pod kocim przebraniem. Właścicielem coraz bardziej nieposłusznej Toyoty Land Cruiser V8. Regularnym bywalcem siłowni rozładowującym stres zgromadzony podczas wielogodzinnego dyżuru okładaniem worka bokserskiego. Przynajmniej raz w tygodniu uczestnikiem zajęć jogi prowadzonych na pobliskiej plaży. Od czasu do czasu bywalcem miejscowych barów relaksującym się piciem piwa i graniem w rzutki lub bilard. Utalentowanym b-boyem i kucharzem, co zresztą niegdyś pozwalało mu na koniec miesiąca związać koniec z końcem.
Odautorsko
[Cześć. :) Chętnie połączę Antoinette z Twoim nowym panem. Co prawda ona bardziej wierzy w swoje zioła niż w medycynę, ale może to byłby ich punkt zaczepny? Panna Laveau mogłaby mieć jakiś wypadek, albo chociażby zasłabnąć, a Lio by po nią przyjechał karetką? Ona jednak zapierałaby się rękoma i nogami, że nie chce jechać do szpitala i że sama się uleczy.
OdpowiedzUsuńPóźniej Lio mógłby być ciekawy co u niej i może wpadłby do jej sklepiku? Chyba że coś innego chodzi Ci po głowie, to jestem otwarta na propozycje :)]
Marie-Antoinette Laveau
[Ale piękny kod do karty! Taka zgrabna, aż miło się patrzy! No i mam totalną słabość do ratowników medycznych za każdym razem, kiedy jakiś pojawia się na NYC i prowadzi mnie to aż do mojej ratowniczki, którą bawiłam tutaj kilka lat temu.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że Lio zostanie z nami na dłużej, bo wydaje się być naprawdę ciekawie wykreowaną postacią. Baw się dobrze! ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
[Dzień dobry, cześć i czołem :) Ja, podobnie jak lisek, od razu zwróciłam uwagę na kod karty :) Jest prosty i schludny, a takie lubię najbardziej, więc to nic dziwnego, że tak bardzo mi się podoba.
OdpowiedzUsuńI znowu podobnie jak lisek (jesteśmy tak zsynchronizowane, że czasem same się tego boimy) mam słabość do ratowników medycznych, ponieważ moja pierwsza, a przy tym wieloletnia postać na NYC była właśnie ratowniczką medyczną :) Bardzo miło wspominam prowadzone nią wątki i spędzony na blogu czas, więc mam ogromną nadzieję, że z Lionelem będziesz miała tak samo!
Udanej zabawy :)]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
Upadła jak podcięte drzewo. Pamiętała jeszcze zimny bruk pod policzkiem i czyjś głos, który mówił, że już jadą. Jakby to była dobra nowina. Ciemność nie była pusta. W tej czerni szeptały loa. Czuła chłód pod palcami i zapach spalonej szałwii, choć przecież nie paliła jej na ulicy. Może to mama, jej maman; mambo o dłoniach zawsze pachnących anyżem i rumem pochyliła się nad nią z tamtej strony. Może ojciec, strażnik perystylu, stał przy bramie, pilnując, by żaden duch nie zabrał jej tam, dokąd jeszcze nie czas. Potem był ruch. Nie otworzyła oczu, ale wiedziała, że ją niosą. Jak przez mgłę czuła obce ręce pod ramionami i kolanami. Zaraz po tym poczuła twardą deskę pod plecami. I głośny trzask drzwi, który zabrzmiał jak zamknięcie trumny. Powietrze w środku było ciężkie od plastiku, metalu i czegoś ostrego, jakiejś chemii, której zupełnie nie ufała. Maszyny piszczały, jakby próbowały śpiewać, ale nie znały właściwej melodii. Karetka ruszyła. Drżenie przeszło przez jej ciało. Czerwone światło, które widziała przez zamknięte powieki, pulsowało jak rytm bębnów rada. Przez chwilę pomyślała, że jest w perystylu, że to ceremonia, że zaraz ktoś poda jej wodę z liśćmi mapou. Ale nie; tu pachniało zimnem, nie ziemią.
OdpowiedzUsuń— Słyszy mnie Pani? — do jej uszu dotarł twardy, męski głos.
Powoli otworzyła oczy. Sufit był zbyt biały i czysty. Twarz która pojawiła się przed jej oczami, nad nią, była całkowicie obca.
— Gdzie… gdzie jestem? — jej ciemne oczy nerwowo obserwowały otoczenie, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. — Gdzie mnie wieziecie? — mruknęła, szybko zdając sobie sprawę, że są w karetce, w miejscu w którym wcale nie chciała być. Opcja dojechania do szpitala jednak bardziej ją przerażała.
Szpital był ostatnim miejscem, w którym chciałaby się znaleźć. Oni myśleli, że ich igły i kroplówki były objawieniem, ale ona totalnie w to nie wierzyła. Zamknęła na moment oczy, próbując zebrać myśli. Jej ciało zdawało się być ciężkie, ale powoli odzyskiwała nad nim kontrolę. Spojrzała na kabelki przyklejone do swojej skóry. Plastikowy klips na palcu. Maszyna wypluwała rytm jej serca, jakby mogła go zrozumieć lepiej niż ona sama.
— Zdejmijcie to… — syknęła niezadowolona, próbując oderwać elektrody. — Nic mi nie jest. Nie jestem chora. — wyjaśniła, jakby to mogło cokolwiek zmienić. Usiadła szybko, gwałtowniej, niż powinna. Świat zawirował, ale zacisnęła zęby. Nie mogła bowiem pozwolić, aby zawieźli ją jak bezwolne ciało. — Zatrzymajcie karetkę, chcę wysiąść. — oznajmiła.
Przyłożyła dłoń do mostka i zaczęła szeptać pod nosem modlitwę, tę, której nauczyła ją mama, gdy pierwszy raz zemdlała jako dziecko podczas zbyt długiego postu. Słowa płynęły powoli, rytmicznie. Czuła, jak oddech jej się wyrównuje. Jak coś ciężkiego w brzuchu rozpuszcza się jak sól w wodzie. Mgła powoli się cofała. Zamiast strachu pojawiła się irytacja, która napędzała jej ciało. Nigdy nie wierzyła w ich medycynę tak, jak wierzyła w liście, korzenie i duchy przodków. Ale karetka pędziła dalej przez miasto, a jej prośby nie zostały wysłuchane.
Marie-Antoinette Laveau
Codzienność bywała nudna, nawet jeśli człowiek naprawdę lubił swoje życie i zwykle nie narzekał. Tonya w gruncie rzeczy była zadowolona zarówno ze swojego życia prywatnego, jak i pracy. Owszem, nie dorobiła się stałego partnera, ale też nie czuła, że nadszedł jej moment na stabilizację. Wynajmowała mieszkanie z przyjaciółka, ale odkąd ta znalazła sobie faceta, to często miała całe lokum dla siebie. Lubiła też wyskoczyć na imprezę, na miasto i zazwyczaj nie miała trudności w znalezieniu kompanów do zabawy. Cieszyła się też tym szczęściem, że nigdy dotąd nie przytrafiło jej się nic poważniejszego od kradzieży telefonu. Dobrze wiedziała, że na świecie są większe dramaty, więc uznawała, że prowadzi szczęśliwe i satysfakcjonujące życie. Owszem, i jej zdarzały się gorsze dni, ale nie był to powód, by dramatyzować i użalać się na zły los.Tego dnia była umówiona z kolegą, który chciał ponarzekać na ciężki dzień w pracy. Umówili się w pobliskim barze. Po powrocie z biura zjadła lekki obiad i zrobiła pranie. Stwierdziła, że powoli kończą jej się koszule, więc wyprała dwie w ręku, żeby mieć w czym iść do pracy kolejnego dnia. Na siebie wciągnęła za to białe, jeansowe spodnie, koronkowy top z wbudowanym biustonoszem oraz skórzaną marynarkę. Do tego borki i trochę biżuterii. Uzupełniła makijaż i poprawiła niesforne włosy. W końcu i tak tych kudłów nie była w stanie okiełznać. Pozostało tylko poddać się idei tego, że jakoś to będzie. Oczywiście mogła potraktować je prostownicą, ale uznała, że wyjście do baru to nie jest wystarczająca okazja do takiego poświęcenia. Udała się na miejsce z minimalnym poślizgiem. Nie liczyła na to, że Clark pojawi się na czas. Żadne z nich nie miało takiego zwyczaju w stosunku do spotkań towarzyskich. Właściwie liczyła, że pojawi się pierwsza i oczywiście się to sprawdziło. Podeszła do baru i zamówiła sobie drinka, po czym rozejrzała się na stolikiem. Ponieważ nic sensownego się jeszcze nie zwolniło, usiadła na wysokim barowym stołku.
OdpowiedzUsuńTonya
[Siemka ponownie, tego to jeszcze nie znam! Poza tym zaraz MŚ w piłce nożnej, akurat w USA, więc jak tu nie zostawić komentarza pod kartą Lionela, nawet jeśli nie Messiego :D Próbujemy odnawiać wątek między Leifem a Nattym czy kombinujemy coś tutaj?]
OdpowiedzUsuńLeif Zweig