Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

06/07/2026

[KP] Cisza jest luksusem, którego nie każdy może doświadczyć

Caleb Williams
6 lipca 1992 • paramedic (FDNY EMS) • małżeństwo wiszące na nici obowiązku • małe uzależnienie od mocnej kawy i papierosów • zmęczenie ukryte pod maską uprzejmości • relacje
Nowy Jork odmierza czas sygnałem syren, a on od dawna przestał liczyć godziny. Zamiast tego liczy oddechy, uciśnięcia, chwile ciszy między jednym wezwaniem a drugim. Przedawkowanie. Zawał. Upadek. Skok. Czasem czyjeś serce wraca do rytmu. Czasem zostaje tylko spojrzenie tych, którzy jeszcze przez kilka sekund wierzą, że wydarzy się cud.
Siedzi wtedy w ambulansie i milczy, patrząc gdzieś poza migające światła miasta. Kciukiem obraca obrączkę na palcu, jakby próbował przypomnieć sobie znaczenie obietnicy złożonej zbyt wcześnie. Kiedyś była początkiem, dziś jest raczej dowodem na to, że po niektórych stratach zostaje się nie z miłości, a z obowiązku.
Przez radio dociera kolejne wezwanie, zanim zdąży wybrzmieć tamta cisza. Na zewnątrz ktoś właśnie dowiaduje się, że nie będzie cudu, a ten moment zna aż za dobrze. Radio nie zostawia przestrzeni na zadumę. Kolejny adres, kolejny człowiek, kolejne miejsce, w którym trzeba próbować poskładać czyjś świat, choć własny od dawna trzyma się tylko na przyzwyczajeniu.
Wraca do pracy tak, jakby nic się nie wydarzyło. Sprawdza sprzęt, zajmuje swoje miejsce, rzuca krótką odpowiedź przez radio. Kolega z załogi mówi coś półżartem, on odpowiada spokojnie. Tonem, który potrafi zdjąć napięcie. Jakby między jednym wezwaniem a drugim wciąż dało się oddychać normalnie.
Hej! Od jakiegoś czasu chodził za mną taki pan, więc oto jest! Szukamy żony i kogoś, kto podda wątpliwość poczucie obowiązku wobec niej(dowolna płeć). Oczywiście przygarniemy też znajomych, przyjaciół i każdego, kto będzie chętny go poznać ♥

24 komentarze:

  1. [Witamy w naszej nowojorskiej bajce ^^ Przeczytałam kartę z największą przyjemnością. Fajnie stworzona postać. Tak elastyczna, że raczej w większość niż w mniejszość wątków będziesz mogła go wkręcić. Dobrze widzieć tak zaangażowanego ratownika medycznego. Widać, że praca to cały jego świat. Wszyscy pacjenci, wszystkie wezwania, wszystkie czynności medyczne to coś, co składa się na jego osobiste statystyki i swego rodzaju sukcesy, gdy uratuje czyjeś życie, ale pewnie i też mocno przeżywane straty, gdy pacjent odchodzi na jego oczach!
    Sukcesów i powodzenia w odnalezieniu żony! Z taką ładną buziunią, jak Twój Caleb ;D]

    Natalie Harlow i Vanessa Kerr

    OdpowiedzUsuń
  2. [No witam z kolejną świetną postaćką!
    Caleb wydaje się totalnie poświęcony swojej pracy, więc miałoby się nadzieję, że życie będzie go trochę bardziej rozpieszczać poza, ale, jak widać, chyba nie da się mieć wszystkiego 😅KP jak zwykle w punkt, aż szkoda, że taka krótka, bo by się poczytało więcej!
    Od siebie życzę wiele, wiele weny i samych wciągających wąciszy, no i, żeby wszystkie poszukiwania się znalazły :D]

    Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć! Ciekawie napisana karta, bardzo przyjemnie się ją czytało. Choć chciałabym się dowiedzieć o Calebie zdecydowanie więcej. Myślę, że Yvette mogłaby z przyjemnością poddać wątpliwości jego poczucie obowiązku wobec żony. Więc jeśli masz ochotę, to serdecznie zapraszam na wąteczek! :D]

    Josette Blackwell

    OdpowiedzUsuń
  4. [Cześć, dzień dobry! Wpadłam tu póki co na chwilkę, bo jeszcze mam przed sobą kilka dni blogowego urlopu, ale nie mogłam przejść obojętnie obok tak pięknie napisanej karty!
    Z ogromną chęcią skusiłabym się na wątek, w zależności od preferencji zapraszam do Adeline lub Damona, czuję, że może nam wyjść coś ciekawego w wątkach! W razie czego chodź na maila wyborowealoe@gmail.com{

    Addie & Damon

    OdpowiedzUsuń
  5. [Posłałam maila! :D]

    Josette Blackwell

    OdpowiedzUsuń
  6. Reilynn Bothwell miała bardzo prosty plan. Wejść do marketu, kupić mleko, płatki, coś udającego warzywa i coś słodkiego, bo właśnie po to wyszła z domu. Nie była dobrą kucharką, więc zazwyczaj nie robiła wielkich zakupów, najczęściej zamawiała sobie obiad z restauracji albo jadła tosty z serem. To jej zupełnie wystarczało. Nie uważała tego za szczególnie smutne. Po prostu tak wyglądało jej życie. Mieszkała sama, pracowała głównie w domu i nie miała nikogo, dla kogo musiałaby gotować zupy, planować obiady albo zastanawiać się, czy w lodówce jest coś więcej niż mleko, dwa jogurty, ser, masło i cytryna. Jej kuchnia była miejscem funkcjonalnym; stał tam czajnik, ekspres do kawy, toster i kilka garnków, które wyglądały, jakby od lat czekały, aż będą potrzebne.
    Rei czasem obiecywała sobie, że nauczy się gotować coś konkretnego. Może curry? A może makaron, który nie będzie tylko smutnym nośnikiem sosu ze słoika? Albo zupę? Ale potem zazwyczaj siadała do laptopa, a kiedy podnosiła głowę po kilku godzinach, okazywało się, że jest prawie noc, bohaterowie znowu cierpią, smok dostał nową scenę, a ona zapomniała zjeść cokolwiek poza krakersem, który znalazła na biurku i który mógł, ale nie musiał, pochodzić z tego tygodnia. Zamawianie jedzenia było prostsze i… bezpieczniejsze. Poza tym jej ciało też miało swoje humory. Były dni, kiedy stanie długo przy kuchence brzmiało jak zły żart, a przejście od biurka do lodówki wymagało wiele siły. Wtedy tosty z serem wydawały się nie porażką, tylko rozsądnym kompromisem, a Rei bardzo lubiła kompromisy, które dało się posmarować masłem.
    Stała właśnie w alejce z płatkami śniadaniowymi, z koszykiem zawieszonym na przedramieniu i laską opartą o biodro, wpatrując się z powagą godną kryzysu dyplomatycznego w dwa pudełka. Jedno obiecywało „pełne ziarno i zdrowy początek dnia”, drugie miało na froncie kolorowego dinozaura, który wyglądał, jakby wiedział o życiu więcej niż ona.
    — No jasne — mruknęła do siebie. — Albo błonnik, albo prehistoryczny cukrowy jaszczur. Bardzo trudny wybór...
    Sięgnęła po pudełko z dinozaurem, oczywiście, że sięgnęła właśnie po nie. I wtedy wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Jej laska zahaczyła o dolną półkę, koszyk zsunął się z przedramienia, a pudełko płatków wyskoczyło, jakby samo postanowiło ratować się przed zakupem. Rei zrobiła jeden bardzo ambitny krok, żeby je złapać, ale jej proteza i zdrowa noga najwyraźniej nie otrzymały tego samego polecenia.
    — Nie, nie, nie, nie… — syknęła, wykonując coś pomiędzy piruetem, desperackim wykrokiem a pokazem współczesnego tańca. Nie upadła, w ostatnim momencie łapiąc się regału, ale wtedy z półki posypały się trzy pudełka płatków, paczka granoli i jedna owsianka instant. Koszyk Rei uderzył o podłogę, lody wypadły z niego i pojechały alejką, a samotny arbuz potoczył się prosto pod czyjeś buty. Rei zamarła, nadal trzymając się regału jedną ręką, z pudełkiem płatków przyciśniętym do obojczyków. Wolno podniosła wzrok. Rozpoznawała w nieznajomym mężczyznę, który co najmniej dwa razy wiózł ją do szpitala, gdy ból robił z niej osobę, której absolutnie nie powinno się cytować. Człowiek, któremu kiedyś oznajmiła półprzytomnie, że jej lewa noga została „duchem zemsty”, syrena ambulansu fałszuje jak zraniona mewa, a jeśli umrze, żąda nekrologu z dramatycznym tytułem i żadnych zdjęć z dzieciństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — O, cześć… — Zaśmiała się nerwowo, ale nie dlatego, że spotkanie człowieka, który widział ją w ambulansie, obolałą, spoconą i gadającą głupoty do sufitu, powinno być krępujące, a dlatego, że się wygłupiła i nawet nie miała jak tego wyjaśnić. Bo jak właściwie wytłumaczyć dorosłemu mężczyźnie, ratownikowi medycznemu, człowiekowi prawdopodobnie przeszkolonemu do zachowywania spokoju przy wypadkach, atakach paniki i dramatach, że właśnie została pokonana przez dział śniadaniowy? Najgorsze było to, że Caleb znał jej inną wersję; znał Reilynn, która na noszach potrafiła mówić do sufitu, kłócić się sama ze sobą i pytać, czy ambulans ma imię. Znał ją w bólu, bez filtra i bez makijażu, a teraz poznał ją również jako kobietę, która nie potrafiła bezpiecznie kupić płatków i mleka.
      — To... ekhm... żyję — powiedziała odruchowo i puściła regał bardzo wolno, jakby odklejała się od czegoś lepkiego.

      Reilynn Bothwell 🦖

      Usuń
  7. [Dzień dobry, cześć i czołem! Witam serdecznie Ciebie i Twoją kolejną postać 😊 Szkoda mi Caleba, ale mi jest szkoda każdego, kto nie ma prosto w życiu, a Ty życie Caleba co najmniej skomplikowałaś 😉 Mam nadzieję, że znajdą się chętni na przejęcie wolnych postaci, ponieważ coś mi się widzi, że będą to ciekawe relacje do rozpisania.
    Ja tym razem z propozycją wątku nie wychodzę, ponieważ moje obecnie mocno wybrakowane moce przerobowe mi na to nie pozwalają, ale jak zwykle życzę udanej zabawy na blogu, z wątkami, które nie dają spać po nocach ❤️]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  8. [Cześć! Ciężki los spadł na Caleba :( Gdybyś miała ochotę, żeby znalazł ziomka-znajomka w Ivanie, albo w Tamsin to śmiało wpadaj na maila, mam kilka pomysłów ;) ]
    Pozdrawiam,
    Tamsin Passalis, Ivan Voronin

    OdpowiedzUsuń
  9. [hej! widząc imię Caleb, pomyślałam o kimś znacznie smutniejszym, ale tutaj widzę, że też nie szczędzisz doświadczeń i trudnych wątków w historii postaci :) Sam zawód dałaś mu trudny, a mnogość nieszczęść, których pewnie doświadcza może odbierać chęci do czegokolwiek . Nie pozwól mu oszaleć!
    To wspaniale widzieć, że wena dopisuje, baw się z drugim panem dobrze :) Jakby co, możemy się porwać też na kolejny wątek :*]

    Lily, Emma, Riley

    OdpowiedzUsuń
  10. To była dziwna znajomość, ale Tamsin miała do takich prawdziwą słabość. Nie szukała ich specjalnie, nie układała z nich jakichkolwiek rankingów, ale większość ludzi, których nazywała dobrymi znajomymi, czy nawet przyjaciółmi, poznana była w sytuacjach, w których mało kto szukałby przyjaźni. A to sesja zdjęciowa zlecona przez operę, chociaż Tamsin ani modelką nie była, ani nawet do takowej nie aspirowała. To znowu jeden z wielu bankietów, na które Carter zabierał ją, gdy jeszcze byli małżeństwem i dobrze wychodziło im udawanie szczęśliwych. A może tylko on udawał? Ona w zasadzie była z początku bardzo szczęśliwa; szczerze zakochana, wpatrzona w niego jak w obrazek, spolegliwa i oddana. Dopiero po pewnym czasie, zupełnie jakby różowym okularom wyblakł kolory filtr, a ona przejrzała na oczy zauważając patologię sytuacji, w której się znalazła.
    Trwałoby to pewnie nadal, bo Tamsin szczerze wierzyła w składaną przysięgę i była gotowa jeszcze przy nim trwać, aż do tej śmierci, która miała nastąpić w bliżej nieokreślonym czasie x. Nie miała pojęcia, co musiałoby się stać, żeby zdecydowała się wystąpić o rozwód – w końcu znosiła upokorzenie, ból, nagminne naruszanie prywatności, do której prawo miał każdy człowiek. Pewnie wytrzymywałaby to do dzisiaj, chyba, że to Carter z niej zrezygnował co też było całkiem prawdopodobne. Lubił młodsze, a ona była coraz starsza.
    To była dziwna znajomość, bo chociaż poznali sie w tragicznych okolicznościach, to nigdy z nimi Caleba nie kojarzyła. Był miłym, przystojnym facetem z którym przyjemnie spędzało się czas. Miał miły, w jakiś sposób dobrotliwy uśmiech i Tamsin musiała przyznać, że z jakiegoś powodu roztaczał wokół siebie spokojną energię skłaniającą do zaufania. Może to z racji zawodu? A może Caleb zwyczajnie należał do wymierającego gatunku ludzi dobrych i przyzwoitych ?
    Zastanawiała się nad tym czasami, ale nie tym razem, kiedy udało im się w końcu złapać na wspólną kawę. Pomachała w jego kierunku, migowym-amatorskim pokazując, że zajmuje im miejsce, a kawy zdążyła zamówić i muszą jedynie poczekać na kelnerkę. Tak się przy tym nagimnastykowała, że kiedy Caleb z końcu do niej podszedł, dopiero kończyła całą pokazową historię.
    — Zamówiłam kawy, ale muszą wyczyścić ekspres i doniosą nam do stolika — wyjaśniła ponownie, ale tym razem słowami, po czym uściskała serdecznie Caleba na powitanie. Chociaż uśmiechała się szczerze, to odnosiła nieprzyjemne wrażenie – jedno z tych dziwnych, dla niej niezbyt dobrze znanych, bo wynikających z troski o drugiego człowieka (gdzie Tammy upierała się, że troszczy się tylko o siebie), że z każdym miesiącem Caleb gdzieś znika. Jakby był trochę mniej obecny, może trochę bardziej wycofany… Mogło to być także jej wrażenie, bo ona z każdym miesiącem zdawała się żyć coraz bardziej ze sobą pogodzona, lżejsza o kilogramy traum, żalu i smutku, które udało jej się oddać na recykling, w zamian za to otrzymując zwykły, pospolity spokój, który smakował lepiej od dopaminowych szotów.
    — Nie chcę być złośliwa, ale… Ale wyglądam dużo lepiej od ciebie, a wczoraj siedziałam w studiu nagraniowym do czwartej, mając dzisiaj próbę na dziewiątą rano. Wszystko okej? — spytała, zajmując jedno z obitych w czerwoną skórę krzesełek, bo chociaż byli w kawiarni, w której można było zamówić kawy w rozmiarach i z kolorowymi syropami, to właściciele lokalu zostawili dawny, nieco kiczowaty wystrój, który z roku na rok podobał się Tammy coraz bardziej.

    Tamsin Passalis

    OdpowiedzUsuń
  11. Praca Ivana była pozornie stresująca i odpowiedzialna. W końcu od tego, jak sumiennie podchodził do sprawdzania podpisywanych umów, jak przygotowywał się do negocjacji, czy nawet czy podpisał się w odpowiednim miejscu, potrafiło zależeć wiele. Z jednej strony były to tylko pieniądze, ale lubił myśleć przypominać sobie, ile te pieniądze mogły dać i co zagwarantować. W kraju takim jak Stany, bez pieniędzy nie można było liczyć na opiekę medyczną i chociaż wiedział, że dzięki swojej pracy nieraz i nie dwa pozwolił na utrzymanie pracy przez ludzi, którzy jej potrzebowali, to wciąż nie umiał wyzbyć się wrażenia, że jest jedynie jednym z wielu sztucznych, w rzeczywistości zbędnych do przetrwania tworów. W końcu, gdyby to prawnicy zastrajkowali, to prawdopodobnie wiele osób by tego nie zauważyło przez długie tygodnie; co innego pielęgniarki, czy ratownicy medyczni; lekarze albo nauczyciele; śmieciarze, czy kierowcy autobusów.
    Dlatego cholernie szanował tych, którzy brali na siebie odpowiedzialność za życie innych. Nie za komfort, czy dobrobyt, a realnie za życie. Chociaż był wysokim, sprawnym mężczyzną, wyglądem przypominającym bardziej grupę docelową prawników specjalizujących się w prawie karnym, to nie widział w sobie siły do ratowania ludzi. Lubił pomagać, sprawiało mu to realną przyjemność i nie krył się z tym, że czuł się dzęki temu dobrze, bo miło było móc spojrzeć na siebie w lustrze bez odrazy.Nie wiedział jednak, jak miałby sobie poradzić ze śmiercią osoby, której życie leżało przez jakiś czas w jego rękach. Domyślał się, że z czasem człowiek jest w stanie do wielu rzeczy przywyknąć, oddzielić od siebie emocje grubą kreską, bo i jemu zdarzało się tak robić dla własnego komfortu, jednak gdzieś musiała przebiegać granica przyswajalności.
    Ivan odnosił niekiedy wrażenie, że nosił w sobie dwa rodzaje empatii i zrozumienia dla bólu. Jeden z nich, ostry i twardy zdawał się dotyczyć sytuacji, które miały miejsce w Rosji i które nauczyły go posiadania grubej skóry nie tylko względem sytuacji, które jego dotyczyły, ale też tych, które dotyczyły innych. Drugi był ten amerykański, niby bardziej ludzki, ale sam łapał się czasami, że nie granica między jednym a drugim światem zaczynała się dla niego zacierać; amerykańska codzienność dla wielu była w końcu coraz brutalniejsza. To, w jaki sposób reagował na wiele rzeczy z pewnością pomagało mu w budowaniu relacji, która niedawno rozpoczęła się w jego życiu. W jego ocenie Mei potrzebowała spokoju, a on z zasady spokojny właśnie był – nagromadzone emocje i nerwy wyładowywał w sporcie. Problemy, które miał starał się rozwiązywać możliwie szybko i wiedział, że jest uprzywilejowany w tym, że większość można było w ten sposób zażegnać a jednak nie rozumiał, kiedy ludzie zamiast próbować rozwiązywać swoje problemy, zwyczajnie w nich trwali. A takie wrażenie odnosił jeśli szło o Caleba, bo chociaż nie wiedział, o co dokładnie chodzi, to jego kolegę wyraźnie coś męczyło od dłuższego czasu , co z kolei męczyło Ivana, bo wiedział, że są tematy przy których nie wypada zadawać pytań wprost.
    I tu miał sam Ivan problem, którego nie mógł rozwiązać szybko – u kumpla wyraźnie było coś nie tak, ale w jego oczach Caleb był jedną z najtwardszych osób, jakie kiedykolwiek poznał. W końcu ratował ludzkie życie! A przy okazji wydawał się być też zwyczajnie bardzo przyzwoitym facetem. Może to było tym problemem, który dotykał jego kumpla?
    Na miejscu zbiórki pojawił się chwilę spóźniony, bo przed kilkudniowym wyjazdem musiał zobaczyć się z Mei. Można było nazywać go pantoflarzem, ale prawda była taka, że Ivan miał to szczerze w dupie. Lubił spędzać z Lavender czas, starał się nie dokładać jej zmartwień, bo miała ich dostatecznie dużo i nie miał zamiaru bawić się z nią toksyczne ciepło-zimno tylko po to, żeby poczuć się bardziej męsko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego przed wyjazdem chciał jej ukraść ostatniego całusa, bo chociaż nie powiedziałby tego na głos (bo aż tak wylewny nie był), to wiedział, że będzie zwyczajnie tęsknić. Nie jakoś tragicznie bardzo, żeby umierać z tęsknoty, ale w taki sposób, że miło będzie mu wspominać ich pożegnanie przed wycieczką.
      — Stałem w strasznych korkach — to też była prawda i to nie tak, że Mei chciał ukrywać przed światem, było wręcz przeciwnie. Nie chciał jednak zapeszać, a bał się tego szczerze, bo już teraz czuł, że dziewczyna z każdym dniem znaczy dla niego coraz więcej.
      Otworzył bagażnik, w którym już leżała jego torba, kilka foliówek z jedzeniem, kilka zbiorczych kartonów z piwem. Nie zabrakło też wiklinowego kosza z przetworami i pieczywem.
      — Moja mama zapomniała, że jesteśmy dorośli… Nie miałem siły się z nią kłócić, sprawia jej chyba przyjemność dokarmianie ludzi, więc nie mam prawa jej odmawiać dokarmiania syna — wzruszył ramionami z lekkim uśmiechem, bo z tego też nie mia zamiaru się mocniej tłumaczyć. Olga może i w dzieciństwie wielokrotnie przyłożyła mu przez łeb ścierką, kiedy za bardzo pyskował, ale nawet mimo to, dla Ivana była mamą na medal.

      Ivan Voronin

      Usuń
  12. Rei przez chwilę patrzyła na niego, potem na arbuza w jego dłoniach i rozsypane płatki, a następnie na własny koszyk, który leżał przy jej boku jak uczestnik wypadku z udziałem produktów śniadaniowych. Nagle zdała sobie sprawę z tego, że mężczyzna najprawdopodobniej jej nie kojarzył, skoro mówił do niej oficjalnym tonem. Cóż, zapewne widział więcej podobnych osób jak ona, więc raczej trudno mu było pamiętać o wszystkich twarzach. Sięgnęła po paczkę granoli, ale ta wysunęła jej się z palców i z powrotem pacnęła o podłogę. Rei zamarła.
    — Proszę to zignorować — wymruczała, sięgając po opakowanie. Mogłaby po prostu odmówić pomocy, ogarnąć chaos wokół siebie i ruszyć dalej, ale Reilynn nie wycofywała się w takich sytuacjach, choć zdecydowanie powinna. — Ty… ty jesteś tym paramedykiem.
    Zabrzmiało to oskarżycielsko, jakby właśnie przyłapała go na czymś wyjątkowo podejrzanym, na przykład na istnieniu poza ambulansem, a nie o to jej w ogóle chodziło. Zaśmiała się nerwowo.
    — To znaczy… przepraszam. Nie „tym”, jakbyś był jakąś legendą miejską, chociaż w mojej głowie trochę jesteś. Wiozłeś mnie kiedyś do szpitala, chyba dwa razy, może trzy. Nie jestem pewna. I zanim cokolwiek powiesz, jeśli pamiętasz coś o duchu zemsty, zranionej mewie, menedżerze płuc albo żelkach jako walucie kryzysowej, to chciałabym oficjalnie zaznaczyć, że byłam wtedy w stanie, który dawał mi do tego prawo.
    Schyliła się po jedno z pudełek, tym razem ostrożniej, i wrzuciła je do koszyka.
    — A jeśli chodzi o pomoc… tak. Niestety chyba tak.
    Rei spojrzała na niego trochę uważniej dopiero wtedy, kiedy zażenowanie zaczęło powoli schodzić z jej twarzy. Wyglądał na zmęczonego.
    Nie tak zwyczajnie, jak człowiek, który źle spał albo za długo stał w kolejce. Raczej… głębiej. Miał w sobie ten specyficzny ciężar kogoś, kto przez wiele godzin musiał być ciągle gotowy i podejmować szybkie decyzje, a teraz? Teraz znalazł się między płatkami śniadaniowymi i arbuzem, który jej uciekł, zupełnie jakby wciągnięto go do jakiejś mało śmiesznej komedii.
    Swoje zmęczenie znała aż za dobrze, więc jego umiała rozpoznać; takie zmęczenie, które osiadało w kościach i sprawiało, że nawet umycie kubka wydawało się ambitnym przedsięwzięciem. Ale jego zmęczenie było inne. Bardziej wyuczone, schowane pod spokojnym głosem i uprzejmym uśmiechem, który pewnie zakładał automatycznie, tak jak inni ludzie zakładali kurtkę przed wyjściem. Pomyślała, że to musiało być paskudne: być osobą, która przez cały dzień ogarnia cudze katastrofy, a potem po pracy nadal odruchowo podnosi czyjeś arbuzy w alejce sklepowej.
    To było dziwne, całe to spotkanie, bo ona mogła być tylko jedną z wielu pacjentek, które przewoził, jedną z wielu twarzy przypiętych do adresu, godziny zgłoszenia i krótkiego raportu przekazanego w szpitalu. Dla niej jednak osoby z tamtych chwil zostawały w pamięci inaczej. Nie były zawsze wyraźne, czasem istniały jako głos mówiący, żeby oddychała. Jako ręka poprawiająca koc, jako ktoś, kto nie spanikował, kiedy ona nie miała już siły udawać, że wszystko jest pod kontrolą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Właściwie… — zaczęła, a potem odchrząknęła. — Skoro już zostałeś mimowolnie wciągnięty w moje zakupy... mogę zaproponować rekompensatę.
      Schyliła się po kolejne pudełko, ale tym razem naprawdę ostrożnie, jakby każdy produkt spożywczy w tej alejce mógł mieć własny plan sabotażowy.
      — Kawa — zaproponowała. — Albo coś do kawy. Tak w ramach odszkodowania za arbuza. Nie musisz się zgadzać. Po prostu… wyglądasz, jakbyś od kilku godzin był w trybie zombie.
      Dopiero po chwili dotarło do niej, że powiedziała to zaskakująco trafnie i może trochę zbyt bezpośrednio. Świetnie, jak zwykle zero wyczucia.
      — To znaczy… — dodała szybko — nie wyglądasz źle, nie w sensie estetycznym. Bardziej w sensie, że przyda ci się dobra kawa. — Zacisnęła usta w wąską linię, jakby chciała się powstrzymać przed gadaniem, a chwilę później wyciągnęła rękę w stronę mężczyzny, przedstawiając się: — Reilynn Bothwell.

      Rei Bothwell 🍉🛒

      Usuń
  13. [ Były we mnie dwa wilki i ciężka decyzja, bo ja kocham Dżunkuka miłością ogromną (RM i Jimin mają ciut więcej tej miłości, ale Dżunkuk też plasuje się wysoko xD); ale wątkowo chyba Calebowi będzie bliżej z Pablitem.

    Wypadek na budowie przy pracy? To się aż prosi! :D ]

    Pablo

    OdpowiedzUsuń
  14. [Hej, hej, dziękuję za powitanie Jonatana ❤️ To prawda, przystojniaczek z niego, choć ja miałam dylemat, czy wybrać bruneta, czy blondyna z serialu ;D Wszystkiego dobrego dla Ciebie i Twoich postaci ^^]

    Jonatan Barlett

    OdpowiedzUsuń
  15. [Hej, dziękuję pięknie za powitanie i z racji powiązań zawodowych od razu powiem, że chętnie się z Calebem zakolegujemy, najlepiej w godzinach pracy. Równie ochoczo przeprowadzimy szybką analizę stanu małżeńskiego i tego czy chłopak się przypadkiem nie miga od obowiązków - tak, to cała Tilly.]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  16. [Cześć, dziękuję za tyle ciepłych słów, Josie chętnie da się wyściskać! <3 Nie mogłam się zdecydować, u którego Twojego pana odpisać, bo obaj są piękni i tacy prawdziwi. Z Calebem Jo mogłaby palić jednego papierosa za drugim i pomóc mu wybrać siebie w tej ciszy, a z Nathanielem mogłaby chodzić do jednego studia tańca (może pomyliłaby sale, a nawet grafik, kto ją tam wie) i wspierać go w tym szukaniu własnej drogi. Pozostawiam Ci decyzję, z którym panem mogłabyś powiązać moją Josie, jeśli oczywiście miałabyś ochotę na nieco chaosu i szerokiego uśmiechu.]

    Josephine Lincoln

    OdpowiedzUsuń
  17. Kończyła nocną zmianę na ER, co doprowadzało ją już do szału. Był to wyjątkowo paskudny dyżur, pełen chaosu, wrzasków i niereformowalnych osób. Bo nie ma co oszukiwać, w pracy w ochronie zdrowia to nie stres o ludzkie życie wypalał i niszczył, to sami ludzie to powodowali.
    Była już prawie 6 rano, a Tammy pamiętała, że chyba pół godziny temu wstawiała przelew w pokoju socjalnym, z nadzieją, że w wolnej chwili uda jej się napić zimnej kawy, bo przecież na nic więcej nie mogła liczyć, a przy odrobinie większych nadziei również zjeść śniadanie. Dzisiaj dosłownie padała z nóg, czuła jak te wchodzą jej kolokwialnie w odbyt, a dodatkowo oczy ma tak suche i przekrwione, że ciężko było przez nie w ogóle patrzeć. Nie wspominając o ciężarze głowy, przeładowanej ludzkimi dramatami i historiami. Paradoksalnie to nie zapach odleżyn, ekskrementów czy krwi lejącej się z ciała kaskadami była najgorsza, tylko przytłoczenie cudzymi problemami. Bagaż emocjonalny o wiele ciężej było dźwigać. Stąd i tak częste wypalanie u Tilly, z którym nieustająco walczy u terapeuty. Niestety nawet on, nie ma magicznych mocy by zmienić świat na lepsze.
    Powłócząc nogami wślizgnęła się do pokoju socjalnego, tylko po to by zobaczyć, że wymarzony dzbanek z kawą stoi doszczętnie opróżniony, pozostawiony sam sobie.
    — Kurwa jego mać! — przeklęła siarczyście, gdy marzenia o dawce kofeiny spełzły na marnym, a w tej chwili tak drobna rzecz, jak dzbanek, który nie jest pozmywany, tylko potęgowała uczucie frustracji.
    Obracając się w kierunku lodówki z której chciała chociaż wyciągnąć swoje pudełko z owsianką zauważyła, że nie jest w pomieszczeniu sama jak jej się z początku wydawało. Potrzebowała jednak chwili by zorientować się, że znajoma czupryna nie należy do nikogo z obsady dzisiejszego dyżuru.
    — O hej… Przepraszam, za ten wybuch, ale ludzie tutaj to bydło. — westchnęła przesiadając się do stolika i spoglądając na swojego rozmówcę, w tym momencie siląc się też na coś w rodzaju uśmiechu, na ile jeszcze zmęczenie jej pozwalało. — Co słychać Caleb? U Was też dzisiaj tak ciężko? Słyszałam, że była jakaś strzelanina 2 h temu gdzieś na Brooklynie, ale chyba wszyscy musieli trafić tam do szpitala… W takich chwilach prawie żal wracać do domu, bo nie wiadomo co Cię może spotkać. — zagadnęła wpychając pokaźną porcję śniadania do buzi.
    Chciała w końcu dla odmiany usłyszeć coś normalnego, porozmawiać z kimś logicznym, w pełni władz umysłowych, bez urwanej części ciała czy walącego się życia. Po prostu marzyła usłyszeć o czymś zwyczajnym, o ile w tych murach dało radę słyszeć takie historie.

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  18. Ruszyła obok niego, zerkając w stronę koszyka, który Caleb przejął tak naturalnie, jakby nie było w tym nic wielkiego. I właśnie dlatego było to tak… przyjemne i ludzkie. Nie robił z jej zakupów jakiegoś wyjątkowego wydarzenia ani nie proponował pomocy tonem człowieka, który wszystko wie lepiej.
    — Lista zakupów? — powtórzyła, unosząc brew, jakby to było pojęcie z dziedziny zaawansowanej administracji państwowej. — Calebie Williamsie, proszę mnie nie obrażać podejrzeniem o tak wysoki poziom organizacji. Oczywiście, że nie mam listy, choć… zdecydowanie powinnam.
    Przez chwilę szła wolno przed siebie, przyglądając się produktom z miną kogoś, kto próbuje ogarnąć, czy naprawdę czegoś potrzebuje. Rei zazwyczaj niczego sobie nie odmawiała, bo miała dość pieniędzy, aby spełniać każdą ze swoich zachcianek, a poza tym po prostu uważała, że jeśli umrze za tydzień, to tylko z myślą, że żyło jej się całkiem dobrze.
    — Teoretycznie przyszłam tutaj po rzeczy, których bardzo, bardzo potrzebuję — powiedziała. — Coś do jedzenia, co nie jest kawą. Może jakieś owoce? I chyba płatki. Albo makaron. Albo oba… — Posłała Calebowi krótkie spojrzenie. — Ale praktycznie chodzę i wrzucam do koszyka to, co mi się podoba. Wiem, wiem, konsumpcjonizm jest zły.
    Zatrzymała się przy regale z gotowymi sosami i przez sekundę wyglądała tak, jakby rozważała bardzo poważną decyzję życiową.
    — Gotowanie nie jest moją najmocniejszą stroną — przyznała po chwili. — To znaczy rozumiem teorię, ale praktyka… bywa różna. — Sięgnęła po słoik sosu pomidorowego, obejrzała etykietę, a potem włożyła go do koszyka. — Poza tym sos ze słoika nie ocenia i wie, że każdy robi, co może.
    Idąc dalej, Rei obróciła głowę tak, żeby uważniej przyjrzeć się mężczyźnie. Dopiero teraz, kiedy przestała tyle paplać, naprawdę zobaczyła to zmęczenie przy jego twarzy.
    — Wracasz z dyżuru i idziesz robić zakupy — powiedziała, marszcząc lekko nos. — To brzmi jak kara za coś, co zrobiłeś w poprzednim życiu. Mam nadzieję, że przynajmniej było spektakularne. Podpalenie świątyni? Kradzież złotego jabłka?
    Posłała mu uśmiech, który nie sugerował, że się z niego nabijała, a raczej to, że próbowała być zabawna. Rei od zawsze próbowała taka właśnie być; wtedy łatwiej było przetrwać jakieś wewnętrzne konflikty i katastrofy. Bycie zbyt poważnym wydawało się jej niemal zabójcze.
    — Kawa będzie. Obiecuję. I jeśli chcesz, możemy tę misję skrócić do absolutnego minimum. Nie będę cię ciągać po sklepie jak przewodniczka wycieczki po muzeum konserw. — Przechyliła lekko głowę. — Chociaż muzeum konserw byłoby tym miejscem, które chciałabym zobaczyć. Miałabym nawet pomysł jak nazwać jedną z wystaw! „Samotność w puszce: amerykańska fasola i późny kapitalizm”.
    Sięgnęła po paczkę makaronu, włożyła ją do koszyka, potem dodała drugą, jakby pierwsza mogła poczuć się samotna.
    — A co do arbuza — podjęła, spoglądając na niego z niewinną miną — proszę nie przedstawiać tego tak, jakbym rozdawała owoce przypadkowym ratownikom medycznym w ramach lokalnej akcji promocyjnej. Ale jeśli kawa ma być zapłatą za uratowanie zakupów i przejęcie koszyka, to jest to całkiem uczciwie, nawet bardzo uczciwie. Mogę dorzucić coś słodkiego! Tylko ostrzegam, nie znam twoich preferencji cukrowych, a to potrafi zniszczyć relacje międzyludzkie szybciej niż polityka i wspólne wynajmowanie mieszkania. Ciastko, pączek, muffinka, coś czekoladowego? A może po dyżurze człowiek po prostu przyjmuje dowolną formę cukru?

    Rei Bothwell 🛒

    OdpowiedzUsuń
  19. Rei zawsze taka była. Gadatliwa, nieco hałaśliwa, z wybujałą wyobraźnią – jej ojciec powtarzał, że świat potrzebował takich osób jak ona, bo to one kolorowały nudny i szary świat. Mówił to ciepło, uśmiechając się łagodnie, kiedy była mała i opowiadała mu przez dwadzieścia minut o kamieniu znalezionym przy drodze, który na pewno był skamieniałym jajem smoka. Wtedy gadatliwość była urocza. Dziecko z głową pełną potworów, map i księżniczek, które nie chciały czekać w wieżach, tylko same je opuszczały. Dziecko, które nie umiało odpowiedzieć krótko, bo każda rzecz miała przecież historię, a każda historia miała jeszcze korytarz, piwnicę, tajne przejście i postać drugoplanową z tragiczną przeszłością. Malcolm słuchał. Naprawdę słuchał. A potem dorosła, a rzeczy, które u dziecka były rozczulające, u dorosłej kobiety zaczynały wyglądać jak nadmiar wszystkiego; za dużo słów, skojarzeń, żartów w niewłaściwych momentach i za dużo prób przykrycia ciszy, zanim cisza zdążyłaby pokazać, co naprawdę ukrywało się wewnątrz. Rei wiedziała, że czasem męczyła ludzi, nie musieli jej tego mówić. Widziała to w drobnych ruchach, spojrzeniach uciekających w telefon i uprzejmych uśmiechach, które pojawiały się o pół sekundy za późno. Nauczyła się to rozpoznawać. Dlatego mówiła jeszcze więcej. Jakby dodatkowe słowa mogły naprawić poprzednie.
    Rei uniosła palec, jakby właśnie usłyszała argument, który należało zapisać.
    —Mogłabym przybić sobie z twoją żoną piątkę. — Kiwnęła głową. — Dziękuję. Właśnie tego potrzebowałam. Medycznie może to nie jest ideał, ale praktycznie sos ze słoika jest filarem cywilizacji — rzuciła luźno, uśmiechając się.
    Kiedy się roześmiał, Rei również parsknęła i przez chwilę zasłaniała usta, bo wyobraziła sobie Caleba jako Kubę Rozpruwacza.
    — Wiesz, to by wyjaśniało zainteresowanie ostrymi narzędziami, nocnymi zmianami i ogólną aurę człowieka, który widział za dużo — powiedziała, nadal rozbawiona. Powinna wykorzystać wątek reinkarnacji w jakiejś swojej książce i sięgnąć po figurę seryjnego mordercy, a resztę jakoś by ograła.
    Spojrzała w jego stronę z taką powagą, jakby zdradził o sobie jakiś brudny sekret, a przecież chodziło jedynie o kawę. Rozumiała jednak miłość do tego napoju.
    — Dobrze. Muszę to zapisać: Caleb Williams, ratownik medyczny, podatny na przekupstwo kofeinowe — rzuciła wesoło. — To brzmi jak informacja, którą można wykorzystać wyłącznie w celach pokojowych. Albo w sytuacji, gdybym kiedyś znowu została zaatakowana przez niestabilny emocjonalnie owoc.
    Przesunęła wzrokiem po półkach i wrzuciła do koszyka kolejne kilka produktów.
    — Ale rozumiem. Ja mam podobnie z pisaniem — dodała. — Jeśli pewnego dnia nie otworzę laptopa i nie zacznę narzekać na wymyślonych przeze mnie ludzi, ktoś powinien sprawdzić, czy żyję albo czy nie zostałam podmieniona.
    Dokończenie zakupów poszło zaskakująco sprawnie, głównie dlatego, że Caleb niósł koszyk, a Rei co jakiś czas wskazywała produkty z miną stratega wojennego, po czym dorzucała kolejne artykuły, godząc się z własnym konsumpcjonizmem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kawiarnia blisko marketu była raczej niewielka, z dużym oknem, kilkoma stolikami przy ścianie i przyjemnym zapachem kawy. W tle cicho leciała muzyka, za ladą ktoś spieniał mleko, ekspres syczał, a w gablocie leżały ciastka, croissanty i muffiny. Rei postawiła swoje zakupy przy wybranym krzesełku i odetchnęła, kiedy mogła wreszcie usiąść.
      — No dobra — odezwała się, prostując się odrobinę. Schwyciła za menu, przeglądając kilka pozycji, których może nie było za wiele, ale przynajmniej były konkretne. — Chyba wezmę coś sezonowego... okeeeej, mają tutaj coś, co nazywa się maple brown sugar cinnamon latte. Z bitą śmietaną, cynamonową posypką i… o Boże, karmelizowanym brzegiem kubka.
      Może powinna udawać poważną albo próbować pokazać się z innej, lepszej strony, ale Rei była tylko Rei i tak naprawdę nie miała sił ani ochoty zgrywać kobiety, która ani trochę nie chciała wypić fancy kawy i że wcale nie poruszało jej coś tak głupiego jak karmelizowany brzeg kubka. Bo poruszało. Oczywiście, że poruszało, ale nie w wielkim, głębokim sensie, który należałoby analizować, raczej w tym prostym, trochę dziecinnym, w którym człowiek widzi coś przesadnego, słodkiego, sezonowego i absurdalnie niepraktycznego, a jego mózg oznajmia: tak, proszę, chcę to.
      — Biorę — zdecydowała. — Potrzebuję zobaczyć, jak smakuje coś, co brzmi jak jesień zamknięta w kubku.

      Rei Bothwell ☕✨

      Usuń
  20. Nie była nigdy fanką poświęcania wszystkiego dla pracy, która nie była dla niej całym światem i sensem istnienia. Owszem, stanowiła znaczącą część jej życia, ale nie pochłaniała jej bez reszty. Szanowała siebie i swój czas, a przede wszystkim nigdy nie dała sobie wejść na głowę. Bo jakkolwiek uskrzydlające było pomaganie innym, ostatecznie była to praca, zwykła praca, którą wykonywano dla zarobku. Bez niego i zadbania o siebie, cała reszta nie miała sensu.
    Dlatego pomimo trudności jakie niósł ze sobą zawód pielęgniarki, starała się względnie pilnować pór jedzenia posiłków, tego żeby zawsze były przygotowane, nie zapominając o wodzie oraz wysiłku fizycznym po skończonej zmianie. Po tak srogim wykończeniu spała jak dziecko.
    — Matko, chcesz zostać ratownikiem miesiąca? — Tilly zrobiła wielkie oczy znad swojego jedzenie spoglądając w stronę blondyna, gdy usłyszała ile właśnie przepracował. Z całym szacunkiem, ale spędzenie całego dnia na wyjeździe i ratowaniu pacjentów to był nie mały ugór. Jedna zmiana potrafiła dać człowiekowi w kość, a co dopiero spędzić z chorymi ludźmi 24 h. Wiadomo, byli wśród nich hipochondrycy, osoby starsze, ale i stany faktycznego zagrożenia życia, które dawały się we znaki. Samo podejmowanie decyzji było ekstremalnie wycieńczającym psychicznie zajęciem, natomiast sumaryczność kilkudziesięciu minut dziennie prowadzenia CPRu była z kolei ekstremalnym wysiłkiem fizycznym. Nawet jeśli czasem do pomocy wchodził LUCAS, to i tak najpierw trzeba było trochę popompować ręcznie.
    — Mhhh… czy było coś ciekawego dzisiaj? — zastanowiła się. — Czy ja wiem? Chyba tylko pacjent z łomem wbitym w klatkę piersiową i masywnym krwotokiem. Tak, to jeszcze ktoś zawiózł pacjenta na MRI z butlą tlenu i w ostatniej chwili ją zabrał, bo by była dosłownie kiszka. — pokręciła głową z uśmiechem znad owsianki. Doskonale pamiętała jak 3 lata temu, ktoś z nocnej zmiany na ICU popełnił w ferworze natłoku pracy ten błąd, przez co jedna z maszyn nie działała przez miesiąc, zanim serwis przyjechał i to naprawił. — Nie ukrywam, że trochę liczyliśmy, że dostaniemy jakieś ofiary strzelaniny, ale finalnie nie ma na co narzekać. Zawsze to trochę spokojniejsza zmiana.
    Wzruszyła ramionami, jakby to były zupełnie przeciętne rzeczy, typu rodzaj innej zupy na dzisiejszy obiad, niż ta przewidziana w menu, a nie rozmowa o ludzkim życiu. Było to jednak podejście powszechne w ochronie zdrowia. Wszyscy byli tu dla ciekawości, co nowego może przynieść każdy dzień. Przeżywając wszystko i zamartwiając się zbytnio ludzkim życiem nie miało się szans na tym poletku. Nie znaczy to, że pozbawiano w ten sposób ludzi szacunku. Człowiek musiał się po prostu jakoś od tego zdystansować. Najczęściej był to po prostu humor. Czasami piekielny, ale poprawiający morale personelu.
    — Jedna z pacjentek tylko zwymiotowała dzisiaj na lekarza jak kot. Dosłownie z rozrzutem jak z fontanny. Niesamowity widok. — zaśmiała się, nie obawiając się, że komuś może obrzydzić tutaj posiłek takimi historiami. Znajomi spoza branży jednak zawsze ją za to ganili. — Wrócił też mój Pan Słoneczko z moszną rozmiarów arbuza, ale na szczęście kardiologia szybko go przechwyciła. Także… niewiele ciekawych rzeczy na tej zmianie. Widziałam za to, że kolega z twojego zespołu wyjazdowego bierze ślub. — wskazała łyżeczką na tablicę korkową, na której było zawieszone zaproszenie dla pracowników. — Wybierasz się?

    Mattie Stevenson

    OdpowiedzUsuń