Geneviev Ashworth
Gennie 一 30 lat 一 urodzona 31 listopada 1996 roku w Nowym Jorku 一 ratownik medyczny w New York - Presbyterian Hospital 一 mieszkanie przy Fort Washington Avenue 一 wieczory lubi spędzać przy dobrej książce 一 córka weterana wojennego oraz nauczycielki biologii一 sektor ochrony zdrowia 一 powiązania i historie
Czuje szybkie bicie serca, szum w uszach. Widzi tłum ludzi w okół niej, szepty o tym, co się stało. Spogląda na twarz młodej dziewczyny. Jest poobdzierana, z plamami krwi na skórze. Później widzi jej spojrzenie - przestraszone, szukające wsparcia, czekające na to dobrze przez wszystkich znane wszystko będzie dobrze. Wyciąga kilka potrzebnych rzeczy, opatruje rany, podaje leki uspokajające, monitoruje czynności życia. I w duchu cicho prosi, by ta młoda dziewczyna wyszła cało z tego wypadku, bo przecież przed nią jeszcze tyle życia i możliwych rzeczy do zrobienia. Nie lubi tego zdania, że wszystko będzie dobrze. Dlatego nie mówi go za często, za to prosi o opowiedzenie jakiejś historii, żeby odwrócić na moment myśli od bólu i chaosu wokół. Nie daje pewności, bo najzwyczajniej w świecie boi się, że przecież zawsze może kogoś nie uratować, nawet jeśli starałaby się z całych sił.
Oddycha głęboko, opierając się plecami o chłodną ścianę budynku. Wypuszcza powoli dym z ust, który szybuje w górę. Ona też podnosi spojrzenie, patrzy na górujące nad nią budynki. Wybija szósta rano, a ona, zamiast iść do domu i odespać zmianę, rusza na siłownię, bo przecież w domu i tak nikt na nią nie czeka.
Szukamy wszystkiego. Wizerunek: Hanna de la Vega. W razie czegokolwiek > pandaczerwona0@gmail.com
(Ulalala Niunia <3)
OdpowiedzUsuńŚwit nad Manhattanem ledwo co rozcinał purpurowe niebo, gdy przekraczał próg siłowni. Ciężki, chłodny metal gryfu idealnie leżał w jego dłoniach, a zapach potu i gumy był dla niego o wiele bardziej naturalny niż luksusowe perfumy. Mimo potwornego zmęczenia po całonocnej sesji tatuowania, jego żelazna samodyscyplina po raz kolejny wygrała. Wybierał te godziny celowo – puste sale, brak zbędnych spojrzeń i absolutna cisza, w której liczył się tylko rytmiczny oddech i opór mięśni.
Właśnie kończył serię martwego ciągu, gdy ciszę przerwał znajomy, energiczny głos.
— Brandt! Nie mów, że znowu nocujesz na siłowni — zawołała Skyler, jego menadżerka i jedna z niewielu osób, które tolerował w swoim sterylnym świecie.
Mężczyzna powoli opuścił sztangę na podłogę, a głuchy łomot żeliwa przetoczył się po gumowej macie. Wyprostował się niespiesznie i rzucił okiem na zegarek, po czym na jego twarzy wykwitł ten specyficzny, leniwy uśmiech.
— Ktoś musi pracować na ten luksus, Sky. Poza tym, o tej porze przynajmniej nikt nie rozprasza mnie gadaniem — odparował nisko, sięgając po leżący na ławce ręcznik.
Dopiero gdy przetarł kark, w pełni skupił wzrok na osobie stojącej obok jego menadżerki. Towarzyszka Skyler natychmiast przykuła jego chłodną, analityczną uwagę. W jego oczach pojawił się rzadki, błyskotliwy błysk. Miała w sobie coś magnetycznego. Dzikość ukrytą pod hipnotyzującym spojrzeniem, idealną figurę i tatuaże, które jako artysta potrafił docenić w ułamku sekundy – linie współgrały z jej ciałem w sposób, który wręcz go fascynował.
Obserwował ją bezczelnie, acz na tyle dyskretnie, by nie wydać się nachalnym. Gdy ich spojrzenia w końcu zderzyły się w przestrzeni industrialnej sali, nie odwrócił wzroku. Zamiast tego na jego twarzy wykwitł leniwy, pewny siebie półuśmiech, będący niemym zaproszeniem do gry, której zasady znał tylko on.
---
Wieczór przeniósł go w zupełnie inną scenerię. Jeden z najbardziej prestiżowych, zamkniętych klubów w Nowym Jorku pulsował basem i neonowymi światłami. Otoczony wianuszkiem znajomych i Skyler, odpoczywał po intensywnym tygodniu. Kontrola, którą tak obsesyjnie pielęgnował na co dzień, tej nocy nieco się rozmyła pod wpływem luźnej atmosfery.
Wokół loży zrobiło się głośno. Mężczyźni z jego ekipy, podkręceni muzyką i klimatem imprezy, zaczęli popisywać się swoimi zdolnościami fizycznymi. Dotychczas stojący z boku jako chłodny obserwator, dał się ponieść chwili. Dumny i nieco chwiejny, postanowił pokazać, na co go stać, i wykonać salto w tył z podestu loży.
Wybicie było mocne, ale chwila nieuwagi opóźniła refleks. Przy lądowaniu jego stopa ześlizgnęła się z krawędzi. Stracił równowagę i z impetem runął do tyłu, uderzając potylicą o kant marmurowego stolika. Ciemność nadeszła natychmiast. Muzyka ucichła w jego uszach, a zaniepokojone, krzyczące towarzystwo natychmiast rzuciło się w jego stronę, podczas gdy Skyler drżącymi rękami wybierała już numer na pogotowie.
Świat wracał do niego powoli, pulsując tępym, rozsadzającym bólem z tyłu głowy. Ostre, białe światło jarzeniówek zmusiło go do przymknięcia powiek. Kiedy jednak uniósł je ponownie, obraz zaczął się ostrzyć.
Nad nim pochylała się sylwetka w ciemnogranatowym, profesjonalnym mundurze ratownika medycznego. Gdy jego wzrok skupił się na jej twarzy, na chwilę zapomniał o pulsującym bólu. To były te same oczy, ta sama magnetyczna dziewczyna z siłowni, która teraz profesjonalnie badała jego reakcję źrenic na światło.
Odetchnął ciężko, a na jego blade usta, mimo oszołomienia, wkradł się ten sam, lekko bezczelny uśmiech, który posłał jej o poranku. Spojrzał na nią głęboko, chrypiąc cicho:
— Czy ja... trafiłem do nieba? Bo przysiągłbym, że widzę pięknego anioła.
A
[Coś tu ostatnio dużo tych samotnych postaci... A ten wizerunek przyciąga jak zawsze niczym magnez, bo koło takiego uśmiechu nie da się przejść obojętnie.
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia z kolejną bohaterką i w razie czego zapraszam.]