Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

08/03/2026

[KP] Welcome to my Brooklyn meltdown

Tamsin Passalis
wiolonczelistka uzupełniająca w Operze Metropolitalnej | gra tam, gdzie jej zapłacą
wdowa | 28 lat | mieszka w odziedziczonym mieszkaniu na Brooklynie

Mówili, że jest zdolna.
Miała raptem dwanaście lat, kiedy wygrała pierwszy konkurs międzynarodowy. Bolały ją palce i było jej strasznie gorąco od świateł reflektorów i niewywietrzonej sali koncertowej, miała spękane do krwi usta. Podszedł do niej i poklepał ją lekko po plecach swoimi długimi palcami, niskim głosem składając gratulacje jej matce, jakby to ona przed chwilą goniła samą siebie w Scherzo Goens’a, śpiewała przed śmiercią w Łabędziu Saint-Saëns’a i opowiadała historyjkę w Humoresce Dworzaka. Jakby to ona spędzała każdą wolną chwilę przy instrumencie, który wciąż ranił.

Mówili, że ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Miała piętnaście lat, kiedy poklepał ją swoimi długimi palcami po ramieniu i powiedział, że jest jedyna w swoim rodzaju. Zdolna, pracowita i piękna. Inne niż wszystkie znane mu kobiety, dojrzalsza od nich znacząco i rozkwita niczym kwiat, kiedy tylko gra. Grała więc jeszcze więcej, byle tylko ją chwalił i całował, prosił, by mógł zostać jej tajemnicą.

Mówili, żeby się za bardzo nie spieszyła.
Miała osiemnaście lat, kiedy założył na jej palec obrączkę trzęsącymi się, długimi palcami. Sam rok wcześniej skończył czterdzieści pięć i mówił jej, że to właśnie był znak, że powinien uklęknąć przed ukochaną kobietą i jej się oświadczyć. Jej matka im błogosławiła mówiąc, że ma szczęście, że trafiła na takiego mężczyznę i powinna całować ziemię, po której chodził. Całowała, ale chyba nie o to chodziło jej matce.

Mówili, żeby uciekała.
Miała dwadzieścia jeden lat, kiedy uderzył ją pierwszy raz. Najpierw słowami o jej braku wartości, a później dłonią o długich palcach, wprost w policzek, który chwilę wcześniej czule całował. Ubierał ją pięknie, dbał, by zdrowo jadła i kazał dużo ćwiczyć, dużo grać, by była jeszcze lepsza, tylko później narzekał, że palce ma krzywe, zgrubiałe na końcach i kciuk zdeformowany, z dwoma niemal przezroczystymi, pożółkłymi naroślami w miejscu, gdzie skóra dotykała metalowych strun.

Mówili, że im przykro.
Miała dwadzieścia cztery lata, kiedy pochowała męża i ostatni raz widziała jego długie palce, które miały już nigdy więcej nie zacisnąć się zbyt mocno na jej nadgarstku.

Teraz nie mówią już nic.

Odautorsko Cześć! Jesteśmy chętne i otwarte na wszystko. Spotkać ją można niemal wszędzie — od bankietu po słaby bar z marnym jazzem czy metro w środku nocy.
Poniższe wpisy mogą zawierać treści przeznaczone wyłącznie dla osób pełnoletnich.
Pozdrawiam i zapraszam. P.S. Kod EMME - przerobiony

142 komentarze:

  1. [Witaj i tutaj <3
    Smutna i bolesna historia, ale zgrabnie ujęłaś w tym całą przemianę jaka zaszła w kobiecie! Podoba mi się, jak opisałaś jej talent, wrażliwość i dobre serduszko, ale do diaska, czy musiała trafić na starego drania?! Ostatecznie dobrze, że została wdową i nie nosi już odcisków chudych palców... -,- Teraz mam nadzeję, że odetchnie i rozkwitnie na nowo! :D
    Udanej zabawy dla Was!]

    Emma / Lily

    OdpowiedzUsuń
  2. [Dzień dobry, podobnie jak Sol, jest mi bardzo miło, że mogę Cię przywitać także tutaj 🩵
    Miałam ciarki jeszcze podczas sprawdzania Twojej karty postaci, bo choć teoretycznie nie musiałam (sprawdzamy tylko kwestie techniczne), to kiedy już zaczęłam czytać treść, nie potrafiłam przestać. Biedna Tamsin :c Blogowa intuicja podpowiada mi, że okoliczności śmierci pana męża mogą okazać się co najmniej ciekawe i stąd mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zdradzisz nam co nieco na ten temat ;) I może to lepiej, że w końcu o Tamsin nikt nic nie mówi? W końcu dziewczyna może mieć święty spokój!
    Życzę udanej zabawy i wątków bez liku 🩵]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  3. [Cześć!
    Przeczytałam kartę w okamgnieniu i miałam takie... ugh. Smutno mi. Sama pisałam, nie tak dawno zresztą, postacią, która doświadczała przemocy ze strony męża i wiem, że z jednej strony jest to ciekawy temat, a z drugiej dość ciężki. Na szczęście Tamsin jest już wolna i mam nadzieję, że nie maczała palców w tym, że pochowała męża. Życzę jej samych dobroci, chociaż wydaje mi się, że wcale nie jest jej łatwo funkcjonować w społeczeństwie.
    Zostańcie z nami jak najdłużej! ♥]

    Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald

    OdpowiedzUsuń
  4. [O cholercia, mocna historia, lubię bardzo! Świetnie ją przedstawiłaś, a nie dość, że to, to jeszcze i zachęciłaś, żeby się dowiedzieć, co to się z tym chłopem zadziało. Jakbyście potrzebowały pana prawnika, a coś czuję, że takowy może lub mógł się przydać, to zapraszamy do kancelarii. Tymczasem życzę dobrej zabawy w Nowym Jorku! <3]

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  5. [O, milutko wiedzieć, że już kiedyś przez NYC się przewinęłaś i teraz skusiłaś się na powrót! Skoro tak, to tym bardziej musimy postarać się o to, aby Tamsin mogła rozwinąć skrzydła :) (Nie)cierpliwie czekam na post o panu mężu!
    Hm, hm, prawdopodobnie to z Maxine najprościej byłoby połączyć Tamsin ALE co powiesz na to, żebyśmy spróbowały wykombinować coś z Chrisem? Został mi u niego tylko jeden wątek, a nie lubię mieć u postaci tylko jednego wątku, więc z chęcią bym nad czymś pomyślała, nawet jeśli z tą dwójką nie będzie prosto i dlatego, jeśli masz ochotę, zapraszam na burzę mózgów już na maila :)
    P.S. W moim odczuciu właśnie ta scena była kluczowa dla całego posta, więc nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to właśnie ona zapadła Ci w pamięć, aż mam wzruszki 🩶]

    nadal cała trójca: MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS

    OdpowiedzUsuń
  6. A kogóż my tu mamy? Pojawiam się z ogromnym poślizgiem, ale chyba taki już mam standard, niestety. Piękna Mara na zdjęciu, postać tragiczna w karcie, a koniec karty taki, że chciałoby się zapytać, co stało się z mężem Tamsin... Część mnie jednak nie chce pytać o to wcale, bo wystarcza mi w zupełności wiedzieć, że się od niego uwolniła. W jaki sposób? Nieistotne.
    Powiem szczerze, że chciałam do Ciebie wpaść z pomysłem na jakiś super wątek, ale nic konkretnego jak na złość nie przychodzi do głowy, bo ze strzępków o których myślę nie da się niczego zszyć. Może Tobie przychodzi na myśl coś mniej oklepanego niż to, że mogliby z Marco być sąsiadami? O ile w ogóle możemy Wam się do czegoś przydać.
    Cześć, witajcie w Nowym Jorku i bawcie się świetnie. <3


    MARCUS LOCKHART

    OdpowiedzUsuń
  7. [Bardzo dziękuję za te wszystkie komplementy! :) Tak, Nyx jest bardzo buntownicza, na pewno ten motyw przewinie się w jej historii wielokrotnie, haha.
    A co do karty — ta akurat nie jest zbyt skomplikowana, wbrew pozorom. Gdyby Cię kiedyś naszło, daj znać, chętnie pomogę w kodowaniu, choć uprzedzam, że jestem amatorką :D]

    Nyx Hackett

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy zostajesz fotografem ulicznym, z pewnością nie spodziewasz się, że któryś z twoich przyszłych współlokatorów zaproponuje ci przeprowadzenie sesji w budynku jednej z najsłynniejszych oper świata. Przez większość czasu żyjesz tak jakby nie obowiązywał cię żaden inny zegar od tego naturalnego. Chwytasz chwilę i robisz to często z ciekawością małego dziecka. A jednak zdarza się, że w całe to twoje niemal sielankowe współistnienie ze wszechświatem wedrze się ktoś, kto ten spokój przełamie. W przypadku Natty’ego była to Rosa, młoda pianistka, która jakieś dwa tygodnie wcześniej wprowadziła się to ich pełnego gwaru mieszkanka.
    - Och, chyba nie powiesz mi, że tak sławny artysta jak ty obawia się pstryknąć kilka fotek pracującym muzykom... – Zbliżała się do niego coraz bardziej tamtego wieczora, robiąc słodkie minki. – Tym bardziej, że to tylko zastępstwo. – Nie przejmując się widoczną na jego palcu obrączką podkreślającą wciąż niezwykle żywe uczucia do nieżyjącej małżonki, zaczęła muskać czubkami palców jego skórę w miejscu, w którym miał lekko rozpiętą koszulę. Rzadko zapinał wszystkie guziki, twierdząc że krępowały mu oddech, lecz akurat wówczas tego żałował. – Za tydzień, może dwa Bastian wróci z chorobowego i będziesz znów wolny niczym ptak. To jak będzie ? – Spytała, doskonale wiedząc, że choć ostatkiem sił usiłował opierać się jej niewątpliwym wdziękom, zwycięstwo miała w kieszeni. Zdradzało go własne, od dawna spragnione kobiecego dotyku, ciało.
    - Niech ci będzie, ale tylko ten jeden raz. – Mruknął, mając nadzieję, że wreszcie się od niego odczepi.
    I faktycznie, niemal natychmiast straciła nim zainteresowanie, biegnąc do telefonu, by poinformować zarząd Opery, że jej misja znalezienia tymczasowego fotografa została zakończona sukcesem.
    ***
    W ten oto sposób dokładnie w samo południe zaparkował swego staruszka nieopodal głównego wejścia. Chociaż zaparkował było w tym wypadku dużym eufemizmem, bo właściwie wcisnął go mocno nieprzepisowo w wąską dziurę jakże typową dla tak ogromnych miast, modląc się, by nie musiał później odbierać go z rąk straży miejskiej lub, co jeszcze gorsze, policji. Zapewne powinien po prostu poszukać innego postoju, ale i tak przyjechał niemal na ostatnią chwilę. Przeskakując po kilka stopni na raz, liczył więc na łut szczęścia.
    - Pan Morais ? – Siedzący za biurkiem portier obdarzył go uważnym spojrzeniem.
    - Zgadza się. – Potwierdził, wręczając mu, a jakże, prawo jazdy, bo dowód oczywiście wcisnął diabeł jeden wiedział gdzie.
    - W takim razie proszę za mną. – Poprowadził go przez przestronne korytarze.

    Natty [Jeszcze się rozkręcimy.]

    OdpowiedzUsuń
  9. [A ja bardzo chętnie wmieszałabym w coś Debbie, bo trochę brakuje mi u niej wąteczków, nie ukrywam. Tylko, że te cztery lata temu, gdy Tamsin owdowiała, Debbie jeszcze nie pracowała w policji. :(
    Ale! Mamy sporo punktów zaczepienia, bo obie mieszkają na Brooklynie, z tym że Debs wynajmuje klitkę z przyjaciółką, ale też na Brooklynie pracuje Debbie.
    Może Tamsin coś zgubi? Albo będzie miała podejrzenia, że jej coś ukradziono? Debbie byłaby wtedy prowadzącym taka drobną sprawę i może dziewczyny się spikną.
    Albo! Tamsin może być świadkiem bardzo nieprzyjemnego zdarzenia - pobicia, gwałtu, morderstwa. Co Ty na to? :D

    No i dziękuję, w imieniu swoim i Muminka, za docenienie bliźniaczek! :D

    P.S. To trzecia wersja tego komentarza, więc jeśli jestem odpowiedzialna za SPAM na Twojej skrzynce, to proszę o wybaczenie. ♥]

    Debbie Grayson🚓

    OdpowiedzUsuń
  10. Przechodząc przez obszerne korytarze, zastanawiał się kiedy dokładnie ostatnio miał zaszczyt przebywać w tak wykwintnym miejscu. Chyba było to podczas ostatnich Świąt Bożego Narodzenia spędzonych z Alix. Niecałe dwa tygodnie przed jej śmiercią. Jak zwykle wyjechali na parę dni do jej rodziny, ponieważ ona musiała szybko wrócić do pracy. Tego wieczoru w Operze Garnier wystawiano Don Giovanniego.
    - To tutaj. – Z melancholijnych rozmyślań wyrwał go nagle głos portiera.
    Zanim zdążył się do końca otrząsnąć, podeszła już do niego młoda blondynka wylewająca z siebie chyba tysiąc słów na sekundę. Z oczywistych względów dużej części z nich nie był w stanie nawet zarejestrować, choć naprawdę się starał. Najchętniej powiedziałby jej, żeby trochę zwolniła, ale nie miał nawet kiedy się wtrącić. Zupełnie tak jakby oddech był jej zbędny. Co gorsza, domyślił się że skoro to ją właśnie oddelegowano jako pierwszą do rozmowy z nim, musiała zajmować jakieś ważne stanowisko. Prawdopodobnie organizatorki całej tej szopki. Cóż…w przeciwieństwie do niej już teraz raczej kiepsko widział ich współpracę. Gdyby tylko mógł, najchętniej po prostu, by jej podziękował i wrócił na ulicę, tam gdzie jego miejsce. Skoro jednak wcześniej dał się tak łatwo podejść Rosie, musiał przejść przez to piekło z uśmiechem na ustach. Najwyżej później czeka ich kilka sprzeczek. W sumie nic nowego. Mało który manager podzielał jego luźny sposób życia. Dawno zdążył zaakceptować niewygodny fakt, że najlepszym sposobem na przetrwanie w towarzystwie tego typu osób było zwyczajne uzbrojenie się w ogromne pokłady cierpliwości i dawanie się prowadzić im niczym lalkarzowi. Gdyby tak jeszcze lista miejsc, którą wcisnęła mu tuż przed przedstawieniem go reszcie zespołu nie była aż tak długa… Jeden szybki rzut okiem na pozycje na niej skreślone wystarczył, by uświadomił sobie z całą mocą, że jego wcześniejsze ambitne plany wyrwania się stąd choćby na parę godzin podczas weekendu właśnie legły w gruzach. Cóż, będzie musiał znaleźć jakieś zastępstwo, bo przecież biedne dzieciaki liczące na jego lekcje nie mogły się rozczarować. Bez tego nie miały łatwego życia.
    - Natale Morais, na co dzień streetphotographer. Miło mi poznać. – Odwzajemnił uśmiech Tamsin, ściskając lekko jej wyciągniętą dłoń. – Proszę się zbytnio nie przejmować. Postaram się dołożyć wszelkich starań, by nasza dzisiejsza sesja mimo wszystko przyniosła jak najlepsze efekty. W najgorszym wypadku zrobimy tylko kilka próbnych fotek, a resztą zajmiemy się jutro.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  11. Emma od razu polubiła Tammy, lubiła ją kiedy się poznały jako dzieci, kiedy się nie widziały i czasami pisały do siebie listy, kiedy znów spotykały w nastepne za szybko mijające wakacje i teraz. A teraz może szczególnie ją lubiła, bo czuła że jej obecność koi nerwy i obie będące po przejściach, rozumieją siebie nawzajem lepiej, niż próbowałby je zrozumieć ktoś, kto o trudach życia nie wie nic. Przy niej Emma wstydziła się trochę mniej, tego że nie ma studiów i zakończyła edukację na szkole średniej, a potem robiła mnóstwo szkoleń i certyfikatów z rozmaitych dziecin gastronomii. Trochę niej krępowało ją wspominanie, że nie zna swoich prawdziwych rodziców, a ci nieżyjący dali jej najwięcej miłości i najlepszy dom na świecie. Trochę lżej jej było na sercu, gdy Tammy nie patrzyła na nią z wiecznym współczuciem, bo była przecież niedoszłą żoną i niedoszłą wdową jednocześnie. I czuła się też niejako mniej winna tragedii, jaka miała miejsce w zeszłe lato, jakby pozwalała swoim myślom na chwilę odpocząć dzięki Tamsin.
    To co ceniła najbardziej, że obie się nie oceniały. Przyjmowały i akceptowały swoje wybory, decyzje, to jakie są. Mogły sobie porozmawiać szczerze i swobodnie, powierzyć sekrety, przyznać się do zmartwień i trosk, które im ciążą. Tammy była prawdziwą przyjaciółką i pomijając okoliczności, to gdy wróciła i wprowadziła się do mieszkania po sąsiedzku, Emma naprawdę się ucieszyła. Potrzebowała jej, kompanki, towarzyszki, kogoś z kim łączy ją coś dobrego, zarówno wspomnienia jak i prosta codzienność. Dzięki niej White uśmiechała się codziennie trochę więcej, niż poprzedniego dnia i bardzo jej to pasowało, bardzo się z tym uczuciem lekkości polubiła.
    - Nie martw się, Tammy, kupię ci nowe, większe o rozmiar - pocieszyła ją z rozbawieniem, obserwując jak ta bez zawahania pochłania kolejny kawałek. - Za tydzień robię duże zamówienie na tort cytrynowy, na pewno coś zostanie... - zasugerowała, jak zawsze gdy tak subtelnie zapraszała koleżankę do odwiedzin po godzinach pracy w cukierni, aby potestowały nowe smaki.
    Emma zamykała całe swoje życie obecnie w cukierni, a choć miała plan od zawsze zająć się tym zawodowo, nie tak to miało wyglądać. Przejęła interes za szybko, zbyt gwałtownie, nie tak, jak planowała, bo po śmierci mamy nie było czasu zastanawiać się nad niczym. Gdy sama wyszła z szpitala po tygodniach w śpiączce, musiała na szybko znów wskoczyć w życie i nie tracić kolejnego dnia. Musiała opłacić rachunki za mieszkanie i za lokal, musiała zadbać o to, by mieć co jeść, musiała... przetrwać. Po prostu pokonywać kolejne kartki w kalendarzu. Piec kochała, dbać o ludzi także i zarówno uśmiech, zadowolenie klientów, jak i kolejne zamówienia cieszyły, ale mimo wszystko White gasła. Nie pogodziła się z stratą, nie przebrnęła przez żałobę, nie odwiedziła nawet świeżych nagrobków na cmentarzu, bo w tle rozgrywały się kolejne trudne sprawy, które ją coraz mocniej tłamsiły. Nie mówiła o tmy, nie skarżyła się, przyjmowała z pokorą wszystko, co na nią spadało, wierząc, że zasłużyła. Sąsiedzi pozwalali jej zamykać mieszkanie na cztery spusty, ignorowali krzyki i dźwięk tłuczonych rzeczy, gdy Thomas się denerwował, ignorowali jej uciekające spojrzenie pełne wstydu, gdy wywalała z śmieciami nadmiarowe szklane butelki po alkoholach. Byli rozbici i każdy wokół sądził, że to wypadek sprzed roku tak się za nimi ciągnie, a przecież wszystko się zmieniło, a Thomas się nie zmieniał... Ale o tym nie mogła wspomnieć nikomu, a już szczególnie Tammy, która nie potrzebowała cudzych problemów.
    Usiadła naprzeciw niej przy małym stoliku, a w środku były takie dwa z dwoma krzesłami każdy, objęła w dłonie duży kubek z stygnącą aromatyczną herbatą i z uznaniem pokiwała głową. Sama jadła niewiele, a w cukierni niekiedy tylko próbowała kremów, czy są odpowiednio słodkie i nasycone docelowym aromatem, bo apetyt jej dawno temu przestał dopisywać.
    - To tylko placek drożdżowy z śliwkami, Tammy, musimy zadbać o podkręcenie twoich kubków smakowych - stwierdziła pogodnie, poprawiając rękaw bluzki, by materiał zasłonił obity nadgarstek.


    Emma 🍰

    OdpowiedzUsuń
  12. Debbie Grayson lubiła swoją pracę. Powiedziałaby to każdemu, nawet przypadkowemu mieszkańcowi, któremu wpadłoby do głowy, żeby ją o to zapytać. Debbie była zadowolona z decyzji, którą podjęła, cieszyła się, że odpuściła pracę przy ratuszowym biurku i przywdziała mundur. Służyła już niemal półtora roku. Długo dla samej Debbie, ale krótko dla innych policjantów, dla których wciąż była świeżakiem. Miała jednak doświadczenie, nawet te najgorsze, bo wynikające z postrzału. Ramię Deborah, w które została postrzelona na jednej z wieczornych akcji, niedawno wróciło do sprawności, jaka pozwalała Debbie na to, aby ta mogła znowu brać czynny udział w patrolach.
    Lubiła swoją pracę. Czasami jednak musiała to sobie powtarzać. Najczęściej wtedy, kiedy w dwunastej godzinie służby, gdy powinni zawijać się z Louisem na komisariat, zdać raporty i ruszyć na odpoczynek do domu, dostawali wezwanie na interwencję. Nie mogli odmówić.
    — Lubię swoją pracę — powiedziała na głos, gdy Hunt zawracał, aby jak najszybciej znaleźć się pod podanym im w komunikacie adresie. Milczał. Zbywał poniekąd Debbie, a ta wcale mu się nie dziwiła. Przywykła do ciszy w radiowozie, która przerywana była wtedy, gdy zaistniała taka potrzeba. Ich relacje i tak były o wiele poprawniejsze teraz, kiedy wróciła z długiego zwolnienia lekarskiego, ale ruda miała świadomość, że Louisowi wcale nie odpowiada to, z kim spotyka się Debbie.
    Pod wskazany adres na Brooklynie dojechali w mniej niż pięć minut. Był już wieczór, dochodziła godzina dwudziesta, ulice robiły się coraz mniej zakorkowane, a i na chodnikach pojawiało się mniej pieszych. Grayson wysiadła z wozu, włączyła kamerę przy kamizelce i usłyszała, że to samo zrobił Louis, gdy do jej uszu dotarło: rejestracja interwencji rozpoczęta. Spojrzała na niego, Louis skinął jej głową. Mieli szczątkowe informacje.
    Awantura. Alkohol. Dzieci.
    Debbie poszła przodem. Gdzieś między drugim a trzecim piętrem trafili na starszą kobietę, która wyzywała się z młodszą od siebie, wyraźnie pijaną kobietą, ta, stała u szczytu schodów na trzecim piętrze, trzymając się barierki. Młoda policjantka odnosiła wrażenie, że pojawili się z Louisem w ostatniej chwili, że w ostatnim momencie powstrzymali kobiety przed rzuceniem się sobie do gardeł.
    — Hej, hej, hej! — wyrwało się z gardła Louisa, a zaraz potem wykrzyczeli, że są z policji, podali swoje nazwiska i stopnie. Wszystko zgodnie z procedurami, wszystko utrwalane na nośniku danych przy kuloodopornej kamizelce.
    Potem krzyki kobiet przybrały na sile. Niektóre z drzwi do mieszkań, ulokowane na przeciwległych ścianach w długim korytarzu, otwierały się szeroko, inne tylko się uchylały. Do krzyków, plucia i prób szarpaniny, dołączyły inne głosy.
    Funkcjonariusze obie kobiety wprowadzili na jedno piętro, Louis przytrzymywał tę starszą, a Debbie… Debbie stała naprzeciwko tej młodszej, chwiejącej się na nogach. Chwyciła kobietę dopiero wtedy, gdy ta zdawała się nie kontrolować własnych członków i osuwać się po ścianie między dwiema parami drzwi. Grayson jej na to pozwoliła, ale w swojej asyście.
    — Halo? Jak się pani nazywa? — Debbie kucnęła przed nieznajomą, próbując dotrzeć do niej przez krzyki furiatki uspokajanej przez Louisa. — Mógłbyś zaprowadzić ją do jej mieszkania? — spytała w końcu, spoglądając na partnera przez ramię, bo rozdzielenie tych dwóch wydawało się być najrozsądniejsze. I musieli zrobić to tak, aby te nie musiały nawet na siebie patrzeć. Lubię swoją pracę. — Kto wezwał policję? Gdzie są dzieci? — pytała spokojnie, w liczbie mnogiej, próbując dotrzeć do sedna zgłoszenia, które miało przedłużyć ich zmianę.

    Debbie Grayson

    OdpowiedzUsuń
  13. [Ha, ha, ha. Zapraszam! To bardzo miłe! :D ♥
    I tak, uwielbiam to zdjęcie, ale to był ciężki wybór, bo Damian ma tyle wspaniałych fotografii, że długo, długo wybierałam. Ale tak, jak mówisz - to konkretne robi wrażenie i chociaż o zaciskającej się pięści nie pomyślałam, to właśnie spojrzenie Damiana (Evana) jest tutaj niemal miażdżące, pozornie spokojnie. ;D
    A pewnie, że się odezwę! Jak szaleć, to szaleć!]

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  14. Christian na palcach jednej ręki mógłby policzyć telefony, które dostawał ze szkół, do jakich chodziła Abigail – bo tych na przestrzeni lat było co najmniej dwie, podstawowa i średnia. Pośród tych zliczonych na palcach jednej ręki telefonów ledwo dwa dotyczyły sytuacji na tyle poważnych, by któreś z rodziców musiało niezwłocznie stawić się w szkole. Ten, który odebrał przed kwadransem, był trzeci. Pani dyrektor, która osobiście pofatygowała się i wybrała numer Riggsa, na wstępie wyjaśniła, że Abigail jest cała i zdrowa, i że Chris absolutnie nie musi martwić się na wyrost, jednakże ze względu na to, co się wydarzyło, powinien przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Na pytanie Christiana o to, co się stało, odpowiedziała tylko, że była to kwestia nieporozumienia z innym uczniem i że wyjaśnią wszystko na miejscu, w jej gabinecie. Riggs, wyczuwając, że nie uda mu się pociągnąć jej za język, rozłączył się i skupił na tym, by przyjechać tak szybko, jak to możliwe. Zwolnił się z pracy, z czym nie miał większego problemu, ponieważ wykonał swoją część roboty i z powodzeniem mógł zostawić zawodników New York Giants w rękach pozostałych trenerów, którzy doskonale znali rozpiskę na ten dzień i mieli zrealizować pozostałe zadania tak, by harmonogram został wypełniony w stu procentach. Dotarł na parking, wsiadł do samochodu i rozpoczął żmudną podróż do szkoły. Żmudną, bo choć poranne godziny szczytu minęły, przebicie się przez Nowy Jork o każdej porze dnia zdawało się być wyzwaniem, raz mniejszym, raz większym, ale zawsze wyzwaniem.
    Nie był zdenerwowany, nie był nawet zestresowany, a może jedynie lekko zaniepokojony. Abigail była cała i zdrowa, a to było najważniejsze. Ze wszystkim innym mieli sobie poradzić, prawda? Zachodził jednak w głowę, co takiego mogło się stać, że musiał stawić się w szkole? Abi była w ostatniej klasie, miała stałe grono szkolnych znajomych i nie była konfliktowym dzieckiem, tymczasem rozchodziło się o konflikt z innym uczniem. A może uczennicą? Zatrzymawszy się na czerwonym świetle, Christian zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie, czy jego jedyne dziecko w ostatnim czasie skarżyło się na coś związanego ze szkołą, ale jeśli Abigail marudziła, to ze względu na ilość nauki do egzaminów, a nie na koleżanki i kolegów. Pokręciwszy głową, ruszył, kiedy światło zmieniło się na zielone.
    O drogę do gabinetu dyrektorki musiał zapytać na portierni, bo choć mgliście kojarzył, gdzie ten się znajdował, dotąd nie miał potrzeby, aby w nim bywać. Jeśli zachodziła taka konizeczność, to Natalie wybierała się do szkoły, czy to na wywiadówki, czy to na szkolne kiermasze i to z tej prostej przyczyny, że on do niedawna mieszkał w Filadelfii, a raczej mieszkał zarówno w Filadelfii, jak i w Nowym Jorku, przy czym w tym drugim spędzał tylko weekendy. Pokierowany przez sympatycznego mężczyznę, pokonał korytarz, skręcił w prawo, a potem jeszcze raz w prawo i wtedy dostrzegł siedzącą pod ścianą, na jednym z kilku prostych krzeseł ustawionych w rzędzie, Abigail. Korytarze były puste, zajęcia trwały w najlepsze, przez co kroki Riggsa niosły się cichym echem i usłyszawszy je, osiemnastolatka od razu poderwała głowę, a na widok ojca poderwała się także z krzesła. Widząc to, Chris przyspieszył kroku, przez co spotkali się w połowie drogi.
    — Abi — tchnął, podczas gdy jego już nie taka mała kopia obiema rękoma złapała go za przedramię i zacisnęła wokół niego długie, szczupłe palce. — Co się stało?
    — Sama nie do końca wiem — odezwała się cicho, podczas gdy Chris uważnie lustrował jej sylwetkę wzrokiem. Musiał upewnić się, że rzeczywiście była cała i zdrowa. Na taką wyglądała, więc zatrzymał spojrzenie na jej twarzy i wtedy spostrzegł, że blondynka wpatrywała się w niego z napięciem.
    — Jak to, nie wiesz?
    Abigail opuściła wzrok, oderwała prawą rękę od jego przedramienia i podrapała się po policzku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To było… dziwne. Jest taki jeden chłopak, Noah. Chyba jest w pierwszej klasie, nie jestem pewna, ale zauważyłam, że on, cóż… — Abigail poczerwieniała i zerknęła krótko na ojca. — Wygląda na to, że mu się podobam — przyznała cicho, wyglądając na odrobinę zażenowaną, a jednocześnie rozbawioną tą sytuacją. Zaraz jednak odchrząknęła, a lekki uśmiech czający się w kącikach jej ust zniknął. — W każdym razie dziś, na długiej przerwie śniadaniowej, na stołówce, Noah do mnie podszedł i ni z tego, ni z owego mnie pocałował — wyrzuciła z siebie jednym tchem. — A ja, jakoś tak, sama nie wiem, chyba bardzo się oburzyłam, bo… Akurat stałam w kolejce po jedzenie, miałam w ręce tacę i… Zdzieliłam go tą tacą w głowę…
      — Abigail…! — Chris nie wiedział, czy ma się śmiać, czy płakać.
      — To był odruch!
      — Ile wy macie lat, żeby się tak zachowywać?!
      Osiemnastolatka opuściła głowę, przyciskając jedną dłoń do zaczerwienionego policzka, podczas gdy drugą wciąż ściskała przedramię Chrisa, jakby ten był jej ostatnią deską ratunku. W głowie nie mieściło mu się to, co usłyszał. Jedno i drugie zachowało się niedorzecznie, ale nie zamierzał rugać Abigail za to, że ta najzwyczajniej w świecie się broniła, bo ktoś nieproszony brutalnie wtargnął w jej przestrzeń osobistą. Riggs westchnął cicho. Gdyby był jedną z tych rozhisteryzowanych matek, z powodzeniem mógłby oskarżyć gówniarza o napaść na tle seksualnym. Na szczęście nią nie był, a i Abigail nie zachowywała się tak, jakby została jej zrobiona krzywda. Bardziej była przejęta tym, że chłopak oberwał od niej plastikową tacą na jedzenie, niż tym, że ten pocałował ją bez jej zgody. Swoją drogą Chris był ciekaw, jak mu się to udało?
      — Dobrze zrobiłaś — powiedział, przygarnął ją do siebie wolną ręką i uścisnął krótko. — Gdzie on jest?
      — Czeka w gabinecie dyrektorki. Nie wiem, które z nas będzie miało bardziej przechlapane…
      — Cóż, już ja o to zadbam, żeby przechlapane miał on. Możemy wejść do środka?
      Abi, co prawda bez przekonania, ale twierdząco pokiwała głową. Podeszli do drzwi gabinetu, Chris zapukał, a w odpowiedzi na przytłumione proszę nacisnął klamkę. Weszli do sekretariatu, który stanowił swoisty bufor między korytarzem, a gabinetem dyrektorki. Siedząca za biurkiem kobieta przywitała się i wskazała na znajdujące się po lewej drzwi.
      — Pani dyrektor czeka — dodała, na co Riggs skinął głową i wszedł do środka, prowadząc za sobą Abigail. Nie zdążył dobrze rozejrzeć się po wnętrzu, nie mówiąc nawet o zajęciu miejsca, kiedy ktoś jeszcze zapukał do drzwi sekretariatu, a chwilę potem do pomieszczenia weszła stosunkowo młoda kobieta i rozejrzała się nerwowo.
      — Pani Passalis, proszę do mnie — odezwała się pani dyrektor, zza postawnej sylwetki Christiana starając się pochwycić spojrzenie kobiety, której uwagę próbowała zwrócić. Zaraz po tym wskazała Christianowi i Abigail dwa krzesła ustawione przed biurkiem, za którym siedziała. Noah – bo to musiał być on – siedział na krześle pod ścianą, prostopadle do nich i nawet nie podniósł nisko zwieszonej głowy. Riggs strategicznie zajął skrajne krzesło, przez co Abigail po swojej lewej stronie miała ścianę gabinetu, po prawej ojca.

      CHRISTIAN RIGGS

      Usuń
  15. Prawdę powiedziawszy ani przez sekundę nie martwił się o siebie. Owszem, jako wychowanek ulicy i bidula znacznie bezpieczniej czuł się na wolnych przestrzeniach niż zamknięty we wnętrzu ogromnego modernistycznego budynku, lecz dekada robienia fotek nauczyła go niemal akceptować niewygodny fakt jakoby przez część klientów postrzegany był jedynie przez pryzmat bezwolnej maszyny do pstrykania zdjęć. Wielokrotnie słyszał, że za ludzi takich jak on prawie całą robotę wykonuje aparat, podczas gdy inni artyści muszą się naprawdę namęczyć, by osiągnąć w swej pracy wymagany efekt, więc nie powinien narzekać. Ignoranci, nie zdawali sobie sprawy jak wiele czasu poświęcał przed udaniem się na sesję wyborowi odpowiednich soczewek, obiektywów, nasadek, filtrów i całego tego ustrojstwa. Nie wspominając już o należytym ich ustawieniu, przygotowaniu sali i późniejszej obróbce. Choć praca, którą wykonywał stanowiła zarazem jego pasję, podobne uwagi sprawiały, że niejednokrotnie zastanawiał się, czy aby rzeczywiście nie powinien zawiesić tego na przysłowiowym kołku. Wystarczyło jednak, że popatrzył w roześmiane twarze dzieciaków z zapartym tchem wyglądających go zza zakrętu, by odzyskać wiarę w sens tego, co robił.
    - Dziękuję za wskazówki. – Uśmiechnął się nieznacznie. – Najlepiej od razu z nią porozmawiam. – Stwierdził, rozglądając się dookoła w poszukiwaniu wspomnianej kobiety.
    Zazwyczaj najdłużej jak mógł, wykorzystywał promienie słoneczne, by następnie przerzucić się na specjalistyczne obiektywy do wykonywania zdjęć także po zmroku. Skoro jednak tym razem przyszło mu pracować w dużo bardziej komfortowych warunkach niż zwykle, nie widział sensu w dodatkowym obciążaniu już i tak ciężkiego plecaka kolejnym sprzętem. Te dwa tygodnie mógł się ostatecznie jakoś przemęczyć. Przynajmniej dopóki najbliższa kawiarnia z dobrą, mocną kawą nie znajdowała się o wiele przecznic dalej. Nie wyobrażał sobie bowiem, by miał przetrwać cały ten cyrk z profesjonalnym uśmiechem cały czas przyklejonym do ust bez dużej dawki kofeiny. A najlepiej jeszcze czegoś słodkiego.
    - Musiałabym poszukać w kantorku. – Wyraźnie usiłowała go zbyć. – Może na razie skorzystasz ze światła padającego ze sceny ? Poproszę techników, żeby skierowali więcej lamp na Tamsin i Andy. W końcu to je głównie później zarząd życzy sobie widzieć na plakatach.
    - Wspaniała wizja, naprawdę. – Odparł nieco sarkastycznie. – Tyle, że na miarę sesji modelingowej. Może od razu zainstalujecie tu wybieg i dacie im jakieś fosforyzujące fatałaszki ? – Ciągnął wciąż tym samym tonem. – Znam nawet…
    - Dobrze, już dobrze. Rozumiem. – Przerwała mu, a niej jej twarzy wykwitł wyraźny rumieniec. – Chodźmy już po te nieszczęsne lampy. – Podreptała przodem, zamaszyście uderzając szpilkami o podłogę. Niczym wojskowa orkiestra. Raz dwa. Raz dwa. W prawo zwrot. W lewo zwrot.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  16. Kiedy Emmę jako kilkulatkę państwo White przyjęli do siebie do domu, szybko zapomniała o tym, jak zimno jest w bidulu, jak trzeba się starać o uwagę, jak zawsze trzeba sie ładnie uśmiechać, aby otrzymać dobre słowo od dorosłego. Potem, z biegiem lat, myślała że było to naiwne, zbyt pochopne, bo adopcje dziecka w wieku wczesnoszkolnym często wracają i są cofane, ale nie... trafiła bardzo dobrze. Otrzymała dom, rodzinę i mnóstwo miłości, a także zrozumienia dla nieśmiałej, skrytej natury. Nigdy nie czuła się adoptowana tak właściwie, nigdy nie dano jej odczuć obcości, ale też nigdy nie czuła, że musi odnaleźć swoje prawdziwe korzenie. Jej życie i jej dom były na swoim miejscu, a ona nosiła prawidłowe, jedyne prawdziwe nazwisko z dumą. Jako nastolatka w liceum podjęła decyzje, że przejmie interes mamy, ale ostatecznie nigdy nie musiała się też nigdzie przepychać jak Tammy. Lubiła, gdy sprawy były proste, a życie nieskomplikowane, nie miała wielkich ambicji, a marzenia nie odlatywały wysoko nad ziemię, więc chyba Emma zwyczajnie była taka szara i zwyczajna, bez aspiracji na coś wielkiego. I może, tylko może, w tej jednej sprawie obrania ścieżki zawodowej, nie umiałaby zrozumieć presji czasu i starań przyjaciółki. W całej reszcie rozumiała ją nad wyraz dobrze.
    Rodzina i cukiernia był dla Emmy wszystkim, a teraz zostało jej tylko to drugie i to musiała podreperować, zaopiekować się lokalem, podbudować interes, włożyć wiele pracy i wysiłku, aby to co robiła jej mama przetrwało. Nie wiedziała tylko czasami, czy ma jeszcze siły. Zazdrościła tego Tammy, parcia do przodu, wytrwałości, cierpliwości, uporu, przekonania, że nie może się poddać. Emma poddać się bardzo chciała, a jednocześnie dławiła ją myśl, że zostaje z niczym. Mieszkanie po rodzicach było przyjemne, zagracone i bardzo zaniedbane, potrzebowało remontu, odświeżenia, a przede wszystkim siłowego wyzbycia się niechcianego lokatora, który właściwie mieszkał tam bezprawnie, tak samo jak bezkarnie i wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości znęcał się nad pasierbicą. Ale cukiernia... ona kochała kochać, to jedno przynosiło jej nie tylko zarobek, ale i radość. Nie chciała tego rzucać, ani zaniedbywać cukierni. Tylko czasami, w niektóre dni, było jej ciężej i trudniej niż w inne. I tych było ostatnio trochę więcej. A ona nie umiała walczyć, nie była taka jak jej przyjaciółka, która wytrwale czekała, aż w końcu odzyskała wolność i zyskała spadek i lekkość, bo kolejne dni nie były już tak ciężkie.
    Lubiła ich rozmowy, te uśmiechy, delikatność słów, to jak nic nie jest sztuczne, wymuszone i wystudiowane, a zarazem uważają na siebie nawzajem. Emma wiedziała, że Tammy wiele przeszła, że u niej tez nie wszystko było piekne i różowe, więc wspierała ją w wszystkim, co sobie planowała i co robiła. Tak czuła, że obie muszą mieć gdzieś oparcie i źródełko zrozumienia, że same dla siebie są zbyt małą podporą. Ale obawiała się zawsze tego, że przyjaciółka poruszy trudny temat związany z jej sytuacją, bo nie wiedziała wtedy, co odpowiedzieć. I co zrobić tak w ogóle, by sytuację odmienić.
    - Oj, Tammy... - posłała jej karcące spojrzenie, takie które było w całej wrażliwej Emmie zbyt surowe, zbyt srogie i nie pasowało do łagodnych rys, do jasnych oczu i miękkich palców, bo wczorajsza chińszczyzna była paskudztwem. - Nie chcę o tym słyszeć - cmoknęła i pokręciła głową z dezaprobatą, bo o ile obie były dorosłe, to jednocześnie żadna z nich nie umiała o siebie porządnie zadbać. Jedna odżywiała się karygodnie. Druga pozwalała się zastraszać. Może dlatego ta przyjaźń była tyle warta, bo obie były siebie warte.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Wystarczyła kolejna chwila, by uśmiech z jej twarzy został całkiem wymazany. Lekko zacisnęła usta, lekko opadły jej ramiona, powieki zakryły kolor tęczówek i Emma dwie sekundy milczała, zaciskając dłoń na widelcu za mocno. Tammy widziała i wiedziała, a Ems nie chciała jej urazić, odpychając, czy kłamiąc. Obie na to nie zasługiwały. Ta propozycja i taka rozmowa nie odbywała się między nimi pierwszy raz, a jednak z każdym kolejnym, White było bardziej wstyd. Coraz mocniej uświadamiała sobie, że nie będzie w stanie zawsze chronić Thomasa i trzymać w sekrecie tego, co dzieje się w ich mieszkaniu, a jeśli wiedziała Tammy, niedługo może dowiedzieć się ktoś jeszcze. Ona nie była gotowa jeszcze rozmawiać.
      - To bardzo miłe z twojej strony, chętnie przygotuję śniadanie - kiwnęła głową, nie podnosząc jeszcze oczu i patrząc teraz na swoje zakryte częściowo rękawami dłonie, jakby to jej własne odruchy zasłaniania sie, były winne przyłapaniu, bo to ona kryjąc siniaki, zwracała na nie uwagę cudzych spojrzeń. - Tammy... nie musisz, wiesz o tym, prawda? - upewniła się tylko, bo nie chciała, aby przyjaciółka czuła jakikolwiek przymus i jakikolwiek obowiązek. Żadna z nich nic nie musiała.
      Wyprostowała się, wsunęła do ust kolejny kawałek drożdżowego placka, a potem spojrzała w kierunku pustej, szklanej gabloty, z której wszystko dzisiaj zeszło. Takich dobrych dni nie było dużo, ale właściwie doceniała każdy, a zamówienia w sieci mocno podciągały jej nie tylko budżet, ale zauważyła, że zyskiwała dobre opinie i darmową reklamę, a poczta pantoflową, dochodziło do poleceń, kolejnych zamówień i klientowska sieć się poszerzała sama z siebie, bez jej ingerencji.
      - Chciałabym tak dużo zmienić... - przyznała nagle cicho, mówiąc zbyt ogólnie, by dopasować te słowa do kontekstu ich rozmowy, ale pasowało to również tutaj, do wszystkich wątków, jakie poruszyły.


      Emma

      Usuń
  17. Debbie nie miała życiowych braków. Wychowała się w pełnej, szczęśliwej rodzinie. Miała mamę, która niemal całe swoje dorosłe życie poświęciła na wychowanie trójki pociech. Poważnego Michaela, roztrzepaną Deborah i uroczą, najmłodszą Madelaine. Nie wychowywała dzieci sama, bo w końcu miała do pomocy męża, który – choć pochłonięty bez wątpienia służbą, wpierw w nowojorskiej policji, następnie w DEA – każdy wolny wieczór poświęcał rodzinie, każde wolne popołudnie było czasem z dzieciakami, odnajdywaniem dla nich drogi, próbowaniem nowych rzeczy, smakowaniem życia tak, jakby było najlepszym rarytasem. Debbie nie miała braków, ale śmierć tego, który jawił się jako idealny, niezastąpiony opiekun, bolała. Grayson była już dorosła, gdy dowiedziała się o tym, że jej ojciec poległ na służbie. Dorosły był też Michael i tylko Maddie pozostawała dzieckiem. Miała już nim pozostać na zawsze, gdy objawy świadczące o tym, że była w spektrum, tylko uległy pogłębieniu.
    Dlatego Debbie tak żywo reagowała na krzywdę nieletnich. Nie wyobrażała sobie tego, aby ktoś nie mógł kochających rodziców. A potem przypominała sobie Iana i Louisa. Partnera życiowego i partnera w pracy – braci, których rozdzielił system. Dzieciaki, którym narkotyki odebrały rodziców. Debbie, odkąd na swojej drodze spotkała Iana Hunta, rozumiała coraz więcej rzeczy, ale na coraz mniejszą ich ilość dawała przyzwolenie. Nie podobało jej się to, kiedy dzieci cierpiały w wyniku błędów rodziców.
    Spojrzała w stronę, z której dobiegł ją kolejny, nieznany głos. Kucała przy ścianie, między nogami kobiety, która się osunęła i teraz bełkotała coś, co było nie tyle niezrozumiałe, co w ogóle nie przypominało słów.
    — Dzień dobry… — mruknęła, mrugając kilkakrotnie, jakby upewniała się, że młoda kobieta w dresach była prawdziwa. — Tamsin… — powtórzyła i już otwierała usta, żeby zadać jakieś pytania, kiedy niejaka Tamsin ją wyręczyła. Powiedziała i o kobiecie, którą za ramiona przytrzymywała funkcjonariuszka i o dziecku, którego Grayson szukała. — Dobrze, ale…
    Nie zdołała powiedzieć nic więcej, bo pani Passalis po prostu czmychnęła z klatki schodowej, a Debbie westchnęła ciężko. Spojrzała na pijaną kobietę, którą niemal odcięło, gdy straciła energię do kłótni.
    — Katherine O’Hara, tak? — powtórzyła, a Katherine skinęła głową i zaczęła coś bełkotać. Czasami ta paplanina nabierała kształtu i Debbie wyłapała z tego pojedyncze słowa, jak numer mieszkania, Noah, kot i coś o wódzie. Louis zniknął za drzwiami z panią Lutzman, która wydawała się być w lepszym stanie niż niejaka Katherine. Mimo to, Debbie chwyciła ją pod ramię i podprowadziła do uchylonych drzwi mieszkania, które było mieszkaniem kobiety. Śmierdziało tu alkoholem, a w zlewie w kuchni dostrzegła nieumyte talerze.
    — Jeszcze jedna interwencja i będziemy zmuszeni zadzwonić po pogotowie, a to wtedy wrzuci panią w maszynę systemu. Słyszy mnie pani? — Debbie nie owijała w bawełnę, ale to był przypadek, kiedy nie należało tego robić. — Dzisiaj pouczenie i mandat za zakłócanie miru domowego pozostałych sąsiadów — mówiła dalej, a potem przedstawiła jej opcję wniesienia oskarżenia przeciwko pani Lutzman i wiedziała, że Louis zrobi to samo. Prawa obywatelskie. Grayson wypisała bloczek, zapowiedziała, że jeszcze tu wróci i to nie koniec. To nie mógł być koniec, bo było jeszcze dziecko.
    Debbie zapukała do drzwi, za którymi zniknęła Passalis.
    — Funkcjonariusz NYPD – Deborah Grayson, jesteśmy tutaj z wezwania do bójki i zakłócania porządku, dostali zawiadomienie o poszkodowanym małoletnim. Interwencja jest nagrywana — pouczyła, kierując w końcu spojrzenie na tego, kto otworzył jej drzwi. — Rozumiem, że chodzi o dziecko pani O’Hara?

    Debbie Grayson 🚓

    OdpowiedzUsuń
  18. Evan Roth w świecie wielkiej polityki jeszcze nie zaistniał, ale taki miał plan. Cel, który założył sobie po kilku dniach pracy jako asystent asystenta radnego miasta Nowy Jork. Poczuł to coś, co niektórzy byliby w stanie opisać tylko w zetknięciu z przeznaczeniem. Ten przyjemny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa młodego mężczyzny, który był gotowy na wszystko.
    Powoli wdrażał się w ten świat, który początkowo wydawał mu się duży, trudny i niezrozumiały. Tu nie chodziło o dobro ogółu, jakim było społeczeństwo poszczególnych okręgów. Chodziło o pieniądze, wpływy i władzę. Zaczynał to rozumieć z dnia na dzień coraz lepiej. Przestał być zagubionym chłopcem, który wieczorami wyładowywał się w pubach, a właściwie to pod ich murami. Był chłopcem, który za dnia nosił garnitur i kupował swoje pierwsze krawaty. Wieczorami zaś stawał się chłopcem, który po dniu ciężkiej pracy musiał odreagować. Już nie w pubach. Chodził do miejsc, gdzie nikt nie mógłby go powiązać z szefem – z Kevinem Rileyem, bo przecież to obiecał. Na tym polegała jego praca, w dbaniu o wizerunek radnego, więc i jego – skoro musiał pojawiać się u boku Rileya – musiał być nieskazitelny.
    Praca asystenta początkowo była pracą biurową, ślęczeniem nad aktami prawnymi, organizowaniem kalendarza, kontrolowaniem social mediów, a kiedy Roth wykazał się w prostych zadaniach, został dopuszczony dalej. Umożliwiono mu pojawianie się, więc się pojawiał. Na balach, bankietach, galach, aukcjach i innych uroczystościach, na których pojawiali się lokalni politycy i możni, od których zależało wiele, wiele rzeczy. Zawierał znajomości. Jedne z nich były korzystne i potrzebne, inne mniej. Kolejne zaś mógłby zaliczyć jedynie do kategorii przyjemnych i początkowo za taką uważał relację z Tamsin. Pojawiła się niespodziewanie, ale to dzięki niej pozbył się tego gniotącego go wrażenia, że nie pasuje do miejsca, w którym był. To dzięki niej poznał znacznie więcej osób niż mógłby zrobić to samemu i to dzięki niej zyskał fundusze na piknik rodzinny w dwunastym okręgu. Może dlatego pojawił się na pogrzebie Cartera Sullivana i osobiście składał kondolencje jego młodej żonie. Przyniósł bukiet lilii i białych róż. Trzymał się na uboczu, ale nie omieszkał potem napisać do wdowy. Wdowa. Zupełnie nie pasowało mu to określenie do osoby Passalis. Nie był przesadnie empatyczny, nie napisał do niej, bo chciał ją wesprzeć. Napisał do niej, bo sam czegoś potrzebował. Towarzystwa. Wejścia na elegancki bankiet, na którym asystent radnego nie miałby czego szukać, ale jednak wiedział, co chce tam znaleźć.
    Do tej pory nie był pewien, czy chce nazywać ją swoją przyjaciółką. Wiązałoby się to z pewnego rodzaju przynależnością, a tego Evan unikał. Nie powstrzymywało go to jednak przed pisaniem do Tamsin wtedy, gdy potrzebował towarzystwa. Najczęściej na eleganckich przyjęciach, bo miał pewność, że Passalis wie, jak się zachować i wie, jak wyglądać, a że prezentowała się zwykle nienagannie, to i samemu sobie nie odbierał przyjemności trzymania jej u swojego boku.
    Tym razem nie było inaczej. Krótki sms. Krótkie potwierdzenie. Na Brooklyn, pod znany sobie adres, podjechał swoim ciemnogranatowym BMW X3. Ubrany w klasyczny, czarny garnitur, pod którym miał białą koszulę, czuł się swobodnie. Czarna mucha leżała na kokpicie, czekając, aż dotrą na miejsce. Evan czuł się dobrze w eleganckich ciuchach, ale jednak stawiał też często na swobodę. Włosy miał zaczesane do tyłu, wystylizowane tak, że ani jeden niesforny kosmyk nie próbował wydostać się przed szereg.
    Niespecjalnie nastawiał policzek, ale pozwolił jej na ten gest, a potem prześledził spojrzeniem to, jak wyglądała. Wciąż trzymał jedną dłoń na kierownicy, drugą wspierając się o drzwi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Tamsin — odpowiedział na jej powitanie i uniósł brew. — Wiem. Nowy — przyznał bez skrępowania, bo garnitur faktycznie był nowy. Szyty na miarę. — Ty też ładnie wyglądasz — dodał, bo przecież wiedział, że się starała. I że lubiła te starania, a on lubił je doceniać.
      — Dzisiaj przyjemności. Głównie — odparł, bo to, że zamierzał na balu charytatywnym zdobyć haka na konkurenta swojego szefa, przemilczał. Na razie nie musiał jej zawracać tym głowy. — Dla ciebie same przyjemności — dodał i odpalił auto, powoli włączając się do ruchu.

      Evan Roth 💼

      Usuń
  19. Nie pierwszy raz traktowano go niemal równie bezosobowo co zwykły element krajobrazu. Na początku kariery zawodowej zdarzało mu się za to nawet obrażać. Często po takim obcesowym wskazaniu mu jego właściwego miejsca wśród towarzystwa lądował w podrzędnych knajpach, pochylony nad kuflem piwa z miną świadczącą o głębokim zamyśleniu, z którego lepiej było go nie wyrywać. Znajdował się wówczas w nastroju nieprzysiadalnym. Lata praktyki sprawiły jednak, że nabrał wreszcie należytego dystansu do świata i nauczył się kontroli nad własnym wybujałym ego. Owszem, nadal w tego typu sytuacjach słyszał jego dzikie wrzaski, ale były już one znacznie cichsze niż dawniej. Jakby dochodziły z najgłębszych zakamarków duszy. Takich, do których rzadko dochodziło jakiekolwiek światło.
    - Dziękuję. – Chwycił lampy, zapisując sobie w głowie, by następnego dnia przynieść własny sprzęt. Tutejszy swoje najlepsze lata musiał mieć niestety dawno za sobą, bo zanim przestał doprowadzać go niemal do oczopląsu swoim ciągłym miganiem minęło ładnych kilka minut. Swoją drogą ciekawe jak długo zdążyły już przeleżeć w tym nieszczęsnym składziku ? Najwyraźniej ich stały fotograf niezbyt przejmował się zrzędzeniem muzyków, stosując lampę błyskową tak często jak tylko uznał to za niezbędne. On jednak postanowił być względem nich nieco bardziej wyrozumiały, wychodząc z założenia, że skoro Tamsin od samego początku naciskała na jej wyłączenie, to najwidoczniej musiała mieć ku temu ważny powód. Najwyżej później poprosi ją o jego wyjaśnienie.
    Póki co zajął miejsce na jednym z niższych balkonów w taki sposób, by szerokokątny obiektyw obejmował możliwie największą połać sceny. Przed włączeniem przycisku nagrywania sprawdził jeszcze raz, czy aby na pewno pamiętał o usunięciu z obiektywu specjalistycznego filtru do wykonywania czarno-białych zdjęć. Podczas swojej codziennej pracy korzystał głównie z nich, lecz zleceniodawcy zarządzający takimi miejscami jak Metropolitan Opera nieodmiennie woleli stawiać na nowoczesność, uznając że monochromatyczna fotografia jest już po porostu passe. Cóż, jak to mówią klient nasz pan.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  20. Tammy była dobrą przyjaciółką i nawet jeśli Emmę otoczyłaby cała grupa bliskich osób, a ona sama nie czułaby się samotna i przytłoczona rzeczywistością, z którą sobie nie radziła, to i tak nie zmieniłaby tej opinii. Tammy była, obecna kiedy trzeba, empatyczna, rozumiejąca i nie komentująca. Emma wiedziała, że obie dobrze rozumieją sytuację, ale ceniła wysoko to, że nie padają komentarze, pouczenia i dobre rady, o które nie prosiła. Chyba sama nie była gotowa, by cokolwiek robić, za bardzo się bała i za bardzo wstydziła, by wyjść do świata i powiedzieć wprost, że ma problemy.
    - Przecież nie mamy windy - zauważyła z rozbawieniem, a od tych wymijających i pozornie pogodnych pogaduszek, które miały być idealnym rozproszeniem dla prawdziwych trosk, delikatne rumieńce już zaczęły pogłębiać się na jej zwykle bladej twarzyczce. Potrzebowała takich spotkań i takich rozmów, czegoś co odciągnie jej myśli, co pozwoli jej odetchnąć i przestać się martwić, czy drzwi do mieszkania nie będą zamknięte od środka i będzie zmuszona zanocować na tyłach cukierni, albo jeszcze gorzej - Thomas będzie w gorszym nastroju, zaczepny i wulgarny.
    Emma miała dużo szczęścia w życiu i teraz uwierzyła, że musi za to odpokutować Wyszła z domu dziecka w wieku szkolnym, to naprawdę cud. Znalazła, a właściwie dostała prawdziwy dobry dom i cudowną rodzinę, to kolejny cud. Michael za którego miała wyjść, był wspaniałym, pogodnym i czułym facetem, on też był jej cudem. Miała naprawdę wszystko, o czym człowiek może marzyć, czego kobieta może chcieć w życiu i gdy doszło do wypadku, nie mogła obudzić się w nowej rzeczywistości. Zimnej i cichej, bez śmiechu i rozmów, bez ramion wokół siebie. Nie to było najgorsze, bo przecież z czasem zaczęła się oswajać z samotnością. Najgorszy był Thomas, który nie tylko się awanturował, on zaczął jej wpajać, że wypadek i strata wszystkich to jej wina. Uwierzyła i pozwoliła się stłamsić, a teraz nie widziała żadnego rozwiązania i żadnego wyjścia z tej sytuacji. Nawet nie próbowała, bo skoro była winna, to na to zasłużyła. ktoś musiał być winny, a skoro ona wybrała trasę na letni festiwal i przez nią wyjechali później... to było oczywiste.
    Gdy Tammy podzieliła się swoimi sekretami, zdradzając tylko tyle, ile uznała za słuszne, Emma przestała sama zapewniać, że wszystko jest w porządku, że w upał długi rękaw jej nie przeszkadza, a podkrążone oczy to wynik niewyspania bo szukała nowych przepisów. Przestała kłamać i kryć się za pozorami, nie miała na to ani sił, ani ochoty, ale przede wszystkim jej przyjaciółka nie zasługiwała na takie krętactwa. Obie wiedziały, co to wszystko oznacza i chyba ciche zrozumienie dawało White więcej wsparcia, niż współczujące spojrzenia, jakie rzucali jej sąsiedzi mijani na ulicy pod bramą. Przyjmowała więc to, co chciała i mogła jej dać Tamsin, jednocześnie nie przestając sie mierzyć z tym, co ją dręczy.
    Uniosła brwi i zagryzła lekko dolną wargę, powstrzymując śmiech. Była chuda i smutna, nie miała za bardzo ładnego ciała, bo od wyjścia z śpiączki wciąż brakowało jej witamin i uzupełnienia niedoborów, przez co jej skóra nie była promienista i wystawały jej wszystkie kości, które mogły wystawać, a ponadto od wypadku zostały jej blizny, więc w ogóle nie patrzyła na siebie w kategoriach kochanki, lub w ogóle osoby atrakcyjnej dla kogokolwiek. I ona miałaby ogrzać Tammy łózko? Sama chyba nie wierzyła już w żadną miłość, za to w przypadku przyjaciółki, wręcz przeciwnie - miała wrażenie że pewnego razu się zakocha, mocno i szalenie i jej świat zabarwi się na nowo. Bardzo jej tego życzyła. Aby pokochała siebie i pozwoliła komuś również siebie pokochać.
    - Czy właśnie zostałam zdegradowana z przyjaciółki na one night stand? - podchwyciła, wbijając widelczyk w ostatni kawałek ciasta, aby dokończyć swój kawałek. - Czy może to awans? - uśmiechnęła się rozbawiona i spuściła wzrok na swoje kolana, na ciasto, które trzymała przed sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Naprawdę nie wiedziała, jak rozmawiać o tym co się dzieje w jej domu, co robi i jak zachowuje się wobec niej Thomas. Nie umiała powiedzieć, jak ją to boli, jak się boi każdego dnia i jak w ogóle czuje się sama z sobą. Nie wiedziała, co zrobić i czy w ogóle coś można. Czuła się jak w potrzasku, bezsilna i bezwolna.
      - Tammy... - podjęła po chwili, zaciskając palce na jej dłoni, a potem powoli wyswobadzając się z uścisku i wycofując. - Nie mogę. To mój dom - powiedziała po prostu. Dla niej mieszkanie, w którym zalągł się rozgoryczony wdowiec po jej mamie to nie były tylko ściany, tam dostała rodzinę i szansę na inne życie niż to po zakładowym wychowaniu. Tam odmienił się jej los, choć może odmienił się ledwie na kilka lat. Nie mogła i nie chciała stamtąd uciekać, nie chciała tego porzucać, postanowiła, że najlepszym rozwiązaniem będzie czekać. Czekała więc, aż coś się samo zmieni, aż Thomas się zmieni, a najlepiej odejdzie sam. - Ale dzisiaj chętnie u ciebie przenocuję - dodała jeszcze na koniec, bo teraz było już za późno, aby wracać do domu bez szans na awanturę. Emma była tym naprawdę zmęczona.



      Emka

      Usuń
  21. Tammy była silniejsza, była może też bystrzejsza od Emmy, bo widziała świat nie przez mgłę, mrzonki i piękne choć kruche nadzieje, ale dostrzegała cały jego syf. Przyjaciółka najwidoczniej potrafiła nad nim przejść do porządku dziennego, albo go wymazać, lub zignorować albo nawet przekuć w swój sukces, podczas gdy Emma po prostu jak piórko kierowane lekkim wiatrem, pozwalała się nieść biernie przez wszystko, co los rzucał jej pod nogi, ba! co rzucał w nią! I nigdy się nie buntowała, nie kłóciła, nie wyrażała sprzeciwu. Przyjmowała pokornie wzloty i upadki, starając się być po prostu szczera i sprawiedliwa w swoich postępowaniach. taka była od zawsze i taka miała pozostać... zbyt łagodna, cicha. Łatwa do ogrania przez życie.
    Obie przeszły swoje trudności, ale niekiedy White wydawało się, że ona nie przerobiła swoich lekcji. Nie stała się bardziej odporna i wytrwała na ból i porażki, na zawody i wyzwania. Obserwowała Tammy i widziała, jak ta każdego dnia idzie z wysoka podniesioną głową, podczas gdy sama opuszczała ramiona coraz niżej. Nie umiała znaleźć w sobie ducha walki, choć to właśnie tego potrzebowała. Iskry, aby wzniecić płomień.
    Thomas w jej życiu była od dawna. Zanim jeszcze umarł jej tata, ten który z mamą zabrali ją z bidula, zawsze wspierał ich rodzinę, jako bliski przyjaciel obojga państwa White. Gdy jej mama opłakiwała męża, wspierał ją i małą Emmę, był troskliwy, pomocny, wspierający i nie narzucał sie, nie pchał od ich życia, ale mogły na niego liczyć. Naturalnie on i mama Emmy się do siebie zbliżyli, potrzebowali bliskości, ciepła i w końcu wzięli ślub w urzędzie, a niedługo po tym Thomas się wprowadził, zajmując z jej mamą starą sypialnię rodziców. Zawsze był dobry, czuły, wyrozumiały i szlachetny. Emma mu ufała, choć nigdy nie zastąpił jej taty, ale po wypadku zmienił się tak drastycznie, że ona... nie poznawała go. Był obcy. Zimny, okrutny i zawistny. Podły. Obwiniał ją o wszystkie swoje straty i porażki, a ona wiedziała, że musi mieć rację, bo wszystko co robił, to wyraz bólu i tęsknoty, smutku. On również stracił bliską, ukochaną osobę.
    Uśmiechnęła się rozbawiona tymi próbami przekupstwa, choć obie wiedziały, że spędzenie nocy w łóżku Tamsin to nie tylko luksus, a prawdziwy zaszczyt i Emma się nie oprze. Nie rozpychała sie, nie kręciła, nie chrapała, więc nie musiała się wstydzić, że rano przyjaciółka będzie niewyspana, bo jej przeszkadzała w odpoczynku. I wolała to zdecydowanie bardziej od pozostania na noc w cukierni, a zresztą... obie wiedziały, że Emma potrzebuje odetchnąć.
    - Tu też jest moje serce - powiedziała miękko, nie chcąc, aby ta rozmowa nadal szła w kierunku, w jakim zmierzała. Tammy nie musiała jej rozumieć, ale Emma kochała mieszkanie po rodzicach, miała tam mnóstwo wspomnień, pełno jeszcze niespełnionych marzeń, które wierzyła, że kiedyś się spełnią. Jeszcze wszystko mogło się przecież odmienić. Thomas... on mógł się zmienić, lub odejść sam, na pewno to się kiedyś wydarzy. Ona zwyczajnie tylko czekała.
    Podniosła się i zgarnęła puste kubki i swój talerzyk. Skinieniem wskazała, aby przyjaciółka za nią poszła na zaplecze cukierni, gdzie chciała tylko umyć naczynia, po czym mogły się zbierać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. - Jutro mam zamiar porobić dużo bez i makaroników, więc nie obudzimy się o czwartej, a o piątej czterdzieści... Postaram się szybciutko wyjść, żebyś mogła dospać - oznajmiła łagodnie, myjąc w głebokim zlewie naczynia po ich deserze. - Zgarniesz mogą torbę i płaszcz? - poprosiła, bo rzeczy zostawiła na drugim końcu długiego pomieszczenia na pojedynczym krześle. Wszystko w cukierni było stare, trwałe i solidne, a Emma uwielbiała to miejsce za spokój i przewidywalność. Tutaj każdy dzień był jak rytuał, w którym umiała się odnaleźć bez wahania i lęku.
      Gdy Tammy łapała za plecak, z bocznej kieszonki wyleciała mała poskładana kilkukrotnie karteczka. Ulotka konkursu na wypieki weselne dla młodych przedsiębiorców. Emma skupiała się na cukierni, ale nie próżnowała, interesowała się tym, co w trawie piszczy, choć nie zawsze miała czas, czy odwagę, by sama się gdzieś pokazać.

      [dziewczyny są super kochane! wzruszają mnie obie!]

      Emka 🍰

      Usuń
  22. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  23. W otulonym przyjemnym półmrokiem pokoju cisza przetaczała się od ściany do ściany, przerywana szmerem dwóch oddechów. Żar wciąż kłębił się w pościeli, a powietrze przesycone było wspomnieniem upojnych chwil, których widmo Marcus wciąż czuł pod skórą, raz po raz rozlewające się ciepłym dreszczem po rozprężonym ciele. Zeszło z niego całe napięcie oraz stres minionych dni, głowę miał wciąż lekką i mimo, że na jego skórze ciagle skraplało się zmęczenie, pokrywając ją cienką, lśniącą warstwą potu, nie przeszkadzał mu wcale chłodny, wieczorny wiatr wlewający się do pomieszczenia przez uchylone okno. Było po prostu przyjemnie, on natomiast ani myślał się ruszyć — przynajmniej przez kilka dobrych minut, chcąc nacieszyć się tym stanem chwilowej błogości, na który pracował w pocie czoła, starając się, żeby Tamsin osiągnęła ten stan pierwsza, więcej niż jeden raz. Jak przystało na kogoś o włoskich korzeniach, Marcus miał w sobie dużo ognia, zatem nie sprawiało mu trudności wzniecanie go w innych, szczególnie biorąc pod uwagę, że spełnienie drugiej strony zawsze przedkładał nad własne. Z doświadczenia wiedział, że im więcej da od siebie, tym więcej będzie mógł potem wziąć, a brał dużo, bo był z natury zachłanny.
    Całkowicie zrelaksowany, podłożył ramię pod kark i uważnie przyjrzał się wstającej Passalis, bezwstydnie pociągając ciemnym spojrzeniem wzdłuż miękkich linii kobiecej figury, naświetlonych przez łunę nocnego miasta opalizującą za szybą. W negliżu była jak wizja, którą jeszcze parę lat temu mógłby z powodzeniem przelać na płótno, tonąc w jego koszulce wyglądała jeszcze lepiej, więc uśmiechnął się leniwie pod nosem i jakby bardziej wtopił w materac. Uśmiech ten tylko się poszerzył, kiedy powiedziała mu, że się spisał, łechtając skutecznie jego ego. Nie istniało w końcu dla mężczyzny pochlebstwo większe niż zaspokojona kobieta.
    Nie odsuwając się od niej, pozwolił by pomruk satysfakcji zawibrował na dnie jego gardła i wsiąkł w tę pieszczotę, ale nie mogła tak go komplementować, jednocześnie oczekując, że nie zareaguje na skok testosteronu wywołany pochwałą. Nagle zmotywowany, opuszkami długich palców pociągnął wzdłuż jej ramienia, później przez bok szczupłej szyi, ostatecznie owijając dłoń wokół gardła, przytrzymując Tamsin w miejscu bez użycia faktycznej siły. Chwyt nie był ciasny, ale wymowny na tyle, by nie cofnęła się, kiedy przejął kontrolę, smakując jej mocniej i głębiej. Wystarczająco intensywnie, by poczuła to dokładnie tam, gdzie był jeszcze niedawno, a gdzie chciał żeby znów go jej zabrakło. Gorącym językiem przesunął po jej dolnej wardze; nie skorzystał jednak z zaproszenia oferowanego przez uchylone usta. Zamiast tego przeciągnął pocałunek zębami ku sobie, po czym cofnął na tyle, by uchwycić jej wzrok.
    — Nogi się pod Tobą nie uginają, więc spisałem się niewystarczająco — skomentował, wypuściwszy ją z ręki dopiero teraz, choć zrobił to niechętnie, kciukiem ocierając się o krzywiznę żuchwy.
    Przez moment miał nawet ambicję, żeby wprosić się pod ten prysznic, ale ciężkość ciała do pary ze sztywnością sfatygowanych mięśni skutecznie odwiodła go od tego pomysłu. Poza tym, gdyby Tamsin go tam chciała, z pewnością dałaby mu o tym znać, bo zdążył poznać ją na tyle, by wiedzieć, że nie należała do nieśmiałych kobiet.
    Cofając się na poduszki, przeciągnął się w ślad za Passalis, a potem znów pociągnął za nią spojrzeniem aż do progu łazienki. Korzystając z momentu wytchnienia, ułożył się wygodnie na materacu, zakrywając oczy ramieniem i przez kilka minut wsłuchiwał się w szum wody.
    Nawet nie zauważył, kiedy sen wkradł mu się pod powiekę, co było nietypowe, bo z reguły nie zasypiał łatwo, o ile nie miał ze sobą swoich tabletek, a przecież ich nie miał, bo nie planował nadużywać gościnności bardziej, niż sobie na to dotychczas pozwolił.
    Przespał też spokojnie całą noc, co również mu się zdarzało, ale dla równowagi przebudził się bardzo wcześnie, na długo zanim wstało słońce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na początku był zdezorientowany. Otulało go ciepło, niemalże zbyt duszne, bo przez ostatnie lata zdążył odzwyczaić się od dzielenia z kimś łóżka na dłużej niż wymagały tego potrzeby ciała, mimo że kiedyś robił to często, bo tak jak Tamsin miał za sobą dłuższą relację, która zakończyła się fiaskiem i tak jak Tamsin, nie planował tego powtarzać ani teraz, ani w najbliższej przyszłości. Najlepiej nigdy, biorąc pod uwagę, że sens jego życiu wytaczać będzie jego młodsza siostra, której chciał zapewnić jak najlepszy start.
      Obecność drugiego ciała obok zmieszała go, nim zdążył sobie przypomnieć gdzie jest i z kim. Jego pierwszym instynktem było opuścić mieszkanie po cichu, aczkolwiek po chwili przypomniał sobie, że nie ma już siedemnastu lat, a kobieta obok nie jest przypadkową nieznajomą na jeden raz, więc takie wyjście byłoby bardziej niezręczne, aniżeli nadchodzący poranek.
      Postanowił się zatem rozgościć. Stąpając lekko, by nie zbudzić Passalis, poszedł wziąć prysznic, długi i gorący, przynosząc ulgę zbolałym mięśniom, potem zaś przeszedł do kuchni, decydując w spokoju napić się kawy dla rozbudzenia. Koszulki nie założył, zbyt rozgrzany kąpielą, poza tym nigdy nie lubił naciągać ubrań na wilgotne ciało. Trzymając w dłoni parujący kubek, zainteresował się wreszcie swoim telefonem, z ulgą stwierdzając, że nikt nie chciał od niego niczego ważnego. Wczoraj Claudią zajmowała się Lydia, więc nie musiał się o nią martwić, natomiast reszta nie była na tyle istotna, żeby zrywać się z miejsca.
      W normalnych warunkach wyszedłby pobiegać, jak zwykle nad ranem, ale nie mógłby wrócić nie przerywając tym snu wciąż śpiącej błogo kobiecie i z tego powodu tym razem sobie darował.
      Ciało domagało się jednak ruchu, więc po dłuższym namyśle dźwignął się od stołu, kierując się do lodówki. Przejrzał też pobieżnie szafki, z zadowoleniem stwierdzając, że ma pod ręką wszystko, żeby przygotować naleśniki. Nie był pewien, kiedy Tamsin się obudzi, dlatego postawił na coś, co można było z powodzeniem zjeść na zimno albo też zwyczajnie odgrzać na patelni, jeśli zajdzie taka potrzeba.
      Przygotował wszystko na blacie, a potem zabrał się do pracy, zadowolony że znalazł jakieś zajęcie dla rąk.

      MARCUS LOCKHART

      Usuń
  24. Evan na większość tego typu wydarzeń chodził… zły, wściekły, szukając pola do manipulacji i do uknucia kolejnego scenariusza, który pomógłby wywindować zasługi Rileya, a przyćmić innych radnych bądź społeczników, którzy mogli w przyszłości starać się o polityczny mandat w radzie miasta. Roth zwyczajnie lubił swojego szefa, a poza tym czuł się jego dłużnikiem, był wdzięczny Kevinowi za to, że bez mrugnięcia okiem przygarnął do swojego biura studenta z problemami, agresywnego, wybuchowego, dostrzegając w nim coś więcej niż tylko tykającą bombę. Było parę spraw, nad którymi Roth musiał popracować i przecież obiecał to swojego pracodawcy tuż po tym, jak staż dobiegał końca i miał szansę stać się stałym, legalnym zatrudnieniem, dającym mu spore perspektywy na przyszłość.
    Mężczyzna był głodny wiedzy i nowych doświadczeń, potrzebował celu, musiał ukierunkować swoją złość, musiał mieć poważny powód, aby się ogarnąć. Dostał taką szansę i nie zamierzał kąsać ręki, którą ktoś do niego wyciągnął. Może fakt, że Kevin wcale nie wydawał się być pod wrażeniem szału, w jaki potrafił wpaść Evan, gdy coś mu nie wyszło, pomógł w budowaniu zaufania, bo obojętność polityka na wybuchy młodego człowieka, budowały w Evanie poczucie, że nie robi nic, co robiłoby jakiekolwiek wrażenie. Na kimkolwiek.
    Brwi młodego Rotha uciekły ku górze, gdy Passalis odpowiedziała na jego komplement, czy też raczej uwagę, w wielce nieskromny sposób. Nie mijała się z prawdą. Była tym typem kobiety, który dobrze wyglądał nawet w dresie, jak więc mógł zaprzeczyć? Nie mógł. I nie zrobił tego, skinął jedynie głową, skupiając się już na jeździe. Mimo pory, która nie uchodziła już za godziny szczytu, musiał kontrolować swoje reakcje, ale i pozostawać czujnym na innych kierowców.
    — Skromna jak zawsze — mruknął tylko, obserwując jak Tamsin rozgaszcza się w jego BMW. Nie żeby miał coś przeciwko temu. Cień uśmiechu przemknął po jego ustach, gdy włączyła podgrzewanie fotela i zsunęła szpilki ze stóp. Sam fakt, że Tammy czuła się w jego towarzystwie komfortowo, budził w nim przeczucie, że wybrał dobre towarzystwo na dzisiejszy wieczór. Parę razy, gdy kuszony urodą i łatwością innych kobiet, zdecydował się na pojawienie się na jakimś przyjęciu z kimś innym, ale miał wtedy problemy, aby skupić się na pracy. Nie dlatego, że nie chciał, a dlatego, że towarzyszki były wymagające i upierdliwe, a jednocześnie zaskakująco skrępowane, skoro stawiały pierwsze kroki w jego świecie. Passalis była obeznana i nie próbowała na siłę wbić mu się do łóżka, za co też powinien być jej wdzięczny.
    — Czasami możesz też milczeć, Tamsin — odparł bez cienia jakichkolwiek emocji. Wiedział, że kobieta chciała dobrze, wiedział, że jej pytania mogły pomóc, ale na razie sam nie wiedział, czego się spodziewać. Miał w zanadrzu tylko jedną plotkę. — Wejdziemy, rozejrzymy się — zaczął jednak mówić, jakby chciał złagodzić wydźwięk swoich wcześniejszych słów. — A potem pójdziemy zapalić i wszystko ci powiem — dodał, ustalając wstępny plan działania. Niezbyt konkretny, ale gdyby okazało się, że jego celu nie będzie na imprezie, będą mieli czas dla siebie.
    Słuchał jej, gdy manewrował samochodem tak, aby opuścić Brooklyn, gdy minęli szybko kilka skrzyżowań, korzystając z zielonej fali, wcisnął pedał gazu, ale nie na tyle, aby móc zostać ukaranym sowitym mandatem. Kontrolnie tylko zerknął na wyświetlaną na kokpicie godzinę. Mieli czas, niemniej dotarcie w ścisłe centrum Manhattanu zawsze było drogą przez męki. Mogliby skorzystać z metra, ale w tych strojach wyglądaliby co najmniej… nie na miejscu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Dasz radę załatwić cztery bilety? — spytał, bo choć nie wątpił w to, że Riley mógłby załatwić wejściówki dla siebie i osoby towarzyszącej, tak Roth chciał pokazać się przed szefem, jako ktoś zaradny i myślący przyszłościowo. Zamierzał bez skrupułów wykorzystać propozycję wysuniętą przez Tamsin, wcale nie obiecując jej tego, że i tym razem to ona będzie jego plus jeden, choć nadal stanowiła najbezpieczniejszą opcję. Posłał jej kontrolne spojrzenie, gdy tym razem zatrzymał ich korek znikąd. Stali za charakterystyczną żółtą taksówką.

      Evan Roth

      Usuń
  25. Gdyby tylko Debbie wiedziała, że jest dla kogoś wielkim strachem z przeszłości, byłaby zdziwiona, ale może dlatego, że jej nikt nigdy, a tym bardziej w dzieciństwie, nie straszył policjantami. Jej ojciec nim był, wpierw funkcjonariuszem NYPD, później zaś DEA, więc Debbie widziała w ludziach w mundurach bohaterów, a największym był, co dość oczywiste – Mitch Grayson był największym z nich. Nawet teraz, gdy była dorosła i zbliżała się do trzydziestki, a jej ojciec nie żył od kilku lat, miała momenty, w których chciała skryć się w rodzicielskich ramionach i poskarżyć na to, jak ciężka jest praca w policji, chociaż przecież sama zgotowała sobie ten los.
    Nie straszono jej funkcjonariuszami i sama, gdyby się nad tym głębiej zastanowiła, nie pochwalałaby takiego zachowania. Może właśnie dlatego, że przecież formacja ta powstała po to, żeby strzec porządku i pilnować respektowania prawa. Jak ktoś, kto całe dzieciństwo był nimi straszony, miał umieć im zaufać? Oddać im swoje bezpieczeństwo pod pieczę?
    Na szczęście młoda Grayson nie wiedziała, że jest źródłem niepokoju i nieprzyjemnych wspomnień w głowie młodej kobiety, która właśnie zaprosiła ją do swojego mieszkania. Debbie, nadal przy włączonym nagrywaniu, weszła do środka, rozglądając się dyskretnie po wnętrzu lokalu, który zajmowała Passalis.
    Grayson westchnęła ciężko, gdy pod oknem spostrzegła nastolatka prawdopodobnie wyższego od niej samej. Skierowała spojrzenie na Tamsin i na moment przymknęła powieki. Sięgnęła dłonią do rejestratora.
    — Małoletni bezpieczny, bez urazów — odezwała się zaraz po tym, jak syn pani O’Hara powiedział, ile miał lat i na tym skończyła nagrywanie. Obecni w otwartej przestrzeni dziennej mogli usłyszeć automatyczny komunikat: interwencja zakończona. Debbie zdawała się sobie nic nie robić z nastawienia chłopaka. Nie imponował jej swoim buntem wobec całego świata.
    — Nie jesteś dzieckiem… — odpowiedziała mu Debbie. — Ale w świetle prawa jesteś nieletni, a twoja matka jest zobowiązana do dbania o twoje dobro… — zaczęła mówić, ale pozwoliła na to, aby mówili oni. O starej Lutzman i jej kocie. Debbie już teraz wiedziała, że to nie stara sąsiadka i jej zwierzak są problemem. Sprawa była o wiele bardziej delikatna, ale trudno było Noah odmówić przywiązania do matki. Wpakowanie go do systemu mogłoby być, na tym etapie życia, najgorszym z możliwych scenariuszy.
    — Nie, dziękuję — zwróciła się teraz do Tamsin, proponującej jej coś do picia. — Byłabym tylko wdzięczna, gdyby w razie potrzeby, wpuściła pani tutaj mojego partnera. Zajmuje się teraz panią Lutzman — wyjaśniła, krzyżując ręce przy piersi.
    — Posłuchaj, Noah, tu nie chodzi o sąsiadkę i kota. Twoja mama często sięga po alkohol? — spytała Debbie, unosząc przy tym lekko brew. Wiedziała, że to może być niełatwy temat, ale skoro chłopak twierdził, że nie był dzieckiem i skutecznie manipulował sytuacją tak, aby wybielić własną rodzicielkę, mógł też porozmawiać z policjantką, która choćby ze względu na swój wzrost nie była groźna i trudno było wyobrazić ją sobie w takiej roli, ale właśnie te skrzyżowanie przy piersi ręce miały dodać jej… powagi?
    Zdała sobie też sprawę, że patrzy teraz na Noah przez pryzmat swoich partnerów – życiowego i tego z pracy. Oni też zostali zabrani… nie, oni też wychowywali się bez rodziców, a gdyby miała postawić się teraz na miejscu szesnastolatka, którego życie zostanie wywrócone do góry nogami… cóż, wiedziała, że byłoby to związane z traumą.

    Debbie Grayson

    OdpowiedzUsuń
  26. Christian przesunął wzrokiem po sylwetce kobiety, która weszła do gabinetu, oceniając ją jako człowieka tak, jak oceniało się książkę, po okładce. Wyglądała młodo. Zbyt młodo, by być matką chłopaka w wieku Noah, jednakże w tym przypadku Chris nie mógł rzucić kamieniem – sam przecież postarał się o to, by w wieku trzydziestu sześciu lat mieć osiemnastoletnią córkę, podczas gdy w dzisiejszych czasach wielu jego równolatków dopiero zostawało rodzicami. Porzucił więc dywagacje na ten temat, a jednak, coś mu się nie zgadzało i stało się to tym bardziej widoczne, kiedy kobieta zajęła miejsce obok Noah. Nie było pomiędzy nimi absolutnie żadnego podobieństwa, byli za to różni tak bardzo, jak tylko było to możliwe, więc jeśli nieznajoma miała okazać się krewną nastolatka, to bardzo, ale to bardzo daleką. Może Noah nie miał nikogo innego? To było prawdopodobne, takie sytuacje przecież się zdarzały, że opiekę nad dziećmi przejmowali członkowie rodziny, szumnie tymi członkami nazywani, bo pokrewieństwa trzeba było szukać daleko, cofając się po drzewie genealogicznym.
    Riggs westchnął. Siedział, rozparty na krześle, które było dla niego ciut za małe, z rękoma skrzyżowanymi na piersi i z rozchylonymi nogami, nie tak szeroko jednak, by zostało to uznane za nieeleganckie. Nieustannie patrzył na kobietę, przez dyrektorkę nazwaną panią Passalis, a kiedy ta streszczała jej przebieg wydarzeń, kontrolnie zerknął na Abigail. Ta siedziała prosto i tak sztywno, że jej plecy nie dotykały oparcia. Dłonie zaciskała na ramiączku plecaka, który ułożyła sobie na kolanach. Starała się patrzeć na dyrektorkę, ale jej wzrok uciekał ku Noah, który z kolei uparcie wpatrywał się w podłogę, a przez to, że pochylał głowę, tym bardziej było widać, jak mocno czerwienią się jego uszy.
    — Też jestem tego ciekaw — mruknął, bo nawet on nie wpadłby na równie niedorzeczny pomysł, co Noah, a jako nastolatek miał naprawdę różne pomysły, z tym że on wychowywał się w innych czasach i czuł się przez to jak wyjątkowo stary człowiek, ale z perspektywy upływających lat widział, że on miał o wiele łatwiej, niż dzisiejsze dzieciaki.
    Noah nie zamierzał im powiedzieć, co miał na myśli, nawet nie podniósł na nich wzroku, więc Chris odruchowo popatrzył na panią Passalis, kiedy ta wyciągnęła ku niemu rękę i przedstawiła się.
    — Christian Riggs — odpowiedział, wymieniając z nią uścisk dłoni, a potem wyżej uniósł brwi. Teraz już wiedział, co się nie zgadzało – kobieta nie była krewną Noah. Była przyjaciółką rodziny, co oznaczało, że mogła być każdym i w pierwszym odruchu, nie spodobało mu się to. Zmarszczył brwi, z głową wciąż zwróconą ku Tamsin, łypnął na dyrektorkę. Ta, pochwyciwszy jego spojrzenie, przymknęła powieki i złapała się palcem wskazującym oraz kciukiem za nasadę nosa. Tak, Christian miał pełne prawo zapytać o to, gdzie byli rodzice nastolatka, bądź ktokolwiek inny, kto był jego prawnym opiekunem i przymrużywszy powieki, zacisnął usta, wyraźnie się nad tym zastanawiając. Wrócił wzrokiem do Tamsin, podczas gdy dyrektorka proponowała, aby porozmawiali we trójkę, bez dzieci.
    — Tak, mogą — odparł, po czym popatrzył na Abigail, tym samym dając jej sygnał do wyjścia.
    — Tato, tak naprawdę nic się nie stało… — podjęła jedynaczka, podnosząc się z krzesła. — To znaczy, stało się, ja… Nie powinnam była tak zareagować… — bąknęła.
    — Abigail — napomniał ją. — Nie waż mi się przepraszać za to, że się broniłaś.
    Jedyne dziecko Christiana Riggsa, a zarazem jego jedyna córka westchnęła ciężko, popatrzyła kolejno na dyrektorkę, na Tamsin i na Noah, a kiedy nie udało jej się przyciągnąć spojrzenia chłopaka, skapitulowała i wyszła. Zaraz za nią, kiedy tylko do ich uszu doleciał dźwięk zamykanych drzwi, prowadzących z sekretariatu na korytarz, wyszedł Noah i domknął za sobą skrzydło dzielące sekretariat od gabinetu. Chris nie zwlekał, odezwał się od razu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Co to znaczy, że pani Passalis jest przyjaciółką rodziny? — spytał bez ogródek, nachylając się przy tym bardziej ku biurku, za którym siedziała dyrektorka. — Gdzie są rodzice Noah? Chociaż jeden? — drążył, przenosząc spojrzenie na Tamsin. — Z całym szacunkiem, ale może być pani kimkolwiek. Jest pani w stanie wytłumaczyć Noah, że całowanie dziewczyn wbrew ich woli może kiedyś skończyć się dla niego o wiele gorzej, niż zdzieleniem tacą w głowę? Rany boskie — westchnął, po czym prawą dłonią nakrył oczy, pokręcił głową i finalnie zaśmiał się cicho. Powoli zsunął dłoń z twarzy, a kiedy to zrobił, w jego niebieskich oczach, które wodziły od jednej, do drugiej kobiety i z powrotem, widoczne było rozbawienie.
      — Nie wpadłbym na to, że będę wzywany do szkoły w takiej sprawie. Przecież oni nie mają ośmiu i sześciu lat! Oczywiście Abigail nie powinna zrobić tego, co zrobiła. Teoretycznie, bo chyba wszyscy możemy zgodzić się z tym, że zawinił Noah, a ja nie będę ganił mojej córki za to, że potrafi radzić sobie z takimi… — urwał, hamując się w ostatnim momencie, inaczej nazwałby chłopaka co najmniej palantem, a mimo wszystko nie wypadało mu tego robić.

      CHRISTIAN RIGGS

      Usuń
  27. Emma nie miała iskry, nie taką która wyzwalała złość i pozwalała go przekuć w akcję. Od zawsze była cichsza niż inni, bardziej łagodna i skryta, bojaźliwa. Stała na uboczu, nigdy nie zajmowała pierwszych ławek w szkole i ostatnich również nie - te po środku pozwalały się zgubić w szeregu. Nigdy nie widziała z kolei w swoim spokoju i wrażliwości wad i powodów do zmian, ale może... może warto było walczyć o siebie. A nawet właściwie trzeba było. Tylko jak? I po co? Była skromna i potulna, była ugodowa i nie tyle szła na kompromisy, co zgadzała się na wszystko, co proponowali jej inni. Nie robiła nic wbrew sobie, ale też nie utrudniała niczego. Po prostu szła przed siebie, czasem mniej, a czasem bardziej okrężną drogą, bo cel zawsze był jasny i prosty - spokój, szczęście, brak konfliktów.
    Nie mogła i nie chciała o wszystko winić Thomasa, dostrzegała w całej jego obecności, która sprawiała jej ból, również cierpienie mężczyzny. Ona straciła mamę, a on miłość swojego życia - Emma była przekonana że kochał tę kobietę długo zanim się związali i dla niej był przyjacielem ich rodziny, ale nigdy o tym nie rozmawiali. Widziała jak na nia patrzył, nawet kiedy miała ledwie kilka lat, a obok stał pan White, widziała teraz też jak trzymał przy piersi zdjęcie zmarłej, kiedy pijany zasypiał w fotelu i... cierpiała razem z nim. I zapadała się w poczuciu winy. Logicznym wydawało się, że tragiczny wypadek był tylko wypadkiem i mogło do niego dojść lub nie, jeśli pojechaliby później, albo godzinę szybciej, albo drogą wybraną przez Michaela. Ale nie było tak. Pojechali o godzinie wybranej przez Emmę i trasą, którą ona wyznaczyła, bo chciała zahaczyć o lodowe koktajle na festyn. To ona zaplanowała każdą minutę tej wycieczki i to ona wzięła na siebie odpowiedzialność. Możliwe, że nigdy się z tym nie upora i nikt jej nigdy nie przetłumaczy, że sama sobie robi krzywdę.
    Nie straszne jej było przygniecenie nawet przez przyjaciółkę w łóżku. To było lepsze niż niepokój, czy nieprzespana noc. To czy Tammy kogoś miała, na chwilę, na stałe, na próbę nawet to nie była sprawa White, ale każda z opcji musiała znaczyć to, co ona już wiedziała od dawna. Jej przyjaciółka nie była stworzona do samotności. Zimna pościel, puste mieszkanie, to mogło przytłaczać, tak jak Emkę przytłaczała obecność niechcianej osoby. Liczyła w duchu, że kiedyś Tammy znów się zakocha, zaufa i otworzy, i znajdzie kogoś, kto ją pokocha ponad wszystko, kto zrozumie jej marzenia i pomoże jej po nie sięgać za wszelką cenę. Sobie tego nie życzyła, w to dla siebie nie wierzyła, nie czekała, choć może dzisiejszego wieczoru każda z nich powie o czymś, co się dzieje w ich życiu i zaskoczy tą drugą. Bo u Emmy działo się zaskakująco wiele. Zatrważająco wręcz. I sama była zatrwożona, nawet oszołomiona w ten słodki i upajający sposób, który dawno jej nie towarzyszył.
    Wybuch entuzjazmu Tammy sprawił, że na chwilę White ściągnęła łopatki i obejrzała się na nia, gwałtownie prostując. Wszystko było już czyste i domknięte, gotowe na kolejny dzień, ale przez chwilę właścicielka cukierni patrzyła na koleżankę z niemrawym uśmiechem i pewnym zaskoczeniem w jasnych, zbyt często zgaszonych, oczach. Dopiero po chwili zrozumiała, co ta ma na myśli i powiązała to z karteczką w jej dłoni. Spuściła wzrok i wyciągnęła dłonie, odebrać płaszcz, torbę i ulotkę, niespiesznie ubierając się do wyjścia.
    - Nie zapisałam się... - przyznała, gotowa na serię ponagleń i przekonywującej, motywującej salwy, by nie zwlekała, aby się nie wahała, po prosty żeby spróbowała. Uśmiechnęła się wdzięczna za to, ile wiary ma w nią Tammy, a rumieniec wzruszenia ładnie pokolorował jej jasną twarz. - Jeszcze... jeszcze zdążę, bo termin jest do wtorku - dodała, zanim Tamsin by na nią wręcz nakrzyczała. Była do tego zdolna w najbardziej uroczy i kochany sposób z możliwych, bo z czystej troski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi

    1. Uśmiechnęła się szerzej i wyprostowała w palcach ulotkę. Nie była pewna, czy znajdzie czas i siły na ten konkurs, choć chciała spróbować się w tortach... Zaleceń przybywało dzięki nowemu kontu na social mediach i dobrych zdjęciach, które wrzucała regularnie, lokalni klienci z sąsiedztwa też ją odwiedzali dzień w dzień. Ale co z tego? Co z tego, skoro tort zajmował wiele godzin... kiedy by miała się wyspać ? I kiedy miałaby zrobić wypieki do cukierni, przecież nie mogła zamknąć z powodu kaprysu i konkursu lokalu, taka opcja nie wchodziła w grę.
      - Nie wiem, wiesz... to sporo pracy. I jeszcze musiałabym tam pojechać. Zeszłoby mi... dwa dni. Pełne. W środku tygodnia. A cukiernia.... cukiernia to mój priorytet - bąknęła, zgarniając klucze i kierując się do wyjścia, aby już poszły do Tammy na noc. - Tort mogę ci upiec i tak, bez okazji, jakikolwiek chcesz - zapewniła jeszcze pogodnie, zerkając na Tammy i lekko poklepała ją przy biodrze. - Zmieścisz się w dresy na gumce, spokojnie - dodała z rozbawieniem, zakluczając drzwi lokalu, gdy wyszły na ulicę zalaną już nocnym półmrokiem.


      Emka 🍰

      Usuń
  28. Nim Christian zdążył choćby zastanowić się nad tym, czy chce mieć dzieci, czy nie, okazało się, że Natalie jest w ciąży. Zarówno dla niego, jak i dla niej było to niemałe zaskoczenie – zabezpieczali się przecież i pewnie gdzieś w tyle nastoletnich głów mieli to, że każde zabezpieczenie mogło zawieść, a jednak nie dopuszczali do siebie myśli, że może trafić akurat na nich, bo niby z jakiej racji? A jednak, trafiło, a to zrodziło konieczność zastanowienia się nad tym, nad czym osiemnastoletni Riggs dotąd się nie zastanawiał, choć jednocześnie stosunkowo szybko zrozumiał, że ostateczna decyzja nie miała należeć do niego. To Natalie miała ponieść wszystkie konsekwencje ich chwili zapomnienia – może nie wszystkie, ale ich zdecydowaną większość, tę bardziej obciążającą tak dla psychiki, jak i ciała. Z tego względu Chris wyszedł z założenia, że niezależnie od tego, jaka ta decyzja będzie, on będzie ją wspierał. Jak na tamtego osiemnastolatka, którym był, zachował się więcej, niż przyzwoicie, a z perspektywy czasu mógł stwierdzić, że on i Natalie stanęli na wysokości zadania, co przecież nie było łatwe, przeciwnie, było cholernie, niewyobrażalnie wręcz trudne.
    Dziś nie wyobrażał sobie, by w jego życiu miało nie być Abigail, a w obliczu jej krzywdy, nawet tej najmniejszej, gotów był zrobić nie tyle wiele, co wszystko – obojętnie, co to wszystko miałoby zawierać. Należało więc mieć na uwadze, że Noah miał wyjątkowe szczęście, iż Abigail nie poczuła się przez niego skrzywdzona, co Chris ocenił na podstawie jej zachowania oraz tego, co miała do powiedzenia. Co prawda w ocenie tej zamierzał upewnić się jeszcze później, kiedy znajdą się w domowym zaciszu, na ten moment jednak nie czuł się szczególnie zaniepokojony, a przez to nie był skłonny, aby wyciągać wobec chłopaka ostre konsekwencje.
    Zadawszy te pytania, które nie dawały mu spokoju, spróbował wygodniej rozeprzeć się na krześle i wysłuchał tego, co miała do powiedzenia pani Passalis. Wydawała się być kobietą, która lubiła konkrety, a przy tym nie zapierała się, że Noah nie zrobił niczego złego i nie bagatelizowała problemu, ponieważ to bez wątpienia był problem. Chris nie był czarnowidzem, ale jeśli nastolatek potrafił wpaść na coś takiego, a w dodatku to zrealizować, to do czego jeszcze mógł się posunąć? Z drugiej strony zawstydzenie Noah kazało mu zastanowić się nad jego motywacją. Może to była kwestia jakiegoś głupiego zakładu z kolegami? A może ostatni – miejmy nadzieję, że ostatni – akt desperacji zakochanego po uszy nastolatka? Noah nie wyglądał na zadowolonego z siebie i nie sprawiał wrażenia, jakoby był swoim wybrykiem usatysfakcjonowany. To działało na jego korzyść. Co jednak, jeśli to była tylko poza?
    Christian westchnął ciężko i skupił spojrzenie na mówiącej kobiecie, a kiedy ta wspomniała o oblaniu sokiem, odwzajemnił jej uśmiech. Pomyślał, że musieli to jakoś wypośrodkować – nie mogli tego zbagatelizować, ale też nie powinni robić wideł z przysłowiowej igły. Jednocześnie nie zgasił tej palącej się, ostrzegawczej lampki, która rzucała światło na problem, jakim był brak rodziców chłopaka w gabinecie dyrektorki. Zamiast nich pojawiła się Tamsin, przyjaciółka rodziny. Hoa, najlepsza przyjaciółka Natalie jeszcze z czasów liceum, także pozostawała przyjaciółką rodziny, a jednak Christian nie wyobrażał sobie, by siedziała tutaj zamiast niego czy Natalie, niezależnie od okoliczności.
    — Myślę, że możemy… — odpowiedział ostrożnie, wymieniając przy tym spojrzenie z panią dyrektor, która potaknęła skinieniem głowy. — Na razie — dodał, przenosząc wzrok na Tamsin, a popatrzył na nią w sposób więcej, niż wymowny. — Bo gdyby to miało nie podziałać i Noah miałby wpaść na jeszcze jakiś, równie genialny pomysł, który postanowił by zrealizować, to na nic podobnego nie przystanę — zastrzegł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Oczywiście — podchwyciła starsza kobieta, pozostająca na swoim miejscu za biurkiem. — Szkoła nie pozostanie obojętna na jakiekolwiek przejawy niewłaściwego zachowania ze strony Noah, dołożymy wszelkich starań, aby wyłapać wszelkie, ostrzegawcze sygnały odpowiednio wcześnie… Myślę jednak, podobnie jak pani Passalis, że Noah już czuje się dostatecznie… ukarany — powiedziała, posyłając Christianowi uprzejmy, a przy tym łagodny uśmiech.
      — Dobrze. — Blondyn przestał krzyżować ręce przy piersi, lekko uderzył dłońmi o uda i zaczął podnosić się z krzesła. — To chyba wszystko, prawda? — dopytał, kiedy już stanął wyprostowany, znowu przeskoczył wzrokiem między jedną, a drugą kobietą, lekko marszcząc przy tym brwi. Był człowiekiem konkretnym i pragmatycznym, przez co nie miał ciągnąć tego tematu dłużej, niż jego zdaniem było to konieczne, a jego zdaniem właśnie skończyli. Coś jednak go tknęło, kiedy na dłużej zatrzymał spojrzenie na Tamsin.
      — Pani Passalis… Możemy wymienić się numerami telefonów? Tak na wszelki wypadek?

      CHRISTIAN RIGGS

      Usuń
  29. Mógłby być milszy. Evan Roth mógłby być milszy w wielu sytuacjach, ale nawet nie próbował. Nie chciało mu się. Ta opryskliwość, uszczypliwość i beznamiętność często ratowały mu tyłek, wolał być sarkastycznym dupkiem i nie mieć zbyt wielu przyjaciół niż serwować sztuczne uśmiechy i otaczać się gronem osób, z którymi nie miałby nic wspólnego. Tamsin była wyjątkiem, jeśli chodziło o dopuszczanie ludzi bliżej. Nie byli przyjaciółmi jak z kinowego ekranu w kolejnej wspaniałej produkcji albo w kolejnym, przyjemnym sitcomie. Nie siadywali razem na kanapie, nie wcinali pizzy z jednego pudełka i nie pili taniego lagera kupionego w sześciopaku w pobliskim 7Eleven. Szanował ją i nawet jeśli nie zawsze bywał dla niej miły, to nigdy też nie ubliżał jej celowo. Nie obrażał jej, nie wyzywał, nie próbował nawet się z nią kłócić. Passalis miała jednak to szczęście albo pecha, w zależności od tego, kto patrzył, zaliczać się do grona stosunkowo bliskich znajomych Evana. Poza dwojgiem przyjaciół, nie miał bliższych. Mógłby więc czasami być dla niej milszy, ale ten mechanizm obronny, który w jego wnętrzu był na ciągłym czuwaniu, nie odpuszczał, nie luzował postronków.
    Spojrzał na nią, w końcu stali w korku i albo nie poruszali się w ogóle, albo brnęli do przodu z prędkością nie większą niż dwie mile na godzinę. Ściągnął brwi ku sobie i potrząsnął lekko głową, idealnie ufryzowane włosy ani drgnęły.
    — Masz rację — odparł tylko tyle, ale nie pokusił się na żadne przepraszam. To bowiem z trudem przechodziło przez jego gardło, ale Tamsin mogła mieć pewność, że w ten sposób ogłosił nic innego, jak kapitulację. Mogła być więc pewna, że przynajmniej do końca tego wieczora będzie starał się być dla niej milszy, a czy jego starania odniosą jakikolwiek skutek…
    Pewnie byłby dla niej milszy, gdyby chciał ją zaciągnąć do łóżka i choć na początkowym etapie ich znajomości taka myśl pojawiła się pod jasną czupryną, tak teraz nie pojawiała się prawie wcale. Passalis niczego nie brakowało. Była piękna, miała ten klasyczny typ urody, który niezależnie od ilości i rodzaju makijażu prezentował się dobrze. Miała ciepłe oczy i uroczy uśmiech, kiedy tylko chciała, ale Evan nie dostrzegał w niej ślicznotki do łóżka. Była na to zbyt bystra, miała mu wiele do zaoferowania i choć niewątpliwie mogłaby mu równie wiele oferować w łóżku, nie chciał tego.
    Czerpał niezaprzeczalne korzyści z tej znajomości, a zaciągnięcie jej do swojej sypialni wiązałoby się z ich utratą. Nie był głupi. Znał siebie samego i wiedział, że po pierwszym, szybkim zapewne numerku, byłoby go stać tylko na kolejne albo i żadne. Nie miałby wtedy żadnych szans na to, aby sięgnąć po kolejną przysługę. Musiałby wtedy ją wykorzystać, a tego nie chciał. Teraz ich układ, w głowie Rotha, bazował na pewnej równowadze sił.
    Zdawał sobie sprawę z tego, że rozdzielanie fizyczności od emocji było łatwe, kiedy tych emocji nie było, ale Tamsin lubił. I to była najtrudniejsza przeszkoda, której nawet nie próbował pokonać. I w tym momencie padły słowa, które potwierdzały dokładnie to samo z jej strony. Uniósł brew i spojrzał na nią z niedowierzaniem. Niewiele osób lubiło Evana.
    — Ach tak? Lubisz? — spytał, kręcąc przy tym głową. Zatrzymał znowu samochód. — A za co? Za to, jaki jestem miły? — dopytał, z jednej strony po prostu się drocząc, z drugiej poddając jej słowa w powątpiewanie.
    Westchnął ciężko, kiedy usłyszał o wypadku przed nimi. Przycisnął kciuk i palec wskazujący do nasady nosa, zamykając na moment oczy, drugą dłoń wciąż trzymał na kierownicy. Zaczął niespokojnie wystukiwać coś na niej palcami.
    — Chcesz w tej sukni iść na metro? — spytał, bo żadna inna opcja nie wchodziła w grę i to nie dlatego, że nie ufał jej na tyle, aby przekazać jej samochód, a dlatego, że potrzebował jej obecności na wydarzeniu. Znajdując pierwsze wolne miejsce przy chodniku, wjechał w zatoczkę i zgasił silnik.

    Evan Roth

    OdpowiedzUsuń
  30. To przez stres…, powtórzyła w myślach, ale milczała, czekając na jakiekolwiek rozwiązanie się tej sytuacji. Nie było jej łatwo. Powinna to zgłosić, powinna zgarnąć i chłopaka, i jego matkę, i ich rozdzielić. Tego wymagały od niej procedury, ale chłopak wcale nie wyglądał na zaniedbanego albo na niekochanego, nie był niechcianym lokatorem w mieszkaniu swojej matki.
    Grayson wykazywała się teraz niesamowitą cierpliwością, kiedy nie poganiała Noah, a wręcz przeciwnie - patrzyła na niego trochę tak, jakby wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Nie zależało jej na tym, aby maglować nastolatka i na siłę wyduszać z niego to, czego potrzebowała do perfekcyjnego protokołu z interwencji. A też nie umknęło jej to westchnienie ulgi ze strony młodej kobiety, która jako sąsiadka w ogóle nie powinna móc mieć możliwości wtrącać się w tę sytuację, ale wychodziło na to, że panna Passalis nie miała żadnych oporów, aby się jednak w to wszystko mieszać.
    Gdy Noah przyznał, że jego matka pije, Debbie westchnęła ciężko. Sama piła. Może nie sięgała po alkohol w chwilach kryzysu, chociaż… gdyby miała się nad tym zastanowić, to przed poznaniem Iana piła dużo i często, równie często wprawiając się w stan, w którym graniczyła ze świadomością, gotowa na odlot. Taka była brutalna prawda, tym trudniej było jej oceniać matkę Noah. Ale musiała być teraz profesjonalną, twardo stąpającą po ziemi policjantką.
    Rudowłosa układała w głowie wszystko to, co udało jej się dowiedzieć do tej pory. Nie było to nic łatwego ani przyjemnego, nadal żałowała, że do mieszkania Tamsin nie wparował Louis. Jej partner był o wiele bardziej doświadczony i z pewnością znalazłby rozwiązanie tej sytuacji, ale też ciężko było Debbie uwierzyć, że próbowałby rozwiązać coś poza oficjalnymi kanałami.
    Debbie oparła dłonie na swoich biodrach, kiedy Tamsin przegoniła głównego zainteresowanego do swojej sypialni i policjantka uniosła brwi, spoglądając na właścicielkę mieszkania pytająco i odrobinę powątpiewająco, bo bardzo jej się nie podobało to, co Passalis usiłowała zrobić.
    Debbie próbowała postawić się w sytuacji tej młodej kobiety, głównie po to, aby zrozumieć. Nie była jednak pewna, czy ona dla któregokolwiek z sąsiadów mogłaby się tak poświęcać. Bo to było poświęcenie. Tamsin w pewien sposób informowała właśnie funkcjonariuszkę policji podczas pełnienia obowiązków służbowych, że jest w tej sytuacji głębiej niż powinna być.
    Patrzyła w plecy odchodzącego chłopaka. Nie zdołała nawet nic powiedzieć, bo sytuacja obróciła się o jakieś sto osiemdziesiąt stopni, a ona żałowała, że wyłączyła nagrywanie. Skupiła się na Tamsin, posyłając ciemnowłosej blady uśmiech.
    — To, czy pani O’Hara pije i to, czy jej syn sobie radzi, to dwie odrębne kwestie. A wie pani… — urwała, spoglądając uważniej na Passalis. — A wiesz dlaczego? Bo on nie powinien radzić sobie sam. Nikt nikomu nie broni sięgać po alkohol, niestety, ale skoro pani O’Hara jest matką, to powinna robić wszystko, by jej syn nie musiał radzić sobie sam. Albo szukać schronienia u sąsiadek. Już sam fakt, że to robi, budzi we mnie mój sprzeciw, wiesz? — Wydusiła z siebie, nawet nie przejmując się tym, że zrezygnowała z grzecznościowych zwrotów. Tamsin nie mogła być zbyt wiele starsza od samej Debbie, mogła być nawet młodsza, a z pewnością były w zbliżonym wieku.
    — Uważasz, że to normalne? Że on przychodzi do ciebie wtedy, kiedy ona się napije?
    Pozwoliła temu pytaniu zawisnąć między nimi. Nie podjęła jeszcze żadnej decyzji. Nie była w stanie jej podjąć, nie w momencie, nie teraz, kiedy kompletnie nie miała pojęcia, co robić.

    Debbie Grayson

    OdpowiedzUsuń
  31. - Jesteś pewna, że nie potrzebujesz chwili odpoczynku ? – Zerknął uważnie na zarumienioną twarz kobiety. Jeszcze tego by brakowało, żeby zemdlała mu podczas tej nieszczęsnej sesji i musiał ją reanimować. – Co prawda wasza droga Jodie dała mi jakiś grafik, ale i tak prawdziwym cudem będzie, jeśli przy tempie, które mi w nim narzuciła sprzęt w ogóle wytrzyma. – Zerknął na harmonogram leżący na futerale od kamery, gdzie położył go jeszcze przed rozpoczęciem nagrywania w obawie, by przypadkiem się gdzieś nie zawieruszył. Podniesione lekko brwi i ciche westchnięcie, które wydobyło mu się z piersi jasno wskazywało na wysoki poziom jego irytacji. Jak zwykle będzie musiał trochę w nim poprzestawiać i zebrać burę, od osoby uważającej, że samo posiadanie profesjonalnego aparatu i całego tego ustrojstwa, jak zwykli nazywać jego codzienne narzędzia pracy nieznający się na rzeczy ignoranci, gwarantuje jego nieprzerwaną bezpieczną pracę dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wspominając już o modelach, będących w końcu, podobnie zresztą do niego, żywymi ludźmi.
    - Ta lista jest naprawdę długa, a ja chciałbym ci zapewnić możliwie najlepsze warunki do pozowania. Jeśli jednak nie chcesz marnotrawić czasu i wolisz zrobić wszystko w biegu, rozumiem. – Oświadczył, pakując się, gotowy na przeniesienie do kolejnego zakamarka Opery. – Zawsze zamiast zgodnie z jej zaleceniami zaczynać od najwyższych pięter, możemy przenieść się do ogrodów i pstryknąć parę ujęć wśród tutejszych kwiatów. – Zaproponował. – A stamtąd, o ile tylko oczywiście będziesz chciała, wymkniemy się na jakiś szybki lunch. Spokojnie, tą waszą harpię biorę na siebie. – Zaśmiał się, wyobrażając sobie reakcję tutejszej zarządczyni, gdy tylko dowie się, że już w pierwszym dniu współpracy odważył się nie zastosować się w pełni do jej zaleceń.
    Cóż, zawsze mogła przecież zatrudnić jednego z tych jego wymuskanych kolegów po fachu wyszkolonych do bezwarunkowego podążania utartym szlakiem zamiast wynajmować streetphotographera, bo tacy zawsze zbyt wysoko cenili sobie wolność, by co jakiś czas nie zbaczać z kursu.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  32. Srebra rodowe Pendletonów zawsze brzęczały w ten sam, nieznośnie czysty sposób, a zapach drogiego kateringu i perfum z Fifth Avenue przyprawiał Lawrence’a o mdłości. Siedział w cieniu wielkich, kryształowych żyrandoli rodzinnej rezydencji, z dłonią zaciskaną na szklance z kolejną porcją whisky. Dla reszty gości, elity nowojorskiej palestry, sędziów federalnych i rekinów biznesu, z którymi jeszcze kilka miesięcy temu dobijał targów, był teraz tylko kłopotliwym meblem. Cieniem dawnego magnata nieruchomości, na którego patrzyło się zza bezpiecznej zasłony litości. Matka uznała najwyraźniej, że powiew „wyższej kultury” złagodzi napięcie i zatrudniła na ten wieczór żywy akompaniament. Dźwięki wiolonczeli niosły się po marmurowym holu, głębokie, melancholijne i przesiąknięte tak ordynarnym smutkiem, że Lawrence’a aż paliło w żołądku. Każde pociągnięcie smyczka brzmiało dla niego jak bezczelne, publiczne wywlekanie jego własnej bezsilności. Wytrzymał trzy utwory. Kiedy goście powoli rozeszli się w stronę bufetu, a dziewczyna ogłosiła krótką przerwę i odłożyła instrument na stojak, Lawrence ruszył kołami swojego wózka do przodu. Dźwięk gumy na marmurze był cichy, ale dla siedzącej na uboczu wiolonczelistki, doskonale słyszalny. Podjechał tak blisko, że niemal potrącił podest z jej nutami. Dziewczyna właśnie sięgała po szklankę wody, gdy cień Lawrence'a odciął ją od światła kinkietu.
    - Przestań rzępolić - rzucił bez żadnego wstępu, a jego głos był chłodny i ostry jak skalpel - Słyszałaś. Mówię, żebyś przestała - powtórzył głośniej, a w jego oczach lśnił ten sam bezwzględny, jadowity gniew, którym kiedyś niszczył konkurencję na giełdzie nieruchomości - Jeśli moi rodzice płacą ci za to, żebyś psuła powietrze w tym domu, to przynajmniej graj coś, co nie brzmi jak ścieżka dźwiękowa do taniego pogrzebu. Twoje ambicje artystyczne nikogo tu nie obchodzą. Masz być przezroczystym tłem do rozmów o milionach, a nie zmuszać wszystkich do wysłukiwania twoich wewnętrznych dramatów - warknął, wpatrując się w nią wściekłym wzrokiem - Po prostu schowaj ten instrument do futerału i oszczędź nam reszty tego żałosnego popisu - dokończył jadowicie, upijając potężny łyk whisky. Patrzył na nią z dołu, uwięziony na swoim wózku, ale w jego głosie wciąż była cała potęga i arogancja Pendletonów, która miała zrównać ją z ziemią. Lawrence nie czekał na odpowiedź, nie potrzebował jej aprobaty ani buntu. Powiedział dokładnie to, co miało ją zranić i uciszyć. Przez ułamek sekundy w jego piersi rozlała się dzika, drapieżna i głęboko autodestrukcyjna satysfakcja. Udało mu się skutecznie zatruć ten idealny, snobistyczny wieczór, który jego rodzice tak skrupulatnie zaplanowali, by pokazać światu, że u Pendletonów wszystko jest w porządku. Otóż nie było.

    koszmarek

    OdpowiedzUsuń
  33. Christian oszczędnie skinął głową w odpowiedzi na kolejne zapewnienia Tamsin, że ta dopilnuje, aby Noah więcej nie wpadł na nic podobnie głupiego. Nie oszukiwał ani siebie, ani tym bardziej pani Passalis i rozumiał, że ta nie mogła powiedzieć mu czegokolwiek innego, ani czegokolwiek ponad to, co już powiedziała, stąd jego reakcja pozostała stonowana. Jego zdaniem powiedzieli sobie wszystko, co było w tej sytuacji do powiedzenia, oczywiście z pominięciem awantury, do jakiej mogłoby dojść, gdyby Riggs był innym człowiekiem, zdawało się jednak, że wszystkim poszczęściło się z tytułu tego, jakim blondyn pozostawał ojcem i że sam, jeszcze do niedawna, miał każdego dnia do czynienia z młodymi mężczyznami, w ciałach których buzowały hormony.
    Był trenerem uniwersyteckiej drużyny i choć w jej skład wchodzili nie nastolatkowie, a młodzi mężczyźni, Christian miał wrażenie, że nadal było im bliżej do nastolatków, niż do mężczyzn. Generalizował, bo aby wyrobić sobie pewne zdanie, musiał to robić. Jak w każdym przypadku, w tym także istniały wyjątki potwierdzające regułę, regułą tą natomiast było to, że młodzi ludzie robili głupoty. Po prostu. Taki był ich przywilej wynikający z braku doświadczenia, jakiego nabywało się wyłącznie z wiekiem. Dzięki pracy, którą zmienił dopiero przed paroma miesiącami, Christian był tym wołem, który nie zapomniał, jak to jest być cielęciem.
    Obrócił między palcami wręczony mu kartonik. Przebiegł wzrokiem po delikatnych literach i wyżej uniósł gęste brwi, po czym podniósł wzrok na stojącą przed nim kobietę i lekko przechyliwszy głowę, pozwolił, aby jego spojrzenie prześlizgnęło się po jej sylwetce. Owszem, znowu ją oceniał na podstawie tego, jaką informację o niej pozyskał, jednakże jego spojrzenie nie było z tych, pod którym Tamsin mogłaby poczuć potrzebę skulenia się. W błękitnych oczach Riggsa tliło się niegroźne zaciekawienie.
    Nie zdążył odpowiedzieć, czy woli telefon, bo kiedy otwierał usta, aby się wypowiedzieć, w jego dłoni znalazła się komórka należąca do pani Passalis. Skomentował to uśmiechem, po czym wystukał na klawiaturze swój numer telefonu i zapisawszy kontakt, oddał komórkę jej właścicielce.
    — Będę dzwonił i proszę już się tak nie przejmować — napomniał ją łagodnie, uznając, że dość wyjaśnień na dziś. — Stało się, co się stało i cieszmy się, że tylko tyle — zawyrokował i przeniósł wzrok na dyrektorkę, która także wstała i stojąc za swoim biurkiem, z uśmiechem skinęła głową. Była zadowolona z przebiegu tego spotkania. W swojej pracy niemal codziennie musiała rozmawiać z rodzicami uczniów i gdyby każda z tych rozmów przebiegała w takiej atmosferze jak ta, która miała miejsce przed chwilą, raz w tygodniu nie wyrzygiwałaby swojej psychoterapeutce tego, jak bardzo jest już wypalona i jak serdecznie dość ma swojej pracy.
    Pożegnali się. Gabinet pani dyrektor jako pierwszy opuścił Chris. Wychodząc, rzucił czekającemu w sekretariacie Noah groźne i wymowne spojrzenie, pod którym chłopak lekko struchlał. Musiał wiedzieć, że gdyby jeszcze raz miał dopuścić się podobnego wybryku, Riggs osobiście przetrzepie mu skórę.
    Po czekającej na niego na korytarzu Abigail znać było zdenerwowanie. Krążyła w tę i z powrotem, a kiedy wypatrzyła zamykającego za sobą drzwi ojca, od razu dopadła do niego i wypytała o szczegóły. Riggs nie migał się od odpowiedzi. Opowiedział jej o przebiegu spotkania, a także podkreślił, że gdyby zadziało się cokolwiek niepokojącego, niezwłocznie powinna powiedzieć o tym jemu lub Natalie. W drodze do domu powtórzył jej to jeszcze parokrotnie, a wieczorem on i Natalie, której w ciągu dnia zdążył opowiedzieć o tym, co zaszło, raz jeszcze porozmawiali z córką, uczulając ją na to, że powinna dbać o swoje bezpieczeństwo, ale też o to, by niekoniecznie goniła za Noah po szkolnej stołówce z tacą w rękach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od spotkania w szkole minęło dobrych kilka tygodni, które po podliczeniu z powodzeniem mogły stanowić dwa miesiące, kiedy w piątkowy wieczór Abigail przysiadła się do wylegującego się na kanapie Christiana. To wylegiwanie się z jego strony było tylko pozorne, bo przeglądał urywki z ostatnich meczów New York Giants i w aplikacji notatnika zapisywał to, co jego zdaniem już na pierwszy rzut oka było do poprawy. Głębszej analizy miał dokonać z pozostałymi trenerami w nadchodzącym tygodniu, a żeby móc to zrobić. Powinien być przygotowany.
      Natalie wyszła z Hoą, z którą miały spędzić typowo babski wieczór, więc mógł bez wyrzutów sumienia poświęcić tych kilka godzin pracy.
      — Tato…
      Odłożył telefon, kiedy Abigail zagaiła go tonem sugerującym, że miała mu coś ważnego do powiedzenia. Podniósł się też z pozycji półleżącej do siedzącej, przeczesał palcami obu dłoni pozostające w nieładzie, kręcące się kosmyki i popatrzył wprost na córkę.
      — No co, Abi?
      Dziewczyna opuściła wzrok, westchnęła ciężko i skubnęła paznokciami krawędź bluzki.
      — Noah… — podjęła, na co Chris wyprostował się jak struna i od razu jej przerwał.
      — Co tym razem zrobił?
      — Niczego nie zrobił! — Abigail uniosła dłonie w tak obronnym, jak i uspokajającym geście. — To znaczy, zrobił. Ale nie to, co myślisz — wyjaśniła pośpiesznie, spostrzegłszy, że jej ojciec lekko czerwienieje na twarzy i szyi. Westchnęła raz jeszcze, po czym wyjęła z kieszeni dresowych spodni telefon, kilkukrotnie przesunęła kciukiem po ekranie, po czym wręczyła komórkę Christianowi i wskazała na widoczną na ekranie wiadomość.
      — Przeczytaj — poprosiła.
      Chris popatrzył na nią z powątpiewaniem, ale pochylił głowę i nabrał powietrza.
      — Abigail — zaczął, śledząc wzrokiem litery. — Próbowałem. Naprawdę próbowałem, ale nie potrafię wyrzucić cię z głowy. Wiem, że jesteś starsza. Wiem, że masz chłopaka. I wiem, że to nie ma najmniejszego sensu… — urwał, przestając czytać i popatrzył na córkę. — Noah to napisał? — dopytał, chcąc się upewnić. Abigail skinęła głową.
      Christian czytał dalej. W dalszej części wiadomości, która była stosunkowo długa, Noah tłumaczył, że tamta sytuacja na stołówce faktycznie była wynikiem głupiego zakładu z kolegami, że przeprasza i że może Abigail chciałaby się z nim spotkać w poniedziałek po szkole?
      Riggs oddał komórkę córce i przesunął dłonią po twarzy, jakby ten gest miał mu w czymkolwiek pomóc.
      — Martwię się o Noah, tato — odezwała się Abi, przez co Chris popatrzył na nią tak z czułością, jak i nieco pobłażliwie. Martwiła się. O Noah. Zamiast być na niego wściekłą, martwiła się. Właśnie w takich momentach, jak ten, Christian zastanawiał się, jak jemu i Natalie udało się wychować tak dobrego człowieka.
      — Wiem. Ja chyba też zaczynam się martwić — przyznał, bo choć zaczęło się od głupoty, to była delikatna sprawa. Noah się zauroczył, w dodatku beznadziejnie, a podobne zauroczenia nie mijały jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tymczasem Abigail nie miała mu niczego do zaoferowania – kochała swojego chłopaka, Tylera i planowała z nim przyszłość. Noah mógłby dla niej nie istnieć, a jednak, martwiła się o niego i zamiast odpisać mu, żeby spadał, przyszła z tym do Christiana.
      — Myślisz, że ta cała… Tamsin? — zagadnęła, zastanawiając się chwilę nad imieniem kobiety. — Mogłaby pomóc?
      — Nie ma innego wyjścia.
      Christian zerknął na telefon, by sprawdzić godzinę. Był piątkowy wieczór, dochodziła dwudziesta. Tamsin miała pełne prawo korzystać z dopiero co rozpoczętego weekendu, więc po chwili zastanowienia Christian, zamiast zadzwonić, napisał do niej krótkiego smsa. Dobry wieczór Pani Passalis, z tej strony Christian Riggs. Powinniśmy spotkać się i porozmawiać w sprawie Noah. Proszę o kontakt, kiedy będzie miała Pani czas. Pozdrawiam.
      — Nie odpisuj Noah — polecił Abigail. — Przetrwa weekend bez odpowiedzi od ciebie.
      — Pewnie tak… Obejrzysz ze mną jakiś film? — spytała z nadzieją.
      — A co byś chciała obejrzeć…

      Usuń
    2. — Diabeł ubiera się u Prady! Wybieramy się z dziewczynami do kina na dwójkę, więc chciałabym sobie odświeżyć jedynkę, chociaż widziałam ją już tyle razy…
      Podczas gdy Abigail mówiła dalej, Christian podźwignął się z kanapy, żeby zrobić popcorn, choć jednocześnie nasłuchiwał, czy pozostawiony na salonowym stoliku telefon nie wibruje, informując o nadejściu nowej wiadomości lub połączeniu.

      CHRISTIAN RIGGS

      Usuń
  34. Mając wciąż w pamięci swoją karierę w modelingu, przykładał zdecydowanie większą wagę do reakcji osób pozujących po drugiej stronie aparatu niż większość jego kolegów po fachu. Doskonale znał to uczucie rwącego bólu niemal w każdej części ciała po kolejnej zbyt wymagającej sesji, podczas której ani na sekundę nie mógł wypaść z roli wiecznie uśmiechniętego samobieżnego wieszaka na ubrania. Całe szczęście te męczarnie miał już od dawna za sobą, bo na dłuższą metę chyba doszedłby do momentu, w którym zwyczajnie pieprznąłby to wszystko w diabły i zwiał do rodzinnego Porto.
    - Spokojnie, wiem jak to jest zostać zmuszonym do odstawiania wymuszanych scenek przed obiektywem. – Zapewnił z lekko melancholijnym uśmiechem. - Wiele lat temu sam byłem na twoim miejscu. Tyle że najpierw jako uliczny aktor undergroundowy, a potem model. Najgorzej z okresu pracy w tej drugiej branży wspominam chyba codzienne nakładanie soczewek wyłącznie z tak błahego powodu jak widzi mi się góry. Dziwnym trafem niemal zawsze trafiali mi się szefowie, dla których moja heterochromia stanowiła element zbyt odwracający uwagę od prezentowanych strojów. – Wywrócił oczami, zarzucając sobie torbę na ramię i chwytając lampy. – Nie sądzę, by przy większość zdjęć pulpit był nam do czegokolwiek potrzebny. Najwyżej na koniec ewentualnie pstryknę ci przy nim kilka fotek, ale to jeszcze zobaczymy. Co do wiolonczeli, osobiście jestem za tym, byś faktycznie wymieniła ją na ciemniejszą, ale nie wiem co powie na to później Judy. Odniosłem wrażenie, że nie za bardzo docenia klasykę już wówczas, gdy na początku wyraźnie zaznaczyła, że nie życzy sobie czarno-białych zdjęć, w jakich głównie się specjalizuję. A szkoda, bo moim zdaniem mają w sobie wyjątkową magię… - Westchnął. – Zaryzykujmy jednak. Idź po nią. Ja zaczekam na ciebie przy północnym wejściu do ogrodów. Kiedy tam skończymy, porywam cię do Portugal Sunset na Pasteis de Bacalhau. Oderwiesz się na moment od tutejszych obowiązków i przy okazji spróbujesz przysmaków mojej rodzinnej kuchni przyrządzanych w jednej z tych uroczych malutkich knajpek, do których turyści niestety zdecydowanie zbyt rzadko zaglądają nieświadomi tego, co tracą.

    Natty

    OdpowiedzUsuń
  35. Przewrócił oczami. Nie żądał wcale od Tamsin miłych słów. Jasne, prowokował ją, ale nigdy nie był szczególnie łasy na puste komplementy. Znał swoją wartość. Kompletną. Z wadami i zaletami, i wiedział, że na pierwszy rzut oka zawsze więcej było w nim wad. Ludzie go nie lubili. Nie prywatnie. Zawodowo obdarzali go zaufaniem, powierzali mu swoje sekrety, zlecali zadania. Był rzetelny, skrupulatny i skuteczny, ale prywatnie był dupkiem. Tak po prostu. Nikomu się nie zwierzał z powodów, które go do tego popychały. Ale miał je. Nie był dupkiem po to, aby nim być i odstraszać od siebie ludzi. Był dupkiem, bo się bał. Bał się tego, że nadto się do kogoś zbliży, nie fizycznie – to wydwało mu się przecież naturalnym sposobem na poradzenie sobie z popędem. Bał się zbliżenia emocjonalnego. Tego, które odsłaniało człowieka bardziej niż pozbycie się ubrań. Roth był ostrożny. Otaczał się ludźmi, którzy nie pogłębiali tego starannie pielęgnowanego w nim lęku.
    Tamsin była bezpieczną opcją. Nazywał ją przyjaciółką, ale nie mówił jej o sobie zbyt wiele, nie poruszał tematów, które poruszały Evana, ale był. Jeśli dzwoniła, robił wszystko, by móc jej pomóc. Jeśli on dzwonił, oczekiwał poniekąd tego samego i Passalis jeszcze nigdy go nie zawiodła. Może dlatego teraz bez szemrania zaufał jej pomysłowi. Może dlatego zaparkował samochód przy ulicy, zabrał telefon, portfel i wysiadł. Nie widziało mu się to specjalnie, ale korek ciągnący się wzdłuż drogi tylko utwierdził go w przekonaniu, że postąpili słusznie. Wszystko wskazywało na to, że na gali pojawią się modnie spóźnieni, ale było to dopuszczalne. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Gorzej, gdyby Roth, mimo swoich zapewnień, nie pojawił się na imprezie wcale.
    Ich stroje, eleganckie, zapewne niezbyt tanie nie pasowały do greckiej knajpki, pod którą podprowadziła go Tamsin. Szedł obok niej, ale kiedy weszli do lokalu, pozostawał o krok za nią. To ona znała to miejsce, a Roth pozostawał pod wrażeniem, jak śmiało zagarnia sobie przestrzeń, która wcale nie należała do niej. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że wiele kobiet mogło Tamsin zazdrościć pewności siebie, ale i tego bliżej nieokreślonego czegoś, co kazało ludziom ją po prostu lubić. Evan nie wiedział, czy to jej otwartość, zapewne tylko pozorna, bo mimo lat ich znajomości, nie wiedział o niej zbyt wielu rzeczy. Czy może to kwestia jej spojrzenia, którym nie uciekała przed oczami innych. A może kwestia uśmiechu, którym obdarzała swoich rozmówców?
    Evan mógł być skończonym dupkiem, ale na pewno utrzymywał w tajemnicy wszystko to, co powierzali mu inny. Jasne, jeśli mu na kimś w ogóle nie zależało, a z wypłynięcia informacji mógł skorzystać, robił to – wypuszczał wiadomości. O swoją prywatność jednak dbał. Każda dziewczyna, z którą sypiał, był anonimowa. W końcu nie pokazywał się z nimi na mieście, umawiał się z nimi w swoim mieszkaniu. Albo ich. Albo hotelu. Traktując niemal jak darmowe prostytuki. Były chętne, otwarte i gorące. Na jedną noc mu to wystarczało.
    Przeszli restaurację. Nieco zaskoczony Evan chował niewielkie portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki, gdy przechodzili przez kuchnię. Skinął głową ludziom, których mijali, a po chwili byli już w innym pomieszczeniu. Szedł w milczeniu, nie zadając niepotrzebnych pytań. Orientacja w terenie pozwalała mu przyjąć stosowne przypuszczenia, że Passalis przeprowadza ich skrótem, co zresztą potwierdzały też jej ostatnie słowa, ale nie komentował. Tak samo, jak nie zamierzał komentować tej całej blondyny, którą go wtedy uraczyła. Był zbyt dumny.
    Skinął tylko głową, dając jej znać, aby weszła na ruchome schody. Stanął zaraz za nią, po prawej stronie, lewą pozostawiając do dyspozycji tym, którzy biegali po tych schodach, co w przypadku szpilek Tamsin mogło okazać się zgubne.
    Wsunął dłonie do kieszeni spodni.
    — Jestem Nowojorczykiem z urodzenia, Tamsin — odparł. I początkowo sądził, że tyle wystarczy w odpowiedzi na jej pytanie. — Możesz sobie myśleć, co chcesz, ale nie lubię marnować czasu na stanie w korkach — mówił, nadal stojąc za jej plecami.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widział, że przyciągali spojrzenia. Ludzie na schodach jadących do góry, spoglądali na nich z zainteresowaniem. Zupełnie nie przejął się jej złośliwością. Kartę do metra miał już przygotowaną, więc kiedy znaleźli się na odpowiednim poziomie, odbił się i przeszedł przez bramki.
      Ruszył w kierunku peronu, bez trudu odnajdując się na stacji.
      — Tak szybko nawiązujesz znajomości, że znasz wszystkich na dzielnicy? — spytał, gdy spostrzegł na wyświetlaczu, że pozostało im teraz pięć minut czekania na kolejny pociąg.

      Evan Roth

      Usuń
  36. Lewa, lewa, lewatywa to poważna sprawa, prawa, prawa, a prawica też kaprawa. Leif wdrapywał się po schodach, wybijając rytm, aż kroki niosły się miarowo po klatce schodowej. Mógł pojechać windą, ale kiedy stanął na parterze i zobaczył na wyświetlaczu cyferkę osiem, stwierdził, że nie chce mu się czekać – i wybrał się na pieszą wędrówkę.
    To tylko kilka pięter w górę i jedno w dół, bo się zagapił i poszedł dalej, więc musiał zbiec, co zresztą ładnie się składało – bo był tutaj tylko zbiegiem okoliczności. Kręcił się niedawno po okolicy i tylko przypadkiem sobie przypomniał, że Jeremiah zostawił mu klucze do mieszkania na czas swoich wakacji.
    Znajomi Leifa nie byli zbiorem nieskończonym, choć niebezpiecznie się do tego zbliżali. W ciągu roku potrafił sobie wyrobić tyle kontaktów, na ile niektórzy potrzebują pół życia. Inną kwestią było, oczywiście, ile spośród tych znajomości mogło przetrwać i na jakim poziomie, ale to nieważne – przynajmniej nie aż tak. Lubił ludzi i lubił ich poznawać.
    Jerry’ego akurat spotkał przed laty, jak obaj byli jeszcze gówniarzami, a Jerry miał zwyczaj kładzenia się na środku chodnika i twierdzenia, że opala się na Tahiti. Nie robił tego na trzeźwo, ale tak jakoś wyszło, że zazwyczaj, gdy widywał się z Leifem, był upalony. Leif akurat nie, bo drażniło go rozmemłanie i spowolnienie, które po trawie zazwyczaj odczuwał.
    Poza tym nie miałby problemu, żeby położyć się na chodniku pod wpływem samego tylko powietrza. Chociaż o nie w Nowym Jorku było ciężko, w stanie czystym praktycznie nie występowało.
    Jeremiah nie był najbardziej odpowiedzialną osobą na świecie, o czym mogło świadczyć samo to, że klucze do mieszkania (i przykaz zajęcia się roślinami) powierzył Leifowi, który również nie zostałby umieszczony w top tierze ludzi ogarniętych. Ale tym razem się udało! Znaczy, nie dostać się do rankingu, ale za to dostać się do mieszkania kumpla, zanim jeszcze ostatnia szeflera mu padła.
    Wygrzebując z kieszeni pęk kluczy, a potem wybierając właściwy, obracał w głowie zdanie Najpierw się odlać, potem kwiaty podlać. Gdy przekroczył próg, słowo ciałem się stało – to znaczy okazało się, że tak skutecznie frazę sobie wmówił, że rzeczywiście najpierw skorzystał z toalety i umył ręce, a dopiero potem odnalazł konewkę i zaczął podlewać całe to zielsko w pokojach.
    Włączył muzykę, wyjątkowo nie na słuchawkach, więc poił monsterę w rytm Kendricka Lamara i sam też kiwał się w tym samym tempie. Tak właśnie ujrzała go kobieta, która do mieszkania wparowała nawet prędzej niż w tym upale woda wyparowywała.
    Obrócił się na pięcie, żeby na nią spojrzeć.
    – Wodę sobie leję – odpowiedział lekko, unosząc konewkę jako namacalny dowód na prawdziwość wypowiedzianych słów. – Spragniona? Nawet nagazowanej szklankę mogę ci podać. – Ruchem głowy wskazał na kuchnię, gdzie na blacie stał saturator SodaStream. – A ty co tutaj robisz?

    Leif Zweig

    OdpowiedzUsuń
  37. Ale tu letnio i przyjemnie! ♥

    Debbie, nie mogła na razie przyznać tego na głos, ale podziwiała postawę Passalis. Była pełna podziwu dla młodej kobiety, która tak w zasadzie zupełnie bezinteresownie mieszała się w życie swoich sąsiadów – nastolatka, który niebawem miał wkroczyć w dorosłość. Młoda policjantka nie była jednak przekonana co do tego, aby Noah był na taką możliwość przygotowany. Może wcześniejsze lata jego życia były lepsze, cenniejsze, może matka poświęcała więcej czasu synowi niż kolejnej butelce taniej wódki. Dlatego Debbie podziwiała Tamsin Passalis, bo potrafiła postawić się nawet funkcjonariuszce, która choć wyglądała niepozornie, miała przecież we władaniu atrybut władzy. Zastanawiała się, co kierowało młodą przecież kobietą. Nie dostrzegła w mieszkaniu Passalis żadnych znaków świadczących o tym, że miała ona dziecko. Wydawało jej się, że lokum jest typowo singielskie. Debbie westchnęła. Nie musiała powiem też domyślać się motywów, które kierowały Noah. Podkochiwanie się w sympatycznej, przepięknej sąsiadce może i było niczym wyrwane ze scenariusza filmowego, ale nie było przecież niemożliwe. Grayson nie potrafiła posądzić nikogo z marszu o instynkt macierzyński, bo sama go po prostu nie miała. Nie oceniała kobiety w ten sposób. Sama przecież wychowała się w szczęśliwej, pełnej rodzinie. Do czasu. Wiedziała jednak, czym jest miłość i troska rodziców. Wiedziała, czym jest więź z rodzeństwem. I wiedziała, jak to jest opiekować się kimś słabszym. Maddie, jej młodsza siostra, zawsze była nieco inna, wolniejsza, bardziej zamknięta, ale przy tym piekielnie inteligentna. Po śmierci ojca społeczne wycofanie Maddie się tylko pogłębiło, a ona nie wiedziała, co mogłaby więcej dla niej zrobić. Chyba dlatego nie chciała mieć dzieci. Zresztą, mimo tego, że była z kimś związana, to panicznie bała się myśli o ciąży, zupełnie tak, jakby to miała być nastoletnia ciąża i na nic zdało się myślenie, że przecież ma prawie trzydzieści lat. Ian przecież był jej rówieśnikiem i jakakolwiek wpadka nie byłaby niczym złym, niczym nienormalnym dla ludzi w ich wieku, ale Debbie… Westchnęła ciężko. Znowu.
    Dzisiejsza interwencja sporo ją kosztowała. Powinna działać według procedur. Po to były. Aby je szanować, egzekwować, wypełniać punkt po punkcie. Przecież musiała potem to opisać, spisać protokół, wskazać świadków, czasami wezwać ich na uzupełnienie zeznań. Sporo było w tym roboty. I często najłatwiej było wszystko zamieść pod dywan, ale nie zawsze się tak dało. Teraz? Skoro udział w tym wszystkim brała nie tylko matka Noah, ale i wstrętna sąsiadka, którą uspokoić musiał Louis, trudno było uciszyć wszystkich.
    Noah słuchał się Tamsin, miał wobec niej szacunek, którego nie szło nie zauważyć. Grayson słuchała Passalis, a jednocześnie walczyła z mętlikiem w swojej głowie. Pod rudą czupryną wrzało. Myśli skakały sobie swobodnie. Z kwiatka na kwiatek, mogłoby się wydawać, z łączki na łączkę. A potem, jakby ktoś rzucił kamieniem w jezioro. Bul, bul, bul. I po sprawie. Myśli nie było.
    Nabrała powietrza w płuca, wstrzymując je przez chwilę. Młoda kobieta miała rację – system był kulawy, ba, system był inwalidą o znacznym stopniu niepełnosprawności. Doskonale o tym wiedziała. Widziała na żywo rozwiązania, które nie powinny istnieć, które powinny zostać uwspółcześnione, dostosowane do obecnych realiów, pójść z duchem czasu. Powinny znaleźć się rozwiązania, które obejmowałyby swoimi działaniami takich szenasto-, siedemnastolatków, nie skazując ich na bezwzględne trafienie do systemu, skoro wedle prawa byli niemal dorośli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Okej… — rzuciła nagle. Cicho, bez wyrzutu, zupełnie neutralnie, ale spojrzeniem uciekła gdzieś w bok. Mocno zacisnęła palce na swoich biodrach, próbując znaleźć w ten sposób uziemienie. — Spiszę protokół, w którym pominę to, że Noah w ogóle tu był. Uznamy zgłoszenie za wprowadzające w błąd, ale… Tamsin. — Tutaj Debbie się zatrzymała, celowo akcentując imię młodej kobiety. Specjalnie też zwróciła się do niej per ty, aby zminimalizować między nimi dystans mogący powstać ze względu na służbowe powinności Grayson. — Ale jeśli choćby raz, którykolwiek z naszych patroli tu przyjedzie, zainterweniuję — mruknęła. To nie była groźba. Ani obietnica, a przedstawienie decyzji, jaką ruda podjęła. Tu i teraz. — Ale pani O’Hara nie mogę zostawić. Ma problem. Może powinna udać się na odwyk, może warto spróbować pchnąć sprawę z pomocy społecznej? Mogę pomóc znaleźć jej pracę. Mogę poręczyć za to, że naprawdę się zmieni, ale to ona musi tego chcieć. Możesz do niej jakoś dotrzeć?
      To pytanie zawisło między młodymi kobietami. Debbie doskonale wiedziała, że to nic łatwego i nic przyjemnego, że Tamsin mogła chcieć naprawiać Noah, ale niekoniecznie jego matkę.

      Debbie Grayson 👮‍♀️

      Usuń
  38. Złapał rzucone mu spojrzenie, ale zamiast się w nim pławić, poczuł się oceniany. Oceny, oceny, oceny – mimo to postanowił nie robić sceny, chyba że taką teatralną, a nie dramę. Trzeba przecież jakoś się zaprezentować.
    Najpierw mimowolnie się wyprostował, żeby poprawić posturę, a potem uśmiechnął. Po chwili przypomniał sobie wskazówki z tamtego filmu – więc do uśmiechu dołożył uniesione brwi. Przestał się uśmiechać. Teraz klasa, a właściwie to Balenciaga normalnie. Ponownie uniósł kąciki ust i wrócił do promowania H&M-u.
    Potem ręka znalazła się w górze, dłoń otwarta, ułożona na płask, wierzchem do góry, a na nim konewka. Tak w zastępstwie czaszki. Lać czy nie lać, oto jest pytanie. Reszta jest przesadzaniem.
    Może zachowałby się inaczej, gdyby wiedział, że nieznajoma tak uważnie na niego patrzy, bo próbuje zdecydować, czy byłaby w stanie go pokonać. Zaprezentowałby pozę zawodników MMA albo walkę z cieniem. Na pewno ułatwiłoby sprawę!
    Tak bez błaznowania – siłą rzeczy i męskiej pięści pewnie by ją pokonał, ale nie miał zamiaru wchodzić w żadne zwarcie. Nawet gdyby faktycznie był włamywaczem. Chociaż nie świadczyłoby zbyt dobrze o jego profesjonalizmie to, że pierwsze, co zrobił po wejściu, to podlanie roślin okradanego.
    O którym nie miał pojęcia, że nazywa swoje rośliny – a więc nowością okazało się to, że monstera była Monicą.
    – Pewnie – zawołał, odkładając konewkę. – Poczekam, nie przeszkadzaj sobie!
    Dobrze, że Jerry nie wpadł na pomysł strojenia sobie żartów – nastroił co najwyżej kilka głupich min, które zrobił do Leifa, gdy ukazał się przed nim na videopołączeniu. Leif odmachał mu z zadowoleniem i powstrzymał chęć zrobienia zeza.
    – Cześć – powiedział, podchodząc, by podać rękę Tamsin. – Leif, akurat nie jestem sąsiadem, ale też zazwyczaj nie podlewam kwiatków. Nie dlatego że zapominam, tylko nie pamiętam. Najwyraźniej Jerry uznał, że dwa minusy dają plus.
    Wrócił po konewkę, by dokończyć podlewanie. Kiedy jednak jego uszu dobiegły słowa o piwie i pizzy, poczuł niemal, jak burczy mu w brzuchu. Jezu, chyba nie jadł nic od rana – z podobnego powodu, który wyłuszczył przed chwilą. Czyli nie zapomniał, tylko nie pamiętał. Dobrze, że chociaż w głowie miał picie wody.
    – Z przyjemnością! – Entuzjazm w głosie potwierdzał słowa. – Chociaż… – Zmrużył oczy. – Może jakiś makaron? W sumie mógłbym nawet coś przygotować – zaoferował się.

    Leif Zweig

    OdpowiedzUsuń
  39. Z dawno minionych czasów swojej krótkiej kariery w branży modelingowej Natty zapamiętał doskonale nie tylko jakie rodzaje strojów należało zakładać zarówno przygotowując się do wyjścia na wyjątkowo wyszukane okazje, a jakie chociażby do biegania po osiedlu czy na zwykłe spotkanie rodzinne. Nawet teraz najprawdopodobniej na jednym tchu potrafiłby wymienić nazwiska wielu projektantów najbardziej topowych marek tamtych lat lub zasady licznych diet, który zmuszone był wówczas stosować. A jednak po jego obecnym wyglądzie trudno byłoby się na pierwszy rzut oka doszukiwać jakichkolwiek nawiązań do stylu aktualnie uwielbianego przez sławnych kreatorów mody. W jego szafie przeważały zwykłe, sportowe ciuchy, w których nie tylko zdecydowanie łatwiej mógł wtopić się w tłum uliczników, z którymi przyszło mu się wychować. Wszystkie one bowiem posiadały także tą ważną przewagę nad drogimi, markowymi fatałaszkami prosto z wybiegów, że były zwyczajnie wygodne. Nawet na dzisiejszą sesję nie założył eleganckiej marynarki, gwałcąc tym samym naczelną zasadę swoich dawnych pracodawców stale podkreślających, że planując przekroczyć próg tak wykwintnego miejsca jak opera powinien postawić najlepiej na frak. Już na samą myśl, że miałby przez długie godziny biegać po tutejszych schodach z elegancką skórzaną torbą skrywającą cały niezbędny mu majdan i lampami wypożyczonymi przez Jodie pocąc się niemiłosiernie w stroju pingwina przyprawiała go o lekką frustrację.
    - Hmm… z mojego doświadczenia wynika, że profesjonalny model to przede wszystkimi bezwolna marionetka w rękach napuszonego lalkarza uznającego się za pana całej tej kolorowej szopki dla nielicznych wariatów najczęściej ceniących sobie zdecydowanie wyżej czyjś ładny wygląd niż osobowość. – Mruknął, jeszcze raz upewniając się, czy aby na pewno nie zapomniał czegoś spakować. – Naprawdę nigdy nie widziałaś żadnego występu ulicznych aktorów ?! – Zapytał zdziwiony, bo dla niego przeglądanie się wysiłkom tych zazwyczaj buntujących się przeciwko całemu systemowi młodych ludzi nadal stanowiło niemal chleb powszedni. – W takim razie najwyższy czas nadrobić braki. Daj znać, jak będziesz miała wolniejszy dzień, to zabiorę cię na jeden ze spektakli w wykonaniu młodzieży nieopodal Grand Central. Ostatnio przedstawiali własną wersję historii mitologicznej Kasandry. Mówię ci, coś wspaniałego, choć rygorystyczni historycy zapewne by tę opinię chętnie podważyli uznając ją za zbyt uwspółcześnioną. – Zaśmiał się. – No ale to kiedy indziej, teraz musimy niestety wrócić do własnych zajęć. – Nie chcąc jej zbyt długo zatrzymywać, ruszył do ogrodów, podczas gdy ona udała się po zastępczy instrument. – Rzeczywiście robi zdecydowanie bardziej imponujące wrażenie. – Zauważył, gdy znowu się spotkali, oceniając wiolonczelę na tyle krytycznym spojrzeniem na ile mógł sobie na to pozwolić jako niefachowiec. – Sukienka dla oka sponsorów i potencjalnej publiczności mającej w przyszłości ściągnąć na wasze koncerty zawsze jest w cenie, ale pytanie brzmi czy naprawdę chcesz się już od samego początku podporządkowywać wyłącznie ich zdaniu. – Obdarzył kobietę prowokacyjnym spojrzeniem spod nieznacznie przymrużonych rzęs.

    Podpuszczający Natty

    OdpowiedzUsuń
  40. – To widzimy się za momencik – powiedział Leif na pożegnanie.
    Skłamał. Przynajmniej tak mógłby stwierdzić ktoś złośliwy i brutalny. Osoba o łagodniejszym usposobieniu rzekłaby raczej, że wszystko jest kwestią interpretacji, a wobec tego zależy, co rozumie się pod słowem momencik. Jeśli parę minut, to rzeczywiście nie dotrzymał słowa. Jeśli trzydzieści parę minut, to zmieścił się w limicie.
    To nie tak, że zapomniał – czy też nie zapamiętał. Albo wolał się powałkonić, zamiast zapukać do drzwi naprzeciwko. To nawet nie było tak, że postanowił rakiem się wycofać z obietnicy ugotowania czegoś. Wręcz przeciwnie. Nawet wykwitło w nim zadowolenie, że w końcu ma okazję, by coś przypichcić.
    Najczęściej był na cateringu albo po prostu zamawiał potrawy z różnych knajpek. Ewentualnie kupował przekąski w sklepach czy piekarniach. Zdarzało się, że żył na tym, czym dokarmiali go inni. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby od czasu do czasu własnymi rękami coś przygotować, ale… nie myślał o tym za często.
    To był ten problem! Rzadko myślał o jedzeniu, jeśli nie musiał, więc zaplanowanie posiłku graniczyło z cudem. Co z oczu, to z serca – i z pamięci też, przynajmniej w jego przypadku. Kwiatek schowany za firanką przestawał być podlewany, bo skoro znikał z widoku, to tak jakby nie istniał. Z rzadka tęsknił za znajomymi, nawet tymi bardzo przez siebie lubianymi, jeśli nie spotkali się od dłuższego czasu; wylatywali mu z umysłu.
    Często dopiero burczenie w brzuchu, zapach jakiegoś dania albo ssanie w żołądku przypominało mu o konieczności jedzenia, ale wtedy było już za późno na gotowanie – kiedy umierasz z głodu, chcesz natychmiast przestać, więc nie ma czasu na obieranie pomidorków.
    Skoro jednak teraz mu o tym przypomniano i nie znajdował się jeszcze w sytuacji agonalnej, z zadowoleniem stwierdził, że coś przygotuje. Skończywszy podlewanie, wybiegł praktycznie z mieszkania, ale zamiast zgłosić się do Tamsin, z równym entuzjazmem zbiegł ze schodów i pomaszerował do pobliskiego sklepu.
    Więc kiedy wpuściła go do środka niedługo później, trzymał w ręku papierową torbę, w której obijały się warzywa, owoce, makaron soba, masło orzechowe i jeszcze jakieś sosy, ale to akurat zwinięte od Jerry’ego z lodówki. Kupił też tofu, na wszelki wypadek, chociaż liczył na to, że Tamsin ma może kurczaka do rozmrożenia. Te sklepowe wyglądały, jakby już rozmrażania nie potrzebowały, bo przeżyły je kilkukrotnie. Choć właściwie – nie przeżyły w ogóle.
    – Dzień dobry – odpowiedział z uśmiechem i wszedł do środka.
    Bo skoro zapraszają – to wchodź i nawet nie zastanawiaj się, czy to nie za wysokie progi na twoje nogi. Leif rozejrzał się w poszukiwaniu kuchni.
    – Masz mięso albo jakieś nietolerancje? – przeszedł do rzeczy. – Alergie znaczy. Naostrzyć ci noże?
    Boże, nienaostrzone noże były najgorsze.

    Leif Zweig

    OdpowiedzUsuń
  41. [ A ktoś kiedyś lutnął mężowi przed śmiercią za takie traktowanie? Bo jak nie, to Paweł chętnie, do bójki też się nada... a kto wie, gdzie te bójki mogą zaprowadzić cztery lata poźniej :D ]

    Pablo

    OdpowiedzUsuń
  42. Paweł Wysocki uważał, że istniały trzy rzeczy, dla których człowiek miał prawo stać dwadzieścia minut w kolejce: dobry kebab, polski paszport w konsulacie i jedzenie od Hectora. Przy czym w dwóch pierwszych przypadkach można się było jeszcze zastanawiać.

    No me jodas, Hector, powiedział, opierając przedramiona o metalowy blat food trucka i zaglądając mu do środka, jakby samym spojrzeniem był w stanie przyspieszyć smażenie mięsa na burrito, o którym marzył od rana. — Piętnaście minut temu mówiłeś cinco minutos. Ja znam hiszpański wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że pięć to nie jest piętnaście.

    Z wnętrza dobiegło go coś gwałtownego po hiszpańsku, z czego wyłapał swoje imię, słowo idiota i sugestię dotyczącą samodzielnego przygotowania obiadu. Pablo pokiwał głową.

    — No. I od razu można było normalnie.

    Był jeszcze w roboczych spodniach, chociaż robota skończyła się dobre pół godziny temu. Szara koszulka miała ciemniejszą smugę przy boku tam gdzie rano oparł się o świeżo pomalowaną framugę i przez następne osiem godzin zapominał sprawdzić, czy farba zeszła. Nie zeszła. Na przedramieniu został mu biały ślad po gipsie, pod paznokciami coś, czego nie zamierzał identyfikować, a kluczyki od vana brzęczały przy każdym ruchu o metalowy karabińczyk przypięty do szlufki. Normalny dzień. Dokładnie taki, w którym człowiek nie spodziewał się zobaczyć ducha. Odwrócił głowę tylko dlatego, że ktoś stanął obok. I przez pierwszą sekundę zwyczajnie patrzył. Potem zmarszczył brwi. Jeszcze sekundę później coś w jego głowie wskoczyło na właściwe miejsce z taką gwałtownością, jak źle zamontowane drzwi wypadające z ościeżnicy.

    Tammy. O Jezu Chryste.

    Minęły cztery lata, ale pamięć najwyraźniej miała bardzo wybiórcze poczucie humoru, bo nagle przypomniał sobie absolutnie wszystko. Mieszkanie, które miało być „tylko lekkim odświeżeniem”, a okazało się remontem połowy cholernych pomieszczeń. Tamsin siedzącą czasem na kuchennym blacie. Wiolonczelę opartą w pokoju, do którego jego ludziom praktycznie zabronił wchodzić. Jej śmiech, kiedy powiedział, że za cenę jednej lampy wybranej przez jej męża można by wyremontować łazienkę u jego matki w Gdańsku i jeszcze zostałoby na flaszkę dla Józia spod klatki.

    I to pieprzone napięcie, które pojawiało się między nimi za każdym razem, kiedy zostawali sami. Nigdy niczego nie zrobił. Technicznie. Bo patrzenie zdecydowanie nie liczyło się jako niewinność, a kilka rozmów późnym wieczorem, kiedy robotnicy już wyszli, również kwalifikowało się gdzieś pomiędzy „nic się nie dzieje” a „Paweł, ty kretynie, ona ma męża.”

    A potem poznał jej męża trochę lepiej. Wystarczająco dobrze, żeby pewnego popołudnia przestać być wykonawcą, a zostać facetem, który przyłożył klientowi. Remontu oczywiście nie skończył. Przez kilka miesięcy próbował jeszcze dowiedzieć się, co u niej. Najpierw pisał. Potem raz zadzwonił. W końcu dostał wystarczająco jasno do zrozumienia, że ma się odpierdolić.

    Więc się odpierdolił, Paweł akurat takie życzenia spełniał od razu. Może i miał wiele wad, ale włażenie ludziom do życia wbrew ich woli nigdy nie było jedną z nich. Aż teraz stała kilka kroków od niego przy food trucku Hectora, bo najwyraźniej Nowy Jork liczył osiem milionów ludzi tylko po to, żeby człowiek miał złudne poczucie anonimowości. Przez moment rozważał, czy powinien coś powiedzieć. Normalny, rozsądny człowiek zapewne poczekałby na jakiś sygnał, ale Paweł nigdy nie miał specjalnego talentu do bycia normalnym, rozsądnym człowiekiem.

    I nie była sama, bo wokół trwał ich zwyczajowy lunchowy cyrk.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Mówię ci, to nie jest mild — burknął Marek, patrząc podejrzliwie na swoje jedzenie. — To jest portorykański mild, czyli zaraz będę płakał.

      — Ty zawsze płaczesz — odparł Jarek.

      Authentic experience! — krzyknął Hector z food trucka.

      Luis i Diego parsknęli śmiechem przy barierce, a siedzący kawałek dalej Samir nawet nie podniósł wzroku znad herbaty.

      — You polish people are too loud.

      Co zwykle kończyło się jeszcze większym hałasem. To był ich typowy lunch. Hałaśliwy, chaotyczny, kompletnie niepasujący do żadnej logiki, Hecotr znał ich od lat i od lat tak samo obsługiwał ich z politowaniem, udawanym oczywiście, bo Pabla nie raz wzywał to zjaranej elektryki w tej swojej budzie. I w samym środku tego wszystkiego stała ona, jak zjawa. Przez moment rozważał, czy powinien się wycofać. Normalny człowiek by się wycofał, ale on nie był normalny i to zaznaczał w każdej możliwej sytuacji.

      — Ja pierdolę — wyrwało mu się półgłosem. Zerknął w bok, jakby potrzebował potwierdzenia, że rzeczywiście widzi tę samą osobę, którą miał w głowie. Potem jeden kącik jego ust drgnął. — Tammy? Albo mam udar, albo Nowy Jork właśnie uznał, że ostatnio było u mnie za spokojnie.

      Z food trucka Hector wychylił głowę.

      Pablo! Tu orden!

      — Uno momento, mam ważniejsze problemy. — Paweł nawet na niego nie spojrzał.

      You said you were starving!

      — Już mi przeszło.
      Hector niemal rzucił mu papierową torbę.
      Drama queen.

      — Spierdalaj, Hector.

      See? His Spanish gets better every day — zauważył Samir.

      Luis się roześmiał, Jarek zakrztusił jedzeniem, a Paweł pokazał Samira palcem.

      — Ty jesteś dzisiaj bardzo blisko utraty premii.

      I don't work for you, Pablo.

      Dopiero wtedy przesunął się odrobinę na bok, zwalniając miejsce przed okienkiem i znów spojrzał na Tammy.

      — Spokojnie — dodał zaraz, już nieco lżej. — Nie zamierzam pytać, gdzie byłaś przez cztery lata. To byłoby cholernie niezręczne nawet jak na mnie.


      Pablo

      Usuń
  43. [Hejka! Bardzo dziękuję za docenienie nazwy Ear Me Out, wiele to znaczy dla mnie i braci Uszatków :D Na skombinowanie czegoś zawsze jestem chętna, więęęc... spodziewaj się mnie później na mejlu!]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  44. Jak chcesz, to pytaj.

    No świetnie. Cztery lata temu przez kilka miesięcy miał w głowie przynajmniej kilkanaście pytań, a teraz, kiedy dostał oficjalne pozwolenie, nie potrafił sobie przypomnieć nawet jednego, które nie brzmiałoby jak początek policyjnego przesłuchania. Najgorsze było jednak to, że poczuł ulgę. Głupią ulgę na sam fakt, że nie powiedziała „miło było cię widzieć” i nie odeszła, a nadal stała obok i właściwie sama zaproponowała wspólny lunch, jakby nie przeżyli właśnie czterech lat ciszy, a jej wspomnienie powoli zaczęło się zacierać w pamięci Pawła. Bo cztery lata to szmat czasu dla kogoś, kto zrozumiał, że był niemile widziany.

    Na szczęście zanim zdążył odpowiedzieć na drugą część, odezwał się Marek.

    — Tammy! — zawołał od stolika. Najwyraźniej właśnie sam zdecydował, że wszyscy są już starymi znajomymi. Machnął ręką tak szeroko, że prawie strącił butelkę coli. — Chodź tutaj! Miejsce jest!

    — Ty ją pamiętasz? — Paweł obejrzał się przez ramię.

    — No jasne, że pamiętam. Od tej drogiej lampy. — Marek zmarszczył brwi, jakby pytanie go obraziło.

    Tamsin mogła nie wiedzieć, dlaczego Paweł zamknął na moment oczy.

    — Kurwa, oczywiście.

    — Tej brzydkiej — doprecyzował Jarek.

    — Bardzo brzydkiej — dodał Marek.

    — Panowie — odezwał się Paweł tonem ostrzegawczym. — Cztery lata minęły, a wy nadal jesteście chamami.

    — Ty pierwszy powiedziałeś, że wygląda jak lampa z burdelu — przypomniał Jarek.
    Między nimi wszystkimi zapadła sekunda ciszy, a Pablo wskazał na niego palcem.

    — Nie pamiętam takiej sytuacji.

    — Ja pamiętam. — odezwał się Luis z pełną gębą tacosów.

    — To pamiętasz źle.

    — Powiedziałeś dokładnie: „za cztery tysiące dolarów powinna jeszcze robić loda”. — odrzekł Marek, jakby to było coś zwyczajnego.

    Luis parsknął tak gwałtownie, że zakrztusił się jedzeniem. Diego klepnął go po plecach, Samir westchnął ciężko nad kubkiem herbaty, a Paweł przez chwilę patrzył na Jarka z autentyczną zdradą w oczach.

    — Nie powiedziałem „robić loda”

    — Nie? — Jarek uniósł brwi.

    — Powiedziałem, że za cztery tysiące powinna sprzątać mieszkanie i płacić czynsz. Nie rób ze mnie prostaka przy kobiecie. — Paweł serio zaczął się zastanawiać, czy nie lutnąć ich po głowie na tyle mocno, żeby zapomnieli angielskiego.

    — Ah. Sorry. Much classier. — skomentował Samir bez emocji. Paweł czasami zastanawiał się czy ten chłop był ich całkowicie pozbawiony, czy jedynie udawał.

    — Dziękuję, Samir.

    — That wasn't a compliment.

    Wtedy znów spojrzał na Tamsin i zobaczył ten uśmiech. Ten sam czy trochę inny, tego nie wiedział. Cztery lata to wystarczająco długo, żeby człowiek zmienił fryzurę i pół życia, ale coś w tym uśmiechu było dokładnie takie, jak zapamiętał. I cholernie szybko przypomniał sobie, dlaczego cztery lata temu tak często robił z siebie przy niej idiotę. Coś nieprzyjemnie przyjemnego ścisnęło go gdzieś pod żebrami. Nie żadne pieprzone motyle, Paweł miał trzydzieści pięć lat, kredyt na sprzęty i ludzi-imbecylów, którzy dzwonili do niego w niedzielę rano z pytaniem czy silikon można kłaść na mokre. Motyle były dla nastolatków, a nie dla dorosłego faceta.

    — No to chyba zostało zdecydowane za nas — powiedział, wskazując głową stolik. — Demokracja w PW Constructions działa bardzo sprawnie, dopóki nie dotyczy pieniędzy.

    Ruszył z nią w stronę reszty, automatycznie zwalniając pół kroku, żeby iść obok, a nie przed nią. W trakcie tej krótkiej drogi zdążył zauważyć więcej niż chciał. Nie komentował sukienki ani tym bardziej odsłoniętych pleców. Nie komentował też tego, że kiedy znał ją wcześniej, właściwie nigdy nie widział jej w czymś podobnym. Pamiętał jedynie długie rękawy i golfy. Może i robił z siebie na co dzień debila, ale nie był ślepy. Pewnych rzeczy Paweł nauczył się przez osiem lat pracy w cudzych domach: jeżeli widzisz coś, czego ktoś sam ci nie pokazuje, zamykasz mordę i zajmujesz się swoją robotą.

    Przy stoliku Marek natychmiast zaczął przesuwać plastikowe krzesło, na którym siedział z przesadną energią. Paweł postawił torbę na stole i odsunął dla Tammy wolne krzesło nogą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Proszę. Strefa VIP. — Zerknął na blat poplamiony ostrym sosem i serwetki przyciśnięte butelką wody, żeby nie odleciały. — Pięć gwiazdek. Michelin jeszcze nas nie znalazł, ale Hector twierdzi, że to przez rasizm.

      — Because they're cowards! — krzyknął Hector z budki.

      — Widzisz?

      Usiadł naprzeciwko niej, rozpakowując własne jedzenie. Przez chwilę naprawdę wyglądało to niemal normalnie: Marek kłócił się z Luisem o ostatnią butelkę coli. Jarek próbował wmówić Hectorowi, że dostał za mało mięsa. Diego grzebał w telefonie, co jakiś czas wybuchając śmiechem. Samir pił herbatę i wyglądał jakby żałował wszystkich decyzji prowadzących go do tego konkretnego stolika. Tylko Paweł co jakiś czas zerkał na Tammy ponad swoją torbą. Trochę jak cztery lata temu, kiedy potrafił trzy razy w ciągu pięciu minut sprawdzić, czy nadal siedzi na kuchennym blacie, chociaż doskonale wiedział, że siedzi. Wkurwiało go to wtedy i najwyraźniej przez cztery lata niczego się w tej kwestii nie nauczył. Za każdym razem szybko wracał spojrzeniem do jedzenia, zanim ktoś z tych kretynów to zauważy. Marek prawdopodobnie i tak zauważył, bo zauważał wszystko, czego zauważać nie powinien. Paweł westchnął.

      — Dobra. — Odłożył burrito nim zrobił chociaż gryza. — Powiedziałaś, że mogę pytać, więc teraz nie możesz mieć pretensji, że wykorzystuję lukę prawną. — Marek natychmiast podniósł głowę. Paweł wskazał na niego bez patrzenia w jego stronę. — A ty zaraz przestaniesz słuchać.

      — Ja jem.

      — Spróbuj jeść z zamkniętymi uszami.

      Marek prychnął, ale Paweł już znów patrzył na Tamsin. Przez moment miał na języku coś zupełnie innego. Co się wtedy stało? Dlaczego nie odpisałaś? Czy on dalej… Przez jego myśli przemknęło nieprzyjemne wspomnienie Sullivana. Jego pijanej mordy i tego, jak szybko Paweł zrozumiał wtedy, że to, co widział, nie wydarzyło się pierwszy raz. Nadal na samą myśl zaciskała mu się pięść. Nadal miał gdzieś głęboko ten sam pierwotny odruch, żeby zapytać, czy wszystko jest dobrze, a potem osobiście dopilnować, żeby było.

      — Zacznijmy bezpiecznie. — Wskazał na nią burrito. — Dalej grasz? — Kącik ust podjechał mu wyżej. — Bo jeżeli przez te cztery lata rzuciłaś wiolonczelę i zostałaś agentką nieruchomości, to muszę się psychicznie przygotować. Mam trudne relacje z agentami nieruchomości.

      — You have difficult relationships with everyone — zauważył Samir.

      — Nieprawda. — Paweł spojrzał na niego.

      — Name three people.

      Otworzył usta i zastanowił się.

      — Moja matka.

      — That's one.

      — Hector.

      Z budki natychmiast dobiegło:

      — Fuck you, Pablo!

      Samir bez słowa rozłożył dłonie, a Paweł zacisnął usta.

      — Dobra, nieważne. — Spojrzał z powrotem na Tammy i przez sekundę naprawdę miał ochotę się roześmiać. Nie dlatego, że Samir go zaorał, tylko dlatego, że prostu siedziała przed nim. Przy ich gównianym plastikowym stoliku, wśród wrzasków Hectora, żartów jego ekipy i zapachu najlepszego meksykańskiego jedzenia w mieście. Cztery lata wcześniej był przekonany, że już nigdy jej nie zobaczy. Potem przez tyle czasu praktycznie o niej nie myślał, a teraz pojawia się znowu przed nim. — Widziałaś? Cztery lata i nic się tu nie poprawiło. No, może poza mną. Ja jestem teraz znacznie dojrzalszy.

      Przy stole rozległy się jednocześnie cztery wybuchy śmiechu. Tylko Samir przewrócił oczami. Paweł nawet nie drgnął. Tylko powoli przeżuł, przełknął i spojrzał na nich wszystkich z absolutnym spokojem.

      — Zamknąć mordy. Rozmawiam.


      Paweł

      Usuń
  45. Paweł przestał przeżuwać może na pół sekundy, kiedy usłyszał, co Tammy odpowiedziała Markowi. Już tam nie mieszkam. Krótka, choć cholernie istotna informacja, rzucona między jednym kęsem taco a drugim. Taka, którą normalny człowiek przyjąłby dokładnie tak, jak została podana: Tamsin zmieniła adres. Tylko że Paweł na samo wspomnienie tamtego mieszkania dostawał białej gorączki. Tamto mieszkanie automatycznie znaczyło Carter, a Carter kilka rzeczy, których zdecydowanie nie chciał sobie przypominać przy jedzeniu.

    Spojrzał na nią, ale nie zapytał od kiedy, dlaczego ani przede wszystkim z kim teraz mieszkasz, chociaż to ostatnie cisnęło mu się na język szybciej, niż miał ochotę przyznać. Brooklyn mógł oznaczać wszystko. Mogła przeprowadzić się z Carterem, mogli kupić coś nowego, zacząć od początku. Ludzie robili przecież idiotyczne rzeczy z nadzieją, że inne ściany naprawią to, czego nie potrafili naprawić między sobą. Tylko że Tammy wyglądała inaczej. Nie chodziło o sukienkę ani odsłonięte plecy. Raczej o spokój, którego cztery lata temu w niej nie było. I chyba dopiero teraz Paweł poczuł, że spada mu z serca kamień, o którym zdążył zapomnieć.

    Kiedyś chciał ją za wszelką cenę ratować. Teraz wiedział już, że nie każdy potrzebował Pawła Wysockiego wpadającego do życia ze skrzynką narzędziową i przekonaniem, że to się naprawi. Tammy nie chciała wtedy jego pomocy, więc odszedł, choć długo miał sobie to za złe. Teraz wyglądała, jakby poradziła sobie bez niego. Dobrze. Naprawdę dobrze. A to, że jakaś mniej rozsądna część jego mózgu bardzo chciała wiedzieć, czy w tym nowym życiu był Carter albo ktoś inny, postanowił potraktować jak usterkę techniczną.

    — Masz lampę z przerobionego manekina? — powtórzył zamiast tego i zmarszczył brwi. — Tammy, cztery lata nie doradzałem ci w sprawach budowlanych i od razu zaczęłaś podejmować takie decyzje?

    — Lepsza niż ta poprzednia — prychnął Marek.

    — Nie wiemy. Nie widziałem manekina. Może ma żarówkę wystającą z dupy. Podejmę decyzję dopiero po oględzinach. Może być piękna. — Zawiesił głos. — Nie będzie, ale załóżmy, że może.

    Przerzucanie się z nią głupotami przyszło podejrzanie łatwo. Jakby między tamtą kuchnią na Manhattanie a plastikowym stolikiem Hectora nie minęły cztery lata, tylko cztery dni. I właśnie to było niebezpieczne. Nie dlatego, że Paweł bał się, że nagle się zakocha. Takie rzeczy zostawiał ludziom, którzy mieli za dużo wolnego czasu i za mało problemów z hydrauliką. Bardziej chodziło o to, jak szybko przypomniał sobie, że przy Tammy po prostu dobrze mu się było. Takie rzeczy wydawały się niewinne, dopóki człowiek nie orientował się, że zaczyna na nie czekać każdego ranka.

    Sięgnął po burrito.

    — A my jesteśmy trzy ulice stąd. Brownstone. Klient kupił go po remoncie i odkrył, że poprzednia ekipa miała luźne podejście do poziomu, pionu i przepisów budowlanych.

    — I elektryki — wtrącił Samir.

    Paweł kiwnął burrito w jego stronę.

    — Elektryczność to drobiazg.

    Samir spojrzał na niego długo.

    — Nienawidzę, kiedy mówisz takie rzeczy.

    — Dlatego mówię je głównie przy tobie.

    — Zainstalowali przewód 14-AWG na bezpiecznikach 20A.

    Nawet Paweł się skrzywił.

    — Nie przy jedzeniu, Samir.

    — Oni byli pojebani — podsumował Luis. — Dom poszedłby z dymem.

    — Poprzedni goście byli bardzo kreatywni — poprawił go Paweł. — Wczoraj znaleźliśmy puszkę elektryczną zamurowaną pod prysznicem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marek podniósł palec.

      — Dwie.

      Paweł zamarł.

      — Znalazłeś drugą i dopiero teraz mi mówisz?

      — Byłeś zajęty.

      — Czym?

      Jarek parsknął śmiechem.

      — Nazwijmy to oferowaniem szerokiego wachlarza usług jakiejś przemiłej pani przez telefon.

      Paweł znieruchomiał z burrito w połowie drogi do ust.

      — To była klientka.

      — No właśnie. Klientka. Usługi.

      Marek zachichotał.

      — PW Constructions. We satisfy every customer.

      Luis prawie wypluł colę.

      — Marek. Masz rodzinę. Pomyśl o niej, zanim powiesz następne zdanie.

      — Ja tylko proponuję hasło reklamowe.

      — Nie potrzebujemy hasła.

      — Koszulki — zaproponował Luis. — We satisfy every customer z przodu, a z tyłu Pablo z wiertarką.

      — Nie.

      — To kalendarz — rzucił Diego.

      Marek aż odłożył jedzenie.

      — O kurwa. Men of PW Constructions.

      Paweł spojrzał po nich z niedowierzaniem.

      — Czy wy właśnie próbujecie zrobić ze mnie dziwkę budowlaną przy obiedzie?

      — Styczeń: Pablo z młotkiem — zaczął Jarek. — Luty: Pablo z poziomicą…

      — Lipiec bez koszulki — dorzucił Marek.

      Paweł przez chwilę wyglądał, jakby naprawdę rozważał zamknięcie firmy i zostanie samotnym rybakiem na Alasce.

      — Zamknąć mordy i jeść.

      Sam jednak nie powstrzymał uśmiechu. Po chwili znów zerknął na Tamsin. Cztery lata temu kontrolowała przy Carterze prawie wszystko: sposób siedzenia, mówienia, nawet jedzenia. Teraz miała sos na palcu i wyglądała, jakby kompletnie miała w dupie, czy ktoś uzna sposób pochłaniania tacosów za elegancki.

      — Powoli — ostrzegł ją. — Hector się do ciebie przywiąże. Jeszcze jeden komplement i zacznie ci odkładać najlepsze mięso, a nam będzie dawał resztki.

      — Już dostajecie resztki, pendejos! — krzyknął Hector.

      — Płacę ci! Połowa twojego zysku idzie z mojego portfela, bo te pojeby naciągają mnie na twoje żarcie codziennie!

      — Wracaj do Polski, Pablo!

      — Próbuję od ośmiu lat! — Paweł prychnął.

      Przy stole rozległ się śmiech. On też się uśmiechnął, choć przez moment własny żart smakował gorzej niż powinien. Najpierw miał wrócić po pół roku. Potem po następnym kontrakcie. Potem, kiedy odłoży jeszcze trochę. Zawsze znajdował się dobry powód, żeby zostać, aż w końcu nie było już po co wracać. Pablo zagryzł burrito i sprawnie zamknął tę szufladę w głowie.

      Usuń
    2. — Stały angaż brzmi poważnie — powiedział po chwili, patrząc na Tammy. Tym razem bez żartu. — Bardzo dobrze.

      I naprawdę tak uważał. Cztery lata temu znał dziewczynę, której kalendarz zależał głównie od tego, co pasowało Carterowi. Teraz siedziała przed nim kobieta mówiąca o angażu i dodatkowych fuchach jak właścicielka własnego życia. Popatrzył na nią chwilę, po czym oczywiście musiał wszystko zepsuć.

      — Gdzie? Tylko nie mów, że Carnegie Hall, bo raz tam byłem i zasnąłem.

      — Ty byłeś w Carnegie Hall? — Marek natychmiast podniósł głowę.

      — Byłem.

      — Na koncercie?

      Paweł zawahał się.

      — Naprawialiśmy zaplecze.

      — To się nie liczy.

      — Drzwi przekroczyłem? Przekroczyłem. Dach był nade mną? Był. Carnegie Hall zaliczone.

      Zerknął ponownie na Tammy. Była tu raptem kilkanaście minut, a coraz mniej czuł, jakby rozmawiał z kimś niewidzianym od czterech lat. I właśnie to było najbardziej zdradliwe. Nie to, że nadal mu się podobała. Z tym sobie radził. Gorzej, że wracała znajomość. To idiotyczne poczucie, że pasowała do ich stolika, jakby nigdy z niego nie zniknęła. Paweł zrobił więc jedyną rozsądną rzecz: zignorował problem.

      — Tylko jeśli powiesz coś bardzo prestiżowego, zrobię taką minę. — Zmarszczył brwi i pokiwał głową z przesadną powagą. — To znaczy: nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale chcę wyglądać inteligentnie.

      — Czyli twoja normalna mina — rzucił Marek.

      Paweł bez patrzenia pokazał mu środkowy palec.

      — Jem z kobietą. Nie przeszkadzać.

      Jarek natychmiast uniósł głowę.

      — Z kobietą?

      Paweł zamknął oczy.

      — Kurwa.

      — Panowie, cisza. Pablo ma randkę.

      — Jarek…

      — Już mnie nie ma.

      — Nadal cię widzę.

      Luis uniósł ręce.

      — Damy wam prywatność.

      — Siedzicie pół metra ode mnie.

      Paweł pokręcił głową i wrócił spojrzeniem do Tammy.

      — Ignoruj ich. Są zazdrośni, bo przez dziesięć minut nie są centrum mojego wszechświata. — Wskazał na nią burrito. — No. To gdzie grasz? Dalej te rzeczy, przy których człowiek myśli, że utwór już się skończył, a potem wszyscy nagle zaczynają napierdalać od nowa?


      Pawełek

      Usuń
  46. Tanner musiał przyznać, że jeśli cokolwiek Amber odziedziczyła po nim, to z pewnością była to determinacja, bo kiedy coś naprawdę ją zainteresowało, trudno było ją od tego oderwać. Nie wystarczało jej powierzchowne poznanie tematu, zawsze chciała wiedzieć więcej i próbować kolejnych rzeczy, a jeśli już wyznaczyła sobie jakiś cel, potrafiła uparcie do niego dążyć, nawet kiedy początki okazywały się znacznie trudniejsze, niż zakładała. Nie trzeba było jej przekonywać, namawiać ani wymyślać sposobów na zainteresowanie jej czymś nowym, bo to dziecko lubiło być wszędzie, a jednak wybór zajęć dodatkowych nie był wcale łatwy. Najpierw miał być balet, bo tego akurat bardzo chciała Dakota, przekonana, że Amber w różowej spódniczce i baletkach będzie wyglądała absolutnie uroczo. Problem pojawiał się jednak już na parkingu, bo wyciągnięcie dziewczynki z samochodu przed pierwszymi zajęciami graniczyło z cudem, a kiedy w końcu udawało się ją doprowadzić do sali, z całą powagą oznajmiała, że w stroju baletnicy czuje się jak parówka i ona nie zamierza tańczyć, jeśli wszyscy będą mogli ją tak oglądać. Nikt nie rozumiał, skąd wzięła się ta parówka, ale to był definitywny koniec tematu. Później był więc rysunek i przez jakiś czas miało to rację bytu, ale z czasem zaczynała się tym nudzić, bo zanim powstał efekt, który naprawdę ją satysfakcjonował, trzeba było najpierw cierpliwie szkicować i równie cierpliwie nanosić poprawki, natomiast Amber rzeczywiście nie miała tyle cierpliwości, żeby przez pół godziny patrzeć na kartkę i machać ołówkiem, aż rysunek zacznie wyglądać tak, jak to sobie wymyśliła. Dlatego ostatecznie Tanner pomyślał o wiolonczeli. Nie o fortepianie, na którym sam grał od dwóch dekad, bo Amber była z nim osłuchana i przeczuwał, że klawisze nie będą dla niej wystarczającą zagadką, a o wiolonczeli. Granie na tym instrumencie wymagało skupienia i pracy, żeby z czasem wreszcie wydobyć z instrumentu dźwięk, który nie będzie brzmiał jak skrzypienie starego mebla. Wiolonczela angażowała ją w całości i nie pozwalała jej chodzić na skróty, dzięki czemu ta cierpliwość, której wcześniej miała zdecydowany deficyt, powoli zaczynała przychodzić jej łatwiej. Poza tym najbardziej trafiony okazał się wybór nauczycielki. Dziewczynka uwielbiała lekcje z Tamsin, bo mimo wymagań, co do gry, wcale nie odbierała jej frajdy z grania. Mogły sobie przy tym swobodnie pogadać, pośmiać się z mniej udanych prób, albo ponarzekać chociażby na zadania domowe, które zdaniem Amber nie uwzględniały faktu, że dzieci też mają w domu ważniejsze rzeczy do robienia. Lalki same się przecież nie przebiorą, co nie? Po każdej lekcji opowiadała z ekscytacją czego się nauczyła i jak spędziła z Tamsin czas, oczywiście nie pomijając żadnego szczegółu, który według niej zasługiwał na uwagę. Dziś z zajęć odebrali ją dziadkowie, więc Tanner nie miał wątpliwości, że umiliła im drogę do Kings Point bardzo szczegółową relacją z całego dnia.
    Uśmiechnął się na słowa Tamsin, idąc do salonu. Nie zdziwiłby się, gdyby córka zaczęła się tak podpisywać, wręcz przeciwnie. Byłby zaskoczony, gdyby było inaczej.
    — Jestem święcie przekonany, że gdyby teraz przyszło jej ćwiczyć z kimś innym, mielibyśmy do czynienia z małym końcem świata — stwierdził z rozbawieniem. — Albo przynajmniej z końcem wiolonczeli, bo na pewno uznałaby, że skoro nie ma ciebie, to całe to przedsięwzięcie nie ma już najmniejszego sensu.
    I to nie było naciągane stwierdzenie z jego strony. Amber naprawdę potrafiła przywiązywać się do ludzi, którzy zdobyli jej sympatię, a kiedy już kogoś polubiła, trudno było jej zaakceptować nagłe zmiany. Tanner doskonale wiedział, że próba wciśnięcia jej innego nauczyciela skończyłaby się długą listą argumentów, dlaczego nowa osoba absolutnie się do tego nie nadaje. I dlaczego cała gra nie ma sensu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyglądał się, jak Tamsin wyciągała z torby pudełeczka po czym podciągnął nieco rękawy białej koszuli, wciśniętej w czarne, eleganckie spodnie, i przysiadł na kanapie. Rzucił wstępnie okiem na zawartość, próbując zorientować się, czego zamierzała się pozbyć. Diamenty. Kamienie, które nigdy nie wychodziły z mody i niezależnie od zmieniających się trendów zawsze znajdowały dla siebie miejsce w biżuterii. I rubiny o całkiem obiecującej barwie.
      Sięgnął po jedno pudełeczko i uniósł je nieco, przyglądając się znajdującej się w środku bransoletce. Przechylił je lekko, żeby padające z góry światło odbiło się od oprawionych w niej diamentów, po czym przez chwilę obserwował, jak kamienie łapią kolejne refleksy. Dopiero wtedy przeniósł uwagę na samą biżuterię, oceniając na pierwszy rzut oka jej wykonanie i stan.
      — Gdyby nie było rodowane, pasowałoby do ciebie w sam raz — przyznał, nie spoglądając jednak w stronę Tamsin. Biel wynikała z rodowania. Gdyby nie to, odcień białego złota byłby znacznie cieplejszy. Co prawda, on w swoich salonach nie sprzedawał biżuterii z białego złota, ale to nie szkodzi, nie zmarnuje się. Znajdzie dla niej nowe zastosowanie. — Zaraz wszystko obejrzę, ale najpierw... Czego się napijesz? — Odłożył pudełeczko na stolik i spojrzał na Tamsin. — Mam całkiem dobrą lemoniadę pomarańczową, chyba, że wolisz coś ciepłego.

      Tanner Morgan

      Usuń
  47. Tamsin faktycznie miała w sobie coś, co pozwalało ludziom ją lubić. Może to był jej niezaprzeczalny urok, może uśmiech, a może to imię, które zdrabniało się to słodkiego i niebudzącego podejrzeń Tammy. Evan istoty Passalis doszukiwał się jednak gdzie indziej – w jej socjalnych umiejętność. Tego, aby tak sprawnie czytać i rozszyfrowywać ludzi nie nauczyła człowieka żadna szkoła, nawet najlepsze studia i dyplom za dyplomem. Takie umiejętności albo wypijało się z mlekiem matki, albo nabywało w niesprzyjającym otoczeniu, ucząc się po prostu doświadczeniem.
    Evan nie miał zbyt wielu sposobności, aby nabyć tą umiejętność w młodym, szczenięcym niemal wieku. Do pewnego czasu jego życie przypominało sielankę – miał oboje rodziców, młodszą siostrą i dom z ogródkiem na przedmieściach Nowego Jorku. Byli zamożniejszą klasą średnią, stać ich było na coroczne wakacje i wystawne urodziny, a Dziękczynienie zawsze było pełne przepychu. Znany Rothowi świat zaczynał się walić dopiero wtedy, kiedy był w stanie to zrozumieć. Dlatego bolało. I nie rozumiał, dlaczego rodzice przy rozwodzie podzielili się nim i Joyce, jakby ci nie byli ich dziećmi, a kolejnym składnikiem majątku. Nie rozumiał, dlaczego musiał zostać z ojcem, kiedy ten wiecznie od niego wymagał perfekcji, a to ciepłe, matczyne ramiona stanowiły schronienie dla zagubionego chłopaka.
    Wszystko legło w gruzach, a śmierć siostry przeważyła o równi pochyłej, po której Evan zaczął się staczać. Dlatego cenił sobie przyjaźń z Tamsin. Bo nie pytała. Nie drążyła w jego przeszłości, akceptowała go takim, jakim był – czyli niezbyt idealnym. Evan mógł mieć wysokie mniemanie o sobie, ale nigdy nie uważał się za idealnego. Był dupkiem, był skurwielem wtedy, kiedy wymagała tego od niego sytuacja, ale potrafił zachować się też po dżentelmeńsku i bez większego przymusu po prostu pożartować. Nie musiał jednak przy tym grzebać w życiorysie Tamsin. Poniekąd nie czuł się tak głęboko do jej życia zaproszony. Ich znajomość, przyjaźń, jak zwał tak zwał, krążyła raczej na powierzchni. Wspierali się w sytuacjach, które były dla nich znane, rozmawiali na tematy, które ich połączyły. To była bezpieczna przystań. Tamsin była bezpieczną przystanią dla Evana.
    — No oczywiście — mruknął, spoglądając w dół na Tamsin, która mięła sukienkę. Wiedział dlaczego, ot, aby się o nią nie potknąć, aby ruchome schody nie wciągnęły i nie zniszczyły materiału. Nie był ignorantem, przecież niejednokrotnie towarzyszyli sobie na podobnych wydarzeniach, a długie suknie to był mus w takich miejscach. Żadna z kobiet nie przychodziła wtedy z odsłoniętymi nogami. A Passalis nogi miała zajebiste, co do tego nie miał wątpliwości, ale miała też klasę. — Bycie miłym stanowi o sukcesie człowieka. Z pewnością — dodał. Nigdy nie był ustępliwy, zawsze walczył o swoje, akurat tego nauczył go ojciec, ale jeszcze za życia Joy nie był chamem, potrafił się dzielić, zwierzać i płakać. A potem po prostu się zamknął. W sobie. Na kilka zamków, otoczył kilkoma murami i ignorował bycie miłym przez innych ludzi.
    Szedł więc za Passalis, która pewnym siebie krokiem na tych niebotycznie wysokich szpilkach pokonywała kolejne metry peronu. Wkroczył za nią do pociągu i choć nie byli w nim zduszeni jak sardynki w puszce, to nie mieli co liczyć na siedzące miejsca. I to nie tak, że nie słyszał, jak Tamsin wspomina swojego byłego męża. Słyszał, ale w odpowiedzi uniósł tylko brew.
    Evan złapał się barierki nad ich głowami, stojąc przodem do boku Tamsin. Wolną dłonią w razie czego mógł asekurować jej plecy, żeby nie poleciała czy to do tyłu, czy na boku i w zasadzie tak zrobił, układając palce w okolicy jej lędźwi.
    — Mam.
    Odpowiedział niezwykle krótko na całą jej opowieść o miłej stałej w zabieganej rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chociaż może nie do końca takie.
      Przyznał jeszcze, spoglądając na tłoczących się w wagonie ludzi ponad głową Tamsin. Do jego nosa dotarł zapach jej perfum, idealnie układających się z całą jej kreacją. Ich woń nie był natrętna i nie uruchamiała odruchu kichania w Evanie.
      Domyślał się, że pytanie Tamsin nie było pytaniem, które można było zostawić bez odpowiedzi i domyślał się, że jego odpowiedź nie jest pełną odpowiedzią.
      — Nie jest tak przyjemne, jak twoje miejsce. Ale… może być. Zależy, kto i kiedy się tam pojawi, ale… — urwał, spoglądając dopiero teraz na swoją towarzyszkę. — Na pewno jest niezmienne.

      Evan Roth

      Usuń
  48. Tak na dobrą sprawę, mimo że nie dawał Dakocie żadnych powodów do zazdrości, jej podejście do damskiej części jego towarzystwa nigdy nie było szczególnie dobre. Przez te lata ich małżeństwa – które to nigdy nie doczekało się prawdziwego uczucia z jego strony – nawet nie przyszło mu do głowy oglądać się za innymi kobietami, choć nie dlatego, że brakowało mu ku temu okazji, bo takich akurat miał na pęczki na większości imprez dla nowojorskiej kasty. Wynikało to z szacunku, który mimo braku głębszych uczuć nieustannie do niej żywił. Znali się przecież niemal od pieluch, dorastali w tych samych kręgach i przez lata zdążyli poznać siebie na tyle dobrze, że ich małżeństwo nie wzięło się znikąd. Bywały między nimi momenty bliskości, bo przecież nie znaleźli Amber w kapuście, a skoro obie rodziny od dawna widziały ich razem i miały w tym wszystkim własny interes, wejście w związek małżeński stało się naturalnym następstwem. Mógł nie kochać Dakoty, ale nie odbierało to znaczenia temu, co przez te wszystkie lata ich łączyło. Z czasem sytuacja między nimi jednak się zmieniła i oboje uznali, że dalsze trwanie w tym układzie w dotychczasowej formie nie miało większego sensu, dlatego zdecydowali się rozejść. Na tym etapie rozwód nie był dla nich wskazany, więc zdecydowali się na separację. Co prawda ich porozumienie miało tyle warunków i zabezpieczeń, jakby zamiast rozdzielać małżeństwo przygotowywali się co najmniej do podziału konglomeratu wartego kilkaset milionów dolarów, ale trudno się dziwić – w ich przypadku w grę wchodziły wspólne inwestycje, finanse, zobowiązania i otwarte sprawy zawodowe, przy których liczyło się zachowanie wizerunku, i których rozdzielenia nie dało się załatwić jedną pieczątką jakiegoś urzędasa. Mieszkać nie musieli wcale osobno, bo przy takiej ilości obowiązków i metrażu posiadłości w Kings Point mogli z powodzeniem spędzić cały dzień na dwóch różnych jej końcach i nawet się nie zobaczyć. Dla dobra sprawy Tanner uznał jednak, że łatwiej będzie całkowicie odsunąć się z tego układu i na ten moment po prostu zostawić dziewczynom dom, który przez lata był ich wspólną przestrzenią, a szczególnie Amber. Tak czy inaczej, to że Tamsin nie miała zbyt wielu okazji do spotkań z Dakotą, uważał akurat za całkiem rozsądny obrót spraw. Pewnie już sama sympatia Amber do Tamsin była Dakocie solą w oku, więc może o tą jej znajomość z nim była choć w jakiejś części spokojniejsza. A może nie.
    — Dziwne, że jeszcze swoich nie zaczęła smarować — zastanowił się krótko, bo może nie miał po prostu o tym pojęcia. Amber nie byłaby sobą, gdyby chociaż nie spróbowała dotknąć tego kremu, więc to nie powinno go zaskoczyć, jeśli swoje pierwsze smarowanie miała już dawno za sobą, a to on był po prostu w tyle z wydarzeniami. — Ale wierzę w wasze koleżeństwo, bo już parę razy słyszałem od niej, że chciałaby być stara, żebyście mogły zostać przyjaciółkami — przyznał, uśmiechając się do Tamsin. — Bardzo mnie to cieszy.
    Cieszył go każdy jej postęp, nawet taki, który dla kogoś z boku mógł wydawać się zupełnie nieistotny. To, że nauczyła się czegoś nowego, że przełamała własny upór, zdobyła się na odrobinę cierpliwości czy po prostu znalazła kolejną rzecz, która sprawiała jej radość, miało dla niego znaczenie. Starał się być dobrym ojcem, nawet jeśli nie zawsze wychodziło mu to w sposób szczególnie efektowny. Chciał znać jej zainteresowania, słuchać tych wszystkich opowieści, które dla reszty świata zapewne nie miały żadnego znaczenia, i przede wszystkim dać jej poczucie, że niezależnie od tego, co wybierze, zawsze będzie miała po swojej stronie kogoś, kto będzie z niej dumny. Nawet jeśli czasem oznaczało to wysłuchiwanie przez dwadzieścia minut historii o tym, dlaczego nuty są źle narysowane, albo odpowiadanie kilka razy na to samo pytanie, dlaczego Tamsin nie może po prostu codziennie przychodzić do nich i grać z nią na wiolonczeli, skoro obie świetnie się przy tym bawią. Dziecięcy świat bywał pod tym względem naprawdę prosty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podniósł się z kanapy i skierował do kuchni, skąd po chwili wrócił z dzbankiem lemoniady oraz dwiema wysokimi szklaneczkami. Postawił wszystko na stoliku, a następnie rozlał do nich dobrze schłodzony napój. Chwycił obie szklanki, po czym podszedł do Tamsin i jedną z nich wyciągnął w jej stronę, zostawiając drugą dla siebie.
      — Oczywiście — odpowiedział na jej pytanie i spojrzał na widok za oknem, na moment podnosząc wzrok ku niebu. — Na tej wysokości, czyli jakieś dwieście sześćdziesiąt metrów, polują sokoły wędrowne, które w nowojorskich wieżowcach mają swoje gniazda. Jedno było nawet tu na dachu — powiedział. Nie były to oczywiście jedyne gatunki widziane tak wysoko, bo mniej więcej na tych wysokościach znajduje się główny korytarz migracyjny ptaków, dla których widoczny na dole Central Park jest z kolei siedliskiem. — Statystycznie każdego roku o nowojorskie elewacje rozbija się ponad dwieście tysięcy ptaków — dodał i pociągnął łyk chłodnego napoju ze szklanki. Akurat ten wieżowiec miał szklaną elewację, a w jego szybach odbijało się niebo i pobliskie budynki, więc dla lecącego z dużą prędkością ptaka była to przeszkoda, która stawała się praktycznie niewidoczna. Niestety, za efektowną panoramą miasta krył się również całkiem realny problem, ale kto by się nad tym zastanawiał, prawda?
      Sięgnął po lupę jubilerską, którą przygotował sobie wcześniej, po czym wrócił na kanapę. Odstawił szklankę z lemoniadą na stolik, a w zamian sięgnął po pudełeczko z bransoletką, którą ostrożnie wyjął i ułożył na podkładce gemmologicznej.
      — Chcesz sprzedać wszystko, czy może zależy ci na tym, żeby zostawić sobie któreś kamienie? — Zerknął na Tamsin chwilowo, a potem skupił uwagę na diamentach. Jakby nie patrzeć jest to jakiś majątek, który w diamentach na pewno nie straci na wartości, więc wolał się upewnić, jakie Tamsin ma co do tego zamiary.

      Tanner Morgan 🍊🥛

      Usuń
  49. — Zaraz, zaraz. — Pablo uniósł dłoń, jakby potrzebował zatrzymać całą rozmowę. — Ty sama wyburzałaś ścianę? — Przyjrzał jej się podejrzliwie, kompletnie ignorując ostatniego tacosa na środku stołu. — I oczywiście nie zadzwoniłaś do jedynego człowieka w Nowym Jorku, który zrobiłby ci to za darmo, tylko poszłaś do sklepu, pokłóciłaś się z facetem o odcień czarnej farby i zaczęłaś napierdalać młotkiem w mieszkaniu. — Zmarszczył brwi, przez chwilę się nad czymś poważnie zastanawiał. — Jestem trochę dumny i trochę obrażony.

    — Ja jestem głównie ciekawy świerszczyków — wtrącił Marek.

    — Ja też — przyznał Jarek. — Jak stare?

    — Ty jesteś żonaty — zauważył Paweł.

    — To nie znaczy, że nie interesuje mnie historia budownictwa.

    Paweł przez chwilę patrzył na nich wszystkich, po czym wskazał Tamsin.

    — Widzisz? I właśnie dlatego ja jestem szefem. Ktoś musi zapewniać tej firmie poziom intelektualny. — Przy stole rozległy się jęki.

    — Bardzo niski poziom — mruknął Samir.

    — Ale jednak poziom. A wy nawet pionu czasem nie trzymacie.

    Dopiero wtedy Paweł sięgnął po ostatniego tacosa, ale zatrzymał palce centymetr nad talerzykiem.

    — Ktoś chce?

    Nikt się nie odezwał, więc spojrzał na Tammy.
    — Ostatnia szansa. U mnie zasada pięciu sekund dotyczy też ofert. — Odczekał może dwie. — Dobra, przepadło. — Zgarnął tacosa, wciąż jednak wracał myślami do tego, co powiedziała wcześniej.

    Najlepszy pies dla samotnych ludzi. Mogło nie znaczyć absolutnie nic, przecież cytowała sąsiadkę. Normalny człowiek nie przywiązywałby do tego najmniejszej wagi. Paweł przywiązał. Nie na tyle, żeby zapytać. Jeszcze nie, ale coś przyjemnie rozluźniło mu się w karku, zanim zdążył sam siebie za to opierdolić. Zamiast tego spojrzał na zdjęcie chihuahuy.

    — To nie jest pies.

    — Jest — zaprotestował Luis.

    — Nie. Pies powinien być większy od szczura, to absolutne minimum techniczne.

    — Moja mama ma takie dwa — powiedział Diego.

    — Dwa minusy nie dają plusa. — Diego pokazał mu środkowy palec. Paweł odpowiedział tym samym i wrócił spojrzeniem do Tamsin. Dopiero teraz dotarło do niego coś jeszcze. — Czekaj. — Zmarszczył brwi. — Metropolitan Opera? MET?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem nie żartował od razu, przez krótką chwilę po prostu na nią patrzył. Cztery lata temu słuchał, jak opowiadała o kolejnych zastępstwach, przesłuchaniach i telefonach, na które czekała. Widział, jak bardzo chciała grać więcej i jak często coś (albo ktoś) stawało jej po drodze. A teraz mówiła o MET tak swobodnie, jakby informowała go, gdzie robi zakupy w sobotni poranek. Na twarzy Pawła pojawił się powolny uśmiech.

      — No proszę, ty się jednak nie opierdalałaś przez te cztery lata.

      — Pablo — odezwał się Marek. — Ona właśnie powiedziała Metropolitan Opera, a ty jej mówisz, że się nie opierdalała?

      — To jest najwyższa forma polskiego uznania. — Paweł rozłożył ręce.

      — Nie wierzę, że właśnie tego bronisz — mruknął Samir.

      — Tammy wie, co mam na myśli. — Spojrzał na nią i przez sekundę jego uśmiech zrobił się promienniejszy. — Naprawdę. Fajnie to słyszeć. Ale ten kanał brzmi jak oszustwo. Metropolitan Opera i chowają cię w dziurze pod sceną?

      — Orchestra pit — poprawił Samir.

      Paweł powoli odwrócił głowę.

      — Ty znasz muzykę klasyczną?

      — Jestem człowiekiem oczytanym.

      — Nie popisuj się przy gościach.

      Marek prychnął, Paweł odgryzł kawałek taco i zerknął znowu na Tammy. To było dziwne, jak szybko przestał odliczać te cztery lata między nimi. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej szukał ostrożnie każdego kolejnego zdania, teraz łapał się na tym, że właściwie chciał wiedzieć wszystko naraz. Ale po raz pierwszy od dawna Paweł potrafił nie pchać się przez zamknięte drzwi tylko dlatego, że zauważył klamkę.

      — Czyli przez najbliższy tydzień jesteś tutaj? — zapytał zamiast tego, pozornie skupiony bardziej na jedzeniu niż na odpowiedzi. Jarek podniósł wzrok, Paweł natychmiast wycelował w niego palcem.

      — Ani słowa.

      — Nic nie powiedziałem.

      — Ale już widzę twoją mordę.

      — Jaką?

      — Taką, która zaraz zacznie mówić.

      Marek zachichotał.

      — Pytam logistycznie. Muszę wiedzieć, ile razy w tym tygodniu Hector zdradzi nas dla nowej klientki.

      Z budki natychmiast dobiegło:

      — Tammy płaci i mówi miłe rzeczy, a ty tylko narzekasz, pendejo!

      Paweł obejrzał się przez ramię.

      — Ja cię promuję od ośmiu lat!

      — Straszysz mi klientów!

      Luis parsknął śmiechem.

      — Tak czy inaczej — dodał, już ciszej. — Jak będziesz wpadać, raczej nas tu znajdziesz. Niestety. — zerknął rozbawiony na Hectora.

      Pawełek

      Usuń
  50. Ludzie generalnie nie wnikali zbyt głęboko w jego życie prywatne, bo doskonale wiedzieli, że Tanner praktycznie nikogo nie wpuszczał do swojego świata i dość szybko potrafił zniechęcić każdego, kto bez jego aprobaty próbował tę granicę przekroczyć. Oczywiście miał znajomych, i to całkiem sporo, spotykał się z nimi, spędzał wspólnie czas, a czasem zapraszał też do siebie na kolację czy drinka, ale nawet wtedy pokazywał im tylko tę część swojego życia, która i tak zawsze pozostawała dostępna dla wszystkich. Na palcach jednej ręki mógł policzyć osoby, które wiedziały więcej, które miały dostęp do jego problemów, słabości, rodzinnych spraw czy po prostu do tych części jego codzienności, których nie miał potrzeby pokazywać światu. Było ich niewiele i żadna z tych osób nie znalazła się w tym gronie przypadkiem. A to wynikało przede wszystkim z zasady ograniczonego zaufania, którą kierował się właściwie od zawsze. Doskonale wiedział, że pozycja, pieniądze i nazwisko przyciągają nie tylko ludzi naprawdę zainteresowanych jego osobą, ale również całą rzeszę tych, którzy potrafili być serdeczni tylko wtedy, gdy im się to opłacało. Nie raz miał do czynienia z ludźmi, którzy z uśmiechem potrafili klepać go po plecach, a pięć minut później interesować się tym, co można wynieść z jego prywatnego życia, dlatego nie należał do osób, które cokolwiek rozdają na dzień dobry, zwłaszcza jeśli chodzi zaufanie. I może komuś wydawać się, że był przez samotnym człowiekiem, ale nic bardziej mylnego. On i tak nigdy nie był duszą towarzystwa, która do życia potrzebowała wokół siebie tłumów. Cenił sobie własną przestrzeń, więc niewielkie grono ludzi, których naprawdę lubił, w zupełności mu wystarczało.
    Tamsin również należała do tego grona, mimo że nie byli ze sobą szalenie blisko. Lubił ją. Była swobodna, miała poczucie humoru i potrafiła rozmawiać z nim normalnie, również o rzeczach, o których większość ludzi pewnie nie prowadziłaby rozmowy przy lemoniadzie. Bo kogo tak naprawdę interesowało, czy na wysokości dwustu sześćdziesięciu metrów latają ptaki i co właściwie dzieje się z oknem, kiedy jakiś nieszczęśnik postanowi w nie wlecieć? Oczywiście, on też znał jakąś część jej historii, przede wszystkim tę, która pojawiła się w późniejszym etapie jej życia, kiedy sam siłą rzeczy stał się jej częścią, reprezentując ją prawnie. Znał tyle szczegółów, ile było mu wtedy potrzebnych do zamknięcia jej spraw, a o więcej nigdy nie dopytywał, bo go zwyczajnie nie interesowały. Również nie należał do ciekawskich osób, dlatego przyjmował dokładnie tyle, ile ktoś sam zechciał mu powiedzieć. Poza tym, gdyby miał chłonąć z ciekawością wszystkie problemy swoich klientów i robić sobie z ich życia prywatnego osobistą telenowelę, to dawno zabrakłoby mu miejsca w głowie na własne problemy.
    Podniósł wzrok w jej kierunku, gdy zapytała o mycie okien. W tamtym roku umyto je aż trzy razy, więc nie był to taki zły wynik. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby jakiś ptak wycelował akurat w jego piętro, ale dopiero od dwóch lat mieszka tu na stałe, a wcześniej bywał tu tylko z doskoku, więc jego statystyki nie miały jeszcze zbyt dużej wartości poznawczej.
    — Z drugiej strony mógłbym umyć je sam, bo tam jest balkon — przyznał, wskazując kciukiem kierunek na drugą stronę apartamentu. Od strony salonu okna się nie otwierały, więc tu nie mógłby już poszaleć sobie ze ścierką, jednak ze strony kuchni i jadalni jak najbardziej.
    — Ale tak serio, opłacam w czynszu white-glove services, więc gdyby takie coś miało miejsce, wtedy zgłaszam to do konsjerża i za kilka dni okna muszą błyszczeć — wyjaśnił, wracając uwagą z powrotem do kamyków w bransoletce. Gdyby miał czekać rok na umycie okna, płacąc prawie dziesięć tysięcy dolarów czynszu za apartament, to chyba naprawdę coś byłoby tu nie tak. A tak naprawdę, cała ta usługa białej rękawiczki obejmowała wiele więcej, bo nawet wyręczanie lokatora w jego codziennych sprawach, od odbierania paczek, przez organizację transportu, po prywatny serwis kateringowy, ale Tanner z tego nie korzystał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opłacając to mieszkanie, płacił przy okazji też za to, żeby wszystko mieć tu podane na tacy, bo taka była zasada mieszkania w Billionaires' Row i nie dało się tego anulować, ale może skorzysta z tego dopiero, jak już będzie stary albo poważnie niepełnosprawny. Na razie wolał zadbać o swoje sprawy sam.
      — Chwilę to potrwa — uprzedził, pochylając się i zaglądając pod stolik po wagę jubilerską. Ułożył na niej najpierw bransoletkę, później kolczyki, a na końcu naszyjnik i zapisał wagę każdego z nich w notatniku w telefonie. — Muszę to wszystko dobrze obejrzeć i zważyć. Żadnych certyfikatów do diamentów i rubinów nie było? — Spojrzał na Tamsin, sięgając po szklankę, z której upił nieco lemoniady. Może były, ale się zmyły. — A te pomarańcze to akurat z Union Square Greenmarket. Rzeczywiście słodkie — potwierdził, odstawiając szklankę z powrotem na blat. Od czasu do czasu lubił wycisnąć sobie taką lemoniadę z cytrusów z dodatkiem mięty i lodu. — Jakieś koncerty masz zaplanowane w najbliższej przyszłości? — zagaił z ciekawością, bo przecież Tamsin nie zajmowała się wyłącznie uczeniem dzieciaków grać. To było raczej zajęcie dodatkowe.

      Tanner Morgan 🎻

      Usuń
  51. Z dużym prawdopodobieństwem, gdyby wiedział wcześniej, co rzeczywiście dzieje się za ich drzwiami, nie zostawiłby tego ot tak. Owszem, szanował cudze decyzje i granice, ale istniały sytuacje, w których trudno było udawać, że niczego się nie widzi, a on nie był człowiekiem, który uznaje, że skoro ofiara sama jeszcze niczego nie zrobiła, to on również nie ma powodów, by się wtrącać. Jako prawnik wiedział, że musi uważać na tajemnicę zawodową, jednak jako człowiek mógł zacząć działać innymi drogami, ale oczywiście wszystko i tak ostatecznie zależałoby od Tamsin, bo gdyby definitywnie kazała mu się odpieprzyć, to musiałby uszanować jej decyzję bez względu na własne przekonania. Miał świadomość, że niezależnie od własnych chęci, nie zbawi całego świata, bo można stanąć na rzęsach, a i tak nie da się pomóc tym, którzy nie chcą tej pomocy przyjąć. Przerobił już wiele różnych przypadków, począwszy od kobiet, które po latach wspólnego życia odważyły się wreszcie odejść od mężów, po takich, które po złożeniu pozwu wracały do nich po kilku tygodniach, przekonane, że tym razem wszystko będzie inaczej. Miał klientów, którzy przychodzili po pomoc dopiero wtedy, gdy sprawy były już naprawdę poważne, i takich, których najtrudniejszym przeciwnikiem okazywała się ich własna niepewność. Wiedział więc, że czasem można przygotować plan i otworzyć człowiekowi wszystkie możliwe drzwi, a ten i tak wybierze powrót do miejsca, z którego próbował się wydostać. Nie była to reguła, ale dość częsty schemat, który wynikał z wielu rzeczy naraz. W sprawach karnych przestępcy też bardzo często wracali do tych samych zachowań – tak zwane persistent offending.
    W przypadku Tamsin również potrafił oddzielić sprawę od niej samej. Znali się, ale jej sprawa była jego pracą i w pewnym sensie podchodził do tego technicznie, jak do każdego innego zadania, które wymagało od niego chłodnej oceny sytuacji i doprowadzenia wszystkiego do zaplanowanego finału. Nie oceniał jej wyborów ani nie zastanawiał się, co właściwie trzymało ją w relacji, która z perspektywy kogoś z zewnątrz od dawna nie wyglądała na zdrową, bo nie potrzebował znać odpowiedzi na te pytania, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Jego rolą nie było przecież rozliczanie jej z przeszłości, tylko zajęcie się tym, co mogli zrobić od momentu, w którym trafiła do jego kancelarii. Nie oznaczało to jednak, że nie był zupełnie zainteresowany rozmową na ten temat. Wtedy ich znajomość nie była jeszcze tak bliska jak obecnie, dlatego większość rzeczy, które wiedział o tamtym okresie jej życia, poznawał głównie z perspektywy prowadzonej sprawy. Ale teraz, gdyby przy okazji obecnej rozmowy wrócili do tamtych czasów, porozmawiałby z nią o tym bez problemu. Mogliby nawet otworzyć do tego butelkę wina, bo chyba nie ma lepszego dodatku do wspominania własnych życiowych katastrof niż wygodna kanapa i coś dobrego w kieliszku.
    Sięgnął po dokumenty, które wyłożyła na blat i przejrzał na razie tylko pobieżnie, żeby rozeznać się, co jest do czego.
    — Do złota nie są potrzebne. Próba jest na materiale — oznajmił, bo metal najczęściej nie potrzebował osobnego potwierdzenia, jeśli oznaczenie na nim było czytelne i wszystko się zgadzało.
    Na wzmiankę o koncercie w Central Parku lekko uniósł brew, bo nie spodziewał się, że w najbliższym czasie zaplanowano tam takie wydarzenie. Pomyśleć, że mieszkał praktycznie tuż nad nim, a nie miał pojęcia, co działo się na dole. Nie spędzał w tej części miasta aż tak wiele czasu, jak można by przypuszczać.
    — No oczywiście, że przyjdziemy, Tammy, nie ma innej opcji — zapewnił od razu, sortując w międzyczasie certyfikaty.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Całe szczęście, że mi o tym powiedziałaś, bo Amber nie dałaby mi żyć, gdyby się dowiedziała, że przegapiłem coś tak ważnego — przyznał, lekko kręcąc głową na samą myśl, jaka dyskusja rozpętałaby się w chwili, w której Amber dowiedziałaby się, że jej ulubiona koleżanka, prawie psiapsióła, grała piosenki z bajek pod ich chatą, a oni nawet o tym nie wiedzieli. I nie poszli. Awantura gwarantowana.
      Wziął przyrząd do mierzenia kamieni i zaczął od rubinów, uważając jednak na ich oprawę. Nie wiedział jeszcze, w jakiej formie finalnie będą, ale na razie były częścią bransoletki i nie było sensu ingerować w ich oprawę. Sama bransoletka miała współczesną, elegancką formę, wciąż modną, więc niewykluczone, że większą wartość będzie miała jako kompletna bransoletka niż jako zestaw pojedynczych kamieni.
      Spojrzał na zaproszenie, które Tamsin trzymała w palcach. Chodziło o jubileusz którejś fundacji, prowadzonej przez ich wspólnych znajomych, który łączył się z akcją charytatywną. Teoretycznie należało się pokazać, a w praktyce i tak zawsze chodziło o to samo – kilka godzin uprzejmych rozmów, kieliszek czegoś drogiego i przypominanie wszystkim obecnym, że wciąż istnieje się w odpowiednich kręgach. Akurat jemu taka promocja nie była potrzebna. Przy okazji można było oczywiście zrobić coś dobrego, ale w tym środowisku nawet filantropia zwykle miała całkiem sprawnie działający dział PR.
      — Dostałem — odparł. — Chociaż przyznam, że liczyłem na to, że tym razem ktoś o mnie zapomni — dodał, posyłając Tamsin wesoły uśmiech. Widocznie jego nazwisko nadal znajdowało się na zbyt wielu listach, żeby było to tak po prostu możliwe. — Idziesz? — Uniósł lekko brew, ciekawy jej planów, co do tego wydarzenia.

      Tanner Morgan 🏛️ 🥂

      Usuń
  52. Gdyby nie potrafił żyć normalnym życiem i odcinać się od tego wszystkiego, z czym stykał się zawodowo, nigdy nie byłby dobrym prawnikiem, a był w tej branży nie bez powodu, bo w pewnym sensie właśnie po to, żeby o sprawiedliwość walczyć. Dlatego też od lat angażował się w działalność Innocence Project, zajmując się sprawami osób niesłusznie skazanych i próbując doprowadzić do oczyszczenia ich z zarzutów. Nie każdą sprawę dało się wygrać, nie każdy wyrok można było odwrócić, ale sama świadomość, że można komuś przywrócić odebrane lata życia, była dla niego wystarczającym powodem, żeby się tym zajmować. Było to trudne. Cholernie trudne, bo nie zajmował się przecież sprawami, w których chodziło o kradzież cukierka ze sklepu. To były sprawy dotyczące brutalnych zabójstw, w których ktoś spędził za kratami piętnaście, dwadzieścia, a czasem nawet więcej lat. Trzeba było wracać do starych akt, odgrzebywać dowody, przesłuchiwać ludzi jeszcze raz, a potem otwierać sprawy, które przez minione dziesięciolecia wszyscy już dawno zdążyli uznać za zamknięte. Za każdym takim postępowaniem zawsze stała czyjaś śmierć i świadomość, że jeśli oni będą mieli rację, to znaczy, że prawdziwy sprawca od lat pozostawał na wolności. Nie ma co ukrywać, ale Tanner miał naprawdę mocną psychikę. Potrafił siedzieć nad aktami pełnymi brutalnych szczegółów, wracać do zeznań świadków czy starych protokołów i mimo wszystko zachować chłodny osąd. Nie oznaczało to, że niczego nie czuł, albo że takie sprawy spływały po nim jak po kaczce, ale po prostu nauczył się oddzielać to, co musiał przeżyć jako człowiek, od tego, co musiał zrobić jako prawnik. Wiedział, że jeśli pozwoli emocjom przejąć kontrolę, przestanie być komukolwiek użyteczny. Może wynikało to z jego własnej świadomości i umiejętności trzymania emocji na wodzy, a może częściowo również ze sposobu, w jaki został wychowany. Pewnych rzeczy człowiek uczy się w domu, nawet jeśli później nie zastanawia się nad tym, skąd właściwie je w sobie ma, a u Morganów nie należało do dobrego tonu przesadne okazywanie emocji. U nich problemy zawsze się rozwiązywało, a nie długo nad nimi pochylało. Od dziecka uczono go, że trzeba sobie radzić, zachować rozsądek i nie pozwolić, żeby chwilowe emocje przejęły kontrolę. Potrafił oczywiście współczuć, potrafił się przejąć i doskonale rozumiał uczucia i czyjeś emocje, ale nigdy nie uważał, że samo ich przeżywanie jest wystarczającym powodem, żeby kiedykolwiek stracić nad sobą kontrolę.
    Gdyby mieli wtedy inne plany, na rzecz tego koncertu i tak musieliby je zmienić, bo dla Amber na pewno nie byłoby wtedy nic ważniejszego niż to. Zajęcia można było przecież odwołać, babcię można odwiedzić następnego dnia, a na lody zawsze można było pójść innym razem, bo babcia i budka z lodami przecież nie uciekną. To dziecko od najmłodszych lat również szukało na wszystko odpowiedniego rozwiązania, ale widocznie było to u nich rodzinne. Jeśli na koncercie będą grane piosenki z Krainy Lodu, to bez wątpienia będzie to kolejny najlepszy koncert w jej życiu, bo na razie to wciąż najulubieńsza bajka.
    — To prawda, gdybyś zagrała tam na dole i jej o tym nie powiedziała, to też nie miałabyś lekko. A może miałabyś nawet gorzej niż ja — przyznał i zaśmiał się cicho, odkładając bransoletkę. Sięgnął po szklankę z lemoniadą i popatrzył na Tamsin, gdy mówiła o zaproszeniu. Upił łyk napoju, zastanawiając się nad tym jubileuszem, bo nie zamierzał iść i właściwie do tej pory był przekonany, że tym razem naprawdę się nie pojawi. Miał trochę spraw na głowie, którym wypadałoby poświęcić chociaż jeden wieczór, poza tym długo już nie pływał i chciał spędzić trochę czasu też na łodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak przyszła Tamsin i nie namawiając, właśnie próbowała dyskretnie go namówić do zmiany zdania. A tak się składa, że on nawet dobrze nie doczytał, gdzie ten jubileusz miał się w ogóle odbyć.
      — Za muzykę ręczysz osobiście — powtórzył, lekko kiwając głową, jakby to właśnie ten argument mógł przesądzić o jego decyzji. — No nie wiem, to chyba trochę za mało — stwierdził z lekkim uśmiechem na ustach. To wcale nie musiało być za mało, ale okazja sprzyjała podbijaniu stawki , a on nie byłby sobą, gdyby z tej okazji nie skorzystał. Ot, niewinne targowanie się.
      — Ale jeśli poręczysz też za jakiś jeden taniec do tej muzyki, to wtedy rozważę czy warto iść — dodał, a w jego oczach zaraz błysnęło rozbawienie. Jeśli miał tam iść i okupować jedynie koktajlowy stolik, odliczając przy tym minuty do końca wieczoru, to równie dobrze mógł zrobić to we własnym salonie i oszczędzić sobie konieczności udawania, że kolejna rozmowa o rynku nieruchomości jest czymś, na co naprawdę czekał od rana. Inwestował w nieruchomości, ale bez przesady. Teoretycznie mając tam towarzystwo Tamsin, mógłby uznać ten wieczór za całkiem przyjemny, ale nie szkodziło troszkę się potargować i sprawdzić, czy spróbuje pójść o krok dalej w swoim nienamawianiu.

      Tanner Morgan 💃

      Usuń
  53. On zaś należał do tej grupy osób, których przyszłość zaplanowano na długo przed narodzinami, bo zanim w ogóle zdążył się pojawić na świecie, jego rodzina już miała wobec niego konkretne oczekiwania. Ścieżka prawnicza była przesądzona od początku, podobnie jak to, czym należało wypełnić czas pomiędzy szkołą a kolejnymi etapami edukacji. Rodzice nie zastanawiali się, czy warto zapisać go na jakieś zajęcia, bo od początku wiedzieli, które wybrać, żeby odpowiednio go ukształtować. Szachy zamiast piłki nożnej, kaligrafia zamiast biegania po boisku, nauka języków zamiast kolejnych godzin spędzonych na trzepaku. Wszystko miało czemuś służyć, a przede wszystkim rozwijać tę część jego charakteru, która kiedyś miała się przydać w sali sądowej. Z czasem nawet kinezyka okazała się bardziej wartościowa niż zwykłe sportowe harce, bo przecież lepiej było nauczyć dziecko świadomie odczytywać mowę ciała, niż pozwolić mu wrócić do domu z ubłoconymi kolanami. Jego dzieciństwo miało więc smak ambicji innych ludzi, które z czasem miały stać się również jego własnymi, co on z czasem doskonale zrozumiał. Ono nie było złe, bo mimo dyscypliny i dość chłodnego stylu wychowywania, nie brakowało mu nigdy rzeczy, o których większość dzieci mogła jedynie pomarzyć. Miał zapewnione wszystko, czego potrzebował, tyle że znacznie rzadziej pytano go, czego sam tak właściwie chciał, jednak z czasem nauczył się odnajdywać w tym własne miejsce. Ale dzięki temu doskonale wiedział, czego nigdy nie zrobi własnej córce. Nie zamierzał układać jej życia z wyprzedzeniem i wybierać za nią tego, kim ma zostać, czym się interesować i jak powinna wykorzystać każdą wolną godzinę. Mógł podsunąć jej możliwości, pokazać różne drogi i czasem nawet delikatnie coś zasugerować, ale ostatecznie Amber sama miała zdecydować, którą z nich zechce pójść. Łatwo pomylić troskę z projektowaniem człowieka pod własne wyobrażenia, a on nie zamierzał powtarzać schematu. Chciał, żeby pewnego dnia Amber mogła spojrzeć na swoje życie i wiedzieć, że naprawdę należy do niej.
    A w kwestii tego, w co Amber chciała się ubrać, on i tak nie miał już za wiele do gadania, więc jeśli mała zdecyduje się na kieckę księżniczki, to choćby musiał nosić za nią tren, zrobi to bez żadnego marudzenia. Miał już pewne doświadczenie w rozumieniu, że w przypadku siedmioletniej dziewczynki niektóre decyzje nie podlegają negocjacjom, a jego rola sprowadza się czasem jedynie do godnego zaakceptowania ich konsekwencji. Wiadomo, że gdyby przyszło jej do głowy kiedykolwiek wyprzedzić wyglądem swój wiek, to szybko przypomniałby jej, że to jeszcze nie jest moment na stylizacje rodem z czerwonego dywanu i że pewne rzeczy można zostawić na później, ale dopóki jej wybory pozostawały dziecięce, nie zamierzał robić z tego pola do bitwy. Zaprowadzi swoją małą księżniczkę na to wydarzenie, nawet jeśli będzie musiał później pilnować, żeby książęca korona przetrwała wieczór w jednym kawałku. A nie wątpił, że Amber potraktuje to wydarzenie jak swój własny wielki bal.
    — Ty też będziesz miała taką kieckę? — Uniósł brew, a wraz z nią kącik ust w uśmiechu. Będzie musiał poprosić później Tamsin o wszystkie szczegóły dotyczące wydarzenia, żeby dobrze zaplanować sobie ten dzień i przypadkiem nie spóźnić się na rozpoczęcie. Przydałby się jakiś program wydarzenia, czy coś w ten deseń, ale całkiem prawdopodobne, że wszelkie informacje da się znaleźć też w internecie, więc później najwyżej w nim poszpera.
    Pokiwał głową, to w prawo, to w lewo, rozważając jej warunek, a ostatecznie lekko skrzywił usta, wciąż nieprzekonany, czy proponowany układ rzeczywiście mu się opłaca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że przywiózłby ją i odwiózł bez najmniejszego problemu, ale targowanie się faktycznie było przyjemne, więc zamierzał dorzucić tu jeszcze jedną rzecz od siebie, bo to była dobra okazja, żeby spełnić jedną ze swoich zachcianek gdzieś w najbliższym czasie.
      — Dobrze, przyjadę po ciebie i cię odwiozę, ale... — urwał na chwilę i popatrzył na Tamsin uważniej, choć wciąż błyskiem żartu w oczach. — Zagrasz dla mnie Le cygne z Karnawału zwierząt — powiedział, a kącik jego ust uniósł się w wyraźnym uśmiechu. Nieistotne kiedy dokładnie. Istotne, żeby to zrobiła, gdy pojawi się okazja. — Czyli jubileusz ma odbyć się w Pier Sixty, no proszę — zauważył, sięgając ostrożnie po kolczyki i po jubilerską lupę. Musiał przecież dokończyć to, po co Tamsin rzeczywiście tu przyszła. — Fajne miejsce, na pewno warto zobaczyć, jak je odświeżyli — przyznał, bo też nie był tam od czasów remontu, ale kiedyś miejscówka rzeczywiście była bardzo dobrze urządzona i miała swój klimat. Widok na Hudson też robił swoje, a przy takich okazjach trudno było narzekać na lokalizację. I był to kolejny argument przemawiający za tym, żeby iść na ten jubileusz. Sprawa była już raczej przesądzona.

      Tanner Morgan 🦢🎻

      Usuń
  54. Na świecie nie było sprawiedliwości. Mimo tego, że próbowano jej szukać, nią się kierować i pozwalać, aby wiodła prym. Nie było jednak jej widać. Sędziowie rzadko ferowali wyroki, które zadowalały opinię społeczną, często – mimo swojej niezależności i niezawisłości – będąc po prostu ograniczonymi przez ustawy, które de facto tworzyli politycy. To oni w większej mierze byli chorobą trawiącą społeczeństwo. To układy i układziki sprawiały, że świat był tak mocno podzielony – na biednych i bogatych. Na chorych i zdrowych, bo tym chorym, gdy nie mieli pieniędzy, rzadko kiedy udawało się wyleczyć. Na tych uzależnionych, którzy staczali się na dno, bo nie mieli środków, aby ćpać w luksusowych apartamentach i na tych uzależnionych, którzy na co dzień funkcjonowali jako biznesmani i ukrywali swoje mroki pod pięknym makijażem lub drogim garniturem. Debbie doskonale rozumiała niesprawiedliwość. Codziennie dostrzegała jej zupełnie inne oblicza, właśnie dzięki pracy w policji. Debbie mierzyła się z brakiem sprawiedliwości każdego dnia i każdej nocy, kiedy ubierała mundur, a do bioder przyczepiała kaburę z pistoletem. Grayson uchodziła za wrażliwą, delikatną i empatyczną dziewczynę, ale podczas służby musiała być przede wszystkim sumienna, dokładna i działać zgodnie z zasadami, być etyczną, ale i poprawną politycznie. Nie mogła jawnie ganić systemu, w którym funkcjonowały i który zdawały się dobrze rozumieć.
    Rudowłosa policjantka doceniała starania Tamsin. Doceniała je jako Deborah Grayson, ale jako funkcjonariuszka miała z tym problem, bo przecież Passalis próbowała po prostu obejść system i dla nikogo to nie było łatwe ani przyjemne. System. Skrzywiony, chyboczący się na glinianych nogach kolos. Pomijał tych najbardziej potrzebujących, odsuwał się od śmierdzących spraw – mieli za mało środków w budżecie na pomoc, mieli za mało pracowników socjalnych, aby ogarnąć cały ten burdel, który wynikał z przepaści między pławiącymi się w luksusach, a żebrzącymi w nowojorskim metrze.
    Była zła. Zniesmaczona. Zrezygnowana. Obawiała się tego, że nie poradzi sobie ze spisaniem raportu tak, aby nikt nie wyłapał pewnych nieścisłości. Brak nagrania z interwencji, a przynajmniej jej części, z jednej strony był plusem, z drugiej zaś minusem. Rodzice Debbie kładli szczególny nacisk na to, aby ich dzieci były szczere, prawdomówne i sprawiedliwe. Dlatego jej brat został prokuratorem, a ona sama ruszyła w szeregi formacji mundurowej. Oddawała tym samym hołd ojcu, ale nie tylko – po prostu dobrze się czuła w tym, co robiła. Lubiła swoją pracę, w przeciwieństwie do tego, co robiła w ratuszu. Nudziła się za biurkiem, powielając jedne i te same decyzje, w których zmieniały się tylko numerki i nazwiska.
    Drgnęła, kiedy Passalis zwróciła się do niej po prostu Debbie. Przekroczenie pewnej granicy przez młodą kobietę było jawne i objawiło się nieprzyjemny uczuciem – swędzeniem biegnącym tuż pod skórą rudowłosej, która uciekła spojrzeniem w bok, odszukując nim jakiekolwiek okno, jakby chciała się upewnić, że nadal jest w tym samym mieście i nadal musi wykonywać swoje obowiązki. Nie zapomniała o Louisie, ba, modliła się, aby nie pojawił się zbyt prędko.
    — Rozumiem — odpowiedziała cicho. Zarówno na kwestię dotycząca odwyku, jak i braku pomysłów na pomoc matce Noah. — Nie powinno to byś twoim zmartwieniem. Ani moim. Wiesz o tym, prawda? — spytała łagodnie. Bo ani sąsiadka, ani przypadkowa policjantka nie powinny teraz główkować nad tym, jak pomóc nastolatkowi, który miał matkę alkoholiczkę. Debbie doskonale znała wartość więzi między rodzicami a dziećmi. Sama ich doświadczyła, mając wsparcie zarówno w matce, jak i w ojcu. Śmierć tego drugiego przeżyła dotkliwie, ledwo radząc sobie z żałobą. I wiedziała, że jej matka przeżyła to jeszcze gorzej. Ba, ledwo przeżyła. Grayson zawsze zazdrościła swoim rodzicom relacji, którą pielęgnowali. I miłości, która ani nie była trywialna, ani na pokaz.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A może… Mogłabym pomóc znaleźć jej inną pracę? — zasugerowała nieśmiało. — Tam, gdzie trzeźwość ma znaczenie? I dzięki temu Noah zyskałby miejsce, w którym mógłby spędzać popołudnia i zajmować się nauką… — rzuciła, tym razem po prostu myśląc na głos. Nie podawała na razie szczegółów. Tamsin znała sytuację swoich sąsiadów lepiej i to ona powinna powiedzieć Debbie, czy w ogóle brnięcie w tym kierunku ma sens. Dlatego rudowłosa w końcu spojrzała na swoją rozmówczynię z miną, która mogła tylko świadczyć o okropnej bezradności. A Debbie, jak nikt inny, nie lubiła być bezradna.

      Debbie Grayson

      Usuń
  55. To było naprawdę ciekawe, jak szybko Tamsin potrafiła pojawić się w jego salonie, zostawić pudełeczko z biżuterią, wyciągnąć na bankiet, wynegocjować podwózkę, dorzucić mu bajkowy koncert, wplątać w akompaniament, a potem zniknąć, zanim on zdążył dobrze się zastanowić, w co tak właściwie został wciągnięty. Kącik jego ust uniósł się lekko na tę myśl, kiedy zamknął za nią drzwi. Od początku widział w niej kobietę zaradną i sumienną, a im lepiej ją poznawał, tym bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu, bo Tamsin potrafiła korzystać z okazji, kiedy takie się pojawiały, a poza tym umiała też odpowiednio pokierować rozmową i dorzucić w niej coś od siebie. Nawet jeśli przez długi czas trwała w małżeństwie, które z boku trudno było nazwać zdrowym, nie oznaczało to, że nagle przestawała być zaradna, czy świadoma własnych decyzji. Tanner nie uważał, żeby jedno wykluczało drugie. Człowiek mógł być rozsądny i doskonale radzić sobie z większością spraw, a jednocześnie kompletnie tracić orientację tam, gdzie w grę wchodziły uczucia. Miłość, czy właściwie samo przywiązanie, rządziła się przecież własnymi prawami i nie zawsze miała cokolwiek wspólnego z tym, co z boku wydawało się logiczne, a on widział już wystarczająco wiele, żeby wiedzieć, że nawet bardzo rozsądni ludzie potrafili podejmować wyjątkowo nierozsądne decyzje, kiedy serce uparcie ciągnęło ich w zupełnie inną stronę.
    Powrócił do biżuterii, bo skoro miał już przy sobie wszystkie narzędzia, to szkoda byłoby odkładać wszystko na później i wracać do tego innego dnia. Najwygodniej byłoby co prawda zrobić wycenę, oddać Tamsin biżuterię i pozwolić jej samej zająć się sprzedażą, ale on świetnie znał to środowisko i wiedział, gdzie szukać kupca i jak dobrze to sprzedać, żeby nie zaniżać wartości. Dlatego ostatecznie zdecydował się odkupić całość od Tamsin, a później samemu znaleźć odpowiedniego nabywcę. Oczywiście nie zamierzał na tym zarabiać. Biżuteria zresztą rzadko była czymś, co kupowało się z myślą o zysku przy późniejszej odsprzedaży. Akurat ta miała w sobie kilka naprawdę drogich kamieni, ale wciąż trudno było oczekiwać, że ktoś odkupi ją od niego za cenę wyższą niż rynkowa. Chciał po prostu pomóc i oszczędzić Tamsin całego zamieszania ze sprzedażą, a przy tym mieć pewność, że nie odda biżuterii za mniej, niż była naprawdę warta.
    Przez następne dni, pomijając obowiązki zawodowe, których w ostatnim czasie mu przybyło, największym wyzwaniem okazało się znalezienie odpowiedniej kreacji dla małej księżniczki, która oczywiście miała w tej kwestii własne, dość konkretnie sprecyzowane wymagania. To, że na ten dzień chciała stać się Elsą, przewidział jeszcze zanim powiedział jej w ogóle o tym wydarzeniu, dlatego z wyprzedzeniem obdzwonił też kilka wypożyczalni z pytaniem o ten konkretny strój. Mieli bardzo ładne sukienki, ale okazało się, że ładna sukienka to pojęcie zdecydowanie zbyt ogólne, kiedy w grę wchodziła siedmioletnia Amber. Jedna miała za krótki tiul. Druga była za bardzo niebieska. Trzecia wyglądała żenująco dziecinnie, co w ustach siedmiolatki zabrzmiało co najmniej dziwnie. W czwartej też nie wszystko było w porządku, ale udało się dojść do konsensusu i ostatecznie została zaakceptowana. Mieli więc z głowy przynajmniej jeden z większych problemów organizacyjnych.
    W międzyczasie Tanner kilka razy pojawił się w Kings Point, gdzie mógł poświęcić trochę czasu na ćwiczenie akompaniamentu. Nie potrzebował do tego wielu godzin, bo partię znał na tyle dobrze, żeby stosunkowo szybko odnaleźć w niej swoje miejsce, ale skoro już obiecał Tamsin, że zagra, chciał zrobić to porządnie, a nie liczyć na to, że jakoś prześlizgnie się przez utwór dzięki dobrej znajomości fortepianu. Wypisał również czek za biżuterię i przesłał Tamsin zdjęcie, bo żeby wypłacić pieniądze nie potrzebowała już oryginału, choć ten zamierzał oczywiście wręczyć jej najbliższej okazji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W dniu wydarzenia pogoda dopisała. Od rana było słonecznie, a bezchmurne niebo nie zapowiadało żadnych niespodzianek, które mogłyby pokrzyżować plany. Tanner i tak dla pewności jeszcze raz sprawdził godzinę rozpoczęcia, wracając do wiadomości, którą Tamsin wysłała mu kilka dni wcześniej. Życie mu miłe, więc lepiej żeby nie dotarli na miejsce w połowie pierwszego występu. Na tę okazję wybrał lniany, beżowy garnitur i błękitną koszulę bez krawata, z kilkoma rozpiętymi guzikami pod szyją, czyli elegancko, ale wciąż swobodnie. Amber była zresztą zachwycona, kiedy usłyszała, że jego strój będzie pasował kolorystycznie do jej sukienki. Wybór garderoby dla siebie był jednak niczym w porównaniu z całą resztą, bo czekało go znacznie ważniejsze zadanie do wykonania. Najpierw zrobił Amber śniadanie, pilnując przy tym, żeby mała księżniczka zjadła coś więcej niż pół kawałka tosta i kilka truskawek, a kiedy w końcu uznał, że pod tym względem obowiązek został wykonany, przyszła pora na kolejną część przygotowań – strojenie małej damy. Trochę żałował, że nie zdecydował się pojechać na te przygotowania do Kings Point, bo Shirin, ich gospodyni, z pewnością zaplotłaby Amber znacznie lepszego warkocza. Radził sobie z wieloma rzeczami, ale układanie siedmioletnich włosów w fikuśne fryzury nie należało do jego mocnych stron. Ostatecznie jednak, z pomocą tutorialu w internecie, udało mu się doprowadzić jej włosy do stanu, który Amber uznała za akceptowalny, choć po jej minie było widać, że akceptowalny i piękny dzieliło jeszcze sporo poprawek. Nie dało się jednak nie zauważyć szczęścia w jej oczach, gdy przeglądała się przed lustrem i obracała wokół własnej osi z uśmiechem, za który Tanner dałby się pokroić. W takich chwilach cała reszta przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie.
      Do placu mieli pięć minut piechotą, więc zjechali windą na sam dół, po drodze zaczepieni przez kilka osób, które nie potrafiły przejść obojętnie obok wystrojonej Amber. Komplementowali jej sukienkę i oczywiście nie omieszkali powiedzieć, że wygląda jak prawdziwa księżniczka, co tylko utwierdziło dziewczynkę w przekonaniu, że kreacja została wybrana absolutnie bezbłędnie. Ruszyli więc pieszo, a Tanner prowadził Amber za rękę, podczas gdy ta co chwilę podskakiwała na kolejnych płytach chodnika, uparcie pilnując, żeby nie nadepnąć na żadną z łączących je linii, bo dla niej droga na koncert miała jeszcze własną wersję gry w przeszkody. Samą scenę dało się dostrzec już z oddali, a im bliżej byli, tym wyraźniej widać było, że na placu zdążyło zgromadzić się już całkiem sporo osób. Część kręciła się jeszcze przy pozostałych atrakcjach, ale większość zajęła już miejsca przed sceną, czekając na rozpoczęcie koncertu. Kiedy podeszli bliżej, Tanner złapał Amber pewniej za dłoń i razem przecisnęli się przez tłum, przesuwając się kilka rzędów w stronę sceny.
      W pewnym momencie poczuł ciągnięcie za rękę, więc spojrzał na Amber, która wspinała się na palce i próbowała przecisnąć głowę pomiędzy dorosłymi.
      — Tato, ja nic nie widzę — oznajmiła z lekkim oburzeniem. — Jestem za mała. Tamsin też jest za mała, bo jej w ogóle nie widzę. Trzeba było pozwolić mi założyć buty dla dorosłych kobiet — wytknęła, na co Tanner westchnął. Chodziło oczywiście o buty na obcasie, których Amber nie chciała przez chwilę odpuścić. Nie potrafiłaby w nich nawet stanąć, to jasne, ale tak jej się spodobały, że to nie miało znaczenia.
      — Buty dla dorosłych kobiet są dla dorosłych kobiet, już o tym rozmawialiśmy — przypomniał. — Ty na razie musisz zadowolić się butami, które dostałaś w pakiecie dziecięcym. Jak dojdziesz do odpowiedniego wieku, wtedy wrócimy do negocjacji — zapewnił, kucając chwilowo obok niej. — Ale skoro księżniczka nie widzi sceny, pozostaje nam rozwiązanie awaryjne. Wskakuj, podniosę cię trochę wyżej.

      Usuń
    2. Amber usadowiła się zaraz na jego plecach, obejmując go ramionami za szyję, a Tanner podniósł się bez większego wysiłku, poprawiając jej sukienkę i dłonie tak, żeby trzymała się pewniej. Dziewczynka od razu wyprostowała się na jego plecach i wychyliła nieco do przodu, próbując wypatrzyć scenę ponad głowami stojących przed nimi dorosłych.
      — Widzę ją, tato! — zawołała z wyraźną satysfakcją. — Och, Tamsin też jest piękną księżniczką!
      Chciała jej pomachać, ale orkiestra zaraz zaczęła grać pierwszy utwór, więc tylko złapała się mocniej i wlepiła wzrok przed siebie, a kiedy rozpoznała dźwięki, zaczęła nucić cicho utwór i lekko się do niego kołysać.

      Tanner Morgan 👸✨

      Usuń
  56. Jaka nać, taka mać – a nawet kurwa mać, skoro nać była selerowa i przy okazji uczuleniowa. W takim wypadku ludowa mądrość kończyła się szybko, a zaczynała kolejna część programu, czyli brać. Brać to świństwo sprzed nosa i daleko od talerza!
    Tak byłby zrobił, gdyby to kupił – całe Tamsin szczęście, że seler naciowy nie znajdował się wysoko na liście rzeczy, które Leif chciałby mieć.
    – Kurczę? – zapytał z zadowoleniem, że zamrażarka jakieś mięso kryje.
    Boże, miał nadzieję, że to będzie drób – do w miarę drobnego posiekania. Inne mięso też może się nada, ale Leif uważał, że czerwone do makaronu to tak jak kwiatek do kożucha; niby można, ale właściwie to po co?
    – Możesz wyciągnąć, żeby rozmrozić? – zapytał.
    Rozmnożyć przy okazji też by można, bo Leif był wybitnie głodny; liczył na to, że jedzenia wyjdzie dużo! Nie zostawiał jednak spraw w rękach cudów – warzyw i makaronu przyniósł dostatecznie wiele, żeby napełnić żołądek nawet w przypadku mięsa braku.
    Odrzucił siatkę na kuchenny blat i – z pomocą płynu do mycia naczyń – opłukał dłonie nad zlewem. Może noże były ostre, faktycznie, tak na oko to nawet wyglądały, ale zaraz sprawdzi się to w praktyce. Ktoś przecież musi te wszystkie warzywa pokroić. Od tego akurat rąk nie umywał.
    – O, a co grasz? I na czym grasz? – zainteresował się, nie kryjąc entuzjazmu w głosie.
    Uwielbiał umuzykalnionych ludzi, chociaż ludzi nieumuzykalnionych bardzo często też. Sam za bardzo nie za bardzo na instrumentach, no, znał wszystkie gitarowe akordy, wszystkie trzy; za to miał nie najgorsze poczucie rytmu i tę niepowstrzymaną potrzebę, by stukać we wszystko co popadnie i co w łapy wpadnie. Na co dzień częściej pogrywał sobie inaczej, zwłaszcza towarzysko.
    Gdy fundował kąpiel marchewkom, ogórkom, paprykom i rzodkiewkom, zaczął rozglądać się uważniej po kuchni, ewidentnie czegoś szukając.
    – Julienne poproszę – powiedział. – Słupeczki znaczy, mogę być krzywe, tylko… obrać trzeba. Deseczkę pani ma? I obieraczkę?

    Leif Zweig

    OdpowiedzUsuń
  57. Paweł zdążył zarejestrować kilka rzeczy jednocześnie: po pierwsze, że naprawdę było mu szkoda, że już się zwijała. Nie jakoś desperacko, przecież nie zamierzał łapać jej za rękę i błagać o jeszcze piętnaście minut nad pustymi papierowymi talerzykami. Po prostu dopiero co przestało być między nimi niezręcznie. Dopiero zaczęła się śmiać tak, jak pamiętał, ekipa przestała traktować ją jak gościa, a on przestał zastanawiać się nad każdym zdaniem przed wypowiedzeniem go na głos. I nagle koniec. Trochę chujowo.

    Po drugie (i najważniejsze!): Dupa nie wozi. To akurat jego mózg zanotował z precyzją księgowej Doroty. Paweł zerknął na Marka. Marek zerknął na Pawła. Jarek zerknął na Marka, potem na Pawła. Luis przestał żuć. Samir zamknął oczy nie spoglądając na nikogo, bo wiedział, że ta bada debili coś zaraz odwali.

    — Nikt — powiedział Paweł natychmiast, unosząc palec. — Absolutnie nikt nie powie ani jednego słowa.

    Zapadła cisza. Tamsin zdążyła odejść może pięć metrów.

    — Nie ma męża — stwierdził Marek.

    — Marek.

    — Tylko powtarzam informację.

    — Ja też to usłyszałem.

    — Wyglądasz, jakbyś usłyszał.

    — Jak wyglądam? — Paweł zmrużył oczy, a Jarek uśmiechnął się szeroko.

    — Jak lipiec w kalendarzu.

    — Wy jesteście pierdolnięci.

    — Pablo — odezwał się Samir spokojnie. — Uśmiechasz się. — Paweł zmrużył oczy i natychmiast przestał.

    — Nie uśmiecham się.

    — Uśmiechałeś się.

    — Bo mam wesołych pracowników.

    — Pięć minut temu chciałeś nas zwolnić — przypomniał Marek.

    — Nadal chcę.

    Spojrzał za Tamsin, choć nie powinien. Ale oczywiście, że spojrzał. Była już kawałek dalej i coś w nim przez absurdalnie krótką sekundę podpowiadało, żeby ją zawołać. Zapytać, czy ją podwieźć. Przeciągnąć spotkanie jeszcze o trochę. Nie zrobił tego. Powiedziała, że musi wracać, więc musiała wracać. Cztery lata wcześniej nauczyła go granic trochę brutalnie, ale najwyraźniej skutecznie. Mógł najwyżej pomyśleć, że fajnie byłoby zobaczyć ją jutro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I właśnie wtedy telefon zawibrował mu w kieszeni. Wyciągnął go bez większego zainteresowania, spodziewając się jakiegoś spłakanego inwestora, który dalej nie dostał tego, co chciał. Potem zobaczył wyświetlające się na ekranie imię. Tammy Zatrzymał się, oczywiście nadal miał ją zapisaną. Miło było Cię zobaczyć. Paweł przeczytał raz. Potem drugi, jakby między pierwszym a drugim razem mogło się tam pojawić jakieś ukryte zdanie. Kącik ust sam mu uciekł.

      — O nie — jęknął Jarek.

      Paweł nawet nie podniósł głowy.

      — Co?

      — Znowu ta morda.

      — Jaka morda?

      — Lipcowa.

      — Jarek, przysięgam…

      Marek wychylił się w stronę telefonu. Paweł natychmiast przycisnął go do klatki piersiowej.

      — Jeszcze centymetr i stracisz palec.

      — Ona napisała?

      — Nie.

      Telefon nadal świecił mu w dłoni.

      — Bank zwiększył mi limit kredytowy.

      — Tak?

      — Nie.

      — No to Tammy napisała. — Paweł popatrzył na nich wszystkich.

      — Czy wy nie macie przypadkiem budowy?

      — Mamy jeszcze siedem minut przerwy. — Marek spojrzał na zegarek.

      — Od dziś macie pięć.

      — Nie możesz zmieniać czasu.

      — Jestem właścicielem firmy, mogę zmieniać czas.

      Odwrócił się trochę bokiem, żeby chociaż symbolicznie odgrodzić od bandy debili i zaczął pisać. Też miło było cię zobaczyć. Skasował. Brzmiało jak odpowiedź urzędnika. Napisał jeszcze raz: Mi też. Chociaż właśnie przez ciebie dowiedziałem się, że moja firma planuje kalendarz erotyczny, więc bilans spotkania jest dyskusyjny. Wysłał.

      — Co napisałeś? — zapytał Marek.

      — Że jesteś zwolniony.

      — Do niej?

      — Tak. Tammy będzie zachwycona.

      Przez chwilę pojawiały się trzy kropeczki. Znikały, wracały. Paweł patrzył na nie zdecydowanie zbyt uważnie.

      — Co?

      Marek powoli podniósł burrito jak kieliszek.

      — Za lipiec.

      — Ja was wszystkich kiedyś zabiję.

      Usuń
    2. Na jednym SMS-ie oczywiście się nie skończyło. Paweł przez pierwszą godzinę jeszcze próbował udawać, że prowadzi normalny dzień pracy. Telefon lądował w kieszeni, on wracał do budowy, wydawał polecenia, zaglądał Samirowi przez ramię i pięć razy tłumaczył Markowi, że nie, puszka elektryczna pod prysznicem nie może może zostać, skoro i tak jest odłączona.

      Tylko że telefon regularnie wibrował i za każdym razem wyciągał go odrobinę za szybko. Najpierw pisali o Hectorze, później dostał zdjęcie lampy. Potem pisali o jej remoncie. O tym, że sama położyła część podłogi, na co Paweł zażądał zdjęć fug i listew, ponieważ „nie ufa amatorom”. Tamsin wysłała mu zdjęcie krzywo dociętej listwy, Paweł odpisał siedmiominutową tyradą o ukośnicy, silikonie i ludziach, którzy próbują wszystko robić nożykiem do tapet.

      Wieczorem pisał z nią już z kanapy na Greenpoincie. Buty leżały pod stolikiem, Knicks lecieli w telewizji z jakiejś powtórki, a na jego kolanach stał laptop z fakturą, której przez czterdzieści minut nie skończył. Rozmowa zaczęła przypominać te sprzed czterech lat. Tylko wtedy siedzieli po dwóch stronach niedokończonej kuchni, teraz po dwóch stronach Brooklynu.
      To było idiotyczne. Miał trzydzieści pięć lat, nie siedemnaście. Nie powinien czekać na trzy pieprzone kropki. A jednak kiedy pojawiały się znowu, uśmiechał się jak kretyn.
      W końcu zerknął na dwa bilety na Knicksów leżące na komodzie. Miał iść na mecz z Maćkiem, starym kumplem z Greenpointu... Paweł Wysocki był dorosłym mężczyzną absolutnie zdolnym powiedzieć kobiecie wprost, że chce ją zabrać na mecz… ale on oczywiście zrobił coś zupełnie innego.

      Miałem iść z kumplem, ale podobno żona go nie puszcza. Może masz ochotę? wystukał dumny z siebie i wysłał jej wiadomość. Maćkiem zajmie się później.


      PAWEŁEK

      Usuń
  58. Koncert trwał dobrą godzinę, a Tanner przez większość czasu pozostawał dla Amber całkiem wygodnym podwyższeniem. Pasowało jej, że mogła obserwować to, co działo się na scenie, bez zakłóceń, a była tak zaaferowana orkiestrą, że w pewnym momencie zupełnie zamilkła. Zamiast zasypywać go pytaniami, co w takich sytuacjach robiła zawsze, po prostu patrzyła, słuchała i najpewniej próbowała po swojemu rozłożyć to wszystko na czynniki pierwsze. Dopiero bliżej końca występu zsunęła się z jego pleców, złapała go za rękę i zaczęła kręcić się wokół własnej osi, z zachwytem obserwując, jak materiał błękitnej sukienki unosi się i faluje wokół jej kostek. Żeby urządzić sobie własny mały bal i poczuć się dokładnie tak, jak wyobrażała sobie prawdziwą księżniczkę, wystarczyło jej kilka dźwięków i odpowiednio dużo miejsca. A dla niego najważniejsze było to, że bawiła się doskonale, a jej szeroki uśmiech mówił mu więcej niż wszystkie wcześniejsze zachwyty nad sukienką, bo zawsze zależało mu na tym, żeby mogła zachować tę dziecięcą beztroskę jak najdłużej. Oczywiście miała swoje obowiązki, w końcu była już siedmioletnią dziewczynką, która rozpoczęła naukę, a wraz z nią pojawiła się też odrobina odpowiedzialności, ale pilnował, żeby te obowiązki nie wypełniły całego jej świata. Chciał, żeby poza nauką i kolejnymi rzeczami, które miała przyswoić, wciąż było miejsce na głupie zabawy, przebieranie się za księżniczki, tańczenie pod sceną, czy problemy tak poważne jak ten, że nie można było zobaczyć Tamsin przez tłum. Uważał, że powinna po prostu nacieszyć się dzieciństwem, zanim świat zacznie wymagać od niej coraz więcej. A była to kolejna rzecz, której w dzieciństwie nie miał sam.
    Kiedy orkiestra zeszła ze sceny, na placu jeszcze przez chwilę rozbrzmiewały zasłużone oklaski. Zagrali naprawdę pięknie, a bajkowa atmosfera tylko dodawała całości uroku. Dookoła wciąż kręciło się sporo dzieci w przebraniach, które też potraktowały wydarzenie jako okazję do wcielenia się w ulubione postacie. Jedne okupowały stanowiska do malowania twarzy, inne ciągnęły rodziców w stronę dmuchanych zjeżdżalni i kolejnych atrakcji, a jeszcze inne biegały pomiędzy nimi, uznając, że szkoda marnować dnia na zwykłe chodzenie. Było na tyle ciepło, że Tanner po chwili zsunął z ramion marynarkę i przewiesił ją przez przedramię, zostając w samej błękitnej koszuli z podwiniętymi rękawami. Przeszli bliżej atrakcji, bo Amber zauważyła stanowisko, przy którym dzieci mogły własnoręcznie ozdabiać małe korony i różdżki, ale w pewnym momencie pociągnęła go w przeciwną stronę.
    Przeszli bliżej atrakcji, bo Amber zauważyła stanowisko, przy którym dzieci mogły własnoręcznie ozdabiać małe korony i różdżki. Nie zdążyła jednak nawet dobrze przyjrzeć się przygotowanym ozdobom, kiedy nagle pociągnęła Tannera za rękę i skierowała się w zupełnie przeciwną stronę. Powód był zresztą prosty – dostrzegła w tłumie znajomą sylwetkę i korony mogły poczekać. Tamsin właśnie pojawiła się w zasięgu jej wzroku, a Amber momentalnie ruszyła w jej stronę.
    — Tamsin! Przepięknie zagraliście! — zawołała, wpadając w sylwetkę kobiety co najmniej tak, jakby nie widziały się długie lata, a przecież kilka dni temu miały zajęcia. Odsunęła się dopiero, gdy porządnie się wyściskały. — Dziękuję — odpowiedziała grzecznie na komplementy, a potem popatrzyła na Tamsin z nieskrywaną ciekawością. — Ty jesteś... poważną księżniczką — przyznała, lekko marszcząc nos, a potem ostrożnie dotknęła palcem materiału sukienki, którą Tamsin miała na sobie, żeby sprawdzić, czy jest miły w dotyku czy może jednak szorstki.
    Tanner uśmiechnął się na to określenie, bo w zasadzie Upiór w oprze był poważną powieścią, więc było ono trafne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jego spojrzenie zatrzymało się na Tamsin odrobinę dłużej, gdy z ciekawością przyjrzał się jej kreacji, zauważając przede wszystkim to, jak gorset podkreślał talię, a krój sukni subtelnie odsłaniał i eksponował linię obojczyków. W przełamanej, dworskiej bieli wyglądała wytwornie, ale bardzo ładnie. Ostatecznie jednak najdłużej zatrzymał wzrok na tym, co zdobiło jej szyję, bo choker był najbardziej wyrazistym elementem całej stylizacji. Duży, bogato oprawiony kamień przyciągał spojrzenie równie skutecznie jak sama suknia, a Tanner, siłą rzeczy wyczulony na takie dodatki, odruchowo zaczął oceniać jego szlif i oprawę. Dopiero po chwili zauważył, że na plecach miała też instrument.
      — Uciekasz już, czy nie ma tu po prostu żadnego zaplecza? — zapytał, kiwając głową na instrument. — Jeśli to drugie, możemy bez problemu zanieść wiolonczelę do mnie — zaoferował, bo takie rozwiązanie wydawało mu się wygodniejsze, szczególnie, że do niego było stąd rzut beretem. Miał jednak na uwadze, że Tamsin mogła mieć jeszcze inne plany tego dnia, dlatego nie nalegał.

      Tanner Morgan 🤴

      Usuń
  59. [No hej, też uważam, że techno i muzyka klasyczna to po prostu dwie skrajności, ale świetnie się uzupełniają. Osobiście, uwielbiam to połączenie i jeszcze jazz by się gdzieś tam dopchnęło.
    Dla mnie charakter Tilly jest przeciętny, być może w takiej dziwnej bańce po prostu żyję. Niemniej, bardzo byśmy ochoczo Tamsin ukochały i wyprztulały za te okropne rzeczy co ją w życiu spotkały, a najchętniej ohydnego pana o długich palcach zwyzywały i do grobu same wepchnęły. 5 lat różnicy wieku to sporo, ale zawsze to chociaż żyją w jednej, ogromnej dzielnicy.
    Także ten, polecamy się.]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  60. [Napisz do mnie - madzia19931@gmail.com
    Niestety obawiam się, że te różnice niby się zacierają, ale wciąż są spore, wszystko oczywiście też zależy od osoby.
    Niemniej czekam na wiadomość!]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  61. [Brokatem chętnie się podzielimy, tak samo jak lubieniem ludźmi. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak Tamsin musiała (musi nadal) cierpieć. Chciałoby się ją wyściskać. Zaraz poślę maila, bo z przyjemnością coś stworzę z Tamsin lub z Ivanem (nie umiem wybrać) <3]

    Josephine Lincoln

    OdpowiedzUsuń
  62. Oczywiście zdawał sobie sprawy z faktu, że każda praca miała swoje plusy i minusy. Serwując gościom kawę nauczył się rozróżniania rodzajów i jakości ziaren już po samym zapachu oraz przygotowywania nawet tych najbardziej wyszukanych naparów. Kierując taksówką wodną miał okazję poznać wiele ludzkich historii i zyskać jeszcze większy dystans do własnego życia. Jako aktor undergroundowy mógł od rana do wieczora szwendać się po najróżniejszych spelunach, zachowując się i ubierając się praktycznie tak jak mu się to żywnie podobało, a i tak dopóki nie wszedł przypadkiem w jakiś mniejszy lub większy konflikt z innym człowiekiem praktycznie nikt nie zwracał na niego większej uwagi, co akurat w tamtym okresie wydawało mu się nadzwyczaj ekscytujące. Zatrudnienie w branży modelingowej pozwoliło mu nawiązać wiele relacji wśród najbardziej sławnych osobistości nie tylko Nowego Jorku, ale także świata, a przy okazji odkryć też że zaskakująco wiele z nich jest znacznie ograniczona umysłowo. Dosłownie jakby rzeczywiście wierzyli, że za pieniądze mogą przechytrzyć choćby i samą śmierć. Jego obecne zajęcie często wielokrotnie zaś wiązało się z wielogodzinnym stanem w korkach, wydawaniem masy forsy na coraz bardziej nowoczesny sprzęt, bo niestety nadzwyczaj szybko odkrył że nie wszystkie części ulubionych, noszących ślady wieloletniego użytku aparatów, kamer czy innych urządzeń można zwyczajnie naprawić lub wymienić, bolącym ze zmęczenia kręgosłupem i rękoma, co prędzej czy później zawsze kończyło się zażywaniem tabletek przeciwbólowych i użeraniem się z nabzdyczonymi klientami, gdy akurat przyszło mu załapać jakieś dodatkowe zlecenie. Z drugiej jednak strony przynosiło mu ono jak dotąd najwięcej satysfakcji, więc nie miał na co narzekać.
    - Cóż… W gruncie rzeczy masz rację. – Zaśmiał się, gdy wytknęła mu, że model istnieje praktycznie po to, by ktoś mógł dobrze zareklamować niebotycznie drogie ciuchy stanowiące wytwór własnej nieokiełznanej wyobraźni. – Jak dobrze wytrenowana pieski, tyle że żadene z was nigdy nie wpadło jeszcze na pomysł wyrwania mu tego patyka i biegania z nim po całej Operze. – Zażartował, nawiązując do swoich doświadczeń jako właściciela dwóch suczek. – Wystawiają, na pewno, bo są tam codziennie już od szóstej z rana, choć oficjalna część spektaklu rozpoczyna się zazwyczaj dopiero godzinę później. Jak wszyscy artyści muszą się najpierw przygotować do występu, pożartować i rozruszać kości. Nie dam sobie jednak uciąć głowy, że i tym razem będzie to akurat starożytny mit, bo mają naprawdę zróżnicowany repertuar. Chociaż… - Zawiesił na moment głos, zastanawiając się nad czymś głęboko. - …dobrze znam ich impresario, bo kiedyś połączył nas pewien projekt, więc jeśli naprawdę zależy ci akurat na micie, sądzę że będę mógł z nim spróbować trochę pogadać. – Dodał z lekko melancholijnym uśmiechem, przypominając sobie leniwe pogadanki z Nino, podczas których wspólnie pili lokalne drinki i jedli obiady w ledwie rzucających się w oczy knajpkach, wymieniając się swoimi spostrzeżeniami na temat przyszłej współpracy.
    Czekając aż Tamsin się przebierze, obszedł ogród wokół, by wytypować możliwie najbardziej urokliwe miejsce do wykonania zdjęć. Rozłożysty krzak róż z pewnością przyciągał spojrzenie, ale wydał mu się zbyt oklepany. Zdecydował więc się postawić na powoli przekwitające różaneczniki posadzone nieopodal fontanny w kształcie dwóch koników morskich plujących wodą nad scenerią prosto z obrazu Narodziny Wenus.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. - Dzięki, że pomyślałaś także o mnie. – Uśmiechnął się nieznacznie, przejmując od niej kubek z kawą i saszetki. – Pomyślałem że pierwsze fotki zrobimy pod Waszą fontanną. – Dorzucił, kierując się w odpowiednią stronę. – Usiądź, proszę na tej ławce w pozie jakbyś miała zaraz zacząć grać. – Gdy wykonała jego polecenie, przyglądał się jej przez chwilę z przekrzywioną głową jakby czegoś mu w tym obrazie nie do końca pasowało. – Na twoim miejscu rozpuściłbym włosy i przerzucił je przez jedno ramię. – Poinstruował, jednocześnie samemu podchodząc do pachnącego krzaków jaśminu i zrywając z niego jeden kwiat. – Mogę ? – Spytał, a uzyskawszy od kobiety zgodę, włożył go delikatnie pomiędzy jej kosmyki. – Super. – Podniósł kciuk, zerkając na nią jeszcze raz znad aparatu. – Zaczynamy. – Oświadczył, przygotowując się do pierwszych fotek.

      Natty

      Usuń
  63. Pojawianie się przed czasem należało do ludzi z nadmiarem wolnych minut, których Paweł Wysocki zdecydowanie nie posiadał. Zwykle wyliczał wszystko tak, żeby wysiąść z metra, przejść trzy przecznice i pojawić się na miejscu dokładnie wtedy, kiedy należało, z marginesem błędu obejmującym co najwyżej czerwone światło i idiotę stojącego po lewej stronie schodów ruchomych. Tym razem wyszedł wcześniej i to wcale nie dlatego, że nie mógł się doczekać aż zobacz Tammy. Tak sobie przynajmniej tłumaczył, stojąc przed wejściem do MSG w ciemnych jeansach, sneakersach i czarnej kurtce narzuconej na koszulkę Knicksów, którą miał od kilku sezonów. Na głowie siedziała czapka z daszkiem (oczywiście z logo Knicksów), ręce trzymał w kieszeniach, a wzrokiem przeczesywał tłum ludzi w pomarańczowo-niebieskich barwach.

    Nowy Jork przed meczem wyglądał jak zawsze za bardzo żywy, w sumie Nowy Jork zawsze był ponad przeciętnie żywy, więc zdążył się już do tego przyzwyczaić, choć osiem lat temu nie bardzo potrafił się w tym chaosie odnaleźć. Gdańsk był spokojny nawet w czerwcu, kiedy pojawiało się w mieście najwięcej wycieczek szkolnych. Nowy Jork był dla niego innym levelem, ale człowiek potrafi się przyzwyczaić do wszystkiego. Rozglądał się szukając w tym chaosie Tammy. Ktoś sprzedawał podrabiane czapki na rogu MSG. Kilku facetów debatowało z ogromnym zaangażowaniem nad składem, jakby trener Knicksów miał zaraz wyjść z budynku i poprosić ich o konsultację. Taksówki trąbiły, policjant gwizdał na kierowcę blokującego przejście, a z pobliskiego baru wylewała się grupa ludzi śpiewających coś zdecydowanie za głośno jak na godzinę, o której większość społeczeństwa zachowywała jeszcze resztki godności.

    Ostatnie kilka dni były zaskakująco przyjemne. Nie widzieli się z Tamsin po lunchu, za to pisali ze sobą tyle, że w pewnym momencie Paweł złapał się na tym, że zna już nazwisko Victora i wie, że jakaś sala prób wygląda jak schron przeciwatomowy wyłożony kartonami po jajkach. Ona z kolei dostawała zdjęcia z budowy: krzywo postawionej ściany; Marka śpiącego na workach kleju; Samira patrzącego z absolutną pogardą na przedłużacz podłączony do przedłużacza podłączonego do jeszcze jednego przedłużacza. I Hectora, który któregoś dnia pozował z burrito i środkowym palcem. Rozmowa przychodziła im idiotycznie łatwo, tak jakby ostatnie cztery lata nigdy nie stanęły im na drodze.

    Paweł właśnie sprawdzał telefon po raz kolejny, kiedy zobaczył ją w tłumie. Najpierw jego wzrok spoczął na za dużej koszulce z logo jego ukochanej drużyny. Potem na rozpuszczonych włosach, a potem zatrzymał spojrzenie na całości o sekundę dłużej niż było rozsądnie się gapić.


    — No, kurwa — mruknął pod nosem nie dlatego, że wyglądała jakoś przesadnie wystrojona. Właśnie przeciwnie, wyglądała jak najnormalniejsza kobieta na świecie, której nie odjebało, bo facet zaprosił ją na mecz.

    Poczuł przez to coś znajomego. To samo, co cztery lata temu, kiedy Tamsin wchodziła do remontowanej kuchni, a Paweł nagle odkrywał, że fuga w rogu wymaga dodatkowych minut kontroli. Tyle że teraz nie było Cartera (przynajmniej według pośrednich informacji, które przekazała im kilka dni temu) i to zmieniało wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ruszył w jej stronę, przeciskając się pomiędzy ludźmi. Po chwili stanął jakieś dwa metry od niej i przez chwilę obserwował, jak rozgląda się ponad głowami przechodniów. Stał wystarczająco długo, żeby zauważyć, że Tamsin wspięła się lekko na palce, próbując wypatrzeć go ponad ramieniem jakiegoś faceta w koszulce Brunsona. Wystarczająco długo, żeby samemu uśmiechnąć się pod nosem i dojść do wniosku, że zachowuje się jak kretyn. Zdecydowanie nie powinien był aż tak cieszyć się na jej widok po kilku dniach. Ale się cieszył bardziej niż zamierzał.

      — Cześć — odezwał się w końcu. Był wystarczająco blisko, żeby nie musiał podnosić głosu ponad uliczny hałas. Kiedy odwróciła się w jego stronę, uśmiech, który do tej pory był jedynie niewielkim drgnięciem kącika ust, zrobił się szerszy. — Oho — Złapał palcami za materiał własnej koszulki Knicksów, a potem wskazał jej. — widzę, że ktoś podszedł do tematu profesjonalnie. — Przyjrzał się numerowi. — Nowa? — W jego głosie pojawiła się podejrzliwość. — Tammy, nie mów mi, że kupiłaś koszulkę na jeden mecz, bo teraz zaczynam czuć odpowiedzialność za to, żebyś się dobrze bawiła. Ja mam swoją chyba sześć lat. Spałem w niej na lotnisku, malowałem mieszkanie i raz użyłem jako ręcznika. — Zawiesił głos. — Długa historia, nie pytaj. — Przesunął wzrokiem po niej raz jeszcze, tym razem trochę wolniej, ale zatrzymał się na twarzy. — Chociaż przyznaję, prezentujesz się bardziej profesjonalnie ode mnie.

      Coś w jej wyglądzie nadal drażniło mu mózg. W taki dobry sposób, który kazał mu przez chwilę zastanawiać się, czy powiedzieć jej zwyczajnie, że wygląda ładnie. To nie powinno być trudne. Paweł potrafił powiedzieć kobiecie, że jest piękna, zanim zdążyła skończyć pierwszego drinka. Flirt nie należał u niego do dziedzin wymagających specjalistycznego szkolenia. Tylko z Tammy każde takie zdanie natychmiast miało podwójne dno, bo cztery lata wcześniej istniał cały zestaw rzeczy, których sobie nie powiedzieli. Dlatego oczywiście zamiast powiedzieć coś normalnego, wskazał na jej głowę.

      — Masz włosy. — Genialnie, Wysocki. Kurwa, romantyk. Zmarszczył brwi sam na siebie. — To znaczy… — zakreślił palcem nieokreślony gest przy własnej głowie. — Rozpuszczone. — Jeszcze lepiej — Dobra — westchnął — Chodzi mi o to, że fajnie wyglądasz. Chodź. — Natychmiast zmienił temat i wskazał wejście. — Mamy dobre miejsca. Bardzo dobre. — Ruszył obok niej, zwalniając automatycznie tempo, chociaż Tamsin wcale wolno nie chodziła. — I zanim zapytasz: nie, nie dlatego, że jestem bogaty. Znam człowieka. A dokładniej znam człowieka, który zna człowieka, który kiedyś robił łazienkę człowiekowi. Sieć kontaktów budowlanych to nie żart.

      Przy kontroli bezpieczeństwa wyjął telefon, klucze i portfel, wrzucając wszystko do pojemnika.

      — Widzisz? Osiem lat w Nowym Jorku i w końcu doszedłem do momentu, kiedy nepotyzm zaczyna przynosić korzyści. — Kiedy przeszli dalej i otworzył bilety w telefonie, zerknął na nią jeszcze raz. — Uprzedzam też, że mam kilka zasad. — Podniósł pierwszy palec. — Jak sędzia gwiżdże przeciwko Knicksom, sędzia jest idiotą. — Drugi. — Jak gwiżdże na korzyść Knicksów, to doskonały fachowiec. — Trzeci. — Jak przegrywamy, trener jest debilem. — Czwarty. — Jak wygrywamy, zawsze w nich wierzyłem. — Spojrzał na nią bardzo poważnie. — To właściwie cała wiedza potrzebna do oglądania NBA.

      Usuń
    2. Kiedy weszli w główny hol, hałas uderzył ich o wiele mocniej. MSG w dniu meczu Knicksów to nie przelewki. Co z tego, że to dopiero początek sezonu, przecież w ostatnim zostali mistrzami a Paweł płakał jak bóbr widząc tę historyczną chwilę na żywo, choć kosztowała go ona tyle dolarów, że przez kolejny miesiąc żarł tylko paprykarza szczecińskiego. To było jedno z jego ulubionych miejsc w Nowym Jorku, nie ważne, ile musiałby płacić za bilety. Było głośne, zatłoczone, absurdalnie drogie i człowiek wychodził stąd z gardłem zdartym od darcia mordy. Tutaj nie trzeba było zachowywać się dobrze (czyli naturalne środowisko Pawła), tu można było krzyczeć, przeklinać, zbijać piątki z obcymi ludźmi. Być przez dwie godziny kompletnym idiotą bez najmniejszych konsekwencji. I jakaś część Pawła bardzo chciała zobaczyć, jak Tamsin odnajdzie się właśnie tutaj.

      — Głodna? — zapytał. — Bo jak odpowiesz „nie”, to i tak kupię nachosy. To nie randka jak nie ma stadionowego jedzenia. — Zrobił dwa kroki i uświadomił sobie, co właśnie padło z jego ust. Powoli odwrócił głowę zerkając z ukosa na Tamsin. — Znaczy… — Zmrużył oczy. — Nie powiedziałem, że to randka. — Westchnął. — Kurwa — Potarł dłonią szczękę. — Chciałem powiedzieć, że nie ma meczu bez jedzenia. — Kącik ust podjechał mu wyżej. — Zaczynam podejrzewać, że przy tobie mam jakiś problem neurologiczny. — Ruszył dalej, ale po chwili dodał: — Chociaż jak Maciek będzie pytał, to była to katastrofalna randka. Inaczej następnym razem będzie chciał swój bilet z powrotem. Jego żona nadal go nie puszcza, oczywiście. — Zachował kamienną twarz przez może sekundę. — Kompletnie niezwiązane z tym, że sam jej powiedziałem, żeby go nie puszczała. — Spojrzał na Tamsin, przyznając się do czegoś, co absolutnie nie musiał jej mówić, ale był paplą i najpierw mówił, a później myślał. — No co? Miałem dwa bilety, a chciałem iść z tobą, a nie Maćkiem. — Po prostu wzruszył lekko ramieniem, patrząc na nią z cieniem uśmiechu. — Więc rozwiązałem problem logistyczny.


      PAWEŁEK

      Usuń
  64. Niecałą godzinę od Manhattanu, tuż przy rzece Hudson, liście tulipanowca leniwie łaskotały wychodzące na zachód okno. Len pomyślał, że ktoś powinien był złapać za sekator i je przyciąć – ujarzmić, nim gałąź wśliźnie się do środka, uchyli zasłony i wydobędzie wszelkie sekrety na zewnątrz.
    Dzisiaj wszystkie trzeba było skryć. To zły dzień, by dzielić się tajemnicami – trzeba w końcu opchnąć ten dom, wyrastający między drzewami i kuszący obietnicą zwykłego a uroczego życia, obietnicą psutą przez tę zdziwaczałą, wykrzywioną wieżyczkę, pnącą się do słońca z lewej strony budynku, jakby przeszczepioną z zupełnie innego organizmu.
    Rozsypane na ścieżce kamyczki rzęziły pod butami, gdy Len spieszył się do drzwi wejściowych. Był spóźniony, ale tylko odrobinę; wciąż przed pierwszymi kupcami. Potencjalnymi kupcami.
    – Hej – powiedział na przywitanie.
    Głos Lena zgasł tak szybko, jakby hol go połknął. Wysoki i wąski, wyłożony ciemnym dębem, bezlitośnie pochłaniał popołudniowe światło – choć bystre oko mogło dostrzec, jak w powietrzu wirują drobinki kurzu, gdzieś nieopodal stromych kręconych schodów. Rzeźbiona balustrada wyginała się pod nienaturalnym kątem, potęgując wrażenie, że cały dom lekko chyli się ku upadkowi.
    Przez korytarz przeszedł szybko, zwyczajowo lekko przygarbiony i z rękami w kieszeniach, sadząc kroki sprężyste; a gdy zatrzymał się już w pokoju dziennym, posłał Tamsin delikatny uśmiech. Nieco zwyczajności w tym specyficznym miejscu.
    – Sorry, korki – wyjaśnił. Samochód zaparkował jakiś kwadrans drogi stąd. – Gdzie Burns? – zapytał o agentkę nieruchomości, która ich zatrudniła poprzez Ear Me Out.
    Len nie wiedział, skąd się o nich dowiedziała, bo akurat deal przyklepywał Seth. Zadanie było proste: potrzebowała mężczyzny i kobiety, którzy będą udawali młodą parę, niby to mieszkającą wcześniej we właśnie sprzedawanym domu. Początkowo młodego męża miał odegrać Elliott, jeden z okazyjnych aktorów, ściągany na poszczególne zlecenia; połamał się tydzień temu i do gry wkroczył Lenny.
    Na potrzeby poprzedniej akcji zapuścił brodę, więc dzisiejszego ranka mógł ją wreszcie ogolić, zostawiając sobie wąski wąsik. Uznał, że Jimowi Walkerowi – w którego się wcielał – pasuje to do osobowości. Poza tym ułożył włosy do przodu, tłumiąc ich zwykłą objętość, a kilka dłuższych, niedbałych kosmyków spuścił na czoło, przez co wyglądał nieco inaczej niż zazwyczaj.
    – Jak twój dzień, Emily? – zapytał miękko, podchodząc do Tamsin. Użył już jej przybranego imienia, chociaż sam nie wszedł jeszcze w stu procentach w rolę.
    Zmniejszył dystans bez wahania. Zagarnął ją ramieniem, dość pewnie ściągając ku sobie, by poczuła chłód faceta, który przed chwilą wszedł z dworu. Nie pieścił się z dotykiem. To był uścisk męża i trochę mechaniczny test ich fizycznej chemii przed wejściem klientów.
    – Będę cię łapał za rękę czy tam obejmował – mruknął zniżonym głosem, spoglądając na nią z góry. – Jak przesadzę, powiedz po prostu: Jim, zachowuj się albo co tam chcesz. Jasne?
    Koordynatorów bliskości nie mieli, to by była heca!, ale Lenny mimo wszystko nie chciał, by ktoś poczuł się niekomfortowo. W końcu Ear Me Out miało swoje standardy, nawet jeśli cała ta działalność opierała się na profesjonalnym wciskaniu ludziom kitu. Etyka zawodowa oszusta.
    Ale! Koniec końców najważniejszy był cel, a dzisiejszy sprowadzał się do jednego – sprzedać ten cholerny dom za wszelką cenę i zgarnąć grubą prowizję od zdesperowanej Burns.
    Len raz jeszcze omiótł wzrokiem salon, podświadomie szukając pęknięć w ich misternie przygotowanej fasadzie sielanki. Musieli stworzyć iluzję idealnego, bezpiecznego gniazdka, choć mury wokół nich aż gęstniały od sekretów. Zwłaszcza ta nieszczęsna wieżyczka, z której – jak głosiły lokalne plotki – poprzedni lokator zniknął bez śladu w środku burzliwej, lipcowej nocy.

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  65. Mattie może nie była typem fashonistki, ani specjalnie nie lubiła formalnych i eleganckich ubrań, niemniej kochała wychodzić do opery. Nawet jeśli wiązało się to z chwilową niedogodnością porzucenia luźnych jeansów i spodni dresowych na rzecz bardziej wyjściowej kreacji. Nie chodziło przecież o modę, a poszanowanie doniosłości miejsca kultury i uwielbienia muzyki.
    To był jeden z takich dni, gdy ledwo co wróciła do mieszkania, zdążyła zrobić szybki kilkukilometrowy bieg po okolicy i musiała wskakiwać pod prysznic, by zacząć się szykować do wyjścia. Była wdzięczna Tamsin za bilet i nie zamierzała zmarnować takiej okazji!
    Założyła więc na siebie jedną z wielu prostszych sukienek, dobrała do tego marynarkę i jakieś wygodne baleriny, bo nie było co ukrywać, miała zamiar zabrać znajomą po występie na wspólne spędzenie czasu na mieście. Wstępne liczyła na jakąś kolację, ale jeśli los chciałby je pokierować gdzieś dalej, to czemu by i nie? W końcu był weekend, a jutro Tilly mogła odespać. Cokolwiek by się nie wydarzyło, miała gwarancję bezpieczeństwa w postaci jednej nocy na dojście do siebie. Była już po trzydziestce i umówmy się, nie miała tyle sił, ani chęci, żeby wpół przytomnie zasuwać na 12 h zmianie wśród rozmaitych zapachów szpitalnych.
    Zmierzając do gmachu Metropolitan Opera wspominała jej pierwsze spotkanie z Tammy. Pamiętała bardzo dobrze jej przestraszone oczy, siniaki na ciele, które próbowała zakrywać i tego ohydnego gościa, dwa razy starszego od młodziutkiej dziewczyny, który nad nią stał, jawiąc się jako mąż. Mathilde dopiero rozpoczynała swoją karierę zawodową w tamtym czasie, mając wątpliwą przyjemność rozpocząć prace na ER. Tammy była chyba jej pierwszą ofiarą przemocy domowej, którą spotkała na oddziale i starała się wtedy zrobić wszystko by jakoś jej pomóc. Pierwszą rzeczą było wyproszenie męża z gabinetu pod pretekstem przymusu obejrzenia w ramach badania pacjentki i poszanowania jej intymności.
    Do dziś na samą myśl o tym wydarzeniu wzbierała w niej fala emocji, w klatce paliło żarem, a pięści same jej się zaciskały. Boże, jak ona nienawidziła mężczyzn. Przebrzydłe, okrutne i tępe chuje. Całe szczęście, że typ szybko skończył w piachu.
    Dzięki temu doświadczeniu Mattie jednak nauczyła się jak postępować w tego typu sytuacjach. Nieocenia okazała się wtedy też pomoc starszej koleżanki po fachu imieniem Barbra, która wytłumaczyła jej krok po kroku, co należy robić i co zgłaszać w takich wypadkach. To była jedyna pociecha, że w całym tym nieszczęściu, coś dobrego z tego wyszło.
    Musiała wziąć kilka głębszych oddechów zanim weszła do budynku opery żeby się uspokoić, ale gdy tętno delikatnie zwolniło, spokojniejsza, z namiastką uśmiechu na ustach, weszła do bram świątyni muzyki. Z zadowoleniem zajęła swoje miejsce i gromkimi brawami powitała orkiestrę, by następnie równie ochoczo pomachać do znajomej wiolonczelistki.
    Noc była młoda, a dziewczyny powinny trzymać się razem.

    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  66. Paweł odebrał od niej piwo w ostatniej chwili, zanim piana zdążyła spłynąć po plecach osoby siedzącej przed nimi

    — Elegancko — mruknął, unosząc kubek. — Pięć minut temu matcha i sałatki, teraz piwo za osiemnaście dolarów. Widzę, że szybko się adaptujesz do środowiska.

    — Niech pani usiądzie!

    — Daj jej sekundę, człowieku — rzucił Paweł do chłopaka za nimi, ale uśmiechał się przy tym szeroko. Sam usiadł dopiero, kiedy Tamsin opadła na swoje miejsce, a potem spojrzał na parkiet i natychmiast przestał wyglądać jak trzydziestopięcioletni właściciel firmy budowlanej.

    To była jedna z rzeczy, których o Pawle nie dało się zrozumieć, dopóki nie zobaczyło się go na meczu Knicksów. Na co dzień wszystko potrafił obrócić w żart, zgrywać obojętnego i podchodzić do życia z filozofią człowieka, który widział już wystarczająco dużo katastrof budowlanych, żeby nic nie mogło go zaskoczyć. Tutaj wszystkie racje jego bytu znikały, a oczy zaczynały mu się dosłownie świecić. Ich miejsca znajdowały się raptem kilka rzędów od parkietu; wystarczająco blisko, żeby słyszeć pisk butów zawodników na parkiecie, uderzenia piłki i pojedyncze okrzyki, które z góry trybun ginęły w ogólnym hałasie kibiców. Kiedy zawodnicy przebiegali przed ich sektorem, przestawali wyglądać jak ludzie z telewizora.

    — Widzisz to? — nachylił się do Tammy, chociaż znajdowali się od siebie może trzydzieści centymetrów. Wskazał parkiet z ekscytacją dziecka, które pierwszy raz zobaczyło samolot z bliska. — Widzisz, gdzie siedzimy? — Jakby sama nie zauważyła. — Ja pierdolę, Maciek by mnie teraz zabił. — Uśmiechnął się szeroko. — Warto było zniszczyć przyjaźń.

    Dopiero po chwili dotarło do niego pytanie Tammy. Spojrzał na zawodników, potem na nią.

    — Ty? — Przesunął wzrokiem po Tamsin od czubka głowy do nóg. — Przy nich wyglądałabyś jak dziecko, które zgubiło rodziców w centrum handlowym… OOOO, KURWA!

    Poderwał się z miejsca tak gwałtownie, że piwo zakołysało się niebezpiecznie w kubku. Zawodnik Knicksów poszedł pod kosz, piłka odbiła się od obręczy, ktoś próbował ją dobić, dwóch kolejnych wpadło na siebie, a Paweł stał już pochylony do przodu, jakby te kilkanaście metrów dzielące go od parkietu miało jakiekolwiek znaczenie i odpowiednim napięciem mięśni mógł pomóc piłce wpaść do kosza. Nie wpadła.

    — O JEZU CHRYSTE! — jęknął z autentycznym bólem, opadając z powrotem na siedzenie. — No miałeś to, człowieku! — upił łyk piwa studząc emocje. — Przyzwyczaisz się. — Sekundę później spojrzał na Tamsin i uśmiechnął się bez najmniejszego wstydu.

    Na parkiecie akcja ruszyła dalej, Paweł nie siedział spokojnie nawet przez pełne dziesięć sekund. Kolano podskakiwało mu rytmicznie, palce zaciskały się na kubku, a wzrok śledził piłkę z taką koncentracją, jakby za chwilę miał zostać wezwany na boisko w ramach nagłego zastępstwa.

    — Teraz patrz — rzucił do Tammy, pochylając się lekko do przodu. — Brunson. Jak dostanie piłkę tutaj, pójdzie pod kosz. — Brunson dostał piłkę, ale zamiast iść pod kosz podał ją na lewe skrzydło do Towns’a. Paweł zmarszczył brwi. — Dobra. Zmienił zdanie.

    Sekundę później piłka wróciła do Brunsona, poszedł rzut za trzy i wpadł czysto do kosza. Całe MSG eksplodowało w okrzykach, a Paweł razem z nim.

    — JEST! — Poderwał się, a ruch był tak automatyczny, że nawet nie zauważył, kiedy wolną ręką złapał Tamsin za przedramię, jakby koniecznie musiał upewnić się, że również zrozumiała wagę tej chwili. — WIDZIAŁAŚ?! — Oczywiście, że widziała, przecież siedziała obok, kretynie. Paweł puścił ją dopiero po sekundzie, sam nie zwracając większej uwagi na gest. Wyciągnął dłoń w jej stronę. — Piątka. Dawaj. — Poczekał, aż przybije. — Teraz już oficjalnie jesteś częścią mojej psychozy koszykarskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Facet siedzący z drugiej strony Pawła wyciągnął rękę, więc Pablo przybił piątkę również jemu. Potem następnemu człowiekowi w rzędzie, którego najprawdopodobniej nigdy wcześniej nie widział.

      — Go Knicks!

      — Go Knicks!

      Tamsin mogła go dotąd znać z budowy, gdzie nawet największy kryzys zwykle kwitował przekleństwem, kawą i krótkim: dobra, naprawimy. Mogła znać go z food trucka Hectora, otoczonego bandą facetów, z którymi kłócił się dla sportu i rozrywki, ale tutaj znikała reszta świata. Nie interesował go dzwoniący telefon, niezapłacone faktury od klientów i to, że jak tak dalej pójdzie to nie wie czy będzie miał na wypłaty. Nie myślał o poniedziałkowej dostawie płytek ani kliencie, który wymagał niemożliwego. Liczył się tylko mecz. No i to, że Tammy była obok. Ta ostatnia część zaczynała mu się podobać trochę za bardzo.

      Podczas kolejnej przerwy światła na moment przygasły, muzyka uderzyła mocniej i na telebimie zaczęły pojawiać się twarze ludzi z trybun. Paweł od razu się zainteresował.

      — O, kiss cam.

      Powiedział to całkiem niewinnie i dopiero sekundę później chyba przypomniał sobie, z kim siedzi. Spojrzał na Tammy, potem znowu na telebim, a po chwili znowu na Tamsin.

      — Spokojnie — powiedział z absolutnie niewinną miną. — Jesteśmy za blisko parkietu. Kamera poluje głównie wyżej.

      Nie miał pojęcia, czy to była prawda, ale wolał ją uspokoić. Na ekranie pojawiła się starsza para. Mężczyzna pocałował kobietę w policzek, ludzie zaczęli klaskać. Potem dwójka studentów. Potem jakiś facet próbujący uciec od swojej dziewczyny, co natychmiast spotkało się z buczeniem całej hali. Paweł śmiał się razem z resztą. Dziewczyna mężczyzny na ekranie w końcu złapała go za twarz i sama pocałowała, co hala nagrodziła rykiem godnym zdobycia mistrzostwa. Paweł zagwizdał razem z resztą.

      — Widzisz? Presja społeczna działa.

      Obraz przeskoczył na następną parę. Potem kolejną. Pablo sięgnął po piwo, kompletnie tracąc zainteresowanie zabawą. Znacznie bardziej ciekawiło go, czy Knicks po przerwie wrócą do ustawienia z pierwszej kwarty, więc pochylił się lekko do przodu, przyglądając zawodnikom zbierającym się przy ławce. Dopiero dziwny wzrost hałasu wokół niego sprawił, że zmarszczył brwi. Ktoś za nimi zagwizdał, a facet siedzący obok szturchnął Pawła łokciem.

      — Dude.

      — Co?

      Mężczyzna wskazał palcem nad parkiet. Paweł podążył za jego gestem i zamarł. Na ogromnym telebimie nad Madison Square Garden znajdowała się jego własna morda. Jego i Tammy, oboje otoczeni wielkim, obrzydliwie czerwonym sercem. Przez pierwszą sekundę mózg Pawła zwyczajnie odmówił współpracy, spojrzał na ekran, jakby w ogóle nie poznawał siebie

      — O kurwa.

      Kamera nie odjechała. Wręcz przeciwnie. Operator najwyraźniej wyczuł materiał, bo zrobił delikatne zbliżenie. Wokół nich natychmiast zrobiło się jeszcze głośniej.

      — KISS HER!

      — COME ON!

      Chłopak, który wcześniej kazał Tamsin usiąść, teraz darł się najgłośniej.

      — KISS! KISS! KISS!

      Paweł powoli odwrócił głowę.

      — Ty jesteś wyjątkowo zaangażowany w moje życie osobiste jak na człowieka, którego znam od dwudziestu minut.

      Chłopak tylko wskazał telebim.

      — DO IT!

      — Nie będziesz mi mówił, co mam robić.

      Usuń
    2. Publiczność oczywiście nie podzielała jego zdania. Ktoś zaczął rytmicznie klaskać. Kilka osób podchwyciło i darło ryja z KISS, KISS, KISS. Pablo parsknął śmiechem, ale kiedy ponownie spojrzał na Tammy, coś zmieniło mu się w twarzy. Nagle bardzo wyraźnie zdał sobie sprawę z tego, że siedziała naprawdę blisko. Wcześniej nie zwracał na to uwagi. Miejsca były ciasne, co chwilę nachylał się do niej, żeby coś powiedzieć, ich ramiona ocierały się o siebie, kiedy podskakiwali przy akcjach. Teraz wszystkie te centymetry stały się nieprzyzwoicie zauważalne.
      W jego głowie natychmiast pojawiła się tamta kuchnia sprzed czterech lat. Te wszystkie momenty, kiedy wystarczyłoby jedno pół kroku, którego nigdy wtedy nie zrobił. Nie był chujem, ona miała męża i była jego klientką… Ale teraz nawet nie wiedział, czy miała kogokolwiek. Poza jednym rzuconym mimochodem dupa nie wozi, które jego mózg przechowywał jak dokument o znaczeniu państwowym.

      — No dobra — mruknął, bardziej do niej niż do tłumu. — Przyznaję, nie przewidziałem tego w instrukcji obsługi Knicksów.

      — KISS! KISS! KISS!
      — Ja pierdolę, dajcie człowiekowi żyć. — Kamera nadal na nich wisiała, Paweł wskazał na telebim. — Ten operator ewidentnie ma problemy z granicami.

      Patrzył na Tammy i przez tę jedną chwilę przestał się wygłupiać. Mógł zrobić z tego żart. Pocałować ją demonstracyjnie w czoło, zasłonić kamerę czapką, pokazać operatorowi środkowy palec i zapewnić całemu Madison Square Garden materiał do śmiechu. Tylko że on chciał ją pocałować. I nie dlatego, że dwadzieścia tysięcy ludzi buczało, darło ryja kiss, kiss. Nie dlatego, że wisieli właśnie w gigantycznym sercu. Paweł chciał to zrobić już cztery lata temu i odkąd zobaczył ją kilka dni wcześniej pod food truckiem Hectora, ta informacja zaczynała mu coraz mniej subtelnie powracać do świadomości.
      Tyle że Paweł pamiętał również cztery lata ciszy i zamknięte drzwi. I choć najwyraźniej teraz znowu go przez nie wpuszczała, nie zamierzał wbiegać od razu do salonu w ubłoconych butach.

      — Mogę im pokazać środkowy palec — zaproponował z szerokim uśmiechem.


      PAWEŁEK


      Usuń

  67. Caleb był zmęczony swoją sytuacją. Ostatnie tygodnie coraz mocniej dawały mu się we znaki, choć na zewnątrz starał się tego nie pokazywać. Praca sama w sobie potrafiła wycisnąć z człowieka wszystko, zwłaszcza kiedy kolejna zmiana zaczynała przypominać poprzednią, a nadgodziny powoli przestawały być czymś wyjątkowym. Był przyzwyczajony do stresu, do trudnych sytuacji i konieczności zachowania zimnej krwi. Tego właśnie wymagał od niego zawód.
    W domu jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Jego żona potrzebowała jego pomocy i wsparcia. Po stracie było im naprawdę ciężko, choć każde z nich radziło sobie z tym na swój sposób. Caleb, być może właśnie przez wykonywany zawód, szybciej wrócił do codziennego funkcjonowania. Nie oznaczało to jednak, że zapomniał albo że przestało go to boleć. Po prostu nauczył się działać pomimo tego wszystkiego. Ona potrzebowała znacznie więcej czasu i Caleb doskonale to rozumiał.
    Nie zamierzał jej poganiać. Chciał dać jej tyle czasu, ile tylko potrzebowała. Bez pytań, bez naciskania, bez sugerowania, że powinna już czuć się lepiej. Nie chciał, żeby miała wrażenie, że coś robi nie tak. Dlatego kiedy wracał do domu po ciężkiej zmianie, odkładał własne problemy na bok. Nie opowiadał o tym, co wydarzyło się w pracy. Nie wspominał o stresie, zmęczeniu ani o sytuacjach, które czasami zostawały z nim na długo po zakończeniu dyżuru. Kiedy pytała, jak minął mu dzień, odpowiadał po prostu: Dobrze. I na tym zazwyczaj kończył. Nie dlatego, że nie miał o czym mówić. Wręcz przeciwnie. Czasami miał aż za dużo do powiedzenia. Wiedział jednak, że nie chciał dokładać jej kolejnych ciężarów. Wydawało mu się, że skoro ona i tak każdego dnia zmaga się z własnymi emocjami, nie powinien obciążać jej swoimi.
    Zamiast tego zajmował się domem.
    Sprzątał, robił zakupy, przygotowywał jedzenie i pilnował rzeczy, o których wcześniej nawet nie musiał specjalnie myśleć. Nie zawsze miał na to siłę. Bywały dni, kiedy po powrocie z pracy najchętniej położyłby się na kanapie i nie ruszał do rana. Mimo to robił to, co było konieczne. Powstrzymywał się przed narzekaniem, bo przecież nie chciał, żeby jego żona czuła się dodatkowo winna. Niby spędzała w domu całe dnie, ale często nie miała siły zajmować się takimi obowiązkami. W lepsze dni próbowała pomagać, czasami nawet udawało jej się zrobić coś więcej. Bywały jednak również takie, kiedy Caleb zastawał ją siedzącą na podłodze i wpatrującą się w sufit, ścianę albo okno. Zupełnie odciętą od świata.
    Nie miał jej tego za złe.
    Rozumiał, że nie robiła tego z wyboru. Wiedział, że niektórych rzeczy nie da się po prostu przestać czuć na zawołanie. Dlatego był obok. Nawet jeśli oznaczało to, że sam musiał nauczyć się radzić sobie z własnym zmęczeniem w ciszy.
    Tym bardziej ucieszył się z zaproszenia przyjaciółki na kawę. Niewielka rzecz, a jednak przez chwilę miał wrażenie, że ktoś wyciągnął go z tej samej, monotonnej rzeczywistości. Zazwyczaj jego wyjścia ograniczały się do pracy, zakupów i spraw związanych z domem. Nie miał zbyt wielu okazji, żeby zwyczajnie usiąść z kimś przy kawie i porozmawiać o czymś, co nie dotyczyło obowiązków.
    Dlatego cieszył się niemal jak małe dziecko. Oczywiście nie było tego po nim widać. Caleb potrafił zachować kamienną twarz nawet wtedy, kiedy wewnętrznie miał ochotę uśmiechać się od ucha do ucha. Tym razem jednak wystarczył jeden rzut oka na przyjaciółkę, żeby jego usta same wygięły się w przyjaznym uśmiechu.
    Podszedł do niej i uścisnął ją mocno na powitanie, zanim zajął miejsce naprzeciwko.
    — Jasne, dzięki — powiedział z uśmiechem, zerkając na nią.
    Na jej kolejny komentarz uniósł wysoko brew. Wiedział, że ten gest z pewnością nie umknie jej uwadze, ale jednocześnie naprawdę nie spodziewał się takiej bezpośredniości od razu na dzień dobry. Chyba trochę odwykł od ludzi, którzy potrafili powiedzieć mu coś prosto w twarz, zamiast ostrożnie dobierać każde słowo.
    — Dzięki. Też za tobą tęskniłem — odpowiedział z przekąsem, rozglądając się przez moment po lokalu.

    OdpowiedzUsuń
  68. W końcu westchnął cicho i oparł się wygodniej na krześle.
    — Miałem ostatnio sporo zmian i masę nadgodzin — przyznał. — Kompletnie rozregulował mi się sen. A wiesz, w domu też trzeba ogarnąć.
    Wzruszył lekko ramionami, jakby nie było w tym nic wielkiego. Jakby kilka dodatkowych godzin pracy, niewyspanie i obowiązki czekające na niego po powrocie były czymś zupełnie normalnym. Może dla niego rzeczywiście zaczynały takie być.
    Przez chwilę przyglądał się jej z zaciekawieniem. Dopiero teraz, kiedy siedział naprzeciwko kogoś znajomego i mógł na moment odsunąć od siebie wszystkie obowiązki, zauważył, jak bardzo brakowało mu takich zwyczajnych spotkań. Nie musiał tutaj pilnować domu. Nie musiał zastanawiać się, czy jego żona czegoś potrzebuje. Nie musiał być tym, który wszystko trzyma w ryzach. Mógł po prostu być Calebem.
    Jego spojrzenie jeszcze raz przesunęło się po jej twarzy, a na ustach pojawił się rozbawiony uśmiech.
    — Ale ty wyglądasz naprawdę dobrze — zauważył. Zmrużył lekko oczy, jakby próbował znaleźć odpowiedź na zagadkę, którą właśnie przed nim postawiono. — Nowy krem czy drogie maseczki?
    Zaśmiał się cicho, wyraźnie zadowolony z własnego żartu. Po raz pierwszy od dawna poczuł, że może pozwolić sobie na zwyczajną, lekką rozmowę. I chyba właśnie tego potrzebował bardziej, niż chciałby się przed samym sobą przyznać.


    CALEB

    OdpowiedzUsuń
  69. Może trafili do bajkowego miejsca, gdzie aż roiło się od księżniczek, książąt i dziesiątek innych postaci z różnorakich opowieści, ale prawdopodobieństwo, że ktoś połasiłby się na samotnie stojącą gdzieś w kącie wiolonczelę, było wysokie. Nie ma się co oszukiwać – dla kogoś mniej kulturalnego mogła wyglądać jak całkiem atrakcyjny łup, a lepiej nie sprawdzać na własnej skórze, czy nowojorscy złodzieje również doceniają muzykę klasyczną. Dla takich złodziejaszków, którzy nie wyrośli na szacunku do sztuki, wiolonczela to zwykły kawałek drewna z kupą żelastwa, natomiast dla Tamsin, pomijając już fakt, że to jej narzędzie pracy, instrument miał pewnie dużą wartość sentymentalną i to właśnie tej wartości byłoby najbardziej szkoda. Uśmiechnął się na wzmiankę o graniu na nerwach oraz o Guliwerze i Lilipucie, a gdy Tamsin zdecydowała się skorzystać z propozycji, ruszyli w stronę wysokiego wieżowca, w którego szybach odbijało się górujące słońce. Amber od razu złapała ją za rękę, jakby było to dla niej czymś zupełnie naturalnym, a on przyglądał się temu z pewnym zainteresowaniem, bo nieczęsto miał okazję obserwować dziewczyny razem. Ich relacja wydawała mu się zaskakująco bliska jak na znajomość, która w gruncie rzeczy zaczęła się od nauki gry na wiolonczeli, do której dziewczynka z początku nie była wcale przekonana, z kolei Amber chyba już dawno przestała traktować Tamsin wyłącznie jak swoją ulubioną nauczycielkę. Absolutnie mu to nie przeszkadzało. To znaczy, zastanawiał się, w którym to momencie jego córka zdążyła sobie tak po prostu adoptować kolejną dorosłą osobę do swojego najbliższego grona, ale nie widział w tym niczego złego. Przecież gdyby Tamsin czuła się z tym niekomfortowo albo czułaby jakąkolwiek presję z tego powodu, na pewno wyznaczyłaby tej młodej damie granice. I on z pewnością nie próbowałby tego w żaden sposób kwestionować, a wręcz przeciwnie. Gdyby jego córka zaczęła pozwalać sobie na zbyt wiele, a Tamsin zgłosiła mu chociaż jedną uwagę z tym związaną, sam zadbałby o to, żeby Amber zrozumiała, gdzie kończy się jej dziecięca poufałość, a zaczyna czyjaś przestrzeń. Nie miał żadnego problemu z tym, że córka tak bardzo ją polubiła, ale zależało mu na tym, żeby Tamsin nie musiała nigdy udawać, że coś jej odpowiada tylko dlatego, że mała księżniczka mianowała ją swoją koleżanką. Chodziło mu po prostu o to, żeby ich bliskość była swobodna dla obu stron i żeby żadna z nich nie musiała znosić czegoś wyłącznie dla świętego spokoju.
    Ale kiedy tak na nie patrzył, i kiedy słuchał wymiany zdań, idąc sobie troszkę z boku, to nie dostrzegał niczego, co wskazywałoby na zmuszanie się do czegokolwiek. Rozmawiały tak swobodnie, jak rozumiały się od lat. Gdy Tamsin zerknęła na niego w trakcie rozmowy o breloczku, uniósł chwilowo ręce w obronnym geście, nie zamierzając się w to mieszać. Znaczy się, on chciałby się w to nie mieszać, ale miał stu procentową pewność, że przeprawa z wymianą breloczka to będzie temat następnego dnia, który go nie ominie, i że akceptowalne będzie jedynie to, co będzie miało kuleczki jarzębiny w projekcie.
    — Niedługo jarzębina dojrzeje. Jeśli Olaf wytrzyma jeszcze trochę, to zerwiemy ją w ogrodzie i zrobimy idealny brelok — zasugerował, a Amber spojrzała na niego i wzruszyła ramieniem. Dotknęła jeszcze spinki we włosach, którą Tamsin jej sprezentowała, żeby się upewnić, że wciąż tam jest. Całe szczęście, spinka była na miejscu. Inaczej musieliby wracać i jej szukać.
    — Wiesz co, tato? To naprawdę beznadziejne, że na niektóre rzeczy trzeba czekać, aż urosną — odpowiedziała, wzdychając ze zrezygnowaniem. Gdy weszli do budynku, puściła dłoń Tamsin i pobiegła do jednej z wind, żeby wcisnąć odpowiedni guzik na panelu i przywołać windę z wyższego piętra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przestronnym holu kręciło się sporo osób, część szła na siłownię, inni wychodzili z restauracji, ale do ich windy nikt poza nimi nie czekał, więc gdy do niej weszli, byli tylko we troje.
      Podróż na siedemdziesiąte szóste piętro nie trwała więcej niż minutę. Amber przeglądała się w lustrze i próbowała wcisnąć wystające kosmyki włosów w błękitną gumkę na końcu warkocza. Nie był to warkocz idealny, taki trochę w stylu messy, choć nie dlatego, że Tanner chciał, żeby przybrał on taką roztrzepaną formę. Po prostu lepiej zapleść go nie potrafił. Mógł szlifować kamień z precyzją godną maszyny, ale przy trzech pasmach włosów jego zdolności manualne kończyły się szybciej. Dziwne, ale prawdziwe.
      Gdy wyszli z windy, dziewczynka pobiegła pod drzwi do mieszkania, próbując za chwilę dosięgnąć panelu, na którym można było wpisać kod dostępu, albo przyłożyć specjalną kartę. Tanner uśmiechnął się, bo Amber robiła to za każdym razem i za każdym razem brakowało jej do przycisków coraz mniej, więc wiedzieli oboje, że lada moment ona sama będzie przy tym majstrować.
      — Może na szybko przygotuję nam coś do picia, co wy na to? — Tanner spojrzał na Tamsin, otwierając drzwi do mieszkania. Amber wsunęła się jako pierwsza, jeszcze za nim otworzył szeroko drzwi.
      — Taaak, sok z porzeczek! — zawołała gdzieś z kuchni. Zdążyła już wspiąć się na blat, żeby wystawić z szafki nablat trzy szklanki, więc Tanner znalazł się w pobliżu, żeby asekurować tę gimnastykę wspinaczkową. Może powinni pomyśleć jeszcze o jakichś zajęciach ruchowych dla tej księżniczki. — Tamsin? — zaczęła niepewnie, zsuwając się z blatu i łapiąc się przy tym Tannera. — Czy ty lubisz sok z porzeczek? — zapytała, zaskoczona, że wciąż czegoś o niej nie wiedziała. Oczywiście, mieli do wyboru jeszcze zwykłą wodę, sok pomarańczowy i tonik, gdyby Tamsin nie podzielała ich sympatii do porzeczek.

      Tanner Morgan 🍇🥤

      Usuń
  70. Rzeczywiście nikt mu tu nie machał z okna, nie licząc alpinistów przemysłowych, którzy zwisali na elewacji kilka razy do roku, tyle że oni i tak nie machali do niego a do Amber, jeśli dziewczynka była akurat w mieszkaniu i dawała im pretekst do tego, żeby zostać zauważoną. Swoją drogą, jego praca i tak prawie codziennie dostarczała mu na tyle dużo okazji do przebywania wśród ludzi i ich problemów, że nie miał potrzeby szukać tego dodatkowo po godzinach, ale tłum nigdy mu nie przeszkadzał. Mógł pójść na festiwal, stanąć pośród kilkunastu tysięcy osób, wziąć udział w jakimś absurdalnym flash mobie czy bez mrugnięcia przecisnąć się przez środek najbardziej zatłoczonej ulicy Manhattanu, bo żyjąc w tej wielomilionowej dżungli od urodzenia, był już do tego po prostu przyzwyczajony. Jedyne co, to nie przepadał za chaosem i poczuciem, że wszyscy poruszają się jednocześnie w przypadkowych kierunkach, więc dopóki tłum nie zamieniał się w bezładną masę ludzi, a całość trzymała się kupy, nie miał najmniejszego problemu z tym, żeby być jednym z wielu. Nie miałby też problemu mieszkać w takiej okolicy, w jakiej mieszkała Tamsin, ale los rozdał karty inaczej, a on nigdy nie miał potrzeby tego zmieniać, bo w Central Park Tower pasowało mu przede wszystkim to, że wieżowiec znajdował się w centrum. Miał rzut beretem do kancelarii i do salonu jubilerskiego, gdzie często chodził piechotą, do sklepów z rzeczami pierwszej potrzeby i właściwie do wszystkiego, czego mógł potrzebować na co dzień. W budynku miał pod nosem basen i siłownię, z których korzystał, nie tracąc czasu na godzinne korki, żeby przemieścić się z miejsca na miejsce. Cenił sobie czas, bo czas to jedna z niewielu rzeczy, których nie można kupić ani odzyskać, kiedy już raz się je straciło. Pieniądze można było zarobić ponownie, spotkanie przełożyć na kiedy indziej, a część obowiązków po prostu komuś zlecić, natomiast doba uparcie pozostaje dobą i ucieka bezpowrotnie. Mieszkanie tu było zatem wygodne. Czy jemu pasowała cała ta otoczka z tym związana i prestiż tego miejsca? Nie płakałby wcale, gdyby tego nie było. Widok z okien był wyjątkowy, ale nie jest coś, na co człowiek będzie patrzeć bez końca z takim samym zachwytem. Zdecydowanie wolał mieszkać na obrzeżach, gdzie po przekroczeniu progu można było odciąć się od miejskiego zgiełku i odpocząć, ale problem w tym, że mieszkanie na obrzeżach wiązało się ze stratą dużej ilości czasu. Dojechać z Kings Point na Manhattan i na odwrót w godzinach szczytu potrafiło zająć tyle czasu, że po dotarciu na miejsce można było zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem nie opłacałoby się przyjechać jednak dzień wcześniej. Poza tym człowiek mógł całe swoje życie przemyśleć przez ten czas i dojść przy tym do naprawdę dziwnych wniosków.
    Skinął lekko głową, gdy Tamsin oznajmiła, że pójdzie się przebrać, a potem przewiesił marynarkę przez kuchenny hoker, wyjął z lodówki sok porzeczkowy i uzupełnił nim trzy szklanki. Odrobinę rozcieńczył wszystkie porcje wodą, wrzucił kilka kostek lodu oraz listków mięty i zamieszał łyżeczką. Amber ochoczo przejęła od niego tę szklankę z mniejsza ilością lodu i zaraz zamoczyła usta w napoju, przez chwilę cicho go sobie siorbiąc.
    — Bardzo się cieszę, że Tamsin lubi porzeczkowy sok — przyznała, uśmiechając się do Tannera tak promiennie, jakby ta informacja naprawdę sprawiła jej niewyobrażalną radość. Może od czasu do czasu będzie chciała zabierać na zajęcia dodatkową porcję, właśnie dla niej.
    — Ja też — odpowiedział, biorąc łyk napoju. Oparł się plecami o blat i przytulił Amber do swojego boku, uważając tylko, żeby nie strącić jej szklanki.
    Milczeli sobie przez chwilę, zajęci sokiem, a kiedy Tamsin wróciła do kuchni, oboje spojrzeli na nią w tym samym czasie. Amber z entuzjazmem dała zrobić sobie nową fryzurę, a Tanner obserwował z uśmiechem to, jak Tamsin zaplatała jej poprawnego warkocza. Dobierane, odwrócone, takie i siakie – nie znał się na tym kompletnie, to i tak cud, że potrafił zrobić z włosami córki cokolwiek, bo były tak lejące, że uciekały z palców przy każdym ruchu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Starałem się. Bardzo — zaznaczył, bo to była akurat prawda, ale nie miał oczywiście nic przeciwko, żeby Tamsin zrobiła to sto razy lepiej. A patrząc na to, co zaplotła samej sobie, jego warkocz miał jeszcze sporo do nadrobienia, bo Tamsin operowała w zupełnie innej lidze. A tak poza tym warkocz wyjątkowo dobrze jej pasował. Podkreślał rysy twarzy i odsłaniał szyję, na której wciąż prezentowała się biżuteria, choć nowa wersja sukienki też robiła swoje w tym temacie.
      Drgnął po chwili, słysząc prośbę. Nie wiedzieć czemu, ale gdy poprosiła, żeby ją związać z tyłu, jego myśli na moment powędrowały w zdecydowanie mniej niewinne rejony, niż sugerowała sytuacja. Oczywiście przywołał swój umysł do porządku bardzo szybko, ale lekkie rozbawienie wciąż widniało na jego twarzy.
      — Jasne. Chociaż muszę przyznać, że dobrałaś do tego prośbę o bardzo interesującym brzmieniu — zauważył z rozbawieniem. — Na szczęście potrafię się zachować. Chyba.
      Postawił szklankę na kuchennej wyspie i stanął za plecami Tamsin, najpierw obrzucając spojrzeniem tą gorsetową konstrukcję i mechanizm jej działania. Rozwiązał wiązanie jednym pociągnięciem sznurka, po czym złapał za końce tasiemek i zaczął ponownie je zaciągać, stopniowo i z wyczuciem, pilnując, żeby materiał ułożył się równo, a gorset trzymał się dokładnie tak, jak powinien. Na koniec szarpnął lekko za tasiemki, dopasowując całość i zawiązał je na zgrabną kokardkę.
      — Czy tak jest odpowiednio mocno? — upewnił się, wplatając w ton nieco dwuznaczną nutę i odsunął się z uśmiechem. Zerknął na warkocza Amber i sięgnął z powrotem po szklankę, biorąc zaraz łyk soku.
      — Tamsin, dlaczego nie masz dzieci? — padło nagle ze strony Amber, która siedziała grzecznie na hokerze, machała jedną nogą i wpatrywała się w sok w szklance, którą trzymała w dłoniach.
      Tanner właśnie przełykał, kiedy pytanie córki dotarło do jego uszu. Zakrztusił się lekko i odkaszlnął, szybko opuszczając szklankę. Spojrzał na Amber z miną człowieka, który przez ułamek sekundy naprawdę rozważał, czy jego córka serio postanowiła zadać takie pytanie bez najmniejszego ostrzeżenia.
      — Kochanie — odezwał się, spoglądając na Amber nieco bardziej surowo. — Nie pytamy dorosłych o takie rzeczy wprost. To trochę zbyt osobiste pytanie — powiedział i podniósł spojrzenie na Tamsin, jej posyłając to przepraszające. Fakt, że to tylko niewinne pytanie ciekawego dziecka, ale mimo wszystko nie każda rzecz, która pojawiała się w jej głowie, musiała od razu trafiać na głos przy osobie, której dotyczyła.

      Tanner Morgan 🤭

      Usuń
  71. Wzruszył niewinnie ramionami na jej odpowiedź i uśmiechnął się, obserwując proces powstawania warkocza, który na prośbę Amber miał utrzymać się do jutra. Tanner może i nie miał w sobie wiele z lekkoducha, ale do sztywniaka też było mu daleko, bo nie chodził z kijem w miejscu kręgosłupa i potrafił się pośmiać, szczególnie kiedy trafiał na kogoś, kto dawał mu do tego temu powód. Jeszcze większą przyjemność sprawiało mu czasem przeciąganie czyjejś cierpliwości, takie niewinne sprawdzanie, jak daleko znajduje się u kogoś ta twarda granica, która powinna zostać nienaruszalna. Akurat z Tamsin zawsze żartowało mu się bardzo swobodnie. Kiedy rozmawiali, każdy temat poruszali na poważnie, ale kiedy przychodził moment na żarciki, oboje z lekkością i bez niepotrzebnego zastanawiania się, czy wypada, przechodzili z jednego tonu w drugi. Tanner pozwalał sobie na trochę zaczepności, a Tamsin nie miała problemu z tym, żeby mu na nią odpowiedzieć, czasami nawet mocniej, niż sam się spodziewał. Mimo wszystko zawsze pilnował, żeby te żarty mieściły się w ramach przyzwoitości. Owszem, Tamsin była piękną kobietą, a on był zdrowym facetem, więc jego zaczepki czasami mogły ocierać się o niewinny flirt, ale nigdy nie wynikało to z traktowania jej przedmiotowo. Zresztą sam fakt, że pozwalał sobie na podobne żarty, nie oznaczał jeszcze, że zamierzał zrobić z nich coś więcej. Podobała mu się jako kobieta, lubił jej charakter, sposób bycia, poczucie humoru i tego wcale nie musiał przed sobą ukrywać – a na pewno nie był pod tym względem wyjątkiem, bo była atrakcyjną kobietą i każdy zdrowy facet musiał to zauważyć – jednak właśnie dlatego tym bardziej zwracał uwagę na to, żeby nie sprowadzać tych drobnych zaczepek do fizycznego pożądania. Poza tym znał jakąś część jej historii, rozumiał przez co przeszła, więc nawet jeśli zdarzało mu się być dupkiem, to tu musiałby być dupkiem do potęgi, żeby świadomie dążyć do jakichś cielesnych uniesień z jej udziałem.
    Pytanie o dzieci nie było pierwszym pytaniem z serii małych bomb i na pewno nie ostatnim, bo Amber była ciekawa świata, próbując zrozumieć pewne zależności na swój własny sposób. Teraz miała fazę zadawania tego typu pytań, więc je zadawała każdemu, kogo uznała za odpowiedniego, a potem analizowała w swojej główce te odpowiedzi i układała z tego własny światopogląd, który na pewno zmieni się za kilka tygodni w jakiś zupełnie inny. Była dzieckiem i miała do tego prawo, ale mimo wszystko musiała też rozumieć, że są tematy, o które po prostu nie wypada pytać innych ludzi, zwłaszcza jeśli dotykają ich prywatnego życia. Doceniał jednak, że Tamsin odpowiedziała i że zrobiła to w taki sposób, żeby ta dziecięca ciekawość została w pewnym stopniu zaspokojona. Widział zresztą, że Amber analizowała wzmiankę o braku czasu na udzielanie lekcji, jakby właśnie tak mogła przełożyć powagę posiadania dzieci na powagę sytuacji. Skoro Tamsin nie mogłaby nauczać, to sytuacja naprawdę musiałaby być poważna.
    — Pani od robotyki też powiedziała, że nie spotkała swojego księcia — zauważyła, zsuwając się z kuchennego hokera. — Ale nowy kolega mamy powiedział, że nie lubi dzieci. Poza mną, bo jestem tak wyjątkowa, jak mama — wzruszyła ramionami i zrobiła taką minę, jakby niczego z tego nie rozumiała, a potem podreptała do lustra, oglądając po drodze końcówkę warkocza.
    Tanner zamilkł, zacisnął szczękę i wziął nieco głębszy wdech, powoli wypuszczając powietrze nosem. Wolałby tego nie słyszeć, naprawdę, dla własnego spokoju wolałby nawet nie wiedzieć. I to nie chodziło absolutnie o to, że pojawił się nowy kolega, a o fakt, że przy Amber kręcił się ktoś, kogo on sam nie miał okazji nawet zweryfikować. Może był trochę przewrażliwiony, trudno, ale szlag go trafiał na samą myśl. Dlatego też nie wyobrażał sobie tych dni, kiedy Amber będzie starsza, a wokół niej zaczną kręcić się pierwsi adoratorzy. Uchowaj boże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potarł brodę i dopił ze szklanki swoją porcję soku, a potem odstawił szklankę do zlewu.
      — Jest taki piękny, Tammy! — Amber pisnęła, oglądając się w lustrze i sprawdzając palcami równy splot. Odwróciła się nagle i podbiegła do Tamsin, żeby ją przytulić. — Dziękuję. — Spojrzała na nią z dołu z tym swoim słodkim uśmiechem i wielkimi oczami, które momentami zdawały się rozumieć znacznie więcej.
      — Chciałabym jeszcze wziąć torebkę — oznajmiła, przenosząc wzrok na Tannera, który skinął tylko głową w odpowiedzi. Wciąż przełykał tę niewinną informację, ale skoro jeszcze nie wychodzili, z racji tego, że Amber pobiegła po torebkę, to postanowił skorzystać z momentu. Przeszedł do salonu i wrócił zaraz z kwitkiem, który należał już do Tamsin. Miała zdjęcie, ale oryginał to zawsze dodatkowe potwierdzenie.
      — Udało się sprzedać nawet z lekkim zyskiem — przyznał, przekazując jej czek z lekkim uśmiechem. — Rubiny ostatnio znów cieszą się popularnością. Moda na czerwień i te sprawy — dodał. Tak naprawdę to wyszło sporo na korzyść, bo raz że zysk ze sprzedaży, skoro biżuteria poszła za nieco wyższą cenę niż w momencie kupna, to jeszcze pozbycie się ciążących pamiątek po byłym mężu.

      Tanner Morgan 👜

      Usuń
  72. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  73. Tammy nie była złotym dzieckiem. Nie przejawiała w dzieciństwie szczególnych uzdolnień artystycznych czy muzykalnych, jednak nie miała sobie równych w irytującym dociekaniu dlaczego? do prawdy. Sami państwo Stevenson z resztą gorąco zachęcali ją do poszerzania wiedzy i świadomości o świecie oraz otaczających ich procesach. Sami uważali siebie za intelektualistów, dlatego chcieli aby ich osobiste jabłko spadło wprost pod koronę rodzinnej jabłoni. Stąd od najmłodszych lat pochłaniała książki z przeróżnych dziedzin, często tych spoza kanonu lektur dziecięcych. Chciała wiedzieć, rozumieć i zrobić coś wielkiego, by wszystkim ludziom było jeszcze lepiej. Tylko, że potem dorosła, doczytała większą ilość opracowań i książek, by zrozumieć, że świat jest szary, a na wiele rzeczy jako przeciętny obywatel nie ma zupełnie wpływu. I to była jedna z wielu gorzkich lekcji w życiu. Dlatego też teraz pomagała ludziom możliwie najlepiej jak umiała w zawodzie zaufania publicznego. Zdrowie w końcu to ważna kwestia dla każdego. I tutaj przynajmniej mogła coś zdziałać.
    Mimo braku talentów muzycznych Tilly wyrosła na miłośniczkę klasycznych utworów, choć nie potrafiła z wielką wiedzą o nich opowiadać. Wiedziała co jej się podoba, potrafiła docenić zgranie orkiestry oraz jej zaangażowanie, a przede wszystkim mogła przy tych dźwiękach odetchnąć. Jasne, słuchała również techno, ale dla niej w obu przypadkach wrażenia akustyczne miały to samo zadanie - uspokoić jej system nerwowy. Lubiła przewidywalny, cykliczny rytm techno, tak jak i zatracić się w harmonii dźwięków orkiestry. Wszystko by zapomnieć regularnego wycia maszyn na oddziale. Cisza również jej odpowiadała.
    Przestępowała z nogi na nogę w halu, obserwując kolejnych ludzi opuszczających gmach opery. Bez zniecierpliwienia oddawała się wspomnieniom z koncertu, odtwarzając w pamięci momenty wielkiego zaangażowania Tammy oraz zwyczajnie uśmiechając się do siebie z zadowoleniem nad przeżyciem czegoś tak przyjemnego. Czuła błogi spokój.
    — Tammy… — wymruczała spokojnie, siląc się na opanowanie i pogodny tąbr głosu, choć nie była fanką niespodzianek, a na zaskoczenia tego typu lubiła reagować szybko, obezwładniając drugą osobę. Był to nawyk z pracy, bo niejednokrotnie musiała ratować własną skórę przed agresywnymi osobami. Przed nachalnymi mężczyznami na mieście też. Zdążyła jednak w porę się opanować. — Doskonały koncert, naprawdę! Ty też wspaniale błyszczałaś na scenie i dałaś nie lada popis. Jestem dumna, że mogę szczycić się znajomością z taką wiolonczelistką! — zaśmiała się pogodnie, ściskając i całując znajomą w policzek na powitanie.
    — Tak sobie myślałam… Słyszałam, że otworzyli w okolicy ciekawą knajpę z karaibskim jedzeniem. Zapraszam Cię na kolację. Przy okazji nadgonimy trochę opowieści z ostatniego czasu, a potem zobaczymy co dalej. — zaordynowała łapiąc dziewczynę pod ramię. — Więc…Co U Ciebie słychać?
    Spojrzała na Tamsin uważnie, chłonąc wyraźnie widok jej osoby z bliska pierwszy raz tego wieczoru. Zawsze uważała, że znajoma należy do tych naprawdę ładnych dziewczyn. Co więcej, cholernie zdolnych. Tym samym Mattie wciąż nie mogła uwierzyć, jak ta dziewczyna wplątała się w małżeństwo ze starym, kontrolującym bokserem kobiet. Czasami wydawało jej się to wręcz nierealne, przeczące wszystkim prawom fizyki, nie składające się w całość i szczerze, to czasami zapominała, że to w ogóle miało miejsce. Tak bardzo wydawało się nieprawdopodobne.
    Na szczęście czas leczył rany, a życie biegło dalej, zaś obie były młode i mały jeszcze wszystko przed sobą. Na pewno Tamsin miała, tego Tilly była pewna.

    Mathilde

    OdpowiedzUsuń
  74. Z uczuciami w jego przypadku było jak z dobrze poukładanym kalendarzem, w którym wszystko miało swoje miejsce i czas, i gdzie przypadkowe wpisy nie były mile widziane. Był bardzo, ale to bardzo ostrożny w tej kwestii, chociaż nie z podobnego powodu, co Tamsin. Nie zakochałby się tylko dlatego, że ktoś wzbudziłby w nim specyficzne emocje, bo nie miał w sobie tyle ciepła, co ona, żeby móc je w ogóle na ślepo rozdawać. Żeby dopuścić do siebie coś więcej z tych uczuć, potrzebował zaufania, a to właśnie zaufanie do drugiej osoby przychodziło mu wolniej niż sympatia. Dopóki nie miał do kogoś stu procentowego zaufania, to nie istniał nawet cień szansy, że wpuści tego kogoś do swojego życia. Nie wynikało to z tego, że bał się rozczarowania, bo nie pokładał w ludziach takiej nadziei, żeby móc się nimi porządnie rozczarować. Nie bał się nawet tego, że ktoś mógłby go zranić, bo jako dziecko dorastające pod okiem surowych i wymagających rodziców, potrafił sobie z tym świetnie poradzić. W przypadku zakochania, bardziej niepokoiła go sama utrata kontroli nad czymś, co przez całe życie nauczył się bardzo dokładnie trzymać w ryzach, czyli nad samym sobą. Nad emocjami, decyzjami i tym, w jakim kierunku mogłyby go popchnąć. Co prawda nigdy nie był tak szczerze zakochany, żeby wiedzieć to z autopsji, ale miał pełną świadomość, co ten stan potrafi zrobić z ludźmi i jak skutecznie potrafi wywrócić do góry nogami nawet najbardziej poukładane życie. I trochę się tego bał, choć to jednak nie dla tego nigdy nie dopuścił do siebie tego uczucia. Za to odpowiadała akurat jego sytuacja rodzinna i w zasadzie też życiowa, bo od lat był związany z kobietą, która była po prostu częścią układu. Nie mógł się zakochać, bo gdyby to zrobił, byłby naprawdę nieszczęśliwym człowiekiem, uwięzionym w relacji, z której nie mógłby tak po prostu wyjść, mimo że serce dawno zaczęłoby domagać się czegoś zupełnie innego. Tkwiłby w klatce zbudowanej z własnych zobowiązań, rodzinnych powiązań i całego życia, którego nie dało się przekreślić ot tak jedną decyzją. Dopiero teraz, kiedy ich sytuacja prawna zaczęła się rozwiązywać, po raz pierwszy mógł spojrzeć na własne życie jak na coś, co rzeczywiście może jeszcze ułożyć po swojemu. Tylko pytanie, czy on w ogóle jeszcze potrafił?
    — Cała przyjemność po mojej stronie. Naprawdę, to dla mnie żaden problem, Tammy — zapewnił, bo sprzedaż biżuterii nie była czymś, co mogło sprawić mu jakikolwiek problem. Był częścią tego światka od wielu lat i doskonale wiedział do kogo uderzyć, żeby transakcja była zadowalająca dla obu stron, a procesowanie jej nie trwało przez wieczność. Gdyby kazała mu sprzedać kredens, to wtedy rzeczywiście sprawa wyglądałaby inaczej, bo musiałby się trochę nagłowić i przede wszystkim znaleźć kogoś, kto chciałby go kupić, zanim zacząłby zastanawiać się, ile właściwie jest wart. Z diamentami na szczęście sytuacja była znacznie prostsza, przynajmniej dla niego. Tu naprawdę się nie napracował.
    O nowym koledze też nie wiedział. To znaczy, docierały do niego pewne informacje, bo Dakota przez jakiś czas próbowała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę. Podsuwała mu drobne szczegóły ze spotkań z facetami i liczyła na to, że z zazdrości on sam zacznie w końcu dopytywać. Nie robił tego jednak, bo zazdrość wobec niej nigdy nie była mu bliska. Nie odczuwał jej ani wtedy, gdy łączyła ich relacja łóżkowa, ani później, kiedy zostali małżeństwem, ani teraz, gdy próbowali się rozwieść. W ogóle go to nie obchodziło. Ją to i owszem – wściekała się o każdą tego typu rzecz, nawet gdy była to tylko głupia kolacja służbowa, czy przydługa rozmowa telefoniczna. Teraz sprawa była o tyle poważniejsza, że o istnieniu tego nowego kolegi wiedziała Amber, więc pozostało mu mieć tylko nadzieję, że to nie kolejna idiotyczna zagrywka na zazdrość, a coś sensownego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo gdyby okazało się, że Dakota zaczęła przedstawiać córce kolejnych mężczyzn, którzy pojawiali się w jej życiu równie szybko, co z niego znikali, to Tanner z pewnością nie przyjmie tego z takim samym spokojem.
      — Dzięki — odparł krótko, zauważając już Amber wkraczającą do kuchni. Nie rozmawiał o tym w zasadzie z nikim, więc skorzystanie z propozycji byłoby pewnie dla niego dobrym pomysłem pod względem psychicznym. Zrzucić z siebie trochę balastu. Spojrzeć na sytuację cudzymi oczami. Ale szansa na to, że skorzysta z tej opcji, jest raczej mała, chyba że z czasem okazja do takiej pogawędki przyjdzie samoistnie. Nie był zbyt wylewny uczuciowo, podobnie jak nie dzielił się swoimi problemami, więc z tym z automatu też upora się sam.
      Wziął ze sobą tylko telefon komórkowy i portfel. Na zewnątrz było naprawdę ciepło, ale mimo to na bajkowym festiwalu wciąż kręciło się sporo dzieci, a nawet młodzieży. Na pierwszy rzut poszła budka z bransoletkami. Mieli naprawdę duży wybór koralików i różnych drobiazgów, z których można było skomponować własną ozdobę. Kuleczki, kwiatki, serduszka, gwiazdki – multum elementów, z których miały dziś powstać dziecięce arcydzieła. Tanner też wrzucił do puszki dziesięciodolarowy banknot, gdy Amber usiadła już na niskim taborecie, szukając pierwszych kuleczek do swojej kolorowej kompozycji.
      — Tato, może ty też taką zrobisz? — dziewczynka zerknęła na niego krótko.
      — A może lepiej jak załatwię watę cukrową? — zaproponował jednak, bo oczywiście mógł zrobić taką bransoletkę bez problemu, ale była to przecież atrakcja dla dzieciaków. — Chyba, że od razu rzucamy się na corn dogi? — Spojrzał na Tamsin, bo może ona była już na serio głodna. Miała za sobą przecież koncert, do którego pewnie przygotowywała się od rana.

      Tanner Morgan 🌭😋

      Usuń
  75. Cóż, szczęście miało wiele twarzy i dla każdego mogło wyglądać zupełnie inaczej. Życie uczuciowe Tannera pozostawało wprawdzie mocno zagmatwane, ale poza tą jedną sferą trudno było nazwać go człowiekiem niespełnionym. Miał pracę, którą naprawdę lubił, możliwości, o których wielu mogło tylko pomarzyć, rodzinę, a przede wszystkim Amber, dla której był w stanie przestawić pół swojego poukładanego świata. Miał też własne zainteresowania, własne projekty, garstkę oddanych przyjaciół i teraz już wystarczająco dużo przestrzeni, żeby żyć po swojemu. Nie potrzebował drugiej osoby u boku tylko po to, żeby móc uznać swoje życie za kompletne, bo nie wszystko musiało być idealne, żeby było dobre i on wiedział to z własnego doświadczenia, trwając lata w takim idealnym pozornie związku. Nie zakładał jednak, że obecny układ był jedynym możliwym i że z drugą osobą u boku wcale nie mogłoby być lepiej. Wręcz przeciwnie. Całkiem możliwe, że byłoby, bo dzielenie własnego świata z kimś, przy kim nie trzeba niczego udawać, potrafiło być po prostu przyjemne. Mieć z kim podzielić się czymś, co właśnie go rozbawiło, albo wrócić po ciężkim dniu i opowiedzieć o nim komuś, kto naprawdę chciał słuchać. To były takie drobnostki, których Tanner nie potrzebował do tego by spełniać się życiowo, ale nie oznaczało to, że nie potrafił dostrzec wartości w czymś takim. Doceniał ludzi, którzy przy nim byli właśnie za to, że potrafili dzielić z nim codzienność i sprawiać, że stawała się przyjemniejsza.
    To prawda, że ich sytuacje były inne, że nawet inaczej zostali wychowani, bo dorastali w innych środowiskach, ale pod wieloma względami byli ludźmi o podobnej wrażliwości. Potrafili porozumieć się na wielu płaszczyznach właśnie dlatego, że mimo zupełnie różnych doświadczeń często patrzyli w tym samym kierunku. Nie musieli przeżywać tych samych rzeczy, żeby podobnie je rozumieć. I może właśnie stąd ta swoboda między nimi?
    — Niech będzie — odparł, zasiadając na taborecie obok córki. Sięgnął po żyłkę jubilerską i popatrzył na ozdoby, które oferowało stoisko. Kuleczki przewalały się w głębokich pojemnikach, wszystkie posegregowane kolorami i różnymi ich odcieniami. Pomiędzy nimi stały pojemniki z elementami o przeróżnych kształtach, a były nawet w kształcie owoców i zwierząt. Tanner popatrzył na palce Amber, w których dziewczynka mocno trzymała żyłkę, na którą nawlekła już pierwsze koraliki. Uczęszczała na zajęcia z robotyki, bo przejawiała duże zdolności manualne, a ostatnio złożyła samodzielnie model krokodyla, który na odpowiednią komendę wydaną w języku bloczkowym zamykał paszczę, więc przy takim tworzeniu bransoletki dla Tamsin na pewno bawiła się równie świetnie. Na razie robotyką była zafascynowana tak bardzo, jak zajęciami z nauki gry na wiolonczeli, więc niewykluczone, że obie te zajawki zostaną z nią na dłużej.
    Amber robiła swoją multikolorową bransoletkę, a on postanowił stworzyć coś w klimacie morskim. Wygrzebał więc kuleczki w błękitnym kolorze i w nieco bardziej nasyconym niebieskim, a do tego koraliki w kształcie muszelek. Nawlekał wszystko symetrycznie i uśmiechał się do córki, gdy ta uważnie przyglądała się jego poczynaniom. Trochę przypominała mu siebie z czasów, kiedy to on obserwował jak dziadek szlifował kamienie.
    Gdy spojrzał w stronę, w którą udała się Tamsin i dostrzegł ją w towarzystwie trójki osób, zaskoczony uniósł lekko brwi. Wstał z taboretu, kiedy podeszli, a potem uścisnął dłoń każdego z osobna, gdy Tamsin ich sobie przedstawiła.
    — Miło mi — powiedział z uprzejmym uśmiechem na ustach. Podejrzewał, że całą trójką też przyszli zobaczyć Tamsin na scenie, w końcu była to raczej jedna z niewielu okazji, żeby posłuchać jej akurat w plenerze i to w takim księżniczkowym wydaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczynki złapały taki kontakt, jakby znały się od lat, więc nawet nie trzeba było ich przekonywać do wspólnej zabawy. Dzieliły uwagę na bransoletki i corn dogi, z których obie zjadały panierkę.
      Pomógł jeszcze Amber wydostać z jej torebeczki małą paczkę chusteczek, bo ktoś ewidentnie nie pożałował im keczupu, a potem spojrzał na Tamsin, gdy zbliżyła się nieco, żeby rozjaśnić mu sytuację. Słuchał, kiwając przy tym głową, aż do momentu, gdy usłyszał, że poszli do jakiegoś muzeum. Wtedy rzucił Tamsin powątpiewające spojrzenie, bo nie sądził, że dała wiarę takiej wersji.
      — Do muzeum? — Zaśmiał się. — Do muzeum to nawet my byśmy na randkę nie poszli, chociaż uważam że oboje potrafimy docenić taką sztukę, więc co dopiero taka młodzież — zauważył, patrząc na Tamsin z rozbawionym uśmiechem. — Tak czy inaczej, gdziekolwiek będą, niech bawią się świetnie — dodał, a potem odwrócił się do Amber, gdy zapytała czy może oddać muszelkę. Coś nie poszło jej zbyt dobrze z tymi chusteczkami, bo zamiast zetrzeć z siebie keczup, to tylko roztarła go po policzkach. To i tak cud, że nie zabrudziła jeszcze tej sukieneczki.
      — Możesz oddać, kochanie — odpowiedział i pokręcił głową z uśmiechem, widząc ta małą katastrofę. — Może zróbmy sobie zdjęcie całą czwórką? — zasugerował i odwrócił się od razu w stronę pań, które obsługiwały stanowisko z bransoletkami. — Przepraszam — zwrócił się w ich stronę, starając się nie machać swoim corn dogiem, bo miał wrażenie, że pod ciężarem panierki zaraz zleci z tego patyka. — Czy mogłyby panie zrobić nam zdjęcie? — poprosił, na co jedna z pań zgodziła się od razu. — Chodź, Jagódko — wyciągnął wolną dłoń w stronę Amber, żeby ją objąć. Często zdrabniał jej imię do Berry, stąd ta Jagódka. Nie mógł za bardzo manewrować pozycją, trzymając w jednej dłoni patyk z parówką, ale mógł się uroczo do zdjęcia uśmiechnąć i tak właśnie zrobił, gdy telefon został wycelowany w ich stronę. Amber też uśmiechała się szeroko, nieco nawet przesadnie, robiąc przy tym głupkowatą minę, ale w jej oczach błyszczało szczęście i to ono liczyło się dla Tannera najbardziej.

      Tanner Morgan 📸😁

      Usuń
  76. Dywan wydymał się na środku, własną materią chroniąc kolejny sekret, który skrywały mury budynku. Len z dystansu paru kroków przyglądał się, jak ciekawość pokonuje obrzydzenie i Tamsin z zainteresowaniem bada klapę, właśnie odsłoniętą.
    – Zobaczymy – odparł, wzruszając ramionami. – Zapytam, jak wróci.
    Kto wie, być może właśnie odsunęła przed nim króliczą norę, w którą zaglądała z entuzjazmem tak szczerym, że Len odruchowo próbował się od niego odgrodzić. Entuzjazm bywał zdradliwie zaraźliwy, a oni mieli przecież zadanie do wykonania. Zamiast pognać za jej ciekawością, uczepił uwagę czegoś bezpieczniejszego, czegokolwiek, co nie prowadziło w dół.
    Hurma zadygotała za oknem, aż jej liście skłoniły się na lewo i odsłoniły wciąż zielone owoce. Jedna persymonka nawet spadła i niespiesznie potoczyła się po trawie, skazując się na wieczne niedojrzanie.
    Len niczego nie planował. Ale jeśli Tamsin miała wskoczyć, skoczyłby w jej ślady, ani przez chwilę nie zastanawiając się, jak później wrócą na powierzchnię.
    Ruszył się dopiero, gdy trzeba było przenieść stolik – gruba tafla szkła z czasem straciła na przezroczystości, bo rozplenił się po niej mleczny nalot, nie biorąc jeńców. Mimo wszystko wciąż wyglądał ciekawie, szczególnie ze swoją podstawą przypominającą kłączaście rozchodzący się konar, nieregularny splot grubych gałęzi, które w jednym miejscu tuliły się do siebie, w innym gwałtownie odskakiwały w bok.
    Len chwycił stolik z prawej – tak, by to on musiał iść tyłem – i wspólnymi siłami postawili go na środku dywanu. Mebel zderzył się z podłogą z głuchym odgłosem i delikatnym trzaskiem, więc Len zanurkował jego wzorem. Klapa, teraz skryta pod materiałem, nie była w najlepszej kondycji; tak sądząc po dźwiękach. Dobrze. Ale przecież nie pęknie, wsysając nagle do trzewi stolik.
    Z tej perspektywy świat wyglądał trochę inaczej, inne rzeczy też dało się zauważyć – na przykład bielący się rożek pomiędzy starymi sękami stolika, który Len schwycił czubkami palców i wyciągnął mocno pognieciony oraz naderwany, ale jednak w większości nieźle zachowany papier barytowy w małym formacie; podwójnie złożony. Kiedy go rozłożył, oczom ukazała się fotografia z jednej strony, i kilka linijek tekstu z drugiej, w nieznanym Lenowi alfabecie; uszy zaś usłyszały, jak ktoś wchodzi do domu.
    – Wróciłam – Burns nie bawiła się w subtelności i na powitanie wybrała niemal krzyk. – Pierdzielę, musiałam obskoczyć dwa sklepy, żeby znaleźć patyczki zapachowe, wykupiłam chyba połowę półki. A ten co tak klęczy?
    – Oddaję pokłony – odmruknął, patrząc, jak na szklanym blacie ląduje pękata siatka z logiem lokalnego sklepu.
    Wstając, wsunął fotografię do tylnej kieszeni spodni, a potem bez słowa wyjął z reklamówki kilka kartoników – drzewo sandałowe, zdążył odczytać – i brodą wskazał korytarz.
    – Porozkładam je na górze, dobra?
    Bez dłuższego gadania zostawił Burns i Tamsin na parterze. Schody przyjęły jego ciężar z jękiem, a tempo – z drżeniem. Były na tyle strome, a butwiała balustrada niegodna zaufania, że Len bałby się wpuścić do środka dziecko. Albo dorosłego z zaburzeniami błędnika.
    Piętro było dość czyste, choć też zakurzone – nie aż tak, by centymetrowe warstwy pokrywały meble, dostatecznie, by w powietrzu i nosie mogły zakręcić się drobinki. Len przeszedł po pokojach szybko, otwierając wszędzie okna na oścież. W każdym pomieszczeniu rozrywał tekturki, zbyt niecierpliwy, by otworzyć je po bożemu, i wkładał patyczki do fiolek wypełnionych płynnym zapachem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W ostatniej sypialni bordowa kotara przysłaniała okno. Nie dość szczelnie, bo przez wąską wyrwę między połówkami zasłon wkradły się promienie. Stworzyły na podłodze prostokątną plamę światła, w której wygrzewał się stary kot. Otworzył oczy tylko po to, by obrzucić Lena obojętnym spojrzeniem, po czym znów je przymknął i rozciągnął się w słońcu, aż refleksy zatańczyły na futrze. Potem zwinął się w kłębek i nie ruszył, nawet gdy Len podszedł blisko i rozsunął kotarę.
      Najpierw ustawił dyfuzor, potem złapał za klamkę, by wpuścić do środka więcej powietrza. Wychylił się na zewnątrz, dalej niż rozsądek nakazywał. Sypialnia, w której się znajdował, była bliźniaczką pokoju z prawej, nawet okna znajdowały się w podobnym miejscu. Gdyby ktoś był w pomieszczeniu obok i również się wychylił, można by się wyciągnąć jeszcze mocniej i zbić sobie piątkę. Albo, przy odrobinie akrobacji i braku wyobraźni lub jej nadmiarze, nawet przeskoczyć z parapetu na parapet.
      Mógłby skoczyć. Gdyby chciał. Albo gdyby nie miał roboty do odbębnienia. Albo gdyby na posesji nie parkował właśnie samochód, z którego wysiadała elegancka kobieta po trzydziestce albo może przed czterdziestką, a do której już spieszyła się Burns.
      Len oderwał się w końcu od okna, zebrał porzucone obok opakowania i wrzucił je do kosza – trochę bez sensu, bo ten pozbawiony był worka na śmieci – i pospieszył z powrotem ku schodom. Zatrzymało go dopiero protestujące miauknięcie.
      Kot podniósł się i zaczął zmierzać w jego kierunku, z flegmatyzmem bardziej kojarzącym się z południowymi krajami niż z przedmieściami Nowego Jorku. Przystępując z nogi na nogę, Len poczekał na niego – a potem przykucnął i pozwolił zwierzakowi wpakować się w ramiona. Kiedy w końcu zeszli na dół, nowoprzybyła witała się z Burns i Tamsin, to jest Emily.
      Burns uskuteczniała jeszcze sprzedażową gadkę, a potem zastanawiały się, od czego zacząć. Len wypuścił kota, który powędrował w kierunku wyjścia, otrzepał dłonie i podszedł do kobiet, skłaniając się kilkukrotnie. Wyciągnął rękę na powitanie, bo czuł, że bezpośredni Jim by to zrobił, choć Len raczej poczekałby, aż zdecyduje się na to kobieta.
      – Dzień dobry, dzień dobry – zawołał entuzjastycznie. – Miło poznać! Akurat w taką godzinę, dobrą znaczy, koniecznie lećmy do pokoju dziennego, teraz powinien być cały zalany słońcem. Może aż nie warto zdejmować okularów słonecznych, tak.
      Przechodząc na drugą stronę, krótko pogładził Emily po plecach i spojrzał na nią z czułością, dbając o to, by klientka nie przegapiła gestu. Wskazał kierunek, by przepuścić panie przodem.

      Len Weston albo Jimmy Jim

      Usuń
  77. Za ich nazwiskiem od dekad ciągnął się pewnego rodzaju prestiż, który zbudowano jeszcze wtedy, gdy ród Morganów funkcjonował przede wszystkim w nowojorskim świecie bankowym, a później został przeniesiony na grunt prawniczy. Sieć kontaktów oczywiście robiła swoje, podobnie jak pieniądze i nazwisko, które otwierało niejedne drzwi, ale to nie one stanowiły o ich pozycji wśród adwokatów. Morganowie mieli opinię tych, którzy nie odpuszczają. Wchodzili do sprawy i potrafili trzymać się jej do samego końca, nawet jeśli po drodze trzeba było przeorać stos akt, wejść w konflikt z kimś znacznie potężniejszym albo spędzić kolejną noc nad czymś, co inni dawno uznali za przegrane. Mówiono o nich, że kiedy już złapią sprawę, zachowują się jak wściekłe psy – mogą warczeć spokojnie, ale kiedy poczują trop, nie puszczają. Jedynym elementem, który wyłamywał się z tego obrazka, był jego brat, bo Jared bardziej niż do sądowych utarczek miał słabość do korzystania z życia przed trzydziestką. Był lekkoduchem i duszą towarzystwa, która potrafiła paplać bez końca, zwłaszcza jeśli w pobliżu znajdował się ktoś chętny do słuchania. Na razie miał też w głębokim poważaniu całą tą rodzinną tradycję zaciskania zębów nad aktami i toczenia wieloletnich batalii, ale nie można było powiedzieć, że do pracy się nie przykładał. Swoje zobowiązania traktował poważnie i jeśli już coś miał zrobić, zwykle robił to porządnie. No, może poza zobowiązaniami uczuciowymi, bo pod tym względem był niestabilny jak cholera i potrafił zmienić obiekt westchnień szybciej niż Tanner zdążyłby przeczytać porządnie jedną umowę. Może za dwa lata, gdy zamieni dwójkę na trójkę, to przy okazji ogarnie się na tyle, żeby przynajmniej trzymać się jednej dziewczyny.
    Prawda jest też taka, że Tanner wcale nie był przystępnym człowiekiem, więc to, że Tamsin początkowo nie czuła się przy nim zbyt swobodnie, miało całkiem solidne uzasadnienie. Sama jego powściągliwość robiła swoje, ale na tym się nie kończyło, bo Tanner miał w sobie coś dominującego, przez co dość naturalnie przejmował kontrolę nad otoczeniem i ustawiał je po swojemu. Zapewne wynikało to z jego pewności siebie i stanowczości, którą dawało się wyczuć również wtedy, gdy wcale nie próbował jej manifestować. Akurat nie był typem, który potrzebował mieć ostatnie słowo w każdej sprawie, ale lubił mieć poczucie, że wie, co się dzieje i dokąd wszystko zmierza. Nie zawsze dało się go urobić na piękne oczy, chociaż to i tak zawsze zależało od tego, do kogo one należały.
    Nie dało się nie zauważyć jej świetnego podejścia do dzieci, bo przejmowała opiekę tak swobodnie, jakby z doświadczenia wiedziała, co należy robić w danej sytuacji. Możliwe, że było to instynktowne, ale Tamsin miała w sobie dużo ciepła i cierpliwości, dzięki którym dzieci czuły się przy niej po prostu bezpiecznie. Nie próbowała niczego na siłę, potrafiła słuchać, rozmawiać z nimi ich językiem, a w tym wszystkim wciąż zachować tą potrzebną granicę, przy której dorosły wciąż pozostawał dorosłym. Chętnie porozmawiałby z nią o tym kiedyś. Był po prostu ciekawy, czy pragnęła zostać matką, choć miał już swoje podejrzenia. Obserwując, można było pewne wnioski wyciągnąć samemu.
    Po tej krótkiej sesji fotograficznej, składających się z głupich min i uśmiechów, Tanner zajął się swoim corn dogiem, w międzyczasie przejmując tego, który należał do Tamsin. Przytrzymał jej go przez chwilę, gdy ogarniała twarzyczki młodych księżniczek, a potem oddał. Dziewczynki z powagą podeszły do nawlekania koralików na żyłkę, więc nie było sensu im tego przerywać, chociaż było tu jeszcze sporo innych, ciekawych atrakcji, które pewnie zaaferowałyby je równie mocno.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — A co z rodzicami tej trójki? — zapytał w pewnym momencie, łapiąc zębami panierkę z dołu, która miała chęć odpaść. — Młodzi ludzie w wielkim mieście, dziecko pod opieką — zauważył, oczywiście bez grama uszczypliwości. Był po prostu ciekawy. — Wszystko u nich w porządku? Chcieli po prostu zacząć żyć na własny rachunek? — Zerknął na Tamsin i lekko zmarszczył brwi. Była sąsiadką chłopaka, więc na pewno w jakiejś części znała jego historię. Nie musiała opowiadać ze szczegółami, bo tak naprawdę Tannera ciekawiło wyłącznie to, czy podążyli za marzeniami, czy może są miejscowi, ale chcieli na własną rękę spróbować dorosłego życia. To było jak najbardziej logiczne, poza faktem, że Lina była pod opieką starszej siostry a nie rodziców, i właśnie ten szczegół wzbudził jego zainteresowanie. To raczej nie było standardowe rozwiązanie. Być może wydarzyło się coś, co sprawiło, że starsza siostra musiała wziąć pod swe skrzydła młodszą.

      Tanner Morgan 🤔

      Usuń
  78. Oczywiście wiedział, że nie wszyscy wychowywali się w takim świecie jak on, ale to wcale nie oznaczało, że uważał życie tej trójki za gorsze. Pod pewnymi względami na pewno było zupełnie inne, może nawet trudniejsze, ale Tanner nie miał podstaw, żeby je wartościować, skoro nie znał ani ich sytuacji, ani ludzi, którzy za nią stali. Nie każdy przecież potrzebował tego samego, żeby mieć dobre życie, a pieniądze i wygodne zaplecze nie były automatycznym biletem do szczęścia. Zapytał więc bez żadnego drugiego dna, zwyczajnie z ciekawości i dlatego, że pewne rzeczy z jego perspektywy wyglądały po prostu inaczej. Ale to nawet lepiej, że nie chodziło o to, co wstępnie założył, bo pomyślał również, że może tych rodziców zwyczajnie zabrakło, a oni zmuszeni byli radzić sobie we własnym zakresie. Tamsin sama wspomniała, że chłopak jest diabelnie pracowity i ma mało czasu, więc wyszedł z założenia, że może pracuje, bo musi, a nie dlatego, że akurat marzy o dorabianiu po godzinach. Tak czy inaczej odpowiedziała na pytanie, a on przyjął to do wiadomości, więc można było uznać temat zakończony. On też pod żadnym pozorem nie zamierzał wnikać głębiej w tę historię, bo nie był z tych, którzy czerpali przyjemność z drążenia cudzych spraw i zaglądania tam, gdzie nikt ich nie zapraszał. Cudze problemy nie były dla niego ani rozrywką, ani ciekawostką do kolekcjonowania, zwłaszcza że własnych miał wystarczająco dużo, żeby nie potrzebować dokładania sobie kolejnych, bliżej z nim niezwiązanych. Aczkolwiek, mimo to, bliskim Tamsin nie odmówiłby wsparcia, gdyby pojawiła się taka potrzeba.
    Pokiwał więc głową w zrozumieniu i wziął kolejny kęs corn doga, który znikał już z jego patyka. Uwagę przeniósł na Amber, której koralik uciekł z rąk i spadł gdzieś na ziemię, a ona z miną człowieka, któremu właśnie pokrzyżowano bardzo poważne plany, zaczęła rozglądać się pod taboretem w poszukiwaniu zguby. Tanner od razu dostrzegł, gdzie potoczył się mały element, więc przykucnął, podniósł go z ziemi i podał córce. Uśmiechnął się pod nosem na jej czułe dziękuję, po czym wrócił uwagą do Tamsin. Do bankietu rzeczywiście został jakiś tydzień, więc wypadało ustalić trochę szczegółów, choć on tak naprawdę mógł dostosować się do niej, jeśli chodziło o godzinę, bo i tak będzie musiał trochę poprzestawiać swój grafik, żeby ten wieczór zarezerwować wyłącznie na wydarzenie, więc od południa będzie po prostu wolny. Ale może przydałoby się oddać do pralni jakiś garniak, tak w formie odświeżenia, więc o tym też powinien zacząć już myśleć.
    — Tato! — Amber przerwała im zaraz, wstając z krzesełka z bransoletką w palcach. — Jak mam to połączyć? — zapytała, wlepiając spojrzenie w dwie końcówki żyłki, którą pokazywała również jemu.
    Tanner przejął od niej bransoletkę ostrożnie, oddając na jej na moment patyk z resztką corn doga, i nachylił się do pojemnika z kulkami zaciskowymi. Wybrał jedną z nich, po czym przytrzymał ją między palcami i pokazał Amber, jak należy przeprowadzić przez nią koniec żyłki.
    — Najpierw przekładasz to tutaj, potem zaciskasz. Tylko nie za mocno, bo zamiast bransoletki zrobisz z tego supełek do kluczy — wyjaśnił spokojnie, a Amber od razu nachyliła się bliżej, śledząc każdy jego ruch. Mechanizm zapięcia był już zamocowany, więc wystarczyło tylko wymierzyć długość, ciąć i zabezpieczyć drugi koniec.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Ale musimy jeszcze sprawdzić, czy ta długość będzie dobra na Tamsin — powiedział, obracając się z bransoletką w stronę Tamsin. Rozciągnął kolorowe koraliki na całą długość i uniósł je nieco wyżej.
      — Na którą rękę? — zapytał, czekając aż Tamsin wyciągnie w ku niemu tą odpowiednią. — A co do bankietu, to na dojazd z Brooklynu do Chelsea trzeba będzie liczyć co najmniej czterdzieści minut — zaznaczył. — Przyjadę, na którą będziesz chciała, bo od południa i tak będę już wolny. Impreza pewnie zaczyna się od osiemnastej.
      Akurat był to ten rodzaj imprezy, na którą niekoniecznie musiał być punktualnie, ale jeśli będą na czas, to może zajmą sobie jakieś sensowniejsze miejsca.

      Tanner Morgan 📿✨

      Usuń
  79. Tanner należał do zwolenników minimalizmu i uważał, że im mniej niepotrzebnych dodatków, tym lepiej. Lubił rzeczy proste, eleganckie, dobrze przemyślane i unikał dokładania ozdób na półkach tylko po to, żeby było ich więcej. Miał pamiątki, nawet całkiem sporo, jeżeli nie z okresu studenckiego, to z ekspedycji gemmologicznych, tylko że nie wystawiał ich na pokaz. One miały swoje miejsca w odpowiednich szufladach, ewentualnie gablotach, ale przede wszystkim przechowywał je w głowie, jako wspomnienia związane z konkretnymi ludźmi i miejscami. Oczywiście mógł zgromadzić w domu pokaźną kolekcję dzieł sztuki, takich, które samą swoją ceną krzyczałyby, że właściciela stać na kosmicznie drogie dodatki, ale nigdy nie miał potrzeby urządzania z własnego domu wystawy własnego statusu. Wystarczało mu kilka ciekawych ozdób, trochę dobrze dobranych detali, a przy tym parę jego własnych projektów zawieszonych na ścianach w formie obrazów. Tyle. Lubił, kiedy wnętrze miało charakter, ale nie potrzebował, żeby każdy, kto przekroczył próg, od razu wiedział, ile kosztowało. Co prawda wieżowiec sam z siebie świadczył o majętności, ale to było właśnie to maksimum, które Tanner był gotów pokazać światu. Wolał jednak, żeby ktoś zainteresował się tym, co rzeczywiście mu się podobało, a nie tym, ile coś kosztowało i czy przypadkiem nie stanowiło równowartości czyjegoś mieszkania. Z tego też powodu bliskich przyjaciół miał niewielu – bo ludzie w większości skupiali się na tym, co materialne, a on nie szukał w ludziach majątku, bo tego miał już wokół siebie wystarczająco dużo. Szukał ludzi, przy których nie trzeba było niczego udowadniać, którzy potrafili zainteresować się człowiekiem, a nie tym, co człowiek posiada, i z którymi można było zwyczajnie usiąść, porozmawiać albo pomilczeć bez całej tej pieniężnej otoczki i nieustannej pogoni za kolejnym zerem na koncie.
    Zapiął bransoletkę na prawym nadgarstku Tamsin, przy okazji przyglądając się jej dłoni. Może ta lekka krzywizna palca rzeczywiście była widoczna, ale miała swój urok, pomijając rzecz jasna dolegliwości bólowe z tą krzywizną związane, bo w bólu ciężko szukać jakiegokolwiek uroku. A przynajmniej on nie był z tych, którzy z odczuwania go czerpali przyjemność. Pomyślał też od razu, że Tamsin musiała w swoim życiu naprawdę wiele grać, skoro jej dłonie nosiły te charakterystyczne dla wiolonczelistów ślady. Ci, co grają hobbystycznie, raczej nie zdążają nabawić się aż takich zmian, bo nie mają dłoni, które przez lata regularnie pracowały z instrumentem, dzień po dniu powtarzając te same ruchy. Tamsin grała pięknie, ale temu graniu poświęciła zdrowie własnych palców. I być może nie tylko palców.
    — Pani Passalis, ale proszę nie wykręcać się z warunków — upomniał się z zaczepnym uśmiechem. — Ja z tańcem nie żartowałem.
    Żartował, jasne, że żartował, i o tym Tamsin na pewno też doskonale wiedziała. Nie zmienia to jednak faktu, że zatańczyłby z nią bardzo chętnie, jeśli tamtejszy klimat będzie w ogóle temu sprzyjał. Nie był królem parkietu, ale kobietę w tańcu poprowadzić potrafił. Nie mógłby się nazywać Morgan, gdyby było inaczej.
    Przejął za moment bransoletkę od Liny i zabezpieczył ją w taki sam sposób, jak bransoletkę Amber, pokazując dziewczynce ten krótki proces, a potem przekazał Tamsin, skoro to do niej miała trafić na przechowanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — To może zróbmy tak — zaczął, patrząc na trójkę damskiego towarzystwa. — Niech teraz kolejną atrakcję wybierze Lina, a później następną Amber — zaproponował. Wziął od każdej patyk po corn dogu i razem ze swoim wyrzucił je do pobliskiego kosza. — Gdzieś po drodze zahaczymy o watę cukrową i znajdziemy Elsę, żeby zrobić zdjęcia. Co wy na to? — Uniósł lekko brew. Miał świadomość, że takie plany w towarzystwie dzieciaków często się rozjeżdżają, bo któraś z nich może wypatrzy coś zupełnie innego, ciekawszego, ale będzie to przynajmniej jakiś zarys na najbliższy czas. Pomyślał też od razu, że po tym wszystkim powinien zabrać Amber do wesołego miasteczka albo jakiegoś arcade roomu, bo jedno i drugie z pewnością przypadłoby jej do gustu.

      Tanner Morgan 🎪

      Usuń
  80. Powierzchownie Evan był dupkiem. Okropnym i przebrzydłym dupkiem, który nie miał litości dla słabości, zwłaszcza własnej, głównie własnej. Nie uznawał chwil, w których okazywał się słaby, kiedy uginał się pod ciężarem problemów i kiedy złość brała nad nim kontrolę. Wypierał z pamięci chwile, w których nie radził sobie sam ze sobą, nie był nawet gotów na to, aby tej słabości się pozbyć, ale wiedział, że jest paskudna. Jak i on sam. Dlatego cenił sobie ludzi, którzy nie próbowali go naprawiać i nie próbowali zbawiać świata. Tamsin taka była – prosta, bez większych oczekiwań poza tymi, które jasno wyłożyła na samym początku, miła, ładna i z przyjemnym uśmiechem. Mógł nacieszyć nią oczy, mógł zrelaksować się podczas rozmowy z nią – nie była głupia i nie bredziła o farmazonach, a jednocześnie zręcznie manewrowała między prywatnością a prywatną intymnością, nie zdarzyło jej się jednak przekroczyć granicy, za którą nie byłoby już odwrotu. Roth nadal chętnie spędzał z nią czas i chociaż daleko im było do tych przyjaźni, o których kręcono filmy i robiono całe seriale, to jednak miło było móc ją zaklasyfikować właśnie tam. Bo Evan nie miał zbyt wielu przyjaciół i był to jego własny wybór. Bo ludzie mogli uczynić go słabszym, jeszcze słabszym niż był, a przecież Roth tylko się na takiego niepokonanego dupka kreował. Pod zmyślną kreacją nie kryło się specjalnie dużo – trochę pustki, trochę żalu, smutku i złości.
    Powierzchownie był dupkiem, ale bez trudu, w naturalnym odruchu, przyszło mu zadbać o komfort podróży Passalis. W jego dotyku nie było nic seksualnego, ale całkiem przyjemnie było zauważyć, że pod kciukiem, którym niby to przypadkiem przesunął wzdłuż kobiecego kręgosłupa, wyczuł pod cienkim materiałem sukienki jego wypustki.
    — Czyli twierdzisz… — zaczął, ale przerwał niemal od razu, kiedy niezbyt rosła kobieta o azjatyckich rysach przeciskała się za jego plecami. — Twierdzisz — kontynuował od razu, gdy tylko minęło zagrożenie — że jeśli pogodzę się ze sobą, stanę się miłym człowiekiem? — spytał, ale bez nadziei na odpowiedź. Ba, właściwie jej nie chciał, bo on dla siebie szans na bycie miłym nie widział. Ale może poczuł się właśnie zagrożony? Że zupełnym przypadkiem Tamsin właśnie go rozpracowywała? Że zupełnym przypadkiem jej smukłe, delikatne palce sięgały tego, co Roth ukrył głęboko przed całym światem?
    Chciał zmienić temat, który niepotrzebnie kontynuował, ale pociąg zaczął w tym czasie wyhamowywać. Evan mocniej zaparł się stopami na podłodze wagonu, przesuwając teraz dłoń z lędźwi kobiety na jej talię, przy czym złapał ją po prostu mocniej i pewniej, nieznacznie do siebie przyciągając.
    Zatrzymali się. Drzwi otworzyli się automatycznie. Tabun ludzi wysiadł z wagonu, kolejny tabun wszedł. Liczba osób w pociągu nie malała, nadal pozostawali w ścisku, ale na tyle komfortowym, by nie czuć czyjegoś potu spod pachy. W nozdrza Evana uderzał natomiast subtelny zapach perfum jego towarzyszki – nie mógł więc narzekać.
    — To moje miejsce, masz rację — przyznał cicho, nadal patrząc gdzieś nad głową. – Więc jak będę chciał, to cię tam zabiorę — dodał, zerkając na kobietę kątem oka. Posłał jej coś na kształt bladego, niezbyt wymownego uśmiechu. Po prostu. Nie był ani zły, ani przesadnie szczęśliwy. Jechali do miejsca i na wydarzenie, które Roth nadal traktował jak pracę. Dzisiaj w Tamsin więcej było jego współpracowniczki niż tej przyjaciółki, o której jedynie w ten sposób myślał, a której w ten sposób nawet nie odważył się nazwać.
    — Pójdę — odezwał się nagle, przyjmując jej zaproszenie dość znienacka, a więc i nie dał jej szansy na to, aby się wycofała. Teraz było na to za późno, mogła mu co najwyżej wysłać potem wiadomość, że się rozchorowała. Nie byłby zdziwiony. — Tylko powiedz o której, gdzie po ciebie przyjechać i jaki obowiązuje dresscode, hm? — Spytał, bo skoro nie garnitur ani smoking, to miał – wbrew pozorom – szerokie pole do manewru. Mógł ubrać się jak do biura, mógł ubrać się jak na wyjście na piwo. Evan, chociaż nie wyglądał (a może jednak) dbał o wyglądał i brał pod uwagę to, jak w danym momencie wygląda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Jeszcze dwie stacje? — spytał, bo sam podróżował metrem całkiem sporo, jeszcze zanim dostał pracę u Rileya, ale to Passalis była teraz jego przewodnikiem i wcale nie protestował, zawierzając kierownictwo w jej ręce. — Do mojego miejsca będziesz mogła ubrać się jak chcesz.

      Evan Roth

      Usuń
  81. Gdy dziewczyny poszły na stronę, Amber przytuliła się do Tannera, obejmując go na wysokości ud i próbując spleść z tyłu swoje małe paluszki. Stali tak przez chwilę w milczeniu, bo w tej pozycji nie było szans się ruszyć, a kiedy dziewczyny wróciły i padła propozycja malowania twarzy, całą czwórką ruszyli w stronę odpowiedniego stanowiska. Znów wrzucili do puszki banknoty, a panie animatorki od razu zaprosiły dziewczynki na specjalne siedziska, które kształtem przypominały niewielkie królewskie trony. Lina już wcześniej wybrała tygryska, więc jedna z kobiet zaczęła malować jej policzki i czoło w charakterystyczne pręgi, podczas gdy druga, zgodnie z życzeniem Amber, zabrała się za stworzenie na jej twarzy małej smoczycy. Tanner przyglądał się temu z coraz większym zainteresowaniem, choć jego uwagę bardziej niż malowanie zajmowało jedno zasadnicze pytanie: jakim cudem domyją później z tych dzieci wszystkie te farby. Kiedy w końcu nie wytrzymał i zapytał, jedna z animatorek uspokoiła go, że farbki schodzą bardzo łatwo, wystarczy odrobina wody i mydła. Amber stwierdziła wtedy, że mydło szczypie w oczy i dodała rzeczowo, że użyje do tego płynu miliceralnego. Animatorki zaśmiały się cicho, a Tanner uniósł dziwnie brew, bo taki płyn chyba nie istniał, chociaż damskie kosmetyczki potrafiły zaskakiwać, no ale słyszał tylko o tym micelarnym, więc zakładał, że córka właśnie ten miała na myśli. Gdy w końcu skończyły, obie dziewczynki wyglądały tak, jakby właśnie wyszły z bajkowego świata, a nie z festiwalowego stanowiska do malowania twarzy. Tygrysie pręgi na policzkach Liny i smocze łuski na twarzy Amber prezentowały się zaskakująco dobrze, a ich zadowolone miny tylko dodawały całości uroku. Tanner zachęcił jeszcze Tamsin, żeby zasiadła na tronie i dała się wymalować, ale nie próbował na siłę jej namawiać.
    Następną atrakcją, którą wybrała Amber, była oczywiście dmuchana zjeżdżalnia, tyle że Tanner trochę obawiał się o tę wypożyczoną sukienkę, więc ostatecznie skierowali się do miejsca, w którym puszczano ogromne bańki mydlane. Na miejscu wręczono im wielką obręcz, którą wystarczyło powoli przeciągnąć przez przygotowany płyn, żeby utworzyć długą, ciężką bańkę, a potem w końcu całe ich chmury. Ciekawszy okazał się jednak pistolet do baniek, z którego animator zaczął wypuszczać w ich stronę setki połyskujących kulek. Amber przez chwilę po prostu kręciła się wśród nich, pozwalając, żeby pękały jej na sukience i we włosach, uznając, że tak właśnie powinna wyglądać prawdziwa księżniczka, a kiedy samo podziwianie przestało jej wystarczać, zaczęła wyciągać ręce i próbowała łapać pojedyncze bańki, co chwilę podskakując w miejscu. Zmęczyła się do takiego stopnia, że w końcu przykucnęła, a Tanner zawołał ją do siebie i kazał trochę posiedzieć na ławeczce.
    Po drugiej stronie była budka, w której można było zrobić sobie zdjęcie z Elsą, więc dziewczynki z entuzjazmem przerwały bańkową zabawę na rzecz fotek. Odstali swoje w niedługiej kolejce, wrzucili co nieco do puszki, a potem każda odbyła najpierw swoją sesje indywidualną, a później również grupową. Nie zabrakło też odpowiednich rekwizytów, bo każda mogła wybrać sobie koronę, tiarę albo różdżkę i ustawić się tak, jak podpowiadała jej wyobraźnia. Zdjęcia były robione Instaxem, więc wysuwały się z aparatu od razu po każdym ujęciu i po chwili wszystkie trafiły w ręce dziewczynek, które z przejęciem oglądały, jak na białych kartonikach stopniowo pojawiają się ich bajkowe portrety. Wyglądały uroczo, jak małe przyjaciółeczki.
    — Jakie chcecie waty cukrowe? — Tanner zapytał dziewczyn, gdy znaleźli się przy maszynkach do robienia gęstych pajęczyn na patyku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybór był całkiem spory i zaskakujący. Była oczywiście klasyczna biała o smaku... słodyczy? Ale można było skusić się też na taką o smaku arbuzowym, truskawkowym, czy żelek owocowych i mlecznego batona z orzechami, a nawet szarlotki. Za jego czasów wata cukrowa była po prostu watą cukrową, a teraz ilość kolorów i smaków była naprawdę ogromna, więc kiedy Tanner przyglądał się tablicy z listą dostępnych opcji, był naprawdę zdziwiony.
      — Tato, czy mogę tą o smaku gumy balonowej? — Amber podniosła się na palcach, wskazując niebieską pozycję na tablicy.
      — Pod warunkiem, że się ze mną podzielisz — zaznaczył, uśmiechając się do niej.
      — Podzielę! — odpowiedziała zaraz z szerokim uśmiechem.
      — Tammy, Lina, a dla was? — Tanner spojrzał na dziewczyny. Sam zamierzał skubnąć trochę od Amber, bo nie był takim łasuchem słodyczowym, więc cała porcja to byłoby dla niego zdecydowanie za dużo. Kilka kęsów wystarczy, żeby spróbować i przekonać się czy ten smak dalej był tak wyjątkowy, jak lata świetlne temu.

      Tanner Morgan 🍭

      Usuń
  82. Burns obróciła głowę. Wydawało się, że jej całe ciało napięło się w niemym krzyku – zróbcie swoją magię, zdawało się krzyczeć, oczarujcie ją i sprzedajcie ten cholerny dom.
    Została w przedpokoju, ale Len czuł jeszcze jej wzrok na plecach, gdy wchodził do salonu, czuł go tak wyraźnie, jak przed chwilą odczuł przesmyrgające się po nim czułe spojrzenie Emily, przeznaczone przecież, w istocie, dla Jima. Klientka też patrzyła, przeczesując czujnie pokój dzienny, i nawet setka oczek wlepiła się w Lena, gdy zawiała ażurowa firanka, hacząc o jego ramię.
    A przecież coś się zmieniło – ktoś już przestał się wpatrywać. Choć wrażenie pojawiło się wcześniej, dopiero słowa pani Roberts mu uświadomiły, że nad kominkiem zawisł teraz generyczny widoczek zamiast… no, właśnie, zamiast czego? Nie był pewien. Kilkanaście minut wcześniej gorliwie omijał wzrokiem tamto miejsce, a gdy tylko nieopatrznie zerknął, natychmiast uciekał przed spojrzeniem zwierzęcych ślepi, ciemnych i błyszczących jak koraliki.
    Gdziekolwiek by nie stanął, czuł je na sobie; uważne, dumne, może oceniające? Może cierpiące? Kim był, żeby o tym orzekać? Jeśli przed laty po lesie, przy górach, stąpała istota, zestrzelona tylko po to, by jak trofeum górować nad kominkiem – była to pycha. Jeśli jednak strzał padł z innych powodów, a potem nie zmarnowano mięsa, nie zmarnowano futra, ba!, i kopyta zmieniono w żelatynę, to może, choć tylko może, wzniesiony łeb był wyrazem czegoś lepszego. Próbą ocalenia choćby strzępu godności stworzenia albo może hołdem złożonym dzikości, którą człowiek zdołał ujarzmić, ale czy okiełznać?
    Len chciał wierzyć w ludzi i ich intencje, choć sam nigdy by czegoś takiego nie powiesił. Pani Roberts miała jednak inne zdanie.
    – Jest mi tak bardzo przykro – zawołał Jim. Len nie precyzował, czy ma na myśli bardziej upolowanego bambiego czy trzeciego męża i dwóch poprzednich też. – Nawet sobie nie wyobrażam, jak trudne to jest.
    Słowem można wiele wyrazić i wiele przekłamać – ale gest nosi pozór prawdziwszego. Możesz utkać wielobarwny obraz, złożony z wielu przekonujących barw, a potem jednym ruchem rozerwać szew, wcale nie chcąc tego robić. Bo myśl kroczy swoją ścieżką, a za nią może podążyć oko, ręka, nawet czubek stopy; i wskazać to, co najdroższe lub najbardziej bolesne. Wzrok Jima, już dojrzale kochającego męża i wciąż jeszcze po szczeniacku zakochanego, powędrował ku Emily, a kiedy obok niej przeszedł, przesunął małym palcem po wierzchu jej dłoni.
    A więc jesteś. Żyjesz. Istniejesz. Nie ustrzelił cię trzeci mąż pani Roberts – choć gdyby to zrobił, przynajmniej byłoby wiadomo, czemu sam zmarł; to Jim musiałby go zamordować.
    Żałoba była szóstym palcem u dłoni – wyrosłym nie wiadomo po co i w jakim celu, a z którym przecież wciąż musisz zapiąć guziki u koszuli. Przeszkadza. Jest zdziwaczała. Istnieje jako potworny dowód, że tkanka ciągle pulsuje, nawet jeśli chwilowo bólem, to jednak też życiem. Możesz próbować amputować albo udawać, że tego nie ma, ale Lenowi uparte wystawianie się na stratę pozwalało zachować tę biologiczną, może patologiczną nawet, zdolność do czucia czegokolwiek.
    Pani Roberts palców miała pięć u prawej dłoni i pięć u lewej. Wiedział, bo przecież widział. Nie wydawała się poruszona. Stała nieruchomo, oceniając otaczające ją ściany, w których lęgła się lepkość starego kleju. Jej mąż – żaden z trzech – nie pozna tego domu, ale ten dom w pewien sposób już ich poznał. Bo, to pewne, śmierć była mu nieobca.
    Jim podszedł do ściany. Poklepał twardy, chłodny tynk, jakby dotykał boku uśpionego wieloryba, który zaraz może ich wszystkich połknąć.
    – Ta jest nośna – powiedział. – A dom ma 2282 stóp kwadratowych, licząc z wieżyczką. Też z Ems trochę ubolewaliśmy nad tą kuchnią… – Jim wzruszył ramionami, uśmiechając się. – Jakby tak przez dom przetoczył się zapach pankejków z rana… ale ma to też swoje plusy. W końcu w kuchni gotuje się nie tylko to, co nie? Ale w razie czego na pewno da się dogadać i wyburzyć ściankę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale nawet z żołądka wieloryba można dostrzec trochę światła – otwór oddechowy jak świetlik; i jeszcze większy strumień, gdy olbrzym rozchyli paszczę. A w końcu to zrobi, prawda? Słońce, które do tej pory chowało się za linią dachu, runęło prosto w okna, wcześniej otwarte przez Tamsin, i złota łuna oblała każdy kąt salonu.
      – O ile się w ogóle gotuje. – Roberts pozostała niewzruszona.
      – O ile – Jim kiwnął głową, a potem wskazał brodą na największe okno. – Na szczęście w okolicy są niezłe knajpki, dowożą… A natura! Takiej dzikości nie znajdzie się w Nowym Jorku.
      – Tak, mijałam las – odpowiedziała sztywno, a jej głos stężał. – Jak dzikie jest na wyciągnięcie ręki, to też na wyciągnięcie kara…
      Nie dokończyła. Kryształki starego żyrandola, które odbite słońce zamieniały w świetlne zajączki przemykające po podłodze, zadrżały – a wraz z nimi drgnął Jim. Z góry dobiegł ich rumor. Żaden tam upadek małego przedmiotu czy trzaśnięcie okiennicy; dźwięk był o wiele potężniejszy. Co to mogło być? Gdy Len przed chwilą tam grasował, na piętrze siedział tylko kot, teraz wypuszczony.
      – Ooo, przeciąg! – zawołał szybko, nadrabiając szerokim, nieco głupkowatym uśmiechem i machnął lekceważąco ręką. – Pootwierałem okna i chyba drzwi od sypialni nie zablokowałem, no i masz!
      Zanim jednak echo jego śmiechu zdołało ucichnąć, nad ich głowami rozległ się kolejny dźwięk. I kolejny. To nie był przeciąg. To było powolne, ciężkie i rytmiczne szuranie, po którym nastąpiło gwałtowne, suche pęknięcie, jakby coś z całej siły rozłupywało deski podłogowe nad salonem.

      Czasem Len, czasem Jim

      Usuń
  83. Amber, jak na dziecko ciekawe świata przystało, często chciała uczestniczyć we wszystkim, co robili rodzice, choćby tylko po to, żeby dokładnie wiedzieć, co robią i po co. Na pewien okres szczególnie upodobała sobie wieczorną rutynę pielęgnacyjną Dakoty, więc potrafiła przyjść do niej, kiedy ta stała przed lustrem, i z uwagą obserwować kolejne kosmetyki, pytając o każdy z nich po kolei. Wiedziała już, że są rzeczy, których używa się do mycia twarzy, choć sama oczywiście nie miała jeszcze potrzeby korzystania z całego tego arsenału. Płyn micelarny znała z widzenia, a ponieważ kojarzył jej się przede wszystkim ze zmywaniem makijażu, to najpewniej właśnie dlatego od razu skojarzyła jedno z drugim i uznała, że skoro dorosłe kobiety używają go do zmywania rzeczy z twarzy, to tym bardziej poradzi sobie ze smoczycą, którą sama miała na policzkach. Ale Tanner nie miał takiego płynu w swojej kosmetyczce, więc i tak będą radzić sobie z tym jakoś inaczej. A może faktycznie się okaże, że te farbki schodzą ze skóry bez większego problemu.
    Chwilę później Tanner zamówił dwie większe waty cukrowe, które starszy mężczyzna stojący za budką podał dziewczynkom na długich patykach. Obie od razu zabrały się za swoje, odrywając palcami puszyste kawałki i wsuwając je sobie do ust z minami osób, które właśnie dostały najlepszą możliwą nagrodę za cały dzień. Tanner kucnął obok nich i skubnął kawałek z waty Amber. Smak wciąż był dokładnie taki, jaki pamiętał z dzieciństwa, tyle że tym razem podbity jeszcze intensywnym aromatem gumy balonowej. Nie była to subtelna słodycz, ale właśnie na tym polegał cały urok takich rzeczy, że miały być słodkie aż do przesady. Dziewczynki również zaczęły podbierać sobie nawzajem kawałki, próbując porównać smaki, a potem obie ochoczo zajadały się przekąską.
    Później odnaleźli się z Kim i Noah, a gdy Tamsin pokazała mu zdjęcie, które miało pochodzić z ich dzisiejszego wyjścia do muzeum, uśmiechnął się, unosząc brew. Żadne z nich nie musiało długo się nad tym zastanawiać, bo zdjęcie już na pierwszy rzut oka wyglądało jak wyrwane z zupełnie innego dnia. Więc tak, zdjęcie było ładne i pewnie zrobił je Noah, tylko że kilka wypadów wcześniej. A patrząc na to, jak oboje speszyli się, gdy Tamsin zauważyła to na głos, nie było już większych wątpliwości, że dzisiejszą wycieczkę do muzeum mogli co najwyżej sobie wspominać, a nie właśnie z niej wracać. Ale przynajmniej próbowali zachować pozory.
    Pogadali jeszcze chwilę, a potem dziewczynki pożegnały się czule, już zapowiadając kolejne spotkanie, i lekko sobie pomachały. Tanner miał pewne przypuszczenia, że Amber będzie dopytywała o Linę, bo na pewno chciałby jeszcze raz spędzić z nią tak fajnie czas, ale ciężko było mu przewidzieć, czy coś takiego nastąpi. Nie wykluczał, bo jeśli Amber zostałaby kiedyś zaproszona, to nie miałby nic przeciwko i zawiózłby ją do Tamsin, a później od niej odebrał, ale trudniejsza byłaby kwestia pogodzenia tych wszystkich zajęć. Amber miała szkołę, wiolonczelę, robotykę i całą masę pomysłów, w które nagle chciała się angażować, ale jak to się mówi – dla chcącego nic trudnego. Jeśli nadarzy się okazja do takiej wizyty, na pewno ją rozważą.
    — Jak nie szczypią w oczy, to mogą być — Amber uśmiechnęła się do Tamsin. — A dlaczego mydło szczypie? — zastanowiła się zaraz, gdy całą trójką ruszyli już do wieżowca.
    — Bo nasze oczy mają na sobie taką specjalną, niewidzialną tarczę ochronną — zaczął Tanner w odpowiedzi. — A zadaniem mydła jest walka z brudem. Kiedy mydło przypadkiem wpadnie do oka, myśli, że ta nasza obronna tarcza to brud i zaczyna ją zjadać. Oko nagle zostaje bez swojej ochrony i mydło zaczyna je drażnić. Wtedy oko zaczyna szczypać i płakać, bo próbuje jak najszybciej wypłukać mydło i odbudować swoją tarczę — wyjaśnił, zerkając na Amber, która właśnie analizowała to w swojej dziecięcej główce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — Chyba strasznie słaba jest ta tarcza, tato — podsumowała cicho, składając to jeszcze w głowie w logiczną całość.
      Po kilku minutach byli już w windzie i lada moment znaleźli się przy drzwiach do mieszkania. Weszli do cichego apartamentu, gdzie Amber od razu zdjęła buty. Lubiła chodzić na boso i ciężko było z tym nawykiem walczyć, więc Tanner nie walczył. Skoro największym wykroczeniem, jakiego dopuszczała się w domu, było paradowanie bez butów, czy kapci, to naprawdę nie ma o co kruszyć kopii.
      — Idź umyć buzię z Tammy, a ja zaraz przyniosę ci coś na przebranie — zwrócił się do Amber, odkładając swoje manatki na pobliski blat. Ruszył zaraz na piętro do pokoju dziewczynki, gdzie z garderoby wyciągnął komplet złożony z luźnych spodni i wygodnej koszulki. Był to strój bardziej odpowiedni do dalszego biegania po domu niż księżniczkowa sukienka, która na szczęście przetrwała cały dzień bez strat, więc przeszedł z nim do łazienki i zajrzał do środka.
      — I jak? Schodzą te farbki? — dopytał, kładąc ubrania na półce. Do swojej skromnej wiedzy na temat wieczornego mycia twarzy Amber na pewno zdążyła już dołożyć specjalne chusteczki. A z czasem pewnie zacznie się zastanawiać, jak to możliwe, że pozostają mokre, skoro nie znajdują się w wodzie.

      Tanner Morgan 🧼

      Usuń
  84. [Tym razem staram się nie mylić imion naszych bohaterek, jak ostatnio przyuważyłam po czasie, pardon!]

    Mathilde miała silną rękę, cięte riposty i przenikliwe, zastanawiające, wprawiające w konsternację spojrzenie. Potrafiła być wulkanem empatii, ale na co dzień wykazywała raczej mocno zdystansowaną postawę. Tilly była totalnym przeciwieństwem Tammy, zwłaszcza w jej najmłodszej wersji. Od dziecka wykazywała się dużą dozą pragmatyzmu. Lubiła widzieć zależności i je ze sobą wiązać. Chciała mieć odpowiedzi na wszelkie problemy świata, jak i swoje własne. Bo dlaczego jej ulubione dinozaury musiały wyginąć? Dlaczego rodzice nie pozwalają jej koleżankom bawić się na placu zabaw i jeść lodów? Czemu niektórzy nosili dziwne krzyże na szyi i lubili tłumaczyć wszystko cytatami z jakiejś książki? W końcu czemu w niektórych rejonach świata panowała bieda, a w innych nie? Czy wszyscy nie mogą mieć po równo? To z czasem doprowadziło do sytuacji, iż chciała zrozumieć nierówności między rówieśnikami i co skłoniło ich rodziców do tak nędznego życia, w którym następnie musiały wzrosnąć ich pociechy. I w końcu czemu tak wielu dorosłych było zwyczajnie złych? Czy świat w ogóle mógł być dobrym miejscem?
    Jej mała głowa zbierała skrupulatnie wszystkie odpowiedzi jakie udawało się jej otrzymywać i przetwarzała je nie mniej zawzięcie. Czy było to łatwe zadanie? Bynajmniej. Czasem popłakiwała, ale wraz z rozwojem intelektualnym i fizycznym, było jej już łatwiej akceptować trudne zależności życia. Po dziś dzień lubiła wiedzieć, co nie znaczy, że czasem nie unosiła się emocjami, w tym przede wszystkim gniewem. Najbardziej jednak chyba nie lubiła poczucia bezsilności. To naprawde mieszło jej w głowie.
    Tamsin w patrzeniu pozytywnie na świat i kolorowaniu powolutku swojego otoczenia oraz przyszłości wybrała na pewno ciekawszy scenariusz niż jej znajoma. Mattie lubiła widzieć świat szary, takim jakim był i na nic się nie nastawiać. Czasami musiało być źle, czasami natłok niekorzystnych wydarzeń był ogromny, by innym razem mógł być spokój, a nawet pomyślność. Tak jak i świat walił się w jednej chwili, by za moment dany konflikt mógł ucichnąć i nie wpływać tak dramatycznie na życie ogółu.
    — Ponieważ przestudiowałam już całe menu, mogę Ci powiedzieć, że będzie dużo owoców morza, anasów i mango. Karaibska kukurydza i chipsy z plantana też brzmią fajnie, a ananansowa chili margherita myślę, że dobrze nam zrobi na poczatek tego wieczoru. — obwieściła z wyczuwalną ekscytacją w głośnie na myśl o nowej kuchni, której przyjdzie im spróbować. Zaraz jednak zwolniła kroku i spojrzała sugestywnie na znajomą, gdy usłyszała jej słowa o podziwianiu własnej osoby.
    — Pfff, teraz to wymyśliłaś. — Mattie wypuściła głośno powietrze, przewróciła bardzo ekspresyjnie oczami, a następnie się zaśmiała. Absolutnie nie traktowała swojej pracy, jako coś tak ważnego i znaczącego. Jasne, pomagała ludziom, ale… nie doszukiwała się w tym heroizmu. Uważała, że to lekarze więcej robili, plus, zajmowała się pomaganiem ludziom jednak z egoistycznych pobudek - uważała to za słuszne, nie każdy tak przecież miał. — Nie ma tu czego podziwiać. To po prostu brudna i mniej spektakularna praca. — wzruszyła ramionami. — Tak naprawdę, chcę jak najszybciej spłacić wszystkie kredyty i mieć już święty spokój. A w pracy? — zastanowiła się. — Chaos, zamieszanie, kiła i mogiła, ale nie narzekam. Cytując moje młodsze koleżeństwo, przychodzę tam dla contentu. Zawsze coś niesamowitego się wydarzy.
    Nie da się ukryć, mało która zmiana przebiegała bez żadnych zaskakujących historii. A jeśli nie ekscytacja, to chociaż było z czego się pośmiać w tym zagłębiu ludzkiego nieszczęścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. — No ale wiesz… coś pikantnego. Nie wiem, poznałaś przystojnego kuriera? Łajdaczyłaś się z jakimś kontrabasistą na zapleczu? Nie wiem, wracałaś półprzytomna do domu o 6 nad ranem z obcego mieszkania? — próbowała rozluźnić atmosferę tymi absurdalnymi pytaniami, choć nie zakładała że usłyszy na jakieś twierdzącą odpowiedź, niemniej chętnie usłyszałaby o jakiś rewolucjach emocjonalnych w życiu Tammy.
      — Ja ostatnio żyję tylko pracą, więc usilnie poszukuję odskoczni. Nie ukrywam, że mam ochotę się trochę sponiewierać. A zawsze lepiej to robić w dobrym towarzystwie. — uśmiechnęła się, przytulając się lekko do dziewczyny. Zmniejszając kontakt fizyczny, dawała jej tym samym znać, że czuje się w jej towarzystwie bezpiecznie. — Ostatnio spotykam wielu dziwnych ludzi z mojego życia w pracy. Czasami to zabawne, kiedy to ty możesz przejąć kontrolę nad sytuacją, ale z drugiej strony… to miasto jest ogromne i zatłoczone, dlaczego akurat spotkania w szpitalu? — wskazała na lokal znajdujący się 50 m od nich po drugiej stronie ulicy, by wiedziały gdzie się kierować. — Bardzo to wszystko dziwne…

      Tilly

      Usuń
  85. Nie widział najmniejszego problemu w tym, żeby zostawić córkę pod opieką Tamsin, więc gdyby tylko dziewczynki zażyczyły sobie kiedyś spotkania w mieszkaniu Tamsin, nie miałby nic przeciwko. Mógłby ją zawieźć, zostawić na kilka godzin, a później po prostu odebrać. Amber znała ją na tyle dobrze, żeby czuć się przy niej swobodnie, a on miał pewność, że Tamsin poradzi sobie z jej energią i pomysłami, a przy okazji też z pytaniami, nawet jeśli tych czasami wystarczało na trzy osoby. Co prawda Amber nie była dzieckiem, które było gdziekolwiek wypuszczane samopas, a dodatkowo uczyła się w systemie Montessori, więc grono dzieci, z którymi spędzała większość szkolnego dnia, nie było liczne, ale to nie oznaczało że była wychowywana pod kloszem i izolowana od świata. Akurat Tannerowi bardzo zależało na tym, żeby miała kontakt z ludźmi i poznawała nowe osoby, a potem sama uczyła się budować relacje, dlatego jeśli chciała spędzać czas z Liną, a jej opiekunowie nie mieliby nic przeciwko, Tanner z pewnością też nie zamierzałby tego utrudniać. Był nawet w jakimś stopniu pewny, że Amber sama upomni się o takie spotkanie, bo nie dało się nie zauważyć, że dziewczynki się polubiły, a na bajkowym festiwalu bawiły się naprawdę fajnie. Gdyby posiadały telefony komórkowe, pewnie już dawno wymieniłyby się numerami, czy innymi loginami, które funkcjonują w dzisiejszych czasach na tych przeróżnych portalach i komunikatorach. Z takimi nowinkami technologicznymi to Tanner był akurat w tyle, ale nie przeszkadzało mu to, bo na co dzień technologia nie była mu aż tak potrzebna do życia, jednak miał świadomość, że wirtualna rzeczywistość dla wielu ludzi, w tym też dzieci, stała się drugim podwórkiem, na którym wszystko się toczy.
    Podniósł lekko brwi, słysząc to grzeczne wyproszenie, a potem podniósł dłonie w geście niewinności i wymaszerował z łazienki, na odchodne posyłając lustrzanemu odbiciu Tamsin rozbawiony uśmiech. Powinien zacząć się przyzwyczajać, że dziecko mu dorasta i nie potrzebuje dorosłych rąk do tego, żeby się przebrać, czy zawiązać buty. To samo dziecko ostatnio złożyło przecież samodzielnie model krokodyla, który na odpowiednią komendę zamykał paszczę. Chyba pozostało mu co najwyżej przyjąć do wiadomości fakt, że zakres jego obowiązków powoli i nieodwracalnie się kurczy. Tu, w Nowym Jorku, rzeczywiście biegać boso się nie dało, chociaż i takich śmiałków dało się gdzieniegdzie spotkać, ale w Kings Point czy nawet wtedy, gdy wyjeżdżali do domku w Oliverea Valley, buty równie dobrze mogły nie istnieć. Amber bardzo chętnie korzystała z możliwości pozbycia się ze stóp wszystkiego, co nie jest częścią niej samej, ale równocześnie uważała, żeby nie wleźć gołą stopą w coś, co może skończyć się nieprzyjemną wizytą u lekarza. Kilka razy już tego doświadczyła i widocznie dość dobrze uczyła się na własnych błędach.
    Dziewczyny w końcu wyszły z łazienki już przebrane i pozbawione całej festiwalowej oprawy. Pożegnali się więc z Tamsin, dziękując jej nie tylko za towarzystwo, ale przede wszystkim za piękny koncert. Resztę dnia Tanner spędził z Amber już spokojnie w domu. Najpierw urządzili sobie mały seans filmowy, przeskakując przez niezliczona ilość dziwacznych bajek, a później przygotowali wspólnie kolację.
    Przez kilka następnych dni życie Tannera toczyło się zwyczajowym rytmem. Zajął się sprawami kancelaryjnymi, a przy okazji razem z pozostałymi obrońcami zaangażowanymi w Innocence Project odbył kilka dłuższych narad dotyczących jednej z prowadzonych spraw. Musieli ustalić wspólną linię obrony, przejrzeć jeszcze raz materiał dowodowy, a na końcu zdecydować, które elementy mogą mieć największe znaczenie w dalszym postępowaniu. W międzyczasie próbował również porozmawiać z Dakotą o jej nowym koledze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie chodziło mu nawet o sam fakt, że w jej życiu pojawił się jakiś mężczyzna, bo to akurat było jej życie i nie widział powodu, żeby urządzać z tego jakieś śledztwo. Problemem było to, że Amber już o nim wiedziała, a szczególnie utkwiły mu w głowie słowa córki o tym, że mężczyzna nie lubi dzieci, oczywiście poza Amber. Jakżeby inaczej. Dakota bardzo szybko zorientowała się, dokąd zmierza ta rozmowa, i zaczęła omijać go z godną podziwu skutecznością. Telefon milczał, kiedy próbował się do niej dodzwonić, a w kancelaryjnym gabinecie jakoś ciągle jej nie było. Miał problem trafić na nią nawet w Kings Point, co wydawało mu się poniekąd oczywiste, skoro miała nowego kolegę.
      Nie miał więc większego wyboru, jak tylko poczekać na odpowiedni moment, a ten nadszedł w dniu bankietu.
      Tego dnia wcale nie powinno go być w kancelarii. Miał zaplanowane spotkanie z grupą gemmologów i właśnie temu zamierzał poświęcić pierwszą część dnia. I poświęcił, ale wracając do mieszkania, ostatecznie zmienił jednak trasę i pojechał tam, gdzie wiedział, że znajdzie Dakotę, bo skoro od kilku dni z powodzeniem wymykała mu się z drogi, uznał, że tym razem nie będzie ułatwiał jej zadania. Ona wiedziała, że tego dnia nie zastanie go w kancelarii, dlatego zdziwiła się, gdy bez pukania wszedł do jej gabinetu. Rozmowa między nimi bardzo szybko przestała przypominać rozmowę. Sam fakt istnienia nowego mężczyzny nie był dla niego problemem i powiedział jej to wprost, może nawet zbyt wprost, co zabolało ją do takiego stopnia, że prawie dostał z liścia. A prawie tylko dlatego, że zatrzymał jej rękę w odpowiedniej chwili. Nie zamierzał interesować się tym, z kim Dakota spotyka się po godzinach, bo jej życie uczuciowe to ostatnia rzecz, która mogłaby go kiedykolwiek obchodzić. Cała sprawa zaczęła mieć znaczenie w momencie, kiedy dotarło do niego, co ten człowiek powiedział Amber. Nie miał zamiaru przechodzić nad tym do porządku dziennego tylko dlatego, że była to uwaga wypowiedziana przy okazji rozmowy. Miał to gdzieś, jakich ludzi ona dopuszczała do swojego otoczenia, ale jeśli dopuszczała ich do otoczenia Amber, to mocno zmieniało postać rzeczy. W końcu wyszedł z jej gabinetu, trzaskając drzwiami, a sekretarki nawet nie próbowały na niego spojrzeć, kiedy kierował się w stronę wind. Widocznie ton rozmowy, który dobiegł zza zamkniętych drzwi, wystarczył im za informację, że to nie jest dobry moment do zadawania jakichkolwiek pytań, nawet służbowych.
      Wrócił jeszcze do mieszkania, żeby przygotować się do bankietu, choć już wiedział, że po Tamsin będzie prawdopodobnie na styk, bo jego dzisiejszy grafik nie przewidywał długiej przeprawy z Dakotą. Wziął więc szybki prysznic, a potem przebrał się w białą koszulę i grafitowy garnitur z kamizelką. Na szybko zawiązał jasny krawat pod szyją, a na guziki mankietów wsunął spinki z białymi szafirami. Całość poprawił już w biegu, sprawdzając w lustrze jedynie, czy wygląda wystarczająco przyzwoicie, żeby można było bez wstydu pokazać się na jubileuszu. Wziął ze sobą jeszcze butelkę wody i zjechał windą na podziemny parking, gdzie stał jego wóz.
      Pod budynkiem, w którym mieszkała Tamsin, o dziwo udało mu się zaparkować bez najmniejszego problemu. Dotarł tam zaledwie dwie minuty przed umówioną godziną, więc nie zdążył nawet wysiąść z samochodu. Ledwie zgasił silnik, a chwilę później Tamsin pojawiła się przy drzwiach. Zauważył machającego Noah, więc pochylił się lekko przez szybę i mu odmachał, a kiedy Tamsin wsiadła, przywitał ją uśmiechem.
      — No, cześć — odezwał się, lustrując spojrzeniem beżową sukienkę, którą miała na sobie. — Bardzo ładnie, ale wychodzi na to, że dziś nie będziemy wiązać. Szkoda — zauważył, a na jego ustach pojawił się rozbawiony uśmieszek. — Rozumiem, że nastrój bankietowy jest i możemy jechać? — Podniósł spojrzenie do jej twarzy, a wraz ze spojrzeniem również brwi. Pewnie oboje znaleźliby z dziesięć lepszych sposobów na spędzenia tego wieczoru, ale, cóż, w planach był wieczór nad Hudsonem i drogie szampany.

      Tanner Morgan 👔

      Usuń
  86. Trzy kroki. Tyle go dzieliło od przeszklonych drzwi tarasowych, których klamka była wycelowana w bok. Zamierzał ją schwycić, podążając za słowami Emily, i zmusić do spojrzenia w dół – a potem otworzyć salon na widok ogrodu. Wciąż bujnego, choć już nieco zmęczonego parnym latem, które przecież jeszcze trwało.
    Kiedy Len ostatnim razem go widział, roślinność rozpleniała się na wszystkie strony, przechodziła ze wschodu na zachód, przechodziła z północy na południe, przechodziła ludzkie pojęcie. Ścieżki – te wydeptane i te wykamyczkowane – niknęły pod gęstą trawą, tak wysoką, że niepotrafiącą już zachować pionu, a kolorowe hortensje współdzieliły przestrzeń wraz z chwastami.
    Ludzie Burns zdziałali cuda przez półtora tygodnia. Pod ich rękoma i narzędziami ogród stał się ujarzmiony. Tak w miarę. Trawnik już nie kładł się po ziemi; stał sztywno, wysoki na parę cali. Tylko przy płocie sięgał do kostek. Kilka jaśniejszych, wysuszonych punktów aż tak nie rzucało się w oczy, skoro w różnych miejscach jeżówki i rudbekie tłoczyły się w gęste plamy purpury i żółci, jakby szalony malarz przechadzał się po działce i wymachiwał pędzlem w tę i we w tę.
    Bluszcz spływał po murach domu i powoli podchodził pod drzwi, skradając się, skradając i po drodze łapiąc wiatr w zielone objęcie. Podczas gdy krzaki bzu plotły plotki z pokrzywami, zapach mięty mieszał się z brzęczeniem pszczół, aż nie wiadomo było, co staje się czym. Sczerniały krzak azalii, który wcześniej tu usychał, zniknął. Len zastanawiał się, czy przy wykopywaniu okazało się, że jego korzeń ciągnął się milami pod ziemią, łącząc z korzeniami tulipanów, róż, stuletnich wierzb, aż w końcu wychodził na powierzchnię jako zupełnie nowa łodyga zapomnianej rośliny z drugiego krańca ogrodu.
    Czy pani Roberts, upojona barwami i zapachami, będzie bardziej skora do zakupu? Jeśli nie, to kto wie – być może dzikie wino połaskocze ją po łydce, a potem wespnie się po ciele i w ten sposób przywiąże ją do prezentowanego domu.
    Len jednak nie wypuścił jej na zewnątrz. To Burns zmaterializowała się i z rąk Emily przechwyciła klientkę, którą niemal siłą wyprowadziła z salonu.
    – Moja wina, wybaczcie! – Entuzjazm nie opuszczał głosu Jima, choć dołączyła do niego nuta zakłopotania. – Nie wiem, gdzie ja mam głowę.
    Len trzymał ją na karku, więc wiedział, że pozamykał wszystkie drzwi – żadnego przeciągu do środka nie zapraszał, a nawet jeśli wiatr wpadł narobić trochę zamieszania, najwyżej potrzaskałby okiennicami czy przewrócił parę rzeczy, ale nie wywołał takiego hałasu. Tamsin też musiała zdawać sobie z tego sprawę.
    – Mnie też się nie podobają – skomentował cicho Len, gdy pani Roberts i Burns już wyszły, a on z Tamsin stanęli przed piętrzącymi się przed nimi schodami.
    Przejął podaną mu łyżkę do butów. Chłód metalu mroził rękę, ale bardziej trwożyła możliwość, że prowizoryczna broń się przyda. Len raczej nie pomyślałby, by jakkolwiek się zbroić, wierząc raczej w moc słowa.
    Kiedy spojrzał na Tamsin, która zaciskała palce na pogrzebaczu, niemal uśmiechnął się w duchu; zabawne, gdy pierwszy raz ją zobaczył, castingując muzyków pod teledysk, w dłoni miała smyczek. Chyba wolał, jak go trzymała, choć w walce – byłby mniej przydatny, w istocie. Choć ciosem z wiolonczeli już krzywdę można by zrobić. Tylko muzyki żal.
    Ruszył pierwszy, wbrew regule savoir-vivre, która głosiła, że podczas drogi wzwyż pierwsza idzie kobieta, za nią mężczyzna, który w razie potknięcia zdoła ją złapać. Większość zasad dobrego wychowania Len uważał za bzdury, a jednak rozpychały się po jego umyśle – zwykle nie były mu potrzebne, ale różni kretyni z bogatych rodzin, których odgrywał, wedle nich żyli. Przynajmniej oficjalnie.
    Brał po dwa stopnie naraz; jeśli na szczycie czyhało niebezpieczeństwo, nie chciał kazać mu zbyt długo na siebie czekać. Sam się niecierpliwił, bo choć nie spieszył się do zagrożeń, to jak najprędzej pragnął, by nieznane przeistoczyło się w znajome.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wejścia do wszystkich pokojów zastał takimi, jakimi je zostawił. Zamknięte. Gałka do drzwi sypialni – znajdującej się tuż nad salonem – zniknęła w dłoni Lena, ale zanim ją przekręcił, poczekał aż mrowienie przepłynie przez ciało. Przez ramię spojrzał na Tamsin i skinął głową. Dopiero wtedy otworzył drzwi i wszedł do środka.
      Krok wprzód i od razu napad. Mocny zapach zaatakował nozdrza, aż oczy zaszły łzami. Len odruchowo się cofnął i stanął we framudze, ciałem przysłaniając widok. Nasunął koszulkę na nos i dopiero wtedy ponownie wkroczył do pokoju. Pod oknem, gdzie wcześniej rozlało się słońce, rozbił się flakon i teraz mienił się barwami w plamie po zapachowym płynie. Patyczki poturlały się dalej.
      Okno było zamknięte – chyba wiatr je zatrzasnął. Len doskoczył, otworzył, podparł doniczką.
      – Nie zamykaj drzwi – poprosił Tamsin. – Da się je czymś zblokować?
      Podłogę przecinały dwie równoległe bruzdy, jakby coś lekko wbiło w parkiet pazury i leniwie przeciągnęło je od boku pokoju prawie pod środek. Tuż obok leżały kawałki strzaskanego drewna, nieregularne odłamki, niewiadomego pochodzenia. Wszystko inne wyglądało identycznie, jak kilkanaście minut temu. Chyba.
      Len łyżką do butów rozgarnął kilka większych, ostrych drzazg, a potem jedną z nich złapał. Leciutka.
      – To dykta – powiedział, odwracając się ku Tamsin. Wzruszył ramionami. – Dobrze, że kota tu nie było – dorzucił ciszej.

      Len Weston

      Usuń
  87. [ PROSZĘ WYBACZYĆ I NIE BIĆ! ]
    Paweł przez ostatnie kilka minut bardzo sumiennie udawał przed samym sobą, że interesuje go telebim, zawodnicy kręcący się przy ławce i chłopak z obsługi zbierający puste kubki dwa rzędy niżej. W praktyce co kilkanaście sekund zerkał jednak w stronę przejścia, przez które Tamsin zniknęła po incydencie z kiss cam, zastanawiając się, czy przypadkiem nie był właśnie świadkiem najbardziej eleganckiej ucieczki z nie-randki w historii Madison Square Garden.

    Nie miałby jej nawet za złe. No, może trochę. Przede wszystkim jednak poczułby się jak skończony idiota, a Paweł bardzo nie lubił sytuacji, w których ktoś inny podejmował za niego decyzję, że powinien czuć się jak idiota. Od robienia z siebie kretyna miał przecież siebie.

    Na szczęście Tammy właśnie schodziła po schodach z dwoma piwami, więc nie uciekła. Odetchnął z ulgą i kiedy przeciskała się pomiędzy kolanami ludzi w ich rzędzie, odsunął nogi i przejął od niej jeden kubek.

    — Dzięki.

    Przez moment specjalnie niczego więcej nie mówił. Miał w głowie cały katalog komentarzy, od tych zdecydowanie zbyt bezczelnych po całkiem niewinne. Problem polegał na tym, że Tammy wyglądała, jakby właśnie próbowała wtopić się w plastikowe krzesełko i Paweł, mimo wielu wad, nie był aż takim skurwysynem, żeby jeszcze bardziej ją przycisnąć.

    Przerwa nadal się nie skończyła, a Paweł obserwował zakłopotano-rozbiegany wzrok Tamsin może przez pięć sekund zanim otworzył swój dziób.

    — Czy coś przegapiłaś? — powtórzył jej pytanie, jakby rzeczywiście musiał się zastanowić. — Bardzo dużo… — powiedział śmiertelnie poważnie. — Przez ostatnie pięć minut Knicks nie zdobyli ani jednego punktu… Głównie dlatego, że nie grali. — Kącik ust mu drgnął w uśmiechu, zamaskował to upijając piwo. — Ja natomiast dowiedziałem się, że w tym rzędzie jest siedemnaście krzeseł.

    Nie musiał tłumaczyć, że widział jej wcześniejsze liczenie. Najwyraźniej zrozumiała, bo Paweł parsknął cicho i wrócił wzrokiem do parkietu, dając jej tę jedną cholernie potrzebną chwilę na zebranie myśli. Sam też jej potrzebował, bo prawda była taka, że podczas jej nieobecności nie myślał ani o meczu, ani o kiss cam, ani nawet o tym, jak zabawnie wyglądała cała sytuacja na telebimie.

    Myślał o tych dwóch sekundach i o przypadkowym zetknięciu ust na sam koniec. Technicznie rzecz biorąc nie było to nic. Głupi przypadek i zrządzenie losu. A mimo to Paweł pamiętał dokładnie miękkość jej ust i fakt, że zanim odskoczyła, jego ciało zdążyło zareagować szybciej niż mózg. Chciał ją przytrzymać, na szczęście nie zrobił tego. Tamsin cztery lata temu nauczyła go jednej rzeczy skuteczniej niż ktokolwiek wcześniej: zamkniętych drzwi się nie wyważa tylko dlatego, że ma się odpowiednie narzędzia.

    — Spokojnie — powiedział po chwili. — Nie będę robił z tego wielkiej sprawy. A przynajmniej większej niż już zrobiło z tego dwadzieścia tysięcy ludzi na MSG. — Uśmiechnął się pod nosem. — To było trochę poza naszym wpływem. — Przez chwilę obracał kubek w dłoni, patrząc, jak piana przykleja się od środka do plastiku. — I nie musisz mi też tłumaczyć, dlaczego mnie nie pocałowałaś. Ani dlaczego prawie pocałowałaś. — Zawahał się. — Ani dlaczego na koniec jednak trochę wyszło… Chociaż jak będziemy kiedyś opowiadać tę historię naszym wnukom, to ja powiem, że zrobiłaś to specjalnie.



    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobił kolejny łyk piwa, uśmiechając się pod nosem. Jeśli będziemy kiedyś opowiadać tę historię naszym wnukom. To zdanie zabrzmiało mu w głowie dopiero sekundę po wypowiedzeniu. Nie wypowiedział tego specjalnie, samo wyszło, ale nawet nie zamierzał się poprawiać. Tamsin i tak na pewno brała 99% jego słów za żarty. Oparł łokcie na kolanach i spojrzał przed siebie, gdzie zawodnicy zaczynali już wracać na parkiet.

      — Poza tym — dodał, jakby właśnie przypomniał sobie coś niezwykle istotnego — powiedziałaś, że nie całujesz się na nie-randkach. Zapamiętałem. Bardzo konkretna zasada. — Pokiwał głową z udawaną powagą. — A ja szanuję zasady.

      To było o tyle bezczelne, że oboje mogli pamiętać, iż całe ich pierwsze spotkanie cztery lata temu polegało głównie na tym, że Paweł balansował na granicy zasad, pilnując jedynie, żeby żadnej z nich faktycznie nie przekroczyć.

      Gwizdek przeciął halę, a Paweł natychmiast odwrócił głowę.

      — Dobra. Koniec terapii. Gramy. — I jak za dotknięciem przełącznika znowu był kibicem. Pochylił się do przodu, skupiony na boisku, kiedy Knicks rozpoczynali kolejną akcję. — Dawaj… dawaj, dawaj… — Piłka odbiła się na zewnątrz. — No ja pierdolę!

      Piłka wróciła na środek, zawodnicy rozstawili się po boisku, a Paweł od razu przestał pamiętać, że jeszcze pół minuty wcześniej prowadził rozmowę o zasadach całowania na nie-randkach i potencjalnych wnukach. Było w nim coś niemal komicznie prostego, kiedy oglądał koszykówkę. Wszystkie skomplikowane myśli, które zwykle potrafił zagadać, wyśmiać albo zwyczajnie zepchnąć gdzieś na później, ustępowały miejsca kilku podstawowym kategoriom: dobra akcja, zła akcja, sędzia idiota, sędzia chwilowo-człowiek-godny-zaufania. Nie istniała przeszłość, nie było czterech lat bez Tamsin ani pytania, co właściwie robi z kobietą, której przypadkowy dotyk ust właśnie namieszał mu w głowie bardziej niż był skłonny przyznać. Była piłka, byli jego ukochani Knicksi i była właśnie katastrofalnie zmarnowana okazja.

      — To było podane na tacy, prezent na gwiazdkę… — burknął pod nosem, śledząc powrót zawodników do obrony. — Jeszcze wstążki brakowało. — Nie siedział długo, kolejne przejęcie poderwało go z miejsca bardzo szybko. — Tak, tak, tak, teraz! — rzucił, dłonią wskazując boisko. — TERAZ!

      Usuń
    2. Rzut za trzy punkty, piłka przez ułamek sekundy zawisła nad obręczą. Paweł zamarł wraz z połową hali. WPADŁA.

      — JEST, KURWA!

      MSG ryknęło w tej samej sekundzie, w której Pablo poderwał obie ręce, a potem odwrócił się do Tamsin tak szybko, jakby musiał natychmiast upewnić się, że uczestniczyła w tym wiekopomnym wydarzeniu. W jego oczach było coś dziecięcego: czysta radość człowieka, który przez trzy sekundy naprawdę nie miał żadnego życiowego problemu większego niż trajektoria piłki.

      — Emocje sportowe — powiedział poważnie. — Bardzo niebezpieczne zjawisko.

      Kilka następnych minut upłynęło w podobnym rytmie zdobywania i tracenia kolejnych punktów. Wynik skakał w obie strony. Przewaga Knicksów malała, potem rosła, potem znowu została zjedzona do dwóch punktów. Paweł przestał pić. Kubek trzymał w ręce bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby.

      — Nienawidzę takich meczów — powiedział, ale jego mina sugerowała coś całkowicie innego.
      Co on gadał, przecież uwielbiał tę adrenalinę, która buzowała pod skórą. Zostało tylko kilka minut na zegarze, wynik był na styku i cała hala pochylona do przodu jakby na rozkaz sędziego. Paweł siedział z łokciami opartymi o kolana, z kubkiem piwa zapomnianym gdzieś między nogami i wzrokiem przyklejonym do parkietu i ukochanych zawodników.

      — Dobra, dobra… bez głupot — mruknął pod nosem. — Tylko bez głupot. — Jakby to właśnie jego instrukcje miały uratować sytuację, przeciwnicy trafili za dwa. Paweł wyprostował się i skrzywił, ale Knicks odpowiedzieli natychmiast. — TAK! — wyskoczył do góry, po czym usiadł. Kolejne dwie minuty wyglądały mniej więcej tak samo. Wstawał, siadał, klął, raz złapał się obiema rękami za głowę i przez trzy sekundy patrzył w sufit, jakby chciał osobiście negocjować z Bogiem wynik spotkania. — Jeśli oni to teraz spierdolą, to wyprowadzam się z Nowego Jorku, wracam do Polski — rzucił zachrypniętym głosem. Knicks trafili oba wolne. — Dobra. Zostaję jeszcze na parę miesięcy.

      Nie był nawet świadomy, kiedy znowu dotknął kolanem kolana Tamsin. Zauważył dopiero po chwili, ale tym razem nie odsunął nogi. W tej całej ciasnocie, hałasie i nerwowej końcówce ten kontakt wydawał się nikomu z nich nie przeszkadzać. Na zegarze zostało kilkanaście sekund, całe MSG już stało w zapartym tchem, Paweł też, Tamsin również. Patrzyli na kolejny niecelny rzut przeciwników i zbiórkę Knicksów. Piłka wpadła do kosza, a zegar wybił końcową skundę.

      — TO JEST TO! —Hala eksplodowała, a Wysocki razem z nią. Odwrócił się do Tamsin w samym środku tego chaosu i odruchowo objął ją ramieniem, przyciągając do siebie na krótką chwilę. — MÓWIŁEM!

      Oczywiście, że nie mówił, jeszcze parę minut wcześniej groził emigracją. Dopiero po sekundzie dotarło do niego, że nadal trzyma Tammy blisko i że tym razem nie było kiss cam, żadnej kamery, żadnego tłumu skandującego im nad głowami. Puścił ją spokojnie, ale uśmiechu już nie potrafił schować.

      — Emocje sportowe — przypomniał. — Ostrzegałem. Rozejrzał się po hali, jakby chciał jeszcze przez moment zatrzymać ten obraz ludzi przybijających sobie piątki, a potem spojrzał znowu na Tamsin. — No. — Wskazał na wynik — Od dzisiaj oficjalnie jesteś talizmanem Knicksów. To bardzo odpowiedzialne stanowisko, co oznacza, że będziesz musiała przyjść jeszcze raz ze mną na mecz.

      Zaczął zbierać puste kubki i papier po nachosach, bo nawet w stanie euforii nie zostawiał po sobie syfu. Kiedy tłum zaczął przesuwać się w stronę wyjść, Paweł ruszył razem z nim, trzymając się blisko Tamsin. W najciaśniejszym miejscu położył jej na moment dłoń na plecach, żeby nikt nie wszedł między nich. Dopiero przy wyjściu, kiedy hałas został za nimi, a w twarz uderzyło chłodniejsze powietrze Manhattanu, odezwał się, głos miał kompletnie zdarty.

      — Ja pierdolę. Jutro Marek będzie miał najlepszy dzień swojego życia. Nie będę mógł na niego krzyczeć. — Uśmiechnął się, wsuwając ręce do kieszeni kurtki. Przez chwilę patrzył na ludzi wypływających z MSG w różne strony, na taksówki i światła miasta.

      PAWEŁEK

      Usuń