aktualności

06.04.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 kwietnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.04.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.04.2026.
11.03.2026
Post fabularny
Na blogu pojawił się nowy post fabularny. Zachęcamy do jego przeczytania i podzielenia się wrażeniami z lektury w komentarzu ♥
11.03.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
07.03.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 marca karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.03.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 05.03.2026.
14.02.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.02.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 lutego karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.02.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.02.2026.
11.01.2026
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.01.2026
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 stycznia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.01.2026
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.01.2026.
24.12.2025
Wesołych Świąt!
Kochani, życzymy Wam Wesołych Świąt! Zdrowia, szczęścia oraz pomyślności! Najedzcie się pysznego jedzonka, nacieszcie bliskimi i odpocznijcie, a do nas wróćcie pełni sił i zapału do pisania wąteczków 💙
15.12.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
14.12.2025
Azyl to też niewola...
Wszystkich zainteresowanych grą na blogu fantasy zapraszamy na The Last Salvation, które pozostaje otwarte dla wszystkich istot paranormalnych poszukujących azylu...
06.12.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10grudnia karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.12.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.12.2025.
11.11.2025
Porządki po liście obecności
Przeprowadzono ostateczne porządki po liście obecności. Z listy autorów usunięto maile osób, które się na nią nie wpisały, a karty postaci przeniesiono do kosza (z którego są one automatycznie usuwane po 90 dniach).
06.11.2025
Koniec listy obecności
Karty postaci autorów, którzy się na nią nie wpisali, zostały usunięte z linków. Po 10 listopada karty postaci zostaną usunięte z listy postów i przeniesione do kosza.
01.11.2025
Lista obecności
Na blogu pojawiła się lista obecności. Prosimy o wpisywanie się. Lista potrwa do 5.11.2025.
31.10.2025
Aktualizacja regulaminu bloga
W Regulaminie dodano punkt dotyczący rozwiązywania sporów między autorami. Prosimy o zapoznanie się z nim.
26.10.2025
Wgranie poprawki
W kodzie wgrano poprawkę dotyczącą wyświetlania szablonu na urządzeniach mobilnych. Wszystkim pomocnym duszyczkom - dziękujemy ♥
24.10.2025
Aktualizacja szablonu
Po trzech latach nasz kochany NYC doczekał się nowej szaty graficznej ♥ Jeśli dostrzeżecie jakieś nieprawidłowości, prosimy o ich zgłaszanie w zakładce Administracja.

21/06/2025

[KP] Did you forget the kind of bitch with whom you're dealing?

I wanna snarl and show you just how disturbed this has made me
You wouldn't last an hour in the asylum where they raised me

Sloane Fletcher

Sloane Senna Fletcher ——— 22 latka; urodzona 16 maja 2003 roku w Los Angeles. Piosenkarkatancerka i autorka tekstów o francusko-amerykańskich korzeniach, tworząca emocjonalny pop z elementami zmysłowości i surowej szczerości. Rodzice mieli fantazję, plany i prochy, dlatego Sloane w dokumentach widnieje jako Sloane Senna Fallon Delphina-Roux Petronille Fletcher-Basset. Jedyna córka Ivonne Basset - francuskiej modelki i jedno z wielu dzieci Desmonda Fletchera - amerykańskiego perkusisty zespołu alternatywnego Hollowed Souls. Właścicielka podążającej za nią krok w krok Rue. Zwyciężyni Grammy 2025 za Best New Artist, krążą plotki, że ojciec maczał palce w tym, aby dostała statuetkę. Między 2024, a 2025 była w międzynarodowej trasie don't call him back po wydaniu drugiego albumu old receipts. Mieszkanie w SoHo. Instagram. Pop princess. Spoiled Love, bo się rozwiodła, narobiła chaosu i zamiast pisać oświadczenia — napisała album. 

Sloane Fletcher jest dziewczyną, która ma w życiu wszystko, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo nie pozwoli, aby obcy dostrzegli więcej niż chce pokazać. O swoich słabościach do ciemnych oczu, perfum z nutami tytoniu i słodkich słów, w które nie wierzy, opowiada w piosenkach podbijając TikToka i listy przebojów, na których króluje przez tygodnie. Urodziła się z nazwiskiem znanym od dekad. Otworzyło to przed nią wiele drzwi, zza które chętnie zagląda i garściami bierze to, co jest jej oferowane. Starannie pielęgnuje swoją karierę od szesnastego roku życia, kiedy pierwszy raz podzieliła się ze światem swoimi tekstami i głosem. Filmik wybił się momentalnie, a wytwórnie rozpoczęły między sobą wojnę, aby przygarnąć Sloane pod swoje skrzydła. Pierwszy poważny kontrakt podpisała dwa lata później. Wbrew matce, która wymarzyła dla niej karierę w Hollywood. Wbrew ojcu, który kręcił nosem na popowe szmiry, ale nawet mimo swojej niechęci, o ile nie jest czymś akurat naćpany lub nie szuka swoich zagubionych dusz na pustyniach, pojawia się na koncertach.

Sloane Fletcher sama do końca nie wie, jaka jest tak naprawdę. Na scenie jest głośna, pewna, nieco niebezpieczna. Nie ma tam chwili na zawahanie, a każda sekunda jest dokładnie zaplanowana. Poza sceną wśród mniej lub bardziej znajomych osób zdaje się, że wcale z niej nie schodzi. Ciągle odgrywa narzuconą sobie rolę, tyle, że przed mniejszą publicznością. Szuka towarzystwa, które bez mówienia tego na głos, da jej hałas i adrenalinę, aby zagłuszyć wszystkie niewypowiedziane na głos emocjonalne i fizyczne potrzeby. Nie pozwala ludziom się poznać, a oni, zdaje się, że wcale też nie chcą wiedzieć co tak naprawdę w niej się kryje.

Sloane Fletcher próbuje być autentyczna, ale nie wie, gdzie zaczyna się ona, a gdzie akt.

🎶🎶🎶
Taylor Swift w karcie & Tate Mcrae na wizerunku.
Notki: I
Karty: I, II, III, IV, V

201 komentarzy:

  1. Ezra znał ten typ kobiet. Krzykliwe, prowokujące, złośliwe. Te, które wbijały pazury w gardło, zanim jeszcze zdążyły się przywitać. Te, które miały coś do udowodnienia: jemu, światu, samym sobie. Ale Sloane? Sloane była innym przypadkiem. Ona nie próbowała go przekonać, że jest niebezpieczna. Ona po prostu była. I chociaż wkurwiała go jak nikt inny, to gdzieś w środku miał na ustach ten półuśmiech, który pojawiał się nieproszenie, ilekroć zaczynała swoje wywody.
    Słowne gierki z nią były bardziej stymulujące niż niejedna rozmowa biznesowa z ludźmi, którzy całowali go po tyłku dla współpracy. Z nią było inaczej, zadziorność w pakiecie z autodestrukcją i błyskiem w oku, który zdradzał, że wie dokładnie, jak działa na facetów. Ale nie była kolejną dziewczyną od słodkich spojrzeń i „masz rację, Ezra”. Była chaosem z klasą. Słoną wodą w kieliszku whisky. I chociaż rozsądek podpowiadał, że powinien ją zostawić, to ten sam rozsądek gryzł się z drugą częścią niego, która miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i sprawdzić, jak bardzo mogliby się nawzajem spalić. Bo kiedy zawiesiła na nim ten wzrok, stojąc przez sekundę za blisko, z tym półuśmiechem i błyskiem wyzwania… coś w nim drgnęło. Coś pierwotnego, cholernie ludzkiego. I przez ułamek chwili, tylko przez ten jeden pieprzony moment, Ezra naprawdę pomyślał, że może Sloane Creighton to nie jest przypadek do przeanalizowania. Może to wyrok z odroczonym terminem. Ale, cholera, jaki kuszący.
    Ezra uniósł lekko brwi, ale uśmiech, który wślizgnął się na jego usta, był niemal zbyt leniwy, żeby nie był niebezpieczny.
    — Ogłady? — powtórzył z udawanym zastanowieniem, jakby to słowo było mu zupełnie obce. — W moim wieku to już się raczej nie inwestuje w ogładę. To jak implanty włosów. Za późno, za drogo i boli.
    Nie odwracał wzroku, kiedy mówiła. Zamiast tego opierał się luźno biodrem o framugę, pozwalając jej zbliżyć się dokładnie o tyle, o ile sama chciała. Wiedział, że blefowała, ale właśnie to podniecało go najbardziej, to niepewne balansowanie na granicy. Słowa zawieszone gdzieś pomiędzy flirtem a pogróżką, uśmiechy będące zarówno zaproszeniem, jak i ostrzeżeniem.
    Uśmiechnął się krzywo, nie ukrywając, że bawi go jej teatr, a jednocześnie… cholernie dobrze się w nim odnajduje. Bo prawda była taka, że Ezra nie znosił przewidywalności. Te wszystkie idealnie uczesane dziewczyny z sociali, które mówiły mu dokładnie to, co chciał usłyszeć? Nudne. Sloane była zaprzeczeniem tej nudy. Miała pazury, zbyt szybki język i skłonność do podejmowania złych decyzji w najlepszych kreacjach. Była gotowa rozbić mu na łbie szklankę i godzinę później poprosić, żeby na plaży po Molly zdjął z niej sukienkę. Taki poziom sprzeczności był uzależniający. Ezra doskonale wiedział, że balansują na cienkiej granicy między wybuchem a przyciąganiem, między żartem a obietnicą. I choć powinien był ją dawno odciąć, przestać odpowiadać na te zaczepki, które momentami aż iskrzyły od napięcia, zamiast tego prowokował dalej. Bo Sloane nie tylko odpierała jego ataki, ona go wyprzedzała. I może właśnie dlatego jeszcze jej nie przekreślił. Może właśnie dlatego, mimo że rozum mówił: zła decyzja, on wciąż szedł dalej.
    — Nie zgłoszę cię do HR-u… — rzucił, nachylając się do niej na tyle blisko, że jego głos brzmiał niżej, intymniej. — Ale jeśli dalej będziesz tak flirtować z własnym szefem, to w końcu się do czegoś zobowiążesz. Niewypowiedziany błysk w jego oczach, to jedno mikroskrzywienie kącika ust, które zdradzało więcej, niż jakiekolwiek przytaknięcie. Stał nadal przy drzwiach, ale zamiast wyjść pierwszy, cofnął się o pół kroku, zostawiając ją całkowicie w świetle przejścia. To był niemal rytuał, coś pomiędzy ustąpieniem pierwszeństwa a przyzwoleniem na dalszą prowokację. Sloane była jak płomień, który nie przypalał od razu, ale rozgrzewał wszystko wokół siebie do momentu, aż coś nie wybuchnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. A Ezra… Ezra był cholernie blisko punktu zapłonu. Zbliżył się do niej z pełną premedytacją. Wolno. Pewnie. A potem zatrzymał się dokładnie tam, gdzie zaczynało się pole napięcia. Te kilka centymetrów, które decydowały, czy dwójka dorosłych ludzi właśnie przestaje udawać, czy nadal będą grali w tę swoją cholerną grę.
    — Chciałem. — Przyznał prosto, niemal spokojnie, niemal wprost do jej ucha. — I jeszcze wiele razy będę chciał. Ale nie zamierzam cię rozebrać wtedy, kiedy jesteś naćpana, głodna, nieprzytomna czy zmęczona światem.
    Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, powoli, uważnie, dokładnie tak, jakby zapamiętywał. Jakby mimo całej tej prowokacji i gry… właśnie wybierał moment, by przejąć kontrolę.
    Ezra nie odrywał od niej wzroku, jakby jego cierpliwość właśnie zawisła na cienkiej nitce, a cały ten ich słowny ping-pong przestał być wyłącznie zabawą. Coś w jego spojrzeniu i w tym, jak ściszył głos sugerowało, że teraz mówi poważnie.
    — Ale „pod tym zimnym skurwysynem jednak kryje się dżentelmen”— powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. — Który nie interesuję się dziewczynami, płaczącymi po swoich ex.
    Nie powiedział tego z pogardą. Ani nawet z ironią. Raczej z pewną trzeźwą ostrożnością, która wybrzmiała w jego głosie jak granica.
    — To zawsze kończy się źle. Albo robisz za plaster, albo za broń. — Uniósł lekko brwi. — A ja mam już wystarczająco dużo własnych kłopotów. Nie mam zamiaru łatać niczego po kimś. — Zamilkł na sekundę, ale jego wzrok nie odszedł ani o milimetr. — Jesteś dobra w tej grze, Sloane. Naprawdę dobra. Ale ja też umiem rozpoznać, kiedy ktoś prowokuje, żeby sprawdzić, czy może jeszcze cokolwiek poczuć. — Jego głos był niższy, spokojny, ale wyraźnie bardziej osobisty. — I może powinienem cię pocałować. Może ty powinnaś pocałować mnie. Ale jeśli miałoby to znaczyć mniej niż jedno „pierdol się” do twojego byłego w twojej głowie… to wolę żebyś rzucała szklankami.
    Zostawił te słowa między nimi, cięższe niż wszystko, co padło wcześniej i przesunął się w bok, wciąż trzymając dla niej otwarte drzwi.
    Robił to celowo. Całe to balansowanie na granicy, między flirtem a prowokacją, między szczerością a dystansem, było częścią jego gry. Nie dlatego, że potrzebował jej uwagi. Ezra Creighton nie musiał o nią zabiegać. Robił to, bo wiedział, że w Sloane drzemało coś, czego większość ludzi nie potrafiła wydobyć. Coś chaotycznego, surowego, prawdziwego. Emocje. I to właśnie one były paliwem dla jej twórczości. Podsuwał jej tematy. Poruszał czułe struny. Podchodził zbyt blisko, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Rzucał sarkastyczne komentarze i patrzył, jak jej oczy błyszczą gniewem albo czymś, czego jeszcze nie potrafił nazwać. Kiedy przewracała oczami, kiedy odbijała piłeczkę, kiedy wzdychała teatralnie, jakby miał ją doprowadzić do szału, wtedy wiedział, że sięga do czegoś, co mogło później eksplodować w słowach, w dźwiękach, w wersach, które sprawiały, że ludzie milkli w połowie oddechu. Ona była jak granat z wyciągniętą zawleczką. A Ezra nie bał się trzymać go w dłoni. Wiedział, że artystka, która nic nie czuje, nie tworzy. A Sloane, nawet gdy była emocjonalnie wypalona, nadal miała w sobie ogień, trzeba go było tylko podsycić. Więc robił to. Rozniecał ją słowami. I nie zamierzał przestać, dopóki nie zobaczy, jak to wszystko, frustracja, pożądanie, bunt i niedopowiedzenia, wylewa się z niej na tracku. Bo wtedy wiedział, że będzie to warte każdej pieprzonej minuty.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  3. Ezra słuchał jej uważnie, nie tylko słów, ale tonu, cieni zawahań, pauz i tych drobnych przesunięć w spojrzeniu, które zdradzały więcej niż chciałaby przyznać. Była ostra i zadziorna, prowokująca i pewna siebie, ale nie próbowała udawać kogoś, kim nie była. I to mu imponowało. Nie tylko to, że potrafiła dopiec, celnie i bez cienia żenady, ale że mówiła wprost. Nawet o słabościach. Mimo wszystko, nie poruszył się ani o centymetr. Wciąż trzymał dystans, niewielki, ale wymowny.
    — To dobrze — odparł cicho, niemal miękko, ale jego spojrzenie pozostało twarde. — Chociaż uwielbiam patrzeć, jak ktoś traci dla mnie głowę…
    Uniósł brew. Sarkastyczny uśmiech zatańczył mu w kąciku ust.
    — Brzmi jak obietnica? — powtórzył cicho, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. — A może jak ostrzeżenie.
    W tej jednej sekundzie Ezra przypominał jej, że pod całym sarkazmem i arogancją kryje się ktoś, kto nie podejmuje ryzyka tylko dlatego, że coś jest kuszące. Że mimo całego flirtu, który ich oblepiał od pierwszego spotkania, potrafił się zatrzymać, choć wyraźnie go to kosztowało.
    — I, Sloane… Zanim powiesz mi, że dramat to twoje drugie imię… — dodał, tonem tak bezczelnie lekko ironicznym, jakby właśnie ją czytał. — Wiem, że to może brzmieć jak pieprzona herezja... — Mrugnął do niej leniwie, z ironicznym rozbawieniem. — Ale podobno jest ze mnie całkiem przyzwoity człowiek.
    Ezra rzucił jej spojrzenie przez ramię, z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który zawsze balansował gdzieś na granicy prowokacji i rozbawienia. Zrobił pauzę, wystarczająco długą, by mogła to podważyć albo obrócić w żart. — Czasem aż za bardzo, na moje własne nieszczęście — dodał, z udawaną goryczą i teatralnym westchnięciem. — Nie biję zwierząt, nie rozbieram kobiet po molly i nie całuję swoich podopiecznych... No… chyba, że wyjątkowo ładnie poproszą. Ale nawet wtedy — uniósł brew — i tak robię to dopiero po deserze.
    Spojrzał na nią z góry, ale nie w protekcjonalny sposób. Z ciekawością. Z fascynacją. Z tą iskrą, którą ledwo powstrzymywał. Tej rozmowy nie powinno było być, tak samo, jak tego napięcia, które wisiało w powietrzu jak przed burzą.
    — Zmarnowany potencjał na czarny charakter, wiem… — Spojrzał na nią znów, tym razem bardziej uważnie. — Ale nie martw się, Sloane. Wciąż mam swoje momenty.
    Ezra westchnął teatralnie i zerknął na nią z boku. W jego głosie brzmiała nuta autoironii. Nie próbował udawać świętego i Sloane doskonale o tym wiedziała, ale to właśnie ta niespodziewana równowaga między cynizmem a czymś zaskakująco ludzkim sprawiała, że można było z nim rozmawiać bez potrzeby uciekania się do obrony. A może tylko świetnie udawał.
    To było dokładnie to, czego Ezra chciał. Nie chodziło o seks, choć chemia między nimi była oczywista, gęsta jak dym w zamkniętym pokoju. Nie chodziło o łatwe rozładowanie napięcia, choć z ich temperamentami mogliby spalić pół miasta, gdyby tylko pozwolili sobie na jeden krok za daleko. Ezra nie działał jednak impulsywnie, nie w takich sprawach. A już na pewno nie z nią.
    Ze Sloane gra była inna. Głębsza. Bardziej złożona. On wiedział, kim była, zanim jeszcze otworzyła usta, znał liczby, daty, nazwiska, znał jej historię. Ale te rzeczy nie miały znaczenia, kiedy pierwszy raz spojrzała mu w oczy i odbiła jego uwagę jak lustro. Ostra, błyskotliwa, niepokorna. Taka, która nie potrzebowała litości ani uwielbienia. I właśnie dlatego postanowił, że nie da jej tego, czego spodziewała się dostać.
    Ezra celowo nie przekraczał granic, które ona prowokowała go, by złamał. Bo rozumiał, że nie potrzebowała kolejnego faceta, który wsunie rękę pod jej sukienkę, kiedy będzie wystarczająco rozbita, by się nie bronić. Ona potrzebowała emocji. Potrzebowała, by coś ją poruszyło. Prawdziwie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Trwale. Dlatego robił to, co robił, te wszystkie półsłówka, bliskie kroki, spojrzenia, które zostawały na niej zbyt długo, i zdania, które urywał w pół oddechu tylko po to, żeby zostawić ją z niedopowiedzeniem. On był przy niej cierpliwy. Zbyt cierpliwy, jak na kogoś tak impulsywnego jak ona. Ale nie bez powodu. Wiedział, że jeśli wyciągnie z niej wszystkie te niewypowiedziane rzeczy, złość, bunt, tęsknotę, potrzebę bycia kimś więcej niż tylko “czyjąś”, to Sloane znowu zacznie tworzyć. I to nie byle jak. A z pasją. Z ogniem. Z tym samym chaosem, który ją niszczył, ale i niósł. Ezra Creighton nie był jej terapeutą. Był cholernie wymagającym producentem. Ale wiedział, że jej emocje to nie przeszkoda. To surowiec. Więc grał dalej. Nie dlatego, że chciał ją złamać. Tylko dlatego, że chciał, by przypomniała sobie, jak to jest być niezniszczalną. To była ta wersja Sloane, którą znał od początku, pyskata, złośliwa, pełna sprzeczności, buzująca od emocji, które potrafiła ubrać w słowa lepiej niż większość artystów, z jakimi kiedykolwiek pracował.
    Widział, jak gasła. Słowa, które kiedyś wypadały z niej z siłą huraganu, teraz stawały w gardle. Więc dawał jej coś do walki. Punkt zaczepienia. Lustro, w które mogła krzyknąć i nie usłyszeć tylko ciszy. Wiedział, że kiedy Sloane Fletcher zaczyna się złościć, zaczyna też pisać. Że kiedy balansuje między pokusą a rozsądkiem, wtedy jej teksty trafiają celniej. Mocniej. Głębiej. Więc mówił. Patrzył. Zbliżał się o pół kroku za blisko, żeby widziała w jego oczach coś, co mogłoby być pragnieniem, ale równie dobrze mogło być tylko odbiciem jej własnych myśli. Sloane nie potrzebowała łatwego chłopaka, który ją pogłaszcze. Potrzebowała detonatora. I Ezra, cholera, potrafił nim być. Tylko że… nie na jej warunkach. Nie wtedy, gdy próbowała zatkać emocjonalną wyrwę po kimś innym. Nie, kiedy była na krawędzi i gotowa zrobić coś, czego później by żałowała. Bo znał ten mechanizm aż za dobrze. Bo sam go kiedyś stosował. A Sloane zasługiwała na więcej niż bycie swoją własną autodestrukcją. Więc się nie cofał. Ale też nie szedł dalej. To, co działo się między nimi, było ładunkiem. Potencjałem. Muzyką, która jeszcze nie powstała. A jeśli dobrze to rozegra, mogła powstać płyta, która będzie brzmieć jak jej własne serce. Brudne, poranione, ale bijące. Prawdziwe. I to było warte więcej niż szybki numerek między wersami.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  5. Ezra uniósł brew, jakby zaskoczony jej pytaniem, choć dobrze wiedział, że w jego przypadku nie istniało coś takiego jak niewinny zamiar. W jego spojrzeniu nie było nawet cienia wahania tylko błysk rozbawienia i znajomego, ironicznego uśmiechu, który pojawiał się zawsze, gdy Sloane mówiła coś, co przekraczało granice. Ale też coś w nim wyraźnie podpowiadało, że absolutnie mu to nie przeszkadza.
    — Może jedno i drugie — odpowiedział swobodnie, jakby flirt był ich wspólnym językiem ojczystym. — A może czekam, aż ty wyjdziesz pierwsza, żebym mógł się upewnić, że rzeczywiście masz czym się chwalić, skoro tak bardzo próbujesz odwrócić moją uwagę od jedzenia — odparł niewinnie, choć ton miał wszystko poza niewinnością. — Ale możesz to też potraktować to jako akt uprzejmości. W końcu przyzwoity człowiek, pamiętasz?
    Przekrzywił lekko głowę, przesuwając po niej wzrokiem z subtelną domieszką oceny, jakby sprawdzał, jak długo jeszcze będą się tak droczyć, zanim coś się przesunie, niekoniecznie w słowach. — Daj się nacieszyć, Fletcher — rzucił z tym swoim bezczelnym półuśmiechem, takim, który mówił więcej niż powinien. — Nie codziennie zabieram do restauracji kobietę, która chce mnie naprzemiennie zabić i zaciągnąć do łóżka. Lubię mieć pełen obraz sytuacji.
    Nie miał zamiaru się tłumaczyć. Nie musiał. Słowa między nimi były jak ruchy w partii szachów, wyważone, ale podszyte ryzykiem. Ezra lubił tę grę. Lubił ją nawet bardziej, niż planował. I dokładnie dlatego trzymał się tego dystansu, bezpiecznego, pozornego, opartego na przekonaniu, że to tylko wymiana słowna. Przez krótką chwilę przyglądał się jej twarzy, jakby analizował każdy niuans, każdą linię uśmiechu, kącik ust, błysk w oku. I cholera, wiedział, że gra była grą, ale przez ułamek sekundy miał ochotę ją przerwać. I nie z powodu tego, że przekraczała granice. Wręcz przeciwnie. Bo idealnie wiedziała, gdzie one są i nieco złośliwie kręciła się dokładnie na ich krawędzi, jakby zapraszając go, żeby spróbował ją popchnąć. Zamilkł na chwilę, po czym uśmiechnął się znów, tym razem bardziej drapieżnie niż czule.
    — Przyzwoity to też szczery — dodał tonem o krok zbyt miękkim jak na ich standardy. — Nie byłbym sobą, gdybym cię nie uprzedził, ale nie martw się, tylko się pogapię. Dla dobra sprawy. I tego błyszczyka.
    Nie poruszył się, nadal opierając się o drzwi, jakby przeciągając moment, zanim oboje wejdą do środka, do miejsca, w którym trzeba będzie zdjąć maski i zamienić napięcie na coś znacznie bardziej banalnego niż prawie-pocałunki i prowokacje.
    — No dalej, prowadź. Zobaczymy, kto z nas pierwszy zrobi coś głupiego.
    Ten obiad, jakkolwiek by się skończył, już był bardziej intensywny niż większość jego spotkań w tym mieście. I choć Ezra się do tego nie przyznał, jedno było jasne: cholernie mu się to podobało. Gdy wreszcie ruszyła jego wzrok rzeczywiście powędrował za nią, nie po to, żeby dać jej satysfakcję, ale dlatego, że nie mógł się powstrzymać. I wcale tego nie ukrywał. Ruszył za nią, poprawiając mankiet swojej koszuli, jakby zamierzał wejść na scenę.
    — Tak z czystej ciekawości — odezwał się Ezra luźno, idąc tuż obok niej, jakby to był zwykły dzień roboczy, a nie kontynuacja pół-flirtu, pół-testu nerwów, który właśnie rozgrywali w drzwiach restauracji. — Już ci trochę przeszło z tą trasą? Czy nadal mam się spodziewać, że rozbijesz mi szklankę na głowie w ramach zemsty?
    Zerknął na nią z boku, nie tracąc przy tym swojego spokojnego tonu. W jego oczach nie było kpiny, raczej coś w rodzaju trzeźwego realizmu zmieszanego z lekką pobłażliwością. Bo wiedział, że ją to wciąż wkurwia. I wiedział też, że ma do tego pełne prawo. Ale to nie znaczyło, że nie zamierzał tego punktować.
    — Wiem, że nie jestem przez to twoim ulubionym człowiekiem, ale dobra wiadomość jest taka, że spotkasz się dziś z kimś od PR — dodał, jakby właśnie informował ją o planie lunchowym.

    OdpowiedzUsuń
  6. — Ogarnie ci socialki, komunikat, może nawet wyjaśni fanom, że to nie ty wszystko rozwaliłaś. Chociaż… w twoim przypadku dramaty się akurat dobrze klikają, więc kto wie? Może kryzys to po prostu szansa w błyszczącym papierku.
    Wzruszył lekko ramionami, jakby całe to medialne zamieszanie było tylko częścią układanki, którą przywykł rozkładać na stole.
    — Poza tym… — posłał jej jeden z tych swoich półuśmiechów, które można było zinterpretować na milion sposobów, a żaden z nich nie był jednoznaczny. — Zostaw sobie trochę amunicji na później. Nigdy nie wiadomo, kiedy naprawdę ci się przydam jako worek treningowy.
    Znów spojrzał na nią z boku, jakby próbował wybadać, czy jego słowa trafiły tam, gdzie trzeba.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  7. Ezra zaśmiał się cicho, jakby właśnie usłyszał najprzyjemniejsze zagrożenie tego dnia.
    — No proszę, popielniczka na konsoli to był dopiero zwiastun nadchodzącej katastrofy. — Mruknął z zadowoleniem, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. — A ja głupi myślałem, że to była twoja wersja „przepraszam, że zniknęłam, miałam emocjonalne spięcie z rzeczywistością”.
    Nie było w jego głosie kpiny, raczej znajome znużenie tym, jak dobrze rozpoznawał schemat. Takich artystów miał już kilku na koncie. Ale tylko z jedną z nich pozwalał sobie na tak otwarty flirt. I tylko jednej dał się tak wytrącać z równowagi, nawet jeśli niczego nie pokazywał po sobie. Zatrzymał się tuż przy wejściu do restauracji i spojrzał na nią jakby właśnie oceniał, czy pociągnąć temat, czy dać jej parę sekund na ostudzenie własnego gniewu.
    — Nie powiedziałem, że gość od PR to cudotwórca — odparł spokojnie, niemal z przesadną uprzejmością, jakby rozmawiali na konferencji prasowej. — Ale jest sprytny. I rozumie, że dziś wszystko da się przekuć w narrację. Od kryzysu po renesans artystki z pazurem, która wraca po „najtrudniejszych miesiącach życia” silniejsza niż kiedykolwiek.
    Zrobił cudzysłów palcami, mrugając przy tym do niej prowokująco.
    — Jeśli ci się to nie podoba, mogę zawsze powiedzieć mediom, że zrezygnowałaś z trasy, bo… z miłości. Współczucie dobrze się sprzedaje. — Dodał niewinnie. — Albo że jesteś w ciąży. Też działa. Tylko potem jest więcej kombinowania.
    Milczał przez chwilę, pozwalając, by jego słowa zawisły między nimi jak mgła z perfum, które roznosiły się z jej skóry w chwilach, gdy nachylała się za blisko.
    — A tak serio, Fletcher… — Jego ton na moment złagodniał, choć oczy wciąż się w niej wbijały, jakby czytał między wersami. — To nie była kara. Nie dla ciebie. Gdybym miał cię karać, wiedziałabyś o tym od pierwszej minuty. I nie byłoby w tym nic z flirtu.
    Nie mrugnął. Nie cofnął się nawet o pół kroku. Ale ta granica cieniutka, rozgrzana do czerwoności jak drut pod napięciem, znów się przesunęła.
    — Ludzie w necie to dzieci z telefonami i problemami, których nawet nie umieją nazwać. Wiesz, co myślę? Że to się odwróci szybciej niż ci się wydaje. Ale musisz zacząć od siebie. Od tego, co chcesz z tym zrobić. Bo jeśli zamierzasz wszystko opierać na emocjach, to… — urwał na moment, uśmiechając się pod nosem. — Cóż, może faktycznie potrzebujesz popielniczki, żeby się uspokoić. Albo czegoś lepszego. Obiad działa cuda.
    Wyciągnął rękę, wskazując otwarte drzwi.
    — Pani przodem. A tyłek masz zajebisty, skoro już się pytasz.
    Ezra uśmiechnął się pod nosem, jakby właśnie przypomniał sobie coś wyjątkowo zabawnego.
    — Czasem dobrze kogoś wkurwić, wiesz? — rzucił z nonszalanckim spokojem, jakby mówił o doborze czcionki do okładki płyty. — Zwłaszcza jak się robi rebranding. Ludzie muszą się trochę zagotować, żeby zauważyć, że coś się zmienia.
    Spojrzał na nią znacząco, przechylając głowę.
    — A ty właśnie zaczynasz wyglądać, jakbyś była gotowa na nową wersję siebie. Mniej do lubienia, bardziej do zapamiętania. Nie jesteś pieprzną dziewczyną z sąsiedztwa…
    Wzruszył lekko ramionami, jakby to była tylko luźna obserwacja. Ale w jego spojrzeniu czaiło się coś więcej, rodzaj zawodowego głodu i… osobistego zainteresowania.
    — Zobaczymy, czy ci się to spodoba. Albo komuś. Bo jedno jest pewne: grzeczna Sloane nie klika się tak dobrze, jak ta, co wali popielniczką i flirtuje ze swoim producentem.
    Puścił jej oko, zanim sam ruszył w głąb restauracji.
    — No chodź, rebranding nie zrobi się sam.
    Ezra zatrzymał się na moment, odwracając lekko głowę przez ramię, zanim sięgnął po kartę w restauracji.

    OdpowiedzUsuń
  8. Uśmiech wciąż igrał mu w kąciku ust, jakby z góry wiedział, że wszystko idzie dokładnie tak, jak sobie zaplanował.
    — Musimy też zacząć pracę nad dokumentem — rzucił lekko, jakby mówił o czymś oczywistym, a nie o kolejnym potencjalnym polu minowym. — Kierunek artystyczny, koncepcja, kamera w garderobie i twoje głośne opinie o świecie. Wszystko.
    Uniósł brwi, mierząc ją znaczącym spojrzeniem, które było zbyt spokojne, jak na treść, którą właśnie podał.
    — Więc jeśli masz coś do wyrzucenia z siebie, kilka przekleństw, frustrację, może nawet parę niecenzuralnych myśli na mój temat, mikrofony będą gotowe.
    Karta zatrzymała się między jego palcami, ale wzrok miał cały czas wbity w nią, jakby nie był pewien, czy zaraz rzuci w niego czymś fizycznym, czy tylko kolejną kąśliwą ripostą.
    — Będzie autentycznie. Ludzie to kupią. A ty w końcu przestaniesz nosić to wszystko sama. Może nawet coś z tego będzie. Płyta. Prawda. Ty.
    Przekrzywił głowę.
    — Albo nowy powód, żeby mnie znienawidzić. Ale hej, to nie byłby zły materiał na finał, prawda?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  9. Ezra nie odezwał się od razu. Stał w miejscu jeszcze przez ułamek sekundy, jakby przetrawiał wszystkie słowa, które Sloane zdążyła właśnie wyrzucić z siebie razem z tymi złośliwymi, sarkastycznymi, pełnymi bólu i bezczelności. Nie potrzebował kamery, żeby widzieć, jak bardzo to wszystko w niej buzowało. I wcale się nie zdziwił, że powiedziała to właśnie teraz na granicy między flirtem a wyznaniem porażki. Ruszył w końcu za nią. W restauracji było półcicho, przyjemne ciepło kontrastowało z wieczornym chłodem Los Angeles, a ich stolik rzeczywiście znajdował się w jednej z bardziej odosobnionych części, intymnej, ale nie podejrzanej. Idealnej dla kogoś, kto miał być widziany, ale na własnych warunkach. Ezra bezczelnie zatrzymał się na moment, pozwalając sobie na ostatnie spojrzenie, nim usiadł. Nie zlustrował jej. Nie musiał. Było coś w sposobie, w jaki Sloane szła przed nim, pewność siebie i burza pod powierzchnią , że nie musiał jej oglądać, by wiedzieć, jak cholernie dobrze wygląda. Usiadł naprzeciwko niej i odchylił się lekko w fotelu, jeszcze przez chwilę obserwując ją w milczeniu. Już nie rozbawiony. Już nie flirtujący. Po prostu skupiony, z tą samą uwagą, którą zazwyczaj poświęcał produkcji, kiedy coś w nim klikało i wiedział, że ma w rękach coś, czego nie wolno spieprzyć.
    — Zapisz się na ten rzut siekierą, jeśli ci ulży. — Mruknął z nonszalanckim uśmiechem, który nie był już tak szelmowski, jak zwykle. Tym razem było w nim coś więcej. Zrozumienie? A może po prostu świadomość, że i tak nigdzie się nie wybierze. Zerknął na kartę, a potem na nią.
    — To nie była kara, Sloane. — Powtórzył. Jego głos był niższy, poważniejszy niż wcześniej. — Jesteś cholernie wartościowym chaosem. — Przesunął palcem po krawędzi kieliszka, zanim kontynuował. — Ale nawet najlepszy materiał wymaga obróbki. Więc tak, zabraliśmy ci trasę. Ale zrobimy to dobrze, nikt nie będzie o niej pamiętał. Bo będą czekać na coś większego. A dokument? To nie będzie tylko marketingowy produkt, ani laurka, ani PR-owa kampania ratunkowa. To ty, w całej swojej cholernej sprzeczności. I to będzie piekielnie dobre, jeśli tylko nie uciekniesz.
    Wyprostował się lekko, kiedy kelnerka postawiła przed nimi karty, rzucił jej krótkie „dziękuję”, a potem znów spojrzał na Sloane.
    — Więc tak, możesz mnie nazywać kutasem. Nie wytnę. Przynajmniej będzie prawdziwie. A potem nagramy, jak rzucasz siekierkami. Może wrzucimy to na TikToka z dramatyczną muzyką w tle.
    Dopiero teraz sięgnął po wodę, jakby tym gestem chciał nieco ochłodzić ton, który zaczynał zahaczać o zbyt osobisty grunt. Ale przecież z nią to było jak gra w szachy na czas, każde słowo mogło być ostatnim przed wybuchem.
    — Przysięgam, jesteś jak jebana bomba zegarowa w butach od Saint Laurenta — mruknął bardziej do siebie niż do niej, a potem ruszył spokojnie za nią. Nie był ani zaskoczony, ani zniechęcony. Ani tym, co powiedziała, ani tym, że raz go niemal rozszarpuje, a za chwilę puszcza oczko, jakby między nimi nie było żadnej wojny. Wiedział, że nie tylko flirtuje. Wiedział też, że nie wybaczyła. I nie musiała, nie od razu.
    Ezra uniósł brew, ledwie powstrzymując parsknięcie śmiechem, gdy padły te słowa. Oparł się wygodnie o oparcie krzesła, krzyżując ręce na piersi, wyraźnie rozbawiony, choć nie do końca przekonany do tej wersji wydarzeń.
    — Och? — mruknął z teatralnym zainteresowaniem. — Nie byłaś sama? — powtórzył, przeciągając słowa. A potem powoli spojrzał na nią ponad kartą, jakby właśnie doznał jakiegoś olśnienia. — Sloane… nie chcesz mi chyba powiedzieć, że to Zaire wybił ci z głowy publiczne zrównanie mnie z ziemią? — zaczął powoli, przeciągając każde słowo z wyraźną kpiną w głosie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Spojrzał na nią z przesadnym powagą, jakby ta możliwość była równie niepokojąca, co zabawna. — Co dalej? Polecił ci terapeutyczne kąpiele w lodzie? A może po prostu powiedział: “Zostaw go, nie warto” i spojrzał w dal jak postać z telenoweli? — Dodał, z teatralnym westchnięciem. Ironia w jego głosie była gładka jak jedwab, ale ciągnęła się jak stalowa linka. Jego uśmiech był szerszy niż wcześniej, złośliwy, ale podszyty czymś bardziej miękkim, tym samym tonem, który Ezra rezerwował dla tych, którzy potrafili mu dorównać. A Sloane, niezależnie od tego, jak bardzo próbował to sobie wyperswadować, z każdym dniem coraz bardziej to udowadniała.
    — Porada z gatunku: „Nie wkurwiaj faceta, który właśnie sfinansował twój comeback”. — Uśmiechnął się kątem ust, jakby naprawdę go to rozbawiło.
    — Czyli to nie ty postanowiłaś zachować klasę, tylko ktoś musiał cię powstrzymać przed zamianą mojego nazwiska w hashtag... Miło, że masz teraz własny głos rozsądku. I to w osobie Zaire’a, serio. Zaskoczyłaś mnie.
    Wyprostował się lekko, odłożył kartę i podparł brodę na dłoni, przyglądając się jej z niemal rozbawioną ciekawością.
    — Chociaż z drugiej strony, nie wiem co bardziej mnie martwi: że chciałaś mnie publicznie zmiażdżyć, czy że faktycznie się od tego powstrzymałaś. To niepodobne do ciebie, Fletcher. — Ezra zaśmiał się krótko, ten dźwięk był cichy, ale podszyty autentycznym rozbawieniem. Pokręcił głową, jakby właśnie uświadomił sobie, że nie tylko Zaire zasługuje na medal, ale że sam powinien rozważyć poważne zmiany w regulaminie współpracy z Sloane.
    — Dobra. — Westchnął teatralnie. — Do oficjalnego bana na Vegas muszę chyba dorzucić bana na Instagram.
    Podniósł kieliszek, ale nie upił jeszcze ani kropli, tylko spojrzał na nią z nad jego krawędzi, z tym typowym dla siebie półuśmiechem, który mówił: Ty jesteś problemem, ale cholernie dobrze się przy tym bawię.
    — Zakaz impulsywnego postowania, szczególnie po godzinie dwudziestej drugiej. I po drinku. I kiedy masz dostęp do Wi-Fi.— Przechylił głowę. — I żadnych stories nagrywanych w wannie. Z winem. Albo z psem. Albo z winem i psem. — Zamrugał niewinnie, jakby właśnie proponował coś absolutnie rozsądnego, nie próbując ugasić pożaru benzyną. Zerknął na nią znad stołu, tym razem już z wyraźnym uśmiechem.
    — Albo w sumie najlepiej zainstalujmy ci jakąś aplikację z opiekunem. Każdy twój post musi przejść przez komisję złożoną z twojego PR-a, prawnika… i mnie. — Wzruszył ramionami. — Nie ufam ci. Ty jesteś zdolna napisać „zajebiste wakacje” i nieświadomie wywołać trzecią wojnę światową.
    Nachylił się jeszcze trochę, głosem o pół tonu niższym.
    — Szkoda byłoby stracić całą kampanię promocyjną przez jedno „fuck you” w relacji, nie sądzisz? Nawet jeśli miałoby być skierowane do mnie.
    Oparł się znów wygodnie, z tym cholernym uśmieszkiem, który aż prosił się, żeby zetrzeć go z jego twarzy. — Możemy to dodać do dokumentu. „Faza PR-owej resocjalizacji: miesiąc pierwszy. Uczymy się, że Instagram to nie pamiętnik z liceum.”
    Zamilkł na moment, po czym sięgnął po szklankę z wodą i uniósł ją w jej stronę. — Za rebranding, dokument i nowy rozdział. Nawet jeśli zaczyna się od przekleństw pod moim adresem. — Uśmiechnął się lekko, tym razem mniej bezczelnie, bardziej… szczerze. — I za to, że nie wrzuciłaś tego posta. Jeszcze. I tak, zamierzam cię nakarmić. Ale nie za szybko, bo jak jesteś głodna, to jesteś jeszcze zabawniejsza.
    Uniósł brew, a potem spokojnie rozparł się w fotelu.
    — Tylko nie zrób mi krzywdy do końca kwartału. Mam jeszcze jedną artystkę do podpisania. — Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie, które zawisło na niej odrobinę dłużej niż powinno, a potem wrócił do przeglądania dań. Jakby właśnie nie rozbroił na chwilę całego napięcia między nimi, tylko po to, by zaraz znów je rozniecić.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  11. Ezra, zajmując miejsce naprzeciwko niej z nonszalanckim wdziękiem, sięgnął po kartę dań, ale nie spojrzał w nią ani przez sekundę. Jego wzrok był zajęty czymś znacznie bardziej absorbującym, Sloane w wersji “niegrzecznej, ale jednak w sukience”. Zerknął na jej biodra z taką samą nonszalancją, z jaką zwykle rzucał ironiczne komentarze.
    — Wiesz, — zaczął, odkładając menu i opierając się na łokciach. — Nie wiem, czy powinienem się śmiać czy dodać mu premię… — dodał po chwili z udawanym zamyśleniem. Uniósł brew z idealnie wyważoną kpiną i złośliwą satysfakcją. Przechylił głowę, jakby chciał się jej lepiej przyjrzeć.
    — A jeśli bardzo się uprzesz, możemy cię nagrać, jak rzucasz siekierami w moją podobiznę i zrobić z tego trailer. Nowa era, nowa ty. Niezrównoważona, ale piekielnie efektowna. Ludzie to kupią.
    Uśmiechnął się krzywo, jakby właśnie wygrał tę rundę.
    — I tak, będzie film. Ale nie martw się, nie wypuszczę cię z tylko jedną godziną materiału. Chcę wszystkiego. Etapów. Fochów. Wyzwisk. Twarzy bez makijażu o piątej rano i emocjonalnych wyznań o byłych facetach, które potem udasz, że nie padły. — Uniósł kieliszek z wodą i stuknął lekko o jej. Oparł łokcie na stole i złożył dłonie przed sobą, patrząc na Sloane z czymś na pograniczu kpiny i lekkiego rozbawienia.
    — Jeszcze tylko nauczysz się, jak nie rzucać telefonem i będzie z ciebie pełnoprawna ikona nowej generacji. Wściekła, seksowna i… z zakazem wstępu na Instagram.
    Ezra uniósł brew i przechylił głowę z teatralnym niedowierzaniem, jakby naprawdę próbował przetrawić to, co właśnie usłyszał. Przetarł palcem po krawędzi szkła, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli, zanim spojrzał na Sloane z tym swoim klasycznym „serio?” wymalowanym na twarzy.
    — Wiesz… — zaczął powoli, tonem, który sugerował, że mówi coś bardziej do siebie niż do niej — …to, że Zaire cię odciągnął od tego posta, to chyba najbardziej zaskakujące, co dziś usłyszałem. Po jego stronie spodziewałbym się raczej… benzyny, zapałki i popcornu.
    Zamilkł na ułamek sekundy, przyglądając się jej uważnie. W jego spojrzeniu było coś w rodzaju nieufnej ciekawości. Coś, co sugerowało, że mimo całego luzu, nie lekceważy tego wątku ani trochę.
    — Gdybyś powiedziała, że powstrzymał cię zdrowy rozsądek… prędzej bym uwierzył, że ktoś cię uprowadził i zamienił duszę w kapsułkę matchy. — Uniósł brew. — Ale że zrobił to Zaire? Nie wiem, Fletcher. Brzmi podejrzanie.
    Oparł się z powrotem o oparcie krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, jakby mierzył się z jakimś równaniem, które nagle przestało mieć sens.
    — To nie jest jego styl. On nie powstrzymuje ludzi przed robieniem dramatycznych rzeczy. On raczej rozkręca spektakl. Więc… — zawiesił głos — …jeśli miałbym się zastanawiać, to nie nad tym dlaczego cię powstrzymał, tylko co właściwie miał z tego dla siebie.
    Jego wzrok znów się zawęził. Był uważny. Nie otwarcie oskarżycielski, ale też daleki od naiwności. — Bo jakoś ciężko mi uwierzyć, że Zaire nagle został apostołem opanowania i PR-owej ostrożności.
    Nachylił się lekko do przodu, znów bliżej niej, spojrzenie ostrzejsze, niż przed chwilą. — Chyba że coś przegapiłem, a wasza historia jest dłuższa, niż mówisz.
    Nie czekał na odpowiedź, przynajmniej nie od razu. To było pytanie rzucone luźno, niby mimochodem, ale tak naprawdę wyraźnie testujące grunt pod nogami. Jak wszystko u Ezry: opakowane w żart, podszyte czymś znacznie mniej zabawnym.
    — Albo… — zaczął, przeciągając słowo z irytującym spokojem. Ezra uniósł lekko brew, jakby dopiero teraz wpadł na coś, co faktycznie mogło mieć sens. Zamyślił się na ułamek sekundy, nim zsunął się nieco niżej na fotelu i skrzyżował ramiona na piersi. Jego spojrzenie zrobiło się bardziej uważne, jakby testował tę hipotezę w głowie. — Po prostu chciał się ciebie pozbyć.
    Wzruszył ramionami, z tym chłodnym, rzeczowym tonem, który brzmiał prawie obojętnie. Prawie. — To by było bardziej w jego stylu. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten jego nagły przypływ rozsądku był po prostu biletem w jedną stronę.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ezra nie powiedział tego z żalem. Ani z zazdrością. Brzmiał jak człowiek, który widział zbyt wiele takich historii, żeby jeszcze się łudzić. Spojrzał na nią spokojnie, a potem sięgnął po szklankę, jakby właśnie powiedział coś tak oczywistego, że nie wymagało dalszego komentarza. Ezra wzruszył ramionami teatralnie, jakby naprawdę nie potrafił tego ogarnąć, ale było widać, że jego umysł pracuje cały czas. Jakby mimo całego dystansu, mimo całej tej ironii… coś w tej układance mu nie grało. — Ale hej. Może naprawdę miał dobry dzień. — Zmrużył oczy i uśmiechnął się leniwie. Oparł się wygodniej na fotelu i uśmiechnął tak, jak tylko Ezra potrafił, bezczelnie, drapieżnie, z błyskiem w oku, który aż prosił się o to, by ktoś mu przywalił za ten uśmieszek. Ale jednocześnie… było w nim coś, co zniechęcało do odwracania wzroku. Ezra przez moment milczał. Nie dlatego, że brakowało mu ciętej riposty, te zawsze miał w zanadrzu. Ale coś w jej tonie, a może w tym ledwie dostrzegalnym ułamku sekundy, kiedy spuściła wzrok, zatrzymało go. Nie ruszył się, nie zmienił wyrazu twarzy, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś trudnego do jednoznacznego nazwania. Zainteresowanie. Ciekawość. Może cień zrozumienia.
    — Mhm. — Odezwał się w końcu cicho, jakby ostrożnie testował grunt. — Nie wygląda mi to jak powód do świętowania? — W jego głosie nie było szyderstwa. Ani taniego współczucia. Tylko ten nieznośnie spokojny, analityczny ton, w którym potrafił zawrzeć więcej, niż wypowiadał słowami. — Ale wiesz co? Nie moja sprawa. — Wzruszył lekko ramionami. — I nie jestem tu, żeby rozdrapywać ci rany. — Dodał ciszej, wracając spojrzeniem do karty menu. — Ja jestem tylko tym wkurwiającym producentem. — Zamilkł na moment, po czym spojrzał na nią z nieco innym wyrazem, mniej sarkastycznym, bardziej rzeczowym. Odchylił się wygodniej, nie spuszczając z niej wzroku. Jego uśmiech był niebezpiecznie spokojny, z rodzaju tych, które nie zdradzają, czy ktoś właśnie się z tobą droczy, czy planuje kontratak.
    — Nie mam złudzeń, Sloane. — Zawiesił głos i pochylił się minimalnie nad stołem, nachylając się lekko w jej stronę. — Ty nie potrzebujesz ani wina, ani Molly, żeby złamać zasady. Ty tylko potrzebujesz powodu. A tych, jak się domyślam, nie brakuje.
    Mrugnął, a potem wycofał się z tą samą nonszalancją, z jaką wypowiadał wszystkie te słowa. Grał z nią, wiedział o tym. Ale też coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że nie był jedynym graczem przy tym stole. Sloane nie potrzebowała żadnego przewodnika po chaosie, sama była jego królową.
    — „To była jednorazowa sytuacja” — powtórzył z udawaną powagą. — Brzmi jak początek bardzo złych decyzji.
    Jego głos, z pozoru luźny i rozbawiony, miał jednak tę charakterystyczną głębię, mieszankę uznania i ostrożności, jakby naprawdę miał świadomość, że siedzi naprzeciwko kogoś, kto mógłby rozpętać burzę jednym postem albo jednym spojrzeniem.
    — Ale nie martw się — dodał, przechylając głowę lekko na bok i spoglądając jej prosto w oczy. — Lubię, jak próbujesz mi uprzykrzyć życie. To znaczy, dopóki nie rzucasz we mnie popielniczką. Wszystko inne… da się wytrzymać.
    W jego tonie znów zagościł ten znajomy flirt, ledwie wyczuwalny, niedosłowny, ale wystarczająco obecny, by zostawić po sobie lekkie napięcie w powietrzu. A może tylko to ona je poczuła. Nie spojrzał nawet w menu. Podyktował kelnerce wybrane nazwy dań a potem znów skierował uwagę na Sloane.
    — Rebranding. — Powtórzył po niej cicho, a potem spojrzał na nią inaczej. Uważniej. Jakby naprawdę przez moment patrzył nie na problem do zarządzania, tylko na człowieka, który właśnie siedział po drugiej stronie stołu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  13. Ezra uniósł brwi, jakby właśnie usłyszał największe zaskoczenie dnia. Cofnął się nieznacznie, jakby potrzebował odrobiny dystansu tylko po to, żeby móc w pełni zaprezentować teatralne zdziwienie.
    — Nie opowiedział ci? — mruknął z fałszywą troską, przechylając głowę. — Naprawdę? Żadnej wersji wydarzeń? Nawet tej wybielonej, w której on był ofiarą, a ja czarnym charakterem?
    Przez jego twarz przemknął cień rozbawienia, ale było w tym coś znacznie głębszego niż ironia. Coś, co przypominało, że za ich jawną niechęcią kryło się coś więcej niż jedno niedopowiedziane słowo.
    — No tak, zapomniałem. Teraz mówi tylko to, co jest wygodne. — Oparł się znów o fotel, jakby całe to wspomnienie nagle go zmęczyło. Zamilkł na moment, patrząc na nią, jakby zastanawiał się, czy pociągnie temat dalej. Ezra nie od razu odpowiedział. Przechylił lekko głowę, jakby analizował nie tylko pytanie, ale też intencję, z którą je zadała. Jego spojrzenie nie spuszczało z niej wzroku, uważne, nieprzeniknione, podszyte czymś, czego nie dało się łatwo nazwać. I może właśnie dlatego nie odpowiedział od razu. Oparł się wygodniej w fotelu, skrzyżował ręce na piersi. Uśmiech, który pojawił się na jego ustach, był zbyt spokojny, zbyt kontrolowany.
    — Pracowaliśmy razem, to fakt. Wspólny projekt, kilka głośnych tematów, trochę podejrzanych układów, których nikt nie kwestionował. — Wzruszył ramionami, jakby mówił o prognozie pogody, a nie o czymś, co odcisnęło na nim wyraźny ślad. — Potem była lojalność. Albo raczej jej brak. I granice, których nie miał prawa przekroczyć. Ale przekroczył.
    Jego ton był pozbawiony jadu. To nie była zemsta ani tani dramatyzm. Raczej… zupełnie trzeźwe, chociaż wciąż emocjonalne przyznanie: coś się spierdoliło. Zamilkł na moment, jakby coś jeszcze chciał dodać. Ale nie zrobił tego. W tych kilku słowach zawarł wszystko zgryźliwość i ten znajomy rodzaj ironii, którym Ezra potrafił rozbroić każdą rozmowę. Ale kiedy opadł na oparcie fotela, coś w nim nieznacznie się zmieniło. Uśmiech nie zniknął całkiem, ale jego oczy przygasły, jakby ciężar wspomnień właśnie wdarł się między nich, nieproszony. Bo ta historia niezależnie od tego, jak Carter ją dziś opowiadał lub jak bardzo próbował z niej wymazać Ezrę, poniekąd dotyczyła też Sloane. Może nie w centrum wydarzeń. Może nie jako główny powód, ale była tam. Pomiędzy wersami niedopowiedzianych rozmów, w tle decyzji. W tej jednej sytuacji, która zmieniła wszystko, rozkładając lojalność na części i każąc każdemu wybrać stronę. Ezra nie musiał mówić tego na głos. Nie musiał tłumaczyć, że od tamtej pory nie patrzyli już na siebie tak samo. Że to, co między nimi było zawodowe, przestało być wyłącznie kwestią pracy, bo w grę weszła duma i zawiedzione zaufanie. Patrzył na Sloane, wiedząc, że być może wciąż nie zna całej prawdy. Ale znała wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, że to nie była tylko historia dwóch facetów z ego za dużym na jedno miasto.
    Ezra wytrzymał jej spojrzenie jeszcze przez chwilę, jakby testował, ile jest w stanie z niego wyczytać. Ale zamiast wracać do przeszłości zamiast otwierać szufladki, które najwyraźniej i tak już się uchylały westchnął cicho, teatralnie wręcz i odchylił się nieco na fotelu, jakby właśnie zrzucił z ramion ciężar, który sam na nie przed chwilą włożył.
    — Ale to stare dzieje. Nieistotne. — Machnął ręką, jakby odganiał uporczywą muchę. — Wystarczy, że wiesz, że są ludzie, których się raz wykreśla i nigdy więcej nie wpisuje z powrotem. Nie przyjechałaś tu przecież rozgrzebywać moich konfliktów z twoim ex, tylko zbudować coś nowego. W założeniu: nieopartego na dramatach. Ale nie będę miał ci za złe, jeśli się potkniesz. Trudno się nie potknąć, jak się chodzi w butach od YSL.

    OdpowiedzUsuń
  14. Spojrzał na nią z nieco innym wyrazem twarzy. Może nawet z uznaniem, że nie próbowała udawać, że to nie obchodzi. Że pytała, choć wiedziała, że odpowiedź może być niewygodna. — Ale wiesz co? — dodał ciszej, pochylając się lekko do przodu, żeby skrócić dzielącą ich odległość. — Nie sądziłem, że właśnie ty o to zapytasz. — Kącik jego ust drgnął. I było w tym coś… jakby mimo wszystko jej ufał. Albo chciał. Albo przynajmniej był ciekaw, na ile głęboko Sloane chce wejść i czy wie, jak blisko ognia się zbliża. Ezra nie przeciągał ciszy. Nie miał zamiaru opowiadać jej wszystkiego, nie teraz, nie w tej restauracji, gdzie każde słowo mogło zawisnąć zbyt długo, a każde spojrzenie mogło znaczyć więcej, niż powinno. Prawda była zbyt ciężka, zbyt osobista. I zbyt skomplikowana. Dlatego właśnie postanowił zrobić to, co wychodziło mu najlepiej, przesunąć rozmowę dokładnie tam, gdzie chciał.
    Odchylił się na fotelu, jakby tamto pytanie w ogóle nie padło, i przesunął palcem po szkle, zostawiając smugę na ściance kieliszka.
    — Zastanawiam się, czy uda ci się przeżyć pierwszą próbę bez rzucania czymkolwiek — powiedział lekko, unosząc na nią wzrok. — Myślisz, że się powstrzymasz, czy mamy zawczasu przygotować zapas mikrofonów?
    Z powrotem był w trybie pracy. Choć w jego oczach nadal migotała nuta rozbawienia, ton głosu był już bardziej rzeczowy, skupiony ten, który słyszała, gdy oglądali sesje nagraniowe albo wybierali wersję master.
    — Zaczniemy od tego kawałka, który ci pokazałem — dodał. — Muszę przyznać, że wersja demo wypadła lepiej, niż się spodziewałem…
    Zawiesił na niej spojrzenie, dając jej wyraźnie znać, że nic mu nie umknęło.
    — Mam też kilka pomysłów, jak można to podkręcić. Ale zanim się na coś rzucisz, wolałbym, żebyś to sama usłyszała. — Po chwili sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął pendrive. Położył go na stole, przesuwając w jej stronę z taką nonszalancją, jakby podawał jej zapalniczkę. —  Posłuchaj, kiedy wrócisz. Tylko nie pisz mi o drugiej w nocy, że to jednak gówno, bo wtedy nie odbieram.
    Ezra właśnie odsunął kieliszek z wodą, jakby uznał, że był zbyt jałowy na tę rozmowę, ale zamiast sięgnąć po coś mocniejszego, po prostu zsunął palce z krawędzi szkła i oparł się wygodniej, z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zapowiadał, że zaraz powie coś, co wywróci stół do góry nogami.
    — A, zapomniałbym... — Ezra sięgnął znów po kieliszek, jakby mówił o czymś równie banalnym co rezerwacja stolika. — Załatwiliśmy ci Super Bowl.
    Spojrzał na nią spod rzęs, z pozornie nonszalanckim uśmiechem, który jednak mówił jedno: doskonale wiedział, jaką bombę właśnie zrzucił.
    — Znaczy… nie będziesz rzucać piłką, spokojnie. Ale scena, światła, występ na żywo. Sześć i pół minuty, żeby pokazać wszystkim, że Sloane Fletcher nie tylko wróciła, ale zrobiła to tak, że nikomu nie da zapomnieć.
    — Jest tylko jeden problem — dodał z tym swoim charakterystycznym tonem, w którym mieszała się niewzruszona rzeczowość z subtelną nutą kpiny. — Termin jest bliski. Bardzo bliski. — Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na dłużej przy oczach, jakby oceniał, ile jest w niej gotowości, a ile czystej adrenaliny. — Więc jeśli chcesz wejść z hukiem, a nie się ośmieszyć przed całą pieprzoną Ameryką… — zawiesił głos z teatralną pauzą — musisz się wziąć do roboty.
    Oparł się wygodniej, nonszalancko założył rękę na oparcie swojego fotela. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. — Chciałaś rebranding, masz rebranding. Może od razu po tym wrzucisz ten post z wanny, wiesz, jako domknięcie wątku. — I mrugnął do niej bezczelnie. Ezra skinął głową, jakby potwierdzał sam przed sobą, że to już moment, w którym można zrzucić bombę w pełnej krasie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  15. Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, ten sam uśmiech, który mówił więcej niż jakakolwiek odpowiedź. Złośliwy, rozbawiony i podszyty czymś, co przypominało gorzki cień wspomnień. Odchylił się lekko na fotelu, jakby nie zamierzał się spieszyć z ripostą.
    — Tak, przypadkiem — powtórzył z przeciągniętą ironią, wodząc spojrzeniem po sali, jakby szukał świadka tej historii. — Przypadkiem byłem pierwszym idiotą, który uznał, że warto włożyć w niego czas, pieniądze i nazwisko. Zupełnie przypadkiem dopilnowałem, żeby otwierał większe koncerty, i przypadkiem wciągnąłem go do studia, zanim jeszcze wiedział, jak się poprawnie trzyma mikrofon.
    Ezra uniósł kącik ust w jednym z tych półuśmiechów, które nie zwiastowały nic dobrego. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, jakby oceniając, czy mówi to z ciekawości, czy może próbuje sięgnąć głębiej, tam, gdzie nie każdy miał dostęp. Wzruszył ramionami, jakby to wszystko rzeczywiście było niczym więcej niż ciągiem zbiegów okoliczności. Sloane jednak dostrzegła w jego oczach cień czegoś innego, może rozgoryczenia, może irytacji, a może po prostu niedopowiedzianej historii, której wciąż nie chciał wyciągać na światło dzienne. Nie tutaj.
    — A potem przypadkiem wszystko spieprzył. — Dodał z uśmiechem, który zupełnie nie pasował do tonu. — Ale to przecież już nie moja historia, prawda? — Zamilkł na moment, pozwalając, by cisza zawisła nad stołem. — Ale wiesz, nie żałuję. W końcu… spójrz, jaki piękny potwór z tego wyrósł. — Uniósł kieliszek z winem, jakby wznosił toast za sukces, który wymknął się spod kontroli. Nie spojrzał na nią od razu. Przez chwilę wpatrywał się gdzieś ponad jej głową, jakby właśnie zobaczył duchy przeszłości, które nie chciały odpuścić. Zgasił temat tak naturalnie, jakby zaciągał zasłonę. Ale jego spojrzenie, kiedy wróciło na Sloane, było nieco inne. Czujne. Jakby próbował ocenić, ile z tego naprawdę zrozumiała. Ile jeszcze chciała wiedzieć. I czy była gotowa na odpowiedzi. Ezra spojrzał na nią z lekkością, która była tak samo wyćwiczona jak jego uśmiech — nonszalancka, odrobinę kpiarska, ale ledwie maskująca ostrze ukryte pod spodem. Oparł się wygodniej o fotel, wodząc palcami po krawędzi kieliszka.
    — Brzmię dokładnie tak, jak chcę brzmieć. — Odparł z tą swoją charakterystyczną mieszaniną kontrolowanej obojętności i niedopowiedzenia, która doprowadzała ludzi do szału, jeśli zbyt długo z nim rozmawiali. — A że ty z tego wyciągasz więcej, niż mówię… cóż. To już nie moja wina, Sloane.
    Nie odpowiedział na pytanie o początki Cartera jakby ten temat nagle stracił dla niego ciężar, jakby był zbyt wyeksploatowany, zbyt rozległy, zbyt… osobisty, by rozwlekać go między krewetkami a winem. Ale w jego oczach, przez ułamek sekundy pojawił się błysk wspomnienia.
    — Ale nie po to tu jesteśmy, prawda? — dodał lżej, jakby poprzednie słowa wcale nie padły. — Masz do zaśpiewania Super Bowl. A ja mam do zbudowania ciebie na nowo. Chyba, że jednak chcesz pogrzebać w cudzym grobie.
    Ezra uniósł brew, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej rozbawia go jej szok, czy to, jak szybko przeskoczyła od niedowierzania do absolutnej pewności siebie.
    — I tak, mówimy o „tym” Super Bowl. Nie ma drugiego. — Mruknął. — W przerwie, na żywo, przed milionami ludzi, wśród konfetti, świateł i Amerykanów z popcornem w jednej i piwem w drugiej ręce. — Powoli odchylił się na fotelu, z rozbawionym błyskiem w oczach. — Lepiej zacznij ćwiczyć rzut mikrofonem. W razie gdyby się nie spodobało. — Ezra uniósł lekko brew, jakby w odpowiedzi na jej niedowierzanie. I choć zazwyczaj nie lubił się powtarzać, tym razem wyglądało na to, że sprawia mu to czystą satysfakcję. Widział jej reakcję pełną niedowierzania, ekscytacji i strachu, który błysnął gdzieś w kąciku oka, zanim zdążyła go ukryć za kieliszkiem. Zamilkł na chwilę, dając jej przetrawić wszystko, co właśnie padło. Nie musiał nic dodawać, wiedział, że dokładnie w tej chwili zaczęły się w jej głowie obliczenia, układanie planu, napięcie mięśni do sprintu.
    I właśnie o to mu chodziło.

    OdpowiedzUsuń
  16. — Mieli — odparł w końcu spokojnie, wzruszając ramionami, jakby chodziło o drobną zamianę w line-upie lokalnego festiwalu, a nie o największy koncert w telewizji. — Ale… wypadł. Delikatnie mówiąc. — Uniósł brew, posyłając jej krótkie, znaczące spojrzenie. — Trzeba było pociągnąć za kilka sznurków, odkurzyć stare znajomości, przypomnieć parę osobom. No i… voilà. — Wzruszył ramionami jakby chodziło o coś banalnego. — Masz swój slot. Halftime. Największa scena w kraju, może na świecie.
    Nachylił się lekko przez stół, nie przestając się uśmiechać, tym razem z lekkim błyskiem wyzwania w oczach.
    — Masz szansę pokazać światu, że Sloane Fletcher wróciła i nie zamierza przepraszać za to, kim jest. Ani za to, co spaliła po drodze.
    I, jakby nie patrzeć… — nachylił się nieznacznie, opierając przedramię o stół. — Potraktować to jak zemstę na wszystkich, którzy postawili na to, że nie wrócisz. — Nie dodał, że użył kilku przysług. Że podłożył komuś ogień pod tyłkiem i że nie wszyscy byli tym faktem zachwyceni. Ale to nie była jej sprawa. Ona miała wejść na scenę i zapłonąć. Zamilkł na moment, pozwalając ciszy opaść między nimi. — Więc… gratulacje. — Uniósł kieliszek z wodą i stuknął lekko o jej. — A zdjęcie z wanny? Upewnij się, że będzie artystyczne. I że nie rozlejesz mi wina na telefon. — I zanim zdążyła mu odpowiedzieć, z nonszalanckim spokojem upił łyk wina, jakby właśnie nie dał jej największej życiowej szansy i nie rzucił sugestii, która bezczelnie rozgościła się gdzieś w napięciu między nimi.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  17. Ezra odstawił kieliszek, spoglądając na nią z nieco zgaszonym uśmiechem, takim, który nie dotarł do oczu.
    — Carter nigdy nie był najlepszym kumplem — powiedział w końcu, nie siląc się na żadne upiększenia. Westchnął cicho, jakby właśnie wspominał coś, co próbował dawno wyrzucić z pamięci, ale wciąż tam było, jak zadrapanie na starej płycie, które za każdym razem zacinało tę samą nutę.
    — Jedna sytuacja przelała czarę goryczy — dodał, sucho, jakby już dawno oddzielił od niej emocje, a przynajmniej chciał, żeby tak to wyglądało. Nie wyjaśnił, nie rozwinął. Ale ton głosu wystarczył, by Sloane zrozumiała, że to nie był dramatyczny gest ani pusta urażona duma. Tam naprawdę coś się wydarzyło. Coś większego niż różnica zdań. Większego niż muzyka. Ezra tylko spojrzał na nią dłużej, jakby właśnie ważył, czy powiedzieć coś więcej, ale nie zrobił tego.
    Ezra odchylił się lekko na oparcie fotela, zerkając na nią z tym swoim lodowato spokojnym wyrazem twarzy, który zawsze poprzedzał zdanie, którego lepiej było nie przerywać.
    — Była — powtórzył za nią, jakby podkreślenie tego słowa miało zamknąć pewien rozdział. — To tutaj słowo klucz. — Zrobił krótką pauzę, unosząc lekko kieliszek, ale nie napił się jeszcze. — Kiedy robiliśmy ten deal, byłem przekonany, że już się z niego wyleczyłaś.
    Zawiesił głos, pozwalając, by echo tych słów wybrzmiało między nimi z pełną premedytacją. Uśmiechnął się lekko, jakby tylko dla siebie.
    — Okazało się, że może nie do końca. — dodał sucho, przechylając głowę. — Małe komplikacje z twojej strony. Ale da się przeżyć.
    Nie było w tym wyrzutu, raczej trzeźwa ocena sytuacji. On był przyzwyczajony do chaosu, ale nie lubił, gdy ktoś mu go przynosił nieświadomie. Sloane przyniosła go z pełną gracją i choć z pozoru to ignorował, wiedział dokładnie, co się dzieje.
    — I zanim zapytasz… — podjął, jakby przewidywał jej kolejne myśli — …nie podpisałem z tobą kontraktu ze względu na Cartera. — Zmrużył lekko oczy. — Nie podejmuję decyzji biznesowych w tak płytki sposób. Nawet jeśli byłoby mi bardzo wygodnie zrzucić to na złośliwość.
    Skrzywił się z lekkim politowaniem, które równie dobrze mogło być skierowane do niej, jak i do całej sytuacji. Wzruszył ramionami z tym swoim nonszalanckim luzem, choć każde jego słowo było dokładnie wycelowane. Zamieszał lekko winem w kieliszku, jakby chciał dać jej chwilę na przyswojenie tonu, w jakim to powiedział z chłodną precyzją, bez miejsca na niedomówienia.
    — Nie jesteś tu jako czyjaś była. Jeśli jesteś tutaj, dlatego, że masz potencjał na coś więcej niż tylko headline do portali plotkarskich.
    Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, nie odpowiadając od razu. Oparł łokieć o stół i przesunął palcami po brodzie, jakby rozważał, czy bardziej rozbawiła go jej śmiałość, czy fakt, że potrafiła w jednej chwili balansować między profesjonalizmem a czymś, co wcale nie było żartem.
    — Przestań mi to wizualizować, Fletcher. — Mruknął leniwie. — Jeszcze się zakocham…
    Jego spojrzenie było z jednej strony żartobliwe, ale gdzieś pod spodem kryło się to znajome napięcie, niewypowiedziane, ale obecne. To nie był pierwszy raz, gdy wymieniali między sobą takie zdania, ale po raz pierwszy Ezra puścił się trochę dalej. Może o milimetr, ale w jego przypadku to i tak było więcej niż zwykle. Bo nie chodziło o żart, tylko o to, że zaczynał się zastanawiać, co się stanie, jeśli naprawdę do tej wanny trafiłby kiedyś nie tylko telefon. Sięgnął po kieliszek i spojrzał na nią znad jego krawędzi.
    — Nie zjebiemy tego. Ani ty, ani ja. — Powiedział już ciszej, bardziej poważnie. — To nie będzie występ. To będzie moment. I jeśli zrobisz to tak, jak myślę, że zrobisz… — Uniósł brew. — …to nikt nie będzie mówił, że to był twój powrót. Będą mówić, że to był twój początek.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie patrzył teraz na nią jak producent. Patrzył jak ktoś, kto stawiał wszystko na jedną kartę, nie tylko z powodu biznesu, ale dlatego, że wierzył, że to coś w niej nadal tam jest. I może nawet nie przestał w to wierzyć ani na moment. Wziął głębszy oddech i jakby chciał już złapać inny temat, zepchnąć to napięcie z toru, bo robiło się niebezpiecznie poważnie, ale jeszcze chwilę trzymał wzrok na niej. Ezra parsknął cicho, krótko, jakby rozbawiło go coś, czego jeszcze nie powiedział na głos. Oparł się łokciem o stół, a potem, z pozorną nonszalancją, nachylił się nieco w jej stronę, wystarczająco blisko, by jego głos dotarł tylko do niej.
    — W tym roku to my zabiegaliśmy o Super Bowl. — powiedział spokojnie. — Ale za rok? To oni mają zabiegać o ciebie.
    Oparł się z powrotem, znów spokojny, jakby rzucił właśnie prognozę pogody. Ale w oczach miał coś innego, pewność. Nie tylko marketingową wizję, ale konkret. Strategię. Ryzyko, które zamierzał przekuć w sukces.
    — I to będzie prawdziwa miara sukcesu, Fletcher. — dodał jeszcze, bez uśmiechu. — Kiedy nie dzwonisz, tylko odbierasz. I to od ludzi, którzy wcześniej nie raczyli nawet zapisać twojego numeru.
    Ezra oparł się wygodniej, z pozornym spokojem przetaczając palcem po krawędzi kieliszka, jakby od niechcenia, ale w jego spojrzeniu pojawił się cień koncentracji, którego Sloane nie mogła zignorować. Nie mówił od razu. Jakby celowo pozwalał, by cisza zaczęła się między nimi sączyć nie nerwowa, raczej znacząca.
    — No pressure. — rzucił luźno. — Tylko kariera. I reputacja. I kilka milionów widzów. Ale jakby co, zawsze możesz zwalić wszystko na choreografię.
    A potem spojrzał na nią z takim spokojem, jakby naprawdę wierzył, że nie zawiedzie. I że jeśli ktoś ma podpalić ten stadion, to właśnie ona.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  19. Ezra przez chwilę tylko patrzył. Bez słowa, bez najmniejszego grymasu. W tym spojrzeniu nie było politowania ani chłodnej kalkulacji, był w nim ten rodzaj skupienia, który miał w sobie coś niemal niepokojącego. Jakby właśnie próbował ją rozgryźć do ostatniej warstwy. A potem, powoli, oparł się wygodniej, jakby wszystko, co powiedziała, trafiło dokładnie tam, gdzie powinno.
    — To bardzo dobra motywacja — powiedział cicho, ale bez żadnego pobłażania. — Chcesz, żeby żałowali? Zrób to tak dobrze, żeby nie mogli się od tego odwrócić. Żeby ich to uwierało. Każde jebane nazwisko, które się od ciebie odcięło niech teraz się wstydzi, że miało cię na wyciągnięcie ręki i nie wiedziało, co z tym zrobić.
    Nachylił się lekko w jej stronę, ale wciąż zachowywał dystans fizyczny, nie emocjonalny. Jego głos był niższy, spokojny, ale każdy wyraz niósł ciężar.
    — I nie dlatego, że im pokażesz środkowy palec. Tylko dlatego, że nie będą już mogli sobie wyobrazić tej sceny bez ciebie.
    Wziął łyk wina i odchylił się wygodniej w fotelu, mierząc ją wzrokiem. Znów był sobą nieco bardziej wycofanym, opanowanym, z dystansem, który utrzymywał bez względu na to, jak bardzo wciągała go ta rozmowa.
    — Scena, światło, warstwy. I ty w centrum. Brutalna, emocjonalna, piękna w tym, co masz do powiedzenia. Ale z kontrolą. Chcesz się rozliczyć z tym, co było? Zrób to przez sztukę, a nie dramat.
    Przez moment jeszcze na nią patrzył, jakby oceniał, czy to już czas powiedzieć jej resztę
    — Masz szansę zrobić coś, czego nikt się po tobie nie spodziewał. Złóż te wszystkie swoje blizny w coś większego. I pokaż im, że wróciłaś. Ale nie taka sama. Lepsza. Mądrzejsza. I nie do ruszenia.
    Zawiesił głos na chwilę.
    — A wtedy… nasz dokument nakręci się sam.
    Nie uśmiechał się. Tym razem mówił serio. A potem, jakby nie chciał zostawić tej rozmowy zbyt długo w strefie ambicji i blizn, które oboje nosili pod skórą sięgnął po kieliszek i nachylił się do niej z półuśmiechem.
    Ale kiedy zapytała poważnie o występ, Ezra natychmiast przeszedł w tryb pracy. Zmienił się w ułamku sekundy. Napięcie twarzy, skupienie w oczach, to był ktoś, kto myślał w strukturach, obrazach, efektach i emocjach.
    — Jeszcze nie wiem — przyznał szczerze. — Zaproponuj coś — wzruszył nieznacznie ramionami. A potem znów spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem. Bo wiedział, że i tak to zrobi. Że ona zrobi to wszystko. Tylko potrzebowała celu i kogoś, kto powie jej, że już nie musi udowadniać niczego nikomu. Tylko sobie. Poczekał, aż Sloane skończy mówić. Nie przerywał. Nie uciekał spojrzeniem. Pozwolił jej wylać to, co miała do powiedzenia – szczerze, dość otwarcie, momentami nawet niebezpiecznie blisko granicy, której nie powinni jeszcze przekraczać. Ale nie próbował tej granicy przerywać. Uśmiechnął się kątem ust, ale był to uśmiech zawodowca, który zna stawkę i dokładnie wie, w co gra. A potem zsunął wzrok na jej kieliszek, jakby dając jej sekundę na przetrawienie słów, zanim znów przesunął palcem po krawędzi szklanego blatu.
    — Co do piany, świeczek i dużej wanny… — zaczął z udawanym westchnięciem — …jeśli to ma ci pomóc z wizualizacją występu, to proszę bardzo. Zamówimy ci w studiu jacuzzi i postawimy kamerę. Ale tylko jedną. I żadnych filtrów. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jesteś hologramem.
    Zamrugał powoli, niewinnie. Puścił oczko.
    — A teraz, skoro już pogadaliśmy o przeszłości, przyszłości i wannach… — jego ton znów się rozluźnił, ale spojrzenie pozostało skupione — …chcesz deser?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  20. Ezra zaśmiał się cicho pod nosem, sięgając po swój kieliszek, ale nawet na moment nie spuścił z niej wzroku. Przeciwnie spojrzenie miał teraz jeszcze bardziej skupione, jakby badał, na ile może sobie pozwolić, zanim zrobi się naprawdę niebezpiecznie.
    — Sloane… — zaczął powoli, z tym swoim charakterystycznym tonem, który z pozoru brzmiał łagodnie, ale niósł ze sobą ostrzeżenie w półuśmiechu. — Nie podpuszczaj mnie. Bo skończy się tak, że kolejny klip naprawdę nagrasz w wannie. — Zawiesił głos tylko po to, żeby upić spokojny łyk wina. Przeciągał, celowo. — I nie mam tu na myśli żadnej metafory. Będzie wanna. Będzie piana. Będziesz śpiewać do kamery jakby to był twój ostatni raz na ziemi. — Przechylił głowę lekko na bok, z pozornie niewinnym uśmiechem. — A w tle napis: “Sztuka, nie dramat.” — Puścił jej oczko, udając, że właśnie rozważa ten koncept zupełnie poważnie. — Zresztą… to by się nawet dobrze sprzedało. Z twoją historią, z twoją twarzą, z tym spojrzeniem, jakbyś miała komuś zaraz wbić widelec w szyję...
    Zerknął na nią jeszcze raz, z lekkim rozbawieniem.
    — Więc… zanim coś powiesz dobrze się zastanów, co chcesz mi zasugerować. Bo ja mam środki, Sloane. I cholernie dobry zespół produkcyjny.
    Oparł się nieco wygodniej, jakby uznał, że właśnie wchodzą w kolejną rundę tej ich niebezpiecznie łatwej gry.
    — Ale skoro już mówimy o kamerach — dodał, zerkając znów w jej stronę. — Wiesz, że i tak będziesz musiała się zgodzić na kilka dokumentacyjnych ujęć z przygotowań. Kiedy się okaże, że show wysadzi system, ktoś będzie musiał to udokumentować. A potem sprzedać do streamingu jako historię wielkiego powrotu.
    Uśmiechnął się kątem ust, w sposób, który nie zdradzał za dużo, ale mówił jasno jedno, widział jej potencjał. I planował go pokazać każdemu, kto kiedykolwiek w nią zwątpił.
    — Tancerze są twoi, możesz tu ściągnąć kogo chcesz. Choreograf też będzie. Wybierz, albo ja wybiorę za ciebie. Nie chcemy kogoś, kto będzie ci tylko przytakiwał, ale dobrze, żebyś miała coś do powiedzenia. — Zniżył głos o ton. — Potrzebujesz kogoś, kto cię lekko wkurwi. Ja nie mogę się tym zajmować na pełen etat. Mam też inne zobowiązania.
    Nie żeby Ezra nie wiedział, jak działała. Dobrze wiedział. Sloane najlepiej działała na kontrze. Tam, gdzie ktoś próbował ją zatrzymać, tam się wyrywała. Tam, gdzie dawano jej granicę, tam potrafiła ją przeskoczyć i jeszcze kazać bić brawo. Nie potrzebowała więcej klepania po ramieniu. Ezra wiedział, że nie motywuje się jej słodzeniem. Dawał przestrzeń, ale oczekiwał, że ją wypełni. I wiedział, że to zrobi. Zbyt długo milczała, zbyt wiele tłumiła. Wreszcie miała szansę to rozedrzeć.
    — Jutro zaczynamy planowanie. Zespół, produkcja, budżet — rzucił tonem, który brzmiał jak decyzja. — A ty masz do rana spisać cokolwiek, co przyjdzie ci do głowy. Chaos, wizja, słowo. Nie interesuje mnie forma. Chcę zajrzeć ci do głowy, zanim zaczniemy porządkować ten bałagan.
    Uniósł brew i dodał. — A jeśli masz pomysł na dramat, który nie kończy się płaczem po Carterze, to chętnie go usłyszę. Ale tylko pod warunkiem, że nie będziesz próbowała mnie do niego wciągnąć…
    Zawiesił głos na ułamek sekundy, ale uśmiech nie zniknął. Nie dokończył. Pozwolił jej samej to sobie wyobrazić. Z pełną świadomością, że właśnie wrzuca ją w tryb, w którym była najbardziej niebezpieczna: kreatywna, niepokorna i gotowa pokazać wszystkim, kim naprawdę jest.
    — I tak, dostaniesz deser z czekoladą.
    Mruknął z udawaną rezygnacją, choć kącik jego ust uniósł się wyżej, jakby sam rozbawił się własną decyzją. — Ale nie dlatego, że zasłużyłaś. Po prostu nie chce, żebyś później jęczała, że nie dbam o swoje artystki.
    Zaśmiał się cicho, już bez dystansu, z tą pewną siebie swobodą, którą miał tylko wtedy, gdy czuł się w pełni komfortowo. Atmosfera między nimi rozluźniła się na dobre, napięcie zaczęło się topnieć gdzieś w tle, a Ezra choć jak zwykle w pełni kontrolujący sytuację wyglądał, jakby naprawdę dobrze się bawił. Pokręcił lekko głową, a potem uniósł rękę, dając kelnerowi subtelny znak.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zerknął w dół, na zegarek, zerknięcie krótkie, ale wystarczyło, by jego ton znów nabrał lekko roboczego brzmienia. Wsunął dłoń do kieszeni marynarki, jakby automatycznie przywracał sobie rytm dnia. — Przez najbliższy tydzień masz studio i ludzi dla siebie. Zarezerwowałem ci czas, przestrzeń, ekipę. — Uniósł brew, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. — Więc zrób z tego dobry użytek, Sloane. — Jego ton był lekki, ale słowa miały ciężar. To nie była prośba. Ani sugestia. To była szansa, a może nawet test. I oboje o tym wiedzieli. — Bo za tydzień już nie będzie wymówek.
    Ezra jeszcze przez chwilę siedział w ciszy, pozwalając, by słowa o studiu wybrzmiały, a atmosfera znów lekko zawisła w powietrzu. Upił ostatni łyk wina, odstawił kieliszek i opadł nieco głębiej na oparcie krzesła, jakby wszystko, co najważniejsze, zostało już powiedziane. A potem, jakby mimochodem, jakby nie miał właśnie zamiaru zrzucić drugiej bomby tego wieczoru rzucił.
    — Premiera nowego singla na Super Bowl... — Spojrzał na nią spod rzęs, zupełnie jakby testował reakcję. — Musisz przyznać, że trochę się dla ciebie postarałem, hmm?
    Uśmiechnął się półgębkiem, nonszalancko, ale z wyraźnym błyskiem satysfakcji w oczach. Nie potrzebował poklasku. Wystarczył mu ten jeden moment, świadomość, że ustawił jej scenę jak nikt inny.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń

  22. Ezra miał wszystko zaplanowane. Nie żeby miał obsesję na punkcie kontroli, a przynajmniej nie tak to nazywał. On to nazywał efektywnością. Odpowiedzialnością. Profesjonalizmem. W świecie, w którym jedna źle ustawiona kamera mogła zrujnować występ transmitowany na cały świat, nie było miejsca na niedociągnięcia. Nie w jego ekipie. Nie przy jego nazwisku. A już na pewno nie przy jej. Super Bowl rządził się własnymi prawami. Miliony ludzi, kilka minut, żadnej powtórki. Albo zrobi się z tego coś, co żyje w pamięci latami, albo zapomni się o tym zanim zdążą zwinąć scenę. Ezra nie zamierzał pozwolić na to drugie. Od dnia, w którym opuścili tamtą restaurację, życie Sloane przyspieszyło. A Ezra? Ezra patrzył. Nie z dystansu, z bliska. Z bardzo bliska. Bo wbrew pozorom nie tylko ją prowadził, nie tylko ustalał plan działania. On ją obserwował. Analizował. Wyczuwał każdą zmianę tonu, każde drobne przesunięcie w jej energii. Wiedział, kiedy była skupiona, a kiedy bliska eksplozji. Wiedział, kiedy się cofnąć, a kiedy docisnąć. I był pod wrażeniem. Bo nie odpadła. Nie odpuszczała. W studiu była pierwsza. Czasem rozgrzewała głos, zanim jeszcze weszła ekipa. Czasem zasypiała na kanapie z laptopem na kolanach, po nocnym przesłuchiwaniu wersji demo. Nagrywali nowy singiel w trzech wersjach, zanim złapali to coś, co Ezra czuł w kościach. Potem była choreografia, która szła jak krew z nosa, dopóki Sloane nie zrobiła awantury, przewróciła butelkę wody o ścianę i nie przyniosła własnego pomysłu. Lepszego. Z każdym dniem coraz mniej było tej rozsypanej dziewczyny, która przyszła do niego kilka tygodni temu. A coraz więcej tej, którą kiedyś znała scena. Nie tej kontrowersyjnej, nie tej „zbyt wiele”, ale tej pewnej siebie, świadomej, precyzyjnej. Miała coś do udowodnienia. I on to czuł. Jak gorąco bijące spod skóry. Pracowała jakby próbowała nadgonić całe zmarnowane miesiące. Jakby jej głos miał być zemstą. I szczerze mówiąc? Zaczynał to rozumieć. Bo kiedy stali razem na hali treningowej, pod sufitem zawieszonym dziesięć metrów nad ziemią, a ona próbowała zsynchronizować ruch z uderzeniem światła, Ezra po prostu się patrzył. Ręce złożone na piersi, jedno brwi uniesione, ale spojrzenie skupione.
    — Jeszcze raz — rzucał czasem. — Ale tym razem nie wyglądaj, jakbyś miała zaraz kogoś ugryźć.
    I Sloane się nie burzyła. Przewracała oczami, rzucała tekstem, który powinien obrazić każdego innego producenta, ale nie jego. On tylko się uśmiechał. Czekał. A potem obserwował, jak robiła to jeszcze raz, lepiej. Silniej. Z większym pazurem. Nie musiała udowadniać niczego jemu. Ale jemu właśnie to imponowało najbardziej.
    Wielki dzień nadchodził. Nieuchronnie. A razem z nim napięcie. Nie tylko u niej. Nie tylko w zespole. W nim też zaczęło buzować. Ezra nie należał do ludzi, których cokolwiek zaskakiwało, stresowało, zwykle to on zaskakiwał innych. Ale im bliżej było do występu, tym wyraźniej czuł ten znajomy ciężar między łopatkami. W hali technicznej ekipa sprawdzała światła po raz setny. W studio montażowym dopinali mixy wideo. W reżyserce ktoś niemal z nerwów zgrzytał zębami nad kolejnością kamer, a Ezra stał w tym wszystkim jak jądro burzy. Chłodny. Cichy. Uważny. Ale nie spokojny. Bo wiedział, że Sloane była gotowa, ale gotowość to jedno, a moment prawdy to drugie. W ostatnich dniach przestała się szarpać z rzeczywistością.

    OdpowiedzUsuń
  23. Przestała zgrywać twardą albo przesadnie emocjonalną. Przestała testować jego cierpliwość. Była… skupiona. Skondensowana. W środku czegoś, co Ezra znał dobrze, tej ciszy przed sceną. Przed walką. Przed detonacją. Widział, jak balansowała na krawędzi. I może właśnie to go w niej najbardziej fascynowało, że nie chciała zejść z tej krawędzi. Że coś ją tam trzymało i zamiast się cofnąć, parła do przodu. Ostatnia próba była niemal doskonała. Niemal.
    — Jeszcze nie to — rzucił cicho, gdy wszyscy zaczęli klaskać. — Brakuje iskry… — Spojrzała na niego bez słowa, spocona, zmęczona, z paznokciami zaciśniętymi na butelce z wodą. Ale nie odpowiedziała. Nie musiała. Wiedziała, że miał rację. Iskra pojawi się wtedy, kiedy będzie trzeba. I Ezra modlił się, po swojemu, bez boga, ale z szacunkiem dla losu, żeby się nie pomylił.
    W całym zapleczu stadionu panował gwar. Gdzieś w oddali rozgrzewali się tancerze, mikroporty trzeszczały, światła były kalibrowane po raz dziesiąty, a Ezra siedział oparty o zimną ścianę technicznego korytarza z telefonem w dłoni i czarną kawą, której nawet nie tknął. Nie musiał. Nie potrzebował kofeiny, nie dziś. Adrenalina robiła swoje. Miał na sobie czarne spodnie i prostą, ciemną koszuę. Dłonie miał w kieszeniach. Jedno ucho cały czas słuchało interkomu, drugie, świata.
    — Szefie… — jakiś młody techniczny podszedł niepewnie, trzymając w dłoni coś, co miało wyglądać na clipboard, ale drżało mu w dłoniach. — Nie chcę robić zamieszania, ale… chyba coś jest nie tak z nią.
    Ezra uniósł wzrok.
    – Mów konkretnie.
    Chłopak łyknął ślinę, zerknął przez ramię, jakby się bał, że ktoś go usłyszy.
    – W garderobie. Powiedziała, żeby nikt nie wchodził, że chce mieć chwilę dla siebie, ale ktoś słyszał jak próbowała sobie załatwić… coś na odwagę.
    Zamilkł. To „coś” nie musiało być nazwane. Wszyscy wiedzieli, co to mogło być. Ezra przez chwilę nie powiedział nic. Spojrzał ponad jego ramieniem w dal, jakby próbował zlokalizować punkt zapalny przez ściany. Potem bardzo spokojnie oddał mu kubek z kawą, zgasił ekran telefonu i poprawił mankiet marynarki.
    – Dobra. Zajmę się tym.
    Nie musiał pytać, która garderoba. Wiedział. Ruszył powoli, bez zbędnego pośpiechu, ale coś w jego ciele napięło się jak lina przed zerwaniem. Nie wyglądał na wkurwionego. Nie wyglądał na zestresowanego. Wyglądał… jak producent, który właśnie dowiedział się, że bomba tyka szybciej niż zakładał. Zatrzymał się przed drzwiami, na których widniało tylko jedno słowo: Sloane. Zastukał raz. Spróbował otworzyć drzwi, ale zamknęła je od środka. Zastukał więc znowu. Dał jej szansę zanim poprosi kogoś o otwarcie tych drzwi siłą.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  24. Ezra nawet nie drgnął. Stał w drzwiach garderoby spokojny w sposób, który nie miał nic wspólnego z opanowaniem, to był ten rodzaj ciszy, który zapada przed burzą. Jedną rękę trzymał na framudze, drugą wsunął do kieszeni, jakby nie wchodził właśnie w sam środek pola minowego na kilka minut przed największym występem roku.
    — Ty mi powiedz…
    W końcu wszedł do środka. Zamknął za sobą drzwi, przekręcił zamek i oparł się plecami o skrzydło, zostawiając za sobą całe to przedsceniczne piekło, ludzi, napięcie, czas odliczany co do sekundy. Tutaj czas na chwilę się zatrzymał. Albo raczej: Ezra go zawiesił. Przesunął spojrzeniem po garderobie. Na stole niedopita butelka wody, w kącie oparty o ścianę statyw z mikroportem, który powinien być już przypięty. Buty dalej stały nietknięte. Strój nie zdjęty z wieszaka. Ezra nie mówił przez moment nic. Jakby dawał jej jeszcze sekundę, by się ogarnęła. Albo dała mu powód, by nie musiał tego wypowiadać na głos. W końcu odezwał się spokojnie, ale z tą lodowatą precyzją, która w jego przypadku zawsze oznaczała, że wie więcej niż mówi.
    Spojrzał na nią uważnie. Na twarz, na oczy, na to jak zaciskała palce na materiale szlafroka, jakby miał ją uchronić przed całym stadionem za ścianą.
    — Co się dzieje, Sloane? — zapytał cicho. Bez pretensji, bez tonu ojcowskiego zawodu. Zrobił kilka kroków w jej stronę, ale wciąż zachował bezpieczny dystans. Nie chciał jej przygniatać. Chciał wiedzieć. Patrzył prosto w nią, nie przez nią. — Chcesz coś na odwagę?
    Uniósł lekko głowę, jakby próbował jej przypomnieć, że to ona miała kontrolę. Tylko tyle. Ale ton był jasny: Nie marnuj mojego czasu. Powiedz prawdę. Nie wyglądał na zirytowanego. Nie wyglądał na rozczarowanego. Wyglądał na kogoś, kto bardzo nie chce teraz usłyszeć, że jego artystka na kilkadziesiąt minut przed występem na Super Bowl rozważa właśnie kreskę. Bo jeśli tak było, to miała ostatnią szansę, by mu to powiedzieć sama. Albo skłamać w sposób, który kupi.
    Ezra nie wyglądał na człowieka, który pozwoli, żeby ten występ, jego produkcja, jej przełom, ich tygodnie pracy poległ, bo ktoś w garderobie pomylił tremę z potrzebą bodźca. Nie patrzył na nią jak producent na artystkę, która zaraz może wszystko spieprzyć. Patrzył jak ktoś, kto przez ostatni miesiąc widział ją codziennie: spoconą, wkurzoną, zmęczoną, skupioną do granic obłędu. Kogoś, kto nie zawalił ani jednego dnia.
    — I zanim coś powiesz — ciągnął dalej, ton wciąż równy. — Nie przyszedłem tu robić sceny. Nie przyszedłem cię kontrolować. I na pewno nie przyszedłem, żeby cię zawstydzać.
    Nie poganiał jej. Nie drążył. Po prostu przeszedł przez pomieszczenie jak u siebie, z nonszalancją, której musiał się nauczyć dawno temu tej, która mówiła: mam kontrolę, nawet jeśli płonie mi grunt pod nogami.
    Dotarł do małego barku w kącie garderoby, którego zawartość chyba znał już lepiej niż niektórzy asystenci. Zignorował puszki z energetykami i wodą kokosową, zamiast tego sięgnął po butelkę whisky. Jedną z tych, które najwyraźniej zostawiono tu „na specjalne okazje”. Odkręcił zakrętkę i bez pytania, bez tłumaczenia, nalał sobie odrobinę do szklanki, którą postawił obok.

    OdpowiedzUsuń
  25. — Z braku kawy i cierpliwości. — Mruknął pod nosem, zanim upił niewielki łyk, jakby to miało mu pomóc zrozumieć, co właściwie dzieje się przed nim. — Po prostu… wygląda, jakbyś chciała się stąd wymazać. A miałaś wyjść i rozpierdolić ten stadion, nie?
    Oparł się biodrem o szafkę, trzymając szklankę w dłoni, ale wzrok miał wciąż wbity w nią. Uważny. Niewzruszony, choć coś w napiętej linii szczęki zdradzało, że nie przyszedł tu tylko po to, by rzucić bon motem i zniknąć.
    — Więc powiedz mi, co mam dziś robić. Mam cię znieczulić, odciągnąć, potrzymać za rękę, czy zamknąć drzwi, odwrócić się i pozwolić, żebyś znowu wszystko spaliła? — zapytał cicho, ale bez miękkości. — Bo wiesz, że zrobisz tylko jedno z tych. Więcej czasu nie ma.
    Podszedł bliżej. Na tyle blisko żeby zburzyć jej przestrzeń osobistą.
    — Widziałem cię przez ostatni miesiąc. Widziałem, jak pracujesz. Widziałem, jak ciągniesz próby, kiedy inni padali. Jak poprawiasz detale, których nikt poza tobą by nie zauważył. — Spojrzał jej prosto w oczy. Zamilkł na chwilę.
    — Jeśli teraz chcesz mi powiedzieć, że bez kreski nie wyjdziesz na scenę, to ja ci nie uwierzę.
    Nie było w nim złości. Było napięcie. Skupienie. I coś jeszcze, determinacja, żeby nie pozwolić jej zniszczyć własnej roboty na ostatniej prostej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  26. Ezra nie ruszył się od razu, choć napięcie w jego barkach lekko opadło. Wciąż patrzył na nią, nie jak producent, nie jak ktoś, kto za chwilę będzie musiał tłumaczyć się sponsorom, ale jak człowiek, który naprawdę chciał zrozumieć. Zmarszczył brwi nieznacznie, spojrzenie zsunęło mu się na jej dłoń, drżącą od emocji, a potem znów na jej twarz, w której nie było już żadnej maski.
    — Sloane — powiedział cicho, ale wyraźnie. Nie po to, żeby ją przywołać do porządku, tylko żeby po prostu była z nim tu, teraz. — To naprawdę tylko to?
    Nie oskarżał. To pytanie nie było testem ani zaczepką.
    — Stres? Ludzie? Światła? Stadion? — wymieniał powoli, z intonacją, która mówiła jasno: to wszystko mogłoby wystarczyć, ale czy to naprawdę wszystko? Przechylił lekko głowę, jakby próbował coś z niej wyczytać, ale tym razem nie miał zamiaru jej rozgryzać. Chciał, żeby sama się odsłoniła, albo przynajmniej spróbowała. Nawet na centymetr.
    — Od miesiąca idziesz jak maszyna. Nie narzekasz, nie odpuszczasz. Nawet nie marudzisz, a potrafisz, kiedy chcesz — dodał łagodnym, prawie ciepłym tonem, który nie miał nic wspólnego z sarkazmem. — A dziś, tuż przed końcem, coś cię zatrzymuje. I trudno mi uwierzyć, że to tylko liczba ludzi przed sceną.
    Westchnął cicho. Nie teatralnie. Jak ktoś, kto naprawdę się martwi.
    — Nie przyszliśmy tu tylko po sukces, Sloane. Mieliśmy to zrobić po twojemu. I jeśli coś się w tym po drodze zmieniło, chcę to wiedzieć.
    Nie musiała odpowiadać od razu. Ale Ezra nie mówił już jak szef. Mówił jak ktoś, kto był gotowy zostać tutaj tak długo, jak będzie trzeba. Patrzył na nią spokojnie, choć w jego oczach kryło się to, czego u niego nie widziało się zbyt często: prawdziwa troska. Nie rozczulanie się. Nie kontrola. Prawdziwe, przejęte „co mogę zrobić, żebyś nie spadła?”.
    — Powiedz mi, czego potrzebujesz. — Jego głos nie był już cichy, ale miękki, pewny, jakby chciał, żeby się o niego oparła, choćby na chwilę. — Nie w teorii. Nie za godzinę. Teraz. Nie patrzył jej w oczy jak ktoś, kto zaraz oceni. Patrzył jak ktoś, kto szukał drzwi, przez które da się do niej dotrzeć.
    — Chcesz żebym wywalił ludzi z garderoby? Odwołał ten pieprzony występ i pozwolił ci zniknąć? — zapytał spokojnie, bez kpiny. Usiadł obok na tej samej sofie, ale się nie opierał, nie rozsiadł się wygodnie, jakby był u siebie, nie rozluźnił. Zamiast tego pochylił się lekko do przodu, przedramiona oparł na udach, a palce splótł ze sobą. Siedział tak przez moment jakby zbierał myśli. Nie był tu po to, żeby ją oceniać, nie przyszło mu do głowy, żeby ją strofować. Mógł być jej producentem, ale teraz… teraz był po prostu człowiekiem, który widział, jak bardzo wszystko w niej się trzęsie. Wiedział, że to, co teraz powie, może mieć większe znaczenie niż wszystkie rozmowy z ostatniego miesiąca. Tu już nie chodziło o kontrakty, harmonogramy i sponsorów. Tu chodziło o nią.
    — Powiedz mi, czego potrzebujesz — odezwał się cicho, niemal miękko. Zawiesił głos na moment. Odwrócił głowę w jej stronę, ale nie szukał jej spojrzenia na siłę. Czekał. Na słowa, na gest, na jakikolwiek znak.
    — Mam ci to załatwić, czego szukasz? Bo nie mam zamiaru siedzieć i patrzeć, jak się rozbijasz o coś, co razem budowaliśmy od tygodni.
    Pochylił się lekko, głos wciąż miał niski, ale w słowach była siła. Ugruntowana, spokojna. Zamilkł na chwilę. Odstawił szklankę na bok. Przeniósł ciężar ciała i oparł się plecami o sofę, tuż obok niej, nieco niżej, opierając o zagłówek również kark. Westchnął cicho przez nos, nieco wolniej niż zwykle, jakby celowo spowalniał wszystko wokół, żeby dać jej przestrzeń. Odwrócił głowę w jej stronę. Na wyciągnięcie ręki, jeżeli zdecyduje, że go teraz potrzebuje.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  27. Ezra przez chwilę tylko patrzył na nią z boku, uważnie, bez emocji na twarzy, które mogłyby ją podnieść na duchu lub dobić. Ale kiedy padło to ostatnie „co jeśli wszystko popsuję?” westchnął krótko i oparł się z powrotem łokciem o oparcie sofy, przekręcając głowę w jej stronę.
    — Okej, przestań — powiedział cicho, ale twardo. — Nie pieprz głupot.
    Nie było w tym złości. Była irytacja. Ale nie na nią. Na to, co właśnie zaczynała sobie wkręcać.
    — Znasz układy. Znasz set. Pracowałaś jak pojebana przez cały miesiąc. Widziałem to. Widziałem cię leżącą na podłodze o trzeciej w nocy, kiedy reszta zespołu już dawno poszła do domu. I co? Teraz nagle nie jesteś gotowa, bo się boisz?
    Zacisnął palce na własnym kolanie i pokręcił głową.
    — Nie jesteś pierwszą artystką, której nerwy siadają przed wyjściem. I nie będziesz ostatnią. Ale nie mów mi, że nie dasz rady, bo to kłamstwo. Mówisz to, żeby mieć wymówkę, jeśli coś pójdzie nie tak. Ale nic nie pójdzie nie tak. Nie dzisiaj.
    Milczał przez moment, zanim dodał.
    — Więc siedź tu jeszcze przez chwilę, jeśli musisz. Powyzywaj mnie, jeśli to ci pomoże. Ale jak wstaniesz, to masz iść tam i rozerwać im łby. Nie musisz mieć pewności. Wystarczy, że masz mnie. Ja wiem, że to zrobisz dobrze. I jak ja to wiem, to ty też możesz to wiedzieć.
    Odchylił się lekko, odwracając wzrok, jakby to zamykało temat.
    — A jeśli naprawdę nie dasz rady… — dodał po chwili ciszej, prawie nie patrząc już w jej stronę. — To wstanę i załatwię to za ciebie. Ale tego nie chcę. I wiem, że ty też nie.
    Znów spojrzał na nią, twardo, uważnie, spokojnie. Jakby sprawdzał, czy już do niej dotarło. Ezra milczał przez kilka sekund, jakby ważył coś w głowie. Potem westchnął krótko, sięgnął do kieszeni i zaczął w niej grzebać bez pośpiechu. Wyciągnął z niej zmięty, biały pakiet, ledwo trzymający formę, jakby był tam od dawna, zapomniany. Nie podał go od razu. Najpierw oparł się bliżej. Jego dłoń spoczęła ciężko na jej udzie, stabilnie, bez czułości, raczej jak kotwica niż dotyk. Potem rozłożył palce i położył pakiet na otwartej dłoni, tuż przed nią.
    — Jeśli chcesz — powiedział spokojnie. Bez nacisku. Bez ocen. — To możesz wziąć.
    Uniósł na nią wzrok, uważny, przenikliwy.
    — Mogę nawet wziąć z tobą. Dla towarzystwa. Jeśli to sprawi, że przestaniesz się trząść i wyjdziesz tam bez poczucia, że zaraz się rozpadniesz.
    Nie cofnął ręki. Nie przybliżył jej bardziej. Zostawił wybór dokładnie tam, gdzie powinien być, po jej stronie.
    — Ale potem będziesz do końca życia mówić sobie, że swoje pierwsze Super Bowl zrobiłaś po kokainie. Że bez tego byś nie dała rady. Że to nie była twoja siła, tylko proszek z mojej kieszeni.
    Zamilkł na moment. Wystarczająco długo, by ta myśl mogła się w niej pojawić. I zgasnąć.
    — I to jest jedyne pytanie, które teraz ma znaczenie — powiedział. — Czy chcesz dziś wyjść tam jako Sloane, która dała radę, czy jako Sloane, która musiała się znieczulić, żeby w ogóle postawić stopę na scenie.
    Patrzył na nią bez mrugnięcia.
    — Ja nie będę cię ratował przed tobą samą. W tej chwili zaakceptuje każdą wersję…
    Pakiet leżał na jego dłoni. Ciężki. Cichy. Czekający. Jego dłoń, oparta o jej udo, zaczęła palić. Nie w dosłowny sposób, nie jak ogień, raczej jak napięcie, które powoli wgryza się pod skórę. Ezra czuł to wyraźnie. Ciepło jej ciała, mikroruchy mięśni, drżenie, którego nie była w stanie już kontrolować. To nie był erotyczny impuls. To było coś znacznie bardziej niebezpiecznego, świadomość, że siedzi obok kogoś, kto stoi dokładnie na krawędzi. I że on właśnie położył przed nią zapalnik. Z perspektywy Ezry wszystko nagle zwolniło. Dźwięki stadionu, które jeszcze chwilę temu docierały przez ściany jak niski pomruk, zniknęły. Zostało tylko to pomieszczenie, jej oddech i ciężar decyzji, który dosłownie czuł w przedramieniu.

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie cofnął dłoni. Nie dlatego, że nie mógł, tylko dlatego, że wiedział, że jej cofnięcie byłoby ucieczką. A Ezra nie uciekał. Nie teraz. Nie w takim momencie. Czuł, jak jej udo napina się pod jego palcami. Jakby sama obecność tej dłoni była kolejnym bodźcem, kolejnym „za dużo”. Jakby jej ciało reagowało szybciej niż głowa. Jakby ta dłoń była jednocześnie zakazem i pozwoleniem. Pakiet na jego otwartej dłoni wydawał się nagle absurdalnie mały jak na wagę, jaką miał. Tyle miesięcy pracy. Tyle ludzi. Tyle zer na umowach. I wszystko mogło się rozpaść albo właśnie scalić przez coś, co mieściło się w zmiętym papierku. Ezra patrzył na nią uważnie, chłonąc każdy szczegół, napiętą linię szczęki, sposób, w jaki zacisnęła palce na szlafroku, to jedno krótkie, urwane wciągnięcie powietrza, którego nie kontrolowała. Czuł, że jeśli teraz się odezwie, powie jedno słowo za dużo, przechyli szalę. A jeśli zostanie cicho, zmusi ją do spojrzenia w siebie. Pierwszy raz od bardzo dawna Ezra miał świadomość, że cokolwiek wydarzy się w ciągu następnych kilkunastu sekund, będzie jego winą albo jego zasługą.
    Przez ułamek sekundy Ezra poczuł coś, co zaskoczyło nawet jego. To było niejasne, surowe, zupełnie nie na miejscu, ale prawdziwe. Impuls. Chęć, żeby ją dotknąć. Nie w sposób, który mógłby się wymknąć spod kontroli. Nie łapczywie. Raczej… jakby chciał sprawdzić, czy to wszystko, co działo się między nimi, było prawdziwe. Czy ona nadal była rzeczywista, czy już tylko zbiorem rozedrganych nerwów i wyuczonych póz. Chciał przesunąć palcami wzdłuż jej uda. Zobaczyć, jak zareaguje. Jak zadrży. Jak spojrzy na niego z wyrzutem albo ulgą. Ale stłamsił to. Z precyzją, jakiej nauczyły go lata. Z siłą, jaką potrafią wygenerować tylko ci, którzy zbyt często robili rzeczy, których potem żałowali. To nie był czas. Nie była to przestrzeń.
    A ona nie potrzebowała teraz kogoś, kto przełamuje granice. Potrzebowała kogoś, kto ich pilnuje. Więc Ezra nie drgnął. Nie przesunął palców. Tylko patrzył, z tą piekielnie ciężką świadomością, że przez jedną cholerną sekundę naprawdę tego chciał.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  29. Ezra uśmiechnął się pod nosem, kiedy usłyszał jej ciche: „Myślałam, że nie bierzesz.” Przeniósł na nią spojrzenie, powoli, leniwie, jakby nie chciał jej spłoszyć, a jednocześnie już wtedy w jego oczach czaił się cień rozbawienia.
    — A tak powiedział? — parsknął cicho, jakby rozbawiła go sama sugestia. Uniósł brew, opierając głowę o oparcie kanapy, wciąż patrząc na nią z boku. Na jego ustach zatańczył ten półuśmiech, który u Ezry oznaczał wszystko i nic zarazem.
    — Jest sporo rzeczy, których o mnie nie wiesz, Sloane.
    Brzmiał lekko, prawie nonszalancko, ale jego głos miał ten charakterystyczny spokój, pod którym zawsze kryło się więcej niż chciał pokazać. I może właśnie dlatego zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Lub jak obietnica. W zależności od tego, jak bardzo ktoś chciał go czytać między wierszami. Zamilkł na moment, a potem dodał cicho, już bez śmiechu.
    — Ale to akurat niekoniecznie zła rzecz. Nie musisz mnie znać na wylot — dodał w końcu, cicho, ale wyraźnie. — Wystarczy, że się domyślasz, kiedy trzeba. I że wiesz, kiedy powiedzieć „nie”.
    Ezra nie spuścił z niej wzroku ani na sekundę. Kiedy powiedziała „nie chcę tego”, coś w nim wyraźnie opadło, jak napięta lina, która wreszcie przestała drżeć. Nie triumf. Nie ulga w sensie moralnym. Raczej potwierdzenie. Że to wciąż ona. Nie wersja po proszku, nie Sloane na skróty, tylko ta, która zawsze robiła rzeczy najtrudniejszą możliwą drogą.
    Powoli zamknął dłoń, chowając zmięty pakiet, jakby nigdy nie powinien był się pojawić. Wsadził go z powrotem do kieszeni bez pośpiechu, bez teatralności. Zrobił to spokojnie, świadomie. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że ona już stała stabilnie sama.
    — Dobrze — powiedział krótko, nisko. Bez pochwał. Bez „jestem z ciebie dumny”. Teraz siedzieli blisko, ale bez dotyku. Jakby oboje wiedzieli, że ten centymetr dystansu jest teraz ważniejszy niż cokolwiek innego. Spojrzał na nią z ukosa, wzrokiem, który był zaskakująco spokojny, jak na to, co przed chwilą zaszło.
    — Posłuchaj mnie teraz uważnie — dodał. Ton miał spokojny, ale twardy. Ten sam, którym zatrzymywał chaos w studiu. — To, co teraz czujesz, to nie znak, że nie jesteś gotowa. To znak, że rozumiesz wagę tego, co zaraz zrobisz. Gdybyś siedziała tu luzem, żartowała i chciała kreskę „dla zabawy”, wtedy bym się martwił.
    Przesunął dłonie po swoich udach, splótł palce i spojrzał na podłogę, jakby układał słowa.
    — Przestań wmawiać sobie, że jesteś tu przypadkiem. — Głos miał niższy, miękki, jakby specjalnie zszedł tonem w coś, co nie mogło jej teraz przestraszyć. Zamilkł na moment, patrząc na nią spokojnie, jakby próbował dać jej czas, by to usłyszała nie tylko uszami, ale też pod skórą.
    — To nie jest test. To nie jest sąd. I to nie jest moment, w którym świat decyduje, czy jesteś „wystarczająca”. — Zatrzymał na chwilę wzrok na jej twarzy. — To jest trzynaście minut, w których robisz dokładnie to, co robisz najlepiej. Śpiewasz. Ruszasz się. Oddychasz. Reszta nie istnieje.
    Przesunął dłonią po twarzy, jakby sam zrzucał napięcie. Znów spojrzał na nią.
    — A jeśli pytasz mnie, skąd mam pewność… — urwał na moment. — Bo widziałem cię zmęczoną. Wkurwioną. Rozbitą. I za każdym razem wstawałaś i robiłaś jeszcze jedną próbę. Ludzie, którzy „nie są gotowi”, tego nie robią.
    Cisza wróciła, ale inna. Gęsta, spokojniejsza.
    — Nie potrzebujesz niczego na odwagę — dodał ciszej. — Odwaga już tu jest.
    Odchylił lekko głowę, opierając ją o oparcie. Ezra przechylił głowę i spojrzał na nią tak, jakby próbował się upewnić, że słucha.
    — A teraz powiedz mi jedno — powiedział spokojnie. — Chcesz jeszcze dziesięć minut posiedzieć i pooddychać, czy chcesz, żebym kazał im tu wejść i zacząć cię szykować? — Spojrzał krótko na zegarek, potem znów na nią. — Jeśli płakać, płacz teraz. Jeśli chcesz mnie zwyzywać, to też masz czas. Ale kiedy staniesz na tym podeście, nie będziesz już miała przestrzeni na nic poza sobą.
    Pauza. I dopiero potem, cicho, prawie z rozbawieniem.
    — No i na te trzydzieści milionów ludzi. Ale na to już trochę za późno.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  30. Ezra parsknął cicho, niemal niedosłyszalnie, gdy poprawiła go z tymi sto trzydziestoma milionami. Spojrzał na nią z ukosa, już nie jak na rozdygotaną artystkę na skraju paniki, ale jak na kobietę, która właśnie się pozbierała, napiła czegoś gazowanego i zamierza roznieść stadion. Nie zareagował od razu. Przez moment tylko przyglądał się, jak w niej coś się przełącza, jak z osoby, która siedziała skulona w kącie własnych myśli, przeszła w tryb działania. Może i znał ją zbyt krótko, ale wiedział jedno: kiedy Sloane wchodziła w ten stan, trudno było ją zatrzymać. A już na pewno nie warto było próbować. Podniósł się z kanapy powoli, wygładzając ręką koszulę i przez chwilę sprawiając wrażenie, jakby zaraz miał coś jeszcze dodać. Przez krótką chwilę jeszcze patrzył na nią tak, jakby chciał zapamiętać ten moment. Tę wersję Sloane, trzęsącą się z nerwów i jednocześnie piekielnie silną.
    — Będziesz boska — rzucił z lekkim półuśmiechem. — Ale jeśli przyjmujesz tylko oficjalne wyrażenie dumy, to nagraj sobie tę scenę i zostaw na gorsze dni. — Zrobił pauzę przybierając nieco bardziej teatralną pozę. — Jestem z ciebie dumny, Sloane. Ale nie próbuj mnie zmusić, żebym to mówił częściej niż raz do roku. — Jego głos był spokojny, ciepły, z tym lekko ochrypłym końcem, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy mówił całkiem serio. Zawiesił głos, pozwalając pauzie wybrzmieć na tyle, by Sloane mogła spojrzeć na niego w oczekiwaniu. Zostawił to w powietrzu, jak coś, czego nie trzeba już rozpakowywać. Ruszył w stronę drzwi, jakby wszystko zostało już ustalone.
    — Jesteś pewna? — rzucił półżartem przez ramię. — Nie myśl sobie, że z tym „naga” mnie speszysz. Mój wzrok i tak już widział za dużo. Nie sądzę, żeby cokolwiek przebiło nagrywanie klipu w wannie.
    Uniósł brew, jakby właśnie próbował rozważyć artystyczną wartość tamtej decyzji. Oparł dłoń o framugę, odwrócił się przez ramię i spojrzał na nią w trudny do rozgryzienia sposób.
    — Pięć minut. Glam team już czeka. A jak mnie zawołasz, to wrócę. W garniturze i z dumą wypisaną na twarzy, żebyś mogła się pochwalić.
    Puścił jej oczko, ale tylko na sekundę i wyszedł. Za drzwiami zostawił ciszę, ale też całkowicie nowy ciężar: ten, który ciągnęła w sobie przez tygodnie, a który właśnie teraz zaczął się rozpływać.
    Ezra oglądał jej występ z pierwszego rzędu. Patrzył, jak wychodzi na scenę, jak światła spadają na nią z każdej strony, jak kamera płynie za każdym ruchem jej bioder i każdą sylabą wyśpiewaną z chirurgiczną precyzją i emocją, która niosła się przez cały stadion. Z boku dochodziły go urwane okrzyki, ekscytacja i wrzawa tłumu, ale Ezra był jak zawieszony w innej strefie, z oczami utkwionymi tylko w niej. Sloane. W tej wersji, którą znał od początku. Nie tej z tabloidu, nie tej z kontrowersji i złamanych kontraktów. Tylko tej prawdziwej, pracującej do upadłego, niepokornej, diabelnie utalentowanej dziewczyny, która właśnie przeszła przez własne piekło i nie tylko z niego wyszła, ale podpaliła je po drodze. Wokół niego ludzie z zespołu, ci sami, którzy wcześniej podnosili brwi i wymieniali spojrzenia, gdy ogłaszał, że to właśnie ją bierze na Super Bowl, teraz klepali go po plecach, uderzali go w ramię z niedowierzaniem i zachwytem, rzucali półszeptem komentarze, jakby dopiero teraz widzieli to, co on widział od pierwszej rozmowy, od pierwszej surowej wersji demówki, od pierwszego dnia w studiu. Ezra nie odpowiedział żadnemu z nich. Tylko lekko skinął głową i nawet się nie odwrócił, jakby bał się stracić choćby sekundę z tego, co działo się na scenie. Bo w tym momencie nie było lepszego show. Nie było lepszego wyboru. Była tylko ona. Sloane. W blasku reflektorów, w ogniu swoich własnych demonów i wreszcie, w pełni sobą.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  31. To było coś więcej niż zwycięstwo. Coś więcej niż tylko świetnie zrealizowany show. Ezra widział ją w tej chwili taką, jaką chciał, żeby zobaczył ją cały świat nie jako comeback-queen, nie jako artystkę po przejściach, ale jako gwiazdę. Niekwestionowaną, absolutną. Tłum wył, kamery latały, a wokół nich unosiło się to nieuchwytne napięcie, moment, w którym wszystko się zgadzało.
    Sloane nie zostawiła po sobie wątpliwości. Ani jednej. I Ezra czuł to całym sobą. Nie zdążył jeszcze nic powiedzieć. Może i nawet nie wiedział, co powiedzieć, zanim ona po prostu wpadła na niego, odurzona emocjami. Prawie w tej samej chwili, w której krzyczała, że zrobiła to, już była przy nim, ramiona owinęła mu wokół szyi, jakby to był jedyny punkt zaczepienia w tej całej eksplozji adrenaliny, jaka w niej buzowała. Schowała twarz w jego szyi, a Ezra poczuł, jak na ułamek sekundy całe to stadionowe szaleństwo znika, jakby zostali tylko oni. Nie czekał na jej kolejne słowa. Jego dłonie trafiły na jej plecy. Czuł, jak drży, może z emocji, może z wysiłku i jak szybko bije jej serce, całe jeszcze rozdygotane występem. Nie powiedział wiedziałem. Wystarczyło to, jak mocno ją teraz trzymał, zupełnie nie jak producent. Jak ktoś, kto widział wszystko: jej panikę, jej błyski, jej upadki i to, jak właśnie wzniosła się najwyżej. A potem, zanim zdążyła się zorientować, po prostu ją uniósł. Bez ostrzeżenia, z tym półśmiechem, który pojawiał się u niego tylko w rzadkich momentach czystej radości.
    — Zrobiłaś to, do cholery! — rzucił z niedowierzaniem, jakby mimo wszystko dopiero teraz to do niego docierało.
    Zakręcił się z nią lekko. Kiedy postawił ją z powrotem na ziemi, jego ramię natychmiast spoczęło na jej ramionach, przyciągając ją blisko do siebie. Nie wyglądał już na chłodnego producenta z pokerową twarzą, promieniał tak autentyczną dumą, że radość udzielała się całej ekipie.
    — Dziś mamy, kurwa, co świętować! — krzyknął z pełną mocą, nie przejmując się już, kto słyszy. Spojrzał na nią z boku, wciąż z ramieniem zarzuconym na jej barki. Jego wzrok przesuwał się po jej twarzy, lśniącej potem i triumfem, po tym roześmianym spojrzeniu, które jeszcze chwilę temu było wypełnione strachem.
    — Narodziny nowej gwiazdy! — dorzucił jeszcze Ezra głośno, nie puszczając jej ramion, jakby chciał, żeby wszyscy dookoła usłyszeli. I usłyszeli. Ludzie z ekipy zareagowali entuzjastycznie ktoś gwizdnął, ktoś klasnął, ktoś inny już wyciągał telefon, żeby uchwycić ten moment, zanim się rozpłynie. Ale Ezra nie odrywał od niej wzroku. Patrzył na Sloane z tym samym błyskiem, z którym patrzy się na coś, co samemu się stworzyło. Nie jak na produkt. Jak na kogoś, kto właśnie udowodnił światu i sobie, że ma wszystko, czego trzeba, żeby ten świat zawojować.
    — Zapamiętajcie ten dzień, bo od teraz nic nie będzie takie samo... — Spojrzał na nią z boku, wciąż z ramieniem zarzuconym na jej barki, jakby nie zamierzał jej jeszcze nigdzie wypuszczać. — I nie mówię tego tylko dlatego, że zrobiła show życia. Chociaż, umówmy się… zrobiła.
    Wokół nich narastał prawdziwy chaos. Backstage zaroi się od ludzi, członków zespołu, technicznych, tancerzy, członków produkcji. Każdy chciał ją uściskać, każdemu zależało, by chociaż na sekundę złapać jej spojrzenie, pogratulować, poklepać po ramieniu albo zrobić sobie z nią zdjęcie, póki emocje były jeszcze gorące. Jeden z choreografów doskoczył pierwszy, niemal wpadając na Ezrę, i objął Sloane z piskiem.
    — Rozniosłaś ten stadion, dziewczyno! Widziałem ludzi na trybunach — tańczyli z tobą, śpiewali!
    Za nim pojawił się kolejny, makijażystka z rozmazanym tuszem pod oczami, która rzuciła się Sloane na szyję ze łzami wzruszenia, powtarzając.
    — Wiedziałam! Wiedziałam, że to zrobisz!
    Kolejne osoby wpadały do środka, jedni z kwiatami, inni z telefonami gotowymi do nagrywania „backstage moments”. Czuć było mieszankę potu, perfum i emocji unoszącą się w powietrzu, tę szczególną atmosferę po wielkim wydarzeniu, która nie zdarza się często, ale kiedy już się pojawi, rozgrzewa wszystko do czerwoności.

    OdpowiedzUsuń
  32. Wszyscy mówili naraz. Śmiechy, okrzyki, krótkie, urywane słowa podziwu: „zajebałaś!”, „ikona!”, „nikt cię nie przebije!”. Przestrzeń była zbyt ciasna, by pomieścić cały ten entuzjazm, ale nikomu to nie przeszkadzało.
    Ezra tylko się uśmiechał, gdy ludzie próbując przebić się przez tłum, zaglądali mu przez ramię, jakby chcieli się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Że właśnie byli świadkami narodzin nowej ery. Sloane nie musiała już nic mówić, widzieli ją na scenie. Teraz mogli tylko świętować.
    Oboje lśnili, ona w reflektorach, on w dumie, której nawet nie próbował ukryć. To nie był tylko występ. To był moment. Punkt zwrotny. Fletcher 2.0, wersja nie do zatrzymania.
    — No i co? — nachylił się nieco bliżej, półgłosem, z niegasnącym uśmiechem. — Mówiłem, że to rozpieprzysz.
    W jego głosie było czyste uniesienie. Zero chłodnego producenta. Zero dystansu. Tylko facet, który właśnie zobaczył, jak jego największa cholernie ryzykowna inwestycja staje się złotem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  33. Ezra spojrzał na nią z tym samym, trudnym do odczytania błyskiem w oczach, który zawsze nosił przy sobie jak znak firmowy, półcień ironii, szczypta dumy, odrobina czegoś bardziej osobistego, czego nie potrafił (albo nie chciał) nazwać. Przez ułamek sekundy tylko patrzył na nią, jakby próbując zapamiętać ten obraz: Sloane, wciąż roziskrzoną po występie, z rozwianymi włosami, przekrwionymi oczami od emocji i lekko rozmazanym makijażem, który tylko dodawał jej autentyczności. Śmiała się, trzymała w dłoniach zgnieciony bukiet, a ten triumf błyszczał z niej na kilometr.
    — „Racja” to moje drugie imię, Fletcher — mruknął pod nosem, z tą charakterystyczną chrypką, która pojawiała się zawsze, gdy był zmęczony i zadowolony jednocześnie. — Ale ten sukces… to twoje nazwisko na nim świeci. Ja tylko przypomniałem ci, że potrafisz błyszczeć.
    Przez moment pozwolił sobie na coś więcej. Zbliżył się do niej, tak że musiała zadrzeć głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się, nie szeroko, ale szczerze. Tym razem bez maski, bez zgrywy.
    — I masz rację. Udało się nam. — Przy tych słowach uniósł dłoń i krótkim, niemal niezauważalnym gestem dotknął jej włosów, jakby odruchowo, jakby nie myśląc o tym, co robi. — Ale to ty zdmuchnęłaś ten stadion. Ja tylko potrzymałem cię przez chwilę za rękę, zanim weszłaś.
    Był z niej dumny i to było w nim widać. Nawet jeśli nie wypowiedział tych słów po raz drugi, było to oczywiste. Znał ten biznes za dobrze, widział zbyt wielu artystów, by dawać się łatwo ponieść emocjom, ale dziś… dziś zrobił wyjątek. Bo Sloane na to zasługiwała. Gdy wspomniała o jego uśmiechu, uniósł brew i spojrzał na nią z lekkim przekąsem, ale nie odpowiedział od razu.
    — Dzisiaj nie chcesz go zetrzeć? — mruknął, zerkając na jej dłoń, którą wciąż trzymała lekko na jego ramieniu, jakby nie chciała jeszcze odciąć tego kontaktu. — Ty też się nie przyzwyczajaj —
    Parsknął cicho pod nosem i pokręcił głową.
    — Ok… dziś możesz się czuć niezastąpiona.
    Odpowiedział tonem z pogranicza żartu i wyzwania, jakby nawet tu, w tym tłumie, świętując największy show roku, nie zamierzał dać jej całkowitej przewagi. Ale już nie zniknął obok niej. Stał dalej blisko, jakby podświadomie wiedział, że ona wciąż tego potrzebuje. I może on też. Ezra znów objął ją ramieniem, entuzjastycznie, z rozbrajającą naturalnością, jakby nie potrafił inaczej okazywać radości w tej chwili. Ścisnął ją mocno, jakby przez to chciał przekazać: widzisz? mówiłem, że to będzie ten moment.
    Po sekundzie odsunął się nieznacznie, z tym charakterystycznym błyskiem w oku i sięgnął po jedną z butelek szampana. Strzelił korkiem bez uprzedzenia, z głośnym paf!, który odbił się echem wśród śmiechów i rozmów. Kilka kropli spieniło się natychmiast na szyjce i wytrysnęło z impetem, rozlewając się po jego dłoni. Ezra nawet nie próbował tego kontrolować. Przechylił butelkę, wziął solidnego łyka i z bezczelnym uśmiechem podał ją Sloane.
    — Twoja kolej, gwiazdo — rzucił z przekąsem.
    Nie zdążyła jeszcze sięgnąć, kiedy drugi korek eksplodował gdzieś obok. Jego kumpel z wytwórni, z szerokim uśmiechem, rozradowany do granic, uniósł swoją butelkę i bezceremonialnie zaczął oblewać Ezrę strumieniem bąbelków.
    — TAK SIĘ TO ROBI! — wrzasnął, śmiejąc się jak wariat. Ezra zaklął pod nosem, odruchowo przymknął oczy i cofnął się o krok, ale zanim szampan mógł dosięgnąć Sloane, zrobił coś zupełnie naturalnego, przesunął się między nią a rozbawionym napastnikiem, osłaniając ją ramieniem i plecami jak żywa tarcza. Śmiał się, rozbawiony całą sytuacją, choć teraz lało się po nim bardziej niż po butelce.
    — Naprawdę? Stary! — rzucił przez ramię, ale bez cienia złości, wręcz przeciwnie, wciąż z szerokim uśmiechem. Wokół eksplodował jeszcze większy śmiech. Atmosfera była gęsta od świętowania, szampana i emocji. Ezra jeszcze raz spojrzał na Sloane z rozbawieniem, strzepując krople z ramienia.
    — Przynajmniej ciebie nie musieliśmy suszyć — mruknął z satysfakcją. — No, może trochę.
    A potem lekko trącił ją łokciem i znów podał jej butelkę, jakby nic się nie stało. W końcu to był jej moment, on tylko stał obok

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  34. Ezra spojrzał na nią z udawanym niedowierzaniem, rozbawiony jak rzadko kiedy, kiedy poczuł, jak chłodna piana leje mu się po koszuli. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, może rzucić jakimś kąśliwym komentarzem albo udać oburzenie, ale zamiast tego wybuchnął śmiechem. Głośnym, niekontrolowanym, szczerym.
    — Wiedziałem, że to się tak skończy — mruknął z niedowierzaniem, patrząc na siebie i ociekającą od bąbelków koszulę, ale w jego głosie nie było ani grama irytacji, tylko czysta radość. — Właśnie straciłaś swoją premię — rzucił z teatralną powagą, ale ta i tak nie mogła przebić jego rozbawienia. Odchylił głowę do tyłu, jakby właśnie został oblany wiadrem lodu, po czym machnął dłonią, zupełnie nieprzejęty. W tym momencie śmiech Sloane był jak muzyka, nieudawany, rozbrajający i szczery do granic. Szampan lśnił na materiale jego koszuli, a Ezra spojrzał na nią z taką miną, jakby przez ułamek sekundy próbował zachować powagę… ale nie był w stanie. Pokręcił głową, wciągnął głębiej powietrze, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego znów wybuchnął śmiechem. Podszedł do niej ociekający szampanem, odebrał jej pustą już butelkę, odkładając ją na stolik obok i zanim zdążyła się cofnąć, złapał ją w talii chcąc zemścić się odrobiną szampanowego rewanżu.
    — Dziś masz immunitet, Fletcher — powiedział z nutą teatralnego poddania, kiedy zbliżył się do jej ucha. — Ale zostajesz po koncercie, żeby wyprać mi koszulę… — parsknął śmiechem. Napięcie między nimi było zbyt gęste, by ktoś z zewnątrz je wyłapał od razu, ale dla nich iskrzyło wyraźnie i chyba oboje to czuli. Jednak Ezra, jak zwykle, odsunął się o pół kroku, zostawiając wszystko zawieszone gdzieś w niedopowiedzianym uśmiechu.
    Ich śmiech jeszcze się niósł, zagłuszając rozmowy dookoła, a kiedy Ezra spojrzał na nią z bliska, z mokrą koszulą przyklejoną do torsu i błyskiem w oku, wyglądał, jakby właśnie przegrał z nią zakład i był z tego cholernie zadowolony.
    — Warto było — mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej, zerkając na jej roześmianą twarz i rozświetlone emocjami spojrzenie. I choć wiedział, że jutro znów będzie kłuć i stawiać granice, dziś… dziś pozwalał jej świecić.
    — Jeszcze raz dla Sloane! — Krzyknął wyrzucając ręce w powietrze, nim zdążyli się rozejść. I znów rozległy się oklaski, ktoś klaskał rytmicznie, ktoś inny gwizdał, a chaos powrócił, barwny i rozemocjonowany. Ktoś podał jej kolejną butelkę, ktoś wręczył bukiet różowo-białych kwiatów, ktoś zrobił im wspólne zdjęcie i pstryknął selfie, ktoś inny odpalił kolejnego brokaciarskiego confetti-blastera, który wystrzelił wysoko w sufit garderoby, zostawiając wokół nich złoty deszcz. Sloane tonęła w ramionach przyjaciół, obcych i współpracowników, którzy chcieli choć przez chwilę dotknąć tego, co właśnie się wydarzyło. Każdy chciał ją uściskać, zrobić zdjęcie, powiedzieć: “Zrobiłaś to!” i każdy z tych głosów mieszał się w jeden wielki, oszałamiający szum. Gdzieś w tłumie dziewczyna z obsługi wycierała szampana z podłogi, a ktoś z obsługi produkcji próbował przekrzyczeć wszystkich, przypominając o kolejnym wejściu na scenę. Ale to już nie miało znaczenia. Bo dziś nie tylko scena należała do niej, należał do niej cały ten wieczór. A Ezra? Ezra nie spuszczał z niej wzroku. Nie dlatego, że musiał. Ale dlatego, że naprawdę nie chciał.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  35. Ezra pozwolił jej świętować. Z całą ekipą, z tymi, którzy krzyczeli, tańczyli, śmiali się i robili zdjęcia, jakby właśnie zostali świadkami narodzin legendy. Zresztą… może właśnie tak było. Nie musiał być teraz w centrum. Nie chciał być. To był jej moment. Dlatego po kilku kolejnych toastach, uściskach i chwilach, które Sloane kolekcjonowała jak trofea Ezra po prostu się oddalił. Niepostrzeżenie. Bez ogłaszania, bez zaproszeń. Znał ten rytuał, wiedział, że w każdej euforii przychodzi moment przesytu, a on nie lubił przesytu. Zwłaszcza emocjonalnego. Dotarł do garderoby, przymknął za sobą drzwi i przez moment po prostu stał w półmroku. Dźwięki z zewnątrz, choć wytłumione, nadal dochodziły do środka, radosny gwar, odległe okrzyki, echo śmiechów. I wśród nich jej głos. Znał go już na tyle dobrze, by rozpoznać go nawet przez ściany. Sięgnął po butelkę whisky, która stała na stoliku w kącie, tę samą co wcześniej. Otworzył ją i nalał sobie odrobinę do szkła. Tyle, by spróbować się rozluźnić, ale nie stracić czujności. Przełknął pierwszy łyk powoli, czując jak znajomy ciężar alkoholu rozchodzi się po przełyku, aż wreszcie osiada ciepłem gdzieś głębiej. Westchnął. Odwrócił się plecami do drzwi, jakby w końcu mógł sobie pozwolić na kilka sekund prawdziwego oddechu, bez spojrzeń, bez błysków fleszy, bez czujnych oczu branży. Rozpiął powoli przesiąkniętą szampanem koszulę, której materiał przyklejał się do ciała. Mokra i klejąca, była jak świadectwo tej całej nocy. A jednocześnie, cholernie niewygodna. Zsunął ją z ramion i rzucił gdzieś na bok, nie patrząc, gdzie dokładnie upadnie. Może na krzesło, może na podłogę. Nie miało to znaczenia. Czuł, jak chłodne powietrze w garderobie uderza w jego rozgrzane ciało, przesiąknięte szumem emocji, whisky i bąbelków. I może trochę nią.
    Sięgnął po butelkę wody mineralnej stojącą na toaletce, jedną z tych, które ktoś z obsługi zostawił jeszcze przed koncertem. Ezra odkręcił ją bez pośpiechu i chlusnął niewielką ilość na dłonie, rozcierając je ze zmęczonym westchnieniem. Szampan, choć pachniał celebracją, kleił się do skóry jak przypomnienie o całym tym spektaklu, o świetle reflektorów, o fleszach, o krzykach tłumu. Przechylił butelkę ponownie i wylał wodę na przedramiona, rozcierając ją palcami, aż chłodna ciecz spłynęła wzdłuż napiętych mięśni, pozostawiając po sobie wilgoć, ale i ulgę. Skóra nadal była lepka, jakby za bardzo nasiąkła energią tej nocy, jakby nie chciała jej jeszcze puścić. Wiedział, że nie będzie miał tej garderoby dla siebie długo. Ale przez moment miał ciszę. I chłodną wodę na skórze zamiast lepkiego szampana.
    Na tyle wystarczyło. Jak na razie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  36. Ezra odwrócił głowę w jej stronę, jakby nie od razu zorientował się, że to ona. Jakby przez sekundę zakładał, że to po prostu ktoś z zespołu, ktoś z obsługi, ktoś, kto pomylił garderoby. Ale gdy tylko ją zobaczył, tę sylwetkę w scenicznej stylizacji, butelkę szampana w dłoni i to spojrzenie, którego nie dało się pomylić,wszystko w nim lekko przycichło. Tak jak przed chwilą w niej. Westchnął teatralnie, krzyżując ramiona na piersi, jakby próbował zapanować nad własną bezsilnością wobec jej obecności.
    — Serio? — rzucił z udawaną pretensją. — Przyszłaś mnie znowu oblać? Bo dopiero się ogarnąłem — dodał z krzywym uśmiechem i wskazał ręką na przestrzeń wokół nich. — No, prawie ogarnąłem… To nie jest żadna ekskluzywna garderoba tylko techniczne zaplecze, które łaskawie nazwali “pomieszczeniem dla producenta”.
    Spojrzał na nią spod byka, ale oczy śmiały mu się wyraźnie. — Jeszcze moment i będę musiał się suszyć wentylatorem.
    Spojrzał na nią, z tą przeklętą butelką, błyszczącymi oczami i z tym czymś w spojrzeniu, co Ezra cholernie dobrze znał. I nie było na to żadnej procedury technicznej. Ramiona napięte, koszula rzucona na bok, woda kapiąca z przedramion i ten wyraz twarzy, którego nie zdążył jeszcze przykryć żadnym z półuśmiechów, którymi się zazwyczaj zasłaniał. Spojrzał na nią spokojnie, z czymś, co nie było do końca ulgą, ale też nie dystansem. Jakby się jej po prostu spodziewał.
    — Wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć — powiedział cicho, z tą charakterystyczną dla niego nutą ciepłej ironii, która w jego ustach brzmiała niemal jak uznanie. — Dziwne. Myślałem, że miałaś mnie dziś zignorować na rzecz fanów i pochwał.
    Pozwolił sobie na ten jeden żart, zanim jego spojrzenie złagodniało. Przez chwilę mierzył ją wzrokiem — nie tak, jak wtedy, gdy był z nią w pracy, analizując jej ruchy, mimikę czy ton głosu. Teraz patrzył tak, jakby po prostu chciał ją zobaczyć. W całości. Prawdziwą. Po tym, co właśnie zrobiła.
    — Nie zniknąłem — dodał spokojniej. — Po prostu oddałem ci twój moment.
    Zrobił krok w bok, sięgając po ręcznik, którym otarł przedramiona, zanim zerknął na butelkę w jej rękach i uniósł brew. Uśmiechnął się krótko, ledwo dostrzegalnie.
    Ezra uniósł lekko brew, słysząc jej słowa, te ciche, miękkie „chyba chciałam też podziękować” i przez chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby chciał się upewnić, że mówi to naprawdę. Potem parsknął cicho pod nosem, z tym swoim półuśmiechem, który w końcu dziś nie był ironią, a czymś znacznie bardziej miękkim.
    — To ty to zrobiłaś, Fletcher. — Jego głos był niższy, spokojniejszy. — Ja tylko dałem ci platformę.
    Przez moment spojrzał na nią tak, jakby naprawdę chciał, żeby to poczuła. Żeby wiedziała, że żadne słowo „dziękuję” nie było mu potrzebne, ale skoro już je wypowiedziała przyjmował je z szacunkiem.
    — No i… może trochę cię do tego popchnąłem. Ale nie każ mi tego mówić dwa razy, bo zaraz się wzruszę. — Uniósł dłonie w żartobliwym geście obrony i odchylił lekko głowę z rozbawieniem, jakby próbował rozładować coś, co właśnie zawisło w powietrzu, coś miękkiego, czułego i zaskakująco szczerego.
    — Poza tym, po tym występie sam mogę ci podziękować za to, że jednak mnie nie wtedy posłuchałaś i nie wybrałaś innej wytwórni.
    Uśmiechnął się szerzej, ale łagodnie i w tym uśmiechu była duma, ale też spokój. — Chociaż pewnie teraz urośnie mi konkurencja chętna cię podkupić — oddał. Nie gratulował jej słowami, bo zrobił to wcześniej. Teraz po prostu dał jej przestrzeń, nie do kolejnych oklasków, tylko do bycia. Do złapania oddechu. Z nim.

    OdpowiedzUsuń
  37. Ezra ruszył w jej stronę bez większego pośpiechu, ale z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który czasem potrafił być bardziej dezorientujący niż cała fala emocji. Przez sekundę ich spojrzenia się spotkały ciepłe, rozedrgane od tej dziwnej bliskości, której żadne z nich chyba nie zamierzało nazywać. Stanął tuż przed nią. Wystarczająco blisko, by musiała zadrzeć lekko głowę, jeśli chciała utrzymać kontakt wzrokowy. Nie dotknął jej, ale wyciągnął dłoń w stronę butelki.
    — Daj to, zanim znów wylejesz pół zawartości na moje plecy — mruknął półżartem i wyjął jej szampana z ręki, nie spuszczając z niej wzroku. Kciukiem przesunął po szyjce butelki, szukając odpowiedniego kąta, jakby całkiem naturalnie przejął kontrolę nad sytuacją, z tym samym wyczuciem, z którym wcześniej potrafił wyczuć jej tempo na scenie. Ręce mu się nie trzęsły. Ruchy miał spokojne, precyzyjne. Jakby z każdej najprostszej czynności robił coś, co miało znaczenie. Butelka w jego dłoni zasyczała cicho, a korek wystrzelił, ale tym razem bez wielkiego huku.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  38. Ezra zerknął na nią przez ramię, a potem spojrzał znów na korek, który właśnie delikatnie obracał w dłoni, precyzyjnie, spokojnie, z tym samym skupieniem, jakim wcześniej mierzył jej tempo na scenie, a potem tempo bicia serca, gdy ją pierwszy raz podniósł do góry po występie. Nie musiał nic mówić, a jednak było w nim coś, co zostawiało ślad. Uśmiechnął się pod nosem, ale nie z drwiną, jak to zwykle bywało, tym razem był to uśmiech szczery, ciepły, niemal dumny.
    — Bez fajerwerków. — Powtórzył za nią, łapiąc jej spojrzenie. — Obiecałem ci przecież tylko spektakularne występy, nie eksplozje w garderobie.
    Ezra przez moment tylko patrzył. Z butelką w jednej dłoni, z mokrą koszulą rzuconą gdzieś na fotel, i parą kropel wody spływających jeszcze powoli po linii obojczyka. Ale nie ruszał się. Tak, jakby nie chciał niczego przyspieszać. Albo jakby z jakiegoś powodu potrzebował tej chwili ciszy. Ezra, który zwykle wszystko wiedział, teraz wyglądał, jakby sam nie był pewien, czy chce, żeby została, czy jednak… żeby wysza. I to właśnie ta niepewność czyniła go w tej chwili bardziej ludzkim niż wszystkie jego wyważone riposty przez ostatnie miesiące.
    — Nasz sukces, hm? — Powtórzył półgłosem, wyciągając z szafki dwa niedopasowane kieliszki. — Brzmi nieźle. Może nawet wystarczająco nieźle, żeby przez pięć minut się nie kłócić.
    Ezra zaśmiał się krótko pod nosem, kręcąc głową, gdy odstawiał butelkę i sięgnął po jeden z plastikowych kubków, który ledwo mieścił się w jego dłoni.
    — Nie wiem, jakie luksusy masz w swojej garderobie, Fletcher, ale maksimum, co tu znajdziesz, to plastikowe kubki — rzucił, podnosząc jeden z nich i obracając w palcach z teatralnym grymasem. — Żadnych kieliszków z kryształu, żadnych chłodziarek do szampana ani nawet tych przeklętych eukaliptusowych świec zapachowych, które masz u siebie.
    Odwrócił się do niej z tym swoim nieco szelmowskim uśmiechem. — A przecież taka diva jak ty powinna pić z kryształu, najlepiej jeszcze podtrzymywanego przez osobistego asystenta w białych rękawiczkach.
    Uśmiechnął się szerzej, podchodząc bliżej i stuknął jednym z kubków o blat, jakby to był toast za ich wspólny absurd. Potem sięgnął po szampana i zaczął ostrożnie nalewać, jakby wciąż jeszcze próbował zachować resztki godności tej improwizowanej celebracji.
    — Ale mam nadzieję, że smak wygranej nie ucierpi przez brak kryształu. — Podał jej jeden z kubków z czymś, co miało udawać celebracyjny toast, a w jego oczach, mimo żartu, znów pojawił się cień tego, co mignęło wcześniej: coś prawdziwego, ciepłego, może nawet dumnego. — Na nowy początek, Sloane.
    Ezra uniósł brew z rozbawieniem, kiedy podał jej kubek, a w kąciku jego ust znów zatańczył ten znajomy półuśmiech, ten, który równie dobrze mógł oznaczać kpinę, jak i uznanie.
    — Na szczęście… — zaczął z lekkim przeciągnięciem, upijając łyk ze swojego kubka. — Trochę się zabezpieczyłem w umowie na takie okoliczności — rzucił z udawanym westchnieniem ulgi, jakby naprawdę przemyślał każdy możliwy scenariusz jej sukcesu z wyprzedzeniem. — Wiesz… klauzula typu „ego gwiazdy eksploduje po Super Bowl i zaczyna odrzucać wszystkie nasze telefony”. — A potem parsknął cicho, potrząsając głową. — Więc postaraj się, Fletcher, żeby ci teraz przypadkiem woda sodowa nie uderzyła do głowy. — Uśmiechnął się szerzej, unosząc kubek z szampanem w geście toastu. — Żebyśmy nie musieli cię ściągać z jakiejś willi w Malibu, gdzie będziesz siedzieć w basenie w futrze i z papugą na ramieniu.
    Znowu ten jego śmiech, chropawy, krótki, ale prawdziwy. I spojrzenie, które na moment złagodniało, zanim znów odwrócił się, by odłożyć butelkę na bok, niby od niechcenia, choć ewidentnie nie chciał jeszcze, żeby ta chwila się skończyła.
    — Więc jak ci ta woda sodowa jednak uderzy do głowy, to mam prawo ściągnąć cię z obłoków na ziemię. — Zaśmiał się krótko, z tym swoim firmowym luzem, który działał jak zbroja: nie wiadomo było do końca, ile w nim żartu, a ile czujnej kontroli.

    OdpowiedzUsuń
  39. Ezra, odstawiając butelkę na prowizoryczny stolik, zerknął na nią przez ramię, kątem oka, z tym charakterystycznym dla siebie półuśmiechem, który tym razem był… inny. Mniej zaczepny, bardziej spokojny. Prawdziwy.
    — Pytałaś mnie kiedyś… — odezwał się cicho, prawie jakby mówił bardziej do siebie niż do niej. — Dlaczego tak mi zależało, żeby cię podpisać.
    Odwrócił się już całkiem, opierając się biodrem o blat, z kubkiem w dłoni, spojrzeniem zawieszonym prosto na niej.
    — Właśnie dlatego. — Uniósł lekko brodę, jakby wskazując nie tylko na nią, ale na cały dzień, cały wieczór, cały ten moment. — Bo wiedziałem, że jak już ci się zachce… to nikt cię nie zatrzyma.
    Zamilkł na chwilę, a potem wzruszył ramionami z typową dla siebie niedbałością, ale nie potrafił już zetrzeć tego cieplejszego tonu z głosu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  40. Ezra stał przez moment oparty biodrem o szafkę techniczną, trzymając w dłoni swój plastikowy kubek. Szampan wysychał już na skórze, a powietrze, choć chłodniejsze, nie robiło większego wrażenia. Słuchał jej uważnie. Całej tej litanii: złośliwej, ironicznej, pewnej siebie i właśnie takiej, jaką ją lubił najbardziej. Nie przerywał. Nie poprawiał. Pozwolił jej mówić, a potem jeszcze trochę, aż w końcu, gdy wypowiedziała ostatnie zdanie z typowym dla siebie rozmachem, Ezra zaśmiał się cicho, nisko, pod nosem.
    — Chciałem cię zamknąć w studiu już dwa miesiące temu, ale stwierdziłem, że nie przeżyję kolejnej wojny. — Przesunął kciukiem po brzegu kubka. — Coachella jest na stole. Lolla? Pogadamy. Ale trasa… — Podniósł na nią wzrok.
    — Nie rozciągaj mi tu wizji tras koncertowych po kontynentach, skoro masz do dogrania jeszcze siedem numerów, sesję zdjęciową do okładki, i plan marketingowy, który zamierzasz totalnie zignorować, bo “nie lubisz powtarzalnych formatów”. — Zacytował ją z wyraźnym rozbawieniem, ale i nutą groźby. Prawie żartem. Prawie. Oparł się ciężej o blat, splatając ręce na piersi. — Ja ci mogę roztaczać wizje, Sloane. Nawet takie z konfetti w Dubaju i limuzyną w Tokio. Ale najpierw zamykam cię w studiu. I nie wypuszczę, dopóki nie dasz mi tej płyty, którą obiecałaś.
    Zamilkł na chwilę, nie spuszczając z niej wzroku. Kiedy znów się odezwał, głos miał już znacznie spokojniejszy. Bardziej osobisty, ale nadal jego, twardy, bez zbędnego lukru.
    — Wtedy będzie twoja trasa.
    Ezra przez moment jeszcze patrzył na nią z tą swoją zbyt uważną uwagą, która potrafiła wytrącić z równowagi nawet najbardziej pewnych siebie ludzi. Ale wtedy jego spojrzenie nieco złagodniało, a kącik ust uniósł się w znajomym, zaczepnym uśmiechu.
    — Nie wiem, gdzie nas to wszystko zaprowadzi, Sloane. — Wzruszył lekko ramionami, jakby w końcu sobie na to pozwalał. — Ale wiem, że jak dziś patrzyłem na ciebie na tej scenie, to pomyślałem sobie tylko jedno: kurwa, warto było. Wszystko. I to całe pierdolenie o tym, że jesteś ryzykiem. O twoim temperamencie. O tym, że nikt cię nie ogarnie.
    Uniósł kubek lekko w górę, jakby chciał wznieść toast, ale bez tej całej ceremonii. — Więc… jak chcesz podbijać świat, to po prostu mów, kiedy zaczynamy. Bo teraz już wiem, że jesteś gotowa.
    I może nie powiedział tego bezpośrednio, ale ton miał jasny: a ja jestem gotowy pójść tam z tobą. Ezra przekrzywił lekko głowę, przyglądając się jej z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który był gdzieś na granicy rozbawienia i zmęczenia jej wybiegami. Uniósł brew, wbijając w nią spojrzenie, które mówiło jedno: nie wymigasz się. Ezra uniósł kubek do ust, ale nie napił się od razu. Przez moment tylko przyglądał się Sloane znad jego krawędzi, jakby coś kalkulował, choć pewnie sam nie do końca wiedział co. Przez krótką chwilę milczał , nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, ale dlatego, że nagle znów dotarło do niego, w jak dziwnej sytuacji się znaleźli. Bo przecież to było dziwne. Ona błyszcząca, rozemocjonowana, wciąż ubrana jakby miała za chwilę wrócić na scenę. On półnagi, mokry od szampana, z kubkiem w dłoni, wyglądający bardziej jak techniczny z backstage’u niż właściciel wytwórni. Świętowali wielki sukces, ale nie w blasku fleszy, tylko tu, w jakiejś zapleczo-garderobie, z plastikiem zamiast szkła i whisky, która skończyła się szybciej niż zamierzał. Westchnął cicho i opuścił spojrzenie na swoją przemoczoną koszulę, leżącą gdzieś na podłodze.
    — Dziś świętujemy w Empire, nie? — rzucił z pozorną lekkością, ale jego ton był już spokojniejszy. — Wpadnę. Ale najpierw muszę się ogarnąć. Tu nie mam nawet porządnego T-shirtu, a wyglądam, jakbym właśnie wyszedł z wanny, w której ktoś odkręcił kurek z szampanem — rozłożył ręce, wskazując na siebie teatralnie. Dopił resztkę ze swojego kubka i odstawił go na najbliższą powierzchnię. — Słyszałem już sześć różnych wersji tej samej plotki, że rzekomo zamówiłaś prywatny stolik z neonem nad głową i fontanną z tequili.

    OdpowiedzUsuń
  41. Przechylił głowę, przyglądając się jej jeszcze przez sekundę. Jego wzrok na moment spoczął na jej ustach, zanim znowu uniósł się wyżej. Wypił łyk i od razu poczuł, jak bąbelki z szampana drażnią gardło, może bardziej niż powinny. Odstawił kubek na blat obok i oparł się dłońmi za sobą, lekko wyciągając nogi przed siebie. Przez chwilę, z tą półprzymkniętą powieką i pozornym spokojem, wyglądał, jakby analizował nie tylko jej słowa, ale cały ten wieczór, od samego początku aż do momentu, w którym stali teraz, zamknięci w jego technicznej garderobie, oboje mokrzy od szampana i z dziwnie zawieszoną energią między nimi. Wyprostował się nagle, zerkając na nią z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który wracał zawsze wtedy, gdy Ezra przypominał sobie, że musi wrócić do rzeczywistości.
    Zerknął na nią kątem oka, z tym swoim półuśmiechem, który mógł oznaczać wszystko albo nic.
    — Chyba że… — zaczął, tonem żartobliwie prowokującym — …zapragniesz dzisiaj zostać moją osobistą stylistką. W twojej garderobie wieszaków więcej niż w całym dziale PR, a kolekcja ubrań męskich wygląda, jakby była szykowana pod kogoś z okładki „GQ”.
    Uniósł brew, jakby rzucał jej wyzwanie.
    — Masz oko. Wybierz coś dla mnie. A jak nie trafisz, to w Empire plotki będą nie o twoim występie, tylko o tym, że Ezra Creighton oszalał i paraduje w cekinowej kurtce i brokatowych spodniach, bo Sloane przebrała go za swojego backdancera.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  42. Ezra prychnął pod nosem z rozbawieniem, wykrzywiając usta w przekornym półuśmiechu. Stał oparty niedbale biodrem o kant stołu, jakby wcale nie przejmował się tym, że Sloane pożerała go wzrokiem. Gdyby chciała, mógłby się jeszcze obrócić w profil i zareklamować jeden z tych cholernych zegarków, które ostatnio wszyscy usiłowali mu wcisnąć na Instagramie. Ale Ezra, mimo tej nonszalancji, doskonale widział, jak jej spojrzenie na niego spadało. Nie spuszczała z niego wzroku i… nie próbowała tego ukrywać. To nie był flirt. Jeszcze nie. Ale gra już się zaczęła. Ezra uniósł lekko brew, kątem ust łapiąc uśmiech, kiedy przyłapał ją znowu na tym spojrzeniu, niby od niechcenia, niby przypadkiem, ale nie oszukujmy się, oboje dobrze wiedzieli, co się tu działo.
    — Widzę, że chyba wolisz mnie w wersji roznegliżowanej — rzucił z bezczelnym spokojem, jakby właśnie komentował pogodę. — Ale… nie chcę cię za bardzo rozpraszać. W końcu to twoja impreza, a nie moje show.
    Przechylił kubek z szampanem do ust, jakby z premedytacją robiąc to powoli, a potem spojrzał na nią spod rzęs, uśmiechnięty, wyrachowany, z tym błyskiem w oku, który zawsze oznaczał kłopoty albo co najmniej niedopowiedzenie.
    — Chociaż… jakbyś naprawdę nalegała, mogę zrobić wyjątek. Dla ciebie.
    Posłał jej ten swój charakterystyczny uśmiech, nieznośny, błyskotliwy i cholernie pewny siebie. Kiedy go używał, zazwyczaj wiedział, że właśnie sprawdza, jak bardzo może przesunąć granicę, zanim coś pęknie. Albo zanim coś się zacznie.
    — Ale spoko, wierzę ci. — Dodał po chwili, już spokojniej. — Żadnych cekinów. Nie jesteś typem, który dzieli się światłem. Zresztą, nie musisz. — Jego wzrok na moment zawisł na jej sylwetce, bez pośpiechu. — Noc i tak należy do ciebie.
    Przez chwilę między nimi zrobiło się zaskakująco cicho. Tylko gdzieś w tle garderoby tykał zegar i brzęczała neonowa lampa, jakby przypominała im, że świat poza tą chwilą wciąż się toczy. Ezra nic więcej nie powiedział. Tylko uśmiechnął się pod nosem, jakby właśnie wygrał jakąś małą, prywatną rozgrywkę, jedną z tych, których nawet nie ustalili, że w ogóle toczą.
    — Okej, chodźmy — mruknął z tym swoim leniwym luzem, dopijając ostatni łyk szampana i odstawiając kubek na pobliską szafkę. — Zobaczymy chociaż kawałek gry, zanim twoja tequila zacznie płynąć fontannami.
    Minął ją w drzwiach powoli, zostawiając między nimi może pół oddechu przestrzeni, ledwie wyczuwalnej, a jednocześnie rażąco namacalnej. Tym razem to on niemal się o nią otarł, rozgrzaną skórą ramienia, mokrym od szampana bokiem, ciepłem własnego ciała. Zrobił to bez pośpiechu, bez zawahania, zostawiając za sobą zapach perfum, adrenaliny i tego dziwnego napięcia, które zawisło między nimi, gęste jak dym. A potem ruszył przed siebie, bez tej koszuli, której nawet nie próbował ratować. Pewnym, nonszalanckim krokiem, jakby szedł właśnie na casting do własnego życia. W kierunku jej garderoby. Nie oglądał się. Nie musiał. Bo poszła.
    — Dobra, stylistko. — Rzucił, kiedy był już w jej garderobie. — Postaraj się mnie nie ośmieszyć. Żadnych crop topów, siateczek i święcących trampek.
    Chociaż z jego tonem… cholera wie, czy nie pozwoliłby się jednak w coś takiego ubrać. W końcu przy Sloane, nawet najdziwniejsze rzeczy zdawały się mieć sens.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  43. Ezra uniósł lekko brwi, słysząc jej słowa i ten ton. Pomóc? To jedno słowo padło z jej ust jak żart, ale zostawiło po sobie cień możliwości, która zawisła między nimi jak iskra w zawilgoconym powietrzu garderoby. Spojrzał na nią powoli, przesuwając wzrokiem po lśniącym kostiumie, który wciąż idealnie oplatał jej sylwetkę. Nawet w tych przygaszonych światłach garderoby zdawała się błyszczeć, jakby nie potrzebowała reflektorów, żeby przyciągać uwagę.
    — Pomocy? — powtórzył, jakby rozważał to na głos. Uśmiechnął się kątem ust, z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, za którym czaiło się wszystko, kpina, prowokacja i coś jeszcze, coś, czego nie miał zamiaru nazwać. Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego, wolno przesunął dłonią po krawędzi szuflady z dodatkami, jakby szukał czegoś do stylizacji, ale jego wzrok już z niej nie schodził. Zatrzymał się, przyglądając się jej tak samo bezczelnie, jak ona przed chwilą jego plecom. Nie musieli się ukrywać, żadne z nich nie udawało już, że to tylko niewinny flirt.
    Ezra parsknął pod nosem i jeszcze zanim Sloane zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rzucił przez ramię.
    — To nie była żadna kamizelka budowlana. To była Balenciaga. — Odetchnął ciężej, teatralnie urażony, ale rozbawiony. Jakby właśnie obraziła jego największą estetyczną dumę. — Wiesz, nie każdy ogarnia high fashion w wersji dekonstrukcji. — Dodał z nutą drwiny, szukając wzrokiem czegoś na wieszaku, ale ostatecznie wrócił spojrzeniem do niej. — Ale nie martw się. Jeszcze cię nauczymy.
    Uśmiech znów zagrał mu w kąciku ust, ale tym razem był wyraźnie bardziej bezczelny. Sloane poczuła to spojrzenie na sobie tak samo intensywnie, jak wcześniej, tym bardziej, że on wciąż nie dokończył tego, co zaczął przed chwilą.
    Zrobił krok w jej stronę, krótkim ruchem łapiąc jedną z koszul, które przed chwilą odrzuciła. Zawisła teraz na jego przedramieniu.
    — Ale skoro już mnie oceniasz jak na castingu do twojego teledysku… — uciął, zerkając na nią spod lekko przymrużonych powiek. — To może faktycznie… powinnaś zobaczyć mnie w czymś lepszym. — Nie był to flirt wprost. Ale ton, spojrzenie i fakt, że powoli rozpiął guzik spodni, mówiąc to wszystko, były aż nazbyt celowe. Robił to wolno. Spokojnie. I z wyczuciem, jakby naprawdę przymierzał się do przebrania, ale doskonale wiedział, że ona patrzy. I że nie potrafi nie patrzeć. — Masz rację. Zostały tylko spodnie. — rzucił jeszcze, prawie niedbale. — Więc… masz zamiar tylko się przyglądać, czy faktycznie chcesz pomóc?
    To już nie był przypadkowy flirt. To było pole testowe. Granica, którą rzucał jej pod nogi, a teraz czekał, czy ją przekroczy. Ezra uniósł spojrzenie i utkwił je w jej oczach celowo, świadomie, bez ucieczki. Przez moment nie mówił nic. Po prostu patrzył. Cicho, z wyraźnym napięciem między jednym oddechem a drugim. Palce przesunął do guzika spodni i bez żadnego pośpiechu go odpiął. Potem sięgnął niżej, do rozporka, rozpinając go z takim spokojem, jakby wykonywał zupełnie codzienną czynność. Ale nic w tej chwili nie było zwyczajne. Brwi uniosły mu się lekko, z subtelnym rozbawieniem. Czekał, czy Sloane spuści wzrok. Nie spuściła.
    — Odwróć się. I nie podglądaj — rzucił spokojnie, z lekkim, zbyt niewinnym uśmiechem. Jakby tylko dbał o jej komfort. Jakby to było logiczne rozwiązanie tej sytuacji. Ale ton miał w sobie coś więcej, jakby doskonale wiedział, co robi. Nie ruszył się jednak od razu. Stał tak jeszcze przez sekundę, czekając. Cicho. Blisko. I wciąż rozpięty.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  44. Ezra uniósł brew, spoglądając w jej oczy, kiedy podeszła bliżej. Nie odsunął się ani o krok. Przeciwnie, jakby specjalnie został w miejscu, obserwując ją w absolutnym skupieniu, tak, jakby to była scena, na której teraz to ona miała swoje pięć minut. I z której, o dziwo, nie próbowała uciec. — Masz rację — mruknął nisko, niemal rozbawiony. — Sam tego chciałem.
    Ezra uniósł brew, jakby rozbawiony jej zdecydowaniem i tą zaskakującą zmianą planu, którą właśnie wprowadziła bez najmniejszego zawahania. Jego spojrzenie było uważne, przewrotne, uśmiech na ustach sugerował, że gra w jej reguły… ale wcale nie przestał rozgrywać tej partii po swojemu. Nie poruszył się, gdy sięgnęła za jego plecy i uniosła koszulę, ale czuł jej dłoń przy swoim boku, czuł materiał, który delikatnie muskał jego skórę. Ich spojrzenia zderzyły się w pół drogi intensywne, uparte, ani jego, ani jej nie zamierzało pierwsze odpuścić.
    — Miałaś pomóc ze spodniami — przypomniał jej nisko, bez pośpiechu, z lekką chrypką, która zabrzmiała prawie nieprzyzwoicie. — Ale skoro wolisz mnie już ubrać… — urwał, pozwalając, by zawieszenie głosu dodało tej zmianie tonu znaczenia. — To niech będzie…
    Zamilkł na moment, a potem, bez cienia protestu, wsunął ręce w rękawy koszuli, którą mu podsunęła. Palce musnęły materiał, potem jej nadgarstek. Nie zrobił nic więcej, nie musiał. Gest był ledwie zauważalny, ale wystarczająco znaczący, by poczuła, że mimo jego pozornej uległości, to napięcie między nimi właśnie się zagęściło. Ruch był powolny, ale nie niezdarny. Wręcz przeciwnie, precyzyjny i świadomy. Wykonany tak, jakby dokładnie wiedział, że ona patrzy. Że czuje każdy centymetr materiału przesuwającego się po jego ramionach, że jej dłoń wciąż spoczywa mu gdzieś na karku i nie wiedział już, czy wciąż poprawia jego kołnierzyk, czy zatrzymała się tam w pół ruchu. Nie powiedział już nic więcej. Ale jego wzrok pozostał wbity w jej oczy, jakby oczekiwał, że ta gra się jeszcze nie skończyła. Że to tylko kolejny ruch i że to ona musi zdecydować, co z nim zrobi.
    — Co za poświęcenie z twojej strony — dodał z cichym śmiechem, gdy materiał opadł na jego ramiona. Znów to napięcie. Znów ta gra. Ale Ezra nawet nie próbował tego rozładować. Nie tym razem. Głos miał niższy niż zazwyczaj, ciepły, nieprzewidywalny. Czuć było napięcie w powietrzu elektryczne, drażniące, takie, którego nie dało się zignorować. Koszula była tylko pretekstem. Ich wzajemna bliskość, ich oddechy, milimetry dzielące od kolejnych decyzji to było pole minowe, po którym oboje chodzili bez ostrzeżenia. Nie odsunął się, kiedy materiał przesunął się po jego ramieniu. Pozwolił jej go ubrać i może właśnie dlatego, mimo że nie powiedział nic więcej, patrzył na nią z czymś, co balansowało między prowokacją a… wdzięcznością. Ale tą, której się nie wypowiada.
    Nie, kiedy na wyciągnięcie ręki stoi kobieta, która teoretycznie miała być tylko artystką z jego wytwórni. A praktycznie właśnie pomagała mu się ubrać, jakby miało to jakieś drugie dno. Koszula opadła na miejsce, a on tylko poruszył barkami, by ułożyła się dobrze. Cały czas patrzył na nią, jakby badał, czy ten moment właśnie przestaje być tylko grą, a zaczyna być czymś, co wymyka się spod kontroli. Granice, które przecież jasno postawili, jeśli w ogóle kiedykolwiek to zrobili, stawały się coraz bardziej rozmyte.

    OdpowiedzUsuń
  45. W głowie miał jasny komunikat: stop, ale w ciele wszystko krzyczało jeszcze.
    — Nie mam się czego wstydzić? — powtórzył po niej, unosząc brew i patrząc na nią z tym błyskiem w oku, który nie wróżył niczego dobrego. — Wow, to chyba najmilsze, co od ciebie usłyszałem.
    Uśmiechnął się powoli, z lekką niedowierzającą ironią, ale nie było w tym ani grama złośliwości. Raczej coś w rodzaju rozbawienia, jakby faktycznie zanotował ten moment gdzieś głęboko w głowie. Może nawet nie po to, żeby jej to później wypomnieć. Może po prostu dlatego, że usłyszenie tego z jej ust miało swoją wagę.
    — To teraz nie wiem… kończymy na tym, czy lecisz za ciosem i chcesz mnie jeszcze czymś zaskoczyć?
    Ton miał luźny, ale spojrzenie już nie. Znowu był w tej pozycji, pół kroku od niej, z koszulą niedopiętą, z mięśniami napiętymi bardziej, niż powinny być przy zwykłej rozmowie. I znów, nie przesunął się nawet o centymetr. Czekał. To zabrzmiało… dwuznacznie. W jego głosie było coś, co balansowało między rozbawieniem a prowokacją, ale spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, nie chodziło tylko o to, co jeszcze mogła mu powiedzieć. Niby żartował, pytając, czy „poleci za ciosem”, ale wcale nie mówił o słowach. Nie do końca. Bo równie dobrze mogło chodzić o to, co zrobi. Co jeszcze może się wydarzyć. A może tylko testował granicę, sprawdzając, czy blondynka ją przekroczy, jeśli wystarczająco długo będzie ją do tego kusił. Stali blisko, zbyt blisko jak na to, czym powinni dla siebie być. Jego koszula wciąż była rozpięta, jej palce wciąż przy mankiecie, a napięcie między nimi nie malało, tylko gęstniało z każdą kolejną sekundą. Sloane mogła się cofnąć. Albo odpowiedzieć. Albo… właśnie to. Zaskoczyć go.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  46. Ezra nie ruszył się ani o milimetr, kiedy materiał koszuli zsunął się z jego ramion. Czuł jej palce powolne, dokładne, jakby chciała zapamiętać fakturę jego skóry, a nie tylko tkaniny. Przesunęła po nim z tą cholerną pewnością siebie, która czasem doprowadzała go do szału, ale dziś… dziś była jak zaproszenie, które przyjął w milczeniu. Kiedy koszula opadła na ziemię, mruknął cicho, niemal z rozbawieniem, choć było w tym coś bardziej surowego. — Mi się podobała.
    Głos miał chropawy, trochę niższy niż zwykle.
    Patrzył na nią dłużej niż powinien, mocniej niż wypadało, jakby sam nie był pewien, czy chce, żeby się teraz zatrzymała… czy poszła dalej.
    Było coś niemal teatralnego w tym, jak ściągała z niego tę koszulę tylko po to, by za moment zsunąć materiał spodni o ledwie kilka centymetrów, nie za daleko, nie za blisko. W sam raz, żeby zostawić go z palącym pytaniem: co dalej? A może to nie był teatr, tylko gra. I oboje znali zasady lepiej, niż chcieli się przyznać.
    Ezra ani drgnął. Ani wtedy, gdy Sloane zsunęła z niego koszulę z miną krytyka mody. Ani wtedy, gdy jej palce przelotnie dotknęły jego torsu, jakby przypadkiem. Ani tym bardziej, gdy złapała za materiał jego spodni i przeciągnęła zamek do końca, bez wahania, z pełną świadomością. Nawet nie wtedy, gdy zsunęła je odrobinę z jego bioder. Jakby każde kolejne jej dotknięcie wpisywało się w jakiś ukryty rytuał, który próbował zrozumieć i którego wcale nie chciał przerywać. W środku wszystko w nim zamarło. Ciało reagowało szybciej niż myśli, jakby każdy jego nerw został napięty do granic. Adrenalina? Może. Pożądanie? Bezsprzecznie. I coś jeszcze, coś, czego nie potrafił nazwać.
    Spojrzał na nią, powoli, bez uśmiechu. A jego wzrok, mimo że wciąż spokojny, miał teraz inną temperaturę. Jakby w ciągu jednej sekundy z lekkiej prowokacji zrobiło się coś znacznie cięższego. Głębszego. Spojrzała mu w oczy tak, jakby to ona trzymała teraz wszystkie karty i dobrze wiedziała, że właśnie przekroczyli granicę, której nie powinno się było nawet dotykać. Ezra uniósł lekko brew, wciąż nie puszczając jej spojrzenia, może nieco bardziej uważnego, jakby próbował odczytać nie tylko jej intencje, ale i własne reakcje, których nie planował. A potem… westchnął. Półgębkiem, z przekąsem, jakby nagle uznał, że ta cała scena robi się zbyt absurdalna nawet jak na ich standardy.
    — Nie żebym się skarżył, ale… — zaczął powoli, z tą chropowatością w głosie, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy coś go bawiło bardziej, niż powinno. — W umowie nie było chyba punktu o rozbieraniu producenta po godzinach.
    Ezra przekrzywił lekko głowę, a na jego ustach pojawił się ten charakterystyczny półuśmiech, dokładnie ten, który Sloane znała aż za dobrze. Szyderczy, zgryźliwy, niepokojąco spokojny. Głos miał dalej spokojny, ale słowa uderzały precyzyjnie, jak zawsze, gdy Ezra decydował się na ironię jako zbroję.
    — Z drugiej strony… — dodał, zniżając głos nieznacznie, jakby sam siebie nie do końca poważnie traktował. — Nie przewidziałem też opcji, że będziesz próbowała mnie ubierać i rozbierać w tym samym pięciominutowym oknie. Może trzeba dopisać aneks.
    Nie ruszył się dalej. Nie dotknął jej więcej. Ale ta odległość zbyt bliska, zbyt łaskocząca zmysły, nie pozostawiała złudzeń.
    — Wiesz, Fletcher… jeśli to miała być deklaracja, że wolałabyś mnie zobaczyć bez niczego to chyba wolałbym, żebyś to powiedziała wprost. I jeśli chcesz mnie dalej rozbierać, będziesz musiała poczekać do miejsca, które ma drzwi z zamkiem.
    Zrobił pół kroku do tyłu, tylko tyle, żeby materiał jego spodni przesunął się znów wyżej, a jego ciało wróciło w strefę „półprzyzwoitości”.
    — Jak zaraz wejdzie tu ktoś z obsługi z żelem do włosów albo zapasowym mikrofonem, to zostanę wpisany na czarną listę na resztę życia. — Pokręcił głową z teatralną rezygnacją, tonem, który balansował gdzieś między rozbawieniem a wyraźną próbą zgaszenia temperatury.

    OdpowiedzUsuń
  47. Zamilkł na moment, ale kąciki jego ust znów się uniosły, tym razem z tą znajomą nutą ironicznego zadowolenia.
    — Co nie znaczy, że nie doceniam twoich metod doboru garderoby. Bardzo… angażujące.
    Przeniósł spojrzenie na jej dłoń przy jego biodrze, a potem z powrotem do oczu. I odsunął się o pół kroku. Nieśpiesznie. Z kontrolą. Ale coś w jego spojrzeniu zdradzało, że ten krok kosztował go więcej niż był gotów przyznać.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  48. Ezra przyjął od niej koszulę i spodnie, ale zamiast sięgnąć od razu po którykolwiek z tych elementów, tylko przez chwilę na nie spojrzał, a potem uniósł głowę i utkwił w niej wzrok. Sloane mogła dostrzec ten moment, jak przez ułamek sekundy coś w nim zadrżało, jakby się zawahał. Jakby ta scena rozgrywająca się między nimi trwała o parę minut za długo, by dało się to jeszcze zbyć tylko żartem. Ale spróbował.
    — Pomocy? — powtórzył z udawanym zamyśleniem. Uniósł brew, przekrzywił głowę, a potem wciągnął lekko powietrze, jakby coś sobie uświadomił. — Wiesz… patrząc na to, co właśnie próbowałaś ze mną zrobić między statywami a skrzynką kabli — westchnął teatralnie, z wyraźnym rozbawieniem w głosie — zaczynam się zastanawiać, czy ja tu w ogóle jestem jeszcze bezpieczny.
    Szybko zapiął jeden guzik koszuli. Drugi. Trzeci. Choć ruchy miał opanowane, coś w jego dłoniach mówiło, że wcale nie chciał jeszcze tej koszuli na sobie mieć.
    — Doceniam twoją artystyczną wizję, Sloane. — Przeniósł na nią wzrok znad ostatniego guzika. Wciąż był zbyt blisko, zbyt obecny. — Ale wybacz, nie mam dziś ochoty stać się viralem w kategorii “rozebrany producent na backstage, który zapomniał, że za drzwiami czeka połowa branży”.
    Rzucił jej lekki, ironiczny uśmiech. Ten, który zawsze coś ukrywał i właśnie teraz ukrywał więcej, niż był gotów wypowiedzieć.
    — I tak, wiem. Ty tylko wykonywałaś polecenia. — Skrzywił się teatralnie. — Tyle że ty nigdy nie wykonujesz ich dokładnie tak, jak powinno się je wykonać. To akurat o tobie wiem na pewno.
    Rzucił jej to swoje jedno spojrzenie, krótkie, wymowne, z przekąsem. Takie, które miało załatwić całą rozmowę bez słów. A potem… po prostu zsunął z siebie buty jednym ruchem stopy, bez szczególnego wysiłku, jakby chciał się ich pozbyć jak zbędnego balastu. Chwilę później zsunął spodnie do końca. Tkanina opadła na podłogę z cichym szelestem i została tam, gdzie ją rzucił bez specjalnego namysłu. Przez krótką chwilę Ezra stał przed nią niemal rozebrany, tylko w ciemnych bokserkach i rozpiętej jeszcze koszuli. Nie spieszył się. Wziął spodnie, które wybrała i wciągnął je na siebie w spokojnym, niemal leniwym tempie. Dobrze dopasowane, ciemne, bardziej eleganckie niż poprzednie, zupełne przeciwieństwo jego dotychczasowego „technicznego” looku. Zapiął ostatni guzik i uniósł nieco podbródek, jakby chciał ją sprowokować. Albo przynajmniej sprawdzić, czy jeszcze miała coś do dodania, coś równie niebezpiecznego jak to, co działo się przed chwilą. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, przechylił lekko głowę, a zaraz potem ściągnął koszulę z powrotem, niemal z rozdrażnieniem.
    — To wygląda jakby miał mnie zaraz ktoś wrzucić na panel dyskusyjny o gamingu, nie na after po Super Bowl.
    Oparł się biodrem o kant jednej ze skrzyń technicznych, ręce skrzyżował na piersi i nie spuszczał z niej wzroku.
    — Skoro już się uparłaś, że chcesz mnie ubrać, to chociaż zrób to tak, żebym nie wyglądał, jakbym przyjechał zatwierdzić budżet na twój kolejny teledysk.— Przesunął wzrokiem po niej, z jakimś cieniem rozbawienia, ale i lekkiego wyzwania. W końcu Ezra sam podszedł do wieszaków, jakby uznał, że przejął już wystarczająco dużo z tej… zabawy. Jego ruchy były znów spokojne, ale tym razem bardziej skupione, jakby naprawdę szukał czegoś, co nie tylko spełni funkcję, ale też odda jego charakter. Czegoś, co pasowałoby bardziej do nocy w klubie niż do briefingów, prób i setlist. Przerzucał kolejne koszule, marynarki, T-shirty, od czasu do czasu odwracając coś w dłoniach. Sloane mogła usłyszeć ciche mruknięcie aprobaty, kiedy znalazł coś, co faktycznie do niego przemówiło.

    OdpowiedzUsuń
  49. Bez słowa zdjął wybraną wcześniej koszulę, odpiął guziki szybciej niż je zapinał i wsunął przez głowę koszulkę, poprawił materiał na ramionach i spojrzał w lustro, przekrzywiając głowę z lekkim rozbawieniem. Zmienił również spodnie, przez chwilę znów paradując przy niej w samych bokserkach.
    — No. — Mruknął w końcu, zerkając na nią w odbiciu. — Teraz wyglądam jak ktoś, kto nie zamierza już dzisiaj nikomu niczego produkować.
    Podniósł jeszcze kurtkę i przewiesił ją przez ramię, nie zakładając od razu. Jego spojrzenie wróciło do niej, pytające, trochę zaczepne, z błyskiem, który oznaczał jedno: teraz twoja kolej. Idziemy czy chcesz jeszcze coś przymierzyć?
    — Ogarnij się, Fletcher — rzucił luźno, ale z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który znaczył wszystko i nic zarazem. — Ja idę w końcu zobaczyć jakiś mecz, zanim całkiem zapomnę, po co tu przyjechaliśmy.
    Nie czekał na odpowiedź, tylko przerzucił kurtkę przez ramię i ruszył do drzwi z tym nonszalanckim krokiem, jakby nic szczególnego się tu przed chwilą nie wydarzyło. Jakby właśnie nie spędził ostatnich minut w samej bieliźnie, z nią przy sobie, z ich granicami tańczącymi na krawędzi. Wychodząc, znów niemal się o nią otarł, niby przypadkiem, ale bez pośpiechu. Zatrzymał się na moment. Jego dłoń uniosła się lekko i bez żadnego ostrzeżenia, ale z tą irytującą kontrolą, której Ezra nigdy nie tracił, sięgnął do jej twarzy. Palcami ujął jej brodę, delikatnie, pewnie. Zatrzymał ją w miejscu, spojrzał prosto w oczy. Blisko. Na tyle, że mógł wyczuć ciepło jej oddechu. Na tyle, że gdyby się nachylił, mógłby ją pocałować. Ale nie zrobił tego. Jego spojrzenie przez moment było zbyt długie.
    — Nie przegap imprezy przez próbę złamania regulaminu firmy — rzucił cicho, z ironią, która ledwie tuszowała napięcie w głosie i puścił jej oczko, a potem, wyprostował się, jakby nagle znów sobie przypomniał, kim są i gdzie są.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  50. Ezra nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie, wciąż jeszcze rozgrzane napięciem sprzed chwili, zatrzymało się na niej, jakby w milczeniu próbował coś z niej wyczytać. Albo po prostu sobie przypomnieć, że naprawdę powinien już iść. W końcu uśmiechnął się półgębkiem w swoim stylu. Trochę z przekąsem, trochę jakby z powątpiewaniem w ich wspólną zdolność do niewpakowania się w kłopoty, jeśli zostaną tu choćby minutę dłużej.
    — Tylko pomóc — powtórzył sucho, ale coś w jego głosie zdradzało więcej niż ten ton sugerował. Słyszała to. Ten cień rozbawienia, lekką chrypkę od emocji, które jeszcze przed chwilą przetoczyły się przez niego jak fala. — Profesjonalizm na najwyższym poziomie, Fletcher.
    Uniósł wzrok, jakby właśnie coś mu przyszło do głowy. Zerknął na nią, stojącą wciąż w tym obcisłym, błyszczącym kostiumie, z włosami w artystycznym nieładzie i spojrzeniem, które wyraźnie mówiło, że ta historia jest daleka od zakończenia.
    — A jeśli to była zmarnowana okazja… to dobrze. Nie wszystkie trzeba wykorzystać od razu, Sloane...
    Zostawił to w powietrzu, niewypowiedziane „może następnym razem”. Z tą swoją ironiczną miną i nieprzeniknionym tonem, który równie dobrze mógł znaczyć wszystko albo nic.
    Przez sekundę na nią nie patrzył, jakby chciał sobie dać czas. Na uspokojenie. Na powrót do pionu. Na odzyskanie dystansu, który Sloane właśnie bezczelnie i bez najmniejszych oporów rozmontowała w całości. Odwrócił głowę spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem, trochę rozbawionym, trochę ironicznym, ale podszytym czymś, czego nie dało się już nazwać tylko żartem.
    Spojrzał na nią w milczeniu. Tylko przez moment, wystarczająco długo, żeby znów się zgubić, a nie na tyle, by się w tym zatracić. A potem ona zrobiła ten krok. Jeden, może dwa, ale jemu wystarczyło, by znów znaleźli się niebezpiecznie blisko. Kiedy odwróciła się do niego plecami, a jej włosy spłynęły na jedno ramię, coś w nim się napięło. Ta cisza między nimi zdawała się aż pulsować, tak gęsta, że nie potrzebowała żadnych słów. Zobaczył suwak. Dłoń Ezry sięgnęła do materiału. Zatrzymała się na moment przy karku. A potem, z precyzją i spokojem, pociągnął w dół. Zamek rozsunął się bezgłośnie. Centymetr po centymetrze. Nie dotknął jej więcej niż musiał. Nie położył dłoni na odsłoniętych plecach, choć kusiło go, by to zrobić. Kiedy skończył, nie odsunął się od razu. Stał za nią jeszcze sekundę dłużej, niż powinien. Zbyt blisko. Zbyt nieruchomo.
    — Gotowe — powiedział tylko. Głos miał cichy, głębszy niż zwykle. Napięty, choć starał się to ukryć. Nie dodał nic więcej. Nie musiał.
    — Ogarnij się — rzucił cicho. Ale brzmiało to inaczej niż wcześniej. Bez komendy. Bardziej jak… prośba. Z troską, której Ezra rzadko kiedy dawał się ponieść. A potem się odsunął. Pół kroku. Może mniej. Nie odwracając się do niej plecami, nie rzucając komentarza na odchodne. Po prostu cofnął się do drzwi i zostawił ją tam, z rozsuniętym zamkiem, odsłoniętymi plecami i całą tą elektrycznością, którą sam rozniecił.

    OdpowiedzUsuń
  51. Ezra nawet się nie odwrócił, kiedy wyczuł jej obecność, po prostu, jakby instynktownie, wiedział, że to ona. Ułamek sekundy później jej biodro otarło się o jego bok, a on zareagował tym samym co zwykle: półuśmiechem, lekkim uniesieniem brwi i spojrzeniem z góry, które równie dobrze mogło prowokować, jak i oceniać.
    — Zależy — odpowiedział po chwili, z tą swoją typową nonszalancją, która jednak dziś brzmiała już mniej nonszalancko, a bardziej świadomie. — Jeśli znów postanowisz mnie rozebrać, to może faktycznie studio będzie bezpieczniejsze. Zamknę cię w jednej z sal, a sam przeczekam wszystko w drugim budynku. Dla bezpieczeństwa twojej kariery. I mojego zdrowego rozsądku — mruknął z rozbawieniem, które tylko ledwo przykrywało napięcie między nimi. Oparł się wygodniej o blat, rzucając jej krótkie spojrzenie z boku, kiedy ładowała na talerz frytki i skrzydełka. Pojawiła się jak burza, jakby zmycie szampana i zmiana stroju wcale nie ostudziły jej obecności.
    Wziął łyk czegoś, co wyglądało jak whisky z colą, i dodał.
    — Wiem, że mamy imprezę do odbębnienia, ale na twoim miejscu najpierw bym zjadł. Jeszcze jedna butelka szampana i znów będziesz próbować negocjować kontrakt przez rozpinanie guzików. — Rzucił jej to ze spokojem, bez złośliwości, jakby całe to napięcie między nimi było teraz… grą w stylu ich własnego języka. I może tak było.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  52. Ezra odchylił się lekko, opierając przedramię na oparciu kanapy i patrzył na ciebie z tym wyrazem twarzy, który nie był już tylko zaczepny ani ironiczny. Był… świadomy. Jej. Ich. Tego, co między nimi zaszło. I tego, co się jeszcze nie wydarzyło.
    — Powiedziałem, że możesz mnie ubrać, a nie rozebrać — zauważył spokojnie, ale to spokój w stylu Ezry, czyli podszyty czymś znacznie mniej spokojnym. — To, że uznałaś jedno za równoznaczne z drugim… cóż.
    Nie zadrwił. Nie był złośliwy. Ale gdzieś w tym jego głosie było coś, co mówiło: widzę cię. I wcale nie zamierzam odwracać wzroku. Spojrzał krótko na jej porcję. Zdecydowanie mniejszą, niż powinna być. Wziął jedno ze skrzydełek ze stolika, ale zamiast je zjeść, potrzymał ją chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.
    — Trzy frytki i udko się nie liczy. Chcesz się złożyć po drugim drinku? — rzucił beznamiętnie, sięgając po kolejną porcję i podsuwając jej ją, jakby właśnie został jej prywatnym dietetykiem.
    — Jedz. Nie będę się z tobą szarpał na parkiecie, jak ci cukier spadnie.
    A potem jego wzrok wrócił na ekran, ale nie na długo. — Chiefs z Eagles — rzucił w końcu, zerkając na ekran bez większego zaangażowania. — Chiefs prowadzą jednym przyłożeniem. — Odpowiedział, jakby dopiero teraz zauważył, że zadała to pytanie na serio.
    Zjadł w końcu to skrzydełko — powoli, bez pośpiechu, jakby nic się nie działo. Jakby nie powiedział właśnie czegoś, co zawisło między nimi zbyt gęsto, by po prostu to zignorować.
    Ezra uniósł brwi, jakby właśnie przypomniał sobie coś wyjątkowo absurdalnego i, patrząc na nią kątem oka, oblizał jeszcze raz palce, zupełnie bezwstydnie, zanim sięgnął po kolejną frytkę.
    — Swoją drogą… — zaczął powoli, tonem podszytym zbyt niewinną uprzejmością, żeby mógł być szczery. — Po tym co na siebie założyłaś, nie masz absolutnie żadnego prawa oceniać moich stylówek.
    Uśmiechnął się szeroko, jakby sam był rozbawiony tym żartem, ale spojrzenie, które rzucił jej w tej samej sekundzie, sugerowało coś zupełnie innego. Jakby wcale nie przeszkadzało mu to, że tak wyglądała.
    — Przysięgam Fletcher, założyłbym z powrotem tę nieszczęsną kamizelkę odblaskową Balenciagi, żeby to zrównoważyć.
    Uśmiechnął się półgębkiem, już luźniej. Zatrzymał spojrzenie na kabaretkach, potem na skróconym topie, jakby próbował coś policzyć w głowie.
    — Ale — dorzucił, zniżając głos — muszę przyznać, że konsekwencja stylistyczna jest imponująca. Skórzana spódnica, kabaretki, mina „to mój wieczór i nic mnie nie obchodzi”… klasyka. Idealna zestaw, jeśli chcesz rozkojarzyć DJ-a, skraść uwagę każdemu facetowi na piętrze i doprowadzić ochronę do zawału. — Znów ten półuśmiech, z którym nigdy nie było do końca wiadomo, gdzie kończy się ironia, a zaczyna coś, czego nie chce nazwać. Kolejna frytka wylądowała między jego zębami, a Ezra znów odchylił się nieco do tyłu, dając jej przestrzeń… albo tylko udając, że ją daje. Bo ta gra nie była skończona, a on najwyraźniej nie zamierzał dać jej tak łatwo wygrać kolejnej rundy. Potem sięgnął po napój, nie spiesząc się z kolejnym komentarzem. Ale w jego spojrzeniu wciąż coś było, coś, co nie zniknęło od tamtej garderoby. Może udawał, że wszystko wróciło do normy. Że między nimi wciąż był tylko ten sam układ, który istniał wcześniej. Artystka i producent. Pyskata diwa i jej nadzorca z zimną głową. Ale dobrze wiedział, że coś się przesunęło. Ezra oparł łokieć na kolanie i przez chwilę milczał, jakby sam nie wiedział, czy warto mówić dalej, czy raczej lepiej znów przyjąć swoją bezpieczną maskę chłodnego profesjonalisty. Oparł łokieć o blat, odchylając się lekko do tyłu. W ręce trzymał puszkę, którą leniwie obracał między palcami, ale uwaga w całości należała do niej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  53. Ezra podniósł wzrok znad skrzydełka, które właśnie maczał w sosie i uniósł brew tak, jak tylko on potrafił, z tą mieszaniną sarkazmu, lekkiego rozbawienia i tej przesadnej niewinności, której nikt już nie kupował. Nawet Sloane.
    — Nie mówię, że ci zależało, ale… — Przesunął spojrzeniem po twojej sylwetce. — Nie wyglądałaś, jakbyś miała coś przeciwko.
    Jego głos był spokojny. Nie złośliwy, ale też nie rozgrzeszający. Rzucony w przestrzeń między nich, gdzieś pomiędzy jedną frytką a łykiem coli.
    Nie zrezygnował z tego tonu, niby ironiczny, niby lekki, ale zbyt świadomy, żeby to był tylko suchy żart. I nie odpowiedział od razu na to ostatnie. Na propozycję, że może ją przebrać. Na wyzwanie rzucone z tą charakterystyczną dla niej nonszalancją, jakby go testowała. Zamiast tego przysunął się o krok bliżej, nachylił lekko, by nie musieć mówić zbyt głośno.
    — Ty chcesz, żebym cię przebrał, Sloane, czy rozebrał? — zapytał, zupełnie spokojnie, z tą uważną ciszą między słowami, którą zawsze zostawiał, jakby chciał dać jej czas na reakcję. — A może chcesz tylko wiedzieć, czy miałbym na to ochotę? — Zamilkł na moment. — Bo to różnica. — W tle gra przyspieszyła, ktoś się przewrócił, ktoś inny zdobył punkt i publika ryknęła, ale żadne z nich na to nie zareagowało. Wyciągnął rękę po kolejną frytkę, ale jego ruch nagle zwolnił, jakby coś mu właśnie przeszło przez głowę. Wzrok utkwił w jednej z telebimowych powtórek, choć ciężko powiedzieć, czy widział cokolwiek poza własnymi myślami. To był ten moment, kiedy coś w nim kliknęło. Jakby cała ta swobodna wymiana, flirtujące niedopowiedzenia i ta cholerna chemia między nimi, która jeszcze chwilę temu zdawała się być kontrolowaną grą, zaczęły wyglądać jak droga bez wyjścia. Nie odsunął się fizycznie. Nie zrobił kroku w tył. Ale mentalnie… zdystansował się. Wciągnął głęboko powietrze i w końcu znów uniósł na nią spojrzenie, ale tym razem mniej w nim było ognia, a więcej ostrożności. Kalkulacji. Jakby coś właśnie przeliczył i wynik mu się nie spodobał.
    — To był high fashion — przypomniał jeszcze z tą swoją bezczelną powagą, jakby wciąż próbował przekonać świat, czyli ją, że to nie był żaden modowy wypadek. Przesunął wzrokiem po jej sylwetce. — Wyglądasz dobrze. Ale… — Sięgnął po jedną z frytek z jej talerzyka, bez pytania. — Mogłoby być lepiej — rzucił zupełnie szczerze, jak producent, nie facet który kilkadziesiąt minut temu używał wszyskich możliwych pokładów silnej woli, żeby jej nie pocałować. I wrócił do frytki. Tak po prostu. Jakby powiedział coś absolutnie zwyczajnego. — Zrobiłaś właśnie największy come back ostatnich lat… — mruknął. — I tak powinnaś wyglądać… — Jego głos był spokojny, niski, bez niepotrzebnych ozdobników. I chociaż brzmiał jak Ezra, zawsze opanowany, czasem sarkastyczny, to coś w tym tonie zdradzało, że nie rzucał słów na wiatr. Że mówił dokładnie to, co myślał.
    — Ale niech ci będzie… — Mruknął w końcu z pozornym spokojem, nie patrząc już w jej stronę. — Masz dziś pełne prawo świętować, tak jak sobie życzysz. — Przeniósł wzrok na telewizor na ścianie, jakby tylko po to, żeby dać ci chwilę przestrzeni, dokładnie tyle, ile potrzebował, zanim znów wrócił do niej spojrzeniem. Ezra zerknął na nią kątem oka, jakby zaskoczony, że to pytanie nie przyszło z żadnym podtekstem. A może właśnie dlatego, że go nie było, zareagował ciszej, spokojniej. Na moment naprawdę oderwał się od swoich myśli i od jej spojrzenia, które od dobrych kilku minut próbował ignorować, z marnym skutkiem. — Kiedyś tak. — Odpowiedział w końcu, z lekkim wzruszeniem ramion. — Mój ojciec był fanatykiem. Zabierał mnie na mecze, jak tylko miał okazję. Trochę jak rytuał. Kibice, szalik, gorące nachosy i zimne piwo. Komplet.
    Przez

    OdpowiedzUsuń
  54. Przez chwilę mówił tak, jakby naprawdę znów był tym dzieciakiem na trybunach, a nie producentem z telefonem pełnym kontraktów i harmonogramów. Odchylił się lekko na kanapie, patrząc na ekran z wyraźnym dystansem.
    — Potem jakoś mi przeszło. Może dlatego, że przestałem mieć czas, a może dlatego, że ludzie, z którymi to oglądałem, zaczęli znikać. — Dodał bez szczególnego ciężaru, jakby to była po prostu kolej rzeczy. Jak wszystko. — Ale lubię atmosferę. Lubię te wielkie momenty. Lubię, kiedy… coś się dzieje.
    Przeniósł na nią spojrzenie, ale bez napięcia. Był w tej chwili bardziej sobą niż wcześniej, bez maski, bez zaczepki. Po prostu obecny.
    — A ty? Naprawdę nigdy się nie wkręciłaś? Nawet z obowiązku rodzinnego? — Z lekkim uśmiechem. Nie prowokował, nie wbijał szpilki. Zwykła rozmowa. I może właśnie przez ten spokój między nimi znów zrobiło się niebezpiecznie. Bo Ezra z dystansem był trudniejszy do rozszyfrowania.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  55. Nie odpowiedziała na najważniejsze pytanie, choć wiedziała, że ono zawisło między nimi równie wyraźnie jak wszystko, co wcześniej wydarzyło się w garderobie. Czy naprawdę chciała, żeby to on ją rozebrał, z własnej inicjatywy, z pragnienia, z potrzeby, czy po prostu chciała wiedzieć, że on chce to zrobić? Chciała czuć jego uwagę, jego napięcie, jego walkę z samym sobą… bez konieczności przekraczania tej ostatniej granicy. Ale Ezra się tego spodziewał. Nie był naiwny. Widział, jak działa, jak balansuje na krawędzi między tym, co wypowiedziane, a tym, co jedynie sugerowane. Lubiła zostawiać takie pytania bez odpowiedzi. Lubiła sprawdzać, czy ktoś się domyśli, czy zaryzykuje. A on… był w tym dobry. W domyślaniu się. W czytaniu niedopowiedzeń. W odsuwaniu się wtedy, kiedy wszystko w nim krzyczało, by jednak zostać. Więc nie zaskoczyła go cisza. Nie rozczarowała też. Może nawet ulżyło mu, że jej odpowiedź nie padła na głos, bo wtedy musiałby zareagować. A tak… wszystko zostało między nimi. W przestrzeni napięć, które mogły jeszcze chwilę tam pozostać. Ezra słuchał jej uważnie, choć tylko raz czy dwa zerknął w jej stronę, bezgłośnie, jakby próbował zapamiętać każde słowo, nie komentując ich od razu. I może właśnie to w nim uderzyło najmocniej: że Sloane mówiła więcej niż zwykle, ale nie w sposób, który prosił o uwagę. Mówiła po prostu… prawdziwie. Bez filtra. Uśmiechnął się lekko pod nosem, gdy wspomniała o kamizelce.
    — Żadnych kamizelek. Zanotowane. — Mruknął, a potem dodał: — Ale nie obiecuję, że się nie pojawi w którymś z twoich teledysków. Wiesz, nostalgia, beton, kraty, fluo… Może jeśli kiedyś zrobimy jakiś collab.
    Zerknął na nią kątem oka, z tym swoim półuśmiechem, który zwykle był sarkastyczny, ale tym razem pozostał łagodny. Przez chwilę nie było między nimi żadnych napięć, żadnych niedopowiedzeń, żadnych spojrzeń, które mogłyby rozniecić coś więcej. Przez chwilę było tylko… normalnie.
    — Wyglądasz dobrze we wszystkim. — Rzucił cicho. — Ale jeśli pytasz… — Odchylił się nieco, jakby wyobrażał ją sobie w innym stroju, innym świetle. — Oversize’owa marynarka, bez niczego pod spodem. Coś co wygląda, jakbyś zabrała ją facetowi. Do tego krótkie spodenki, żeby nikt nie wiedział, czy to sukienka czy nie. Ciężkie buty. I eyeliner, ten, który wygląda, jakbyś go sama poprawiała w taksówce. — Zamilkł na moment, jakby ocenił, czy nie powiedział tego zbyt dosłownie. — Ale to może bardziej na okładkę niż na mecz.
    Wyprostował się. Złapał puszkę, którą wcześniej mu oddała i przez chwilę obracał ją w dłoni, zanim napił się od niechcenia. Jej pytanie o Eagles rozbroiło go całkiem. Prychnął krótko, autentycznie rozbawiony.
    — Trafiłaś. Ale nie pytaj dlaczego. Miałem koszulkę z numerem McNabba, zanim w ogóle wiedziałem, kim jest. Mój brat był fanem, więc… Wszedłem w to razem z nim.
    Ton nieco mu się zmienił, nie w ciężką stronę, po prostu bardziej poważną. Jakby coś mu się przypomniało, ale nie chciał wchodzić w detale. Przez moment nie mówił nic więcej. Ale nie był to niezręczny moment. Raczej… spokojny. A potem wrócił do niej wzrokiem, kiedy wspomniała o swoim ojcu. I znów nie rzucił pustym „przykro mi” ani nie zażartował. Po prostu kiwnął lekko głową, jakby tylko chciał powiedzieć: słyszę to.
    — Super Bowl jako most między jednym a drugim życiem. Brzmi znajomo. — Odezwał się cicho. Wzrok miał znów uważny. Nie taki jak w garderobie, ten był spokojniejszy, cieplejszy. I jeśli wtedy nie pocałował jej dlatego, że był zbyt blisko i zbyt pewny, że coś by to zmieniło, teraz nie zrobił tego, bo słuchał. I nie chciał przerwać.
    — Wiesz… nie sądziłem, że ten występ tak cię otworzy. — Zauważył po chwili, bez oceniania. — Może to dobrze, że cię zajeżdżam robotą. Inaczej chyba musiałabyś się zająć sobą, a to, jak mówisz, nie jest twój ulubiony temat.
    Puścił jej oczko. I w tej krótkiej chwili znów wróciła ta lekkość, znajoma, komfortowa, ale już nie przesycona napięciem. Przynajmniej nie tak jak wcześniej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  56. Ezra nie był typem, który łatwo się rozluźniał, ale coś w tej wersji Sloane, tej luźniejszej, rozbawionej i ciepłej pozwalało mu trochę odpuścić. Nie był przecież teraz w biurze, a ona nie była podpięta pod mikrofon. I choć powinien był trzymać granice, to nie zaprzeczył, kiedy wspomniała o afterze. Spojrzał na nią z lekkim przekąsem, w tym znajomym półuśmiechu, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, gdy kusiło go, by powiedzieć coś, czego powiedzieć nie powinien.
    — Nie wiem, czy jestem wpisany na listę twoich gości — mruknął, jakby był to fakt niepodważalny. — Chyba że masz opcję „plus jeden”. Wtedy mogę się załapać.
    Nie dodał, że tak naprawdę to od początku wiedział, że pójdzie. Że będzie chciał sprawdzić, czy w ciemności i tłumie dalej będą tak samo dobrze się rozumieć, jak wtedy, kiedy byli zamknięci sami, bez świadków, bez muzyki, bez kamer. I może po prostu chciał się przekonać, czy Sloane, ta wersja ze sceny i z garderoby, będzie równie jasna do odczytania w klubie. W tłumie, w którym zawsze dobrze się gubiła. Parsknął cicho śmiechem na jej tekst o drużynach, kręcąc lekko głową.
    — Oczywiście, że nie miałem autografu. — Przewrócił oczami, jakby ta przeszłość była równie zabawna, co niewygodna. — Poza tym nie sądzę, żeby dzieciaki w 2002 liczyły się z wartością podpisów. Mieliśmy inne priorytety.
    Ezra słuchał w milczeniu, z tą swoją półobecną uwagą, która tak często myliła ludzi, bo wyglądał, jakby się rozproszył, ale w rzeczywistości rejestrował każdy szczegół. Każdy niuans w jej tonie. Każdy błysk w oku. Każde „może” rzucone z tą samą nonszalancją, z którą przed chwilą wyciągała mu puszkę z dłoni. Kiedy powiedziała, że może jednak powinna dać mu się ubierać, jeden kącik jego ust drgnął. Nie od razu, tylko z opóźnieniem, jakby przemyśliwał, czy warto ten temat dalej podkręcać.
    — Może. — Odpowiedział z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który często brzmiał bardziej jak ostrzeżenie niż jak zgoda. — Ale nie sądzę, żebyś długo wytrzymała z kimś, kto ci mówi, co masz założyć. Nawet jeśli to tylko marynarka.
    Przeniósł wzrok na boisko, ale nie widział już gry. Widział ją. Jej ramiona, odsłoniętą szyję, nadgarstek ozdobiony cienką bransoletką, to, jak przelotnie przygryzła frytkę w zębach, zupełnie nieświadoma, że nawet w tym potrafiła być cholernie rozpraszająca.
    Zamilkł na chwilę, kiedy usłyszał, co powiedziała o sobie. Słowa „lepiej funkcjonuję, kiedy mam co robić” wybrzmiały aż za znajomo. Ezra słyszał to od wielu artystów. I zbyt często kończyło się to dokładnie tak, jak się bał: wypaleniem albo destrukcją.
    — Nie tylko ty. — Jego głos stwardniał na moment, poważniejszy niż dotąd. — Większość ludzi lepiej funkcjonuje, kiedy mają zajęcie. Problem zaczyna się, kiedy przestają i nie wiedzą, kim są bez tego wszystkiego.
    Spojrzał na nią uważnie, nie analizująco, ale jakby chciał sprawdzić, czy te słowa do niej trafiły. Potem wzruszył lekko ramionami, znów łagodniejąc.
    — Ale akurat ty masz co robić. Póki co — dodał, zerkając na ekran z meczem. — I to cholernie dobrze.
    Nie klepał jej po ramieniu, nie rzucał „dobrze ci poszło” jak reszta. Miał swoją wersję uznania bardziej oszczędną, ale za to szczerą. I Sloane chyba wiedziała, że w tej jednej kwestii nie rzuca słów na wiatr.
    — W każdym razie… jeśli serio jesteś dziś w nastroju na spełnianie życzeń, to może zrobimy tak — rzucił tonem półżartu, półpropozycji. — Ty wrócisz do garderoby i przebierzesz się w coś, co ja wybiorę. A ja w zamian… zatańczę z tobą na afterze. Jedną piosenkę. Publicznie. Na parkiecie. Jak na oldschoolowej szkolnej potańcówce. Deal?
    Uniósł brew, nie mrugając ani razu, jakby wiedział, że stawka wcale nie była niska. Bo to wcale nie chodziło o taniec. Ani o sukienkę. Ani nawet o zasady. Chodziło o to, kto tym razem się ugnie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  57. Ezra zerknął na nią kątem oka, gdy skończył mówić, a potem pokręcił lekko głową z tym swoim półuśmiechem, który zwiastował, że zaraz coś dorzuci — coś niby niewinne, a jednak uderzające tam, gdzie trzeba.
    — Ty naprawdę jesteś dzieciakiem. — Westchnął z udawaną rezygnacją, jakby właśnie uzmysłowił sobie coś oczywistego. — Przypomnij mi, czy tobie w ogóle już wolno legalnie pić alkohol, czy ja tu zaraz trafię na listę gości w Alcatraz?
    Uniósł brew i przyłożył dłoń do serca, jakby był poruszony własną troską teatralnie, jak to miał w zwyczaju, ale było w tym coś autentycznie rozbawionego. Z pozoru luźne słowa, obrócone w żart, ale w oczach Sloane zgasło coś więcej niż tylko rozbawienie. Może to nie był zarzut, ale jednak… oczekiwała go tam. Chciała. A może tylko mu się wydawało.
    To nie była ta sama Sloane, która kilka tygodni wcześniej rzucała ironicznymi komentarzami i znikała bez słowa. Ta wersja… wpuściła go dalej. Może nawet zbyt daleko. I przez chwilę Ezra się zawahał, bo nie był pewien, czy umie to unieść. Zamiast odpowiedzi, zsunął spojrzenie na jej telefon. Na to, jak od niechcenia wrzuciła klip z meczu na stories, jakby próbowała czymś zająć dłonie, bo głowa znów zaczęła za dużo analizować. To była ta jej zasłona dymna. Rozpoznał ją.
    Zwykła wymiana zdań znowu zaczęła przypominać coś bardziej osobistego. Niby rozmawiali o koszulkach i autografach, ale między wersami znów pulsowało coś, co trudno było nazwać. On to wyczuł. Tak samo, jak wyczuł, że ominęła to najważniejsze pytanie, które padło jeszcze wcześniej
    Spojrzał na nią teraz trochę inaczej, jakby nie tylko ją słuchał, ale naprawdę czytał. Z drobnym, niemal niezauważalnym uśmiechem gdzieś w kąciku ust.
    — Wolne masz tylko dlatego, że kazałem ci świętować. — Odparł. Głos miał spokojny, nieco niższy niż wcześniej, jakby tonem próbował ją znów osadzić w tej lekkiej, ale prawdziwej wersji rzeczywistości. — Gdyby to zależało ode mnie, nagrywałabyś w studio, nie imprezę. Ale dziś… mogę udawać, że jestem elastyczny.
    Nie dodał, że lubił patrzeć, jak się rozluźnia. Jak rozkłada na części to napięcie, które ją zwykle otulało. To nie była ta sama Sloane, co na planie teledysku czy w sali prób. Ale nie była też kimś obcym. Wręcz przeciwnie.
    — A do Empire wpadnę. — Dodał w końcu, od niechcenia, ale wystarczająco wyraźnie, by ją uspokoić. — Może nie będę tańczył na stole, ale… shot się znajdzie.
    Ezra uśmiechnął się tym razem w pełni, bez półtonów, bez ironii chowającej się pod spodem. W jego spojrzeniu znów zatańczyła ta sama iskierka, którą wywołała ona kiedyś pierwszym półuśmiechem na scenie, jednym tekstem w garderobie, jednym gapiącym się spojrzeniem. Po tych słowach skinął lekko głową i lekko się zaśmiał to był jego typ śmiechu: krótki, trochę suchy, ale szczery, jakby właśnie odkrył w tym waszą wspólną konwencję.
    — A jeśli chodzi o stylówkę…
    Jego uśmiech lekko się poszerzył, a w oczach pojawił się błysk, jakiego nie krył nawet w momentach zawodowego triumfu.
    — Wisi w garderobie, w pokrowcu z napisem after. — Przechylił lekko głowę, znów patrząc na nią z tym specyficznym spojrzeniem, które już nie było ani prowokacją, ani dystansem coś pomiędzy uważnością i lekką fascynacją. Oczywiście, że nic nie zostawiał przypadkowi. Zwłaszcza, gdy chodziło o nią.
    Ezra był zbyt dobry w planowaniu, zbyt skrupulatny w swoim kontrolowanym chaosie, żeby coś takiego jak jej strój na after party miało zależeć od nastroju czy kaprysu chwili. Miał go gotowy już wcześniej — zawieszony oddzielnie, w pokrowcu oznaczonym wyraźnym “after”, jakby przewidział każdą ewentualność. I prawdopodobnie właśnie tak było.

    OdpowiedzUsuń
  58. Parsknął cicho śmiechem, ten dźwięk wymknął mu się bez wysiłku, miękki, choć z odrobiną tej ironii, która zawsze czaiła się w jego głosie.
    — Nie dałem ci go wcześniej, bo znając ciebie, oblałabyś go tym sosem do skrzydełek, zanim zdążyłabyś zrobić pierwszy krok na parkiecie. — Spojrzał na jej talerz z teatralnym niezadowoleniem, jakby właśnie udowodnił swoją rację. Nie wyglądał, jakby żałował tej decyzji przeciwnie. Planowanie było jego drugą naturą, ale to, co robili teraz, było jak dobrze wymierzony improwizowany ruch: krok naprzód, potem pół kroku w bok, ale zawsze we właściwym kierunku.
    — Stylówka czeka. Nie byle jaka. Nie po to kombinowałem z twoją garderobianą, żeby teraz wbiłaś w coś, co wygląda jak kompromis z brakiem czasu. — Mruknął jeszcze pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, ale wiedział, że usłyszy. — To oficjalne after party. — Ezra, niezależnie od tego, ile pozwalał sobie na luz w jej towarzystwie, wciąż miał kontrolę nad sytuacją. Nawet jeśli ich rozmowy wymykały się czasem konwencjom, nawet jeśli to, co się działo między nimi, balansowało na granicy flirtu i czegoś bardziej niebezpiecznego to on trzymał linie scenariusza. Ale tylko na tyle, na ile pozwalała mu Sloane.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  59. Ezra tylko uniósł lekko kącik ust, jakby z rozbawieniem obserwował każdy etap jej reakcji od zaskoczenia, przez niedowierzanie, aż po zniecierpliwienie. Przeciągnął spojrzeniem po jej twarzy, nie spiesząc się z odpowiedzią, jakby celowo podkręcał napięcie, tylko po to, żeby jeszcze przez chwilę patrzeć, jak się niecierpliwi.
    — Oczywiście, że ci nie powiem. — Odparł w końcu z tym swoim tonem, który brzmiał, jakby każda litera była kroplą sarkazmu. — Popsułbym efekt.
    Oparł się wygodnie, jakby właśnie przyznał sobie samemu jakiś punkt.
    — Ale tak. Jest gotowy. — Spojrzał na nią kątem oka. — Widzisz, my podchodzimy do tematu… holistycznie.
    Zaśmiał się cicho, ale tym razem bez złośliwości. Raczej z rozbawionym niedowierzaniem, że naprawdę musiała zapytać.
    — Nie zostawiam rzeczy przypadkowi, Sloane. — Dodał półgłosem. — A już na pewno nie w twoim przypadku.
    Ezra zerknął na nią z ukosa, z tym swoim półuśmiechem, który zwiastował jedno: zaraz powie coś, co miało brzmieć nonszalancko, ale podszyte było konkretnym planem. I zamiarem. Bo on zawsze miał zamiar.
    — Ubierzesz się. I nawet nie będziesz marudziła. — Rzucił, sięgając po puszkę z napojem, jakby mówił o czymś równie codziennym, jak zmiana baterii w mikrofonie. — I nie dlatego, że tak bardzo ci się ta stylówka spodoba… Tylko dlatego, że moim kolejnym celem, jakbyś nie zauważyła, jest załatwienie ci tytułu ikony stylu.
    Upił łyk. — A jak już to zgarniesz, to mi wtedy podziękujesz. Może nawet publicznie, jeśli nie będzie ci żal tej swojej reputacji zimnej suki.
    Zawiesił spojrzenie na jej twarzy, a w kącikach jego ust zatańczył cień uśmiechu, zadowolony z siebie, ale też bezczelnie przekonany, że to wszystko i tak się wydarzy. Bo Ezra nie rzucał takich rzeczy na wiatr. Jeśli mówił, że ją tam doprowadzi, to właśnie taki miał plan. I zamierzał go zrealizować. Ufał Marcello. Może nie we wszystkim, bo Marcello miał tendencję do przekraczania granic i wrzucania do stylizacji rzeczy, które wyglądały jakby zostały skradzione z kostiumowego planu jakiegoś szalonego filmu, ale Ezra wiedział, że facet zna się na rzeczy. A przede wszystkim, wiedział, co robi ze Sloane.
    Bo przyświecał im wspólny cel. I to nie był tylko hit na liście Billboardu, nie tylko stadionowe występy i virale na TikToku. Ezra miał szerszy plan. Sloane miała błyszczeć nie tylko muzycznie, ale w każdej możliwej kategorii. Scena, czerwony dywan, kampanie, okładki, backstage. Miała wejść tam z przytupem, złamać wszystkie zasady i jeszcze wyglądać przy tym tak, żeby inni bali się podejść. — Ikona stylu. Najmłodsza, jaka kiedykolwiek sięgnęła po ten tytuł. — Dodał jakby do siebie. I nie mówił tego tylko po to, żeby ją rozbawić. On naprawdę to planował. Bo jeśli ktoś miał wyważyć drzwi do świata mody, pięścią, butem i z flarą dymną w ręce, to właśnie Sloane.
    — Ciesz się, że nie wybieram ci bielizny… — rzucił z rozbawieniem i uniósł brew, spoglądając na nią z tym dobrze już znanym jej błyskiem w oku. — Bo wtedy naprawdę musiałabyś mi podziękować.
    Uśmiechnął się półgębkiem, jakby zupełnie nie przejął się tym, że właśnie przekroczył kolejną granicę, słowem, nie gestem. Nie musiał. Doskonale wiedział, że balansują już na tej krawędzi wystarczająco długo, żeby żadne z nich nie było zaskoczone. Zwłaszcza ona. Zwłaszcza po tym, co już dziś między nimi zaszło.
    — Tu możesz jeszcze zachować autonomię — dodał niewinnie, chociaż w jego głosie aż iskrzyło od podtekstu. — Chyba że bielizna jest częścią stylówki… Wtedy, niestety, wchodzi pod moje jurysdykcje.
    Uśmiechnął się lekko, jakby właśnie rzucił najzupełniej profesjonalną uwagę o stylizacji scenicznej, a nie właśnie subtelnie przesunął granicę między modą a tym, co wciąż wibrowało między nimi od momentu, gdy zamknęły się za nimi drzwi garderoby. Spojrzał na nią z tym charakterystycznym spokojem, jakby chciał sprawdzić, czy się odwinie, czy pójdzie o krok dalej. Ale nie dopowiadał już nic więcej. Bo przecież wszystko zostało powiedziane.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  60. Ezra nie odezwał się od razu. Jego spojrzenie zawisło na niej dłużej, niż było to konieczne, nie jak u mężczyzny, który potrzebował słów, ale jak u kogoś, kto wszystko już usłyszał. Kąciki ust drgnęły mu z opóźnionym, nieprzyzwoicie rozbawionym uśmiechem, który powstrzymał w ostatnim momencie. Jakby Sloane właśnie zrobiła dokładnie to, czego się po niej spodziewał z wdziękiem, bez zawahania i z tą charakterystyczną mieszanką odwagi i prowokacji, która tak niebezpiecznie szybko stawała się jego ulubioną częścią tej całej układanki. Nie odpowiedział od razu na słowa o bieliźnie. W jego oczach odbił się cień czegoś, co nawet nie próbowało udawać, że jest bezpieczne. Miała rację. Wiedziała dokładnie, w co grają. I wiedziała, że on wcale nie wyszedł z tej garderoby bardziej trzeźwy niż ona. Mimo to, Ezra odchylił się w fotelu, sięgając po puszkę napoju z powrotem.
    — Cieszę się, że jesteśmy zgodni co do koloru — Odparł spokojnie, jakby właśnie omawiali kolorystykę świateł na scenie, a nie to, co mogłaby nosić pod jego stylizacjami. Skinął krótko głową, niemal ironicznie, jakby przyjmował jej uwagę do wiadomości i ją archiwizował. Na później. Na moment, kiedy słowa przestaną być potrzebne. Bo ostatecznie, Sloane nie musiała go do niczego przekonywać. Już wygrała.
    Ezra pojawił się na afterparty później niż planował, jak zwykle, bo nawet jeśli był tym, który wszystko kontrolował, to czasem celowo zwlekał. Potrzebował paru minut ciszy po całym tym zgiełku stadionu, potrzebował zebrać myśli, zanim znów miał wejść do miejsca, w którym jego nazwisko niosło się szybciej niż dźwięk.
    Dochodziła pierwsza.
    Znał ten klub, znał właścicieli, ludzi od ochrony i większość twarzy mijających go przy wejściu. Przywitał się z kilkoma znajomymi, półuśmiech, skinięcie głowy, uścisk dłoni tu i tam. Niewymuszone, eleganckie, jak przystało na kogoś, kto zna swoją wartość, ale nie musi jej pokazywać na siłę. Złapał szklankę whisky z tacy przechodzącego obok kelnera, bez pytania, bez spojrzenia. Taki miał już styl. Zanim się napił, przesunął wzrokiem po tłumie. Potem dopiero uniósł szkło do ust i pociągnął pierwszy łyk.
    Zobaczył ją.
    Nie od razu, nie była na środku parkietu, nie stała na żadnym podwyższeniu, nie krzyczała swoim wyglądem. Ale Ezra miał wyczulony radar na nią. Od chwili, kiedy przekroczył próg, jego ciało jakby czekało, aż ją wychwyci. I kiedy to się w końcu stało, poczuł to. Napięcie. Satysfakcję. Potwierdzenie.
    Sloane stała kilka metrów dalej, tyłem do niego, z kieliszkiem w dłoni. Ta sukienka. Jego wybór. Zmysłowa, ale nie przesadzona. Godna zapamiętania. Stworzoną przez czołowego projektanta. Krój odsłaniający tyle, ile trzeba, żeby wywołać efekt i zostawić resztę wyobraźni. Bez tych pieprzonych porwanych kabaretek wyciągniętych jakby prosto z klubu w 2010 roku. Uśmiechnął się pod nosem. Krótko, nieznacznie, ale z widocznym zadowoleniem. Było coś satysfakcjonującego w tym, jak ta dziewczyna potrafiła błyszczeć, kiedy tylko na moment odpuściła kontrolę. I dała się prowadzić. Przynajmniej w tym jednym, pozornie błahym aspekcie. Oparł się bokiem o bar, z tą samą szklanką w dłoni, patrząc na nią przez chwilę, jakby nie miał żadnego pośpiechu. Nie podszedł od razu. Nie musiał. Już błyszczała. A on zamierzał obserwować to jeszcze przez chwilę zanim znów się do niej zbliży.

    OdpowiedzUsuń
  61. Ezra odłożył szklankę na bar, nie odrywając wzroku od Sloane ani na moment. Ludzie wokół przemykali, ktoś zaczepiał go imieniem, ktoś próbował złapać spojrzenie, ale on miał już wybrany cel i nie zamierzał zbaczać z toru. Podszedł bez pośpiechu, jakby to wszystko, hałas, światła, rozmowy, muzyka, było jedynie tłem dla ich własnej, prywatnej gry. Nie patrzył na to, że stała w grupie. Że była zajęta rozmową, że śmiała się z czegoś, co powiedziała jedna z dziewczyn. To nie miało znaczenia. Zatrzymał się tuż za nią i zanim jeszcze się odezwał, jego dłoń bezszelestnie spoczęła na jej talii. Nie mocno, nie nachalnie. Ale wystarczająco pewnie, by zaznaczyć swoją obecność. Ciepły dotyk. Znajomy już dla niej, a jednak elektryzujący. Pochylił się odrobinę, tak, że jego głos dotarł tylko do niej niski, chropawy, ledwie słyszalny w tej głośnej przestrzeni.
    — Nie powinienem cię chyba jednak stylizować… Wyglądasz aż za dobrze.
    Nie zapytał. Stwierdził. A w jego głosie była mieszanka satysfakcji, lekkiego rozbawienia i… problemu, który sam sobie właśnie stworzył. Bo miał ochotę ją z tego outfitu rozebrać, niekoniecznie tylko wzrokiem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  62. Ezra zaśmiał się cicho, krótko, niemal pod nosem, ten dźwięk był krótki, ale szczery, a w jego oczach znów pojawiło się coś, co Sloane znała aż za dobrze. Zmrużył lekko oczy, jakby coś kalkulował, a potem przychylił się odrobinę bliżej, nie na tyle, by ich bliskość rzucała się w oczy, ale wystarczająco, by tylko ona usłyszała, co zamierza powiedzieć.
    — Uczysz się… — rzucił z rozbawieniem, jakby właśnie zyskał nową ulubioną wersję jej. Pokręcił lekko głową z udawanym niedowierzaniem, wciąż z tym uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy. — Jeszcze chwila i będą z ciebie ludzie.
    Zawiesił głos na ułamek sekundy, tylko po to, żeby z premedytacją poprawić:
    — Przepraszam. Nie ludzie. Legenda. Ikona. Proszę bardzo. — Uniósł szklankę jak do toastu. — Wychodzisz na ludzi, Sloane Fletcher. Świat patrzy.
    Było w tym wszystkim więcej dumy, niż się spodziewała. I więcej… czegoś osobistego. Jakby naprawdę widział ją tam, gdzie ona chciała się znaleźć i nie miał najmniejszej wątpliwości, że dokładnie tam dotrze. Ze wszystkimi jej dramatami, brakiem filtra i bezczelnością, której nikt nie potrafił jej wybić z głowy. Zrobił krótką pauzę, unosząc brew w ten sposób, który sugerował, że specjalnie dobrał te słowa, zresztą każde z nich zostawił zawieszone między nimi z premedytacją, niemal prowokacyjnie.
    Ezra nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał na nią z tym spokojnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jakby przez sekundę coś ważył. A potem uśmiechnął się powoli, tak, jak tylko on potrafił. Niewymuszenie, z nutą samozadowolenia, ale i szczerości.
    — Jestem tu wystarczająco długo… żeby docenić, swój gust — powiedział niższym tonem, ale bez zbędnego napięcia. Tak, jakby mówił coś całkiem zwyczajnego, a jednocześnie… nie. Bo w sposobie, w jaki spojrzał jej wtedy w oczy, było więcej niż tylko ocena stylizacji. I może to właśnie ten moment, ten bezczelnie intensywny kontakt spojrzeń, mówił więcej niż wszystko, co padło wcześniej. Bo owszem, wyglądała zjawiskowo. Ale to, jak patrzył sugerowało, że to nie tylko kwestia stylizacji. Uśmiechnął się, tym razem szerzej, z czymś, co mogło przypominać dumę, ale podszyte było tą typową dla Ezry pewnością siebie i ukrytym pod nią napięciem. Bo przecież doskonale wiedział, co zrobił i że to zadziałało.
    Na moment Ezra przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, a potem westchnął cicho, jakby przypomniał sobie, że nie są tu sami. Że ktoś ich jednak obserwuje. I to “ktoś” było kilkoma parami szeroko otwartych, wlepionych w niego oczu. Bez pośpiechu odsunął dłoń z jej talii. Zrobił pół kroku w bok, wciąż blisko, ale z tym odruchem, który przypominał, że wychował się z pewnym poziomem ogłady, nawet jeśli rzadko z niej korzystał.
    — Przepraszam. — Rzucił lekko, zwracając się do przyjaciółek Sloane. — Ezra… — Przedstawił się krótko, z tym charakterystycznym uśmiechem, który miał wystarczająco dużo uprzejmości, by nie być aroganckim i wystarczająco mało, by nie sprawiać wrażenia, że musi się komukolwiek tłumaczyć z tego, że właśnie przed chwilą stał przy Sloane trochę zbyt blisko, trochę zbyt znajomo. — Miło was poznać...
    Dziewczyny, jak na komendę, ożywiły się w momencie, gdy Ezra wyciągnął dłoń. Uśmiechy posypały się jeden po drugim, a ich spojrzenia, już wcześniej pełne ciekawości, natychmiast przybrały odcień lekkiego flirtu, nawet jeśli podszyte były szacunkiem.
    — Dużo o tobie słyszałyśmy — powiedziała jedna z nich, tonem, który sugerował, że dokładnie wiedzą, kim jest i że to nie tylko z prasy.
    — Oj, aż za dużo — dorzuciła z przekąsem druga, niemal z rozbawieniem, zanim również uścisnęła jego rękę. W tym wszystkim była jednak nuta uznania, jakby dopiero teraz uświadomiły sobie, że Ezra naprawdę tu był. Że to ten Ezra. Jedna z dziewczyn, stojąca najbliżej Sloane, spojrzała na nią z uniesioną brwią, rozciągając usta w wymownym uśmiechu.
    — Ej, Sloane — rzuciła z teatralnym dramatyzmem, wyciągając do niej rękę, jakby potrzebowała wsparcia. — Serio, jeśli go nie chcesz, mogę go przygarnąć.

    OdpowiedzUsuń
  63. Reszta parsknęła śmiechem, a atmosfera w grupie od razu zrobiła się swobodniejsza. Ezra tylko uniósł lekko brew, z rozbawieniem przenosząc spojrzenie z dziewczyn na Sloane, nie odezwał się, ale ten jeden, krótki uśmiech wystarczył. Wiedział, że znów oddał jej ruch. Nie musiał nic mówić. Oczy miał roziskrzone i w tym spojrzeniu było dokładnie to: Nie zamykasz o mnie ust, hm? Jakby właśnie wygrał rundę, o której Sloane nie wiedziała, że jeszcze trwa.
    Ezra uśmiechnął się pod nosem na zaczepkę jednej z dziewczyn, ale nie dał się wciągnąć głębiej w grę. W jego spojrzeniu wciąż była obecna ta znajoma bezczelność, ale tym razem okraszona odrobiną dystansu. Skinął lekko głową, najpierw do niej, potem do reszty i wypowiedział tonem łagodnym, ale pewnym.
    — Przyszedłem się tylko przywitać. — Spojrzenie powróciło do Sloane na ułamek sekundy, wystarczająco długiej, by zasygnalizować, że to nie do końca prawda. — Bawcie się dobrze, ale bez przesady. Nie chcę jutro widzieć żadnych nagłówków.
    Uśmiechnął się lekko, na wpół żartem, na wpół ostrzegawczo jak ktoś, kto już zbyt wiele razy musiał sprzątać po „dobrej zabawie”.
    — Zostawię was — dodał, cofając się o krok. — Mam do pogadania z paroma ludźmi.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  64. Ezra, z pozoru spokojny i chłodny, podążył wzrokiem za spojrzeniem Sloane. Uśmiech, który zagościł na jego twarzy, był tylko ledwo widoczny, ten typ, który dostrzega się dopiero wtedy, gdy naprawdę się patrzy. Gdy rozpoznał w jej oczach ten znajomy błysk, coś pomiędzy dumą, zuchwałością i czymś, co nie było już tylko zaczepką, a bardziej osobistym wyzwaniem nachylił się odrobinę w jej stronę.
    — Doceniam jedno i drugie. — Mruknął tak, że usłyszała tylko ona. Głos miał niższy, cichszy niż zazwyczaj, jakby to, co powiedział, nie miało dotrzeć nigdzie dalej. Nie dał jej więcej czasu na reakcję, bo zaraz potem już się wyprostował i zwrócił w stronę dziewczyn, którym właśnie poświęcił te kilka sekund kurtuazyjnej uwagi.
    Ezra uśmiechnął się nieco szerzej, jakby z rozbawieniem obserwował przedstawienie, które nieco wymknęło się spod kontroli, ale nie przeszkadzało mu to ani trochę. Właściwie… wszystko szło zgodnie z jego przewidywaniami. Każda z tych dziewczyn, mimo że znały zasady gry, mimo że znały Sloane, i tak nie potrafiła ukryć, że choć na chwilę poczuła się zauważona. A Ezra? Ezra po prostu to rejestrował.
    – Dobrze, że chociaż uczciwie się do tego przyznajesz – mruknął w odpowiedzi na komentarz Sloane, pozwalając sobie na krótki uśmiech z tym samym luzem, z którym wcześniej odsunął się na bok.
    — Cieszę się, że chociaż część historii miała źródło w faktach — rzucił lekko, z tym swoim uśmiechem, który nie pozwalał się obrazić. Ezra zaśmiał się krótko, bez większych emocji, jakby to zdanie padło już kiedyś, nie raz. Ta etykietka mu nie przeszkadzała. Miał wrażenie, że pasowała do niego równie dobrze, jak marynarki, które nosił. Kiedy Luna rzuciła nieopatrznie komentarz o „ekstazie”, Ezra tylko spojrzał na nią przez ułamek sekundy z miną, która mówiła: nie wchodź w to głębiej, nie dzisiaj. Prawie niezauważalnie potrząsnął głową. Ten temat był zbyt blisko prawdy, by mógł się z tego zaśmiać. Spojrzał ponownie na Sloane, dłużej, uważniej. Oczy miał spokojne, ale coś w jego spojrzeniu mówiło jasno: wiem, że myślisz. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale zamiast tego cofnął się lekko.
    Po wymianie uprzejmości, Ezra poprawił lekko mankiet koszuli, spojrzał przelotnie na drink w ręce Sloane i z nutą rozbawienia uniósł brew, jakby miał wątpliwości, czy ten różowy cukierkowy napar z chili zasługiwał, by być uznanym za alkohol.
    Ezra zatrzymał się w pół kroku, jakby dokładnie się tego spodziewał, że nie odpuści. Że przypomni. Że rzuci za nim coś, co nie pozwoli mu tak po prostu odejść.
    — Zapomniałem, że masz pamięć absolutną, jeśli chodzi o własne przywileje. — Jego głos był niski, rozbawiony, z lekką nutą zadziorności. Zrobił pół kroku z powrotem w jej stronę, tylko po to, by jeszcze raz spojrzeć jej prosto w oczy. Czuły błysk. Obietnica. Coś, co nie potrzebowało deklaracji. Ezra obrzucił jeszcze ostatnim, krótkim spojrzeniem krąg dziewczyn, które nadal zdawały się lekko rozanielone jego obecnością. Uśmiechnął się uprzejmie dokładnie tyle, ile wymagała kultura, ani chwili dłużej.
    — Miłego wieczoru, dziewczyny. Bawcie się dobrze — rzucił z grzecznością, która nie miała w sobie już tej samej energii, jak wtedy, gdy całą uwagę kierował na Sloane. A potem jego wzrok znów zatrzymał się na niej. Na tej jednej, jedynej twarzy, która w całym tym tłumie zdawała się nie tyle błyszczeć, co oddziaływać na niego jak magnes.
    — Znajdź mnie, jak będziesz miała czas — powiedział na odchodne. — O ile do tego czasu tequila nie wypali ci dziury w gardle — dodał luźno. Jego głos był miękki, ale niepozostawiający wątpliwości. Nie pytał. Zostawiał otwarte drzwi. — Nie będę daleko.
    Nie musiał dodawać nic więcej. Odwrócił się spokojnie, z dłonią znów sięgającą po szklankę, z której upił łyk, zanim wtopił się w tłum jakby wiedział, że prędzej czy później i tak się odnajdą. I zniknął w tłumie tak, jak się pojawił nie zostawiając za sobą chaosu, ale lekką elektryczność w powietrzu. Zostawił ją z jej drinkiem, spojrzeniami koleżanek i gorącą obietnicą wieczoru, który jeszcze miał swoje do powiedzenia.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  65. Ezra nie był człowiekiem, którego łatwo było odczytać. Nawet gdy się uśmiechał, tak jak teraz, zawsze można się było zastanawiać, czy to uśmiech grzecznościowy, wyważony jak każda jego decyzja, czy coś autentycznego, co przemykało mu przez twarz, zanim zdążył to zataić. Stał z drinkiem w dłoni, oparty niedbale biodrem o bar, otoczony przez gęsty szum rozmów i podświetlony pulsującym rytmem klubowych świateł, które odbijały się w szkle jego szklanki i połyskiwały w materiale marynarki. Kobieta obok niego coś mówiła, była atrakcyjna, to trzeba jej było przyznać. Elegancka, pewna siebie, z tą typową hollywoodzką nonszalancją, której Ezra nie lubił, ale potrafił z nią tańczyć, jeśli wymagał tego układ towarzyski. Portrafił czerpać z życia i z ludzi korzyści, a tu zdecydowanie mógłby jakąś korzyść znaleźć. Choćby przelotną.
    Ezra ją zauważył. Nie dało się tego pomylić. Sposób, w jaki jego spojrzenie przecięło klubową przestrzeń i zawisło na Sloane, choćby tylko na kilka uderzeń serca, mówił wystarczająco dużo. Ale nie ruszył. Nie podszedł. Nie przerwał rozmowy. Nie zatrzymał uśmiechu, który posłał kobiecie stojącej przy nim, tej o długich, czarnych włosach i drogich perfumach, których zapach unosił się wokół nich jak kolejna warstwa tej sceny, której Sloane przez chwilę stała się jedynie niemym świadkiem. Widział ją. Ale został. Nie przerwał dla Sloane. Kiedy godzinę temu jego dłoń była na jej talii, a spojrzenia wbijały się w siebie wśród zgiełku imprezy, czuł się tak, jakby byli w tym tylko we dwoje. Teraz nie byli. Teraz Ezra nie zareagował. Nie zrobił nic, żeby ukryć, że ktoś inny zajmuje miejsce, które jeszcze niedawno należało do niej. Może tylko na chwilę. Może tylko jako przypomnienie, że on zawsze zostawiał margines, że dopóki nie powiedział wprost, nie wolno było zakładać niczego. A Ezra właśnie nie powiedział nic. I nie ruszył się z miejsca.
    Ezra pamiętał, co jej powiedział „znajdź mnie, jak będziesz miała czas.” Nie mówił tego przypadkiem. Nie był też typem, który rzuca słowa na wiatr. A już na pewno nie sądził, że Sloane będzie się czaić w cieniu, czekając aż zrobi pierwszy ruch. Znał ją. Widział ją na scenie, w studio, wtedy, gdy waliła drzwiami, bo coś jej się nie podobało, i wtedy, gdy milczała, ale jej spojrzenie mówiło wszystko. Nie uważał, że jest zbyt nieśmiała, by podejść. Gdyby chciała, zrobiłaby to. Więc kiedy kątem oka dostrzegł ją kilka metrów dalej, stojącą lekko z boku, z tym spojrzeniem, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym, nie ruszył się. Nie dlatego, że nie chciał. Ale dlatego, że nie był to moment. Skoro nie podeszła, znaczyło, że nie teraz. Mimo tego, że wyczuwał jej obecność równie wyraźnie jak zapach whisky w swojej szklance, Ezra nie przerwał rozmowy. Pozwolił kobiecie przy nim dokończyć myśl. Pozwolił jej palcom pozostać na jego rękawie kilka sekund za długo. Pozwolił sobie być w tej scenie do końca, jakby właśnie na tym polegała kontrola.
    Jeśli Sloane myślała, że może go wystawiać na próbę, sprawdzać, ile zdoła znieść, zanim sam podejdzie, to się myliła. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie będzie siedział w miejscu, trzymając się kurczowo jednej wersji wydarzeń, skoro obok pojawiła się inna, łatwiejsza, gotowa, chętna. Może i nie tak elektryzująca, nie tak wybuchowa, ale z pewnością mniej skomplikowana. A kobieta, która właśnie opierała dłoń o jego ramię, dobrze wiedziała, jak grać w tę grę. Śmiała się z odpowiednich rzeczy, pochylała się wystarczająco blisko, by jego uwaga nie musiała wędrować gdzie indziej. Ezra kątem oka wciąż widział Sloane. Czuł jej obecność jak napięcie tuż przed błyskiem flesza. Ale nie zamierzał robić pierwszego kroku. Nie po to, by ją ukarać. Nie po to, by grać w gierki. Po prostu… nie zamierzał przegapić własnego happy endu. A kobieta, z którą właśnie rozmawiał, ta, której palce wciąż spoczywały na jego przedramieniu, nie wyglądała, jakby miała opory, by mu go podarować.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  66. Ezra uśmiechnął się pod nosem w tej charakterystycznej, niepokojąco spokojnej manierze, którą miał opanowaną do perfekcji. Nawet się nie odwrócił, nie od razu. Nie musiał. Jej głos wystarczył. Ciepły, intymny, przesycony tym elektrycznym napięciem, którego nie dało się zgasić. Poczuł je w skórze. W ramieniu, które właśnie ścisnęła jej dłoń. W gardle, które lekko drgnęło, gdy pozwolił sobie na sekundę ciszy, zanim odpowiedział. Odchylił głowę, powoli, by na nią spojrzeć z tej bliskiej odległości, z jakiej wszystko wyglądało inaczej.
    — Znalazłaś mnie. — Powtórzył półgłosem, z nutą zadowolenia, ale też… czymś więcej. Jakby spodziewał się tego momentu. Jakby wiedział, że przyjdzie, tylko nie był pewien kiedy. Jego spojrzenie przecięło jej twarz. Usta. Palce na jego ramieniu. Oczy, które mówiły znacznie więcej, niż była w stanie wypowiedzieć. I mimo że brunetka u jego boku przestąpiła z nogi na nogę, chcąc odzyskać jego uwagę, Ezra nawet nie mrugnął w jej stronę. Oparł się wygodniej o blat, nie spiesząc się z odpowiedzią.
    — Mam czas. — Dla ciebie. Dodałby to, gdyby był kimś innym. Ale on nie musiał. Wiedział, że ona to słyszy, nawet między słowami. Spojrzał w bok, na swoją rozmówczynię, która właśnie otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Ezra uprzedził ją lekkim, ale uprzejmym skinieniem głowy.
    — Dzięki za rozmowę. — Rzucił z klasą, ale stanowczo, wyraźnie kończąc interakcję. Kobieta uniosła brwi, lekko zaskoczona, ale nie protestowała. Była zbyt dumna, by to zrobić. Ezra nie był bezduszny. Nawet jeśli większość ludzi tak go postrzegała. Wciąż potrafił być kulturalny, nawet kiedy jasno dawał do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Kiedy Sloane zbliżyła się do niego i zawłaszczyła jego uwagę, nie spłoszył kobiety, która jeszcze przed chwilą stała przy nim z dłonią na jego ramieniu. Pochylił się lekko w stronę brunetki, z którą rozmawiał wcześniej.
    — Złapiemy się później, okej? — Rzucił spokojnym, pewnym głosem. Nie padło nic więcej, ale w jego tonie było wystarczająco wiele, by wiedziała, że to nie jest obietnica. Raczej uprzejme zakończenie. Kurtuazja, a nie zaproszenie. A może? Brunetka skinęła głową, ale nie od razu się oddaliła. Zamiast tego zmierzyła Sloane spojrzeniem, z góry na dół. Nie wrogo. Ale na pewno nie przyjaźnie. W oczach kobiety pojawiła się ta dobrze znana mieszanka ciekawości i chłodnej oceny, która mówiła więcej niż słowa: to dla niej mnie odsyłasz? Podeszła bliżej, może o pół kroku, nachyliła się lekko, by szepnąć mu coś do ucha. Ezra uniósł brew, a potem roześmiał się krótko, gardłowo, w taki sposób, który był odpowiedzią bardziej na intencję niż same słowa. Nie powiedział, co usłyszał. Nie musiał. Uśmiech na jego twarzy był wystarczająco wymowny. Może to było tylko ego, może impuls, może… nagromadzone napięcie, które Sloane zostawiła mu pod skórą. To, z którym nie potrafił sobie poradzić odkąd wyszła z garderoby. Bo prawda była taka, że Ezra nie był z kamienia. A jej bliskość, jej dłonie, jej oddech przy uchu zostawiły w nim coś, czego nie dało się tak łatwo wyciszyć. Więc może rzeczywiście… gdzieś musiał to napięcie rozładować. A z tą kobietą nie musiał się kontrolować. Brunetka, zanim się odsunęła, pocałowała Ezrę w policzek. Nie było w tym namiętności, raczej wyrachowana słodycz. Taki gest, który miał coś zaznaczyć. Posłała mu uśmiech, a potem odeszła.
    Ezra przesunął spojrzeniem po twarzy Sloane, jakby czekał na jakiś szyderczy komentarz. Ale nic nie mówił. Jej ręka wciąż była na jego przedramieniu. Pochylił się lekko w jej stronę, tak by tylko ona mogła usłyszeć kolejne słowa.

    OdpowiedzUsuń
  67. Ezra nie od razu odpowiedział. Spojrzał na nią uważnie, jakby czytał coś spod powierzchni jej słów, ale nie drążył. Zamiast tego tylko skinął na barmana.
    — To co? Tequila? — rzucił, nie odrywając od niej wzroku, a kącik ust drgnął mu w ledwo widocznym uśmiechu. — Czy ta fontanna wypaliła ci już dziurę w gardle… i jednak wolisz wrócić do tej słodkiej trucizny, co smakuje jak lizak i piecze jak ogień?
    W jego głosie pobrzmiewała rozbawiona nuta. Trochę się z nią droczył, trochę próbował wybadać, ile już wypiła, ale przede wszystkim rejestrował każdy jej ruch, spojrzenie, każdy błysk w oczach, jakby musiał się upewnić, że jest tu naprawdę. I że przyszła po niego.
    — Zawsze możemy też coś zapalić — dodał z tym swoim leniwym uśmiechem, który zwykle pojawiał się tuż przed kłopotami Ton miał lekki, zupełnie jakby rzucał luźną propozycję, ale spojrzenie… spojrzenie było uważne, prowokujące. Obserwował jej reakcję z tym znajomym błyskiem w oczach, jakby doskonale wiedział, że przy niej nie musi niczego udawać. Bo Sloane już znała ten jego głos, ten sposób, w jaki czasem mówił jedno, mając na myśli coś zupełnie innego.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  68. Ezra był gotów odpowiedzieć od razu. Miał na końcu języka to swoje “zawsze gdzieś się spieszę, ale nie dziś” albo inne zgryźliwe “a powinienem?”, ale powstrzymał się. Może to przez sposób, w jaki go teraz obserwowała. A może przez fakt, że od momentu, w którym poczuł jej dłoń na swoim przedramieniu, świat przyspieszył w nieprzyjemny sposób i tylko jej głos zdołał go przywrócić do tej chwili. Tej, w której już nie było nikogo poza nimi. Uśmiech, ten prawdziwy, a nie półironiczny, pojawił się powoli, rozlewając się po jego twarzy, kiedy jej słowa wybrzmiały i zapadły między nimi.
    — Nie — odpowiedział spokojnie, a jego spojrzenie sunęło po niej bez pośpiechu, zatrzymując się na oczach. — Nigdzie mi się nie spieszy.
    To nie był flirt. Przynajmniej nie w tej jego powierzchownej, błyskotliwej wersji. To była deklaracja. Cicha, ale mocna. Uderzająco prosta. Skinął barmanowi, jakby właśnie ustalał z nim coś oczywistego i Ezra nie musiał nic mówić, bo drink, który pojawił się po chwili, był dokładnie tym samym, który Sloane trzymała wcześniej: słodki, różowy, z pieprzową nutą. Ten, który piekł jej usta i który Ezra zapamiętał. Taki właśnie zamówił dla niej. Dla siebie nie wziął niczego nowego. Jego szklanka z whisky był wciąż pełen. Nie wypił ani kropli od momentu, kiedy zobaczył ją przed sobą.
    Podsunął jej drinka.
    — Podobno aż piecze w usta — rzucił cicho, a ton jego głosu był zbyt miękki, by zabrzmiał jak żart, i zbyt pewny, by nie miał w sobie czegoś więcej. Nie dodał nic więcej. Nie musiał. To zdanie zostało zawieszone między nimi jak wyzwanie i jak wspomnienie czegoś, co wciąż dopiero miało się wydarzyć.
    Ezra uniósł kącik ust w ledwie zauważalnym uśmiechu, nie spuszczając z niej wzroku. Odchylił lekko głowę, jakby się zastanawiał, ale w rzeczywistości doskonale wiedział, co robi celowo przeciągał ciszę między nimi, czekając, aż to napięcie znów zacznie pulsować tuż pod skórą.
    — A jak dokładnie miałabyś ochotę… pokolorować tę noc? — spytał spokojnie, głosem niższym, nieco bardziej chropawym niż wcześniej. Wzrok przesunął się powoli po jej ustach, jakby to tam miała paść odpowiedź, której naprawdę chciał usłyszeć. Ale nie spieszył się. Ezra lubił, kiedy to ona zaczynała grać jego grą, tylko po to, by za chwilę zorientować się, że to on kontroluje tempo.
    — Słodkie drinki? Dym za kulisami? — kontynuował, nie odrywając się ani na moment. — A może… chodziło ci o coś jeszcze?
    Pochylił się niżej, na tyle, by jego głos znów mógł dotknąć jej skóry zamiast tylko powietrza, a jego usta znalazły się blisko jej ucha. — Powiedz mi, Sloane. Jakich kolorów szukasz dzisiaj?
    Nie zapytał, czy zostanie z nim do końca wieczoru. Nie musiał. Zamiast tego… spojrzał znów na jej sukienkę, nie kryjąc, jak bardzo mu się podobało to, co sam dla niej wybrał, a potem uniósł wzrok z powrotem na jej oczy.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  69. Ezra nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć, wręcz przeciwnie. Wiedział aż za dobrze, a to właśnie powstrzymywało go przed rzuceniem czegokolwiek, co jeszcze mocniej podpaliłoby to napięcie między nimi. Słowa zawsze były jego bronią, ale teraz… miały siłę granatu. A on, mimo że tak cholernie blisko detnatora, nie zamierzał naciskać zbyt szybko.
    Wciąż oparty łokciem o bar, z whisky w dłoni, patrzył na nią z tym rozpoznawalnym półuśmiechem, bezczelnym, ale wyważonym. Jego wzrok prześlizgnął się po jej twarzy i zatrzymał dokładnie tam, gdzie wcześniej, na ustach. Pieprzonych, rozchylonych ustach, które błyszczały od drinka i mówiły do niego rzeczy, które sprawiały, że musiał uważnie kontrolować każdy mięsień twarzy. I każdą reakcję.
    — Językiem — powtórzył cicho, jakby testował to słowo. — Tego się właśnie obawiałem.
    Nie było w nim śladu przerażenia. Raczej fascynacja. Głęboka, namacalna. Ezra po prostu nie znał nikogo, kto w tak spokojny, zmysłowy sposób potrafił go rozbroić, zanim jeszcze zaczęła grać na serio. I właśnie dlatego nie mógł pozwolić sobie na utratę kontroli.
    Widział, jak się lekko przymknęła, gdy się nachylił. Jak nieco mocniej objęła nóżkę kieliszka. Jakby wystarczyło tylko, żeby zbliżył się jeszcze o milimetr, by ją rozsypać. Albo odwrotnie, by to ona rozsypała jego.
    — Intensywnych? — powtórzył, już ciszej, niemal prosto do jej ucha. — To nie brzmi jak noc, tylko jak ostrzeżenie. Ale wiesz co?
    Przesunął spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz bez pośpiechu, ale niebezpiecznie blisko. Głos miał lekko zachrypnięty.
    — Lubię ostrzeżenia, jeśli pochodzą z dobrego źródła.
    Uniósł whisky do ust, jakby tylko to miało pomóc mu odzyskać odrobinę równowagi. W rzeczywistości jednak… nie chciał. Nie do końca. Bo Ezra nie potrzebował, żeby ktoś go grzecznie całował po rękach. Potrzebował ognia, a ten właśnie stał naprzeciwko niego i kusił z każdej strony.
    Na pytanie odpowiedział dopiero po chwili. Celowo zostawił między nimi zawieszenie, ten jeden ułamek sekundy, w którym powietrze przestało się ruszać, a świat wokół zniknął. Znów byli tylko oni.
    — Znajdziesz — powiedział miękko. — Jeśli trafisz we właściwe drzwi.
    Ezra nie musiał patrzeć na jej reakcję, żeby wiedzieć, że jego słowa trafiły tam, gdzie miały trafić. Czuł to, nie tylko w napięciu między nimi, ale też w tej ciszy, która nastała, kiedy przestał mówić. Sloane się nie cofnęła. Nie odsunęła się nawet na milimetr. Stała tak samo blisko, jakby była już po drugiej stronie tych drzwi, o których wspomniał. I może faktycznie była.
    Zanim zdążyła odpowiedzieć, Ezra zsunął z baru swoją szklankę i odstawił ją za siebie, nie patrząc nawet w którą stronę. Całą uwagę miał skupioną tylko na niej, na tej jednej kobiecie, która od początku wieczoru bawiła się z nim tą samą grą co on z nią. Żadne nie zamierzało się poddać. Ale może właśnie o to chodziło, nie żeby wygrać, tylko żeby sprawdzić, co się stanie, gdy nikt nie odpuści. Nachylił się ponownie, już nie do ucha, ale tak, by ich twarze dzieliło kilka centymetrów. By jego głos nie musiał być szeptem, a mimo to brzmiał prywatnie, tylko dla niej. Ciepły. Przejrzysty. Niepokojąco spokojny.
    — Prowadzisz dzisiaj, Fletcher. — Mruknął. — Więc zdecyduj. Tu, czy tam? Drink i flirt przy barze, czy…
    Zawiesił głos. Oczy nie odklejały się od jej spojrzenia, które już wtedy płonęło. Wyczuwał ten moment, przechył balansu, ostatni błysk zawahania, który zaraz zniknie. W jego wnętrzu też coś się przestawiało. Pojawiła się ta znajoma, podskórna adrenalina, która nie miała nic wspólnego z występami, klubem, publicznością. To był instynkt. Własny rytm, który rozpoznawał tylko przy kimś, kto potrafił grać równie ryzykownie.
    — …czy wchodzisz ze mną i przestajemy się zastanawiać, co by było, gdyby?
    Ręce trzymał przy sobie. Jeszcze. Głos miał spokojny. Jeszcze. Ale ciało Ezry mówiło już co innego. Był gotowy, na krok w przód. Na zamknięcie drzwi. Na wszystko, co miało się wydarzyć dalej. Tylko od niej zależało, czy przejdą przez próg razem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  70. Ezra nie był zdziwiony. Gdyby po prostu przyjęła propozycję i pozwoliła mu się wyprowadzić z klubu, to dopiero byłoby zaskoczenie. Ale nie zrobiła tego. Zrobiła coś znacznie bardziej w jej stylu. Odsunęła się o jeden krok, który tak naprawdę wcale nie był krokiem w tył. Raczej, ustawieniem lepszej pozycji na kolejną rundę. Dla kogoś innego mogłoby to wyglądać na wycofanie. Dla Ezry wyglądało jak zaproszenie. Na taniec, który właśnie się zaczynał.
    Nie odpowiedział od razu. Spojrzał na nią dłużej. Inaczej. Uważniej niż dotąd. Nie z pożądaniem, to i tak wisiało już w powietrzu, nie trzeba było o tym przypominać. Patrzył na nią jakby właśnie to, co zrobiła, utwierdziło go tylko w przekonaniu, że nie pomylił się w jej ocenie. Bo nie miała być prosta. Miała być trudna do zdobycia, do złamania, do zapomnienia. Było w tym coś więcej niż uznanie. Może cień zadowolenia, że się nie dała. Może przyjemne ukłucie w klatce piersiowej, że nie próbowała wejść w tę noc na jego warunkach, tylko stawiała własne. To był test? Możliwe. Ezra lubił sprawdzać ludzi.
    Oparł się biodrem o bar, szkło z whisky przetoczyło się leniwie między palcami. W jego spojrzeniu nie było już tej pierwszej surowości ani rozgrywającego dystansu. Teraz… był inny. Nadal opanowany. Nadal pewny siebie. Ale coś w nim drgnęło, jakby się przed chwilą przekonał, że właśnie zrobiła ruch, który zbił mu pionka. A może nie?
    Ezra wydał z siebie cichy śmiech, ten gardłowy, pozbawiony rozbawienia, ale pełen jakiejś nieoczywistej aprobaty. Spojrzał na nią z boku, jakby właśnie przyłapał ją na czymś, co powinno go zirytować… ale zamiast tego, cholernie go rozbawiło. I może trochę zaskoczyło.
    — Punkt dla ciebie, Fletcher. — Przyznał, z zaskakującym rozbawieniem w głosie. — Cholernie ładnie rozegrane. Zapunktowałaś. — Pokręcił głową z tym swoim półuśmiechem, który sugerował, że właśnie dostała ode niego cichy kredyt zaufania, a przynajmniej jego ułamek. — Może to był test. Może chciałem tylko sprawdzić, czy faktycznie jesteś gotowa zaszaleć… czy tylko ładnie o tym mówisz. A może… — odchylił lekko głowę, opierając się plecami o blat baru — …chciałem zabrać cię w miejsce, gdzie nie ma tych wszystkich pieprzonych spojrzeń. Gdzie ja też mogę trochę… zaszaleć.
    Ezra uniósł brew, znów powoli, z tym charakterystycznym dla siebie, ledwo zauważalnym ruchem, który mówił więcej niż całe zdania. Spojrzał na nią jak ktoś, kto właśnie obserwuje, jak przeciwnik wycofuje pionek, choć wcześniej mówił o szach-macie. I przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawiło się coś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
    — Ale masz rację. — Odsunął się delikatnie, prostując. Z jednej strony dając jej przestrzeń, z drugiej, zostawiając po sobie echo, które wciąż czuć było na skórze. — Zasady to zasady.
    Uśmiechnął się kątem ust, jakby właśnie rzucił wyzwanie, które tylko ona mogła podjąć — albo odpuścić. A potem sięgnął po swoją szklankę, jakby to był drink, który sam zamówił. Westchnął. Jakby rozważał, czy to, co chce powiedzieć, powinno w ogóle paść. Ale jednak powiedział.
    — Coś ci powiem. — Zniżył nieco głos, nie odrywając wzroku od jej oczu. — Znajdź sobie jakiegoś normalnego chłopaka. Kogoś w swoim wieku. Kogoś, kto chodzi w bluzie do połowy uda i wrzuca kawałki na SoundClouda. Kto będzie pisał ci teksty piosenek o miłości, nosił za tobą torebkę i przynosił śniadanie do łóżka. — Uśmiechnął się, jakby to był żart. Ale w jego oczach nie było śmiechu. — Będzie ci łatwiej, naprawdę.
    Zawiesił głos na moment, jakby sam się zastanawiał, czy w ogóle wierzy w to, co właśnie powiedział. Odwrócił spojrzenie na bar, jakby właśnie temat został zamknięty. Ale nie odsunął się. Nie odszedł. Wciąż tam był, za blisko, zbyt obecny. Jak pokusa, która wcale nie zamierza ułatwiać żadnych decyzji.

    OdpowiedzUsuń
  71. Ezra odstawił powoli szklankę na bar, opierając się dłonią o blat. Gdy znów spojrzał na Sloane, zniknęła z niego ta wcześniejsza miękkość, a wróciło to, co znała aż za dobrze, coś pomiędzy bezczelną pewnością a dziwną koncentracją, którą rezerwował tylko dla niej. Jakby właśnie coś postanowił.
    — Mam dla ciebie prezent. — Odezwał się spokojnie, jakby rzucał luźną uwagę, a nie składał jednej z najważniejszych propozycji tego wieczoru. — Na albumie zostały trzy numery do zrobienia.
    Zawiesił głos na moment, przyglądając się, jak reaguje. Czy jeszcze gra, czy słucha naprawdę.
    — I nie będę się w nie wtrącał. — Dodał cicho. — Ani słowem. Ani brzmieniem. Ani tekstem.
    Nachylił się lekko, znów ten półkrok za blisko. Jakby specjalnie nie zostawiał przestrzeni na odpowiedź, zanim skończy.
    — Trzy piosenki. Tylko twoje. Możesz je zrobić jak chcesz. O czym chcesz. Możesz o o sobie, o tej garderobie, o czymkolwiek. — Kącik ust uniósł mu się z tym półuśmiechem, który był zbyt niepokojący, by nazwać go łagodnym. — Możesz mnie w nich nawet metaforycznie zabić.
    Odchylił się z powrotem i spojrzał na nią spokojnie, jakby to, co właśnie dał, nie było największym kredytem zaufania, jaki mógł jej zaoferować jako producent. A może właśnie dlatego powiedział to takim tonem, jakby tylko ona miała zrozumieć, jak wiele znaczy ten gest.
    — Obiecuję nie wyrzucić niczego z traciliśmy, nawet jak zrobisz popowy hymn o złamanym sercu.— Dodał na koniec, niemal rozbawiony, jakby znów wszystko wróciło na swoje miejsce. Ale za żartem była prawda. I oboje to wiedzieli. Dał jej przestrzeń. Wolność. I wybór.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  72. Ezra zaśmiał się cicho, prawie bezgłośnie, ale z tym swoim charakterystycznym, niskim wibratem, który nie potrzebował rozgłosu, by robić wrażenie. Z jego twarzy trudno było odczytać jednoznaczne emocje, balansował gdzieś pomiędzy rozbawieniem, uznaniem a tą osobliwą fascynacją, którą Sloane potrafiła w nim wzbudzać jak nikt inny. Wiedział, że właśnie zobaczył ją taką, jaką miał zobaczyć: nieugiętą, pewną siebie, ale też z tą domieszką niepokoju, który go korcił, a nie odpychał.
    — Seks albo morderstwo? — powtórzył z udawanym namysłem, przyglądając się jej, jakby właśnie zamierzał ocenić, na którą z tych dwóch opcji powinna pójść najpierw. — Nie wiem, Fletcher. Miałem nadzieję, że powiesz jedno i drugie. — Jego głos był spokojny, ale niższy niż przedtem. Wibrował miękko, gdzieś między żartem a intencją, której nie dopowiedział. Bo przecież nie musiał. — …wtedy przynajmniej będziemy mieli coś, co dobrze sprzedaje się. Stara, dobra klasyka.
    Przyjmował każde słowo, gest i cień emocji na jej twarzy, jakby składał to sobie na później, do tekstu, do rozmowy, do wspomnienia. Była impulsem. Inspiracją. I, o ironio, prawdopodobnie też największym zagrożeniem, jakie sam na siebie ściągnął od lat.
    — Zdecydowanie bardziej wolę słuchać o tym, że masz ochotę mnie zamordować niż o exach i sercach rozjechanych na Instagramie. — Uniósł brwi, zanim upił whisky. — Trzy utwory, tak. — Powtórzył spokojnie, jakby teraz to było zupełnie nieistotne. — Płyta jest mocna, obroni się nawet jeśli będą słabe — powiedział to celowo, żeby jej trochę dokuczyć. Uśmiechnął się leniwie i przechylił szklankę do ust, kończąc resztkę whisky. Postawił ją na barze i lekko stuknął palcem w blat. Nie mówił tego z ironią. Raczej jak ktoś, kto rozumie, że te dwie siły są nieodłączne, destrukcyjne, przyciągające, niemal identyczne w intensywności. I że jeśli już Sloane ma coś napisać, to tylko o tym, co naprawdę ją rusza. A on właśnie przesunął się w epicentrum jej chaosu. Uśmiechnął się tym razem szerzej, ale to nie było rozbrojenie. To była gra, kontynuowana bez słów, z domyślnym „twoja kolej”. A potem ujął jej kieliszek z dłoni, napił się różowego drinka i skrzywił teatralnie, jakby właśnie wypił coś pomiędzy perfumami a płynnym brokatem. Oddał jej kieliszek i dodał półgłosem i oblizał usta. — Faktycznie, piecze…
    Zrobił pół kroku w tył, pozwalając jej złapać dystans, ale też zostawił przestrzeń tylko po to, żeby to ona znów mogła go przekroczyć. Ezra grał długo. Lubił cierpliwość, lubił budowanie napięcia. Ale coraz mniej podobała mu się myśl, że mógłby dzisiejszej nocy zasnąć sam.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  73. Ezra uniósł kącik ust, kiedy usłyszał pytanie o morderstwo po seksie. Nie dlatego, że brzmiało groteskowo. Brzmiało… dokładnie w jej stylu. Groźne i obiecujące jednocześnie. Zaskakująco logiczne w świecie, w którym każde słowo miało smak przekory, a każdy ruch przybierał formę kuszenia. I choć ona rzucała to jako żart, on dobrze wiedział, że właśnie w takich momentach Sloane była najbliżej prawdy o sobie. Najbliżej tego, co naprawdę w niej buzowało.
    — Przynajmniej umarłbym szczęśliwy — odparł, bez śladu ironii. Po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Ale jeśli miałabyś mnie zabić, Sloane, to zrób to porządnie. Na ostro. Nie żadne emocjonalne duszenie przez teksty z drugiej zwrotki.
    A potem spojrzał na nią tak, jakby już zobaczył ten klip: ona w lateksie, on przykuty do łóżka, pistolet na wodę napełniony różową cieczą, a gdzieś w tle dramatyczny bridge ze smyczkami. Roześmiał się tę myśl.
    — Będzie z tego viral — dodał. — Ale ja montuję końcówkę. Jeśli już mam być ofiarą, chcę przynajmniej efektownego zejścia.
    Mówił to tonem pół-żartu, pół-poważnym. Takim, którym Ezra rozbrajał napięcie, ale nigdy go nie rozpuszczał. Nie w całości. Zostawiał resztki. Żar.
    Uśmiechnął się krzywo na jej wywód o exach.
    — Dobrze. Skoro exowie już pogrzebani, a hymny o złamanym sercu zakopane, to zostaje nam tylko… — zawiesił głos i nachylił się do niej ponownie — …ekstaza. I przemoc.
    Odsunął się z bezczelnością, z którą mógłby zagrać psychopatycznego kochanka w nowej ekranizacji jakiegoś erotycznego thrillera. Albo po prostu siebie. Kiedy rzuciła, że wybierze jej numer na singiel, a potem dorzuciła kwiaty w zębach, Ezra roześmiał się pod nosem i potrząsnął głową, jakby mówiła rzeczy absurdalne. Ale nie zaprzeczył. Nie dlatego, że nie wierzył. Właśnie dlatego, że w niej zaczynał wierzyć za bardzo.
    Gdy sięgnęła po drinka, a jej dłoń przypadkiem musnęła jego, Ezra poczuł to uderzenie. Krótkie, elektryczne. Jakby dotknęła kabla pod napięciem. Spojrzał na jej palce. Na kieliszek. I na nią.
    — Nieprzyzwoicie przyjemne. — odpowiedział spokojnie. — Jak coś, czego nie powinno się próbować drugi raz. Ale i tak się to robi.
    Potem, jakby nigdy nic, dopił swoje i odwrócił się przodem do sali. Słysząc jej pytanie, nie spojrzał od razu. Przez chwilę po prostu patrzył na tłum na parkiecie. Ezra przez moment milczał, jakby nagle coś w nim przygasło. Wciąż stali blisko, napięcie wisiało między nimi jak gęsty dym, ale coś się w nim przesunęło. Może świadomość, że jeśli zostanie dłużej, przestanie to być tylko gra. Spojrzał na zegarek. Nie w pośpiechu, nie nerwowo, raczej jak ktoś, kto upewnia się, że właśnie nadszedł odpowiedni moment.

    OdpowiedzUsuń
  74. Potem wrócił wzrokiem do niej. Na dłużej. Przeciągle. Jakby chciał jeszcze raz zapamiętać dokładnie, jak wygląda w tym świetle, z tą pewnością w oczach i różem na ustach, który wyglądał teraz jak część jej samej, nie tylko efekt drinka.
    — Innym razem — rzucił cicho, niemal jakby mówił to bardziej do siebie niż do niej. — Gdybym z tobą zatańczył… — mruknął nisko, niemal szeptem, głosem szorstkim od niewypowiedzianego — …mógłbym się zachować niestosownie. A to nie wypada, prawda?
    Uśmiechnął się przy tym półgębkiem, tym swoim bezczelnym, znajomym uśmiechem, który miał w sobie zbyt wiele obietnic. Nie dotknął jej już więcej, nie przesunął dłonią po talii ani nie zatrzymał spojrzenia na zbyt długo. Nie było w tym żartu. Ani kokieterii. Tylko surowa, kontrolowana szczerość, pod którą tętniło coś znacznie silniejszego niż przelotna fascynacja. To nie był flirt. To było ostrzeżenie. Nachylił się lekko. Wystarczająco blisko, by jego oddech musnął jej skroń. Musnął ustami jej policzek, ledwo, jakby nie chciał niczego więcej zostawić oprócz tej jednej, pojedynczej iskry. — Baw się dobrze, Sloane — powiedział jej do ucha. Głos miał spokojny, miękki. Jeszcze nie odsunął się całkiem, kiedy dorzucił z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, nieco zbyt spokojnym, by nie był przemyślany. — Masz trzy dni urlopu i trzy piosenki do napisania. Idealnie, prawda?
    Jeszcze przez ułamek sekundy patrzył na nią z bliska, jakby coś miał dodać, jedno zdanie, które zostało mu na końcu języka, ale nie powiedział nic więcej. Potem odsunął się wreszcie. Spojrzał na nią jeszcze raz. Zanim zniknął w tłumie, nieśpiesznie, nonszalancko, jakby nic się nie wydarzyło.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  75. Poranek był zbyt jasny. W sypialni panowała cisza, przerywana jedynie szumem oceanu, który docierał przez uchylone drzwi tarasowe. Ezra przez chwilę po prostu leżał na plecach, patrząc w sufit, gdzie miękkie światło poranka odbijało się od białych ścian. Nie czuł zmęczenia, ale nie był też wypoczęty. Raczej… napięty. Jakby noc tylko zamroziła jego myśli, nie usypiając ich naprawdę. Ezra przekręcił się na bok, powoli, z pewnym oporem w ciele, który nie miał nic wspólnego z wiekiem, bardziej z niechęcią. Leżała obok. Półnaga. Jej oddech był lekki, spokojny, kompletnie nieświadomy ciężaru, jaki w nim narastał. Wszystko to miało smak zbyt łatwy. Zbyt znajomy. Zbyt pusty. Nie obudziła się. Tego też się spodziewał. Te kobiety zazwyczaj spały spokojnie, kiedy już dostały to, po co przyszły. A Ezra… Ezra nie przyszedł po nic konkretnego. Może po oddech. Może po zapomnienie. Sięgnął po telefon. Kilka nieodebranych połączeń. Parę maili. Podniósł się, przeciągnął. Ciało miał napięte, nie od seksu, a od niewypowiedzianych słów, które wciąż siedziały gdzieś między kręgosłupem a gardłem. Ubrał się w ciszy. Wszystko to wyglądało jak scena z filmu, którego już nie chciał oglądać. Zanim wyszedł, jeszcze raz spojrzał na łóżko. Na kobietę, która śniła sen, w którym Ezra pewnie był o wiele bardziej obecny, niż był w rzeczywistości. Pomyślał o Sloane. Nie mógł nie pomyśleć. Nawet gdyby chciał. Pojawiła się w jego głowie jak cichy wydech. Jak wers, który próbował napisać od kilku dni. Jak pytanie, którego jeszcze sobie głośno nie zadał. Czy to nie właśnie przed nią uciekał? Westchnął krótko, cynicznie.
    Podszedł do okna i przeciągnął się w ciszy. Widok był wart każdej złotówki, wzgórza ciągnęły się w oddali, a ocean lśnił spokojnie, błękitny i nieprawdziwie czysty. Palmy kiwały się leniwie na wietrze, jakby same jeszcze się nie obudziły.
    Zamiast kawy wybrał bieg.
    Założył sportowe buty i ciemną bluzę z kapturem, choć i tak wiedział, że po kilku minutach będzie mu za gorąco. Zegarek zsynchronizował się z aplikacją, ale nie ustawił trasy. Chciał pobiec przed siebie, bez planu. Po prostu ruszyć. Wyszedł na świeże powietrze i niemal natychmiast poczuł, jak napięcie w ciele zaczyna się rozpuszczać. Osiedle było luksusowe, ciche, z domami ukrytymi za wysokimi żywopłotami i systemami alarmowymi wartymi tyle co małe mieszkanie. Ezra nie przejmował się tym. Lubił tę okolicę za to, że nikt się tu nie wtrącał. Wszyscy mieli swoje sprawy, swoje dramaty, swoje poukładane, albo i nie, życia. Zbiegł w stronę wybrzeża, potem skręcił na ścieżkę przy klifie. Biegł równo, miarowo, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. Gdy znalazł się na odcinku z widokiem na ocean, zwolnił, ale nie zatrzymał się. Lubił ten fragment najbardziej. Wysoki brzeg, fale rozbijające się o skały i przestrzeń, która pozwalała na chwilę oddechu. Tyle że tym razem nie potrafił oczyścić głowy. Myśli same wracały. Jej głos. Jej spojrzenie. To, jak się zbliżała, jak prowokowała, jak nie bała się grać. Zwolnił jeszcze bardziej, aż w końcu stanął. Oparł dłonie o biodra i przymknął oczy. W uszach szumiała mu krew, ale i tak słyszał własne myśli wyraźnie:
    Sloane Fletcher była problemem. Problemem, którego nie chciał rozwiązywać.
    Podniósł wzrok. Na oceanie pojawiła się motorówka, daleko, ledwo widoczna. Ezra przez moment przyglądał się jej, potem wciągnął głęboko powietrze i ruszył dalej. Woda migotała w oddali, a ulica przed nim była niemal pusta. O tej porze poranek był jeszcze świeży, pachnący solą i ciepłem, które dopiero miało nadejść.
    I wtedy ją zobaczył.

    OdpowiedzUsuń
  76. Najpierw kątem oka. Blond włosy związane niedbale w wysoki kucyk, sportowy top, który ledwo zakrywał tatuaż na żebrach, znajomy sposób, w jaki przeciągała ręce nad głową, jakby to było tylko pozornie przypadkowe.
    Sloane Fletcher.
    Jogging. O świcie. Bez ekipy, bez blasku fleszy, bez słuchawki w uchu. Sama. I wyglądała, jakby właśnie przebiegła co najmniej tyle co on. Ezra zmarszczył brwi, ale w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia. Zbliżył się powoli, aż w końcu zwróciła na niego uwagę.
    — Nie żebym coś sugerował, ale… — zaczął, ocierając kark i celowo mierząc ją wzrokiem od góry do dołu. — … albo mnie prześladujesz, albo jesteś bardzo zagubiona.
    Zatrzymał się kilka kroków od niej, unosząc brew.
    — Ósma rano, Fletcher? Serio? Myślałem, że o tej porze wciąż odsypiasz imprezę.
    Kiedy spojrzała na niego z tym swoim niewinnym, a jednocześnie cholernie ironicznym uśmiechem, Ezra poczuł znajomy impuls pod skórą. Los z niego drwił. Wsunął dłonie z powrotem do kieszeni. Przez sekundę nic nie mówił. Tylko patrzył. Słońce odbiło się w jej oczach, w potarganych kosmykach. I nawet jeśli cała scena była absurdalna, to coś w niej zagrało idealnie.
    — Zgubiłaś coś… czy szukasz pretekstu, żeby znów się z kimś pokłócić?
    Uśmiechnął się, ale tym razem nie był to uśmiech czysto zaczepny. Coś w nim było bardziej miękkiego. Prawie ciepłego. Może nawet zaskoczonego. Nie spodziewał się jej tu. A już na pewno nie takiej wersji Sloane, prawdziwej, zmęczonej, spoconej i całkiem… normalnej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  77. Wiedział, że mieszkała w okolicy. Słyszał coś o tym przy okazji podpisywania kontraktu, o tej jej „tymczasowej” miejscówce z widokiem na ocean, wystarczająco blisko jego domu, by mógł ją teoretycznie spotkać. Ale jakoś… nie przyszło mu do głowy, że faktycznie kiedyś to się wydarzy. Zwłaszcza w takich okolicznościach.
    Spotkać ją w klubie? Jasne. Przy barze, na backstage’u, na rozgrzanym parkiecie z drinkiem w dłoni i błyskiem w oku, to było naturalne. Tam Sloane była u siebie. Ale tutaj? O świcie, spocona, bez makijażu, z niesfornym kosmykiem przyklejonym do skroni? Nie był przygotowany na taki widok. Nie dlatego, że coś było z nią nie tak. Właśnie dlatego, że wszystko było… zbyt dobrze. Nie wyglądała jak gwiazda. Nie wyglądała nawet jak kobieta, która wczoraj mogła mieć całą lożę tylko dla siebie. Wyglądała jak dziewczyna, która po prostu potrzebowała wyrzucić z siebie coś, czego nie da się już przespać ani wypić do końca nocy. Nie uciekał wzrokiem. Wręcz przeciwnie, kiedy się odwróciła, przyjrzał jej się dokładnie. Trochę dłużej, niż powinien. Jakby sprawdzał, czy to na pewno ona. Czy nie przewraca mu się jeszcze w głowie po nieprzespanej nocy i kobiecie, z którą obudził się dziś rano. Kiedy rzuciła, że może po imprezach lubi dobre cardio, uniósł brew, rozbawiony.
    Sloane Fletcher. O ósmej rano. Bez paparazzi. Bez widowni. I to ona właśnie zaprosiła go na śniadanie?
    Nie zdziwił się, że rzuciła kąśliwy komentarz o nocy. Słyszał w jej tonie coś więcej niż żart. Może ukłucie. Może tylko dumę, którą próbowała ratować. Nie dał niczego po sobie poznać. Nie odpowiedział. Świadomie to zignorował, jakby nie chciał dokładać jej paliwa do ognia, którego i tak już między nimi nie brakowało. Wiedział, że Sloane potrafiła uderzyć precyzyjnie, między żebrami, z lekkością, jakby rzucała przypadkowy żart. Ale wiedział też, kiedy nie warto tego podbijać.
    Zamiast tego zaśmiał się krótko i przerzucił uwagę na coś lżejszego.
    — Tak, w sumie… dokładnie tak o tobie myślę. — Przyznał, udając powagę. — Rzucasz popielniczkami, kłócisz się z połową branży i od niechcenia piszesz hity, które potem śpiewają dzieciaki w szkołach. No, może jeszcze od czasu do czasu ukradniesz scenę i porwiesz tłum, to jasne. Ale jogging o ósmej rano? — Pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem. — To już brzmi jak coś kompletnie nieprawdopodobnego.
    Przechylił głowę, zerkając na nią spod byka, rozbawiony. W słońcu błyszczały krople potu na jego skroni. Wyglądał, jakby właśnie kończył występ. Albo przygotowywał się do nowego. Tylko że teraz, zamiast sceny mieli pustą alejkę. Zamiast świateł, poranne słońce. A zamiast widowni… tylko oni.
    Ezra uniósł lekko brew, z rozbawieniem kręcąc głową.
    — Co niby jest złego w tostach i bajglach? — rzucił z udawaną powagą. — Klasyka nigdy nie wychodzi z mody. Brunch-chic w wersji LA.
    Oparł ręce na biodrach i spojrzał na nią uważnie, jakby próbował rozszyfrować, co tym razem chodziło jej po głowie i czy przypadkiem nie zmieni zdania za minutę.
    — Ale okej. Skoro klasyka cię nie rusza, to powiedz… Na co właściwie masz ochotę, Fletcher? — Uśmiechnął się kątem ust. — Może pomogę ci znaleźć coś, co nie przypomina śniadania z Instagrama. Ale nie obiecuję, że nie skończymy i tak z tostami.
    Ezra przeciągnął dłonią po karku, jakby próbując się rozbudzić do końca, a potem podciągnął rękawy bluzy pod łokcie, odruchowo, w tym charakterystycznie niedbałym geście, który miał w sobie więcej nonszalancji niż potrzeby chłodzenia się. Ruch płynny, naturalny, zupełnie nieprzemyślany, ale cholernie jego. Zerknął przy tym na Sloane, jakby chciał ocenić, czy nadal jest rozbawiona, czy może już planuje kolejne uszczypliwości.
    — No, to jak? — odezwał się znów, głosem zbyt lekkim jak na osiem rano. — Tylko nie mów, że masz ochotę na coś bez glutenu, bez cukru i bez smaku, bo wracam do domu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  78. Ezra zwykle nie miał problemu z ciętym językiem. Błyskotliwa riposta przychodziła mu z łatwością, a ironia była dla niego równie naturalna co oddech. Ale dzisiaj… Nawet kiedy rzucała w niego uszczypliwościami, coś w jej tonie, w jej rozczochranym kucyku i dłońmi zaciśniętymi na biodrach zamiast w kieliszku z różowym drinkiem, rozbrajało go bardziej, niż był gotów przyznać. Była irytująca. Czasem nieznośna. A mimo to nie potrafił się na nią prawdziwie złościć. Nie, kiedy wyglądała tak, jak teraz. Z błyskiem w oku, który mówił „jeszcze ci pokażę”.
    — Wypomnisz mi to jeszcze na łożu śmierci, co? — rzucił, zerkając na nią kątem oka, z tą charakterystyczną dla siebie ironią, która brzmiała lekko, ale niosła za sobą konkretny przekaz. — Serio, zaczynam się zastanawiać, czy nie powinienem ci zamówić jakiejś sesji terapeutycznej o żałobie po trasie.
    Pokręcił głową z cichym śmiechem. — Gdybym ci jej nie odwołał, to nie miałabyś Super Bowl, prawie gotowej płyty i tej genialnej, ubijanej fety z pistacjami na brunchu z własnym producentem. — Rzucił z udawaną powagą. — Więc naprawdę… trochę wyrozumiałości.
    Zatrzymał się na chwilę przy przejściu, dając jej szansę, żeby się zrównała.
    Ezra uniósł lekko brew, w tej znajomej mieszance rozbawienia i niedowierzania, którą zostawiał sobie właśnie na takie okazje, kiedy Sloane potrafiła zaskoczyć go w najmniej spodziewanym momencie i jeszcze dorzucić komentarz, który balansował na granicy złośliwości i szczerego wyznania. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, w legginsach, z kosmykami włosów przyklejonymi do czoła od potu, rozgrzaną i naturalną. Tak rzadko ją taką widywał. Bez filtra. Bez zbroi. A jednak wciąż tak cholernie sobą. Zerknął krótko w stronę ścieżki, jakby rozważał, czy przypadkiem nie powinni kontynuować biegu, ale szybko zrezygnował. Przesunął dłonią po ustach, po czym włożył ręce do kieszeni bluzy, uśmiechając się kątem ust.
    — Nie, nie uraziłaś. — rzucił spokojnie. — Brzmi jak plan. A omlet z homarem, nawet jestem w stanie ci wybaczyć, o ile nie każesz mi go polubić.
    Ezra parsknął krótkim śmiechem, ledwo powstrzymując się przed komentarzem, ale ostatecznie nie zamierzał milczeć.
    — Homar. Na śniadanie. — Powtórzył z niedowierzaniem i pokręcił głową, zerkając na nią z boku, jakby próbował ocenić, czy właśnie sobie z niego żartuje. — Gdzie ty się, do cholery, wychowałaś?
    Przebiegł wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się na chwilę na policzkach zaróżowionych od wysiłku i chłodu.
    — Poprzewracało ci się w tej pięknej głowie od dobrobytu, Sloane. Zupełnie. I wiesz co? — Uniósł brew. — To jest nawet trochę imponujące.
    Ezra zaśmiał się pod nosem, z takim niewymuszonym luzem, który pojawiał się u niego tylko w tych nielicznych momentach, gdy coś naprawdę go rozbawiło. Zatrzymał na niej spojrzenie na moment dłużej, wystarczająco, by zauważyć, że ramiona Sloane lekko drżały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Wciągnęła się w rozmowę, ale on nie przegapił takich detali. Skrzyżował ramiona na piersi, a kąciki jego ust uniosły się z rozbawieniem.
    — Dałbym ci swoją bluzę… — zawiesił głos teatralnie — ale nie mam nic pod spodem. — Wzruszył ramionami, udając obojętność, choć dobrze wiedział, że dokładnie mierzy jej reakcję. — Poza tym… szkoda byłoby zasłaniać taki ładny widok, nie sądzisz? — dodał luźno, rozbawiony, jakby właśnie komentował pogodę, a nie fakt, że z jakiegoś powodu wciąż nie może oderwać od niej wzroku. Mrugnął do niej przy tym i ruszył powoli przed siebie, nie pytając, czy idzie, bo jakoś wiedział, że i tak pójdzie.
    — No to chodź. — powiedział cicho. — Omlet z homarem brzmi jak wystarczający powód, żebym przełożyć swoje ważne spotkanie z kubkiem kawy i raportem PR.
    Nie obejrzał się, ale nie miał wątpliwości, że pójdzie za nim. Śmiech zatańczył mu w kąciku ust, ale w jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko przelotne rozbawienie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  79. Ezra przez moment tylko na nią patrzył. Niby spokojnie, bez cienia emocji, a jednak… coś w nim drgnęło. Ten błysk w oku, który pojawiał się zwykle wtedy, kiedy miał coś zgryźliwego do powiedzenia, zgasł, ale tylko na chwilę.
    — Nie mam nic przeciwko homarom. Po prostu… — rzucił w końcu, z lekkim przekąsem, ale i rozbawieniem, które ledwo dało się ukryć. — To śniadanie, nie pokaz kulinarny w Monte Carlo. — Kącik jego ust drgnął niebezpiecznie, jakby zaraz miał się uśmiechnąć, ale się powstrzymał. — Ale doceniam próbę wprowadzenia finezji do porannego joggingu. — Zatrzymał się z nią przy światłach i odwrócił przodem, tak jak ona. Przez sekundę po prostu patrzył, bez mrugnięcia. — A co lubię poza hot dogami?
    Zerknął na jej dłoń, którą przesunęła po ramieniu, jakby miała odgarnąć jakiś pyłek, ale tak naprawdę była to wymówka, żeby być bliżej. Nie skomentował tego. Zerknął w górę, udając głęboki namysł, choć uśmiech w kąciku ust zdradzał, że dobrze wie.
    — Ciszę. Spokój. Kobiety, które wiedzą, czego chcą. I… brunche, które nie wyglądają jak obrazek z Pinteresta. — Zamilkł na ułamek sekundy. — A co lubię naprawdę? Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci powiem.
    Ezra zsunął na nią wzrok z lekko uniesioną brwią, nie z oburzenia, nie z udawanego zdziwienia, ale z tego samego rozbawienia, które rozchodziło mu się po twarzy od dobrych kilku minut. Nie miał nic przeciwko temu, żeby go punktowała. Prawdę mówiąc, zaczynało go to coraz bardziej bawić.
    — I tak, potwierdzam — powiedział w końcu, rozkładając bezradnie dłonie. — Ładna jesteś. To ci się udało. Ale masz jeszcze co najmniej dziesięć innych rzeczy, które mogą ludziom kompletnie pomieszać w głowie. Nie ograniczaj się do cycków. — Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na światła, które nadal uparcie świeciły się czerwienią. — Poza tym… jakbym się naprawdę na nie gapił, to byś już dawno coś powiedziała. Albo mnie zdzieliła po łbie. Albo jedno i drugie.
    Zerknął na nią z ukosa, kiedy rzuciła tekst o cyckach. Prychnął krótko pod nosem, z tym półuśmiechem, który bardziej znaczył: serio, Sloane? niż jakąkolwiek dezaprobatę. Ale nie zaprzeczył. Nie musiał. Oczy zrobiły swoje.
    — Przysięgam, próbuję być dżentelmenem, ale ty mi to pieprzysz w głowie szybciej niż zdążę się poprawnie zachować. — Mruknął pod nosem. I może to był żart, a może nie do końca. Światło wciąż było czerwone. Ulica przed nimi, pusta. Ludzie mijali ich w biegu, w słuchawkach, nie zwracając większej uwagi. Ezra przesunął wzrok na Sloane, a potem zsunął spojrzenie po jej sylwetce. Tak, widział ją w niejednym wydaniu, scenicznym, nocnym, rozbawionym. Ale to właśnie to zwyczajne miało w sobie coś niepokojąco prawdziwego.
    — A cycki masz całkiem przyzwoite, skoro już pytasz. — Wzruszył ramionami, z taką nonszalancją, jakby mówił o pogodzie. Zielone światło. Ruszyli. Ale to jedno spojrzenie, głębokie, dłuższe niż powinno, jeszcze zostało między nimi na chwilę dłużej. Ezra przeszedł przez pasy pierwszy, ale zaraz zwolnił, odwracając się lekko przez ramię, jakby sprawdzał, czy Sloane nadal za nim idzie. Oczywiście, że szła, butnie, bez wahania, z tym samym wyrazem twarzy, który równie dobrze mógł znaczyć: „Zamknij się” albo „Zaskocz mnie”. Zaczekał aż zrówna się z nim, a potem kątem oka znów spojrzał na jej odkryte ramiona. Drobne dreszcze może i próbowała ukryć, ale jego wzrok był zbyt uważny.
    — Wiesz, jak będzie ci zimno… — zaczął z udawaną powagą, jakby wygłaszał ważną poradę życiową — …to zawsze możesz się przytulić. — Zatrzymał się na moment i rozłożył teatralnie ramiona, jakby czekał aż Sloane rzuci mu się na szyję. Na jego ustach pojawił się łobuzerski uśmiech, który rozbroiłby niejedną osobę, ale nie ją. Albo raczej: nie od razu. Sloane była zbyt dumna, zbyt przyzwyczajona do tego, by sama rozdawać karty. I Ezra o tym wiedział. Tym bardziej go bawiło to całe przeciąganie liny, nawet jeśli w środku czuł coś, czego nie potrafił jeszcze zdefiniować. Nie cofnął rąk od razu. Czekał pół sekundy za długo, jakby naprawdę był gotów ją objąć.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  80. Ezra uniósł lekko brew, jakby rozważał, czy rzeczywiście powinien podzielić się czymś, co mogłoby stać się źródłem żartów na jego temat przez następny rok.
    — Wstydliwe hobby? — powtórzył w końcu z udawaną powagą, jakby właśnie przeglądał w głowie listę potencjalnych grzechów. — Kolekcjonuję rozczarowania. Mam ich całą półkę. Ładnie wyglądają w słońcu.
    Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, ten lekki, zbyt niewinny uśmiech, który u niego rzadko bywał rzeczywiście niewinny. Rzucił jej krótkie spojrzenie spod zmrużonych powiek, jakby przez moment naprawdę zastanawiał się, czy powinien jej coś zdradzić, czy po prostu dać jej się gotować w niepewności.
    — Raz w tygodniu rozkładam puzzle. Tysiąc elementów. Mam cały system. Segreguję według kolorów, krawędzie układam pierwsze… — mówił to całkiem poważnym tonem, ale w oczach miał czystą rozbawioną prowokację. — I zawsze słucham przy tym Chopina. — Zamilkł na chwilę, tylko po to, by rzucić z absolutną powagą: — Jak przystało na kogoś, kto lubi ciszę i kobiety, które wiedzą, czego chcą. — Puścił jej oczko, odbijając piłeczkę, jakby to była tylko gra. — A jeśli cię to nie przeraziło, mogę ci kiedyś pokazać moją kolekcję origami. Mówimy tu o ambitnych projektach: smoki, mitologiczne stwory, zbroje samurajskie z jednej kartki. Niektóre mają nawet imiona.
    Zatrzymał się, patrząc na nią absolutnie poważnie, a potem dodał z ledwie zauważalnym błyskiem w oku.
    — A jak naprawdę potrzebuję się wyciszyć, to robię miniaturowe meble z zapałek. Wiesz, stoliki do kawy, krzesła… Ostatnio zrobiłem nawet mały papierowy ekspres do kawy.
    I dopiero wtedy uśmiechnął się szeroko, w tym typowo ezrowym stylu, kiedy doskonale wie, że właśnie ją wkręca, ale nie zamierza się przyznać, dopóki ona pierwsza się nie zorientuje.
    Ezra przez chwilę stał bez ruchu, z rękami wciąż rozłożonymi, jakby naprawdę czekał, aż Sloane do niego przylgnie. Nie ruszył się nawet wtedy, kiedy zrobiła ten jeden krok prawie niezauważalny, ale wystarczający, by napięcie między nimi zafalowało. Poczuł jej palce, zaczepione o materiał bluzy. Nie wtuliła się w niego, ale była blisko. Wystarczająco, by usłyszeć jego nierówny oddech, który sam próbował wyrównać w jednej, głębszej niż zwykle ciszy.
    Jej słowa nie zaskoczyły go, ale coś w środku nieznacznie zadrgało. To, jak bardzo bawiło ją prowokowanie go. To, jak dobrze znała jego reakcje. Jak bardzo znała jego. Stał spokojnie, z rozpostartymi ramionami i tym nieznośnie wyważonym uśmiechem, który od lat służył mu za zbroję. Ale teraz… coś się w nim przesunęło. Może to był sposób, w jaki Sloane wsunęła palce w materiał jego bluzy, jakby mogła się nim okryć, ale wcale nie szukała ciepła. Albo ton jej głosu, lekki, drażniący, a mimo to na swój sposób intymny.
    — Nie potrzebuję podstępów — odparł cicho, niższym niż zwykle głosem, ledwo powstrzymując uśmiech. — Gdybym chciał, już byś tu była. — Dodał, pochylając się lekko, tak jakby miał jej coś wyszeptać na ucho, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. — Ale… rozumiem. Może następnym razem.
    W końcu Ezra westchnął, bez przekonania, ale z rozbawieniem i opuścił ręce, które chwilę wcześniej rozkładał z tym ironicznym teatralizmem. Jego wzrok spoczął na jej dłoniach, które jeszcze przed chwilą dotykały jego bluzy. Było w tym coś niemal intymnego. Nie jej ruch, ale to, że pozwolił, by trwało to tak długo. W jego spojrzeniu znów zamigotało coś trudnego do uchwycenia, błysk nie tyle ironii, co rozbawienia zmieszanego z czymś bardziej osobistym. Uśmiech nieco zmiękł.

    OdpowiedzUsuń
  81. Rzucił jej spojrzenie spod zmrużonych powiek, zupełnie inne niż tamto, teatralne sprzed chwili. To już nie był żart. To było wyzwanie.
    — Peszę się? — powtórzył z rozbawieniem, nie kryjąc już uśmiechu. Kiedy rzuciła o tym, że ostatnim razem się zbliżyła, a on uciekł, zadrwiła, ale trafiła celnie. Ezra nie zareagował od razu. Tylko patrzył na nią, uważnie, intensywnie, aż jego spojrzenie na moment spoczęło na jej ustach, a potem wróciło do oczu.
    — Nie uciekłem. — Powiedział cicho, ale pewnie. — Wyszedłem, bo zostało mi jakieś minimum zdrowego rozsądku.
    Spojrzał na nią, a jego wzrok zsunął się przez moment na jej dłonie, które jeszcze nie opuściły jego bluzy. — A reputacja… — dodał z lekkim westchnieniem, które mogło być śmiechem — …jest przeceniana. Zwłaszcza w naszym zawodzie. Przez moment nie zrobił ani kroku, nawet kiedy się odsunęła, jej dłonie jeszcze dotykały jego boków, a on jakby nie miał najmniejszej ochoty przerywać tej chwili. Tyle że oboje wiedzieli, że muszą.
    — To była obiektywna ocena — odparł spokojnie, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku, który zdradzał wszystko, czego nie powiedział na głos. — Gdybym pozwolił sobie na ocenę subiektywną i to powiedział… — uniósł brew z teatralnym namysłem, nadal trzymając wzrok na jej twarzy. Nie wypowiedział słowa „boskie” na głos, ale sądząc po minie Sloane łatwo się tego domyśliła. — To byłoby już kompletnie nieprzyzwoite. I absolutnie nieodpowiednie. Biorąc pod uwagę… naszą profesjonalną relację. Nie sądzisz? — Zamilkł na ułamek sekundy, przyglądając się jej reakcji. Uśmiech, który pojawił się w kąciku jego ust, był ledwo zauważalny, ale podszyty czymś dużo głębszym niż zwykły flirt. Czymś, co Ezra zwykle ukrywał pod kontrolą, ale co przy niej co jakiś czas wychodziło na powierzchnię. — Więc zostańmy przy przyzwoitych — dodał z lekkim wzruszeniem ramion. Oczywiście, że wiedział, co robi. Ezra rzadko rzucał słowa bez celu. A to było kolejne podrażnienie tej cienkiej, lekko napiętej granicy między nimi. Tej, której przekroczyć nie zamierzał… Przynajmniej narazie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  82. Ezra uniósł brew i spojrzał na nią z pobłażaniem, takim, jaki rezerwuje się tylko dla wyjątkowych kobiet, które myślą, że są o krok przed tobą, a tak naprawdę właśnie dały się wciągnąć w grę, której reguły znasz od lat.
    — Kłamca? — prychnął, udając oburzenie. — Skarbie, jestem artystą. Opowiadam historie. Czasem są prawdziwe, czasem mają smoki z origami i Chopina grającego na miniaturowym pianinie z papier-mâché. Wiesz, kreatywność. Ty chyba powinnaś to rozumieć.
    Uśmiechnął się z tym swoim niespiesznym, kącikowym grymasem, który równie dobrze mógł być żartem, jak i wyzwaniem. Potem nachylił się lekko, tak że dzieliło ich już tylko kilka centymetrów i właśnie wtedy, kiedy mogłaby pomyśleć, że coś zrobi… Ezra po prostu westchnął i spojrzał w bok.
    — A co do pytania, czy chcę, żebyś tu była… — rzucił, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. — Chyba zauważyłaś, że nie uciekłem, kiedy cię zobaczyłem. A to u mnie już prawie jak przytulenie.
    Potem spojrzał z powrotem na nią. Z tym półżartem, półczymś głębszym, co na moment zawisło w powietrzu między nimi.
    — Poza tym — dodał lekko, rozkładając teatralnie ręce, tak jak wcześniej, tylko teraz odrobinę bliżej, prowokując ją bardziej świadomie. — Mówiłem, że jak ci zimno, możesz się przytulić. Serwis dostępny jeszcze przez jakieś dwie przecznice. Potem wzrasta cena.
    Mrugnął do niej, udając, że się rozgląda, jakby faktycznie sprawdzał, ile jeszcze zostało do skrzyżowania.
    — Bo wiesz, nieprzyzwoicie długo stoisz z dłońmi przy moich żebrach i jeśli to ma być tylko element twojej nowej charytatywnej działalności, to uprzedzam, że zaczynam się przywiązywać.
    Przez krótką chwilę Ezra zapomniał, co właściwie powiedział. Zapomniał, że to miał być tylko żart, zaczepny, lekki, ironiczny, jak większość ich rozmów. Bo kiedy poczuł, jak jej dłonie zaczepiają się o jego bluzę i zostają tam odrobinę zbyt długo… coś w nim się poruszyło. Ta myśl, której nie zdążył zatrzymać. Obraz, który przetoczył się przez jego głowę z taką siłą, że musiał wziąć głębszy oddech, jakby to miało pomóc. Co on by dał, żeby po prostu położyć dłonie na jej talii, przyciągnąć ją do siebie, na poważnie, bez niedopowiedzeń, bez żartu w tle i pocałować. Tak po prostu. Bez tego dystansu, który uparcie trzymali, bez tego całego „a co jeśli”. Znał już smak jej skóry, zapach perfum, ten lekki trzask napięcia w powietrzu, gdy stali zbyt blisko. Ale teraz, w tej chwili, na ulicy, w porannej chłodnej ciszy Los Angeles, miał ochotę to wszystko jeszcze bardziej skomplikować. Czuł, jak jego palce mimowolnie poruszyły się przy bokach, jakby ciało szukało pretekstu, by zrobić ten jeden krok. Było w niej coś, co rozbrajało jego czujność. Coś, co mimo wszystkich jego racjonalnych mechanizmów obronnych, wślizgiwało się pod skórę. Zacisnął szczękę i jeszcze raz wciągnął powietrze. Głębiej, spokojniej. Uspokój się, Creighton. To tylko żart. To tylko Sloane. Tylko… I aż.
    Ezra nie odsunął się od razu. Jeszcze przez ułamek sekundy trwał tak blisko, jakby sprawdzał, czy to, co usłyszał, naprawdę padło z jej ust. Te słowa, bezczelne, pewne siebie, z nutą zuchwałości, która była tak bardzo jej, uderzyły go mocniej niż chciałby przyznać. Czuł ich echo w klatce piersiowej, w pulsie, który przyspieszył, zanim zdążył to powstrzymać. Mogła nie wiedzieć, jak bardzo miała rację. To nie był przypadek, że się wtedy odsunął. Nie był też speszony. Był cholernie świadomy. Świadomy tego, że gdyby sięgnął wtedy dalej, nie potrafiłby się już zatrzymać. A może nawet nie chciałby. Uniósł lekko kącik ust, jakby coś go rozbawiło, ale ten uśmiech był krzywy, podszyty napięciem, którego nie dało się już ukryć.
    — Mhm — powtórzył tylko, mimując jej wcześniejsze potwierdzenie, ale jego głos był niższy, głębszy. — Brutalne… może. Ale tylko dlatego, że…
    Nie dokończył. Zabrakło mu słowa, które nie brzmiałoby jak przyznanie się do winy. Do tego, że miał ochotę na dokładnie to, co ona. Nadal miał. I cholernie go to rozpraszało.

    OdpowiedzUsuń
  83. Zacisnął lekko palce, jakby chciał się czegoś trzymać, choć niczego nie trzymał. Jej słowa o tym, że „profesjonalna relacja nie ma z tym nic wspólnego”, sprawiły, że jego spojrzenie na chwilę złagodniało. Jakby w końcu usłyszał coś, czego wcześniej nie potrafił nazwać. Ona naprawdę rozróżniała te dwa światy, pracę i… to. Cokolwiek to było.
    — Ale tak. — Dodał w końcu z nieco ironicznym uśmiechem, lekko prostując się, jakby chciał się odsunąć, ale jeszcze tego nie robił. — Pozostańmy przy przyzwoitych. Przynajmniej do końca tego śniadania. Potem możemy… negocjować warunki.
    Puścił jej oczko. Jak zawsze balansując między żartem a czymś znacznie poważniejszym. W końcu, bez żadnego komentarza, bez droczenia się czy przytyku, Ezra po prostu ściągnął z siebie bluzę i zarzucił ją na jej plecy. Ruch był szybki, niemal nonszalancki, jakby nie chciał, by zdążyła zaprotestować. A może chciał to zrobić zanim sam zmieni zdanie.
    — Żebyś mi potem nie jęczała przez tydzień, jak się przeziębisz — rzucił niby nonszalancko, ale ton miał dziwnie miękki, prawie ciepły. Mruknął przy tym, jakby to była najbardziej logiczna rzecz na świecie. Żadnej aluzji, żadnego flirtu. Po prostu troska. A potem się odsunął, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło. W rzeczywistości, coś jednak się wydarzyło. Bo kiedy materiał bluzy opadł na jej ramiona, Ezra poczuł, jak narasta w nim to znajome, ciche napięcie. Ale tak będzie lepiej, powiedział sobie. Ona się zakryje. A on się… schłodzi. Trochę dosłownie, bo poranny chłód szybko wgryzł mu się w skórę. Ale i trochę metaforycznie. Bo dystans, choć niewielki, wrócił. I może właśnie tego teraz potrzebował. Drobnego przypomnienia, że musi trzymać się ram. Bo Sloane nie była dla niego bezpieczna. I dobrze o tym wiedział.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  84. Ezra patrzył na nią przez ułamek sekundy z czymś, co przypominało rozbawienie, ale pod spodem miało w sobie coś dużo bardziej… niebezpiecznego. Gdyby tylko znała choćby połowę z historii, które zatrzymał dla siebie. Te, w których jej postać pojawiała się częściej, niż sam był gotów przyznać. Czasem mówiła, że to on ucieka, ale nie wiedziała, że prawda była o wiele bardziej przewrotna. Ezra nie uciekał. On tylko wiedział, jak wyglądałby koniec, gdyby został.
    Nie odpowiedział od razu, kiedy spytała, czy to on nie chce. Czy to ona była rozsądniejsza. Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy i przez chwilę, krótką, cholernie intensywną chwilę naprawdę rozważał, czy nie powiedzieć tego głośno. Że to wcale nie chodzi o to, że nie chce. Chce aż za bardzo. Ale problem z pożądaniem był taki, że miało paskudną tendencję do zamieniania się w potrzebę. A potrzeby… Potrzeby mogły zniszczyć wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie.
    W końcu wzruszył lekko ramionami. Zupełnie jakby nie miało to znaczenia.
    — Może to właśnie jest odpowiedź. — Jego głos był spokojny, pozornie obojętny, ale w tej obojętności kryło się coś innego, rodzaj rezygnacji albo zmęczenia, którego nie dało się nie wychwycić. — Taka która pozwoli ci nie komplikować sobie życia.
    Nie brzmiał, jakby próbował ją zranić. Brzmiał, jakby stawiał między nimi mur, który ktoś musiał w końcu postawić, a skoro ona wciąż była o krok za blisko, musiał to zrobić on.
    Ale nie odsunął się. I nie zniknął. Jej dłonie przy jego żebrach, jej wzrok wbity w niego, ten ton, balansujący między kokieterią a wyzwaniem, Sloane naprawdę potrafiła być nie do zniesienia w najlepszy możliwy sposób. I wcale nie wyglądała, jakby zamierzała się odsunąć. W myślach Ezra już zdążył przesunąć dłonie na jej talię. Czuł ten impuls w palcach, tak znajomy, tak niekontrolowany, że aż sam siebie zaskoczył. Chciał ją przyciągnąć. Przyciągnąć i pocałować. Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. Bez konsekwencji. Bez słów. Myśl przeszła przez jego głowę z taką siłą, że aż wziął głębszy wdech. Ale zamiast tego, tylko lekko przekrzywił głowę i przysunął się o ułamek centymetra bliżej, jakby niechcący naruszył ostatnią granicę prywatności.
    — Może przeszkadza — mruknął, wzruszając lekko ramionami. — A może nie.
    Powiedział to bez większego nacisku, nonszalancko, jakby sam do końca nie był pewien, co z tym zrobić. Jakby nie potrafił już odróżnić, gdzie kończy się jego własna granica komfortu, a zaczyna coś, co po prostu przestał próbować kontrolować. Jakby pogodził się z tym, że Sloane zawsze będzie działać na niego inaczej niż wszyscy. Nawet jeśli nie powinno.
    — Trudno powiedzieć, Fletcher. — dodał jeszcze cicho, z tym pół-uśmiechem, który nigdy nie był do końca rozbawiony. — Ty mi generalnie komplikujesz system nerwowy, więc może się nie liczy.
    Usta drgnęły mu w czymś na kształt uśmiechu, ale nie było w nim nic jednoznacznego, ani ciepła, ani chłodu.

    OdpowiedzUsuń
  85. Był jedynie tym, co między nimi wisiało. Nieokreślone. Nie potrzebował dokończonych słów, żeby wiedzieć, co chciała powiedzieć. A może nie chciała? Może po prostu chciała zostawić to zawieszone w przestrzeni, jak nutę, która jeszcze się nie wybrzmiała. I nie zamierzała. Jego spojrzenie powędrowało na bok, jakby chciał coś sprawdzić, choć dobrze wiedział, że nie ma wokół nich nikogo, kto by ich rozproszył. I może właśnie to było najgorsze, że byli tylko oni. W wersji, której nie dało się obrócić w żart.
    — Poradziłem sobie — powiedział w końcu, a jego głos brzmiał zbyt spokojnie, zbyt opanowanie. Słowa zabrzmiały jakby rzucił je mimochodem. Nie skomentował więcej. Bo co miałby jej powiedzieć? Zamiast tego, kiedy odrzuciła jego uwagę o negocjowaniu warunków,
    Ezra parsknął cicho, jakby właśnie usłyszał najlepszy żart tego poranka.
    — Tylko jedna? — powtórzył, teatralnie unosząc brwi i rzucając jej krótkie spojrzenie z ukosa. — Rozczarowujesz mnie, Fletcher.
    Zatrzymał się na moment, jakby chciał dać tym słowom wybrzmieć, ale uśmiech, który zagościł na jego twarzy, był zbyt miękki, żeby brzmiało to serio. — Trzy dni urlopu, trzy piosenki do napisania. Plan idealny. A ty co? Realizujesz go w jednej trzeciej… — Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem, jakby właśnie zawiodła go jako partnerka w zbrodni. — Gdybym był twoim szefem, już bym cię wezwał na dywanik. Na szczęście jestem tylko producentem. — Dodał z lekkim uśmiechem, bo oboje doskonale wiedzieli, że tylko nie miało tu nic wspólnego z rzeczywistością. Zerknął jeszcze raz na nią, jakby chciał coś dodać, może coś poważniejszego, może zupełnie odwrotnego, ale zamiast tego po prostu wsunął dłonie do kieszeni spodni, wzruszył ramionami i dodał już lżejszym tonem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  86. Ezra słuchał, jak mówi, a jego wzrok zatrzymał się na niej z tą samą mieszanką niedowierzania i uznania, z którą już kilka razy wcześniej zdarzyło mu się na nią spojrzeć, tylko tym razem nie próbował tego ukrywać. Jej słowa były jak tykająca bomba: z pozoru lekka, błyskotliwa i zabawna zabawa, ale pod spodem, cholernie blisko prawdy. I niebezpieczna. Dla nich obojga. Zaciągnął się powietrzem, po czym wypuścił je przez nos, jakby próbował się sam przed sobą nie roześmiać. Albo nie westchnąć głośno z czymś, co brzmiałoby zbyt blisko „Boże, dziewczyno, daj mi spokój albo daj mi siebie”. Ani jedno, ani drugie nie było bezpieczne.
    — Masz talent — rzucił w końcu. — Do komplikowania rzeczy. I jeszcze większy do udawania, że to wszystko tylko żarty.
    Nie wyglądał jednak na zirytowanego. Raczej na kogoś, kto… się poddaje? Albo próbuje odsunąć od siebie pewność, że znowu zostanie pożarty przez coś, w co sam wszedł z otwartymi oczami. Przez chwilę nie mówił nic więcej. Tylko patrzył na nią z tym swoim półuśmiechem, który wcześniej mógłby wkurzyć, ale teraz był czymś więcej. Cichą zgodą. Sygnałem, że jej gra się nie odbija. Wręcz przeciwnie. Przenika przez niego z siłą, której nawet nie udaje się zatrzymać.
    — Nie chodzi o piosenki, Sloane. I nie chodzi o żarty. — Głos miał spokojny, ale pod nim wyraźnie tętniło napięcie. — Ty to wszystko wiesz. A i tak dalej to robisz. — Nie powiedział, żeby przestała. Nie powiedział, że to mu przeszkadza. Nie musiał. Bo nie wyglądał, jakby tego chciał. — Więc pytanie nie brzmi: czy możesz mnie przekonać. — Jego głos był teraz niższy, niemal szeptem, ale nie potrzebował większej siły. — Tylko: co się stanie, jak ci się to uda?
    Milczał potem. Bo coś w tym pytaniu… zostało między nimi jak otwarte drzwi. Z odpowiedzią, która nie powinna paść, ale przecież oboje już ją znali. Ezra spojrzał na nią jeszcze przez moment, jakby naprawdę się zastanawiał, czy właśnie powiedział za dużo, czy powinien teraz zamilknąć i się cofnąć, czy może wręcz przeciwnie: pójść o krok dalej, skoro i tak już są na granicy. Zamiast tego odchylił lekko głowę, uważnie przyglądając się Sloane, jakby próbował ją rozgryźć i chociaż znał już kilka jej sztuczek, wiedział, że każda kolejna odsłona tej gry potrafiła go zaskoczyć.
    — Albo może nie chcesz mnie przekonywać. — Jego głos znów przybrał ten ironiczny ton, z którego słynął, ale tym razem było w nim coś cichszego, głębszego. — Może to po prostu jeden z tych momentów, kiedy lubisz zobaczyć, jak ktoś się w tobie roztapia, a potem udawać, że nie rozumiesz, o co chodzi. — Pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem, niemal bezgłośnie. Cisza między nimi zadrżała jak napięta struna. A Ezra choć wciąż nie dotknął jej nawet palcem wyglądał, jakby zrobił coś znacznie bardziej ryzykownego.
    Knajpa była niewielka, raczej lokalna niż modna, bez zbędnych udziwnień, ale z klimatem, który miał w sobie coś uspokajającego. Taras wychodził wprost na ocean, a poranne słońce malowało delikatne refleksy na wodzie, która rozciągała się aż po linię horyzontu. Ezra nie musiał nic mówić, tylko uchylił drzwi i pozwolił jej wejść pierwszej, a potem ruszył za nią, zerkając krótko w stronę tarasu. Drewniany stolik i dwa krzesła z poduchami w wyblakłych kolorach przywodziły na myśl miejsca, gdzie czas nie pędził i nikt nie próbował udawać, że panuje nad rzeczywistością. Wszystko pachniało świeżym chlebem, cytrusami i kawą. W tle sączyła się spokojna muzyka, która tylko podkreślała, że to był jeden z tych poranków, które powinny trwać dłużej. Ezra przysunął jej krzesło, niby od niechcenia, ale zrobił to zanim zdążyła sama. A potem usiadł naprzeciwko, bokiem do oceanu, żeby ją lepiej widzieć. Nie odezwał się od razu. Spojrzał tylko w bok, na tę niepokojąco spokojną taflę wody, jakby potrzebował chwili, żeby coś w sobie przyciszyć. Na stoliku wylądowały dwie szklanki z wodą i cienkie, szorstkie menu zapisane odręcznym pismem.
    — Jedna porządna piosenka to dobry start. — Skinął głową, jakby to była najrozsądniejsza rzecz, jaką dzisiaj usłyszał. — Zwłaszcza jeśli ta jedna potrafi rozpierdolić system.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  87. Ezra uniósł brew, zupełnie jakby właśnie usłyszał największą herezję poranka, ale kąciki jego ust zadrgały, jakby ledwo powstrzymywał się przed śmiechem.
    — Oho… — Pokiwał głową z teatralnym przejęciem. — Widzisz, to lubię. Skromność. Pokora. Profesjonalizm.
    Oparł się wygodniej na krześle, przesuwając wzrokiem po lśniącej tafli oceanu przed nimi, jakby chciał wybrzmieć swoją pauzą, zanim znowu na nią spojrzał. Ezra zmarszczył lekko brwi, niby z rozbawieniem, niby z niedowierzaniem, ale głównie po to, żeby nie było aż tak łatwo odczytać jego rozbawienia. Oparł łokieć o stół, obracając szklankę z wodą w palcach, zanim znowu na nią spojrzał, spokojnie, ale uważnie.
    — Och, błagał? — powtórzył powoli, jakby to słowo wyjątkowo go rozbawiło. — Brzmi… znajomo. Chyba ktoś już mi kiedyś coś podobnego obiecywał.
    Uśmiechnął się pod nosem i przez krótką chwilę wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, kiedy miał ochotę odpowiedzieć jej czymś jeszcze bardziej bezczelnym — ale coś go powstrzymało.
    — Ale pozwól, że to ja decyduję, kiedy będę błagał. I o co… — Dodał niższym tonem, który miał w sobie coś rozbawionego, ale i jednoznacznie prowokującego. Zerknął na kartę, ale nie był skupiony. Palcami bezwiednie stuknął w drewno stołu, jakby musiał się czymś zająć, żeby nie zdradzić za bardzo, że każde jej słowo trafiało w cel.
    — Jeśli każda z tych piosenek będzie choć w połowie tak bezczelna jak ty teraz… — Uniósł wzrok i spojrzał na nią z tym swoim znanym półuśmiechem. — To możemy nie mieć problemu z odbudowaniem twojej kariery.
    Zamilkł na moment, pozwalając zawisnąć temu zdaniu między nimi. I dokładnie tak, jak zawsze, nie było wiadomo, czy mówi serio, czy tylko znów drażni się dla sportu. Ale jedno było pewne, Sloane go fascynowała. I z każdą kolejną minutą ta fascynacja robiła się trudniejsza do zignorowania.
    Ezra parsknął cicho pod nosem, jakby coś w jej słowach rozbawiło go bardziej, niż powinno. Przeniósł spojrzenie z menu prosto na nią i przez moment nie odpowiedział, tylko się jej przyglądał. Trochę z rozbawieniem. Trochę z tym cichym, niepokojącym spokojem, który przychodził mu tylko wtedy, gdy naprawdę coś czuł, ale jeszcze nie zdecydował, czy chce się do tego przyznać.
    — Słyszę ten ton, Fletcher. — Oparł się wygodniej, przesuwając kciukiem wzdłuż dolnej wargi, jakby potrzebował się powstrzymać przed zbyt szybką odpowiedzią. — Ten: „Ezra, wszystko mogłoby być prostsze, gdybyś po prostu przestał udawać, że masz nad tym jakąkolwiek kontrolę”.
    Przechylił głowę, prawie jak ona chwilę wcześniej. Lustrował ją spojrzeniem, bezczelnie spokojnym, bez wyzwania, ale z czymś, co wybrzmiało bardziej jak ciche „uważaj, bo możesz się przeliczyć”. Ezra przez chwilę jeszcze milczał. Jego spojrzenie nie uciekło, przeciwnie, utkwiło w niej z tą uważnością, którą rzadko komukolwiek oferował. W tej sekundzie nie wyglądał na rozbawionego. Ani na spiętego. Raczej… wyczekującego. Nachylił się nieznacznie w jej stronę, opierając łokcie na stole, tak że dzieląca ich przestrzeń jeszcze bardziej się zmniejszyła.
    — Okej. — Jego głos był niższy niż zwykle, spokojny. — Skoro już tak pięknie mówimy o przekraczaniu granic i o tym „a co, jeśli”… to powiedz mi jedno. — Zamilkł tylko po to, by upewnić się, że ona patrzy na niego tak samo, jak on patrzył na nią. — Do czego ty właściwie dążysz, Sloane?
    Zamilkł na moment, pozwalając, by pytanie zawisło w powietrzu. Jego wzrok nie uciekał. Nie było w nim zaczepki, nie prowokował, chciał wiedzieć.
    — Czego tak naprawdę chcesz?
    Słowa padły spokojnie, ale gęsto, jakby wiedział, że odpowiedź, którą mogłaby mu dać, mogłaby coś zmienić. Jakby chciał, żeby spojrzała pod własne gierki, poza tę całą grę w uwodzenie, przewagi, kontrolę. Jakby próbował dotknąć tej jednej rzeczy, której nie mówiła głośno, może nawet sobie.

    OdpowiedzUsuń
  88. Ton miał miękki, ale w tym pytaniu było coś surowego. Nie chodziło o flirt. Ani o gierki. To nie była zaczepka. Ezra naprawdę chciał wiedzieć, bo wiedział, że jeśli to powie, jeśli raz pozwoli sobie na coś więcej, to nie cofnie się ani o krok. Furtka między nimi była otwarta, owszem. Ale Ezra stał w niej oparty ramieniem o framugę, jakby mówił: wejdź, jeśli się odważysz, ale wiedz, że potem nic nie będzie już takie samo.
    — Mnie? Tej gry? Czegoś więcej? — Uniósł nieznacznie brwi, bez wyzwania, z tą samą lodowatą pewnością siebie, która zawsze czaiła się w jego słowach. — Bo jeśli to tylko flirt, tylko adrenalina… to w porządku. Ale jeśli to coś innego, to chcę wiedzieć, z czym naprawdę mam do czynienia.
    Tego ranka każde jej słowo niosło ze sobą dwuznaczność, a każde spojrzenie miało w sobie coś z obietnicy i wyzwania zarazem. Ezra nie mógł już dłużej udawać, że tego nie słyszy. Wszystko wisiało między nimi tak gęsto, że mógłby to dotknąć. To nie był wieczór po drinkach i słowa które można zrzucić na wpływ alkoholu czy chwilowej euforii. Nie był to też przelotny flirt rzucony mimochodem w zatłoczonym klubie. Teraz, przy śniadaniowym stoliku, z widokiem na spokojny ocean i światłem poranka padającym na jej profil, nie było już żadnego filtra. To nie były zaczepki z nudów? Coś bardziej świadomego, celowego? Ezra czuł, jak te frazy, wypowiadane lekko, z tym półuśmiechem, osiadają w nim z opóźnionym zapłonem. Jak każdy żart wbija się gdzieś pod skórę. Nie mógł już udawać, że to nie robi różnicy. Nie kiedy mówiła to wszystko tak blisko. Nie kiedy wiedziała dokładnie, co robi.

    Carter

    OdpowiedzUsuń
  89. Ezra tylko pokręcił głową, kiedy usłyszał o błaganiu o więcej. Nie pierwszy raz słyszał od niej coś w tym stylu i pewnie nie ostatni. Czasem się jej czepiał ot, dla sportu, albo po to, żeby zobaczyć, jak się na niego rzuca z ripostą, ale gdyby naprawdę nie wierzył, że potrafi napisać coś porządnego, nigdy nie zabiegałby o to, by podpisała kontrakt z jego wytwórnią. W głębi duszy uważał, że Sloane miała wszystko, czego trzeba, tylko nikt wcześniej nie potrafił jej dobrze poprowadzić. W jej twórczości było coś autentycznego, co trudno było dziś znaleźć i on to widział. Widział to od samego początku, zanim jeszcze powiedziała mu cokolwiek konkretnego. Mimo jej zaczepnych słów i dumnego tonu, wydawało się, że lekko się uniosła. Może poczuła się niedoceniona, może znów zbyt mocno próbowała udowodnić coś, co i tak było już dla niego oczywiste.
    Wydawało się, że jej głos nabrał lekkiego napięcia, może przez jego żarty, może przez to, że nie lubiła, gdy ktoś kwestionował jej zaangażowanie. Ezra jej nie poganiał. Nie na poważnie. Czasem tylko prowokował, świadomie i z rozmysłem. Wiedział, że potrzebuje przestrzeni, żeby zapalić się do tego na własnych warunkach, i nie zamierzał jej tego odbierać. Gdy wspomniała o byłych, Ezra tylko uniósł brew.
    — Przecież dałem ci wolną rękę. — Mruknął spokojnie, odkładając filiżankę. — Wiedziałem, że dostanę dokładnie to, czego chcę, niezależnie od tego, o czym będą twoje teksty.
    Najwyraźniej się nie zrozumieli. Ale Ezra nie poganiał jej naprawdę. Czasem tylko ją zaczepiał, wbijał małe szpilki, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Gdyby nie wiedział, że ma do czynienia z kimś, kto potrafi je wyciągać z uśmiechem na ustach, pewnie nawet nie próbowałby tego robić.
    — Nie zamierzam cię kastrować z emocji… — Uśmiechnął się pod nosem, kiedy wspomniała o seksie i morderstwie. — I nie poganiam. Wiem, że dobre rzeczy potrzebują czasu.
    Wiedział też, że to wszystko nie działo się tylko dlatego, że Sloane potrzebowała inspiracji. Gdyby chodziło jej jedynie o teksty, już dawno poszłaby do łóżka z kimkolwiek, kto rzuciłby jej błyskotliwy komentarz albo porządny bit. Ale tego nie robiła. Krążyli wokół siebie, testowali, sprawdzali napięcie. I Ezra, choć niechętnie, musiał przyznać, że było w niej coś, co przyciągało go bardziej niż powinno.
    — To nie byłaś ty — przyznał szczerze. Być może niepotrzebnie o tym zażartował. Siedział teraz spokojniej. Patrzył, jak nachyla się lekko w jego stronę, z tym iskrzącym błyskiem w oku, zapowiadającym kolejną zaczepkę. I zamiast się odsunąć, jak często robił, Ezra po prostu się skupił.
    — Zapamiętałem to trochę inaczej — odparł w końcu. To ona się wycofała kiedy zaproponował by stamtąd wyszło. A on? Może uznał, ze przekroczył granice. A może nie był w nastroju na gierki. Może nie zamierzał grać w jej grę na oczach dziesiątek ludzi, w dusznym klubie. Może potrzebował schować się przed światem, zapalić i się odprężyć. Chciał ją zabrać gdzieś, gdzie też mógł poczuć się sobą. Bez wścibskich oczu. Ale wtedy odmówiła. I mogła myśleć, że to on się wycofał, nie godziło to w jego ego.
    Z jej ust padło więcej, niż się spodziewał. Gdy się nachyliła, z tym błyskiem w oku, śmiała i pewna siebie, jakby zdradzała sekret, który nie powinien w ogóle paść, Ezra tylko parsknął cicho pod nosem i pokręcił głową, ale nie zaprzeczył. Jasne, że patrzył. Przecież nie był z kamienia.
    I nie, nie był dżentelmenem. Zaskoczyło go to, co powiedziała później, nie przez słowa, ale przez ich ton. Poważny, spokojny. „Wszystko musi mieć jakiś cel?”, „Nie nadaję się do czegoś więcej”…
    Ezra słuchał jej z niedowierzaniem, ale nie przez to, że była zbyt otwarta, zbyt bezpośrednia.

    OdpowiedzUsuń
  90. Zdziwiło go raczej to, co wyczytała z jego słów.
    I nadal nie wiedział, czego od niego chce. A lubił jasne sytuacje.
    — Nie wiem, jakich facetów spotykałaś wcześniej, Fletcher… — odezwał się w końcu, nisko, spokojnie. — Ale ja naprawdę potrafię kontrolować swoje pożądanie. Nawet jeśli czasem nie kontroluję swojego spojrzenia.
    Zawiesił głos, na moment znów szukając jej wzroku. Uśmiechnęła się, a on wyczuł, że oczywiście, że nie zamierza przestać.
    Ezra odchylił się lekko w fotelu, wzrok utkwił w niej. Na jego twarzy zagościł ten cholerny półuśmiech, który zdradzał wszystko, czego nie powiedział. — I to prawdopodobnie największy komplement, jaki dziś usłyszę. Dzięki.
    Przechylił się przez stół, bliżej, opierając łokcie na blacie, teraz to on nachylił się lekko w jej stronę.
    — A co do zachowania profesjonalizmu… — Zaczął wolno. — Nie zaprzeczam. To może być nam potrzebne.
    Ezra czuł to od niej niemal od początku. Nie potrzebował psychoanalizy, żeby zauważyć, jak desperacko potrzebowała czegoś poczuć cokolwiek. Może to była potrzeba zapomnienia, może próba udowodnienia czegoś sobie albo całemu światu. A może tylko ten znajomy, przerażająco ludzki głód, by choć przez chwilę nie czuć pustki. Było w niej coś, co wywoływało w nim nie tylko fascynację, ale też… współczucie. Tak po prostu. Po ludzku. Nie w sposób, który by ją umniejszał. Wręcz przeciwnie, to czyniło ją prawdziwą. Tylko ktoś, kto wiedział, jak bardzo coś boli, potrafił tak mocno pragnąć emocji, które mogły ten ból przykryć choćby na moment. Ezra był zbyt uważny, by tego nie dostrzec. Czasem nie patrzył na nią jak mężczyzna, którego kusi gra i flirt. Czasem widział w niej tylko dziewczynę, która wciąż uciekała, nie przed nim, ale przed sobą. I właśnie wtedy było mu jej najbardziej żal. Nie z wyższości. Nie z pobłażania. Tylko z tej prostej, czystej empatii, do której sam nie przyznawał się zbyt często. Widząc, jak się zapalała, jak rzucała tymi dwuznacznościami, prowokowała, patrzyła na niego z tym upartym błyskiem w oczach, Ezra nie myślał tylko o tym, jak bardzo chciałby ją mieć. Myślał o tym, jak bardzo ona chciała siebie samej udowodnić, że jeszcze coś czuje. I że coś znaczy.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  91. Ezra przyglądał się jej uważnie, tym razem już bez rozbawienia czy gry w spojrzenia, jego twarz była spokojna, ale skupiona. Może po raz pierwszy tego ranka nie szukał w jej słowach pretekstu do sarkazmu, a po prostu słuchał. Chłonął ten strumień myśli, jakby próbował nadążyć za tym, co tak naprawdę między wierszami mu mówiła. I czuł to z całej siły, że dzisiaj nie mówiła, żeby robić wrażenie. Mówiła, bo coś w niej pękało. Powoli. Nie dramatycznie, nie teatralnie. Po prostu kruszyła się ta jej skorupa, przez którą próbowała jeszcze trzymać dystans. I nie był pewien, co właściwie w niej pękało: duma, lęk czy może jedno i drugie.
    — Pozbycie się tekstów to był forma… terapii. Pamiętasz?
    Przy jej ostatnich słowach uniósł brwi, a potem cicho wypuścił powietrze przez nos, prawie jakby chciał się zaśmiać, ale się powstrzymał.
    Ezra nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Siedział z łokciem opartym o blat stolika, wodę w dłoni, ale nie podnosił jej do ust. Wzrok miał wbity gdzieś w bok, w ocean albo może po prostu w pustkę, gdzie łatwiej było mu zebrać myśli. Słuchał jej. Z pełnym skupieniem. Nie przerywał. Nie komentował. Nie szukał okazji, żeby odbić piłeczkę, jak robił to tak często. Bo coś w jej tonie, coś w jej otwartości, zbiło go z rytmu. Czuł, jak bardzo nie była już tą samą dziewczyną, która parę miesięcy wcześniej rzucała się w wir decyzji, których konsekwencje przychodziły dopiero rano. Jakby każdą kolejną piosenką, każdą rozmową, każdym wspólnym wieczorem, robiła krok do przodu. Nieporadnie, niepewnie, ale jednak.
    — Kiedy zaproponowałem ci, żebyś ze mną wyszła… — Uśmiechnął się krótko. — Nie chodziło o to, żeby cię przelecieć. To znaczy… może trochę też, ale…—
    Podniósł brwi z udawaną bezradnością, pozwalając, żeby zawisło to niedopowiedziane ale. — Chciałem cię zabrać do miejsca, gdzie nie jestem producentem, a ty nie jesteś materiałem na singiel. Ale się wycofałaś. Więc odpuściłem. Może… może uznałem, że przekroczyłem jakąś granicę.
    I teraz, kiedy tak na nią patrzył, tą dziwnie otwartą wersję Sloane, która mówiła rzeczy z tej nieco zbyt prawdziwej warstwy czuł, że dobrze zrobił. Ale cholera, nie było to łatwe. Nie teraz. Nie kiedy widział w niej tę samą potrzebę, którą znał aż za dobrze z własnego odbicia w lustrze.
    — Może i miałem zielone światło, ale widziałem twoją minę w ostatniej sekundzie. Może nikt inny by tego nie zauważył, ale ja tak. I to wystarczyło. — Uśmiechnął się krótko, krzywo, ale prawdziwie. — Nie chce rozwalić dobrze prosperującego zespołu tylko dlatego, że nie potrafiłem odróżnić chwilowego impulsu od czegoś, co może się rozlać za daleko.
    Nie uśmiechał się już. Patrzył jej prosto w oczy. Poważnie. I może właśnie dlatego to brzmiało inaczej. Bo Ezra nie rozdawał takich słów na lewo i prawo.
    — I może nie miałem racji co do wszystkiego — dodał po chwili. — Ale z jednym trafiłem. Masz w sobie coś, czego nie da się zignorować. I nie, nie tylko na scenie.
    Zatrzymał się na tym jednym zdaniu, bo wiedział, że jeśli pójdzie dalej, powie coś, czego już nie cofnie. Ale myślał o tym, co powiedziała wcześniej. O tekstach o byłych. O tym, jak sama przyznała, że nie chce już pisać dla nich.
    Nie wiedziała, że Ezra doskonale to rozumiał. I właśnie dlatego wtedy jej to zasugerował. Bo nie chciał, żeby kiedykolwiek znowu pisała dla kogoś, kto nie był tego wart.

    OdpowiedzUsuń
  92. Przeciągnął dłonią po karku. Gapił się przez chwilę gdzieś za nią, jakby ocean był bezpieczniejszym rozmówcą niż dziewczyna siedząca naprzeciwko. Rzuciła na stół coś, czego żadne z nich nie odważyło się jeszcze nazwać. I zrobiła to w sposób tak prosty, że aż zaparło mu dech.
    — Powiem ci coś… — odezwał się w końcu cicho, tonem bardziej miękkim niż zazwyczaj. — Potrafię oddzielić pracę od wszystkiego innego. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem. — Zamilkł na chwilę, jakby musiał zebrać myśli, jakby każde słowo miało swoje konsekwencje, a on nie był pewien, czy gotów jest je ponieść. Potem jednak wzrok wrócił na nią. Uważny. Prawdziwy.
    — Nie chodzi o to, że “nie wypada”. Pieprzyć to. Oboje wiemy, że zasady są dla ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą. — Uniósł wzrok z powrotem na nią. — Ale ty… Sloane… — Oparł łokcie o stół, niemal w lustrzanym odbiciu jej wcześniejszej pozycji, i lekko się ku niej pochylił. Nie na tyle, by przekroczyć granicę, ale wystarczająco, by pokazać, że i on nie ucieka.
    — Wiesz czego chcesz. A to jest twój czas. — Powiedział cicho, ale z naciskiem. — Twój moment. W końcu masz wszystko: głos, materiał, przestrzeń. Masz kogoś, kto cię słucha, kto w ciebie wierzy, i kto się upewni, że trafisz tam, gdzie powinnaś. — Spojrzał na nią uważnie, z tą mieszanką surowości i troski, która czasem wymykała się mu spod kontroli. — Wiem, że dużo się dzieje. Wiem, że to wszystko cię czasem przytłacza, ale… jeśli mogę ci coś doradzić, to tylko jedno: nie pozwól, żeby coś cię od tego odciągnęło.
    Nachylił się lekko w jej stronę, głos miał niższy. Nie zimny, nie wykalkulowany, po prostu szczery. — I nie mówię ci tego jako producent. Mówię ci to jako ktoś, kto widzi, ile masz w sobie talentu. I kto wie, jak łatwo możesz się sama od tego odciągnąć, jeśli dasz się wciągnąć w coś, co rozproszy cię w najgorszym możliwym momencie.
    Ujął jej spojrzenie z zaskakującą delikatnością. — Wiem, że to brzmi, jakbym próbował trzymać dystans. Może trochę tak jest. Ale tylko dlatego, że jeśli coś między nami pójdzie nie tak, a łatwo może pójść, to wszystko się rozpierdoli.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  93. Spoglądał na nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale usta jeszcze nie nadążały za myślami. Na jego twarzy nie było już tej typowej ironii, nie uniósł jednej brwi, nie rzucił żartu. Było w nim coś poważnego, co zdarzało się rzadko. Sloane mówiła bez tej swojej zadziornej otoczki. Bez dramatycznych gestów. Z absolutną, rozbrajającą szczerością. I Ezra… szanował to bardziej, niż mógłby jej powiedzieć. Oparł łokieć o stół, palcami drugiej dłoni trzymając za brzeg szklanki, choć nawet jej nie podniósł. Wyczuł ironię, ale tym razem jej nie zgasił. Bo wiedział, że to nie była tylko zgryźliwość. Czasami po prostu trzeba było pozwolić, żeby wszystko wybrzmiało. Ale kiedy Sloane skończyła, nachylił się lekko nad stołem, podpierając łokieć i kręcąc głową z niemal nieuchwytnym półuśmiechem.
    — I bardzo dobrze, niech olewają... — Powiedział to spokojnie, z taką pewnością, jakby to była oczywistość, a nie coś, co wymagało tłumaczenia. — Dzięki temu jesteś wolna. — Zrobił krótką pauzę, jakby sprawdzał, czy trafił. — I to ci daje miejsce na wszystko, co ty chcesz powiedzieć. Na to, kim jesteś teraz, a nie kim byłaś, kiedy próbowałaś ich zatrzymać.
    Potarł dłonią kark i odchylił się z powrotem na krześle, jakby dopiero teraz poczuł ciężar tej rozmowy. Ale nie wyglądał na kogoś, kto zamierza się wycofać.
    — Nie pozwól, żeby te drzwi, które ciągle kuszą… żeby je uchylić… żeby to one pisały twoją historię. — Zerknął na nią. — Bo ta wersja ciebie — wskazał na nią palcem. — Nie błaga, nie czeka i nie wraca. Tylko decyduje, co dalej. I jeśli chce jest w stanie „zetrzeć ten głupi uśmiech z twarzy’ swojego producenta. — Żeby nie zrobiło się zbyt wzniośle, zakończył swoją wypowiedź żartem, który okrasił nieco rozbawionym uśmiechem, ale to co chciał jej tym przekazać to to, że może i się rządził, ale Sloane zawsze miała coś do powiedzenia.
    W jego głosie była pewność. Nie mówił tego, żeby ją pocieszyć. Mówił, bo naprawdę tak myślał.
    Bo obserwował, jak powoli wraca do siebie, linijka po linijce, wers po wersie, nie dla nich, nie po to, żeby coś odzyskać. Tylko po to, żeby coś wreszcie zbudować.
    — Może właśnie dlatego te nowe kawałki brzmią lepiej niż wszystko, co zrobiłaś wcześniej. — Dodał ciszej. Zamilkł na sekundę, spoglądając gdzieś w bok, na ocean, albo gdzieś daleko poza nim, jakby musiał złapać równowagę.
    — To nie znaczy, że… nie chciałbym... — Dodał ciszej, jakby wyczuł, że ona potrzebuje tego małego potwierdzenia, że jej zmysły się nie pomyliły, że nic sobie nie wyobraziła, nic nie nadinterpretuje. — Ale jesteś cholernie blisko wygrania tej gry, Sloane. I nie chcę, żebyś sobie ją odpuściła przez jakiekolwiek „co, jeśli”. Nie ze mną. Nie z nikim.
    Nie mówił tego z wyrzutem. Brzmiało to bardziej jak… obawa. Albo jak granica, której nie chciał przekraczać, dopóki nie będzie miał pewności, że po drugiej stronie nie zostanie sam.
    Przez krótką chwilę tylko patrzył na nią, z tą swoją typową, pozornie opanowaną miną, ale Sloane już wiedziała, że pod tą ciszą pracowało tysiąc myśli. Może właśnie dlatego, że powiedziała wszystko tak bezpośrednio. A może dlatego, że on sam też był bliżej tej granicy, niż chciałby przyznać.
    — Masz rację — powiedział w końcu, spokojnie, bez tonu wyższości, bez uniku. — Czasami nie da się tego rozdzielić. I nie mówię, że jestem w tym mistrzem. Po prostu… staram się nie dopuszczać momentów, po których nie ma już odwrotu.
    Ezra parsknął pod nosem, jakby naprawdę wyobraził to sobie na chwilę i może właśnie dlatego jego spojrzenie zrobiło się nieco bardziej rozbawione, ale i… ostrożniejsze.
    — Poza tym… z twoim temperamentem? — uniósł brew, sięgając po filiżankę z kawą. — To byłoby… cholernie niebezpieczne.

    OdpowiedzUsuń
  94. Upił łyk, jakby potrzebował odrobiny kofeiny, żeby w ogóle kontynuować myśl. I chociaż mówił pół-żartem, to w jego głosie zabrzmiała całkiem prawdziwa nutka respektu. — Ty potrafisz rozwalić pół garderoby przez jedną źle dobraną stylówkę... — Uśmiechnął się kącikiem ust. — Gdyby coś poszło nie tak, pewnie puścłabyś z dymem całe studio razem z nami. — Pokręcił głową ze śmiechem, ale bez złośliwości. Nie podejrzewał ją o to, że wyrządzi mu jakieś materialne szkody, chodziło mu raczej o znaczenie metaforyczne. On miał na nią długofalowy plan, a zeby mógł go zrealizować potrzebował jej zaufania i wiary w to, że wie co robi. — I nie zrozum mnie źle. To nie zarzut. To… ostrzeżenie dla samego siebie. Bo cholera, czasem mam wrażenie, że jakbyśmy przestali się kontrolować, to nie byłoby niczego pośrodku. Bez strefy buforowej. — Zamilkł na moment, ale jego spojrzenie ani na chwilę z niej nie zeszło.
    — A i tak to… brzmi lepiej niż większość rzeczy, które mógłbym sobie dziś wyobrazić. Ale z twoim temperamentem? — rzucił, z wyraźnym rozbawieniem, ale bez ani grama kpiny. — Gdybyśmy to przetestowali, podejrzewam, że po pierwszej kłótni zostałbym z mikrofonem wbitym w ścianę i roztrzaskaną konsolą. A ty pewnie uznałabyś, że dźwięk był do dupy i to moja wina.
    Spojrzał na nią jeszcze raz, z tym spojrzeniem, którego nie musiał już ukrywać. — Impuls to łatwa droga. Ale to, co buduje się długo… ma większą wartość. Nawet jeśli czasem frustruje. — Przesunął w końcu szklankę w bok, jakby się rozmyślił. Oparł plecy o oparcie krzesła, a potem, po prostu spojrzał na nią. Bez filtra. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby miał jeszcze coś dodać, ale zamiast tego tylko wypuścił powietrze nosem.
    — I nie kłam. Gdybyś wylała na mnie sok i wyszła, to byłby absolutny highlight tego śniadania. — Uśmiechnął się lekko, ale bez zgrywy. Trochę miękko. Trochę… bezbronnie. Po chwili dodał jeszcze ciszej, już niemal półgłosem. — Ale dzięki, że tego nie zrobiłaś.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  95. Przez kolejne tygodnie pochłonęła ich praca. Bez niedopowiedzeń, bez aluzji, bez wracania do tego, co się wydarzyło (lub nie wydarzyło) podczas tamtego śniadania z widokiem na ocean. Oboje jakby umówili się milcząco, że teraz najważniejsza jest muzyka, a wszystko inne musi poczekać. I tak było lepiej. Bezpieczniej. Klarowniej. Sloane wróciła do pisania z zaskakującą regularnością, jakby tamta rozmowa wyciągnęła z niej wszystko, co zbędne i zostawiła tylko to, co najważniejsze. Bywały dni, że zaszywała się w swoim domu na długie godziny, nie odpisując na wiadomości, by po dwóch dniach przyjść z trzema gotowymi tekstami i demówką, która brzmiała jak coś więcej niż szkic. Ezra słuchał uważnie, nie zawsze komentował od razu, ale jego twarz mówiła wystarczająco dużo.
    Studio stało się dla nich czymś więcej niż tylko przestrzenią do nagrywania, było azylem, rytuałem, czasem nawet polem walki, kiedy twórcze napięcia zaczynały buzować. Sloane rzucała pomysłami z chaotyczną pasją, Ezra tonował ją, przycinał ostre krawędzie, albo… dolewał oliwy do ognia, kiedy uznawał, że jej chaos ma swój artystyczny sens. Kłócili się, rzucali żartami, szukali perfekcji. Było intensywnie, czasem irytująco, czasem niemal intymnie, ale działało.
    Praca nad klipami też ruszyła, dynamicznie, z rozmachem, choć bez chaosu. Sloane nie dawała sobie już prawa do niedociągnięć. Była obecna przy castingach, doglądała kostiumów, potrafiła w środku nocy wysłać Ezra’owi referencję do konkretnego ujęcia, które miało oddać emocje utworu, nad którym aktualnie pracowali. Zdarzało się, że siedzieli razem w montażowni po północy, z kubkami zimnej kawy i zmęczeniem odbitym pod oczami, ale kiedy zapadało cięcie i w tle brzmiała jej linia wokalna, coś w nich obojgu cichło.
    Zaczęli się ze sobą dogadywać bez słów. W studiu wystarczył gest, spojrzenie, skrzywienie ust i już wiedzieli, że coś trzeba nagrać jeszcze raz albo że „to właśnie było to”. Ezra przestał się z nią droczyć w każdym możliwym momencie, a ona… przestała testować jego granice. Jakby oboje uznali, że ten czas należy do muzyki. I że jeśli coś między nimi ma się wydarzyć, kiedyś, to i tak ich dogoni. Ale na razie… Na razie była płyta. I była dobra. Zbyt dobra, żeby spieprzyć ją przez nieprzepracane emocje. Dlatego postawili na przyjaźń.
    Sloane w międzyczasie znalazła sobie swój wlasny obiekt westchnień. Caden Roth. Gładki, wygadany, z nazwiskiem znanym w całym środowisku ale, jak to określił kiedyś Ezra: „kameleon o lepkich dłoniach i zbyt szerokim uśmiechu”. Był czymś pomiędzy. Trochę jak Carter, efektowny, bezczelny, magnetyczny, ale miał w sobie też coś z Ezry: wyczucie stylu, słuch muzyczny i doskonałe kontakty w branży. I właśnie to działało mu na nerwy najbardziej. Bo widział, że Sloane może to kupić. Że może się na to nabrać. To nie był tylko zawodowy niesmak. To był stary konflikt, którego nigdy nie zamknęli. Ezra znał Cadena z wcześniejszych lat i nigdy nie ufał jego intencjom. Ich drogi przecięły się kilka razy przy projektach, które Roth bez żenady próbował „przejąć”, a raz niemal zrujnował projekt, który Ezra prowadził. Dissowali się wzajemnie w utworach, w dawnych czasach odbijali sobie dziewczyny. I teraz, kiedy widział go w towarzystwie Sloane… kiedy widział jego dłoń zbyt pewnie opierającą się o jej biodro, coś w nim zgrzytało. Mocno.
    — Facet łazi za nią jak cholerny cień — rzucił któregoś dnia z nieskrywanym obrzydzeniem, gdy Sloane wyszła na telefon, zostawiając go samego z technikiem przy konsoli. — I dziwnym trafem zawsze tam, gdzie są kamery.
    Ezra tłumaczył sobie, że chodzi o profesjonalizm. O to, że nie ufa Rothowi jako osobie z branży. Że zna jego sztuczki, metody, słodkie gadki i puste obietnice. Ale im częściej widział go przy Sloane, tym trudniej było nie zauważyć, że problem leży… gdzie indziej. Że wcale nie chodzi o pracę.

    OdpowiedzUsuń
  96. Chodziło o to, że gdy patrzył na Sloane z tym błyskiem w oku, kiedy tamten ją całował w szyję czuł, jak ściska go w żołądku coś, czego nie potrafił nazwać. I nie miał już pojęcia, czy wkurzał go bardziej Caden… czy jego własna bezsilność.
    Premiera płyty była większym sukcesem, niż ktokolwiek przewidywał. Ezra zadbał o każdy szczegół: klipy, kampanie, ukryte teasery i długi, dobrze przemyślany rollout. Wszystko rozpoczynał niespodziewany koncert.
    „Private rooftop show — Sloane Live.” Wszystko miało być jej świętem. I było… do momentu, gdy między przejściami zza kulis wyłonił się on. Caden Roth. Z szerokim uśmiechem, drogim zegarkiem i tą swoją pewnością siebie, którą rozpoznawało się z odległości dziesięciu metrów. Przyszedł jakby mimochodem, jakby jego obecność była naturalna. Jakby miał tu miejsce. Ezra go zauważył. Oczywiście, że zauważył. Wyprostował się, jakby ktoś nagle wylał mu kubeł zimnej wody na kark. Uczucie, które go ogarnęło, było trudne do opisania.
    Nie był zazdrosny, tak sobie powtarzał.
    Był po prostu… czujny. Sloane nie zdążyła jeszcze zauważyć Cadena. Stała na scenie, z mikrofonem w dłoni i rozświetloną twarzą, śpiewając „Bleeding Gold”, jedną z najmocniejszych piosenek na płycie. Ezra nie mógł oderwać od niej wzroku. Była w swoim żywiole. Wreszcie. Cała ta płyta, cały ten chaos… warto było. A potem Caden zbliżył się do kulis i… Ezra to poczuł. Jak jego obecność zaczyna przesiąkać backstage, wślizgując się pomiędzy sprzęt, ludzi i atmosferę, którą tak długo budowali. I nagle ten wieczór, który miał być tylko o niej, miał też w tle jego cień. Roth. Znowu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  97. Przecież nie mógł się czuć zazdrosny. To byłoby absurdalne. Stał oparty o ścianę tuż za konsolą, z dłońmi w kieszeniach i wzrokiem wbitym w scenę, ale i tak czuł jak żołądek ściska mu się nieprzyjemnie, odkąd tylko Roth się pojawił.
    To nic.
    To naprawdę nic.
    Miał Molly. Miała opinię nie tylko błyskotliwej, ale i piekielnie skutecznej, znała każdy krok w branży, potrafiła załatwić sprawy bez zbędnego hałasu. A poza tym… była piękna. Nie w sposób krzykliwy, ale opanowany i elegancki. Była wszystkim, czego Ezra potrzebował, jeśli chciał zachować zdrowy dystans.
    A jeśli to nie wystarczyło, była jeszcze Kendall. Kręciła się tu dziś cały wieczór, niby przypadkiem, niby „po pracy”, ale jej dłoń już trzeci raz w ciągu godziny znalazła się na jego przedramieniu. Raz, kiedy podała mu szklankę z wodą. Drugi, gdy nachyliła się, żeby coś szepnąć mu do ucha i poprawiła mu kołnierz. Teraz znów, opuszki jej palców prześlizgnęły się ledwo zauważalnie po jego ramieniu, gdy coś komentowała z uśmiechem.
    To było… wygodne. Bezpieczne.
    A mimo to, kiedy zerknął znów na scenę i dostrzegł, że Sloane kończy numer, a jej wzrok mimowolnie powędrował w stronę kulis, tam, gdzie stał Roth, coś w nim zadrżało.
    Ezra nie był zazdrosny.
    Naprawdę.
    Po prostu nie ufał skurwysynowi ani na centymetr. I nie podobało mu się, jak szybko się przy niej zakręcił. Kiedy znowu była najlepszą wersją siebie i, do cholery, jego pracy.
    Caden nie stał w kącie. Już rozmawiał z kimś z zespołu, nachylony, z tym swoim półuśmiechem, który zawsze wydawał się bardziej triumfem niż uprzejmością. Jakby wiedział coś, czego nie wiedzieli inni. Jakby przychodził odebrać to, co mu się należało. A Ezra znał to spojrzenie. Znał jego ton, gestykulację, te teatralne pauzy. I kiedy Caden po raz pierwszy spojrzał mu prosto w oczy, z tym pieprzonym, wyćwiczonym uśmieszkiem, Ezra poczuł to wyraźnie. To nie była tylko scena. To był teren.
    Kendall znów dotknęła jego ramienia, pytając o coś, czego nawet nie usłyszał.
    — Sorry, co mówiłaś?
    Zamrugał, jakby dopiero teraz zorientował się, że zbyt długo wpatrywał się w jeden punkt. Kendall stała tuż obok, a jej dłoń znów spoczywała na jego ramieniu, tym razem mocniej, pewniej, jakby chciała go z tego zamyślenia fizycznie wyciągnąć.
    — Wyglądasz, jakbyś zaraz miał skoczyć komuś do gardła — rzuciła półszeptem, pochylając się bliżej, żeby przekrzyczeć basy dobiegające ze sceny.
    — Przesadzasz. — Ezra uniósł brew i posłał jej szybki, wymuszony uśmiech.
    — Jasne — prychnęła. — A to spojrzenie, które posłałeś Rothowi, było pełne miłości.
    — Nie posłałem mu żadnego spojrzenia.
    — Odwaliłeś z nią kawał dobrej roboty — zmieniła temat. Ezra skinął głową, zbyt szybko.
    — Mhm.
    — Ale nie potrafisz się z tego cieszyć, prawda? — rzuciła cicho, prawie ze współczuciem. Ezra odetchnął wolno nosem, a potem wzrok przeniósł na Kendall.
    — Cieszę się — mruknął. Kendall uniosła brwi, a jej uśmiech stał się nieco bardziej ironiczny. Jej dalsze słowa przeciekały mu przez uszy, jak szum z innego pomieszczenia.
    Patrzył na scenę. Na Sloane.
    Jej energia była elektryzująca. Piosenka, światła, tempo, wszystko zagrało tak, jak miało zagrać. Sposób, w jaki poruszała się po scenie. Jak patrzyła w tłum, jakby każdy wers wyciągała z wnętrza siebie. To nie był tylko występ, to była deklaracja. Potężna, pewna siebie, cholernie prawdziwa. Ezra miał świadomość, że teraz czekało ich może nawet więcej pracy.
    Kiedy zabrzmiał ostatni dźwięk, spojrzała w jego stronę. Może przypadkiem. Może szukała go wzrokiem. Może chciała się upewnić, że patrzył. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Ezra uśmiechnął się powoli, z tą charakterystyczną dla siebie mieszaniną dumy i uznania, podszytą czymś głębszym, czego nie potrafił (a może nie chciał) nazwać. A potem uniósł dłonie i zaczął bić brawo. Pewnie. Głośno. Z pełnym przekonaniem. Bo cokolwiek działo się poza tą sceną, właśnie to było jej momentem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  98. Patrzył z dystansu. Nie zbliżył się tak, jak miał ochotę. Nie dlatego, że czegoś się bał, ale dlatego, że potrzebował się upewnić, że to, co właśnie widział na scenie, naprawdę się wydarzyło. Że ta dziewczyna, którą jeszcze kilka miesięcy temu zbierał z podłogi studia, właśnie wstrzymała oddech całego klubu na trzy minuty. A może dłużej. Była nie do zatrzymania.
    Chciał być tym, który będzie pierwszy. Który ją przytuli. Który powie: „Zrobiłaś to. Było zajebiście.” Bez kamer, bez błysku fleszy, tylko oni i ta pierdolona duma, którą czuł tak intensywnie, że aż świerzbiły go palce. Ale potem ją zobaczył. Już nie na scenie. Już nie w blasku reflektorów. W ramionach Cadena. Weszła w jego pole widzenia jak w zwolnionym kadrze. Ruch, którego nie dało się pomylić z przypadkiem. Głowa nachylona zbyt blisko. Usta przy uchu. Intymność, która aż biła w oczy. Ezra zamarł. W gardle coś mu zasyczało, nie był pewien czy to złość, zawód, czy ta pieprzona zazdrość, której nie miał prawa czuć. I coś w nim zadrgało. Coś znajomego, a jednak nielogicznego. Głupiego. Bezsensownego. Nie zazdrość. To byłoby zbyt proste. To było coś innego. Coś bardziej podstawowego. Jakby ktoś wcisnął zbyt mocno palcem w miejsce, którego Ezra nie zdążył jeszcze zakryć warstwą sarkazmu i obojętności. Bo widział, jak Caden przesuwa dłoń po jej plecach, jak szepce jej coś do ucha. Ezra widział w tym tylko kalkulację. Gesty, które miały wyglądać na czułe. Tak bardzo dopasowane, że aż sztuczne. A ona to przyjmowała. Zacisnął palce na krawędzi barierki i milczał. Dłużej, niż powinien. Widział ten moment, w którym Caden przyciągnął ją do siebie tak, że oparła się o jego klatkę piersiową. Ezra znał ten gest. Gest, który mówił innym facetom: moja. To coś, co go ścisnęło w środku, było bardziej skomplikowane. Głębsze. Zawieszone między „cholera, przecież to nie moja sprawa” a „czy on naprawdę właśnie całuje ją przy mnie?”.
    — Ezra! Stary, gratulacje, serio. To było coś — powiedział jeden z operatorów dokumentu, który towarzyszył im od tygodni. — Uchwyciliśmy wszystko. Kamera kocha Sloane. Ale to twoja robota, bracie. Mistrzostwo.
    Ezra zmusił się do uśmiechu. Nie spodziewał się tego, że to dzisiejsze świętowanie rozbije mu się o czaszkę z taką siłą. Jej nowy towarzysz właśnie szeptał jej coś do ucha, a Sloane… odchyliła głowę. Może poczuła wzrok Ezry. Może nie. Ale nic się nie zmieniło, nie cofnęła się, nie odsunęła. I wtedy spojrzała przez ramię, przez to całe zamieszanie. Jakby czuła, że on tam jest. Ich spojrzenia spotkały się raz jeszcze, inaczej niż na scenie. Tam był podziw i duma. Tu była cisza. Oczekiwanie. Napięcie, którego nie rozpuściły brawa ani muzyka. Uśmiechnął się powoli, z tym czymś, co mówiło „widzę wszystko”, ale nie dodawało, co z tym zamierza zrobić. A potem skinął głową, jakby między nimi zaszło jakieś milczące porozumienie.
    Kolejne słowa, kolejne gratulacje, ktoś z ekipy wytwórni. Wszyscy nagle chcieli mówić, podać dłoń, dorzucić swoje „wiedziałem, że to się uda”. I Ezra był w tym obecny. Ciałem. Głową już mniej. Bo wzrokiem wracał do Sloane. Do tego, jak się nie odsunęła. Jak nie zdjęła jego ręki. Jak pozwoliła, żeby Caden coś szeptał jej do ucha, a jego dłoń została tam, gdzie Ezra nie chciał jej widzieć. I mimo wszystkich gratulacji, mimo sukcesu, którego właśnie dotknęli Ezra czuł się jak ktoś, kto właśnie zgubił rytm.
    Ktoś z ekipy dokumentu złapał go za ramię, prosząc, by pomógł złapać Sloane jeszcze przed wywiadami, „na gorąco”, kiedy emocje jeszcze buzują, kiedy wszystko jest świeże.
    — Załatwię to — powiedział tylko, krótko, z pewnością. Oddał operatorowi jedno krótkie, spojrzenie i ruszył w stronę Sloane.
    Ezra nie pozwolił, by coś w jego kroku zdradziło pośpiech. Przeszedł przez backstage z typową dla siebie kontrolowaną energią, chłodną, wyważoną, choć gdzieś pod spodem zaczynała buzować dobrze znana mieszanka emocji.

    OdpowiedzUsuń
  99. Podszedł do nich w chwili, gdy śmiech Sloane ucichł, a Caden pochylał się znów niebezpiecznie blisko. Ezra nie zwolnił kroku. Ich spojrzenia się spotkały, na moment, krótko, ale wystarczająco, by jej mina nieznacznie się zmieniła. Ezra nie zatrzymał się jednak przy niej najpierw.
    — Caden. — rzucił z lekko uniesionymi brwiami, wyciągając dłoń do mężczyzny. — Miło widzieć cię wśród żywych.
    Wyciągnął dłoń do Cadena. Uścisk był krótkotrwały, pewny, nieco chłodny, ale nie agresywny. Zdecydowanie bardziej profesjonalny niż serdeczny, choć Ezra nie zamierzał zniżać się do ostentacyjnych zagrywek. Jeszcze nie.
    Dopiero potem spojrzał na Sloane. I ten moment wystarczył, by cały chłód zniknął. — Gratulacje — powiedział i uścisnął ją krótko. — Świetny występ, świetna robota — dorzucił. Ton jego głosu był idealnie neutralny.
    W jego oczach mignął błysk. Tylko na sekundę, coś, czego nie potrafił i nawet nie próbował zamaskować. Duma. Uznanie. Coś głębszego, niż pozwalały mu powiedzieć słowa. Bo naprawdę była świetna. Była więcej niż świetna. Nie powiedział tego jednak wprost. Nie tu, nie teraz. Nie z jego ręką wciąż tkwiącą w uścisku faceta, którego nie znosił. Caden nie cofnął dłoni, ale Ezra nie musiał nic więcej mówić, sama obecność Creightona wystarczyła, by napięcie między mężczyznami zgęstniało.
    — Potrzebują cię jeszcze na chwilę. Zanim to wszystko… — zrobił gest ręką, obejmując całą kulisową gorączkę. — …zniknie.
    Kącik jego ust uniósł się delikatnie, ledwo dostrzegalnie. Ezra zrobił krok w bok, zostawiając przestrzeń, w którą mogła wejść, jeśli tylko chciała z nim pójść. Nie podawał jej ręki. Nie dotknął jej. Ale był obok.
    — Tylko nie daj się tam zatrzymać za długo, mała — powiedział z tym swoim nienagannym uśmiechem i spojrzeniem, które, choć wydawało się miękkie, miało w sobie coś… zaborczego. — Wiesz, że tu czekam. A ty powinnaś się zabawić a nie pracować. — Powiedział to lekko, prawie nonszalancko, ale słowa zawisły w powietrzu na ułamek sekundy dłużej, niż powinny.
    — Zabawi się później, jak skończymy robotę — rzucił Ezra, półgłosem, z tym swoim charakterystycznym, suchym tonem, w którym brzmiała bardziej stanowczość niż zazdrość. Chociaż… jedno i drugie szło u niego w parze zbyt naturalnie. Zerknął na Sloane spod półprzymkniętych powiek. Nie musiał podnosić głosu, żeby wiedziała, że to nie była tylko luźna uwaga.
    — Pięć minut. Tylko tyle potrzebujemy — dodał, bardziej już do siebie niż do niej, jakby chciał, żeby to też usłyszał Caden. Odwrócił się, nie czekając na jej reakcję, bo i tak wiedział, że pójdzie za nim. Tak jak wiedziała, że zostawi za sobą ten dotyk na plecach, który nie miał nic wspólnego z muzyką.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  100. Ezra szedł kilka kroków przed nią, ręce w kieszeniach, spojrzenie skupione przed siebie, ale Sloane znała go już na tyle, by wiedzieć, kiedy tylko udawał obojętność. Jego barki były bardziej napięte niż zwykle, a na ustach czaił się ten specyficzny, nie do końca kontrolowany uśmiech, który pojawiał się u niego rzadko, wtedy, kiedy naprawdę był pod wrażeniem. Ezra nie spojrzał od razu. Mógłby, ale tego nie zrobił. Zamiast tego pozwolił jej mówić, trajkotać, dzielić się ekscytacją i stresem, wyrzucać z siebie wszystko, co buzowało w niej jeszcze po zejściu ze sceny. I choć nie komentował, słuchał. Każdego słowa. Nawet tych urwanych w pół zdania, nawet tych wypowiedzianych zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Zatrzymał się dopiero wtedy, kiedy poczuł szarpnięcie rękawa i jej palce, które nieświadomie się go trzymały. Spojrzał na nią z góry. Przez chwilę milczał. W oczach miał coś, czego nie było od dawna, spokój, pomieszany z czymś bardziej miękkim, ale nie pozwolił temu wypłynąć na powierzchnię.
    — Widziałem. Całość — powiedział spokojnie, a jego głos tym razem nie był chłodny. — I słyszałem. Do samego końca.
    Zrobił krótką pauzę, jakby nie był pewien, czy powinien dodać to, co cisnęło się na język. Ale zrobił to.
    — Było… mocne. Dojrzałe. Twoje. — Skinął lekko głową. — Widziałem, że ich miałaś. Trzymali się twoich słów jakby od tego zależało ich życie.
    Brwi uniosły mu się odrobinę, kiedy spojrzał na jej dłoń, wciąż ściskającą jego rękaw. Nie skomentował tego. Tylko przez sekundę pozwolił sobie na coś więcej, drobny ruch, którym przekręcił lekko nadgarstek, pozwalając, by jego dłoń dotknęła jej palców. Delikatnie, krótko. Jakby chciał tylko sprawdzić, czy jeszcze tam była.
    — Ktoś mnie… wyprzedził — dodał po chwili ciszy. Nie musiał wymieniać imienia. Wystarczyło spojrzenie, które rzucił w stronę sceny dokładnie tam, gdzie Caden wciąż przechadzał się pewnie po backstage’u, z kieliszkiem w dłoni i miną faceta, który wie, że będzie cytowany. — A potem zatrzymał mnie operator. Potrzebowali komentarza do dokumentu. Ciebie też chcieli nagrać, zaraz po występie, ale zrobił się bałagan.
    Ezra pokręcił głową niemal niezauważalnie.
    — Ten wieczór był o tobie, Sloane. I tylko o tobie — dodał ciszej. — Twój moment. Wreszcie. Nie oddawaj go nikomu, kto go nie rozumie.
    Udawał, że to tylko kolejny wieczór w branży. Kolejny występ. Kolejna artystka. Kolejny sukces, który wypada docenić z odpowiednią dozą nonszalancji. Ale Sloane widziała to po nim. Po drobnych ruchach. Po tym, że rzucał spojrzenia przez ramię, żeby upewnić się, że idzie za nim. Po tym, jak jego oddech był ledwo zauważalnie płytszy. Kiedy dotarli pod drzwi garderoby, Ezra zatrzymał się nagle. Sloane niemal w niego wpadła. Nie od razu się odezwał. Najpierw spojrzał na drzwi, za którymi już czekała ekipa dokumentalna, światła ustawione, kamera gotowa, mikrofon zawieszony w powietrzu. Potem na nią. Obrócił się, powoli, z tym uśmiechem w kąciku ust, który nie miał nic wspólnego z kurtuazją.

    OdpowiedzUsuń
  101. Oparł się ramieniem o framugę drzwi i patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby próbował sobie przypomnieć każdą sekundę, którą właśnie zobaczył na scenie. I może naprawdę próbował.
    — To były prawdziwe pieprzone narodziny gwiazdy, Sloane — powiedział niskim tonem, w którym nie było ani krzty sarkazmu. — Serio. Chuj z całą tą scenografią, światłami, promocją… Ty to zrobiłaś. Tym głosem. Tym spojrzeniem. Tą cholerną ciszą po ostatnim wersie.
    Przełknął coś w gardle, a potem wzruszył ramionami, już bardziej w swoim stylu, z tym pozornym luzem.
    — No. Więc masz ich teraz na tacy. — Wskazał ruchem głowy na drzwi garderoby. — Wchodzisz tam i dajesz im do zrozumienia, że to nie była jednorazowa rzecz. Że to dopiero początek.
    Zamilkł na moment, a potem jeszcze dodał, spokojniej, ciszej:
    — Później możesz odpocząć. Albo się napić. Albo wrócić do tamtego kretyna, jeśli naprawdę musisz. Ale teraz… to jest twój moment. Twój, Sloane. I nikt ci go już nie odbierze.
    Nie powiedział tego ironicznie. Nie rzucił tego jak cytatu z filmu. Nie mrugnął nawet. Po prostu wypowiedział to na głos, coś, co myślał, ale nie planował powiedzieć. A potem wyprostował się, strzepnął niewidzialny pyłek z rękawa i rzucił.
    — Ale nie wchodź tam z tym swoim „nie jestem gotowa, mam tylko jeden hit” bo cię stamtąd siłą wyciągnę i każę śpiewać drugi raz.
    I tylko błysk w jego oku zdradzał, jak bardzo pękał z dumy. Wymierzył w nią palcem. — Będzie z tego Grammy, zobaczysz — rzucił tonem jakby z ostrzeniem zanim otworzył na oścież drzwi do garderoby, gdzie niemal natychmiast skierowały się na nich kamery ekipy produkcyjnej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  102. Ezra był dość cichy przez większą część tej drogi, ale nie dlatego, że nie chciał mówić. Wręcz przeciwnie,wiele chciałby powiedzieć. Może nawet za dużo. Ale znał tę wersję Sloane. Tę, która mówi, bo nie jest w stanie inaczej pomieścić emocji. Tę, której słowa lecą szybko, czasem bez ładu, jakby tylko głos mógł je unieść i nadać im sens. Uwielbiał tę wersję. Była autentyczna, rozświetlona sukcesem, o jaki walczyła miesiącami. Dlatego pozwolił jej mówić. Szli razem korytarzem, a Ezra pozwalał, by zaciskającą się na jego rękawie dłoń została tam tak długo, jak potrzebowała. Nie wyciągnął się z jej uścisku. Nie przesunął się nawet o centymetr. Była w nim skupiona cisza, ale pełna obecności. Tak jakby czuł, że to nie słowa są teraz ważne, a to, że jest. Że ją słyszy, widzi, zna. A ona to wiedziała. Zatrzymali się tuż przed drzwiami garderoby, gdzie czekała już ekipa dokumentalna, gotowa do nagrania jej emocji „na świeżo”.
    Patrzył na nią przez dłuższą chwilę. I dopiero wtedy coś się w nim poruszyło, coś pod skórą, coś co z trudem trzymał na wodzy. Uśmiech, ledwie zauważalny, w jego oczach pojawiło się ciepło i coś jeszcze, coś znacznie bardziej osobistego. Zaskoczenie. Ulga. Duma. I może… troska.
    Ezra zaśmiał się nagle , cicho, ale szczerze. Ten śmiech wyrwał się z niego jak odruch, jak nagły impuls radości, której już dłużej nie dało się tłumić. Patrzył na nią, na jej lekko drżące dłonie, na ten wciąż jeszcze nierozproszony błysk w oczach i ekscytację, której nawet nie próbowała już ukrywać. Sięgnął do niej szybko, bez wahania. Chwycił jej dłonie w swoje i mocno je ścisnął, jakby w ten sposób próbował ją uziemić, albo może połączyć się z tą energią, która biła od niej jak puls.
    — Trzęsą się jak cholera, wariatko — powtórzył z rozbawieniem. — Tylko mi tu nie dostań zawału… — Nachylił się nieco, jego głos był elektryzujący, pełen emocji, z tym naturalnym, lekko zachrypniętym tonem, który pojawiał się u niego tylko wtedy, gdy mówił szczerze, bez filtrów, bez dystansu.
    — Jestem z ciebie tak cholernie dumny, Sloane. — Jego palce zacieśniły uścisk na jej dłoniach. — I nie tylko po tym występie. Nie po tej premierze. Wiedziałem, że to zrobisz. Już wtedy, tam na tym pieprzonym tarasie, kiedy paliłaś ze mną jointa i udawałaś, że nic cię nie obchodzi.
    Uśmiechnął się szerzej. Błysk w jego oku był żywy, niemal chłopięcy, ale pod nim czaiło się coś więcej. Coś, co mówiło: pamiętam cię wtedy. Widziałem cię wtedy. Zrozumiałem cię zanim sama to zrobiłaś.
    — Już wtedy widziałem, że ci się uda. Że to rozwalisz. Cały ten świat, który cię skreślił. — Uśmiechnął się szeroko, entuzjastycznie, jakby właśnie wrócił z jakiejś sceny razem z nią. — Widzisz to, co się dzieje? Ludzie cię kochają. I nie mają pojęcia, że to dopiero początek.
    Zamilkł tylko na moment, przyglądając się jej uważnie, wciąż nie puszczając jej dłoni. I może nie powiedział tego wprost, ale wybrzmiało to w całym jego tonie: Wierzyłem w ciebie wtedy, zanim zrobiło się głośno. I teraz, kiedy cały świat krzyczy twoje imię, dalej wierzę. Może jeszcze bardziej.
    — Jestem z ciebie tak cholernie dumny, Sloane — powiedział cicho, ale z mocą. Jego głos nie drżał. Był czysty, jakby z każdą sylabą coś w nim się prostowało. — Tak zajebiście dumny.
    Zamilkł tylko na ułamek sekundy. Ale spojrzenie mu nie zgasło. Patrzył prosto w nią, nie tylko na nią, ale w nią, jakby widział wszystko, co działo się pod tą całą nonszalancją, makijażem i żartami rzucanymi od niechcenia. Jego kciuk przesunął się leniwie po wierzchu jej dłoni, ledwie zauważalnym ruchem. Nie puszczał. — Wiedziałem, że dasz radę. Że to się wydarzy. Że postawisz ten świat na głowie.

    OdpowiedzUsuń
  103. Przechylił lekko głowę, jego spojrzenie złagodniało, ale usta wciąż były zaciśnięte, jakby musiał utrzymać emocje w ryzach. Jakby zbyt duża bliskość na zewnątrz mogła naruszyć to, co trzymał w środku. Kiedy Ezra pchnął drzwi garderoby, wszystko wydarzyło się naraz. Gwizdy. Brawa. Krzyki radości i pierwsze wystrzały korków od szampana, które rozniosły się po całym pomieszczeniu jak salwa zwycięstwa.
    — SLOANE! — Ktoś krzyknął z końca pokoju, a potem ruszyli wszyscy.
    Jeden z technicznych wcisnął jej do rąk ogromny bukiet pachnących róż i białych peonii, a zaraz potem czyjeś ramiona objęły ją mocno, nie pozwalając się wyrwać przez dobrą minutę. Każdy chciał powiedzieć jej choć jedno słowo, każdy chciał uściskać, pogratulować, dotknąć tej iskry, która unosiła się w powietrzu wokół niej. A ona? Stała pośrodku tego całego chaosu, z tym samym uśmiechem, którego nie potrafiła już zetrzeć z ust. Była tu. To się działo. Naprawdę. Ezra przez chwilę nie wtrącał się w tę radość. Zniknął na sekundę, by pojawić się tuż obok niej z dwoma wysokimi kieliszkami szampana.
    — Mówiłaś coś o szampanie z producentem? — zapytał, z tą swoją charakterystyczną chrypką i przekornym uśmiechem w kąciku ust. Wręczył jej jeden, a drugim uniósł lekko w górę, jeszcze bez toastu, jakby najpierw chciał dać jej coś więcej. Objął ją ramieniem. Pewnie, blisko. A potem, nim zdążyła coś powiedzieć, nachylił się i pocałował ją w skroń.
    Ciepło. Pewnie. Bez zbędnych słów. To była ich chwila. Dopiero wtedy uniósł kieliszek wyżej i podniósł głos.
    — Za Sloane! — zawołał z szerokim uśmiechem. Kilka głosów zawtórowało mu entuzjastycznie. Ezra spojrzał na nią jeszcze raz, ten błysk w jego oku był nie do podrobienia.
    — Za pieprzoną królową tego wieczoru! — dodał jeszcze, a w jego głosie była czysta duma i adrenalina. Wypił szampana duszkiem a potem, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, z szerokim, nieco szalonym uśmiechem rozbił swój pusty kieliszek o podłogę. Jakby właśnie zakończył pierwszy akt najlepszego przedstawienia, jakie kiedykolwiek wyprodukowali. Szkło rozsypało się z ostrym dźwiękiem, który przebił się nawet przez muzykę i śmiech dookoła. Kilka osób krzyknęło z zaskoczenia, ktoś inny zarechotał, a Ezra tylko rozłożył ręce w teatralnym geście, jakby właśnie zakończył najlepszy numer wieczoru. Śmiechy rozniosły się po garderobie, a ktoś zaklaskał jeszcze głośniej, jakby rozbijanie szkła było najlepszą puentą tego wieczoru.
    — Niech świat wie, że właśnie narodziła się legenda.
    Ezra jeszcze się śmiał, gdy opadły ostatnie brawa i fragmenty szkła cicho przetoczyły się po podłodze. Szampan już zdążył spłynąć po jego dłoni, ale nie przejął się tym nawet przez sekundę. Zamiast tego pochylił się gwałtownie w stronę Sloane, objął ją mocno i w jednej chwili uniósł w górę, jakby w ogóle nie ważyła nic.
    — Mówiłem ci, że to będzie twój pieprzony rok! — Rzucił z entuzjazmem, jego głos był roziskrzony i lekko zachrypnięty od emocji. Zakręcił się z nią w półobrocie, śmiejąc się razem z nią, gdy jej włosy rozsypały się w powietrzu, a sukienka zawirowała wokół nich jak scena z filmu. Sloane uchwyciła się jego ramion, śmiejąc się tak szczerze i z taką lekkością, jakby właśnie coś w niej pękło, ale tym razem nie ze smutku, tylko z czystej radości. To był ich moment. Tylko to, co zbudowali. I nawet jeśli cały świat miał dopiero się dowiedzieć, jak wielka to była rzecz, oni już wiedzieli.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  104. Ezra nie spuszczał z niej wzroku nawet na moment. Patrzył, jak przyjmuje gratulacje, jak śmieje się, zatapia w tłumie ludzi, którzy, choć każdy na swój sposób istotny, i tak wydawali się dla niej tylko tłem.
    — Wszystko jest możliwe — odparł półgłosem, nachylając się nieco bliżej. Ten wieczór był jak zmontowana taśma najpiękniejszych momentów i Ezra wiedział, że długo żadna premiera nie przebije tego, co właśnie się działo. Patrzył, jak Sloane stoi na stoliku, z kieliszkiem w dłoni, z burzą blond włosów opadającą na ramiona, z błyskiem w oczach, który znał lepiej niż własne odbicie. Znał ją w wersji rozsypanej, zrezygnowanej, zamkniętej. A teraz… stała tam pewna siebie, jasna, silna, jakby świat musiał się zatrzymać i przyjąć do wiadomości, że narodziła się od nowa. Kiedy rozbiła kieliszek o podłogę z tym samym zawadiackim śmiechem, który pamiętał jeszcze z ich pierwszej sesji, Ezra uniósł ręce w górę i zaklaskał głośniej niż ktokolwiek w pokoju.
    — TAK JEST! — rzucił przez śmiech, bez żadnego filtra. — Za Sloane! Za cholerną królową dzisiejszego wieczoru! — Rzucił jeszcze z szerokim uśmiechem, a zewsząd rozległy się śmiechy, gwizdy i kolejne brawa..
    Ezra, wciąż roześmiany, podszedł bliżej, kiedy tylko Sloane zakończyła swój mały toast i bezlitośnie rozbiła kieliszek o podłogę. W jego oczach był tylko podziw i duma, żadnej ironii, żadnego udawanego chłodu. Prawdziwy entuzjazm, którego nie próbował nawet ukrywać. Podszedł do stolika zdecydowanym krokiem, wyciągnął ręce i złapał ją pewnie w talii, jakby zrobili to już setki razy wcześniej.
    — Chodź tu, gwiazdo — mruknął z rozbawieniem, unosząc brwi.
    Sloane oparła dłonie na jego ramionach, śmiejąc się lekko, jakby to był jedyny sposób, w jaki chciała zejść, po nim. Zsunęła się powoli, opierając się o jego ciało, jakby specjalnie chciała poczuć każdy centymetr tej chwili. Ezra wcale się nie odsunął. Trzymał ją mocno, jakby to był występ życia, a on jej jedynym bezpiecznikiem w całym tym szaleństwie.
    — Z każdym razem robisz większe show — szepnął, kiedy jej stopy dotknęły podłogi, ale dłonie nadal spoczywały na jego barkach. Uśmiechną się, a jego ręka na moment zatrzymała się na jej plecach, zanim ponownie rozbrzmiał gwar rozmów i ktoś już krzyczał, że czas na zdjęcia. Ale ten moment, należał tylko do nich. Ich spojrzenia znów się spotkały. I przez ten jeden, krótki moment wśród braw, hałasu, światła fleszy i szampana, byli tylko oni. Nie na długo, nie tak, żeby ktoś mógł coś zasugerować. Ale wystarczająco, żeby poczuła to, co już wiedziała. Że dla niego była gwiazdą wieczoru. Że zrobiła to. Że więcej nie musi nikomu nic udowadniać. I jeśli nawet kiedyś ktoś znów ją przekreśli, to on będzie obok, gotów to przypomnieć.
    — Rozjebałaś to, Fletcher. I nie mam najmniejszego zamiaru pozwolić ci zwolnić.
    I oboje o tym wiedzieli. Objął ją znów ramieniem, ścisnął lekko przy boku, tak, jakby chciał, żeby zapamiętała, że właśnie to jest ich chwila. — I na pewno nie zamierzałem się ciebie pozbywać, błyskotko — szepnął jej na ucho, nawiązując do tego, co powiedziała mu wcześniej. I tym razem nie uciekł wzrokiem.

    OdpowiedzUsuń
  105. Patrzył prosto na nią. Tak jak wtedy, na tarasie klubu, gdy nie był jeszcze pewien, czy się zgodzi. Tak jak wtedy, gdy myślała, że to tylko kolejna propozycja, której nie warto słuchać. Odetchnął głębiej, jakby chciał na chwilę zatrzymać czas, choć wiedział, że to niemożliwe. Widział ją na scenie dziesiątki razy. Widział, jak się rozpadała. Widział, jak się podnosiła. Ale jeszcze nigdy nie widział jej tak kompletnej. Tak pewnej siebie i tego, co robi. To nie był tylko show. To był manifest. I był jego częścią.
    — Przysięgam, że jak zaraz się nie ogarnę, to się zrobi za sentymentalnie — mruknął półżartem, podchodząc do stolika, na którym wciąż zostały resztki szkła z ich rozbitych kieliszków. I tylko on wiedział, jak cholernie wiele kosztowało go, żeby nie pokazać teraz za dużo. Zza nich ktoś już krzyczał, że chcą wspólnego zdjęcia. Że zaraz ktoś musi złapać ujęcie na relacje. Że przyszli jacyś dziennikarze, ktoś z agencji PR. Ktoś chciał, żeby się przebrała. Ktoś chciał ją już zabrać do auta. Ale Ezra nadal trzymał ją przy sobie.
    — Jeśli kolejny razem wejdziesz mi na stół, będę domagał się udziału w choreografii.
    Brzmiało to nonszalancko. Typowo dla niego. Ale jego głos miał ten charakterystyczny ochrypły ton, który zdradzał więcej, niż sam by chciał. Ezra był typem faceta, który nie rozdawał komplementów zbyt chętnie. Nie mówił głośno o emocjach, jeśli nie musiał. Ale ona wiedziała, kiedy mówił serio.
    Ezra uśmiechnął się jeszcze przez moment, jakby nie mógł się napatrzeć na jej oczy błyszczące ekscytacją, na policzki zarumienione adrenaliną, na drżące jeszcze dłonie i ciało, które wciąż wibrowało tym, co wydarzyło się na scenie. Ale po chwili cofnął się o krok. Potem drugi. W jego ruchach było coś bardzo świadomego. Jakby chciał jej dać dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebowała. Jakby doskonale wiedział, że to jest jej wieczór. Jej czas. Jej światło. Uniósł lekko podbródek, rzucając jej spojrzenie, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa: Lśnij. To twoje.
    — Idź, zrób z siebie legendę. — Mrugnął jednym okiem i już się odsunął, wsuwając dłonie do kieszeni. Ktoś natychmiast się do niej dosiadł, ktoś inny podał telefon, kolejny sztab zaprosił ją do wspólnego zdjęcia. Flash aparatu raził w oczy. Kwiaty, śmiechy, migawki. Zrobiło się głośno. Zrobiło się tłoczno. Ezra obserwował to wszystko z odległości. Nie zniknął, nie byłby w stanie odejść całkiem. Ale stał w cieniu, jakby znał swoje miejsce w tej chwili. Nie chodziło o to, by stać obok niej na wszystkich zdjęciach. Nie potrzebował reflektorów. To był wieczór Sloane. I on był zbyt dumny, żeby jej to zabierać. Więc patrzył. Jak mówiła. Jak śmiała się głośno. Jak znów stawała się TĄ Sloane. Albo może nową, jeszcze odważniejszą wersją siebie. I wiedział, że właśnie z tej odległości, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i uśmiechem pełnym niedowierzania zobaczył coś, czego nikt już jej nie odbierze. Narodziny ikony. I jego udział w tej historii. Ale teraz… to był jej moment.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  106. Ezra tylko lekko się uśmiechnął, gdy jego ramiona opuściły jej talię. Nie dlatego, że chciał ją puścić. Przeciwnie, wszystko w jego spojrzeniu mówiło, że najchętniej zatrzymałby ją przy sobie na resztę tej nocy, z daleka od fleszy, tłumu i kolejnych zobowiązań. Ale Ezra Creighton rozumiał więcej niż większość ludzi. Rozumiał moment, jego wagę. I to, że Sloane właśnie przestała być tylko artystką. W tym błysku fleszy, w hałasie oklasków i dźwięku rozbijanego szkła, stawała się symbolem. Głosem. Historią. Dlatego się odsunął. Dając jej przestrzeń. Dał jej czas, by mogła stać się tą wersją siebie, która urosła z bólu, porażek i brawurowych decyzji. Nie zniknął, nie schował się całkiem, był tuż obok, zawsze w zasięgu wzroku. Ale teraz to nie on miał być w świetle reflektorów. Nie on miał zbierać laury. I wiedział, że to właśnie jego rola: stać z boku i patrzeć, jak kobieta, w którą wierzył od pierwszego dnia, rośnie na jego oczach. I błyszczy.
    Obserwował, jak pociągają ją kolejni ludzie, do zdjęć, do krótkich rozmów, do wspólnego śmiechu. Jak z wdzięcznością rozmawia z ekipą, jak rozsyła uśmiechy i dziękuje każdemu z osobna. Jak mówi do kamery, potem do mikrofonu, potem znów do tłumu. A mimo tego wciąż gdzieś, co kilka minut, rzucała spojrzenie przez ramię. Jakby sprawdzała, czy Ezra tam nadal stoi.
    I stał.
    Z papierosem w dłoni, którego nawet nie odpalił. Wciąż uśmiechnięty, jakby właśnie patrzył na największe spełnienie swojej kariery. Bo nim było. Sloane Fletcher w wersji 2.0, potężna, świadoma, piękna w tym swoim ognistym chaosie. To nie była kobieta, którą poznał na dachu. To nie była dziewczyna, która wróciła do LA, próbując złożyć siebie na nowo. To była artystka. Legendarna, jak sama powiedziała. I on nie zamierzał jej w tym przeszkadzać. W końcu ktoś go wciągnął do zdjęcia. Objął ją w pasie, stając z nią twarzą do obiektywu, choć tuż przed fleszem spojrzał tylko na nią, półuśmiechając się szelmowsko, jakby mówił „jeszcze nie skończyliśmy”.
    Bo nie skończyli.
    Jeszcze nie.
    Ezra wycofał się w odpowiednim momencie. Nie zniknął od razu, jeszcze przez chwilę stał z boku, obserwując, jak Sloane płynie przez tłum, uśmiechnięta, otwarta, w swoim żywiole, ale też wiedział, że on sam nie był już jej częścią w tym konkretnym momencie, nie w świetle kamer, nie w tej wersji wieczoru.
    Zsunął marynarkę z ramion, przerzucił ją przez ramię i przeszedł przez garderobę na główną salę. Drzwi prowadzące na taras były lekko uchylone, chłodne powietrze wpadło do środka, mieszając się z zapachem dymu i wieczornego powietrza LA. Wyszedł bez słowa, wyciągając z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Dopiero wtedy, gdy znalazł się sam, zaciągnął się głęboko, pozwalając nikotynie opaść mu na język i płuca. Cisza była względna, ale pozwalała mu oddychać inaczej niż w środku. Pozwalała przemyśleć to wszystko, co właśnie się wydarzyło.
    — Creighton ucieka z własnego świętowania? — odezwał się znajomy głos, podszyty ironią i niegasnącym sarkazmem.
    Ezra nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto za nim stoi. Caden. Oparty o barierkę po lewej stronie tarasu, z niedopitą szklanką w dłoni i dwiema dziewczynami, które jeszcze minutę temu śmiały się w jego ramionach. Teraz jednak oderwał się od nich z teatralnym westchnieniem, zostawiając je lekko skonfundowane, i podszedł bliżej.
    — Zrobiło się za tłoczno, czy nie możesz już patrzeć, jak ludzie mówią, że to wszystko jej zasługa? — dodał, podchodząc, jakby chciał się z niego pośmiać, ale nie do końca mu się to udawało.
    Ezra zaciągnął się powoli, nie odrywając wzroku od panoramy miasta. Dopiero po chwili przeniósł spojrzenie na Cadena, mierząc go wzrokiem spod przymkniętych powiek. Bez złości, bez nerwów. Raczej z czymś, co przypominało czystą, lodowatą obojętność.
    — To zasługa — rzucił chłodno. — Nie każdemu trzeba się wiecznie pchać w kadr.
    Ezra zaciągnął się raz jeszcze, kończąc papierosa niemal do filtra, a potem niedbale zgasił go o krawędź metalowej barierki i rzucił niedopałek do pobliskiej popielniczki.

    OdpowiedzUsuń
  107. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w światła miasta, pulsujące, migające w oddali, jakby Los Angeles oddychało swoim własnym, nierównym rytmem. Wiedział, że Sloane nadal była w środku, że jeszcze przez długie minuty będzie otoczona ludźmi, reflektorami, błyskami fleszy. Ale wiedział też, że prędzej czy później i tak do niego wróci.
    — No dobra — rzucił Caden, znów zatrzymując się obok niego. Tym razem ton był luźniejszy, choć ironia nie zniknęła. — To co teraz? Masz już na oku nowy projekt, Creighton? Jakaś nowa zbłąkana gwiazda, którą trzeba oszlifować?
    Ezra nie odpowiedział od razu. W jego oczach nadal tliło się coś, czego Caden nie potrafił zdefiniować, mieszanka zadowolenia i jakiegoś ukrytego planu. A może to po prostu był jego naturalny stan.
    — Chyba zdajesz sobie sprawę, że teraz… to już nie twoje podwórko. Fletcher zaraz pójdzie do większego gracza. Tak działa ten świat, stary. Wyciągniesz ją na powierzchnię, a potem ktoś z grubszym portfelem przyjdzie i zrobi jej miejsce na wielkiej scenie.
    Drzwi tarasu otworzyły się lekko z cichym trzaskiem, który Ezra usłyszał, zanim zdążył całkiem zniknąć we wnętrzu. Odwrócił się tylko na moment, wystarczyło, by zobaczyć, że to Sloane. Stała w progu, z lekko rozmazanym makijażem i rumieńcem na policzkach, który nie miał nic wspólnego z zawstydzeniem, a wszystkim z emocjami, które nadal nią wibrowały. Lśniła. Nadal. Cała była tą sceną. Caden skrzywił się teatralnie, a potem rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
    — Nareszcie — rzucił z przesadnym westchnieniem, jakby właśnie skończyło się jego oczekiwanie. Podszedł do niej od razu, jakby nie było żadnej przerwy, żadnego dystansu. — Myślałem, że cię tam zakopali pod tymi bukietami.
    Zanim Sloane zdążyła coś odpowiedzieć, objął ją ramieniem i bez ceregieli przyciągnął do siebie, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Caden pochylił się i musnął usta Sloane krótkim, szybkim pocałunkiem.
    — Zabieram cię na porządną imprezę. Taką, na jaką zasługuje legenda. Drinki, które się nie kończą i może coś specjalnego — rzucił z uśmiechem, który miał być uroczy, ale Ezra znał tę nutę, był w nim cień zaborczości, którego nie dało się nie zauważyć. Nie zareagował. Stał nieruchomo, oparty bokiem o barierkę, z półprzymkniętymi oczami. Palił drugiego papierosa, którego zapalił od razu po poprzednim. Na jego ustach błąkał się cień uśmiechu, który równie dobrze mógł być cyniczny, co obojętny.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  108. [Cześć! :) Już dawno chciałam stworzyć postać związaną z sektą i w sumie popchnęło mnie do tego obejrzenie serialu Niebo. Bardzo dobry, polecam! W sumie nie wiem czy ktoś będzie chciał stworzyć taką fanatyczną postać, więc może nic nie wyrwie jej z Nowego Jorku... Przynajmniej póki co! :D Imię ma bardzo oryginalne, to prawda, ale przynajmniej nadrabia zwyczajnym nazwiskiem. ^^
    Dziękuję ślicznie za przywitanie! Twoje Panie są piękne i patrząc z boku mogłoby się wydawać, że mają cudowne życie. Co prawda pomiędzy naszymi postaciami jest ogromny kontrast, ale gdybyś miała ochotę na wątek, to zapraszam!]

    Powder Smith

    OdpowiedzUsuń
  109. Ezra uniósł głowę znad tlącego się papierosa i spojrzał na nią w tej samej sekundzie, w której wypowiedziała jego imię. Jakby to jedno słowo, ledwo słyszalne wśród zgiełku muzyki i śmiechu dochodzącego z wnętrza, miało dla niego większą wagę niż jakiekolwiek inne. Patrzył na nią przez ułamek sekundy dłużej, niż powinien, a potem przeniósł wzrok na Cadena, którego ramię wciąż spoczywało na talii Sloane. Przez jego twarz przemknęło coś nieczytelnego. Nawet nie cień uśmiechu, raczej cień emocji, która była zbyt dobrze ukryta, by dało się ją uchwycić. Zaciągnął się dymem i powoli wypuścił powietrze, jakby wszystko ważył. Czas, słowa, decyzje. Słowa Sloane zawisły między nimi. Proste pytanie, a jednak miało w sobie coś, co zbiłoby z tropu każdego innego, nie jego. On znał jej ton, znał ten uśmiech, z którym się do niego zwracała. I wiedział, że właśnie nim zaznacza granicę, którą będzie przesuwać dokładnie wtedy, kiedy uzna to za stosowne. Nie od razu odpowiedział. Zamiast tego rzucił papierosa przez barierkę i potarł palce o siebie, jakby chciał zetrzeć z nich coś, czego nie dało się zobaczyć. Potem zerknął na Cadena. Nie dłużej niż na ułamek sekundy. Niby obojętnie. Niby bez emocji. Ale ten chłód między nimi był niemal namacalny.
    — Masz lepszą pamięć niż sądziłem, Fletcher. — Mruknął, zrzucając peta do popielniczki. Patrzył w ich stronę, nonszalancko, jakby go to wszystko nie ruszało, ten pocałunek, to przyciągnięcie, to „zabieram ją na imprezę”. Ezra miał tę jedną cechę, której nie dało się podrobić: kiedy odchodził albo coś mu nie grało, w jego oczach gasło światło. — Jeden taniec to nie najgorszy dług. — Powiedział z lekkim, ironicznym uśmiechem. Na moment zapanowała cisza. Sloane czuła, że między nimi przeskoczyło coś nienazwanego, a Caden znowu stał się jedynie dodatkiem w tej scenerii.
    Caden parsknął pod nosem, nonszalancko poprawiając mankiet koszuli, jakby właśnie ogłosił coś niepodważalnego. Jego dłoń wciąż spoczywała na biodrze Sloane, choć sam wyraźnie bardziej skupił się na Ezrze.
    — Na to raczej nie będziesz miała czasu, nie sądzisz? — rzucił z przekąsem, unosząc brew. — Sloane ma dziś inne priorytety. A ty pewnie też masz swoje plany, Creighton.
    Było w tym tonie coś zbyt pewnego siebie, zbyt rozluźnionego, jakby Caden naprawdę wierzył, że już wygrał. Ezra uniósł wzrok znad żaru papierosa, który tlił się w jego dłoni z coraz większą cierpliwością. Powoli wypuścił dym przez usta, obserwując, jak rozpływa się w chłodniejszym nocnym powietrzu. Ezra nie był zazdrosny, ale nie zamierzał też oddać pola bez walki, nawet jeśli ta miała toczyć się tylko spojrzeniami i przemilczeniami. Nie było w tym żartu. Ani rywalizacji. Tylko cicha pewność i coś jeszcze, rodzaj deklaracji, złożonej bez słów, ale jednoznacznej.

    OdpowiedzUsuń
  110. Ezra spojrzał na niego spokojnie. Bez cienia emocji. A potem przeniósł wzrok na Sloane. I tylko jej.
    — Masz rację. — Skinął głową krótko. — Mam coś do załatwienia…
    Nie brzmiało to jak ucieczka. Brzmiało jak coś, co miało nadejść i czego nikt nie zatrzyma. Zrobił krok do przodu, podchodząc jeszcze bliżej. Caden ani drgnął, ale Sloane mogła wyczuć to spięcie. To napięcie między nimi. Nie fizyczne, nie groźne. Ale niepokojąco obecne.
    Zrobił krok bliżej. Wystarczyło, by znów poczuła jego zapach i obecność. Pochylił się lekko i musnął jej policzek, delikatnie, ciepło, z większym znaczeniem niż tysiąc słów. Palce musnęły jej dłoń na moment, jakby chciał się upewnić, że naprawdę tu jest. Że widzi ją całą, nie tylko tę, która śmieje się i rzuca błyskotliwe teksty. Ale tę, która jeszcze przed chwilą drżała od emocji na scenie.
    — Baw się dobrze, Fletcher. — Uśmiechnął się lekko. To nie brzmiało jak „żegnaj”, raczej jak „do zobaczenia”, choć żadne z nich nie wiedziało jeszcze, kiedy, ani w jakich okolicznościach. Odwrócił się i zniknął za drzwiami, nie oglądając się za siebie. — Ale uważaj na siebie.
    Caden tylko spojrzał na Sloane, unosząc brew.
    — On zawsze taki dramatyczny, czy to tylko przy tobie?
    Ezra pokręcił głową ze śmiechem. Nie czekał na odpowiedź. Odszedł, tak jak przyszedł, spokojnie, pewnie, bez oglądania się za siebie. Ale Sloane wiedziała, że jeśli się obejrzy… to tylko po to, żeby sprawdzić, czy ona nadal patrzy.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  111. Ezra wrócił do środka z taką swobodą, jakby właśnie nie pożegnał się z kimś, kto przez ostatnie miesiące potrafił wywracać jego świat do góry nogami. Drzwi tarasu zatrzasnęły się za nim z miękkim trzaskiem, który tylko on usłyszał, reszta klubu wciąż pulsowała muzyką, głosami i zapachem szampana. Wewnątrz panował ten dobrze znany mu chaos, ale nie ten destrukcyjny. To był porządek twórczy, pełen energii. Wszyscy jeszcze żyli emocjami występu. Światła kamer migały w różnych punktach garderoby i korytarzy za sceną. Ekipa biegała z kablami, tabletami, mikrofonami. I tak jak przewidział, nie odpuszczono mu.
    Kątem oka uchwycił ruch przy drzwiach. Tylko przelotne spojrzenie, ale wystarczyło, to była Sloane. Jej błyszcząca sukienka mignęła w świetle reflektorów, a potem… znikała. Tuż obok niej ten sam gość, którego Ezra miał ochotę zepchnąć ze schodów już od momentu, gdy pierwszy raz zobaczył jego rękę spoczywającą zbyt swobodnie na jej talii. Nie wiedział, co irytowało go bardziej: że wychodzi z kimś, czy że wychodzi z nim. Pokręcił głową i westchnął bezgłośnie, jakby próbował to z siebie zrzucić. Przecież to nic takiego. Miała prawo. Chciała się bawić, nie miał zamiaru jej tego zabraniać. Ale to nie była neutralna myśl. Nie brzmiała rozsądnie, nie brzmiała nawet jak Ezra. Raczej jak ktoś, kto próbował sam sobie wmówić, że wszystko jest w porządku, kiedy właśnie… przestawało być. Podszedł kilka kroków do najbliższego ochroniarza, wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny z dyskretną słuchawką przy uchu i skupionym spojrzeniem.
    — Miej na nią oko — rzucił krótko, tonem, który nie dopuszczał pytań. — I daj mi znać, jakby coś było nie tak. Cokolwiek. — Dodał spokojnie, ale konkretnie, nie odrywając wzroku od drzwi, które już dawno się za nimi zamknęły.
    Ochroniarz skinął głową bez słowa, znikając zaraz w tłumie. Ezra przez moment został w miejscu. Nie powinno go to obchodzić. Przecież wiedział, że ten wieczór był dla niej, cały, od początku do końca. Miała prawo go zakończyć jak chciała. Ale coś w nim się spięło. Może dlatego, że znał takich gości jak Caden. Może dlatego, że sam kiedyś był jednym z nich. Albo dlatego, że kiedy Sloane patrzyła na Cadena…
    Potrząsnął głową jakby chciał pozbyć się wszystkich natrętnych myśli i wrócił do rozmowy z ekipą, ale gdzieś z tyłu głowy, jak natrętny szum, wciąż miał obraz jej sylwetki znikającej za drzwiami. I tego pieprzonego uśmiechu na twarzy Cadena.
    Po północy Ezra siedział przy jednym z niskich, podświetlonych stolików w loży VIP. Muzyka sączyła się z głośników w mniej intensywnym tempie, ale wciąż miała w sobie puls, który utrzymywał wszystkich na nogach. Obok niego Kendall, nonszalancko sącząca drinka, a wokół kilku jego znajomych z branży. Rozmawiali o ostatnim wydaniu „Billboardu”, o jednym z występów na Coachelli i o artyście, którego nowy materiał ponoć miał zrewolucjonizować rynek. Palcami bezwiednie obracał szklankę z resztką bourbona, kiedy poczuł wibrowanie telefonu w kieszeni marynarki. Sięgnął po niego odruchowo, spodziewając się wiadomości od jednego z technicznych, może kogoś z zespołu PR.
    Zamiast tego zobaczył wiadomość od ochroniarza.
    [21:08] Marcus
    — Wydaje mi się, że chciałbyś to zobaczyć.
    Załącznik: video.mp4
    Ezra nie od razu otworzył. Zmrużył oczy. Poczuł, jak w gardle rośnie mu znajome napięcie, to, które pojawiało się wtedy, gdy coś przestawało grać. Odsunął się lekko od stolika, jakby potrzebował odrobiny przestrzeni. Włączył nagranie.
    Klubowe światła, dziki tłum na parkiecie. Kamera drży, ale jest wystarczająco stabilna, by wyłapać to, co najważniejsze. Sloane. W srebrnej sukience, z rozsypanymi po ramionach włosami, wije się w ramionach jakiegoś kolesia, nawet nie Cadena. Tańczy blisko, zdecydowanie zbyt blisko. Jej ruchy są rozedrgane, bezwładne, jakby jej ciało nie do końca wiedziało, co robi. Głowa odchylona do tyłu, oczy półprzymknięte. Śmieje się, kręci biodrami. Facet z tyłu trzyma ją za talię. Zbyt pewnie. Za mocno.
    Ezra wcisnął pauzę.

    OdpowiedzUsuń
  112. Ezra nie planował tam jechać. Nie miał tego w zamiarze, nie pasowało to do jego nastroju, stylu wieczoru ani obrazu samego siebie, który przez całe życie pieczołowicie budował. Ale kiedy po raz trzeci obejrzał to nagranie, zatrzymując je w momentach, gdy obcy facet zbliżał się za bardzo, gdy Sloane odrzucała głowę zbyt swobodnie, jakby oderwana od rzeczywistości, coś w nim się złamało. Nie był pewien, czy to troska. Może potrzeba kontroli. Może zazdrość. Może wszystkie te rzeczy naraz. Ale jedno było pewne: nie mógł siedzieć dalej i udawać, że nie widzi.
    — Będę leciał. — Mruknął do Kendall, wstając.
    — Co się dzieje? — podniosła wzrok, nie kryjąc zaskoczenia.
    — Nic, co by cię interesowało.
    Zostawił szklankę na stole i wyszedł szybkim krokiem z loży. Wsiadł do auta, wcześniej rzucając lokalizację kierowcy. Nie miał nawet planu. Nie wiedział, czy zamierza ją stamtąd zabrać, czy po prostu… upewnić się, że nie skończy na podłodze z czyimś językiem w gardle i narkotykami pod paznokciami. Kiedy wysiadł przed klubem, do którego wszedł ochroniarz z nagrania, rozpoznał miejsce natychmiast, neonowe światła, głośna muzyka wylewająca się na ulicę, kolejka ludzi przed wejściem. Klub był pełny, dziki. W środku czuło się pot, alkohol i impuls. Ezra nie czekał w kolejce. Nie musiał. Nazwisko Creighton otwierało drzwi.
    Ezra wszedł w półmroku, omijając bar, ignorując taniec ciał na parkiecie. Ledwo parę kroków dalej, przy wejściu do sali VIP, czekał już ochroniarz.
    — Szefie. — Kiwnął mu głową i uniósł telefon z odblokowanym ekranem. — Loża za drugim barem, z lewej. Wygląda na… rozluźnioną.
    Ezra nie odpowiedział. Wtopił się w cień, korzystając z faktu, że światła zmieniały się co kilka sekund, a głośna muzyka skutecznie zagłuszała obecność kogokolwiek spoza strefy. Zatrzymał się kawałek przed wskazaną lożą. Była tam. Sloane siedziała bokiem na kolanach jakiegoś faceta. Miała dłonie na jego karku, a głowę przechyloną tak, że Ezra nie musiał się domyślać, co się właśnie dzieje. Ich usta były złączone. Uśmiechała się. Beztrosko. Głupio. Znów, zbyt znajomo. Tak, jak wtedy, zanim to wszystko zaczęli budować od nowa. Ezra nie ruszył się. Stał w cieniu, jak cień. Tylko obserwował. Nie zrobił jeszcze kroku. Nie zareagował. Nie był pewien, czy powinien. Czy to już moment, w którym miał podejść i rzucić komentarz, który rozwali ten wieczór w sekundę. A może miał odejść. Albo po prostu patrzeć dalej. Ale coś w środku już się w nim paliło. I nawet jeśli jeszcze tego nie pokazywał, już było za późno, żeby cofnąć cokolwiek.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  113. Ezra stał nieruchomo w cieniu kolumny, niemalże zrośnięty ze ścianą, jakby sam fakt obserwacji wymagał, by stał się niewidzialny. W dłoni trzymał szklankę zimnej whisky, bez lodu, bez dodatków, ale i tak ciecz zdawała się palić mu dłoń. Wzrok miał nieruchomy, skupiony, jakby klatka po klatce chłonął obraz przed sobą. Sloane. Na kolanach jakiegoś gościa. Ich usta sklejone w pocałunku, który nie miał nic wspólnego z emocjami, tylko z bezwstydną ucieczką. Jego szczęka napięła się lekko, a kciuk przesunął się po krawędzi szklanki. To był ten moment, w którym mógł
    podejść. Zareagować. Ale nie ruszył się. Jeszcze nie. Widział, jak chłopak próbuje zatrzymać ją siłą, a Sloane się odsuwa. Jeszcze z tym swoim uśmiechem. Ezra zmrużył oczy. Kiedy wstała z jego kolan, zachwiała się, Ezra lekko się poruszył, jakby miał zamiar podbiec i ją złapać, ale nie zrobił tego. Tylko uniósł ponownie szklankę do ust. Powoli. Jakby musiał zająć ręce, by nie użyć ich inaczej.
    „Ogarnij się” szepną sam do siebie. Prawda była taka, że chciał być tym, kto ją trzyma, kiedy się potyka. Kto prowadzi, kiedy wszystko wiruje. Ale nie był. Przynajmniej nie dziś. Dziś był tylko cieniem, cieniem w klubie, cieniem z grubym szkłem w dłoni i spojrzeniem, które ciążyło jak worek kamieni.
    Ezra ruszył zaraz po niej.
    Nie było to gwałtowne. Nic w jego krokach nie zdradzało pośpiechu, ale w jego oczach, w tym spiętym, lodowato skupionym spojrzeniu, czaiło się coś zupełnie innego niż obojętność. Trzymał się z tyłu. Ochroniarz szedł kilka kroków za nim, dyskretny, wyczulony. Ezra nie wydał żadnych nowych poleceń, bo nie musiał. W tym jednym milczącym spojrzeniu zawierała się cała instrukcja.
    Sloane mogła robić, co chciała. Miała do tego prawo. Nie był jej właścicielem. Nie był jej partnerem. Nie był nawet tym, za kim się rozglądała. A jednak Ezra nie potrafił zostać z tyłu. Nie potrafił wrócić do stolika, nie potrafił siedzieć obok Kendall i słuchać płytkiej rozmowy o trendach w brzmieniu nowego popu.
    Nie zagrażało jej nic. Teoretycznie. I właśnie to wkurzało go najbardziej. Bo „teoretycznie” nie dawało mu prawa się wtrącać, ale wszystko w nim krzyczało, że to nie tak miało wyglądać. Wiedział, że coś może się wydarzyć. Że Sloane nie była dziś sobą… a może właśnie była? A jednak szedł za nią, nie jako kontrolujący producent, ale jako jedyny człowiek w jej życiu, który znał ten ton śmiechu i to tempo kroku. Który wiedział, kiedy się uśmiechała, a kiedy tylko udawała, że wszystko jest okej. Dlatego, kiedy weszła z powrotem do loży i zamarła w miejscu, Ezra przystanął. W cieniu. Poza światłem stroboskopów i uwagi kogokolwiek. Stał z założonymi rękami, z zaciskającą się szczęką i tym chłodnym, ciężkim spojrzeniem, które zatrzymywało oddech niejednemu podwładnemu.
    Widział wszystko. Caden. Z tą brunetką na kolanach. Z tym cholernie obojętnym spojrzeniem wbitym w Sloane. Ezra nawet nie drgnął.
    Kiedy weszła na stolik i zaczęła się poruszać, nie było już nic więcej. Klub, światła, ludzie, wszystko zniknęło. Widział tylko ją i jego. Ich niemy teatr. Jej taniec, miękki, płynny, coraz bardziej rozkołysany. I jego spojrzenie, które nie odpuszczało, które trzymało ją na cienkiej nici władzy, którą Ezra znał aż za dobrze. Stał z tyłu. Nieruchomy. Bo Sloane mogła robić, co chciała. Ale tylko do momentu, kiedy nie zacznie siebie krzywdzić. I właśnie dlatego nie odchodził.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  114. W końcu… nie wytrzymał. Znał Sloane zbyt dobrze, żeby dać sobie wcisnąć bajkę, że ten taniec jest dla zabawy. Zimna whisky zostawiła mokrą obrączkę na marmurowym blacie, kiedy odstawił szklankę. Nawet nie spojrzał na ochroniarza, wystarczyło lekkie skinienie głową, a ten ruszył za nim, ale nie wszedł między ludzi. Ezra przeszedł przez tłum z tą samą nonszalancką pewnością siebie, którą nosił jak garnitur szyty na miarę. Nie spieszył się. Nie musiał się spieszyć. Każdy krok był jak rozciągające się napięcie, bezdźwięczne, ale wyczuwalne. W loży nikt go nie zauważył od razu. Sloane nadal się poruszała, teraz wolniej, bardziej sennie, jakby już nie wiedziała, po co to robi. A Caden oparty z tyłu, z tym swoim cholernym uśmieszkiem, nawet nie drgnął. Ezra podszedł prosto do niej. I bez słowa, bez jednego komentarza, po prostu złapał ją mocno w pasie, dokładnie tak jak zrobił to kilka godzin wcześniej w garderobie w klubie i tak samo jak wtedy ściągnął ją ze stolika.
    — Wystarczy, Fletcher — mruknął jej przy uchu nisko, prawie szorstko, ale tak, że tylko ona mogła to usłyszeć. Zeszła do jego poziomu z lekkim potknięciem, jakby nagle grawitacja znów zaczęła działać. Była zbyt zaskoczona, żeby zaprotestować, a może coś w jego dotyku kazało jej się nie odzywać. Dłonie Ezry trzymały ją pewnie, choć nie szarpał. Przytrzymał ją tylko, jakby musiał się upewnić, że naprawdę stoi na nogach. Caden zareagował dopiero po sekundzie. Za późno, dokładnie tak, jak robił to przez cały wieczór. Najpierw poderwał się z kanapy z tym niepewnym ruchem człowieka, który wypił za dużo i wziął o jedną pigułkę więcej, niż powinien. Kolano zahaczyło o stolik, ktoś syknął, ktoś inny parsknął śmiechem.
    — Ej ! — Jego głos był gruby, lepki od alkoholu i gniewu. — Co ty kurwa robisz?!
    Caden zachwiał się, ale utrzymał pion, jakby sam fakt, że wciąż stoi, był osobistym zwycięstwem. Podszedł bliżej. Za blisko. Wszedł w przestrzeń Ezry bez zaproszenia, bez instynktu samozachowawczego, który normalnie powinien był się już dawno włączyć. Spojrzenie miał szkliste, źrenice zbyt rozszerzone, szczęka napięta.
    — Spierdalaj stąd Creighton — splunął słowami. Ezra nawet nie drgnął. Nie cofnął się. Nie uniósł rąk. Nie odpowiedział od razu. Stał spokojnie, zbyt spokojnie, jak ktoś, kto przez całe życie nauczył się, że cisza potrafi być bardziej brutalna niż krzyk. Caden parsknął nerwowym śmiechem.
    — Słyszysz? — uniósł głos. — Ta suka jest dziś moja.

    OdpowiedzUsuń
  115. Słowo zawisło w powietrzu ciężko, brudno. Kilka osób wokół zamilkło. Ktoś odwrócił wzrok. Ktoś inny zrobił krok w tył. Atmosfera zgęstniała w sekundę. Ezra spojrzał na niego wtedy po raz pierwszy.Powoli. Uważnie. Jakby ważył, czy Caden naprawdę zasługuje na odpowiedź, czy tylko na to, żeby zostać usuniętym z drogi.
    — Jeszcze raz… — odezwał się w końcu Ezra, cicho. Zbyt cicho jak na klub, w którym dudnił bas. — Powiedz to jeszcze raz…
    W jego głosie nie było gniewu. Była obietnica. Ochroniarz Ezry już ruszył. Jeden krok. Drugi. Gotowy. Caden nie wytrzymał. W oczach miał wściekłość i coś jeszcze, może wstyd, może upokorzenie, że Ezra tak po prostu wszedł, zgarnął Sloane sprzed jego nosa i nawet nie spojrzał na niego jak na rywala. Jakby go nie widział. Jakby był przezroczysty. Jakby nie istniał.
    — Ty jebany… — warknął i zanim ktokolwiek zdążył zareagować, rzucił się w jego stronę. Ruch był chaotyczny, pijany, szybki, ale przewidywalny. Ezra odsunął się płynnie, bez większego wysiłku odsuwając na bok również Sloane. Uchylił się w bok z niemal irytującą łatwością, a Caden poleciał do przodu, tracąc równowagę. Wtedy wkroczył Marcus. Złapał go jednym zdecydowanym ruchem, zanim Caden zdążył się wyprostować. Wykręcił mu rękę do tyłu i przycisnął do najbliższego oparcia kanapy, błyskawicznie obezwładniając. Całość trwała może dwie sekundy. Nikt nie zdążył nawet złapać oddechu. Caden syknął. Szarpał się, ale Marcus nie poluzował chwytu nawet na moment. Jego twarz była kamienna. Profesjonalna.
    — Uspokój się, Roth — powiedział cicho, ale stanowczo. — Bo następnym razem nie będę tak delikatny.
    Ezra nie patrzył już na Cadena. Spojrzał na Sloane. Nadal trzymał ją w tali. Mocno i pewnie. Jakby w tym całym chaosie to był jedyny ruch, który go interesował. — Obiecałaś mnie zaprosić do kolejnej choreografii na stoliku — mruknął cicho, przechylając głowę w jej stronę. W jego głosie było wszystko, ironia, zmęczenie, gorycz… i coś jeszcze. Coś, co zabiło jej lekki uśmiech na ustach, zanim zdążył się tam na dobre rozgościć.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  116. Nie patrzył na nikogo poza nią. Sloane. Rozpaloną, z policzkami zaróżowionymi nie tylko przez emocje, ale i przez wszystko, co miała w sobie. Alkohol, pigułki, adrenalinę. Żart był celowy. Nie po to, by rozśmieszyć. Raczej by przyciągnąć. Odciągnąć ją myślami od stolika, od mężczyzny, który właśnie z trudem łapał oddech przytrzymywany przez ochroniarza. Ezra nie chciał robić z tej sceny większego przedstawienia. Nie tutaj. Nie w ten sposób. Chciał tylko, żeby spojrzała na niego. Tylko na niego. Ale nie był pewien, jak zareaguje. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo była pod wpływem, choć teraz, z bliska, zauważał każdy szczegół. Rozszerzone źrenice. Lekko rozkojarzony wzrok. To, jak chwiała się delikatnie nawet wtedy, gdy już stała spokojnie. Nie wiedział, czy będzie miała siłę się zdenerwować, czy w ogóle zrozumie, dlaczego to zrobił. Czy uzna, że przesadził. Że odebrał jej zabawę. Że wbił się w środek wieczoru, którego, być może, nie powinien już kontrolować. Ale nie żałował.
    Ezra nie potrzebował więcej słów. Ani od niej, ani od Cadena. Nie skomentował już nic, nie rzucił ripostą. Tylko ścisnął mocniej jej dłoń, kiedy poczuł, jak palce splatają się z jego. Ciepłe, choć lekko drżące. Prowadziła ich, a on jej na to pozwolił. Nie pytał, dokąd. Zaufanie było gestem. Milczeniem. Tą chwilą, w której odchodzisz, nie oglądając się za siebie.
    Nie oglądał się. Nie dlatego, że nie chciał. Ale dlatego, że nie musiał. Marcus wiedział, co robić z resztą. Ezra nie musiał tego mówić. Nie musiał rzucać rozkazów. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno skinienie głowy. Porządek zostanie przywrócony. On miał teraz ważniejsze sprawy. Bo obok niego była dziewczyna, która jeszcze kilka godzin temu błyszczała na scenie jak nowa gwiazda, a teraz chwiała się na szpilkach i ledwo trzymała się rzeczywistości.
    Ale trzymała się jego. A on miał zamiar to kurwa utrzymać. Przez chwilę szli w ciszy, tylko muzyka zostawała za nimi, głośna, zniekształcona i już nieistotna. Ezra spojrzał kątem oka na Sloane. Jej makijaż był wciąż perfekcyjny, a błyszcząca sukienka odbijała światła klubu jak szkło. Ale oczy… oczy miała lekko puste. Jakby jeszcze nie wróciła do siebie. Jakby tylko jej ciało podjęło decyzję, że dość. Zatrzymał się nagle, tuż przy barze.
    — Sloane. — Jego głos był niski, miękki, ale stanowczy. — Hej.
    Odwróciła głowę. Wolno. Jakby dźwięk jego imienia docierał do niej przez grubą szybę. — Jesteś jeszcze ze mną?
    Nie odpowiedziała od razu, ale ścisnęła mocniej jego dłoń. Ezra westchnął cicho i przysunął się bliżej. Palcami odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy.
    — Nie wiem, co dokładnie tam się działo — powiedział cicho, ale bez wyrzutu. — I nie wiem, co ci siedzi teraz w głowie, ale… to już nie miało nic wspólnego z zabawą — szepnął, patrząc jej w oczy. — To był twój wieczór na wszystko inne. Na triumf, nie na to gówno. Ani na tego kretyna… Nie chce go więcej obok ciebie widzieć…
    Ezra nie mógł przestać na nią patrzeć. Sloane stała przed nim w tej połyskliwej sukience, która była lekko przekrzywiona i przesunięta, jakby ledwie trzymała się na ciele. Ale to nie miało znaczenia. Dla niego wyglądała jak chaos. Prawdziwy. Surowy. Rozsypany w kawałki, które znał lepiej niż by chciał. I może właśnie dlatego serce zaciskało mu się w piersi, bo wiedział, że ten rodzaj rozsypania nie kończy się łagodnie. Nie odwracał wzroku. Patrzył jej w oczy z tą intensywnością, która nie wymagała żadnych słów. Wiedział, że jest pod wpływem. Że jej umysł właśnie błąka się w miejscach, gdzie on nie może teraz wejść. Ale znał ją na tyle, by rozpoznać moment, w którym coś w niej pęka. A to się właśnie działo. Pękała. Pomiędzy jednym oddechem a drugim. I to go przerażało.
    — Sloane, popatrz na mnie — powiedział cicho. Tylko tyle. Nie potrzebował żadnego wykładu. Żadnej dramy. Tylko żeby na niego spojrzała naprawdę. Jej wzrok drżał, lekko zamglony, ale wykonała polecenie. Powoli, z opóźnieniem, tak jakby jego głos przeciskał się przez mgłę w jej głowie.

    OdpowiedzUsuń
  117. Patrzyła. Niepewnie. Ale była z nim. Jego głos się nie łamał. Był niski, głęboki, przepełniony czymś, co w Ezrze zawsze było najlepiej ukryte, troską. Nie tą sztuczną, pokazową. Tą, która była bezbronna. Która bolała.
    — Nie będziesz nigdy niczyją “suką”, Sloane. Nawet jeśli się zgubisz. Nawet jeśli zrobisz coś głupiego. Nie pozwolę, żeby ktoś cię tak traktował. Rozumiesz?
    Pochylił się lekko, zbliżając się do niej, ale nie dotknął jej tym razem. Czekał. Dawał jej przestrzeń.
    — Może mnie znienawidzisz jutro za to, że cię stamtąd zabrałem. Może uznasz, że zrujnowałem ci noc. Ale wolę, żebyś się obudziła z myślą, że ktoś cię obronił, niż z poczuciem, że znowu zostałaś zostawiona. — Mógł wprawiać wrażenie zdenerwowanego i może był, ale nie złościł się na nią. A potem uniósł dłoń i zsunął kciukiem smugę czarnego cienia spod jej oka, która rozmazała się lekko, prawdopodobnie od potu albo łez, których nawet nie poczuła.
    — Idziemy na górę. — Dodał cicho. — Musisz się napić czegoś zimnego. Posiedzimy chwilę na tarasie. Potem… jeśli będziesz chciała, zawiozę cię do domu.
    Nie czekał, aż się zgodzi. Znał ją za dobrze. Jeśli zostawi decyzję jej roztrzęsionej głowie, wróci na ten pieprzony parkiet. A wtedy będzie musiał znów po nią wracać. Szli więc w stronę schodów. Jej palce wciąż trzymały jego. I tylko jedno pytanie dźwięczało mu w głowie, choć jeszcze go nie wypowiedział: Kto będzie ją trzymał, jeśli on puści?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  118. Ezra zawsze wiedział, że Sloane jest w jakiś sposób pokiereszowana. Nie chodziło o jej słabość, bo nigdy nie uważał jej za słabą, tylko o sposób, w jaki nosiła swoje rany. Jakby były częścią stroju scenicznego, misternie wkomponowanym detalem, który miał odwracać uwagę od prawdy. I może dlatego właśnie nigdy się na to nie nabrał. Ani wtedy, kiedy pozowała do zdjęć w promieniach fleszy, ani wtedy, kiedy była z Carterem. A może zwłaszcza wtedy. Bo widział, jak ten człowiek ją od siebie uzależniał. Jak pozwalał jej się zbliżać tylko po to, by zaraz wszystko z niej wyciągnąć. Jak dawał jej siebie w momentach, które smakowały jak absolut, a potem odbierał, jednym spojrzeniem, jednym gestem, jedną kobietą w swojej loży. Ezra widział, jak bardzo to ją rozwalało od środka. Jak testował jej cierpliwość. Jak ją warunkował, jak sprawiał, że za każdym razem musiała udowadniać swoją wartość. Nic dziwnego, że nie potrafiła przestać. Uzależnienie nie zaczyna się od wielkich rzeczy, zaczyna się od potrzeby, żeby ktoś cię zauważył, żeby chciał właśnie ciebie, nie wszystkich innych.
    A teraz był Roth. Ezra obserwował ich relację z rezerwą. Ona nie szukała chłopaka. Szukała potwierdzenia, że jeszcze coś znaczy, że jeszcze może być tą najjaśniejszą gwiazdą, a nie tylko echem tego, co kiedyś. A Roth? Roth zawsze rozglądał się za dziewczyną, która właśnie świeci najmocniej. Ezra nie wtrącał się. Nie miał prawa. Ale widział. W ciszy. W spojrzeniach. W tym, jak Roth próbował się ogrzać w jej blasku, jak łapał ją za dłoń tylko wtedy, kiedy byli między ludźmi. Jak uczył się jej słabości, żeby potem się nimi bawić. Wiedział, że to nie przetrwa. Nie mogło. Dwoje ludzi, którzy szukali czegoś w sobie, co dawno już powinni odnaleźć sami.
    Ezra wykrzywił usta w czymś, co tylko z pozoru przypominało uśmiech.
    — Caden? — powtórzył cicho, jakby to imię było mu zupełnie obce. Zawiesił na niej spojrzenie i pokręcił głową. — On był nikim, Sloane. To była gra w jego głowie. — Spojrzał na nią uważnie. — A ty nawet nie znałaś zasad.
    Nie powiedział tego z pogardą. Nie z zazdrością. Zwyczajnie, z chłodnym przekonaniem. Jak ktoś, kto zna fakty, nie potrzebuje emocjonalnych ozdobników i nie zamierza udawać, że było inaczej.
    Ezra nie odpowiedział od razu. Zamiast tego jego dłoń zacisnęła się pewniej na jej talii, nie zaborczo, nie ostro, tylko stabilnie. Jak punkt odniesienia. Jak coś, co nie zniknie, kiedy ona na moment zamknie oczy.
    Pochylił się minimalnie, tak żeby musiała go słyszeć ponad muzyką, ale nie czuć się przytłoczona.
    — Hej. — Jego głos był niski, spokojny. Zbyt spokojny jak na to, co działo się wokół. — Tylko tańczyłaś.
    Uniósł drugą dłoń i delikatnie odgarnął kosmyk włosów z jej twarzy, kciukiem muskając skroń. Powoli. Uważnie. Jakby sprawdzał, czy ona naprawdę tu jest.
    — Nic więcej. — Powtórzył ciszej. — Nie zrobiłaś nic, czego miałabyś się wstydzić.
    Jej słowa o ludziach, o nagłówkach, o tym powracającym strachu nie umknęły mu ani na sekundę. Widział to napięcie w jej szczęce. W tym, jak ramiona lekko opadły, jakby już szykowała się na cios, który jeszcze nie nadszedł.
    — Nikt nie zobaczy jutro „upadku”. — Dodał twardziej. — I nawet gdyby ktoś próbował to tak nazwać… to gówno mnie to obchodzi.
    Jego czoło niemal dotknęło jej skroni, ale nie przekroczył tej granicy.
    — Jutro dalej będziesz tą samą dziewczyną, która dziś rozwaliła scenę. — Dodał ciszej. — I nikt ci tego nie odbierze.
    Na moment zatrzymał spojrzenie na jej oczach. Jego spojrzenie było uważne, skupione tylko na niej. Nie na klubie, nie na ludziach, nie na chaosie. Zrobił pół kroku bliżej, tak żeby mogła oprzeć się o niego, jeśli nogi znów zrobią się miękkie.
    — Gdybyś była o krok od zrobienia czegoś, co naprawdę by cię skrzywdziło albo skompromitowało… — urwał na sekundę, jakby chciał mieć absolutną pewność, że go słucha — …nie pozwoliłbym na to, Sloane — powiedział wprost. Bez żartu. Bez dystansu.
    Ezra zareagował szybciej, niż zdążyła się z tego wycofać. Złapał jej dłoń, tę wycelowaną w jego mostek, i przycisnął ją tam mocniej, jakby chciał, żeby poczuła, że pod palcami ma coś realnego, stałego.

    OdpowiedzUsuń
  119. Serce biło równo. Spokojnie. Nie znikało.
    — Nie. — Powiedział krótko. Twardo. Bez śmiechu. — Spójrz na mnie — powiedział cicho, ale tym tonem, który zawsze sprawiał, że słuchała, nawet jeśli była pół kroku od rozsypania się na kawałki. — Widzisz? Nie zostawiam cię — powiedział spokojnie. Bez patosu. Bez wielkich deklaracji. Nie obiecywał niczego więcej. Był zbyt uczciwy, żeby składać obietnice, których nie był w stanie udźwignąć. Ale tę jedną mógł.
    — Ludzie odchodzą. To prawda. — Przyznał. — Ale to nie znaczy, że z tobą jest coś nie tak.
    Ezra zawahał się tylko przez ułamek sekundy. Nie dlatego, że nie chciał. Nie dlatego, że miał coś przeciwko. Ale dlatego, że zobaczył w niej coś, czego nie widział od dawna. Słabość. Nie tę udawaną, teatralną, tę prawdziwą. Drżącą gdzieś pod skórą, z trudem maskowaną chaosem i prowokacją.
    Jego spojrzenie na moment zawisło na jej oczach. Przez sekundę był całkowicie cicho, jakby sprawdzał, czy to jej prawdziwe „tu i teraz”, czy tylko cień, który został po całym tym wieczorze. Potem skinął głową. Powoli.
    — Jedna piosenka. — Powtórzył szeptem, jakby ta liczba miała ich w jakiś sposób ocalić.
    Zamiast zaprowadzić ją dalej, Ezra wycofał się z nią z powrotem na parkiet. Zatrzymał ich trochę z boku, tam gdzie światła były mniej ostre, a ludzie mniej ciekawscy. Muzyka pulsowała ciężko, bas wibrował w kościach, ale Ezra trzymał ją tak, jakby chciał ją z tego wszystkiego wyciągnąć, a nie wciągnąć głębiej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  120. Ezra przymknął oczy na ułamek sekundy. Oddychał spokojnie, choć w środku wszystko w nim pulsowało zbyt intensywnie. Ten wieczór nie miał wyglądać tak. Miała świętować. Miała się cieszyć. Mieć kontrolę, odzyskiwać grunt. A skończyło się jak zawsze, na granicy. Ale przecież właśnie tam najczęściej ją znajdował.
    — Tylko tańczyłaś — powtórzył cicho, z tą samą pewnością co wcześniej. Jego głos był spokojny, jakby miał moc uziemiania. — A ja byłem obok.
    Spojrzał na nią uważnie. Jakby te kilka słów miały większe znaczenie, niż było widać na pierwszy rzut oka. — Patrzyłem. Pilnowałem. Jak zawsze. — Przesunął kciukiem po jej talii. Nie zaborczo, tylko po to, by przypomnieć jej, że naprawdę tu jest. — Nawet kiedy myślisz, że mnie nie ma. Mam na ciebie oko, Fletcher.
    Jego spojrzenie przygasło na moment, kiedy ujęła jego dłoń mocniej, zupełnie inaczej niż zwykle. I może to właśnie ten uścisk powiedział mu najwięcej. Że dziś nie potrzebowała ironii. Nie ripost. Nie grania. Potrzebowała czyjejś obecności, takiej prawdziwej. Cichego „jestem” bez obietnic, ale i bez znikania.
    Ezra nie obiecywał nic, ale nie puścił jej dłoni.
    — Nie dlatego, że muszę — dodał po chwili ciszy. — Tylko dlatego, że chcę. I to chyba coś zmienia, co?
    Nie czekał na odpowiedź. Nie musiał. Wystarczyło mu to, że znów była blisko. Że nie uciekła. Że jeszcze się trzymała, jakkolwiek kruche to trzymanie się było. Ezra uniósł lekko brwi, jakby coś właśnie mu przyszło do głowy, a potem, zupełnie nie w jego stylu uśmiechnął się łagodnie. Ten uśmiech nie był ani cyniczny, ani drwiący. Był spokojny. Ciepły. Jakby chciał rozproszyć napięcie, które wciąż unosiło się między nimi.
    — Wiesz… — zaczął cicho, przysuwając się jeszcze odrobinę bliżej. — Miłość przychodzi i odchodzi…
    Zawiesił głos na chwilę, po czym nachylił się do niej z tym samym półżartobliwym uśmiechem.
    — Ale ja jestem twoim producentem. A ta relacja przetrwa wszystko. Nie tylko dlatego, że łączy milionowy kontrakt. — Roześmiał się krótko, jakby próbował nieco odczarować ciężar ich rozmowy.
    — Łączy nas coś, czego żadna impreza, żadne pigułki i żaden Caden nie są w stanie zepsuć. — Dotknął delikatnie jej brody i uniósł ją lekko, zmuszając, by jeszcze raz na niego spojrzała. — Muzyka. I nawet jeśli cały świat będzie przeciwko tobie… ja będę po właściwej stronie.
    Jego kciuk przesunął się powoli wzdłuż linii jej żuchwy. — Po twojej stronie.
    Nie powiedział, że zostanie na zawsze. Nie obiecał miłości ani cudów. Ezra nigdy nie rzucał słów na wiatr. Zamiast tego pochylił się jeszcze bliżej, aż ich czoła niemal się dotknęły. Jego kciuk zatoczył powolne koło na jej talii, jakby chciał ją uziemić. Przypomnieć ciału, gdzie jest.
    — Ludzie widzą to, co im pokażesz — dodał. — A dziś widzieli kobietę, która ma kontrolę. Legendę.
    Pozwolił muzyce znów ich porwać. Nie prowadził jej ostentacyjnie. Dopasował się do jej rytmu, nawet jeśli był chaotyczny, nawet jeśli co chwilę się gubiła. Trzymał ją tak, jakby wiedział, że za chwilę może się rozsypać i że jego rolą nie jest jej składać, tylko nie pozwolić, żeby uderzyła o ziemię. Kiedy nazwała go pięknym, uśmiechnął się krótko, bez ironii. Jedną dłonią objął ją mocniej, drugą oparł na jej karku.
    — Tańcz, Sloane — mruknął. — I oddychaj. Resztą zajmiemy się potem.
    I przez tę jedną piosenkę naprawdę nigdzie nie było świata. Byli tylko oni, pulsujący bas i chwila, która nie obiecywała niczego, ale też niczego jej nie odbierała. Ezra nie odsunął się od niej nawet na krok, choć dobrze czuł, jak delikatnie chwiała się w jego objęciach, nie tylko przez używki, ale przez wszystko, co próbowała w sobie stłumić. Trzymał ją pewnie, ale miękko, tak jak powinien trzymać ktoś, kto zna drugiego człowieka nie tylko od tej scenicznej strony, ale też od środka.

    OdpowiedzUsuń
  121. Od strony pęknięć i skaz, których nikt inny nie chciał oglądać. Nie odezwał się już więcej, nie od razu. Jego dłoń przesunęła się po jej plecach w uspokajającym geście, a potem zatrzymała na wysokości talii. Ruchy Sloane były wolne, opóźnione, ale Ezra do nich dostosował się bez mrugnięcia okiem. Nie prowadził jej, nie zmuszał, po prostu był rytmem, o który mogła się oprzeć. I tańczyli. Jeśli to w ogóle można było nazwać tańcem. Bo było w tym coś bardziej intymnego niż w każdym jego dotychczasowym zbliżeniu. Nie patrzył na ludzi. Miał ich gdzieś. Cały świat istniał gdzieś za granicą światła i muzyki. A on widział tylko ją. Bliską, kruchej granicy, do której dotrzeć mogła tylko wtedy, gdy nikt nie patrzył. Ale teraz patrzyli i mimo to Ezra jej nie puścił.
    — Tylko tańczyłaś — powtórzył w myślach jej słowa. I choć nie powiedział ich głośno, był przekonany, że je czuje. A on był obok. Od początku wieczoru. Patrzył. Skanował wzrokiem tłum. Oceniał, pilnował. I może właśnie w tym był najprawdziwszy, nie wtedy, gdy rzucał cyniczne żarty, ale teraz, gdy pozwalał sobie czuwać przy niej jak ktoś, komu naprawdę zależy. Jak ktoś, kto nawet jeśli nie powinien, to już się za bardzo zaangażował, by się wycofać. Ezra zawsze miał na nią oko. Nawet jeśli Sloane o tym zapominała. Nawet jeśli próbowała udowodnić całemu światu, że nie potrzebuje nikogo, on był. Bo wbrew temu, co mówiła, jeszcze nie odeszła. I on też nie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  122. Ezra pochylił się jeszcze trochę bliżej, tak że jego czoło prawie dotykało jej, ciepło i znajomo. Głos miał niższy, głębszy, jakby to wyznanie nie pierwszy raz siedziało mu na języku, ale dopiero teraz pozwolił mu wypłynąć.
    — Tak. Mam na ciebie oko. — Potwierdził spokojnie, z delikatnym uśmiechem, który nie miał w sobie nic z kpiny. — I jestem po twojej stronie. Zawsze. Nawet jak mnie wkurwiasz. A może zwłaszcza wtedy, kiedy mnie wkurwiasz, kiedy robisz coś po swojemu, kiedy nie słuchasz...
    Kącik jego ust drgnął wyżej, półuśmiech, który znała. Taki, który zazwyczaj poprzedzał jakiś cięty komentarz, ale tym razem nie było już nic więcej. Tylko to spojrzenie. Czyste, obecne. I pewność, którą trudno było podważyć. Ezra nachylił się lekko, tak że jego głos muskał jej skroń. Czuły, ale nie miękki. Spokojny, ale bez śladu litości. Słowa uderzyły cicho, ale celnie — dokładnie tam, gdzie trzeba było.
    — Odchodzą tylko ci, którzy nie potrafią ci dorównać, Sloane. Którzy nie umieją dotrzymać ci kroku… I to mówi wszystko o nich, nie o tobie.
    Pozwolił, by te słowa zawisły między nimi, nie spiesząc się z niczym więcej. Trzymał ją blisko, jakby na przekór temu, co właśnie wypowiedział, jakby chciał jej pokazać, że on się nie boi. Ani jej blasku, ani chaosu, ani tego, jak szybko potrafi wciągnąć w swój świat. — Ty nikogo nie gubisz, Sloane. To oni nie potrafią nadążyć. A ja… jestem tu dalej, prawda?
    Uśmiechnął się krzywo, nie odrywając od niej wzroku. Nie mówił tego, żeby ją pocieszyć. Nie musiał. On po prostu znał prawdę i ona, choć z trudem, zaczynała ją w nim słyszeć. Ezra nie poruszył się. Ani wtedy, gdy jej dłonie znalazły drogę na jego szyję, ani gdy zaczęła muskać jego kark tak, jakby szukała w tym dotyku czegoś znajomego. Czegoś, co już kiedyś poczuła, może nie od niego, ale od kogoś, kto sprawił, że świat przestawał ją boleć. Nie zrobił też kroku w tył, choć powinien. Sloane właśnie taka była. Pełna sprzeczności. Odurzona wszystkim, sukcesem, lękiem przed jego utratą, sobą samą. Nie odsunął się, nie zamknął się w zbroi ironii i nie odciął od niej obojętnością. Stał z nią pośrodku klubu, który drgał od muzyki, światła i spojrzeń, które już nie miały dla niego znaczenia. Mógłby przysiąc, że muzyka zaczęła grać tylko dla nich, jedna piosenka, ta jeszcze jedna, którą dostała jak obietnicę. Objął ją spokojnie. Jedną ręką przesunął po jej plecach, drugą położył znów na talii. Ona wciąż szeptała jego imię, a on pozwolił sobie pierwszy raz na spojrzenie, które nie było już tylko troską, ale czymś więcej. Czymś, co się zbliżało, choć nie powinno. Jego wzrok zatrzymał się na jej oczach, niespokojnych, ale wciąż pięknych. Patrzyła na niego, jakby szukała ratunku. Jakby on był wszystkim, co mogło ją ocalić tej nocy.
    Ezra zaśmiał się cicho, nie tym ironicznym śmiechem, którym zazwyczaj odcinał się od świata, ale jakby coś go rozbroiło. Coś z niej. Z tej całej rozmazanej, otumanionej, zagubionej wersji Sloane, która mimo wszystko nadal miała w sobie coś bezbrzeżnie prawdziwego.
    — Okej — mruknął jej do ucha z cichym uśmiechem. — Jeszcze jedna. Ale to już ostatnia, obiecuję. Bo robi się… dziwnie. Dobrze.
    To dziwnie dobrze nie powinno mieć miejsca. Nie tutaj, nie teraz, nie po tym, co działo się jeszcze godzinę temu. Ale było. I właśnie to wytrącało go z równowagi. Poczuł jej dłonie, delikatne, niemal niepewne, ale zaskakująco pewne tam, gdzie dotykały. Ich ruchy, nawet jeśli nieco chaotyczne, niezborne, były bezpośrednie, a jej ciało napierało na jego tak, jakby chciała się w nim ukryć. Jakby Ezra był jedynym bezpiecznym miejscem tej nocy. Może był. Jego mięśnie napięły się odruchowo. Nie potrafił tego zatrzymać. Ciało zareagowało szybciej niż umysł. Zdradziło go bez pytania o pozwolenie. Powinien był to przerwać. Odciąć się, zabrać rękę, wrzucić z powrotem ten bezpieczny dystans między nimi. Ale nie zrobił tego.

    OdpowiedzUsuń
  123. Jego dłoń pozostała na jej plecach. Ciepła. Stabilna. Nieporuszona. Zbyt długo, by można to było uznać za przypadek. Spojrzał na nią z góry, przez opadające światła i drgające w rytm basu cienie. Nie powinien był zostać w tym tańcu. Ale został. Nachylił się i przysunął usta do jej ucha.
    — Jeszcze jedną — powtórzył cicho. — A potem to ja cię stąd zabiorę. Nie będziesz musiała robić nic więcej.
    Jego głos był ciepły, ale stanowczy. Nie obiecywał cudów, ale dawał coś innego. Prawdę. Realność. Jego obecność. Muzyka znów uderzyła w nich z nową siłą, a Ezra pozwolił jej prowadzić. Byli blisko. Za blisko, by mówić, że to tylko taniec, i jeszcze nie dość, by nazwać to czymś więcej.
    Ezra wiedział, że powinien to przerwać. Każdy impuls, każda emocja, każdy nerw zakończony był sygnałem ostrzegawczym, że to nie ten moment. Nie ta przestrzeń. Nie ten stan. Był starszy, bardziej doświadczony. Powinien był już wiedzieć, gdzie przebiega granica między czułością a słabością. A mimo to… nie ruszył się. Sloane była młoda. Rozbita. Zagubiona. Pod wpływem alkoholu i czegoś jeszcze, co zmiękczało jej spojrzenie i ciało. A on powinien w tej chwili być tym mądrzejszym. Powinien odsunąć jej dłonie, przerwać ten taniec, dać jej dojść do siebie. Odpowiedzialnie. Dorośle. Był, do cholery, jej producentem. Ale chociaż powinien, nie zabrał ręki z jej pleców. Nie odsunął się, choć każdy jego instynkt zawodowy i moralny próbował właśnie tego. Ale jeśli miał ją przez tę noc utrzymać w całości, musiał pozwolić jej wierzyć, że jeszcze trzyma się na powierzchni. Że nie musi się bać. Że cokolwiek się stanie… on będzie tym, który się nie odwróci.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  124. Ezra słyszał każde jej słowo, nawet jeśli wypowiadane było półgłosem, nawet jeśli ginęło gdzieś między basem a hałasem klubu. Słyszał też to, czego nie mówiła wprost, strach, który czaił się pod pytaniami. Potrzebę potwierdzenia. To paniczne szukanie czegoś znajomego, czegoś stałego, zanim grunt zupełnie się jej spod nóg osunie. I to właśnie to sprawiło, że zamiast zrobić krok bliżej, został tam, gdzie był. Nie odsunął jej gwałtownie. Nie wytrącił dłoni z jej ramienia. Ale też nie pozwolił, żeby ten moment poszedł dalej. Jego ręka wciąż spoczywała na jej plecach, pewnie, stabilnie, jak kotwica, jednak palce nie zacisnęły się mocniej. Raczej przypominały: jestem. Nic więcej. Pochylił głowę minimalnie, tak by mogła usłyszeć go tylko ona.
    — Hej… — mruknął spokojnie, cicho, z tym charakterystycznym dla niego opanowaniem, które teraz było bardziej tarczą niż dystansem. —
    — Nie musisz nic robić, Sloane. — Jego głos był niski, stabilny, niemal kotwiczący. — Nie dziś. Nie teraz. Jjuż jest miło. Wystarczająco.
    Widząc, jak bardzo próbuje być obecna, jak bardzo walczy, by się nie rozpaść, poczuł w klatce piersiowej ten znajomy ciężar. Ten sam, który pojawiał się zawsze, kiedy wiedział, że to on musi być tym, który nie pozwoli przekroczyć granicy, nawet jeśli ciało mówiło co innego.
    — Jestem tu. — Powtórzył, wolniej, wyraźniej. — Dla ciebie. I nie uciekam.
    Nie powiedział „zawsze”. Nie złożył obietnicy, której nie mógłby unieść. Ale to, co dawał, było prawdziwe. Przesunął kciukiem po jej dłoni, uspokajającym ruchem, jakby chciał ją przywołać do teraźniejszości.
    — Jedna piosenka. — zgodził się, bo obiecał. — Tańczymy. Oddychamy. A potem idziemy napić się czegoś zimnego…
    Nie odsunął się. Nie przyciągnął jej bliżej. Został dokładnie tam, gdzie mógł ją chronić, nawet jeśli oznaczało to ochronę także przed nim samym.
    Ezra wmawiał sobie, że robi to dla niej. Że jego głos, dłonie, obecność, to wszystko jest po to, by ją ukorzenić w chwili, która mogłaby ją całkiem pochłonąć. Mówił sobie, że jeśli pozostanie blisko, jeśli nie zacznie jej pouczać, nie osądzi, nie zostawi, to Sloane w końcu pójdzie za nim. Wydostanie się z tego wieczoru niepogruchotana. Wciąż cała. Ale gdzieś między tym wszystkim co powinien, a tym co właśnie czuł, zgubił granicę. Może już dawno. I choć nadal powtarzał sobie, że chodzi o nią, o to, żeby się nie złamała, nie znienawidziła jutra, jego ciało mówiło co innego. Napinało się przy jej dotyku. Reagowało. Było świadkiem i wspólnikiem czegoś, czego nie mógł i nie chciał już udawać. Był starszy. Bardziej doświadczony. Powinien wiedzieć, gdzie się zatrzymać. I wiedział. Ale wiedza nie miała już mocy sprawczej, nie dziś, nie teraz, kiedy czuł ją tak blisko. A potem, bardzo świadomie — zaczął sobie powtarzać, że to nie ona. To narkotyki. To alkohol. To atmosfera. Jej rozmarzone spojrzenie. Głośna muzyka. Zimne światła klubu. Wszystko inne. Byle tylko nie to, co w niej rzeczywiste. Nie przyznał się jeszcze, nawet przed sobą, że to nie te substancje go przyciągały, ale ona sama. Że kiedy zarzucała mu ręce na szyję, a jej szept muskał mu kark, coś w nim miękło i to nie był przypadek.
    Ezra miał ochotę zamknąć oczy. Choćby na sekundę. Nie dlatego, że był zmęczony. Ani dlatego, że był obojętny. Wręcz przeciwnie, czuł aż za dużo. Jej słowa wsiąkały w niego powoli, jedno po drugim, z tą niewypowiedzianą prośbą, która była o wiele bardziej niż tylko „zostań”. Bo to nie chodziło o jeden taniec. Ani o tę noc. Chodziło o nią. O jej rozedrganą duszę, o to jak szukała w nim czegoś, co mogłoby ją złapać zanim zniknie, znów, w tym wirze, który tak dobrze znała. I Ezra był świadomy, że w jakimś pokręconym sensie stał się jej kotwicą. Nie wiedział nawet kiedy.
    Była tak blisko. Słyszał jej szept na szyi. Czuł opuszki palców sunące wzdłuż karku, uważnie, prawie czule. Jakby badała, czy jeszcze jest. Czy nie zniknie.
    “Chcesz… żeby było miło?”
    Nie był z kamienia. Nie, kiedy jej ciało wtulało się w niego z tą znajomą potrzebą. Nie, kiedy jej usta prawie dotykały jego skóry.

    OdpowiedzUsuń
  125. Nie, kiedy cały jego kręgosłup zareagował tak, jakby każda cząstka chciała ją jeszcze bliżej. Jakby jego ciało chciało to, czego on wiedział, że nie powinien chcieć. Mógł się tylko zaśmiać pod nosem. Krótko. Niski, zduszony dźwięk. Nie z rozbawienia, raczej z tej niecierpliwej frustracji, z którą próbował walczyć od tygodni. I nie tylko dziś. Nie tylko przez ten taniec. Ale przez sposób, w jaki mówiła do niego „Ezra”, przez te wszystkie spojrzenia, których nie potrafił już ignorować.
    — Pieprzony głos rozsądku — mruknął prawie do siebie. I nie odsunął się. Nie mógł. Nie, kiedy z każdym jej słowem czuł, jak odpadają kolejne warstwy dystansu między nimi. Jak znów robi się niebezpiecznie miękko. Zbyt intymnie. Zbyt… realnie. Spojrzał jej w oczy. O pół tonu ciemniejsze, rozszerzone źrenice, błyszczące i jednocześnie tak kruche, że aż miał ochotę zasłonić je ręką. Nie przed innymi. Przed nią samą.
    — Tak, Sloane — powiedział cicho. — Chcę, żeby było dobrze. Dla ciebie. — Pauza. Wdech. Jakby potrzebował jeszcze jednej sekundy, by utrzymać ten balans między bliskością a granicą. — Ale nie kosztem ciebie. Nie… tak.
    Nie odsunął się. Jeszcze nie. Trzymał ją dalej. Dłoń przesunął powoli po jej plecach, nie z pożądaniem, a z troską. Z gestem, który miał ją utrzymać na powierzchni, zanim znów zatonie. I choć całe jego ciało krzyczało, by ją pocałować… nie zrobił tego. Jeszcze nie. Zacisnął palce na materiale jej sukienki, jakby próbował nie puścić, a jednocześnie nie przesunąć się ani o milimetr dalej.
    — Nie zgubię się. Nie dziś. I nie pozwolę, żebyś się zgubiła ty.
    Ezra znał to spojrzenie. To, które mówiło „złam się razem ze mną”, tylko inaczej, ciszej, bardziej niewinnie. Wiedział, jak łatwo byłoby dać się temu ponieść. Wystarczyło tylko jedno skinienie. Jedno przesunięcie dłoni. Jedno “tak”. A Ezra, ten pieprzony, trzeźwy, trochę za dojrzały producent z obsesją na punkcie kontroli, chciał być nią owinięty, ale jeszcze bardziej chciał, by jutro się nie obudziła z poczuciem winy.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  126. Ezra wiedział, że to jest ten moment. Nie za chwilę. Nie po następnej piosence. Nie po jeszcze jednym „zaraz”. Tylko teraz, dokładnie teraz, kiedy jej ciężar opierał się o niego bardziej niż przedtem, kiedy palce zaciskały się na jego koszulce nie z pragnienia, ale z potrzeby utrzymania się na powierzchni. Objął ją pewniej. Nie gwałtownie. Nie zaborczo. Tak, jak obejmuje się kogoś, kto za chwilę mógłby się rozsypać, jeśli puści się go choć na sekundę.
    — Hej… — powiedział cicho, nachylając się tak, żeby jego głos nie ginął w basie. — Wystarczy na dziś.
    Nie było w tym rozkazu. Była decyzja. Jedną dłonią podtrzymał ją pod żebrami, drugą przesunął po jej plecach, powoli, wyraźnie, uziemiająco. Jakby chciał przypomnieć jej ciału, że tu jest. Że stoi. Że oddycha.
    — Dobrze nie znaczy więcej. — dodał spokojnie. — Dobrze znaczy… bezpiecznie. Chłodno. Cicho. Bez ludzi, którzy patrzą. Bez muzyki, która cię rozrywa na kawałki.
    Patrzył na nią uważnie. Na rozmazany błysk w oczach. Na spowolnione reakcje. Na to, jak bardzo nie była teraz sobą, choć próbowała. I wtedy podjął decyzję, z tych nieodwracalnych, takich, które nie dają adrenaliny, ale dają jutro bez wstydu.
    — Wyjdziemy stąd — powiedział miękko, ale bez miejsca na negocjacje. Uśmiechnął się krótko, prawie przepraszająco. Kiedy jej nogi znów się ugięły, przyciągnął ją bliżej bez wahania, biorąc na siebie jej ciężar tak, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Jakby robił to od zawsze.
    — Jestem tu — powtórzył, nisko, blisko jej ucha. — I nie idę nigdzie bez ciebie.
    Spojrzał na nią z góry, rozsypaną, piękną w tym swoim zawieszeniu między światem realnym a czymś kompletnie odklejonym. Z oczyma błyszczącymi, wargami rozchylonymi do kolejnego pytania, na które nie mógł odpowiedzieć. Nie w tej chwili. Nie kiedy pachniała tequilą, stresem i rozczarowaniem.
    — Zimna cola ci wystarczy? — zapytał cicho, jakby chciał z tego zrobić żart. Ale w jego głosie nie było rozbawienia. Było coś innego. Czułość podszyta kontrolą. Złapał ją za dłoń, wyplatając palce z jej smukłymi, drżącymi lekko ze zmęczenia. Nie pociągnął jej jednak od razu. Dał chwilę. Chciał, żeby sama zrobiła ten pierwszy krok. Żeby wyszła stąd nie dlatego, że ktoś ją zabiera, tylko dlatego, że sama postanowiła się uratować. Zaczekał na nią, aż jej myśli dogonią ciało. Ruszył przodem, torując jej drogę. Zdecydowany, milczący, obecny. Kiedy znaleźli się na tarasie, gdzie muzyka była tylko wspomnieniem, a powietrze było chłodniejsze niż w środku, Ezra nie zawahał się ani sekundy. Zdjął marynarkę i otulił nią jej ramiona, zarzucił materiał na jej barki i poprawił, żeby nie zsunął się zbyt szybko. Palcami zahaczył o kołnierz, jakby chciał się upewnić, że dobrze leży. Że nic nie spadnie. Że ona… nie spadnie.
    — Pasuje ci — rzucił półgłosem, prawie z uśmiechem. Ezra zerknął w jej stronę, i dopiero teraz, na tym tle neonów odbijających się od szklanych budynków Los Angeles, zobaczył ją naprawdę. Nie wystrojoną artystkę, nie tę roztrzęsioną dziewczynę z parkietu, nie byłą kogoś ani potencjalną przyszłość kogokolwiek. Zobaczył Sloane. W jego marynarce. Z potarganymi włosami. Z przygryzioną wargą. Z rozmazanym światłem w oczach, jakby sama nie wiedziała, czy się śmieje, czy ma ochotę się rozpłakać.
    — Wytrzymasz jeszcze chwilę? — zapytał łagodnie, już sięgając po butelkę coli, którą zabrał po drodze z baru. Odkręcił nakrętkę i podał jej napój. Nie pytał, czy chce. Wiedział, że musi. Nawet jeśli wypije tylko łyk. Nawet jeśli się skrzywi. Jej ciało potrzebowało czegoś zimnego, prostego, znajomego. — Zaraz wrócimy do domu. Kierowca już czeka… — Spojrzał jej prosto w oczy, spokojnie, z tą charakterystyczną dla siebie niewzruszoną pewnością. Ezra nie był ratownikiem. Nie był terapeutą.
    Był tylko producentem, który za bardzo zaangażował się w swoją wokalistkę. Ale wiedział jedno, jeśli pozwoli, żeby ten wieczór skończył się nie tak, jak powinien, to nie tylko ją zawiedzie. Zawiedzie też siebie. A Ezra czegoś takiego sobie nie wybaczał.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  127. Ezra uniósł brwi z rozbawieniem, ale w jego spojrzeniu nie było nic z rozbawionego chłopaka, który łapie flirt w locie. Przesunął wzrokiem po niej, powoli, z namysłem, nie dla efektu. Przez opadający na jej ramiona materiał, aż do jej oczu. Miodowych, choć dziś tak ciemnych.
    — Z sukienką też przejdzie. — Zatrzymał wzrok odrobinę za długo na zarysie jej biodra, gdzie materiał jego marynarki opadał luźno i miękko. Uśmiechnął się półgębkiem. Trochę jakby chciał coś z siebie zrzucić. A trochę jakby nie wiedział, czy powinien pozwolić sobie na ten moment, ale i tak to zrobił.
    — Ale to i tak nie ma znaczenia. Na tobie wszystko wygląda dobrze.
    Spojrzał jej w oczy z niegasnącym półuśmiechem. Ezra nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć, tylko dlatego, że ważył każde słowo. Teraz bardziej niż kiedykolwiek. Stał blisko, ale nie nachalnie. Tak, żeby mogła go czuć, a jednocześnie żeby nie miała wrażenia, że jest osaczona. Oparty biodrem o metalową barierkę tarasu, w jednej dłoni wciąż trzymał butelkę coli, drugą oparł o krawędź stolika.
    Kiedy powiedziała, że wszystko było żałosne, coś w nim drgnęło. Ledwie zauważalnie. Napięcie w szczęce, krótkie zaciśnięcie palców.
    — Nie. — powiedział cicho, ale pewnie. Bez miejsca na dyskusję. — To nie było żałosne. — dodał stanowczo. Zrobił pół kroku bliżej, na tyle, by nie naruszyć jej przestrzeni, a jednak być wystarczająco blisko, żeby jego głos nie musiał walczyć z nocą.
    — To było… — poprawił się po chwili. — Chaotyczne. Głupie. Niebezpieczne. Jasne. Ale nie żałosne.
    Oparł przedramiona o barierkę obok niej, spojrzał na miasto, a potem z powrotem na nią. Jakby chciał pokazać jej, że świat wciąż istnieje i że ona w nim wciąż ma swoje miejsce.
    — Zatrzymałaś się. To nie jest porażka, Sloane. To jest hamulec, którego wcześniej nie miałaś.
    Na moment urwał. Jego głos nie był mentorski. Nie był protekcjonalny. Brzmiał jak głos kogoś, kto widział to już wcześniej i wiedział, że ten moment jest ważny.
    — Sloane… — westchnął krótko, po czym znów spojrzał na nią. — Nikt normalny nie patrzy na ten wieczór i nie myśli: „O, świetnie, wracamy do punktu zero”. Widzą artystkę, która właśnie zrobiła coś ważnego…
    Uniósł brew, jakby chciał rozbroić ciężar tych słów.
    — Wiesz, co jest najbardziej niebezpiecznym kłamstwem, jakie sobie powtarzasz?
    Zamilkł na moment, jakby ważył kolejne słowa. Jakby dokładnie wiedział, gdzie biegną granice, których nie wolno mu przekroczyć.
    — Że zawsze musisz radzić sobie sama.
    Spojrzał na marynarkę na jej ramionach, poprawił ją jednym, delikatnym ruchem, jakby zupełnie naturalnie.
    — Nie musisz wracać teraz do pustego domu. — powiedział spokojnie. — I nie musisz też udowadniać nikomu, że „sobie poradzisz”.
    Uniósł kącik ust w ledwie widocznym uśmiechu.
    — Nie zostawię cię dziś samej — powiedział w końcu. — Nie dlatego, że jesteś „problemem”. Tylko dlatego, że… jesteś zmęczona. A zmęczonym ludziom nie powinno się kazać podejmować decyzji — zawahał się na ułamek sekundy, po czym powiedział prosto. — Zostanę z tobą dopóki ten świat przestanie wirować. Okej?
    Nie obiecywał jutra. Nie obiecywał „zawsze”. Obiecywał teraz.
    — Nie musimy nic robić — dodał ciszej. — Możemy tu postać. Albo usiąść. Albo pojechać tam, gdzie jest ciszej. Ale nie będziesz sama.
    Przeniósł wzrok na miasto, jakby dawał jej chwilę, by nie musiała na niego patrzeć. Światła pod nimi migotały obojętnie, tak jak zawsze.
    Przymknął na chwilę oczy, jakby sam siebie zbierał w ryzach. Bo gdyby ją teraz pocałował, to ona by się nie cofnęła. Może nawet by go objęła, może utonęła w nim bez protestu. Ale potem, potem już by nie było odwrotu. A Ezra nie zamierzał być kolejnym, kto przy niej nie wyhamował. Nie dlatego, że nie chciał. Tylko dlatego, że obiecał sobie, że będzie kimś innym.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  128. Ezra uniósł lekko brwi i uśmiechnął się kącikiem ust, ten jego typowy półuśmiech, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy coś go rozbawiło, ale nie chciał tego zbytnio pokazywać. Spojrzał na nią uważnie, nieco przekrzywiając głowę, jakby rozważał jej wcześniejsze słowa raz jeszcze.
    — Jeśli dobrze pamiętam, to ustaliliśmy już ostatnio, że daleko mi do dżentelmena — powiedział spokojnie, z tą ledwo wyczuwalną ironią, która miała rozładować napięcie, ale nie odebrać słowom znaczenia. — Przynajmniej w tym klasycznym, książkowym sensie.
    Ezra uniósł kącik ust w półuśmiechu, cicho, bez szyderstwa, bez kpiny. Bardziej jakby mówił to do siebie. Nie był w tym lekki, ale i nie był złośliwy. To było stwierdzenie faktu. Zdanie, które raz padło między nimi i zostało, jak wiele ich małych prawd, zawieszonych gdzieś między złością a porozumieniem. Pamiętał, jak to wtedy powiedziała. Wiedział, że miała rację. I nic się w tej materii nie zmieniło. Wciąż patrzył na nią tak, jakby w myślach zdejmował z niej sukienkę. Patrzył na nią, jakby chciał coś dodać, ale się powstrzymał. Nie musiał teraz mówić nic więcej.
    — Ale staram się być w miarę przyzwoitym człowiekiem.
    rzez chwilę patrzył na nią w ciszy. Sięgnął po zapalniczkę dopiero wtedy, kiedy jej ręce naprawdę zaczęły drżeć za mocno. Odpalił ją i przysunął płomień do końcówki papierosa, osłaniając go dłonią przed wiatrem. Tak, żeby nie musiała się z tym siłować. Cofnął zapalniczkę i wsunął ją z powrotem do kieszeni, ale nie odsunął się od niej.
    — Kiedy mówisz „powrót do punktu zero”… — odezwał się w końcu spokojnie. — Masz na myśli to, co oni powiedzą? Nagłówki, komentarze… nie wiem, nudni ludzie przed ekranem? — Stał blisko. Wystarczająco, żeby czuła jego obecność, ale nie na tyle, żeby ją przytłaczać. — Czy to jest to, co TY myślisz o sobie?
    To pytanie zawisło między nimi ciężko. Ezra nie uciekł wzrokiem. Patrzył na nią uważnie, jakby dawał jej przestrzeń, ale jednocześnie nie pozwalał się schować. — Bo to jest ogromna różnica, Sloane. — Westchnął cicho i kontynuował, już bardziej konkretnie. Bez podnoszenia głosu. Bez oskarżeń. — Powiedz mi więc… czy to jest powrót starej Sloane? Czy wrócisz do Cadena i go przeprosisz? A potem weźmiesz jeszcze jedną pigułkę i zrobisz dokładnie to, co trzeba, żeby znów się mu przypodobać? — Każde kolejne pytanie było jak spokojne, precyzyjne uderzenie. Nie brutalne. Celne. — Olejesz wywiady, zobowiązania, programy, całą tę pracę, którą właśnie wykonałaś… — urwał na sekundę — …żeby polecieć z nim na tygodniową imprezę do Vegas? Albo na Ibizę? — Uniósł lekko brew, nie ironicznie, raczej z tym cichym smutkiem kogoś, kto widział ten schemat już wcześniej. — Bo wiesz… chyba właśnie to zrobiłaby stara Sloane. Nie?
    Nie mówił tego z wyrzutem. Mówił to jak fakt. Jak coś, co znał, bo widział ją wtedy i właśnie dlatego wiedział, że ta dziewczyna, która stoi teraz przed nim w jego marynarce, nie jest tą samą osobą.
    — Więc zapytam jeszcze raz — jego głos był cichy, ale stanowczy. — Czy to, co wydarzyło się dziś, to naprawdę powrót starej Sloane? Czy tylko moment, w którym nowa Sloane… na chwilę się zachwiała?
    Ezra nie odwrócił wzroku, nawet gdy jej oczy, te rozszerzone, błyszczące, zagubione, na moment znów mu umknęły. Widział to wiele razy. Tę sekundę zawahania, kiedy zaczynała szukać ucieczki. Z siebie. Z tej rozmowy. Z tego, kim była w jego oczach.
    Zbliżył się do niej bardziej, ale nie spojrzał jej w oczy. Zamiast tego sięgnął do klapy marynarki, którą sama na sobie poprawiała chwilę wcześniej. Delikatnie, bez słowa rozchylił materiał, jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem. Dłoń zanurkowała do wewnętrznej kieszeni, tej, do której nikt poza nim nie sięgał. Bez pośpiechu wyjął małe metalowe pudełko. Lekko podrapane na rogach, noszone od miesięcy, może lat. Zawierało to, co Ezra uznawał za swój jedyny luksus w chwilach, gdy potrzebował zniknąć na kilka minut.

    OdpowiedzUsuń
  129. Otworzył je, odsłaniając kilka własnoręcznie skręconych jointów. Wziął jeden. Nie sprawdzał nawet, który, wiedział, że każdy jest taki, jak powinien. Potem zamknął pudełko z cichym kliknięciem i wsunął je z powrotem do kieszeni. Dopiero wtedy, w tym samym, prostym, znajomym geście poprawił na niej marynarkę. Jakby odruchowo chciał jej przypomnieć, że to wciąż on. Ten sam. Niewzruszony, uważny, obok. I znów się odsunął. Zamrugał powoli i dopiero wtedy spojrzał w bok, na linię horyzontu.
    — Jeśli ktoś coś nagrał… — wzruszył nieznacznie ramionami. — Nie pierwszy i nie ostatni raz — powiedział rzeczowo. — To nie jest punkt zero. Punkt zero już znasz. To… — urwał, kręcąc głową. — To był poślizg. Nic więcej.
    Ezra wsunął skręta między wargi. Sięgnął po zapalniczkę. Odpalił jednym sprawnym ruchem, nie spuszczając wzroku z przestrzeni przed sobą. Płomień na sekundę rozświetlił jego twarz. Zaciągnął się głęboko. Dym uniósł się leniwie w chłodnym nocnym powietrzu. Ezra przymknął oczy. Na krótką chwilę zupełnie zniknął, jakby z tym pierwszym wdechem wyrzucił z siebie cały ciężar wieczoru.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  130. Ezra wypuścił dym powoli, bokiem ust. Nie w jej stronę. Nie chciał, żeby ją owiał, ten gest był drobny, ale świadomy. Oparł się plecami o barierkę, obok niej, nie naprzeciw. Jakby dawał jej wybór: być blisko albo odejść o pół kroku dalej.
    — Tak? — rzucił spokojnie, z niebezpiecznie miękkim tonem. — A których ustaleń się nie trzymamy, Sloane?
    Przekrzywił lekko głowę, jakby naprawdę się nad tym zastanawiał, choć doskonale znał odpowiedź. — Nie przekraczamy granic, trzymamy się z daleka od dramatów… — Wymieniał, patrząc jej prosto w oczy. — Nie mieszamy sobie w głowach…
    Uniósł brew i uśmiechnął się kącikiem ust, nie z wyższością, a jak ktoś, kto właśnie został złapany na czymś, co niby miało być jasne, a jednak nigdy nie zostało dopowiedziane.
    — Nie mieszamy, prawda?
    Ezra roześmiał się, krótko, chrapliwie, szczerze. Ten śmiech po prostu się z niego wyrwał, jakby nie miał nad nim żadnej kontroli. Jakby sama koncepcja „przyzwoitego człowieka” w jego wydaniu była tak absurdalna, że aż śmieszna. Pokręcił głową z niedowierzaniem, a uśmiech został na jego ustach jeszcze chwilę, choć w oczach błysnęło coś ciemniejszego, cień tego, co kiedyś zrobił, kim był, albo z kim się stał po drodze. Nie skomentował tego jednak.
    — Zobowiązania? — powtórzył spokojnie, jakby sam smakował to słowo. — Starej Sloane chyba by specjalnie nie przeszkadzały.
    Ezra uniósł brew, a na jego ustach pojawił się ten półuśmiech, który nie wróżył nic dobrego, ten, który pojawiał się zawsze wtedy, gdy mówił coś, co miało ją lekko uderzyć, ale nie zranić. Celnie. Z ironią. Z prawdą, którą znała tylko ona i on.
    — Robiła to, na co miała ochotę, z kim miała ochotę… i nie tłumaczyła się z tego nikomu. Nawet sobie. Były imprezy, nieprzespane noce i diler, który znał cie lepiej niż dziennikarze. — Zaciągnął się i wypuścił dym powoli. — Przepraszam, były mąż… — poprawił się zaraz. Ezra pokiwał głową powoli, bez pośpiechu. Zaciągnął się jeszcze raz, dłużej, jakby potrzebował tej chwili ciszy, żeby nie powiedzieć czegoś za szybko albo zbyt ostro. Dym uleciał mu z ust leniwym strumieniem, rozpłynął się w nocnym powietrzu nad miastem.
    — Może za dwa dni już cię nie będzie — powtórzył w końcu, bardziej do przestrzeni niż do niej.
    Przesunął spojrzeniem po linii miasta, po światłach, które migotały obojętnie na wszystko, co działo się między nimi. Dopiero potem znów na nią spojrzał.
    — Tylko… — mruknął. — To wcale nie brzmi jak „bez znaczenia”.
    Zaciągnął się jeszcze raz, krócej, jakby bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby. Dopiero wtedy na nią spojrzał. Spokojnie. Uważnie. Jakby sprawdzał, czy ona wciąż tu jest. Skręt dogasał mu między palcami; zgasił go o metalową krawędź popielniczki. Uniósł brew, spojrzał na nią uważnie, z tym spokojem, który zawsze ją doprowadzał do szału.
    — Dlaczego co? — zapytał spokojnie, ale w tym spokoju było napięcie. Takie, które zbiera się pod skórą, kiedy człowiek ma już dość krążenia wokół tego samego tematu. — Dlaczego ściągnąłem cię ze stolika, zanim zaczęłaś ściągać sukienkę? — powtórzył po niej, wolno, wyraźnie. — Dlaczego jestem tu z tobą, zamiast udawać, że nic nie widziałem? — Zrobił pół kroku bliżej. Już nie uciekał wzrokiem. — Dlaczego nie zostawiłem cię na dole, z tym kretynem? Dlaczego nie odwróciłem się i nie poszedłem do domu?
    Krótki, suchy śmiech wyrwał mu się z gardła. Taki, który wcale nie był wesoły. Pokręcił głową pod nosem, jakby to pytanie naprawdę go rozbawiło. Albo zmęczyło. — Naprawdę po tym wszystkim musisz mnie o to pytać?
    Zawiesił spojrzenie na jej twarzy. Nie szukał w niej potwierdzenia. Raczej sprawdzał, czy jeszcze go widzi. Westchnął, ciężko, jakby zrzucał z siebie coś, co trzymał od dawna.
    Ezra przejechał dłonią po karku, wolno, jakby próbował rozmasować napięcie, które tam utknęło. Wypuścił powietrze nosem, krótkim, urwanym wydechem.
    — Za każdym razem próbujesz sprowadzić to do jakiejś wielkiej filozofii. Dlaczego. Po co. Co to znaczy — rzucił w końcu, już bez tej wcześniejszej miękkości. Nadal spokojnie, ale ostrzej. To zniecierpliwienie w końcu przez niego przebiło.

    OdpowiedzUsuń
  131. Nie było gwałtowne ani głośne, nie miało w sobie krzyku ani ostrego gestu. Było zmęczone. Ciężkie. Jak coś, co długo było trzymane na wodzy i właśnie zaczynało się z niej wyślizgiwać. Uniósł brew i spojrzał na nią z czymś pomiędzy irytacją a bezsilnością.
    — A prawda jest banalna do bólu. — Wskazał dłonią przestrzeń między nimi. — Jestem tu, dlatego, że jesteś tu ty. — Prosto. Bez wielkich słów. — I oboje wiemy, że inaczej… nie skończyłoby się to dobrze.
    Zamilkł na sekundę, jakby sprawdzał, czy to do niej dociera. Czy w ogóle jest jeszcze w stanie słuchać. Oparł się mocniej o barierkę.
    — Nie jestem tu, żeby cię naprawiać. Nie jestem tu, żeby być twoim zbawcą. — Spojrzał przed siebie, na miasto. — Jestem tu, bo tak wybrałem. I naprawdę nie wiem, ile razy mogę to jeszcze powiedzieć, zanim przestaniesz pytać, czy zaraz zniknę. — Odwrócił w końcu głowę w jej stronę. — Więc jeśli pytasz „dlaczego”, Sloane… — urwał, a potem dokończył ciszej, ale twardo: — …to może spróbuj przez chwilę przyjąć odpowiedź bez rozbierania jej na części.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  132. Kiedy wypowiedziała to z pozorną obojętnością, z tym półuśmiechem, który ledwo unosił kącik jej ust, Ezra poczuł coś, co nie dawało mu spokoju. Coś, co prześlizgnęło się między słowami, niedopowiedziane, ale zbyt wyraźne, by to zignorować. Żal. W jej głosie, w tym, jak przechyliła głowę i jak patrzyła gdzieś obok niego, niezupełnie w oczy, niezupełnie w przestrzeń. Tak jakby mówiła, że wszystko gra, a cała jej postawa krzyczała coś zupełnie odwrotnego.
    „Nie robimy nic złego, prawda? Tylko patrzymy. Czasem staniemy za blisko… Nic skandalicznego. Jak moglibyśmy?”
    Ezra odwrócił głowę, jakby sprawdzał, czy ktoś ich słucha, choć dobrze wiedział, że są tu tylko we dwoje. Cisza między nimi zawisła jak napięty drut. I wtedy, zanim zdążył ugryźć się w język, odezwał się, miękko, ale z czymś wyraźniejszym pod spodem.
    — To źle? — zapytał spokojnie.
    Wypuścił powoli dym z płuc, jakby próbował wypchnąć z siebie również napięcie. Wiedział, że jej odpowiedź może wiele zmienić i właśnie dlatego jego głos był taki cichy. Jakby każde kolejne słowo musiał najpierw przepuścić przez filtr rozsądku, którego coraz trudniej było mu trzymać. Ezra pokręcił głową, powoli, jakby nie chciał jej prowokować, ale też nie zamierzał pozwolić, by przeinaczyła jego słowa.
    — Nie to mam na myśli. — Jego głos był spokojny, ale twardy. — Nie wkładaj mi w usta słów, których nie powiedziałem, Sloane.
    Spojrzał na nią uważnie, mierząc ją wzrokiem, jakby próbował ocenić, czy naprawdę myśli to, co właśnie rzuciła, czy po prostu szuka zaczepki.
    — Powiedziałem tylko, że starej Sloane zobowiązania nie przeszkadzały. — Przerwał, po czym dodał ciszej. — A jeśli pytasz, co bym wolała, to żeby tamta wersja nie wracała zbyt często. I mam wrażenie, że ty też byś tak wolała… Może się mylę?
    Nie brzmiał oskarżycielsko. Mówił to tak, jakby znał odpowiedź, ale pozwalał jej zdecydować, czy powie to na głos.
    Ezra prychnął, najpierw cicho, jakby to brzmiało niemal jak odpowiedź na coś absurdalnego, co właśnie usłyszał. Potem westchnął ciężko, jakby wyraźnie poczuł, że ta rozmowa przestaje być o tym, o czym być powinna. Nie odwrócił się od niej, nie uciekał wzrokiem, nie szukał w bok. Po prostu spojrzał na nią spokojnie, powoli, ale z tym konkretnym tonem, który nie był zniecierpliwieniem, lecz raczej odpowiedzialnością.
    — Udawać że się przyjaźnimy? — powtórzył spokojnie, unosząc lekko brew. Uniósł dłoń, jakby delikatnie chcąc zatrzymać jej słowa zanim pójdą dalej w stronę, która ich oboje tylko rani. Zrobił krok w bok, tak że mieli teraz ze sobą więcej przestrzeni.
    — Nie wiem, może nie jesteś przyzwyczajona do tego, że ktoś może o ciebie dbać… i nie oczekiwać nic w zamian, nie próbować cię przelecieć. — Pauza. Spojrzał na nią uważnie, ale nie jak ktoś, kto się broni. Raczej jak ktoś, kto próbował to jej przekazać od dawna.
    — Czy naprawdę myślisz, że chodzi o to, żebyśmy skorzystali z okazji i rzucili się na siebie, bo gdzieś między Tobą a mną jest jakaś pierdolona chemia? — Jego oczy nie były oskarżycielskie. Były spokojne, stałe, jak ktoś, kto mówi coś, co uważa za oczywiste, ale cały czas nie dociera.
    — Czułabyś się lepiej, gdybym, nie wiem, wtedy, na plaży, skorzystał z okazji i ściągnął z ciebie tę sukienkę?
    Ezra uniósł lekko brwi, jakby nie do końca wierzył, że musi to w ogóle powiedzieć na głos, ale skoro Sloane znów próbowała sprowadzić wszystko do roli, jakiej nigdy jej nie nadał, nie zamierzał już milczeć.
    — Albo w garderobie? Albo tamtym klubie, gdzie byłaś wystrojona i zła, a ja miałem cię za to tylko podziwiać? Albo w studiu, kiedy zostawaliśmy sami, prawie do rana…
    Zawiesił głos, a jego wzrok nie drgnął. Zaciągnął się i wypuścił dym w bok.
    — Czułabyś się lepiej z tym, że mam na ciebie oko, gdybym robił to wszystko tylko dlatego, że z tobą sypiam? — zapytał, pochylając się lekko w jej stronę, choć wcale jej nie dotknął. — Że chcę dla ciebie dobrze, bo dobra w łóżku? — Spojrzał na nią. — To miałoby większy sens? Byłoby łatwiejsze do zniesienia?

    OdpowiedzUsuń
  133. Zrobił krótką pauzę, jakby chciał, żeby to dotarło.
    — Nie wiem Sloane, skoro nie jesteśmy przyjaciółmi… — zaczął wolno, z tym chłodnym spokojem, który potrafił ciąć bardziej niż krzyk. — To może rzeczywiście jesteś tylko tą kłopotliwą artystką, za którą odpowiadam. Pilnuję żebyś znowu nie wyjebała się na prostej drodze, bo na tobie zarabiam, prawda?
    Zacisnął szczękę, jakby sam się w ten sposób chciał ugryźć w język. Ale było już za późno. Na jego twarzy pojawił się wyraz rozbawienia, ale nie było w nim nic z lekkości. Tylko zawód i dystans.
    Zrobił krok w tył. Nie dramatyczny. Nie teatralny. Po prostu jeden krok, który wystarczył, żeby zwiększyć dystans.
    — To ja ci mieszam w głowie? — zapytał, jakby nie mógł uwierzyć, że to właśnie on dostał taką łatkę. — Nie twoi byli. Nie twoje pigułki. Nie twój własny cień. Tylko ja?
    Wzruszył ramionami i westchnął cicho, ale to nie było westchnienie zrezygnowania. To był sygnał, że właśnie zapadła decyzja.
    — Dobra. Chyba to wszystko zaszło trochę za daleko. — Jego głos wrócił do kontrolowanej tonacji. — Zostańmy przy tym, że jestem twoim producentem. I pilnuję cię, bo taka jest moja rola. Nic więcej.
    Dym z jego papierosa zawisł między nimi, gęsty i nieruchomy, jakby sam nie wiedział, w którą stronę ma się rozproszyć. Zaciągnął się ostatni raz, a potem rzucił niedopałek gdzieś pod barierkę. Już nawet nie patrzył w jej stronę.
    — Może to zaszło jednak za daleko — mruknął. — Może trzeba było się tego trzymać od początku. Ty jesteś artystką, ja jestem producentem. Pilnuję cię, bo taka jest moja rola. I tyle. To działa. Niech tak zostanie.
    Ezra uniósł brew, nie spuszczając z niej wzroku. W jego twarzy nie było już tej samej cierpliwej miękkości, która towarzyszyła im chwilę wcześniej. Wróciła kontrola. Chłodna, zdystansowana, ale nie obojętna. Bo Ezra nigdy nie był obojętny. Właśnie dlatego musiał się teraz odciąć.
    — Jasne — rzucił cicho, prawie beznamiętnie. — Skoro już trochę wytrzeźwiałaś, to może chcesz wrócić do swojego nowego faceta.
    Westchnął, odwracając wzrok gdzieś w ciemność nad dachami Los Angeles. — Caden na pewno ma wobec ciebie lepsze intencje. — Powiedział to tak, jakby próbował sam siebie do tego przekonać. — Takie, jakich oczekujesz. Przeleci cię, potraktuje przedmiotowo, rzuci kilka frazesów i odprowadzi do windy, z przekonaniem, że nic nie było jego winą. Klasyka.— Spojrzał na nią, tym razem prosto. — Ale może to właśnie działa. Może to wystarcza. Zamilkł na moment. W jego tonie nie było szyderstwa. Była raczej cisza, która pojawia się, gdy ktoś wreszcie zrozumie, że przegrał. Albo że nigdy nie powinien był próbować wygrać.
    — Przynajmniej nie powie ci rzeczy, których nie chcesz usłyszeć. — Dodał ciszej, ledwie słyszalnie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  134. Ezra stał bez ruchu, patrząc w przestrzeń za jej plecami, jakby coś tam, gdzieś za rozświetlonym horyzontem Los Angeles, mogło dać mu odpowiedzi, których tak desperacko potrzebował, a których nie potrafił znaleźć w niej. Ani w sobie. Jej słowa uderzały mocno, nie tyle dlatego, że były ostre, ale dlatego, że wypowiedziane zostały z takim chłodnym przekonaniem. Jakby faktycznie wierzyła w to wszystko, co właśnie z niej wypłynęło. Każde „zarabiasz”, każde „panie producencie”, każde „nie jesteś moim przyjacielem” wbijało się jak kolejne gwoździe w coś, czego oboje nawet nie nazwali, a co zdążyło im urosnąć między palcami, zanim zdali sobie sprawę, że to w ogóle istnieje. Ezra nie odpowiedział od razu. Przetrawił jej słowa jak coś gorzkiego, co zje się do końca tylko po to, by przypomnieć sobie, jak bardzo niektórych smaków się nie znosi. Powoli przytaknął głową.
    — No to dobrze. — Jego głos był przyciszony, ale pozbawiony wcześniejszej złości. Nie bronił się. Nie próbował jej już przekonywać. — Dobrze, że wszystko sobie wyjaśniliśmy.
    Nie patrzył na nią, kiedy to mówił. Było w nim coś bardzo wyrachowanego, jakby właśnie zamknął jakieś mentalne drzwi. Powoli, z ostrożnością człowieka, który nauczył się, że sentymenty bywają najgorszą formą słabości.
    — Możesz się uspokoić. Możesz dalej robić to, co robisz. Możesz też wrócić do swojego nowego faceta. Nikogo to już nie będzie obchodziło. — Dodał spokojnie, niemal jak obojętne stwierdzenie faktu. — Dopilnuję tylko, żeby cała ta inwestycja nie poszła w cholerę. Tylko tyle.
    W końcu na nią spojrzał. I coś w jego oczach pękło, choć zdusił to w zarodku, zanim zdążyło wybrzmieć w pełni. Może żal. Może zawód. Może coś więcej, czego nie pozwalał sobie już nazwać.
    Ezra nawet nie drgnął, kiedy się zaśmiała, a może raczej: załamała śmiechem. Nie było w nim złości. Nie było też rozbawienia. Tylko ten dziwnie obojętny spokój, który zawsze pojawiał się u niego tuż przed tym, zanim odsunął się całkowicie.
    — Nie — powiedział po chwili, sucho. — Nie myślę, że jesteś żałosna. I nie myślę, że robisz sceny, bo cię nie przeleciałem. Myślę, że robisz sceny, bo nie masz pojęcia, co ze mną zrobić, kiedy nie pasuję do żadnego z twoich gotowych scenariuszy.
    Podniósł na nią wzrok. Spokojny. Zmęczony. Cholernie ludzki. — Bo nie jestem kolejnym gościem z twojego pieprzonego schematu.
    Zrobił krok bliżej, ale tylko po to, by powiedzieć jej to wprost. Bez żadnych gierek. Bez niedopowiedzeń. — I to cię rozwala. Bo nie możesz tego wsadzić w żadną pieprzoną szufladkę, którą znasz. A na jeszcze nie jesteś gotowa, prawda?
    Wzruszył ramionami, jakby to wszystko było aż zbyt oczywiste. Jakby właśnie odkrył przed nią coś, co ona od dawna próbowała sama zepchnąć w cień. — Próbujesz znaleźć we mnie wroga, a to ty sama siebie traktujesz najgorzej. I
    Zamilkł na moment. Popatrzył na nią jeszcze raz, dłużej. — I wiesz co? To, że jeszcze tu stoję, mimo tego wszystkiego, mówi o mnie wszystko. A to, że ty nadal nie potrafisz tego przyjąć, mówi wszystko o tobie. — Odwrócił się powoli, biorąc głębszy wdech. Oparł dłonie o chłodną barierkę. A potem znów się wyprostował i odwrócił się w jej stronę, a jego spojrzenie tym razem nie było już zmęczone, było ostre, skoncentrowane, jakby właśnie przestał się przed czymkolwiek powstrzymywać.
    — Wiesz co? — Uniósł dłoń i wymierzył w nią palcem, nie z gniewem, ale z tą przejmującą pewnością siebie, która nie potrzebowała podnosić głosu. — Czy ci się to podoba, czy nie, jestem twoim przyjacielem. Może nawet jedynym, jakiego teraz masz. Bo, szczerze? Nie widzę wokół ciebie nikogo, kto chciałby dla ciebie dobrze tak jak ja. — Jego głos nie zadrżał ani na moment. Mówił dalej, bo nie mógł już przestać. — Nikogo, kto byłby gotów coś dla ciebie poświęcić.
    Wziął powolny oddech, jakby próbował zdusić wszystko inne, co mogłoby mu się jeszcze wyrwać. Zrobił pół kroku w tył, jakby już wiedział, że to i tak nie trafi. — Ale ty chyba jeszcze nie jesteś na tym etapie, żeby to zauważyć. I zrozumieć. — Wzruszył ramionami, z tym gorzkim półuśmiechem, który był równie mocno z rezygnacją, co z uczuciem.

    OdpowiedzUsuń

  135. Ezra stał nieruchomo, jakby cała ta scena wydarzyła się poza nim, jakby to nie jego właśnie spoliczkowała. Cios nie był potężny, ale był czysty. Ostry. Wystarczający, by rozlało się po nim zdziwienie, a zaraz za nim coś znacznie cięższego. Policzek zapiekł, szczęka zacisnęła się odruchowo. Wciągnął powietrze powoli, jakby sprawdzał, czy jeszcze panuje nad własnym ciałem. Głowa odchyliła mu się nieznacznie w bok. Przymknął powieki przez chwilę zostając w tej pozycji. Nie spojrzał na nią od razu. Stał tak, z napiętym profilem, ciężarem oddechu i czerwonym śladem, który zaczynał się rysować na jego twarzy. Czuł pieczenie na policzku, ale bardziej paliło coś innego. Milczenie między nimi zgęstniało. Mimo że wokół grała muzyka, dudniły basy, światła klubu wciąż przebijały przez szklaną taflę tarasu, oni byli jakby osobno. Jakby zamarli w miejscu, które nie należało już ani do niej, ani do niego. Ezra przesunął dłonią po twarzy, potem opuścił ją powoli i spojrzał na Sloane w końcu. Ale to nie było spojrzenie człowieka, który zaraz zacznie krzyczeć.
    Ezra parsknął cicho. Bez humoru.
    — Świetnie… — mruknął bardziej do siebie niż do niej. Przez chwilę patrzył gdzieś obok, na światła miasta rozlane pod nimi jak obojętne tło do cudzych dramatów. Dopiero potem skinął głową raz. Krótko. Jakby coś sobie potwierdził.
    — Najwidoczniej mi się należało, co? — W jego głosie nie było już nawet ironii. Tylko zmęczenie. I może cień bezsilnej akceptacji. Oparł się z powrotem o barierkę, jakby między nimi naprawdę wszystko zostało już powiedziane. Choć przecież nie padło jeszcze nic, co mogłoby to zakończyć. Podniósł na nią wzrok. Teraz już patrzył prosto w oczy. Bez gniewu, ale też bez tej miękkości, którą miała jeszcze kilka minut temu. Została czysta trzeźwość. — I nie przypomniałem ci, „gdzie twoje miejsce”. — urwał na chwilę, jakby to zdanie wymagało od niego kontroli. — Ty sama to właśnie sobie zrobiłaś.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  136. Coś w jego spojrzeniu zdradzało, że to wszystko nie było mu obojętne, choć bardzo starał się właśnie taki być. Nie uniósł głosu, nie rzucił żadnym ostatnim słowem, które mogłoby ją dobić, choć miał ich w głowie wystarczająco dużo, by zrobić to celnie i boleśnie. Znał ją przecież lepiej, niż chciał przyznać. Wiedział, w które miejsce trafić. Ale nie zrobił tego. Bo z jednej strony nie chciał dolewać benzyny do ognia, a z drugiej, on też miał swoją granicę. I Sloane właśnie się o nią otarła. Jego cierpliwość, ta sama, którą tak często myliła z obojętnością, miała swoje limity. I może do tej pory udawało mu się ją trzymać na wodzy, tłumaczyć wszystko jej przeszłością, zmęczeniem, pogubieniem… ale nie był zbudowany z kamienia. A jego ego, jak na ironię, nie różniło się aż tak bardzo od jej własnego. Nie pozwalało mu tak po prostu potulnie stać i znosić każdego ciosu, dosłownego i nie. Nie miał w sobie aż tyle pokory, by raz za razem łagodzić sytuację, w której był rozszarpywany emocjonalnie tylko dlatego, że ona nie umiała nazwać swoich potrzeb. Może rozumiał, że nie jest łatwa, że się boi, że ucieka, ale nie był jej terapeutą.
    — Nie masz pojęcia… — prychnął. Bo poświęcał dla niej więcej, niż ona kiedykolwiek była w stanie dostrzec. Nie tylko czas, energię czy reputację. On poświęcał siebie, swoje pragnienia, słabości, impulsy. To, co mógłby mieć, gdyby dał się wciągnąć w jej grę, której reguły zmieniała z dnia na dzień. On też chciał. Też czuł. Też miał momenty, w których wystarczyłby jeden jej ruch, jedno spojrzenie, żeby wszystko poszło w diabły. Ale nie pozwalał sobie. Nie dlatego, że nie była kusząca. Tylko dlatego, że chwilowa przyjemność nigdy nie przysłaniała mu tego, co naprawdę się liczyło. Jej sukces. Jej droga. Jej przyszłość. Bo to, czego nie wiedziała, a może nie chciała wiedzieć, to że on naprawdę wierzył, że może jej pomóc sięgnąć po coś więcej, niż kiedykolwiek miała.
    — Nigdy nie mówiłem, że widzę w tobie swoją przyjaciółkę — odparł cicho, zaskakująco spokojnie. — Powiedziałem, że ja jestem twoim przyjacielem. Może kiedyś zrozumiesz różnice.
    Zamilkł na moment, pozwalając jej to usłyszeć. Bez krzyku, bez uniesienia. Po prostu: fakt. Bo przyjaciel daje, nawet jak nie musi. Nawet jak wie, że nic z tego nie będzie miał. A Sloane… tylko bierze. I jak nie dostaje tego, czego chce, to rzuca kamieniem. A Zamilkł, bo nie musiał dodawać nic więcej. Nie chciał już niczego łagodzić. Nie zamierzał więcej podkładać się pod jej furie i nastroje.
    Marynarka wylądowała w jego dłoniach, ciężka nie od materiału, tylko od znaczenia, które właśnie na nią zrzuciła. Przez ułamek sekundy wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć od razu, ostro, szybko, w tym samym rytmie, w jakim ona rzucała słowa. Ale nie zrobił tego. Wciągnął powietrze nosem, wolno, głęboko. Jak ktoś, kto liczy do trzech, bo jeśli tego nie zrobi, powie za dużo. Podniósł wzrok dopiero po chwili. I nie było w nim już ani ciepła, ani tej miękkości, którą znała. Było zmęczenie. Prawdziwe. Ciężkie.
    — Dobrze — powiedział w końcu. Cicho. Prawie bezbarwnie. — Skoro tak to widzisz.
    Przerzucił marynarkę przez ramię, jakby była zwykłym przedmiotem, a nie czymś, co jeszcze chwilę temu ją chroniło przed zimnem. Zrobił pół kroku w bok, zwiększając dystans, wyraźnie, świadomie. Jakby właśnie postawił granicę, której wcześniej nie chciał stawiać.
    Policzek piekł, pulsująco, głucho, jakby jeszcze nie do końca dotarło do jego skóry, co się właściwie wydarzyło. Instynktownie sięgnął dłonią do twarzy. Na opuszce palców została odrobina krwi. Jeden z jej pierścionków musiał przekręcić się do wewnętrznej strony dłoni. Zostawił po sobie niewielką, cienką ranę na jego kości policzkowej. Przecięcie odznaczało się czerwienią, pierwszą, drobną kroplą krwi, która wyraźnie zarysowała się na jego skórze.

    OdpowiedzUsuń
  137. Ezra odetchnął płytko przez nos, jakby to nie ból, ale coś zupełnie innego próbował powstrzymać.
    — Co teraz? Przewrócisz stolik? Rozbijesz szklankę, żeby pokazać, jak bardzo cię to nie rusza?
    Przetarł jeszcze raz policzek, wierzchem dłoni i zamiast się odsunąć, zrobił krok bliżej. Zatrzymał się tak blisko, że dzieliły ich tylko centymetry, ale ani razu nie uniósł ręki. Jego głos pozostał cichy, jakby każdą literę cedził przez zaciśnięte zęby.
    — Tylko na tyle cię stać? — dodał w końcu. Zrobił krok bliżej. Nie za blisko. Wciąż z tą pieprzoną kontrolą, która potrafiła doprowadzić ją do szału.
    — No dalej. Rozpierdol coś. Uderz mnie jeszcze raz. Albo powiedz coś, czego naprawdę pożałujesz. — W jego głosie było aż za dużo chłodu. — Powiedz, jakim jestem chujem. Przecież to chyba masz już na końcu języka, co? — Wyciągnął rękę, teatralnie wskazując na siebie, jakby dawał jej pełne prawo do wyroku. — Wykrzycz to na cały ten jebany balkon, na całe Los Angeles, może ktoś ci przyklaśnie. Może sama w to uwierzysz. Że to ja jestem tym złym. Że to wszystko moja wina. Że nie zasługuję na nic poza tym pieprzonym policzkiem.
    W oczach miał coś, czego nie pokazywał zbyt często. Zawód. I tę cichą, duszącą frustrację, która pojawia się wtedy, gdy człowiek przestaje już walczyć, ale jeszcze nie potrafi odejść.
    — Chcesz zniszczyć wszystko? To się postaraj, Fletcher. Stać cię na więcej niż to.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń

  138. Ezra nie ruszył się nawet o centymetr, kiedy rzuciła w niego tę ostatnią dawkę jadu. Stał tam nadal, ciężki od milczenia, które tym razem nie miało nic wspólnego z samokontrolą. Jego policzek wciąż pulsował od uderzenia, nie tylko bólem fizycznym, ale i tym, który nie zostawiał widocznych śladów. I właśnie to bolało go bardziej.
    — A może to wszystko część planu? — rzucił przez ramię, gorzko, bez uśmiechu. — Może od samego początku wiedziałem, że w końcu ci odpierdoli. Że rozpieprzysz wszystko, co tylko się da. Może właśnie na to się nastawiłem. Idealna kampania promocyjna, nie?
    Zrobił pół kroku w bok, spojrzał w ciemność przed sobą, jakby mówił to bardziej do siebie niż do niej, ale wiedział, że słyszy każde słowo.
    — Molly, kokaina, filmiki, dramat na dachu… Taka jesteś teraz, Sloane. Produkt z krwi i kości. Dla tłumu jesteś dokładnie tym, co się klika. Błyszcząca ruina.
    Odwrócił głowę, tylko na tyle, by kątem oka objąć jej sylwetkę.
    Zrobił krok w jej stronę, zatrzymał się nieco bliżej niż wcześniej, tak, żeby widziała jego oczy, ich chłód, ale też zmęczenie. Zmęczenie nią.
    — Nie wiem, co próbujesz sobie udowodnić, ale ok. Nie chcesz mnie? Nie potrzebujesz mnie? Jasne. — Kiwnął głową, przełykając coś twardego.
    Stał naprzeciw niej jak ktoś, kto właśnie przestał się przejmować tym, jak daleko zajdzie ten burdel. Jakby zrezygnował z prób kontrolowania czegokolwiek. Jakby pozwalał, żeby to się po prostu wydarzyło, skoro i tak już zaczęła walić w to, co między nimi zostało. Wciągnął powietrze nosem, przymknął oczy na ułamek sekundy, jakby to miało go powstrzymać… Ale nie powstrzymało.
    — Może przeleciałem — rzucił chłodno, nie podnosząc głosu, ale każde słowo wbił w nią jak ostrze. Uśmiechnął się cynicznie. Bez cienia dumy. Bez cienia żalu. Jakby testował, ile jeszcze z niej zostało, zanim naprawdę go znienawidzi.
    — O tak, Sloane, błagam. Rozpierdol coś jeszcze, bo zaczynam się nudzić — mruknął z przekąsem, z ledwie widocznym półuśmiechem, który nie miał w sobie ani grama ciepła. — Zrób coś spektakularnego. Rzuć czymś, rozbij kieliszek, zniszcz tę noc.
    Głos miał niski, miękki, prawie rozbawiony, ale to nie był śmiech. To była prowokacja obleczona w kontrolę. W irytującą, zimną pewność, że ona znów przekroczy granicę. Że znów zrobi coś, czego będzie żałować. — No? Pokaż, jaka jesteś „zepsuta”. Jak bardzo nie potrzebujesz mnie w swoim życiu. — Głos miał suchy, jakby każde słowo było papierem ściernym. — Udowodnij, że możesz wszystko zniszczyć, skoro tylko w tym jesteś naprawdę dobra.
    Zrobił krok bliżej, ale nie agresywnie. Raczej wyzywająco. Tak, żeby nie było wątpliwości, że się nie cofnie. Stał tak przed nią, nie odwracając wzroku, kiedy jej palce dotknęły jego policzka, nie jak przeproszenie, nie jak skrucha, ale jak manifest. Jakby chciała zostawić na nim ślad. Jej dotyk był zaskakująco miękki, a jednocześnie przesiąknięty tym, czego Ezra właśnie najbardziej nie znosił: prowokacją podszytą desperacją. Czuł jej ciepło, kiedy zbliżyła się i przyciągnęła go ku sobie. Zrobiła to z siłą, której nie spodziewał się po niej w tym momencie, nie po tym wszystkim, co sobie właśnie wyrzucili. Jej usta były gorące, chaotyczne, pełne furii, gniewu, wyparcia i czegoś jeszcze, czego Ezra nie potrafił nazwać. Była jak burza, jakby próbowała go połamać tym pocałunkiem, rozerwać na strzępy ostatnią resztkę tej powściągliwości, którą do tej pory trzymał w ryzach. Czuł jej oddech, jej język, jej smak, znajomy i zupełnie obcy jednocześnie. Mógł ją odepchnąć w tej samej chwili. Mógł to przerwać. Ale nie zrobił tego. Zamiast tego przyciągnął ją do siebie gwałtownie, bez ostrzeżenia, jakby pękło w nim ostatnie ogniwo powściągliwości. Zderzyli się niemal ciałami, tak mocno, że zabrakło między nimi jakiejkolwiek przestrzeni. Jej klatka piersiowa wbiła się w jego tors, a biodra spotkały się z jego biodrami, twardo i bezceremonialnie.

    OdpowiedzUsuń
  139. Ich oddechy zlały się w jedno. Nie było w tym ani grama delikatności. Szybkie, urywane, naładowane wszystkim, co w nich buzowało: gniewem, napięciem, pożądaniem, żalem. Z frustracją, która wisiała w nim od miesięcy. Z tym całym tłumionym pożądaniem, które zdusił wcześniej w garderobie. Na plaży. W klubie. W studio.
    — To właśnie chciałaś? — wyszeptał między zębami, tuż przy jej ustach, nie odrywając od niej wzroku. — To jest to całe twoje pieprzone „nie potrzebuję cię”?
    Głos miał niski, ochrypły, zgnieciony napięciem. I ledwie powstrzymywał się, by nie dopisać do tych słów czynem. Ich usta zderzyły się po raz drugi, mocniej. Ezra nie zatrzymał się ani przez moment, jakby zdecydował, że skoro i tak wszystko mają rozpierdolić, to nie zostawią po sobie nic prócz popiołu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  140. Było w tym wszystkim coś niezdrowego, intensywnego, tak bardzo cholernie znajomego, że aż nie do zniesienia. Zamknął oczy na ułamek sekundy. Nie z bólu. Z napięcia. Gdy znów je otworzył, były zimne, ciemniejsze niż zazwyczaj, przygaszone światłem Los Angeles za jej plecami. Palce wślizgnęły się między jasne pasma włosów, dokładnie tak, jak zażądała wcześniej, nie delikatnie, nie z litością. Z siłą, której od niego oczekiwała. Zerknął na nią, na jej twarz, w której odbijała się każda emocja naraz. Paliły go te oczy, paliły jej słowa, jej usta, jej ciało. To, że była przy nim tak blisko, że czuł pod palcami jej drżącą skórę, napięte mięśnie, gorączkowy puls. Palce wciąż miał w jej włosach. I zacisnął je. Nie mocno, ale wystarczająco, by ją zatrzymać. Przechylił głowę, a jego usta dotknęły ledwo jej szczęki.
    — Wciąż się nudzę — powtórzył na wydechu, z kpiącym półuśmiechem, ale głos miał już niższy, głębszy. Przepełniony tą warstwą, której nigdy nie pokazywał. — Sloane… Jeszcze nie zaczęłaś mnie zabawiać, błyskotko. — I wtedy ją pocałował. Mocno. Brutalnie. Jakby tym pocałunkiem chciał przybić ich do tej pieprzonej sytuacji na zawsze. Jego palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze. A potem szarpnął lekko głowę w tył, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy, i zobaczyła, że całe opanowanie i chłodna elegancja Creightona właśnie gdzieś się rozpadły. — Tego właśnie chciałaś, tak? Żebym przestał być pieprzonym dżentelmenem? — Syknął cicho, prawie szeptem, ale bez cienia drżenia. Drugą dłonią znów przyciągnął ją do siebie, z impetem, wbijał palce w jej ciało jakby tylko to pozwalało mu jeszcze trzymać kontrolę nad sobą.
    — Kompletnie ci odbiło, Sloane.
    Pochylił się nisko i przeniósł usta na jej szyję. Najniżej, najniżej jak tylko mógł, tam, gdzie skóra była gorąca, a puls wyczuwalny pod językiem. Jego wargi były szorstkie, zębami musnął ją tuż przy obojczyku, zostawiając po sobie mokry ślad i ślad po zbyt mocnym ugryzieniu. Naparł na nią całym ciałem, bez ostrzeżenia. Zmusił ją do cofnięcia się, aż uderzyła biodrami o niski stolik stojący za nią.
    — Straciłaś resztki rozumu — dorzucił, tym razem bardziej do siebie niż do niej. Jedna z jego dłoni powędrowała niżej, bez wahania, zaciśnięta na jej pośladku, mocno, zachłannie, jakby miał prawo go wziąć. Jakby go sobie właśnie wziął. Palce zacisnęły się jeszcze mocniej, a potem wsunęły pod materiał jej sukienki, bez pytania, bez uprzedzenia, bez cienia litości. Wargi przesunęły się niżej, szorstko, niemal z pogardą. Jakby każde dotknięcie miało przynieść mu ulgę, a jednocześnie zaostrzyć głód. Obrócił ją do siebie tyłem, bez siły, ale bez pytania. Jeden zdecydowany ruch i plecy Sloane zetknęły się z jego klatką piersiową, a dłonie, raz przy barierce, raz przy jego nadgarstku, odruchowo szukały punktu zaczepienia, gdy przycisnął ją mocniej do siebie. Objął ją ramieniem w pasie, a drugą dłonią sięgnął do jej szyi pewnie, z zaborczą kontrolą, jakby chciał ją zatrzymać, unieruchomić w tej jednej chwili, w tym jednym oddechu. Pochylił się, a jego usta zatrzymały się tuż przy jej uchu. Głos był chrapliwy, głęboki, pełen mroku, który drgał mu pod skórą.
    — Popatrz, Sloane. — Jego oddech owiał jej szyję, a palce mocniej przycisnęły się do skóry. — Całe to pieprzone miasto należy do ciebie…
    Wskazał brodą przed siebie, nie wypuszczając jej z uścisku, z czułym naciskiem, który nie pozwalał się odsunąć ani na centymetr.
    — A ty stoisz tutaj jak królowa. — Zbliżył usta jeszcze bliżej, aż poczuła jego wargi muskające małżowinę. — Bo ja, do cholery, zrobiłem z ciebie królową. — Zacisnął szczękę, a potem dodał ciszej, niemal przez zęby. — Wzięłaś moje noce, mój czas, moje nerwy. Moje ambicje. Zbudowałem ci tron z własnych słabości. I nie żałuję ani sekundy.
    Trzymał ją wciąż blisko, z siłą, która nie raniła, ale nie pozwalała też na ucieczkę. Z całą intensywnością, której od miesięcy jej odmawiał.
    — Ale ty ciągle chcesz być burzą bez kierunku.

    OdpowiedzUsuń
  141. Uśmiechnął się, krzywo. Brutalnie. Z pełną premedytacją. Jego usta zatrzymały się tuż przy jej uchu. Przesunął nosem po jej skroni. Jego dłoń nadal opierała się na jej szyi, a kciuk lekko poruszał się przy jej tętnicy, jakby chciał sprawdzić, czy serce nie wyskoczy jej z klatki piersiowej.
    — Przyznasz, że ci się to podoba? — Jego głos był cichy, ale niepokojąco stanowczy. — Że w tym jebanym świecie pełnym pochlebców i chłopców, którzy liżą ci buty, tylko ja potrafię cię naprawdę zatrzymać?
    Czuł, jak oddycha, płytko, szybko, niespokojnie. Jakby jego słowa wwiercały się w nią głębiej, niż zamierzał. Ale przecież właśnie o to chodziło. Miała dostać prawdę, surową, wypraną z metafor, ale bardziej intymną niż jakiekolwiek kłamstwo.
    — Chcesz mnie karać? Proszę bardzo. Uderz jeszcze raz. Wrzeszcz. Powiedz że mnie nie potrzebujesz, że mam cię zostawić. Ucieknij z kolejnym typem, który cię przeleci, a potem wyśle do mnie rachunek za pokój hotelowy.
    Nie czekał na odpowiedź. Zamiast tego, przysunął usta do jej szyi. Zbyt blisko, zbyt miękko jak na to, co dopiero co powiedział. Ale właśnie w tym był Ezra. Tam, gdzie uderzał, potrafił potem dotknąć tak, że nie sposób było tego wymazać.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  142. To, co między nimi narastało tygodniami, nienazwane, niedopuszczone, niedokończone, właśnie teraz brało górę. Ezra nie odsunął się, kiedy odwróciła się w jego stronę. Nie zadrżał, kiedy znów sięgnęła do jego ust, a jej dłoń bezczelnie wbiła się między żebra. Oddał wszystko, ustami, ciałem, oddechem. Nie dlatego, że powinien. Ale dlatego, że w końcu przestał się oszukiwać. Zaśmiał się cicho, ten gardłowy, niski dźwięk odbił się echem między nimi, zbyt blisko, zbyt intymnie, jakby jej słowa tylko go upewniły w tym, co robił.
    — To dobrze. — Jego głos był szorstki, przesycony napięciem, które nie miało nic wspólnego z zachowaniem pozorów. Dłonie wciąż wędrowały po jej ciele z tą pewnością, która nie potrzebowała pozwolenia, bo cała jej postawa krzyczała teraz. Ciepło jego skóry rozlewało się na niej, przesycało każdy cal jej ciała, a oddech na karku podbijał każdą reakcję, której nie potrafiła już kontrolować. I nie próbowała.
    — Właśnie tak miało być, prawda? — mruknął jej do ucha. — Nie czułaś się cholernie żywa, przez ostatnie pięć minut?
    Nie odpowiedziała. Ale wystarczyło, jak bardzo zaciskała dłonie na jego karku. Jak mocno napierała biodrami, nie dając mu ani chwili wytchnienia. Jak poddawała się tej chwili bez reszty, zupełnie tak, jakby nie było żadnego potem. Pozwolił, żeby jego dłonie zsunęły się niżej, pewnie, zdecydowanie, jakby od zawsze znał każdy centymetr jej ciała, mimo że nigdy wcześniej nie przekroczyli tej granicy. Ale przecież nie było już żadnej granicy, tylko ten dach, to miasto i ona. Królowa. Jego królowa. Nawet jeśli tylko na dziś.
    — Mam ochotę cię teraz rozszarpać — wyszeptał z przekąsem. — Bo wiedziałem, że do tego doprowadzisz. Że spalisz wszystko, a potem jeszcze powiesz, że to ja trzymałem zapałki.
    Dociągnął ją z powrotem do siebie, jeszcze bliżej, jeśli to w ogóle było możliwe. Pożądanie i gniew zaczynały już brzmieć tym samym językiem.
    Gdy zsunęła usta niżej, zadrżał. Ale nie cofnął się. Nie jęknął. Zacisnął szczękę. Jego palce znów odnalazły jej kark, a spojrzenie, które rzucił w dół, na rozświetlone LA, było ciężkie od myśli, których nie wypowiadał. Bo wszystko, co najważniejsze, działo się właśnie tu. W tym pocałunku. W tym dotyku. W tym pieprzonym upadku, w który oboje skoczyli bez pytania, czy ktoś ich złapie.
    Jego usta zawisły tuż przy jej uchu, ledwie się z nią stykając, jakby celowo przedłużał moment, nie z czułości, a z tej nieznośnej, świadomej gry, którą prowadzili od miesięcy.
    — Może znam. — Mruknął nisko, głosem bardziej chropowatym niż zwykle. — A może chcę to od ciebie usłyszeć… Potem znów możesz udawać, że mnie nienawidzisz. — Jego dłoń zacisnęła się mocniej na jej biodrze, a usta znów zjechały wzdłuż linii jej karku. Jakby chciał coś z niej wycisnąć. Przyznanie. Potwierdzenie. Albo czyste, drżące „tak”. — Zasłużyłem już na kartkę w twoim notatniku? — Jego spojrzenie zawisło na jej ustach, które jeszcze przed chwilą kosztowały go z taką zachłannością, jakby należały się jej z góry. — Co tam zapisałaś? — Palce wsunęły się na jej szczękę, przesuwając kciukiem po jej dolnej wardze z niemal drapieżną czułością.
    Był jak burza, która narastała pod skórą. Mógł oddać jej władzę, ale nie zamierzał pozwolić, by ją utrzymała bez walki. Wiedział dokładnie, w jakim stanie była Sloane, na granicy euforii i upadku, zbyt pobudzona, zbyt rozedrgana, żeby odróżnić to, czego naprawdę chciała, od tego, co jej się tylko wydawało. Miała w sobie tę siłę, która przyciągała, ale i chaos, który potrafił połknąć każdego, kto stanął zbyt blisko. I wiedział też, że ten moment… nie był o nim. Nie do końca.

    OdpowiedzUsuń
  143. Gdyby zamiast niego stał tu teraz Caden, zrobiłaby to samo. Gdyby Carter pojawił się z tym swoim czarującym uśmiechem, nie zastanawiałaby się nawet przez chwilę. Tak samo zrobiłaby, gdyby to był ten jej bokser, czy którykolwiek z byłych, których Ezra zbyt dobrze kojarzył z nagłówków i dramatów… też by się nie zawahała. Bo Sloane teraz nie szukała Ezry. Szukała bodźca. Czegoś, co choć na chwilę przyćmi to wszystko, co kipiało jej w środku. Ezra mógł rozpiąć spodnie. Wsunąć dłoń pod jej sukienkę, podciągnąć ją do góry, osadzić ją na sobie tu, na dachu, z widokiem na całe miasto, które już dawno należało do niej. I ona by nie zaprotestowała. Nie teraz. Może nawet by mu pomogła. A jednak… Ktoś mógł tu wejść w każdej chwili. Jakiś asystent, technik, ochroniarz. Ktokolwiek. I chociaż Ezra nigdy nie przejmował się własną reputacją, pieprzyć to, nie raz widywano go w sytuacjach gorszych, to nie o siebie się teraz martwił. Bo byłby gotów dać się przyłapać. Gdyby był to z kimś innym. Ale nie Sloane. Z nią wszystko miało inną wagę. I właśnie dlatego tego nie zrobił. Jeszcze nie. Bo to nie miała być tylko scena, którą potem oboje przemilczą, zrzucając winę na Molly, whisky i chory impuls. Nie chciał być tylko kolejnym imieniem, które zginie jej w chaosie.
    Ezra zaśmiał się cicho, niski, chropowaty dźwięk rozbrzmiał tuż przy jej uchu, jakby rozlewał się po jej karku.
    — Piękna twarz, hm? — mruknął, unosząc lekko brwi, choć nie odsunął się nawet na centymetr. — Moja piękna twarz chyba ci przeszkadza, skoro spróbowałaś ją spieprzyć. — Musnął jej dolną wargę w półuśmiechu, z tą samą arogancją, którą tak cholernie w nim kochała i nienawidziła jednocześnie. — Zdziwiłabyś się, co ludzie są w stanie zrobić dla tej twarzy. — Jego głos zjechał o ton niżej, bardziej intymny, przesiąknięty czymś, co nie dawało się łatwo zaszufladkować. — No więc, Sloane… — jego głos stał się niższy, niemal intymny, kiedy nachylił się tak, że każde słowo ocierało się o jej usta. — Powiedz mi, jak chciałabyś mnie ukarać? — Nie był już zimny. Nie był już opanowany. Był blisko, zbyt blisko. — O czym myślisz? — Głos miał niższy, bardziej chropowaty, jakby już nie tylko bawił się tym napięciem, jakby je karmił.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  144. To, co działo się między nimi, było tak przesiąknięte napięciem, że każdy dotyk, każdy gest, każde spojrzenie działały jak zapałka rzucana na beczkę benzyny. Ezra o tym wiedział. Czuł to pod palcami, na swojej skórze, w sposobie, w jaki jego imię spływało z jej ust, niekontrolowane, pełne czegoś więcej niż tylko pożądania.
    Spojrzał na nią z góry. Na tę iskrę w oczach, na sposób, w jaki złożyła pocałunek na jego palcu. Nie musiała nic więcej dodawać. Wiedział, co to znaczyło. Wiedział, że gdyby postąpił krok dalej, nie zatrzymałaby go. Tak jak i on nie próbował już zatrzymać jej. — Kurwa… — mruknął, cicho, z nutą czegoś między rozbawieniem a zrezygnowaniem. — Ty mnie kiedyś wykończysz. Przysięgam… — A mimo to nie przestawał jej dotykać. Była cholernie trudna. Niekonsekwentna. Niebezpieczna. Ale była też żywa. I piękna w tej swojej sprzeczności. Wpatrywał się w nią ułamek sekundy zbyt długo, jakby szukał potwierdzenia, że wie, w co się pakuje.
    — Manifest, huh? — powtórzył w półuśmiechu, jakby to słowo miało moc zaklęcia. — Nie wiedziałem, że jestem bohaterem twojego manifestu, Sloane.
    Ezra zaśmiał się krótko, gardłowo, tak, jakby właśnie usłyszał coś cholernie niebezpiecznego, a mimo to miał ochotę się temu poddać. Śmiech zniknął jednak równie szybko, jak się pojawił. Zastąpiło go coś znacznie bardziej intensywnego, sposób, w jaki patrzył teraz na Sloane, nie był już tylko pożądaniem. Był głodem, ale podszytym czymś znacznie głębszym. Fascynacją? Zachwytem? Albo tą pieprzoną świadomością, że żadna inna kobieta nigdy nie będzie jej nawet bliska. — Masz plan… — Powtórzył półgłosem. — I oczywiście nie zamierzasz mnie ostrzec.
    Palce jego dłoni przesunęły się niżej, łapiąc ją pewniej za biodro, tak, jakby próbował ją przytrzymać nie tylko fizycznie, ale też emocjonalnie. Jakby wiedział, że zaraz coś się urwie i już nigdy nie wróci na swoje miejsce.
    — To nie jest rysa. — Wyszeptał jej w usta, kiedy jeszcze dzieliły ich milimetry. — Ty mnie rozcinasz do kości. Robisz ze mną rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że są możliwe.
    Zamilkł na chwilę. Pochylił się bliżej, jego usta otarły się o jej ucho. — Pociągniesz mnie za sobą w ogień, a ja wejdę tam, uśmiechając się jak pieprzony idiota.
    Ezra uniósł kącik ust w nieznacznym uśmiechu, tym bardziej zrezygnowanym niż rozbawionym, ale właśnie taki był z nią zawsze. Przymknął oczy na dłużej, gdy jej usta dotknęły miejsca, gdzie jeszcze kilkanaście minut temu pulsował ból. Teraz? Teraz był przyjemnością.
    — Jeśli to jest twoja wersja przeprosin, to muszę przyznać, że robi się całkiem przekonująco — mruknął nisko. Jej słowa układały się w jego głowie z opóźnieniem. „Manifest.” „My.” Nie wnikał, jak długo nosiła je w sobie, ale podejrzewał, że nie pierwszy raz to przemyślała. I że to nie był efekt chwili. Po chwili pochylił się w stronę jej ucha, a jego głos przeszedł w coś bliższego szeptowi. Brzmiał miękko, a jednocześnie niebezpiecznie spokojnie.
    — Ale skoro nie chcesz zdradzić planów… — szepnął, przysuwając się znów do jej ust — …to może ja zdradzę jeden ze swoich. Głos Ezry był niższy, cięższy, jakby ledwo trzymał się na powierzchni czegoś, co już dawno zaczęło ich oboje pochłaniać. — Chcę cię zabrać do domu.
    Nie brzmiało to jak prośba. Ani jak romantyczna deklaracja. W jego tonie było coś znacznie głębszego, coś, co zdradzało, że już dawno podjął decyzję, tylko czekał, aż ją wypowie. I teraz, kiedy to zrobił, nie zamierzał się z tego wycofać. — Chcę zdjąć z ciebie tę sukienkę wtedy, kiedy nie będziemy się już musieli oglądać przez ramię. — Kontynuował, a jego głos był już niemal szeptem. Jego dłoń zsunęła się na jej kark, przyciągając ją bliżej, jakby nie mógł już znieść odległości między nimi, nawet tej minimalnej. — Więc co powiesz, królowo? — mruknął nisko, prawie rozbawiony. — Dasz się zabrać do mojego pieprzonego królestwa…?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  145. Ezra zamarł na sekundę, jakby potrzebował tej jednej chwili ciszy, żeby przetrawić jej słowa. Bo choć sam wypowiedział propozycję, wypuścił ją z ust z pełną świadomością, to dopiero teraz, słysząc jej odpowiedź, jej głos, pełen pewności i oddania, poczuł, jak mocno wszystko to uderzyło w niego od środka.
    Kiedy musnęła jego szczękę, nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Zbliżył się do niej, czując, jak ich ciała niemal przenikają się nawzajem. To było jak gra w kotka i myszkę. Chciał ją kusić, ale nie chciał, by poczuła się osaczona. Chciał ją mieć, ale jeszcze bardziej pragnął, by to, co ich łączyło, było pełne emocji, a nie tylko fizycznych pragnień.
    Ezra zerknął na podłogę, gdzie jakiś czas temu opuścił swoją marynarkę.
    — Zmarzniesz — powiedział z figlarnym uśmiechem, patrząc jej prosto w oczy. Sięgnął po nią, otrzepał ją dokładnie i ponownie nałożył na ramiona Sloane, okrywając ją szczelnie. Następnie wyciągnął z kieszeni tejże marynarki paczkę, z której wyciągnął kolejnego skręta. Jego ruchy były pewne, a on sam czuł, że to może być idealny sposób na rozluźnienie atmosfery.
    — Zajmiemy się tym, a potem… no cóż, potem zajmiemy się tobą. Co ty na to?
    Oparł się plecami o barierkę, a potem złapał ją za rękę, przyciągając bliżej, z zamiarem wciągnięcia jej w ten mały rytuał.
    — Mów dalej. Opowiedz mi o tych fantazjach…
    Ezra zaciągnął się, czując, jak dym wypełnia jego płuca, a chwilowe odprężenie rozchodzi się po całym ciele. Spojrzał na Sloane, widząc w jej oczach mieszankę ekscytacji i ciekawości. To był moment, w którym oboje mogli zapomnieć o świecie zewnętrznym, skupić się tylko na sobie nawzajem. Podsunął jej skręta, a jego palce musnęły jej dłoń. Patrzył, jak Sloane wciąga dym, a jej usta formują się w delikatny uśmiech.
    — Jesteś cholernie seksowna, kiedy to robisz…
    Jego ręce spoczęły na jej talii. Czuł, jak w nim wrze energia, a ich bliskość sprawiała, że cały świat zniknął. — Nie masz pojęcia, jak bardzo mnie kręcisz — dodał, a jego ton stał się jeszcze bardziej intymny. — Chociaż w sumie... Dokładnie wiesz, co ze mną robisz, prawda? Wiedziałaś, przez cały ten czas … — Pokręcił głową ze śmiechem. Był wobec tego bezbronny. W jego oczach błysnęło coś więcej niż tylko pożądanie. Coś, czego nie planował pokazać. Coś, co od tygodni ukrywał pod sarkazmem, chłodną logiką i całym tym pieprzonym profesjonalizmem.
    — Zdradzić ci sekret? — zapytał szeptem, tak cicho, że tylko ona mogła go usłyszeć. Tym pytaniem niemal natychmiast skupił na sobie jej uwagę. Pochylił się bliżej, nos niemal otarł się o jej policzek, aż poczuła znajomy zapach jego skóry, gorący oddech tuż przy uchu. — Też cię sobie manifestowałem, Sloane.
    Wypowiadał to wolno, nisko, z namaszczeniem, jakby każde słowo miało wagę. Bo miało.
    — Wyobrażałem sobie, jak smakujesz, zanim jeszcze wypiłaś przy mnie pierwszego drinka. — Kontynuował, a jego palce sunęły po jej biodrze, wolno, uważnie, jakby znów próbował zapamiętać topografię ciała, które tak długo było tylko zakazaną fantazją. — Jak pachniesz o trzeciej nad ranem, kiedy nikt już nie patrzy. Jak brzmisz, kiedy nie jesteś już wściekła, tylko drżysz od napięcia, które sam w tobie zostawiłem. — Zatrzymał się na chwilę, by zbudować napięcie, a jego uśmiech był pełen pewności siebie. — Myślałem o tym, jak to będzie, gdy w końcu znajdę się w tobie. — Zamknął oczy na sekundę, jakby pozwalał sobie poczuć to wszystko jeszcze mocniej. — Jak jęczysz, gdy cię biorę — to ostatnie powiedział już szeptem, a potem złożył kilka pocałunków na jej szyi.

    OdpowiedzUsuń
  146. Jego uśmiech zdradzał pewność siebie. Gdy znów spojrzał na nią, był już całkiem nagi z emocji. — Manifestowałem ten moment. Jak zsuwam z ciebie sukienkę. Jak zaciskasz na mnie dłonie, jak wypowiadasz moje imię, kiedy w końcu jestem w tobie. Nie dlatego, że się zapomnieliśmy, ale dlatego, że na to czekaliśmy.
    Patrzył jej w oczy, czując, jak ich chemia wręcz eksploduje w powietrzu. Jeśli uda mu się przekonać ją do wyjazdu, mogliby stworzyć coś naprawdę wyjątkowego, coś, co przetrwałoby tę chaotyczną noc.
    — Chcę, żeby ta noc była nasza — dodał, zbliżając się do niej, tak blisko, że mógł poczuć jej ciepło. — Bez żadnych przeszkód i zmartwień — mruknął z uśmiechem, mając nadzieję, że jego słowa zadziałają jak magnes. — Wiesz, że nie będziesz żałować.
    Oddech, który wypuścił, dotknął jej skóry.
    — A przeprosiny, które obiecałaś? — dodał z lekkim uśmiechem, muskając palcami linię jej szczęki, jakby znów od nowa ją poznawał. — Mam nadzieję, że są warte grzechu. Bo zamierzam się nimi delektować tak długo, aż zapomnę, za co właściwie były.
    Spojrzał jej prosto w oczy. Miał w nich teraz coś, czego wcześniej nie było. Spokój? Pewność? A może po prostu całkowite pogodzenie się z tym, że właśnie przekroczyli granicę, za którą nie było już powrotu.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  147. Ezra patrzył na nią, jakby nic poza nią już nie istniało. Jakby ta kobieta przed nim, cała rozgrzana emocjami, poraniona i wyprostowana zarazem, ze skrętem w dłoni i jego marynarką na ramionach, była jedyną rzeczą, która trzyma go jeszcze w ryzach i jedynym powodem, przez który w tych ryzach utrzymać mu się ciężko. Ezra pochylił się, by ustami sięgnąć do skręta pomiędzy jej palcami, bez pośpiechu, jakby każda sekunda tego gestu była dla niego rytuałem. Robiąc to, lekko musną ustami jej palce, a potem zaciągnął się głęboko. Przymknął oczy. Przez chwilę panowała cisza, jakby pozwalał, by smak i ciężar dymu opadły w nim z odpowiednią siłą. A potem wypuścił go powoli, prosto w nocne niebo nad nimi, tak jakby chciał się pozbyć resztek ciężaru tego dnia. Snop szarej mgły uniósł się w nocne powietrze, a Ezra parsknął cichym śmiechem, ten jego znany, chropowaty śmiech, który był bardziej rozbawieniem niż rozbawieniem.
    — Wiesz, to się robi trochę niebezpieczne. — Spojrzał na nią spod półprzymkniętych powiek, dym jeszcze drgał w jego ustach. — W każdej wersji tej nocy smakujesz lepiej niż zioło, a to już sporo mówi o tym, jak bardzo mi odwaliło.
    Znów się uśmiechnął. Tym razem nie zgryźliwie, nie sarkastycznie — ale prawdziwie. Ciepło. Jakby to był moment, którego potrzebował bardziej, niż był gotów przyznać. Nie musiał się spieszyć, choć cała jego postawa mówiła, że się ledwo powstrzymuje. Ezra zaciągnął się raz jeszcze, tym razem głębiej, jakby potrzebował jeszcze chwili, by utrzymać się w tej idealnej równowadze między przytomnością a zawieszeniem. Potem, z teatralną przesadą wypuścił dym bokiem, tuż obok jej szyi, jakby specjalnie dla efektu, patrzył przy tym na Sloane z tym swoim półuśmiechem, który zwiastował, że zaraz powie coś głupiego.
    — Możesz się śmiać, Sloane… — pokręcił głową z rozbawieniem. — Jesteś jak pieprzona halucynacja. Z tą twoją sukienką, oczami, miną… — urwał, przechylając głowę w bok. Uniósł brwi teatralnie, niby zdezorientowany, niby zauroczony. — Jak to działa, co? Jego dłoń wsunęła się pod marynarkę, pod jego własną marynarkę, którą miała na sobie i osiadła na jej talii. Była blisko. Tak blisko, że niemal czuł bicie jej serca. — Jebane royal couple sceny muzycznej L.A. — Westchnął przesadnie ciężko. Parsknął śmiechem, nieco niższym, bardziej gardłowym niż zwykle tym, który pojawiał się tylko wtedy, gdy naprawdę był sobą.
    — Masz świadomość, że to wszystko powinno skończyć się zupełnie inaczej? — rzucił z półuśmiechem, patrząc, jak dym wije się nad ich głowami. — Ale... Kurwa, jesteś moim ulubionym błędem, Sloane. — Uśmiechnął się. Cicho. Z rezygnacją, która wcale nie brzmiała jak rezygnacja. Raczej jak przyjęcie do wiadomości, że przepadł i że absolutnie mu to nie przeszkadza. — Chodź, królowo. Mamy noc do rozpisania. — Potem sięgnął do jej dłoni i splótł ich palce. Złapał ją mocno, jakby tym jednym ruchem mógł ją zabrać ze sobą już teraz. Jakby to nie była tylko metafora. Nie puścił jej dłoni, kiedy prowadził ją przez korytarz. Dym powoli rozchodził się za nimi, jak ślad, który już zawsze będzie się z tą nocą kojarzył. Jego marynarka zsunęła się lekko z jej ramion, odsłaniając ramię i linię obojczyka. Ezra spojrzał na to miejsce, jakby już czuł, że położy tam swoje usta. Wiedział, że będzie pamiętał ten widok. Tę noc. Te oczy. Nie dla trofeum. Nie dla pożądania. Ezra nie musiał tego mówić, Sloane wiedziała. Czuła. Z jego tonu, z dotyku, z tej zmowy spojrzeń, które już dawno przestały być niewinne. To była decyzja podjęta między nimi bez jednego słowa.

    OdpowiedzUsuń
  148. Ale mimo to Ezra szepnął jej jeszcze coś do ucha, tak, jakby już planował, co zrobi, gdy tylko zamkną za sobą drzwi.
    — Na zewnątrz czeka kierowca. — Uśmiechnął się leniwie, muskając wargami jej skroń. — Otworzy nam drzwi, będzie milczał, a potem zniknie. Obiecuję, że nawet się nie odwróci. Zna zasady.
    W jego głosie nie było śladu niepewności, tylko miękka pewność siebie, przyprawiona o nutę żartu. Dym ze skręta unosił się jeszcze w powietrzu, kiedy Ezra odchylił się od niej na tyle, by poprawić marynarkę na jej ramionach, dopasować, niemal troskliwie.
    — Musisz wyglądać jak kobieta, która panuje nad sytuacją. — Rzucił z półuśmiechem. — A nie jak ta, która zaraz wskoczy swojemu producentowi na kolana na tylnym siedzeniu.
    Zamrugał, spojrzał na nią raz jeszcze, tym razem dłużej. I jakby trzeźwiej, ale z tym samym głodem w oczach. Nie czekał jednak na odpowiedź. Wyciągnął rękę, żeby ją poprowadzić przez suszymy klub do wyjścia.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  149. Ezra czuł jej palce zaciskające się na jego dłoni z taką siłą, jakby chciała wyraźnie pokazać, że nie zamierza puścić. Nie tylko dzisiejszej nocy, ale może nawet trochę dłużej. W tych kilku krokach prowadzących przez klub nie zamienili już ani jednego słowa. I nie musieli. Wszystko między nimi zostało już powiedziane, czasem wprost, częściej półgębkiem, najczęściej skórą, oddechem, spojrzeniem. Gdy wyszli na zewnątrz, chłodne nocne powietrze owiało ich twarze, ale żadne nie zareagowało. Ezra nie rozglądał się, nie szukał wzrokiem paparazzich, nie rzucał spojrzeń ochroniarzom przy wejściu. Wiedział, że kierowca już tam czeka, auto błyszczało w cieniu latarni, dyskretnie, jak wszystko co należało do Creightona. Kierowca już trzymał drzwi otwarte, unikając spojrzeń i nie zadając zbędnych pytań. Ezra kiwnął krótko głową w jego stronę, po czym położył dłoń na plecach Sloane, prowadząc ją bez słowa. Nie musiał nic mówić. Słowa z tej nocy i tak brzmiały w ich głowach z niesłabnącą siłą. Ezra zdjął marynarkę, którą wcześniej zarzucił jej na ramiona, i delikatnie położył ją obok. Mógłby powiedzieć coś prowokującego. Zamiast tego, wyciągnął dłoń, wsunął palce w jej włosy, a drugą przeciągnął po jej udzie, jakby odliczał sekundy do czegoś nieuniknionego. Ezra uśmiechnął się pod nosem, przysuwając twarz do jej szyi. Nie całował, jeszcze nie. Zaciągnął się jej zapachem. Zmysłowym, znajomym, cholernie uzależniającym. I może przez to upalenie, a może przez ciepło, które rozlewało mu się po klatce piersiowej, westchnął miękko.
    — To zabawne… — mruknął, wsuwając dłoń pod marynarkę, którą chwilę temu jej narzucił. Gładził powoli jej plecy, jakby badał napięcie w jej ciele. — Że myślisz, że panujesz nad sytuacją.
    Ezra uniósł brew, zerkając na nią spod przymrużonych powiekx tak, jakby właśnie usłyszał coś wyjątkowo zabawnego, ale też cholernie błędnego. Jego głos był niski, miękki, ale podszyty czymś ciemniejszym,może rozbawieniem, a może czymś znacznie głębszym.
    — Bo wiesz… — nachylił się bliżej, aż ich nosy niemal się zetknęły. — Mi się wydaje, że ani ty, ani ja, nie panujemy już nad niczym.
    Na jego ustach zagościł uśmiech. Nie szyderczy. Prawdziwy. Jakby właśnie przyznał się do czegoś, czego dotąd nie miał odwagi powiedzieć na głos.
    — Gdybym panował nad sobą… — dodał cicho, muskając wargami kącik jej ust. — Nie siedziałabyś teraz na moich kolanach — mruknął wciągnąwszy ją na siebie bez trudu. Oparła ręce na jego ramionach, a jej kolana znalazły się po obu stronach jego ud. Roześmiał się przy tym gardłowo. — A ja nie planowałbym właśnie wszystkiego, co zamierzam ci zrobić, kiedy tylko zamkną się za nami drzwi. — Jego palce zacisnęły się nieco mocniej na jej biodrze. — Ale jeśli chcesz… możesz dalej udawać, że masz kontrolę.
    Nachylił się niżej, składając na jej szyi leniwy, ale znaczący pocałunek. Auto ruszyło. Noc należała do nich. I wszystko, co miało wydarzyć się później, też. Ezra nie tylko jej pozwalał, on jej chciał. I właśnie teraz to pokazywał. Zaśmiał się pod nosem, ale nie żartował. I Sloane o tym wiedziała. Tak samo, jak wiedziała, że jeśli nie powstrzyma siebie albo jego, to kierowca będzie zmuszony przetestować granice swojej dyskrecji.
    — Powiedz mi tylko jedną rzecz, Sloane. — Ezra przysunął się tak blisko, że jego czoło oparło się o jej. — Czy zamierzasz mnie dziś tylko przeprosić, czy mam się spodziewać… pełnego manifestu?
    Uśmiechnął się szeroko. I nawet jeśli ten uśmiech był nieco zbyt beztroski jak na mężczyznę, który zaraz miał zaprosić do swojego świata kobietę, która mogła wszystko rozwalić.

    OdpowiedzUsuń
  150. Czy będzie żałował? Ezra nie odpowiedział od razu. Zamilkł, jakby właśnie zderzył się z pytaniem, które odbiło mu się echem gdzieś głęboko w środku, tam, gdzie nie lubił nikogo wpuszczać.
    — Nie wiem. — Przyznał cicho. I to „nie wiem” było bardziej szczere niż cokolwiek, co padło z jego ust tej nocy. Zawiesił wzrok na jej twarzy, tak jakby próbował w niej znaleźć gotową odpowiedź. Mimo to sięgnął dłonią do jej twarzy. Kciukiem przesunął wzdłuż jej policzka, czułym ruchem, który zdradzał więcej niż jakiekolwiek słowa.
    — Nie potrafię ci dać gwarancji, że niczego nie spieprzę. Ale…
    Pochylił się, jego czoło zetknęło się z jej.
    — Ale jeśli to ma być coś, czego później będziemy żałować… to niech chociaż będzie to rzecz, którą warto było zrobić mimo wszystko.
    Jego głos zadrżał na końcu. Nie ze strachu, z intensywności tej chwili. Bo Ezra wiedział, że wszystko, co się między nimi wydarzyło… nie było już tylko chwilą.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  151. Ezra odpowiedział na ten pocałunek z intensywnością, która nie zostawiała wątpliwości, że również czekał. Nie tylko dziś. Nie tylko od tej nocy. Jego dłoń przesunęła się z karku Sloane na jej plecy, pewnie, ale miękko, jakby dotykał czegoś, czego nie miał prawa dotykać, a mimo to nie potrafił się powstrzymać. Oderwał się od jej ust z ledwo słyszalnym sapnięciem. Jego dłoń znów znalazła się na jej udzie. Kciukiem zataczał małe okręgi tuż pod materiałem sukienki, wędrując coraz dalej.
    — Wiesz, co mi chodziło po głowie? — zapytał ciszej, pochylając się do jej ucha. — Jak długo jeszcze uda mi się nie zwariować przy tobie.
    Zacisnął lekko palce na jej biodrze. Odchylił się odrobinę, by spojrzeć jej w oczy. Cała ta gra, cały flirt, wszystkie podsycane tygodniami napięcia chwile właśnie stawały się czymś więcej niż tylko przekomarzaniem się między producentem a wokalistką. Ezra zaśmiał się cicho, przeciągle, jakby właśnie przypomniał sobie coś, co powinno go jeszcze wkurzać, ale w tej chwili, ze Sloane na swoich kolanach, z jej dłonią na jego szyi i ciepłym oddechem na ustach, wydawało się już bardziej absurdalne niż irytujące.
    — Nie zdajesz sobie sprawy z tego… — zaczął, przesuwając palcami po jej udzie, jakby od niechcenia, ale nie przerywając kontaktu wzrokowego — jak mnie wkurwiałaś, kiedy przyprowadzałaś ze sobą tego kretyna.
    Zamrugał wolno, uśmiechając się szerzej, choć w jego oczach mignęła nuta wspomnienia, które nie było aż tak zabawne w swoim czasie. — A już najbardziej wtedy, kiedy pozwalałaś mu się całować na moich oczach. — Dźwięk jego głosu był miękki, rozbawiony, ale pod spodem tlił się cień czegoś zupełnie innego. — Jakbyś wiedziała, że patrzę. Jakbyś robiła to specjalnie. Przechylił głowę, nachylając się bliżej, tak że jego usta prawie dotknęły jej ucha. — Myślałem wtedy: „ta dziewczyna chyba serio chce mnie zabić.” — dodał z rozbawieniem. — A teraz? — wykrzywił usta w uśmiechu, który miał w sobie i pewność siebie, i coś z fascynacji, i coś, co na dłużej mogło zostać pod skórą. — Teraz się zastanawiam… ile razy pozwolisz mi się dziś tobą zachwycić.
    Znów ją pocałował, tym razem spokojniej, głębiej, z tą znajomością, która nie brała się z jednej nocy, ale z miesięcy gromadzonych spojrzeń, niewypowiedzianych słów i tych wszystkich chwil, kiedy mógł tylko patrzeć i udawać, że nie musi już dłużej o niej myśleć. — Ale przysięgam, że następnym razem nie tylko się wkurwię. Zrobię coś znacznie bardziej głupiego.
    Ezra zaśmiał się cicho, opierając głowę o zagłówek siedzenia, ale nie spuszczając z niej wzroku ani na moment. Była blisko, tak blisko, jak zawsze chciał, choć jeszcze parę tygodni temu nawet nie dopuszczał tej myśli do siebie. Teraz miał ją na kolanach, z rozczochranymi włosami, przekrzywionym ramiączkiem sukienki i tym spojrzeniem, które potrafiło albo go rozwalić, albo rozpalić do czerwoności.
    — Wiesz, że naprawdę mnie kręci to, że siedzisz mi na kolanach w tym aucie i udajesz, że nie jesteś całkowicie na mojej łasce? — dodał cicho, opierając czoło o jej skroń. — I mam absolutną ochotę zrobić z tobą każdą z tych rzeczy, o których mówiłaś. I kilka takich, których jeszcze nie wymieniłaś.

    OdpowiedzUsuń
  152. Ezra uśmiechnął się lekko, ten uśmiech był spokojny, ale niebezpiecznie pewny. Nie musiał nic mówić. Wystarczyło spojrzenie, które posłał Sloane, kiedy jego dłonie uniosły się do jej pleców. Niemal niedbale, jakby robił to odruchowo, a przecież każdy jego ruch był świadomy. Złapał za zamek sukienki, rozsunął go, aż miękki materiał puścił. Patrzył jej w oczy, jakby chciał uchwycić każdą reakcję, każde drgnięcie mięśni pod palcami, każde przyspieszenie oddechu. Potem przesunął dłonie niżej, od jej ud, wzdłuż boków, sunąc w górę, leniwie, miękko, a jednocześnie z taką pewnością, jakby dotykał czegoś, co od zawsze do niego należało. Podnosił materiał jej sukienki coraz wyżej, odkrywając coraz więcej skóry, aż w końcu zsunął materiał całkiem i Sloane została przed nim w samej bieliźnie. Ezra westchnął cicho, jakby próbował opanować coś, co i tak już dawno wymknęło się spod kontroli.
    — Cholernie dobrze wyglądasz, Fletcher — Jego głos był niższy, szorstki, ale miękki od zachwytu. Objął ją znowu, już bez żadnych barier między nimi. Skóra do skóry. I tylko ona.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  153. Ezra zaśmiał się cicho, gardłowo, trochę rozbawiony, trochę rozpalony, a może i odrobinę zszokowany tym, jak bardzo jej chciał. Jak bardzo czuł ją całą sobą, zanim jeszcze jego dłonie odnalazły drogę pod materiałem sukienki.
    — Też tak myślałem — wymruczał przy jej uchu.
    Zsunął dłoń niżej, pewnie, gładząc jej biodro i ściskając je tak, jakby nie zamierzał puścić. — Więc nie, Sloane. Nie zamierzam już dłużej czekać. Nie wtedy, kiedy w końcu jesteś na mnie.
    Słowa wypowiadał spokojnie, ale jego ciało przeczyło tej opanowanej tonacji. Każdy nerw pod skórą był napięty, jakby już z trudem panował nad sobą.
    — Pamiętam tamtą noc w studiu. I tę w aucie, kiedy nie wysiadałaś. — Oderwał się od jej szyi i spojrzał jej prosto w oczy, mrużąc je z półuśmiechem. — Nie pocałowałem cię wtedy, bo wiedziałem, że jak raz się złamię, to już się nie zatrzymam. — Przesunął dłonią po jej plecach i zacisnął ją na udzie. — A mieliśmy robotę do zrobienia — zaśmiał się znów. Priorytety…
    Odrzucił materiał sukienki na bok, zostawiając ją przed sobą ubraną tylko w bieliznę. Wzrok zsunął się po jej ciele z taką uwagą, jakby patrzył na coś, czego nie był pewien, że kiedykolwiek będzie miał.
    — Pieprzona bogini… — Zawiesił dłonie na jej udach, sunąc nimi w górę, palcami zahaczając o koronkę jej bielizny. Ezra najpierw tylko musnął jej usta. Krótko. Prowokująco. Jakby chciał sprawdzić, czy to wciąż prawda, że może, że ona tu naprawdę jest, cała dla niego, w jego ramionach, w jego samochodzie, w jego życiu. Ale to wystarczyło. Tyle mu potrzeba było, by wszystko wróciło. Chwilę później złapał ją mocniej, za kark, za biodra, za cokolwiek, co pozwoliło mu poczuć więcej. Jego usta wróciły do niej z tą samą dziką pasją, którą znała z tamtej nocy na tarasie. Ale teraz nie było już żadnych świateł ani ludzi. Byli sami. I Ezra całował ją tak, jakby wreszcie mógł przestać udawać. Było w tym coś nienasyconego. Głębokiego. Wściekle osobistego. Jego język odnalazł jej, pocałunek stawał się coraz bardziej zachłanny, jakby chciał nadrobić każdy dzień, w którym się powstrzymywał. Dłonie przesunął po jej plecach, przyciągając ją do siebie tak blisko, że nie było między nimi już nawet powietrza. Oderwał się na sekundę, tylko po to, by wyszeptać tuż przy jej ustach.
    — Widzisz, co ze mną robisz?
    A potem znów ją pocałował, mocniej, głębiej, jakby to już nie była tylko namiętność. Jakby próbował pocałunkiem powiedzieć wszystko, czego do tej pory nie mówił. Jego dłonie przesunęły się wzdłuż jej pleców. Jakby Ezra znał każdy ruch, który miał wykonać, nie z doświadczenia, ale z pragnienia. Z pamięci. Z wyobrażeń, które przez miesiące obracał w głowie w nieskończoność. Palce odnalazły zapięcie koronkowego stanika. Rozpiął go jednym, płynnym ruchem, bez pośpiechu, ale z taką pewnością, jakby robił to nie pierwszy raz, jakby wiedział, że właśnie to ma teraz zrobić. Jakby nic innego nie istniało. Materiał zsunął się z jej ramion, miękko, niemal niezauważalnie. Ale dla Ezry ten moment był jak objawienie. Jego wzrok od razu zjechał w dół, przez sekundę zatrzymując się na jej ciele, jakby musiał się upewnić, że to nie kolejny cholerny sen, z którego zaraz się obudzi. Westchnął cicho, krótko, jakby pod nosem, jakby odetchnął pierwszy raz od miesięcy.
    — Kurwa, Sloane — wymruczał z zachwytem, niemal błagalnie. — Nie masz pojęcia, ile razy rozbierałem cię w głowie.
    Przesunął dłońmi od jej ud, gładząc skórę powoli, aż znów sięgnął talii. Jego palce były ciepłe, pewne, bez wahania. Każdy dotyk był jak wyznanie. Jak potwierdzenie, że każda fantazja właśnie się materializuje. A potem, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, jego usta znów wróciły do jej szyi, najpierw delikatnie, jakby chciał ją rozbroić czułością. Ale zaraz potem zsunął się niżej, coraz niżej, całując jej obojczyki, piersi, jakby nie mógł się zdecydować, gdzie chce być najbardziej. — Cała jesteś do pieprzonego uwielbiania — wymamrotał jej w skórę, odurzony nią do granic.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  154. — Tutaj — powtórzył półgłosem, jakby smakował to słowo. Nie zapytał, nie zawahał się. To było jak potwierdzenie czegoś, co oboje już wiedzieli. — Teraz… Chcę cię poczuć Sloane. Całą.
    Jego usta odnalazły jej ponownie. Najpierw krótko, ale już po chwili ten pocałunek przybrał na sile. Nabrał tej samej pasji, którą miał w sobie na tarasie, tej pierwszej, tej nieplanowanej, która zostawiła ślad. Jakby coś w nim znów pękło, puściło, a cała kontrola, którą tak długo trzymał, właśnie się wypaliła. Zostało tylko to, co działo się między nimi. Całował ją głęboko, intensywnie. Jakby nie chciał, by w jej ustach została choć odrobina wątpliwości co do tego, czego pragnął. Dłonie znów odnalazły jej ciało, jakby nie był w stanie się nacieszyć. Objął ją ramieniem w talii i przyciągnął jeszcze bliżej, drugą ręką pomagając jej rozpiąć i zsunąć z siebie spodnie. Palce Sloane wciąż tam były, rozbrajające, celowe, odważne. Westchnął cicho między pocałunkami, muskając jej dolną wargę.
    — Cholera, Sloane… — mruknął, z głową opartą na zagłówku, wpatrzony w nią, jakby miała mu zaraz wybuchnąć w dłoniach. — Jesteś nie do zniesienia… Nie do powstrzymania… — szepnął z półuśmiechem przy jej uchu, lekko zachrypniętym głosem, tak blisko, że czuła jego oddech. Oplotła jego szyję ramionami, biodrami poruszyła nieznacznie, testując odpowiedź jego ciała i dostała dokładnie to, czego się spodziewała. Ezra syknął cicho, jakby walczył sam ze sobą, żeby się nie rzucić na nią mocniej. Zjechał dłonią niżej, palcami zahaczając o materiał jej bielizny, który był już napięty, wilgotny od pragnienia.
    — Do cholery, jak mam teraz nie zwariować? — dodał. Pocałował jej szyję, potem linię obojczyka, wracając do piersi, które uwielbiał, całym sobą, ciałem, oddechem. Pocałunki stawały się gorętsze, pełniejsze, ale nadal pełne namysłu. Jakby Ezra chciał zapamiętać każdą sekundę, zanim pozwoli sobie na więcej.
    — Jesteś jak kara. Albo nagroda. Jeszcze nie wiem. Ale biorę wszystko.
    I było w jego tonie coś, co nie zostawiało złudzeń, to już nie była gra. Nie flirt. Nie kolejna dziewczyna, którą miał dodać do listy. Była jak narkotyk, który znał tylko z opowieści i właśnie brał pierwszy, głęboki wdech. Zdjął z niej bieliznę jednym, pewnym szarpnięciem. Nie musiała się unosić, cienkie, koronkowe paski materiału ustąpiły pod siłą jego dłoni. Roześmiał się przy tym a potem odrzucił ostatnią dzielącą ich warstwę na bok. Działał sprawnie, ale nie brutalnie. Przesunął się w fotelu, by objąć ją lepiej, a potem pocałował ją gwałtownie, unosząc dłonie do jej włosów.
    — Trzymać granice — szepnął między pocałunkami, które zostawiał na jej ciele. — Jasne. Świetny plan. — Uniósł głowę i spojrzał na nią spod przymkniętych powiek. Ciemne oczy błyszczały intensywnie. Głos miał niższy, bardziej szorstki, przesiąknięty pragnieniem.
    — Przez tydzień nie założysz nic poza moją koszulką. I może tym złotym łańcuszkiem, jeśli będziesz grzeczna.
    Złapał ją znów za uda i uniósł nieznacznie, prowadząc jej ciało ruchem bioder. Powoli, jakby chciał celebrować każde milimetrowe przesunięcie. Gdy ich ciała zaczęły się łączyć, Ezra westchnął głęboko i cicho zaklął.
    — Cholera… — wyjęczał jak modlitwę, łapiąc dłońmi za jej biodra. Czuł, jak jego kontrola rozpada się na kawałki, jak całe to zbudowane latami opanowanie topnieje pod jej dotykiem. Wszystko inne przestawało mieć znaczenie. Naparł na nią biodrami, a jego czoło oparło się o jej obojczyk, jakby przez moment potrzebował się zakotwiczyć. Pachniała rozgrzaną skórą i perfumami, które pamiętał z każdej sesji w studiu. Ale teraz ten zapach był tylko jego. Tak samo jak wszystko inne. Ezra złapał ją mocniej. Palce zacisnął na jej udach i pociągnął ją bliżej, brutalnie precyzyjnie, jakby to on miał decydować o każdym ich ruchu. Jakby potrzebował, by poczuła, że teraz to już nie była tylko gra. To nie był flirt, który mogli przerwać. I właśnie wtedy przestał się hamować.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  155. Pochylił się i przygryzł skórę tuż przy jej szyi, nie z delikatnością, ale głodem. Głodem, który nosił w sobie tygodniami. Dłoń wędrowała po jej plecach, zsunęła się niżej, do pośladków, które objął zdecydowanie, napierając jej biodrami o swoje. Teraz mówił przez nie jego temperament. Potrzeba. Pragnienie posiadania jej, całej, bez warunków i resztek. Usta szukały każdej części jej skóry. Z każdym kolejnym ruchem wymazywał dystans, który jeszcze do niedawna ich dzielił. Zacisnął dłonie na jej udach, czując jak wszystko w niej drży, od jego słów, dotyku, tempa. I choć byli w samochodzie, choć świat wciąż istniał gdzieś na zewnątrz, Ezra miał wrażenie, że są poza czasem. Jakby wszystko inne, światła miasta, szum ulicy, dźwięki nocnego życia, zniknęło. Została tylko ona. Była na nim, z nim, dla niego. A on? On nie zamierzał już się ograniczać. Wszystko w nim krzyczało, że to właśnie teraz. Nie w luksusowej sypialni, nie w hotelowym apartamencie, nie tam, gdzie wszystko pachnie zaplanowaną perfekcją. Ale tu, w ciasnym wnętrzu SUV-a, gdzie szyby parowały od gorąca ich ciał, a ciszę wypełniały tylko urywane westchnienia, drżące jęki i ciężki oddech. Złapał ją mocniej, przenosząc ciężar i zmieniając pozycję tak płynnie, jakby robili to już setki razy. Jakby znał jej ciało i każdy jego impuls od środka. A może właśnie znał, może wystarczyło, że wyśnił je wystarczająco wiele razy. Popchnął ją delikatnie na siedzisko, przesuwając się nad nią z ciałem napiętym jak cięciwa. Nie czekał na odpowiedź. Zanurzył twarz w jej szyi, muskając skórę ustami, językiem, zębami, zostawiając ślad, którego nie zmaże nawet poranek. Pochylił się bardziej. Biodra Ezry znów naparły na nią zdecydowanie, głęboko, z siłą, która wywołała krótki jęk z jej ust. I jeszcze raz. I jeszcze. Ruchy były szorstkie, pełne głodu, ale i rytmiczne, dokładne, precyzyjne, w pełni świadome. Nie było przypadkowe. Ezra nie działał z chaosu, działał z potrzeby. Z obsesyjnej potrzeby jej posiadania.
    — Zaczynam mylić sen z rzeczywistością — wyszeptał jej w ucho. Sięgnął ustami do jej piersi, do szyi, do wszystkiego, co drżało od jego dotyku. Z ust wyrywał mu się cichy pomruk. Sloane była pod nim jak ogień, który sam podłożył. Była dla niego miękką pułapką. I nie zamierzał się z niej wydostawać. Ezra złączył ich usta w pocałunku, głębokim, dusznym, pełnym wszystkiego, czego nie powiedzieli wcześniej. Wlał w ten pocałunek całą swoją chciwość i niepokój, całą frustrację, cały ten niedorzeczny głód, który tylko ona potrafiła zaspokoić. I tylko ona mogła w nim obudzić. Wsunął dłoń pod jej udo i uniósł je, by zmienić kąt. Ich ciała rozmawiały teraz własnym językiem, nie potrzebując niczego więcej. Słowa by tylko rozproszyły. Rytm znów przyspieszył. Stał się niecierpliwy. Gwałtowny. Cały Ezra. Taki, który długo się powstrzymywał, a teraz nie zamierzał sobie odmawiać niczego. To nie była gra. To była zemsta za każdą godzinę, kiedy nie mógł jej mieć. I celebracja tego, że w końcu mógł. Dreszcz przebiegł mu po plecach, gdy zadrżała. Ich ciała przylgnęły do siebie jeszcze mocniej, gorące, lepkie, spragnione więcej, choć już nic więcej nie było, tylko oni. Nie pospieszał jej już. Nie musiał. Byli zsynchronizowani do bólu, jakby ich ciała znały się od lat. Jakby byli dla siebie stworzeni. Szaleni. Niepoprawni. Jej paznokcie wbiły się w jego ramiona dokładnie wtedy, kiedy jej ciało zadrżało pod nim i wygięło się w łuk. Przeszył ją falą, którą sam z niej wydobył, z niemal brutalną czułością. I chwilę później, Ezra również przekroczył granicę, z siłą, która aż wyrwała mu z piersi urwany, zachłanny jęk. Trzymał ją wtedy jeszcze mocniej, jakby nie mógł pozwolić, żeby cokolwiek od nich odpłynęło. Zatonęli razem, splątani, spoceni, rozedrgani. Tylko dźwięk ich oddechów wypełniał auto, kiedy opadł na nią, całując lekko ramię, jakby w podziękowaniu. Nie mówił nic przez chwilę.

    OdpowiedzUsuń
  156. Czołem oparł się o jej skroń. Była pięknem w jego objęciach. Chaosem, który sam sobie wyśnił. Aż zakręciło mu się w głowie.
    — To było chore… — mruknął w końcu, półśmiechem, gardłowo, jakby dopiero wracał do rzeczywistości. — I cudowne.
    Jego głos był już inny. Cichszy, głębszy, przepełniony czymś, czego jeszcze nie nazwał, ale co rozlewało się w nim szerzej niż sama przyjemność. Odchylił się lekko, żeby spojrzeć jej w twarz. Zmrużone oczy, półuśmiech, zmiękczone spojrzenie, cholera, nigdy nie widział jej tak pięknej.
    — Myślisz, że możemy to powtórzyć… jakieś milion razy? — zapytał cicho, z tym swoim łobuzerskim błyskiem w oku. Ale w jego tonie było coś poważniejszego. Jakby nawet on nie był już pewien, czy ten chaos jeszcze kiedyś zdoła opanować.
    Kierowca Ezry znał go zbyt dobrze. Znał też te ciche, niewypowiedziane sygnały, które nie potrzebowały żadnych instrukcji. Takie noce nie były w tym aucie nowością. I choć żadna z nich nie wyglądała jak ta, z blondynką na kolanach szefa, to zasadę znał: nie przeszkadzać. Nie zadawać pytań. Krążyć po mieście, aż w środku zapadnie cisza, ta, która nie ma już w sobie ciężkich oddechów, przyspieszonych westchnień i niespokojnych ruchów. Dopiero wtedy, kiedy powietrze w kabinie zdawało się wracać do normalnego rytmu, kierowca skręcił w znajomą ulicę. Mijane latarnie rzucały ciepłe światło na zmęczone, zaspokojone twarze. Potem znajomy zakręt. Znajomy kod przy bramie. I znajomy podjazd, na którym Ezra nie raz się zatrzymywał, ale jeszcze nigdy ze Sloane na sobie. Ezra odsunął się od niej na chwilę. Przez zmrużone oczy zerknął za przyciemnianą szybę, gdzie zaczynał majaczyć kształt ich budynku. Oddychał już spokojnie, choć wciąż czuł pod skórą pulsujące napięcie. Jakby jeszcze nie do końca puściło. Jakby Sloane zostawiła mu je pod paznokciami. Wciągnął na siebie spodnie. Sprawnym ruchem, nie robiąc z tego spektaklu. Potem odwrócił się do niej, podając jej swoją marynarkę.
    — Możesz pożyczyć — mruknął z półuśmiechem. Sukienka Sloane była gdzieś… pod fotelem? Za siedzeniem? Nie miał pojęcia. I szczerze mówiąc, nie zamierzał jej teraz szukać.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  157. Ezra odpowiedział jej krótkim mruknięciem, głuchym i niskim, jakby głos wciąż nie wrócił mu do gardła po tym, co właśnie się wydarzyło między nimi. I tylko między nimi. W samochodzie, który powinien być zwykłym środkiem transportu, a stał się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym. Intymnym. Zakazanym. Cholernie prawdziwym. Sloane uniosła brew z tym swoim leniwym, lekko zadziornym uśmiechem, który Ezra zdążył już rozpoznać jako zapowiedź kłopotów. Albo przynajmniej nieprzyzwoitych myśli. Może jednego i drugiego. Poprawiła jego marynarkę na ramionach, nie zapięła jej, nie próbowała nawet i w tej pewności siebie była tak naturalna, jakby to właśnie ona była teraz właścicielką całego tego domu, nie on.
    — Wiesz… — zaczął. Jej głos był cichy, ale przesycony rozbawieniem. — W zasadzie to… przy mnie bielizna robi się zupełnie zbędna.
    Pochylił się do jej ucha, muskając jej kark ustami. — Tak tylko mówię… — dodał, z tym figlarnym śmiechem, który zawsze balansował na granicy flirtu i wyzwania. Puścił ją, jakby to był tylko niewinny komentarz. Ale Sloane już znała ten ton. I dobrze wiedziała, że „tak tylko mówię” znaczyło u niego dokładnie to, co znaczyło: absolutnie nic nie mówię przypadkiem.
    Ich improwizowany teatrzyk dobiegł końca. Kierowca wykonał swoje ciche okrążenia. Silnik wybrzmiał w znajomej ciszy. Ezra spojrzał przez boczne okno, a potem z powrotem na nią.
    — Jesteś nienasycona — powiedział niskim tonem, nie z wyrzutem, a z niedowierzającym podziwem. Uniósł brew, jakby to był komplement i właściwie był. Poprawił spodnie, zapinając ostatni guzik. Wysiadł z auta parę sekund po niej, spokojnie, bez pośpiechu, jakby właśnie wrócili z całkowicie normalnego wieczoru. Tyle że jego rozpięta koszula opadała luźno na ramionach, ukazując fragment nagiego torsu. Nie zadawał sobie trudu, by cokolwiek poprawić. Zamiast zapinać guziki, tylko przeciągnął palcami przez materiał.
    Sloane w jego marynarce wyglądała tak, jakby powinna ją nosić od zawsze. Luźna, pachnąca nim. Seksowna w sposób, który znowu sprawiał, że Ezra musiał zagryźć policzek od wewnątrz, by nie wrócić z nią na tylne siedzenie jeszcze raz.
    Zanim odszedł, nachylił się do uchylonego okna kierowcy.
    — Dzięki. I wybacz… dłuższe zatrzymanie. — Dodał z rozbrajającym uśmieszkiem, zupełnie jakby przepraszał za zgubiony paragon, a nie za to, że jego samochód przez ostatnią godzinę zamienił się w mobilne love nest. Kierowca nawet nie skomentował. Znał Ezrę za dobrze, by się dziwić. Skinął tylko głową i ruszył w drogę, znikając powoli w ciemnościach ulicy. Ezra tymczasem odwrócił się na pięcie, podbiegł kilka kroków i dogonił Sloane. Spojrzał na nią z boku, w jego marynarce, rozczochraną, z gołymi nogami i satysfakcją wypisaną na ustach. Bez słowa objął ją ramieniem i wprowadził do środka, nie oglądając się już za sobą. Jakby świat naprawdę miał się teraz zamknąć za drzwiami, które właśnie dla niej otwierał.
    Ezra parsknął cicho, gdy zatrzasnęły się za nimi drzwi, przyciągając ją jeszcze raz do siebie, nie z pożądania, ani z przyzwyczajenia. Raczej z potrzeby. Bo skoro już ją miał, to nie potrafił trzymać się z daleka. Jego dłoń wsunęła się pod marynarkę, na jej nagie plecy, ciepła, znajoma.
    — Gdybyśmy zrobili to wcześniej… — mruknął przy jej skroni, muskając ją ustami. — To podejrzewam, że zabiłabyś mnie przed końcem produkcji tej cholernej płyty. — Uśmiechnął się szeroko, pierwszy raz od dłuższej chwili naprawdę szczerze. Westchnął, z tą nutą rozbawienia, która rozluźniała powietrze.
    — Albo ja bym zabił ciebie — dodał teatralnie, unosząc brew. — Na jakimś etapie, kiedy kazałaś mi przerobić kawałek cztery razy, bo „coś nie grało w pierwszej zwrotce”.

    OdpowiedzUsuń
  158. Roześmiał się cicho, w ten swój ochrypły sposób, który Sloane znała już dobrze i który zazwyczaj pojawiał się tylko wtedy, gdy naprawdę był sobą. Nie producentem, nie twardą marką z okładek magazynów. Tylko Ezrą. Tym, którego widziała, kiedy nie patrzył nikt inny. Ujął jej brodę, spojrzał prosto w oczy, bez uciekania, bez masek. Przysunął usta do jej ucha, tuż nad linią włosów.
    — A nieoficjalna wersja jest taka, że nie byłbym w stanie wrócić do pracy, gdybym wiedział jak smakujesz — dodał ciszej. Delikatnie uniósł jej brodę i pocałował ją raz jeszcze, długi, powolny pocałunek, który smakował jak coś obiecanego. Jak niedopowiedziany plan na ciąg dalszy, który nie mógł się zakończyć jedną nocą.
    Dom był cichy, światła przygaszone, ale znajomy rytm ich kroków niósł się po kamiennej podłodze jak echo czegoś, co miało się właśnie zacząć.
    Bo cokolwiek to było… nie kończyło się tutaj.
    — Mam tylko jedną prośbę — odezwał się jeszcze, nim otworzył przed nią drzwi. — Jak już będziesz chciała więcej… i więcej… i jeszcze trochę… to błagam — Nachylił się do jej ucha, ustami muskając skórę przy płatku. — …daj mi chociaż pięć minut przerwy na wodę — mruknął.
    — Albo nie, po prostu usiądź mi na kolanach i się mną zajmij. Zobaczymy, kto pierwszy poprosi o litość.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  159. Ezra zaśmiał się cicho. Przesunął dłoń w górę jej pleców, aż do karku, gdzie zatrzymał się na dłużej. — Nigdy nie pytałem go, czy coś słyszał. … — odezwał się z uśmiechem. — Ale możliwe; że był trochę spędzony. — Mrugnął do niej rozbawiony, wzruszając ramionami z udawaną niewinnością. — Może to był jego highlight of the day. — Zaśmiał się cicho, potrząsając głową z udawaną rezygnacją. — I wyobraź sobie, teraz wróci do swoje żony, z takim… bagażem dźwiękowym. — Ezra zaśmiał się cicho, nisko, jakby rozbawiło go coś więcej niż tylko jej słowa. Uwielbiał to. To, że nie była łatwa do zaszufladkowania. To, że mówiła jedno, a jej spojrzenie zapowiadało coś jeszcze bardziej niebezpiecznego. — Masz śmiałość i usta stworzone do grzechu. — Mruknął, zbliżając się do niej jeszcze bardziej. Ich ciała znów się zetknęły, jakby nie przeszli już przez coś, co powinno chwilowo zaspokoić pragnienie. Nie pozwolił jej odpowiedzieć. Po prostu pochwycił jej usta w kolejnym pocałunku, głębszym, intensywniejszym. Odetchnął jej w usta, leniwie, a potem poprowadził w głąb przestrzeni, gdzie panował chłód klimatyzacji i miękka cisza domu, który do tej pory był tylko jego. A teraz, choćby na tę jedną noc, miał być ich. — Gdyby to były plotki z litości, to nie wysiadłabyś teraz ze mną z auta, tylko kazałabyś się odwieźć do domu. Albo z powrotem na imprezę… — odparł z uśmiechem przechylając głowę i patrząc na nią z góry. Westchnął teatralnie, ale kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu tak leniwym i pewnym siebie, że aż za bardzo pasującym do tej absurdalnie intymnej sytuacji. — No to skoro już przyszliśmy aż tutaj… — mruknął. Jedną rękę miał na jej plecach, drugą nieco niżej, jakby już wskazywał jej kierunek. W stronę sypialni. W stronę tego, co oboje dobrze wiedzieli, że się wydarzy.
    — Sypialnia jest na górze, ostatnie drzwi po lewej — rzucił półgłosem, przerywając na moment pocałunek a potem nie zapinając wciąż rozchełstanej koszuli, rozłożył szeroko ramiona. Materiał poruszył się na jego ramionach, odsłaniając jeszcze więcej skóry. — Czuj się jak u siebie. — Ezra wykonał pełen obrót wokół własnej osi, nonszalancko, z gracją człowieka, który wiedział, że ma pełne prawo obnosić się z tą wersją siebie, półnagą i wciąż jeszcze przesiąkniętą ich nocą. — Tylko, błagam, nie oceniaj zbyt surowo mojej kolekcji winyli — dodał przez ramię. — Albo tego obrazu w salonie. To sztuka nowoczesna, nie każdy ją rozumie. — Znów spojrzał na nią, już spokojniej, z tym lekkim rozbawieniem w oczach.
    — A jeśli gdzieś po drodze się zgubisz… po prostu krzyknij moje imię. Wiesz, jak to działa.
    Dom Ezry był dokładnie taki, jakiego można było się po nim spodziewać, spektakularny, ale z klasą. Duży, otwarty salon z przeszkloną ścianą ciągnącą się od podłogi aż po sufit, za którą rozpościerał się widok na plażę i ocean. Na zewnątrz znajdował się taras wyłożony drewnem, który prowadził do odkrytego basenu i wbudowanego jacuzzi, otoczonego roślinnością i kilkoma wysokimi palmami, które poruszały się leniwie na wietrze. Słychać było jedynie cichy szum morza i delikatne bulgotanie wody. Dom zdawał się być odcięty od świata, miejsce, gdzie wszystko, co nieistotne, po prostu znikało. W środku nie brakowało detali, które zdradzały wyczucie stylu i zamiłowanie do sztuki. Ściany ozdabiały nowoczesne obrazy i rzeźby, niektóre dobrze znane z galerii, inne unikalne, jakby stworzone tylko dla niego. Każdy szczegół zdradzał coś o nim, abstrakcyjne rzeźby, surowo nowoczesne linie mebli, światło padające z odpowiednio dobranych kinkietów, jakby miało podkreślać detale, które zwykłe oko mogłoby przeoczyć. Na jednej z półek stały książki o architekturze, fotografii, filozofii. Całość była chłodna, elegancka, ale niepozbawiona ciepła, jak sam Ezra.

    OdpowiedzUsuń
  160. Główna łazienka zdecydowanie nie była zwyczajna. Wielka, wyłożona jasnym kamieniem, z ogromnym lustrem i osobną przestrzenią na ogromną wannę z hydromasażem, która została wbudowana tuż przy panoramicznej szybie. Można było w niej siedzieć zanurzonym w ciepłej wodzie i patrzeć prosto na ocean. Wszystko zaprojektowane z myślą o wrażeniach, estetycznych, zmysłowych, totalnych. To nie był dom dla kogoś, kto chciał się ukrywać. To był dom kogoś, kto wiedział, że nie musi udowadniać, że zasłużył na każdą chwilę luksusu. Ezra zniknął w kuchni, zostawiając Sloane samą na środku przestrzennego salonu, z którego rozciągał się widok na nocne niebo i fale łagodnie uderzające o brzeg. Słychać było, jak w tle odkręca wodę i coś przestawia, przygotowując im coś do picia. Ruchy miał szybkie, jakby robił to setki razy. Nie był typem gospodarza, który robił z tego wielkie wydarzenie, po prostu wiedział, co robić, i robił to bez zbędnych słów. Ezra wrócił po chwili z dwiema szklankami i podając jej jedną, uniósł lekko brew.
    — Zimna herbata z yuzu i bourbonem. Jak nie lubisz, wypiję za ciebie. — Rzucił lekko. Uśmiech miał znużony, ale uważny, jakby cały czas czytał z jej twarzy więcej, niż mówiła. Zanim zdążyła odpowiedzieć, skinął głową w stronę jednej z bocznych części domu.
    — Łazienka jest tam. Pokażę ci wszystko, jak już chcesz się ogarnąć.
    Poprowadził ją przez elegancki korytarz, mijając po drodze pokój z fortepianem i ciemne drzwi do sypialni. Łazienka okazała się równie imponująca jak reszta domu, przestronna, minimalistyczna, z ciepłym światłem i szklaną ścianą wychodzącą w stronę ogrodu. W szafce przy lustrze znajdowały się starannie poukładane zestawy: świeże ręczniki, kosmetyki do demakijażu, maseczki, nowe szczoteczki do zębów, jednorazowe grzebienie, kremy, perfumy… wszystko, czego mogłaby potrzebować. Niektóre rzeczy wciąż miały folię ochronną.
    — Wiem, jak wygląda, ale nie, nie prowadzę tu haremu. — Rzucił z rozbawieniem, opierając się o framugę. — Po prostu… mam porządek. I czasem ktoś zostaje na noc.
    Nie dodał nic więcej. Nie musiał. W jego tonie nie było żadnego tłumaczenia, jedynie fakt, suchy, praktyczny, jak wszystko, co dotyczyło jego życia, dopóki nie dotknęło go coś naprawdę osobistego.
    — Znajdziesz tu wszystko, czego chcesz. — Dodał spokojniej. — I możesz traktować to miejsce jak swoje. Nie pytaj, czy możesz czegoś użyć. Jeśli tu jesteś, to już znaczy, że możesz.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  161. Ezra oparł się o framugę, spoglądając na nią spod przymrużonych powiek. W jednej ręce trzymał szklankę, w drugiej telefon, który po chwili odłożył bez większego zainteresowania na pobliski blat. Kiedy usłyszał jej słowa, jego brew uniosła się lekko, a potem z rozbawieniem pokręcił głową.
    — Nie wiem, co jest gorsze, to, że podejrzewasz mnie o osobną szafę z ubraniami „dla dziewczyn na noc”… czy to, że masz rację. — Rzucił półgłosem, odstawiając szklankę i zbliżając się do niej. Ezra zaśmiał się pod nosem, ten krótki, niski dźwięk, który rozbrzmiewał jak coś pomiędzy rozbawieniem a pobłażaniem.
    — Żartuję. To chyba byłoby zbyt oczywiste, nawet jak na mnie — powtórzył, zerkając na nią spod lekko zmrużonych powiek. — Poza tym, nie lubię jak zostają do rana — mruknął. Uśmiechnął się leniwie, ale było w tym coś zaskakująco ciepłego. — Ale żadna z nich nie wyglądała w mojej marynarce, lepiej mi ty, więc… może ci coś przyniosę. Ale uprzedzam… — Zsunął dłonie na jej biodra, nie przestając patrzeć jej w oczy. Jego głos był cichy, ale stanowczy. — Jeśli myślisz, że jakikolwiek ci oddam… to się mylisz. — Uśmiechnął się bezczelnie. — Zdejmę go z ciebie przy każdej próbie opuszczenia tej posiadłości — zażartował. Obrócił się w stronę szerokiego korytarza prowadzącego do głównej sypialni, ale nie ruszył od razu. Nie śpieszył się. W jego spojrzeniu była już ta znajoma intensywność, która przygasała tylko wtedy, kiedy musiał udawać, że nic nie czuje. A teraz nie musiał niczego udawać. Sloane była tutaj. Z nim. W jego przestrzeni.
    Milczał przez chwilę, pozwalając dźwiękom winyla swobodnie wypełnić przestrzeń domu. Melodia była łagodna, melancholijna, zmysłowa. Idealnie komponowała się z nocą, zapachem zioła, który unosił się jeszcze delikatnie w powietrzu i ciepłem ciała, które wciąż pamiętał pod swoimi dłońmi. Dom przy plaży, przeszklony salon, miękkie światło księżyca odbijające się w tafli basenu, a wśród tego wszystkiego ona. A teraz, nawet jeśli tylko na tę noc, był niemal pewien, że wszystko w niej było jego. Prawdziwe. I to zaczynało być najniebezpieczniejsze.
    Ezra odsunął się od blatu z nieśpiesznym ruchem, jakby decyzja zapadła w nim naturalnie. W milczeniu podszedł do bocznych drzwi, tych, przy których Sloane wcześniej tylko przystanęła na chwilę, spoglądając przez uchylone skrzydło. Teraz jednak sięgnął do klamki i bez słowa otworzył je szerzej, odsłaniając przestrzeń, która skrywała więcej niż tylko elegancki, czarny fortepian.
    — Chciałaś wiedzieć, czy gram jeszcze na czymś,
    poza twoimi nerwami oczywiście — odezwał się cicho, tonem nieco niższym, niż wcześniej. — No to chodź.
    Wnętrze pokoju było zaskakująco przytulne, mimo że przypominało profesjonalne studio. Ściany wytłumione matową akustyczną tapetą, rozproszone światło odbijające się od kilku lamp stojących nisko przy podłodze, a w samym centrum: fortepian, który Sloane już widziała, lśniący, klasyczny, w kolorze głębokiej czerni. Obok instrumentu stała oparta o ścianę gitara akustyczna, z ciemnego drewna, z wyraźnymi śladami użytkowania. Tuż za nią, gitara elektryczna, czarna z chromowanymi detalami, przypięta do stojaka z efektami pod nogami. Na drugim końcu pokoju znajdowała się perkusja, minimalistyczna, ale najwyższej klasy, z miękkimi pałkami leżącymi luzem na werblu. A przy oknie, saksofon, oparty nonszalancko o stelaż, jakby został tam odłożony zaledwie chwilę wcześniej.
    Ezra uniósł kącik ust.
    — Nie trzymam cudzych zabawek w swoim domu. — Wzruszył ramionami, jakby mówił o czymś zupełnie oczywistym. — Gram. Na wszystkim. Z różnym skutkiem, ale… gram.

    OdpowiedzUsuń
  162. Ezra oparł się o framugę, ręce skrzyżował na piersi, znów z tą miną, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
    — Fortepian to klasyka. Gitara to wolność. Perkusja jest na wkurwę. A saksofon… — Podniósł wzrok na instrument, jakby właśnie o nim mówił najbardziej serio. — Saksofon jest wtedy, kiedy nie wiesz, czy chcesz kogoś pocałować, czy rozebrać. — Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem, ciepłym, bardziej prawdziwym niż wszystko, co wcześniej pokazywał ludziom na zewnątrz. — Czasem muzyka to jedyny język, który działa, kiedy nic innego nie wystarcza. — Przeszedł powoli obok niej, palcami sunąc po obudowie fortepianu. — Gdybym mógł wybrać sposób, w jaki się komunikuję z tym światem, to pewnie byłby dźwięk. Nie słowa. — Puścił jej oczko. I choć mówił to z rozbawieniem, była w tym nuta czegoś więcej. Jakby po raz pierwszy naprawdę chciał, żeby ktoś zajrzał nie tylko do jego sypialni, ale i do środka tego, co grało mu pod skórą.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  163. Ezra stał przez chwilę bez ruchu, oparty o framugę drzwi, z dłońmi w kieszeniach spodni i rozpiętą koszulą, która odsłaniała linię jego torsu i ledwie dotykała ramion. Jego spojrzenie błądziło po niej, jakby chłonął każdą reakcję, delikatny ruch dłoni na klawiszach, sposób, w jaki nachyliła się nad instrumentem, jakby przyjmując go jako swojego. I choć usta miał zaciśnięte w powściągliwym półuśmiechu, jego spojrzenie było intensywne, jakby właśnie słuchał najpiękniejszego koncertu, choć żaden dźwięk już nie padł.
    — Na moich nerwach grasz od pierwszego dnia — przyznał cicho, z nutą rozbawienia. — Ale masz rację. Coś w tobie sprawia, że zamiast się odciąć… chcę słuchać.
    Ezra skinął lekko głową, jakby w końcu zdecydował się zdradzić coś, co rzadko wypowiadał na głos. Jego wzrok na moment przesunął się na saksofon, stojący niepozornie w kącie pokoju, a potem wrócił do niej, spokojny, miękki, ale niosący w sobie cały ciężar przeszłości.
    — Wychowałem się na jazzie — powiedział cicho. — Nie pytaj, dlaczego. To na początku zupełnie nie była moja muzyka, wiesz, straszny bałagan dźwięków, nic ze sobą nie współgra, nic do siebie niepasujące. Ale ojciec był uparty. Zawsze wieczorami puszczał Coltrane’a, Parkera… czasem Milesa.
    Przeszedł powoli do instrumentu, przesunął palcami po jego krzywiznach, z czułością właściwą komuś, kto dotyka wspomnień, nie rzeczy.
    — To był pierwszy instrument, którego dotknąłem. I pierwszy, na którym zagrałem. Miałem zaledwie osiem lat. I chyba pierwszy raz wtedy usłyszałem coś, co przyszło ze mnie, a nie ze świata.
    Uniósł się z powrotem do pełnej postawy i podszedł bliżej niej. — Wiesz, ludzie się śmieją, że saksofon to najseksowniejszy instrument świata. Ale dla mnie to zawsze był język. Jedyny, który potrafił wyrazić to, czego nie umiałem jeszcze wtedy ubrać w słowa — dodał. Ale potem, zamiast wracać do wspomnień, wrócił spojrzeniem do niej, do kobiety, która właśnie przewróciła jego noc do góry nogami i której obecność w jego przestrzeni, w jego muzycznym azylu, nie wydawała się ani trochę nie na miejscu. — Jazz nauczył mnie, że nie wszystko trzeba grać zgodnie z zapisem. Czasem najlepsze rzeczy rodzą się w improwizacji. Tak jak… teraz.
    Zsunął dłoń na jej talię, ostrożnie, jakby nie chciał przeszkadzać jej obecności w tej przestrzeni. Ich spojrzenia spotkały się znów, już nie z dystansu, ale w ciszy, która nie potrzebowała przerywników. — I chyba właśnie dlatego to ma sens. Bo nie trzeba niczego przewidywać. Wystarczy grać dalej. — Dotknął opuszkiem palca jej kości policzkowej, ledwie muskając skórę,
    — A ty? — jego głos był miękki, ale niesiony wyraźnym zaciekawieniem. — Jaka jest twoja relacja z muzyką?
    Uśmiechnął się lekko, przekrzywiając głowę, jakby od razu wyczuł, że odpowiedź nie będzie prosta ani oczywista. — Bo widzisz… po tym, jak dotknęłaś tego fortepianu… nie sądzę, że jesteś jedną z tych, które po prostu „lubiły coś tam śpiewać pod prysznicem, albo po winie”. — dodał żartobliwie, ale bez kpiny. Raczej z uznaniem. Nie odwracał wzroku. W jego spojrzeniu nie było oceny, tylko prawdziwa ciekawość. Jakby chciał nie tylko poznać jej gust czy wspomnienia — ale zrozumieć, co w niej grało, kiedy wszystko inne milknęło. — Znasz dotyk klawiszy. Znasz wagę dźwięku. Więc… co dla ciebie gra, kiedy świat milknie? Co cię składa na nowo, kiedy coś się w tobie rozpada?
    Zatrzymał się przed nią i spojrzał jej w oczy, jakby naprawdę chciał wiedzieć, nie po to, by ocenić, ale by poznać więcej. O niej. O tej wersji Sloane, która milczała wtedy, gdy świat był za głośny, ale która może właśnie wtedy grała. Jego głos był miękki, ale niosący. Jakby muzyka była dla niego czymś więcej niż dźwiękiem. Jakby był gotów usłyszeć, czego jeszcze nikt w niej nie usłyszał.

    OdpowiedzUsuń
  164. Nie poganiał jej. Zamiast tego przeszedł kilka kroków dalej, sięgając po gitarę akustyczną opartą o stojak. Delikatnie podniósł ją z podłogi, jakby od lat robili to razem. Opuszki palców musnęły struny, ale nie zagrał jeszcze ani jednej nuty. Zamiast tego znowu spojrzał na Sloane.
    — Kiedy słuchałem cię dzisiaj, w klubie… — zaczął cicho, nie spuszczając z niej wzroku — to było jakbyś próbowała coś wygrać. Nie tylko dla tłumu. Dla siebie. Jakbyś walczyła, żeby coś z siebie wyrwać albo zasłonić. Nie umiem tego dokładnie nazwać. Ale muzyka nie kłamie. Ty nie kłamałaś.
    Ujął gitarę mocniej, jakby dopiero teraz naprawdę chciał coś powiedzieć i nie potrafił tego ubrać w słowa, więc zostawało mu tylko to.
    — Nie pytam, żeby się zbliżyć. Już jestem blisko. — Jego głos obniżył się jeszcze bardziej, szorstki od szczerości. — Pytam, bo chcę wiedzieć, co cię zbudowało. Bo może wtedy zrozumiem, dlaczego brzmisz tak, jakbyś czasem nie chciała już brzmieć.
    Zaczął grać. Miękko, bez wysiłku. Krótki, nieco melancholijny riff. Prosty, ale przejmujący. Jego dłonie poruszały się swobodnie, jakby to nie był utwór, a wyznanie. Nic nadętego. Nic na pokaz. Sam rdzeń emocji. Po chwili przerwał. Spojrzał na nią.
    — Więc? — zapytał cicho, jakby pytając: czego jeszcze nie powiedziałaś, kiedy nikt nie słuchał? I wtedy się uśmiechnął. Ten uśmiech był inny niż wszystkie, które jej dotąd pokazał. Nie pewny siebie. Nie chłodny. Po prostu… ciepły. Ludzki. Prawdziwy.
    — Masz swoją nutę, Sloane. Ja ją słyszę. Nawet kiedy milczysz.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  165. Ezra nie przerwał jej ani razu. Nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie. Głos Sloane miał teraz w sobie coś takiego, że nie dało się go zignorować. Był surowy, czysty, bez żadnych filtrów. Brzmiał jak dźwięk, który nie potrzebował żadnej oprawy, istniał sam dla siebie. Istniał, bo musiał. Stał w milczeniu, gitarę opierając lekko o bok uda, ale nie grał już żadnej nuty. Palce spoczywały bez ruchu na strunach.
    Sloane opowiadała o sobie w sposób, którego Ezra nie znał. Nie słyszał nigdy wcześniej. To nie była ta sama kobieta, która potrafiła w jednej chwili rozpętać burzę i w drugiej odejść bez słowa, zostawiając za sobą popiół i ślad zapachu perfum. To była dziewczyna, która kiedyś chowała się za dźwiękami, żeby uciszyć świat. I teraz też uciszała, tylko nie dźwiękiem, a prawdą. Ezra odłożył gitarę bezszelestnie. Podszedł do niej wolno, wciąż nie mówiąc ani słowa. Zatrzymał się tuż za nią, ale nie dotknął. Patrzył, jak przesuwa palcami po zamkniętej klapie fortepianu, jakby naprawdę grała.
    Ezra milczał przez chwilę.
    — Lubię myśleć o tym tak… że wszystko, co nas kiedyś złamało, miało cel. — Uniósł wzrok na nią. — Żebyśmy się nauczyli, jak się składać na nowo i mogli przetrwać to, co naprawdę miało nas sprawdzić.
    Uśmiechnął się blado. Nie było w tym tryumfu. Było doświadczenie. Życie. Przeszłość, która zostawiła więcej śladów, niż dało się opowiedzieć jednym wieczorem. — I za to… — dodał cicho. — Czasem potrafię być wdzięczny. Nawet za ten cały syf. Bo to przez niego nie złamały nas rzeczy, które przyszły później. I nie złamią te, które jeszcze przyjdą.
    Spojrzał na nią, lekko przekręcając głowę. Było w tym spojrzeniu coś surowego i ciepłego zarazem. Coś z człowieka, który zna ciemność, ale nie przestał szukać światła. — Ty też ją masz, wiesz? — dodał. — Tę zbroję. Tylko że twoja wygląda jak sztuka. Jak dźwięk. Jak cholernie dobra linia melodyczna, którą umiesz ukryć w cieniu. Ale jak już ją zagrasz… To nie ma nic silniejszego.
    Ezra skinął głową wolno, jakby każde słowo ważyło więcej niż zwykle. Nie spuszczał z niej wzroku, był obecny, skupiony, zanurzony w tej ciszy zbudowanej z nut, wspomnień i nieprzepracowanych emocji.
    — Mamy szczęście — powiedział w końcu cicho. — Że możemy to wszystko z siebie wyrzucić w taki sposób.
    Zerknął na jej dłonie, wciąż oparte o zamkniętą klapę fortepianu. Potem na własne, lekko zaciśnięte, jakby nadal czuł w nich napięcie, którego nie potrafił do końca zrzucić.
    — Nie wszyscy dostają taką możliwość. Taki język. — Spojrzał na nią znowu. — Muzyka… to chyba najłagodniejszy sposób, żeby mówić o rzeczach, które wcale nie są łagodne.
    W jego głosie nie było patosu, tylko wdzięczność, prawdziwa, głęboka.
    — Możemy krzyczeć bez podnoszenia głosu. Możemy płakać bez łez. Możemy się rozpaść i złożyć od nowa… i nikt nawet nie musi wiedzieć, co właśnie się stało. — Uśmiechnął się z nutą smutku, ale też z podziwem. — To nie jest dar, Sloane. To jest broń. I balsam. Jednocześnie.
    Zamilkł. Przez chwilę był tylko ich oddech, miękka muzyka sącząca się z gramofonu i światło odbijające się w błyszczących powierzchniach instrumentów.
    Ezra uśmiechnął się pod nosem, jakby chciał zatrzymać to, co właśnie powiedział, jakby zbyt wiele odsłonił, choć wcale nie żałował. Ale znał te chwile, w których dusza potrzebowała oddechu. Rozpoznał ją też w niej, w tej lekko pochylonej sylwetce, w palcach, które pamiętały melodię, choć nie naciskały klawiszy.

    OdpowiedzUsuń
  166. — Chodź — odezwał się nagle, lekko, z odrobiną zadziornego uśmiechu w kąciku ust. — Planowałem przywitać nowy dzień w jacuzzi. W pojedynkę. Ale jakbyś miała ochotę przemyśleć swoje życie z bąbelkami i widokiem na ocean… to mogę rozważyć opcję towarzystwa.
    Uniósł brwi, jakby naprawdę się zastanawiał, czy to odpowiedni moment na zaproszenie do luksusowego eskapizmu, ale jego uśmiech zdradzał, że dokładnie taki moment wybrał.
    — Oczywiście nie nalegam. — Dodał jeszcze żartobliwie. — Ale byłoby naprawdę szkoda zmarnować wschód słońca z takim widokiem — poruszył brwiami mając oczywiście na myśli siebie a nie sam wschód słońca. Skinął głową w stronę wyjścia na taras, gdzie miękkie światło świtu zaczynało już delikatnie barwić linię horyzontu, jakby cały świat czekał tylko na ich krok.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  167. Ezra spojrzał na nią z tym lekkim, przekornym błyskiem w oku, który potrafił rozbroić nawet najcięższą atmosferę. A potem uśmiechnął się, półgębkiem, cicho, jakby właśnie przypomniał sobie coś ważnego.
    — Gdyby życie cię tak nie testowało… — zaczął powoli, z tą znajomą, niską chrypką w głosie. — To przecież byś oszalała. Zanudziłabyś się na śmierć między jednym idealnym porankiem a drugim, a na koniec jeszcze nie miałabyś o czym pisać.
    Uniósł brwi, jakby prowokując ją do zaprzeczenia, ale w jego tonie była lekkość. Ciepły żart rzucony komuś, kto za dobrze zna ciemne strony, żeby nie umieć się z nich choć trochę pośmiać.
    — Przecież ty karmisz się chaosem. — dodał, bliżej niż przed chwilą, zniżając głos. — Z niego tworzysz. Bez niego nie byłabyś sobą. A ja… — zawiesił głos, szukając jej spojrzenia. — Ja nie wiem, czy byłabyś równie piękna, gdybyś się nigdy nie posypała. Ale wiem, że nie byłabyś taka prawdziwa. — Spojrzał jej w oczy. — Może to wszystko po to, żebyś mogła robić to, co robisz. Pisać, śpiewać, dotykać ludzi. I nie musieć się tłumaczyć, skąd to znasz. Bo znasz. I to się czuje. — Uśmiechnął się znowu, lekko. — A teraz chodź. Jacuzzi czeka, a ty jesteś o dwa egzystencjalne wyznania od płaczu na moim ramieniu. Jeszcze trochę i się w to naprawdę wkręcę. — Ezra zaśmiał się cicho, nisko, ten jego śmiech, który zawsze pojawiał się w półtonach, nie po to, by rozbawić, ale by ukryć coś więcej.
    — Nie wiem, czy umiałbym cię rozebrać z tej warstwy ironii. Ale… lubię tę wersję ciebie. Tę, która nie gra. A tak zupełnie serio? — dodał ciszej. — Masz rację. Z muzyką jest inaczej. Może dlatego niektórzy z nas wciąż jakoś funkcjonują. Bo mamy gdzie to wszystko włożyć, żeby się nie rozsypać.
    Jego spojrzenie było ciepłe, ale czujne. Jakby próbował coś w niej przeczytać, jakby próbował sobie zapamiętać ten moment, nim zniknie w ulotności kolejnych.
    — Gdybyś kiedyś jednak chciała mi opowiedzieć o tym pierwszym chłopaku… — mruknął — …to obiecuję nie być zazdrosny. — Ezra tylko rzucił jej jeszcze jedno, krótkie spojrzenie, takie, które nie potrzebowało słów. — Jacuzzi czeka. — Uniósł kącik ust, lekko zaczepnie. Musnął jej usta, a potem odwrócił się i odszedł. Po prostu. Bez teatralnych gestów. Bez odliczania do trzech. Jakby dokładnie tak robił zawsze, mówił, co planuje, i po prostu to robił. Nie sprawdzał, czy idzie za nim. Wyszedł z pomieszczenia bez pośpiechu, zostawiając za sobą cichy ślad swojego zapachu i dźwięk kroku na posadzce. Wciąż rozpięta koszula lekko opadała mu z ramion, kiedy szedł w stronę tarasu. Z kuchni zabrał butelkę wina i dwa kieliszki. Ale nie odwracał się, nie wołał. Otworzył drzwi prowadzące na taras. Nocne powietrze było rześkie, niosło ze sobą zapach soli i wilgotnego drewna. Ezra postawił szkło na krawędzi jacuzzi, uruchomił sprzęt. Na miękkich leżakach przygotował dla nich ręczniki. Potem zsunął z siebie koszulę i resztę ubrań, nie przejmując się tym, że nie zamknął wcześniej drzwi. Po prostu wszedł do wody, opadając w niej do połowy, jakby nie istniało nic poza tym jednym momentem. Oparł głowę o krawędź i przymknął oczy. Pozwolił parze unosić się wokół jego ciała, jakby wreszcie pozwolił sobie odpuścić. Wschód słońca dopiero się zbliżał, ale on już tam był. Czekał. Nie na nią. Na spokój. Jacuzzi parowało leniwie, zapraszająco, jakby od zawsze wiedziało, że to właśnie tutaj skończą tę noc. Niebo miało barwy zgaszonego różu i złota, a z daleka słychać było delikatny szum oceanu. Świt był jeszcze łagodny, nieśmiały. Palmy rzucały długie cienie. Kiedy usłyszał ją za sobą uśmiechnął się pod nosem.
    — Ufam, że nie potrzebujesz nic więcej niż to. — Rzucił przez ramię. — Jeśli to nie jest najlepszy sposób na zakończenie tej nocy, albo rozpoczęcie dnia, to nie wiem, co jest. — Zerknął na nią przez ramię, uśmiechając się bezczelnie. Wschód jeszcze nie nadszedł w pełni, ale w jego oczach już było światło.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  168. Ezra przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył, jakby obraz Sloane, półzanurzonej w parującej wodzie, oświetlonej pierwszymi, miękkimi smugami światła wschodzącego słońca, miał zapaść w jego pamięć na zawsze. Nie odezwał się od razu. Nie musiał. Było coś niemal sakralnego w tej ciszy, jaką między sobą stworzyli, nie niezręcznej, nie pustej. Takiej, która pozwalała im się spotkać tam, gdzie żadne z nich wcześniej nikogo nie wpuszczało. Ezra nie odsunął się ani na milimetr, gdy jej palce dotknęły jego twarzy. Zamknął oczy.
    — Ktoś zostanie z blizną po tej nocy — mruknął półgłosem, z lekkim uśmiechem, którego nie dało się do końca odczytać. Prawy policzek lekko pulsował w miejscu, gdzie pierścionek przeciął skórę i może właśnie to było najpiękniejsze, że mimo tego wszystkiego, co sobie dali i odebrali w krótkim czasie, nadal byli tu. Nie cofnęli się. Nie wystraszyli.
    — Jesteś piękna. Ale nie dlatego, że siedzisz tu teraz naga, z tym cholernie prowokującym uśmiechem, przez który zapominam, jak się oddycha. — Dłoń położył na jej udzie, drugą przesunął po linii kręgosłupa pod taflą wody. Nachylił się lekko, musnął ustami jej obojczyk. — Jesteś piękna, bo nie boisz się być trudna. Bo jesteś surowa, jak nieoszlifowany diament. I cholernie niebezpieczna dla kogoś, kto nie wie, jak się z tobą obchodzić. — Jego palce przesunęły się wyżej po jej udzie, miękko, z wyczuciem. — Ale ja wiem. — Zsunął dłonie niżej, przyciągając ją mocniej. Nie musiała się zasłaniać. Nie przy nim.
    Ezra odchylił głowę i westchnął cicho, jakby wszystko, co właśnie powiedział, spadło z jego barków i zostało przy niej. Nie żałował ani jednego słowa, nawet jeśli każde z nich odsłaniało go bardziej, niż sam zwykle pozwalał. A jednak, właśnie to chciał jej dać. Prawdę. Swoją własną, nieoszlifowaną wersję, bez produkcji, bez filtrów, bez gry.
    Nachylił się, by pocałować ją z miękką czułością, nieśpiesznie, smakując moment. Ich usta spotkały się w pocałunku, który był bardziej obietnicą niż żądaniem, bardziej wdzięcznością niż pragnieniem. Pocałował ją raz, drugi. A potem odsunął się na kilka centymetrów, nie puszczając kontaktu wzrokowego.
    — Zobacz na nas… Siedzimy w jacuzzi, o świcie, i niczego nie musimy. I… to pierwszy raz od dawna, kiedy nie czuję się zmęczony. Ani sobą. Ani światem. — Uniósł lekko głowę i spojrzał na nią, tym razem już bez uśmiechu. Poważnie. Cicho. — I nie wiem, co będzie jutro, ale dziś… jesteś najlepszym widokiem, jaki mogłem sobie wymarzyć.
    Zamiast pozwolić, by ciężar słów zawisł między nimi, Ezra przesunął dłonią po jej kręgosłupie, leniwie, aż do karku, a potem uniósł wzrok na różowiejące niebo nad ich głowami. Potem opadł na oparcie jacuzzi, wciągając ją bliżej do siebie, tak że jej ciało niemal całe przylgnęło do jego.
    Jego palce znów przesunęły się w dół, z jej karku na plecy, po których przesunął dłonią aż do miejsca, gdzie stykały się z taflą wody. Nie poganiał jej. Nie przerywał ciszy, jeśli chciała ją zatrzymać. Ale kiedy znów spojrzał jej w oczy, w tym spojrzeniu nie było już żadnego udawania.
    Słońce dopiero muskało horyzont, kiedy Ezra zamilkł na chwilę. Tylko dlatego, że musiał. Bo wszystko, co próbował trzymać w środku, teraz zdawało się cisnąć mu się na język, niewygodne, zbyt szczere, zbyt nagie jak oni w tej wodzie, gdzie żadne z nich nie miało już czym się zasłonić.
    — I masz rację — mruknął z uśmiechem, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy, potem po ustach. — Ten widok zdecydowanie warto było zobaczyć z bliska. Z tej perspektywy… jest absolutnie nie do opisania.
    Zaśmiał się cicho, ale w tym śmiechu nie było lekkości. Raczej coś, co miało smak poddania się. Nie musiał jej mieć. Nie musiał jej zatrzymywać. Ale, kurwa, chciał.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  169. Ezra uniósł brwi z tym swoim niegrzecznym, pewnym siebie półuśmiechem, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy miał zamiar coś przemycić między żartem a wyznaniem.
    — Nie do opisania, bo to nie widok, Sloane. To doświadczenie. — Przesunął dłonią po jej udzie, od niechcenia, ale dokładnie tak, jak lubiła. — W dodatku z limitowaną edycją.
    Nachylił się, muskając ustami jej szczękę, kącik ust, jakby tylko testował, ile jeszcze z niej wyczyta. — Zostań. Ukradnij koszulę, spal tosty, rozwal mi mój perfekcyjny porządek. Błagam cię, zrób z tego ranek z piekła rodem. Ale bądź tu, kiedy otworzę oczy. I jutro wieczorem też. — Potem mruknął prosto w jej skórę. Spojrzał na nią z dołu, z tym rozbawionym błyskiem, który zawsze mówił więcej niż jego słowa.
    — A jak się kiedyś wkurwię na te przypalone tosty, wtedy przyłożysz mi z drugiej strony — wskazał na rozcięty policzek. — Żeby było symetrycznie. Będę wyglądał jak cholerny bohater wojenny.
    Złapał ją mocniej w talii, przyciągając bliżej, tak że niemal znów ją rozśmieszył tym impetem i nonszalancją, za którą kryło się coś znacznie głębszego.
    — I wiesz co? My się nie wydarzyliśmy przez przypadek. Ty i ja. To jest najbardziej porąbane, nieprzewidywalne i popieprzone coś, co od dawna miało sens. Może nie logiczny, ale muzyczny. A ja, Sloane, zawsze gram lepiej, kiedy ktoś mi wcześniej rozpieprzy nuty.
    Zbliżył usta do jej szyi, zostawiając tam powolny pocałunek. — Więc tak. Zostań. Rozwal mnie. Zrób mi z głowy bałagan. A jutro… — westchnął teatralnie. — …jutro dam ci jazz, którego jeszcze nie słyszałaś. Ale ostrzegam, może ci się spodobać aż za bardzo.
    Odchylił się lekko, żeby spojrzeć jej prosto w oczy. Była w nich jeszcze ta mgiełka z alkoholu i emocji, ale była też świadomość. Nie ślepota nocy. Świadomość wyboru. Uniósł jej dłoń do swoich ust i pocałował opuszki palców. Jeden po drugim. Powoli. Jakby przysięgał coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.
    Ezra nie czekał na odpowiedź. Bo znał ją już, miała ją wypisaną w oczach, w kącie ust, w tym, jak lekko przechyliła głowę, zanim zdążyła zaprzeczyć lub przytaknąć. Widział wszystko.
    Dlatego przesunął dłonie niżej, zsuwając je po jej plecach wzdłuż kręgosłupa, aż do linii bioder. Zatrzymał się tam na chwilę, jakby badał, czy może, czy naprawdę wolno mu wszystko, o czym od kilku godzin już nie tylko myślał, ale czuł pod skórą. Potem bez słowa uniósł ją lekko, tylko po to by jeszcze mocniej ją do siebie przycisnąć.
    — Mówisz, że ten widok ci się podoba… — mruknął nisko, wodząc spojrzeniem po jej twarzy, szyi, dekolcie, aż niżej, zbyt powoli, by nie zostawiać śladów. — Ale nie wiem, czy zasłużyłaś na całą panoramę.
    Jedna dłoń powędrowała do jej uda, rozchylając je jeszcze bardziej, druga zatrzymała się na karku, przyciągając ją bliżej, aż ich twarze dzieliły centymetry. Nie pocałował jej od razu. Jeszcze nie. Ezra lubił trzymać napięcie. Tak jak z nutą, której nie grasz od razu, pozwalasz jej wybrzmieć w wyobraźni słuchacza, zanim w końcu ją wydobędziesz.
    — No dalej, złodziejko koszul. Pokaż, co jeszcze potrafisz zepsuć. — Dopiero wtedy złączył ich usta. Namiętnie, głęboko, bez żadnych pozorów, że to coś lekkiego. Ujął ją pewnie, przyciągając jeszcze bliżej, tak że czuła każde napięcie jego ciała, każdy jego oddech. A kiedy odsunął się na moment, tylko na moment, rzucił z lekkim rozbawieniem. — Jeśli tak ma wyglądać destrukcja, to, kurwa, zaserwuj mi podwójną porcję…

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  170. Ezra parsknął śmiechem, krótko, chropawo, ale szczerze. Ten jej ton, pełen przekory i bezczelnego rozbawienia, działał na niego bardziej niż chciałby przyznać.
    — Oczywiście, że mi się spodobało. — Odpowiedział bez chwili wahania, wodząc dłonią po jej udzie, jakby to miała być kara za zbyt szczery śmiech. — W końcu nie każda kobieta zostawia mi pamiątki, zanim jeszcze zdejmie buty. — Pochylił się do niej jeszcze bliżej, czubkiem nosa muskając jej policzek. — Mógłbym się od ciebie uzależnić. — Dodał, tym razem szeptem, jakby bardziej do siebie niż do niej. — Wkurwiasz mnie, rozpraszasz, złośliwie się uśmiechasz i robisz to wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi. Z tobą nawet katastrofa smakuje jak szampan. — Zamknął oczy na ułamek sekundy, jakby pozwalał sobie na rzadki moment spokoju, zanim znowu spojrzał na nią uważnie.
    — Ale jeśli zostajesz… — mruknął jej prosto do ucha, niskim, lekko zachrypniętym głosem. — To musimy ustalić jedną rzecz. — Odchylił się minimalnie, żeby spojrzeć jej w oczy. — Ja robię kawę. Ty nie dotykasz tostera. I żadna szklanka nie leci w moją stronę, dopóki nie skończysz śniadania.
    Kącik jego ust znów uniósł się w tym znajomym, zawadiackim uśmiechu. Ten uśmiech… Sloane znała go już zbyt dobrze, a jednak za każdym razem działał jak nowy bodziec, obietnica chaosu, w którym nie trzeba było się gubić, tylko po prostu w nim trwać.
    Ezra roześmiał się, tym razem cicho, głęboko, jakby właśnie usłyszał coś zupełnie rozbrajającego. Śmiech miał w sobie ciepło, ale też tę bezczelną zadziorność, którą zazwyczaj się posługiwał… jakby właśnie wyznała mu miłość w swoim, pieprzonym stylu, a nie wymieniła listę zabawek przydatnych w sypialni.
    — Jesteś urocza. — Mruknął, spoglądając na nią z mieszaniną rozbawienia i rozczulenia, którego nie próbował już ukrywać. — Jesteś cholernie urocza…
    Nachylił się bliżej, muskając czubkiem własnego nosa jej, ledwie, z lekkością i czułością, która zupełnie nie pasowała do wcześniejszych gróźb o pejczach i drążkach. Ale przecież oni nigdy nie grali według jednej reguły.
    — Na przyszłość, przypomnij mi tylko, żebym nie puścił cię samej do sex shopu. Jeszcze przyjdziesz z nowym repertuarem i dobudujesz tu własną piwnicę.
    Ujął jej dłoń, przesuwając ustami po jej palcach, zatrzymując się przy nadgarstku.
    — Ale zanim zaczniemy trenować bondage… — mruknął, całując miejsce, gdzie wyczuwał puls. — …pozwól, że najpierw nacieszę się tobą w tradycyjny sposób.
    Ton jego głosu znowu był inny. Głębszy. Poważniejszy, mimo prowokacji. W jego oczach znów było to coś, czego wcześniej nie wypowiadał głośno, że jej chce, teraz, potem, jeszcze długo. Że zamierza ją zatrzymać przy sobie. Na trochę. Na dłużej. Może na wszystko.
    Ezra był… zafascynowany. Jakby właśnie usłyszał najpiękniejszą pokusę, na jaką tylko czekał.
    — Wiesz, Sloane — zaczął, przysuwając się bliżej, tak że ich ciała znów zetknęły się pod wodą, a jego głos wibrował tuż przy jej uchu. — Masz niesamowity talent do mówienia rzeczy, które łamią mi resztki samokontroli. I wiem, że robisz to celowo.
    — Wino poczeka. — Musnął ustami jej szyję. Powoli, z precyzją kogoś, kto wcale nie spieszy się do celu, bo już sama droga sprawia przyjemność. — Widok poczeka. — Musnął ustami obojczyk. — Świt też poczeka. — Tym razem musnął ustami nieco niżej. — Ale ja? Ja już nie zamierzam — mruknął już zupełnie poważnie. — Chodź, bo zanim skończysz mnie analizować, naprawdę się zakochasz. A na to, jak wiadomo… za wcześnie. — I zanim zdążyła odpowiedzieć, zsunął dłoń w dół, zatrzymując się nisko, dokładnie tam, gdzie jej ciało już zaczynało reagować z tym cudownym, wyprzedzającym myśli pragnieniem. I wtedy znów ją pocałował. Bez ograniczeń. Bez granic. Tak, jakby właśnie teraz miała się przekonać, co dokładnie oznacza prosić o więcej Ezry Creightona.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  171. Ezra spojrzał na nią z tym samym rozbawieniem, które potrafiło doprowadzić do szału, tylko że Sloane nie była teraz nawet odrobinę zirytowana. Była… nakręcona. Z każdym jego spojrzeniem, dotykiem i reakcją, coraz bardziej.
    — Nie każda kobieta jest tobą? — powtórzył z udawanym namysłem, pozwalając dłoni leniwie zataczać okręgi na jej udzie, jakby jego palce szkicowały na niej coś, co tylko on potrafił dostrzec. — Całe szczęście. Bo jedna Sloane Fletcher to już zbyt wiele dla tego świata.
    Przesunął dłonią na jej biodro, mocniej i pewniej niż wcześniej, jakby nie tylko słuchał jej słów, ale ciałem dawał odpowiedź. Tę najbardziej jednoznaczną. Ezra uniósł brew z tym swoim nieznośnie spokojnym wyrazem twarzy, jakby wcale nie był zaskoczony jej słowami. Przesunął kciukiem wzdłuż jej żuchwy, leniwie, powoli, z tym samym skupieniem, z jakim wcześniej przesuwał dłoń po jej udzie.
    — A może… to był właśnie mój plan. — Mruknął nisko, przy uchu, tak jakby ta myśl miała być tylko dla niej. — W końcu to ja cię ściągnąłem do LA. To ja cię wciągnąłem do VXIL. I to ja pilnowałem, żebyś wylądowała dokładnie tam, gdzie chciałem. — Zrobił krótką pauzę, podczas której jego spojrzenie nie odrywało się od niej nawet na sekundę. — W moim studio. W moim jacuzzi. W moim łóżku. — Zatrzymał się na ostatnim słowie, celowo. — Brzmi jak plan idealny, prawda?
    Uśmiechnął się, powoli, zawadiacko, z tą nutą nonszalancji, która u niego nigdy nie była do końca żartem. Śmiech, który się z niego wyrwał, był niski, miękki i nieco rozbawiony, ale… nie dało się jednoznacznie stwierdzić, ile w tym było prawdy.
    — Ale nie martw się. Ty też jesteś dobrym strategiem. W końcu… weszłaś dokładnie tam, gdzie cię potrzebowałem.— Rzucił z takim luzem, jakby rozmawiali o produkcji albumu, a nie o całym pieprzonym układzie między nimi. Znów się zaśmiał, ale spojrzenie, którym ją obdarzył, nie było już wcale rozbawione. Było ciemne, miękkie… i całkowicie skupione tylko na niej.
    — Wiem, że zrobisz mi z głowy pobojowisko — zapytał z uśmiechem, który z każdą chwilą stawał się bardziej wilgotny, bardziej męski. — A potem znikniesz i zostawisz mi tylko echo tego, jak szeptałaś przy moim uchu, że chcesz, żebym nie mógł myśleć o niczym innym…
    Pokręcił głową, wciąż się uśmiechając. — Masz w sobie coś… co łamie zasady. I przy okazji trochę mnie. Ale czym jest życie bez emocji? Bo widzisz, ja też nie lubię się nudzić.
    Gdy rzuciła o tostach i kawie, Ezra zaśmiał się cicho, a potem skinął głową z udawaną powagą:
    — Kawa to mój rytuał. Dotkniesz ekspresu, zginiesz. A co do szklanek… — Spojrzał na nią z błyskiem. — Szczerze? Byłbym rozczarowany, gdyby chociaż jedna nie pękła.
    A potem… padły słowa o sex shopach, kolorowych kamieniach i treningach. Ezra zamarł teatralnie, jakby właśnie usłyszał najciekawszy plot twist tej nocy. Wyprostował się lekko, uniósł brew i powiedział powoli, z akcentem na każde słowo:
    — Kolorowe kamienie, mówisz…
    Przysunął się i objął ją ramieniem, dłoń wsuwając na jej kark, jakby znów chciał ją do siebie przyciągnąć, ale tym razem… wolniej. — Nie wiem, czy jestem początkujący, Sloane. — Pochylił się i musnął jej dolną wargę. — Ale wiem, że jeśli ty będziesz moją nauczycielką, to obleję specjalnie… żeby zacząć od nowa.
    Uśmiechnął się tak bezczelnie, jak tylko on potrafił, gdy przylegała do niego całym ciałem. A potem, kiedy wspomniała o kontroli, tej jego, Ezra lekko przekrzywił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. — Wiesz, co się stanie, kiedy ją stracę? — szepnął. — Ty ją przejmiesz. A wtedy… nie wiem, kto kogo będzie prosić o więcej.
    I wtedy przesunął dłoń wzdłuż jej pleców, zjechał niżej, przyciągając ją mocniej do siebie, tak że każda granica zniknęła.
    — Ale okej. Zgoda. Na dziś. — Oparł czoło o jej i dodał z szeptem. — A rano… zobaczymy, czy dalej nie planujesz się we mnie zakochiwać.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  172. Wzięła go pocałunkami, spojrzeniem, sposobem w jaki na nim siedziała i on wziął ją dokładnie tak samo. Z pasją, przyjemnością i dziką potrzebą, która nie pozostawiała miejsca na zawahanie, prowadząc ich ruchy w ten sposób, że już po chwili całe ich ciała zlały się ze sobą w ciepłej wodzie, która parowała jak ich oddechy. Otulił ją ramionami, całując wszystko. od ust, przez szyję, po ramiona i drżące od przyjemności ciało. Było głośno, było cicho. Było dziko, ale z wyczuciem.
    Kiedy w końcu się od niej oderwał, zostawiając pocałunek na mokrym obojczyku, oboje przez dłuższą chwilę nie mogli złapać tchu. Ezra odchylił głowę, oddychając ciężko, z półprzymkniętymi powiekami i tym zadowolonym półuśmiechem, który tak do niego pasował. Sloane zsunęła się delikatnie z jego ud, wtulając się w niego bokiem, z zamkniętymi oczami, z twarzą przy jego szyi.
    — Chcesz…? — spytał cicho, sięgając po szklaną popielniczkę i precyzyjnie skręconego, lekko wilgotnego skręta, który czekał w pobliżu.
    Nie musiała odpowiadać. Ezra już sięgał po zapalniczkę i odpalił go jednym płynnym ruchem, zaciągając się głęboko, a potem podsuwając go do jej ust. Wzięła go z jego palców, zaciągnęła się i wypuściła dym z cichym, zadowolonym westchnieniem. Byli rozluźnieni. Obnażeni, ale nie tylko fizycznie. Odurzeni.
    Jego sypialnia była cicha, zaciemniona, z pościelą tak miękką, że niemal topiła się pod jej skórą. Wtuliła się w niego, naga i spokojna. Spali jakby świat poza nimi przestał istnieć. Kilkanaście długich godzin przerywanych jedynie cichym szelestem pościeli, oddechami splątanymi ze sobą i zapachem wciąż gorącej skóry. Ich ciała wciąż były ciężkie od wszystkiego, co się wydarzyło, ale to było dobre zmęczenie. Takie, które zostaje na skórze, pod powiekami, w żołądku, w klatce piersiowej. Takie, które niczego nie wymagało, żadnych rozmów, żadnych wyjaśnień. Tylko ciszy, chłodnej wody z cytryną i świadomości, że oboje naprawdę tu są. Poranek który był w zasadzie popołudniem płyną leniwie.
    Ezra parsknął, zerkając na nią spod byka z kuchennego kąta.
    — Żartujesz? Wtedy, oczywiście, rzuciłabyś się na niego jakby to była kwestia honoru. Najbardziej skuteczne byłoby w twoim przypadku, gdybym ci powiedział, że dostaniesz po tyłku, tylko wtedy jeśli NIE dotkniesz tostera.
    Odparł ze śmiechem. Zerknął przez ramię, z tym swoim uśmieszkiem, połową drogi między “zaraz cię uduszę” a “zaraz cię rozbiorę”. Jego spojrzenie przesunęło się z jej twarzy na koszulę, którą z premedytacją zapięła źle. Krzywo. Przesunięty guzik. Dziurka tam, gdzie nie powinna być. Chaos. Celowy i irytująco skuteczny. Ezra podszedł powoli, z tym swoim zawadiackim uśmiechem i spojrzeniem, które mówiło, że ma zamiar coś zrobić. Zatrzymał się tuż przed nią, jego dłonie oparły się po obu stronach blatu, pochylając się jakby powoli, z zamiarem, z tym charakterystycznym luzem i pewnością, jakby cała scena była starannie wyreżyserowana tylko dla nich. Najpierw skradł jej pocałunek, miękki i dokładnie taki, jakby to była najważniejsza rzecz tego poranka.
    — Zróbmy tak, jeśli dasz sobie spokój z tosterem
    … — Nachylił się, zniżając głos tak, że każde słowo wibrowało jej przy uchu. — …to położę cię na tej wyspie i pokażę ci, co się dzieje z dziewczynami, które szanują domowe sprzęty.
    Uśmiechnął się szeroko, bezczelnie. W tym samym czasie, z bolesną wręcz precyzją, jego dłonie powędrowały do koszuli. Rozpiął jeden, drugi, trzeci… Pocałował ją raz jeszcze, a potem tak samo powoli zapiał guziki poprawnie.

    OdpowiedzUsuń
  173. Odsunął się, jakby nigdy nic i wrócił do poprzedniego zajęcia.
    — Zielone smoothie, żeby cie trochę odżywić po wczorajszej mieszance — postawił obok niej na blacie wysoką szklankę. — Nie pytaj co jest w środku. Nie otrujesz się — dodał żartobliwym tonę głosu. — I tosty francuskie — odpowiedział bez mrugnięcia okiem, sięgając po patelnię, jakby właśnie tworzył dzieło sztuki, a nie śniadanie. — Z mascarpone i owocami. — Rzucił jej przez ramię szybkie spojrzenie, rozbawiony tym, jak siedziała w jego koszuli, z kubkiem kawy w dłoni, wyglądając jakby należała do tego miejsca od zawsze. — Truskawki, borówki, banan. I odrobina syropu klonowego. Bo przecież nie ma mowy, żebyś zjadła coś zwykłego, prawda? — dodał z lekką drwiną, ale głos miał miękki. Ciepły. Domowy. W tle kuchni cicho grała jazzowa nuta, a słońce wlewało się przez wielkie okna, odbijając się od połyskującego marmuru i jej jasnych włosów. Wszystko było zbyt sielankowe jak na nich, a jednak… pasowało.
    Ezra parsknął śmiechem, odkładając patelnię z ostatnim tostem na talerz.
    — Zwierzęta brudzą — rzucił z udawaną powagą, jakby właśnie wypowiadał jakieś życiowe motto.
    — Wchodzą na kanapy, zostawiają sierść, szczekają o czwartej nad ranem, trzeba po nich sprzątać z trawnika…
    Podszedł bliżej, trzymając talerz z gotowymi tostami, który postawił obok smoothie. Zatrzymał się przed nią, opierając dłonie po obu stronach blatu, niemal ją zamykając między sobą a kuchenną wyspą.
    — Ty już i tak robisz tu wystarczający chaos. — Dodał ciszej, z rozbawieniem. — Ale przynajmniej jesteś ładna i pachniesz jak noc, która nie powinna się kończyć. Więc masz fory.
    dodał z rozbawieniem.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  174. Ezra roześmiał się, kręcąc głową z rozbawieniem, dźwięk ciepły i znajomy, taki, który zostawał z Sloane na dłużej, jak jego zapach na jej skórze po całej nocy.
    — Nie wiem, ty mi powiedz, to przecież ty twierdziłaś, że ty i kuchnia to jedna wielka katastrofa? — Spojrzał na nią przez ramię z uniesioną brwią, jakby dopiero teraz uświadomił sobie możliwy spisek. — Chyba że specjalnie to powiedziałaś, żebym nigdy nie kazał ci gotować. — Zbliżył się, stając między jej nogami i dodał z bezczelnym uśmiechem: — Tylko wiesz… nie musisz uciekać się do takich sztuczek. Gotować i tak ci nie każę. Wystarczy, że ładnie siedzisz na tym blacie i mnie rozpraszasz. A ja? Jak przystało na dżentelmena, chętnie o ciebie zadbam, w każdy możliwy sposób.
    Kiedy odpowiedziała mu tym drapieżnym uśmiechem i deklaracją, że tostera nie dotknie nawet wzrokiem, Ezra parsknął i przybliżył się jeszcze bardziej.
    — I takie podejście mi się podoba — szepnął zadowolony, nachylając się po spokojny, miękki pocałunek, który zdawał się być nie tylko nagrodą, ale też zapowiedzią. — Widzisz, dobrze czasem posłuchać kogoś starszego i mądrzejszego — rzucił przekornie, choć wiedział, że Sloane nie zostawi tego bez odpowiedzi. I może właśnie na to liczył. Wciąż uwielbiał się z nią droczyć. Lubił jej cięty język i błyskotliwe riposty. To było odświeżające.
    Kątem oka zauważył, jak ręcznik zsunął się z jej głowy. Spojrzał na jej roztrzepane, jeszcze wilgotne włosy, jakby właśnie taką wersję Sloane lubił najbardziej: rozchełstaną, z ledwo zapiętą koszulą i spojrzeniem, które niczego nie ukrywało.
    — Widocznie ty też trochę mnie już znasz. — Przyznał, unosząc brew. — Bo wiesz, ja akceptuję tylko dwa warianty: guziki zapięte poprawnie… albo rozpięte w ogóle. — Jego uśmiech tylko się pogłębił. — I na oba jestem w stanie się zgodzić. Chociaż nie ukrywam, że miałbym tu pewne preferencje…
    Usta wciąż były przy niej, ale zamiast pójść dalej, odsunął się o pół kroku z wyrazem pełnego samozadowolenia na twarzy. Kiedy zapytała o to, co jej grozi, jeśli jednak dotknie sprzętu, Ezra wzruszył ramionami z udawaną obojętnością.
    — Sama musiałabyś ocenić, czy to miłe rzeczy — odparł zaczepnie. — Ale wnioskując po tym, co działo się tej nocy… może warto zaryzykować.
    Zsunął dłonie na jej uda, rozgrzane, gładkie, nadal jeszcze lekko wilgotne od prysznica. Gdyby nie to, że francuskie tosty czekały na ostatnie składniki, Ezra znów zapomniałby o całym świecie. Zresztą… już prawie zapomniał.
    — Powiedz mi lepiej… — zaczął, zerkając na nią z tym błyskiem w oku, który zwiastował tylko kłopoty. — Jaką karę powinna dostać dziewczyna, która świadomie rozstraja perfekcyjnie zaplanowaną przestrzeń faceta z obsesją na punkcie symetrii?
    Zrobił pauzę, zbliżając twarz jeszcze bliżej, tak że mógł poczuć jej oddech. — I czy zasłużyła, żeby jej dziś robić śniadanie?
    Opuścił wzrok na swoją rękę. Wsunął dłoń na jej udo, wolno, leniwie, bo wiedział, że nie muszą się spieszyć. Tylko dzisiaj ale „dzisiaj” mogło trwać tyle, ile zechcą.
    — Czy może jednak bardziej zasłużyła na to, żeby zjeść ją na śniadanie — wrócił do niej spojrzeniem. Jego głos był zbyt łagodny, żeby brzmieć jak groźba. Zbyt zmysłowy, by brzmieć jak tylko flirt. Bo Ezra właśnie tak balansował, na cienkiej granicy między tym, co słodkie, a tym, co niebezpiecznie uzależniające. Jego dłoń przesunęła się na jej biodro a potem sięgnęła dalej i jak gdyby nigdy nic przysunął jej bliżej talerz ze śniadaniem. — Francuskie tosty z owocami. Dla damy, która ledwo przeżyła ostatnią noc. Żebyś wiedziała, że trafiłaś najlepiej, jak mogłaś.
    Zawiesił się na niej spojrzeniem, może ciut zbyt długo jak na zwykłą poranną rozmowę, ale nic między nimi nie było zwykłe. W tej wersji dnia nawet śniadanie smakowało jak obietnica
    Zanim Sloane zdążyła odpowiedzieć, w domu rozległ się stukot obcasów. Szybki, stanowczy, zbyt pewny siebie, by zwiastował coś dobrego. Ezra natychmiast się wyprostował, a jego uśmiech zamarł, zanim jeszcze zdążył opaść z ust. Obrócił głowę w stronę holu i w tej samej chwili pojawiła się Molly.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  175. Wzrok Molly przesunął się po całej scenie jak po obrazku, który chciałaby spalić: Ezra w samych bokserkach, stojącym bezczelnie obok Sloane, siedzącej na blacie, z mokrymi włosami w nieładzie i w za dużej męskiej koszuli.
    — Kurwa, nie wierzę — wybuchnęła. Jej głos był ostry, jak cięcie szkła. — SERIO, Ezra?!
    Machnęła ręką, jakby nie mogła zebrać myśli.
    — Tak pracujesz nad jej powrotem na scenę? — rzuciła z ironią, jakby potrzebowała się upewnić, choć odpowiedź była aż nazbyt oczywista. Atmosfera zrobiła się gęsta w sekundę. Ezra przetarł twarz dłonią i westchnął. — Molly… — zaczął, ale nie wyglądało na to, żeby miała ochotę go wysłuchać.
    — Nie. Nawet nie zaczynaj. — wskazała na Sloane palcem, jakby to był największy dramat tygodnia.
    — Jak wczoraj dostałam twoje zdjęcie z Kendall, to miałam ochotę cię zabić. Myślałam, że to żart. Że masz jakąś cholerną wymówkę. — Głos jej się załamał, ale zaraz wróciła do wściekłości. — Ale nie. Nie dość, że zabawiasz się z Kendall… to jeszcze pieprzysz ją?! — wskazała palcem na Sloane, dłoń jej drżała. — Ile ich jeszcze jest, Ezra? Ile kobiet musisz przelecieć, żeby ci ulżyło?!
    — Molly… — Ezra próbował jakoś zareagować, ale kobieta najwyraźniej musiała wyrzucić z siebie całą złość.
    — Nie. Nie mów nic. Nie chcę słyszeć twoich tłumaczeń. Żadnych chorych usprawiedliwień. Żadnych: „to tylko raz”, „to nie znaczyło nic”, „to był błąd”. Uniósł brew, ale zanim zdążył odpowiedzieć, ona już się rozkręcała, cała czerwona na twarzy, roztrzęsiona i gotowa wybuchnąć.
    — Możesz dać mi dojść do słowa? To… — Ezra spróbował jeszcze raz, ale jego głos tym razem zabrzmiał ciężej. Poważniej. Jej głos był jak ostrze. — Co? — przerwała mu ostro. — To nie tak jak myślę? — Ezra spojrzał na nią uważnie. Chciał coś powiedzieć ale nie dała mu dość do głosu. — Molly — podniósł nieco głos, żeby ściągnąć na siebie jej uwagę. — Posłuchaj mnie przez chwilę. — Kobieta podeszła bliżej, skrzyżowała ręce i wbiła w niego spojrzenie.
    — To… i tak nie miało sensu. Ty i ja. — Powiedział to spokojnie, niemal cicho, bez złości. Jakby stwierdzał fakt. Jakby to wszystko już dawno zostało rozpisane w jego głowie. Ale dla Molly to była ostatnia kropla.
    — Skurwysyn. — Wysyczała przez zaciśnięte zęby, zanim podniosła rękę i spoliczkowała go z całą siłą, jaka w niej została. Echo uderzenia odbiło się od marmuru kuchennej wyspy, a potem umilkło wśród ciężkiego oddechu kobiety. Ezra zaklął pod nosem, jakby z niedowierzaniem, że dostał dwa razy w twarz, od dwóch różnych kobiet, w ciągu ostatnich 24 godzin. Cofnął lekko głowę, nie w odruchu obronnym, raczej w przyjęciu ciosu. Cóż. Zasłużył. Odwróciła się, spojrzała prosto na Sloane. W oczach Molly nie było już tylko wściekłości. Była uraza. Zraniona duma.
    — Wreszcie znalazłaś sposób, żeby się wybić, co? — Przesunęła wzrokiem po koszuli, która ledwo się na Sloane trzymała. — Kariera przez łóżko. Klasyka. — Zamilkła na ułamek sekundy, po czym rzuciła jeszcze bardziej jadowicie. — Mam nadzieję, że jesteś równie utalentowana w studiu, jak na kolanach
    Obcasy znów wystukały złość na kamiennej podłodze. Ostatnie, co usłyszeli, to trzask drzwi. Tym razem mocniejszy. Kończący. Cisza po niej była ostra. Ezra oparł się plecami o blat, wciągając wolno powietrze.
    — Dobrze, że nie sięgnęła po nóż — mruknął bardziej do siebie niż do Sloane. Po czym odwrócił głowę i spojrzał na nią z lekkim. — Przepraszam… za to…

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  176. Ezra przez chwilę stał nieruchomo, jakby próbował nadgonić wydarzenia, które właśnie przetoczyły się przez jego kuchnię jak burza z piorunami. Dłoń Molly zostawiła ślad, ale to nie on piekł najbardziej, tylko spojrzenie, którym rzuciła, kiedy wychodziła. I milczące echo tego, co padło. Nie miał złudzeń. Rozwalił coś, co i tak ledwo się trzymało i zrobił to w stylu, który trudno było wybronić.
    Odwrócił głowę w stronę Sloane. Jej riposta była szybka, pewna siebie, ale… coś w niej się przesunęło. Wiedział, że to nie był dla niej tylko teatrzyk, choć próbowała tak to zagrać. Wiedział też, że nie była tylko widzem. Od samego początku grała w tym spektaklu pierwsze skrzypce, nawet jeśli jeszcze nie wiedziała, czy chce napisać scenariusz do końca.
    Pokręcił głową z niedowierzaniem, krótko się zaśmiał – bardziej z napięcia niż z rozbawienia.
    — Już nie jestem — powiedział spokojnie, z nutą goryczy w głosie. Prosto, bez żadnych ozdobników. I nie chodziło tylko o związek z Molly. Chodziło o bycie tym gościem, który balansuje między kobietami, kłamie sobie samemu i wciąż udaje, że nic nie czuje, żeby się nie pogubić.
    Ezra spojrzał na Sloane uważnie, tak, jakby chciał z niej coś wyczytać, zanim cokolwiek odpowie. Jego wzrok zsunął się po jej sylwetce, tej samej, którą znał już dotykiem i smakiem, ale teraz jakby odkrywał ją w innym świetle. Nie tylko w jego koszuli, nie tylko z wilgotnymi włosami, ale taką, jaką naprawdę była, kiedy nie odwracała wzroku.
    — A przeszkadzałoby ci to? — odpowiedział pytaniem na pytanie. Jego głos był niższy, trochę zachrypnięty, nie od złości, ale od tej zbyt świeżej intensywności, która jeszcze nie zdążyła opaść po Molly. Zatrzymał się przed nią i oparł dłonie po obu stronach blatu, pochylił się nieco bliżej.
    — Gdybym ci to powiedział wczoraj, że spotykam się z Molly? — zapytał cicho, ale bez żadnego dramatyzmu. — Że jeszcze godzinę przed moim pojawieniem się w klubie była u mnie. Przeszkadzałoby ci to? — Ezra spojrzał na Sloane uważnie, wciąż stojąc blisko, z dłońmi opartymi o blat, jakby jeszcze nie wiedział, czy powinien zostać w tej kuchni, czy wyjść za Molly, mimo że odpowiedź wcale nie była trudna.
    — Odsunęłabyś się? Zrezygnowała?
    Nie spuszczał z niej wzroku, jakby chciał wyłapać nawet najmniejsze zawahanie w odpowiedzi. Ale nie było w nim ani skruchy, ani prowokacji. Raczej szczerość. Brutalna, spóźniona, ale szczerość.
    — Nie. Bo jesteś tak samo popieprzona, jak ja…
    W tym świecie wszyscy się zdradzali. Sloane też nie była święta. Dlatego Ezra się nie usprawiedliwiał. Nie próbował nawet. Po prostu stał naprzeciw niej sam, w bokserkach, z piekącym policzkiem i nagłą świadomością, że granica, której tak długo nie przekraczali, została nie tylko przesunięta. Ona właśnie została zburzona z hukiem.
    Uniósł brew i dodał z krótkim, niemal rozbrajającym uśmiechem.
    — Pamiętasz, jak mówiłaś, że daleko mi do dżentelmena?
    Zamilkł na sekundę, jakby czekał, aż ona to wchłonie. A potem tylko wzruszył ramionami. — No więc… właśnie miałaś okazję się o tym przekonać.
    Ezra nie odsuwał się ani o krok, mimo że wciąż czuł na skórze echo policzku Molly, fizyczne i emocjonalne. Dopiero wtedy, jakby jego ciało w końcu pozwoliło mu na reakcję, uniósł dłoń i dotknął policzka. Pokręcił głową z niedowierzaniem.
    — Nie planowałem tego. I nie zamierzam udawać, że byłem w porządku. Nie byłem. — Jego głos był niski, spokojny, choć z każdą kolejną sekundą bardziej intensywny. — Gdyby to było coś więcej, już bym za nią pobiegł.
    Zamilkł na sekundę, wzrok zatrzymując na jej twarzy, jakby musiał się upewnić, że to wciąż ona, że jeszcze tu jest.
    — I jeśli chcesz wiedzieć, czy to wszystko — wskazał ruchem ręki na siebie i na nią — coś znaczyło, to tak. Ale nie będę się wybielać. Wiesz, jaki jestem.
    Jego ton nie był ani błagalny, ani skruszony był intensywny, surowy, prawdziwy. Ezra nie uciekał. Stał tu, w samej prawdzie, ze śladami poprzedniego życia jeszcze na skórze, ale z całym swoim chaosem właśnie dla niej.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  177. Ezra patrzył na nią przez chwilę, jakby analizował wszystko, co właśnie powiedziała, każde słowo, które rzuciła z tą swoją niedbałą pewnością, a które jednocześnie rozbrajały go bardziej niż jakiekolwiek oskarżenie. Jej chłodna logika, obojętność podszyta faktycznym zrozumieniem, to wszystko sprawiało, że nie mógł oderwać od niej wzroku. Jakby właśnie ona, jako jedyna, rozgryzła ten cały jego teatr. I nie tylko nie uciekła, ale z premedytacją usiadła w pierwszym rzędzie. Uniósł brew, gdy wspomniała Kendall, i tylko przez moment przeszedł mu cień po twarzy.
    — Lubię komplikować sobie życie. — Skrzywił się nieznacznie, ale nie był to grymas winy, raczej coś pomiędzy zmęczeniem a lekkim wstydem, który nie zdarzał mu się często.
    — Prawie romantycznie? — powtórzył jej słowa z nutą kpiny. — Kurwa, muszę zacząć bardziej uważać. — Uśmiechnął się kątem ust. Przestawał być spięty. Może nie od razu, ale słowa Sloane rozluźniały go bardziej niż najdroższy bourbon.
    — “Cokolwiek to jest, jest wystarczające”, hm? — powtórzył, jakby smakował to zdanie na języku. — Brzmi jak jeden z lepszych kontraktów, jakie podpisałem.
    Znieruchomiał, gdy dotknęła jego policzka. Skóra wciąż pulsowała lekko od ciosu Molly, ale Ezra nie drgnął ani o milimetr. Tylko spojrzał w jej oczy i westchnął krótko, cicho, głęboko.
    — Spokojnie, na pewno jeszcze sobie zasłużę. — Zażartował. — Ale jakoś to zniosę. Ty… przynajmniej ładnie przepraszasz. — Jego głos zniżył się, nabrał tego ciepła, które zostawało po nim w ciele na długo. — I masz lepsze wyczucie estetyki, potrafisz uderzyć jak scena finałowa w oscarowym filmie. Z dramatem, emocjami i tym spojrzeniem, które mówi: “wiesz, że na to zasłużyłeś.”
    Problem polegał na tym, że gdyby Molly go nie nakryła, Ezra najpewniej wcale by z nią nie zerwał. Nie z powodu tchórzostwa, Ezra nie bał się konfrontacji, nie był typem, który uciekał przed odpowiedzialnością. Ale jego życie było utkane z półcieni, zawieszone w półprawdach, prowizorycznych układach i wygodnych niedopowiedzeniach. Molly po prostu… była. Czasem bliżej, czasem dalej. W jego łóżku, ale niekoniecznie w jego sercu. Trwała, bo Ezra pozwalał jej trwać. Bo jeszcze nie znalazł wystarczającego powodu, by ją odsunąć. Bo nikt nie wpadł w jego życie tak gwałtownie i szczerze, jak zrobiła to Sloane. Gdyby nie ten poranek, gdyby Molly nie przekroczyła progu jego domu i nie zobaczyła wszystkiego, Ezra może nadal żyłby w tym stanie zawieszenia między tym, co wygodne, a tym, co prawdziwe. Może jeszcze przez jakiś czas łudziłby się, że da się pogodzić chaos z kontrolą, przeszłość z przyszłością.
    Uniósł kącik ust w półuśmiechu, ten jeden, lekko cyniczny, ale z wyraźnym cieniem podziwu. Nie robiła scen. Nie odwróciła się na pięcie. Nie zadrżała, kiedy Molly z furią trzasnęła drzwiami, ani kiedy wspomniała Kendall, ani gdy zerknęła na niego tym spojrzeniem, które mówiło jasno, że ona widzi. Wszystko. Patrzył, jak zeskakuje z blatu, z tą pewnością siebie, która biła od niej nawet bez jednego słowa. Kiedy podeszła i dotknęła jego policzka, nie drgnął. Nie odsunął się. Nie żartował. Stał po prostu, pozwalając jej dotykiem zakleić wszystko to, co jeszcze chwilę temu było jedną wielką eksplozją.
    — Tak. To — mruknął nisko, powtarzając jej słowa. — Cokolwiek to jest, wystarczy mi.
    Nie próbował tego nazwać. Nie próbował jej uspokajać. Ona już wiedziała. I nie uciekała. Spojrzał na jej ramię, na koszulę zsunietą tak, jakby robiła to specjalnie, żeby go znowu rozproszyć i może właśnie tak było. Pochylił się i musnął jej usta, dokładnie w tym miejscu, które miała zarezerwowane tylko dla niego.

    OdpowiedzUsuń
  178. Ezra spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem, tym, w którym kryła się zarówno kpina, jak i niebezpieczna szczerość. Zbliżył się bez pośpiechu, a w jego ruchach nie było już ani śladu tamtego porannego rozchwiania. Oparł dłonie po bokach jej szyi, ciepłe, pewne, zamykając ją w tej jednej chwili tylko dla siebie.
    — Pomyliłaś kolejność — powiedział cicho, nachylając się bliżej. Jego głos był niższy, chrapliwszy, odrobinę bardziej szorstki niż zwykle. — Najpierw ja. Potem tosty.
    I zanim Sloane zdążyła rzucić jakąkolwiek ripostą, jego usta były już na jej ustach. Pocałunek był głęboki, zdecydowany, bez reszty wypełniony tym, co jeszcze chwilę temu pulsowało tylko pod powierzchnią. Już bez zawahania. Bez żadnych “ale”. Bez przestrzeni na kolejne pytania czy komentarze.


    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  179. Ezra mógł się tylko uśmiechnąć, krzywo, z niedowierzaniem, z tą ledwie kontrolowaną fascynacją, jakby nie był do końca pewien, czy powinien się śmiać, czy jednak już zaczynać się bać. Bo przecież znał kobiety, które były zaborcze. Znał te, które próbowały go zatrzymać. Ale żadna nie wbijała mu paznokci w twarz z takim wdziękiem, jak Sloane właśnie teraz. Zamrugał lekko, kiedy poczuł znajome pieczenie na policzku, dokładnie pod tym samym miejscem, które dzień wcześniej rozciął o jej pierścionek. Kiedyś uznałby to za ostrzeżenie. Teraz? Za deklarację. A może za obietnicę.
    — Szybko zaczynasz mi stawiać warunki, Fletcher. — Na ułamek sekundy spojrzał jej w oczy, intensywnie, ale z błyskiem, który zdradzał więcej ironii niż powagi. Potem przesunął kciukiem po jej obojczyku, a jego głos obniżył się jeszcze bardziej. — A powiedzmy sobie szczerze… — mruknął. — Z naszej dwójki nie jestem jedynym, który miewa kłopoty z dochowywaniem wierności, prawda?
    Nie brzmiało to jak zarzut. Ani nawet prowokacja. To była obserwacja, cholernie trafna, zresztą. I wypowiedziana z takim spokojem, jakby Ezra uznał, że to właśnie jeden z tych elementów, który ich do siebie przyciągał. Bo byli zbyt podobni, żeby się nawzajem osądzać. Zbyt pogmatwani, żeby grać w czyste układy.
    Patrzył na nią z góry, intensywnie, z tą charakterystyczną dla niego pewnością siebie, która nie wymagała podnoszenia głosu ani dramatycznych gestów. Wystarczył jeden ruch brwi, jeden kąt uśmiechu, by dać jej do zrozumienia, że nie odpuści.
    — Skoro oboje nie jesteśmy stworzeni do wierności… — zaczął, wolno, tak jakby testował każde słowo na jej skórze — …to po co się ograniczać?
    Brzmiał niemal filozoficznie. Z ironiczną lekkością, która zdradzała, że równie dobrze mógł właśnie rozmawiać o tym, jakie drinki lubi pić na tarasie, tylko że to był Ezra. A u niego takie pytania nigdy nie były tylko grą słów.
    Pochylił się do niej znów, dłonie układając po bokach jej szyi, lekko, z wyczuciem, jakby znał już doskonale tę mapę ciała, a jednocześnie jakby odkrywał ją na nowo.
    — Bo kiedy mówisz… „to coś między nami” — zaczął cicho, z pozorną obojętnością — …to co masz właściwie na myśli?
    Uniósł brwi, udając niewinność, której nikt by mu nie kupił.
    — Friends with benefits? Nie sądzę. Wyraźnie zaznaczyłaś, że nie jesteśmy przyjaciółmi. — Mruknął, jakby próbował to powiedzieć najłagodniej, jak umiał, choć w jego głosie brzmiała ironia. — Niezobowiązujący seks? Też raczej nie, bo dopiero co zażyczyłaś sobie ode mnie wyłączności — przypomniał jej, z tym swoim znanym, drwiąco-zmysłowym tonem. — Relacja tylko oparta na seksie? — Wzruszył ramionami. — Takich mi nie brakuje, Sloane. Wiesz o tym.
    Ezra uniósł kącik ust w półuśmiechu, z rodzaju tych, które potrafiły rozbroić i wkurzyć jednocześnie. Jego głos był miękki, spokojny, ale w każdym słowie czuć było nutę zawadiackiego zaczepienia. Jakby od samego początku wiedział, że prowadzą grę, której zasad żadne z nich jeszcze nie ustaliło, ale jedno i drugie już zaczęło wygrywać.
    — A może… — zaczął powoli, podchodząc bliżej, jakby dystans między nimi miał cokolwiek rozwiązać. — Może ty po prostu chcesz wiedzieć, że ja jestem tylko dla ciebie?
    Zawiesił głos. Jego spojrzenie było skupione, intensywne, ale nie obciążone emocjonalnym szantażem. Raczej ciekawością. Surowym pragnieniem szczerości. — A ty… cóż. To przecież nie będzie twoja wina, jeśli czasem dasz się porwać chwili, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  180. Pochylił się, niemal muskając ustami jej policzek, jakby chciał się przekonać, jak daleko może się posunąć, zanim go znów za coś ukarze. Albo po prostu znów pocałuje.
    — Więc może lepiej powiedz mi: czego naprawdę ode mnie chcesz? Bo jeśli mam przestać się dzielić… chcę wiedzieć, czy warto?
    Milczał chwilę, pozwalając, by napięcie między nimi wybrzmiało jak akord. Jego spojrzenie było ciemne, ale już pozbawione poprzedniej rezerwy. Wiedział, że Sloane to nie dziewczyna, której wystarczyło powiedzieć ładne słówko. Ona potrzebowała gestów. Czasem brutalnych, czasem delikatnych, ale zawsze szczerych. Pocałował ją. Tym razem bez cienia rozterki. Bez niepewności. Po prostu wziął to, czego chciał i co ona mu oferowała. Z całą tą intensywnością, jaka między nimi istniała od pierwszego kontaktu spojrzeń. W tym pocałunku nie było przeprosin, były zamiary. Całował ją bez zahamowań. Bez udawania. Bez masek. To było terytorium, w którym oboje czuli się najlepiej, usta na ustach, dłonie na ciele, niedopowiedzenia zastąpione czystą intensywnością. Świat nadal mógł się palić, Molly mogła wrócić z miotłą i przekleństwami, a ich relacja mogła nie mieć żadnych szans.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  181. To, co mówiła, wzajemnie się wykluczało. I może sama jeszcze tego nie zauważyła. Chciała go na wyłączność, jasno, twardo, z pazurem w głosie i błyskiem w oku, który znał aż za dobrze. Ale w tej samej rozmowie mówiła, że nie chce go ograniczać. Że może sobie sprowadzać do domu swój „mały harem”, byleby o tym nie wiedziała. Że wystarczy, by przy niej był tylko dla niej, a cała reszta mogła istnieć gdzieś za kotarą milczenia, byle nie w jej zasięgu wzroku. Jednocześnie chciała mieć komfort myśli, że on należy do niej. Nawet jeśli jej może się zdarzyć, przez przypadek oczywiście, dać się ponieść. Bo ona nie lubiła się dzielić. Bo ona gryzła, kiedy zabierano jej zabawkę.
    Ezra parsknął cicho śmiechem, ale bez cienia rozbawienia w oczach. Pokręcił głową z niedowierzaniem, odsunął się o pół kroku, choć dłoń wciąż trzymała ją przy karku, jakby nie mógł się całkiem oderwać, nawet jeśli powinien.
    — I to niby ja mieszam ci w głowie… — rzucił z przekąsem, unosząc brew. Spojrzał na nią uważnie. — Jedną ręką trzymasz mnie przy sobie, drugą zostawiasz sobie drzwi otwarte. A potem jeszcze chcesz, żebym udawał, że tego nie widzę.
    Uśmiechnął się półgębkiem, nie szyderczo, ale z czymś w rodzaju podziwu. Bo może i potrafiła go wkurzyć do granic, ale była też jedyną, która potrafiła to zrobić w taki sposób, że wciąż miał ochotę jej więcej.
    — Wiesz, że to wszystko wzajemnie się wyklucza, prawda? — zapytał w końcu cicho, ale z wyraźnym napięciem w głosie. — Chcesz mnie na wyłączność… ale nie chcesz mnie ograniczać. Mogę sobie sprowadzać do domu „swój mały harem”, ale tak, żebyś o tym nie wiedziała, bo chcesz myśleć, że jestem tylko twój, a do tego sama nie wykluczasz tego, że przez przypadek wylądujesz w łóżku z kimś innym… — wyliczył. — Coś pominąłem? — uniósł lekko brwi. Z pozoru były to drobne sprzeczności, logiczne pułapki emocji, ale tak naprawdę to właśnie te pytania były najważniejsze, te zadawane między wdechem a pocałunkiem, między przekleństwem a śmiechem. Bo jeśli naprawdę zamierzali to ciągnąć, cokolwiek „to” znaczyło, jeśli mieli funkcjonować ze sobą tak, jak dotychczas, a może nawet bardziej, to należało wiedzieć, na jakich zasadach się gra. Zwłaszcza w pracy.
    Przesunął kciukiem po jej dolnej wardze.
    — A co, jeśli ja to zrobię… — podniósł na nią spojrzenie. — A ty się dowiesz? Jeśli „przyłapiesz” mnie z kimś, tak jak Molly przyłapała nas? Co wtedy?
    W tych słowach nie było oskarżenia. Ani złości. Była tylko potrzeba zrozumienia, coś, co pojawia się, kiedy dwie osoby próbują się nawzajem nie zniszczyć, mimo że obie są na granicy tego, by to właśnie się wydarzyło. — Jeśli już bawimy się w to „coś”, to chociaż nie rób ze mnie idioty. Wszyscy inni mogą nie wiedzieć, co tu się dzieje, ale my musimy wiedzieć.
    Te pytania, choć wypowiedziane cicho i bez wybuchów emocji, wcale nie były banalne. Były absolutnie fundamentalne, jeśli mieli funkcjonować razem nie tylko w łóżku, ale i w pracy. Jeśli mieli nadal spędzać ze sobą godziny w studiu, jeździć razem na koncerty, tworzyć coś wspólnie, to granice musiały być jasne. Nawet jeśli wszystko inne między nimi było rozmyte.

    OdpowiedzUsuń
  182. Ezra nie chciał jej trzymać na krótkiej smyczy. Ale też nie zamierzał udawać, że nie czuje, jak bardzo to wszystko może się wymknąć spod kontroli, jeśli nie ustalą choćby minimalnych reguł gry.
    Prowokował ją celowo, żeby wybadać granice. Sprawdzić, ile w tym wszystkim było gry, a ile prawdziwego zaangażowania. Rzucał słowa niby mimochodem, ale każde z nich miało swój ciężar. Obserwował ją uważnie, jakby każde drgnięcie jej twarzy, każda chwila ciszy po jego pytaniu mówiła mu więcej niż odpowiedź. Ułożył dłonie z powrotem po bokach jej szyi. Kciukiem przesunął leniwie po jej linii żuchwy.
    — Chcesz myśleć, że jestem tylko dla ciebie… — powtórzył za nią cicho, z lekkim uniesieniem brwi. — …czy chcesz, żebym był tylko dla ciebie?
    Głos Ezry był spokojny, ale jego spojrzenie było inne. Jakby naprawdę chciał znać odpowiedź, nie dla siebie, nie dla zasad, ale po to, by przestać błądzić po tej rozchwianej definicji, którą Sloane próbowała im właśnie napisać. Bo różnica była kolosalna. Pierwsze oznaczało iluzję. Drugie, wybór.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  183. Słowa Sloane odbijały się w jego głowie jak echo, z którego nie sposób było wydobyć jednej, klarownej melodii. Ezra był zbyt inteligentny, by nie dostrzegać sprzeczności. Wiedział, że to, co mówiła, nie trzymało się logicznej całości i że będą z tego kłopoty. Problem polegał na tym, że Ezra lubił kłopoty.
    Właśnie te warunki, pozornie nonszalanckie, a w istocie piekielnie ostre sprawiały, że Ezra pozostawał nią jeszcze bardziej zafascynowany. Nie dała mu się zamknąć w żadnej szufladce. I chociaż jej logika przypominała pokrętną instrukcję obsługi emocjonalnej bomby z opóźnionym zapłonem, on i tak chciał ją rozbroić. Albo z nią eksplodować.
    Bo problem nie polegał na tym, że jej słowa były nielogiczne. Problem polegał na tym, że była w nich szczerość.
    — Czyli chcesz myśleć, że jestem tylko dla ciebie — odezwał się w końcu cicho, bez uśmiechu, ale też bez wyrzutu. To pytanie, może z pozoru zwyczajne, nie padło przypadkiem. Było dokładnie tym, co miało oddzielić grę od realnych oczekiwań. Bo jeśli miał odgrywać rolę, robić teatrzyk na potrzeby ich „czegokolwiek to jest”, to mógł. Ale jeśli miało to być coś więcej, nawet bez nazwy, bez definicji, to potrzebował wiedzieć, że nie budują domu z piasku. Jej odpowiedź była równie pokrętna jak wszystko, co do tej pory, ale Ezra i tak miał zamiar zostać. Przynajmniej jeszcze przez chwilę.
    Parsknął pod nosem, cicho, sucho, z tą nutą zrezygnowanego rozbawienia, które pojawiało się tylko wtedy, gdy coś go naprawdę trafiało. Nie odpowiedział od razu, tylko zerknął na miejsce, gdzie jej palce dotykały jego klatki piersiowej. Tam, gdzie skóra jeszcze pamiętała jej paznokcie sprzed paru godzin. Jak cholerny podpis.
    — Mhm. — Skinął lekko głową, jakby przeliczał wszystkie możliwe odpowiedzi i żadna nie dawała mu wystarczającego marginesu błędu. — Chciałbym wiedzieć, czego chcesz. Nie tego, co mogłabyś mi powiedzieć, żebym poczuł się lepiej. Nie opcji numer cztery z katalogu emocjonalnych kompromisów.
    Złapał ją za nadgarstek, powoli, bez presji, i uniósł jej dłoń z torsu, przytrzymując ją między nimi, jakby to właśnie w niej trzymał odpowiedź. Ezra skrzywił się lekko, jakby jej słowa zaczęły go bawić mniej, niż powinny, a bardziej irytować, choć wciąż trzymał emocje w ryzach.
    — Widzisz… — zaczął spokojnie, z tym charakterystycznym, suchym tonem, który pojawiał się, gdy przechodził z flirtu w coś poważniejszego. — Nie chodzi o to co ja chciałbym od ciebie usłyszeć. — Przesunął dłonią po karku, jakby szukał tam odrobiny cierpliwości, która właśnie zaczynała mu się kończyć. — Nie próbuję się dowartościować, słuchając, że jednak jestem jedyny i wyjątkowy. Wiesz, że moje ego jest już wystarczająco duże i bez tego. — Zaśmiał się unosząc nieznacznie brwi. — Próbuję ustalić zasady gry. Takie, które sprawią, że za tydzień nie będziemy na siebie warczeć przez stół konferencyjny, rzucać mikrofonami i grozić sobie prawnikami. — Uniósł wzrok, znów skupiony tylko na niej. — Bo może i lubię cię pieprzyć, Sloane. — Wypowiedział to bez skrępowania, spokojnie, z naciskiem, który nie miał nic wspólnego z podnieceniem, a wszystko z brutalną szczerością. — Ale przede wszystkim dbam o twoje interesy, a to, kurwa, nie jest takie częste w twoim świecie. Może czasem warto to docenić.
    Coś mu w tym wszystkim nie grało. Ezra dobrze znał ten schemat, dziewczyny z czasem zawsze chciały więcej. Wyłączności. Związku. Obietnic, że żadna inna nie wejdzie mu już do łóżka, nawet przypadkiem. Wymagały potwierdzeń, deklaracji, nazw dla relacji, która przestała im wystarczać w szarej, nieoznaczonej formie. A on? On zawsze reagował wtedy w ten sam sposób. Unikiem. Wycofaniem. Zmianą tematu. Czasem po prostu zniknięciem. Ale Sloane… Sloane nie chciała go dla siebie. I właśnie to, cholernym dziwnym trafem, sprawiało, że on jej chciał. Było w tym coś… kuszącego. Groźnego. I niebezpiecznie łatwego do zaakceptowania.

    OdpowiedzUsuń
  184. Nie musiał nawet silić się na udawaną konsternację, kiedy zerknął na nią z ukosa, z tym przekrzywieniem głowy, które świadczyło, że zaczął już przeliczać wszystko w głowie, jakby był przy stole pokerowym, a nie w kuchni z dziewczyną w jego koszuli.
    — Cóż — rzucił z tym lekko ironicznie uniesionym kącikiem ust. — To brzmi jak całkiem korzystna oferta. — Przechylił głowę, jego wzrok błądził między jej oczami a ustami. Powoli, ostrożnie, jakby z każdym spojrzeniem próbował poskładać sobie ten chaos w jedną, sensowną układankę. Nie wychodziło. — Który facet powiedziałby na coś takiego “nie”?
    Ujął jej twarz obiema dłońmi, tym razem delikatnie, bez prowokacji. Spojrzał jej w oczy z czymś, co u Ezry rzadko się zdarzało: z pełną świadomością, że w tej chwili nie gra żadnej roli. — Wybór jest chyba oczywisty, hmm? Chętnie zapomnę o tym, że tu była…
    Uniósł dłoń i wsunął palce w jej włosy, zatrzymując ją przy sobie. Nie brutalnie, w tym geście było coś wręcz nienaturalnie czułego, jakby dotykał jej nie tylko fizycznie, ale próbował objąć to wszystko, co w niej było dzikie, skrajne i skomplikowane.
    — A jeszcze chętniej zobaczę cię na kolanach, królowo — mruknął w końcu, z rozbawieniem, ale i szorstką czułością. Zbliżył się jeszcze bardziej. Ich oddechy mieszały się, a napięcie między nimi znowu przybrało ten znajomy smak, ostry, nieprzewidywalny, aż gęsty od niedopowiedzeń.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  185. W gruncie rzeczy to naprawdę nie miało sensu. Cały ten układ był poskładany z niespójnych części, jakby ktoś wziął kawałki różnych układanek i na siłę próbował je dopasować. A mimo to… coś w tym było. Coś, co brzmiało absurdalnie i jednocześnie aż nazbyt logicznie.
    Sloane nie chciała związku. Nie chciała wyłączności, a przynajmniej nie takiej prawdziwej, raczej pozornej. Nie chciała emocji. Nie chciała miękkości, troski, wyznań. Nie była gotowa. Ezra wzruszył ramionami. Nieznacznie. Prawie niedbale.
    — To jest nieistotne, Sloane. Poprosiłaś o coś innego. — Jego głos był spokojny, nawet jeśli podszyty czymś, czego nie dało się uchwycić. — Może to i lepiej.
    Uśmiechnął się gorzko, kiedy wspomniała o tym, że pewnego dnia mogłaby być na miejscu Molly. Może z Kendal, a może z tą blondyną, której imienia nie pamiętała. Zaśmiał się cicho, ale w tym śmiechu nie było nawet krztyny rozbawienia. Prędzej zgoda. Rezygnacja. Bo Sloane miała rację. Coś mu mówiło, że jeśli mieliby to pociągnąć dalej, któregoś dnia tak właśnie by się skończyło. Jej logika była pokrętna, ale też cholernie szczera. Lepiej nie wiedzieć, nie widzieć, nie słyszeć. Bo jeśli się dowie, będzie piekło. Ezra uniósł ręce w bezbronnej, teatralnej kapitulacji.
    — Spokojnie. Wszystko rozumiem. I ze wszystkim się zgadzam. — Przeciągnął słowa z nutą zrezygnowanego rozbawienia. — Żadnych uczuć. Żadnych emocji. Tylko seks. Wyłączność… ale tylko wtedy, kiedy mamy się w zasięgu wzroku.
    To wciąż była najdziwniejsza umowa, o jakiej kiedykolwiek słyszał. A jednak… coś go w niej przyciągało. Z jednej strony to brzmiało… przykro. Płasko. Jak degradacja. Jakby uprzedzała własne rozczarowanie i już teraz budowała wokół siebie mury. Ale z drugiej strony, Ezra nie był w pozycji, by z tym dyskutować. Nie miał prawa wnikać w to głębiej. Tego chciała. A on… mógł jej to dać. Niczego przy tym nie tracił.
    — Nie komplikuję. — Odpowiedział krótko, gdy zarzuciła mu, że wszystko gmatwa. — I chyba lepiej, że sobie to wszystko wyjaśniliśmy teraz, zanim się pozabijamy. Przynajmniej nie będzie żadnych niedopowiedzeń.
    Słuchał dalej. I z każdym kolejnym słowem Sloane, czuł, jak wbija mu do głowy każdy punkt tej dziwnej umowy. Ona nie chciała obietnic. Nie chciała deklaracji. Chciała mieć kontrolę. A może raczej pozory tej kontroli, zanim rzeczywistość i emocje znowu wymkną się spod niej.
    Pochylił się lekko, jego głos stwardniał. — Skończ już pieprzyć, Fletcher. Nie próbuję z ciebie wyciągnąć żadnego pieprzonego wyznania. Skoro ci to pasuje… z przyjemnością włączę cię do mojego haremu dziewczyn, które pieprzę w tajemnicy przed światem.
    I choć tego nie pokazał, nie odezwał się ani słowem, prawda była taka, że wcale nie czuł się tak dobrze z tym, że to właśnie ona sprowadziła go do roli seksualnej zabawki. Ale nie zamierzał tego okazać. Nie zamierzał się wycofać. Po prostu da jej to, czego chciała.
    Kilka orgazmów pod osłoną nocy.
    Objął jej twarz. Cicho, stanowczo. Drugą dłonią wsunął palce w jej włosy. Gdy westchnęła w odpowiedzi i uśmiechnęła się, Ezra nie powiedział nic więcej. Nie potrzebował słów, żeby przyjąć to, co mu właśnie oferowała. Nie mówiła tego wprost, ale jej ciało, sposób, w jaki go dotykała i trzymała, w jaki przysuwała się, szukała jego skóry, milimetr po milimetrze, świadczyły o jednym: nie kończmy tego, Ezra. Jeszcze nie. Stał tam, wpatrując się w nią z niepokojącym spokojem, jakby próbował zapisać jej ostatnie słowa w pamięci. Gdyby tylko zamilkła choć na moment dłużej, może by to wszystko zignorował. Może przeszedłby obok i zostawił temat. Ale nie dała mu tej szansy.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  186. Po tym weekendzie Ezra czuł się spełniony… i jednocześnie kompletnie pusty. Jakby coś wygrał, ale nie był pewien, czy była to nagroda, której naprawdę pragnął. Nie mógł zaprzeczyć, że ze Sloane było mu dobrze, cholernie dobrze. Seks, adrenalina, jej cięty język, to napięcie, które wisiało między nimi nawet wtedy, kiedy milczeli, wszystko to nakręcało go bardziej niż powinno. I było jego. Na jego warunkach. A przynajmniej tak to sobie wmawiał. Ale kiedy opadł kurz, a w kuchni nie pachniało już tostami, kiedy Sloane nie leżała już w jego łóżku z rozczochranymi włosami i śladami po jego palcach na biodrach… została tylko cisza. Dziwna, gęsta, zbyt cicha jak na to, co dopiero się wydarzyło.
    Zorientował się wtedy, że ten układ, ustalony tak skrupulatnie, słowo po słowie, jakby podpisywali pieprzoną umowę handlową, to wcale nie było to, czego od niej chciał. Nie chciał jej na chwilę. Nie chciał jej na pół. Nie chciał wyłączności, która kończy się przy drzwiach wyjściowych. Ale wiedział też jedno: nie zamierzał się upokarzać, nie zamierzał prosić o więcej. Jeśli Sloane potrafiła to wszystko tak zimno rozdzielić, jeśli potrafiła oddzielić ciało od czegokolwiek innego, to był jej wybór.
    A on? On miał zbyt wiele dumy, żeby prosić. Więc został z tym, co mu dała. Z pełnym łóżkiem i pustym środkiem.
    Potem to dopiero do niego dotarło. Nie od razu, bo Ezra był mistrzem w wypieraniu niewygodnych rzeczy. Ale kiedy został sam, z pustą filiżanką po kawie i jej odciskiem ust na szklance, zaczął układać sobie wszystko w głowie. Kawałek po kawałku. I wtedy obraz zaczął się składać. To, jak reagowała na każdą wzmiankę o Carterze. Nawet mimochodem, wystarczyło, że ktoś rzucił jego imię, a Sloane od razu robiła się sztywna, obojętna albo zbyt skupiona na czymkolwiek innym, by to nie było zbyt oczywiste. Jakby każda taka uwaga wbijała jej drzazgę pod paznokieć. To, jak zapakowała się w samolot, kiedy tylko dowiedziała się, że Carter ma kłopoty. Jak ryzykowała całą swoją przyszłość, trasę, kontrakt, wszystko, byle tam być. Przy nim. Nieważne, co mówiła potem, jak bardzo próbowała wszystko zbagatelizować. Ezra nie był idiotą. To, jak zmieniała stację w samochodzie za każdym razem, gdy w radiu leciał utwór Zaire’a. Jakby nawet jego głosu nie chciała słyszeć. Jakby bolało za bardzo, żeby to znieść, albo za bardzo przypominało. Dotarło do niego. Mocno. Niespodziewanie. Ona wciąż kochała Cartera. Nie była gotowa, by to przyznać, może nawet przed samą sobą. Ale Ezra wiedział. Zrozumiał. I to było jak cios w miejsce, którego nikt nigdy nie miał odwagi dotknąć. I co gorsza, nie miał nawet startu. Nie z Carterem. Nie z jej uczuciem do niego. A to? To była jedna z nielicznych rzeczy, które naprawdę potrafiły uderzyć w jego ego. Boleśnie. Prawdziwie. I bezlitośnie.
    Ezra widział ją z końca korytarza, wchodzącą z tym cholernym kubkiem matchy, jakby była tu tylko przelotem. W zasadzie tak wyglądała, jak huragan, który właśnie przetoczył się przez jego dzień. Czerwona błyskawica, której nie dało się przeoczyć ani uciszyć. I zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wcisnęła mu smycz Rue do ręki. Bez słowa. Jakby właśnie to było jego zadaniem na dzisiaj, opiekować się jej psem, podczas gdy ona udawała, że nie zna człowieka, którego jeszcze kilka dni temu całowała z zamkniętymi oczami i zębami zaciśniętymi na jego barku. Spojrzał na nią, kiedy mijała go bez choćby spojrzenia. W tej spódniczce, w tym topie, w tym całym nastawieniu. Nie musiała nic mówić. Już wiedział, że to po złości. Nie było wcale tak wiele tych ostatnich wiadomości. Trzy, może cztery, z czego dwie robocze. Ale cisza, którą od niej dostał, mówiła wystarczająco dużo. Nawet nie musiała zakładać tej wściekłej czerwieni, żeby wiedział, że miała dość. Dość udawania, że wszystko jest w porządku.

    OdpowiedzUsuń
  187. Ezra oddał smycz Rue jednemu z członków ekipy, nie pamiętał nawet, jak miał na imię. Ktoś wystarczająco nowy, żeby jeszcze nie wiedzieć, że tego psa lepiej nie dotykać bez pozwolenia i wystarczająco zdesperowany, żeby się nie sprzeciwić, kiedy Ezra rzucił mu krótkie: Zajmij się nią, i zniknął gdzieś w budynku.
    — Panie Creighton… Sloane… ciągle chce zmieniać scenariusz. Reżyser się wścieka, bo nie mogą dojść do porozumienia. Pokłóciła się nawet ze stylistą…
    Ezra zamknął na chwilę oczy.
    — Co chce zmienić?
    — Prawie wszystko. Powiedziała… że to tanie i że nie zamierza wyglądać jak „Molly w teledysku promocyjnym dla szampana”.
    Ezra prychnął. Oczywiście, że to powiedziała.
    Wstał powoli, z westchnieniem, które można by spokojnie oprawić w ramkę jako “oto mężczyzna, który wiedział, że jego dzień się właśnie rozpada”, i ruszył korytarzem.
    Ezra wszedł na plan spokojnym krokiem, ale każdy, kto znał go choć trochę, wiedział, że to cisza przed burzą. Spojrzenia kilku członków ekipy odruchowo uciekły gdzieś w bok. Rue, przywiązana teraz do jednej z metalowych barierek z boku planu, leżała z pyskiem na łapach i tylko machnęła ogonem, gdy go zobaczyła.
    Sloane stała na środku scenografii z oczami, które płonęły irytacją. Jej ramiona były skrzyżowane, a twarz mówiła jedno: „nie zamierzam ustąpić, więc nawet nie próbuj.” Naprzeciw niej stał reżyser, już czerwony na twarzy i nerwowo przestępujący z nogi na nogę.
    — Co się, kurwa, dzieje? — zapytał Ezra chłodno, z rękami w kieszeniach i tym tonem, który nie podnosił głosu, ale sprawiał, że wszyscy natychmiast milkli.
    Reżyser natychmiast zaczął mówić.
    — Ona chce rozwalić całą koncepcję. Przerabia scenę w garderobie, chce żeby postać go pchnęła, odwróciła się, a potem wróciła, i żeby wszystko było bardziej brutalne, bardziej surowe, a my mamy kręcić promo pod stację muzyczną dla głównego singla, Ezra. To ma iść do telewizji, nie możemy tam zrobić pieprzonego porno.
    Ezra przesunął spojrzeniem na Sloane.
    — Ogarnij ją, albo szukaj nowego reżysera do roboty, bo ja to pierdolę.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  188. Ezra milczał przez kilka długich sekund. Stał bez ruchu, z rękami w kieszeniach i tym niepokojąco spokojnym wyrazem twarzy, który oznaczał, że w środku gotuje się znacznie bardziej, niż pokazywał. Zerknął kątem oka na reżysera, który wciąż ciężko oddychał jak byk przed szarżą, a potem z powrotem na Sloane, która właśnie zaciągała się dymem, jakby wszystko było pod kontrolą, choć wcale nie było. Patrzył na nią tak, jakby chciał z niej coś wyczytać. Może zmęczenie. Może granicę, której wcale nie chciała przekraczać. Może cień wahania. Ale widział tylko bunt. Ogień. Upór. I coś jeszcze. Coś, czego nie chciał teraz nazywać. Przesunął palcami po linii szczęki, jakby zbierał myśli, po czym skinął głową.
    — Więc twoim zdaniem emocje to pchnięcie gościa w ścianę i ostra gra na krawędzi przemocy? — warknął reżyser, zaciskając szczęki. — Jak chcesz mieć show pod siebie, to kręć selfie w łazience.
    Ezra nie wybuchł. Nie pokazał emocji. Tylko spojrzał na reżysera.
    — Trevor — wtrącił spokojnie, ale wystarczająco stanowczo, by zamilkli oboje. — Zrób sobie przerwę. Dziesięć minut. Napij się wody. Albo… — uniósł brew —…czegoś mocniejszego.
    W pomieszczeniu zapadła cisza. Reżyser, czerwony jak burak, spojrzał na Ezrę z mieszaniną niedowierzania i napięcia. Jakby nie mógł się zdecydować, czy rzucić jeszcze jakimś jadem, czy odpuścić. Ale Ezra się nie poruszył. Nie mrugnął. Patrzył na niego z absolutnym spokojem, który właśnie z tym spokojem był najgroźniejszy. Trevor zrozumiał. Zacisnął usta, rzucił tylko krótkie „proszę bardzo” i odszedł, kręcąc głową i mamrocząc coś pod nosem, ale przynajmniej nie zrobił sceny. Ekipa odsunęła się jeszcze dalej. Nikt nie chciał znaleźć się na linii ognia. Ezra odwrócił się do Sloane, przez moment w milczeniu, jakby pozwalał, by cała napięta atmosfera się rozproszyła. Wyciągnął dłoń i bez pytania zabrał jej urządzenie, zaciągnął się sam. Spojrzał na nią, a potem odsunął się o krok, jakby potrzebował na chwilę dystansu. Potem przesunął spojrzeniem po jej twarzy, po rozsierdzonych oczach i prowokująco rozchylonych ustach, a wreszcie odezwał się cicho, aż nazbyt cicho, jak na kogoś, kto zaraz miał rozkazać przetasować cały plan zdjęciowy.
    — O co chodzi, Sloane? — zapytał. — Wyglądasz jakbyś przyszła się tu bić, nie kręcić.
    Ezra wziął głęboki wdech, jakby potrzebował kilku sekund na przestawienie się z trybu zarządzania kryzysem na tryb… zarządzania Sloane. — Nie będę się z tobą szarpał na oczach całej ekipy. Jeśli coś mamy razem stworzyć, to się nie da, jeśli będziesz patrzeć na mnie tak, jakbyś chciała mi przypierdolić.
    To nie był sarkazm. To było coś, co można by nazwać… ciekawością. A może nawet dumą, dobrze zakamuflowaną za tą całą lodowatą fasadą profesjonalizmu. Wyciągnął w jej elektryka.
    — Teraz, kiedy już rozpierdoliłaś pół planu… może łaskawie mi powiesz, co dokładnie chcesz z tą sceną zrobić. I nie zaczynaj od „to bardziej o emocjach”, bo na to mam już alergię. Daj mi konkrety.
    Wskazał brodą na shooting board zawieszony na bocznej ścianie, zapełniony kadrami i rozrysowanymi sekwencjami. — Pokaż palcem. Scena po scenie. Co zmieniamy, co wywalamy, co zostaje.
    Nie mówił tego z ironią. Ani z wyższością. W jego tonie była raczej mieszanka zawodowego zmęczenia i szczerego: dobra, to zróbmy to po twojemu, ale róbmy to porządnie. Bo Ezra mógł mieć swoje ego, ale znał się na ludziach, a teraz widział, że Sloane była zdeterminowana. I zamierzała dopiąć swego z nim… albo bez niego.
    — I przestań krzyczeć na ludzi… — urwał na moment, przelotnie przesuwając spojrzeniem po jej sylwetce. Była jego artystką. Ale w tej chwili nie potrafił do końca rozdzielić, która część tej kobiety stała przed nim ta, którą miał wspierać zawodowo, czy ta, której skórę znał pod palcami, której usta znał lepiej niż własne przekleństwa.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  189. Ezra patrzył, jak zrywa kolejne kadry z tablicy, jak papier szeleści i spada na podłogę, jakby każde zdjęcie było osobnym wyrokiem. Nie przerwał jej od razu. Dał jej tę chwilę destrukcji, bo znał ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że jeśli teraz spróbuje ją zatrzymać fizycznie albo słowem, eksploduje jeszcze mocniej. Ale kiedy ostatni arkusz spadł na ziemię, a w studiu zapadła ta nienaturalna cisza, ciężka, lepka, pełna spojrzeń ludzi, którzy udawali, że nie istnieją, Ezra w końcu się poruszył.
    Ezra spojrzał na rozwleczone po podłodze kadry i shooting board, jakby oczekiwała, że ktoś się zaraz przyzna i rzuci „to moja wina, Sloane, uratowałaś ten projekt”. Ezra powoli wypuścił powietrze nosem. Ale tylko na chwilę. W następnej sekundzie już kipiał.
    — To ty to zaakceptowałaś, Sloane. Każdą jeb**ą scenę, scenografię, kostiumy i… — wskazał za siebie palcem — …tego samego reżysera, którego teraz chcesz rozszarpać na planie.
    Zrobił krok w jej stronę, ale nie po to, żeby ją zastraszyć. Po prostu nie zamierzał mówić tego przez całe studio.
    — Tydzień temu wszystko ci pasowało. A teraz? Co? Wkurwiłaś się na świat?
    Spojrzał na rozwalone na ziemi zdjęcia i notatki, wszystkie przygotowywane pod jej wizję.
    — Nie jesteśmy na twoim TikToku, Sloane. Nie możesz rozwalać dnia pracy pięćdziesięciu osobom tylko dlatego, że masz jakieś swoje humory… — podniósł głos, ale jeszcze nie krzyczał. — Ludzie tu są od czwartej rano. Cały ten burdel działa tylko dlatego, że wszyscy robią, co do nich należy. A ty wchodzisz jak huragan i myślisz, że świat się zatrzyma, bo miałaś zły poranek?
    Zacisnął szczękę i przetarł dłonią twarz, jakby sam próbował się powstrzymać przed powiedzeniem czegoś jeszcze ostrzejszego. Ale już pękł. Wiedział to.
    — Możesz być gwiazdą, ale to nie znaczy, że możesz traktować plan jak swój prywatny gabinet terapeutyczny.
    Zamilkł na moment, patrząc jej prosto w oczy. Czekał. Albo pójdzie dalej w zaparte, albo się opamięta.
    Trevor, który do tej pory stał kilka kroków dalej, zaczerwieniony i wściekły, nie wytrzymał. Wskazał na Sloane z mieszaniną pogardy i zniecierpliwienia, a jego głos poniósł się po studiu.
    — Ona jest nienormalna — syknął, wskazując na Sloane. — Ktoś powinien ją w końcu ustawić do pionu, bo tu nie chodzi o żadne „wizje artystyczne”, tylko o fochy i zaburzenia.
    Zamilkł tylko na chwilę, ale Sloane mogła dostrzec, jak jego wzrok przesuwa się po niej z góry na dół z szyderczym wyrazem. Jakby chciał ją upokorzyć samym spojrzeniem.
    — Masz problem z emocjami, słonko? Może wróć do garderoby, popraw włosy i przyjdź, jak przestaniesz robić z siebie cyrk. Tu trzeba profesjonalizmu, nie histerii.
    Ezra się nie ruszył. Nic nie powiedział przez ułamek sekundy. Ale to tylko dlatego, że zbierał się w sobie, by nie wybuchnąć gorzej niż ona.
    — Zbieraj swoje notatki, ego i resztę żalów i spierdalaj z mojego planu — powiedział spokojnie, z naciskiem, twardo, wbijając każde słowo między zęby.
    Trevor coś jeszcze otworzył usta, jakby miał zamiar się odszczeknąć, ale nie zdążył. Ezra odwrócił się do całej ekipy, rozciągniętej po studiu, zamarłej między kamerami, blendami, światłami i komputerami.
    — Koniec tej pierdolonej farsy! — zawołał donośnie. — Wszyscy możecie iść do domu. Zajmiemy się tym jutro. Albo i nie.
    Nie podniósł głosu, a i tak nikt nie dyskutował. Ktoś odłożył kamerę, ktoś inny odpiął słuchawki. Ludzie zaczęli się rozchodzić, jakby studio nagle stało się za ciasne, za głośne od emocji, których nikt nie chciał być świadkiem.

    OdpowiedzUsuń
  190. Ezra odczekał jeszcze sekundę. Dwie. A potem podszedł bliżej.
    — Spójrz na mnie. — Nie był to rozkaz, ale prośba ubrana w twardą formę. — Chociaż raz.
    Gdy w końcu to zrobiła, uderzyło go to, co zobaczył. Nie wściekłość. Nie kaprys gwiazdy. Tylko czyste rozedrganie. Jakby była o jeden impuls od rozsypania się na kawałki.
    — Nie pozwolę, żeby jakiś reżyser mówił do ciebie jak do idiotki. Ale nie pozwolę też, żebyś rozwaliła własny projekt z rozpędu.
    Przeciągnął dłonią po karku, jakby próbował strząsnąć z siebie napięcie.
    — Jeśli chcesz zmienić reżysera, zmienimy go. Jeśli chcesz wyrzucić połowę koncepcji, zrobimy to. — Wskazał na podłogę, na porozrzucane kadry. — Ale nie mów mi, że to „nic”. Bo widziałem cię wkurwioną. I widziałem cię zmęczoną. A to… — wskazał na nią — …to jest coś innego.
    Zamilkł na moment, jakby ważył kolejne słowa. Spojrzał jej prosto w oczy. — Więc powiedz mi, Sloane. — Jego głos lekko zmiękł, zdradliwie. — Co ty właściwie próbujesz z siebie wyrwać?
    Ezra spojrzał na trzymanego w dłoni elektryka, różowego, oczywiście. Uniósł lekko brew, zaciągnął się raz jeszcze i oddał jej urządzenie, zanim zdążyła znów mu go wyrwać.
    — Chujowo smakuje. — Mruknął pod nosem, bez emocji, jakby mówił o pogodzie. — Jak pierdolony jogurt dla dzieci.
    Ale to jedno zdanie wystarczyło, by zetrzeć choć na chwilę napięcie w powietrzu. Nie dlatego, że było zabawne. Dlatego, że było prawdziwe. Jak wszystko między nimi, cholernie niewygodne, często niepotrzebne, ale niepodrobione. A potem znów spojrzał na nią uważnie. Jakby nie wiedział, czy za chwilę ją przytuli, czy wyprowadzi z tej hali siłą.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  191. Ezra wciąż stał obok niej, nie poruszając się ani o krok, jakby fizycznie próbował ją przytrzymać przy sobie samą swoją obecnością. Patrzył na nią uważnie, z tym przeklętym spokojem, którego nic nie ruszało. Nawet jej chaos. Wiedział, że nie o scenariusz tu chodziło. Nie o pędzelek, za małą spódnicę, truskawkowego elektryka czy scenę w garderobie, której nie chciała nagrać. Chodziło o coś innego. O nich? O to coś, co między nimi zawisło po tym cholernym weekendzie? Niezdefiniowane, niezręczne, rozpalone? Nie sądził. Musiało chodzić o coś, co wydarzyło się po nim. O Cartera? O to, że ogłosił swój ślub? To, że spodziewa się dziecka? Sloane pewnie i tak tego nie przyzna.
    — Zasłużyłaś? — mruknął w końcu, jakby to słowo mu nie pasowało do niej w ustach. — Nie pierdol, Sloane. Nie jesteś święta, ale nie jesteś też jebanym workiem treningowym.
    Odparł, jakby od razu przyjął to, co mu powiedziała za fakt. To reżyser się wkurwił, bo nie spodobało mu się to, że Sloane ma swoją wizję, której nie obawia się bronić. Patrzył na nią, jakby próbował rozgryźć, czy jeszcze z nim gra, czy już tylko się broni. Była wściekła, zraniona, zagubiona, a wszystko to próbowała przebić arogancją i cynizmem, które znał już za dobrze. Znał ją wystarczająco, żeby wiedzieć, że ten ton, którym mówiła o Trevorze, o makijażystce, o rozmiarze stroju, to tylko zasłona dymna. Przez chwilę był cicho. A potem podniósł głos, ale nie krzyczał. Ezra nigdy nie krzyczał.
    — Dlatego już go nie ma — powtórzył, powoli, jakby każde słowo ważył. Ona już chciała coś warknąć, ale Ezra jej nie dał. — Ale to nie są „minimalne” zmiany, Sloane. Ty rozjebałaś całą produkcję w pięć minut, zamiast przyjść z tym do mnie. — Wzrok mu pociemniał. Przesunął palcami po brodzie, jakby sam chciał złapać oddech. — Nie jestem psychologiem, ale nawet ja wiem, że jak ktoś rozwala pół planu, a potem mówi „to nic takiego”, to znaczy, że to właśnie coś takiego. — Zrobił krok bliżej, bardzo świadomie wchodząc jej w przestrzeń. — I nie zgrywaj, że to przez scenę. Nie przez scenę masz ochotę uciec stąd przez okno.
    Plan zdjęciowy niemal opustoszał. Wystarczyła jedna komenda wypowiedziana przez Ezrę by wszyscy zrozumieli, że to koniec na dziś. Ekipa nie dyskutowała. Nikt się nie sprzeczał, nie dopytywał. Zgodnie z jego prośbą ludzie zostawiali wszystko, czym się zajmowali: statywy, torby ze sprzętem, palety z kosmetykami, niedokończone szkice scenografii. Kostiumy zwisały z mobilnych wieszaków, niedopięte, jakby ktoś z nich w ostatniej chwili wyskoczył. W tle jeszcze przez chwilę słychać było ciche rozmowy, potem już tylko echo kroków oddalających się po betonie. Wszyscy się zmyli, technicy, asystenci, światło, dźwięk, make-up, nawet producent z planera, który zwykle do ostatniej chwili coś uzupełniał w swoim tablecie. Jedni szybciej, inni rzucali ostatnie porozumiewawcze spojrzenia na Ezrę, na Sloane, na psa siedzącego jak dama pośrodku tej emocjonalnej katastrofy. Ale wychodzili. Zostawili ich samych. Tak, jak on sobie tego życzył. Hala teraz zdawała się za duża. Zbyt pusta. Jakby wszystko zamarło w pół oddechu i tylko oni zostali. Sloane, Rue i Ezra. Stał naprzeciw niej, z rękami w kieszeniach, jakby wcale nie był poirytowany tym, co się wydarzyło. Jakby cały chaos, który przed chwilą przetoczył się przez halę, był dla niego czymś absolutnie normalnym. Może był. Może już znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że czasem trzeba pozwolić Sloane rozwalić wszystko do gołej ziemi, zanim zbuduje coś, co naprawdę będzie jej.
    — Możemy tu siedzieć do północy i stworzyć to wszystko od początku — powiedział w końcu cicho, ale wyraźnie. — To nie jest problem.
    To jedno zdanie nie brzmiało jak zarzut. Ani wyrzut.

    OdpowiedzUsuń
  192. Nie brzmiało też jak kapitulacja. To była propozycja. Czysta, konkretna, prosto z jego ust. Tak, jak zawsze, bez pierdolenia, bez dramatu. Mógł zacząć od nowa. Z nią. Od pierwszego ujęcia. Od pustej ściany. Jeśli tylko tego chciała.
    Ezra nie odpowiedział od razu. Patrzył, jak jej palce omijają jego dłoń z chirurgiczną precyzją, jakby najmniejszy kontakt mógł uruchomić lawinę, którą oboje desperacko starali się zatrzymać.
    —Może trochę… — rzucił sucho, z cieniem uśmiechu w głosie. Zrobił pauzę. Patrzył jej prosto w oczy. — Ale jeśli już, to tęsknię za czasem, kiedy wszystko było proste.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy. Wcale nie szukał zaczepki. Ani czułości. Ale była w nim ta nieznośna szczerość, która potrafiła uderzyć bardziej niż wszystkie jej wrzaski z dzisiejszego dnia.
    — A ty? Tęsknisz za czymś? Czy po prostu lubisz wszystko rozwalać, zanim zdąży się zbudować?
    Rue przekrzywiła głowę i zapiszczała cicho, ale Ezra nawet nie odwrócił wzroku. Patrzył tylko na Sloane. Na tę jej skrzyżowaną postawę, na elektryka w dłoni, na ręce, które tak desperacko próbowały utrzymać kontrolę, chociaż wszystko w niej wrzało. Ezra nie cofnął się nawet o milimetr, kiedy między nimi zapadła cisza. Ta dobra, naelektryzowana, gęsta, zawieszona gdzieś między jego spojrzeniem a linią jej ust.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  193. Zauważył to bez słowa. Ten drobny gest, jak odłożyła elektronika, jakby nagle przestał ją obchodzić, jakby nawet ten słodkawy zapach ją irytował. Ezra nie skomentował. Nie rzucił żadnego „a nie mówiłem” ani „przecież to gówno”. Po prostu sięgnął do kieszeni. Wyciągnął nieśmiertelną paczkę, tę samą, którą zawsze miał przy sobie. Lekko sfatygowaną, miękką od noszenia, z wygniecionymi rogami. Rzucił ją na stolik obok elektronika, bez ceremonii, jakby to było najbardziej naturalne rozwiązanie świata. W środku, jak zwykle u niego, był chaos w najlepszym wydaniu. Zwykłe papierosy, kilka skrętów, jeden wyraźnie grubszy, drugi cieńszy, zawinięty niedbale. Zapach był znajomy. Cięższy. Prawdziwy. Nie spojrzał na nią od razu. Dał jej przestrzeń, jakby decyzja, czy po to sięgnie, należała wyłącznie do niej. Paczka leżała między nimi. Jak mała, niepisana zgoda.
    Ezra przez chwilę nic nie mówił. Naprawdę chwilę, nie tę teatralną, tylko taką, w której człowiek próbuje zdecydować, czy odezwać się jako producent, facet, czy po prostu ktoś, kto widzi, że druga osoba właśnie rozpada się od środka, choć robi wszystko, żeby tego nie pokazać. Stał nad nią, kiedy kucała na podłodze, zbierając porozrzucane kadry, jakby to one były winne całemu zamieszaniu. Jakby wystarczyło je podnieść, ułożyć z powrotem, a wszystko wróci na swoje miejsce. Wiedział, że to nie tak działa. I ona też to wiedziała.
    — Trevor przekroczył granicę. I o tym nie ma dyskusji — dodał spokojnie. — Ale to nie zmienia faktu, że to nie on dziś wybuchł jak granat.
    Nie było w tym oskarżenia. Raczej stwierdzenie faktu, które zawisło między nimi ciężko, ale uczciwie.
    — Wiem, że nie chcesz o ty, gadać, i nie zamierzam drążyć — powiedział dalej, patrząc na nią uważnie, ale bez nachalności. — I nie — dodał ciszej. — Nie jesteś jebnięta. Jesteś wkurwiona, zmęczona i coś cię gryzie. To nie to samo.
    Klimatyzacja dalej buczała jednostajnie, ale między nimi zrobiło się jakby… spokojniej. Nie łatwiej. Spokojniej. Jakby ktoś w końcu nazwał rzeczy po imieniu, nawet jeśli to imię bolało. Ezra skinął głową powoli, jakby naprawdę to przyjął. Nie wchodził już w analizowanie, nie wyciągał kolejnych wątków, nie próbował na siłę rozplątywać tego, co ewidentnie było dziś zbyt poplątane. Opuścił gardę, minimalnie, ale wystarczająco, by było to odczuwalne.
    — Gorszy dzień. Zdarza się. Nie będę cię z tego rozliczał — powiedział po prostu. Przez chwilę patrzył, jak zbiera te zdjęcia, jakby każde z nich było cięższe, niż powinno. W końcu przykucnął obok, nie dotykając jej, ale też nie stojąc już nad nią. Podniósł jedną z kart, tę, która była lekko naderwana na rogu. Przyjrzał się jej przez sekundę, a potem odłożył na bok, nie próbując jej prostować.
    — Wiem, że możesz to ogarnąć sama — dodał spokojnie. — Ale nie musisz…
    Nie było w tym protekcjonalności. Raczej coś bardzo… rzeczowego. Jakby mówił o czymś, co dla niego było oczywiste, a nie wymagało dramatycznych deklaracji.
    — Do tej pory całkiem nieźle nam szło — rzucił, unosząc lekko brew. — Prace kreatywną, mam na myśli. Kłóciliśmy się, zmienialiśmy zdanie, wywracaliśmy rzeczy do góry nogami, ale finalnie zawsze wychodziło coś, pod czym oboje mogliśmy się podpisać. — Przesunął jedną z kart w jej stronę. — Więc może… zamiast rozwalać to w pojedynkę, pozwolisz mi pomóc? — zaproponował. — Nie jako ten, który „wie lepiej”. Tylko jako ktoś, kto jest w tym z tobą.
    Nie naciskał. Nie mówił „musisz”. Zostawił jej wybór dokładnie tam, gdzie powinien, po jej stronie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  194. Roześmiał się krótko, nisko, bez rozbawienia, raczej z tym suchym humorem, który pojawiał się u niego wtedy, gdy sytuacja balansowała na krawędzi wybuchu.
    — Nie powiedziałem, że jesteś normalna — sprostował spokojnie, unosząc brew. — Powiedziałem tylko, że nie jesteś jebnięta. A to, uwierz mi… — urwał na moment, jakby naprawdę ważył słowa — …jest całkiem spora różnica.
    Przechylił głowę, opierając się ciężarem pleców o skrzynię ze sprzętem.
    — Normalni ludzie nie robią rzeczy, które robisz ty. Nie myślą tak jak ty. I nie rozwalają planu zdjęciowego pięćdziesięciu osób, bo nagle czują, że scena przestała oddychać. — Kącik jego ust drgnął. — Ale jebnięci nie wiedzą, dlaczego to robią. Ty wiesz. Nawet jeśli dziś bardzo próbujesz udawać, że nie. — Spojrzał na papierosa między jej palcami, potem z powrotem na jej twarz.
    — Poza tym… — dodał już lżej, z tym swoim półuśmiechem, który zawsze balansował między ironią a szczerością. — Właśnie to w tobie lubię.— Dorzucił to już lżej, z tym półuśmiechem, który zawsze zdradzał, że coś sobie w głowie dopowiada. Rzucił jej krótkie spojrzenie spod rzęs, jakby sprawdzał, czy jeszcze może sobie pozwolić na ten ton.
    — Ten chaos. Te nagłe skręty. Ten moment, w którym wszyscy inni jeszcze się zastanawiają, czy wypada, a ty potrafisz w jednej chwili rozwalić wszystko w drobny mak. Nawet jeśli przy okazji rozwalasz czyjeś ego i nerwy paru ludzi. — Wzruszył ramionami. — Z normalnymi ludźmi bym się zanudził na śmierć.
    Parsknął cicho, kręcąc głową. — A Trevor… — westchnął teatralnie. — Nigdy go nie lubiłem. Ma talent, zawsze za dużo gada, a za mało słucha. — Spojrzał na nią spod brwi. — I tak między nami? — Pochylił się minimalnie w jej stronę. — Trochę żałuję, że dziś od ciebie oberwał. — Uśmiechnął się krzywo, ale w oczach miał coś miękkiego. — Może by mu to zrobiło dobrze. — Uniósł dłonie w geście niewinnej kapitulacji. — Oczywiście oficjalnie nie pochwalam przemocy w miejscu pracy — dodał sucho. — Ale prywatnie? Byłbym skłonny uznać to za… twórczą interwencję. — Na moment zapadła cisza, miękka, już nie tak napięta. On również sięgnął do swojej magicznej paczki. Bez pośpiechu, jakby robił to odruchowo, wyciągnął skręta znacznie delikatniejszego od tych, które zwykle krążyły po klubach i backstage’ach. Cienki, równy, starannie skręcony, bardziej rytuał niż nałóg.
    — Z Kolumbii — rzucił mimochodem, jakby mówił o kawie, nie o trawce. — Lekka. Nie robi z mózgu zupy. Raczej… porządkuje myśli.
    Odpalił go spokojnie, bez demonstracji. Pierwsze zaciągnięcie krótkie, kontrolowane. Wypuścił dym bokiem, nie w jej stronę, jakby instynktownie pilnował granic, których zwykle nie pilnował z nikim innym.
    — Dobra na dni, kiedy wszystko cię wkurwia, ale nie chcesz nikogo zabić. — Zerknął na nią kątem oka. — Albo kiedy bardzo chcesz… ale jeszcze się powstrzymujesz.
    Uśmiechnął się pod nosem, bardziej do siebie niż do niej. Nie wyciągnął skręta w jej stronę. Ani trochę. Żadnego „chcesz?”, żadnego gestu zachęty, żadnego podawania go jej pod nos, jakby testował jej silną wolę. Jeśli będzie chciała, sięgnie sama. Ezra zawsze był cierpliwy w ten specyficzny, irytujący sposób. Usiadł obok. Plecami oparł się o stojącą za nimi sofę, jedną nogę ugiął w kolanie, drugą wyciągnął luźno przed siebie. Ramię spoczęło na kolanie, skręt żarzył się spokojnie między palcami. Wyglądał, jakby ten chaos wokół, porwane kadry, rozsypane kartki, niedopalone emocje, był tylko tłem do czegoś znacznie cichszego.
    Przez chwilę po prostu palili. Bez gadania. Bez analiz. Bez „musimy coś z tym zrobić”. Dym unosił się powoli pod sufit, mieszał z chłodnym powietrzem z klimatyzacji. Cisza nie była niezręczna. Była ciężka. Gęsta. Taka, która mówi więcej niż połowa ich rozmów. Ezra w końcu prychnął cicho, bardziej do siebie niż do niej.

    OdpowiedzUsuń
  195. Przesunął wzrok gdzieś przed siebie, nie patrząc na nią bezpośrednio.
    — Kurwa, Sloane… — zaczął nisko, spokojnie, bez pretensji. — Co ja mam z tobą zrobić…
    Nie było w tym złości. Nie było oskarżenia. Było zmęczenie, które przychodzi tylko wtedy, gdy komuś naprawdę zależy, nawet jeśli nie powinno. Zaciągnął się jeszcze raz, wolno, głęboko. Popiół strzepnął niedbale na beton.
    — Rozpieprzasz mi wszystko… — dodał po chwili ciszej. — …a potem siedzisz tu i wyglądasz, jakbyś sama nie wiedziała, czy chcesz, żebym został, czy wyszedł.
    Zamilkł znowu. Tym razem zerknął na nią bokiem. Krótko. Uważnie. Wyglądał tak, jakby wcale nie mówił dzisiejszym dniu, ani o tym planie.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  196. Ezra parsknął śmiechem, takim prawdziwym, krótkim, który wyrwał mu się zanim zdążył go przytemperować. Oparł potylicę mocniej o sofę i spojrzał w sufit.
    — No widzisz — rzucił lekko. — To był jeden z powodów, dla których tak się na ciebie wtedy uparłem. Postawiłem wszystko na jedną kartę właśnie dlatego, że byłaś… taka. — Poruszył dłonią w powietrzu, jakby nie chciał szukać lepszego słowa. — Nienormalna. Albo jak ty to określasz… jebnięta. — Zerknął na nią kątem oka. — I w sumie… — dodał ciszej. — Chyba dokładnie z tego samego powodu ty wywróciłaś swoje życie do góry nogami i podpisałaś wtedy ten cholerny kontrakt. — Wzruszył ramionami, jakby to była oczywistość.
    — Może. — Przytaknął po chwili, kiedy mówiła o scenie. — A może po prostu chciałaś się wyładować. — Znów wzruszył ramionami, bez oceniania. — Też się zdarza.
    Kiedy zaśmiała się gorzko i rzuciła o niestabilności, Ezra tym razem roześmiał się już głośniej. — Akurat to chyba ci się udało. — Pokręcił głową z niedowierzaniem. — Serio, ta ekipa nieod początku istnienia wytwórni, nie widziała tylu awantur co w ciągu ostatnich miesięcy. —Zamilkł na moment, zaciągnął się skrętem i wypuścił dym wolno.
    — Zawasze to mówisz… — zauważył. —„Jeszcze”. — doprecyzował. — Jeszcze lubisz. Jeszcze wytrzymasz. Jeszcze da się to ogarnąć. — Spojrzał na nią uważnie. — Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, że to nie ludzie od ciebie odchodzą… tylko ty od ludzi? — Mówiąc to wciąż patrzył w sufit, jakby chciał dać jej przestrzeń na odpowiedź, albo na przemyślenia. Nie obchodziło go to, czy pozwala sobie na zbyt dużo. Ani to, czy Sloane się na niego wkurzy za to, że próbuje ją w ten sposób analizować. —Czasem nawet dalej siedzisz obok, w tym samym pomieszczeniu. Ale emocjonalnie? Już cię tam nie ma.
    Uniósł brew, kiedy mruknęła o wylądowaniu u niego. Kiedy mówiła o znudzeniu, kontraktach i drobnym druczku, Ezra wypuścił powietrze nosem, jakby chciał zrzucić z barków ciężar tej rozmowy.
    — Życie nie polega na zaczepieniu się w jednym miejscu — powiedział wolniej. — Tylko na tym, żeby przez nie płynąć. Inaczej nie ma żadnego rozwoju, tylko stagnacja. Ciasne pudełko.
    Na wzmiankę o Trevorze i i o tym, że Sloane na prawdę miala ochotę go uderzyć niemal prychnął. — Następnym razem… — powiedział cicho, jakby wypowiadał życzenie. —Następnym razem… — powtórzył z przekąsem. — A tymczasem potrzebujemy znaleźć nowego reżysera. Sami tego klipu nie pociągniemy, nawet jeśli bardzo byśmy chcieli.
    Kiedy mruknęła o Brazylii, Ezra momentalnie spoważniał. Spojrzał na nią już bez żartu.
    — Chodzi o Cartera? — zapytał wprost. — O ten ślub? O całe to nowe życie, prawda? — Zawiesił na niej spojrzenie. Kiedy wspomniała o Brazylii bez trudu połączył kropki, chociaż nawet i bez tego z łatwością się tego domyślił. Ezra wiedział, ze musi zachować dystans, w przeciwnym razie będzie się zastanawiał, czy Sloane interesuje się nim dlatego jaki jest, czy dlatego, że nie może mieć Cartera.
    Gdy zażartowała o zakopywaniu i więzieniu, uśmiechnął się krzywo.
    — Nie chciałbym iść siedzieć — rzucił. — Wiesz, co robią z takimi ładnymi chłopakami w więzieniu? — Uniósł brew. — Więc lepiej mnie aż tak nie denerwuj i nie doprowadzaj na krawędź.

    OdpowiedzUsuń
  197. Kiedy sięgnął po skręta, nie zrobił tego przypadkiem. Nie był to szybki, neutralny ruch, którym można by się wykręcić i udawać, że nic się nie wydarzyło. Jego palce musnęły jej dłoń wolniej, niż było to konieczne, a potem zatrzymały się na ułamek sekundy dłużej, jakby sprawdzał, czy się cofnie. Skóra zetknęła się ze skórą i to jedno, krótkie dotknięcie było zbyt świadome, zbyt precyzyjne, żeby uznać je za przypadek. Przez chwilę tylko patrzył na nią z boku, na to, jak wbija paznokcie w uda, jak ucieka wzrokiem, jak cała jej postawa krzyczy „zostań”, a usta uparcie mówią „rób, co chcesz”. Wypuścił powietrze nosem. Cicho. Krótko. Ten rodzaj wydechu nie był śmiechem, raczej czymś między rezygnacją a decyzją. Zaciągnął się dopiero teraz. Wolno. Równo. Jakby potrzebował tych paru sekund, żeby nie powiedzieć za dużo. Oparł głowę o sofę i spojrzał w sufit. Dopiero wtedy wypuścił dym w górę.
    — Nie siedzę tu dlatego, że nie widzę drzwi — dodał, kiwając głową w ich stronę.

    Ezra

    OdpowiedzUsuń
  198. Spojrzał na nią kątem oka, kiedy rzuciła tę zaczepkę o kontrakcie i jego “ładnej buźce”. W kąciku jego ust zadrgał uśmiech, ten rzadki, bardziej z gatunku zmęczonej czułości niż triumfu. Ezra roześmiał się krótko i pokręcił głową, jakby naprawdę go to rozbawiło.
    — Łatwiej byłoby mi powiedzieć, ilu ludzi tego nie mówiło — rzucił z przekąsem. — Lista byłaby znacznie krótsza.
    Spojrzał na nią, kiedy w końcu obróciła głowę w jego stronę i przez moment w tym spojrzeniu było coś miękkiego. Nie pobłażliwość. Raczej świadomość, że dokładnie wiedział, w co się pakował i zrobił to mimo wszystko. Na jej mruknięcie o kontrakcie uniósł brwi teatralnie.
    — Naprawdę? — rzucił ironicznie. — A ja myślałem, że skusił cię mój niebywały producencki talent do wyławiania gwiazd.
    Kącik ust drgnął mu w uśmiechu, a gdy dodała coś o „ładnej buźce”, wyciągnął w jej stronę palec, jakby właśnie wygrała jakąś rundę.
    — No. W końcu mówisz z sensem. Ale myślę, ze nie tylko ładna buzia cie skusiła… — ruchem ręki wskazał na całego siebie, jakby przypominał ze poza ładną buzią miał też kilka innych atutów.
    Kiedy wspomniała o darmowym dramacie w pakiecie, wzruszył ramionami bez cienia żalu.
    — Już ci mówiłem. Nie lubię się nudzić — powiedział spokojnie. — Jak wszystko idzie gładko, to nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
    Zapadła między nimi krótka cisza, cięższa niż poprzednie. Ezra nie odrywał od niej wzroku, gdy odwróciła głowę i wbiła spojrzenie w sufit. Analizował ją i nie próbował tego ukrywać. Na jej pytanie o psychologa parsknął cicho.
    — Szukam planu B — mruknął. — Jak przez ciebie zbankrutuję, to będę musiał się zająć prawdziwą pracą.
    Gdy padło to o „jeśli” i odchodzeniu, nie skomentował od razu. Dopiero kiedy rzuciła o ego i nowym reżyserze, skinął głową. — Zdecydowanie ktoś z mniejszym — przyznał. — Bo wasza dwójka to już kompletny brak miejsca na zdrowy rozsądek.
    Jej odpowiedź o Carterze sprawiła, że spoważniał. Nie od razu, ale wyraźnie. Wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę, zanim w końcu odezwał się ciszej, bez ironii.
    — No właśnie, Sloane… — powiedział powoli. — Na co ty właściwie czekasz? O co w tym wszystkim chodzi?
    Nie naciskał dalej. Pozwolił, by to pytanie zawisło między nimi, ciężkie i niewygodne.
    Na jej żart o więzieniu prychnął, ale w jego uśmiechu było coś ostrzegawczego. Nie odpowiedział tylko zgromił ją wzrokiem i pogroził jej palcem, jakby jej żart zabrnął za daleko.
    Kiedy spojrzała na niego po tym długim milczeniu, nie odwrócił wzroku. Przyjął to spojrzenie, tak samo jak przyjął ją całą, z chaosem, złością i tym, czego nie mówiła na głos. Cisza między nimi znów wróciła, ale tym razem nie była ciężka. Była… zawieszona. Oczekująca. Ezra wciągnął powoli dym, przytrzymał go chwilę w płucach i dopiero potem wypuścił w górę, jakby potrzebował tej sekundy ciszy, żeby nie powiedzieć za dużo albo za ostro. Skręt żarzył się leniwie między jego palcami. Kiedy się odezwał, głos miał niższy niż wcześniej.
    — Ty naprawdę myślisz, że ja tu siedzę z litości? Albo z poczucia obowiązku? Albo dlatego, że „tak wypada”?
    Pokręcił głową, krótkim ruchem, bez uśmiechu.
    — Nie siedziałbym tu, gdybym nie chciał. I na pewno nie siedziałbym tu po takim dniu, gdybym uważał, że to bez sensu.
    Zerknął na nią kątem oka. Nie nachalnie. Sprawdzająco. Jakby chciał zobaczyć, czy jeszcze ucieka, czy już tylko udaje, że ucieka.
    — Ale ty masz w sobie ten dziwny talent… — mruknął. — Pchasz ludzi dokładnie tam, gdzie najbardziej boli, a potem patrzysz, czy zostaną.

    OdpowiedzUsuń
  199. Zamilkł na chwilę. Przesunął językiem po dolnej wardze, jakby się wahał. — I zanim zapytasz — dodał ciszej. — Nie, nie chodzi mi o to, żebyś była „łatwa”, „grzeczna” albo „mniej”. Chodzi mi o to, że ciągle mówisz, że niczego nie chcesz… a potem siedzisz i wyglądasz, jakbyś bała się, że jeśli ktoś odejdzie, to potwierdzi wszystkie twoje najgorsze myśli.
    Westchnął ciężko, jakby zrzucał z siebie coś, co uwierało go od dłuższej chwili. Zgasił skręta o beton, powoli, metodycznie. Jakby ten gest miał coś definitywnie zamknąć.
    — Jeśli chcesz, żebym został — zostanę. Jeśli chcesz, żebym wyszedł, bo boisz się, że zaraz znowu coś rozwalisz… — uniósł lekko brew — …to też mogę to zrobić. Ale nie każ mi zgadywać. I nie mów, że „nic”, kiedy ewidentnie coś.
    Nie ruszył się z miejsca. Nie nachylał się ku niej. Dał jej przestrzeń, choć każde napięcie w jego ciele mówiło, że wcale nie jest to łatwe.
    — Więc? — zapytał w końcu cicho. — Co teraz robimy, Sloane?

    Ezra

    OdpowiedzUsuń