
Sloane Senna Fletcher ——— 22 latka; urodzona 16 maja 2003 roku w Los Angeles. Piosenkarka, tancerka i autorka tekstów o francusko-amerykańskich korzeniach, tworząca emocjonalny pop z elementami zmysłowości i surowej szczerości. Rodzice mieli fantazję, plany i prochy, dlatego Sloane w dokumentach widnieje jako Sloane Senna Fallon Delphina-Roux Petronille Fletcher-Basset. Jedyna córka Ivonne Basset - francuskiej modelki i jedno z wielu dzieci Desmonda Fletchera - amerykańskiego perkusisty zespołu alternatywnego Hollowed Souls. Właścicielka podążającej za nią krok w krok Rue. Zwyciężyni Grammy 2025 za Best New Artist, krążą plotki, że ojciec maczał palce w tym, aby dostała statuetkę. Między 2024, a 2025 była w międzynarodowej trasie don't call him back po wydaniu drugiego albumu old receipts. Mieszkanie w SoHo. Instagram. Pop princess. Spoiled Love, bo się rozwiodła, narobiła chaosu i zamiast pisać oświadczenia — napisała album.
Sloane Fletcher jest dziewczyną, która ma w życiu wszystko, a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Bo nie pozwoli, aby obcy dostrzegli więcej niż chce pokazać. O swoich słabościach do ciemnych oczu, perfum z nutami tytoniu i słodkich słów, w które nie wierzy, opowiada w piosenkach podbijając TikToka i listy przebojów, na których króluje przez tygodnie. Urodziła się z nazwiskiem znanym od dekad. Otworzyło to przed nią wiele drzwi, zza które chętnie zagląda i garściami bierze to, co jest jej oferowane. Starannie pielęgnuje swoją karierę od szesnastego roku życia, kiedy pierwszy raz podzieliła się ze światem swoimi tekstami i głosem. Filmik wybił się momentalnie, a wytwórnie rozpoczęły między sobą wojnę, aby przygarnąć Sloane pod swoje skrzydła. Pierwszy poważny kontrakt podpisała dwa lata później. Wbrew matce, która wymarzyła dla niej karierę w Hollywood. Wbrew ojcu, który kręcił nosem na popowe szmiry, ale nawet mimo swojej niechęci, o ile nie jest czymś akurat naćpany lub nie szuka swoich zagubionych dusz na pustyniach, pojawia się na koncertach.
Sloane Fletcher sama do końca nie wie, jaka jest tak naprawdę. Na scenie jest głośna, pewna, nieco niebezpieczna. Nie ma tam chwili na zawahanie, a każda sekunda jest dokładnie zaplanowana. Poza sceną wśród mniej lub bardziej znajomych osób zdaje się, że wcale z niej nie schodzi. Ciągle odgrywa narzuconą sobie rolę, tyle, że przed mniejszą publicznością. Szuka towarzystwa, które bez mówienia tego na głos, da jej hałas i adrenalinę, aby zagłuszyć wszystkie niewypowiedziane na głos emocjonalne i fizyczne potrzeby. Nie pozwala ludziom się poznać, a oni, zdaje się, że wcale też nie chcą wiedzieć co tak naprawdę w niej się kryje.
Sloane Fletcher próbuje być autentyczna, ale nie wie, gdzie zaczyna się ona, a gdzie akt.
Ezra znał ten typ kobiet. Krzykliwe, prowokujące, złośliwe. Te, które wbijały pazury w gardło, zanim jeszcze zdążyły się przywitać. Te, które miały coś do udowodnienia: jemu, światu, samym sobie. Ale Sloane? Sloane była innym przypadkiem. Ona nie próbowała go przekonać, że jest niebezpieczna. Ona po prostu była. I chociaż wkurwiała go jak nikt inny, to gdzieś w środku miał na ustach ten półuśmiech, który pojawiał się nieproszenie, ilekroć zaczynała swoje wywody.
OdpowiedzUsuńSłowne gierki z nią były bardziej stymulujące niż niejedna rozmowa biznesowa z ludźmi, którzy całowali go po tyłku dla współpracy. Z nią było inaczej, zadziorność w pakiecie z autodestrukcją i błyskiem w oku, który zdradzał, że wie dokładnie, jak działa na facetów. Ale nie była kolejną dziewczyną od słodkich spojrzeń i „masz rację, Ezra”. Była chaosem z klasą. Słoną wodą w kieliszku whisky. I chociaż rozsądek podpowiadał, że powinien ją zostawić, to ten sam rozsądek gryzł się z drugą częścią niego, która miał ochotę rzucić to wszystko w cholerę i sprawdzić, jak bardzo mogliby się nawzajem spalić. Bo kiedy zawiesiła na nim ten wzrok, stojąc przez sekundę za blisko, z tym półuśmiechem i błyskiem wyzwania… coś w nim drgnęło. Coś pierwotnego, cholernie ludzkiego. I przez ułamek chwili, tylko przez ten jeden pieprzony moment, Ezra naprawdę pomyślał, że może Sloane Creighton to nie jest przypadek do przeanalizowania. Może to wyrok z odroczonym terminem. Ale, cholera, jaki kuszący.
Ezra uniósł lekko brwi, ale uśmiech, który wślizgnął się na jego usta, był niemal zbyt leniwy, żeby nie był niebezpieczny.
— Ogłady? — powtórzył z udawanym zastanowieniem, jakby to słowo było mu zupełnie obce. — W moim wieku to już się raczej nie inwestuje w ogładę. To jak implanty włosów. Za późno, za drogo i boli.
Nie odwracał wzroku, kiedy mówiła. Zamiast tego opierał się luźno biodrem o framugę, pozwalając jej zbliżyć się dokładnie o tyle, o ile sama chciała. Wiedział, że blefowała, ale właśnie to podniecało go najbardziej, to niepewne balansowanie na granicy. Słowa zawieszone gdzieś pomiędzy flirtem a pogróżką, uśmiechy będące zarówno zaproszeniem, jak i ostrzeżeniem.
Uśmiechnął się krzywo, nie ukrywając, że bawi go jej teatr, a jednocześnie… cholernie dobrze się w nim odnajduje. Bo prawda była taka, że Ezra nie znosił przewidywalności. Te wszystkie idealnie uczesane dziewczyny z sociali, które mówiły mu dokładnie to, co chciał usłyszeć? Nudne. Sloane była zaprzeczeniem tej nudy. Miała pazury, zbyt szybki język i skłonność do podejmowania złych decyzji w najlepszych kreacjach. Była gotowa rozbić mu na łbie szklankę i godzinę później poprosić, żeby na plaży po Molly zdjął z niej sukienkę. Taki poziom sprzeczności był uzależniający. Ezra doskonale wiedział, że balansują na cienkiej granicy między wybuchem a przyciąganiem, między żartem a obietnicą. I choć powinien był ją dawno odciąć, przestać odpowiadać na te zaczepki, które momentami aż iskrzyły od napięcia, zamiast tego prowokował dalej. Bo Sloane nie tylko odpierała jego ataki, ona go wyprzedzała. I może właśnie dlatego jeszcze jej nie przekreślił. Może właśnie dlatego, mimo że rozum mówił: zła decyzja, on wciąż szedł dalej.
— Nie zgłoszę cię do HR-u… — rzucił, nachylając się do niej na tyle blisko, że jego głos brzmiał niżej, intymniej. — Ale jeśli dalej będziesz tak flirtować z własnym szefem, to w końcu się do czegoś zobowiążesz. Niewypowiedziany błysk w jego oczach, to jedno mikroskrzywienie kącika ust, które zdradzało więcej, niż jakiekolwiek przytaknięcie. Stał nadal przy drzwiach, ale zamiast wyjść pierwszy, cofnął się o pół kroku, zostawiając ją całkowicie w świetle przejścia. To był niemal rytuał, coś pomiędzy ustąpieniem pierwszeństwa a przyzwoleniem na dalszą prowokację. Sloane była jak płomień, który nie przypalał od razu, ale rozgrzewał wszystko wokół siebie do momentu, aż coś nie wybuchnie.
A Ezra… Ezra był cholernie blisko punktu zapłonu. Zbliżył się do niej z pełną premedytacją. Wolno. Pewnie. A potem zatrzymał się dokładnie tam, gdzie zaczynało się pole napięcia. Te kilka centymetrów, które decydowały, czy dwójka dorosłych ludzi właśnie przestaje udawać, czy nadal będą grali w tę swoją cholerną grę.
OdpowiedzUsuń— Chciałem. — Przyznał prosto, niemal spokojnie, niemal wprost do jej ucha. — I jeszcze wiele razy będę chciał. Ale nie zamierzam cię rozebrać wtedy, kiedy jesteś naćpana, głodna, nieprzytomna czy zmęczona światem.
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, powoli, uważnie, dokładnie tak, jakby zapamiętywał. Jakby mimo całej tej prowokacji i gry… właśnie wybierał moment, by przejąć kontrolę.
Ezra nie odrywał od niej wzroku, jakby jego cierpliwość właśnie zawisła na cienkiej nitce, a cały ten ich słowny ping-pong przestał być wyłącznie zabawą. Coś w jego spojrzeniu i w tym, jak ściszył głos sugerowało, że teraz mówi poważnie.
— Ale „pod tym zimnym skurwysynem jednak kryje się dżentelmen”— powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. — Który nie interesuję się dziewczynami, płaczącymi po swoich ex.
Nie powiedział tego z pogardą. Ani nawet z ironią. Raczej z pewną trzeźwą ostrożnością, która wybrzmiała w jego głosie jak granica.
— To zawsze kończy się źle. Albo robisz za plaster, albo za broń. — Uniósł lekko brwi. — A ja mam już wystarczająco dużo własnych kłopotów. Nie mam zamiaru łatać niczego po kimś. — Zamilkł na sekundę, ale jego wzrok nie odszedł ani o milimetr. — Jesteś dobra w tej grze, Sloane. Naprawdę dobra. Ale ja też umiem rozpoznać, kiedy ktoś prowokuje, żeby sprawdzić, czy może jeszcze cokolwiek poczuć. — Jego głos był niższy, spokojny, ale wyraźnie bardziej osobisty. — I może powinienem cię pocałować. Może ty powinnaś pocałować mnie. Ale jeśli miałoby to znaczyć mniej niż jedno „pierdol się” do twojego byłego w twojej głowie… to wolę żebyś rzucała szklankami.
Zostawił te słowa między nimi, cięższe niż wszystko, co padło wcześniej i przesunął się w bok, wciąż trzymając dla niej otwarte drzwi.
Robił to celowo. Całe to balansowanie na granicy, między flirtem a prowokacją, między szczerością a dystansem, było częścią jego gry. Nie dlatego, że potrzebował jej uwagi. Ezra Creighton nie musiał o nią zabiegać. Robił to, bo wiedział, że w Sloane drzemało coś, czego większość ludzi nie potrafiła wydobyć. Coś chaotycznego, surowego, prawdziwego. Emocje. I to właśnie one były paliwem dla jej twórczości. Podsuwał jej tematy. Poruszał czułe struny. Podchodził zbyt blisko, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Rzucał sarkastyczne komentarze i patrzył, jak jej oczy błyszczą gniewem albo czymś, czego jeszcze nie potrafił nazwać. Kiedy przewracała oczami, kiedy odbijała piłeczkę, kiedy wzdychała teatralnie, jakby miał ją doprowadzić do szału, wtedy wiedział, że sięga do czegoś, co mogło później eksplodować w słowach, w dźwiękach, w wersach, które sprawiały, że ludzie milkli w połowie oddechu. Ona była jak granat z wyciągniętą zawleczką. A Ezra nie bał się trzymać go w dłoni. Wiedział, że artystka, która nic nie czuje, nie tworzy. A Sloane, nawet gdy była emocjonalnie wypalona, nadal miała w sobie ogień, trzeba go było tylko podsycić. Więc robił to. Rozniecał ją słowami. I nie zamierzał przestać, dopóki nie zobaczy, jak to wszystko, frustracja, pożądanie, bunt i niedopowiedzenia, wylewa się z niej na tracku. Bo wtedy wiedział, że będzie to warte każdej pieprzonej minuty.
Ezra
Ezra słuchał jej uważnie, nie tylko słów, ale tonu, cieni zawahań, pauz i tych drobnych przesunięć w spojrzeniu, które zdradzały więcej niż chciałaby przyznać. Była ostra i zadziorna, prowokująca i pewna siebie, ale nie próbowała udawać kogoś, kim nie była. I to mu imponowało. Nie tylko to, że potrafiła dopiec, celnie i bez cienia żenady, ale że mówiła wprost. Nawet o słabościach. Mimo wszystko, nie poruszył się ani o centymetr. Wciąż trzymał dystans, niewielki, ale wymowny.
OdpowiedzUsuń— To dobrze — odparł cicho, niemal miękko, ale jego spojrzenie pozostało twarde. — Chociaż uwielbiam patrzeć, jak ktoś traci dla mnie głowę…
Uniósł brew. Sarkastyczny uśmiech zatańczył mu w kąciku ust.
— Brzmi jak obietnica? — powtórzył cicho, przesuwając wzrokiem po jej twarzy. — A może jak ostrzeżenie.
W tej jednej sekundzie Ezra przypominał jej, że pod całym sarkazmem i arogancją kryje się ktoś, kto nie podejmuje ryzyka tylko dlatego, że coś jest kuszące. Że mimo całego flirtu, który ich oblepiał od pierwszego spotkania, potrafił się zatrzymać, choć wyraźnie go to kosztowało.
— I, Sloane… Zanim powiesz mi, że dramat to twoje drugie imię… — dodał, tonem tak bezczelnie lekko ironicznym, jakby właśnie ją czytał. — Wiem, że to może brzmieć jak pieprzona herezja... — Mrugnął do niej leniwie, z ironicznym rozbawieniem. — Ale podobno jest ze mnie całkiem przyzwoity człowiek.
Ezra rzucił jej spojrzenie przez ramię, z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który zawsze balansował gdzieś na granicy prowokacji i rozbawienia. Zrobił pauzę, wystarczająco długą, by mogła to podważyć albo obrócić w żart. — Czasem aż za bardzo, na moje własne nieszczęście — dodał, z udawaną goryczą i teatralnym westchnięciem. — Nie biję zwierząt, nie rozbieram kobiet po molly i nie całuję swoich podopiecznych... No… chyba, że wyjątkowo ładnie poproszą. Ale nawet wtedy — uniósł brew — i tak robię to dopiero po deserze.
Spojrzał na nią z góry, ale nie w protekcjonalny sposób. Z ciekawością. Z fascynacją. Z tą iskrą, którą ledwo powstrzymywał. Tej rozmowy nie powinno było być, tak samo, jak tego napięcia, które wisiało w powietrzu jak przed burzą.
— Zmarnowany potencjał na czarny charakter, wiem… — Spojrzał na nią znów, tym razem bardziej uważnie. — Ale nie martw się, Sloane. Wciąż mam swoje momenty.
Ezra westchnął teatralnie i zerknął na nią z boku. W jego głosie brzmiała nuta autoironii. Nie próbował udawać świętego i Sloane doskonale o tym wiedziała, ale to właśnie ta niespodziewana równowaga między cynizmem a czymś zaskakująco ludzkim sprawiała, że można było z nim rozmawiać bez potrzeby uciekania się do obrony. A może tylko świetnie udawał.
To było dokładnie to, czego Ezra chciał. Nie chodziło o seks, choć chemia między nimi była oczywista, gęsta jak dym w zamkniętym pokoju. Nie chodziło o łatwe rozładowanie napięcia, choć z ich temperamentami mogliby spalić pół miasta, gdyby tylko pozwolili sobie na jeden krok za daleko. Ezra nie działał jednak impulsywnie, nie w takich sprawach. A już na pewno nie z nią.
Ze Sloane gra była inna. Głębsza. Bardziej złożona. On wiedział, kim była, zanim jeszcze otworzyła usta, znał liczby, daty, nazwiska, znał jej historię. Ale te rzeczy nie miały znaczenia, kiedy pierwszy raz spojrzała mu w oczy i odbiła jego uwagę jak lustro. Ostra, błyskotliwa, niepokorna. Taka, która nie potrzebowała litości ani uwielbienia. I właśnie dlatego postanowił, że nie da jej tego, czego spodziewała się dostać.
Ezra celowo nie przekraczał granic, które ona prowokowała go, by złamał. Bo rozumiał, że nie potrzebowała kolejnego faceta, który wsunie rękę pod jej sukienkę, kiedy będzie wystarczająco rozbita, by się nie bronić. Ona potrzebowała emocji. Potrzebowała, by coś ją poruszyło. Prawdziwie.
Trwale. Dlatego robił to, co robił, te wszystkie półsłówka, bliskie kroki, spojrzenia, które zostawały na niej zbyt długo, i zdania, które urywał w pół oddechu tylko po to, żeby zostawić ją z niedopowiedzeniem. On był przy niej cierpliwy. Zbyt cierpliwy, jak na kogoś tak impulsywnego jak ona. Ale nie bez powodu. Wiedział, że jeśli wyciągnie z niej wszystkie te niewypowiedziane rzeczy, złość, bunt, tęsknotę, potrzebę bycia kimś więcej niż tylko “czyjąś”, to Sloane znowu zacznie tworzyć. I to nie byle jak. A z pasją. Z ogniem. Z tym samym chaosem, który ją niszczył, ale i niósł. Ezra Creighton nie był jej terapeutą. Był cholernie wymagającym producentem. Ale wiedział, że jej emocje to nie przeszkoda. To surowiec. Więc grał dalej. Nie dlatego, że chciał ją złamać. Tylko dlatego, że chciał, by przypomniała sobie, jak to jest być niezniszczalną. To była ta wersja Sloane, którą znał od początku, pyskata, złośliwa, pełna sprzeczności, buzująca od emocji, które potrafiła ubrać w słowa lepiej niż większość artystów, z jakimi kiedykolwiek pracował.
OdpowiedzUsuńWidział, jak gasła. Słowa, które kiedyś wypadały z niej z siłą huraganu, teraz stawały w gardle. Więc dawał jej coś do walki. Punkt zaczepienia. Lustro, w które mogła krzyknąć i nie usłyszeć tylko ciszy. Wiedział, że kiedy Sloane Fletcher zaczyna się złościć, zaczyna też pisać. Że kiedy balansuje między pokusą a rozsądkiem, wtedy jej teksty trafiają celniej. Mocniej. Głębiej. Więc mówił. Patrzył. Zbliżał się o pół kroku za blisko, żeby widziała w jego oczach coś, co mogłoby być pragnieniem, ale równie dobrze mogło być tylko odbiciem jej własnych myśli. Sloane nie potrzebowała łatwego chłopaka, który ją pogłaszcze. Potrzebowała detonatora. I Ezra, cholera, potrafił nim być. Tylko że… nie na jej warunkach. Nie wtedy, gdy próbowała zatkać emocjonalną wyrwę po kimś innym. Nie, kiedy była na krawędzi i gotowa zrobić coś, czego później by żałowała. Bo znał ten mechanizm aż za dobrze. Bo sam go kiedyś stosował. A Sloane zasługiwała na więcej niż bycie swoją własną autodestrukcją. Więc się nie cofał. Ale też nie szedł dalej. To, co działo się między nimi, było ładunkiem. Potencjałem. Muzyką, która jeszcze nie powstała. A jeśli dobrze to rozegra, mogła powstać płyta, która będzie brzmieć jak jej własne serce. Brudne, poranione, ale bijące. Prawdziwe. I to było warte więcej niż szybki numerek między wersami.
Ezra
Ezra uniósł brew, jakby zaskoczony jej pytaniem, choć dobrze wiedział, że w jego przypadku nie istniało coś takiego jak niewinny zamiar. W jego spojrzeniu nie było nawet cienia wahania tylko błysk rozbawienia i znajomego, ironicznego uśmiechu, który pojawiał się zawsze, gdy Sloane mówiła coś, co przekraczało granice. Ale też coś w nim wyraźnie podpowiadało, że absolutnie mu to nie przeszkadza.
OdpowiedzUsuń— Może jedno i drugie — odpowiedział swobodnie, jakby flirt był ich wspólnym językiem ojczystym. — A może czekam, aż ty wyjdziesz pierwsza, żebym mógł się upewnić, że rzeczywiście masz czym się chwalić, skoro tak bardzo próbujesz odwrócić moją uwagę od jedzenia — odparł niewinnie, choć ton miał wszystko poza niewinnością. — Ale możesz to też potraktować to jako akt uprzejmości. W końcu przyzwoity człowiek, pamiętasz?
Przekrzywił lekko głowę, przesuwając po niej wzrokiem z subtelną domieszką oceny, jakby sprawdzał, jak długo jeszcze będą się tak droczyć, zanim coś się przesunie, niekoniecznie w słowach. — Daj się nacieszyć, Fletcher — rzucił z tym swoim bezczelnym półuśmiechem, takim, który mówił więcej niż powinien. — Nie codziennie zabieram do restauracji kobietę, która chce mnie naprzemiennie zabić i zaciągnąć do łóżka. Lubię mieć pełen obraz sytuacji.
Nie miał zamiaru się tłumaczyć. Nie musiał. Słowa między nimi były jak ruchy w partii szachów, wyważone, ale podszyte ryzykiem. Ezra lubił tę grę. Lubił ją nawet bardziej, niż planował. I dokładnie dlatego trzymał się tego dystansu, bezpiecznego, pozornego, opartego na przekonaniu, że to tylko wymiana słowna. Przez krótką chwilę przyglądał się jej twarzy, jakby analizował każdy niuans, każdą linię uśmiechu, kącik ust, błysk w oku. I cholera, wiedział, że gra była grą, ale przez ułamek sekundy miał ochotę ją przerwać. I nie z powodu tego, że przekraczała granice. Wręcz przeciwnie. Bo idealnie wiedziała, gdzie one są i nieco złośliwie kręciła się dokładnie na ich krawędzi, jakby zapraszając go, żeby spróbował ją popchnąć. Zamilkł na chwilę, po czym uśmiechnął się znów, tym razem bardziej drapieżnie niż czule.
— Przyzwoity to też szczery — dodał tonem o krok zbyt miękkim jak na ich standardy. — Nie byłbym sobą, gdybym cię nie uprzedził, ale nie martw się, tylko się pogapię. Dla dobra sprawy. I tego błyszczyka.
Nie poruszył się, nadal opierając się o drzwi, jakby przeciągając moment, zanim oboje wejdą do środka, do miejsca, w którym trzeba będzie zdjąć maski i zamienić napięcie na coś znacznie bardziej banalnego niż prawie-pocałunki i prowokacje.
— No dalej, prowadź. Zobaczymy, kto z nas pierwszy zrobi coś głupiego.
Ten obiad, jakkolwiek by się skończył, już był bardziej intensywny niż większość jego spotkań w tym mieście. I choć Ezra się do tego nie przyznał, jedno było jasne: cholernie mu się to podobało. Gdy wreszcie ruszyła jego wzrok rzeczywiście powędrował za nią, nie po to, żeby dać jej satysfakcję, ale dlatego, że nie mógł się powstrzymać. I wcale tego nie ukrywał. Ruszył za nią, poprawiając mankiet swojej koszuli, jakby zamierzał wejść na scenę.
— Tak z czystej ciekawości — odezwał się Ezra luźno, idąc tuż obok niej, jakby to był zwykły dzień roboczy, a nie kontynuacja pół-flirtu, pół-testu nerwów, który właśnie rozgrywali w drzwiach restauracji. — Już ci trochę przeszło z tą trasą? Czy nadal mam się spodziewać, że rozbijesz mi szklankę na głowie w ramach zemsty?
Zerknął na nią z boku, nie tracąc przy tym swojego spokojnego tonu. W jego oczach nie było kpiny, raczej coś w rodzaju trzeźwego realizmu zmieszanego z lekką pobłażliwością. Bo wiedział, że ją to wciąż wkurwia. I wiedział też, że ma do tego pełne prawo. Ale to nie znaczyło, że nie zamierzał tego punktować.
— Wiem, że nie jestem przez to twoim ulubionym człowiekiem, ale dobra wiadomość jest taka, że spotkasz się dziś z kimś od PR — dodał, jakby właśnie informował ją o planie lunchowym.
— Ogarnie ci socialki, komunikat, może nawet wyjaśni fanom, że to nie ty wszystko rozwaliłaś. Chociaż… w twoim przypadku dramaty się akurat dobrze klikają, więc kto wie? Może kryzys to po prostu szansa w błyszczącym papierku.
OdpowiedzUsuńWzruszył lekko ramionami, jakby całe to medialne zamieszanie było tylko częścią układanki, którą przywykł rozkładać na stole.
— Poza tym… — posłał jej jeden z tych swoich półuśmiechów, które można było zinterpretować na milion sposobów, a żaden z nich nie był jednoznaczny. — Zostaw sobie trochę amunicji na później. Nigdy nie wiadomo, kiedy naprawdę ci się przydam jako worek treningowy.
Znów spojrzał na nią z boku, jakby próbował wybadać, czy jego słowa trafiły tam, gdzie trzeba.
Ezra
Ezra zaśmiał się cicho, jakby właśnie usłyszał najprzyjemniejsze zagrożenie tego dnia.
OdpowiedzUsuń— No proszę, popielniczka na konsoli to był dopiero zwiastun nadchodzącej katastrofy. — Mruknął z zadowoleniem, patrząc na nią spod półprzymkniętych powiek. — A ja głupi myślałem, że to była twoja wersja „przepraszam, że zniknęłam, miałam emocjonalne spięcie z rzeczywistością”.
Nie było w jego głosie kpiny, raczej znajome znużenie tym, jak dobrze rozpoznawał schemat. Takich artystów miał już kilku na koncie. Ale tylko z jedną z nich pozwalał sobie na tak otwarty flirt. I tylko jednej dał się tak wytrącać z równowagi, nawet jeśli niczego nie pokazywał po sobie. Zatrzymał się tuż przy wejściu do restauracji i spojrzał na nią jakby właśnie oceniał, czy pociągnąć temat, czy dać jej parę sekund na ostudzenie własnego gniewu.
— Nie powiedziałem, że gość od PR to cudotwórca — odparł spokojnie, niemal z przesadną uprzejmością, jakby rozmawiali na konferencji prasowej. — Ale jest sprytny. I rozumie, że dziś wszystko da się przekuć w narrację. Od kryzysu po renesans artystki z pazurem, która wraca po „najtrudniejszych miesiącach życia” silniejsza niż kiedykolwiek.
Zrobił cudzysłów palcami, mrugając przy tym do niej prowokująco.
— Jeśli ci się to nie podoba, mogę zawsze powiedzieć mediom, że zrezygnowałaś z trasy, bo… z miłości. Współczucie dobrze się sprzedaje. — Dodał niewinnie. — Albo że jesteś w ciąży. Też działa. Tylko potem jest więcej kombinowania.
Milczał przez chwilę, pozwalając, by jego słowa zawisły między nimi jak mgła z perfum, które roznosiły się z jej skóry w chwilach, gdy nachylała się za blisko.
— A tak serio, Fletcher… — Jego ton na moment złagodniał, choć oczy wciąż się w niej wbijały, jakby czytał między wersami. — To nie była kara. Nie dla ciebie. Gdybym miał cię karać, wiedziałabyś o tym od pierwszej minuty. I nie byłoby w tym nic z flirtu.
Nie mrugnął. Nie cofnął się nawet o pół kroku. Ale ta granica cieniutka, rozgrzana do czerwoności jak drut pod napięciem, znów się przesunęła.
— Ludzie w necie to dzieci z telefonami i problemami, których nawet nie umieją nazwać. Wiesz, co myślę? Że to się odwróci szybciej niż ci się wydaje. Ale musisz zacząć od siebie. Od tego, co chcesz z tym zrobić. Bo jeśli zamierzasz wszystko opierać na emocjach, to… — urwał na moment, uśmiechając się pod nosem. — Cóż, może faktycznie potrzebujesz popielniczki, żeby się uspokoić. Albo czegoś lepszego. Obiad działa cuda.
Wyciągnął rękę, wskazując otwarte drzwi.
— Pani przodem. A tyłek masz zajebisty, skoro już się pytasz.
Ezra uśmiechnął się pod nosem, jakby właśnie przypomniał sobie coś wyjątkowo zabawnego.
— Czasem dobrze kogoś wkurwić, wiesz? — rzucił z nonszalanckim spokojem, jakby mówił o doborze czcionki do okładki płyty. — Zwłaszcza jak się robi rebranding. Ludzie muszą się trochę zagotować, żeby zauważyć, że coś się zmienia.
Spojrzał na nią znacząco, przechylając głowę.
— A ty właśnie zaczynasz wyglądać, jakbyś była gotowa na nową wersję siebie. Mniej do lubienia, bardziej do zapamiętania. Nie jesteś pieprzną dziewczyną z sąsiedztwa…
Wzruszył lekko ramionami, jakby to była tylko luźna obserwacja. Ale w jego spojrzeniu czaiło się coś więcej, rodzaj zawodowego głodu i… osobistego zainteresowania.
— Zobaczymy, czy ci się to spodoba. Albo komuś. Bo jedno jest pewne: grzeczna Sloane nie klika się tak dobrze, jak ta, co wali popielniczką i flirtuje ze swoim producentem.
Puścił jej oko, zanim sam ruszył w głąb restauracji.
— No chodź, rebranding nie zrobi się sam.
Ezra zatrzymał się na moment, odwracając lekko głowę przez ramię, zanim sięgnął po kartę w restauracji.
Uśmiech wciąż igrał mu w kąciku ust, jakby z góry wiedział, że wszystko idzie dokładnie tak, jak sobie zaplanował.
OdpowiedzUsuń— Musimy też zacząć pracę nad dokumentem — rzucił lekko, jakby mówił o czymś oczywistym, a nie o kolejnym potencjalnym polu minowym. — Kierunek artystyczny, koncepcja, kamera w garderobie i twoje głośne opinie o świecie. Wszystko.
Uniósł brwi, mierząc ją znaczącym spojrzeniem, które było zbyt spokojne, jak na treść, którą właśnie podał.
— Więc jeśli masz coś do wyrzucenia z siebie, kilka przekleństw, frustrację, może nawet parę niecenzuralnych myśli na mój temat, mikrofony będą gotowe.
Karta zatrzymała się między jego palcami, ale wzrok miał cały czas wbity w nią, jakby nie był pewien, czy zaraz rzuci w niego czymś fizycznym, czy tylko kolejną kąśliwą ripostą.
— Będzie autentycznie. Ludzie to kupią. A ty w końcu przestaniesz nosić to wszystko sama. Może nawet coś z tego będzie. Płyta. Prawda. Ty.
Przekrzywił głowę.
— Albo nowy powód, żeby mnie znienawidzić. Ale hej, to nie byłby zły materiał na finał, prawda?
Ezra
Ezra nie odezwał się od razu. Stał w miejscu jeszcze przez ułamek sekundy, jakby przetrawiał wszystkie słowa, które Sloane zdążyła właśnie wyrzucić z siebie razem z tymi złośliwymi, sarkastycznymi, pełnymi bólu i bezczelności. Nie potrzebował kamery, żeby widzieć, jak bardzo to wszystko w niej buzowało. I wcale się nie zdziwił, że powiedziała to właśnie teraz na granicy między flirtem a wyznaniem porażki. Ruszył w końcu za nią. W restauracji było półcicho, przyjemne ciepło kontrastowało z wieczornym chłodem Los Angeles, a ich stolik rzeczywiście znajdował się w jednej z bardziej odosobnionych części, intymnej, ale nie podejrzanej. Idealnej dla kogoś, kto miał być widziany, ale na własnych warunkach. Ezra bezczelnie zatrzymał się na moment, pozwalając sobie na ostatnie spojrzenie, nim usiadł. Nie zlustrował jej. Nie musiał. Było coś w sposobie, w jaki Sloane szła przed nim, pewność siebie i burza pod powierzchnią , że nie musiał jej oglądać, by wiedzieć, jak cholernie dobrze wygląda. Usiadł naprzeciwko niej i odchylił się lekko w fotelu, jeszcze przez chwilę obserwując ją w milczeniu. Już nie rozbawiony. Już nie flirtujący. Po prostu skupiony, z tą samą uwagą, którą zazwyczaj poświęcał produkcji, kiedy coś w nim klikało i wiedział, że ma w rękach coś, czego nie wolno spieprzyć.
OdpowiedzUsuń— Zapisz się na ten rzut siekierą, jeśli ci ulży. — Mruknął z nonszalanckim uśmiechem, który nie był już tak szelmowski, jak zwykle. Tym razem było w nim coś więcej. Zrozumienie? A może po prostu świadomość, że i tak nigdzie się nie wybierze. Zerknął na kartę, a potem na nią.
— To nie była kara, Sloane. — Powtórzył. Jego głos był niższy, poważniejszy niż wcześniej. — Jesteś cholernie wartościowym chaosem. — Przesunął palcem po krawędzi kieliszka, zanim kontynuował. — Ale nawet najlepszy materiał wymaga obróbki. Więc tak, zabraliśmy ci trasę. Ale zrobimy to dobrze, nikt nie będzie o niej pamiętał. Bo będą czekać na coś większego. A dokument? To nie będzie tylko marketingowy produkt, ani laurka, ani PR-owa kampania ratunkowa. To ty, w całej swojej cholernej sprzeczności. I to będzie piekielnie dobre, jeśli tylko nie uciekniesz.
Wyprostował się lekko, kiedy kelnerka postawiła przed nimi karty, rzucił jej krótkie „dziękuję”, a potem znów spojrzał na Sloane.
— Więc tak, możesz mnie nazywać kutasem. Nie wytnę. Przynajmniej będzie prawdziwie. A potem nagramy, jak rzucasz siekierkami. Może wrzucimy to na TikToka z dramatyczną muzyką w tle.
Dopiero teraz sięgnął po wodę, jakby tym gestem chciał nieco ochłodzić ton, który zaczynał zahaczać o zbyt osobisty grunt. Ale przecież z nią to było jak gra w szachy na czas, każde słowo mogło być ostatnim przed wybuchem.
— Przysięgam, jesteś jak jebana bomba zegarowa w butach od Saint Laurenta — mruknął bardziej do siebie niż do niej, a potem ruszył spokojnie za nią. Nie był ani zaskoczony, ani zniechęcony. Ani tym, co powiedziała, ani tym, że raz go niemal rozszarpuje, a za chwilę puszcza oczko, jakby między nimi nie było żadnej wojny. Wiedział, że nie tylko flirtuje. Wiedział też, że nie wybaczyła. I nie musiała, nie od razu.
Ezra uniósł brew, ledwie powstrzymując parsknięcie śmiechem, gdy padły te słowa. Oparł się wygodnie o oparcie krzesła, krzyżując ręce na piersi, wyraźnie rozbawiony, choć nie do końca przekonany do tej wersji wydarzeń.
— Och? — mruknął z teatralnym zainteresowaniem. — Nie byłaś sama? — powtórzył, przeciągając słowa. A potem powoli spojrzał na nią ponad kartą, jakby właśnie doznał jakiegoś olśnienia. — Sloane… nie chcesz mi chyba powiedzieć, że to Zaire wybił ci z głowy publiczne zrównanie mnie z ziemią? — zaczął powoli, przeciągając każde słowo z wyraźną kpiną w głosie.
Spojrzał na nią z przesadnym powagą, jakby ta możliwość była równie niepokojąca, co zabawna. — Co dalej? Polecił ci terapeutyczne kąpiele w lodzie? A może po prostu powiedział: “Zostaw go, nie warto” i spojrzał w dal jak postać z telenoweli? — Dodał, z teatralnym westchnięciem. Ironia w jego głosie była gładka jak jedwab, ale ciągnęła się jak stalowa linka. Jego uśmiech był szerszy niż wcześniej, złośliwy, ale podszyty czymś bardziej miękkim, tym samym tonem, który Ezra rezerwował dla tych, którzy potrafili mu dorównać. A Sloane, niezależnie od tego, jak bardzo próbował to sobie wyperswadować, z każdym dniem coraz bardziej to udowadniała.
OdpowiedzUsuń— Porada z gatunku: „Nie wkurwiaj faceta, który właśnie sfinansował twój comeback”. — Uśmiechnął się kątem ust, jakby naprawdę go to rozbawiło.
— Czyli to nie ty postanowiłaś zachować klasę, tylko ktoś musiał cię powstrzymać przed zamianą mojego nazwiska w hashtag... Miło, że masz teraz własny głos rozsądku. I to w osobie Zaire’a, serio. Zaskoczyłaś mnie.
Wyprostował się lekko, odłożył kartę i podparł brodę na dłoni, przyglądając się jej z niemal rozbawioną ciekawością.
— Chociaż z drugiej strony, nie wiem co bardziej mnie martwi: że chciałaś mnie publicznie zmiażdżyć, czy że faktycznie się od tego powstrzymałaś. To niepodobne do ciebie, Fletcher. — Ezra zaśmiał się krótko, ten dźwięk był cichy, ale podszyty autentycznym rozbawieniem. Pokręcił głową, jakby właśnie uświadomił sobie, że nie tylko Zaire zasługuje na medal, ale że sam powinien rozważyć poważne zmiany w regulaminie współpracy z Sloane.
— Dobra. — Westchnął teatralnie. — Do oficjalnego bana na Vegas muszę chyba dorzucić bana na Instagram.
Podniósł kieliszek, ale nie upił jeszcze ani kropli, tylko spojrzał na nią z nad jego krawędzi, z tym typowym dla siebie półuśmiechem, który mówił: Ty jesteś problemem, ale cholernie dobrze się przy tym bawię.
— Zakaz impulsywnego postowania, szczególnie po godzinie dwudziestej drugiej. I po drinku. I kiedy masz dostęp do Wi-Fi.— Przechylił głowę. — I żadnych stories nagrywanych w wannie. Z winem. Albo z psem. Albo z winem i psem. — Zamrugał niewinnie, jakby właśnie proponował coś absolutnie rozsądnego, nie próbując ugasić pożaru benzyną. Zerknął na nią znad stołu, tym razem już z wyraźnym uśmiechem.
— Albo w sumie najlepiej zainstalujmy ci jakąś aplikację z opiekunem. Każdy twój post musi przejść przez komisję złożoną z twojego PR-a, prawnika… i mnie. — Wzruszył ramionami. — Nie ufam ci. Ty jesteś zdolna napisać „zajebiste wakacje” i nieświadomie wywołać trzecią wojnę światową.
Nachylił się jeszcze trochę, głosem o pół tonu niższym.
— Szkoda byłoby stracić całą kampanię promocyjną przez jedno „fuck you” w relacji, nie sądzisz? Nawet jeśli miałoby być skierowane do mnie.
Oparł się znów wygodnie, z tym cholernym uśmieszkiem, który aż prosił się, żeby zetrzeć go z jego twarzy. — Możemy to dodać do dokumentu. „Faza PR-owej resocjalizacji: miesiąc pierwszy. Uczymy się, że Instagram to nie pamiętnik z liceum.”
Zamilkł na moment, po czym sięgnął po szklankę z wodą i uniósł ją w jej stronę. — Za rebranding, dokument i nowy rozdział. Nawet jeśli zaczyna się od przekleństw pod moim adresem. — Uśmiechnął się lekko, tym razem mniej bezczelnie, bardziej… szczerze. — I za to, że nie wrzuciłaś tego posta. Jeszcze. I tak, zamierzam cię nakarmić. Ale nie za szybko, bo jak jesteś głodna, to jesteś jeszcze zabawniejsza.
Uniósł brew, a potem spokojnie rozparł się w fotelu.
— Tylko nie zrób mi krzywdy do końca kwartału. Mam jeszcze jedną artystkę do podpisania. — Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie, które zawisło na niej odrobinę dłużej niż powinno, a potem wrócił do przeglądania dań. Jakby właśnie nie rozbroił na chwilę całego napięcia między nimi, tylko po to, by zaraz znów je rozniecić.
Ezra
Ezra, zajmując miejsce naprzeciwko niej z nonszalanckim wdziękiem, sięgnął po kartę dań, ale nie spojrzał w nią ani przez sekundę. Jego wzrok był zajęty czymś znacznie bardziej absorbującym, Sloane w wersji “niegrzecznej, ale jednak w sukience”. Zerknął na jej biodra z taką samą nonszalancją, z jaką zwykle rzucał ironiczne komentarze.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, — zaczął, odkładając menu i opierając się na łokciach. — Nie wiem, czy powinienem się śmiać czy dodać mu premię… — dodał po chwili z udawanym zamyśleniem. Uniósł brew z idealnie wyważoną kpiną i złośliwą satysfakcją. Przechylił głowę, jakby chciał się jej lepiej przyjrzeć.
— A jeśli bardzo się uprzesz, możemy cię nagrać, jak rzucasz siekierami w moją podobiznę i zrobić z tego trailer. Nowa era, nowa ty. Niezrównoważona, ale piekielnie efektowna. Ludzie to kupią.
Uśmiechnął się krzywo, jakby właśnie wygrał tę rundę.
— I tak, będzie film. Ale nie martw się, nie wypuszczę cię z tylko jedną godziną materiału. Chcę wszystkiego. Etapów. Fochów. Wyzwisk. Twarzy bez makijażu o piątej rano i emocjonalnych wyznań o byłych facetach, które potem udasz, że nie padły. — Uniósł kieliszek z wodą i stuknął lekko o jej. Oparł łokcie na stole i złożył dłonie przed sobą, patrząc na Sloane z czymś na pograniczu kpiny i lekkiego rozbawienia.
— Jeszcze tylko nauczysz się, jak nie rzucać telefonem i będzie z ciebie pełnoprawna ikona nowej generacji. Wściekła, seksowna i… z zakazem wstępu na Instagram.
Ezra uniósł brew i przechylił głowę z teatralnym niedowierzaniem, jakby naprawdę próbował przetrawić to, co właśnie usłyszał. Przetarł palcem po krawędzi szkła, jakby to miało mu pomóc zebrać myśli, zanim spojrzał na Sloane z tym swoim klasycznym „serio?” wymalowanym na twarzy.
— Wiesz… — zaczął powoli, tonem, który sugerował, że mówi coś bardziej do siebie niż do niej — …to, że Zaire cię odciągnął od tego posta, to chyba najbardziej zaskakujące, co dziś usłyszałem. Po jego stronie spodziewałbym się raczej… benzyny, zapałki i popcornu.
Zamilkł na ułamek sekundy, przyglądając się jej uważnie. W jego spojrzeniu było coś w rodzaju nieufnej ciekawości. Coś, co sugerowało, że mimo całego luzu, nie lekceważy tego wątku ani trochę.
— Gdybyś powiedziała, że powstrzymał cię zdrowy rozsądek… prędzej bym uwierzył, że ktoś cię uprowadził i zamienił duszę w kapsułkę matchy. — Uniósł brew. — Ale że zrobił to Zaire? Nie wiem, Fletcher. Brzmi podejrzanie.
Oparł się z powrotem o oparcie krzesła i skrzyżował ramiona na piersi, jakby mierzył się z jakimś równaniem, które nagle przestało mieć sens.
— To nie jest jego styl. On nie powstrzymuje ludzi przed robieniem dramatycznych rzeczy. On raczej rozkręca spektakl. Więc… — zawiesił głos — …jeśli miałbym się zastanawiać, to nie nad tym dlaczego cię powstrzymał, tylko co właściwie miał z tego dla siebie.
Jego wzrok znów się zawęził. Był uważny. Nie otwarcie oskarżycielski, ale też daleki od naiwności. — Bo jakoś ciężko mi uwierzyć, że Zaire nagle został apostołem opanowania i PR-owej ostrożności.
Nachylił się lekko do przodu, znów bliżej niej, spojrzenie ostrzejsze, niż przed chwilą. — Chyba że coś przegapiłem, a wasza historia jest dłuższa, niż mówisz.
Nie czekał na odpowiedź, przynajmniej nie od razu. To było pytanie rzucone luźno, niby mimochodem, ale tak naprawdę wyraźnie testujące grunt pod nogami. Jak wszystko u Ezry: opakowane w żart, podszyte czymś znacznie mniej zabawnym.
— Albo… — zaczął, przeciągając słowo z irytującym spokojem. Ezra uniósł lekko brew, jakby dopiero teraz wpadł na coś, co faktycznie mogło mieć sens. Zamyślił się na ułamek sekundy, nim zsunął się nieco niżej na fotelu i skrzyżował ramiona na piersi. Jego spojrzenie zrobiło się bardziej uważne, jakby testował tę hipotezę w głowie. — Po prostu chciał się ciebie pozbyć.
Wzruszył ramionami, z tym chłodnym, rzeczowym tonem, który brzmiał prawie obojętnie. Prawie. — To by było bardziej w jego stylu. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten jego nagły przypływ rozsądku był po prostu biletem w jedną stronę.
Ezra nie powiedział tego z żalem. Ani z zazdrością. Brzmiał jak człowiek, który widział zbyt wiele takich historii, żeby jeszcze się łudzić. Spojrzał na nią spokojnie, a potem sięgnął po szklankę, jakby właśnie powiedział coś tak oczywistego, że nie wymagało dalszego komentarza. Ezra wzruszył ramionami teatralnie, jakby naprawdę nie potrafił tego ogarnąć, ale było widać, że jego umysł pracuje cały czas. Jakby mimo całego dystansu, mimo całej tej ironii… coś w tej układance mu nie grało. — Ale hej. Może naprawdę miał dobry dzień. — Zmrużył oczy i uśmiechnął się leniwie. Oparł się wygodniej na fotelu i uśmiechnął tak, jak tylko Ezra potrafił, bezczelnie, drapieżnie, z błyskiem w oku, który aż prosił się o to, by ktoś mu przywalił za ten uśmieszek. Ale jednocześnie… było w nim coś, co zniechęcało do odwracania wzroku. Ezra przez moment milczał. Nie dlatego, że brakowało mu ciętej riposty, te zawsze miał w zanadrzu. Ale coś w jej tonie, a może w tym ledwie dostrzegalnym ułamku sekundy, kiedy spuściła wzrok, zatrzymało go. Nie ruszył się, nie zmienił wyrazu twarzy, ale w jego spojrzeniu pojawiło się coś trudnego do jednoznacznego nazwania. Zainteresowanie. Ciekawość. Może cień zrozumienia.
OdpowiedzUsuń— Mhm. — Odezwał się w końcu cicho, jakby ostrożnie testował grunt. — Nie wygląda mi to jak powód do świętowania? — W jego głosie nie było szyderstwa. Ani taniego współczucia. Tylko ten nieznośnie spokojny, analityczny ton, w którym potrafił zawrzeć więcej, niż wypowiadał słowami. — Ale wiesz co? Nie moja sprawa. — Wzruszył lekko ramionami. — I nie jestem tu, żeby rozdrapywać ci rany. — Dodał ciszej, wracając spojrzeniem do karty menu. — Ja jestem tylko tym wkurwiającym producentem. — Zamilkł na moment, po czym spojrzał na nią z nieco innym wyrazem, mniej sarkastycznym, bardziej rzeczowym. Odchylił się wygodniej, nie spuszczając z niej wzroku. Jego uśmiech był niebezpiecznie spokojny, z rodzaju tych, które nie zdradzają, czy ktoś właśnie się z tobą droczy, czy planuje kontratak.
— Nie mam złudzeń, Sloane. — Zawiesił głos i pochylił się minimalnie nad stołem, nachylając się lekko w jej stronę. — Ty nie potrzebujesz ani wina, ani Molly, żeby złamać zasady. Ty tylko potrzebujesz powodu. A tych, jak się domyślam, nie brakuje.
Mrugnął, a potem wycofał się z tą samą nonszalancją, z jaką wypowiadał wszystkie te słowa. Grał z nią, wiedział o tym. Ale też coraz bardziej zdawał sobie sprawę, że nie był jedynym graczem przy tym stole. Sloane nie potrzebowała żadnego przewodnika po chaosie, sama była jego królową.
— „To była jednorazowa sytuacja” — powtórzył z udawaną powagą. — Brzmi jak początek bardzo złych decyzji.
Jego głos, z pozoru luźny i rozbawiony, miał jednak tę charakterystyczną głębię, mieszankę uznania i ostrożności, jakby naprawdę miał świadomość, że siedzi naprzeciwko kogoś, kto mógłby rozpętać burzę jednym postem albo jednym spojrzeniem.
— Ale nie martw się — dodał, przechylając głowę lekko na bok i spoglądając jej prosto w oczy. — Lubię, jak próbujesz mi uprzykrzyć życie. To znaczy, dopóki nie rzucasz we mnie popielniczką. Wszystko inne… da się wytrzymać.
W jego tonie znów zagościł ten znajomy flirt, ledwie wyczuwalny, niedosłowny, ale wystarczająco obecny, by zostawić po sobie lekkie napięcie w powietrzu. A może tylko to ona je poczuła. Nie spojrzał nawet w menu. Podyktował kelnerce wybrane nazwy dań a potem znów skierował uwagę na Sloane.
— Rebranding. — Powtórzył po niej cicho, a potem spojrzał na nią inaczej. Uważniej. Jakby naprawdę przez moment patrzył nie na problem do zarządzania, tylko na człowieka, który właśnie siedział po drugiej stronie stołu.
Ezra
Ezra uniósł brwi, jakby właśnie usłyszał największe zaskoczenie dnia. Cofnął się nieznacznie, jakby potrzebował odrobiny dystansu tylko po to, żeby móc w pełni zaprezentować teatralne zdziwienie.
OdpowiedzUsuń— Nie opowiedział ci? — mruknął z fałszywą troską, przechylając głowę. — Naprawdę? Żadnej wersji wydarzeń? Nawet tej wybielonej, w której on był ofiarą, a ja czarnym charakterem?
Przez jego twarz przemknął cień rozbawienia, ale było w tym coś znacznie głębszego niż ironia. Coś, co przypominało, że za ich jawną niechęcią kryło się coś więcej niż jedno niedopowiedziane słowo.
— No tak, zapomniałem. Teraz mówi tylko to, co jest wygodne. — Oparł się znów o fotel, jakby całe to wspomnienie nagle go zmęczyło. Zamilkł na moment, patrząc na nią, jakby zastanawiał się, czy pociągnie temat dalej. Ezra nie od razu odpowiedział. Przechylił lekko głowę, jakby analizował nie tylko pytanie, ale też intencję, z którą je zadała. Jego spojrzenie nie spuszczało z niej wzroku, uważne, nieprzeniknione, podszyte czymś, czego nie dało się łatwo nazwać. I może właśnie dlatego nie odpowiedział od razu. Oparł się wygodniej w fotelu, skrzyżował ręce na piersi. Uśmiech, który pojawił się na jego ustach, był zbyt spokojny, zbyt kontrolowany.
— Pracowaliśmy razem, to fakt. Wspólny projekt, kilka głośnych tematów, trochę podejrzanych układów, których nikt nie kwestionował. — Wzruszył ramionami, jakby mówił o prognozie pogody, a nie o czymś, co odcisnęło na nim wyraźny ślad. — Potem była lojalność. Albo raczej jej brak. I granice, których nie miał prawa przekroczyć. Ale przekroczył.
Jego ton był pozbawiony jadu. To nie była zemsta ani tani dramatyzm. Raczej… zupełnie trzeźwe, chociaż wciąż emocjonalne przyznanie: coś się spierdoliło. Zamilkł na moment, jakby coś jeszcze chciał dodać. Ale nie zrobił tego. W tych kilku słowach zawarł wszystko zgryźliwość i ten znajomy rodzaj ironii, którym Ezra potrafił rozbroić każdą rozmowę. Ale kiedy opadł na oparcie fotela, coś w nim nieznacznie się zmieniło. Uśmiech nie zniknął całkiem, ale jego oczy przygasły, jakby ciężar wspomnień właśnie wdarł się między nich, nieproszony. Bo ta historia niezależnie od tego, jak Carter ją dziś opowiadał lub jak bardzo próbował z niej wymazać Ezrę, poniekąd dotyczyła też Sloane. Może nie w centrum wydarzeń. Może nie jako główny powód, ale była tam. Pomiędzy wersami niedopowiedzianych rozmów, w tle decyzji. W tej jednej sytuacji, która zmieniła wszystko, rozkładając lojalność na części i każąc każdemu wybrać stronę. Ezra nie musiał mówić tego na głos. Nie musiał tłumaczyć, że od tamtej pory nie patrzyli już na siebie tak samo. Że to, co między nimi było zawodowe, przestało być wyłącznie kwestią pracy, bo w grę weszła duma i zawiedzione zaufanie. Patrzył na Sloane, wiedząc, że być może wciąż nie zna całej prawdy. Ale znała wystarczająco dużo, żeby zrozumieć, że to nie była tylko historia dwóch facetów z ego za dużym na jedno miasto.
Ezra wytrzymał jej spojrzenie jeszcze przez chwilę, jakby testował, ile jest w stanie z niego wyczytać. Ale zamiast wracać do przeszłości zamiast otwierać szufladki, które najwyraźniej i tak już się uchylały westchnął cicho, teatralnie wręcz i odchylił się nieco na fotelu, jakby właśnie zrzucił z ramion ciężar, który sam na nie przed chwilą włożył.
— Ale to stare dzieje. Nieistotne. — Machnął ręką, jakby odganiał uporczywą muchę. — Wystarczy, że wiesz, że są ludzie, których się raz wykreśla i nigdy więcej nie wpisuje z powrotem. Nie przyjechałaś tu przecież rozgrzebywać moich konfliktów z twoim ex, tylko zbudować coś nowego. W założeniu: nieopartego na dramatach. Ale nie będę miał ci za złe, jeśli się potkniesz. Trudno się nie potknąć, jak się chodzi w butach od YSL.
Spojrzał na nią z nieco innym wyrazem twarzy. Może nawet z uznaniem, że nie próbowała udawać, że to nie obchodzi. Że pytała, choć wiedziała, że odpowiedź może być niewygodna. — Ale wiesz co? — dodał ciszej, pochylając się lekko do przodu, żeby skrócić dzielącą ich odległość. — Nie sądziłem, że właśnie ty o to zapytasz. — Kącik jego ust drgnął. I było w tym coś… jakby mimo wszystko jej ufał. Albo chciał. Albo przynajmniej był ciekaw, na ile głęboko Sloane chce wejść i czy wie, jak blisko ognia się zbliża. Ezra nie przeciągał ciszy. Nie miał zamiaru opowiadać jej wszystkiego, nie teraz, nie w tej restauracji, gdzie każde słowo mogło zawisnąć zbyt długo, a każde spojrzenie mogło znaczyć więcej, niż powinno. Prawda była zbyt ciężka, zbyt osobista. I zbyt skomplikowana. Dlatego właśnie postanowił zrobić to, co wychodziło mu najlepiej, przesunąć rozmowę dokładnie tam, gdzie chciał.
OdpowiedzUsuńOdchylił się na fotelu, jakby tamto pytanie w ogóle nie padło, i przesunął palcem po szkle, zostawiając smugę na ściance kieliszka.
— Zastanawiam się, czy uda ci się przeżyć pierwszą próbę bez rzucania czymkolwiek — powiedział lekko, unosząc na nią wzrok. — Myślisz, że się powstrzymasz, czy mamy zawczasu przygotować zapas mikrofonów?
Z powrotem był w trybie pracy. Choć w jego oczach nadal migotała nuta rozbawienia, ton głosu był już bardziej rzeczowy, skupiony ten, który słyszała, gdy oglądali sesje nagraniowe albo wybierali wersję master.
— Zaczniemy od tego kawałka, który ci pokazałem — dodał. — Muszę przyznać, że wersja demo wypadła lepiej, niż się spodziewałem…
Zawiesił na niej spojrzenie, dając jej wyraźnie znać, że nic mu nie umknęło.
— Mam też kilka pomysłów, jak można to podkręcić. Ale zanim się na coś rzucisz, wolałbym, żebyś to sama usłyszała. — Po chwili sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął pendrive. Położył go na stole, przesuwając w jej stronę z taką nonszalancją, jakby podawał jej zapalniczkę. — Posłuchaj, kiedy wrócisz. Tylko nie pisz mi o drugiej w nocy, że to jednak gówno, bo wtedy nie odbieram.
Ezra właśnie odsunął kieliszek z wodą, jakby uznał, że był zbyt jałowy na tę rozmowę, ale zamiast sięgnąć po coś mocniejszego, po prostu zsunął palce z krawędzi szkła i oparł się wygodniej, z tym swoim półuśmiechem, który zwykle zapowiadał, że zaraz powie coś, co wywróci stół do góry nogami.
— A, zapomniałbym... — Ezra sięgnął znów po kieliszek, jakby mówił o czymś równie banalnym co rezerwacja stolika. — Załatwiliśmy ci Super Bowl.
Spojrzał na nią spod rzęs, z pozornie nonszalanckim uśmiechem, który jednak mówił jedno: doskonale wiedział, jaką bombę właśnie zrzucił.
— Znaczy… nie będziesz rzucać piłką, spokojnie. Ale scena, światła, występ na żywo. Sześć i pół minuty, żeby pokazać wszystkim, że Sloane Fletcher nie tylko wróciła, ale zrobiła to tak, że nikomu nie da zapomnieć.
— Jest tylko jeden problem — dodał z tym swoim charakterystycznym tonem, w którym mieszała się niewzruszona rzeczowość z subtelną nutą kpiny. — Termin jest bliski. Bardzo bliski. — Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na dłużej przy oczach, jakby oceniał, ile jest w niej gotowości, a ile czystej adrenaliny. — Więc jeśli chcesz wejść z hukiem, a nie się ośmieszyć przed całą pieprzoną Ameryką… — zawiesił głos z teatralną pauzą — musisz się wziąć do roboty.
Oparł się wygodniej, nonszalancko założył rękę na oparcie swojego fotela. Uśmiech nie schodził mu z twarzy. — Chciałaś rebranding, masz rebranding. Może od razu po tym wrzucisz ten post z wanny, wiesz, jako domknięcie wątku. — I mrugnął do niej bezczelnie. Ezra skinął głową, jakby potwierdzał sam przed sobą, że to już moment, w którym można zrzucić bombę w pełnej krasie.
Ezra
Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, ten sam uśmiech, który mówił więcej niż jakakolwiek odpowiedź. Złośliwy, rozbawiony i podszyty czymś, co przypominało gorzki cień wspomnień. Odchylił się lekko na fotelu, jakby nie zamierzał się spieszyć z ripostą.
OdpowiedzUsuń— Tak, przypadkiem — powtórzył z przeciągniętą ironią, wodząc spojrzeniem po sali, jakby szukał świadka tej historii. — Przypadkiem byłem pierwszym idiotą, który uznał, że warto włożyć w niego czas, pieniądze i nazwisko. Zupełnie przypadkiem dopilnowałem, żeby otwierał większe koncerty, i przypadkiem wciągnąłem go do studia, zanim jeszcze wiedział, jak się poprawnie trzyma mikrofon.
Ezra uniósł kącik ust w jednym z tych półuśmiechów, które nie zwiastowały nic dobrego. Przesunął spojrzeniem po jej twarzy, jakby oceniając, czy mówi to z ciekawości, czy może próbuje sięgnąć głębiej, tam, gdzie nie każdy miał dostęp. Wzruszył ramionami, jakby to wszystko rzeczywiście było niczym więcej niż ciągiem zbiegów okoliczności. Sloane jednak dostrzegła w jego oczach cień czegoś innego, może rozgoryczenia, może irytacji, a może po prostu niedopowiedzianej historii, której wciąż nie chciał wyciągać na światło dzienne. Nie tutaj.
— A potem przypadkiem wszystko spieprzył. — Dodał z uśmiechem, który zupełnie nie pasował do tonu. — Ale to przecież już nie moja historia, prawda? — Zamilkł na moment, pozwalając, by cisza zawisła nad stołem. — Ale wiesz, nie żałuję. W końcu… spójrz, jaki piękny potwór z tego wyrósł. — Uniósł kieliszek z winem, jakby wznosił toast za sukces, który wymknął się spod kontroli. Nie spojrzał na nią od razu. Przez chwilę wpatrywał się gdzieś ponad jej głową, jakby właśnie zobaczył duchy przeszłości, które nie chciały odpuścić. Zgasił temat tak naturalnie, jakby zaciągał zasłonę. Ale jego spojrzenie, kiedy wróciło na Sloane, było nieco inne. Czujne. Jakby próbował ocenić, ile z tego naprawdę zrozumiała. Ile jeszcze chciała wiedzieć. I czy była gotowa na odpowiedzi. Ezra spojrzał na nią z lekkością, która była tak samo wyćwiczona jak jego uśmiech — nonszalancka, odrobinę kpiarska, ale ledwie maskująca ostrze ukryte pod spodem. Oparł się wygodniej o fotel, wodząc palcami po krawędzi kieliszka.
— Brzmię dokładnie tak, jak chcę brzmieć. — Odparł z tą swoją charakterystyczną mieszaniną kontrolowanej obojętności i niedopowiedzenia, która doprowadzała ludzi do szału, jeśli zbyt długo z nim rozmawiali. — A że ty z tego wyciągasz więcej, niż mówię… cóż. To już nie moja wina, Sloane.
Nie odpowiedział na pytanie o początki Cartera jakby ten temat nagle stracił dla niego ciężar, jakby był zbyt wyeksploatowany, zbyt rozległy, zbyt… osobisty, by rozwlekać go między krewetkami a winem. Ale w jego oczach, przez ułamek sekundy pojawił się błysk wspomnienia.
— Ale nie po to tu jesteśmy, prawda? — dodał lżej, jakby poprzednie słowa wcale nie padły. — Masz do zaśpiewania Super Bowl. A ja mam do zbudowania ciebie na nowo. Chyba, że jednak chcesz pogrzebać w cudzym grobie.
Ezra uniósł brew, jakby nie mógł się zdecydować, czy bardziej rozbawia go jej szok, czy to, jak szybko przeskoczyła od niedowierzania do absolutnej pewności siebie.
— I tak, mówimy o „tym” Super Bowl. Nie ma drugiego. — Mruknął. — W przerwie, na żywo, przed milionami ludzi, wśród konfetti, świateł i Amerykanów z popcornem w jednej i piwem w drugiej ręce. — Powoli odchylił się na fotelu, z rozbawionym błyskiem w oczach. — Lepiej zacznij ćwiczyć rzut mikrofonem. W razie gdyby się nie spodobało. — Ezra uniósł lekko brew, jakby w odpowiedzi na jej niedowierzanie. I choć zazwyczaj nie lubił się powtarzać, tym razem wyglądało na to, że sprawia mu to czystą satysfakcję. Widział jej reakcję pełną niedowierzania, ekscytacji i strachu, który błysnął gdzieś w kąciku oka, zanim zdążyła go ukryć za kieliszkiem. Zamilkł na chwilę, dając jej przetrawić wszystko, co właśnie padło. Nie musiał nic dodawać, wiedział, że dokładnie w tej chwili zaczęły się w jej głowie obliczenia, układanie planu, napięcie mięśni do sprintu.
I właśnie o to mu chodziło.
— Mieli — odparł w końcu spokojnie, wzruszając ramionami, jakby chodziło o drobną zamianę w line-upie lokalnego festiwalu, a nie o największy koncert w telewizji. — Ale… wypadł. Delikatnie mówiąc. — Uniósł brew, posyłając jej krótkie, znaczące spojrzenie. — Trzeba było pociągnąć za kilka sznurków, odkurzyć stare znajomości, przypomnieć parę osobom. No i… voilà. — Wzruszył ramionami jakby chodziło o coś banalnego. — Masz swój slot. Halftime. Największa scena w kraju, może na świecie.
OdpowiedzUsuńNachylił się lekko przez stół, nie przestając się uśmiechać, tym razem z lekkim błyskiem wyzwania w oczach.
— Masz szansę pokazać światu, że Sloane Fletcher wróciła i nie zamierza przepraszać za to, kim jest. Ani za to, co spaliła po drodze.
I, jakby nie patrzeć… — nachylił się nieznacznie, opierając przedramię o stół. — Potraktować to jak zemstę na wszystkich, którzy postawili na to, że nie wrócisz. — Nie dodał, że użył kilku przysług. Że podłożył komuś ogień pod tyłkiem i że nie wszyscy byli tym faktem zachwyceni. Ale to nie była jej sprawa. Ona miała wejść na scenę i zapłonąć. Zamilkł na moment, pozwalając ciszy opaść między nimi. — Więc… gratulacje. — Uniósł kieliszek z wodą i stuknął lekko o jej. — A zdjęcie z wanny? Upewnij się, że będzie artystyczne. I że nie rozlejesz mi wina na telefon. — I zanim zdążyła mu odpowiedzieć, z nonszalanckim spokojem upił łyk wina, jakby właśnie nie dał jej największej życiowej szansy i nie rzucił sugestii, która bezczelnie rozgościła się gdzieś w napięciu między nimi.
Ezra
Ezra odstawił kieliszek, spoglądając na nią z nieco zgaszonym uśmiechem, takim, który nie dotarł do oczu.
OdpowiedzUsuń— Carter nigdy nie był najlepszym kumplem — powiedział w końcu, nie siląc się na żadne upiększenia. Westchnął cicho, jakby właśnie wspominał coś, co próbował dawno wyrzucić z pamięci, ale wciąż tam było, jak zadrapanie na starej płycie, które za każdym razem zacinało tę samą nutę.
— Jedna sytuacja przelała czarę goryczy — dodał, sucho, jakby już dawno oddzielił od niej emocje, a przynajmniej chciał, żeby tak to wyglądało. Nie wyjaśnił, nie rozwinął. Ale ton głosu wystarczył, by Sloane zrozumiała, że to nie był dramatyczny gest ani pusta urażona duma. Tam naprawdę coś się wydarzyło. Coś większego niż różnica zdań. Większego niż muzyka. Ezra tylko spojrzał na nią dłużej, jakby właśnie ważył, czy powiedzieć coś więcej, ale nie zrobił tego.
Ezra odchylił się lekko na oparcie fotela, zerkając na nią z tym swoim lodowato spokojnym wyrazem twarzy, który zawsze poprzedzał zdanie, którego lepiej było nie przerywać.
— Była — powtórzył za nią, jakby podkreślenie tego słowa miało zamknąć pewien rozdział. — To tutaj słowo klucz. — Zrobił krótką pauzę, unosząc lekko kieliszek, ale nie napił się jeszcze. — Kiedy robiliśmy ten deal, byłem przekonany, że już się z niego wyleczyłaś.
Zawiesił głos, pozwalając, by echo tych słów wybrzmiało między nimi z pełną premedytacją. Uśmiechnął się lekko, jakby tylko dla siebie.
— Okazało się, że może nie do końca. — dodał sucho, przechylając głowę. — Małe komplikacje z twojej strony. Ale da się przeżyć.
Nie było w tym wyrzutu, raczej trzeźwa ocena sytuacji. On był przyzwyczajony do chaosu, ale nie lubił, gdy ktoś mu go przynosił nieświadomie. Sloane przyniosła go z pełną gracją i choć z pozoru to ignorował, wiedział dokładnie, co się dzieje.
— I zanim zapytasz… — podjął, jakby przewidywał jej kolejne myśli — …nie podpisałem z tobą kontraktu ze względu na Cartera. — Zmrużył lekko oczy. — Nie podejmuję decyzji biznesowych w tak płytki sposób. Nawet jeśli byłoby mi bardzo wygodnie zrzucić to na złośliwość.
Skrzywił się z lekkim politowaniem, które równie dobrze mogło być skierowane do niej, jak i do całej sytuacji. Wzruszył ramionami z tym swoim nonszalanckim luzem, choć każde jego słowo było dokładnie wycelowane. Zamieszał lekko winem w kieliszku, jakby chciał dać jej chwilę na przyswojenie tonu, w jakim to powiedział z chłodną precyzją, bez miejsca na niedomówienia.
— Nie jesteś tu jako czyjaś była. Jeśli jesteś tutaj, dlatego, że masz potencjał na coś więcej niż tylko headline do portali plotkarskich.
Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, nie odpowiadając od razu. Oparł łokieć o stół i przesunął palcami po brodzie, jakby rozważał, czy bardziej rozbawiła go jej śmiałość, czy fakt, że potrafiła w jednej chwili balansować między profesjonalizmem a czymś, co wcale nie było żartem.
— Przestań mi to wizualizować, Fletcher. — Mruknął leniwie. — Jeszcze się zakocham…
Jego spojrzenie było z jednej strony żartobliwe, ale gdzieś pod spodem kryło się to znajome napięcie, niewypowiedziane, ale obecne. To nie był pierwszy raz, gdy wymieniali między sobą takie zdania, ale po raz pierwszy Ezra puścił się trochę dalej. Może o milimetr, ale w jego przypadku to i tak było więcej niż zwykle. Bo nie chodziło o żart, tylko o to, że zaczynał się zastanawiać, co się stanie, jeśli naprawdę do tej wanny trafiłby kiedyś nie tylko telefon. Sięgnął po kieliszek i spojrzał na nią znad jego krawędzi.
— Nie zjebiemy tego. Ani ty, ani ja. — Powiedział już ciszej, bardziej poważnie. — To nie będzie występ. To będzie moment. I jeśli zrobisz to tak, jak myślę, że zrobisz… — Uniósł brew. — …to nikt nie będzie mówił, że to był twój powrót. Będą mówić, że to był twój początek.
Nie patrzył teraz na nią jak producent. Patrzył jak ktoś, kto stawiał wszystko na jedną kartę, nie tylko z powodu biznesu, ale dlatego, że wierzył, że to coś w niej nadal tam jest. I może nawet nie przestał w to wierzyć ani na moment. Wziął głębszy oddech i jakby chciał już złapać inny temat, zepchnąć to napięcie z toru, bo robiło się niebezpiecznie poważnie, ale jeszcze chwilę trzymał wzrok na niej. Ezra parsknął cicho, krótko, jakby rozbawiło go coś, czego jeszcze nie powiedział na głos. Oparł się łokciem o stół, a potem, z pozorną nonszalancją, nachylił się nieco w jej stronę, wystarczająco blisko, by jego głos dotarł tylko do niej.
OdpowiedzUsuń— W tym roku to my zabiegaliśmy o Super Bowl. — powiedział spokojnie. — Ale za rok? To oni mają zabiegać o ciebie.
Oparł się z powrotem, znów spokojny, jakby rzucił właśnie prognozę pogody. Ale w oczach miał coś innego, pewność. Nie tylko marketingową wizję, ale konkret. Strategię. Ryzyko, które zamierzał przekuć w sukces.
— I to będzie prawdziwa miara sukcesu, Fletcher. — dodał jeszcze, bez uśmiechu. — Kiedy nie dzwonisz, tylko odbierasz. I to od ludzi, którzy wcześniej nie raczyli nawet zapisać twojego numeru.
Ezra oparł się wygodniej, z pozornym spokojem przetaczając palcem po krawędzi kieliszka, jakby od niechcenia, ale w jego spojrzeniu pojawił się cień koncentracji, którego Sloane nie mogła zignorować. Nie mówił od razu. Jakby celowo pozwalał, by cisza zaczęła się między nimi sączyć nie nerwowa, raczej znacząca.
— No pressure. — rzucił luźno. — Tylko kariera. I reputacja. I kilka milionów widzów. Ale jakby co, zawsze możesz zwalić wszystko na choreografię.
A potem spojrzał na nią z takim spokojem, jakby naprawdę wierzył, że nie zawiedzie. I że jeśli ktoś ma podpalić ten stadion, to właśnie ona.
Ezra
Ezra przez chwilę tylko patrzył. Bez słowa, bez najmniejszego grymasu. W tym spojrzeniu nie było politowania ani chłodnej kalkulacji, był w nim ten rodzaj skupienia, który miał w sobie coś niemal niepokojącego. Jakby właśnie próbował ją rozgryźć do ostatniej warstwy. A potem, powoli, oparł się wygodniej, jakby wszystko, co powiedziała, trafiło dokładnie tam, gdzie powinno.
OdpowiedzUsuń— To bardzo dobra motywacja — powiedział cicho, ale bez żadnego pobłażania. — Chcesz, żeby żałowali? Zrób to tak dobrze, żeby nie mogli się od tego odwrócić. Żeby ich to uwierało. Każde jebane nazwisko, które się od ciebie odcięło niech teraz się wstydzi, że miało cię na wyciągnięcie ręki i nie wiedziało, co z tym zrobić.
Nachylił się lekko w jej stronę, ale wciąż zachowywał dystans fizyczny, nie emocjonalny. Jego głos był niższy, spokojny, ale każdy wyraz niósł ciężar.
— I nie dlatego, że im pokażesz środkowy palec. Tylko dlatego, że nie będą już mogli sobie wyobrazić tej sceny bez ciebie.
Wziął łyk wina i odchylił się wygodniej w fotelu, mierząc ją wzrokiem. Znów był sobą nieco bardziej wycofanym, opanowanym, z dystansem, który utrzymywał bez względu na to, jak bardzo wciągała go ta rozmowa.
— Scena, światło, warstwy. I ty w centrum. Brutalna, emocjonalna, piękna w tym, co masz do powiedzenia. Ale z kontrolą. Chcesz się rozliczyć z tym, co było? Zrób to przez sztukę, a nie dramat.
Przez moment jeszcze na nią patrzył, jakby oceniał, czy to już czas powiedzieć jej resztę
— Masz szansę zrobić coś, czego nikt się po tobie nie spodziewał. Złóż te wszystkie swoje blizny w coś większego. I pokaż im, że wróciłaś. Ale nie taka sama. Lepsza. Mądrzejsza. I nie do ruszenia.
Zawiesił głos na chwilę.
— A wtedy… nasz dokument nakręci się sam.
Nie uśmiechał się. Tym razem mówił serio. A potem, jakby nie chciał zostawić tej rozmowy zbyt długo w strefie ambicji i blizn, które oboje nosili pod skórą sięgnął po kieliszek i nachylił się do niej z półuśmiechem.
Ale kiedy zapytała poważnie o występ, Ezra natychmiast przeszedł w tryb pracy. Zmienił się w ułamku sekundy. Napięcie twarzy, skupienie w oczach, to był ktoś, kto myślał w strukturach, obrazach, efektach i emocjach.
— Jeszcze nie wiem — przyznał szczerze. — Zaproponuj coś — wzruszył nieznacznie ramionami. A potem znów spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem. Bo wiedział, że i tak to zrobi. Że ona zrobi to wszystko. Tylko potrzebowała celu i kogoś, kto powie jej, że już nie musi udowadniać niczego nikomu. Tylko sobie. Poczekał, aż Sloane skończy mówić. Nie przerywał. Nie uciekał spojrzeniem. Pozwolił jej wylać to, co miała do powiedzenia – szczerze, dość otwarcie, momentami nawet niebezpiecznie blisko granicy, której nie powinni jeszcze przekraczać. Ale nie próbował tej granicy przerywać. Uśmiechnął się kątem ust, ale był to uśmiech zawodowca, który zna stawkę i dokładnie wie, w co gra. A potem zsunął wzrok na jej kieliszek, jakby dając jej sekundę na przetrawienie słów, zanim znów przesunął palcem po krawędzi szklanego blatu.
— Co do piany, świeczek i dużej wanny… — zaczął z udawanym westchnięciem — …jeśli to ma ci pomóc z wizualizacją występu, to proszę bardzo. Zamówimy ci w studiu jacuzzi i postawimy kamerę. Ale tylko jedną. I żadnych filtrów. Nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jesteś hologramem.
Zamrugał powoli, niewinnie. Puścił oczko.
— A teraz, skoro już pogadaliśmy o przeszłości, przyszłości i wannach… — jego ton znów się rozluźnił, ale spojrzenie pozostało skupione — …chcesz deser?
Ezra
Ezra zaśmiał się cicho pod nosem, sięgając po swój kieliszek, ale nawet na moment nie spuścił z niej wzroku. Przeciwnie spojrzenie miał teraz jeszcze bardziej skupione, jakby badał, na ile może sobie pozwolić, zanim zrobi się naprawdę niebezpiecznie.
OdpowiedzUsuń— Sloane… — zaczął powoli, z tym swoim charakterystycznym tonem, który z pozoru brzmiał łagodnie, ale niósł ze sobą ostrzeżenie w półuśmiechu. — Nie podpuszczaj mnie. Bo skończy się tak, że kolejny klip naprawdę nagrasz w wannie. — Zawiesił głos tylko po to, żeby upić spokojny łyk wina. Przeciągał, celowo. — I nie mam tu na myśli żadnej metafory. Będzie wanna. Będzie piana. Będziesz śpiewać do kamery jakby to był twój ostatni raz na ziemi. — Przechylił głowę lekko na bok, z pozornie niewinnym uśmiechem. — A w tle napis: “Sztuka, nie dramat.” — Puścił jej oczko, udając, że właśnie rozważa ten koncept zupełnie poważnie. — Zresztą… to by się nawet dobrze sprzedało. Z twoją historią, z twoją twarzą, z tym spojrzeniem, jakbyś miała komuś zaraz wbić widelec w szyję...
Zerknął na nią jeszcze raz, z lekkim rozbawieniem.
— Więc… zanim coś powiesz dobrze się zastanów, co chcesz mi zasugerować. Bo ja mam środki, Sloane. I cholernie dobry zespół produkcyjny.
Oparł się nieco wygodniej, jakby uznał, że właśnie wchodzą w kolejną rundę tej ich niebezpiecznie łatwej gry.
— Ale skoro już mówimy o kamerach — dodał, zerkając znów w jej stronę. — Wiesz, że i tak będziesz musiała się zgodzić na kilka dokumentacyjnych ujęć z przygotowań. Kiedy się okaże, że show wysadzi system, ktoś będzie musiał to udokumentować. A potem sprzedać do streamingu jako historię wielkiego powrotu.
Uśmiechnął się kątem ust, w sposób, który nie zdradzał za dużo, ale mówił jasno jedno, widział jej potencjał. I planował go pokazać każdemu, kto kiedykolwiek w nią zwątpił.
— Tancerze są twoi, możesz tu ściągnąć kogo chcesz. Choreograf też będzie. Wybierz, albo ja wybiorę za ciebie. Nie chcemy kogoś, kto będzie ci tylko przytakiwał, ale dobrze, żebyś miała coś do powiedzenia. — Zniżył głos o ton. — Potrzebujesz kogoś, kto cię lekko wkurwi. Ja nie mogę się tym zajmować na pełen etat. Mam też inne zobowiązania.
Nie żeby Ezra nie wiedział, jak działała. Dobrze wiedział. Sloane najlepiej działała na kontrze. Tam, gdzie ktoś próbował ją zatrzymać, tam się wyrywała. Tam, gdzie dawano jej granicę, tam potrafiła ją przeskoczyć i jeszcze kazać bić brawo. Nie potrzebowała więcej klepania po ramieniu. Ezra wiedział, że nie motywuje się jej słodzeniem. Dawał przestrzeń, ale oczekiwał, że ją wypełni. I wiedział, że to zrobi. Zbyt długo milczała, zbyt wiele tłumiła. Wreszcie miała szansę to rozedrzeć.
— Jutro zaczynamy planowanie. Zespół, produkcja, budżet — rzucił tonem, który brzmiał jak decyzja. — A ty masz do rana spisać cokolwiek, co przyjdzie ci do głowy. Chaos, wizja, słowo. Nie interesuje mnie forma. Chcę zajrzeć ci do głowy, zanim zaczniemy porządkować ten bałagan.
Uniósł brew i dodał. — A jeśli masz pomysł na dramat, który nie kończy się płaczem po Carterze, to chętnie go usłyszę. Ale tylko pod warunkiem, że nie będziesz próbowała mnie do niego wciągnąć…
Zawiesił głos na ułamek sekundy, ale uśmiech nie zniknął. Nie dokończył. Pozwolił jej samej to sobie wyobrazić. Z pełną świadomością, że właśnie wrzuca ją w tryb, w którym była najbardziej niebezpieczna: kreatywna, niepokorna i gotowa pokazać wszystkim, kim naprawdę jest.
— I tak, dostaniesz deser z czekoladą.
Mruknął z udawaną rezygnacją, choć kącik jego ust uniósł się wyżej, jakby sam rozbawił się własną decyzją. — Ale nie dlatego, że zasłużyłaś. Po prostu nie chce, żebyś później jęczała, że nie dbam o swoje artystki.
Zaśmiał się cicho, już bez dystansu, z tą pewną siebie swobodą, którą miał tylko wtedy, gdy czuł się w pełni komfortowo. Atmosfera między nimi rozluźniła się na dobre, napięcie zaczęło się topnieć gdzieś w tle, a Ezra choć jak zwykle w pełni kontrolujący sytuację wyglądał, jakby naprawdę dobrze się bawił. Pokręcił lekko głową, a potem uniósł rękę, dając kelnerowi subtelny znak.
Zerknął w dół, na zegarek, zerknięcie krótkie, ale wystarczyło, by jego ton znów nabrał lekko roboczego brzmienia. Wsunął dłoń do kieszeni marynarki, jakby automatycznie przywracał sobie rytm dnia. — Przez najbliższy tydzień masz studio i ludzi dla siebie. Zarezerwowałem ci czas, przestrzeń, ekipę. — Uniósł brew, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. — Więc zrób z tego dobry użytek, Sloane. — Jego ton był lekki, ale słowa miały ciężar. To nie była prośba. Ani sugestia. To była szansa, a może nawet test. I oboje o tym wiedzieli. — Bo za tydzień już nie będzie wymówek.
OdpowiedzUsuńEzra jeszcze przez chwilę siedział w ciszy, pozwalając, by słowa o studiu wybrzmiały, a atmosfera znów lekko zawisła w powietrzu. Upił ostatni łyk wina, odstawił kieliszek i opadł nieco głębiej na oparcie krzesła, jakby wszystko, co najważniejsze, zostało już powiedziane. A potem, jakby mimochodem, jakby nie miał właśnie zamiaru zrzucić drugiej bomby tego wieczoru rzucił.
— Premiera nowego singla na Super Bowl... — Spojrzał na nią spod rzęs, zupełnie jakby testował reakcję. — Musisz przyznać, że trochę się dla ciebie postarałem, hmm?
Uśmiechnął się półgębkiem, nonszalancko, ale z wyraźnym błyskiem satysfakcji w oczach. Nie potrzebował poklasku. Wystarczył mu ten jeden moment, świadomość, że ustawił jej scenę jak nikt inny.
Ezra
OdpowiedzUsuńEzra miał wszystko zaplanowane. Nie żeby miał obsesję na punkcie kontroli, a przynajmniej nie tak to nazywał. On to nazywał efektywnością. Odpowiedzialnością. Profesjonalizmem. W świecie, w którym jedna źle ustawiona kamera mogła zrujnować występ transmitowany na cały świat, nie było miejsca na niedociągnięcia. Nie w jego ekipie. Nie przy jego nazwisku. A już na pewno nie przy jej. Super Bowl rządził się własnymi prawami. Miliony ludzi, kilka minut, żadnej powtórki. Albo zrobi się z tego coś, co żyje w pamięci latami, albo zapomni się o tym zanim zdążą zwinąć scenę. Ezra nie zamierzał pozwolić na to drugie. Od dnia, w którym opuścili tamtą restaurację, życie Sloane przyspieszyło. A Ezra? Ezra patrzył. Nie z dystansu, z bliska. Z bardzo bliska. Bo wbrew pozorom nie tylko ją prowadził, nie tylko ustalał plan działania. On ją obserwował. Analizował. Wyczuwał każdą zmianę tonu, każde drobne przesunięcie w jej energii. Wiedział, kiedy była skupiona, a kiedy bliska eksplozji. Wiedział, kiedy się cofnąć, a kiedy docisnąć. I był pod wrażeniem. Bo nie odpadła. Nie odpuszczała. W studiu była pierwsza. Czasem rozgrzewała głos, zanim jeszcze weszła ekipa. Czasem zasypiała na kanapie z laptopem na kolanach, po nocnym przesłuchiwaniu wersji demo. Nagrywali nowy singiel w trzech wersjach, zanim złapali to coś, co Ezra czuł w kościach. Potem była choreografia, która szła jak krew z nosa, dopóki Sloane nie zrobiła awantury, przewróciła butelkę wody o ścianę i nie przyniosła własnego pomysłu. Lepszego. Z każdym dniem coraz mniej było tej rozsypanej dziewczyny, która przyszła do niego kilka tygodni temu. A coraz więcej tej, którą kiedyś znała scena. Nie tej kontrowersyjnej, nie tej „zbyt wiele”, ale tej pewnej siebie, świadomej, precyzyjnej. Miała coś do udowodnienia. I on to czuł. Jak gorąco bijące spod skóry. Pracowała jakby próbowała nadgonić całe zmarnowane miesiące. Jakby jej głos miał być zemstą. I szczerze mówiąc? Zaczynał to rozumieć. Bo kiedy stali razem na hali treningowej, pod sufitem zawieszonym dziesięć metrów nad ziemią, a ona próbowała zsynchronizować ruch z uderzeniem światła, Ezra po prostu się patrzył. Ręce złożone na piersi, jedno brwi uniesione, ale spojrzenie skupione.
— Jeszcze raz — rzucał czasem. — Ale tym razem nie wyglądaj, jakbyś miała zaraz kogoś ugryźć.
I Sloane się nie burzyła. Przewracała oczami, rzucała tekstem, który powinien obrazić każdego innego producenta, ale nie jego. On tylko się uśmiechał. Czekał. A potem obserwował, jak robiła to jeszcze raz, lepiej. Silniej. Z większym pazurem. Nie musiała udowadniać niczego jemu. Ale jemu właśnie to imponowało najbardziej.
Wielki dzień nadchodził. Nieuchronnie. A razem z nim napięcie. Nie tylko u niej. Nie tylko w zespole. W nim też zaczęło buzować. Ezra nie należał do ludzi, których cokolwiek zaskakiwało, stresowało, zwykle to on zaskakiwał innych. Ale im bliżej było do występu, tym wyraźniej czuł ten znajomy ciężar między łopatkami. W hali technicznej ekipa sprawdzała światła po raz setny. W studio montażowym dopinali mixy wideo. W reżyserce ktoś niemal z nerwów zgrzytał zębami nad kolejnością kamer, a Ezra stał w tym wszystkim jak jądro burzy. Chłodny. Cichy. Uważny. Ale nie spokojny. Bo wiedział, że Sloane była gotowa, ale gotowość to jedno, a moment prawdy to drugie. W ostatnich dniach przestała się szarpać z rzeczywistością.
Przestała zgrywać twardą albo przesadnie emocjonalną. Przestała testować jego cierpliwość. Była… skupiona. Skondensowana. W środku czegoś, co Ezra znał dobrze, tej ciszy przed sceną. Przed walką. Przed detonacją. Widział, jak balansowała na krawędzi. I może właśnie to go w niej najbardziej fascynowało, że nie chciała zejść z tej krawędzi. Że coś ją tam trzymało i zamiast się cofnąć, parła do przodu. Ostatnia próba była niemal doskonała. Niemal.
OdpowiedzUsuń— Jeszcze nie to — rzucił cicho, gdy wszyscy zaczęli klaskać. — Brakuje iskry… — Spojrzała na niego bez słowa, spocona, zmęczona, z paznokciami zaciśniętymi na butelce z wodą. Ale nie odpowiedziała. Nie musiała. Wiedziała, że miał rację. Iskra pojawi się wtedy, kiedy będzie trzeba. I Ezra modlił się, po swojemu, bez boga, ale z szacunkiem dla losu, żeby się nie pomylił.
W całym zapleczu stadionu panował gwar. Gdzieś w oddali rozgrzewali się tancerze, mikroporty trzeszczały, światła były kalibrowane po raz dziesiąty, a Ezra siedział oparty o zimną ścianę technicznego korytarza z telefonem w dłoni i czarną kawą, której nawet nie tknął. Nie musiał. Nie potrzebował kofeiny, nie dziś. Adrenalina robiła swoje. Miał na sobie czarne spodnie i prostą, ciemną koszuę. Dłonie miał w kieszeniach. Jedno ucho cały czas słuchało interkomu, drugie, świata.
— Szefie… — jakiś młody techniczny podszedł niepewnie, trzymając w dłoni coś, co miało wyglądać na clipboard, ale drżało mu w dłoniach. — Nie chcę robić zamieszania, ale… chyba coś jest nie tak z nią.
Ezra uniósł wzrok.
– Mów konkretnie.
Chłopak łyknął ślinę, zerknął przez ramię, jakby się bał, że ktoś go usłyszy.
– W garderobie. Powiedziała, żeby nikt nie wchodził, że chce mieć chwilę dla siebie, ale ktoś słyszał jak próbowała sobie załatwić… coś na odwagę.
Zamilkł. To „coś” nie musiało być nazwane. Wszyscy wiedzieli, co to mogło być. Ezra przez chwilę nie powiedział nic. Spojrzał ponad jego ramieniem w dal, jakby próbował zlokalizować punkt zapalny przez ściany. Potem bardzo spokojnie oddał mu kubek z kawą, zgasił ekran telefonu i poprawił mankiet marynarki.
– Dobra. Zajmę się tym.
Nie musiał pytać, która garderoba. Wiedział. Ruszył powoli, bez zbędnego pośpiechu, ale coś w jego ciele napięło się jak lina przed zerwaniem. Nie wyglądał na wkurwionego. Nie wyglądał na zestresowanego. Wyglądał… jak producent, który właśnie dowiedział się, że bomba tyka szybciej niż zakładał. Zatrzymał się przed drzwiami, na których widniało tylko jedno słowo: Sloane. Zastukał raz. Spróbował otworzyć drzwi, ale zamknęła je od środka. Zastukał więc znowu. Dał jej szansę zanim poprosi kogoś o otwarcie tych drzwi siłą.
Ezra
Ezra nawet nie drgnął. Stał w drzwiach garderoby spokojny w sposób, który nie miał nic wspólnego z opanowaniem, to był ten rodzaj ciszy, który zapada przed burzą. Jedną rękę trzymał na framudze, drugą wsunął do kieszeni, jakby nie wchodził właśnie w sam środek pola minowego na kilka minut przed największym występem roku.
OdpowiedzUsuń— Ty mi powiedz…
W końcu wszedł do środka. Zamknął za sobą drzwi, przekręcił zamek i oparł się plecami o skrzydło, zostawiając za sobą całe to przedsceniczne piekło, ludzi, napięcie, czas odliczany co do sekundy. Tutaj czas na chwilę się zatrzymał. Albo raczej: Ezra go zawiesił. Przesunął spojrzeniem po garderobie. Na stole niedopita butelka wody, w kącie oparty o ścianę statyw z mikroportem, który powinien być już przypięty. Buty dalej stały nietknięte. Strój nie zdjęty z wieszaka. Ezra nie mówił przez moment nic. Jakby dawał jej jeszcze sekundę, by się ogarnęła. Albo dała mu powód, by nie musiał tego wypowiadać na głos. W końcu odezwał się spokojnie, ale z tą lodowatą precyzją, która w jego przypadku zawsze oznaczała, że wie więcej niż mówi.
Spojrzał na nią uważnie. Na twarz, na oczy, na to jak zaciskała palce na materiale szlafroka, jakby miał ją uchronić przed całym stadionem za ścianą.
— Co się dzieje, Sloane? — zapytał cicho. Bez pretensji, bez tonu ojcowskiego zawodu. Zrobił kilka kroków w jej stronę, ale wciąż zachował bezpieczny dystans. Nie chciał jej przygniatać. Chciał wiedzieć. Patrzył prosto w nią, nie przez nią. — Chcesz coś na odwagę?
Uniósł lekko głowę, jakby próbował jej przypomnieć, że to ona miała kontrolę. Tylko tyle. Ale ton był jasny: Nie marnuj mojego czasu. Powiedz prawdę. Nie wyglądał na zirytowanego. Nie wyglądał na rozczarowanego. Wyglądał na kogoś, kto bardzo nie chce teraz usłyszeć, że jego artystka na kilkadziesiąt minut przed występem na Super Bowl rozważa właśnie kreskę. Bo jeśli tak było, to miała ostatnią szansę, by mu to powiedzieć sama. Albo skłamać w sposób, który kupi.
Ezra nie wyglądał na człowieka, który pozwoli, żeby ten występ, jego produkcja, jej przełom, ich tygodnie pracy poległ, bo ktoś w garderobie pomylił tremę z potrzebą bodźca. Nie patrzył na nią jak producent na artystkę, która zaraz może wszystko spieprzyć. Patrzył jak ktoś, kto przez ostatni miesiąc widział ją codziennie: spoconą, wkurzoną, zmęczoną, skupioną do granic obłędu. Kogoś, kto nie zawalił ani jednego dnia.
— I zanim coś powiesz — ciągnął dalej, ton wciąż równy. — Nie przyszedłem tu robić sceny. Nie przyszedłem cię kontrolować. I na pewno nie przyszedłem, żeby cię zawstydzać.
Nie poganiał jej. Nie drążył. Po prostu przeszedł przez pomieszczenie jak u siebie, z nonszalancją, której musiał się nauczyć dawno temu tej, która mówiła: mam kontrolę, nawet jeśli płonie mi grunt pod nogami.
Dotarł do małego barku w kącie garderoby, którego zawartość chyba znał już lepiej niż niektórzy asystenci. Zignorował puszki z energetykami i wodą kokosową, zamiast tego sięgnął po butelkę whisky. Jedną z tych, które najwyraźniej zostawiono tu „na specjalne okazje”. Odkręcił zakrętkę i bez pytania, bez tłumaczenia, nalał sobie odrobinę do szklanki, którą postawił obok.
— Z braku kawy i cierpliwości. — Mruknął pod nosem, zanim upił niewielki łyk, jakby to miało mu pomóc zrozumieć, co właściwie dzieje się przed nim. — Po prostu… wygląda, jakbyś chciała się stąd wymazać. A miałaś wyjść i rozpierdolić ten stadion, nie?
OdpowiedzUsuńOparł się biodrem o szafkę, trzymając szklankę w dłoni, ale wzrok miał wciąż wbity w nią. Uważny. Niewzruszony, choć coś w napiętej linii szczęki zdradzało, że nie przyszedł tu tylko po to, by rzucić bon motem i zniknąć.
— Więc powiedz mi, co mam dziś robić. Mam cię znieczulić, odciągnąć, potrzymać za rękę, czy zamknąć drzwi, odwrócić się i pozwolić, żebyś znowu wszystko spaliła? — zapytał cicho, ale bez miękkości. — Bo wiesz, że zrobisz tylko jedno z tych. Więcej czasu nie ma.
Podszedł bliżej. Na tyle blisko żeby zburzyć jej przestrzeń osobistą.
— Widziałem cię przez ostatni miesiąc. Widziałem, jak pracujesz. Widziałem, jak ciągniesz próby, kiedy inni padali. Jak poprawiasz detale, których nikt poza tobą by nie zauważył. — Spojrzał jej prosto w oczy. Zamilkł na chwilę.
— Jeśli teraz chcesz mi powiedzieć, że bez kreski nie wyjdziesz na scenę, to ja ci nie uwierzę.
Nie było w nim złości. Było napięcie. Skupienie. I coś jeszcze, determinacja, żeby nie pozwolić jej zniszczyć własnej roboty na ostatniej prostej.
Ezra
Ezra nie ruszył się od razu, choć napięcie w jego barkach lekko opadło. Wciąż patrzył na nią, nie jak producent, nie jak ktoś, kto za chwilę będzie musiał tłumaczyć się sponsorom, ale jak człowiek, który naprawdę chciał zrozumieć. Zmarszczył brwi nieznacznie, spojrzenie zsunęło mu się na jej dłoń, drżącą od emocji, a potem znów na jej twarz, w której nie było już żadnej maski.
OdpowiedzUsuń— Sloane — powiedział cicho, ale wyraźnie. Nie po to, żeby ją przywołać do porządku, tylko żeby po prostu była z nim tu, teraz. — To naprawdę tylko to?
Nie oskarżał. To pytanie nie było testem ani zaczepką.
— Stres? Ludzie? Światła? Stadion? — wymieniał powoli, z intonacją, która mówiła jasno: to wszystko mogłoby wystarczyć, ale czy to naprawdę wszystko? Przechylił lekko głowę, jakby próbował coś z niej wyczytać, ale tym razem nie miał zamiaru jej rozgryzać. Chciał, żeby sama się odsłoniła, albo przynajmniej spróbowała. Nawet na centymetr.
— Od miesiąca idziesz jak maszyna. Nie narzekasz, nie odpuszczasz. Nawet nie marudzisz, a potrafisz, kiedy chcesz — dodał łagodnym, prawie ciepłym tonem, który nie miał nic wspólnego z sarkazmem. — A dziś, tuż przed końcem, coś cię zatrzymuje. I trudno mi uwierzyć, że to tylko liczba ludzi przed sceną.
Westchnął cicho. Nie teatralnie. Jak ktoś, kto naprawdę się martwi.
— Nie przyszliśmy tu tylko po sukces, Sloane. Mieliśmy to zrobić po twojemu. I jeśli coś się w tym po drodze zmieniło, chcę to wiedzieć.
Nie musiała odpowiadać od razu. Ale Ezra nie mówił już jak szef. Mówił jak ktoś, kto był gotowy zostać tutaj tak długo, jak będzie trzeba. Patrzył na nią spokojnie, choć w jego oczach kryło się to, czego u niego nie widziało się zbyt często: prawdziwa troska. Nie rozczulanie się. Nie kontrola. Prawdziwe, przejęte „co mogę zrobić, żebyś nie spadła?”.
— Powiedz mi, czego potrzebujesz. — Jego głos nie był już cichy, ale miękki, pewny, jakby chciał, żeby się o niego oparła, choćby na chwilę. — Nie w teorii. Nie za godzinę. Teraz. Nie patrzył jej w oczy jak ktoś, kto zaraz oceni. Patrzył jak ktoś, kto szukał drzwi, przez które da się do niej dotrzeć.
— Chcesz żebym wywalił ludzi z garderoby? Odwołał ten pieprzony występ i pozwolił ci zniknąć? — zapytał spokojnie, bez kpiny. Usiadł obok na tej samej sofie, ale się nie opierał, nie rozsiadł się wygodnie, jakby był u siebie, nie rozluźnił. Zamiast tego pochylił się lekko do przodu, przedramiona oparł na udach, a palce splótł ze sobą. Siedział tak przez moment jakby zbierał myśli. Nie był tu po to, żeby ją oceniać, nie przyszło mu do głowy, żeby ją strofować. Mógł być jej producentem, ale teraz… teraz był po prostu człowiekiem, który widział, jak bardzo wszystko w niej się trzęsie. Wiedział, że to, co teraz powie, może mieć większe znaczenie niż wszystkie rozmowy z ostatniego miesiąca. Tu już nie chodziło o kontrakty, harmonogramy i sponsorów. Tu chodziło o nią.
— Powiedz mi, czego potrzebujesz — odezwał się cicho, niemal miękko. Zawiesił głos na moment. Odwrócił głowę w jej stronę, ale nie szukał jej spojrzenia na siłę. Czekał. Na słowa, na gest, na jakikolwiek znak.
— Mam ci to załatwić, czego szukasz? Bo nie mam zamiaru siedzieć i patrzeć, jak się rozbijasz o coś, co razem budowaliśmy od tygodni.
Pochylił się lekko, głos wciąż miał niski, ale w słowach była siła. Ugruntowana, spokojna. Zamilkł na chwilę. Odstawił szklankę na bok. Przeniósł ciężar ciała i oparł się plecami o sofę, tuż obok niej, nieco niżej, opierając o zagłówek również kark. Westchnął cicho przez nos, nieco wolniej niż zwykle, jakby celowo spowalniał wszystko wokół, żeby dać jej przestrzeń. Odwrócił głowę w jej stronę. Na wyciągnięcie ręki, jeżeli zdecyduje, że go teraz potrzebuje.
Ezra
Ezra przez chwilę tylko patrzył na nią z boku, uważnie, bez emocji na twarzy, które mogłyby ją podnieść na duchu lub dobić. Ale kiedy padło to ostatnie „co jeśli wszystko popsuję?” westchnął krótko i oparł się z powrotem łokciem o oparcie sofy, przekręcając głowę w jej stronę.
OdpowiedzUsuń— Okej, przestań — powiedział cicho, ale twardo. — Nie pieprz głupot.
Nie było w tym złości. Była irytacja. Ale nie na nią. Na to, co właśnie zaczynała sobie wkręcać.
— Znasz układy. Znasz set. Pracowałaś jak pojebana przez cały miesiąc. Widziałem to. Widziałem cię leżącą na podłodze o trzeciej w nocy, kiedy reszta zespołu już dawno poszła do domu. I co? Teraz nagle nie jesteś gotowa, bo się boisz?
Zacisnął palce na własnym kolanie i pokręcił głową.
— Nie jesteś pierwszą artystką, której nerwy siadają przed wyjściem. I nie będziesz ostatnią. Ale nie mów mi, że nie dasz rady, bo to kłamstwo. Mówisz to, żeby mieć wymówkę, jeśli coś pójdzie nie tak. Ale nic nie pójdzie nie tak. Nie dzisiaj.
Milczał przez moment, zanim dodał.
— Więc siedź tu jeszcze przez chwilę, jeśli musisz. Powyzywaj mnie, jeśli to ci pomoże. Ale jak wstaniesz, to masz iść tam i rozerwać im łby. Nie musisz mieć pewności. Wystarczy, że masz mnie. Ja wiem, że to zrobisz dobrze. I jak ja to wiem, to ty też możesz to wiedzieć.
Odchylił się lekko, odwracając wzrok, jakby to zamykało temat.
— A jeśli naprawdę nie dasz rady… — dodał po chwili ciszej, prawie nie patrząc już w jej stronę. — To wstanę i załatwię to za ciebie. Ale tego nie chcę. I wiem, że ty też nie.
Znów spojrzał na nią, twardo, uważnie, spokojnie. Jakby sprawdzał, czy już do niej dotarło. Ezra milczał przez kilka sekund, jakby ważył coś w głowie. Potem westchnął krótko, sięgnął do kieszeni i zaczął w niej grzebać bez pośpiechu. Wyciągnął z niej zmięty, biały pakiet, ledwo trzymający formę, jakby był tam od dawna, zapomniany. Nie podał go od razu. Najpierw oparł się bliżej. Jego dłoń spoczęła ciężko na jej udzie, stabilnie, bez czułości, raczej jak kotwica niż dotyk. Potem rozłożył palce i położył pakiet na otwartej dłoni, tuż przed nią.
— Jeśli chcesz — powiedział spokojnie. Bez nacisku. Bez ocen. — To możesz wziąć.
Uniósł na nią wzrok, uważny, przenikliwy.
— Mogę nawet wziąć z tobą. Dla towarzystwa. Jeśli to sprawi, że przestaniesz się trząść i wyjdziesz tam bez poczucia, że zaraz się rozpadniesz.
Nie cofnął ręki. Nie przybliżył jej bardziej. Zostawił wybór dokładnie tam, gdzie powinien być, po jej stronie.
— Ale potem będziesz do końca życia mówić sobie, że swoje pierwsze Super Bowl zrobiłaś po kokainie. Że bez tego byś nie dała rady. Że to nie była twoja siła, tylko proszek z mojej kieszeni.
Zamilkł na moment. Wystarczająco długo, by ta myśl mogła się w niej pojawić. I zgasnąć.
— I to jest jedyne pytanie, które teraz ma znaczenie — powiedział. — Czy chcesz dziś wyjść tam jako Sloane, która dała radę, czy jako Sloane, która musiała się znieczulić, żeby w ogóle postawić stopę na scenie.
Patrzył na nią bez mrugnięcia.
— Ja nie będę cię ratował przed tobą samą. W tej chwili zaakceptuje każdą wersję…
Pakiet leżał na jego dłoni. Ciężki. Cichy. Czekający. Jego dłoń, oparta o jej udo, zaczęła palić. Nie w dosłowny sposób, nie jak ogień, raczej jak napięcie, które powoli wgryza się pod skórę. Ezra czuł to wyraźnie. Ciepło jej ciała, mikroruchy mięśni, drżenie, którego nie była w stanie już kontrolować. To nie był erotyczny impuls. To było coś znacznie bardziej niebezpiecznego, świadomość, że siedzi obok kogoś, kto stoi dokładnie na krawędzi. I że on właśnie położył przed nią zapalnik. Z perspektywy Ezry wszystko nagle zwolniło. Dźwięki stadionu, które jeszcze chwilę temu docierały przez ściany jak niski pomruk, zniknęły. Zostało tylko to pomieszczenie, jej oddech i ciężar decyzji, który dosłownie czuł w przedramieniu.
Nie cofnął dłoni. Nie dlatego, że nie mógł, tylko dlatego, że wiedział, że jej cofnięcie byłoby ucieczką. A Ezra nie uciekał. Nie teraz. Nie w takim momencie. Czuł, jak jej udo napina się pod jego palcami. Jakby sama obecność tej dłoni była kolejnym bodźcem, kolejnym „za dużo”. Jakby jej ciało reagowało szybciej niż głowa. Jakby ta dłoń była jednocześnie zakazem i pozwoleniem. Pakiet na jego otwartej dłoni wydawał się nagle absurdalnie mały jak na wagę, jaką miał. Tyle miesięcy pracy. Tyle ludzi. Tyle zer na umowach. I wszystko mogło się rozpaść albo właśnie scalić przez coś, co mieściło się w zmiętym papierku. Ezra patrzył na nią uważnie, chłonąc każdy szczegół, napiętą linię szczęki, sposób, w jaki zacisnęła palce na szlafroku, to jedno krótkie, urwane wciągnięcie powietrza, którego nie kontrolowała. Czuł, że jeśli teraz się odezwie, powie jedno słowo za dużo, przechyli szalę. A jeśli zostanie cicho, zmusi ją do spojrzenia w siebie. Pierwszy raz od bardzo dawna Ezra miał świadomość, że cokolwiek wydarzy się w ciągu następnych kilkunastu sekund, będzie jego winą albo jego zasługą.
OdpowiedzUsuńPrzez ułamek sekundy Ezra poczuł coś, co zaskoczyło nawet jego. To było niejasne, surowe, zupełnie nie na miejscu, ale prawdziwe. Impuls. Chęć, żeby ją dotknąć. Nie w sposób, który mógłby się wymknąć spod kontroli. Nie łapczywie. Raczej… jakby chciał sprawdzić, czy to wszystko, co działo się między nimi, było prawdziwe. Czy ona nadal była rzeczywista, czy już tylko zbiorem rozedrganych nerwów i wyuczonych póz. Chciał przesunąć palcami wzdłuż jej uda. Zobaczyć, jak zareaguje. Jak zadrży. Jak spojrzy na niego z wyrzutem albo ulgą. Ale stłamsił to. Z precyzją, jakiej nauczyły go lata. Z siłą, jaką potrafią wygenerować tylko ci, którzy zbyt często robili rzeczy, których potem żałowali. To nie był czas. Nie była to przestrzeń.
A ona nie potrzebowała teraz kogoś, kto przełamuje granice. Potrzebowała kogoś, kto ich pilnuje. Więc Ezra nie drgnął. Nie przesunął palców. Tylko patrzył, z tą piekielnie ciężką świadomością, że przez jedną cholerną sekundę naprawdę tego chciał.
Ezra
Ezra uśmiechnął się pod nosem, kiedy usłyszał jej ciche: „Myślałam, że nie bierzesz.” Przeniósł na nią spojrzenie, powoli, leniwie, jakby nie chciał jej spłoszyć, a jednocześnie już wtedy w jego oczach czaił się cień rozbawienia.
OdpowiedzUsuń— A tak powiedział? — parsknął cicho, jakby rozbawiła go sama sugestia. Uniósł brew, opierając głowę o oparcie kanapy, wciąż patrząc na nią z boku. Na jego ustach zatańczył ten półuśmiech, który u Ezry oznaczał wszystko i nic zarazem.
— Jest sporo rzeczy, których o mnie nie wiesz, Sloane.
Brzmiał lekko, prawie nonszalancko, ale jego głos miał ten charakterystyczny spokój, pod którym zawsze kryło się więcej niż chciał pokazać. I może właśnie dlatego zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Lub jak obietnica. W zależności od tego, jak bardzo ktoś chciał go czytać między wierszami. Zamilkł na moment, a potem dodał cicho, już bez śmiechu.
— Ale to akurat niekoniecznie zła rzecz. Nie musisz mnie znać na wylot — dodał w końcu, cicho, ale wyraźnie. — Wystarczy, że się domyślasz, kiedy trzeba. I że wiesz, kiedy powiedzieć „nie”.
Ezra nie spuścił z niej wzroku ani na sekundę. Kiedy powiedziała „nie chcę tego”, coś w nim wyraźnie opadło, jak napięta lina, która wreszcie przestała drżeć. Nie triumf. Nie ulga w sensie moralnym. Raczej potwierdzenie. Że to wciąż ona. Nie wersja po proszku, nie Sloane na skróty, tylko ta, która zawsze robiła rzeczy najtrudniejszą możliwą drogą.
Powoli zamknął dłoń, chowając zmięty pakiet, jakby nigdy nie powinien był się pojawić. Wsadził go z powrotem do kieszeni bez pośpiechu, bez teatralności. Zrobił to spokojnie, świadomie. Nie dlatego, że musiał. Dlatego, że ona już stała stabilnie sama.
— Dobrze — powiedział krótko, nisko. Bez pochwał. Bez „jestem z ciebie dumny”. Teraz siedzieli blisko, ale bez dotyku. Jakby oboje wiedzieli, że ten centymetr dystansu jest teraz ważniejszy niż cokolwiek innego. Spojrzał na nią z ukosa, wzrokiem, który był zaskakująco spokojny, jak na to, co przed chwilą zaszło.
— Posłuchaj mnie teraz uważnie — dodał. Ton miał spokojny, ale twardy. Ten sam, którym zatrzymywał chaos w studiu. — To, co teraz czujesz, to nie znak, że nie jesteś gotowa. To znak, że rozumiesz wagę tego, co zaraz zrobisz. Gdybyś siedziała tu luzem, żartowała i chciała kreskę „dla zabawy”, wtedy bym się martwił.
Przesunął dłonie po swoich udach, splótł palce i spojrzał na podłogę, jakby układał słowa.
— Przestań wmawiać sobie, że jesteś tu przypadkiem. — Głos miał niższy, miękki, jakby specjalnie zszedł tonem w coś, co nie mogło jej teraz przestraszyć. Zamilkł na moment, patrząc na nią spokojnie, jakby próbował dać jej czas, by to usłyszała nie tylko uszami, ale też pod skórą.
— To nie jest test. To nie jest sąd. I to nie jest moment, w którym świat decyduje, czy jesteś „wystarczająca”. — Zatrzymał na chwilę wzrok na jej twarzy. — To jest trzynaście minut, w których robisz dokładnie to, co robisz najlepiej. Śpiewasz. Ruszasz się. Oddychasz. Reszta nie istnieje.
Przesunął dłonią po twarzy, jakby sam zrzucał napięcie. Znów spojrzał na nią.
— A jeśli pytasz mnie, skąd mam pewność… — urwał na moment. — Bo widziałem cię zmęczoną. Wkurwioną. Rozbitą. I za każdym razem wstawałaś i robiłaś jeszcze jedną próbę. Ludzie, którzy „nie są gotowi”, tego nie robią.
Cisza wróciła, ale inna. Gęsta, spokojniejsza.
— Nie potrzebujesz niczego na odwagę — dodał ciszej. — Odwaga już tu jest.
Odchylił lekko głowę, opierając ją o oparcie. Ezra przechylił głowę i spojrzał na nią tak, jakby próbował się upewnić, że słucha.
— A teraz powiedz mi jedno — powiedział spokojnie. — Chcesz jeszcze dziesięć minut posiedzieć i pooddychać, czy chcesz, żebym kazał im tu wejść i zacząć cię szykować? — Spojrzał krótko na zegarek, potem znów na nią. — Jeśli płakać, płacz teraz. Jeśli chcesz mnie zwyzywać, to też masz czas. Ale kiedy staniesz na tym podeście, nie będziesz już miała przestrzeni na nic poza sobą.
Pauza. I dopiero potem, cicho, prawie z rozbawieniem.
— No i na te trzydzieści milionów ludzi. Ale na to już trochę za późno.
Ezra
Ezra parsknął cicho, niemal niedosłyszalnie, gdy poprawiła go z tymi sto trzydziestoma milionami. Spojrzał na nią z ukosa, już nie jak na rozdygotaną artystkę na skraju paniki, ale jak na kobietę, która właśnie się pozbierała, napiła czegoś gazowanego i zamierza roznieść stadion. Nie zareagował od razu. Przez moment tylko przyglądał się, jak w niej coś się przełącza, jak z osoby, która siedziała skulona w kącie własnych myśli, przeszła w tryb działania. Może i znał ją zbyt krótko, ale wiedział jedno: kiedy Sloane wchodziła w ten stan, trudno było ją zatrzymać. A już na pewno nie warto było próbować. Podniósł się z kanapy powoli, wygładzając ręką koszulę i przez chwilę sprawiając wrażenie, jakby zaraz miał coś jeszcze dodać. Przez krótką chwilę jeszcze patrzył na nią tak, jakby chciał zapamiętać ten moment. Tę wersję Sloane, trzęsącą się z nerwów i jednocześnie piekielnie silną.
OdpowiedzUsuń— Będziesz boska — rzucił z lekkim półuśmiechem. — Ale jeśli przyjmujesz tylko oficjalne wyrażenie dumy, to nagraj sobie tę scenę i zostaw na gorsze dni. — Zrobił pauzę przybierając nieco bardziej teatralną pozę. — Jestem z ciebie dumny, Sloane. Ale nie próbuj mnie zmusić, żebym to mówił częściej niż raz do roku. — Jego głos był spokojny, ciepły, z tym lekko ochrypłym końcem, który pojawiał się tylko wtedy, kiedy mówił całkiem serio. Zawiesił głos, pozwalając pauzie wybrzmieć na tyle, by Sloane mogła spojrzeć na niego w oczekiwaniu. Zostawił to w powietrzu, jak coś, czego nie trzeba już rozpakowywać. Ruszył w stronę drzwi, jakby wszystko zostało już ustalone.
— Jesteś pewna? — rzucił półżartem przez ramię. — Nie myśl sobie, że z tym „naga” mnie speszysz. Mój wzrok i tak już widział za dużo. Nie sądzę, żeby cokolwiek przebiło nagrywanie klipu w wannie.
Uniósł brew, jakby właśnie próbował rozważyć artystyczną wartość tamtej decyzji. Oparł dłoń o framugę, odwrócił się przez ramię i spojrzał na nią w trudny do rozgryzienia sposób.
— Pięć minut. Glam team już czeka. A jak mnie zawołasz, to wrócę. W garniturze i z dumą wypisaną na twarzy, żebyś mogła się pochwalić.
Puścił jej oczko, ale tylko na sekundę i wyszedł. Za drzwiami zostawił ciszę, ale też całkowicie nowy ciężar: ten, który ciągnęła w sobie przez tygodnie, a który właśnie teraz zaczął się rozpływać.
Ezra oglądał jej występ z pierwszego rzędu. Patrzył, jak wychodzi na scenę, jak światła spadają na nią z każdej strony, jak kamera płynie za każdym ruchem jej bioder i każdą sylabą wyśpiewaną z chirurgiczną precyzją i emocją, która niosła się przez cały stadion. Z boku dochodziły go urwane okrzyki, ekscytacja i wrzawa tłumu, ale Ezra był jak zawieszony w innej strefie, z oczami utkwionymi tylko w niej. Sloane. W tej wersji, którą znał od początku. Nie tej z tabloidu, nie tej z kontrowersji i złamanych kontraktów. Tylko tej prawdziwej, pracującej do upadłego, niepokornej, diabelnie utalentowanej dziewczyny, która właśnie przeszła przez własne piekło i nie tylko z niego wyszła, ale podpaliła je po drodze. Wokół niego ludzie z zespołu, ci sami, którzy wcześniej podnosili brwi i wymieniali spojrzenia, gdy ogłaszał, że to właśnie ją bierze na Super Bowl, teraz klepali go po plecach, uderzali go w ramię z niedowierzaniem i zachwytem, rzucali półszeptem komentarze, jakby dopiero teraz widzieli to, co on widział od pierwszej rozmowy, od pierwszej surowej wersji demówki, od pierwszego dnia w studiu. Ezra nie odpowiedział żadnemu z nich. Tylko lekko skinął głową i nawet się nie odwrócił, jakby bał się stracić choćby sekundę z tego, co działo się na scenie. Bo w tym momencie nie było lepszego show. Nie było lepszego wyboru. Była tylko ona. Sloane. W blasku reflektorów, w ogniu swoich własnych demonów i wreszcie, w pełni sobą.
Ezra
To było coś więcej niż zwycięstwo. Coś więcej niż tylko świetnie zrealizowany show. Ezra widział ją w tej chwili taką, jaką chciał, żeby zobaczył ją cały świat nie jako comeback-queen, nie jako artystkę po przejściach, ale jako gwiazdę. Niekwestionowaną, absolutną. Tłum wył, kamery latały, a wokół nich unosiło się to nieuchwytne napięcie, moment, w którym wszystko się zgadzało.
OdpowiedzUsuńSloane nie zostawiła po sobie wątpliwości. Ani jednej. I Ezra czuł to całym sobą. Nie zdążył jeszcze nic powiedzieć. Może i nawet nie wiedział, co powiedzieć, zanim ona po prostu wpadła na niego, odurzona emocjami. Prawie w tej samej chwili, w której krzyczała, że zrobiła to, już była przy nim, ramiona owinęła mu wokół szyi, jakby to był jedyny punkt zaczepienia w tej całej eksplozji adrenaliny, jaka w niej buzowała. Schowała twarz w jego szyi, a Ezra poczuł, jak na ułamek sekundy całe to stadionowe szaleństwo znika, jakby zostali tylko oni. Nie czekał na jej kolejne słowa. Jego dłonie trafiły na jej plecy. Czuł, jak drży, może z emocji, może z wysiłku i jak szybko bije jej serce, całe jeszcze rozdygotane występem. Nie powiedział wiedziałem. Wystarczyło to, jak mocno ją teraz trzymał, zupełnie nie jak producent. Jak ktoś, kto widział wszystko: jej panikę, jej błyski, jej upadki i to, jak właśnie wzniosła się najwyżej. A potem, zanim zdążyła się zorientować, po prostu ją uniósł. Bez ostrzeżenia, z tym półśmiechem, który pojawiał się u niego tylko w rzadkich momentach czystej radości.
— Zrobiłaś to, do cholery! — rzucił z niedowierzaniem, jakby mimo wszystko dopiero teraz to do niego docierało.
Zakręcił się z nią lekko. Kiedy postawił ją z powrotem na ziemi, jego ramię natychmiast spoczęło na jej ramionach, przyciągając ją blisko do siebie. Nie wyglądał już na chłodnego producenta z pokerową twarzą, promieniał tak autentyczną dumą, że radość udzielała się całej ekipie.
— Dziś mamy, kurwa, co świętować! — krzyknął z pełną mocą, nie przejmując się już, kto słyszy. Spojrzał na nią z boku, wciąż z ramieniem zarzuconym na jej barki. Jego wzrok przesuwał się po jej twarzy, lśniącej potem i triumfem, po tym roześmianym spojrzeniu, które jeszcze chwilę temu było wypełnione strachem.
— Narodziny nowej gwiazdy! — dorzucił jeszcze Ezra głośno, nie puszczając jej ramion, jakby chciał, żeby wszyscy dookoła usłyszeli. I usłyszeli. Ludzie z ekipy zareagowali entuzjastycznie ktoś gwizdnął, ktoś klasnął, ktoś inny już wyciągał telefon, żeby uchwycić ten moment, zanim się rozpłynie. Ale Ezra nie odrywał od niej wzroku. Patrzył na Sloane z tym samym błyskiem, z którym patrzy się na coś, co samemu się stworzyło. Nie jak na produkt. Jak na kogoś, kto właśnie udowodnił światu i sobie, że ma wszystko, czego trzeba, żeby ten świat zawojować.
— Zapamiętajcie ten dzień, bo od teraz nic nie będzie takie samo... — Spojrzał na nią z boku, wciąż z ramieniem zarzuconym na jej barki, jakby nie zamierzał jej jeszcze nigdzie wypuszczać. — I nie mówię tego tylko dlatego, że zrobiła show życia. Chociaż, umówmy się… zrobiła.
Wokół nich narastał prawdziwy chaos. Backstage zaroi się od ludzi, członków zespołu, technicznych, tancerzy, członków produkcji. Każdy chciał ją uściskać, każdemu zależało, by chociaż na sekundę złapać jej spojrzenie, pogratulować, poklepać po ramieniu albo zrobić sobie z nią zdjęcie, póki emocje były jeszcze gorące. Jeden z choreografów doskoczył pierwszy, niemal wpadając na Ezrę, i objął Sloane z piskiem.
— Rozniosłaś ten stadion, dziewczyno! Widziałem ludzi na trybunach — tańczyli z tobą, śpiewali!
Za nim pojawił się kolejny, makijażystka z rozmazanym tuszem pod oczami, która rzuciła się Sloane na szyję ze łzami wzruszenia, powtarzając.
— Wiedziałam! Wiedziałam, że to zrobisz!
Kolejne osoby wpadały do środka, jedni z kwiatami, inni z telefonami gotowymi do nagrywania „backstage moments”. Czuć było mieszankę potu, perfum i emocji unoszącą się w powietrzu, tę szczególną atmosferę po wielkim wydarzeniu, która nie zdarza się często, ale kiedy już się pojawi, rozgrzewa wszystko do czerwoności.
Wszyscy mówili naraz. Śmiechy, okrzyki, krótkie, urywane słowa podziwu: „zajebałaś!”, „ikona!”, „nikt cię nie przebije!”. Przestrzeń była zbyt ciasna, by pomieścić cały ten entuzjazm, ale nikomu to nie przeszkadzało.
OdpowiedzUsuńEzra tylko się uśmiechał, gdy ludzie próbując przebić się przez tłum, zaglądali mu przez ramię, jakby chcieli się upewnić, że to wszystko naprawdę się wydarzyło. Że właśnie byli świadkami narodzin nowej ery. Sloane nie musiała już nic mówić, widzieli ją na scenie. Teraz mogli tylko świętować.
Oboje lśnili, ona w reflektorach, on w dumie, której nawet nie próbował ukryć. To nie był tylko występ. To był moment. Punkt zwrotny. Fletcher 2.0, wersja nie do zatrzymania.
— No i co? — nachylił się nieco bliżej, półgłosem, z niegasnącym uśmiechem. — Mówiłem, że to rozpieprzysz.
W jego głosie było czyste uniesienie. Zero chłodnego producenta. Zero dystansu. Tylko facet, który właśnie zobaczył, jak jego największa cholernie ryzykowna inwestycja staje się złotem.
Ezra
Ezra spojrzał na nią z tym samym, trudnym do odczytania błyskiem w oczach, który zawsze nosił przy sobie jak znak firmowy, półcień ironii, szczypta dumy, odrobina czegoś bardziej osobistego, czego nie potrafił (albo nie chciał) nazwać. Przez ułamek sekundy tylko patrzył na nią, jakby próbując zapamiętać ten obraz: Sloane, wciąż roziskrzoną po występie, z rozwianymi włosami, przekrwionymi oczami od emocji i lekko rozmazanym makijażem, który tylko dodawał jej autentyczności. Śmiała się, trzymała w dłoniach zgnieciony bukiet, a ten triumf błyszczał z niej na kilometr.
OdpowiedzUsuń— „Racja” to moje drugie imię, Fletcher — mruknął pod nosem, z tą charakterystyczną chrypką, która pojawiała się zawsze, gdy był zmęczony i zadowolony jednocześnie. — Ale ten sukces… to twoje nazwisko na nim świeci. Ja tylko przypomniałem ci, że potrafisz błyszczeć.
Przez moment pozwolił sobie na coś więcej. Zbliżył się do niej, tak że musiała zadrzeć głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy. Uśmiechnął się, nie szeroko, ale szczerze. Tym razem bez maski, bez zgrywy.
— I masz rację. Udało się nam. — Przy tych słowach uniósł dłoń i krótkim, niemal niezauważalnym gestem dotknął jej włosów, jakby odruchowo, jakby nie myśląc o tym, co robi. — Ale to ty zdmuchnęłaś ten stadion. Ja tylko potrzymałem cię przez chwilę za rękę, zanim weszłaś.
Był z niej dumny i to było w nim widać. Nawet jeśli nie wypowiedział tych słów po raz drugi, było to oczywiste. Znał ten biznes za dobrze, widział zbyt wielu artystów, by dawać się łatwo ponieść emocjom, ale dziś… dziś zrobił wyjątek. Bo Sloane na to zasługiwała. Gdy wspomniała o jego uśmiechu, uniósł brew i spojrzał na nią z lekkim przekąsem, ale nie odpowiedział od razu.
— Dzisiaj nie chcesz go zetrzeć? — mruknął, zerkając na jej dłoń, którą wciąż trzymała lekko na jego ramieniu, jakby nie chciała jeszcze odciąć tego kontaktu. — Ty też się nie przyzwyczajaj —
Parsknął cicho pod nosem i pokręcił głową.
— Ok… dziś możesz się czuć niezastąpiona.
Odpowiedział tonem z pogranicza żartu i wyzwania, jakby nawet tu, w tym tłumie, świętując największy show roku, nie zamierzał dać jej całkowitej przewagi. Ale już nie zniknął obok niej. Stał dalej blisko, jakby podświadomie wiedział, że ona wciąż tego potrzebuje. I może on też. Ezra znów objął ją ramieniem, entuzjastycznie, z rozbrajającą naturalnością, jakby nie potrafił inaczej okazywać radości w tej chwili. Ścisnął ją mocno, jakby przez to chciał przekazać: widzisz? mówiłem, że to będzie ten moment.
Po sekundzie odsunął się nieznacznie, z tym charakterystycznym błyskiem w oku i sięgnął po jedną z butelek szampana. Strzelił korkiem bez uprzedzenia, z głośnym paf!, który odbił się echem wśród śmiechów i rozmów. Kilka kropli spieniło się natychmiast na szyjce i wytrysnęło z impetem, rozlewając się po jego dłoni. Ezra nawet nie próbował tego kontrolować. Przechylił butelkę, wziął solidnego łyka i z bezczelnym uśmiechem podał ją Sloane.
— Twoja kolej, gwiazdo — rzucił z przekąsem.
Nie zdążyła jeszcze sięgnąć, kiedy drugi korek eksplodował gdzieś obok. Jego kumpel z wytwórni, z szerokim uśmiechem, rozradowany do granic, uniósł swoją butelkę i bezceremonialnie zaczął oblewać Ezrę strumieniem bąbelków.
— TAK SIĘ TO ROBI! — wrzasnął, śmiejąc się jak wariat. Ezra zaklął pod nosem, odruchowo przymknął oczy i cofnął się o krok, ale zanim szampan mógł dosięgnąć Sloane, zrobił coś zupełnie naturalnego, przesunął się między nią a rozbawionym napastnikiem, osłaniając ją ramieniem i plecami jak żywa tarcza. Śmiał się, rozbawiony całą sytuacją, choć teraz lało się po nim bardziej niż po butelce.
— Naprawdę? Stary! — rzucił przez ramię, ale bez cienia złości, wręcz przeciwnie, wciąż z szerokim uśmiechem. Wokół eksplodował jeszcze większy śmiech. Atmosfera była gęsta od świętowania, szampana i emocji. Ezra jeszcze raz spojrzał na Sloane z rozbawieniem, strzepując krople z ramienia.
— Przynajmniej ciebie nie musieliśmy suszyć — mruknął z satysfakcją. — No, może trochę.
A potem lekko trącił ją łokciem i znów podał jej butelkę, jakby nic się nie stało. W końcu to był jej moment, on tylko stał obok
Ezra
Ezra spojrzał na nią z udawanym niedowierzaniem, rozbawiony jak rzadko kiedy, kiedy poczuł, jak chłodna piana leje mu się po koszuli. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby miał coś powiedzieć, może rzucić jakimś kąśliwym komentarzem albo udać oburzenie, ale zamiast tego wybuchnął śmiechem. Głośnym, niekontrolowanym, szczerym.
OdpowiedzUsuń— Wiedziałem, że to się tak skończy — mruknął z niedowierzaniem, patrząc na siebie i ociekającą od bąbelków koszulę, ale w jego głosie nie było ani grama irytacji, tylko czysta radość. — Właśnie straciłaś swoją premię — rzucił z teatralną powagą, ale ta i tak nie mogła przebić jego rozbawienia. Odchylił głowę do tyłu, jakby właśnie został oblany wiadrem lodu, po czym machnął dłonią, zupełnie nieprzejęty. W tym momencie śmiech Sloane był jak muzyka, nieudawany, rozbrajający i szczery do granic. Szampan lśnił na materiale jego koszuli, a Ezra spojrzał na nią z taką miną, jakby przez ułamek sekundy próbował zachować powagę… ale nie był w stanie. Pokręcił głową, wciągnął głębiej powietrze, jakby chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego znów wybuchnął śmiechem. Podszedł do niej ociekający szampanem, odebrał jej pustą już butelkę, odkładając ją na stolik obok i zanim zdążyła się cofnąć, złapał ją w talii chcąc zemścić się odrobiną szampanowego rewanżu.
— Dziś masz immunitet, Fletcher — powiedział z nutą teatralnego poddania, kiedy zbliżył się do jej ucha. — Ale zostajesz po koncercie, żeby wyprać mi koszulę… — parsknął śmiechem. Napięcie między nimi było zbyt gęste, by ktoś z zewnątrz je wyłapał od razu, ale dla nich iskrzyło wyraźnie i chyba oboje to czuli. Jednak Ezra, jak zwykle, odsunął się o pół kroku, zostawiając wszystko zawieszone gdzieś w niedopowiedzianym uśmiechu.
Ich śmiech jeszcze się niósł, zagłuszając rozmowy dookoła, a kiedy Ezra spojrzał na nią z bliska, z mokrą koszulą przyklejoną do torsu i błyskiem w oku, wyglądał, jakby właśnie przegrał z nią zakład i był z tego cholernie zadowolony.
— Warto było — mruknął cicho, bardziej do siebie niż do niej, zerkając na jej roześmianą twarz i rozświetlone emocjami spojrzenie. I choć wiedział, że jutro znów będzie kłuć i stawiać granice, dziś… dziś pozwalał jej świecić.
— Jeszcze raz dla Sloane! — Krzyknął wyrzucając ręce w powietrze, nim zdążyli się rozejść. I znów rozległy się oklaski, ktoś klaskał rytmicznie, ktoś inny gwizdał, a chaos powrócił, barwny i rozemocjonowany. Ktoś podał jej kolejną butelkę, ktoś wręczył bukiet różowo-białych kwiatów, ktoś zrobił im wspólne zdjęcie i pstryknął selfie, ktoś inny odpalił kolejnego brokaciarskiego confetti-blastera, który wystrzelił wysoko w sufit garderoby, zostawiając wokół nich złoty deszcz. Sloane tonęła w ramionach przyjaciół, obcych i współpracowników, którzy chcieli choć przez chwilę dotknąć tego, co właśnie się wydarzyło. Każdy chciał ją uściskać, zrobić zdjęcie, powiedzieć: “Zrobiłaś to!” i każdy z tych głosów mieszał się w jeden wielki, oszałamiający szum. Gdzieś w tłumie dziewczyna z obsługi wycierała szampana z podłogi, a ktoś z obsługi produkcji próbował przekrzyczeć wszystkich, przypominając o kolejnym wejściu na scenę. Ale to już nie miało znaczenia. Bo dziś nie tylko scena należała do niej, należał do niej cały ten wieczór. A Ezra? Ezra nie spuszczał z niej wzroku. Nie dlatego, że musiał. Ale dlatego, że naprawdę nie chciał.
Ezra
Ezra pozwolił jej świętować. Z całą ekipą, z tymi, którzy krzyczeli, tańczyli, śmiali się i robili zdjęcia, jakby właśnie zostali świadkami narodzin legendy. Zresztą… może właśnie tak było. Nie musiał być teraz w centrum. Nie chciał być. To był jej moment. Dlatego po kilku kolejnych toastach, uściskach i chwilach, które Sloane kolekcjonowała jak trofea Ezra po prostu się oddalił. Niepostrzeżenie. Bez ogłaszania, bez zaproszeń. Znał ten rytuał, wiedział, że w każdej euforii przychodzi moment przesytu, a on nie lubił przesytu. Zwłaszcza emocjonalnego. Dotarł do garderoby, przymknął za sobą drzwi i przez moment po prostu stał w półmroku. Dźwięki z zewnątrz, choć wytłumione, nadal dochodziły do środka, radosny gwar, odległe okrzyki, echo śmiechów. I wśród nich jej głos. Znał go już na tyle dobrze, by rozpoznać go nawet przez ściany. Sięgnął po butelkę whisky, która stała na stoliku w kącie, tę samą co wcześniej. Otworzył ją i nalał sobie odrobinę do szkła. Tyle, by spróbować się rozluźnić, ale nie stracić czujności. Przełknął pierwszy łyk powoli, czując jak znajomy ciężar alkoholu rozchodzi się po przełyku, aż wreszcie osiada ciepłem gdzieś głębiej. Westchnął. Odwrócił się plecami do drzwi, jakby w końcu mógł sobie pozwolić na kilka sekund prawdziwego oddechu, bez spojrzeń, bez błysków fleszy, bez czujnych oczu branży. Rozpiął powoli przesiąkniętą szampanem koszulę, której materiał przyklejał się do ciała. Mokra i klejąca, była jak świadectwo tej całej nocy. A jednocześnie, cholernie niewygodna. Zsunął ją z ramion i rzucił gdzieś na bok, nie patrząc, gdzie dokładnie upadnie. Może na krzesło, może na podłogę. Nie miało to znaczenia. Czuł, jak chłodne powietrze w garderobie uderza w jego rozgrzane ciało, przesiąknięte szumem emocji, whisky i bąbelków. I może trochę nią.
OdpowiedzUsuńSięgnął po butelkę wody mineralnej stojącą na toaletce, jedną z tych, które ktoś z obsługi zostawił jeszcze przed koncertem. Ezra odkręcił ją bez pośpiechu i chlusnął niewielką ilość na dłonie, rozcierając je ze zmęczonym westchnieniem. Szampan, choć pachniał celebracją, kleił się do skóry jak przypomnienie o całym tym spektaklu, o świetle reflektorów, o fleszach, o krzykach tłumu. Przechylił butelkę ponownie i wylał wodę na przedramiona, rozcierając ją palcami, aż chłodna ciecz spłynęła wzdłuż napiętych mięśni, pozostawiając po sobie wilgoć, ale i ulgę. Skóra nadal była lepka, jakby za bardzo nasiąkła energią tej nocy, jakby nie chciała jej jeszcze puścić. Wiedział, że nie będzie miał tej garderoby dla siebie długo. Ale przez moment miał ciszę. I chłodną wodę na skórze zamiast lepkiego szampana.
Na tyle wystarczyło. Jak na razie.
Ezra
Ezra odwrócił głowę w jej stronę, jakby nie od razu zorientował się, że to ona. Jakby przez sekundę zakładał, że to po prostu ktoś z zespołu, ktoś z obsługi, ktoś, kto pomylił garderoby. Ale gdy tylko ją zobaczył, tę sylwetkę w scenicznej stylizacji, butelkę szampana w dłoni i to spojrzenie, którego nie dało się pomylić,wszystko w nim lekko przycichło. Tak jak przed chwilą w niej. Westchnął teatralnie, krzyżując ramiona na piersi, jakby próbował zapanować nad własną bezsilnością wobec jej obecności.
OdpowiedzUsuń— Serio? — rzucił z udawaną pretensją. — Przyszłaś mnie znowu oblać? Bo dopiero się ogarnąłem — dodał z krzywym uśmiechem i wskazał ręką na przestrzeń wokół nich. — No, prawie ogarnąłem… To nie jest żadna ekskluzywna garderoba tylko techniczne zaplecze, które łaskawie nazwali “pomieszczeniem dla producenta”.
Spojrzał na nią spod byka, ale oczy śmiały mu się wyraźnie. — Jeszcze moment i będę musiał się suszyć wentylatorem.
Spojrzał na nią, z tą przeklętą butelką, błyszczącymi oczami i z tym czymś w spojrzeniu, co Ezra cholernie dobrze znał. I nie było na to żadnej procedury technicznej. Ramiona napięte, koszula rzucona na bok, woda kapiąca z przedramion i ten wyraz twarzy, którego nie zdążył jeszcze przykryć żadnym z półuśmiechów, którymi się zazwyczaj zasłaniał. Spojrzał na nią spokojnie, z czymś, co nie było do końca ulgą, ale też nie dystansem. Jakby się jej po prostu spodziewał.
— Wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć — powiedział cicho, z tą charakterystyczną dla niego nutą ciepłej ironii, która w jego ustach brzmiała niemal jak uznanie. — Dziwne. Myślałem, że miałaś mnie dziś zignorować na rzecz fanów i pochwał.
Pozwolił sobie na ten jeden żart, zanim jego spojrzenie złagodniało. Przez chwilę mierzył ją wzrokiem — nie tak, jak wtedy, gdy był z nią w pracy, analizując jej ruchy, mimikę czy ton głosu. Teraz patrzył tak, jakby po prostu chciał ją zobaczyć. W całości. Prawdziwą. Po tym, co właśnie zrobiła.
— Nie zniknąłem — dodał spokojniej. — Po prostu oddałem ci twój moment.
Zrobił krok w bok, sięgając po ręcznik, którym otarł przedramiona, zanim zerknął na butelkę w jej rękach i uniósł brew. Uśmiechnął się krótko, ledwo dostrzegalnie.
Ezra uniósł lekko brew, słysząc jej słowa, te ciche, miękkie „chyba chciałam też podziękować” i przez chwilę patrzył na nią bez słowa, jakby chciał się upewnić, że mówi to naprawdę. Potem parsknął cicho pod nosem, z tym swoim półuśmiechem, który w końcu dziś nie był ironią, a czymś znacznie bardziej miękkim.
— To ty to zrobiłaś, Fletcher. — Jego głos był niższy, spokojniejszy. — Ja tylko dałem ci platformę.
Przez moment spojrzał na nią tak, jakby naprawdę chciał, żeby to poczuła. Żeby wiedziała, że żadne słowo „dziękuję” nie było mu potrzebne, ale skoro już je wypowiedziała przyjmował je z szacunkiem.
— No i… może trochę cię do tego popchnąłem. Ale nie każ mi tego mówić dwa razy, bo zaraz się wzruszę. — Uniósł dłonie w żartobliwym geście obrony i odchylił lekko głowę z rozbawieniem, jakby próbował rozładować coś, co właśnie zawisło w powietrzu, coś miękkiego, czułego i zaskakująco szczerego.
— Poza tym, po tym występie sam mogę ci podziękować za to, że jednak mnie nie wtedy posłuchałaś i nie wybrałaś innej wytwórni.
Uśmiechnął się szerzej, ale łagodnie i w tym uśmiechu była duma, ale też spokój. — Chociaż pewnie teraz urośnie mi konkurencja chętna cię podkupić — oddał. Nie gratulował jej słowami, bo zrobił to wcześniej. Teraz po prostu dał jej przestrzeń, nie do kolejnych oklasków, tylko do bycia. Do złapania oddechu. Z nim.
Ezra ruszył w jej stronę bez większego pośpiechu, ale z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który czasem potrafił być bardziej dezorientujący niż cała fala emocji. Przez sekundę ich spojrzenia się spotkały ciepłe, rozedrgane od tej dziwnej bliskości, której żadne z nich chyba nie zamierzało nazywać. Stanął tuż przed nią. Wystarczająco blisko, by musiała zadrzeć lekko głowę, jeśli chciała utrzymać kontakt wzrokowy. Nie dotknął jej, ale wyciągnął dłoń w stronę butelki.
OdpowiedzUsuń— Daj to, zanim znów wylejesz pół zawartości na moje plecy — mruknął półżartem i wyjął jej szampana z ręki, nie spuszczając z niej wzroku. Kciukiem przesunął po szyjce butelki, szukając odpowiedniego kąta, jakby całkiem naturalnie przejął kontrolę nad sytuacją, z tym samym wyczuciem, z którym wcześniej potrafił wyczuć jej tempo na scenie. Ręce mu się nie trzęsły. Ruchy miał spokojne, precyzyjne. Jakby z każdej najprostszej czynności robił coś, co miało znaczenie. Butelka w jego dłoni zasyczała cicho, a korek wystrzelił, ale tym razem bez wielkiego huku.
Ezra
Ezra zerknął na nią przez ramię, a potem spojrzał znów na korek, który właśnie delikatnie obracał w dłoni, precyzyjnie, spokojnie, z tym samym skupieniem, jakim wcześniej mierzył jej tempo na scenie, a potem tempo bicia serca, gdy ją pierwszy raz podniósł do góry po występie. Nie musiał nic mówić, a jednak było w nim coś, co zostawiało ślad. Uśmiechnął się pod nosem, ale nie z drwiną, jak to zwykle bywało, tym razem był to uśmiech szczery, ciepły, niemal dumny.
OdpowiedzUsuń— Bez fajerwerków. — Powtórzył za nią, łapiąc jej spojrzenie. — Obiecałem ci przecież tylko spektakularne występy, nie eksplozje w garderobie.
Ezra przez moment tylko patrzył. Z butelką w jednej dłoni, z mokrą koszulą rzuconą gdzieś na fotel, i parą kropel wody spływających jeszcze powoli po linii obojczyka. Ale nie ruszał się. Tak, jakby nie chciał niczego przyspieszać. Albo jakby z jakiegoś powodu potrzebował tej chwili ciszy. Ezra, który zwykle wszystko wiedział, teraz wyglądał, jakby sam nie był pewien, czy chce, żeby została, czy jednak… żeby wysza. I to właśnie ta niepewność czyniła go w tej chwili bardziej ludzkim niż wszystkie jego wyważone riposty przez ostatnie miesiące.
— Nasz sukces, hm? — Powtórzył półgłosem, wyciągając z szafki dwa niedopasowane kieliszki. — Brzmi nieźle. Może nawet wystarczająco nieźle, żeby przez pięć minut się nie kłócić.
Ezra zaśmiał się krótko pod nosem, kręcąc głową, gdy odstawiał butelkę i sięgnął po jeden z plastikowych kubków, który ledwo mieścił się w jego dłoni.
— Nie wiem, jakie luksusy masz w swojej garderobie, Fletcher, ale maksimum, co tu znajdziesz, to plastikowe kubki — rzucił, podnosząc jeden z nich i obracając w palcach z teatralnym grymasem. — Żadnych kieliszków z kryształu, żadnych chłodziarek do szampana ani nawet tych przeklętych eukaliptusowych świec zapachowych, które masz u siebie.
Odwrócił się do niej z tym swoim nieco szelmowskim uśmiechem. — A przecież taka diva jak ty powinna pić z kryształu, najlepiej jeszcze podtrzymywanego przez osobistego asystenta w białych rękawiczkach.
Uśmiechnął się szerzej, podchodząc bliżej i stuknął jednym z kubków o blat, jakby to był toast za ich wspólny absurd. Potem sięgnął po szampana i zaczął ostrożnie nalewać, jakby wciąż jeszcze próbował zachować resztki godności tej improwizowanej celebracji.
— Ale mam nadzieję, że smak wygranej nie ucierpi przez brak kryształu. — Podał jej jeden z kubków z czymś, co miało udawać celebracyjny toast, a w jego oczach, mimo żartu, znów pojawił się cień tego, co mignęło wcześniej: coś prawdziwego, ciepłego, może nawet dumnego. — Na nowy początek, Sloane.
Ezra uniósł brew z rozbawieniem, kiedy podał jej kubek, a w kąciku jego ust znów zatańczył ten znajomy półuśmiech, ten, który równie dobrze mógł oznaczać kpinę, jak i uznanie.
— Na szczęście… — zaczął z lekkim przeciągnięciem, upijając łyk ze swojego kubka. — Trochę się zabezpieczyłem w umowie na takie okoliczności — rzucił z udawanym westchnieniem ulgi, jakby naprawdę przemyślał każdy możliwy scenariusz jej sukcesu z wyprzedzeniem. — Wiesz… klauzula typu „ego gwiazdy eksploduje po Super Bowl i zaczyna odrzucać wszystkie nasze telefony”. — A potem parsknął cicho, potrząsając głową. — Więc postaraj się, Fletcher, żeby ci teraz przypadkiem woda sodowa nie uderzyła do głowy. — Uśmiechnął się szerzej, unosząc kubek z szampanem w geście toastu. — Żebyśmy nie musieli cię ściągać z jakiejś willi w Malibu, gdzie będziesz siedzieć w basenie w futrze i z papugą na ramieniu.
Znowu ten jego śmiech, chropawy, krótki, ale prawdziwy. I spojrzenie, które na moment złagodniało, zanim znów odwrócił się, by odłożyć butelkę na bok, niby od niechcenia, choć ewidentnie nie chciał jeszcze, żeby ta chwila się skończyła.
— Więc jak ci ta woda sodowa jednak uderzy do głowy, to mam prawo ściągnąć cię z obłoków na ziemię. — Zaśmiał się krótko, z tym swoim firmowym luzem, który działał jak zbroja: nie wiadomo było do końca, ile w nim żartu, a ile czujnej kontroli.
Ezra, odstawiając butelkę na prowizoryczny stolik, zerknął na nią przez ramię, kątem oka, z tym charakterystycznym dla siebie półuśmiechem, który tym razem był… inny. Mniej zaczepny, bardziej spokojny. Prawdziwy.
OdpowiedzUsuń— Pytałaś mnie kiedyś… — odezwał się cicho, prawie jakby mówił bardziej do siebie niż do niej. — Dlaczego tak mi zależało, żeby cię podpisać.
Odwrócił się już całkiem, opierając się biodrem o blat, z kubkiem w dłoni, spojrzeniem zawieszonym prosto na niej.
— Właśnie dlatego. — Uniósł lekko brodę, jakby wskazując nie tylko na nią, ale na cały dzień, cały wieczór, cały ten moment. — Bo wiedziałem, że jak już ci się zachce… to nikt cię nie zatrzyma.
Zamilkł na chwilę, a potem wzruszył ramionami z typową dla siebie niedbałością, ale nie potrafił już zetrzeć tego cieplejszego tonu z głosu.
Ezra
Ezra stał przez moment oparty biodrem o szafkę techniczną, trzymając w dłoni swój plastikowy kubek. Szampan wysychał już na skórze, a powietrze, choć chłodniejsze, nie robiło większego wrażenia. Słuchał jej uważnie. Całej tej litanii: złośliwej, ironicznej, pewnej siebie i właśnie takiej, jaką ją lubił najbardziej. Nie przerywał. Nie poprawiał. Pozwolił jej mówić, a potem jeszcze trochę, aż w końcu, gdy wypowiedziała ostatnie zdanie z typowym dla siebie rozmachem, Ezra zaśmiał się cicho, nisko, pod nosem.
OdpowiedzUsuń— Chciałem cię zamknąć w studiu już dwa miesiące temu, ale stwierdziłem, że nie przeżyję kolejnej wojny. — Przesunął kciukiem po brzegu kubka. — Coachella jest na stole. Lolla? Pogadamy. Ale trasa… — Podniósł na nią wzrok.
— Nie rozciągaj mi tu wizji tras koncertowych po kontynentach, skoro masz do dogrania jeszcze siedem numerów, sesję zdjęciową do okładki, i plan marketingowy, który zamierzasz totalnie zignorować, bo “nie lubisz powtarzalnych formatów”. — Zacytował ją z wyraźnym rozbawieniem, ale i nutą groźby. Prawie żartem. Prawie. Oparł się ciężej o blat, splatając ręce na piersi. — Ja ci mogę roztaczać wizje, Sloane. Nawet takie z konfetti w Dubaju i limuzyną w Tokio. Ale najpierw zamykam cię w studiu. I nie wypuszczę, dopóki nie dasz mi tej płyty, którą obiecałaś.
Zamilkł na chwilę, nie spuszczając z niej wzroku. Kiedy znów się odezwał, głos miał już znacznie spokojniejszy. Bardziej osobisty, ale nadal jego, twardy, bez zbędnego lukru.
— Wtedy będzie twoja trasa.
Ezra przez moment jeszcze patrzył na nią z tą swoją zbyt uważną uwagą, która potrafiła wytrącić z równowagi nawet najbardziej pewnych siebie ludzi. Ale wtedy jego spojrzenie nieco złagodniało, a kącik ust uniósł się w znajomym, zaczepnym uśmiechu.
— Nie wiem, gdzie nas to wszystko zaprowadzi, Sloane. — Wzruszył lekko ramionami, jakby w końcu sobie na to pozwalał. — Ale wiem, że jak dziś patrzyłem na ciebie na tej scenie, to pomyślałem sobie tylko jedno: kurwa, warto było. Wszystko. I to całe pierdolenie o tym, że jesteś ryzykiem. O twoim temperamencie. O tym, że nikt cię nie ogarnie.
Uniósł kubek lekko w górę, jakby chciał wznieść toast, ale bez tej całej ceremonii. — Więc… jak chcesz podbijać świat, to po prostu mów, kiedy zaczynamy. Bo teraz już wiem, że jesteś gotowa.
I może nie powiedział tego bezpośrednio, ale ton miał jasny: a ja jestem gotowy pójść tam z tobą. Ezra przekrzywił lekko głowę, przyglądając się jej z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który był gdzieś na granicy rozbawienia i zmęczenia jej wybiegami. Uniósł brew, wbijając w nią spojrzenie, które mówiło jedno: nie wymigasz się. Ezra uniósł kubek do ust, ale nie napił się od razu. Przez moment tylko przyglądał się Sloane znad jego krawędzi, jakby coś kalkulował, choć pewnie sam nie do końca wiedział co. Przez krótką chwilę milczał , nie dlatego, że nie miał nic do powiedzenia, ale dlatego, że nagle znów dotarło do niego, w jak dziwnej sytuacji się znaleźli. Bo przecież to było dziwne. Ona błyszcząca, rozemocjonowana, wciąż ubrana jakby miała za chwilę wrócić na scenę. On półnagi, mokry od szampana, z kubkiem w dłoni, wyglądający bardziej jak techniczny z backstage’u niż właściciel wytwórni. Świętowali wielki sukces, ale nie w blasku fleszy, tylko tu, w jakiejś zapleczo-garderobie, z plastikiem zamiast szkła i whisky, która skończyła się szybciej niż zamierzał. Westchnął cicho i opuścił spojrzenie na swoją przemoczoną koszulę, leżącą gdzieś na podłodze.
— Dziś świętujemy w Empire, nie? — rzucił z pozorną lekkością, ale jego ton był już spokojniejszy. — Wpadnę. Ale najpierw muszę się ogarnąć. Tu nie mam nawet porządnego T-shirtu, a wyglądam, jakbym właśnie wyszedł z wanny, w której ktoś odkręcił kurek z szampanem — rozłożył ręce, wskazując na siebie teatralnie. Dopił resztkę ze swojego kubka i odstawił go na najbliższą powierzchnię. — Słyszałem już sześć różnych wersji tej samej plotki, że rzekomo zamówiłaś prywatny stolik z neonem nad głową i fontanną z tequili.
Przechylił głowę, przyglądając się jej jeszcze przez sekundę. Jego wzrok na moment spoczął na jej ustach, zanim znowu uniósł się wyżej. Wypił łyk i od razu poczuł, jak bąbelki z szampana drażnią gardło, może bardziej niż powinny. Odstawił kubek na blat obok i oparł się dłońmi za sobą, lekko wyciągając nogi przed siebie. Przez chwilę, z tą półprzymkniętą powieką i pozornym spokojem, wyglądał, jakby analizował nie tylko jej słowa, ale cały ten wieczór, od samego początku aż do momentu, w którym stali teraz, zamknięci w jego technicznej garderobie, oboje mokrzy od szampana i z dziwnie zawieszoną energią między nimi. Wyprostował się nagle, zerkając na nią z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który wracał zawsze wtedy, gdy Ezra przypominał sobie, że musi wrócić do rzeczywistości.
OdpowiedzUsuńZerknął na nią kątem oka, z tym swoim półuśmiechem, który mógł oznaczać wszystko albo nic.
— Chyba że… — zaczął, tonem żartobliwie prowokującym — …zapragniesz dzisiaj zostać moją osobistą stylistką. W twojej garderobie wieszaków więcej niż w całym dziale PR, a kolekcja ubrań męskich wygląda, jakby była szykowana pod kogoś z okładki „GQ”.
Uniósł brew, jakby rzucał jej wyzwanie.
— Masz oko. Wybierz coś dla mnie. A jak nie trafisz, to w Empire plotki będą nie o twoim występie, tylko o tym, że Ezra Creighton oszalał i paraduje w cekinowej kurtce i brokatowych spodniach, bo Sloane przebrała go za swojego backdancera.
Ezra
Ezra prychnął pod nosem z rozbawieniem, wykrzywiając usta w przekornym półuśmiechu. Stał oparty niedbale biodrem o kant stołu, jakby wcale nie przejmował się tym, że Sloane pożerała go wzrokiem. Gdyby chciała, mógłby się jeszcze obrócić w profil i zareklamować jeden z tych cholernych zegarków, które ostatnio wszyscy usiłowali mu wcisnąć na Instagramie. Ale Ezra, mimo tej nonszalancji, doskonale widział, jak jej spojrzenie na niego spadało. Nie spuszczała z niego wzroku i… nie próbowała tego ukrywać. To nie był flirt. Jeszcze nie. Ale gra już się zaczęła. Ezra uniósł lekko brew, kątem ust łapiąc uśmiech, kiedy przyłapał ją znowu na tym spojrzeniu, niby od niechcenia, niby przypadkiem, ale nie oszukujmy się, oboje dobrze wiedzieli, co się tu działo.
OdpowiedzUsuń— Widzę, że chyba wolisz mnie w wersji roznegliżowanej — rzucił z bezczelnym spokojem, jakby właśnie komentował pogodę. — Ale… nie chcę cię za bardzo rozpraszać. W końcu to twoja impreza, a nie moje show.
Przechylił kubek z szampanem do ust, jakby z premedytacją robiąc to powoli, a potem spojrzał na nią spod rzęs, uśmiechnięty, wyrachowany, z tym błyskiem w oku, który zawsze oznaczał kłopoty albo co najmniej niedopowiedzenie.
— Chociaż… jakbyś naprawdę nalegała, mogę zrobić wyjątek. Dla ciebie.
Posłał jej ten swój charakterystyczny uśmiech, nieznośny, błyskotliwy i cholernie pewny siebie. Kiedy go używał, zazwyczaj wiedział, że właśnie sprawdza, jak bardzo może przesunąć granicę, zanim coś pęknie. Albo zanim coś się zacznie.
— Ale spoko, wierzę ci. — Dodał po chwili, już spokojniej. — Żadnych cekinów. Nie jesteś typem, który dzieli się światłem. Zresztą, nie musisz. — Jego wzrok na moment zawisł na jej sylwetce, bez pośpiechu. — Noc i tak należy do ciebie.
Przez chwilę między nimi zrobiło się zaskakująco cicho. Tylko gdzieś w tle garderoby tykał zegar i brzęczała neonowa lampa, jakby przypominała im, że świat poza tą chwilą wciąż się toczy. Ezra nic więcej nie powiedział. Tylko uśmiechnął się pod nosem, jakby właśnie wygrał jakąś małą, prywatną rozgrywkę, jedną z tych, których nawet nie ustalili, że w ogóle toczą.
— Okej, chodźmy — mruknął z tym swoim leniwym luzem, dopijając ostatni łyk szampana i odstawiając kubek na pobliską szafkę. — Zobaczymy chociaż kawałek gry, zanim twoja tequila zacznie płynąć fontannami.
Minął ją w drzwiach powoli, zostawiając między nimi może pół oddechu przestrzeni, ledwie wyczuwalnej, a jednocześnie rażąco namacalnej. Tym razem to on niemal się o nią otarł, rozgrzaną skórą ramienia, mokrym od szampana bokiem, ciepłem własnego ciała. Zrobił to bez pośpiechu, bez zawahania, zostawiając za sobą zapach perfum, adrenaliny i tego dziwnego napięcia, które zawisło między nimi, gęste jak dym. A potem ruszył przed siebie, bez tej koszuli, której nawet nie próbował ratować. Pewnym, nonszalanckim krokiem, jakby szedł właśnie na casting do własnego życia. W kierunku jej garderoby. Nie oglądał się. Nie musiał. Bo poszła.
— Dobra, stylistko. — Rzucił, kiedy był już w jej garderobie. — Postaraj się mnie nie ośmieszyć. Żadnych crop topów, siateczek i święcących trampek.
Chociaż z jego tonem… cholera wie, czy nie pozwoliłby się jednak w coś takiego ubrać. W końcu przy Sloane, nawet najdziwniejsze rzeczy zdawały się mieć sens.
Ezra
Ezra uniósł lekko brwi, słysząc jej słowa i ten ton. Pomóc? To jedno słowo padło z jej ust jak żart, ale zostawiło po sobie cień możliwości, która zawisła między nimi jak iskra w zawilgoconym powietrzu garderoby. Spojrzał na nią powoli, przesuwając wzrokiem po lśniącym kostiumie, który wciąż idealnie oplatał jej sylwetkę. Nawet w tych przygaszonych światłach garderoby zdawała się błyszczeć, jakby nie potrzebowała reflektorów, żeby przyciągać uwagę.
OdpowiedzUsuń— Pomocy? — powtórzył, jakby rozważał to na głos. Uśmiechnął się kątem ust, z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, za którym czaiło się wszystko, kpina, prowokacja i coś jeszcze, coś, czego nie miał zamiaru nazwać. Nie odpowiedział od razu. Zamiast tego, wolno przesunął dłonią po krawędzi szuflady z dodatkami, jakby szukał czegoś do stylizacji, ale jego wzrok już z niej nie schodził. Zatrzymał się, przyglądając się jej tak samo bezczelnie, jak ona przed chwilą jego plecom. Nie musieli się ukrywać, żadne z nich nie udawało już, że to tylko niewinny flirt.
Ezra parsknął pod nosem i jeszcze zanim Sloane zdążyła cokolwiek odpowiedzieć, rzucił przez ramię.
— To nie była żadna kamizelka budowlana. To była Balenciaga. — Odetchnął ciężej, teatralnie urażony, ale rozbawiony. Jakby właśnie obraziła jego największą estetyczną dumę. — Wiesz, nie każdy ogarnia high fashion w wersji dekonstrukcji. — Dodał z nutą drwiny, szukając wzrokiem czegoś na wieszaku, ale ostatecznie wrócił spojrzeniem do niej. — Ale nie martw się. Jeszcze cię nauczymy.
Uśmiech znów zagrał mu w kąciku ust, ale tym razem był wyraźnie bardziej bezczelny. Sloane poczuła to spojrzenie na sobie tak samo intensywnie, jak wcześniej, tym bardziej, że on wciąż nie dokończył tego, co zaczął przed chwilą.
Zrobił krok w jej stronę, krótkim ruchem łapiąc jedną z koszul, które przed chwilą odrzuciła. Zawisła teraz na jego przedramieniu.
— Ale skoro już mnie oceniasz jak na castingu do twojego teledysku… — uciął, zerkając na nią spod lekko przymrużonych powiek. — To może faktycznie… powinnaś zobaczyć mnie w czymś lepszym. — Nie był to flirt wprost. Ale ton, spojrzenie i fakt, że powoli rozpiął guzik spodni, mówiąc to wszystko, były aż nazbyt celowe. Robił to wolno. Spokojnie. I z wyczuciem, jakby naprawdę przymierzał się do przebrania, ale doskonale wiedział, że ona patrzy. I że nie potrafi nie patrzeć. — Masz rację. Zostały tylko spodnie. — rzucił jeszcze, prawie niedbale. — Więc… masz zamiar tylko się przyglądać, czy faktycznie chcesz pomóc?
To już nie był przypadkowy flirt. To było pole testowe. Granica, którą rzucał jej pod nogi, a teraz czekał, czy ją przekroczy. Ezra uniósł spojrzenie i utkwił je w jej oczach celowo, świadomie, bez ucieczki. Przez moment nie mówił nic. Po prostu patrzył. Cicho, z wyraźnym napięciem między jednym oddechem a drugim. Palce przesunął do guzika spodni i bez żadnego pośpiechu go odpiął. Potem sięgnął niżej, do rozporka, rozpinając go z takim spokojem, jakby wykonywał zupełnie codzienną czynność. Ale nic w tej chwili nie było zwyczajne. Brwi uniosły mu się lekko, z subtelnym rozbawieniem. Czekał, czy Sloane spuści wzrok. Nie spuściła.
— Odwróć się. I nie podglądaj — rzucił spokojnie, z lekkim, zbyt niewinnym uśmiechem. Jakby tylko dbał o jej komfort. Jakby to było logiczne rozwiązanie tej sytuacji. Ale ton miał w sobie coś więcej, jakby doskonale wiedział, co robi. Nie ruszył się jednak od razu. Stał tak jeszcze przez sekundę, czekając. Cicho. Blisko. I wciąż rozpięty.
Ezra
Ezra uniósł brew, spoglądając w jej oczy, kiedy podeszła bliżej. Nie odsunął się ani o krok. Przeciwnie, jakby specjalnie został w miejscu, obserwując ją w absolutnym skupieniu, tak, jakby to była scena, na której teraz to ona miała swoje pięć minut. I z której, o dziwo, nie próbowała uciec. — Masz rację — mruknął nisko, niemal rozbawiony. — Sam tego chciałem.
OdpowiedzUsuńEzra uniósł brew, jakby rozbawiony jej zdecydowaniem i tą zaskakującą zmianą planu, którą właśnie wprowadziła bez najmniejszego zawahania. Jego spojrzenie było uważne, przewrotne, uśmiech na ustach sugerował, że gra w jej reguły… ale wcale nie przestał rozgrywać tej partii po swojemu. Nie poruszył się, gdy sięgnęła za jego plecy i uniosła koszulę, ale czuł jej dłoń przy swoim boku, czuł materiał, który delikatnie muskał jego skórę. Ich spojrzenia zderzyły się w pół drogi intensywne, uparte, ani jego, ani jej nie zamierzało pierwsze odpuścić.
— Miałaś pomóc ze spodniami — przypomniał jej nisko, bez pośpiechu, z lekką chrypką, która zabrzmiała prawie nieprzyzwoicie. — Ale skoro wolisz mnie już ubrać… — urwał, pozwalając, by zawieszenie głosu dodało tej zmianie tonu znaczenia. — To niech będzie…
Zamilkł na moment, a potem, bez cienia protestu, wsunął ręce w rękawy koszuli, którą mu podsunęła. Palce musnęły materiał, potem jej nadgarstek. Nie zrobił nic więcej, nie musiał. Gest był ledwie zauważalny, ale wystarczająco znaczący, by poczuła, że mimo jego pozornej uległości, to napięcie między nimi właśnie się zagęściło. Ruch był powolny, ale nie niezdarny. Wręcz przeciwnie, precyzyjny i świadomy. Wykonany tak, jakby dokładnie wiedział, że ona patrzy. Że czuje każdy centymetr materiału przesuwającego się po jego ramionach, że jej dłoń wciąż spoczywa mu gdzieś na karku i nie wiedział już, czy wciąż poprawia jego kołnierzyk, czy zatrzymała się tam w pół ruchu. Nie powiedział już nic więcej. Ale jego wzrok pozostał wbity w jej oczy, jakby oczekiwał, że ta gra się jeszcze nie skończyła. Że to tylko kolejny ruch i że to ona musi zdecydować, co z nim zrobi.
— Co za poświęcenie z twojej strony — dodał z cichym śmiechem, gdy materiał opadł na jego ramiona. Znów to napięcie. Znów ta gra. Ale Ezra nawet nie próbował tego rozładować. Nie tym razem. Głos miał niższy niż zazwyczaj, ciepły, nieprzewidywalny. Czuć było napięcie w powietrzu elektryczne, drażniące, takie, którego nie dało się zignorować. Koszula była tylko pretekstem. Ich wzajemna bliskość, ich oddechy, milimetry dzielące od kolejnych decyzji to było pole minowe, po którym oboje chodzili bez ostrzeżenia. Nie odsunął się, kiedy materiał przesunął się po jego ramieniu. Pozwolił jej go ubrać i może właśnie dlatego, mimo że nie powiedział nic więcej, patrzył na nią z czymś, co balansowało między prowokacją a… wdzięcznością. Ale tą, której się nie wypowiada.
Nie, kiedy na wyciągnięcie ręki stoi kobieta, która teoretycznie miała być tylko artystką z jego wytwórni. A praktycznie właśnie pomagała mu się ubrać, jakby miało to jakieś drugie dno. Koszula opadła na miejsce, a on tylko poruszył barkami, by ułożyła się dobrze. Cały czas patrzył na nią, jakby badał, czy ten moment właśnie przestaje być tylko grą, a zaczyna być czymś, co wymyka się spod kontroli. Granice, które przecież jasno postawili, jeśli w ogóle kiedykolwiek to zrobili, stawały się coraz bardziej rozmyte.
W głowie miał jasny komunikat: stop, ale w ciele wszystko krzyczało jeszcze.
OdpowiedzUsuń— Nie mam się czego wstydzić? — powtórzył po niej, unosząc brew i patrząc na nią z tym błyskiem w oku, który nie wróżył niczego dobrego. — Wow, to chyba najmilsze, co od ciebie usłyszałem.
Uśmiechnął się powoli, z lekką niedowierzającą ironią, ale nie było w tym ani grama złośliwości. Raczej coś w rodzaju rozbawienia, jakby faktycznie zanotował ten moment gdzieś głęboko w głowie. Może nawet nie po to, żeby jej to później wypomnieć. Może po prostu dlatego, że usłyszenie tego z jej ust miało swoją wagę.
— To teraz nie wiem… kończymy na tym, czy lecisz za ciosem i chcesz mnie jeszcze czymś zaskoczyć?
Ton miał luźny, ale spojrzenie już nie. Znowu był w tej pozycji, pół kroku od niej, z koszulą niedopiętą, z mięśniami napiętymi bardziej, niż powinny być przy zwykłej rozmowie. I znów, nie przesunął się nawet o centymetr. Czekał. To zabrzmiało… dwuznacznie. W jego głosie było coś, co balansowało między rozbawieniem a prowokacją, ale spojrzenie nie pozostawiało wątpliwości, nie chodziło tylko o to, co jeszcze mogła mu powiedzieć. Niby żartował, pytając, czy „poleci za ciosem”, ale wcale nie mówił o słowach. Nie do końca. Bo równie dobrze mogło chodzić o to, co zrobi. Co jeszcze może się wydarzyć. A może tylko testował granicę, sprawdzając, czy blondynka ją przekroczy, jeśli wystarczająco długo będzie ją do tego kusił. Stali blisko, zbyt blisko jak na to, czym powinni dla siebie być. Jego koszula wciąż była rozpięta, jej palce wciąż przy mankiecie, a napięcie między nimi nie malało, tylko gęstniało z każdą kolejną sekundą. Sloane mogła się cofnąć. Albo odpowiedzieć. Albo… właśnie to. Zaskoczyć go.
Ezra
Ezra nie ruszył się ani o milimetr, kiedy materiał koszuli zsunął się z jego ramion. Czuł jej palce powolne, dokładne, jakby chciała zapamiętać fakturę jego skóry, a nie tylko tkaniny. Przesunęła po nim z tą cholerną pewnością siebie, która czasem doprowadzała go do szału, ale dziś… dziś była jak zaproszenie, które przyjął w milczeniu. Kiedy koszula opadła na ziemię, mruknął cicho, niemal z rozbawieniem, choć było w tym coś bardziej surowego. — Mi się podobała.
OdpowiedzUsuńGłos miał chropawy, trochę niższy niż zwykle.
Patrzył na nią dłużej niż powinien, mocniej niż wypadało, jakby sam nie był pewien, czy chce, żeby się teraz zatrzymała… czy poszła dalej.
Było coś niemal teatralnego w tym, jak ściągała z niego tę koszulę tylko po to, by za moment zsunąć materiał spodni o ledwie kilka centymetrów, nie za daleko, nie za blisko. W sam raz, żeby zostawić go z palącym pytaniem: co dalej? A może to nie był teatr, tylko gra. I oboje znali zasady lepiej, niż chcieli się przyznać.
Ezra ani drgnął. Ani wtedy, gdy Sloane zsunęła z niego koszulę z miną krytyka mody. Ani wtedy, gdy jej palce przelotnie dotknęły jego torsu, jakby przypadkiem. Ani tym bardziej, gdy złapała za materiał jego spodni i przeciągnęła zamek do końca, bez wahania, z pełną świadomością. Nawet nie wtedy, gdy zsunęła je odrobinę z jego bioder. Jakby każde kolejne jej dotknięcie wpisywało się w jakiś ukryty rytuał, który próbował zrozumieć i którego wcale nie chciał przerywać. W środku wszystko w nim zamarło. Ciało reagowało szybciej niż myśli, jakby każdy jego nerw został napięty do granic. Adrenalina? Może. Pożądanie? Bezsprzecznie. I coś jeszcze, coś, czego nie potrafił nazwać.
Spojrzał na nią, powoli, bez uśmiechu. A jego wzrok, mimo że wciąż spokojny, miał teraz inną temperaturę. Jakby w ciągu jednej sekundy z lekkiej prowokacji zrobiło się coś znacznie cięższego. Głębszego. Spojrzała mu w oczy tak, jakby to ona trzymała teraz wszystkie karty i dobrze wiedziała, że właśnie przekroczyli granicę, której nie powinno się było nawet dotykać. Ezra uniósł lekko brew, wciąż nie puszczając jej spojrzenia, może nieco bardziej uważnego, jakby próbował odczytać nie tylko jej intencje, ale i własne reakcje, których nie planował. A potem… westchnął. Półgębkiem, z przekąsem, jakby nagle uznał, że ta cała scena robi się zbyt absurdalna nawet jak na ich standardy.
— Nie żebym się skarżył, ale… — zaczął powoli, z tą chropowatością w głosie, która pojawiała się zawsze wtedy, gdy coś go bawiło bardziej, niż powinno. — W umowie nie było chyba punktu o rozbieraniu producenta po godzinach.
Ezra przekrzywił lekko głowę, a na jego ustach pojawił się ten charakterystyczny półuśmiech, dokładnie ten, który Sloane znała aż za dobrze. Szyderczy, zgryźliwy, niepokojąco spokojny. Głos miał dalej spokojny, ale słowa uderzały precyzyjnie, jak zawsze, gdy Ezra decydował się na ironię jako zbroję.
— Z drugiej strony… — dodał, zniżając głos nieznacznie, jakby sam siebie nie do końca poważnie traktował. — Nie przewidziałem też opcji, że będziesz próbowała mnie ubierać i rozbierać w tym samym pięciominutowym oknie. Może trzeba dopisać aneks.
Nie ruszył się dalej. Nie dotknął jej więcej. Ale ta odległość zbyt bliska, zbyt łaskocząca zmysły, nie pozostawiała złudzeń.
— Wiesz, Fletcher… jeśli to miała być deklaracja, że wolałabyś mnie zobaczyć bez niczego to chyba wolałbym, żebyś to powiedziała wprost. I jeśli chcesz mnie dalej rozbierać, będziesz musiała poczekać do miejsca, które ma drzwi z zamkiem.
Zrobił pół kroku do tyłu, tylko tyle, żeby materiał jego spodni przesunął się znów wyżej, a jego ciało wróciło w strefę „półprzyzwoitości”.
— Jak zaraz wejdzie tu ktoś z obsługi z żelem do włosów albo zapasowym mikrofonem, to zostanę wpisany na czarną listę na resztę życia. — Pokręcił głową z teatralną rezygnacją, tonem, który balansował gdzieś między rozbawieniem a wyraźną próbą zgaszenia temperatury.
Zamilkł na moment, ale kąciki jego ust znów się uniosły, tym razem z tą znajomą nutą ironicznego zadowolenia.
OdpowiedzUsuń— Co nie znaczy, że nie doceniam twoich metod doboru garderoby. Bardzo… angażujące.
Przeniósł spojrzenie na jej dłoń przy jego biodrze, a potem z powrotem do oczu. I odsunął się o pół kroku. Nieśpiesznie. Z kontrolą. Ale coś w jego spojrzeniu zdradzało, że ten krok kosztował go więcej niż był gotów przyznać.
Ezra
Ezra przyjął od niej koszulę i spodnie, ale zamiast sięgnąć od razu po którykolwiek z tych elementów, tylko przez chwilę na nie spojrzał, a potem uniósł głowę i utkwił w niej wzrok. Sloane mogła dostrzec ten moment, jak przez ułamek sekundy coś w nim zadrżało, jakby się zawahał. Jakby ta scena rozgrywająca się między nimi trwała o parę minut za długo, by dało się to jeszcze zbyć tylko żartem. Ale spróbował.
OdpowiedzUsuń— Pomocy? — powtórzył z udawanym zamyśleniem. Uniósł brew, przekrzywił głowę, a potem wciągnął lekko powietrze, jakby coś sobie uświadomił. — Wiesz… patrząc na to, co właśnie próbowałaś ze mną zrobić między statywami a skrzynką kabli — westchnął teatralnie, z wyraźnym rozbawieniem w głosie — zaczynam się zastanawiać, czy ja tu w ogóle jestem jeszcze bezpieczny.
Szybko zapiął jeden guzik koszuli. Drugi. Trzeci. Choć ruchy miał opanowane, coś w jego dłoniach mówiło, że wcale nie chciał jeszcze tej koszuli na sobie mieć.
— Doceniam twoją artystyczną wizję, Sloane. — Przeniósł na nią wzrok znad ostatniego guzika. Wciąż był zbyt blisko, zbyt obecny. — Ale wybacz, nie mam dziś ochoty stać się viralem w kategorii “rozebrany producent na backstage, który zapomniał, że za drzwiami czeka połowa branży”.
Rzucił jej lekki, ironiczny uśmiech. Ten, który zawsze coś ukrywał i właśnie teraz ukrywał więcej, niż był gotów wypowiedzieć.
— I tak, wiem. Ty tylko wykonywałaś polecenia. — Skrzywił się teatralnie. — Tyle że ty nigdy nie wykonujesz ich dokładnie tak, jak powinno się je wykonać. To akurat o tobie wiem na pewno.
Rzucił jej to swoje jedno spojrzenie, krótkie, wymowne, z przekąsem. Takie, które miało załatwić całą rozmowę bez słów. A potem… po prostu zsunął z siebie buty jednym ruchem stopy, bez szczególnego wysiłku, jakby chciał się ich pozbyć jak zbędnego balastu. Chwilę później zsunął spodnie do końca. Tkanina opadła na podłogę z cichym szelestem i została tam, gdzie ją rzucił bez specjalnego namysłu. Przez krótką chwilę Ezra stał przed nią niemal rozebrany, tylko w ciemnych bokserkach i rozpiętej jeszcze koszuli. Nie spieszył się. Wziął spodnie, które wybrała i wciągnął je na siebie w spokojnym, niemal leniwym tempie. Dobrze dopasowane, ciemne, bardziej eleganckie niż poprzednie, zupełne przeciwieństwo jego dotychczasowego „technicznego” looku. Zapiął ostatni guzik i uniósł nieco podbródek, jakby chciał ją sprowokować. Albo przynajmniej sprawdzić, czy jeszcze miała coś do dodania, coś równie niebezpiecznego jak to, co działo się przed chwilą. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, przechylił lekko głowę, a zaraz potem ściągnął koszulę z powrotem, niemal z rozdrażnieniem.
— To wygląda jakby miał mnie zaraz ktoś wrzucić na panel dyskusyjny o gamingu, nie na after po Super Bowl.
Oparł się biodrem o kant jednej ze skrzyń technicznych, ręce skrzyżował na piersi i nie spuszczał z niej wzroku.
— Skoro już się uparłaś, że chcesz mnie ubrać, to chociaż zrób to tak, żebym nie wyglądał, jakbym przyjechał zatwierdzić budżet na twój kolejny teledysk.— Przesunął wzrokiem po niej, z jakimś cieniem rozbawienia, ale i lekkiego wyzwania. W końcu Ezra sam podszedł do wieszaków, jakby uznał, że przejął już wystarczająco dużo z tej… zabawy. Jego ruchy były znów spokojne, ale tym razem bardziej skupione, jakby naprawdę szukał czegoś, co nie tylko spełni funkcję, ale też odda jego charakter. Czegoś, co pasowałoby bardziej do nocy w klubie niż do briefingów, prób i setlist. Przerzucał kolejne koszule, marynarki, T-shirty, od czasu do czasu odwracając coś w dłoniach. Sloane mogła usłyszeć ciche mruknięcie aprobaty, kiedy znalazł coś, co faktycznie do niego przemówiło.
Bez słowa zdjął wybraną wcześniej koszulę, odpiął guziki szybciej niż je zapinał i wsunął przez głowę koszulkę, poprawił materiał na ramionach i spojrzał w lustro, przekrzywiając głowę z lekkim rozbawieniem. Zmienił również spodnie, przez chwilę znów paradując przy niej w samych bokserkach.
OdpowiedzUsuń— No. — Mruknął w końcu, zerkając na nią w odbiciu. — Teraz wyglądam jak ktoś, kto nie zamierza już dzisiaj nikomu niczego produkować.
Podniósł jeszcze kurtkę i przewiesił ją przez ramię, nie zakładając od razu. Jego spojrzenie wróciło do niej, pytające, trochę zaczepne, z błyskiem, który oznaczał jedno: teraz twoja kolej. Idziemy czy chcesz jeszcze coś przymierzyć?
— Ogarnij się, Fletcher — rzucił luźno, ale z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, który znaczył wszystko i nic zarazem. — Ja idę w końcu zobaczyć jakiś mecz, zanim całkiem zapomnę, po co tu przyjechaliśmy.
Nie czekał na odpowiedź, tylko przerzucił kurtkę przez ramię i ruszył do drzwi z tym nonszalanckim krokiem, jakby nic szczególnego się tu przed chwilą nie wydarzyło. Jakby właśnie nie spędził ostatnich minut w samej bieliźnie, z nią przy sobie, z ich granicami tańczącymi na krawędzi. Wychodząc, znów niemal się o nią otarł, niby przypadkiem, ale bez pośpiechu. Zatrzymał się na moment. Jego dłoń uniosła się lekko i bez żadnego ostrzeżenia, ale z tą irytującą kontrolą, której Ezra nigdy nie tracił, sięgnął do jej twarzy. Palcami ujął jej brodę, delikatnie, pewnie. Zatrzymał ją w miejscu, spojrzał prosto w oczy. Blisko. Na tyle, że mógł wyczuć ciepło jej oddechu. Na tyle, że gdyby się nachylił, mógłby ją pocałować. Ale nie zrobił tego. Jego spojrzenie przez moment było zbyt długie.
— Nie przegap imprezy przez próbę złamania regulaminu firmy — rzucił cicho, z ironią, która ledwie tuszowała napięcie w głosie i puścił jej oczko, a potem, wyprostował się, jakby nagle znów sobie przypomniał, kim są i gdzie są.
Ezra
Ezra nie odpowiedział od razu. Jego spojrzenie, wciąż jeszcze rozgrzane napięciem sprzed chwili, zatrzymało się na niej, jakby w milczeniu próbował coś z niej wyczytać. Albo po prostu sobie przypomnieć, że naprawdę powinien już iść. W końcu uśmiechnął się półgębkiem w swoim stylu. Trochę z przekąsem, trochę jakby z powątpiewaniem w ich wspólną zdolność do niewpakowania się w kłopoty, jeśli zostaną tu choćby minutę dłużej.
OdpowiedzUsuń— Tylko pomóc — powtórzył sucho, ale coś w jego głosie zdradzało więcej niż ten ton sugerował. Słyszała to. Ten cień rozbawienia, lekką chrypkę od emocji, które jeszcze przed chwilą przetoczyły się przez niego jak fala. — Profesjonalizm na najwyższym poziomie, Fletcher.
Uniósł wzrok, jakby właśnie coś mu przyszło do głowy. Zerknął na nią, stojącą wciąż w tym obcisłym, błyszczącym kostiumie, z włosami w artystycznym nieładzie i spojrzeniem, które wyraźnie mówiło, że ta historia jest daleka od zakończenia.
— A jeśli to była zmarnowana okazja… to dobrze. Nie wszystkie trzeba wykorzystać od razu, Sloane...
Zostawił to w powietrzu, niewypowiedziane „może następnym razem”. Z tą swoją ironiczną miną i nieprzeniknionym tonem, który równie dobrze mógł znaczyć wszystko albo nic.
Przez sekundę na nią nie patrzył, jakby chciał sobie dać czas. Na uspokojenie. Na powrót do pionu. Na odzyskanie dystansu, który Sloane właśnie bezczelnie i bez najmniejszych oporów rozmontowała w całości. Odwrócił głowę spojrzał na nią z tym swoim półuśmiechem, trochę rozbawionym, trochę ironicznym, ale podszytym czymś, czego nie dało się już nazwać tylko żartem.
Spojrzał na nią w milczeniu. Tylko przez moment, wystarczająco długo, żeby znów się zgubić, a nie na tyle, by się w tym zatracić. A potem ona zrobiła ten krok. Jeden, może dwa, ale jemu wystarczyło, by znów znaleźli się niebezpiecznie blisko. Kiedy odwróciła się do niego plecami, a jej włosy spłynęły na jedno ramię, coś w nim się napięło. Ta cisza między nimi zdawała się aż pulsować, tak gęsta, że nie potrzebowała żadnych słów. Zobaczył suwak. Dłoń Ezry sięgnęła do materiału. Zatrzymała się na moment przy karku. A potem, z precyzją i spokojem, pociągnął w dół. Zamek rozsunął się bezgłośnie. Centymetr po centymetrze. Nie dotknął jej więcej niż musiał. Nie położył dłoni na odsłoniętych plecach, choć kusiło go, by to zrobić. Kiedy skończył, nie odsunął się od razu. Stał za nią jeszcze sekundę dłużej, niż powinien. Zbyt blisko. Zbyt nieruchomo.
— Gotowe — powiedział tylko. Głos miał cichy, głębszy niż zwykle. Napięty, choć starał się to ukryć. Nie dodał nic więcej. Nie musiał.
— Ogarnij się — rzucił cicho. Ale brzmiało to inaczej niż wcześniej. Bez komendy. Bardziej jak… prośba. Z troską, której Ezra rzadko kiedy dawał się ponieść. A potem się odsunął. Pół kroku. Może mniej. Nie odwracając się do niej plecami, nie rzucając komentarza na odchodne. Po prostu cofnął się do drzwi i zostawił ją tam, z rozsuniętym zamkiem, odsłoniętymi plecami i całą tą elektrycznością, którą sam rozniecił.
Ezra nawet się nie odwrócił, kiedy wyczuł jej obecność, po prostu, jakby instynktownie, wiedział, że to ona. Ułamek sekundy później jej biodro otarło się o jego bok, a on zareagował tym samym co zwykle: półuśmiechem, lekkim uniesieniem brwi i spojrzeniem z góry, które równie dobrze mogło prowokować, jak i oceniać.
OdpowiedzUsuń— Zależy — odpowiedział po chwili, z tą swoją typową nonszalancją, która jednak dziś brzmiała już mniej nonszalancko, a bardziej świadomie. — Jeśli znów postanowisz mnie rozebrać, to może faktycznie studio będzie bezpieczniejsze. Zamknę cię w jednej z sal, a sam przeczekam wszystko w drugim budynku. Dla bezpieczeństwa twojej kariery. I mojego zdrowego rozsądku — mruknął z rozbawieniem, które tylko ledwo przykrywało napięcie między nimi. Oparł się wygodniej o blat, rzucając jej krótkie spojrzenie z boku, kiedy ładowała na talerz frytki i skrzydełka. Pojawiła się jak burza, jakby zmycie szampana i zmiana stroju wcale nie ostudziły jej obecności.
Wziął łyk czegoś, co wyglądało jak whisky z colą, i dodał.
— Wiem, że mamy imprezę do odbębnienia, ale na twoim miejscu najpierw bym zjadł. Jeszcze jedna butelka szampana i znów będziesz próbować negocjować kontrakt przez rozpinanie guzików. — Rzucił jej to ze spokojem, bez złośliwości, jakby całe to napięcie między nimi było teraz… grą w stylu ich własnego języka. I może tak było.
Ezra
Ezra odchylił się lekko, opierając przedramię na oparciu kanapy i patrzył na ciebie z tym wyrazem twarzy, który nie był już tylko zaczepny ani ironiczny. Był… świadomy. Jej. Ich. Tego, co między nimi zaszło. I tego, co się jeszcze nie wydarzyło.
OdpowiedzUsuń— Powiedziałem, że możesz mnie ubrać, a nie rozebrać — zauważył spokojnie, ale to spokój w stylu Ezry, czyli podszyty czymś znacznie mniej spokojnym. — To, że uznałaś jedno za równoznaczne z drugim… cóż.
Nie zadrwił. Nie był złośliwy. Ale gdzieś w tym jego głosie było coś, co mówiło: widzę cię. I wcale nie zamierzam odwracać wzroku. Spojrzał krótko na jej porcję. Zdecydowanie mniejszą, niż powinna być. Wziął jedno ze skrzydełek ze stolika, ale zamiast je zjeść, potrzymał ją chwilę, jakby się nad czymś zastanawiał.
— Trzy frytki i udko się nie liczy. Chcesz się złożyć po drugim drinku? — rzucił beznamiętnie, sięgając po kolejną porcję i podsuwając jej ją, jakby właśnie został jej prywatnym dietetykiem.
— Jedz. Nie będę się z tobą szarpał na parkiecie, jak ci cukier spadnie.
A potem jego wzrok wrócił na ekran, ale nie na długo. — Chiefs z Eagles — rzucił w końcu, zerkając na ekran bez większego zaangażowania. — Chiefs prowadzą jednym przyłożeniem. — Odpowiedział, jakby dopiero teraz zauważył, że zadała to pytanie na serio.
Zjadł w końcu to skrzydełko — powoli, bez pośpiechu, jakby nic się nie działo. Jakby nie powiedział właśnie czegoś, co zawisło między nimi zbyt gęsto, by po prostu to zignorować.
Ezra uniósł brwi, jakby właśnie przypomniał sobie coś wyjątkowo absurdalnego i, patrząc na nią kątem oka, oblizał jeszcze raz palce, zupełnie bezwstydnie, zanim sięgnął po kolejną frytkę.
— Swoją drogą… — zaczął powoli, tonem podszytym zbyt niewinną uprzejmością, żeby mógł być szczery. — Po tym co na siebie założyłaś, nie masz absolutnie żadnego prawa oceniać moich stylówek.
Uśmiechnął się szeroko, jakby sam był rozbawiony tym żartem, ale spojrzenie, które rzucił jej w tej samej sekundzie, sugerowało coś zupełnie innego. Jakby wcale nie przeszkadzało mu to, że tak wyglądała.
— Przysięgam Fletcher, założyłbym z powrotem tę nieszczęsną kamizelkę odblaskową Balenciagi, żeby to zrównoważyć.
Uśmiechnął się półgębkiem, już luźniej. Zatrzymał spojrzenie na kabaretkach, potem na skróconym topie, jakby próbował coś policzyć w głowie.
— Ale — dorzucił, zniżając głos — muszę przyznać, że konsekwencja stylistyczna jest imponująca. Skórzana spódnica, kabaretki, mina „to mój wieczór i nic mnie nie obchodzi”… klasyka. Idealna zestaw, jeśli chcesz rozkojarzyć DJ-a, skraść uwagę każdemu facetowi na piętrze i doprowadzić ochronę do zawału. — Znów ten półuśmiech, z którym nigdy nie było do końca wiadomo, gdzie kończy się ironia, a zaczyna coś, czego nie chce nazwać. Kolejna frytka wylądowała między jego zębami, a Ezra znów odchylił się nieco do tyłu, dając jej przestrzeń… albo tylko udając, że ją daje. Bo ta gra nie była skończona, a on najwyraźniej nie zamierzał dać jej tak łatwo wygrać kolejnej rundy. Potem sięgnął po napój, nie spiesząc się z kolejnym komentarzem. Ale w jego spojrzeniu wciąż coś było, coś, co nie zniknęło od tamtej garderoby. Może udawał, że wszystko wróciło do normy. Że między nimi wciąż był tylko ten sam układ, który istniał wcześniej. Artystka i producent. Pyskata diwa i jej nadzorca z zimną głową. Ale dobrze wiedział, że coś się przesunęło. Ezra oparł łokieć na kolanie i przez chwilę milczał, jakby sam nie wiedział, czy warto mówić dalej, czy raczej lepiej znów przyjąć swoją bezpieczną maskę chłodnego profesjonalisty. Oparł łokieć o blat, odchylając się lekko do tyłu. W ręce trzymał puszkę, którą leniwie obracał między palcami, ale uwaga w całości należała do niej.
Ezra
Ezra podniósł wzrok znad skrzydełka, które właśnie maczał w sosie i uniósł brew tak, jak tylko on potrafił, z tą mieszaniną sarkazmu, lekkiego rozbawienia i tej przesadnej niewinności, której nikt już nie kupował. Nawet Sloane.
OdpowiedzUsuń— Nie mówię, że ci zależało, ale… — Przesunął spojrzeniem po twojej sylwetce. — Nie wyglądałaś, jakbyś miała coś przeciwko.
Jego głos był spokojny. Nie złośliwy, ale też nie rozgrzeszający. Rzucony w przestrzeń między nich, gdzieś pomiędzy jedną frytką a łykiem coli.
Nie zrezygnował z tego tonu, niby ironiczny, niby lekki, ale zbyt świadomy, żeby to był tylko suchy żart. I nie odpowiedział od razu na to ostatnie. Na propozycję, że może ją przebrać. Na wyzwanie rzucone z tą charakterystyczną dla niej nonszalancją, jakby go testowała. Zamiast tego przysunął się o krok bliżej, nachylił lekko, by nie musieć mówić zbyt głośno.
— Ty chcesz, żebym cię przebrał, Sloane, czy rozebrał? — zapytał, zupełnie spokojnie, z tą uważną ciszą między słowami, którą zawsze zostawiał, jakby chciał dać jej czas na reakcję. — A może chcesz tylko wiedzieć, czy miałbym na to ochotę? — Zamilkł na moment. — Bo to różnica. — W tle gra przyspieszyła, ktoś się przewrócił, ktoś inny zdobył punkt i publika ryknęła, ale żadne z nich na to nie zareagowało. Wyciągnął rękę po kolejną frytkę, ale jego ruch nagle zwolnił, jakby coś mu właśnie przeszło przez głowę. Wzrok utkwił w jednej z telebimowych powtórek, choć ciężko powiedzieć, czy widział cokolwiek poza własnymi myślami. To był ten moment, kiedy coś w nim kliknęło. Jakby cała ta swobodna wymiana, flirtujące niedopowiedzenia i ta cholerna chemia między nimi, która jeszcze chwilę temu zdawała się być kontrolowaną grą, zaczęły wyglądać jak droga bez wyjścia. Nie odsunął się fizycznie. Nie zrobił kroku w tył. Ale mentalnie… zdystansował się. Wciągnął głęboko powietrze i w końcu znów uniósł na nią spojrzenie, ale tym razem mniej w nim było ognia, a więcej ostrożności. Kalkulacji. Jakby coś właśnie przeliczył i wynik mu się nie spodobał.
— To był high fashion — przypomniał jeszcze z tą swoją bezczelną powagą, jakby wciąż próbował przekonać świat, czyli ją, że to nie był żaden modowy wypadek. Przesunął wzrokiem po jej sylwetce. — Wyglądasz dobrze. Ale… — Sięgnął po jedną z frytek z jej talerzyka, bez pytania. — Mogłoby być lepiej — rzucił zupełnie szczerze, jak producent, nie facet który kilkadziesiąt minut temu używał wszyskich możliwych pokładów silnej woli, żeby jej nie pocałować. I wrócił do frytki. Tak po prostu. Jakby powiedział coś absolutnie zwyczajnego. — Zrobiłaś właśnie największy come back ostatnich lat… — mruknął. — I tak powinnaś wyglądać… — Jego głos był spokojny, niski, bez niepotrzebnych ozdobników. I chociaż brzmiał jak Ezra, zawsze opanowany, czasem sarkastyczny, to coś w tym tonie zdradzało, że nie rzucał słów na wiatr. Że mówił dokładnie to, co myślał.
— Ale niech ci będzie… — Mruknął w końcu z pozornym spokojem, nie patrząc już w jej stronę. — Masz dziś pełne prawo świętować, tak jak sobie życzysz. — Przeniósł wzrok na telewizor na ścianie, jakby tylko po to, żeby dać ci chwilę przestrzeni, dokładnie tyle, ile potrzebował, zanim znów wrócił do niej spojrzeniem. Ezra zerknął na nią kątem oka, jakby zaskoczony, że to pytanie nie przyszło z żadnym podtekstem. A może właśnie dlatego, że go nie było, zareagował ciszej, spokojniej. Na moment naprawdę oderwał się od swoich myśli i od jej spojrzenia, które od dobrych kilku minut próbował ignorować, z marnym skutkiem. — Kiedyś tak. — Odpowiedział w końcu, z lekkim wzruszeniem ramion. — Mój ojciec był fanatykiem. Zabierał mnie na mecze, jak tylko miał okazję. Trochę jak rytuał. Kibice, szalik, gorące nachosy i zimne piwo. Komplet.
Przez
Przez chwilę mówił tak, jakby naprawdę znów był tym dzieciakiem na trybunach, a nie producentem z telefonem pełnym kontraktów i harmonogramów. Odchylił się lekko na kanapie, patrząc na ekran z wyraźnym dystansem.
OdpowiedzUsuń— Potem jakoś mi przeszło. Może dlatego, że przestałem mieć czas, a może dlatego, że ludzie, z którymi to oglądałem, zaczęli znikać. — Dodał bez szczególnego ciężaru, jakby to była po prostu kolej rzeczy. Jak wszystko. — Ale lubię atmosferę. Lubię te wielkie momenty. Lubię, kiedy… coś się dzieje.
Przeniósł na nią spojrzenie, ale bez napięcia. Był w tej chwili bardziej sobą niż wcześniej, bez maski, bez zaczepki. Po prostu obecny.
— A ty? Naprawdę nigdy się nie wkręciłaś? Nawet z obowiązku rodzinnego? — Z lekkim uśmiechem. Nie prowokował, nie wbijał szpilki. Zwykła rozmowa. I może właśnie przez ten spokój między nimi znów zrobiło się niebezpiecznie. Bo Ezra z dystansem był trudniejszy do rozszyfrowania.
Ezra
Nie odpowiedziała na najważniejsze pytanie, choć wiedziała, że ono zawisło między nimi równie wyraźnie jak wszystko, co wcześniej wydarzyło się w garderobie. Czy naprawdę chciała, żeby to on ją rozebrał, z własnej inicjatywy, z pragnienia, z potrzeby, czy po prostu chciała wiedzieć, że on chce to zrobić? Chciała czuć jego uwagę, jego napięcie, jego walkę z samym sobą… bez konieczności przekraczania tej ostatniej granicy. Ale Ezra się tego spodziewał. Nie był naiwny. Widział, jak działa, jak balansuje na krawędzi między tym, co wypowiedziane, a tym, co jedynie sugerowane. Lubiła zostawiać takie pytania bez odpowiedzi. Lubiła sprawdzać, czy ktoś się domyśli, czy zaryzykuje. A on… był w tym dobry. W domyślaniu się. W czytaniu niedopowiedzeń. W odsuwaniu się wtedy, kiedy wszystko w nim krzyczało, by jednak zostać. Więc nie zaskoczyła go cisza. Nie rozczarowała też. Może nawet ulżyło mu, że jej odpowiedź nie padła na głos, bo wtedy musiałby zareagować. A tak… wszystko zostało między nimi. W przestrzeni napięć, które mogły jeszcze chwilę tam pozostać. Ezra słuchał jej uważnie, choć tylko raz czy dwa zerknął w jej stronę, bezgłośnie, jakby próbował zapamiętać każde słowo, nie komentując ich od razu. I może właśnie to w nim uderzyło najmocniej: że Sloane mówiła więcej niż zwykle, ale nie w sposób, który prosił o uwagę. Mówiła po prostu… prawdziwie. Bez filtra. Uśmiechnął się lekko pod nosem, gdy wspomniała o kamizelce.
OdpowiedzUsuń— Żadnych kamizelek. Zanotowane. — Mruknął, a potem dodał: — Ale nie obiecuję, że się nie pojawi w którymś z twoich teledysków. Wiesz, nostalgia, beton, kraty, fluo… Może jeśli kiedyś zrobimy jakiś collab.
Zerknął na nią kątem oka, z tym swoim półuśmiechem, który zwykle był sarkastyczny, ale tym razem pozostał łagodny. Przez chwilę nie było między nimi żadnych napięć, żadnych niedopowiedzeń, żadnych spojrzeń, które mogłyby rozniecić coś więcej. Przez chwilę było tylko… normalnie.
— Wyglądasz dobrze we wszystkim. — Rzucił cicho. — Ale jeśli pytasz… — Odchylił się nieco, jakby wyobrażał ją sobie w innym stroju, innym świetle. — Oversize’owa marynarka, bez niczego pod spodem. Coś co wygląda, jakbyś zabrała ją facetowi. Do tego krótkie spodenki, żeby nikt nie wiedział, czy to sukienka czy nie. Ciężkie buty. I eyeliner, ten, który wygląda, jakbyś go sama poprawiała w taksówce. — Zamilkł na moment, jakby ocenił, czy nie powiedział tego zbyt dosłownie. — Ale to może bardziej na okładkę niż na mecz.
Wyprostował się. Złapał puszkę, którą wcześniej mu oddała i przez chwilę obracał ją w dłoni, zanim napił się od niechcenia. Jej pytanie o Eagles rozbroiło go całkiem. Prychnął krótko, autentycznie rozbawiony.
— Trafiłaś. Ale nie pytaj dlaczego. Miałem koszulkę z numerem McNabba, zanim w ogóle wiedziałem, kim jest. Mój brat był fanem, więc… Wszedłem w to razem z nim.
Ton nieco mu się zmienił, nie w ciężką stronę, po prostu bardziej poważną. Jakby coś mu się przypomniało, ale nie chciał wchodzić w detale. Przez moment nie mówił nic więcej. Ale nie był to niezręczny moment. Raczej… spokojny. A potem wrócił do niej wzrokiem, kiedy wspomniała o swoim ojcu. I znów nie rzucił pustym „przykro mi” ani nie zażartował. Po prostu kiwnął lekko głową, jakby tylko chciał powiedzieć: słyszę to.
— Super Bowl jako most między jednym a drugim życiem. Brzmi znajomo. — Odezwał się cicho. Wzrok miał znów uważny. Nie taki jak w garderobie, ten był spokojniejszy, cieplejszy. I jeśli wtedy nie pocałował jej dlatego, że był zbyt blisko i zbyt pewny, że coś by to zmieniło, teraz nie zrobił tego, bo słuchał. I nie chciał przerwać.
— Wiesz… nie sądziłem, że ten występ tak cię otworzy. — Zauważył po chwili, bez oceniania. — Może to dobrze, że cię zajeżdżam robotą. Inaczej chyba musiałabyś się zająć sobą, a to, jak mówisz, nie jest twój ulubiony temat.
Puścił jej oczko. I w tej krótkiej chwili znów wróciła ta lekkość, znajoma, komfortowa, ale już nie przesycona napięciem. Przynajmniej nie tak jak wcześniej.
Ezra
Ezra nie był typem, który łatwo się rozluźniał, ale coś w tej wersji Sloane, tej luźniejszej, rozbawionej i ciepłej pozwalało mu trochę odpuścić. Nie był przecież teraz w biurze, a ona nie była podpięta pod mikrofon. I choć powinien był trzymać granice, to nie zaprzeczył, kiedy wspomniała o afterze. Spojrzał na nią z lekkim przekąsem, w tym znajomym półuśmiechu, który pojawiał się u niego zawsze wtedy, gdy kusiło go, by powiedzieć coś, czego powiedzieć nie powinien.
OdpowiedzUsuń— Nie wiem, czy jestem wpisany na listę twoich gości — mruknął, jakby był to fakt niepodważalny. — Chyba że masz opcję „plus jeden”. Wtedy mogę się załapać.
Nie dodał, że tak naprawdę to od początku wiedział, że pójdzie. Że będzie chciał sprawdzić, czy w ciemności i tłumie dalej będą tak samo dobrze się rozumieć, jak wtedy, kiedy byli zamknięci sami, bez świadków, bez muzyki, bez kamer. I może po prostu chciał się przekonać, czy Sloane, ta wersja ze sceny i z garderoby, będzie równie jasna do odczytania w klubie. W tłumie, w którym zawsze dobrze się gubiła. Parsknął cicho śmiechem na jej tekst o drużynach, kręcąc lekko głową.
— Oczywiście, że nie miałem autografu. — Przewrócił oczami, jakby ta przeszłość była równie zabawna, co niewygodna. — Poza tym nie sądzę, żeby dzieciaki w 2002 liczyły się z wartością podpisów. Mieliśmy inne priorytety.
Ezra słuchał w milczeniu, z tą swoją półobecną uwagą, która tak często myliła ludzi, bo wyglądał, jakby się rozproszył, ale w rzeczywistości rejestrował każdy szczegół. Każdy niuans w jej tonie. Każdy błysk w oku. Każde „może” rzucone z tą samą nonszalancją, z którą przed chwilą wyciągała mu puszkę z dłoni. Kiedy powiedziała, że może jednak powinna dać mu się ubierać, jeden kącik jego ust drgnął. Nie od razu, tylko z opóźnieniem, jakby przemyśliwał, czy warto ten temat dalej podkręcać.
— Może. — Odpowiedział z tym charakterystycznym dla siebie spokojem, który często brzmiał bardziej jak ostrzeżenie niż jak zgoda. — Ale nie sądzę, żebyś długo wytrzymała z kimś, kto ci mówi, co masz założyć. Nawet jeśli to tylko marynarka.
Przeniósł wzrok na boisko, ale nie widział już gry. Widział ją. Jej ramiona, odsłoniętą szyję, nadgarstek ozdobiony cienką bransoletką, to, jak przelotnie przygryzła frytkę w zębach, zupełnie nieświadoma, że nawet w tym potrafiła być cholernie rozpraszająca.
Zamilkł na chwilę, kiedy usłyszał, co powiedziała o sobie. Słowa „lepiej funkcjonuję, kiedy mam co robić” wybrzmiały aż za znajomo. Ezra słyszał to od wielu artystów. I zbyt często kończyło się to dokładnie tak, jak się bał: wypaleniem albo destrukcją.
— Nie tylko ty. — Jego głos stwardniał na moment, poważniejszy niż dotąd. — Większość ludzi lepiej funkcjonuje, kiedy mają zajęcie. Problem zaczyna się, kiedy przestają i nie wiedzą, kim są bez tego wszystkiego.
Spojrzał na nią uważnie, nie analizująco, ale jakby chciał sprawdzić, czy te słowa do niej trafiły. Potem wzruszył lekko ramionami, znów łagodniejąc.
— Ale akurat ty masz co robić. Póki co — dodał, zerkając na ekran z meczem. — I to cholernie dobrze.
Nie klepał jej po ramieniu, nie rzucał „dobrze ci poszło” jak reszta. Miał swoją wersję uznania bardziej oszczędną, ale za to szczerą. I Sloane chyba wiedziała, że w tej jednej kwestii nie rzuca słów na wiatr.
— W każdym razie… jeśli serio jesteś dziś w nastroju na spełnianie życzeń, to może zrobimy tak — rzucił tonem półżartu, półpropozycji. — Ty wrócisz do garderoby i przebierzesz się w coś, co ja wybiorę. A ja w zamian… zatańczę z tobą na afterze. Jedną piosenkę. Publicznie. Na parkiecie. Jak na oldschoolowej szkolnej potańcówce. Deal?
Uniósł brew, nie mrugając ani razu, jakby wiedział, że stawka wcale nie była niska. Bo to wcale nie chodziło o taniec. Ani o sukienkę. Ani nawet o zasady. Chodziło o to, kto tym razem się ugnie.
Ezra
Ezra zerknął na nią kątem oka, gdy skończył mówić, a potem pokręcił lekko głową z tym swoim półuśmiechem, który zwiastował, że zaraz coś dorzuci — coś niby niewinne, a jednak uderzające tam, gdzie trzeba.
OdpowiedzUsuń— Ty naprawdę jesteś dzieciakiem. — Westchnął z udawaną rezygnacją, jakby właśnie uzmysłowił sobie coś oczywistego. — Przypomnij mi, czy tobie w ogóle już wolno legalnie pić alkohol, czy ja tu zaraz trafię na listę gości w Alcatraz?
Uniósł brew i przyłożył dłoń do serca, jakby był poruszony własną troską teatralnie, jak to miał w zwyczaju, ale było w tym coś autentycznie rozbawionego. Z pozoru luźne słowa, obrócone w żart, ale w oczach Sloane zgasło coś więcej niż tylko rozbawienie. Może to nie był zarzut, ale jednak… oczekiwała go tam. Chciała. A może tylko mu się wydawało.
To nie była ta sama Sloane, która kilka tygodni wcześniej rzucała ironicznymi komentarzami i znikała bez słowa. Ta wersja… wpuściła go dalej. Może nawet zbyt daleko. I przez chwilę Ezra się zawahał, bo nie był pewien, czy umie to unieść. Zamiast odpowiedzi, zsunął spojrzenie na jej telefon. Na to, jak od niechcenia wrzuciła klip z meczu na stories, jakby próbowała czymś zająć dłonie, bo głowa znów zaczęła za dużo analizować. To była ta jej zasłona dymna. Rozpoznał ją.
Zwykła wymiana zdań znowu zaczęła przypominać coś bardziej osobistego. Niby rozmawiali o koszulkach i autografach, ale między wersami znów pulsowało coś, co trudno było nazwać. On to wyczuł. Tak samo, jak wyczuł, że ominęła to najważniejsze pytanie, które padło jeszcze wcześniej
Spojrzał na nią teraz trochę inaczej, jakby nie tylko ją słuchał, ale naprawdę czytał. Z drobnym, niemal niezauważalnym uśmiechem gdzieś w kąciku ust.
— Wolne masz tylko dlatego, że kazałem ci świętować. — Odparł. Głos miał spokojny, nieco niższy niż wcześniej, jakby tonem próbował ją znów osadzić w tej lekkiej, ale prawdziwej wersji rzeczywistości. — Gdyby to zależało ode mnie, nagrywałabyś w studio, nie imprezę. Ale dziś… mogę udawać, że jestem elastyczny.
Nie dodał, że lubił patrzeć, jak się rozluźnia. Jak rozkłada na części to napięcie, które ją zwykle otulało. To nie była ta sama Sloane, co na planie teledysku czy w sali prób. Ale nie była też kimś obcym. Wręcz przeciwnie.
— A do Empire wpadnę. — Dodał w końcu, od niechcenia, ale wystarczająco wyraźnie, by ją uspokoić. — Może nie będę tańczył na stole, ale… shot się znajdzie.
Ezra uśmiechnął się tym razem w pełni, bez półtonów, bez ironii chowającej się pod spodem. W jego spojrzeniu znów zatańczyła ta sama iskierka, którą wywołała ona kiedyś pierwszym półuśmiechem na scenie, jednym tekstem w garderobie, jednym gapiącym się spojrzeniem. Po tych słowach skinął lekko głową i lekko się zaśmiał to był jego typ śmiechu: krótki, trochę suchy, ale szczery, jakby właśnie odkrył w tym waszą wspólną konwencję.
— A jeśli chodzi o stylówkę…
Jego uśmiech lekko się poszerzył, a w oczach pojawił się błysk, jakiego nie krył nawet w momentach zawodowego triumfu.
— Wisi w garderobie, w pokrowcu z napisem after. — Przechylił lekko głowę, znów patrząc na nią z tym specyficznym spojrzeniem, które już nie było ani prowokacją, ani dystansem coś pomiędzy uważnością i lekką fascynacją. Oczywiście, że nic nie zostawiał przypadkowi. Zwłaszcza, gdy chodziło o nią.
Ezra był zbyt dobry w planowaniu, zbyt skrupulatny w swoim kontrolowanym chaosie, żeby coś takiego jak jej strój na after party miało zależeć od nastroju czy kaprysu chwili. Miał go gotowy już wcześniej — zawieszony oddzielnie, w pokrowcu oznaczonym wyraźnym “after”, jakby przewidział każdą ewentualność. I prawdopodobnie właśnie tak było.
Parsknął cicho śmiechem, ten dźwięk wymknął mu się bez wysiłku, miękki, choć z odrobiną tej ironii, która zawsze czaiła się w jego głosie.
OdpowiedzUsuń— Nie dałem ci go wcześniej, bo znając ciebie, oblałabyś go tym sosem do skrzydełek, zanim zdążyłabyś zrobić pierwszy krok na parkiecie. — Spojrzał na jej talerz z teatralnym niezadowoleniem, jakby właśnie udowodnił swoją rację. Nie wyglądał, jakby żałował tej decyzji przeciwnie. Planowanie było jego drugą naturą, ale to, co robili teraz, było jak dobrze wymierzony improwizowany ruch: krok naprzód, potem pół kroku w bok, ale zawsze we właściwym kierunku.
— Stylówka czeka. Nie byle jaka. Nie po to kombinowałem z twoją garderobianą, żeby teraz wbiłaś w coś, co wygląda jak kompromis z brakiem czasu. — Mruknął jeszcze pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, ale wiedział, że usłyszy. — To oficjalne after party. — Ezra, niezależnie od tego, ile pozwalał sobie na luz w jej towarzystwie, wciąż miał kontrolę nad sytuacją. Nawet jeśli ich rozmowy wymykały się czasem konwencjom, nawet jeśli to, co się działo między nimi, balansowało na granicy flirtu i czegoś bardziej niebezpiecznego to on trzymał linie scenariusza. Ale tylko na tyle, na ile pozwalała mu Sloane.
Ezra
Ezra tylko uniósł lekko kącik ust, jakby z rozbawieniem obserwował każdy etap jej reakcji od zaskoczenia, przez niedowierzanie, aż po zniecierpliwienie. Przeciągnął spojrzeniem po jej twarzy, nie spiesząc się z odpowiedzią, jakby celowo podkręcał napięcie, tylko po to, żeby jeszcze przez chwilę patrzeć, jak się niecierpliwi.
OdpowiedzUsuń— Oczywiście, że ci nie powiem. — Odparł w końcu z tym swoim tonem, który brzmiał, jakby każda litera była kroplą sarkazmu. — Popsułbym efekt.
Oparł się wygodnie, jakby właśnie przyznał sobie samemu jakiś punkt.
— Ale tak. Jest gotowy. — Spojrzał na nią kątem oka. — Widzisz, my podchodzimy do tematu… holistycznie.
Zaśmiał się cicho, ale tym razem bez złośliwości. Raczej z rozbawionym niedowierzaniem, że naprawdę musiała zapytać.
— Nie zostawiam rzeczy przypadkowi, Sloane. — Dodał półgłosem. — A już na pewno nie w twoim przypadku.
Ezra zerknął na nią z ukosa, z tym swoim półuśmiechem, który zwiastował jedno: zaraz powie coś, co miało brzmieć nonszalancko, ale podszyte było konkretnym planem. I zamiarem. Bo on zawsze miał zamiar.
— Ubierzesz się. I nawet nie będziesz marudziła. — Rzucił, sięgając po puszkę z napojem, jakby mówił o czymś równie codziennym, jak zmiana baterii w mikrofonie. — I nie dlatego, że tak bardzo ci się ta stylówka spodoba… Tylko dlatego, że moim kolejnym celem, jakbyś nie zauważyła, jest załatwienie ci tytułu ikony stylu.
Upił łyk. — A jak już to zgarniesz, to mi wtedy podziękujesz. Może nawet publicznie, jeśli nie będzie ci żal tej swojej reputacji zimnej suki.
Zawiesił spojrzenie na jej twarzy, a w kącikach jego ust zatańczył cień uśmiechu, zadowolony z siebie, ale też bezczelnie przekonany, że to wszystko i tak się wydarzy. Bo Ezra nie rzucał takich rzeczy na wiatr. Jeśli mówił, że ją tam doprowadzi, to właśnie taki miał plan. I zamierzał go zrealizować. Ufał Marcello. Może nie we wszystkim, bo Marcello miał tendencję do przekraczania granic i wrzucania do stylizacji rzeczy, które wyglądały jakby zostały skradzione z kostiumowego planu jakiegoś szalonego filmu, ale Ezra wiedział, że facet zna się na rzeczy. A przede wszystkim, wiedział, co robi ze Sloane.
Bo przyświecał im wspólny cel. I to nie był tylko hit na liście Billboardu, nie tylko stadionowe występy i virale na TikToku. Ezra miał szerszy plan. Sloane miała błyszczeć nie tylko muzycznie, ale w każdej możliwej kategorii. Scena, czerwony dywan, kampanie, okładki, backstage. Miała wejść tam z przytupem, złamać wszystkie zasady i jeszcze wyglądać przy tym tak, żeby inni bali się podejść. — Ikona stylu. Najmłodsza, jaka kiedykolwiek sięgnęła po ten tytuł. — Dodał jakby do siebie. I nie mówił tego tylko po to, żeby ją rozbawić. On naprawdę to planował. Bo jeśli ktoś miał wyważyć drzwi do świata mody, pięścią, butem i z flarą dymną w ręce, to właśnie Sloane.
— Ciesz się, że nie wybieram ci bielizny… — rzucił z rozbawieniem i uniósł brew, spoglądając na nią z tym dobrze już znanym jej błyskiem w oku. — Bo wtedy naprawdę musiałabyś mi podziękować.
Uśmiechnął się półgębkiem, jakby zupełnie nie przejął się tym, że właśnie przekroczył kolejną granicę, słowem, nie gestem. Nie musiał. Doskonale wiedział, że balansują już na tej krawędzi wystarczająco długo, żeby żadne z nich nie było zaskoczone. Zwłaszcza ona. Zwłaszcza po tym, co już dziś między nimi zaszło.
— Tu możesz jeszcze zachować autonomię — dodał niewinnie, chociaż w jego głosie aż iskrzyło od podtekstu. — Chyba że bielizna jest częścią stylówki… Wtedy, niestety, wchodzi pod moje jurysdykcje.
Uśmiechnął się lekko, jakby właśnie rzucił najzupełniej profesjonalną uwagę o stylizacji scenicznej, a nie właśnie subtelnie przesunął granicę między modą a tym, co wciąż wibrowało między nimi od momentu, gdy zamknęły się za nimi drzwi garderoby. Spojrzał na nią z tym charakterystycznym spokojem, jakby chciał sprawdzić, czy się odwinie, czy pójdzie o krok dalej. Ale nie dopowiadał już nic więcej. Bo przecież wszystko zostało powiedziane.
Ezra
Ezra nie odezwał się od razu. Jego spojrzenie zawisło na niej dłużej, niż było to konieczne, nie jak u mężczyzny, który potrzebował słów, ale jak u kogoś, kto wszystko już usłyszał. Kąciki ust drgnęły mu z opóźnionym, nieprzyzwoicie rozbawionym uśmiechem, który powstrzymał w ostatnim momencie. Jakby Sloane właśnie zrobiła dokładnie to, czego się po niej spodziewał z wdziękiem, bez zawahania i z tą charakterystyczną mieszanką odwagi i prowokacji, która tak niebezpiecznie szybko stawała się jego ulubioną częścią tej całej układanki. Nie odpowiedział od razu na słowa o bieliźnie. W jego oczach odbił się cień czegoś, co nawet nie próbowało udawać, że jest bezpieczne. Miała rację. Wiedziała dokładnie, w co grają. I wiedziała, że on wcale nie wyszedł z tej garderoby bardziej trzeźwy niż ona. Mimo to, Ezra odchylił się w fotelu, sięgając po puszkę napoju z powrotem.
OdpowiedzUsuń— Cieszę się, że jesteśmy zgodni co do koloru — Odparł spokojnie, jakby właśnie omawiali kolorystykę świateł na scenie, a nie to, co mogłaby nosić pod jego stylizacjami. Skinął krótko głową, niemal ironicznie, jakby przyjmował jej uwagę do wiadomości i ją archiwizował. Na później. Na moment, kiedy słowa przestaną być potrzebne. Bo ostatecznie, Sloane nie musiała go do niczego przekonywać. Już wygrała.
Ezra pojawił się na afterparty później niż planował, jak zwykle, bo nawet jeśli był tym, który wszystko kontrolował, to czasem celowo zwlekał. Potrzebował paru minut ciszy po całym tym zgiełku stadionu, potrzebował zebrać myśli, zanim znów miał wejść do miejsca, w którym jego nazwisko niosło się szybciej niż dźwięk.
Dochodziła pierwsza.
Znał ten klub, znał właścicieli, ludzi od ochrony i większość twarzy mijających go przy wejściu. Przywitał się z kilkoma znajomymi, półuśmiech, skinięcie głowy, uścisk dłoni tu i tam. Niewymuszone, eleganckie, jak przystało na kogoś, kto zna swoją wartość, ale nie musi jej pokazywać na siłę. Złapał szklankę whisky z tacy przechodzącego obok kelnera, bez pytania, bez spojrzenia. Taki miał już styl. Zanim się napił, przesunął wzrokiem po tłumie. Potem dopiero uniósł szkło do ust i pociągnął pierwszy łyk.
Zobaczył ją.
Nie od razu, nie była na środku parkietu, nie stała na żadnym podwyższeniu, nie krzyczała swoim wyglądem. Ale Ezra miał wyczulony radar na nią. Od chwili, kiedy przekroczył próg, jego ciało jakby czekało, aż ją wychwyci. I kiedy to się w końcu stało, poczuł to. Napięcie. Satysfakcję. Potwierdzenie.
Sloane stała kilka metrów dalej, tyłem do niego, z kieliszkiem w dłoni. Ta sukienka. Jego wybór. Zmysłowa, ale nie przesadzona. Godna zapamiętania. Stworzoną przez czołowego projektanta. Krój odsłaniający tyle, ile trzeba, żeby wywołać efekt i zostawić resztę wyobraźni. Bez tych pieprzonych porwanych kabaretek wyciągniętych jakby prosto z klubu w 2010 roku. Uśmiechnął się pod nosem. Krótko, nieznacznie, ale z widocznym zadowoleniem. Było coś satysfakcjonującego w tym, jak ta dziewczyna potrafiła błyszczeć, kiedy tylko na moment odpuściła kontrolę. I dała się prowadzić. Przynajmniej w tym jednym, pozornie błahym aspekcie. Oparł się bokiem o bar, z tą samą szklanką w dłoni, patrząc na nią przez chwilę, jakby nie miał żadnego pośpiechu. Nie podszedł od razu. Nie musiał. Już błyszczała. A on zamierzał obserwować to jeszcze przez chwilę zanim znów się do niej zbliży.
Ezra odłożył szklankę na bar, nie odrywając wzroku od Sloane ani na moment. Ludzie wokół przemykali, ktoś zaczepiał go imieniem, ktoś próbował złapać spojrzenie, ale on miał już wybrany cel i nie zamierzał zbaczać z toru. Podszedł bez pośpiechu, jakby to wszystko, hałas, światła, rozmowy, muzyka, było jedynie tłem dla ich własnej, prywatnej gry. Nie patrzył na to, że stała w grupie. Że była zajęta rozmową, że śmiała się z czegoś, co powiedziała jedna z dziewczyn. To nie miało znaczenia. Zatrzymał się tuż za nią i zanim jeszcze się odezwał, jego dłoń bezszelestnie spoczęła na jej talii. Nie mocno, nie nachalnie. Ale wystarczająco pewnie, by zaznaczyć swoją obecność. Ciepły dotyk. Znajomy już dla niej, a jednak elektryzujący. Pochylił się odrobinę, tak, że jego głos dotarł tylko do niej niski, chropawy, ledwie słyszalny w tej głośnej przestrzeni.
OdpowiedzUsuń— Nie powinienem cię chyba jednak stylizować… Wyglądasz aż za dobrze.
Nie zapytał. Stwierdził. A w jego głosie była mieszanka satysfakcji, lekkiego rozbawienia i… problemu, który sam sobie właśnie stworzył. Bo miał ochotę ją z tego outfitu rozebrać, niekoniecznie tylko wzrokiem.
Ezra
Ezra zaśmiał się cicho, krótko, niemal pod nosem, ten dźwięk był krótki, ale szczery, a w jego oczach znów pojawiło się coś, co Sloane znała aż za dobrze. Zmrużył lekko oczy, jakby coś kalkulował, a potem przychylił się odrobinę bliżej, nie na tyle, by ich bliskość rzucała się w oczy, ale wystarczająco, by tylko ona usłyszała, co zamierza powiedzieć.
OdpowiedzUsuń— Uczysz się… — rzucił z rozbawieniem, jakby właśnie zyskał nową ulubioną wersję jej. Pokręcił lekko głową z udawanym niedowierzaniem, wciąż z tym uśmiechem, który nie schodził mu z twarzy. — Jeszcze chwila i będą z ciebie ludzie.
Zawiesił głos na ułamek sekundy, tylko po to, żeby z premedytacją poprawić:
— Przepraszam. Nie ludzie. Legenda. Ikona. Proszę bardzo. — Uniósł szklankę jak do toastu. — Wychodzisz na ludzi, Sloane Fletcher. Świat patrzy.
Było w tym wszystkim więcej dumy, niż się spodziewała. I więcej… czegoś osobistego. Jakby naprawdę widział ją tam, gdzie ona chciała się znaleźć i nie miał najmniejszej wątpliwości, że dokładnie tam dotrze. Ze wszystkimi jej dramatami, brakiem filtra i bezczelnością, której nikt nie potrafił jej wybić z głowy. Zrobił krótką pauzę, unosząc brew w ten sposób, który sugerował, że specjalnie dobrał te słowa, zresztą każde z nich zostawił zawieszone między nimi z premedytacją, niemal prowokacyjnie.
Ezra nie odpowiedział od razu. Zamiast tego spojrzał na nią z tym spokojnym, nieprzeniknionym wyrazem twarzy, jakby przez sekundę coś ważył. A potem uśmiechnął się powoli, tak, jak tylko on potrafił. Niewymuszenie, z nutą samozadowolenia, ale i szczerości.
— Jestem tu wystarczająco długo… żeby docenić, swój gust — powiedział niższym tonem, ale bez zbędnego napięcia. Tak, jakby mówił coś całkiem zwyczajnego, a jednocześnie… nie. Bo w sposobie, w jaki spojrzał jej wtedy w oczy, było więcej niż tylko ocena stylizacji. I może to właśnie ten moment, ten bezczelnie intensywny kontakt spojrzeń, mówił więcej niż wszystko, co padło wcześniej. Bo owszem, wyglądała zjawiskowo. Ale to, jak patrzył sugerowało, że to nie tylko kwestia stylizacji. Uśmiechnął się, tym razem szerzej, z czymś, co mogło przypominać dumę, ale podszyte było tą typową dla Ezry pewnością siebie i ukrytym pod nią napięciem. Bo przecież doskonale wiedział, co zrobił i że to zadziałało.
Na moment Ezra przesunął językiem po wewnętrznej stronie policzka, a potem westchnął cicho, jakby przypomniał sobie, że nie są tu sami. Że ktoś ich jednak obserwuje. I to “ktoś” było kilkoma parami szeroko otwartych, wlepionych w niego oczu. Bez pośpiechu odsunął dłoń z jej talii. Zrobił pół kroku w bok, wciąż blisko, ale z tym odruchem, który przypominał, że wychował się z pewnym poziomem ogłady, nawet jeśli rzadko z niej korzystał.
— Przepraszam. — Rzucił lekko, zwracając się do przyjaciółek Sloane. — Ezra… — Przedstawił się krótko, z tym charakterystycznym uśmiechem, który miał wystarczająco dużo uprzejmości, by nie być aroganckim i wystarczająco mało, by nie sprawiać wrażenia, że musi się komukolwiek tłumaczyć z tego, że właśnie przed chwilą stał przy Sloane trochę zbyt blisko, trochę zbyt znajomo. — Miło was poznać...
Dziewczyny, jak na komendę, ożywiły się w momencie, gdy Ezra wyciągnął dłoń. Uśmiechy posypały się jeden po drugim, a ich spojrzenia, już wcześniej pełne ciekawości, natychmiast przybrały odcień lekkiego flirtu, nawet jeśli podszyte były szacunkiem.
— Dużo o tobie słyszałyśmy — powiedziała jedna z nich, tonem, który sugerował, że dokładnie wiedzą, kim jest i że to nie tylko z prasy.
— Oj, aż za dużo — dorzuciła z przekąsem druga, niemal z rozbawieniem, zanim również uścisnęła jego rękę. W tym wszystkim była jednak nuta uznania, jakby dopiero teraz uświadomiły sobie, że Ezra naprawdę tu był. Że to ten Ezra. Jedna z dziewczyn, stojąca najbliżej Sloane, spojrzała na nią z uniesioną brwią, rozciągając usta w wymownym uśmiechu.
— Ej, Sloane — rzuciła z teatralnym dramatyzmem, wyciągając do niej rękę, jakby potrzebowała wsparcia. — Serio, jeśli go nie chcesz, mogę go przygarnąć.
Reszta parsknęła śmiechem, a atmosfera w grupie od razu zrobiła się swobodniejsza. Ezra tylko uniósł lekko brew, z rozbawieniem przenosząc spojrzenie z dziewczyn na Sloane, nie odezwał się, ale ten jeden, krótki uśmiech wystarczył. Wiedział, że znów oddał jej ruch. Nie musiał nic mówić. Oczy miał roziskrzone i w tym spojrzeniu było dokładnie to: Nie zamykasz o mnie ust, hm? Jakby właśnie wygrał rundę, o której Sloane nie wiedziała, że jeszcze trwa.
OdpowiedzUsuńEzra uśmiechnął się pod nosem na zaczepkę jednej z dziewczyn, ale nie dał się wciągnąć głębiej w grę. W jego spojrzeniu wciąż była obecna ta znajoma bezczelność, ale tym razem okraszona odrobiną dystansu. Skinął lekko głową, najpierw do niej, potem do reszty i wypowiedział tonem łagodnym, ale pewnym.
— Przyszedłem się tylko przywitać. — Spojrzenie powróciło do Sloane na ułamek sekundy, wystarczająco długiej, by zasygnalizować, że to nie do końca prawda. — Bawcie się dobrze, ale bez przesady. Nie chcę jutro widzieć żadnych nagłówków.
Uśmiechnął się lekko, na wpół żartem, na wpół ostrzegawczo jak ktoś, kto już zbyt wiele razy musiał sprzątać po „dobrej zabawie”.
— Zostawię was — dodał, cofając się o krok. — Mam do pogadania z paroma ludźmi.
Ezra
Ezra, z pozoru spokojny i chłodny, podążył wzrokiem za spojrzeniem Sloane. Uśmiech, który zagościł na jego twarzy, był tylko ledwo widoczny, ten typ, który dostrzega się dopiero wtedy, gdy naprawdę się patrzy. Gdy rozpoznał w jej oczach ten znajomy błysk, coś pomiędzy dumą, zuchwałością i czymś, co nie było już tylko zaczepką, a bardziej osobistym wyzwaniem nachylił się odrobinę w jej stronę.
OdpowiedzUsuń— Doceniam jedno i drugie. — Mruknął tak, że usłyszała tylko ona. Głos miał niższy, cichszy niż zazwyczaj, jakby to, co powiedział, nie miało dotrzeć nigdzie dalej. Nie dał jej więcej czasu na reakcję, bo zaraz potem już się wyprostował i zwrócił w stronę dziewczyn, którym właśnie poświęcił te kilka sekund kurtuazyjnej uwagi.
Ezra uśmiechnął się nieco szerzej, jakby z rozbawieniem obserwował przedstawienie, które nieco wymknęło się spod kontroli, ale nie przeszkadzało mu to ani trochę. Właściwie… wszystko szło zgodnie z jego przewidywaniami. Każda z tych dziewczyn, mimo że znały zasady gry, mimo że znały Sloane, i tak nie potrafiła ukryć, że choć na chwilę poczuła się zauważona. A Ezra? Ezra po prostu to rejestrował.
– Dobrze, że chociaż uczciwie się do tego przyznajesz – mruknął w odpowiedzi na komentarz Sloane, pozwalając sobie na krótki uśmiech z tym samym luzem, z którym wcześniej odsunął się na bok.
— Cieszę się, że chociaż część historii miała źródło w faktach — rzucił lekko, z tym swoim uśmiechem, który nie pozwalał się obrazić. Ezra zaśmiał się krótko, bez większych emocji, jakby to zdanie padło już kiedyś, nie raz. Ta etykietka mu nie przeszkadzała. Miał wrażenie, że pasowała do niego równie dobrze, jak marynarki, które nosił. Kiedy Luna rzuciła nieopatrznie komentarz o „ekstazie”, Ezra tylko spojrzał na nią przez ułamek sekundy z miną, która mówiła: nie wchodź w to głębiej, nie dzisiaj. Prawie niezauważalnie potrząsnął głową. Ten temat był zbyt blisko prawdy, by mógł się z tego zaśmiać. Spojrzał ponownie na Sloane, dłużej, uważniej. Oczy miał spokojne, ale coś w jego spojrzeniu mówiło jasno: wiem, że myślisz. Przez chwilę wyglądał tak, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale zamiast tego cofnął się lekko.
Po wymianie uprzejmości, Ezra poprawił lekko mankiet koszuli, spojrzał przelotnie na drink w ręce Sloane i z nutą rozbawienia uniósł brew, jakby miał wątpliwości, czy ten różowy cukierkowy napar z chili zasługiwał, by być uznanym za alkohol.
Ezra zatrzymał się w pół kroku, jakby dokładnie się tego spodziewał, że nie odpuści. Że przypomni. Że rzuci za nim coś, co nie pozwoli mu tak po prostu odejść.
— Zapomniałem, że masz pamięć absolutną, jeśli chodzi o własne przywileje. — Jego głos był niski, rozbawiony, z lekką nutą zadziorności. Zrobił pół kroku z powrotem w jej stronę, tylko po to, by jeszcze raz spojrzeć jej prosto w oczy. Czuły błysk. Obietnica. Coś, co nie potrzebowało deklaracji. Ezra obrzucił jeszcze ostatnim, krótkim spojrzeniem krąg dziewczyn, które nadal zdawały się lekko rozanielone jego obecnością. Uśmiechnął się uprzejmie dokładnie tyle, ile wymagała kultura, ani chwili dłużej.
— Miłego wieczoru, dziewczyny. Bawcie się dobrze — rzucił z grzecznością, która nie miała w sobie już tej samej energii, jak wtedy, gdy całą uwagę kierował na Sloane. A potem jego wzrok znów zatrzymał się na niej. Na tej jednej, jedynej twarzy, która w całym tym tłumie zdawała się nie tyle błyszczeć, co oddziaływać na niego jak magnes.
— Znajdź mnie, jak będziesz miała czas — powiedział na odchodne. — O ile do tego czasu tequila nie wypali ci dziury w gardle — dodał luźno. Jego głos był miękki, ale niepozostawiający wątpliwości. Nie pytał. Zostawiał otwarte drzwi. — Nie będę daleko.
Nie musiał dodawać nic więcej. Odwrócił się spokojnie, z dłonią znów sięgającą po szklankę, z której upił łyk, zanim wtopił się w tłum jakby wiedział, że prędzej czy później i tak się odnajdą. I zniknął w tłumie tak, jak się pojawił nie zostawiając za sobą chaosu, ale lekką elektryczność w powietrzu. Zostawił ją z jej drinkiem, spojrzeniami koleżanek i gorącą obietnicą wieczoru, który jeszcze miał swoje do powiedzenia.
Ezra
Ezra nie był człowiekiem, którego łatwo było odczytać. Nawet gdy się uśmiechał, tak jak teraz, zawsze można się było zastanawiać, czy to uśmiech grzecznościowy, wyważony jak każda jego decyzja, czy coś autentycznego, co przemykało mu przez twarz, zanim zdążył to zataić. Stał z drinkiem w dłoni, oparty niedbale biodrem o bar, otoczony przez gęsty szum rozmów i podświetlony pulsującym rytmem klubowych świateł, które odbijały się w szkle jego szklanki i połyskiwały w materiale marynarki. Kobieta obok niego coś mówiła, była atrakcyjna, to trzeba jej było przyznać. Elegancka, pewna siebie, z tą typową hollywoodzką nonszalancją, której Ezra nie lubił, ale potrafił z nią tańczyć, jeśli wymagał tego układ towarzyski. Portrafił czerpać z życia i z ludzi korzyści, a tu zdecydowanie mógłby jakąś korzyść znaleźć. Choćby przelotną.
OdpowiedzUsuńEzra ją zauważył. Nie dało się tego pomylić. Sposób, w jaki jego spojrzenie przecięło klubową przestrzeń i zawisło na Sloane, choćby tylko na kilka uderzeń serca, mówił wystarczająco dużo. Ale nie ruszył. Nie podszedł. Nie przerwał rozmowy. Nie zatrzymał uśmiechu, który posłał kobiecie stojącej przy nim, tej o długich, czarnych włosach i drogich perfumach, których zapach unosił się wokół nich jak kolejna warstwa tej sceny, której Sloane przez chwilę stała się jedynie niemym świadkiem. Widział ją. Ale został. Nie przerwał dla Sloane. Kiedy godzinę temu jego dłoń była na jej talii, a spojrzenia wbijały się w siebie wśród zgiełku imprezy, czuł się tak, jakby byli w tym tylko we dwoje. Teraz nie byli. Teraz Ezra nie zareagował. Nie zrobił nic, żeby ukryć, że ktoś inny zajmuje miejsce, które jeszcze niedawno należało do niej. Może tylko na chwilę. Może tylko jako przypomnienie, że on zawsze zostawiał margines, że dopóki nie powiedział wprost, nie wolno było zakładać niczego. A Ezra właśnie nie powiedział nic. I nie ruszył się z miejsca.
Ezra pamiętał, co jej powiedział „znajdź mnie, jak będziesz miała czas.” Nie mówił tego przypadkiem. Nie był też typem, który rzuca słowa na wiatr. A już na pewno nie sądził, że Sloane będzie się czaić w cieniu, czekając aż zrobi pierwszy ruch. Znał ją. Widział ją na scenie, w studio, wtedy, gdy waliła drzwiami, bo coś jej się nie podobało, i wtedy, gdy milczała, ale jej spojrzenie mówiło wszystko. Nie uważał, że jest zbyt nieśmiała, by podejść. Gdyby chciała, zrobiłaby to. Więc kiedy kątem oka dostrzegł ją kilka metrów dalej, stojącą lekko z boku, z tym spojrzeniem, którego nie sposób było pomylić z żadnym innym, nie ruszył się. Nie dlatego, że nie chciał. Ale dlatego, że nie był to moment. Skoro nie podeszła, znaczyło, że nie teraz. Mimo tego, że wyczuwał jej obecność równie wyraźnie jak zapach whisky w swojej szklance, Ezra nie przerwał rozmowy. Pozwolił kobiecie przy nim dokończyć myśl. Pozwolił jej palcom pozostać na jego rękawie kilka sekund za długo. Pozwolił sobie być w tej scenie do końca, jakby właśnie na tym polegała kontrola.
Jeśli Sloane myślała, że może go wystawiać na próbę, sprawdzać, ile zdoła znieść, zanim sam podejdzie, to się myliła. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie będzie siedział w miejscu, trzymając się kurczowo jednej wersji wydarzeń, skoro obok pojawiła się inna, łatwiejsza, gotowa, chętna. Może i nie tak elektryzująca, nie tak wybuchowa, ale z pewnością mniej skomplikowana. A kobieta, która właśnie opierała dłoń o jego ramię, dobrze wiedziała, jak grać w tę grę. Śmiała się z odpowiednich rzeczy, pochylała się wystarczająco blisko, by jego uwaga nie musiała wędrować gdzie indziej. Ezra kątem oka wciąż widział Sloane. Czuł jej obecność jak napięcie tuż przed błyskiem flesza. Ale nie zamierzał robić pierwszego kroku. Nie po to, by ją ukarać. Nie po to, by grać w gierki. Po prostu… nie zamierzał przegapić własnego happy endu. A kobieta, z którą właśnie rozmawiał, ta, której palce wciąż spoczywały na jego przedramieniu, nie wyglądała, jakby miała opory, by mu go podarować.
Ezra
Ezra uśmiechnął się pod nosem w tej charakterystycznej, niepokojąco spokojnej manierze, którą miał opanowaną do perfekcji. Nawet się nie odwrócił, nie od razu. Nie musiał. Jej głos wystarczył. Ciepły, intymny, przesycony tym elektrycznym napięciem, którego nie dało się zgasić. Poczuł je w skórze. W ramieniu, które właśnie ścisnęła jej dłoń. W gardle, które lekko drgnęło, gdy pozwolił sobie na sekundę ciszy, zanim odpowiedział. Odchylił głowę, powoli, by na nią spojrzeć z tej bliskiej odległości, z jakiej wszystko wyglądało inaczej.
OdpowiedzUsuń— Znalazłaś mnie. — Powtórzył półgłosem, z nutą zadowolenia, ale też… czymś więcej. Jakby spodziewał się tego momentu. Jakby wiedział, że przyjdzie, tylko nie był pewien kiedy. Jego spojrzenie przecięło jej twarz. Usta. Palce na jego ramieniu. Oczy, które mówiły znacznie więcej, niż była w stanie wypowiedzieć. I mimo że brunetka u jego boku przestąpiła z nogi na nogę, chcąc odzyskać jego uwagę, Ezra nawet nie mrugnął w jej stronę. Oparł się wygodniej o blat, nie spiesząc się z odpowiedzią.
— Mam czas. — Dla ciebie. Dodałby to, gdyby był kimś innym. Ale on nie musiał. Wiedział, że ona to słyszy, nawet między słowami. Spojrzał w bok, na swoją rozmówczynię, która właśnie otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Ezra uprzedził ją lekkim, ale uprzejmym skinieniem głowy.
— Dzięki za rozmowę. — Rzucił z klasą, ale stanowczo, wyraźnie kończąc interakcję. Kobieta uniosła brwi, lekko zaskoczona, ale nie protestowała. Była zbyt dumna, by to zrobić. Ezra nie był bezduszny. Nawet jeśli większość ludzi tak go postrzegała. Wciąż potrafił być kulturalny, nawet kiedy jasno dawał do zrozumienia, że rozmowa dobiegła końca. Kiedy Sloane zbliżyła się do niego i zawłaszczyła jego uwagę, nie spłoszył kobiety, która jeszcze przed chwilą stała przy nim z dłonią na jego ramieniu. Pochylił się lekko w stronę brunetki, z którą rozmawiał wcześniej.
— Złapiemy się później, okej? — Rzucił spokojnym, pewnym głosem. Nie padło nic więcej, ale w jego tonie było wystarczająco wiele, by wiedziała, że to nie jest obietnica. Raczej uprzejme zakończenie. Kurtuazja, a nie zaproszenie. A może? Brunetka skinęła głową, ale nie od razu się oddaliła. Zamiast tego zmierzyła Sloane spojrzeniem, z góry na dół. Nie wrogo. Ale na pewno nie przyjaźnie. W oczach kobiety pojawiła się ta dobrze znana mieszanka ciekawości i chłodnej oceny, która mówiła więcej niż słowa: to dla niej mnie odsyłasz? Podeszła bliżej, może o pół kroku, nachyliła się lekko, by szepnąć mu coś do ucha. Ezra uniósł brew, a potem roześmiał się krótko, gardłowo, w taki sposób, który był odpowiedzią bardziej na intencję niż same słowa. Nie powiedział, co usłyszał. Nie musiał. Uśmiech na jego twarzy był wystarczająco wymowny. Może to było tylko ego, może impuls, może… nagromadzone napięcie, które Sloane zostawiła mu pod skórą. To, z którym nie potrafił sobie poradzić odkąd wyszła z garderoby. Bo prawda była taka, że Ezra nie był z kamienia. A jej bliskość, jej dłonie, jej oddech przy uchu zostawiły w nim coś, czego nie dało się tak łatwo wyciszyć. Więc może rzeczywiście… gdzieś musiał to napięcie rozładować. A z tą kobietą nie musiał się kontrolować. Brunetka, zanim się odsunęła, pocałowała Ezrę w policzek. Nie było w tym namiętności, raczej wyrachowana słodycz. Taki gest, który miał coś zaznaczyć. Posłała mu uśmiech, a potem odeszła.
Ezra przesunął spojrzeniem po twarzy Sloane, jakby czekał na jakiś szyderczy komentarz. Ale nic nie mówił. Jej ręka wciąż była na jego przedramieniu. Pochylił się lekko w jej stronę, tak by tylko ona mogła usłyszeć kolejne słowa.
Ezra nie od razu odpowiedział. Spojrzał na nią uważnie, jakby czytał coś spod powierzchni jej słów, ale nie drążył. Zamiast tego tylko skinął na barmana.
OdpowiedzUsuń— To co? Tequila? — rzucił, nie odrywając od niej wzroku, a kącik ust drgnął mu w ledwo widocznym uśmiechu. — Czy ta fontanna wypaliła ci już dziurę w gardle… i jednak wolisz wrócić do tej słodkiej trucizny, co smakuje jak lizak i piecze jak ogień?
W jego głosie pobrzmiewała rozbawiona nuta. Trochę się z nią droczył, trochę próbował wybadać, ile już wypiła, ale przede wszystkim rejestrował każdy jej ruch, spojrzenie, każdy błysk w oczach, jakby musiał się upewnić, że jest tu naprawdę. I że przyszła po niego.
— Zawsze możemy też coś zapalić — dodał z tym swoim leniwym uśmiechem, który zwykle pojawiał się tuż przed kłopotami Ton miał lekki, zupełnie jakby rzucał luźną propozycję, ale spojrzenie… spojrzenie było uważne, prowokujące. Obserwował jej reakcję z tym znajomym błyskiem w oczach, jakby doskonale wiedział, że przy niej nie musi niczego udawać. Bo Sloane już znała ten jego głos, ten sposób, w jaki czasem mówił jedno, mając na myśli coś zupełnie innego.
Ezra
Ezra był gotów odpowiedzieć od razu. Miał na końcu języka to swoje “zawsze gdzieś się spieszę, ale nie dziś” albo inne zgryźliwe “a powinienem?”, ale powstrzymał się. Może to przez sposób, w jaki go teraz obserwowała. A może przez fakt, że od momentu, w którym poczuł jej dłoń na swoim przedramieniu, świat przyspieszył w nieprzyjemny sposób i tylko jej głos zdołał go przywrócić do tej chwili. Tej, w której już nie było nikogo poza nimi. Uśmiech, ten prawdziwy, a nie półironiczny, pojawił się powoli, rozlewając się po jego twarzy, kiedy jej słowa wybrzmiały i zapadły między nimi.
OdpowiedzUsuń— Nie — odpowiedział spokojnie, a jego spojrzenie sunęło po niej bez pośpiechu, zatrzymując się na oczach. — Nigdzie mi się nie spieszy.
To nie był flirt. Przynajmniej nie w tej jego powierzchownej, błyskotliwej wersji. To była deklaracja. Cicha, ale mocna. Uderzająco prosta. Skinął barmanowi, jakby właśnie ustalał z nim coś oczywistego i Ezra nie musiał nic mówić, bo drink, który pojawił się po chwili, był dokładnie tym samym, który Sloane trzymała wcześniej: słodki, różowy, z pieprzową nutą. Ten, który piekł jej usta i który Ezra zapamiętał. Taki właśnie zamówił dla niej. Dla siebie nie wziął niczego nowego. Jego szklanka z whisky był wciąż pełen. Nie wypił ani kropli od momentu, kiedy zobaczył ją przed sobą.
Podsunął jej drinka.
— Podobno aż piecze w usta — rzucił cicho, a ton jego głosu był zbyt miękki, by zabrzmiał jak żart, i zbyt pewny, by nie miał w sobie czegoś więcej. Nie dodał nic więcej. Nie musiał. To zdanie zostało zawieszone między nimi jak wyzwanie i jak wspomnienie czegoś, co wciąż dopiero miało się wydarzyć.
Ezra uniósł kącik ust w ledwie zauważalnym uśmiechu, nie spuszczając z niej wzroku. Odchylił lekko głowę, jakby się zastanawiał, ale w rzeczywistości doskonale wiedział, co robi celowo przeciągał ciszę między nimi, czekając, aż to napięcie znów zacznie pulsować tuż pod skórą.
— A jak dokładnie miałabyś ochotę… pokolorować tę noc? — spytał spokojnie, głosem niższym, nieco bardziej chropawym niż wcześniej. Wzrok przesunął się powoli po jej ustach, jakby to tam miała paść odpowiedź, której naprawdę chciał usłyszeć. Ale nie spieszył się. Ezra lubił, kiedy to ona zaczynała grać jego grą, tylko po to, by za chwilę zorientować się, że to on kontroluje tempo.
— Słodkie drinki? Dym za kulisami? — kontynuował, nie odrywając się ani na moment. — A może… chodziło ci o coś jeszcze?
Pochylił się niżej, na tyle, by jego głos znów mógł dotknąć jej skóry zamiast tylko powietrza, a jego usta znalazły się blisko jej ucha. — Powiedz mi, Sloane. Jakich kolorów szukasz dzisiaj?
Nie zapytał, czy zostanie z nim do końca wieczoru. Nie musiał. Zamiast tego… spojrzał znów na jej sukienkę, nie kryjąc, jak bardzo mu się podobało to, co sam dla niej wybrał, a potem uniósł wzrok z powrotem na jej oczy.
Ezra
Ezra nie odpowiedział od razu. Nie dlatego, że nie wiedział, co powiedzieć, wręcz przeciwnie. Wiedział aż za dobrze, a to właśnie powstrzymywało go przed rzuceniem czegokolwiek, co jeszcze mocniej podpaliłoby to napięcie między nimi. Słowa zawsze były jego bronią, ale teraz… miały siłę granatu. A on, mimo że tak cholernie blisko detnatora, nie zamierzał naciskać zbyt szybko.
OdpowiedzUsuńWciąż oparty łokciem o bar, z whisky w dłoni, patrzył na nią z tym rozpoznawalnym półuśmiechem, bezczelnym, ale wyważonym. Jego wzrok prześlizgnął się po jej twarzy i zatrzymał dokładnie tam, gdzie wcześniej, na ustach. Pieprzonych, rozchylonych ustach, które błyszczały od drinka i mówiły do niego rzeczy, które sprawiały, że musiał uważnie kontrolować każdy mięsień twarzy. I każdą reakcję.
— Językiem — powtórzył cicho, jakby testował to słowo. — Tego się właśnie obawiałem.
Nie było w nim śladu przerażenia. Raczej fascynacja. Głęboka, namacalna. Ezra po prostu nie znał nikogo, kto w tak spokojny, zmysłowy sposób potrafił go rozbroić, zanim jeszcze zaczęła grać na serio. I właśnie dlatego nie mógł pozwolić sobie na utratę kontroli.
Widział, jak się lekko przymknęła, gdy się nachylił. Jak nieco mocniej objęła nóżkę kieliszka. Jakby wystarczyło tylko, żeby zbliżył się jeszcze o milimetr, by ją rozsypać. Albo odwrotnie, by to ona rozsypała jego.
— Intensywnych? — powtórzył, już ciszej, niemal prosto do jej ucha. — To nie brzmi jak noc, tylko jak ostrzeżenie. Ale wiesz co?
Przesunął spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz bez pośpiechu, ale niebezpiecznie blisko. Głos miał lekko zachrypnięty.
— Lubię ostrzeżenia, jeśli pochodzą z dobrego źródła.
Uniósł whisky do ust, jakby tylko to miało pomóc mu odzyskać odrobinę równowagi. W rzeczywistości jednak… nie chciał. Nie do końca. Bo Ezra nie potrzebował, żeby ktoś go grzecznie całował po rękach. Potrzebował ognia, a ten właśnie stał naprzeciwko niego i kusił z każdej strony.
Na pytanie odpowiedział dopiero po chwili. Celowo zostawił między nimi zawieszenie, ten jeden ułamek sekundy, w którym powietrze przestało się ruszać, a świat wokół zniknął. Znów byli tylko oni.
— Znajdziesz — powiedział miękko. — Jeśli trafisz we właściwe drzwi.
Ezra nie musiał patrzeć na jej reakcję, żeby wiedzieć, że jego słowa trafiły tam, gdzie miały trafić. Czuł to, nie tylko w napięciu między nimi, ale też w tej ciszy, która nastała, kiedy przestał mówić. Sloane się nie cofnęła. Nie odsunęła się nawet na milimetr. Stała tak samo blisko, jakby była już po drugiej stronie tych drzwi, o których wspomniał. I może faktycznie była.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, Ezra zsunął z baru swoją szklankę i odstawił ją za siebie, nie patrząc nawet w którą stronę. Całą uwagę miał skupioną tylko na niej, na tej jednej kobiecie, która od początku wieczoru bawiła się z nim tą samą grą co on z nią. Żadne nie zamierzało się poddać. Ale może właśnie o to chodziło, nie żeby wygrać, tylko żeby sprawdzić, co się stanie, gdy nikt nie odpuści. Nachylił się ponownie, już nie do ucha, ale tak, by ich twarze dzieliło kilka centymetrów. By jego głos nie musiał być szeptem, a mimo to brzmiał prywatnie, tylko dla niej. Ciepły. Przejrzysty. Niepokojąco spokojny.
— Prowadzisz dzisiaj, Fletcher. — Mruknął. — Więc zdecyduj. Tu, czy tam? Drink i flirt przy barze, czy…
Zawiesił głos. Oczy nie odklejały się od jej spojrzenia, które już wtedy płonęło. Wyczuwał ten moment, przechył balansu, ostatni błysk zawahania, który zaraz zniknie. W jego wnętrzu też coś się przestawiało. Pojawiła się ta znajoma, podskórna adrenalina, która nie miała nic wspólnego z występami, klubem, publicznością. To był instynkt. Własny rytm, który rozpoznawał tylko przy kimś, kto potrafił grać równie ryzykownie.
— …czy wchodzisz ze mną i przestajemy się zastanawiać, co by było, gdyby?
Ręce trzymał przy sobie. Jeszcze. Głos miał spokojny. Jeszcze. Ale ciało Ezry mówiło już co innego. Był gotowy, na krok w przód. Na zamknięcie drzwi. Na wszystko, co miało się wydarzyć dalej. Tylko od niej zależało, czy przejdą przez próg razem.
Ezra
Ezra nie był zdziwiony. Gdyby po prostu przyjęła propozycję i pozwoliła mu się wyprowadzić z klubu, to dopiero byłoby zaskoczenie. Ale nie zrobiła tego. Zrobiła coś znacznie bardziej w jej stylu. Odsunęła się o jeden krok, który tak naprawdę wcale nie był krokiem w tył. Raczej, ustawieniem lepszej pozycji na kolejną rundę. Dla kogoś innego mogłoby to wyglądać na wycofanie. Dla Ezry wyglądało jak zaproszenie. Na taniec, który właśnie się zaczynał.
OdpowiedzUsuńNie odpowiedział od razu. Spojrzał na nią dłużej. Inaczej. Uważniej niż dotąd. Nie z pożądaniem, to i tak wisiało już w powietrzu, nie trzeba było o tym przypominać. Patrzył na nią jakby właśnie to, co zrobiła, utwierdziło go tylko w przekonaniu, że nie pomylił się w jej ocenie. Bo nie miała być prosta. Miała być trudna do zdobycia, do złamania, do zapomnienia. Było w tym coś więcej niż uznanie. Może cień zadowolenia, że się nie dała. Może przyjemne ukłucie w klatce piersiowej, że nie próbowała wejść w tę noc na jego warunkach, tylko stawiała własne. To był test? Możliwe. Ezra lubił sprawdzać ludzi.
Oparł się biodrem o bar, szkło z whisky przetoczyło się leniwie między palcami. W jego spojrzeniu nie było już tej pierwszej surowości ani rozgrywającego dystansu. Teraz… był inny. Nadal opanowany. Nadal pewny siebie. Ale coś w nim drgnęło, jakby się przed chwilą przekonał, że właśnie zrobiła ruch, który zbił mu pionka. A może nie?
Ezra wydał z siebie cichy śmiech, ten gardłowy, pozbawiony rozbawienia, ale pełen jakiejś nieoczywistej aprobaty. Spojrzał na nią z boku, jakby właśnie przyłapał ją na czymś, co powinno go zirytować… ale zamiast tego, cholernie go rozbawiło. I może trochę zaskoczyło.
— Punkt dla ciebie, Fletcher. — Przyznał, z zaskakującym rozbawieniem w głosie. — Cholernie ładnie rozegrane. Zapunktowałaś. — Pokręcił głową z tym swoim półuśmiechem, który sugerował, że właśnie dostała ode niego cichy kredyt zaufania, a przynajmniej jego ułamek. — Może to był test. Może chciałem tylko sprawdzić, czy faktycznie jesteś gotowa zaszaleć… czy tylko ładnie o tym mówisz. A może… — odchylił lekko głowę, opierając się plecami o blat baru — …chciałem zabrać cię w miejsce, gdzie nie ma tych wszystkich pieprzonych spojrzeń. Gdzie ja też mogę trochę… zaszaleć.
Ezra uniósł brew, znów powoli, z tym charakterystycznym dla siebie, ledwo zauważalnym ruchem, który mówił więcej niż całe zdania. Spojrzał na nią jak ktoś, kto właśnie obserwuje, jak przeciwnik wycofuje pionek, choć wcześniej mówił o szach-macie. I przez ułamek sekundy na jego twarzy pojawiło się coś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
— Ale masz rację. — Odsunął się delikatnie, prostując. Z jednej strony dając jej przestrzeń, z drugiej, zostawiając po sobie echo, które wciąż czuć było na skórze. — Zasady to zasady.
Uśmiechnął się kątem ust, jakby właśnie rzucił wyzwanie, które tylko ona mogła podjąć — albo odpuścić. A potem sięgnął po swoją szklankę, jakby to był drink, który sam zamówił. Westchnął. Jakby rozważał, czy to, co chce powiedzieć, powinno w ogóle paść. Ale jednak powiedział.
— Coś ci powiem. — Zniżył nieco głos, nie odrywając wzroku od jej oczu. — Znajdź sobie jakiegoś normalnego chłopaka. Kogoś w swoim wieku. Kogoś, kto chodzi w bluzie do połowy uda i wrzuca kawałki na SoundClouda. Kto będzie pisał ci teksty piosenek o miłości, nosił za tobą torebkę i przynosił śniadanie do łóżka. — Uśmiechnął się, jakby to był żart. Ale w jego oczach nie było śmiechu. — Będzie ci łatwiej, naprawdę.
Zawiesił głos na moment, jakby sam się zastanawiał, czy w ogóle wierzy w to, co właśnie powiedział. Odwrócił spojrzenie na bar, jakby właśnie temat został zamknięty. Ale nie odsunął się. Nie odszedł. Wciąż tam był, za blisko, zbyt obecny. Jak pokusa, która wcale nie zamierza ułatwiać żadnych decyzji.
Ezra odstawił powoli szklankę na bar, opierając się dłonią o blat. Gdy znów spojrzał na Sloane, zniknęła z niego ta wcześniejsza miękkość, a wróciło to, co znała aż za dobrze, coś pomiędzy bezczelną pewnością a dziwną koncentracją, którą rezerwował tylko dla niej. Jakby właśnie coś postanowił.
OdpowiedzUsuń— Mam dla ciebie prezent. — Odezwał się spokojnie, jakby rzucał luźną uwagę, a nie składał jednej z najważniejszych propozycji tego wieczoru. — Na albumie zostały trzy numery do zrobienia.
Zawiesił głos na moment, przyglądając się, jak reaguje. Czy jeszcze gra, czy słucha naprawdę.
— I nie będę się w nie wtrącał. — Dodał cicho. — Ani słowem. Ani brzmieniem. Ani tekstem.
Nachylił się lekko, znów ten półkrok za blisko. Jakby specjalnie nie zostawiał przestrzeni na odpowiedź, zanim skończy.
— Trzy piosenki. Tylko twoje. Możesz je zrobić jak chcesz. O czym chcesz. Możesz o o sobie, o tej garderobie, o czymkolwiek. — Kącik ust uniósł mu się z tym półuśmiechem, który był zbyt niepokojący, by nazwać go łagodnym. — Możesz mnie w nich nawet metaforycznie zabić.
Odchylił się z powrotem i spojrzał na nią spokojnie, jakby to, co właśnie dał, nie było największym kredytem zaufania, jaki mógł jej zaoferować jako producent. A może właśnie dlatego powiedział to takim tonem, jakby tylko ona miała zrozumieć, jak wiele znaczy ten gest.
— Obiecuję nie wyrzucić niczego z traciliśmy, nawet jak zrobisz popowy hymn o złamanym sercu.— Dodał na koniec, niemal rozbawiony, jakby znów wszystko wróciło na swoje miejsce. Ale za żartem była prawda. I oboje to wiedzieli. Dał jej przestrzeń. Wolność. I wybór.
Ezra
Ezra zaśmiał się cicho, prawie bezgłośnie, ale z tym swoim charakterystycznym, niskim wibratem, który nie potrzebował rozgłosu, by robić wrażenie. Z jego twarzy trudno było odczytać jednoznaczne emocje, balansował gdzieś pomiędzy rozbawieniem, uznaniem a tą osobliwą fascynacją, którą Sloane potrafiła w nim wzbudzać jak nikt inny. Wiedział, że właśnie zobaczył ją taką, jaką miał zobaczyć: nieugiętą, pewną siebie, ale też z tą domieszką niepokoju, który go korcił, a nie odpychał.
OdpowiedzUsuń— Seks albo morderstwo? — powtórzył z udawanym namysłem, przyglądając się jej, jakby właśnie zamierzał ocenić, na którą z tych dwóch opcji powinna pójść najpierw. — Nie wiem, Fletcher. Miałem nadzieję, że powiesz jedno i drugie. — Jego głos był spokojny, ale niższy niż przedtem. Wibrował miękko, gdzieś między żartem a intencją, której nie dopowiedział. Bo przecież nie musiał. — …wtedy przynajmniej będziemy mieli coś, co dobrze sprzedaje się. Stara, dobra klasyka.
Przyjmował każde słowo, gest i cień emocji na jej twarzy, jakby składał to sobie na później, do tekstu, do rozmowy, do wspomnienia. Była impulsem. Inspiracją. I, o ironio, prawdopodobnie też największym zagrożeniem, jakie sam na siebie ściągnął od lat.
— Zdecydowanie bardziej wolę słuchać o tym, że masz ochotę mnie zamordować niż o exach i sercach rozjechanych na Instagramie. — Uniósł brwi, zanim upił whisky. — Trzy utwory, tak. — Powtórzył spokojnie, jakby teraz to było zupełnie nieistotne. — Płyta jest mocna, obroni się nawet jeśli będą słabe — powiedział to celowo, żeby jej trochę dokuczyć. Uśmiechnął się leniwie i przechylił szklankę do ust, kończąc resztkę whisky. Postawił ją na barze i lekko stuknął palcem w blat. Nie mówił tego z ironią. Raczej jak ktoś, kto rozumie, że te dwie siły są nieodłączne, destrukcyjne, przyciągające, niemal identyczne w intensywności. I że jeśli już Sloane ma coś napisać, to tylko o tym, co naprawdę ją rusza. A on właśnie przesunął się w epicentrum jej chaosu. Uśmiechnął się tym razem szerzej, ale to nie było rozbrojenie. To była gra, kontynuowana bez słów, z domyślnym „twoja kolej”. A potem ujął jej kieliszek z dłoni, napił się różowego drinka i skrzywił teatralnie, jakby właśnie wypił coś pomiędzy perfumami a płynnym brokatem. Oddał jej kieliszek i dodał półgłosem i oblizał usta. — Faktycznie, piecze…
Zrobił pół kroku w tył, pozwalając jej złapać dystans, ale też zostawił przestrzeń tylko po to, żeby to ona znów mogła go przekroczyć. Ezra grał długo. Lubił cierpliwość, lubił budowanie napięcia. Ale coraz mniej podobała mu się myśl, że mógłby dzisiejszej nocy zasnąć sam.
Ezra
Ezra uniósł kącik ust, kiedy usłyszał pytanie o morderstwo po seksie. Nie dlatego, że brzmiało groteskowo. Brzmiało… dokładnie w jej stylu. Groźne i obiecujące jednocześnie. Zaskakująco logiczne w świecie, w którym każde słowo miało smak przekory, a każdy ruch przybierał formę kuszenia. I choć ona rzucała to jako żart, on dobrze wiedział, że właśnie w takich momentach Sloane była najbliżej prawdy o sobie. Najbliżej tego, co naprawdę w niej buzowało.
OdpowiedzUsuń— Przynajmniej umarłbym szczęśliwy — odparł, bez śladu ironii. Po czym dodał z lekkim rozbawieniem. — Ale jeśli miałabyś mnie zabić, Sloane, to zrób to porządnie. Na ostro. Nie żadne emocjonalne duszenie przez teksty z drugiej zwrotki.
A potem spojrzał na nią tak, jakby już zobaczył ten klip: ona w lateksie, on przykuty do łóżka, pistolet na wodę napełniony różową cieczą, a gdzieś w tle dramatyczny bridge ze smyczkami. Roześmiał się tę myśl.
— Będzie z tego viral — dodał. — Ale ja montuję końcówkę. Jeśli już mam być ofiarą, chcę przynajmniej efektownego zejścia.
Mówił to tonem pół-żartu, pół-poważnym. Takim, którym Ezra rozbrajał napięcie, ale nigdy go nie rozpuszczał. Nie w całości. Zostawiał resztki. Żar.
Uśmiechnął się krzywo na jej wywód o exach.
— Dobrze. Skoro exowie już pogrzebani, a hymny o złamanym sercu zakopane, to zostaje nam tylko… — zawiesił głos i nachylił się do niej ponownie — …ekstaza. I przemoc.
Odsunął się z bezczelnością, z którą mógłby zagrać psychopatycznego kochanka w nowej ekranizacji jakiegoś erotycznego thrillera. Albo po prostu siebie. Kiedy rzuciła, że wybierze jej numer na singiel, a potem dorzuciła kwiaty w zębach, Ezra roześmiał się pod nosem i potrząsnął głową, jakby mówiła rzeczy absurdalne. Ale nie zaprzeczył. Nie dlatego, że nie wierzył. Właśnie dlatego, że w niej zaczynał wierzyć za bardzo.
Gdy sięgnęła po drinka, a jej dłoń przypadkiem musnęła jego, Ezra poczuł to uderzenie. Krótkie, elektryczne. Jakby dotknęła kabla pod napięciem. Spojrzał na jej palce. Na kieliszek. I na nią.
— Nieprzyzwoicie przyjemne. — odpowiedział spokojnie. — Jak coś, czego nie powinno się próbować drugi raz. Ale i tak się to robi.
Potem, jakby nigdy nic, dopił swoje i odwrócił się przodem do sali. Słysząc jej pytanie, nie spojrzał od razu. Przez chwilę po prostu patrzył na tłum na parkiecie. Ezra przez moment milczał, jakby nagle coś w nim przygasło. Wciąż stali blisko, napięcie wisiało między nimi jak gęsty dym, ale coś się w nim przesunęło. Może świadomość, że jeśli zostanie dłużej, przestanie to być tylko gra. Spojrzał na zegarek. Nie w pośpiechu, nie nerwowo, raczej jak ktoś, kto upewnia się, że właśnie nadszedł odpowiedni moment.
Potem wrócił wzrokiem do niej. Na dłużej. Przeciągle. Jakby chciał jeszcze raz zapamiętać dokładnie, jak wygląda w tym świetle, z tą pewnością w oczach i różem na ustach, który wyglądał teraz jak część jej samej, nie tylko efekt drinka.
OdpowiedzUsuń— Innym razem — rzucił cicho, niemal jakby mówił to bardziej do siebie niż do niej. — Gdybym z tobą zatańczył… — mruknął nisko, niemal szeptem, głosem szorstkim od niewypowiedzianego — …mógłbym się zachować niestosownie. A to nie wypada, prawda?
Uśmiechnął się przy tym półgębkiem, tym swoim bezczelnym, znajomym uśmiechem, który miał w sobie zbyt wiele obietnic. Nie dotknął jej już więcej, nie przesunął dłonią po talii ani nie zatrzymał spojrzenia na zbyt długo. Nie było w tym żartu. Ani kokieterii. Tylko surowa, kontrolowana szczerość, pod którą tętniło coś znacznie silniejszego niż przelotna fascynacja. To nie był flirt. To było ostrzeżenie. Nachylił się lekko. Wystarczająco blisko, by jego oddech musnął jej skroń. Musnął ustami jej policzek, ledwo, jakby nie chciał niczego więcej zostawić oprócz tej jednej, pojedynczej iskry. — Baw się dobrze, Sloane — powiedział jej do ucha. Głos miał spokojny, miękki. Jeszcze nie odsunął się całkiem, kiedy dorzucił z tym swoim charakterystycznym półuśmiechem, nieco zbyt spokojnym, by nie był przemyślany. — Masz trzy dni urlopu i trzy piosenki do napisania. Idealnie, prawda?
Jeszcze przez ułamek sekundy patrzył na nią z bliska, jakby coś miał dodać, jedno zdanie, które zostało mu na końcu języka, ale nie powiedział nic więcej. Potem odsunął się wreszcie. Spojrzał na nią jeszcze raz. Zanim zniknął w tłumie, nieśpiesznie, nonszalancko, jakby nic się nie wydarzyło.
Ezra
Poranek był zbyt jasny. W sypialni panowała cisza, przerywana jedynie szumem oceanu, który docierał przez uchylone drzwi tarasowe. Ezra przez chwilę po prostu leżał na plecach, patrząc w sufit, gdzie miękkie światło poranka odbijało się od białych ścian. Nie czuł zmęczenia, ale nie był też wypoczęty. Raczej… napięty. Jakby noc tylko zamroziła jego myśli, nie usypiając ich naprawdę. Ezra przekręcił się na bok, powoli, z pewnym oporem w ciele, który nie miał nic wspólnego z wiekiem, bardziej z niechęcią. Leżała obok. Półnaga. Jej oddech był lekki, spokojny, kompletnie nieświadomy ciężaru, jaki w nim narastał. Wszystko to miało smak zbyt łatwy. Zbyt znajomy. Zbyt pusty. Nie obudziła się. Tego też się spodziewał. Te kobiety zazwyczaj spały spokojnie, kiedy już dostały to, po co przyszły. A Ezra… Ezra nie przyszedł po nic konkretnego. Może po oddech. Może po zapomnienie. Sięgnął po telefon. Kilka nieodebranych połączeń. Parę maili. Podniósł się, przeciągnął. Ciało miał napięte, nie od seksu, a od niewypowiedzianych słów, które wciąż siedziały gdzieś między kręgosłupem a gardłem. Ubrał się w ciszy. Wszystko to wyglądało jak scena z filmu, którego już nie chciał oglądać. Zanim wyszedł, jeszcze raz spojrzał na łóżko. Na kobietę, która śniła sen, w którym Ezra pewnie był o wiele bardziej obecny, niż był w rzeczywistości. Pomyślał o Sloane. Nie mógł nie pomyśleć. Nawet gdyby chciał. Pojawiła się w jego głowie jak cichy wydech. Jak wers, który próbował napisać od kilku dni. Jak pytanie, którego jeszcze sobie głośno nie zadał. Czy to nie właśnie przed nią uciekał? Westchnął krótko, cynicznie.
OdpowiedzUsuńPodszedł do okna i przeciągnął się w ciszy. Widok był wart każdej złotówki, wzgórza ciągnęły się w oddali, a ocean lśnił spokojnie, błękitny i nieprawdziwie czysty. Palmy kiwały się leniwie na wietrze, jakby same jeszcze się nie obudziły.
Zamiast kawy wybrał bieg.
Założył sportowe buty i ciemną bluzę z kapturem, choć i tak wiedział, że po kilku minutach będzie mu za gorąco. Zegarek zsynchronizował się z aplikacją, ale nie ustawił trasy. Chciał pobiec przed siebie, bez planu. Po prostu ruszyć. Wyszedł na świeże powietrze i niemal natychmiast poczuł, jak napięcie w ciele zaczyna się rozpuszczać. Osiedle było luksusowe, ciche, z domami ukrytymi za wysokimi żywopłotami i systemami alarmowymi wartymi tyle co małe mieszkanie. Ezra nie przejmował się tym. Lubił tę okolicę za to, że nikt się tu nie wtrącał. Wszyscy mieli swoje sprawy, swoje dramaty, swoje poukładane, albo i nie, życia. Zbiegł w stronę wybrzeża, potem skręcił na ścieżkę przy klifie. Biegł równo, miarowo, czując, jak serce zaczyna bić szybciej. Gdy znalazł się na odcinku z widokiem na ocean, zwolnił, ale nie zatrzymał się. Lubił ten fragment najbardziej. Wysoki brzeg, fale rozbijające się o skały i przestrzeń, która pozwalała na chwilę oddechu. Tyle że tym razem nie potrafił oczyścić głowy. Myśli same wracały. Jej głos. Jej spojrzenie. To, jak się zbliżała, jak prowokowała, jak nie bała się grać. Zwolnił jeszcze bardziej, aż w końcu stanął. Oparł dłonie o biodra i przymknął oczy. W uszach szumiała mu krew, ale i tak słyszał własne myśli wyraźnie:
Sloane Fletcher była problemem. Problemem, którego nie chciał rozwiązywać.
Podniósł wzrok. Na oceanie pojawiła się motorówka, daleko, ledwo widoczna. Ezra przez moment przyglądał się jej, potem wciągnął głęboko powietrze i ruszył dalej. Woda migotała w oddali, a ulica przed nim była niemal pusta. O tej porze poranek był jeszcze świeży, pachnący solą i ciepłem, które dopiero miało nadejść.
I wtedy ją zobaczył.
Najpierw kątem oka. Blond włosy związane niedbale w wysoki kucyk, sportowy top, który ledwo zakrywał tatuaż na żebrach, znajomy sposób, w jaki przeciągała ręce nad głową, jakby to było tylko pozornie przypadkowe.
OdpowiedzUsuńSloane Fletcher.
Jogging. O świcie. Bez ekipy, bez blasku fleszy, bez słuchawki w uchu. Sama. I wyglądała, jakby właśnie przebiegła co najmniej tyle co on. Ezra zmarszczył brwi, ale w kąciku ust pojawił się cień rozbawienia. Zbliżył się powoli, aż w końcu zwróciła na niego uwagę.
— Nie żebym coś sugerował, ale… — zaczął, ocierając kark i celowo mierząc ją wzrokiem od góry do dołu. — … albo mnie prześladujesz, albo jesteś bardzo zagubiona.
Zatrzymał się kilka kroków od niej, unosząc brew.
— Ósma rano, Fletcher? Serio? Myślałem, że o tej porze wciąż odsypiasz imprezę.
Kiedy spojrzała na niego z tym swoim niewinnym, a jednocześnie cholernie ironicznym uśmiechem, Ezra poczuł znajomy impuls pod skórą. Los z niego drwił. Wsunął dłonie z powrotem do kieszeni. Przez sekundę nic nie mówił. Tylko patrzył. Słońce odbiło się w jej oczach, w potarganych kosmykach. I nawet jeśli cała scena była absurdalna, to coś w niej zagrało idealnie.
— Zgubiłaś coś… czy szukasz pretekstu, żeby znów się z kimś pokłócić?
Uśmiechnął się, ale tym razem nie był to uśmiech czysto zaczepny. Coś w nim było bardziej miękkiego. Prawie ciepłego. Może nawet zaskoczonego. Nie spodziewał się jej tu. A już na pewno nie takiej wersji Sloane, prawdziwej, zmęczonej, spoconej i całkiem… normalnej.
Ezra
Wiedział, że mieszkała w okolicy. Słyszał coś o tym przy okazji podpisywania kontraktu, o tej jej „tymczasowej” miejscówce z widokiem na ocean, wystarczająco blisko jego domu, by mógł ją teoretycznie spotkać. Ale jakoś… nie przyszło mu do głowy, że faktycznie kiedyś to się wydarzy. Zwłaszcza w takich okolicznościach.
OdpowiedzUsuńSpotkać ją w klubie? Jasne. Przy barze, na backstage’u, na rozgrzanym parkiecie z drinkiem w dłoni i błyskiem w oku, to było naturalne. Tam Sloane była u siebie. Ale tutaj? O świcie, spocona, bez makijażu, z niesfornym kosmykiem przyklejonym do skroni? Nie był przygotowany na taki widok. Nie dlatego, że coś było z nią nie tak. Właśnie dlatego, że wszystko było… zbyt dobrze. Nie wyglądała jak gwiazda. Nie wyglądała nawet jak kobieta, która wczoraj mogła mieć całą lożę tylko dla siebie. Wyglądała jak dziewczyna, która po prostu potrzebowała wyrzucić z siebie coś, czego nie da się już przespać ani wypić do końca nocy. Nie uciekał wzrokiem. Wręcz przeciwnie, kiedy się odwróciła, przyjrzał jej się dokładnie. Trochę dłużej, niż powinien. Jakby sprawdzał, czy to na pewno ona. Czy nie przewraca mu się jeszcze w głowie po nieprzespanej nocy i kobiecie, z którą obudził się dziś rano. Kiedy rzuciła, że może po imprezach lubi dobre cardio, uniósł brew, rozbawiony.
Sloane Fletcher. O ósmej rano. Bez paparazzi. Bez widowni. I to ona właśnie zaprosiła go na śniadanie?
Nie zdziwił się, że rzuciła kąśliwy komentarz o nocy. Słyszał w jej tonie coś więcej niż żart. Może ukłucie. Może tylko dumę, którą próbowała ratować. Nie dał niczego po sobie poznać. Nie odpowiedział. Świadomie to zignorował, jakby nie chciał dokładać jej paliwa do ognia, którego i tak już między nimi nie brakowało. Wiedział, że Sloane potrafiła uderzyć precyzyjnie, między żebrami, z lekkością, jakby rzucała przypadkowy żart. Ale wiedział też, kiedy nie warto tego podbijać.
Zamiast tego zaśmiał się krótko i przerzucił uwagę na coś lżejszego.
— Tak, w sumie… dokładnie tak o tobie myślę. — Przyznał, udając powagę. — Rzucasz popielniczkami, kłócisz się z połową branży i od niechcenia piszesz hity, które potem śpiewają dzieciaki w szkołach. No, może jeszcze od czasu do czasu ukradniesz scenę i porwiesz tłum, to jasne. Ale jogging o ósmej rano? — Pokręcił głową z udawanym niedowierzaniem. — To już brzmi jak coś kompletnie nieprawdopodobnego.
Przechylił głowę, zerkając na nią spod byka, rozbawiony. W słońcu błyszczały krople potu na jego skroni. Wyglądał, jakby właśnie kończył występ. Albo przygotowywał się do nowego. Tylko że teraz, zamiast sceny mieli pustą alejkę. Zamiast świateł, poranne słońce. A zamiast widowni… tylko oni.
Ezra uniósł lekko brew, z rozbawieniem kręcąc głową.
— Co niby jest złego w tostach i bajglach? — rzucił z udawaną powagą. — Klasyka nigdy nie wychodzi z mody. Brunch-chic w wersji LA.
Oparł ręce na biodrach i spojrzał na nią uważnie, jakby próbował rozszyfrować, co tym razem chodziło jej po głowie i czy przypadkiem nie zmieni zdania za minutę.
— Ale okej. Skoro klasyka cię nie rusza, to powiedz… Na co właściwie masz ochotę, Fletcher? — Uśmiechnął się kątem ust. — Może pomogę ci znaleźć coś, co nie przypomina śniadania z Instagrama. Ale nie obiecuję, że nie skończymy i tak z tostami.
Ezra przeciągnął dłonią po karku, jakby próbując się rozbudzić do końca, a potem podciągnął rękawy bluzy pod łokcie, odruchowo, w tym charakterystycznie niedbałym geście, który miał w sobie więcej nonszalancji niż potrzeby chłodzenia się. Ruch płynny, naturalny, zupełnie nieprzemyślany, ale cholernie jego. Zerknął przy tym na Sloane, jakby chciał ocenić, czy nadal jest rozbawiona, czy może już planuje kolejne uszczypliwości.
— No, to jak? — odezwał się znów, głosem zbyt lekkim jak na osiem rano. — Tylko nie mów, że masz ochotę na coś bez glutenu, bez cukru i bez smaku, bo wracam do domu.
Ezra
Ezra zwykle nie miał problemu z ciętym językiem. Błyskotliwa riposta przychodziła mu z łatwością, a ironia była dla niego równie naturalna co oddech. Ale dzisiaj… Nawet kiedy rzucała w niego uszczypliwościami, coś w jej tonie, w jej rozczochranym kucyku i dłońmi zaciśniętymi na biodrach zamiast w kieliszku z różowym drinkiem, rozbrajało go bardziej, niż był gotów przyznać. Była irytująca. Czasem nieznośna. A mimo to nie potrafił się na nią prawdziwie złościć. Nie, kiedy wyglądała tak, jak teraz. Z błyskiem w oku, który mówił „jeszcze ci pokażę”.
OdpowiedzUsuń— Wypomnisz mi to jeszcze na łożu śmierci, co? — rzucił, zerkając na nią kątem oka, z tą charakterystyczną dla siebie ironią, która brzmiała lekko, ale niosła za sobą konkretny przekaz. — Serio, zaczynam się zastanawiać, czy nie powinienem ci zamówić jakiejś sesji terapeutycznej o żałobie po trasie.
Pokręcił głową z cichym śmiechem. — Gdybym ci jej nie odwołał, to nie miałabyś Super Bowl, prawie gotowej płyty i tej genialnej, ubijanej fety z pistacjami na brunchu z własnym producentem. — Rzucił z udawaną powagą. — Więc naprawdę… trochę wyrozumiałości.
Zatrzymał się na chwilę przy przejściu, dając jej szansę, żeby się zrównała.
Ezra uniósł lekko brew, w tej znajomej mieszance rozbawienia i niedowierzania, którą zostawiał sobie właśnie na takie okazje, kiedy Sloane potrafiła zaskoczyć go w najmniej spodziewanym momencie i jeszcze dorzucić komentarz, który balansował na granicy złośliwości i szczerego wyznania. Przesunął spojrzeniem po jej sylwetce, w legginsach, z kosmykami włosów przyklejonymi do czoła od potu, rozgrzaną i naturalną. Tak rzadko ją taką widywał. Bez filtra. Bez zbroi. A jednak wciąż tak cholernie sobą. Zerknął krótko w stronę ścieżki, jakby rozważał, czy przypadkiem nie powinni kontynuować biegu, ale szybko zrezygnował. Przesunął dłonią po ustach, po czym włożył ręce do kieszeni bluzy, uśmiechając się kątem ust.
— Nie, nie uraziłaś. — rzucił spokojnie. — Brzmi jak plan. A omlet z homarem, nawet jestem w stanie ci wybaczyć, o ile nie każesz mi go polubić.
Ezra parsknął krótkim śmiechem, ledwo powstrzymując się przed komentarzem, ale ostatecznie nie zamierzał milczeć.
— Homar. Na śniadanie. — Powtórzył z niedowierzaniem i pokręcił głową, zerkając na nią z boku, jakby próbował ocenić, czy właśnie sobie z niego żartuje. — Gdzie ty się, do cholery, wychowałaś?
Przebiegł wzrokiem po jej sylwetce, zatrzymując się na chwilę na policzkach zaróżowionych od wysiłku i chłodu.
— Poprzewracało ci się w tej pięknej głowie od dobrobytu, Sloane. Zupełnie. I wiesz co? — Uniósł brew. — To jest nawet trochę imponujące.
Ezra zaśmiał się pod nosem, z takim niewymuszonym luzem, który pojawiał się u niego tylko w tych nielicznych momentach, gdy coś naprawdę go rozbawiło. Zatrzymał na niej spojrzenie na moment dłużej, wystarczająco, by zauważyć, że ramiona Sloane lekko drżały, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. Wciągnęła się w rozmowę, ale on nie przegapił takich detali. Skrzyżował ramiona na piersi, a kąciki jego ust uniosły się z rozbawieniem.
— Dałbym ci swoją bluzę… — zawiesił głos teatralnie — ale nie mam nic pod spodem. — Wzruszył ramionami, udając obojętność, choć dobrze wiedział, że dokładnie mierzy jej reakcję. — Poza tym… szkoda byłoby zasłaniać taki ładny widok, nie sądzisz? — dodał luźno, rozbawiony, jakby właśnie komentował pogodę, a nie fakt, że z jakiegoś powodu wciąż nie może oderwać od niej wzroku. Mrugnął do niej przy tym i ruszył powoli przed siebie, nie pytając, czy idzie, bo jakoś wiedział, że i tak pójdzie.
— No to chodź. — powiedział cicho. — Omlet z homarem brzmi jak wystarczający powód, żebym przełożyć swoje ważne spotkanie z kubkiem kawy i raportem PR.
Nie obejrzał się, ale nie miał wątpliwości, że pójdzie za nim. Śmiech zatańczył mu w kąciku ust, ale w jego spojrzeniu było coś więcej niż tylko przelotne rozbawienie.
Ezra
Ezra przez moment tylko na nią patrzył. Niby spokojnie, bez cienia emocji, a jednak… coś w nim drgnęło. Ten błysk w oku, który pojawiał się zwykle wtedy, kiedy miał coś zgryźliwego do powiedzenia, zgasł, ale tylko na chwilę.
OdpowiedzUsuń— Nie mam nic przeciwko homarom. Po prostu… — rzucił w końcu, z lekkim przekąsem, ale i rozbawieniem, które ledwo dało się ukryć. — To śniadanie, nie pokaz kulinarny w Monte Carlo. — Kącik jego ust drgnął niebezpiecznie, jakby zaraz miał się uśmiechnąć, ale się powstrzymał. — Ale doceniam próbę wprowadzenia finezji do porannego joggingu. — Zatrzymał się z nią przy światłach i odwrócił przodem, tak jak ona. Przez sekundę po prostu patrzył, bez mrugnięcia. — A co lubię poza hot dogami?
Zerknął na jej dłoń, którą przesunęła po ramieniu, jakby miała odgarnąć jakiś pyłek, ale tak naprawdę była to wymówka, żeby być bliżej. Nie skomentował tego. Zerknął w górę, udając głęboki namysł, choć uśmiech w kąciku ust zdradzał, że dobrze wie.
— Ciszę. Spokój. Kobiety, które wiedzą, czego chcą. I… brunche, które nie wyglądają jak obrazek z Pinteresta. — Zamilkł na ułamek sekundy. — A co lubię naprawdę? Jeszcze nie zdecydowałem, czy ci powiem.
Ezra zsunął na nią wzrok z lekko uniesioną brwią, nie z oburzenia, nie z udawanego zdziwienia, ale z tego samego rozbawienia, które rozchodziło mu się po twarzy od dobrych kilku minut. Nie miał nic przeciwko temu, żeby go punktowała. Prawdę mówiąc, zaczynało go to coraz bardziej bawić.
— I tak, potwierdzam — powiedział w końcu, rozkładając bezradnie dłonie. — Ładna jesteś. To ci się udało. Ale masz jeszcze co najmniej dziesięć innych rzeczy, które mogą ludziom kompletnie pomieszać w głowie. Nie ograniczaj się do cycków. — Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na światła, które nadal uparcie świeciły się czerwienią. — Poza tym… jakbym się naprawdę na nie gapił, to byś już dawno coś powiedziała. Albo mnie zdzieliła po łbie. Albo jedno i drugie.
Zerknął na nią z ukosa, kiedy rzuciła tekst o cyckach. Prychnął krótko pod nosem, z tym półuśmiechem, który bardziej znaczył: serio, Sloane? niż jakąkolwiek dezaprobatę. Ale nie zaprzeczył. Nie musiał. Oczy zrobiły swoje.
— Przysięgam, próbuję być dżentelmenem, ale ty mi to pieprzysz w głowie szybciej niż zdążę się poprawnie zachować. — Mruknął pod nosem. I może to był żart, a może nie do końca. Światło wciąż było czerwone. Ulica przed nimi, pusta. Ludzie mijali ich w biegu, w słuchawkach, nie zwracając większej uwagi. Ezra przesunął wzrok na Sloane, a potem zsunął spojrzenie po jej sylwetce. Tak, widział ją w niejednym wydaniu, scenicznym, nocnym, rozbawionym. Ale to właśnie to zwyczajne miało w sobie coś niepokojąco prawdziwego.
— A cycki masz całkiem przyzwoite, skoro już pytasz. — Wzruszył ramionami, z taką nonszalancją, jakby mówił o pogodzie. Zielone światło. Ruszyli. Ale to jedno spojrzenie, głębokie, dłuższe niż powinno, jeszcze zostało między nimi na chwilę dłużej. Ezra przeszedł przez pasy pierwszy, ale zaraz zwolnił, odwracając się lekko przez ramię, jakby sprawdzał, czy Sloane nadal za nim idzie. Oczywiście, że szła, butnie, bez wahania, z tym samym wyrazem twarzy, który równie dobrze mógł znaczyć: „Zamknij się” albo „Zaskocz mnie”. Zaczekał aż zrówna się z nim, a potem kątem oka znów spojrzał na jej odkryte ramiona. Drobne dreszcze może i próbowała ukryć, ale jego wzrok był zbyt uważny.
— Wiesz, jak będzie ci zimno… — zaczął z udawaną powagą, jakby wygłaszał ważną poradę życiową — …to zawsze możesz się przytulić. — Zatrzymał się na moment i rozłożył teatralnie ramiona, jakby czekał aż Sloane rzuci mu się na szyję. Na jego ustach pojawił się łobuzerski uśmiech, który rozbroiłby niejedną osobę, ale nie ją. Albo raczej: nie od razu. Sloane była zbyt dumna, zbyt przyzwyczajona do tego, by sama rozdawać karty. I Ezra o tym wiedział. Tym bardziej go bawiło to całe przeciąganie liny, nawet jeśli w środku czuł coś, czego nie potrafił jeszcze zdefiniować. Nie cofnął rąk od razu. Czekał pół sekundy za długo, jakby naprawdę był gotów ją objąć.
Ezra
Ezra uniósł lekko brew, jakby rozważał, czy rzeczywiście powinien podzielić się czymś, co mogłoby stać się źródłem żartów na jego temat przez następny rok.
OdpowiedzUsuń— Wstydliwe hobby? — powtórzył w końcu z udawaną powagą, jakby właśnie przeglądał w głowie listę potencjalnych grzechów. — Kolekcjonuję rozczarowania. Mam ich całą półkę. Ładnie wyglądają w słońcu.
Ezra uśmiechnął się kącikiem ust, ten lekki, zbyt niewinny uśmiech, który u niego rzadko bywał rzeczywiście niewinny. Rzucił jej krótkie spojrzenie spod zmrużonych powiek, jakby przez moment naprawdę zastanawiał się, czy powinien jej coś zdradzić, czy po prostu dać jej się gotować w niepewności.
— Raz w tygodniu rozkładam puzzle. Tysiąc elementów. Mam cały system. Segreguję według kolorów, krawędzie układam pierwsze… — mówił to całkiem poważnym tonem, ale w oczach miał czystą rozbawioną prowokację. — I zawsze słucham przy tym Chopina. — Zamilkł na chwilę, tylko po to, by rzucić z absolutną powagą: — Jak przystało na kogoś, kto lubi ciszę i kobiety, które wiedzą, czego chcą. — Puścił jej oczko, odbijając piłeczkę, jakby to była tylko gra. — A jeśli cię to nie przeraziło, mogę ci kiedyś pokazać moją kolekcję origami. Mówimy tu o ambitnych projektach: smoki, mitologiczne stwory, zbroje samurajskie z jednej kartki. Niektóre mają nawet imiona.
Zatrzymał się, patrząc na nią absolutnie poważnie, a potem dodał z ledwie zauważalnym błyskiem w oku.
— A jak naprawdę potrzebuję się wyciszyć, to robię miniaturowe meble z zapałek. Wiesz, stoliki do kawy, krzesła… Ostatnio zrobiłem nawet mały papierowy ekspres do kawy.
I dopiero wtedy uśmiechnął się szeroko, w tym typowo ezrowym stylu, kiedy doskonale wie, że właśnie ją wkręca, ale nie zamierza się przyznać, dopóki ona pierwsza się nie zorientuje.
Ezra przez chwilę stał bez ruchu, z rękami wciąż rozłożonymi, jakby naprawdę czekał, aż Sloane do niego przylgnie. Nie ruszył się nawet wtedy, kiedy zrobiła ten jeden krok prawie niezauważalny, ale wystarczający, by napięcie między nimi zafalowało. Poczuł jej palce, zaczepione o materiał bluzy. Nie wtuliła się w niego, ale była blisko. Wystarczająco, by usłyszeć jego nierówny oddech, który sam próbował wyrównać w jednej, głębszej niż zwykle ciszy.
Jej słowa nie zaskoczyły go, ale coś w środku nieznacznie zadrgało. To, jak bardzo bawiło ją prowokowanie go. To, jak dobrze znała jego reakcje. Jak bardzo znała jego. Stał spokojnie, z rozpostartymi ramionami i tym nieznośnie wyważonym uśmiechem, który od lat służył mu za zbroję. Ale teraz… coś się w nim przesunęło. Może to był sposób, w jaki Sloane wsunęła palce w materiał jego bluzy, jakby mogła się nim okryć, ale wcale nie szukała ciepła. Albo ton jej głosu, lekki, drażniący, a mimo to na swój sposób intymny.
— Nie potrzebuję podstępów — odparł cicho, niższym niż zwykle głosem, ledwo powstrzymując uśmiech. — Gdybym chciał, już byś tu była. — Dodał, pochylając się lekko, tak jakby miał jej coś wyszeptać na ucho, ale zatrzymał się w ostatniej chwili. — Ale… rozumiem. Może następnym razem.
W końcu Ezra westchnął, bez przekonania, ale z rozbawieniem i opuścił ręce, które chwilę wcześniej rozkładał z tym ironicznym teatralizmem. Jego wzrok spoczął na jej dłoniach, które jeszcze przed chwilą dotykały jego bluzy. Było w tym coś niemal intymnego. Nie jej ruch, ale to, że pozwolił, by trwało to tak długo. W jego spojrzeniu znów zamigotało coś trudnego do uchwycenia, błysk nie tyle ironii, co rozbawienia zmieszanego z czymś bardziej osobistym. Uśmiech nieco zmiękł.
Rzucił jej spojrzenie spod zmrużonych powiek, zupełnie inne niż tamto, teatralne sprzed chwili. To już nie był żart. To było wyzwanie.
OdpowiedzUsuń— Peszę się? — powtórzył z rozbawieniem, nie kryjąc już uśmiechu. Kiedy rzuciła o tym, że ostatnim razem się zbliżyła, a on uciekł, zadrwiła, ale trafiła celnie. Ezra nie zareagował od razu. Tylko patrzył na nią, uważnie, intensywnie, aż jego spojrzenie na moment spoczęło na jej ustach, a potem wróciło do oczu.
— Nie uciekłem. — Powiedział cicho, ale pewnie. — Wyszedłem, bo zostało mi jakieś minimum zdrowego rozsądku.
Spojrzał na nią, a jego wzrok zsunął się przez moment na jej dłonie, które jeszcze nie opuściły jego bluzy. — A reputacja… — dodał z lekkim westchnieniem, które mogło być śmiechem — …jest przeceniana. Zwłaszcza w naszym zawodzie. Przez moment nie zrobił ani kroku, nawet kiedy się odsunęła, jej dłonie jeszcze dotykały jego boków, a on jakby nie miał najmniejszej ochoty przerywać tej chwili. Tyle że oboje wiedzieli, że muszą.
— To była obiektywna ocena — odparł spokojnie, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oku, który zdradzał wszystko, czego nie powiedział na głos. — Gdybym pozwolił sobie na ocenę subiektywną i to powiedział… — uniósł brew z teatralnym namysłem, nadal trzymając wzrok na jej twarzy. Nie wypowiedział słowa „boskie” na głos, ale sądząc po minie Sloane łatwo się tego domyśliła. — To byłoby już kompletnie nieprzyzwoite. I absolutnie nieodpowiednie. Biorąc pod uwagę… naszą profesjonalną relację. Nie sądzisz? — Zamilkł na ułamek sekundy, przyglądając się jej reakcji. Uśmiech, który pojawił się w kąciku jego ust, był ledwo zauważalny, ale podszyty czymś dużo głębszym niż zwykły flirt. Czymś, co Ezra zwykle ukrywał pod kontrolą, ale co przy niej co jakiś czas wychodziło na powierzchnię. — Więc zostańmy przy przyzwoitych — dodał z lekkim wzruszeniem ramion. Oczywiście, że wiedział, co robi. Ezra rzadko rzucał słowa bez celu. A to było kolejne podrażnienie tej cienkiej, lekko napiętej granicy między nimi. Tej, której przekroczyć nie zamierzał… Przynajmniej narazie.
Ezra
Ezra uniósł brew i spojrzał na nią z pobłażaniem, takim, jaki rezerwuje się tylko dla wyjątkowych kobiet, które myślą, że są o krok przed tobą, a tak naprawdę właśnie dały się wciągnąć w grę, której reguły znasz od lat.
OdpowiedzUsuń— Kłamca? — prychnął, udając oburzenie. — Skarbie, jestem artystą. Opowiadam historie. Czasem są prawdziwe, czasem mają smoki z origami i Chopina grającego na miniaturowym pianinie z papier-mâché. Wiesz, kreatywność. Ty chyba powinnaś to rozumieć.
Uśmiechnął się z tym swoim niespiesznym, kącikowym grymasem, który równie dobrze mógł być żartem, jak i wyzwaniem. Potem nachylił się lekko, tak że dzieliło ich już tylko kilka centymetrów i właśnie wtedy, kiedy mogłaby pomyśleć, że coś zrobi… Ezra po prostu westchnął i spojrzał w bok.
— A co do pytania, czy chcę, żebyś tu była… — rzucił, jakby to była najprostsza rzecz na świecie. — Chyba zauważyłaś, że nie uciekłem, kiedy cię zobaczyłem. A to u mnie już prawie jak przytulenie.
Potem spojrzał z powrotem na nią. Z tym półżartem, półczymś głębszym, co na moment zawisło w powietrzu między nimi.
— Poza tym — dodał lekko, rozkładając teatralnie ręce, tak jak wcześniej, tylko teraz odrobinę bliżej, prowokując ją bardziej świadomie. — Mówiłem, że jak ci zimno, możesz się przytulić. Serwis dostępny jeszcze przez jakieś dwie przecznice. Potem wzrasta cena.
Mrugnął do niej, udając, że się rozgląda, jakby faktycznie sprawdzał, ile jeszcze zostało do skrzyżowania.
— Bo wiesz, nieprzyzwoicie długo stoisz z dłońmi przy moich żebrach i jeśli to ma być tylko element twojej nowej charytatywnej działalności, to uprzedzam, że zaczynam się przywiązywać.
Przez krótką chwilę Ezra zapomniał, co właściwie powiedział. Zapomniał, że to miał być tylko żart, zaczepny, lekki, ironiczny, jak większość ich rozmów. Bo kiedy poczuł, jak jej dłonie zaczepiają się o jego bluzę i zostają tam odrobinę zbyt długo… coś w nim się poruszyło. Ta myśl, której nie zdążył zatrzymać. Obraz, który przetoczył się przez jego głowę z taką siłą, że musiał wziąć głębszy oddech, jakby to miało pomóc. Co on by dał, żeby po prostu położyć dłonie na jej talii, przyciągnąć ją do siebie, na poważnie, bez niedopowiedzeń, bez żartu w tle i pocałować. Tak po prostu. Bez tego dystansu, który uparcie trzymali, bez tego całego „a co jeśli”. Znał już smak jej skóry, zapach perfum, ten lekki trzask napięcia w powietrzu, gdy stali zbyt blisko. Ale teraz, w tej chwili, na ulicy, w porannej chłodnej ciszy Los Angeles, miał ochotę to wszystko jeszcze bardziej skomplikować. Czuł, jak jego palce mimowolnie poruszyły się przy bokach, jakby ciało szukało pretekstu, by zrobić ten jeden krok. Było w niej coś, co rozbrajało jego czujność. Coś, co mimo wszystkich jego racjonalnych mechanizmów obronnych, wślizgiwało się pod skórę. Zacisnął szczękę i jeszcze raz wciągnął powietrze. Głębiej, spokojniej. Uspokój się, Creighton. To tylko żart. To tylko Sloane. Tylko… I aż.
Ezra nie odsunął się od razu. Jeszcze przez ułamek sekundy trwał tak blisko, jakby sprawdzał, czy to, co usłyszał, naprawdę padło z jej ust. Te słowa, bezczelne, pewne siebie, z nutą zuchwałości, która była tak bardzo jej, uderzyły go mocniej niż chciałby przyznać. Czuł ich echo w klatce piersiowej, w pulsie, który przyspieszył, zanim zdążył to powstrzymać. Mogła nie wiedzieć, jak bardzo miała rację. To nie był przypadek, że się wtedy odsunął. Nie był też speszony. Był cholernie świadomy. Świadomy tego, że gdyby sięgnął wtedy dalej, nie potrafiłby się już zatrzymać. A może nawet nie chciałby. Uniósł lekko kącik ust, jakby coś go rozbawiło, ale ten uśmiech był krzywy, podszyty napięciem, którego nie dało się już ukryć.
— Mhm — powtórzył tylko, mimując jej wcześniejsze potwierdzenie, ale jego głos był niższy, głębszy. — Brutalne… może. Ale tylko dlatego, że…
Nie dokończył. Zabrakło mu słowa, które nie brzmiałoby jak przyznanie się do winy. Do tego, że miał ochotę na dokładnie to, co ona. Nadal miał. I cholernie go to rozpraszało.
Zacisnął lekko palce, jakby chciał się czegoś trzymać, choć niczego nie trzymał. Jej słowa o tym, że „profesjonalna relacja nie ma z tym nic wspólnego”, sprawiły, że jego spojrzenie na chwilę złagodniało. Jakby w końcu usłyszał coś, czego wcześniej nie potrafił nazwać. Ona naprawdę rozróżniała te dwa światy, pracę i… to. Cokolwiek to było.
OdpowiedzUsuń— Ale tak. — Dodał w końcu z nieco ironicznym uśmiechem, lekko prostując się, jakby chciał się odsunąć, ale jeszcze tego nie robił. — Pozostańmy przy przyzwoitych. Przynajmniej do końca tego śniadania. Potem możemy… negocjować warunki.
Puścił jej oczko. Jak zawsze balansując między żartem a czymś znacznie poważniejszym. W końcu, bez żadnego komentarza, bez droczenia się czy przytyku, Ezra po prostu ściągnął z siebie bluzę i zarzucił ją na jej plecy. Ruch był szybki, niemal nonszalancki, jakby nie chciał, by zdążyła zaprotestować. A może chciał to zrobić zanim sam zmieni zdanie.
— Żebyś mi potem nie jęczała przez tydzień, jak się przeziębisz — rzucił niby nonszalancko, ale ton miał dziwnie miękki, prawie ciepły. Mruknął przy tym, jakby to była najbardziej logiczna rzecz na świecie. Żadnej aluzji, żadnego flirtu. Po prostu troska. A potem się odsunął, jakby nic wielkiego się nie wydarzyło. W rzeczywistości, coś jednak się wydarzyło. Bo kiedy materiał bluzy opadł na jej ramiona, Ezra poczuł, jak narasta w nim to znajome, ciche napięcie. Ale tak będzie lepiej, powiedział sobie. Ona się zakryje. A on się… schłodzi. Trochę dosłownie, bo poranny chłód szybko wgryzł mu się w skórę. Ale i trochę metaforycznie. Bo dystans, choć niewielki, wrócił. I może właśnie tego teraz potrzebował. Drobnego przypomnienia, że musi trzymać się ram. Bo Sloane nie była dla niego bezpieczna. I dobrze o tym wiedział.
Ezra
Ezra patrzył na nią przez ułamek sekundy z czymś, co przypominało rozbawienie, ale pod spodem miało w sobie coś dużo bardziej… niebezpiecznego. Gdyby tylko znała choćby połowę z historii, które zatrzymał dla siebie. Te, w których jej postać pojawiała się częściej, niż sam był gotów przyznać. Czasem mówiła, że to on ucieka, ale nie wiedziała, że prawda była o wiele bardziej przewrotna. Ezra nie uciekał. On tylko wiedział, jak wyglądałby koniec, gdyby został.
OdpowiedzUsuńNie odpowiedział od razu, kiedy spytała, czy to on nie chce. Czy to ona była rozsądniejsza. Jego spojrzenie przesunęło się po jej twarzy i przez chwilę, krótką, cholernie intensywną chwilę naprawdę rozważał, czy nie powiedzieć tego głośno. Że to wcale nie chodzi o to, że nie chce. Chce aż za bardzo. Ale problem z pożądaniem był taki, że miało paskudną tendencję do zamieniania się w potrzebę. A potrzeby… Potrzeby mogły zniszczyć wszystko, co miało jakiekolwiek znaczenie.
W końcu wzruszył lekko ramionami. Zupełnie jakby nie miało to znaczenia.
— Może to właśnie jest odpowiedź. — Jego głos był spokojny, pozornie obojętny, ale w tej obojętności kryło się coś innego, rodzaj rezygnacji albo zmęczenia, którego nie dało się nie wychwycić. — Taka która pozwoli ci nie komplikować sobie życia.
Nie brzmiał, jakby próbował ją zranić. Brzmiał, jakby stawiał między nimi mur, który ktoś musiał w końcu postawić, a skoro ona wciąż była o krok za blisko, musiał to zrobić on.
Ale nie odsunął się. I nie zniknął. Jej dłonie przy jego żebrach, jej wzrok wbity w niego, ten ton, balansujący między kokieterią a wyzwaniem, Sloane naprawdę potrafiła być nie do zniesienia w najlepszy możliwy sposób. I wcale nie wyglądała, jakby zamierzała się odsunąć. W myślach Ezra już zdążył przesunąć dłonie na jej talię. Czuł ten impuls w palcach, tak znajomy, tak niekontrolowany, że aż sam siebie zaskoczył. Chciał ją przyciągnąć. Przyciągnąć i pocałować. Tak po prostu. Bez ostrzeżenia. Bez konsekwencji. Bez słów. Myśl przeszła przez jego głowę z taką siłą, że aż wziął głębszy wdech. Ale zamiast tego, tylko lekko przekrzywił głowę i przysunął się o ułamek centymetra bliżej, jakby niechcący naruszył ostatnią granicę prywatności.
— Może przeszkadza — mruknął, wzruszając lekko ramionami. — A może nie.
Powiedział to bez większego nacisku, nonszalancko, jakby sam do końca nie był pewien, co z tym zrobić. Jakby nie potrafił już odróżnić, gdzie kończy się jego własna granica komfortu, a zaczyna coś, co po prostu przestał próbować kontrolować. Jakby pogodził się z tym, że Sloane zawsze będzie działać na niego inaczej niż wszyscy. Nawet jeśli nie powinno.
— Trudno powiedzieć, Fletcher. — dodał jeszcze cicho, z tym pół-uśmiechem, który nigdy nie był do końca rozbawiony. — Ty mi generalnie komplikujesz system nerwowy, więc może się nie liczy.
Usta drgnęły mu w czymś na kształt uśmiechu, ale nie było w nim nic jednoznacznego, ani ciepła, ani chłodu.
Był jedynie tym, co między nimi wisiało. Nieokreślone. Nie potrzebował dokończonych słów, żeby wiedzieć, co chciała powiedzieć. A może nie chciała? Może po prostu chciała zostawić to zawieszone w przestrzeni, jak nutę, która jeszcze się nie wybrzmiała. I nie zamierzała. Jego spojrzenie powędrowało na bok, jakby chciał coś sprawdzić, choć dobrze wiedział, że nie ma wokół nich nikogo, kto by ich rozproszył. I może właśnie to było najgorsze, że byli tylko oni. W wersji, której nie dało się obrócić w żart.
OdpowiedzUsuń— Poradziłem sobie — powiedział w końcu, a jego głos brzmiał zbyt spokojnie, zbyt opanowanie. Słowa zabrzmiały jakby rzucił je mimochodem. Nie skomentował więcej. Bo co miałby jej powiedzieć? Zamiast tego, kiedy odrzuciła jego uwagę o negocjowaniu warunków,
Ezra parsknął cicho, jakby właśnie usłyszał najlepszy żart tego poranka.
— Tylko jedna? — powtórzył, teatralnie unosząc brwi i rzucając jej krótkie spojrzenie z ukosa. — Rozczarowujesz mnie, Fletcher.
Zatrzymał się na moment, jakby chciał dać tym słowom wybrzmieć, ale uśmiech, który zagościł na jego twarzy, był zbyt miękki, żeby brzmiało to serio. — Trzy dni urlopu, trzy piosenki do napisania. Plan idealny. A ty co? Realizujesz go w jednej trzeciej… — Pokręcił głową z udawanym rozczarowaniem, jakby właśnie zawiodła go jako partnerka w zbrodni. — Gdybym był twoim szefem, już bym cię wezwał na dywanik. Na szczęście jestem tylko producentem. — Dodał z lekkim uśmiechem, bo oboje doskonale wiedzieli, że tylko nie miało tu nic wspólnego z rzeczywistością. Zerknął jeszcze raz na nią, jakby chciał coś dodać, może coś poważniejszego, może zupełnie odwrotnego, ale zamiast tego po prostu wsunął dłonie do kieszeni spodni, wzruszył ramionami i dodał już lżejszym tonem.
Ezra
Ezra słuchał, jak mówi, a jego wzrok zatrzymał się na niej z tą samą mieszanką niedowierzania i uznania, z którą już kilka razy wcześniej zdarzyło mu się na nią spojrzeć, tylko tym razem nie próbował tego ukrywać. Jej słowa były jak tykająca bomba: z pozoru lekka, błyskotliwa i zabawna zabawa, ale pod spodem, cholernie blisko prawdy. I niebezpieczna. Dla nich obojga. Zaciągnął się powietrzem, po czym wypuścił je przez nos, jakby próbował się sam przed sobą nie roześmiać. Albo nie westchnąć głośno z czymś, co brzmiałoby zbyt blisko „Boże, dziewczyno, daj mi spokój albo daj mi siebie”. Ani jedno, ani drugie nie było bezpieczne.
OdpowiedzUsuń— Masz talent — rzucił w końcu. — Do komplikowania rzeczy. I jeszcze większy do udawania, że to wszystko tylko żarty.
Nie wyglądał jednak na zirytowanego. Raczej na kogoś, kto… się poddaje? Albo próbuje odsunąć od siebie pewność, że znowu zostanie pożarty przez coś, w co sam wszedł z otwartymi oczami. Przez chwilę nie mówił nic więcej. Tylko patrzył na nią z tym swoim półuśmiechem, który wcześniej mógłby wkurzyć, ale teraz był czymś więcej. Cichą zgodą. Sygnałem, że jej gra się nie odbija. Wręcz przeciwnie. Przenika przez niego z siłą, której nawet nie udaje się zatrzymać.
— Nie chodzi o piosenki, Sloane. I nie chodzi o żarty. — Głos miał spokojny, ale pod nim wyraźnie tętniło napięcie. — Ty to wszystko wiesz. A i tak dalej to robisz. — Nie powiedział, żeby przestała. Nie powiedział, że to mu przeszkadza. Nie musiał. Bo nie wyglądał, jakby tego chciał. — Więc pytanie nie brzmi: czy możesz mnie przekonać. — Jego głos był teraz niższy, niemal szeptem, ale nie potrzebował większej siły. — Tylko: co się stanie, jak ci się to uda?
Milczał potem. Bo coś w tym pytaniu… zostało między nimi jak otwarte drzwi. Z odpowiedzią, która nie powinna paść, ale przecież oboje już ją znali. Ezra spojrzał na nią jeszcze przez moment, jakby naprawdę się zastanawiał, czy właśnie powiedział za dużo, czy powinien teraz zamilknąć i się cofnąć, czy może wręcz przeciwnie: pójść o krok dalej, skoro i tak już są na granicy. Zamiast tego odchylił lekko głowę, uważnie przyglądając się Sloane, jakby próbował ją rozgryźć i chociaż znał już kilka jej sztuczek, wiedział, że każda kolejna odsłona tej gry potrafiła go zaskoczyć.
— Albo może nie chcesz mnie przekonywać. — Jego głos znów przybrał ten ironiczny ton, z którego słynął, ale tym razem było w nim coś cichszego, głębszego. — Może to po prostu jeden z tych momentów, kiedy lubisz zobaczyć, jak ktoś się w tobie roztapia, a potem udawać, że nie rozumiesz, o co chodzi. — Pokręcił głową, uśmiechając się pod nosem, niemal bezgłośnie. Cisza między nimi zadrżała jak napięta struna. A Ezra choć wciąż nie dotknął jej nawet palcem wyglądał, jakby zrobił coś znacznie bardziej ryzykownego.
Knajpa była niewielka, raczej lokalna niż modna, bez zbędnych udziwnień, ale z klimatem, który miał w sobie coś uspokajającego. Taras wychodził wprost na ocean, a poranne słońce malowało delikatne refleksy na wodzie, która rozciągała się aż po linię horyzontu. Ezra nie musiał nic mówić, tylko uchylił drzwi i pozwolił jej wejść pierwszej, a potem ruszył za nią, zerkając krótko w stronę tarasu. Drewniany stolik i dwa krzesła z poduchami w wyblakłych kolorach przywodziły na myśl miejsca, gdzie czas nie pędził i nikt nie próbował udawać, że panuje nad rzeczywistością. Wszystko pachniało świeżym chlebem, cytrusami i kawą. W tle sączyła się spokojna muzyka, która tylko podkreślała, że to był jeden z tych poranków, które powinny trwać dłużej. Ezra przysunął jej krzesło, niby od niechcenia, ale zrobił to zanim zdążyła sama. A potem usiadł naprzeciwko, bokiem do oceanu, żeby ją lepiej widzieć. Nie odezwał się od razu. Spojrzał tylko w bok, na tę niepokojąco spokojną taflę wody, jakby potrzebował chwili, żeby coś w sobie przyciszyć. Na stoliku wylądowały dwie szklanki z wodą i cienkie, szorstkie menu zapisane odręcznym pismem.
— Jedna porządna piosenka to dobry start. — Skinął głową, jakby to była najrozsądniejsza rzecz, jaką dzisiaj usłyszał. — Zwłaszcza jeśli ta jedna potrafi rozpierdolić system.
Ezra
Ezra uniósł brew, zupełnie jakby właśnie usłyszał największą herezję poranka, ale kąciki jego ust zadrgały, jakby ledwo powstrzymywał się przed śmiechem.
OdpowiedzUsuń— Oho… — Pokiwał głową z teatralnym przejęciem. — Widzisz, to lubię. Skromność. Pokora. Profesjonalizm.
Oparł się wygodniej na krześle, przesuwając wzrokiem po lśniącej tafli oceanu przed nimi, jakby chciał wybrzmieć swoją pauzą, zanim znowu na nią spojrzał. Ezra zmarszczył lekko brwi, niby z rozbawieniem, niby z niedowierzaniem, ale głównie po to, żeby nie było aż tak łatwo odczytać jego rozbawienia. Oparł łokieć o stół, obracając szklankę z wodą w palcach, zanim znowu na nią spojrzał, spokojnie, ale uważnie.
— Och, błagał? — powtórzył powoli, jakby to słowo wyjątkowo go rozbawiło. — Brzmi… znajomo. Chyba ktoś już mi kiedyś coś podobnego obiecywał.
Uśmiechnął się pod nosem i przez krótką chwilę wyglądał dokładnie tak, jak wtedy, kiedy miał ochotę odpowiedzieć jej czymś jeszcze bardziej bezczelnym — ale coś go powstrzymało.
— Ale pozwól, że to ja decyduję, kiedy będę błagał. I o co… — Dodał niższym tonem, który miał w sobie coś rozbawionego, ale i jednoznacznie prowokującego. Zerknął na kartę, ale nie był skupiony. Palcami bezwiednie stuknął w drewno stołu, jakby musiał się czymś zająć, żeby nie zdradzić za bardzo, że każde jej słowo trafiało w cel.
— Jeśli każda z tych piosenek będzie choć w połowie tak bezczelna jak ty teraz… — Uniósł wzrok i spojrzał na nią z tym swoim znanym półuśmiechem. — To możemy nie mieć problemu z odbudowaniem twojej kariery.
Zamilkł na moment, pozwalając zawisnąć temu zdaniu między nimi. I dokładnie tak, jak zawsze, nie było wiadomo, czy mówi serio, czy tylko znów drażni się dla sportu. Ale jedno było pewne, Sloane go fascynowała. I z każdą kolejną minutą ta fascynacja robiła się trudniejsza do zignorowania.
Ezra parsknął cicho pod nosem, jakby coś w jej słowach rozbawiło go bardziej, niż powinno. Przeniósł spojrzenie z menu prosto na nią i przez moment nie odpowiedział, tylko się jej przyglądał. Trochę z rozbawieniem. Trochę z tym cichym, niepokojącym spokojem, który przychodził mu tylko wtedy, gdy naprawdę coś czuł, ale jeszcze nie zdecydował, czy chce się do tego przyznać.
— Słyszę ten ton, Fletcher. — Oparł się wygodniej, przesuwając kciukiem wzdłuż dolnej wargi, jakby potrzebował się powstrzymać przed zbyt szybką odpowiedzią. — Ten: „Ezra, wszystko mogłoby być prostsze, gdybyś po prostu przestał udawać, że masz nad tym jakąkolwiek kontrolę”.
Przechylił głowę, prawie jak ona chwilę wcześniej. Lustrował ją spojrzeniem, bezczelnie spokojnym, bez wyzwania, ale z czymś, co wybrzmiało bardziej jak ciche „uważaj, bo możesz się przeliczyć”. Ezra przez chwilę jeszcze milczał. Jego spojrzenie nie uciekło, przeciwnie, utkwiło w niej z tą uważnością, którą rzadko komukolwiek oferował. W tej sekundzie nie wyglądał na rozbawionego. Ani na spiętego. Raczej… wyczekującego. Nachylił się nieznacznie w jej stronę, opierając łokcie na stole, tak że dzieląca ich przestrzeń jeszcze bardziej się zmniejszyła.
— Okej. — Jego głos był niższy niż zwykle, spokojny. — Skoro już tak pięknie mówimy o przekraczaniu granic i o tym „a co, jeśli”… to powiedz mi jedno. — Zamilkł tylko po to, by upewnić się, że ona patrzy na niego tak samo, jak on patrzył na nią. — Do czego ty właściwie dążysz, Sloane?
Zamilkł na moment, pozwalając, by pytanie zawisło w powietrzu. Jego wzrok nie uciekał. Nie było w nim zaczepki, nie prowokował, chciał wiedzieć.
— Czego tak naprawdę chcesz?
Słowa padły spokojnie, ale gęsto, jakby wiedział, że odpowiedź, którą mogłaby mu dać, mogłaby coś zmienić. Jakby chciał, żeby spojrzała pod własne gierki, poza tę całą grę w uwodzenie, przewagi, kontrolę. Jakby próbował dotknąć tej jednej rzeczy, której nie mówiła głośno, może nawet sobie.
Ton miał miękki, ale w tym pytaniu było coś surowego. Nie chodziło o flirt. Ani o gierki. To nie była zaczepka. Ezra naprawdę chciał wiedzieć, bo wiedział, że jeśli to powie, jeśli raz pozwoli sobie na coś więcej, to nie cofnie się ani o krok. Furtka między nimi była otwarta, owszem. Ale Ezra stał w niej oparty ramieniem o framugę, jakby mówił: wejdź, jeśli się odważysz, ale wiedz, że potem nic nie będzie już takie samo.
OdpowiedzUsuń— Mnie? Tej gry? Czegoś więcej? — Uniósł nieznacznie brwi, bez wyzwania, z tą samą lodowatą pewnością siebie, która zawsze czaiła się w jego słowach. — Bo jeśli to tylko flirt, tylko adrenalina… to w porządku. Ale jeśli to coś innego, to chcę wiedzieć, z czym naprawdę mam do czynienia.
Tego ranka każde jej słowo niosło ze sobą dwuznaczność, a każde spojrzenie miało w sobie coś z obietnicy i wyzwania zarazem. Ezra nie mógł już dłużej udawać, że tego nie słyszy. Wszystko wisiało między nimi tak gęsto, że mógłby to dotknąć. To nie był wieczór po drinkach i słowa które można zrzucić na wpływ alkoholu czy chwilowej euforii. Nie był to też przelotny flirt rzucony mimochodem w zatłoczonym klubie. Teraz, przy śniadaniowym stoliku, z widokiem na spokojny ocean i światłem poranka padającym na jej profil, nie było już żadnego filtra. To nie były zaczepki z nudów? Coś bardziej świadomego, celowego? Ezra czuł, jak te frazy, wypowiadane lekko, z tym półuśmiechem, osiadają w nim z opóźnionym zapłonem. Jak każdy żart wbija się gdzieś pod skórę. Nie mógł już udawać, że to nie robi różnicy. Nie kiedy mówiła to wszystko tak blisko. Nie kiedy wiedziała dokładnie, co robi.
Carter
Ezra tylko pokręcił głową, kiedy usłyszał o błaganiu o więcej. Nie pierwszy raz słyszał od niej coś w tym stylu i pewnie nie ostatni. Czasem się jej czepiał ot, dla sportu, albo po to, żeby zobaczyć, jak się na niego rzuca z ripostą, ale gdyby naprawdę nie wierzył, że potrafi napisać coś porządnego, nigdy nie zabiegałby o to, by podpisała kontrakt z jego wytwórnią. W głębi duszy uważał, że Sloane miała wszystko, czego trzeba, tylko nikt wcześniej nie potrafił jej dobrze poprowadzić. W jej twórczości było coś autentycznego, co trudno było dziś znaleźć i on to widział. Widział to od samego początku, zanim jeszcze powiedziała mu cokolwiek konkretnego. Mimo jej zaczepnych słów i dumnego tonu, wydawało się, że lekko się uniosła. Może poczuła się niedoceniona, może znów zbyt mocno próbowała udowodnić coś, co i tak było już dla niego oczywiste.
OdpowiedzUsuńWydawało się, że jej głos nabrał lekkiego napięcia, może przez jego żarty, może przez to, że nie lubiła, gdy ktoś kwestionował jej zaangażowanie. Ezra jej nie poganiał. Nie na poważnie. Czasem tylko prowokował, świadomie i z rozmysłem. Wiedział, że potrzebuje przestrzeni, żeby zapalić się do tego na własnych warunkach, i nie zamierzał jej tego odbierać. Gdy wspomniała o byłych, Ezra tylko uniósł brew.
— Przecież dałem ci wolną rękę. — Mruknął spokojnie, odkładając filiżankę. — Wiedziałem, że dostanę dokładnie to, czego chcę, niezależnie od tego, o czym będą twoje teksty.
Najwyraźniej się nie zrozumieli. Ale Ezra nie poganiał jej naprawdę. Czasem tylko ją zaczepiał, wbijał małe szpilki, żeby zobaczyć, jak zareaguje. Gdyby nie wiedział, że ma do czynienia z kimś, kto potrafi je wyciągać z uśmiechem na ustach, pewnie nawet nie próbowałby tego robić.
— Nie zamierzam cię kastrować z emocji… — Uśmiechnął się pod nosem, kiedy wspomniała o seksie i morderstwie. — I nie poganiam. Wiem, że dobre rzeczy potrzebują czasu.
Wiedział też, że to wszystko nie działo się tylko dlatego, że Sloane potrzebowała inspiracji. Gdyby chodziło jej jedynie o teksty, już dawno poszłaby do łóżka z kimkolwiek, kto rzuciłby jej błyskotliwy komentarz albo porządny bit. Ale tego nie robiła. Krążyli wokół siebie, testowali, sprawdzali napięcie. I Ezra, choć niechętnie, musiał przyznać, że było w niej coś, co przyciągało go bardziej niż powinno.
— To nie byłaś ty — przyznał szczerze. Być może niepotrzebnie o tym zażartował. Siedział teraz spokojniej. Patrzył, jak nachyla się lekko w jego stronę, z tym iskrzącym błyskiem w oku, zapowiadającym kolejną zaczepkę. I zamiast się odsunąć, jak często robił, Ezra po prostu się skupił.
— Zapamiętałem to trochę inaczej — odparł w końcu. To ona się wycofała kiedy zaproponował by stamtąd wyszło. A on? Może uznał, ze przekroczył granice. A może nie był w nastroju na gierki. Może nie zamierzał grać w jej grę na oczach dziesiątek ludzi, w dusznym klubie. Może potrzebował schować się przed światem, zapalić i się odprężyć. Chciał ją zabrać gdzieś, gdzie też mógł poczuć się sobą. Bez wścibskich oczu. Ale wtedy odmówiła. I mogła myśleć, że to on się wycofał, nie godziło to w jego ego.
Z jej ust padło więcej, niż się spodziewał. Gdy się nachyliła, z tym błyskiem w oku, śmiała i pewna siebie, jakby zdradzała sekret, który nie powinien w ogóle paść, Ezra tylko parsknął cicho pod nosem i pokręcił głową, ale nie zaprzeczył. Jasne, że patrzył. Przecież nie był z kamienia.
I nie, nie był dżentelmenem. Zaskoczyło go to, co powiedziała później, nie przez słowa, ale przez ich ton. Poważny, spokojny. „Wszystko musi mieć jakiś cel?”, „Nie nadaję się do czegoś więcej”…
Ezra słuchał jej z niedowierzaniem, ale nie przez to, że była zbyt otwarta, zbyt bezpośrednia.
Zdziwiło go raczej to, co wyczytała z jego słów.
OdpowiedzUsuńI nadal nie wiedział, czego od niego chce. A lubił jasne sytuacje.
— Nie wiem, jakich facetów spotykałaś wcześniej, Fletcher… — odezwał się w końcu, nisko, spokojnie. — Ale ja naprawdę potrafię kontrolować swoje pożądanie. Nawet jeśli czasem nie kontroluję swojego spojrzenia.
Zawiesił głos, na moment znów szukając jej wzroku. Uśmiechnęła się, a on wyczuł, że oczywiście, że nie zamierza przestać.
Ezra odchylił się lekko w fotelu, wzrok utkwił w niej. Na jego twarzy zagościł ten cholerny półuśmiech, który zdradzał wszystko, czego nie powiedział. — I to prawdopodobnie największy komplement, jaki dziś usłyszę. Dzięki.
Przechylił się przez stół, bliżej, opierając łokcie na blacie, teraz to on nachylił się lekko w jej stronę.
— A co do zachowania profesjonalizmu… — Zaczął wolno. — Nie zaprzeczam. To może być nam potrzebne.
Ezra czuł to od niej niemal od początku. Nie potrzebował psychoanalizy, żeby zauważyć, jak desperacko potrzebowała czegoś poczuć cokolwiek. Może to była potrzeba zapomnienia, może próba udowodnienia czegoś sobie albo całemu światu. A może tylko ten znajomy, przerażająco ludzki głód, by choć przez chwilę nie czuć pustki. Było w niej coś, co wywoływało w nim nie tylko fascynację, ale też… współczucie. Tak po prostu. Po ludzku. Nie w sposób, który by ją umniejszał. Wręcz przeciwnie, to czyniło ją prawdziwą. Tylko ktoś, kto wiedział, jak bardzo coś boli, potrafił tak mocno pragnąć emocji, które mogły ten ból przykryć choćby na moment. Ezra był zbyt uważny, by tego nie dostrzec. Czasem nie patrzył na nią jak mężczyzna, którego kusi gra i flirt. Czasem widział w niej tylko dziewczynę, która wciąż uciekała, nie przed nim, ale przed sobą. I właśnie wtedy było mu jej najbardziej żal. Nie z wyższości. Nie z pobłażania. Tylko z tej prostej, czystej empatii, do której sam nie przyznawał się zbyt często. Widząc, jak się zapalała, jak rzucała tymi dwuznacznościami, prowokowała, patrzyła na niego z tym upartym błyskiem w oczach, Ezra nie myślał tylko o tym, jak bardzo chciałby ją mieć. Myślał o tym, jak bardzo ona chciała siebie samej udowodnić, że jeszcze coś czuje. I że coś znaczy.
Ezra
Ezra przyglądał się jej uważnie, tym razem już bez rozbawienia czy gry w spojrzenia, jego twarz była spokojna, ale skupiona. Może po raz pierwszy tego ranka nie szukał w jej słowach pretekstu do sarkazmu, a po prostu słuchał. Chłonął ten strumień myśli, jakby próbował nadążyć za tym, co tak naprawdę między wierszami mu mówiła. I czuł to z całej siły, że dzisiaj nie mówiła, żeby robić wrażenie. Mówiła, bo coś w niej pękało. Powoli. Nie dramatycznie, nie teatralnie. Po prostu kruszyła się ta jej skorupa, przez którą próbowała jeszcze trzymać dystans. I nie był pewien, co właściwie w niej pękało: duma, lęk czy może jedno i drugie.
OdpowiedzUsuń— Pozbycie się tekstów to był forma… terapii. Pamiętasz?
Przy jej ostatnich słowach uniósł brwi, a potem cicho wypuścił powietrze przez nos, prawie jakby chciał się zaśmiać, ale się powstrzymał.
Ezra nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Siedział z łokciem opartym o blat stolika, wodę w dłoni, ale nie podnosił jej do ust. Wzrok miał wbity gdzieś w bok, w ocean albo może po prostu w pustkę, gdzie łatwiej było mu zebrać myśli. Słuchał jej. Z pełnym skupieniem. Nie przerywał. Nie komentował. Nie szukał okazji, żeby odbić piłeczkę, jak robił to tak często. Bo coś w jej tonie, coś w jej otwartości, zbiło go z rytmu. Czuł, jak bardzo nie była już tą samą dziewczyną, która parę miesięcy wcześniej rzucała się w wir decyzji, których konsekwencje przychodziły dopiero rano. Jakby każdą kolejną piosenką, każdą rozmową, każdym wspólnym wieczorem, robiła krok do przodu. Nieporadnie, niepewnie, ale jednak.
— Kiedy zaproponowałem ci, żebyś ze mną wyszła… — Uśmiechnął się krótko. — Nie chodziło o to, żeby cię przelecieć. To znaczy… może trochę też, ale…—
Podniósł brwi z udawaną bezradnością, pozwalając, żeby zawisło to niedopowiedziane ale. — Chciałem cię zabrać do miejsca, gdzie nie jestem producentem, a ty nie jesteś materiałem na singiel. Ale się wycofałaś. Więc odpuściłem. Może… może uznałem, że przekroczyłem jakąś granicę.
I teraz, kiedy tak na nią patrzył, tą dziwnie otwartą wersję Sloane, która mówiła rzeczy z tej nieco zbyt prawdziwej warstwy czuł, że dobrze zrobił. Ale cholera, nie było to łatwe. Nie teraz. Nie kiedy widział w niej tę samą potrzebę, którą znał aż za dobrze z własnego odbicia w lustrze.
— Może i miałem zielone światło, ale widziałem twoją minę w ostatniej sekundzie. Może nikt inny by tego nie zauważył, ale ja tak. I to wystarczyło. — Uśmiechnął się krótko, krzywo, ale prawdziwie. — Nie chce rozwalić dobrze prosperującego zespołu tylko dlatego, że nie potrafiłem odróżnić chwilowego impulsu od czegoś, co może się rozlać za daleko.
Nie uśmiechał się już. Patrzył jej prosto w oczy. Poważnie. I może właśnie dlatego to brzmiało inaczej. Bo Ezra nie rozdawał takich słów na lewo i prawo.
— I może nie miałem racji co do wszystkiego — dodał po chwili. — Ale z jednym trafiłem. Masz w sobie coś, czego nie da się zignorować. I nie, nie tylko na scenie.
Zatrzymał się na tym jednym zdaniu, bo wiedział, że jeśli pójdzie dalej, powie coś, czego już nie cofnie. Ale myślał o tym, co powiedziała wcześniej. O tekstach o byłych. O tym, jak sama przyznała, że nie chce już pisać dla nich.
Nie wiedziała, że Ezra doskonale to rozumiał. I właśnie dlatego wtedy jej to zasugerował. Bo nie chciał, żeby kiedykolwiek znowu pisała dla kogoś, kto nie był tego wart.
Przeciągnął dłonią po karku. Gapił się przez chwilę gdzieś za nią, jakby ocean był bezpieczniejszym rozmówcą niż dziewczyna siedząca naprzeciwko. Rzuciła na stół coś, czego żadne z nich nie odważyło się jeszcze nazwać. I zrobiła to w sposób tak prosty, że aż zaparło mu dech.
OdpowiedzUsuń— Powiem ci coś… — odezwał się w końcu cicho, tonem bardziej miękkim niż zazwyczaj. — Potrafię oddzielić pracę od wszystkiego innego. Gdyby nie to, nie byłoby mnie tu, gdzie jestem. — Zamilkł na chwilę, jakby musiał zebrać myśli, jakby każde słowo miało swoje konsekwencje, a on nie był pewien, czy gotów jest je ponieść. Potem jednak wzrok wrócił na nią. Uważny. Prawdziwy.
— Nie chodzi o to, że “nie wypada”. Pieprzyć to. Oboje wiemy, że zasady są dla ludzi, którzy nie wiedzą, czego chcą. — Uniósł wzrok z powrotem na nią. — Ale ty… Sloane… — Oparł łokcie o stół, niemal w lustrzanym odbiciu jej wcześniejszej pozycji, i lekko się ku niej pochylił. Nie na tyle, by przekroczyć granicę, ale wystarczająco, by pokazać, że i on nie ucieka.
— Wiesz czego chcesz. A to jest twój czas. — Powiedział cicho, ale z naciskiem. — Twój moment. W końcu masz wszystko: głos, materiał, przestrzeń. Masz kogoś, kto cię słucha, kto w ciebie wierzy, i kto się upewni, że trafisz tam, gdzie powinnaś. — Spojrzał na nią uważnie, z tą mieszanką surowości i troski, która czasem wymykała się mu spod kontroli. — Wiem, że dużo się dzieje. Wiem, że to wszystko cię czasem przytłacza, ale… jeśli mogę ci coś doradzić, to tylko jedno: nie pozwól, żeby coś cię od tego odciągnęło.
Nachylił się lekko w jej stronę, głos miał niższy. Nie zimny, nie wykalkulowany, po prostu szczery. — I nie mówię ci tego jako producent. Mówię ci to jako ktoś, kto widzi, ile masz w sobie talentu. I kto wie, jak łatwo możesz się sama od tego odciągnąć, jeśli dasz się wciągnąć w coś, co rozproszy cię w najgorszym możliwym momencie.
Ujął jej spojrzenie z zaskakującą delikatnością. — Wiem, że to brzmi, jakbym próbował trzymać dystans. Może trochę tak jest. Ale tylko dlatego, że jeśli coś między nami pójdzie nie tak, a łatwo może pójść, to wszystko się rozpierdoli.
Ezra
Spoglądał na nią przez dłuższą chwilę, jakby chciał coś powiedzieć, ale usta jeszcze nie nadążały za myślami. Na jego twarzy nie było już tej typowej ironii, nie uniósł jednej brwi, nie rzucił żartu. Było w nim coś poważnego, co zdarzało się rzadko. Sloane mówiła bez tej swojej zadziornej otoczki. Bez dramatycznych gestów. Z absolutną, rozbrajającą szczerością. I Ezra… szanował to bardziej, niż mógłby jej powiedzieć. Oparł łokieć o stół, palcami drugiej dłoni trzymając za brzeg szklanki, choć nawet jej nie podniósł. Wyczuł ironię, ale tym razem jej nie zgasił. Bo wiedział, że to nie była tylko zgryźliwość. Czasami po prostu trzeba było pozwolić, żeby wszystko wybrzmiało. Ale kiedy Sloane skończyła, nachylił się lekko nad stołem, podpierając łokieć i kręcąc głową z niemal nieuchwytnym półuśmiechem.
OdpowiedzUsuń— I bardzo dobrze, niech olewają... — Powiedział to spokojnie, z taką pewnością, jakby to była oczywistość, a nie coś, co wymagało tłumaczenia. — Dzięki temu jesteś wolna. — Zrobił krótką pauzę, jakby sprawdzał, czy trafił. — I to ci daje miejsce na wszystko, co ty chcesz powiedzieć. Na to, kim jesteś teraz, a nie kim byłaś, kiedy próbowałaś ich zatrzymać.
Potarł dłonią kark i odchylił się z powrotem na krześle, jakby dopiero teraz poczuł ciężar tej rozmowy. Ale nie wyglądał na kogoś, kto zamierza się wycofać.
— Nie pozwól, żeby te drzwi, które ciągle kuszą… żeby je uchylić… żeby to one pisały twoją historię. — Zerknął na nią. — Bo ta wersja ciebie — wskazał na nią palcem. — Nie błaga, nie czeka i nie wraca. Tylko decyduje, co dalej. I jeśli chce jest w stanie „zetrzeć ten głupi uśmiech z twarzy’ swojego producenta. — Żeby nie zrobiło się zbyt wzniośle, zakończył swoją wypowiedź żartem, który okrasił nieco rozbawionym uśmiechem, ale to co chciał jej tym przekazać to to, że może i się rządził, ale Sloane zawsze miała coś do powiedzenia.
W jego głosie była pewność. Nie mówił tego, żeby ją pocieszyć. Mówił, bo naprawdę tak myślał.
Bo obserwował, jak powoli wraca do siebie, linijka po linijce, wers po wersie, nie dla nich, nie po to, żeby coś odzyskać. Tylko po to, żeby coś wreszcie zbudować.
— Może właśnie dlatego te nowe kawałki brzmią lepiej niż wszystko, co zrobiłaś wcześniej. — Dodał ciszej. Zamilkł na sekundę, spoglądając gdzieś w bok, na ocean, albo gdzieś daleko poza nim, jakby musiał złapać równowagę.
— To nie znaczy, że… nie chciałbym... — Dodał ciszej, jakby wyczuł, że ona potrzebuje tego małego potwierdzenia, że jej zmysły się nie pomyliły, że nic sobie nie wyobraziła, nic nie nadinterpretuje. — Ale jesteś cholernie blisko wygrania tej gry, Sloane. I nie chcę, żebyś sobie ją odpuściła przez jakiekolwiek „co, jeśli”. Nie ze mną. Nie z nikim.
Nie mówił tego z wyrzutem. Brzmiało to bardziej jak… obawa. Albo jak granica, której nie chciał przekraczać, dopóki nie będzie miał pewności, że po drugiej stronie nie zostanie sam.
Przez krótką chwilę tylko patrzył na nią, z tą swoją typową, pozornie opanowaną miną, ale Sloane już wiedziała, że pod tą ciszą pracowało tysiąc myśli. Może właśnie dlatego, że powiedziała wszystko tak bezpośrednio. A może dlatego, że on sam też był bliżej tej granicy, niż chciałby przyznać.
— Masz rację — powiedział w końcu, spokojnie, bez tonu wyższości, bez uniku. — Czasami nie da się tego rozdzielić. I nie mówię, że jestem w tym mistrzem. Po prostu… staram się nie dopuszczać momentów, po których nie ma już odwrotu.
Ezra parsknął pod nosem, jakby naprawdę wyobraził to sobie na chwilę i może właśnie dlatego jego spojrzenie zrobiło się nieco bardziej rozbawione, ale i… ostrożniejsze.
— Poza tym… z twoim temperamentem? — uniósł brew, sięgając po filiżankę z kawą. — To byłoby… cholernie niebezpieczne.
Upił łyk, jakby potrzebował odrobiny kofeiny, żeby w ogóle kontynuować myśl. I chociaż mówił pół-żartem, to w jego głosie zabrzmiała całkiem prawdziwa nutka respektu. — Ty potrafisz rozwalić pół garderoby przez jedną źle dobraną stylówkę... — Uśmiechnął się kącikiem ust. — Gdyby coś poszło nie tak, pewnie puścłabyś z dymem całe studio razem z nami. — Pokręcił głową ze śmiechem, ale bez złośliwości. Nie podejrzewał ją o to, że wyrządzi mu jakieś materialne szkody, chodziło mu raczej o znaczenie metaforyczne. On miał na nią długofalowy plan, a zeby mógł go zrealizować potrzebował jej zaufania i wiary w to, że wie co robi. — I nie zrozum mnie źle. To nie zarzut. To… ostrzeżenie dla samego siebie. Bo cholera, czasem mam wrażenie, że jakbyśmy przestali się kontrolować, to nie byłoby niczego pośrodku. Bez strefy buforowej. — Zamilkł na moment, ale jego spojrzenie ani na chwilę z niej nie zeszło.
OdpowiedzUsuń— A i tak to… brzmi lepiej niż większość rzeczy, które mógłbym sobie dziś wyobrazić. Ale z twoim temperamentem? — rzucił, z wyraźnym rozbawieniem, ale bez ani grama kpiny. — Gdybyśmy to przetestowali, podejrzewam, że po pierwszej kłótni zostałbym z mikrofonem wbitym w ścianę i roztrzaskaną konsolą. A ty pewnie uznałabyś, że dźwięk był do dupy i to moja wina.
Spojrzał na nią jeszcze raz, z tym spojrzeniem, którego nie musiał już ukrywać. — Impuls to łatwa droga. Ale to, co buduje się długo… ma większą wartość. Nawet jeśli czasem frustruje. — Przesunął w końcu szklankę w bok, jakby się rozmyślił. Oparł plecy o oparcie krzesła, a potem, po prostu spojrzał na nią. Bez filtra. Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby miał jeszcze coś dodać, ale zamiast tego tylko wypuścił powietrze nosem.
— I nie kłam. Gdybyś wylała na mnie sok i wyszła, to byłby absolutny highlight tego śniadania. — Uśmiechnął się lekko, ale bez zgrywy. Trochę miękko. Trochę… bezbronnie. Po chwili dodał jeszcze ciszej, już niemal półgłosem. — Ale dzięki, że tego nie zrobiłaś.
Ezra
Przez kolejne tygodnie pochłonęła ich praca. Bez niedopowiedzeń, bez aluzji, bez wracania do tego, co się wydarzyło (lub nie wydarzyło) podczas tamtego śniadania z widokiem na ocean. Oboje jakby umówili się milcząco, że teraz najważniejsza jest muzyka, a wszystko inne musi poczekać. I tak było lepiej. Bezpieczniej. Klarowniej. Sloane wróciła do pisania z zaskakującą regularnością, jakby tamta rozmowa wyciągnęła z niej wszystko, co zbędne i zostawiła tylko to, co najważniejsze. Bywały dni, że zaszywała się w swoim domu na długie godziny, nie odpisując na wiadomości, by po dwóch dniach przyjść z trzema gotowymi tekstami i demówką, która brzmiała jak coś więcej niż szkic. Ezra słuchał uważnie, nie zawsze komentował od razu, ale jego twarz mówiła wystarczająco dużo.
OdpowiedzUsuńStudio stało się dla nich czymś więcej niż tylko przestrzenią do nagrywania, było azylem, rytuałem, czasem nawet polem walki, kiedy twórcze napięcia zaczynały buzować. Sloane rzucała pomysłami z chaotyczną pasją, Ezra tonował ją, przycinał ostre krawędzie, albo… dolewał oliwy do ognia, kiedy uznawał, że jej chaos ma swój artystyczny sens. Kłócili się, rzucali żartami, szukali perfekcji. Było intensywnie, czasem irytująco, czasem niemal intymnie, ale działało.
Praca nad klipami też ruszyła, dynamicznie, z rozmachem, choć bez chaosu. Sloane nie dawała sobie już prawa do niedociągnięć. Była obecna przy castingach, doglądała kostiumów, potrafiła w środku nocy wysłać Ezra’owi referencję do konkretnego ujęcia, które miało oddać emocje utworu, nad którym aktualnie pracowali. Zdarzało się, że siedzieli razem w montażowni po północy, z kubkami zimnej kawy i zmęczeniem odbitym pod oczami, ale kiedy zapadało cięcie i w tle brzmiała jej linia wokalna, coś w nich obojgu cichło.
Zaczęli się ze sobą dogadywać bez słów. W studiu wystarczył gest, spojrzenie, skrzywienie ust i już wiedzieli, że coś trzeba nagrać jeszcze raz albo że „to właśnie było to”. Ezra przestał się z nią droczyć w każdym możliwym momencie, a ona… przestała testować jego granice. Jakby oboje uznali, że ten czas należy do muzyki. I że jeśli coś między nimi ma się wydarzyć, kiedyś, to i tak ich dogoni. Ale na razie… Na razie była płyta. I była dobra. Zbyt dobra, żeby spieprzyć ją przez nieprzepracane emocje. Dlatego postawili na przyjaźń.
Sloane w międzyczasie znalazła sobie swój wlasny obiekt westchnień. Caden Roth. Gładki, wygadany, z nazwiskiem znanym w całym środowisku ale, jak to określił kiedyś Ezra: „kameleon o lepkich dłoniach i zbyt szerokim uśmiechu”. Był czymś pomiędzy. Trochę jak Carter, efektowny, bezczelny, magnetyczny, ale miał w sobie też coś z Ezry: wyczucie stylu, słuch muzyczny i doskonałe kontakty w branży. I właśnie to działało mu na nerwy najbardziej. Bo widział, że Sloane może to kupić. Że może się na to nabrać. To nie był tylko zawodowy niesmak. To był stary konflikt, którego nigdy nie zamknęli. Ezra znał Cadena z wcześniejszych lat i nigdy nie ufał jego intencjom. Ich drogi przecięły się kilka razy przy projektach, które Roth bez żenady próbował „przejąć”, a raz niemal zrujnował projekt, który Ezra prowadził. Dissowali się wzajemnie w utworach, w dawnych czasach odbijali sobie dziewczyny. I teraz, kiedy widział go w towarzystwie Sloane… kiedy widział jego dłoń zbyt pewnie opierającą się o jej biodro, coś w nim zgrzytało. Mocno.
— Facet łazi za nią jak cholerny cień — rzucił któregoś dnia z nieskrywanym obrzydzeniem, gdy Sloane wyszła na telefon, zostawiając go samego z technikiem przy konsoli. — I dziwnym trafem zawsze tam, gdzie są kamery.
Ezra tłumaczył sobie, że chodzi o profesjonalizm. O to, że nie ufa Rothowi jako osobie z branży. Że zna jego sztuczki, metody, słodkie gadki i puste obietnice. Ale im częściej widział go przy Sloane, tym trudniej było nie zauważyć, że problem leży… gdzie indziej. Że wcale nie chodzi o pracę.
Chodziło o to, że gdy patrzył na Sloane z tym błyskiem w oku, kiedy tamten ją całował w szyję czuł, jak ściska go w żołądku coś, czego nie potrafił nazwać. I nie miał już pojęcia, czy wkurzał go bardziej Caden… czy jego własna bezsilność.
OdpowiedzUsuńPremiera płyty była większym sukcesem, niż ktokolwiek przewidywał. Ezra zadbał o każdy szczegół: klipy, kampanie, ukryte teasery i długi, dobrze przemyślany rollout. Wszystko rozpoczynał niespodziewany koncert.
„Private rooftop show — Sloane Live.” Wszystko miało być jej świętem. I było… do momentu, gdy między przejściami zza kulis wyłonił się on. Caden Roth. Z szerokim uśmiechem, drogim zegarkiem i tą swoją pewnością siebie, którą rozpoznawało się z odległości dziesięciu metrów. Przyszedł jakby mimochodem, jakby jego obecność była naturalna. Jakby miał tu miejsce. Ezra go zauważył. Oczywiście, że zauważył. Wyprostował się, jakby ktoś nagle wylał mu kubeł zimnej wody na kark. Uczucie, które go ogarnęło, było trudne do opisania.
Nie był zazdrosny, tak sobie powtarzał.
Był po prostu… czujny. Sloane nie zdążyła jeszcze zauważyć Cadena. Stała na scenie, z mikrofonem w dłoni i rozświetloną twarzą, śpiewając „Bleeding Gold”, jedną z najmocniejszych piosenek na płycie. Ezra nie mógł oderwać od niej wzroku. Była w swoim żywiole. Wreszcie. Cała ta płyta, cały ten chaos… warto było. A potem Caden zbliżył się do kulis i… Ezra to poczuł. Jak jego obecność zaczyna przesiąkać backstage, wślizgując się pomiędzy sprzęt, ludzi i atmosferę, którą tak długo budowali. I nagle ten wieczór, który miał być tylko o niej, miał też w tle jego cień. Roth. Znowu.
Ezra
Przecież nie mógł się czuć zazdrosny. To byłoby absurdalne. Stał oparty o ścianę tuż za konsolą, z dłońmi w kieszeniach i wzrokiem wbitym w scenę, ale i tak czuł jak żołądek ściska mu się nieprzyjemnie, odkąd tylko Roth się pojawił.
OdpowiedzUsuńTo nic.
To naprawdę nic.
Miał Molly. Miała opinię nie tylko błyskotliwej, ale i piekielnie skutecznej, znała każdy krok w branży, potrafiła załatwić sprawy bez zbędnego hałasu. A poza tym… była piękna. Nie w sposób krzykliwy, ale opanowany i elegancki. Była wszystkim, czego Ezra potrzebował, jeśli chciał zachować zdrowy dystans.
A jeśli to nie wystarczyło, była jeszcze Kendall. Kręciła się tu dziś cały wieczór, niby przypadkiem, niby „po pracy”, ale jej dłoń już trzeci raz w ciągu godziny znalazła się na jego przedramieniu. Raz, kiedy podała mu szklankę z wodą. Drugi, gdy nachyliła się, żeby coś szepnąć mu do ucha i poprawiła mu kołnierz. Teraz znów, opuszki jej palców prześlizgnęły się ledwo zauważalnie po jego ramieniu, gdy coś komentowała z uśmiechem.
To było… wygodne. Bezpieczne.
A mimo to, kiedy zerknął znów na scenę i dostrzegł, że Sloane kończy numer, a jej wzrok mimowolnie powędrował w stronę kulis, tam, gdzie stał Roth, coś w nim zadrżało.
Ezra nie był zazdrosny.
Naprawdę.
Po prostu nie ufał skurwysynowi ani na centymetr. I nie podobało mu się, jak szybko się przy niej zakręcił. Kiedy znowu była najlepszą wersją siebie i, do cholery, jego pracy.
Caden nie stał w kącie. Już rozmawiał z kimś z zespołu, nachylony, z tym swoim półuśmiechem, który zawsze wydawał się bardziej triumfem niż uprzejmością. Jakby wiedział coś, czego nie wiedzieli inni. Jakby przychodził odebrać to, co mu się należało. A Ezra znał to spojrzenie. Znał jego ton, gestykulację, te teatralne pauzy. I kiedy Caden po raz pierwszy spojrzał mu prosto w oczy, z tym pieprzonym, wyćwiczonym uśmieszkiem, Ezra poczuł to wyraźnie. To nie była tylko scena. To był teren.
Kendall znów dotknęła jego ramienia, pytając o coś, czego nawet nie usłyszał.
— Sorry, co mówiłaś?
Zamrugał, jakby dopiero teraz zorientował się, że zbyt długo wpatrywał się w jeden punkt. Kendall stała tuż obok, a jej dłoń znów spoczywała na jego ramieniu, tym razem mocniej, pewniej, jakby chciała go z tego zamyślenia fizycznie wyciągnąć.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miał skoczyć komuś do gardła — rzuciła półszeptem, pochylając się bliżej, żeby przekrzyczeć basy dobiegające ze sceny.
— Przesadzasz. — Ezra uniósł brew i posłał jej szybki, wymuszony uśmiech.
— Jasne — prychnęła. — A to spojrzenie, które posłałeś Rothowi, było pełne miłości.
— Nie posłałem mu żadnego spojrzenia.
— Odwaliłeś z nią kawał dobrej roboty — zmieniła temat. Ezra skinął głową, zbyt szybko.
— Mhm.
— Ale nie potrafisz się z tego cieszyć, prawda? — rzuciła cicho, prawie ze współczuciem. Ezra odetchnął wolno nosem, a potem wzrok przeniósł na Kendall.
— Cieszę się — mruknął. Kendall uniosła brwi, a jej uśmiech stał się nieco bardziej ironiczny. Jej dalsze słowa przeciekały mu przez uszy, jak szum z innego pomieszczenia.
Patrzył na scenę. Na Sloane.
Jej energia była elektryzująca. Piosenka, światła, tempo, wszystko zagrało tak, jak miało zagrać. Sposób, w jaki poruszała się po scenie. Jak patrzyła w tłum, jakby każdy wers wyciągała z wnętrza siebie. To nie był tylko występ, to była deklaracja. Potężna, pewna siebie, cholernie prawdziwa. Ezra miał świadomość, że teraz czekało ich może nawet więcej pracy.
Kiedy zabrzmiał ostatni dźwięk, spojrzała w jego stronę. Może przypadkiem. Może szukała go wzrokiem. Może chciała się upewnić, że patrzył. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Ezra uśmiechnął się powoli, z tą charakterystyczną dla siebie mieszaniną dumy i uznania, podszytą czymś głębszym, czego nie potrafił (a może nie chciał) nazwać. A potem uniósł dłonie i zaczął bić brawo. Pewnie. Głośno. Z pełnym przekonaniem. Bo cokolwiek działo się poza tą sceną, właśnie to było jej momentem.
Ezra
Patrzył z dystansu. Nie zbliżył się tak, jak miał ochotę. Nie dlatego, że czegoś się bał, ale dlatego, że potrzebował się upewnić, że to, co właśnie widział na scenie, naprawdę się wydarzyło. Że ta dziewczyna, którą jeszcze kilka miesięcy temu zbierał z podłogi studia, właśnie wstrzymała oddech całego klubu na trzy minuty. A może dłużej. Była nie do zatrzymania.
OdpowiedzUsuńChciał być tym, który będzie pierwszy. Który ją przytuli. Który powie: „Zrobiłaś to. Było zajebiście.” Bez kamer, bez błysku fleszy, tylko oni i ta pierdolona duma, którą czuł tak intensywnie, że aż świerzbiły go palce. Ale potem ją zobaczył. Już nie na scenie. Już nie w blasku reflektorów. W ramionach Cadena. Weszła w jego pole widzenia jak w zwolnionym kadrze. Ruch, którego nie dało się pomylić z przypadkiem. Głowa nachylona zbyt blisko. Usta przy uchu. Intymność, która aż biła w oczy. Ezra zamarł. W gardle coś mu zasyczało, nie był pewien czy to złość, zawód, czy ta pieprzona zazdrość, której nie miał prawa czuć. I coś w nim zadrgało. Coś znajomego, a jednak nielogicznego. Głupiego. Bezsensownego. Nie zazdrość. To byłoby zbyt proste. To było coś innego. Coś bardziej podstawowego. Jakby ktoś wcisnął zbyt mocno palcem w miejsce, którego Ezra nie zdążył jeszcze zakryć warstwą sarkazmu i obojętności. Bo widział, jak Caden przesuwa dłoń po jej plecach, jak szepce jej coś do ucha. Ezra widział w tym tylko kalkulację. Gesty, które miały wyglądać na czułe. Tak bardzo dopasowane, że aż sztuczne. A ona to przyjmowała. Zacisnął palce na krawędzi barierki i milczał. Dłużej, niż powinien. Widział ten moment, w którym Caden przyciągnął ją do siebie tak, że oparła się o jego klatkę piersiową. Ezra znał ten gest. Gest, który mówił innym facetom: moja. To coś, co go ścisnęło w środku, było bardziej skomplikowane. Głębsze. Zawieszone między „cholera, przecież to nie moja sprawa” a „czy on naprawdę właśnie całuje ją przy mnie?”.
— Ezra! Stary, gratulacje, serio. To było coś — powiedział jeden z operatorów dokumentu, który towarzyszył im od tygodni. — Uchwyciliśmy wszystko. Kamera kocha Sloane. Ale to twoja robota, bracie. Mistrzostwo.
Ezra zmusił się do uśmiechu. Nie spodziewał się tego, że to dzisiejsze świętowanie rozbije mu się o czaszkę z taką siłą. Jej nowy towarzysz właśnie szeptał jej coś do ucha, a Sloane… odchyliła głowę. Może poczuła wzrok Ezry. Może nie. Ale nic się nie zmieniło, nie cofnęła się, nie odsunęła. I wtedy spojrzała przez ramię, przez to całe zamieszanie. Jakby czuła, że on tam jest. Ich spojrzenia spotkały się raz jeszcze, inaczej niż na scenie. Tam był podziw i duma. Tu była cisza. Oczekiwanie. Napięcie, którego nie rozpuściły brawa ani muzyka. Uśmiechnął się powoli, z tym czymś, co mówiło „widzę wszystko”, ale nie dodawało, co z tym zamierza zrobić. A potem skinął głową, jakby między nimi zaszło jakieś milczące porozumienie.
Kolejne słowa, kolejne gratulacje, ktoś z ekipy wytwórni. Wszyscy nagle chcieli mówić, podać dłoń, dorzucić swoje „wiedziałem, że to się uda”. I Ezra był w tym obecny. Ciałem. Głową już mniej. Bo wzrokiem wracał do Sloane. Do tego, jak się nie odsunęła. Jak nie zdjęła jego ręki. Jak pozwoliła, żeby Caden coś szeptał jej do ucha, a jego dłoń została tam, gdzie Ezra nie chciał jej widzieć. I mimo wszystkich gratulacji, mimo sukcesu, którego właśnie dotknęli Ezra czuł się jak ktoś, kto właśnie zgubił rytm.
Ktoś z ekipy dokumentu złapał go za ramię, prosząc, by pomógł złapać Sloane jeszcze przed wywiadami, „na gorąco”, kiedy emocje jeszcze buzują, kiedy wszystko jest świeże.
— Załatwię to — powiedział tylko, krótko, z pewnością. Oddał operatorowi jedno krótkie, spojrzenie i ruszył w stronę Sloane.
Ezra nie pozwolił, by coś w jego kroku zdradziło pośpiech. Przeszedł przez backstage z typową dla siebie kontrolowaną energią, chłodną, wyważoną, choć gdzieś pod spodem zaczynała buzować dobrze znana mieszanka emocji.
Podszedł do nich w chwili, gdy śmiech Sloane ucichł, a Caden pochylał się znów niebezpiecznie blisko. Ezra nie zwolnił kroku. Ich spojrzenia się spotkały, na moment, krótko, ale wystarczająco, by jej mina nieznacznie się zmieniła. Ezra nie zatrzymał się jednak przy niej najpierw.
OdpowiedzUsuń— Caden. — rzucił z lekko uniesionymi brwiami, wyciągając dłoń do mężczyzny. — Miło widzieć cię wśród żywych.
Wyciągnął dłoń do Cadena. Uścisk był krótkotrwały, pewny, nieco chłodny, ale nie agresywny. Zdecydowanie bardziej profesjonalny niż serdeczny, choć Ezra nie zamierzał zniżać się do ostentacyjnych zagrywek. Jeszcze nie.
Dopiero potem spojrzał na Sloane. I ten moment wystarczył, by cały chłód zniknął. — Gratulacje — powiedział i uścisnął ją krótko. — Świetny występ, świetna robota — dorzucił. Ton jego głosu był idealnie neutralny.
W jego oczach mignął błysk. Tylko na sekundę, coś, czego nie potrafił i nawet nie próbował zamaskować. Duma. Uznanie. Coś głębszego, niż pozwalały mu powiedzieć słowa. Bo naprawdę była świetna. Była więcej niż świetna. Nie powiedział tego jednak wprost. Nie tu, nie teraz. Nie z jego ręką wciąż tkwiącą w uścisku faceta, którego nie znosił. Caden nie cofnął dłoni, ale Ezra nie musiał nic więcej mówić, sama obecność Creightona wystarczyła, by napięcie między mężczyznami zgęstniało.
— Potrzebują cię jeszcze na chwilę. Zanim to wszystko… — zrobił gest ręką, obejmując całą kulisową gorączkę. — …zniknie.
Kącik jego ust uniósł się delikatnie, ledwo dostrzegalnie. Ezra zrobił krok w bok, zostawiając przestrzeń, w którą mogła wejść, jeśli tylko chciała z nim pójść. Nie podawał jej ręki. Nie dotknął jej. Ale był obok.
— Tylko nie daj się tam zatrzymać za długo, mała — powiedział z tym swoim nienagannym uśmiechem i spojrzeniem, które, choć wydawało się miękkie, miało w sobie coś… zaborczego. — Wiesz, że tu czekam. A ty powinnaś się zabawić a nie pracować. — Powiedział to lekko, prawie nonszalancko, ale słowa zawisły w powietrzu na ułamek sekundy dłużej, niż powinny.
— Zabawi się później, jak skończymy robotę — rzucił Ezra, półgłosem, z tym swoim charakterystycznym, suchym tonem, w którym brzmiała bardziej stanowczość niż zazdrość. Chociaż… jedno i drugie szło u niego w parze zbyt naturalnie. Zerknął na Sloane spod półprzymkniętych powiek. Nie musiał podnosić głosu, żeby wiedziała, że to nie była tylko luźna uwaga.
— Pięć minut. Tylko tyle potrzebujemy — dodał, bardziej już do siebie niż do niej, jakby chciał, żeby to też usłyszał Caden. Odwrócił się, nie czekając na jej reakcję, bo i tak wiedział, że pójdzie za nim. Tak jak wiedziała, że zostawi za sobą ten dotyk na plecach, który nie miał nic wspólnego z muzyką.
Ezra
Ezra szedł kilka kroków przed nią, ręce w kieszeniach, spojrzenie skupione przed siebie, ale Sloane znała go już na tyle, by wiedzieć, kiedy tylko udawał obojętność. Jego barki były bardziej napięte niż zwykle, a na ustach czaił się ten specyficzny, nie do końca kontrolowany uśmiech, który pojawiał się u niego rzadko, wtedy, kiedy naprawdę był pod wrażeniem. Ezra nie spojrzał od razu. Mógłby, ale tego nie zrobił. Zamiast tego pozwolił jej mówić, trajkotać, dzielić się ekscytacją i stresem, wyrzucać z siebie wszystko, co buzowało w niej jeszcze po zejściu ze sceny. I choć nie komentował, słuchał. Każdego słowa. Nawet tych urwanych w pół zdania, nawet tych wypowiedzianych zbyt szybko, zbyt chaotycznie. Zatrzymał się dopiero wtedy, kiedy poczuł szarpnięcie rękawa i jej palce, które nieświadomie się go trzymały. Spojrzał na nią z góry. Przez chwilę milczał. W oczach miał coś, czego nie było od dawna, spokój, pomieszany z czymś bardziej miękkim, ale nie pozwolił temu wypłynąć na powierzchnię.
OdpowiedzUsuń— Widziałem. Całość — powiedział spokojnie, a jego głos tym razem nie był chłodny. — I słyszałem. Do samego końca.
Zrobił krótką pauzę, jakby nie był pewien, czy powinien dodać to, co cisnęło się na język. Ale zrobił to.
— Było… mocne. Dojrzałe. Twoje. — Skinął lekko głową. — Widziałem, że ich miałaś. Trzymali się twoich słów jakby od tego zależało ich życie.
Brwi uniosły mu się odrobinę, kiedy spojrzał na jej dłoń, wciąż ściskającą jego rękaw. Nie skomentował tego. Tylko przez sekundę pozwolił sobie na coś więcej, drobny ruch, którym przekręcił lekko nadgarstek, pozwalając, by jego dłoń dotknęła jej palców. Delikatnie, krótko. Jakby chciał tylko sprawdzić, czy jeszcze tam była.
— Ktoś mnie… wyprzedził — dodał po chwili ciszy. Nie musiał wymieniać imienia. Wystarczyło spojrzenie, które rzucił w stronę sceny dokładnie tam, gdzie Caden wciąż przechadzał się pewnie po backstage’u, z kieliszkiem w dłoni i miną faceta, który wie, że będzie cytowany. — A potem zatrzymał mnie operator. Potrzebowali komentarza do dokumentu. Ciebie też chcieli nagrać, zaraz po występie, ale zrobił się bałagan.
Ezra pokręcił głową niemal niezauważalnie.
— Ten wieczór był o tobie, Sloane. I tylko o tobie — dodał ciszej. — Twój moment. Wreszcie. Nie oddawaj go nikomu, kto go nie rozumie.
Udawał, że to tylko kolejny wieczór w branży. Kolejny występ. Kolejna artystka. Kolejny sukces, który wypada docenić z odpowiednią dozą nonszalancji. Ale Sloane widziała to po nim. Po drobnych ruchach. Po tym, że rzucał spojrzenia przez ramię, żeby upewnić się, że idzie za nim. Po tym, jak jego oddech był ledwo zauważalnie płytszy. Kiedy dotarli pod drzwi garderoby, Ezra zatrzymał się nagle. Sloane niemal w niego wpadła. Nie od razu się odezwał. Najpierw spojrzał na drzwi, za którymi już czekała ekipa dokumentalna, światła ustawione, kamera gotowa, mikrofon zawieszony w powietrzu. Potem na nią. Obrócił się, powoli, z tym uśmiechem w kąciku ust, który nie miał nic wspólnego z kurtuazją.
Oparł się ramieniem o framugę drzwi i patrzył na nią przez dłuższą chwilę, jakby próbował sobie przypomnieć każdą sekundę, którą właśnie zobaczył na scenie. I może naprawdę próbował.
OdpowiedzUsuń— To były prawdziwe pieprzone narodziny gwiazdy, Sloane — powiedział niskim tonem, w którym nie było ani krzty sarkazmu. — Serio. Chuj z całą tą scenografią, światłami, promocją… Ty to zrobiłaś. Tym głosem. Tym spojrzeniem. Tą cholerną ciszą po ostatnim wersie.
Przełknął coś w gardle, a potem wzruszył ramionami, już bardziej w swoim stylu, z tym pozornym luzem.
— No. Więc masz ich teraz na tacy. — Wskazał ruchem głowy na drzwi garderoby. — Wchodzisz tam i dajesz im do zrozumienia, że to nie była jednorazowa rzecz. Że to dopiero początek.
Zamilkł na moment, a potem jeszcze dodał, spokojniej, ciszej:
— Później możesz odpocząć. Albo się napić. Albo wrócić do tamtego kretyna, jeśli naprawdę musisz. Ale teraz… to jest twój moment. Twój, Sloane. I nikt ci go już nie odbierze.
Nie powiedział tego ironicznie. Nie rzucił tego jak cytatu z filmu. Nie mrugnął nawet. Po prostu wypowiedział to na głos, coś, co myślał, ale nie planował powiedzieć. A potem wyprostował się, strzepnął niewidzialny pyłek z rękawa i rzucił.
— Ale nie wchodź tam z tym swoim „nie jestem gotowa, mam tylko jeden hit” bo cię stamtąd siłą wyciągnę i każę śpiewać drugi raz.
I tylko błysk w jego oku zdradzał, jak bardzo pękał z dumy. Wymierzył w nią palcem. — Będzie z tego Grammy, zobaczysz — rzucił tonem jakby z ostrzeniem zanim otworzył na oścież drzwi do garderoby, gdzie niemal natychmiast skierowały się na nich kamery ekipy produkcyjnej.
Ezra
Ezra był dość cichy przez większą część tej drogi, ale nie dlatego, że nie chciał mówić. Wręcz przeciwnie,wiele chciałby powiedzieć. Może nawet za dużo. Ale znał tę wersję Sloane. Tę, która mówi, bo nie jest w stanie inaczej pomieścić emocji. Tę, której słowa lecą szybko, czasem bez ładu, jakby tylko głos mógł je unieść i nadać im sens. Uwielbiał tę wersję. Była autentyczna, rozświetlona sukcesem, o jaki walczyła miesiącami. Dlatego pozwolił jej mówić. Szli razem korytarzem, a Ezra pozwalał, by zaciskającą się na jego rękawie dłoń została tam tak długo, jak potrzebowała. Nie wyciągnął się z jej uścisku. Nie przesunął się nawet o centymetr. Była w nim skupiona cisza, ale pełna obecności. Tak jakby czuł, że to nie słowa są teraz ważne, a to, że jest. Że ją słyszy, widzi, zna. A ona to wiedziała. Zatrzymali się tuż przed drzwiami garderoby, gdzie czekała już ekipa dokumentalna, gotowa do nagrania jej emocji „na świeżo”.
OdpowiedzUsuńPatrzył na nią przez dłuższą chwilę. I dopiero wtedy coś się w nim poruszyło, coś pod skórą, coś co z trudem trzymał na wodzy. Uśmiech, ledwie zauważalny, w jego oczach pojawiło się ciepło i coś jeszcze, coś znacznie bardziej osobistego. Zaskoczenie. Ulga. Duma. I może… troska.
Ezra zaśmiał się nagle , cicho, ale szczerze. Ten śmiech wyrwał się z niego jak odruch, jak nagły impuls radości, której już dłużej nie dało się tłumić. Patrzył na nią, na jej lekko drżące dłonie, na ten wciąż jeszcze nierozproszony błysk w oczach i ekscytację, której nawet nie próbowała już ukrywać. Sięgnął do niej szybko, bez wahania. Chwycił jej dłonie w swoje i mocno je ścisnął, jakby w ten sposób próbował ją uziemić, albo może połączyć się z tą energią, która biła od niej jak puls.
— Trzęsą się jak cholera, wariatko — powtórzył z rozbawieniem. — Tylko mi tu nie dostań zawału… — Nachylił się nieco, jego głos był elektryzujący, pełen emocji, z tym naturalnym, lekko zachrypniętym tonem, który pojawiał się u niego tylko wtedy, gdy mówił szczerze, bez filtrów, bez dystansu.
— Jestem z ciebie tak cholernie dumny, Sloane. — Jego palce zacieśniły uścisk na jej dłoniach. — I nie tylko po tym występie. Nie po tej premierze. Wiedziałem, że to zrobisz. Już wtedy, tam na tym pieprzonym tarasie, kiedy paliłaś ze mną jointa i udawałaś, że nic cię nie obchodzi.
Uśmiechnął się szerzej. Błysk w jego oku był żywy, niemal chłopięcy, ale pod nim czaiło się coś więcej. Coś, co mówiło: pamiętam cię wtedy. Widziałem cię wtedy. Zrozumiałem cię zanim sama to zrobiłaś.
— Już wtedy widziałem, że ci się uda. Że to rozwalisz. Cały ten świat, który cię skreślił. — Uśmiechnął się szeroko, entuzjastycznie, jakby właśnie wrócił z jakiejś sceny razem z nią. — Widzisz to, co się dzieje? Ludzie cię kochają. I nie mają pojęcia, że to dopiero początek.
Zamilkł tylko na moment, przyglądając się jej uważnie, wciąż nie puszczając jej dłoni. I może nie powiedział tego wprost, ale wybrzmiało to w całym jego tonie: Wierzyłem w ciebie wtedy, zanim zrobiło się głośno. I teraz, kiedy cały świat krzyczy twoje imię, dalej wierzę. Może jeszcze bardziej.
— Jestem z ciebie tak cholernie dumny, Sloane — powiedział cicho, ale z mocą. Jego głos nie drżał. Był czysty, jakby z każdą sylabą coś w nim się prostowało. — Tak zajebiście dumny.
Zamilkł tylko na ułamek sekundy. Ale spojrzenie mu nie zgasło. Patrzył prosto w nią, nie tylko na nią, ale w nią, jakby widział wszystko, co działo się pod tą całą nonszalancją, makijażem i żartami rzucanymi od niechcenia. Jego kciuk przesunął się leniwie po wierzchu jej dłoni, ledwie zauważalnym ruchem. Nie puszczał. — Wiedziałem, że dasz radę. Że to się wydarzy. Że postawisz ten świat na głowie.
Przechylił lekko głowę, jego spojrzenie złagodniało, ale usta wciąż były zaciśnięte, jakby musiał utrzymać emocje w ryzach. Jakby zbyt duża bliskość na zewnątrz mogła naruszyć to, co trzymał w środku. Kiedy Ezra pchnął drzwi garderoby, wszystko wydarzyło się naraz. Gwizdy. Brawa. Krzyki radości i pierwsze wystrzały korków od szampana, które rozniosły się po całym pomieszczeniu jak salwa zwycięstwa.
OdpowiedzUsuń— SLOANE! — Ktoś krzyknął z końca pokoju, a potem ruszyli wszyscy.
Jeden z technicznych wcisnął jej do rąk ogromny bukiet pachnących róż i białych peonii, a zaraz potem czyjeś ramiona objęły ją mocno, nie pozwalając się wyrwać przez dobrą minutę. Każdy chciał powiedzieć jej choć jedno słowo, każdy chciał uściskać, pogratulować, dotknąć tej iskry, która unosiła się w powietrzu wokół niej. A ona? Stała pośrodku tego całego chaosu, z tym samym uśmiechem, którego nie potrafiła już zetrzeć z ust. Była tu. To się działo. Naprawdę. Ezra przez chwilę nie wtrącał się w tę radość. Zniknął na sekundę, by pojawić się tuż obok niej z dwoma wysokimi kieliszkami szampana.
— Mówiłaś coś o szampanie z producentem? — zapytał, z tą swoją charakterystyczną chrypką i przekornym uśmiechem w kąciku ust. Wręczył jej jeden, a drugim uniósł lekko w górę, jeszcze bez toastu, jakby najpierw chciał dać jej coś więcej. Objął ją ramieniem. Pewnie, blisko. A potem, nim zdążyła coś powiedzieć, nachylił się i pocałował ją w skroń.
Ciepło. Pewnie. Bez zbędnych słów. To była ich chwila. Dopiero wtedy uniósł kieliszek wyżej i podniósł głos.
— Za Sloane! — zawołał z szerokim uśmiechem. Kilka głosów zawtórowało mu entuzjastycznie. Ezra spojrzał na nią jeszcze raz, ten błysk w jego oku był nie do podrobienia.
— Za pieprzoną królową tego wieczoru! — dodał jeszcze, a w jego głosie była czysta duma i adrenalina. Wypił szampana duszkiem a potem, zanim ktokolwiek zdążył zareagować, z szerokim, nieco szalonym uśmiechem rozbił swój pusty kieliszek o podłogę. Jakby właśnie zakończył pierwszy akt najlepszego przedstawienia, jakie kiedykolwiek wyprodukowali. Szkło rozsypało się z ostrym dźwiękiem, który przebił się nawet przez muzykę i śmiech dookoła. Kilka osób krzyknęło z zaskoczenia, ktoś inny zarechotał, a Ezra tylko rozłożył ręce w teatralnym geście, jakby właśnie zakończył najlepszy numer wieczoru. Śmiechy rozniosły się po garderobie, a ktoś zaklaskał jeszcze głośniej, jakby rozbijanie szkła było najlepszą puentą tego wieczoru.
— Niech świat wie, że właśnie narodziła się legenda.
Ezra jeszcze się śmiał, gdy opadły ostatnie brawa i fragmenty szkła cicho przetoczyły się po podłodze. Szampan już zdążył spłynąć po jego dłoni, ale nie przejął się tym nawet przez sekundę. Zamiast tego pochylił się gwałtownie w stronę Sloane, objął ją mocno i w jednej chwili uniósł w górę, jakby w ogóle nie ważyła nic.
— Mówiłem ci, że to będzie twój pieprzony rok! — Rzucił z entuzjazmem, jego głos był roziskrzony i lekko zachrypnięty od emocji. Zakręcił się z nią w półobrocie, śmiejąc się razem z nią, gdy jej włosy rozsypały się w powietrzu, a sukienka zawirowała wokół nich jak scena z filmu. Sloane uchwyciła się jego ramion, śmiejąc się tak szczerze i z taką lekkością, jakby właśnie coś w niej pękło, ale tym razem nie ze smutku, tylko z czystej radości. To był ich moment. Tylko to, co zbudowali. I nawet jeśli cały świat miał dopiero się dowiedzieć, jak wielka to była rzecz, oni już wiedzieli.
Ezra
Ezra nie spuszczał z niej wzroku nawet na moment. Patrzył, jak przyjmuje gratulacje, jak śmieje się, zatapia w tłumie ludzi, którzy, choć każdy na swój sposób istotny, i tak wydawali się dla niej tylko tłem.
OdpowiedzUsuń— Wszystko jest możliwe — odparł półgłosem, nachylając się nieco bliżej. Ten wieczór był jak zmontowana taśma najpiękniejszych momentów i Ezra wiedział, że długo żadna premiera nie przebije tego, co właśnie się działo. Patrzył, jak Sloane stoi na stoliku, z kieliszkiem w dłoni, z burzą blond włosów opadającą na ramiona, z błyskiem w oczach, który znał lepiej niż własne odbicie. Znał ją w wersji rozsypanej, zrezygnowanej, zamkniętej. A teraz… stała tam pewna siebie, jasna, silna, jakby świat musiał się zatrzymać i przyjąć do wiadomości, że narodziła się od nowa. Kiedy rozbiła kieliszek o podłogę z tym samym zawadiackim śmiechem, który pamiętał jeszcze z ich pierwszej sesji, Ezra uniósł ręce w górę i zaklaskał głośniej niż ktokolwiek w pokoju.
— TAK JEST! — rzucił przez śmiech, bez żadnego filtra. — Za Sloane! Za cholerną królową dzisiejszego wieczoru! — Rzucił jeszcze z szerokim uśmiechem, a zewsząd rozległy się śmiechy, gwizdy i kolejne brawa..
Ezra, wciąż roześmiany, podszedł bliżej, kiedy tylko Sloane zakończyła swój mały toast i bezlitośnie rozbiła kieliszek o podłogę. W jego oczach był tylko podziw i duma, żadnej ironii, żadnego udawanego chłodu. Prawdziwy entuzjazm, którego nie próbował nawet ukrywać. Podszedł do stolika zdecydowanym krokiem, wyciągnął ręce i złapał ją pewnie w talii, jakby zrobili to już setki razy wcześniej.
— Chodź tu, gwiazdo — mruknął z rozbawieniem, unosząc brwi.
Sloane oparła dłonie na jego ramionach, śmiejąc się lekko, jakby to był jedyny sposób, w jaki chciała zejść, po nim. Zsunęła się powoli, opierając się o jego ciało, jakby specjalnie chciała poczuć każdy centymetr tej chwili. Ezra wcale się nie odsunął. Trzymał ją mocno, jakby to był występ życia, a on jej jedynym bezpiecznikiem w całym tym szaleństwie.
— Z każdym razem robisz większe show — szepnął, kiedy jej stopy dotknęły podłogi, ale dłonie nadal spoczywały na jego barkach. Uśmiechną się, a jego ręka na moment zatrzymała się na jej plecach, zanim ponownie rozbrzmiał gwar rozmów i ktoś już krzyczał, że czas na zdjęcia. Ale ten moment, należał tylko do nich. Ich spojrzenia znów się spotkały. I przez ten jeden, krótki moment wśród braw, hałasu, światła fleszy i szampana, byli tylko oni. Nie na długo, nie tak, żeby ktoś mógł coś zasugerować. Ale wystarczająco, żeby poczuła to, co już wiedziała. Że dla niego była gwiazdą wieczoru. Że zrobiła to. Że więcej nie musi nikomu nic udowadniać. I jeśli nawet kiedyś ktoś znów ją przekreśli, to on będzie obok, gotów to przypomnieć.
— Rozjebałaś to, Fletcher. I nie mam najmniejszego zamiaru pozwolić ci zwolnić.
I oboje o tym wiedzieli. Objął ją znów ramieniem, ścisnął lekko przy boku, tak, jakby chciał, żeby zapamiętała, że właśnie to jest ich chwila. — I na pewno nie zamierzałem się ciebie pozbywać, błyskotko — szepnął jej na ucho, nawiązując do tego, co powiedziała mu wcześniej. I tym razem nie uciekł wzrokiem.
Patrzył prosto na nią. Tak jak wtedy, na tarasie klubu, gdy nie był jeszcze pewien, czy się zgodzi. Tak jak wtedy, gdy myślała, że to tylko kolejna propozycja, której nie warto słuchać. Odetchnął głębiej, jakby chciał na chwilę zatrzymać czas, choć wiedział, że to niemożliwe. Widział ją na scenie dziesiątki razy. Widział, jak się rozpadała. Widział, jak się podnosiła. Ale jeszcze nigdy nie widział jej tak kompletnej. Tak pewnej siebie i tego, co robi. To nie był tylko show. To był manifest. I był jego częścią.
OdpowiedzUsuń— Przysięgam, że jak zaraz się nie ogarnę, to się zrobi za sentymentalnie — mruknął półżartem, podchodząc do stolika, na którym wciąż zostały resztki szkła z ich rozbitych kieliszków. I tylko on wiedział, jak cholernie wiele kosztowało go, żeby nie pokazać teraz za dużo. Zza nich ktoś już krzyczał, że chcą wspólnego zdjęcia. Że zaraz ktoś musi złapać ujęcie na relacje. Że przyszli jacyś dziennikarze, ktoś z agencji PR. Ktoś chciał, żeby się przebrała. Ktoś chciał ją już zabrać do auta. Ale Ezra nadal trzymał ją przy sobie.
— Jeśli kolejny razem wejdziesz mi na stół, będę domagał się udziału w choreografii.
Brzmiało to nonszalancko. Typowo dla niego. Ale jego głos miał ten charakterystyczny ochrypły ton, który zdradzał więcej, niż sam by chciał. Ezra był typem faceta, który nie rozdawał komplementów zbyt chętnie. Nie mówił głośno o emocjach, jeśli nie musiał. Ale ona wiedziała, kiedy mówił serio.
Ezra uśmiechnął się jeszcze przez moment, jakby nie mógł się napatrzeć na jej oczy błyszczące ekscytacją, na policzki zarumienione adrenaliną, na drżące jeszcze dłonie i ciało, które wciąż wibrowało tym, co wydarzyło się na scenie. Ale po chwili cofnął się o krok. Potem drugi. W jego ruchach było coś bardzo świadomego. Jakby chciał jej dać dokładnie tyle przestrzeni, ile potrzebowała. Jakby doskonale wiedział, że to jest jej wieczór. Jej czas. Jej światło. Uniósł lekko podbródek, rzucając jej spojrzenie, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa: Lśnij. To twoje.
— Idź, zrób z siebie legendę. — Mrugnął jednym okiem i już się odsunął, wsuwając dłonie do kieszeni. Ktoś natychmiast się do niej dosiadł, ktoś inny podał telefon, kolejny sztab zaprosił ją do wspólnego zdjęcia. Flash aparatu raził w oczy. Kwiaty, śmiechy, migawki. Zrobiło się głośno. Zrobiło się tłoczno. Ezra obserwował to wszystko z odległości. Nie zniknął, nie byłby w stanie odejść całkiem. Ale stał w cieniu, jakby znał swoje miejsce w tej chwili. Nie chodziło o to, by stać obok niej na wszystkich zdjęciach. Nie potrzebował reflektorów. To był wieczór Sloane. I on był zbyt dumny, żeby jej to zabierać. Więc patrzył. Jak mówiła. Jak śmiała się głośno. Jak znów stawała się TĄ Sloane. Albo może nową, jeszcze odważniejszą wersją siebie. I wiedział, że właśnie z tej odległości, z ramionami skrzyżowanymi na piersi i uśmiechem pełnym niedowierzania zobaczył coś, czego nikt już jej nie odbierze. Narodziny ikony. I jego udział w tej historii. Ale teraz… to był jej moment.
Ezra
Ezra tylko lekko się uśmiechnął, gdy jego ramiona opuściły jej talię. Nie dlatego, że chciał ją puścić. Przeciwnie, wszystko w jego spojrzeniu mówiło, że najchętniej zatrzymałby ją przy sobie na resztę tej nocy, z daleka od fleszy, tłumu i kolejnych zobowiązań. Ale Ezra Creighton rozumiał więcej niż większość ludzi. Rozumiał moment, jego wagę. I to, że Sloane właśnie przestała być tylko artystką. W tym błysku fleszy, w hałasie oklasków i dźwięku rozbijanego szkła, stawała się symbolem. Głosem. Historią. Dlatego się odsunął. Dając jej przestrzeń. Dał jej czas, by mogła stać się tą wersją siebie, która urosła z bólu, porażek i brawurowych decyzji. Nie zniknął, nie schował się całkiem, był tuż obok, zawsze w zasięgu wzroku. Ale teraz to nie on miał być w świetle reflektorów. Nie on miał zbierać laury. I wiedział, że to właśnie jego rola: stać z boku i patrzeć, jak kobieta, w którą wierzył od pierwszego dnia, rośnie na jego oczach. I błyszczy.
OdpowiedzUsuńObserwował, jak pociągają ją kolejni ludzie, do zdjęć, do krótkich rozmów, do wspólnego śmiechu. Jak z wdzięcznością rozmawia z ekipą, jak rozsyła uśmiechy i dziękuje każdemu z osobna. Jak mówi do kamery, potem do mikrofonu, potem znów do tłumu. A mimo tego wciąż gdzieś, co kilka minut, rzucała spojrzenie przez ramię. Jakby sprawdzała, czy Ezra tam nadal stoi.
I stał.
Z papierosem w dłoni, którego nawet nie odpalił. Wciąż uśmiechnięty, jakby właśnie patrzył na największe spełnienie swojej kariery. Bo nim było. Sloane Fletcher w wersji 2.0, potężna, świadoma, piękna w tym swoim ognistym chaosie. To nie była kobieta, którą poznał na dachu. To nie była dziewczyna, która wróciła do LA, próbując złożyć siebie na nowo. To była artystka. Legendarna, jak sama powiedziała. I on nie zamierzał jej w tym przeszkadzać. W końcu ktoś go wciągnął do zdjęcia. Objął ją w pasie, stając z nią twarzą do obiektywu, choć tuż przed fleszem spojrzał tylko na nią, półuśmiechając się szelmowsko, jakby mówił „jeszcze nie skończyliśmy”.
Bo nie skończyli.
Jeszcze nie.
Ezra wycofał się w odpowiednim momencie. Nie zniknął od razu, jeszcze przez chwilę stał z boku, obserwując, jak Sloane płynie przez tłum, uśmiechnięta, otwarta, w swoim żywiole, ale też wiedział, że on sam nie był już jej częścią w tym konkretnym momencie, nie w świetle kamer, nie w tej wersji wieczoru.
Zsunął marynarkę z ramion, przerzucił ją przez ramię i przeszedł przez garderobę na główną salę. Drzwi prowadzące na taras były lekko uchylone, chłodne powietrze wpadło do środka, mieszając się z zapachem dymu i wieczornego powietrza LA. Wyszedł bez słowa, wyciągając z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Dopiero wtedy, gdy znalazł się sam, zaciągnął się głęboko, pozwalając nikotynie opaść mu na język i płuca. Cisza była względna, ale pozwalała mu oddychać inaczej niż w środku. Pozwalała przemyśleć to wszystko, co właśnie się wydarzyło.
— Creighton ucieka z własnego świętowania? — odezwał się znajomy głos, podszyty ironią i niegasnącym sarkazmem.
Ezra nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, kto za nim stoi. Caden. Oparty o barierkę po lewej stronie tarasu, z niedopitą szklanką w dłoni i dwiema dziewczynami, które jeszcze minutę temu śmiały się w jego ramionach. Teraz jednak oderwał się od nich z teatralnym westchnieniem, zostawiając je lekko skonfundowane, i podszedł bliżej.
— Zrobiło się za tłoczno, czy nie możesz już patrzeć, jak ludzie mówią, że to wszystko jej zasługa? — dodał, podchodząc, jakby chciał się z niego pośmiać, ale nie do końca mu się to udawało.
Ezra zaciągnął się powoli, nie odrywając wzroku od panoramy miasta. Dopiero po chwili przeniósł spojrzenie na Cadena, mierząc go wzrokiem spod przymkniętych powiek. Bez złości, bez nerwów. Raczej z czymś, co przypominało czystą, lodowatą obojętność.
— To zasługa — rzucił chłodno. — Nie każdemu trzeba się wiecznie pchać w kadr.
Ezra zaciągnął się raz jeszcze, kończąc papierosa niemal do filtra, a potem niedbale zgasił go o krawędź metalowej barierki i rzucił niedopałek do pobliskiej popielniczki.
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w światła miasta, pulsujące, migające w oddali, jakby Los Angeles oddychało swoim własnym, nierównym rytmem. Wiedział, że Sloane nadal była w środku, że jeszcze przez długie minuty będzie otoczona ludźmi, reflektorami, błyskami fleszy. Ale wiedział też, że prędzej czy później i tak do niego wróci.
OdpowiedzUsuń— No dobra — rzucił Caden, znów zatrzymując się obok niego. Tym razem ton był luźniejszy, choć ironia nie zniknęła. — To co teraz? Masz już na oku nowy projekt, Creighton? Jakaś nowa zbłąkana gwiazda, którą trzeba oszlifować?
Ezra nie odpowiedział od razu. W jego oczach nadal tliło się coś, czego Caden nie potrafił zdefiniować, mieszanka zadowolenia i jakiegoś ukrytego planu. A może to po prostu był jego naturalny stan.
— Chyba zdajesz sobie sprawę, że teraz… to już nie twoje podwórko. Fletcher zaraz pójdzie do większego gracza. Tak działa ten świat, stary. Wyciągniesz ją na powierzchnię, a potem ktoś z grubszym portfelem przyjdzie i zrobi jej miejsce na wielkiej scenie.
Drzwi tarasu otworzyły się lekko z cichym trzaskiem, który Ezra usłyszał, zanim zdążył całkiem zniknąć we wnętrzu. Odwrócił się tylko na moment, wystarczyło, by zobaczyć, że to Sloane. Stała w progu, z lekko rozmazanym makijażem i rumieńcem na policzkach, który nie miał nic wspólnego z zawstydzeniem, a wszystkim z emocjami, które nadal nią wibrowały. Lśniła. Nadal. Cała była tą sceną. Caden skrzywił się teatralnie, a potem rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
— Nareszcie — rzucił z przesadnym westchnieniem, jakby właśnie skończyło się jego oczekiwanie. Podszedł do niej od razu, jakby nie było żadnej przerwy, żadnego dystansu. — Myślałem, że cię tam zakopali pod tymi bukietami.
Zanim Sloane zdążyła coś odpowiedzieć, objął ją ramieniem i bez ceregieli przyciągnął do siebie, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. Caden pochylił się i musnął usta Sloane krótkim, szybkim pocałunkiem.
— Zabieram cię na porządną imprezę. Taką, na jaką zasługuje legenda. Drinki, które się nie kończą i może coś specjalnego — rzucił z uśmiechem, który miał być uroczy, ale Ezra znał tę nutę, był w nim cień zaborczości, którego nie dało się nie zauważyć. Nie zareagował. Stał nieruchomo, oparty bokiem o barierkę, z półprzymkniętymi oczami. Palił drugiego papierosa, którego zapalił od razu po poprzednim. Na jego ustach błąkał się cień uśmiechu, który równie dobrze mógł być cyniczny, co obojętny.
Ezra
[Cześć! :) Już dawno chciałam stworzyć postać związaną z sektą i w sumie popchnęło mnie do tego obejrzenie serialu Niebo. Bardzo dobry, polecam! W sumie nie wiem czy ktoś będzie chciał stworzyć taką fanatyczną postać, więc może nic nie wyrwie jej z Nowego Jorku... Przynajmniej póki co! :D Imię ma bardzo oryginalne, to prawda, ale przynajmniej nadrabia zwyczajnym nazwiskiem. ^^
OdpowiedzUsuńDziękuję ślicznie za przywitanie! Twoje Panie są piękne i patrząc z boku mogłoby się wydawać, że mają cudowne życie. Co prawda pomiędzy naszymi postaciami jest ogromny kontrast, ale gdybyś miała ochotę na wątek, to zapraszam!]
Powder Smith