Tanner Morgan
prawo korporacyjne
gemmolog
Midtown Manhattan
J.D., Columbia Law School
B.A. in Sociology, Columbia University
Graduate Gemologist, GIA
Żeglarstwo regatowe
Rysunek realistyczny
fortepian
szachy
Zgodnie z planem adwokat, który ze swoją gorszą stroną dość dobrze zakotwiczył się w obronie karnej, a także w prawie korporacyjnym. Studia licencjackie z socjologii ukończone na Columbia University. Praktykuje pod szyldem rodzinnej kancelarii Morgan & Miller, która wcześniej mieściła się przy 60 Wall Street, a aktualnie w nowo powstałym budynku przy 270 Park Avenue na 33 piętrze. Przejęcie tej prawniczej spuścizny pozostawia swojemu młodszemu o dziesięć lat bratu, który na razie korzysta z życia i nie śpieszy się do roli zarządcy.
Specjalista od kamieni szlachetnych, który już lata świetlne temu, za sprawą dziadka, odnalazł prawdziwą przyjemność w kolekcjonowaniu kamieni szlachetnych i projektowaniu biżuterii. Dyplomowany gemmolog i jubiler po Gemological Institute of America. W spółce z wieloletnim przyjacielem w 2018 roku założył mieszczący się przy Madison Avenue, między 60th a 80th Street, salon jubilerski M&G Jewellery. Laureat nagrody Jewelers of America CASE Awards 2024, wystawiający swoje prace w Museum of Arts and Design na Manhattanie, gdzie na stałe eksponowane są prace jego dziadka, Johna Paula Millera.
Od 2019 roku papierowy mąż kobiety, z którą interesy połączyły go mocniej niż miłość. Od 2024 roku pozostaje w separacji sądowej, objętej ścisłą umową ugodową, która nakłada na obie strony bezwzględną klauzulę poufności oraz zobowiązanie do wzajemnego poszanowania w przestrzeni publicznej i prywatnej. Ojciec, który cały czas stara się sprostać bez pozorów tej trudnej roli. Opuścił rodzinną rezydencję w Kings Point i zamieszkuje apartament w Central Park Tower na 76 piętrze. Prywatne auto Mercedes-Maybach S680.
Członek organizacji The Innocence Project, która zajmuje się uniewinnianiem osób niesłusznie skazanych oraz trader kamieni szlachetnych zrzeszony w International Gem Society. Zamknął sprawę Briana Bolesa i Charlesa Collinsa – dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Esteta, który w każdym aspekcie życia – od idealnie skrojonego garnituru po szlif brylantu – szuka harmonii, równowagi i piękna. Nie znosi bylejakości, bo wierzy, że forma jest odbiciem treści, a szczegóły mówią o człowieku więcej niż słowa. Bez pamięci oczarowany turmalinami.
W czasach szkolnych reprezentował uczelnie w zawodach pływackich, a na studiach nabierał doświadczenia pod czujnym okiem licencjonowanych prawników działających dla Criminal Defense Clinic. Posiadacz patentów motorowodnych i właściciel jachtu. Dodatkowy język: francuski. Zapach: Clive Christian No. 1.
Dla jednych dupek, dla drugich dupek do zniesienia, a dla tych, którzy naprawdę go znają, człowiek pełen optymizmu i determinacji. Nie udzieli nikomu złotej rady, ale udzieli takiej, która przyniesie pozytywny skutek, choćby wiązała się z pójściem okrężną drogą.
I

Po wyjściu ze szpitala Rei miała ambitny plan udawać przez jeden dzień normalną osobę. Nie pacjentkę czy przypadek medyczny z historią grubszą niż większość historii, które pisała. Chciała być po prostu młodą kobietą z laptopem, nieszczęsną protezą, laską opartą o blat i kawą tak drogą, że ta powinna przynajmniej rozwiązywać część jej problemów.
OdpowiedzUsuńPlan, jak większość jej planów, rozpadł się dość szybko. Konkretnie: jakiś tydzień wcześniej. Bo to wtedy pojechała do Midtown East, w okolice Park Avenue, gdzie szklane wieżowce wyglądały tak, jakby nikt w środku nie miał duszy. Tam, w kawiarence niedaleko JPMorgan Chase Tower, zamówiła kawę, wybrała stolik przy ścianie i otworzyła laptopa z miną osoby, która absolutnie nie miała żadnych ukrytych zamiarów. I wtedy spotkała j e g o; mężczyznę w garniturze, ale nie jedynie „przystojnego nieznajomego”, nie „interesującego bruneta”, nie „mężczyznę o ostrym, przenikliwym spojrzeniu”, bo tak pisała w książkach, kiedy udawała, że posiada godność. W głowie nazwała go po prostu hot gościem w garniturze. I mając wtedy przed sobą tego hot gościa w garniturze, zaczęła pisać; bezczelnie otworzyła Worda, a potem już wszystko ułożyło się samo.
I, oczywiście, że się gapiła, choć bardzo próbowała udawać, że nie, że tylko zerka, a potem zrobiła to kolejny raz i kolejny. Wystalkowała go z zawstydzającą skutecznością, za którą powinna była albo dostać medal, albo ograniczenie dostępu do internetu, bo do wieczora wiedziała już, że nazywa się Tanner Morgan. Nie dlatego, że była jakimś geniuszem, tylko dlatego, że internet najwyraźniej uwielbiał ludzi w garniturach, którzy robili duże rzeczy. O Tannerze Morganie było ostatnio głośno po sprawie Briana Bolesa i Charlesa Collinsa, dwóch mężczyzn, którzy po trzydziestu i dwudziestu dwóch latach odsiadki za zabójstwo zostali oczyszczeni z zarzutów, a ich wyroki unieważniono. Dowiedziała się więc podstawowych rzeczy o hot gościu w garniturze i to powinno jej wystarczyć, ale skoro poświęciła mu tyle czasu, chciała spróbować jakoś z nim porozmawiać, zebrać materiał. Dlatego tydzień później, po kolejnych badaniach w szpitalu, Rei po prostu „przypadkiem” znalazła się w Midtown East, w tej samej kawiarence.
Omiotła spojrzeniem całą przestrzeń, namierzając wzrokiem przystojnego prawnika; siedział przy stoliku pod ścianą, akurat w takim miejscu, że mogła usiąść dość blisko, ale nie tak, żeby było to creepy. Przełknęła ślinę i opierając się o laskę, podeszła do kasy; zamówiła kawę, prawie upuściła portfel, i poprosiła o pistacjowego pączka. Zerknęła w bok, oceniając jeszcze raz miejsce, które chciała zająć; idealny punkt strategiczny, z którego będzie widzieć jego profil, ręce i twarz. Może jednak było to trochę creepy.
Usiadła ostrożnie, odkładając laskę obok krzesła. Była ubrana w czarny top odkrywający nieco brzuch i ramiona oraz spódniczko-spodnie, bo nienawidziła samych spódnic, ale było dzisiaj dość ciepło, więc nie zamierzała pływać we własnym pocie. Poza tym od rana proteza uwierała ją trochę bardziej niż powinna, a Rei mogła znieść tylko jedną irytującą rzecz w ciągu dnia. No i, miała misję. Otworzyła laptopa, kliknęła Worda, a dokument zamrugał pustą stroną.
W tym momencie Tanner Morgan poprawił swoją koszulę przy szyi. Rei spojrzała krótko jego stronę, potem spuściła wzrok do klawiatury i znów zerknęła na mężczyznę.
— Badania terenowe — szepnęła do siebie, jakby to cokolwiek usprawiedliwiało. — To tylko badania terenowe.
Jej palce zawisły nad klawiaturą. Przez chwilę w głowie miała tylko jego dłonie. Długie palce, spokojne ruchy, kontrolę… Więc zaczęła pisać. Nie o Tannerze Morganie, oczywiście. Nigdy w życiu.
Pisała o elfim lordzie, który stał w marmurowej sali tronowej, którego nawet smoki śpiące pod fundamentami pałacu się obawiały; pisała o jego spojrzeniu, które odnalazło bohaterkę między kolumnami i zatrzymało się na niej z taką intensywnością, jakby już wcześniej rozebrał ją z każdego kłamstwa i każdej zbroi. Po trzech zdaniach zrobiło się zdecydowanie zbyt gorąco. Przełknęła łyk kawy, skrzywiła się, bo była za mocna, i zerknęła znad ekranu. Tanner właśnie patrzył w jej stronę. Rei zamarła z palcami na klawiaturze i otwartym dokumentem, w którym fikcyjny mężczyzna właśnie miał położyć fikcyjnej kobiecie dłoń na udzie.
Usuń— O nie… — powiedziała bardzo cicho, spuszczając głowę i próbując zrobić się niewidzialna. Cholera!
Rei Bothwell ☕👀
Rei przestała pisać dokładnie w połowie zdania i to nie dlatego, że skończyła myśl czy nagle zabrakło jej weny. Po prostu cień padł po stoliku, przy którym siedziała, a potem krzesło naprzeciwko odsunęło się z tym krótkim, cichym szurnięciem, które w jej głowie zabrzmiało jak teatralne odsłonięcie kurtyny przed egzekucją. Podniosła wzrok. Tanner Morgan siedział naprzeciwko niej. Tanner Morgan, którego tydzień wcześniej nazwała w notatkach „mrocznym, elfim lordem”, „smokiem w garniturze” i, w jednym szczególnie haniebnym przypływie szczerości, „facetem, który wygląda tak, jakby potrafił zniszczyć człowieka jednym spojrzeniem”. Laptop między nimi nagle wydał jej się za małą barierą.
OdpowiedzUsuń— Ooo... — powiedziała, zanim w ogóle pomyślała, jak zareagować. Bardzo błyskotliwie, Reilynn, bardzo literacko. Pulitzer właściwie sam powinien spaść z nieba i uderzyć ją w łeb.
Przez sekundę miała ochotę zatrzasnąć laptopa, ale to wyglądałoby podejrzanie. Zerknęła w ekran – tam elf właśnie pochylał się nad bohaterką i mówił bardzo, ale to bardzo gorące, kuszące rzeczy. Rei przesunęła palcem po touchpadzie i zupełnie przypadkiem zaznaczyła cały akapit. Świetnie.
Wytrzymała jego spojrzenie może trzy sekundy. Cztery, jeśli liczyć tę pierwszą, w której jej mózg jeszcze nie zarejestrował, że Tanner Morgan właśnie usiadł naprzeciwko niej i zaczął oglądać ją z taką samą bezczelną dokładnością, z jaką ona wcześniej. O co mu chodziło? Mrugnęła wolno, mając nadzieję, że gdy znów otworzy oczy, to wszystko okaże się jakimś snem, ale nie, bo hot facet w garniturze wciąż tutaj był. I się patrzył.
Rei otworzyła usta i… zamknęła je, potem spojrzała na niego z taką miną, jakby właśnie bardzo uprzejmie położył jej na stole dowód rzeczowy A, B i C, które zdecydowanie ją obciążały. Potrzebowała prawnika, ale nie takiego z urzędu, lepszego, który wyciągnąłby jej z tej sytuacji.
— Obserwacji z odległości — powtórzyła powoli, gryząc przez moment dolną wargę. — To bardzo poważne oskarżenie, panie Morgan — powiedziała w końcu, odrobinę unosząc brodę. — Zwłaszcza wobec osoby, która przyszła tu wyłącznie po kawę i miejsce z gniazdkiem.
Jej spojrzenie mimowolnie uciekło do jego rąk, potem do szyi i wróciło do jego twarzy z opóźnieniem tak kompromitującym, że równie dobrze mogła od razu przyznać się do wszystkiego i poprosić o najniższy wymiar kary.
— Poza tym — dodała, zasłaniając klawiaturę laptopa swoimi dłońmi, jakby chroniła tajne akta państwowe, a nie scenę z elfim lordem, który zdecydowanie miał ochotę dobrać się do majtek swojej wybrance — gdyby był pan mniej interesujący, problem rozwiązałby się sam.
Wzięła głębszy wdech, mocniej ugryzła się w usta i szybko dodała:
— To nie zabrzmiało tak, jak miało zabrzmieć.
Nie, zdecydowanie nie zabrzmiało. W jej głowie miało być lekkie, błyskotliwe, może nawet odrobinę wyniosłe. W rzeczywistości zabrzmiało jak przyznanie się do winy z próbą flirtu w tle, co było szczególnie żenujące, bo Rei nie flirtowała. Rei jedynie pisała flirt. W jej historiach bohaterki zawsze wiedziały, kiedy spuścić wzrok, kiedy odpowiedzieć szeptem i kiedy milczeć tak, żeby milczenie znaczyło więcej niż całe akapity dialogu. W prawdziwym życiu Rei potrafiła najwyżej powiedzieć coś niepokojącego lub żenującego i potem wyglądać, jakby chciała zapaść się pod ziemię.
Oparła się ostrożnie o krzesło, uważając na protezę, i spróbowała przywołać jakąś jedną ze swoich stoickich min, ale wyszło coś między bezczelnością, paniką i rumieńcem, który stanowczo nie był częścią jej wizerunku.
Usuń— Reilynn Bothwell. Pisarka — wyrzuciła z siebie, jakby to miało załatwić sprawę, a w myślach dodała: I recydywistka w zakresie romantyzowania obcych mężczyzn w garniturach. Zaraz potem zacisnęła usta, po czym odchyliła się ostrożnie na krześle, uważając na protezę i laskę opartą o stolik. Przez ułamek sekundy miała ochotę dodać coś normalnego, dorosłego, na przykład, że miło go poznać albo że przeprasza, jeśli poczuł się niekomfortowo. Albo że to wszystko jest zabawnym nieporozumieniem, a ona wcale nie sprawdzała w internecie ani jego, ani kancelarii, w której pracował. Niestety, jej usta jak zwykle nie skonsultowały się z rozsądkiem.
— Nie śledzę pana zawodowo — powiedziała, a potem zaśmiała się nerwowo. — Ani prywatnie. To znaczy… nie śledzę pana w… właściwie w żadnym sensie. To… trudno nie wiedzieć, kim pan jest. W internecie jest o panu wiele artykułów, zdjęć, a algorytm bywa potwornie bezlitosny. Klikniesz w jakiś post, a potem przeglądarka proponuje tego więcej i więcej.
Urwała, czując, że każde kolejne słowo nie tyle ją usprawiedliwia, ile kopie pod nią coraz głębszy dół. Spojrzała na niego ostrożnie, tym razem bez wcześniejszej bezczelności, choć rumieniec wciąż trzymał się jej policzków z uporem godnym osobnej diagnozy. Może naprawdę była wariatką?
— Więc tak, wiem, jak się pan nazywa i gdzie pan pracuje. Co brzmi fatalnie, kiedy mówię to na głos, ale to naprawdę nie miało być… aż takie dziwne — wymamrotała, a potem poruszyła się nieco, zdecydowanie niefortunnie, bo jej laska upadła, a Rei schylając się po nią, przywaliła głową w stolik z wyraźnym syknięciem; gdy to się stało, pistacjowy pączek poturlał się po stole i spadł w stronę prawnika, bezczelnie brudząc mu spodnie, a Reilynn widząc to, wlazła pod blat, aby zabrać tego zdradzieckiego pączura. Gdy to zrobiła i faktycznie złapała uciekiniera, okazało się, że wylądowała pod stołem, między nogami Tannera Morgana. Uniosła wzrok właśnie w tej pozycji i od razu tego pożałowała, bo to nie był dobry pomysł, to był tragiczny pomysł.
Rei siedziała więc pod stolikiem, z pączkiem w ręku, czerwonym czołem, jeszcze bardziej czerwonymi policzkami i spojrzeniem utkwionym w mężczyźnie, którego chwilę wcześniej próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką.
— Przepraszam… — wydukała.
Rei Bothwell 🍩🫣
Reilynn przez chwilę naprawdę rozważała zostanie pod stołem na stałe. Mogłaby tam nawet zamieszkać, przyjąć nową tożsamość i zostać niewielkim, wstydliwym stworzeniem żywiącym się resztkami pistacjowych pączków i cudzą dezaprobatą. Byłoby to, szczerze mówiąc, mniej kompromitujące niż wyłanianie się teraz spod blatu, między nogami Tannera Morgana i z pączkiem w ręce.
OdpowiedzUsuńZerknęła w jego stronę spod stołu z miną kogoś, kto właśnie usłyszał bardzo trafną diagnozę i nie miał żadnego prawa się z nią kłócić. Imponujące zamieszanie. To brzmiało dość... ładnie i łagodnie.
— Dziękuję — powiedziała w końcu. — Staram się przekraczać oczekiwania.
Chciała, żeby zabrzmiało to nonszalancko, ale Rei zdecydowanie nie była nonszalancka, szczególnie w tym momencie. Jej spojrzenie również powędrowało do pistacjowej smugi, po czym natychmiast wróciło do twarzy prawnika, bo patrzenie na jego udo w tej konkretnej konfiguracji było jednym z tych pomysłów, które powinny zostać zakazane prawnie i moralnie. Czuła, że ma gorące policzki, czoło ją obolało, a proteza zaczęła uwierać jeszcze bardziej.
— I przepraszam za spodnie — dodała szybko. — Naprawdę. Nie wiem, ile kosztuje czyszczenie czegoś, co wygląda, jakby miało własnego księgowego, ale zapłacę. Albo… odkupię.
Spojrzała przelotnie w bok, jakby naprawdę oceniała, czy ktoś z kawiarni patrzy w ich stronę. Kilka osób było zajętych kawą, laptopami lub rozmową. Tanner Morgan miał jednak rację, a to było bardzo irytujące, bo wyglądał jak człowiek, który miewał rację zbyt często i prawdopodobnie nigdy nie przepraszał za to wystarczająco. Poruszyła się lekko, żeby wreszcie wydostać się spod blatu, ale zanim zorientowała się, co zrobiła, było już za późno. W jakimś amoku, zamiast ruszyć tyłek w tył, to poszła do przodu, opierając palce o kolano prawnika i przysunęła się bliżej tak, że jej twarz znalazła się mniej więcej przy jego brzuchu. Niebezpiecznie blisko. Absurdalnie wręcz blisko! Tak blisko, że gdyby ktoś teraz spojrzał pod stolik, nie istniałoby absolutnie żadne wyjaśnienie, które nie brzmiałoby jak kłamstwo wymyślone przez osobę przyłapaną na gorącym uczynku.
Rei powoli uniosła wzrok. Najpierw zobaczyła koszulę, potem marynarkę i zdążyła nawet policzyć te kilka guzików, ostatecznie dotarła do jego twarzy i natychmiast pożałowała, bo z tej perspektywy Tanner Morgan wyglądał jeszcze bardziej jak mroczny lord, który albo poderżnie głównej bohaterce gardło, albo ją zerżnie – Reilynn prawie zadławiła się własną śliną. Dopiero po sekundzie odsunęła się i cofnęła rękę tak gwałtownie, jakby materiał nagle zaczął ją parzyć.
— Przepraszam. To nie było… — wymamrotała. Patrząc w jego stronę w ten sposób, znalazła się w takiej pozycji, której jej wyobraźnia nie powinna dostawać za darmo w miejscu publicznym. Hot facet w garniturze i klęcząca przed nim Reilynn Bothwell? Byłaby głupia, gdyby nie opisała tej sceny w książce, ale w tym momencie najprawdopodobniej powinna po prostu wstać i nie umrzeć ze wstydu.
W końcu, po serii ruchów godnych głośnego i rannego nietoperza, wycofała się w swoją stronę stolika. Najpierw zahaczyła ramieniem o blat, a potem prawie zrzuciła własną torbę. Na koniec udało jej się złapać laskę i podciągnąć z powrotem na krzesło, z twarzą czerwoną od wysiłku i zażenowania. Pączek znów zajął talerz, a Rei wzięła głębszy oddech i sięgnęła po kilka serwetek, aby zetrzeć z palców lukier, ale akurat jeden z opuszków liznęła, bo cholernie szkoda było jej tego pączka. Dopiero po sekundzie zorientowała się, co zrobiła. Zamarła z palcem przy ustach. Oczywiście, oczywiście, że po wyjściu spod stołu, po dotknięciu kolana obcego prawnika, po zbrudzeniu mu spodni pistacjowym kremem i po próbie przekonania go, że wcale go nie śledziła, musiała jeszcze oblizać palec na jego oczach. Odchrząknęła cicho.
Usuń— Gdyby zastanawiał się pan, czy pączek byłby dobry, to lukier jest całkiem niezły — powiedziała, czerwieniąc się mocno, jeszcze bardziej niż wcześniej.
I natychmiast zapragnęła cofnąć czas o jakieś trzydzieści sekund. Albo trzydzieści lat. Cokolwiek, byle nie musieć siedzieć naprzeciwko Tannera Morgana z serwetką w dłoni, pistacjowym lukrem na palcach i świadomością, że właśnie wypowiedziała zdanie, które w jej książkach mogłoby być początkiem bardzo niewłaściwej sceny.
— Przestanę mówić… — zdecydowała po chwili. — To prawdopodobnie najlepsze, co mogę panu teraz zaoferować.
Rei Bothwell 🫠🪑
Reilynn spojrzała najpierw na jego dłoń obejmującą jej nadgarstek i na chwilę… przestało być zabawnie. Nie dlatego, że zrobił jej krzywdę, bo tak nie było, ujął ją pewnie, ale nie mocno; bardziej zatrzymał niż przytrzymał, bardziej zaznaczył swoją obecność, niż cokolwiek wymusił. A jednak ten gest przeszedł przez nią zaskakująco wyraźnie, jak drobny impuls, który nie powinien mieć żadnego znaczenia, a mimo to nagle rozlał się ciepłem pod skórą. Rei poczuła własny puls dokładnie tam, gdzie opierały się jego palce. Przez sekundę nie myślała o pączku, plamie, laptopie ani o tym, że przed chwilą się koszmarnie wygłupiła i zapewne zniszczyła sobie reputację. Myślała tylko o tym, że Tanner Morgan trzyma jej nadgarstek, a ona zamiast natychmiast cofnąć rękę, siedziała nieruchomo i próbowała zrozumieć, dlaczego ten prosty dotyk tak skutecznie zabrał całą jej uwagę. Z całą pewnością się tego nie spodziewała, chociaż mogłaby się domyślić, że hot facet w garniturze bardziej brał, co chciał, niż pytał o pozwolenie. Przechyliła lekko głowę. W tym momencie bohaterki jej książek mówiły oś błyskotliwego, coś, co pozwalało zachować przewagę. Rei natomiast przez jedną fatalną sekundę poczuła się tak, jakby była zupełnie bezbronna.
OdpowiedzUsuńGdy zabrał jej serwetkę, otworzyła usta, aby jakoś to skomentować, a potem je zamknęła, bo tak właściwie nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć. Wszystko wydawało się nieodpowiednie. Spojrzała na odłożoną serwetkę, na prawnika i znów na serwetkę, jakby ten biedny, zmięty kawałek papieru był ostatnią rzeczą, która stała między nią a pełnowymiarowym przesłuchaniem albo aktem oskarżenia. Czy Tanner Morgan mógłby jej zarzucić atak pistacjowym pączkiem i pociągnąć do rekompensaty za straty materialne i nie tylko? Rei spięła się lekko, gdy o tym pomyślała.
— Bardzo dużo to przesada — powiedziała ostrożnie. — Mam panu do opowiedzenia najwyżej kilka rzeczy, może kilkanaście. To zależy, czy rozmawiamy koleżeńsko, czy jednak zamierza mnie pan pozwać za… to wszystko.
Próbowała mówić lekko, ale jej nadgarstek wciąż czuł jego palce. Nie trzymał jej już, a jednak skóra w tamtym miejscu wydawała się dziwnie czuła, co albo było wynikiem tego, że Rei naprawdę rzadko z kimkolwiek się dotykała, albo Tanner Morgan czymś ją zaraził. Zmierzyła męską sylwetkę spojrzeniem, próbując to ocenić; zdecydowanie nie wyglądał tak, jakby był chory, ba, wyglądał jak cholerny prawniczy bóg, jak ucieleśnienie prawniczych tekstów, które zapewne nie brzmiałyby nudno, gdyby to Morgan je wypowiadał.
— To… cóż, wspomniałam już, że nazywam się Reilynn Bothwell i jestem pisarką — odpowiedziała, podnosząc wzrok do twarzy prawnika. — I zanim przejdziemy dalej… czy może mi pan mówić po imieniu? — spytała cicho, czując się nieco dziwnie, gdy zwracał się do niej tak oficjalnie. Wiedziała, że robił to, bo tak nakazywały maniery, ale była osobą, która obejrzała sobie jego spodnie i krocze z takiego bliska, że zachowywanie surowego dystansu byłoby wręcz karykaturalne.
— Piszę… piszę tekst o prawnikach — mruknęła, uciekając nieco wzrokiem. Kłamstwo, cholerne kłamstwo, ale co innego miała powiedzieć? Oparła się ostrożnie o krzesło, próbując wyglądać jak osoba, która nie ma na ekranie żadnego elfiego lorda, żadnego napięcia w marmurowej sali tronowej i absolutnie żadnych opisów rąk inspirowanych człowiekiem siedzącym naprzeciwko.
— Potrzebowałam… informacji — przyznała po chwili, unosząc wzrok, aby posłać mu krótkie spojrzenie. — Ale takich ogólnych. Nie znam zbyt wielu prawników, więc chciałam się czymś zainspirować, ale też poznać pana w warunkach, w których byłby pan sobą. Jasne, mogłabym umówić spotkanie, ale czy wtedy miałabym pewność, że pan to prawdziwy pan? Lubię naturalność i szczerość w gestach i czynach, bo… to odświeżające i inne od wizerunku, który próbuje się kreować. Interesuje mnie właśnie to; to, jak ktoś odkłada filiżankę, jak poprawia mankiet czy jak zmienia się jego twarz, gdy się zamyśla. Jest pan po prostu… inspirujący.
UsuńMówiąc to wszystko, ostrożnie spojrzała mu w oczy, jakby dopiero teraz sprawdzała, czy jej tłumaczenie w ogóle miało szansę być wzięte pod uwagę. Tanner Morgan wyglądał jak człowiek, który potrafił usłyszeć kłamstwo między jednym słowem a drugim, nawet jeśli zostało ładnie opakowane, więc mogło być z tym różnie.
— Chociaż zdaję sobie sprawę — dodała ciszej — że po pączku, pańskich spodniach i mojej wycieczce pod stół… cóż, może źle zaczęliśmy, ale obiecuję, że najgorsze już za panem. Więc? Może napije się pan jeszcze kawy?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Reilynn wstała z miejsca, aby tę kawę zamówić. Nie zrobiła tego szybko. Po pierwsze dlatego, że po ostatnich pięciu minutach każdy gwałtowny ruch powinien zostać jej prawnie zakazany, po drugie dlatego, że wstawanie z protezą wymagało od niej krótkiej negocjacji z własnym ciałem. Najpierw przesunęła laskę bliżej, potem oparła dłoń o blat, wyprostowała prawą nogę i dopiero wtedy uniosła się ostrożnie. Proteza lewej nogi zaczynała się wysoko, powyżej kolana, ukryta częściowo pod materiałem spódniczko-spodenek i czarną osłoną, która znikała pod brzegiem ubrania przy udzie. Nie była krzykliwa ani ozdobna, a matowa, funkcjonalna, z metalicznymi elementami. Rei nosiła ją tak, jakby była czymś zupełnie zwyczajnym.
— Zanim pan zaprotestuje — rzuciła przez ramię, próbując brzmieć lekko — to nie jest to łapówka, raczej odszkodowanie.
Ruszyła w stronę lady, a tam zamówiła dwie kawy; dla siebie coś zbyt słodkiego, żeby udawać dorosłą osobę z gustem, dla niego czarną, bo oczywiście wyglądał jak mężczyzna, który pije tylko taką. Potem spojrzała na gablotę z wypiekami i zawahała się na widok pistacjowych pączków. Powinna była wybrać coś innego, cokolwiek innego, ale cóż, była tylko sobą.
— I jeszcze dwa pistacjowe pączki — powiedziała.
Kiedy wróciła do stolika, postawiła przed prawnikiem kawę, potem usiadła z powrotem, pilnując, żeby laska nie powtórzyła wcześniejszego zamachu stanu.
— Proszę — odezwała się, podsuwając mu talerzyk. — Pokojowy pączek.
Rei Bothwell 🙃☕
Rei odwróciła ekran minimalnie w jego stronę, ale drugą ręką natychmiast przesunęła talerzyk z pączkiem, jakby próbowała odwrócić uwagę prawnika cukrem. Podejrzewała, że nie jadał zbyt często takich rzeczy, bo zapewne gdyby to robił, garnitur nie układałby się tak dobrze. Doskonale mogła sobie wyobrazić, co się kryło pod materiałem i zdecydowanie nienawidziła tego, jak proste to dla niej było.
OdpowiedzUsuń— Najpierw pączek — powiedziała stanowczo. — Konsultacje konsultacjami, ale nie może pan opiniować tekstu tak po prostu.
Pączek leżał między nimi jak miękka, pistacjowa propozycja ugody. Albo jak kolejny dowód rzeczowy, który Reilynn bardzo chciała wcisnąć stronie przeciwnej.
— Proszę nie patrzeć na niego z taką rezerwą. Nie brał udziału w poprzednim incydencie, ma czystą kartotekę. — Przesunęła talerzyk jeszcze o centymetr. — Poza tym kupiłam go dla pana. Odmowa byłaby… rozczarowująca.
Dopiero wtedy dotarło do niej coś jeszcze. Coś, co przewijało się od początku tej rozmowy, ale dopiero teraz, kiedy próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, zaczęło ją to mocniej drażnić. Zmrużyła oczy i odchyliła się odrobinę na krześle.
— I nadal mówi pan do mnie „pani” — zauważyła, wskazując w jego stronę palcem. — Prosiłam, żeby mówił mi pan po imieniu. — Jeszcze bardziej zmrużyła oczy. — Reilynn — przypomniała mu, bo może zapomniał jej imienia. — Może być też po prostu Rei. Jeśli już siedzi pan przy moim stoliku, każe mi pan mówić, żąda wglądu w tekst i został pan zaatakowany przez mojego pączka, to chyba możemy uznać, że oficjalny ton nie jest potrzebny?
Spojrzała znacząco na pączka, którego dla niego kupiła. Ładny, okrągły pączek, który smakował całkiem nieźle, biorąc pod uwagę to, że Rei wcześniej zlizała nieco polewy z poprzedniego. Szkoda by było, gdyby Tanner Morgan w ogóle nie przekonał się o tym, że naprawdę czuć było tutaj pistacje.
— Proszę go nie ignorować — powiedziała. — Nie zasłużył na takie chłodne traktowanie tylko dlatego, że jego kuzyn popełnił przestępstwo przeciwko pańskim spodniom.
Rei wbijała wzrok w Tannera przez chwilę, po czym otworzyła lekko oczy z nagłym, bardzo podejrzanym ożywieniem. Najwyraźniej coś w jej głowie kliknęło. Coś głupiego. Coś, czego rozsądna kobieta nie powinna robić mężczyźnie, którego dopiero co próbowała przekonać, że wcale nie jest wariatką. Sięgnęła po drugą serwetkę, tę, którą dostała przy kupnie kawy, i przedzieliła pączka na pół. Jedną część podsunęła bliżej prawnika, robiąc to tak, jakby dzieliła się z nim jedzeniem co tydzień, właśnie w tym konkretnym dniu.
— Dobrze… — oznajmiła. — Nie musi pan zjeść całego. Wystarczy pół. Albo ćwierć. Albo jeden gryz.
Odczekała sekundę, ale Tanner nie ruszył nawet palcem. Westchnęła głęboko, jak osoba zmuszona do podjęcia ostatecznych środków.
— W porządku. Skoro negocjacje pokojowe zawiodły…
Wzięła kawałek pączka w palce, nachyliła się nad stolikiem i uniosła słodkie ciasto w jego stronę. Nie całkiem do ust, nie była aż tak bezczelna. Jeszcze. Zatrzymała dłoń w połowie, ale wystarczająco blisko, by intencja była jasna i absolutnie niemożliwa do zignorowania.
— Jeden gryz — powiedziała cicho, z powagą kogoś, kto składał propozycję ugody w naprawdę trudnej sprawie. — Zanim zostanę zmuszona do wpisania w moich notatkach, że Tanner Morgan boi się pączków. — Kącik jej ust drgnął. — Poza tym kupiłam kawę, pączka i publicznie zrujnowałam sobie godność, więc naprawdę uważam, że jeden mały gryz jest rozsądną ceną za zakończenie naszego małego konfliktu. Chcę dobrze zacząć naszą przyjaźń.
Zawahała się, a potem jej twarz nagle rozjaśniła się tym szczególnym rodzajem ekscytacji, który dopadał ją zawsze wtedy, kiedy mogła wyciągnąć z głowy zupełnie niepotrzebną informację i użyć jej jako argumentu.
— W niektórych kulturach zjedzenie posiłku od gospodarza potwierdzało czyste intencje, na przykład w Grecji była xenia, to taka święta gościnność. Jeden gryz i oficjalnie uznam, że nie jest pan moim wrogiem — dodała szybko. Przesunęła kawałek pączka odrobinę bliżej, nadal trzymając go między palcami.
Poruszyła się nieco, aby wyciągnąć się bardziej i uniosła wysoko jedną brew, oczekując, że prawnik ostatecznie zje tę małą część słodkiego ciasta. Obserwowała dokładnie jego twarz, próbując wyczytać z niej cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że naprawdę ma problem z pączkami. Spojrzała Tannerowi w oczy; i zapewne dla niektórych byłby to sygnał, żeby odpuścić, bo mężczyzna nie wyglądał, jakby miał zamiar się złamać, raczej jakby chciał ją wsadzić do wariatkowa za bezczelność, głupotę i bycie uosobieniem chaosu, ale Reilynn wcale się nie wycofała. Uśmiechnęła się szerzej, niemalże przyjaźnie i zdecydowanie niewinnie, trzymając część pączka w palcach, prawie tuż przy ustach prawnika, wyginając się w jego stronę tak, że musiała opierać drugą dłoń o stolik, żeby się nie przewrócić. I jedynie Bóg wiedział, ile czasu minie, zanim jej się ta ręka zmęczy, a Rei uderzy twarzą w blat. Może właśnie to chciał sprawdzić Tanner Morgan?
Usuń— Najpierw pączek, a potem pokażę tekst — oznajmiła, ruchem głowy pokazując słodycz, a chwilę później podniosła wzrok, żeby ponownie spojrzeć Tannerowi w oczy. To był dobry moment, żeby móc dobrze przyjrzeć się jego tęczówkom i odpowiednio je opisać; Rei zawsze miała słabość do oczu w swoich książkach. Opisywała je bezwstydnie, przesadnie i z pełną świadomością. Oczy jej bohaterów bywały koloru burzy nad morzem, mokrego granitu albo srebra przygaszonego popiołem. Potrafiła poświęcić im pół strony i udawać przed redaktorką, że to tylko budowanie atmosfery. Ale oczy Tannera były trudniejsze i to nie dlatego, że brakowało im wyrazu. Przeciwnie. Miały w sobie coś zbyt spokojnego, zbyt uważnego, jakby nie tylko patrzył, ale od razu układał z obserwacji kompletny obraz. To nie były oczy elfiego lorda, a człowieka, który wydawał się nie mniej realny niż jej fikcyjny bohater.
Rei Bothwell 😇🙌
Reilynn znieruchomiała tylko na chwilę. Nie dlatego, że poczuła się winna, no, może trochę, minimalnie, w zakresie tego, jak bardzo nie umiała powstrzymać własnego chaosu i poskromić natury bycia życiową pomyłką, jednak to wcale nie sprawiało, że miała zamiar pozwolić Tannerowi Morganowi budować z tego wszystkiego jakąś sprawę o prześladowaniu, wtargnięciu w życie i zagrożeniu dla porządku publicznego. Wolno opuściła rękę z pączkiem, ale nie odsunęła się od razu jak spłoszone zwierzę. Po prostu odłożyła kawałek, wzięła serwetkę i wytarła palce z lukru, patrząc w stronę prawnika z czymś między rozbawieniem a niedowierzaniem.
OdpowiedzUsuń— Okej — powiedziała po chwili. — Przyjmuję do wiadomości, że nie zostaniemy dziś najlepszymi przyjaciółmi. To… cóż, bolesne, ale jakoś będę musiała z tym żyć. Natomiast proszę nie robić ze mnie stalkerki tylko dlatego, że jest o panu wiele informacji w internecie i najwidoczniej ma pan sporego pecha, skoro mnie pan spotkał.
Odchyliła się na krześle, układając dłoń przy brzegu stolika. Uśmiech wrócił, nie pokazując, żeby słowa Tannera Morgana trafiły w jej jakiś czuły punkt, bo tak nie było. Rei raczej nie miała słabych punktów, lubiła myśleć, że posiadała co najwyżej miejsca strategicznie niewygodne, których nie należało dotykać bez wcześniejszego ostrzeżenia i pełnego ubezpieczenia od szkód emocjonalnych. Poza tym też potrafiła zrozumieć jego reakcję i to, że ani trochę nie podobało mu się to wszystko; był poważnym facetem w poważnym garniturze, z poważną miną i poważną aktówką, który zapewne prowadził swoje poważne, ułożone życie i unikał takich pokrak jak ona, tylko że jego świat z całą pewnością nie był tylko poważny i Rei była przekonana o tym, że Tanner Morgan nie miał aż tak wielkiego kija w tyłku.
— Wie pan co? — odezwała się po chwili z lekkim, niemal uprzejmym uśmiechem. — Doceniam jasność komunikatu. Naprawdę. Jest pan bardzo precyzyjny w byciu niemiłym. I przyjmuję, że nie chce pan przyjaźni, pączka, czy mówić mi po imieniu, ani… jak to pan ujął? Brać udziału w przedstawieniu, o. Trochę szkoda, bo przedstawienie miało potencjał, a pączek był naprawdę dobry, ale nie można mieć wszystkiego.
Sięgnęła po swoją połowę pączka i ugryzła ją ze zaskakującym spokojem. Przez moment żuła w milczeniu, bardzo wyraźnie pokazując, że jeśli już ktoś miał ponieść konsekwencje tej cukierniczej porażki, to będzie to ona. Potem przesunęła wzrokiem po drugiej połówce, tej odrzuconej, samotnej i nieszczęśliwie nietkniętej.
— Poza tym może ja naprawdę chciałam się zaprzyjaźnić? — dodała po chwili, niby lekko, ale jednak wystarczająco wyraźnie, żeby nie dało się tego całkiem obrócić w żart. — Wiem, radykalna koncepcja. Poznawanie nowych osób w kawiarence? Jedzenie pączków? Darmowa kawa? Proszę mnie za to pozwać.
Dokończyła swój kawałek, po czym, z miną osoby podejmującej ważną decyzję życiową, sięgnęła po drugą połówkę.
— Skoro pan nie chce, to trudno. Nie będziemy marnować jedzenia tylko dlatego, że relacje międzyludzkie w Ameryce upadły.
Oderwała niewielki fragment słodkiego ciasta i wsunęła go do ust. Niemal od razu było widać, że przeceniła swoje możliwości. Zatrzymała się, przeżuła powoli, popiła kawą i spojrzała w stronę Tannera Morgana znad kubka z godnością człowieka, który nie przegrał, tylko chwilowo napotkał przeszkodę.
— Chciałam być miła — powiedziała w końcu. — W idiotyczny sposób, najwyraźniej. Ale jednak miła. — Odstawiła kawę i sięgnęła do laptopa, gdy prawnik schwycił swoją aktówkę. Zapewne chciał wyjść, ale skoro już miał ją za stalkerkę i wariatkę, to zasłużył, aby przeczytać to, co udało jej się napisać. I tak zapewne już nigdy się nie zobaczą, więc co to za różnica?
— Skoro już i tak zostałam oskarżona o bycie jednoosobowym zagrożeniem dla pańskiego spokoju, to proszę. Niech pan zobaczy ten rzekomy tekst o prawnikach — mruknęła i obróciła ekran w jego stronę, pokazując mu fragment. Trzymała jednak dłonie tak, aby w razie potrzeby móc zatrzasnąć komputer i udawać, że to niewinny wstępniak do jakiejś znaczącej sceny.
UsuńW tekście nie było oczywiście ani jednego prawnika. Był za to marmur, nocne niebo za wysokimi oknami i mężczyzna, który stał za kobietą tak blisko, że cień jego sylwetki przykrywał jej ramiona: Lord Vael nie musiał podnosić głosu, żeby cała sala zamilkła. Wystarczyło, że objął Elarę w talii. Jego palce przesunęły się nieznacznie po materiale jej sukni, nie dalej, niż pozwalała przyzwoitość, ale wystarczająco, by Elara zapomniała, jak się oddycha. Powinna była się odsunąć. Powinna była przypomnieć mu, że nie należała do nikogo, lecz zamiast tego zacisnęła palce i pozwoliła, by jego druga dłoń odnalazła jej nadgarstek, dokładnie tam, gdzie puls zdradzał wszystko, czego usta nie chciały powiedzieć...
Wiedziała, co jest tam napisane, dlatego głupio się czerwieniła, poza tym nie sądziła, że ten konkretny fragment tekstu cokolwiek mógłby zmienić w tym, jak postrzegał ją Tanner Morgan, bo prowadził do spicy sceny, a inspiracją dla lorda Vaela był prawnik, który zapewne nie znosił jej całym sobą. Rei wiedziała już, że owy lord nie będzie lubić słodyczy i że najpewniej stanie się nieco bardziej opryskliwy – kobiety, które czytały jej historie, lubiły takich mężczyzn, szczególnie gdy ta opryskliwość stawała się mniejsza z każdym rozdziałem, aż w końcu zastępowały ją troska, pożądanie i miłość.
Rei Bothwell 👑😳
Żeby przyjaźń mogła zaistnieć, muszą chcieć tego dwie osoby. Doskonale o tym wiedziała, choć sądziła, że czasem trzeba było wyciągnąć do kogoś rękę, ewentualnie po prostu przepchnąć się i zająć sobie wygodne miejsce. Raczej domyślała się, że Tanner Morgan miał sporo znajomych i pewnie nie potrzebował kolejnych, ale Rei niedawno wyszła ze szpitala, a ze szpitala wychodziło się zawsze trochę inaczej, niż się do niego wchodziło. Niby wciąż było się tą samą osobą, z tym samym nazwiskiem, tym samym numerem telefonu i tą samą twarzą w lustrze, ale świat poza sterylnym budynkiem wydawał się dziwnie obcy. Poza tym miała dość bycia kimś, do kogo odzywało się tylko wtedy, kiedy wypadało zapytać o zdrowie, bo choroba wcale jej nie definiowała. Może dlatego przesadziła, może dlatego uczepiła się tej głupiej kawiarni, prawnika z artykułów i może dlatego pomyliła ciekawość z odwagą, a odwagę z nachalnością. Ale to nadal nie znaczyło, że przyszła tutaj z jakimś złym zamiarem. Chciała kogoś poznać, tylko że po swojemu, czyli niezgrabnie, za głośno i z kompletnym brakiem umiaru. I tak po ludzku wyciągnęła rękę, którą Tanner Morgan elegancko odrzucił – i to też było w porządku.
OdpowiedzUsuńReilynn zatrzymała pączka przy ustach, którego zaraz potem z trudem przełknęła. Przez chwilę uważnie patrzyła w stronę prawnika, jakby próbowała zdecydować, czy właśnie usłyszała komplement.
— Dość pogodna — powtórzyła, a potem, ku własnej zgubie, uśmiechnęła się szerzej. Oderwała kolejny, znacznie mniejszy kawałek pączka, bo po ostatniej próbie jej organizm wyraźnie zasugerował, że dalsza walka wymaga strategii. Już i tak czuła, że jest jej za słodko. — Uznam to za komplement. To i tak dużo po tym, jak oskarżył mnie pan o potencjalny stalking i odmówił udziału w grecko-pistacjowym rytuale pojednania.
Gdy Tanner Morgan zaczął czytać tekst, Reilynn, niestety, zaczęła czerwienić się jeszcze bardziej niż chwilę wcześniej. To było okropne! Jej własna twarz wystąpiła przeciwko niej i była żywym dowodem zawstydzenia i być może zażenowania. I to nie tak, że Rei nie przyznawała się do swoich tekstów, wręcz przeciwnie, jednak nigdy nie siedziała naprzeciwko kogoś, kto był inspiracją do bohatera, którego stworzyła.
— To… jest bardzo dobre pytanie — przyznała Reilynn z przesadną powagą, gdy zapytał o to, co mają wspólnego prawnicy z bohaterami fantasy, których stworzyła. — I cieszę się, że pan je zadał.
Nie cieszyła się, wcale się nie cieszyła. Najchętniej zatrzasnęłaby laptopa, wsunęła go do torby, wypiła całą kawę jednym haustem i ewakuowała się stąd w tempie, którego jej proteza i laska zapewne by nie udźwignęły.
— Był pan inspiracją — odpowiedziała, wzruszając lekko ramieniem, jakby było to oczywiste. — Nie jest pan Lordem Vaelem, to byłoby absurdalne. Lord Vael ma smoka, zamek, skomplikowaną linię sukcesji i prawdopodobnie więcej peleryn niż pan garniturów. Ale jest elfem, który zawsze walczy do końca, wie, co powiedzieć, aby poruszyć tłumy i przede wszystkim jest sprawiedliwy i nie cofa się przed niczym. Jest odważny, zamienia strach w siłę i nie jest typowym dupkiem, znaczy się... bywa dupkiem, ale jest też troskliwy.
Spięła się lekko, gdy nazwał ją panią Bothwell, jakby miała z pięćdziesiąt lat i spisywała właśnie testament.
— I naprawdę musi pan tak mówić? — zapytała, marszcząc nos. — Pani Bothwell? Nie jestem aż tak stara…
Przewróciła oczami, wiedząc, że zwracał się tak do niej, nie chcąc skracać dystansu, przecież zdecydowanie zaznaczył, że nie chciał się też przyjaźnić, ale Rei i tak próbowała to zmienić, bo nie była żadną panią Bothwell.
Reilynn znów otworzyła usta, ale chwilę później je zamknęła, jakby jej mózg właśnie próbował wybrać między kłamstwem, półprawdą, ucieczką a udawaniem, że jednak nie do końca rozumie, co właśnie powiedział.
Usuń— Nieświadomym dawcą cech… — powtórzyła bardzo wolno. — Mówiłam już, że był pan inspiracją. Poza tym Lord Vael nie jest „jakimś arystokratycznym kochankiem”, jest bardzo ważną postacią z tragiczną przeszłością, smokiem, zamkiem i problemem sukcesyjnym, i absolutnie nie powinien być redukowany do funkcji jakiegoś tam kochanka. Vael walczy o tron, o swoje królestwo i kobietę, która go nie pamięta, a którą znów chce w sobie rozkochać.
Mówiła o tym tak, jakby Vael i Elara naprawdę istnieli w jakimś alternatywnym świecie, jakby gdzieś, daleko poza kawiarnią i Nowym Jorkiem, istniało królestwo z białego kamienia, nad którym krążył smok. Reilynn zawsze tak miała. Wystarczyło poruszyć temat jej bohaterów, a zaczynała brzmieć jak osoba broniąca starych przyjaciół.
— To nie jest tylko romans — dodała, marszcząc się lekko. — To znaczy, jest tam romans, oczywiście, nie będę udawać, że go nie ma, są też odważne, spicy sceny. Ale piszę też o walce, władzy i o tym, czy można pokochać kogoś drugi raz, jeśli wcześniej ta miłość została komuś odebrana.
Rei Bothwell ⚔️🏰
To, że ogrzewanie zaskoczyło, było najprostszym obowiązkiem, jakie przyszło tutaj Vanessie wykonać, bo to, co robił Tanner Morgan zdecydowanie należało do bardziej skomplikowanego szeregu czynności. Nie wiedziała, jak duże doświadczenie posiada dyrektor sprzedaży. Wiedziała, że nie jest zielony w temacie i pewnie już z kilka razy robił wszystko, żeby znaleźć się blisko brzegu przed coraz szybciej nadchodzącą burzą. Wierzyła w niego. Wierzyła w jego niemałe zdolności.
OdpowiedzUsuńWedług Vanessy Kerr jej szef był człowiekiem wielu talentów. Adwokat prawa karnego to jedno. Miłośnik biżuterii to drugie. Zaangażowany w prowadzenie biznesu ze wspólnikiem to trzecie. Mężczyzna musiał mieć dobrze w głowie poukładane i być idealnie zorganizowanym w czasie, aby z każdej części życia zawodowego rozliczać się na bieżąco. Jeśli był tak samo obecny w kancelarii, jak i w salonie jubilerskim, należało mu pozazdrościć tego, że nigdy nie wyglądając na zmęczonego, nadążał z każdą sprawą, która działa się w miejscu pracy brunetki.
Czy Nessa również tak wspaniale porządkowała życie zawodowe? Nie widziała siebie jako właścicielki jakiejkolwiek interesu. Chciałaby mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, a była pewna, że wówczas musiałaby być skupioną na działalności każdego dnia tygodnia przez dwadzieścia cztery godziny. Na pewno śpiąc, śniłaby o bieżących sprawach związanych z pracą. A lubiła jednak za bardzo przychodzić do salonu jubilerskiego według ustalonego wcześniej grafiku, gdzie zawierano wszelkie prośby pracowników i kiedy wybijała odpowiednia godzina, wiedzieć tylko to, że spełniła narzucony plan sprzedaży, rozliczyła się z utargowanej gotówki, którą oddała komuś zatrudnionemu w konwoju lub umieściła pieniądze w kopercie, chowając je w sejfie. Wychodziła z ulgą i z chęcią powrotu do pracy następnego dnia.
Zatem czy Tanner Morgan mógł powiedzieć to samo, co w myślach powtarzała Vanessa Kerr? Nic mu zawodowo na duszy nie ciążyło? Dogadywał się pod każdym względem z Walterem Goodwinem? To, że był prawidłowo zorganizowany, nie świadczyło o tym, że może w wybrane wieczory nie siada ze szklanką whisky połączoną z colą albo jedynie lodem, przeklinając na głos, w co się świadomie wpakował. Chciałaby kiedyś poznać zdanie szefa na ten temat. Odkryć jakieś dodatkowe karty związane z mężczyzną. Miała na jego chrapkę. Zauroczyła się szefem, chociaż nie zawsze było im po drodze, jeśli chodzi o pełne zrozumienie.
Nikt jednak nie zabronił Nessie marzyć. Może kiedyś stanie się tak, że to jego będzie nazywać swoim jedynym kochankiem. Tak też liczyła na to, że wkrótce zejdzie na dół, a ona przestanie się o niego martwić i kiedy ten moment nadszedł nieco szybciej, niż się spodziewała, posłała w stronę dyrektora sprzedaży uśmiech połączony z wyraźnie malującą się na jej twarzy ulgą. Był bezpieczny. Ona też była. Razem byli bezpieczni. Co prawda pogoda potrafiła być nieobliczalna i zmienna, ale w tej chwili nic nie zagrażało ich życiu ani zdrowiu.
— Pytanie tylko, kiedy ta burza odpuści? — w aplikacji związanej z prognozą pogody wcześniej nic nie wskazywało na deszcz czy też burzę, więc zarówno niepogoda mogła potrwać kilkanaście minut, ale też i kilka długich godzin. — Pan i tak jest bohaterem w moich oczach. Ja nie umiałabym zbliżyć nas do brzegu.
Widząc jaki jest mokry, wyjęła paczkę dziesięciu chusteczek higienicznych, wręczając je mężczyźnie. Wiedziała, że zdecydowanie lepiej byłoby wytrzeć się w ręcznik, zdjąć przemoczone ubrania, a najlepiej wziąć ciepły prysznic, żeby się rozgrzać, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, więc w tej chwili mogły pomóc mu tylko chusteczki.
— Proszę, śmiało. Może pan zużyć wszystkie.
UsuńOdchodząc w stronę leżanki, usiadła na niej, skupiając swój wzrok na szefie. Może nie centralnie na jego twarzy, ale na całej dobrze zbudowanej sylwetce. Zastanawiałoby ją, jak wyglądałby bez ubrań, ale skarciła się w myślach, próbując z całych sił niepotrzebnie nie pobudzać swojej wyobraźni.
— Do twarzy panu w mokrych włosach.
Powiedziała to na głos. Speszona zwiesiła wzrok, ale po chwili uniosła spojrzenie wyżej. Takie kobiety jak Vanessa Kerr się nie zawstydzają, więc co takiego wyczyniała z nią obecność Tannera Morgana?
Nessa ❤️🔥
Czy Tanner Morgan był głuchy, że nie słyszał jej prośby o to, żeby w końcu zaczął mówić do niej po imieniu, czy może usilnie starał się ją mianować panią Bothwell, bo zakładał, że nie warto przekraczać określonej granicy? Przewróciła więc oczami, słysząc po raz kolejny ten oficjalny ton, jakby za każdym razem, gdy to do niej docierało, krwawiły jej uszy.
OdpowiedzUsuńKiedy jednak powiedział, że ma nadzieję, że elfowi i Elarze się ułoży i że będzie to bestseller, zamrugała wolno, bo to było… miłe. Bardzo, bardzo miłe, biorąc pod uwagę to, że jeszcze kilka minut temu była podejrzewana o stalking i być może nękanie. I oczywiście, że nie był to wyszukany komplement ani analiza krytyczna, ale te słowa, krótkie i rzeczowe, wydawały się bardzo w stylu Tannera Morgana.
— Dziękuję — odpowiedziała i uśmiechnęła się lekko. — Ja też mam nadzieję, że im się ułoży, chociaż, szczerze mówiąc, zanim dojdą do swojego szczęśliwego zakończenia, planuję jeszcze bardzo skutecznie zniszczyć im życie… tak dla fabuły.
Poprawiła palcami brzeg laptopa, jakby nagle nie wiedziała, co zrobić z rękami. Zapamiętam pani nazwisko. To zdanie zostało jej w głowie dłużej, niż powinno. Może dlatego, że po tych wszystkich pani Bothwell nagle jej nazwisko nie zabrzmiało staro i sztywno, tylko jak coś, co faktycznie miało zostać zapamiętane. Ostatecznie chyba właśnie dlatego zaczęła pisać; tworzyła historie, pisała fikcyjne życia, rozpisywała się o trudnościach, walce i uczuciach, ale być może robiła to, bo była samolubna. Samolubnie chciała zostawić po sobie jakiś ślad, coś, co będzie miało jakąś wartość dla innych, nawet jeśli to tylko szereg fikcyjnych książek i żyć. Chorowała od piętnastego roku życia, więc bardzo wcześnie zrozumiała, że wszystko mogło się zmienić w zaledwie kilka miesięcy. Od jej diagnozy, poprzez leczenie, aż do amputacji minęło naprawdę niewiele, by móc to ot tak przetrawić. Może dlatego Rei nigdy nie była zbyt poważna, bo jeśli zaczęłaby traktować wszystko w ten sposób, najpewniej w ogóle nie ruszyłaby się z łóżka. A jeśli miała znikać kawałek po kawałku, chciała przynajmniej zostawić po sobie światy, których nikt nie będzie mógł amputować.
— Czy pan się właśnie uśmiechnął, panie Morgan? — spytała, widząc, jak jego usta ułożyły się w tym chwilowym grymasie. Powiedziała to z taką ostrożną satysfakcją, jakby właśnie dokonała jakiegoś przełomu, który miałby zmienić cały świat. — Już zaczynałam myśleć, że jest pan całkowicie odporny na pączki, elfy i moje próby prowadzenia rozmowy… najwyraźniej nawet korpoelf w garniturze ma jakiś słaby punkt… — urwała. — Znaczy się… Przepraszam. To nie miało tak zabrzmieć, ale jeśli by się zastanowić, to ma pan w sobie coś z elfa, który porzucił dwór, założył kancelarię i teraz rzuca we wszystkich paragrafami zamiast klątwami.
Zaśmiała się cicho, chwilę później podnosząc się z miejsca. Sięgnęła do swojej torby po notes, wyrwała z niego jedną kartkę i przez moment szukała długopisu, który oczywiście postanowił ukryć się na samym dnie, między pomadką, paragonami i parasolem. Kiedy w końcu go znalazła, pochyliła się nad stolikiem i zapisała kilka cyfr, starając się, żeby jej pismo nie było zbyt niechlujne. Zaraz potem zgarnęła laptopa i sięgnęła po laskę.
— To mój numer — powiedziała, przesuwając kartkę w stronę prawnika. — Wiszę panu za spodnie, więc… — Wzruszyła lekko ramieniem, sugerując, że powinien wysłać jej SMS-a z rachunkiem za pranie. Poza tym jednak to była kolejna próba wciągnięcia Tannera Morgana w swoją przestrzeń, choć raczej wątpiła, aby kiedykolwiek do niej napisał, pewnie prędzej wolałby odrąbać sobie rękę.
— Do zobaczenia, Tanner — rzuciła luźno, tym razem zwracając się do niego po imieniu i posłała mu jeden ze swoich szczerych i szerokich uśmiechów. I zniknęła, opuszczając kawiarnię i zabierając za sobą cały chaos.
Urodziny Maeve Callahan zbliżały się niepokojąco szybko. Reilynn wiedziała o nich od miesięcy, miała je zapisane w kalendarzu, w telefonie i notatkach. Mimo to, jak zwykle, zorientowała się o tym, że zostało mało czasu, zbyt późno. Nie miała więc ani konkretnego pomysłu, co kupić, ani w ogóle prezentu, który mogłaby wręczyć ot tak, bo kupiła coś, co akurat by się nadawało. Maeve była jedną z tych osób, którym trudno kupowało się cokolwiek, bo o nic nie prosiły i raczej nie lubiły, gdy prezent kosztował fortunę, ale Rei uwielbiała wydawać pieniądze – kiedyś sobie zażartowała, że powinna polubić konsumpcjonizm, zanim umrze, co bardzo ją rozbawiło, ale Maeve nie zaśmiała się nawet trochę.
UsuńCallahan była pianistką, bardzo dobrą zresztą, miała ciepły głos, cięty dowcip, smukłe dłonie i tę nieznośną umiejętność, że nawet w zwykłym swetrze wyglądała jak milion dolarów. Rei uznała więc, że biżuteria będzie bezpiecznym wyborem; subtelna, piękna i osobista. Tylko że w Nowym Jorku było mniej więcej tysiąc salonów jubilerskich, a to utrudniało tak naprawdę wszystko. Mogła pójść do jednego z tych oczywistych miejsc, do salonu pierwszego wyboru, z biżuterią, którą znał każdy. Ale kiedy zaczęła szukać czegoś mniej oczywistego, algorytm, ten który wcześniej podsunął jej artykuły o Tannerze Morganie, zrobił coś bardzo, bardzo… niepoprawnego: przypomniał jej, że Tanner Morgan nie był wyłącznie prawnikiem, miał też salony jubilerskie, ale nie takie komercyjne, z biżuterią, którą można było zobaczyć wszędzie. Trzy salony w Nowym Jorku, nastawione na klientów, którzy wiedzieli, czego szukają, umieli docenić rzemiosło i nie dostawali lekkiego zawału przy cenach zapisanych małym fontem. Rei, niestety, wiedziała o tym wszystkim, ponieważ przeczytała o Tannerze Morganie trochę za dużo. Wiedziała więc również, że wygrał kiedyś istotny konkurs jubilerski, że jego projekty pojawiały się w branżowych tekstach i że wystawiał swoje prace w Museum of Arts and Design.
I oczywiście właśnie dlatego stanęła przed jednym z jego salonów, a nie dlatego, że chciała go spotkać. Absolutnie nie. Nowy Jork był ogromny, Tanner miał tylko trzy salony, a ona naprawdę potrzebowała prezentu dla Maeve. Statystycznie rzecz biorąc, wejście akurat tutaj nie musiało niczego znaczyć, było po prostu decyzją konsumencką.
W środku było cicho, jasno i elegancko, a Reilynn? Od razu poczuła, że tutaj nie pasuje. Była ubrana w zwykłą, czarną sukienkę, do połowy łydki, z odkrytymi plecami – ot, zwykły ciuch, w którym nie czuła, że pociła się za bardzo. W lewej ręce pewnie trzymała laskę, jej torba nieco za bardzo zwisała z ramienia, a włosy miała związane byle jak, w sposób, który rano wydawał się artystyczny, a teraz, w tym świetle, wyglądał raczej jak dowód, że przegrała krótką walkę z lustrem. I chyba właśnie dlatego doradca spojrzał na nią tak, jakby weszła tutaj przez pomyłkę.
— Dzień dobry — odezwała się, uśmiechając się miło. Miała gdzieś, co sobie myślał facet w dobrze skrojonym garniturze, który zapewne oceniał ją po tym, jak wyglądała, a wyglądała raczej jak biedna, trochę zbyt chuda, młoda kobieta z wątpliwym stylem.
— Dzień dobry — odpowiedział. — Mogę w czymś pomóc? — spytał takim tonem, jakby chciał jej zasugerować, że to nie było miejsce dla niej.
— Szukam prezentu urodzinowego dla przyjaciółki — powiedziała. — Czegoś wyjątkowego, ale nie krzykliwego. Raczej osobistego.
Mężczyzna przesunął po niej spojrzeniem. Zdecydowanie zbyt szybko, żeby mogła mu cokolwiek zarzucić, ale wystarczająco wyraźnie, żeby wiedziała, że ocenił jej sukienkę, laskę i twarz w jednej sekundzie.
— Rozumiem — odparł. — Jednakże… to biżuteria premium, a nie…
Usuń— A czy ja wyglądam, jakbym szukała breloczka przy kasie? — wtrąciła, posyłając doradcy znaczące spojrzenie.
— Nie to miałem na myśli. — Jego usta nawet nie drgnęły, wciąż uśmiechał się sztywno i profesjonalnie.
— Oczywiście, że nie. — Przewróciła oczami.
— Proszę pani — zaczął chłodniej — próbuję jedynie określić, czego pani szuka.
— Nie. Próbuje pan określić, czy w ogóle warto tracić na mnie czas.
— Zapewniam, że traktujemy każdego klienta z należytą uwagą. — Tym razem jego twarz stężała zauważalnie, Reilynn wychwyciła to niemal od razu.
— Świetnie — powiedziała. — W takim razie proszę zacząć.
— Jakim budżetem pani dysponuje?
— Wystarczającym.
— To dość nieprecyzyjna odpowiedź.
— Podobnie jak pańskie „biżuteria premium” wypowiedziane tonem sugerującym, że powinnam stąd wyjść, zanim przypadkiem dotknę powietrza wokół gablot.
— Jeżeli przyszła pani tylko obejrzeć… — mruknął.
— To co? Wyprosi mnie pan? Wezwie ochronę? Czy może skieruje do „bardziej przystępnego” salonu?
— Nikt nie mówił o wypraszaniu. — Pokręcił głową z niedowierzaniem.
— Jeszcze. Ale pracuje pan na to bardzo sumiennie.
— Ten salon obsługuje klientów, którzy zwykle wiedzą, czego szukają — wytknął bezlitośnie, sądząc, że w ten sposób Reilynn po prostu się stąd zabierze.
Rei jednak oparła obie ręce o laskę i uśmiechnęła się słodko, choć zdecydowanie miała ochotę powiedzieć facetowi, żeby się pieprzył i że nie przyszła tutaj po to, aby marnować czas.
— Szukam prezentu dla przyjaciółki. Chcę czegoś... osobistego, subtelnego, dobrze wykonanego. Nie interesuje mnie masówka — oznajmiła, spoglądając w stronę gablot, a potem wróciła spojrzeniem do mężczyzny. — Więc spróbujmy jeszcze raz. Dzień dobry, szukam biżuterii dla przyjaciółki.
Uśmiech doradcy zastygł. Przez sekundę wyglądał tak, jakby naprawdę rozważał, czy bardziej opłaca mu się przełknąć własną dumę, czy eskalować sytuację w sposób całkowicie nieproporcjonalny do kobiety z laską, która poprosiła o pokazanie czegoś wyjątkowego. Niestety wybrał drugą opcję.
— Proszę pani — powiedział chłodno — pani ton jest nieakceptowalny.
— Mój ton? — Reilynn zamrugała.
— Tak. I pani zachowanie również.
— Moje zachowanie? Chcę po prostu kupić biżuterię w salonie jubilerskim — zauważyła. — Przyznaję, dość radykalna koncepcja.
— Obawiam się, że nie będę mógł pani obsłużyć.
— Bo? — spytała.
— Bo zakłóca pani spokój w sklepie.
Rei rozejrzała się wymownie po niemal pustym wnętrzu. Jedna klientka przy gablocie nawet nie udawała, że nie słuchała, ale zdecydowanie obserwowała wszystko i pewnie tylko czekała, co się zaraz wydarzy.
— Zakłócam spokój, mówiąc pełnymi zdaniami? — Prychnęła, potrząsając głową.
— Proszę opuścić salon — rozkazał doradca.
— Nie zrobiłam nic, co uzasadniałoby wyproszenie mnie z salonu — powiedziała ostro. — Chyba że w regulaminie macie punkt o zakazie posiadania laski…
— Proszę natychmiast opuścić salon — powtórzył.
— Nie — rzuciła z upartą miną.
Doradca zacisnął usta, słysząc to, po czym odwrócił głowę w stronę wejścia i krzyknął:
— Ochrona!
Rei Bothwell 😤💎
Reilynn powinna była przewidzieć, że to się wydarzy. Naprawdę powinna, a jednak kiedy Tanner Morgan wyszedł na salę sprzedaży, jej pierwszą reakcją nie było poczucie winy, nie był strach i nawet nie było to rozsądne, dojrzałe „świetnie, teraz wyjaśnię całą tę dziwną sytuację”. Jej pierwszą reakcją była jedna, bardzo klarowna myśl: Oczywiście. Oczywiście, że dzisiaj musiał być w tym konkretnym salonie.
OdpowiedzUsuńStała nadal z obiema dłońmi opartymi o laskę, z brodą uniesioną trochę zbyt wysoko i z twarzą tak napiętą, że mogłaby zacząć pękać od spodu. Alan za to wyglądał tak, jakby właśnie uratowano go przed kontaktem z klientką-wariatką. To było niesprawiedliwe, bo ona wcale nie była wariatką i wcale nie chciała robić sceny, ale nienawidziła, kiedy ludzie oceniali ją tak powierzchownie. Była po prostu klientką, która została źle potraktowana, po czym miała czelność to zauważyć.
— Dzień dobry, panie Morgan — powiedziała po chwili, patrząc jeszcze w stronę Alana i gdyby wzrok mógł zabijać, mężczyzna najpewniej padłby martwy. — Jak miło, że pański salon oferuje profesjonalną obsługę dopiero po wezwaniu ochrony.
Jej wzrok przesunął się do stojącego dalej ochroniarza, a następnie wrócił do Tannera. Nie uśmiechnęła się, nie tym razem. Podejrzewała, co sobie myślał o całej tej sytuacji i o niej. I nie podobało jej się to.
— Nie, nie przyszłam tutaj pisać kolejnego rozdziału — odpowiedziała. — Nie przyszłam też prowadzić osobliwego researchu, chociaż przyznaję, że materiał o selekcji klientów przy wejściu macie państwo bardzo mocny. Cudowna inspiracja.
Dopiero wtedy jej usta drgnęły, ale bardziej z irytacji niż rozbawienia.
— Przyszłam kupić prezent urodzinowy dla przyjaciółki. Biżuterię. W salonie jubilerskim. Wiem, to szalenie podejrzanie, ale nie jestem tutaj dla zabawy ani po to, żeby być oceniana przez to, jak wyglądam.
Bo doskonale wiem, jak wyglądam. Była chuda, niska i blada, miała blizny, największą ciągnącą się przez klatkę piersiową po ostatniej operacji, ukrytą teraz pod sukienką, ale obecną w jej głowie tak wyraźnie, jakby ktoś wciąż przesuwał po niej palcem. Miała ciało, które za często było oglądane przez lekarzy, krojone, zszywane, komentowane szeptem albo łagodnym, profesjonalnym tonem. Nie potrzebowała więc, żeby ktoś w garniturze za kilka tysięcy dolarów wystawiał jej własną ocenę.
— Wiem, że nie wyglądam jak typowa klientka tego miejsca — dodała ciszej, ale zdecydowanie ostrzej. — Nie noszę niczego, co krzyczy pieniędzmi, nie interesuję się za bardzo znanymi nazwiskami ani projektantami, ale to wszystko… to nie znaczy, że nie stać mnie na naszyjnik, czy że mam lub nie mam gustu. A już na pewno nie oznacza, że moja przyjaciółka nie zasługuje na prezent z miejsca, w którym ktoś naprawdę pomyślał o biżuterii, zamiast tylko ozdobić ją rozpoznawalnym logo.
Jej palce mocniej schwyciły laskę. Nie dlatego, że traciła równowagę, raczej dlatego, że potrzebowała czegoś, czego mogłaby się przytrzymać, żeby nie powiedzieć wszystkiego, co cisnęło jej się na język, ale już się rozkręciła i jeśli miała być uznana za wariatkę, to niech tak będzie.
— Więc nie. Nie przyszłam tu po zbieranie informacji albo prowokować. I naprawdę nie przyszłam po to, żeby kolejny obcy człowiek przypomniał mi, że moje ciało lub ubranie jest pierwszą rzeczą, jaką ludzie zauważają, a dopiero potem łaskawie zastanawiają się, czy jednak warto poświęcić mi czas.
Przez chwilę w salonie panowała cisza; gęsta i bardzo niewygodna cisza. Wtedy odezwała się kobieta stojąca przy jednej z gablot. Ta sama, która od kilku minut oglądała cienką bransoletkę z ciemnym kamieniem i udawała, że absolutnie nie słyszy całej rozmowy. Była może po czterdziestce, miała starannie upięte włosy i wyglądała bardzo dostojnie.
— Przepraszam — powiedziała łagodnie. — Nie chcę się wtrącać, ale jako klientka muszę przyznać, że dziewczyna nie zrobiła niczego, co uzasadniałoby wezwanie ochrony.
Alan zesztywniał. Kobieta spojrzała w jego stronę krótko, cierpliwie i miło, jakby zajmowała się takimi sytuacjami na co dzień.
Usuń— Była zdenerwowana, owszem. Ja też bym była, gdyby zasugerowano mi, że powinnam robić zakupy gdzie indziej, zanim ktokolwiek zadałby mi choć jedno rzeczowe pytanie — dodała, a potem odwróciła się do Reilynn. — A prezent dla przyjaciółki to piękny powód, żeby przyjść do takiego miejsca, zwłaszcza jeśli szuka pani czegoś wyjątkowego.
Rei zamrugała, zaskoczona tak mocno, że przez sekundę nie wiedziała, co powiedzieć. To było dziwne. Gorsze od niemiłych uwag. Z niemiłymi uwagami potrafiła walczyć, miała w swoim arsenale żarty, ironię i zbyt długie zdania. Ale to? To było zaskakujące.
— Dziękuję — wymamrotała, czując, jak jej twarz staje się czerwona i ciepła.
— Proszę nie dziękować, proszę kupić przyjaciółce coś pięknego. — Kobieta uśmiechnęła się do niej lekko. — I chciałabym kupić tę bransoletkę. Też mam przyjaciółkę… i chyba dawno nie dałam jej czegoś bez okazji — dodała zaraz potem.
Dopiero po chwili Reilynn odwróciła wzrok do Tannera. Cała wcześniejsza ostrość trochę z niej zeszła, zostawiając po sobie coś bardziej kruchego i niezręcznego. Nadal była zła, nadal czuła upokorzenie pod skórą. Ale teraz musiała zrobić to, po co naprawdę tutaj przyszła, a po tym wszystkim okazało się to dziwnie trudne.
— Czy… — zaczęła, po czym odchrząknęła cicho. — Czy może mi pan coś pokazać? — Zawahała się tylko na sekundę. — Coś delikatnego, ale nie nijakiego. Moja przyjaciółka uwielbia rzeczy, które mają charakter. Cena nie ma znaczenia. Po prostu… chcę coś dobrego, naprawdę dobrego.
Rei Bothwell 😮💨💸
Reilynn patrzyła w stronę prawnika bez słowa, choć miała wiele do powiedzenia. Nie odzywała się, bo większość słów, które pojawiły się najpierw w jej głowie, brzmiała zdecydowanie zbyt ostro lub nieprzyjemnie, a mimo wszystko nie przyszła tu po kolejną scenę, a po prezent dla Maeve. Przełknęła więc pierwszą falę złości i wzięła cicho głębszy oddech.
OdpowiedzUsuń— W żadnym momencie pański pracownik nie powiedział wprost, że jestem za biedna, za chuda, źle ubrana albo że moja laska psuje państwu wystrój wnętrza — powiedziała w końcu spokojnie, choć spokój kosztował ją dużo więcej, niż chciała pokazać.
Uświadomiła sobie też, że jeśli faktycznie opowie o tym, że Alan mówił do niej takim tonem, jakby próbował skierować ją do wyjścia, zanim zdążyła poprosić o pokazanie czegokolwiek z gabloty, a gdy powiedziała, że szuka prezentu, od razu poinformował ją, że to biżuteria premium, to ta rozmowa przestanie dotyczyć jej, a zacznie jego. Alana. Jego pracy, jego zachowania i konsekwencji całej tej sytuacji, a przecież nie chciała, żeby ktoś miał przez nią problemy. Nie przyszła tutaj po to, żeby doprowadzić do reprymendy, zwolnienia albo upokorzenia pracownika przed własnym szefem. Była zła, tak. Poczuła się potraktowana z góry, tak. Ale znała też aż za dobrze moment, w którym człowiek mówił trochę za dużo, trochę za ostro, trochę za późno orientując się, że jego słowa mogą w kogoś uderzyć.
Nie chciała tego. Nie chciała być powodem, dla którego Alan będzie potem stał gdzieś na zapleczu blady, spięty i z poczuciem, że jeden błąd kosztował go więcej, niż powinien. Dlatego opuściła wzrok na swoje dłonie, zaciśnięte na lasce, i uśmiechnęła się krótko. Nie do Tannera. Bardziej do tego, jak głupio-miękka była.
— Może źle to odebrałam. Ostatnio jestem dość przewrażliwiona, to chyba przez wysoką temperaturę — dodała trochę nieszczerze.
Alan milczał, przyglądając się klientce, która wycofała się ze wszystkiego i niemal posypała głowę popiołem przed jego szefem. Po co to robiła? Mogła wyrzucić z siebie całą tę irytację, którą w sobie miała, a mimo to ta chuda, niska dziewucha brała teraz jego stronę. Wariatka.
Reilynn podejrzewała, że Tanner Morgan nie będzie zadowolony z tego, co powiedziała, bo nie podała mu żadnych konkretów, ale tak naprawdę miała to gdzieś, bo jeśli sprawa miała się zrobić jakoś bardzo poważna, to chciała się z tego wszystkiego wypisać. Nie potrzebowała martwić się człowiekiem, który być może przez nią straciłby pracę. Poza tym nie była tak mściwa, żeby urządzać sobie prywatną zemstę. Nie poczułaby też satysfakcji, gdyby Alan dostał jakiś większy opieprz. Bycie empatką było jednak do kitu i Rei czasem naprawdę żałowała, że nie umie wejść w rolę typowej sukowatej baby z kilkoma milionami na koncie.
— Przepraszam — zwróciła się do Alana, trochę sztywno, trochę niechętnie, ale jednak. — Nie powinnam była aż tak ostro reagować.
Nie dodała, że on też nie powinien. Nie musiała, zostawiła to między nimi. Poprawiła torbę na ramieniu, mocniej złapała laskę i cofnęła się o krok.
— Panie Morgan — odezwała się już do Tannera i krótko skinęła głową. — Przepraszam za zamieszanie. Kupię prezent gdzie indziej.
Nie czekała na odpowiedź. Nie oczekiwała, że powiedziałby coś konkretnego, być może nawet odczuł w tym momencie ulgę, ale tak naprawdę Rei po prostu się wycofywała, bo czuła nieprzyjemny ścisk żołądka, który świadczył o tym, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest tutaj mile widziana. Światło odbijało się od szkła gablot, ochrona nadal stała z boku, Alan milczał, a Tanner patrzył na nią tak, jakby jej najmniejszy ruch miał doprowadzić do wybuchu bomby nuklearnej.
Ruszyła do wyjścia, stukając laską o podłogę w równym, spokojnym rytmie. Starała się iść wolno, bez pośpiechu, bez dramatycznego odwrotu, bez choćby jednego gestu, który można byłoby uznać za ucieczkę. To był plan, bardzo dobry plan. Wyjść z godnością, znaleźć inny salon, kupić Maeve coś pięknego i nigdy więcej nie wchodzić do miejsc, gdzie mógł być Tanner Morgan. Była już przy drzwiach, kiedy ktoś po drugiej stronie gwałtownie wszedł do salonu, z telefonem przy uchu i całkowitym brakiem świadomości, że po drugiej stronie znajduje się człowiek. Drzwi otworzyły się prosto na nią, a uderzenie było krótkie i cholernie bolesne.
UsuńReilynn cofnęła się o pół kroku, tracąc równowagę bardziej ze zaskoczenia niż z bólu. Laska stuknęła ostro o podłogę, torba zsunęła jej się z ramienia, a ona odruchowo przyłożyła dłoń do twarzy. Dopiero po sekundzie poczuła ciepło pod palcami. Obserwowała, jak po jej skórze spływa krew. Cudownie. Czerwona ciecz zaczęła spływać jej nad górną wargą, cienką, ciepłą strużką. Rei natychmiast uniosła głowę, po czym zaraz przypomniała sobie, że to chyba było źle, więc zamarła w bardzo niepraktycznej pozie.
Mężczyzna z telefonem zaczął chaotycznie przepraszać, ale jego głos docierał do niej jak przez bardzo grube szkło.
— Nic się nie stało — powiedziała automatycznie. — To znaczy… coś się stało… — urwała, bo poczuła, że krew ozdobiła jej brodę. Wspaniale, naprawdę wspaniale. Weszła do luksusowego salonu po prezent, prawie doprowadziła Tannera Morgana do wniesienia oskarżenia o stalking, obroniła człowieka, który wezwał na nią ochronę, a na koniec dostała drzwiami w twarz. Jeśli to nie była metafora jej życia, to Rei nie wiedziała, co nią było.
Zignorowała gadanie mężczyzny z telefonem, ścisnęła mocniej laskę, poprawiła torbę, która prawie zsunęła jej się z ramienia, i wyszła przed salon. Odeszła kilka kroków od wejścia, żeby nie stać dokładnie przed drzwiami. Znalazła fragment ściany obok witryny sąsiedniego lokalu i oparła się o niego bokiem, ostrożnie, żeby się nie przewrócić. Dopiero wtedy pochyliła głowę. Krew spływała jej z nosa cienką strużką, więc przycisnęła do twarzy wierzch dłoni, a potem natychmiast uznała, że to głupie, bo tylko rozmaże wszystko jeszcze bardziej. Oddychała przez usta, płytko i nierówno, czując pulsujący ból rozchodzący się od nosa ku policzkom.
— Genialnie — wymamrotała pod nosem. — Po prostu genialnie, Rei.
Pochyliła się niżej i pozwoliła, żeby włosy opadły jej przy twarzy jak zasłona. To było nawet wygodne. Przez chwilę nikt nie musiał widzieć jej miny, a ona nie musiała widzieć nikogo. Poczuła łzy w oczach, choć nie wiedziała, czy to bardziej z bólu, całej tej sytuacji, czy dlatego, że niczego nie kupiła dla Maeve.
— Następnym razem wezmę świeczkę — mruknęła słabo i przycisnęła palce ostrożniej do nosa.
Rei Bothwell 🩸👃
Reilynn usłyszała jego głos, zanim zdążyła zobaczyć jego twarz, a właściwie najpierw usłyszała początek zdania, potem tę krótką przerwę, w której najwyraźniej Tanner Morgan zauważył krew, a dopiero później jego „cholera”, tak zwyczajnie ludzkie i pozbawione elegancji, że aż uniosła wzrok spod opadających włosów.
OdpowiedzUsuńNie spodziewała się go tutaj. Była przekonana, że został w środku i że po prostu przejdzie do swoich obowiązków. Nie była nikim szczególnym; ani znajomą, ani koleżanką, przyjaciółką, ani nawet jego klientką. Była totalnie randomową osobą, której nic nie był winien, a Reilynn w ogóle nie oczekiwała, że za nią wyjdzie, choć mogłaby sobie to wytłumaczyć tym, że martwił się o reputację swojego sklepu, a ostatecznie o to, czy Rei nie zacznie się ubiegać o jakieś odszkodowanie. Nie potrzebowała jednak odszkodowania ani tym bardziej żadnych pieniędzy – była ubezpieczona, a za swoje leczenie w szpitalu i tak płaciła krocie. Może gdyby dobrze zagadała do lekarza, ktoś sprawdziłby jej nos w cenie za bycie stałym pacjentem.
— Proszę się nie martwić — powiedziała odruchowo, choć brzmiało to absurdalnie, biorąc pod uwagę fakt, że stała pod ścianą, krwawiąc. — To tylko nos.
Czy nos był złamany? Nie wiedziała, ale miała dość szpitalnych korytarzy i naprawdę nie chciała tam wracać. Szpital był dla niej zbyt znajomy. Sterylna sala, zapach środków dezynfekujących, światło nad łóżkiem, ton pielęgniarek, które znały jej imię, bo widywały ją częściej niż niektórych znajomych. Nie chciała tam wracać przez drzwi, dosłownie przez drzwi. To byłoby już przesadnie żałosne nawet jak na nią.
Kiedy podsunął jej poszetkę, przez sekundę po prostu na nią patrzyła. Biała, lniana, zaprasowana, zdecydowanie zbyt elegancka, żeby kończyć jako prowizoryczna chusteczka dla kogoś takiego jak ona.
— To się nie dopierze — mruknęła, wahając się chwilę, czy wyciągnąć rękę, ale ostatecznie posłusznie przyjęła materiał i przyłożyła go do nosa.
Pochyliła głowę z powrotem, zgodnie z tym, co pamiętała o tym, co się robiło w takich sytuacjach, a potem oparła się mocniej bokiem o ścianę. Upał, ból, upokorzenie i zbyt szybkie wyjście z salonu zlały się w jedną nieprzyjemną falę. Przez chwilę naprawdę nie wiedziała, czy kręciło jej się w głowie od uderzenia, od słońca, od tego, że mimo wszystko nieco się zdenerwowała, czy po prostu dlatego, że jej ciało lubiło dramatyzować.
— Trochę — przyznała w końcu niechętnie, gdy zapytał o to, czy kręciło jej się w głowie. Zerknęła w stronę Morgana kątem oka, nadal trzymając poszetkę przy twarzy. Dwa rozpięte guziki koszuli zauważyła zupełnie mimochodem. Jej mózg, nawet gdy jej nos krwawił, najwyraźniej uznał, że warto odnotować linię szyi, cień przy obojczyku i ten absurdalny kontrast między opanowaniem Tannera Morgana a bardziej niedbałym szczegółem jego stroju. Nie teraz, Rei, naprawdę nie teraz.
— I zanim pan zapyta, nie zrobiłam tego specjalnie — dodała, wbijając wzrok w chodnik. — Nie jest to nowa forma zbierania inspiracji, nie rzucam się pod drzwi luksusowych salonów w ramach researchu. — Przełknęła ślinę, dalej oddychając przez usta. — Chociaż muszę przyznać, że jeśli kiedyś napiszę scenę, w której bohaterka próbuje wyjść skądś z godnością i dostaje w twarz drzwiami, to będę miała bardzo mocny materiał źródłowy.
Próbowała brzmieć luźno, jakby w ogóle nic się nie stało, jakby codziennie obrywała w nos i świetnie sobie z tym radziła, ale głos trochę jej się załamał przy ostatnich słowach. Minimalnie, prawie niezauważalnie, ale wystarczająco, żeby to usłyszała i natychmiast znienawidziła własne gardło za tę zdradę. Nie chciała się rozpłakać, nie tutaj, nie przed nim.
Docisnęła poszetkę ostrożniej do nosa i pochyliła głowę jeszcze trochę niżej, pozwalając, żeby włosy znów zasłoniły jej twarz. Wtedy torba kompletnie zsunęła się z jej ramienia, laska odbiła się o chodnik, a Rei zastygła w tej pozycji, chyba licząc, że stanie się niewidzialna, tylko że doskonale wiedziała o tym, że tuż obok wciąż stał Tanner Morgan. Nie chciała tutaj zemdleć, bo wtedy zmusiłaby prawnika do kolejnej reakcji, a podejrzewała, że wyjście za nią z salonu nie było dla niego w żaden sposób komfortowe, może nawet popsuła mu plany. I nerwy.
UsuńNie ruszyła się jednak od razu. Wiedziała, że jeśli spróbuje jednocześnie złapać torbę, laskę, poszetkę i pion, skończy się to jeszcze większą katastrofą. Już widziała tę scenę: ona pochylona, tracąca równowagę, Tanner Morgan zmuszony ją złapać, a potem oboje udający, że wcale nie było to najbardziej niezręczne przedłużenie tego dziwacznego spotkania. W tym momencie Rei bardzo chciała być jedną ze swoich bohaterek, silną i godnie znoszącą ból, tylko że nos bolał coraz bardziej i wydawało się, że nieco spuchł.
— Chyba… muszę jechać do szpitala — wymamrotała, a mówiąc to, zaczęła zbierać swoje rzeczy i próbować ruszyć się z miejsca. Wystarczyło wziąć taksówkę, zapłacić, a potem wejść do wielkiego budynku, który świetnie znała od wewnątrz, i powiedzieć coś w stylu: dzień dobry, tak, to znowu ja, tym razem to nie rak, tylko drzwi. Brzmiało prosto. Ruszyła się jednak za szybko. Torba szarpnęła ją w bok, laska przesunęła się po chodniku, a świat przez sekundę nieprzyjemnie od niej odpłynął. Reilynn jęknęła cicho, ściskając poszetkę przy nosie i drugą dłonią próbując złapać równowagę na ścianie.
Rei Bothwell 🏥😵💫
Reilynn była świadoma. Niestety. Nie na tyle przytomna, żeby samodzielnie wygrać walkę z grawitacją, ale zdecydowanie wystarczająco, żeby zrozumieć, że Tanner Morgan właśnie podniósł ją z chodnika i niósł przez ulicę. To było… niespodziewane. Mógł po prostu wezwać taksówkę, pomoc jej tam wejść i zapomnieć o wszystkim. Wyszła z jego salonu, bo nie chciała robić problemów, a okazało się, że stała się jeszcze większym i krwawiącym. Rei nie lubiła być ciężarem i zazwyczaj starała się godnie znosić każdą swoją porażkę czy pobyt w szpitalu, nie martwiąc przy tym ojca ani mamy, choć powinna raczej powiedzieć: kobiety, która wybrała karierę i której w ogóle nie odpowiadało, że jej córka pisze te swoje głupoty. Dla niej Rei była życiową klęską, a dla ojca chochlikiem, który nie powinien przestać tworzyć – ostatecznie dobrze się stało, że zamieszkała z Malcolmem po rozwodzie rodziców.
OdpowiedzUsuńJej głowa oparła się bliżej jego ramienia, bo świat wciąż wydawał się nieco rozmyty. Czuła jego koszulę pod policzkiem, ciepło jego ciała, napięcie w mięśniach i to, jak pewnie ją trzymał. Przez moment chciała zaprotestować, powiedzieć, że jest za ciężka i że jest w stanie iść, ale jeśli faktycznie by się odezwała, musiałaby skłamać, dlatego przyjęła swój nędzny los i pozwoliła Tannerowi Morganowi nieść się do samochodu jak najbardziej dziwaczny, niewymiarowy pakunek.
Pamiętała drogę do auta fragmentami. Słońce, błysk chodnika, rytm męskich kroków. Własną dłoń wciąż trzymała przyciśniętą do nosa i próbowała zignorować całą egzystencję prawnika, który – przynajmniej tak sobie to wyobrażała – musiał pachnieć teraz słońcem, drogą koszulą i pewnie czymś konkretnym; zaczęła myśleć o tym, jakich perfum używał, co pozwoliło jej nieco oddalić od siebie ból, bo jej mózg był zajęty czymś innym. Nie powiedziała nic, kiedy usadzał ją w fotelu pasażera, a gdy rozłożył marynarkę, zamrugała wolno i spojrzała w dół.
— Zapłacę za pralnię — wymamrotała, bo sądziła, że jego ubranie nie przetrwa tego tak bezboleśnie. Przez sekundę patrzyła, jak materiał okrył jej kolana i brzuch, a potem uniosła wzrok do twarzy Tannera, kiedy nachylił się, żeby zapiąć jej pas. Był zbyt blisko, zdecydowanie zbyt blisko, i choć było to wymuszone konkretną sytuacją, to Rei pomyślała sobie, że życie bywało naprawdę przewrotne, bo jeszcze nie tak dawno temu próbowała przekonać Morgana, że wcale nie jest zagrożeniem dla jego życia ani zdrowia psychicznego, i że nie jest stalkerką ani wariatką. Kliknięcie pasa zabrzmiało głośniej, niż powinno. Kiedy wspomniał o inspiracji do kolejnej książki, parsknęła cicho, ale od razu skrzywiła się z bólu.
Oparła głowę o zagłówek, oddychając przez usta. Przez chwilę próbowała zebrać myśli, ale rozlatywały się tak samo żałośnie jak jej rzeczy przed salonem jubilerskim. Wiedziała tylko, że jest w jego samochodzie, w Maybachu, oczywiście, bo najwyraźniej nawet katastrofy w jej życiu musiały być luksusowe. I znów tutaj nie pasowała – może Alan miał rację, sugerując, że powinna znaleźć inne miejsce, bo choć nie powiedział tego wprost, właśnie to wybrzmiało w jego postawie. Teraz, siedząc w drogim aucie, zrozumiała, że wcale nie chodziło tylko dzisiaj, a o to znane, lepkie uczucie, że weszła w czyjąś rzeczywistość przez zupełny przypadek i że za bardzo się wyróżniała.
Biała tapicerka wyglądała jak coś, czego nie powinno się dotykać bez wcześniejszego umycia rąk i zaświadczenia o dochodach. Marynarka Tannera przykrywała ją jak bariera ochronna między jej ciałem a wnętrzem auta, praktyczna i uprzejma, ale jednocześnie przypominająca, że nawet tutaj trzeba było coś przed nią zabezpieczać, by tego nie popsuła. Zamknęła oczy, bo zrobiło jej się nagle wstyd i tym razem nie umiała tego rozładować żartami o pączkach czy elfach. Znów była problemem, znowu ktoś musiał coś po niej sprzątać. Żałosne.
— Przepraszam — wymamrotała w końcu przez poszetkę, nawet nie do końca wiedząc za co konkretnie. Za krew? Za marynarkę? Za Alana? Za to, że dała się uderzyć drzwiami, jakby była to jej kolejna osobista porażka? — Naprawdę nie planowałam… tego wszystkiego.
UsuńOtworzyła oczy tylko na chwilę i spojrzała na rozmazany kontur deski rozdzielczej.
— Chciałam tylko kupić prezent dla Maeve — dodała, a chwilę później wyrzuciła z siebie: — Proszę jechać do Tisch Hospital.
Nazwa szpitala zabrzmiała w jej ustach jak coś zbyt dobrze znanego. Nie jak adres, tylko jak powrót do miejsca, którego człowiek nie chciał nazywać domem, ale doskonale znał każdy korytarz i zakamarek. Rei była pacjentką NYU Langone Health od szesnastego roku życia i miała świadomość, że raczej nigdy się stamtąd nie wypisze. Droga minęła jej nierówno. Fragmentami. Światło zmieniające się za szybą, dźwięk kierunkowskazu, ostry zapach krwi i lnu, głos Tannera, który coś mówił, choć nie była pewna, czy rozmawiał przez telefon, czy może mówił do niej.
Kiedy zatrzymali się pod szpitalem, przez chwilę nie ruszyła się z miejsca. Wiedziała, co się zaraz stanie. Wejście, rejestracja, pytania, pytania i więcej pytań. Gdyby nie to, że nos wciąż krwawił, w ogóle by się tutaj nie pojawiła i po prostu przyłożyła trochę lodu.
— Nie musi pan wchodzić — powiedziała cicho, zanim zdążył otworzyć jej drzwi. — Naprawdę. Dalej już…
Ale kiedy spróbowała odpiąć pas, palce zadrżały jej przy klamrze, a świat znów zrobił fikołka. Westchnęła więc tylko, zła o to, że sobie nie radziła, i pozwoliła jednak sobie pomóc. Szpitalne światło uderzyło ją od razu: jasne, bezlitosne, znajome. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi, kawą z automatu i czymś, czego nie potrafiła nazwać, ale co zawsze kojarzyło jej się z czekaniem. Przy recepcji uniosła głowę, żeby coś powiedzieć, ale nie zdążyła.
— Rei? — odezwał się kobiecy głos.
Reilynn odwróciła się i zobaczyła Marisol Vegę, pielęgniarkę idącą w ich stronę szybkim, zdecydowanym krokiem. Marisol była niska, miała ciemne włosy ciasno spięte z tyłu, ciepłe oczy i zdecydowanie próbowała zrozumieć, co się właśnie dzieje.
— Ay, mi niña — powiedziała. — Co ty znowu zrobiłaś?
Reilynn, mimo poszetki przy nosie, mimo krwi, mimo Tannera Morgana stojącego obok, poczuła, jak coś w niej mięknie.
— Drzwi mnie zaatakowały — wymamrotała słabo.
Marisol spojrzała na poszetkę, potem na jej twarz i Tannera, oceniając sytuację jednym szybkim, zawodowym spojrzeniem.
— Krwawienie z nosa po urazie, możliwe zawroty głowy? — zapytała już rzeczowo.
— Trochę — przyznała Rei niechętnie.
— Trochę, czyli tak — podsumowała Marisol i natychmiast wskazała na najbliższe krzesło. — Siadaj. Głowa lekko do przodu.
Reilynn posłusznie usiadła.
— Też za tobą tęskniłam, Marisol.
— Ja za tobą mniej, jeśli wracasz mi tu z taką twarzą — odparła pielęgniarka, ale jej dłoń, kiedy ostrożnie poprawiła poszetkę przy nosie Rei, była delikatna. — Zaraz cię obejrzymy. I nie próbuj mi mówić, że nic się nie stało, bo widzę, że się stało.
Marisol cmoknęła cicho, badając jej nos, po czym zerknęła w stronę przystojnego mężczyzny w garniturze, tym razem nie tak zawodowo, a raczej z ciekawością. Do tej pory jedynym facetem, z którym Rei tutaj przychodziła, był jej ojciec. I z całą pewnością, gdy niedawno wychodziła ze szpitala, nie miała chłopaka.
— Zaraz poproszę lekarza, żeby cię obejrzał — powiedziała Marisol. — Nie podoba mi się ten obrzęk. Nos może być złamany. Poczekaj tutaj.
Pielęgniarka odeszła szybkim krokiem, a Reilynn odprowadziła ją wzrokiem. Zaraz potem skierowała spojrzenie do Tannera Morgana i spróbowała się do niego uśmiechnąć, ale wydała z siebie ciche jęknięcie. Bolało, cholernie bolało.
— Dziękuję za pomoc, panie Morgan — odezwała się. — Gdyby nie pan… — Wzięła głębszy oddech przez usta. — Tym razem proszę napisać, ile wyniósł rachunek za pralnię…
UsuńRei wbiła wzrok w posadzkę, czekając, aż przyjdzie lekarz. Spodziewała się, że prawnik jej przytaknie i sobie pójdzie. Była pewna, że uprzejmie się pożegna, może wyduka z siebie jakieś „proszę na siebie uważać”, wypowiedziane tonem człowieka, który zrobił już wystarczająco dużo i może wrócić do własnego życia. A jednak, gdy o tym pomyślała, coś ścisnęło ją pod żebrami; za chwilę drzwi zamkną się za Tannerem Morganem, a ona zostanie sama w tym znajomym, jasnym korytarzu z poszetką przy twarzy i bólem, który w ogóle nie robił się mniejszy. Nie chciała, żeby został, oczywiście, że nie. To znaczy… chciała, ale w sposób, którego nie zamierzała nikomu przyznawać, a już na pewno nie Tannerowi Morganowi, który miał wystarczająco dużo powodów, żeby uznać ją za chodzący kłopot i chcieć trzymać się od niej z daleka.
Rei Bothwell 🩹🤕
Nie przypominała sobie, aby jakiś mężczyzna był w stanie nawet w połowie zawstydzić ją tak mocno, jak momentami robił to Tanner Morgan, choć uczynił to na krótką chwilę, bo Vanessa Kerr prędko uświadomiła sobie, kim tak naprawdę jest. Bywała częściej niż zwykle czarującą kokietką, ale przede wszystkim spełnieniem marzeń cudzych partnerów, ponieważ przelewała wszelkie zainteresowanie ku zajętym mężczyznom. Już raz się na tym przejechała. Dokładnie podczas intensywnej znajomości wzbogaconej o bliskość z Jamesem Freemanem. Ale kto powiedział, że za każdym razem miałaby kończyć tak samo nieciekawie? Może dopiero przy kimś takim, jak Tanner Morgan zmieniłaby się całkowicie? Przeszłaby skuteczną metamorfozę upodobań i z chęci podrywu kilku mężczyzn jednocześnie, chciałaby podrywać tylko dyrektora sprzedaży?
OdpowiedzUsuńPragnęła w jego oczach wypadać obiecująco. Tak, aby mężczyzna myślał o niej jak najlepiej. Że jest zdolna. Że jest piękna. Że można rozmawiać z nią na wiele tematów. Że mimo znaczącej różnicy wieku, czuć się będzie przy niej, jak przy bardzo dojrzałej kobiecie. Tylko miała wrażenie, że on wciąż rozpamiętuje tamtą krzywą akcję. Co jeśli w jego oczach stała się łatwą panienką? Nie umiała prześwietlać cudzych myśli, ale z chęcią poznałaby te należące do szefa, aby choć trochę zluzować, ponieważ może pan Morgan nie krytykował Nessy aż tak mocno albo nie robił tego wcale. Jakby nie patrzeć, przejawiała też wieloma plusami, które mogły wymazać tamten nieprzyjemny moment z nią i dyrektorem sprzedaży w roli głównej. Gdyby nie list napisany przez Doreen Johnson, nie byłoby żadnej nieprawidłowości, lecz tak to jest, jak chce się szerzyć to, co przypadkiem się zauważyło i robić z całości tanią sensację. Zapewne Kerr w wyobrażeniach starszej koleżanki z pracy wychodziła na dziewuchę, co umie tylko nogi rozkładać…
I tu Doreen byłaby zaskoczona. Bo Vanessa potrafiła zaskoczyć i pokazać, że nie samą urodą człowiek zyskuje, gdyż dla niej i tak inteligencja była najważniejsza do zaprezentowania. Może gdyby się mocniej spięła i przy całkowitym zawzięciu się, skończyłaby podjęte studia, które przerwała podczas trzeciego semestru. Chociaż Nessa i tak twierdziła, że wykształcenie to nie wszystko. Liczyło się dobro człowieka, bo co dałoby jej chwalenie się w przyszłości tytułem profesora, jeśli gardziłaby drugim człowiekiem?
Tak też nie mogła nazywać siebie gorszą. Intensywnie wbiła spojrzenie w usta szefa, a kiedy wyczuła, że trochę przesadza, skupiła się na jego ślicznych oczach.
— Zatem niech nie schną, naprawdę pasuje panu taka fryzura, panie Morgan. — wstała i przystanęła przy mężczyźnie, jednak nie na tyle blisko, żeby go nie osaczać. — Co do burzy, jak nie przeminie, będziemy skazani na to, żeby tu zostać. Bezpieczeństwo najważniejsze. Nie będziemy ryzykować utratą zdrowia lub życia.
Najlepiej byłoby wrócić i przenocować w wygodnych łóżkach, ale Nessa rozumiała, że podczas deszczu i trwającej burzy nie ma, co podejmować się chorego ryzyka. Nikt w taką niepogodę nie popłynie. Oboje byli tego świadomi i na pewno żadne nie popchnęłoby się w takiej chwili na powrót do miejsca zbiórki. Muszą przeczekać to, co najgorsze. Ważne, że są tu razem. Może Tanner Morgan był zwyczajny do samotnych rejsów i dałby radę być w takiej sytuacji bez niczyjej obecności, ale tego samego o sobie już Vanessa by nie powiedziała. Była wdzięczna przeogromnie, że ma przy swoim boku właśnie szefa, bo on na pewno wie, co robić niemal w każdej sytuacji na wodzie.
— Chce mi się tak bardzo palić… To wszystko przez stres, wystraszyłam się nie na żarty. Nigdy nie brałam udziału w czymś takim, bo woda jest mi bliska wyłącznie podczas kąpieli. — zacisnęła dłonie w pięści i zluzowała, powtarzając ten ruch kilka razy. — Nie wiem jak pana córka, ale ja nigdy nie chciałam zostać syrenką, chociaż H2O wystarczy kropla oglądałam z zapartym tchem jako mała dziewczynka. I to tylko dlatego, że córka sąsiadów pragnęła zostać syreną, a teraz jest ratownikiem na basenie, więc jakby nie patrzeć, trochę spełniła swoje marzenie. — roześmiała się krótko i zaczęła bawić się porzuconą przez Tannera Morgana paczką chusteczek.
UsuńVanessa Kerr ⛵️⛈️
Reilynn usłyszała jego kroki, sądząc, że być może właśnie po prostu wychodził, a potem zobaczyła, jak przykucnął obok krzesła. To było dziwne. Nie samo przykucnięcie, chociaż ono też było dziwne, bo Tanner Morgan wyglądał raczej jak człowiek stworzony do stania prosto i dumnie, ale teraz był niżej, bliżej jej poziomu, z twarzą ustawioną tak, żeby naprawdę mogła spojrzeć w jego stronę, jeśli tylko zechciałaby oderwać wzrok od posadzki.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę nie chciała, bo zwyczajnie czuła się okropnie. Miała krew przy nosie, cudzą poszetkę przy twarzy, pulsujący ból rozchodzący się po policzkach i świadomość, że wygląda jak katastrofa, wielka katastrofa. Podniosła jednak wzrok, mimowolnie patrząc Tannerowi Morganowi w oczy, a z bliska były one… jeszcze gorsze, nie w sensie, że brzydkie, wręcz przeciwnie. Były tym rodzajem oczu, który w książce opisałaby z przyjemnością, a potem udawała przed redaktorką, że wcale się zbytnio nie rozmarzyła. Były spokojne, uważne, trudne do jednoznacznego nazwania. Nie miały w sobie tej oczywistej miękkości i nie były też zimne, raczej skupione. Jakby dostrzegał nie tylko to, co fizyczne, ale i to, co działo się pod spodem. I też były ładne.
— Po prostu nie chcę czuć się winna za pańską garderobę — wymamrotała. Spodziewała się raczej, że zapyta ją o to, czy ma świadomość, ile zamieszania zrobiła i czy zamierza mu jakoś wytłumaczyć sytuację w salonie i czy – przede wszystkim – to nie był jej jakiś chory plan. Zamiast tego usłyszała pytanie o urodziny Maeve.
Rei zamrugała i przez chwilę patrzyła na niego tak, jakby właśnie powiedział coś w języku, którego nie znała, choć każde słowo z osobna było przecież całkowicie zrozumiałe. Nie usłyszała żadnego „proszę odpocząć” czy „wrócimy do tego później”, które zwykle znaczyło „nigdy”. Tylko: dokończymy to, po co rzeczywiście pani przyszła. Cała ta nieszczęsna misja, która miała być prosta, bo co było trudnego w kupieniu biżuterii?, skończyła się krwią, poszetką i Tannerem Morganem przykucającym obok niej w szpitalu, i zamiast zostać przez niego pozwaną za bycie jego osobistą klęską żywiołową, mężczyzna wyciągał do niej rękę, jakby to wszystko było kolejnym etapem obsługi klienta premium.
— Za pięć dni — odpowiedziała po chwili, zbyt cicho, więc odchrząknęła i poprawiła poszetkę przy nosie. — Maeve ma urodziny za pięć dni — powtórzyła.
Przełknęła ślinę, gdy zrobiło jej się nieco niedobrze. Najpierw poczuła gorąco pod skórą, potem nieprzyjemną pustkę w żołądku i lekkie rozchwianie świata przy krawędziach, gdy próbowała patrzeć Tannerowi prosto w oczy. Zacisnęła palce na poszetce, a drugą dłonią odruchowo chwyciła brzeg krzesła. Wzięła głębszy oddech i wydusiła z siebie, byleby nie myśleć o dyskomforcie:
— Maeve jest raczej fanką tego, co wyraziste, ale nie może to być coś przytłaczającego. Myślałam o bransoletce albo naszyjniku. I chciałabym, żeby ta biżuteria była wyjątkowa i żeby tylko Maeve ją miała.
Wbiła wzrok w posadzkę, bo znowu zrobiło jej się słabo, a oczy Tannera wcale nie pomagały. I oczywiście, że teraz wolałaby wyglądać inaczej, lepiej, bardziej jak kobieta, która weszła do salonu po biżuterię z pełnym prawem do bycia potraktowaną poważnie, a nie jak ktoś, kto przypadkiem zahaczył o luksus i został odesłany do domu z krwawiącym nosem. Chciałaby mieć starannie ułożone włosy i sukienkę, która nie wyglądałaby tak zwyczajnie, a przede wszystkim, żeby jej twarz nie wyglądała jak z horroru. Chciałaby, żeby Tanner Morgan nie widział jej właśnie takiej: osłabionej i bladej. Ostatnio, wychodząc ze szpitala, obiecała sobie, że zerwie z wizerunkiem chorej dziewczyny, ale najwyraźniej słabo jej to szło.
— Cena nie gra roli — dodała po chwili. — To znaczy… nie chcę najdroższej rzeczy tylko dlatego, że jest najdroższa. Nie o to mi chodzi, ale zapłacę tyle, ile będzie trzeba.
— Rei Bothwell — wtrącił się lekarz, zanim powiedziała coś jeszcze. — Słyszałem, że drzwi wygrały pierwszą rundę.
UsuńRei nie musiała podnosić głowy, żeby wiedzieć, kto to powiedział. Ten ton znała aż za dobrze: spokojny, lekko suchy, z lekkim seplenieniem. Doktor Nathaniel Reed. Pamiętała go głównie dlatego, że miał irytująco dobrą pamięć do jej wyników i sypał suchymi żartami, które bawiły tylko jego.
— To oszczerstwo — wymamrotała zza poszetki. — Drzwi zaatakowały bez ostrzeżenia, więc… nie uznaję swojej przegranej.
— Rozumiem. Zgłosimy zastrzeżenie do komisji — odparł Reed z całkowitą powagą i uśmiechnął się ledwie zauważalnie, po czym wskazał gestem w stronę jednej z wolnych sal. — Przeniesiemy cię do środka. Chcę wykluczyć złamanie i wstrząśnienie... Biorąc pod uwagę twoją historię leczenia, wolę nie zgadywać.
To ostatnie zdanie trafiło w nią mocniej, niż powinno. Twoją historię leczenia. Ta historia zawsze z nią była, nawet przy głupim uderzeniu drzwiami. Nawet przy rozmowie o biżuterii dla Maeve i Tannerze Morganie, który stał wystarczająco blisko, żeby usłyszeć to wszystko. Spięła się lekko. Nie chciała, żeby dostrzegał w niej słabeuszkę ani żeby przez jej chorobę zaczął jej wymuszenie współczuć; wolałaby, żeby zachowywał się tak samo jak wcześniej, nawet jeśli mówiąc w jej stronę, gdzieś między jednym a drugim słowem, słychać było widmo oskarżenia o stalking.
— Dobra — powiedział doktor Reed, zerkając w stronę Marisol. — Zabierzemy ją na salę. Sprawdzę nos, źrenice i reakcje neurologiczne…
— Sama pójdę — wtrąciła się Rei.
— Nie, mi niña. Dzisiaj bez negocjacji. — Marisol nawet nie udawała, że rozważa tę propozycję.
Reilynn chciała odpowiedzieć, a nawet nieco się o to pokłócić, ale nagły ucisk w żołądku zmusił ją do przełknięcia śliny. Marisol podsunęła jej rękę pod ramię, a Reed stanął po drugiej stronie, gotów asekurować ją bez robienia z tego wielkiej sceny.
— Może pan tutaj zaczekać — powiedziała Marisol, zwracając się do Tannera. — To potrwa chwilę.
Rei spięła się lekko, nie chcąc robić prawnikowi więcej problemów; i tak został już wciągnięty w jej małe, żałosne tornado wystarczająco głęboko.
— Tak, proszę zostać tutaj — dodała szybko, nie patrząc w jego stronę. — To znaczy… może pan też iść. W sensie nie musi pan czekać. Ale jeśli pan czeka…
— Zaraz do pana przyjdę — wtrąciła z rozbawieniem pielęgniarka.
W szpitalnej sali było jeszcze jaśniej; światło odbijało się od metalowych elementów łóżka, od białych szafek, od pojemników z rękawiczkami i monitora stojącego przy ścianie. Wszystko pachniało sterylnie i… znajomo. Marisol pomogła jej usiąść na brzegu materaca.
— Głowa lekko do przodu — przypomniała.
— Wiem — wymamrotała Rei i spojrzała w stronę kobiety spod rzęs.
Doktor Reed założył rękawiczki i podszedł bliżej. Ostrożnie uniósł jej podbródek dwoma palcami, ale Rei i tak gwałtownie wciągnęła powietrze przez usta, kiedy dotknął obrzęku przy nasadzie nosa. Ból rozszedł się ostro, aż do oczu.
— Przepraszam — powiedział natychmiast. — Jeszcze chwilę...
— Oddychaj ustami, mi niña — poleciła Marisol.
Reed obejrzał ją pod światło. Sprawdził źrenice, kazał jej śledzić palec, zapytał, gdzie się znajduje i czy pamięta, co się wydarzyło.
— Nos jest złamany — oznajmił.
— Oczywiście, że jest — mruknęła Rei, bo nie spodziewała się niczego innego.
— Bez otwartego urazu, ale obrzęk jest wyraźny. Musimy potwierdzić zakres i sprawdzić, czy przegroda nie wymaga pilnej interwencji. Przy zawrotach głowy i nudnościach chcę cię też zatrzymać na obserwację.
— Świetnie — powiedziała cicho, a gdy Marisol się ruszyła, aby wyjść i wrócić do Tannera Morgana, Rei dodała nieco nieporadnie: — Proszę mu powiedzieć, że może iść. Niech… niech nie czuje się zobowiązany.
UsuńPielęgniarka odnalazła Tannera Morgana w miejscu, w którym wcześniej kazała mu zaczekać, z formularzem podpiętym do sztywnej podkładki.
— Przepraszam, że musiał pan czekać — odezwała się. — Rei jest badana. Ma złamany nos i doktor Reed chce zostawić ją na noc w szpitalu, pomyślałam, że chciałby pan wiedzieć, a teraz potrzebuję kilku szczegółów do dokumentacji. Proszę mi opisać dokładnie moment uderzenia i powiedzieć, czy Rei upadła, straciła przytomność, czy mówiła coś o zawrotach głowy albo nudnościach. Albo czy zauważył pan coś niepokojącego? Rei ma brzydką manierę żartowania sobie z własnego bólu.
Rei Bothwell 😵💫🤢
Marisol wysłuchała go uważnie, co jakiś czas notując krótkie informacje w formularzu.
OdpowiedzUsuń— Tak, dane szpitala do zgłoszenia dostanie pan w recepcji, tam wskażą też panu właściwy kontakt, jeśli chodzi o dokumentację dla ubezpieczyciela — odpowiedziała rzeczowo. — A ja wpiszę pański opis zdarzenia do notatki medycznej jako relację świadka.
Przesunęła długopisem po papierze, dopisując jeszcze kilka słów.
— Co do daty urodzenia… — zaczęła i westchnęła cicho, bo nie powinna mówić takich rzeczy, ale pamiętała o tym, co Rei powiedziała chwilę wcześniej. — 8 czerwca 2000. O resztę może ją pan zapytać bezpośrednio, kiedy Rei będzie po badaniach. Sala 307. Natomiast skoro już pan pyta o sprawy praktyczne… mógłby pan pomóc w czymś innym. Doktor Reed chce zatrzymać ją na noc, a ona nie ma ze sobą niczego poza tym, z czym tu przyszła. Przydałyby się jej wygodne ubrania na zmianę, ewentualnie coś do picia… ale jeśli się pan spieszy, nie będę pana zatrzymywać.
Marisol nie wiedziała, co łączyło Rei z Tannerem Morganem, ale skoro ją tutaj przywiózł i jeszcze nie wyszedł, nie mógł być jej całkowicie obcy. Zaraz potem podziękowała mu krótko i pożegnała się z uśmiechem.
Rei za to nie miała nawet czasu, żeby porządnie zaprotestować, gdy doktor Reed oznajmił, że będą jej robić obrazowanie.
— Głowa i twarzoczaszka — doprecyzował, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać. — Przy złamanym nosie, nudnościach i zawrotach głowy nie będziemy zgadywać.
— Świetnie — mruknęła pod nosem.
— Do tego krew — dodał.
— Dlaczego krew? — Chciała zmrużyć oczy, ale powstrzymała się przed tym gestem.
— Bo zostajesz na noc, masz zawroty głowy, jesteś osłabiona… — wymienił krótko.
Znowu to samo. Marisol musiała wyczuć, jak bardzo Rei zesztywniała, bo pocieszająco oparła dłoń o jej ramię.
— Zrobimy to szybko, mi niña — odezwała się i przygotowała zestaw do pobrania; zawiązała opaskę uciskową i przesunęła palcami po zgięciu łokcia, szukając żyły. Rei odwróciła głowę w bok, choć wcale nie bała się igieł. Ukłucie było krótkie i prawie bezbolesne.
— Wszystko dobrze? — zapytała Marisol.
— Fantastycznie — odparła Rei bez przekonania. — Uwielbiam spontaniczne oddawanie materiału biologicznego.
— Czyli nie.
Marisol zabezpieczyła próbówki, przykleiła plaster i rzuciła:
— Zaraz jedziemy na obrazowanie.
Nie pozwolili jej jednak iść. Niechętnie zajęła wózek z pomocą pielęgniarki; wcześniej zdjęto jej protezę, jeszcze w sali, bo noga zaczęła ją uwierać, poza tym była zbyt zmęczona, a Marisol powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu, że nie będzie ryzykowała kolejnego upadku. Teraz proteza stała przy ścianie jak niemy dowód, jak część niej samej, która została tak po prostu odstawiona, rzucona w kąt. Rei ani razu nie spojrzała w tamtą stronę.
Korytarz przesuwał się nad nią w jasnych prostokątach lamp. Sufit, kratka wentylacyjna, kolejna lampa, fragment ściany, mijany personel. Koc przykrywał jej biodra i uda, ale ona i tak miała wrażenie, że wszyscy widzą za dużo. Marisol szła obok, a technik pchał wózek.
W pracowni obrazowania było chłodniej i ciszej. Tam poproszono ją, żeby nie ruszała głową, a Marisol została blisko tak długo, jak mogła, potem Rei została sama z maszyną i ze sobą.
Nie myśl o Tannerze.
Nie myśl o tym, że może nadal czeka na korytarzu.
Nie myśl o tym, że bez protezy nie możesz nawet udawać, że nie jesteś wcale tak wybrakowana.
Maszyna zaczęła pracować, a Rei zamknęła oczy. Po wszystkim wróciła na salę jeszcze bardziej zmęczona, jakby samo bycie przesuwaną, badaną i ustawianą wyssało z niej całą energię. Marisol pomogła jej ułożyć się wygodniej, poprawiła koc, podsunęła poduszkę i ustawiła protezę w zasięgu wzroku, ale nie tak blisko, żeby Rei od razu próbowała po nią sięgnąć. Zaraz potem pielęgniarka sprawdziła kroplówkę, którą założono dla jej dobra. Rei leżała bez protezy, z lewą stroną ciała dziwnie lekką i jednocześnie ciężką od świadomości tego, że nic tam nie ma.
— Wyniki obrazowania będą za jakiś czas — powiedziała Marisol. — Doktor Reed wróci, jak tylko je dostanie. Krew też poszła do laboratorium.
Usuń— Czyli mam tu leżeć i rozmyślać nad swoimi wyborami życiowymi?
— Możesz spróbować odpocząć. — Marisol spojrzała na nią łagodnie, a potem poprawiła brzeg koca przy jej biodrze. Widząc spiętą twarz Bothwell, odezwała się jeszcze: — Rei…
— Nie lubię być bez niej — powiedziała cicho, zanim zdążyła się powstrzymać. Kobieta nie zapytała, o co chodziło. Nie musiała.
— Wiem.
Przez kilka sekund panowała cisza, a przez ten moment Rei próbowała przekonać samą siebie, żeby nie myślała o niczym poza wynikami i tym, jak bardzo nie znosiła szpitalnych koców. Nie udało się to jednak.
— Pan Morgan… — zaczęła nagle, a widząc wzrok Marisol, ostrożnie zacisnęła usta w wąską linię. — To znaczy… czy on poszedł? — zapytała, próbując brzmieć obojętnie, a i tak wyszło to tak bardzo obojętnie, że aż wcale.
Marisol przez chwilę patrzyła w jej stronę z taką miną, że Rei od razu tego pożałowała. Mogła po prostu siedzieć cicho.
— Pan Morgan był jeszcze na korytarzu, kiedy ostatnio wychodziłam — powiedziała, a potem sprawdziła kroplówkę. — Skoro zostajesz na noc, muszę zapytać: do kogo chcesz, żebym zadzwoniła? Ojciec? Maeve? Ktoś inny?
Rei zesztywniała prawie natychmiast.
— Do nikogo.
— Rei.
— Naprawdę do nikogo — powtórzyła szybko. — Tata jest za granicą. W Berlinie, dokładniej mówiąc, i jeśli dostanie telefon ze szpitala, kupi pierwszy możliwy bilet, nawet jeśli będzie musiał lecieć przez trzy kraje i sprzedać połowę duszy liniom lotniczym. A Maeve jest poza miastem. I ma urodziny za pięć dni. Nie będę jej tutaj ściągać przez głupi nos.
— A pan Morgan? — spytała.
— Co pan Morgan? — Rei chyba nie rozumiała, o co chodziło.
— Jest tutaj — wyjaśniła Marisol. — Przywiózł cię, został, załatwił sprawy z ubezpieczeniem. Mógłby może pomóc z ubraniami albo…
Rei posłała w jej stronę takie spojrzenie, jakby pielęgniarka właśnie zaproponowała, żeby oddała Tannerowi Morganowi klucze do mieszkania, hasła do wszystkich kont i własną duszę.
— Nie — wydusiła z siebie.
— Rei.
— Absolutnie nie — powtórzyła.
— To tylko ubrania — mruknęła z lekkim rozbawieniem. — Poza tym ten twój pan Morgan wydaje się dżentelmenem i chyba nie miałby problemu z pomocą, gdybyś umiała w ogóle prosić o tę pomoc. — Poprawiła koc przy jej nogach. — A teraz odpocznij, hmm? Przyjdę do ciebie za jakiś czas.
Rei Bothwell 🙄🛏️
Wybór tematu na zaliczenie jednego z przedmiotów nie był łatwy. Ale nie był też trudny. Zadanie było natomiast wyjątkowo skomplikowane – mieli przygotować dokument, reportaż, wywiad, niezbyt długą formę o czymś, co pozostawało nieoczywiste, a miało zainteresować nie tylko targetowaną grupę. Andrea głowiła się nad formą, ostatecznei doszła do wniosku, że wywiad przeplatany ze scenografią będzie dobrą bazą na dobry materiał. Zastanawiała się nad wywiadem z kobietą, która prowadziła lecznicę dzikich zwierząt przy górach Catskill, brała pod uwagę stewardessę, która więcej czasu spędzała w różnych miejscach globu niż we własnym świecie, ale docierało do Wilson, że owszem, tematy te mogły trafić do szerszej grupy odbiorców, ale był pospolite i oklepane. Szukała dalej, obracając niepozorny srebrny pierścionek na swoim palcu. Dostała go od mamy, która dostała go od babci. I choć Andrea miała mnóstwo sióstr, bo ich dom zawsze kipiał od nastoletnich hormonów, tak pierścionek z czarnym, onyksowym oczkiem trafił się właśnie jej. Wilsonowie nie byli zamożną rodziną, ale zwracali też uwagę na inne aspekty, nie przywiązując się szczególnie do rzeczy materialnych. Gdyby tak było, to Andrea pewnie niechętnie dzieliłaby z kimkolwiek pokój, niezbyt byłaby skora do tego, aby ustawiać się w kolejce do łazienki i czekać na to, aż ktoś w końcu odsunie się od tostera. Pierścionek z oczkiem z czarnego turmalinu był jednak tym, co szanowała. I chociaż na palcach pierścionków miała zwykle o wiele więcej, tak z tym jednym nie rozstawała się nigdy. Niby nic szczególnego, nic drogiego, ale z wartością sentymentalną, co czyniło go po prostu drogocennym nabytkiem. Dla Andy.
OdpowiedzUsuńI to właśnie ten pierścionek sprawił, że zaczęła robić research odnośnie jubilerstwa. Skupiła się wpierw na Jajach Fabergé, potem zaś badała fenomen Svarovsky’ego, by w pewnym momencie dotrzeć do krótkiego artykułu o nowojorskim jubilerze, który jednocześnie był prawnikiem, a jego rodzina posiadała zbiór drogocennych, unikatowych kamieni. Tanner Morgan. To nie było profesjonalne, kiedy zadzwoniła do kancelarii, w której pracował, ale skróciło to czas poszukiwań. Bo mogła oczywiście czatować pod salonem, mogła czaić się pod wieżowcem, mogła wszystko, ale wykonanie tego jednego telefonu okazywało się zaskakująco proste. I skuteczne.
Pan Morgan okazał się być zaskakująco, chociaż może znowu nie aż tak – skoro na głowie miał dwie firmy – zorganizowanym człowiekiem. Kilka maili i byli umówieni. Andrea pierwotnie miała w rezydencji Morganów pojawić się z koleżanką, ale tę dopadła okropna angina. Był marzec, zaliczenie zbliżało się wielkimi krokami, a aura była przygnębiająca, bardziej jesienna niż zwiastująca nadejście wiosny czy lata. Wilson musiała jednak skończyć ten pomniejszy projekt. Nie nadawała się do przeprowadzania wywiadów, ona miała odpowiadać za przebieg, ujęcia i dopping. To Mae miała siedzieć naprzeciwko pana Tannera. Ciemnoskóra dziewczyna była piękna, przebojowa i pewna siebie. Andrea była za to cholernie zestresowana, niepewna i spóźniona.
Wysiadała z Ubera, z bagażnika zabierając statyw do kamery, którą miała w przepastnej torbie na ramieniu, będąc co najmniej sfrustrowaną. Nic więcej przy sobie nie miała. Ubrana była w proste, szerokie jeansy, białe vansy i białą koszulę z kołnierzykiem, na którą narzuciła ciemny prochowiec. Było jej zimno, ale chciała wyglądać choć odrobinę elegancko, a gdy ujrzała posiadłość… szczęka jej opadła. Andrea nie znała luksusów, dlatego była pod ogromnym wrażeniem miejsca, w którym się znalazła. Nawet jeśli nie ociekało bogactwem i pretensjonalnością. Nadal było luksusowym miejscem. Musieli mieszkać w nim ludzie, którzy w głowie Wilson nie mieli zbyt wielu zmartwień, których problemy rozwiązywały pieniądze. Ale pewnie też je generowały.
Weszła na podjazd, kamyczki chrzęściły pod jej butami i nie zdziwiło jej wcale, że drzwi otworzyła jej kobieta – służąca, jak nazwała ją w myślach, chociaż pewnie teraz taki termin byłby więcej niż obraźliwy. Andrea chłonęła każdy fragment każdego pomieszczenia, przez które była prowadzona. Płaszcz oddała Shirin, poprawiła kołnierzyk prostej, klasycznej koszuli. Dorwała ją w second-handzie i na pewno była męska, ale Andy jedną jej stronę wsunęła w spodnie z wysokim stanem, a druga opadała luźno.
Usuń— Dzień dobry — przywitała się, kiedy wprowadzono ją do salonu. Diabelnie ogromnego salonu. Rozejrzała się, kręcąc się dookoła własnej osi, kompletnie ignorując Morgana. Przez chwilę, ale jednak. Odstawiła statyw, torbę rzuciła na jeden z foteli, które miała po drodze i prędko doskoczyła do wyciągniętej dłoni mężczyzny. — Wystarczy Andy, panie Morgan — dodała, czując, że się rumieni. Na Boga! Miała ledwo dwadzieścia parę lat. Dlaczego ktoś chciałby nazywać ją panią? Aż się wzdrygnęła.
— Jeśli to nie problem, to chętnie napiłabym się kawy. Ta pogoda… — mruknęła, a potem korzystając z zaproszenia podeszła do gablotki, znowu obracając swoim pierścionkiem na palcu. — Dziękuję za zaufanie — stwierdziła nagle, przechylając głowę, gdy jeden z kamieni szczególnie zwrócił jej uwagę. Zdawała sobie sprawę z tego, że była po prostu studentką. Jedną z wielu, ale może pierwszą, która odważyła się wystosować taką prośbę.
Andrea Wilson
Kiedy Marisol wyszła, sala zrobiła się nagle za duża, choć była zupełnie zwyczajna, szpitalna, zbyt jasna, z łóżkiem, szafką przy ścianie i krzesłem ustawionym pod takim kątem, jakby ktoś przed chwilą z niego wstał i obiecał, że zaraz tutaj przyjdzie. Rei leżała nieruchomo pod kocem, bez protezy, z obolałą twarzą i gazą przy nosie. Przez chwilę próbowała naprawdę odpocząć, a może nawet zasnąć, bo kroplówka zaczęła działać, a gdy tak nagle zrobiło się cicho, Reilynn uświadomiła sobie jedną rzecz: nie miała przy sobie telefonu.
OdpowiedzUsuńOdruchowo, choć zdecydowanie głupio, przesunęła ręką po biodrze, a potem jeszcze raz, ale z drugiej strony – i nic. Jej torba i laska musiały zostać w samochodzie Tannera Morgana. Nie mogła zadzwonić do ojca, nawet gdyby nagle uznała, że jednak chce mu opowiedzieć o całej tej sytuacji, ani do Maeve, żeby powiedzieć, że wszystko w porządku i że czuje się całkiem nieźle. Poza tym oczywisty brak telefonu to odcięcie od Internetu i odwyk od głupich filmików, editów i tworów AI, które w dziwny sposób ją bawiły.
Dopiero później, dużo później, kiedy za oknem zrobiło się ciemniej, a doktor Reed wrócił z wynikami i potwierdził, że zostaje na obserwacji do rana, Marisol pojawiła się znowu. Tym razem przyniosła ze sobą papierową torbę. Rei zauważyła, że wyglądała na zmęczoną. Jej dyżur musiał już się skończyć, bo miała na sobie cienką kurtkę i włosy trochę mniej idealnie spięte niż wcześniej.
— Zanim zaczniesz protestować — powiedziała od progu — to nie uwzględniam reklamacji.
Rei uniosła głowę i obserwowała, jak pielęgniarka zbliżyła się do łóżka. Marisol postawiła torbę na krześle i zaczęła wyjmować rzeczy: ręcznik, miękka bluza, luźne spodnie, prosta koszulka, skarpetki, bielizna w opakowaniu, prowizoryczny zestaw do mycia zębów, mała butelka wody i paczka chusteczek, jakby przygotowała zestaw przetrwania dla kogoś, kto właśnie tego potrzebował.
— Marisol… — wymamrotała.
— Jestem już po dyżurze — powiedziała pielęgniarka, jakby to wszystko wyjaśniało. — Sklep był po drodze. Rozmiar zgadywałam, ale myślę, że będzie dobrze. Jeśli nie, będziesz narzekać jutro.
— Nie powinna pani.
— Wiem.
— Naprawdę nie powinna pani — powiedziała przez ściśnięte gardło.
— Rei.
— Oddam pani pieniądze — dodała natychmiast, a widząc karcące spojrzenie kobiety, dodała cicho: — Dziękuję.
— Proszę bardzo, mi niña. — Marisol uśmiechnęła się ciepło. — Muszę już iść, ale przyjdę z samego rana. Spróbuj odpocząć.
— Spróbuję — odpowiedziała, patrząc jak pielęgniarka skierowała się do wyjścia. Pomachały do siebie przy progu, a potem Rei została sama.
Rano obudziło ją światło, które przesączyło się przez szpitalne zasłony. Rei przez chwilę leżała nieruchomo, próbując ustalić, co bolało ją najbardziej. Nos, głowa czy własna duma, że skończyła w szpitalu w ten sposób. I, oczywiście, że była to duma. Marisol pojawiła się jeszcze przed śniadaniem, z kubkiem wody i lekami przeciwbólowymi.
— Tabletki — powiedziała, wysypując je do małego plastikowego kubeczka. — Przeciwbólowe i coś na obrzęk. Doktor Reed kazał też powtórzyć badania, zanim podpisze wypis.
Marisol spojrzała na jej opuchnięty nos, plaster, bladą twarz i rozczochrane włosy. Potem przyszedł doktor Reed. Wyglądał tak samo jak wczoraj, może był trochę bardziej wyspany.
— Dobra wiadomość — zaczął.
— Jeśli zaraz powie pan, że drzwi oficjalnie mnie przeprosiły, nie uwierzę — mruknęła.
— Drzwi nie wykazały skruchy.
— Typowe... — Prychnęła cicho.
Reed usiadł na krześle obok łóżka i oznajmił:
— Obrazowanie nie pokazało niczego, co wymagałoby pilnej interwencji. Nos jest złamany, ale bez przemieszczenia, które wymagałoby nastawiania. Dostaniesz zalecenia, termin kontroli laryngologicznej i leki przeciwbólowe do domu. Jeśli zawroty albo nudności się nasilą, wracasz do szpitala. Bez dyskusji.
Rei odetchnęła ostrożnie przez usta i już chciała się odezwać, kiedy dostrzegła coś w twarzy doktora Reeda. I chyba wiedziała, co oznacza to coś
Usuń— Wyniki krwi są… średnie — powiedział po chwili. — Morfologia nie jest tragiczna, ale nie podoba mi się kilka wartości. Nie na tyle, żeby cię dłużej tutaj zatrzymywać, ale chcę cię zobaczyć za miesiąc. Powtórzymy krew i sprawdzimy, czy coś się zmieniło.
— Czyli... nie wypisuje mnie pan z pełnym błogosławieństwem? — zapytała.
— Wypisuję cię z ostrożnym błogosławieństwem i konkretną datą kontroli — odpowiedział z lekkim uśmiechem. — Masz odpoczywać, Rei. Bez forsowania się, bez samodzielnych wypraw przez pół miasta, szczególnie dzisiaj. I bez kolejnych pojedynków z drzwiami.
— Nie mogę obiecać ostatniego. Drzwi są wszędzie — wytknęła rzeczowo.
— W takim razie wybieraj przeciwników mądrzej — odparł, nauczony już, że Rei zawsze musiała z nim dyskutować. — Marisol przyniesie dokumenty, kiedy wszystko będzie gotowe. Do tego czasu masz leżeć i pić wodę.
Kiedy wyszedł, Rei zaczęła się ogarniać do wyjścia ze szpitala. W łazience wzięła prysznic, nie mocząc twarzy, a potem ostrożnie umyła zęby, rozczesała palcami włosy i ubrała się w ubrania, które wczoraj przyniosła jej Marisol. Były nieco za duże, ale za to wygodne i nie pachniały szpitalem. Stojąc jeszcze chwilę przed umywalką, musiała przyznać, że wyglądała o wiele lepiej niż kilka godzin wcześniej. Nos nie przypominał wielkiego ziemniaka, opuchlizna nieco zeszła, ale za to widać było delikatne zasinienia wokół oczu, nic niepokojącego.
Opuściła łazienkę, trzymając się przez chwilę ściany, zanim uznała, że jednak nie będzie kusić losu i zajęła łóżko. Marisol zostawiła jej dokumenty z informacją, że doktor Reed musiał podpisać jeszcze jedną rzecz, więc Rei miała kilka minut, aby zebrać się w sobie. Dopiero teraz dotkliwie uświadomiła sobie, że nie miała telefonu, torby ani portfela. Nadal nie wiedziała, ile wiadomości dostała, czy ojciec napisał z Berlina i czy Maeve już zaczęła podejrzewać, że coś jest nie tak. W torbie miała klucze od mieszkania, a laska… cóż, była przydatna. Wszystkie te rzeczy były u Tannera Morgana. Reilynn zaczęła się więc zastanawiać, czy może zostawił je w recepcji? A może wysłał tutaj kogoś z salonu? Jedno było pewne, musiała to wszystko odzyskać.
Chwilę później rozległo się krótkie pukanie. Rei odruchowo się wyprostowała, patrząc, jak w progu staje Tanner Morgan. Tanner Morgan z jej torbą przewieszoną przez ramię, z laską i z dwoma papierowymi kubkami.
— Dzień dobry — wymamrotała, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować. — Ja też przypomniałam sobie o swoich rzeczach dopiero późnym wieczorem, to… chyba naprawdę musiałam źle się czuć, skoro zapomniałam nawet o telefonie — dodała szybko, gdy wspomniał o tym, że zostawiła u niego torbę i laskę.
— O wiele lepiej niż wczoraj — odpowiedziała, bo faktycznie tak było. Nos nie bolał już aż tak bardzo. A kiedy Tanner Morgan wręczył jej kubek, podziękowała krótko; ciepło od razu przeszło przez papier do jej palców. — To kakao? Przyniósł mi pan kakao?
I przez jedną, bardzo krótką chwilę znów była piętnastoletnią dziewczyną w szpitalnym łóżku, w Szkocji, z kołdrą ułożoną nie tak, jak powinna, i ojcem wchodzącym do sali z papierowym kubkiem w ręku. Malcolm, odkąd zaczęła chorować, zawsze przynosił jej kakao z piankami. Nawet kiedy lekarze mówili, że nie powinna jeść nic zbyt słodkiego, nawet kiedy ona twierdziła, że to dziecinne. Zaraz potem wzięła ostrożny łyk, oblizała językiem dolną wargę i pokiwała delikatnie głową.
— Całkiem dobre — przyznała. Posłała mężczyźnie delikatny uśmiech i dodała nieco niepewnie, sądząc, że nie jest to coś, co w ogóle interesowało prawnika, ale i tak to powiedziała: — Kiedy zachorowałam, a potem zaczęły się badania, kontrole, operacje… to po każdym ciężkim dniu mój tata przynosił mi kakao i dorzucał do niego cztery pianki. Jedna z nich zawsze smakowała jak przesłodzona papka.
UsuńTo było miłe wspomnienie, choć nie wiązało się z czymś szczególnie pięknym. Wzięła kolejny łyk i uniosła spojrzenie, gdy do środka weszła Marisol, witając się. Przyniosła ze sobą ostatnie dokumenty, receptę i niewielką kartkę z zaleceniami.
— Dzień dobry jeszcze raz — powiedziała, a jej wzrok przesunął się najpierw po Rei i Tannerze, a potem po papierowych kubkach, ale nie skomentowała tego. — No, mi niña, doktor Reed podpisał wypis. Masz tutaj zalecenia: odpoczynek, leki przeciwbólowe zgodnie z rozpiską, zimne okłady, żadnego forsowania się, a kontrola laryngologiczna i wizyta u za miesiąc z powtórzeniem krwi.
— Więc widzimy się za miesiąc — odparła, biorąc kolejny łyk kakao, jakby już teraz miało jej to osłodzić przyszłe spotkanie.
Marisol przytaknęła, ale zanim wyszła, sprawdziła jeszcze, jak Rei poradziła sobie ze wstaniem. Gdy miała pewność, że wszystko jest w porządku, zostawiła Bothwell z panem Morganem.
Reilynn schwyciła za laskę i stanęła pewniej. Przez sekundę w ogóle się nie ruszała, po prostu oceniała, czy nie będzie trzeba wzywać Marisol po raz kolejny, ale świat wokół niej nie kręcił się jak ostatnio ani nie poczuła, żeby jej żołądek chciał zwrócić lekkie śniadanie, które zjadła wcześnie rano. Zaraz potem odwróciła się, żeby wziąć swoją torbę i resztę rzeczy.
Rei Bothwell 😮💨🍫
Rei szła wolno, ale szła sama i chyba to było najważniejsze, nawet jeśli jej towarzyszem był Tanner Morgan, który niejako został w to wszystko wciągnięty całkowicie przypadkiem, choć może nie aż takim przypadkiem, raczej bez świadomej zgody. Może naprawdę Reilynn niosła ze sobą chaos, który nie zawsze komuś odpowiadał – i jeśli tak było, zazwyczaj starała się nie panoszyć, bo nie była złośliwa ani nie próbowała czegoś sobie udowodnić. Lubiła jednak, gdy coś się działo, kiedy życie przypominało nieco fabułę książek, które pisała, bo do tej pory jej rzeczywistość była bardzo mocno ograniczona.
OdpowiedzUsuńLaska stukała cicho o podłogę, torba zajmowała jej ramię, a dokumenty gniotły się gdzieś w środku. To nie był pierwszy wypis Rei, więc nie czuła, że to coś wielkiego, choć chyba powinna, skoro krew wyszła nieźle, przynajmniej tak nieźle, że doktor Reed nie postanowił jej zatrzymać tutaj dłużej. A dopiero wtedy by się zaczęło. Badania, badania i jeszcze raz badania, a potem telefon do ojca i Maeve, trzymanie się ściśle określonego harmonogramu i zaczynanie dnia od pobudki o szóstej rano, potem mierzenie ciśnienia, toaleta, śniadanie… Rei wiedziała, jak to wyglądało i naprawdę nie miała ochoty powtarzać tego wszystkiego od początku. Była nieco zmęczona i zdecydowanie znudzona, a teraz, w wieku dwudziestu sześciu lat, chciała po prostu zacząć żyć.
Rei zerknęła w jego stronę z ukosa. To, co powiedział, było całkiem… miłe i oczywiście nie brzmiał tak, jakby robił jej łaskę. Wątpiła też w to, żeby próbował ją zawstydzić albo że przyszedł tutaj po to, żeby napawać się widokiem jej złamanego nosa.
— Po pierwsze, nie mieszkam poza miastem — powiedziała po chwili. — Queens to nadal cywilizacja, choć niektórzy ludzie z Manhattanu twierdzą inaczej. Po drugie, mogę zamówić taksówkę. A po trzecie, nie chcę zabierać panu więcej czasu.
Otworzyła jeszcze usta, żeby coś dodać, ale wtedy przypomniała sobie słowa Marisol o tym, żeby się oszczędzała. Czy oszczędzaniem w tym przypadku mogło być zajęcie miejsca w drogim aucie Tannera Morgana i pozwolenie mu, żeby odwiózł ją do domu? Miała albo wyjątkowe szczęście, że prawnik nie miał teraz nic ważniejszego, albo Morgan był pechowcem, bo akurat pojawił się, gdy ją wypisywano.
— Po prostu… chodźmy — wymamrotała.
Szli dalej przez jasny korytarz, mijając personel, pacjentów, wózek z pościelą i starszego mężczyznę, który rozmawiał przez telefon tak głośno, jakby był przekonany, że jeśli nie będzie tak mówił, nie zostanie zrozumiany. Rei stawiała dzielnie każdy krok, próbując nie iść jak typowy żółw i niczego nie opóźniać.
Przy wyjściu z budynku uderzyło ją chłodniejsze powietrze, inne, niż te, które kotłowało się w szpitalu. Wzięła głębszy oddech i obejrzała się przez ramię, aby omieść spojrzeniem budynek, który czasem wydawał jej się straszniejszy niż cokolwiek innego.
Samochód Tannera Morgana stał niedaleko. Dopiero teraz mogła się mu przyjrzeć; auto było ładne, smukłe i zdecydowanie pasowało do mężczyzny, którym był prawnik. Przede wszystkim jednak był bardzo, ale to bardzo kuszący, bo Rei tak naprawdę nie miała ochoty walczyć z aplikacją, kierowcą i taksówką, aby dotrzeć do domu. Co więc powinna zrobić?
Wyprostowała się nieco, podniosła podbródek i odwróciła się do Tannera, gdy ten stanął obok. Była od niego niższa, więc musiała czymś nadrabiać, choć w obecnym stanie wydawało jej się, że jest wybitnie żałosna.
— Wsiądę — oznajmiła. — Ale pod jednym warunkiem.
Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej warunek mógł zostać wyśmiany, bo to Morgan proponował jej podwózkę do domu i to ona zyskałaby więcej niż on, ale Rei nie mogła odpuścić sobie takiej okazji. Zamilkła jednak, aby szybko przemyśleć, czy to, co zamierzała powiedzieć, spotka się z jego krzywą miną, czy może jakąś ostrą reakcją albo jeszcze gorzej.
— Zacznie mi pan mówić po imieniu. — Wyciągnęła do niego rękę. To był prosty gest, może trochę nieco dziwny po tym, co już się wydarzyło, bo przez te kilka dni zdążyła obmacać prawnikowi kolano, rzucić mu wyzwanie pączkowe, zdradzić się z tym, że był inspiracją dla fikcyjnego bohatera, którego tworzyła, i poznać jego salon, w którym złamała sobie nos.
UsuńNie wycofała się jednak, stała naprzeciwko z kubkiem w jednej dłoni, laską opartą o nadgarstek, torbą zsuwającą się lekko z ramienia, a drugą rękę wyciągnęła do niego tak, jakby w ten sposób zaczynał się jakiś nowy rozdział.
— Reilynn Bothwell — przedstawiła się, choć wcale nie musiała. Uśmiechnęła się lekko, ostrożnie, bo nos nadal nieco bolał, gdy robiła miny. — Skoro przetrwał pan pierwsze spotkanie ze mną, myślę, że to dobry moment, żeby mówić sobie po imieniu. Więc jeszcze raz: jestem Rei, miło mi.
Spojrzała mu w oczy, a jej uśmiech stał się nieco bardziej rozbawiony. Naprawdę musiała być wariatką, skoro proponowała to komuś takiemu jak Tanner Morgan, bo wątpiła, aby zmienił o niej zdanie. Być może była najbardziej chaotyczną, głośną i niereformowaną osobą w jego otoczeniu i to byłby dobry powód, żeby nie chcieć mówić do mniej oficjalnie, tylko że Rei wcale nie chciała być panią Bothwell.
Rei Bothwell 🙌🥺
Rei została przy otwartych drzwiach samochodu jeszcze przez sekundę, z dłonią zawieszoną w powietrzu po tym, jak Tanner tak po prostu ją minął i obszedł auto. Nie uścisnął jej ręki, oczywiście, że tego nie zrobił. Dlaczego? Pewnie powodów było jakieś tysiąc i gdyby Reilynn miała dość czasu, to by sobie je wszystkie wymyśliła, a potem zwizualizowała. Zrobiła lekko naburmuszoną minę, wciąż uważając, aby jej nos za bardzo przy tym nie ucierpiał, a potem pochyliła się lekko.
OdpowiedzUsuń— To nie było wciskanie warunków — powiedziała, zaglądając do środka auta. — To była próba naprawy naszej relacji, którą, najwyraźniej tylko ja, chcę jakoś… ucywilizować. Zaczęliśmy to wszystko dość dziwnie, więc…
Wzruszyła lekko ramieniem, bo co jej niby szkodziło, żeby spróbować jednak zostać znajomą Tannera Morgana? Najwyżej ją pozwie. I oczywiście, że wiedziała, że nie musiał tego robić, tak właściwie to niczego nie musiał robić, a to, że tutaj był, być może świadczyło o tym, że jednak przejął się nią jako osobą i że nie ma jej za taką najgorszą zarazę.
— Poza tym negocjowałam w życiu kilka umów — dodała, unosząc lekko brodę. — Wydawniczych, filmowych, o prawa zagraniczne, terminy — wyliczyła krótko. Była zmuszona nabyć tę umiejętność, bo kiedy zaczęła być popularna, wszystko musiało być po pierwsze czytelne, po drugie zabezpieczone, a po trzecie niemożliwe do przejęcia przez innych. Rei dość szybko zrozumiała, że sukces nie oznacza tylko kwiatów, recenzji i maili od czytelniczek, które pisały, że płakały przy rozdziale dwudziestym siódmym. Sukces oznaczał też telefony, umowy, klauzule, procenty, prawa zależne i ograniczone zaufanie do osób, które chciały ją przekonać, że „tak po prostu działa branża”. Uczyła się więc czytać umowy, pytać i mówić „nie”, a przede wszystkim nie przepraszać za to, że chciała zachować prawa do świata i bohaterów, których stworzyła.
Ostrożnie wsunęła się do auta, pilnując, żeby torba nie zsunęła jej się z ramienia, laska nie uderzyła o próg, a kubek z resztką kakao nie przechylił się za bardzo. Ostatnie wymagało największego skupienia, bo po wczorajszym dniu biała tapicerka mogła mieć wobec niej uzasadnione obawy, że jednak zostanie pobrudzona. Dopiero kiedy usadowiła się wygodniej, postawiła laskę tak, żeby nie przeszkadzała, i przyciągnęła pas, dotarło do niej, że naprawdę jest w jego samochodzie. Znowu. I tym razem nie była półprzytomna, i weszła do środka bez pomocy. Sukces. Zapięła pas z cichym kliknięciem i dopiero wtedy spojrzała w stronę kierowcy.
— A co do moich ambicji — powiedziała, próbując brzmieć lekko, choć jej policzki zrobiły się odrobinę cieplejsze — to proszę nie przeceniać własnego znaczenia. Ja po prostu mam tendencję do ratowania beznadziejnych przypadków, chyba jestem masochistką.
Zasugerowała lekko, że to Tanner był tym beznadziejnym przypadkiem, bo chyba nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto tak bardzo by się od niej odpędzał. Jasne, bywała męcząca i czasem mówiła od rzeczy, szczególnie gdy wsiąkała w jakiś temat, ale ogólnie wydawało jej się, że dało się z nią wytrzymać. Morgan zachowywał się jednak tak, jakby każda kolejna rozmowa z nią wymagała analizy ryzyka i zabezpieczenia majątku osobistego przed skutkami ubocznymi przed znajomością z nią. To było trochę obraźliwe i nieco zabawne, bo odpędzał się, owszem, ale nie zniknął, choć może byłoby to łatwiejsze. Pomyślała sobie więc, że może gdzieś pomiędzy jego cierpliwością do tego, jaka była, a zniecierpliwieniem istniała przestrzeń, w której może dałoby się zakotwiczyć i to nie jako problemem, tylko jako Rei. Chaotyczna, gadatliwa, czasem nieznośna, ale jednak możliwa do zniesienia, może nawet do polubienia.
— Poza tym nie jestem aż tak stara, żebyś mówił do mnie pani Bothwell, tak właściwie… jestem dość młoda — odezwała się, dość dobrze akceptując ostatnią część zdania. Nagle jednak otworzyła szerzej oczy, jakby uświadomiła sobie, że może być jeszcze jeden powód, dla którego uparcie trzymał się tego oficjalnego tonu. — Czy ty myślisz, że co… że mam jakieś pięćdziesiąt lat? Aż tak staro wyglądam?
UsuńTo nie było ani trochę zabawne. Rei i tak miała mały problem z zaakceptowaniem samej siebie i tego, jak wyglądała, ale nigdy nie sądziła, że w oczach innych może być starą babą. Jasne, jej skóra bywała bledsza, a sińce pod powiekami wcale nie dodawały jej uroku, jednak to chyba nie sprawiało, że wyglądała o wiele, wiele starzej, prawda? Dotknęła palcami swojego policzka, jakby chciała sprawdzić, czy przez noc w szpitalu nie postarzała się o jakieś dwadzieścia lat.
Rei Bothwell 😳
Nie miała pojęcia, co takiego myślał sobie Tanner Morgan, ale gdyby wiedziała, to pewnie zaczęłaby wielką dyskusję o tym, dlaczego tak właściwie nie chce się z nią zaprzyjaźnić, oprócz tego, że była chaotyczna i głośna. Bo jasne, że była, i to może zbyt często, a już stanowczo zbyt często w ciągu ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Ale przecież nie była wyłącznie chaosem. Nie była tylko kobietą od pączka, złamanego nosa i nieumiejętnego przełamywania cudzych granic. Miała też zalety, prawdopodobnie, a w sprzyjających warunkach, po dobrym śnie, bez urazu nosa, jej zalety mogłyby nawet zostać zauważone przez bezstronnego obserwatora.
OdpowiedzUsuńUmiała słuchać i być lojalna aż do przesady. Pamiętała o drobiazgach, umiała rozśmieszyć kogoś w trudnym momencie albo po prostu siedzieć obok, gdy robiło się ciężko. Nie była łatwa w obsłudze, ale nie była też taka jednowymiarowa, a Tanner zachowywał się tak, jakby jej intensywność była dowodem winy, a nie tylko nieporadnym sposobem utrzymania się przy życiu. Gdyby się nad tym zastanowiła, to chyba właśnie dlatego tak bardzo próbowała sobie żartować i nie brać niczego do siebie, bo jeśli sama nazwie siebie katastrofą, chaosem i beznadziejnym przypadkiem, to cudze stwierdzenie tego samego powinno boleć mniej. Teoretycznie.
Rei spojrzała przez szybę, mocniej łapiąc kubek. Może po prostu chciała, żeby ktoś taki jak Tanner Morgan, opanowany, konkretny i mocno osadzony w rzeczywistym świecie, zobaczył w niej coś więcej niż kłopot, no, może nie od razu przyjaciółkę, ale przynajmniej też nie kogoś, kto próbując zapalić świeczkę, podpalił sobie włosy.
Odruchowo dotknęła pasa bezpieczeństwa, kiedy zamki zaryglowały się cicho, a samochód ruszył przez parking.
— Przepraszam bardzo — odezwała się po chwili, obracając głowę w jego stronę. — Ledwie wyrosłam z pieluch?
Nie brzmiała tak, jakby była obrażona, choć określenie, którego użył, było niemal jak policzek.
— To bardzo śmiały tekst jak na mężczyznę, który sam wygląda, jakby urodził się od razu w garniturze i miał alergię na uśmiechanie — wytknęła, mrużąc lekko oczy. Najpierw myślała, że miał ją za staruchę, a teraz bezlitośnie oznajmił, że jednak widział w niej dzieciaka. Cóż, Rei dzieckiem nie była i z całą pewnością nie nazwałaby tak samej siebie, prędzej określiłaby się jako młoda kobieta przeżywająca kryzys wieku średniego, bo tak naprawdę od niedawna zaczęła żyć poza szpitalem i chyba zrozumiała, jak wiele ją ominęło.
Jego kolejne słowa przyjęła bez natychmiastowej reakcji, a to chyba samo w sobie było dowodem, że jednak umiała się zachować, tylko rzadko wybierała tę opcję jako pierwszą. Oczywiście, że ją uczono i oczywiście, że tata zrobił to jak najlepiej umiał, choć miał utrudnione zadanie, skoro jego żona w pewnym momencie się wycofała i uznała, że nie chce oglądać tego, jak jej córka umiera. Rei, może jedynie jakimś cudem, jednak żyła.
— Uczono mnie — odezwała się. — Nie wszystkie zasady się przyjęły, ale chyba nie jest tak źle, skoro wciąż tutaj jesteś i błaaaagam, nie mów mi tutaj o tym, że poczułeś się odpowiedzialny za dziewczynę, która dopiero co wyrosła z pieluch, bo mogłeś załatwić to wszystko inaczej, na przykład zostawić moje rzeczy w recepcji albo wysłać do szpitala jakiegoś swojego pracownika, ale nie, postanowiłeś pojawić się osobiście i wpadłeś… — chciała rzucić tekstem, że „cały na biało”, ale sobie darowała, wzięła głębszy oddech i wewnętrznie jęknęła, bo rozpoczęcie rozmowy o tym, po co to wszystko robił, było czymś, co wywoływało w niej dreszcz.
— Zapomnij. — Machnęła ręką, jakby odganiała od siebie natrętną muchę. Dopiła to cholerne kakao, które smakowało zbyt słodko i nieadekwatnie do całej tej sytuacji, a gdy Tanner Morgan wyrzucił z siebie oficjalne „proszę wpisać adres”, Reilynn miała wrażenie, że jej oko kilka razy podskoczyło.
Usuń— „Proszę wpisać adres” — powtórzyła pod nosem z przesadną starannością, jakby cytowała fragment pisma urzędowego. Przez moment miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, coś ostrzejszego. Coś w stylu, że nie da się raz przynieść komuś kakao, obudzić w nim rodzinnej traumy piankowej, użyć imienia przez całe trzy minuty, a potem cofnąć się do tonu obsługi klienta premium. Ale nie odezwała się, bo dotarło do niej to, co powiedział. Nie chciał być bliżej. Nie chciał, żeby jej chaos wszedł mu w życie i rozsiadł się tam z torbą, złamanym nosem i pretensją o oficjalne formy. I miał do tego prawo. Wpisała więc adres, nie dodając nic od siebie, a potem odwróciła głowę do szyby, próbując ignorować kierowcę. Jej zdrowa noga zaczęła nerwowo podskakiwać, co świadczyło jedynie o tym, że Rei toczyła wewnętrzną walkę sama ze sobą. Tanner Morgan był wkurzającym dupkiem, a ona? Ona była chaotyczną dupką i nawet nie próbowała temu zaprzeczać, tylko co mogło wyniknąć ze spotkania dwóch dupków?
Oparła głowę o szybę, obserwując miasto, które podobno nigdy nie zasypiało, choć Rei raczej w to wątpiła. Gdyby nie zasypiało, każdy prędzej czy później oszalałby z braku snu.
— Wiesz, że to określenie o mieście, które nigdy nie śpi, jest biologicznie podejrzane? — odezwała się nagle. I tyle było z jej milczenia, choć nie spodziewała się, że Tanner wejdzie w tę dyskusję, była zbyt abstrakcyjna, a Rei mówiła tylko po to, aby się czymś zająć. — Bo jeśli Nowy Jork naprawdę nigdy nie śpi, to znaczy, że funkcjonuje w stanie permanentnej deprywacji snu, a deprywacja snu prowadzi do zaburzeń koncentracji, drażliwości i… bardzo złych decyzji, co, przyznaję, tłumaczyłoby ceny mieszkań, Times Square i fakt, że ludzie nadal kupują sałatki za dziewiętnaście dolarów. Mam teorię, że miasto jednak śpi, tylko że kolejno zasypiają kolejne dzielnice, ale nigdy nie jest tak, że dwie śpią w jednym czasie… myślę, że… Manhattan i Brooklyn mają bezsenność wysokofunkcjonującą, Queens niby zasypia normalnie, ale bywa znerwicowane, Staten Island prawdopodobnie chrapie, a Bronx? Hmm, może to Bronx nigdy nie zasypia?
Rei Bothwell 👧🙄
Reilynn zmrużyła oczy, kiedy się zaśmiał. To było… niespodziewane. Tanner Morgan śmiejący się tak naprawdę, z poruszeniem klatki piersiowej i krótkim błyskiem białych zębów, był zjawiskiem tak niespodziewanym, że przez sekundę jej mózg się zawiesił. Nie podejrzewała, że będzie w stanie rozbawić prawnika jakimś swoim tekstem lub żartem, ale chyba jej się udało, skoro usłyszała to, co usłyszała, ba, Tanner nawet nie próbował się powstrzymywać. I to niby ona była dziwna?
OdpowiedzUsuń— Jestem… złożona — odparła dość ostrożnie, ale potem śmiało dodała: — Mam dwadzieścia sześć lat, ciało z przebiegiem, duszę emerytowanej bibliotekarki i emocjonalną odporność dziecka, któremu zabrano kredki. To… chyba uczciwe podsumowanie?
Uśmiechnęła się lekko. Nie zamierzała udawać, że jest poważna, choć umiała być, ani że zawsze wiedziała, co powiedzieć, jak się zachować czy w ogóle jak żyć, bo tak naprawdę chyba nikt tego nie wiedział. Każdy miał jakieś role, jakieś powołanie lub zasady, które były ważne. Dla Rei najważniejsze było przeżycie swojego życia tak, aby ostatecznie niczego nie żałować. Poza tym niewiele istniało dla niej momentów poza szpitalem, więc chciała nieco pokorzystać, żeby później, leżąc w szpitalnym łóżku, mogła to wszystko wspominać z uśmiechem.
— Wiedziałam — mruknęła, gdy wspomniał o tym, że właściwie dałoby się powiedzieć, że urodził się w garniturze. — Mhm, a alergię na uśmiechanie nabyłeś po obronie, czy była wpisana w program studiów prawniczych od pierwszego semestru?
Zerknęła na niego z ukosa, z kubkiem kakao opartym o kolano. Zaraz potem parsknęła cicho i posłała Tannerowi szerszy uśmiech.
— Sporo ryzykowałeś tym śmiechem przed chwilą. Mam nadzieję, że nie zatrzyma nas żadna policja od uśmiechów prawników.
Przewróciła lekko oczami, słysząc te kilka zdań o byciu odpowiedzialnym. Potarła paznokciem papierowy kubeczek, w którym nie było już kakao, i kiwnęła lekko głową.
— Auć, czy ty właśnie nazwałeś mnie sprawą? — spytała nieco zaczepnie. — No tak, z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność — rzuciła, bo trochę tak było, że Tanner miał tę moc, a właściwie moc sprawczą, że mógł dokończyć akurat tę konkretną sprawę. I niby przyjmowała jego tłumaczenie, ale jakoś nie wierzyła do końca w to, że gdyby nie chciał tego wszystkiego robić, to i tak by to zrobił, a raczej przekazał to w inne ręce, bo ostatecznie zawsze wszystko sprawdzało się do chcenia. I to był paradoks; stała się sprawą, której nie chciał, ale którą chciał doprowadzić do końca, mimo że wcale nie była nikim ważnym. Ciekawe.
Otworzyła usta, żeby zapytać, o co chodziło, ale Tanner tym razem ją uprzedził, więc grzecznie wysłuchała jego pytań.
— Pytanie o mój pseudonim i o potrzebę przyjaźni z Tannerem Morganem obok siebie? Nie grasz zbyt uczciwie. — Reilynn też rzuciła mu spojrzenie, bo pytał o bardzo konkretne i dość złożone rzeczy. — Nie publikuję pod moim nazwiskiem, ponieważ nie chciałam być kojarzona z rodzicami, mój tata jest architektem, matka aktorką teatralną, więc uznałam, że nie chcę wybijać się w ten sposób. Poza tym chyba potrzebowałam być nieco tajemnicza? No wiesz, jestem mimo wszystko dość anonimowa w tym, co robię, choć naprawdę uwielbiam pisać, kocham moich czytelników… Lynn R. Well jest po prostu pisarką, a Reilynn Bothwell ma trochę, jakby to ująć?, problemów.
Uśmiechnęła się lekko, mówiąc to wszystko, a potem zdała sobie sprawę z tego, że zostało jej jeszcze drugie pytanie. To gorsze.
— Jak to po co? Żeby móc wykorzystać tę przyjaźń, jesteś prawnikiem, może byś mi pomógł wynegocjować lepsze wynagrodzenie… — zaczęła, próbując zachować powagę, ale potrząsnęła głową ze śmiechem. — Tak naprawdę… to nie wiem. Gdy cię zobaczyłam, pomyślałam, że właśnie tego potrzebowałam, aby ułożyć sobie w głowie wątek elfa z mojej książki, a potem… hmm… może po prostu uznałam, że dobrze jest poznać kogoś, kto nie zna mnie ze szpitala, od taty czy Maeve? I wiem, że pączek to nie był najlepszy początek, przyznaję, ale... to było całkiem zabawne. Było, prawda?
UsuńWzruszyła lekko ramieniem i odetchnęła cicho. Oparła tył głowy o siedzenie, a swoje zielone oczy wbiła w profil mężczyzny; w ten sposób mogła nieco bezkarnie pooglądać prawnika z tej perspektywy.
— Nie potrzebuję twojej przyjaźni jak leku, Tanner — dodała. — Po prostu… pomyślałam, że może warto spróbować, skoro przeżyłeś spotkanie ze mną… Ale pytałeś, po co mi akurat twoja przyjaźń, więc odpowiadam: nie wiem jeszcze po co, może po nic konkretnego, a może po prostu dlatego, że pomyślałam, że… jednak warto powalczyć z twoją alergią na uśmiechanie, a jeśli ta alergia okaże się zabójcza, to nie musisz się obawiać o nekrolog. Napiszę coś ładnego.
Rei Bothwell 🧝♂️👀
Powiedziała swój pseudonim ot tak, raczej nie rozmyślając o tym, czy powinna to robić. Wątpiła jednak w to, aby Tanner cokolwiek zrobił z tą informacją, oprócz sprawdzenia sobie, co tak naprawdę pisała. I chyba lepiej, jeśli dowie się o tym, kiedy ona nie będzie zbyt blisko. Nie wstydziła się, oczywiście, literatury, którą tworzyła, jednak opinie o tym, że pisze seksy z elfami, nie były takie wyssane z palca, choć owa intymność, uczucia i dramy były częścią jakiejś większej fabuły.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, że mówiąc, że wolałbyś, żebym nie traktowała tego jako zachęty, tak naprawdę mnie zachęcasz? — Uśmiechnęła się pod nosem. — Ale możesz spać spokojnie, nie byłabym zbyt dobrą przestępczynią, no chyba że mówimy o przestępstwach przeciwko dobremu jedzeniu. Totalnie nie umiem gotować.
Oparła głowę wygodniej o siedzenie i zaczęła wyliczać na palcach.
— Raz spaliłam makaron, choć tata mówił, że raczej nie da się tego zrobić. Zrobiłam jajecznicę o konsystencji materiału budowlanego. O, i kiedyś próbowałam upiec muffiny i wyszły z tego małe, jadalne cegły…
Nie była urodzoną kucharką i raczej rzadko gotowała coś wymyślnego, najczęściej albo coś zamawiała, albo robiła najprostsze danie, jakie istniało, byleby coś zjeść. Nie była też zbyt wybredna, więc jeśli coś się za bardzo spiekło, i tak to jadła.
Dla niej Tanner nie był opcją. Może pojawił się w dobrym miejscu i o dobrym czasie, a może jednak to wszystko było decyzją przekornego losu. Rei nie miała pojęcia, ale nie sądziła, aby te różnice między nimi były aż tak wielkie. Poza tym przeciwieństwa się przyciągały, przynajmniej w teorii.
Gdyby miała określić, jak postrzega Tannera Morgana, z całą pewnością oznajmiłaby, że był dla niej jak zamknięta książka w twardej oprawie, z eleganckim grzbietem, bez opisu z tyłu i z bardzo wyraźną sugestią, że nie należy jej otwierać bez pozwolenia. Rei, niestety, całe życie miała z tym problem, co zapewne już udowodniła. Omiotła spojrzeniem jego profil, przesunęła wzrokiem po linii szczęki, a potem po ramionach, aż do palców trzymających kierownicę. Jeśli miałaby wskazać pierwszą lepszą różnicę, którą zauważała tak dotkliwie, to był nią wygląd, ale nie w tym oczywistym sensie. Wątpiła w to, aby Tanner Morgan miał kompleksy, i zresztą słusznie, wyglądał jak facet, który nie musiał się starać, żeby zachwycać, a ona? Ona bywała małolatą z pełną pieluchą, która próbowała nie umrzeć.
— Odmawiasz mi ładnego nekrologu? — zapytała ze śmiechem. — Poza tym nie sądzę, żebym zrobiła sobie krzywdę, walcząc z twoją rodzinną alergią na uśmiechanie. Mam doświadczenie w nierównych walkach.
Nie znała jego rodziny ani tej całej genealogii garniturów, dystansu i odziedziczonej niechęci do nadmiernej ekspresji. Ale wyobraziła sobie przez chwilę małego Tannera w minimarynarce, z poważną miną dziecka, które już wtedy wyglądało, jakby miało stanąć w sądzie. To było absurdalnie... urocze.
— A nekrologiem się nie martw, sama sobie napiszę, żeby mieć pewność, że jest tam wszystko, co chciałabym, żeby było — dodała. — Ale jeszcze nie teraz. Mam za dużo rzeczy do zrobienia.
UsuńOczywiście, że jako pacjentka onkologiczna kilka razy pisała już listy do najbliższych i pewnie umiałaby wyprodukować nekrolog w paręnaście minut, bo miała dość czasu, aby przygotować się do tego, co najgorsze, choć śmierć nie wydawała jej się aż taka straszna. Najbardziej raniące było jednak to, że umierając, zraniłaby tatę, który pewnie nie zdołałby się pozbierać, i Maeve. Dlatego chciała żyć jak najdłużej.
— Myślałam, że po wczorajszym mój status klientki został zawieszony do odwołania — powiedziała, gdy wspomniał o prezencie.
Maeve miała urodziny za cztery dni, a Rei naprawdę chciała, żeby ten prezent nie był przypadkowy czy kupiony w panice, ale nie spodziewała się, że Tanner zacznie ten temat. Sądziła, że odwiezie ją do domu i grzecznie się pożegna, a potem już nigdy, ale to nigdy się nie zobaczą, ostatecznie Nowy Jork był dość dużym miastem.
— Nadal chcę jej coś kupić — przyznała i kiwnęła lekko głową. — Przyjdę w sobotę… i dziękuję, Tanner, naprawdę.
Uśmiechnęła się do niego lekko, a potem odwróciła głowę, widząc już swój budynek. Gdy auto się zatrzymało, Rei wysiadła ostrożnie, najpierw wystawiając laskę, potem przenosząc ciężar ciała tak, żeby nie zrobić z tego kolejnego publicznego starcia z grawitacją. Zarzuciła torbę na ramię i pochyliła się jeszcze lekko przy otwartych drzwiach.
— I za podwózkę też dziękuję — dodała. — Do soboty. Jedź ostrożnie i uważaj na wszelkie drzwi po drodze, bywają zdradzieckie.
Pokiwała mu jeszcze krótko i odsunęła się, drepcząc w swoją stronę. Mieszkała w jednym z apartamentów, miała windę, a mieszkanie kupiła, gdy się dorobiła, pisząc kolejne historie o elfach. Może i dopiero wyrosła z pieluch, ale przynajmniej miała ładny widok na miasto z okna.
Sobota przyszła szybciej, niż Rei była gotowa przyznać. Przez ten czas prawie nie wychodziła z domu, stukając w klawiaturę. Pisała dużo, choć formalnie rzecz biorąc, można było uznać to za pracę, ale Rei wiedziała, że czasem pisanie było po prostu ucieczką przed własnymi myślami, a ona naprawdę nie chciała rozmyślać o tym, co się ostatnio wydarzyło, a już z całą pewnością nie o tym, że za miesiąc ma kontrolę i że być może to oznaka czegoś poważniejszego, może jej organizm znów uznał, że warto coś odwalić, bo już dawno Reilynn nie rzygała przed siebie z płaczem. W międzyczasie z jej twarzy zeszła opuchlizna, siniaki pod oczami pobladły, a nos przestał wyglądać karykaturalnie. Nadal bolał przy gwałtowniejszej mimice, ale dało się trzymać.
UsuńZanim wyszła z domu, długo stała przed szafą, po czym wybrała zwykłe jeansy i top, nic wyszukanego, ale przynajmniej było jej wygodnie. Jeansy były miękkie, trochę znoszone, dopasowane tak, żeby nie przeszkadzały przy protezie, czarny top był prosty i ładnie odsłaniał ramiona i obojczyki. Przez chwilę rozważała płaszcz, potem sweter, a ostatecznie marynarkę, w której wyglądałaby dojrzalej, ale koniec końców schwyciła za ciemną, luźną koszulę. Nie wyglądała jak klientka premium ani jak ktoś, kto miał wejść między gabloty pełne drogich kamieni i rozmawiać z Tannerem Morganem o prezencie dla Maeve. Wyglądała jak… ona. I to musiało wystarczyć.
Po drodze kupiła jedzenie, bo Tanner wspomniał, że miał być w salonie po godzinach, a Rei posiadała wprawdzie wiele talentów, ale gotowanie, cóż, lepiej tego nie komentować. Umiała wymyślać królestwa, łamać serca czytelnikom i przypadkiem wchodzić w cudze życie z pączkiem, ale kuchnia wydawała się zyskać miano jej osobistej nemezis. Dlatego papierowa torba z kupionym jedzeniem okazała się najlepszą opcją, żeby nie pojawić się w salonie z pustą ręką, a przy okazji zjeść coś konkretnego. Nie kupiła jednak niczego przypadkowego. Żadnych suchych kanapek w plastiku, żadnej smutnej sałatki, która wyglądałaby tak, jakby chciała ze sobą skończyć. Wzięła dwa ciepłe panini z dobrą mozzarellą, suszonymi pomidorami i pesto, pudełko makaronu z kurczakiem i cytrynowym sosem oraz porządną kawę z kawiarni. Dla siebie wybrała latte, dla Tannera czarną kawę, bo uznała, że mężczyzna wyglądający, jakby urodził się w garniturze, prawdopodobnie nie ufał piance, syropom ani rzeczom, które miały posypkę. Chociaż przez chwilę rozważała kupienie mu czegoś z karmelem tylko po to, żeby sprawdzić, czy to przeżyje.
Wchodząc do salonu, ostrożnie przeszła przez próg. Po godzinach było tutaj inaczej. Ciszej i bez tego napięcia, które wtedy natychmiast przykleiło się do jej skóry. Światła odbijały się w szkle gablot, kamienie połyskiwały chłodno i elegancko, a całe pomieszczenie sprawiało wrażenie sceny wyciągniętej z jakiegoś filmu. Kiedy zobaczyła Tannera, uniosła papierową torbę z jedzeniem i tackę z kawą.
— Przyniosłam posiłek dla człowieka pracującego po godzinach — oznajmiła, uśmiechając się. Podeszła bliżej, stukając laską o podłogę, i ostrożnie postawiła kawę na najbezpieczniej wyglądającej powierzchni, z dala od wszystkiego, co mogło kosztować tyle, co mały dom. — Czarna kawa jest twoja. Uznałam, że latte mogłoby naruszyć twój wizerunek.
Rei Bothwell ☕💎
Reilynn nie sądziła, aby jej nieumiejętność gotowania była jakąś wielką wadą. Nie była urodzoną kucharką, a do tej pory nie musiała nikim się opiekować, żeby faktycznie musieć umieć zrobić coś, co będzie zjadliwe, choć radziła sobie całkiem nieźle z kanapką i naleśnikami. I raczej nie doszukiwałaby się w tym tego, czy jest odpowiedzialna, czy też nie, bo akurat odpowiedzialna była, bo nie zdążyła spalić domu ani nikogo otruć. Punkt widzenia zależał od miejsca siedzenia, więc Rei nie wydawało się to jakąś zbrodnią. Pewnie gdyby miała rodzinę, zaczęłaby się bardziej przykładać albo poznałaby kilka przepisów, które nie skończyłyby się katastrofą. Nie miała jednak kogoś, kto wracałby wieczorem i pytał, co jest na kolację lub w ogóle kogoś, kto miałby konkretne miejsce w jej życiu, więc nie wykształtowała w sobie akurat tego rodzaju bycia odpowiedzialną. Może kiedyś.
OdpowiedzUsuńRei przechyliła lekko głowę, słysząc jego oficjalny ton. Pani Bothwell. Oczywiście, że wrócił do nazywania ją w ten sposób. Przejażdżka się skończyła, traktat pokojowy wygasł, a Tanner Morgan właśnie wrócił za swoją granicę, zamknął bramę i podniósł most zwodzony. Przez moment miała ochotę przewrócić oczami albo westchnąć, ale ostatecznie skapitulowała. Przyszła tutaj po prezent, a nie po dyskusję z Panem Prawnikiem, który w ładnych słowach kazałby jej się ogarnąć i zaznaczyłby, że tak naprawdę to wcale nie chciał się przyjaźnić, więc lepiej by było, gdyby kupiła to, co miała i już nigdy się nie pokazała. Przynajmniej tak to sobie wyobrażała.
— Panie Morgan — odpowiedziała równie uprzejmie z przesadnie poprawną dykcją. — Widzę, że wróciliśmy do ustawień fabrycznych.
Chciała być miła, ale bycie miłą wydawało się przy Morganie cholernie trudne. Nie jadał pączków z pistacją, co już wiedziała, i najwyraźniej nie tykał niczego oprócz swoich pięciu posiłków dziennie, a ona przyszła z papierową torbą, makaronem, panini i naiwnym przekonaniem, że spontaniczne jedzenie to dobry pomysł, żeby jakoś napełnić żołądek człowieka, który poświęcał jej swój czas po godzinach. Świetnie.
— No tak, bo wiedziałam doskonale, że je pan pięć posiłków dziennie i specjalnie przyszłam tutaj z jedzeniem, żeby kusić pana panini z mozzarellą — mruknęła, ostatecznie przewracając oczami.
Nie przyszło jej do głowy, żeby tutaj przyjść i zapytać, czy to w ogóle ma sens, bo nie chciała zabierać Tannerowi Morganowi więcej czasu. Poza tym sądziła, że żaden człowiek raczej nie odmawiał jedzenia. Teraz już wiedziała, że mogło się tak zdarzyć. Nie była jednak zawiedziona, rozumiała to, że miał dietę i jadał o określonych porach, jedzenie weźmie po prostu do domu i tam zje.
— Nie ma pan za co dziękować — wytknęła, bo ostatecznie nie miał zamiaru niczego zjeść. Uśmiechnęła się jednak pod nosem, gdy sięgnął po kubek z czarną kawą. Przynajmniej kawy sobie nie odmawiał, choć przez chwilę myślała, że kofeiny też nie przyjmie, bo może już wypił filiżankę espresso albo czegokolwiek innego i zaraz przekroczy limit.
— Konkretnej wizji nie mam, wiem tylko, że to powinien być naszyjnik albo bransoletka — odpowiedziała rzeczowo. — Może… po prostu się rozejrzę?
Odłożyła swoją torbę, a potem zdjęła z siebie koszulę i przewiązała ubranie wokół talii. Odgarnęła włosy za uszy i pochyliła się lekko nad szkłem. Przesunęła wzrokiem po cienkich łańcuszkach, drobnych zawieszkach, szafirach, perłach i diamentach, próbując wyobrazić sobie Maeve noszącą któryś z naszyjników. Wodziła spojrzeniem po tym, co pokazywał jej Morgan, kiwając głową albo prosząc o coś innego. Nie była wielką znawczynią biżuterii, kierowała się tym, co do niej przemawiało.
Już miała się wyprostować i uznać, że może powinna jednak kupić dla Maeve świeczkę, gdy zobaczyła ten jeden błysk. Klejnot w naszyjniku odpoczywał w aksamicie jak sekret zamknięty w szlifie: głęboki, chłodny i niejednoznaczny. W jednym kącie światła miał w sobie coś zielonkawego, niemal leśnego, jak cień pod mokrymi liśćmi, w następnym przełamywał się nagle w śliwkowy fiolet, purpurę i ciemny, malinowy poblask, jakby nie potrafił zdecydować, do którego świata właściwie należy.
Usuń— Piękny… — wyrwało jej się cicho.
Nachyliła się odrobinę bliżej, zapominając o tym, że powinna zachowywać dystans wobec rzeczy, które prawdopodobnie kosztowały tyle, ile mały dom, ale bardzo starała się pilnować samej siebie. Kamień zmienił się znowu, gdy poruszyła głową. Przez sekundę był zielony, potem ciemnofioletowy, potem prawie czerwony w samym sercu odbicia. Nie błyszczał tak po prostu, a odpowiadał światłu.
— Jak pan właściwie postrzega biżuterię? — spytała, nie odrywając spojrzenia od naszyjnika. — To znaczy… Dla wielu osób biżuteria to po prostu ozdoba, coś ładnego i drogiego, a pan nie wydaje się raczej człowiekiem, który sprzedaje błyskotki tylko dlatego, że ładnie odbijają światło.
Zerknęła krótko w stronę prawnika, a potem ruchem głowy wskazała na naszyjnik, bardzo starając się nie przycisnąć rąk do gabloty jak dziecko skuszone widokiem czegoś błyszczącego.
— Pytam całkiem serio. Jak pan to postrzega? Tylko technicznie, czy raczej jako… historię? W końcu biżuterię kupuje się z jakimś celem: urodziny, przeprosiny, obietnica, powrót, czasem miłość, a czasem strata. Czy to znaczy, że stał się pan handlarzem cudzych intencji?
Słysząc jak to zabrzmiało, dodała zaraz, aby nie miał ją za jeszcze większą wariatkę:
— Chodzi mi o to, że musi pan widzieć bardzo dużo rzeczy, których ludzie nie mówią wprost.
Rei Bothwell 📿✨
Obserwowała, jak ostrożnie zdjął naszyjnik z ekspozytora, i wydawało się, że nie czuł się tym zestresowany. Rei pomyślała, że to dlatego, że przez ręce Tannera przechodziło tyle drogocennych rzeczy, że ten nauczył się je odpowiednio chwytać, obracać i pokazywać. Nie odrywała spojrzenia od naszyjnika, który spoczął w męskich dłoniach – kamień znów wydał się inny, a Reilynn uśmiechnęła się lekko, widząc to. W jego dłoniach aleksandryt przestał wyglądać jak przedmiot zamknięty w gablocie, a zaczął przypominać coś… oswojonego. Jak małe, kapryśne zjawisko, które ktoś nazywał i wiedział, pod jakim kątem należy je ustawić, żeby zechciało pokazać kolejną twarz. Rei zauważyła sposób, w który łańcuszek przesuwał się po palcach Tannera, wyglądał niemalże tak płynnie jak wodospad, łapał się o knykcie, po czym spływał dalej. Aleksandryt znów złapał światło i rozlał się fioletowym cieniem między jego palcami. Przez sekundę miała dziwne wrażenie, że obserwuje jakąś magiczną sztuczkę, a wtedy Tanner minimalnie poruszył dłonią. Rei poczuła znajome ukłucie zachwytu, to nagłe, ciche napięcie w klatce piersiowej, kiedy coś układało się dokładnie tak, jak powinno – ostatnio czuła się w ten sposób, gdy miała zaledwie kilka lat i odkryła szkockie elfy. Nie te ładne, cukrowe i cnotliwe. Szkockie elfy były inne; starsze, bardziej niepokojące. Potrafiły być piękne w dziwny sposób, znikały w mgłach, mieszkały pod wzgórzami, zostawiały po sobie muzykę, która mogła doprowadzić śmiertelnika do szaleństwa, i światła kierujące do niebezpiecznych jaskiń. Kamień wydawał się równie przewrotny jak szkockie elfy i Reilynn była pewna, że któraś z tych istot zachwyciłaby się aleksandrytem równie mocno jak ona.
OdpowiedzUsuń— To niesamowite — przyznała. — Pierwszy raz widzę tyle kolorów w jednym, małym kamyku. — Potrząsnęła lekko głową, nieco niepewnie wyciągając dłoń do naszyjnika. Jej palce były długie i chude, paznokcie zadbane, ale krótko przycięte, a kiedy dotknęła biżuterii, spięła się lekko, obawiając się, że coś zepsuje, ale nic takiego się nie wydarzyło.
Rei przez chwilę milczała. To było rzadkie, bardzo rzadkie, tak rzadkie, że gdyby Maeve była teraz obok, pewnie natychmiast sprawdziłaby jej puls, a potem zapisała datę w kalendarzu jako historyczny moment, w którym Reilynn Bothwell usłyszała coś, co naprawdę zamknęło jej usta. Tanner Morgan nie odpowiedział jak sprzedawca; nie mówił o cenie, certyfikacie czy o procesie powstawania naszyjnika. Nie opowiedział jej gotowej, eleganckiej historii, którą można było bez obaw powtórzyć. Powiedział coś prawdziwego.
Rei spuściła wzrok do naszyjnika, który znalazł się w jej dłoniach. Złoto było nieco chłodne, ale po chwili zaczęło łapać jej ciepło. Aleksandryt znów przesunął się z fioletu w zieleń, jakby nie zamierzał nikomu obiecywać jednej wersji siebie. I nagle poczuła się dziwnie świadoma własnych palców, nadgarstka, żył pod skórą, tego, jak trzymała ręce, zdecydowanie trochę niepewnie, trochę zbyt ostrożnie, jakby bała się, że zepsuje coś pięknego tym, że po prostu znajduje się obok.
— Rozumiem. Z książkami jest podobnie. Można napisać perfekcyjne zdanie, eleganckie i poprawne, takie, za które redaktor nie ma się do czego przyczepić… a ono i tak może być martwe, bo mogłoby zostać wypowiedziane przez kogokolwiek. Dlatego staram się pisać tak, aby słowa pasowały do danego bohatera… to jak z biżuterią, którą będzie nosić konkretna osoba. — Uniosła spojrzenie i uśmiechnęła się do Tannera, głaszcząc delikatnie naszyjnik palcami.
Nagle pomyślała, że to porównanie przyszło jej zbyt łatwo, ale to może dlatego, że pierwszy raz od dawna ktoś mówił o swojej pracy w sposób, który rozumiała nie tylko głową, ale też sercem. Tanner nie opowiadał o biżuterii jak o produkcie, tylko jak o czymś, co musiało odnaleźć właściwego człowieka, i chyba to w jakiś sposób ją poruszyło.
— Chcę, żeby naszyjnik podkreślił to, jaką osobą jest Maeve. Czasem nazywam ją kolorowym ptakiem. Może… pokażę zdjęcie? — Ostrożnie oddała Morganowi biżuterię, a potem schwyciła za telefon komórkowy. Odblokowała ekran, weszła w zdjęcia i przewinęła kilka, aby wybrać to najlepsze; niestety znalazła tylko wspólną fotkę ze szpitala. Tam Maeve siedziała na brzegu szpitalnego łóżka Rei, w kolorowej koszuli, z trochę potarganymi rudymi włosami i szerokim uśmiechem; zrobiła sobie wtedy jasny, artystyczny makijaż. Jedną ręką trzymała plastikowy kubek z kawą, drugą obejmowała Rei tak mocno, jakby próbowała ją przy sobie zatrzymać. Reilynn natomiast wyglądała blado, była zmęczona i czuła się brzydka, z kocem naciągniętym pod brodę. Zawahała się. Przez sekundę miała ochotę przewinąć dalej, znaleźć coś ładniejszego, bardziej neutralnego, mniej obnażającego. Cokolwiek, co nie miało w tle szpitalnej ściany i kroplówki, ale to zdjęcie było prawdziwe, a Maeve wyglądała na nim najbardziej jak Maeve. Jak kolorowy ptak.
Usuń— To nie jest najlepsze zdjęcie pod względem… właściwie pod każdym względem — powiedziała Rei, podsuwając telefon Tannerowi. — Ale chyba najlepiej pokazuje to, jaka jest Maeve.
Rei Bothwell 🦜📸
Rei, pokazując to zdjęcie, nie podejrzewała, że Tanner w ogóle cokolwiek skomentuje, choć pewnie zauważył i szpital, i to, że nie wyglądała wtedy najlepiej. Tak naprawdę Reilynn w ogóle wątpiła w to, że kiedykolwiek prezentowała się dobrze. Była zbyt chuda, zbyt koścista, zbyt niska i zazwyczaj ubierała się wygodnie, a nie szykownie. Brakowało jej elegancji, choć to nie oznaczało, że nie miała takich ubrań w swojej szafie, tylko że nauczyła się wybierać to, czego nie żałowałaby pobrudzić, bo zdarzało jej się kaszleć krwią czy mdleć gdzieś wśród tłumu. Zresztą nie czuła potrzeby, żeby się jakoś wybitnie stroić, oprócz tych kilku mniej lub bardziej udanych randek, których tak naprawdę wcale nie chciała pamiętać. Najgorsza była chyba ta, podczas której facet opowiadał o swojej byłej, a potem kazał jej zapłacić za całą kolację, co, oczywiście, nie byłoby problemem, tylko że później nawet jej nie podziękował. Rei przestała więc umawiać się z facetami z Tindera i tak mijały kolejne lata. Maeve śmiała się z niej, że może jej przeznaczeniem jest zakon, a Reilynn zawsze odpowiadała, że nie może zostać zakonnicą, bo za bardzo uwielbia męskie klaty i zarost. I to był istny paradoks, bo ewidentnie lubiła ładnych, zadbanych facetów, ale nienawidziła, gdy ten ładny i zadbany mężczyzna otwierał buzię i wylewało się z niej to, co najgorsze.
OdpowiedzUsuńRei patrzyła za nim, kiedy przechodził do kolejnej gabloty, i przez kilka sekund naprawdę bardzo starała się nie wyglądać tak, jakby jej zaimponował, niestety, bez większego powodzenia, bo tak naprawdę od samego początku, no, oprócz małej dyskusji o jedzeniu i pięciu posiłkach, czuła się tutaj jak klientka premium. Tanner Morgan otworzył przed nią świat biżuterii i prowadził za rączkę, pokazując swoje świecidełka, a Reilynn dała się to wszystko wciągnąć bez zająknięcia.
— Szlif gruszkowy, a nie brylantowy… — powtórzyła, niczego nie rozumiejąc, bo nie miała pojęcia, czym to się niby od siebie różniło, ale gdy pochyliła się nad gablotą, kiwnęła lekko głową. — Oooo… teraz widzę.
Aleksandryt w szlifie gruszkowym był inny, bardziej miękki i płynny, a jednocześnie wyraźniejszy. Kształt łezki sprawiał, że kamień wyglądał mniej jak ozdoba, a bardziej jak coś, co miało z czegoś spłynąć, i zostało uwiecznione właśnie w tym konkretnym momencie.
— Tak, złoto będzie lepsze — stwierdziła, przytakując temu, co mówił Morgan. Może nie umiałaby wyjaśnić, dlaczego to powinno być złoto, ale widziała to od razu. Srebro było piękne, lecz zbyt chłodne dla Maeve, niedopasowane do kolorowego ptaka, którym była. — Byłoby świetnie, gdyby się to panu udało. Myślę, że Maeve będzie zachwycona… to naprawdę piękny kamień i projekt — dodała, sądząc, że to zabierze jego czas, chyba że był jakiś sposób, aby szybko wrzucić kamień do pasującego kruszcu. Tak czy inaczej, była gotowa zapłacić dodatkowo, gdyby o tym wspomniał.
Reilynn nie miała pojęcia o tym, że aleksandryty były jednymi z najdroższych kamieni, jakie znajdowały się w tym salonie, bo przychodząc tutaj, nie pomyślała o tym, żeby to sprawdzić. Zresztą to nie miało znaczenia, bo akurat mogła sobie pozwolić, aby kupić coś droższego niż zazwyczaj. Rei podchodziła do pieniędzy dość prostolinijnie. Zarabiała i wydawała, a że zarabiała więcej niż wydawała, to czasem kupowała coś najbliższym, przekazywała szereg czeków fundacjom albo robiła z pieniędzmi inne pożyteczne rzeczy. Ostatecznie chodziło o to, żeby cieszyć się życiem i tym, że znalazła się w takiej pozycji, aby czasem kupić sobie totalną głupotę. Albo błyskotkę.
Rei jeszcze przez chwilę oglądała aleksandryt, wyobrażając sobie go już nie w srebrze, ale w ciepłym złocie, na szyi Maeve, a potem rozejrzała się bez pośpiechu po salonie. Dopiero teraz, kiedy wybrała prezent i wiedziała, że to jest to, pozwoliła sobie przyjrzeć się gablotom zupełnie inaczej.
UsuńByły tam pierścionki, które wyglądały, jakby powinny należeć do kobiet łamiących serca, bransoletki cienkie jak linie światła i naszyjniki tak delikatne, że pod odpowiednim kątem znikały. Były też kamienie; chłodne, czyste, niemal lodowe, i takie, które wydawały się mieć w sobie zamknięty ogień.
— A dla mnie? — zapytała nagle. Uśmiechnęła się lekko, ale nie uciekła spojrzeniem od twarzy Tannera. — Skoro patrzy pan na ekspresję, gesty i to, czy ktoś mówi rękami… to co by pan polecił komuś takiemu jak ja?
Poruszyła palcami przy lasce, jakby nagle stała się świadoma własnych rąk. Tego, że często mówiła nimi więcej, niż powinna. Że łapała się przedmiotów, gdy robiło się zbyt cicho. Że jej ciało bywało jednocześnie czymś, co chciała ukryć, i czymś, czego nie mogła przestać używać do opowiadania o sobie, bo nie mogła zapomnieć o lasce, bliznach czy protezie, która była częścią jej osoby. Co więc wydobyłoby z niej prawdziwą Reilynn Bothwell? Czy w ogóle istniało coś takiego>
Rei Bothwell 🤲👀
Kiwnęła głową, gdy powiedział, że odezwie się, kiedy naszyjnik będzie gotowy. To oznaczało, że miał jej numer i że karteczka, którą wcisnęła mu w kawiarence, nie została wyrzucona do kosza. Uśmiechnęła się nawet lekko, bo nie sądziła, że faktycznie zostawił sobie kontakt do niej. Pewnie nie myślał nawet, że przyda mu się ten ciąg cyfr, co w ogóle było dość absurdalne, bo w całej tej relacji, która zaczęła się trochę bez zgody Tannera Morgana, wszystko wydawało się zupełnie nieprzewidywalne, a Reilynn po prostu płynęła z prądem.
OdpowiedzUsuńPrzez pierwsze dwie sekundy Rei była całkiem zadowolona z własnego pytania, bo naprawdę chciała wiedzieć, co wybrałby dla niej Morgan i czy w ogóle coś takiego istniało, a potem Tanner rozchylił lekko usta, zamknął je i zbliżył się o krok, a wtedy Reilynn zrozumiała, że wpadła we własną pułapkę. I choć nie przewidziała, że to się stanie, nie zmieniłaby niczego, gdyby dano jej taką szansę. Wystawiła się, aby Tanner Morgan ją ocenił, przyjrzał się jej okiem eksperta od kamieni, skóry, obojczyków i ludzkiej ekspresji. Nie wiedziała jednak, że w tym wszystkim jego spojrzenie będzie tak bezpośrednie i całkowicie pozbawione skrępowania, jakby naprawdę miał prawo ją oglądać, jakby jej twarz, szyja, skóra i dłonie były częścią jakiejś tajemnicy, którą chciał poznać.
Tanner nie patrzył jednak zbyt długo, a dokładnie tyle, ile trzeba. I właśnie tyle potrzebowała, aby jej ciało zupełnie ją zdradziło. Jej serce zabiło szybciej, oddech stał się odrobinę płytszy, a palce mocniej złapały laskę. Nie ruszaj się, pomyślała, zachowuj się normalnie. Kiedy jego spojrzenie zatrzymało się przy jej twarzy, Rei musiała powstrzymać odruch zasłonięcia nosa, aby jednak nie dostrzegł tej nikłej opuchlizny czy ledwo widocznych siniaków; gdy tak się jej przyglądał, wzrastał w niej znajomy lęk przed tym, że jeśli ktoś będzie patrzył w jej stronę zbyt uważnie, w końcu dojdzie do tego, że zacznie widzieć nie ją, tylko mapę wszystkich uszkodzeń i braków.
A potem uniósł dłoń. I ten gest, ten właściwie spokojny i pewny gest, sprawił, że wstrzymała powietrze, a jej twarz przybrała czerwony odcień. Miała wrażenie, że przez ułamek sekundy jej świat skurczył się do miejsca, w którym jego palce musnęły jej włosy, a wyjątkowo irytujące ciepło rozeszło się gdzieś pod jej żebrami tak szybko, że przez moment nie wiedziała, co się dzieje. Rozchyliła nieco usta, aby coś powiedzieć, jakoś zareagować, ale nie była w stanie się odezwać, a kiedy Tanner spojrzał jej w oczy, przez chwilę zastanawiała się, czy dostrzegał w niej więcej niż jeden kolor; tak jak aleksandryt obracany pod światło, który pod odpowiednim kątem wyglądał inaczej. Ale to była też okazja, żeby przyjrzeć się jego oczom i Reilynn robiła to w tym momencie tak bezwstydnie jak on, choć Tanner nie wyglądał w tym momencie jak speszony burak. Wypuściła z płuc powietrze dopiero wtedy, gdy Morgan się wycofał, sięgając kasetkę jubilerską. To był moment, w którym poprawiła włosy, które zostały dotknięte przez jego palce; Rei uśmiechnęła się przy tym lekko, odtwarzając w głowie ten konkretny gest, a potem Tanner wrócił i znów odebrał jej głos.
Miała zamiar odpowiedzieć i już przygotowywała sobie w głowie jakiś ironiczny komentarz o tym całym pięknie, bo wcale nie czuła się wyrazista, jak mówił Morgan, tak właściwie zawsze wydawało jej się, że była dość szara i że łatwo dało się ją przeoczyć, ale w słowach Tannera nie było słychać niczego fałszywego, więc jak miała się z tym kłócić, skoro podejrzewała, że nie mówił tego ot tak, a naprawdę tak uważał?
A kiedy mężczyzna stanął za nią, Rei odpuściła sobie gadanie. Nie była przygotowana na to, że znajdzie się tak blisko ani że jego dłonie pojawiają się po obu stronach jej szyi. Zaraz potem poczuła chłód łańcuszka. Jego palce musnęły jej kark, krótko, lekko, prawie przypadkiem, i Reilynn mimowolnie się spięła, walcząc z idiotycznym odruchem wstrzymania oddechu. Kiedy dłonie Tannera się odsunęły, Rei dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, że przez kilka sekund stała zbyt nieruchomo, jakby bała się ruszyć. Opuściła wzrok do szmaragdu; kamień był skromniejszy, niż się spodziewała, ale nie próbował jej przykryć i nie wymuszał sztucznego zachwytu. Był... piękny.
Usuń— Ostatecznie chyba wszystko ma swoją niepowtarzalną historię, prawda? — odezwała się, nawiązując do tego, co powiedział o śladach powstawania kamienia. — Ale… jak ocenić to, czy ktoś ma czystą duszę?
Reilynn podniosła wzrok do lustra i przez moment nie wiedziała, co zrobić z własnym odbiciem. Nie wyglądała jak ktoś szary czy łatwy do przeoczenia. Szmaragd nie zmienił jej w inną osobę, nie przykrył śladów zmęczenia ani tego wszystkiego, co nosiła pod skórą, ale wydobył z niej coś, czego sama rzadko szukała w lustrze. Przerzuciła wzrok, aby wbić oczy w lustrzane odbicie Tannera Morgana, który stał za nią, ale to wcale nie sprawiało, że był mniej widoczny; doskonale dostrzegała jego twarz i uśmiech, który ją rozjaśnił. Widząc to, Reilynn również się uśmiechnęła.
— Myślę, że tylko ktoś taki jak ty może widzieć we mnie coś ze szmaragdu. To… miłe… dziękuję — odpowiedziała, pozwalając sobie użyć mniej oficjalnego tonu, skoro i Tanner wypowiedział jej imię. Obserwowała mężczyznę w lustrze, nie odwracając się jeszcze przodem. Łatwiej było mówić do odbicia, bo miało w sobie dystans, cienką warstwę szkła i światła, co pozwalało jej być nieco odważniejszą w starciu z całą gamą dziwacznych emocji, które postanowiły zagnieździć się pod jej skórą.
Rei dotknęła opuszkami palców szmaragdu. Był chłodny, gładki i pewny swojego miejsca, jakby dokładnie tak powinien się znajdować. Odwróciła się wolno w stronę Tannera, ale nie cofnęła się.
— Wezmę też ten naszyjnik — oznajmiła, chcąc zabrać szmaragd do domu. Może nie będzie mieć wielu okazji, aby założyć łańcuszek i pochwalić się nową biżuterią, ale w tym momencie wcale nie chodziło o materialność tego przedmiotu, a o to, jak się teraz czuła i jak właściwie dość mały kamień potrafił jej pokazać, że też może być jakaś.
Rei Bothwell 🪞💚
Inni zobaczyliby w niej tę dziewczynę, która sączyłaby czarną kawę i paliłaby do tego cienkiego papierosa; rozmawiałaby otwarcie o seksie i bez żadnych zahamowań zarzuciłaby mięsem. Nie była fanką matchy, pilatesu czy też żadnych kursów o kobiecości. Miała swoje zasady. Miała swoje miejsce na tej ziemi. Nikt ani nic nie zmieni nastawienia Vanessy Kerr do tego świata, a co za tym szło, mogli o niej plotkować, budować sobie różne wyobrażenia, ale jeśli ktoś kocha uprawiać seks, a nie oglądać powtórkę serialu z wczoraj, to czy jest od razu złem chodzącym? Nie była dziwką. Jeśli Doreen Johnson tak o niej myśli, z chęcią wytłumaczy jej różnicę, bo daleko Vanessie było do prostytucji, gdyż lista kochanków należała do bardziej skromnych niż rozbudowanych, ponieważ nie wybierała się do łóżka z co drugim mężczyzną. To nie było jej dodatkowe źródło dochodu. Miała jedną pensję. Przelewaną na konto raz w miesiącu w okolicach dziesiątego dnia, lecz nie skamlała lub nie robiła afery, wychodząc czy to z hoteli, czy z ich prywatnych mieszkań, gdy nie dostała pieniędzy lub prezentu. Dlaczego? Ona sama czerpała z tego przyjemność. Z tego, że ten mężczyzna poświęcił jej wystarczająco dużo czasu, dbając o nią w łóżku, a nie wstydząc się jej przed kolegami, czy wybierając weekend gier przed komputerem, bo tacy byli chłopcy w wieku Nessy. ROZRYWKA. Nie uczucie. Chcieliby ją zdobyć w klubowej łazience i za chwilę zapomnieć, żeby pójść następnego dnia na siłownię, nagrać z tego rolkę na Tik Toka, czy zdobyć trudny level w grze o niezrozumiałej fabule.
OdpowiedzUsuńTak też wybierała partnerów dojrzałych, starszych od niej o kilka albo kilkanaście lat. Nikomu nie robiła krzywdy i też nie wolno było posądzać jej o to, iż zrobiła z odwiedzających salon jubilerski klientów żywego Tindera. Bo jeśli ktoś myślał, że widząc, jak wchodzi ładnie ubrany, uśmiechający się i przystojny mężczyzna, a ona zamiast wymieniać zalety biżuterii, reklamuje siebie, to ci wszyscy żyliby w ogromnym błędzie. Najpierw praca, dopiero później zabawa, a to, że akurat miała kochanków, którzy odwiedzili salon jubilerski w dalszej czy też bliższej przeszłości, to czysty przypadek, gdyż zwykły komplement albo leciutki flirt przy wydawaniu paragonu, jeszcze nikomu specjalnie nie zaszkodził. Robiła to z głową. W sensie od jakiegoś czasu wcale, bo nie potrzebowała zbędnych wrażeń.
Ignorując deszcz, pochwyciła folię, dziękując za nią Tannerowi Morganowi, który zapewne podczas jej prędkiego wyjścia na papierosa, poinformuje kogoś z ekipy, co się stało i żeby nikt się o nich nie martwił. Chroniąc się na zewnątrz, wypaliła prędko cienkiego szluga i wróciła do niego, aby nie moknąć oraz nie marznąć, gdyż z tej przyjemnej, dość wysokiej temperatury zostało tylko wspomnienie.
— Dziecięce marzenia są piękne. Jedni marzą, żeby być syrenką, drudzy już nie, z kolei inne dziewczynki chcą tak, jak Amber być czarodziejką albo Atomówką. Później i tak wszyscy jesteśmy doradcami klienta, księgowymi, informatykami, mechanikami, prawnikami i pracownikami wielkich fabryk. Niekoniecznie tych, w których płynie bez przerwy czekolada. — wyjęła tajemną broń, łamiąc słodkość na kostki. — Moja ulubiona. Biała z pistacją i maliną. Proszę się częstować. — podeszła bliżej i wyciągnęła tabliczkę czekolady w stronę Tannera. — A pan? Pan jakie miał marzenia, gdy był pan w wieku córki? Coś takiego nieoczywistego chciałabym usłyszeć. Chyba nie chciał być pan od razu prawnikiem i jubilerskim erudytą?
Dla Nessy był prawdziwym koneserem sztuki jubilerskiej. Jak dla niej to już jednym spojrzeniem potrafił odróżnić mistrzowskie dzieło od przeciętnej ozdoby, dlatego tak bardzo doceniała fakt, że to on może być dyrektorem sprzedaży w miejscu, w którym miała przyjemność pracować, ponieważ wybór tej ścieżki zawodowej nie był i raczej nie będzie dla niej żadną formą kary.
Vanessa Kerr 💍
Palce Reilynn drgnęły przy szmaragdzie. Pękają, oczywiście, że te kamienie pękają w przypadku nieczystej duszy, bo najwyraźniej miały swoje standardy moralne, a ona właśnie stała w salonie jubilerskim z naszyjnikiem na szyi i dowiadywała się, że jeśli jej dusza okaże się niewystarczająco czysta, biżuteria może złożyć reklamację i to dość dramatyczną. Reilynn nigdy nie zastanawiała się nad tym, czy jej dusza jest dość czysta, wszystkie te duchowe sprawy miały dla niej małe znaczenie. Uwielbiała o tym słuchać, czytać czy dowiadywać się nowych rzeczy, ale nie wierzyła w nic. Tak chyba było łatwiej zaakceptować fakt, że choruje, niż przyjmować za pewnik, że dzieje się tak, bo ktoś to zaplanował, bo Bóg miał dla niej plan. Jeśli Jego planem było całe to cierpienie i poczucie bycia wybrakowaną, to z całą pewnością okrzyknęłaby Go sadystą. Nikt normalny nie bawiłby się w takie rzeczy.
OdpowiedzUsuń— Cudownie — mruknęła. — Czyli oprócz tego, że wygląda ładnie, pełni też funkcję sądu ostatecznego w wersji jubilerskiej.
Rei szczerze wątpiła, aby kiedykolwiek dostała szmaragd w pierścionku zaręczynowym. Nie spotykała się z nikim, nigdy też nie dopuściła do siebie kogoś tak blisko, żeby w ogóle móc myśleć o takich rzeczach. Owszem, miała kiedyś kilku crushów, złamane serce i z całą pewnością nie chodziło o to, że nie chciała się zakochać, bo rozumiała całą tę koncepcję, tylko że trudno było myśleć o tym, co będzie, jeśli przyszłość wydawała się dość mglista. Poza tym brała pod uwagę to, że może umrzeć, więc planowanie wspólnego życia z kimś wydawało jej się okrutnie nieodpowiedzialne. I to przede wszystkim wobec kogoś, kto mógłby wejść w jej życie z całym swoim sercem, a potem zostać w nim z rzeczami, których nie dało się oddać, spakować ani wyrzucić po pogrzebie. Ze wspomnieniami, z kubkiem po jej stronie łóżka, z niedokończoną książką i wiadomościami, na które już nigdy by nie odpisała. Dlatego nie wyobrażała sobie pierścionków, zaręczyn czy obietnic składanych z naiwną wiarą, że przyszłość jest czymś, co można zaplanować w kalendarzu i zarezerwować salę z wyprzedzeniem. Nie dlatego, że gardziła miłością, wręcz przeciwnie, może właśnie dlatego, że traktowała ją zbyt poważnie. Miłość nie była dla niej ładnym rozdziałem dopisanym po wszystkich trudnościach, była czymś, co wymagało bycia, a Rei nie zawsze ufała samej sobie, że będzie mogła zostać.
Spojrzała w lustrze na szmaragd leżący na jej skórze. Lojalność. Wierność. Czysta dusza. Piękne słowa, stare legendy, kamienie pękające pod ciężarem ludzkich win. Wszystko to powinno ją rozbawić, powinna rzucić kolejny żart, że szmaragd ma chyba zawyżone oczekiwania wobec kandydatów i że jej dusza jest co najwyżej w stanie roboczym, ale po prostu się zamyśliła, bo przez sekundę pomyślała, że może najbardziej bała się nie tego, że nikt nigdy nie da jej szmaragdu, tylko tego, że ktoś mógłby chcieć to zrobić, że ktoś mógłby spojrzeć na nią, na wszystkie jej pęknięcia, blizny, lęki, złośliwe żarty i niepewną przyszłość, a mimo to uznać, że warto i że chciałby zostać.
Zanim zdążyła zrobić krok w bok albo jakoś rozsądnie pomóc, jego dłonie znów znalazły się ponad jej ramionami. Tym razem wiedziała, czego się spodziewać, a mimo to wcale nie było łatwiej. Stała nieruchomo, czując, jak rozpinane zapięcie porusza się przy jej karku. Cienki łańcuszek zsunął się z jej szyi, zostawiając po sobie chłodną, pustą linię. Szmaragd zniknął z jej dekoltu, a Rei, ku własnemu zaskoczeniu, poczuła się przez sekundę tak, jakby odebrano jej coś, co jeszcze przed chwilą wcale do niej nie należało. Odsunęła się odrobinę, kiedy łańcuszek znalazł się w dłoniach Tannera, i obserwowała, jak przygotowuje lupę.
— Wezmę ten naszyjnik, nawet jeśli ma jakieś wady — oznajmiła, zanim w ogóle Morgan zacząć oględziny. Uśmiechnęła się lekko, ale jej spojrzenie nadal trzymało się kamienia.
UsuńWiedziała, dlaczego to powiedziała; po jego słowach o inkluzjach i śladach powstawania myśl o idealnym, nieskazitelnym szmaragdzie wydała jej się nagle podejrzanie obca. Jakby taki kamień nie miał z nią nic wspólnego, jakby był przeznaczony dla kogoś, kto nigdy się nie łamał i nie miał wad, a Rei była dumną posiadaczką co najmniej kilku. Była uparta, zbyt gadatliwa, czasem nieznośnie ironiczna. Potrafiła ukrywać strach pod żartami tak długo, aż sama przestawała wiedzieć, kiedy przestała udawać. Uciekała w pisanie, udawała, że nie potrzebuje pomocy, a potem miała żal, gdy ktoś rzeczywiście jej nie dawał. Była chaotyczna, drażliwa, niecierpliwa i miewała skłonność do traktowania własnego ciała jak wroga, choć przecież to ciało robiło wszystko, co mogło, żeby jakoś funkcjonować.
— Powiedział pan, że ślady nie zawsze są wadą — dodała ciszej. — Że czasem potwierdzają prawdziwość, więc… to bez znaczenia.
Rei Bothwell 💎✨
Rei uniosła brwi, słysząc wzmiankę o weryfikacji czystości duszy. To było całkiem zabawne i chyba nawet rzucone w żartobliwy sposób, co wydawało się nieco dziwne, ale w jakiś sposób satysfakcjonujące, bo Tanner Morgan przestał pokazywać jej tylko swoją kamienną twarz, nie wyrzucał też z siebie konkretnych słów tym swoim suchym tonem, który mógłby zamienić kogoś w kamień. Cóż, być może jednak trochę opuścił gardę, bo co niby mogłaby mu zrobić? Nie była ani silna, ani nie miała w sobie nic z cwaniaczka, żeby się jakoś targować albo urządzać dziwne akcje, jedyne, co mogłoby się zdarzyć, to kolejny wypadek z pączkiem albo drzwiami, choć Rei wolałaby, aby do tego nie doszło.
OdpowiedzUsuń— Hmmm… a macie tutaj jakiś formularz? „Reklamacja: szmaragd ujawnił wady charakteru klientki”? — Uśmiechnęła się pod nosem, ale zaraz potem wbiła wzrok w mężczyznę, który pochylał się nad kamieniem z lupą przy oku, skupiony i spokojny, jakby cały świat zwęził się do tego konkretnego momentu. Było w tym coś dziwnie kojącego; ta jego drobiazgowość, upór, żeby wszystko było zgodne z certyfikatem, zasadami i sztuką. Rei mogła się z tego śmiać, mogła przewracać oczami, mogła nazywać Tannera człowiekiem urodzonym w garniturze, ale prawda była taka, że podziwiała jego pasję i wiedzę.
— To nawet miłe — odezwała się ciszej, obserwując jego dłonie. — Że nie opiera pan jakości sprzedaży na moim zachwycie, bo zachwyt, jak pan słusznie zauważył, bywa ulotny, a pęknięty szmaragd zostaje. — Przechyliła lekko głowę. — Chociaż przyznaję, że w całej tej sprzedaży jest coś bardzo… pańskiego. Kamień mógłby wyglądać idealnie dla każdego zwykłego człowieka, a pan i tak musi sprawdzić, czy przypadkiem nie ma mikroskopijnej skazy, której nikt poza panem, lupą i być może Bogiem jubilerstwa by nie zauważył.
Jej uśmiech stał się trochę cieplejszy. Rozumiała jego podejście, więc uważnie obserwowała człowieka, który nie zostawiał niczego przypadkowi, jeśli mógł coś sprawdzić, ocenić i upewnić się, że oddaje komuś dokładnie to, co obiecuje. Rei znała zbyt wiele sytuacji, w których rzeczy obiecywały jedno, a dawały drugie. Ciało obiecywało posłuszeństwo, a potem nagle odmawiało współpracy. Lekarze obiecywali ostrożny optymizm, który czasem brzmiał bardziej jak zachęta do tego, aby się pożegnać. Ludzie obiecywali obecność, a potem znikali w wiadomościach, po kilku miesiącach, sięgając po tuziny wymówek albo kłamstw. Tanner natomiast sprawdzał szmaragd pod lupą, bo piękno nie wystarczało. I to było najprawdziwsze, czego ostatnio doświadczyła.
Reilynn spojrzała na lupę, którą wyciągnął w jej stronę, jakby podał jej nie narzędzie jubilerskie, tylko przepustkę do świata, którego do tej pory nie znała.
— Ogród? — powtórzyła ciszej. Oczywiście, że musiała to zobaczyć, więc ostrożnie wzięła lupę, starając się nie zrobić z nią niczego kompromitującego, na przykład upuścić albo przyłożyć odwrotną stroną. Nachyliła się nad szmaragdem, który Tanner trzymał pod światłem, i zmrużyła jedno oko. Przez pierwszą sekundę widziała tylko głęboką, chłodną i gęstą zieleń, a potem szczegóły zaczęły się wyostrzać. Wewnątrz kamienia rzeczywiście coś było; drobne linie, delikatne pęknięcia światła, mikroskopijne ślady układające się jak cienkie gałązki uwięzione pod powierzchnią.
— Jardin — powtórzyła powoli, choć nie tak swobodnie jak Tanner. — Wygląda, jakby ktoś zamknął w nim las, zanim zdążył się rozrosnąć. Albo... jakby kamień pamiętał miejsce, z którego pochodzi, i nie chciał całkiem o nim zapomnieć.
Uśmiechnęła się, obserwując kamień w ten sposób, i przechylając głowę tak, aby móc zobaczyć więcej. Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział. Unikatowy, jedyny w swoim rodzaju. I oczywiście: ta cecha też wyjątkowo do pani pasuje. Rei zamarła na sekundę z lupą przy oku, jakby mogła udawać, że wcale tego nie usłyszała, bo była bardzo zajęta profesjonalnym oglądaniem mikroskopijnego ogrodu. Niestety jej serce natychmiast zareagowało szybszym biciem. Nie umiała za bardzo przyjmować takich słów bez żadnej reakcji, bo gdy jej serce już się rozpędziło, twarz Rei zrobiła się czerwona.
Usuń— Czy to nie tak, że każdy kamień jest wyjątkowy? — spytała, opuszczając lupę i podnosząc wzrok do twarzy Tannera, a potem odnalazła jego oczy. — A jeśli każdy jest wyjątkowy, to właściwie żaden… To znaczy… jeśli każdy egzemplarz ma własne inkluzje, własny odcień, własny układ tego całego jardin, to wyjątkowość staje się cechą gatunkową. Jakby każdy kamień miał obowiązek być jedyny w swoim rodzaju, a wtedy trudno z tego robić… argument.
Przełknęła ślinę i odwróciła wzrok do szmaragdu, przygryzając lekko dolną wargę.
— Wiem, że próbuję właśnie zdyskredytować pański bardzo ładny komplement przy pomocy semantyki — mruknęła. — To… nie jest mój najgorszy mechanizm obronny, ale zdecydowanie jeden z bardziej żałosnych. — Oddała mu lupę ostrożnie, nadal czując ciepło na policzkach. Spuściła wzrok do swoich palców, gdy odbierał od niej przyrząd. — Po prostu nie jestem dobra w byciu porównywaną do rzeczy cennych.
Rei Bothwell 😳🧠
Nie przypominała sobie, żeby to ona w miejscu tych mężczyzn składała przysięgi małżeńskie czy to kościele, czy w urzędzie stanu cywilnego, więc nie paliły jej wyrzuty sumienia, bo to oni świadomie zdradzali żony. Ona ich siłą do łóżek nie zaciągała, mącąc im w głowie. Oni wiedzieli, co robią, wybierając Vanessę na kochankę i choć jej lista nie miała ani metra, ani kilku centymetrów, bo imiona kochanków zmieściłaby w jednej linijce, to uważała, że nie ma potrzeby, aby ją powiększać, natomiast w każdej chwili mogła ją zmniejszyć do zera. Dzisiaj odczytywała wiadomości i reagowała na kolejne prośby spotkań, ale jutro może nie odpisać żadnemu z nich i nie widziała w tym niczego złego, ponieważ nikomu nie obiecywała wierności w romansie ani też nie wyznawała miłości. Chciała się dobrze bawić. W tym przypadku interesował ją tylko własny czubek nosa. Akurat najczęściej muśnięty idealnym kolorem różu.
OdpowiedzUsuńUmilając sobie pobyt tutaj, ułamała cztery pojedyncze kostki czekolady i zjadła je w minimalnym odstępie czasowym. Resztę słodkości ukrytą w papierku, schowała, aby więcej jej nie kusiło, bo w jakimś stopniu miała słabość do słodyczy i choć to nie było uzależnienie, tak wiedziała, że musi się hamować. Inaczej zjadłaby nie cztery kostki, lecz całą tę czekoladę.
— Ja? — wydukała zaskoczona. Myślała, że Tanner Morgan nie odbije piłeczki i nie będzie chętny poznać odpowiedzi związanej z jej marzeniami. Jak miała wyrazić to odpowiednimi słowami, kiedy czas do siódmego roku życia był okrutny, bo chowała się pod jednym dachem z potworami? Wtedy jej marzeniem było to, żeby ojciec ponownie nie chwycił przeraźliwie suchą dłonią za jej szyję, przyciskając do ściany. — Jak mam być z panem szczera, to moim jedynym marzeniem było to, aby przetrwać. Dożyć następnego dnia. Miałam paskudne dzieciństwo. Aż do momentu, kiedy trafiłam do domu dziecka. Przed umieszczeniem mnie w placówce, bałam się, że ojciec odbierze mi życie albo równie dobrze zrobi to matka, a kiedy tego się nie bałam, martwiłam się, że znowu pójdę spać bez jedzenia.
Powiedziała to na głos. Nie zamierzała ukrywać tego, że pochodziła z rodziny patologicznej, gdzie zamiast radości z Vanessy, Zane’a czy Jaxa, było wielkie szczęście, gdy rodzice zdobyli butelkę jakiegoś trunku lub mogli wciągnąć co nieco, bo szybko zrozumiała, że nie byli wielbicielami cukru pudru w nosie. Tak też nauczyła się, że najlepiej wyjdzie na tym, kiedy będzie kochać samą siebie. Może i potajemnie marzyła o takim mężczyźnie, jak Tanner Morgan i o takiej córce, jak jego Amber, ale wątpiła, żeby kiedykolwiek miała męża oraz dziecko. Wolała przelotność. Żadnych związków i deklaracji, bo z tego powstają same problemy, dlatego też ktoś mógł ją brać za seksoholiczkę, ale Nessa nie przekręciłaby się, gdyby nie uprawiała go miesiącami. Po prostu lubiła się zabawić i robić to bez zobowiązań. I tak widziała, że gdyby wyznała to wszystko dyrektorowi sprzedaży, to on nie zrozumiałby takiego podejścia do życia, bo na pewno uprawia seks tylko z żoną i czerpie z tego największą przyjemność. Choć miała wątpliwości, co do tego, kiedy podczas przypadkowej opieki nad Amber, odniosła wrażenie, że pan i pani Morgan mają kryzys. W końcu na wystawie stworzonej przez szefa, ją i kilka osób, byli razem, ale kto powiedział, że nie przechodzą gorszych chwil?
Nagle w tle usłyszała grzmot. Za chwilę następny. Nic nie wskazywało na to, aby prędko wrócili do miejsca, z którego wypłynęli. Wzdrygnęła się na moment, ale po chwili uświadomiła sobie, że ubrudziła się w kąciku ust nadzieniem malinowo-pistacjowym i ruszyła w kierunku szefa, aby sięgnąć porzuconą niedaleko mężczyzny paczkę chusteczek.
Vanessa Kerr 🍫
Reilynn słuchała go uważnie, mimowolnie sięgającą ręką do dekoltu, jakby szukała tam naszyjnika, choć biżuterii już nie było, a mimo to, w dziwaczny sposób, czuła po niej brak. To było głupie, bo przecież nosiła ją przez chwilę, może kilka minut, jednak jej szyja zapamiętała chłód złota i ciężar szmaragdu. Teraz miejsce po łańcuszku wydawało się puste.
OdpowiedzUsuńWodziła wzrokiem za Tannerem, który odłożył lupę i schował ją do etui, a potem sięgnął po kawę. Sam fakt niepowtarzalności niczego nie gwarantuje. To zdanie trafiło w nią dość celnie, bo przecież o to właśnie chodziło, prawda? Ludzie bardzo często mówili „jesteś wyjątkowa” tak, jakby to załatwiało sprawę. Jakby sama niepowtarzalność była automatycznym dowodem wartości, jakby każdy ból, każda blizna i każda historia z definicji zamieniały człowieka w coś cennego. A Rei nie była pewna, czy w to wierzyła. Nie chciała być wartościowa dlatego, że przeżyła lub żeby jej cierpienie robiło z niej unikatowy egzemplarz. Ostatecznie nie chciała być szmaragdem tylko dlatego, że miała w środku ślady, bo one mogły przecież przeszkadzać, mącić obraz. Mogły sprawić, że coś stawało się trudniejsze do noszenia, trudniejsze do zrozumienia, do kochania. Nie każda rana była piękna i nie każda blizna robiła z człowieka kogoś szlachetniejszego. Czasem blizna była po prostu blizną.
Tanner nie powiedział jednak, że wystarczy mieć ślady, powiedział coś gorszego. Liczy się to, co kamień z nimi robi. Rei spuściła wzrok, aby obejrzeć własne dłonie, nieco zbyt chude, jasne, z długimi palcami, które zawsze były dość niezdarne. Myśląc o tym teraz, nie wiedziała, co robiła ze swoimi śladami. Czasem tworzyła z nich książki lub żarty, a czasem wznosiła bariery tak skuteczne, że później sama nie umiała przez nie przejść. Czasem brała cały ten wewnętrzny ogród, pełen krzywych gałęzi, ciemnych miejsc i korzeni wrośniętych w stare lęki, i próbowała udawać, że to tylko dekoracja. Że nic tam naprawdę nie rośnie i że nie ma czego oglądać pod lupą.
Podniosła wzrok, by wbić w mężczyznę wzrok, a potem lekko się zmarszczyć, bo oczywiście, że Tanner Morgan potrafił wziąć jej desperacką próbę ucieczki przed komplementem i rozłożyć wszystko tak, że nie bardzo dało się z tym kłócić.
— Rozumiem — powiedziała, kiwając lekko głową. — Chyba. Nie każda inność coś znaczy, a to że człowiek jest dziwny albo… trudny, nie robi z niego od razu dzieła sztuki.
Gdy usłyszała jego śmiech, coś w niej mimowolnie drgnęło. Tanner Morgan nie śmiał się w sposób, który rozlewał się po pomieszczeniu; jego śmiech był raczej krótki, niski i kontrolowany, ale ten konkretny moment potwierdzał tylko, że jednak Pan Prawnik umiał się śmiać. 1:0 dla Rei w walce z alergią na uśmiechanie!
— Co do mechanizmów obronnych — odezwała się po chwili, uśmiechając się wesoło — proszę nie kusić losu. To, co pan widział, to wersja demonstracyjna. Pełny pakiet zawiera ironię defensywną, ucieczkę w metafory i żarty o własnej śmierci…
Wzruszyła lekko ramieniem. Mówiąc to, była szczera, i tego próbowała się trzymać, przeważnie, bo jeśli chodziło o maskowanie bólu, to była w tym mistrzynią. Jej szczerość objawiała się raczej w relacjach i w byciu sobą, a prawda wychodziła w żartach, w zbyt szybkich odpowiedziach, w metaforach, które zdradzały więcej niż powinny i w tym, że jeśli kogoś polubiła, trudno było jej udawać obojętność. I przede wszystkim była za bardzo sobą nawet wtedy, gdy to było niepraktyczne.
— Co do tego, jak pan postrzega innych — zaczęła, sięgając po swoją kawę — to myślę, że jest to dość… rzadkie.
Uniosła kubek, ale zanim się napiła, zatrzymała go przy ustach i zerknęła na Tannera znad wieczka. Chciała coś powiedzieć, ale dała sobie chwilę, aby uporządkować chaos w głowie. Upiła łyk; kawa była już chłodniejsza i mniej słodka, niż zakładała.
Usuń— Większość ludzi patrzy na różnice jak na etykiety — powiedziała. — Łatwo je zauważyć i nazwać, a jeszcze łatwiej uznać, że skoro coś jest inne, to automatycznie staje się to najważniejszą częścią człowieka. Choroba, ciało, pochodzenie, zawód, dziwne poczucie humoru. Wszystko może stać się skrótem. — Przesunęła palcem po kubku. — A pan robi coś zupełnie innego, patrzy pan, czy ta różnica naprawdę pracuje, czy coś z niej wynika i czy jest częścią większego sensu.
Zamilkła na moment, biorąc kolejny łyk kawy. Oblizała lekko dolną wargę, wzięła głębszy oddech i uśmiechnęła się.
— To trochę jak gramatyka — dodała nagle. — W angielskim można wstawić znak interpunkcyjny byle gdzie i technicznie coś się zmieni. Rytm, pauza, akcent. Ale dopiero dobrze postawiony znak zmienia zdanie tak, że zaczyna brzmieć inaczej. Wydaje mi się, że trochę patrzy pan w ten sposób, tak jakby ludzie byli zdaniami, a pan sprawdzał, czy ich osobliwości są przypadkowym przecinkiem, czy średnikiem, który naprawdę łączy dwie rzeczy, jakie bez niego byłyby osobno.
Dopiero wtedy uświadomiła sobie, że właśnie porównała Tannera Morgana do kogoś, kto czyta ludzi składniowo, i prawdopodobnie powinna natychmiast przestać mówić, ale zamiast się zamknąć, wymamrotała:
— To komplement, żeby było jasne.
Spojrzała w jego stronę i posłała mu delikatny uśmiech, chcąc przy tym zmarszczyć nos, ale gdy to zrobiła, przypomniała sobie, że nie powinna nawet próbować. Zacisnęła usta w wąską linię, próbując nie myśleć teraz o tym, że jej twarz nieprzyjemnie zabolała.
Rei Bothwell ✍️👃
Rei uniosła kubek do ust, ale nie napiła się od razu. To było niebezpieczne pytanie, ale nie dlatego, że nie wiedziała, jak odpowiedzieć. Raczej dlatego, że mogłaby powiedzieć naprawdę wiele, np. że patrzy na gesty lub jak ktoś traktuje kelnera, zwierzę albo osobę, od której niczego nie potrzebuje. Ale to byłoby zbyt płytkie i zdecydowanie niepełne.
OdpowiedzUsuń— Nie — przyznała po chwili, zerkając na niego znad kawy. — Kolor koszuli zwykle traktuję jako materiał pomocniczy, no chyba że jest naprawdę zły, wtedy możemy o tym podyskutować.
Upiła łyk, dając sobie jeszcze sekundę, żeby jej mózg ułożył sobie to, co chciała powiedzieć w najprostszy sposób.
— Myślę, że patrzę na pęknięcia — powiedziała w końcu. — Nie w takim sensie, że szukam słabych punktów, hmm… to raczej miejsca, te pęknięcia, kiedy człowiek przestaje być swoim własnym kreatorem, a przebija się coś prawdziwego.
Przesunęła palcem po wieczku kubka. Rei lubiła szczerość, choć jednocześnie niewątpliwie bywała hipokrytką z tą prawdomównością, bo według niej prawd było wiele; wszystko zależało od danej sytuacji i czasem prawda wyglądała zupełnie inaczej dla osób po przeciwnych stronach.
— Ludzie bardzo często pokazują światu swoją wersję po autorskiej redakcji. Ładnie ułożoną, logiczną, z poprawionymi zdaniami i usuniętymi fragmentami, które mogłyby kogoś zgorszyć — dodała. — A mnie interesuje to, co zostało między wersami lub kiedy żartuje, chociaż wcale nie jest mu do śmiechu, albo gdy mówi „nic się nie stało” tak szybko, że od razu wiadomo, że jednak coś się stało.
Uśmiechnęła się słabo, bo znała ten mechanizm aż za dobrze.
— Patrzę na to, co człowiek próbuje ukryć i czy robi to z lęku, dumy, przyzwyczajenia, czy dlatego, że kiedyś ktoś nauczył go, że pewnych rzeczy lepiej nie pokazywać. — Zamilkła na moment, a potem wzruszyła lekko ramieniem, jakby chciała zaznaczyć, że to nic takiego, że jej postrzeganie innych nie jest jakieś wyjątkowe, raczej bardzo pisarskie.
Spojrzała na Tannera uważniej, dopiła kawę, a potem rzuciła dla rozluźnienia:
— Ale chyba najbardziej patrzę na sprzeczności. Na ludzi, którzy mówią jedno, a robią drugie. Którzy twierdzą, że chcą dystansu, a potem przynoszą komuś kakao. Którzy odmawiają pączka, ale przyjmują kawę. — Kącik jej ust drgnął. — To, oczywiście, czysto hipotetyczne przykłady.
Odwróciła wzrok w stronę gablot, znów czując, że za bardzo tutaj nie pasowała. I może to nie był jej świat, może nigdy nie nauczyłaby się poruszać po nim z taką swobodą jak Tanner, ale nie miała już wrażenia, że powinna natychmiast przeprosić za swoją obecność w luksusowym salonie.
— W książkach najciekawsze postacie nigdy nie są spójne w prosty sposób. — Zerknęła w jego stronę. — Są pełne… wewnętrznych napięć, czegoś chcą, ale się tego boją. Albo próbują być dobrzy, ale czasem robią coś okrutnego.
Urwała, bo nagle przypomniała sobie o czymś, co od początku miała zrobić, a co oczywiście przepadło gdzieś między szmaragdami, aleksandrytami, kawą i niebezpiecznie trafnymi rozmowami o tym, co kryje się pod powierzchnią. To było jej pęknięcie.
— Och — wyrwało jej się cicho. Natychmiast odstawiła pusty kubek na bok i sięgnęła po swoją torbę. — Prawie zapomniałam. To znaczy… nie prawie, całkiem zapomniałam.
Zaczęła grzebać w środku, odsuwając portfel, telefon, paczkę chusteczek, długopis, który nie wiadomo skąd się tam wziął, i kilka paragonów świadczących przeciwko niej w sprawie nadmiernego kupowania kawy. W końcu wyjęła małe, starannie zapakowane pudełko. Nie było duże, ale wyglądało na wybrane z namysłem: ciemny papier, cienka wstążka, nic przesadnego. Rei przez chwilę trzymała je w dłoniach, jakby musiała jeszcze raz przekonać samą siebie, że to, co zamierzała zrobić, nie jest głupie.
Usuń— To dla pana — powiedziała w końcu, podając mu pudełko. — Zanim zacznie pan protestować, to nie jest to prezent, to… odszkodowanie tekstylne za poszetkę, którą mi pan dał. Tamta… cóż, stwierdziłam, że nie powinnam jej oddawać po tym, co przeszła.
Poszetkę od Tannera zostawiła sobie, oczywiście nie dlatego, że miała do niej jakiś sentyment. Absolutnie nie. Dodatek leżał teraz w jej mieszkaniu, schowany w jednej z szuflad biurka, zajmując bardzo konkretne miejsce.
— Nie wiem, czy trafiłam idealnie, ale się starałam. Jest jedwabna, ciemna i bez żadnych idiotycznych wzorów. Żadnych smoków czy pączków, chociaż przyznam, że przez sekundę mnie kusiło. — Uśmiechnęła się trochę szerzej. — Chciałam po prostu… jakoś się odwdzięczyć. I przeprosić za cały chaos z mojego powodu.
Rei Bothwell 🎁✨
Rei miała już gotową odpowiedź, aby rzucić coś o tych sprzecznościach, oczywiście, że miała. Coś o tym, że Tanner Morgan mógł sobie rozpisywać własne zachowanie w swój sposób, ale to wcale nie oznaczało, że świat miał obowiązek przyjąć jego interpretację bez poprawek. Mogła mu powiedzieć, że ludzie rzadko bywają sprzeczni w swoim własnym odczuciu i że praktycznie każdy potrafił uzasadnić własne gesty tak, żeby pasowały do historii, którą chce opowiedzieć o sobie. Ale zatrzymała to dla siebie. Po pierwsze dlatego, że grzebała właśnie w torbie i próbowała nie wysypać na ladę całej swojej prywaty w postaci paragonów, chusteczek, długopisów, pomadki, opakowania po lekach przeciwbólowych i jednej samotnej gumki do włosów. Po drugie dlatego, że słowa dystans skracam w znacznie bardziej namacalny sposób wypadły z jego ust z takim spokojem, że jej mózg przez sekundę odmówił współpracy. Namacalny.
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję, panie Morgan. Świetny dobór słów. Rei poczuła, jak jej twarz zaczyna robić się cieplejsza. Mimowolnie wyobraziła sobie ten moment przełamania dystansu, w którym prawnik podszedłby do niej w dwóch, może trzech krokach, aż wpadłaby plecami w ścianę, a gdyby podniosła głowę, zobaczyłaby, że Tanner jest blisko, zbyt blisko – jej mózg pokazał jej to bardzo obrazowo. Prawnik dociskający ją do ściany, a ona? Zdecydowanie zbyt zawstydzona, żeby się poruszyć. Cholera! Natychmiast skupiła całą uwagę na pudełku z poszetką, jakby od powodzenia tej osobistej misji zależało jej życie.
Kiedy Tanner przyjął pudełko i zaczął je otwierać, w jej głowie zrobiło się dziwnie cicho. Nie musiał tego wszystkiego docenić. Mógł powiedzieć, że nie trzeba było i odłożyć prezent na bok, mógł potraktować to jak niewielką uprzejmość, o której szybko się zapomina. A jednak wolno rozwiązał wstążkę, jakby naprawdę uznał, że wymaga to jakiejś ostrożności. Patrzyła, jak przesuwa palcem po materiale, jak ocenia fakturę, kolor, prostotę. I nagle poczuła ten głupi, dziecięcy rodzaj napięcia, którego nie znosiła: Jest okej? Czy nie zrobiłam z siebie idiotki?
Kiedy powiedział, że trafiła całkiem dobrze, odetchnęła cicho.
— Cieszę się… — powiedziała tylko, ale w środku poczuła małe, niechciane ukłucie satysfakcji. Potem wspomniał o córce, a Rei na moment znieruchomiała, nie jakoś spektakularnie, po prostu jej palce, które jeszcze przed chwilą błądziły przy pasku torby, zatrzymały się w pół ruchu, a myśl, którą miała już gotową, nagle rozsypała się jak źle zapięty naszyjnik.
Tanner Morgan miał córkę. To było jedno z tych zdań, które zmieniały obraz danego człowieka bez pytania o zgodę. Nie unieważniały tego wcześniejszego, ale dokładały do niego nową warstwę, zupełnie inną od tych, które Rei zdążyła poznać. Prawnik. Jubiler. Człowiek od dystansu, kawy, zasad i idealnie kontrolowanych gestów. Korpoelf w czerni, który mówił o szmaragdach tak, jakby potrafił zajrzeć pod powierzchnię kamienia i człowieka, a teraz jeszcze ojciec. Ojciec dziewczynki, która najwyraźniej mogłaby znaleźć zastosowanie dla poszetki w smoki. Rei poczuła wzbierającą się w niej ciekawość. Taką, która chciała ją zmusić do zadania kilku pytań i równie natychmiast kazała jej zamknąć usta. Ile ma lat? Co jeszcze lubiła, oprócz smoków? Jest podobna do niego? Nie odezwała się jednak. Granice, Reilynn.
— Dobrze wiedzieć, że w razie katastrofy z wyborem poszetki istniał plan awaryjny w postaci młodszego pokolenia Morganów — powiedziała luźno. — Smoki zawsze znajdą swojego odbiorcę, to jedna z niewielu rzeczy, w które wierzę bez zastrzeżeń.
Uśmiechnęła się, a gdy powiedział, że są kwita, posłała w jego stronę spojrzenie. Gest za gest. Formalnie bilans się zgadzał, więc skinęła głową.
— Kwita — powtórzyła. — Świetnie, dziękuję — dodała, gdy wspomniał o tym, że zapakuje dla niej naszyjnik. Zaraz potem zapłaciła za biżuterię i dla siebie, i dla Maeve, wypisując czek bez mrugnięcia okiem.
Później, kiedy Maeve wysłała jej przypomnienie o koncercie, Rei siedziała w salonie, oparta plecami o kanapę, z laptopem na kolanach i włosami związanymi byle jak na czubku głowy. Wiadomość była krótka: Nie zapomnij. Czarna sukienka albo coś, w czym będziesz wyglądać jak człowiek. Masz wejściówkę z osobą towarzyszącą. Możesz przyprowadzić kogoś normalnego, jeśli znasz.
UsuńRei przeczytała wiadomość trzy razy. Koncert miał być poważny, nie żaden kameralny występ w dusznej salce, gdzie ktoś kaszlał między utworami, a krzesła skrzypiały głośniej niż publiczność. Maeve grała w eleganckiej sali, w programie miała Chopina, Rachmaninowa i coś jeszcze, czego Rei nie potrafiła wymówić.
Miała zaproszenie dla dwóch osób. Oczywiście pierwszą myślą było, że pójdzie sama. Druga, cóż, wydawała się znacznie mniej rozsądna. Tanner Morgan. Rei znieruchomiała z palcami nad klawiaturą. Nie. Absolutnie nie. To byłoby idiotyczne! Dlaczego miałaby go zapraszać? Bo pomógł jej wybrać naszyjnik? Bo przyjął kawę? Zaproszenie na koncert było czymś innym niż kawa czy poszetka. To już wyglądało jak propozycja, a propozycje były ryzykowne, bo można było je odrzucić. Można było też przyjąć, co czasem bywało jeszcze gorsze. Poza tym Tanner Morgan nie wyglądał na człowieka, który chodził na koncerty z kobietami poznanymi przez pączka, krew z nosa czy zakup biżuterii. Chociaż z drugiej strony wydawał się kimś, kto mógłby słuchać muzyki poważnej.
Gdy dostała od Tannera SMS-a, pojawiła się w salonie jakąś godzinę później. Niestety Morgan zdążył już wyjść, ale zostawił naszyjnik dla Maeve w rękach pracownicy. Miała miłą twarz, była ładna i konkretna. Rei nie miała prawa czuć rozczarowania, że go tutaj nie było, choć w jakiś dziwaczny sposób to rozczarowanie uderzyło ją w twarz, gdy przekroczyła próg sklepu.
Pracownica poprosiła Rei o dokument, sprawdziła dane i podała jej elegancką torbę z pudełkiem w środku.
— Pan Morgan prosił przekazać, że kamień został osadzony zgodnie z ustaleniami — powiedziała. — Dołączony jest certyfikat i instrukcja pielęgnacji.
— Dziękuję. — Rei skinęła głową i przez sekundę stała nieruchomo, trzymając torbę w dłoni. To był ten moment, w którym mogła po prostu wyjść, a raczej powinna to zrobić. Zamiast tego sięgnęła do torebki i wyjęła białą kopertę z ręcznie napisanym imieniem i nazwiskiem prawnika. — Czy mogłaby pani przekazać to panu Morganowi? — zapytała, starając się brzmieć normalnie. — To nie jest nic pilnego. Ani… zobowiązującego.
Kiedy wyszła z salonu, powietrze wydało jej się chłodniejsze, choć pogoda wcale się nie zmieniła. Szła wolniej niż zwykle, torbę z naszyjnikiem trzymając blisko siebie, jakby prezent dla Maeve mógł ją osądzić za tę głupią decyzję. W domu przełożyła naszyjnik do papierowej torby, którą wcześniej kupiła, potem zaparzyła kawę i przez prawie dwadzieścia minut udawała, że nie patrzy na telefon. Irracjonalnie wierzyła w to, że Tanner da jej znać, czy przyjmuje zaproszenie, czy też nie.
Otworzyła laptopa, napisała pół zdania, skasowała je, napisała drugie, jeszcze gorsze, po czym zamknęła dokument. Telefon nadal milczał, a ona, niestety, nadal pamiętała, że w eleganckim salonie zostawiła małą białą kopertę z propozycją, której nie dało się już cofnąć. Dlatego zrobiła coś, czego być może będzie żałować przez resztę swojego życia. Wysłała do Morgana wiadomość: Dzień dobry, panie Morgan. Zakładam, że pańska pracownica przekazała już panu kopertę z zaproszeniem. Jeśli nie, proszę zignorować tę wiadomość...
— Świetnie — mruknęła.
Mogła tutaj skończyć, przestać pisać, bo wiadomość była już wystarczająco kompromitująca. Niestety jej palce miały własny plan: Chciałam tylko doprecyzować, że zaproszenie nie jest zobowiązaniem, pułapką ani próbą nielegalnego skracania dystansu. To koncert Maeve, tej przyjaciółki, dla której kupowałam naszyjnik. Gra na fortepianie. Bardzo poważnie. To znaczy… koncert jest poważny....
UsuńRei zamknęła oczy. Nie. Nie, nie, nie. To było za dużo. O wiele za dużo. Nikt normalny nie pisał takich wiadomości. Normalni ludzie pisali: Czy ma pan ochotę przyjść? albo Będzie mi miło. Ewentualnie: Rozumiem, jeśli nie.
Rei usunęła wszystko, odetchnęła i napisała od nowa:
Panie Morgan, zostawiłam dziś dla pana zaproszenie na koncert Maeve. Dostałam wejściówkę z osobą towarzyszącą i pomyślałam, że skoro pomógł mi pan wybrać prezent, może chciałby pan zobaczyć, dla kogo był. To oczywiście tylko propozycja. Jeśli nie ma pan czasu albo ochoty, proszę się tym nie przejmować.
Patrzyła na tekst długo i dodała jeszcze:
Koncert jest w sobotę wieczorem. Wyślę szczegóły, jeśli będzie pan zainteresowany.
A potem, zanim zdążyła się rozmyślić, nacisnęła „wyślij”. I natychmiast tego pożałowała. Oczywiście, że pożałowała. Odłożyła telefon ekranem do dołu, a po trzech sekundach odwróciła go z powrotem. Nic.
— Boże, Reilynn... — powiedziała do siebie. Telefon nadal milczał. Wstała, przeszła do kuchni, dolała sobie kawy, chociaż jej serce już teraz zachowywało się, jakby ktoś wpuścił do niego stado rozbieganych kotów, które wbijały pazury we wszystko po drodze. Potem wróciła do salonu, usiadła na kanapie, wstała z kanapy, poprawiła papierową torbę z naszyjnikiem i znów usiadła. To było absurdalne. Nie zaprosiła go na ślub, nie poprosiła o wzięcie wspólnego kredytu hipotecznego. Nie zaproponowała mu adopcji kota czy ucieczki do Szkocji. Zaprosiła go na koncert.
Telefon zawibrował, a Rei prawie upuściła kubek. Przez moment patrzyła na urządzenie, jakby mogło ją ugryźć. Potem podniosła je ostrożnie – na ekranie pojawiło się tylko powiadomienie z aplikacji, przez którą zamawiała jedzenie: Twoje ulubione danie czeka na zamówienie. Rzuciła telefon na poduszkę, a potem natychmiast po niego sięgnęła. Nadal nic od Tannera. Może był zajęty, może prowadził samochód. Może był z córką. Może po prostu przeczytał wiadomość, uniósł brew i uznał, że chyba zwariowała. To też było prawdopodobne. Ostatecznie po prostu usiadła z laptopem i zaczęła pisać.
Rei Bothwell 📱✉️
Sukienka wisiała przed nią od prawie godziny, a Rei przez cały ten czas udawała, że to nic takiego i że w ogóle nie ma problemu z wystrojeniem się. Kreacja była czarna, lekka, z cienkimi ramiączkami i materiałem, który miejscami był cieńszy. Z przodu, przy dekolcie, sukienka miała delikatne koronkowe wykończenie, ale to plecy były punktem przyciągającym wzrok. Otwarty krój odsłaniał łopatki i kręgosłup, a cienkie tasiemki wiązało się przy karku i nieco niżej. Na dole materiał przechodził w czarne pióra; przy każdym kroku miały one drżeć, układać się inaczej i łapać światło.
OdpowiedzUsuńOstatecznie w końcu się ubrała; najpierw bielizna, potem czarne, dopasowane rajstopy, później sukienka, którą przeciągnęła przez biodra z miną osoby rozbrajającej bombę. Materiał był chłodny i delikatny. A gdy sukienka znalazła sobie miejsce, Rei zobaczyła, jak wiele kreacja pokazywała: linię ramion, ostre łopatki i jasną skórę. A jednak nie wyglądało to tak źle. Czuła się teraz nieco inaczej – czerń wydobywała z niej coś ostrzejszego, bardziej świadomego i znaczącego. Zaraz potem założyła buty, poprawiła protezę i sprawdziła, czy materiał dobrze się układa, czy nic nie ciągnie, czy może poruszać się wystarczająco swobodnie.
Zdecydowała się też założyć naszyjnik, który kupiła w salonie Morgana. Prosta złota oprawa, głęboka zieleń, żadnej przesady. Schwyciła ostrożnie łańcuszek i zapięła przy karku – szmaragd opadł dokładnie tam, gdzie powinien. Rei dotknęła kamienia opuszkami palców i przez sekundę pomyślała o Tannerze. O tym, że jeśli dziś przyjdzie, zobaczy, jak ten naszyjnik wygląda w innym miejscu, w innych warunkach, nie jako przedmiot do oceny. Nie miała pojęcia, czy Tanner Morgan przyjdzie, bo oprócz tego, że poprosił o więcej szczegółów, to nie dostała żadnego „tak” lub „nie”, a Rei uznała, że nie będzie do niego wypisywać, żeby nie uznał, że jest kompletną wariatką. I jasne, kilka razy trzymała telefon w rękach, chcąc napisać coś lekkiego, neutralnego, absolutnie niezobowiązującego, ale gdy tylko udawało jej się coś skleić, stwierdzała, że to żenujące, więc za każdym razem blokowała ekran i odkładała telefon jak najdalej od siebie.
Dlatego wchodząc do sali, była już właściwie pogodzona z tym, że miejsce obok niej zostanie puste. Powtarzała sobie, że to nic takiego i że jedno wolne krzesło nie ma żadnego znaczenia, tylko że potem usłyszała ten głos. Odwróciła się przez ramię, a Tanner Morgan… po prostu stał obok niej. Jakby nagle zmaterializował się tuż obok.
Pierwsze, co zrobiła, to zmierzenie mężczyzny spojrzeniem kogoś, kto zapomniał, że nie wypadało się gapić, nawet jeśli ktoś był bardzo, bardzo przystojny, ale jak niby miała przestać się patrzeć, skoro Tanner wyglądał tak, jakby był najpiękniejszą istotą w znanym wszechświecie? To było irytujące, bardzo irytujące, bo choć wielu mężczyzn w jej ocenie mogłoby uchodzić za przystojnych, to Morgan wydawał się być poza tą skalą. Nie powinno się tak wyglądać bez ostrzeżenia. Może gdyby dał jej znać, że jednak przyjdzie, to przygotowałaby się jakoś; zrobiła kilka ćwiczeń oddechowych i powtórzyła sobie, że jest dorosłą kobietą, a nie bohaterką z rozdziału, w którym dzieje się o wiele za dużo. Spuściła wzrok, dostrzegając cień szmaragdowych spinek przy jego mankietach. I wtedy jej mózg, który i tak ledwo trzymał się w ryzach, wykonał bardzo niepotrzebne salto. Szmaragdy, oczywiście, że to były szmaragdy.
— Dobry wieczór — odpowiedziała w końcu. — Wygląda pan… — zaczęła, ale urwała, bo gdyby wyrzuciła mu wprost, że wygląda przystojnie, a właściwie, że wygląda skandalicznie dobrze, zapadłaby się pod ziemię. Dlatego dokończyła: — …stosownie do okazji.
I natychmiast znienawidziła to zdanie. Stosownie do okazji. To nie brzmiało zbyt dobrze, raczej jakby oceniała strój jakiegoś starego wujka.
Zacisnęła lekko usta w wąską linię. Tanner wyglądał tak, jakby ktoś wyjął go z konkretnej sceny, w której mężczyzna przed zbliżeniem się do kobiety poprawia mankiety, a potem wyciąga ręce, łapie za kark, sprawdza puls… STOP. Rei miała ochotę dać sobie w twarz za to, że jej wyobraźnia potrafiła kreować tak konkretne sceny – i zdecydowanie niepokoiło ją to, że przy Morganie było to tak łatwe.
Usuń— Przyszedł pan — dodała, a potem zajęła miejsce i rzuciła jeszcze, czując się nieco głupio, gdy w jej głowie wybrzmiało to, co powiedziała. — To znaczy… oczywiście widzę, że pan przyszedł...
W sali światło zaczynało przygasać. Rozmowy wokół nich cichły stopniowo, miękko, jakby ktoś wyciszał cały świat. Rei spojrzała w stronę sceny, gdzie stał fortepian. Maeve zaraz miała wyjść i dać swój popisowy koncert – chciała, żeby Tanner to zobaczył. Gdy światła zgasły jeszcze bardziej i była pewna, że Morgan nie dostrzeże jej twarzy, szepnęła jeszcze:
— Dziękuję, że pan przyszedł.
Potem Maeve wyszła na scenę, a Rei poczuła, jak coś ściska ją w gardle. Zawsze tak miała, kiedy widziała przyjaciółkę w tym konkretnym wydaniu. Callahan była ubrana w długą suknię, której kolor w przygaszonym świetle wydawał się niemal czarny, choć przy ruchu łapał ciemne, zielonkawe i granatowe refleksy, a przy jej szyi widać było naszyjnik od Rei. Aleksandryt w złotej oprawie spoczywał tuż przy obojczyku, raz ciemny, raz nagle rozpalony od środka, jakby nie mógł zdecydować, czy jest kamieniem, czy zamkniętym w metalu fragmentem zmierzchu.
Maeve ukłoniła się i usiadła przy fortepianie. Pierwsze dźwięki były delikatne, prawie ostrożne. Koncert zaczął się od Chopina. Rei rozpoznała go od razu, choć nigdy nie uważała się za osobę szczególnie kompetentną w muzyce klasycznej. Muzyka nieco się zmieniała; fortepian brzmiał głęboko, ciepło i drżąco. Palce Maeve przesuwały się po klawiszach z precyzją; każdy jej ruch był jednak opanowany, każde uniesienie nadgarstka, każde miękkie opadnięcie, każdy moment zawieszenia między jedną frazą a drugą wyglądał tak, jakby Maeve stała się portalem do usłyszenia piękna.
Rei poczuła zachwyt; to, co słyszała, co czuła, to było coś zupełnie innego, jakby ktoś odkrył przed nią naturę tego, co nieuchwytne. Obserwowała Maeve i miała wrażenie, że dostrzega nie tylko przyjaciółkę przy fortepianie, ale całe lata jej pracy. Poczuła, jak oczy zaczynają ją piec i wtedy, zupełnie mimowolnie, Rei poruszyła dłonią. Nie pomyślała o tym ruchu, po prostu w którymś momencie jej palce przesunęły się po podłokietniku, potem dalej i… odnalazły dłoń. Dłoń Tannera Morgana. Zorientowała się dopiero po sekundzie, może dwóch, ale jej serce zdążyło już wykonać paniczny skok. Powinna cofnąć się od razu i przeprosić. Palce Tannera były jednak ciepłe i silne, a jej własne zacisnęły się odruchowo, jakby znalazły jakiś punkt zaczepienia. Nie trwało to jednak długo – Rei gwałtownie zabrała rękę i wcisnęła ją w kolana, uparcie patrząc przed siebie i podziwiając grę Maeve.
Rei Bothwell 🎹🫣
Rei wbijała wzrok w scenę tak intensywnie, jakby Maeve mogła ją uratować samą siłą Elegii Rachmaninowa. Dźwięki były głębsze niż wcześniej, rozlewały się wokół i dotykały duszy. Fortepian brzmiał tak, jakby ktoś otworzył stare drzwi w ciemnym domu, za którymi czekało wszystko, czego człowiek nie chciał nazwać, a może wszystko, czego kiedykolwiek pragnął – może czasem to, czego się pragnie, nie powinno być nigdy nazwane.
OdpowiedzUsuńPróbowała zignorować też to, co się stało, choć nie było to jakoś bardzo skandaliczne. Rei pomyślała jednak, że gdyby Tanner odsunął rękę, sprawa byłaby prostsza. Upokarzająca, oczywiście, ale prosta, bo odrzucenie nie pozostawiało domysłów ani nie pozwalało narastać narracji, w której coś mogłoby się wydarzyć, jeśli miałoby się odpowiednie zmienne. Poczuła, jak jej twarz zrobiła się bardziej ciepła, więc zacisnęła mocniej palce, czując pod opuszkami miękkość materiału i lekkie drżenie piór przy kolanach.
Nie powinna czuć się tym wszystkim zażenowana – przypadkowe zetknięcie się rąk było lepsze od tego nieszczęsnego pączka z pistacjami, a potem wycieczką pod stół. W końcu takie rzeczy po prostu się zdarzały; ktoś dotknął czyichś palców, nie zastanawiając się nad tym, co to oznacza. Cywilizacja jeszcze od tego nie upadła. Tylko że to nie było przypadkowe w jakiś tam sposób, tylko w zupełnie inny, bardziej… intymny. Muzyka ją poruszyła, a zachwyt zrobił resztę – jej dłoń znalazła jego dłoń, nie podłokietnik czy torebkę. I przez moment, zanim to do niej dotarło, było jej z tym dobrze.
Czuła jego spojrzenie. Próbowała siedzieć nieruchomo, ale nagle bardzo boleśnie uświadomiła sobie, jak wyglądała, jak blada była, że dzisiaj zrobiła sobie delikatny makijaż i że chyba nie przypominała chodzącej katastrofy. Wydawało jej się, że wzrok Tannera przesuwała się po niej tak ostrożnie, jakby coś oceniał. Ją? Światło? Naszyjnik? Szmaragd przy jej szyi wydawał się teraz cięższy. Rei mimowolnie pomyślała o tym, jak Tanner musiał teraz widzieć ten kamień: nie w pudełku, nie w aksamicie, nie w kontrolowanym świetle salonu. Nie miała pojęcia, co było bardziej zawstydzające: to, że chciała, żeby zauważył naszyjnik, czy to, że rzeczywiście go zauważył.
Maeve grała dalej. Elegia płynęła przez salę, ciemna i dostojna, coraz głębsza, coraz bardziej bezlitosna. Rei próbowała pozwolić, żeby muzyka ją pochłonęła, ale teraz wszystko wokół niej było tak intensywne. Przełknęła ślinę i zmusiła palce, żeby się rozluźniły, bo zbyt mocno ściskała sukienkę.
Gdy poczuła jakąś zmianę z jego strony, zerknęła tak, aby nie obracać głowy. Tanner wrócił spojrzeniem do sceny. Jego profil w półmroku był tak… skupiony i zdecydowanie niemożliwy do odczytania, co oczywiście nie przeszkodziło Rei próbować. Linia jego czoła była gładka, a brwi nieznacznie ściągnięte, ale to nie była złość, raczej skupienie – ładne, dojrzałe skupienie. Jego oczy śledziły scenę, poruszały się delikatnie, podążając za muzyką. Przypominały jej teraz dwa szkiełka, w których odbijał się cały świat, i przez moment Rei zapragnęła zobaczyć to wszystko jego oczami, ten obraz zniekształcony przez konkretne spojrzenie i mózg. Sięgnęła spojrzeniem dalej; półmrok wyostrzał mu twarz w irytująco piękny sposób. Zostawiał jasną linię przy policzkach, cień pod rzęsami, mocniejszy zarys nosa i ust. A kiedy uświadomiła sobie, że zbyt długo je ocenia, natychmiast wróciła wzrokiem do sceny.
Kolejne utwory przychodziły po sobie płynnie, a sala wydawała się coraz bardziej poruszona, uwięziona w nutach i historii, którą opowiadała Maeve. Kiedy ostatni dźwięk wybrzmiał, przez sekundę nikt nie klaskał. Była tylko cisza, dopiero potem rozległy się brawa. Maeve wstała od fortepianu i ukłoniła się, a aleksandryt przy jej szyi błysnął pod światłem dokładnie tak, jak powinien. Callahan wyglądała pięknie, a Rei pomyślała o tym, że prezent, który pomógł jej wybrać Tanner, był idealny.
Publiczność zaczęła podnosić się z miejsc. Fotele skrzypnęły cicho, ktoś poprawił płaszcz, ktoś inny pochylił się do osoby obok, wyrażając swój zachwyt. Sala, jeszcze przed momentem niemal nieruchoma, zaczęła wracać do życia. Rei wstała ostrożnie, sięgając po laskę i torebkę, a potem spojrzała krótko w stronę Tannera i uśmiechnęła się delikatnie.
UsuńGdy udało im się wyjść, a tłum zaczynał się przerzedzać, Rei zauważyła Maeve. Szła w ich stronę szybkim krokiem, wciąż w koncertowej sukni, i z zaróżowionymi policzkami. Maeve dopadła do niej i objęła ją mocno, nie przejmując się eleganckimi ludźmi wokół ani tym, że Rei straciła nieco równowagę.
— Byłaś obłędna — odezwała się, uśmiechając się szeroko.
— Wiem — odparła Maeve natychmiast, ale jej głos wydawał się zbyt delikatny, żeby zabrzmiało to naprawdę arogancko. — To znaczy… dziękuję. To było potworne. Cudowne, ale potworne. W pewnym momencie myślałam, że zapomnę, gdzie są ręce.
Rei parsknęła cicho, lustrując wzrokiem przyjaciółkę. Maeve za to uśmiechnęła się wesoło, a potem jej spojrzenie przesunęło się ponad ramieniem i zatrzymało przy Tannerze.
— A pan musi być panem Morganem — odezwała się Callahan, prostując się odrobinę i dotykając palcami aleksandrytu przy szyi. — Naprawdę dziękuję. Naszyjnik jest piękny. Rei powiedziała mi, że pomógł jej pan w wyborze.
Potem rozejrzała się szybko po holu, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że nie przyszła wyłącznie po to, aby zawstydzić Rei przed eleganckim prawnikiem w szmaragdowych spinkach.
— W każdym razie… po koncercie jest mały bankiet — dodała. — Nic strasznego, trochę wina i przekąsek. Musicie przyjść.
Zanim Rei cokolwiek powiedziała, Maeve już odchodziła, otoczona przez kilka osób, które należały do jej ekipy. Bothwell została w miejscu z lekko uchylonymi ustami, jakby ktoś wepchnął ją w sytuację, w której nie wiedziała, jak się właściwie zachować, choć przecież zawsze istniało coś, co dało się zrobić i wyjść z tego z twarzą. Mimowolnie poprawiła pasek torebki przy ramieniu, choć wcale nie wymagał poprawienia. Potrzebowała po prostu zająć czymś ręce.
— Oczywiście nie musi pan iść — odezwała się. — Już samo to, że pan tutaj przyszedł, było… — zaczęła, ale urwała, bo słowo miłe zabrzmiało w jej głowie nijako. — Było ważne.
Przez moment milczała, słysząc dookoła szum rozmów, śmiech, brzęk szkła gdzieś dalej, za uchylonymi drzwiami sali bankietowej. Wieczór mógł się tutaj skończyć. Tanner mógł podziękować, pożegnać się uprzejmie i wrócić do własnego świata, a ona mogła udawać, że to był bardzo udany, ale skończony rozdział, tylko że bardzo nie chciała jeszcze sięgać po kropkę.
— Ale jeśli ma pan ochotę dołączyć — powiedziała ostrożnie — to… byłoby mi miło.
Uśmiechnęła się krzywo i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć mu w twarz. I to był błąd. Tanner w jaśniejszym świetle holu wcale nie wyglądał mniej niebezpiecznie niż w salowym półmroku. Teraz wszystko było wyraźniejsze: jego garnitur, twarz, cień szmaragdowych spinek i ten nieznośnie opanowany sposób bycia. Przygryzła nieco policzek od środka, czując się niezmiernie głupio, nawet w tej eleganckiej sukience, zupełnie jakby była jakimś intruzem.
Rei Bothwell 🥂💎
Rei poczuła, że jej żołądek zrobił bardzo nieprofesjonalny przewrót, zupełnie jakby znalazła się w sytuacji, w której chodziło o losy wszechświata, a nie o bankiet. Jeśli ma pani ochotę, żebym dołączył, to dołączę. To brzmiało bardzo… uprzejmie i dojrzale, i właśnie dlatego nie powinno wywołać w niej takiej reakcji. Może to przez jego uśmiech w kąciku ust, może przez to, że nie powiedział jedynie dobrze, a może przez jego nieszczęsne jeśli ma pani ochotę, co było stwierdzeniem, które zostawiło w jej głowie kompletny chaos.
OdpowiedzUsuń— Mam — odpowiedziała. Zaraz potem mrugnęła, jakby żałowała tego, że była aż tak szczera, że nie zachowała się dość nonszalancko, aby uchodzić za kobietę, która kokietuje, ale jednocześnie jest tajemnicza. Rei ani trochę nie była tajemnicza, choć miała warstwy. Jak ogry. — To znaczy… tak. Chciałabym... żeby pan dołączył.
Uśmiechnęła się ostrożnie i ruszyła przed siebie, trzymając się boku Tannera, aby dołączyć do reszty towarzystwa. Sala bankietowa była mniejsza od koncertowej, ale wciąż elegancka, utrzymana w tym samym ciepłym, klasycznym tonie. Jasne ściany zdobiły delikatne sztukaterie, a wysokie okna zasłonięto ciężkimi, kremowymi kotarami. Pod ścianami ustawiono okrągłe stoliki przykryte białymi obrusami, a między nimi krążyli kelnerzy z tacami pełnymi kieliszków i drobnych przekąsek. W powietrzu mieszał się zapach wina, perfum i świeżych kwiatów. W rogu sali grał cicho kwartet smyczkowy, tworząc tło dla rozmów. Ludzie stali w małych grupach, śmiali się, rozmawiali przyciszonymi głosami, pochylali się ku sobie z kieliszkami w dłoniach i wyglądali tak, jakby wszyscy od urodzenia wiedzieli, jak zachowywać się z klasą. Rei oczywiście nie posiadała takiej wiedzy i być może wcale nie pasowała do tego towarzystwa, ale nie przyszła tutaj po to, aby się pokazać. I ostatecznie była tylko sobą.
Pytanie o Maeve przyjęła z ulgą, bo opowiadanie o przyjaciółce było znacznie bezpieczniejsze niż myślenie o tym, że Tanner właśnie zgodził się zostać, ponieważ ona miała na to ochotę. Zupełnie jakby Morgan był jakimś deserem, dodatkową filiżanką kawy albo bardzo fancy tartaletką, którą można było sobie wybrać przy bankietowym stole tylko dlatego, że chciało się ją posmakować. To porównanie było idiotyczne. I absolutnie nie pomagało, zwłaszcza że Tanner Morgan zdecydowanie nie wyglądał jak deser. Ani trochę, w ogóle, ale gdyby jednak był deserem, to takim mocno czekoladowym... Rei zacisnęła usta w wąską linię.
— Poznałyśmy się w szpitalu — odpowiedziała zgodnie z prawdą. — Maeve przyszła wtedy odwiedzić kogoś z rodziny. Ja byłam po badaniach, lekarze zaczęli rozważać operację… spotkałyśmy się przy automacie z kawą. Pamiętam, że był zepsuty, więc niewiele myśląc, po prostu kopnęłam ten szmelc i zaczęłam krzyczeć, nie wiem, może licząc, że wtedy dostanę kawę?
Kącik jej ust drgnął, bo miała wtedy zaledwie z dwadzieścia lat i dość wszystkiego i wszystkich, a w dodatku rzadko wychodziła ze szpitala i oprócz tego, że zdiagnozowano u niej rozwój raka, wytknięto jej depresję. To było combo. Nie wyglądała dobrze i była wtedy w naprawdę złym miejscu, jeśli chodziło o to, co działo się w jej głowie.
— Maeve usłyszała, jak kłócę się z automatem — dodała z rozbawieniem. — Powiedziałam mu chyba, że jest metalowym zdrajcą klasy robotniczej i że jego rodzina wstydziłaby się za to, co robił z kawą. A ona po prostu stanęła obok, spojrzała na mnie i powiedziała, że jeśli zamierzam rozpocząć rewolucję przeciwko maszynom, to powinnam założyć ruch oporu. Potem przyniosła mi kawę spoza szpitala. Nie musiała tego robić, nawet mnie nie znała. Po prostu wyszła, kupiła dwie kawy i wróciła. Usiadła wtedy obok mnie i zaczęła narzekać na swoją rodzinę, pogodę i muzykę...
Rei nie miała wielu znajomych. Nie była też jakąś wielką duszą towarzystwa, ale dało się ją lubić. Nie była raczej zadufana w sobie, miała dystans i mało oczekiwała, a więc łatwo było ją zadowolić. Przyjaźń z nią wydawała się więc prosta.
Usuń— Potem zaczęła wysyłać mi nagrania z prób, a ja odpisywałam jej komentarzami, które udawały recenzje… — Wzruszyła lekko ramieniem. — I tak się zaprzyjaźniłyśmy. Ile to już lat? Chyba z sześć.
Czas naprawdę wydawał się dziwną jednostką, przynajmniej dla Rei, która została zdiagnozowana w wieku piętnastu lat, potem przeżyła amputację i chemioterapię, a następnie, rok później, przeprowadzkę do Nowego Jorku. Wtedy nie wierzyła w to, że dożyje swoich dwudziestych pierwszych urodzin, a teraz była tutaj i niczego nie żałowała, no, może znalazłoby się kilka rzeczy, ale tak naprawdę przez cały ten czas żyła w zgodzie ze sobą i próbowała być dobrą córką, dobrą pisarką czy dobrą przyjaciółką. Po prostu dobrym człowiekiem.
— A co z panem? Ma pan w życiu takiego przyjaciela, do którego mógłby pan zadzwonić w środku nocy i powiedzieć: potrzebuję pomocy, trzeba zakopać ciało, a on zapytałby tylko, czy ma wziąć szpadel, wapno i ubrania na zmianę?
Zamilkła na sekundę, po czym uniosła palec, jakby nagle przypomniała sobie, z kim rozmawia.
— Oczywiście to pytanie czysto teoretyczne. Nie jest przyznaniem się do zamiaru popełnienia przestępstwa ani prośbą o poradę prawną — dodała. Uśmiechnęła się lekko, ale w jej spojrzeniu było coś bardziej miękkiego niż żartobliwego. — Chodzi mi o kogoś takiego jak Maeve. Kogoś, kto może i najpierw nawrzeszczałby na pana przez telefon, że jest pan idiotą, że ma pan dramatyczne wyczucie czasu, ale i tak przyszedłby. Nawet zły i w piżamie.
Poprawiła palce, mocniej łapiąc laskę, i przez moment patrzyła przed siebie, obserwując innych.
— Nie pytam, oczywiście, czy ma pan znajomych, bo to oczywiste, że tak. Ludzie pana znają, zapewne szanują, prawdopodobnie boją się odrobinę pana rozczarować… — Zerknęła w jego stronę, a kącik jej ust drgnął. — Pytam o kogoś, kto zna pana poza tą oficjalną wersją.
Rei Bothwell 🪦
Rei przyjęła kieliszek, dziękując krótko, ale przez krótką chwilę nie uniosła go do ust. Obróciła go tylko lekko w palcach, obserwując, jak światło załamuje się w białym winie. Wbiła wzrok w Tannera, gdy ten wspomniał o rodzeństwie. To było… zaskakujące.
OdpowiedzUsuń— Ma pan młodszego brata? — spytała, jakby właśnie usłyszała najdziwniejsza informację w całym swoim życiu. — To znaczy… oczywiście, ludzie miewają rodzeństwo, tylko że pan sprawia wrażenie człowieka, który został wyprodukowany pojedynczo, taka... limitowana wersja.
Uśmiechnęła się mimowolnie, pocierając kciukiem krawędź kieliszka.
— I teraz mam problem, bo próbuję sobie wyobrazić młodszego Morgana, który jest gotów pomóc zakopać ciało... Obstawiam, że jest pana całkowitym przeciwieństwem, wszechświat nie zniósłby drugiego takiego samego faceta. — Upiła mały łyk wina, uznając, że alkohol był całkiem niezły. Rei nie piła jednak zbyt często ani dużo; nie lubiła później źle się czuć. — No i… to zmienia narrację. Do tej pory miałam w głowie obraz jednego Tannera Morgana, który samodzielnie egzystuje w świecie prawa i jubilerstwa, a teraz nagle pojawia się młodszy brat, potencjalnie z łopatą, gotowy do nieumyślnego samopochówku…
Przyglądała mu się z cichym rozbawieniem. Jak wyglądał młodszy Morgan? Czy był podobny do Tannera, czyli był hot mężczyzną w garniturze, który przyciągał uwagę niepoprawnych pisarek? Nie miała pojęcia, ale to byłoby niemożliwe, gdyby jego brat wyglądał źle.
Gdy zapytał o jej wersję oficjalną i tę mniej, powinna była odpowiedzieć od razu. Najlepiej żartem. Powiedzieć coś o tym, że jej poważna wersja nosiła eleganckie kreacje, a nieoficjalna je płatki na sucho nad zlewem o drugiej w nocy, co było prawdą, ale nie całą, bo wolała takie z zimnym mlekiem. Postukała paznokciem w kieliszek, zastanawiając się nad tym.
— Oczywiście — powiedziała w końcu. — Jest wersja oficjalna, ta, której udaje się prowadzić życie dorosłej osoby. Reilynn Bothwell, autorka, córka aktorki i architekta. Myślę, że wersja oficjalna jest całkiem ładna, bo nikt nie dostrzega pęknięć ani porażek…
Znów upiła łyk wina, oblizała lekko dolną wargę i wzruszyła ramieniem.
— A ta druga wersja… — zawahała się, przesuwając kciukiem po nóżce kieliszka. — Ta druga jest mniej elegancka.
Spojrzała wokół po gościach krążących po sali, obserwując przy okazji błysk kieliszków i zakładane podczas rozmowy uśmiechy. Tutaj wszyscy mieli jakąś wersję oficjalną. Rei pomyślała, że bankiety były właściwie muzeami takich właśnie ludzkich odsłon.
— Tę drugą poznają nieliczni — dodała. — Maeve, mój ojciec, może parę osób, które miały nieszczęście być blisko w niewłaściwym momencie, czyli na przykład pan. — Roześmiała się krótko. — To wersja, która czasem nie odpisuje, bo boi się wyników badań i nie chce udawać, że jest zabawna. Która stroi sobie żarty, kiedy powinna powiedzieć: boję się. Która pisze o kobietach ratujących królestwa, bo łatwiej jest dać bohaterce miecz niż samej poprosić o pomoc.
Dopiero po tych słowach zorientowała się, że powiedziała odrobinę za dużo. Odchrząknęła delikatnie i natychmiast spróbowała nieco przekręcić temat, chcąc rozmyć ciężar w swoich słowach.
— Jest też wersja kulinarna, której nikt nie powinien poznawać — rzuciła. — Choć robię całkiem niezłe naleśniki. Ostatnio odkryłam, że idealnie pasuje do nich dżem z dyni i bita śmietana.
Uśmiechnęła się już trochę bardziej po swojemu, posyłając Tannerowi krótkie spojrzenie.
Usuń— Nie wiem, czy to jest podwójne życie — wyznała. — Raczej kilka warstw obronnych… bo oczywiście mam te warstwy, wiem o tym. Ja mam warstwy, każdy inny człowiek też je ma, ogry także. — Przeniosła wzrok w stronę Tannera i dodała może zbyt odważnie: — Ale chyba nie ma pan racji co do siebie. Oficjalna i nieoficjalna wersja może nie różnią się u pana dramatycznie. Nie podejrzewam, że po godzinach zakłada pan cekinową marynarkę i prowadzi tajne życie jako gorący tancerz, ale ta różnica nie zawsze polega na tym, że ktoś staje się inną osobą. Czasem chodzi tylko o to, kto ma prawo zobaczyć nasze zmęczenie lub zawahanie. Albo to, że człowiek, który wygląda, jakby urodził się z alergią na uśmiechanie, ma kogoś, do kogo mógłby zadzwonić w środku nocy z problemem natury… ogrodniczo-kryminalnej.
Uniosła kieliszek odrobinę, wnosząc toast. Stuknęła delikatnie kieliszkiem o kieliszek Tannera i uśmiechając się, powiedziała:
— Więc… za obie nasze wersje, za tę oficjalną i nieoficjalną.
Rei Bothwell 🎭🍷
Rei przez pierwszą chwilę nie rozumiała. To znaczy, zrozumiała słowa, bo były proste. Dakota. Rocznica. Ślub. Żona. Wszystkie znajome, należące do języka dorosłych ludzi, bankietów, dokumentów, zaproszeń i życia, które istniało równolegle do niej. Ale prawdziwy sens tych słów dotarł sekundę później i wtedy coś w niej bardzo mocno skurczyło się w sobie. Nie była to żadna ze scen, w której bohaterka blednie i opuszcza kieliszek – Rei trzymała szkło mocno, nie cofnęła się ani nie spojrzała gwałtownie w stronę Tannera. Stała obok niego, w eleganckiej sali bankietowej, ze szmaragdem przy szyi i winem, i poczuła, jak jej ciało wykonuje tę starą, dobrze znaną pracę, gdy kto mówił jej wprost, że jest źle: jej twarz zrobiła się zbyt statyczna, oddech płytszy, a emocje zostały zepchnięte gdzieś głębiej, do miejsca, którego nie widać pod sukienką, światłem i uprzejmym uśmiechem.
OdpowiedzUsuńDakota. Żona. Rocznica ślubu. Oczywiście, że Tanner Morgan miał całe życie, o którym Rei nie wiedziała. Wspomniał jednak o córce w salonie, przez przypadek właściwie, i wtedy nie połączyła kropek – ktoś tę córkę musiał urodzić, nie wzięła się znikąd, nie wykluła się z jajka. Najwyraźniej Rei zapomniała, że ludzie nie zaczynają się w chwili, w której wchodzą w jej narrację; mają swoje wcześniejsze rozdziały, przypisy, zobowiązania, osoby, których imiona pojawiały się w rozmowach z innymi. Przez moment zrobiło jej się naprawdę głupio, choć Tanner nic jej nie obiecał. Przyszedł tutaj dzisiaj, wcześniej pomógł wybrać naszyjnik dla Maeve i wręczył jej to cholerne kakao. To były fakty – fakty, które jej wyobraźnia zaczęła układać w niebezpieczną sekwencję, zanim ktokolwiek dał jej do tego prawo.
Wersja oficjalna i nieoficjalna, pomyślała nagle, z niemal bolesną ironią. Przed chwilą rozmawiali właśnie o tym. O tym, co ludzie pokazują światu, a co zostaje schowane. Tanner powiedział, że nie byłby dobry w prowadzeniu podwójnego życia, a Rei mu uwierzyła. Było w tym jednak coś przewrotnego, bo tak naprawdę nie trzeba było być kimś innym, żeby trzymać część swojej historii niedostępną dla cudzych oczu.
Frank przeniósł spojrzenie w jej stronę, jakby była bezpieczniejszym punktem w całej tej rozmowie, i uśmiechnął się w sposób, który od razu wzbudził w niej niechęć. Rei uniosła kieliszek odrobinę wyżej, ale nie upiła wina. Potrzebowała pół sekundy, ale przywołać oficjalną wersję panny Bothwell.
— Jestem tu dzięki zaproszeniu Maeve Callahan. Przyjaźnimy się od kilku lat — odpowiedziała spokojnie, uśmiechając się lekko.
Nie dodała nic o tym, że przyszła tutaj z Tannerem Morganem, że jest całym tym chaosem, który pojawił się w jego życiu, a którego nie chciał i chyba przez pewien czas próbował się pozbyć.
Frank kiwnął głową, ale jego spojrzenie znów przesunęło się między nią a Tannerem, jakby próbował wyłapać szczegół, który pozwoliłby mu zrozumieć, co się tutaj właściwie działo. I kim Rei była dla Morgana.
— A biznesowo? — zapytał Frank lekkim tonem, nie ukrywając tego, że jest ciekawy. — Czy jest pani związana z muzyką?
Rei mogłaby odpowiedzieć krótko i zwięźle, ale nie miała zamiaru uginać się przed jakimś siwiejącym gościem, który ewidentnie próbował czegoś się dowiedzieć. Nie robiła przecież niczego złego!
— Niestety nie — odparła. — Z muzyką jestem związana głównie jako słuchaczka i okazjonalna autorka komentarzy, których profesjonalni muzycy prawdopodobnie nie powinni czytać bez zgody lekarza. — Uśmiechnęła się uprzejmie i dodała: — Piszę książki.
To było zdanie wersji oficjalnej. Proste, prawdziwe i nieszkodliwe, dopóki nikt nie zaczął drążyć. W środku natomiast nieoficjalna wersja Rei siedziała gdzieś cicho, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Nie miała prawa czuć się zraniona. Powtarzała to sobie z surowością człowieka, który próbuje posprzątać bałagan, zanim ktokolwiek go zauważy. Nie miała prawa. Tanner nie flirtował z nią wprost. Nie składał obietnic. Nie mówił rzeczy, których nie powinien mówić mężczyzna mający żonę. To ona ubrała jego obecność w półmrok, szmaragdy, muzykę i własne niedorzeczne reakcje ciała. Może właśnie na tym polegała różnica między wersjami. Oficjalna Rei potrafiła stać przy kieliszku wina, rozmawiać z obcym mężczyzną i nie mrugnąć nawet wtedy, kiedy usłyszała coś, co zmieniało tak naprawdę wszystko. Nieoficjalna Rei chciała wyjść do łazienki, oprzeć dłonie o umywalkę i powiedzieć swojemu odbiciu, że jest idiotką. Nie zrobiła jednak ani jednego, ani drugiego.
UsuńZamiast tego wbiła we Franka spojrzenie, idealnie pokazując uprzejme, ale sztuczne zainteresowanie, jakby jego obecność wcale nie była niezręcznym klinem wbitym między rozmowę a muzykę
— A pan? — zapytała, bo najlepszą metodą przetrwania rozmowy z ciekawskim człowiekiem było pozwolić mu mówić. — Jest pan związany z organizacją koncertu, muzyką, czy po prostu przyszedł pan sprawdzić, kto na bankiecie najpewniej nadużywa słowa „interpretacja”?
To było lekkie, nawet zabawne. Miała nadzieję, że nikt nie zauważy lekkiego spięcia jej ramion ani tego, że naprawdę miała ochotę wyjść albo najlepiej przeprosić Tannera i za swoje zachowanie, i za zaproszenie, które teraz wydawało się tak złe. Nie wiedziała nic o jego żonie czy rodzinie, oprócz tego, że miał młodszego brata i córkę – gdyby była świadoma tego, że jest żonatym mężczyzną, nigdy nie zbliżyłaby się do niego tak jak teraz, bo może i było to tylko głupie zaproszenie i głupia obecność, wymiana zdań, to dla Rei znaczyło to tyle, że chciała, aby był tutaj właśnie on, Tanner Morgan, który od samego początku próbował trzymać dystans i jakoś się jej pozbyć. I dopiero teraz to do niej dotarło. Ależ była idiotką!
Poczuła, jak jej podbródek delikatnie zadrżał, a oczy nieco zapiekły, choć reakcja ta była zdecydowanie zbyt irracjonalna. Rei niemal prychnęła na samą siebie. Nie znała żony Tannera Morgana, nie wiedziała, jaka była, czy nosiła włosy spięte, czy rozpuszczone, czy śmiała się głośno, czy tak cicho jak Tanner, czy lubiła szmaragdy i czy to małżeństwo było szczęśliwe, trudne, formalne, żywe, martwe lub skomplikowane. Była jednak świadoma tego, że nie chciałaby skrzywdzić ani żony Tannera, ani jego. I to było najgorsze w całej tej sytuacji. Nie samo odkrycie, nawet nie ukłucie zazdrości, którego natychmiast się zawstydziła, bo przecież nie miała do niego prawa. Najgorsze było nagłe zrozumienie, że jej własna obecność mogłaby stać się czymś niewłaściwym. Że coś, co dla niej przez chwilę było ciepłe, delikatne i poruszające, z innej strony mogło wyglądać jak przekroczenie granicy. Mimo wszystko jednak nie chciała stawać między ludźmi, których historii nie znała. Nie chciała dopisać się w cudze małżeństwo jak źle postawiony przecinek.
Uśmiechnęła się lekko, bardzo lekko, niby w stronę Franka, który opowiadał o sobie, tak żeby jej twarz wyglądała po prostu ładnie i nie należała do kobiety, która w ciągu dziesięciu sekund zdążyła zawstydzić się, zranić, ocenić, skorygować i potajemnie ukarać za emocje, o które nikt jej nie prosił.
Rei Bothwell 🤐
Lekcje indywidualne z dziećmi przypominały Tamsin próbę rozbrojenia bomby z jednoczesnym prowadzeniem negocjacji pokojowych. Wystarczył fałszywy ruch, by wywołać wybuch i niewiele było potrzebne do zaostrzenia konfliktu i właśnie z tego względu chyba lubiła to tak robić. Jakkolwiek nielogicznie to brzmiało, to lubiła wyzwanie, jakie stanowili dla niej najmłodsi. Pamiętając surowość własnych nauczycieli, która wykladniczo rosła z następnymi latami gry, starała się za wszelką cenę być dla tych, którym udzielała lekcji możliwie miła, przy jednoczesnym zachowaniu dyscypliny. Nie krzyczała, nie szczypała po rękach, ani nie ubliżała, co prawdopodobnie u jej dawnych mentorów wywołałoby ciarki zażenowania. Tak, jak sama nie miała szczęścia do własnych nauczycieli, tak jeśli szło o uczniów odnosiła wrażenie, że los w jakiś sposób próbował jej zrekompensować własne traumy. A Amber była jednym z tych niezwykle satysfakcjonujących przypadków, które może niespecjalnie wykazywały się cierpliwością, ale były zawzięte. Zawzięte i zdolne, więc z materiałem szły dość szybko, dzięki czemu dziewczynka raptem w kilka miesięcy przeszła z bezpiecznej gry pizzicato (bezpiecznej, bo słabo słyszalnej dla domowników) do arco, które dzisiaj ćwiczyły.
OdpowiedzUsuń— Jeśli twoja córka będzie dalej tak ćwiczyć, to klękajcie narody… Szykuje się druga Jacqueline du Pré — stwierdziła, wchodząc do przestronnego salonu w apartamencie zamieszkanym przez Tannera. Lekcję, jak zwykle zakończyły krótkimi popisami po stronie Tamsin i obietnicą, że jak Amber będzie ćwiczyć tak, jak Tammy jej nakazała, to w przyszłości też będzie mogła skakać smyczkiem w sautillé, albo gonić palcami po gryfie w Allegro Appassionato Saint-Soëns’a. Odrobina przekupstwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła, prawda?
Futerał z własnym instrumentem postawiła tuż przy ścianie, z rozczuleniem zauważając, że do naklejek, zdobiących włókno szklane, doszła nowa – malutki jednorożec z koniczynką. Taka sama, jaka zdobiła futerał najmłodszej z jej uczennic.
— Jak zawsze wszystko zapisałam jej w zeszycie, nie zdziw się, jak będzie się popisywać małpką i rogatkami — powiedziała lekko i nie czekając na zaproszenie zajęła miejsce na kanapie.
Gdyby ktoś powiedziałby jej pięć lat temu, że będzie siedzieć w salonie Tannera Morgana po skończonej lekcji z jego córką, prawdopodobnie wywróciłaby oczami na absurdalność takiej wizji. W tamtym czasie abstrakcją była dla niej możliwość nauczania kogokolwiek, czegokolwiek, nie mówiąc o okolicznościach w jakich miałaby się spotkać z samym Tannerem. Widywali się na bankietach, on w smokingu albo garniturze, ona w jednej z markowych sukienek wybranych przez Cartera i jedyny kontakt, jaki w tamtym czasie wchodził w grę to krótka wymiana uprzejmości, może niedługa, niezobowiązująca rozmowa, ale to wszystko. Na nic więcej Sullivan by nie pozwolił, a już bez wątpienia nie na to, by siedziała swobodnie na kanapie w mieszkaniu mężczyzny, ubrana w luźne, lniane spodnie i bawełniany t-shirt, tak intymnie domowy według jej zmarłego męża.
Tego samego, po którym pamiątek właśnie zamierzała się pozbyć, przez co pomimo wcześniejszej lekkości wypowiedzi dało się zauważyć po Tamsin, że nagle na jej barkach pojawiło się dodatkowych kilkanaście kilogramów, jakby ktoś przewiesił przez nie betonowe bloki. Skurczyła się nieznacznie, zwykle wypiętej klatce piersiowej pozwoliła się schować, i chociaż pozornie wyglądało to na zwykłe, leniwe zgarbienie, to nie w rozluźnieniu należało szukać źródła jej zmiany postawy
Jej małżeństwo nie było w końcu jedną z wielu efemerycznych relacji, w których wir wsiąknęła po stracie męża. Chociaż zdawała się być zupełnie inną, nową Tamsin, to ilekroć natrafiała na cokolwiek, co było związane z tamtym okresem jej życia, wspomnienie tamtych chwil wraca na nią z ciężarem wody napierającej na falochron. Czerń zdjęła po roku, po dwóch latach schowała do szkatułki pierścionek zaręczynowy i obrączkę. Zdawać by się mogło, że całkowicie pogodziła się z tym, co się stało i w jaki sposób wpłynęło to na jej życie, a jednak wystarczyły drobnostki, by zachwiać status quo w którym się znajdowała.
UsuńBiżuteria, patrząc na kunszt jej wykonania może taką drobnostką nie była, ale ilekroć Tamsin sięgała po cokolwiek ze szkatułki, biła nie tyle co swoim blaskiem, co wspomnieniami. Stanowiła maleńką drzazgę pod paznokciem, o której można było w codzienności zapomnieć, ale która przypominała o sobie przy każdym zgięciu palca.
— To… — zaczęła nieco zakłopotana, bo nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Weź ode mnie to dziadostwo, bo nie mogę na nie patrzeć nie brzmiało zachęcająco, ale tylko to cisnęło jej się na język. Oblizała wargi w geście zdenerwowania i wyciągnęła z torebki skórzane, zdobione złotymi ornamentami, pudełeczko. Następnie kolejne, mniej fikuśne, za to obite w aksamit, koloru dojrzałych wiśni. W jednym krył się komplet – diamentowe, proste kolczyki i taki sam naszyjnik z mniejszych kamieni o markizowych szlifach. W drugim bransoletka, z malutkich diamentów o szlifie bagietkowym, oddzielonych od siebie mniejszymi rubinami czystej, krwistoczerwonej barwy.
— Białe złoto raczej do mnie nie pasuje, więc nie ma sensu tego trzymać — jest to częściowa prawda, bo Tamsin faktycznie wolała cieplejsze kolory, ale wiedziała jednocześnie, że Tannerowi nie były potrzebne tłumaczenia. Były one dla niej, jakby miały możliwość zmienić cokolwiek w pewnego rodzaju nieodwracalności tej transakcji. Zupełnie, jakby gniew Cartera mógł jej dosięgnąć zza grobu.
Tamsin Passalis
Reilynn poszła za nim, choć czuła, że to nie powinno się stać, nie w ten sposób. Przez chwilę w jej głowie panował chaos, a wyobraźnia zaczęła pracować tak, żeby odciągnąć ją od niewygodnej sytuacji, w której się znalazła, choć przecież nie działo się nic złego i nic okropnego nie zostało powiedziane.
OdpowiedzUsuńKiedy ją puścił, odruchowo przyciągnęła rękę bliżej siebie, ale nie dlatego, że zrobił coś nieodpowiedniego. Raczej dlatego, że w tej chwili każdy dotyk wydawał się mówić więcej, niż powinien. Każdy gest groził tym, że jej głowa znowu zacznie tworzyć jakąś pokręconą narrację, a Rei nie ufała już sobie w tej sprawie ani trochę.
Gdzie tak właściwie się znalazła? Rozejrzała się krótko wokół. Pomieszczenie okazało się niewielkie, zbyt niewielkie. To była chyba jakaś boczna garderoba albo zaplecze dla pracowników; wąska przestrzeń miała jasne ściany, kilka krzeseł ustawionych z boku, składany stolik i wieszak, na którym wisiały dwa zapomniane pokrowce na ubrania. W rogu stały pudła po dekoracjach, a obok nich metalowy stojak na nuty, jakby ktoś wyniósł go tu tymczasowo i natychmiast o nim zapomniał. Było cicho, choć za drzwiami wciąż dało się słyszeć trwający bankiet, a oprócz tego czuć było tutaj tylko zapach kurzu, papieru, lekko rozgrzanego drewna i perfum, które Rei dzisiaj użyła, pachnąc jak ciasteczko waniliowe.
Dopiero po chwili podniosła głowę, aby spojrzeć Tannerowi w twarz. Czuła się tak głupio i było jej tak wstyd, że miała ochotę powiedzieć, że wcale nie chce rozmawiać, że to w ogóle nie jest ważne, ale wtedy byłaby tchórzem, a raczej kłamliwym tchórzem, który ucieka gdzieś daleko, bo zrobiło się niewygodnie. Przez sekundę milczała, bo tak właściwie nie wiedziała, co mówić lub o co zapytać. „Prosto z mostu” było cudowną koncepcją i pewnie chętnie by z niej skorzystała, tylko że tym razem chodziło o coś bardziej intymnego. Teraz ten most chwiał się pod nią jak idiotyczna konstrukcja postawiona przez kogoś, kto nie przewidział niektórych zmiennych.
— Nie wiedziałam — powiedziała w końcu. — O pańskiej żonie... o tej części pańskiego życia. — Wzruszyła lekko ramieniem. — Wiedziałam o córce, bo wspomniał pan o niej w salonie, i o młodszym bracie, bo mówił pan o nim jeszcze przed chwilą. I to właściwie tyle.
Dotarło do niej, że wiedziała o Tannerze Morganie tyle, ile każdy człowiek mógłby się dowiedzieć, gdyby wpisał jego imię i nazwisko w przeglądarkę. Choć i tak miała przewagę; była świadoma tego, że nie przepadał za słodyczami, lubił czarną kawę, jadał pięć posiłków dziennie… uświadomienie sobie tego, że pamięta takie szczegóły z życia zamężnego faceta, sprawiało, że poczuła się jeszcze bardziej żałośnie.
— To nie jest pańska wina — dodała szybko, zanim mogłoby to zabrzmieć jak oskarżenie. — Naprawdę. Nie powiedział pan niczego, czego nie powinien. Nie obiecał mi pan niczego. Nie… nie zrobił pan niczego złego.
Musiała to powiedzieć, bo jeśli nie zrobił niczego złego, to zostawała jej tylko własna głupota. A z własną głupotą przynajmniej potrafiła żyć.
— Po prostu… — odetchnęła płytko. — Gdybym wiedziała, nie próbowałabym... nie wiem? Wejść do pańskiego życia swoimi brudnymi butami, oczekując, że może się zaprzyjaźnimy?
Och, gdyby chodziło wyłącznie o przyjaźń, pewnie byłoby jej to łatwiej przełknąć. Cofnęła się o krok, aby oprzeć plecy o jasną ścianę z cichym westchnięciem.
— No i... nie zaprosiłabym pana w ten sposób… nie oczekiwałabym, że pan tutaj przyjdzie… — urwała, bo mówiąc to, czuła się jak najgorsza idiotka. — Nie dlatego, że zrobiłam coś strasznego. Wiem, że obiektywnie nic nas nie łączy ani… Boże, wiem, że nie jestem idealną osobą do spędzania czasu, za dużo mówię, zbyt dużo myślę, ale dla mnie to nie było całkiem nic. I właśnie dlatego jest mi wstyd.
UsuńPowiedziała to ciszej i przez moment wpatrywała się w niego z takim napięciem, jakby spodziewała się, że samo powiedzenie tego wszystkiego będzie w stanie sprawić, że wszechświat nagle się skurczy i zniknie. Ale nic się nie wydarzyło, a gdzieś za drzwiami bankiet trwał dalej.
— Nie chcę układać tego sama — przyznała po chwili, prawie szeptem. — Tylko że nie wiem, czy mam prawo pytać, bo to jest pańskie życie, pańska rodzina i prywatność. A ja jestem… — Skrzywiła się lekko. — Kim ja właściwie jestem w tej sytuacji? Kobietą od pączka i przypadkowego naruszenia przestrzeni osobistej? To trochę za mało, żeby domagać się wyjaśnień.
Zamilkła i spuściła wzrok, wbijając oczy w swoje czarne buty. Wzięła głębszy oddech, pamiętając o tym, że powinna mówić prosto z mostu, nawet jeśli ten most był wykonany z patyków i klejony gumą do żucia.
— Nie chcę nikogo skrzywdzić. Ani pańskiej żony, ani pana, ani siebie, chociaż w tej ostatniej kategorii mam niestety długą historię zaniedbań. Nie chcę być czymś niewłaściwym w cudzym życiu. Nie chcę dopisać sobie znaczeń tam, gdzie ich nie ma, a potem udawać, że rzeczywistość mnie oszukała, kiedy to ja sama napisałam scenę bez sprawdzenia faktów — wyrzuciła z siebie. Jej podbródek znów zadrżał minimalnie, więc mocno przygryzła lekko wewnętrzną stronę policzka. — Powiedział pan, żebym pytała, jeśli chcę coś wiedzieć… więc pytam. Czy ja źle to odczytałam? Proszę mi powiedzieć, jeśli to wszystko było tylko uprzejmością. Albo odpowiedzialnością. Albo czymkolwiek, co mieści się w pańskim świecie bez robienia z tego bałaganu. Jakoś to zniosę, będzie mi głupio, ale to zniosę, już jest mi głupio… po prostu… jest pan szczęśliwy?
To pytanie może było tak głupie, jak głupio czuła się Reilynn, ale było ważne. Jeśli był szczęśliwy z żoną, to tak właściwie odpowiedź na wszystkie pozostałe pytania przestawała mieć znaczenie. Wtedy mogła zamknąć usta, przeprosić, wrócić na bankiet i zachowywać się przyzwoicie, bo szczęśliwy mężczyzna należał do swojego szczęścia. To było dla niej tak proste.
Rei Bothwell 🫠
Reilynn słuchała go w zupełnym milczeniu i nie przerwała ani razu, choć nie dlatego, że nagle zabrakło jej słów. Była pisarką, umiałaby się wtrącić powiedzieć swoje i ubrać to w jakąś narrację, tyle że tym razem nie chodziło o nią, a o Tannera. Każde jego zdanie próbowała analizować, uprościć i zrozumieć, nie używając do tego własnych filtrów.
OdpowiedzUsuńNigdy nie przyjąłbym pani zaproszenia, gdybym był szczęśliwy. Gdy to usłyszała, poczuła… ulgę. Natychmiastową, taką, której od razu się zawstydziła, bo przecież ulga z czyjegoś nieszczęśliwego małżeństwa była moralnie podejrzana, nawet jeśli to małżeństwo okazało się bardziej układem, umową, historią rodzin i interesów niż czymś, co zostało zbudowane przez miłość. Ulga ta jednak dotyczyła przede wszystkim tego, że nie była czynnikiem, który mógł spowodować jakiś zgrzyt w wieloletnim małżeństwie. Rei nigdy nie celowała w zajętych mężczyzn, ba!, do tej pory w ogóle nie próbowała się do kogoś zbliżyć. Była beznadziejna w mówieniu komplementów, hot gadce i z całą pewnością nie miała zamiaru wysyłać nikomu swoich nudesów.
Słysząc to wszystko, rozluźniła się nieco; ramiona odrobinę opadły, a coś ciasnego pod jej żebrami puściło, nie sprawiając już dyskomfortu, który mogłaby porównać do momentu przed zwymiotowaniem. Tanner mówił dalej i nie pozwalał jej zbudować sobie prostej wersji całej tej sytuacji, w której się znalazł. Nie był szczęśliwy, ale nie szukał szczęścia. Nie kochał Dakoty, ale formalnie nadal był jej mężem, a Rei nie zrobiła nic niewłaściwego.
— To… wydaje się trudne — powiedziała w końcu cicho, nie znajdując innych słów. Mężczyzna właśnie opowiedział jej o siedmiu latach małżeństwa, córce, separacji, rodzinnych układach, wspólnym majątku, Dakocie, Franku Davisie i własnych granicach, a ona po prostu stwierdziła, że to trudne. Zerknęła w bok, próbując nie zapaść się w sobie, a potem podniosła spojrzenie, by wbić zielone oczy w postać Tannera Morgana.
— Dziękuję — odezwała się. — Za to, że powiedział pan to wszystko i za to, że nie pozwolił pan Frankowi zostać głównym narratorem tej historii, bo muszę przyznać, że jako źródło informacji miał twarz człowieka, któremu się nie ufa. — Wciągnęła płytko powietrze i dodała: — I… dziękuję za to, że powiedział pan, że nie weszłam w środek pańskiego małżeństwa.
To zdanie kosztowało ją najwięcej, bo właśnie tego bała się najbardziej; tego, że okaże się kimś niewłaściwym, kimś, kto nawet niechcący dotknął czegoś cudzego. Kimś, kto powinien był widzieć granicę, ale był zbyt zajęty wszystkim innym, żeby ją zauważyć.
— Ja naprawdę nie chciałam… — zaczęła, ale urwała, bo nie wiedziała, jak skończyć to zdanie. Nie chciała czego? Zbliżyć się? Przecież chciała, właśnie w tym był problem. Nie chciała tylko, żeby to było krzywdzące dla kogokolwiek. — Nie chciałam być nieuczciwa. Ani wobec pana, ani wobec niej. Nawet jeśli jej nie znam, zwłaszcza że jej nie znam.
Uśmiechnęła się lekko, jakby chcąc dać mu znać, że naprawdę rozumie jego sytuację i że nie zamierza niczego dodawać w swojej głowie, aby nie zbudować kolejnej pokręconej narracji, w której stanie się złoczyńcą. Najwyraźniej nikt tutaj nie był złem w ludzkiej skórze, czasem po prostu życie bywało nieprzewidywalne.
— I naprawdę rozumiem, że nie szuka pan szczęścia. To znaczy… nie wiem, czy rozumiem naprawdę, bo chyba nie da się zrozumieć cudzego życia po kilku zdaniach wypowiedzianych w pomieszczeniu, które wygląda jak czyściec dla krzeseł po nieudanej próbie generalnej — powiedziała cicho. — Po prostu… nie wiem, jak się zachować po takiej rozmowie. Otworzył się pan przede mną, opowiedział o sobie, swoim małżeństwie…
Nie miała pojęcia, czy Tanner, mówiąc to wszystko, czuł smutek lub żal. Jego twarz wciąż pozostawała niemal stoicka, głos spokojny, a wypowiedziane zdania były ułożone tak precyzyjnie, jakby nawet prywatny ból musiał przejść u niego przez jakąś kontrolę. Ale Rei wiedziała, że spokój nie zawsze oznaczał brak emocji i chyba dlatego poczuła… współczucie, choć może wcale nie powinna. Ale niezależnie od tego, jak bardzo Tanner Morgan potrafił wyglądać jak człowiek, który podpisał osobną umowę z własnym opanowaniem, właśnie powiedział jej coś trudnego
UsuńPrzez chwilę stała nieruchomo, walcząc ze sobą, ale ostatecznie zrobiła krok w jego stronę, a potem objęła go lekko. To był uścisk, który miał w sobie coś po prostu ludzkiego, a Rei naprawdę bardzo chciała wierzyć, że nawet Tanner Morgan czasem potrzebuje bezinteresownego przytulasa. Brała pod uwagę oczywiście to, że zaraz może dostać pogróżkę o zakazie zbliżania się, ale miała to gdzieś; trzymała dłonie niepewnie ułożone przy jego marynarce, jej policzek nie do końca znajdował się przy jego ramieniu, a drobne ciało było gotowe wycofać się w każdej sekundzie.
Odsunęła się chwilę później, zanim ten uścisk zdążył stać się czymś innym niż ludzkim, empatycznym odruchem. Poprawiła dłońmi włosy, a potem przetarła palcami oczy, które jeszcze chwilę temu nieznośnie szczypały, i odetchnęła.
— Dobrze — odezwała się, choć nie wiedziała, czego to „dobrze” miałoby się tyczyć. Uśmiechnęła się ostrożnie i spojrzała Tannerowi Morganowi prosto w oczy. — Skoro już tu jesteśmy, skoro przetrwaliśmy Franka Davisa, odkrycie Dakoty, czyściec dla krzeseł i mój nieautoryzowany uścisk, to myślę, że należy nam się coś z bankietu. — Przez chwilę jej twarz pozostała miękka, prawie poważna, a potem kącik ust drgnął jej znajomo. — Konkretnie tartaletki. Widziałam je wcześniej. Wyglądały podejrzanie elegancko, czyli mogą być albo bardzo dobre, albo smakować jak coś, co nie ma duszy.
Rei Bothwell 🫂🍰
— Mae jest chora — Andrea odpowiedziała poniekąd od końca, zupełnie tak, jakby celowo zignorowała poprzednie pytania pana Morgana. O scenariusz. Wilson nie wiedziała. Znaczy się – wiedziała, doskonale wiedziała, co chciała osiągnąć, ale była człowiekiem od realizacji, nie od planowania. Bez obecności Mae jej projekt mógł się nieco posypać, ale czarnulka nie chciała do tego dopuścić. Andrea była zawzięta, Andrea chciała w końcu z filmem związać się na dłużej, chciała móc po studiach pracować jako reżyserka albo chociaż jako pomocnik takiegoż. Asystent. Cokolwiek. Chciała wyrwać się z prostych ścian siłowni, chciała zmienić obłapywane przez wiele par rąk maszyny na finezję kamery, na kolorowe scenografie i skupienie. Zupełnie inne niż to, które towarzyszyło ćwiczącym. I jak zwykle Andrea potrafiła znaleźć piękno w wielu sytuacjach, miejscach i osobach, ale nie na siłowni. Może to kwestia tego, że spędzała tam naprawdę wiele, wiele długich i nudnych godzin, podczas których nie mogła oddawać się swoim prawdziwym pasjom. — Dopadła ją angina — doprecyzowała jeszcze, tym samym dając sobie samej jeszcze więcej czasu.
OdpowiedzUsuńAle na co? Nad czym miałaby się zastanowić? Nie miała planu. Znaczy się – miała, ale był to plan na tyle ogólny, że mogła zmienić w nim jedną rzecz, a zmieniłaby wszystko. Westchnęła cicho, odprowadzając spojrzeniem Shirin. Miała nadzieję, że kawa dobrze jej zrobi. Prawda była też taka, że rezydencja Morganów, obecność jednego z nich zwyczajnie ją krępowały. Andy nie przywykła do tego typu przepychu. Nie znała. Może właśnie z filmów.
Rozglądała się więc ciekawie po pomieszczeniu, ostatecznie skupiając się właśnie na gablotkach, w których Tanner prezentował te kamienie, które miały przyciągnąć uwagę, na razie nikogo innego jak samej Andy. Nie uważała się za typową srokę. Nigdy szczególnie nie ciągnęło ją do świecidełek, a prosty pierścionek z turmalinem i para kuleczek ze stali szlachetnej w uszach były jedyną metalową biżuterią. Miała całą masę sznureczkowych bransoletek z kolorowymi koralikami, ale nie dzisiaj – uznała, że pojawienie się u jubilera wysokiej klasy z takimi świecidełkami byłoby co najmniej obrazoburcze.
Pan Morgan nie wydawał się przy tym wcale nadęty. Był sympatyczny. Wysoki, postawny i przystojny. Miał twarz, która nadawała się – z cała pewnością – na okładki magazynów. Może już nawet na jakiejś kiedyś figurował? Powinna była to sprawdzić, lepiej się przygotować. Niedoczas, w jakim wiecznie żyła, skreślił wiele jej planów. Andrea, choć była świetną organizatorką własnego czasu, żyła w nieustannym pędzie, uznając, że życie jest zbyt krótkie, aby marnować je na nieróbstwo. Jednak dostrzegała też pewną niedogodność – jak na swój młody wiek, bo przecież była młodziutka, ledwo skończyła drugą dekadę życia, a czuła się niewyobrażalnie zmęczona.
— Myślę, że najpierw napijemy się kawy — odpowiedziała z delikatnym uśmiechem, odgarniając włosy za ucho. — Teraz, w międzyczasie, może mi pan opowiedzieć co nieco o kamieniach. Poza kamerami. Bez pytań. To, co pan uważa za interesujące dla kogoś, kto widzi je pierwszy raz w życiu — zauważyła, a potem oderwała spojrzenie od gablotek z kamieniami. — Później musiałabym rozłożyć się ze sprzętem. Może przy tym wysokim oknie, a pana usadzę sobie przy gablotkach. Będzie dobre światło i ciekawe tło.
Przedstawiła wstępny i wyjątkowo ogólny plan działania. Przemaszerowała w kierunku okna. Mimo pochmurnego dnia, gdzieś w oddali na niebie pojawiały się szczeliny, przez które przedostawały się promienie słońca. Andrea uśmiechnęła się w zasadzie sama do siebie, przyjmując to za dobry znak.
— Część pytań, które będę panu chciała zadać, dotyczy pana prywatności — zauważyła jeszcze, odwracając się w stronę Morgana. — Chodzi głównie o pracę, łączy pan dwa ciekawe zawody, ale mimo wszystko, wolałabym, aby wytyczył pan jasną granicę. Albo umówimy się na hasło bezpieczeństwa. Nie idziemy na żywo, ale muszę mieć konkretne wskazówki co do późniejszego montażu.
UsuńA teraz, mimo swojego młodego wieku, Andrea brzmiała – przynajmniej sama dla siebie – niezwykle fachowo.
Andrea Wilson
Tamsin znała te historie. Zarówno tą o balecie, jak i o rysowaniu. Nie pamiętała natomiast, kto opowiedział jej o nich pierwszy – Amber, czy Tanner, bo z Dakotą wymieniały się jedynie grzecznościowym uprzejmościami. To nie było tak, że za sobą nigdy nie przepadały, ale nie miały momentów styku w swoim życiu, które mogłoby w jakikolwiek sposób rozwinąć ich relację i chyba każdej z kobiet to odpowiadało, w szczególności patrząc na fakt, na jakim etapie znajdowało się małżeństwo Morgana.
OdpowiedzUsuńWiedziała o tym niewiele, nigdy sama z siebie nie dopytywała, ale rozumiała, co oznacza mieszkanie osobno dwójki ludzi, którzy mają razem dziecko. Kiedy Amber próbowała poruszać kwestie rodziców na lekcjach, Tamsin ze zwinnością jaszczurki zmieniała temat, odwracała uwagę dziewczynki możliwie daleko, najlepiej w całkowicie abstrakcyjne miejsca, które nijak mogłyby się jej kojarzyć się z mamą, czy tatą. Rozmawiały całkiem sporo i Passalis musiała przyznać, że lubiła te chwile, kiedy dziewczynka opowiadała jej o szkolnych dramatach, które wśród siedmiolatek orbitowały wokół tego, kto z kim usiadł, kto zrobił coś obrzydliwego, albo nie nauczył się na lekcję. Różnica między Tamsin, a pewnie większością dorosłych, z jakimi spotykali się jej uczniowie polegała na tym, że nie była rodzicem i chciała ich słuchać, a dorośli zazwyczaj nie mieli do takich rzeczy cierpliwości ani czasu. Tamsin czasu też za dużo nie miała, ale mimo niespokojnej, często chaotycznej natury, miała nieskończone wręcz pokłady cierpliwości, a rzeczywiste wyprowadzenie jej z równowagi było czymś niemal niewykonalnym. Zwłaszcza, gdy sięgało się jej do pasa, szykowało rysunki i czerpało tą samą radość, jaką i ona wciąż czerpała z grania.
— Bo my jesteśmy koleżankami… Ja wiem, że to może nie brzmi za dobrze, że koleguję się z siedmiolatką, ale Amber jest świetną psiapsiółką, a my dziewczyny musimy trzymać się razem — mrugnęła do niego z uśmiechem. — Ostatnio powiedziała mi, że jak będę smarować ręce kremem, to nie będę miała takich odcisków na palcach — zaśmiała się, bo później musiała jej wyjaśnić, że to od instrumentu, co nieco ją zmartwiło. Palce lewej dłoni miała trochę krzywe, zgrubiałe na końcach, z kciukiem naznaczonym niemal naroślą w miejscu, gdzie dotykał strun. W prawej dłoni sytuacja wyglądała nieco lepiej, odciski nie utrzymywały się na stałe, a jednak palec wskazujący, gdyby faktycznie miał precyzyjnie na coś wskazywać, musiałaby korygować nadgarstkiem. Ot, dosłowne skrzywienie zawodowe, którego nie zamieniłaby na żadne inne.
To było szczęście w życiu, które miała farta odkryć młodo. Wiedziała, że chce grać profesjonalnie od momentu, kiedy usłyszała popis szkolny, na którym starsi uczniowie prezentowali instrumenty dla tych, którzy dopiero mieli zdecydować się na któryś z nich. Potwierdzenie swojej decyzji dostała na egzaminach wstępnych do szkoły muzycznej, gdzie sprawdzono jej słuch i śpiew, jednak nie samo to przekonało ją do trafności wyboru. Jeden ze starszych nauczycieli uważnie obejrzał jej dłoń. Pamiętała, że był w tym niedelikatny, nieco wręcz brutalny, bo jej mała dłoń dosłownie ginęła w jego – przypominał jej złego bohatera z jakiejś kreskówki, przez to, jak gładko miał zaczesanego do tyłu kucyka a na czubku nosa nosił małe, okrągłe okulary w czarnych oprawkach. Wyglądał jak połączenie szczura i patyczaka, gdy palcami rozsuwał palce tamsin, naciskał na śródręcze i kazał opierać rękę na długopisie. Głupie jej się to wtedy wydawało, ale po tym niemal lekarskim badaniu powiedział dokładnie to, na co liczyła – że się nadaje. A to było ważniejsze od jej odczuć; ostatecznie został jej pierwszym prowadzącym dając jej solidną szkołę życia przez uświadomienie jej, że bycie dzieckiem nie zwalnia jej z samodzielnego myślenia a on, jako dorosły, nie ma obowiązku być miły tylko dlatego, że ma raptem kilka lat. Może dlatego Tammy była tak miła dla swoich uczniów? Bo pamiętała, jakie to było dla niej przykre?
— Carter wolał zimne kolory — wyjaśniła odruchowo, w myślach dodając uwagę, że sam też w zasadzie był już zimny. Dobrze, że Tanner wziął od niej pudełeczko, bo może było to infantylne, ale miała ochotę reagować na te błyskotki tak, jak reaguje się na dużego robaka siedzącego na swetrze. Nie chciała ich widzieć, czuć ich obecności i najlepiej by było, gdyby całkowicie zniknęły.
Usuń— Może być lemoniada — odpowiedziała i przeciągnęła się, czując, jak po kilku godzinach prób i lekcji z Amber, kręgi dopiero teraz zdają się wracać na swoje miejsce. Wstała z kanapy i podeszła do okna, jak zwykle w tak wysokich budynkach usilnie szukając chodnika, jakby to on stanowił prawdziwy wyznacznik wysokości. — Tak wysoko… Czy na tej wysokości latają jeszcze ptaki? — spytała ze szczerym zaciekawieniem, bo u niej latały. Ale ona mieszkała na Brooklynie w starym mieszkaniu z kontrolą czynszu, skrzypiącą windą i schodami ewakuacyjnymi zaraz tuż obok okna. Z lokatorami z sąsiedniego budynku może nie mogła zbić piątki, ale mogli sobie pomachać, co czasami robili, gdy jedno przyłapało drugie na wpatrywaniu mu się w okna.
Tamsin Passalis 🐦
Kiedy cofnął się o krok, Rei odruchowo wygładziła palcami sukienkę przy biodrze. Wciąż pamiętała jego palce przy swoich plecach i wydawało jej się, że po raz pierwszy, odkąd weszła w jego życie ze swoimi butami, pączkiem pistacjowym i złamanym nosem, niczego nie analizowała. Był przytulas, dziwne pojednanie, choć nikt się nie kłócił, a przede wszystkim coś, czego być może Tanner się nie spodziewał, ale Rei nazwałaby to nicią porozumienia.
OdpowiedzUsuń— Lubię słodkości — odpowiedziała. — Nie, żebym miała jakiś problem z objadaniem się, ale… — zawahała się nieco, nie wiedząc, czy powiedzieć dokładnie to, co chciała, ale skoro Tanner był z nią szczery, ona także zdecydowała się być — …czasem po lekach wszystko smakowało jak metal albo gąbka, a czekolada była jedyną rzeczą, która nie sprawiała, że miałam ochotę zwymiotować.
Gdy przepuścił ją w progu, podziękowała krótko i ruszyła przodem, przez sekundę mając wrażenie, że przekracza pewną granicę między jedną wersją wieczoru a drugą. Przed drzwiami była rozmowa o Dakocie, Frank, rocznica ślubu, ten okropny moment, w którym wszystko w niej zamarło, a głowa zdążyła stworzyć trzy dramatyczne scenariusze. Po drugiej stronie był Tanner, trudna prawda i uścisk, o którym powinna jak najszybciej zapomnieć, tak dla własnego dobra.
Rei rozejrzała się wokół, jakby spodziewała się, że Frank wyskoczy zza najbliższego filaru z kolejną bombą towarzyską, ale na szczęście nigdzie go nie było. I dobrze. Nie była pewna, czy zniosłaby tego mężczyznę jeszcze chwilę dłużej.
— Jestem pewna, że jest tutaj coś z gorzką czekoladą — stwierdziła, bo bankiet nie wyglądał biednie. Wątpiła więc, aby nie było tutaj deserów, które pasowałyby do każdego. — Je pan tylko taką czekoladę?
Podeszli do stolików ustawionych pod ścianą, przykrytych jasnymi obrusami i zastawionych tak równo, jakby ktoś rozplanował to z co najmniej rocznym wyprzeniem. Były tam małe tartaletki, kruche ciasteczka, owoce ułożone w miseczkach, sery, cienkie kromki pieczywa, niewielkie kanapki z czymś zielonym na wierzchu i desery w szklanych naczynkach, które wyglądały naprawdę elegancko. Rei zatrzymała się przed stołem i przez chwilę przerzucała wzrok od jednego deseru do drugiego, nie mając pojęcia, czego powinna spróbować.
Sięgnęła po mały talerzyk ze stosu, a drugi podała Tannerowi, gdyby jednak chciał coś zjeść, i opierając nieco laskę o stolik, schwyciła za tartaletkę. Przez chwilę przyglądała się kruchemu spodowi, błyszczącemu owocowi na wierzchu i odrobinie kremu – wszystko wyglądało naprawdę dobrze. Położyła tartaletkę na talerzyku, potem dobrała jeszcze coś ciemnego, czekoladowego, niemal czarnego, o gładkiej powierzchni. Gorzka czekolada, prawdopodobnie – pachniało bardzo kakaowo. Przez sekundę zawahała się, bo deser był mały, elegancki i wyglądał jak coś, co należało zjeść od razu, a mimo to Rei wzięła mały widelczyk, przytrzymała ostrożnie wypiek i przekroiła na pół. Nie wyszło idealnie. Jedna część była odrobinę większa, druga miała więcej kremu przy krawędzi, a czekoladowa warstwa brzydko pękła. Trudno.
— Chce pan spróbować? — zapytała, odwracając się w jego stronę i podsunęła swój talerzyk, gdyby faktycznie chciał zjeść coś z gorzką czekoladą. Wzięła swoją połowę palcami, ostrożnie, żeby krem się nie rozlał, i ugryzła niewielki kawałek. Czekolada była gorzka i ciężka od kakao, ale w środku miała miękką, delikatniejszą warstwę, która łagodziła smak bez odbierania mu charakteru.
— O — odezwała się. — To naprawdę dobry deser, co prawda, dla mnie zrobiło się trochę gorzko, ale kruchy spód jakoś to ratuje.
Urwała, choć jej głowa zdążyła już napisać recenzję godną najlepszego krytyka kulinarnego. Poczuła, jak coś nieprzyjemnie ścisnęło jej żołądek – i Rei wiedziała, co to znaczy. Zamarła z talerzykiem w rękach, z niedokończoną myślą i uśmiechem, który nieco pobladł.
Przełknęła ostrożnie ślinę, ale to tylko pogorszyło sprawę. Czekolada, jeszcze przed chwilą pyszna i kakaowa, nagle zmieniła się w coś obcego. Przeszedł ją dreszcz, a przy karku pojawiła się cienka warstwa potu.
Usuń— Chyba… — zaczęła i natychmiast zamilkła, bo głos jej nieco zadrżał. Nie chciała robić sceny. Nie chciała, żeby Tanner pomyślał, że ten wieczór to kolejny problem, który mu wręczyła, tylko że tym razem owinęła to wszystko w koncertowo-bankietową elegancję. Odłożyła talerzyk z przesadną starannością. — Przepraszam — powiedziała cicho. — Muszę… na chwilę...
Nie dokończyła, po prostu złapała laskę, ale przez sekundę palce nie trafiły dobrze w uchwyt. Gdy w końcu jednak ją schwyciła, ruszyła w stronę łazienki szybciej, niż było to rozsądne, ale wolniej, niż chciała. Sala nagle zrobiła się za jasna, rozmowy zlewały się w obcy szum, a śmiech kogoś po lewej stronie zabrzmiał zbyt blisko. Zapach perfum, wina i jedzenia uderzył ją naraz. Rei przycisnęła dłoń do ust.
W łazience wpadła do pierwszej wolnej kabiny. Zamknęła drzwi drżącą ręką, oparła laskę o ścianę i zdążyła tylko niezgrabnie uklęknąć, bardziej z konieczności niż z wyboru, zanim żołądek gwałtownie się zbuntował. Zwymiotowała krótko, boleśnie, z oczami zaciśniętymi tak mocno, aż pod powiekami pojawiły się jasne plamy. Potem została tak przez chwilę, oddychając płytko, z czołem opartym o dłoń.
— Cudownie — wyszeptała ochryple do siebie. W jej gardle nadal paliła gorycz czekolady, teraz zmieszana z kwaśnym, upokarzającym posmakiem. Wyciągnęła papier, otarła usta, potem spuściła wodę i przez kilka sekund po prostu siedziała nieruchomo, próbując przekonać samą siebie, że to nic takiego, że to tylko wymioty, a nie omen, który zapowiadał coś złowrogiego. Przypomniała sobie o słowach doktora Reeda i wynikach morfologii. Westchnęła ciężko; chciała tylko wyjść z domu, spędzić czas w towarzystwie Tannera Morgana, zejść deser i wrócić grzecznie do siebie, aby tam w swoich czterech ścianach odtwarzać cały wieczór.
Podniosła się ostrożnie, opierając najpierw dłoń o ścianę, a potem chwytając laskę. Wyszła z kabiny i podeszła do umywalki. Odkręciła zimną wodę, przepłukała usta i zwilżyła palce, po czym przyłożyła je do karku. W lustrze zobaczyła swoją bladą twarz i zbyt duże oczy, które wydawały się teraz nieco mętne. Rei wiedziała, że zaraz przyjdzie gorączka, która ją totalnie rozłoży.
— Nie dramatyzuj — powiedziała do swojego odbicia. — Dasz radę…
Spróbowała się uśmiechnąć, ale wyszło to dość krzywo. Sięgnęła po papierowy ręcznik, osuszyła usta i poprawiła ostrożnie włosy przy twarzy. Zaraz potem oparła obie dłonie o brzeg umywalki i wzięła kilka wolnych oddechów. Musiała wrócić, nie mogła zostać w łazience na zawsze, choć przez moment wydawało się to bardzo kuszące. Nie wiedziała też, czy Tanner poszedł za nią, czy może został przy stoliku, ale zdecydowanie wolałaby, aby nie widział jej takiej. Tylko że Tanner Morgan miał oczy i był dość spostrzegawczy. W końcu wyprostowała się, choć jej żołądek skurczył się boleśnie jeszcze kilka razy, a ciało wydawało się dość ciężkie, jakby ktoś nagle dorzucił jej z tonę. Wzięła kolejny oddech, schwyciła za laskę i opuściła łazienkę, mając nadzieję, że nie zwymiotuje w drzwiach.
Rei Bothwell 😵💫🤢
Rei chciała odpowiedzieć od razu, naprawdę chciała, ale przez krótką chwilę jej mózg po prostu się zatrzymał, gdy Tanner Morgan, bez pytania o pozwolenia czy zawahania, ujął jej twarz w swoje dłonie, sprawdził temperaturę i przesunął kciukiem po żuchwie. Pomyślała jedynie o tym, że jego ręce były chłodne, przyjemnie chłodne.
OdpowiedzUsuń— Wow — wymamrotała, przełykając ślinę, a w jej głosie było słuchać autoironię, bo jak niby miała zareagować? — Czyli jestem gorąca. Wreszcie. Szkoda, że powiedział pan to w momencie, w którym czuję się, jakby potrąciła mnie ciężarówka, ale… nie można mieć wszystkiego.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale wiedziała, że ten uśmiech był zbyt blady i krzywy, żeby mógł przekonać kogokolwiek, że wszystko jest w porządku, tym bardziej Tannera, który raczej nie był człowiekiem, którego dało się oszukać sarkazmem, którym Rei przez lata próbowała maskować ból i niemoc.
— To znaczy… przepraszam — dodała szybko, gdy dotarło do niej, że Tanner sięgnął po telefon i przyłożył urządzenie do ucha, jakby wszedł w tryb, w którym świat miał się podporządkować do jego decyzji. Gdyby nie to, że jej żołądek znów się boleśnie zacisnął, pewnie uznałaby to za całkiem… ujmujące. — Nie przepraszam za bycie gorącą — mruknęła, bo to akurat bawiło ją nawet teraz. — Przepraszam za… sytuację.
Ścisnęła mocniej laskę, bo nagle poczuła się zawstydzona nie samym faktem złego samopoczucia, ale tym, że Tanner znowu musiał to zobaczyć. Najpierw był świadkiem jej złamanego nosa, a teraz widział kogoś, kto psuje całkiem udany wieczór wymiotowaniem w publicznej toalecie, bo przecież nie mogłoby się odbyć bez jakiejś katastrofy. I właśnie dlatego Rei nie lubiła wychodzić z domu zbyt często – takie sytuacje zbudowały w niej lęk, że niezależnie od tego, jak będzie się czuć, wszystko może się spieprzyć, ale i tak próbowała wyjść ze swojej strefy komfortu, zgodnie z zaleceniem swojego psychiatry, z którym spotykała się raz w tygodniu od dość dawna, bo gdy pojawiła się u niego po raz pierwszy, miała szesnaście lat, mocną niedowagę i przeświadczenie o tym, że po co jej kolejna chemia czy operacja, jak i tak umrze.
— Nic wielkiego się nie stało — odparła, a potem dodała:. — To wina gorzkiej czekolady. Mleczna by mi tego nigdy nie zrobiła…
Urwała, bo zrobiło jej się trochę słabo od samego mówienia. Korytarz wydawał się nagle zbyt ciasny i duszny, a dźwięki przytłumione i jednocześnie zbyt głośne. Znów przełknęła ślinę.
— Mój tata… — zaczęła. — Ale jest teraz w Berlinie i kończy swój projekt, nie chcę do niego dzwonić i mu przeszkadzać, pracował nad tym naprawdę długo, a jeśli dostanie telefon, prawdopodobnie w ciągu dwudziestu minut zacznie organizować lot… A Maeve… Maeve jest dzisiaj gwiazdą wieczoru i naprawdę nie chcę, żeby musiała się stąd zrywać.
Malcolm Bothwell zapewne wsiadłby do pierwszego samolotu i zająłby się córką, tylko że Rei nie chciała robić mu problemów – i tak wiele dla niej poświęcił, gdy była dzieckiem, a jego żona postanowiła się odciąć. Dlatego teraz, gdy była już dorosłą kobietą, chciała, żeby ojciec zajął się sobą i realizował projekty, które odkładał. Maeve też nie powinna rezygnować dzisiaj z siebie; świeciła własnym światłem, rozgrzana sceną, muzyką i oklaskami. Rei nie zamierzała niczego psuć, szczególnie gdy wiedziała, jak ważny był to dzień dla Callahan. Poza tym to tylko gorączka i wymioty – nie umierała. To znaczy, wiedziała, że gorączka i wymioty mogą coś znaczyć, była tego świadoma, jednak nie czuła się tak źle jak kiedyś i umiała wyczuć tę różnicę między umieraniem a osłabieniem.
— Proszę po prostu odwieźć mnie do domu — oznajmiła w końcu i wbiła wzrok w Tannera, jakby to, że to powiedziała, załatwiało wszystko. — Wezmę leki, położę się i jeśli będzie gorzej, zadzwonię do kogoś.
UsuńNie wiedziała, czy mogłaby zadzwonić do kogokolwiek, kto znałby jej sytuację bardziej niż to, co było widoczne, czyli że była niepełnosprawna, ale to nie znaczyło jeszcze, że mierzyła się z czymś gorszym. Tak naprawdę niewiele osób faktycznie wiedziało, co się u niej dzieje, ale to nie tak, że Rei jakoś się z tym kryła; mówiła o lekach, lekarzach, żartowała sobie z własnego samopoczucia, tylko że nikt nie zadał jej nigdy konkretnego pytania, więc skoro nigdy ono nie padło, to Rei mogła udawać, że choroby wcale nie było. Poza tym jednak nie miała zbyt wielu znajomych, a już z całą pewnością nie takich, których widziałaby przy sobie, gdy będzie pocić się i majaczyć w łóżku.
— Poradzę sobie — dodała. To było zdanie, które mówiła zbyt często i zdecydowanie zbyt łatwo. Poradzę sobie, kiedy ojciec pytał, czy zostać. Poradzę sobie, gdy pielęgniarka proponowała pomoc przy wstawaniu. Poradzę sobie, kiedy Maeve chciała przyjechać z jedzeniem. Poradzę sobie, gdy nie była pewna, czy zdąży dojść do łóżka. I jakoś sobie radziła, choć czasem szło jej to lepiej lub gorzej.
Rei Bothwell 🏠
Tamsin nie wnikała w to, co było między Dakotą a Tannerem dokładnie. Nie dopytywała, bo chociaż była ciekawa świata, to nie była ciekawska prywaty swoich znajomych i przyjaciół, jeśli ci sami się nią nie dzielili. Oczywiście nie wynikało to z jej zobojętnienia, ale raczej wygody – jeśli ona nie pytała, to i jej nie pytano zbyt często, łatwiej więc było unikać niewygodnych tematów, a tych wszyscy mieli dużo. Właściwie, to gdyby nie Amber, wspominająca o sytuacji swoich rodziców, a raczej o swojej własnej, nierozerwalnie z nią powiązanej, Tamsin prawdopodobnie nigdy nie zastanawiałaby się głębiej nad tym, czemu Dakota i Tanner nie mieszkają już razem. Dla postronnych mieli przecież wszystko – piękni, młodzi, zdolni i bogaci, ale Passalis wiedziała, że wiele może kryć się za zamkniętymi drzwiami i chociaż nie podejrzewała, by tliło się za nimi cokolwiek, co mogło być chociaż trochę podobne do jej sytuacji, to wiedziała, że są to sprawy tej dwójki, która za tymi drzwiami jest. Nikt i nic, żadna siła, nie była w stanie rozwiązać pewnych problemów, jeśli ci, których dotyczyły nie widziało możliwości im zaradzenia. Skoro Dakota i Tanner zdecydowali się na mieszkanie osobno, to nikt nie miał prawa wściubiać tam swojego nosa. Tamsin nie szukała zwady, właściwie unikała konfliktów a ze względu na Amber starała się być dla Dakoty możliwie neutralna, przeźroczysta na tyle, na ile tylko mogła i na ile pozwalała jej rezolutna siedmiolatka.
OdpowiedzUsuń— A mnie średnio… Nie jestem stara — obruszyła się z udawanym przejęciem, a śmiechem przyklepała to, że wcale jej to nie dotknęło. — Jeszcze kilka lat, a zostanę jej starszą psiapsiółą, której trzeba tłumaczyć nowinki technologiczne — wywróciła oczami, bo może i była młoda, ale wybrzmiewała w niej stara dusza. Lubiła czytać książki w ich fizycznej formie, telewizor w jej domu się kurzył a włączony grzał tak, że potrafił podnieść temperaturę w pomieszczeniu. Smartphone’a nie zmieniała wraz z modą, a dopiero wtedy, gdy poprzedni wyzionął ducha i z pewnym sentymentem wspominała czasy telefonów na guziki. Modę na tablety przespała, laptopa miała bardziej ze względu na pracę, niż faktyczną potrzebę i gdyby ktoś w tej chwili nakazał jej pracę przed komputerem, najlepiej osiem godzin dziennie, pięć dni w tygodniu, prawdopodobnie testowałaby wytrzymałość szyb w takim apartamencie, jak ten Tannera. Może to był jeden z licznych powodów, przez które tak ochoczo wpadła w ramiona Cartera? Jedna z nut zapachowych, która sprowadziła ją do kwiatu-pułapki, do którego weszła sama, bez większej zachęty i z którego zdołała się wydostać dopiero, gdy pozbawiono rośliny korzeni i światła?
Tamsin chętnie przychodziłaby do Amber codziennie. Lubiła dzieci, chociaż swoich nie miała, to czerpała wiele radości z przebywaniem wśród nich – szczególnie, kiedy i one ją lubiły, a za Amber przepadała. Łatwo się z nią pracowało, bo wystarczyło traktować ją jak osobę myślącą. Nie jak dorosłego, bo w końcu dziewczynka sięgała jej do pasa, wciąż wypadały jej mleczne zęby i w zasadzie była gliną z której miał dopiero powstać ostateczny twór, wypalony przez doświadczenia. Ale nigdy nie traktowała jej z wyższością, czy protekcjonalnością, którą sama była oblewana w tym wieku i chyba przez to się tak lubiły. Tylko, że Amber miała dziecięcy świat, a Tamsin ten dorosły, w którym trzeba było dywersyfikować ryzyko, ciągle się rozwijać i znajdować dla siebie możliwości, często sięgając po nie z użyciem łokci i ciężkiej pracy.
Wzięła od niego szklankę z lemoniadą i pociągnęła spory łyk. Pokiwała ze zrozumieniem na jego odpowiedź zauważając, że to by się zgadzało – drapieżniki trzymają się wysokości innych drapieżników, ale rozwiał jej myśl, gdy wspomniał o innych gatunkach. Czyli jednak drapieżniki umiały dzielić przestrzeń z innymi , nie było to szczególnie zastanawiające, bo wydawało się całkiem logiczne – na kogo miałyby polować, gdyby były tu całkowicie same?
— Takie budynki… Czy ich nie myje się przypadkiem raz na kilka miesięcy? Chcesz mi powiedzieć Tanner, że jeśli teraz rozbiłby ci się ptak o okno, to mieszkałbyś z krwawą plamą aż do następnego mycia? — nie była oburzona, ale nie kryła zaskoczenia. Słyszała oczywiście o tym, że ptaki rozbijają się o szyby, ale nie zdawała sobie sprawy z częstotliwości tego zjawiska. Sama nigdy nie mieszkała w takim miejscu – Carter wolał stare budynki z możliwie długą, jak na Stany, historią, a ona niewiele miała w tym temacie do powiedzenia, więc jej przygody z pierzastymi mieszkańcami Nowego Jorku, były zupełnie inne. Częściej byli nieproszonymi gośćmi w jej mieszkaniu, niż ofiarami wypadków komunikacyjnych – bo tak chyba należało nazwać wlatywanie w okna, by brutalniej nie nazwać tego zapłatą za ludzki postęp.
UsuńOdwróciła się w jego stronę, w końcu odklejając się od okna i własnych myśli, wzięła duży łyk lemoniady i obserwowała, jak Tanner ogląda biżuterię.
— Wszystko — powiedziała krótko i ponownie napiła się podanego napoju. — Bardzo dobra lemoniada, nie wiem, gdzie latem dostałeś tak słodkie pomarańcze, ale smakuje jak w szczycie sezonu — zatrajkotała z uśmiechem, zupełnie innym tonem głosu, niż chwilę wcześniej odpowiedziała na jego pytanie. Chciała sprzedać biżuterię, za zarobione pieniądze kupić inwestycyjnie złoto, które zamknie w banku i zapomni na następne lata do momentu, gdy nie dosięgnie ją jakieś zwyrodnienie stawów, albo demencja – w każdym razie coś, co nie pozwoli jej już zarabiać na życie. Nie chciała tego przejść, chociaż byłyby to pieniądze idealne na długą wycieczkę po Europie, tylko Tamsin nie była głupia. Pracowała dużo i ciężko nie tylko po to, żeby dobrze żyć i budować karierę, ale też po to, by gdy nadejdzie pora, nie być zdana na łaskę innych, bo tych innych wokół niej nie było. Była sama i nie sądziła, by to się kiedyś zmieniło.
Tamsin Passalis💎🦅
Rei ze swoim byciem, owszem, miała sporo znajomych i z całą pewnością dało się ją lubić, tylko że po pierwsze, nie chciała być dla nikogo ciężarem, a po drugie nie każdy znajomy czy ktoś, kogo mogłaby nazwać przyjacielem, musiał wiedzieć o tym, że chorowała. To nie było coś, czym się chwaliła. Poza tym nie dopuszczała do siebie nikogo aż tak blisko, aby ktoś widział całą paletę barw Reilynn Bothwell, bo Rei obawiała się, że przy bliższym poznaniu okaże się dość miałka i nudna. No i, kto by niby chciał użerać się z ciągle chorującą pisarką z mechanizmem wyparcia? Dlatego raczej nie pozwalała ludziom aż tak się do siebie zbliżyć i do tej pory jakoś to wychodziło. Nie przypuszczała jednak, że z Tannerem Morganem będzie inaczej – z nim nie dało się po prostu pożartować, wpaść w wir absurdów i udekorować tego głupim tekstem. Znajomość z Morganem nieco różniła się od schematów, które Rei przyjęła w relacjach międzyludzkich, i to mogło być naprawdę niepokojące. Pomijając to, że osobiście zaproponowała prawnikowi swoją przyjaźń. Może jednak Tanner Morgan wcale nie był elfim lordem, a czarnoksiężnikiem, który zmieniał rzeczywistość zaklęciami lub sięgał aż do atomów, rozbijając je i znów łącząc?
OdpowiedzUsuńRei pozwoliła mu poprowadzić się w stronę wyjścia, bo w tej konkretnej chwili protest wymagałby energii, której nie miała. Dłoń Tannera w dole jej pleców była lekka, niemal formalna. Nie popychał jej ani nie pospieszał; pozwolił jej opuścić bankiet w swoim tempie, choć zdecydowanie wolałaby się tak nie wlec. Chłodne powietrze uderzyło ją po wyjściu z budynku i Rei od razu wzięła głębszy oddech. Przez sekundę było lepiej. A potem Tanner zdjął marynarkę. Spojrzała w jego stronę z opóźnieniem, bo najpierw zobaczyła tylko ruch: rozpięty guzik, czarny materiał zsuwający się z ramion, biel koszuli pod spodem. Nie minęła chwila, a ubranie opadło po jej ramionach. Materiał był… ciepły i cięższy, niż się spodziewała, a przede wszystkim pachniał Tannerem.
— Dziękuję — powiedziała cicho i uśmiechnęła się blado, nie próbując zsunąć marynarki z ramion; była pewna, że gdyby to zrobiła, Tanner i tak by jej ją oddał. — Queens — potwierdziła jeszcze, kiedy wspomniał o miejscu jej zamieszkania.
Kiedy czarny Mercedes klasy S podjechał pod chodnik, Rei popatrzyła na samochód z czymś pomiędzy wdzięcznością a rezygnacją. Naprawdę nie chciała robić nikomu problemów i tak właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, było jej po prostu nieco przykro. Nie tak wyobrażała sobie ten wieczór i z całą pewnością nie chciała skończyć w aucie Tannera Morgana po tym, jak zwymiotowała. Gdy prawnik otworzył przed nią drzwi, podziękowała krótko i wsiadła ostrożnie, najpierw układając laskę, potem nogę i samą siebie. Marynarka zsunęła się z niej lekko, więc poprawiła ją przy ramionach i oparła głowę o zagłówek. Tanner usiadł obok, co było dość zaskakujące, choć nie jakoś bardzo. Gdzieś usiąść musiał – może wybrał to miejsce, bo było tu więcej miejsca?
Rei pochyliła nieco głowę w stronę szyby i gorącym czołem oparła się o nią, wzdychając cicho. Chłód szkła przyniósł ulgę tak nagłą, że przez chwilę miała zamknięte oczy, a gdy je otworzyła, zobaczyła, jak miasto się zmienia, a światła wirują wokół, jedne jaśniejsze od drugich. Napisała jeszcze SMS-a do Maeve, żeby się nie martwiła, że wyszła z bankietu; nie chciała psuć jej zabawy. Poza tym wszystko było w miarę pod kontrolą.
Kiedy samochód zatrzymał się przed jej budynkiem, przez sekundę się nie ruszyła, ale musiała to w końcu zrobić, więc zmusiła się do tego, aby wyjść z auta i podziękować jeszcze Oscarowi, kierowcy, i życzyć mu dobrej nocy. Nie spodziewała się jednak, że Tanner wejdzie z nią do budynku, a potem do apartamentu, który kupiła za swoje pierwsze zarobione pieniądze z pisania.
W mieszkaniu Rei pachniało papierem i waniliową świecą, którą zgasiła przed wyjściem. Nie było ono ogromne, ale zupełnie wystarczało – jeden z pokoi stał pusty, inny robił za jej sypialnię, a najmniejszy został jej gabinetem, choć Reilynn pisała tak naprawdę wszędzie. W salonie stała głęboka, miękka sofa w ciepłym odcieniu beżu, przykryta kocem w kratę i kilkoma poduszkami, które nigdy nie leżały tak, jak powinny. Przy niej niski stolik, na którym piętrzyły się książki, notesy, kubek z zaschniętym śladem po kakao i dwa długopisy, z których jeden na pewno nie pisał. Regały zajmowały prawie całą ścianę. Książki stały w nich podwójnymi rzędami, niektóre pionowo, inne poziomo, część z kolorowymi zakładkami; fantasy, romanse, eseje, albumy o sztuce, stare wydania ze Szkocji, coś z medycyny. Były też świece, zawieszone po ścianie małe lampki, miękki dywan i fotografie w ramkach; ojciec na jednej, Maeve na drugiej, kilka niewyraźnych zdjęć z czasów, kiedy Rei była młodsza, choć najczęściej ujęcia przedstawiały po prostu jakieś chwile, które wydawały jej się piękne; park, jezioro, oświetlony przez słońce budynek, mały skwer przy szpitalu, który kiedyś wydawał jej się naprawdę ogromny.
UsuńSpojrzała w stronę Tannera Morgana i dopiero wtedy dotarło do niej, że on naprawdę tutaj był i że nie życzył jej dobrej nocy po tym, jak się pożegnała. Stał teraz w jej mieszkaniu, otoczony książkami i zapachem świec, a Rei czuła się dziwnie odsłonięta. Nie zapraszała do siebie zbyt wielu znajomych; poza tym nie miała tutaj szczególnie posprzątane, nie było też wielkiego syfu, ale gdyby wiedziała, że Tanner do niej wejdzie, zapewne bardziej ogarnęłaby przestrzeń wokół.
Zsunęła z ramion marynarkę i oddała ją Morganowi tak ostrożnie, jakby bała się, że materiał zaraz kompletnie się rozpruje.
— Dziękuję — odezwała się i uśmiechnęła słabo. — Przepraszam, ale nie odprowadzę pana… — wymamrotała, a potem zasłoniła usta dłonią. Nie czekała, aż jej odpowie, po prostu ruszyła w stronę łazienki tak szybko, jak to możliwe.
Doczłapała się jakoś to toalety i zwymiotowała. Tym razem było nieco lepiej niż podczas bankietu. Oddychała jednak płytko, czując pod kolanami zimne kafelki, a jej palce drżały przy porcelanie, gdy Rei coraz bardziej pogrążała się we własnym wstydzie, który przychodził zawsze wtedy, kiedy jej ciało dawało o sobie znać. Była pewna, że Tanner wyszedł, więc kiedy się podniosła i przepłukała usta, przebrała się, sięgając po ubrania, które tutaj zostawiła jeszcze przed wyjściem. Przebrała się więc w luźną koszulkę ze spranym napisem Live long and prosper i ciepłe spodnie od piżamy, a potem opuściła łazienkę, przeczesując włosy i wbijając palce w kark. Musiała wziąć coś przeciwgorączkowego i sięgnąć po kilka leków od doktora Reeda. Myśląc o tym, prawie nie zauważyła, że w jej salonie wciąż jest Tanner Morgan. Zamrugała, przez chwilę myśląc, że ma halucynacje, co by nie było takie dziwne, biorąc pod uwagę to, że zdarzało jej się widzieć różne rzeczy podczas gorączkowania.
— To… myślałam, że pan wyszedł — odezwała się, nie wiedząc za bardzo, jak się zachować.
Rei Bothwell 🖖😳
Tamsin długi czas miała nadzieję, że uda jej się stworzyć rzeczywistość z Carterem i po Carterze, zapominając przy tym, że jeśli to jego umieści w centralnym miejscu na osi, to wciąż będzie na niej zaznaczony, przypominając o sobie każdego dnia. I tak, jak jej początkowym odruchem po śmierci Sullivana było odcięcie się od wszystkich znajomych, tak po czasie dotarło do niej, że nie tędy droga. Do nikogo nie żywiła urazy, że nie zareagował – w końcu wszystko skrzętnie ukrywała za szerokim uśmiechem i eleganckimi sukienkami. Spojrzenie, które zdawało się gasnąć z każdym miesiącem, z każdym towarzyskim zobowiązaniem mając coraz mniej połączenia z uniesionymi kącikami ust, tłumaczyła zmęczeniem i ilością pracy. Jakiej? O to zazwyczaj nikt już nie dopytywał, bo do rozmowy dołączał Carter z historiami o tym, ile Tamsin ćwiczy przed obroną dyplomu i jak dumny z niej jest. I był. W całej tej pokręconej sytuacji najgorsze było to, że Tamsin była przekonana, że gdyby Carter zmartwychwstał, albo było jakieś życie po śmierci, to nawet teraz byłby z niej autentycznie dumny.
OdpowiedzUsuńI właśnie przez te niektóre dobre momenty, przez szczerą miłość, jaką go darzyła, nie była w stanie odciąć się od wszystkiego, co go z nią łączyło. Wliczając w to wspólnych znajomych, których próbowała ubrać w skórę wilka, bo tak byłoby łatwiej – odciąć prawie dziesięć lat życia grubą kreską, bo przecież część z tych ludzi poznała ją, jeszcze kiedy Carter był jej sponsorem, ale nie w tym rozpowszechnionym obecnie znaczeniu. Płacił za jej lekcje, kupił jej dobry instrument, opłacał kursy muzyczne, bilety lotnicze i noclegi, zawsze dbając o to, by nie wylądowała w tanim motelu. Nim poznała Cartera, często w takich spała, albo u jakiejś koleżanki poznanej na kursach, raz na podłodze na dmuchanym materacu, innym razem na kanapie w salonie. A później, kiedy Tamsin skończyła w końcu wyczekiwane osiemnaście lat, wcale nie wstydził się tego, że poślubił swoją podopieczną i potrafił sprawić, że na samym początku i jej nie było głupio. Carter potrafił sprawić, że czuła się bezpiecznie i wiedziała, że jest dużo starszy, że nią czasami manipuluje i że w ogólnym rozrachunku, ta relacja nie była zdrowa, to i tak lubiła w niej być. Ze wszystkich węży wybrała tego, po którego ugryzieniu nie ma śladu, ale trucizna zatruwa organizm powoli, bez pośpiechu, zabijając komórkę po komórce, tkankę po tkance, aż w końcu doprowadza do lizy całego ciała.
Po tym dziwnym okresie, kiedy krzywdę robiła bardziej sobie, niż komukolwiek innemu, w końcu otworzyła się na tych, których już znała, zaprzestając usilnych prób oddzielenia od siebie rozdziałów swojego życia na dwa tomy. Tanner, jako jeden z nielicznych miałby miejsce w obu, bo poznała go przez Cartera, ale to on pomógł jej też jego sprawę zamknąć i chociaż Tamsin wiedziała, że była to jego praca, to do tej pory była mu niezmiernie wdzięczna. Nie tylko za obsługę prawną, ale też za to, że zwyczajnie nie pytał. Zwyczajnie był obok, służył radą, ale nie dopytywał i chociaż Tamsin chciałaby być bardziej, jak Tanner, niż jak ona sama, to wiedziała, że ona by dopytywała. Próbowała poznać historię, przyczyny, wszystko zrzucając na karb pracy, ale nie powstrzymałaby pytań w szczególności, że wtedy nie byli aż tak dobrymi znajomymi, jak teraz. Teraz Tamsin, tak dla odmiany, na przekór logice, wolała nie dopytywać. Nie przez brak ciekawości, a zwykłe zaufanie względem Morgana, że gdyby działo się coś poważnego, w czym potrzebowałaby pocieszenia, albo pomocy, to zwyczajnie by się do niej zgłosił.
— To dobrze… To musiałby być straszne i wyjątkowo obrzydliwe – wzdrygnęła się, ale co chwilę zerkała w stronę okna, jakby z nadzieją, że zobaczy jednego z sokołów, które gniazdowały w budynku. W jej bloku mieli dozorcę, którym musieli dzielić się z dwoma blokami obok, za to za ochronę budynku służyły czujne, starsze panie, którym nic nie umykało. Taki stan rzeczy odpowiadał Tamsin, bo dzięki niemu czuła się swobodnie w swoich czterech ścianach i chociaż lokatorzy bywali różni, to jeszcze nikt nie zapukał do jej drzwi z wrzaskiem, że nie może słuchać jej ćwiczeń. A ćwiczyła dużo, często i zazwyczaj tak, jak się powinno – nuta po nucie, fraza po frazie i dopiero, gdy była na końcu wędrówki można było doszukiwać się w tym jakieś przyjemności.
UsuńZmrużyła lekko oczy, próbując odnaleźć odpowiedź na jego pytanie. Odstawiła bez słowa szklankę na stoliku i podeszła do kanapy, by sięgnąć po torbę. Wyciągnęła z niej teczkę, otworzyła i schowała szybko, zauważając, że to nie ta – ta była z nutami, całymi w notatkach naniesionych ołówkiem. Dopiero przy drugiej próbie wybrała odpowiednią, o której gumkę zaczepiła się otwarta rano koperta.
— Chwilka… — westchnęła, odkładając zaproszenie na blat, po czym wyciągnęła odpowiednie dokumenty. — Zupełnie o tym zapomniałam. Tu masz certyfikaty… Nie mam oddzielnych na złoto jeśli są potrzebne, ale na kamienie… To powinny być wszystkie — nie była pewna, bo kamieni było sporo, ale papierów też, więc istniała szansa, że niczego nie brakuje.
— Jesienią mam otwarcie sezonu w MET, ale do tej pory… Głównie jakieś śluby, jedno nagranie studyjne i koncert w Central Parku. Swoją drogą, możecie przyjść z Amber. Będziemy grać muzykę z bajek, więc powinno jej się spodobać, wszystko na świeżym powietrzu, wstęp wolny. Mają być rozstawione food trucki, jakieś dmuchańce dla dzieciaków, wata cukrowa… — odpowiedziała zgodnie z prawdą, a o tym, że Amber powinno się spodobać, była przekonana.
Sięgnęła po kartonik, który chwilę wcześniej odłożyła na blat i przesunęła po nim dłonią, jakby to miało przypomnieć jej, czego dotyczyła treść.
— Też dostałeś? — zapytała, podnosząc do góry papier, który znalazła dzisiejszego dnia dwukrotnie. Najpierw w skrzynce na listy, a później w torebce, do której wrzuciła go w czeluści wiecznego zapomnienia – a jednak, zaproszenie nie pozwoliło jej tego zrobić.
Tamsin Passalis 👸📜
Tamsin nie wiedziała, jak mogłaby się wtedy zachować. Czy mając poczucie realnego wsparcia w kimś innym, byłaby w stanie przerwać perpetuum mobile nieszczęść w które wpadła, a z którego nie umiała się wydostać? Czy jednak wolałaby w nim zostać jako w czymś, co już znała? Teoretycznie przed śmiercią Cartera zaczęła odkładać pieniądze, które miały być jej poduszką w razie rozwodu – zarabiała wtedy grosze, nie mogła liczyć na pomoc matki i chociaż mogła zamieszkać, u wtedy jeszcze żyjącej babci, to i tak jej sytuacja nie wyglądała ciekawie. Teoretycznie, to już nawet była u prawnika rozwodowego; taniego, z polecenia od koleżanki ze studiów, ale takiego, który widział dużo podobnego syfu i zapewniał ją, że wie, jak ją z niego wyciągnąć. W praktyce nie wiedziała, czy rzeczywiście byłaby w stanie odejść, chociaż pod koniec jej małżeństwa na próżno było szukać w nim miłości, a romantyczna natura nie nadążała nad powtarzaniem to przejściowe, on się zmieni, ma trudny okres. Tamta Tamsin szczerze w to wierzyła; gdyby Tanner wiedział i próbowałby w jakikolwiek sposób zareagować, prawdopodobnie dokładnie to usłyszałby z jej ust, podczas gdy ona pozostałaby głucha na jego próby przemówienia jej do rozsądku. Przecież znała go lepiej.
OdpowiedzUsuńNie miała pojęcia, jak Tanner to robi. Jak potrafi wrócić do domu, usiąść na kanapie i żyć normalnym życiem, podczas gdy potrafiło go otaczać tyle zła i niesprawiedliwości. Nie tak, że Tamsin nagle przeprowadziła się do krainy mlekiem i miodem płynącej – wiedziała, że otaczający ją ludzie mają problemy, sama zresztą ich znała i starała się pomóc, na ile tylko mogła. Ale Tannera otaczało to codziennie i czasami zastanawiała się, czy przed tym wszystkim chroniła go gruba skóra, lata doświadczenia, czy może kamienie, podobne do tych, które obecnie oglądał. Obojętne, co to było, to przynajmniej na pozór zdawało się działać, a jak było w rzeczywistości, wiedział już sam Tanner, o co Tamsin nie czuła, by była gotowa pytać. W końcu, gdyby mężczyzna odsłonił dla niej ten wrażliwy kawałek, to i ona powinna była, a do tego potrzebowała znacznie więcej niż butelka wina. Prędzej karton, taki, który stawia się na blacie, ma niewielki kranik i można pić je ze szklanki, bez całego sommelierskiego rytuału. Tamsin była raczej pogodzona z tym, co się działo. Nie próbowała wypierać faktów, malować trawy na zielono, czy w jakikolwiek sposób usprawiedliwiać Cartera – już nie, ale nie lubiła o tym mówić. Wyzbyła się irytującego poczucia winy, jakby to ona doprowadziła byłego męża do tego, kim się stał i nie bała się oceniania, bo to towarzyszyło jej w zasadzie od najmłodszych lat. Zwyczajnie… Wolała rozmawiać o postępach Amber, jej bezbłędnych obserwacjach i tekstach, przez które niekiedy bolał brzuch, bo umiała nimi wywołać tyle śmiechu. Albo o ptakach i wysokości.
— Jeśli nic nie pomyliłam, to powinny być przy zapięciach… Nie byłam pewna, czy to wystarczy — nie znała się na tym i nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej. Wiedziała, co jej się podoba, że do codziennego noszenia lepiej wybierać próbę złota z piątką z przodu, bo mniej się rysuje i że znacząca większość pierścionków zaręczynowych z ogromnymi kamieniami, wcale nie jest z diamentem a moissanitem, albo innego rodzaju zamiennikiem. No i próba. Nigdy nie kupiła niczego bez wybitej próby, ale nie miała pojęcia, jak to wszystko wygląda od strony, gdy było się sprzedającym.
Central Park był ogromny, wydarzeniami w wakacje było się wręcz zalewanym, nic więc dziwnego, że Tanner nie wiedział o księżniczkowym koncercie. Tamsin do ubiegłego tygodnia też nie miała o nim świadomości.
— Dlatego mówię najpierw tobie, bo gdybyście mieli wtedy inne plany, Amber i mi dałaby popalić — zaśmiała się, już wyobrażając sobie reakcję dziewczynki. Szantaże, wymuszenia… Pewnie byłaby w stanie dużo zrobić, byle to zobaczyć i Tamsin wcale jej się nie dziwiła. Jako mała dziewczynka też byłaby zachwycona animatorkami w ładnych sukienkach, orkiestrze przebranej w mieszaninę strojów z bajek Disney’a i historycznych kreacji barokowych – w zależności od wybranej wypożyczalni, bo chociaż znajdowali się w Nowym Jorku, to znalezienie czegoś odpowiedniego i tak nie było takie łatwe. Tamsin skończyła z sukienką wypożyczoną z teatru – trochę za luźną, ale wybłagała u garderobianej zgodę na niewielką przeróbkę, która właśnie się robiła u zaprzyjaźnionej krawcowej.
UsuńLubiła patrzeć, gdy ktoś pracował w skupieniu, dlatego i tym razem, całkowicie bez skrępowania obserwowała poczynania Tannera.
Tamsin nie potrzebowała filantropi ani PR’u. Może była muzykiem, wystawiała swoje umiejętności na ocenę za każdym razem, kiedy wychodziła na scenę, ale raczej nikogo nie interesowała wiolonczelistka i jej działania dobroczynne. W takim towarzystwie wciąż była głównie wdową po Sullivanie, ale tym razem dość dobrze znała i lubiła organizatorkę, a to zdarzało się niezwykle rzadko.
— Miałam nadzieję się wywinąć… Wiesz, udać, że zaproszenie nie dotarło, ale Lisa wspominała mi o tym wcześniej. Chciała, żebym jej poleciła jakiś big-band do grania w tle, zatrudniła moich znajomych, więc skoro dostałam zaproszenie… — westchnęła wymownie, jakby tym samym chciała powiedzieć muszę iść. — A ty? Masz nadal szansę, żeby się wywinąć — uśmiechnęła się równie wesoło, porozumiewawczo poruszając przy tym brwiami.
— Nie będę Cię namawiać, ale wiem, skąd będą mieć catering i za muzykę mogę ręczyć osobiście. Jak na spotkanie tego typu nie powinno być najgorzej — pytająco uniosła brew, lekko, ciekawa, czy da się namówić bez namawiania.
Tamsin Passalis🎷🍸
Rei przez kilka sekund miała taką minę, jakby Tanner Morgan odezwał się do niej po chińsku, choć ostatecznie dobrze zrozumiała, co powiedział, tylko że kompletnie się tego nie spodziewała. I nie miała pojęcia, czy robił to, bo czuł się odpowiedzialny za ten wieczór, czy po prostu się nad nią litował, bo okazało się, że nie ma nikogo, kto by się nią zajął. Co było gorsze?
OdpowiedzUsuńSpuściła wzrok, aby omieść swoją sylwetkę. Wyglądała domowo w luźniej koszulce i ciepłych spodniach od piżamy, a Tanner? Tanner wciąż był w ładnym opakowaniu i zupełnie nie pasował do zmieniającej się narracji.
— Panie Morgan… — zaczęła, unosząc jedną dłoń, jakby mogła w ten sposób zatrzymać karuzelę rzucanych propozycji, bo ani trochę nie było to zabawne, a poza tym nie podobało jej się to, że przy Tannerze nie mogła trzymać się swojego motto, które brzmiało prosto i konkretnie: Poradzę sobie.
Nie chciała jechać. To była jej pierwsza myśl, choć pojawiła się ona nie dlatego, że to Tanner proponował jej nockę u siebie, a dlatego, że Rei nie tak sobie wyobrażała ten wieczór. Nie była już w sukience, właśnie zwymiotowała, wyglądała jak menel i z całą pewnością nie umiała doszukać się w tym niczego wyjątkowego, mimo że tak się zaczęło. Koncert był wyjątkowy i Maeve także.
— To jest… bardzo zły pomysł — przyznała, jakby licząc, że Morgan jej przytaknie, zaśmieje się, powie, że tylko sobie żartował i wyjdzie, ale twarz Tannera nawet nie drgnęła, a Rei zaczęła podejrzewać, że nie mówił tego, żeby sprawdzić jej reakcję.
Przesunęła dłonią po twarzy, omijając czoło, bo było zbyt gorące. Przez chwilę przyglądała się własnemu mieszkaniu, jakby prowadziła wewnętrzną walkę z pokusą, by ulec propozycji Tannera. Gdyby została, pewnie wzięłaby kilka leków, zajęłaby kanapę i pospała z godzinę. Może obudziłaby się z gorszą gorączką, a może byłoby dobrze. Może jutro śmiałaby się z tego wszystkiego albo o trzeciej nad ranem siedziałaby w łazience z telefonem w ręku, nie wiedząc, czy już dzwonić do ojca, czy jeszcze przez pięć minut próbować być dzielną idiotką.
Westchnęła cicho, wymamrotała pod nosem coś o tym, że zwariowała i że Tanner będzie tego żałować, a potem przeszła przez salon, aby zahaczyć o sypialnię. Pokój był mniejszy od salonu, ale urządzony bardziej intymnie. Stało tutaj szerokie łóżko z jasną pościelą, przykryte miękką narzutą w kolorze przygaszonego miodu i podbite przez kilka kolorowych poduszek, w tym taką w kształcie kota. Przy ścianie stała niska komoda z kilkoma świecami, pudełkiem po biżuterii i figurkami kolekcjonerskimi, które Rei traktowała jak najcenniejsze skarby. Po drugiej stronie pokoju piętrzył się kolejny regał z książkami; fantasy, romanse, albumy o szkockich zamkach, poradniki pisarskie, kilka starych tomów poezji i gruby segregator z dokumentami medycznymi wciśnięty między dwa eleganckie wydania, jakby choroba próbowała udawać literaturę. Ściany ozdabiały plakaty z filmów i ciemne obrazy.
Podeszła do łóżka, wysuwając laskę ostrożnie przed siebie, po czym sięgnęła pod materac i wymacała torbę, którą trzymała tam od lat. Była dość niewielka, ale mieściła wszystko, co potrzebowałaby Rei, musząc iść do szpitala i wiedząc, że nie zostanie tak szybko wypuszczona do domu. W środku leżał zapasowy zestaw bielizny, luźna koszulka, grube skarpety, szczoteczka do zębów w plastikowym etui, mała pasta, ładowarka, powerbank, paczka chusteczek, elektrolity w saszetkach, notes, długopis i gruba bluza przypominającą owieczkę. W bocznej kieszeni trzymała kopię listy leków, numer do doktora Reeda, kartę ubezpieczenia i skróconą historię leczenia.
Rei była przygotowana, a raczej nauczyła się być, mimo że nikt nie powinien musieć tego robić, mając dwadzieścia sześć lat. W tym wieku człowiek co najwyżej mógł trzymać pod łóżkiem wstydliwe rzeczy z zupełnie innych powodów, a jednak ta torba była tam od lat. Najpierw jako coś, co spakował jej ojciec, potem jako rzecz, którą sama uzupełniała, sprawdzała, przestawiała i... nienawidziła. Po każdej hospitalizacji obiecywała sobie, że tym razem schowa ją głębiej. Dorzuciła do środka leki i rzeczy potrzebne do protezy. Przez moment poczuła znajomy ucisk w gardle. Pomyślała sobie, że gdyby była kimś innym, pakowałaby teraz może kosmetyczkę, ładną bieliznę i perfumy. Gdyby była kimś innym, noc w apartamencie mężczyzny nie wiązałaby się z gorączką czy wymiotami. Niestety była tylko Reilynn Bothwell i musiała jakoś z tym żyć.
Usuń— To… chyba jestem gotowa — odezwała się, wracając do Tannera, ale zanim się ruszyła do wyjścia, sięgnęła jeszcze po swojego laptopa i ładowarkę do niego. Wiedziała, że zbliżał się deadline, aby oddać kolejny rozdział do redakcji w tym tygodniu; pisała tę książkę od stycznia, a premiera miała odbyć się jesienią, tylko że w międzyczasie Rei zmieniła nieco tę historię i próbowała nadrobić stracony czas. Książka miała opowiadać o parze bohaterów; kobiecie bardzie, która ma talent do wpakowywania się w kłopoty, i mężczyźnie, który szuka starych, magicznych przedmiotów i błyskotek. I moment, w którym ta dwójka się spotyka, to zatłoczona karczma i jeden niewinny pączek pod stołem.
Schowała komputer do torby i przerzuciła ją przez ramię, a potem mocniej oparła się o laskę. Spojrzała w stronę Tannera, jakby oczekiwała, że może teraz prawnik uzna, że lepiej, jak zostanie w domu i że to wszystko jedno wielkie nieporozumienie.
Rei Bothwell 🧳💻
Może i by przedstawiła swoje zdanie i bardzo jasno powiedziała, dlaczego to był zły pomysł, ale nie miała tyle energii, by kłócić się z Tannerem. A poza tym lepiej było tę nockę przeczekać u Morgana, zamiast modlić się, żeby się jej nie pogorszyło i nie musiała informować ojca czy Maeve. Rei była, oczywiście, świadoma tego, że w ten sposób staje się problemem dla kogoś innego, ale obiecała sobie, że jak tylko poczuje się lepiej, przestanie być taką łajzą.
OdpowiedzUsuńNie odzywała się przez całą drogę, obserwując Nowy Jork przez szybę auta i czując, że to nie powinno tak wyglądać. Nie tak wyobrażała sobie noc po koncercie Maeve, ale co niby miała zrobić? Czuła się trochę jak dzieciak, którym Tanner się zajął, bo było mu jej szkoda. Odwróciła twarz trochę mocniej w stronę szyby, jakby to miało sprawić, że w tym momencie zniknie.
Rei nie była kimś, kogo dałoby się oszołomić pieniędzmi, bo je miała – zapewne więcej, niż zdąży wydać. Tylko że jej własny luksus przyjął raczej postać zamawiania książek bez sprawdzania ceny, zbyt drogich świec, których później szkoda było jej zapalać, dobrej kawy i dobrego jedzenia. Nie miała odźwiernych, prywatnego kina ani człowieka, którego zadaniem było odebranie jej samochodu, gdyby w ogóle miała auto. Dlatego Central Park Tower jej nie zachwyciło, raczej nieco przytłoczyło. Odźwierny, valet, recepcja, restauracja, basen, spa, kino, siłownia — wszystko miało swoje miejsce. Było w tym coś niemal absurdalnego, bo Tanner mógł zjechać windą, zjeść kolację, popływać, obejrzeć film i wrócić do mieszkania, nie wystawiając nosa spoza budynku. Mieszkał w jednym z najbardziej chaotycznych miast świata, a jednocześnie urządził sobie życie w miejscu zaprojektowanym tak, żeby ten chaos nigdy nie miał okazji go dotknąć.
W windzie uświadomiła sobie, jak wysoko mieszkał Tanner Morgan. Siedemdziesiąte szóste piętro brzmiało abstrakcyjnie; Rei obserwowała zmieniające się liczby, próbując odpowiedzieć sobie, dlaczego prawnik akurat wybrał to miejsce. Może uznał zwykłe mieszkanie nad ziemią za niewystarczające i postanowił zamieszkać gdzieś pomiędzy Manhattanem a chmurami?
Nie bała się wysokości, przynajmniej nigdy wcześniej nie miała powodu, żeby się nad tym zastanawiać. Mimo to świadomość, że za kilkadziesiąt sekund będzie znajdowała się ponad dwieście metrów nad ziemią, była dziwnie niepokojąca, zwłaszcza że sama odruchowo wybierała miejsca bardziej przyziemne i przystosowane do osób niepełnosprawnych. Kiedy weszła do jego apartamentu, mimowolnie się rozejrzała. Spodziewała się chyba czegoś bardziej ostentacyjnego. Marmuru, złota i rzeźb. Tymczasem wnętrze było niemal ascetyczne. Piękne, bez wątpienia drogie, ale uporządkowane do tego stopnia, że przez pierwszych kilka sekund Rei miała wrażenie, że weszła nie tyle do czyjegoś domu, ile do perfekcyjnie przygotowanej wizualizacji mieszkania. Dopiero później zobaczyła okna. I właściwie wszystko inne przestało mieć znaczenie.
— O Boże… — wyrwało jej się cicho i nie czekając, aż Tanner doda coś jeszcze, ruszyła w tamtą stronę, podpierając się laską. Zatrzymała się dopiero tuż przed szybą i przez kilka sekund po prostu patrzyła. Nowy Jork rozciągał się pod nią jak makieta. Światła samochodów przesuwały się ulicami cienkimi, jasnymi liniami, budynki, które z poziomu chodnika wydawały się ogromne, stąd wyglądały niemal niepozornie, a Central Park był ciemną, rozległą plamą wyciętą pośrodku morza świateł. Rei znała to miasto od lat. Widziała je z dachów, tarasów, szpitalnych okien i niezliczonych taksówek, ale nigdy w ten sposób. Przysunęła się jeszcze odrobinę bliżej, jakby te kilka centymetrów mogło sprawić, że zobaczy więcej.
— Dobra — powiedziała po chwili, nie odrywając wzroku od panoramy. — Cofam wszystko, co właśnie pomyślałam o tym mieszkaniu. Dla tego widoku można panu wybaczyć nawet to, że salon wygląda tak, jakby bałagan był tutaj przestępstwem.
Widok naprawdę ją zachwycił. Było w nim coś nierealnego. W pewnym momencie chciała dotknąć palcem szyby, ale powstrzymała się w obawie, że po tym geście zostaną ślady jej opuszków.
Usuń— To chyba pierwszy raz, kiedy rozumiem ludzi mieszkających tak wysoko — przyznała i dopiero wtedy zerknęła przez ramię w stronę Tannera. — Chociaż nadal uważam, że siedemdziesiąte szóste piętro to przejaw niezdrowej ambicji.
Odsunęła się w końcu od okna, przypominając sobie, że ma gorączkę i że powinna teraz leżeć, a nie sterczeć przed szybą. Przysunęła torbę do siebie, rozpięła ją i przez chwilę grzebała w środku, aż wyciągnęła niewielką saszetkę z lekami.
— Wystarczy woda — odezwała się, gdy Tanner wspomniał o czymś do picia, a potem niepewnie zajęła kanapę, siadając tak, aby zabrać jak najmniej miejsca. Wyłuskała potrzebne tabletki, odkładając resztę z powrotem do saszetki, a potem ułożyła je kolejno. Było ich kilka. Jedna większa, kredowobiała, której nie znosiła, bo zawsze miała wrażenie, że zatrzymuje się w połowie gardła. Dwie mniejsze, które potrafiłaby rozpoznać po kształcie nawet po ciemku, i kapsułka, śliska oraz nieprzyjemnie duża. Znała ten zestaw naprawdę dobrze – wiedziała, która z tabletek miała przytępić ból, która uspokoić żołądek po pozostałych i po której szybko zaśnie.
Rei Bothwell 🌃💊
[Hej, dzień dobry! Dziękuję za bardzo miłe powitanie na blogu!
OdpowiedzUsuńDziałałam na opisanej przez Ciebie zasadzie - wpuścić mu do życia na łamach Nowego Jorku kogoś, kto mu zatrzęsie tą naukową rutyną i doprowadzi do wstrząsu poznawczego XD
Bardzo też lubię nieco wulgarny, za to bardzo dosadny opis Twojego pana już od pierwszego akapitu, ale to też przez to, że mam słabość do takich temperamentnych typów ♡ Niech Wam również nie brakuje weny oraz czasu na pisanie!]
doktor Ed & Luca
Rei przyjęła szklankę obiema dłońmi, choć zrobiła to głównie dlatego, że palce jej trochę drżały i nie ufała im na tyle, by ryzykować elegancki wypadek z wodą w apartamencie, w którym, jak właśnie została poinformowana, bałagan nie był mile widziany.
OdpowiedzUsuń— Dziękuję — powiedziała cicho, unosząc szklankę do ust, aby połknąć każdą z tabletek. Woda była chłodna i tak czysta w smaku, że przez chwilę Rei poczuła się absurdalnie świadoma własnego ściśniętego gardła i kwaśnego posmaku po wymiotach.
Nie odpowiedziała od razu, gdy Tanner tak sprawnie wytknął, że idąc w kontrze do tego, co z siebie wyrzuciła, mieszkanie na Queens to przejaw braku ambicji. W normalnych warunkach pewnie obróciłaby jego słowa w żart, odparła, że mieszkanie wysoko wcale nie było grzechem, ale ludziom mieszkającym tak blisko chmur zdarzało się zapominać, że chodniki też istnieją. Wyjaśniłaby, że nie miała na myśli pieniędzy jako takich, tylko ten szczególny rodzaj architektonicznej pychy, która kazała ludziom odcinać się od miasta i udawać, że świat poniżej jest brudny. Powiedziałaby, że bałagan nie zawsze oznacza brak szacunku do rzeczy. Czasem oznaczał po prostu życie, choć zapewne i to zostałoby źle zrozumiane.
Mimo wszystko jednak zajmowała jego kanapę w koszulce ze spranym napisem Live long and prosper, z torbą przy nogach, lekami i gorączką pod skórą. Skoro zdołała tutaj dotrzeć i nie rzucić się z wieżowca, to równie dobrze mogła się odezwać, bo akurat ambicji jej nie brakowało.
— Nie chciałam pana obrazić — odezwała się w końcu, obserwując szklankę w swoich dłoniach. — Wiem, że to brzmi jak początek bardzo słabej obrony, po której zaraz padnie coś jeszcze gorszego, ale… naprawdę nie chciałam.
Przesunęła kciukiem po chłodnym szkle. To mieszkanie nadal ją onieśmielało. Nie dlatego, że było drogie, choć oczywiście było. I nikt nie musiał być rzeczoznawcą, żeby zrozumieć, że ta przestrzeń kosztowała więcej, niż większość zarabiała przez lata. Ale pieniądze same w sobie nie były tym, co najbardziej ją uwierało. Rei znała bogate osoby. Była córką architekta, który projektował rzeczy dla ludzi z nazwiskami, kontami i gustem. Sama też nie była biedną dziewczyną z torbą na ramieniu. Chodziło raczej o kontrast.
— Queens nie jest brakiem ambicji. Kupiłam je sama, gdy zaczęłam zarabiać z książek — powiedziała ciszej. — No i… skoro Queens nie jest brakiem ambicji, to to mieszkanie nie musi być jej pokazem. Wiem. Ma pan rację. — Dopiła wodę. — Po prostu… tutaj wszystko wygląda tak, jakby do siebie idealnie pasowało, a ja dzisiaj nie pasuję nigdzie. I jasne, możemy stwierdzić, że moja obecność to wynik pańskiego współczucia i tak naprawdę wcale nie powinnam tutaj być, i że nie ma pan ochoty tego wysłuchiwać, bo nie interesuje pana to, co mam w głowie. I, oczywiście, bardzo słusznie… tak... mówiłam, że to zły pomysł.
Nie zamierzała tego powiedzieć głośno. To wszystko wyszło z niej samoistnie, ciche i zbyt prawdziwe, zanim zdołała przykryć je jakimś głupim żartem.
— To nie była krytyka pańskiego mieszkania — dodała szybko. — Raczej moja nieudana próba poradzenia sobie z tym, że siedzę w miejscu, w którym nie powinnam być, z facetem, którego wplątałam w bycie moją niańką, a który już ma córkę. Czasem naprawdę nienawidzę wszechświata.
Gdy wspomniał o sypialni, Rei poczuła, jak lekko się spina. Wiedziała, że nie przywiózł jej tu, żeby posadzić ją na kanapie i obserwować jak eksponat. Była pewna, że Tanner Morgan, który jadał pięć posiłków dziennie i ograniczał słodycze, ma też swoją rutynę snu, którą zapewne teraz zaburzyła. Kiwnęła lekko głową, ale Morgan poinformował ją, że musiał jutro o czternastej odebrać córkę.
— Oczywiście — odpowiedziała szybko. — Do czternastej mnie tu nie będzie.
Podniosła wzrok w jego stronę, jakby chciała, żeby to zdanie zabrzmiało absolutnie pewnie. Jak obietnica. Jak gwarancja, że po tej nocy już nigdy nie będzie musiał jej niańczyć. Uśmiechnęła się lekko i podniosła z miejsca.
Usuń— Będę najcichszym, najbardziej nawodnionym i najmniej obecnym gościem w historii tego apartamentu — dodała. Odstawiła szklankę, pilnując, żeby nie zostawić mokrego śladu, bo nagle świadomość jego podejścia do porządku sprawiła, że zaczęła zachowywać się jak ktoś w muzeum, w którym niczego nie należało dotykać. — I proszę się nie martwić. Nie zrobię bałaganu.
Gdy Tanner wskazał jej sypialnię, podziękowała krótko. Pokój był przestronny, jasny nawet nocą, bo za ogromnymi oknami rozciągał się widok na Dolny Manhattan; tysiące świateł zawieszonych w ciemności, nieruchomych i migoczących zarazem. Łóżko było duże, nienagannie pościelone, a gdy Rei się położyła, odetchnęła cicho. Zamknęła oczy, próbując zasnąć, ale sen… nie przychodził. Nic nowego. Bezsenność była kolejną rzeczą, z którą się mierzyła, a z którą nauczyła się żyć. Przekręciła się na drugi bok, potem na plecy i znowu na bok. Kołdra była za ciepła, więc ją zsunęła. Po chwili zrobiło jej się zimno, więc naciągnęła ją z powrotem. Gardło nadal miała suche, choć mniej piekące. Mdłości trochę odpuściły, ale żołądek wciąż wydawał się wrażliwy. Gorączka nie była już tak ostra, przynajmniej tak jej się wydawało, ale zostawiła po sobie ten dziwny, rozgrzany ciężar pod skórą. Rei czuła każdy punkt własnego ciała: miejsce, gdzie proteza otarła skórę po całym wieczorze, napięcie w karku, ból głowy, pulsujący gdzieś głębiej niepokój, którego tabletka przeciwgorączkowa nie mogła wyciszyć. Za drzwiami było cicho. Tanner gdzieś tam był. To również nie pomagało.
Rei odsunęła kołdrę gwałtowniej, niż zamierzała, i usiadła na łóżku. Przez chwilę siedziała nieruchomo, oddychając ciężko. Dlaczego w ogóle pomyślała sobie, że będzie w stanie tutaj zasnąć? Co myślała Reilynn Bothwell, nie kłócąc się z Tannerem o tę absurdalną nockę w luksusowym apartamencie? To tak jakby wpuścić do domu dzikiego kota i oczekiwać, że od razu będzie umiał korzystać z kuwety.
Sięgnęła więc po laptopa i podłączyła ładowarkę. Ułożyła poduszkę za plecami, wsunęła nogę pod kołdrę, a kikut ostrożnie ułożyła tak, żeby nic nie uciskało zaczerwienionej po dzisiejszym wieczorem skóry. Proteza stała oparta o ścianę przy łóżku – Rei długo myślała, czy ją ściągnąć, ale jak niby miała leżeć w łóżku z czymś metalowym? Otworzyła Worda, wzięła głębszy oddech i zaczęła pisać rozdział. Nie wiedziała, ile minęło, ale napisała naprawdę sporo, bo ostatecznie doprowadziła do momentu, w którym dwójka bohaterów miała się zbliżyć. I wtedy się zatrzymała. Palce zawisły nad klawiaturą, kursor migał bezczelnie, a Rei patrzyła w ekran z miną osoby, która właśnie zdała sobie sprawę, że nie wie, co dalej.
Ostatecznie zrobiła to, co zawsze, czyli otworzyła przeglądarkę, weszła w tryb incognito i zaczęła kilkać w strony dla dorosłych. To nie był pierwszy raz, gdy korzystała z takich filmów, aby dodać pikanterii scenom, które rozpisywała. Jak inaczej miałaby takie coś napisać, skoro jej jedynym doświadczeniem w damsko-męskich relacjach był buziak w usta, który przypominał całowanie karpia pokrytego mułem?
Kliknęła pierwszy film, który wyglądał wystarczająco neutralnie, po czym natychmiast skrzywiła się, bo miniatura okazała się rażącym kłamstwem marketingowym. Zamknęła kartę. Kliknęła inny – też nie. Trzeci filmik wydawał się bardziej obiecujący, przynajmniej do chwili, gdy w tytule pojawiło się tyle wykrzykników, że Rei straciła zaufanie do całej produkcji, ale to wystarczyło, aby spróbowała ustawić się w pozycji, w której była aktorka – jedna ręka w tę stronę, druga w inną… sapnęła cicho, nie mając pojęcia, co zrobić z nogą i jak wciągnąć tak brzuch, żeby wyglądał ładnie.
Spróbowała poprawić swoją pozycję. Najpierw przesunęła poduszkę za plecy, potem laptop oparła trochę wyżej i przechyliła się w bok. Kikut ułożyła ostrożnie, tak żeby nie podrażnić skóry, a jedyną nogę zgięła pod kołdrą. Rei nawet nie zdążyła zrozumieć, co się dzieje, zanim w nowej karcie automatycznie uruchomił się kolejny film. Z dźwiękiem. Z laptopa rozległ się przeciągły, teatralny jęk, potem kolejny, a zaraz po nim męski głos wypowiadający coś tak bezwstydnie pewnego siebie, że Rei spanikowała.
Usuń— Nie! — syknęła natychmiast. — Nie, nie, nie, nie, nie!
Rzuciła się do laptopa, ale ponieważ była już ustawiona pod dziwnym kątem, z jedną poduszką za plecami, drugą pod łokciem i splątaną kołdrą, wcale nie było to takie łatwe.
— O Boże, niech ktoś zdelegalizuje internet — wydusiła, próbując jednocześnie nie upuścić komputera, nie strącić wody i nie skręcić się w sposób, który wymagałby interwencji w szpitalu.
Film grał dalej. Aktorka najwyraźniej była bardzo zaangażowana w swoją pracę i nie miała zamiaru milknąć tylko dlatego, że Reilynn Bothwell przeżywała kryzys literacko-moralny w cudzym łóżku. Wychyliła się jeszcze bardziej, palcami niemal dotykając laptopa, ale wtedy straciła równowagę i obiła się o podłogę.
I wtedy to usłyszała; ten charakterystyczny dźwięk, gdy ktoś wchodził do pokoju. Chciała zapaść się w pościel. Najlepiej bardzo głęboko. Do fundamentów budynku albo do jądra ziemi. Gdziekolwiek, byle nie być w sypialni Tannera Morgana. Wyglądała tragicznie. Leżała częściowo na boku, częściowo na brzuchu, z jedną ręką wyciągniętą w stronę łóżka. Druga dłoń tkwiła wplątana w kołdrę, którą w panice ściągnęła za sobą i która teraz owijała ją od bioder w dół z bezwzględnością bardzo luksusowego węża. Koszulka z napisem Live long and prosper podwinęła się jej przy plecach i z jednej strony zsunęła z ramienia, odsłaniając rozgrzaną, bladą skórę i cienką linię kręgosłupa. Spodnie od piżamy przekręciły się krzywo na biodrach, jedna nogawka podjechała wyżej, a włosy przykleiły się do policzka, skroni i ust. Jej twarz płonęła. Częściowo od lekkiej już teraz gorączki, częściowo od wysiłku, a częściowo od tak potężnego zażenowania, że gdyby dało się je przekuć w energię, zasiliłoby Dolny Manhattan na tydzień.
— Proszę… — zaczęła, ale urwała. Spróbowała się podnieść, ale kołdra zacisnęła się wokół niej jeszcze bardziej, a kobieta z filmiku, która najwyraźniej była bardzo zadowolona z tego, że jest związana i trzymana za szyję, znów jęknęła, tym razem niemal wykonując serenadę. — Chcę umrzeć…
Ostatecznie Rei po prostu się poddała, oparła czoło o materac i zacisnęła mocno oczy, chcąc zniknąć.
Rei Bothwell ✍️🫣
Tamsin nie wiedziała do końca, dlaczego została wiolonczelistką. Właściwie nie stała za tym żadna głębsza myśl, wiara w przekonania, czy skrupulatnie zaplanowana strategia. Zaczęła grać w wieku pięciu lat, kiedy ojciec przyniósł do domu tanią, fabryczną wiolonczelę z plastikowym smyczkiem. Lekcje miała raz na kilka tygodni, bo rodziców nie było stać na większą częstotliwość, za to matka Tamsin była obecna na każdej z nich i skrupulatnie zapisywała wszystkie uwagi przekonana, że odpowiednią ilością ćwiczeń zdołają ukryć brak środków. O dziwo się udało – młoda Passalis dostała się do szkoły muzycznej na wymarzony instrument, chociaż wtedy nie wiedziała, czy to rzeczywiście jest jej marzenie, czy raczej marzenie jej rodziców, wszelkie budżetowe nadwyżki, wkładających w jej edukację. Nawet, jeśli owe marzenie było wspólne, to dzisiaj to Tamsin nie przeszkadzało – już po dwóch latach zawodowego kształcenia udało jej się zdobyć stypendium, które pokrywało podstawowe koszta. Dobrze zbiegło się to w czasie, bo w tym samym roku zmarł jej ojciec, więc matka została jedyną żywicielką rodziny i chociaż była sprytną, pracowitą kobietą, to Tammy wiedziała, że bywało ciężko.
OdpowiedzUsuńĆwiczyła dużo i długo, po latach śmiejąc się, że robiła to dlatego, że przez ciągłe przeprowadzki nie miała znajomych, z którymi mogłaby spędzać czas; innym razem mówiła, że grała tyle, bo jej mama nie była zwolenniczką telewizji, a miały jeden komputer, który odpalony brzmiał, jakby za oknem startował helikopter. Telewizora zwyczajnie nie miały, bo nie wchodził do samochodu z ich rzeczami, a zasada była prosta – mogą mieć tylko tyle rzeczy, ile są w stanie pomieścić w aucie, w którym prócz nich, musiała zmieścić się wiolonczela, zajmująca całe przednie miejsce pasażera. Prawda była taka, że Tamsin upatrywała we własnym talencie i ciężkiej pracy szansę na to, by żyć inaczej.
Jako dziecko była uznawana za małego wirtuoza, ale takich było wiele – jedni z lepszym, inni z gorszym marketingiem i zapleczem. W wieku kilkunastu lat miała nadzieję na karierę solową; grała w kilku ambasadach, jeździłą na międzynarodowe kursy i konkursy, świat stał przed nią otworem i była gotowa na jego podbój do momentu, gdy małżeństwo nie zatrzymało jej w Nowym Jorku. Trochę przez swoją naiwność, trochę przez wiecznie niesprzyjające warunki, przespała moment, który mógłby jej pozwolić na zostanie solistką, jednak z perspektywy czasu wcale tego nie żałowała. Wówczas może i zwiedziłaby cały świat, ale nie odkryłaby jednocześnie, jak dużo znaczy dla niej siedzenie w jednym miejscu, zapuszczanie korzeni i posiadanie wokół ludzi, których mogłaby nazwać przyjaciółmi, czy dobrymi znajomymi.
Tak, jak Tanner miał silną psychikę do przeglądania akt, od których Tamsin pewnie byłoby słabo, tak sama Passalis miała całkiem niezłe umiejętności przetrwania i dostosowywania się do wszelkich warunków. Była jak połączenie kameleona i Elastyny, mogącej się pomieścić w słoiku i w swojej naturze całe szczęście nie miała malkontenctwa, bo chociaż czasami popsioczyła na czym świat stoi, to w rzeczywistości nigdy nie narzekała na poważne. Tak, jak Tanner uczył się rozwiązywać zaistniałe problemy, tak Tamsin nie łudziła się, że jest w stanie sprostać każdemu – grała tymi kartami, które dostała, za wszelką cenę próbując utrzymać się przy stoliku.
— Tylko pozwól jej przebrać się za księżniczkę… Myślę, że Central Park będzie się aż roił od małych Els, Merid Walecznych, czy Mulan — nie wątpiła, że mała Amber miała więcej, niż jedną, odpowiednią na ten dzień, kreację. Sama widziała ją przynajmniej w dwóch i o ile z nich nie wyrosła w przeciągu ostatnich tygodni, to nadawały się w sam raz. Poza tym, zobaczenie Tannera ciągniętego przez siedmiolatkę w balowej sukni, rękawiczkach i z jakimś kwiatkiem we włosach, musiało być pysznym widokiem.
Zmrużyła lekko oczy, słysząc, jak Tanner zaczyna kręcić nosem na jej namawianie, bez namawiania. Prawda była taka, że doskonale potrafiła się bawić na takich imprezach sama w swoim towarzystwie, aczkolwiek obecność Morgana byłaby zwyczajnie jej miła. W końcu nie przy każdym, zwłaszcza z tej konkretnej grupy społecznej, czuła się na tyle swobodnie, by pytać na jakiej wysokości latają ptaki, ot, bez cienia wstydu z własnej niewiedzy.
UsuńSkoro jednak Morgan zdecydował się targować, nie mogła pozostać na to obojętna.
— Jak będziesz miły, to może nawet zatańczę z tobą więcej razy, ale… — zawiesiła głos, przez chwilę zastanawiając się, co mogłaby dołożyć do swojej oferty. Wyszło to nieco teatralnie, można byłoby się pokusić o stwierdzenie, że nawet dramatycznie, kiedy dołożyła palec wskazujący do brody i uderzyła nim kilka razy w geście zamyślenia. — Ale po mnie przyjedziesz i mnie odwieziesz — nie było nic za darmo i oboje to wiedzieli. Tanner sam dobrze wiedział, że gdyby poprosił ją do tańca na jubileuszu, to Tamsin z całą pewnością by zgodziła; sama Passalis domyślała się też, że tak, czy inaczej, zaproponowałby jej podwózkę. Przyjemnie było jednak się potargować.
— Nie byłam w Pier Sixty od czasu ich remontu, więc nie wiem, czy warto, ale widok na rzekę Hudson pewnie nadal jest świetny… Jeśli będzie nudno, będziemy mogli się nim nacieszyć, a w najgorszym wypadku uciec wpław — zaśmiała pod nosem, bo tego typu imprezy potrafiły budzić w ludziach najgorsze instynkty, łącznie z tym tyczącym się ucieczki.
Tamsin Passalis 🏊🕺
OdpowiedzUsuńTamsin nie miała dzieci i nic w jej życiu nie wskazywało na to, by miała je kiedykolwiek mieć. Nie czuła się osobą, która powinna była w jakikolwiek oceniać sposób wychowywania małoletnich – wiedziała, że jej samej to, co dostała w dzieciństwie nie wystarczało i nie było dla niej do końca odpowiednie. Brak stabilności, rutyny, czy prozaicznego swojego miejsca doprowadził do tego, że gdy ktoś pytał ją, skąd właściwie jest, nie umiała jednoznacznie odpowiedzieć. Teoretycznie była z Wirginii, bo tam przyszła na świat, ale do szesnastego roku życia mieszkała jeszcze w trzech innych stanach, kilku różnych miejscowościach i w żadnym domu nie zagrzały z matką miejsca dłużej, niż rok. Osiem lat tułaczki, bo tyle trwał najbardziej intensywny okres, dla tak młodej dziewczyny, to było za wiele i Tammy, chociaż nie była matką wiedziała, że jeśli kiedykolwiek nią zostanie, to uwije gniazdo i będzie w nim siedzieć, nawet kosztem własnej kariery.
Gdyby kiedykolwiek przyszło jej wychowywać małego człowieka, to pewnie podejście miałaby podobne do Tannera – nic na siłę, ale z pokazaniem wszelkich możliwości. Można było powiedzieć, że w obecnej chwili miała tego swojego rodzaju przedsmak i to wcale nie przy obserwowaniu Amber. Noah – kukułcze jajo, które samo znalazło się w jej prywatnym gniazdku, był chłopakiem, któremu próbowała wskazać kierunek. Tyle tylko, że był już w pewien sposób samoistnie uformowany, noszący własne przekonania i uprzedzenia, nie zawsze zgodne z tym, co myślała sama Passalis. Syn sąsiadki, za którego czuła się odpowiedzialna, chociaż nie miała do tego podstaw, bo z samą kobietą łączyły ją jedynie nieprzyjemne incydenty. Problem Tammy polegał jednak na tym, że sama była kiedyś zagubioną nastolatką, która potrzebowała pomocnej dłoni dorosłego i dostała ją, ale nie od odpowiedniej osoby. Nie mogła więc przejść obok chłopaka obojętnie, jednocześnie nie mogąc też ingerować za bardzo, co czyniło całą sytuację jedynie trudniejszą i delikatną do tego stopnia, że niekiedy miała wrażenie, że stąpa po cienkim lodzie, gotowym pęknąć pod ciężarem niektórych słów. Dlatego czasami jedynie była obok – gotowa pomóc, wysłuchać, dosłownie przyjąć pod swój dach, gdy zachodziła taka potrzeba.
— Ja i cała orkiestra. Faceci w rajtuzach, dziewczyny w gorsetach i falbankach… Jakby to wyglądało, gdyby był to piknik księżniczek, a występujący ubraliby się jak na pogrzeb? — spytała, lekko unosząc brew ku górze. Chociaż takie projekty wymagały od niej więcej zachodu, niż wyjęcie jednej z wielu czarnych, eleganckich sukni, to szczerze je lubiła. Nie chodziło o same przebieranki, chociaż te były przyjemną odskocznią, a o wdzięczną, przyjemną widownię i pewien rodzaj poczucia przynależności do społeczeństwa. Orkiestra nie grała za darmo, jak żaden z trzech zespołów występujących tego dnia, jednak pieniądze były niewielkie, więc nie tylko dla nich to robili – Tamsin w swojej sytuacji finansowej właściwie wcale nie musiała grać nigdzie poza MET, a jednak to robiła. Gdyby sama miała siedem lat i ktoś zabrałby ją na taką imprezę, to chociaż stała po stronie wdrapywania się na drzewa i zdartych kolan, i tak byłaby zachwycona.
La cygne. Jeden z utworów, które większość wiolonczelistów znała na pamięć a mimo to, ilekroć grany był gdzieś Karnawał zwierząt to każdy zabijał się o tę partię. Technicznie przyjemne, można byłoby powiedzieć, że niezbyt trudne, ale przez melodramatyczny wydźwięk trudne do trzymania emocji na wodzy. Tamsin uwielbiała takie utwory; muzyka współczesna była często wyzwaniem ze względu na stosowane techniki, wplatanie jazzowych standardów, czy trudne do rozgryzienia rytmy, za to romantyczna…. Dla Tammy, usilnei próbującej pozbyć się łatki artystki, była to czysta pożywka dla duszy. Uśmiechnęła się lekko, znacznie subtelniej, niż zazwyczaj, wzrok wlepiając w stojący pod ścianą futerał z instrumentem.
— Możesz mi akompaniować? Łabędź bez wody daleko nie popłynie… — wciąż nie patrząc na Tannera, wyciągnęła z kieszeni spodni telefon, gdy ten tylko zawibrował. Rzuciła okiem na przypomnienie, które brutalnie ściągnęło ją na ziemię, nie pozwalając nawet na chwilę zatopić się we własnych myślach.
Usuń— Opowiem ci kiedyś ciekawostki związane z tym utworem, ale muszę uciekać na próbę, bo inaczej nici z księżniczkowych występów. Zostawię ci to… — ruchem ręki omiotła biżuterię, samym tym gestem pokazując, jak niewielkie miała ona dla niej znaczenie. — Jeśli zdecydujesz się to odkupić to super, jeśli nie, to prześlij mi proszę wycenę, żebym nie dała się naciągnąć… Tobie ufam — wiedziała, ile szacunkowo powinna była dostać za to, co leżało na stole, ale bardziej od samego zarobku zależało jej na dobrym kontakcie z Tannerem, a gdy w grę wchodziły pieniądze, ludzie potrafili być bardzo różni. Dlatego była ostrożna i możliwie powściągliwa, by przypadkiem ani on nie odczuł presji, ani ona sama nie wyszła na desperatkę, chociaż nie sądziła, by Morgan miał o niej takie zdanie.
Związała włosy w niedbałego koka, pewnie chwyciła futerał, zakładając go na plecy jeszcze w ruchu, poprawiła szerokie paski i chwyciła za torebkę. Doskonale pamiętała, gdy jako dziecko chodziła z futerałem na plecach i szkolnym plecakiem z przodu – futerał był wtedy cięższy, plecak wyładowany książkami, a ona przekonana, że tak musiałaby się czuć żółwica w ciąży, gdyby była ssakiem. Pożegnałą się z Tannerem krótko, szybkim buziakiem w policzek niemal w drzwiach, bo chociaż nigdy nie spóźniała się na próby, to miała poczucie wiecznego niedoczasu. No i planowała jeszcze cokolwiek zjeść przed tym, jak następne cztery godziny spędzi w pracy, po której prawdopodobnie jedyne, o czym będzie marzyła to ciepły prysznic i lampka wina, której i tak nie będzie mogła wypić, dopóki nie zrobi opracowania smyczkowania i palcowania na następny dzień.
W trakcie jednej z przerw na wodę i toaletę wysłała Tannerowi link do wydarzenia i do nut akompaniamentu, bo chociaż obie te rzeczy mógł znaleźć bez problemu
Następne kilka dni było dla Passalis intensywne. Próby orkiestry, indywidualne ćwiczenie partii i zwykła codzienność dawały jej popalić, prawie tak mocno, jak lejący się z nieba żar. Starała się za wszelką cenę nie rozchorować, kiedy cała zgrzana wpadała na próbę w klimatyzowanej sali, na przemian owijając się szalem, to znowu go ściągając po utworach, w których miała więcej grania. Z ulgą przywitała dzień występu, dzień wcześniej odbierając poprawioną sukienkę, z którą wpadła do namiotu dla obsługi przedsięwzięcia, który dzielili z innymi artystami, ochroną i całą resztą ludzi zatrudnionych przy wydarzeniu. Nie były to warunki marzeń, ale nikt nie narzekał – nieraz w końcu chowali futerały pod sceną, bo organizatorzy wydarzeń nie przewidzieli, że na scenie nie ma na nie miejsca a garderoba nie jest jedynie wymysłem zblazowanych artystów. Tamsin zdarzało się przebierać za kocem, albo jechać przez metrem w wieczorowej sukience, więc rozłożony namiot z kilkoma długimi ławami, był czymś może niezbyt luksusowym, ale pozwalającym na to, że nie musiała przebijać się przez miasto, wyglądając jakby szła na bal przebierańców.
— Powinniśmy wchodzić za piętnaście minut, więc sprawdźcie czy stroicie, czterysta czterdzieści… Dostroimy się na scenie, ale nie chcę wpadek z kołkami. Wiem, że jest ciepło, więc w razie potrzeby w połowie zobaczymy, czy nic nie puszcza. Patrzcie na mnie — powiedział dyrygent, a wśród muzyków rozszedł się cichy pomruk niezadowolenia. Byli profesjonalistami, nie potrzebowali takich uwag, jednak dyrygent wydawał się niewzruszony ich nastawieniem. Sam pracował w zawodzie od lat, o czym świadczyły nie tylko długie, siwe włosy, ale właśnie to, że nic nie pozostawiał przypadkowi. Passalis, chociaż zamruczała tak, jak koledzy, posłuchała prośby i na scenę wyszła z pewnością, że wszystko było na swoim miejscu, łącznie ze skrupulatnie ściągniętym gorsetem, który tuż przed wyjściem poprawiła jej koleżanka.
Tak, jak zapowiedziała Tamsin, przebrana była cała orkiestra, ale jedynie wokaliści byli w strojach postaci z bajek. Sukienka wypożyczona wprost z “Upiora w operze” może i nie nie należała do księżniczki, ale Tamsin miała spory kłopot ze znalezieniem czegoś na swój wzrost i czegoś, co wyglądałoby dobrze bez stelaży, czy innych tworów ograniczających ruch.
UsuńZanim usiadła, próbowała jeszcze odnaleźć kogoś znajomego w tłumie – robiła tak zawsze przed występem, jednak zazwyczaj nie była w stanie znaleźć nikogo. Słuchacze mieszali się w jedną, niemal jednolitą całość, tworząc kolaż z kolorowych plam. W tym czasie jej koleżanka przypięła im nuty do pulpitu, a kiedy zajęły miejsca, lekko trąciła ją w łokieć.
— Hm? — odwróciła w jej stronę głowę, kątem oka dostrzegając idącego dyrygenta. Wszyscy wstali, zaczekali aż mężczyzna się ukłoni, po czym usiedli i sprawdzili strojenie, bo chociaż koncert był skierowany głównie do małoletniej publiczności, piknik był pogodny i radosny, a wszyscy na scenie uśmiechali się szeroko, to pewnych rytuałów nikt z nich nie chciał pomijać. Były to ostatnie momenty względnej ciszy tuż przed tym, jak dźwiękowa maszyna, złożona z kilkudziesięciu ludzi i instrumentów, zaczynała działać.
Tamsin Passalis 🧺🎶
Rei przez chwilę patrzyła w jego stronę z dołu, całkowicie nieruchoma. Czuła, jak jej godność właśnie w tym momencie wyskoczyła przez okno, spadła kilkadziesiąt pięter niżej i prawdopodobnie właśnie leżała gdzieś na chodniku. I może zniosłaby to jakoś lepiej, gdyby nie fakt, że Tanner wpadł do pokoju w wydaniu roznegliżowanym, a to wcale, a wcale nie pomagało. I nie chodziło o to, że Rei nie znała ludzkiej anatomii, bo znała, i to dość dobrze, ale nigdy wcześniej nie była nawet o krok od sytuacji, w której prawdziwy mężczyzna prezentował przed nią swoją klatkę piersiową – i najgorsze było to, że robił to teraz, kiedy ona wyglądała jak kupka nieszczęścia zawinięta w kołdrę jak bardzo niewymiarowy prezent. No i, najwyraźniej wszechświat uznał, że sama pornografia to za mało i należy jeszcze dodać półnagiego Tannera Morgana, żeby jej życie zaczęło przypominać komedię. Co jeszcze? Poślizgnie się na skórce od banana?
OdpowiedzUsuńSpróbowała się podnieść, ale kołdra natychmiast udowodniła, że nie zamierza pozwolić jej odzyskać pozycji pionowej bez walki. Rei szarpnęła ją jedną ręką, drugą próbując poprawić koszulkę. Spodziewała się, co mógł sobie pomyśleć o tym wszystkim Tanner, i wcale mu się nie dziwiła, tylko że Rei wcale nie robiła sobie dobrze, nawet o tym nie myślała! To było czysto naukowe oglądanie filmów dla dorosłych, aby móc napisać naprawdę dobrą scenę seksu.
Dopiero po chwili udało jej się podciągnąć wyżej na łokciu. Włosy ozdobiły jej czoło i połaskotały w oczy, więc odgarnęła je gwałtownie z twarzy, odsłaniając policzki tak czerwone, że Rei mogłaby zostać pomylona z pomidorem.
— Cicho bądź! — Słysząc komentarz Tannera, jęknęła z zażenowaniem, schwyciła poduszkę i rzuciła w jego stronę, żeby po pierwsze, najlepiej w ogóle nic nie mówił, a w ogóle to, żeby się tą poduszką zakrył, a po drugie, żeby zrobić cokolwiek, aby odzyskać kontrolę. Dopiero chwilę później uświadomiła sobie, że zaatakowała Morgana i przez moment zaciskała usta w wąską linię, zastanawiając się, czy zaraz dostanie reprymendę za rzucanie pierzem. Poza tym zwróciła się do niego całkowicie nieoficjalnie, więc naruszyła jakąś niepisaną zasadę o tym, że mówią do siebie tak, jakby zmniejszenie dystansu miało zabić.
— To nie było… — zaczęła, ale urwała. To nie było to, na co wyglądało? Było, niestety. — Okej. To było to, na co wyglądało, ale nie w tym znaczeniu, które pan prawdopodobnie właśnie sobie wywnioskował.
Podciągnęła się bardziej, próbując jakoś wejść do łóżka. Zaparła się stopą, przytrzymała ręką kołdrę, aby zasłonić kikuta – nie chciała gorszyć tym widokiem Tannera Morgana, zapewne głupio myśląc o tym, że uzna jej nogę, a raczej jej część, za coś obrzydliwego. Piętnastoletnia Rei by się z tym stwierdzeniem zgodziła – i właśnie wtedy ją olśniło. Może to, jak się czuła w tym luksusowym apartamencie, widząc wszystko z tak odległej perspektywy, wchodząc w świat, do którego nie pasowała, było zdeterminowane jej myśleniem o samej sobie. Ładne rzeczy nie powinny znajdować się w jej rękach, bo albo je zniszczy, albo gdzieś zapodzieje. Nie powinna też w ogóle próbować zaprzyjaźnić się z Tannerem Morganem, bo ewidentnie jej to nie wychodziło. Do trzech razy sztuka, prawda? Próbowała z pączkiem, jedzeniem, kawą, potem kupnem biżuterii i koncertem – i co z tego miała? Załamanie nerwowe numer 939348349, bo niezależnie od tego, czego próbowała, już pomijając całą tę sytuację z Tannerem, to zawsze musiało się to wiązać z jakąś katastrofą. Wtedy Rei pomyślała, że może właśnie dlatego jeszcze żyje; może wszechświat ma ubaw, obserwując, jak próbuje przetrwać.
Wyłączyła w końcu ten przeklęty filmik, zamknęła gwałtownie laptopa i przez moment milczała. Było jej wstyd, czuła, że zaraz umrze z zażenowania – jak mogło jej się coś takiego przytrafić?
— To był research — wyrzuciła z siebie. — Pisałam intymną scenę i utknęłam… szukałam, nie wiem?, inspiracji. — Słowo inspiracja zabrzmiało tak żałośnie, że Rei natychmiast zapragnęła cofnąć czas i zastąpić je czymkolwiek innym. — Nie takiej inspiracji — dodała szybko, unosząc rękę w jakimś dziwnym geście. — To znaczy… Boże. Nie.
UsuńI wtedy popełniła kolejny błąd. Spojrzała w stronę Tannera Morgana i przez chwilę jej mózg po prostu się zawiesił. Wilgotne włosy, nagie ramiona, dresowe spodnie – gdyby się przyjrzała, może zauważyłaby zarys czegoś, tak jak w tych wszystkich filmikach, podczas których facet ćwiczył w sportowym wydaniu, pokazując to i owo, robiąc to, oczywiście, bardzo świadomie. Rei przełknęła ślinę i wyrzuciła z siebie bezmyślnie:
— Niech pan się nie rozprasza faktem, że nie ma pan koszulki. — Mrugnęła, a potem zaśmiała się nerwowo. — Ja... ja miałam się nie rozpraszać. Nie pan. Pan zapewne doskonale wie, że nie ma koszulki. To jest pańska koszulka, więc pański brak koszulki to pańska wola, bo wszyscy mamy wolną wolę… to… Chodziło mi o to, że to nie było… — urwała i znowu odetchnęła, próbując brzmieć jak człowiek rozumny, a nie małpa. — Nie robiłam nic niestosownego w pana łóżku. To znaczy, nie żeby… Nie.
Przycisnęła palce do czoła, a potem natychmiast je zabrała, jakby denerwowało ją to, że znalazła się w tej sytuacji i nie umiała sobie z tym poradzić.
— Pisałam. Naprawdę pisałam… — zawahała się. Spojrzała w stronę zamkniętego laptopa, jakby sprzęt był winien wszystkiemu, co się wydarzyło. — I próbowałam sprawdzić, jak wygląda ułożenie ciała, żeby nie napisać czegoś, co będzie anatomicznie niemożliwe. Jasne, mam wyobraźnie, mogę to sobie wyobrazić, mam też za sobą jeden tragiczny pocałunek z człowiekiem, który całował jak karp znaleziony w mule. Co, przyznaję, nie jest fundamentem pod wiarygodną scenę seksu. — Było za późno, żeby cofnąć swoje słowa, te o rybie także, więc Rei wydusiła z siebie po prostu: — Przepraszam za to, że pana obudziłam. Albo zaniepokoiłam. Albo jedno i drugie. Nie wiem, co gorsze.
Rei Bothwell 🐟
Na zdjęcie czeku niekoniecznie liczyła, chociaż musiała przyznać, że była to miła niespodzianka. Nie oczekiwała, że Tanner zajmie się całym procesem, ale jego pomoc mogła śmiało skategoryzować jako jedną z tych nieocenionych – nie była pewna, czy wie, jak duży ciężar zdjął z jej barków. W oczach Passalis błyskotki te urosły do rozmiarów czworogłowego smoka, który ukryty w jej toaletce jedynie czekał, aż znowu otworzy pudełeczko ciekawa, czy coś się zmieniło. Tylko, że się nie zmieniało, a kamienie, jakkolwiek nie byłyby piękne, potrafiły rozszarpać nawet najlepszy dzień, tnąc diamentową tarczą, każde napotkane szczęście. A tego Tamsin w ostatnim czasie nie brakowało i chcąc zachować ten stan, robiła wszystko, byle nic nie zakłócało osiągniętego etapu.
OdpowiedzUsuńPieniędzy za biżuterię jednak nie wypłaciła, bo chociaż obiecywała sobie, że znajdzie na to chwilę, codzienność miała inne plany i to była właśnie jedna z rzeczy, która czyniła jej życie przyjemnym. Sprzedaż biżuterii, coś wciąż związanego z Carterem, nie stanowiło o jej rzeczywistym dobrobycie, uzależniając ją od swojej wartości. Wciąż miała za co zapłacić rachunki, jednocześnie utrzymując się z pasji, a to więcej, niż wiele osób mogłoby sobie wymarzyć. I chociaż mieszkała w starym budynku, na którego poddaszu każdego roku gołębie zakładały gniazda, miała bardzo różnych sąsiadów i czasami doskwierała jej samotność, to poczucie szczęście często do niej docierało. W końcu, jak mawiał jej ojciec: szczęśliwym można jedynie bywać, a nie być ciągle – więc bywała, najczęściej jak się tylko dało.
Tak było tego dnia. Włosy miała zaczesane do tyłu, mając je spięte ozdobną klamerką, eksponowała szczupłą szyję z prostym, aksamitnym chokerem z dużym, bogato oprawionym kamieniem centralnym. Była przekonana, że na Halloween właśnie takie były popularne, gdy ktoś próbował przebrać się za gnijącą pannę młodą, albo inną postać w bardziej wieczorowej kreacji w dawnym stylu. Sukienka odsłaniała linię obojczyków, opadając na ramiona warstwą miękkiego tiulu, który wystawał również tuż przy kostkach Tamsin. Całość była w kolorze złamanej bieli, wpadającej w ciepły beż, zdobiona złotymi nićmi i przeszyciami z jasnej, kremowej koronki i chociaż Tamsin była zadowolona z końcowego efektu, to dużo lepiej czuła się w swoich standardowych, czarnych kreacjach. Nie dawała tego po sobie poznać, usta układając w profesjonalny, lekki uśmiech, delikatnym drgnięciem zaznaczając każde wejście po pauzie, uważnie obserwując dyrygenta, ledwo łapiąc nuty wzrokiem.
Bardziej intensywne przygotowania trwały ledwie tydzień, ale partie były logiczne i powtarzalne, przynajmniej dla sekcji basowej, więc Tamsin znała już większość materiału na pamięć. Chociaż nie była najstarsza stażem, dostała miejsce w pierwszym pulpicie, za co podejrzewała, że była odpowiedzialna jej wcześniejsza znajomość z dyrygentem, z którym zrealizowali razem już nie jeden projekt. Znali się i chociaż dzieliła ich znacząca różnica wieku, to Andre wiedział, że na Tamsin można zwyczajnie liczyć i, że jeśli podejmuje się jakiegoś projektu, to zwyczajnie nie zawodzi.
Nie zawiodła i tym razem, tak samo, jak jej koledzy z zespołu. Po godzinie grania, całym segmencie piosenek z “Krainy Lodu”, ostatecznie skończyli na “Lód w lecie”, przy którym raczej już nikt specjalnie nie uważał, bo najlepsze już było. Nic jednak nie szkodziło – dokładnie na to byli przygotowani, jako atrakcja, do której można podejść, posłuchać przez chwilę i odejść z dzieckiem, jeśli to straci zainteresowanie a utwór na koniec nie był wybrany przypadkowo. Chcieli uniknąć bisów, bo wszystko mieli dokładnie wyliczone czasowo i to zwyczajnie mogłoby spowodować wydłużenie imprezy.
Amber zauważyła dopiero w połowie koncertu, kiedy miała typową dla partii wiolonczel partię, czyli powtarzające się w zapętleniu dźwięki. Puściła do dziewczynki oczko, niezbyt przekonana, czy to zauważyła – nie była nawet pewna, że była to ona, ale zgadzał się wybór kreacji, wielkość i wysokość kogoś, komu siedziała na baranach, ze wzrostem Tannera. Może brakowało mu do zawodowych graczy NBA, ale wciąż należał do tych, górujących nad innymi – szczególnie z siedmiolatką na plecach.
UsuńPo ukłonach i zejściu ze sceny potrzebowała chwili dla siebie. Ci, którzy postanowili zostać po koncercie na pikniku, zostali poproszeni o pozostanie w swoich przebraniach i chociaż Passalis marzyła o przebraniu się w coś lżejszego, to ostatecznie została w stroju, tylko włosy upięła w koka, żeby było jej chociaż trochę chłodniej.
— Ktoś pilnuje namiotu? Można tu zostawić rzeczy? — spytała ochroniarza, na to ten pokręcił przecząco głową.
— Nie bierzemy za to odpowiedzialności. Żeby wejść potrzebna jest przepustka, ale na pani miejscu nie zostawiałbym tu nic drogiego — powiedział barczysty mężczyzna, wyraźnie szukający chwili ochłody w promieniu działania jednego z wiatraków, podwieszonych pod sufitem.
Tamsin podziękowała za informację i westchnęła cicho. Za telefonem, może nawet portfelem, niekoniecznie by płakała, ale nie mogła zostawić instrumentu. Wiekowa wiolonczela lutnicza w stanie idealnym, bo dbała o nią bardziej, niż dbałaby o samochód (gdyby jakiś miała), była nie tylko narzędziem jej pracy, ale wierną przyjaciółką i chociaż mogło wydawać się to na swój sposób dziwne, to jej strata byłaby dla Passalis bliska uczuciu straty kogoś bliskiego. Dlatego, kiedy w końcu wyszła z namiotu, wciąż w eleganckiej sukni, na ramionach opierały jej się paski futerału, a w rękach trzymała sporej wielkości płócienną torbę ze swoimi rzeczami, których nie była w stanie upchnąć w kieszonkach obok instrumentu.
Znalezienie Amber i Tannera nie zajęło jej zbyt długo, chociaż do końca nie była przekonana, czy przyszli. W końcu Morgan mógł powiedzieć, że będą obecni, a życie okazałoby się życiem i zmieniło mu plany, i chociaż nie była zaskoczona, to udzielił jej się szczery entuzjazm dziewczynki, która niemal wpakowała jej się głową w brzuch, w geście powitania.
— Amber, jak ty pięknie wyglądasz! A jaką masz świetną fryzurę! Moja droga, szyk i klasa — uśmiechnęła się szeroko, odruchowo odgarniając dziewczynce kosmyk włosów, który prawdopodobnie wydostał się z upięcia podczas wylewnego przywitania. — Masz, tobie bardziej pasuje — powiedziała, podpinając włosy dziewczynki małą żabką z kryształkami, którą sobie odpięła.
— Jak wam się podobało? — spytała, dopiero teraz zwracając wzrok w stronę mężczyzny.
Tamsin Passalis 👸
Oczywiście, że się zaśmiał, a choć jego śmiech mógłby być nawet uroczy, to w tej sytuacji ani trochę nie określiłaby tego w ten sposób. Sytuacja była kuriozalna i zabawna, a Rei nie za bardzo wiedziała, co powinna teraz zrobić. Bo co takiego mogła? Nie wyskoczy przez okno, nie zniknie ot tak ani nie wybiegnie z mieszkania, bo ściągnęła protezę. Musiała więc jakoś w miarę godnie to wszystko przeczekać, a potem zapomnieć i nigdy więcej do tego nie wracać.
OdpowiedzUsuńNie musiał mówić, że właśnie wyszedł spod prysznica, bo ta informacja jeszcze bardziej namieszała jej w głowie. Rei przez chwilę wyobraziła sobie, jak Tanner stoi pod strumieniem wody, a ciepłe krople spływają po jego ciele, mieniąc się i rozluźniając mięśnie… Próbowała wyrzucić ten obrazek z głowy, bo akurat teraz nie potrzebowała dodatkowych problemów. Już i tak ledwo mogła się skupić.
Nie wiedziała, czy Tanner jej uwierzy, czy też nie, bo to zależało tylko od niego. Nie widział jednak, żeby grzebała sobie w majtkach, gdy tutaj wpadł, ba!, nawet nie dotknęła się jednym palcem, bo od razu próbowała wrócić do łóżka po tym żałosnym upadku, którego nie zaplanowała. Może powinna sobie odpuścić podobne akrobacje, skoro nie za bardzo umiała utrzymać równowagę?
— Teoretycznie każde łóżko w tym mieszkaniu należy do pana — mruknęła, bo tak właściwie wszystko było tutaj jego, oczywiście, oprócz niej. Otworzyła lekko usta, gdy usłyszała to, co powiedział chwilę później, próbując jakoś odpowiedzieć, ale w jej głowie zrobiło się nagle zbyt pusto. Dlaczego mówił takie rzeczy? Czy próbował odegrać się za to, że to ona zawsze za dużo gadała? Nie, nie podejrzewała, aby Tanner Morgan był aż tak małostkowy i wątpiła też w to, żeby mówił coś, czego nie chciał. Zmierzyła jego sylwetkę jeszcze raz, próbując w ogóle nie myśleć o tym, jak dobrze zadbałby o nią w swoim łóżku, choć było to całkowicie niepoprawne. Umiała jednak wyobrazić sobie moment, w którym znalazłby się nad nią, a jej oczy widziałyby tylko jego twarz i światło majaczące gdzieś z tyłu głowy jak prowizoryczna aureola.
Nie spodziewała się, że do niej podejdzie. Spięła się lekko, widząc każdy ruch – jego dłoń obok jej uda, jego twarz niemal przy jej twarzy. Cholera. Nagle wszystko inne przestało mieć znaczenie; Rei próbowała zachowywać się normalnie, choć jej twarz była czerwona, a usta lekko rozchylone i próbujące łapać oddech. Zielone oczy przeskakiwały z czoła, policzków i ust Tannera Morgana, potem wędrowały gdzieś w bok, aby chwilę później przesunąć po jego uszach, brodzie i żuchwie. Nie wiedziała, gdzie zatrzymać spojrzenie.
— To… — wydusiła z siebie nieco piskliwym głosem, bo co niby miała teraz zrobić? Po prostu przyznać się do tego, że nie miała żadnych fundamentów, nawet tych kiepskich, bo nigdy nie znalazła się z nikim tak blisko? Miała dwadzieścia sześć lat i… podobno dało się ją lubić. Co więc było z nią nie tak, że nadal nie przekroczyła tej konkretnej granicy? Zapewne to, że chorowała i nie wyglądała zbyt dobrze, była za chuda, za blada, miała sporo blizn i siniaków, a poza tym łatwiej było trzymać gardę dość wysoko, aby nikt nie zdążył podejść wystarczająco blisko, żeby zobaczyć wszystko to, czego sama w sobie nie potrafiła zaakceptować. Bo flirt był prosty, żarty też. Nawet pisanie o pożądaniu było proste, kiedy dotyczyło osób, które sama wymyśliła i nad którymi miała pełną kontrolę. Mogła zdecydować, kiedy bohaterka przestanie się bać, gdzie kochanek położy dłoń i które blizny uzna za piękne. Mogła sprawić, że nikt nie zawaha się nawet przez sekundę i że nie będzie niczego żałować. W realnym świecie nie kontrolowała niczego.
A Tanner właśnie stał zdecydowanie za blisko i patrzył na nią tak, jakby miał zaraz zauważyć tę różnicę; różnicę między pisarką Lynn R. Well, a Reilynn Bothwell.
UsuńOtworzyła szerzej oczy, gdy uświadomiła sobie, że musiał czytać jej książkę. Zacytował bezbłędnie jeden fragment, a Rei wiedziała, co było dalej. Wtedy jego usta, jak spragnione wody, zaczęły całować jej skórę... Jego dłonie pomknęły przez jej ciało i objęły talię. Jedna z nich jednak szybko powędrowała wyżej. Palce zacisnęły się przy karku, nie pozwalając jej uciec. Uniósł jej głowę tak, jak chciał, a kiedy ich spojrzenia spotkały się przez tę jedną wyjątkową sekundę, przyciągnął ją do siebie. Jego usta uderzyły w jej usta. Nie było w tym pocałunku nic ostrożnego ani pytającego. Docisnął ją do siebie, trzymając za kark, jakby zamierzał odebrać jej każdy oddech, który próbowała zachować tylko dla siebie… – dokładnie taką scenę stworzyła, a ten pocałunek miał później swoje konsekwencje, bo bohaterowie zatracali się w sobie z każdą chwilą coraz bardziej. Rei rozpisała to wszystko z zadziwiającą pewnością siebie, jakby doskonale wiedziała, w którym momencie dłonie powinny powędrować niżej, kiedy pocałunek ma stać się głębszy i jak opisać całe to napięcie, podniecenie i potrzebę.
Przymknęła lekko oczy, łapiąc głębszy oddech, a potem otworzyła je i spojrzała w te Tannera; kontakt wzrokowy być może nie był teraz najlepszą opcją, ale Rei nie wstydziła się tego, że napisała coś takiego. Pisała różne sceny; romantyczne, podczas których było sporo czułych gestów i wyznań, ale też takie, które z całą pewnością należało uznać za wyuzdane i spicy. Była zaczerwieniona nie dlatego, że Tanner Morgan przeczytał jej książkę, a dlatego, że był zbyt blisko. Tak blisko, że mogła zobaczyć fakturę jego skóry, cień w oczach i to, jak długie miał rzęsy. Znów w jej głowie pojawiło się więc pytanie, dlaczego to robił. Sprawdzał jej reakcję? Dobrze się bawił? Nie pomyślała o tym, że faktycznie mógłby chcieć być blisko, jakby z góry zakładając, że taka możliwość była najmniej prawdopodobna ze wszystkich, ba!, Rei nawet nie próbowała brać tego pod uwagę. Takie założenie wymagałoby od niej pewności siebie, której w podobnych sytuacjach zwyczajnie nie posiadała. Znacznie bezpieczniej było podejrzewać Tannera o jakąś grę, niż pomyśleć przez choćby sekundę, że to ona mogła być powodem, dla którego nie zamierzał się odsunąć.
— A co, jeśli nie mam? — spytała cicho, może trochę zbyt bezczelnie, ale nie dlatego, że się tego wstydziła lub uważała brak doświadczenia za jakąś osobistą porażkę, którą należało ukrywać pod siedmioma warstwami ironii i dobrą znajomością synonimów. Chciała jednak wiedzieć, co myślał; czy usłyszy, że jej historie były złe, bo brakowało w intymnych scenach czegoś prawdziwego? A może, gdy czytał, opisy seksu wydały mu się zbyt mechaniczne? Przez chwilę patrzyła Tannerowi prosto w oczy, chociaż jego bliskość nadal była problemem. Bardzo poważnym problemem. Był zbyt blisko, żeby mogła bezpiecznie udawać, że ją to nie obchodziło.
Rei Bothwell 🫣🔥
Przez pierwszy moment faktycznie miała zamiar się wycofać, ale nie zrobiła tego, bo chciała zobaczyć, co się stanie, a poza tym Tanner też był z nią kompletnie szczery podczas bankietu i nie robił żadnych uników. Rei pomyślała więc, że powinna mu się za to jakoś odwdzięczyć, choć, oczywiście, nie musiała tego robić.
OdpowiedzUsuńParsknęła mimowolnie, słysząc, że trudno w to uwierzyć. W jakiś sposób to rozumiała, bo jej teksty nie były sztywne ani nie opierały się o samą fizyczność, a o coś więcej. W dużej mierze zawsze chodziło o emocje i odczuwania tego, co działo się w danej scenie. Dla Rei ważne było to, jak postać reagowała, gdy była dotykana, całowana lub obrażana – być może udawało jej się uzyskać coś prawdziwego, bo próbowała doświadczyć tego wszystkiego, tylko nie tak realnie, a w swojej głowie, tworząc multum scenariuszy.
— Nie wiem, czy powinnam zdradzać mojemu czytelnikowi taką tajemnicę… — zaczęła, a potem potrząsnęła głową. Wciąż była zaczerwieniona, lekko zawstydzona i zażenowana, ale słysząc to, co mówił, w jakiś sposób poczuła też ulgę. Tanner jej nie wyśmiał, nie uznał jej za oszustkę ani nie powiedział niczego, co potwierdziłoby najgorszą, najbardziej złośliwą myśl, która zakiełkowała w jej głowie: że pisała o czymś, do czego nie miała prawa, bo nie mogła odnieść się do własnych przeżyć. Rei jednak wierzyła w to, że intymność czasem zaczynała się w głowie, a nie w tym, co fizyczne.
— Myślę, że… sceny seksu, które piszę, nigdy nie są tylko o seksie, jasne, mogą być wyuzdane, ostre, ale nawet wtedy liczy się dla mnie przeżywanie… bez tego przeżywania ludzkie ciało staje się jedynie pustą skorupą — powiedziała po chwili, ostrożnie dobierając słowa. — Ciało, które przeżywa, jest w takich scenach strasznie szczere. Zdradza napięcie, strach, pragnienie, złość, poczucie odrzucenia, potrzebę kontroli, a czasem odpowiednie gesty mówią więcej niż słowa.
Rzuciła Tannerowi krótkie spojrzenie, jakby sprawdzała, czy nadal słuchał.
— Kiedy byłam mała, robiłam to samo, tylko bez scen seksu, oczywiście — dodała szybko, marszcząc nos. — Żeby nie było, że ośmioletnia Reilynn biegała po szkockich łąkach i konstruowała erotyczne metafory z udziałem jednorożców. To byłoby niepokojące. — Uśmiechnęła się lekko. — Strasznie bujałam wtedy w obłokach. Jeśli zobaczyłam ślady w błocie, to nie był to pies, tylko, no nie wiem, rogaty jeleń z dworu zimowej królowej. Jeśli coś zaszeleściło w trawie, to nie wiatr, tylko małe stworzonka, które próbowały wrócić do domu.
Wzruszyła lekko ramieniem. Właśnie takim była dzieckiem. Zawsze dużo mówiła, wszędzie było jej pełno, nigdy nie dało jej się zatrzymać zbyt długo w domu i nie przeszkadzało jej to, że nie miała przyjaciół. Zawsze była nieco inna, może w oczach rówieśników trochę dziecinna, ale ostatecznie ta jej wybujała wyobraźnia dała jej coś, czego mogła użyć, gdy dorastała. Bez niej nie stworzyłaby swojej pierwszej historii ani nie spróbowałaby się opublikować. Ostatecznie nie stałaby się pisarką ani milionerką.
— Chyba od zawsze próbowałam przeżyć rzeczy najpierw w głowie — wyznała. — Tam było bezpieczniej. Mogłam być odważna, nawet jeśli w rzeczywistości chowałam się za ojcem, albo biec za mistycznym zwierzęciem przez las, nawet jeśli w realnym świecie potykałam się o własne sznurowadła. — Podciągnęła zdrową nogę tak, aby oprzeć o kolano swoją brodę. — A potem, kiedy zachorowałam, zostało mi tylko to, co miałam w głowie, tylko że zmieniły się rzeczy, za którymi goniłam.
Wtedy nie było już smoków, jelenia z porożem z lodu czy małych, wrednych stworzonek. Zaczęła tworzyć scenariusze, które chciała przeżyć jako nastolatka; pierwsza miłość, randka, pierwszy pocałunek, kłótnie o błahe rzeczy, rozstania i powroty – to wszystko ją ominęło. Zdążyła jedynie nadrobić pocałunek, który i tak nie był udany i odbył się podczas jednej z imprez, gdy ktoś zaproponował, aby zagrać w butelkę. Żałowała, że się wtedy nie wycofała.
— Więc może dlatego to działa w moich książkach — przyznała. — Bo ja naprawdę próbuję to poczuć.
UsuńGdy zapytał o to, czy była kiedykolwiek zakochana, w jej głowie zrobiło się nieco pusto. Wiedziała, że mogła powiedzieć, że oczywiście, wiele razy, w bohaterach, aktorach czy głosach z audiobooków. Mogła zamienić to w żart i obśmiać całe to zakochanie, ale Tanner nie spytał o to złośliwie i niczego jej nie sugerował. Westchnęła cicho, wbijając mocniej brodę we własne kolano.
— Zależy, co pan uważa za zakochanie — odparła. — Jeśli chwilową obsesję na punkcie człowieka, który powiedział jedno mądre zdanie albo miał ładne dłonie, to tak. Jeśli fascynację kimś, kto przez chwilę widział we mnie osobę, a nie problem, to też, ale… myślę, że to wcale nie było zakochanie, o które pan zapytał. — Potarła kciukiem swoją dolną wargę. — Kiedy człowiek zbyt długo traktowany jest jak jajko, czasem zaczyna mylić brak lęku u drugiej osoby z czymś bardziej intymnym, ważnym, ale tak naprawdę może to być jedynie uprzejmość, tylko że wtedy łatwo się w kimś takim zauroczyć.
Przez chwilę milczała, jakby próbowała dobrze przemyśleć to, co chciała powiedzieć.
— W książkach miłość ma jakąś strukturę i nawet jeśli jest chaotyczna, to ja wiem, jak to się skończy. Mogę sprawić, że bohaterowie cierpią przez sto stron, ale przynajmniej wiem, po co. Mogę dać im jakieś przeszkody, a potem zdecydować, że mimo wszystko się odnajdą. — Odetchnęła płytko. — Więc… chyba nie, nigdy nie byłam zakochana. Może zauroczona, przywiązana, ale… zakochana?
Potrząsnęła lekko głową. Przypomniała sobie o tym, co kiedyś powiedziała jedna z bohaterek, które wykreowała, gdy mężczyzna, w którym się zakochała, okazał się zdrajcą: Może to nie była miłość, tylko głód, a głód czasem bardzo przekonująco udaje miłość, jeśli człowiek zbyt długo nie siedział przy suto zastawionym stole. Przycisnęła kołdrę bliżej siebie i popatrzyła w stronę Tannera.
— A pan? Był pan kiedyś zakochany? — spytała, przechylając lekko głowę w bok.
Rei Bothwell 🦄🌙
Łatwiej było w jakiś sposób zamknąć się w sobie niż mierzyć się z odrzuceniem. Poza tym, a raczej przede wszystkim, Rei była niepełnosprawna i nie każdy facet chciał się spotykać z taką osoba, mimo że całkiem nieźle radziła sobie bez niczyjej pomocy i właściwie od kilku lat utrzymywała się samodzielnie. Nie potrzebowała więc opiekuna, a raczej towarzysza; kogoś, kto będzie rozumiał, że cały ten chaos wokół niej to część tego, kim była, a pod spodem znajduje się raczej miękka, słodka pianka, może trochę odkształcona przez przeszłość, ale chyba wciąż kusząca, by chciało się ją zjeść.
OdpowiedzUsuńRei przez dłuższą chwilę nic nie powiedziała. Może zobaczyć kobietę, której chce być bliżej – to zdanie nie było głośne ani nie miało w sobie nic strasznego, a mimo to te konkretne słowa wwierciły się w jej czaszkę. Odwróciła wzrok pierwsza, zastanawiając się nad tym wszystkim. To nie było tak, że mu nie wierzyła, naprawdę chciała to zrobić; zobaczyć siebie cudzymi oczami nie jako sumę braków, blizn i ograniczeń czy dziewczynę, która zbyt wcześnie nauczyła się żartować i używać sarkazmu, zamiast dać sobie czas, aby wszystko przetrawić. Przesunęła dłonią po kołdrze, wygładzając fałdę, której wcale nie trzeba było wygładzać. Musiała coś zrobić z rękami. Ręce, kiedy nie miały zadania, zdradzały za dużo. Chciała zażartować, powiedzieć coś o tym, że świat odpowiada własnymi słowami, ale zwykle używa bardzo kiepskiej interpunkcji. Chciała wrócić do bezpiecznego miejsca, w którym wszystko było trochę śmieszne, trochę literackie i nie trzeba było przyznawać, że miał rację i że było w tym coś mądrego, odświeżającego, bo Reilynn Bothwell faktycznie nie była tylko chorą dziewczyną.
— Chyba właśnie dlatego trzeba częściej patrzeć ludziom w oczy — odpowiedziała, nawiązując do jego słów. — Oczy zazwyczaj rzadko kłamią, więc pewnie mogłabym zobaczyć, czy ktoś faktycznie nie dostrzega moich braków.
Gdy Tanner jej odpowiedział, skierowała w jego stronę swoje oczy. To ją zaskoczyło. Pierwsze, o czym pomyślała, to tylko to, czy jeśli nie był zakochany, to oznaczało to, że nikt inny nie kochał go w romantyczny sposób? Czy był osobą, która nie kochała i której nie dało się kochać? Szczerze w to wątpiła, jednak krótkość tych zdań uderzyła ją mocniej niż gdyby wygłosił trzygodzinny monolog. Nie byłem. Nie mogłem być. Nie chciałem być. Trzy zdania, z których każde wyglądało jak zapieczętowane wrota, ale Rei podejrzewała, że za nimi mogą znajdować się korytarze, ślepe zaułki, piętra i rozległe pokoje. Rzeczy podjęte za niego. Rzeczy, których nie wybrał. Rzeczy, których nie żałował, co wcale nie znaczyło, że były proste.
Spuściła wzrok, aby wyłapać ruch, w którym złapał za klamkę. Był już przy drzwiach. Nie uciekał, chyba nie, a jednak odległość między nimi nagle wydała jej się znacząca. Przed chwilą był zbyt blisko, teraz stał wystarczająco daleko, żeby mogła odetchnąć.
— Zabrzmiał pan tak, jakby nauczył się pan nie chcieć, zanim zdążył pan sprawdzić, czy mógłby — odpowiedziała, pozwalając sobie to wyznać, skoro Tanner chwilę wcześniej wszedł w rolę mentora. — Ale rozumiem.
To ostatnie słowo wybrzmiało ciszej. Nie dodała od razu, że rozumiała bardziej, niż chciałaby przyznać. Że istniały rzeczy, których człowiek uczył się nie chcieć, bo pragnienie ich było zbyt niewygodne, ryzykowne albo zbyt okrutne wobec samego siebie. Że czasem rezygnacja nie była wielkim dramatem, tylko rozsądną decyzją.
— To znaczy… nie rozumiem pana życia — doprecyzowała po chwili, unosząc wzrok do jego twarzy. — Nie będę udawała, że po jednej rozmowie w sypialni, po incydencie z laptopem i po kilku zdaniach wypowiedzianych przy klamce nagle posiadłam mapę Tannera Morgana. — Kącik jej ust drgnął, ale uśmiech nie utrzymał się długo. — Rozumiem tylko mechanizm. Chyba. Ten moment, kiedy człowiek mówi sobie, że czegoś nie chce, bo tak jest łatwiej niż przyznać, że może chce, ale nie ma na to miejsca. Albo prawa, albo zwyczajnie energii.
UsuńGdy wyszedł, Rei schowała się pod kołdrą i dość długo leżała w bezruchu, patrząc w ciemność. Czuła miękkość materaca, to, jak pościel otoczyła jej sylwetkę… Myślała o Tannerze, o tym, że nie był zakochany. Nie mógł być. Nie chciał być. Myślała też o sobie. O tym, że może ona również przez lata mówiła sobie: nie chcę, kiedy prawdziwsze było: nie wiem, czy mogę. I to było… bardzo niewygodne odkrycie.
Obudziła się wcześnie i przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest. Sufit nie był jej sufitem, a światło wpadało pod innym kątem. Wystarczyła jednak chwila, aby uświadomiła sobie, że wciąż znajduje się w łóżku Tannera Morgana, a raczej jednym, którego był właścicielem. Podniosła się wolno, sycząc cicho z bólu. Po wczorajszym upadku trochę bolało ją ramię i biodro, a jej duma wciąż tkwiła w stanie krytycznym, ale stabilnym. Musiała jednak jakoś to wszystko przełknąć, ubrać się, być może wypić kawę i wrócić do siebie, a potem przestać uprzykrzać Tannerowi życie. Przebrała się w ciemne, wygodne jeansy, które znalazła w torbie, i zwykłą białą koszulkę. Ubrała też protezę, poprawiając spodnie tak, aby nic nie haczyło. Gdy była pewna, że wygląda jak człowiek, zajęła się pościelą – zdjęła poszewkę i złożyła, żeby ktokolwiek, kto później będzie tutaj sprzątać, nie miał za dużo roboty. Wzięła swoją torbę i zajęła łazienkę, aby tam umyć zęby, ogarnąć włosy i twarz. Połknęła też codzienny zestaw leków, wzięła głębszy oddech i wyszła, aby zahaczyć o kuchnię. Swoją torbę zostawiła przy jednym z blatów, a potem rozejrzała się wokół, nagle czując się wyjątkowo mała w luksusowym apartamencie.
— Dobra — szepnęła. — Kawa…
Znalezienie filiżanek zajęło jej więcej czasu, niż chciałaby przyznać, ale nie za bardzo wiedziała, gdzie znajdują się poszczególne rzeczy, bo niby skąd. Jednak gdy już jej się to udało, zrobienie kawy z ekspresu nie było już żadnym wyzwaniem, więc chwilę później w kuchni rozszedł się zapach kawy – jedną zrobiła dla siebie, a drugą dla Tannera.
Złapała swoją filiżankę w rękę i opierając się o laskę, podeszła do okna. Upiła łyk kawy i skrzywiła się lekko, bo była gorąca i mocna, ale trzymała ją w dłoniach, oparta o laskę, w kuchni mężczyzny, którego jeszcze kilka dni temu próbowała zaszufladkować jako hot gościa w garniturze, a teraz stała w jego mieszkaniu o poranku, patrzyła na miasto z jego okna i miała wrażenie, że przypadkiem znalazła się w scenie, której nie umiałaby ot tak napisać.
Odwróciła się przez ramię, gdy usłyszała szelest, a jej oczy wbiły się w sylwetkę Tannera Morgana.
— Zrobiłam kawę — powiedziała od razu, unosząc lekko filiżankę, jakby przedstawiała dowód rzeczowy. Podeszła do blatu, odkładając kubek, a potem wyprostowała się, mocniej chwytając za laskę. — I powinnam się już zbierać. Ale jeszcze zanim sobie pójdę, to chciałam podziękować za wczoraj. Iiii… mam nadzieję, że już nigdy więcej nie postawię pana w takiej sytuacji… nie chciałam też psuć wieczoru. Koncert był naprawdę udany, więc miałam nadzieję, że to się zupełnie inaczej potoczy, w sensie… nie myślałam o niczym konkretnym, chciałam po prostu, żeby się pan dobrze bawił.
Potarła palcami filiżankę, mając wrażenie, że chciała powiedzieć zbyt wiele w zbyt krótkim czasie.
Rei Bothwell ☕
[Hej, hej, pięknie dziękuję za tyle miłych słów i wiarę w Josie <3 Może jeszcze zostanie tą primabaleriną i z przyjemnością zaprosimy na spektakl, a co! Studio na pewno co jakiś czas organizuje małe przedstawienia dla rodzin i znajomych uczniów, aby mogli pokazać swoje postępy i dzielić się pasją (czy córka pana Tannera przypadkiem chodzi na taniec?).
OdpowiedzUsuńChętna na wątek jestem! Twoi panowie są wspaniali i wspaniale dopracowani. Tylko nie wiem, z którym panem poznać Josie, nie mogę się zdecydować. Z którym panem chciałabyś ją bliżej zapoznać?]
Josephine Lincoln
[Wsparcia w rodzinie faktycznie nie miała, bo według nich już dawno powinna była założyć swoją i dbać o sprawy parafii, jak na przyzwoitą córkę przystało. Ale! Cholercia, na widok twoich panów robi się naprawdę gorąco! Gina nie odmówi żadnej fuchy. Wpadł mi jeden pomysł do głowy, więc pozwolę sobie przesłać maila. Dziękuję za powitanie! :) ]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
— Na mnie nie robią takich super sukienek. Jestem za duża — westchnęła ciężko i obróciła dziewczynkę dookoła osi, przez co jej sukienka uniosła się do wysokości kolan. — No proszę, jak ślicznie się kręci! Moja nie dość, że poważna, to jeszcze za ciężka na takie wygibasy — materiał wyglądał na cięższy i lepszej jakości, niż był w rzeczywistości. Prawdziwe, eleganckie suknie z okresu były w końcu dziełem w całości ludzkich rąk, skomplikowanych krosien mechanicznych. Takiego egzemplarza nie było opcji, żeby Tamsin zdecydowała się wypożyczyć i to nie dlatego, że był trudny do dostania (był), z całą pewnością za krótki (z całą pewnością), ale zwyczajnie był za ciężki i za trudny do ubioru. Wolała zadowolić się kompromisem, tym bardziej, że nie był to bal, a zabawa dla dzieci, które raczej średnio dbały o to, czy ktoś dziergał jej koronki. Materiał jednak był szorstki za sprawą cienkich, połyskujących, poliestrowych niteczek udających różowe złoto.
OdpowiedzUsuńTak, jak choker udawał coś eleganckiego, w rzeczywistości będąc kawałkiem atłasowej tasiemki z broszką, która już niczego nie udawała. Według zmarłej babci Tamsin był to opal przekazywany w ich rodzinie od pokoleń, chociaż sama Passalis szczerze w to wątpiła – nie dlatego, że babcia kłamała, bo ta robiła to często, ale zazwyczaj dla hecy i później się przyznawała. Nie wierzyła za bardzo w tą historię, bo skąd jej pra-pra-prababcia miałaby wytrzasnąć coś takiego wypasając owce, robiąc sery z ich mleka i obrabiając wełnę na włóczki w lądowej części Grecji? Dlatego tej rodzinnej opowiastki nie powtarzała obcym stwierdzając, że opowie ją kiedyś własnym dzieciom, jeśli ich dorobi i poda broszkę dalej. A jeśli nie, to ot, może za czterdzieści, pięćdziesiąt lat wciąż będą się z Tannerem lubić, wciąż będzie dobrą koleżanką Amber i to jej podaruje błyskotkę? Tego nie wiedziała, tak, jak nie wiedziała przez chwilę co mówi do niej Tanner.
Ledwo słyszała własne myśli po koncercie i wciąż nieco otumaniona potrzebowała chwili, zanim połączyła słowa z ich znaczeniem.
— Jest zaplecze, ale nie pilnują go na tyle, żebym zostawiła tam instrument. Byłoby bardzo niefortunnie, gdyby ktoś go ukradł, bo już pomijając wartość, byłoby mi ciężko pracować — uśmiechnęła się krzywo, dłonie wkładając pod paski futerału. Paski były obite gąbką, która zazwyczaj pomagała w noszeniu instrumentu, ale Tamsin nienawidziła uczucia, które temu towarzyszyło, gdy dotykały gołej skóry. Chociaż pianka była miękka, miła w dotyku i teoretycznie miała być oddychająca, to po dłuższym czasie i tak zawsze kończyła z czerwonymi odciskami, które potrafiły utrzymywać się na skórze nawet do następnego dnia. — Mogłabym wtedy tylko grać na nerwach — mrugnęła do Amber porozumiewawczo. — Nie śmiej się, bo musiałabym wtedy od ciebie pożyczyć wiolonczelę i jak bym z nią wyglądała? Jakby Guliwer pożyczył instrument od Liliputa! — zaśmiała się, po czym zwróciła do Tannera.
— Byłoby super, bo chętnie bym została. Jest taka ładna pogoda, że szkoda siedzieć w domu… Jeśli nie masz nic przeciwko skorzystałabym z łazienki i może nieco przebrała, bo coś czuję, że niewiele brakuje, jak zacznę pływać w tej sukience, bo robi się coraz cieplej — czy miała zostać w sukience na prośbę organizatora? Tak i miała taki szczery zamiar. Tylko słońce było coraz wyżej, a ona nie siedziała już na scenie z wiatrakami, przez które musieli odpinać nuty, ale za to mogli normalnie oddychać. No i miała pomysł, jak sukienkę odchudzić, żeby wytrwać w niej następne kilka godzin i wciąż wyglądać jakby wyszła z jakieś nowej adaptacji powieści Jane Austen albo któreś z sióstr Brontë, nie będąc już może w roli w stu procentach, ale chyba lepsze to, niż ciągła walka z przegrzaniem.
Wyciągnęła dłoń w stronę Amber, chcąc ją chwycić za dłoń. Nie wiedziała, czy może nie przesadza ze spoufalaniem się z dziewczynką; nigdy nie zostały określone dokładne granice ich znajomości, które wydawało jej się, że należały do rodziców. Przy Tannerze czuła się swobodnie z takimi gestami, jak chociażby poprawienie jej włosów, bo to samo robiła na lekcjach, kiedy pojedyncze kosmyki wpadały jej do oczu, albo lądowały gdzieś na gryfie. Przy żonie Tannera była znacznie ostrożniejsza i wydawało jej się, że sama Amber też była -– Tamsin szła o zakład, że przy matce dziewczynka nie wypadłaby w nią tak bezpardonowo, ale przy ojcu… Delikatność sytuacji, a raczej tego, że Tamsin z dziećmi to miała tyle wspólnego, co ryba po grecku z Grecją, przez co nie wiedziała, jak się w tym poruszać. Niby udzielała lekcji, ale robiła to na podstawie krótkiego kursu pedagogicznego i właściwie tylko dla znajomych i głównie starszym dzieciom, niż siedmiolatka.
UsuńDlatego tak szybko, jak sięgała po dłoń małej, tak szybko udała, że próbuje ją rozluźnić, rozczapierzając, a następnie mocno ściskając palce. Tylko, że Amber albo była którymś wcieleniem czarownicy z Salem, albo empatką o niesamowitych zdolnościach, albo zwyczajnie małą dziewczynką, która lubiła swoją nauczycielkę, bo szybko rozwiała chwilową konsternację Tamsin i złapała ją za drugą rękę. Mocno i pewnie, tak, że Tammy przez chwilę nie wiedziała, kto kogo prowadzi.
— Tammy, a będę miała kiedyś taki futerał jak ty? I będę mogła naklejać naklejki? — spytała dziewczynka, odwracając głowę do tyłu, by spojrzeć na włókno szklane, którego kolor prawdopodobnie był szary – prawdopodobnie, bo ledwo wystawał spod kolejkcjonowanych latami wlepek.
— Jak będziesz dużo ćwiczyć i będziesz mieć dużą wiolonczelę, to pewnie tak. Masz jeszcze trochę czasu, teraz możesz do pokrowca przypinać breloczki. Masz już chyba jeden, prawda?
— Mam. Olafa, ale chyba będę musiała go wymienić.
— Czemu?
— Bo on chciał do słońca, a zaraz lato się kończy. Potrzebuję coś bardziej pasującego do jesiennego klimatu… — powiedziała z taką powagą, że Tamsin poczuła, jak w środku aż cała się skręca, żeby nie uśmiechnąć się szeroko. Zamiast tego pokiwała ze zrozumieniem głową, zerkając na Tannera i zastanawiając się, jak często jemu zdarzało się wybuchnąć przez mądrości córki śmiechem.
— Myślałaś już o czymś konkretnym?
— Szukam natchnienia.
— Natchnienia… No dobrze, to może jakieś korale? Takie z jarzębiny? To takie pomarańczowe kule….
— Wiem, co to jarzębina. Muszę to przemyśleć — Tamsin pokiwała na to głową z pełnym zrozumieniem. Chociaż mieszkanie Tannera było blisko, to doszli dopiero do granicy parku, a ona już uśmiechała się szeroko na samą myśl, jaka przeprawa w wyborze breloczka czeka Amber i jej rodziców.
Tamsin Passalis⛄☀️
Tamsin uwielbiała Amber. Dziewczynka była bystra, a przy tym zwyczajnie miła, więc lubienie jej należało do rzeczy łatwych i dość oczywistych. Tak samo jak to, że ilekroć wchodziła do budynku, w którym mieszkał Tanner, rozglądała się wokoło, jakby cokolwiek miało ulec zmianie od jej ostatniej wizyty. Nie chodziło o sam zachwyt architekturą – było to w końcu architektoniczne cacuszko. Bardziej o to, jak budynek potrafił tętnić życiem. Hol wydawał się być jego aortą, rozprowadzającą ludzi do kolejnych części budowli i Tamsin nie pamiętała, by była tu kiedykolwiek, gdy było mniej ludzi. Pewnie w nocy to miejsce nagle zasypiało – tak, jak zasypiały typowo mieszkalne dzielnice Nowego Jorku i o tym też czasami myślała. Jak z perspektywy lotu ptaka wyglądał Nowy Jork – ale nie takiej panoramicznej, bo to widziała wielokrotnie, tylko trochę niżej, kiedy można było jeszcze dostrzec ludzi, palące się w oknach światła. Znała perspektywę piątego piętra; znała nawet swojego sąsiada, który mieszkał po drugiej stronie ulicy i który machał w stronę jej okna za każdym razem, gdy wychylał się przez okno zapalić. Tannerowi raczej nikt nie machał i chyba wcale mu tego nie zazdrościła, bo lubiła być w tłumie, przepadała wręcz za poczuciem bycia jedną z wielu komórek tłoczonych przez miasto.
OdpowiedzUsuńSpojrzała na swoje odbicie w windzie. Była trochę zmęczona, ale w ten przyjemny sposób, jaki dosięga człowieka po dobrze wykonanej pracy, a tego, że zagrali była pewna – dzieci pewnie wolałyby, żeby było na scenie więcej akcji i Tamsin całkowicie to rozumiała. Sama w końcu też kiedyś była dzieckiem, jednak takie koncerty miały swoje ograniczenia i według Passalis i tak osiągnęli przyzwoity kompromis. Może, pamiętając o takim koncercie, któreś z dzieci z widowni w przyszłości pójdzie na chociaż jeden koncert muzyki klasycznej? Może nawet to polubi? Byłby to spory sukces patrząc na to, że samej Tamsin obrzydzono koncerty w dzieciństwie do tego stopnia, że kilka lat zajęło jej przekonanie się, że lubi cieszyć się muzyką nie tylko jako wykonawca, ale też jako odbiorca, bo to były dwie zupełnie różne rzeczy.
— Uważaj, bo niedługo dosięgnie — zaśmiała się, patrząc na wysiłki dziewczynki, kiedy ta próbowała wpisać cały kod dostępu. Odruchowo odwróciła wzrok, jak wtedy, gdy ktoś wpisuje pin do karty – grzecznościowo, bo w końcu nie szykowało się na to, by wpadła do Tannera kiedykolwiek bez zapowiedzi.
Weszła do mieszkania i pierwsze, co zrobiła, to zdjęła futerał, stawiając go pionowo na podłodze. Rozmasowała miejsca, gdzie skóra stykała się z pianką, chcąc jak najszybciej pozbyć się nieprzyjemnego uczucia.
Z rozbawieniem obserwowała, jak dziewczynka gimnastykuje się, żeby sięgnąć po szklanki z pewnego rodzaju rozczuleniem widząc starania Tannera, by ta wyprawa na szczyt nie skończyła się tragicznie. Lubiła patrzeć na rodziców z dziećmi. Nie dbała o to, że mogło to uchodzić za dziwne, czy niemodne, bo w tych małych ludziach było tyle zagadek, że była nimi zbyt zafascynowana, by dbać o takie szczegóły. Nie chodziło o sam fakt, że mieli przed sobą całe życie – ona też miała i wciąż czuła się bardzo młoda. Chodziło bardziej o ich plastyczność. Nie tylko tą fizyczną, którą mała Amber zaprezentowała chociażby przed sekundą, ale o chłonność umysłu, przy jednocześnie, bardzo często, mocno wyrobionym światopoglądzie, który ulegał pewnego rodzaju wyszarzeniu z biegiem lat. Dla dzieci większość rzeczy była w końcu czarno-biała. Dopiero z wiekiem dochodziło się do wniosku, że wszystko oscyluje wokół odcieni szarości i rzadko kiedy jest takim, jak się wydaje.
— Bardzo lubię sok porzeczkowy, więc bardzo chętnie się go napiję — uśmiechnęła się i poprawiła torbę na ramieniu. Palcami sięgnęła do tyłu, do wiązania gorsetu z ulgą odkrywając, że nie był zawiązany na supeł. — Pójdę się trochę przebrać, zaraz do was wracam — poinformowała i dokładnie, jak powiedziała, tak zrobiła.
Zbyt dużej ilości warstw nie była w stanie niestety się pozbyć, żeby nie zepsuć całego zamysłu kreacji. Ściągnęła halkę, sztywną spódnicę z koronkami i obie te rzeczy zastąpiła jedwabną sukienką, którą miała na sobie przed przyjściem na imprezę. Prowizorycznie wcisnęła jej ramiączka w gorset, który zawiązała znacznie słabiej niż wcześniej, bo nie umiała tego zrobić w pojedynkę, a jednak było jej trochę głupio o to poprosić Tannera. Głupie, babskie problemy z garderobą. Poprawiła choker i związała włosy w podobnego warkocza do tego, który miała Amber, po czym wyszła z łazienki wciąż trzymając szczotkę w dłoni.
Usuń— Chodź Amber, poprawimy to trochę. Tak intensywnie słuchałaś, że aż ci się fryzura poluzowała — uśmiechnęła się do dziewczynki, po czym mrugnęła do jej ojca. Domyślała się, kto był autorem tego, co dziewczynka miała na włosach i musiała przyznać, że jak na kogoś, kto raczej nigdy nie miał długich włosów (tak podejrzewała), to poradził sobie całkiem nieźle.
— A umiesz kłosa?
— A umiesz.
— A umiesz takiego odwróconego? —Tamsin przedz chwilę zastanowiła się, i palcami zaczęła poruszać w powietrzu, szukając odpowiedniego wzoru.
— Umiem, chyba pamiętam. Najwyżej zrobimy coś podobnego, dobra?
— A zrobisz dobieranego? — duże oczy dziewczynki spowodowały, że Tamsin nie tylko byłaby gotowa zrobić dobieranego, odwróconego kłosa, ale też zastepować, gdyby ją o to poprosiła.
— Zrobię — pokiwała głową i zsunęła z końcówek włosów dziewczynki gumkę. Po chwili Amber siedziała na kuchennym hokerze z rozpuszczonymi włosami i uwijającą się przy niej Tamsin, która poczuła, jak konstrukcja jej sukienki powoli, ale nieubłaganie zaczyna się zsuwać.
— Tanner, przepraszam, że cię o to proszę, ale mógłbyś… Mógłbyś związać mnie z tyłu mocniej? Słaba ze mnie projektantka —- uśmiechnęła się krzywo, łokciami dociśniętymi do boków trzymając materiał. Była w połowie warkocza, więc mogła kontynuować pracę w tej pozycji, ale było to niesłychanie niewygodne. No i dla Amber mógłby być to gorszący, stanowczo nieodpowiedni widok, gdyby jedwabna halka spod spodu by zwyczajnie spadła, a jej nauczycielka zostałaby w rozsznurowanym na plecach gorsecie, tiulowych rękawach i sukience rozciętej niemal do pępka. Nie żeby Tamsin chodziła bez bielizny, chociaż zdarzały się takie momenty, gdy kreacja tego wymagała, jednak to nie był ten. Niemniej, byłoby to wyjątkowo krępujące.
Tamsin Passalis 👗🪮
Tamsin miała problem z pojęciem czasu i jego wartości. Nie tak, że nie znała się na zegarku – z reguły była punktualna, a wręcz była jedną z tych osób, które wolały być gdzieś przed czasem, niż się spóźnić i nie wynikało to wcale z wychowania czy kultury. Jej matka miała bardzo ambiwalentny stosunek do godziny, bo sama z reguły była spóźniona, podczas, gdy od córki wymagała bycia wszędzie przed czasem. Może dlatego wciąż nie mogły się spotkać? Tak więc Tamsin na zegarku się znała, wiedziała kiedy jest ranek i kiedy wieczór, umiała też dobrze rozplanować swój kalendarz, ale nie wiedziała, o co chodzi z tym pośpiechem, chociaż sama z reguły chodziła szybko i potrafiła mieć dzień zaplanowany dosłownie do minuty. A mimo to, nie miała poczucia, że czasu jej na cokolwiek brakuje, tak samo, jak nie upatrywała się w konieczności dojazdów, złodzieja czasu. W gruncie rzeczy, to ona bardzo lubiła poruszać się po mieście – robiła to głównie metrem i autobusami, bo nie miała samochodu i nie nigdy nie czułą potrzeby jego posiadania. Nie miałaby problemów z parkowaniem pod domem, ale pod pracą nie wchodziło to w grę i chociaż czasami miała ogromną ochotę wsiąść do auta i pojechać za miasto, tak chociaż na jeden dzień, żeby przypomnieć sobie jak pachnie świerk między palcami, kiedy się go lekko potrze, albo jak brzmi leśna cisza, to posiadanie wozu, tylko dla takich wycieczek wydawało się jej zwyczajnie głupie. W ubiegłym roku, kiedy w końcu miała wolny cały weekend i była na skraju swoich możliwości – odnosiłą wtedy wrażenie, że pierwszy raz wzięła na siebie za dużo, spakowała się w plecak i autobusem pojechała na kilka dni w okolice jeziora Hopatcong. Wynajęła pokój w pensjonacie, bo potrzebowała odpocząć od zgiełku miasta i się wyciszyć, ale wciąż nie miała ambicji na zabawę w samodzielne palenie w kominku i pełną alienację. Poza tym, zwyczajnie bała się być sama w domku w lesie. Nie zmieniało to faktu, że ten krótki wyjazd skutecznie przekonał ją, że mogłaby mieszkać poza miastem, ale musiałaby całkowicie zmienić zawód, który był jej życiem, więc musiałaby i je zmienić i tych zmian było tyle, że dla Tamsin w pojedynkę byłoby to zwyczajnie za dużo. Życie Passalis było szeregiem ciągłych, niekończących się wręcz zmian, które wywracały jej codzienność na drugą stronę i odkąd dotarła do miejsca, w którym było względnie stabilnie i spokojnie, nie mogła tego odpuścić. Nie na własne życzenie. Dlatego Tamsin nie potrzebowała, a nawet wolała samochodu nie mieć – wolała te ograniczenia, które nie pozwalały jej wpadać na głupie pomysły, jak chociażby wyprowadzka do lasu tylko dlatego, że lubi nasłuchiwać, spadających szyszek, chodzić boso po mchu i inhalować się powietrzem, które w Nowym Jorku mogłoby być sprzedawane w słoikach, jako jeden z hipsterskich wynalazków.
OdpowiedzUsuń— Nie jest źle, Tanner. Trochę za luźno, ale to nie koniec świat, no nie Amber? — uśmiechnęła się do odbicia dziewczynki.
— Bywało gorzej… Tammy, a do jutra wytrzyma?
— Powinien wytrzymać — rozplątała to, co zaplotła, bo jeśli miała to być fryzura o dużej trwałości, to musiała zaplatać ze znacznie cieńszych pasm włosów. Amber miała takie włosy, jakie potrafią mieć tylko dzieci – niewinne, jak one same. Bez farb, stylizatorów, długiej historii przeżytych lat, naznakowanych wieloma decyzjami i zmianami zdania. Miękkie pasma przesuwała się między jej palcami sprawnie i Tamsin mogłaby przysiąc, że poczuła zapach rumiankowego szamponu dziewczynki.
Odwróciła w jego stronę głowę, jeszcze zanim do niej podszedł, robiąc przy tym wielkie oczy i uśmiechnęła się szeroko.
— Chciałbyś, Tanner — głupek, pomyślała, ale nie była w stanie powstrzymać kącików ust uniesionych do góry. Musiała przyznać mu rację w tym, że jej prośba mogła zabrzmieć dwuznacznie i chociaż z Tannerem nigdy nie przekroczyli jakiejkolwiek granicy, to ciężko było zaprzeczyć, że jeśli ktoś miałby ją wiązać, to wolałaby, żeby przypominał bardziej jego, niż koleżankę, która wiązała ją wcześniej. Nie wstrzymała oddechu, nie próbowała też wciągnąć brzucha, bo zależało jej na zachowaniu komfortu – w swojej opini wystarczająco już się postarała, nie miała zamiaru robić nic na siłę.
Usuń— Wolałabym mocniej, ale może być — mruknęła nonszalancko, wyłapując dwuznaczność i podejmując rękawicę. Nie dało się ukryć, że było jej teraz może już nie aż tak przyjemnie wygodnie, ale za to mogła wrócić do dalszego czesania włosów dziewczynki, podając jej do potrzymania kilka pasm, których nie mogła utrzymać w palcach.
Skupienie Tamsin nie trwało jednak zbyt długo, bo Amber zrzuciła bombę małego zasięgu, bo trafiającą tylko w Passalis, zupełnie nieprzygotowaną na obronę. Dla odmiany, teraz nabrała powietrza w płuca i wypuściła je ze świstem, wyłapując w międzyczasie spojrzenie Tannera.
Pytanie należało do tych z serii trudnych, tym bardziej, gdy odpowiadało się na nie dziecku, któremu nie mogła przecież opowiedzieć wszystkiego ze szczegółami. O tym, że jak wychodziła za mąż, to sama w zasadzie miała w sobie więcej z dziecka, niż z dorosłego. Że jej mąż mógłby w zasadzie być jej ojcem i przez to była przekonana, że nie jest dobrym materiałem na rodzica dla niemowlaka, a sama nie była wtedy jeszcze gotowa. Nie mogła jej powiedzieć o tym, że małżeństwo z nim było dla niej tak ciężkim przeżyciem, że szczerze wątpiła w to, że doczeka się własnej rodziny, chociaż lubiła czasami o tym myśleć, bo robiło jej się wtedy ciepło w sercu. Nie mogła być szczera, ale nie chciała też kłamać, musiała więc kluczyć, a do tego potrzebowała chwilę się zastanowić, by w tym kluczeniu nie pomylić kroków.
— W porządku, Tanner. Niech pyta — nie dlatego, że Tamsin nagle bardzo chciała odpowiadać na takie rzeczy. Bardziej chodziło o to, że ceniła Amber i nie chciała być kolejnym z wielu dorosłych, który niewygodne pytania zbywa, pozostawiając dziecięcy umysł z większą ilością znaków zapytania, niż odpowiedzi. Sama tego nienawidziła będąc jeszcze dzieckiem, czy później, nastolatką.
— Widzisz… Tak zwyczajnie wyszło. Może kiedyś, jak spotkam, albo zauważę wśród znajomych, swojego księcia z bajki, to będę chciała je mieć i będę miała, a może nie. Poza tym, gdybym miała swoje dzieci, nie miałabym tyle czasu na udzielanie lekcji, na koncerty… Pewnie nawet na taki księżniczkowy, chociaż on byłby wyjątkowo ważny — stwierdziła poważnie i związała warkocza gumką. — Proszę, gotowe. Biegnij zobaczyć się w lustrze i powiedz, czy może być.
Tamsin Passalis 🎀
Rei spojrzała w stronę Tannera znad filiżanki, a potem wbiła wzrok w lodówkę, jakby prawnik właśnie zaproponował jej coś znacznie bardziej skomplikowanego niż śniadanie.
OdpowiedzUsuń— Nie trzeba — odpowiedziała od razu, może trochę za szybko. — Naprawdę. Nie jem śniadań.
Brzmiało to jak zwykły nawyk, więc przez sekundę miała nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako coś lekkiego, codziennego, nudnego.
— To znaczy… jem czasem — dodała, bo oczywiście jej mózg natychmiast uznał, że poprzednie zdanie wymaga doprecyzowania. — Tylko nie rano.
Wiedziała, jak wyglądała. Była chuda, za chuda, i to nie w zamierzony sposób. Niedowaga nie była dla niej estetyką, jakby w ogóle mogła być, tylko skutkiem ubocznym choroby.
— Doceniam propozycję — powiedziała ciszej, a potem podreptała do zlewu, aby umyć po sobie filiżankę. Była przy tym ostrożna jak nigdy, nie chcąc niczego zepsuć. — Ale jeśli zjem teraz coś tylko dlatego, że jest pan uprzejmy, to za dziesięć minut oboje będziemy tego żałować, a ja bardzo nie chcę zaczynać tego dnia od powtórki z bankietu.
Wróciła się po torbę i mocniej załapała laskę.
— Poza tym powinien pan mieć spokojny poranek. — Uśmiechnęła się lekko. — Niech pan wypije kawę i coś zje, a ja zejdę na dół i poczekam przed budynkiem, dobrze? Świeże powietrze dobrze mi zrobi.
Oczywiście nie do końca chodziło o świeże powietrze, a o przestrzeń; o to, żeby nie siedzieć dłużej w kuchni żonatego mężczyzny w tej dziwnej, miękkiej porannej atmosferze, a przede wszystkim o to, aby odzyskać dawny dystans, ten, który sprawdzał się idealnie w tej relacji.
— Zaczekam na dole — dodała, a potem, zanim zdążyłby ją przekonać, o ile w ogóle próbowałby to zrobić, że mogłaby zostać jeszcze chwilę, ruszyła ostrożnie do wyjścia.
Przed budynkiem powietrze było chłodniejsze i cięższe, a miasto? Miasto wydawało się rozbudzone i ciągle żywe. Po kilku minutach stanie tutaj zrobiło się dla Rei nieco niezręczne; wyglądała jak kobieta, która została wystawiona przed luksusowy apartamentowiec razem z własnym chaosem i torbą. Nie pasowała tutaj. Poza tym nie wiedziała, ile Tannerowi zajmie zejście. Pięć minut? Dziesięć? Dwadzieścia? A ona miała po prostu stać tutaj i udawać element architektury? Rozejrzała się więc i wtedy zobaczyła księgarnię po drugiej stronie ulicy, wciśniętą między kawiarnię a sklep z kartkami okolicznościowymi.
Przeszła przez ulicę ostrożnie, czekając aż samochody zwolnią, potem weszła do środka, a mały dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał cicho. Od razu uderzył ją zapach papieru, kawy i kurzu. Rei odetchnęła głębiej, niż planowała. Tu było łatwiej. Książki nie pytały, czy zjadła śniadanie i nie próbowały być uprzejmie. Stały na półkach, grzeczne i gotowe udawać, że wszystko, czego człowiek potrzebuje, da się znaleźć między stronami. Przesunęła palcami po grzbietach na najbliższej półce. Nowości literackie, eseje, trochę fantastyki, trochę romansów. Wybrała kilka pozycji i zapłaciła za nie telefonem, odruchowo odczuwając minimalne wyrzuty sumienia, bo przecież miała tylko zejść na dół i poczekać, a nie wejść do księgarni. Cóż, nie zjadła śniadania i nie umiała przyjąć tego typu troski bez panicznego odsuwania się o krok, ale kupiła książki.
Wróciła pod budynek i stanęła bliżej wejścia, tym razem z papierową torbą opartą o laskę. Kiedy zauważyła Tannera wychodzącego z budynku, uniosła ją lekko, zanim zdążył zapytać.
— Nie uciekłam — powiedziała od razu. — Znalazłam księgarnię i… nie mogłam po prostu przejść obojętnie.
UsuńPrzez chwilę zawahała się, a potem wyjęła z torby jedną, ilustrowaną książkę. Okładka była kolorowa, dziewczęca i obiecywała naprawdę wiele.
— To dla Amber — wyznała. — Azmina, smoczyca o złotych łuskach. Pierwszy tom serii Smocze dziewczyny.
Obejrzała książkę, a potem wbiła wzrok w Tannera, a jej uśmiech zrobił się odrobinę niepewny.
— Wspominał pan, że lubi smoki. To znaczy Amber, nie pan. Chociaż jeśli pan również lubi smoki, to bardzo dobrze o panu świadczy i nie zamierzam tego oceniać. — Przesunęła kciukiem po brzegu okładki, a potem podała mu książkę. — To nie jest próba wejścia w pana życie rodzinne ani bycia dziwną ciotką od smoków. Po prostu… pomógł mi pan, a ja, no cóż, jestem lepsza w książkach niż w normalnych gestach. Więc proszę. Smok w ramach podziękowania.
Rei Bothwell 🐉
Tamsin lubiła mieć poukładane relacje z ludźmi – możliwie proste do nazwania, wsadzenia w jakieś przewidywalne ramy, które ułatwiały codzienna nawigację. Lubiła żarty, głupie podteksty i można było śmiało powiedzieć, że granice miała dość elastyczne, żeby nie powiedzieć, że z gumy w zależności od tego z kim rozmawiała. Tannera znała, lubiła i chociaż była wyjątkowo ostrożna w nazywania kogokolwiek swoim przyjacielem, to jego mogła chyba zaliczyć do tej grupy. Wcale nie chodziło o otrzymaną od niego pomoc, za którą była głęboko wdzięczna, za to, że podał jej pomocną dłoń, kiedy miała paskudne wrażenie, że została na tym świecie całkowicie sama. Nigdy nie dał jej odczuć, by była mu cokolwiek winna, nie wykorzystał tragicznego położenia w którym się znalazła i nie chodziło jedynie o coś tak dosłownego, jak fizyczne zbliżenie, ale o nieprzyjemną sieć przysług, która rozpościerałą dię wzdłuż większości osób z “ich” starego towarzystwa. Nie twierdziła przy tym, że Tanner jest ostatnim ze sprawiedliwych tego świata, bo sporo osób w gruncie rzeczy było lepszymi, niż mogłoby się przypuszczać, co nie zmieniało faktu, że Morgana zwyczajnie lubiła i ceniła. Nie mogła na niego patrzeć, jak na kogoś, kogo chętnie zabrałaby do łóżka.
OdpowiedzUsuńNie miało to nic wspólnego z Amber, czy wcześniej wspomnianą przysługą. Nie było to też nic wynikającego z preferencji Tamsin – Tanner był przystojny, miał poczucie humoru i miał zestaw cech człowieka na którego można było liczyć – musiałaby być ślepa, żeby tego nie dostrzec. Tylko, że już się przyjaźnili i gdyby w którym momencie przekroczyli granice żartu, rozpalili iskierkę między nimi i w przekroczyli granicę, którą lata temu wyznaczyły okoliczności i zdrowy rozsądek, Tamsin nie wiedziałaby, co ta znajomość miałaby znaczyć.
Nie potrzebowała takich zagwostek, zwyczajnie się ich obawiała i całe szczęście, jej przeżycia sprzed lat niewiele miały z tym wspólnego. Byłaby to jedna z rzeczy, która potwierdzałaby teorię, jakoby Sullivan zza grobu miał mieć wpływ na jej obecne życie – a nie miał. Nawet jeśli, to Tamsin nie przyjmowała tego do wiadomości i z całych sił żyła dalej, tamto pozostawiając za sobą, bez prób rozdzielania dobrych i złych wspomnień. To było, minęło, nie zdarzy się ponownie.
Bała się, że gdyby przekroczyła granicę przyjaźni z kimkolwiek i okazałoby się do tego, że w grę wchodzi czyste, grzejące w podbrzuszu pożądanie, w niej zaraz zakwitłyby emocje. Bo Tammy miała w sobie dużo miłości, dużo ciepła do ofiarowania i była przekonana, że pewnie szybko by się zakochała. Była emocjonalna, nigdy tego nie ukrywała i znając swoją naturę, nie chciała tego robić ani sobie, ani… Głównie sobie, bo aż taką altruistką nie była. Nie chciała skończyć ze złamanym sercem.
Nowy kolega mamy. Tammy chyba wolała jednak swoją małą bombę. Spojrzałą czujnie na Tannera, uważnie obserwując napinające się mięśnie szczęki i całą jego postawę. Nie powinien był się dowiedzieć w taki sposób, ale nie dziwiła się też Dakocie, bo domyśliła się, że sprawa wciąż musiała być świeża, a takie sprawy bywają zwyczajnie delikatne i niezbyt proste do rozegrania. Nie istniał przecież dobry moment, odpowiedni czas na poinformowanie, wciąż formalnie męża, o tym, że spotyka się z kimś innym, chociaż właśnie na idealne warunki zazwyczaj się czekało. Może to i lepiej, że dowiedział się w ten sposób?
Podążyła wzrokiem za dziewczynką, chwytając w końcu za swoją szklankę z sokiem, by upić z niej potężny łyk. Dopiero teraz poczuła, że rzeczywiście chciało jej się pić.
— Cieszę się, że ci się podoba. Polecam się na przyszłość — uśmiechnęła się do dziewczynki, gładząc jej włosy, gdy ta objęła ją w pasie. Mały aniołek, który genetycznie był skazany na wyrośnięcie na piękną dziewczynę, a następnie kobietę. Była przekonana, że Tanner będzie miał sporo zabawy w pilnowaniu jej w okresie dojrzewania, jednocześnie będąc pewną, że Amber będzie mądrą dziewczyną. Z całą pewnością mądrzejszą i ostrożniejszą od Tammy.
— Dziękuję Tanner — powiedziała, odbierając od niego czek. Wsunęła go do portfela i odłożyła torebkę z powrotem na jeden z kuchennych hokerów, na którym leżała do tej pory. — W takim razie możemy dzisiaj szaleć z watą cukrową i hot-dogami — zaśmiała się i lekko ścisnęła jego przedramię. — Poważnie, bardzo dziękuję. Sporo mi ułatwiłeś tym, że wziąłeś to na siebie — uśmiechnęła się i wyglądała jak człowiek, któremu kilka kilogramów zostało zdjęte z pleców, dzięki czemu łatwiej było mu wchodzić pod górę.
Usuń— Nie wiedziałam… Nie wiedziałam, że Dakota z kimś się spotyka. Jakbyś potrzebował o tym pogadać… Albo nawet napić się piwa, whisky, czy wina w milczeniu, to wystarczy jeden telefon i jestem — puściła jego przedramię chwilę wcześniej, ale gdyby wciąż trzymała na nim dłoń, pewnie i teraz by je uścisnęła w niemym geście, już nie wdzięczności, a zwykłego wsparcia. Nie miała prawa przecież wiedzieć, jakie uczucia nim targały, ani czego właściwie dotyczyły.
Amber wróciła do nich ze swoją dziecięcą torebką, wymachując nią we wszystkie strony.
— Jesteście gotowi? Możemy iść? — spytała, jakby to ona na nich czekała przez cały ten czas, co Tammy skomentowała jedynie skinieniem głowy. Wyszli z budynku i przez całą drogę na wydarzenie rozmawiali o tym, która bajka była lepsza, w pewnym momencie skręcając do tematyki jedzeniowej, kiedy tylko poczuli zapach świeżego popcornu , palonego cukru i przebijającego się przez to wszystko woni pieczonego na ogromnych grillach mięsa.
— Zrobisz mi bransoletkę? Zobacz, tam dziewczyny robią takie z koralików — nachyliła się do Amber, by wskazać jej odpowiednie stoisko. Wyciągnęła z torby banknot pięciodolarowy i podała go dziewczynce. Atrakcje były darmowe, ale wszędzie były rozstawione puszki na napiwki dla tych, którzy prowadzili warsztaty.
— A jaką chcesz?
— Może być kolorowa. Zawsze chodzę w stonowanych kolorach, to przydałoby mi się coś ekstrawaganckiego.
— Zobaczę, co mają — stwierdziła przytomnie dziewczynka i zanim się obejrzeli, zajęła jeden z niskich taboretów, uprzednio wrzucając banknot do skarbonki.
Tamsin Passalis
Rei zamarła z książką nadal wyciągniętą w jego stronę i zamrugała kilka razy, jakby chcąc zrozumieć, co właśnie powiedział Tanner Morgan. To było… niespodziewane.
OdpowiedzUsuń— Panie Morgan — odezwała się wolno. — Jakieś dwadzieścia minut temu odmówiłam śniadania, bo nie umiem w takie rzeczy, wczoraj wymiotowałam na bankiecie, w nocy prawie zabiłam się pańską kołdrą i przypadkiem włączyłam film dla dorosłych, a pan po tym wszystkim uznał, że logicznym kolejnym krokiem jest zostawienie mi siedmioletniego dziecka?
To pytanie zabrzmiało może trochę zbyt sucho, więc od razu poczuła potrzebę dopowiedzenia czegokolwiek. Prawda była jednak taka, że Rei doskonale wiedziała, że nie nadawała się do pilnowania rośliny doniczkowej, nie mówiąc już o córce Tannera Morgana.
— To znaczy… nie mówię „nie” — dodała szybko. — Tylko próbuję ustalić, czy na pewno dobrze pan ocenił ryzyko. Jest pan prawnikiem, więc…
Przesunęła kciukiem po okładce, próbując zyskać sekundę, aby przemyśleć wszystkie za i przeciw. Sama wręczy Amber książkę, a potem dziewczynka zacznie zadawać pytania. Kim pani jest? Skąd zna pani tatę? Dlaczego pani ma laskę? Dlaczego pani wygląda, jakby nie spała? Rei poczuła, jak coś w niej odruchowo próbuje się wycofać. I nie chodziło o to, że nie lubiła dzieci, a o to, że one nie dawały się tak łatwo oszukać. Dorośli przyjmowali żarty jako zasłony dymne, kiwali głowami i czasem udawali, że czegoś nie widzą, ale dzieci?
— Nie mam doświadczenia z dziećmi — wyznała całkiem szczerze. — To znaczy mam doświadczenie jako osoba, która kiedyś była dzieckiem, ale nie wiem, czy to się liczy. Raczej nie, bo byłam dziwnym dzieckiem.
Pomyślała jednak o Amber i o tym, że może nie będzie tak źle i że może się dogadają. Poza tym to tylko parę godzin, a nie opieka przez tydzień. Bała się jednak, że to spieprzy i że tym razem nie będzie w stanie tego zamaskować głupim żartem. Ale myśląc o tym teraz, szybko uznała, że to dobry moment, żeby faktycznie odwdzięczyć się Tannerowi za pomoc i przestać być takim utrapieniem. Handel wymienny; on zajął się nią, więc ona zajmie się jego córką i będą kwita.
— Przypilnuję jej. — Pokiwała głową i przycisnęła książkę do siebie. — Tylko musi mi pan powiedzieć, co ona lubi, czego nie lubi, czy ma jakieś alergie, czego absolutnie nie robić, gdzie są rzeczy pierwszej potrzeby i czy w pańskim domu w Kings Point istnieje jakieś pomieszczenie, którego nie powinnam przypadkiem otworzyć, bo znajduje się tam rodzinna tajemnica, bezcenna porcelana albo… jakaś mumia.
Nic nie odpowiedziała, gdy zaproponował jej później podwózkę do domu, bo nie miała zamiaru z niej skorzystać, a to dlatego, że to miał być czas Tannera i Amber, a nie moment, w którym poświęcało się kilkadziesiąt minut, aby odwieźć do siebie pisarkę romansów. No i, była dorosła i umiała używać Ubera.
Kiedy Tanner poprowadził ją do samochodu, a Rei ostrożnie szła obok, z torbą na ramieniu, laską w jednej ręce i książką dla Amber przyciśniętą do piersi tak, jakby była przepustką do części świata Morganów, do której nie powinna mieć dostępu bez specjalnego pozwolenia. Czuła się dziwnie. Nie źle. Po prostu dziwnie. Jeszcze niedawno próbowała wyjść z jego mieszkania tak, by nie zostawić po sobie zbyt dużego śladu, a teraz miała jechać z nim do Kings Point, poznać jego córkę i pilnować jej przez kilka godzin. To brzmiało jak bardzo zły żart.
Kiedy wreszcie wsiadła do auta, odetchnęła krótko i przycisnęła książkę do kolan. Nie zdążyła jednak nawet porządnie oprzeć się o siedzenie, kiedy jej telefon zaczął wibrować. Sięgnęła po urządzenie, a widząc numer wydawcy, przygryzła lekko wargę.
Usuń— Muszę odebrać — powiedziała przepraszająco. Odebrała, zanim zdążyła stchórzyć, i rzuciła: — Cześć, Marianne. Tak, żyję…
Przymknęła oczy, słuchając szybkiego, rzeczowego głosu w słuchawce. Deadline. Rozdział. Fragment dla działu promocji. Jesienna premiera. Krótka notka o nowej książce, której nadal nie wysłała, bo utknęła przy scenie erotycznej.
— Wiem — powiedziała. — Wiem, że miał być wczoraj. — Spojrzała przez szybę auta; miasto zaczęło przesuwać się za oknem jak film. — Rozdział jest prawie gotowy. To znaczy… potrzebuje jeszcze kilku poprawek. O, nie, nie, nie, mam gdzieś dział marketingu. Nikt mi nie będzie mówić, kiedy moi bohaterowie mają oddychać albo co mówić.
Zerknęła przelotnie w stronę Tannera, nagle świadoma, że słyszy każde jej słowo. To było osobliwe. W jednej chwili była przy nim tą niezręczną kobietą z kawą, laską, torbą i książką dla jego córki, a w następnej musiała zmienić się w Lynn R. Well, autorkę, która dyskutowała o premierze, scenach i terminach.
— Dobrze — powiedziała w końcu, już ciszej. — Wyślę wam coś dzisiaj. Nie cały rozdział, ale fragment i notkę. Tak, wiem. Dzisiaj naprawdę znaczy dzisiaj. Mhm… wiem, dziękuję. Też chcę, żeby ta książka wyszła dobrze. Bardziej niż dobrze. Odezwę się po południu, obiecuję. — Westchnęła. — Nie, nie uciekam do lasu. Jestem w samochodzie. Nie pytaj.
Rozłączyła się, zanim Marianne zdążyła jednak zapytać. Przez sekundę trzymała telefon w ręce, wbijając wzrok w wygaszony ekran.
— Przepraszam — powiedziała do Tannera. — To był mój wydawca. Bardzo miła osoba, jeśli nie liczyć tego, że pamięta o terminach jak smok pilnujący skarbca. — Przewróciła oczami. — Więc… jeśli Amber mnie znienawidzi, może przynajmniej wykorzystam to jako motywację. „Autorka odrzucona przez siedmiolatkę wraca do pracy i pisze najlepszy rozdział życia”. To by było coś.
Rei Bothwell 📚
Tamsin bywała naiwna i nie do końca uczyła się na błędach. Właściwie, to ona sama tak, ale nie to, co w niej siedziało – nie jej uczucia i emocje, które umiała trzymać na wodzy, ale spuszczone ze smyczy, robiły, co chciały. Nie miała pojęcia, skąd w niej to jest i czasami sama się sobie dziwiła, że ze swoim bagażem doświadczeń wciąż potrafiła mieć tyle wiary w ludzi, łącznie z umiejętnością zaufania drugiemu człowiekowi. Może było to spowodowane tym, że nigdy nie miała względem kogokolwiek wysokich wymagań? Sama od siebie wymagała tylko tyle, by nie robić innym krzywdy i żyć tak, aby pod koniec dnia móc spojrzeć w lustro i z czystym sumieniem przyznać, że nie jest najgorszym człowiekiem na świecie, bo najlepszym nie miała szansy być.
OdpowiedzUsuńŻyło się łatwiej, gdy nie miało się oczekiwań. Nie od końca było tak, że Tamsin nie miała planów, czy ambicji, ale nie miała jednego, przewodniego celu w swoim życiu, po którego spełnieniu mogłaby uznać, że jest prawdziwie szczęśliwa. Karierę miała dobrą, na dziewczynę znikąd, bez wykształconych muzyków w rodzinie grała w orkiestrze, która była spełnieniem marzeń dla większości. Miała mieszkanie, którego może sama nie kupiła, ale we względach finansowych nie miała zamiaru niczego nikomu udowadniać i nie czuła się gorzej przez to, że nie dorobiła się swojego własnego. Miała poukładane życie, grono dobrych ludzi wokół siebie, pełną lodówkę i poczucie bezpieczeństwa. Może przez to, jak wyglądało jej dzieciństwo i dorastanie, jej oczekiwania były tak niewielkie?
Łapała się na tym, że brakowało jej drugiego człowieka w życiu. Były to raptem przebłyski, chwile, najczęściej rano, kiedy budziła się w pustym łóżku, albo późnym popołudniem, kiedy wracała do domu i nie miała do kogo otworzyć buzi. Myślała jakiś czas nad tym, by wynająć dodatkowy pokój, by nie czuć tej dojmującej pustki w mieszkaniu, ale odkąd zrobiła tam wyciszenie i mogła dzięki temu ćwiczyć nawet w późnych godzinach, pomysł został postawiony między innymi na półce. Jej sytuacja była zupełnie inna, tak samo jak charakter, względem tego, co tyczyło się samego Tannera. Zawsze mogła pozwalać sobie na emocje i robiła to, bezwzględnie się w nich zatracając i chociaż, kiedy stało się to ostatnim razem skończyło się to zwyczajnie źle, to wiedziała, że w końcu przestanie trzymać gardę. Bo Tamsin chciała kochać i lubiła być kochaną.
Nie oczekiwała, że Tanner nagle wyciągnie kalendarz i wyznaczy im termin, w którym mieliby porozmawiać o jego odczuciach względem przyszłej byłej żony – nie była jego terapeutką. Czuła jednak potrzebę głośnego zapewniania, że jest obok, gdyby jej potrzebował, bo czasami to pomagało i nie zawsze trzeba było przecież samemu radzić sobie z własnymi uczuciami. Tamsin też wolała to robić w pojedynkę, ale czasami zwykłe towarzystwo drugiego człowieka potrafiło sprawić, że coś, co wydawało się być cieniem groźnego węża, okazywało się być jedynie dżdżownicą.
— Amber, zrobisz mi taką z tą różową gwiazdką? — wskazała palcem na konkretny koralik, po czym podała go dziewczynce. Spojrzała na Tannera i zmrużyła lekko oczy, zastanawiając się, czy to głód pcha go do stoisk z łakociami, czy nie raczej chęć uniknięcia nawlekania koralików na nylonową żyłkę jubilerską.
— O, mam pomysł! Ja pójdę po corn dogi dla naszej trójki, a wy zróbcie bransoletki — zaproponowała, a wolontariuszka, której wzrok pochwyciła, zapraszająco skinęła na taboret obok Amber, jasno dając Tannerowi znać, żeby usiadł.
Nie było jej w okolicach dziesięciu minut i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że towarzyszyła jej dwójka nastolatków i dziewczynka w wieku Amber. Młody chłopak opowiadał coś Tamsin z zaangażowaniem, idąc za rękę ze swoją dziewczyną, która dla odmiany tłumaczyła coś najmłodszej z całej czwórki. Chłopak był wyższy od Tamsin, ale jego szczupła sylwetka, ubiór i wciąż delikatne, wręcz chłopięce rysy twarzy zdradzały, że nie miał więcej niż osiemnaście lat. To samo było widać po jego dziewczynie, drobnej, od samej Tamsin niższej niemal o głowę, wyraźnie rozbawionej tym, jak jej chłopak wymachiwał rękoma, próbując tym dopowiedzieć to, czego nie ubrał w słowa.
Usuń— Spotkałam mojego sąsiad, jego uroczą dziewczynę i jej siostrę. Kim, Lina, Noah, to Tanner i Amber — przedstawiła sobie gromadę i gdy tylko wymienili się krótkimi grzecznościami, podała po corn dogu Tannerowi, Amber i Linie, która najwyraźniej też czekała na swojego, aż ten nieco przestygnie.
— Tammy, ale jak to jest problem… — zaczęła Kim, a Passalis machnęła tylko ręką.
— Żaden. Idźcie śmiało, ja zostanę z Liną i na was tutaj poczekamy. W razie co jesteśmy pod telefonem — mrugnęła do dziewczyny, która wyraźnie cieszyła się z perspektywy spędzenia czasu z chłopakiem, cokolwiek by nie mieli robić. Noah uścisnął ją krótko na pożegnanie, szepcząc jej do ucha coś krótko, prawdopodobnie podziękowanie, bo i do niego Tamsin mrugnęła na odchodne.
— To tak… Lina, chcesz też robić bransoletki?
— Tak! Amber, gdzie znalazłaś takie ładne serduszka? — spytała, podchodząc do miejsca, gdzie siedziała blondynka, wskazując palcem na ten jeden, konkretny koralik, który przykuł jej uwagę. W drugiej ręce trzymała corn doga, którego ostrożnie obgryzała z każdej strony, prawdopodobnie planując przy tym zjedzenie tylko panierki.
— Dziewczyny, zjedzcie najpierw, wytrzemy łapki i będziecie sobie dalej robić bransoletki, dobra? — zaproponowała Tamsin widząc, jak ketchup spływa małej Linie na palec. Niezgrabnie wyciągnęła z torby serwetkę i podała ją dziewczynce.
— No dooobraaa — westchnęły i Tamsin była przekonana, że zrobiły to w tym samym tempie i czasie - jakby się umówiły. Siedmiolatki zajęły się sobą, a ona stanęła bliżej Tannera, by dyskretnie wyjaśnić mu, co się właściwie wydarzyło.
— Lina, to siostra Kim. Kim, to dziewczyna Noaha, a Noah to mój sąsiad… Świetny chłopak, diabelnie pracowity, ale przez to ma mało czasu dla Kim. Kim musiała się dzisiaj zająć siostrą, a chcieli bardzo iść do jakiegoś muzeum… — wstrzymała oddech i westchnęła ciężko, zastanawiając się, jakie było prawdopodobieństwo, że faktycznie poszli popatrzeć na obrazy. — Nie wiem, czy poszli do muzeum i nie będę w to wnikać, ale poprosili, żebym zaopiekowała się Liną. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko — nie był to pierwszy raz. Rodziców Kim prawie nie było w domu, bo oboje pracowali na dwie zmiany. Sam Noah też wciąż się uczył i po lekcjach dorabiał wszędzie tam, gdzie się dało. Tamsin rozumiała, że chcieli chociaż czasami pobyć sami, tym bardziej, że przez całe wakacje oboje zamiast wypoczywać, pracowali ciężej niż niejeden dorosły.
— Tato, będziesz kończyć bransoletkę, czy mogę oddać Linie twoją muszelkę? — zawołała Amber z buzią umazaną ketchupem w taki sposób, że Tamsin nie wytrzymała i wyciągnęła telefon.
— Lina, odwróć się. Zrobię wam zdjęcie, bo wyglądacie świetnie — uśmiechnęła się i spojrzała na Tannera. — Może do nich dołączysz, co? — zaśmiała się, niebezpiecznie blisko machając własnym corn dogiem przed jego twarzą.
Tamsin Passalis 🌭📿
Skoro nie miała robić niczego, poza przypilnowaniem Amber, to właśnie tego zamierzała się trzymać. Jasne, może wygłupiła się nieco tym, że spytała o te wszystkie rzeczy, ale chyba lepiej warto było po prostu wiedzieć coś więcej o obcym dziecku, które ma być pod jej opieką te kilka godzin, niż potem panikować, jeśli stałoby się coś złego, bo to jeśli bywało czasem bardzo prawdopodobne, tylko że Tanner nic jej nie zdradził, a Rei nie zamierzała dopytywać.
OdpowiedzUsuńPrzez pierwsze kilka sekund po prostu patrzyła przez szybę. Kings Point wyglądało jak miejsce, które miało osobną umowę z hałasem. Manhattan nigdy nie pytał człowieka, czy może wejść mu do głowy; po prostu wchodził, rozpychał się łokciami i zaczynał trąbić. Queens przynajmniej miało w sobie znajomy nieporządek, ludzkie pęknięcia, sklepy na rogu, chodniki pamiętające zbyt wiele kroków i okna, za którymi ktoś zawsze coś gotował, kłócił się albo oglądał za głośno telewizję. Tutaj wszystko wydawało się być równe jak od linijki. Rei siedziała z książką dla Amber na kolanach i miała wrażenie, że jeśli oddycha zbyt głośno, jakiś niewidzialny zarząd osiedla wyśle jej uprzejmy list z prośbą o dostosowanie poziomu chaosu do lokalnych standardów. Domy za drzewami nie wyglądały jak miejsca zamieszkania, tylko jak świadome własnej wartości rezydencje, które nigdy nie miały okruszków w kanapie ani kubka po herbacie zostawionego na biurku przez trzy dni. Nie odezwała się jednak, pamiętając już dyskusję o apartamencie Tannera, kiedy to ona wyraziła swoje zdanie, a potem Morgan i niejako nic z tego nie wyszło, więc Rei uznała, że tym razem po prostu się zamknie.
Kiedy samochód zatrzymał się na podjeździe, odruchowo poprawiła palce na okładce książki. Azmina, smoczyca o złotych łuskach nagle wydała jej się mniej prezentem, a bardziej małym zaklęciem ochronnym.
Kiedy zobaczyła Amber, uśmiechnęła się lekko. Dziewczynka pojawiła się w drzwiach razem z kobietą, o której Tanner powiedział, że ma na imię Shirin, i machała z taką energią, jakby jej ręka miała za zadanie sprowadzić samolot na pas startowy. Gdy Tanner wysiadł, a ona rzuciła się biegiem w jego stronę, wołając piskliwe tato, Rei poczuła coś, czego zupełnie się nie spodziewała. Nie zazdrość, nie do końca, raczej nagłe, miękkie ukłucie gdzieś pod żebrami. Widok Tannera przykucającego, żeby złapać córkę w ramiona, był tak inny od wszystkich jego wersji, które zdążyła poznać, że przez chwilę nie umiała się z tym oswoić. Tanner z bankietu. Tanner przy drzwiach jej mieszkania. Tanner w kuchni z filiżanką kawy. I ten Tanner, który kucał na podjeździe, żeby jego siedmioletnia córka mogła wpaść mu w ramiona jak mały, rozkrzyczany meteor. Może i Tanner Morgan nigdy nie był zakochany, ale zdecydowanie wiedział, jak się kocha – ojcowska miłość była bardzo widoczna, a Rei naprawdę umiała to dostrzec, bo ze swoim ojcem była cholernie blisko. Był jej przyjacielem, powiernikiem i najlepszą dorosłą osobą, jaką znała.
Rei odruchowo wbiła wzrok w dłoń Amber, którą zasłaniała usta, a potem omiotła spojrzeniem jej twarz. Wiedziała, o co chodziło; zaskoczenie w oczach, walka między ciekawością a wyuczoną grzecznością – Bothwell znała ten moment aż za dobrze. Nie poczuła się z tym jednak źle, zdążyła się już nastawić, że tak będzie. Uśmiechnęła się więc, przełożyła laskę ostrożnie do drugiej dłoni i uścisnęła wyciągniętą rączkę dziewczynki.
— Dzień dobry, panno Morgan — powiedziała z powagą, której wystarczyłoby na królewską audiencję. — Bardzo mi miło. I tak, jestem pani Reilynn, ale możesz mówić do mnie Rei.
Dziewczynka wciąż wyglądała, jakby pytanie o protezę było czymś, co naprawdę chciało opuścić jej usta. Rei znała to uczucie. Sama przez większość życia miała pytania, które nie umiały czekać.
Usuń— I zanim twój mózg eksploduje od dzielnego niepytania — dodała łagodnie, przechylając lekko głowę — tak, to jest proteza. Nie boli, kiedy na nią patrzysz. Nie obraża się też, jeśli ktoś ją zauważy. Jest bardzo próżna, więc pewnie nawet jej miło.
Uśmiechnęła się trochę szerzej, ale nie zrobiła z tego widowiska. Nie chciała zawstydzić Amber. Nie chciała też, żeby dziewczynka od razu uznała, że przy dorosłych trzeba ograniczać swoją ciekawość.
— Możesz zapytać o coś później, jeśli będziesz chciała — dodała. Dopiero wtedy uniosła książkę, którą trzymała przy sobie. — A to jest dla ciebie. Azmina, smoczyca o złotych łuskach. Twój tata mówił, że lubisz smoki, więc uznałam, że muszę przeprowadzić oficjalną misję dyplomatyczną między smoczym królestwem a królestwem Amber.
Podała jej książkę, czując przy tym, że być może się wygłupiła.
— Jeśli już ją masz albo jeśli smoki chwilowo wypadły z łask, nie obrażę się — zapewniła szybko. — Smoki mają trudne charaktery. Rozumiem.
Shirin rzuciła im pośpieszne pożegnanie, a Rei odwróciła się w jej stronę z lekkim, uprzejmym uśmiechem.
— Dzień dobry. I… do widzenia — odpowiedziała trochę późno, bo kobieta już prawie pakowała się do auta. — Miłej wizyty u lekarza. To znaczy… nie wiem, czy wizyty u lekarza bywają miłe. Ale oby był dobry parking!
Zamknęła usta. Świetnie. Pierwsze trzy minuty w Kings Point i już życzyła komuś dobrego parkingu przy lekarzu. Bardzo elegancko.
Kiedy Tanner wskazał dom, Rei spojrzała w jego stronę i przez sekundę znów poczuła, jak robi się odrobinę mniejsza. Budynek był piękny, jasny i duży w sposób, który nie krzyczał bogactwem, ale spokojnie o nim informował. Jak człowiek w świetnie skrojonym garniturze, który nigdy nie musi podnosić głosu. Rei poprawiła torbę na ramieniu i ruszyła za Morganem.
Gdy pokazał jej już, co i jak, Rei i Amber usiadły przy niskim stoliku w salonie. Rei ostrożnie zajęła miejsce na sofie, z laską odłożoną tak, żeby była pod ręką, ale nie przeszkadzała, a Amber wdrapała się obok z naturalną swobodą i… tak zaczęło się od pytania o protezę, książkę i czy Rei naprawdę pisze swoje własne historie, potem siedmiolatka zapytała, czy pisze też książki dla dzieci i, zanim Rei zdążyła odpowiedzieć, dziewczynka oznajmiła, że one też mogą coś napisać.
— Teraz? — zapytała Rei.
— Tak.
Amber przyniosła notes z grubszymi kartkami i różowy długopis z pomponem. Rei uznała, że to prawdopodobnie najbardziej prestiżowe narzędzie pisarskie, jakiego kiedykolwiek używała. U góry pierwszej strony napisała bardzo starannie: Amber i tata oraz smok, który mieszkał w filiżance.
— Ale on nie może mieszkać w filiżance — zaprotestowała Amber. — Jest za duży.
— Słuszna uwaga redakcyjna — powiedziała Rei. — A gdyby był mały tylko rano?
— Rano jest mały, a wieczorem duży — stwierdziła. — I lata z tatą!
— Tata lata na smoku? — Rei zatrzymała długopis nad kartką.
— Tak. Ale tylko jak nie ma pracy.
— To ważne ograniczenie realistyczne — mruknęła Rei. — Czy tata ma garnitur na smoka?
— Nie! Tata ma zbroję.
— Oczywiście. Przepraszam. Mój błąd. — Podniosła ręce w geście obronnym i parsknęła, pisząc. — Zbroja dla taty. Czy jest bardzo elegancka?
— Bardzo. Czarna. I ma pelerynę.
Rei powoli zapisała zdanie, czując, jak jej usta wykrzywiają się w szerokim uśmiechu.
— Twój tata w czarnej zbroi i pelerynie. To brzmi podejrzanie wiarygodnie — mruknęła.
— A Amber ma miecz — dodała dziewczynka.
— Amber ma miecz — powtórzyła Rei. — Oczywiście. Czy miecz jest magiczny?
— Tak. Ale nie zabija. Tylko robi tak, że źli ludzie mówią prawdę.
Rei spojrzała na nią z prawdziwym podziwem i pokiwała głową.
— To jest przerażająco potężna broń — stwierdziła.
I tak zaczęły pisać. Nie było w tym nic idealnego. Amber co chwilę przerywała, żeby poprawić fabułę, narysować smoka albo zapytać, czy smok może mieć psa. Rei odpowiadała z całą powagą, że smok oczywiście może mieć psa, ale należy ustalić, czy pies da sobie radę, więc Amber uznała, że pies jest odporny na ogień, bo ma specjalne buty. Rei zapisała specjalne buty bez żadnego sprzeciwu.
UsuńPowoli na kartce pojawiła się historia o Amber, która pewnego ranka odkryła w filiżance taty małą złotą smoczycę. Potem do akcji wkroczył zły czarnoksiężnik, który ukradł wszystkie roboty z Kings Point, w tym jej robota, co wywołało konieczność natychmiastowej wyprawy ratunkowej. Rei rozrysowała mapę ogrodu, tajną bramę z żywopłotu i prawniczy paragraf zabraniający czarnoksiężnikom porywania robotów w weekendy. Amber uznała, że paragraf może być, pod warunkiem że na końcu i tak będzie pościg na smoku. Był więc pościg na smoku. Był też tata w czarnej zbroi, który bardzo poważnie powiedział złemu czarnoksiężnikowi, że ma natychmiast oddać robota, bo inaczej Amber użyje miecza prawdy. Czarnoksiężnik, trafiony magią, przyznał, że ukradł roboty, bo nie miał przyjaciół i chciał, żeby ktoś się z nim pobawił.
— Może on nie musi być już zły — powiedziała Amber.
— Nie musi. — Rei posłała jej łagodne spojrzenie.
— Może przeprosić — dodała.
— Może.
Kiedy skończyły pierwszą stronę, a potem drugą i trzecią, Rei zdała sobie sprawę, że minęło znacznie więcej czasu, niż zakładała. Jej plecy trochę bolały od pochylania się nad stolikiem, a żołądek przypomniał jej złośliwie, że kawa nie jest kategorią spożywczą, nawet jeśli bardzo chciałaby to przeforsować. Amber za to była całkowicie pochłonięta rysowaniem ostatniej sceny.
Stworzyły więc pierwszą książkę Amber, zanim Tanner wrócił do domu, a gdy już się pojawił, Rei podniosła się z miejsca, łapiąc swoje rzeczy. Nie zrobiła tego gwałtownie czy jakoś bardzo szybko, raczej tak, aby uprzejmie opuścić cudze życie.
— Tato! — zawołała od razu. — Napisałyśmy książkę!
— Tak. Amber była świetną współautorką — wtrąciła Rei i uśmiechnęła się mimowolnie. — Bardzo stanowczą. Bezwzględnie odrzucała zbyt nudne fragmenty, co jest umiejętnością, której zazdrościłby jej niejeden redaktor.
Zaśmiała się cicho i zrobiła krok w stronę wyjścia. Tak naprawdę powinna była już stać przy drzwiach. Podziękować, pożegnać się, zamówić Ubera, nie przyjmować podwózki, nie robić zamieszania, nie przeciągać sceny. Wyciągnęła telefon, gdy Amber zaczęła pokazać ojcu książkę, i zamówiła dla siebie taksówkę.
— Ja już będę się zbierać — powiedziała. — Macie dużo do omówienia. Smok i cała ta sprawa z czarnoksiężnikiem, który ukradł robota, bo nie miał przyjaciół… Bardzo emocjonalnie złożony antagonista, swoją drogą — rzuciła, puszczając oczko do Amber. Zaraz potem podniosła wzrok do Tannera, uznając, że dzisiejsza opieka nad jego córką wystarczy, aby jakoś wynagrodzić mu ostatnie szalone momenty. Miała przynajmniej taką nadzieję. — Dziękuję jeszcze raz za pana ostatnią pomoc. Muszę zająć się teraz swoją książką, goniące terminy to nic przyjemnego.
Rei Bothwell 🚕
Na samym początku ich znajomości Tamsin wcale nie czuła się przy nim swobodnie. Nie zrobił oczywiście nic, żeby ją celowo speszyć, a przynajmniej tego nie wyłapała, ale trochę ją onieśmielał – jak większość osób należących do społeczności, do której dołączyła przez małżeństwo. Nie był w tym też wyjątkowy, bo tak samo peszył ją jego ojciec, czy brat i żona, musiało minąć kilka bankietów, kiedy Tamsin z zaskoczeniem odkryła, że ludzie z szeroko pojętych elit, są takimi samymi ludźmi, jak ona. Też muszą jeść, też muszą spać, też bywają smutni i zdenerwowani, i chociaż ich problemy są usytuowane zazwyczaj na innym poziomie abstrakcji, to jednak są obecne.
OdpowiedzUsuńDo tego, że nie czuła się początkowo zbyt pewnie w jego towarzystwie dochodziły nieprzyjemne wspomnienia z kilku wcześniejszych przyjęć, na których spotkała się z bolesną opinią o sobie, jakoby w Carterze interesowały ją wyłącznie jego pieniądze. Nie była to prawda, ale Tamsin nie czuła, by miała prawo tej opinii się dziwić. Carter był przystojny, ale też znacznie od niej starszy, dlatego plotki tego typu były łatwe do przewidzenia. Przekonana, że skoro jedna osoba pomyślała o niej w ten sposób, to wszyscy inni też muszą, potrzebowała chwili żeby zorientować się, jak dalekie było to od prawdy i zwyczajnie przyjąć, że nie można było wsadzać wszystkich do jednego worka. A przynajmniej nie było w nim miejsca dla Tannera, nie wspominając o Amber, która Sullivana nie miała okazji poznać – i bardzo dobrze, nic nie traciła.
Chociaż pytanie o brak dzieci wybrzmiało jeszcze w przeszklonym budynku, to siedziało Tamsin z tyłu głowy, nieprzyjemnie drażniąc i ciążyć, bo był to temat, którego celowo unikała nawet we własnych myślach. Była przed trzydziestką i czy tego chciała, czy nie, zegar powoli zaczynał tykać, a myśli o dzieciach ją doganiać. Nie była pewna, czy chciałaby być matką, ani tego, czy byłaby gotowa na samotne rodzicielstwo. Była sama, bardzo dużo pracowała i postrzegała w swoim przypadku, posiadanie dziecka, jako wyjątkowo samolubne, a jednak zdarzało jej się o tym myśleć. Jakby to było – głaskać miękkie włoski, wąchać skórę pachnącą mlekiem i zasypką dla dzieci. Liczyć małe paluszki, każdy osobno, upewniając się, że wszystkie są na miejscu, wszystkie równie silne w zaciskaniu się na palcu. A później obserwować, jak ten malutki człowiek rośnie, otwiera oczy, posyła pierwsze, bezzębne uśmiechy, by w końcu zacząć mówić i mieć własne zdanie. Myślała o tym rzadko, bo zawsze po tym towarzyszyło jej dziwne poczucie, że omija ją coś ciekawego; przygoda, która była dostępna dla większości, a ona zdecydowała się jej jedynie przyglądać i słuchać o doświadczeniach innych.
Dobrze, że spotkała Noaha i Kim, dobrze, że wcisnęli jej małą Linę pod opiekę, bo mogła odsunąć od siebie te myśli i znowu wrócić do bycia sobą. Zazwyczaj uśmiechniętą i bezproblemową Tammy.
— Nie chcę wnikać, Tanner. Jeśli o tą dwójkę chodzi, to oni serio mogli pójść do muzeum i nie wiem, czy to nie przeraża mnie bardziej — zachichotała, zasłaniając usta dłonią, bo chociaż zdążyła przełknąć corn doga, to czuła, że przyda jej się po jego zjedzeniu guma do żucia. — Poza tym, ja bym na randkę do muzeum mogła iść. Tylko musiałabym się najpierw najeść jakiegoś makaronu, popić to colą i doprawić deserkiem, żeby cukier mnie dobrze ululał — pomyślała też o tym, jak w liceum poszły z koleżanką do muzeum, po wypalonym skręcie. Więcej w nim było tytoniu, niż czegokolwiek innego, a jednak wmówiły sobie haj i Tamsin musiała przyznać, że od tamtej pory patrzyła na sztukę zupełnie inaczej; ze znacznie bardziej otwartą głową, bez potrzeby wspomagania się różnymi substancjami. Cukier wystarczył.
Tamsin przygarnęła do siebie Linę, której pozwoliła zrobić sobie królicze uszy. Uśmiechnęła się przy tym szeroko, patrząc prosto w obiektyw telefonu.
Usuń— A teraz zróbmy głupie miny — zaproponowała Tammy, zezując oczy i wytykając język.
— Mogę świnkę? — spytała Lina.
— Możesz świnkę, możesz komara…
— Jak wygląda komar?
— Później ci pokażę, dobra? — zaproponowała i zapozowała. Dziewczynka, wcześniej uśmiechająca się szeroko, teraz podciągnęła drobnym paluszkiem czubek nosa do góry i zachrumkała cicho.
— Dziękujemy bardzo — powiedziała z wdzięcznością Tamsin, kiedy kobieta obsługująca stoisko, zrobiła im jeszcze kilka zdjęć, żeby mogli wybrać takie, jakie im się spodoba.
Widząc, jak obie dziewczynki zaczynają być coraz bardziej ubrudzone ketchupem, westchnęła cicho i przez chwilę zastanawiała się nad opcjami. Albo mogła wsadzić sobie corn doga do ust i wyglądać przy tym idiotycznie (pewnie zrobiłaby to, gdyby nie fakt, że Tanner stał obok), albo podać swojego corn doga Tannerowi, jak dorosły człowiek. Wybrała bycie dorosłym i wyciągnęła paczkę mokrych chusteczek z torebki. Może nie miała dzieci, ale w swojej torbie nosiła pół życia, spędzając kupę czasu poza domem, zdawała się być przygotowana na każdą możliwość.
— Dawać dzioby, dziewczyny. Jesteście całe w keczupie — wytarła buzię najpierw Linie, a później Amber, czyste chusteczki dając im też do wytarcia dłoni.
— O nie, i mamy takie zdjęcia?! — jęknęła głośno Lina z iście cierpiętniczą miną.
— Mamy, ale tego na nich nie widać, więc nie musisz się martwić. Kończycie powoli?
— Tamsin, jeszcze nie! Mam dopiero połowę bransoletki! — Lina pokręciła głową z niezadowoleniem, a Amber spojrzała na Tamsin z miną mówiącą nie pospieszaj nas, tutaj dzieje się sztuka. Passalis choćby chciała, nie mogła z tym dyskutować. Odebrała swojego corn doga od Tannera i bez słowa zajęła się jedzeniem, tępym wzrokiem patrząc w kierunku dziewczynek obgryzających panierkę, nieświadomie robiąc to samo. Odpłynęła gdzieś myślami i gdyby ktoś nawet spytał, gdzie się właśnie znajduje, nie umiałaby odpowiedzieć.
Tamsin Passalis 🐰🌭
Częste zmiany szkoły, przeprowadzki i bycie wypychaną na scenę, nawet kiedy nie miała na to ochoty, sprawiły, że Tamsin miała wręcz niesamowitą umiejętność dostosowywania się i czytania otoczenia. Bez najmniejszego trudu odnajdywała się na eleganckich bankietach, tak samo dobrze czując się w klubie z muzyką techno czy na imprezach pełnych artystów, którzy górnolotnie rozmawiali o najnowszych trendach w sztuce. Jak kameleon dostosowywała swój ton głosu, zawsze wiedziała też, jak powinna się ubrać, by wtopić się w tło, jednocześnie nie zlewając się z nim całkowicie. W przeciwieństwie do Tannera nie zajmowała przestrzeni – nie miała w sobie aż tyle pewności siebie, ale umiała wypełniać jej luki, przez co z reguły dobrze się w niej poruszała i gubiła tylko sporadycznie.
OdpowiedzUsuńMoże właśnie przez to całkowicie instynktownie wiedziała, jak powinna obchodzić się z dziećmi? Nie miała młodszego rodzeństwa, nigdy nie musiała też zajmować się młodszym kuzynostwem czy dziećmi znajomych rodziny, bo tych zwyczajnie brakowało. W zasadzie jej jedynym doświadczeniem z ludźmi sporo od niej młodszymi były interakcje w szkole muzycznej i na kursach mistrzowskich, na których dorośli studenci spotykali się z małoletnimi uczniami, często musząc dzielić z nimi pokoje w bursach czy butikowych hotelach. Tyle tylko, że tam nie musiała się nimi nigdy zajmować, a jedynie porozmawiać chwilę przy śniadaniu czy podpytać o samopoczucie, gdy któreś zdawało się tęsknić za rodzicami albo martwić oceną profesora. W zasadzie nie musiała, ale czuła potrzebę. Może dlatego, że jej nigdy nikt o to nie pytał? Powszechnie panowało przekonanie, że u Tamsin zawsze było w porządku, bo nigdy na nic się nie skarżyła, wszystko przeżywając po cichu, bez łez i dramaturgii powszechnej wśród artystów. Passalis nie płakała, gdy jakiś profesor robił sobie z niej słowny worek treningowy, bo danego dnia miał gorszy humor, a ona akurat nie była idealnie przygotowana – nikt nie był. Od tego w końcu były te kursy, żeby się doskonalić, ale to nie zmieniało faktu, że Tamsin od dziecka była przyzwyczajona do tego, że dorośli przelewali na nią swoje frustracje i od dziecka brakowało jej odwagi, żeby się temu przeciwstawić. Wciąż tak poniekąd było, chociaż teraz potrafiła nie brać tego tak bardzo do siebie, oswajając gorzkie słowa innych, tłumacząc je i ich samych, jakby to było jakiekolwiek usprawiedliwienie, wierząc przy tym, że walka nie miała sensu. Tamsin z całą pewnością nie miała w sobie odwagi ludzi, wśród których dorastał Tanner i których cechy on sam przejął.
Wyrwana z zamyślenia spojrzała na niego nieobecnym wzrokiem, który dopiero po chwili się wyostrzył, przywracając oczom codzienną bystrość.
— Są wakacje — powiedziała tak, jakby to miało tłumaczyć wszystko, bo dopiero po kilku sekundach dotarł do niej sens jego pytania. Uśmiechnęła się lekko, nie tyle zakłopotana, co poirytowana własnym brakiem rozgarnięcia. — Rodzice Kim i Liny pracują na dwie zmiany, więc Kim zajmuje się siostrą, kiedy oni są w pracy, a Noah to chłopak Kim. Jeśli chce się z nią widzieć w wakacje, to musi widzieć się i z nią, i z Liną — prawda była dużo prostsza i znacznie bardziej przyziemna niż to, co podejrzewał Tanner.
Noah był synem jej sąsiadki, która od dawna była za bardzo zaprzyjaźniona z butelką, by zauważyć, że jej syn wciąż jest na etapie, kiedy potrzebuje dorosłego w swoim życiu. Tamsin poznała go, kiedy siedział na klatce schodowej, podczas gdy osoba, która powinna była być jego opiekunem i największym wsparciem, wolała urządzić w ich mieszkaniu pijacką imprezę.
O tym nie miała zamiaru Tannerowi opowiadać, nie teraz, i nie wiedziała, czy kiedykolwiek, bo sprawa była delikatna, policja była w nią w pewien sposób zaangażowana, a sama Tamsin… Nie chciała być kolejnym dorosłym, który zawiódł chłopaka. Dlatego miał klucze do jej mieszkania, własny komplet pościeli i tylko przez niego zaczęła cokolwiek gotować, żeby chłopak mógł czasami zjeść coś, czego nie musiał przygotować sam z produktów, na które wydawał ciężko zarobione pieniądze. Nawet Tamsin, chociaż dość wcześnie nie mogła liczyć na wsparcie matki, nie mogła powiedzieć, by kiedykolwiek tak podstawowe potrzeby były w jej przypadku zaniedbane, co jeszcze bardziej pogłębiało poczucie głębokiej niesprawiedliwości odnośnie do tego, co czekało na Noaha w domu.
UsuńKim była z rodziny, która starała się zwyczajnie przetrwać, co było znacznie trudniejsze teraz niż kilkanaście lat temu, gdy zdecydowali się na stałe zamieszkać w Stanach.
Noah i Kim nie byli dzieciakami, które próbowały żyć na własny rachunek – zostali na niego zrzuceni, gdy tylko wykazali się odpowiednią dozą samodzielności.
— Dlatego czasami Lina wpada do mnie. Albo cała trójka wpada do mnie, bo mam szybki internet, kablówkę i jest spora szansa, że zamówię pizzę, jeśli nie chce mi się gotować — lubiła te momenty. Nie przepadała za tym, że nastolatkowie często chcieli się z nią później rozliczać, zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że ich towarzystwo było dla niej znacznie więcej warte niż te kilkanaście dolarów, które płaciła za jedzenie. — To fajne dzieciaki, więc miło się z nimi spędza czas — nie miała zamiaru protekcjonalnie uświadamiać Tannera, że nie każdy wychowywał się w takim świecie jak on. On to przecież doskonale wiedział, a takie uwagi niczego by nie wprowadziły do rozmowy.
— O której po mnie przyjedziesz, żeby mnie odebrać na bankiet? To już w przyszłym tygodniu, no nie? — spytała, trochę dlatego, że chciała zmienić temat, a trochę dlatego, że nie miała więcej do dodania. Oczywiście była gotowa odpowiedzieć na więcej pytań Tannera, ale nie czuła potrzeby opowiadania nie swojej historii.
Tamsin Passalis👠
Rei spojrzała w stronę Amber i przez chwilę miała ochotę zrobić coś kompletnie nierozsądnego. Zostać. Ukryć się w pokoju, jak zaproponowała dziewczynka, i udawać, że świat nie jest zbyt skomplikowany, mimo że… był. Ale Rei była dorosła.
OdpowiedzUsuń— To bardzo kusząca propozycja — powiedziała do Amber, uśmiechając się miękko. — Zwłaszcza część z ukrywaniem się w pokoju. — Przykucnęłaby, gdyby jej ciało miało dziś lepszy humor, więc tylko pochyliła się lekko w jej stronę. — Ale twój tata ma rację. Muszę wrócić. Mam książkę do dokończenia, a moi bohaterowie bez nadzoru podejmują fatalne decyzje. — Wskazała ruchem głowy w stronę notesu. — A ty pilnuj pierwszego egzemplarza. To poważna sprawa. Bestseller zaczyna się od jednej osoby, która wierzy, że smok, robot i tata w pelerynie zasługują na własną historię.
Gdy się pożegnała, wróciła od razu do siebie. I to nie dlatego, że naprawdę chciała być sama; Rei po prostu wydawało się, że samotność była prostsza, no i, zdecydowanie pozwalała jej pisać, więc pisała; czasem z wściekłością, niekiedy półprzytomnie, w środku nocy, kiedy ból i bezsenność postanawiały urządzić sobie wspólną naradę. Czasami z kubkiem zimnej kawy obok klawiatury albo po badaniach, po wiadomościach od wydawcy, które zaczynały się od uprzejmego mam nadzieję, że czujesz się lepiej, a kończyły bardzo konkretnym pytaniem o rozdział.
W miesiąc skończyła książkę. Nie wiedziała nawet, jak to zrobiła. Sól w koronie domykała się pod jej palcami jak rana, która nie tyle się goiła, ile wreszcie przestawała krwawić. Rei poprawiała sceny i z uporem udawała, że wcale nie przemycała do książki ludzi, których ostatnio spotkała. Tannera tam nie było. Oczywiście, że nie. Było za to jedno bardzo niezręczne spotkanie bohaterów, podczas którego ona znalazła się pod stołem, a on posyłał jej spojrzenie zdradzające, że nawet nie wie, jak to skomentować. Potem jednak historia poszła w swoją stronę, a dalsze sceny zacierały tę pierwszą.
Skończyła książkę akurat wtedy, gdy jej ciało postanowiło zorganizować kolejną katastrofę, jakby było to co najmniej zabawne. Złe wyniki miały to do siebie, że czas przed ich poznaniem i czas po ich poznaniu wyglądały prawie tak samo, a jednak świat nagle wydawał się trochę inny. I bała się, naprawdę się bała. Z napięciem w gardle, z uciskiem pod żebrami, z myślą, że płuca, które i tak ostatnio były trudnym współlokatorem, teraz stały się miejscem, do którego ktoś będzie musiał wejść skalpelem. Operacja była konieczna.
Szpital przyjął ją niemal czule, choć Rei miała wrażenie, że od razu po przekroczeniu progu zaczęła się dusić. Znała zapach korytarzy, dźwięk kółek łóżka przesuwanego gdzieś za ścianą, cichy szelest zasłon i… nienawidziła tego. Była pacjentką. Znów.
Przebrana, z opaską na nadgarstku, z torbą przy łóżku i telefonem, w który nie chciała patrzeć za często, bo każda wiadomość od ojca, Maeve czy wydawcy otwierała w niej inne miejsce. Ojciec pisał, że zaraz będzie, że przyniesie jej ulubione chipsy, Maeve wysyłała jej urocze zdjęcia, memy i głosówki pełne miękkiej paniki zamaskowanej żartami. Wydawca przypominał, że zapowiedź Soli w koronie właśnie ruszyła i że reakcje są świetne.
Po operacji spędziła kolejny miesiąc w szpitalu, a potem poznała Jareda i to w zupełnie innych okolicznościach niż te, które sama napisałaby w książce. Nie było przy tym dramatycznego spojrzenia ponad filiżanką kawy i żadnego spotkania w deszczu. Był za to długi, szpitalny korytarz, wieczorna cisza i ona, bardzo ambitnie próbująca przejść wyznaczony przez fizjoterapeutkę dystans bez zatrzymywania się co chwilę. Jared siedział na krześle pod ścianą z nogą w stabilizatorze, kulą opartą obok i miną człowieka, który miał ochotę stąd uciec.
Usuń— Zakładam, że pani też przegrała z grawitacją — powiedział, kiedy zauważył, jak ostrożnie przystaje przy poręczy.
— Ja z grawitacją prowadzę wieloletni konflikt. Pan wygląda na kogoś, kto dopiero dostał pierwsze ostrzeżenie. — Rei zerknęła w jego stronę, a on się uśmiechnął. I jakoś tak się zaczęło.
Przez kolejne tygodnie mijali się w korytarzach, czasem przy windzie, czasem przy automacie z kawą lub ławkach przy oknie, gdzie Rei odpoczywała po krótkich spacerach, a Jared udawał, że siedział tam przypadkiem. Rozmawiali najpierw o niczym: o szpitalnym jedzeniu, głupich kontuzjach, jej książce, jego pracy. Potem o trochę ważniejszych rzeczach. Przez ten czas Jared próbował się z nią umówić. Kilka razy.
Rei nie była jednak zainteresowana w ten sposób, a on, ku jej uldze, przyjął to bez urażonej dumy. Nadal czasem flirtował, ale raczej dla sportu, nadal mówił jej, że wygląda dobrze, kiedy ani trochę się tak nie czuła. Zamiast tego został, tak po prostu, jako przyjaciel; dobry, irytująco przystojny, zbyt pewny siebie przyjaciel, który potrafił wyciągnąć ją z najciemniejszego nastroju jednym głupim komentarzem.
Rei wyszła ze szpitala, Sól w koronie zaczęła żyć własnym życiem w recenzjach i wiadomościach od czytelników, a Jared nadal pojawiał się w jej telefonie tak regularnie, jakby jego obecność stała się czymś oczywistym. Aż pewnego dnia zadzwonił z propozycją, którą miała ochotę odrzucić od zaraz.
— Mam zaproszenie na bankiet — powiedział. — Ważny. Prawnicy, sponsorzy, ludzie w drogich garniturach, za dużo small talku… I potrzebuję osoby towarzyszącej.
I oczywiście się zgodziła, choć najpierw zdążyła przeprowadzić z Jaredem dyskusję o tym, że pewnie będzie koszmarnie i jeśli się nie naje, to pójdą do McDonald’s i za jego pieniądze kupią dla niej dwa zestawy Happy Meal.
Kiedy Jared napisał, że czeka pod budynkiem, Rei przez moment tylko stała przed lustrem. Wiedząc o tym, że jednak wyjdzie dzisiaj z domu, wybrała z Maeve sukienkę, która idealnie do niej pasowała; materiał był miękki, lekki i chłodny w dotyku, w odcieniu głębokiej zieleni wpadającej momentami w morski błękit, zależnie od światła. Suknia miała długi, zwiewny dół, który poruszał się przy każdym kroku, góra była dopasowana, z delikatnie zaznaczoną talią i subtelnym, miękkim dekoltem odsłaniającym obojczyki. Rękawy były długie, półprzezroczyste i lekko rozszerzały się przy nadgarstkach. Na materiale połyskiwały drobne hafty; srebrzyste nici układające się w cienkie gałązki, liście i gwiezdne motywy. Z tyłu pleców opadał cienki, delikatny panel materiału, przypominający pelerynę. Do tego założyła naszyjnik, który kupiła w salonie Tannera Morgana. Wydawało jej się więc, że nie wygląda źle i że Jared nie będzie musiał się jej wstydzić.
— To najlepsze, co mogłam założyć — odezwała się, wchodząc do auta. Wciąż niezmiennie miała przy sobie laskę, a dodatkowo czarną torebeczkę, w której trzymała wszystko, co kazało jej pamiętać, że elegancja elegancją, ale jednak musiała być przygotowana. Był tam telefon, karta, pomadka, małe lusterko i klucze, czyli rzeczy normalne, cywilizowane, niemal kokieteryjne. A pod nimi, znacznie mniej bankietowo, leżał blister z lekami przeciwbólowymi, małe pudełeczko z tabletkami przeciw nudnościom, inhalator, chusteczki, lista leków i kartka z numerem do lekarza prowadzącego. Cóż, może nie była idealną kobietą z klasą, ale tym razem czuła się przynajmniej jak ktoś, kto mógł się bronić.
Bankiet odbywał się w jednej z tych sal, które wyglądały, jakby zostały stworzone specjalnie po to, by ludzie w drogich ubraniach mogli mówić cicho o bardzo dużych pieniądzach. Już od wejścia wszystko było eleganckie: marmurowe posadzki, wysokie sufity, kryształowe żyrandole, ciężkie zasłony, stoliki przykryte białymi obrusami i obsługa poruszająca się między gośćmi z tacami szampana.
Usuń— Powiedz mi jeszcze raz — szepnęła do Jareda — że nie będę musiała wygłaszać żadnej mowy.
— Nie będziesz.
— Ani tańczyć — rzuciła.
— Też nie.
— Ani udawać, że rozumiem rozmowy o funduszach, patronatach i prestiżu branżowym.
— Tego nie mogę obiecać — mruknął z rozbawieniem.
— Wiedziałam. To gdzie jest wyjście? — Teatralnie się rozejrzała, a Jared uśmiechnął się tym swoim zbyt pewnym uśmiechem, który zwykle oznaczał, że bardzo dobrze wiedział, co robił, albo że przynajmniej potrafił przekonać świat, że tak jest.
Weszli do głównej sali. Rozmowy nakładały się na siebie miękkim szumem, przerywanym śmiechem, brzękiem kieliszków i dźwiękiem kroków na posadzce. Wszędzie byli prawnicy. Część osób odwracała się w stronę Jareda, ktoś skinął mu głową, ktoś pomachał, ktoś wyraźnie chciał podejść, ale ten tylko odpowiadał krótkimi gestami i prowadził ją dalej.
— Mamy stolik bliżej sceny — powiedział.
— Oczywiście, że mamy — mruknęła. — Nie dało się mnie schować przy jakiejś kolumnie?
— Nie — odpowiedział gładko.
Suknia poruszała się wokół niej lekko, prawie nierealnie, łapiąc światło srebrnymi haftami. Rei czuła te wszystkie spojrzenia; niektóre były natarczywe, ciekawskie lub oceniające. Wiedziała, że się wyróżniała; przyszła tutaj z krótkimi włosami, które ścięła przed operacją, laską, bladością po chorobie i drogim naszyjnikiem lśniącym przy obojczykach.
— Oddychasz? — spytał Jared i pochylił się lekko.
— To dość intymne pytanie po operacji płuc — mruknęła.
— Rei.
— Oddycham — odpowiedziała ciszej i posłała mu krótkie spojrzenie, że ma przestać drążyć, bo wszystko jest w porządku.
Dotarli do stolika, który mieli zająć, i wtedy… najpierw zobaczyła profil mężczyzny stojącego przy jednym z krzeseł. Ciemny garnitur. Prosta sylwetka. Spokojna, niemal chłodna elegancja, której nie dało się pomylić z niczym innym. Dłoń oparta lekko o oparcie krzesła. Głowa odwrócona w stronę kobiety stojącej obok. Tanner Morgan. Przez ułamek sekundy jej mózg po prostu się zawiesił. To chyba nie było możliwe, prawda?
Jared zatrzymał się przy stoliku z całkowitą nieświadomością człowieka, który nie wiedział jeszcze, że właśnie zorganizował małą katastrofę towarzyską, a Rei w to weszła bez prawie zająknięcia. Czasem naprawdę nienawidziła swojego życia.
— Tanner, Dakota! — powiedział swobodnie. — Rei, poznaj mojego starszego brata i jego żonę.
Rei usłyszała imiona jak przez wodę. Tanner. Dakota. Poczuła, że lekko zakręciło jej się w głowie; nagle naszyjnik przy jej obojczykach zrobił się ciężki, choć fizycznie ważył prawie nic.
— Dobry wieczór — odezwała się, opierając się o jeden ze swoich mechanizmów, czyli sięgnięcie po perfekcyjną maskę. Szybko stwierdziła, że nie może dać po sobie poznać, że zna Tannera Morgana, bo byłoby to cholernie niepoprawne. Zresztą. Może Tanner zdążył o niej zapomnieć? Minęły trzy miesiące, odkąd trzymała się dystansu, który osobiście narzuciła, i pewnie oboje sądzili, że już nigdy się nie spotkają. Nowy Jork był w końcu ogromny. — Rei Bothwell, miło mi poznać.
Rei Bothwell 🎭
Tamsin nie podejrzewała Tannera o oderwanie od rzeczywistości, w którym mógłby uznać, że każdy pochodził z domu podobnego do tego, w którym sam się wychował, a wszelkie różnice były jakimiś odstępstwami od reguły. Ba! Była przekonana, że doskonale wiedział, że większość ludzi była wręcz z domów całkowicie innych – różniących się nie tylko od jego, ale względem siebie wzajemnie. Sama była doskonałym przykładem, chociaż o jej przeszłości przed ich poznaniem, mówiła raczej rzadko. Nie było ku temu okazji, bo chociaż znali się kilka lat, to jednak nigdy nie mieli sposobności do głębszych zwierzeń, których Tamsin wcale nie unikała, ale też do nich nie dążyła specjalnie. Nie mieli zbyt wielu wspólnych znajomych – takich mniej oficjalnych, z którymi można byłoby się spotkać prywatnie, a nie przy okazji jakiś gal, czy bankietów, bo obracali się w zupełnie innych towarzystwach.
OdpowiedzUsuńTamsin właściwie czuła, że nie do końca mogła powiedzieć, by kiedykolwiek miała jakąś “grupę znajomych”. Były to raczej pojedyncze osoby poznawane przez lata, które z jakiś powodów postanowiły zostać w jej życiu, a ona zdecydowała się zostać w ich i musiała przyznać, że całkiem jej to odpowiadało. Nie było w tym relacji ciągniętych na siłę, żadna z nich nie charakteryzowała się także tym, że to ona zawsze musiała dbać o kontakt i była zmuszona przyznać, że chociaż budowała swoje życie właściwie na nowo, to do ludzi miała całkiem dużo szczęścia. Może Ci, którzy ją znali też tak uważali?
Obserwowała dziewczynki i to, jak sprawnie nawlekają koraliki na żyłkę. Chociaż Amber zaczęła wcześniej, Lina szybko ją dogoniła, koraliki nawlekając w powtarzający się wzór. Raczej nie próbowała konkurować z nowo poznaną koleżanką, bo Tamsin widziała Linę wielokrotnie przy pracach ręcznych i musiała przyznać, że dziewczynka, jak na swój wiek, do większości rzeczy podchodziła wręcz niesłychanie metodycznie, co dobrze współgrało z tym, że podobno matematyka i przyroda były jej ulubionymi przedmiotami. A może lubiła mieć wszystko uporządkowane, bo w jej życiu było sporo bałaganu? Przecież Tamsin z tego właśnie powodu lubiła mieszkanie Tannera – proste, uporządkowane, bez zbędnych dodatków. Jej takie nie było, bo była sentymentalna i miała trochę pamiątek, ale za to nie można było jej zarzucić, by było tak kiedykolwiek nabałaganione, albo, żeby było brudno. Lubiła czystość i chociaż zapach środków czystości kojarzył jej się z matką, to były to te, o dziwo, miłe wspomnienia, kiedy robiły coś razem i chociaż było to sprzątanie, czyli nic specjalnego dla dziecka, to lubiła wracać do tego myślami.
Wyciągnęła przed siebie zamaszyście prawą rękę, gestem pełnym egzaltacji podając ją Tannerowi.
— Ta będzie tą lepszą, bo nie będę uderzać o wiolonczelę przy graniu. — wyjaśniła, jednocześnie mając nadzieję, że Amber wyłapie ten fakt. Bo do grania na wiolonczeli należało podejść profesjonalnie – wszelkie ozdoby jedynie na prawej dłoni, żeby nie uderzać nimi o pudło rezonansowe, krótkie paznokcie i pogodzenie z faktem, że nigdy nie zostanie się modelką dłoni. Tak, jak skrzypkowie mieli odciski przypominające malinki – albo pod brodą, albo na obojczyku, tak wiolonczelistę można było poznać po zgrubieniu na kciuku lewej dłoni i lekkiej krzywiźnie, palca wskazującego, prawej.
— To możesz być po mnie koło… Siedemnastej trzydzieści? Też powinnam być wolna od południa, więc jeśli byłby problem, żebyś po mnie podjechał, to nie ma sprawy. Wiesz… Żartowałam z tym, że musisz mnie wozić — uśmiechnęła się, przyglądając uważnie, jak Tanner sprawnie zapina bransoletkę na jej nadgarstku. Obróciła ręką kilka razy, uważnie przyglądając się każdemu z koralików, po czym skierowała spojrzenie na Amber, dumnie stojącą obok.
— Prześliczna. Bardzo ci dziękuję — powiedziała szczerze, lekko się w jej kierunku pochylając. — W takim razie, mam już część biżuterii na imprezę — mrugnęła do niej, a dziewczynka zarzuciła warkoczem.
— To za fryzurę. Będziesz musiała nauczyć tatę, jak taką robić, bo mam zamiar chodzić w niej częściej — stwierdziła i spojrzała w stronę Liny. — Lina, a czy ty już kończysz? Bo tutaj jest dużo atrakcji i mogłybyśmy pójść jeszcze gdzieś… Widziałam dmuchańce do skakania, można zrobić sobie zdjęcie z Elsą, mają też stację do robienia koron i watę cukrową!
Usuń— Tak, tak. Już skończyłam — odpowiedziała dziewczynka i trzymając żyłkę po obu stronach, podeszła do Tannera. — Przepraszam, ale czy mógłby pan ją zabezpieczyć tak, żebym mogła dać ją siostrze? I Tammy, czy mogłabyś ją schować do torebki? Ja mam swoją, ale boję się, że zgubię — wyjaśniła rzeczowo, podając koraliki mężczyźnie.
Tamsin jedynie skinęła głową na znak zgody, zastanawiając się, co następnego wybiorą dziewczyny, powoli kończąc swojego corn doga.
Tamsin Passalis 👀📿
Rei usiadła, kiedy Jared odsunął dla niej krzesło, ale zrobiła to trochę wolniej niż zwykle, bo zdanie, które wyrzuciła z siebie Dakota, było dość… znaczące. Ciekawsze dziewczyny. No tak, była bardzo ciekawa, zapewne inna od wszystkich osób, które tutaj były – przynajmniej pod tym względem, że większość miała dwie całkiem sprawne dolne kończyny. Przez krótką chwilę Rei naprawdę próbowała odpuścić. To nie było miejsce na prywatne starcia, a ona nie miała żadnego prawa wchodzić między rodzinne wojny Morganów, których historii nie znała, ale problem polegał na tym, że Dakota nie powiedziała tego tylko do Jareda. Powiedziała to o niej, robiąc to krótkie spojrzenie w dół, zanim brew powędrowała wyżej. O tym cienkim rozbawieniu, które udawało towarzyską lekkość. Rei znała takie spojrzenia, tyle że tym razem nie siedziała w szpitalnej poczekalni, w windzie ani w kawiarni, gdzie mogła udawać, że tego nie zauważyła. Siedziała przy stole z Jaredem, który przyprowadził ją tutaj jako osobę towarzyszącą, a nie jako anegdotę. I choć Jared potrafił bronić się sam i odgryźć się Dakocie za nich oboje, Rei nagle poczuła, że nie chce pozwolić, by zrobił to w pojedynkę. Nie chciała być powodem, przez który będzie wyglądał jak ktoś, kto wszczyna kolejną rodzinną potyczkę, i nie chciała też udawać, że niczego nie usłyszała, więc zanim rozmowa całkiem umarła pod ciężarem oficjalnej części wieczoru, Rei odłożyła torebkę na kolana, poprawiła ostrożnie materiał sukni i spojrzała na Dakotę z uprzejmym, niemal łagodnym uśmiechem.
OdpowiedzUsuń— Przepraszam — odezwała się cicho, ale wyraźnie. — Chciałam tylko doprecyzować, bo mam pisarskie skrzywienie i słowa czasem potrzebują doprecyzowania w mojej głowie, ale „ciekawsze dziewczyny” brzmi trochę tak, jakby Jared przyprowadził do stolika jakiś zaskakujący eksponat.
Zerknęła w stronę Jareda, aby wiedział, że odezwała się po to, żeby nie dać się stłamsić Dakocie Morgan. Nie przyszła tutaj po to, żeby być oceniana, a poza tym co będzie, jeśli umrze i żałowałaby, że się wtedy nie odezwała? Jak wtedy tak po prostu zamknąć oczy? To była całkiem zabawna myśl.
— A ja nie jestem ciekawym eksponatem. Jared też nie jest chłopcem, którego wybory trzeba komentować jak zmianę gustu w deserach. Przyszłam tu z nim, bo zaprosił mnie jako przyjaciółkę — powiedziała to bardzo neutralnie. — I jeśli chodzi o zaskoczenie — dodała — to rozumiem. Sama siebie zaskakuję codziennie. Dzisiaj na przykład jak dotąd nikogo nie potrąciłam laską, ale wieczór wciąż jest młody…
Jared wydał z siebie cichy, zduszony śmiech, więc Rei szturchnęła go lekko ramieniem, żeby przestał, bo tu nie chodziło o to, żeby go rozbawić. Ostatecznie przewróciła oczami i uśmiechnęła się do niego, po czym wbiła wzrok w Dakotę.
— Nie chcę wszczynać wojny rodzinnej — powiedziała już spokojniej. — Naprawdę. Jestem tu za mało zorientowana w układzie frontów, a poza tym mam w torebce za dużo leków, żeby wymieniać się docinkami, ale wolę od razu zaznaczyć granicę, zanim ktoś przez przypadek uzna, że milczenie oznacza zgodę. Może więc komentarze o „ciekawszych dziewczynach” zostawmy postaciom drugoplanowym w kiepskich romansach? Tam przynajmniej można je później usunąć w redakcji.
W tym momencie prowadzący znów zastukał w mikrofon, a światło przy scenie lekko się zmieniło. Rozmowy przy stolikach ucichły prawie całkiem. Wtedy Rei pochyliła się minimalnie w stronę Jareda, już nie patrząc na Dakotę.
— Uprzedzam — szepnęła. — Jeśli to był dopiero aperitif rodzinnych atrakcji, będę potrzebowała większej ilości wody i ewentualnie medal za udział. — Po sekundzie dodała jeszcze ciszej: — I nie waż się przepraszać za to, że mnie tu przyprowadziłeś.
Potem wyprostowała się, posłała mu wesoły uśmiech i skierowała oczy w stronę sceny. Cel był jeden: przetrwać. Prowadzący na scenie zaczął mówić o sponsorach, fundacjach, odpowiedzialności społecznej i wyjątkowym znaczeniu środowiska prawniczego. Rei słuchała, albo raczej bardzo profesjonalnie udawała, że słucha.
Rei Bothwell ⚖️
Tannerowi Morganowi nie brakowało pewności siebie i z pewnością mógłby obdarzyć nią ze trzy takie Andy Wilson, a nawet nie odczułby nadto uszczerbku na tej właśnie cesze. Trochę mu zazdrościła. Tego, jak się prezentował, jak mówił, jak władczy i świadomy własnego ja wydawał się na pierwszy rzut oka. Nie sprawiał przy tym wrażenia snoba i tyrana, a dla młodej studentki było to coś, co wymagało szczególnego podziwu. Nie obracała się zbyt wiele w świecie bogatych ludzi, ale podczas stażu na planie filmowym do dość głośnej produkcji miała szansę poczuć przedsmak dupkowatości w wydaniu premium. Tutaj miała nie tylko nadzieję, ale i wrażenie, że obędzie się bez scysji.
OdpowiedzUsuń— Jak najbardziej rozumiem, panie Morgan — przyznała od razu, gdy przyznał, że jego praca była wystawiona na ocenę innych ludzi. Nic dziwnego. W pewnym sensie był osobą publiczną, choć może nie tak medialną jak aktorzy albo popularni wokaliści. Gdy jednak tak na niego popatrzyła, to musiała sama przed sobą przyznać, że nadawałby się na plakaty. Ba, świetnie poradziłby sobie w jednym z jej ulubionych seriali W garniturach, a może to właśnie kwestia tego, że był prawnikiem? Palestra mogła wchłaniać wyłącznie pewnych siebie ludzi, bo jeśli ktoś miał toczyć batalię o czyjeś życie albo majątek, nie mógł być nieśmiałym człowiekiem.
A Andrea bywała nieśmiała. I introwertyczna, co utrudniało jej realizowanie własnych marzeń o karierze i fanach, bo przecież jeszcze nie tak dawno, jako nastolatka, potrafiła chwycić szczotkę do włosów i zrobić z niej mikrofon, dając koncert przed widownią, która była tylko w jej głowie. Dzisiaj miała jednoosobową publikę, która również ją onieśmielała, ale Wilson nie pozwalała stresowi wieść prym nad tym spotkaniem. Na luzie. Takie było jej dzisiejsze motto. To był przecież tylko projekt studencki, ona i tak miała stypendium, a w dodatku niebawem kończyła tę część swojego życia. Miała rozpocząć nową przygodę, nowy etap, nowy rozdział, tylko musiała się zastanowić, czy chciała, aby miał on miejsce w Nowym Jorku.
Mało nie zachłysnęła się powietrzem albo swoją śliną, gdy Morgan wspomniał o szlifowaniu brylantów nago. Dobrze, że nie nazwał ich klejnotami, bo wtedy Andy miałaby olbrzymi problem z zachowaniem powagi. Zaczerwieniła się jednak dramatycznie. Nie była przygotowana na tego typu teksty, ani na tego typu obrazy, które prędko pojawiły się w jej młodej, jeszcze niezbyt doświadczonej głowie.
— Ja… Nie… — wydukała tylko tyle, nie znajdując uzasadnienia dla swojej reakcji. Spojrzała na Tannera i posłała mu wielce niepewny, ale i ostrożny uśmiech. Wdech i wydech. Próbowała się uspokoić, ale jej policzki nadal czerwieniły się pod naporem emocji. Całe szczęście, że tę nieszczęsną farsę przerwała Shirin, kiedy postanowiła pojawić się w salonie.
Andrea posłała kobiecie wyraźniejszy uśmiech, skinęła jej głową, a potem, jakby nigdy nic, usiadła przy stoliku i sięgnęła po kawę, to za niewielką filiżanką chowając teraz swoje zażenowanie.
— Nie o to mi chodziło… — przyznała zakłopotana. Morgan mógł żartować i pewnie gdyby byli w większej zażyłości albo nie spotykali się w życiu po raz pierwszy, to mogłaby poczuć się rozbawiona, a teraz nie mogła wyzbyć się ze swojej głowy obrazu nagiego mężczyzny, a właściwie jedynie jego wyobrażenia. Już chciała na niego krzyknąć, że zepsuł jej immersję, ale piła kawę. Czarną, bez śmietanki i bez cukru, chociaż na co dzień w ogóle po taką nie sięgała, ale przez całe to zmieszanie w ogóle nie pomyślała o dodatkach.
— Tak, tak będzie rozsądniej… — skinęła głową. — Bardziej myślałam o pytaniach dotyczących prywatnych upodobań członków pana rodzin albo coś w ten deseń, ale skoro… skoro tak, to polecimy na żywioł, a w razie czego proszę dawać mi znać. Im mniej cięć, tym lepszy materiał — oznajmiła.
Zrobiła ostatni łyk kawy i wstała z siedziska, podchodząc do kamery. Obróciła ją nieznacznie, aby w kadrze mieć mężczyznę z filiżanką. Ładny obraz. Dla kogoś, kto zajmował się zatrzymywaniem obrazów na różnych nośnikach, była to swego rodzaju nagroda.
Usuń— Jest pan gotowy, panie Morgan?
Andrea Wilson
Temat pieniędzy i postrzegania ludzi przez ich pryzmat, był dla Tamsin długi czas trudny i niezbyt jasno sprecyzowany. W zasadzie, to do tej pory niezbyt lubiła o nich rozmawiać, co było spowodowane dość złożoną historią jej majątku i jej osobistego stosunku do niego. Nie próbowała nigdy udawać, że to co miała, zdobyła ciężką pracą własnych rąk. Owszem, pracowała ciężko i dużo, ale nikt nie płacił jej na tyle, by nie musiała martwić się o swoją przyszłość w razie, gdyby dostała poważnej kontuzji i nie mogła już grać, a alternatyw zarobkowych w jej przypadku było niewiele. Oprócz stanowisk, na które nie potrzebne były wysokie kompetencje, w grę wchodziło zostanie managerką jakiegoś niszowego zespołu, bo umiała się zakręcić i znała odpowiednich ludzi, albo koordynatorką czegokolwiek – przynajmniej tak się widziała. Była całkiem sprytna, dobrze działała pod presją czasu i potrafiła uporządkować każdy chaos – jej życie było całkiem niezłym tego przykładem. Prawda była jednak taka, że gdyby ktoś powiedział jej dzisiaj, że już nigdy więcej nie zagra, nie miałaby pojęcia kim jest i w tym zagubieniu pogrążyłby się znacznie głębiej, niż po śmierci Sullivana. Człowieka, który był bezpośrednim powodem, dla którego o pieniądzach nie lubiła mówić i pomimo majątku żyła tak, jakby faktycznie miała tylko to, co zarabiała z grania.
OdpowiedzUsuńProblem Tamsin miała bardziej ze sobą, niż z innymi. Nikt raczej nie widział w niej posiadanych dolarów, bo ciężko było je właściwie dostrzec – jeździła metrem, mieszkała w średniej dzielnicy, ubierała się głównie w sieciówkach i uwielbiała sklepy z rzeczami z drugiej ręki.Chociaż pracowała w kulturze wysokiej, to równie chętnie poszłaby na koncert popularnej artystki śpiewającej o byłym, przyszłym, albo obecnym chłopaku i można byłoby doszukiwać się jej wydatków w podróżach, ale na dalsze kierunki brakowało jej czasu, a na te bliższe… Chyba trochę towarzystwa i trochę chęci organizacji.
Patrząc jak żyła, nie musiała się obawiać, że ktoś z jakiegoś powodu miałby skupiać się na zawartości jej portfela, bo babcia zawsze jej powtarzała, że całej dupy się nie pokazuje , więc Tamsin się nie chwaliła. Trzymała srebrniki na czarną godzinę, gotowa na to, że ta może nadejść w każdej chwili.
To nie bolało. Palec, układany pod kątem od dziecka, nie bolał. Nie bolał też odcisk na kciuku, bo była to zgrubiała skóra, pozbawiona czucia. Bolał za to proces, który towarzyszył nabywaniu martwej tkanki na szczytach opuszków, bolały ćwiczenia separacyjne, które powtarzane tysiące razy, pobudzały najdrobniejsze mięśnie i ścięgna w dłoni. Bolał kręgosłup, po całych dniach ćwiczeń i w przeciwieństwie do stereotypów, Tamsin niezwykle cieszyła się z faktu, że nie została hojnie obdarzona przez naturę, gdy rozchodziło się o biust. Gdyby jeszcze on miał jej ciążyć, to prawdopodobnie nie byłaby w stanie zadbać o plecy chodzeniem na basen i ćwiczeniami rozciągającymi. Nogi ją nie bolały, jeśli od nich odjąć pośladki, które już umiały boleć, kiedy krzesło nie było wygodne.
Tamsin na ogól nie znajdowała ukojenia w bólu, ale ten związany z jej zawodem lubiła, bo świadczył on o tym, że robi to dobrze, skoro ma gdzie i dla kogo, tyle grać.
— Panie Morgan, ja tylko daję znać, że to nie problem, abym zawiozła się sama. A skoro taniec obiecałam, to słowa dotrzymam — wyprostowała się dumnie, co wytworna suknia z przeszyciami jedynie podkreśliła. Będąc w niej miała niepohamowaną potrzebę trzymania łokci przy sobie, zgiętych pod kątem, z przedramionami opartymi na żebrach i dłońmi ułożonymi jedna, na drugiej. W końcu w ten sposób chodziły kobiety w filmach kostiumowych. Ewentualnie biegły dramatycznie z szeroko rozłożonymi rękoma po bokach, ale Tamsin nie miała gdzie teraz biec.
— Tylko nie zapomnij jej potem ode mnie wziąć dla Kim — powiedziała z uśmiechem do dziewczynki i zerknęła na telefon, do tej pory schowany w kieszeni torebki. Uśmiechnęła się szerzej i spojrzała na Tannera zwracającego się do dziewczynek ze swoją propozycją. Lina spojrzała na Passalis dużymi, migdałowymi oczami i zaczęła kręcić czubkiem buta w jednym miejscu.
Usuń— Tammy… — Lina trochę zmarkotniała i ostatecznie postanowiła wziąć kobietę za rękę i odejść od Morganów na kilka kroków. Tamsin posłała Tannerowi spojrzenie, które w interpretacji mogła znajdować się gdzieś między nie wiem o co biega, a to chyba coś ważnego. Lina gestem małej rączki nakazała, by Passalis się nachyliła, bo chciałaby jej coś powiedzieć do ucha tak, by ani Tanner, ani Amber nie mogli tego usłyszeć. Tammy podejrzewała, o co może chodzić, a gdy jej przypuszczenia zostały potwierdzone, poklepała dziewczynkę po ramieniu, w geście zapewnienia, że o nic nie musi się martwić. Lina nie rozpromieniła się od razu, widać było, że coś siedzi jej z tyłu małej główki, ale uśmiechnęła się widząc wyciągnięty w jej stronę mały palec, który szybko pochwyciła w swój własny. Obietnica, że wszystko gra.
— To co? Idziemy się rozejrzeć? Chyba widziałam malowanie twarzy… Myślicie, że ładnie wyglądałabym jako kot? Albo myszka? — zapytała, poruszając przy tym brwiami, zupełnie przemilczając fakt krótkiego pójścia na stronę.
— Ja chcę być tygryskiem! — zawołała Lina i spojrzała na Amber. — A ty? Jakim chciałabyś być zwierzątkiem?
Tamsin Passalis😺🐭
Chciała powiedzieć, że skoro Tanner się odezwał, to on także powinien zapisać się z nimi do przedszkola, ale się zamknęła. Cóż, może i lepiej, Dakota i tak jej to poradziła. Pomyślała za to, że może trochę przesadziła z empatią do tej kobiety – dlaczego była taka opryskliwa i skąd ten bezsensowny komentarz o „ciekawszych dziewczynach”, skoro jej nie znała? A może po prostu jej się nudziło i próbowała rozpętać małą wojenkę? Cholera, naprawdę zaczęła żałować, że w ogóle jej współczuła tej całej sytuacji małżeńskiej!
OdpowiedzUsuńRei biła brawo razem z resztą osób, choć jej dłonie poruszały się trochę automatycznie, jakby ciało wykonywało poprawny społecznie gest, a głowa w tym czasie próbowała przetworzyć zbyt wiele rzeczy jednocześnie. Tanner Morgan-Miller. Oczywiście. Oczywiście, że nie mógł być po prostu Tannerem Morganem. Nie, musiał mieć nazwisko wypowiadane ze sceny, oklaski ciągnące się trochę dłużej niż przy innych i statuetkę, którą oddał tak po prostu, jakby rozdawał drobne, a nie publiczny dowód własnego sukcesu.
Kiedy gala zrobiła się luźniejsza, a ludzie zaczęli wstawać od stolików, przemieszczać się między grupkami i prowadzić rozmowy tonem osób, pić szampana i próbować tutejszego fancy jedzenia, Rei spojrzała w stronę stołu z deserami i chyba pierwszy raz, odkąd tutaj przyszła, poczuła, że świat może jednak nie jest całkowicie stracony.
— Słodycze — powiedziała cicho.
Jared, który akurat poprawiał kołnierzyk, spojrzał na nią z ukosa i rzucił z rozbawieniem:
— To brzmiało jak objawienie religijne.
— Bo nim jest. — Rei podniosła się ostrożnie, chwytając laskę. — Po dziesięciu minutach rodzinnej wojny, wyróżnieniach prawniczych i publicznym dowodzie na to, że twoja rodzina ma dramaty w wersji premium, zasługuję na czekoladę.
Jared uśmiechnął się i od razu zwolnił krok, idąc obok niej. Wiedział o ostatniej operacji, miał świadomość tego, że trochę szybko się teraz męczyła i choć miał tę wiedzę, to raczej był obok jak ktoś, kto nie próbował jej traktować jak kruchej porcelany. I lubiła to.
— Ten stół jest większy niż moje mieszkanie — stwierdziła, zatrzymując się przy słodyczach. Przed nią leżały małe tartaletki z owocami, czekoladowe trufle, eleganckie praliny, miniaturowe serniki, bezy, musy w szklankach i wiele, wiele innych smakołyków.
Gdy zauważyła, że Jared wziął kieliszek szampana z tacy przechodzącego obok kelnera, ale na desery tylko zerknął, Rei zmarszczyła nos i spytała:
— Nie lubisz słodyczy jak twój brat?
Sekundę później jej mózg zatrzymał się z piskiem, zawrócił, przewrócił trzy krzesła i podpalił samego siebie. CHOLERA JASNA. Rei otworzyła szerzej oczy, próbując wymyślić jakąś tanią bajeczkę, aby w ogóle się wytłumaczyć, ale tym razem w jej głowie było cicho i pusto.
— Jak mój brat? — powtórzył.
Rei zamarła z czekoladką między palcami. Nie, nie, nie! Miała ochotę uderzyć głową w ścianę i zemdleć albo w ogóle cofnąć czas, tylko że do ściany było daleko, a umiejętność manipulowania czasem, cóż, była poza jej zasięgiem.
— Twój brat — powiedziała natychmiast, z miną człowieka, który właśnie wybrał najgorszą możliwą drogę ucieczki i mimo to postanowił biec dalej. — W sensie… biologicznie masz brata, tak? Ponieważ został przedstawiony jako brat. Publicznie. Przy stole. Przez ciebie. To nie jest tajna informacja…. Masz brata... rodzonego, starszego…
— Pytałem raczej o słodycze. — Jared uniósł brew.
— A ja odpowiadam szerzej, bo mam paniczny styl komunikacji — wytknęła, zaciskając usta w wąską linię. Poczuła, że zaczyna robić się jej gorąco. — To znaczy… — zaczęła, a potem jej wzrok uciekł gdzieś ponad jego ramieniem.
Niedobrze. Bardzo niedobrze, bo kilka metrów dalej, przy stole, Tanner właśnie odwrócił głowę w ich stronę. Wtedy Rei podjęła decyzję błyskawicznie. Nie była to dobra decyzja, ale za to bardzo jej.
— Proszę — powiedziała nagle i wepchnęła Jaredowi czekoladkę do ust.
Jared zamarł. Rei też zamarła. Przez sekundę stali przy stole ze słodyczami w absolutnej ciszy, ona z ręką nadal uniesioną przy jego twarzy, on z czekoladką w ustach i spojrzeniem mężczyzny, którego wielokrotnie szkolono na wypadek sytuacji kryzysowych, ale najwyraźniej żadna instrukcja nie obejmowała ataku praliną na gali prawniczej.
Usuń— Przepraszam — powiedziała Rei bardzo szybko. — To był odruch! — pisnęła, spinając się cała, a potem zabrała dłoń, próbując się uśmiechnąć.
— Czy ty właśnie próbowałaś mnie przekupić, uciszyć czy zamordować deserem? — spytał, przeżuwając czekoladkę.
— Wszystko naraz. Jestem wielozadaniowa.
— Skuteczna też.
— Proszę nie chwalić mojego przestępstwa. To mnie tylko zachęca — mruknęła, wciąż spanikowana.
Jared pochylił się odrobinę bliżej, nadal rozbawiony, ale Rei wiedziała, że młodszy Morgan już wyciągnął jakiś wniosek z jej zachowania. I tym razem nie miała żadnej praliny, żeby zatkać mu usta.
— Bothwell.
— Nie — powiedziała natychmiast.
— Nawet jeszcze nie zapytałem. — Jared zerknął w stronę stołu, przy którym siedzieli Tanner i Dakota, a potem wrócił spojrzeniem do Rei. — Znasz Tannera?
Wzięła bardzo powolny oddech i kiwnęła głową. Potem krótko wyjaśniła, że kupiła u Tannera naszyjnik dla Maeve i że później jej pomógł, gdy źle się poczuła. I to tylko, nic więcej i nic mniej. Odwróciła się zaraz potem i wzięła kilka słodyczy, także jedną gorzką pralinkę dla starszego Morgana. Jasne, może nie powinna tego robić, ale ostatnim razem, gdy próbowała poczęstować Tannera, wylądowała w łazience i cały bankiet skończył się dla niej w momencie, w którym musiała pochylić się nad sedesem.
Wróciła do stolika bez Jareda, bo ten został zagadany przez najprawdopodobniej znajomego. Dakoty nie było w pobliżu, więc Rei zajęła miejsce, a potem w zupełnej ciszy podsunęła w stronę Tannera gorzką czekoladkę, nie patrząc nawet w jego stronę. Zrobiła ten gest, a potem zapchała sobie usta tartaletką, sunąc wzrokiem po ładnym suficie, i odpłynęła myślami.
Rei Bothwell 🫠
Tamsin patrzyła na dziewczynki i ich buzie, które z każdym ruchem pędzelka animatorek, coraz bardziej pokrywały się farbkami. Przypomniała sobie, jak sama była w ich wieku i pojechała z rodzicami na targi stanowe, gdzie buzie malowane były niedaleko od ogromnej woliery skrywającej najróżniejsze gatunki, gruchających gołębi, zaraz obok mini-zoo z kozami o poziomych, prostokątnych źrenicach i gęsiami, skubiącymi nogawki spodni. Pamiętała, jak mama kazała jej uciekać z dłońmi od osiołka, który próbował porwać całą karmę, którą miała kupioną dla zwierzaków i jak wszyscy panikowali, by nic przypadkiem nie stało jej się w palce, czy ręce. Przez to wspomnienie odruchowo spojrzała na swoje dłonie – narzędzie pracy, o które zdawała się dbać teraz jeszcze bardziej niż kiedyś, chociaż nikt jej już o to nie upominał.
OdpowiedzUsuńWspomnienie o płynie milicelarnym zdziwiło i Tamsin, nie przez samo przejęzyczenie małej Amber, ale przez sam fakt, że dziewczynka o istnieniu takiego płynu wiedziała. Tammy w tym wieku zdawała sobie sprawę z istnienia kostki mydła i wody, na kosmetyki matki patrząc z daleka, ale widząc wśród nich właściwie tylko krem i czerwoną pomadkę, bo według Pani Passalis, kiedy kobieta miała czerwone usta, nie potrzebowała więcej ozdób.
Nie powtrzymała uśmiechu na widok miny Tannera, w myślach odnotowując, żeby zostawić mu chusteczki do demakijażu, które zostawiła w dużej torbie w jego mieszkaniu. Patrząc na to, co Tamsin tam miała, to gdyby ktoś wywiózł ją w tej chwili gdzieś na środek pustkowia, prawdopodobnie byłaby w stanie przeżyć tak w przyzwoicie komfortowych warunkach nawet kilka dni. Albo chwil, zanim nie zaczęłaby panikować, albo stwierdziłaby, że nie ma miejsc na świecie całkowicie odludnych i dopóki nie była to bezludna wyspa, to zamiast siedzieć w miejscu, lepiej iść przed siebie z nadzieją trafienia na cywilizację.
Tamsin wybrała malowniczy kompromis, decydując się na pomalowanie nosa i domalowanie wąsów, mianując się księżniczką mysz, bo mimo całej swojej sympatii do dziewczynek, nie miała ochoty wracać metrem z pełnym makijażem gryzonia (co wcale nie przeszkadzało jej w jeżdżeniu w balowej sukni, czy z trumnopodobnym futerałem na plecach).
Tamsin przy każdej atrakcji robiła im zdjęcia, albo prosiła kogoś z obsługi o zrobienie fotografii. Pamiątkowe ujęcia wysyłała od razu do Tannera i Kim, która w reakcji odsyłała jej jedynie serduszka, najwyraźniej zbyt zajęta zwiedzaniem muzeum, by napisać cokolwiek więcej.
Lina niestrudzenie towarzyszyła Amber we wszystkich aktywnościach, razem z nią kręcąc się wśród baniek, do których na chwilę nawet Tamsin dołączyła, gdy dziewczynki zaciągnęły ją tam za ręce. W całym tym dni było coś przyjemnie rozleniwiającego, chociaż otaczał ich dziecięcy hałas i dobiegające z oddali dźwięki koncertu, który przecież wciąż trwał. Passalis pozwoliła sobie nawet na chwilę przymknąć oczy i zakręcić kilka razy wokół własnej osi, czując przyjemny chłód pękających, na jej twarzy, dekolcie i rękach, baniek. W czasie, gdy Amber odpoczywała, ona dalej łapała bańki z Liną, która widocznie miała tego dnia nieco więcej sił, albo próbowała popisać się przez Amber, swoją własną sukienką z której była równie dumna, co mała Morgan.
Stojąc przy stoisku z watą cukrową, Tamsin początkowo nie usłyszała pytania, uważnie przyglądając się kartonikom, na których była ona, Tanner, dziewczynki, które poznały się raptem kilka godzin wcześniej, a na fotografii wyglądały, jakby znały się dobrze od dawna. W tej dziecięcej otwartości było coś miłego, grzejącego serce, bo przecież były to najbardziej szczere znajomości – bez uprzedzeń, ukrytych zamiarów, czy postrzegania drugiego człowieka z którym relacja miała być czymś opłacalnym.
— Tammy, pan Tanner… — Lina pociągnęła ję lekko z rękę, upominając, gdzie się znajdowały.
— Ah, tak… Wybierz sobie jakiś smak, ja skubnę od ciebie, dobrze? — uśmiechnęła się, wsuwając zdjęcia do etui telefonu, który zaraz wrzuciła do torebki.
— To ja poproszę truskawkową… Zobacz Amber, waty będą nam pasować do sukienek! Ty masz niebieską, a ja różową! — zauważyła dziewczynka z entuzjazmem i już po chwili siedmiolatki trzymały waty cukrowe trzykrotnie większe od ich głów. Tamsin nie potrzebowała całej, by czując na języku lekko tępy, drapiący puch, pachnący palonym cukrem i truskawką, jak smakowało dzieciństwo. W przeciwieństwie do Tannera, Tamsin była ogromnym łasuchem, więc watą cukrową poczęstowała się też od Amber, cichym pomrukiem zadowolenia stwierdzając, że i jej smak należał do tych wybitnych.
UsuńKrążyli jeszcze chwilę po Central Parku, rozmawiając o wyższości kwaśnych żelek, nad tymi bez posypki, gdy do Tamsin zadzwoniła Kim. Nim odnaleźli się w tłumie i dotarli do umówionego miejsca, minęło dobre piętnaście minut.
— Zobacz Tammy, jakie ładne zdjęcie mi zrobił Noah w muzeum — zatrajkotała Kim, podając telefon kobiecie. Tammy uważnie przyjrzała się ujęciu, a później zlustrowała Kim wzrokiem, z trudem ukrywając rozbawienie. Pokazała zdjęcie Tannerowi, palcem stukając w buty, które dziewczyna albo musiała zmienić, albo zdjęcie wcale nie pochodziło z tego dnia. Z trudem powstrzymując się od śmiechu, oddała aparat nastolatce i nachyliła się do niej konspiracyjnie.
— Jak ściemniacie, to musicie być bardziej skrupulatni… Buty się nie zgadzają, twoja mama raczej zauważy — mrugnęła do niej porozumiewawczo, a dziewczyna wyraźnie zmarkotniała, zaś sam Noah oblał się rumieńcem od szyi, aż po same uszy. Pożegnali się pospiesznie, dziękując Tamsin i Tannerowi za opiekę nad Liną, która przed odejściem wzięła od Tamsin bransoletkę i zdjęcia. Przytuliła też mocno Amber, z którą dogadały się, że koniecznie muszą umówić się na wspólną zabawę, najlepiej u Tamsin, bo obie mają tam po drodze, na co Passalis pokiwała głową, trochę wątpiąc, by do tego spotkania kiedykolwiek doszło. A może?
— To co? Skoczę do was po rzeczy i też będę uciekać. Zmyjemy też makijaż, co Amber? Nie mam co prawda płynu micelarnego, ale mam takie specjalne chusteczki, mogą być? — spytała, lekko przekrzywiając głowę w bok.
Nie pracowała dzisiaj dużo, większość dnia minęła jej właściwie na samych przyjemnościach, ale marzyła o zdjęciu niezbyt wygodnego gorsetu, wzięciu prysznica i zanurzeniu się w jakieś książce, najlepiej z lampką wina.
Tamsin Passalis📸📖
Rei wbiła wzrok w jego palce, oczywiście, że to zrobiła, choć właściwie nie powinna, bo obserwując ten gest, jej mózg nieco się zawiesił. Może lepiej by było, gdyby się po prostu nie gapiła, ale było już za późno, żeby udawać, że tego nie robiła – zresztą to nie było karalne, prawda? Najwyżej Tanner Morgan ją pozwie, a ona znajdzie sobie prawnika, przynajmniej jest w dobrym miejscu, żeby takowego zatrudnić.
OdpowiedzUsuń— Nie musi pan — powiedziała cicho, odruchowo, zanim zdążyła zdecydować, czy to, co mówił było prawdziwe, czy może odezwał się, aby utrzymać jakieś pozory. Tylko po co miałby to robić? Zmarszczyła nos. — To znaczy… doceniam. Naprawdę. Ale nie musi pan przepraszać za cudze zęby, jeśli to nie pan nimi gryzie.
Uśmiechnęła się lekko, ale tym razem jej uśmiech nie miał żadnego konkretnego wyrazu. Była już trochę zmęczona, ale zdecydowanie wdzięczna za to, że Tanner powiedział te kilka słów, choć nie musiał. To dziwne, bo większość rzeczy, które robił, wcale nie musiały się wydarzyć. Sprzedaż naszyjnika, koncert Maeve, wzięcie jej do siebie, gdy źle się czuła. Wątpiła, aby robił to, bo był uprzejmy – ostatecznie uprzejmość miała swoje granice, więc… o co tak naprawdę chodziło? Rei próbowała sobie przypomnieć to, co poczuła, gdy zobaczyła Tannera po raz pierwszy. Był dla niej przykładem idealnego męskiego bohatera; przystojny, pewnie siebie, odnoszący sukcesy. Nie spodziewała się jednak, że kiedykolwiek przyjdzie jej dostrzec coś więcej niż całą tę wykreowaną otoczkę i chyba nie była zawiedzona, że go poznała, tylko że nie wiedziała, co ma zrobić z tym, że faktycznie znalazła się w jego życiu, w które weszła jedną nogą, pączkiem i złamanym nosem. Nie chciała być problemem ani kimś, komu wiecznie trzeba pomagać, a przez ostatnie wydarzenie czuła się właśnie w ten sposób.
— Dakota nie powiedziała niczego, czego bym już nie słyszała. — dodała po chwili, przesuwając palcem po krawędzi swojego kieliszka z wodą. Dzisiaj nie piła alkoholu. — Nie chodzi nawet o mnie, no, przynajmniej nie do końca. Jestem przyzwyczajona do tego, że ludzie mnie zauważają i dopowiadają sobie resztę. Ale nie lubię, kiedy ktoś robi ze mnie argument w rozmowie, której nie rozumiem. Albo broń przeciwko komuś, kto po prostu zaprosił mnie na bankiet.
Do tej pory Rei całkiem nieźle radziła sobie z komentarzami w swoją stronę. Po prostu je olewała albo zamieniała w żarty i jakoś się jej żyło. Ostatecznie nic nie było tak bolesne, groźne czy przerażające, gdy obsypywało się to kilkoma głupimi komentarzami; działało to w przypadku amputacji, raka, operacji, wiecznie zabieganej mamy, która odsunęła się, nie chcąc patrzeć, jak jej dziecko umiera – wszystko to było przez Rei głośno i zabawnie komentowane, a potem we własnej głowie analizowane, co czasem doprowadzało do tego, że nie wychodziła z domu przez tydzień. Umiała to jednak dobrze ukryć. Może gdyby nie pisarstwo, Reilynn zostałaby aktorką.
— Poza tym — mruknęła — jeśli ma pan zamiar przepraszać za każdą osobę przy tym stole, która zachowa się dziś skandalicznie, to radzę oszczędzać siły. Wieczór jest młody, a ja mam przeczucie, że to jeszcze nie koniec.
Włożyła czekoladkę do ust i mlasnęła cicho. Była malinowa i całkiem niezła. Obejrzała swój talerzyk, a potem zauważyła jeszcze jedną pralinę, ciemniejszą od reszty, prawie czarną, z cienką warstwą kakao na wierzchu.
— Ale… dziękuję. Za to, że pan to powiedział — wyznała i oddała Tannerowi kolejną słodycz, bardzo ostrożnie przesuwając pralinkę w jego stronę. Drugą już, co czyniło z niej albo osobę uprzejmą, albo kobietę prowadzącą bardzo niepokojącą akcję dokarmiania cudzego męża gorzką czekoladą. Potem, korzystając z okazji, spytała: — A co u Amber? Udało jej się napisać drugą część historii o złotej smoczycy w filiżance, tacie w czarnej zbroi i Amber z mieczem prawdy?
Rei nie za bardzo wiedziała, jak zajmować się dziećmi. Nie miała swoich i wątpiła w to, aby kiedykolwiek dożyła momentu, w którym zostanie mamą, ale nawet jeśli nie za bardzo ogarniała rodzicielstwo ani to, jak obchodzić się z siedmiolatką, to tamte popołudnie wspominała z lekkim uśmiechem. Pokazała dziewczynce swój świat, a Amber wpuściła ją do swojego – w ten sposób powstało coś niesamowitego, a Rei uznała, że maluchy w wieku młodej panny Morgan nie są jednak takie złe. Przez ten czas kupiła też dla Amber kilka książek, choć nie miała w ogóle pojęcia, czy kiedykolwiek będzie w stanie jej je dać; wśród tytułów była powieść o dziewczynce dziedziczącej magiczną bibliotekę, jedna o smoczycy, która nie chciała pilnować skarbu, tylko zostać astronomką, i cienka książka z ilustracjami robotów budujących miasto dla zagubionych zwierząt. Nie wiedziała, czy wypadało. Właściwie była prawie pewna, że nie, ale podskórnie czuła, że Amber byłaby zachwycona tymi książkami. Może powinna po prostu przekazać je Tannerowi i przestać analizować to wszystko?
UsuńRei Bothwell 📚🍫
[Cześć, Helen i wróżka Lea chętnie Was zjedzą, pięknie dziękuję za przywitanie ✧ Właśnie! Dlaczego nie miałaby skorzystać i nie brać takich łatwych pieniędzy? I tak nie ma za wysokich stawek jak na Nowy Jork. Cieszę się, że się rozumiemy :D
OdpowiedzUsuńBardzo fajny ten pan Tanner, taki konkretny. Chciałby coś wyczytać z kart? Coś go trapi? Nie może spać? Wróżka Lea chętnie odczyta horoskop. Choć z prawnikiem trzeba ostrożnie, delikatnie, ważyć każde słowo. Całe szczęście, że jeszcze nikt jej nie pozwał (chyba). Ale chętnie porozmawia. Chętnie też popatrzy na biżuterię i dowie się czegoś więcej o kamieniach. Równie chętnie odnajdzie się w codziennych i mniej codziennych sytuacjach. Odezwę się niedługo na mailu, coś fajnego wymyślimy.]
Helen Lynch
Tamsin lubiła dzieci, jakkolwiek niepokojąco mogłoby to brzmieć. Krążył stereotyp, że nie powinno się ufać ludziom, którzy nie lubią zwierząt, ale w oczach Tamsin dzieciaki też w to trochę wchodziły. Jak można było nie lubić tej poczciwej naiwności, niewinności, małych, pulchnych rączek i zapachu szamponu zmieszanego z plasteliną? Nie wiedziała, czy to jej duża tolerancja na hałas, cierpliwość, czy może to, że sama miała wrażenie, że nigdy tak
OdpowiedzUsuńRaczej, bo nie wszystkie pytała, też na lubienie przez wszystkich niespecjalnie jej zależało, bo nie była zupą pomidorową, żeby wszyscy ją lubili. Tak się akurat złożyło, że Lina ją lubiła, Amber raczej też, więc mogłaby zorganizować u siebie jakieś spotkanie, tylko… Czy to nie byłoby dziwne? Nie była matką, siostrą, babką, ani ciotką żadnej z nich, a jednak w jej głowie pojawiła się myśl, że może powinna spytać Kim, czy chciałaby mieć wolne popołudnie i przyprowadzić do niej małą Linę. Spytać też Tannera, czy Amber ma to samo popołudnie wolne i zaprosić małą Morgan w tym samym czasie. A później perfidnie podsłuchiwać ich rozmów, patrzeć z zaintrygowaniem, jak wymyślają swoje światy, swoje układy sił, razem obierają cel zabawy i zmieniają go wedle uznania. Udawałaby w tym czasie, że jest czymś zajęta w kuchni, aż tak dziwaczna nie była, aby się na nie gapić, ale takiego popołudnia stałyby się na krótki moment jej małym centrum wszechświata, może obiektem badawczym, bo skoro sama nie miała takich koleżanek w dzieciństwie, nie miała też takich małych ludzi w domu, to dziewczynki i ich dynamika wzbudzała w niej zwykłą ciekawość. Może nawet wyszłaby z propozycją, żeby Tanner odstawił małą Amber i poświęcił ten czas sobie, żeby zobaczyć, czy relacja między dziewczynkami zmieni się, gdy zabraknie jednego dorosłego?
Passalis pozostała jednak cicho, nie proponując niczego, zrzucając to na karb jakieś dziwnej niepewności, która się u niej pojawiła, a która nakazała jej milczeć. Co, jeśli Kim wolałaby najpierw porozmawiać szczerze z Liną, czy ta dobrze się bawiła? Albo Tanner chciałby o to samo zapytać Amber? Dlatego Tamsin siedziała cicho, żeby przypadkiem nie ruszyć czegoś delikatnego niechcący, jak zwykle z pewnego rodzaju wyczuciem, a może wrodzonym tchórzostwem, unikając rozmowy, której ewentualnego wyniku nie byłaby pewna.
Nie zdziwiłaby się, gdyby obie dziewczynki zapomniały o sobie za tydzień. Dziecięce znajomości miały tą dziwną właściwość, że nowopoznana osoba potrafiła być twoim najlepszym przyjacielem przez jeden dzień, a później zniknąć całkowicie, jakby nic się nigdy nie wydarzyło. Dwadzieścia lat później człowiek siedział na kanapie, zawieszał spojrzenie na stojącej w rogu dracenie i nagle przypominał sobie czyjeś imię, twarz, albo zapach. Albo niebieski dywan w pokoju, którego już od dawna nie ma.
Słuchała, jak Tanner tłumaczy córce działanie mydła, jego taktykę i sposoby walki z brudem w trakcie operacji wojskowych woda-piana. Pomyślała o oku, jak o tym biednym cywilu, który zostaje ranny rykoszetem, a potrafi ucierpieć bardziej niż wróg i aż trochę szkoda jej się zrobiło, że jej nigdy nikt tak nie tłumaczył. Albo tłumaczył, ale tego nie pamiętała. A może wcale nie zadawała takich pytań? Wszystko było właściwie możliwe, ale nie zmieniało to faktu, że Tamsin nie miała takich obrazów w głowie.
— Chodź Saphira, czas umyć łuski — ruszyła w stronę łazienki, uprzednio wycierając dokładnie buty w wycieraczkę. Rozumiała Amber i jej potrzebę biegania po domu boso, bo sama robiła w swoim dokładnie to samo. W chwilach, gdy za dużo myśli zbierało jej się w głowie, za szybko próbowała przeskoczyć z tematu na temat, lub łapała się na tym, że ćwicząc nie myśli o ćwiczeniu, a o tym, jaka pogoda ma być na następny dzień, w chłodzie drewnianych desek, które czuła pod stopami, szukała uziemienia. Chwili spokoju, w ledwo wyczuwalnych słojach , zamkniętych oczach i odgłosach miasta, wpadających przez okno.
Gdzie indziej można byłoby pochodzić boso, poza swoim domem, w Nowym Jorku?
— Kto to Saphira? — spytała Amber, otwierając przed Tamsin drzwi od łazienki. Kobieta zapaliła światło, torbę ze swoimi rzeczami odkładając na blacie. Wyciągnęła chusteczki i uklęknęła przed Amber, która usiadła na zamkniętej desce sedesowej.
Usuń— Smoczyca z książki, którą czytałam, jak byłam nastolatką… Pożyczę ci, jak będziesz trochę starsza, bo jest trochę straszna — stwierdziła i przez chwilę próbowała przybliżyć fabułę cyklu, przez który miała szczerą nadzieję mieć kiedyś takie smocze jajo i kogoś, z kim mogłaby dzielić myśli. Prawdziwą przyjaciółkę, albo przyjaciela, który byłby zawsze obok i chociaż Eragonowi za nic nie zazdrościła przygód, tak więź z Saphirą przyjęłaby z ucałowaniem rączki. W tym czasie metodycznie wycierała farbki z buzi dziewczynki, nie omijając nawet najmniejszego fragmentu, przez co dziewczynka zaśmiała się głośno, gdy Tammy kazała jej lekko wsunąć chusteczki do nosa, by i stamtąd wyciągnąć resztki koloru.
— Aż w nosie!? To łaskocze! — zachichotała dziewczynka, krzywiąc się lekko, ale robiąc to, o co Tamsin ją poprosiła.
Passalis odwróciła głowę w stronę Tannera, kiedy ten wszedł do łazienki.
— Schodzi. Co nie domyjemy teraz, to najwyżej domyje się w kąpieli…. W zasadzie, to skończyłyśmy — stwierdziła Tamsin i była już gotowa wyjść, gdy przypomniała sobie o własnym nosie i policzkach. W czasie, gdy Tamsin zmyła makijaż, Amber spojrzała na ojca i podparła się pod boki, wyraźnie nad czymś myśląc.
— Tato, powinieneś chyba wyjść. Musimy się z Tammy przebrać — stwierdziła, a Passalis, wciąż patrząc w lustro złapała wzrokiem Tannera i teatralnie wzruszyła ramionami. Twoje dziecko, twoja sprawa, zdawało się mówić spojrzenie, którym go obdarzyła. Ale Tanner w końcu wyszedł, Tamsin pomogła Amber w przebraniu się z sukienki a później wspólnymi siłami rozsznurowały gorset Tammy, który pogniótł jej sukienkę, ale za to na całe szczęście był łatwiejszy w zdjęciu, niż w ubraniu.
— Tammy?
— No co tam? — pakowała właśnie sukienkę do torby, gdy Amber nieoczekiwanie ścisnęła ją mocno za rękę.
— Fajnie dzisiaj było — uśmiechnęła się dziewczynka, wychodząc z Tamsin za rękę.
— Fajnie… Bardzo fajnie — stwierdziła Tammy.
— Pójdziemy kiedyś jeszcze na taki festyn?
— To chyba za rok, wiesz? — dziewczynka wyraźnie zmarkotniała. — Bo za rok będzie pewnie następna edycja, ale do tej pory może będzie coś innego.
— No to dobrze. Tamsin?
— Tak?
— Kiedyś będę grać na scenie.
— Nie wątpię w to, Amber — w istocie nie wątpiła, bo sama zaczynała dochodzić do wniosku, że tak, jak mogłaby przygotować Amber nawet do egzaminów wstępnych do konserwatorium, tak nie miała, jak stworzyć dla niej sceny i publiczności. Dlatego coraz częściej pochylała się nad pomysłem jakieś współpracy z prywatną szkołą muzyczną, albo zasugerowania Tannerowi i Dakocie, że taka placówka miałaby sens. W końcu w przypadku Amber wiolonczela miała być jedynie zainteresowaniem, ale czemu miałaby nie czerpać z niej stu procent? Klasowe popisy, okazje do rodzinnych spotkań, nauka radzenia sobie z presją i stresem… W oczach Tamsin szkoła muzyczna miała same plusy, a jedynym minusem, który dostrzegała, to była potencjalna strata uczennicy. Tej samej, która właśnie odprowadzała ją do drzwi.
— Będę uciekać. Muszę na jutro trochę poćwiczyć i trochę ogarnąć rzeczywistość — może, gdyby była księżniczką, teraz nie czekałaby na nią sterta prania do wyprasowania? — Dziękuję, że przyszliście na koncert i za festyn. Mam nadzieję, że wam się podobało — uśmiechnęła się szeroko i po pożegnaniu się z Amber i Tannerem, już kilka minut później wsiadała do metra.
Nie była pewna, gdzie minął jej ten tydzień. Znaczną część spędziła w niewielkim studiu nagraniowym, krążąc właściwie między nim a mieszkaniem, nie mając czasu podrapać się po głowie, nie mówiąc o poszukaniu sukienki w której mogłaby pójść na bankiet. W czwartek, w niedługiej przerwie od nagrywek, leżąc na podłodze by chociaż na chwilę dać odpocząć plecom, była gotowa napisać Tannerowi, że odpuszcza. Nie idzie, nie jedzie, nie ma zamiaru się pojawiać, bo jest zmęczona, a jedyną przyjemnością, jaką udało jej się upchnąć w tym tygodniu, była lekcja z Amber a i tak był to przecież rodzaj pracy. Zamiast jednak napisać do Morgana zarezerwowała pobyt w leśnej chatce, mając zamiar martwić się tym, jak się do niej dostanie, dopiero w poprzedzającym czasie. Tygodniu, może kilku dniach, a może godzinach, bo Tamsin nigdy nie była mistrzynią planowania czegokolwiek.
UsuńJak śliwka w kompot. Wpadła z próby niemal wprost pod prysznic, klnąc głośno, gdy zimna woda uderzyła o rozgrzane ciało, a ona zapomniała o tym, że na ciepłą wodę, to trzeba poczekać. Przypomniała sobie o tym prędko, równie szybko przypominając sobie o fakcie, że nie ma czasu czekać i musi się umyć jak najszybciej, jak najszybciej wysuszyć włosy, umalować się i w końcu znaleźć coś, w czym mogłaby wyjść. Umówiła się, ba! częściowo właściwie sama wyszła z inicjatywą, więc tym gorzej byłoby, gdyby Tanner musiał na nią czekać w nieskończoność i nie stresowała się nawet tym, że mógłby być zły – zwyczajnie nienawidziła się spóźniać.
Godzina z życia. Tyle czasu zabrało jej szykowanie się – a mogła czytać książkę. Tylko, że Tammy potrzebowała takiego wyjścia. Chciała przespacerować się po molo, napić przepłaconego szampana, posłuchać trochę jazzu, udając, że słucha rozmówców, jedynie kiwając głową na ich słowa – to była doskonale ograna taktyka, bo w końcu i tak nikogo raczej nie interesowało jej zdanie. Zadawali pytania, na które nie oczekiwali odpowiedzi i wystarczyło właściwie kluczyć między zdawkowym to zależy, pewnie ma pan rację, albo muisiałabym się zastanowić. Nikt nie czekał, aż się zastanowi, ale jej to całkiem odpowiadało.
Zdecydowała się na prostą sukienkę w kolorze szampańskiego beżu, na ramiączkach, ale bez przesadnego dekoltu, z nagimi plecami zasłoniętymi przez długie włosy. Coś, w czym powinna była wtopić się w tłum, może nawet zlać z otoczeniem, bo na tego typu imprezach nie chciała szokować – z reguły Tamsin próbowała nie przyciągać do siebie zbytniej uwagi. Miała ją na scenie, nie potrzebowała poza nią, mając na uwadze fakt, że mniej wymaga się od ludzi tworzących tło, a ona wolała być obserwatorem imprezy, niż animatorem, czy główną atrakcją. Wsunęła na nogi szpilki, pospiesznie umalowała usta i wyszła, zamykając za sobą drzwi.
— Co ty taka wystrojona? Znowu jakiś festyn? — spytał Noah, czekając razem z nią na windę.
— A co ty taki umyty? Cotygodniowy prysznic, bo widzisz się z Kim?
— Ej, spadaj!
— Musi być jakaś okazja, żebym założyła sukienkę?
— No nie.
— No właśnie. To po co się tak głupio pytasz?
— Tak chciałem… No wiesz, zagadać — wzruszył ramionami speszony, ale zaśmiał się zaraz, gdy dostał kuksańca w bok.
— Tak cię tylko podpuszczam. Jadę z Tannerem na bankiet, więc muszę jakoś wyglądać — wyjaśniła, wybierając parter.
— Spoko wyglądasz. Z tym Tannerem od Amber?
— Tym Tannerem od Amber.
— Wydaje się całkiem spoko. Lina wciąż nadaje o jego córce.
— Jest spoko, jego córka też — wysiedli na parterze.
— To dobrze. Baw się dobrze Tammy — uśmiechnął się nastolatek i pomachał do siedzącego w samochodzie Tannera, zanim ruszył w swoją stronę.
— Ty też, jakby co…
— Jakby co, to będę dzwonić! — zaśmiał się, wywracając przy tym oczami i zaczekał, aż Tamsin wsiądzie do auta.
Tamsin Passalis👠
Gdyby Tamsin wiedziała o jego wcześniejszej kłótni z Dakotą, prawdopodobnie zaproponowałaby, żeby bankiet sobie odpuścili, skoro oboje raczej niekoniecznie są w imprezowych humorach. Chociaż… Czy przy tego rodzaju przyjęciach, było to w zasadzie ważne? Na upartego można było krążyć wśród innych gości, przemykać między nimi wraz z powietrzem, udawać wciąż zajętego, zmierzającego do jakiegoś miejsca, chociaż ono nie istniało. Można było zacząć rozmowę z kimś, kto lubił brzmienie własnego głosu do tego stopnia, że głos inny go nie interesował i potakiwać na każdą tezę, fenomenalnie spędzając czas we własnych myślach. Wiele było sposobów, by przebrnąć przez bankiet, bez potrzeby specjalnej socjalizacji z innymi i skupiania się na ich słowach, tylko trzeba obrać odpowiednią strategię. Może właśnie to ich dzisiaj czekało? Unikanie, przemykanie i lawirowanie w towarzystwie tak, by nikt nie wymagał od nich nadmiaru uprzejmości? Zawsze mogła zagrać kartą bycia jedną z najmłodszych i utknąć z nosem w telefonie, co zauważyła u swoich rówieśniczek, chociaż problem dotykał także starszych i młodszych – w tej chwili, chyba nie miał już wieku. Sama tego nie robiła, ale rozumiała, czemu ludzie wybierali ekran i przemykające po nim treści, zamiast rozmowy z drugim człowiekiem – to było łatwiejsze. Pewnie, gdyby nie to, że była mistrzynią w znajdowaniu sobie kolejnych zajęć, zadań do zrobienia, sama w pewnym momencie by w to wsiąkła, ale czas, gdy jej rówieśnicy wpadali w social media, ona spędzała w salkach z wyciszeniem, godzinami ćwicząc pasaże i pochody, mierząc się w kółko z własnymi myślami. Nie miała pojęcia, jak to jest mieć na swoich barkach głowę swoją i tych wszystkich ludzi, którzy opowiadali o inwestycjach, kosmetykach, trendach i to raptem w ciągu kilkunastu sekund, często prześcigając się w szybkości mowy z Eminemem. Może, gdyby trafiła w odpowiedni content, to zamiast muzykiem, zostałaby internetową twórczynią? W końcu była całkiem ładna, ładnymi słowami sprawnie ukrywała własną niewiedzę i głupotę, i mogłaby przy tym wszystkim ładnie prezentować rzeczy, które nikomu nie były potrzebne do szczęścia. Miała zawodowy profil na Instagramie, ale zdjęcia wrzucała tam tylko z oficjalnych sesji zdjęciowych projektów, albo z materiałów prasowych MET – miała to w kontrakcie i traktowała jako niekoniecznie przyjemną część pracy. Sprytnie jednak unikała dłuższych treści marketingowych, zawierających nagrania zza kulis, czy wywiady z członkami orkiestry, zawsze wymawiając się, że przecież ona jest tylko na chwilę, tylko przy niektórych projektach, że zazwyczaj siedzi z tyłu, więc i tak nikt jej nie rozpozna, przychodząc na koncert.
OdpowiedzUsuńNim wsiadła do samochodu, podciągnęła schludnie materiał sukienki, by ta przypadkiem nie została przez nią przycięta drzwiami.
— No, hej — nie pozostała mu dłużna i przesunęła spojrzeniem wzdłuż jego sylwetki. Ze zwykłej, przyjacielskiej uszczypliwości, próbowała znaleźć coś, do czego mogłaby się doczepić – zagniecenie na koszuli, albo krzywo zapięta kamizelka, jednak Tanner tradycyjnie nie ułatwił jej zadania. Rozsiadła się więc wygodnie w fotelu, kopertówkę kładąc sobie na udach, nogi krzyżując w kostkach a w samym oparciu niemal się zapadając.
— Oj Tanner, taki duży chłopak a nie wie, że to w rozwiązywaniu jest najwięcej zabawy — wywróciła oczami, nie powstrzymując nawet na chwilę szczerego uśmiechu rozbawienia. — Muszę przyznać, że ty też wyglądasz nienajgorzej — uniosła wymownie jedną z brwi, w tym samym czasie zapinając pasy.
Jego pytanie sprawiło jednak, że przez twarz przemknął jej lekki grymas – taki, który zasłania się uśmiechem, zachowując pozory, albo próbując przyjąć dobrą minę do złej gry.
— Możemy jechać, chociaż powiem ci tak całkowicie szczerze, że dzisiejszy wieczór spędziłabym pewnie inaczej… Oczywiście nie o twoje towarzystwo chodzi, tylko o sam rodzaj imprezy — wyjaśniła pospiesznie, z torebki wyciągając parę złotych, dużych kolczyków o prostej formie, które zapięła zerkając w boczne lusterko, palcami odnajdując dziurki. — Dlatego proponuję, żebyśmy weszli, wybadali atmosferę, doczekali do oficjalnego toastu i zmyli się, jeśli będzie nudnawo. Brzmi jak plan? — spytała, poprawiając włosy tak, by nie wpadały jej do ust.
UsuńPrzez cały ten czas przemykała spojrzeniem po fasadach budynków – jednych ledwo co odnowionych, innych wciąż naznaczonych latami stawiania oporu żywiołom, takim jak deszcz, czy śnieg, czy sami mieszkańcy budynków. Lubiła Nowy Jork. Czasami ją przytłaczał swoim hałasem, zagęszczeniem ludzi na chodnikach, czy wszechobecną presją – odczuwalną nawet przy przejściach dla pieszych, gdzie każdy zdawał się gdzieś biec, zmierzać w jakimś celu. Tyle ludzi, na tak małej powierzchni; tyle historii, ludzkich szczęść i ludzkich tragedii, a jednak można było tu odnaleźć spokój. Jak chociażby oni w tej chwili, w tym samochodzie, kiedy stali w korku w środku miasta.
— Jak Ci minął dzień, Tanner? — spojrzała na niego, jakby wcześniejszy pośpiech całkowicie z niej wyparował, pozostawiony gdzieś między klatką schodową, a położeniem auta kilkanaście sekund wcześniej.
Tamsin Passalis 🏎️
Kiedyś powiedziała mu, że nie potrzebuje jego przyjaźni jak leku i tak właściwie od samego początku Rei wychodziła z założenia, że jeśli to się nie uda, to trudno, przynajmniej próbowała. Było wiele osób, które poznawała, a które potem znikały, ale każda z nich w jakimś konkretnym momencie okazywała się ważna, mimo że później ta ważność się rozmazywała. I to też było w porządku. Przez te trzy miesiące żadne z nich nie zainicjowało konkretnego kontaktu, więc teraz, widząc się po takim czasie, Rei czuła się nieco nieswojo. Poza tym jednak nie żałowała, że kiedyś poznała Tannera Morgana. Dla niej był facetem, który wiedział, czego chciał i z całą pewnością był dobrą inspiracją do książkowego bohatera. Tak czy inaczej, nawet jeśli cała ta przyjaźń nie wyszła, to Rei cieszyła się z tego, że miała okazję poznać Morgana i naprawdę dobrze mu życzyła.
OdpowiedzUsuńKiwnęła głową, gdy jej odpowiedział w sprawie Dakoty. Rei nie znała tej kobiety i raczej nie chciała poznawać bliżej, ale skoro Tanner wszedł w ten związek, to zapewne miała do zaoferowania coś więcej niż tylko nazwisko. Ostatecznie jej chaotyczna głowa nie potrafiła pojąć całej tej koncepcji małżeństwa dla małżeństwa. Może była jakąś beznadziejną romantyczką i lubiła happy endy, może po prostu naiwnie wierzyła w to, że miłość czasem przychodziła nagle i może Tanner i Dakota jakoś do siebie dotrą. To, oczywiście, nie było czymś, czego pragnęła najbardziej w całym świecie i nie zamierzała o tym dłużej myśleć, bo to nie była jej sprawa.
Znów kiwnęła głową, kiedy przyznał, że nie zamierza być tu zbyt długo. To też było całkiem uczciwe. Rei też nie chciała tutaj przesiadywać, ale ostatecznie nie miała zamiaru wyjść ot tak. Przyszła tutaj z Jaredem i chyba wypadało, aby z nim wyszła. Nie czuła się też tutaj aż tak źle, żeby musieć udawać zawroty głowy lub coś podobnego, ale to też nie był jej wymarzony wieczór. Była tutaj tylko dla młodszego Morgana.
— Miło z jej strony. — Uśmiechnęła się lekko. — To naprawdę niesamowite dziecko. W sensie… nie za bardzo umiem w świat siedmiolatek i brakuje mi wiele do tego, aby stwierdzić, że radzę sobie z dziećmi, ale Amber... lubię ją. Ah, no i, mam dla niej kilka książek. Nie, żeby to coś znaczyło, po prostu pomyślałam, że mogą się jej spodobać.
Posłała mu spojrzenie, gdy zaczął mówić o Jaredzie. Parsknęła nawet, zanim zdążyła się powstrzymać, ale to było silniejsze od niej. Domyślała się, co takiego chciał jej przekazać Tanner, ale serio sądził, że mogłaby się spotykać z jego młodszym bratem? I to nie tak, że Jared był mniej przystojny albo głupszy – po prostu Rei wiedziała, że jego zainteresowanie jest czysto fizyczne i że nie ma w tym nic konkretnego, co mogłoby świadczyć o tym, że młodszy Morgan mógłby się zaangażować emocjonalnie. Nie wątpiła w to, że jest dobrym przyjacielem, ale z całą pewnością nie był mężczyzną, który chciałby się z nią wiązać, ba!, tym bardziej kiedy była chora.
— Jedyną przykrość, jaką może mi sprawić, to… kupienie mi lodów truskawkowych zamiast czekoladowych. — Przewróciła oczami. — Nie spotykamy się w sposób, o którym pan zapewne pomyślał, widząc mnie tutaj z Jaredem. Poznaliśmy się w szpitalu, ja byłam po operacji, on miał problem z kostką… wie pan, panie Morgan, szpital łączy. — Roześmiała się krótko. — Szczególnie kiedy jest się już tam trochę… rozmowa z Jaredem wydawała się wtedy baaaardzo interesująca. I jasne, to nie tak, że nie poznałam jego czarującej strony. Ten wariat próbował mnie zaprosić na randkę co najmniej kilka razy, ale błagam! Jak niby ktoś, kto wygląda jak on, miałby się zainteresować kimś takim jak ja?
UsuńWzruszyła lekko ramieniem, zjadając kolejną czekoladkę. Oblizała usta, a potem rzuciła jeszcze:
— Stanęło na tym, że się przyjaźnimy. To całkiem zabawne, co? — Posłała mu rozbawione spojrzenie i uśmiechnęła się szerzej. — Ostatecznie z jakimś Morganem się zaprzyjaźniłam, więc uważam to za swój osobisty sukces!
Rei Bothwell ✨
Tamsin chyba nie umiała tak odgradzać od siebie emocji albo też tak sobie wmawiała, bo wszystko w rzeczywistości zależne było od sytuacji. Gdyby dzisiaj to ona była na miejscu Tannera, prawdopodobnie nie umiałaby zachować na tyle spokoju, by zdecydować się na uczestnictwo w bankiecie. Inną inszością było to, że gdyby ktoś kazał jej po kłótni z Dakotą iść na kilka godzin próby, a później zagrać koncert, nie miałaby z tym większego problemu, bo chociaż Tamsin bywała porywcza, emocjonalna i zdarzało jej się reagować w przesadny sposób, to była profesjonalna. Gdyby więc bankiet był częścią jej pracy, czymś, co miałoby wpływ na jej karierę, to przełknęłaby gorzką pigułkę tak, jak zrobił to Tanner, ale nie w momencie, kiedy, tak jak dzisiaj, miało to być jedynie towarzyskie wydarzenie. Nie była jednak prawnikiem – nie zarabiała na życie trzymaniem nerwów na wodzy, wykorzystywaniem słabości przeciwnika i byciem bezwzględną na sali sądowej. Chociaż uparcie uciekała od nazywania siebie artystką, to jako muzyczny rzemieślnik handlowała emocjami, które zaczynały się już na wejściu do MET, kiedy wszyscy, pięknie ubrani, mogli podziwiać cudowną architekturę budynku. Później szli dalej, do miękkich krzeseł, które miały otulać, ale nie zapraszać do snu, jak te kinowe – bo opera, balet czy występy samej orkiestry nie miały być jedynie przyjemnością. Nie trzeba było czytać libretta przed wejściem śpiewaków na scenę, by wiedzieć, że ktoś śpiewa o cierpieniu – było to słychać w płaczliwym tonie, teatralnej mimice i dramatycznym vibrato. Dla odmiany radość była zdradzana przez krótkie, szybkie nuty, skaczące jak koniki polne w poruszonej butem trawie. Jakże mogłaby być tak profesjonalna w utrzymywaniu nerwów na wodzy jak Tanner, kiedy grą musiała malować obrazy?
OdpowiedzUsuńNie umiałaby też tkwić w takim układzie, w jakim tkwił Tanner i w jakim tkwiła razem z nim Dakota. To nie była jej sprawa, nie znała też szczegółów poza tymi, które nieostrożnie zdradzała jej Amber, ale nie mogła przecież wywnioskować z nich więcej niż to, że rodzice postanowili nie mieszkać razem. Każdy miał pójść w swoją stronę, zakładała więc, że nie było między nimi zbyt dużo uczucia, które mogłoby scalać małżeństwo, ale starała się o tym nie myśleć zbyt wiele, bo to nie jej dotyczyło. Ot, zwykła ludzka ciekawość pojawiała się czasami odnośnie nie samego poróżnienia małżonków, a tego, jak znaleźli się w tym miejscu – jaka stała za tym historia. Nie wiedziała w końcu o tym, że był to rodzaj sojuszu/umowy/układu – zakreśl prawidłową odpowiedź. Byli z podobnego środowiska, piękni, zdolni, pracowici, a sama Tamsin była romantyczką — małżeństwo bez miłości było więc dla niej czymś nie do pomyślenia. Nie zastanawiała się więc nad tym, co między Dakotą a Tannerem było w tej chwili, tylko jak życie doprowadziło ich do momentu, gdy skręcili w dwie różne strony.
Pewnie dałaby mu znać, gdyby nie to, że nie lubiła odwoływać rzeczy umówionych z tak dużym wyprzedzeniem. Poza tym podskórnie obawiała się, że wtedy ich spotkanie wcale nie doszłoby do skutku, a najzwyczajniej w świecie nie chciała spędzić kolejnego wieczoru w samotności. To nie tak, że nie lubiła własnego towarzystwa, ale w ostatnim czasie miała go wystarczająco dużo i zwyczajnie nie miała ochoty na więcej. Było bardzo prawdopodobne, że gdyby odwołała dzisiejsze wyjście na bankiet, nie zdobyłaby się na zaproponowanie czegoś innego, bo chociaż mogła się nie wydawać, to Tamsin wciąż żyła w przeświadczeniu, że nie powinna się narzucać i robić problemów. A zmiana planów takim problemem by była, prawda?
Z jakiegoś powodu Tamsin, im bliżej kogoś była, tym bardziej nieporadna społecznie potrafiła się stawać, jakby dopiero po czasie od poznania kogoś pozwalała sobie na pokazanie własnej niepewności. Jak teraz, kiedy tylko skinęła głową na słowa zapewnienia Tannera o tym, że wcale nie musieli nigdzie jechać, i te niewypowiedziane, wynikające z kontekstu, że jeśli odpuszczą wydarzenie, to on się nie pogniewa.
Usuń— Dzień nie był najgorszy. Ale tydzień był cały ciężki — powiedziała równie wymijająco co on. Skoro on nie mówił wprost o tym, co go gryzie, to czy miała mu marudzić odnośnie telefonu z pretensjami od matki, której uwagi zaczynały się od wyrzutów ze względu na brak wysłanych życzeń z okazji narodzin dziecka dla trzeciej żony kuzyna matki od strony dziadka? Tej, której w życiu nie widziała na oczy i nie była pewna, czy jej imię pisze się Ashley, Ashly czy może Ashlee. Wyrzuty kończyły się klasycznie na tym, że gdyby nie Tamsin, to jej matka miałaby całkowicie inne życie, że ona przecież nie narzeka, a jedynie dzieli się swoimi przemyśleniami, a sama Tamsin mogłaby trochę przytyć i przestać nosić obcasy na koncerty, bo wygląda jak żyrafa i dlatego siedzi z tyłu. Czy było możliwe, że ten wątpliwie miły telefon sprawił, że nastrój do takich imprez, ale też sama pewność siebie Tamsinm, była dzisiaj mniejsza? W końcu nikt nie potrafi tak poprawić humoru jak matka.
Wywróciła oczami na jego słowa o zapowiadającym się obiecująco wieczorze. Czaruś Tan.
Przesunęła wierzchem dłoni po materiale sukienki, jak zawsze, gdy zbierała myśli, a części garderoby miały jej w tym pomóc. Chłodny jedwab jednak nic nie podpowiedział, ale za to dał jej czas, by myśli ubrać w słowa. Zanim jednak powiedziała cokolwiek, wyciągnęła z kieszeni telefon i sprawdziła wiadomości od znajomych, którzy mieli grać na bankiecie i dać jej znać, czy wszystko gra, tak samo jak organizatorka całego wydarzenia. Kciuk w górę na konwersacji z członkiem zespołu i krótkie „świetni są” od Lisy wystarczyło jej, by uznać, że wszystko jest w porządku, a jej obecność wcale nie jest konieczna. W zasadzie nigdy nie była, tylko Tammy potrzebowała potwierdzenia.
— To może Coney Island? — obróciła się lekko w jego stronę, by móc na niego swobodnie patrzeć. — Zamiast bankietu. Zobaczymy, czy umiesz się dobrze bawić — uśmiechnęła się lekko, równie lekko mrużąc oczy, samym spojrzeniem rzucając mu nieme wyzwanie.
— Kolejki górskie, śmieciowe jedzenie, karuzele… Potem może jakieś kolorowe drinki. Chyba, że wolisz powrót do mnie i oglądanie jakiś pierdół, bo nic lepszego nie wpadło mi do głowy — poprawiła się w fotelu i uniosła jedną z brwi. — To co Tan? Już wiem, że wolisz rozwiązywać, więc co wolisz porobić dzisiaj wieczorem?
Tamsin Passalis 🎢🎡
— To prawda. — Pokiwała głową, bo Jared faktycznie był świetnym przyjacielem. Czasem dzwonił ot tak, niekiedy wysyłał jej memy – i jakoś to się kręciło. Rei weszła w tę relację dość gładko, bo nie miała o Jaredzie żadnego wyobrażenia. Był facetem, którego poznała w szpitalu, a z którym łatwo się rozmawiało. Nie wiedziała nic o jego rodzinie, pracy czy związkach, to czyniło tę przyjaźń wygodniejszą, choć nie w tym sensie, że Rei była mniej zaangażowana, raczej chodziło o to, że nie musiała od razu umieszczać go w żadnej większej układance. Nie był dla niej „bratem Tannera”. Nie był częścią rodziny Morganów, nie niósł ze sobą Dakoty, bankietów, nazwisk wypowiadanych ze sceny ani całej tej błyszczącej konstrukcji, w której każdy gest mógł przypadkiem coś znaczyć. Był po prostu Jaredem. Tym z korytarza. Tym od skręconej kostki, głupich wiadomości, zbyt pewnego siebie uśmiechu i zdania: Bothwell, żyjesz?, wysyłanego bez zbędnej delikatności, za którą zwykle chowała się litość.
OdpowiedzUsuńRei przez moment patrzyła w jego stronę bez słowa. Pytanie było uprzejme i ostrożne. Sformułowane tak, żeby mogła odmówić i nie poczuć się przyparta do ściany. To akurat Tanner potrafił robić z irytującą elegancją.
— Miałam operację płuc — powiedziała to spokojnie, niemal rzeczowo, ale zaraz potem uśmiechnęła się krzywo, bo spokój w jej wykonaniu zawsze wyglądał jak słabo uszyty kostium. Poza tym jak długo miała udawać, że nic jej nie jest? Choć to nie tak, że udawała, bo przyznawała się do choroby i nie robiła z tego sekretu, tylko że do tej pory nie było okazji, aby powiedzieć o tym głośno, a Tanner nigdy nie zapytał o nic otwarcie. Gdyby się nad tym zastanowić, niewiele o niej wiedział, bo to ona raczej próbowała wyciągnąć z niego jakieś informacje.
— Mój organizm uznał, że rak kości sprzed lat to za mało ambitny projekt i postanowił rozszerzyć działalność — rzuciła lekko. Przesunęła palcem po brzegu talerzyka, zbierając okruszek kakao. To było ciężkie dla piętnastoletniej Reilynn. Nie martwiła się tylko rakiem, ale tym, jak będzie wyglądać. I tak była uznawana za dziwaczkę, więc jak postrzegano by ją po amputacji? Nie minął jednak nawet rok od operacji, a rodzice się rozwiedli i Reilynn wylądowała z ojcem w Nowym Jorku. I to tutaj zaczęła nowe życie. Tęskniła, oczywiście, za Szkocją i planowała kiedyś tam lecieć i spędzić czas, poszukać wróżek i być może wrócić z nową inspiracją. Ale tak naprawdę niczego nie zakładała i nie robiła wielkich przygotowań, ale lubiła marzyć, bo marzenia nie mogły jej skrzywdzić.
Przez chwilę milczała, po czym, jakby sama przestraszyła się tego, że powiedziała zbyt dużo, spytała może zbyt otwarcie:
— Chce pan zobaczyć bliznę?
Pytanie było zaczepne, a kiedy Rei zdała sobie z tego sprawę, jej twarz zrobiła się cieplejsza. To miał być żart! Jeden z tych głupich, obronnych tekstów, które wypadały jej z ust szybciej niż rozsądek był w stanie to wszystko wyhamować. Nie planowała niczego pokazywać. Pomyślała o tym, jak chuda i blada jest, i że raczej nie było w niej czegoś, co mogłoby zachwycać, nawet jeśli jakimś cudem faktycznie by cokolwiek komuś pokazała. I czy mogłaby się komuś podobać ot tak, bo była po prostu Rei?
Jej mózg zaczął to analizować. Skoro pisała tak otwarcie o seksie, co przyniesie jej moment, w którym zbliży się do kogoś w ten sposób? Będzie prosić o zgaszenie światła albo o to, żeby zrobili to pod kołdrą? Rei zawiesiła się, wbijając wzrok gdzieś w bok, myśląc o tym, że prawdziwy seks wymagał czegoś więcej niż pożądania, przynajmniej tak się jej wydawało. Zaraz potem znów pomyślała o bliźnie; cienkiej, nierównej linii po lewej stronie klatki piersiowej, niżej niż obojczyk, bliżej żeber, jeszcze zbyt świeżej i miejscami różowej. Nie wyglądała jak znak po pojedynku na miecze ani tajemniczy znak po klątwie. Była za to konkretna. I Rei nienawidziła tego, że czuła ją nawet wtedy, gdy jej nie widziała.
UsuńRei Bothwell 🫁
Czemu więc układ ten dobiegał końca, skoro zależało im wyłącznie na dobrobycie dziecka? Czy wydarzyło się coś, co przelało szalę goryczy, która zbierała się przez lata? Tamsin o tym nie myślała. Może czasami, ale wracała do punktu, w którym łapała się, że wszystko rozchodzi się o moment rozejścia ludzi, którzy w jej głowie musieli być dla siebie całym światem. Małżeństwo bez miłości? Dla niej coś zupełnie niezrozumiałego, abstrakcyjnego dla jej romantycznej duszy i naiwnego podejścia do życia i świata. Wiele rzeczy w życiu robiła wbrew sobie, ale małżeństwo obrosło w jej głowie do pewnego rodzaju sacrum, którego nie wolno było profanować, chociaż sama była o krok od rozwodu, tuż przed śmiercią Cartera.
OdpowiedzUsuńTanner nie wiązał się z nikim ze względu na Amber. Ona unikała związków, bo znała siebie i wiedziała, że jeśli odda komuś serce, to w całości, a będąc już raz zranioną, poharataną ostrymi pazurami przykrej codzienności, zwyczajnie bała się zaryzykować. Tak, jak unikanie emocji i uczuć uważała za tchórzowskie, tak dokładnie to robiła, jak struś wsadzając głowę w piasek, gdy tylko zaczynało się robić poważniej.
Nie zaklaskała w dłonie z zadowolenia, kiedy zauważyła, jak zawraca samochód, za to uśmiechnęła się szeroko i szczerze, nie hamując przy tym chochlików, które pojawiły się w jej spojrzeniu i już planowały rozrabiać. Bo życie było za krótkie na nudne wieczory, a ten właśnie z nudnego, przeistaczał się na jej oczach, w potencjalnie bardzo ciekawy. Tanner podjął rękawicę, zamierzała więc pokazać, na co ją stać.
— Oj, to byłaby wielka szkoda także dla ciebie. Potrafię być prawdziwie upierdliwa, bo jakbyś nie zauważył, bardzo lubię spędzać czas z ludźmi — zauważyła, co wcale nie było czczymi słowami. — Pomyśl sobie, jaką odpowiedzialność mógłbyś na siebie tym ściągnąć! Zabawianie mnie każdego dnia, ah… Tan, Tan, Tan, uważaj, czego sobie życzysz, bo potrafię być prawdziwym wrzodem na tyłku — zaśmiała się, odgrażając na zapowiedź. Wrzodem może nie, chyba też nie przekraczała niczyich granic, bo sama swoich strzegła z czujnością dobermana pilnującego swojego podwórka, uszu nadstawiając, gdy ktoś tylko zaczynał kręcić się przy furtce.
Tamsin na Coney Island była w tym dziwnym wieku, kiedy było się już nastolatkiem, niemal młodym dorosłym i można było zakładać rodzinę, ale nie wolno było jeszcze pić alkoholu. Spędzała, jak co roku, kilka tygodni przerwy wakacyjnej u babci i do jednego z lunaparków poszła z koleżanką, której imię wciąż pamiętała, za to nie była w stanie dokładnie przypomnieć sobie jej twarzy. Była drobniutka, przez co wszyscy brali je za siostry, a one nikogo nie wyprowadzały z błędu, bo dzięki temu na każdej kolejce mogły siedzieć razem, przez większość popołudnia sącząc z butelki z colą drinka, którego zrobiły dzięki podwędzonemu babci burbonowi. To był dobry dzień, chociaż wieczorem kręciło się Tamsin w głowie i nie wiedziała, czy to od blaszanych potworów, napojowi z wkładką, czy braku nakrycia głowy, bo grzało wtedy niemiłosiernie, a ona uparła się na wysokiego kucyka. Dla takiego kucyka nie było odpowiednich kapeluszy, czy czapek.
— A u ciebie był znośny, albo beznadziejny bo….? — ping-pong. Odbiła sprawnie pytanie i chociaż wiedziała, że to brzydko, że tak się nie robiło, to Tamsin nie bardzo się tym przejmowała. Jego odpowiedź w końcu była dokładnie taka, jak jej – wymijająca.
To nie była jakaś zasada, której się trzymała; bardziej nieświadome działanie, które w ostatnich latach zaczynała u siebie obserwować, przez co zaczynało być może nieco perfidne, ale trzymało ją z dala od kłopotów. Dawała od siebie tyle, ile inni dawali, zazwyczaj czekając, aż sami wyznaczą granicę. Nie była Matką Teresą, by próbować komukolwiek pomóc za wszelką cenę; daleko jej było też do porucznika Colombo, by wypytywać i się doszukiwać. Skoro Tanner odpowiedział bez szczegółów, to ona też nie zamierzała. Chyba że…
— Mam pomysł, bo będziemy się tak to bawić w takie pytania w nieskończoność, a nie mam dzisiaj do tego nastroju. Proponuję, żebyśmy zagrali w grę — zaczęła poważnym tonem, chociaż gra nie miała być ani trochę poważna. Chochliki wcale jej w końcu nie opuściły. — Zadajemy sobie pytania i musimy na nie odpowiadać, ale szczerze. Nie tak, że najpierw ty się wykręcasz, później ja, a następnie ty udajesz, że wcale się nie wykręciłeś i mnie dopytujesz, chyba z najdzieją, że się nie skumam, albo że doda mi to odwagi, żeby opowiedzieć, co u mnie. Jeśli nie chcesz odpowiadać na pytanie, jest opcja wyjścia – sięgnęła do torebki, wyciągając z niej długopis. Na kciuku sprawdziła, jak ten pisze po skórze a widząc, że atrament ładnie chwyta skórę, szybko starła kropeczkę opuszkiem palca.
OdpowiedzUsuń— Opcją wykupu od niewygodnego pytania jest shot, który trzeba będzie wypić po Coney Island. Ja wybieram shoty tobie, a ty mi. Co ty na to? — zaproponowała, całkiem dumna ze swojego pomysłu. No i oczywiście ciekawa, czy Tanner był tak odważny i zabawowy, jak zapowiadał.
Tamsin Passalis 🥃
Rei poczuła, jak jej twarz robi się jeszcze cieplejsza. Świetnie. Żart, który miał być tarczą, właśnie wrócił do niej jak bumerang, uderzył ją w czoło i kazał publicznie przyznać, że jednak nie miała żadnego planu. Bo oczywiście, że nie chciała pokazywać mu blizny tutaj, teraz, przy stole, w sali pełnej prawników, sponsorów i kelnerów. Poza tym, gdyby to zrobiła, to Tanner byłby pierwszym facetem, który zobaczyłby ją w ten sposób, oprócz, oczywiście, lekarzy. Do tej pory żaden mężczyzna nie widział jej ciała ani blizn, a nawet nie było żadnego wspomnienia, do którego mogłaby się odwołać i powiedzieć sobie: spokojnie, już kiedyś przez to przeszłaś. Nie przeszła. Rei miała dwadzieścia sześć lat i doświadczenie życiowe człowieka, który znał zbyt wiele rodzajów bólu, zbyt wiele zapachów szpitalnych korytarzy i zbyt wiele sposobów, w jakie ciało może zdradzić właścicielkę, ale nie miała tego jednego, zwykłego doświadczenia, które inni ludzie potrafili traktować jak naturalny etap dorastania. Nie było w jej pamięci chłopaka, który pierwszy raz rozpiął jej bluzkę z niezdarną czułością. Nie pamiętała niezręcznych poranków, czyjegoś swetra zostawionego na krześle czy śmiechu pod kołdrą. Jej ciało od lat oglądano w częściach. Profesjonalnie i pod światłem lamp, w gabinetach, na salach zabiegowych, między jednym poleceniem a drugim.
OdpowiedzUsuńA to było coś zupełnie innego. Tanner nie był lekarzem. Nie patrzyłby po to, żeby ocenić stan rany, kolor skóry, napięcie blizny czy to, czy wszystko goi się zgodnie z planem. Patrzyłby jako mężczyzna. Jako ktoś, kto znał jej głos, jej żarty, jej głupie ucieczki w ironię i ten nieznośny sposób, w jaki próbowała robić z własnego lęku przedstawienie z komentarzem autorskim. I właśnie dlatego sama myśl była tak przerażająca. Bo jeśli spojrzałby i nie odwrócił wzroku zbyt szybko, to mogłoby ją to złamać. A jeśli spojrzałby i jednak odwrócił, to tym bardziej. Nie miała pojęcia, która wersja byłaby gorsza. Obrzydzenie, litość, ostrożność...
Rei zdecydowanie nie wiedziałaby, co zrobić z byciem widzianą, kiedy ktoś nie używał przy tym rękawiczek. Nie wiedziała, jak stać przed mężczyzną bez przygotowanego żartu ani czy potrafiłaby pozwolić komuś zobaczyć siebie nie jako narrację o przetrwaniu, tylko jako ciało. Zwykłe i niezwykłe jednocześnie. Niekompletne w sposób, który dla niej wciąż bywał okrutny. Nie chodziło przecież tylko o bliznę po operacji płuc. Chodziło o całą mapę. O to, że jedna linia prowadziła do drugiej, jedna historia otwierała następną, a pod każdą warstwą ubrania kryła się wersja Rei, której nigdy nie nauczyła się pokazywać nikomu bez poczucia, że powinna natychmiast przeprosić. I może właśnie to było najgłupsze. Że nie bała się tylko tego, że Tanner uzna ją za mniej atrakcyjną. To byłoby bolesne, oczywiście. Upokarzające. Bardzo ludzkie. Ale najbardziej bała się, że zobaczy cały ten jej chaos, dostrzeże bezsenność, depresję i uzna, że brak kończyny to najmniejszy problem, bo Rei gniła od środka.
— Nie — powiedziała szybko. — To znaczy… nie tutaj. Nie teraz. To był żart… bardzo kiepski żart, przyznaję.
Odchrząknęła i sięgnęła po wodę, bo najwyraźniej gardło uznało, że skoro już rozmawiają o płucach, może dołożyć swoje trzy grosze. Zerknęła na niego, a potem powędrowała za jego spojrzeniem, które przed chwilą przesunęło się po jej sukience z wyraźnie analityczną ostrożnością. Rei prawie się zaśmiała. Prawie.
— Proszę przestać szukać jej wzrokiem — mruknęła zaczepnie, choć zaraz spuściła oczy na szklankę. — Widzę, jak działa pańska dedukcja. Płuca, klatka piersiowa, sukienka, dostępność pola operacyjnego… bardzo elegancko, Sherlocku, ale to nadal sala bankietowa.
Kącik jej ust drgnął, a potem, mimo wszystko, jej dłoń powędrowała do miejsca po lewej stronie ciała, trochę niżej od obojczyka, bliżej linii żeber, gdzie materiał sukienki łagodnie opadał i ukrywał cienką, nierówną bliznę. Nie tak świeżą, żeby budziła panikę, ale wystarczająco nową, by skóra wciąż wydawała się tam obca, miejscami zbyt różowa.
Usuń— Jest tutaj — powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do niego. — Mniej więcej.
Przez chwilę milczała. Gwar sali wydawał się nagle bardziej odległy, jakby ktoś odsunął bankiet kilka metrów dalej, zostawiając przy stole tylko ich, niedojedzone praliny i whisky, które pił Tanner.
— Mam ich więcej — dodała. — Blizn… po wkłuciach, portach, zabiegach. — Uśmiechnęła się krzywo. — Ta po amputacji jest najstarsza. Myślę, że to ona podzieliła moje ciało na przed i po. — Wzruszyła lekko ramieniem, jakby mówiła o czymś lekkim. — Wie pan, panie Morgan, najdziwniejsze w bliznach jest to, że ludzie bardzo chcą, żeby były dowodem siły — rzuciła jeszcze. — I czasem są. Przeżyłam, więc proszę bardzo, można bić mi brawo! Ale dla mnie są one też dowodem braku kontroli.
Objęła szklankę z wodą rękoma, a potem postukała w szkło paznokciami.
— A remisja… — odezwała się, bo nie chciała zbywać pytania, które zadał Tannera, choć, oczywiście, mogłaby. Nie uważała jednak, żeby musiała milczeć, i tak powiedziała dzisiaj dość sporo, biorąc pod uwagę to, że przez ostatnie trzy miesiące Morgan był tylko facetem, którego kiedyś poznała. — Lekarze używają ładniejszych, ostrożniejszych zdań niż ja. „Obserwujemy”, „oceniamy”, „kolejne badania pokażą”, „na tym etapie trudno mówić z pewnością”. Medycyna ma cały własny język.
Parsknęła cicho, ale nie było w tym niczego wesołego. Przechyliła lekko głowę i posłała Tannerowi miękkie spojrzenie.
— Chciałabym powiedzieć coś konkretnego. Że tak, że będzie dobrze, że to była ostatnia operacja, ale nie wiem. Nikt nie wie. Na razie chodzi o to, żeby nie było gorzej. — Odwróciła wzrok i rozejrzała się wokół, a wtedy dostrzegła, że po drugiej stronie, przy ścianie, Dakota rzucała im dość jednoznaczne spojrzenie. Niby z kimś rozmawiała, ale najwidoczniej postanowiła pilnować też Rei i Tannera.
— Mogę być z panem szczera? — spytała, choć i tak by powiedziała swoje, nawet jeśli Morgan uznałby, że nie chce w ogóle wysłuchiwać jej wywodów. Trudno. — Dakota patrzy na nas tak, jakby próbowała przesunąć mnie wzrokiem poza kadr. Rozumiem, naprawdę rozumiem, że ma swoje powody, ale… — urwała na moment, szukając słów, które nie zabrzmią jak atak albo bełkot. Ostatecznie westchnęła i dodała tylko: — Zasługuje pan na szczęście, panie Morgan. Nie na wersję szczęścia zatwierdzoną przez rodzinę, Dakotę, galę, nazwisko czy kogokolwiek. I wiem, że to brzmi absurdalnie z ust kobiety, która pięć minut temu mówiła o własnych płucach jak o wadliwym projekcie, ale… ja w pana wierzę. W to, że potrafi pan wybrać coś, co nie jest tylko obowiązkiem. I w to, że kiedy pan już to zrobi, nie będzie to kaprys ani zdrada kogokolwiek.
Zerknęła znów w stronę Dakoty, a potem wróciła spojrzeniem do niego.
— A jeśli komuś się to nie spodoba, to cóż. Ludzie bywają bardzo przywiązani do wersji nas, które były dla nich wygodne. — Uśmiechnęła się i zerknęła w stronę telefonu, który zawibrował. No tak, przypomnienie o tabletkach. — Przepraszam, ale muszę wziąć leki. I znaleźć wodę.
Podniosła się ostrożnie, chwytając laskę, i zanim zdążyłby zaproponować pomoc, ruszyła między stolikami. Telefon trzymała w ręce, tabletki w małym pudełku dźwięczały cicho w torebce, a w głowie nadal miała własne słowa. Zasługuje pan na szczęście. Boże. Kto jej pozwolił mówić takie rzeczy? Kto zostawił ją bez nadzoru przy czekoladzie i mężczyźnie, który najwyraźniej miał w sobie jakiś przycisk uruchamiający jej najgorsze odruchy szczerości?
W łazience było chłodniej i ciszej. Marmur, złote detale, ogromne lustro, zapach drogich perfum i mydła. Rei oparła laskę o blat, wyjęła pudełko z lekami i przez chwilę patrzyła na swoje odbicie. Zignorowała to, jak blada i zmęczona była, i połknęła kolejno każdą z tabletek. Właśnie chowała pudełko z powrotem do torebki, kiedy drzwi łazienki otworzyły się za jej plecami. W lustrze zobaczyła Dakotę. Oczywiście. Bo najwyraźniej wszechświat uznał, że trzeba jej jeszcze dorzucić kobietę w idealnej sukience, z idealnie chłodnym wyrazem twarzy i spojrzeniem ostrym jak sztylet. Cudownie.
Usuń— Musisz być z siebie bardzo zadowolona — odezwała się Dakota.
— To dość odważne założenie jak na osobę, która widziała mnie dzisiaj przez jakieś dwadzieścia minut — mruknęła Bothwell.
— Wystarczyło.
Rei odwróciła się, opierając biodro o blat. Nie odpowiedziała od razu. Patrzyła w stronę Dakoty; obserwowała jej idealną fryzurę i napięte usta. Zazdrość miała w sobie szczególny rodzaj brzydoty, nawet na pięknych twarzach. Robiła z ludzi kogoś mniejszego, bardziej okrutnego, niż chcieliby przyznać.
— Na co wystarczyło? — spytała Rei.
— Żeby zobaczyć, jak się ustawiasz. — Dakota uśmiechnęła się krótko.
— Słucham?
— Och, nie udawaj głupszej, niż jesteś. To podobno twoja specjalność, prawda? Udawanie kruchej, zagubionej, trochę dziwacznej, ale uroczej. Pisarka, dziewczyna z laską i wielkimi oczami. Bardzo skuteczne połączenie. Najpierw Jared, teraz Tanner. Sprytne.
— Nie wiem, co pani sobie wymyśliła, ale…
— Wymyśliłam? — Dakota zrobiła krok bliżej. — Naprawdę? Przychodzisz tu z Jaredem, siadasz przy naszym stole, od razu robisz z siebie ofiarę, potem szepczesz z Tannerem i patrzysz na niego, jakbyś już liczyła, które drzwi w tej rodzinie da się otworzyć najłatwiej.
— To obrzydliwe. — Pokręciła głową.
— Co? Że ktoś nazwał to, co robisz?
— Że pani naprawdę uważa, że wszystko da się sprowadzić do pieniędzy i nazwiska.
— A nie? — prychnęła Dakota. — Proszę cię. Nie jesteś pierwszą kobietą, która odkryła, że Morganowie mają wiele do zaoferowania. Jared zawsze miał słabość do takich, które zachwycały się tym, co mogły dostać. Ty po prostu grasz subtelniej.
Rei przez chwilę nie oddychała. Nie dlatego, że nie umiała odpowiedzieć. Odpowiedzi miała mnóstwo. Cały arsenał. Ale Dakota uderzyła tam, gdzie Rei miała już kilka blizn i siniaków; uderzyła w pieniądze, ciało i w podejrzenie, że skoro ktoś taki jak ona znalazł się obok ludzi takich jak oni, to na pewno musiała czegoś chcieć. Że nie mogła po prostu być zaproszona. Być lubiana. Być zauważona.
— Spotykam się z Jaredem jako przyjaciółka — powiedziała powoli.
— Jasne. A ja jestem zachwycona tym wieczorem. Wszyscy możemy mówić rzeczy dla uprzejmości. — Dakota parsknęła krótkim i zimnym śmiechem.
— To nie jest uprzejmość.
— Więc co? — Przesunęła po niej spojrzeniem. — Mam uwierzyć, że akurat przypadkiem zaprzyjaźniłaś się z Jaredem? I akurat przypadkiem znasz Tannera? I akurat przypadkiem siedzisz dziś między nimi, wyglądając jak chudzielec w pożyczonej sukience?
Rei poczuła, że nie wie, jak się zachować. Do tej pory nigdy nie musiała mierzyć się z jakąś kobietą w ten sposób. Owszem, czasem wykłócała się w czasie jakiejś wyprzedaży o ładny sweter, ale to? To było coś innego, głębszego i zdecydowanie okrutniejszego.
— Nie patrz tak. Przecież wiesz, jak wyglądasz. Jesteś drobna, blada, ledwo trzymasz się na nogach. Ta sukienka robi, co może, ale nie ukryje wszystkiego. Ani tego, że jesteś chora, ani tego, że jesteś po amputacji — dodała rzeczowo. — Więc powiedz mi, Reilynn, na co właściwie liczysz? Na litość? Na rycerski odruch? Na to, że któryś z braci uzna, że jesteś biedną, delikatną dziewczynką, którą trzeba uratować?
Rei milczała. Jej gardło boleśnie się ścisnęło, płuca zaprotestowały, a pod żebrami odezwało się znajome napięcie. Nie teraz. Nie tutaj. Nie przy niej.
Dakota uśmiechnęła się, jakby uznała ciszę za przewagę.
Usuń— To stara sztuczka — stwierdziła. — Wejść do rodziny przez najsłabsze miejsce. Jared jest impulsywny, łatwo go złapać na coś nowego. Tanner lubi czuć, że robi coś właściwego. A ty jesteś idealna do tego typu gry, prawda? Tylko zastanawiam się, jak długo to potrwa, bo litość jest wzruszająca na początku. Ale później ludzie się męczą.
Rei wzięła laskę, trochę za gwałtownie, więc końcówka stuknęła o marmur ostrzej, niż planowała. Przez sekundę świat zwęził się do tego dźwięku, zimnego blatu pod palcami i własnego oddechu, który nagle stał się za krótki, zbyt płytki, niewystarczający. Dakota powiedziała coś jeszcze. Może jej imię. Może jakąś kolejną uwagę. Nie była pewna. Słowa przestały mieć sens. Były tylko szumem, za którym kryło się jedno zdanie: ludzie się męczą.
Wracała na salę zbyt blada, z ustami zaciśniętymi mocno i dłonią tak sztywno obejmującą laskę, że pobielały jej knykcie. Światła były za jasne. Muzyka za głośna. Ludzie zbyt blisko. Sukienka nagle wydawała się ciężka, obca, głupio piękna na ciele, które przed chwilą ktoś opisał jak problem. Jared kręcił się gdzieś wśród grupy swoich znajomych, a przy stoliku siedział Tanner, co wcale nie było pocieszające, bo Rei miała dość tej rodziny, tego bankietu i wszystkiego, co działo się wokół. I być może powinna zareagować inaczej, ale gdy tylko jej spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Tannera, Rei… pękła, tak po prostu, jakby ktoś złamał patyk, zdmuchnął świeczkę lub rozerwał tkaninę. Nie rozpłakała się od razu. To byłoby zbyt proste. Odwróciła gwałtownie wzrok, jakby samo patrzenie mogło popchnąć ją w stronę kolejnego wyznania, kolejnego pęknięcia, kolejnej rozmowy, na którą nie była przygotowana. Zrobiła krok w bok, potem drugi i jeszcze jeden. Przemknęła między stolikami, potrącając ramieniem czyjeś krzesło. Ktoś odwrócił głowę. Ktoś powiedział ciche „przepraszam”, choć to ona powinna była przeprosić. Rei nie odpowiedziała. Nie miała na to powietrza. Serce biło jej tak szybko, że przez chwilę była pewna, iż wszyscy na sali muszą to słyszeć. Łzy przyszły dopiero wtedy, gdy opuściła salę. Ciche i upokarzające. Spłynęły po policzkach, niszcząc makijaż, który naprawdę dzielnie próbował przetrwać wieczór pełen złych decyzji. Rei otarła twarz dłonią, potem serwetką, którą miała w torebce, potem znów dłonią – chciała po prostu zniknąć.
Rei Bothwell 😢🏃🏻♀️
Przez pierwszą sekundę Rei w ogóle nie zrozumiała, że Tanner ją dotyka. Poczuła tylko jego dłoń, ciepłą i pewną, a potem nagłe przyciągnięcie, jego zapach, deszcz uderzający w chodnik i własne ciało, które zamiast zrobić to, co robiło zwykle, czyli sięgnąć po kamuflaż, po prostu skapitulowało. Wpadła w ten uścisk bez żadnej elegancji. Nie jak kobieta z powieści, którą ktoś łapie w dramatycznym momencie i która wygląda pięknie nawet wtedy, gdy płacze, a raczej jak ktoś, kto wreszcie pozwolił sobie nie trzymać wszystkiego w sobie, byleby tylko nie stracić twarzy. Jej czoło uderzyło lekko o jego pierś, a palce zacisnęły się na materiale jego marynarki; gubiła oddech, łzy moczyły jej twarz, miała mokry nos i szczypały ją oczy. Cała pewność siebie, której się trzymała jeszcze przy stoliku, kiedy to wymieniła się z Dakotą uprzejmościami, wyparowała, bo kobieta trafiła w jej najczulsze punkty, a Rei kompletnie się tego nie spodziewała. Nie miała pojęcia, że przyjdzie jej bronić nie tylko samej siebie, ale też swojego honoru, choć zdaniem Dakoty zapewne tego honoru w ogóle nie miała.
OdpowiedzUsuń— Nie mogę… — wyrwało jej się najpierw. Łapała ciężko oddech, czuła ból w płucach i prawie nic nie widziała. Deszcz padał coraz mocniej. Chłodne krople chłodziły jej kark, włosy, policzki i mieszały się ze łzami tak skutecznie, że przez chwilę mogła udawać, że wcale nie płacze, choć płakała. Chyba pierwszy raz tak otwarcie i tak brzydko.
— Nie chciałam robić sceny — wymamrotała w jego pierś. — Poszłam tylko wziąć leki, a potem przyszła…
Dakota. Przez chwilę nie była w stanie powiedzieć jej imienia, jakby samo nazwanie jej mogło przywołać z powrotem tamten chłód łazienki, marmur pod dłonią, lustro odbijające twarz kobiety, która wiedziała dokładnie, gdzie uderzyć, żeby nie zostawić siniaka widocznego dla innych. Rei przełknęła ślinę.
— Powiedziała, że się… ustawiam — wyszeptała niemrawo drżącym głosem. — Że najpierw Jared, teraz pan. Że próbuję wejść w rodzinę dla pieniędzy, nazwiska, dla… nie wiem, statusu, pewnie.
Zadrżała i dopiero wtedy dotarło do niej, że nie tylko z emocji. Deszcz moczył jej sukienkę, chłód wchodził pod materiał i tam zostawał. Rei pociągnęła nosem, próbując zignorować to wszystko, bo nie miało to znaczenia, przynajmniej nie w tym momencie.
— Powiedziała, że jestem chuda — dodała cicho. — Blada. Że ledwo stoję. Że ta sukienka nie ukryje wszystkiego. — Te słowa z trudem przeszły jej przez gardło. Nie dlatego, że były jakieś obce, wręcz przeciwnie, Rei wiedziała o tym wszystkim. Żyła ze sobą od lat w takim stanie, ale w ustach Dakoty te rzeczy nie były tylko faktami, ale też brzmiały jak oskarżenie.
— Jakby moje ciało było dowodem przeciwko mnie. — Zacisnęła mocno oczy, próbując już nie płakać, bo zaczęło do niej docierać, że się rozkleiła i że wybiegła z bankietu jak skrzywdzona nastolatka, i że zdecydowanie brakowało jej klasy, którą miała w sobie Dakota. — Jakby każdy ślad, każda blizna, proteza, leki w torebce, to wszystko… jakby to wszystko było jakąś strategią. Jakbym mogła wejść w czyjeś życie tylko przez litość, bo przecież nikt normalny nie zaprosiłby mnie po prostu dlatego, że chce spędzić ze mną czas. I najgorsze jest to, że ja wiem, że mówiła to z zazdrości i że chciała mnie zranić…
Odsunęła twarz od jego piersi tylko odrobinę, żeby złapać oddech, ale nie na tyle, żeby naprawdę wyjść z jego uścisku. Otworzyła oczy i niepewnie uniosła wzrok, aby wbić spojrzenie w twarz Tannera Morgana, którego nie powinno tutaj być.
— Wszystko, co powiedziała Dakota, zdążyłam wmówić sobie już po kilka razy… że ludzie się męczą, że na początku chcą pomagać, a potem okazuje się, że choroba nie jest jakąś drobną niedogodnością i wymaga cierpliwości, psuje plany, odwołuje wyjścia… — Łzy znowu napłynęły jej do oczu. Teraz albo nigdy, Rei.— Nigdy nie chciałam być dla kogoś ciężarem. To… to dlatego nie chciałam zjeść u pana śniadania… Bałam się, że angażuję się w tę relację i że ostatecznie stanę się dla pana problemem, a ja… po prostu nie chciałam być zbytecznym balastem, bo i tak ma pan dużo na głowie, więc po co dokładać sobie więcej? Dlatego uciekłam i się wycofałam, i dlatego nie miałam odwagi do pana zadzwonić czy napisać, choć korciło mnie kilka razy. Mam wiele SMS-ów w roboczych, niewysłane zdjęcia, screeny z komentarzami moich czytelników… I… i znalazłam kota, który nie ma połowy ogonka. Siedział pod kontenerem, więc… więc go zatrzymałam, bo pomyślałam, że skoro ja nie mam nogi, a on ogonka, to... jakoś się dogadamy.
UsuńMówiła szybko, może trochę nieskładnie, jakby chciała opowiedzieć Tannerowi wszystko, co działo się przez te trzy miesiące, i nawet nie próbowała ścierać łez z twarzy, bo kropelek było zbyt wiele. Poza tym trzymała się mocno jego ubrania, jakby to miało sprawić, że mężczyzna nie odsunie się od niej przez jeszcze kilka sekund. Wzięła drżący oddech.
— A teraz… jest mi wstyd, że uciekłam. Jest mi zimno, bolą mnie płuca i mam ochotę wrócić do domu, schować się pod kocem i nigdy więcej nie rozmawiać z żadnym członkiem pańskiej rodziny, oprócz Amber, co, proszę wybaczyć, obejmuje też połowę osób, które lubię. I chyba jest mi strasznie przykro, bo przez sekundę naprawdę uwierzyłam, że może mogę po prostu tutaj być… — Puściła jego marynarkę i spuściła ręce po bokach, jakby to miało sprawić, że któreś z nich zniknie. Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Rei Bothwell 🌧️😰
Już wydawało jej się, że zdążyła trochę poznać Tannera, zrozumieć sposób w jaki myślał, gdy zwyczajnie ją zaskakiwał. Czy w jakiś sposób próbowała uchronić się przed pytaniami, jednocześnie zostawiając sobie pole do ich zadawania? Oczywiście że tak – w swoim prywatnym mniemaniu była całkiem dobra w widzeniu tego, co inni próbowali ukryć, tyle tylko, że… Tanner nie próbował. Nie stanowił dla niej może otwartej księgi, ale jego bezpośredniość i szczerość, przynajmniej w stosunku do niej, wciąż ją zaskakiwała i zrobiła to także tym razem. Było to coś odświeżającego, do czego niekoniecznie nawykła, a po tygodniu spędzonym z nosem w pulpicie, zamienieniu ledwie kilku zdań z innymi, miała wrażenie, że trochę zdziczała i straciła na umiejętnej komunikacji. A może to było to? To, że gdy tylko dopuszczała do siebie kogoś nieco bliżej, za każdym razem miała wrażenie, że robi z siebie błazna, bo łatwo rozmawiało się o koncertach, sztuce, Dlatego otworzyła buzię, przez chwilę łapiąc powietrze jak rybka wyciągnięta na brzeg, za każdym razem próbując znaleźć słowa, lekko marszcząc przy tym brwi.
OdpowiedzUsuńPrzez chwilę, w tym garniturze, z tą pewnością siebie przypominał jej Tannera sprzed lat, kiedy wciąż był dla niej jedynie Tannerem-prawnikiem-znajomym, pod którego skrzydła wpadła chwilę po, prawdopodobnie, jednym z najgorszych okresów swojego życia. Miała szczerą nadzieję, że po najgorszym, bo nie była pewna, czy udałoby jej się drugi raz wyjść z szamba w które wpadła, obronną ręką. Chociaż powinien był jej się kojarzyć właśnie z tym, co wtedy przeżywała, to z jakiegoś powodu umiała rozdzielić ich znajomość bezwzględną linią – na to, co było przed, w trakcie i teraz po, gdzie to po trwało najdłużej, z czego szczerze się cieszyła.
— Ej! Ja tu daję otwarte pytanie, żebyś mógł w razie co nie odpowiadać, sama też takie dostaję, a później… Ja jednak jestem prostym człowiekiem Tan. Zadałam pytanie otwarte, żebyś mógł odpowiedzieć tyle, ile uważasz za stosowne. Uznałam, że mnie zbywasz, bo nie masz ochoty o tym rozmawiać, a … — machnęła ręką, wywracając oczami, bo czy to było istotne? Mogliby spędzić następną godzinę rozmawiając na temat dokładności zadawanych pytań, czy oczekiwanych odpowiedzi, a i tak nie zmieniłoby to faktu, że czekała ich gra, która mogła skończyć się równie szybko, co zaczęła, gdyby okazało się, że jednak są ludźmi bez tajemnic. Ewentualnie za dobrze wychowanymi, bądź empatycznymi, by przekraczać pewne granice i wiercić tam, gdzie wiercić nie należało.
Nie wiedziała, jak z tymi granicami u Tannera, bo nie mieli do tej pory okazji ich razem badać, ale wiedziała, że swoje ma mocno… Elastyczne. Właściwie nie kryła się z niczym, co by jej dotyczyło. Nie była kobietą z wielką tajemnicą, którą trzymałaby ukrytą w sejfie w podłodze. Były rzeczy o których rozmawiała niechętnie, ale rozmawianie o nich było podobno częścią leczenia, przepracowywania własnych trudów. Oczywiście bez przesady, bo wiecznie trącany strup goił się dłużej, a rozdrapywanie starych ran bolało z drugiej jednak strony, Tamsin lubiła to dźganie w głowę i serce, które zmuszało do myślenia i przeżywania, bo ona lubiła czuć. Nawet, jeśli nie wszystkie emocje były dobre, to wolała je od pustej stagnacji, którą przeżywała w przeciągu ostatniego tygodnia.
— Eh, nieważne. Głupio mi teraz trochę, ale zaraz mi przejdzie — wzruszyła ramionami, licząc na swoją pamięć złotej rybki. — Powinnam być bardziej precyzyjna, postaram się o tym pamiętać — skinęła głową, jakby to sobie przytaknęła na zgodę.
Parsknęła śmiechem na jego słowa o skromności i delikatności, bo chociaż nie wątpiła, że Tanner umiał taki być, właściwie widziała to często w jego kontaktach z Amber, to widziała go w pokoju przesłuchań i na sali sądowej. Tam ani nie był delikatny, ani skromny.
— Szybki refleks się przydaje — mruknęła pod nosem, gdy wspomniał o uniknięciu liścia, ale wcale jej do śmiechu nie było. Mogła sobie jedynie wyobrazić, jak ta rozmowa wyglądała, a patrząc na to, co wiedziała zarówno o Tannerze, jak i jego byłej-niebyłej żonie, mogła jedynie domyślać się dynamiki tejże konwersacji.
UsuńCzuła na sobie jego wzrok, ale nie odwróciła się w stronę mężczyzny, by odpowiedzieć mu tym samym. Zamiast tego zawiesiła spojrzenie w przedniej szybie, patrząc na leżącą na środku skrzyżowania, wełnianą rękawiczkę. Kto o tej porze roku nosił rękawiczki? W zasadzie już nie, bo ta leżała w miejscu w którym prawdopodobnie ludzka noga nie stanęła przynajmniej od kilku dni, zastąpiona czarną gumą opon.
— Miałam trochę za dużo pracy i za mało kontaktu z ludźmi, ale przez to tydzień był i tak w miarę znośny. Ciężki się stał, gdy zadzwoniła moja matka i… Nie mamy najłatwiejszych relacji. Obyło się bez prawie-liścia i łez, ale gdy widzę na wyświetlaczu jej imię, to reaguję jak psy Pawłowa… — westchnęła i zaraz dodała pospieszpiecznie tłumacząc. — W sensie, nie ślinię się, ani nic takiego, ale momentalnie czuję gorzki posmak w ustach i tylko czekam, gdzie tym razem wbije szpilkę — uśmiechnęła się słabo, bo i temat był trochę słaby. Między kobietami wisiała wielka balia niewypowiedzianych słów, trzymająca się ostatkiem sił na kilku włóknach liny, które wciąć nie puściły chyba tylko dlatego, że Tamsin ustępowała. Za każdym razem wycofywała się, nie stawała we własnej obronie, nie próbowała odpowiedzieć na atak, tylko cierpliwie przyjmowała każdy cios, bo z tyłu głowy wciąż świeciła jej jedna, boleśnie nieprzyjemna myśl. Miała tylko ją na tym świecie. I obojętnie, jaka by nie była, to była stanowiło słowo klucz, bo innych było brak, więc trzymała się tej jedynej rodzinnej relacji, jaka jej jeszcze się ostała, choćby miała ranić ją do żywego mięsa.
Światło zmieniło się na zielone a do parkingu przy lunaparku zostało im kilka minut drogi.
— Za co prawie dostałeś liścia? — spytała, odwracając się w jego stronę, zastanawiając się, czy przypadkiem nie szykował się właśnie szot dla Tannera.
Tamsin Passalis🍁
Tamsin nienawidziła nacisku. Sama wywierała go na siebie na tyle często, że nie potrzebowała go ze strony innych i z tego samego założenia wychodziła, gdy sprawa dotyczyła otaczających ją osób. Nie naciskała, przynajmniej nie do momentu, gdy nie była to sprawa zdrowia, czy czegoś równie poważnego, gdzie jej wpływ mógłby faktycznie być bezwzględnie potrzebny, a nawet w takich chwilach czuła, że nie jest to coś, co powinna robić. To było wbrew jej naturze.
OdpowiedzUsuńMoże to dlatego, trochę podświadomie, zdecydowała się na grę? Bo Tanner zapytał ją wprost, czemu ten tydzień nie był najlepszy, a ona odruchowo poczuła nacisk, chociaż wcale go tam nie było? Przecież dobrze wiedziała, że gdyby odpowiedziała mężczyźnie, że nie chce o tym rozmawiać, ten raczej by odpuścił – nie miała pojęcia, czy i Tanner nienawidzi nacisku, ale do tej pory nigdy nie naciskał na nią. To ona była tego dnia przewrażliwiona, zewsząd dopatrując się potencjalnego zagrożenia, ale pewien rodzajć samoświadomości nabytej na przestrzeni lat ratował ją przed tym, by nie wariować. Nie pozwalać zakłopotaniu urosnąć do rangi problemu, którym przecież nie było.
Nie było też jej sprawą to, co znajdowało się kiedyś i teraz między małżonkami. Ale była ciekawa. Mogła posypać głowę popiołem, przyznać się do zbrodni popełnionej w afekcie, bo wcale nie zastanawiałą się nad swoim pytaniem zbyt długo, tylko pozwoliła porwać się własnemu chciejstwu. Bo chciała wiedzieć, ale nie za wszelką cenę. Nie przez wywieranie nacisku, rozcinanie skóry i wpełzanie tam jak intruz, bo za wszelką cenę to było za drogo, a ona za bardzo lubiła Tannera i za dużą ochotę miała na przejazd górską kolejką.
Tammy wiedziała coś o relacjach, których nie dało się opisać przystępną siatką powiązań, bo charakteryzowały się amorficzną budową aż za dobrze. Uwikłana w kilka z nich łapała się na tym, że gdy myślała, że odkryła dół, nagle znajdowała się na samej górze figury i w rzeczywistości nie była w stanie określić kształtu jej bryły, gdy ten zmieniał się w czasie nieregularnie.
Mogłaby posłuchać tego długiego wykładu, ale pod warunkiem, że Tanner chciałby go jej wygłosić, bo mówienie do pustej auli ledwie z jednym słuchaczem potrafiło kosztować więcej, niż przemawianie do stadionu. W szczególności, gdy buty miało się zabrudzone gównem tematu prezentacji.
Tammy interesowały pieniądze. Interesowały ją te, za które musiała zapłacić czynsz, kupić coś do zjedzenia i sporadycznie odświeżyć szafę. Wiedziała jednak, że pieniądze dają komfort, a nie szczęście i chociaż można było za nie kupić zarówno przyjaźń, jak i miłość, to koniec końców nie z nimi szło się do łóżka, czy budziło w cieple ramion nad ranem. To nie z nimi, zamiast na bankiet jechało się do lunaparku w drodze odsłaniając fragment miękkiej skóry brzucha, w ufności, że rozmówca nie wgryzię się w niego i rozszarpie na strzępy. No i to nie one były gotowe, a nawet chętne słuchać o problemach, czy bolączkach – może z trochę z ciekawości, a nie z czystego altruizmy, ale ze szczerą chęci pomocy, bądź okazania zrozumienia. Bo Tamsin rozumiała, że relacje nigdy nie są czarno-białe, zazwyczaj obracając się w odcieniach ponurej szarości.
— Nie wiem — odpowiedziała wzruszając ramionami, gdy spytał o uznanie odpowiedzi. — To nasza gra, więc możemy sami ustalać zasady… Zawsze mogłam precyzyjniej zadać pytanie — mrugnęła do niego ze słabym uśmiechem, jakby tym gestem próbowała dodać rozmowie lekkości, która zdawała się zostać nieopodal jej domu.
Wysłuchała go z uwagą, na sam koniec kiwając głową w zrozumieniu – chociaż nie do końca była pewna, czy było to zrozumienie bardziej dla Dakoty, czy dla Tannera, bo przy obecnym kontekście trudno było jej to ocenić. Mogło przecież chodzić o cokolwiek, prawda?
— Tam, gdzie zawsze. Prosto pod żebro z przekręceniem w lewą stronę — odpowiedziała szybciej, niż zdążyłaby się nad tym mocniej zastanowić. Żartem kupowała czas, w trakcie którego mierzyła się z wizją napisania na dłoni kreski symbolizującej szota, jednocześnie obawiając się, że dalsze pytania mogą być gorsze. Tylko o ile?
— Wybieram szota — woli alkohol, niż przyznanie, że jej własna matka kocha ją w sposób tak toksyczny, że pomimo niemal trzydziestki na karku czuje jej się dłużna za każdy ciepły posiłek i nieliczne z ciepłych słów, bo jest jej wstyd. Wstyd za to, że pomimo całej złości i żalu, który w sobie nosiła, odbierała te telefony z nadzieją, że tym razem po drugiej stronie słuchawki czeka na nią ktoś inny. Może radosny? Może uśmiechnięty, ale nie w wyrazie złośliwego grymasu? Było jej w gruncie rzeczy szkoda własnej matki, bo Tamsin nie wyobrażała sobie, ile nieszczęścia musiała w życiu czuć, by stać się taką osobą, nie dopuszczając do siebie jednocześnie myśli, że zwyczajnie taka mogła być. Malkontentka zrzucająca ciężar istnienia na własną pociechę, nie dając jej zapomnieć o tym, że gdyby nie jej przyjście na świat, jej życie mogłoby wyglądać całkowicie inaczej.
UsuńWestchnęła ciężko, podnosząc się z siedzenia tuż po odpięciu pasów. Wyglądali groteskowo, gdy ruszyli do kasy po bileciki na atrakcje, bo nikt prócz nich nie był w wieczorowych strojach.
— Nie czułeś się samotny przez te lata? — spytała, patrząc na niego, gdy weszli na obszar z atrakcjami. Głową wskazała na drewnianego Cyklona, będącego jedną z najstarszych atrakcji Coney Island.
Nie dopytywała wprost, o co chodziło Dakocie, bo coś jej podpowiadało, że nie chciała znać odpowiedzi, bo w jej oczach związek bez miłości musiał być zwyczajnie… Smutny.
Tamsin Passalis 🎢
Wszystko to, co powiedział, sprawiło, że rozpłakała się jeszcze bardziej. I to nie dlatego, że było to raniące, a dlatego, że poczuła ulgę. Nigdy nie chciała być ciężarem, nigdy nie chciała być postrzegana jako kłopot, bo widziała, co się działo, gdy ktoś za bardzo się do niej zbliżał. Ojciec przez te wszystkie lata poświęcił dla niej niemal wszystko, a Maeve ciągle się martwiła, pisząc kilka SMS-ów dziennie – Rei nie chciała nikogo zranić ani budować sztucznego dystansu, tylko że tak się nie dało, gdy w grę wchodziły jej własne emocje. Zaangażowanie nie było czymś, co pytało o pozwolenie, po prostu w pewnym momencie się pojawiało i czasem człowiek orientował się, że zabrnął w coś za bardzo i że trudno się wycofać bez bólu.
OdpowiedzUsuńNie miała pojęcia, jak niby Tanner miał ją zranić. Każdy miał w życiu swoje priorytety i nie wyobrażała sobie, żeby być ponad te, które wydawały się niezmienne. Zresztą nie chciała też z nikim ani niczym konkurować. Nie była kimś, kto miał kogoś zastąpić, zmienić czy uratować – była po prostu Rei i wszystko to, co dał jej do tej pory Tanner, mieściło się nie w priorytetach, a w chciejstwie tego, co robił. Zajął się nią, zadbał o jej bezpieczeństwo i samopoczucie, i to sprawiało, że Rei z jednej strony nie wiedziała, jak się zachować, a więc naturalna była dla niej ucieczka, z drugiej chciała się przekonać, co się stanie, jeśli zostanie chwilę dłużej. Życie nie było jednak eksperymentem i ostatecznie Rei zawsze wybierała to, co wydawało się najlepsze, może niekoniecznie dla niej samej, ale dla reszty.
Chciała wypowiedzieć jego imię, ale głos jej się załamał, a potem usłyszała Dakotę. Jej serce się zatrzymało, a ramiona mimowolnie skurczyły, jakby to miało pozwolić jej nieco zniknąć. Nie miała ochoty konfrontować się z tą kobietą i już chciała przeprosić, ale odezwał się Tanner. Rei posłała mu gwałtowne spojrzenie, jakby nie spodziewała się, że jego głos będzie tak ostry.
— Tanner… — wymamrotała, czując, że nie powinna być świadkiem tej rozmowy, a zdecydowanie stała się jej powodem. Widziała spojrzenie Dakoty i nic więcej nie musiała mówić, bo niezależnie od tego, co by Rei powiedziała, kobieta zapewne miałaby ją za nieszczęśliwą dziewczynkę, która gra swoją najlepszą kartą, czyli chorobą. I, oczywiście, mogła tak myśleć, tylko że przez cały ten wieczór nie zrobiła nic, aby ją poznać, Rei zresztą również, choć po tak przyjemnym przywitaniu raczej nikt nie chciałby zaczynać rozmowy.
Jej dłoń nieco zadrżała, a palce lekko się podniosły. To nie powinno tak wyglądać, nie tu i teraz. Nie chciała też, żeby Tanner miał kłopoty lub żałował tego wszystkiego... Spojrzała szybko w stronę Jareda, który nagle się pojawił. Idealnie wyczucie czasu. Teraz nie ukryje łez ani rozmazanego makijażu. Wszystko, po prostu wszystko było nie tak. Pomyślała o tym, że Jared ją tutaj zaprosił, bo miał to być miły wieczór, nic wielkiego, ot zwykły bankiet, trochę snobów i uścisków rąk. Kto mógł wiedzieć, że to się tak skończy? Chciała powiedzieć, że wszystko w porządku i żeby się nie przejmował, ale wtedy wtrącił się Tanner, a Rei poczuła wstyd. Miała wrażenie, że stała się punktem każdego możliwego konfliktu i że jeszcze chwila, a planeta wybuchnie z jej powodu.
Rei pozwoliła, aby Jared objął ją ramieniem, ale nie weszła z nim do środka. Wciąż miała przy sobie marynarkę Tannera, wciąż czuła jego palce przy twarzy, a głowa mimowolnie odtwarzała każde słowo. Zatrzymała się, a potem odsunęła, przecierając policzek mokrym nadgarstkiem. Nie wiedziała już, co było deszczem, co łzami, a co upokorzeniem w stanie ciekłym, ale chyba nie miało to większego znaczenia.
— Nie — powiedziała cicho.
Usuń— Nie? — Jared zmarszczył brwi.
— Nie wrócę tam. — Wskazała ruchem głowy budynek. — Zabierz mnie stąd, proszę.
Pięć minut później Rei siedziała w aucie, a przez drogę do domu opowiedziała po krótce, co się stało, sądząc, że Jared powinien wiedzieć.
— Gdybym wiedział, że Dakota odwali coś takiego, nigdy bym cię tam nie zabrał — skwitował.
— Wiem.
— Nie, nie wiesz. Ja naprawdę… — Westchnął.
— Wiem — powtórzyła ciszej. — Dlatego jest mi też przykro za ciebie.
— Za mnie? — Spojrzał na nią krótko.
— Tak, bo pewnie chciałeś po prostu mieć obok kogoś, kto nie jest częścią waszego pola minowego. A ja przyszłam i pole minowe uznało, że jestem świeżym materiałem wybuchowym.
Pożegnała się z Jaredem, zapewniając go, że wszystko w porządku i że da sobie radę. Kłamstwo było tak oczywiste, że poczuła się nieco winna, ale nie chciała go zatrzymywać. Młodszy Morgan siedział za kierownicą jeszcze chwilę, obserwując, jak Rei wysiada z auta i rusza w stronę wejścia do kamienicy. Dopiero kiedy drzwi zamknęły się za nią, a ona znalazła się w znajomym, przygaszonym holu, samochód zniknął.
Rei zatrzymała się przy skrzynkach pocztowych i oparła plecy o ścianę. Przez kilka sekund tylko stała, z laską w jednej dłoni, mokrą sukienką przyklejoną do nóg i szybko bijącym sercem. Powinna wejść na górę, nakarmić Pumpkina, zdjąć przemoczone ubranie, wziąć leki… Litość jest wzruszająca na początku – to zdanie obiło się o jej czaszkę i trafiło prosto w mózg. Rei zamknęła oczy. Nie mogła wejść do mieszkania, stanąć przed lustrem i zobaczyć te wszystkie ślady, które Dakota spróbowała zamienić w dowody przeciwko niej. Nie mogła pozwolić, żeby ta noc skończyła się samotnym rozbieraniem z cudzych słów, warstwa po warstwie, aż zostanie tylko ona, rak i myśl, że może jednak każdy kiedyś się zmęczy.
Jej telefon zawibrował, więc sprawdziła wiadomość. SMS był od Jareda: Weszłaś?. Odpisała: Tak. Jestem w domu. Technicznie rzecz biorąc, była w budynku, w którym mieszkała, prawda? Tylko że nie trwało to zbyt długo, bo Rei zaraz potem odwróciła się i wyszła z powrotem na deszcz.
Najbliższy całodobowy sklep znajdował się kilka minut dalej, na rogu. Laska stukała o mokry chodnik, sukienka jej ciążyła, marynarka Tannera zsuwała się jej z ramienia, a pod żebrami co jakiś czas ciągnęło ją ostrzegawczo, jakby ciało szeptało: czy ty kompletnie oszalałaś? Tak, prawdopodobnie tak. Kupiła w sklepie whisky, którą polecił jej sprzedawca, lody o trzech różnych smakach, waniliowe, karmelowe z solą i czekoladowe, gorzką czekoladę, krakersy, orzechy, plasterki pomarańczy w ciemnej czekoladzie i pianki. Przy kasie zgarnęła też żelki.
Na zewnątrz zamówiła ubera, zanim zdążyła stchórzyć. Palce miała zimne i trochę drżały, kiedy wpisywała adres Tannera, który udało jej się zapamiętać. Przez moment ekran telefonu zamazał jej się przed oczami. Mogła jeszcze wrócić, wejść do mieszkania i udawać, że to się nie wydarzyło. Ale nie chciała, nie tej nocy. Kiedy taksówka podjechała, Rei wsiadła na tylne siedzenie z torbą na kolanach. Butelka stuknęła cicho o pudełko lodów. Gorzka czekolada przesunęła się pod jej dłonią. Za szybą Nowy Jork płynął w smugach świateł i deszczu. Oparła głowę o zagłówek. Nie wiedziała, co powie Tannerowi, gdy już się spotkają. Że nie mogła być sama? Że Dakota weszła jej pod skórę? Że chciała oddać marynarkę, ale też nie chciała jej oddawać? Że kupiła whisky, bo on lubił gorzką czekoladę z alkoholem?
Kiedy samochód zatrzymał się przed budynkiem Tannera, deszcz był już słabszy, drobniejszy, bardziej uporczywy niż gwałtowny. Rei zapłaciła, wysiadła powoli i przez chwilę stała pod wejściem, ściskając torbę z zakupami. Przy wejściu zatrzymał ją portier, który wykonał telefon, a potem pozwolił jej przejść dalej. W windzie była sama, co przyjęła z ulgą, a kiedy ta zatrzymała się na jego piętrze, serce Rei uderzyło tak mocno, że przez sekundę pomyślała, iż drzwi powinny otworzyć się na oddziale kardiologii.
UsuńZatrzymała się przed apartamentem Tannera Morgana z torbą w jednej dłoni, laską w drugiej, marynarką zsuwającą się z ramienia i całym idiotycznym ciężarem tej nocy głęboko w klatce piersiowej. Nie powinna tu być. Nie powinna była tutaj jechać. Nie powinna była kłamać Jaredowi. Nie powinna była kupować whisky, jakby alkohol mógł być interpunkcją między jednym załamaniem a drugim. A jednak tutaj właśnie jesteś, pomyślała. Zapukała, a w czasie, w którym Tanner jej otwierał, Rei zdążyła wyobrazić sobie osiem możliwych katastrof. Że nie otworzy. Że otworzy i będzie zły. Że otworzy i będzie uprzejmy, co byłoby jeszcze gorsze. Że zapyta: co pani tu robi?, a ona odpowie: nie wiem.
Drzwi otworzyły się, Tanner stanął po drugiej stronie, a Rei wydusiła z siebie:
— Przywiozłam pańską marynarkę.
Rei Bothwell 🥃🍨🌃
Tammy już robiła listę atrakcji, które chciała odwiedzić. Legendarna kolejka była pierwsza na liście, bo nie tylko stanowiła coś, co zwyczajnie trzeba było na Coney Island zobaczyć, ale też Tammy miała z nią jedno, wyraźne wspomnienie, które należało do tych obrazów w głowie leżących w kategorii>miłe. Wiedziała, że przejażdżka z Tannerem będzie dodatkowym skojarzeniem, które będzie mogła tak zaklasyfikować, chociaż nie wątpiła, że solidnie nimi wytrzęsie pomimo niedawnej renowacji. Stojąc w kolejce mogli widzieć, a nawet słyszeć, jak obecni uczestnicy przejażdżki się bawią i Passalis musiałaby skłamać, mówiąc, że wcale im nie zazdrości. Wprost nie mogła się doczekać, aż będzie na ich miejscu i chociaż była na atrakcjach, które powodowały znacznie większy skok adrenaliny, to nie miała wątpliwości, że i ta dostarczy im sporo wrażeń.
OdpowiedzUsuńMógł próbować. Jakaś część Tamsin miała nawet nadzieję, że spróbuje, bo może podzielenie się swoimi odczuciami, tym, co od lat zalegało jej na wątrobie, przyniesie jej ulgę, nawet taką chwilową przyjęłby z otwartymi ramionami. Było jednak zbyt wcześnie, bo chociaż słońce przmierzało nieboskłon w stronę zachodu, to wciąż było jasno i nie otaczała ich zachęcająca do zwierzeń noc. Nie oszukiwała się także, że alkohol i rosnące zmęczenie w pewnym momencie nie dołożą swojej cegiełki do tego równania, którego wynikiem będzie większa otwartość i chociaż nie było to odpowiedzialne, ba! pewnie nie było to też zbyt mądre i zdrowe, to trochę na to liczyła.
Na imprezach jej ulubionym momentem nie było w końcu szalone karaoke, czy tańce na środku pokoju, chociaż je uwielbiała. Najbardziej lubiła ten moment, kiedy lądowało się w kuchni z ludźmi, których twarze następnego dnia były lekko zamazane, a imię nieznajome i można było rozmawiać na głębokie tematy. Kiedyś wyczytała, że jest to spowodowane tym, że właśnie tego typu rozmowy pobudzają produkcję oksytocyny, dopaminy i serotoniny i chociaż Tamsin daleko było do uzależnienia, to zwyczajnie lubiła to, jak się wtedy czuła. Nigdy nie doprowadzała się do stanu, w którym mogłaby powiedzieć za dużo, podzielić się tajemnicami, których nie chciała zdradzać, a jednak nie miała problemu w opowiadaniu o licznych przeprowadzkach, wyjazdach na kursy mistrzowskie, czy sposobie traktowania uczniów, przez niektórych pedagogów, którzy nie zasługiwali na ten tytuł przez swoją tyranię.
Powodem, dla którego nie chciała jeszcze mówić o matce był zwykły wstyd. Poczucie odrzucenia, smutek, żal – to wszystko było jej łatwo nazwać, wyjaśnić i przekazać, ale to wstyd powodował, że słowa zaczęłyby jej grzęznąć w gardle. Wstydziła się źle mówić o jedynej rodzinie źle, tak jak i wstydziła się tego, jak matka pchała ją do grania w każdej parafii, w której zagrzały miejsce na chwilę dłużej, próbując nie tylko zrobić z niej wielką gwiazdę wśród społeczności wiernych, ale jednocześnie ofiarę, by wywrzeć na nich presję pochylenia się nad biedną Tammy. Wstydziła się tego, że jej matka udawała niewiedzę, zamiast chronić własne dziecko przed niebezpieczeństwami świata, w kółko powtarzając, jaka to jej córka jest dojrzała. Tammy nie była dojrzała, tylko była wysoka, szybko wyglądała tak, jak wyglądała dzisiaj, ale wciąż była nastolatką, kiedy do jej życia wszedł dorosły, który absolutnie nie powinien był się tam znaleźć szczególnie w charakterze, w jakim tam był. Wstydziła się czasami samego bycia jej córką tak, jak wstydziła się być właśnie taką córką, która miała żal, chociaż jej matka tyle dla niej poświęciła.
Skinęła głową ze zrozumieniem, gdy powiedział to jedno słowo, które niczego nie wyjaśniało, ale rzucało słabe światło na to, czego już zdążyła się domyślić. Nie musiała dopytywać, jak było możliwe, że czuł się samotny mając wokół siebie ludzi. Sama ostatni tydzień spędziła w sali, która była ich pełna a jednak miała wrażenie, jakby te kilka dni była z dala od wszystkiego i wszystkich, zostawiona na pastwę własnej głowy i czterech ścian, w których czekały na nią jedynie rośliny. W pewnym momencie złapała się nawet nad tym, że może powinna była kupić sobie rybki, albo patyczaka, któremu mogłaby opowiadać o przebiegu dnia, byle nie siedzieć w ciszy. Oczywiście, mogła zadzwonić – miała w końcu do kogo, ale to nie było to samo, co prawdziwa obecność. Nie tylko ta fizyczna, ale też psychiczna, bo chodziło w końcu o prawdziwe zrozumienie, o tak głębokie poznanie, gdzie słowa nie były właściwie potrzebne. Dobrze wiedziała, jak to jest czuć się samotnym, bo bez zastanowienia, odpowiedziałaby na pytanie zadane Tannerowi tak samo. Ona też była samotna. Właściwie odnosiła wrażenie, że samotna była niemal zawsze, bo to niemal stanowiły krótkie przecinki w życiu, jak chociażby ta rozmowa, dzięki której nie czuła się aż tak sama.
UsuńWzięła od niego ulotkę, ale wcale jej nie czytała, zastanawiając się nad odpowiedzią, palce zaciskając na śliskim papierze.
— Chyba nie było jednego takiego momentu — odpowiedziała powoli, wzrok wlepiając w kreskówkowy rysunek pajęczyny. Zanim rozwinęła myśl, oblizała usta, ważąc słowa, które miały z nich wyjść. — Jako dziecko myślałam, że śmierć taty jest czymś najgorszym, co mogłoby mnie spotkać. Później to była przeprowadzka, a właściwie to każda z przeprowadzek, bo było ich kilka… Nie wiem, czy można stopniować nieszczęście, Tan. Jakby się nad tym zastanowić, to tym bardziej czułam się nieszczęśliwa, im bardziej szczęśliwa byłam przed samym nieszczęściem. Wiesz… Trochę jak z upadkiem. Boli tym mocniej im z większej wysokości spadasz i im bardziej zaskoczony jesteś samym upadkiem — stwierdziła. Czy najbardziej nieszczęśliwa była, gdy Carter uderzył ją po raz pierwszy? Raczej nie, bo jego złość narastała w czasie i Tamsin podskórnie przeczuwała, że może do tego dojść. Nie była też najbardziej nieszczęśliwa po jego śmierci i to nie dlatego, że poczuła ulgę, ale na to też w jakiś sposób czuła się przygotowana – w końcu podobny rozwój sytuacji widziała u własnego ojca, chociaż jej mama starała się ją chronić przed tym widokiem. Narkotyki i alkohol razem tworzyły w końcu wybuchową mieszankę, która ostatecznie zawsze powodowała wybuch. Nie była pewna też, czy najbardziej nieszczęśliwa była po śmierci babci, gdy na zawsze straciła jedyną osobę, z którą miała same dobre wspomnienia i w tym szaleństwie stanowiła pewien punkt podparcia, jedyny constans w jej życiu. Babcia w końcu była starsza i schorowana, więc jej odejście też było upadkiem z wysokości, ale takiej, po której zaliczeniu umiała się podnieść.
— Odwiedź pokój tajemnic i rozgryź zagadkę zaginionego złota. Escape room — przeczytała na głos i odwróciła ulotkę. — Zawsze marzyłeś o prawdziwej demolce? Łap za kij i rozwal, na co masz ochotę… To chyba jeden z tych pokoi, gdzie dostajesz talerze do tłuczenia — tak pewnie wyglądały kłótnie w niektórych domach i to wcale nie kiedyś, ale i teraz, bo ludzie wcale nie kłócili się mniej niż kiedyś.
Przeszli kilka metrów i Tamsin już miała podawać kartonik obsłudze kolejki, gdy mężczyzna spojrzał na jej buty i pokręcił głową.
— W tych szpilkach nie mogę pani wpuścić — powiedział nieustępliwie.
— Ale dlaczego?
— Bo to niebezpieczne. Mogą spaść i kogoś uderzyć.
— A mogę boso? — mężczyzna spojrzał na nią z zaskoczeniem, ale Tamsin nie czekała na to, co odpowie. Chwyciła się ramienia Tannera, cicho mówiąc mu, że musi się oprzeć, po czym rozpięła sandałki i postawiła je zaraz koło mężczyzny zbierającego bilety. W międzyczasie mężczyzna zgodził się, że boso może, ale on za pozostawione buty nie bierze odpowiedzialności.
Trudno. To tylko buty. Dziwne, że do torebki nikt się nie przyczepił, ale najwyraźniej wychodzili z założenia, że było to coś, co każdy trzyma mocno przy sobie. Wyciągnęła z niej rzemyk, który przewiesiła na ukos, by ta przylegała maksymalnie do jej ciała.
UsuńPo kilku chwilach znaleźli się już w wagoniku, ale Tamsin nie zapomniała o tym, że tym razem była jej kolej na zadawanie pytań. Nim kolejka ruszyła, nachyliła się w stronę Tannera.
— Kiedy czułeś się najbardziej szczęśliwy?
Tamsin Passalis 🎢👡👠