They said I’d be nothin’.
So I became everything
ZAIRE
Carter Zaire Crawford
|
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 29 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio.
Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów.
Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek.
Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią.
Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.
|
Sophia nie potrafiła tego objąć umysłem. Z jednej strony rozumiała co do niej mówił Carter, a z drugiej to wszystko wydawało się być wręcz irracjonalne. Brzmiało to trochę, jakby nagle ktoś ją wrzucił prosto w środek filmu akcji, a ona została tą bohaterką, która jest zielona w tym wszystkim i tylko udaje, że rozumie co się wokół dzieje.
OdpowiedzUsuńZ początku się nie odezwała. Wtedy mnie nie będzie. Zacisnęła usta, jakby tym samym powstrzymywała się przed wypowiedzeniem słów, których mogłaby żałować. Przecież już wcześniej wiedziała, że istnieje taka możliwość, prawda? Sophia była tego świadoma, kiedy zaczęła być z Carterem, a może paręnaście tygodni później. Gdzieś w środku cały czas miała to przeczucie, że kiedyś może do tego dojść. Że któregoś razu po prostu go nie będzie, a ona zmuszona będzie, żeby to zaakceptować.
Nie potrafiła się zmusić do tego, aby samej sobie powiedzieć „hej, będzie dobrze. Carter jest nietykalny i nic mu nie będzie”. Doskonale przecież wiedziała, że to jest bezczelne kłamstwo. I Carter również to wiedział i dobrze zrobił, że nie zdecydował się na to, aby zacząć teraz ją pusto zapewniać, że nic mu się nie stanie. Kilka lat… Kilka lat. Ile to było kilka lat? Pięć? Trzy? Siedem? Tyle może byłaby w stanie wytrzymać. Może mogliby… Może mogliby to przetrwać. Z drugiej strony nie chciała myśleć o takich rzeczach i nastawiać się na najgorsze. Wyobrażać sobie tych wizyt raz w tygodniu lub rzadziej, ciągłej kontroli i tego życia, w którym za wychowanie ich dziecka Sophia byłaby odpowiedzialna sama.
— Mógłbyś… — zaczęła cicho, ale musiała na moment przerwać, aby poukładać sobie w głowie to, co chce mu powiedzieć. Bo nie zamierzała na niego naskoczyć, jaki miałaby w tym niby mieć cel? Nie zamierzała krzyczeć ani go o nic oskarżać. Miała tylko jedną, małą prośbę, którą być może Carter będzie mógł spełnić. — Mógłbyś się upewnić, żeby dalej z nimi współpracować i nie znikać? — Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć. Rozumiała, że nawet z współpracowaniem wciąż mógłby mieć jakieś zarzuty, że takich rzeczy nie wymazuje się od lak, a jednocześnie cholernie liczyła na to, że jeśli dalej będzie współpracował to co najwyżej dostanie po rękach, ale wciąż będzie w domu. Razem z nią i z ich dzieckiem.
Owszem. Prawda brzmiała gorzej niż się spodziewała. I jednocześnie o wiele lepiej niż przypuszczała. Znajdowała się pośrodku wszystkiego o czym Sophia myślała. Wcale nie była teraz spokojniejsza, ale przynajmniej wiedziała. Nie była okłamywana. Nie próbował zmyślić historyjki, która dobrze wybrzmi, a Sophia przestanie się po tym czepiać. Sama już nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Pogubiła się, a jednocześnie Carter nie mógł łatwiej jej tego wytłumaczyć.
— Domyślam się, że to tak nie wygląda. — Mruknęła pod nosem. Nie miała z takimi rzeczami wcześniej styczności. Wszystko co wiedziała pochodziło z książek czy filmów, ale nie było rzeczywistością.
Westchnęła cicho, a potem przytuliła się do niego odrobinę mocniej. Nie, jakby to był ostatni raz, a jutro już miało go nie być. Tylko z potrzebą, która wywodziła się z tych wszystkich słów, które od niego dziś usłyszała i które musiała przetrawić na spokojnie.
— Ale kończysz z tym? Na dobre, prawda? — Spytała. Musiała wiedzieć, czy naprawdę chciał z tego się wyplątać, czy robił to, bo zrobiło się gorąco i to był odpowiedni moment, aby zrobić krok wstecz. Ciekawa była, czy odchodził, bo naprawdę tego chciał czy ona go do tego zmusiła wszystkimi swoimi „jeśli”, którymi go zarzuciła zanim wyszła z tego penthouse przed świętami. — Strasznie to wszystko brzmi. Trochę tak, jakbym… Jakbym miała się z tobą zaraz pożegnać.
I wiedziała, po prostu wiedziała, że teraz za każdym razem, gdy będzie wychodził to zacznie się zastanawiać, czy to nie jest ostatni raz, jak go widzi. Czy kolejny nie będzie już na widzeniu. To było głupie, ale jak miała się przed tym powstrzymać? Naprawdę nie chciała o tym myśleć w ten sposób. Nastawiać się na najgorsze, ale na najlepsze chyba też liczyć nie mogła. Więc po prostu… Liczyła na to, że będzie dobrze. Nieidealnie, ale dobrze. I to jej wystarczy.
Przyjmowała informacje, które Carter jej dawał w ciszy. Czasami nie wiedziała, jak ma zareagować ani czy w ogóle powinna była cokolwiek mówić. Była zmęczona, ale jednocześnie potrzebowała usłyszeć to wszystko, aby poczuć, że w końcu rozumie z czym Carter się mierzy. I on tego też potrzebował. Nawet, jeśli nie sądził, że ta wiedza jest jej do czegokolwiek potrzebna.
Usuń— Nie wiem, jak to jest, Carter. — Westchnęła pod nosem, ale nie w irytacji. Sophia naprawdę takich stanów nie znała. Nie miała pojęcia, jak takie rzeczy działają. Teraz dzięki niemu dowiadywała się, jak to właściwie działa i… Cholera, wcale jej się to nie podobało. Ale co miała z tym zrobić? — Więc, kiedy znikałeś w klubie… to zajmowałeś się tymi rzeczami? — Spytała. Bez nazywania ich po imieniu. Chyba nie musieli tego robić, a Sophia nie pytała też o szczegóły.
— I wszyscy… Jade, Kai i inni… oni też to robią? — Nie rzuciła jednym imieniem. Ono zawisło między nimi w ciszy. Nie wiedziała, czy Carter jej odpowie. Może tego nie zrobi lub ominie. Teraz to było już chyba bez większego znaczenia.
Poprawiła się na łóżku, wtulając teraz w poduszkę, a nie w Cartera, kiedy się od niej odsunął. Nie przysunęła się. Dała mu tę przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował. Ciepły, trochę leniwy uśmiech rozlał się jej po twarzy, jakby ona sama chciała się na moment rozluźnić.
— Możesz iść ze mną jutro na jogę, jeśli potrzebujesz. — Mruknęła pod nosem. Daleko nie musieli. W budynku była siłownia, z której Sophia chętnie korzystała. Miło było zjechać kilka pięter niżej, a nie tłuc się przez pół miasta. — Zostanę, okej? Może się prześpię. Zmęczyłeś mnie. — Mruknęła z zaczepnym oskarżeniem w głosie. — Ale mógłbyś po drodze kupić kwaśne żelki… i ten ciasteczkowy krem.
soph
Pytając się o te wszystkie rzeczy Sophia nie kierowała się tylko i wyłącznie ciekawością. Bo ona, owszem, była obecna, ale nie znajdowała się na pierwszym miejscu. Sądziła, że kiedy Sophia pozna prawdę to poczuje się trochę pewniej i poniekąd tak właśnie było, a jednocześnie wyznanie Cartera zasiało w niej większy niż do tej pory niepokój. Nie chciała się tym karmić i wyobrażać sobie, że spędzą życie osobno. Ona tutaj, a on… Gdzieś w więzieniu. Gdzie w ogóle więzienie było? Byłby tutaj w Nowym Jork czy w zupełnie innym miejscu? Odsunęła od siebie te myśli. Carter był teraz tutaj. Siedział obok niej na łóżku, szedł na spacer z ich psem. Póki co, ale było dobrze.
OdpowiedzUsuńBlado się uśmiechnęła, kiedy na nią spojrzał. Nie chciała już zbyt wiele mówić i zarzucać go dziesięcioma tysiącami pytań, bo tych i tak padło wystarczająco wiele, a ona teraz musiała sobie wszystko to jakoś poukładać w głowie. Spróbować przynajmniej.
— Wiem, że pytam się o wiele rzeczy. — Westchnęła cicho, ale nie przepraszająco. Powoli zostawiała za sobą etap przepraszania za wszystko co robi, bo nie za wszystko przepraszać musiała. — Chciałam tylko… wiedzieć, jak to wygląda.
Pokiwała lekko głową, kiedy mówił dalej. To nie było takie łatwe na jakie brzmiało. Oddzielnie od siebie tego co Sophia usłyszała od codzienności. Pamiętała te tygodnie, kiedy Carter wychodził niemal co wieczór, kiedy co chwilę drzwi do penthouse się otwierały. Wpadał jego menadżer lub ktoś jeszcze inny. Szybkie omówienie tematu. Sophia udająca, że nie wie co się dzieje. Nieciekawe nastroje. Ponure spojrzenie. Nieustające telefony. To wszystko ciężko było zignorować, ale… Postara się. Chciała się postarać i przede wszystkim, ale nie chciała, żeby teraz najważniejsze było to co jej powiedział. Wciąż przecież byli sobą, prawda? Sophią i Carterem. Wciąż mieli plany. Wciąż ich życie rozgrywało się tutaj, a nie… Gdzieś tam, gdzie pojawiali się nieciekawi ludzie.
Byli przede wszystkim tutaj.
— Postaram się o tym pamiętać. — Obiecała. To nie będzie łatwe i oboje to rozumieli. Zdawała sobie sprawę z tego, że czasami będzie mogła o tym zapomnieć, ale liczyła, że nie dojdzie znów do tego, że odejdzie. Sophia, mimo wszystkiego co usłyszała, wciąż nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niego. To, że nie byłoby już jej i Cartera. Tylko dwójka ludzi, która się kocha, ale z różnych powodów nie może ze sobą być. To nie brzmiało w porządku. To nie było w porządku.
Nic z tego co powiedział jej Carter nie było łatwe, ale musiała jakoś sobie z tym poradzić. I to nie tak, że zamierzała się komuś z tego zwierzyć. Jedyną osobą, z którą o tym mogła rozmawiać był Carter i Sophia, mimo tego, jak gadatliwa czasem potrafiła być, nie zamierzała ujawnić tego wszystkiego. Nie potrafiłaby. Nawet ze świadomością, że powinna.
Przymknęła lekko oczy, kiedy nachylił się, aby pocałować ją w czoło. Taki prosty, ale znaczący gest. Znaczący więcej niż mógł sobie wyobrazić.
— To nie moje zachcianki. — Mruknęła, jak na swoją obronę. Powinien się cieszyć, że jeszcze nie było z nimi źle. Ciekawiło ją, czy w końcu zacznie mieć ochotę na naprawdę odklejone połączenia, bo póki co ciągnęło ją głównie do słonego. — I jesteś za nie współwinny. Więc… najkwaśniejsze żelki, jakie uda ci się znaleźć i krem. Najlepiej ten w półlitrowym opakowaniu… Nie patrz tak. Może zrobię z niego sernik.
Oboje wiedzieli, że żadnego sernika nie będzie. Będą za to żeli, łyżeczka i wyjadanie prosto z opakowania. Na więcej nie było co liczyć, a przynajmniej nie dziś, bo naprawdę, ale nie miała sił na to, aby się nawet ruszyć do łazienki.
Sophia odwróciła się w stronę drzwi, kiedy wstał. Chciała go odprowadzić spojrzeniem, a potem się odezwał. Powiedział coś co uderzyło w nią mocno i bez ostrzeżenia. Nosiła w sobie informacje, które mogły go pogrążyć. I on jej to wszystko powiedział. Nie, bo trzymała go na muszce. Nie, bo groziła „powiesz lub odejdę”. Opowiedział jej to wszystko, a ona… Ona teraz miała wobec Cartera pewien obowiązek. Nie nazwał tego w ten sposób, ale tak to odczuła.
— Nie pytałam, żeby komuś o tym opowiedzieć. — Zapewniła. Nie siedziała tu z dyktafonem. Nie zapamiętywała tego, co jej powiedział, aby móc rozpowiedzieć to dalej. — Pytałam, aby było między nami lepiej. Bez sekretów, bez… Ciężaru, który w sobie nosiłeś. I tego nie zamierzam zapominać.
UsuńCisza, która zapadła po tym, jak Carter wyszedł wcale nie była odświeżająca. Raczej lepka i ciężka. Sophia została sama ze swoimi myślami. Nie zasnęła tak, jak myślała. Głowę miała pełną od wizji. Tych najpiękniejszych, w których nie sięga ich nic złego po te, w których budzi się w tym penthousie sama i kolejne lata również spędza tu sama. Wychowując tego małego człowieka, który jeszcze nie miał nawet imienia. Nie wiedziała, co wydarzy się później ani jak dalej będzie wyglądało ich życie, ale wiedziała tyle, że nie zamierza się teraz poddać i znów znikać, kiedy pojawi się problem, nad którym nie ma kontroli. Postara się zostać. Pamiętać to, co jej mówił dziś. To, jak się czuła, kiedy słuchała piosenek, które dla niej zrobił. I pamiętać to, co jej wtedy powiedział. Aby pamiętała o tym, co od niej czuje, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Zapomniała o tym. Tamtego dnia, kiedy myślała, że przekreślona będzie cała ich przyszłość. Wtedy o tym zapomniała.
Kolejny raz tego błędu nie popełni. Nie mogła sobie na to pozwolić. Stracić go znowu. Stracić ich. Wszystkich innych mogła, ale nie Cartera. Nie to co zbudowali wbrew wszystkim.
soph
Bahamy były znacznie lepsze niż sobie wyobrażała i wszystkim czego po tym nieprzyjemnym czasie potrzebowali. Cieszyła się gorącym piaskiem pod stopami, turkusową wodą, promieniami słońca, które tak chętnie muskały jej skórę. Najbardziej jednak cieszyła się Carterem. Tym, że nie było żadnych telefonów, które wyrywałyby go z łóżka o trzeciej w nocy, nie było żadnych nieprzyjemności, które mogłyby w jakikolwiek sposób wejść między nich. Byli tutaj tylko we dwoje. I Gigi, która absolutnie oszalała na widok plaży i oceanu, który pokochała od zamoczenia w nim łapek po raz pierwszy. Biegała jak szalona wzdłuż plaży, tarzała się w piasku i moczyła w wodzie, jakby była stworzona do plażowego życia i zdecydowanie odetchnęła po nowojorskich mrozach, których cała ich trójka miała serdecznie dosyć. Bahamy były idealnym miejscem, w którym mogli w końcu odpocząć od wszystkiego, a przede wszystkim również lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Nie było żadnych długich, wymagających rozmów, od których nie byli pewni, gdzie stoją. Było za to dużo czułości, splątanych ze sobą ciał i spokojnie mieszających się ze sobą oddechów, jakby nic między nimi w ostatnim czasie nie stało.
OdpowiedzUsuńSophia nawet nie próbowała ukrywać, że miło było oderwać się od rzeczywistości, która była przygniatająca. Przez tamte dni, kiedy wyniosła się z apartamentu nie wiedziała, jak ma sobie radzić ze wszystkim. Wcale sobie nie radziła. Opanowanie, którym o obdarzyła przed kliniką było wyćwiczonym aktorstwem, bo z jakiegoś powodu Sophia nie chciała, aby Carter pomyślał, że jest w kompletnej rozsypce. Że sobie bez niego nie radzi. Że bez nikogo sobie nie radzi. I prawda była taka, że gdyby nie parę bliskich osób to Sophia nie poradziłaby sobie z niczym. A teraz, gdy leżała na leżaku skąpana w ciepłych promieniach słońca, które muskało jej skórę i z książką na brzuchu, nawet nie wiedział o czym czyta, bo wzrok unosił się raz po raz w stronę basenu, gdzie był Carter, to Sophia nie czuła absolutnie żadnych problemów, które jeszcze mogły im dmuchać w kark.
Widziała, jak wychodzi z basenu. I wiedziała, że przyjdzie prosto do niej. Czekała na to, a kiedy cień Cartera nad nią na moment zawisł, wsunął się na leżak przy niej przez co Sophia upuściła książkę, nawet nie mruknęła. Jęknęła, ale nie w proteście, a raczej cichym zachwycie, że to wszystko między nimi naprawdę się działo. Mokra skóra przykleiła się do niej, a Sophia nawet nie mogła się o to gniewać.
— Hej. — Mruknęła w odpowiedzi z czystym zachwytem w glosie. Zachwycona była nim, tym miejscem, ale przede wszystkim tym, jak między nimi się teraz poukładały sprawy. Tym, że nie uciekali od siebie, a wręcz lgnęli do tego, aby spędzać razem czas.
Zaśmiała się na jego słowa.
— To nie moja wina, że mi wiecznie zimno, a ty jesteś taaaaak gorący. — Wymruczała z rozbawieniem w głosie, a potem musnęła jego policzek. — Poza tym, ogrzewanie mnie idzie w pakiecie z byciem ze mną. Powinieneś się do tego już przyzwyczaić.
Przesunęła dłonią po jego ramieniu. Ciepłe od słońca. Skóra wysychała mu szybko, że nawet już nie czuła w zasadzie tego chłodu. Było jakieś trzydzieści stopni, słońce przyjemnie grzało, a delikatna bryza znad oceanu czasem muskała ich ciała. Było idealnie. Było dokładnie tak, jak być powinno. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Ciszę między nimi przerywała tylko zabawka Gigi, którą gryzła, ale dźwięk dochodził gdzieś z wnętrza willi. Chłodziła się pewnie w klimatyzacji i dobrze, bo chwilami żadne z nich nie nadążało za tym, aby chować jej w cieniu.
Sophia chętnie zostałaby tu na zawsze. Tylko oni, Gigi i spokój, który był im tak niesamowicie po tych wszystkich wydarzeniach potrzebny. Nie było w niej nawet jednej negatywnej myśli, odkąd tu wylądowali, a w zasadzie od kiedy weszli na pokład samolotu. Zupełnie, jakby wszystko wtedy wyparowało i liczyło się tyle, że są razem, że będą razem i nic ani nikt nie jest im w stanie przeszkodzić.
— Pomyślałam, że możemy na kolację przejść się do tej restauracji, którą ci pokazałam. — Odezwała się po chwili, a jej twarz rozświetlił uśmiech. — Na taką małą randkę. Co ty na to?
OdpowiedzUsuńsoph
Sophia przewróciła oczami z cichym westchnięciem.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, z tobą każdy dzień jest jak randka. — Wcale z tym nie oszukiwała. Carter potrafił sprawić, że nawet zwykłe siedzenie w domu zmieniało się w randkę z najwyższej klasy. Sophia nie miałaby nic przeciwko temu, aby spędzili w tej willi cały wyjazd. Mieli pod nosem tak naprawdę wszystko, czego potrzebowali. Plaża? Jest. Basen? Jest. W zasadzie wszystko i jeszcze więcej mieli na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko powiedzieć, że czegoś chcą (lub ona chce) i w przeciągu niecałej godziny życzenie było spełnione.
— Niemożliwy czasami jesteś. — Westchnęła.
Nie potrafiła się jednak nie uśmiechać, kiedy, odkąd się tu znaleźli wszystko było między nimi takie… Spokojne. Na ogół nie myślała o wydarzeniach z Nowego Jorku. O tamtej rozmowie między nimi, kiedy leżeli w łóżku. Nie pytała się o to, co na nim widziała. Właściwie wypchnęła to z umysłu. Tak będzie dla wszystkich lepiej, a przynajmniej tak właśnie Sophia myślała. Nie chciała tego rozpamiętywać. Rozgrzebywać. Zniszczyć tego co wciąż między nimi było kruche i delikatne.
— Chcę iść. — Powtórzyła, ale bez nacisku w głosie, bo wiedziała, że nie musi go namawiać. Carter jej nigdy nie odmawiał, a już zwłaszcza tak prostych rzeczy. Cicha restauracja, w której nie powinni trafić na jego fanów. Niemal nie opuszczali willi, więc tak na dobrą sprawę mieli spokój od osób, które mogły go rozpoznać i prosić o chwilę rozmowy czy zdjęcie. To akurat Sophii nigdy nie przeszkadzało, ale teraz naprawdę chciała mieć go w pełni dla siebie. — Chcę się dla ciebie ładnie ubrać, zjeść dobrą kolację i wypić absurdalną ilość oranżady, skoro nie mogę wina. I potem wrócimy… I pozwolę, aby zadziałała ci wyobraźnia. — Mruknęła muskając lekko linię jego szczęki. Musiała się odrobinę przekręcić, aby być w stanie to zrobić. Leżała teraz bokiem do Cartera z nogą luźno przerzuconą przez jego.
Sophia po jego słowach lekko zacisnęła usta i mogła przysiąc, że poczuła na policzkach gorąc. Zbyt łatwo przychodziło mu wprawianie jej w zakłopotanie, kiedy tak naprawdę nie robił nic szczególnego.
— Codziennie się tak patrzysz. — To wcale nie było nawet kłamstwo. Miała wrażenie, że odkąd wróciła to Carter nie spuszcza z niej wzroku nawet na pół sekundy. Uwielbiała to. Nawet, kiedy się śmiała mówiąc mu, że ma przestać to w głębi wcale nie chciała, aby przerywał. Chciała, aby patrzył się tak na nią do końca życia. — I rób tak dalej. Lubię, kiedy to robisz, a jeszcze bardziej, kiedy nie mam, gdzie tym wzrokiem uciec.
Tylko Carter, Sophia i ten mały żelek, który rósł każdego dnia coraz bardziej. Jeszcze nie wiedzieli kim jest, ale wiedzieli, że wszystko z nim lub z nią jest w porządku i to było najważniejsze co mogło teraz być. Sophia jeszcze żadnych przeczuć nie miała. Nawet nie była pewna czy takie przeczucia istnieją naprawdę, czy to tylko ciche życzenia mam, aby dziecko noszone pod sercem było konkretnej płci.
— Obiecuję, że nie pisnę nawet słowem na twój wybór garderoby. — Zaśmiała się. Nie zamierzała się czepiać. To miał być wyjazd bez uszczypliwości. Nawet tych w dobrej wierze. — Tylko jakąś załóż. Nawet, jeśli ma być neonowa. Bez cię stąd nie wypuszczę.
Widziała w walizce ładne lniane koszule, które oczywiście sama mu tam wpakowała, bo przed wyjazdem Sophia jeszcze udała się na zakupy. Rzadko pozwalała sobie na zakupowe szaleństwa, ale tym razem to zrobiła i wróciła do domu obładowana torbami, a połowy z rzeczy, które kupiła dla siebie nie spakowała i za parę tygodni się nawet nie da rady się w nie zmieścić.
— Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedyś mi mówiłeś, że nie dasz mi się zaciągnąć do opery, a teraz coś mówisz o wiedeńskiej… — mruknęła pod nosem. Zmrużyła lekko oczy i spojrzała na mężczyznę z dołu. — Groziłeś, że mnie zostawisz na parkingu czy coś w ten deseń…
Droczyła się z nim w najlepiej im znany sposób. Ten spokojny, który nie wymagał od nich wysiłku. Taki, który nie zaczepiał o tematy, które przypadkiem mogły wywołać lawinę niepotrzebnej wymiany zdań. Była tylko ich dwójka i Gigi. Niczego więcej przecież nie potrzebowali.
Sophia nie rozdrapywała tych ran, które w sobie nosili. Dawniej nie potrafiłaby tego zostawić w spokoju, ale teraz nie było sensu tego robić. Obecnie potrzebowali ciszy oraz spokoju. Czegoś co pozwoli im odetchnąć w spokoju, a nie kolejnych dram. I to było orzeźwiające. Bardziej niż mogła się z początku spodziewać.
OdpowiedzUsuńsoph
Carter nie zdawał sobie nawet sprawy, ile kosztowało ją, aby nie zacząć rozdrapywać tego od początku. Wtedy w sypialni możliwe, że usłyszała wystarczająco dużo, aby na tamten moment się uspokoić. Nie zaspokoić swoją ciekawość, bo nigdy nie chodziło jej o ciekawość. Sophia nie była jedną z tych osób, które chcą usłyszeć każdy najdrobniejszy szczegół, aby potem to jakoś wykorzystać. Ona tego potrzebowała, bo chciała zrozumieć Cartera. To, jak funkcjonował i jaki był, ale chciała też niejako dopasować siebie do niego. Im więcej Sophia wiedziała tym łatwiej jej było pogodzić się z rzeczami, które się działy. Nie zgadzała się z nimi i nie chciała dla nich takiego życia w strachu, ale chciała, aby w końcu między nimi zaczęło się układać, a karmiona ciągle kłamstwami nie potrafiłaby z nim próbować układać sobie życia. Dlatego robiła wtedy wszystko, aby Carter przed nią opuścił mury. Nie była pewna, czy zrobił to w stu procentach, ale na pewno dopuścił ją w końcu do siebie bliżej niż kiedykolwiek wcześniej przez te wszystkie miesiące, które spędzili razem.
OdpowiedzUsuńBahamy jednak nie smakowały jak błędy popełnione w Nowym Jorku. Bahamy miały smak nowego startu. Czystej kartki, która choć może była nieco pognieciona to miała też przestrzeń, aby zapisali swoją historię na nowo. I dokładnie to tutaj robili. Rozleniwieni, jedząc słodkie owoce i nie martwiąc się niczym. Może tylko tym, aby odpowiednio szybko zejść ze słońca, kiedy te zbyt mocno grzeje. Na to z kolei rzadko mieli ochotę. Ciężko było nie chcieć czuć ciepłych promieni, kiedy ostatnie trzy miesiące w Nowym Jorku były dość pochmurne, prawda?
— I za każdym razem wychodzi ci to lepiej niż poprzednio. — Przyznała. Nie potrafiła tego powstrzymać, bo wystarczyło, aby Carter konkretnie na nią spojrzał i Sophia dosłownie miękła, a wraz z tym pojawiały się te przeklęte rumieńce, których może teraz nie będzie aż tak widać, kiedy skóra złapała więcej koloru od słońca i w końcu przestała być tak blada od braku witaminy D.
Palcem lekko sunęła po jego ramieniu, które już zdążyło wyschnąć. Musiała mu przypomnieć o kremie z filtrem zanim znów go będzie ciągnęło do basenu albo na plażę.
— Zdaję sobie sprawę z tego, jaka ona może być. — Odparła z pełną powagą. Nie zapomniała i jej ciało też nie zapomniało. I myślała o tamtym dniu zdecydowanie zbyt często. — I coś mi się wydaje, że jeszcze mogę się zaskoczyć. — Dodała i puściła mu oczko. Uśmiechała się przy tym lekko, ale nie prowokująco. Na to jeszcze będzie odpowiedni czas, a teraz po prostu chciała się nacieszyć tym, że jest przy niej i jest blisko, a cała reszta mogła poczekać.
— Nie masz neonowych koszul. — Powiedziała to niemal z ulgą. Nie mogła narzekać, bo Carter się dobrze ubierał. Choć to wcale jej nie powstrzymywało przed tym, aby czasem mu coś podrzucić czy przygotować samej. — Całkiem przyjemny ten plan.
Przymknęła na moment oczy, kiedy dłoń Cartera sunęła po jej udzie. Miała na sobie tylko bikini. Właściwie w willi nie nosiła nic innego. Czasem jakieś sukienki, ale główną garderobę stanowiły stroje kąpielowe, których miała zdecydowanie za dużo.
— Wcale nie będę zła, jeśli randka miałaby się skończyć z tego powodu wcześniej. — Mruknęła. Wyciągnęła lekko głowę, aby musnąć jego policzek. Wszystko układało się tak, jak powinno. — Tylko po deserze, okej? Inaczej będziesz miał na głowie marudną dziewczynę.
Nieco mocniej ścisnęła jego dłoń, gdy ujął jej. Jak w zapewnieniu, że ona się nigdzie nie wybiera, bo się nie wybierała. Tym razem… Tym razem naprawdę chciała zostać, a przede wszystkim nie chciała otrzymywać powodów, które podsuwałyby jej pomysł odejścia.
Sophia sama na moment zerknęła na brzuch. Zaokrąglony. I choć już się przyzwyczaiła do ciąży to dalej nie mogła w nią uwierzyć. W to, że jeszcze trochę i nie będą tylko we dwójkę.
— Chciałabym. — Odparła bez wahania. — Ale wszystko w swoim czasie. Najpierw Bahamy, a potem… Potem cała reszta. I może obejdzie cię bez porzucania mnie na parkingu. — Zaśmiała się krótko. Nawet, jeśli sobie na to swoim zachowaniem zasłużyła.
Uwielbiała jego śmiech. Taki, który brzmiał dokładnie tak, jakby nie miał żadnych zmartwień. I w tym miejscu naprawdę ich nie mieli. Mogłaby go słuchać tak bez końca. Swobodnego, rozbawionego i takiego w pełni jej. Tylko jej. Mówiły o tym nie tylko jego oczy czy sposób w jaki ją przy sobie trzymał. Przez te ostatnie dni niemal nie opuszczali swojego boku, a Sophia zdała sobie sprawę z tego, jak naprawdę za nim tęskniła. I jak ogromny błąd by popełniła, gdyby jednak nie zgodziła się wtedy, aby z nim wrócić do mieszkania.
OdpowiedzUsuń— Kocham, kiedy taki jesteś. — Przyznała. Wzrokiem delikatnie przesuwała po jego twarzy. Widziała znajome zmarszczki, kiedy się śmiał. Usta rozciągnięte miał w lekkim, przyjemnym śmiechu, którego nie widziała tak szczerego od… Od bardzo dawno. — Mam nadzieję, że będzie miał twój uśmiech. I oczy.
Jeśli będzie miało, a Sophia naprawdę na to liczyła, to wiedziała, że będzie na przegranej pozycji. Dziecko z czekoladowymi oczami Cartera? To brzmiało jak pułapka i zgadzanie się w przyszłości na każdego szczeniaczka i kociaka, na każdego McDonalda, tysięczną zabawkę do kolekcji. Przegra, ale nawet jeśli, to będzie to absolutnie warte.
soph
Naciskanie na Cartera nie przyniosłoby nic dobrego. Wiedziała, że próbowanie wyciągnięcia z niego czegokolwiek graniczy z cudem, a jeśli nie chciał mówić to nic nie powie. Sophia nie chciała, aby się znów przed nią zamykał. Zbyt długo jej zajęło, aby teraz go od siebie odrzucić naciskaniem i próbami wyciągnięcia z niego jeszcze więcej. Nie wszystko musiało zostać powiedziane od razu i to była dla Sophii nowa rzecz, której się przy nim nauczyła. Wstrzymać się na moment i głęboko odetchnąć, a potem… Potem pomyśleć co dalej. Póki co, ale Sophia wstrzymała się z wszelkimi pytaniami. Chciała nacieszyć się tym spokojem, który między nimi panował. Nawet, jeśli wiedziała, że to jest tylko chwilowe. Problemy przecież nie zniknęły. One wciąż były, tylko teraz zdawało się, że są uśpione. Czekając na odpowiedni moment, aby uderzyć i znów wszystko wokół niszczyć.
OdpowiedzUsuńTen moment nie nadejdzie jednak tutaj.
Sophia i Carter starali się, aby nie wracały tu ciężkie tematy. Nie było milczenia, które jest niekomfortowe i trudne w utrzymaniu. Nie było wymijających odpowiedzi, które zostawiały po sobie jeszcze więcej pytań. Był zapach kokosów i arbuza, gorące promienie słońca i niemal biały piasek. Był spokój, którego im zwyczajnie było potrzeba.
Dłoń brunetki delikatnie sunęła po jego ramieniu. Opuszkami palców zaczepiała o kontury jego tatuaży. Zwłaszcza o motylka. Śledziła jego brzegi powoli, jakby rysowała go od nowa, ale tym razem nie długopisem, a własnym palcem. Może jeszcze nie wszystko było w porządku, a oni mieli wiele rzeczy do przepracowania razem, ale Sophia chciała wierzyć, że są na dobrej drodze do tego, aby między nimi było jeszcze lepiej. W końcu się poukłada i będzie tak, jak być powinno.
— Kiedy jesteś spokojny i uśmiechnięty. Beztroski i pachnący kokosem. — Odpowiedziała. Jeszcze nie szukała jego spojrzenia, ale to była zaledwie kwestia czasu. Mógł udawać, ale Sophia lubiła myśleć, że trochę już go poznała i potrafi rozpoznać, kiedy Carter przed nią udaje, a kiedy jest naprawdę szczęśliwy i tym razem miała nadzieję, że to co jej pokazuje teraz nie jest jedną z wielu masek, a po prostu nim. — Nie zawsze cię takiego miałam.
Sophia nie mówiła tego z wyrzutem, bo rozumiała już teraz, że Carter mierzył się z problemami, o których brunetka wcześniej nie miała żadnego pojęcia. Może nie wiedziała, jeszcze, wszystkiego, ale wystarczająco, aby nie musiał się z nimi teraz przed nią kryć. Nawet, jeśli nie chciałby mówić jej wszystkiego to mógł spróbować powiedzieć cokolwiek. Nie uciekła, choć dal jej powody. Została po tamtej rozmowie. Właściwie zasnęła niedługo po jego wyjściu z Gigi. I wciąż była, bo choć Carter mógł mieć swoje sekrety to był jej i kolejny raz nie chciała próbować uczyć się życia bez niego. Zamierzała zostać.
— Deser jest obowiązkowy, kochanie. I to akurat nie jest mój wymysł. — Rzuciła zaczepnym tonem. Oboje wiedzieli, jak przepadała za słodyczami, ale ciąża nawet przy słodkościach była dobrą wymówką. — Ale po deserze… Będę cała dla ciebie.
Zdążyła kilka razy usłyszeć, że Carter nie jest materiałem na ojca. Że to nie z takim człowiekiem powinna była układać sobie życie i zakładać rodzinę. I być może wieli w tym wszystkim rację, ale kochała go i nikt ani nic nie sprawi, że Sophia zmieni swoje zdanie. Jeszcze nie wiedziała czego chce od życia, ale wiedziała jedno – chciała przez nie przejść z Carterem. Resztę wymyślą po drodze wspólnie.
— Ten charakter też kocham. — Dodała. Gdyby tak nie było, gdyby przeszkadzało jej to, jaki Carter jest, czy leżałaby przy nim tak swobodnie? Czy dałaby się zabrać na chociaż jedną randkę? Znała siebie. To nie była potrzeba ryzyka, tylko coś więcej. Coś, czego jeszcze nie rozumiała, ale nie musiała z miejsca rozumieć wszystkiego. — Ale dziecko z twoim charakterem? Twoją pewnością? Twoim ciętym językiem? Ani my ani świat nie jest na to gotów. — Zaśmiała się. — Będzie idealnym połączeniem ciebie i mnie. Takim… jakie powinno być.
Sophia miała nadzieję, że dziecko wyciągnie z Cartera to co najlepsze. Nie, aby było silne i nie potrzebowało nikogo do przetrwania, to oni za nie mieli być silni i je chronić. Po prostu wiedziała, że jeśli ich córka lub syn będzie otwarte, pewne i śmiałe to będzie mu odrobinę łatwiej. Mówiła to patrząc na to, jaka ona była, ale to były tylko ciche życzenia.
Usuńsoph
Zatrzymałaby ten moment na dłużej, gdyby to było możliwe. Ich dwójka pogrążona w absolutnym spokoju. Gigi, która w tle dalej bawiła się swoją zabawką, która raz po raz piszczała z głębi willi. Wszystko było tutaj dokładnie takie, jakie być powinno, a Sophia nie wyobrażała sobie, że mogłoby być lepiej. Chociaż nie, będzie lepiej. Kiedy tutaj wrócą, ale w powiększonym składzie. Wtedy będzie wszystko po prostu idealnie, ale póki co tę dodatkową osobę Sophia nosiła w sobie.
OdpowiedzUsuńSophia nie zawsze zostawała. Dała mu powody, aby nie ufał jej tak, jak przedtem. Odeszła, kiedy potrzebował jej najbardziej. Stawiała na pierwszym miejscu swoje potrzeby i uczucia. Nie pomyślała wtedy o tym, jak czuje się Carter, że po tym wszystkim co się działo po prostu potrzebować będzie kogoś bliskiego, a ona uciekła. Próbowała go zrozumieć, ale nie dał jej do tego okazji. Aż do tamtego popołudnia wszystko trzymał w sobie. Sophia nie wiedziała, czy po prostu był rozkojarzony po tym, co się między nimi wydarzyło, że odpowiadał jej na pytania, czy miał dość już tego, że trzyma wszystko w sobie. Jakikolwiek by to nie był powód. Sophia zwyczajnie cieszyła się, że postanowił się w końcu przed nią otworzyć. Zrobił to, choć jeszcze przed tym wszystkim mówiła mu, że nie wie, jak zareaguje i czy na pewno zostanie. Usłyszała wszystko lub większą część jego życia i… Została. Mimo świadomości co robi, z jakimi ludźmi jest związany. Jeszcze tej samej nocy wtulała się w niego tak samo ufnie, jak przedtem, kiedy jedyne co o nim widziała to tyle, ile można było znaleźć w internecie.
Ona naprawdę wierzyła, że Carter jest zdolny do założenia rodziny. Do bycia nie tylko odpowiedzialnym partnerem, ale również i tatą. Puszczała mimo uszu wszelkie plotki o nim. Ignorowała słowa, które kiedyś powiedziały jej kręcące się w jego towarzystwie kobiety. Sophia nie chciała nawet przez moment uwierzyć, że Carter był wciąż taki sam, jak przed nią. To nie była naiwność, tylko zaufanie. Takie, które Sophia dla niego naprawdę mocno rozciągnęła, ale nie zrobiła tego z litości, a z własnych chęci. Bo naprawdę chciała się postarać, aby tym razem nic i nikt nie weszło między nich. Pragnęła z nim rodziny, aby poukładali sobie wszystkie sprawy i dalej byli razem w tym życiu, które próbowali zbudować wspólnymi siłami.
Nie planowali tej ciąży. Sophia zbyt mocno lubiła zastanawiać się nad „a co, jeśli”, ale w tym przypadku tak nie robiła. Nie myślała, co by było, gdyby jednak nie była w ciąży. Czy dalej byliby razem? Czy może po tym aresztowaniu już nigdy nie chciałaby go widzieć? Wiedziała, że nie godziła się z nim tylko dla dziecka. Gdyby nie potrafili się ze sobą porozumieć, to nie staraliby się na siłę. To dopiero byłoby bez sensu. Pogodziła się z nim, bo nie chciała życia, w którym nie ma Cartera. Wtedy to wszystko – było bez sensu, jeśli miało go przy niej wtedy nie być. Kiedy pojawił się przed kliniką pierwsze co poczuła to ulgę, bo skoro tam był to dla niej był wyraźny sygnał, że nie zepsuła ich na tyle mocno, aby Carter nigdy więcej nie chciał na nią spojrzeć. I nie był tam tylko dla dziecka. Był tam dla niej, a to mówiło jej więcej niż jakiekolwiek słowa by mogły. Kolejnego dowodu na to, że chciał z nią, że bierze to wszystko na poważnie Sophia nie potrzebowała.
Rozmowa toczyła się między nimi leniwie. Sophia najwyraźniej musiała w którymś momencie przysnąć, bo przebudziła się w sypialni. Nawet nie była pewna, w którym momencie to się wydarzyło, ale obecnie nie potrzebowała teraz nawet wiele, aby przysnąć. Zasypiała w dziwnych momentach, czasem w trakcie rozmowy z Carterem oparta o jego ramię. Chwila moment i jej nie było, a potem budziła się w sypialni lub na kanapie przykryta kocem, a w tym wypadku cienką kołdrą. Przez resztę dnia przegryzała tylko owoce, robiąc sobie miejsce na kolację, a poza tym w tym upale ciężko było jej też jeść. Oboje dopiero wieczorami pozwalali sobie na większy posiłek, a w ciągu dnia sięgali głównie po owoce bądź coś równie delikatnego co nie wymagało od nich żadnego przygotowania.
Zeszło jej trochę dłużej z przygotowaniem się. Wahała się między trzema sukienkami, aż ostatecznie wybór padł na jasnofioletową sukienkę na cienkich ramiączkach. Sięgała jej do połowy łydek i miała delikatnie rozcięcie na nodze. Była to letnia sukienka, której nie miała okazji wcześniej przy nim założyć. Włosy zwykle zostawiała rozpuszczone, ale tym razem zdecydowała się odsłonić szyję, a włosy spięła zostawiając kosmyki po obu stronach twarzy, aby swobodnie spływały. Szyję zdobił naszyjnik od Cartera. Ten, który podarował jej tuż po aukcji na przyjęciu. Była zaskoczona, bo nie sądziła, że wylicytuje coś, poza tym Aspen, które wciąż na nich czekało. Naszyjnik zupełnie przypadkowo komponował się z bransoletką, którą również podarował jej Carter. Cała była ubrana w coś od niego. We włosy wpiętą miała ozdobną, złotą spinkę, a w uszach drobne mieniące się kolczyki. Zależało jej, aby dziś dobrze wyglądać. Nie, aby zaciągnąć go szybciej do łóżka. Żadnego ukrytego motywu nie było. Tylko chęć, aby dobrze wyglądać dla swojego partnera i nic, poza tym. Sukienka nie opinała mocno jej ciała, ale nawet pod warstwami materiału brzuszek delikatnie się rysował. Nie pozostawiając złudzeń, ale to też nie było tak, że specjalnie się ukrywali. Po prostu… Nie mówili o tym głośno, a jednocześnie byli w miejscu, które im gwarantowało prywatność i nie musieli się niczym martwić.
UsuńDo niewielkiej torebki schowała tylko telefon, paczkę chusteczek i coś do ewentualnej poprawy makijażu łącznie z małym lusterkiem. Wyszła z sypialni po chwili, a tuż na dole schodów dostrzegła Cartera. Uśmiechnęła się delikatnie na jego widok. Był… Idealny. I taki jej.
— Hm? — Spojrzała na sukienkę, a potem z powrotem na niego. — Coś jest źle? — Spytała z tym swoim niesfornym uśmieszkiem, bo doskonale wiedziała, że wcale nie chodzi o to, że coś było nie tak, jak powinno.
Schodziła powoli, trzymając się poręczy. Zatrzymała się na ostatnim schodku. Prawie równając się teraz z Carterem wzrostem.
— Jakieś zastrzeżenia, panie Crawford? — Spytała cicho. Ledwo się powstrzymując, aby nie sięgnąć dłońmi do jego koszuli, która wcale nie potrzebowała poprawek.
Soph
Sophia czuła, jak rumieni się coraz bardziej od jego spojrzenia. Próbowała zachować profesjonalizm, ale przy Carterze to naprawdę było ciężkie zadanie. Szczególnie, kiedy patrzył na nią w ten sposób, od którego wirowało jej przyjemnie w głowie. Sophia uśmiechnęła się delikatnie po jego słowach, które trafiły w dokładnie te miejsca, w które powinny.
OdpowiedzUsuń— Mówiłam, że chcę dla ciebie dobrze wyglądać. — Odpowiedziała. Z taką lekkością w glosie, jakby to naprawdę chodziło tylko i wyłącznie o to. Bo owszem, po części Sophii właśnie na tym zależało. Na zobaczeniu tego spojrzenia, które posyłał jej teraz. Tego, od którego robiło się wręcz słabo, a ona musiała się podtrzymać mocniej poręczy, aby nie stracić całkiem równowagi. — Zawsze masz mnie na wyłączność, Carter. — Przypomniała mu z delikatnym uśmiechem. Niezależnie od tego, czy byli w mieszkaniu w Nowym Jorku, w klubie czy na maleńkiej wyspie w eleganckiej, ale pasującej do nich willi – Sophia była jego. I była już od bardzo dawna. To się nie zmieniło, nawet, kiedy byli osobno to wciąż każda cząsteczka brunetki należała w pełni do Cartera.
Sophia nachyliła się nad Gigi, której czubek łebka lekko musnęła. Na sierści odbił się różowobrązowy błyszczyk Sophii.
— Bądź grzeczna. Niedługo wrócimy. — Poprosiła. Jeszcze trochę i głos mamy będzie miała opanowany do perfekcji. Gigi odprowadziła ich spojrzeniem. Siedząc przy drzwiach, kiedy wychodzili z willi. Sophia miała nadzieję, że wszystko będzie w porządku z psem, a szkód faktycznie nie narobi. Nie chodziło o to, że nie mogliby pokryć kosztów, ale o Gigi samą w sobie, bo przecież żadne z nich nie wiedziało co w tym psim móżdżku się dzieje, a patrząc na to co Gigi robiła… To nie działo się tam wiele.
Sophia nie chciała tak naprawdę niczego, poza tym, aby wyszli coś zjeść. Nie chodziło jej o to, aby Carter specjalnie się dodatkowo starał coś jej pokazać czy udowodnić. Dobrze im zrobił wyjazd z Nowego Jorku, a zamykanie się w willi przez najbliższe dni też nie było wyjście. Nie spodziewała się, że to co dostanie będzie tak… Idealne. Carter, oczywiście, zawsze trafiał. Z każdą jednak niespodzianką zachwycał ją coraz bardziej, bo kiedy już myślała, że nie przebije swojego poprzedniego pomysłu to on udowadniał jej, że owszem – przebije.
Była zachwycona każdym małym detalem. Nawet tym, na co Carter wpływu nie miał. Jak przyjemny, chłodny wiatr muskający skórę, kiedy szli wyznaczoną ścieżką. Zapach unoszący się w powietrzu, ale nie potraw, a natury. Trochę słonawy przez bryzę znad oceanu. Sophia z cichym westchnięciem obserwowała to wszystko. Carter… Przechodził samego siebie. Teoretycznie, to był jej pomysł z randką, więc ona powinna była się postarać, ale po prostu nie dał jej okazji. I chyba żadne z nich na to nie narzekało.
Sophia zwróciła głowę w jego stronę, kiedy się odezwał, a jej twarz rozświetlił lekki uśmiech.
— Zaskakujesz mnie cały czas. — Zapewniła. Och, zdecydowanie wiedziała, że romantyzm Cartera wcale nie ograniczał się do zabrania jej do sypialni i przyniesienia rano rogalika z dżemem. Nie, nie. Była w nim jego cała masa, ale nie pokazywał go cały czas. — Nie wiem tylko, czy dałbyś radę przebić galerię sztuki, wiesz? — Rzuciła lekko zaczepnym tonem.
Mimo, że minęło parę miesięcy to Sophia dalej była tamtym wieczorem zachwycona. Absurdalnie zachwycona. I jedyne co tamten wieczór pobiło była ta krótka, ale wzruszająca ją przemowa Cartera, kiedy się jej oświadczał. Jeśli wyciąć wszystko to, co działo się potem – to był idealny wieczór.
— Myślałam, że to ja miałam nam zorganizować wieczór. — Rzuciła. Nie miała pretensji, że Carter przejął prowadzenie. — I nie, nie możesz wykorzystać tego, że zasnęłam. Wciąż miałabym czas, aby wszystko ogarnąć. — Dodała zaraz, jak na własną obronę.
soph
Wcale nie miała nic przeciwko, że Carter wziął się za organizację. Sophia nie planowała zasypiać, ale było przyjemnie ciepło, a jego palce miały ten kojący rytm, który wybijały na jej plecach, które delikatnie muskały. Głos Cartera był kojący i cichy, a teraz już nawet nie pamiętała o czym właściwie rozmawiali w tych ostatnich minutach, zanim brunetka zasnęła i odcięło ja ze świata na parę godzin. Najwyraźniej tego potrzebowała i jak miała być szczera, wolała dużo spać niż bez przerwy lądować w łazience, bo żadne jedzenie jej nie pasowało czy sam zapach drażnił. Sen był milszy. Nawet, jeśli i po nim była wciąż zmęczona.
OdpowiedzUsuń— Wykorzystałeś okazję. — Powtórzyła. Głos miała miękki, rozbawiony i zrobiłaby dokładnie to samo będąc na jego miejscu. Zresztą, gdyby Carter tego nie zrobił to Sophia pewnie bez powodu zaczęłaby się stresować, że przecież nic nie jest gotowe i mają zbyt mało czasu, aby obsługa restauracji mogła dla nich takie miejsce przygotować, a tymczasem wszystko było gotowe, a w niej nie było nawet grama nerwów. Czyli było dokładnie tak, jak być powinno, a być może nawet było lepiej.
— Wiesz, że to nie fair? Nie miałam nad tym kontroli. — Wytłumaczyła się. Przymrużyła lekko oczy, spoglądając na Cartera uważniej, jakby właśnie wyczuła spisek. — A może… Może zrobiłeś to specjalnie. Uśpić mnie, żeby wszystko planować samemu. — Nawet, gdyby się postarała to nie potrafiłaby brzmieć na poważną. Zresztą, oboje słyszeli, jak absurdalne te zarzuty były, ale może właśnie teraz takich potrzebowali. Czegoś co sprawi, że oboje lekko się uśmiechną. Potrzebowali bardziej uśmiechu niż im się mogło zdawać. Sophia nie zawsze potrafiła sama z siebie wywołać na jego twarzy uśmiech, choć zdawało się, że odkąd tutaj są to niemal mu on z niej nie schodzi.
Sophia była zachwycona. Lampkami, które prowadziły do stolika. Ta ścieżką, która wyglądała, jakby zrobiona była specjalnie pod nich. Zachwycała się delikatnym, małym bukietem, który stał na stoliku i tym, jak cały ten wieczór wyglądał. Mimo, że dwie godziny temu jeszcze w najlepsze spała i najpewniej Carter wcale nie był pewien, czy jeszcze się tego dnia obudzi, czy może prześpi już resztę nie tylko popołudnia i wieczoru, ale i całej nocy.
Kiedy Carrer nachylił się nad stolikiem, Sophia z automatu się wyprostowała. Nie ze strachu, a raczej tego przeszywającego na wskroś wspomnienia. To było przyjemne uczcie. Takie, które jeszcze po chwili zostawiało po sobie ślad, którego ciężko się pozbyć. Wcale nie chciała się pozbywać tego uczucia.
Delikatnie oczyściła gardło, aby bez słowa sięgnąć po kieliszek z wodą. Ta jedna wzmianka sprawiła, że jej myśli krążyły teraz wokół zupełnie innych rzeczy.
— Zdaję sobie z tego sprawę. — Odpowiedziała po chwili. Podniosła wzrok na Cartera. Wyglądał… Idealnie. Inaczej niż na co dzień, co ją cieszyło i zachwycało jednocześnie. Zwilżyła delikatnie usta, a jej wzrok powoli się zsunął z jego oczu na tors, a potem wrócił z powrotem do oczu, w których odbijał się płomień świecy. — Jak to szło… Och, obiecałeś, że wieczór skończy się we mnie.
Mówiąc nie odrywała wzroku od jego ciepłych oczu. Nie powiedziała tego lekko, a raczej z tym czymś w głosie co mówiło, że doskonale wszystko sobie zapamiętała. Carter nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele z tamtego wieczoru pamiętała. Mimo, że przez moment w głowie miała czarną dziurę.
Rozejrzała się dyskretnie, bo nie chciała tak naprawdę odwracać wzroku od Cartera. Poza nimi nie było tu nikogo. Nie licząc obsługi, która dobrze wiedziała, kiedy pojawić się z przystawką, koktajlem bezalkoholowym dla Sophii i whisky dla Cartera. Chyba nawet nie miała okazji zajrzeć do menu. Dania po prostu im zostały przyniesione.
— Tylko my, Gigi i odzywający się od czasu do czasu potworek. — Powiedziała. Zrobiła to niemal z ulgą, bo tu naprawdę nie było fanów, którzy krzyczeliby za nim na ulicy Nie było jego interesów i klubu. Była tylko ich dwójka i pies, spacery wzdłuż gorącego piasku i spokój, na który oboje tak zwyczajnie w świecie zasługiwali. — Wyglądasz na szczęśliwego.
Miała nadzieję, że się nie myli. Że naprawdę tutaj w tym miejscu, w którym był razem z nią, Carter był szczęśliwy. Nie tylko w chwilach, kiedy ona go obserwuje, ale nawet wtedy, kiedy odcinało ją od rzeczywistości, że nawet w tych momentach, w których zostawał sam, że wciąż nie sięgały go żadne zmartwienia.
Usuńsoph
Sophia przez moment na niego nie patrzyła. Nie, bo ją speszył, choć to poniekąd też, a właściwie sama siebie spieszyła. Nie wypowiadała takich słów, a przynajmniej nie rzucała ich lekko i ot tak. Wątpiła, że kiedykolwiek się do tego przyzwyczai. I chyba nie chciała się przyzwyczajać do tych uczuć, które jej zawsze w tych chwilach towarzyszyły. Mimo, że w teorii były one takie same, to za każdym razem Sophia czuła coś nowego. Coś czego przedtem nie znała. Poznawała nieco lepiej siebie, a Carter… On ją wtedy zachwycał chyba najbardziej na świecie. Zawiesiła się na moment we własnych myślach. Trochę balansując między tym, co było prawdziwe i działo się między nimi, a tym co wydarzyło się w przeszłości i było teraz przyjemnym echem, które raz po raz do brunetki wracało zostawiając na policzkach rumieńce i szybciej bijące serce. Bo owszem, aż tyle samo wspomnienie mogło w niej wywołać reakcji.
OdpowiedzUsuńPamiętała, jak poczuła się, kiedy powiedział te słowa do niej po raz pierwszy. Najpierw ogarnęła ją czysta panika, a potem ekscytacja i zniecierpliwienie, a każdy dzień, który nie skończył się jego obietnicą nie był rozczarowaniem, a lekcją, aby być bardziej cierpliwą, aż nie wydarzyła się galeria sztuki i wtedy wszystko… Wydarzyło się wtedy więcej niż Sophia oczekiwała. Było inaczej niż oczekiwała. Lepiej. O wiele lepiej. Po prostu cały ten wieczór ją zaskoczył. Carter ją zaskoczył. I zaskakiwał dalej. Nawet teraz, kiedy siedział blisko i znał już na pamięć każdy skrawek jej skóry, tak, jak ona znała jego, to wciąż bez problemu robił coś, czego nie była w stanie przewidzieć. Ot tak, po prostu.
Znała już te jego westchnięcia i wiedziała, co one oznaczają. Przynajmniej w tym kontekście, bo sama zaczęła ten temat i zrobiła to specjalnie.
Przymknęła oczy, kiedy się do niej nachylił. Jego oddech muskał rozgrzaną słońcem skórę, ale i tak bardziej czuła jego niż wszystkie te promienie, które na niej osiadały tego dnia. Zaczerpnęła odrobinę powietrza. Wcale nie była zaskoczona jego słowami, ale one i tak sprawiły, że brunetka na moment zapomniała, jak poprawnie oddychać.
Palce zacisnęła na nóżce kieliszka nieco mocniej niż planowała. Carter doskonale wiedział, co robi i jak przede wszystkim to robić, aby Sophia powoli traciła zmysły. Z tym, że teraz miała wrażenie, że to dzieje się o wiele szybciej niż przedtem. Krótko i cicho westchnęła, kiedy musnął linię jej szczęki. Nawet nie próbowała udawać, że potrafi nad tym zapanować. Ciało reagowało szybciej niż głowa zdążyła pomyśleć. Odruchowo, tak, jak pamiętało.
— Właśnie na to liczyłam. — Odpowiedziała po chwili i nieznacznie przekręciła głowę w stronę Cartera. Tyle sobie zaplanowała, że ten wieczór po części skończy się… Cóż, tak jak oboje powiedzieli. — I jak… Jak weźmiesz swój deser?
Nieśmiały cień uśmiechu zamajaczył jej na ustach, kiedy wypowiedziała te słowa. Każdy ruch Cartera sprawiał, że coraz trudniej było jej skupić się na własnych myślach. Rozpraszał ją tymi delikatnymi pocałunkami, tym, jak blisko niej był i że jego zwisająca luźno dłoń między nimi co jakiś czas zaczepiała o jej nogę, która niby była skryta za materiałem sukienki, ale już sam fakt, że to była jego dłoń był dla brunetki rozpraszający.
Błysk w jego oczach potrafił być niebezpieczny i Sophia wycofałaby się, gdyby nie to, że już go dobrze znała. I wiedziała co może dostać, gdy pociągnie za odpowiednie sznureczki, a to właśnie zamierzała zrobić. Powoli i odpowiednio, bez nacisku na już i teraz, bo nie o to przecież chodziło, prawda?
— Jestem bardzo zmotywowana, kochanie. Masz jakieś wątpliwości? — Uniosła lekko brew, zaciekawiona odpowiedzią. — Poza tym… Nie wiem, czy zauważyłeś, ale akurat twoje groźby… Są motywacją.
Uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po swój owocowy koktajl. Kawałek ananasa nabity był na szkło. Napój był gęsty, ale przyjemny w smaku. Słodki, ale nie odurzająco słodki. Szybko poszło. Może nawet zbyt szybko, bo nie zdążyli dotrzeć nawet do pierwszego dania, a już myślami była z powrotem w ich willi.
Zdała sobie sprawę z tego, że rzadko mu mówiła takie rzeczy. Zauważała, kiedy był szczęśliwy, ale nie mówiła tego wprost. Czasami z obawy, że jeśli zaraz powie, że są szczęśliwi to wszystko zniknie, a na nich spadnie jakieś ogromne nieszczęście, na które żadne z nich nie było gotowe. Sophia te słowa wypowiedziała lekko. Bardziej w formie cichej obserwacji przez te ostatnie kilka dni tutaj. Bo naprawdę wyglądał na rozluźnionego. Spokojnego. Na człowieka, którego jedynym zmartwieniem jest to, czy dostawa owoców będzie po dwunastej, bo wcześniej żadne z nich nie wstaje. Sophia, gdyby tylko mogła, to zrobiłaby wszystko, aby mogli się tylko takimi rzeczami martwić.
Usuń— Nie kuś mnie, Carter. Jestem o krok, aby ci marudzić, że nie chcę stąd wracać. — Zaśmiała się. I pewnie mogliby tu zostać, ale oboje prędko zaczęliby tęsknić za codziennością, którą znali. — Wrócimy tutaj. Może następnym razem z potworkiem.
Przewróciła oczami, kiedy mówił o zasypianiu w połowie zdania.
— To nie moja wina. Twoje dziecko mnie tak męczy. — Zaśmiała się. Sięgnęła bez słowa po dłoń Cartera, aby wplątać swoje palce w jego. Już nie czuła się mówiąc „twoje dziecko, nasze dziecko”. To w ostatnim czasie stało się taką codziennością. Przyzwyczaiła się już.
Przechyliła lekko głowę, kiedy Carter mówił. Nie przerywała mu i pozwoliła mu wypowiedzieć wszystko to, co w sobie nosił, a czego nie mówił jej wcześniej. Nie, bo nie chciał, aby Sophia to słyszała, ale nie wszystko musiało być zawsze wypowiedziane na głos.
— Nie musisz już sobie wyobrażać innego życia. — Powiedziała miękko. Z tą cichą pewnością, jakby nic się nie mogło już wydarzyć. — Masz mnie, nasze dziecko i Gigi. Żadne z nas się nigdzie nie wybiera. Utknąłeś z nami, Carter.
Uśmiechnęła się nieco mocniej, jakby tymi słowami „utknąłeś z nami” próbowała rozgonić wszelkie wątpliwości. Ścisnęła za to mocniej jego dłoń, kiedy ją pocałował. I ten pocałunek powiedział jej wszystko, czego Carter słowami nie zdołał.
soph
Sophia wpatrzona w Cartera była teraz, jak oczarowana. Skupiona na jego słowach i przyjemnym dotyku. Czasami odlatywała kawałek dalej w myślach, a potem zaraz wracała do tego co rozgrywało się między nimi przy tym stoliku. W tropikach, gdzie otoczeni byli naturą i dobiegającymi jedynie z oddali odgłosami nocnego życia Bahamów.
OdpowiedzUsuńOdchyliła lekko głowę do tyłu, kiedy się odezwał. Głos miał miękki, pieszczący i dokładnie taki, jaki lubiła. Taki, który sprawiał, że wszystko wokół przestawało mieć znaczenie. Kolacja, koktajle, a jedyne co liczyło się tak naprawdę to był Carter i Sophia niczego więcej nie potrzebowała.
Zamrugała powoli, jakby tym ruchem miała wrócić do rzeczywistości. Powoli. Zachłannie. Chryste, jak po tym się wraca do rzeczywistości? Nie była pewna, czy chciała, gdziekolwiek wracać. Dobrze jej było w tym miejscu. Rozpraszał ją, sprowadzał myśli na jeden kierunek. Każdym pocałunkiem, który składał na jej szyi i podkręcał kolejnymi słowami.
— Mój… — Ale nie dokończyła. Chyba nawet nie była pewna, co właściwie chciała powiedzieć. Myśli teraz nie składały się w sensowną całość. Były skoncentrowane tylko na Carterze i na tym, że coraz mniej miała ochotę tu siedzieć, a jednocześnie wiedziała, że oczekiwanie będzie warte każdej sekundy. Nawet, jeśli przez następną godzinę miała wiercić się na krześle w zniecierpliwieniu.
Przychodziło mu to naturalnie. Nie miała żadnych wątpliwości co do tego, że to co właśnie jej robił było dla niego jak druga natura. Sophia potrafiła tak tylko przy nim, ale tylko wtedy, kiedy sama przez moment sądziła, że trzyma karty. Tego wieczoru? Wszystkie bezapelacyjnie należały do Cartera, a ona mogła w tę grę wejść lub… Drugiej opcji nie było. Oczywiste, że zamierzała w nią wejść. Nieporadnie, jak to miała w zwyczaju lub wyciągając na wierzch tę dziewczynę, którą poznała w sobie jakiś czas temu. Sophia nie odrywała wzroku od jego twarzy, gdy dłoń znalazła się na jej kolanie. Nawet nie próbowała udawać, że jej to przeszkadza. Nigdy jej nie przeszkadzało, a już zwłaszcza nie teraz. Przez chwilę nie reagowała, ale to wcale nie oznaczało, że tego nie czuje. Bo czuła. Wyraźnie i dokładnie. Każde muśnięcie, które nie pozostawiało po sobie żadnych wątpliwości, jak ten wieczór się skończy. Nabrała więcej powietrza w płuca, kiedy dłoń Cartera musnęła wewnętrzną stronę jej uda. Rozsądek podpowiadał nie tutaj, ale wyłączyła go od razu. Na chwilę opuściła wzrok na jego dłoń, a potem wróciła spojrzeniem do jego oczu. Nie odsunęła się. Poczuła za to przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Lekkie pieczenie w miejscu, gdzie jej dotykał. Te przyjemne, którego chciało się więcej i więcej, a gdy się dostało to nie miało się dość.
— Bardzo jestem zmotywowana. — Odpowiedziała. Ciszej niż się spodziewała. Co zawsze zdradzało, jak bardzo teraz jej głowa pracuje. Jak waha się przed zaczekaniem na kolację, a powiedzeniem, że dosyć tego i wracają do willi. Chociaż… Wcale przecież tam wracać nie musieli. Jeszcze nie.
Skinęła lekko głową.
— Utknąłeś. — Potwierdziła. Podczas innej rozmowy to mogłoby brzmieć źle, ale nie teraz i nie w tym miejscu. Nie z jego dłonią na jej udzie, a drugą splecioną z jej. Poruszyła się na krzesełku, a przez jej ciało przemawiało zniecierpliwienie, które nie mogło znaleźć sobie ujścia. — Dobrze, bo z tej pułapki nie ma wyjścia. Nawet ewakuacyjnego.
Krótki uśmiech przebiegł jej przez twarz.
Zaraz jednak po tym spoważniała. Tylko trochę, ale wystarczająco, aby Carter to dostrzegł. Te słowa, które powiedział niosły za sobą większe znaczenie niż brunetka była w stanie sensownie wyjaśnić. Tymczasem Carter… Jak gdyby nigdy nic sięgnął po truskawkę. Jadł tak, jakby nie powiedział wcale wywracających do góry nogami wszystko słów. Sophia nawet nie była zaskoczona, bo to jednak… To wciąż był Carter. Ten sam, który potrafił wszystko ściągnąć do żartu, a gdyby go nie znała to mogłaby pomyśleć, że to właśnie tym dla niego jest.
Pokręciła lekko głową, jakby zbywała temat, choć to wcale nie była prawda.
— Nic. Lubię na ciebie patrzeć. — Odpowiedziała po chwili. Mogła się rozkleić, ale przecież nie o to w tym wieczorze chodziło. To… To mogło zaczekać, bo była pewna, że w końcu się rozklei, ale mogła z tym zaczekać.
UsuńSophia czasami nie wierzyła w to, jak poukładało się jej życie. Z kim teraz była i że za parę miesięcy miała zostać mamą. To brzmiało… Nierealistycznie. Jakby żyła życiem kogoś innego, ale na pewno nie swoim.
— Jesteśmy już. I nigdzie się nie wybieramy. — Szepnęła. Pochyliła się do przodu. Opierając dłoń o jego udo, a po chwili sięgnęła go jego ust. To nie był nachalny pocałunek ani taki, który domagał się więcej. Bardziej chciała nim potwierdzić swoje słowa, bo już nie zamierzała uciekać. Nie teraz i najlepiej nie nigdy. Smakował whisky, truskawką i tą zabójczą pewnością siebie, która chwilami doprowadzała ją do szału, a którą jednocześnie kochała w nim do szaleństwa. — Z tobą… czuję, że w końcu jestem w miejscu, którego szukałam przez ten cały czas.
soph
Pocałunek nie potrzebował odpowiedzi, a przynajmniej nie natychmiastowej. Był on z tego rodzaju, który nie wymaga reakcji już w tej sekundzie. Sophia nim chciała nim potwierdzić to, co powiedziała mu chwilę wcześniej. Na równi z dłonią, którą trzymała na jego udzie, jednak nie robiła - w przeciwieństwie do niego – żadnych ruchów, które mogłyby sugerować, że ich małą randkę planuje przenieść w inne, bardziej intymne miejsce. Planowała to zrobić, ale może uda im się wytrzymać do głównego dania. Naprawdę liczyła na ten deser, a jednocześnie była coraz bardziej przekonana, że nie dotrwają do deseru, o którym na początku Sophia jeszcze mówiła, tylko od razu przejdą do tego rodzaju słodkości, którą najpierw trzeba rozpakować.
OdpowiedzUsuńSophia znajdowała się teraz w nieco innym świecie. Takim, który złożony był tylko z ich wspólnych części. Nie było w nich przeszłości Cartera, która deptała mu po piętach przez ten cały czas i czasem dobijała się do frontowych drzwi penthouse’a. Nie było jej rodziny, która próbowała ich od siebie oddalić. Znajomych, którzy nie potrafili szanować wyznaczanych przez nich granic. Była tylko Sophia oraz Carter. Dwójka ludzi, którzy w pełni pochłonięci byli przez ten moment. Takie chwile były dla niej ważne. Dla nich obojga były ważne, a to, że bez skrępowania mógł wsunąć jej dłoń pod sukienkę to był tylko bardzo przyjemny dodatek do tego, co tak naprawdę się między nimi działo. Bo dla Sophii dotyk fizyczny był tylko dotykiem. To zawsze słowa i uczucia pieściły ją bardziej, to co znajdowała teraz w jego oczach było dla Sophii większym potwierdzeniem o uczuciu, które Carter do niej żywił niż jego dłonie kiedykolwiek mogłyby jej przekazać. Łatwo było kogoś pocałować, zamknąć oczy i poddać się drugiemu ciału, ale spojrzeć w ten sposób? W sposób, który odsłaniał ze wszystkich uczuć? Obnażał z tego, co człowiek tak mocno w sobie trzymał i nie chciał pokazywać każdemu? Na to nie mógł się zdobyć każdy, a widząc, jak Carter jej to wszystko daje, Sophia naprawdę czuła, że dobrze zrobiła wracając tutaj. Może nie miała pewności, jak będzie wyglądała ich przyszłość i być może mogła Cartera stracić, ale to jeszcze nie oznaczało, że musiała odbierać samej sobie ten czas spędzony z nim.
Brunetka była gotowa do tego, aby podnieść się i wyjść już teraz, bo chciałaby poczuć na sobie znajomy ciężar Cartera. Nie tylko jego ciała, ale i ciężar spojrzenia, gdy leżał lub stał nad nią i przyszpilał spojrzeniem do materaca. Była też skłonna poczekać. Bo owszem, lubiła tę grę między nimi i wiedziała, że długie oczekiwanie ma później bardzo słodki smak, a Sophia w słodyczy się przecież lubowała.
— Zawsze to robię. — Odparła łagodnie, jakby właśnie informowała mężczyznę o tym, która jest godzina. Nie była niewzruszona, bo jego uśmiech działał na nią na równi z jego słowami, spojrzeniem oraz dotykiem. Sophia go uwielbiała. Mimo, że tysiąc razy narzekała na to, jak okrutnie bezczelny jest ten uśmiech i że ma przestać, a on tylko uśmiechał się w ten sposób częściej.
Poprawiła się delikatnie na krześle, ale nie uciekała od jego dotyku. Skóra delikatnie drżała jej od ciepła dłoni Cartera. Sophia czuła, jak serce bije trochę mocniej. Kilka minut dłużej, a może sekund, a przestanie panować nad swoim oddechem.
— Myślisz, że nie byłabym w stanie się powstrzymać? — Zapytała. Przez jej głos przebijała się nuta nonszalancji. Sophia sięgnęła po swój koktajl. Zamieszała w nim żółtą słomką, którą po chwili wsunęła między usta. Zerknęła krótko na Cartera, a potem uśmiechnęła się pod nosem i upiła niewielki łyk napoju, kiedy odstawiła kieliszek na stolik jej dłoń z powrotem wróciła na jego udo. Delikatnie je gładząc. W czułym, cierpliwym geście. — Że jedyne o czym teraz myślę to, jak zdejmujesz ze mnie tę sukienkę i popychasz na łóżko, przewracasz na brzuch i… Cóż, wiesz, jak to idzie dalej, prawda? — Posłała mu uśmiech. Prosty i lekki, jakby właśnie mu przedstawiała listę zakupów. Tylko Carter dobrze wiedział, że ona wcale taka nieporuszona tym nie była
Sophia w środku tak naprawdę drżała.
UsuńWcale tak łatwo nie przychodziło jej mówienie o tych wszystkich rzeczach. Czasem pozwalała sobie na to, aby jej język się rozplątał, ale wszystko zależało od tego, czy moment był odpowiedni. A ten? Ten był bardzo odpowiedni. Myślała o tych wszystkich rzeczach, a jednocześnie zastanawiała się, kiedy pojawi się pierwsze danie, bo zaczynała robić się głodna. I głód nie tyczył się tylko Cartera. I tak, jak ten dotyczący jej partnera mogła nie tyle go zignorować, a na moment stłumić i trochę ochłonąć, tak tego drugiego ignorować nie mogła. Szczególnie teraz, kiedy niewiele było potrzeba, aby Sophia zaczęła się robić nieznośna i mamrotać pod nosem.
Osunęła wzrok na jego dłoń na jej udzie, a kąciki ust brunetki lekko drgnęły.
— Trochę wyżej. — Szepnęła w cichym wyzwaniu podnosząc wzrok na Cartera. Wiedziała, że to zrobi. Zrobiłby to i bez tego co właśnie powiedziała. — Jeszcze trochę.
soph
Lubiła te uczucia, które Carter w niej wywoływał. Lubiła to, jak rozluźniona potrafiła się przy nim stać w zaledwie przeciągu kilku chwil. Byli już tutaj jakiś czas, a Sophia ani przez moment na tej wyspie nie poczuła na karku tego chłodnego, przeszywającego na wskroś oddechu problemu, który ciągle czuła w Nowym Jorku. Bahamy pozwoliły się jej naprawdę w pełni odciąć od tego co trzymało ją za gardło w mieście. Może to była tylko przyjemna powłoka, która zniknie, kiedy wrócą z powrotem do Nowego Jorku. Sophia nie miała pojęcia, ale dopóki byli tutaj zamierzała z tego korzystać. Miewali takie chwile w Nowym Jorku. To nawet nie podlegało żadnym wątpliwościom, ale jednak na miejscu miała wrażenie, że często kroczą na palcach. Uważniej dobierają słowa, aby nie zranić siebie nawzajem. Duszą w sobie niektóre pytania, choć te powinni byli sobie zadać dawno temu. Bahamy to nie było miejsce na niedopowiedzenia. Bahamy były miejscem, w którym mogli w pełni poczuć się szczęśliwi i przez moment odsunąć od siebie wszystkie kłopoty, którymi zająć się będą mogli po powrocie.
OdpowiedzUsuńSophia uśmiechnęła się nieco szerzej, kiedy Carter przysunął do siebie krzesło razem z nią. Odrobinę była pod wrażeniem, choć pewnie nie powinna była, bo widziała przecież ile potrafi wycisnąć na ławce w siłowni, a i tak… I tak jej to zaimponowało.
Nie szukała dżentelmena i wiedziała od samego początku, że Carter wcale nim nie jest. Delikatnie przygryzła dolną wargę, próbując ukryć to, jak ten moment się jej spodobał. Jego władczość i pewność, to nawet nie było przekonanie, że nad nią góruje, a fakt. Może i Sophia rozpoczęła grę, ale straciła wszystkie karty już w pierwszej rundzie. I wcale nie zamierzało jej z tego powodu być przykro.
Napięła ciało, kiedy palce Cartera powoli sunęły wzdłuż jej uda. Tak, jak sobie tego zażyczyła. Dobrze wiedziała o co prosiła i że Carter nie był z tych, którzy się cofali. Sophia za to już owszem i najpewniej speszyłaby się, gdyby zjawił się kelner z ich kolacją. Być może wtedy strząsnęłaby jego rękę z uda, ale nic podobnego się nie wydarzyło.
— Tak, dokładnie tak. — Odparła cicho, a jej skupione spojrzenie nie schodziło z oczu Cartera. Jego ciemny wzrok był jak zachęta, aby prosić o więcej, choć doskonale wiedziała, że to nie jest miejsce ani czas na takie rzeczy. Nikt przecież nie powiedział, że nie mogą się trochę zabawić, prawda? W granicach rozsądku można było robić wszystko, a tak szybko z niego rezygnować nie zamierzała.
Nie testowała go, a przynajmniej nie celowo. Była aż nazbyt świadoma tego, że Cartera niewiele rzeczy powstrzymuje. A w miejscu, gdzie nie było poza nimi nikogo nie było rzeczy, która powstrzymać by go mogła. I bardzo dobrze, bo nie na tym jej zależało. Zależało jej na zbudowaniu tego napięcia między nimi. Być może delikatnego przekroczenia kolejnej granicy, choć zdawało się, że tych oni już naprawdę między sobą nie mają, choć to równie dobrze mogło być bardzo złudne, a Sophia wcale sobie mogła nie zdawać sprawy z tego do jak wielu rzeczy zdolny jest Carter.
Przymknęła na moment oczy, kiedy nachylał się nad jej uchem.
Jego słowa dogłębnie w niej zadrżały i sprawiły, że aż wciągnęła więcej powietrza. Zrobiła to trochę zbyt gwałtownie, jak na kogoś kto myślał, że ma tutaj do powiedzenia coś więcej niż tylko wesołe uśmiechanie się i kuszenie losu.
— Nie chcę cię z niej wypuszczać. — Zrobiłaby naprawdę wiele, aby Carter przy niej trwał tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Chciała, aby trwał przy jej boku już przez resztę życia. Z pierścionkiem czy bez niego – ona po prostu go chciała w każdej wersji, którą zdążyła poznać, bo kochała każdą. Nawet tę, od której należało trzymać się z daleka.
Przez moment nic nie mówiła, a kiedy się od niej odsunął spojrzała na mężczyznę z błyskiem w oku i śladowymi ilościami wyzwania, które nie chciało jej opuścić.
— Czy prosiłabym, gdybym nie chciała? — Zadała pytanie spokojnie, mimo tego, jak bardzo jej głos próbował się załamać przy ich wypowiadaniu. — Coś cię, kochanie, powstrzymuje?
Próbowała trzymać emocje na wodzy, ale przy nim to było cholernie ciężkie.
UsuńSięgnęła znów po swój koktajl, jakby napój miał załagodzić to napięcie w środku, ale nic podobnego się nie wydarzyło. Carter za to wyglądał, jakby bawił się naprawdę przednio. I najpewniej właśnie tak było. Próbowała zapanować nad swoim zachowaniem, ale nie ułatwiał jej tego. W końcu sama o to prosiła, prawda?
— I jeśli jej nie podadzą niedługo… to wtedy co się stanie? — Spytała w ten swój niewinny sposób, mimo, że była w stanie sobie wyobrazić co się może wydarzyć. Policzki brunetki oblały się rumieńcem. Rozkosznie niegrzeczna. Nikt przed nim w ten sposób jej nigdy nie określił. Cóż, nikt przed nim nie miał okazji jej widzieć w wersjach, które otrzymywał Carter. — Och, wiesz, jak to jest. Hormony… robią swoje. — Wytłumaczyła się, jakby to właśnie to było powodem, jak się teraz przy nim zachowywała. Może poniekąd za to odpowiadały, ale za większość odpowiedzialna była tylko i wyłącznie Sophia. Nic i nikt więcej.
— Kto powiedział, że chcę wygrać? — Uniosła lekko brew i zaśmiała się. — Może właśnie o to mi chodziło? Wiesz, przegrywanie zwykle nie należy do miłych rzeczy, ale z tobą… Jest przyjemne.
Daleko jej było do protestowania. Póki co, ale nie zamierzała robić kroku wstecz.
Krótko westchnęła, kiedy dłoń Cartera znów przesunęła się po jej udzie. On zbyt dobrze wiedział, co robi, a Sophia na to pozwalała i sama tego przecież właśnie chciała.
— Nie mogę pragnąć dwóch rzeczy na raz? — Uśmiechnęła się kątem ust. Obserwowała, jak Carter sięga po truskawkę, która po chwili zniknęła w jego ustach. Sophia przez moment nie mówiła zbyt wiele, a po chwili nachyliła się delikatnie w jego stronę. — Też chcę jedną.
Miała je na wyciągnięcie ręki. Mogła sama po nie sięgnąć, ale… Wcale nie miała na to chęci
soph
Z trudem znajdowała w sobie ten spokój. Przez moment sądziła, że kiedy się odezwie jej głos będzie niebezpiecznie drżał i zdradzi wszystko co w niej wrzało. To też nie tak, że specjalnie cokolwiek przed Carterem ukrywała. Znał ją zbyt dobrze, aby takie rzeczy mogły mu umknąć, a Sophia niespecjalnie też się kryła ze swoimi uczuciami. Zawsze łatwo było z niej czytać, a już szczególnie, kiedy kogoś do siebie dopuściła. Carter… Carter wszedł głębiej niż ktokolwiek przed nim. Dostrzegł to czego inni nie widzieli lub woleli nie widzieć.
OdpowiedzUsuńKażdy ruch Cartera był dobrze wyważony. Dokładnie przemyślany. Sposób w jaki ją dotykał nie był przypadkowy, a zdawał się być zaplanowany wręcz z góry. Sophia czuła każde mikro ruchy jego dłoni. Ciepły oddech na własnej skórze.
— Gdybym cię testowała… będą konsekwencje? — Spytała cichym głosem, ale nie poruszyła się. Niepewna, czy bardziej rozprasza ją jego głos, dłoń czy to, jak blisko przy niej jest i jak bardzo wszystko to wokół zaczyna być nieznośne do utrzymania. Bo ta chęć, aby wrócić z nim do willi tylko rosła z każdą kolejną sekundą i sprawiała, że Sophia miała ochotę pożegnać się z restauracją, wstać i zabrać go z powrotem do willi, aby mogli się sobą nacieszyć. — Wiem, do czego jesteś zdolny… Nie przeszkadzałoby mi, gdybyś znów mi to pokazał.
Sophia delikatnie zadrżała, kiedy się odsunął. Jego dłoń wciąż pozostawała na miejscu. Gorąca i skupiona na niej, ale on sam był już kawałek dalej, a Sophia była bliska wrażenia, że Carter znajduje się teraz całe lata świetlne od niej, choć przecież był tylko kilkanaście centymetrów dalej.
Ten pocałunek… Równie dobrze mogło go nie być. Ledwo wyczuła jego usta przy swoich. Jak wyobrażenie. Zbyt realistyczny sen, z którego się budzisz w najlepszym momencie.
Odsunęła się może na zaledwie pół centymetra. Tak, aby móc na niego lepiej spojrzeć. Ten uśmiech i iskierki w jego oczach… Były czymś wspaniałym. A świadomość, że to ona była ich powodem nakręcała ją jeszcze mocniej. Opuściła na moment głowę, może jakby speszona jego słowami. Niemal żałując, że ma spięte włosy i nie może się teraz za nimi schować tak, jak zwykle to miało miejsce.
Ściągnęła ze sobą łopatki, kiedy jego dłoń się poruszyła.
— Nie byłoby mnie tu, gdyby mi się nie podobało. — Zwróciła głowę w jego kierunku. Uśmiechnęła się. Delikatnie i z czułością, którą potrafiła okazywać tylko jemu. — Zawsze możesz mi dać reprymendę. Skoro się… niestosownie zachowuję. Wiesz, jestem z dobrego domu. Mam zasady. Nie przystoi mi prosić o takie rzeczy przy stole i w dodatku w miejscu publicznym.
To miała być zwykła randka. W zamyśle właśnie tym była. Kolacją, którą zjedzą w swoim towarzystwie, trochę porozmawiają i spędzą miło czas. Szybko zmieniła się w odliczanie minut do wyjścia i Sophii to wcale nie przeszkadzało. Skupiona była na jego dłoni, na tym, jak zataczał powolne kręgi na jej udzie. Robił to delikatnie, ale z wyczuciem. W sposób, którego nie dało się zignorować. Nawet nie próbowała tego lekceważyć. Chłonęła wszystko co jej dawał.
Oddech Sophii zrobił się nieco płytszy, uważniejszy. Jakby starała się dobrze zapamiętać, jak się oddycha, gdyby za moment miała zapomnieć o tak prostej czynności, którą robiła od zawsze. Przymknęła lekko powieki, a głową potrząsnęła przecząco w odpowiedzi na jego pytanie. Nie przestaj. Odchyliła lekko głowę w tył, poruszyła nieznacznie ramionami, ale to w niczym jej tak naprawdę nie pomogło. Czuła, jak ciepło rozlewa się w niej od środka, gdy dłoń znalazła się jeszcze bliżej. Tuż przy cienkim materiale bielizny. Tuż przy tej cienkiej granicy, którą mógł w każdej chwili przekroczyć, a czego jeszcze nie robił.
— Tak, chcę jedną truskawkę od ciebie. — Odpowiedziała otwierając oczy i kierując swój wzrok prosto na mężczyznę. Na swojego mężczyznę, który właśnie miał ją nakarmić truskawką, rozpraszał delikatnymi ruchami dłoni i swoim uśmiechem, dla którego przepadła już miesiące temu, kiedy zobaczyła go w identycznym wydaniu po raz pierwszy.
Czaiła się w niej pewność co do tego, jak zakończy się ta noc, a także była w niej szczypta niepewności. Carter zaskakiwał ją na każdym kroku i kiedy już myślała, że go rozgryzła to on robił coś, co kompletnie zmieniało sposób w jaki go postrzega i gubiła swój rytm, który znała. Na nowo musiała się odnaleźć w ich przestrzeni.
UsuńSophia cicho westchnęła, kiedy jego dłoń przesunęła się kawałek wyżej.
Odpowiadała mu bardziej ciałem niż słowami bądź innymi dźwiękami, które był w stanie z niej wyciągnąć. Poruszenie się na krześle, takie niespokojne i zniecierpliwione. Palce, które czasem wbijała w jego udo bądź mocniej zaciskała wokół nóżki kieliszka. Krótkie spojrzenia w bok, jakby w egzotycznych roślinach miała znaleźć odpowiedzi na jego kolejne pytania czy sugestie.
Nie było w niej wahania, kiedy kazał jej otworzyć usta. Nie miała wątpliwości, że to właśnie był rozkaz. Podszyty miękkim tonem i spojrzeniem, ale wciąż rozkaz, który Sophia zamierzała wykonać z absurdalną rozkoszą.
Nie odpowiedziała mu, że się z nim będzie droczyć. Psotny błysk w jej pociemniałych od głodu był wystarczającą odpowiedzią. Przez kilka sekund, które zdawało się, że ciągnęły się zbyt długo, Sophia patrzyła mu w oczy, aż w końcu rozchyliła usta. Powoli i delikatnie, nieprzesadnie. Wystarczająco, aby owoc się w nich zmieścił. Ten moment zdawał się mieć w sobie więcej intymności niż wszystko co przedtem razem robili. Wgryzła się w truskawkę, a jej słodycz niemal natychmiast rozpłynęła w ustach. Zaledwie kropla soku z owocu spłynęła jej z kącika ust. Nie wytarła jej. Czekała na jego ruch. Na to, aby zrobił to za nią.
— Carter… — Jęknęła cicho. Nie w proteście, aby przestał. Mimo, że to nie było miejsce ani to nie był czas. Przymknęła oczy, a jego słowa wciąż brzęczały jej w uszach. Jak słodka, drapieżna zapowiedź nocy. Spojrzała na niego dopiero po chwili. Było gorąco. Od temperatury? Możliwe. Od tego co z nią robił? Zdecydowanie.
Przybliżyła się do niego lekko. Jedna dłoń opierała na jego udzie, a drugą ułożyła na torsie. Palce wsuwając między materiał, który i tak nie był zapięty do końca. Spojrzała na niego z dołu z uśmiechem i oczami rozpalonymi od pożądania.
— Masz pojęcie, jak bardzo chciałabym ci teraz pozwolić, abyś mnie przeleciał? — Powtórzyła po nim, a jej uśmiech, choć miękki i tak bardzo sophiowy miał w sobie nutkę tej drapieżnej psoty, którą przy nim odkryła. — I tak, kochanie. Zrobię z tobą o co mnie tylko poprosisz.
Gdyby nie to, że w każdej chwili mógł się zjawić kelner – siedziałaby już na tym stoliku. Bez bycia prowadzoną przez niego. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Miała myśl, którą chciała zachować dla siebie, ale zrobi z niej lepszy użytek.
— Gdybyśmy mogli… Byłabym już na tym stole. Przed tobą… dla ciebie. — Powiedziała miękko, a jej palce zaczepiły o rozgrzaną skórę w okolicach szyi mężczyzny. — Ale nam nie wypada, prawda? Jeszcze wyrzuciliby nas z restauracji, gdyby przypadkiem wszedł tu kelner i nakrył nas z twoją twarzą między moimi udami. To dopiero byłby skandal.
Ogromny i wart zakazu wstępu do restauracji na wieczność.
Odetchnęła głębiej, jakby doprowadzała samą siebie do porządku, ale już dawno nic nie było w porządku. W środku panował istny chaos, a każda najmniejsza komórka jej ciała domagała się więcej. Odsunęła się po chwili. Dyskretnie i spokojnie, a nie jakby odskakiwała od niego jak oparzona. Z ruchami, które sobie zaplanowała.
— Może masz rację. Zapędzamy się. — Powiedziała, ale wciąż błysk w jej oczach mówił inną historię. — Powinniśmy… zostawić to, kiedy będziemy sami. Nie wiem, czy potrafiłabym pozostać cicho… Chyba, że będę miała zajęte usta, ale wciąż… To niepoprawne. — Wygładziła dłońmi sukienkę, ale nie odsunęła się od jego dłoni. Ona wciąż tam była. Kusząca, ciepła i tak bardzo jego.
— O jakich ważnych rzeczach chciałeś porozmawiać? — Spytała. Zaintrygował ją tym, a jednocześnie wiedziała, że na tym się nie skupi. Skupiała się tylko na nim.
soph
Spokój w głosie Sophii nie brał się znikąd. Nie odwracała się od niego i nie tworzyła żadnego dystansu, bo nie było do tego potrzeby. Ją samą trochę bawiło to, jak z tej przejętej dziewczyny nagle zaczęła mówić tak spokojnie i wróciła do poważnych rozmów, jakby wcale jego dłoń nie spoczywała między jej udami, a ona chwilę temu nie przyznała się co właściwie chodzi jej po głowie. Któregoś razu jej powiedział, że ma przestać wstydzić się swoich pragnień, więc… Przestała się wstydzić. Nawet, jeśli jej policzki wciąż się oblewały rumieńcem, a serce biło szybciej, gdy mówiła pewne rzeczy. Nie chodziło o brak komfortu przy Carterze, bo ten miała. Raczej Sophia taka już po prostu była i nie chciała tego w sobie zmieniać. Podobało się jej to, że raz potrafiła zachowywać się tak, jakby nie miała w sobie żadnych barier, a po chwili jednak je w sobie znaleźć. I to nie była z jej strony żadna gra w niewinność. Ona naprawdę taka była.
OdpowiedzUsuńSophia nie udawała niewinności i dobrze wiedziała, co mu robi. Sobie tymi słowami i zachowaniem robiła dokładnie to samo. Miała świadomość, że jej wyznania i sposób w jaki się zachowuje nie jest przypadkowe. Nie ukrywała, co chodziło jej po głowie. Już nie. A to, że może im być… Niekomfortowo, bo nie mogą po siebie sięgnąć już w tej chwili to była słodkogorzka konsekwencja ich własnych czynów.
Mruknęła cicho, kiedy jego dłoń zacisnęła się mocniej. To był cichy, przeciągły dźwięk, który mógł mu tylko zasugerować, jak bardzo nie mogła się już doczekać, aż nie będą musieli się z niczym wstrzymywać. Bo póki co, ale naprawdę musieli zachować minimum powagi. Choć Sophia coraz bliżej była tego, aby mu powiedzieć, aby olali kolację i wrócili do willi. Albo chociaż znaleźli się w miejscu, gdzie absolutnie nikt nie będzie mógł im przeszkodzić.
— Tym o twojej twarzy między moimi udami czy moimi zajętymi ustami? — Zagadnęła, a ton głosu brunetki wciąż pozostawał równie lekki jak przed chwilą. Mimo to krew w jej żyłach wrzała. Niemal czuła, jak się gotuje od środka. — Mogę przestać, skoro tak bardzo cię rozprasza wizja tego, czego chcę później. — Wzruszyła ramionami, jakby to o czym rozmawiali było propozycją, czy wieczorem obejrzą film czy serial. Ale mimo jej wesołego głosu było aż nazbyt jasne, że to wcale jej nie jest obojętne.
Sophia cicho westchnęła, kiedy się nachylił. Pierwszy pocałunek był krótki, ale wystarczający, aby jej serce drgnęło odrobinę mocniej. Ciepły i przyjemny. Drugi zostawił na jej skórze trochę dłużej, a ona cicho westchnęła w odpowiedzi. Głodna na więcej, choć z tą bolesną świadomością, że na ten moment będzie musiała obejść się smakiem i własną wyobraźnią.
— Jak mam ci przypomnieć, skoro nie wiem o czym chciałeś porozmawiać? — Westchnęła przewracając oczami. Rozpalił w niej nie tylko pragnienie, ale również ciekawość. — Mogę być już grzeczna albo… Mogę się postarać. Nic nie poradzę, Carter. Ty mnie taką stworzyłeś.
Puściła mu oczko. To poniekąd była prawda, bo gdyby nie Carter to Sophia by wcale się tak nie zachowywała. Tymczasem nie poznawała samej siebie, ale te zmiany nie były złe i cholernie się jej podobały.
Teraz naprawdę starała się zachować odpowiednio. Mimo, że jeszcze chwilę temu nawet nie tyle rzucała dwuznacznymi propozycjami, a mówiła wprost czego i jak chce. Udawanie ułożonej nie miało tutaj już miejsca. Nawet, gdyby zeszli z tematu, nie dotykali się bądź nie całowali – to słowa w nich wciąż były i oboje dobrze przecież słyszeli co do siebie mówią. To nie były zdania, które można zignorować czy udawać, że nigdy nie padły.
Jej głos mógł pozostać spokojny, ale nad ciałem nie miała już takiej kontroli. Próbowała, ale to naprawdę było ciężkie. Jak miałaby ukrywać przed nim to, jak on na nią wpływa? Jak miałaby schować to, że wystarczy delikatny dotyk, aby Sophia odpływała? Aby jej myśli zakręciły się wokół niego wystarczył lekki podmuch na jej skórze bądź czuły pocałunek, który ledwo wyczuwała? Nie chodziło też o samo zbliżenie, a przede wszystkim o Cartera i to, jak blisko ze sobą byli. Że mimo różnych rzeczy, które się działy oni wciąż byli tak mocno zżyci.
Sophia uśmiechnęła się delikatnie, a potem na niego spojrzała spod wpółprzymkniętych powiek.
Usuń— Gdyby to był tylko test… To nigdy byśmy się w tym miejscu nie znaleźli. — Odpowiedziała, ale tym razem nieco ciszej. Od samego początku coś między nimi było, choć nie potrafili tego nazwać wprost w pierwszych tygodniach znajomości. — I chyba… nie potrzebujemy robić tego tu i teraz, prawda? Możemy zaczekać. Tylko sobie wyobraź, co będzie, kiedy już się za nami drzwi od willi zamkną.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy to powiedziała, bo potrafiła sobie wyobrazić. Kiedy już nic nie będzie stało im na przeszkodzie. Wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby nawet nie dotarli do sypialni, ale czy nie w tym tkwiła też zabawa?
Sophia westchnęła odrobinę ciężej, kiedy jego dłoń się przesunęła wyżej. Tuż przy materiale, który był teraz jak granica, której jeszcze/I> nie przekraczali. Zacisnęła delikatnie nogi, jakby tym próbowała się powstrzymać przed gwałtowniejszą reakcją.
— Szczerze, nie wiem, które z nas jest gorsze. — Jęknęła. Nie wiedziała, gdzie ma podziać wzrok. Z jednej strony chciała patrzeć tylko na niego, a z drugiej, cholera, była przekonana, że jeśli na niego spojrzy to się rozsypie i zacznie prosić, jak oszalała, aby jednak wrócili z powrotem.
Sophia spróbowała przysunąć się bliżej, kiedy musnął jej usta. Chciała odwzajemnić pocałunek, ale nie zdążyła. Została w tym zawieszeniu. Usta lekko piekły od pocałunku, który był niewystarczający, jak na to, co się działo.
Opuściła lekko głowę, kiedy usłyszała głos kelnera.
Dłoń, którą opierała o udo Cartera podtrzymywała teraz większość jej ciężaru. Brunetka nawet nie spojrzała w stronę kelnera. Ręka Cartera wciąż była pod jej sukienką i miała ogromną nadzieję, że kelner nie patrzył w tym kierunku. Jeśli coś zobaczył to nie dał po sobie nic poznać. Niemal czuła, jak policzki zaczynają ją piec. Poczuła się, jakby została przyłapana na gorącym uczynku. I chyba tak właśnie było.
Ciężko było się jej połapać w rzeczywistości. Kelner coś mówił. O emulsji z limonki. Delikatnych smakach, a jedyne co Sophia miała w głowie to ciepła dłoń Cartera i to nieznośne napięcie, które jeszcze nie znalazło swojego ujścia.
— Brzmi wyśmienicie. — Odezwała się w końcu, ale nie spojrzała na kelnera. Gdyby to zrobiła to widziałby te purpurowe policzki i zmieszanie w oczach, chęć poprawy swojej pozycji. Nawet się nie skupiła na słowach kelnera. Cokolwiek mówił wleciało jednym uchem, a wyleciało drugim.
soph
Sophia znajdowała się już na granicy wytrzymałości. Nie miała jak nad sobą zapanować, poza unikaniem spoglądania w oczy Cartera, które tylko bardziej by ją rozproszyły. Próbowała, naprawdę próbowała jakoś z tego wybrnąć, ale nie było już drogi powrotnej. Mogła iść tylko przed siebie, a każdy kolejny krok wprowadzał ją prosto w jego objęcia i Sophia z nich uciekać nie chciała. Tylko może chciała się wstrzymać jeszcze na moment, zanim przepadnie kompletnie i przestanie ją obchodzić, że są w restauracji. To mogłoby być niebezpieczne, a jednocześnie na samą myśl o tym, że Carter w każdej chwili mógłby przekroczyć tę cienką granicę jej serce drgało mocniej, a oddech wiązł w gardle i z niecierpliwością czekała na więcej, ale to więcej nie nadchodziło. Carter dobrze wiedział co robił, kiedy jej tego nie dawał. Nie w tym miejscu. Mogła czekać, to oczywiste. I wszystko co teraz robili było tak okrutnie nieprzyzwoite. Nigdy przedtem nie zrobiła nic podobnego. Nawet jej to nie przeszło przez myśl, a przy Carterze wszystko to co było dosłownie zakazane przychodziło jej z taką samą lekkością jak oddychanie.
OdpowiedzUsuń— I wygląda świetnie. — Pochwaliła, choć nawet nie zerknęła na dłużej niż przez sekundę na talerze, które prezentował im kelner. Sophia miała wrażenie, że mężczyzna zostałby tu dłużej i rozwodził się dalej o daniach, gdyby nie to, że chwilę później Carter go odesłał.
Sophia odetchnęła nieco głębiej. Próbowała nabrać powietrza i trochę się zdystansować, ale jej tego nie ułatwiał. Odsunęła się minimalnie. Wyprostowała plecy, a wolna dłonią wygładziła materiał sukienki, który już i tak leżał na jej ciele idealnie. Spojrzała na talerz, a potem na Cartera, kiedy spytał, czy skosztuje.
— Nie odmówię. — Odparła. Uśmiechnęła się lekko i rozchyliła znów usta. Nie spodziewała się tego, że Carter będzie ją karmił, ale nie miała nic przeciwko temu. Kiedy wsunął widelczyk z ośmiornicą do jej ust rozpuszczała się niemal na języku. Nie była gumowa, była idealna. Przymknęła lekko oczy. Była idealna. — Boże. — Westchnęła. I na ten moment to był jedyny komentarz na jaki się zdobyła dotyczący jedzenia. Na więcej jej po prostu nie było stać.
Sophia nie zarejestrowała, czy kelner jeszcze tu był, czy może wyszedł chwilę temu. To w zasadzie było już bez większego znaczenia, a jej świat od dawna skurczył się tylko do Cartera. Wszyscy wokół byli tylko tłem i to nic nieznaczącym.
Zamruczała cicho, nieświadomie, po jego słowach. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł ją przyjemny dreszcz, który czuła aż w końcówkach palców. Sophia nie miała pojęcia, jak do tego doszło, że w restauracji działo się między nimi aż tak wiele, ale nie zamierzała narzekać. Nawet, jeśli teraz nie potrafiła wydusić z siebie żadnego konkretnego zdania i jedyne na co było ją stać to jakieś pomruki, które mówiły Carterowi zapewne więcej.
Uśmiech przebiegł jej przez twarz, kiedy mówił dalej i nie tyle co obiecywał, a zapewniał, że to będzie długa noc. I Sophia nie miała żadnych wątpliwości.
— Nie wiem, czy po tym dam radę się skupić na jedzeniu. — Wymamrotała. Nie była speszona, ale odrobine zdezorientowana tym, jak wyglądał ten wieczór. Wyobrażała sobie go zupełnie inaczej. Wcale nie narzekała. Bawiła się świetnie, choć traciła grunt pod nogami. Sama do tego doprowadziła. — Ale skoro to ma być długa noc… Byłoby szkoda, gdybym w chwili oddechu zasnęła, prawda? — Zaśmiała się. Nie miała wątpliwości, że nie dałby jej zasnąć, ale nie mogła obiecać, że nie wydarzyłoby się to, gdyby na moment się położyła, aby chociaż przez pięć minut odetchnąć.
Sięgnęła po swój koktajl, a właściwie nowy. Ten sam smak. Skoro posmakowało jej to i nie poganiał do łazienki, aby wszystko zwrócić to bezpieczniej było trzymać się jednego koktajlu. Nawet, jeśli menu wyglądało zachęcająco na dziesiątki innych,
Spojrzała na Cartera, kiedy zaczął mówić. Jego dłoń wciąż ją rozpraszała, ale słowa sprawiły, że zrobiło się jej aż ciepło na sercu. Było to widać po tym, jak jej twarz rozmiękła po tym co usłyszała.
— Staram się, aby nie wyrzucili nas stąd za niestosowne zachowanie. — Wyjaśniła, jakby to było najważniejsze w tym wszystkim. Sophia podejrzewała, że mogli sobie pozwolić tu na znacznie więcej niż przeciętny gość. — I zamierzasz sprawdzać, jak daleko możesz się posunąć zanim jednak na tym stole usiądę? — Zapytała z lekko uniesioną brwią, gdy jego dłoń przesunęła się wyżej. — Jedz, Carter. Nie tylko ja potrzebuję sił.
UsuńUśmiechnęła się wesoło, a potem, jak gdyby nigdy nic wzięła swój widelczyk i nabrała kolejną porcję ośmiornicy, którą zmoczyła w emulsji obok. Była wyśmienita.
Nawet przez moment Sophia nie pomyślała, że mają tę rozmowę za sobą. Kiedy Carter mówił dalej widelczyk wypadł jej z dłoni na talerz.
— Jezu, Carter. — Jęknęła, a twarz najchętniej schowałaby w dłoniach. To nie było jak besztanie go za nieodpowiednie zachowanie. Nawet jej tym nie zaskoczył. Cierpliwość już zdecydowanie nie była jej mocną stroną. — Najchętniej zrobiłabym obie rzeczy na raz, ale wiem, że jeśli cię pocałuję… Nie będę chciała przestać. To dopiero przystawka, a mamy wytrwać do deseru, pamiętasz?
To była jej forma doprowadzenia go do porządku. Wzięła z powrotem widelczyk do ręki. Carter naprawdę doprowadzał ją dziś do granic wytrzymałości. I wychodziło mu to piekielnie dobrze.
— Odkładając nasze… smakowanie siebie nawzajem. — Uśmiechnęła się lekko. — To jakie poważne rzeczy chciałeś ze mną omówić? Pytam na serio, Carter. Nie wykręcaj się już i nie próbuj mnie rozpraszać.
soph
Sophia nie miała pojęcia, jak po tym co się wydarzyło miałaby wrócić do rzeczywistości. Tak się w ogóle dało? Nawet nie próbowała tego zrobić. Dziewczyna wciąż trwała w tej słodkiej chwili, która między nimi się wydarzyła. Nie ciążyły nad nimi, przynajmniej w teorii, żadne problemy nad nimi nie wisiały, choć oboje dobrze wiedzieli, jak będzie po powrocie do Nowego Jorku. To był chwilowy spokój, z którego Sophia chciała skorzystać i nacieszyć się tym, jak lekko się ze sobą obnosili. Tym, że potrafili o wszystkim zażartować, a zwykły moment mogli zmienić w cos naprawdę wyjątkowego.
OdpowiedzUsuńBrunetka nawet nie próbowała ukrywać uśmiechu, kiedy wciąż zataczał na jej skórze delikatne kręgi. Wcale nie musiał przypominać jej o swojej obecności. Sophia czuła nie tylko dotyk, ale również ciepło i ciężar dłoni, która od kilku bezlitosnych minut krążyła zbyt blisko. Może wiedziała, że nie zdobędzie się na to tutaj, a może jeszcze myślała, że w końcu pęknie. Choć nie była pewna, czy naprawdę tego chciała czy tylko kręciła ją świadomość, co może się wydarzyć, jeśli. Nie lubiła się za bardzo obnosić z uczuciami. Czym innym było pocałowanie go, a czym innym… Cała reszta.
— Mieliśmy jakiś układ? Musiałam o nim zapomnieć. — Westchnęła z rezygnacją. Sama po sobie nie spodziewała się tego, że ta kolacja potoczy się w taki sposób, a oni będą nawzajem ze sobą się w ten sposób droczyć i sprawiać, że ochota na kolację będzie przechodziła im coraz bardziej, a ta na siebie nawzajem zrastać. Choć, może dokładnie tego należało się spodziewać.
Sophia mruknęła w niezadowoleniu, kiedy zabrał dłoń. Ale może dobrze się stało. Jeszcze kilka chwil i naprawdę nie byłaby w stanie się na niczym skupić, a już na pewno nie na rozmowie z mężczyzną, który podobno miał poważny temat do omówienia z nią. Pokręciła lekko głową, co oznaczało jej niezadowolenie, a potem założyła nogę na nogę i sięgnęła po szklankę z wodą.
— Może zaczęłam, ale nie musiałeś odpowiadać. — Odparła z błyskiem w ok, chcąc przerzucić na niego całą winę i to, jak ta sytuacja się skończyła. — Z naszej dwójki, to ty powinieneś być tym bardziej odpowiedzialnym, nie sądzisz? — Uniosła lekko brew, a kąciki jej ust lekko drgnęły do uśmiechu. Lubiła się z nim droczyć, ale nie tylko, gdy sytuacja miała podtekst i prędzej czy później zaciągnęłaby ich do sypialni.
— Nieprzyzwoita kolacja… — Powtórzyła po nim z lekkim rozmarzeniem na twarzy. Podobało się jej to, jak to zabrzmiało. — Powinniśmy robić takie częściej, nie sądzisz? — Zasugerowała. Była ciekawa, jakby to wyglądało w zatłoczonej restauracji, gdzie jednak na tak odważne gesty nie mogliby sobie pozwolić.
Tym razem zachowała już jednak powagę. Wyczuła, że to o czym Carter chce z nią porozmawiać nie jest lekkie i potrzebują teraz nie tyle co dystansu, a skupienia. Zupełnie innego rodzaju niż te, które sobie okazywali teraz. Żadna myśl nie przychodziła jej do głowy, ale nie denerwowała się. Przed nimi był naprawdę poważny czas, więc ta rozmowa równie dobrze mogła dotyczyć ciąży i tego, co wydarzyć może się w trakcie. Może miał jakieś obawy. Z pewnością miał. Podobnie, jak Sophia. Mogłaby napisać całą książkę o swoich obawach, a Carter dołożyłby swój własny drugi tom.
— Tak, wiele się zmieniło. — Przytaknęła. Słuchała Cartera uważnie. Mimo, że dłoń znów znalazła się na udzie tym razem nie była ona rozpraszająca. Nie tak, jak chwilę przedtem. — Hej, jeszcze nie znalazłam się pod stolikiem. — Mruknęła z uśmiechem i puściła mu oczko, jakby nie mogła sobie darować tego jednego komentarza. Jednak za chwilę spoważniała, a jej dłoń opadła na rękę Cartera. Musnęła palcami jej wierzch, jak na znak, że jest i słucha tego, co ma do powiedzenia.
Uśmiechnęła się ciepło. Lekko wręcz, kiedy Carter zaczął mówić o tym co z nią chce robić. O tych prostych, codziennych rzeczach, które czasem doprowadzały ich do szału, ale były tak bardzo ich. O opiece nad dzieckiem.
— Carter… — Ale nie zdobyła się na powiedzenie czegoś więcej. Nie chciała go powstrzymać tym, jak wypowiedziała jego imię. Brzmiała na zaskoczoną, bo taka była.
Sophia nie zaczynała tematu zaręczyn. Nie chciała do tego wracać, a przede wszystkim również bała się jego odpowiedzi. Może tego, że już nie chciał. Nie, skoro odrzuciła je pierwszym razem, a potem, kiedy się zgodziła to nie zdążyli się tym długo nacieszyć i zostawiła pierścionek w pudełeczku, zanim wyszła z mieszkania. Zanim z nim zerwała.
UsuńSpojrzała na znajome pudełeczko na stole, a po chwili przeniosła wzrok na Cartera. Wciąż zbierała myśli i zastanawiała się, co właściwie ma mu odpowiedzieć.
— Niczego bardziej niż tego życia z tobą nie chcę. — Głos nieznacznie jej zadrżał. Tych emocji miała w sobie aż nazbyt wiele, a znajomy błysk pierścionka przywrócił wspomnienia z różnych nocy. Tej pierwszej, gdy patrzyła na niego i niedowierzała, jak i tej ostatniej, kiedy z trudem go zdejmowała z palca. — Ciebie i naszego dziecka. Tyle mi wystarczy.
Spoglądała, jak wyjmuje pierścionek z pudełeczka. Widziała, jak go trzymał między palcami, jakby bał się go wypuścić. Serce waliło jej w piersi mocniej niż się spodziewała.
— Zawsze jesteś taki niecierpliwy. — Zaśmiała się. Trochę nerwowo, a trochę, jakby chciała przykryć to, jak wzruszona jest tym wszystkim. Nie kolejnymi zaręczynami, ale tym, że udało im się do siebie na nowo dotrzeć. Że nawet z problemami potrafili znaleźć wspólną drogę. — Teraz? Masz na myśli… Teraz? — To nie strach przez nią mówił, a raczej niedowierzenie i świadomość, że Carter byłby w stanie to zrobić. Był chwilami nieprzewidywalny, a już, zwłaszcza gdy chodziło o nią
Przez parę sekund tylko patrzyła na pierścionek, a potem spojrzała na Cartera.
— Tak, Carter. — Właśnie to powinna była mu powiedzieć tamtej nocy. — Tak, wyjdę za ciebie.
Nie czekała na pierścionek. Ujęła jego twarz w swoje dłonie i przyciągnęła go do siebie, aby na jego ustach złożyć delikatny, ale czuły pocałunek. Ledwo zwracała uwagę na samą siebie i na to, że jej oczy się zaszkliły.
— Tak, tak, tak. — Wyszeptała, między jednym, a drugim pocałunkiem. — Chcę zostać twoją żoną, Carter.
soph💍🩷
Zaśmiała się, bo dokładnie takiej reakcji oczekiwała od Cartera. Nie był tym odpowiedzialnym na co dzień, ale był nim zawsze wtedy, kiedy wymagała tego sytuacja. Nie potrzebowała, aby był taki codziennie. Zresztą, gdyby nie kochała w nim tego to nie potrafiliby się dogadać. On wiedział, kiedy popchnąć ją do przekroczenia kolejnej granicy, a Sophia wiedziała, kiedy go przystopować. Przynajmniej myślała, że wie, kiedy to zrobić.
OdpowiedzUsuń— Od lipca oboje będziemy musieli być bardziej odpowiedzialni. — Wtrąciła. W zasadzie już byli, a Carter pilnował, aby Sophia łykała wszystkie zalecone przez lekarkę suplementy. — Mniej niż pół roku… — Brzmiało to przedziwnie. Naprawdę mieli zostać rodzicami za pół roku. Właściwie to nimi byli od chwili, kiedy testy pokazały pozytywny wynik, ale dopiero niedawno zaczęli zdawać sobie z tego sprawę na poważnie.
Roześmiała się, kiedy zaproponował kolacje co drugi dzień i miejsca z których ich nie wyrzucą.
— Obawiam się, że do takich eksperymentów będziesz musiał znów wynająć dla nas cala galerię sztuki. — Wymruczała cicho. I nie tyle co brzmiało to jako żart, a raczej propozycja, którą powinien rozważyć, jeśli faktycznie marzyło mu się to, co działo się między nimi od chwili, kiedy usiedli przy stoliku.
Sophia tylko spoglądała na Cartera z tym delikatnym uśmiechem, kiedy się roześmiał, a jego głowa aż odchyliła się do tyłu. Uwielbiała go w takich momentach, kiedy po prostu się śmiał, a dźwięk wcale nie był wymuszony. On był po prostu jego.
— Och, racja. Zapomniałabym na śmierć. — Poprawiła się zaraz, bo faktycznie o czymś sobie przypomniała. — Masz słabe serduszko, pamiętasz? Boże, jeszcze chwila i musielibyśmy tu wołać pomoc lekarza. Chyba na dziś ci wystarczy atrakcji, nie sądzisz? Nie wiem, czy twoje serduszko wytrzyma coś więcej. Wrócimy i grzecznie pójdziemy spać. Nabierzesz sił, odpoczniesz… Jak na starszą osobę przystało. Możemy ci jeszcze zmierzyć ciśnienie, jeśli sobie tego życzysz.
Odetchnęła trochę głębiej, kiedy mówił o nich. Jej uśmiech wciąż był ciepły, miękki, a oczy miała wilgotne i nawet nie próbowała tego przed nim ukrywać. Nie w takiej chwili. Sophia wcale nie potrzebowała wiele, aby się wzruszyć. W tym momencie Carter dawał jej wiele powodów, aby się wzruszała i to nie zaręczyny były ich powodem, ale to co mówił. Wiedziała to wszystko wcześniej, a jednak dziś z jakiegoś powodu to uderzało w nią mocniej.
— Nie śmiej się ze mnie. — Sama się zaśmiała. Naprawdę przez chwilę myślała, że był gotów zrobić to tu i teraz. Wcale nie byłaby zaskoczona. — Widzisz? Miałam powód, aby myśleć, że zaraz wyskoczy tu urzędnik gotów ogłosić nas mężem i żoną.
Dokładnie w taki sposób powinna zareagować wtedy w sypialni. Teraz było jej łatwiej to powiedzieć. Zrozumiała więcej rzeczy, a przede wszystkim to, że naprawdę z nim chce być. Nawet, jeśli to miało oznaczać, że pojawią się jakieś ciemne chmury, że nie zawsze będzie łatwo. To przez wszystkie te gorsze chwile chciała iść razem z nim. Sophia nawet nie zaprotestowała, kiedy Carter wciągnął ją na swoje kolana. Gdyby tego nie zrobił to sama by się na nie wpakowała. Przylgnęła do niego swoim ciałem, jakby nie chciała, by teraz była między nimi jakakolwiek przestrzeń. Nawet, kiedy się od siebie odsunęli, a Carter wsunął pierścionek na jej dłoń, ona nie odsunęła się nawet na milimetr.
— Tęskniłam za nim. — Powiedziała cicho, mocniej się w niego wtulając. Jakby tym gestem chciała mu przekazać, jak bardzo tego wszystkiego z nim chciała. Każdego leniwego poranka, wykłócania się o tapetę do pokoju dziecka, kawy o siódmej rano, kiedy oboje są nieprzytomni.
Pierścionek mienił się dokładnie tak, jak zapamiętała. Może nawet błyszczał bardziej albo to ona zapomniała, jaką błyskotkę jej podarował.
Sophia nie zwróciła uwagi na kelnera. Była skupiona na Carterze i na połyskującym pierścionku. Na ich nowym życiu, które nie musiało być łatwe, ale będzie ich i to jedyne na czym brunetce zależało.
— Przestań stresować obcych ludzi. — Zaśmiała się na jego zaczepkę do kelnera, bo dopiero jak się odezwał zauważyła, że przyniósł im główne danie. — Mówiłam… Niecierpliwy.
Dłoń trzymała tuż nad jego sercem, jakby tym gestem chciała mu przekazać coś więcej niż tylko „tak”, które z jej ust padło trzykrotnie. Odsunęła się, ale jedynie po to, aby spojrzeć na Cartera. Na mężczyznę, który miał zostać jej mężem. Brzmiało to tak samo absurdalnie, jak pierwszym razem.
Usuń— Kocham cię, Carter. — Szepnęła. Głos miała już zmęczony od emocji, których w niej była teraz cała masa i wylewały się z niej bez przerwy. — Kocham wszystko w tobie. Nie mogę się doczekać się tego życia z tobą i naszym synem albo naszą córką.
Czuła, jakby jej miejsce było właśnie przy nim i nie chciała tego pod żadnym pozorem zmieniać. Przymknęła oczy, próbując wchłonąć to wszystko co się wokół nich teraz działo. Poskładać sobie w głowie wszystko to, co się wydarzyło.
— Jest przepiękny. — Wciąż mówiła szeptem, który zdradzał, że była już blisko tej granicy, aby się tu naprawdę rozpłakać. Nie próbowała nawet z jego kolan wstawać. Było całkiem możliwe, że nie wstanie z nich wcale i przesiedzi tu resztę kolacji, a jeśli jednak wrócą do jedzenia to będą musieli sobie poradzić. Sophia się stąd nie ruszała.
Roześmiała się na jego kolejne słowa.
— Nie potrzebujesz do tego małżeństwa, ale dobrze. Dostosuję się do wszystkich zaleceń swojego narzeczonego. — Odparła. Ciągle trochę rozbawiona i zachwycona tym, jak ich życie się właśnie układało. — Już taka jestem, Carter. Jestem z tobą szczęśliwa i bezpieczna. Ale mógłbyś mnie trochę bardziej rozpieszczać… — Mruknęła żartobliwie. Miała wszystko, a gdyby poprosiła to podarowałby jej nawet gwiazdkę z nieba. Nie miała co do tego wątpliwości. Żadnych.
— Sophia Crawford… — Powiedziała cicho, ale to nie brzmiało już jak marzenie, ale jako bliska przyszłość. — Podoba mi się, jak to brzmi. I odrobinę dziwnie.
Przyzwyczajona była do noszenia nazwiska mamy. Sophia Moreira-Crawford. To również brzmiało pięknie. Na upartego mogłaby nawet i być Sophia Carpenter-Moreira-Crawford, ale byłoby z tym już za dużo mieszkania. Zdecydowanie.
— Żadne z nas nie jest idealne, Carter. I nie potrzebuję, żebyś taki był. Wystarczy mi, że jesteś mój. Więcej nie potrzebuję.
Uśmiechnęła się i ułożyła głowę na jego ramieniu. Wyczuwała jego dłoń na swoim udzie, jednak już bez tej cichej prowokacji, choć ta i tak wisiała ciągle w powietrzu.
— Naprawdę chcesz się pobrać przed potworkiem? — Spytała. Chciała zrozumieć, jaką miał wizję. Co już zaplanował w głowie. Czego, dla odmiany, to on chciał.
soph
Sophia również się uśmiechała. Przez cały czas była uśmiechnięta i nie potrafiła przestać, a nawet nie chciała przestawać. Jak miałaby, skoro była szczęśliwa? I to nie był ten udawany rodzaj szczęśliwa, ale prawdziwy. Taki, który pochodził z głębi, której nie dało się ukrywać. Brunetka odetchnęła trochę głębiej, jakby w końcu te emocje powoli w niej przygasały, a raczej zaczynały znajdować swoje miejsce w jej głowie.
OdpowiedzUsuń— Carter, przestań! — Zaśmiała się i schowała twarz w jego szyi, jakby nie chciała, aby ktokolwiek dostrzegł, że jego entuzjazm zaczyna ją odrobinę peszyć. — Kiedy ty właściwie byłeś ostatni raz w kościele, aby sprowadzać księdza, co?
Pokręciła głową. Chyba wciąż nie wierzyła, że to naprawdę się między nimi wydarzyło. Może należało się tego spodziewać, ale po tym, jak odeszła przed świętami i po tym niespodziewanym powrocie, Sophia wcale nie spodziewała się, że Carter wciąż będzie chciał, aby została jego żoną. Może w przyszłości, ale nie tak szybkiej. Przecież ledwo co zgodzili się, aby dać sobie nawzajem drugą szansę. Kiedy wróciła, ale tak naprawdę i bez udawania już, że wraca, myślała, że minie wiele czasu zanim zacznie z nim temat zaręczyn. Nie chciała się mężczyźnie narzucać, a jednocześnie to był dla nich delikatny temat. Taki, którego nie chciała z nim poruszać od razu. Zamierzała to zrobić, ale dopiero, kiedy będzie między nimi stabilniej, a Carter… Carter jak zawsze był kilka kroków przed nią.
Patrzyła na niego z lekkim niedowierzeniem, kiedy mówił to wszystko. Brzmiał przy tym tak poważnie, że gdyby go nie znała to mogłaby wziąć to wszystko na poważnie i przerazić się, że jej ślub będzie miał tort w kształcie ust, który pokroi ksiądz.
— Masz bogatą wyobraźnię, zdajesz sobie z tego sprawę? — Przewróciła oczami. — Żadnego tortu w kształcie ust, Carter. Rozumiemy się? Belgijska czekolada zostaje, ale kształt? Odpada. Nie ważne, jak bardzo możesz je uwielbiać. — Brakowało, aby jeszcze pogroziła mu palcem. To się naprawdę miało wydarzyć. Może bez tego tortu, ale planowali naprawdę to zrobić. I nie było już żadnych wymówek. Sophia ich nawet nie chciała szukać. Chciała… Chciała za niego wyjść. Nosić jego nazwisko. Być jego żoną.
Ułożyła dłoń na jego policzku. Spoglądała na niego kompletnie rozbrojona. Jego zachowaniem i słowami, tym, jak potrafił w ułamku sekundy ją rozbawić. A chociaż żartował, chyba, to Sophia czuła, jak on bardzo tego wszystkiego chce. Jak bardzo mu zależy. Nie rozumiała skąd ten pospiech, ale prawdę mówiąc, ona również nie chciała czekać. Mimo, że zupełnie inaczej wyobrażała sobie własny ślub. Chyba jak większość dziewczynek nosiła w sercu wyobrażenia tego dnia. Gotowa jednak była na zmiany, aby oboje byli zadowoleni i żadne nie czuło się poszkodowane.
— Kochanie, dziesięć minut po deserze będziemy w drodze powrotnej do willi i nie jestem pewna, czy sukienka się na mnie utrzyma przed zamknięciem drzwi. — Odezwała się miękko i nachyliła, aby musnąć kącik jest ust. — Ślub musi poczekać. Przynajmniej dzisiaj. Na noc mamy zupełnie inne plany i nie uwzględniają one innych ludzi, ale może… może jeszcze kilka „tak” usłyszysz. — Wymruczała przyciszonym głosem, jakby się bała, że ludzie siedzący dalej cokolwiek będą mogli usłyszeć z ich rozmowy. Wystarczyło, że lada moment cała restauracja będzie wiedziała, że jakaś para się właśnie zaręczyła. Nie musieli z kolei wiedzieć, że zrobili to po raz drugi.
Spoważniała na moment, kiedy zaczął mówić o tym, czego chce. I widziała, a także słyszała, że żadna siła go od tego pomysłu nie odwiedzie, a ona wcale tą siłą być nie zamierzała. Nie przerażała jej wizja małżeństwa. Czuła się na nie dziwnie gotowa, choć jeszcze kilka tygodni temu nie myślała o sobie w roli żony. Pasowało jej bycie dziewczyną. Ale bycie żoną? To pasowało jej jeszcze bardziej.
— W porządku. Możemy to zrobić. — Zgodziła się. To nie oznaczało dzień po powrocie. Potrzebowali i tak czasu, aby wszystko przemyśleć i zastanowić się, jak ten dzień ma wyglądać. — Pobierzemy się przed potworkiem. I zanim… życie będzie miało swoje humorki. Tylko my i tak, jak będziemy tego chcieli.
Nie było co do tego już żadnych wątpliwości. Wezmą ten ślub, a potem… Potem przyjdzie czas na wszystko inne. Jeszcze nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ale wiedziała, że kiedy tylko zacznie to ciężko będzie przestać.
UsuńRzadko widziała go w takim wydaniu. Przeszczęśliwego, chichoczącego niczym dziecko, beztroskiego. I to bez dwóch zdań była najpiękniejsza wersja Cartera jaką przyszło jej oglądać.
— Poradzimy sobie jakoś z tą kolacją. — Zaśmiała się. Chyba już żadne nie było nią zainteresowane, ale aż żal byłoby jej nie skończyć. — Zamierzam cię rozpraszać tym pierścionkiem przez resztę życia. Przyzwyczajaj się do tego lepiej.
W planach już nie było zdejmowania go po raz drugi. Co najwyżej do czyszczenia lub w innych okolicznościach, które by tego wymagały, ale tylko na chwilę i raz dwa wróci z powrotem na swoje miejsce.
— Och, widzisz, a przez moment myślałam, że jednak wstrzymamy się do nocy poślubnej. — Westchnęła ciężko, prawie się śmiejąc, bo dobrze wiedzieli, że to będzie niemożliwe. — Powinniśmy chyba się w takim razie skupić na jedzeniu, nie sądzisz?
Znów musnęła kącik jego ust. Delikatnie, bez potrzeby na więcej. Przynajmniej jeszcze więcej nie potrzebowała, ale na ten moment w zupełności wystarczyły jej słodkie pocałunki i jego dłoń gładząca jej plecy.
— Obawiam się, że nie zapomnę, że właśnie zostałam narzeczoną najprzystojniejszego mężczyzny na tym świecie. — Powtórzyła po nim jego słowa, zmieniając je tylko odrobinę. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy, delikatnie się przytulając.
Na krótką chwilę zapadła między nimi cisza. Jakby każde pogrążyło się we własnych myślach, które pewnie teraz nie były najłatwiejsze do ujarzmienia. Sophia nawet nie potrafiła opisać tego, jak szczęśliwa w tej chwili była. Powoli, ale w końcu, wszystko zaczynało się układać. Zdawała sobie sprawę, że przed nim była jeszcze długa droga, ale chcieli nią iść razem i to się liczyło. Ona i on. Tylko we dwójkę i niczego więcej już nie potrzebowali.
— Mogę mieć małą prośbę? — Spytała. Nie pomyślała o tym teraz. Tylko już jakiś czas temu, zanim się to wszystko posypało. — Zanim to zrobimy, moglibyśmy… Chciałabym pojechać do mamy. Opowiedzieć jej o tobie, jak niesamowicie szczęśliwa z tobą jestem. I o potworku.
Chciała też Cartera do tej części swojego życia wpuścić głębiej. Dotykał, póki co, ale tylko powierzchni, a jej zależało na tym, aby nie było między nimi żadnych historii, których sobie nie opowiedzieli. I to było dla niej ważne. Pojechanie tam, opowiedzenie wszystkiego na głos, przyniesienie świeżych kwiatów i obecność. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie musiała lecieć aż do Brazylii, ale w jej życiu właśnie działy się dwie ogromne zmiany i Sophia pragnęła się podzielić tym z osobą, która kiedyś była jej najbliższa.
soph
Życie Sophii nabierało coraz większych zmian, na które może nie czuła się gotowa w stu procentach, ale na które czekała z zapartym tchem. Bahamy były jak spełnienie marzeń, o których nie odważyłaby się śnić po tym, jak potraktowała Cartera przed świętami. Tymczasem od paru tygodni na jej dłoni lśnił pierścionek zaręczynowy, który oznajmiał każdemu kto spojrzał, że brunetka właśnie została szczęśliwą narzeczoną. I że równie szczęśliwą była mamą. Potworek rósł, a wraz z nim rosła Sophia. Wszelkie jeansy poszły dawno w odstawkę, a jeśli jakimś cudem się zmieściła to nie było szans, aby się zapięła i mogła swobodnie oddychać. Przerzuciła się w pełni na sukienki i spódniczki z gumką. Pod luźnymi ubraniami, a zwłaszcza, kiedy wkładała swetry i zakrywała się płaszczem bądź kurtką nikt nawet by nie zorientował się, że brunetka jest w ciąży. Dopiero po zdjęciu większych warstw pojawiał się ciążowy brzuszek rosnący z dnia na dzień. I wciąż, kiedy przeglądała się w lustrze niedowierzała, że to była prawda. Ciągle miała wrażenie, że w końcu się obudzi i to wszystko to będzie jakiś długi sen. —
OdpowiedzUsuńSophia nawet się nie zawahała, kiedy Carter jej oznajmił, że lecą do São Paulo. Spakowana była na ten wyjazd od chwili, jak wrócili do Nowego Jorku. Wiedziała, że ten moment nadejdzie, ale nie wiedziała, kiedy wydarzy się dokładnie. Pochłonięta była przez przygotowania do tego małego, ale w pełni ich ślub. Najpierw czekała ją rozmowa z przyjaciółkami, ale nie chciała już tego dłużej przed nimi ukrywać. Chciała się podzielić tym szczęściem ze wszystkimi i to właśnie zrobiła. Zaprosiła je któregoś razu do penthouse na babski wieczór. Nie wyganiała z domu Cartera, ale była pewna, że w którymś momencie się ulotnił niezauważony. Pierwsza reakcja z jaką się spotkała to był szok i milczenie, ale nie było ono oceniające, a po prostu wszystkie były w szoku i przez moment nie wiedziały co powiedzieć. Dopiero, jak Sophia wyciągnęła zdjęcia z USG i pierwsze maleńkie śpioszki, jakie kupili z Carterem zrobiło się w salonie głośno. Nie było żadnego umoralniania. Żadnych tekstów, że popełniła błąd i czemu do tego dopuściła. Cieszyły się, a jej spadł kamień z serca. Rozmawiała też z tatą, bo nie potrafiłaby tego zrobić, gdyby i jemu nie powiedziała. Podchodził do tematu ostrożnie, nieufanie wręcz. Z jednej strony mu się nie dziwiła, bo chwilę przed świętami wróciła do domu z opuchniętymi oczami i słowami, że rozstała się z Carterem, a przy okazji jest w ciąży, a parę tygodni później znów z nim była i planowali się pobrać. Nie za rok, nie po tym, jak urodzi się dziecko – teraz. To nie były łatwe zmiany, ale Sophia potrzebowała, aby Oscar jej zaufał. Spróbował zaufać, że Sophia wie co robi i nie robi tego w pospiechu. Nawet, jeśli to wyglądało, jakby się spieszyli. Żadne z nich nie chciało czekać.
São Paulo pachniało inaczej niż Nowy Jork. Nie było tak spięte, choć miało swoje wady, ale które miejsce ich nie miało? Powietrze pachniało świeżym mango. Unosiły się dźwięki muzyki, która wygrywana była na ulicach. To miejsce nie było dla niej kolejnymi wakacjami ani ucieczką. Było domem. Rzadko odwiedzanym, ale jednak domem, który kochała i w którym nie była od dawna. Sophia tutaj zachowywała się inaczej. Nie było napięcia w jej ramionach. Była tylko ona i przestrzeń, w której czuła się komfortowo.
Nie denerwowała się tym wyjściem. Wręcz przeciwnie. Nie mogła się doczekać, aż Carter pozna jej dziadków, aż zobaczy ułamek miejsca, w którym spędziła tak wiele lat. Przestrzeń, w której Sophia biegała jako mała dziewczynka. Miejsca, gdzie Sophia i mama były szczęśliwe, gdzie wszyscy we trójkę byli szczęśliwi. Chciała się z nim podzielić tą częścią życia, której nie mogła mu opowiedzieć. Ona musiała mu ją pokazać. I od paru dni to robiła. Zabierała w miejsca, które były dla niej ważne i miały sentymentalną wartość. Zabrała go przede wszystkim do mamy, choć to był emocjonalny dzień i jeszcze przed wyjściem się rozpłakała. W trakcie również nie było łatwo, ale zrobienie tego dla niej było ważne. Nawet, jeśli emocjonalnie ją wykańczało.
Nie wybrała przesadnego stroju. Jechali tylko do jej dziadków, a tam Sophia nigdy nie czuła potrzeby, aby się wystroić. Miała na sobie zwiewną zielonkawą sukienkę z motywem w kwiatki, która opinała ją trochę mocniej, bo nie była kupowana z myślą o ciąży, a materiał nie był aż tak rozciągliwy. Ale tego tym bardziej nie ukrywać nie zamierzała. Włosy zebrała spinką. Było upalnie, a kiedy miała je rozpuszczone robiło się jej gorąco. Aż zbyt gorąco i chociaż w ten sposób próbowała sobie trochę ulżyć. Pomijając, że odkąd tu się znaleźli przeszła przez pięć mgiełek ochładzających.
UsuńUśmiechnęła się lekko, kiedy go zobaczyła i zeszła po schodach.
— Przesadzasz. — Przewróciła oczami. Trzymała dłoń na balustradzie, bo od niedawna ufała sobie mniej w szpilkach. Wciąż zaskoczona, że jeszcze w nich daje radę chodzić, ale właśnie zaczynała czuć się lepiej. Mdłości zniknęły, wróciła do picia kawy – słabszej niż zwykle, ale jednak i chciała korzystać z tego, że w końcu nie jest obolała, a energia jej wraca. — Będzie świetnie. Pokochają cię. — Zapewniła, a kiedy podeszła ułożyła dłonie na jego torsie.
— Wyglądasz świetnie. — Pochwaliła i musnęła jego policzek. Prezentował się idealnie. — W końcu zjesz porządną feijoadę. Moja nie wychodzi nawet w połowie tak genialna jak babci. Nie masz się czym martwić. Umierają, aby cię poznać osobiście, a nie tylko ze zdjęć i naszych rozmów.
soph
— Znam cię już trochę, kochanie. Zapomniałeś? Wiem, jak wyglądasz, kiedy zaczynasz się denerwować. — Odparła. Sophia jego zachowaniem była rozczulona. Podobało się jej to, jak rozkosznie uroczy był w tym swoim zdenerwowaniu, które próbował zamaskować żartami. Sophia wiedziała już, kiedy żarty wyciąga po to, aby przykryć to co czuje tak naprawdę w środku. — Nie masz się czym martwić. Dobrze? To nie Nowy Jork, żadnego marmuru i wymagań sięgających nieba.
OdpowiedzUsuńZapewniała go o tym już wiele razy. Świat, w którym się wychowała w Stanach był inny od tego, który znała stąd. Sao Paulo było głośne i kolorowe, zawsze otaczał ją tu zapach gotowanych posiłków. Nawet, jeśli to było tylko w jej głowie. Widać było po niej to, jak odmieniona tutaj była. Mimo, że od tygodni nie miała na głowie zbyt wielu zmartwień, to kiedy stanęła na płycie lotniska poczuła się naprawdę po raz pierwszy… Spokojnie. Jakby potrzebowała aż poczuć brazylijskie powietrze, żeby wiedzieć, że wszystko się poukłada i będzie dokładnie tak, jak sobie wymarzyła.
— Myślisz, że miałabym coś przeciwko, abyśmy się tu przenieśli? — Zaśmiała się. Nigdy o tym nie myślała na poważnie. I może nie potrafiłaby opuścić Nowego Jorku na stałe, ale zdecydowanie mogli pomyśleć nad tym, aby wracać tutaj częściej. Może znaleźliby dla siebie tu miejsce. I prawda była też taka, że Sophia chciałaby, aby tu wracali. Chciałaby podarować ich dziecku kawałek siebie. Zaszczepić w nim tę samą miłość do Brazylii, którą miała ona. I mogli to zrobić. Mogli tu spędzać wakacje albo święta lub przyjeżdżać bez powodu. Nie potrzebowali przylatywać tu z konkretnym powodem. Wystarczyły same chęci. — Polubią cię. Przestań wymyślać wymówki, aby mnie zaciągnąć do łóżka. — Przewróciła oczami, a potem chwyciła jego dłoń. Pewnie i świadomie pociągnęła go do wyjścia. Nie denerwowała się tak, jak przed przedstawieniem go tacie. Teraz panowała pełna lekkość.
Sophia przez drogę do domu dziadków wyglądała przez okno. Wchłaniała znajome widoki. Miejsca, które kiedyś odwiedzała codziennie. Znajome ścieżki i budynki, odgłosy, których nie dało się podrobić. Wszystko tu było… Żywsze.
Dom, który zajmowali jej dziadkowie nie był ogromny. Nie wyglądał też, jak wyjęty z katalogu, jak penthouse na Manhattanie, w którym nie można było kichnąć. Kiedy tylko się zatrzymali Sophia miała ochotę od razu wyskoczyć z auta, ale powstrzymała się. Zamiast tego zerknęła na Cartera i uśmiechnęła się czule, a jej dłoń powędrowała do jego policzka.
— Wszystko będzie w porządku.
Tym razem to nie były puste obietnice. Sophia w to wierzyła, a przede wszystkim znała swoich dziadków. Wiedziała, że Cecilia i Antonio będą zadowoleni. Byli przeszczęśliwi, kiedy im oznajmiła, że tu przylecą. Słuchali o jej nowym życiu z zapartym tchem. Może raz czy dwa zapytali się, czy na pewno jest pewna, ale kiedy ich zapewniła, że owszem – nigdy nie była niczego bardziej świadoma to cieszyli się tymi zmianami razem z nią.
Oczy brunetki wesoło rozbłysły, kiedy odezwał się po portugalsku.
— Poprowadzę. — Odparła i jeszcze się nachyliła, aby lekko musnąć jego usta. — Wystarczy, że będziesz sobą, Carter. Nie szukają perfekcji.
Sophia zabrała jeszcze dwie torebki z prezentami, które przygotowała dla dziadków. Dawno jej tutaj nie było, a chciała, aby mieli coś od niej. Zawsze im coś przywoziła, a tym razem nie mogło być inaczej. Dom już z zewnątrz wyglądał rodzinnie. Przed domem stała duża drewniana huśtawka, która wyłożona była miękkimi poduszkami, na których w cieniu spał szary kot w pręgi. Uniósł tylko głowę, kiedy przeszli przez bramkę, a potem zwinął się w kłębek i poszedł spać dalej. W powietrzu unosił się kwiatowy zapach. Wszystko było… Tak bliskie, a Sophia widziała tu siebie. Sprzed lat. Biegającą za motylkami, rysującą na kocu. Każda część tego miejsca była wypełniona wspomnieniami z dzieciństwa. Mimo, że to nie było tak dawno temu to miała wrażenie, że wydarzyło się to wszystko w zupełnie innym życiu.
Nie zdążyła zapukać, a drzwi się otworzyły. W nich stała starsza kobieta z szerokim uśmiechem. Była mniej więcej tego samego wzrostu co Sophia. Mimo wieku biła od niej energia. Nawet nie wydusiła z siebie słowa tylko wciągnęła Sophię do uścisku. Było jej trochę ciężko go odwzajemnić, kiedy w jednej dłoni trzymała prezenty, ale poradziła sobie.
Usuń— Jak ty wyrosłaś. Och, wyglądasz coraz bardziej jak mama. — Mówiła szybko i ze wzruszeniem, wciąż nie puszczając jej ze swoich objęć. W tle pojawił się dziadek. Wysoki mężczyzna, mocno opalony z wyraźnymi liniami na czole.
Kiedy Cecilia puściła w końcu Sophię jej uwaga skierowała się na Cartera. Przez moment miała minę, jakby sprawdzała, czy w ogóle wpuści do domu tego wysokiego i obcego sobie mężczyznę. Przyglądał się im z odległości. Ręce splecione miał za plecami, ale jego wzrok nie był oceniający. Raczej ciekawy.
— Ty musisz być Carter. — Mówiła prostym angielskim, choć znała ten język to czuć było, że jest on dla niej obcy. Sophia zapewniała, że w razie czego będzie robiła za tłumacza, choć to nie powinno być im raczej potrzebne, ale różnie mogło się zadziać. — No, podejdź tutaj. Chcę cię lepiej zobaczyć.
Cecilia nie czekała na zaproszenie. Sięgnęła od razu do Cartera. Poprawiając koszulkę, choć ta była idealnie ułożona. Dotknęła jego policzka, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy. Nie miała w sobie żadnych barier ani chłodu, który Carter zaznał, kiedy byli u jej taty. Była za to podarowana od progu bliskość i ciepło.
— No chodźcie, chodźcie. Wszystko jest gotowe i gorące. Lemoniada świeża. Musisz się napić. Musisz teraz dużo pić, Sophia. — Babcia przełączyła się na portugalski. Głos miała taki, jaj Sophia zapamiętała. Trochę za głośny, wiecznie przejęty. Kobieta weszła do środka niemal ciągnąć ich dwójkę za sobą.
Dopiero w środku Sophia przywitała się z dziadkiem. Podobnie, jak z babcią. Uścisk, krótki pocałunek w policzek i wtedy uwaga Antonio skierowała się na Cartera nieco uważniej. Wyciągnął do niego dłoń, a uścisk był mocny i pewny, a na twarzy miał uśmiech. Trochę ostrożny, jednak nie uprzedzony.
Sophia znalazła wzrokiem Cartera, bo choć oddzielona była od niego babcią i dziadkiem to chciała, aby wiedział, że jest przy nim tak samo obecna. I nie chciała, aby go cokolwiek przytłoczyło. Choć po tym przywitaniu była pewna, że nic się złego raczej wydarzyć nie powinno.
soph
W domu pachniało… Domem. Sophia nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale to był zapach, który kojarzył się od razu z rodzinnym ciepłem. Nie takim, które jest wymuszone czy na pokaz. Takim prawdziwym, którego pragnie się więcej i chce się doświadczać codziennie. Nie było to przytłaczające ani ciężkie. Może z początku, jeśli nie było się do takich rzeczy przyzwyczajonym, a Sophia zdążyła się odzwyczaić od ciepła. Ostatni raz była tutaj ponad rok temu, kiedy jej życie się zawaliło i potrzebowała ucieczki, a teraz była tutaj, bo wszystko układało się dokładnie tak, jak powinno i chciała się tym szczęściem nacieszyć z najbliższymi. Z dziadkami, którzy byli dla niej najważniejsi. I pokazać Carterowi więcej siebie. Mogła dużo mówić, opowiadać i pokazywać mu zdjęcia, ale słuchanie o tym, a doświadczenie to było zupełnie co innego. I teraz Carter miał okazję to wszystko poczuć. Wyraźniej zobaczyć, co przez cały ten czas miała na myśli brunetka.
OdpowiedzUsuń— Mów mi Cecila, żadna pani. To mój mąż, Antonio. — Poprawiła natychmiast Cartera. I w tym momencie było jasne, że w tym domu nie panują żadne twarde zasady, a na pewno nie ma miejsca na bycie panią i panem. — Piękne są. Wstawię je do wody. Wejdźcie no.
Poganiała ich delikatnie, wprowadzając w głąb domu. To nie była ogromna przestrzeń, a każdy kąt czymś był zapełniony. Dywany nie pasowały do zasłon. Kanapa okryta była narzutą w kolorowe wzory, bo popsuje się, jeśli niczym się jej nie zakryje. Na ścianach było pełno różnych obrazów, ale także zdjęć. Gdzieś nad drzwiami wisiał krzyż. Sophia zsunęła z nóg szpilki, bo nie było sensu w nich chodzić po domu, a i tak pewnie usłyszałaby, że porysuje nimi drewniane podłogi.
Zerknęła na Cartera i uśmiechnęła się delikatnie. Wciąż widziała, że jest delikatnie napięty, więc podeszła do niego i bez słowa wsunęła swoją dłoń w jego.
— Masz ochotę na tę lemoniadę? — Zabrzmiało to jak pytanie, ale to była raczej propozycja. Domyśliła się, że obiad podany będzie na zewnątrz. Było zbyt miło, aby siedzieć w środku, a dziadkowie mieli przepiękny taras z widokiem na ogród pełen kwiatów i krzewów. Zadaszony, więc nie będą siedzieć w pełnym słońcu. — Mi się przyda. Najlepiej z lodem. Strasznie parno.
Westchnęła i nie czekała na jego reakcję ani odpowiedź, tylko poprowadziła dalej. Zatrzymała się jednak, kiedy przechodzili przez salon. Na komodzie stały ramki ze zdjęciami. Była ich cała masa. Od początku do końca pokazywały historię. Ślub dziadków, pierwsze zdjęcia z dziećmi. Mała gromadka. Potem zdjęcia się zmieniały, a trójka dzieci zmieniała się w małych dorosłych. Było parę zdjęć z Sophią i jej kuzynami, jako dzieci. Ona sama z mamą. Komoda w zasadzie wypełniona była dziesiątkami ramek. Nie były one idealnie ułożone. Trochę zbyt ciasno stały obok siebie, ale to tylko pokazywało, że im zależało, aby mieć kawałek każdego swojego dziecka na wierzchu i wnuków, bo tych też było paręnaście i gdyby stali tak dalej to na każdym meblu znalazłoby się jakieś zdjęcie, a w albumach dziesięć razy tyle.
Zwróciła się lekko w stronę Cartera. Korzystając z tego, że na moment byli sami. Z kuchni dobiegały odgłosy gotowania, ktoś przestawiał talerze, zaglądał w parujące garnki. Było… Było jak w domu. Prawdziwe.
— Dziękuję. — Powiedziała cicho i delikatnie go objęła. — Widzisz? Mówiłam ci, że cię polubią. I jestem pewna, że dziadek właśnie rozlewa cachacę i będziesz jego ofiarą. Albo coś co dostał od kuzyna znajomego o nikt nie wie, ile to właściwie ma procentów, ale działa. — Zaśmiała się.
Zależało jej, aby dziś wszystko się ułożyło dobrze i każdy znak wskazywał na to, że tak właśnie będzie. Tylko oni, jej dziadkowie i poznanie się, zanim Sophia i Carter powiedzą sobie to jedne najważniejsze „tak” w całym ich życiu.
soph
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie musi mu za nic dziękować. Chciała to jednak zrobić, a przede wszystkim w ten sposób pokazywała swoją wdzięczność. Zniósł to, jaka jej rodzina jest. Może nie wybrała sobie Gwen na macochę, ale jej zachowanie spokojnie mogłoby odstraszyć każdego, a już zwłaszcza po tym co usłyszeli podczas tamtej nieszczęsnej kolacji i cokolwiek mówiła mu na przyjęciu wystarczyło, aby się wtedy pokłócili. Sophia nie byłaby zaskoczona, gdyby Carter spodziewał się, że tutaj również będzie na niego czekało okrucieństwo, ocenianie z góry i przypominanie, że nie pasuje do tej rodziny. Mimo, iż wiedziała, że nigdy dziadkowie by go tak nie potraktowali. Nie mieli za sobą takiej historii, jak jej ojciec. Nie było wiekowych biznesów, które przetrwały do dziś. Ogromnych pieniędzy. Była zwyczajność. Sophia zawsze była pomiędzy dwoma światami. Tym luksusowym, który mógł kupić wszystko i z czego korzystała, a tym spokojniejszym, gdzie liczyły się drobne rzeczy. Może dlatego nie była tak całkiem rozpuszczona i nie patrzyła tylko na czubek własnego nosa, bo wiedziała, jak smakują dwa skrajne życia i że… W obu odnajdowała się bez problemu. Nawet, jeśli te pierwsze było wygodniejsze, to ona były dla niej równie istotne. Tutaj miała coś czego żadne pieniądze nie mogłyby kupić. Miała rodzinę, która nie oceniała tego skąd pochodził jej narzeczony. Nie patrzyli na niego, jakby miał w sobie coś skażonego. Patrzyli już od otwarcia drzwi, jak na nowego członka rodziny. Którym miał się stać. W niedzielę. Tuż za chwilę. Wciąż w to nie wierzyła, że w niedzielę naprawdę miała zostać żoną. I to nie byle kogo, ale Cartera i nie mogła się tego już doczekać.
OdpowiedzUsuńObiad upłynął w przyjemnej atmosferze. Bez zbędnych i krępujących pytań, choć oczywiście byli go ciekawi. Babcia podziwiała pierścionek, zachwycała się nim wręcz. Podobnie i dziadek, który kiwał w zrozumieniu głową Z czymś co w zasadzie przypominało nawet dumę. Sophia dużo się śmiała. Znacznie więcej niż w ostatnich miesiącach. Tak lekko i swobodnie, jakby nigdy nic złego się nie wydarzyło. I to było odświeżające. Po wszystkim co się działo nic bardziej nie koiło jej duszy, jak siedzenie na tarasie u dziadków z lemoniadą, która nigdy się nie kończyła i z mruczącym kotem na kolanach, który najpierw kręcił się obok Cartera. W międzyczasie Sophia mu podsunęła tabletki na alergię, gdyby jednak ich potrzebował, a potem zabrała kota do siebie, który cały obiad przespał na jej kolanach, a potem zniknął między krzakami i najpewniej szukał cienia, a także odrobiny chłodu. I Sophia ani trochę mu się nie dziwiła, bo gdyby mogła to sama położyłaby się na chłodnej ziemi pod krzakiem.
Nie protestowała, kiedy babcia porwała ją do kuchni. To miał być ich czas na pogadanki. Carter został z Antonio, a teraz... Sophia wcale nie miała obaw, że coś się wydarzy. Była przekonana, że będzie dokładnie tak, jak być powinno.
Robiły kolejną porcję lemoniady. Trochę się śmiejąc i rozmawiając. Było tak przyjemnie, że Sophia nie chciała z tego już nigdy więcej rezygnować.
— Twoja mama byłaby z ciebie bardzo dumna, wiesz o tym? — Powiedziała kobieta, kiedy z boku przyglądała się Sophii. Jaskrawa sukienka opinała ją trochę bardziej po obiedzie, a brzuch był wyraźniejszy niż wcześniej.
Sophia odetchnęła głębiej, bo temat był… Zawsze dla niej trudny, ale dzisiaj bolał trochę mocniej niż zwykle. Może pomogło jej to, że już z mamą rozmawiała. Jakkolwiek to brzmiało, ale było jej trochę łatwiej, kiedy wyrzuciła z siebie wszystko.
— Mam taką nadzieję. — Westchnęła w odpowiedzi i lekko się uśmiechnęła. — Chciałabym, żeby tutaj była i zobaczyła to wszystko. Poznała Cartera i była z nami w niedzielę.
Babcia przysunęła się do niej trochę bliżej, kładąc swoją dłoń na jej, a potem uśmiechnęła delikatnie.
— Będzie zawsze z tobą. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby maczała palce w tym, abyś się z nim poznała. — Dodała ciszej, niemal konspiracyjnym tonem, ale z uważnością, aby nikt ich nie podsłuchał.
Sophia roześmiała się po tym wesoło. Jakoś nie potrafiła wierzyć w to wszystko, w co wierzyła jej babcia, ale nie wykłócała się. Z babcią nigdy nie było sensu się kłócić, a już zwłaszcza o takie tematy.
Usuń— Wiem, że będzie. — Przytaknęła. Nie zdejmowała jej obrączki od wielu lat i nie zamierzała przestać jej nosić. — Brakuje mi jej. Zwłaszcza teraz.
— Rozumiem, kochanie. — Odparła. Jak ktoś miał ją zrozumieć to tylko i wyłącznie osoba, która również ją straciła. Wszystkim jej brakowało, a szczególnie Sophii, która nie mogła zwrócić się do mamy o radę. Zapytać, czy to normalne, że w ciąży czuje się tak czy inaczej, czy powinna się tak czuć. Nie będzie z nią wybierała sukni na wesele. Nie pomoże w wyborze rzeczy dla dziecka. Sophia pogodziła się z tym już dawno, ale dziś… Dziś ta strata bolała o wiele bardziej. — Wciąż masz nas. I zawsze będziesz miała. Pamiętaj o tym, dobrze? Nie zapominaj. Oboje nas macie. Ty i Carter. Jeśli czegokolwiek będziecie potrzebować zawsze możecie tutaj przyjechać. Nawet, jeśli to tylko na filiżankę herbaty.
Sophia o tym pamiętała. Działo się czasem jednak tak wiele, że po prostu wylatywało jej z głowy. Latanie do Sao Paulo z Nowego Jorku też nie zawsze było proste. Wiedziała jednak, że teraz tego nie popsuje. I zrobi wszystko, aby widywali się częściej. Zwłaszcza, że oboje z dziadkiem zadawali dziesiątki pytań odnośnie do dziecka. Nie mogli się doczekać, a na Sophię i Cartera, a właściwie to na potworka czekał mały prezent od dziadków. Nie była to ogromna wyprawka, ale kilka słodkich śpioszków, to co przyda im się najbardziej w tych pierwszych tygodniach i doceniała to, a taki prezent sprawił, że jeszcze bardziej realne to wszystko się stawało.
— Jest coś za cicho. — Stwierdziła nagle Cecilia i oparła dłonie o biodra. — Piją. Jak nic twój dziadek w niego wlewa te paskudztwo.
Sophia parsknęła śmiechem.
— Ostrzegałam go! — Zaśmiała się i pokręciła głową. — Pójdę ich poszukać.
Była lepszą opcją niż babcia, którą zostawiła w kuchni. Zajrzała na taras, ale ten był pusty. Do domu nie mogli wejść, bo musieliby przejść przez kuchnię, więc Sophia ruszyła do znanej sobie dobrze budki, która niby miała być garażem, ale robiła raczej za miejsce spotkań towarzyskich dziadka. Słyszała przytłumione rozmowy, śmiech dziadka, a potem jakby… Klepnął Cartera po plecach? Wślizgnęła się do środka niemal niezauważona.
— Babcia miała rację. Pijecie. — Oparła się o framugę drzwi, a ręce skrzyżowała pod piersiami. — I to w dodatku po kryjomu.
soph
Sophia dobrze znała sztuczki swojego dziadka. To nie byłby pierwszy raz, kiedy ukrywał się z wysokoprocentowymi napojami. I to wcale nie było tak, że musiał się z nimi chować, bo inaczej byłaby awantura. Sophia, odkąd pamiętała to pomieszczenie, druga kuchnia – tak to nazywali czasami – robiło za miejsce, gdzie dziadek sobie odpoczywał. Leżały tu jego krzyżówki i książki. Miał swój mały warsztat, gdzie przykręcał śrubki do wszystkiego co możliwe, rozkręcał je i tak w kółko, a czasem spraszał kolegów i siedzieli tu tak w kupie, aż do późnych godzin. Dziadek miał swoje miejsce, a babcia swoje w domu i wszyscy byli zadowoleni. Pamiętała, że dawniej ściągał tutaj też tatę. Jak to mówił na poważne męskie rozmowy, a teraz ściągnął tutaj Cartera i po tym, jak oboje byli zadowoleni Sophia domyślała się, że nie padły żadne ciężkie słowa. I dobrze, bo nie potrzebowali tego teraz wcale. Nie na chwilę przed ślubem. Teraz po prostu musiało być dobrze.
OdpowiedzUsuńPrzechyliła lekko głowę z westchnięciem, które miało udawać rozczarowanie, ale niezbyt jej to wyszło.
— Och, jesteśmy na etapie „to nie tak jak myślisz, kochanie”? — Zaśmiała się.
To była cudowna scena, a skoro dziadek zabrał go do swojego miejsca to oznaczało tylko tyle, że zaakceptował Cartera i nie wpuszczał go tylko w znajome sobie miejsca, ale przede wszystkim do rodziny. I tego najbardziej Sophia chciała. Aby był częścią jej rodziny. Wiedziała, że nie miał swojej. Nie mówiła o przyjaciołach, który znalazł po drodze, ale nie miał tego czego doświadczyła ona. Wcale nie mówiła tego z dumą ani nie myślała, że jest lepsza, bo ją… Cóż, kochano. Chciała, aby Carter nie tylko ją poślubił, ale jednocześnie wszedł do tej rodziny razem z nią. Aby wiedział, że dla niego tutaj również jest miejsce i o to właśnie cały czas próbowała walczyć. Najpierw z ojcem, ale to jeszcze się jej nie udało. I nie wiedziała, czy faktycznie się jej uda to zrobić, czy w końcu się poddadzą, bo przecież dopóki była Gwen to jej dom, miejsce, gdzie również się wychowała, nie stanie się domem dla Cartera. Tymczasem tutaj… Tutaj wystarczyło, że się pojawili. Carter dostał tutaj swoje miejsce. Sophia nie byłaby zaskoczona, gdyby przy kolejnej wizycie mieli dla niego już przygotowane kapcie do chodzenia po domu, bo przecież nie wypada, aby chodził boso. Sophia właściwie sandałków już nie zakładała. Chodziła boso po ciepłej trawie i chłodnych panelach w domu.
— Nawet nie zapytam, co pijecie. Czuję to aż tutaj. — Pokręciła głową. Czasem przeklinała ten swój nadwrażliwy węch. Jak na zawołanie lekko zmarszczyła nos, a zapach niezbyt jej leżał, ale nie na tyle, aby zmusić ją do szybkiej ewakuacji. — Babcia chciała przyjść, ale ją powstrzymałam. I ma zamiar podać açaí na tigela, więc jak chcecie się załapać na coś słodkiego, to radzę się pospieszyć i udawać, że nic się tu nie wydarzyło.
Wzniosła oczy, ale prawdę mówiąc była zachwycona tym, że znaleźli wspólny język. Carter nie trzymał się na dystans. Nie uciekał w siebie tak, jak miał zwyczaj robić. On naprawdę był obecny. Nie tylko dla niej, a choć robił to dla niej to odnosiła wrażenie, że wiele z tego sam również wyciągnie.
— Rodzinna tradycja. — Powtórzyła po nich, uważnie smakując te słowa, a potem parsknęła śmiechem. — Jeśli ta rodzinna tradycja skończy się prowadzeniem was do łóżek to nie chciałabym być w waszej skórze na następny dzień.
Tego w swoim bingo nie miała, gdyby jednak za często sięgali po kieliszek. I nawet nie potrafiłaby być zła. Cokolwiek pili musiało być paskudne. Było paskudne. Sophia kiedyś tego spróbowała z dziadkiem. Oczywiście po kryjomu, aby nie mówić babci. Wypluła wszystko i kaszlała, jakby ktoś wlał jej do gardła paliwo. Żaden sok tego smaku nie zabił, a ona żałowała podjętej decyzji. Dziadek się za to śmiał i mamrotał, że Theo, kuzyn Soph, lepiej to zniósł, ale przerwała mu ich matka, która przyłapała dziadka i wnuczka na gorącym uczynku, a potem podobno dostał zakaz wchodzenia do garażu na tydzień od babci.
Sophia lekko uniosła brew po pytaniu Cartera.
— Kochanie, kiedy ty mnie nie namawiałeś na szalone rzeczy? — Zapytała z wyraźnym rozbawieniem w głosie. Mogłaby wyliczać, ale chyba będzie lepiej, aby dziadek tego nie słyszał. — Ale to prawda, masz charakter.
UsuńSięgnęła po jego dłoń bez grama wahania. Przybliżyła się do narzeczonego i bez pospiechu znalazła się w jego objęciach. Sophia przylgnęła do ciała Cartera tak, jakby zawsze tam pasowała. Uśmiechnęła się lekko, kiedy musnął jej policzek, a po chwili przymknęła oczy. Powalając sobie, aby na moment w tej chwili byli tylko oni. Mimo dziadka, który siedział tuż obok.
— Dzieci? — Powtórzyła po dziadku. — Widzę, że oboje już się nastawiliście.
Wtuliła się w bok Cartera. Dziwiąc się, jak może to pić i się nie skrzywić.
— Dzieci. Nie może być tylko jednego. — Powiedział z powagą dziadek. — Im więcej tym lepiej.
— Najpierw to jedno. A potem… Potem zobaczymy. — Zarządziła. Pewnie, że by chciała. Spędziła życie jako jedynaczka, cóż prawie, ale Gen ciężko było liczyć, bo relacji siostrzanej nigdy między nimi nie było.
Antonio skinął głową, jak na zgodę.
— Zobaczę, co robi babcia. Żeby nie zrobiła mi awantury jak w 92. Przez dwa tygodnie domu nie miałem. Dwa tygodnie! — Machnął rękami w powietrzu i podniósł się z fotela. — Uważaj, synu, nie wkurzaj kobiety, która nosi nazwisko Moreira. Żadna tak nie denerwuje… Ale żadna inna tak mocno też nie pokocha.
Zostawił go z tą anegdotką, a kiedy wychodził mówił coś do siebie jeszcze pod nosem o żonie i o tym, że ma szczęście, że od dziesięciu lat o nic się nie pokłócili na poważnie, a z każdym jego krokiem słowa cichły.
Soph
Sophia nie uwierzyłaby, że tak właśnie może wyglądać jej życie. Gdy cofała się do tego co działo się rok temu… Rok temu była w gruzach. Wygrzebywała się powoli z tego, jak sama tak naprawdę doprowadziła do tego, że jej życie wcale nie było takie udane. Nie mogła winić innych, choć nie tylko ona ponosiła winę. Teraz to było bez znaczenia. Rok temu nie uwierzyłaby, że może szykować się do skromnego ślubu, tylko we dwójkę z najbliższymi i że za parę miesięcy urodzi małą mieszankę jej oraz Cartera. Nie uwierzyłaby, że Carter… Ten Carter będzie jej mężem. Byłoby to jeszcze o tyle zabawniejsze, gdyby Sophia była fanką, ale nią nie była. Cóż, dopóki nie zaczęli się spotykać nie była, bo teraz większej fanki od niej nie znajdzie. Nawet, gdyby takiej szukał ze świecą.
OdpowiedzUsuń— Trochę? — Mruknęła i uśmiechnęła się. Odchyliła się lekko, aby spojrzeć lepiej na mężczyznę. Już nie miał na sobie żadnej maski. Nie wahał się. Był… Po prostu sobą. Tą wyluzowaną wersją, która nie czeka na najgorsze, a która po prostu jest i cieszy się momentem. — Ale masz rację. Może tak minimalnie. Delikatnie cię lubi. — Zażartowała, a jej uśmiech był tylko szerszy. Dziadkowie nie tylko go polubili, ale wciągnęli do tej rodziny. Zrobili to bez wahania. Bez zadawania pytań. Po prostu zgodnie zrobili mu miejsce w tej rodzinie, jakby pasował tu od zawsze.
— Widzisz? Mówiłam ci. Czasami warto się posłuchać swojej przyszłej żony. — Wymruczała. Jeszcze chwila i nie będzie przyszłą żoną. Na samą myśl przechodziły ją ciarki, a Sophia nie mogła doczekać się reszty. Była pewna, że ten dzień będzie idealny. Żadnych zakłóceń. Żadnych mediów. Tylko oni i najbliżsi, którzy się dla nich liczyli. Nic więcej na ten moment nie potrzebowali. — Umówmy się, rok temu żadne z nas nie zwróciłoby na siebie uwagi. A już na pewno nie myślelibyśmy o ślubie.
Głównie z tego powodu, że Carter… był wtedy żonaty. Miał już żonę. Był z kimś, a Sophia przeżywała swoje dramaty. Spotkali się w dobrym czasie. Wcześniej to byłby zły moment. Nie musieli mówić głośno, aby o tym wiedzieli. Teraz poukładało się wszystko tak, jak powinno.
— Myślisz, że Gigi przesiedzi grzecznie przy przysiędze czy będzie skakała jak opętana? — Spytała z wyraźnym rozbawieniem. Nie mogliby tego zrobić bez niej. Oczywiście, że przyleciała z nimi i była gościem honorowym. Sophia znalazła jej nawet prześliczną obrożę z kokardką. Wszystko w bieli oczywiście.
— Kochanie, ty dostaniesz całą butelkę tego czegoś. Albo zgrzewkę. — Zapewniła. Wątpiła, że dziadek wypuści go stąd bez odpowiednich zapasów. — Może ci wystarczy na jakiś czas. — Przewróciła oczami i pokręciła znów głową, a potem jeszcze raz się w niego wtuliła. Powoli i tak, jakby nic innego już się nie liczyło.
— Zmiana nazwiska w niczym ci, kochanie, nie pomoże. Liczy się to co we krwi. — Odparła. Wciąż to brzmiało… nieprawdopodobnie. Sophia Crawford. Tak po prostu. Będzie jego żoną, z jego nazwiskiem i z jego dzieckiem pod sercem. Dostała więcej niż prosiła i szybciej niż się spodziewała.
Wsunęła dłoń pod materiał koszulki Cartera. Tak, aby poczuć ciepłą skórę na torsie, która nagrzana była od słońca i najpewniej również od tego trunku, który dalej czuła w powietrzu.
Słuchała go w skupieniu, a jej uśmiech cały czas był taki sam. Pogodny i spokojny.
— Mam już takie miejsce, Carter. Z tobą i tutaj… My mamy takie miejsce. — Poprawiła się. To nie należało już tylko do niej. Ale i do Cartera. Był częścią tej rodziny, a to znaczyło, że był tu równie mile widziany, co ona. — I zbudujemy takie w Nowym Jorku. Dla nas i potworka.
Była o tym przekonana. Zbudują dom dla tego dziecka i dla samych siebie. Robili to już od dawna, ale dopiero teraz tak naprawdę wzięli się za to na poważnie.
— Wiesz co, ja się wcale nie zdziwię, jeśli okaże się, że w ramach prezentu ślubnego kupiłeś tutaj dom.
To było aż nazbyt prawdopodobne. Sophia po nim mogła spodziewać się wszystkiego, a już na pewno tego, że wręczy jej klucze do domu w Sao Paulo, który będzie tylko dla nich i w którym stworzą masę wspomnień.
— Gorzej. Kończy się piciem z dziadkiem tego okrucieństwa, dopóki któryś z was nie odpadnie. I nikt z dziadkiem nie wygrał.
UsuńSophia powiedziała to z taką powagą, że równie dobrze to mogła być prawda. Roześmiała się zaraz jednak, a potem chwyciła mocniej jego dłoń.
— Chodź. To same dobre rzeczy i… Jadłeś to bez świadomości co to jest. Myślisz, że te wszystkie moje owocki rano to przypadek? — Uniosła brew i puściła mu oczko. Przemycała swoje rodzinne smaki do ich kuchni. Częściej niż mogło się zdawać, ale dopóki Carter nie narzekał to chyba mogła to robić dalej.
soph
W sobotnie popołudnie Sophia oficjalnie została porwana.
OdpowiedzUsuńSelena, Victoria i Maddie wyciągnęły ją z willi i nie zamierzały oddać aż do następnego dnia. Sophia zaczęła denerwować się w piątek, kiedy nad miastem wisiały ciemne, ciężkie i groźnie wyglądające chmury. Znała burze, które potrafiły tędy przejść i istniało ogromne prawdopodobieństwo, że jeśli nie przejdą to ich ślub, ten między wzgórzami w cieniu drzew może nie dojść do skutku. W razie takiej sytuacji mieli plan B. Sophia nie potrafiłaby tego zrobić bez planu B, ale cholernie liczyła, że plan A wypali. Nie chciała Carterowi mówić tak na Sali, a właśnie w miejscu, z którego będą mieli widok na piękno jej miasta, które zajmowało specjalne miejsce w sercu brunetki. Cały piątek przechodziła trochę naburmuszona. To była tylko, teoretycznie, intymna ceremonia z najbliższymi. Może nie powinna była przywiązywać aż takiej uwagi do tego, w jakim miejscu wypowie słowa przysięgi, prawda? A jednak się tym przejmowała. Chciała, aby wszystko poszło tak, jak należało. Nie spadła jednak ani kropla deszczu, a w sobotę, kiedy dziewczyny oficjalnie podebrały Carterowi Sophię, słońce w końcu wychyliło się zza chmur. Jakby nawet pogoda wiedziała, że ten weekend musi być idealny.
Oficjalnie Sophia swój wieczór panieński miała jeszcze w Nowym Jorku. Była tam również obecna Maxine, która miała dość swoich obowiązków i nie mogła się wyrwać z miasta, aby w ten konkretny weekend towarzyszyć Sophii. Brunetka obiecała jednak przyjaciółce, że gdy tylko znajdzie chwilę to złapią się na FaceTime. Nie oznaczało to jednak jeszcze, że nie mogła mieć drugiego tutaj. Zamiast głośnego klubu i imprezy wybrały się na kolację do jednej z tych restauracji, w których człowiek nie wie, który widelec jest do czego. Wystroiły się, spędziły dobrze czas – niektóre przy kieliszku wina, a Sophia z lemoniadą – i rozmawiały w zasadzie o wszystkim. Sophia nie spodziewała się, że w tym gronie kiedykolwiek znajdzie się Maddie. Stały się sobie dziwnie bliskie, choć między nimi wciąż panował pewien dystans, który wynikał z tego, że przez tyle lat nie potrafiły się dogadać. Naprawienie lat wzajemnej nienawiści nie było łatwe. Dziewczyny jakoś sobie jednak radziły. I to było najważniejsze. Nie potrafiłaby nie zaprosić też Imogen, jednak starsza siostra odmówiła. O dziwo, obyło się bez nieprzyjemnych komentarzy. Zgodnie doszły do wniosku, że każda z nich czułaby się niekomfortowo będąc tam. Z dziwnym spokojem ustaliły, że jeśli zmieni się coś do czasu, aż Sophia z Carterem zdecydują się na większe wesele to pojawi się na tym, a tego dnia oboje powinni mieć obok osoby, które naprawdę coś dla nich znaczą.
W niedzielny ranek było jej z kolei niedobrze. Nie przez ciążę. Z nerwów.
Dopiero wtedy, kiedy obudziła się koło dziewiątej dotarło do niej, że to naprawdę jest ten dzień. To już nie było, a może kiedyś. To się działo dziś. Żołądek miała ściśnięty. Ledwo wmusiła w siebie parę owoców, aby nie być głodną. Nie pomagała nawet melisa, którą zaparzyły jej na załagodzenie nerwów. Miało być zaledwie parę osób. Najbliższe. Tylko ci, na których im naprawdę zależało. A Sophia czuła się, jakby miała przejść przez wybieg na największym stadionie na świecie i każdy będzie oceniał każdy jej ruch.
Siedziała na fotelu z miną, która wskazywała, że prędzej stąd ucieknie niż pójdzie do ołtarza. Nie chodziło o to, że nie chciała wyjść za Cartera. Chciała tego. Naprawdę tego dziś chciała. Wsunąć mu na palec złotą obrączkę. Nosić jego nazwisko. Zostać jego żoną. Nie spodziewała się jednak, że wydarzyć się to może tak szybko. Prawdę mówiąc, kiedy wspomniał, że chce to zrobić zanim pojawi się potworek Sophia początkowo myślała, że może zdecydują się na maj albo kwiecień, a tymczasem niespełna pięć tygodni później oboje szykowali się do jednego z najważniejszych dni w swoich życiach.
— Oddychaj, Soph. — Poleciła Selena. Stała przed nią z paletką cieni w rękach i z miną, która miała w sobie coś z rozbawienia i jednocześnie rozczulenia. — Wdech… I wydech. Właśnie tak. Jeszcze raz.
Powtórzyła to ćwiczenie po raz kolejny. I znów zamknęła oczy, a chwilę później czuła miękkie włosie pędzelka na powiece. Selena starannie wykonała cały makijaż. Był idealny. Subtelnie podkreślał urodę brunetki, nie wyglądał jak nałożona maska. Dobrane cienie były neutralne. Powieka jedynie delikatnie się błyszczała.
Usuń— Jeśli Carter nie będzie płakał, jak cię zobaczy, to kopnę go w kostkę. — Rzuciła Maddie, co miało rozbawić Sophię i faktycznie brunetka się roześmiała. Bardziej prawdopodobne było, że Sophia rozpłacze się za nich oboje. Już miała na to ochotę, a co będzie, kiedy już do tego dojdzie? Kiedy naprawdę będzie przed nim stała.
Dopiero moment, w którym dziewczyny pomogły Sophii włożyć sukienkę sprawił, że dotarło to do niej jeszcze mocniej. Sophia czuła się w tej sukience zaskakująco lekko, jakby wcale nie była kostiumem na jeden dzień, a przedłużeniem jej samej. Delikatny gorset z koronki miękko układał się na jej drobnej sylwetce. Spódnica opadała swobodnie, poruszając się przy każdym jej kroku, odsłaniając rozcięcie na udzie – subtelne, bardziej intymne niż odważne. Materiał delikatnie odznaczał krągłość brzucha. Ciąża, choć wciąż wczesna to nie dało się jej ukryć pod takim materiałem i Sophia nie zamierzała tego ukrywać. Nie musiała już tego robić. Włosy opadały jej falami na plecy.
— Wyglądasz pięknie. — Selena stała za nią z dłońmi na jej ramionach. Obie spoglądały na Sophię w lustrzanym odbiciu. — I wyglądasz na szczęśliwą.
Sophia przez moment milczała. Podziwiała swoje odbicie. Miała do tego dziś prawo. Uśmiechnęła się, prawie nieśmiało do samej siebie, ale i do przyjaciółki za nią.
— Jestem szczęśliwa. W końcu jestem szczęśliwa.
Wypowiedzenie tych słów sprawiło, że z jej ramion zniknął cały ciężar, który od dawna w sobie nosiła. Dziś… To był idealny dzień. Przeszkodziło im ciche pukanie do drzwi. Victoria poszła sprawdzić kto to, aby przypadkiem Carterowi nie wpadło do głowy zobaczyć Sophii przed ceremonią. Za drzwiami stał za to ojciec brunetki. W eleganckim garniturze. Z miną, którą ciężko było odgadnąć. Nie musiał mówić nawet słowa. Dziewczyny ulotniły się z przestrzeni zostawiając ich samych. Sophia odwróciła się powoli w stronę taty. Zamknął za dziewczynami drzwi.
— Naprawdę to robisz, huh? — Głos miał trochę spięty. — Moja mała dziewczynka wychodzi za mąż.
Odetchnęła głębiej, kiedy to powiedział po czym skinęła głową.
— Tak. Wychodzę za mąż. — Żadnego zawahania.
Oscar skinął głową. Rozumiał, nie wtrącał się. Mimo, że wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego Sophia musiała wybrać akurat Cartera. Nie ufał mu. Nie potrafił mu zaufać, ale widząc, jak bardzo Sophia ufała temu człowiekowi może to była pora, aby on również zaczął się otwierać. Szczególnie, kiedy mógł nie tylko stracić córkę, ale i wnuka. Mógł popsuć relacje z Sophią, które teraz starali się odnowić, ale nie zamierzał tracić wnuka na rzecz własnych oraz cudzych uprzedzeń.
— Mam coś dla ciebie. — Powiedział podchodząc bliżej. — Maddie mówiła, że masz coś nowego, pożyczonego i niebieskiego… Ale brakuje ci czegoś starego.
Z wnętrza marynarki wyciągnął podłużne granatowe pudełeczko. Podszedł do córki bez pospiechu. Otworzył je stojąc dopiero przed brunetką. Sophia tylko skinęła głową. Pożyczyła od Maddie jedwabną chusteczkę, którą obwiązały wokół bukietu. Nowa była cienka, złota bransoletka podarowana przez Cartera w pierwszym dniu pobytu w Brazylii, a na sukni wszyty miała niebieski szafir. Brakowało tylko tej jednej rzeczy.
Otworzył pudełeczko przed Sophią. W środku znajdował się delikatny złoty wisiorek, który Sophia znała ze zdjęć ślubnych rodziców. I tych momentów, kiedy mama nosiła go na sobie. Zawieszka miała owalny kształt, a w środku był kamień w kolorze głębokiego miodu.
— Czy to… — Nie dokończyła zdania, a Oscar nie odpowiedział słowami. Jedynie skinął głową. Bez zbędnych słów odwróciła się plecami do taty i odgarnęła włosy, aby mógł założyć jej wisiorek. Teraz ten dzień był kompletny. Prawie, bo brakowało jedynie Cartera, ale jego miała zobaczyć już niedługo.
UsuńWisiorek znalazł się na jej szyi komplementując wygląd brunetki.
Przez moment stali w ciszy. Patrząc się w lustro. Ona w sukni ślubnej, długiej i białej, spływającej swobodnie w dół. I tata. Z tą dumą w oczach, której nie potrafił nazwać. I nawet, jeśli się niepokoił to niczego po sobie nie pokazał. Nie tego dnia, kiedy Sophia potrzebowała, aby był jej ojcem, a nie człowiekiem, który wyznacza kolejne granice i dyktuje warunki.
— Już czas, kochanie. — Odezwał się miękko i nachylił, aby złożyć pocałunek na czubku jej głowy. — Wasz pies też się denerwuje. Przysięgam, że widziałem, jak próbowała odgryźć nogi od fotela.
Sophia roześmiała się w ten szczery, najprawdziwszy sposób.
— Brzmi jak Gigi. Zróbmy to.
Nie potrzebowała dziś już niczego więcej. Miała wszystko, a więcej jeszcze miało nadejść. Sięgnęła po dłoń taty, bo mimo wszystko, ale gdzieś tam w niej wciąż była ta mała dziewczynka, która potrzebowała jego obecności. Szczególnie w takie dni jak te, które się już nigdy więcej nie powtórzą.
👰🏻♀️🤍
Gigi była fanką obgryzania wszystkiego co miało nogi. Wliczając w to ludzi, którzy czasem musieli chować swoje kostki przed zbyt ciekawym psiakiem. Jednak teraz, ubrana w białą obrożę z białą kokardką z boku, siedziała grzecznie przy nodze Cartera i machała ogonem, jakby i ona niecierpliwie czekała na to, co się wydarzy za chwilę. Rio trzymał ją na smyczy, delikatnej i równie białej co jej obroża. To naprawdę było niewielkie zgromadzenie. Nie chodziło jednak o to, ile jest tui osób, ale kim ci ludzie są. I były same najważniejsze dla Sophii i Cartera. Nie potrzebowali, przynajmniej teraz, wielkiego wesela na dwieście gości, jak nie więcej. Fontanny z płynną czekoladą i tysiąca innych rzeczy. Potrzebowali tylko siebie i tych, którzy naprawdę znaczyli coś w ich życiu. O więcej Sophia nie miała nawet odwagi prosić, bo czuła, że już dostała od losu więcej niż zasługiwała.
OdpowiedzUsuńSerce brunetki biło już spokojniej, a nerwy powoli ją puszczały. To był dobry stres. O ile jakikolwiek stres mógł być dobry. Czekało ją teraz coś zupełnie nowego. Nie miała pojęcia, czy po ślubie coś się zmieni. Czy z Carterem wciąż będą sobą. Liczyła, że będzie lepiej. Że to tylko ich jeszcze bardziej do siebie zbliży, że mimo wszystkiego co się wokół działo nie stanie im już nic na przeszkodzie.
Przed weselem już wszystko się układało. Tak, jak powinno być od samego początku. Rio przyjechał z żoną i dzieciakami, które podobnie, jak Sophia wiele lat temu łapały motyle w ogrodzie i wesoło się bawiły. Nawet między jej dziadkami i ojcem panował spokój. Mieli swoje nieskończone sprawy, byli może skłóceni, ale wszystko wskazywało na to, że na te kilka dni zgodzili się odsunąć wszystko na bok, bo przecież nie było potrzeby, aby teraz roztrząsać przeszłość, której nie da się zmienić. Wszyscy mieli za to szansę, aby przyszłość wyglądała lepiej. Porządniej i Sophia miała ogromną nadzieję, że z tego skorzystają.
Próbowała nie denerwować się zbyt mocno, kiedy jej ręka owinięta była wokół ramienia taty. Jeszcze parę chwil i miała tam stanąć twarzą w twarz z Carterem. Nie była pewna, czy w ogóle pamięta to, co zapisała sobie w ramach przysięgi. Nie chciała powtarzać tej standardowej formułki, którą mówili wszyscy. Mimo, że dokładnie te same rzeczy chciała mu obiecać i wywiązywać się z tych samych małżeńskich obowiązków. Sophia tego po prostu pragnęła, aby zostali mężem i żoną. Nie chodziło nawet o formułki, przysięgi, które sami napisali i chcieli sobie powiedzieć. Tylko o to, co będzie później.
Miejsca były przystrojone. Podobnie, jak ten mały ołtarzyk, przy którym mieli złożyć sobie przysięgę. Bukiet Sophii składał się z jasnoróżowych kwiatów piwonii i gipsówki. Był delikatny, uzupełniający to, jaka ona była. Sophia z wzięła głęboki wdech.
Nie chciała zwlekać już nawet sekundy dłużej. To był ich czas i wykorzystają to w najlepszy możliwy sposób. Sophia nie potrzebowała już chwili na to, aby wziąć oddech. To właśnie tam, przy tej małej altance wśród drzew i krzewów, czekał na nią Carter. W pełni gotowy, aby zostać jej mężem i związać swoją całą przyszłość razem z nią, a Sophia… Sophia była na to dokładnie tak samo gotowa.
Zamknęła oczy. Tylko na sekundę, bo chociaż stres już puścił to potrzebowała jeszcze tych kilku sekund na to, aby wchłonąć wszystko co się wokół działo. Oscar jej nie pospieszał, aż w końcu to ona zrobiła ten pierwszy krok. Ten, który zadecydował o tym, że nadeszła pora i odwrotu już nie było, a Sophia za siebie nawet oglądać się nie miała najmniejszego zamiaru. Szła w kierunku swojej przyszłości. W stronę mężczyzny, z którym chciała spędzić resztę życia i z którym zamierzała spędzić resztę życia. Nawet, jeśli, a może szczególnie, jeśli będą pojawiały się na ich drodze problemy, a życie zacznie znów rzucać im kłody pod nogi. Przeszli razem już zbyt wiele, a to co na nich czekało nie mogło być gorsze od tego, co już razem przeszli.
Słońce przyjemnie grzało. Delikatny, ciepły wiatr muskał odsłoniętą skórę jej ramion.
Wszystko ułożyło się tak, jak należało.
Oscar trzymał swoją dłoń na jej, która owinięta była wokół jego ramienia. Trzymał ją pewnie i mocno, jakby wcale nie chciał puścić, chociaż wiedział, że gdy już dojdą do Cartera, to będzie musiał oddać Sophię w ręce innego. W ręce kogoś komu może nie ufał, ale zamierzał się postarać. Tak samo, jak Sophia starała się naprawić podupadłe relacje. Wystarczyło jednak mu to, że dostrzegł, jak Carter spoglądał na Sophię, kiedy szli w jego stronę. Jak nie potrafił oderwać od niej wzroku. Oscar miał wrażenie, że Carter nie mrugnął przez cały ten czas. Dopiero przy nim, kiedy sięgnął dłonią po dłoń Sophii, Oscar delikatnie ujął rękę córki. Najpierw jednak się nad nią pochylił, aby musnąć jej policzek. Kiedy podał Carterowi jej dłoń spojrzał mu w oczy. Nie było u Oscara chłodu ani dystansu.
Usuń— Zaopiekuj się nimi. — To nie było polecenie, ale prośba. Prośba, aby nie dopuścił do tego, aby cokolwiek złego wydarzyło się jego córce. Prośba, żeby przy nim naprawdę była szczęśliwa, a skoro on sam tego nie mógł zaoferować własnej córce, to może przy mężczyźnie, któremu oddała całe swoje serce w końcu znajdzie to, czego naprawdę od życia potrzebowała.
Sophia niemal od razu mocniej chwyciła dłoń Cartera, jakby tym małym gestem musiała się upewnić, że on naprawdę jest obok niej i nie zamierza nigdy znikać.
— Cześć. — Szepnęła cicho, drżącym od emocji głosu. Nie potrafiła nawet ukryć tej mieszanki zdenerwowania i podekscytowania, które właśnie przepływało przez jej żyły. Nie umiała przestać się również uśmiechać. Bolały ją od tego aż policzki. I jedyne co Sophia teraz widziała to był Carter.
Stojący przed nią. W garniturze, który wyglądał na nim idealnie. I ze spojrzeniem, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa mogłyby kiedykolwiek powiedzieć.
soph
Sophia nie zauważała niczego poza Carterem. W chwili, kiedy stanęła przednim z sercem dosłownie na dłoni, odsłonięta ze wszystkich warstw, które nosiła na sobie aż do tego momentu, Carter był jedynym, który miał dla niej znaczenie. Mimo, że w tle wciąż wesoło biegały dzieci Rio, które próbowała uspokoić jego żona i Sophia przynajmniej raz usłyszała, jak je upomina. To jej nie przeszkadzało. Naprawdę. Te drobne przeszkody było, jak potwierdzenie, że dzieje się to wszystko naprawdę. W żadnym scenariuszu, który utworzyła w swojej głowie nie podejrzewała, że powie mu tak w tak krótkim czasie. Brunetka już dawno zauważyła, że tak naprawdę żadne z nich nie ma większej kontroli nad tym co dzieje się w ich życiach. Szli za ciosem. Teraz, kiedy miała Cartera przed sobą. Ubranego elegancko, ale bez przesady – przez jego ubrania wciąż przebijała się ta łobuzerska nutka, która właściwie nigdy go nie opuszczała. Inaczej sobie go nie wyobrażała. Elegancki, skupiony, ale wciąż tak cholernie swój. I Sophia doceniała te drobne rzeczy. To, że Carter wcale tak naprawdę nie zmienił w sobie wszystkiego. Nie zależało jej na tym, aby się zmieniał we wszystkim. Pokochała za to, jaki był. I miała tylko nadzieję, że wyciągała z niego to co najlepsze.
OdpowiedzUsuńNie potrzebowała wielkiego wesela, choć oczywiście je chciała. I kiedyś je dostanie, ale w tej chwili jedyne czego potrzebowała to Carter i parę najbliższych osób, przy których nie musiała się martwić tym, że powiedzą lub zrobią coś co mogłoby wprawić ich w zakłopotanie lub znów coś namącić. Tylko najbliżsi, tylko kilka znajomych twarzy i oni. Przede wszystkim byli oni.
Stojąc teraz przed Carterem z jego dłonią w swojej po prostu wiedziała, że to jest dokładnie to, gdzie być powinna. Czuła wszystkie właściwe rzeczy. Przed sobą miała mężczyznę, z którym chciała spędzić resztę życia i wychować ich dziecko, a kiedyś – jeśli odnajdą się w tej roli – dać temu maluchowi rodzeństwo. Ona naprawdę chciała tego wszystkiego od Cartera. Bez względu na to jaka była jego przeszłość i co przyniesie przyszłość. Chciała, aby przechodzili przez to wszystko razem. Przez każdą wyboistą drogę i nieprzyjemności. Chciała być tą, której Carter ufa najbardziej na świecie i z którą rozwiązuje wszystkie problemy. I ta przyszłość coraz wyraźniej się przed nimi malowała.
Słyszała co powiedziała jej ojciec, ale nie skomentowała tego w żaden sposób, nie przewróciła oczami. Tylko się uśmiechnęła, a Carter nie musiał również odpowiadać. Wiedziała, że zrobiłby wszystko, aby była bezpieczna. Aby oni wszyscy byli. Ścisnęła mocniej dłoń Cartera, bo teraz już niczego poza nim nie chciała czuć. Piękny widok przed nimi był niczym w porównaniu z tym co Sophia czuła, kiedy wpatrywała się w oczy Cartera. Przepełnione tą nieograniczoną miłością, którą dla niej miał.
— Ty również. — Odparła cicho. Głos drżał jej bardziej niż była na to przygotowana, ale podobnie, jak Carter nie próbowała ukrywać tego, jak wiele emocji w niej teraz siedziało. Z jednej strony była przerażona, a z drugiej nie mogła być już bardziej szczęśliwa.
Sophia mogła przysiąc, że lada moment i umrze z nerwów. Żołądek miała ściśnięty, ale nie chodziło o samą ceremonię czy o to, że wiązała się z nim teraz na całą wieczność. Była tego świadoma i chciała tego. Nie potrafiła wytłumaczyć skąd je w sobie miała. Pojawiły się i nie chciały zniknąć, ale to były dobre nerwy. Stres, którego nie dałaby rady się pozbyć, choć ten bez wątpienia zanikał, kiedy spoglądała mu prosto w oczy. W te ciemne tęczówki, które dziś zawało się, że były jaśniejsze niż zazwyczaj. Uśmiech, którym ją obdarzył szerszy niż zapamiętała i przeznaczony tylko dla niej. Nie musieli wypowiadać nawet jednego słowa, aby wiedzieli, jak bardzo siebie teraz pragną i jak wiele chcą sobie przekazać w ten sposób.
Nie zastanawiała się wcześniej nad tym, że była dla niego drugą żoną. To było bez znaczenia, bo Sophia była wybrana świadomie. Oświadczył się jej świadomie. Bez nacisku. Bez używek. Bez neonowych świateł Nevady.
Zaczynali tutaj nowy rozdział.
UsuńŚwiadomie i razem wchodzili w tę część życia, której nie chciało przechodzić się samodzielnie. Sophia ścisnęła mocniej jego dłonie, jakby próbowała tym samym powiedzieć wszystko to, czego jeszcze nie potrafiła wydusić z gardła. Nie, bo było ono ściśnięte, a bo była ona tak pełna emocji, że nie wiedziała od czego ma zacząć. Właściwie to nawet nie zauważyła, że tuż u ich boku był urzędniczka, która delikatnie się uśmiechała i nie chciała przerywać ich tego momentu. Wiedząc, jak ważne te chwile są dla młodej pary.
— Chcesz się pobrać? — Sophia mówiła szeptem, ale nie miała wątpliwości, że pewnie wszyscy wokół ją słyszą, choć jej słowa skierowane były tylko do Cartera. Wiedziała, że chce. Jasne, że wiedziała. I wyjątkowo nie szukała w nim kolejnego potwierdzenia, a te słowa były raczej małą zaczepką, aby rozluźnić jeszcze bardziej atmosferę.
soph
Zmarszczyła lekko nos. W ten typowy dla siebie sposób, kiedy wiedziała, że Carter się z nią drażni i próbowała udawać niezadowolenie. Wyobrażała sobie ten dzień przez całe swoje życie. Stojący naprzeciwko niej mężczyzna aż do pewnego czasu nie miał twarzy. Natomiast od kilku miesięcy tym mężczyzną bez żadnego wyjątku był Carter. Choć było o wiele za wcześnie, aby o takich rzeczach myślała, aby pragnęła w ogóle chcieć, żeby to on był jej mężem. Choć czy nie o to właśnie chodziło w miłości? Że wiesz, kiedy poznasz tę odpowiednią dla siebie osobę? I że wcale nie trzeba lat, aby się pobrać? Aby wiedzieć, że chce się z tą konkretną osobą spędzić resztę życia? Ona wiedziała.
OdpowiedzUsuń— Ej. — Mruknęła tym swoim obrażonym tonem, którego zawsze używała, kiedy zaczynali się ze sobą droczyć. Sophia naprawdę zapomniała, że wokół są jacyś ludzie, że ich bliscy słuchają każdego słowa i obserwują każdy gest. — Zapomniałeś o bluzach i koszulkach.
Była pewna. Pewna, jak jeszcze nigdy przedtem, że to właśnie jego chce poślubić i spędzić resztę życia u jego boku. Nosząc jego nazwisko. Wychowując jego córkę. Będąc z nim do samego końca i ze wszystkim co miało im życie jeszcze przynieść.
— Nigdy nie byłam niczego tak pewna, jak ciebie.
Kiedy Sophia to powiedziała nie chciała brzmieć ckliwie. To była najczystsza prawda, jaką mogła mu tego dnia od siebie podarować. Zaśmiała się jednak, krótko i równie szczerze. Nie miała żadnych wątpliwości co do tego, że gdyby zaczęła kręcić (czego nie zamierzała robić) to Carter nie dałby jej chwili na zawahanie. Sophia o takich rzeczach jednak nie myślała. Mogła być cała poskładana z nerwów, ale ani jeden nie podsunął jej pomysłu, aby uciekać. Jeśli miała uciekać to tylko w jego objęcia, w których chciała zasypiać i budzić się każdego dnia.
Wszystko było teraz idealne. Zaczynając od nich, a na tych drobnych rzeczach kończąc, jak unoszący się w powietrzu zapach cytrusów, dobrana idealnie do momentu muzyka, czy nawet ten delikatny podmuch wiatru, dzięki, któremu nie było tak upalnie i duszno. Wszystko dziś było perfekcyjne.
Sophia uśmiechnęła się, odrobinę speszona, kiedy kobieta się wtrąciła. Zrobiła to z uśmiechem, delikatnie, ale przerwała im ten moment między nimi. Ten idealny, w którym byli oboje tak bardzo zatopieni, że nie potrzebowali niczego poza sobą teraz.
— Jestem gotowa od samego początku. — Odpowiedziała cicho, ale pewnie. Wciąż jakby chciała, aby ten moment był tylko dla nich. Nigdy nie była dobra w wystąpieniach publicznych, a teraz cała uwaga spadała na nich i nie tyle co było to niezręczne, a dziwnie w udźwignięciu. Ale nie musiała tego dźwigać razem, a choć Carter nie robił wcale wiele to wystarczyło jej, że tutaj jest i nie odczuwała tych nerwów tak mocno. — Kiedy powiedziałam pierwszy raz, że jesteś uroczy… Wtedy już wiedziałam.
Pamiętała jego oburzenie i to, jak zaskoczony był, że ktoś mógł użyć takich słów, aby go opisać. Wymienił jej wtedy wiele, głównie wulgarnych, epitetów, a uroczy nie znajdował się na tej liście nawet blisko. Pamiętała to. Pamiętała każdą chwilę między nimi. Pamiętała wszystko co się od tamtej chwili między nimi wydarzyło.
Obdarzyła kobietę tylko krótkim spojrzeniem, ale ono zaraz wróciło do Cartera.
To on był tutaj najważniejszy. Odwzajemniła uścisk jego dłoni. Mocnie i pewnie, jakby samym dotykiem chciała mu przekazać wszystko co siedziało w jej wnętrzu. Głos kobiety był miękki, delikatny wręcz, kiedy mówiła nie tylko o tym, jak piękne może być małżeństwo, ale i o jego trudach. O wyborach, które dziś zadecydują o ich dalszym życiu.
Wstrzymała na moment oddech, kiedy zapadła cisza.
Nie nerwowa, ale potrzebna. Dająca chwilę na złapanie oddechu, a potem… Potem Carter zaczął mówić. Nawet nie pomyślała, aby wejść mu w słowo, choć czasem, jak to ona, miała ochotę dorzucić coś od siebie. Czekała jednak cierpliwie na swoją kolej. Słuchając go ze zaszklonymi oczami i dłońmi, które trzymały mocno jego. Już nigdy więcej nie chciała go puszczać. Jeśli miała z kimś przejść przez życie to właśnie z nim. Z mężczyzną, z którym wszystko było łatwiejsze.
Ze swoim Carterem.
Obiecywała sobie, że się nie popłacze, ale prawda była taka, że Sophia była gotowa rozpłakać się w chwili, kiedy stanęła przed Carterem. Teraz każde słowo, które wypowiadał w jej kierunku dotykało serca brunetki i zostawało w nim na zawsze. To nie były puste słowa. To była obietnica, którą Carter chciał dotrzymywać jej przez resztę życia.
UsuńRozchyliła lekko usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale zaraz je zacisnęła. Twarz Cartera się rozmazała i wtedy zorientowała się, że płacze. Nie głośno i nie na pokaz. Ze wzruszenia od jego słów i reakcji, bo wyłapywała każde załamanie w jego głosie, to jak czasem zamykał oczy, aby odetchnąć i złapać emocjonalną równowagę.
Sophia odetchnęła głębiej, a potem cicho wypuściła powietrze z płuc.
Przygotowała się do tego, choć teraz miała wrażenie, że zapomniała wszystkich słów.
— Carter… — Westchnęła cicho. Glos miała przesiąknięty różnymi emocjami. Wzięła głęboki wdech, a potem na niego spojrzała. Ze szklistym spojrzeniem i drżącymi ustami, a także łamiącym się od emocji głosem. — Kiedy cię poznałam wiedziałam, że stoi przede mną mężczyzna, który odmieni mojego życie. Nawet, jeśli tylko na moment i przez chwilę tylko tyle miałeś zrobić. Ale nie jesteś dobry w podążaniu za zasadami. — Zaśmiała się cicho. Trochę z niemocy, rozbrojona jego słowami i tą chwilą, która nie tylko była magiczna, ale była prawdziwa. — Ale rozgościłeś się w moim życiu i z każdym dniem zakochiwałam się coraz mocniej, aż… Aż nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że zaczynam dzień i nie jesteś w nim obecny.
— Nie byłam najlepszą wersją siebie, kiedy się poznaliśmy. Byłam zagubiona i nic nie miało sensu, dopóki nie pojawiłeś się z tymi czekoladowymi oczami, których szukałam na każdym rogu. Z tobą u boku stałam się lepszą wersją samej siebie. Jesteś moim chaosem i bezpieczną przystanią. Przyjacielem, któremu mogę powiedzieć wszystko. Partnerem, z którym nawet najtrudniejsze dni stają się cieplejsze.
Przymknęła na chwilę oczy, aby złapać równowagę.
— I dzisiaj… Dzisiaj chcę zostać twoją żoną. Zostanę twoją żoną. — Poprawiła samą siebie, bo to już nie była kwestia chcenia. Robili to i nikt im w tym nie przeszkodzi. — Przez resztę mojego życia obiecuję, że będę cię wybierała. W trudne dni, kiedy oboje mamy dość i chcemy trzasnąć drzwiami, będę cię wybierać. Wybieram, żeby cię kochać, Carter. W dni takie, jak ten, kiedy czuję, że eksploduję od miłości, którą mam dla ciebie. W te ciche dni, kiedy nie chcę rozmawiać, będę wybierała ciebie. Moja ręką zawsze będzie szukała twojej.
— Moje serce… moja dusza należą do ciebie.
Nie czuła, że mu coś oddaje. Dzieliła się tym z nim. Zamierzała to robić już przez resztę swojego życia. Dzielić się cząstkami siebie, aby mogli wspólnie zbudować życie, które w pełni będzie należało wyłącznie do nich.
— Carter… Nie jesteś tylko miłością mojego życia. Jesteś miłością, której szukałam.
Był spełnieniem marzeń, o których nie wiedziała, że istnieją.
— Obiecuję, że cię uszczęśliwię. Nawet, jeśli kradnę ci frytki i bluzy.
Uścisk jej dłoni nie zelżał. Nasilił się, ale tylko odrobinę.
— Proszę dziś tylko o jednego. Żebyś był mój. Już na zawsze.
soph🤍🤍🤍
Kiedy skończyła mówić zorientowała się, że całe jej ciało delikatnie drży. Policzki miała mokre, a makijaż nienaruszony. Cokolwiek użyła Selena trzymało się mocno i zgodnie z obietnicą przetrwało morze łez, które w ciągu tych kilkunastu minut Sophia przelała. Brunetka nawet nie próbowała udawać, że przeszłaby przez ten dzień bez wylania choćby jednej. Nie umiałaby ich powstrzymać i wcale też nie chciała powstrzymywać tych łez.
OdpowiedzUsuńDla Sophii to nie była tylko przysięga, którą sobie złożyli. To nie były tylko obietnica. To było życie, które zamierzała przeżyć razem z nim. Chciała mu powiedzieć tak wiele, ale gdyby nie zmusiła się do zatrzymania to zastałby ich wieczór, a oni wciąż nie zostaliby małżeństwem.
Przytaknęła głową. Był jej, a ona była jego. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Słowa, które padły między nimi nie należały do zwykłych obietnic. Czuła to każdym nerwem w swoim ciele. Czuła to w sercu, które trzepotało z taka samą prędkością, jak u kolibra, który niezauważony przez nikogo z kwiatów nieopodal spijał nektar, a trzepot jego skrzydełek był równie niezauważalny. To była magiczna chwila, której nie chciała nigdy zapominać. Której nigdy nie zapomni. Jak mogłaby? To był przecież najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Dzień, w którym została żoną.
Ledwo rejestrowała co mówiła kobieta, ale wiedziała, co ma odpowiedzieć.
— Tak.
Krótkie słowo. Choć wypowiedziane szybko to nie w pospiechu czy zniecierpliwieniu. Tak, chciała być jego żoną. Tak, chciała iść z nim przez życie. Nawet, kiedy będzie ciężko, kiedy nie będą mieli na nic sił. Tak, chciała wszystkiego co będzie im podarowane. Dobre czy złe, szczęśliwe czy wręcz przeciwnie. Pragnęła wszystkiego.
To było najłatwiejsze „tak” w całym jej życiu. Decyzja, którą podjęła z łatwością i przekonaniem, że zrobiła najodpowiedniejszą dla nich rzecz. I w tym momencie, kiedy ją objął i do siebie przyciągnął, a Sophia objęła Cartera, świat naprawdę przestał istnieć. Był tylko ten miękki pocałunek, który był obietnicą przyszłości. Był Carter, który był jej mężem. Mąż i żona. Brzmiało to surrealistycznie i tak, jak powinno brzmieć od zawsze. To nie był pocałunek na pokaz. To był pocałunek dwójki ludzi, którzy w końcu się odnaleźli. A choć przeszli wyboistą drogę, mieli za sobą niełatwy start i środek to wszystko teraz przed nimi malowało się w znacznie lepszych kolorach.
Dzień był surrealistyczny.
Jakby wyrwany z innej rzeczywistości. Takiej, do której Sophia nie miała przedtem wstępu, a kiedy do niej zajrzała to już nie zamierzała z niej uciekać. Miała tu wszystko co najważniejsza. Cartera. Swojego męża. I rodzinę. Małą, ale kompletną. Byli tu wszyscy, na których jej zależało najbardziej. To nie było rozpoczęcie nowego życia, ale kontynuacja tego, które zaczęli dawno temu, a teraz po prostu je ulepszyli.
Najchętniej wcale by się od niego nie odrywała. I najpewniej, gdyby Carter tego nie zrobił to Sophia nie zrobiłaby tego wcale. Tylko wciąż trwała w tym pocałunku, który, jak dla niej, mógł trwać całe godziny.
— Mój mąż… — Nie potrafiła się nie zaśmiać. To brzmiało tak obco i znajomo jednocześnie. Sophia pokręciła głową w niedowierzaniu, że to naprawdę się wydarzyło. Byli małżeństwem. Chyba nie zarejestrowała momentu, w którym wymienili się obrączkami, a które lśniły na ich palcach. Idealnie dobrane. — Brzmi idealnie. Tak, jak powinno.
Uśmiechnęła się i jeszcze raz, bo była nienasycona i chciała więcej, sięgnęła do jego ust. Zanim pojawili się inni. Pierwszy był tata, który zgarnął ją w ramiona. Nie mówił wiele, ale Sophia wiedziała, że jest poruszony. Słowami, które od nich usłyszał. Próbował ich rozdzielić, a ten dzień mu najwyraźniej uświadomił, jak wielki błąd by popełnił. Potem przesunął się do Cartera. Nie tyle co podał mu dłoń, ale przyciągnął do uścisku i powiedział coś, co według Sophii zabrzmiało jak „witaj w rodzinie”, ale nie była pewna, bo rozpraszała ją babcia, która jednocześnie płakała i jej gratulowała, a potem był dziadek i jej dziewczyny, równie zapłakane co ona i tak samo szczęśliwe.
Sophia nie musiała Cartera nawet szukać. Nie odstępowali siebie na krok, choć „rozdzieleni” przez innych to wciąż tak blisko siebie. Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała jego głos. Policzki wciąż miała mokre od łez, które przelała i których jeszcze dziś nie skończyła wylewać. Obróciła się delikatnie w jego stronę.
Usuń— Och, coś lepszego niż zostanie m a ł ż e ń s t w e m? — Aż musiała przeliterować to słowo, aby do niej dotarło w pełni. Nie dotarło. Jeszcze było za wcześnie, aby dotarło. To się naprawdę wydarzyło. Zostali małżeństwem. Żoną i mężem. Nie tylko w wyobrażeniach. Nie w myślach. Naprawdę to zrobili. Naprawdę podpisali wiążący ich na amen dokument. Sophia drżącą ręką, ale podpis wraz wyszedł idealny i bezbłędny.
Roześmiała się na jego dalsze słowa. W tak prosty, niemal bezbronny i dziecięcy sposób.
— Myślę, że mogą zacząć nas szukać. — Odparła. Było to bardzo prawdopodobne. — Łatwo zauważą naszą nieobecność, nie sądzisz? — I absolutnie nie będzie to żadnemu z nich przeszkadzać. Sophia ścisnęła mocniej jego dłoń, a potem przysunęła się odrobinę bliżej. — Poza tym… Nie możemy. — Powiedziała całkiem poważnie. Specjalnie przeciągała swoje milczenie, co pewnie dla Cartera mogło być jak tortura. — Bo jeśli to zrobimy… nie wrócimy tutaj i wiesz o tym.
Wiedział, jak bardzo by chciała. Nawet nie próbowała tego ukryć, a poza tym najoczywistszym powodem, to Sophia miała bardzo konkretny plan co do ich pierwszej nocy i nie była na to jeszcze gotowa.
— Uzbrój się w cierpliwość.
Nie było jasne, czy mówiła do niego czy do siebie.
— A co do fantazji… To mąż może mieć jakie tylko sobie zamarzy. — Dodała.
Naprawdę był jej mężem. Nie na niby. Nie w żartach. Naprawdę został jej mężem. I to było najpiękniejsze co mogło ją spotkać.
— Chodź, chcę spróbować tortu zanim zniknie albo dorwą się do niego te małpki, które widziałam chowające się w drzewach.
soph🤍
Sophia uśmiechała się przez cały czas. Przez łzy, które nie zawsze chciały przestać spływać z jej oczu. Chyba wciąż jeszcze nie docierało do niej, że naprawdę to zrobili. Ze wszystkich rzeczy, których się mogła spodziewać nie spodziewała się, że jej życie znajdzie taką drogę, która zaprowadzi ją prosto przed ołtarz i w ramiona mężczyzny, z którym właśnie związała całą swoją przyszłość i wiedziała, że wybrała odpowiednio.
OdpowiedzUsuń— Jesteśmy małżeństwem. — Powiedziała z lekkością. Bez jakiegokolwiek stresu w głosie czy drżenia. Wszystko ułożyło się w odpowiedni sposób, a to przecież dopiero był początek ich wspólnego życia. Dla Sophii to nie było tylko podpisanie legalnie wiążących ich dokumentów i wiedziała, że dla Cartera również nie. To było coś znacznie głębszego. — Bardziej dorośle niż zostanie rodzicami? — Zaśmiała się. Podejmowali wiele dorosłych decyzji w ostatnich miesiącach. Nie było co do tego wątpliwości.
Należeli do siebie. W każdy możliwy sposób i Sophia nie zamierzała nawet myśleć o rzeczach, które mogłyby się wydarzyć, a które by ich rozdzieliły. Tego dnia nie istniały żadne problemy. Może poza jednym. Takim malutkim. Takim, że oboje chcieli stąd zniknąć, a zdawali sobie sprawę, że jeśli to zrobią to ich bliscy więcej ich tego wieczoru już nie zobaczą. Musieli uzbroić się w cierpliwość, a Sophia była zresztą też pewna, że po drodze znajdą wiele zajęć, które pozwolą im chociaż na moment nie myśleć o tym, jak bardzo chcieliby znaleźć się za zamkniętymi drzwiami sypialni.
Uśmiechnęła się miękko, kiedy Carter uniósł jej dłonie do pocałunku. Wszystko dziś było poza granicami perfekcji. Przebijało perfekcję, którą Sophia miała w głowie. Carter był perfekcyjny w swoich słowach i gestach, goście tak samo. Nie szukała na siłę złych rzeczy, ale gdyby się za nimi rozglądała to nie byłaby w stanie ich znaleźć. Zwyczajnie nie dałaby rady, ot co.
— Tylko do rana? Och, kochanie. Jesteś bardzo optymistyczny. — Zaśmiała się. — Wiesz, myślałam, że nauczyłeś się już cierpliwości. Przynajmniej odrobinę.
Wątpiła, że wyjdą z sypialni do popołudnia. Cóż, musieli. Babcia bardzo naciskała, w swój babciny sposób oczywiście, na obiad następnego dnia, który sama przygotuje od podstaw. Sophia próbowała ją od tego pomysłu odciągnąć, ale nie dała rady i tym sposobem na następny dzień wszyscy mieli zjawić się w domu jej dziadków na obiad, który babcia najpewniej wstawi jeszcze o piątej rano, aby wyrobić się ze wszystkim. Sophia próbowała ją od tego odwieźć, Carter próbował i nawet Antonio czy ojciec brunetki, ale była zbyt zdeterminowana, a oni wszyscy stracili siłę, aby wykłócać się z kobietą, która swoje zdanie miała i go nie zmieniała.
— To tort z Kinder Bueno. Nie może zbyt długo na mnie czekać. — Westchnęła rozmarzona, jakby na języku już czuła słodkość tortu.
Spoglądała na niego z miękkością, którą odnalazła w sobie dopiero dzisiaj. To był inny rodzaj niż przedtem. Dziś patrzyła na swojego męża. Nie na chłopaka, nie na narzeczonego. Patrzyła na męża i to było niesamowite.
— Wiem. To również najpiękniejszy dzień w moim życiu. — Żaden inny nie mógł go przebić. Wszystkie dni, które mieli razem nie mogły się nawet równać z tym, jak Sophia czuła się dziś. Ten dzień przebijał wszystkie. Zaśmiała się krótko i pokręciła lekko głową. — Mhm, ten brak plam to zdecydowanie dziś największy sukces, mężu.
Chyba długo się jeszcze nie przyzwyczai do tego, że naprawdę nim był. Do obrączki, która lśniła obok jej pierścionka zaręczynowego. Do tego, jak obrączka zdobiła dłoń Cartera. Do wszystkiego co jeszcze było przed nimi.
— Podoba mi się ten plan. — Zgodziła się niemal od razu. Musieli zniknąć, nawet na moment. Tak, aby mieli dla siebie kilka minut i mogli wchłonąć wszystko co się wydarzyło i może przez moment tylko pomilczeć. Wystarczyłoby jej, że przeszliby się chociaż po ogrodzie.
UsuńSophia westchnęła bezgłośnie i przymknęła oczy, wtulając się twarzą w jego tors. Głos Cartera był spokojny, ale wystarczył, aby zmiękła.
— Carter… Nie możesz mi mówić takich rzeczy, kiedy mam iść do naszej rodziny i zachowywać się porządnie. — Westchnęła rozbawiona. Ich rodzina. Już nie tylko jej, ale i jego również.
Sophia wciąż właściwie nie zauważała obecności innych. Carter był wszystkim co widziała i co czuła, wszystkim czego potrzebowała. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy ją zatrzymał i bez protestu przystanęła w miejscu.
— I zamierzam wybierać cię przez resztę mojego życia.
Nigdy nie chodziło o to, żeby robił coś, aby na nią zasłużyć. Miłości przecież nie dawało się, bo ktoś na to zasługiwał czy też nie. Wybierała, aby mu ją dać. Wybrała, aby się zakochać i żeby być z nim dalej. Przybliżyła się i delikatnie musnęła jego policzek.
— Kocham cię, Carter. — Szepnęła, a po wszystkim co dziś sobie mówili te słowa miały dziś inny wydźwięk. — I chcę cię kochać już na zawsze.
soph
Wszystko między nimi było teraz idealne. Sophia będzie to pewnie jeszcze powtarzała sobie przez resztę wieczoru, ale to była najczystsza prawda, jaką miała. Ten dzień był idealny. Została żoną i nie było nic co mogłoby zaburzyć ten spokój między nimi. Prawdę mówiąc, jedyne co ją teraz drażniło to fakt, że nie mogli tak po prostu stąd uciec, aby zająć się sobą. I wcale nie chciała uciekać z własnego wesela, a przynajmniej nie tak szybko. Nie mieli setki gości do zabawienia, a najbliższych, którzy zajmowali się już sobą, choć i tak czekali, aż ich dwójka dołączy, bo przecież to był dzień o nich, ich celebrowali. Nawet, kiedy stali na uboczy kradnąc moment dla siebie.
OdpowiedzUsuń— Babcia chyba przegoniłaby każdego kto próbowałby pokroić tort bez nas. — Zaśmiała się. Mieli to zrobić wspólnie. Jak przyjdzie odpowiednia chwila. I ta właśnie nadeszła, a tak się jej zdawało.
Konkretnego planu na przebieg wesela na było. Ot, tyle co, kiedy podawane były ciepłe dania, a reszta stołów zapełniona była przekąskami na zimno, różnymi sałatkami, które nie potrzebowały być podawane oddzielnie. I teraz, kiedy już powoli opadały nerwy Sophia zaczynała odczuwać również głód.
Uśmiechnęła się słysząc swoje imię. Odwróciła głowę w stronę kobiety i zaśmiała się na jej komentarz.
— Nie widziałaś mnie na początku. To dopiero był koszmar. — Rzuciła w odpowiedzi. Ledwo żyła przez pierwsze tygodnie. Dopiero od niedawna zaczęło być na tyle lepiej, że faktycznie promieniała. I cóż, Brazylia w tym jej mocno pomagała, bo to w tym miejscu odżywała naprawdę. — Zresztą, jeśli ktoś ma kogoś nienawidzić… To ja. Ty już chociaż wiesz czego oczekiwać, a dla mnie każdy dzień to niespodzianka.
Żadne teksty z książek nie były w stanie jej przygotować na to, co się działo z jej ciałem i w głowie. To była jak jedna wielka loteria, na którą Sophia się nieświadomie zapisała i z której już nie wiedziała, jak ani czy w ogóle da radę wybrnąć. Zresztą, to już bez znaczenia, kiedy weszła w to z pełną premedytacją i zamierzała w swojej decyzji dotrwać do samego końca.
Sophia westchnęła bezwiednie, kiedy dziadek dosłownie ukradł jej Cartera. Nie miała jednak czasu na to, aby spróbować go sobie zawłaszczyć z powrotem. Naomi zaangażowała ją w rozmowę o małżeństwie i macierzyństwie, w tle biegała Maya z Theo łapiąc motyle i próbując odgadnąć, czy między liśćmi siedzą wciąż małpki czy może jednak się speszyły, a liśćmi porusza tylko wiatr. Nad głowami czasem przeleciały stada papużek. Ich jaskrawozielone piórka przyciągały uwagę. Sophia była naprawdę w niebie. Nie mogła wyobrazić sobie lepszego dnia niż ten.
— Soph! — Selena pojawiła się obok przyjaciółki razem z resztą. Wszystkie z kieliszkami szampana w dłoni i uśmiechami na twarzy. — To było takie piękne! Nie mogę uwierzyć, że naprawdę jesteś żoną!
— Sama nie mogę w to uwierzyć. To takie… Nierealne. — Zaśmiała się. Wszystkie nerwy z niej już zeszły, ale ten dzień dalej przypominał sen. I jeśli nim był to Sophia nie chciała się z niego już nigdy wybudzać. — Ale obiecałam, że nic się nie zmieni między nas, prawda? I dotrzymam słowa.
Sophia nie planowała porzucać przyjaciółek, choć jej priorytety się trochę pozmieniały. Nawet bardziej niż trochę, ale mimo wszystko nie chciała, aby myślały, że Sophia je porzuci i nigdy więcej z nimi nie będzie rozmawiała, bo miała męża i dziecko w drodze.
— Płakał? Nie widziałam, aby płakał.
Sophia parsknęła krótko śmiechem.
— Tak odrobinę. — Zdradziła. Nie płakał, ale reakcja Cartera mówiła jej aż nadto. Zresztą, ona płakała za nich oboje.
— Powinien płakać. No wiesz, ten dzień się nie powtórzy. Chyba, że za pięćdziesiąt lat odnowicie przysięgę, ale to chyba nie będzie już to samo.
— Z nim to zawsze będzie to samo. — Odpowiedziała Sophia, a jej wzrok powędrował w stronę Cartera. Otoczonego Rio, jej dziadkiem i tata, pijącego coś co pewnie miało w sobie więcej procentów niż oni razem lat (o ile to w ogóle było możliwe) i w końcu wyglądał na szczęśliwego. Jakby odnalazł to czego naprawdę szukał przez całe swoje życie.
Sophia chciała mu dać wszystko co najlepsze i zamierzała to robić przez resztę swojego życia. Dla niego, dla siebie i dla ich małej córeczki, która za parę miesięcy miała się pojawić na świecie i zmienić absolutnie wszystko.
UsuńRozdzielili ich na dłużej niż Sophia myślała, ale w końcu się wyrwała. Chwilę czasu spędziła z Mayą i Theo. Obserwowała razem z nimi dwie papużki, które siedziały wysoko na gałęziach i opowiadała o nich. Dzieci jej uważnie słuchały, zadając pytania, a najbardziej rozczuliło ją, kiedy Theo się spytał, czy te papużki dziś też wzięły ślub tak, jak ona i wujek Carter.
To Rio wskazał jej, gdzie ma szukać Cartera, bo ten zniknął na moment wszystkim z oczu. Brunetka znalazła go w głębszej części ogrodu. Między kwitnącymi krzewami i palmami. Ręce miał schowane w kieszeniach, a głowę wystawioną w kierunku słońca, które dawno się schowało za horyzontem.
Sophia była już od jakiegoś czasu bez butów. Jej kroki na trawie były miękkie i niemalże bezszelestne. Zatrzymała się za Carterem. Ręce miała za plecami, a na twarzy delikatny uśmiech.
— Mam nadzieję, że nie planujesz ucieczki.
soph
Powietrze pachniało mango, a może to już umysł Sophii jej podsuwał ten zapach, bo nie była w stanie przestać o nim myśleć, odkąd Carter zaczął opowiadać o swoich fantazjach związanych z mango i nią w roli głównej. Delikatny wiatr muskał jej odsłonięte ramiona, a słońce coraz bardziej nachylało się ku horyzontowi. Zostawiając miejsce dla nocy, która dla nich była kolejnym początkiem wspólnej historii. Z oddali słychać było przebijającą się muzykę. Już nie tylko brazylijskie melodie, ale coś nowoczesnego pasującego do tańca, zachęcającego do tego, aby chociaż na parę minut wyciągnąć z ciała odrobinę rytmu. Sophia jednak skupiona była na Carterze. Uważnie obserwowała jego sylwetkę. Widziała, że nie był napięty. Potrafiła już rozpoznać, kiedy spinał mięśnie w ramionach, gdy coś mu na nich ciążyło, a dzisiaj… Od dawna nie widziała go tak rozluźnionego.
OdpowiedzUsuń— Szybko poszło. Atrament jeszcze nie wysechł na dokumentach. — Rzuciła z ironią w głosie. Sophia uśmiechnęła się delikatnie. Chyba pierwszy raz miała w końcu szansę na to, aby odetchnąć spokojniej, a przede wszystkim głębiej. — Jeszcze nie zadecydowałam co z tobą zrobić. Nie wiem, co robi się z mężami, którzy jeszcze przed nocą poślubną uciekają od żon.
Uśmiech Sophii był niewinny, uroczy i tak przepełniony szczęściem, że całe miasto nie byłoby w stanie go teraz pomieścić. Kiedy tylko Carter podszedł bliżej od razu wyciągnęła w jego stronę ręce i objęła go mocno, jakby nie chciała już teraz go puszczać nawet na sekundę.
Parsknęła śmiechem, kiedy mówił o jej dziecku i jego planach, które miał dla nich. Sophia nawet nie była zaskoczona tym, że takie plany się pojawiły. Pokręciła lekko głową, prawie w niedowierzaniu.
— Wiem, podobno znalazł naprawdę świetną niedaleko nich i koniecznie musimy ją zobaczyć. — Roześmiała się. Właściwie nie miałaby nic przeciwko temu, aby ją obejrzeć, bo to mógłby być dobry pomysł, ale zanim jakieś poważne decyzje zapadną to wolałaby to omówić z Carterem. — Wiesz, to zawsze do przemyślenia jest. — Mruknęła. Nie, aby przenieść się tu na dobre, ale mieć takie miejsce, jak ona kiedyś. Takie, gdzie będą mogli spędzać wakacje, a ich córka podłapie język, zapozna się lepiej z tym miejscem, które dla Sophii było tak ważne.
— Cóż, dziadek wie do czego jest zdolna babcia, kiedy się wkurzy. I mnie wychowała, więc… Chyba woli uniknąć tego, że jego wnuczka go wypędzi z własnego domu na tydzień. — Zaśmiała się, Wtuliła się trochę mocniej w Cartera, bo choć to był ich wieczór i dzień to Sophia miała wrażenie, że spędzili ostatnią godzinę osobno, a może nawet trochę dłużej.
Sophia upewniła się, aby nikt za nimi nie poszedł. W razie czego poprosiła Maddie, aby cofała każdego kto chciałby ich ściągnąć z powrotem. Nie chodziło jej nic niegrzecznego po głowie. Po prostu pięć minut w ciszy z własnym mężem. Nic więcej.
Uniosła lekko głowę, aby spojrzeć na Cartera. Kiedy to zrobiła uśmiechnęła się ciepło, miękko i z wdzięcznością. Była nie tylko zakochana, ale w pełni przepadła dla tego mężczyzny i przyszłości, którą razem stworzą. Nie tylko w tych ładnych obietnicach, ale we wszystkim co między nimi było.
— Czasami ciągle mam wrażenie, że zaraz się obudzę i to wszystko okaże się być tylko snem. — Przyznała. Sięgnęła dłonią do jego policzka, który delikatnie pogładziła. Ledwo muskała skórę opuszkami palców. — Tak miało być. Ty i ja… I nasza córka. — Uśmiechnęła się szerzej, a po chwili oparła policzek o jego tors i zamknęła oczy. — Tego też nie wiem, ale cieszę się, że to się wydarzyło. Że wbrew wszystkiemu… Znaleźliśmy się tutaj.
soph
Sophia w żadnym scenariuszu nie przewidziała tego, że oni naprawdę będą kiedyś małżeństwem. Kiedy spotkała Cartera po raz pierwszy była przekonana, że ich relacja będzie naprawdę krótka. Parę tygodni, a potem nie spotkają się już nigdy więcej. Tak byłoby poprawnie, ale Sophia wcale nie chciała być poprawna przez całe swoje życie. Carter w krótkim czasie sprawił, że czuła się naprawdę żywa i przede wszystkim zauważona, ale to nie było tylko to co sprawiło, że się w nim zakochała. I zanim się obejrzała nie potrafiła wyobrazić sobie bez niego już nawet dnia. Wbrew wszystkiemu się działo między nimi i tych wszystkich prób podjętych, aby nie byli dłużej razem.
OdpowiedzUsuń— Czuję dokładnie to samo, jak ty. — Uśmiechnęła się lekko. Potrzebowała tej chwili między nimi. Tej ciszy, która po całym tym weselnym chaosie była jej naprawdę potrzebna na złapanie oddechu, a przede wszystkim na nacieszenie się mężem. Mężem. To brzmiało niesamowicie Brzmiało przepięknie. — To całkiem miła rzeczywistość, prawda?
Domyślała się, że kiedy podzielą się tą informacją ze światem to zrobi się głośno, ale póki co ten ślub był tylko dla nich i najbliższych. Żadnych mediów, żadnych dziennikarzy i wścibskich fanów. Nikt nie wiedział o tym ślubie. Wszystko zorganizowane było dyskretnie. W ciszy i bez uwagi. Dokładnie tak, jak powinno.
— Nie wróciłeś. Przyłapałam cię na próbie ucieczki. — Poprawiła go z uśmiechem. Tak naprawdę nie przyszło jej do głowy, że Carter mógłby myśleć o ucieczce. Gdyby w jakiejś rzeczywistości tak było to Sophia chyba nie wytrzymałaby psychicznie, ale na szczęście nie było, a oni mogli sobie tylko z tego pożartować zanim wrócą do reszty. — Mam jeszcze czas, aby pomyśleć co z tobą zrobić i jak sobie podporządkować nowego męża. Naomi coś wspominała, że trzeba was… Wychować od samego początku. — Zaśmiała się.
Pokręciła lekko głową na jego słowa i kolejne żarty.
— Och, kochanie. Naprawdę myślisz, że to ja byłabym tą, która rzuca klątwę? — Uniosła lekko brew w rozbawieniu. Westchnęła ciężko, a potem przewróciła oczami. — To byłaby klątwa babci. Najsilniejsza, najgroźniejsza… Wracałbyś z toną kwiatów i bardzo ładnymi słowami.
Przytaknęła, kiedy powiedział, aby jeszcze się nie ruszali. Ten pomysł się jej bardzo podobał. Potrzebowała ciszy równie mocno, jak i Carter. Potrwać w jego ramionach przez chwilę. Spróbować nie myśleć zbyt mocno o całym tym dniu, bo kiedy zaczynała to znów zaczęłaby płakać. Chciała tylko trochę ciszy w towarzystwie swojego męża i niczego więcej.
Słuchała Cartera w ciszy. Z rozmarzoną miną, bo potrafiła sobie to wszystko wyobrazić. Każdy zakątek miejsca, które należałoby od samego początku tylko do nich. Ich własne miejsce, które nigdy przedtem nie będzie naznaczone inną rodziną. Miejsce, w którym stworzą swój własny, mały świat.
— Z wysokim ogrodzeniem i ogrodem, aby mogła biegać z Gigi albo stawiać pierwsze kroki w ciepłej trawie. I duży taras, żebym mogła ją malować i studio dla ciebie. — Uśmiechnęła się trochę szerzej, bo naprawdę ona to wszystko już widziała. Każdy zakątek takiego miejsca, które naznaczone będzie nimi. — W Brazylii albo gdziekolwiek na świecie. Tak długo, jak to będzie dom z tobą… To g chcę. Nawet, jeśli miałby być mikroskopijny i spalibyśmy we trójkę w jednym pokoju. — Zaśmiała się, bo tego właśnie potrzebowała i pragnęła. Potrzebowała, aby byli razem przez resztę życia, a przede wszystkim właśnie tego chciała dla niej i dla niego. Dla ich córki, która zasługiwała na wszystko co najlepsze.
— Tak, panie Crawford. Chcę wybudować z tobą dom.
Wypowiedzenie tego przyszło jej z zaskakującą łatwością. Każda zgoda, każde „tak” dziś wypływało z jej ust lekko i przyjemnie, jakby od zawsze tak miało być.
— Wciąż nie powiedziałeś mi co takiego planujesz zrobić z tym mango… — Westchnęła. Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić co chodziło mu po głowie. A Carter miał przeróżne pomysły. — Ale będę potrzebowała chwili. Zanim… zamkniemy za sobą drzwi. Ale o tym później. Nie popsuję ci niespodzianki.
soph
Sophia przewróciła oczami z tą swoją frustracją, która wychodziła zawsze wtedy, kiedy Carter wchodził jej za skórę, ale w ten najlepszy z możliwych sposobów. Zawsze wiedział co powiedzieć i jak sprawić, aby poczuła zakłopotanie, choć przecież już nie powinna była go czuć, kiedy tak naprawdę widział ją już w każdej możliwej sytuacji i słyszał niejedną prośbę padającą z jej ust.
OdpowiedzUsuń— Nic sobie nie wyobrażam. — Odparła. Może z lekkim trudem, bo może i coś sobie wyobrażała. Mniej lub bardziej, ale żaden scenariusz nie dał jej odpowiedzi. — To ty mówisz w sposób, jakbyś planował te mango jeść ze mnie.
I może planował. Naprawdę nie miała pojęcia i nie wiedziała, co jeszcze ma zrobić, aby zdradził jej chociaż trochę tych swoich planów, choć wtedy nie była pewna, czy wytrzymałaby do końca własnego wesela i nie byłaby tą, która zaciągnęłaby Cartera do ich sypialni pierwsza.
— Gdybym cię nie znała, to może uwierzyłabym w twoje czyste intencje. — Mruknęła rozbawiona. No może czasami je miał, ale nie w tych kwestiach. — Ale cię znam i czasami wiem co ci po tej głowie chodzi, a teraz… Nie tylko mi chodzą różne rzeczy po głowie. Czyste intencję, mhm. Najczęściej po takich słowach kończę przed sobą, więc… Powiedzmy, że mam podstawy, aby ci nie wierzyć, kochanie.
Brunetka prawie się roześmiała na jego odpowiedź o cierpliwości. Był najbardziej niecierpliwą osobą, jaką Sophia znała. Nie zliczy, ile razy narzekał, że małej jeszcze nie ma i że wciąż musi czekać, że jedyne co robi to czeka, czeka i czeka, a jego cierpliwość powoli zaczyna się kończyć. W tej kwestii wcale mu się nie dziwiła, bo sama również nie mogła doczekać się, aż w końcu się pojawi.
— Wiesz, skarbie. Jesteśmy dopiero parę godzin po ślubie, a ty już bezczelnie kłamiesz. — Zaśmiała się. To była miła odmiana, kiedy mogli o takich rzeczach żartować, a nie je sobie wyrzucać w twarz. — Nie jesteś cierpliwy i nigdy nie byłeś.
Przymknęła oczy, najchętniej zostałaby na tyłach ogrodu na dłużej. Tylko z nim i w ciszy, która tu panowała, a jednocześnie pragnęła wrócić do reszty i cieszyć się tym dniem ze wszystkimi tak, jak należało i na pewno w końcu wrócą, ale jeszcze nie przez kolejne minuty. Tych potrzebowali dla siebie.
— Nie muszę o nim myśleć, Carter. Chcę go z tobą zbudować. Kłócić się o to, jaki kolor ścian wybierzemy. O wszystko co naprawdę nie ma znaczenia, ale w tamtej chwili będzie najistotniejsze. — Powiedziała to na głos i z takim przekonaniem, że nie mógł jej nie wierzyć. — Zaczęliśmy nowy rozdział w życiu, Carter. Wspólnie i… I chcę przeżyć go razem z tobą. W każdy możliwy sposób. Budując dom, wychowując naszą córkę albo Gigi.
Nigdy nie była niczego tak pewna, jak tego, że chce przyszłości razem z nim.
— Wybudujemy ten dom. Znajdziemy miejsce, które nam odpowiada i postawimy go od fundamentów aż po dach. I będzie piękny i taki, jakiego potrzebujemy.
Ułożyła swoją dłoń na jego, kiedy ta spoczywała na jej brzuchu. Z każdym tygodniem robił się większy, wyraźniejszy i Sophia z niecierpliwością czekała na to, aż w końcu będzie jeszcze większy, aż będzie mogła poczuć jej pierwsze ruchu, aż Carter je poczuje pod swoją dłonią.
— Babcia powiedziała, że jeśli będzie trzeba to przeniesie się do Nowego Jorku i pomoże we wszystkim. I tak, pewnie przyda nam się pomoc, ale… nie myśl o tym na razie. Mamy czas, a dzisiaj… Kocham ją, naprawdę, naprawdę kocham ją, ale dzisiaj chcę się nacieszyć moim mężem. I chcę z nim znowu zatańczyć i znowu, znowu i znowu, dopóki Maya znów nie powie, że to jej kolej na taniec z wujkiem Carterem.
Uśmiechnęła się ciepło i sięgnęła po jego wolną dłoń, którą mocniej ścisnęła.
— Już się czuję dobrze, kochanie. Najlepiej na świecie. — Zapewniła. Nie była szczęśliwsza. Nigdy nie była szczęśliwsza, jak właśnie w tym dniu. — W porządku, nie będę. Tylko nie miej do mnie później pretensji, że nie rozumiesz co nasza córka mówi.
Zaśmiała się i sięgnęła do jego karku, aby przyciągnąć go do pocałunku. Krótkiego, ale niezwykle jej potrzebnego. Zapewniającego, że wszystko będzie tak, jak powinno.
soph
Sposób w jaki się z nią bawił robił się coraz bardziej… Irytujący. I jednocześnie sprawiał, że policzki Sophii rumieniły się już nie tylko od zmęczenia i emocji, ale i tego co on z nią wyprawiał, choć przecież nie zrobił tak naprawdę nic. Teoretycznie Carter nie robił niczego, ale aż za dobrze zdawał sobie sprawę z tego, że wystarczy, aby usłyszała jedno zdanie od niego i wszystko się w niej zmieniało o sto osiemdziesiąt stopni. Chciała powiedzieć, że nie oskarża go o nic, ale nie byłaby to prawda.
OdpowiedzUsuńPrzymrużyła lekko oczy, a potem nimi przewróciła.
— Och, już nie? Szkoda, ale rozumiem. Stałeś się dzisiaj poważnym mężczyzną. Mężem. — Przytaknęła i wzruszyła lekko ramionami, jakby zgadzała się właśnie na jakieś nudne pożycie małżeńskie. Sophia próbowała się nie roześmiać sama z własnych myśli. Musiała jeszcze utrzymać odpowiednią twarz. — Nie znam się na życiu małżeńskim, ale może masz rację. Może po ślubie nie wypada już… Pewnych rzeczy robić albo myśleć. Przepraszam, poprawię się.
Wygładziła dół sukienki, która może nie była już idealnie gładka, ale wciąż wyglądała świetnie. Bawiła ją ta rozmowa, która niby miała brzmieć poważnie, ale podszyta była atmosferą, która wcale nie należała do tych najgrzeczniejszych.
— W krajach europejskich od średniowiecza do czasów wiktoriańskich było wymagane, aby małżonkowie sypiali osobno. Zbliżenia były… Cóż, to bardziej była ceremonia, aby zajść w ciążę, ale skoro to mamy za sobą, to może należałoby rozważyć osobne sypialnie. — Nawet bez mówienia tego potrafiła wyobrazić sobie reakcję Cartera i jego oburzenie. Gdyby kiedyś jakimś cudem jej naprawdę taki pomysł przyszedł do głowy to Sophia była pewna, że przeniósłby ją razem z tym całym łóżkiem z powrotem do ich sypialni. — Nie chciałabym gorszyć swojego męża, któremu już najwyraźniej nie wypada się prowadzić w nieodpowiedni sposób.
Wcale na historycznych ciekawostkach poprzestać nie zamierzała, ale ją rozproszył. Znowu. Pokręciła lekko głową, a uśmiech sam wsunął się jej na twarz, kiedy pocałował ją w nos.
— Ja się nie czerwienię. — Zaprotestowała. — To po prostu bardzo ciepły wieczór i emocjonujący dzień.
To mogłaby być dobra wymówka, gdyby jej nie znał, ale ją znał. I doskonale wiedział, że odpowiedzialne za to było każde słowo, które do niej wypowiedział. Każde jedno, a Sophia nie mogła z tym już w żaden sposób walczyć.
Pokręciła lekko głową, jakby nie zgadzała się z jego słowami do końca.
— Moje myśli są poprawne. — Mruknęła na swoją obronę, ale nic co by powiedziała nie mogłoby jej wyciągnąć z dołka, który pod sobą wykopała. Zamknęła oczy i wypuściła powietrze przez nos, bo owszem, naprawdę wyobrażała sobie, jak ją z niej zdejmuje i robi wiele innych rzeczy i z pewnością nie powinna była o tym teraz myśleć. Choć, może? — I to ja jestem niepoprawna, tak? — Pokręciła lekko głową. — Cóż tak, to w końcu małżeński obowiązek, prawda? Skonsumować małżeństwo…
Konsumowali je jeszcze na długo przed jego rozpoczęciem, ale to się chyba nie zaliczało. I jeśli Carter dalej będzie tak mówił i dalej będą tu stali rozmawiając o… Tym, to było bardzo prawdopodobne, że zaciągnie go pierwsza.
Była żoną i wciąż nie mogła w to uwierzyć. Naprawdę była żoną. Długo to do niej jeszcze nie dotrze w pełni.
Sophia również odrobię spoważniała, kiedy wrócili do tematu domu. Tego miejsca, które miało należeć do nich. Nie musieli mieć gotowych planów, aby wiedzieć, że to miejsce będzie piękne i dokładnie takie, na jakie zasługiwali.
— Ale chyba najpierw powinniśmy urządzić pokój małej, nie sądzisz? — Uśmiechnęła się. Wszystkie ich plany na dom mogły chwilę zaczekać. Były cudowne, oczywiście, ale nie wydarzą się w ciągu dnia. Zwłaszcza, że żadne z nich nie chciało gotowca po kimś. — Zrobiłam listę rzeczy, których potrzebujemy i… Jestem prawie pewna, że twoja córka przyczyni się do twojego bankructwa.
Ilość rzeczy, których potrzebowali była ogromna. Choć Sophia jeszcze nie była pewna, czy na pewno potrzebują wszystkich czy tylko Internet jej wmawia, że naprawdę tego wszystkiego potrzebuje.
Sophia uśmiechnęła się miękko i na moment zamknęła oczy. Chciała tę chwilę wchłonąć, zapamiętać każdy mały szczegół tego, jak między nimi właśnie było. Każdy żart, uśmiech czy muśnięcie, które wcale nie było takie przypadkowe.
Usuń— Przekupić? Mojego męża? Nigdy nie pokusiłabym się o coś takiego.
Pozwoliła sobie jeszcze na to, aby jeszcze przez moment być tylko tu, bo wiedziała, ze kiedy wrócą to niedługo znów będą próbowali ich rozdzielić. Tym razem, bo każdy chciał cząsteczkę Sophii i Cartera tylko dla siebie.
— Mhm, zobaczymy, które z nas lepiej się prowadzi. — Westchnęła w odpowiedzi. — Bo ja, panie Crawford, prowadzę się bardzo doskonale i nie zamierzam znikać z własnego wesela. Nie, kiedy wciąż zostało tak wiele tortu.
soph
Chwilami miała ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy mówiła pewne rzeczy lub słyszała je z ust Cartera. Może i zrobiła z nim wiele, wiele rzeczy, ale to jeszcze nie zmieniało faktu, że Sophia wciąż była tą samą nieśmiałą dziewczyną, którą była od zawsze. Może już nie w tak dużym stopniu, jak dawniej, ale nie potrafiła i nie chciała się tej części siebie wyzbyć na dobre.
OdpowiedzUsuńSophia przymknęła oczy, kiedy Carter się nad nią nachylił. Jego głos był aksamitny, a jednocześnie ostry i zaczepny. Dokładnie wiedział za jakie sznurki pociągnąć, aby nogi pod nią same się uginały bądź jej palce zacisnęły się mocniej na jasnej koszuli mężczyzny. Rozchyliła lekko usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale żaden dźwięk spomiędzy nich nie uciekł. Nawet najmniejsze westchnięcie, jakby nawet jej własne ciało nie chciało jej teraz zdradzić i przyznać mu racji. Pokręciła lekko głową, kiedy to jej mówił, ale nie w zaprzeczeniu, bo miał cholerą rację i teraz jej to wszystko „wypominał”, a ona nie miała, jak się przed tym obronić.
— Tak, prowadzę się doskonale. — Przytaknęła, choć po tym co do niej powiedział to przyznanie się brzmiało wręcz śmiesznie. Wkładał jej do głowy obrazy, których Sophia teraz nie mogła mieć. Nie, skoro mieli wrócić do reszty. Jak miała się tam uśmiechać i udawać, że paroma słowami Carter jej nie rozpalił do granic możliwości? Jeszcze, gdyby jej dotknął, ale nic z tego. Ręce trzymał grzecznie przy sobie.
I wtedy ciche, krótkie urwane westchnięcie wyrwało się jej z piersi, kiedy jego usta ledwo musnęły nagrzaną słońcem skórę Sophii. Była w niebie. Dosłownie i w przenośni. W piekle też, bo ją dręczył tym wszystkim, a do wypełnienia obietnicy było jeszcze daleko.
— Wtedy również. Nie pokazuje to, że wypełniam wszystkie polecenia? Nawet jeszcze zanim padną z twoich ust? — Uniosła lekko brew i spojrzała mu w oczy. Takie błyszczące, wesołe. Pełne prowokacji. Znała to spojrzenie aż za dobrze, a dziś jednak miała wrażenie, że świecą one mu się bardziej niż zwykle. — Właściwie, to wszystko wyobrażałam sobie wcześniej. Teraz myślałam o tym, co byś zrobił, gdybym się naprawdę przeniosła do innego pokoju.
Wyobrażała sobie to w przeciągu tych kilku minut aż nazbyt często. I wcale nie zamierzała za to przepraszać. W końcu była świeżo upieczoną żoną, prawda? Nie musiała mieć w tym doświadczenia, aby wiedzieć, że okres nowożeńców potrafi być intensywny. Choć w ich przypadku ten okres trwa o samego początku i wcale jej z tym źle nie było.
— Idziemy. — Powiedziała stanowczo. Bardziej do siebie, bo coś podejrzewała, że jeśli ktoś będzie miał problem z tym, aby się kontrolować to będzie to właśnie Sophia. — Zanim spełnimy ten obowiązek małżeński przy palmie z papugami na głowami. Jakieś resztki przyzwoitości w sobie jeszcze mam. — Westchnęła i wyprostowała plecy, ale to wcale nie pomogło jej w zachowaniu spokoju. Wręcz przeciwnie.
Carter dobrze wiedział, jak ją rozproszyć i tym krótkim, ulotnym wręcz pocałunkiem właśnie to zrobił. Uśmiechnęła się jednak lekko w odpowiedzi, a potem nieco mocniej ścisnęła jego dłoń.
— Strasznie cię kocham, wiesz o tym? — Wiedział. Oboje wiedzieli. Jej uśmiech zrobił się miękki, a spojrzenie choć wciąż rozgrzane to było trochę spokojniejsze. — I nie wiem, czy wiesz… ale wzięliśmy dziś ślub. — Rzuciła zaczepnie. Przesunęła kciukiem po jego obrączce. Naprawdę to zrobili. — I przestań mówić o tym mango. Narobiłeś mi na nie strasznej ochoty. — Westchnęła. Przesądzone. Nie interesował jej już tort. Interesowało ją mango.
Pokręciła lekko głową.
— Już ci mówiłam, ściany będą zielone. Żadnych brzoskwiń. — Skrzywiła się lekko, jakby coś jej właśnie nie pasowało. — Niemożliwy jesteś. Żadnych brzoskwiń, ale naprawdę chcę te mango. Owoc. — Dodała dla sprostowania. Sophia westchnęła i opuściła głowę zerkając na rysujący się pod białym materiałem brzuch. — Co? Co mówiłeś? Mhm, tata narobił ochoty na mango… Yup, zadecydowane. Idziemy po mango dla potworka, a potem… Weźmiemy jedno dla ciebie.
Soph
Inaczej nie potrafiła się zachowywać. Niektórzy mogliby pomyśleć, że dla Sophii to była gra, ale ona taka po prostu była i nie było szansy, aby zachowywała się inaczej. Lubiła to w sobie. Te momenty, kiedy potrafiła być wręcz bezwstydna i dawać sobie, a także Carterowi to o co poprosił, a jednocześnie czuć, jak pieką ją od tego wszystkiego policzki. Kiedyś myślała, że mu to przeszkadza. Porównywała się do dziewczyn z klubu. Tych, z którymi wcześniej spędzał czas. Zajęło jej go dość sporo, aby zrozumiała, że Carter nie szukał w niej kolejnej laski z klubu i że wcale nie chciał, aby Sophia była jedną z wielu dziewczyn, które już za sobą miał. Chciał ją w takiej wersji w jakiej była i niczego więcej od niej nie potrzebował.
OdpowiedzUsuń— Nie wiem o czym ty mówisz. Jakie wizje? Ja miałam jakieś wizje? — Westchnęła udając, że tematu wcale nie było. Sophia miała ich bardzo wiele, a już zwłaszcza po tej rozmowie, którą przeprowadzili. — Nie, nie wyniosłam się i nie planuję, ale gdyby tak się miało wydarzyć to jestem na sto procent pewna, że przeniósłbyś łóżko razem ze mną z powrotem do sypialni.
Nawet, gdyby się ono nie mieściło w drzwiach, a umówmy się – nie zmieściłoby się. Żeby przeszło przez drzwi musiałby zdjąć materac, rozkręcić wszystko i przenieść jedno po drugim, a i w to Sophia nie wątpiła, że Carter by zrobił. Albo rozkręciłby każde łóżko, poza ich, w mieszkaniu, żeby nie miała innego wyboru. Zwłaszcza, że nie lubiła spać na sofie. Była wygodna, ale nadawała się na szybkie drzemki w ciągu dnia.
— W takim razie wszystko mamy ustalone.
Prawie się zaśmiała, bo to faktycznie brzmiało jakby wpisywali sobie do kalendarza, o której godzinie i kiedy znajdą się razem w sypialni. Jeszcze tego brakowało, aby wpisywali w grafik, kiedy mają dla siebie czas. Ale dziś to faktycznie było w grafiku. Tylko tym nieoficjalnym, którego nikt nie kontrolował i który należał tylko w pełni do nich.
— Od samego początku wpakowaliśmy się w to na dobre. — Odparła. Nie było z tej relacji ucieczki. I nie chcieli z niej uciekać. Może, gdyby tamten schowek się nie wydarzył to wszystko potoczyłoby się inaczej, ale teraz to już było bez większego znaczenia. Byli tutaj i byli po ślubie. — Na owoce tropikalne, na ciebie… Na wiele innych rzeczy. Och, ten tort… jest świetny, prawda?
Temat zmieniała właściwie co trzydzieści sekund. Raz mówiła o nich, potem o mango, a teraz z kolei o torcie, którego nie umiała wybić sobie z głowy.
Sophia westchnęła opuszczając ramiona.
— Jak ty sobie wyobrażasz, że ja teraz tam wrócę? — Zapytała i spojrzała mu w oczy. — Jesteś nieprzyzwoity i wiesz co? Olałabym to wszystko teraz, zabrała cię do sypialni, ale będę dorosła i poczekam, a teraz wybacz, ale mamy wesele, na którym się jeszcze przynajmniej raz musimy pokazać, zanim twoje nieprzyzwoite myśli mnie pochłonął na amen.
Pokręciła głową z niedowierzaniem, a już myślała, że idą w dobrym kierunku, a Carter zakręcił tak, że zamiast wracać do ogrodu chciała z niego zniknąć.
— Chyba jest jeszcze trochę za wcześnie, aby nas słyszała. — Powiedziała. Tak się jej wydawało, ale mogła się równie dobrze mylić. — Ale masz rację. Będziemy mieli stos niewygodnych pytań, a jeśli odziedziczy po mnie manię pytania… To nam współczuję.
Uśmiechała się wciąż. Wesoła i rozbrojona przez niego totalnie. Wszystko dziś było tak idealne, że Sophia miała ochotę piszczeć z radości.
— Jak mogłabym zapomnieć? — Nie potrafiłaby. Nawet, gdyby próbowała to wciąż by myślała tylko i wyłącznie o nim. — Wracajmy, bo naprawdę kogoś wyślą na poszukiwania, a jak tak dalej pójdzie to mogą nie zastać nas rozmawiających. Mango, tort i taniec. W tej kolejności, a potem… Potem pomyślimy co będzie dalej.
soph
Widziała, jak wiele satysfakcji dawało mu to, że Sophia nie była w stanie pozbierać własnych myśli, kiedy był tak blisko. Przenikał przez wszystkie jej warstwy, nerwy i przez wszystkie mury, które Sophia próbowała na siebie nakładać, choć już wcale nie musiała. Carter widział ją w każdej wersji. Od tej najbardziej połamanej po najszczęśliwszą, przepełnioną pożądaniem, o które by się nie podejrzewała wcześniej. Nie miała przed nim żadnych sekretów, nie było już żadnego uciekania. Tylko ona – w pełni taka jaką znał od samego początku.
OdpowiedzUsuńNiechętnie, ale opuścili w końcu swoje miejsce. Mimo tych ogromnych chęci, aby wrócić z powrotem lub zniknąć na dobre, powrót do rodziny i przyjaciół dobrze im zrobił. Bo chociaż to był ich dzień to dobrze było go dzielić z innymi. Nawet, jeśli mieli powtarzać te same tematy w kółko. I tak, jak zostało jej to obiecane najpierw zajęli się poszukaniem mango, które znaleźli pokrojone w idealne małe kawałeczki, a zanim jego smak zniknął z jej języka na dobre na talerzyku miała już kolejną porcję tortu. Dzieciaki Rio i Naomi wciąż wesoło biegały bawiąc się z Gigi, która, jak się okazywało, ale naprawdę nieźle dogadywała się z dzieciakami. Biegała za piłką, którą im rzucali. Szczekała na każdego ptaka, który siadał zbyt nisko. Kręciła się między nogami, domagała nie tylko swoich smaczków, ale przede wszystkim tortu i wszystkich zakazanych słodkości, które były dla niej największą pokusą. To był dobry dzień, świetny wieczór, ale przyszłość, która na nich czekała miała być jeszcze lepsza. Sophia powoli też zaczynała spoglądać coraz chętniej w stronę okna ich sypialni, gdzie mogłaby odpocząć, wyciszyć się i uspokoić po całym tym dniu.
Noc zastała ich powoli, a wraz z tym, jak mijało więcej czasu wokół wszystko zaczynało cichnąć. W naturalny, niewymuszony sposób. Siedzieli na huśtawce z Gigi, która przysypiała na trawie obok. Sophia opierała głowę o ramię Cartera. Rio był w trakcie opowiadania historii sprzed kilku lat i robił to z wielkim zapałem, choć i przez jego głos przebijało się zmęczenie tym dniem. Na ramionach Sophia miała marynarkę Cartera, obejmował ją delikatnie ramieniem.
Spoglądała na znajome, ale zmęczone twarze. Dniem, upałem, emocjami.
Dziewczyny siedziały razem. W ciszy słuchając Rio. Dzieci przysypiały już na swoich rodzicach, a dalej w tle jej tata rozmawiał z dziadkami. Wszystko było… Takie jakie być powinno. Idealne. Dokładnie takie, jakie sobie wyobrażała, że będzie. W zasadzie to było lepsze niż Sophia sobie wyobrażała.
Nie słyszała tego, jak Oscar się do nich zbliżył.
— Dzień chyba dobiegł już końca.
Głos miał dziwnie miękki, choć okryty chrypką. Zapewne od tego czym częstował dziadek rozlewając do kieliszków napój o nieznanym pochodzeniu. Sophia przeniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się miękko, lekko kiwając głową.
— Zostawimy was. Zasłużyliście na chwilę dla siebie.
Domyślała się, że wciąż było mu ciężko z tym wszystkim, ale dziś się starał. Nie tylko starał, ale był lepszą wersją samego siebie. Był dokładnie taki, jaki być powinien w tym dniu. Odłożył na bok wszystkie swoje wątpliwości i zmartwienia i został tatą, za którym Sophia tak po prostu tęskniła. Podszedł do nich i nachylił się nad Sophią, aby pocałować ją w czoło.
— Dziękuję, tato. — Odezwała się trochę ciszej i uśmiechnęła.
Oscar skinął głową na Cartera. Sophia była pewna, że w ten sposób wymienili ze sobą więcej słów niż gdyby faktycznie ich używali.
— Wszyscy bezpiecznie dotrą na miejsce. — Zapewnił. — Nacieszcie się sobą.
soph
Dla Sophii ten dzień był nie tylko początkiem nowego życia z Carterem, ale również nowych szans. Jej tata mógł jeszcze wszystkiego nie rozumieć, wciąż mieć swoje wątpliwości, ale sam fakt, że tutaj był, z zrobił dla niej więcej niż na początku myślała oznaczało mniej więcej tyle, że w przyszłości może być naprawdę lepiej. Nie musiał akceptować Cartera w pełni, al. zaczął go tolerować. Dla Sophii i dla jej córki, bo wiedział i rozumiał, że jeśli będzie próbował się zdystansować to straci ją na znacznie dłużej niż parę miesięcy. Nie było żadnych nieporozumień. Nie dziś. Ani między nim i Carterem, ani między Oscarem i dziadkami. Dziś wszyscy byli zgodni. Nawet, jeśli udawali to było to bez znaczenia. Sophia to brała za dobry znak. Za znak, że przyszłość wcale nie jest przekreślona.
OdpowiedzUsuńOdprowadziła wzrokiem resztę. Pożegnali się szybko, ale bez pospiechu. Mieli się zobaczyć w końcu na obiedzie za kilkanaście godzin. Teraz najpewniej każdy i tak myślał już tylko o tym, aby znaleźć się w swoim łóżku i odpocząć. Po kilku minutach w ogrodzie panowała już cisza. Przecinana tylko cichą muzyką, której nikt nie wyłączył i odgłosami żyjących w liściach owadów, ptaków i reszty innych żyjątek, które ich otaczały, a z których obecności nie zdawali sobie nawet sprawy.
Sophia uśmiechnęła się lekko, kiedy Carter się odezwał.
— Wiem, że był. Rozmawialiśmy chwilę zanim przyszłam. — Powiedziała. Odetchnęła nieco głębiej. Ten dzień był pełen emocji i zmian, których się Sophia po nikim nie spodziewała. — Dał mi wisiorek mamy. — Sięgnęła dłonią do szyi, na której wciąż był zawieszony. Delikatny, mający pewnie więcej lat niż Sophia, ale wciąż wyglądał niesamowicie dobrze. — Nie musi mi tego mówić. Czułam to dzisiaj i widziałam w spojrzeniu. Tyle mi wystarczy.
Postarał się. I Sophia wiedziała, że robił to dla niej i dla tej małej dziewczynki, której jeszcze nie było na świecie. Zależało mu. W końcu, kiedy był bez Gwen, kiedy nie szeptała mu jadowitych słów do ucha mógł pokazać co tak naprawdę myśli i to zrobił. Bez uczepionej na jego ramieniu kobiety, która rozpalała w nim to co najgorsze.
Przeciągnęła się lekko. Próbując rozluźnić mięśnie i trochę się rozbudzić, bo najpewniej, gdyby siedzieli tu wszyscy razem dalej, Rio wciąż opowiadał swoje historie to Sophia by zasnęła. I zrobiłaby to momentalnie.
— Mangowy deser? — Zapytała z uśmiechem. — Wiesz, zgodnie z tradycją powinno się pannę młodą przenieść przez próg… — Mruknęła. Sophia bardzo dbała o to, aby przepleść odrobinę tradycji z nowoczesnością na ich ślubie, ale teraz po prostu nie chciała sama iść i chciała wykorzystać każdy moment z Carterem na odrobinę więcej bliskości, choć tej im przecież nie brakowało.
Przez moment nic nie mówiła, kiedy powiedział to o spokoju. Rozumiała co miał a myśli. Widziała jego życie przed nią. I szczerze liczyła, że będzie w stanie dać mu to na co zasługiwał i czego pragnął, a o co wcześniej nie odważył się poprosić, bo nie myślał, że to może być dla niego dostępne.
— To dopiero początek, kochanie. — Powiedziała i musnęła delikatnie jego policzek. Wierzyła, że ten spokój z dziś był dopiero początkiem tego prawdziwego, który mieli jeszcze przed sobą. — To wszystko ci się należy, Carter. I nie, bo czymś sobie zasłużyłeś.
Spokój i ciepło nie powinno być czymś na co się pracuje. Tylko podstawą, którą się ma, a Carter tego nie miał i rozumiała, że gdy w końcu ktoś mu to dawał mogło być ciężko uwierzyć, że to wszystko jest dla niego i nikt nie oczekuje niczego w zamian.
soph
Nie oczekiwała zmian od razu. Potrzebny był czas, a tak się składało, że tego mieli dostatecznie wiele. Było o wiele lepiej niż na początku. Gdyby Oscar nie chciał czegoś zmienić to nie przyleciałby tutaj. Tymczasem był i się zaangażował. Nie chodziło tylko o to, że dał jej wisiorek od mamy, ale naprawdę się zaangażował w cały ten dzień. Od przyprowadzenia jej do Cartera, tej chwili, którą mieli tylko dla siebie, gdy skończyła się szykować i później, kiedy oderwał ją od Cartera domagając się tańca tylko z Sophią. Nie musieli wymieniać ze sobą wielu zdań, aby coś między nimi się poruszyło. Oscar od dawna nie okazywał emocji tak, jak robił to, kiedy Sophia była mniejsza. Odciął się od samego siebie. Od tego człowieka, którym był zanim i jego złamało życie, a teraz powoli do niego wracał. Sophia nie była pewna, czy to wytrwa, ale coś się zmieniło i to się dla niej liczyło najbardziej.
OdpowiedzUsuń— Poślubiła go w nim. — Powiedziała cicho. Nie z żalem w głosie, a raczej tęsknotą. Taką, której nigdy nie będzie potrafiła się pozbyć. — Nosiła go prawie ciągle. Obiecała mi, że jak przyjdzie moja kolej to go dostanę. Nie chciałam o niego prosić, bo wydawało się… Nie na miejscu. Domagać się go.
Przez większość czasu Sophia nie wiedziała nawet, gdzie ten wisiorek był. Tata musiał go odpowiednio schować. Cała biżuteria Eliany trafiła do Sophii. Poza tym jednym wisiorkiem, który od wielu lat schowany był najwyraźniej w bezpiecznym miejscu. Takim, do którego dostępu nie miał nikt. I bardzo dobrze, bo Sophia była pewna, że gdyby jego obecna żona go znalazła to postarałaby się, aby nikt go nie był w stanie znaleźć.
Carter nie będzie miał okazji poznać jej mamy, ale ten czas, który spędzili w rodzinnym mieście brunetki mógł nadać mu kształt kobiety/. Cecilia czy Antonio wiele o niej mówili. Sophia pokazywała mu albumy i sama dużo mówiła. Chciała, aby mógł ją poznać. Nawet, jeśli tylko przez jej opowieści. Sophia z opóźnieniem zdawała sobie sprawę, że poniekąd robi to, co robiła jej mama w tym samym wieku. Wyszła za mąż, spodziewała się dziecka i to wszystko z mężczyzną, który nie byłby pierwszym wyborem rodziców.
— Dźwiganie? Podobno nic nie ważę. — Mruknęła pod nosem. Objęła go za szyję, kiedy pewnie ją chwycił i podniósł. To naprawdę wyglądało, jak scenka z filmu, w którym przypadły im główne role. Sophia często sobie taką scenkę wyobrażała, ale nie sądziła, że tak szybko stanie się ona rzeczywistością. I niczego nie żałowała. Żadnego „to za szybko”. Nie, to był idealny czas. Dokładnie taki, jaki być powinien. To był ich czas.
Uśmiechnęła się delikatnie na to wyznanie.
Zupełnie, jakby czekała na to, aż Carter w końcu zrozumie, że nie musi się z niczym spieszyć, bo wszystko co ma nie zniknie w przeciągu następnych kilku minut.
— Nic się nie rozpada, Carter. Poskładaliśmy się dziś w całość. — Szepnęła, a jej dłonie ujęły jego twarz w dłonie. Nie odsuwała go od siebie. Trzymała delikatnie jego policzki, jak zapewnienie, że dziś wszystko się poukładało tak, jak powinno. — Nie ucieknę ci. Twoja córka ci nie ucieknie. Nic się nie rozpada.
Powiedziała to z miękką pewnością, której nie można było nie zaufać. Tak, spotkają ich różne wyzwania, ale mieli siebie. I mieli siebie już na resztę życia. Poradzą sobie ze wszystkim.
— Mój mąż. — Powtórzyła po nim, ale wciąż nie wierzyła, że to naprawdę się wydarzyło. Byli małżeństwem. Naprawdę nim byli.
Przymknęła oczy, kiedy oparł swoje czoło o jej i westchnęła bezgłośnie. Ze zmęczenia i szczęścia jednocześnie, bo to był piękny i satysfakcjonujący dzień, ale cholernie męczący. Zaśmiała się cicho pod nosem.
— Możesz mnie rozebrać. — Zgodziła się. — I możemy się położyć i będziesz słuchać, jak oddycham. Wszystko inne zaczeka. Bo ja również chcę posłuchać, jak mój mąż oddycha.
Nigdzie nie było zapisane, że tej pierwszej nocy mają z siebie zdejmować ubrania z konkretnym zamiarem. Mogli je zdjąć i pozwolić sobie na chwilę oddechu, na złapanie równowagi, a przede wszystkim na ciepłą, spokojną bliskość.
soph
Kiedy niósł ją do sypialni obejmowała go delikatnie z tą pełną świadomością z tyłu głowy, że jej nie wypuści. W każdym geście, którym ją obdarzał Sophia czuła te ciche „kocham cię, trzymam i nie puszczę”. Carter wcale nie musiał mówić ich na głos, aby ona to wszystko wiedziała i czuła. Nie tylko na skórze, ale przede wszystkim w środku.
OdpowiedzUsuń— Tak, poskładaliśmy się. Ty mnie, a ja ciebie. Razem. — Powiedziała cicho. Carter zdawał sobie sprawę z tego, jak wiele dziur w niej załatał. Czasami nie robił nic wyjątkowego, ale jej wystarczył sam fakt, że po prostu jest obok, pozawala trzymać się za rękę, że czasem pocałuje ją w skroń i spojrzy na nią z tą miękkością w oczach i uśmiechem, który zarezerwowany był tylko i wyłącznie dla niej.
Nie powstrzymała uśmiechu, kiedy Carter się lekko zaśmiał. Dla niej same te wszystkie czynności, które robili wcześniej dziś miały większe znaczenie. Każdy pocałunek, każdy moment, który sobie skradli był czymś więcej niż tylko kolejną pieszczotą. Byli dziś mężem i żoną, to musiało mieć inne znaczenie. Westchnęła krótko, kiedy odwrócił ją do siebie plecami. Wtuliła się w jego tors, a wzrok utkwiony miała w ich odbiciu w szybie. Nad miastem rozciągało się ciemne niebo pokryte setką tysięcy gwiazd. Przez uchylone okno słychać było nocne życie zwierzątek, a w tym wszystkim byli oni. Świeżo po ślubie, wpatrzeni w siebie tak, jakby nic i nikt innego już nie istniało.
— Tylko mój. — Szepnęła. Przymknęła oczy czując jego ciepły oddech na swojej skórze i dłonie, które niemal nie zsuwały się z jej ciała. Rozkoszowała się znajomym dotykiem na skórze, tym jak dotykał jej ostrożnie, ale nic w tych ruchach nie sugerowało, że boi się jej dotknąć, czy jest tak powolny, bo ona zaraz się rozleci. To była celebracja. Powolna, rozkoszna. Delektowanie się chwilą. Małżeństwem. Delikatnie przygryzła usta, kiedy jego palce sprawie zajęły się wstążką, a materiał sukienki ześliznął się po jej ciele bez większego problemu. Sophia westchnęła bezgłośnie w odpowiedzi na złożony na jej skórze pocałunek. Delikatnie zadrżała, kiedy kolejne warstwy materiału znikały z jej ciała. Towarzyszył tylko cichy dźwięk, kiedy biustonosz opadł na panele.
— Rozbieranie mnie nigdy nie kończy się „tylko poleżymy”. — Powiedziała cicho głosem podszytym śmiechem. Próbowali się oszukiwać, że to zadziała, ale nigdy nie działało. Dziś nie miało prawa zadziałać. Sophia nie była napędzana pożądaniem. Nie w ten typowy sposób, a miłością, którą chciała się podzielić z Carterem. Którą chciała mu okazać w ten sposób. Dopuszczając do siebie tak blisko, jak ludzie tylko mogli być.
Wstrzymała na moment oddech, kiedy Carter z pocałunkami schodził znacznie niżej. Każdy jeden wysyłał przyjemne dreszcze wzdłuż jej kręgosłupa. Zamruczała cicho, lekko ściągając ze sobą łopatki. Jego pocałunki niosły za sobą obietnicę czegoś więcej, nie tylko przyjemności, ale bliskości, oddania, ciepła. Wszystkiego czego od zawsze tak bardzo pragnęła i czym nie potrafiła się nasycić. Z jej piersi wyrwał się cichy śmiech, gdy zaczepił zębami o miękką skórę. Sophia mruknęła cicho i pokręciła lekko głową, zwróciła się w jego stronę z rozbawieniem w oczach.
— Och, będziemy głośno? — Zapytała. Sprawnie odwróciła się w jego stronę. Mogłaby przez wieki patrzeć na ten widok. Nie na Cartera klęczącego, choć to był widok, który uwielbiała, ale jego przy brzuchu. Z dłońmi na nim. Z ustami, które tam zostawiały pocałunki, które nie tyle co były dla niej, ale dla ich córki.
Objęła dłońmi delikatnie jego twarz, unosząc ją delikatnie do góry. Opuszkami gładziła delikatnie skórę pod oczami. Była zakochana. Absurdalnie i bezwarunkowo.
— Wrócimy do bycia mamą i tatą jutro. Dzisiaj jesteśmy żoną i mężem. — Zadecydowała. To był ich dzień, a choć naprawdę kochała ich córkę, to teraz chciała się zająć tylko i wyłącznie swoim mężem. Sophia pochyliła się nad Carterem, aby złożyć na jego ustach długi pocałunek, którego wcale nie miała ochoty przerywać. — Jeszcze nie skończyłeś mnie rozbierać.
soph
Sophia spoglądała na Cartera z tym rodzajem miłości, którego nie da się podrobić w żaden sposób. To było najczystsze uczucie, jakie kiedykolwiek czuła w swoim życiu. Ten dzień wiele jej uświadomił, bo choć to była szybka decyzja i z perspektywy kogoś z boku mogła wydawać się pochopna czy tylko zrobiona przez ciążę, dla Sophii to był najwyższy wyraz miłości, który mogli sobie podarować. Ta obietnica, że chcą spędzić ze sobą resztę życia. Przejść przez wszystkie problemy wspólnie i nie oglądać się na ludzi, którzy mogliby mieć coś do powiedzenia w tym temacie.
OdpowiedzUsuń— Jest całe twoje do celebrowania do woli. — Zapewniła go miękkim szeptem. Uśmiechała się wciąż ciepło, nic innego dziś nie robiła. Aż powoli zaczynały boleć ją od tego ciągłego uśmiechania się policzki, ale to właśnie było w tym piękne, że miała wiele powodów, aby dziś uśmiechać się przez cały ten czas.
Sophia ułożyła dłonie na jego torsie, a palcami niemal od razu sięgnęła do guzików koszuli. Rozpinała je powoli i bez pospiechu, samej również chcąc nacieszyć się tą chwilą.
— Mąż. — Odpowiedziała równie blisko jego ust. W przeciągu tej chwili udało się jej rozpiąć wszystkie guziki, a materiał białej koszuli zsunąć z jego ramion. Przesunęła dłońmi po umięśnionych ramionach, tak bardzo znajomych, a dziś czuła, jakby zapoznawała się z jego ciałem po raz pierwszy. I może poniekąd tak właśnie było. — Na całą wieczność i wszystko co przyjdzie po tym. — Dodała. Nie wiedziała, co będzie później, ale wiedziała wystarczająco, że nawet w życiu pośmiertnym chce być właśnie z nim.
Zaśmiała się wesoło, kiedy ją podniósł i sprawnie objęła go nogami w pasie.
— Lubię być z tobą głośna. — Zachichotała cichutko. Nie zawsze była, ale dziś im się to wręcz należało. Tak głośno, jak tylko będą chcieli i z pełną świadomością, że jedynymi świadkami tego będą oni.
Włosy Sophii rozsypały się wokół jej twarzy, kiedy leżała już na łóżku. Z dłońmi przy głowie i spojrzeniem w oczach Cartera. Zagubiła się w nich kompletnie, ale to był ten rodzaj zguby, który Sophia gotowa była czuć przez resztę swojego życia. Obejmowała jego twarz dłońmi, kiedy ją całował. Każdy pocałunek był jak osobna celebracja tej chwili między nimi. Tego, jak bardzo siebie nawzajem pragnęli. Cichy pomruk został na jej ustach, kiedy Carter przeniósł pocałunki na jej szyję. Dłonie brunetki sięgały w tym czasie do jego pleców, jakby musiała go czuć każdą częścią ciała. Nie było w niej już tego zawstydzenia, które pojawiało się między nimi na samym początku. Dziś była jego żoną i to było najważniejsze co się liczyło. Jej palce same sięgnęły do jego włosów, gdy twarzą znalazł się między jej udami. Nie powstrzymywała westchnięć ani jęków, jego imię spadało z jej ust wtedy, kiedy miało na to ochotę. Dłonie raz były na jego ramionach, innym razem zaciskała palce na pościeli, a własne plecy delikatnie wyginała w łuk z przyjemności, którą niosły jej usta i język Cartera. Znał ją już i jej ciało, znał jej potrzeby zanim ona zdążyła o nich pomyśleć. Był przy niej jeszcze na długo przed tym, jak prośba opuściła jej usta. Wraz z każdą kolejną chwilą oddychała coraz szybciej, z trudem łapała kolejne wdechy. Oddech miała niespokojny, ciężki. Policzki gorące, a spojrzenie kompletnie zatracone. Przymykała oczy z rozkoszy, wypychając biodra w stronę mężczyzny, a czasem jakby próbowała przed nim uciec, choć jej na to nie pozwalał. Trzymał ją mocno i pewnie, nie dając nawet najmniejszej szansy na ucieczkę, choć tego przecież wcale nie chciała.
Kolejny, tym razem głębszy i podłużny jęk, uciekł spomiędzy jej rozchylonych warg, gdy się od niej odsunął. Spojrzenie miała nieco zamglone, jakby znajdowało się poza jej ciałem. Objęła go niemal natychmiast nogami w pasie, gdy tylko zawisł nad nią z tą potrzebą, aby czuć go jeszcze bliżej.
— Jesteś wszystkim czego potrzebuję, Carter. — Szepnęła w odpowiedzi. Odrobinę drżącym głosem, a jednocześnie najszczerszym jaki w sobie miała. — Wszystkim czego zawsze pragnęłam.
I to była prawda, a Carter dawno temu stał się dla niej najważniejszą osobą na świecie. Dzień po dniu odkrywała to, jak bardzo go w swoim życiu potrzebowała i pragnęła. Mógł nieść za sobą chaos, niepokój i niepewną przyszłość, ale to wszystko znikało w chwili, kiedy na nią spoglądał. Bo gdy na niego patrzyła, na to, jak trzymał ją w całości, jak bardzo o nią dbał, jak dbał o ich córkę, to wszystko przestawało mieć znaczenie. Niejasna przeszłość, nieznajomi kręcący się przed budynkiem czy w klubie, to stawało się bez znaczenia.
UsuńDosięgnęła do jego ust bez najmniejszego problemu. Obejmując policzki dłońmi. Całowała go z taką uwagą, jakiej nie dawała mu nigdy przedtem. Bo tej nocy coś się zmieniło. Nie tylko ich stan cywilny. Zmienili się oni, choć Sophia jeszcze nie była pewna, jak i w którym momencie.
Tym razem nie chodziło o pospiech. Nie o siłę. Nie o wydobycie z niej jeszcze głośniejszych jęków. Tylko o bliskość, o uczucie i wszystko co chcieli sobie dać. I teraz, kiedy drżała w jego ramionach, oddychając ciężko z klejącymi się do czoła kosmykami włosów, wciąż z nim w sobie, kiedy oboje próbowali doprowadzić swój oddech do normalności, czuła, jak wszystko wraca na swoje miejsce.
— Nie wiem, czy to możliwe, ale kocham bardziej niż kochałam wczoraj. — Zaśmiała się krótko, wciąż co jakiś czas przechodziły ją dreszcze. Te przyjemne, te które chciała czuć już przy nim zawsze. — Zawsze będę już tylko twoja. Byłam twoja… jeszcze zanim o tym wiedziałam.
Musnęła policzek mężczyzny i objęła go ramionami, jakby chowała w sobie. Jakby chciała tę chwilę zapamiętać już na zawsze i zatopić te momenty nie tylko w swoim umyśle, ale również i w ciele.
soph
Sophia wiedziała, że Carter zrezygnował z tego wszystkiego dla niej i dla dziecka.
OdpowiedzUsuńNigdy go o to nie prosiła. Nigdy nie odważyłaby się go o to poprosić. Taka prośba nie przemknęła jej nawet przez myśl, choć skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie chciała, aby Carter przystopował. Nie z koncertami, ale z tym co mogło się dziać po nich. Sophia nie znała całej prawdy, a może po prostu ją od siebie odpychała. Bo te ostatnie tygodnie, które spędzili były naprawdę cudowne i spokojne. Nie pojawiły się żadne problemy małżeńskie, którymi niby ją straszyli, że teraz to dopiero się zacznie, że nie będzie tak, jak przed, ale dla Sophii pozmieniało się tylko na lepsze. I mimo ślubu wcale tak wiele się między nimi nie zmieniło. Wciąż byli sobą. Dalej zachowywali się, jak Sophia i Carter. Tylko teraz nosili obrączki, to samo nazwisko i szykowali się na pojawienie się dziecka, które niedługo już miało być. Jednocześnie brunetka widziała, że Carter tęskni za tym co robił zanim się pojawiła. Że tęskni za byciem na scenie. Nie musiał tego mówić na głos, a ona i tak widziała.
Brakowało mu tej adrenaliny. Bycia na scenie. Brakowało mu bycia Zairem. Rozumiała, że ma potrzeby, a choć mogła niektóre z nich spełnić i robiła to z uśmiechem, może czasem zawstydzona to wiedziała, że Carter potrzebuje wskoczyć w skórę Zaire po raz kolejny. Powiedziała mu któregoś wieczoru wprost, że to, że zrezygnował z tego wszystkiego dla niej było głupie i ma do tego wrócić. Do bycia na scenie. Do wypuszczenia albumu. Do tego, aby znów być na szczycie. Zniknął a długi czas ze sceny muzycznej. I owszem, ludzie robili sobie dłuższe przerwy. Czasem przez lata nikt nic nie wypuszczał, robili swoje po cichu, żyli bez presji i bez wiszących nad głową kontraktów, ale Carter przecież taki nie był. Nosiło go bez pracy, a Sophia nie zamierzała być tą, która go od tego odwiedzie. Dlatego go wysłała na ten koncert. Kiedy pojawiła się taka możliwość niemal wykopała go na próby. Jeździła na nie razem z nim i planowała być na tym koncercie. Naprawdę. W ostatniej chwili okazało się, że w piątek musiała na uczelni zostać dłużej. Nie do siedemnastej, jak zwykle, kiedy kończyła później zajęcia. Tylko o parę godzin później. Przepraszała go, bo nie chciała zostawiać Cartera wtedy samego. Chciała być, kiedy wejdzie na tę scenę po przerwie, ale zwyczajnie nie dała rady. Musiała zostać, mimo że miała zobowiązania w domu, które również chciała wypełnić. Do mieszkania dotarła dopiero w okolicach dwudziestej pierwszej. Gigi wyprowadziła sprzątaczka, która przychodziła do domu regularnie, a Sophia jeszcze po powrocie siedziała z nosem w książkach. Bo tego było zwyczajnie za dużo, a ona miała zbyt mało czasu, aby wszystko ogarnąć. Zerkała czasem w telefon na live z koncertu i nie mogła być bardziej dumna.
Carter na scenie po prostu lśnił. I żałowała, że jej tam nie ma. Że nie patrzy na niego spod sceny, że nie jest tam razem z nim i nie czuje tego wszystkiego. Energii tłumu, jego na tej scenie. Że jej tam nie ma. I właśnie wtedy w którymś momencie zdecydowała, że może na koncercie się nie pojawi, ale mogła zjawić się w klubie. Nie była tam od… Od tamtej ostatniej nocy, która wszystko popsuła na jakiś czas. Nie chciała tam jeździć, a jeśli Carter miał jakieś sprawy do załatwienia to jej tam nie zbierał i przyznał jej też, że niezbyt chce, aby tam się pojawiała, gdy już była w widocznej ciąży. Sophia wiedziała, że nie chodziło o to, że nie chce być z nią widziany, bo Carter akurat nie miał problemu z tym, aby się z Sophią pokazywać czy wrzucać na Instagrama ich zdjęcia, opowiadać w wywiadach o ich związku. Chodziło o bezpieczeństwo, a kluby bywały nieprzewidywalne. Tylko brunetka niekoniecznie o tym myślała, kiedy zaczęła się szykować. Chciała go po prostu zobaczyć, posiedzieć mu na kolanach lub z boku, a potem wrócić razem z nim do domu. Bo Sophia również była pewna, że Carter przestał brać, a przynajmniej nie robił tego już w takich ilościach, jak dawniej. Nie oczekiwała zmiany od razu, ale nie oczekiwała też tego, że zostawiony sam sobie wróci do toksycznych schematów.
Było już dobrze po północy, kiedy dotarła do klubu.
UsuńJak zwykle przed nim ciągnęła się ogromna kolejka. Sophia zostawiła płaszcz w aucie, aby z nim nie chodzić po klubie, bo wiedziała, że za dwie minuty znudzi się jej noszenie go. Miała na sobie prostą czarną sukienkę, która opinała jej brzuszek bardziej niż zwykle. Było już po niej widać, od bardzo dawna zresztą i nie chowała się za dużymi ubraniami czy bluzami. Chciała się chwalić tą ciążą. Nie była przecież powodem do wstydu. Ciężarna dziewczyna w klubie była jednak ciekawym widokiem. Szczególnie, gdy było się żoną właściciela, który tak przy okazji jeszcze był jednym z najbardziej rozpoznawalnych raperów. Sophia zdążyła przywyknąć już do tego, że i ona jest rozpoznawana bardziej niż przedtem.
Wysiadając z auta nie od razu zwrócono na nią uwagę. Kierowca zaparkował przy osobnym wejściu, z którego korzystał głównie Carter, jego znajomi i wszyscy ważni. Przejście przez wejście główne nie było trudne. Problemy pojawiły się dopiero później, kiedy brunetka już w klubie chciała dostać się do loży VIP.
Patrzyła się na dwóch rosłych facetów, którzy bardziej przypominali goryli niż ludzi. Zwykle unikała takich ludzi. Instynktownie się ich bała i chyba jak większość ludzi wolała unikać takich, którzy nie wyglądali zbyt przyjaźnie. Zwykle kojarzyła tych, którzy stali przy wejściu do VIP, a oni znali ją. Tylko najwyraźniej przez ostatnie miesiące zaszły tu zmiany, o których Sophia nie wiedziała.
— Nie wpuścimy cię. — Oznajmił jeden z mężczyzn. Takim tonem, który kazałby się jej cofnąć, ale teraz stała przed nim uparta i dumna. Serio? Serio? Chciała zobaczyć swojego męża, który tutaj był, a Sophia o tym doskonale wiedziała, bo miała jego lokalizację. Przynajmniej na ten wieczór ją miała. Wiedziała, że miał pięćdziesiąt dwa procent baterii, gdzie siedział i że chciała tam iść. — Zawróć się i nie pytaj ponownie.
— Jestem jego żoną. — Syknęła machając dłonią z obrączką i pierścionkiem zaręczynowym. — Jesteś pewien, że chcesz odmawiać żonie faceta, który daje ci pracę?
Sophia nieszczególnie była dziewczyną, która rzuca takimi tekstami, ale zaczynali ją drażnić. Nie pomogło to, że miała kartę do Sali VIP. Nie pomogła obrączka. Nie pomagało nazwisko.
— Wykonuję swoją pracę, a ty nie wchodzisz. Możesz równie dobrze być córką prezydenta, a i tak tu nie wejdziesz.
Sophia zmrużyła oczy. Tego się nie spodziewała. Tak, wiedziała, że nie chciał, aby tu przychodziła, ale nie spodziewała się takiego traktowania.
— Nie możesz mi tego zabronić. — To w końcu równie dobrze było jej miejsce, prawda? Przez małżeństwo i ona tu się mogła rządzić, a tak się jej zdawało. — Zejdź mi z drogi.
Próbowała przepchnąć się między nimi, ale byli wyżsi o jakieś czterdzieści centymetrów, silniejsi i szybsi. Wystarczyło, że zastawili jej drogę, a już nie mogła się przebić, a nie była tak zwinna, jak pięć miesięcy temu, kiedy jeszcze nie była w ciąży.
Sophia westchnęła z frustracją, która coraz bardziej się w niej zwiększała.
— Chcę zobaczyć mojego męża. Zejdź mi z drogi!
Mogła unieść głos, ale nawet wtedy i tak ginął w głośnym basie. Jej prośby, groźby to wszystko było na nic. Sophia najwyraźniej, ale dostała zakaz wstępu do klubu, który podobno był również jej. Tak przecież mówił.
Do loży Cartera podszedł jeden z ochroniarzy. Nie mrugnął nawet na to co działo się na stoliku. Nie interesowało go co się działo. Miał za zadanie pilnować porządku wokół. Bez słowa nachylił się nad Zairem.
— Szefie, jest problem. — Odezwał się i kiwnął głową w stronę wejścia. — Pańska żona tu jest.
soph
Opierała dłonie o biodra i wpatrywała się w mężczyzn, który zagrodzili jej wejście. Sophia naprawdę przez moment myślała, że to jest jakiś nieśmieszny, nudny, głupi i bezsensowny żart, że zaraz powiedzą, że tak tylko się zgrywali, że nie rozpoznali jej od razu i potrzebowali chwili, aby się zorientować, że stojąca przed nimi dziewczyna to nie żadna natchniona fanka tylko Sophia. Żona Cartera. Nosząca jego dziecko. Nie miała nigdy przedtem tu żadnych problemów. Jak dawniej pojawiała się bez Cartera, a raczej dojeżdżała po nim, gdy taka sytuacja się wydarzyła, to ochrona pierwsze co prowadziła ją prosto do loży Cartera lub do jego biura. Tak, aby na pewno bezpiecznie dotarła. Życzyli miłego wieczoru, kiedy znalazła się przy mężczyźnie i oddalali się z uśmiechem. Mieli na nią oko, kiedy tańczyła lub podchodziła do baru. Uważając na jej drinki bardziej niż ona sama na nie uważała. Nigdy nie spotkało ją takie traktowanie. Nawet tym pierwszym razem, kiedy przyszła tu tylko z rezerwacją. Wystarczyło pokazanie potwierdzenia, że ma zarezerwowaną lożę w przestrzeni VIP i nie zadawali zbędnych pytań. Tymczasem, gdy była tu już jako żona to nie mogła tam wejść? To brzmiało jak kpina.
OdpowiedzUsuń— Naprawdę zamierzacie mnie odesłać? — Prychnęła i przewróciła oczami. Nawet nie mogłaby wejść do biura, bo aby wejść do biura najpierw musiała wejść tutaj. Tylko Sophia też wcale nie zamierzała udawać, że stąd odejdzie. Zrobi scenę, jeśli będzie trzeba. I to nie ona się będzie tłumaczyła, dlaczego nie pozwalali jej tutaj wejść.
To nie wyszło od nich. Nie mogło wyjść od nich. Karta Sophii była aktywna. Nazwisko na dowodzie lśniło nowością. Sophia Crawford. Naprawdę to wszystko to było za mało, aby dostać się do własnego męża? Rozumiałaby, gdyby dopiero zaczęli się spotykać, gdyby nikt jej tu nie znał, ale przecież nie była przypadkową osobą!
— Takie wyszły rozkazy. Nic co możemy zrobić.
Uniosła brew. Rozkazy?
— Hm.
Sophia zacisnęła usta. Nie planowała się poddać. Nie, ona już gotowała w głowie plan co zrobić dalej. Tak, prawie się pokłócili o to, e ma tu nie przychodzić. Carter twierdził, że zależy mu na tym, aby nic złego się jej tu nie stało. Sophia to poniekąd rozumiała. W całym klubie, zresztą, jak i w całym mieście, waliło ziołem i ten zapach był intensywny, mocny i drażniący, a ona wcale nie miała ochoty się tego nawdychać. Dlatego chciała przyjść tylko na chwilę. Liczyła, że wyjdą stąd razem. Nie przyjechała, bo chciała go odciągać od świętowania. Chciała z nim spędzić czas. Tak po prostu. Bo ominęła koncert, bo nie mogła wyjść wcześniej i miała wyrzuty sumienia, ale najwyraźniej zupełnie niepotrzebne.
Carter jej tutaj nie chciał. Ta myśl kiełkowała w niej powoli. Rosła delikatnie. Nawet niepewnie. Bo to przecież było niemożliwe, prawda? Aby jej własny mąż nie chciał jej obecności. Ale jak inaczej miała to wytłumaczyć? Zaznaczył, aby jej nie wpuszczać. Sophia nie wiedziała, jak inaczej to można wytłumaczyć.
Otwierała już usta, aby coś powiedzieć i wtedy obok, praktycznie znikąd, wyrósł Carter. Z tym swoim spojrzeniem, które niejednego ustawiało z powrotem do rzędu. Brunetka wciąż za to stała tak samo, jak przedtem. Dłonie oparte o biodra, skupione spojrzenie, które nie dawało się złamać. Tylko z ochroniarzy przeszło ono na Cartera. Powód całego tego zamieszania.
Wzrok brunetki wcale nie złagodniał, kiedy się pojawił. Padały krótkie słowa. To moja żona, no najwyraźniej to nie miało dla nich znaczenia. Dla niego również nie. Dała się przyciągnąć, ale nie zareagowała, kiedy musnął jej skroń. Zwykle przytuliłaby się tak, jak zawsze. Stała nieruchomo, nie próbując szukać z nim bliskości.
— Miałam ochotę cię zobaczyć. — Odparła. Naprawdę? Musiała się z tego tłumaczyć? Z chęci zobaczenia własnego męża. — Ale najwyraźniej nie jestem tu mile widziana.
Sophia nie tylko była zła. Prędzej rozczarowana i zwyczajnie smutna, bo była zajebiście pewna, że jego tancerki, o które wiecznie się wściekała, takiego problemu tutaj nie miały. Tymczasem ona, która naprawdę miała powód, aby tu być została zawrócona jak natręt.
soph
Uniosła lekko brew, kiedy się odezwał do niej. Ton głosu miał już inny. Spokojniejszy, czuły i niemalże delikatny. Dokładnie taki, jakiego używał przy niej praktycznie zawsze. Sophia mogłaby temu ulec. Przytaknąć, uśmiechnąć się i nie zrobić nic dalej, ale coś jej tu zwyczajnie nie pasowało.
OdpowiedzUsuńPowinni ją wpuścić bez zastanowienia. Sama twarz im powinna była wystarczyć. Tak, jak przy głównym wejściu. Tam nawet nie musiała niczego pokazywać. Ochrona ją znała, a tutaj? Tutaj Sophia mimo przepustki, mimo durnego dowodu z nazwiskiem, obrączki wciąż nie mogła się przedostać dalej. Nie wymyślili sobie tego przecież sami. Była o krok od pokazania im galerii, którą zapełnioną miała zdjęciami z Carterem, jego Instagrama, ale do tego nie doszło. Na szczęście, bo to dopiero byłaby jakaś wyższa forma upokorzenia.
— Och, naprawdę? — Zaśmiała się gorzko. — I dlatego nie mogłam tu wejść? Bo jestem mile widziana zawsze tam, gdzie ty jesteś?
To nie był wstęp do strzelenia focha. Sophia, tak się jej wydawało, obrażała się raczej rzadko. Musiała mieć powód, aby naprawdę zacząć strzelać miny, choć w ostatnich miesiącach drażniło ją wszystko. Nawet źle oderwane wieczko od jogurtu. Tylko ta sytuacja nie była wieczkiem, a upokorzeniem. Carter może tego nie rozumiał, bo przed nim rozkładano czerwony dywan, kiedy tu przychodził, W końcu był właścicielem. Tym Zairem. Ona tylko jego żoną.
— Nie, nie spodziewałeś. — Przytaknęła. Nie pisała i nie dzwoniła, bo czy nie taki był cel niespodzianki? Sophia chciała go zaskoczyć i jak widać, ale się jej to udało. Z tym, że w głowie miała trochę inny scenariusz tej niespodzianki. — Jak mogłeś, skoro zabroniłeś, aby mnie tu wpuszczali.
Odsunęła się od Cartera. Była zraniona. Nie interesowało jej, czy to od niego wyszło, czy poniosło kogoś od Cartera. Powinien nad tym mieć kontrolę i przede wszystkim nie powinno dojść do sytuacji, w której Sophia otrzyma zakaz do wchodzenia do klubu.
Zupełnie inaczej miało to wyglądać. Sophia spojrzała mu w oczy i wtedy zrozumiała. Przynajmniej częściowo zrozumiała. W oczach miał ten chemiczny błysk, źrenice rozszerzone, niezbyt mocno, ale nie wyglądało to naturalnie, a białka lekko przekrwione. Oddech miał w sobie nutkę whisky. I powoli wszystko składało się jej w całość. Taką, którą od siebie od zawsze odrzucała, bo ciągle próbowała przekonać samą siebie, że to już dawno jest za Carterem. Kiedy wzrok Cartera na niej spoczął Sophia odnosiła wrażenie, że patrzy przez nią, a nie na nią. Niby ją widział, ale jakby nie dostrzegał w pełni. Nie wiedziała, ile razy o tym rozmawiali, ile razy ją zapewniał, a i tak zawsze wracał do punktu wyjścia.
— Już widzę, dlaczego ten zakaz się pojawił.
Przewróciła oczami i pokręciła głową. Mogła się tego spodziewać, prawda? Przecież to wcale nie był pierwszy raz ani tym bardziej to nie będzie ostatni raz. Jeśli chodziło o tę część życia Cartera, Sophia była zbyt naiwna. Wierzyła w każdą historię. Wierzyła we wszystko co jej mówił, bo chciała wierzyć, że jest lepiej, a wystarczył jeden wieczór samotnie i wszystko się zaczynało od nowa? Niby dawno jej przyznał, że jeszcze bierze. Mniej niż wcześniej, a ona udawała, że rozumie, bo przecież rzucenie tego nie było łatwe. Zajmowało czas, ale też terapię, a tam jakoś się Carter nie wybierał.
— Wykonywali tylko rozkazy, prawda? Sami sobie nie wymyślili, aby mnie tu nie wpuszczać. — Rozumiała, gdyby dał zakaz dla byłych dziewczyn czy znajomych, którzy mu podpadli, ale dla niej? — Nie, niech zostaną. Przynajmniej masz pewność, że się słuchają wszystkiego co powiesz.
Mogli skończyć bez pracy. Było jej to teraz naprawdę obojętne.
I mimo, że Sophia wiedziała, że to nie była jej wina, to nie potrafiła się powstrzymać. Jedno pytanie. Może dwa. Takie, od którego zadrżał jej głos. Nie zrobiła nic złego. Nie była tu od miesięcy, więc… Dlaczego? Dlaczego tak naprawdę jej tu nie chciał? Co chciał ukryć? Kreskę? Dwie? Przecież i tak wiedziała.
— Czym sobie zasłużyłam, hm? — Wciąż patrzyła w jego oczy. Niby błyszczące, ale w obcy sposób. — Aż tak mnie tu nie chcesz?
soph
Może była niesprawiedliwa, ale do tej sytuacji nie powinno było w ogóle dojść. Nie była przypadkową osobą, ale to najwyraźniej było już bez znaczenia. Chciała przyjść, posiedzieć z nim, a potem wrócić do domu, a nie się kłócić. Choć do kłótni było im jeszcze daleko. Póki co, to Sophia tylko wyrzucała z siebie swoje niezadowolenie.
OdpowiedzUsuń— Nie powinieneś po mnie przychodzić, bo tej sytuacji w ogóle nie powinno być. — Zauważyła po raz kolejny. To było upokarzające, że musiała się prosić o to, aby zobaczyć własnego męża. Była pewna, że nawet przez chwilę nie potraktowali jej poważnie i uznali, że może jednak jest jakąś nakręconą laską, która próbuje się dostać do Zaire’a. To już było bez znaczenia w zasadzie. — Nie wiem, Carter. Może mnie po prostu tutaj już nie chcesz.
Wzruszyła ramionami, ale nie cofnęła się, kiedy zbliżył się do niej o te pół kroku.
Pomyślała o czymś, choć wcale nie chciała o tym myśleć. I na co dzień nawet nie myślała, bo to, ile uwagi Carter poświęcał ich córce i jej samej było wystarczające, ale czasami, najczęściej przypadkiem, myślała, że może mu to czasami przeszkadza. Nie wiedziała skąd się w niej brały te myśli. Wyglądała inaczej. Nie źle, ale nie jak modelka, która dopiero zeszła z wybiegu. „Nie pasowała” do jego dawnej estetyki, kiedy wokół miał dziewczyny w krótkich sukienkach.
— Nic, nic nie próbujesz ukryć. Wszystko jest krystalicznie czyste.
Nie zapytała, ile wziął ani kiedy. Wiedziała, że to zrobił. Nawet nie musiała podchodzić do stolika, aby poszukać dowodów. Widziała je w oczach Cartera.
Wiedziała, że go to drażni. Mogłaby to olać, zaśmiać się i udać, że to nic takiego. Zwykły zgrzyt, który się udało rozwiązać, ale nie potrafiła odpuścić. Nie, kiedy wyraźnie usłyszała, że to jej mają nie wpuszczać. Jakby z jakiegoś powodu trafiła na czarną listę osób, które mają zakaz bawienia się w tym klubie. Tak się właśnie poczuła.
Jasne, nie bywał tutaj tak często. Zostawił to wszystko dla niej, a przynajmniej częściowo. I sama go z powrotem tutaj wepchnęła, bo widziała, że w domu się w zasadzie dusi. Bez tego życia, które znał, które od lat było dla niego czymś bezpiecznym, choć ona sama nie potrafiła zrozumieć co może w tym być bezpiecznego.
Przymrużyła oczy, kiedy podszedł do nich menadżer. Sophia go nie lubiła. Jego podejścia do wszystkiego, tego jak się odzywał do Cartera z tym lekceważeniem w głosie, jak na nią czasem patrzył. Jak na przeszkodę, której się trzeba pozbyć. I podobnie było w tej chwili. Mówił o niej, jakby wcale tutaj nie stała. Jasne, w teorii nic się nie wydarzyło, ale w praktyce zadziało się trochę więcej, czyż nie? Została dosłownie odcięta od tego miejsca. Od Cartera. Jakby nie miała prawa chcieć zobaczyć własnego męża w jego własnym klubie.
Czuła się wykluczona z tej rozmowy. Sprowadzona do roli irytującego problemu, którym trzeba było się zająć i zapomnieć jak najszybciej.
— Fochy? — Powtórzyła z westchnięciem. Niedowierzaniem wręcz.
Nieistotne. To nie z Jimem chciała o tym rozmawiać i nawet nie zamierzała. To z Carterem rozmawiała. A im dłużej przysłuchiwała się tej rozmowie, tym więcej zapalało się w niej czerwonych lampek. Bawi się w dom. Olał wszystko w klubie. Nie panuje nad czym? Domyślała się przecież. Wszystko łączyło się z jednym. Z tamtą wizytą FBI. Z tym co Carter robił, a od czego podobno odchodził. Łączyło się z rzeczami, które znalazła w jego biurze tamtej feralnej nocy. Zbyt głośniej, zbyt ciężkiej. Takiej, której konsekwencje ciągnęły się za nimi od dłuższego czasu.
Próbowała nie reagować, bo wdawanie się w jakiekolwiek dyskusje z menadżerem klubu było nieistotne. Nie dałby jej więcej niż to, co już powiedział, a Carter i tak przerwał rozmowę. Znała ten ton i to spojrzenie, aby się wszyscy zamknęli i nie wypalali przypadkiem czegoś o czym Sophia miała nie wiedzieć. Carter mógł jej powiedzieć dużo, ale wątpiła, że powiedział jej naprawdę wszystko. Nie poruszali tego tematu za często i nie dlatego, że Sophia nie chciała, ale bo czuła, że nie dostanie wszystkich odpowiedzi. Więc czekała, aż odpowiedni moment nadejdzie.
Nie wiedziała, czy ma wierzyć w historyjkę o przedawnionej karcie. Brzmiała sensownie, ale czy to na pewno było tylko to? Będąc w roli menadżera powinien przecież zadbać, aby to przede wszystkim Sophia ją miała. Choć też, gdy tu przychodziła rzadko jej potrzebowała, bo wchodziła z Carterem, ale skoro wszyscy wokół mieli z jego grona to czy to nie wydawało się dziwne, że ona jej nie dostała?
UsuńWestchnęła bezgłośnie, kiedy Carter położył dłoń na jej plecach. Przysunął ją do siebie bez robienia większych ruchów, a ona nie uciekała, choć wciąż jej nie przeszło.
— Chciałam cię zobaczyć, Carter. Nie mogłam pojechać z tobą, więc kiedy wróciłam pomyślałam, że przyjadę tutaj. — Odezwała się z tym swoim uporem w głosie, który wyraźnie zaznaczał, że jeszcze nie odpuściła tematu. — Rozmawialiśmy o tym w domu, wiem. I dałeś mi całą listę powodów, dlaczego wolałbyś, żebym tu nie przychodziła. Więc nie dziw się, że pomyślałam, że mnie tu nie chcesz, kiedy dosłownie powiedziałeś mi w domu, że mam tu nie przyjeżdżać, a kiedy to zrobiłam, trafiłam na mur i musiałam prawie błagać, aby porozmawiać z moim mężem. Mogę teraz wejść, czy potrzebuję nowej przepustki?
Huczały jej w głowie jeszcze słowa Jima. To o zabawie w dom. To, jak wszystko rzucił, a oni próbują to jakoś utrzymać w ryzach. Nie chodziło o klub. Nigdy nie chodziło o ten pieprzony Black Room. Zawsze chodziło o to, co działo się w biurze, na zapleczu, na podziemnym parkingu.
— Wszystko… Hm.
Nie klub. Widziała faktury z zeszłego miesiąca, bo jakieś przyniósł do domu. I widziała te cyferki. To nie klub się sypał. Tylko to o czym mówić jej nie chciał.
sloane
Zauważała w nim te drobne zmiany. Dawniej Carter nie dałby jej dojść do słowa. Wtrąciłby się lub przerwał w inny sposób. Do konfrontacji nadawał się świetnie. Miał gadane, rzadko się zacinał, ale kiedy ta konfrontacja dotyczyła jego to robił idealne uniki. Sophia z tym walczyła od samego początku, aż w końcu doszli do takiego momentu, kiedy mogła wyrzucić z siebie wszystko co w niej siedziało, a Carter jej nie przerywał żadnym sarkastycznym komentarzem. Słuchał, zbierał się w sobie, czasem westchnął, a potem po prostu odpowiadał bez kręcenia się wokół tematu i robienia kolejnych uników.
OdpowiedzUsuń— Nie wiem, czy mnie tu chcesz, czy nie, Carter. Nie wyglądało, jakbyś chciał. — Odparła. Może faktycznie nie chciał, aby wparowała tu ciężarna żona i to jeszcze z pretensjami, psuła wieczór, który spędzał z kumplami. Nie miała o to pretensji, bo sama go przecież wepchnęła prosto w ten klub i na scenę, bo już zwyczajnie nie mogła patrzeć na to, jak się męczy sam ze sobą bez zajęcia, które znał i które przynosiło mu radość. Nie chodziło absolutnie o to, że był w klubie, że spędzał tu czas. — Wiem, że o tym rozmawialiśmy.
Westchnęła ciężko i wzruszyła ramionami. Nieszczególnie była z tego zadowolona, ale co innego niby miała zrobić? Słuchała go wciąż z tą samą zaciętą miną, którą miała od samego początku. Nie była pewna, czy jest zła za to, że jej nie chcieli wpuścić czy za to, że Carter był tak… Dziwnie spokojny, co kompletnie miało się z celem. I zdecydowanie była zła za to, że na czymś był. Maskował się dobrze, ale też nie wiedział lub udawał, że nie wie, ale Sophia mu się uważniej przyglądała, odkąd do siebie wrócili. Bo tym razem tak na słowo nie wierzyła, że naprawdę od tego odszedł. Przed koncertem pewnie też coś wziął. Dobrze pamiętała, jak jej mówił, że musi, bo inaczej boi się wyjść na scenę. I stres owszem był normalny, ale branie już niekoniecznie.
— Carter, ja to wszystko wiem. Nie przyszłam tu, aby się pobawić i spędzić całą noc w tym dymie. — Odpowiedziała. Nie narażałaby się bez potrzeby. To miało być max pół godziny, a potem zawinęłaby się do domu. Najlepiej razem z nim, a gdyby chciał zostać to pewnie nie zostawiłaby go samego. Nie chciałaby wychodzić sama, ale nie zmuszałaby go też do tego, aby wychodził razem z nią, bo już miała dość. — Powiedzieli mi, że to ty kazałeś mnie nie wpuszczać. Ty, Carter. Więc tak, wiem, że miałam tu nie przychodzić i masz rację z tym, to nie jest teraz dla mnie dobre miejsce, ale chciałam cię zobaczyć. I nie będę przepraszała za to, że miałam na to ochotę.
Zmarszczyła lekko czoło na jego kolejne słowa, a potem po prostu się roześmiała w niedowierzaniu.
— Tak, bo cały wieczór myślałam tylko o tym, co tu Carter może odjebać i z kim. — Syknęła. Nie przeklinała, a jeśli się zdarzało to naprawdę rzadko i najczęściej, kiedy ktoś lub coś wciskało wszystkie guziki na raz w niej. — To wcale nie tak, że nie widziałam cię cały dzień i wieczór, że oboje mieliśmy swoje zobowiązania, a ty za sobą ważny wieczór i naiwnie pomyślałam, że przez pół godziny mogłabym spędzić czas z moim mężem i że będzie z tego powodu szczęśliwy.
To wszystko było pozbawione sensu.
Sophia opuściła w końcu ramiona, choć to wcale nie oznaczało, że się z czymkolwiek poddała. Nie podejrzewała go o nic strasznego. O nic, czego już mu nie powiedziała. Wiedział, że była zła za to, że jej tu nie wpuścili, bo na czymś był i to by było na tyle. Rozdmuchiwała to pewnie bardziej niż było to konieczne.
— Nie możesz go zwolnić? — Uniosła brew do góry, jakby to było naprawdę łatwe. Byli powiązani umowami i masą innych rzeczy, o których Carter nie mówił nigdy wprost. — Nie jesteś uwiązany w domu, abyś tu nie przychodził. Daję sobie radę sama, a skoro tu się wszystko wali to przecież nie będę cię odciągała od klubu i zmuszała do wieczorów ze mną.
Nie zmuszała go. Sam wybierał, gdzie chce być, a przynajmniej tak to właśnie Sophia widziała. Że Carter siedzi w domu, bo chce siedzieć, a nie, bo Sophia marudziła. Czasem faktycznie marudziła, ale miała prawo.
UsuńBywały dni, kiedy zwyczajnie się gorzej czuła i potrzebowała, aby Carter z nią został. Przyniósł wodę do łóżka, położył się obok i nic nie mówił, bo sama obecność wystarczała. Ale sama też by sobie poradziła.
Przechyliła lekko głowę i zmrużyła oczy.
— I co? Zamierzasz mu pozwolić dalej, żeby tak mówił? — Uniosła lekko brew. — Żeby się urządzał, jak u siebie, kiedy jest tylko menadżerem? Mówił o mnie w ten sposób?
Fochy żony. Dobre sobie, Sophia jeszcze nie zaczęła strzelać fochami. Ale najwyraźniej dla niektórych nawet ułamek niezadowolenia był od razu fochem.
— To na co czekasz, kochanie? — Zapytała, a wolną dłoń ułożyła mu na torsie. — Poustawiaj sobie ich po kątach. Tak, jak lubisz i potrafisz… Zanim znów ktoś powie, że strzelam fochy.
Kąciki jej ust lekko się uniosły. W bardziej prowokującym geście niż Sophia tego chciała, ale powstrzymać już nie potrafiła. Rozchyliła je nieco bardziej, kiedy Carter przesunął po nich palcem. Dotyk był ciepły. Znajomy. Kojący na swój sposób.
— Nie masz tu nic zdrowego. — Przypomniała, jakby lepiej znała to co jest za barem niż on. — Zimna cola z cytryną, poproszę. — Nie będzie piła tu przecież swoich smoothie z selera. Ale nie zdziwiłaby się, gdyby je przed nią postawił.
Ścisnęła jego dłoń nieco mocniej, jakby chciała ten moment lepiej zapamiętać.
— Przecież mnie nie zostawiłeś. Zapomniałeś? Sama wykopałam cię z domu. — Przypomniała. — Jestem najedzona, napita i zadowolona. Przynajmniej na następne pół godziny. Potem zobaczymy.
soph
Niechciana.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak się poczuła. Jak intruz, którego tu nie powinno być, Sophia z jednej strony wiedziała, że Carter by jej tego nigdy nie zrobił. Z drugiej nie była do końca sobą, myślała teraz trochę inaczej i kwestionowała wszystko, ale przede wszystkim samą siebie. I kiedy już się o coś czepiała to nie do końca czepiała się Cartera, a własnych myśli, które sobie układała starannie w głowie, a potem przekonywała się, że w zasadzie to na pewno jest tak, jak sobie to wymyśliła i Carter się jej wstydzi, ma dość tego nowego życia, a ona zamiast być żoną, która go wspiera to jest tą, która wiecznie się czegoś czepia.
Potem pojawił się ten cichy głosik w głowie. Może Carter miał powód, aby jej do niego nie dopuścili. Może ten powód siedział przy stoliku. Czekał, aż odprawi żonę z powrotem do domu, a potem wróci do stolika. W tej samej sekundzie miała ochotę sobie przyłożyć, bo to dopiero było idiotyczne myślenie.
— Ale się poczułam. — Westchnęła. Nie dałaby rady tego ukrywać, a Carter zresztą to widział też po jej minie. Sophia była zraniona. Przechodziło jej. Powoli, ale zanikało i pewnie za jakiś czas nie będzie po tym śladu. — Ale trzymali i… zresztą, to nieistotne. — Pokręciła głową. Mogła ten temat wałkować dalej. — W ogóle, nie rozumiem po co mi ta karta. Nie sądzisz, że to trochę… nie na miejscu, abym musiała udowadniać, że mogę tu wejść? — Uniosła lekko brew. Kiedy była jego dziewczyną to było zrozumiałe, ale już nią nie była. Została jego żoną i nie zamierzała grać w ten sam teatrzyk co inni. Była na zupełnie innym poziomie. — Sam mi mówiłeś, że to też moje miejsce… a skoro ty wchodzisz bez niczego, to jako żona powinnam mieć chyba takie same przywileje?
Nie planowała zaglądać tu często. Właściwie nie chciała tu być. Było za głośno, zbyt tłoczno i za dużo tego cholernego dymu, którego wdychać nie zamierzała. Carter jej nie trzymał z dala od tego miejsca bez powodu, a ten rozumiała nawet ona i zamierzała się do niego stosować. Stosowała. Dziś była wyjątkowa sytuacja.
— Jesteś taki pewien, że nią jesteś? — Zapytała i pozwoliła sobie na luźniejszy niż przedtem uśmiech. — To słodkie, ale tak, jak masz do powiedzenia w klubie wszystko, tak w domu… — Urwała i pokręciła lekko głową, jakby właśnie nie „rujnowała” mu wizji, którą „miał” w głowie.
Sophia przewróciła oczami, kiedy Carter się zaśmiał w ten krótki sposób, który zawsze jej mówił, że go czymś rozbroiła. To było czasem wręcz zaskakujące, jak z jednej chwili, kiedy warczała i była w złym nastroju przechodziła w coś zupełnie innego.
— Przecież nie mogę pozwolić, aby ktoś ci wyrwał biznes z rąk, prawda? — Odparła. Uniosła dłoń, a opuszkami przesunęła po jego policzku. Nie mówiła tego na głos, ale lubiła, kiedy Carter wchodził w tryb tego faceta, któremu lepiej jest zejść z drogi i nie wkurwiać, jeśli nie chciało się odczuć konsekwencji. — Kto wtedy będzie spełniał moje zachcianki i sprowadzał mi farby z Danii? — Zaśmiała się, jakby to było najważniejsze w tym wszystkim. To, że upatrzyła sobie konkretny kolor, który dostępny był tylko w Danii. Nawet nie marudziła mu, że je chce. Wspomniała raz, że znalazła tam idealny kolor, jakość była nie z tej ziemi i podobno to były jedne z najlepszych farb. I zanim się obejrzała miała do rozpakowania karton z farbami. Ot, takie to było proste.
— Na chwilę? — Brzmiała niemal na rozczarowaną. — To nigdy nie jest chwila, kochanie. Nawet, jeśli planujemy… to zawsze schodzi się dłużej.
I wcale z tego powodu Sophia nie narzekała. Była całkiem w zasadzie zadowolona, że za każdym razem, kiedy tam znikali, co prawda dawno, ale nieistotne, to nie wychodzili po pięciu minutach. Zanim skończyła gadać, zanim się do niego dobrała i zanim zajęli się sobą mijało trochę tego czasu.
— Bo miałeś mnie na głowie. — Poprawiła go. Nie po złości. Takie po prostu były fakty.
Dojście do porozumienia po świętach im trochę zajęło czasu. Potem równie tyle zajęły go Bahamy, a zaraz po powrocie Sophia przez jakiś miesiąc planowała razem z Carterem ich mały, kameralny ślub, a w tym wszystkim jeszcze były jej studia, pilnowanie wizyt u lekarza, planowanie wspólnego życia. Carter miał prawo na jakiś czas stąd zniknąć.
Usuń— I domyślasz się, jaki będzie jego kolejny ruch? — Zapytała. Autentycznie ciekawa, czy już coś miał w głowie. — Wiesz, jak ty nie chcesz to zawsze ja mogę go ustawić tak, jak trzeba. Dzisiaj nie lubię go jeszcze bardziej niż zwykle. To byłoby zabawne.
Niezbyt podobało się jej to, że Carter miał tu wrogów. Zwłaszcza tak blisko, ale niewiele mogła na to poradzić.
—To nie był foch. — Obroniła się. Nie przed nim, ale i tak czuła potrzebę, aby się wytłumaczyć. — Gdyby nim był wróciłabym do domu i nie odzywała się do ciebie, ale jestem tutaj i obmyślam z tobą plan, jak się pozbyć Jima.
Pokręciła głową. Nie tego oczekiwała po tym wieczorze.
Niełatwo było teraz jej usiąść na wysokim stołku. Podparła się o blat i dłoń Cartera, kiedy siadała. Westchnęła ciężko, jak już siedziała, a Carter niemal od razu znalazł się między nogami brunetki rozsuwając je dla siebie jeszcze bardziej, a ona go przyjęła bez protestów.
— Mhm, i koniecznie z takich owoców, których o tej porze nie dostanie się nigdzie. — Zaśmiała się. Zemsta idealna. Nieszkodliwa. — Smoczy owoc, kiwano, rambutan. — Wyliczała po kolei te, które pierwsze przychodziły jej do głowy.
Kiedy Carter się nad nią pochylił, a jego usta sięgnęły do jej Sophia bez zastanowienia objęła go za kark, chcąc zatrzymać go przy sobie trochę dłużej. Pocałunek był znajomy. Tak samo, jak jego usta. Ciepłe, smakowały whisky. Delikatnie, ale wciąż czuła jej mocny smak. Odsunęła się od Cartera po chwili kręcąc głową.
— Mhm, to jakaś próba przekonania swojej żony? — Musnęła lekko jego usta. — Nie rozproszysz mnie, Carter. Nie tym razem… nie dam się rozproszyć. Nawet, jeśli to bardzo kuszące.
soph
Sophia nie chciała tak łatwo odpuszczać, Ale chwilowo zamierzała się z tym tematem wstrzymać. Zwłaszcza, że Carter nie był zbyt chętny, aby cokolwiek jej powiedzieć. Raczej zachowywał się tak, jakby należało wszystko zostawić tak jak zostało znalezione i nie drążyć tematu.
OdpowiedzUsuń— Nie, Carter. Nie sądzę, że to było wyreżyserowane, a Ty sądzisz, że to w porządku, że twoja ochrona nie została poinformowana, że masz żonę, która w każdej chwili może tu zajrzeć? — Zapytała z uniesioną brwią. Nie chciała rzucać innymi tekstami, które niepotrzebnie by ich skłóciły, a mogła. Czy Sloane kiedykolwiek się z czymś takim spotkała? Czy jej też zabraniali zobaczyć własnego męża? I szczerze wątpiła, że odpowiedź będzie twierdząca. Nawet po rozwodzie miała tu, jak widać było po tej wizycie, że może tu wchodzić bez większego problemu i nawet ochrona jej nie powstrzyma. Dla Sophii to było zwyczajnie nie w porządku, że dopóki nie zjawił się Carter to mogła się z nimi dalej kłócić o to, czy może tu być czy jednak nie.
Westchnęła krótko, kiedy Carter zakładał jej włosy za ucho. Nie tyle co była zła, a rozdrażniona tą sytuacją. Z innej perspektywy to było jak błąd w systemie, ale ona widziała to trochę inaczej.
— Właściwie to tak. Chcę, żeby tu wisiało moje zdjęcie i rozkładali mi czerwony dywan, kiedy tu wchodzę, a na poczekaniu ma być zielone smoothie. — Odparła, jakby naprawdę mówiła poważnie i zaczynała rozważać, czy nie wybrać się do fotografa, aby dostarczyć Carterowi zdjęcia najlepszej jakości. — Wiesz, że nie chodzi mi o to. Ale nie ważne, już załatwione, tak?
Nie musiał odpowiadać. Miała nadzieję, że jeśli kolejnym razem się tu znajdzie to już nie będzie podobnych cyrków. Nie była pewna czy wtedy wkurzy się bardziej ona czy jednak Carter.
Sophia zaśmiała się krótko pod nosem, a jej dłoń gładziła jego kark.
— Mogę ci się czasem porządzić w domu. — Obiecała z rozbawieniem. — Żebyś jeszcze poczuł tę władzę na mieście.
Sophia pokręciła głową i musnęła lekko policzek mężczyzny. Uśmiechnęła się lekko. Poczuła się już lepiej. Zapewniona i bezpiecznie. Tak, jak zawsze powinno być.
Przymknęła oczy, kiedy się nad nią nachylił, a jego usta niemal muskały ucho brunetki. Palce, które miala na jego karku zacisnęły się odrobinę mocniej.
— Nie jestem nienasycona. — Mruknęła na swoją obronę, choć zdawali sobie sprawę, że jest kompletnie inaczej. — Tylko spełniam swoje małżeńskie „obowiązki”. Dopóki jeszcze mogę. — Dorzuciła jakby to wszystko naprawdę tłumaczyło dlaczego Sophia nie umie zabrać dłoni od Cartera.
Zmarszczyła lekko czoło, kiedy mówił, że jego zniknięcie nie wydawało się podejrzane. Sophia miała coś już mówić, Ale wystarczyło jedno spojrzenie, aby zamilkła. To co dostrzegła w oczach Cartera było istotniejsze niż każde słowa, które mógłby jej teraz powiedzieć. Skinęła głową w porozumieniu.
— Ech, w porządku. Dam ci się jeszcze wykazać, ale jak zobaczę, że sobie nie radzisz to biorę sprawy w swoje ręce. — Zaśmiała się ostrzegawczo i puściła mu oczko. Tak, aby wiedział, że Sophia nie żartowała. Naprawdę była gotowa go ustawić tak jak należy. Nie lubiła konfrontacji. Nawet z Carterem ich nie lubiła, ale prawdopodobnie, gdyby jej nie powstrzymam to Sophia powiedziałaby o parę słów za dużo.
UsuńSophia spogląda na Cartera, kiedy sięgnął po swoją szklaneczkę z whisky. Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego, ale uwielbiała na niego wtedy patrzeć. Było w tym coś magnetycznego i dziwnie przyciągającego.
— Wyglądasz zbyt dobrze. — Westchnęła wyciągając głowę do tyłu. Mruknęła coś z frustracją, bo owszem wyglądał za dobrze, a niezbyt mogli sobie na coś teraz pozwolić. — Powinieneś mieć zakaz przychodzenia tutaj sam i tak bez nadzoru.
Musiała naprawdę się upewnić, że nikt go tu bezczelnie nie będzie jej podrywał, a tak się składało, że miał chętnych aż nazbyt wiele. I tak jak podejrzewa obrączka na palcu i to, że Sophia była w ciąży niewiele dawało. Może nakręcało jeszcze bardziej.
— Działa… niestety, ale działa. — Mruknęła z przymkniętymi oczami. Zbyt dobrze działało, a ona nie mogła się dać mu rozproszyć. To byłoby zbyt łatwe. — Myślisz, że to Ty mnie rozstawiasz po kątach? — Spojrzała na Cartera z lekko uniesiona brwią i zaśmiała się pod nosem. — Niech ci będzie. Wystarczy mi, że ja wiem jaka jest prawda.
Sophia uśmiechnęła się wesoło i musnęła jego usta. Mógł ją ustawiać jak mu się podoba, ale robił to w sypialni. Najczęściej, choć i poza nią słuchała się bardziej niż powinna.
— Więc, siedzimy tutaj przez pół godziny czy robimy coś milszego? — Zapytała przekrzywiając lekko głowę na. Ok. Jej dłoń zaczepiła o żebra Cartera i uśmiechnęła się wesoło.
soph
Sophia mogła sobie żartować z tym czerwonym dywanem i jej zdjęciami zawieszonymi wszędzie, ale chodziło o coś innego. O to, że musiała się prosić, aby tutaj wejść i dopóki nie zjawił się Carter to nie zmieniło się nic. Nie mogła nic poradzić na to, że chciała tego zapewnienia, że to się więcej nie powtórzy. Rozumiała, że nie pojawiała się tu przez ostatnie miesiące, ale to przecież jeszcze nie był powód, aby ją odcinać od tego miejsca kompletnie.
OdpowiedzUsuń— Mhm, sama zdecyduję, czy to był spisek to przypadek. — Mruknęła, ale bez tego napięcia co wcześniej. Sophia nie chciała wierzyć, że to było zrobione specjalnie, a jednocześnie nie umiała odpuścić, kiedy jeszcze przed jego wyjściem się posprzeczali o klub i to, że ma tu nie przychodzić. — Rozumiem, Carter. Po prostu nie sądziłam, że ze wszystkich ludzi to ja będę się musiała tłumaczyć. — Westchnęła i wzruszyła ramionami. Nie chodziło już nawet o to, że była jego żoną. Tylko zwyczajnie to brzmiało nie fair, że musiała prosić się, aby go zobaczyć.
Przymrużyła lekko oczy.
— Co? Nie podoba ci się wizja, że zdjęcia twojej żony byłyby tu zawieszone? — Uniosła lekko brew. Jak na kogoś kto pisał o niej piosenki i to tak osobiste i dotykające tych najwrażliwszych części Sophii, i kto uznał to za świetny pomysł, aby jej zdjęcia puszczać na telebimach podczas koncertu, nie wyglądał na zachwyconego tym pomysłem.
Kącik jej ust lekko się uniósł.
— Wiesz, że terapia już dawno tak nie wygląda? Nie gapisz się w sufit leżąc na kozetce. — Zaśmiała się krótko. — Ale jak ci z tym tak źle… znajdę ci dobrego psychoterapeutę. Wygadasz się, może będzie ci lżej.
Niby żartowała, ale przy najbliższej okazji by go tam wysłała. I wcale nie przez to, że traci reputację na mieście. Z wielu innych powodów, o których jej opowiedział, a których dotykać nie chciał. Sophia po sobie wiedziała, że to działa, ale trzeba było jeszcze chcieć, a Carter na terapię wybierał się tylko w żartach i tylko gdy dotyczyło to tego, jak „psuje” jego image.
Sophia przez moment nic nie mówiła, kiedy sięgnął po swojego drinka. Przyglądała mu się w ciszy, ale gardło miała zaciśnięte. Wcale nie przez to, że brakowało jej słów. Miała ich bardzo wiele, ale żadne nie nadawało się, aby wypowiedzieć je w pełnym, głośnym klubie, choć i tak nikt by tu ich nie usłyszał.
Pochyliła się z cichym westchnięciem. Nawet nie chciała go w sobie zatrzymać.
— To nasz problem. — Poprawiła go. — Jeśli coś jest moim problemem to z automatu staje się twoim… — Wzruszyła ramionami. — Taki urok małżeństwa, kochanie. Sam sobie to wybrałeś.
Rozstawiał ją po kątach, ale teraz nie zamierzała się do tego przyznać. Co chciał to mu dawała – nie musiał nawet prosić. Wystarczyło, że się na nią popatrzył, a ona odgadywała po spojrzeniu czego od niej oczekuje.
Znała każde jego spojrzenie i każdy uśmieszek, gdyby naprawdę chciał zabrać ją do biura byliby już w drodze. Coś innego chodziło mu po głowie i wcale tego nie sugerowało te „albo”, które miał na końcu języka, a które smakował jak najlepszą whisky.
— Czekaj, co? — Zaśmiała się. Trochę nerwowo, bo zupełnie się tego nie spodziewała, a dostała i… Nie wiedziała, jak ma się za to zabrać. Widziała, jak przywołuje do nich ochroniarza. Tego samego, z którym się wykłócała, że jej nie wpuszczał, choć przecież powinien. Uniosła lekko brew, wyraźnie zaskoczona, ale i zaciekawiona w jakim kierunku ta gra może jeszcze pójść.
— Deal.
Widziała to wyzwanie w jego oczach, któremu nie sposób było odmówić. Sophia zamiast odmówić – poprawiła się na stołku, a wzrok wbiła w podchodzącego do nich mężczyznę. Jakby Cartera tutaj w ogóle nie było. Pamiętała, że lubił… Obserwować, ale do pewnego momentu sądziła, że chodzi tylko o to co się dzieje w sypialni. I najwyraźniej się trochę pomyliła. Chciał widowiska? To je dostanie, a przynajmniej miała nadzieję, bo wystawiona na światło nigdy nie pracowała dobrze.
Mężczyzna do nich podszedł bez sprzeciwu. Wykonując polecenie, choć ciekawa była czy równie szybko wykonałby je, gdyby Sophia była tą, która o niego poprosiła.
UsuńBar okryty był półmrokiem. Szklanki na blacie drgały od ciężkich basów. Powietrze wokół było gęste. Może od dymu, a może od atmosfery. Ciężko było stwierdzić w tej chwili.
Nie odezwał się nawet słowem. Wzrok zamiast na Sophii miał na Carterze. Prawie przewróciła oczami.
— Patrzysz na mnie, nie na niego. — Nie podnosiła głosu, bo nie musiała. Dostrzegła ten błysk zaskoczenia w oczach ochroniarza. — Mam się powtórzyć?
Przez moment była pewna, że wyglądał wręcz na znudzonego.
— Nie ma potrzeby. W czym mogę służyć?
— Uznałam, że potrzebna jest mała… aktualizacja. — Uniosła na niego wzrok. — Żebym na następny raz nie była zatrzymana przed wejściem, jak problem. — Głos brunetki był równy i bez drżenia, którego się po sobie spodziewała. — Następnym razem niech się pan upewni kto nim jest. — Zrobiła krótką pauzę. — A kto nie.
Ochroniarz wyprostował się minimalnie.
— Z całym szacunkiem, pani… — zawiesił glos, jakby celowo udawał, że nie wie jak ma na nazwisko. — …, moim zdaniem jest przepuszczać osoby z autoryzacją od właściciela, a pani nie była na liście.
— I uznał pan, że nie warto tego weryfikować?
— Gdybym miał weryfikować każdą osobę, która podaje się za żonę, narzeczoną czy dziewczynę… spędziłbym całą noc biegając do stolika. — Odparł niemal znudzonym tonem. — Klub ma teraz specyficzną sytuację. Nie możemy przepuszczać każdego.
— Nie jestem „każdym”. — Przerwała mu. — Rozumiem czujność, ale to nie wygląda profesjonalnie, kiedy pracownicy nie wiedzą do kogo należy tu ostatnie słowo.
Ochroniarz spojrzał na Cartera, jakby oczekiwał, że to wszystko to jakiś żart, który ktoś zaraz utnie. Sophia nawet nie spoglądała na niego. Sam jej wzrok był dla mężczyzny przypomnieniem, że rozmawiał z nią, a nie z Carterem, który albo dobrze się bawił albo Sophia właśnie robiła przed nim z siebie zazdrosną idiotkę, która nie mogła przełknąć, że nie jest tu najważniejsza. Ale na pięć minut mogła się tak poczuć.
— Nie jestem gościem w tym klubie. I nie będę traktowana jak ktoś, kto musi czekać na pozwolenie.
Ochroniarz, Davies, właśnie dostrzegła plakietkę z nazwiskiem, wyglądał na podirytowanego faktem, że dziewczyna, którą widzi pierwszy raz na oczy rozstawia go po kątach.
— Jasne, jeśli taka jest decyzja. — Głos miał niemal mętny. Obojętny.
Znów uniosła brew.
— Nie „jeśli”. — Przerwała mu. — To jest decyzja.
Davies skinął głową, jakby nie zamierzał podważać zdania Sophii, choć i bez słów widziała, że niezbyt uśmiecha mu się przyjmowanie od niej rozkazów i wciąż, miała wrażenie, że czeka na potwierdzenie od Cartera.
soph
Czy była z siebie dumna? Cholernie.
OdpowiedzUsuńI najpewniej było to właśnie po niej również widać. Sophia zdecydowanie nie należała do tego rodzaju ludzi, którzy wiedzą, jak się w takiej sytuacji zachować. Wręcz przeciwnie, ona unikała jakiejkolwiek konfrontacji, a już zwłaszcza z ludźmi, których w ogóle nie znała. Nie lubiła kłótni z Carterem, czy nawet sprzeczek, a często mówienie o tym co jej nie leży nie przychodziło jej z łatwością, a teraz? Głos nie zawiesił się jej nawet na sekundę. Utrzymywała cały czas kontakt wzrokowy z mężczyzną. I nie spoglądała na Cartera, aby ją ratował z ciężkiej sytuacji. To nie było ciężkie. Tylko może trochę niekomfortowe, ale jakby nie patrzeć, Sophia znalazła się w gorszej sytuacji. Tak, wykonywał tylko swoją pracę. Nie, niewiele ją to interesowało.
Rozchylała już usta, aby coś dodać, ale akurat w tej samej chwili Carter się poruszył. Zerknęła na swojego męża ciekawa, co zamierza teraz zrobić i Sophia wcale nie chciała mu oddawać pola do popisu. Zaczynała się całkiem nieźle bawić, ale wątpiła, że Carter odebrałby jej tę możliwość i zgarnął resztę dla siebie. Nie, kiedy on sam tak bardzo nalegał na to, aby Sophia pokazała kto w tym klubie tak naprawdę rządzi.
Głowa Sophii odruchowo przechyliła się w stronę Cartera, kiedy zajął miejsce obok niej. Jej dłoń automatycznie odnalazła jego, kiedy ułożył ją na jej biodrze. Muskała wierzch palcami, delikatnie i prawie niewyczuwalnie. Tak, aby nie odwracać uwagi od sytuacji, a podkreślić, że zauważa jego obecność.
Sophia mogła się tylko domyślać, jak nieprzyjemne, a może nawet upokarzające musi być przyjmowanie rozkazów od kogoś kogo się najwyraźniej nie widziało wcześniej nawet na oczy. W dodatku od młodej kobiety, która panoszyła się tak, jakby była u siebie. Cóż, bo była. W życiu nie spodziewałaby się tego, że nazwie to miejsce swoim. Nawet, jeśli formalnie ono nie należało do niej. Wystarczyło Sophii, że Carter jej to powiedział. Nie musiała podpisywać żadnych dokumentów, które by to potwierdzały.
— Cóż, tak. Może istnieje coś co mógłbyś zrobić, aby wynagrodzić mi te… niedogodności.
Wzruszyła lekko ramionami, jakby jeszcze się zastanawiała, czy na pewno chce się posunąć dalej czy może odesłać go tak, jak stał, bo właściwie pożytku z niego nie miała już żadnego. Ale przypomniało się jej, jak Carter mówił o smoothie. I naprawdę, ale naszła ją ogromna ochota na smoothie. Dobre, słodkie od owoców, a nie słodzików. W idealnej konsystencji, która nie będzie za rzadka ani za gęsta.
— Mam nadzieję, że nie będzie. — Odparła. — Nie sądzi pan, że to niedopuszczalne? I mało profesjonalne, kiedy nie wie się kto jest kim.
Może niepotrzebnie podkreślała to po raz kolejny, ale chciała ot tak, dla samej siebie, zaznaczyć jeszcze raz, że ma tu coś do powiedzenia. I to o wiele więcej niż się może wydawać. Jej samej się wydawało, że nie ma tu władzy. Bo nie myślała o tym miejscu. Dawniej wszystko było proste, ale to było jeszcze przed tamtym wydarzeniem, które zmieniło tak naprawdę wszystko. Sophia wolała jednak też nie myśleć o tym teraz, a skupić się na tym co jest przed nią. Tak będzie najlepiej.
— Rozumiem, że to nie należy do twoich obowiązków. — Zaczęła, jakby specjalnie chciała podkreślić, że zadanie, które ma nijak się ma do tego co robi tu na co dzień. — Ale gdybyś był tak miły… Smoothie z marakui, papai i smoczego owocu byłoby idealne na resztę nocy. I batoniki Kinder Bueno. Białe.
To było trochę złośliwe i niepotrzebne. Niemal widziała, jak drga mu powieka, kiedy składała swoje zamówienie. Mężczyzna przyzwyczajony do rozstawiania po kątach innych, wydawania poleceń właśnie został zdegradowany do roli chłopca na posyłki. Sophia mogła się powstrzymać, ale kto miał jej po nie pójść? Carter? Zapewne i tak by wysłał kogoś, choć może byłaby to osoba stojąca za barem, a nie ochroniarz, choć kto go wie? Przynajmniej tak będzie miał pewność, że smoothie dostanie od właściwej osoby bez niespodzianek po drodze.
— To tylko drobna zachcianka, powinieneś sobie z tym poradzić.
UsuńZamachała lekko nogami w powietrzu. Jeszcze nie paliły policzki, choć to pewnie się szybko zmieni, kiedy tylko Davies odejdzie. Jeszcze Sophia trzymała to wszystko w sobie. Nie robiła takich rzeczy. Nie była złośliwa, bo mogła, ale dziś naprawdę miała na to ochotę. Na oddanie tego upokorzenia w ręce kogoś innego. W ręce tego samego faceta, który patrzył na nią z góry pół godziny temu i udawał, że nie ma pojęcia kim Sophia jest.
— Potraktuj to jako rekompensatę za… niedogodności.
Sophia spoglądała uważnie. Chcąc dostrzec najmniejszą oznaką buntu w jego oczach czy postawie, co oczywiście dostrzegła. Minimalne, prawie niezauważalne. Walczył sam ze sobą, aby czegoś nie powiedzieć lub nie zrobić, ale już nie spoglądał na Cartera, bo to co powiedział mu chwilę wcześniej wyraźnie zaznaczyło, że Sophia nie żartuje ani tym bardziej Carter, a on sam wpakował się w ich małżeńskie gierki, kiedy trzymał ją na dystans.
— Oczywiście, pani Crawford. Czy to wszystko?
Prawie obrosła w piórka, kiedy nazwał ją panią Crawford. Ale nie dała tego po sobie zbyt mocno poznać.
— Tak, to będzie wszystko. Zawołam cię, jeśli zmienię zdanie.
Davies skinął tylko głową. Zażenowany, zirytowany i z napiętą szczęką, ale nie dodał nic od siebie. Odszedł, ale nie tam, gdzie stał wcześniej. W stronę wyjścia. Po te cholerne smoothie i czekoladowe batoniki.
soph
Gdyby się wtrącił to wytrąciłby ją z równowagi. Wystarczyłby jeden komentarz ze strony Cartera, a cała ta pewność, którą w sobie Sophia budowała uciekłaby poza mury tego budynku. Bawiła się zaskakująco dobrze, choć to było tylko trochę złośliwe, a brunetka taka przecież nie była. Tłumaczyła sobie to jednak tym, że Davies na to zasłużył i teraz zamiast pilnować porządku, ludzi, których miał pod sobą będzie jeździł po mieście i szukał dla niej tego idealnego smoothie, od którego zależała teraz cała jego kariera w tym miejscu.
OdpowiedzUsuńSophia wypuściła powietrze, jakby właśnie spuszczała powietrze z balonika i wypuszczała całe napięcie ze swojego ciała. Poniekąd tak właśnie był. Opuściła ramiona. Krótko się zaśmiała, kiedy Carter się odezwał.
— Mógł mnie nie wkurzać to dalej by stał tam, gdzie wcześniej. — Odpowiedziała i wzruszyła ramionami, bo to było naprawdę tak proste. Ot, wystarczyło, że wpuściłby ją tam, gdzie trzeba. — I to twoja wina, bo byłam gotowa o tym zapomnieć, ale komuś zechciało się… popatrzeć.
Sophia uśmiechnęła się lekko pod nosem. Czuła jego dłoń na biodrze. Teraz właściwie nie spuszczała wzroku z jego oczu. I widziała wyraźnie w nich tę dumę, której nie mógłby przy niej udawać. Nawet nie ukrywała, że to się jej podobało. Dość dziwne uczucie, ale takie, do którego mogłaby przywyknąć. Przygryzła lekko wargę, kiedy powtórzył jej słowa i czuła, że oblewa się rumieńcem, bo dopiero, kiedy to powtórzył zorientowała się, jak to wybrzmiało.
— Od kogoś się tego musiałam nauczyć. — Mruknęła pod nosem. Przykład przecież miała w domu, prawda? Obserwowała go wiele razy, jak rozmawiał z ochroną czy innymi ludźmi. Skądś musiała inspirację zaczerpnąć.
Sophia nie protestowała, kiedy dłonie ułożył na jej nogach i delikatnie je dla siebie rozsunął. To rozpraszało, owszem, ale było przyjemne i nie chciała z tego rezygnować.
— Jest nad czym pracować? — Powtórzyła, jakby nie usłyszała go wyraźnie za pierwszym razem. — Czyli co, nie było blisko standardów Cartera Crawforda? — Wiedziała, że nie było. Potrafił sprawić, że ludzie milkli od samego spojrzenia, a Sophia w sobie tej władzy jeszcze nie miała.
— Oferujesz prywatne szkolenia? — Zapytała z lekkim uśmieszkiem i błyskiem w oku, który mógł sugerować, że wcale nie chodziło jej o pobieranie nauk. — Jestem skłonna do nauki w… różnych warunkach.
Zaśmiała się cicho, kiedy mówił o małym gangsterze i wersji premium w szpilkach.
— Mhm, uważaj, bo jeszcze cię wygryzę z biznesu i będą odpowiadać tylko przede mną, a z ciebie zrobię tylko tło. — Zaśmiała się. Nawet nie umiała sobie tego wyobrazić, ale nie potrafiła też odmówić tego, że wizja jej samej w takiej pozycji była cholernie pociągająca i zupełnie inna od tego co Sophia na co dzień widziała w lustrze. — Myślałam, że jeden już zapomina, jak się nazywa, kiedy na niego patrzę.
Westchnęła i wyciągnęła dłoń przed siebie, aby dotknąć jego ramienia. Przesunęła dłonie niżej na biceps, a potem na przedramię. Dokładnie badając każdy kawałek skóry, z którym miała kontakt.
— Ale nie odmówię wspólnej nauki. Z takim nauczycielem? Może być zabawnie. — Mruknęła odrobinę rozmarzona, a coś sądziła, że te nauki wcale nie będą skupiać się na poprawieniu jej umiejętności.
Sophia zaśmiała się lekko i pokręciła głową.
— Nie musimy sobie tego wyobrażać. Możemy to zrobić.
Ciekawiło ją, ile im zajmie, aby odpowiadać przed nią, a nie przed Carterem, a jeszcze bardziej ile zajmie jej, aby się tej nowej roli nauczyć.
— A miałam być architektem i projektować ogrody… — Pokręciła głową. — Ale wiesz co? Chyba tu naprawdę trzeba kobiecej ręki. Straszny burdel tu zrobili bez ciebie. Naprawię to.
Sophia uśmiechała się wesoło, a kiedy musnął jej policzek na moment przymknęła oczy. Mogła szukać u niego wsparcia, ale po co? Aby mężczyzna podparł jej słowa i drugi uwierzył, że to nie jest część gry i ma się posłuchać tej młodej dziewczyny, która nakręcała chwilę temu aferę? Sophia chciała dopiąć tego sama. I jej się udało.
— Było? — Spojrzała mu w oczy z błyskiem. — Czyli… Podobało ci się co widziałeś?
To było ostatnie czego się po sobie spodziewała. Że w taki sposób się zachowa. Że będzie rozstawiać po kątach faceta dwa razy większego od niej. Dobra, robiła to wcześniej, ale z Carterem to była zupełnie inna historia.
Usuń— Poproszę feedback. Co poprawić na następny raz? Muszę się lepiej przygotować.
Trzymała głowę nieco wyżej, aby lepiej mu się przyjrzeć. Wpadła tu jak burza, wściekła i rozgoryczona, a teraz była rozbawiona i cholernie duma z tego co miało tu miejsce. Nie musiał jej ratować, potwierdzać jej słów.
soph
Uniosła lekko kącik ust, kiedy pod dłońmi wyczuła, jak mięśnie Cartera napinały się pod jej dotykiem. Czymkolwiek była ta rola, którą Sophia sobie wybrała – podobała się jej. Była ona kompletnie inna od rzeczy, które Sophia znała. Postawiła się w sytuacji, w której normalnie nigdy nie chciałaby się znaleźć. Nie chodziło o klub, a o samą konfrontację, których unikała, jak ognia. Dyby była tu sama pewnie by tak odważna nie była, a może pozwoliłaby sobie nawet na więcej, gdyby Cartera tutaj nie było. Ale chyba nie chciała tej teorii sprawdzać, a przynajmniej jeszcze nie.
OdpowiedzUsuń— Och, dobrze wiem, że Carter Crawford ma wysokie standardy. — Przytaknęła z lekkim uśmiechem, który nie schodził jej z twarzy. — Cieszę się, że byłam ich blisko. Dużo mi brakuje, aby znaleźć się na jego poziomie?
Zerknęła w dół, kiedy jego znalazł się tuż przy sukience. Mruknęła cicho w odpowiedzi i przymknęła na moment oczy, jakby się nad czymś zastanawiała.
— Dużo praktyki, mało teorii. — Powtórzyła po nim niemal smakując słowa na języku. — Brzmi obiecująco… Zawsze byłam pilną studentką. Same A i B+, chyba sobie poradzę.
Zaczepiła paznokciami o skórę na jego przedramieniu. Delikatnie, jakby tylko zaznaczała swoją obecność. Chwilami wciąż nie mogła przyzwyczaić się do tego, że właśnie tak wygląda jej życie. Takie… Zupełnie inne od tego co sobie wyobrażała. Najwyraźniej to czego myślała, że pragnie nie było tym czego potrzebowała.
— Źle ci z tym wygryzaniem? — Niby pytała żartobliwie, ale czasami faktycznie zastanawiała się, czy na pewno mu dobrze z tym, jak teraz wygląda jego życie. Nie skarżył się, nie kłócili się, a przynajmniej nigdy nie powiedział jej, że nie pasują mu te nowe role, które dostał. Właściwie to Sophia każdego dnia od niego słyszała tylko potwierdzenia. Każdego dnia w jej oczach był po prostu szczęśliwy.
Słuchała tego feedbacku z wesołym uśmiechem. To wciąż dla niej była gra, jak połowa tego wieczoru. Przychodząc tutaj nie spodziewała się, że znajdą się w takiej sytuacji, ale dziwniejsze rzeczy już się tutaj przecież działy.
Podniosła głowę nieco wyżej przez jego dotyk.
Oczy wesoło jej błyszczały, a uśmiech w zasadzie nie schodził z twarzy nawet na chwilę. Był wciąż tak samo szczery i szeroki.
— Jakbym spojrzała, to pokazałabym, że szukam w tobie potwierdzenia. Jak on, kiedy myślał, że sobie żartuję i mnie zaraz doprowadzisz do porządku. — Odparła. Bardzo chciała na Cartera wtedy spojrzeć, ale powstrzymała się i nie zrobiła niczego co mogłoby ją wytrącić z tego skupienia.
Wystarczyły kolejne sekundy, aby dostrzegła w nim zmianę, ale też, aby wyczuła ją w dotyku. Nie bawił się jej włosami już tak, jak wcześniej, a spojrzenie się zmieniło. Nie było ostre ani przygniatające, ale Sophia znała je doskonale, aby wiedzieć, że żarty się skończyły. Nie zdenerwowało jej to. Nie napięła przez to mięśni. Słuchała, choć to co słyszała niezbyt jej się podobało. Mogło być to podszyte troską o jej bezpieczeństwo, cóż nie tylko jej teraz, ale nie o to teraz przecież chodziło.
— Carter…. — Westchnęła, ale nawet nie wiedziała, jak ma się z tym kłócić. Zwłaszcza, że w środku wiedziała, że miał rację. — Zwłaszcza teraz? — Powtórzyła i uniosła lekko brew. Nie musiał jej mówić wszystkiego, a ona i tak wiedziała, że coś się dzieje, choć już dawno przestał przynosić „problemy” do domu. Z początku myślała, że może się one faktycznie skończyły, ale aż tak naiwna być nie mogła. Lepiej się maskował. Teraz widziała to wyraźniej.
— I co takiego niezwykłego dzieje się teraz, że nie mogę tu być bez pozwolenia?
Nie mogła nic poradzić na to, że czuła się teraz trochę, jak dziecko, które znalazło się w złym miejscu i jest za to teraz karane.
— Wygląda, że musimy porozmawiać.
To nie było miejsce, aby zadawać pytania. Nie przy barze i nie kiedy w stronę Cartera zerkali ludzie, którzy teoretycznie się tu bawili w swoim gronie, a chcieli tak naprawdę podejść i złapać z nim chociaż pięciosekundową interakcję, którą będą się mogli później pochwalić.
Mogła się domyślić co jej powie. Nie ma o czym rozmawiać. Znowu rozdmuchuje coś o czym powinna zapomnieć i najlepiej udawać, że nigdy się nie wydarzyło, ale nie potrafiła tak po prostu pewnych rzeczy wyciąć z pamięci. Nie, kiedy wiedziała, że chodzi o niego. A właściwie to o nich i jego córkę, a jeśli coś się działo – a na to wskazywała jego wypowiedź – to musiała wiedzieć.
Usuń— Trochę to brzmi, jakbyś mnie nie chciał widzieć.
Już nie mówiła tego z tą pretensją, którą miała wcześniej. Rozumiała, naprawdę. Ale to jeszcze nie oznaczało, że miała się z tym pogodzić. Może to miejsce nie było już tak bezpieczne, jak się jej wydawało, a może nigdy takie nie było.
— Zdajesz sobie sprawę, że nie możesz mi mówić takich rzeczy i oczekiwać, że nie będę miała pytań, prawda?
Nie pisała się na bycie wiecznie posłuszną i słuchać go we wszystkim. Przede wszystkim musiała zrozumieć, a Carter rzadko dawał jej odpowiedzi wprost. Widziała już po nim, kiedy wchodził w swoje role. Te pewne siebie wersje, które ociekały ironią i sarkazmem, które często ją wkurzały. Zwłaszcza w poważnych sytuacjach, które bagatelizował, a przynajmniej z jej perspektywy tak to wyglądało.
— Mam wrócić do domu?
Nie pytała, czy wróci z nią. Nie musiał też zbyt wiele mówić, aby wiedziała, że nie chciał, aby tutaj była. Mogła się dalej upierać, że zostanie, posiedzą pół godziny i wrócą do domu, ale wiedziała też, że on wracać nie chciał albo nie mógł. Powrót do domu samej się jej nie uśmiechał, ale przerywać mu zabawy dłużej też nie zamierzała. Po części dostała czego chciała. Zobaczyła go, pobawiła się – czego niby mogła chcieć więcej? Mogła spakować się do auta, położyć do łóżka z Gigi i poczekać, aż wróci, choć pewni szybciej by zasnęła niż doczekała jego powrotu.
soph
Zerknęła na moment na jego dłoń, która owinięta była wokół szklanki. Sophia zdawała sobie sprawę, że Carter jej tutaj nie chciał i że wcale nie chodziło o jej obecność, a o to co się tu czasami działo. Nie była już tą naiwną dziewczyną z początku, która wierzyła, że wychodząc z loży załatwia sprawy związane z klubem, bo przecież jest właścicielem i to normalne, że jako właściciel ma na głowie sporo rzeczy. Znała prawdę, a przynajmniej jej część i sprawy, które załatwiał rzadko były powiązane z klubem, a częściej z tym o czym wiedziała garstka osób.
OdpowiedzUsuń— Nie, Carter. Wcale nie myślę, że klub to tylko muzyka i bar. — Odpowiedziała, a ton wskazywał, że tym razem już sama sobie nie mydli oczu, bo taka wersja jest łatwiejsza do przełknięcia niż prawda, którą od siebie odpychała przez miesiące. — Wpadać, kiedy chcę? Mówiłbyś mi to wszystko, gdybym od początku tu była? Gdybym przyjechała razem z tobą zaraz po koncercie czy skupiłbyś się na tym, że jestem obok ciebie?
Po tym co się wydarzyło przed świętami Sophia sobie wzięła do serca, aby jednak się go słuchać. Może pomijając dzisiejszy wieczór, ale przecież sytuacja była inna. Przyjechała, bo chciała z nim spędzić czas i pomyślała, że ucieszy się mając ją obok. Od rana się obwiniała, że nie dała rady z nim wieczorem jechać. Umyśliła sobie, że mu to wynagrodzi pojawiając się, choć może jednak należało siedzieć w domu i czekać aż wróci. Przecież jeszcze zanim wyszedł mówił, że nie chce, aby się tu pojawiała, więc może ta jej „niespodzianka” od początku była skazana na porażkę.
— Mówię tylko, jak to wygląda z mojej strony, Carter. To nie jest granie na emocjach. — Mruknęła. Gdyby chciała zacząć na nich grać wyciągnęłaby kartę „ciąża”, a tego nie robiła. — I to wcale nie jest najłatwiejsza wersja tej rozmowy, ale dobrze wiedzieć.
Spojrzała w bok, jakby podtrzymanie z nim kontaktu wzrokowego było teraz zbyt trudne. Jej myśli już dawno poszły w złą stronę. Ta logiczna część wiedziała, że Carter nigdy by nie pomyślał ani nie powiedział, że jej tutaj nie chce. Sophia nie zawsze jednak myślała logicznie. Zwłaszcza teraz, kiedy czasami głowa pracowała w zupełnie innym tempie i rytmie. I to naprawdę, ale przez moment wyglądało, jakby nie chciał, aby z nim tutaj była. Jakby mu w czymś przeszkadzała.
I w końcu na niego spojrzała. Trochę zdezorientowana własnymi myślami. Tym przypomnieniem o ich niejednej sprzeczce o to miejsce. Tym co się działo, kiedy tu przyjechała, jakby wcale nie miała prawa tu być i była trzymana z daleka, jak jakaś fanka czy przypadkowa dziewczyna.
— Ale chcesz, żebym wróciła.
Istniała opcja, że Sophia sobie wmawiała, że jej tu nie chce. Tylko im dłużej o tym wszystkim myślała tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że Carter naprawdę nie chce, aby tutaj była. I wcale nie chodziło o nią, tyle wiedziała, a o wszystko inne. O towarzystwo, które siedziało w jego loży. O rozlewające się na stoliku drinki. O lusterka z rzeczami, których Sophia nie chciała nazywać po imieniu. O to co działo się piętro niżej. O telefony. Wymowne spojrzenia. Szybkie „ucieczki” do biura, aby się czymś zająć co wymagało obecności Cartera.
— W porządku, będzie, jak chcesz. — Wzruszyła ramionami. Nie zamierzała się wykłócać czy może tu zostać czy nie. Chciała i tak wpaść tylko na chwilę. Liczyła, że wrócą razem, ale zgodnie z życzeniem nie zamierzała mu grać na emocjach. — Możemy o tym pogadać innym razem. — Dodała. Naprawdę nie chciała z tego robić jakiejś zbędnej, głupiej sprzeczki, która do niczego nie doprowadzi.
Jednocześnie nic nie zostało między nimi wyjaśnione. Jeśli już to tylko ledwo musnęli wierzch tego „problemu”, ale omawianie go przy barze z barmanami za plecami wcale nie było dobrym pomysłem.
— Powinieneś wracać. Kai wygląda, jakby nie mógł się doczekać, aż wrócisz. — Rzuciła tym swoim rozbawionym tonem, kiedy dostrzegła mężczyznę, który stał kilka metrów dalej. Daleko jej było do śmiechu, ale wolała to niż powiedzenie czegoś, czego mogłaby zacząć żałować.
soph
Nie musiał jej mówić wszystkiego. Wiedziała wystarczająco, aby resztę sobie dopowiedzieć. I to, wyjątkowo, wcale nie były domysły wyssane z palca. Jedynie to co Carter sam jej powiedział. Nie oskarżała go o wymyślone rzeczy, na które mogłaby się nakręcać. Nie wskazywała palcem na każdą dziewczynę, która przeszła obok, a na którą spojrzał i nie oskarżała go o zdradę. Wiedziała, że wziął. Może jedną, a może dwie. Może jeszcze kolejną. Zrobiła się czujna. Czujniejsza niż była na początku, bo wtedy jeszcze z jakiegoś powodu łatwo było to ignorować. Udawać, że jej to nie dotyczy, bo i tak nie są razem, bo to tylko zabawa na parę tygodni, a potem każde rozejdzie się w swoją stronę. Bo nie miała prawa prosić go, aby zmieniał swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. Teraz jednak miała. Teraz mogła tego wymagać, ale nie zamierzała o to prosić w klubie pełnym ludzi. Musiała najpierw wymyślić sposób, jak podejść do tego tematu.
OdpowiedzUsuń— Nie chciałeś, żebym z tobą przyjeżdżała, pamiętasz? Rano mi powiedziałeś, że mnie tutaj nie chcesz. I naprawdę rozumiem, Carter. Nie jestem głupia i nie robię ci na złość.
Miała wyrzuty sumienia, że w tak ważną noc zostawiła go samego. Nawet, jeśli zapewniał ją, że nic się nie stało i nie musi go przepraszać za to, że ma własne obowiązki. Wiedzieli, że tak będzie z jej powrotem na uczelnię, że nie zawsze znajdzie czas, aby w tygodniu czy nawet na weekendzie z nim była. Pomijając już ciążę, która też często wykluczała ją z życia.
— Więc, jak jest? Chcesz, żebym tutaj była, czy wolisz, żebym wróciła do domu i była z dala? — Zapytała wprost. Bo zamierzała się dostosować. Nie podobało się jej to, ale równie mocno nie podobało się jej ściąganie na siebie uwagi, a wątpiła, że wygląda na szczęśliwą żonę w tym momencie. — Przepraszam. Następnym razem, jeśli będę chciała się zobaczyć z moim mężem zapytam, czy mogę.
Może była niesprawiedliwa. Może czepiała się na siłę. Sama już nie wiedziała, ale ten temat ja zwyczajnie męczył. Mógł jej powiedzieć wprost, że ma wracać do domu i więcej się tu bez niego nie pokazywać. Nie obiecałaby, że się z tym pogodzi, bo nie byłaby ani trochę pogodzona. Raczej wściekłaby się, ale po cichu. Nie zrobiłaby sceny. Zeszłaby z tego stołka i wyszła bez słowa. Rano pewnie by się do niego nie odzywała, o ile wróciłby do tego czasu. Może udawałaby, że wcale nie jest zraniona, choć w środku odnosiłaby wrażenie, że ta noc rozszarpuje ją na żywca.
— To bez znaczenia, czy to kaprys czy nie. Zrobię, jak będziesz chciał.
To nie była oznaka poddania się czy posłusznego wykonania jego poleceń, bo tak powiedział. Sophia robiła krok wstecz, aby na wszystko spojrzeć z nieco innej perspektywy. Z szerzej, która nie będzie przesłonięta emocjami, których nie potrafiła w tej chwili przetrawić. Mogła się dać im ponieść i wyjść stąd jak burza. Wściekła, rozgoryczona, a w najgorszym (przynajmniej dla niej) scenariuszu, rozpłakana. Bo było jej przykro, bo poczuła się zepchnięta na bok, choć w teorii Carter nic nie zrobił, ale teraz to dla niej było już nieistotne czy coś miało sens czy wręcz przeciwnie.
— Nie próbuję, ale to twoja noc, a ja nie przyszłam tu po to, aby ci cokolwiek psuć. — Powiedziała. Jej wzrok powędrował na moment w stronę Kai’a, który faktycznie się wahał czy podejść. Niechętnie go wpychała w „ramiona” znajomych, którym nie ufała. Mogła z nimi żartować i siedzieć, ale nie ufała. Nie, kiedy chodziło o Cartera. Bo widziała do czego są zdolni. Bo on sam jej mówił o rzeczach, do których są zdolni. — Zresztą, jak ty nie pójdziesz to sam tu w końcu przyjdzie i cię zabierze, możemy mu oszczędzić drogi.
Ściągnęła ze sobą łopatki, kiedy podszedł trochę bliżej. Stał między jej nogami patrząc na nią z góry, a Sophia, aby na Cartera spojrzeć musiała podnieś głowę. Nie chciała tego wieczoru zmienić w humorki żony, która nie umie się pogodzić z tym, że nie ma tu dla niej miejsca. I nie potrafiła ani nie zamierzała się z tym zgadzać. To nie powinno wyglądać w ten sposób, ale to była z kolei dyskusja na zupełnie inny dzień.
Nic więcej już nie powiedziała, choć mogła rzucić jakimś żartem. Coś o Kai’u i tym, że najwyraźniej się mocno za Carterem stęsknił. Cokolwiek co rozluźniłoby tę atmosferę między nimi. I jednocześnie nienawidziła tego, że zamiast mu oznajmić, że wraca z nią do domu, a cała reszta jej nie interesuje, to ona wpychała go z powrotem do ludzi, którzy o niego nie dbali. Do ludzi, którzy go krzywdzili, a wszystko zakryte było przyjacielską troską. W kieszeniach każdego kto tam siedział znalazłby się mały woreczek z białym proszkiem. Może pudełeczko z pigułkami. Molly, oxy czy inne, którymi się tu raczyli. Wszystko byle się oderwać od rzeczywistości, nie? A ona zamiast go z tego wyciągać to wpychała z powrotem.
UsuńUparcie patrzyła mu w oczy. Dawniej już spoglądałaby w inną stronę. Teraz już nie odwracała wzroku od jego ciemnych oczu, które przecież tak znajome i codziennie pełne miłości do niej i ich nienarodzonego dziecka dziś wyglądały odrobinę inaczej. Bo były inne. Przesłonięte chemiczną mgłą, choć Carter naprawdę robił wszystko, aby wyglądały normalnie i przez większość czasu takie były, ale wiedziała go, kiedy go niej podszedł. Ten początek, dopóki nie nakazał samemu sobie się ogarnąć.
Przesunęła dłonią po brzuchu z lewej strony. Trochę, jakby próbowała samą siebie oderwać od tego miejsca i tej rozmowy, która była niedokończona. Małe przypomnienie, że świat nie kończył ani nie zaczynał się na tym klubie, a życie toczyło się poza jego murami. Ich życie. Te które budowali wspólnie.
Dopiero po chwili zorientowała się, że pojawił się Davies. Sophia spojrzała na mężczyznę. Lekko zaskoczona, że faktycznie to przyniósł i to tak szybko. Wyciągnęła rękę po smoothie, które odstawiła na blat, a potem po papierową torbę.
— Dziękuję, to wszystko. — Powiedziała. Nie mając już chęci na to, aby prowadzić z nim dalej grę. Owocowy zapach i słodki ciężar torby był jak mały przerywnik tej ciężkiej atmosfery między nimi, ale nie potrafił na dobre rozbić tego napięcia między nimi.
Odstawiła również torbę i wzięła z powrotem smoothie. Prezentowało się świetnie. Idealne było na Instagrama. Tylko, że nawet słodki smak owoców nie był w stanie zamaskować tej goryczy, którą czuła na języku.
soph
Wiedziała, że testowała teraz jego granice. Z początku robiła to nieświadomie, ale kiedy się odsunął, a Sophia zobaczyła w nim tę potrzebę przestrzeni wiedziała, że zaczynała powoli przesadzać. Nie zamierzała wcale też przepraszać, bo nie sądziła, że zrobiła coś złego. Carter w mieszkaniu nie powiedział jej wprost, dlaczego jej tutaj nie chce. Tak, mogła się domyślić, że chodzi o tamto wydarzenie i wszystko co działo się jeszcze przed tym, ale wyglądałoby to zupełnie inaczej, gdyby powiedział jej o tym wprost.
OdpowiedzUsuń— Zadałam ci pytanie, Carter. — Powiedziała, a może przypomniała. Bo sama już nie wiedziała, czy ma jednak tu walnąć fochem i wyjść, jakby właśnie powiedział jej coś niewybaczalnego czy może jednak się opamiętać i spróbować z tej nocy jeszcze coś wyciągnąć. Nie przyszła tu przecież w roli zazdrosnej żony, która sprawdza każdy jego krok. Przyszła, bo chciała z nim spędzić po prostu czas, bo nie widzieli się cały dzień i tak, nie posłuchała się, kiedy mówił, że ma tu nie przychodzić, ale nie sądziła, że to będzie tak wielki problem, kiedy już się tutaj pojawi. — Chcesz mnie tutaj, czy wolisz, żebym wróciła do domu? — Powtórzyła, ale tym razem ton jej głosu był odrobinę zirytowany. Cała ta sytuacja była absurdalna. Głupia wręcz. Niepotrzebna i nakręcała siebie i jego tylko bardziej, ale przestać z jakiegoś powodu też nie potrafiła.
Wsunęła tym razem obie ręce na brzuch, jakby to była jej bariera, która chroni ją przed wszystkim. Zwłaszcza przed tą bezsensowną wymianą zdań między nimi. Mogła odpuścić już dawno temu. Przestać ciągnąć ten temat, ale nie potrafiła. Nie tak po prostu i mówiła dalej, przeciągała koleje struny, jakby sprawdzała na jak wiele sobie będzie mogła pozwolić zanim naprawdę puszczą mu nerwy.
— Och, czyli tak się według ciebie zachowuję? Jak dziecko? — Upewniła się i prawie zaśmiała pod nosem. Mogła zacząć się tak zachowywać, nie było żadnego problemu. Mogła dodatkowo się o coś obrazić. Odwrócić do niego plecami, nie patrzeć i mruczeć pod nosem odpowiedzi, których nie usłyszy, bo specjalnie będzie mówiła tak cicho. — To nie ja unikam odpowiedzi. Wystarczy jedno słowo i dam ci spokój, który ci zaburzyłam.
Zmarszczyła lekko czoło. Coraz mniej to wszystko się jej podobało, ale czuła, że za daleko już zabrnęli, aby się tak po prostu wycofać. Sophia wypuściła powietrze przez nos. Przymknęła na moment oczy, bo i ona potrzebowała chwili wytchnienia. Tak po prostu. Paru sekund, aby samej nie zacząć mówić rzeczy, których potem nie cofnie.
— Tak, namawiałam. I nie przyszłam tu z pretensjami, że siedzisz ze swoimi znajomymi. Nie poprosiłam, żebyś wrócił do domu. Nie zaczęłam stawiać ci żadnego ultimatum ja albo klub. — Mówiła. Nie ostrym tonem, ale dosadnym. Zacisnęła na moment zęby, znów przepuszczając powietrze przez nos. — Ale może to był błąd.
Część jego… Dobrze już wiedziała co było częścią jego i wcale się jej to nie podobało.
Pamiętała. Dobrze pamiętała co się tutaj działo ostatnim razem. Swoją panikę. Jego oczy. Metalowe kajdanki. Chłód broni, z której do niego mierzyli. I świadomość, że w każdej chwili mogli pociągnąć za spust.
— Pamiętam.
Odpowiedziała krótko i chłodno. Tamta noc była początkiem końca, który może nie trwał całą wieczność, ale wystarczająco długo, aby odczuła skutki na sobie. Teoretycznie to było za nimi, a w praktyce ciągnęło się cały czas, bo nic się nie skończyło. Nawet nie wiedziała, czy jest blisko końca czy może dopiero na początku, bo nic jej nie mówił. Może nie mógł, a może nie chciał. Nie próbowała wnikać, bo odpowiedzi i tak uzyskać by nie uzyskała.
— A nie popsułam? — Spojrzała mu w oczy, jakby szukała w nich potwierdzenia, że tak była tą złą, która wparowała bez ostrzeżenia i zniszczyła dobrą zabawę. Może odciągnęła go od kolejnej kreski, następnego drinka. Bóg wie czego jeszcze. — Bo jakoś wątpię, że w taki sposób chcesz spędzić resztę nocy.
Niby mogła to w łatwy sposób naprawić. Wychodząc stąd i nie zabierając go ze sobą. Z tym, że raczej do zabawy już by nie wrócił. Może poszedłby za nią, a może będąc w podłym nastroju zrobiłby coś głupiego.
I dlatego wiedziała, że nie mogła odpuścić. Rozjuszyła go i to zupełnie niepotrzebnie, a jeśli teraz wyjdzie to będzie jak pozwolenie, aby robił dalej głupie rzeczy, których ona nie widzi. To nie był cel brunetki. Mogli się pokłócić. Nie obchodziło jej nawet to, że świadkiem tego był Davies. Nie on pierwszy ani nie ostatni widzi ich sprzeczki, a choć nie podobało się jej, że inni są tego świadkami to nie było to teraz istotne.
UsuńSophia fuknęła pod nosem coś niezrozumiałego dla reszty, kiedy szukał potwierdzenia u Cartera, czy na pewno może odejść.
— Mam się powtórzyć? — Spojrzała na mężczyznę, który bardziej skupiony był na Carterze. Typowe. Przewróciła oczami, zbyt jednak zmęczona, aby dalej pokazywać, że ma tu coś do powiedzenia.
Nie rozluźniła napiętych ramion. Spojrzała w bok. Na barowe szafki zapełnione alkoholem. Żałując, że nie może teraz się napić drinka. Tego różowego z watą cukrową, który podobno tu został wprowadzony dla niej. Zamiast tego miała słodkie smoothie, do którego się teraz przykleiła. Schłodzone, słodkie i irytująco dobre. Nie mogła się przyczepić do niczego. Odsunęła słomkę od ust, kiedy Carter się odezwał i na niego spojrzała. Przez moment nic nie mówiła. Upiła jeszcze łyk, a potem odstawiła kubek na bar.
— Bo w domu nie ma rzeczy, które są tutaj.
Nie musiała ich nazywać po imieniu. Carter dobrze wiedział, co ma na myśli. W domu był trzeźwy, a przynajmniej tak myślała. Na takiego zawsze wyglądał i nie dawał jej powodów, aby myślała, że jest inaczej.
Zsunęła się ze stołka. Podtrzymując jego przedramienia. Trochę nieporadnie, inaczej niż przedtem i na tyle sprawnie, na ile mogła z dzieckiem w sobie. Stanęła przed Carterem. W zasadzie niemal stykali się ciałami. Wsunęła dłonie na jego pas, jak w uścisku, z którego nie chciała go wypuszczać.
— I zawsze będzie wchodziło, jeśli będziesz mnie trzymał na dystans. — Powiedziała, a jej oczy, choć wciąż jeszcze kryła się w nich złość na cały świat, to były odrobinę spokojniejsze. — Wiem, że chcesz nas chronić, Carter. Ale paranoja nie jest dobra i będzie to wyglądało tak za każdym razem… i tak, to część twojego świata, ale mojego również. Nie uda ci się mnie od tego odciąć. Już na to jest za późno.
soph
Patrzyła na niego z tym samym uporem, który towarzyszył jej cały wieczór. Nie odpuszczała, choć sama powoli zaczynała już gubić się w tym co właściwie chce od niego usłyszeć. Już zbyt wiele razy powtórzył jej, gdzie ją chce mieć, a ona wraz jakby nie do końca przyjmowała to do świadomości.
OdpowiedzUsuńNie poruszyła się nawet o krok, kiedy Carter się od niej odsunął. Ten jeden gest jej wystarczył, aby bezwiednie opuściła dłonie wzdłuż swojego ciała. Wzrok brunetki przesunął się od twarzy Cartera niżej. Po cichu, jakby robiła właśnie kolejny krok do tyłu, choć nie poruszyła się nawet na milimetr.
— I tutaj nie jest dobre. — Mruknęła do siebie. Przecież o tym wiedziała, a to miejsce nigdy nie należało do szczególnie bezpiecznych. Pamiętała, kiedy przekroczyła próg tego miejsca po raz pierwszy. Jak nieswojo się tutaj czuła. Jak bardzo nie na miejscu, a teraz tak się upierała, aby tutaj zostać i spędzać z nim tu czas, choć w środku Sophia wcale nie chciała tu być. Wolałaby siedzieć w mieszkaniu, oglądać po raz setny ten sam film i jeść maślany popcorn, a nie wbijać się w sukienkę, w której było jej niewygodnie i noc spędzać w klubie, którego nie lubiła z przeróżnych powodów.
Sophia podniosła z powrotem wzrok na Cartera.
— W porządku, przestanę. — Zgodziła się. To nie tak, że nie musiał jej wszystkiego mówić, aby zauważała pewne rzeczy. Mogła się na nie niepotrzebnie nakręcać, niektóre pewnie sama sobie wymyślała, ale nie uwierzy, że mu tego wieczoru nie popsuła. Zanim się pojawiła siedział w loży ze znajomymi, dobrze spędzał czas, a teraz kłócił się ze swoją żoną, która sama już dawno zgubiła wątek i właściwie zapomniała o co się tak naprawdę wściekała, a jej złość dawno przestała być kierowana na ochroniarzy, którzy nie chcieli jej wpuścić. O tym już zapomniała.
Rozchyliła usta, aby coś powiedzieć, ale w ostatniej chwili się przed tym powstrzymała.
Miał paranoję, ale być może jej nie dostrzegał lub nie chciał jej widzieć. Ale nie zamierzała się z nim o to wykłócać, bo to nie było miejsce ani czas, aby wyrzucać mu wszystko co robił i jak się zachowywał. Zauważała więcej niż pewnie by sobie tego życzył, ale zatłoczony bar nie był dobrym miejscem do takich rozmów.
Zerknęła na lożę. Śmiechy zagłuszała muzyka, ale domyślała się, jak głośno tam musi być. Jakie tematy poruszają. I Carter zamiast być tam stał przy barze razem z nią. Kłócąc się Bóg jeden wie o co teraz tak naprawdę.
— Załapałam, Carter. Nie przyjdę tutaj więcej. — Będzie tak, jak chcesz miała na końcu języka, ale powiedziała to już wcześniej i powiedzenie tego znowu tylko ciągnęłoby tę bezsensowną kłótnię dalej, a zaczynała być zmęczona już samą sobą. — Nie musisz mi wypominać tamtego wieczoru. Dobrze go pamiętam. — Niemalże syknęła. Wolałaby nie pamiętać. Dochodziła do siebie przez dni. Nie godziny, kilka dni. I to był drugi raz, jak czuła się tak podle. Tak nijako i okrutnie.
Nie cofnęła się, kiedy jej dotknął, choć w tej chwili miała na to ochotę. Sam się od niej odsunął, kiedy do niego sięgnęła i miała chęć odpowiedzieć mu tym samym, ale trwała w bezruchu. Nie spoglądała w bok, tylko w jego oczy, z których nie wiedziała, czy wyczyta coś więcej niż ta mieszanka złości, zirytowania i bezsilności, które z niego w przeciągu ostatnich minut wyciągała.
Rozchyliła lekko usta, a potem jednak zrobiła ten krok w tył.
— To według ciebie robię? — Uniosła brew i powoli przetworzyła jego słowa, chcąc się upewnić, że naprawdę dobrze go zrozumiała. — Ryzykuję życiem naszej córki…Wow. — Zaśmiała się, a potem bez słowa ściągnęła jego dłonie ze swojego ciała. Ona trochę inaczej to widziała. Nigdy umyślnie nie zrobiłaby niczego, aby ją narazić na jakiekolwiek niebezpieczeństwo.
Jeszcze brakowało jej tego, aby się zaczęła zastanawiać, czy jednak nie będzie beznadziejną matką. Może będzie, skoro wparowała do klubu, który po brzegi zapełniony był dilerami i cholera wie czym i kim jeszcze, a ona tu wparowała, jak do najzwyklejszego klubu, gdzie nic jej złego nie spotka. Carter w wielu rzeczach, które mówił miał rację, ale nie spodziewała się, że usłyszy od niego to.
— Nie, Carter. Nie chcę niczym ryzykować. — Nie sądziła, że z tej małej sprzeczki otworzą taki temat. — Możesz się przesunąć? Chcę wyjść. — Poprosiła. Stał przed nią. Za sobą miała stołek, którego nie mogła wyminąć, a Carter blokował jej jedyną drogę przejścia. Nie chciała się z nim dalej kłócić, godzić, nie chciała niczego poza wróceniem do domu, gdzie może nie narazi ich dziecka na żadne zagrożenie.
Usuńsoph
W głębi wiedziała, że Carter nie miał tego na myśli. Sophia nie myślała jednak teraz racjonalnie, a szczególnie nie w emocjach, które były teraz rozsiane po całym przeklętym klubie. Myśli tłukły się jej w głowie głośniejsze od muzyki, cięższe od basu, przez który drgała podłoga pod nimi.
OdpowiedzUsuń— Ułatwię nam ten wieczór i wrócę do domu, więc jakbyś się przesunąć. — Poprosiła znowu. Nie dojdą do żadnego porozumienia w ten sposób i nie w tym miejscu, które, jak słusznie zauważył, nie było odpowiednie. Głośne i przepełnione setką ludzi, którzy owszem, ale na czymś byli. Sophia nie taki miała plan, a gdyby wszystko poszło zgodnie z tym co sobie wymyśliła to siedzieliby teraz w loży albo w biurze pochłonięci sobą, a nie odstawiali teatrzyk dla jego znajomych. Choć nawet nie była pewna, czy ktoś poza Kai’em zwrócił na nich uwagę i w zasadzie było to nieistotne i tak.
— Nie, zapytałeś czy ja chcę ryzykować jej życiem. — Poprawiła go stanowczo. Mógł się wykręcać przejęzyczeniem. Źle dobranymi słowami. To teraz nie było w stanie zmienić wydźwięku tych słów, które odbijały się w głowie brunetki. Nie umiała wypluć z siebie tego ziarna niepewności, które w niej zasiał.
Miała wiele wątpliwości co do tego, czy będzie w tej roli się sprawdzać. Milion razy czytała co może jeść, pić, zasypywała swoją lekarkę milionem pytań, aby nie zaszkodzić temu dziecku. I tak, wiedziała, że przebywanie tutaj nie jest najlepsze i nie chciała przyjść bawić się na całą noc. Kilka minut, zobaczyć Cartera i wrócić do domu. Równie tyle samo zioła wdychała chodząc ulicami, a ten konkretny zapach był przypisany do tego miasta na stałe.
— Tak właściwie, sama sobie to zrobiłam. Pamiętasz? Złapałam za nieswój drink. — Mówiła to w sposób, jakby podkreślała jego zdanie, że faktycznie będzie złą mamą, bo nie potrafiła przypilnować nawet samej siebie w tym miejscu, a co dopiero zająć się niemowlakiem, które samo nie zrobi absolutnie nic.
Była gotowa wyjść. Sama, bo nie zamierzała się prosić, aby z nią wyszedł i zakończył swój wieczór. Właściwie to wcale nie chciała z nim teraz wychodzić, bo wiedziała, że jeśli wyjdą to będą się dalej kłócić. I wiedziała, że jak go tu zostawi to również nic dobrego się nie wydarzy. I już sama nie wiedziała co ma robić.
Zagryzła wnętrze policzka i na moment zamknęła oczy, a powietrze wypuściła przez nos. Zaczynało się jej to coraz mniej podobać. Sposób w jaki ze sobą rozmawiali. To jak napięci obok siebie stali. Jak żadne z nich nie odpuszczało, bo oboje byli uparci. Parę miesięcy temu Sophia by się ugięła. Przeprosiłaby go, ale już nie była tą samą dziewczyną, którą znał na początku.
Spojrzała mu po chwili w oczy.
— Tak samo, jak ty. Od ciebie też mam się trzymać z daleka? — Zapytała wprost. Czuła w kościach, że zaraz zacznie się wykręcać. Sam jej przyznał, że wciąż bierze. Było to może dawno, ale wątpiła, że coś do tego czasu się zmieniło. Mniejsze ilości niż zazwyczaj, ale że nie odpuścił sobie tego w pełni. — Nie chcesz, żebym tu była, bo co druga osoba jest na czymś… Staram się tylko spełnić twoje życzenie.
To bolało. Cała ta wymiana zdań. Sposób w jaki na siebie patrzyli i to, że żadne nie potrafiło odpuścić i się ugiąć. Powiedzieć tego zwykłego, głupiego „okej, przepraszam. To było niepotrzebne. Wrócimy do tego jutro”. Tylko dalej upierali się przy swoim, kiedy oboje przecież mieli tak naprawdę ten sam cel. Nawet, jeśli jego kształty teraz nie były zbyt widoczne.
— Nie. Wiem, że ty też się potrafisz uprzeć. — Znała jego upór aż za dobrze. Poznała go pierwszego dnia, a potem tylko poznawała kolejne poziomy. — I możesz się upierać dalej, ale wtedy wciąż tu będę. W miejscu, z którego od rana mnie próbujesz wypchnąć, a podobno nie chcesz, abym tu spędzała czas.
Poruszyła ramionami i sama po chwili skrzyżowała ręce pod piersiami. Przeniosła ciężar ciała na jedną nogę. Próbując znaleźć jakiś balans i wygodną pozycję. Zamierzała stąd wyjść. Tylko jeszcze nie wiedziała, jak to zrobi, kiedy blokował jej jedyną drogę „ucieczki”.
— Będziemy tak stać całą noc?
soph😤
Miała talent do zaglądania w miejsca, których Carter nie chciał przed nią odkrywać. Z każdym kolejnym razem zaglądała tylko głębiej. Próbowała go rozgryźć na swoich warunkach, ale to nie działało, więc przybrała inną metodę, która krok po kroku, ale pozwalała dostrzec jej więcej. I najczęściej były to nieprzyjemne rzeczy, bo choć wolała, aby te sekrety były czymś niewinny to przeważały te mroczne, których wolało się nie znać.
OdpowiedzUsuń— Dlaczego nie? — Przechyliła głowę, jakby naprawdę zastanawiała się nad tym pytaniem. — Bierzecie to samo. Jedyna różnica jest taka, że twoje kosztuje więcej niż ich.
Ani przez moment nie wierzyła w to, że ma nad tym jakąkolwiek kontrolę. To nie było coś nad czym się mogło mieć kontrolę. Brzmiał, jak każda osoba, która z czymkolwiek miała problem, ale utrzymywała narrację „pod kontrolą”, bo tak było łatwiej powiedzieć sobie samemu i wszystkim wokół, aby ludzie przestali się martwić.
Sophia była uparta i nie zamierzała się wycofać ani tym bardziej ugiąć tak, jak dawniej. Nie była przekonana o swojej racji, bo one gdzieś się w tym wszystkim zatarły. Jego z jej. Teraz już nie chodziło o to kto ma rację, ale kto wytrwa w swoich słowach dłużej. Kiedy się przybliżył czuła nie tylko ciepło ciała, ale znajome perfumy zmieszane z dymem, który dawniej był jego nieodłączną częścią, a którego Sophia od dawna od niego nie wyczuwała. Nie widywała go z papierosem, jak wcześniej. Tylko tutaj panowały zupełnie inne zasady.
— No to sobie postoimy. — Wzruszyła ramionami. Gotowa, aby stać tu przez resztę nocy. I tak była w lepszej pozycji, gdyby się zmęczyła to zawsze mogła wrócić na ten przeklęty stołek. I gdyby nie miał oparcia to mogłaby się na nim odwrócić i zejść, ale tak łatwo przecież nie mogła mieć.
Sophia patrzyła z tym samym uporem, który widziała w nim. W sobie miała wystarczająco wiele uporu, aby starczyło na ich dwoje, ale gdy ten mieszał się z uporem Cartera robiła się powoli mieszanka wybuchowa, która mogła pójść w różne strony. Próbowała o tym nie myśleć, ale nawet z tą złością, którą miał wypisaną na twarzy, wyglądał zbyt dobrze. Na tyle, że musiała ściągnąć ze sobą łopatki, jak przypomnienie, że wcale nie powinna była o nim w ten sposób myśleć, kiedy się na niego złości.
Nie próbowała mu się wyrwać, kiedy ujął jej twarz. Większych szans z nim by nie miała, ale przede wszystkim też nie chciała tracić tego kontaktu z nim. Rozchyliła usta chcąc mu odpowiedzieć, ale nie dał jej szansy. Zaskoczył ją tym pocałunkiem, na który z początku nie odpowiedziała. Zrobiła to dopiero po paru sekundach. Rozluźniając napięte mięśnie. Opuszczając dłonie wzdłuż ciała, które zaraz jednak sięgnęły do niego. W tym pocałunku nie było nic chaotycznego, jak można byłoby się spodziewać. Był świadomy. Głęboki i powolny, jak na sytuację. Skuteczny, co niezbyt się jej podobało. Westchnęła bezwiednie, kiedy się od niej odsunął. Niemalże w żalu, że to zrobił, bo nie była gotowa na tak szybki brak tej bliskości z nim. Oczy wciąż miała przymknięte, a na ustach posmak jego. Przede wszystkim czuła whisky, ale nie na tym się skupiła. A na ciepłych i znajomych ustach, które całowała każdego dnia.
— To ty walczysz ze mną. — Mruknęła z uporem w głosie. Prawda była taka, że oboje walczyli ze sobą, choć oboje dążyli do tego samego. — I nie możesz mnie całować, kiedy jestem na ciebie zła.
To ją rozpuszczało. Powoli, ale skutecznie. Mimo, że tak bardzo nie chciała dać po sobie poznać, że zwykłym pocałunkiem ściągał ją na zupełnie przeciwną stronę. Jeszcze była gotowa upierać się przy swoim. I tylko po to, aby sprawdzić na ile więcej może sobie pozwolić zanim straci cierpliwość na tyle, że wyprowadzi ją stąd bez słowa.
— Możesz próbować, ale to nie zadziała.
soph
Nie rozumiała, jak to wszystko działa. Dla Sophii wszystko to, co znajdowało się w jego biurze czy w innych zakamarkach było w tej samej kategorii: złe. Nigdy nie pytała o to skąd to bierze, bo jakaś jej część nie chciała też wiedzieć, ale dawno już musiała przestać zastanawiać się nad tym co chce wiedzieć, a co musi wiedzieć. A takie rzeczy wiedzieć musiała. Zwłaszcza, że chodziło o niego. I jeśli jakoś miała mu pomóc to musiała znać szczegóły, które odpychała przez miesiące, ale nie dzisiaj i nie w tej chwili.
OdpowiedzUsuńNie skomentowała też tego. Mimo, że dla niej to było i wyglądało tak samo. Carter, przynajmniej przy niej, bo przecież nie wiedziała, jak zachowuje się, gdy nie ma jej w pobliżu, nie był po zażyciu agresywny. Nie zrobił jej nigdy niczego i nie doprowadził do sytuacji, kiedy mogłaby tak choćby przez sekundę pomyśleć. I nawet z tym nie wierzyła, że ma nad tym jakąkolwiek kontrole.
Powoli zaczynała odpuszczać. Nie tyle co nie chciała, a po prostu wciąż uparcie chciała stać przy swoim. Mimo, że zgubiła wątek tej kłótni kilkadziesiąt minut temu.
— To była wyjątkowa sytuacja. Nie możesz mnie całować.
W innej sytuacji nie odsunęłaby się. Tak właściwie teraz też nie chciała się odsuwać i nie zrobiła tego, ale wystarczył jej fakt, że Carter to zrobił. Nawet, jeśli to było tylko po to, aby zaczerpnęli trochę powietrza. Dostrzegła ten jego uśmieszek, niewielki i w drażniący sposób prowokujący. Jeszcze mu się nie poddała. Nie tak w pełni.
— Ktoś musi. Podobno tracisz tu uznanie. Mówiłam, że przejmę biznes. — Mruknęła pozwalając sobie na to, aby napięcie opuściło jej głos i weszło powoli rozbawienie, którego przez te ostatnie kilkadziesiąt minut im brakowało.
Odchyliła lekko głowę. Rozkoszując się dotykiem bardziej niż w tej chwili powinna. Zdecydowanie zbyt łatwo się poddawała temu co z nią robił. Dłonie przesunęła nieco wyżej na jego żebra, a po chwili na plecy. Jeszcze nie próbowała się przytulić, ale była na dobrej drodze do tego.
— Wcale nie zadziałało. — Obruszyła się. Oboje wiedzieli, że jest inaczej. Napięcie powoli odchodziło na drugi plan. Nie znikało jeszcze w pełni i pewnie nie zniknie jeszcze długo, ale gotowa była, aby się już tak nie upierać przy swojej wersji wydarzeń. — Masz omamy.
Usta mówiły jedno, a ciało coś zupełnie innego. Sophia nie chciała z nim już dalej prowadzić tej rozgrywki, która nie prowadziła do niczego tak naprawdę. Ale nawet, kiedy się nie dogadywali, kiedy padały słowa ostrzejsze niż chcieli i tak w końcu znajdowali odpowiednią ścieżkę do siebie.
— To nierozsądne mówić swojej żonie, że pieprzy głupoty. — Mruknęła. Dłońmi przesunęła po jego plecach i westchnęła, a na ustach pojawił się odrobinę zadziorny uśmieszek. — Nawet, jeśli to prawda, a nie jest. — Nie przyzna się przecież, że faktycznie trochę mogła gadać głupoty.
Sophia już nie próbowała mu się wyrwać. Stawiać dalej na swoim. Skupiała się na tym, jak jego palce przesuwały się po jej ciele. Centymetr po centymetrze rozbrajając ją coraz bardziej. Mimo, że jakaś ta mała i uparta część brunetki chciała dalej pozostać niewzruszona i skupiona na swojej misji, która, jak widać, ale zakończyła się niepowodzeniem.
— To też nie zadziała… — Jęknęła w odpowiedzi, ale działało. Nie zamknęła jednak oczu, tylko skupiła się na jego. Na tym na jak poważne teraz wyglądały. Na tym, że wcale nie żartował. — Nawet, kiedy gadam głupoty? — Mruknęła, jakby musiała się upewnić.
Na tyle na ile mogła przysunęła się bliżej. Niemalże już stykali się ciałami. I już wcale jej ten brak miejsca na ucieczkę nie przeszkadzał, choć jeszcze kilka minut temu go szukała.
— Nie robię z ciebie potwora, Carter. Nie pomyślałam tak nawet. — Powiedziała na swoją obronę. Musiałby się bardziej postarać, aby do tego doszło. Naprawdę jej czymś zagrozić, a do tego nie doszło. — I słucham cię. Tylko wiesz, strasznie tu głośno. Może nie wszystko usłyszałam.
Pozwoliła sobie na ten minimalny żart, bo tego potrzebowali. Mimo rosnącego napięcia potrzebowali zwyczajnie też chwili, która będzie ich, a która nie będzie ociekać tym napięciem i zdenerwowaniem, które w nich tyle siedziało.
UsuńPrzesunęła palcami po jego kręgosłupie, a głowę na moment oparła o jego tors.
Znajomy zapach. Znajome objęcia. Tyle jej wystarczyło, aby faktycznie zacząć odpuszczać, a nie tylko udawać, że to robi. Jeszcze nie w pełni wróciła do siebie, ale była bliżej niż dalej. Dopiero po chwili podniosła też głowę, aby na niego spojrzeć.
— Nie wściekam się, aby zrobić ci na złość, Carter. — Powiedziała. — I kocham cię. Nawet, kiedy mnie niesamowicie wkurzasz.
soph
Powoli przestawała myśleć już o tym co się działo jeszcze chwilę temu. Carter miał ten irytujący dar, aby odciągać jej myśli od najgorszego. I wolała to niż kolejną kłótnię, która nie prowadziła donikąd. Właściwie wszystkie ich kłótnie prowadziły donikąd, ale ciężko było się ich tak po prostu pozbyć, kiedy jest się w związku i ma się multum różnych perspektyw. Zawsze znajdowali rozwiązanie. Prędzej czy później, a w tym przypadku przyszło ono dość sprawnie.
OdpowiedzUsuń— Tylko ci się wydaje, że działa.
Dalej się upierała, jednak to nie był już ten ciężki rodzaj uporu, z którym mierzyli się jeszcze chwilę temu. Teraz Sophia zwyczajnie się z nim bawiła. Przygryzła delikatnie usta, jakby powstrzymywała samą siebie przed zareagowaniem na dotyk i bliskość. Przestrzeni między nimi nie było nawet na powietrze, a to jej teraz jak najbardziej odpowiadało.
Przez moment wyglądała na zaskoczoną, kiedy ściągnął jej dłonie ze swoich pleców. Sądziła, że już tę niechęć mieli za sobą i prawie otwierała usta, aby coś powiedzieć, ale zanim zdążyła pozbierać myśli i ułożyć choćby jedno zdanie, Carter wsunął jej dłonie pod swoją koszulkę. Pamiętała tamto popołudnie po zmianie w schronisku. Zmieniał wtedy koszulkę, a Sophia z grzeczności nie zerkała. Choć i tak widziała, bo ciężko było jej nie zerknąć chociaż raz. Powiedział wtedy, że należy się jej nagroda za cierpliwość czy coś podobnego wtedy padło, a ona oblała się rumieńcem i bezwstydnie błądziła dłońmi po jego brzuchu. Nie wysunęła ich, a wsunęła trochę wyżej. Muskała ciepłą skórę swoimi palcami. Twarde mięśnie. Po takim czasie to przecież już nie powinno jej tak ekscytować, prawda? Chyba. Nie miała bladego pojęcia.
— Nope, wciąż nic… — Mruknęła potrząsając głową, ale jej ruchy mówiły zupełnie co innego. Och, działało. Cholernie dobrze działało i coraz bardziej zaczynało się jej to podobać. Próbowała jeszcze utrzymać twarz twardzielki, dziewczyny, której to nie ruszy, ale zbyt dobrze ją znał. — Musisz poszukać lepszych sztuczek. Kompletnie nic nie czuję…
Zupełnie odruchowo przyciągnęła swoje biodra do jego. Wcale jego sztuczki nie działały. Ani trochę. Próbowała przekonać siebie i jego, ale oboje wiedzieli, jaka jest prawda.
Przymknęła na moment oczy. Rozpraszało ją teraz wszystko co było związane z nim. Nie słyszała muzyki, choć ta rozbijała się w jej uszach. Ignorowała bas, który przechodził przez jej ciało. Jedyne teraz co się tak naprawdę liczyło to był Carter. To, jak blisko jego usta były przy jej uchu. Ciepły oddech, który muskał jej twarz. Dłonie na talii, bawiące się materiałem od sukienki. Zaczepiające o pasek. Blisko zrobienia kolejnego kroku, ale wciąż balansował na tej przyjemnej granicy, którą mógł w każdej chwili przekroczyć.
— Hm… — Mruknęła. Nieszczególnie go słuchając, a raczej nie spodziewając się, że takie słowa będzie kazał jej powtarzać. Sophia uniosła lekko brew w górę. — Zawsze będę… — Powtórzyła po nim, ale nie dokończyła. Mało brakowało, a roześmiałaby się na tę prośbę.
Pokręciła przecząco głową. Dłonie ciągle miała wsunięte pod jego koszulkę. Przylegała do niego swoim ciałem. Otaczały ją jego perfumy i ciepło.
— Masz wybitne fantazje, kochanie. — Wymruczała. Sięgnęła ustami do jego szyi, na której pozwoliła sobie zostawić delikatny pocałunek. Odcisnęła na skórze resztki różowego błyszczyku z drobinkami, które w świetle, które raz po raz przecinały ich sylwetki błyszczały się jeszcze mocniej. — Nie przypominam sobie, abym przy przysiędze obiecywała coś podobnego… Miłość, wierność, w zdrowiu i chorobie… Ale nic o wiecznym słuchaniu się.
Sophia westchnęła krótko, kiedy przesunął po jej wardze kciukiem. Odchyliła nieznacznie głowę do tylu i spojrzała mu w oczy.
— Zanudziłbyś się, gdybym tylko cię słuchała. — I niech jej powie, że nie ma racji. Miała i doskonale to wiedzieli. W końcu to jej posłuszeństwo zaczęłoby mu działać na nerwy, a przecież nie mogła dopuścić do tego, aby zaczął się z nią nudzić, prawda? Coś musiała robić, aby Cartera utrzymać w pionie i upewnić się, że nie będzie miał za lekko. — Zawsze będę… starała się, aby mój mąż miał ze mną co robić.
Znała ten jego prowokujący ton. Znała również sposób w jaki ją teraz trzymał. Nie dla kontroli, tylko jakby specjalnie sprawdzał, ile jeszcze może zrobić zanim to ona zacznie domagać się więcej. I szczerze? Był blisko, aby zaczęła to robić w tej chwili.
Usuń— Chcesz smoothie jako wynagrodzenie? — Mruknęła z uśmiechem. Swojego nie wypiła nawet w połowie. Mogła się, ewentualnie, podzielić. — Nie wiem o co ci chodzi. Tylko sobie przyszłam. To wina wszystkich dookoła, że tak się potoczyło. — Wzruszyła ramionami, bo przecież, gdyby nie Jim to wcale tej sytuacji by nie było. — Rozproszyłam cię? A co takiego ważnego robiłeś, że jesteś rozproszony i nie wrócisz do tego?
Wyciągnęła dłonie spod jego koszuli, ale tylko po to, aby zarzucić mu je na szyję.
Znów pokręciła przecząco głową.
— Naprawić… Nie, nie muszę nic naprawiać. — Mruknęła. Stanęła na palcach, aby bez problemu sięgnąć z powrotem do jego szyi, którą po raz kolejny musnęła ustami. — Podobno lubisz, kiedy dużo się dzieje… Jakby nie patrzeć, ale chyba powinieneś mi dziękować, nie sądzisz? Wyrwałam cię z tej nudnej loży, podniosłam ciśnienie… Widzę same plusy mojego zamieszania.
soph
Udawanie obojętnej nie wychodziło jej tak dobrze, jak myślała, że jej wychodzi. Z każdą kolejną chwilą coraz trudniej było jej choćby prosto stać. Palce muskały jego kark, ciało przylegało do jego i nie zamierzała się odsuwać nawet na milimetr. Mimo to, wciąż powtarzała w kółko, że nic nie czuje, że to co się działo niczego nie zmieniało, a wszystko co robiła kompletnie przeczyło jej słowom.
OdpowiedzUsuń— To tylko fizyczna reakcja. Nic więcej. — Wytłumaczyła się, jakby to naprawdę było takie proste. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy pod wpływem jej dotyku napiął mięśnie brzucha. — Taki… odruch. — Mruknęła poruszając lekko ramionami. Sama nie była już pewna, czy tym drażni bardziej siebie czy może jego, ale było to też w zasadzie bez większego znaczenia. Znaleźli się właśnie na tej samej łódce i nie było od niej odwrotu.
Mogła mu to powiedzieć. Sophia kochała go zadowalać, ale równie mocno kochała doprowadzać go do szału. Przede wszystkim wtedy, kiedy wiedziała, że może sobie na to pozwolić, a teraz widziała same zielone sygnały, aby brnąć to jeszcze dalej. I zrobiła to, bo nie było już między nimi tego napięcia sprzed kilkunastu minut. Nie walczyli ze sobą. Nie wyrzucali w swoją stronę żadnych słów, które mogłyby ich od siebie odsunąć. I nie wypowiedziała tego Zawsze będę słuchać swojego męża, tylko dlatego, że chciała to jeszcze trochę przeciągnąć.
— Wybrałeś sobie te problemy, pamiętasz? — Przypomniała mu z lekkim uśmiechem. Palce owinęła mocniej wokół jego karku i gdyby tylko to było możliwe to przysunęłaby się bliżej. Jedyne co teraz między nimi to warstwy ubrań. Nie było przestrzeni na nic więcej. — Zwykle to dziewczyny naciskają na ślub, a w naszym przypadku to ja cię musiałam powstrzymać, abyś na drugi dzień mnie nie zaciągnął do urzędu. — Zaśmiała się. Bo była pewna, że byłby gotów to zrobić. Przynajmniej dał jej czas, aby znalazła odpowiednią sukienkę i weszła w nastrój przyszłej panny młodej, która w ciągu paru tygodni musi zorganizować ślub.
— Hm, a nie wystarczy? To co w takim razie, mój mąż, chciałby dostać? — Zapytała przechylając głowę lekko na bok. Kąciki jej ust uniosły się delikatnie w uśmiechu. — Jak mogę… poprawić swoje nieodpowiednie zachowanie?
Sophia nie powstrzymała uśmiechu, gdy jego dłoń wylądowała na brzuchu. Wyraźnie odznaczającym się pod materiałem sukienki, która przylegała do jej ciała. Była już na tym etapie, że tylko w jego bluzie mogła ukryć ciążę, a wszystko inne ją uwidoczniało. I od paru tygodni nie robiła nic poza chwaleniem się tym, jak zdrowo ta mała dziewczynka się rozwija.
— Jeśli mu się nudzi, to wyślę go po jeszcze następne. — Obiecała. Nie odrywała jednak wzroku od oczu Cartera, które były trochę ciemniejsza niż przed chwilą, a może to tylko światło tak na nie padało. — Bo powinieneś. Widzisz? Zanudziłbyś się tu beze mnie.
Przewróciła oczami i uśmiechnęła wesoło. Prawie nie było już śladu po tym, jak tu wparowała ze złością i rozstawiała wszystkich po kątach. Może nieporadnie, ale jak na pierwszy raz to poradziła sobie całkiem nieźle.
— Och, kochanie. Ja wcale nie udaję, że cię nie rozproszyłam. — Zaśmiała się. Zsunęła dłonie z jego karku na ramiona, a potem niżej, jakby dokładnie sprawdzała każdy centymetr jego ciała, choć znała go już przecież na pamięć. — Ale widzisz, nie możesz mieć kontroli nad wszystkim cały czas. Czasami… musisz ją oddać komuś innemu. Najlepiej mi.
Sophia krótko westchnęła i przymknęła oczy. Carter trzymał ją przy sobie pewnie, a jej nie przeszło przez myśl, aby się od niego odsunąć. Wręcz przeciwnie. Chciała być z nim tak blisko, jak to było możliwe i liczyła, że nic już między nich nie wejdzie. Prawdopodobnie zaczęłaby się wściekać, gdyby ktokolwiek próbował go od niej teraz oderwać choćby na pięć minut. I to nigdy nie było pięć minut.
— To nie było celowe. — Zapewniła. Przychodząc tu nie sądziła, że wytrąci wszystkich z równowagi. — Nie przeczę, wiem co robię, ale nie zaplanowałam tego z góry. Plany… Plany w mojej głowie wyglądały trochę inaczej.
Sophia lekko przygryzła usta, kiedy się przy niej nachylał. Czułą jego oddech przy uchu i na policzku. Musiała na parę sekund przymknąć oczy, a kiedy otworzyła je z powrotem ich spojrzenia się ze sobą skrzyżowały.
Usuń— Możemy poćwiczyć wspólne oddychanie. To ci na pewno obniży ciśnienie. Wysłać Daviesa po gorzką czekoladę? To też pomaga… — Przerwała, bo jeszcze jedno zdanie więcej i nie zachowałaby powagi, którą tak bardzo próbowała w sobie mieć. — Chyba będziesz mi musiał powiedzieć, jak to wynagrodzenie ma wyglądać. Wiesz, kompletnie nie wiem o czym mógłbyś mówić.
soph
Kiedyś być może by się wycofała. Jeszcze zanim dobrze go poznała, a to spojrzenie, które jej teraz dawał wywoływało wcześniej w niej ciarki i zmuszało do zrobienia kroku wstecz. Nie ze strachu, a raczej nieświadomości, jak ma zareagować na to, co się właśnie działo. Przez te wszystkie miesiące Sophia już poznała go lepiej niż mogło mu się wydawać. I kiedy wchodził w ten tryb łowcy, bo inaczej nie wiedziała, jak to można opisać, budziły się w niej uczucia, których nazwać nie potrafiła, ale które były ekscytujące i sprawiały, że chciała tylko tego więcej.
OdpowiedzUsuń— Przecież się nie wykręcam. Naprawdę nie wiem o czym ty mówisz. — Westchnęła przeciągle. Powstrzymywała uśmiech, który cisnął się jej na usta i próbowała, naprawdę, zachować resztki powagi, której jednak już w sobie nie miała. Zależało jej, aby to między nimi zbyt szybko się nie skończyło, ale znała ich na tyle i dobrze wiedziała, że będą mogli ciągnąć to jeszcze w domu. — Jestem totalnie niewinna. Musisz mi dokładnie opisać co ci chodzi po głowie, kochanie.
Nie uciekała spojrzeniem. Nie próbowała się w żaden sposób wykręcić.
Skupiona była w pełni na nim i na słowach, które do niej mówił. Słuchała, tak, jak o to poprosił. Może było na to już za późno, ale hej, lepiej późno niż wcale, prawda? Znów pokręciła głową w zaprzeczeniu, że nie wie czego od niej chce.
— Przecież nie udaję… — Mruknęła i cicho westchnęła, kiedy prawie ją pocałował. Z cichą frustracją w głosie, że jednak nie udało się jej skraść pocałunku, którego tak bardzo chciała. — Wiesz, to wciąż nie fair, że cokolwiek mam wynagradzać… Nic takiego w końcu nie zrobiłam.
Uśmiechnęła się niewinnie, kiedy to mówiła. Jakby wiedziała, że jeszcze jedno słowo na ten temat i wyniesie się z stąd na rękach.
— Z tego co pamiętam, to masz tutaj bardzo miły pokój, gdzie nikogo nie ma. — Zauważyła, a palcami lekko zastukała w jego klatkę. — Ale może myli mnie pamięć. Może tylko mi się przyśniło… — Wzruszyła ramionami.
Zmarszczyła lekko czoło, kiedy pociągnął ją ze sobą. Nie wyrywała mu się, tylko mocniej ścisnęła jego dłoń. Tak, jakby niczyjej innej nie chciała już trzymać. Sophia nie zadawała pytań, ale wiedziała, kiedy Carter podejmował jakąś decyzję i że żadne protesty nie będą w stanie go teraz powstrzymać.
— Jedna z ostatnich? — Uniosła brew. No, jeszcze nie było z nią aż tak źle, aby zamykać ją w domu i nie wypuszczać. — Mhm, dziękuję za przypomnienie, że to lada moment. — Westchnęła, jednak nie w złości. Nie lubiła myśleć o porodzie, bo wszystko co przeczytała, oglądała nie napawało ją optymizmem.
Jak zwykle, kiedy szedł ludzie schodzili mu z drogi. Jakby czując, że należy się odsunąć. Tutaj muzyka była głośniejsza. Światła jaśniejsze, a podłoga na parkiecie drgała nie tylko od basów, ale i tańczących wokół ludzi.
Sophia lekko się uśmiechnęła, kiedy Carter odwrócił się w jej stronę. Nie puścił jej ręki nawet na moment. Mogli się kłócić, spierać i unikać, ale i tak na koniec jakimś cudem trafiali z powrotem w te odpowiednie miejsce, gdzie wszystko było dokładnie takie, jakie być powinno. Mimo, że burzowe chmury wcale nie zniknęły. One tylko na moment odeszły na bok, ale to wystarczyło, aby mieć chwilę dla siebie.
— Strasznie się tego wynagrodzenia domagasz. Mam wrażenie, że dokładnie wiesz czego chcesz, ale będziesz mi kazał zgadywać. — Powiedziała z rozbawieniem i przewróciła oczami. Nawet nie byłaby zdziwiona w małym procencie, gdyby to tak właśnie wyglądało. — Ale w porządku, niech ci będzie. Zagram z tobą w tę gierkę, której się boję. — Dodała, jakby faktycznie chodziło o zagranie w jakiś horror wspólnie. Próbowała raz i fabuła owszem była ciekawa, ale było za dużo w niej jump scare’ów i wyobraźnia działała jej zdecydowanie zbyt intensywnie, gdy światła gasły. — To cię zadowoli, czy praca zespołowa odpada?
I tak po prostu, tańczyła razem z nim, jakby nie wydarzyło się między nimi nic co mogło ich poróżnić. Byli tu razem, otoczeni kolorowymi światłami i muzyką, i nic więcej się już nie liczyło.
soph
— Rozstawianie twoich ludzi po kątach to jedno. Horrory? Kompletnie inna sprawa. — Odparła z całą powagą, jaką tylko w sobie miała. Uśmiechnęła się wesoło przy okazji. Chyba jeszcze nie wierzyła, że faktycznie to zrobiła. Może z małą pomocą, bo pewnie nie byłaby tak odważna, gdyby nie było go obok. — To nie moja wina, że potem te wszystkie stworki z tych twoich gierek mi się śnią.
OdpowiedzUsuńZamierzała się teraz skupić na tej nocy. Nie na wynagrodzeniu mu tej awantury, tym zajmie się później. Ale na tym momencie, który teraz między nimi się rozwijał. Na tańcu, który nie przypominał w pełni tego, jak tańczyli ze sobą wcześniej, ale teraz jakby nie patrzeć, ale wiele się pozmieniało. Nie ukrywała nigdy tego, że lubi z nim tańczyć. Być w centrum jego zainteresowania, kiedy nic poza nią już go nie interesowało. Nawet, jeśli cały świat na zewnątrz stawał w płomieniach to ona była tym co liczyło się najbardziej. Uśmiech już w zasadzie nie schodził jej z twarzy, kiedy obrócił ją i po tym znów przyciągnął do siebie.
— Mhm, czyli dziś się będę bawiła w zgaduj zgadula? — Uniosła brew. Pokręciła lekko głową. — Ciężki z ciebie zawodnik, wiesz? A już myślałam, że może dostanę jakieś podpowiedzi… Miałam je dostać. — Wytknęła mu. Jeszcze zanim odeszli od baru to obiecał, że jej je da, a teraz co? Miała zostać z tym sama?
Sophia westchnęła krótko i przymknęła na chwilę oczy. Miała go blisko. Całego dla siebie i więcej nic zdawało się nie być już istotne, bo cały jej świat trzymał ją właśnie w ramionach. I to było wszystko czego mogłaby pragnąć.
— Jestem bardzo niewinna. W porządku, przez większość czasu jestem bardzo niewinna. — Poprawiła się, aby nie kłamać tak bezczelnie. — Nie wiem o co mnie posądzasz, Carter, ale ja naprawdę nie rozumiem o co ci z tym wszystkim może chodzić… — Mruknęła przeciągle. Jeszcze nie była pewna, jak długo zamierza się upierać przy tej wersji, ale bawiła się tym całkiem nieźle.
Wywróciła oczami na ostatnią imprezę przed porodem. Najpewniej miał rację, ale póki tutaj była to się tym nacieszy. Nimi w klubie. Tym zażegnanym problemem, który już mieli za sobą. Nawet, jeśli tylko tymczasowo. Była ona i był Carter. Moment dla nich w klubie, a cała reszta mogła poczekać i nie była tak istotna, jak mogłoby się wydawać.
— Moja wyobraźnia działa w porządku, dziękuję. — Odparła. — Skoro mi odmawiasz pomocy, to potem nie miej pretensji, że nie idzie nic po twojej myśli. — Dodała z błyskiem w oku. Mógł być pewien, że zaczęła właśnie intensywnie nad tym myśleć i że najpewniej jeszcze przed powrotem do domu będzie wiedziała jak mu te niedogodności wynagrodzić. O ile, oczywiście, nie przyśnie się jej w aucie, ale to było zmartwienie na później.
— Przecież jestem grzeczna… — Mruknęła na swoją obronę. Już, tak bardzo, z nim nie negocjowała. Tylko próbowała wygrać dla siebie lepsze warunki, ale to chyba można było podciągnąć pod negocjacje, które w tej chwili właśnie zostały ukrócone.
Dała mu się poprowadzić. Miał ją dokładnie tam, gdzie chciał. Obrót tutaj, przyciągnięcie do siebie w odpowiednim momencie. Mimo tego, jak się tego wieczoru poróżnili teraz już nie było po tym nawet śladu. Dopasowali swoje ruchy oraz tempo do siebie nawzajem. W którymś momencie była odwrócona do niego plecami. Obejmował ją szczelnie, nachylając się lekko przy jej uchu. Nie musiał nic mówić, a sama obecność wystarczyła, aby poczuła, jak ciepło rozlewa się po jej ciele. Przekręciła się w jego stronę, gubiąc rytm, ale to było nieistotne. Delikatnie przyciągnęła go do siebie. Najpierw tylko musnęła jego usta. Dopiero po chwili pogłębiła pocałunek. Bez prowokacji, bez głodu, który zaraz przeniósłby ich w ciche, prywatne miejsce. Z uczuciem, którym obdarowywała tylko i wyłącznie jego.
soph
Sophia jakoś wątpiła, że Carterowi przeszkadzało to, że byli otoczeni ludźmi. Przez znaczącą część życia na niego ktoś patrzył. Otoczony był kamerami, paparazzi, fanami. Ktoś chciał wywiad. Inny zdjęcie. Sam zresztą wspomniał, że tutaj każdy na czymś jest, więc szanse, że ktokolwiek zapamięta ich pocałunek na parkiecie były marne. No chyba, że postanowią to sobie uwiecznić, ale czego niby miałaby się wstydzić? Całowała w końcu swojego męża, a to, że pocałunek może niekoniecznie nadawał się do bycia oglądanym przez innych to była zupełnie inna kwestia.
OdpowiedzUsuń— Robię co? Całuję mojego męża? — Upewniła się i uśmiechnęła lekko. Mimo, że upłynęło już trochę czasu to Sophia wciąż nie potrafiła się przyzwyczaić do tego, że są małżeństwem. Nie tylko z nazwy, ale formalnie. Związani na dobre i na złe. — To było bardzo niewinne. Chyba za dużo sobie wyobrażasz.
Uwielbiała, kiedy pozwalał sobie na te momenty miękkości. Jak cały świat ginął i zostawała tylko ona. Inni może nie dostrzegali w nich tej zmiany, ale Sophia owszem. Była powodem, dlaczego patrzył w ten miękki, spokojny sposób. I była z tego cholernie dumna.
— Hm, czyli zostawiasz wszystko w moich rękach? — Zapytała z błyskiem w oku, który najczęściej sugerował, że właśnie o czymś pomyślała. I być może zasiał w niej pomysł na to, jak mogła mu ten wieczór jeszcze urozmaicić. Skoro, podobno, rozproszyła go i wpadła tutaj jak burza. — Mam nadzieję, że nie masz wątpliwości co do tego, czy się staram. Zawsze się staram, kochanie.
Lekko uderzyła plecami o jego tors, kiedy ją odwrócił i do siebie przyciągnął. Sophia delikatnie przygryzła dolną wargę, próbując nie reagować, ale już nie potrafiła udawać, że nic jej nie rusza. Czuła, jak przy każdym wydechu jego klatka się unosi i opada. Spokojnie, rytmicznie.
— Sam najlepiej wiesz, czy działa czy nie. — Odpowiedziała. Oparła tył głowy o jego ramię i przymknęła oczy. Kolorowe światła przecinały ich twarze. Ludzie wokół tańczyli. Niektórzy zbyt blisko, ale Sophia na nich nie zwracała uwagi. — Ale skoro musisz wiedzieć… To działa. Zawsze działa.
Wmawiała bardziej sobie niż jemu, że nic nie czuje i jej to nie rusza. Znała siebie zbyt dobrze i wiedziała, jak łatwo mogłaby się mu poddać, gdyby w tej pierwszej chwili się ugięła. Nie postawiłaby wtedy na swoim, chociaż teraz wcale też pewna nie była, czy na pewno postawiła na swoim czy może jednak zakręcił nią tak, aby wyszło na jego. I szczerze? Było jej już obojętne które z nich ma rację.
I jeśli ktoś kogoś rozpraszał to zdecydowanie był to Carter.
Sophia lekko zadrżała, kiedy ledwo musnął jej szyję, a ich splecione dłonie przesunął wyżej. Nie miała już żadnych wątpliwości kto tu prowadzi. Odwrócił ją do siebie bez problemu, a brunetka niemal od razu podłapała jego spojrzenie.
— Och, tak? — Uśmiechnęła się figlarnie. Nie było co do tego żadnych wątpliwości, ale nie obiecywała, że nie będzie z nim się drażnić. — I ja chcesz, żebym skończyła dzisiaj? — Przysunęła się na pół kroku. Wolną dłonią przesunęła po jego torsie, aż do paska. Nie odwróciła wzroku. Wsunęła palec za szlufkę pod spodni.
Przez moment była pewna, że ją pocałuje. Zamiast tego pojawiło się krótkie rozczarowanie, że tego nie zrobił. Przymrużyła oczy. Zauważając, że dla niego to kolejna zabawa, a ona w nią właśnie weszła. Odkąd przestali na siebie nawzajem naskakiwać wszystko przypominało grę, która mogła mieć błogie zakończenie.
Jej oddech stał się cięższy. Oczy nieznacznie pociemniały.
— Zawsze zachowuję się przyzwoicie. —Trwała wciąż przy swoim. Uniosła podbródek wyżej. Dumnie wręcz. Ułożyła dłoń na jego bicepsie i zrobiła pół kroku do przodu. Nie stawała już na palcach, tylko patrzyła na niego spod długich rzęs, które rzucały cień na jej twarz, kiedy klubowe światła na nich padały. — A jeśli nie chcę, żebyś był dżentelmenem? Wtedy co się stanie?
Miejsce nie sprzyjało byciu dżentelmenem. A Carter, choć w taką rolę wejść potrafił bezbłędnie, najbardziej podobał się jej, kiedy po prostu był sobą.
Usuń— Zaire nie jest dżentelmenem. — Powoli przesunęła wzrokiem po twarzy mężczyzny. Jakby nie chciała, aby umknął jej choćby gram zmiany w jego oczach czy minie. — A gdybym szukała dżentelmena… Nie przyszłabym tutaj.
soph
Sophia doskonale wiedziała po kogo tutaj przyszła. Sprawy wymknęły się na początku spod kontroli, a to sprawiło, że zeszła ze swoimi planami na inną ścieżkę. Teraz powoli wracała już na odpowiednie tory. Aż nazbyt dobrze wiedziała co mówi i w jaką pułapkę się teraz pakuje. Zawracać wcale też nie zamierzała.
OdpowiedzUsuń— Oczywiście, nie znacie się. — Prychnęła rozbawiona. Przewróciła oczami. Przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka. Zamyśliła się na moment, aby odpowiednio dobra słowa. Chciała w nim rozbudzić emocje, które będą odrobinę silniejsze od tych, które już między nimi buzowały. I tak, dobrze wiedziała na jak cienki lód właśnie wchodzi. — Musiałam coś w takim razie pomylić. Może go dzisiaj tutaj nie ma… Może powinnam skorzystać jednak z tego, że byłam sama w domu. Zadzwonić po niego, dopóki mój mąż jest poza domem…
Wzruszyła lekko ramionami. Zerknęła na niego spod rzęs z tym swoim figlarnym uśmieszkiem, który najczęściej, ale pakował ją w kłopoty, o które sama się prosiła. Dokładnie czuła, jak przesuwa dłonią po jej talii. Niby nic, a wystarczyło, aby oddech Sophii na moment zwolnił.
Przechyliła lekko głowę na bok, pociągając za szlufkę chcąc go w ten sposób przyciągnąć bliżej, choć między nimi i tak już brakowało przestrzeni na cokolwiek.
— W takim razie niech mnie ten dżentelmen powstrzyma, skoro to nieeleganckie zachowanie. — Powiedziała. Podniosła odrobinę wyżej podbródek, a w jej spojrzeniu migotały wesołe iskierki. Jeszcze nie zdążyła się nawet dobrze rozkręcić. Robiła to powoli. Z każdym przesunięciem dłoni po jej talii i spojrzeniem, które podłapywała.
Sophia lekko rozchyliła usta, kiedy jednak to zrobił. Nie uczepiła się tej szlufki mocno, więc gdy tylko Carter sięgnął po jej dłoń to wysunął palec spod niej z łatwością. Dłoń, którą trzymał zadrżała, kiedy musnął ustami knykcie.
— A mi zawsze się wydawało, że to jest odpowiednie miejsce, aby nie spotyka dżentelmenów. — Nieznacznie napięła mięśnie od tego, jak blisko jego usta były i od ciepłego oddechu muskającego jej skórę. Sophia przymknęła oczy zaledwie na parę sekund, jakby próbowała złapać równowagę w tej rozmowie.
Miał rację. Kontrola była czymś co Carter zawsze miał. Nawet, jeśli na parę chwil mu się ona wymykała to potrafił ją odnaleźć bez problemu.
Sophia nawet nie próbowała udawać, że tym razem jej nic nie rusza. Muzyka stopiła się z cichym jękiem, który z niej wyrwał. Mógł poczuć na palcu szybszy oddech, a także to, jak zadrżał jej od tego gestu podbródek.
Ścisnęła ze sobą usta, gdy się odsunął. Jednocześnie z frustracji i narastającego w niej napięcia, które teraz w zasadzie można było już kroić między nimi nożem. Carter był blisko, a jednocześnie trzymał się na dystans. Musiał sobie zdawać sprawę z tego, co jej tym robi. Tym drażnieniem się z nią. Materiał sukienki był cienki. Przepuszczał ciepło jego dłoni, a może tylko sobie to wyobrażała, bo chciała je w końcu poczuć bez żadnej bariery między nimi,
— To nie była sugestia.
Wypowiedziała to patrząc mu prosto w oczy, ale bez uśmiechu. Nie, bo jej to już nie bawiło, a bo mówiła jak najbardziej poważnie. Jej dłonie wsunęły się na jego boki, wbiła w miękkie ciało palce, jak kotwice, które miały ją zapewnić, że nikt jej od niego nie odsunie. W tym on sam.
Muzyka wokół nich była głośna. Zagłuszała rozmowę między nimi dla osób postronnych, ale każde słowo, które sobie mówili docierało do nich bez najmniejszego problemu. Milczała, ale tylko przez parę chwil.
— Zaire’a. — Powiedziała to imię z namysłem. Chwilami miała wrażenie, że to imię, ta osoba, jest dla niej jak zakazany owoc. Jak ktoś po kogo nie należy sięgać, ale nie można się powstrzymać, bo pokusa jest zbyt duża.
Powoli oddychała przez usta, a jej ciepły oddech zderzał się z jego twarzą.
— To źle, że przyszłam dla niego? — Zapytała, a jedna z jej dłoni wsunęła się na plecy mężczyzny. — Chciałam mu pogratulować koncertu. Udanego z tego co słyszałam. Na osobności.
Dłoń prześlizgnęła się z pleców na tors. Palcami wspięła się powoli na ramię i stanęła na palcach, aby móc dosięgnąć do jego ucha. Najpierw delikatnie musnęła ustami miejsce tuż pod nim. W tym miejscu najwyraźniej czuła perfumy, które nosił.
Usuń— Wiesz, gdzie go znajdę? — Szepnęła mu do ucha, które delikatnie muskała ustami. W płatku błyszczał mu złoty kolczyk, którego chłód poczuła na wargach. Odsunęła się powoli, aby spojrzeć mu w oczy. W jej własnych nie było zawahania czy nawet żartu.
soph
Patrzyła na Cartera tak intensywnie, że zauważyła wszystko i wcale taka pewna nie była, czy to napięcie w nim oznaczało coś dobrego. Zazwyczaj od razu wiedziała, czy przegięła i zaraz będzie się tłumaczyć, ale w tej chwili wcale już taka pewna nie była. Zdawało się jej, że wygląda, jakby już mu się ta gra nie podobało. Jakby wcale nie chciał tych słów od niej usłyszeć. Wszystko co powiedziało nie było podyktowane tym, aby go zadowolić. Już dawno przestała robić rzeczy tylko po to, aby zwrócił na nią uwagę, bo sądziła, że musi, aby go przy sobie zatrzymać.
OdpowiedzUsuń— Przyszłam dla ciebie. — Powiedziała. Dla swojego męża, z którym zasypiała w nocy i budziła się rankiem. Dla mężczyzny, któremu powiedziała „tak” i z którym układała życia oraz całą swoją przyszłość. I dla tej części, której nie rozumiała w pełni.
Ułożyła dłonie na jego torsie. Chcąc przybliżyć się do niego bardziej, kiedy tylko wyczuła, że znów między nimi tworzy się bariera, której wcale przecież nie chciała. Sophia przez moment nic nie mówiła. Zerkała mu tylko w ciemne oczy, w których nie zauważała już tego błysku, co wcześniej. Jakby zrobił krok wstecz. Nie musiał się od niej fizycznie odsunąć, aby to zauważyła. Wyczuła to w sposobie w jaki jej teraz dotykał. Niby wciąż tak samo, ale było w jego dłoniach teraz zupełnie coś innego i nie przypominało już tego co działo się między nimi jeszcze chwilę temu.
— Nie, Carter. Nie wypomniałam ci, że wszystko jest złe. — Poprawiła go. Nie unosiła głosu i nie robiła się defensywna. — Ale nie będę ci przytakiwała, że uśmiecha mi się to, co robisz. I dobrze wiesz, że wcale nie chodzi mi o imprezy. Chcesz ich? Nie będę cię powstrzymywała, ale będę się starała, abyś nie brał. To mi przeszkadza, Carter. Naprawdę mi się dziwisz?
Nie widzieli tego w ten sam sposób. Dla Sophii nie istniało coś takiego jak branie okazjonalnie. Jestem na imprezie, więc mogę się uraczyć kreską. Ekstazy? Jakoś by to przeżyła. Dzieciaki biorą to na domówkach dla dobrej fazy, chociaż tego też w ogóle nie rozumiała. Zioło? Nie mogła się nawet o to za bardzo przyczepić. W zasadzie było jej obojętne. Ale kokaina? Tego nie zamierzała akceptować. Ani nawet udawać, że akceptuje.
— I będę ci to wypominała za każdym razem. — Zabrzmiało to jak pogranicze obietnicy i groźby. Sophia nie zamierzała udawać, że jej to pasuje, że potrafi zaakceptować styl jego życia. Nie tę część, która go wyniszczała. — Może w końcu do ciebie dotrze, że to nie jest zabawne.
Nie potrafiła z nim na ten temat rozmawiać. Nawet nie umiała go zacząć. Naiwnie liczyła, że skoro bierze mniej to jest na dobrej drodze, aby nie brać wcale, ale nie wychodziło się z takich rzeczy łatwo, a już zwłaszcza nie, gdy miało się za sobą kilka lat funkcjonowania w takim świecie, którego ona nie rozumiała.
— Nie wiem, bo nie znam tej części ciebie. Kawałki? Jasne. Ale oboje wiemy, że nie mówisz mi całej prawdy i nie próbuj teraz mi wciskać, że to dla mojego dobra. — Zaznaczyła. Z początku myślała, że Zaire to raper ze sceny. Postać sceniczna. Pseudonim wymyślony dla kariery. — Tutaj nim jesteś, prawda? Nikt tu do ciebie nie mówi „Carter”, przyjeżdżasz zaraz po koncertach, po zaliczeniu backstage. Cokolwiek to ma znaczyć. — Prychnęła. Bo tego też nie rozumiała, bo nie wiedziała co tam się dzieje. Bo Carter ją od samego początku trzymał od tego z daleka. I mógł mieć powody, na pewno miał i wcale w to nie wątpiła.
— Co widzę? — Nie wahała się nad odpowiedzią nawet przez chwilę. — Kogoś obecnego. Kogoś kogo ty nie chcesz, żebym poznała, a przynajmniej nie tutaj. W łóżku jakoś nie masz nic przeciwko, żebym cię tak nazywała, prawda? Wtedy jest zabawnie, kiedy jęczę i proszę na kolanach o więcej, ale pojawiam się tutaj i nagle jest problem? I nie, nie chodzi mi o seks. — Dodała z cichym syknięciem. To była tylko część, a może raczej mały ułamek. Nic co mogłoby jej powiedzieć więcej.
Starała się to wszystko jakoś zrozumieć. Nie tylko dla niego, ale i dla samej siebie. Dzielili w końcu życie, a według Sophii to oznaczało wszystko, a nie tylko te części, które są dobre.
— Może zamiast się mnie pytać, co ja widzę i czego chcę, zapytaj się samego siebie, dlaczego nie chcesz mi dać tej części siebie. — Powiedziała. Bez pretensji, a jedynie zmęczona tym, że niemal za każdym razem ich rozmowy tak wyglądały. Sophia się starała. Może nieporadnie, ale próbowała się jakoś w tym odnaleźć. — Bo w końcu to część ciebie, prawda? To mi mówiłeś.
UsuńPamiętała tamtą rozmowę. Że nie rozdzielał tego. Po prostu czasem był czas Cartera, a czasem Zaire’a. Tak to w każdym razie zrozumiała.
— Chodzi o to, że nie wezmę z tobą kreski? Przepraszam, z Zairem. Jestem za delikatna, aby dotknąć tej części twojego życia? — Uniosła brew. — Zbyt nudna, aby zaciągnąć cię na trójkącik z przypadkową laską? Niewyluzowana na tyle, żeby pić z twoimi kumplami?
Przechyliła głowę delikatnie na bok, a wzrok miała świdrujący. Nie zamierzała przestać tylko dlatego, że byli na parkiecie. Może nie w jego środku, ale wciąż wokół byli ludzie, którzy wili się w rytm muzyki, ocierali się o siebie. Sophia jednak się nie rozglądała na boki. Patrzyła na Cartera. To nie byłby pierwszy raz, jakby to miejsce stało się świadkiem nieporozumienia między nimi. Drugi raz jednej nocy.
— Znasz odpowiedź, ale mi jej nie dasz. — Uśmiechnęła się ponuro. Znała już ten schemat. Przed tamtą tego nie ukrywał. Nie, oni w tym byli razem, ale Sophia nie dała się w to wciągnąć. Czymkolwiek „to” było. Stawiała granice. Zabraniała. Zabierała do domu. Psuła zabawę. — „Soph, to nie tak. Nie drąż.” — Prychnęła. Znała na pamięć jego wymówki. — Co usłyszę dzisiaj?
soph
Wypowiedział wszystko to tak szybko, że nie zdążyła pozbierać myśli, aby mu opowiedzieć. Sophia nie chciała zaspokoić swojej ciekawości. Może miał rację i może ona sama naprawdę już nie wiedziała czego właściwie od niego chce i tej sytuacji. Rzucała ciągle różnymi pytaniami, ale nie zawsze kończyła je w pełni. Najczęściej zostawały one niewypowiedziane do końca, jakby nie potrafiła bądź nie chciała mówić ich w pełni.
OdpowiedzUsuńZmiana w nim przyszła nagle, ale nie bez ostrzeżenia. Już minutę wcześniej słyszała w jego głosie te ciche ostrzeżenie, aby nie przekraczała tej granicy. Mogli wciąż być na parkiecie, cieszyć się sobą i nie robić ani mówić przykrych rzeczy, ale zanim się obejrzała oni znaleźli się w miejscu, z którego nie wychodziło się łatwo. Rozchyliła usta z zamiarem odezwania się, ale słowa nie chciały z niej wyjść. Może chciała go zatrzymać. Powstrzymać przed tym, co miało nadejść za chwilę. Lub wykrzyczeć, że nie wierzy w ani jedno słowo, które jej teraz powiedział.
Zamiast tego mogła patrzeć, jak od niej odchodzi.
Nawet nie miała szansy, aby spróbować ułożyć swoje myśli w inne zdania, które nie będą brzmiały tak, jak wybrzmiały. Nie tylko Carter nie dał jej na to szansy, ale ona sama nie mogła się na to zdobyć. Ściągnął jej ręce ze swojego torsu i po prostu odszedł. Zostawiając ją samą na parkiecie. Wracając do świata, który przyjmował ją z otwartymi ramionami. Nie obejrzał się. Nawet nie zerknął przez sekundę. Za to Sophia patrzyła. Zbyt uważnie. Chłonąc każdy jego ruch. To w jaki sposób przechylił kieliszek z alkoholem. Jak wziął coś, co podał mu Kai. Nie zapytał. Nawet nie spojrzał. Wziął, jakby to był cukierek, który podaje mu dziecko. Coś nieistotnego.
Sophia powoli wycofała się z parkietu. Nagle zrobiło się tu zbyt tłoczno. Zbyt wiele ludzi ocierało się o jej ramię. Zbyt wiele osób było przy niej. Nie odeszła daleko. Nie spuszczała Cartera z oczu nawet na sekundę. I nie próbowała go również zatrzymać. Widziała w jego oczach, jeszcze zanim odszedł od niej, że nie da rady tego zrobić. Na własne życzenie popchnęła go do zrobienia czegoś, czego nie chciał robić. Pytanie było, czy nie chciał tego robić wcale czy nie chciał robić tego przy niej?
Tym razem nie próbowała wejść w jego przestrzeń. Odsunęła się. Nieznacznie zrobiła krok w cień, bo nawet, gdyby próbowała – to nie potrafiłaby się do tej przestrzeni dostać. To wyglądało, jak scena z filmu, którego wcale nie chciała oglądać. Carter wszedł do innej rzeczywistości, a przynajmniej tak to wyglądało z jej perspektywy. Otoczony ludźmi, którzy byli głodni jego uwagi. Dziewczynami, które gotowe były zrobić wszystko, aby poświęcił im kilka chwil uwagi.
I w tym wszystkim nie było przestrzeni dla niej.
Klub drżał od basu. Światła przecinały dym niczym ostrza. Sophia stała kilka metrów od DJ’ki. Zbyt daleko, aby ktokolwiek mógł pomyśleć, że była tutaj z nim, choć dawniej zdawało się, że nawet przestrzeń nie robiła różnicy i ludzie po prostu wiedzieli, że z nim była. Nawet, kiedy nie była obok niego – ludzie po prostu wiedzieli.
Natomiast Carter, nie Zaire, Zaire był w swoim żywiole. Rozszerzone źrenice, pot na karku, uśmiech, który nie należał do niej. Telefon w górze. Pod sobą miał ludzi, którzy dla tych paru chwil z nim zdzierali gardło.
Ktoś zatrzymał się obok niej, ale nawet nie spojrzała. Nie musiała. Zbyt blisko, aby było to przypadkowe i z dystansem, który mówił wszystko. Widziała kątem oka kto to jest. Nie pamiętała teraz jego imienia, ale zawsze był blisko. Jack, Josh… Jules. To był Jules. Zawsze blisko. Zawsze wołający go tylko na sekundę, a po tej sekundzie Carter zawsze wracał w innym nastroju. Cięższym. Brudniejszym.
— Ciężko się na to patrzy, co? — Jego głos przebił się przez muzykę, którą podkręcał Carter. Swoim nawolywaniem ludzi. Energią. — Dawno go takim nie widziałem. Myślałem, że już po nim.
Zdecydowała się nie odpowiadać. Tak było lepiej.
— Że go uśpiłaś, ale najwyraźniej się myliłem.
Kolejny telefon wyciągnięty w jego stronę. Kolejne piski. Kolejne nie widzę jej.
Jules wzruszył ramionami, jakby to było wszystko nieistotne. Milczenie Sophii było wymowne. Mówiło mu więcej niż jakiekolwiek zaprzeczenia by mogły.
Usuń— Carter jest twoim mężem. Ojcem twojego dziecka. — Prychnął. Mogła przysiąc, że wypowiedział to niemal z pogardą. — Ale Zaire — skinął głową w stronę DJ’ki — Zaire należy tutaj. Nie martw się, Sloane tego też z początku nie rozumiała.
Nachylił się nad jej uchem.
— Może ty kiedyś też zrozumiesz.
Powiedział to szeptem. Niemal dotykając jej ucha ustami, a zanim Sophia zdążyła choćby w jego stronę popatrzeć zniknął. Zupełnie, jakby rozpłynął się w powietrzu.
Jej uwagę w tej samej chwili rozproszyły głośniejsze niż przedtem piski dochodzące spod podestu. Spojrzała tam natychmiast. Smukła blondynka w połyskującej srebrnej sukience przedostała się przez stojącą przed DJ’ką ochronę, która chyba… Wpuściła ją? Tak to wyglądało. Uśmiechała się, jakby była częścią tej scenerii od zawsze. Wyglądała jak część show, które się rozgrywało przed jej oczami.
Carter nie wyglądał nawet na zaskoczonego. Sophia nie potrafiła odgadnąć, czy jest tak zaabsorbowany tym co się działo, że na nią nie patrzył czy chciał, aby odczuła, że zachowywał się, jakby Sophia już w jego świecie nie istniała. Blondynka objęła go od tyłu. Dłonią przesuwając po jego torsie, jakby sprawdzała, czy to naprawdę jest on, a Carter… Carter jej pozwolił lub Sophia chciała to zobaczyć.
soph
Udawała, że nie słyszy tego co mówił do niej Jules. Sophia milczała, Ale głowa pracowała jej na najwyższych obrotach. Łapała każdy ruch Cartera oczami. Widziała wszystko i wcale się jej to nie podobało. Sama nie wiedziała, czego się właściwie po nim spodziewała, ale nie sądziła, że naprawdę od niej odejdzie i zostawi ją samą, że tak szybko przełączy się na zupełnie inny tryb, którego Sophia nie rozumiała. Na podeście przy DJ’u nie stał Carter. Tylko ktoś kogo Sophia nie rozpoznawała, choć przecież powinna. Bo wyglądał i brzmiał tak samo, ale mimo wszystko nie był sobą. Nie tak w pełni.
OdpowiedzUsuńBrunetka zacisnęła jedynie mocniej usta, kiedy padły słowa o Sloane. Zawsze wszystko wracało do niej. Za każdym razem, kiedy Sophia tutaj była musiała usłyszeć jakiś komentarz dotyczący Fletcher. Jakby tamta dziewczyna była przykładem, jak należy się zachowywać przy Zairze. Co robić, jak mówić, ile pić i w jakich ilościach brać. Minęło tyle miesięcy, a nikt tu najwyraźniej nie potrafił sobie jej odpuścić. Wszyscy jakby… Tęsknili za kimś kogo nie było tutaj od miesięcy. Za dziewczyną, która nie była obecna w życiu Cartera. Tak często jak Sophia tu bywała miała wytykane, że nie jest odpowiednio dobra dla tego miejsca. Jakby jej czegoś brakowało, aby do tego miejsca dopasowała się w pełni. Sophia o tym wiedziała. Nie była stworzona do takiego świata. Do bycia każdego dnia w klubie i spędzania czasu w taki sposób, jakby nie istniał świat zewnętrzny. I może faktycznie tutaj nie istniało nic, poza tym co się działo na scenie i w lożach.
Nie odpowiedziała Jules’owi, ale jego słowa w niej zostały. Zapamiętała je sobie.
Wzroku nie ściągała z Cartera. Zwrotna, którą z siebie wyrzucił brzmiała surowo. Zaledwie kilka krótkich zdań, ale były brutalne. Porwały ludzi, którzy wręcz szaleli, że usłyszeli na żywo chociaż skrawek Zaire’a. Było w tym coś magnetyzującego, jednak tym razem Sophia nie potrafiła skupić się na tym, jak zachowywał się na scenie, a raczej na podeście dla DJ’a. To było bez znaczenia, bo energia, którą Carter od siebie dawał była niemal identyczna do tej, którą miał na scenie w arenie, która wypełniona była dziesiątkami tysięcy fanów.
Ktoś przechodził obok niej, a raczej się przepychał. Próbując dostać bliżej Cartera. Potrącił ją ramieniem, a potem ktoś jeszcze. To wszystko jednak było bez znaczenia, a brunetka czuła, że to ten moment, w którym ona musi się cofnąć. I to właśnie zrobiła. Kilka kroków na bok, bo była przekonana, że jeszcze moment i ją tu stratują. Zwłaszcza, kiedy zdjął z siebie koszulkę, a to samo sprawiło, że dziewczyny po prostu oszalały, a ci, którzy złapali materiał rzuconej koszulki o niego teraz walczyli, jak o złoto. Sophia nie próbowała tego zrozumieć. Próbowała z tego uciec.
To nie było miejsce dla niej. Nie teraz. Nie w ciąży.
I zupełnie odruchowo, w geście ochrony, objęła swój ciążowy brzuch dłońmi, jakby to samo miało zapewnić tej małej kruchej istocie bezpieczeństwo. Z każdą kolejną chwilą muzyka robiła się cięższa i trudniejsza do zniesienia. Ciało drgało jej od mocnych basów. Głowa pulsowała od dymu, który się roznosił między nogami, a także od palonych gdzieś w oddali papierosów i zioła. Wszystkiego było po prostu zbyt dużo, aby mogła to udźwignąć. Myślała nad wyjściem. Nie, bo była zła na Cartera, choć zalążek złości się w niej tlił. Chciała wyjść dla własnego bezpieczeństwa. Dla uspokojenia swoich myśli, które teraz szalały i były jedną wielką niewiadomą.
Odsunęła wzrok od Cartera dopiero, kiedy ktoś lekko pociągnął ją za łokieć. Spojrzała zaskoczona na Kai’a, który wzrok miał coś między zmartwionym, a znudzonym. Sophia nie pytała, po prostu za nim poszła. Odciągnął ją od ludzi na ubocze. Nic nie mówił, ale dał jej przestrzeń, aby odetchnęła. Podał jej butelkę z wodą. Zakręconą, a kiedy nieufnie na niego spojrzała parsknął śmiechem.
— Myślisz, że ryzykowałbym wpierdolem od Cartera? To tylko woda, Soph. Przyda ci się. — Skinął na nią głową, a jego wzrok powędrował gdzieś nad brunetką. W stronę DJ’a i Cartera, którzy jak kumple z dawnych lat dawali popis.
Odkręcił jej butelkę. Upiła kilka łyków, dopiero orientując się, jak bardzo spragniona była i jak bardzo potrzebowała tego odświeżenia. Nie stali blisko loży, ale wystarczająco, aby widzieć, kiedy Carter tam wchodził. Zrobił to tak lekko, nie szukając jej wzrokiem. Jakby nagle te kilka minut temu stała się dla niego tylko częścią tłumu. Nie była żoną, nie była matką jego dziecka. Była tylko kimś kto tu znalazł się przypadkiem. Nie rozmawiała też z Kai’em.
UsuńNie próbowała go zatrzymać, kiedy tam szedł. Ani kiedy kolejny drink wylądował w jego dłoni. Sophia się nawet nie ruszyła na krok. Drgnęła jedynie w momencie, kiedy nachylał się nad lusterkiem. Nie musiała widzieć w pełni, aby wiedzieć co na nim było. I że to wcale nie było lusterko podane, aby się przejrzał. Czuła, jak coś się w niej łamie. Ta część, która naiwnie wierzyła, że on to życie naprawdę ma za sobą. Sklejona była plastrami i pustymi obietnicami, które teraz złamały się za jednym zamachem.
Kai pociągnął ją w stronę loży, gdzie wcale nie miała ochoty iść. Zaprotestowała, ale jego uścisk był silniejszy. Więc poszła, niechętnie, ale poszła. Chciała stąd wyjść. Ale już nie mogła, bo ją zobaczył. Bo kiedy tylko tam weszli to ją do siebie przyciągnął, a Sophia wylądowała na miękkiej sofie prawie wtulona w bok Cartera, który uśmiechał się tak, jakby nie wydarzyło się między nimi nic. Jakby tej sprzeczki wcale między nimi nie było.
Tylko siedząc obok niego czuła, jakby siedziała obok zupełnie obcej osoby.
Nie przytulała się. Nie siedziała zrelaksowana. W porównaniu do Cartera jej sylwetka była napięta jak struna. Łopatki ściągnięte, a spojrzenie uważne. Omiotła nim stolik i jego kumpli, którzy siedzieli zadowoleni z życia.
— Za powrót Zaire! — Ryknął Jules rozlewając do kieliszków przezroczysty alkohol. Pochylił się nad stolikiem w stronę Cartera z błyskiem w oku, który był ciężki do wytłumaczenia. — Traciliśmy już wiarę, stary. — Zarechotał i wcisnął mu w rękę kieliszek.
— Lepiej, żeby to nie był wyjątek.
— Może to dopiero początek.
— Powinieneś zrobić rezydenturę w Berlinie. Cztery tygodnie totalnego chaosu.
Głosy się ze sobą zlewały. Co drugi miał inny, genialny pomysł, jak świętować powrót Zaire’a. Gdzie pojechać. Berlin. Miami. Vegas. Londyn. Amsterdam. Tokio. Dziesiątki pomysłów. Plany, o których pewnie zaraz się zapomni i w tym wszystkim Sophia, która nie była brana pod uwagę.
soph
Nawet nie próbowała się w tym odnaleźć, bo wiedziała od dawna, że nie potrafiła tego zrobić. Szczególnie nie teraz, kiedy całe skupienie Sophii było na tym dziecku. Na przygotowaniu się do nowego etapu życia, który ją ekscytował i przerażał jednocześnie. I była przekonana, że oboje mają teraz dokładnie te same priorytety. Oni, dziecko i ich nowe, wspólne życie, które jakoś będą musieli ogarnąć, a cała reszta jest na drugi miejscu.
OdpowiedzUsuńSłuchała tych planów, jakby za moment mieli wsiąść do prywatnego odrzutowca i znaleźć się w Europie. Zrobić sobie tournée po najlepszych europejskich klubach, a potem na zakończenie skoczyć na sushi do Tokio. Jakby to było tak proste. Ale to przecież było tak proste. Carter nie musiał nic planować. Żaden z nich nie musiał. Wystarczył jeden telefon bądź wiadomość do odpowiedniej osoby, a za pół godziny byliby na lotnisku gotowi na kolejną przygodę życia.
— Za długo cię nie było, stary. Nie wiesz nawet co tracisz.
— Europa, skarbie. Przynajmniej raz, jak za dawnych czasów.
Przekomarzali się nawzajem o to, które miejsce jest lepsze. Ibiza? Przereklamowana i pełna turystów z Anglii, którzy robili się czerwoni od słońca i pijani po dwóch kuflach piwa. Nikt drugi raz nie rzucił tej propozycji. Kłócili się, które miasto ma lepsze kluby. Berlin czy Londyn. Może szybka wycieczka do Disneylandu dla jaj, bo byłoby śmiesznie i byłby z tego dobry content, a potem Francuzki, najlepiej dużo Francuzek upitych winem i nimi.
Sophia milczała. Nie brała udziału w tej rozmowie, która zdecydowanie nie należała do niej. I nawet dłoń Cartera, Zaire’a, która sunęła po jej kolanie, a czasem udzie nie była uspokajająca. Sophia była tutaj dodatkiem. Takim, który nigdzie nie pasował, a był, bo musiał, bo nie było co z nią zrobić. Odesłać jej nie mógł, a przynajmniej jeszcze tego nie zrobił, choć zaczynała wątpić, że to zrobi. Prędzej sama siebie by odesłała i jeszcze, kiedy stała na uboczu z Kai’em obok myślała, że to zrobi. Tylko on zamiast dać jej pójść w swoją stronę to zaciągnął ją z powrotem tutaj. Więc siedziała. Słuchając przekrzykujących się kumpli, którzy byli w swoim żywiole, a z którymi ona niewiele miała wspólnego. Carter był wspólnym mianownikiem, ale już nie tej nocy.
Kiedy poderwał się tak nagle z miejsca Sophia odsunęła się na bok.
Spojrzała na Cartera i nieznajomego sobie mężczyznę. Witali się jak przyjaciele z dawnych lat. Po tej małej demonstracji, jaśniejszej niż kiedykolwiek wcześniej, zauważała więcej niż dawniej. Tylko jeszcze nie wiedziała, jak ma to wszystko odebrać. Ani jak podejść do tej sytuacji, która się rozwijała.
Jeden z nich zarzucił rękę na ramiona Cartera. Opierając się o niego, jednak nie w chwiejny, pijacki sposób. Ciało miał rozluźnione, uśmiech szeroki, a spojrzenie wyostrzone.
— Zaire’owi się chyba znudziło intensywne życie. — Prychnął w rozbawieniu. — Ale stary, spoko, nikt cię nie wini. Dawniej nie można było cię stąd wyciągnąć przez trzy dni. Teraz cud, jak się pojawisz raz w tygodniu. — Poklepał go po piersi. Gdzieś między tymi słowami, które niby były żartem przebijały się małe szpileczki. — Przydałaby ci się może wycieczka do Kalifornii. Podobno znajdziesz tam antidotum na spokojne noce.
Puścił do niego oczko, a głowę na sekundę odwrócił w stronę Sophii. Słyszała wszystko. Wbrew temu, jak głośna była muzyka. Gdyby nie chciał, aby go usłyszała to ton miałby niższy. Oni chcieli, aby to usłyszała. Wszystko to zawinięte było w formę żartu, ale przebijało się jedno – zabrałaś nam kumpla, ty jesteś powodem, dlaczego taki teraz jest.
Wyraźniej nie mogli jej dać do zrozumienia, że nie jest częścią tego kręgu wzajemnej adoracji.
Nie spoglądała w ich stronę. Bawiła się obrączką na palcu, którą zawsze nosiła z dumą. Drugą dłoń miała ułożoną pod brzuchem, jakby nie tylko siebie próbowała uspokoić tym gestem, ale przede wszystkim małą. Jakby sam ruch dłoni, powolny i skupiony miało ją zapewnić, że nic z tego co słyszy nie jest prawdziwe, choć z każdym kolejnym słowem coraz intensywniej myślała, czy może jednak nie zepsuła mu życia.
Oni wszyscy brzmieli, jakby to właśnie zrobiła.
Z gwiazdy rapowej sceny zrobiła faceta, który spędza noce w domu. Oświadcza się w poprawny sposób. Dekoruje pokój dziecięcy w pastelowe kolory i wybiera śpioszki. Rapera, który rozpalał publiczność liczoną w dziesiątkach tysięcy, zrobiła domownika, a przynajmniej się starała. I z każdym kolejnym dniem wymyślała kolejne powody, aby go przy sobie zatrzymać.
UsuńPodniosła wzrok momentalnie, kiedy słyszała o dziecku, o tym, że to chyba nie on rodzi. Jakby to było takie proste, aby ją zostawić i skupić się na innych rzeczach. Nie było w jej oczach spokoju, ale nie było też złości. Raczej ta dziwna forma rozczarowania, ale nie była pewna kim bardziej była rozczarowana.
Kiedy Jim się nad nią nachylił i wprost rzucił, że to ona mu niszczy karierę przez moment tylko milczała. Odchyliła się lekko na sofie. Nie skuliła w sobie, choć na to miała ochotę. Nie planowała dać mu się zastraszyć, choć serce jej waliło mocno w piersi i najchętniej wyszłaby bez słowa.
— Cokolwiek Carter robi ze swoją karierą, to jego wybór. — Nie była to do końca prawda. Nigdy nie prosiła go, aby przestał nagrywać, aby odwołał koncerty. Opóźnił premierę płyty. Zrobił to sam. I zrobił to dla niej, choć przecież nie chciała. — Tak samo, jak sam wybiera, kiedy i o której wraca do domu. Nie dla wszystkich klub, drinki i prochy to całe życie.
Gdzieś przy Jimie usłyszała prychnięcie zmieszane ze śmiechem. Nie była w stanie tylko stwierdzić, czy to było skierowane do niej czy do Jima.
Przymrużyła lekko oczy, gdy zarzucił, że to nie był jego wybór.
Carter na placu zabaw. Zaire z wózkiem. To dla nich brzmiało absurdalnie. Jakby mówili o kimś innym.
— W końcu to nie on rodzi. — Powtórzyła słowa po którymś z nich. Nie on rodzi, nie on się będzie musiał tym dzieckiem zajmować. — Nikt nie kazał mu wszystkiego rzucać.
Przeniosła wzrok na Cartera. Zauważyła to napięcie pod jego skórą. Mocniejszy chwyt szklanki.
— Podobno cię zmusiłam do dziecka. — Przechyliła lekko głowę na bok. Nie zmusiła. Nie da sobie tego wmówić. Carter musiał zdawać sobie sprawę, że gdyby choć raz jej powiedział „Soph, nie chcę tego dziecka” nie próbowałaby go przekonać. Zgodziłaby się. Tylko po to, aby go zadowolić. — Nie przypominam sobie w którym momencie postawiłam cię pod ścianą, ale nie martw się. Zajmę się wszystkim. Będziesz miał czas, aby pobawić się ze swoimi chłopcami.
Ten sam typ, który był uwieszony na jego ramieniu znów go poklepał i się zaśmiał.
— No to ustalone. Mamuśka ogarnia dzieciaka, my ogarniamy ciebie. Dobry deal, panowie. — Zaśmiał się, jakby to wszystko było takie proste. — Przyjmę to jako oficjalne pozwolenie od pani Crawford, aby Zaire wrócił na salony. Najwyższa pora, stary. Robi się bez ciebie tutaj i na scenie powoli nudno. Jeszcze moment i ktoś ci podpierdoli miejscówkę.
soph
Zmieniło się coś w atmosferze, która panowała przy stoliku. Zniknęła lekkość rozmów o imprezach w Europie czy nawet Miami. Mimo, że nie widziała w pełni oczu Cartera to była pewna, że właśnie zniknęło z nich to rozbawienie, które jeszcze chwilę temu w sobie miał.
OdpowiedzUsuńWyczuwała w nim zmiany jeszcze zanim pojawiły się one na jego twarzy lub padły z ust. Znała go już na tyle dobrze, aby to dostrzegać. Zaczęli temat, który był drażliwy. Nie sama ciąża, choć to w jego kręgach pewnie było tematem kontrowersyjnym. Raper znany z imprez i swojego chaotycznego trybu życia nagle zmieniał wszystko dla dziewczyny, która właściwie wzięła się znikąd, a w kilkanaście tygodni związku okazało się, że będą rodzicami. Zmieniało się wszystko. Nie tylko oni, ale również to co ich otaczało. Sophia również wiedziała, że nie chodzi o same koncerty, które sobie Carter odpuścił ani o album.
Sophia nie spuściła głowy, kiedy odezwał się do niej. Te „nie zaczynaj” było jasnym sygnałem, aby przestała mówić. Ostatnie co chciała to wdać się z nim w kolejną kłótnię. Widzieli ich tutaj już nazbyt wiele i to w ciągu jednej nocy. Mogli im oszczędzić skakanie sobie do gardeł przed innymi. Była dziwnie pewna, że prędzej czy później jeszcze to nadrobią. Uniosła lekko brew, kiedy wcisnął jej w dłoń klucz z czarnym breloczkiem. Znała te klucze aż za dobrze.
— Jak sobie życzysz.
Zacisnęła palce wokół breloczka z kluczem. Wstała bez robienia wokół dramatu. Wyminęła Cartera i jego kumpli, ale resztki rozmowy do niej dotarły. Mocniej niżby tego chciała. Zostawiając ją z kolejnymi pytaniami, które czasem zadawała, ale zdawało się, że przez te cztery miesiące wcale nie zmieniło się tak wiele, jak Sophia by sobie tego życzyła. Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie mieni się lada dzień, ale właśnie w takich chwilach zaczynała mieć wrażenie, że nie zmienia się tak naprawdę nic.
Trzymała klucz w dłoni, jak coś czego nie mogła z nich wypuścić. Nie odwróciła się, aby sprawdzić, czy Carter idzie za nią. Podejrzewała, że prędzej czy później w końcu do niej dołączy. Gdyby chciał ją odesłać do domu powiedziałby, że ma iść do auta, które niezależnie od tego czy przyjechała z nim czy sama na nią czekało. Kierowca bezpiecznie dostarczyłby ją na podziemny parking w budynku. Zaczekał, aż wejdzie do windy.
Chłodne, ciemne ściany korytarza, które prowadziły do biura były znajome. Ostatni raz, kiedy tu była i kiedy szła tą samą drogą wydarzyło się coś, czego nie była w stanie przewidzieć w żadnym scenariuszu. Pamiętała dokładnie miejsce, w którym stali tamci agenci. Czasem wciąż wyraźnie widziała tamtą scenę przed oczami. Teraz również, kiedy stała przed drzwiami do biura i otwierała drzwi kluczem potrafiła odtworzyć tamtą noc bez najmniejszego problemu. Przymknęła oczy na moment. Przecież dzisiaj się to nie powtórzy. Nie wydarzy się to po raz kolejny. Powtarzała sobie, że taka sytuacja nie będzie miała już miejsca, ale prawda była przecież taka, że żadne z nich nie wiedziało, czy na pewno się to już więcej nie powtórzy. Przecież mogło być tak naprawdę różnie.
Drzwi sprawnie się przed nią otworzyły.
W środku powitało ją chłodne powietrze i drewniany zapach. Zamknęła je za sobą i na parę chwil oparła się o nie plecami, aby złapać oddech i uspokoić myśli. W biurze zawsze było cicho. Nie przebijała się muzyka ani bas. Grube ściany na to nie pozwalały. Odepchnęła się od drzwi, aby przejść dalej. Siadła przy biurku. Ostatnim razem przeszukiwała szuflady i teraz również miała na to ochotę, a choć jej dłoń prawie sięgnęła, aby otworzyć jedną z nich… Powstrzymała się.
Może będzie lepiej, aby nie wiedziała. Może lepiej jest o pewnych rzeczach nie wiedzieć. Nawet, jeśli mogła znaleźć tam odpowiedzi na pytania, których nie potrafiła wyciągnąć od Cartera Sophia wolała się trzymać od tych szuflad z daleka. Przynajmniej chwilowo.
Jim zaczekał, aż Sophia się oddali o kilka kroków. Wystarczająco, aby nie była świadkiem rozmowy, która nie była przeznaczona dla jej uszu.
Usuń— Układasz sobie życie, zajebiście. — Rzucił Jim. Jego uwaga była skupiona na Carterze, a nie na Sophii, która i tak zbierała się do wyjścia. Nie robiło na nim też najwyraźniej wrażenia, że Carter jest blisko tego, aby wybuchnąć. A może o to właśnie chodziło. — Ale zaczynasz zapominać kim jesteś. I o ludziach, którzy ścierają sobie zęby, żeby ten burdel działał, jak należy.
Spojrzał uważnie mu w oczy, jakby tym samym chciał mu przekazać, aby przestał bawić się w dom i wziął na poważnie za to co robił wcześniej. Gdyby chodziło tylko o rozczarowanych fanów, bezsensowne artykuły, w których Zaire tracił pozycję na rynku muzycznym tej rozmowy nawet by nie było.
Jim zrobił krok w stronę Cartera, jakby to co chciał mu powiedzieć teraz było bardziej osobiste i już nieprzeznaczone dla wszystkich uszu wokół.
— Rusz się do roboty, Zaire. — Głos brzmiał niemal ostrzegawczo. — Czy mam pogadać z tą twoją małolatą? Podobno teraz dajesz się jej tu rządzić. — Kącik ust zadrżał, a kpina sama na nie wchodziła.
soph
Sophia w pierwszej chwili nie zamierzała się posłuchać. Zawahała się na moment przed podjęciem decyzji. Zaledwie parę sekund, ale to zawahania było w niej widoczne. Może nie dla kogoś z boku kto jej nie znał, ale dla Cartera owszem. Ta krótka iskierka buntu, która pojawiała się zawsze, kiedy Sophia nie chciała czegoś robić. Nie dla rozrywki, nie dla chęci zobaczenia, jak to potoczy się dalej. Tylko zamiast się dalej awanturować ten jeden jedyny raz się go posłuchała. Pojawiły się w niej przebłyski tych wszystkich razów, kiedy zignorowała jego prośby i za każdym pieprzonym razem to gryzło ją prosto w tyłek, a świat wokół dosłownie się psuł.
OdpowiedzUsuńZostała w biurze, choć minuty się jej absurdalnie dłużyły. Trzy razy podchodziła do drzwi, aby wrócić z powrotem na salę i trzy razy siadała na fotelu. Nic już nie wiedziała. Niczego nie była już pewna. W głowie dudniło jej od własnych myśli.
Carter na placu zabaw.
Zaire z wózkiem pod klubem.
To nie Carter zasiał w niej wątpliwości, ale wszyscy wokół. Wszyscy, którzy nie akceptowali jej w jego życiu. Tym domowym, jasne. Kiedy nie był tutaj, kiedy nie występował na scenie przed tysiącami ludzi. Dopóki Sophia go nie psuła było w porządku. Tylko, że tutaj przecież nic nie było w porządku. Widziała to nawet ona, a nie miała takiej wiedzy, jak wszyscy wokół Cartera. Sophia wiedziała tyle, ile powiedział jej Carter, ale nawet bez jego opowieści nietrudno było połapać się w tym, że dynamika tego miejsca się diametralnie zmieniła. Rozważała teraz wszystko co tu się działo. Każde spojrzenie. Zawahanie ochroniarzy. Uważniejszych barmanów. Kumpli, którzy skanowali otoczenie, choć na pierwszy rzut oka wyglądało, jakby tylko dobrze bawili się w towarzystwie długonogich modelek. Uważniej patrzyli na Cartera. Mniej mówili, kiedy była obok. Milki w połowie zdania. Mówili półsłówkami, których teoretycznie miała nie rozumieć, a wiedziała być może więcej niż im się wydawało.
Była właśnie w trakcie kolejnego „spaceru” po biurze, kiedy rozległo się pukanie. Zatrzymała się wpół kroku. Zamknęła za sobą drzwi na klucz, a choć niewiele osób miało tu dostęp (z tego co wiedziała) nie chciała, aby ktoś poza Carterem złożył jej tu wizytę. Podeszła bliżej dopiero po usłyszeniu znajomego głosu. Nie od razu je otworzyła. Ręka zawisła jej nad zamkiem. Lekko się napięła, kiedy uderzył w drzwi znowu i powtórzył jej imię.
Otworzyła je, choć nie miała pojęcia kogo ma się spodziewać za drzwiami. Swojego męża? Zaire’a ze sceny i ostrej wymiany zdań z Jimem czy może jeszcze zupełnie innej wersji, której jeszcze nie odblokowała?
Najwyraźniej trafiła na tę ostatnią.
Opuściła ramiona z ciężkim westchnięciem.
— Usiądź.
Nie poprosiła. I nie od razu zapytała co się stało. Mogła się domyślić. Nawet, jeśli w pierwszej chwili wyglądała na niewzruszoną to wcale nie była. Serce zabiło jej mocniej, kiedy zobaczyła rozciętą brew i krew, która spływała mu z twarzy. Warga również pozostawiała wiele do życzenia. Złapała Cartera za nadgarstek i wciągnęła do środka. Bez słowa zamknęła za nim drzwi, a potem puściła jego rękę, aby zniknąć na moment w łazience. Pamiętała, że była tu apteczka. Sama ją zresztą uzupełniła miesiące temu, choć wtedy miała nadzieję, że do niczego im się nie przyda. I myślała wtedy o sobie. O odciskach po noszeniu szpilek zbyt długo, więc napakowała tam plastry. Jakiś chłodzący sprej. Coś do odkażania ran, choć wtedy nie wiedziała po co jej to, a teraz już wiedziała.
Kiedy wyszła z łazienki znalazła Cartera w tym samym miejscu, w którym go zostawiła. Bez koszulki, o którą pewnie wciąż się na Sali bili. Z nieodgadnioną miną i wzrokiem. Napiętymi mięśniami. Przesunęła wzrokiem po torsie.
— Siadaj. — Powtórzyła. Głos miała już zmęczony, ale równie twardy i zdecydowany, choć nie chłodny. Apteczkę odłożyła na biurko. Działała automatycznie, a to było pierwsze co przyszło jej do głowy, aby nie zasypać go pytaniami.
UsuńOtworzyła apteczkę i przesunęła się na bok robiąc mu miejsce. Nie powtórzyła się po raz trzeci. Zwyczajnie oczekiwała, że się jej posłucha i da jej się sobą zająć. Nawet na kilka minut, a potem znowu będą mogli zacząć się sobie rzucać nawzajem do gardeł, wyrzucać wszystko i wrócić do domu osobnymi autami lub w ogóle nie wrócić do domu razem. Mimo, że ze wszystkich scenariuszy to, że nie wrócą razem było najmniej prawdopodobne.
Nasączyła gazik płynem odkażającym. Ujęła jego podbródek w palce. Zacisnęła je delikatnie, a głowę odchyliła mu w tył.
— Będzie szczypać. — Ostrzegła. Raczej z odruchu niż po to, aby go uświadomić. Raczej zdawał sobie sprawę, jak cała ta procedura przebiega. Była ostrożna. Nie chciała, aby płyn przypadkiem mu wleciał do oka. Przykładała gazę delikatnie do rozciętej brwi. — Mam nadzieję, że on wygląda gorzej.
soph
Trzymała go pewnie za twarz, ale nie próbowała nawiązać większego kontaktu wzrokowego z Carterem. Skupiła się na tym, aby przemyć mu tę ranę, choć wcale nie była poważna. Spokojnie już za tydzień nie będzie po tym większego śladu. To jednak nie zmieniło niczego, a Sophia wciąż się martwiła. Niezależnie od tego, jak lekko dostał dla niej to wciąż był powód do zmartwienia. To, że była na niego zła – choć sama przecież prosiła – nie zmieniło niczego.
OdpowiedzUsuń— To dobrze. — Nie pochwalała tego, ale przynajmniej tyle z tej sytuacji było „dobrego”, o ile w ogóle mogła to w ten sposób nazwać. Nic co się wydarzyło nie było w porządku. Przemywała mu tę brew zbyt wiele razy, jak na powierzchowną ranę. Wszystko po to, aby zająć czymś ręce i odsunąć od siebie myśli o rzeczach, które się działy teraz między nimi. Mimo to wiedziała, że wcale to nie zniknie, a między nimi wciąż zostało wiele niewypowiedzianych słów, które prędzej czy później będą musieli zaadresować. Znała jego i siebie i wiedziała, że wcale nie będą tego odkładać na później. Jak coś ma się posypać, to posypie się właśnie tutaj i teraz. To była kwestia zaledwie minut.
Sophia przez chwilę milczała. Pytania padały z jego ust, jak strzały. Celnie trafiały w wybrane przez niego miejsca. Zamiast mówić, ona skupiła się na tym, aby do opatrzyć do końca, jakby teraz to było najważniejszym zadaniem, z którym miała się zmierzyć, a nie fakt, że znów wszystko wisiało na włosku.
— Przestań się ruszać. — Syknęła ostrzegawczo. Mocniej chwyciła jego podbródek, a potem sięgnęła po czystą chusteczkę, aby zetrzeć krew z jego ust. Zrobiła to powoli, nie chcąc mu dokładać niepotrzebnego bólu.
Pokręciła głową z krótkim prychnięciem.
— Nie, Carter. To nie było to, co chciałam zobaczyć. — Odpowiedziała po chwili, kiedy wzięła głębszy wdech, który tylko w teorii miał się pomóc jej uspokoić. — Wiele rzeczy przede mną ukrywasz. Łącznie z tym jak się zachowujesz, kiedy mnie tutaj nie ma. — Mówiła zbyt spokojnie, jak na to drżenie pod skórą, które właśnie czuła. Zakleiła mu ranę małym plastrem, który miał ściągnąć skórę ze sobą i zapobiec jej dalszym uszkodzeniom.
Zabrała ręce z jego twarzy, kiedy skończyła. Nie szukała z nim kontaktu, jak miałoby to miejsce dawniej. Wciąż nie wiedziała, co robi ani dlaczego to robi, ale miała dziwne przeczucie, że teraz próba uspokojenia go wcale nie pójdzie po jej myśli.
— Bo ukrywasz, Carter! — Westchnęła z ciężkością w głosie, której nie mogła ukryć przed nim w żaden sposób. Nawet, gdyby się bardzo starała. — I jesteś tutaj kompletnie inną osobą. Nie Carterem, którego znam z domu. I rozumiem, naprawdę. Wszyscy zachowujemy się inaczej w różnych sytuacjach. Ty naprawdę tego nie widzisz?
Pamiętała co jej powiedział miesiące temu. Że Zaire dla niego był jak tarcza. Jak ktoś za kim może się schować, kiedy życie jest zbyt trudne. Wejść w rolę człowieka, który nie dba o konsekwencje, który jest królem życia i potrafi wszystko ogarnąć.
Zrobiła krok w jego stronę, choć próbował między nimi stworzyć dystans, ale tym razem Sophia nie zamierzała się cofnąć. Być posłuszną żoną i wrócić do domu, gdzie potem będą mogli udawać, że nic się nie wydarzyło i wrócą do swojego życia, dopóki znów coś się nie rozpieprzy.
Uniosła głowę, ale nie z dumą. Nawet nie z tym przekonaniem, że m rację. Może jej nie miała, a wszystko co myślała było błędne. Natomiast wszystko co Carter jej mówił do niej docierało w pełni. Potwierdzając rzeczy, których była już świadoma, a które niekoniecznie do siebie dopuszczała.
— Chcesz wiedzieć, dlaczego powiedziałam, że przyszłam tutaj dla Zaire’a? — Znów kolejny krok. Bez drżenia dłoni czy głosu. Pewność, której sama po sobie się czasem nie spodziewała. — To była jego noc, prawda? Jego koncert, jego powrót. I chciałam ci to dać. Chwilę, kiedy liczysz się tylko ty. Noc, która będzie tylko o tobie. Nie o mnie, nie o ciąży, nie o przyszłości, która przeraża nas oboje. I wiem, że to co mamy jest dla ciebie nowe. I jest przerażające, niepewne. Ale to? Ten klub i jaki jesteś tutaj? To znasz i wiem, że te części ciebie za tym tęsknią. Nawet, kiedy mi o tym nie mówisz.
Opuściła ramiona z westchnięciem. Nie odwracała od niego wzroku i nie próbowała zmieniać tematu.
Usuń— To dlaczego to zrobiłeś?! — Jęknęła w frustracji, naprawdę nie rozumiejąc decyzji, które podejmował. — Nigdy prosiłam, abyś z tego dla mnie rezygnował! Nigdy nie chciałam, abyś to zostawił. Ty to zrobiłeś! — Przypomniała mu. Ani razu nie kazała wybierać. Kariera albo ja. Trasa albo dziecko. — Prosiłam tylko, żebyś tu był, kiedy będzie blisko rozwiązania, ale nigdy nie o to, abyś zrezygnował z całej swojej kariery dla mnie!
Klatka piersiowa brunetki unosiła się coraz szybciej. Oczy błyszczały, ale nie od łez. Od tych wszystkich niewypowiedzianych słów, które od miesięcy w niej siedziały.
— Ty chciałeś tego dziecka! To ty zadecydowałeś, że je zostawimy. Ty chciałeś tej odpowiedzialności. — Wysyczała przez zaciśnięte zęby. Jeszcze nie orientując się co właściwie powiedziała. A raczej, jak te słowa wybrzmiały. — A ja się zgodziłam — zaśmiała się ponuro. Pokręciła głową. — I teraz mi mówisz, że chcesz uciec od odpowiedzialności? Wiesz, kiedy był na to czas? — Spojrzała mu w oczy, choć sama nie była pewna, co chce mu swoimi przekazać. — Kiedy jeszcze mogliśmy się wycofać. Gdybyś tylko powiedział…
Urwała nie chcąc kończyć tego zdania. Wystarczyło od niego wtedy jedno zdanie. Takie, które rozbiłoby ją na kawałki. Takie, po którym długo by się nie pozbierała, ale dałaby mu to czego chciał. Zadowoliłaby go.
Sophia nie powiedziała nic więcej. Nie zareagowała, kiedy wziął paczkę z papierosami. Wsunął jednego i miotał się ze swoimi myślami. Aż w końcu papieros trafił rzucony na biurko, jak zapomniana rzecz. Jakby nie potrafił sięgnąć po zapalniczkę, aby dać sobie ulgę, której potrzebował. Brunetka nie próbowała go powstrzymać, ale też nie zachęcała. Mógł po niego sięgnąć, skoro miał potrzebę. Tym razem nie zamierzała go oceniać ani winić. A potem powiedział te dwa zdania.
— Nie.
To nie był tylko protest, tylko decyzja. Nie zamierzała dać mu się wygnać do domu, bo miał taki kaprys. Bo chciał zostać sam, a ona nie mogła widzieć tego, co się z nim wydarzy, kiedy stąd wyjdzie.
— Nie wrócę bez ciebie. — Powiedziała stanowczo. Nie odepchnie jej od siebie. Nie tym razem. Już padło zbyt wiele słów. Z jej strony padło ich zbyt wiele, których nie cofnie w łatwy sposób, ale nie zamierzała tego też robić. — Wyjdę i co? Weźmiesz kolejną kreskę? Może dwie albo trzy, aby się zresetować? Co się stanie, kiedy wyjdę, a ty zostaniesz tu sam z ludźmi, którzy bardziej lubią twoje pieniądze niż ciebie? — Zapytała robiąc krok w jego stronę. Cała drżała od emocji, z którymi teraz nie potrafiła sobie poradzić. Ale nie zamierza dać się wygonić. — Nie pozwolę, abyś tu siedział i się wyniszczał. Krzycz, zniszcz to miejsce, wypal paczkę, jeśli musisz, ale nie wrócisz tam i nie znikniesz w klubie robiąc Bóg wie co. Rób co chcesz, ale nie wyjdę stąd bez ciebie.
soph
Docierało do niej bardzo wiele. Z tym, że Sophia nie zamierzała się zgodzić z jego słowami. Nie wierzyła, nie potrafiła lub nie chciała, uwierzyć, że taki właśnie był, kiedy na skórę wychodził Zaire. Traktowała ich jak dwie różne osoby i może nie należało tego w ten sposób robić. W ten sposób łatwiej było jej to zrozumieć, ale najwyraźniej się pomyliła. Bo pamiętała te pierwsze razy, kiedy tu bywała. Jak wszyscy klepali o po plecach i mówili „Zaire” z lubieżnym uśmiechem na twarzy, jakby zaraz mieli od niego dostać jakiś przyjemny kąsek lub plik gotówki do wydania w klubie.
OdpowiedzUsuń— Nie to chciałam zobaczyć. — Powtórzyła uparcie. Pokręciła głową nie zamierzając się z tym zgodzić. Może miał rację i sama już nie wiedziała czego chce. — Najwyraźniej się pomyliłam. Miałam inną wizję. Cokolwiek. Skoro nie chcesz rozmawiać, temat skończony.
Przynajmniej na teraz. Ciężko było stwierdzić, bo nawet, kiedy mówili, że kończą i rozmowę przeniosą na później to i tak zataczali kółko. Zaire ćpał. Dawał ludziom w twarz. Puszczały mu hamulce. Zaire nie był tym mężczyzną, który budził ją z uśmiechem i przesuwał dłonią po jej plecach z rana. Opuściła ramiona z ciężkim westchnieniem po jego słowach o wyprowadzce. Nawet nie była zaskoczona, że tego użył przeciwko niej.
— Tak, Carter. Wrócę do domu, spakuję się i wyprowadzę, a potem będę trzymać cię z daleka od naszej córki. — Prychnęła. Zrobiła ten błąd raz. Jeden jedyny raz i więcej nie zamierzała już go powtarzać. Drugi raz tego nie zrobi ani jemu, ani sobie, a już tym bardziej nie ich córce. — Postaraj się trochę bardziej, jeśli chcesz mnie wykurzyć z domu. Kiedy się do niej przybliżył brunetka się nie cofnęła. Uniosła tylko wyżej. — Raz popełniłam ten błąd i wciąż go żałuję. Nie będę powtarzała tego ponownie. — Powiedziała stanowczo. To nie była wcale łatwiejsza opcja, choć właśnie na taką mogła wyglądać, ale tylko ona wiedziała, jak wiele ją wtedy tamto wyjście kosztowało, a gdyby z jakiegoś powodu miała odejść teraz kosztowałoby to ją dwa razy tyle, a może nawet i więcej.
Opuściła ręce wzdłuż ciała i przez moment wzrok wbity miała w podłogę. Kątem oka widziała, jak Carter krąży po pomieszczeniu i dopiero po chwili na niego spojrzała. Na to jak niespokojny był, jak wiele i jego cały ten wieczór kosztował.
— To bez znaczenia, Carter. Chciałam tu być dla ciebie! I wszystko się posypało! — Niespodziewanie podniosła głos. Bardziej z frustracji na to, jak wiele w przeciągu tych chwil się zepsuło niż na niego, bo cała ta złość, którą w sobie miała wcale nie była kierowana na niego. Tylko na wszystko dookoła, a przede wszystkim na samą siebie. — I jak ci idzie godzenie tych dwóch światów, co? Co, nie mam prawa tu być? — Spytała, próbując wyciągnąć z tych słów coś więcej, a raczej zrozumieć jaśniej. — W świecie Zaire’a nie ma miejsca dla mnie? — Pytanie nie padło z pretensją. Zadała je ciszej, bo naprawdę próbowała zrozumieć, czy chodzi tylko o to, że to miejsce nie jest dla niej bezpieczne czy o to, że Carter nie chce, aby Sophia była jego częścią, bo nie pasuje tu z setki tysięcy różnych powodów.
A Sophia przecież nie pasowała do Zaire’a. Do ciągłych imprez i brania narkotyków. Do znajomych ani do niczego co sobą reprezentował. Może o to chodziło. Nie nakręcała się na kolejny dramat. Pytała wprost i bez krzyku.
— Zabrzmiało inaczej.
Powiedziała tylko tyle. Bez wpychania mu w gardło słów, których nigdy nie powiedział. Jednocześnie nie mogła ukrywać, że nie myślała o tym. Dawno temu na początku, czy te wszystkie zmiany na pewno robi dla siebie, czy na pewno tego wszystkiego chce, a potem robił rzeczy, które ją zaskakiwały i tylko potwierdzały, jak nie tylko to do niego pasuje, ale jak niecierpliwie czeka na to, aż wszystko wokół nich zmieni się na lepsze jeszcze bardziej.
— Ale nie możesz od tego uciec… — Odezwała się ciszej. — Jeśli pojedziesz w trasę… to pojedzie z tobą. — Nie patrzyła na Cartera. Przypominała sobie te wszystkie chwile, kiedy coś było nie tak z „transportem” i wszystko co jej mówił odnośnie do tego co się działo za zamkniętymi drzwiami.
Mógł ją teraz poprawić. Spróbować przekierować rozmowę na inny temat, ale tak przecież było wtedy. Pamiętała doskonale tamtą rozmowę, bo to był jeden jedyny raz, kiedy udało się jej z niego aż tyle wyciągnąć.
Usuń— To… Nasza córka i ja… nigdzie się nie wybieramy, Carter. — Odezwała się już spokojniejszym głosem. Zmęczonym ciągłą walką z nim, która zdawała się nie mieć końca. Tylko ciągnęła w nieskończoność. Jednocześnie musiała to powiedzieć, aby on sam wiedział, że wbrew wszystkiemu co sobie dziś powiedzieli ona zostaje.
Znów pokręciła głową.
— Nie wyjdę bez ciebie. — Powtarzała to uparcie. Jak mantrę. Jak coś co, jeśli powie się wystarczająco wiele razy to w końcu stanie się prawdą. — Nie wiem, co się stanie, gdybym wyszła. Przeprowadź mnie przez to. Powiedz mi, co byłoby pierwszą rzeczą, którą zrobisz, kiedy wyjdę?
Stanęła przed nim, aby nie miał możliwości spojrzenia w innym kierunku. Może nie znała schematów z klubu. Może nie wiedziała, jak się tu w pełni zachowuje, ale nie uwierzy też, że w takim stanie nie weźmie czegoś na uspokojenie. Że skończy się na jednym drinku, a może dwóch.
— Nie powiedziałam, że jesteś wrakiem. Ale nie zostawię cię samego, Carter. — Nie, bo mu nie ufała, a bo w takich chwilach, które miały w sobie ostre słowa, nie zamierzała zostawić go i wyjść z urażoną dumą. — I nie, bo myślę, że sobie nie poradzisz. Zostaję, bo nie zostawia się osób, które cię kocha, aby mierzyły się z problemami same.
Nachyliła się nad nim z wolna. Dość niepewnie łapią jego twarz w swoje dłonie i uniosła mu głowę do góry. Opuszkiem kciuka delikatnie przesunęła po jego rozciętej wardze. Nieświadomie rozmazując odrobinę krwi wokół wargi.
— To masz problem, bo ja się nigdzie nie wybieram. — Znów to samo stanie. Tym razem pewniej i mocniej. — Nie zostawię cię, Carter. A ty nie odeślesz mnie do domu, bo zrobiło się nieprzyjemne. Wolę się z tobą tu kłócić niż wrócić samej w ciszy. Zostaję, czy ci się to podoba czy nie.
soph
Zamknęła na moment oczy, próbując nie myśleć o tym co powiedział, ale jak mogłaby to od siebie odsunąć? Udawać, że nie usłyszała, gdzie może skończyć. To były jedne z tych rzeczy, które przerażały ją najbardziej. Że coś mu się stanie i będzie to o wiele gorsze niż rozcięta brew i warga, że któregoś razu nie wróci do domu.
OdpowiedzUsuń— Nie, Carter. Słyszę, że tak myślisz, ale nie to chciałam zobaczyć. — Powtórzyła. Mogła to powtarzać bez końca, ale nie wyjaśnią tej sytuacji, jeśli tylko to będzie mówiła przez cały czas. Westchnęła bezgłośnie i na moment wzrok wbiła w pustą ścianę. Naiwnie licząc, że znajdzie tam jakieś odpowiedzi, ale te nie nadchodziły. — Kiedy powiedziałam, że przyszłam tu dla Zaire nie miałam na myśli zobaczenia faceta, który prawdopodobnie ma nad sobą wyrok, który może być dłuższy niż bym chciała. Wiem o tym i myślę o tym każdego dnia, kiedy wychodzisz. I o tym, że więcej mogę cię nie zobaczyć, bo coś pójdzie źle i o tym, że ta mała dziewczynka będzie cię znała tylko ze zdjęć i filmów.
To nie był ulubiony moment brunetki do wyobrażania sobie. I starała się nie robić tego często, ale słyszała przecież co się dzieje. Nie była na tyle naiwna, aby myśleć, że to naprawdę rozwiąże się książkowo, a oni będą żyli sobie tak, jakby nigdy nic się nie wydarzyło.
— Sam dobrze wiesz, jak przerażająca jest ta wizja. — Jemu akurat nie musiała tego nakreślać. — Nie chcę dla niej życia, w którym nigdy usłyszy, jak się śmiejesz. Świata, w którym nigdy jej nie przytulisz. Ani dla ciebie…
Zamrugała kilka razy, aby nie dać się ponieść zbyt mocno emocjom, które w niej już i tak siedziały i to była kwestia czasu, aż wyjdą na powierzchnię. Jednocześnie to była rzeczywistość, którą Sophia wiedziała, że musi nie tyle co zaakceptować, ale pogodzić się, bo wystarczył jeden moment i wszystko co budowali zniknie.
— „Jeśli”, czyli nie miałeś nic. — Bardziej stwierdziła niż zapytała.
Tyle razy pytała się go, jak to teraz wygląda, ale unikał odpowiedzi.
Słyszała, że chce lepszego świata dla ich córki, ale nie widziała, aby coś się zmieniało. I już sama nie wiedziała, czy ma wierzyć mu ślepo na słowo czy może zacząć domagać się zobaczenia dowodów, które potwierdzą, że jednak coś w tej kwestii się ruszyło.
Przymknęła oczy, aby pomyśleć. Nic sensownego nie przychodziło jej do głowy, ale to jeszcze nie był koniec świata. Jeszcze coś z tego da się wyplątać.
— Nie, nie wyrzuciłeś. — Powiedziała po chwili. Och, bardzo chciała, aby go wyrzucił i sama o to prosiła, ale to jeszcze nie był ten czas. — Właśnie kłóciłeś się ze swoją żoną. Wkurzył cię, nie byłeś sobą i powiedziałeś o kilka słów za dużo. — Wzruszyła ramionami, jakby to było najprostsze rozwiązanie. — Pogadasz z nim i ściągniesz z powrotem. I jeśli musisz zrobić tę trasę czy… cokolwiek innego, aby przestali być podejrzliwi… To zrób bezpiecznie dla ciebie.
Nie chciało się jej wierzyć w to co mówi. W to, że właśnie wymyślała, jak może mu pomóc ogarnąć ten burdel, w którym siedział po uszy. Może to wszystko co mówiła nie miało sensu, ale wydawało się jej, że jeśli Carter chce od siebie odciągnąć podejrzenia to to może być jedno z rozwiązań. Dać im to czego się domagają od miesięcy. Zrobić to bezpiecznie, o ile takie rzeczy da się robić bezpiecznie. Pewnie się nie da. Pewnie wszystko pójdzie się jebać szybciej niż się jej wydaje.
— Daj mu coś co mu zamydli oczy. Przynajmniej na jakiś czas, dopóki nie znajdzie się lepszy pomysł.
Chciałaby mu jakoś inaczej pomóc. Zrobić coś więcej, aby nie był w tym całkiem sam, ale nie potrafiła. Z jednej strony jej do siebie nie dopuszczał i nie chciał, aby była tego częścią, a z drugiej stała się nią w momencie, kiedy zaczęli ze sobą być. I była teraz tego częścią, choćby przez właśnie sam fakt, że byli razem.
— Do kogo byś zadzwonił? — Zapytała. „Kilku osób” to nie była odpowiedź. Potrzebowała konkretów. — Kogo ściągasz, kiedy zaczynają się sypać sprawy, Carter?
Nie pytała bezpośrednio o nazwiska, choć te byłyby przydatne. Do niczego go też nie zamierzała zmuszać, a jedynie zostawiała opcje, które mógł wykorzystać, jeśli uzna to za stosowne.
Usuń— Potrzebujesz trzeźwej głowy, a nie wyłączonej. — Odparła. Pilnowała go, może nawet teraz za bardzo, ale nie zamierzała się też ugiąć. — I myślę, że wiesz, że to tylko odwlecze nieuniknione, a nie rozwiąże problemy. Chwilowa przerwa, która nie zmieni wiele.
Sophia odetchnęła ciężko, kiedy wszystkie słowa, które z siebie wyrzucali między nimi osiadły. Z ciężkością, której należało się spodziewać, a która i tak okazała się trudniejsza niż początkowo zakładała. Wyswobodziła jedną dłoń z objęć Cartera, ale tylko po to, aby ułożyć ją na jego karku. Dla dodatkowej stabilności i pokazania mu, że nigdzie się nie wybiera. Delikatnie gładziła miękką skórę pod palcami w nadziei, że ten gest chociaż przez chwilę będzie dla niego kojący.
— Jesteśmy po tej samej stronie, Carter. — Zapewniła cicho. Ciszej niż planowała, jednak to nie odbierało powagi tych słów i stanowczości z jaką się wypowiadała. — Nawet, kiedy na siebie krzyczymy i nie zawsze patrzymy w tym samym kierunku.
I nie chodziło o to, że patrzą na dwa różne rozwiązania. Tylko na dwie różne drogi, które prowadzą do tego samego efektu. Byli różni. Bardzo różni i nie zawsze myśleli identycznie. Bywały chwile, że potrafili się dogadywać bez słów, ale również i takie, które sprawiały, że glosy mieli uniesione, a twarze napięte od emocji. Tak, jak właśnie tego wieczoru.
— Żadne z nas się dziś nie popisało. — Westchnęła. Ona również nie pokazała najlepszych manier tego wieczoru. Wiedziała o tym, niestety. — Nie ma tu żadnego, „jeśli”, Carter. Zostaję z tobą.
soph
Nie wszystko co Carter mówił się brunetce podobało. Większość brzmiała przerażająco. Jakby nie mieli przyszłości, której oboje tak bardzo pragnęli. Jakby musieli cały czas patrzeć, czy coś lub ktoś nie stoi im na przeszkodzie, aby spędzić ze sobą resztę życia, co przecież tak bardzo chcieli zrobić. I poniekąd wcale nie było w tym kłamstwa, ale wolała chyba o tym po prostu nie myśleć. Brunetka wiedziała, że prędzej czy później dopadnie ich przeszłość Cartera. A może raczej teraźniejszość, bo przecież cały czas w tym był i ciągle się to za nim ciągnęło, jakby nikt i nic nie mogło tego powstrzymać.
OdpowiedzUsuń— Chcę mieć każdą wersję ciebie, Carter. Nie tylko tę ładną i przyjemną. — Powiedziała z przekonaniem, w które nie można było nie uwierzyć. — Wiem, że chcesz mnie przed tym chronić. Rozumiem, naprawdę. I rozumiem, że nie wszystko muszę wiedzieć. Ale nie chcę, żebyś przez to przechodził sam.
To nie był pierwszy raz, kiedy mu o tym mówiła. Próbowała dawać mu szanse, nie wtrącać się zbyt mocno, ale to jej nie wychodziło. Sophia nie umiała się tak po prostu trzymać z daleka i udawać, że nic nie słyszy i nic nie widzi. Myślała, że da radę, ale to było cięższe niż się jej wydaje. I Carter musiał się z tym pogodzić, że miał żonę, która nie zamierza pozwolić sobie ani jemu na to, aby którekolwiek się wycofało lub nie mówiło sobie wszystkiego. Choć sama była winna, bo nie zawsze przecież wszystkim się z nim dzieliła.
— Wiem, Carter. Ja to naprawdę wszystko wiem. Tylko… ciężko jest uwierzyć, kiedy nie widzi się efektów. — Przyznała w końcu i uniosła delikatnie jego głowę, bo chciała mu spojrzeć w oczy. Minęły miesiące od grudnia i nie oczekiwała, że coś się zmieni w tak krótkim czasie, a jednocześnie miała wrażenie, że wszystko wciąż stoi w miejscu. — I nie powiedziałeś mi nic. Nie wiem, co się dzieje, a nie mogę być nieświadoma. Nie w tej sprawie. — Pokręciła głową. — Wiesz, że nie chodzi o ciekawość.
Gdyby to było tylko zaspokojenie ciekawości to nie naciskałaby tak bardzo, Ale ważyła się cała ich przyszłość. Zresztą nie tylko ich, Ale również ich córki.
— Chce po prostu wiedzieć, Carter co się dzieje. Z tobą i z tym miejscem. Na czym stoimy.
Nie potrzebowała od niego bajek. Nawet nie tyle co by nie uwierzyła, a dawno temu przestała już wierzyć, że wszystko w życiu ułoży się według planu. Chciałaby, aby mógł jej powiedzieć bez zawahania, że ich przyszłość tak będzie wyglądała – oboje z oznakami porządnego starzenia się, spokojny dom poza miastem i życie, które przeszli wspólnie i wspólnie skończą, ale przecież w ich przypadku to nie było takie proste.
Westchnęła bezgłośnie i przesunęła opuszkami po jego policzkach. Zagryzła na moment wnętrze swojego policzka i poleciła przecząco głową.
— Oczywiście, że chciałam. — Odpowiedziała natychmiast. — Nie robię tego tylko dla Ciebie. Nie chciałam, aby to tak zabrzmiało. — Zapewniła. Nie tłumaczyła, że po słowach, które padły przy stoliku pomyślała przez sekundę, że może mają rację. Może Zaire naprawdę nie pasował do dzieci, a może… Może to wszystko to był teatrzyk, którym próbowali przekonać przede wszystkim siebie, Ale i cały świat. — To był długi dzień i jeszcze dłuższy wieczór. Powiedziałam rzeczy, których nie chciałam powiedzieć i których nie miała na myśli.
Może to nie wyjaśniało wszystkiego, ale być może pozwoli, aby Carter odetchnął i nie myślał nad tymi głupotami, które powiedziała. Chciała tego dziecka bardziej niż na samym początku gotowa była się przyznać. Tylko pragnienie nie równało się z tym, czy rozsądnie będzie je zatrzymać. I w tym wypadku rozsądek, na szczęście, nie wygrał. Teraz nie wyobrażała sobie, że mogliby na nią nie czekać.
— Przestanę. — Obiecała. Postara się w każdym razie, bo Sophia wcale taka pewna nie była, czy łatwo uda się jej po prostu tak to wszystko zostawić za sobą. — Nie chciałam, aby to zabrzmiało, jakbym w ciebie wątpiła.
Prędzej wątpiła w siebie niż w niego. Choć, jak widać, Carter odbierał to trochę inaczej i Sophia mu się wcale nie dziwiła. Po tym, jak się zachowywała i co mówiła sama zaczynała wątpić we wszystko.
Sophia pokiwała lekko głową. Jej dłoń sunęła swobodnie po karku mężczyzny. Skórę miał wręcz gorącą. Przez pewien moment nic nie mówiła. Rytmicznie dotykała jego ciepłej skóry i patrzyła się na ścianę za jego plecami. Myśląc nad wszystkim co się wydarzyło i co sobie powiedzieli.
Usuń— Może czasami… ale to nie, bo chcę z tobą walczyć. Po prostu… To wszystko jest nowe, Carter. Nie zawsze wiem, jak się zachować. — Przyznała. Udawała tak naprawdę przez sporą część czasu, że wie co robi. W rzeczywistości nie wiedziała niczego.
Brunetka uśmiechnęła się delikatnie. Subtelnie, jakby nie do końca chciała to robić, ale wciąż chciała mu coś tym gestem przekazać.
— Jestem tu z uporu, ale… Przede wszystkim jestem tutaj, bo chcę być z tobą. I wierzę, że to ogarniesz i prawdopodobnie w sposób, który znienawidzę — zaśmiała się nerwowo, ale naprawdę wierzyła, że mu się to uda.
Nachyliła się nad nim delikatnie. Czule dotykała twarzy mężczyzny, a w jej ruchach nie było już nawet śladu po tej złości, która z niej kipiała jeszcze jakiś czas temu. Zapanował spokój, a przynamniej względny, bo to, jak będzie później, będzie zależało przede wszystkim, ale od nich.
— Czasami muszę cię pilnować. — Mruknęła przekornie z lekkim uśmiechem. — Ale to z troski, nie z braku zaufania.
Delikatnie musnęła jego usta. Najpierw niepewnie, jakby nie do końca była pewna, czy może to zrobić. Po chwili znacznie świadomiej i pewniej, jednak bez tego głodu, który pojawiał się zazwyczaj między nimi.
— Mam nadzieję, że masz tu luźną koszulkę… — Rzuciła, a dłonie z jego policzków zsunęła na ramiona, na których zacisnęła palce. Odepchnęła Cartera delikatnie do tyłu, aby móc swobodnie usiąść mu bokiem na kolanach. — Nie wypuszczę cię stąd półnagiego. Wszyscy napatrzyli się już dość.
soph
Przysunęła się trochę bliżej, kiedy Carter ją objął i wziął w swoje ramiona, jakby nic między nimi się nie wydarzyło. Bo może nic się nie wydarzyło, a to wszystko było po prostu małym nieporozumieniem, o którym zapomną. Cóż, chciała w to wierzyć. To nie była sprawa, o której można było łatwo czy szybko zapomnieć i niestety, ale byli tego oboje świadomi.
OdpowiedzUsuńSophia pokiwała lekko głową, jak na znak, że rozumie. Rozumiała więcej niż chciała przyznać i po prawdzie nie sądziła, aby Carter cokolwiek przed nią ukrywał. Miał swoje powody, aby Sophii nie mówić wszystkiego, a ona ich zwyczajnie nie rozumiała. Musiała jakoś przełknąć fakt, że nie będzie jej od razu mówił wszystkiego i że efekty nie będą widoczne w przeciągu tygodnia.
Dłonią delikatnie muskała jego przedramię. Bardziej w geście, który miał ukoić ją niż jego. Jak ciche przypomnienie, że wszystko to co było najważniejsze miel przy sobie. Nie klub, nie wszystkie rzeczy dookoła – tylko oni. Niewiele mówiła, ale nie przez to, że nie wie co powiedzieć. Wolała nie palnąć znów czegoś głupiego.
Napięła się delikatnie, kiedy przypomniał jej, że dała mu czas do końca czerwca. Przygryzła wnętrze policzka i powoli skinęła głową. Faktycznie, tak właśnie było.
— Nie chce ci dawać deadlinów, Carter. Ani żadnego „jeśli nie zrobisz tego do czerwca to wtedy…”. I nigdy nie powinnam była tego robić. — Odpowiedziała. Z jej strony to był błąd i wydawało się jej wtedy, że robi dobrze, a prawda była taka, że Sophia wcale nie miała pojęcia, jak się takie rzeczy ogarnia i dalej nie wiedziała, ale wątpiła, że w przeciągu kilkunastu tygodni Carterowi uda się to ogarnąć na tyle, żeby mieli faktycznie święty spokój. — Wierzę, że się tym zajmiesz i… Zaczekam. Tyle, ile będzie trzeba.
Bez deadline’ów. Bez odliczania dni. Oczywiście, że chciałaby, aby to załatwił jak najszybciej, ale bardziej zależało jej na tym, aby załatwił to bezpiecznie dla siebie. Więcej jej nie interesowało. Ostatnie czego by chciała to, aby popełnił błąd, przez który mogliby stracić siebie nawzajem.
Krótko westchnęła, kiedy złożył kilka pocałunków na jej ciele. Przymknęła oczy i na parę sekund znalazła się w bezpieczniejszym miejscu. Oboje się w nim znaleźli. W ciszy i spokoju, którego nieprędko zaznają w pełni.
W tej krótkiej chwili dostał od niej to, o co poprosił. O cierpliwą wiarę w to, że naprawdę ogarnie te rzeczy. Sophia wiedziała, że będzie ją to wiele kosztowało, ale była gotowa. Na to, aby uzbroić się w cierpliwość i pozwolić mu zrobić po swojemu. Sama niewiele mogła zrobić. Tak naprawdę, ale poza obecnością nie mogła dać mu więcej.
Brunetka sama czuła, jak napięcie znika nie tylko z niej, ale również i z niego. W końcu powoli odchodziło, choć jeszcze nie odeszło w pełni, ale to był już pierwszy krok, aby coś się między nimi zmieniło.
Wtuliła się twarzą w jego dłoń i uśmiechnęła delikatnie.
— Dobrze wyglądasz z dziećmi. — Przyznała. Przymknęła oczy i przypomniała sobie te chwile z ich ślubu, kiedy Theo ciągał go za sobą i prosił o wspólną zabawę. Jak Maya uparcie chciała, aby wujek Carter nosił ją na plecach. — Wiesz, wciąż nie mamy wózka… Powinnam to dopisać do listy rzeczy. — Westchnęła, jakby teraz brak tego wózka naprawdę był najistotniejszy.
— Owszem, od tego właśnie ma się żonę.
Uśmiechnęła się jeszcze raz, a potem ten uśmiech się pogłębił, kiedy Carter odwzajemnił jej pocałunek. Nie był on głodny ani desperacki, a raczej… Jak na zgodę. Jak na zażegnanie problemów, które dziś się pojawiły. Ułożyła dłoń na jego policzku, chcąc mieć go jeszcze bliżej siebie.
— Przyniosę ci tu koszulki. — Ostrzegła. Musiała, skoro tracił je tu w taki sposób. — Albo przykleję ci je do torsu, żebyś ich tu nie ściągał. — Tak, to brzmiało na znacznie lepszy plan.
Sophia czuła, jak swoboda wchodzi między nich. Ostrożnie, jakby jeszcze nie była pewna, czy może, ale nieśmiało już zaglądała. Zamknęła oczy, pozwalając sobie na moment wytchnienia. Jego obecność i dłonie na ciele, które pewnie ją trzymały. To, że byli razem mimo krzyków i słów, które raniły. Wszystko powoli pokazywało, że przez to przejdą razem.
— Potrafię. — Przyznała. Jednak bez dumy w głosie. Była na to trochę zbyt zmęczona. — Ale nie wiem, czy dziś nie skończyłoby się to nagłówkami. Mam minimalną cierpliwość do twoich fanek dziś. — Westchnęła z krótkim śmiechem. Zachowywały się poprawnie, a przynajmniej dopóki Carter nie zdjął z siebie koszulki.
UsuńSophia przez chwilę milczała, a potem pokiwała głową.
— Wracamy do domu. — Przytaknęła. Razem wracali do domu. Nie w osobnych autach. Nie w nastrojach, które potrafiły krzywdzić. — Jesteś głodny? Moglibyśmy coś wziąć po drodze. Ja nie jestem głodna, ale twoja córka chciałaby coś ciepłego. — Uśmiechnęła się lekko. Grała nie fair wyciągając kartkę córki, ale domyślała się, że Carter od ich śniadania nic nie jadł lub coś na tyle nieistotnego, że po pięciu minutach jego organizm o tym zapominał i to był jej mały, ale podstępny sposób, aby coś jeszcze zjadł. — I mówi, że te burgery, które ostatnio znaleźliśmy bardzo jej smakowały.
soph
Sophia nie chciała po raz kolejny, aby przez to oboje przechodzili. Nic dobrego nie wyniknie z tego, kiedy będzie mu wyznaczała kolejne daty, których ma się pilnować. Zajęło jej sporo czasu, aby to zrozumieć i może lepiej, że w końcu sobie to uświadomiła. Kolejny raz nie zamierzała go stawiać pod ścianą. Zabraniać kontaktów z ich córką, której nawet jeszcze nie było na świecie. Stawiać warunków, których równie dobrze mógł nie spełnić przez lata. Sophia wiedziała, że czeka ich trudny czas, ale była też przekonana, że gdy to wszystko się uspokoi to nadejdzie czas dla nich. Taki prawdziwy, który nie będzie oczekiwał od nich tego, że którekolwiek się podporządkuje.
OdpowiedzUsuń— Jest tylko jedna data, której się musisz pilnować. I należy do niej. — Sięgnęła dłonią po jego, aby ułożyć ją na wierzchu brzucha. Te ostatnie tygodnie będą najważniejsze. Ten jeden konkretny dzień, kiedy wszystko się pozmienia. Nie oczekiwała, że złoży jej obietnicę, że nic do tego czasu się nie wydarzy, ale po prostu, jak chyba każda oczekująca mama, chciała wierzyć, że nie przejdzie przez ten dzień sama i będą tam oboje. Doświadczą tej samej paniki, radości i ulgi, kiedy będą w końcu mogli ją wziąć na ręce.
Widziała, że to co powiedziała było dla niego ważne. Może nie tyle co nim wstrząsnęło, ale dało ulgę, której dawno u niego nie widziała. Pokręciła lekko głową. Nie chciała, aby je dziękował, a jednocześnie dobrze to rozumiała.
— Weź, ile czasu potrzebujesz. Wszystko inne poczeka. Ja zaczekam. — Powiedziała cicho. Jednak nie w formie pustej obietnicy, którą mogła w każdej chwili złamać. Sophia naprawdę chciała zaczekać na to, aż Carter będzie gotów to zakończyć.
Zerknęła w jego oczy. Przepełnione zmęczeniem i ulgą. Musnęła opuszkami palców policzek mężczyzny.
— Ja ciebie też kocham. — Odpowiedziała trochę ciszej. Chwilami nie mieściło się jej w głowie, jak bardzo go kochała. I jak wiele własnych zasad dla niego naruszyła. Ile zmieniła w swoim życiu, aby mogli razem być. I nie żałowała nawet jednej sekundy.
Uniosła lekko brew i zaśmiała się pod nosem.
— I myślisz, że ja wiem, jak się składa wózki? Oboje się z siebie nawzajem pośmiejemy. — Westchnęła. Nie miała pojęcia o dzieciach. Chciała ich, ale chęci niewiele wspólnego miały z wiedzą.
Zmrużyła lekko oczy, gdy powiedział, że i tak ją ściągnie.
— Och, naprawdę? — Powiedziała. Przesunęła językiem po ustach, jakby się nad czymś zastanawiała. — Wiele ryzykujesz dla tego jednego spojrzenia.
W końcu powoli zaczynało się między nimi robić wygodniej. Luźniej. Sophia z ulgą przyjęła te zmiany. Po tym wieczorze, który runął i złożył się z powrotem w całość, jedyne czego potrzebowała to tylko tego jacy byli razem.
— Ostatnio dajemy im same tematy do klikania. — Mruknęła. Najpierw ślub, którego nikt się nie spodziewał. Cichy, intymny. Bez setki gości. Zaraz po tym ciąża, której jeszcze bardziej się nie spodziewano, choć z tego co Sophia widziała to podobno na tygodnie przed tym, jak Carter to ogłosił oficjalnie internet podejrzewał, że Sophia jest w ciąży.
— Najbardziej to chciałaby sushi, ale to musi poczekać. — Westchnęła niemal z frustracją. Niby mogła zjeść te bez ryb i jadła, ale nie zadowalało jej to ani trochę. — I ta lemoniada z granatu… Zrobi się marudna, jeśli tego nie dostanie.
Sophia próbowała z nim żartować. Zdawała sobie sprawę, że nie będzie to wcale takie łatwe, ale chciała, aby zrobiło się między nimi przyjemniej niż przez ostatnie godziny. Mogła się spodziewać, że usłyszy „nie jestem głodny”. Pokiwała głową, nie chcąc zmuszać go do jedzenia, a potem powiedział coś jeszcze. Brunetka nie tyle co się zawahała, a przez chwilę po prostu milczała, zanim podniosła się z jego kolan. Powoli, bez zbędnego pospiechu.
— Pod warunkiem… — Warunek, oczywiście, że musiał się pojawić. Kącik ust Soph lekko zadrżał. — …, że dasz mi się po powrocie zaciągnąć pod prysznic. Wtedy ten skręt może być nawet średni.
Złapała go za dłoń i lekko pociągnęła za nią.
— Skręt, burgery i prysznic. Brzmi nieźle.
soph
Klubowy hałas uderzył w nich w momencie, kiedy znaleźli się z powrotem na Sali. Sophia szła za Carterem, trzymając jego dłoń pewnie w swojej. Nie patrzyła na boki. Otoczenie jej teraz nie interesowało. Nawet nie tyle, co chciała się stąd wydostać, a zostać z Carterem znów sama. Dać mu moment, aby odpoczął, choć nie była pewna, czy uda mu się to tej nocy zrobić. Mogła zająć mu głowę rozmowami, ale wiedziała, że wbrew wszystkim uśmiechom, które jej podaruje to wciąż będzie myślał o tym, co miało miejsce tej nocy. Będzie myślał o decyzjach, które podjął tego wieczoru i które będą miały swoje konsekwencje. To nie była sytuacja, którą mogła załagodzić swoim uśmiechem czy dotykiem, a jednocześnie nie chciała, aby spędził resztę nocy myślą tylko o tym. Udawała, że nie widzi tych wyciągniętych w jego stronę telefonów i dłoni, które prosiły tylko o chwilę uwagi. Zanim się obejrzała wyszli na zewnątrz. Powietrze było chłodne, jednak czuć było w nim już wiosnę. Jeszcze kilka chłodniejszych nocy i Nowy Jork zacznie witać ciepłymi wieczorami. Czekała na nie z utęsknieniem.
OdpowiedzUsuńStanęła z boku. Z wiatrem, aby dym nie leciał w jej stronę. Nie wyglądała, jak ktoś kto ocenia. Próbowała zrozumieć i rozumiała, że w tej sytuacji nie pomoże mu ziołowa herbata. Tylko to, co leczyło go od lat. Nie mogła go też tak po prostu odciąć od tego. Zdawała sobie sprawę, że odsunięcie się od wszystkiego przede wszystkim, ale od niego będzie wymagało wiele pracy i chciała być cierpliwa. Chciała zrozumieć więcej.
— Owszem, warunek. — Potwierdziła skinięciem głowy. Zaraz jednak się zaśmiała po jego pytaniu. — Tak, zielskiem i papierosami. — Odparła. Nawet, jeśli nie on palił to wokół niego sobie nie żałowali, a dym osiadł mu na ubraniach i skórze, we włosach. Nie chciała się przytulać do popielniczki.
— A poza tym… Pachniesz naprawdę dobrze.
Od początku jej to akurat przeszkadzało. Powoli się przyzwyczajała, że papierosy go nie opuszczają, ale od kiedy zaszła w ciążę nie potrafiła tego znieść. Wyganiała go pod prysznic nawet, gdy wyszedł tylko na taras, aby zapalić, gdy siedzieli w domu. Dzisiaj zamierzała z tego skorzystać i z pójść tam razem z nim.
— Och, czyli tak to teraz nazywamy? — Uśmiechnęła się i wzniosła lekko brew. Zapach zwycięstwa, obrony honoru i rodziny. Przewróciła oczami i bez słowa dała się przyciągnąć bliżej. — Niech ci będzie. Zapach zwycięstwa.
Ułożyła dłonie na jego torsie, głowę lekko przechylając na bok. Spoglądała na Cartera z delikatnym uśmiechem. Spokojniejsza, a przede wszystkim szczęśliwa, że mogli wrócić do domu w lepszej atmosferze i potrafiąc sobie spojrzeć wciąż w oczy.
— Myślałam, że to oczywiste, że pod prysznicem do ciebie dołączę. — Odparła. W końcu właśnie o to jej chodziło. Chciała z tej nocy wyciągnąć dla nich coś więcej niż tylko powrót do domu, kolację i sen, który tak łatwo nie przyjdzie. Odrobinę bliskości. Zamknięcie się przed światem i trochę spokoju, zanim życie znów ich będzie łapało za gardło.
Sophia uśmiechnęła się delikatnie, kiedy zaczął mówić do małej.
— Poczekamy sobie na to sushi. I mówiłam poważnie. Minutę po chcę w pokoju ogromną tacę z sushi. — Zaśmiała się. Musiała powoli już ten dzień planować, ale jeszcze to odwlekała. Głównie z obawy przed tym, jak to będzie wyglądało, ale to było zmartwienie na później. — Lepiej, aby się nie spieszyła. — Mruknęła pod nosem. Wolała niecierpliwie na nią czekać w domu niż mieć ją szybciej, ale nie móc przez tygodnie zabrać do domu. Oboje odchodziliby od zmysłów, gdyby cokolwiek poszło nie tak.
W aucie Sophia oparła głowę o ramię Cartera. Nie tyle co nie była rozmowna, ale zapadła cisza. Jechali bez muzyki. Jedynie z dźwiękami auta i miasta za szybą. Zmęczenie dopadało ją szybciej niż myślała. Nic zresztą dziwnego. Pod wieloma względami to był intensywny dzień i wieczór. Ale na szczęście już zaczynał się kończyć, a oni mogli go skończyć wspólnie. Nawet nie chciała myśleć, jakby to wyglądało, gdyby jednak wrócili osobno. Lub gdyby przekonał ją, aby wróciła sama. Kiedy zobaczyłaby go wtedy?
Podniosła głowę, kiedy Carter się odezwał i delikatnie uśmiechnęła.
Usuń— Cieszę się. — Mówiła szczerze. Skoro mu to pomogło, to nic tylko się mogła z tego cieszyć. Może wolałaby, aby miał inne sposoby na odreagowanie, ale to nie była dyskusja na dzisiejszy wieczór.
— Nie mogłabym wyjść, Carter. — Powiedziała. Jakiś czas temu pewnie by to zrobiła, bo wtedy wielu rzeczy jeszcze nie rozumiała. Teraz sprawy wyglądały trochę inaczej. — I cię zostawić. I nie chciałam tego robić po raz kolejny.
Uśmiechnęła się nieznacznie i objęła go w pasie, wtulając się z całą ufnością, którą w sobie do niego miała. Przymknęła oczy, gdy ją objął. I tyle wystarczyło, aby chociaż na chwilę wszystko zdawało się być w porządku.
Zagryzała wnętrze policzka. Na usta cisnęły się jej różne pytania i wahała się, czy zadać je teraz czy może odpuścić, ale w końcu pękła. Nie potrafiłaby o tym przestać myśleć.
— Przede mną… — zaczęła powoli, nakreślając o moment, o który jej chodzi. — …, kiedy coś szło źle… jak to wyglądało? — Nie naciskała. Gdyby uznał, że nie chce jej odpowiadać to nie pociągnęłaby tematu dalej.
soph
Nie oczekiwała od Cartera natychmiastowej odpowiedzi. Teraz równie dobrze przyjęłaby brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Rozumiała, że to nie był łatwy czy przyjemny temat, ani taki, który chciał poruszać z nią. Jeśli czegoś się nauczyła to tego, aby nie pospieszać Cartera i pozwolić mu odpowiadać we własnym tempie. Może nie ze wszystkim, bo czasem jednak musiała go przycisnąć, jeśli chciała się czegoś dowiedzieć. Tym razem Sophia jednak zamierzała poczekać. Dać mu chwilę, aby pozbierał myśli i zdecydował, czy w ogóle chce odpowiadać, czy zaczeka z tym do innej okazji. Trzymała wciąż swoją dłoń w jego, a drugą ułożyła na jego torsie. Delikatnie przesuwała po nim palcami, jakby coś rysowała, a co sens miało tylko dla niej.
OdpowiedzUsuń— Przekichane masz z żoną, która się o wszystko pyta. — Mruknęła żartobliwym tonem i wtuliła twarz w jego ramię. Próbowała tylko Cartera zrozumieć. Dowiedzieć się o nim więcej. Mimo, że wiedziała już naprawdę wiele. Lubiła zadawać pytania. Nie po to, aby postawić go pod ścianą, a trochę po to, aby mógł wypowiedzieć na glos to co robił i zdał sobie sam sprawę, że nie było to najlepsze rozwiązanie.
Skinęła lekko głową niby w zrozumieniu, choć nie rozumiała wcale.
— Domyślam się, że musieli być zadowoleni. — Westchnęła. Zauważyła, jak to działało. Nie musiała być świadkiem wszystkiego, aby pewne rzeczy zauważać. Carter dużo jej mówił też wcześniej, a poskładanie sobie w jedno wszystkich informacji nie było z kolei wcale takie trudne, kiedy wiele już wiedziała. — Dobrze, że dzisiaj wracasz do domu. Mam milsze rzeczy w ofercie niż twoi kumple. — Uniosła się lekko, aby musnąć policzek mężczyzny.
Sophia nie zadawała kolejnych pytań. Nie próbowała go na siłę przekonać, że teraz podejmuje właściwe decyzje. On już to wiedział i nie potrzebował, aby ktoś mu wytykał, że wcześniej jego decyzje nie należały do najlepszych. Może w tamtym okresie życia były najlepszym co mógł dla siebie zrobić. Sophia również mocno doceniała to, że nie próbował chodzić tymi samymi ścieżkami co przed nią. Wybierał przyszłość, którą wspólnie tworzyli, a nie wątpiła, że to dla niego musiało być też naprawdę sporym krokiem.
Cisza, która zapadła w niczym nie przeszkadzała. Głowę miała wzniesioną, spoglądała na Cartera z lekkim uśmiechem, choć w jej oczach czaiła się nuta niepokoju. Coś co nie opuszczało jej od naprawdę dawna, a po ich dzisiejszej rozmowie nie mogła przestać myśleć o tym, że jej awanturowanie się było zwyczajnie zbędne i zastanawiała się, czy nie przysporzyła mu tym więcej problemów. Światła z zewnątrz czasem oświetlały jego twarz. Wyraźnie wskazując na rozciętą brew i wargę. Siniaki w miejscu, gdzie oberwał zrobiły się już ciemniejsze. Liczyła na spokojny powrót do domu i na odpoczynek. Żaden scenariusz nie przewidywał tego, co nadeszło później. Byli już pod budynkiem. Dzieliło ich tylko kilka minut, aż znajdą się w miejscu, które nazywali domem. Sophia nie od razu się poruszyła. Zmęczona nocą potrzebowała tych kilku dodatkowych sekund zanim przesunęłaby się, aby mogli wyjść. Tylko wtedy zamiast otwieranych drzwi pojawiło się coś innego. Dźwięk, którego na żywo przedtem nigdy nie słyszała. Coś co znała jedynie z telewizji.
Najpierw był huk.
Nie jeden. Kilka. Krótkie, brutalne uderzenia dźwięku, który wypełnił wnętrze samochodu. Tak nagle, że Sophia nie zdążyła nawet pomyśleć co to właściwie było. Światło z ulicznych lamp rozpadło się w jednej chwili, kiedy szyba eksplodowała. Odłamki szkła wpadły do środka. Były wszędzie. Na podłodze. Siedzeniach. W jej włosach.
Umysł brunetki nie zdążył tego zarejestrować w pełni. Zupełnie, jakby odpychał od siebie myśl o tym, co się właśnie wydarzyło. Carter działał szybciej niż Sophia. Ten jeden, jedyny raz, nie kłóciła się, że wie lepiej. Jeszcze kilka sekund temu siedziała wtulona w jego ramię, a teraz osłaniał ją swoim ciałem chowając przed tym co działo się na zewnątrz. Słyszała jego głos, który nie brzmiał teraz spokojnie, ale nie było w nim też paniki. Krótkie proste zdania, z którymi się nie wykłócała.
Potem nastała cisza.
UsuńGłucha, otępiająca, przytłumiona. Jakby ktoś zanurzył jej głowę pod wodę. W uszach jej dzwoniło, a oddech się spłycił w tej samej chwili. Czuła teraz na sobie tylko ciężar Cartera. Leżał na niej niemal całym ciałem wciskając do kanapy samochodu tak mocno, że przez moment nie była w stanie wziąć głębokiego oddechu. A może to było spowodowane czymś innym? Jego ramię było zaciśnięte wokół jej głowy, policzek wciśnięty miała w tors mężczyzny. Ciszę przerwało jej głośno dudniące w klatce Cartera serce. Szybkie i nierówne, jakby właśnie przebiegł maraton.
Sophia się nie poruszyła.
Nie tylko dlatego, że jej tego zabronił. Tylko, bo nagle jakby i jej ciało zapomniało, jak się poruszać, a także wiedziało, że to absolutnie najgorszy moment na sprzeczki. Dzwonienie w uszach nie ustępowało. Gdzieś z oddali dochodziły inne dźwięki. Może jakieś krzyki, może odgłosy miasta.
Jedna z jej dłoni automatycznie przesunęła się niżej.
Na brzuch. Na ich dziecko. Ich córkę. To był instynktowny ruch. Krótki. Sprawdzający. Jakby samo to miało wystarczyć, aby się upewnić, że jej nic nie jest. Dopiero wtedy pomyślała o Carterze. Jeszcze nie do końca zdawała sobie sprawę z tego co się wydarzyło. Wciąż ją nakrywał swoim ciałem. Wciąż był blisko, a jednak coś było nie w porządku.
Oddychał inaczej niż zwykle. Jego klatka piersiowa unosiła się nierówno pod jej policzkiem. Raz głębiej. Raz płycej. Jakby każde wzięcie oddechu wymagało od niego więcej wysiłku niż zazwyczaj. Przesunęła dłoń z brzucha na jego bok. Nie próbowała się podnieść, a Carter jakby instynktownie naparł na nią mocniej, jakby nie chciał, aby choćby myślała o zmianie pozycji.
— Carter… — Głos jej zadrżał i złamał się, kiedy na palcach poczuła coś ciepłego. Powietrze zapełniło się metalicznym zapachem.
Nie musiała patrzeć na dłoń, aby wiedzieć co na niej się znajduje. Gorąca, lepka maź.
Załkała. Tylko raz. Głośniej niż podejrzewała.
Zadrżała pod nim. Od strachu o niego, dziecko i siebie.
Zachwiał się nad nią, a choć wciąż nie rejestrowała rzeczywistości tak, jak powinna, dostrzegła właśnie to. Ten moment, kiedy ciało próbowało się poddać, ale umysł jeszcze na to nie pozwalał.
— Nic mi nie jest. — Powtórzyła po nim. Nie zrobiła tego bezmyślnie. Fizycznie nic jej nie było. — Jestem cała, Carter. Obie jesteśmy. — Dodała. Może chciała uspokoić tym jego lub siebie. — A ty… Carter… — Miała wrażenie, że pod dłonią czuje coraz więcej krwi. Że jest jej coraz więcej między nimi i w aucie.
Jeśli na zewnątrz było poruszenie, a było na pewno, Sophia tego nie słyszała. Ludzi, którzy w popłochu chowali się, choć sami nie wiedzieli pewnie przed czym. Portiera, który zawsze witał ich z uśmiechem z telefonem przy uchu gestykulującego gwałtownie. Ochrony budynku, która wybiegła. Nawet nie wiedziała, czy ich kierowca był cały.
Cały swój świat miała tutaj. Nad sobą z ciężkim oddechem, który czuła na włosach.
soph
Sophia go od siebie nie próbowała odepchnąć. Nie próbowała się wyrwać. Mimo, że całe jej ciało było nastawione właśnie na ucieczkę. Nie przed Carterem, ale przed tym, co się wydarzyło. Docierało do niej coraz szybciej, co się wydarzyło. Nagle, bez ostrzeżenia, została wepchnięta w scenę prosto z filmu akcji, o który się wcale nie prosiła. Nie mogła zlokalizować teraz miejsca, z którego sączyła się krew, ale ją czuła. Na dłoniach i w powietrzu. Wyraźny, metaliczny zapach, który nie był dobry. Palce Cartera z zaskakującą mocną siłą zaciskały się na jej karku i we włosach, a choć w innych okolicznościach pewnie syknęłaby z bólu teraz kompletnie nie zwracała na to uwagi.
OdpowiedzUsuń— Nic mi nie jest. — Powtórzyła. Próbowała zapanować nad paniką w głosie, bo, mimo że jej faktycznie nic nie było nie miała takiej pewności co do dziecka, a już tym bardziej co do Cartera. — Krwawisz, Carter… — Głos załamała się jej, kiedy wypowiedziała to na głos.
Nagle stało się to wyraźniejsze. Prawdziwsze. Miała na dłoniach jego krew. Czuła ją na nagim udzie. Sukienka powoli przesiąkała krwią gdzieś na jej boku. Jego krwią.
Pokiwała w zgodzie głową. Nie poruszyła się. Nawet nie drgnęła, choć tak bardzo chciała, aby oboje znaleźli się teraz w bezpieczniejszym miejscu z dala od tego wszystkiego. Przymknęła na moment oczy. Próbując zapanować nad tym, co właśnie działo się w jej głowie. Chaos. Krzyki dochodzące zewnątrz. Gorąca, lepka maź na palcach. Szkło we włosach. Rozsypane po całym samochodzie. Kierowca… Ich kierowca. Michael. Tak się nazywał. Sophia z nim często rozmawiała na błahe tematy, gdy woził tylko ją. Zawsze przynosił jej coś słodkiego i opowiadał o różnych klientach, których woził w przeszłości.
Kiedy Carter się od niej odsunął, otworzyła oczy. Spojrzała prosto w jego.
I widziała, jak bardzo teraz się próbuje ze wszystkich sił trzymać. Może dla niej, a może dla samego siebie. Jak stara się to mieć pod kontrolą, choć kontroli nie było tutaj już dawno. Żadne z nich jej nie miało.
— Nie, nie. — Sophia zaprotestowała, kiedy ochroniarze się przy nich znaleźli. Nie mogli ich teraz rozdzielić. Nawet, jeśli to była najrozsądniejsza decyzja. Ale nie miała tu nic do gadania. Sprawnie wyciągnęli ją spod Cartera, choć tak bardzo nie chciała go teraz zostawiać samego nawet na ułamek sekundy.
Jeden z nich narzucił jej na głowę marynarkę. Osłaniając przed wścibskimi ludźmi, którzy kręcili się w pobliżu. Niewystraszeni tym, co miało tu miejsce. Z telefonami w górze, jakby właśnie nagrywali kolejny koncert, a nie cudzą tragedię. Sophia w pewnym momencie całkiem straciła czucie w nogach i gdyby nie to, że obaj ją trzymali pewnie by upadła. Wprowadzili ją do środka. Z dala od okien.
— Carter nie został tam sam. — Powiedział do niej jeden z ochroniarzy. Widząc, że bez tego zapewnienia Sophia nie utrzymałaby się przy nich przez najbliższe minuty. Posadzili ją na jednej z kanap w holu. W miejscu z dala od świata zewnętrznego. Zarówno Sophia, jak i Carter byli priorytetem, jednak, aby pomóc jednemu i drugiemu musieli ich rozdzielić. Przynajmniej na chwilę.
Sprawdzali, czy jej coś nie boli. Czy nie ma żadnych obrażeń. Czy krew, którą miała na dłoniach, udach i sukience należy do niej. Sophia nie miała nawet rysy. Może delikatne od pękniętej szyby. Jednak nic zagrażającego jej życiu. Była cała. W szoku, ale cała i zdrowa.
Nie pozwolili jej od razu wstać. Jednak w momencie, kiedy zobaczyła Cartera, wiedziała, że nie będzie w stanie siedzieć spokojnie. Poderwała się z miejsca niemal od razu i w tej samej chwili została zatrzymana. Odłamki szkła wypadały jej z włosów, kiedy się mocniej poruszała. Cała drżała. Oddychała niespokojnie, ale nikt też nie oczekiwał, że w tej samej chwili zacznie się zachowywać tak, jakby nic złego się nie wydarzyło.
Dźwięczało jej w uszach. Nie słyszała zbytnio rozmowy. Głowa pulsowała dziwnego rodzaju bólem, którego przedtem brunetka nigdy nie czuła. Podpierała się o przedramię ochroniarza, gdy wstała, jakby chciała im udowodnić, że nic jej nie jest, że mogą dopuścić ją do Cartera.
UsuńBudynek został zamknięty. Portier wciąż rozmawiał z operatorem numeru alarmowego przez telefon. Mówiąc co się dzieje. W oddali słychać było wyjące syreny, które mieszały się z typowymi dźwiękami miasta.
Sophia nie słyszała, czy ktoś coś do niej mówi. Na moment jej oczy zrobiły się zwyczajnie puste, kiedy patrzyła w stronę siedzącego na podłodze Cartera. Koszula, która coraz bardziej przesiąkała krwią. Na zaciśniętą szczękę od bólu.
Dopiero wtedy zrobiła pierwszy krok. Chwiejny, prawie niepewny.
— Powinnaś usiąść. Dla siebie i dziecka… — Usłyszała za sobą i wiedziała, że ten głos ma rację. I w innej sytuacji by go posłuchała, jednak nie teraz, gdy kilkanaście kroków przed sobą widziała Cartera, który równie dobrze właśnie mógł się wykrwawiać.
— Dla siebie i dziecka sprawdzę, jak czuje się mój mąż. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Szarpnęła rękę z uścisku mężczyzny i choć jej krok wciąż nie był pewny to wbrew narzuconym zakazom musiała do niego podejść. Mimo, że nie wiedziała co powiedzieć, nie wiedziała, jak spojrzeć ani jak się zachować. Ochroniarz był dwa kroki za nią. Gotów zainterweniować, gdyby emocje wzięły jednak górę, a ciało się poddało.
Nie wydusiła z siebie słowa. Rozchylała usta, aby coś powiedzieć. Jednak nie wydała z siebie nawet dźwięku. Był tylko Carter, nasączona jego krwią marynarka i zakrwawiona marmurowa podłoga.
soph