They said I’d be nothin’.
So I became everything
ZAIRE
Carter Zaire Crawford
|
Jeszcze kilka lat temu Carter Crawford, znany dziś jako ZAIRE, pracował jako barman, a nocami nagrywał kawałki w prowizorycznym studio zbudowanym z kartonów i materacy. Dziś ma 29 lat, na jego koncerty przychodzą dziesiątki tysięcy fanów, a jego wizerunek widnieje na billboardach w Los Angeles i Tokio.
Popularność wywróciła jego życie do góry nogami. Wraz z sukcesem przyszły pieniądze, sława i nowi znajomi. ZAIRE zaczął pojawiać się na imprezach z celebrytami, otoczony ludźmi z branży, których intencje często budziły wątpliwości. Wizerunek charyzmatycznego buntownika budował świadomie – ekstrawaganckie stroje, drogie samochody, nocne życie i burzliwe związki, które kończyły się równie spektakularnie, jak się zaczynały, tylko podsycały zainteresowanie mediów.
Choć jego kariera muzyczna rozwija się dynamicznie, życie osobiste ZAIRE’a pozostaje niespokojne. Liczne skandale, zmieniające się twarze w jego otoczeniu i rosnące ego sprawiają, że coraz częściej mówi się o nim nie jako o artyście, lecz o postaci ze świata plotek.
Za fasadą blichtru wciąż jednak kryje się chłopak z Bronxu – utalentowany, ale niedojrzały emocjonalnie, zagubiony w świecie, w którym wszystko przychodzi zbyt szybko. Bo choć jego utwory biją rekordy, a fanbase rośnie z dnia na dzień, to jedno pozostaje niepewne: czy ZAIRE będzie potrafił przetrwać nie tylko na scenie, ale i poza nią.
Jego historia to klasyczny przykład amerykańskiego snu, ale też przestroga przed tym, co może się wydarzyć, gdy ten sen staje się rzeczywistością. Zachłysnął się sławą jak dziecko dymem – nie wiedząc, że zaczyna się dusić.
|
Sophia nie potrafiła tego objąć umysłem. Z jednej strony rozumiała co do niej mówił Carter, a z drugiej to wszystko wydawało się być wręcz irracjonalne. Brzmiało to trochę, jakby nagle ktoś ją wrzucił prosto w środek filmu akcji, a ona została tą bohaterką, która jest zielona w tym wszystkim i tylko udaje, że rozumie co się wokół dzieje.
OdpowiedzUsuńZ początku się nie odezwała. Wtedy mnie nie będzie. Zacisnęła usta, jakby tym samym powstrzymywała się przed wypowiedzeniem słów, których mogłaby żałować. Przecież już wcześniej wiedziała, że istnieje taka możliwość, prawda? Sophia była tego świadoma, kiedy zaczęła być z Carterem, a może paręnaście tygodni później. Gdzieś w środku cały czas miała to przeczucie, że kiedyś może do tego dojść. Że któregoś razu po prostu go nie będzie, a ona zmuszona będzie, żeby to zaakceptować.
Nie potrafiła się zmusić do tego, aby samej sobie powiedzieć „hej, będzie dobrze. Carter jest nietykalny i nic mu nie będzie”. Doskonale przecież wiedziała, że to jest bezczelne kłamstwo. I Carter również to wiedział i dobrze zrobił, że nie zdecydował się na to, aby zacząć teraz ją pusto zapewniać, że nic mu się nie stanie. Kilka lat… Kilka lat. Ile to było kilka lat? Pięć? Trzy? Siedem? Tyle może byłaby w stanie wytrzymać. Może mogliby… Może mogliby to przetrwać. Z drugiej strony nie chciała myśleć o takich rzeczach i nastawiać się na najgorsze. Wyobrażać sobie tych wizyt raz w tygodniu lub rzadziej, ciągłej kontroli i tego życia, w którym za wychowanie ich dziecka Sophia byłaby odpowiedzialna sama.
— Mógłbyś… — zaczęła cicho, ale musiała na moment przerwać, aby poukładać sobie w głowie to, co chce mu powiedzieć. Bo nie zamierzała na niego naskoczyć, jaki miałaby w tym niby mieć cel? Nie zamierzała krzyczeć ani go o nic oskarżać. Miała tylko jedną, małą prośbę, którą być może Carter będzie mógł spełnić. — Mógłbyś się upewnić, żeby dalej z nimi współpracować i nie znikać? — Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć. Rozumiała, że nawet z współpracowaniem wciąż mógłby mieć jakieś zarzuty, że takich rzeczy nie wymazuje się od lak, a jednocześnie cholernie liczyła na to, że jeśli dalej będzie współpracował to co najwyżej dostanie po rękach, ale wciąż będzie w domu. Razem z nią i z ich dzieckiem.
Owszem. Prawda brzmiała gorzej niż się spodziewała. I jednocześnie o wiele lepiej niż przypuszczała. Znajdowała się pośrodku wszystkiego o czym Sophia myślała. Wcale nie była teraz spokojniejsza, ale przynajmniej wiedziała. Nie była okłamywana. Nie próbował zmyślić historyjki, która dobrze wybrzmi, a Sophia przestanie się po tym czepiać. Sama już nie wiedziała, co ma o tym wszystkim myśleć. Pogubiła się, a jednocześnie Carter nie mógł łatwiej jej tego wytłumaczyć.
— Domyślam się, że to tak nie wygląda. — Mruknęła pod nosem. Nie miała z takimi rzeczami wcześniej styczności. Wszystko co wiedziała pochodziło z książek czy filmów, ale nie było rzeczywistością.
Westchnęła cicho, a potem przytuliła się do niego odrobinę mocniej. Nie, jakby to był ostatni raz, a jutro już miało go nie być. Tylko z potrzebą, która wywodziła się z tych wszystkich słów, które od niego dziś usłyszała i które musiała przetrawić na spokojnie.
— Ale kończysz z tym? Na dobre, prawda? — Spytała. Musiała wiedzieć, czy naprawdę chciał z tego się wyplątać, czy robił to, bo zrobiło się gorąco i to był odpowiedni moment, aby zrobić krok wstecz. Ciekawa była, czy odchodził, bo naprawdę tego chciał czy ona go do tego zmusiła wszystkimi swoimi „jeśli”, którymi go zarzuciła zanim wyszła z tego penthouse przed świętami. — Strasznie to wszystko brzmi. Trochę tak, jakbym… Jakbym miała się z tobą zaraz pożegnać.
I wiedziała, po prostu wiedziała, że teraz za każdym razem, gdy będzie wychodził to zacznie się zastanawiać, czy to nie jest ostatni raz, jak go widzi. Czy kolejny nie będzie już na widzeniu. To było głupie, ale jak miała się przed tym powstrzymać? Naprawdę nie chciała o tym myśleć w ten sposób. Nastawiać się na najgorsze, ale na najlepsze chyba też liczyć nie mogła. Więc po prostu… Liczyła na to, że będzie dobrze. Nieidealnie, ale dobrze. I to jej wystarczy.
Przyjmowała informacje, które Carter jej dawał w ciszy. Czasami nie wiedziała, jak ma zareagować ani czy w ogóle powinna była cokolwiek mówić. Była zmęczona, ale jednocześnie potrzebowała usłyszeć to wszystko, aby poczuć, że w końcu rozumie z czym Carter się mierzy. I on tego też potrzebował. Nawet, jeśli nie sądził, że ta wiedza jest jej do czegokolwiek potrzebna.
Usuń— Nie wiem, jak to jest, Carter. — Westchnęła pod nosem, ale nie w irytacji. Sophia naprawdę takich stanów nie znała. Nie miała pojęcia, jak takie rzeczy działają. Teraz dzięki niemu dowiadywała się, jak to właściwie działa i… Cholera, wcale jej się to nie podobało. Ale co miała z tym zrobić? — Więc, kiedy znikałeś w klubie… to zajmowałeś się tymi rzeczami? — Spytała. Bez nazywania ich po imieniu. Chyba nie musieli tego robić, a Sophia nie pytała też o szczegóły.
— I wszyscy… Jade, Kai i inni… oni też to robią? — Nie rzuciła jednym imieniem. Ono zawisło między nimi w ciszy. Nie wiedziała, czy Carter jej odpowie. Może tego nie zrobi lub ominie. Teraz to było już chyba bez większego znaczenia.
Poprawiła się na łóżku, wtulając teraz w poduszkę, a nie w Cartera, kiedy się od niej odsunął. Nie przysunęła się. Dała mu tę przestrzeń, której najwyraźniej potrzebował. Ciepły, trochę leniwy uśmiech rozlał się jej po twarzy, jakby ona sama chciała się na moment rozluźnić.
— Możesz iść ze mną jutro na jogę, jeśli potrzebujesz. — Mruknęła pod nosem. Daleko nie musieli. W budynku była siłownia, z której Sophia chętnie korzystała. Miło było zjechać kilka pięter niżej, a nie tłuc się przez pół miasta. — Zostanę, okej? Może się prześpię. Zmęczyłeś mnie. — Mruknęła z zaczepnym oskarżeniem w głosie. — Ale mógłbyś po drodze kupić kwaśne żelki… i ten ciasteczkowy krem.
soph
Pytając się o te wszystkie rzeczy Sophia nie kierowała się tylko i wyłącznie ciekawością. Bo ona, owszem, była obecna, ale nie znajdowała się na pierwszym miejscu. Sądziła, że kiedy Sophia pozna prawdę to poczuje się trochę pewniej i poniekąd tak właśnie było, a jednocześnie wyznanie Cartera zasiało w niej większy niż do tej pory niepokój. Nie chciała się tym karmić i wyobrażać sobie, że spędzą życie osobno. Ona tutaj, a on… Gdzieś w więzieniu. Gdzie w ogóle więzienie było? Byłby tutaj w Nowym Jork czy w zupełnie innym miejscu? Odsunęła od siebie te myśli. Carter był teraz tutaj. Siedział obok niej na łóżku, szedł na spacer z ich psem. Póki co, ale było dobrze.
OdpowiedzUsuńBlado się uśmiechnęła, kiedy na nią spojrzał. Nie chciała już zbyt wiele mówić i zarzucać go dziesięcioma tysiącami pytań, bo tych i tak padło wystarczająco wiele, a ona teraz musiała sobie wszystko to jakoś poukładać w głowie. Spróbować przynajmniej.
— Wiem, że pytam się o wiele rzeczy. — Westchnęła cicho, ale nie przepraszająco. Powoli zostawiała za sobą etap przepraszania za wszystko co robi, bo nie za wszystko przepraszać musiała. — Chciałam tylko… wiedzieć, jak to wygląda.
Pokiwała lekko głową, kiedy mówił dalej. To nie było takie łatwe na jakie brzmiało. Oddzielnie od siebie tego co Sophia usłyszała od codzienności. Pamiętała te tygodnie, kiedy Carter wychodził niemal co wieczór, kiedy co chwilę drzwi do penthouse się otwierały. Wpadał jego menadżer lub ktoś jeszcze inny. Szybkie omówienie tematu. Sophia udająca, że nie wie co się dzieje. Nieciekawe nastroje. Ponure spojrzenie. Nieustające telefony. To wszystko ciężko było zignorować, ale… Postara się. Chciała się postarać i przede wszystkim, ale nie chciała, żeby teraz najważniejsze było to co jej powiedział. Wciąż przecież byli sobą, prawda? Sophią i Carterem. Wciąż mieli plany. Wciąż ich życie rozgrywało się tutaj, a nie… Gdzieś tam, gdzie pojawiali się nieciekawi ludzie.
Byli przede wszystkim tutaj.
— Postaram się o tym pamiętać. — Obiecała. To nie będzie łatwe i oboje to rozumieli. Zdawała sobie sprawę z tego, że czasami będzie mogła o tym zapomnieć, ale liczyła, że nie dojdzie znów do tego, że odejdzie. Sophia, mimo wszystkiego co usłyszała, wciąż nie potrafiła wyobrazić sobie życia bez niego. To, że nie byłoby już jej i Cartera. Tylko dwójka ludzi, która się kocha, ale z różnych powodów nie może ze sobą być. To nie brzmiało w porządku. To nie było w porządku.
Nic z tego co powiedział jej Carter nie było łatwe, ale musiała jakoś sobie z tym poradzić. I to nie tak, że zamierzała się komuś z tego zwierzyć. Jedyną osobą, z którą o tym mogła rozmawiać był Carter i Sophia, mimo tego, jak gadatliwa czasem potrafiła być, nie zamierzała ujawnić tego wszystkiego. Nie potrafiłaby. Nawet ze świadomością, że powinna.
Przymknęła lekko oczy, kiedy nachylił się, aby pocałować ją w czoło. Taki prosty, ale znaczący gest. Znaczący więcej niż mógł sobie wyobrazić.
— To nie moje zachcianki. — Mruknęła, jak na swoją obronę. Powinien się cieszyć, że jeszcze nie było z nimi źle. Ciekawiło ją, czy w końcu zacznie mieć ochotę na naprawdę odklejone połączenia, bo póki co ciągnęło ją głównie do słonego. — I jesteś za nie współwinny. Więc… najkwaśniejsze żelki, jakie uda ci się znaleźć i krem. Najlepiej ten w półlitrowym opakowaniu… Nie patrz tak. Może zrobię z niego sernik.
Oboje wiedzieli, że żadnego sernika nie będzie. Będą za to żeli, łyżeczka i wyjadanie prosto z opakowania. Na więcej nie było co liczyć, a przynajmniej nie dziś, bo naprawdę, ale nie miała sił na to, aby się nawet ruszyć do łazienki.
Sophia odwróciła się w stronę drzwi, kiedy wstał. Chciała go odprowadzić spojrzeniem, a potem się odezwał. Powiedział coś co uderzyło w nią mocno i bez ostrzeżenia. Nosiła w sobie informacje, które mogły go pogrążyć. I on jej to wszystko powiedział. Nie, bo trzymała go na muszce. Nie, bo groziła „powiesz lub odejdę”. Opowiedział jej to wszystko, a ona… Ona teraz miała wobec Cartera pewien obowiązek. Nie nazwał tego w ten sposób, ale tak to odczuła.
— Nie pytałam, żeby komuś o tym opowiedzieć. — Zapewniła. Nie siedziała tu z dyktafonem. Nie zapamiętywała tego, co jej powiedział, aby móc rozpowiedzieć to dalej. — Pytałam, aby było między nami lepiej. Bez sekretów, bez… Ciężaru, który w sobie nosiłeś. I tego nie zamierzam zapominać.
UsuńCisza, która zapadła po tym, jak Carter wyszedł wcale nie była odświeżająca. Raczej lepka i ciężka. Sophia została sama ze swoimi myślami. Nie zasnęła tak, jak myślała. Głowę miała pełną od wizji. Tych najpiękniejszych, w których nie sięga ich nic złego po te, w których budzi się w tym penthousie sama i kolejne lata również spędza tu sama. Wychowując tego małego człowieka, który jeszcze nie miał nawet imienia. Nie wiedziała, co wydarzy się później ani jak dalej będzie wyglądało ich życie, ale wiedziała tyle, że nie zamierza się teraz poddać i znów znikać, kiedy pojawi się problem, nad którym nie ma kontroli. Postara się zostać. Pamiętać to, co jej mówił dziś. To, jak się czuła, kiedy słuchała piosenek, które dla niej zrobił. I pamiętać to, co jej wtedy powiedział. Aby pamiętała o tym, co od niej czuje, kiedy nie wszystko idzie zgodnie z planem. Zapomniała o tym. Tamtego dnia, kiedy myślała, że przekreślona będzie cała ich przyszłość. Wtedy o tym zapomniała.
Kolejny raz tego błędu nie popełni. Nie mogła sobie na to pozwolić. Stracić go znowu. Stracić ich. Wszystkich innych mogła, ale nie Cartera. Nie to co zbudowali wbrew wszystkim.
soph
Bahamy były znacznie lepsze niż sobie wyobrażała i wszystkim czego po tym nieprzyjemnym czasie potrzebowali. Cieszyła się gorącym piaskiem pod stopami, turkusową wodą, promieniami słońca, które tak chętnie muskały jej skórę. Najbardziej jednak cieszyła się Carterem. Tym, że nie było żadnych telefonów, które wyrywałyby go z łóżka o trzeciej w nocy, nie było żadnych nieprzyjemności, które mogłyby w jakikolwiek sposób wejść między nich. Byli tutaj tylko we dwoje. I Gigi, która absolutnie oszalała na widok plaży i oceanu, który pokochała od zamoczenia w nim łapek po raz pierwszy. Biegała jak szalona wzdłuż plaży, tarzała się w piasku i moczyła w wodzie, jakby była stworzona do plażowego życia i zdecydowanie odetchnęła po nowojorskich mrozach, których cała ich trójka miała serdecznie dosyć. Bahamy były idealnym miejscem, w którym mogli w końcu odpocząć od wszystkiego, a przede wszystkim również lepiej zrozumieć siebie nawzajem. Nie było żadnych długich, wymagających rozmów, od których nie byli pewni, gdzie stoją. Było za to dużo czułości, splątanych ze sobą ciał i spokojnie mieszających się ze sobą oddechów, jakby nic między nimi w ostatnim czasie nie stało.
OdpowiedzUsuńSophia nawet nie próbowała ukrywać, że miło było oderwać się od rzeczywistości, która była przygniatająca. Przez tamte dni, kiedy wyniosła się z apartamentu nie wiedziała, jak ma sobie radzić ze wszystkim. Wcale sobie nie radziła. Opanowanie, którym o obdarzyła przed kliniką było wyćwiczonym aktorstwem, bo z jakiegoś powodu Sophia nie chciała, aby Carter pomyślał, że jest w kompletnej rozsypce. Że sobie bez niego nie radzi. Że bez nikogo sobie nie radzi. I prawda była taka, że gdyby nie parę bliskich osób to Sophia nie poradziłaby sobie z niczym. A teraz, gdy leżała na leżaku skąpana w ciepłych promieniach słońca, które muskało jej skórę i z książką na brzuchu, nawet nie wiedział o czym czyta, bo wzrok unosił się raz po raz w stronę basenu, gdzie był Carter, to Sophia nie czuła absolutnie żadnych problemów, które jeszcze mogły im dmuchać w kark.
Widziała, jak wychodzi z basenu. I wiedziała, że przyjdzie prosto do niej. Czekała na to, a kiedy cień Cartera nad nią na moment zawisł, wsunął się na leżak przy niej przez co Sophia upuściła książkę, nawet nie mruknęła. Jęknęła, ale nie w proteście, a raczej cichym zachwycie, że to wszystko między nimi naprawdę się działo. Mokra skóra przykleiła się do niej, a Sophia nawet nie mogła się o to gniewać.
— Hej. — Mruknęła w odpowiedzi z czystym zachwytem w glosie. Zachwycona była nim, tym miejscem, ale przede wszystkim tym, jak między nimi się teraz poukładały sprawy. Tym, że nie uciekali od siebie, a wręcz lgnęli do tego, aby spędzać razem czas.
Zaśmiała się na jego słowa.
— To nie moja wina, że mi wiecznie zimno, a ty jesteś taaaaak gorący. — Wymruczała z rozbawieniem w głosie, a potem musnęła jego policzek. — Poza tym, ogrzewanie mnie idzie w pakiecie z byciem ze mną. Powinieneś się do tego już przyzwyczaić.
Przesunęła dłonią po jego ramieniu. Ciepłe od słońca. Skóra wysychała mu szybko, że nawet już nie czuła w zasadzie tego chłodu. Było jakieś trzydzieści stopni, słońce przyjemnie grzało, a delikatna bryza znad oceanu czasem muskała ich ciała. Było idealnie. Było dokładnie tak, jak być powinno. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Ciszę między nimi przerywała tylko zabawka Gigi, którą gryzła, ale dźwięk dochodził gdzieś z wnętrza willi. Chłodziła się pewnie w klimatyzacji i dobrze, bo chwilami żadne z nich nie nadążało za tym, aby chować jej w cieniu.
Sophia chętnie zostałaby tu na zawsze. Tylko oni, Gigi i spokój, który był im tak niesamowicie po tych wszystkich wydarzeniach potrzebny. Nie było w niej nawet jednej negatywnej myśli, odkąd tu wylądowali, a w zasadzie od kiedy weszli na pokład samolotu. Zupełnie, jakby wszystko wtedy wyparowało i liczyło się tyle, że są razem, że będą razem i nic ani nikt nie jest im w stanie przeszkodzić.
— Pomyślałam, że możemy na kolację przejść się do tej restauracji, którą ci pokazałam. — Odezwała się po chwili, a jej twarz rozświetlił uśmiech. — Na taką małą randkę. Co ty na to?
OdpowiedzUsuńsoph
Sophia przewróciła oczami z cichym westchnięciem.
OdpowiedzUsuń— Wiesz, z tobą każdy dzień jest jak randka. — Wcale z tym nie oszukiwała. Carter potrafił sprawić, że nawet zwykłe siedzenie w domu zmieniało się w randkę z najwyższej klasy. Sophia nie miałaby nic przeciwko temu, aby spędzili w tej willi cały wyjazd. Mieli pod nosem tak naprawdę wszystko, czego potrzebowali. Plaża? Jest. Basen? Jest. W zasadzie wszystko i jeszcze więcej mieli na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko powiedzieć, że czegoś chcą (lub ona chce) i w przeciągu niecałej godziny życzenie było spełnione.
— Niemożliwy czasami jesteś. — Westchnęła.
Nie potrafiła się jednak nie uśmiechać, kiedy, odkąd się tu znaleźli wszystko było między nimi takie… Spokojne. Na ogół nie myślała o wydarzeniach z Nowego Jorku. O tamtej rozmowie między nimi, kiedy leżeli w łóżku. Nie pytała się o to, co na nim widziała. Właściwie wypchnęła to z umysłu. Tak będzie dla wszystkich lepiej, a przynajmniej tak właśnie Sophia myślała. Nie chciała tego rozpamiętywać. Rozgrzebywać. Zniszczyć tego co wciąż między nimi było kruche i delikatne.
— Chcę iść. — Powtórzyła, ale bez nacisku w głosie, bo wiedziała, że nie musi go namawiać. Carter jej nigdy nie odmawiał, a już zwłaszcza tak prostych rzeczy. Cicha restauracja, w której nie powinni trafić na jego fanów. Niemal nie opuszczali willi, więc tak na dobrą sprawę mieli spokój od osób, które mogły go rozpoznać i prosić o chwilę rozmowy czy zdjęcie. To akurat Sophii nigdy nie przeszkadzało, ale teraz naprawdę chciała mieć go w pełni dla siebie. — Chcę się dla ciebie ładnie ubrać, zjeść dobrą kolację i wypić absurdalną ilość oranżady, skoro nie mogę wina. I potem wrócimy… I pozwolę, aby zadziałała ci wyobraźnia. — Mruknęła muskając lekko linię jego szczęki. Musiała się odrobinę przekręcić, aby być w stanie to zrobić. Leżała teraz bokiem do Cartera z nogą luźno przerzuconą przez jego.
Sophia po jego słowach lekko zacisnęła usta i mogła przysiąc, że poczuła na policzkach gorąc. Zbyt łatwo przychodziło mu wprawianie jej w zakłopotanie, kiedy tak naprawdę nie robił nic szczególnego.
— Codziennie się tak patrzysz. — To wcale nie było nawet kłamstwo. Miała wrażenie, że odkąd wróciła to Carter nie spuszcza z niej wzroku nawet na pół sekundy. Uwielbiała to. Nawet, kiedy się śmiała mówiąc mu, że ma przestać to w głębi wcale nie chciała, aby przerywał. Chciała, aby patrzył się tak na nią do końca życia. — I rób tak dalej. Lubię, kiedy to robisz, a jeszcze bardziej, kiedy nie mam, gdzie tym wzrokiem uciec.
Tylko Carter, Sophia i ten mały żelek, który rósł każdego dnia coraz bardziej. Jeszcze nie wiedzieli kim jest, ale wiedzieli, że wszystko z nim lub z nią jest w porządku i to było najważniejsze co mogło teraz być. Sophia jeszcze żadnych przeczuć nie miała. Nawet nie była pewna czy takie przeczucia istnieją naprawdę, czy to tylko ciche życzenia mam, aby dziecko noszone pod sercem było konkretnej płci.
— Obiecuję, że nie pisnę nawet słowem na twój wybór garderoby. — Zaśmiała się. Nie zamierzała się czepiać. To miał być wyjazd bez uszczypliwości. Nawet tych w dobrej wierze. — Tylko jakąś załóż. Nawet, jeśli ma być neonowa. Bez cię stąd nie wypuszczę.
Widziała w walizce ładne lniane koszule, które oczywiście sama mu tam wpakowała, bo przed wyjazdem Sophia jeszcze udała się na zakupy. Rzadko pozwalała sobie na zakupowe szaleństwa, ale tym razem to zrobiła i wróciła do domu obładowana torbami, a połowy z rzeczy, które kupiła dla siebie nie spakowała i za parę tygodni się nawet nie da rady się w nie zmieścić.
— Nie wiem, czy pamiętasz, ale kiedyś mi mówiłeś, że nie dasz mi się zaciągnąć do opery, a teraz coś mówisz o wiedeńskiej… — mruknęła pod nosem. Zmrużyła lekko oczy i spojrzała na mężczyznę z dołu. — Groziłeś, że mnie zostawisz na parkingu czy coś w ten deseń…
Droczyła się z nim w najlepiej im znany sposób. Ten spokojny, który nie wymagał od nich wysiłku. Taki, który nie zaczepiał o tematy, które przypadkiem mogły wywołać lawinę niepotrzebnej wymiany zdań. Była tylko ich dwójka i Gigi. Niczego więcej przecież nie potrzebowali.
Sophia nie rozdrapywała tych ran, które w sobie nosili. Dawniej nie potrafiłaby tego zostawić w spokoju, ale teraz nie było sensu tego robić. Obecnie potrzebowali ciszy oraz spokoju. Czegoś co pozwoli im odetchnąć w spokoju, a nie kolejnych dram. I to było orzeźwiające. Bardziej niż mogła się z początku spodziewać.
OdpowiedzUsuńsoph
Carter nie zdawał sobie nawet sprawy, ile kosztowało ją, aby nie zacząć rozdrapywać tego od początku. Wtedy w sypialni możliwe, że usłyszała wystarczająco dużo, aby na tamten moment się uspokoić. Nie zaspokoić swoją ciekawość, bo nigdy nie chodziło jej o ciekawość. Sophia nie była jedną z tych osób, które chcą usłyszeć każdy najdrobniejszy szczegół, aby potem to jakoś wykorzystać. Ona tego potrzebowała, bo chciała zrozumieć Cartera. To, jak funkcjonował i jaki był, ale chciała też niejako dopasować siebie do niego. Im więcej Sophia wiedziała tym łatwiej jej było pogodzić się z rzeczami, które się działy. Nie zgadzała się z nimi i nie chciała dla nich takiego życia w strachu, ale chciała, aby w końcu między nimi zaczęło się układać, a karmiona ciągle kłamstwami nie potrafiłaby z nim próbować układać sobie życia. Dlatego robiła wtedy wszystko, aby Carter przed nią opuścił mury. Nie była pewna, czy zrobił to w stu procentach, ale na pewno dopuścił ją w końcu do siebie bliżej niż kiedykolwiek wcześniej przez te wszystkie miesiące, które spędzili razem.
OdpowiedzUsuńBahamy jednak nie smakowały jak błędy popełnione w Nowym Jorku. Bahamy miały smak nowego startu. Czystej kartki, która choć może była nieco pognieciona to miała też przestrzeń, aby zapisali swoją historię na nowo. I dokładnie to tutaj robili. Rozleniwieni, jedząc słodkie owoce i nie martwiąc się niczym. Może tylko tym, aby odpowiednio szybko zejść ze słońca, kiedy te zbyt mocno grzeje. Na to z kolei rzadko mieli ochotę. Ciężko było nie chcieć czuć ciepłych promieni, kiedy ostatnie trzy miesiące w Nowym Jorku były dość pochmurne, prawda?
— I za każdym razem wychodzi ci to lepiej niż poprzednio. — Przyznała. Nie potrafiła tego powstrzymać, bo wystarczyło, aby Carter konkretnie na nią spojrzał i Sophia dosłownie miękła, a wraz z tym pojawiały się te przeklęte rumieńce, których może teraz nie będzie aż tak widać, kiedy skóra złapała więcej koloru od słońca i w końcu przestała być tak blada od braku witaminy D.
Palcem lekko sunęła po jego ramieniu, które już zdążyło wyschnąć. Musiała mu przypomnieć o kremie z filtrem zanim znów go będzie ciągnęło do basenu albo na plażę.
— Zdaję sobie sprawę z tego, jaka ona może być. — Odparła z pełną powagą. Nie zapomniała i jej ciało też nie zapomniało. I myślała o tamtym dniu zdecydowanie zbyt często. — I coś mi się wydaje, że jeszcze mogę się zaskoczyć. — Dodała i puściła mu oczko. Uśmiechała się przy tym lekko, ale nie prowokująco. Na to jeszcze będzie odpowiedni czas, a teraz po prostu chciała się nacieszyć tym, że jest przy niej i jest blisko, a cała reszta mogła poczekać.
— Nie masz neonowych koszul. — Powiedziała to niemal z ulgą. Nie mogła narzekać, bo Carter się dobrze ubierał. Choć to wcale jej nie powstrzymywało przed tym, aby czasem mu coś podrzucić czy przygotować samej. — Całkiem przyjemny ten plan.
Przymknęła na moment oczy, kiedy dłoń Cartera sunęła po jej udzie. Miała na sobie tylko bikini. Właściwie w willi nie nosiła nic innego. Czasem jakieś sukienki, ale główną garderobę stanowiły stroje kąpielowe, których miała zdecydowanie za dużo.
— Wcale nie będę zła, jeśli randka miałaby się skończyć z tego powodu wcześniej. — Mruknęła. Wyciągnęła lekko głowę, aby musnąć jego policzek. Wszystko układało się tak, jak powinno. — Tylko po deserze, okej? Inaczej będziesz miał na głowie marudną dziewczynę.
Nieco mocniej ścisnęła jego dłoń, gdy ujął jej. Jak w zapewnieniu, że ona się nigdzie nie wybiera, bo się nie wybierała. Tym razem… Tym razem naprawdę chciała zostać, a przede wszystkim nie chciała otrzymywać powodów, które podsuwałyby jej pomysł odejścia.
Sophia sama na moment zerknęła na brzuch. Zaokrąglony. I choć już się przyzwyczaiła do ciąży to dalej nie mogła w nią uwierzyć. W to, że jeszcze trochę i nie będą tylko we dwójkę.
— Chciałabym. — Odparła bez wahania. — Ale wszystko w swoim czasie. Najpierw Bahamy, a potem… Potem cała reszta. I może obejdzie cię bez porzucania mnie na parkingu. — Zaśmiała się krótko. Nawet, jeśli sobie na to swoim zachowaniem zasłużyła.
Uwielbiała jego śmiech. Taki, który brzmiał dokładnie tak, jakby nie miał żadnych zmartwień. I w tym miejscu naprawdę ich nie mieli. Mogłaby go słuchać tak bez końca. Swobodnego, rozbawionego i takiego w pełni jej. Tylko jej. Mówiły o tym nie tylko jego oczy czy sposób w jaki ją przy sobie trzymał. Przez te ostatnie dni niemal nie opuszczali swojego boku, a Sophia zdała sobie sprawę z tego, jak naprawdę za nim tęskniła. I jak ogromny błąd by popełniła, gdyby jednak nie zgodziła się wtedy, aby z nim wrócić do mieszkania.
OdpowiedzUsuń— Kocham, kiedy taki jesteś. — Przyznała. Wzrokiem delikatnie przesuwała po jego twarzy. Widziała znajome zmarszczki, kiedy się śmiał. Usta rozciągnięte miał w lekkim, przyjemnym śmiechu, którego nie widziała tak szczerego od… Od bardzo dawno. — Mam nadzieję, że będzie miał twój uśmiech. I oczy.
Jeśli będzie miało, a Sophia naprawdę na to liczyła, to wiedziała, że będzie na przegranej pozycji. Dziecko z czekoladowymi oczami Cartera? To brzmiało jak pułapka i zgadzanie się w przyszłości na każdego szczeniaczka i kociaka, na każdego McDonalda, tysięczną zabawkę do kolekcji. Przegra, ale nawet jeśli, to będzie to absolutnie warte.
soph
Naciskanie na Cartera nie przyniosłoby nic dobrego. Wiedziała, że próbowanie wyciągnięcia z niego czegokolwiek graniczy z cudem, a jeśli nie chciał mówić to nic nie powie. Sophia nie chciała, aby się znów przed nią zamykał. Zbyt długo jej zajęło, aby teraz go od siebie odrzucić naciskaniem i próbami wyciągnięcia z niego jeszcze więcej. Nie wszystko musiało zostać powiedziane od razu i to była dla Sophii nowa rzecz, której się przy nim nauczyła. Wstrzymać się na moment i głęboko odetchnąć, a potem… Potem pomyśleć co dalej. Póki co, ale Sophia wstrzymała się z wszelkimi pytaniami. Chciała nacieszyć się tym spokojem, który między nimi panował. Nawet, jeśli wiedziała, że to jest tylko chwilowe. Problemy przecież nie zniknęły. One wciąż były, tylko teraz zdawało się, że są uśpione. Czekając na odpowiedni moment, aby uderzyć i znów wszystko wokół niszczyć.
OdpowiedzUsuńTen moment nie nadejdzie jednak tutaj.
Sophia i Carter starali się, aby nie wracały tu ciężkie tematy. Nie było milczenia, które jest niekomfortowe i trudne w utrzymaniu. Nie było wymijających odpowiedzi, które zostawiały po sobie jeszcze więcej pytań. Był zapach kokosów i arbuza, gorące promienie słońca i niemal biały piasek. Był spokój, którego im zwyczajnie było potrzeba.
Dłoń brunetki delikatnie sunęła po jego ramieniu. Opuszkami palców zaczepiała o kontury jego tatuaży. Zwłaszcza o motylka. Śledziła jego brzegi powoli, jakby rysowała go od nowa, ale tym razem nie długopisem, a własnym palcem. Może jeszcze nie wszystko było w porządku, a oni mieli wiele rzeczy do przepracowania razem, ale Sophia chciała wierzyć, że są na dobrej drodze do tego, aby między nimi było jeszcze lepiej. W końcu się poukłada i będzie tak, jak być powinno.
— Kiedy jesteś spokojny i uśmiechnięty. Beztroski i pachnący kokosem. — Odpowiedziała. Jeszcze nie szukała jego spojrzenia, ale to była zaledwie kwestia czasu. Mógł udawać, ale Sophia lubiła myśleć, że trochę już go poznała i potrafi rozpoznać, kiedy Carter przed nią udaje, a kiedy jest naprawdę szczęśliwy i tym razem miała nadzieję, że to co jej pokazuje teraz nie jest jedną z wielu masek, a po prostu nim. — Nie zawsze cię takiego miałam.
Sophia nie mówiła tego z wyrzutem, bo rozumiała już teraz, że Carter mierzył się z problemami, o których brunetka wcześniej nie miała żadnego pojęcia. Może nie wiedziała, jeszcze, wszystkiego, ale wystarczająco, aby nie musiał się z nimi teraz przed nią kryć. Nawet, jeśli nie chciałby mówić jej wszystkiego to mógł spróbować powiedzieć cokolwiek. Nie uciekła, choć dal jej powody. Została po tamtej rozmowie. Właściwie zasnęła niedługo po jego wyjściu z Gigi. I wciąż była, bo choć Carter mógł mieć swoje sekrety to był jej i kolejny raz nie chciała próbować uczyć się życia bez niego. Zamierzała zostać.
— Deser jest obowiązkowy, kochanie. I to akurat nie jest mój wymysł. — Rzuciła zaczepnym tonem. Oboje wiedzieli, jak przepadała za słodyczami, ale ciąża nawet przy słodkościach była dobrą wymówką. — Ale po deserze… Będę cała dla ciebie.
Zdążyła kilka razy usłyszeć, że Carter nie jest materiałem na ojca. Że to nie z takim człowiekiem powinna była układać sobie życie i zakładać rodzinę. I być może wieli w tym wszystkim rację, ale kochała go i nikt ani nic nie sprawi, że Sophia zmieni swoje zdanie. Jeszcze nie wiedziała czego chce od życia, ale wiedziała jedno – chciała przez nie przejść z Carterem. Resztę wymyślą po drodze wspólnie.
— Ten charakter też kocham. — Dodała. Gdyby tak nie było, gdyby przeszkadzało jej to, jaki Carter jest, czy leżałaby przy nim tak swobodnie? Czy dałaby się zabrać na chociaż jedną randkę? Znała siebie. To nie była potrzeba ryzyka, tylko coś więcej. Coś, czego jeszcze nie rozumiała, ale nie musiała z miejsca rozumieć wszystkiego. — Ale dziecko z twoim charakterem? Twoją pewnością? Twoim ciętym językiem? Ani my ani świat nie jest na to gotów. — Zaśmiała się. — Będzie idealnym połączeniem ciebie i mnie. Takim… jakie powinno być.
Sophia miała nadzieję, że dziecko wyciągnie z Cartera to co najlepsze. Nie, aby było silne i nie potrzebowało nikogo do przetrwania, to oni za nie mieli być silni i je chronić. Po prostu wiedziała, że jeśli ich córka lub syn będzie otwarte, pewne i śmiałe to będzie mu odrobinę łatwiej. Mówiła to patrząc na to, jaka ona była, ale to były tylko ciche życzenia.
Usuńsoph
Zatrzymałaby ten moment na dłużej, gdyby to było możliwe. Ich dwójka pogrążona w absolutnym spokoju. Gigi, która w tle dalej bawiła się swoją zabawką, która raz po raz piszczała z głębi willi. Wszystko było tutaj dokładnie takie, jakie być powinno, a Sophia nie wyobrażała sobie, że mogłoby być lepiej. Chociaż nie, będzie lepiej. Kiedy tutaj wrócą, ale w powiększonym składzie. Wtedy będzie wszystko po prostu idealnie, ale póki co tę dodatkową osobę Sophia nosiła w sobie.
OdpowiedzUsuńSophia nie zawsze zostawała. Dała mu powody, aby nie ufał jej tak, jak przedtem. Odeszła, kiedy potrzebował jej najbardziej. Stawiała na pierwszym miejscu swoje potrzeby i uczucia. Nie pomyślała wtedy o tym, jak czuje się Carter, że po tym wszystkim co się działo po prostu potrzebować będzie kogoś bliskiego, a ona uciekła. Próbowała go zrozumieć, ale nie dał jej do tego okazji. Aż do tamtego popołudnia wszystko trzymał w sobie. Sophia nie wiedziała, czy po prostu był rozkojarzony po tym, co się między nimi wydarzyło, że odpowiadał jej na pytania, czy miał dość już tego, że trzyma wszystko w sobie. Jakikolwiek by to nie był powód. Sophia zwyczajnie cieszyła się, że postanowił się w końcu przed nią otworzyć. Zrobił to, choć jeszcze przed tym wszystkim mówiła mu, że nie wie, jak zareaguje i czy na pewno zostanie. Usłyszała wszystko lub większą część jego życia i… Została. Mimo świadomości co robi, z jakimi ludźmi jest związany. Jeszcze tej samej nocy wtulała się w niego tak samo ufnie, jak przedtem, kiedy jedyne co o nim widziała to tyle, ile można było znaleźć w internecie.
Ona naprawdę wierzyła, że Carter jest zdolny do założenia rodziny. Do bycia nie tylko odpowiedzialnym partnerem, ale również i tatą. Puszczała mimo uszu wszelkie plotki o nim. Ignorowała słowa, które kiedyś powiedziały jej kręcące się w jego towarzystwie kobiety. Sophia nie chciała nawet przez moment uwierzyć, że Carter był wciąż taki sam, jak przed nią. To nie była naiwność, tylko zaufanie. Takie, które Sophia dla niego naprawdę mocno rozciągnęła, ale nie zrobiła tego z litości, a z własnych chęci. Bo naprawdę chciała się postarać, aby tym razem nic i nikt nie weszło między nich. Pragnęła z nim rodziny, aby poukładali sobie wszystkie sprawy i dalej byli razem w tym życiu, które próbowali zbudować wspólnymi siłami.
Nie planowali tej ciąży. Sophia zbyt mocno lubiła zastanawiać się nad „a co, jeśli”, ale w tym przypadku tak nie robiła. Nie myślała, co by było, gdyby jednak nie była w ciąży. Czy dalej byliby razem? Czy może po tym aresztowaniu już nigdy nie chciałaby go widzieć? Wiedziała, że nie godziła się z nim tylko dla dziecka. Gdyby nie potrafili się ze sobą porozumieć, to nie staraliby się na siłę. To dopiero byłoby bez sensu. Pogodziła się z nim, bo nie chciała życia, w którym nie ma Cartera. Wtedy to wszystko – było bez sensu, jeśli miało go przy niej wtedy nie być. Kiedy pojawił się przed kliniką pierwsze co poczuła to ulgę, bo skoro tam był to dla niej był wyraźny sygnał, że nie zepsuła ich na tyle mocno, aby Carter nigdy więcej nie chciał na nią spojrzeć. I nie był tam tylko dla dziecka. Był tam dla niej, a to mówiło jej więcej niż jakiekolwiek słowa by mogły. Kolejnego dowodu na to, że chciał z nią, że bierze to wszystko na poważnie Sophia nie potrzebowała.
Rozmowa toczyła się między nimi leniwie. Sophia najwyraźniej musiała w którymś momencie przysnąć, bo przebudziła się w sypialni. Nawet nie była pewna, w którym momencie to się wydarzyło, ale obecnie nie potrzebowała teraz nawet wiele, aby przysnąć. Zasypiała w dziwnych momentach, czasem w trakcie rozmowy z Carterem oparta o jego ramię. Chwila moment i jej nie było, a potem budziła się w sypialni lub na kanapie przykryta kocem, a w tym wypadku cienką kołdrą. Przez resztę dnia przegryzała tylko owoce, robiąc sobie miejsce na kolację, a poza tym w tym upale ciężko było jej też jeść. Oboje dopiero wieczorami pozwalali sobie na większy posiłek, a w ciągu dnia sięgali głównie po owoce bądź coś równie delikatnego co nie wymagało od nich żadnego przygotowania.
Zeszło jej trochę dłużej z przygotowaniem się. Wahała się między trzema sukienkami, aż ostatecznie wybór padł na jasnofioletową sukienkę na cienkich ramiączkach. Sięgała jej do połowy łydek i miała delikatnie rozcięcie na nodze. Była to letnia sukienka, której nie miała okazji wcześniej przy nim założyć. Włosy zwykle zostawiała rozpuszczone, ale tym razem zdecydowała się odsłonić szyję, a włosy spięła zostawiając kosmyki po obu stronach twarzy, aby swobodnie spływały. Szyję zdobił naszyjnik od Cartera. Ten, który podarował jej tuż po aukcji na przyjęciu. Była zaskoczona, bo nie sądziła, że wylicytuje coś, poza tym Aspen, które wciąż na nich czekało. Naszyjnik zupełnie przypadkowo komponował się z bransoletką, którą również podarował jej Carter. Cała była ubrana w coś od niego. We włosy wpiętą miała ozdobną, złotą spinkę, a w uszach drobne mieniące się kolczyki. Zależało jej, aby dziś dobrze wyglądać. Nie, aby zaciągnąć go szybciej do łóżka. Żadnego ukrytego motywu nie było. Tylko chęć, aby dobrze wyglądać dla swojego partnera i nic, poza tym. Sukienka nie opinała mocno jej ciała, ale nawet pod warstwami materiału brzuszek delikatnie się rysował. Nie pozostawiając złudzeń, ale to też nie było tak, że specjalnie się ukrywali. Po prostu… Nie mówili o tym głośno, a jednocześnie byli w miejscu, które im gwarantowało prywatność i nie musieli się niczym martwić.
UsuńDo niewielkiej torebki schowała tylko telefon, paczkę chusteczek i coś do ewentualnej poprawy makijażu łącznie z małym lusterkiem. Wyszła z sypialni po chwili, a tuż na dole schodów dostrzegła Cartera. Uśmiechnęła się delikatnie na jego widok. Był… Idealny. I taki jej.
— Hm? — Spojrzała na sukienkę, a potem z powrotem na niego. — Coś jest źle? — Spytała z tym swoim niesfornym uśmieszkiem, bo doskonale wiedziała, że wcale nie chodzi o to, że coś było nie tak, jak powinno.
Schodziła powoli, trzymając się poręczy. Zatrzymała się na ostatnim schodku. Prawie równając się teraz z Carterem wzrostem.
— Jakieś zastrzeżenia, panie Crawford? — Spytała cicho. Ledwo się powstrzymując, aby nie sięgnąć dłońmi do jego koszuli, która wcale nie potrzebowała poprawek.
Soph
Sophia czuła, jak rumieni się coraz bardziej od jego spojrzenia. Próbowała zachować profesjonalizm, ale przy Carterze to naprawdę było ciężkie zadanie. Szczególnie, kiedy patrzył na nią w ten sposób, od którego wirowało jej przyjemnie w głowie. Sophia uśmiechnęła się delikatnie po jego słowach, które trafiły w dokładnie te miejsca, w które powinny.
OdpowiedzUsuń— Mówiłam, że chcę dla ciebie dobrze wyglądać. — Odpowiedziała. Z taką lekkością w glosie, jakby to naprawdę chodziło tylko i wyłącznie o to. Bo owszem, po części Sophii właśnie na tym zależało. Na zobaczeniu tego spojrzenia, które posyłał jej teraz. Tego, od którego robiło się wręcz słabo, a ona musiała się podtrzymać mocniej poręczy, aby nie stracić całkiem równowagi. — Zawsze masz mnie na wyłączność, Carter. — Przypomniała mu z delikatnym uśmiechem. Niezależnie od tego, czy byli w mieszkaniu w Nowym Jorku, w klubie czy na maleńkiej wyspie w eleganckiej, ale pasującej do nich willi – Sophia była jego. I była już od bardzo dawna. To się nie zmieniło, nawet, kiedy byli osobno to wciąż każda cząsteczka brunetki należała w pełni do Cartera.
Sophia nachyliła się nad Gigi, której czubek łebka lekko musnęła. Na sierści odbił się różowobrązowy błyszczyk Sophii.
— Bądź grzeczna. Niedługo wrócimy. — Poprosiła. Jeszcze trochę i głos mamy będzie miała opanowany do perfekcji. Gigi odprowadziła ich spojrzeniem. Siedząc przy drzwiach, kiedy wychodzili z willi. Sophia miała nadzieję, że wszystko będzie w porządku z psem, a szkód faktycznie nie narobi. Nie chodziło o to, że nie mogliby pokryć kosztów, ale o Gigi samą w sobie, bo przecież żadne z nich nie wiedziało co w tym psim móżdżku się dzieje, a patrząc na to co Gigi robiła… To nie działo się tam wiele.
Sophia nie chciała tak naprawdę niczego, poza tym, aby wyszli coś zjeść. Nie chodziło jej o to, aby Carter specjalnie się dodatkowo starał coś jej pokazać czy udowodnić. Dobrze im zrobił wyjazd z Nowego Jorku, a zamykanie się w willi przez najbliższe dni też nie było wyjście. Nie spodziewała się, że to co dostanie będzie tak… Idealne. Carter, oczywiście, zawsze trafiał. Z każdą jednak niespodzianką zachwycał ją coraz bardziej, bo kiedy już myślała, że nie przebije swojego poprzedniego pomysłu to on udowadniał jej, że owszem – przebije.
Była zachwycona każdym małym detalem. Nawet tym, na co Carter wpływu nie miał. Jak przyjemny, chłodny wiatr muskający skórę, kiedy szli wyznaczoną ścieżką. Zapach unoszący się w powietrzu, ale nie potraw, a natury. Trochę słonawy przez bryzę znad oceanu. Sophia z cichym westchnięciem obserwowała to wszystko. Carter… Przechodził samego siebie. Teoretycznie, to był jej pomysł z randką, więc ona powinna była się postarać, ale po prostu nie dał jej okazji. I chyba żadne z nich na to nie narzekało.
Sophia zwróciła głowę w jego stronę, kiedy się odezwał, a jej twarz rozświetlił lekki uśmiech.
— Zaskakujesz mnie cały czas. — Zapewniła. Och, zdecydowanie wiedziała, że romantyzm Cartera wcale nie ograniczał się do zabrania jej do sypialni i przyniesienia rano rogalika z dżemem. Nie, nie. Była w nim jego cała masa, ale nie pokazywał go cały czas. — Nie wiem tylko, czy dałbyś radę przebić galerię sztuki, wiesz? — Rzuciła lekko zaczepnym tonem.
Mimo, że minęło parę miesięcy to Sophia dalej była tamtym wieczorem zachwycona. Absurdalnie zachwycona. I jedyne co tamten wieczór pobiło była ta krótka, ale wzruszająca ją przemowa Cartera, kiedy się jej oświadczał. Jeśli wyciąć wszystko to, co działo się potem – to był idealny wieczór.
— Myślałam, że to ja miałam nam zorganizować wieczór. — Rzuciła. Nie miała pretensji, że Carter przejął prowadzenie. — I nie, nie możesz wykorzystać tego, że zasnęłam. Wciąż miałabym czas, aby wszystko ogarnąć. — Dodała zaraz, jak na własną obronę.
soph
Wcale nie miała nic przeciwko, że Carter wziął się za organizację. Sophia nie planowała zasypiać, ale było przyjemnie ciepło, a jego palce miały ten kojący rytm, który wybijały na jej plecach, które delikatnie muskały. Głos Cartera był kojący i cichy, a teraz już nawet nie pamiętała o czym właściwie rozmawiali w tych ostatnich minutach, zanim brunetka zasnęła i odcięło ja ze świata na parę godzin. Najwyraźniej tego potrzebowała i jak miała być szczera, wolała dużo spać niż bez przerwy lądować w łazience, bo żadne jedzenie jej nie pasowało czy sam zapach drażnił. Sen był milszy. Nawet, jeśli i po nim była wciąż zmęczona.
OdpowiedzUsuń— Wykorzystałeś okazję. — Powtórzyła. Głos miała miękki, rozbawiony i zrobiłaby dokładnie to samo będąc na jego miejscu. Zresztą, gdyby Carter tego nie zrobił to Sophia pewnie bez powodu zaczęłaby się stresować, że przecież nic nie jest gotowe i mają zbyt mało czasu, aby obsługa restauracji mogła dla nich takie miejsce przygotować, a tymczasem wszystko było gotowe, a w niej nie było nawet grama nerwów. Czyli było dokładnie tak, jak być powinno, a być może nawet było lepiej.
— Wiesz, że to nie fair? Nie miałam nad tym kontroli. — Wytłumaczyła się. Przymrużyła lekko oczy, spoglądając na Cartera uważniej, jakby właśnie wyczuła spisek. — A może… Może zrobiłeś to specjalnie. Uśpić mnie, żeby wszystko planować samemu. — Nawet, gdyby się postarała to nie potrafiłaby brzmieć na poważną. Zresztą, oboje słyszeli, jak absurdalne te zarzuty były, ale może właśnie teraz takich potrzebowali. Czegoś co sprawi, że oboje lekko się uśmiechną. Potrzebowali bardziej uśmiechu niż im się mogło zdawać. Sophia nie zawsze potrafiła sama z siebie wywołać na jego twarzy uśmiech, choć zdawało się, że odkąd tutaj są to niemal mu on z niej nie schodzi.
Sophia była zachwycona. Lampkami, które prowadziły do stolika. Ta ścieżką, która wyglądała, jakby zrobiona była specjalnie pod nich. Zachwycała się delikatnym, małym bukietem, który stał na stoliku i tym, jak cały ten wieczór wyglądał. Mimo, że dwie godziny temu jeszcze w najlepsze spała i najpewniej Carter wcale nie był pewien, czy jeszcze się tego dnia obudzi, czy może prześpi już resztę nie tylko popołudnia i wieczoru, ale i całej nocy.
Kiedy Carrer nachylił się nad stolikiem, Sophia z automatu się wyprostowała. Nie ze strachu, a raczej tego przeszywającego na wskroś wspomnienia. To było przyjemne uczcie. Takie, które jeszcze po chwili zostawiało po sobie ślad, którego ciężko się pozbyć. Wcale nie chciała się pozbywać tego uczucia.
Delikatnie oczyściła gardło, aby bez słowa sięgnąć po kieliszek z wodą. Ta jedna wzmianka sprawiła, że jej myśli krążyły teraz wokół zupełnie innych rzeczy.
— Zdaję sobie z tego sprawę. — Odpowiedziała po chwili. Podniosła wzrok na Cartera. Wyglądał… Idealnie. Inaczej niż na co dzień, co ją cieszyło i zachwycało jednocześnie. Zwilżyła delikatnie usta, a jej wzrok powoli się zsunął z jego oczu na tors, a potem wrócił z powrotem do oczu, w których odbijał się płomień świecy. — Jak to szło… Och, obiecałeś, że wieczór skończy się we mnie.
Mówiąc nie odrywała wzroku od jego ciepłych oczu. Nie powiedziała tego lekko, a raczej z tym czymś w głosie co mówiło, że doskonale wszystko sobie zapamiętała. Carter nawet nie zdawał sobie sprawy, jak wiele z tamtego wieczoru pamiętała. Mimo, że przez moment w głowie miała czarną dziurę.
Rozejrzała się dyskretnie, bo nie chciała tak naprawdę odwracać wzroku od Cartera. Poza nimi nie było tu nikogo. Nie licząc obsługi, która dobrze wiedziała, kiedy pojawić się z przystawką, koktajlem bezalkoholowym dla Sophii i whisky dla Cartera. Chyba nawet nie miała okazji zajrzeć do menu. Dania po prostu im zostały przyniesione.
— Tylko my, Gigi i odzywający się od czasu do czasu potworek. — Powiedziała. Zrobiła to niemal z ulgą, bo tu naprawdę nie było fanów, którzy krzyczeliby za nim na ulicy Nie było jego interesów i klubu. Była tylko ich dwójka i pies, spacery wzdłuż gorącego piasku i spokój, na który oboje tak zwyczajnie w świecie zasługiwali. — Wyglądasz na szczęśliwego.
Miała nadzieję, że się nie myli. Że naprawdę tutaj w tym miejscu, w którym był razem z nią, Carter był szczęśliwy. Nie tylko w chwilach, kiedy ona go obserwuje, ale nawet wtedy, kiedy odcinało ją od rzeczywistości, że nawet w tych momentach, w których zostawał sam, że wciąż nie sięgały go żadne zmartwienia.
Usuńsoph
Sophia przez moment na niego nie patrzyła. Nie, bo ją speszył, choć to poniekąd też, a właściwie sama siebie spieszyła. Nie wypowiadała takich słów, a przynajmniej nie rzucała ich lekko i ot tak. Wątpiła, że kiedykolwiek się do tego przyzwyczai. I chyba nie chciała się przyzwyczajać do tych uczuć, które jej zawsze w tych chwilach towarzyszyły. Mimo, że w teorii były one takie same, to za każdym razem Sophia czuła coś nowego. Coś czego przedtem nie znała. Poznawała nieco lepiej siebie, a Carter… On ją wtedy zachwycał chyba najbardziej na świecie. Zawiesiła się na moment we własnych myślach. Trochę balansując między tym, co było prawdziwe i działo się między nimi, a tym co wydarzyło się w przeszłości i było teraz przyjemnym echem, które raz po raz do brunetki wracało zostawiając na policzkach rumieńce i szybciej bijące serce. Bo owszem, aż tyle samo wspomnienie mogło w niej wywołać reakcji.
OdpowiedzUsuńPamiętała, jak poczuła się, kiedy powiedział te słowa do niej po raz pierwszy. Najpierw ogarnęła ją czysta panika, a potem ekscytacja i zniecierpliwienie, a każdy dzień, który nie skończył się jego obietnicą nie był rozczarowaniem, a lekcją, aby być bardziej cierpliwą, aż nie wydarzyła się galeria sztuki i wtedy wszystko… Wydarzyło się wtedy więcej niż Sophia oczekiwała. Było inaczej niż oczekiwała. Lepiej. O wiele lepiej. Po prostu cały ten wieczór ją zaskoczył. Carter ją zaskoczył. I zaskakiwał dalej. Nawet teraz, kiedy siedział blisko i znał już na pamięć każdy skrawek jej skóry, tak, jak ona znała jego, to wciąż bez problemu robił coś, czego nie była w stanie przewidzieć. Ot tak, po prostu.
Znała już te jego westchnięcia i wiedziała, co one oznaczają. Przynajmniej w tym kontekście, bo sama zaczęła ten temat i zrobiła to specjalnie.
Przymknęła oczy, kiedy się do niej nachylił. Jego oddech muskał rozgrzaną słońcem skórę, ale i tak bardziej czuła jego niż wszystkie te promienie, które na niej osiadały tego dnia. Zaczerpnęła odrobinę powietrza. Wcale nie była zaskoczona jego słowami, ale one i tak sprawiły, że brunetka na moment zapomniała, jak poprawnie oddychać.
Palce zacisnęła na nóżce kieliszka nieco mocniej niż planowała. Carter doskonale wiedział, co robi i jak przede wszystkim to robić, aby Sophia powoli traciła zmysły. Z tym, że teraz miała wrażenie, że to dzieje się o wiele szybciej niż przedtem. Krótko i cicho westchnęła, kiedy musnął linię jej szczęki. Nawet nie próbowała udawać, że potrafi nad tym zapanować. Ciało reagowało szybciej niż głowa zdążyła pomyśleć. Odruchowo, tak, jak pamiętało.
— Właśnie na to liczyłam. — Odpowiedziała po chwili i nieznacznie przekręciła głowę w stronę Cartera. Tyle sobie zaplanowała, że ten wieczór po części skończy się… Cóż, tak jak oboje powiedzieli. — I jak… Jak weźmiesz swój deser?
Nieśmiały cień uśmiechu zamajaczył jej na ustach, kiedy wypowiedziała te słowa. Każdy ruch Cartera sprawiał, że coraz trudniej było jej skupić się na własnych myślach. Rozpraszał ją tymi delikatnymi pocałunkami, tym, jak blisko niej był i że jego zwisająca luźno dłoń między nimi co jakiś czas zaczepiała o jej nogę, która niby była skryta za materiałem sukienki, ale już sam fakt, że to była jego dłoń był dla brunetki rozpraszający.
Błysk w jego oczach potrafił być niebezpieczny i Sophia wycofałaby się, gdyby nie to, że już go dobrze znała. I wiedziała co może dostać, gdy pociągnie za odpowiednie sznureczki, a to właśnie zamierzała zrobić. Powoli i odpowiednio, bez nacisku na już i teraz, bo nie o to przecież chodziło, prawda?
— Jestem bardzo zmotywowana, kochanie. Masz jakieś wątpliwości? — Uniosła lekko brew, zaciekawiona odpowiedzią. — Poza tym… Nie wiem, czy zauważyłeś, ale akurat twoje groźby… Są motywacją.
Uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po swój owocowy koktajl. Kawałek ananasa nabity był na szkło. Napój był gęsty, ale przyjemny w smaku. Słodki, ale nie odurzająco słodki. Szybko poszło. Może nawet zbyt szybko, bo nie zdążyli dotrzeć nawet do pierwszego dania, a już myślami była z powrotem w ich willi.
Zdała sobie sprawę z tego, że rzadko mu mówiła takie rzeczy. Zauważała, kiedy był szczęśliwy, ale nie mówiła tego wprost. Czasami z obawy, że jeśli zaraz powie, że są szczęśliwi to wszystko zniknie, a na nich spadnie jakieś ogromne nieszczęście, na które żadne z nich nie było gotowe. Sophia te słowa wypowiedziała lekko. Bardziej w formie cichej obserwacji przez te ostatnie kilka dni tutaj. Bo naprawdę wyglądał na rozluźnionego. Spokojnego. Na człowieka, którego jedynym zmartwieniem jest to, czy dostawa owoców będzie po dwunastej, bo wcześniej żadne z nich nie wstaje. Sophia, gdyby tylko mogła, to zrobiłaby wszystko, aby mogli się tylko takimi rzeczami martwić.
Usuń— Nie kuś mnie, Carter. Jestem o krok, aby ci marudzić, że nie chcę stąd wracać. — Zaśmiała się. I pewnie mogliby tu zostać, ale oboje prędko zaczęliby tęsknić za codziennością, którą znali. — Wrócimy tutaj. Może następnym razem z potworkiem.
Przewróciła oczami, kiedy mówił o zasypianiu w połowie zdania.
— To nie moja wina. Twoje dziecko mnie tak męczy. — Zaśmiała się. Sięgnęła bez słowa po dłoń Cartera, aby wplątać swoje palce w jego. Już nie czuła się mówiąc „twoje dziecko, nasze dziecko”. To w ostatnim czasie stało się taką codziennością. Przyzwyczaiła się już.
Przechyliła lekko głowę, kiedy Carter mówił. Nie przerywała mu i pozwoliła mu wypowiedzieć wszystko to, co w sobie nosił, a czego nie mówił jej wcześniej. Nie, bo nie chciał, aby Sophia to słyszała, ale nie wszystko musiało być zawsze wypowiedziane na głos.
— Nie musisz już sobie wyobrażać innego życia. — Powiedziała miękko. Z tą cichą pewnością, jakby nic się nie mogło już wydarzyć. — Masz mnie, nasze dziecko i Gigi. Żadne z nas się nigdzie nie wybiera. Utknąłeś z nami, Carter.
Uśmiechnęła się nieco mocniej, jakby tymi słowami „utknąłeś z nami” próbowała rozgonić wszelkie wątpliwości. Ścisnęła za to mocniej jego dłoń, kiedy ją pocałował. I ten pocałunek powiedział jej wszystko, czego Carter słowami nie zdołał.
soph
Sophia wpatrzona w Cartera była teraz, jak oczarowana. Skupiona na jego słowach i przyjemnym dotyku. Czasami odlatywała kawałek dalej w myślach, a potem zaraz wracała do tego co rozgrywało się między nimi przy tym stoliku. W tropikach, gdzie otoczeni byli naturą i dobiegającymi jedynie z oddali odgłosami nocnego życia Bahamów.
OdpowiedzUsuńOdchyliła lekko głowę do tyłu, kiedy się odezwał. Głos miał miękki, pieszczący i dokładnie taki, jaki lubiła. Taki, który sprawiał, że wszystko wokół przestawało mieć znaczenie. Kolacja, koktajle, a jedyne co liczyło się tak naprawdę to był Carter i Sophia niczego więcej nie potrzebowała.
Zamrugała powoli, jakby tym ruchem miała wrócić do rzeczywistości. Powoli. Zachłannie. Chryste, jak po tym się wraca do rzeczywistości? Nie była pewna, czy chciała, gdziekolwiek wracać. Dobrze jej było w tym miejscu. Rozpraszał ją, sprowadzał myśli na jeden kierunek. Każdym pocałunkiem, który składał na jej szyi i podkręcał kolejnymi słowami.
— Mój… — Ale nie dokończyła. Chyba nawet nie była pewna, co właściwie chciała powiedzieć. Myśli teraz nie składały się w sensowną całość. Były skoncentrowane tylko na Carterze i na tym, że coraz mniej miała ochotę tu siedzieć, a jednocześnie wiedziała, że oczekiwanie będzie warte każdej sekundy. Nawet, jeśli przez następną godzinę miała wiercić się na krześle w zniecierpliwieniu.
Przychodziło mu to naturalnie. Nie miała żadnych wątpliwości co do tego, że to co właśnie jej robił było dla niego jak druga natura. Sophia potrafiła tak tylko przy nim, ale tylko wtedy, kiedy sama przez moment sądziła, że trzyma karty. Tego wieczoru? Wszystkie bezapelacyjnie należały do Cartera, a ona mogła w tę grę wejść lub… Drugiej opcji nie było. Oczywiste, że zamierzała w nią wejść. Nieporadnie, jak to miała w zwyczaju lub wyciągając na wierzch tę dziewczynę, którą poznała w sobie jakiś czas temu. Sophia nie odrywała wzroku od jego twarzy, gdy dłoń znalazła się na jej kolanie. Nawet nie próbowała udawać, że jej to przeszkadza. Nigdy jej nie przeszkadzało, a już zwłaszcza nie teraz. Przez chwilę nie reagowała, ale to wcale nie oznaczało, że tego nie czuje. Bo czuła. Wyraźnie i dokładnie. Każde muśnięcie, które nie pozostawiało po sobie żadnych wątpliwości, jak ten wieczór się skończy. Nabrała więcej powietrza w płuca, kiedy dłoń Cartera musnęła wewnętrzną stronę jej uda. Rozsądek podpowiadał nie tutaj, ale wyłączyła go od razu. Na chwilę opuściła wzrok na jego dłoń, a potem wróciła spojrzeniem do jego oczu. Nie odsunęła się. Poczuła za to przyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Lekkie pieczenie w miejscu, gdzie jej dotykał. Te przyjemne, którego chciało się więcej i więcej, a gdy się dostało to nie miało się dość.
— Bardzo jestem zmotywowana. — Odpowiedziała. Ciszej niż się spodziewała. Co zawsze zdradzało, jak bardzo teraz jej głowa pracuje. Jak waha się przed zaczekaniem na kolację, a powiedzeniem, że dosyć tego i wracają do willi. Chociaż… Wcale przecież tam wracać nie musieli. Jeszcze nie.
Skinęła lekko głową.
— Utknąłeś. — Potwierdziła. Podczas innej rozmowy to mogłoby brzmieć źle, ale nie teraz i nie w tym miejscu. Nie z jego dłonią na jej udzie, a drugą splecioną z jej. Poruszyła się na krzesełku, a przez jej ciało przemawiało zniecierpliwienie, które nie mogło znaleźć sobie ujścia. — Dobrze, bo z tej pułapki nie ma wyjścia. Nawet ewakuacyjnego.
Krótki uśmiech przebiegł jej przez twarz.
Zaraz jednak po tym spoważniała. Tylko trochę, ale wystarczająco, aby Carter to dostrzegł. Te słowa, które powiedział niosły za sobą większe znaczenie niż brunetka była w stanie sensownie wyjaśnić. Tymczasem Carter… Jak gdyby nigdy nic sięgnął po truskawkę. Jadł tak, jakby nie powiedział wcale wywracających do góry nogami wszystko słów. Sophia nawet nie była zaskoczona, bo to jednak… To wciąż był Carter. Ten sam, który potrafił wszystko ściągnąć do żartu, a gdyby go nie znała to mogłaby pomyśleć, że to właśnie tym dla niego jest.
Pokręciła lekko głową, jakby zbywała temat, choć to wcale nie była prawda.
— Nic. Lubię na ciebie patrzeć. — Odpowiedziała po chwili. Mogła się rozkleić, ale przecież nie o to w tym wieczorze chodziło. To… To mogło zaczekać, bo była pewna, że w końcu się rozklei, ale mogła z tym zaczekać.
UsuńSophia czasami nie wierzyła w to, jak poukładało się jej życie. Z kim teraz była i że za parę miesięcy miała zostać mamą. To brzmiało… Nierealistycznie. Jakby żyła życiem kogoś innego, ale na pewno nie swoim.
— Jesteśmy już. I nigdzie się nie wybieramy. — Szepnęła. Pochyliła się do przodu. Opierając dłoń o jego udo, a po chwili sięgnęła go jego ust. To nie był nachalny pocałunek ani taki, który domagał się więcej. Bardziej chciała nim potwierdzić swoje słowa, bo już nie zamierzała uciekać. Nie teraz i najlepiej nie nigdy. Smakował whisky, truskawką i tą zabójczą pewnością siebie, która chwilami doprowadzała ją do szału, a którą jednocześnie kochała w nim do szaleństwa. — Z tobą… czuję, że w końcu jestem w miejscu, którego szukałam przez ten cały czas.
soph
Pocałunek nie potrzebował odpowiedzi, a przynajmniej nie natychmiastowej. Był on z tego rodzaju, który nie wymaga reakcji już w tej sekundzie. Sophia nim chciała nim potwierdzić to, co powiedziała mu chwilę wcześniej. Na równi z dłonią, którą trzymała na jego udzie, jednak nie robiła - w przeciwieństwie do niego – żadnych ruchów, które mogłyby sugerować, że ich małą randkę planuje przenieść w inne, bardziej intymne miejsce. Planowała to zrobić, ale może uda im się wytrzymać do głównego dania. Naprawdę liczyła na ten deser, a jednocześnie była coraz bardziej przekonana, że nie dotrwają do deseru, o którym na początku Sophia jeszcze mówiła, tylko od razu przejdą do tego rodzaju słodkości, którą najpierw trzeba rozpakować.
OdpowiedzUsuńSophia znajdowała się teraz w nieco innym świecie. Takim, który złożony był tylko z ich wspólnych części. Nie było w nich przeszłości Cartera, która deptała mu po piętach przez ten cały czas i czasem dobijała się do frontowych drzwi penthouse’a. Nie było jej rodziny, która próbowała ich od siebie oddalić. Znajomych, którzy nie potrafili szanować wyznaczanych przez nich granic. Była tylko Sophia oraz Carter. Dwójka ludzi, którzy w pełni pochłonięci byli przez ten moment. Takie chwile były dla niej ważne. Dla nich obojga były ważne, a to, że bez skrępowania mógł wsunąć jej dłoń pod sukienkę to był tylko bardzo przyjemny dodatek do tego, co tak naprawdę się między nimi działo. Bo dla Sophii dotyk fizyczny był tylko dotykiem. To zawsze słowa i uczucia pieściły ją bardziej, to co znajdowała teraz w jego oczach było dla Sophii większym potwierdzeniem o uczuciu, które Carter do niej żywił niż jego dłonie kiedykolwiek mogłyby jej przekazać. Łatwo było kogoś pocałować, zamknąć oczy i poddać się drugiemu ciału, ale spojrzeć w ten sposób? W sposób, który odsłaniał ze wszystkich uczuć? Obnażał z tego, co człowiek tak mocno w sobie trzymał i nie chciał pokazywać każdemu? Na to nie mógł się zdobyć każdy, a widząc, jak Carter jej to wszystko daje, Sophia naprawdę czuła, że dobrze zrobiła wracając tutaj. Może nie miała pewności, jak będzie wyglądała ich przyszłość i być może mogła Cartera stracić, ale to jeszcze nie oznaczało, że musiała odbierać samej sobie ten czas spędzony z nim.
Brunetka była gotowa do tego, aby podnieść się i wyjść już teraz, bo chciałaby poczuć na sobie znajomy ciężar Cartera. Nie tylko jego ciała, ale i ciężar spojrzenia, gdy leżał lub stał nad nią i przyszpilał spojrzeniem do materaca. Była też skłonna poczekać. Bo owszem, lubiła tę grę między nimi i wiedziała, że długie oczekiwanie ma później bardzo słodki smak, a Sophia w słodyczy się przecież lubowała.
— Zawsze to robię. — Odparła łagodnie, jakby właśnie informowała mężczyznę o tym, która jest godzina. Nie była niewzruszona, bo jego uśmiech działał na nią na równi z jego słowami, spojrzeniem oraz dotykiem. Sophia go uwielbiała. Mimo, że tysiąc razy narzekała na to, jak okrutnie bezczelny jest ten uśmiech i że ma przestać, a on tylko uśmiechał się w ten sposób częściej.
Poprawiła się delikatnie na krześle, ale nie uciekała od jego dotyku. Skóra delikatnie drżała jej od ciepła dłoni Cartera. Sophia czuła, jak serce bije trochę mocniej. Kilka minut dłużej, a może sekund, a przestanie panować nad swoim oddechem.
— Myślisz, że nie byłabym w stanie się powstrzymać? — Zapytała. Przez jej głos przebijała się nuta nonszalancji. Sophia sięgnęła po swój koktajl. Zamieszała w nim żółtą słomką, którą po chwili wsunęła między usta. Zerknęła krótko na Cartera, a potem uśmiechnęła się pod nosem i upiła niewielki łyk napoju, kiedy odstawiła kieliszek na stolik jej dłoń z powrotem wróciła na jego udo. Delikatnie je gładząc. W czułym, cierpliwym geście. — Że jedyne o czym teraz myślę to, jak zdejmujesz ze mnie tę sukienkę i popychasz na łóżko, przewracasz na brzuch i… Cóż, wiesz, jak to idzie dalej, prawda? — Posłała mu uśmiech. Prosty i lekki, jakby właśnie mu przedstawiała listę zakupów. Tylko Carter dobrze wiedział, że ona wcale taka nieporuszona tym nie była
Sophia w środku tak naprawdę drżała.
UsuńWcale tak łatwo nie przychodziło jej mówienie o tych wszystkich rzeczach. Czasem pozwalała sobie na to, aby jej język się rozplątał, ale wszystko zależało od tego, czy moment był odpowiedni. A ten? Ten był bardzo odpowiedni. Myślała o tych wszystkich rzeczach, a jednocześnie zastanawiała się, kiedy pojawi się pierwsze danie, bo zaczynała robić się głodna. I głód nie tyczył się tylko Cartera. I tak, jak ten dotyczący jej partnera mogła nie tyle go zignorować, a na moment stłumić i trochę ochłonąć, tak tego drugiego ignorować nie mogła. Szczególnie teraz, kiedy niewiele było potrzeba, aby Sophia zaczęła się robić nieznośna i mamrotać pod nosem.
Osunęła wzrok na jego dłoń na jej udzie, a kąciki ust brunetki lekko drgnęły.
— Trochę wyżej. — Szepnęła w cichym wyzwaniu podnosząc wzrok na Cartera. Wiedziała, że to zrobi. Zrobiłby to i bez tego co właśnie powiedziała. — Jeszcze trochę.
soph
Lubiła te uczucia, które Carter w niej wywoływał. Lubiła to, jak rozluźniona potrafiła się przy nim stać w zaledwie przeciągu kilku chwil. Byli już tutaj jakiś czas, a Sophia ani przez moment na tej wyspie nie poczuła na karku tego chłodnego, przeszywającego na wskroś oddechu problemu, który ciągle czuła w Nowym Jorku. Bahamy pozwoliły się jej naprawdę w pełni odciąć od tego co trzymało ją za gardło w mieście. Może to była tylko przyjemna powłoka, która zniknie, kiedy wrócą z powrotem do Nowego Jorku. Sophia nie miała pojęcia, ale dopóki byli tutaj zamierzała z tego korzystać. Miewali takie chwile w Nowym Jorku. To nawet nie podlegało żadnym wątpliwościom, ale jednak na miejscu miała wrażenie, że często kroczą na palcach. Uważniej dobierają słowa, aby nie zranić siebie nawzajem. Duszą w sobie niektóre pytania, choć te powinni byli sobie zadać dawno temu. Bahamy to nie było miejsce na niedopowiedzenia. Bahamy były miejscem, w którym mogli w pełni poczuć się szczęśliwi i przez moment odsunąć od siebie wszystkie kłopoty, którymi zająć się będą mogli po powrocie.
OdpowiedzUsuńSophia uśmiechnęła się nieco szerzej, kiedy Carter przysunął do siebie krzesło razem z nią. Odrobinę była pod wrażeniem, choć pewnie nie powinna była, bo widziała przecież ile potrafi wycisnąć na ławce w siłowni, a i tak… I tak jej to zaimponowało.
Nie szukała dżentelmena i wiedziała od samego początku, że Carter wcale nim nie jest. Delikatnie przygryzła dolną wargę, próbując ukryć to, jak ten moment się jej spodobał. Jego władczość i pewność, to nawet nie było przekonanie, że nad nią góruje, a fakt. Może i Sophia rozpoczęła grę, ale straciła wszystkie karty już w pierwszej rundzie. I wcale nie zamierzało jej z tego powodu być przykro.
Napięła ciało, kiedy palce Cartera powoli sunęły wzdłuż jej uda. Tak, jak sobie tego zażyczyła. Dobrze wiedziała o co prosiła i że Carter nie był z tych, którzy się cofali. Sophia za to już owszem i najpewniej speszyłaby się, gdyby zjawił się kelner z ich kolacją. Być może wtedy strząsnęłaby jego rękę z uda, ale nic podobnego się nie wydarzyło.
— Tak, dokładnie tak. — Odparła cicho, a jej skupione spojrzenie nie schodziło z oczu Cartera. Jego ciemny wzrok był jak zachęta, aby prosić o więcej, choć doskonale wiedziała, że to nie jest miejsce ani czas na takie rzeczy. Nikt przecież nie powiedział, że nie mogą się trochę zabawić, prawda? W granicach rozsądku można było robić wszystko, a tak szybko z niego rezygnować nie zamierzała.
Nie testowała go, a przynajmniej nie celowo. Była aż nazbyt świadoma tego, że Cartera niewiele rzeczy powstrzymuje. A w miejscu, gdzie nie było poza nimi nikogo nie było rzeczy, która powstrzymać by go mogła. I bardzo dobrze, bo nie na tym jej zależało. Zależało jej na zbudowaniu tego napięcia między nimi. Być może delikatnego przekroczenia kolejnej granicy, choć zdawało się, że tych oni już naprawdę między sobą nie mają, choć to równie dobrze mogło być bardzo złudne, a Sophia wcale sobie mogła nie zdawać sprawy z tego do jak wielu rzeczy zdolny jest Carter.
Przymknęła na moment oczy, kiedy nachylał się nad jej uchem.
Jego słowa dogłębnie w niej zadrżały i sprawiły, że aż wciągnęła więcej powietrza. Zrobiła to trochę zbyt gwałtownie, jak na kogoś kto myślał, że ma tutaj do powiedzenia coś więcej niż tylko wesołe uśmiechanie się i kuszenie losu.
— Nie chcę cię z niej wypuszczać. — Zrobiłaby naprawdę wiele, aby Carter przy niej trwał tak długo, jak to tylko będzie możliwe. Chciała, aby trwał przy jej boku już przez resztę życia. Z pierścionkiem czy bez niego – ona po prostu go chciała w każdej wersji, którą zdążyła poznać, bo kochała każdą. Nawet tę, od której należało trzymać się z daleka.
Przez moment nic nie mówiła, a kiedy się od niej odsunął spojrzała na mężczyznę z błyskiem w oku i śladowymi ilościami wyzwania, które nie chciało jej opuścić.
— Czy prosiłabym, gdybym nie chciała? — Zadała pytanie spokojnie, mimo tego, jak bardzo jej głos próbował się załamać przy ich wypowiadaniu. — Coś cię, kochanie, powstrzymuje?
Próbowała trzymać emocje na wodzy, ale przy nim to było cholernie ciężkie.
UsuńSięgnęła znów po swój koktajl, jakby napój miał załagodzić to napięcie w środku, ale nic podobnego się nie wydarzyło. Carter za to wyglądał, jakby bawił się naprawdę przednio. I najpewniej właśnie tak było. Próbowała zapanować nad swoim zachowaniem, ale nie ułatwiał jej tego. W końcu sama o to prosiła, prawda?
— I jeśli jej nie podadzą niedługo… to wtedy co się stanie? — Spytała w ten swój niewinny sposób, mimo, że była w stanie sobie wyobrazić co się może wydarzyć. Policzki brunetki oblały się rumieńcem. Rozkosznie niegrzeczna. Nikt przed nim w ten sposób jej nigdy nie określił. Cóż, nikt przed nim nie miał okazji jej widzieć w wersjach, które otrzymywał Carter. — Och, wiesz, jak to jest. Hormony… robią swoje. — Wytłumaczyła się, jakby to właśnie to było powodem, jak się teraz przy nim zachowywała. Może poniekąd za to odpowiadały, ale za większość odpowiedzialna była tylko i wyłącznie Sophia. Nic i nikt więcej.
— Kto powiedział, że chcę wygrać? — Uniosła lekko brew i zaśmiała się. — Może właśnie o to mi chodziło? Wiesz, przegrywanie zwykle nie należy do miłych rzeczy, ale z tobą… Jest przyjemne.
Daleko jej było do protestowania. Póki co, ale nie zamierzała robić kroku wstecz.
Krótko westchnęła, kiedy dłoń Cartera znów przesunęła się po jej udzie. On zbyt dobrze wiedział, co robi, a Sophia na to pozwalała i sama tego przecież właśnie chciała.
— Nie mogę pragnąć dwóch rzeczy na raz? — Uśmiechnęła się kątem ust. Obserwowała, jak Carter sięga po truskawkę, która po chwili zniknęła w jego ustach. Sophia przez moment nie mówiła zbyt wiele, a po chwili nachyliła się delikatnie w jego stronę. — Też chcę jedną.
Miała je na wyciągnięcie ręki. Mogła sama po nie sięgnąć, ale… Wcale nie miała na to chęci
soph
Z trudem znajdowała w sobie ten spokój. Przez moment sądziła, że kiedy się odezwie jej głos będzie niebezpiecznie drżał i zdradzi wszystko co w niej wrzało. To też nie tak, że specjalnie cokolwiek przed Carterem ukrywała. Znał ją zbyt dobrze, aby takie rzeczy mogły mu umknąć, a Sophia niespecjalnie też się kryła ze swoimi uczuciami. Zawsze łatwo było z niej czytać, a już szczególnie, kiedy kogoś do siebie dopuściła. Carter… Carter wszedł głębiej niż ktokolwiek przed nim. Dostrzegł to czego inni nie widzieli lub woleli nie widzieć.
OdpowiedzUsuńKażdy ruch Cartera był dobrze wyważony. Dokładnie przemyślany. Sposób w jaki ją dotykał nie był przypadkowy, a zdawał się być zaplanowany wręcz z góry. Sophia czuła każde mikro ruchy jego dłoni. Ciepły oddech na własnej skórze.
— Gdybym cię testowała… będą konsekwencje? — Spytała cichym głosem, ale nie poruszyła się. Niepewna, czy bardziej rozprasza ją jego głos, dłoń czy to, jak blisko przy niej jest i jak bardzo wszystko to wokół zaczyna być nieznośne do utrzymania. Bo ta chęć, aby wrócić z nim do willi tylko rosła z każdą kolejną sekundą i sprawiała, że Sophia miała ochotę pożegnać się z restauracją, wstać i zabrać go z powrotem do willi, aby mogli się sobą nacieszyć. — Wiem, do czego jesteś zdolny… Nie przeszkadzałoby mi, gdybyś znów mi to pokazał.
Sophia delikatnie zadrżała, kiedy się odsunął. Jego dłoń wciąż pozostawała na miejscu. Gorąca i skupiona na niej, ale on sam był już kawałek dalej, a Sophia była bliska wrażenia, że Carter znajduje się teraz całe lata świetlne od niej, choć przecież był tylko kilkanaście centymetrów dalej.
Ten pocałunek… Równie dobrze mogło go nie być. Ledwo wyczuła jego usta przy swoich. Jak wyobrażenie. Zbyt realistyczny sen, z którego się budzisz w najlepszym momencie.
Odsunęła się może na zaledwie pół centymetra. Tak, aby móc na niego lepiej spojrzeć. Ten uśmiech i iskierki w jego oczach… Były czymś wspaniałym. A świadomość, że to ona była ich powodem nakręcała ją jeszcze mocniej. Opuściła na moment głowę, może jakby speszona jego słowami. Niemal żałując, że ma spięte włosy i nie może się teraz za nimi schować tak, jak zwykle to miało miejsce.
Ściągnęła ze sobą łopatki, kiedy jego dłoń się poruszyła.
— Nie byłoby mnie tu, gdyby mi się nie podobało. — Zwróciła głowę w jego kierunku. Uśmiechnęła się. Delikatnie i z czułością, którą potrafiła okazywać tylko jemu. — Zawsze możesz mi dać reprymendę. Skoro się… niestosownie zachowuję. Wiesz, jestem z dobrego domu. Mam zasady. Nie przystoi mi prosić o takie rzeczy przy stole i w dodatku w miejscu publicznym.
To miała być zwykła randka. W zamyśle właśnie tym była. Kolacją, którą zjedzą w swoim towarzystwie, trochę porozmawiają i spędzą miło czas. Szybko zmieniła się w odliczanie minut do wyjścia i Sophii to wcale nie przeszkadzało. Skupiona była na jego dłoni, na tym, jak zataczał powolne kręgi na jej udzie. Robił to delikatnie, ale z wyczuciem. W sposób, którego nie dało się zignorować. Nawet nie próbowała tego lekceważyć. Chłonęła wszystko co jej dawał.
Oddech Sophii zrobił się nieco płytszy, uważniejszy. Jakby starała się dobrze zapamiętać, jak się oddycha, gdyby za moment miała zapomnieć o tak prostej czynności, którą robiła od zawsze. Przymknęła lekko powieki, a głową potrząsnęła przecząco w odpowiedzi na jego pytanie. Nie przestaj. Odchyliła lekko głowę w tył, poruszyła nieznacznie ramionami, ale to w niczym jej tak naprawdę nie pomogło. Czuła, jak ciepło rozlewa się w niej od środka, gdy dłoń znalazła się jeszcze bliżej. Tuż przy cienkim materiale bielizny. Tuż przy tej cienkiej granicy, którą mógł w każdej chwili przekroczyć, a czego jeszcze nie robił.
— Tak, chcę jedną truskawkę od ciebie. — Odpowiedziała otwierając oczy i kierując swój wzrok prosto na mężczyznę. Na swojego mężczyznę, który właśnie miał ją nakarmić truskawką, rozpraszał delikatnymi ruchami dłoni i swoim uśmiechem, dla którego przepadła już miesiące temu, kiedy zobaczyła go w identycznym wydaniu po raz pierwszy.
Czaiła się w niej pewność co do tego, jak zakończy się ta noc, a także była w niej szczypta niepewności. Carter zaskakiwał ją na każdym kroku i kiedy już myślała, że go rozgryzła to on robił coś, co kompletnie zmieniało sposób w jaki go postrzega i gubiła swój rytm, który znała. Na nowo musiała się odnaleźć w ich przestrzeni.
UsuńSophia cicho westchnęła, kiedy jego dłoń przesunęła się kawałek wyżej.
Odpowiadała mu bardziej ciałem niż słowami bądź innymi dźwiękami, które był w stanie z niej wyciągnąć. Poruszenie się na krześle, takie niespokojne i zniecierpliwione. Palce, które czasem wbijała w jego udo bądź mocniej zaciskała wokół nóżki kieliszka. Krótkie spojrzenia w bok, jakby w egzotycznych roślinach miała znaleźć odpowiedzi na jego kolejne pytania czy sugestie.
Nie było w niej wahania, kiedy kazał jej otworzyć usta. Nie miała wątpliwości, że to właśnie był rozkaz. Podszyty miękkim tonem i spojrzeniem, ale wciąż rozkaz, który Sophia zamierzała wykonać z absurdalną rozkoszą.
Nie odpowiedziała mu, że się z nim będzie droczyć. Psotny błysk w jej pociemniałych od głodu był wystarczającą odpowiedzią. Przez kilka sekund, które zdawało się, że ciągnęły się zbyt długo, Sophia patrzyła mu w oczy, aż w końcu rozchyliła usta. Powoli i delikatnie, nieprzesadnie. Wystarczająco, aby owoc się w nich zmieścił. Ten moment zdawał się mieć w sobie więcej intymności niż wszystko co przedtem razem robili. Wgryzła się w truskawkę, a jej słodycz niemal natychmiast rozpłynęła w ustach. Zaledwie kropla soku z owocu spłynęła jej z kącika ust. Nie wytarła jej. Czekała na jego ruch. Na to, aby zrobił to za nią.
— Carter… — Jęknęła cicho. Nie w proteście, aby przestał. Mimo, że to nie było miejsce ani to nie był czas. Przymknęła oczy, a jego słowa wciąż brzęczały jej w uszach. Jak słodka, drapieżna zapowiedź nocy. Spojrzała na niego dopiero po chwili. Było gorąco. Od temperatury? Możliwe. Od tego co z nią robił? Zdecydowanie.
Przybliżyła się do niego lekko. Jedna dłoń opierała na jego udzie, a drugą ułożyła na torsie. Palce wsuwając między materiał, który i tak nie był zapięty do końca. Spojrzała na niego z dołu z uśmiechem i oczami rozpalonymi od pożądania.
— Masz pojęcie, jak bardzo chciałabym ci teraz pozwolić, abyś mnie przeleciał? — Powtórzyła po nim, a jej uśmiech, choć miękki i tak bardzo sophiowy miał w sobie nutkę tej drapieżnej psoty, którą przy nim odkryła. — I tak, kochanie. Zrobię z tobą o co mnie tylko poprosisz.
Gdyby nie to, że w każdej chwili mógł się zjawić kelner – siedziałaby już na tym stoliku. Bez bycia prowadzoną przez niego. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Miała myśl, którą chciała zachować dla siebie, ale zrobi z niej lepszy użytek.
— Gdybyśmy mogli… Byłabym już na tym stole. Przed tobą… dla ciebie. — Powiedziała miękko, a jej palce zaczepiły o rozgrzaną skórę w okolicach szyi mężczyzny. — Ale nam nie wypada, prawda? Jeszcze wyrzuciliby nas z restauracji, gdyby przypadkiem wszedł tu kelner i nakrył nas z twoją twarzą między moimi udami. To dopiero byłby skandal.
Ogromny i wart zakazu wstępu do restauracji na wieczność.
Odetchnęła głębiej, jakby doprowadzała samą siebie do porządku, ale już dawno nic nie było w porządku. W środku panował istny chaos, a każda najmniejsza komórka jej ciała domagała się więcej. Odsunęła się po chwili. Dyskretnie i spokojnie, a nie jakby odskakiwała od niego jak oparzona. Z ruchami, które sobie zaplanowała.
— Może masz rację. Zapędzamy się. — Powiedziała, ale wciąż błysk w jej oczach mówił inną historię. — Powinniśmy… zostawić to, kiedy będziemy sami. Nie wiem, czy potrafiłabym pozostać cicho… Chyba, że będę miała zajęte usta, ale wciąż… To niepoprawne. — Wygładziła dłońmi sukienkę, ale nie odsunęła się od jego dłoni. Ona wciąż tam była. Kusząca, ciepła i tak bardzo jego.
— O jakich ważnych rzeczach chciałeś porozmawiać? — Spytała. Zaintrygował ją tym, a jednocześnie wiedziała, że na tym się nie skupi. Skupiała się tylko na nim.
soph
Spokój w głosie Sophii nie brał się znikąd. Nie odwracała się od niego i nie tworzyła żadnego dystansu, bo nie było do tego potrzeby. Ją samą trochę bawiło to, jak z tej przejętej dziewczyny nagle zaczęła mówić tak spokojnie i wróciła do poważnych rozmów, jakby wcale jego dłoń nie spoczywała między jej udami, a ona chwilę temu nie przyznała się co właściwie chodzi jej po głowie. Któregoś razu jej powiedział, że ma przestać wstydzić się swoich pragnień, więc… Przestała się wstydzić. Nawet, jeśli jej policzki wciąż się oblewały rumieńcem, a serce biło szybciej, gdy mówiła pewne rzeczy. Nie chodziło o brak komfortu przy Carterze, bo ten miała. Raczej Sophia taka już po prostu była i nie chciała tego w sobie zmieniać. Podobało się jej to, że raz potrafiła zachowywać się tak, jakby nie miała w sobie żadnych barier, a po chwili jednak je w sobie znaleźć. I to nie była z jej strony żadna gra w niewinność. Ona naprawdę taka była.
OdpowiedzUsuńSophia nie udawała niewinności i dobrze wiedziała, co mu robi. Sobie tymi słowami i zachowaniem robiła dokładnie to samo. Miała świadomość, że jej wyznania i sposób w jaki się zachowuje nie jest przypadkowe. Nie ukrywała, co chodziło jej po głowie. Już nie. A to, że może im być… Niekomfortowo, bo nie mogą po siebie sięgnąć już w tej chwili to była słodkogorzka konsekwencja ich własnych czynów.
Mruknęła cicho, kiedy jego dłoń zacisnęła się mocniej. To był cichy, przeciągły dźwięk, który mógł mu tylko zasugerować, jak bardzo nie mogła się już doczekać, aż nie będą musieli się z niczym wstrzymywać. Bo póki co, ale naprawdę musieli zachować minimum powagi. Choć Sophia coraz bliżej była tego, aby mu powiedzieć, aby olali kolację i wrócili do willi. Albo chociaż znaleźli się w miejscu, gdzie absolutnie nikt nie będzie mógł im przeszkodzić.
— Tym o twojej twarzy między moimi udami czy moimi zajętymi ustami? — Zagadnęła, a ton głosu brunetki wciąż pozostawał równie lekki jak przed chwilą. Mimo to krew w jej żyłach wrzała. Niemal czuła, jak się gotuje od środka. — Mogę przestać, skoro tak bardzo cię rozprasza wizja tego, czego chcę później. — Wzruszyła ramionami, jakby to o czym rozmawiali było propozycją, czy wieczorem obejrzą film czy serial. Ale mimo jej wesołego głosu było aż nazbyt jasne, że to wcale jej nie jest obojętne.
Sophia cicho westchnęła, kiedy się nachylił. Pierwszy pocałunek był krótki, ale wystarczający, aby jej serce drgnęło odrobinę mocniej. Ciepły i przyjemny. Drugi zostawił na jej skórze trochę dłużej, a ona cicho westchnęła w odpowiedzi. Głodna na więcej, choć z tą bolesną świadomością, że na ten moment będzie musiała obejść się smakiem i własną wyobraźnią.
— Jak mam ci przypomnieć, skoro nie wiem o czym chciałeś porozmawiać? — Westchnęła przewracając oczami. Rozpalił w niej nie tylko pragnienie, ale również ciekawość. — Mogę być już grzeczna albo… Mogę się postarać. Nic nie poradzę, Carter. Ty mnie taką stworzyłeś.
Puściła mu oczko. To poniekąd była prawda, bo gdyby nie Carter to Sophia by wcale się tak nie zachowywała. Tymczasem nie poznawała samej siebie, ale te zmiany nie były złe i cholernie się jej podobały.
Teraz naprawdę starała się zachować odpowiednio. Mimo, że jeszcze chwilę temu nawet nie tyle rzucała dwuznacznymi propozycjami, a mówiła wprost czego i jak chce. Udawanie ułożonej nie miało tutaj już miejsca. Nawet, gdyby zeszli z tematu, nie dotykali się bądź nie całowali – to słowa w nich wciąż były i oboje dobrze przecież słyszeli co do siebie mówią. To nie były zdania, które można zignorować czy udawać, że nigdy nie padły.
Jej głos mógł pozostać spokojny, ale nad ciałem nie miała już takiej kontroli. Próbowała, ale to naprawdę było ciężkie. Jak miałaby ukrywać przed nim to, jak on na nią wpływa? Jak miałaby schować to, że wystarczy delikatny dotyk, aby Sophia odpływała? Aby jej myśli zakręciły się wokół niego wystarczył lekki podmuch na jej skórze bądź czuły pocałunek, który ledwo wyczuwała? Nie chodziło też o samo zbliżenie, a przede wszystkim o Cartera i to, jak blisko ze sobą byli. Że mimo różnych rzeczy, które się działy oni wciąż byli tak mocno zżyci.
Sophia uśmiechnęła się delikatnie, a potem na niego spojrzała spod wpółprzymkniętych powiek.
Usuń— Gdyby to był tylko test… To nigdy byśmy się w tym miejscu nie znaleźli. — Odpowiedziała, ale tym razem nieco ciszej. Od samego początku coś między nimi było, choć nie potrafili tego nazwać wprost w pierwszych tygodniach znajomości. — I chyba… nie potrzebujemy robić tego tu i teraz, prawda? Możemy zaczekać. Tylko sobie wyobraź, co będzie, kiedy już się za nami drzwi od willi zamkną.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy to powiedziała, bo potrafiła sobie wyobrazić. Kiedy już nic nie będzie stało im na przeszkodzie. Wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby nawet nie dotarli do sypialni, ale czy nie w tym tkwiła też zabawa?
Sophia westchnęła odrobinę ciężej, kiedy jego dłoń się przesunęła wyżej. Tuż przy materiale, który był teraz jak granica, której jeszcze/I> nie przekraczali. Zacisnęła delikatnie nogi, jakby tym próbowała się powstrzymać przed gwałtowniejszą reakcją.
— Szczerze, nie wiem, które z nas jest gorsze. — Jęknęła. Nie wiedziała, gdzie ma podziać wzrok. Z jednej strony chciała patrzeć tylko na niego, a z drugiej, cholera, była przekonana, że jeśli na niego spojrzy to się rozsypie i zacznie prosić, jak oszalała, aby jednak wrócili z powrotem.
Sophia spróbowała przysunąć się bliżej, kiedy musnął jej usta. Chciała odwzajemnić pocałunek, ale nie zdążyła. Została w tym zawieszeniu. Usta lekko piekły od pocałunku, który był niewystarczający, jak na to, co się działo.
Opuściła lekko głowę, kiedy usłyszała głos kelnera.
Dłoń, którą opierała o udo Cartera podtrzymywała teraz większość jej ciężaru. Brunetka nawet nie spojrzała w stronę kelnera. Ręka Cartera wciąż była pod jej sukienką i miała ogromną nadzieję, że kelner nie patrzył w tym kierunku. Jeśli coś zobaczył to nie dał po sobie nic poznać. Niemal czuła, jak policzki zaczynają ją piec. Poczuła się, jakby została przyłapana na gorącym uczynku. I chyba tak właśnie było.
Ciężko było się jej połapać w rzeczywistości. Kelner coś mówił. O emulsji z limonki. Delikatnych smakach, a jedyne co Sophia miała w głowie to ciepła dłoń Cartera i to nieznośne napięcie, które jeszcze nie znalazło swojego ujścia.
— Brzmi wyśmienicie. — Odezwała się w końcu, ale nie spojrzała na kelnera. Gdyby to zrobiła to widziałby te purpurowe policzki i zmieszanie w oczach, chęć poprawy swojej pozycji. Nawet się nie skupiła na słowach kelnera. Cokolwiek mówił wleciało jednym uchem, a wyleciało drugim.
soph
Sophia znajdowała się już na granicy wytrzymałości. Nie miała jak nad sobą zapanować, poza unikaniem spoglądania w oczy Cartera, które tylko bardziej by ją rozproszyły. Próbowała, naprawdę próbowała jakoś z tego wybrnąć, ale nie było już drogi powrotnej. Mogła iść tylko przed siebie, a każdy kolejny krok wprowadzał ją prosto w jego objęcia i Sophia z nich uciekać nie chciała. Tylko może chciała się wstrzymać jeszcze na moment, zanim przepadnie kompletnie i przestanie ją obchodzić, że są w restauracji. To mogłoby być niebezpieczne, a jednocześnie na samą myśl o tym, że Carter w każdej chwili mógłby przekroczyć tę cienką granicę jej serce drgało mocniej, a oddech wiązł w gardle i z niecierpliwością czekała na więcej, ale to więcej nie nadchodziło. Carter dobrze wiedział co robił, kiedy jej tego nie dawał. Nie w tym miejscu. Mogła czekać, to oczywiste. I wszystko co teraz robili było tak okrutnie nieprzyzwoite. Nigdy przedtem nie zrobiła nic podobnego. Nawet jej to nie przeszło przez myśl, a przy Carterze wszystko to co było dosłownie zakazane przychodziło jej z taką samą lekkością jak oddychanie.
OdpowiedzUsuń— I wygląda świetnie. — Pochwaliła, choć nawet nie zerknęła na dłużej niż przez sekundę na talerze, które prezentował im kelner. Sophia miała wrażenie, że mężczyzna zostałby tu dłużej i rozwodził się dalej o daniach, gdyby nie to, że chwilę później Carter go odesłał.
Sophia odetchnęła nieco głębiej. Próbowała nabrać powietrza i trochę się zdystansować, ale jej tego nie ułatwiał. Odsunęła się minimalnie. Wyprostowała plecy, a wolna dłonią wygładziła materiał sukienki, który już i tak leżał na jej ciele idealnie. Spojrzała na talerz, a potem na Cartera, kiedy spytał, czy skosztuje.
— Nie odmówię. — Odparła. Uśmiechnęła się lekko i rozchyliła znów usta. Nie spodziewała się tego, że Carter będzie ją karmił, ale nie miała nic przeciwko temu. Kiedy wsunął widelczyk z ośmiornicą do jej ust rozpuszczała się niemal na języku. Nie była gumowa, była idealna. Przymknęła lekko oczy. Była idealna. — Boże. — Westchnęła. I na ten moment to był jedyny komentarz na jaki się zdobyła dotyczący jedzenia. Na więcej jej po prostu nie było stać.
Sophia nie zarejestrowała, czy kelner jeszcze tu był, czy może wyszedł chwilę temu. To w zasadzie było już bez większego znaczenia, a jej świat od dawna skurczył się tylko do Cartera. Wszyscy wokół byli tylko tłem i to nic nieznaczącym.
Zamruczała cicho, nieświadomie, po jego słowach. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł ją przyjemny dreszcz, który czuła aż w końcówkach palców. Sophia nie miała pojęcia, jak do tego doszło, że w restauracji działo się między nimi aż tak wiele, ale nie zamierzała narzekać. Nawet, jeśli teraz nie potrafiła wydusić z siebie żadnego konkretnego zdania i jedyne na co było ją stać to jakieś pomruki, które mówiły Carterowi zapewne więcej.
Uśmiech przebiegł jej przez twarz, kiedy mówił dalej i nie tyle co obiecywał, a zapewniał, że to będzie długa noc. I Sophia nie miała żadnych wątpliwości.
— Nie wiem, czy po tym dam radę się skupić na jedzeniu. — Wymamrotała. Nie była speszona, ale odrobine zdezorientowana tym, jak wyglądał ten wieczór. Wyobrażała sobie go zupełnie inaczej. Wcale nie narzekała. Bawiła się świetnie, choć traciła grunt pod nogami. Sama do tego doprowadziła. — Ale skoro to ma być długa noc… Byłoby szkoda, gdybym w chwili oddechu zasnęła, prawda? — Zaśmiała się. Nie miała wątpliwości, że nie dałby jej zasnąć, ale nie mogła obiecać, że nie wydarzyłoby się to, gdyby na moment się położyła, aby chociaż przez pięć minut odetchnąć.
Sięgnęła po swój koktajl, a właściwie nowy. Ten sam smak. Skoro posmakowało jej to i nie poganiał do łazienki, aby wszystko zwrócić to bezpieczniej było trzymać się jednego koktajlu. Nawet, jeśli menu wyglądało zachęcająco na dziesiątki innych,
Spojrzała na Cartera, kiedy zaczął mówić. Jego dłoń wciąż ją rozpraszała, ale słowa sprawiły, że zrobiło się jej aż ciepło na sercu. Było to widać po tym, jak jej twarz rozmiękła po tym co usłyszała.
— Staram się, aby nie wyrzucili nas stąd za niestosowne zachowanie. — Wyjaśniła, jakby to było najważniejsze w tym wszystkim. Sophia podejrzewała, że mogli sobie pozwolić tu na znacznie więcej niż przeciętny gość. — I zamierzasz sprawdzać, jak daleko możesz się posunąć zanim jednak na tym stole usiądę? — Zapytała z lekko uniesioną brwią, gdy jego dłoń przesunęła się wyżej. — Jedz, Carter. Nie tylko ja potrzebuję sił.
UsuńUśmiechnęła się wesoło, a potem, jak gdyby nigdy nic wzięła swój widelczyk i nabrała kolejną porcję ośmiornicy, którą zmoczyła w emulsji obok. Była wyśmienita.
Nawet przez moment Sophia nie pomyślała, że mają tę rozmowę za sobą. Kiedy Carter mówił dalej widelczyk wypadł jej z dłoni na talerz.
— Jezu, Carter. — Jęknęła, a twarz najchętniej schowałaby w dłoniach. To nie było jak besztanie go za nieodpowiednie zachowanie. Nawet jej tym nie zaskoczył. Cierpliwość już zdecydowanie nie była jej mocną stroną. — Najchętniej zrobiłabym obie rzeczy na raz, ale wiem, że jeśli cię pocałuję… Nie będę chciała przestać. To dopiero przystawka, a mamy wytrwać do deseru, pamiętasz?
To była jej forma doprowadzenia go do porządku. Wzięła z powrotem widelczyk do ręki. Carter naprawdę doprowadzał ją dziś do granic wytrzymałości. I wychodziło mu to piekielnie dobrze.
— Odkładając nasze… smakowanie siebie nawzajem. — Uśmiechnęła się lekko. — To jakie poważne rzeczy chciałeś ze mną omówić? Pytam na serio, Carter. Nie wykręcaj się już i nie próbuj mnie rozpraszać.
soph
Sophia nie miała pojęcia, jak po tym co się wydarzyło miałaby wrócić do rzeczywistości. Tak się w ogóle dało? Nawet nie próbowała tego zrobić. Dziewczyna wciąż trwała w tej słodkiej chwili, która między nimi się wydarzyła. Nie ciążyły nad nimi, przynajmniej w teorii, żadne problemy nad nimi nie wisiały, choć oboje dobrze wiedzieli, jak będzie po powrocie do Nowego Jorku. To był chwilowy spokój, z którego Sophia chciała skorzystać i nacieszyć się tym, jak lekko się ze sobą obnosili. Tym, że potrafili o wszystkim zażartować, a zwykły moment mogli zmienić w cos naprawdę wyjątkowego.
OdpowiedzUsuńBrunetka nawet nie próbowała ukrywać uśmiechu, kiedy wciąż zataczał na jej skórze delikatne kręgi. Wcale nie musiał przypominać jej o swojej obecności. Sophia czuła nie tylko dotyk, ale również ciepło i ciężar dłoni, która od kilku bezlitosnych minut krążyła zbyt blisko. Może wiedziała, że nie zdobędzie się na to tutaj, a może jeszcze myślała, że w końcu pęknie. Choć nie była pewna, czy naprawdę tego chciała czy tylko kręciła ją świadomość, co może się wydarzyć, jeśli. Nie lubiła się za bardzo obnosić z uczuciami. Czym innym było pocałowanie go, a czym innym… Cała reszta.
— Mieliśmy jakiś układ? Musiałam o nim zapomnieć. — Westchnęła z rezygnacją. Sama po sobie nie spodziewała się tego, że ta kolacja potoczy się w taki sposób, a oni będą nawzajem ze sobą się w ten sposób droczyć i sprawiać, że ochota na kolację będzie przechodziła im coraz bardziej, a ta na siebie nawzajem zrastać. Choć, może dokładnie tego należało się spodziewać.
Sophia mruknęła w niezadowoleniu, kiedy zabrał dłoń. Ale może dobrze się stało. Jeszcze kilka chwil i naprawdę nie byłaby w stanie się na niczym skupić, a już na pewno nie na rozmowie z mężczyzną, który podobno miał poważny temat do omówienia z nią. Pokręciła lekko głową, co oznaczało jej niezadowolenie, a potem założyła nogę na nogę i sięgnęła po szklankę z wodą.
— Może zaczęłam, ale nie musiałeś odpowiadać. — Odparła z błyskiem w ok, chcąc przerzucić na niego całą winę i to, jak ta sytuacja się skończyła. — Z naszej dwójki, to ty powinieneś być tym bardziej odpowiedzialnym, nie sądzisz? — Uniosła lekko brew, a kąciki jej ust lekko drgnęły do uśmiechu. Lubiła się z nim droczyć, ale nie tylko, gdy sytuacja miała podtekst i prędzej czy później zaciągnęłaby ich do sypialni.
— Nieprzyzwoita kolacja… — Powtórzyła po nim z lekkim rozmarzeniem na twarzy. Podobało się jej to, jak to zabrzmiało. — Powinniśmy robić takie częściej, nie sądzisz? — Zasugerowała. Była ciekawa, jakby to wyglądało w zatłoczonej restauracji, gdzie jednak na tak odważne gesty nie mogliby sobie pozwolić.
Tym razem zachowała już jednak powagę. Wyczuła, że to o czym Carter chce z nią porozmawiać nie jest lekkie i potrzebują teraz nie tyle co dystansu, a skupienia. Zupełnie innego rodzaju niż te, które sobie okazywali teraz. Żadna myśl nie przychodziła jej do głowy, ale nie denerwowała się. Przed nimi był naprawdę poważny czas, więc ta rozmowa równie dobrze mogła dotyczyć ciąży i tego, co wydarzyć może się w trakcie. Może miał jakieś obawy. Z pewnością miał. Podobnie, jak Sophia. Mogłaby napisać całą książkę o swoich obawach, a Carter dołożyłby swój własny drugi tom.
— Tak, wiele się zmieniło. — Przytaknęła. Słuchała Cartera uważnie. Mimo, że dłoń znów znalazła się na udzie tym razem nie była ona rozpraszająca. Nie tak, jak chwilę przedtem. — Hej, jeszcze nie znalazłam się pod stolikiem. — Mruknęła z uśmiechem i puściła mu oczko, jakby nie mogła sobie darować tego jednego komentarza. Jednak za chwilę spoważniała, a jej dłoń opadła na rękę Cartera. Musnęła palcami jej wierzch, jak na znak, że jest i słucha tego, co ma do powiedzenia.
Uśmiechnęła się ciepło. Lekko wręcz, kiedy Carter zaczął mówić o tym co z nią chce robić. O tych prostych, codziennych rzeczach, które czasem doprowadzały ich do szału, ale były tak bardzo ich. O opiece nad dzieckiem.
— Carter… — Ale nie zdobyła się na powiedzenie czegoś więcej. Nie chciała go powstrzymać tym, jak wypowiedziała jego imię. Brzmiała na zaskoczoną, bo taka była.
Sophia nie zaczynała tematu zaręczyn. Nie chciała do tego wracać, a przede wszystkim również bała się jego odpowiedzi. Może tego, że już nie chciał. Nie, skoro odrzuciła je pierwszym razem, a potem, kiedy się zgodziła to nie zdążyli się tym długo nacieszyć i zostawiła pierścionek w pudełeczku, zanim wyszła z mieszkania. Zanim z nim zerwała.
UsuńSpojrzała na znajome pudełeczko na stole, a po chwili przeniosła wzrok na Cartera. Wciąż zbierała myśli i zastanawiała się, co właściwie ma mu odpowiedzieć.
— Niczego bardziej niż tego życia z tobą nie chcę. — Głos nieznacznie jej zadrżał. Tych emocji miała w sobie aż nazbyt wiele, a znajomy błysk pierścionka przywrócił wspomnienia z różnych nocy. Tej pierwszej, gdy patrzyła na niego i niedowierzała, jak i tej ostatniej, kiedy z trudem go zdejmowała z palca. — Ciebie i naszego dziecka. Tyle mi wystarczy.
Spoglądała, jak wyjmuje pierścionek z pudełeczka. Widziała, jak go trzymał między palcami, jakby bał się go wypuścić. Serce waliło jej w piersi mocniej niż się spodziewała.
— Zawsze jesteś taki niecierpliwy. — Zaśmiała się. Trochę nerwowo, a trochę, jakby chciała przykryć to, jak wzruszona jest tym wszystkim. Nie kolejnymi zaręczynami, ale tym, że udało im się do siebie na nowo dotrzeć. Że nawet z problemami potrafili znaleźć wspólną drogę. — Teraz? Masz na myśli… Teraz? — To nie strach przez nią mówił, a raczej niedowierzenie i świadomość, że Carter byłby w stanie to zrobić. Był chwilami nieprzewidywalny, a już, zwłaszcza gdy chodziło o nią
Przez parę sekund tylko patrzyła na pierścionek, a potem spojrzała na Cartera.
— Tak, Carter. — Właśnie to powinna była mu powiedzieć tamtej nocy. — Tak, wyjdę za ciebie.
Nie czekała na pierścionek. Ujęła jego twarz w swoje dłonie i przyciągnęła go do siebie, aby na jego ustach złożyć delikatny, ale czuły pocałunek. Ledwo zwracała uwagę na samą siebie i na to, że jej oczy się zaszkliły.
— Tak, tak, tak. — Wyszeptała, między jednym, a drugim pocałunkiem. — Chcę zostać twoją żoną, Carter.
soph💍🩷
Zaśmiała się, bo dokładnie takiej reakcji oczekiwała od Cartera. Nie był tym odpowiedzialnym na co dzień, ale był nim zawsze wtedy, kiedy wymagała tego sytuacja. Nie potrzebowała, aby był taki codziennie. Zresztą, gdyby nie kochała w nim tego to nie potrafiliby się dogadać. On wiedział, kiedy popchnąć ją do przekroczenia kolejnej granicy, a Sophia wiedziała, kiedy go przystopować. Przynajmniej myślała, że wie, kiedy to zrobić.
OdpowiedzUsuń— Od lipca oboje będziemy musieli być bardziej odpowiedzialni. — Wtrąciła. W zasadzie już byli, a Carter pilnował, aby Sophia łykała wszystkie zalecone przez lekarkę suplementy. — Mniej niż pół roku… — Brzmiało to przedziwnie. Naprawdę mieli zostać rodzicami za pół roku. Właściwie to nimi byli od chwili, kiedy testy pokazały pozytywny wynik, ale dopiero niedawno zaczęli zdawać sobie z tego sprawę na poważnie.
Roześmiała się, kiedy zaproponował kolacje co drugi dzień i miejsca z których ich nie wyrzucą.
— Obawiam się, że do takich eksperymentów będziesz musiał znów wynająć dla nas cala galerię sztuki. — Wymruczała cicho. I nie tyle co brzmiało to jako żart, a raczej propozycja, którą powinien rozważyć, jeśli faktycznie marzyło mu się to, co działo się między nimi od chwili, kiedy usiedli przy stoliku.
Sophia tylko spoglądała na Cartera z tym delikatnym uśmiechem, kiedy się roześmiał, a jego głowa aż odchyliła się do tyłu. Uwielbiała go w takich momentach, kiedy po prostu się śmiał, a dźwięk wcale nie był wymuszony. On był po prostu jego.
— Och, racja. Zapomniałabym na śmierć. — Poprawiła się zaraz, bo faktycznie o czymś sobie przypomniała. — Masz słabe serduszko, pamiętasz? Boże, jeszcze chwila i musielibyśmy tu wołać pomoc lekarza. Chyba na dziś ci wystarczy atrakcji, nie sądzisz? Nie wiem, czy twoje serduszko wytrzyma coś więcej. Wrócimy i grzecznie pójdziemy spać. Nabierzesz sił, odpoczniesz… Jak na starszą osobę przystało. Możemy ci jeszcze zmierzyć ciśnienie, jeśli sobie tego życzysz.
Odetchnęła trochę głębiej, kiedy mówił o nich. Jej uśmiech wciąż był ciepły, miękki, a oczy miała wilgotne i nawet nie próbowała tego przed nim ukrywać. Nie w takiej chwili. Sophia wcale nie potrzebowała wiele, aby się wzruszyć. W tym momencie Carter dawał jej wiele powodów, aby się wzruszała i to nie zaręczyny były ich powodem, ale to co mówił. Wiedziała to wszystko wcześniej, a jednak dziś z jakiegoś powodu to uderzało w nią mocniej.
— Nie śmiej się ze mnie. — Sama się zaśmiała. Naprawdę przez chwilę myślała, że był gotów zrobić to tu i teraz. Wcale nie byłaby zaskoczona. — Widzisz? Miałam powód, aby myśleć, że zaraz wyskoczy tu urzędnik gotów ogłosić nas mężem i żoną.
Dokładnie w taki sposób powinna zareagować wtedy w sypialni. Teraz było jej łatwiej to powiedzieć. Zrozumiała więcej rzeczy, a przede wszystkim to, że naprawdę z nim chce być. Nawet, jeśli to miało oznaczać, że pojawią się jakieś ciemne chmury, że nie zawsze będzie łatwo. To przez wszystkie te gorsze chwile chciała iść razem z nim. Sophia nawet nie zaprotestowała, kiedy Carter wciągnął ją na swoje kolana. Gdyby tego nie zrobił to sama by się na nie wpakowała. Przylgnęła do niego swoim ciałem, jakby nie chciała, by teraz była między nimi jakakolwiek przestrzeń. Nawet, kiedy się od siebie odsunęli, a Carter wsunął pierścionek na jej dłoń, ona nie odsunęła się nawet na milimetr.
— Tęskniłam za nim. — Powiedziała cicho, mocniej się w niego wtulając. Jakby tym gestem chciała mu przekazać, jak bardzo tego wszystkiego z nim chciała. Każdego leniwego poranka, wykłócania się o tapetę do pokoju dziecka, kawy o siódmej rano, kiedy oboje są nieprzytomni.
Pierścionek mienił się dokładnie tak, jak zapamiętała. Może nawet błyszczał bardziej albo to ona zapomniała, jaką błyskotkę jej podarował.
Sophia nie zwróciła uwagi na kelnera. Była skupiona na Carterze i na połyskującym pierścionku. Na ich nowym życiu, które nie musiało być łatwe, ale będzie ich i to jedyne na czym brunetce zależało.
— Przestań stresować obcych ludzi. — Zaśmiała się na jego zaczepkę do kelnera, bo dopiero jak się odezwał zauważyła, że przyniósł im główne danie. — Mówiłam… Niecierpliwy.
Dłoń trzymała tuż nad jego sercem, jakby tym gestem chciała mu przekazać coś więcej niż tylko „tak”, które z jej ust padło trzykrotnie. Odsunęła się, ale jedynie po to, aby spojrzeć na Cartera. Na mężczyznę, który miał zostać jej mężem. Brzmiało to tak samo absurdalnie, jak pierwszym razem.
Usuń— Kocham cię, Carter. — Szepnęła. Głos miała już zmęczony od emocji, których w niej była teraz cała masa i wylewały się z niej bez przerwy. — Kocham wszystko w tobie. Nie mogę się doczekać się tego życia z tobą i naszym synem albo naszą córką.
Czuła, jakby jej miejsce było właśnie przy nim i nie chciała tego pod żadnym pozorem zmieniać. Przymknęła oczy, próbując wchłonąć to wszystko co się wokół nich teraz działo. Poskładać sobie w głowie wszystko to, co się wydarzyło.
— Jest przepiękny. — Wciąż mówiła szeptem, który zdradzał, że była już blisko tej granicy, aby się tu naprawdę rozpłakać. Nie próbowała nawet z jego kolan wstawać. Było całkiem możliwe, że nie wstanie z nich wcale i przesiedzi tu resztę kolacji, a jeśli jednak wrócą do jedzenia to będą musieli sobie poradzić. Sophia się stąd nie ruszała.
Roześmiała się na jego kolejne słowa.
— Nie potrzebujesz do tego małżeństwa, ale dobrze. Dostosuję się do wszystkich zaleceń swojego narzeczonego. — Odparła. Ciągle trochę rozbawiona i zachwycona tym, jak ich życie się właśnie układało. — Już taka jestem, Carter. Jestem z tobą szczęśliwa i bezpieczna. Ale mógłbyś mnie trochę bardziej rozpieszczać… — Mruknęła żartobliwie. Miała wszystko, a gdyby poprosiła to podarowałby jej nawet gwiazdkę z nieba. Nie miała co do tego wątpliwości. Żadnych.
— Sophia Crawford… — Powiedziała cicho, ale to nie brzmiało już jak marzenie, ale jako bliska przyszłość. — Podoba mi się, jak to brzmi. I odrobinę dziwnie.
Przyzwyczajona była do noszenia nazwiska mamy. Sophia Moreira-Crawford. To również brzmiało pięknie. Na upartego mogłaby nawet i być Sophia Carpenter-Moreira-Crawford, ale byłoby z tym już za dużo mieszkania. Zdecydowanie.
— Żadne z nas nie jest idealne, Carter. I nie potrzebuję, żebyś taki był. Wystarczy mi, że jesteś mój. Więcej nie potrzebuję.
Uśmiechnęła się i ułożyła głowę na jego ramieniu. Wyczuwała jego dłoń na swoim udzie, jednak już bez tej cichej prowokacji, choć ta i tak wisiała ciągle w powietrzu.
— Naprawdę chcesz się pobrać przed potworkiem? — Spytała. Chciała zrozumieć, jaką miał wizję. Co już zaplanował w głowie. Czego, dla odmiany, to on chciał.
soph
Sophia również się uśmiechała. Przez cały czas była uśmiechnięta i nie potrafiła przestać, a nawet nie chciała przestawać. Jak miałaby, skoro była szczęśliwa? I to nie był ten udawany rodzaj szczęśliwa, ale prawdziwy. Taki, który pochodził z głębi, której nie dało się ukrywać. Brunetka odetchnęła trochę głębiej, jakby w końcu te emocje powoli w niej przygasały, a raczej zaczynały znajdować swoje miejsce w jej głowie.
OdpowiedzUsuń— Carter, przestań! — Zaśmiała się i schowała twarz w jego szyi, jakby nie chciała, aby ktokolwiek dostrzegł, że jego entuzjazm zaczyna ją odrobinę peszyć. — Kiedy ty właściwie byłeś ostatni raz w kościele, aby sprowadzać księdza, co?
Pokręciła głową. Chyba wciąż nie wierzyła, że to naprawdę się między nimi wydarzyło. Może należało się tego spodziewać, ale po tym, jak odeszła przed świętami i po tym niespodziewanym powrocie, Sophia wcale nie spodziewała się, że Carter wciąż będzie chciał, aby została jego żoną. Może w przyszłości, ale nie tak szybkiej. Przecież ledwo co zgodzili się, aby dać sobie nawzajem drugą szansę. Kiedy wróciła, ale tak naprawdę i bez udawania już, że wraca, myślała, że minie wiele czasu zanim zacznie z nim temat zaręczyn. Nie chciała się mężczyźnie narzucać, a jednocześnie to był dla nich delikatny temat. Taki, którego nie chciała z nim poruszać od razu. Zamierzała to zrobić, ale dopiero, kiedy będzie między nimi stabilniej, a Carter… Carter jak zawsze był kilka kroków przed nią.
Patrzyła na niego z lekkim niedowierzeniem, kiedy mówił to wszystko. Brzmiał przy tym tak poważnie, że gdyby go nie znała to mogłaby wziąć to wszystko na poważnie i przerazić się, że jej ślub będzie miał tort w kształcie ust, który pokroi ksiądz.
— Masz bogatą wyobraźnię, zdajesz sobie z tego sprawę? — Przewróciła oczami. — Żadnego tortu w kształcie ust, Carter. Rozumiemy się? Belgijska czekolada zostaje, ale kształt? Odpada. Nie ważne, jak bardzo możesz je uwielbiać. — Brakowało, aby jeszcze pogroziła mu palcem. To się naprawdę miało wydarzyć. Może bez tego tortu, ale planowali naprawdę to zrobić. I nie było już żadnych wymówek. Sophia ich nawet nie chciała szukać. Chciała… Chciała za niego wyjść. Nosić jego nazwisko. Być jego żoną.
Ułożyła dłoń na jego policzku. Spoglądała na niego kompletnie rozbrojona. Jego zachowaniem i słowami, tym, jak potrafił w ułamku sekundy ją rozbawić. A chociaż żartował, chyba, to Sophia czuła, jak on bardzo tego wszystkiego chce. Jak bardzo mu zależy. Nie rozumiała skąd ten pospiech, ale prawdę mówiąc, ona również nie chciała czekać. Mimo, że zupełnie inaczej wyobrażała sobie własny ślub. Chyba jak większość dziewczynek nosiła w sercu wyobrażenia tego dnia. Gotowa jednak była na zmiany, aby oboje byli zadowoleni i żadne nie czuło się poszkodowane.
— Kochanie, dziesięć minut po deserze będziemy w drodze powrotnej do willi i nie jestem pewna, czy sukienka się na mnie utrzyma przed zamknięciem drzwi. — Odezwała się miękko i nachyliła, aby musnąć kącik jest ust. — Ślub musi poczekać. Przynajmniej dzisiaj. Na noc mamy zupełnie inne plany i nie uwzględniają one innych ludzi, ale może… może jeszcze kilka „tak” usłyszysz. — Wymruczała przyciszonym głosem, jakby się bała, że ludzie siedzący dalej cokolwiek będą mogli usłyszeć z ich rozmowy. Wystarczyło, że lada moment cała restauracja będzie wiedziała, że jakaś para się właśnie zaręczyła. Nie musieli z kolei wiedzieć, że zrobili to po raz drugi.
Spoważniała na moment, kiedy zaczął mówić o tym, czego chce. I widziała, a także słyszała, że żadna siła go od tego pomysłu nie odwiedzie, a ona wcale tą siłą być nie zamierzała. Nie przerażała jej wizja małżeństwa. Czuła się na nie dziwnie gotowa, choć jeszcze kilka tygodni temu nie myślała o sobie w roli żony. Pasowało jej bycie dziewczyną. Ale bycie żoną? To pasowało jej jeszcze bardziej.
— W porządku. Możemy to zrobić. — Zgodziła się. To nie oznaczało dzień po powrocie. Potrzebowali i tak czasu, aby wszystko przemyśleć i zastanowić się, jak ten dzień ma wyglądać. — Pobierzemy się przed potworkiem. I zanim… życie będzie miało swoje humorki. Tylko my i tak, jak będziemy tego chcieli.
Nie było co do tego już żadnych wątpliwości. Wezmą ten ślub, a potem… Potem przyjdzie czas na wszystko inne. Jeszcze nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ale wiedziała, że kiedy tylko zacznie to ciężko będzie przestać.
UsuńRzadko widziała go w takim wydaniu. Przeszczęśliwego, chichoczącego niczym dziecko, beztroskiego. I to bez dwóch zdań była najpiękniejsza wersja Cartera jaką przyszło jej oglądać.
— Poradzimy sobie jakoś z tą kolacją. — Zaśmiała się. Chyba już żadne nie było nią zainteresowane, ale aż żal byłoby jej nie skończyć. — Zamierzam cię rozpraszać tym pierścionkiem przez resztę życia. Przyzwyczajaj się do tego lepiej.
W planach już nie było zdejmowania go po raz drugi. Co najwyżej do czyszczenia lub w innych okolicznościach, które by tego wymagały, ale tylko na chwilę i raz dwa wróci z powrotem na swoje miejsce.
— Och, widzisz, a przez moment myślałam, że jednak wstrzymamy się do nocy poślubnej. — Westchnęła ciężko, prawie się śmiejąc, bo dobrze wiedzieli, że to będzie niemożliwe. — Powinniśmy chyba się w takim razie skupić na jedzeniu, nie sądzisz?
Znów musnęła kącik jego ust. Delikatnie, bez potrzeby na więcej. Przynajmniej jeszcze więcej nie potrzebowała, ale na ten moment w zupełności wystarczyły jej słodkie pocałunki i jego dłoń gładząca jej plecy.
— Obawiam się, że nie zapomnę, że właśnie zostałam narzeczoną najprzystojniejszego mężczyzny na tym świecie. — Powtórzyła po nim jego słowa, zmieniając je tylko odrobinę. Uśmiechnęła się i przymknęła oczy, delikatnie się przytulając.
Na krótką chwilę zapadła między nimi cisza. Jakby każde pogrążyło się we własnych myślach, które pewnie teraz nie były najłatwiejsze do ujarzmienia. Sophia nawet nie potrafiła opisać tego, jak szczęśliwa w tej chwili była. Powoli, ale w końcu, wszystko zaczynało się układać. Zdawała sobie sprawę, że przed nim była jeszcze długa droga, ale chcieli nią iść razem i to się liczyło. Ona i on. Tylko we dwójkę i niczego więcej już nie potrzebowali.
— Mogę mieć małą prośbę? — Spytała. Nie pomyślała o tym teraz. Tylko już jakiś czas temu, zanim się to wszystko posypało. — Zanim to zrobimy, moglibyśmy… Chciałabym pojechać do mamy. Opowiedzieć jej o tobie, jak niesamowicie szczęśliwa z tobą jestem. I o potworku.
Chciała też Cartera do tej części swojego życia wpuścić głębiej. Dotykał, póki co, ale tylko powierzchni, a jej zależało na tym, aby nie było między nimi żadnych historii, których sobie nie opowiedzieli. I to było dla niej ważne. Pojechanie tam, opowiedzenie wszystkiego na głos, przyniesienie świeżych kwiatów i obecność. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie musiała lecieć aż do Brazylii, ale w jej życiu właśnie działy się dwie ogromne zmiany i Sophia pragnęła się podzielić tym z osobą, która kiedyś była jej najbliższa.
soph
Życie Sophii nabierało coraz większych zmian, na które może nie czuła się gotowa w stu procentach, ale na które czekała z zapartym tchem. Bahamy były jak spełnienie marzeń, o których nie odważyłaby się śnić po tym, jak potraktowała Cartera przed świętami. Tymczasem od paru tygodni na jej dłoni lśnił pierścionek zaręczynowy, który oznajmiał każdemu kto spojrzał, że brunetka właśnie została szczęśliwą narzeczoną. I że równie szczęśliwą była mamą. Potworek rósł, a wraz z nim rosła Sophia. Wszelkie jeansy poszły dawno w odstawkę, a jeśli jakimś cudem się zmieściła to nie było szans, aby się zapięła i mogła swobodnie oddychać. Przerzuciła się w pełni na sukienki i spódniczki z gumką. Pod luźnymi ubraniami, a zwłaszcza, kiedy wkładała swetry i zakrywała się płaszczem bądź kurtką nikt nawet by nie zorientował się, że brunetka jest w ciąży. Dopiero po zdjęciu większych warstw pojawiał się ciążowy brzuszek rosnący z dnia na dzień. I wciąż, kiedy przeglądała się w lustrze niedowierzała, że to była prawda. Ciągle miała wrażenie, że w końcu się obudzi i to wszystko to będzie jakiś długi sen. —
OdpowiedzUsuńSophia nawet się nie zawahała, kiedy Carter jej oznajmił, że lecą do São Paulo. Spakowana była na ten wyjazd od chwili, jak wrócili do Nowego Jorku. Wiedziała, że ten moment nadejdzie, ale nie wiedziała, kiedy wydarzy się dokładnie. Pochłonięta była przez przygotowania do tego małego, ale w pełni ich ślub. Najpierw czekała ją rozmowa z przyjaciółkami, ale nie chciała już tego dłużej przed nimi ukrywać. Chciała się podzielić tym szczęściem ze wszystkimi i to właśnie zrobiła. Zaprosiła je któregoś razu do penthouse na babski wieczór. Nie wyganiała z domu Cartera, ale była pewna, że w którymś momencie się ulotnił niezauważony. Pierwsza reakcja z jaką się spotkała to był szok i milczenie, ale nie było ono oceniające, a po prostu wszystkie były w szoku i przez moment nie wiedziały co powiedzieć. Dopiero, jak Sophia wyciągnęła zdjęcia z USG i pierwsze maleńkie śpioszki, jakie kupili z Carterem zrobiło się w salonie głośno. Nie było żadnego umoralniania. Żadnych tekstów, że popełniła błąd i czemu do tego dopuściła. Cieszyły się, a jej spadł kamień z serca. Rozmawiała też z tatą, bo nie potrafiłaby tego zrobić, gdyby i jemu nie powiedziała. Podchodził do tematu ostrożnie, nieufanie wręcz. Z jednej strony mu się nie dziwiła, bo chwilę przed świętami wróciła do domu z opuchniętymi oczami i słowami, że rozstała się z Carterem, a przy okazji jest w ciąży, a parę tygodni później znów z nim była i planowali się pobrać. Nie za rok, nie po tym, jak urodzi się dziecko – teraz. To nie były łatwe zmiany, ale Sophia potrzebowała, aby Oscar jej zaufał. Spróbował zaufać, że Sophia wie co robi i nie robi tego w pospiechu. Nawet, jeśli to wyglądało, jakby się spieszyli. Żadne z nich nie chciało czekać.
São Paulo pachniało inaczej niż Nowy Jork. Nie było tak spięte, choć miało swoje wady, ale które miejsce ich nie miało? Powietrze pachniało świeżym mango. Unosiły się dźwięki muzyki, która wygrywana była na ulicach. To miejsce nie było dla niej kolejnymi wakacjami ani ucieczką. Było domem. Rzadko odwiedzanym, ale jednak domem, który kochała i w którym nie była od dawna. Sophia tutaj zachowywała się inaczej. Nie było napięcia w jej ramionach. Była tylko ona i przestrzeń, w której czuła się komfortowo.
Nie denerwowała się tym wyjściem. Wręcz przeciwnie. Nie mogła się doczekać, aż Carter pozna jej dziadków, aż zobaczy ułamek miejsca, w którym spędziła tak wiele lat. Przestrzeń, w której Sophia biegała jako mała dziewczynka. Miejsca, gdzie Sophia i mama były szczęśliwe, gdzie wszyscy we trójkę byli szczęśliwi. Chciała się z nim podzielić tą częścią życia, której nie mogła mu opowiedzieć. Ona musiała mu ją pokazać. I od paru dni to robiła. Zabierała w miejsca, które były dla niej ważne i miały sentymentalną wartość. Zabrała go przede wszystkim do mamy, choć to był emocjonalny dzień i jeszcze przed wyjściem się rozpłakała. W trakcie również nie było łatwo, ale zrobienie tego dla niej było ważne. Nawet, jeśli emocjonalnie ją wykańczało.
Nie wybrała przesadnego stroju. Jechali tylko do jej dziadków, a tam Sophia nigdy nie czuła potrzeby, aby się wystroić. Miała na sobie zwiewną zielonkawą sukienkę z motywem w kwiatki, która opinała ją trochę mocniej, bo nie była kupowana z myślą o ciąży, a materiał nie był aż tak rozciągliwy. Ale tego tym bardziej nie ukrywać nie zamierzała. Włosy zebrała spinką. Było upalnie, a kiedy miała je rozpuszczone robiło się jej gorąco. Aż zbyt gorąco i chociaż w ten sposób próbowała sobie trochę ulżyć. Pomijając, że odkąd tu się znaleźli przeszła przez pięć mgiełek ochładzających.
UsuńUśmiechnęła się lekko, kiedy go zobaczyła i zeszła po schodach.
— Przesadzasz. — Przewróciła oczami. Trzymała dłoń na balustradzie, bo od niedawna ufała sobie mniej w szpilkach. Wciąż zaskoczona, że jeszcze w nich daje radę chodzić, ale właśnie zaczynała czuć się lepiej. Mdłości zniknęły, wróciła do picia kawy – słabszej niż zwykle, ale jednak i chciała korzystać z tego, że w końcu nie jest obolała, a energia jej wraca. — Będzie świetnie. Pokochają cię. — Zapewniła, a kiedy podeszła ułożyła dłonie na jego torsie.
— Wyglądasz świetnie. — Pochwaliła i musnęła jego policzek. Prezentował się idealnie. — W końcu zjesz porządną feijoadę. Moja nie wychodzi nawet w połowie tak genialna jak babci. Nie masz się czym martwić. Umierają, aby cię poznać osobiście, a nie tylko ze zdjęć i naszych rozmów.
soph
— Znam cię już trochę, kochanie. Zapomniałeś? Wiem, jak wyglądasz, kiedy zaczynasz się denerwować. — Odparła. Sophia jego zachowaniem była rozczulona. Podobało się jej to, jak rozkosznie uroczy był w tym swoim zdenerwowaniu, które próbował zamaskować żartami. Sophia wiedziała już, kiedy żarty wyciąga po to, aby przykryć to co czuje tak naprawdę w środku. — Nie masz się czym martwić. Dobrze? To nie Nowy Jork, żadnego marmuru i wymagań sięgających nieba.
OdpowiedzUsuńZapewniała go o tym już wiele razy. Świat, w którym się wychowała w Stanach był inny od tego, który znała stąd. Sao Paulo było głośne i kolorowe, zawsze otaczał ją tu zapach gotowanych posiłków. Nawet, jeśli to było tylko w jej głowie. Widać było po niej to, jak odmieniona tutaj była. Mimo, że od tygodni nie miała na głowie zbyt wielu zmartwień, to kiedy stanęła na płycie lotniska poczuła się naprawdę po raz pierwszy… Spokojnie. Jakby potrzebowała aż poczuć brazylijskie powietrze, żeby wiedzieć, że wszystko się poukłada i będzie dokładnie tak, jak sobie wymarzyła.
— Myślisz, że miałabym coś przeciwko, abyśmy się tu przenieśli? — Zaśmiała się. Nigdy o tym nie myślała na poważnie. I może nie potrafiłaby opuścić Nowego Jorku na stałe, ale zdecydowanie mogli pomyśleć nad tym, aby wracać tutaj częściej. Może znaleźliby dla siebie tu miejsce. I prawda była też taka, że Sophia chciałaby, aby tu wracali. Chciałaby podarować ich dziecku kawałek siebie. Zaszczepić w nim tę samą miłość do Brazylii, którą miała ona. I mogli to zrobić. Mogli tu spędzać wakacje albo święta lub przyjeżdżać bez powodu. Nie potrzebowali przylatywać tu z konkretnym powodem. Wystarczyły same chęci. — Polubią cię. Przestań wymyślać wymówki, aby mnie zaciągnąć do łóżka. — Przewróciła oczami, a potem chwyciła jego dłoń. Pewnie i świadomie pociągnęła go do wyjścia. Nie denerwowała się tak, jak przed przedstawieniem go tacie. Teraz panowała pełna lekkość.
Sophia przez drogę do domu dziadków wyglądała przez okno. Wchłaniała znajome widoki. Miejsca, które kiedyś odwiedzała codziennie. Znajome ścieżki i budynki, odgłosy, których nie dało się podrobić. Wszystko tu było… Żywsze.
Dom, który zajmowali jej dziadkowie nie był ogromny. Nie wyglądał też, jak wyjęty z katalogu, jak penthouse na Manhattanie, w którym nie można było kichnąć. Kiedy tylko się zatrzymali Sophia miała ochotę od razu wyskoczyć z auta, ale powstrzymała się. Zamiast tego zerknęła na Cartera i uśmiechnęła się czule, a jej dłoń powędrowała do jego policzka.
— Wszystko będzie w porządku.
Tym razem to nie były puste obietnice. Sophia w to wierzyła, a przede wszystkim znała swoich dziadków. Wiedziała, że Cecilia i Antonio będą zadowoleni. Byli przeszczęśliwi, kiedy im oznajmiła, że tu przylecą. Słuchali o jej nowym życiu z zapartym tchem. Może raz czy dwa zapytali się, czy na pewno jest pewna, ale kiedy ich zapewniła, że owszem – nigdy nie była niczego bardziej świadoma to cieszyli się tymi zmianami razem z nią.
Oczy brunetki wesoło rozbłysły, kiedy odezwał się po portugalsku.
— Poprowadzę. — Odparła i jeszcze się nachyliła, aby lekko musnąć jego usta. — Wystarczy, że będziesz sobą, Carter. Nie szukają perfekcji.
Sophia zabrała jeszcze dwie torebki z prezentami, które przygotowała dla dziadków. Dawno jej tutaj nie było, a chciała, aby mieli coś od niej. Zawsze im coś przywoziła, a tym razem nie mogło być inaczej. Dom już z zewnątrz wyglądał rodzinnie. Przed domem stała duża drewniana huśtawka, która wyłożona była miękkimi poduszkami, na których w cieniu spał szary kot w pręgi. Uniósł tylko głowę, kiedy przeszli przez bramkę, a potem zwinął się w kłębek i poszedł spać dalej. W powietrzu unosił się kwiatowy zapach. Wszystko było… Tak bliskie, a Sophia widziała tu siebie. Sprzed lat. Biegającą za motylkami, rysującą na kocu. Każda część tego miejsca była wypełniona wspomnieniami z dzieciństwa. Mimo, że to nie było tak dawno temu to miała wrażenie, że wydarzyło się to wszystko w zupełnie innym życiu.
Nie zdążyła zapukać, a drzwi się otworzyły. W nich stała starsza kobieta z szerokim uśmiechem. Była mniej więcej tego samego wzrostu co Sophia. Mimo wieku biła od niej energia. Nawet nie wydusiła z siebie słowa tylko wciągnęła Sophię do uścisku. Było jej trochę ciężko go odwzajemnić, kiedy w jednej dłoni trzymała prezenty, ale poradziła sobie.
Usuń— Jak ty wyrosłaś. Och, wyglądasz coraz bardziej jak mama. — Mówiła szybko i ze wzruszeniem, wciąż nie puszczając jej ze swoich objęć. W tle pojawił się dziadek. Wysoki mężczyzna, mocno opalony z wyraźnymi liniami na czole.
Kiedy Cecilia puściła w końcu Sophię jej uwaga skierowała się na Cartera. Przez moment miała minę, jakby sprawdzała, czy w ogóle wpuści do domu tego wysokiego i obcego sobie mężczyznę. Przyglądał się im z odległości. Ręce splecione miał za plecami, ale jego wzrok nie był oceniający. Raczej ciekawy.
— Ty musisz być Carter. — Mówiła prostym angielskim, choć znała ten język to czuć było, że jest on dla niej obcy. Sophia zapewniała, że w razie czego będzie robiła za tłumacza, choć to nie powinno być im raczej potrzebne, ale różnie mogło się zadziać. — No, podejdź tutaj. Chcę cię lepiej zobaczyć.
Cecilia nie czekała na zaproszenie. Sięgnęła od razu do Cartera. Poprawiając koszulkę, choć ta była idealnie ułożona. Dotknęła jego policzka, jakby sprawdzała, czy jest prawdziwy. Nie miała w sobie żadnych barier ani chłodu, który Carter zaznał, kiedy byli u jej taty. Była za to podarowana od progu bliskość i ciepło.
— No chodźcie, chodźcie. Wszystko jest gotowe i gorące. Lemoniada świeża. Musisz się napić. Musisz teraz dużo pić, Sophia. — Babcia przełączyła się na portugalski. Głos miała taki, jaj Sophia zapamiętała. Trochę za głośny, wiecznie przejęty. Kobieta weszła do środka niemal ciągnąć ich dwójkę za sobą.
Dopiero w środku Sophia przywitała się z dziadkiem. Podobnie, jak z babcią. Uścisk, krótki pocałunek w policzek i wtedy uwaga Antonio skierowała się na Cartera nieco uważniej. Wyciągnął do niego dłoń, a uścisk był mocny i pewny, a na twarzy miał uśmiech. Trochę ostrożny, jednak nie uprzedzony.
Sophia znalazła wzrokiem Cartera, bo choć oddzielona była od niego babcią i dziadkiem to chciała, aby wiedział, że jest przy nim tak samo obecna. I nie chciała, aby go cokolwiek przytłoczyło. Choć po tym przywitaniu była pewna, że nic się złego raczej wydarzyć nie powinno.
soph
W domu pachniało… Domem. Sophia nie potrafiła tego wytłumaczyć, ale to był zapach, który kojarzył się od razu z rodzinnym ciepłem. Nie takim, które jest wymuszone czy na pokaz. Takim prawdziwym, którego pragnie się więcej i chce się doświadczać codziennie. Nie było to przytłaczające ani ciężkie. Może z początku, jeśli nie było się do takich rzeczy przyzwyczajonym, a Sophia zdążyła się odzwyczaić od ciepła. Ostatni raz była tutaj ponad rok temu, kiedy jej życie się zawaliło i potrzebowała ucieczki, a teraz była tutaj, bo wszystko układało się dokładnie tak, jak powinno i chciała się tym szczęściem nacieszyć z najbliższymi. Z dziadkami, którzy byli dla niej najważniejsi. I pokazać Carterowi więcej siebie. Mogła dużo mówić, opowiadać i pokazywać mu zdjęcia, ale słuchanie o tym, a doświadczenie to było zupełnie co innego. I teraz Carter miał okazję to wszystko poczuć. Wyraźniej zobaczyć, co przez cały ten czas miała na myśli brunetka.
OdpowiedzUsuń— Mów mi Cecila, żadna pani. To mój mąż, Antonio. — Poprawiła natychmiast Cartera. I w tym momencie było jasne, że w tym domu nie panują żadne twarde zasady, a na pewno nie ma miejsca na bycie panią i panem. — Piękne są. Wstawię je do wody. Wejdźcie no.
Poganiała ich delikatnie, wprowadzając w głąb domu. To nie była ogromna przestrzeń, a każdy kąt czymś był zapełniony. Dywany nie pasowały do zasłon. Kanapa okryta była narzutą w kolorowe wzory, bo popsuje się, jeśli niczym się jej nie zakryje. Na ścianach było pełno różnych obrazów, ale także zdjęć. Gdzieś nad drzwiami wisiał krzyż. Sophia zsunęła z nóg szpilki, bo nie było sensu w nich chodzić po domu, a i tak pewnie usłyszałaby, że porysuje nimi drewniane podłogi.
Zerknęła na Cartera i uśmiechnęła się delikatnie. Wciąż widziała, że jest delikatnie napięty, więc podeszła do niego i bez słowa wsunęła swoją dłoń w jego.
— Masz ochotę na tę lemoniadę? — Zabrzmiało to jak pytanie, ale to była raczej propozycja. Domyśliła się, że obiad podany będzie na zewnątrz. Było zbyt miło, aby siedzieć w środku, a dziadkowie mieli przepiękny taras z widokiem na ogród pełen kwiatów i krzewów. Zadaszony, więc nie będą siedzieć w pełnym słońcu. — Mi się przyda. Najlepiej z lodem. Strasznie parno.
Westchnęła i nie czekała na jego reakcję ani odpowiedź, tylko poprowadziła dalej. Zatrzymała się jednak, kiedy przechodzili przez salon. Na komodzie stały ramki ze zdjęciami. Była ich cała masa. Od początku do końca pokazywały historię. Ślub dziadków, pierwsze zdjęcia z dziećmi. Mała gromadka. Potem zdjęcia się zmieniały, a trójka dzieci zmieniała się w małych dorosłych. Było parę zdjęć z Sophią i jej kuzynami, jako dzieci. Ona sama z mamą. Komoda w zasadzie wypełniona była dziesiątkami ramek. Nie były one idealnie ułożone. Trochę zbyt ciasno stały obok siebie, ale to tylko pokazywało, że im zależało, aby mieć kawałek każdego swojego dziecka na wierzchu i wnuków, bo tych też było paręnaście i gdyby stali tak dalej to na każdym meblu znalazłoby się jakieś zdjęcie, a w albumach dziesięć razy tyle.
Zwróciła się lekko w stronę Cartera. Korzystając z tego, że na moment byli sami. Z kuchni dobiegały odgłosy gotowania, ktoś przestawiał talerze, zaglądał w parujące garnki. Było… Było jak w domu. Prawdziwe.
— Dziękuję. — Powiedziała cicho i delikatnie go objęła. — Widzisz? Mówiłam ci, że cię polubią. I jestem pewna, że dziadek właśnie rozlewa cachacę i będziesz jego ofiarą. Albo coś co dostał od kuzyna znajomego o nikt nie wie, ile to właściwie ma procentów, ale działa. — Zaśmiała się.
Zależało jej, aby dziś wszystko się ułożyło dobrze i każdy znak wskazywał na to, że tak właśnie będzie. Tylko oni, jej dziadkowie i poznanie się, zanim Sophia i Carter powiedzą sobie to jedne najważniejsze „tak” w całym ich życiu.
soph
Zdawała sobie sprawę z tego, że nie musi mu za nic dziękować. Chciała to jednak zrobić, a przede wszystkim w ten sposób pokazywała swoją wdzięczność. Zniósł to, jaka jej rodzina jest. Może nie wybrała sobie Gwen na macochę, ale jej zachowanie spokojnie mogłoby odstraszyć każdego, a już zwłaszcza po tym co usłyszeli podczas tamtej nieszczęsnej kolacji i cokolwiek mówiła mu na przyjęciu wystarczyło, aby się wtedy pokłócili. Sophia nie byłaby zaskoczona, gdyby Carter spodziewał się, że tutaj również będzie na niego czekało okrucieństwo, ocenianie z góry i przypominanie, że nie pasuje do tej rodziny. Mimo, iż wiedziała, że nigdy dziadkowie by go tak nie potraktowali. Nie mieli za sobą takiej historii, jak jej ojciec. Nie było wiekowych biznesów, które przetrwały do dziś. Ogromnych pieniędzy. Była zwyczajność. Sophia zawsze była pomiędzy dwoma światami. Tym luksusowym, który mógł kupić wszystko i z czego korzystała, a tym spokojniejszym, gdzie liczyły się drobne rzeczy. Może dlatego nie była tak całkiem rozpuszczona i nie patrzyła tylko na czubek własnego nosa, bo wiedziała, jak smakują dwa skrajne życia i że… W obu odnajdowała się bez problemu. Nawet, jeśli te pierwsze było wygodniejsze, to ona były dla niej równie istotne. Tutaj miała coś czego żadne pieniądze nie mogłyby kupić. Miała rodzinę, która nie oceniała tego skąd pochodził jej narzeczony. Nie patrzyli na niego, jakby miał w sobie coś skażonego. Patrzyli już od otwarcia drzwi, jak na nowego członka rodziny. Którym miał się stać. W niedzielę. Tuż za chwilę. Wciąż w to nie wierzyła, że w niedzielę naprawdę miała zostać żoną. I to nie byle kogo, ale Cartera i nie mogła się tego już doczekać.
OdpowiedzUsuńObiad upłynął w przyjemnej atmosferze. Bez zbędnych i krępujących pytań, choć oczywiście byli go ciekawi. Babcia podziwiała pierścionek, zachwycała się nim wręcz. Podobnie i dziadek, który kiwał w zrozumieniu głową Z czymś co w zasadzie przypominało nawet dumę. Sophia dużo się śmiała. Znacznie więcej niż w ostatnich miesiącach. Tak lekko i swobodnie, jakby nigdy nic złego się nie wydarzyło. I to było odświeżające. Po wszystkim co się działo nic bardziej nie koiło jej duszy, jak siedzenie na tarasie u dziadków z lemoniadą, która nigdy się nie kończyła i z mruczącym kotem na kolanach, który najpierw kręcił się obok Cartera. W międzyczasie Sophia mu podsunęła tabletki na alergię, gdyby jednak ich potrzebował, a potem zabrała kota do siebie, który cały obiad przespał na jej kolanach, a potem zniknął między krzakami i najpewniej szukał cienia, a także odrobiny chłodu. I Sophia ani trochę mu się nie dziwiła, bo gdyby mogła to sama położyłaby się na chłodnej ziemi pod krzakiem.
Nie protestowała, kiedy babcia porwała ją do kuchni. To miał być ich czas na pogadanki. Carter został z Antonio, a teraz... Sophia wcale nie miała obaw, że coś się wydarzy. Była przekonana, że będzie dokładnie tak, jak być powinno.
Robiły kolejną porcję lemoniady. Trochę się śmiejąc i rozmawiając. Było tak przyjemnie, że Sophia nie chciała z tego już nigdy więcej rezygnować.
— Twoja mama byłaby z ciebie bardzo dumna, wiesz o tym? — Powiedziała kobieta, kiedy z boku przyglądała się Sophii. Jaskrawa sukienka opinała ją trochę bardziej po obiedzie, a brzuch był wyraźniejszy niż wcześniej.
Sophia odetchnęła głębiej, bo temat był… Zawsze dla niej trudny, ale dzisiaj bolał trochę mocniej niż zwykle. Może pomogło jej to, że już z mamą rozmawiała. Jakkolwiek to brzmiało, ale było jej trochę łatwiej, kiedy wyrzuciła z siebie wszystko.
— Mam taką nadzieję. — Westchnęła w odpowiedzi i lekko się uśmiechnęła. — Chciałabym, żeby tutaj była i zobaczyła to wszystko. Poznała Cartera i była z nami w niedzielę.
Babcia przysunęła się do niej trochę bliżej, kładąc swoją dłoń na jej, a potem uśmiechnęła delikatnie.
— Będzie zawsze z tobą. I wcale bym się nie zdziwiła, gdyby maczała palce w tym, abyś się z nim poznała. — Dodała ciszej, niemal konspiracyjnym tonem, ale z uważnością, aby nikt ich nie podsłuchał.
Sophia roześmiała się po tym wesoło. Jakoś nie potrafiła wierzyć w to wszystko, w co wierzyła jej babcia, ale nie wykłócała się. Z babcią nigdy nie było sensu się kłócić, a już zwłaszcza o takie tematy.
Usuń— Wiem, że będzie. — Przytaknęła. Nie zdejmowała jej obrączki od wielu lat i nie zamierzała przestać jej nosić. — Brakuje mi jej. Zwłaszcza teraz.
— Rozumiem, kochanie. — Odparła. Jak ktoś miał ją zrozumieć to tylko i wyłącznie osoba, która również ją straciła. Wszystkim jej brakowało, a szczególnie Sophii, która nie mogła zwrócić się do mamy o radę. Zapytać, czy to normalne, że w ciąży czuje się tak czy inaczej, czy powinna się tak czuć. Nie będzie z nią wybierała sukni na wesele. Nie pomoże w wyborze rzeczy dla dziecka. Sophia pogodziła się z tym już dawno, ale dziś… Dziś ta strata bolała o wiele bardziej. — Wciąż masz nas. I zawsze będziesz miała. Pamiętaj o tym, dobrze? Nie zapominaj. Oboje nas macie. Ty i Carter. Jeśli czegokolwiek będziecie potrzebować zawsze możecie tutaj przyjechać. Nawet, jeśli to tylko na filiżankę herbaty.
Sophia o tym pamiętała. Działo się czasem jednak tak wiele, że po prostu wylatywało jej z głowy. Latanie do Sao Paulo z Nowego Jorku też nie zawsze było proste. Wiedziała jednak, że teraz tego nie popsuje. I zrobi wszystko, aby widywali się częściej. Zwłaszcza, że oboje z dziadkiem zadawali dziesiątki pytań odnośnie do dziecka. Nie mogli się doczekać, a na Sophię i Cartera, a właściwie to na potworka czekał mały prezent od dziadków. Nie była to ogromna wyprawka, ale kilka słodkich śpioszków, to co przyda im się najbardziej w tych pierwszych tygodniach i doceniała to, a taki prezent sprawił, że jeszcze bardziej realne to wszystko się stawało.
— Jest coś za cicho. — Stwierdziła nagle Cecilia i oparła dłonie o biodra. — Piją. Jak nic twój dziadek w niego wlewa te paskudztwo.
Sophia parsknęła śmiechem.
— Ostrzegałam go! — Zaśmiała się i pokręciła głową. — Pójdę ich poszukać.
Była lepszą opcją niż babcia, którą zostawiła w kuchni. Zajrzała na taras, ale ten był pusty. Do domu nie mogli wejść, bo musieliby przejść przez kuchnię, więc Sophia ruszyła do znanej sobie dobrze budki, która niby miała być garażem, ale robiła raczej za miejsce spotkań towarzyskich dziadka. Słyszała przytłumione rozmowy, śmiech dziadka, a potem jakby… Klepnął Cartera po plecach? Wślizgnęła się do środka niemal niezauważona.
— Babcia miała rację. Pijecie. — Oparła się o framugę drzwi, a ręce skrzyżowała pod piersiami. — I to w dodatku po kryjomu.
soph
Sophia dobrze znała sztuczki swojego dziadka. To nie byłby pierwszy raz, kiedy ukrywał się z wysokoprocentowymi napojami. I to wcale nie było tak, że musiał się z nimi chować, bo inaczej byłaby awantura. Sophia, odkąd pamiętała to pomieszczenie, druga kuchnia – tak to nazywali czasami – robiło za miejsce, gdzie dziadek sobie odpoczywał. Leżały tu jego krzyżówki i książki. Miał swój mały warsztat, gdzie przykręcał śrubki do wszystkiego co możliwe, rozkręcał je i tak w kółko, a czasem spraszał kolegów i siedzieli tu tak w kupie, aż do późnych godzin. Dziadek miał swoje miejsce, a babcia swoje w domu i wszyscy byli zadowoleni. Pamiętała, że dawniej ściągał tutaj też tatę. Jak to mówił na poważne męskie rozmowy, a teraz ściągnął tutaj Cartera i po tym, jak oboje byli zadowoleni Sophia domyślała się, że nie padły żadne ciężkie słowa. I dobrze, bo nie potrzebowali tego teraz wcale. Nie na chwilę przed ślubem. Teraz po prostu musiało być dobrze.
OdpowiedzUsuńPrzechyliła lekko głowę z westchnięciem, które miało udawać rozczarowanie, ale niezbyt jej to wyszło.
— Och, jesteśmy na etapie „to nie tak jak myślisz, kochanie”? — Zaśmiała się.
To była cudowna scena, a skoro dziadek zabrał go do swojego miejsca to oznaczało tylko tyle, że zaakceptował Cartera i nie wpuszczał go tylko w znajome sobie miejsca, ale przede wszystkim do rodziny. I tego najbardziej Sophia chciała. Aby był częścią jej rodziny. Wiedziała, że nie miał swojej. Nie mówiła o przyjaciołach, który znalazł po drodze, ale nie miał tego czego doświadczyła ona. Wcale nie mówiła tego z dumą ani nie myślała, że jest lepsza, bo ją… Cóż, kochano. Chciała, aby Carter nie tylko ją poślubił, ale jednocześnie wszedł do tej rodziny razem z nią. Aby wiedział, że dla niego tutaj również jest miejsce i o to właśnie cały czas próbowała walczyć. Najpierw z ojcem, ale to jeszcze się jej nie udało. I nie wiedziała, czy faktycznie się jej uda to zrobić, czy w końcu się poddadzą, bo przecież dopóki była Gwen to jej dom, miejsce, gdzie również się wychowała, nie stanie się domem dla Cartera. Tymczasem tutaj… Tutaj wystarczyło, że się pojawili. Carter dostał tutaj swoje miejsce. Sophia nie byłaby zaskoczona, gdyby przy kolejnej wizycie mieli dla niego już przygotowane kapcie do chodzenia po domu, bo przecież nie wypada, aby chodził boso. Sophia właściwie sandałków już nie zakładała. Chodziła boso po ciepłej trawie i chłodnych panelach w domu.
— Nawet nie zapytam, co pijecie. Czuję to aż tutaj. — Pokręciła głową. Czasem przeklinała ten swój nadwrażliwy węch. Jak na zawołanie lekko zmarszczyła nos, a zapach niezbyt jej leżał, ale nie na tyle, aby zmusić ją do szybkiej ewakuacji. — Babcia chciała przyjść, ale ją powstrzymałam. I ma zamiar podać açaí na tigela, więc jak chcecie się załapać na coś słodkiego, to radzę się pospieszyć i udawać, że nic się tu nie wydarzyło.
Wzniosła oczy, ale prawdę mówiąc była zachwycona tym, że znaleźli wspólny język. Carter nie trzymał się na dystans. Nie uciekał w siebie tak, jak miał zwyczaj robić. On naprawdę był obecny. Nie tylko dla niej, a choć robił to dla niej to odnosiła wrażenie, że wiele z tego sam również wyciągnie.
— Rodzinna tradycja. — Powtórzyła po nich, uważnie smakując te słowa, a potem parsknęła śmiechem. — Jeśli ta rodzinna tradycja skończy się prowadzeniem was do łóżek to nie chciałabym być w waszej skórze na następny dzień.
Tego w swoim bingo nie miała, gdyby jednak za często sięgali po kieliszek. I nawet nie potrafiłaby być zła. Cokolwiek pili musiało być paskudne. Było paskudne. Sophia kiedyś tego spróbowała z dziadkiem. Oczywiście po kryjomu, aby nie mówić babci. Wypluła wszystko i kaszlała, jakby ktoś wlał jej do gardła paliwo. Żaden sok tego smaku nie zabił, a ona żałowała podjętej decyzji. Dziadek się za to śmiał i mamrotał, że Theo, kuzyn Soph, lepiej to zniósł, ale przerwała mu ich matka, która przyłapała dziadka i wnuczka na gorącym uczynku, a potem podobno dostał zakaz wchodzenia do garażu na tydzień od babci.
Sophia lekko uniosła brew po pytaniu Cartera.
— Kochanie, kiedy ty mnie nie namawiałeś na szalone rzeczy? — Zapytała z wyraźnym rozbawieniem w głosie. Mogłaby wyliczać, ale chyba będzie lepiej, aby dziadek tego nie słyszał. — Ale to prawda, masz charakter.
UsuńSięgnęła po jego dłoń bez grama wahania. Przybliżyła się do narzeczonego i bez pospiechu znalazła się w jego objęciach. Sophia przylgnęła do ciała Cartera tak, jakby zawsze tam pasowała. Uśmiechnęła się lekko, kiedy musnął jej policzek, a po chwili przymknęła oczy. Powalając sobie, aby na moment w tej chwili byli tylko oni. Mimo dziadka, który siedział tuż obok.
— Dzieci? — Powtórzyła po dziadku. — Widzę, że oboje już się nastawiliście.
Wtuliła się w bok Cartera. Dziwiąc się, jak może to pić i się nie skrzywić.
— Dzieci. Nie może być tylko jednego. — Powiedział z powagą dziadek. — Im więcej tym lepiej.
— Najpierw to jedno. A potem… Potem zobaczymy. — Zarządziła. Pewnie, że by chciała. Spędziła życie jako jedynaczka, cóż prawie, ale Gen ciężko było liczyć, bo relacji siostrzanej nigdy między nimi nie było.
Antonio skinął głową, jak na zgodę.
— Zobaczę, co robi babcia. Żeby nie zrobiła mi awantury jak w 92. Przez dwa tygodnie domu nie miałem. Dwa tygodnie! — Machnął rękami w powietrzu i podniósł się z fotela. — Uważaj, synu, nie wkurzaj kobiety, która nosi nazwisko Moreira. Żadna tak nie denerwuje… Ale żadna inna tak mocno też nie pokocha.
Zostawił go z tą anegdotką, a kiedy wychodził mówił coś do siebie jeszcze pod nosem o żonie i o tym, że ma szczęście, że od dziesięciu lat o nic się nie pokłócili na poważnie, a z każdym jego krokiem słowa cichły.
Soph
Sophia nie uwierzyłaby, że tak właśnie może wyglądać jej życie. Gdy cofała się do tego co działo się rok temu… Rok temu była w gruzach. Wygrzebywała się powoli z tego, jak sama tak naprawdę doprowadziła do tego, że jej życie wcale nie było takie udane. Nie mogła winić innych, choć nie tylko ona ponosiła winę. Teraz to było bez znaczenia. Rok temu nie uwierzyłaby, że może szykować się do skromnego ślubu, tylko we dwójkę z najbliższymi i że za parę miesięcy urodzi małą mieszankę jej oraz Cartera. Nie uwierzyłaby, że Carter… Ten Carter będzie jej mężem. Byłoby to jeszcze o tyle zabawniejsze, gdyby Sophia była fanką, ale nią nie była. Cóż, dopóki nie zaczęli się spotykać nie była, bo teraz większej fanki od niej nie znajdzie. Nawet, gdyby takiej szukał ze świecą.
OdpowiedzUsuń— Trochę? — Mruknęła i uśmiechnęła się. Odchyliła się lekko, aby spojrzeć lepiej na mężczyznę. Już nie miał na sobie żadnej maski. Nie wahał się. Był… Po prostu sobą. Tą wyluzowaną wersją, która nie czeka na najgorsze, a która po prostu jest i cieszy się momentem. — Ale masz rację. Może tak minimalnie. Delikatnie cię lubi. — Zażartowała, a jej uśmiech był tylko szerszy. Dziadkowie nie tylko go polubili, ale wciągnęli do tej rodziny. Zrobili to bez wahania. Bez zadawania pytań. Po prostu zgodnie zrobili mu miejsce w tej rodzinie, jakby pasował tu od zawsze.
— Widzisz? Mówiłam ci. Czasami warto się posłuchać swojej przyszłej żony. — Wymruczała. Jeszcze chwila i nie będzie przyszłą żoną. Na samą myśl przechodziły ją ciarki, a Sophia nie mogła doczekać się reszty. Była pewna, że ten dzień będzie idealny. Żadnych zakłóceń. Żadnych mediów. Tylko oni i najbliżsi, którzy się dla nich liczyli. Nic więcej na ten moment nie potrzebowali. — Umówmy się, rok temu żadne z nas nie zwróciłoby na siebie uwagi. A już na pewno nie myślelibyśmy o ślubie.
Głównie z tego powodu, że Carter… był wtedy żonaty. Miał już żonę. Był z kimś, a Sophia przeżywała swoje dramaty. Spotkali się w dobrym czasie. Wcześniej to byłby zły moment. Nie musieli mówić głośno, aby o tym wiedzieli. Teraz poukładało się wszystko tak, jak powinno.
— Myślisz, że Gigi przesiedzi grzecznie przy przysiędze czy będzie skakała jak opętana? — Spytała z wyraźnym rozbawieniem. Nie mogliby tego zrobić bez niej. Oczywiście, że przyleciała z nimi i była gościem honorowym. Sophia znalazła jej nawet prześliczną obrożę z kokardką. Wszystko w bieli oczywiście.
— Kochanie, ty dostaniesz całą butelkę tego czegoś. Albo zgrzewkę. — Zapewniła. Wątpiła, że dziadek wypuści go stąd bez odpowiednich zapasów. — Może ci wystarczy na jakiś czas. — Przewróciła oczami i pokręciła znów głową, a potem jeszcze raz się w niego wtuliła. Powoli i tak, jakby nic innego już się nie liczyło.
— Zmiana nazwiska w niczym ci, kochanie, nie pomoże. Liczy się to co we krwi. — Odparła. Wciąż to brzmiało… nieprawdopodobnie. Sophia Crawford. Tak po prostu. Będzie jego żoną, z jego nazwiskiem i z jego dzieckiem pod sercem. Dostała więcej niż prosiła i szybciej niż się spodziewała.
Wsunęła dłoń pod materiał koszulki Cartera. Tak, aby poczuć ciepłą skórę na torsie, która nagrzana była od słońca i najpewniej również od tego trunku, który dalej czuła w powietrzu.
Słuchała go w skupieniu, a jej uśmiech cały czas był taki sam. Pogodny i spokojny.
— Mam już takie miejsce, Carter. Z tobą i tutaj… My mamy takie miejsce. — Poprawiła się. To nie należało już tylko do niej. Ale i do Cartera. Był częścią tej rodziny, a to znaczyło, że był tu równie mile widziany, co ona. — I zbudujemy takie w Nowym Jorku. Dla nas i potworka.
Była o tym przekonana. Zbudują dom dla tego dziecka i dla samych siebie. Robili to już od dawna, ale dopiero teraz tak naprawdę wzięli się za to na poważnie.
— Wiesz co, ja się wcale nie zdziwię, jeśli okaże się, że w ramach prezentu ślubnego kupiłeś tutaj dom.
To było aż nazbyt prawdopodobne. Sophia po nim mogła spodziewać się wszystkiego, a już na pewno tego, że wręczy jej klucze do domu w Sao Paulo, który będzie tylko dla nich i w którym stworzą masę wspomnień.
— Gorzej. Kończy się piciem z dziadkiem tego okrucieństwa, dopóki któryś z was nie odpadnie. I nikt z dziadkiem nie wygrał.
UsuńSophia powiedziała to z taką powagą, że równie dobrze to mogła być prawda. Roześmiała się zaraz jednak, a potem chwyciła mocniej jego dłoń.
— Chodź. To same dobre rzeczy i… Jadłeś to bez świadomości co to jest. Myślisz, że te wszystkie moje owocki rano to przypadek? — Uniosła brew i puściła mu oczko. Przemycała swoje rodzinne smaki do ich kuchni. Częściej niż mogło się zdawać, ale dopóki Carter nie narzekał to chyba mogła to robić dalej.
soph