I’m not a businessman
I’m a business, man.
Ezra "VXIL" Creighton
1992 | VXIL/Vexile | OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
|
Obserwuje świat z dystansu kogoś, kto nauczył się patrzeć szerzej niż inni. Nie mówi wiele, ale każde jego zdanie jest przemyślane, celne, pozbawione zbędnych ornamentów. W branży pełnej krzyku i pozerstwa wyróżnia się tym, że nie próbuje niczego udowadniać na siłę. Lojalność traktuje jak świętość, ale nigdy nie myli jej z naiwnością. Wie, kogo dopuścić bliżej, a kogo trzymać na bezpieczny dystans. Emocje trzyma głęboko pod powierzchnią, nie z chłodu, lecz z ostrożności. Jest artystą i strategiem jednocześnie: człowiekiem, który słyszy więcej niż inni, ale myśli jak ktoś, kto od dawna gra według własnego planu. W biznesie potrafi być bezlitosny. Jego decyzje są precyzyjne, trafne, nie zawsze fair, ale zawsze skuteczne. W świecie, w którym każdy chce wygrać, on po prostu wygrywa. Jego historia jest równie cicha jak on sam. Zaczynał od beatów wrzucanych na SoundClouda, później produkował utwory jako ghost-producer dla nazwisk, które nawet nie wiedziały, jak wygląda. Viralowy hit otworzył mu drzwi do branży na poziomie, o jakim wcześniej tylko myślał. Był też tym, który wprowadził na scenę Zaire’a, od pierwszych koncertów w klubach po największe trasy. Przez lata był jego cieniem, doradcą, napędem. Rozstali się w dobrych stosunkach, ale z wyraźną zmianą dynamiki: on chciał iść wyżej, dalej, przestać być jedynie menedżerem jednej gwiazdy. Dziś jest współwłaścicielem firmy produkcyjnej OBSIDIAN TONE i VXIL RECORDS niezależnej wytwórni, surowej w estetyce, konceptualnej, zbudowanej dla artystów, którzy myślą szerzej niż mainstream. Labelu, który łączy rap, dokument, sztukę współczesną, modę i eksperyment. Zaire wciąż nagrywa u niego z sentymentu, lojalności, może z przyzwyczajenia, ale ich współpraca nigdy nir była prosta. Wisi między nimi napięcie: przyjaźń zbudowana na wspólnej historii kontra nowa równowaga sił, w której Ezra nie jest już „jego” menedżerem, tylko człowiekiem, który stoi wyżej, w innym miejscu niż kiedyś. Wszystko, co osiągnął, osiągnął po cichu. I właśnie dlatego jego nazwisko waży więcej niż krzyk całej sceny.
|
Kąciki jej ust lekko się uniosły, kiedy zaczął mówić. Znała doskonale to opowiadanie historii, sama również się upierała, że nie kłamała tylko tworzyła powieści. Niekoniecznie zawsze musiały pokrywać się przecież z prawdą. Pisała piosenki, które nie zawsze miały odniesienie w rzeczywistości. Jej pierwszy hit? Totalnie zmyślony. Naoglądała się seriali, złych chłopców i stamtąd czerpała inspirację. Wtedy jeszcze nie umawiała się z mężczyznami, którzy jednym ruchem ręki mogliby zniszczyć jej życie. Wtedy inspiracją Sloane były fikcyjne postacie, do których się przywiązywała. Dopiero z czasem te postacie ustąpiły miejsca prawdziwym ludziom, a piosenki pisały się same.
OdpowiedzUsuń— Och, rozumiem. Jak najbardziej to rozumie. Również lubię… tworzyć historię. Tylko moje nie zawierają miniaturowych mebli i Chopina. — Odpowiedziała bez większego przejęcia, a potem płynnie weszła w jego historię, jakby jej poprzednie słowa wcale nie miały miejsca. Może nie powinna go tak z miejsca nazywać kłamcą, ale nie rzucała przecież żadnymi oskarżeniami. Nawet bawiła ją wizja Ezry składającego miniaturowe meble i zapłaciłaby wiele, aby to zobaczyć naprawdę. — Widzisz, gdybyś na moment przestał myśleć i być chodzącym przykładem, już dawno stałbyś się bohaterem mojej historii. Ale teraz… — Westchnęła przeciągle, a jej wzrok na moment powędrował, gdzieś za jego ramię, jakby to właśnie w przechodzących ludziach Sloane widziała najciekawsze rzeczy. — …, teraz to tylko wspomnienie. I nawet nie jest prawdziwe.
Sloane nawet nie próbowała ukryć, że o nim myślała. Czasem zbyt intensywnie, co jej się naprawdę nie podobało. Wiedziała, że z tego będą kłopoty, więc próbowała jakoś wyłączyć myślenie, ale nie potrafiła. Wyszła pobiegać, aby oczyścić głowę z Ezry i kogo spotkała w pierwszej kolejnego? Pieprzonego Ezrę Creightona. Świat śmiał się jej prosto w twarz, a potem splunął pod nogi, jakby chciał potwierdzić, że Sloane uciec przed nim nie może.
— Nie, powiedziałeś, że gdybyś chciał to już bym tu była. Tu, w twoich ramionach, a nie jestem. Więc, jak jest? Ty nie chcesz czy jednak to ja jestem rozsądniejsza niż oboje byśmy podejrzewali? — Zapytała. Głowę przechyliła lekko na bok, ale odpowiedzi… Odpowiedzi Sloane oczekiwała na poważnie. — Chcieć to jedno, Ezra. Zrobić… Sam wiesz, jak to działa.
Spojrzenie Sloane wciąż było tak samo uważne. Nie wytrącił jej z równowagi, choć mógłby to zrobić używając zaledwie jednego słowa. Jak się postara to wystarczyłoby pół. Ona sama rozpraszała siebie, kiedy wciąż trzymała ręce przy jego żebrach. Kuszona, aby zsunąć je niżej i pod bluzę. Wtedy… Wtedy to byłoby przekroczenie granicy, a nie była pewna, czy teraz powinni to robić.
— Nie wyglądasz, jakby ci przeszkadzało to, co robię. Jestem dziś w nastroju, aby… działać charytatywnie.
Malo brakowało, a Sloane by się zaśmiała. Mimo wszystko, ale z Ezrą to nie byłaby żadna akcja charytatywna. Znów robiło się niebezpiecznie. Z tą różnicą, że nie byli teraz skryci w garderobie, a byli na mieście i w każdej chwili ktoś mógł zobaczyć. Ludzie byli przyzwyczajeni do widywania celebrytów, ale paparazzi żyli z robienia fot w najmniej oczekiwanym momencie. I szczerze? Nie byłaby zaskoczona, gdyby jakieś się pojawiły. Niech się pojawią. Niech gadają.
Sloane nie miała nadziei, ona miała ochotę. Ochotę na to, aby jego dłonie znalazły się znów na jej talii i aby przyciągnęły ją do siebie, a jej ciało zderzyło się z jego torsem. Ochotę na to, aby w końcu ją pocałował tak, jak oboje o tym myśleli i przestali udawać, że są lepsi i rozsądniejsi, bo wcale nie byli. To nie był rozsądek. Nie tak do końca. Bo owszem, powstrzymywali się, ale wcale nie, bo byli dobrymi ludźmi i nie chcieli na siebie nawzajem ściągnąć problemów. Nie zrobili tego, bo wiedzieli, jak bardzo to wszystko by skomplikowało sprawy, a Sloane… Boże, gdyby tylko naprawdę mogła to zrobiłaby ten dodatkowy krok. Tylko po to, aby mu udowodnić, że mogą i nie muszą się nikomu z niczego tłumaczyć.
— Hm… — Zamruczała przeciągle, kiedy nie dokończył. Nie musiał. Ona swoje i tak wiedziała. Wiedziała, że Ezra chciał tego samego. Przekroczyć tę samą granicę razem z nią. Sięgnąć po więcej niż dostali do tej pory, ale powstrzymywał się z dokładnie tych samych powodów, z których ona trzymała się na dystans. I profesjonalizm niewiele miał z tym wspólnego. — To było brutalne. Ostatecznie chyba… poradziłeś sobie z tym pragnieniem?
UsuńCzy ty naprawdę chcesz to wiedzieć? Otóż nie, nie chciała wiedzieć, ale i tak się zapytała, bo Sloane nie potrafiła odpuszczać. Nie zawsze przynajmniej. Gdyby Ezra jej też podarował chociaż namiastkę zgody to przy nim również by nie odpuściła, ale on wtedy odszedł zostawiając ją samą przy barze. Wściekłą, bo odszedł. I… głodną na więcej, a teraz karmił ją dokładnie tak, jak tego chciała. Jeszcze bez przekraczania granic, ale wystarczająco blisko, aby się mogła sparzyć.
— Negocjować warunki… Ezra, to nie podpisywanie kontraktu. — Przewróciła oczami i zaśmiała się pod nosem. — Ale… chętnie cię wysłucham. Ciekawa jestem co masz do powiedzenia.
Sloane nie zamierzała z nim negocjować, jak mogła wyglądać ich ewentualne relacja. Gdyby do czegoś miało dojść, a patrząc na to, jak oboje znajdowali się blisko tego, aby puściły im hamulce, to miało to iść swoim rytmem. Bez negocjowania warunków. I bez łączenia biznesu z przyjemnością.
Próbowała nie patrzeć, kiedy zdejmował bluzę. Gotowa była udawać, że wcale nie jest jej zimno i że wszystko jest w porządku, a za chwilę przecież ogrzeje się w środku, ale… był szybszy. Mimo wszystko, ale pozwoliła, aby jej wzrok uciekł w jego stronę. Już widziała go przecież bez koszulki, więc nie powinno jej to robić różnicy.
— Dzięki. — Mruknęła cicho, ale nie była speszona. Nawet przez moment. — Jasne, jasne. Nie chodzi o narzekanie. Tylko o pieniądze. Przeziębię się i zero nagrywania, dopóki nie wrócę do formy. — Westchnęła i przewróciła oczami.
— A jeśli o to chodzi… — Zaczęła. — To mam jedną piosenkę z trzech gotową. Ale chcę ci pokazać je dopiero, kiedy będą skończone.
Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć i lekko się uśmiechnęła. Nie tak, jakby do czegoś go prowokowała, ale jak zwykle, kiedy szli razem do studia i rzuciła jakimś żartem lub on coś powiedział.
— Widzisz? Czysty profesjonalizm.
sloane
Sloane stanowczo zbyt często myślała przez te ostatnie dni o Ezrze. To nie powinno w ogóle mieć miejsca, a tymczasem nie chciał wyjść jej z głowy. Siedział w niej i się rozgościł, a najgorsze było to, że blondynka wcale tak naprawdę nie szukała sposobu, aby się pozbyć go na dobre. Owszem, próbowała nie myśleć, ale niemyślenie było czymś innym od odcięcia się. Potrafiłaby go wyrzucić z głowy, gdyby naprawdę tego chciała, ale problem leżał w tym, że Sloane nie chciała się go pozbywać. Nie zrobił nic specjalnego, aby utknął jej w pamięci, a mimo to nie potrafiła zrezygnować z tego dreszczyku emocji, które jej dawał. Być może przemawiała przez nią samotność, a może nuda. W takich chwilach ciężko było stwierdzić, jednak Sloane skłonna była powiedzieć, że to nie było żadne z tych uczuć, a raczej ta dziwna fascynacja, która nie pojawiała się zawsze. Przecież, gdyby leciała w ten sposób do każdego mężczyzny, który okazuje jej zainteresowanie to miałaby ich na pęczki. Lubiła myśleć, że starannie wybiera sobie mężczyzn, ale nie zawsze tak było i jej historia była tego dowodem. Ezra też dobrym wyborem by nie był. Pomijając ich zawodową relację, to Sloane nie była pewna, czy był człowiekiem, z którym powinno ją łączyć cokolwiek, a już na pewno coś romantycznego czy wiążącego w inny sposób.
OdpowiedzUsuńNie uwierzyłaby, gdyby powiedział jej, że nie nadaje się do krótkich relacji. Czy ich życie nie było właśnie z takich stworzone? To Sloane miała problem. Zachowywała się obsesyjnie. Kochała każdego, a potem za każdym płakała, dopóki nie pojawił się kolejny, który dał trochę uwagi. Boże, naprawdę brzmiała żałośnie. Muszę się wziąć w garść, zdecydowanie powinna. Ale może nie, jeśli chodzi o Ezrę. Przy nim chciała się jeszcze zapomnieć. Tak może na jeszcze jeden dodatkowy dzień albo dwa, a najlepiej na dłużej.
— Szkoda. — Westchnęła z przejęciem. Poniekąd faktycznie było jej szkoda, a z drugiej strony Ezra właśnie dał jej zielone światełko (według Sloane), aby flirtować z nim w ten bezczelny sposób dalej i sprawdzać, ile jeszcze wytrzyma zanim w końcu nie zrobi tego, czego od niego chciała. I… Cóż, w zasadzie to mogła się tak bawić przez resztę życia. Była przekonana, że z ich dwójki to ona sobie poradzi z tym lepiej, bo przecież to wcale nie było tak, że Sloane była w gorącej wodzie kąpana i jeśli czegoś nie miała na już to zaczynała się denerwować i kląć pod nosem, a potem bez pytania brała to, na co miała akurat chęć. — Bardzo dbasz, abym sobie tego życia nie komplikowała. Może chcesz, żebym się jakoś za to odwdzięczyła?
Wyczuła, że stawia między nimi mur, a Sloane właśnie sprawnie przeszła przez jego bramę. Spoglądała na Ezrą z niemalże niewinnym uśmiechem, gdyby nie zdradzające ją oczy. Błyszczały od tej dziwnej dawki ekscytacji, która w niej niemal aż parowała. Prawdę mówiąc, ale dawno już nie czuła czegoś takiego i zwyczajnie też jej brakowało tego uczucia w życiu. Jednocześnie, wcale nie chodziło tylko o głupią tęsknotę za tym uczuciem, które jakiś czas temu obudził w niej Ezra. Chodziło również o niego. Bo to uczucie nie pojawiłoby się, gdyby uważała go tylko za przystojnego.
Miał w sobie wszystkie cechy, które uważała za atrakcyjne. I to z miejsca dawało mu dodatkowe punkty, a kolejne… Kolejne punkty miał za twarz, na której wiecznie gościł ten bezczelnie piękny uśmiech. Opamiętaj się. Zdecydowanie musiała.
Wyglądała na niemal dumną, kiedy brał głębszy wdech. Ona go również potrzebowała. Zdawał sobie zapewne sprawę z tego, jak bardzo ona sama teraz chciała to zrobić. Zamiast tego na niego patrzyła. Dziwnie uważnie i spokojnie, choć w środku wszystko w niej wręcz wrzało i gotowe było do tego, aby jednak się do mężczyzny zbliżyć i przegrać grę, którą sama rozpoczęła.
— Nie przeszkadza. — Odparła, mówiąc za niego. Trochę już go poznała. Może nie w szaleńczy sposób, ale… Dostatecznie dobrze, aby wychwycić pewne rzeczy o nim. — Jakbym ci przeszkadzała to spławiłbyś mnie tak, jak tamtą laskę, która pewnie ci obiecywała, że poklęczy, jak ją znajdziesz na imprezie.
Sloane wzruszyła ramionami, bo w teorii nie była tym przejęta. Nie była zazdrosna.
UsuńW praktyce natomiast… Miała plany na tamten wieczór. I cholera, naprawdę liczyła, że skończą noc w niego inny sposób. Zamiast tego zostawił ją przy tym cholernym barze, a ona go potem nie znalazła, choć obeszła cały ten pieprzony klub dookoła dwa razy i czuła się, jak idiotka. Za to odwagi już nie miała, aby pukać mu do pokoju w hotelu, choć była tego bliska. Nawet się pod tymi drzwiami znalazła, ale coś jej przeszkodziło. Może własne myśli, a może ktoś szedł i się wystraszyła. Nie pamiętała. Ich pokoje znajdowały się na tym samym piętrze, więc nie było nic dziwnego, że tam była. Nie zapukała, nie przeszkodziła mu, o ile coś robił. Wróciła do swojego pokoju, do śpiących dziewczyn i do własnych myśli, które nie pozwoliły jej zasnąć. Męczyła się z nimi aż do teraz, bo wciąż nie potrafiła wyrzucić sobie go z głowy.
Zignorował jej żart o negocjowaniu warunków, więc Sloane po raz kolejny już nie drążyła tematu. Przynajmniej nie teraz, bo była pewna, że jeszcze do tego wrócą. Specjalnie lub przypadkiem, ale wrócą i jeszcze będą o sobie myśleć w niejednej sytuacji.
— Możesz je mieć na szybko albo dokładnie. Jaką wersję wolisz? — Spojrzała na niego z tym wiercącym w brzuchu spojrzeniem. Lekko przymrużone oczy, ściśnięte ze sobą usta. Sloane nie robiła nic na pół gwizdka, a zwłaszcza nic w pracy. Mogła mu napisać te piosenki w pół godziny, ale nie będą one ani dobre, ani warte tego, aby na nie spojrzeć. — Wciąż możesz mnie wezwać na dywanik. Mogę przyjść i przeprosić za… niesubordynację. Może zdołam jeszcze swojego producenta przekonać, aby mnie nie skreślał i dał mi kolejną szansę.
I tyle by było z jej niedrążenia tematu. Poszło wybitnie szybko i szczerze? Niczego nie żałowała. Gdyby Ezra miał naprawdę dość, a ona weszła mu zbyt mocno za skórę to dawno ustawiłby sobie ją do pionu i zmusił, aby przestała w ten sposób mówić, ale on na to pozwalał. Najwyraźniej mu to wcale aż tak nie przeszkadzało.
Sloane
Bawiła się świetnie. Być może z jego perspektywy to wyglądało, jakby Sloane po raz kolejny sięgała po kogoś z nudów. Wcale tak nie było i jej w zupełności wystarczyło, że sama o tym wie. Wszystko co działo się między nimi Sloane odbierała podwójnie mocno. Z jakiegoś powodu nie potrafiła się otrząsnąć po tym krótkim, ale intensywnym zbliżeniu w garderobie i klubie. Nie dotknął jej. Przynajmniej nie w pełni w taki sposób, o jakim Sloane myślała. Również jej nie pocałował. Wystarczyło jednak to w jaki sposób do niej mówił, a także, jak się patrzył. Właśnie dzięki temu – tej małej gierce między nimi wszystko odczuwała mocniej. Nakręcała się tylko bardziej. Zdawała sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli to zabrnie za daleko to nie będzie potrafiła się wycofać, że zrobi się niebezpiecznie i albo się znienawidzą albo pokochają. Wcale taka pewna nie była, czy gotowa jest, aby zrezygnować z tego co mieli na rzecz pragnienia, które przecież mogła w sobie ugasić, jeśli odpowiednio się postara.
OdpowiedzUsuń— Myślałam, że to tylko żarty. — Westchnęła z teatralną przesadą. Oczywiście, że to nie były żarty. Nie dla niej w każdym razie. Ezra mógłby wyczuć, gdyby traktowała go jako tylko kolejnego do kolekcji. Sloane się angażowała i właśnie, dlatego to robiło się niebezpieczne. Pozwalała sobie na coraz śmielsze odzywki i żarty, przeciągała struny dalej i tylko patrzyła z ciekawością, co wydarzy się dalej. Ciągle miała nadzieję, że on w końcu pójdzie za nią, ale był tak uparcie wytrwały w staniu przy swoim, a ona z kolei równie mocno uparta i nie odpuszczała.
Przechyliła lekko głowę na bok, kiedy mówił. Przyglądała mu się z tym swoim lekkim uśmieszkiem, który mówił wszystko i nic jednocześnie.
— Gdybyś nie był taki spięty, to już dawno przekonalibyśmy się co się stanie. — Odpowiedziała z uporem. Podobało się jej to krążenie wokół siebie. Zbyt szybko z tego rezygnować również nie chciała, bo wiedziała, że czasami to uczucie było lepsze do rzeczywistości. — Ale jeśli zaspokajają cię same „a co, jeśli”… To nie moja sprawa.
Wzruszyła lekko ramionami.
Nie zamykał się przed nią w pełni. Wciąż była jakaś otwarta furtka, przez którą Sloane mogła się prześlizgnąć. Od razu tego robić nie zamierzała, bo to byłoby za proste, a oboje się odnajdowali w tym wspólnym chaosie aż za dobrze. I mimo wszystko, ale wciąż miała w głowie tę myśl, że gdyby jednak pozwolili sobie na więcej – to wszystko nad czym pracowali mogłoby pójść się jebać i rozpaść w proch, a tego cholernie Sloane nie chciała. Umiała oddzielić pracę od życia osobistego, ale gdy to mieszało się tak bardzo to różne kwiatki mogły się pojawić. I wcale nie była taka pewna, czy dałaby radę na dłuższą metę grać dwie różne rolę. Artystkę, która doprowadza go do szału i dziewczynę, która… Właśnie, która co? Sypia z nim? Przecież nawet jej nie dotknął. Miał okazję, ale z niej nie skorzystał.
— Wiedziałbyś, gdyby to było tylko to.
Powiedziała mu tym krótkim zdaniem zbyt wiele. Była nim zafascynowana. W ten niepoprawny sposób, który teraz wychodził na wierzch. Udawać też wcale nie zamierzała. Ale miał też rację. Sloane lubiła obserwować, jak ludzie się przez nią roztapiają, jak sięgają po nią i cieszą się, że ją mają. Nawet, jeśli była tylko zbudowaną przez siebie iluzją, która z porankiem się rozmyje.
Przed wejściem do knajpy oddała mu bluzę. Zagrzała się w miarę, a jemu mimo wszystko, ale nie wypadało siedzieć półnago w knajpie przy śniadaniu, nie? Było tu cicho, nawet zbyt cicho, jak na głośne Los Angeles, ale nie narzekała w tej chwili na brak tłumów. Przez moment opierała łokcie o stolik i gapiła się na ocean. Widziała go kątem oka. W przeciągu tych kilku chwil jej wzrok parę razy uciekł w jego kierunku. Jakby nie wierzyła, że faktycznie tutaj razem siedzą i będą jeść razem śniadanie. Tego nie miała w swoim bingo na ten poranek. To miał być zwykły jogging, który zakończyłby się łapczywym łapaniem powietrza od tych wszystkich fajek, vape’ów i iqos’ów, które wypaliła. Tymczasem siedziała sobie z Ezrą Creightonem i widokiem na ocean i zastanawiała się czy wziąć omlet czy jednak jajecznicę.
Sloane prychnęła pod nosem na jego uwagę, a potem przeniosła wzrok na mężczyznę.
Usuń— Jedna porządna piosenka? — Powtórzyła po nim, a potem odchyliła się lekko na krześle. — Wiesz co, myślałam, że masz może do mnie już trochę więcej zaufania. Nie daję ci byle czego.
Przybrała obronny ton, jakby koniecznie chciała zaznaczyć, że jej teksty są dobre. Bo były zajebiście dobre. Może nie te, które mu pokazała na początku, ale to były skrawki. Urywki jej umysłu zapisywane na szybko. Razem stworzyli coś więcej. Coś co było świetne.
— One wszystkie rozpierdolą o system. I to tak, że jeszcze będziesz mnie błagał o więcej.
sloane
Sloane zwróciła w końcu głowę w jego stronę. Łokcie wciąż miała oparte o stolik, mając głęboko, czy tak wypada i jest poprawnie. Nie byli w pięciogwiazdkowej restauracji, aby się zachowywała poprawnie. Nawet, jeśli w zwykłej kalifornijskiej knajpie też wypadało. Nikt jej przecież nie będzie rozliczał z łokci na stole.
OdpowiedzUsuń— Dokładnie tak, Ezra. Będziesz błagał mnie o więcej takich piosenek. — Odpowiedziała spokojnie, ale z tą rozbrajającą pewnością siebie, która z niej aż kipiała. Sloane nie zamierzała w żaden sposób się z tych słów wycofać. Łzawe piosenki? Lubiła je, naprawdę. Uważała, że każdy album zasługiwał na to, aby mieć jedną, która rozerwie serce. Niekoniecznie musiało to odnosić się do byłych mężów, kochanków czy chłopaków – Sloane w życiu miała dość inspiracji, aby napisać coś łzawego co nie będzie dotyczyło mężczyzn. — Powiedz mi, czy odkąd zabrałam się za to na poważnie cię rozczarowałam? Nie mówię o tym wybryku przed świętami, to był błąd i przeprosiłam za to. Po swojemu. — Skrzywiła się lekko. Jej wersja przeprosin to było rzucenie popielniczką, rozwalenie konsoli i wydarcie się mu prosto w twarz. Każdy ma gorsze momenty, nie?
— Obiecałam ci, że nie będzie więcej piosenek o byłych i dotrzymałam swojego słowa. Dostałeś wszystko, ale nie dziewczynę, która wciąż ryczy za swoimi byłymi.
Ezra nie musiał wiedzieć, że jeszcze zdarzało się jej to robić. I wyżywała się pisząc teksty, ale one nie miały trafić nigdy na streaming. Były dla niej. Pisała teksty, nuciła je pod nosem, a czasem siadała przy fortepianie, gdy ją nachodziło, a potem te same teksty paliła trzymając między ustami skręta. To było zaskakująco uzdrawiające.
— Obiecałam ci też seks i morderstwo, pamiętasz? — Zaczepiła, bo ona pamiętała. — I tego słowa również dotrzymam. Nie będę pisała w pospiechu, bo gówno wtedy z tego wyjdzie. Coś o wenie twórczej powinieneś wiedzieć i że nie bierze się ona z powietrza.
Mogła mu je napisać nawet teraz na serwetce, ale dobrze wiedzieli, że nic by z tego konkretnego nie wyszło. Sloane miała na nie plan, ale potrzebowała do tego inspiracji. Ezra mógłby pomyśleć, że to co działo się między nimi było jedynie jej potrzebne do tego, aby napisać tekst, ale to nie była prawda. Nie w głowie Sloane. Ona sama tak do końca nie wiedziała, co właściwie chce osiągnąć przez to co z nim robi. Ale na pewno nie chodziło tylko o to, aby go wykorzystać i dostać inspiracje do pisania. Zdecydowanie to pomagało, ale to wcale nie był jej główny cel. Jeszcze nie miała określonego głównego celu tego… Przedsięwzięcia. Jakkolwiek by to nazwać. Sloane szła za instynktem, a ten jej mówił, żeby nie odpuszczać sobie Creightona. Z jakiego powodu? Cholera wie.
— To nie byłam ja. — Odparła. Do dziś nie obiecywała mu, że będzie ją o coś błagał. Chyba, że nie pamiętała, bo była naćpana. — Czy coś pominęłam? Albo… był to ktoś kto dużo naobiecywał i nie wywiązał się z obietnic? — Zagadnęła. Próbowała sięgnąć teraz w niego głębiej, a tak naprawdę jedyne co otrzymywała od mężczyzny to były drobnostki. Nie wiedziała o jego życiu prywatnym wiele. Ot, tyle, że czasem lubił przelecieć Molly, która robiła się zabawna dopiero po molly, ale to nie było interesujące. Nie aż tak.
Menu jej nie interesowało. Interesował ją on.
— A nie byłoby? — Zapytała, ale czy potrzebowała odpowiedzi? Nie. — Zrobię ci małą psychoanalizę, co ty na to? — Poprawiła się na krzesełku i lekko nachyliła w jego stronę. — Lubisz mieć wszystko pod kontrolą i to rozumiem. Być o krok przed przeciwnikiem i kiedy zaczynasz czuć, że kontrola wymyka ci się z rąk robisz krok w tył. Tak, jak zrobiłeś to w klubie. Zaproponowałam tylko taniec. Kogo obchodzi, czy coś by się wydarzyło? Jesteśmy dorośli. Cóż, jedni bardziej niż inni. — Puściła mu oczko, niemal nie mogąc przejść obojętnie od wytknięcia mu, że jest od niej starszy. — Wiemy co robimy. Nikt nie był naćpany. Miałeś zielone światełko i… Odszedłeś, jak na dżentelmena przystało. Ale wiesz co? Nawet przez sekundę w to nie uwierzyłam. Coś cię… odciągnęło. I wiem, że to nie była inna kobieta.
Uniosłaby się dumą, gdyby odrzucił ją dla innej kobiety. Ale Sloane nie była ślepa i potrafiła czytać mężczyzn, a przynajmniej przez większą część czasu się jej zdawało, że umie. Ezra nie chciał wtedy wychodzić. Tak samo, jak nie chciał jej puścić, gdy znalazł ją w klubie. Dopiero inni mu uświadomili, że trzyma dłonie na jej ciele trochę zbyt długo. Nie odsunął się speszony, ale ona to wyczuła. Tę niechęć do przerwania kontaktu.
UsuńKącik jej ust lekko się uniósł. Odgarnęła zbłąkany kosmyk z twarzy.
— I powiem ci coś jeszcze. — Nachyliła się, jakby zdradzała mu teraz tajny sekret. — Żaden z ciebie dżentelmen. Gdybyś nim był… Nie patrzyłbyś się na mnie, jakbyś już w myślach zdejmował ze mnie sukienkę. I tak, zauważyłam. — Puściła mu oczko. I cholera, wcale nie miała zamiaru tego przed nim ukrywać. Sama o tym myślała, ale nie wyszło. Trudno, nie zamierzała płakać, ale udawać, że jej to nie ruszało również nie. Niech wie i zrobi z ta wiedzą to, na co tylko ma ochotę.
Sloane nie potrafiła dać mu odpowiedzi wprost. Sama jeszcze nie wiedziała. Podobało się jej to co między nimi się działo. Sposób w jaki ze sobą rozmawiali od tamtej chwili w garderobie. W zasadzie to zaczęło się wcześniej, ale było to kontrolowane. Po Super Bowl wszystko się zmieniło.
— Wszystko musi mieć jakiś cel? — Zapytała, a głowę lekko przechyliła na bok. — Nie mam ukrytych motywów. Wszystko co widzi i słyszysz, to nie gra. Nie nadaję się do czegoś więcej, cokolwiek to według ciebie ma znaczyć. Mogłoby być, ale jest chyba za wcześnie, aby o tym mówić, nie sądzisz?
Westchnęła krótko, a potem odchyliła się na krześle. Sięgnęła po wodę, ale nie po to, aby zająć czymś ręce. Jej ruchy były lekkie i płynne. Nie było w nich nawet grama zdenerwowania. Może tym razem, faktycznie, zamiast krążyć wokół i wymyślać należało powiedzieć parę rzeczy wprost.
— Może się mylę i tylko sobie to wyobraziłam, ale oboje coś poczuliśmy. I chciałam się przekonać, czy jesteśmy dobrzy tylko w słowach. — Wzruszyła ramionami. — Może to był tylko tamten moment i nie mogłam wybić sobie tego z głowy. Występ, adrenalina i w tamtej chwili byłam szczęśliwa po raz pierwszy od miesięcy, więc… Może to było chwilowe, a może nie.
Sloane chciałaby się mylić. Choć nawet nie wiedziała, dlaczego. Ot, stało się i nie puszczało.
— Ale jeśli jest ci przez to niekomfortowo czy źle, mogę przestać. Zajmę się sama sobą i tym co mam w szufladach. — Oczywiście, że nie mogła sobie odpuścić. — Zresztą. Wciąż staram się… wyjść na prostą i to nie tak, że się zauroczyłam, bo okazałeś mi trochę uwagi i spędzamy ze sobą więcej czasu niż we własnych domach. Powiem to raz i sobie lepiej to zapamiętaj, ale… Nie wkurwiasz mnie tak, jak myślisz, że to robisz. Mogłoby być zabawnie, ale czaję, że zachowanie profesjonalnej relacji prawdopodobnie wyjdzie nam lepiej niż uleganie… sobie nawzajem.
sloane
Nie lubiła być poganiana. To też nie tak, że termin im dyszał na karki i zmuszał do pospiechu. Wiedziała, ile miała czasu na to, aby płyta była gotowa i wyrobi się idealnie. Może to z jego strony był sposób na motywację. I szczerze? To działało. Przynajmniej poniekąd, bo odkąd zaczął mówić to Sloane czuła w sobie tę potrzebę, aby wrócić do domu i zacząć tworzyć, a potem zaciągnąć go do studia. Może to właśnie należało zrobić. Zanim zacznie się tu jeszcze bardziej uzewnętrzniać, bo padło zdecydowanie zbyt wiele słów, które odsłaniały jej jedne z najgorszych części. Nie robiła tego z krzykiem i chyba właśnie, dlatego brzmiała ona na poważniejszą niż planowała być. W złości i krzyku najczęściej mówiła to, co wiedziała, że ludzi zrani. Dobierała słowa, aby były ostre jak brzytwa, a potem wbijała bez litości. Natomiast w takich chwilach, jak ta, kiedy była dziwnie rozluźniona i wyrzucała z siebie to, jak nie mogła przestać o nim myśleć była najbardziej autentyczną wersją siebie, jaką mogła mu na ten moment zaprezentować. Bo Ezra wciąż nie widział tych chwil, kiedy ledwo łapie oddech, jak z jej twarzy zsuwa się każda maska i zostaje tylko ta poraniona przez życie dziewczyna, która tak naprawdę nie wie co robi i została wprowadzona w dorosłość zdecydowanie zbyt szybko. Nie nauczyła się życia. Nie nauczyła się jak odpowiednio kogoś kochać, kiedy odejść, gdy widzi się pierwsze znaki ostrzegawcze. Nie lubiła samej siebie, więc, jak tak naprawdę miała polubić kogoś innego?
OdpowiedzUsuń— Kazałeś mi też wyrzucić wszystkie teksty o moich byłych. To było dość wymowne. — Dorzuciła. I odświeżające, bo prawdę mówiąc, ale naprawdę sporo jej to dało. Nie uleczyło, ale pozwoliło już się tak mocno nie trzymać przeszłości. Małymi kroczkami do przodu, prawda? — I nie chcę o nich pisać. Dostali za dużo mojej uwagi. I to trochę nie fair, że ja myślę o nich więcej niż oni o mnie, nie sądzisz?
Była pewna, że rzadko przemykała przez ich myśli. Może, kiedy w radiu leciała jej piosenka, a może już nie zwracali na to uwagi. Nie wiedziała, nie pytała i nie pisała, choć czasem miała ochotę. Ale wiedziała, że to byłby beznadziejnie głupi pomysł.
Sloane nie czuła, aby Ezra ją poganiał. Wiedziała, że to były małe zaczepki, aby wywołać w niej reakcję i nic, poza tym. Nie stał nad nią z gilotyną i nie zmuszał do pisania na już i teraz. To nigdy by nie zadziałało, a jeśli na kogoś takie rzeczy działały to z pewnością nie napisał nigdy nic dobrego pod presją. Sloane się z Ezrą trochę też droczyła. Na swój własny sposób, który przynosił jej rozrywkę i był tak naprawdę niegroźny.
— Nie ja? Ciekawe. — Mruknęła pod nosem. Zastanawiała się, czy pociągnąć temat dalej czy jednak sobie darować. Wyczuła w nim nutkę… Niechęci do tematu, a niewygodne tematy były dla niej najlepsze do rozwiązywania. — To kto w takim razie? No weź, zdradź mi coś. Nie musisz być taki tajemniczy, wiesz? Chociaż… to kręci laski. Mnie też.
Puściła mu oczko. Sloane zakładała, że pewnie zgrabnie ominie ten temat albo zacznie mówić dookoła. Nie czuła dziś jakiejś wielkiej presji, aby zaczął się jej zwierzać. Będzie na to jeszcze pewnie niejedna okazja do tego. Dziś mogła sobie odpuścić.
— Inaczej? — Uniosła lekko brew, a uśmiech na jej twarzy zrobił się nieco szerszy. Westchnęła, trochę rozbawiona całą sytuacją. — A miałam ci się położyć na złotej tacy? Poza tym, Ezra, obiecałeś mi cholerny taniec i nie dotrzymałeś obietnicy tylko chciałeś mnie stamtąd zabrać. I…
Urwała, bo nie była pewna, czy chce mu powiedzieć, że się wtedy speszyła. To nie on się speszył, tylko ona. Sloane miała ochotę z nim wtedy wyjść i tego nie ukrywała, ale nie mogła tego zrobić tak szybko. I zaskoczyła tym samą siebie, bo przecież nie miała wcześniej problemu z tym, aby wyjść z mężczyzną, kiedy wyraźnie jej to sugerował.
— Nie chodziło o to, że nie chciałam z tobą wyjść. — Powiedziała po chwili. Bo chciała. Ezra sobie nawet nie zdawał sprawy z tego, jak bardzo Sloane chciała z nim wyjść z nim z klubu. — I szczerze? Kilka miesięcy temu zrobiłabym to bez wahania. Nawet bym się dwa razy nie zastanowiła.
Sloane pewnie teraz również by z nim poszła. Gdyby powiedział tylko jedno słowo – wróciłaby z nim do domu i pozwoliła, aby działo się wszystko to na co mieli ochotę. Nie powiedziała mu wprost czego od niego chce, ale naprawdę nie mógł tego wyczytać spomiędzy wierszy i z tego, jak na niego patrzyła? Nawet teraz, kiedy miała trzeźwy umysł, który nie był zamglony przez alkohol czy inne używki?
Usuń— Nie musisz kontrolować spojrzenia. — Odparła. Podobało się jej to w jaki sposób na nią patrzył. Nie tyle co jej to schlebiało, a po prostu… To była miła odmiana. Może sobie to wyobrażała, ale kiedy jego wzrok na nią padał to Sloane miała wrażenie, że nie patrzył tylko na nią, jak na obiekt pożądania. I to była miła odmiana. — Podobało mi się.
Uniosła lekko ramię, ale nie w geście, że to jej już nie obchodzi. Bo w zasadzie to te uczucie jej nie opuszczało, choć próbowała się z niego otrząsnąć, ale było ciężko. Chciała… Chciała może czegoś więcej niż tylko tych spojrzeń.
— Inne rzeczy też pewnie by mi się spodobały, ale… chyba nie wypada w ten sposób myśleć o swoim producencie, prawda? — Jaśniej się wyrazić nie mogła. Znaczy mogła, ale nie zamierzała tego robić. Przynajmniej jeszcze nie teraz. — Czyli co, tylko relacja zawodowa?
Chciała wiedzieć na czym stoi, bo jeśli jej powie, że tak – zaprzestanie wszystkiego. Nie będzie flirtowała i posyłania uśmiechów, a przynajmniej nie tak, jak to miało miejsce w ostatnich dniach. Wróciłaby do tego co było przedtem. Mimo, że naprawdę nie chciała. Sloane zdawała sobie sprawę, że szuka w nim też oderwania się od rzeczywistości. Kogoś przy kim faktycznie coś poczuje. Nie znosiła pustki, która w niej siedziała, a nie potrafiła jej niczym zapełnić. I owszem, myślała, że jeśli ktoś jej da jakiekolwiek uczucia to coś się zmieni. Tylko, że nie chciała tego od przypadkowej osoby. Potrzebowała tego od kogoś komu ufała i przy kim się dobrze czuła.
sloane
Zbierało się jej na szczerość w najmniej oczekiwanych momentach. Sloane jednak uznała, że jeśli nie będzie z nim szczera to kolejna relacja – zawodowa czy prywatna – będzie budowana na kłamstwie. Przejechała się już na tym już kilka razy i tym razem tych samych błędów nie zamierzała popełniać. Nawet, jeśli otwierała się przed nim teraz zbyt mocno to nie zamierzała się z tego wycofać. Może nie mówiła wszystkiego wprost, ale wystarczająco dużo, aby Ezra zrozumiał o co jej chodziło i to wystarczyło. Gdyby naprawdę musiała mu wypunktować wszystko to zaczęłaby się martwić, ale nic podobnego na szczęście nie miało miejsca. Coś faktycznie w niej pękło, choć nie potrafiła tego nazwać po imieniu. Doskwierała jej w tym mieście samotność. W Nowym Jorku działo się więcej. Miała więcej znajomych, więcej znajomych miejsc. Z LA wciąż się nie polubiła. Ciągle była… W zawieszeniu. Miała, mimo masy roboty, więcej czasu na to, aby rozmyślać o tym, jak wyglądało teraz jej życie. I niezbyt się blondynce podobało do jakich wniosków doszła.
OdpowiedzUsuń— Nie twierdzę, że to nie było terapeutyczne. Może pomogło bardziej niż pisanie tekstów, które i tak oleją. — Wzruszyła ramionami. O co miała błagać? Cartera, żeby dał jej kolejną szansę i zostawił swoją dziewczynę, która była w ciąży? Na samą myśl się skrzywiła. Jamesa o to samo, choć nigdy nie dała mu siebie w stu procentach? Czy Nico, aby zobaczył, że jest kimś więcej niż tylko laską, która potrafi się naćpać i wyrzucić w twarz wszystko co najgorsze? To miała być przeszłość. Zamknięte drzwi. Nawet, jeśli zbyt wiele razy ją kusiło, aby za nie zajrzeć. Cicho zapukać w nadziei, że jeszcze nie jest skreślona na sto procent u wszystkich, że jeszcze któryś ma dla niej miejsce. Może to był strach przed tą samotnością, której nie umiała się pozbyć, odkąd pamięta. Może potrzeba, aby ktoś ją w końcu pokochał. Jeszcze nie odkryła co to tak naprawdę jest, ale nie pisała i nie dzwoniła. Cóż, zrobiła to raz i wtedy znalazła się w Nowym Jorku, ale od powrotu nie próbowała już żadnych sztuczek. Nie miała na to czasu ani energii.
Ezra może nie słyszał wszystkiego wprost, ale w słowach, które mu mówiła zawierała więcej informacji niż w ostatnich miesiącach. Prawda była taka, że Sloane nie od razu potrafiła mówić prosto z mostu. Zajmowało jej to trochę czasu, a teraz mówiła tyle, ile uważała za stosowne.
— Wiedziałam. — Zaśmiała się, prawie, jak dziecko, które właśnie w paczce chipsów znalazło żeton na darmową paczkę. Zresztą, ona przecież chciała tego samego, ale miło było usłyszeć to z jego ust. Rozluźniła się bardziej na krzesełku. Między jedną rozmową, a drugą złożyli szybko zamówienia, a kelnerka zdążyła wrócić z napojami i śniadaniem, które pachniało obłędnie i na szczęście nie próbowała nad nimi wisieć, więc spokojnie mogli rozmawiać dalej.
— Wiesz, że nie zrobiłeś niczego, prawda? — Nie wiedziała, dlaczego się pyta, ale wiedziała, że musi. — Chciałam iść, naprawdę. Tylko… nie wiem, powiedzmy, że nie robiłam tego od dawna i wypadłam z gry, czy coś. — Wzruszyła ramionami. Nie miała jak inaczej się wytłumaczyć. Nie przestraszyła się tego, co działoby się za zamkniętymi drzwiami. Tylko raczej tego co działoby się po nich. Bo mogła mówić, że odróżnia pracę od życia osobistego, ale jej przeszłość wskazywała na to, że wcale nie potrafi tego robić. — To nie był impuls. Nie z mojej strony. Gdyby nim był… Nie trzymałby się mnie dzisiaj.
I to była chyba najszczersza rzecz, jaką Sloane z siebie dziś wyrzuciła. Reszta, owszem, była prawdziwa. Ale to dotyczyło tylko Ezry. Dotyczyło tego, że on ciągle siedział jej w głowie i nie potrafiła przestać, że gdyby tylko sobie pozwolili to nie siedzieliby przy kawie, a w domu u któregoś z nich i zdejmowali ubrania, a tymczasem mieli ocean, śniadanie i gorącą kawę z namalowanym źdźbłem. Czy inną roślinką.
— Ale masz rację. — Niechętnie mu ją przyznawała, ale nie tym razem. — Szkoda byłoby, aby to co zbudowaliśmy zepsuło się przez… Impuls.
Nie powiedziała tego z grymasem. Bo ona to rozumiała. Naprawdę. Dawniej może by nie zrozumiała, ale nie siedziała przed nim Sloane, która nie potrafiła słuchać. Dziś była zaskakująco uważna. Chciała taka być, bo jeśli jednak mieliby się zdecydować, aby wejść w coś od czego odwrotu nie będzie, to oboje musieli być świadomi tego, jak wiele mogą przez to stracić. I wyglądało na to, że nie ważne, jak bardzo mogli siebie pragnąć i zaspokoić tę wewnętrzną potrzebę to nie była ona na tyle ważna, aby zniszczyć współpracę i poświęcić swoje kariery. Bo przecież nie tylko Sloane by ryzykowała, ale on również, a może jednak odrobina przyjemności nie warta była kolejnego kryzysu.
UsuńSpoglądała na niego uważnie. Bez choćby grama kpiny, która często jej towarzyszyła. Chciała go słuchać, a to była różnica od bycia zmuszoną do słuchania, a do tego, kiedy sama chciała słuchać.
— A co z chwilami, kiedy nie idzie odróżnić pracy od życia prywatnego? — Takie rzeczy musiały się zdarzyć. Jej się zdarzało, a jemu tym bardziej musiało. Nikt nie rodził się z tym pieprzonym spokojem. Nawet świętego można było wytrącić z równowagi. — Wtedy wszystko się rozpierdala, nie? Wszystkie obietnice, wszystkie „nie będziemy tacy”… I zostaje jedno wielkie nic.
Nie mówiła tego, aby ich od siebie odsunąć. Jeśli już, to miała wrażenie, że ten wylew prawdy ich do siebie zbliżył. Nawet, jeśli nie miało się to skończyć zdzieraniem ubrań i poznaniem go w sposób, który był dla niej zablokowany.
— Wiem, że to mam. — Odparła. Była tego świadoma. Pierwszy raz od dawna naprawdę miała u swojego boku kogoś kto ją rozumiał. Jej wizję artystyczną. Jej głos i to co chciała nim przekazać. — Nie chcę tego rozpieprzyć. Nawet, jeśli… perspektywa tego „a co, jeśli” jest wkurwiająco kusząca. — Zaśmiała się krótko, trochę ponuro pod nosem. Sięgnęła po szklankę z sokiem pomarańczowym i upiła kilka łyków, a potem odstawiła ją z powrotem na stolik.
— Rozumiem, Ezra. Serio, jakiś czas temu bym nie rozumiała. I to byłoby głupie, gdybym to wszystko odrzuciła, bo mam ochotę na… Cóż, ciebie. — Kącik jej ust lekko drgnął. Pierwszy raz powiedzieli sobie to wprost bez owijania w bawełnę. Ona sobie z tym poradzi. On również. A za jakiś czas pewnie nie będą o tej rozmowie pamiętać. — Obraziłabym się za to jakiś czas temu. Wylałabym na ciebie sok i wyszła z uniesioną głową i część naprawdę chcę to zrobić, ale mam dziś za dobry humor, aby odstawiać dramatyczne scenki. Możemy uznać, że to twój szczęśliwy dzień.
sloane
Zauważyła, że z jego twarzy zniknął ten jego niemalże typowy wyraz twarzy, który towarzyszył mu zawsze i wkurzał ją od samego początku. Z czasem nie tyle co wkurzał, a co chwilami nawet zaczynała tęsknić za tym brakiem jego ironicznego spojrzenia i bezczelnego uśmiechu. Znikało to głównie wtedy, kiedy pracowali i oboje byli skupieni na tym, aby praca była na najwyższym poziomie. W rozmowach prywatnych? Rzadko się zdarzało, aby oboje zrzucali z siebie maski. Sloane teraz i jego widziała w nieco innym świetle. Bardziej… Prawdziwego. Dostępnego, ale jednocześnie z murem, za który może i wciąż miała ochotę wskoczyć, ale w nieznośny dla siebie sposób rozumiała, że tym razem będzie lepiej, kiedy tylko popatrzy przez ogrodzenie, a potem pójdzie dalej.
OdpowiedzUsuńKiedy jej głos ociekał ironią, to nie było skierowane do niego. Nie tak pośrednio. Tylko raczej do sytuacji, w jakiej się znalazła. Tkwiła między kimś nowym, który był obiektem pożądania, a przeszłością, od której nie potrafiła się odciąć. Sloane wiedziała, że gdyby weszła w nową relację – z nim czy nie – to od samego początku byłaby skazana na niepowodzenie. Ezra to najpewniej wiedział jeszcze zanim którekolwiek z nich zrobiło pierwszy ruch. Znalazł ją złamaną życiem i osobistymi tragediami. Widział, jak reagowała na wzmianki o Carterze. Że wystarczyło jedno zdjęcie czy filmik, aby się złamała. To nie był dla niej czas na nowe związki. I może nawet nie na szybkie, fizyczne relacje. Tylko, że Sloane coraz ciężej znosiła samotność i nie wiedziała, ile jeszcze wytrwa w tym oczyszczaniu siebie z przeszłości, zanim się nie złamie.
— Nie czuję się, jakbym była wolna. — Westchnęła pod nosem. Mówiła to bardziej do siebie niż do niego. Chwilami, ale naprawdę odnosiła wrażenie, jakby uwiązana była do przeszłości łańcuchami. Takich, których nie da się zdjąć i które ciągle ciągnął w tył. — Może to kwestia czasu. I w końcu mi przejdzie. — Dodała i wzruszyła ramionami. Sloane nie miała, póki co, wielkich nadziei na to, że znów poczuje tę wolność, którą miała kiedyś. Wciąż była przywiązana do ludzi, którzy nie chcieli mieć z nią nic wspólnego.
Wolała nie myśleć o tym kim była, kiedy próbowała ich zatrzymać. Żałosną wersją samej siebie. Tą laską, z której się kiedyś by śmiała, a stała się nią na własne życzenie. Dziewczyną, która nie potrafi przetrwać bez obecności mężczyzny i wiecznie kogoś potrzebuje.
Sloane uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy ten jego żart padł.
— Widzisz? Dzisiaj mi się to udało. — Brzmiała niemal na dumną, że faktycznie ściągnęła mu z twarzy ten uśmieszek. Ciekawa była czy to jej wyznanie to sprawiło, czy jednak ta nieoczywista otwartość, na którą się zdecydowała. Sloane trochę żałowała, że jednak doszli do takich, a nie innych wniosków. Była z jednej strony naprawdę ciekawa, ale też i nakręcona. Tego nie można było wyłączyć, jak światła. Nie istniał żaden przycisk, który mogła wcisnąć i sprawić, że nagle przestanie o nim myśleć, że przestanie go chcieć. To tak nie działało. Chciałaby, bo wtedy wszystko byłoby o wiele łatwiejsze. — Tyczy się to wszystkich drzwi, które mnie kuszą czy tylko tych z przeszłości?
Tym razem to ona się uśmiechnęła. Bezczelnie i zadziornie, jakby właśnie mu odebrała ten uśmiech i przypisała sobie. Niby miała z tym skończyć, ale nie potrafiła. Jeszcze nie. Było zbyt wcześnie, aby mogła naprawdę być grzeczna i poukłada. Zresztą, czy było coś złego w tym, jeśli trochę się ze sobą podrażnią? Nikt przecież nie mówił, że musi się coś wydarzyć. Choć, jak widać, żadne nie miałoby nic przeciwko, gdyby jednak się wydarzyło.
— Hm.
Tyle. Zastanawiała się. Trawiła jego słowa. Nie po to, aby je wyśmiać. I owszem, miał rację. Potrzebowała to usłyszeć, ale nie po to, aby połechtał jej ego i sprawił, żeby poczuła się dobrze. Sloane potrzebowała zapewnień. Nawet tych najprostszych. Głupiego lubię cię, aby nie straciła głowy.
— Czyli co, żadnych chłopaków… albo dziewczyn? — Zaczepiła go z zadziornością w głosie, której mimo wszystko, ale nie potrafiła się pozbyć. — Dla dobra albumu i naszego własnego.
Zaśmiała się pod nosem. Brzmiało to absurdalnie, ale może faktycznie tego potrzebowała. Znała siebie i pewnie długo nie wytrzyma. W końcu umówi się z kimś na randkę. Gdzieś zaiskrzy, a potem… Może nie będzie kompletnej katastrofy. Póki co, ale jedyną osobą, która ją interesowała (z tych obecnych w jej życiu) był Ezra. I teraz, kiedy wiedziała, że nie będzie go miała musiała się trochę zdystansować. Bez rozmyślania, co będzie, kiedy jednak spróbują, bo to przecież nie doprowadzi ich nigdzie.
Usuń— Boże, wiesz, że to może być moja pierwsza dorosła decyzja? — Westchnęła przeciągle. Sama chyba nie wierzyła, że podeszła do tego w ten sposób. Zamiast upierać się, że tak będzie dla nich najlepiej. Zejdzie z nich ciśnienie, a potem wrócą do tego co było dawniej. — Nie wiem o czym mówisz, Ezra. Ostatnio byłam grzeczna. Jak aniołek. Żadnego rzucania mikrofonami. Może tylko czasem krzyknęłam, ale wiesz, że miałam wtedy rację.
Sama zrobiła przerwę, aby napić się kawy i zjeść chociaż trochę. Bardziej grzebała w talerzu niż jadła, ale nie przez brak głodu. Raczej przez myśli, których miała w sobie aż nazbyt wiele.
— Tak… cóż, możliwe, że tak właśnie by było. — Przyznała. Jedna zła decyzja, która jej nie będzie odpowiadać i była skłonna zgotować każdemu piekło, a Ezra był tego świadom i wiedział, że lepiej sobie pewne rzeczy darować. Nawet, jeśli bezlitośnie kuszą.
Przechyliła lekko głowę po jego słowach. Brzmiały… Dokładnie jak coś, co chciała usłyszeć. Długotrwałe budowanie… Tego nie wzięła pod uwagę, ale nie brała tego też jako obietnicy przyszłości.
— Wychodzi na to, że będziemy musieli się przekonać, czy to w ogóle będzie warte. — Odparła. Miała dziwne przeczucie, że wcale nie zmierzali z siebie rezygnować. Tylko, że zasady gry się zmieniły i nie były one już tak obsceniczne, jak przedtem.
Patrzył na nią tego poranka inaczej niż do tej pory. Ona na niego również patrzyła w inny sposób. Bardziej… zrozumiały? Pewna nie była, ale coś się zmieniło między nimi. I jeśli nic po drodze się nie wykraczy to mogły to być dobre zmiany.
— To wciąż może być highlight tego ranka, ale chyba nie chcę, aby mój ewentualny wybuch złości przyćmił Super Bowl. — Rozsądna decyzja. Poczeka z dramatami, jak zrobi się o niej zbyt cicho. — Właściwie… nie tylko o występie pisali, widziałeś? — Zaśmiała się pod nosem. Wzbudziła sensację. Owszem. Coś jej się rzuciło w oczy. Jakieś zdjęcie czy urywek filmiku, ale nie było to nic szczególnego. Raczej plotka rzucona dla wyświetleń.
— Podobno dobrze razem wyglądamy.
sloane
Dostała motywacyjnego kopa i korzystała z niego w stu procentach. Nie pozwalała sobie na wracanie do tego co się mogło, ale nie wydarzyło między nią, a Ezrą. Bez mówienia pewnych rzeczy na głos umówili się, że nie będą ciągnęli tego tematu dalej. Sloane postawiła sobie teraz za cel, aby ukończyć płytę i dać mu dokładnie to, czego od niej chciał, a i przy okazji zaskoczyć własnymi pomysłami. Odnaleźli się w tym dziwnym trybie i w nim trwali. To nie była bezpieczna przystań na przeczekanie chaosu związanego z nadchodząca premierą płyty. Tak teraz wyglądała jej rzeczywistość. Wszystko w niej skupione było na pracy. Chwilami nie było z nią żadnego kontaktu, aby po kilku dniach ciszy wydzwaniała do Ezry w środku nocy z gotowymi tekstami. Robiła wszystko po swojemu (z jego zgodą) i była w tym dobra. Jakby naprawdę właśnie tego potrzebowała, aby zacząć działać w dwustu procentach i dać z siebie absolutnie wszystko.
OdpowiedzUsuńIch kłótnie, gdy się w czymś nie zgadzały, wcale nie ustały. Chwilami miała wrażenie, że są jeszcze bardziej zażarte niż wcześniej. Równie mocno odczuwała, gdy się w czymś zgadzali i trafili na tę samą łódź, która mimo sztormu bezpiecznie niosła ich do celu. Cokolwiek się działo – zadziałało. Sloane wciąż była sobą. Rzuciła czasem dwuznacznym tekstem. Nawet w obecności kamer, które miała wrażenie, ale nie odstępują jej na krok. Chciał w końcu dokument, prawda? Nie zliczyła, ile razy trzaskała drzwiami tuż przed operatorem, bo nie była w nastroju, aby teraz ją nagrywali i próbowała się odciąć od wszystkiego. Łapał też te dobre momenty. I Sloane wiedziała, że to wcale nie jest koniec, a dopiero tak naprawdę początek wszystkiego i nie mogła doczekać się tego, jak będzie wyglądał finał.
Głównie była jednak skupiona na pracy, a nie na tym, aby dobrać mu się do rozporka. W którymś momencie zdążyła o tym zapomnieć. Pochłonięta była przez wszystko wokół. Pilnowała szczegółów, jak jeszcze nigdy przedtem. Cholernie zależało jej na tym, aby w końcu wyszło z tego coś porządnego. Niczego, tym razem, nie robiła na odpierdol. Było to widać, po tym, jak zaangażowana w każdy krok produkcji była. Nie poprzestała swojej pracy tylko na dobrym zaśpiewaniu. To musiało wyjść. Jeśli Sloane miała osiągnąć więcej niż to po co sięgnęła do tej pory – to właśnie był czas, aby to zrobić. Bez żadnego rozpraszania się producentem, który znał zbyt dobrze jej zamówienie w kawiarni. Mówiła sobie, że tak będzie lepiej i faktycznie tak właśnie było lepiej, kiedy nie podpuszczali się nawzajem, a skupili na wspólnym celu.
Sloane w międzyczasie zakręciła się przy kimś innym. Poznali się niby przypadkiem, niby przez znajomych – sama nie wiedziała, jak w zasadzie doszło do tego, że między nią, a Cadenem zaiskrzyło. Nie traktowała tego jako czegoś poważnego, ale też nie zamierzała się wycofać. Dopóki była skupiona tak samo na pracy to absolutnie nie przeszkadzało jej, że nocy nie spędza już sama. Po tych wszystkich miesiącach, które spędziła w zawieszeniu było zwyczajnie miło i więcej nie potrzebowała, a nawet na ten moment nie chciała niczego więcej. Zdawała sobie sprawę z tego, że Caden i Ezra mieli jakąś przeszłość, ale kto w tej branży jej nie miał? Wszyscy znali się ze wszystkimi. Każdy pisał na siebie dissy i podkładał kłody pod nogi. Nie była tez nikomu winna wyjaśnień, a to, że przez moment myślała, że między nimi coś będzie to jeszcze nie był powód, aby spędziła resztę życia sama, prawda? Nie musiała być wierna komuś z kim nawet nie była. To dopiero byłaby głupota. Chciała się dobrze bawić i odpocząć trochę od życia, które ją naprawdę męczyło. Zagłuszyć czymś ciszę w mieszkaniu. Zapełnić wieczory. Przestać być ciągle samą.
Dogadywali się nieźle. I to w zupełności jej wystarczyło. Miał w sobie ten magnetyzm, który ją przyciągał. Czasami mówił tak, jakby znał ją lepiej niż ona samą siebie. Lub po prostu mówił to, co Sloane potrzebowała usłyszeć, aby być zadowoloną i nie marudzić tak, jak miewała to w zwyczaju. Opiniami, o ile jakieś były, zewnątrz się nie przejmowała i nawet ich słyszeć nie chciała.
Tak, jak zwykle, stresowała się, kiedy wybiła premiera płyty. Bała się, że ludziom nie spodoba się kierunek, w którym poszła. Wciąż brzmiała, jak Sloane. Z tą różnicą, że ta płyta wychodziła od kogoś innego. Inne brzmienie, inne teksty. Inna estetyka, której wcześniej swoim fanom nie zaserwowała.
UsuńI to był strzał w dziesiątkę. Byli zachwyceni, a Sloane tym bardziej. Cieszyła się jak dziecko, które nie tylko otrzymało wór słodkości, ale i cały pokój zapełniony zabawkami. Dostała w końcu to, czego pragnęła, a czego nie potrafiła z siebie wydusić przez bardzo długi czas. Ezra to z niej wyciągał. Nie bez krzyków i drapania paznokciami, ale wszystko przez co razem przeszli właśnie im się odpłaciło.
Ten wieczór miał być jej. Sloane była mistrzynią w myśleniu tylko o sobie i to właśnie tego wieczoru robiła. To ona błyszczała na scenie, kiedy trzymając lekko mikrofon, jakby urodziła się z nim w dłoni, śpiewała kolejne piosenki. Spoglądała czasem w stronę Ezry. Bo mimo wszystko, ale wiedziała, że bez niego nie znalazłaby się w tym miejscu. Nie byłoby prywatnego show. Nie byłoby albumu. Nie byłoby niczego, a ona być może wciąż siedziałaby dokładnie w tym samym miejscu co dawniej.
Caden dostał od niej zielonego światełko. Może przyjść, jeśli chce. Spodziewała się go, ale nie liczyła na żadne wsparcie. Ot, zwykłe zaproszenie, jeśli miałby ochotę się pojawić i zobaczyć, jak sobie radzi. Jeszcze nie mogła zauważyć, że jest obecny. Uwaga blondynki była w innym miejscu. Nie na backstage.
Scena była miejscem, gdzie czuła się najlepiej. Światła odbijały się od jej złotej sukienki, krótkiej, ale nie wulgarnej. To nie był pełnometrażowy koncert z choreografią w tle. Mogła tu pozwolić sobie na zupełnie inny outfit. Włosy miała rozpuszczone, a makijaż wyjątkowo nie był tym samym, który wyglądał, jakby był robiony trzy dni temu i przetrwał dwie imprezy. Był bardziej stonowany, ale nie stracił na drapieżności. Sloane, ta która nie dawał się okiełznać i wrzeszczała na ulicy, wciąż się z niej przebijała, ale nie grała pierwszych skrzypiec i pierwszy raz mogła powiedzieć, że zmiana jest naprawdę odświeżająca, a ta, którą otrzymała teraz zapowiadała się obiecująco.
sloane
Scena była o wiele mniejsza niż te do których Sloane przywykła. Zdawała się za to być ostrzejsza. Dawała bliskość, której nie było zwykle podczas koncertów. Ciepło ciał pod sceną, światła odbijające się od sceny, rozciągnięte pod nią miasto, które w wieczorze błyszczało tysiącami świateł. Sloane zaczynała przy zachodzie słońca, kiedy jeszcze złociste promienie sięgały na scenę i na nią. Tworząc kompletnie inną atmosferę niż przy sztucznych światłach aren, na których występowała. Była niemal na wyciągnięcie ręki osób, które tu się znajdowały. Sloane stała w tym wszystkim pewnie. Jej głos niósł się gładko, bez zawahania. Każdy wers wchodził tam, gdzie miał wejść. Nie zostawiał żadnych luk. Nie było żadnego potknięcia.
OdpowiedzUsuńPrzy ostatnim numerze wyczuła znajome napięcie w klatce. To nie był stres. Tego pozbyła się jeszcze przed dojazdem tutaj. Sloane wiedziała, że to jest jej wieczór i nikt ani nic, nie mogło jej tego zepsuć. To co czuła to było skupienie. Na tyle intensywne, że aż elektryczne. Widziała światła. Czuła ciarki na karku. Wiedziała dokładnie, gdzie jest kamera nawet, jeśli na nią nie patrzyła. Ten utwór nie był najgłośniejszy, ale najmocniejszy w tekście. Przez te ostatnie tygodnie, które spędziła na uczeniu się siebie na nowo i odkrywaniu tego, jaka potrafi być, zrozumiała, że nie zawsze musi krzyczeć, aby zaznaczyć swoją obecność. Ten utwór taki był. Niegłośny, ale wbijający się między żebra. Zostawiał po sobie ślad, a to najbardziej jej chodziło.
Kiedy wybrzmiał ostatni wers Sloane nie ukłoniła się teatralnie przed publicznością. Nie wzniosła rąk w wesołym geście zakończenia. Ona pozwoliła, aby muzyka i jej ostatnie słowa rozeszły się wśród publiczności powoli i zostały między nimi. Przez kilka sekund trwała w bezruchu. A potem świat wrócił.
Oklaski. Głosy. Jej imię.
Zeszła ze sceny powoli. Bez pospiechu, ale jednocześnie z ulgą. Potrzebowała Ezry. Rozglądała się za nim jeszcze na scenie, ale nie dostrzegła go. Może wrócił za kulisy, aby być pierwszym, który ją złapie, kiedy zejdzie ze sceny. Na tę parę chwil przed chaosem, który się zacznie. Sloane widziała dziennikarzy, którzy tylko czekali, aż uda im się ją złapać. Najpierw chciała z nim porozmawiać. Bo to owszem była jej noc, niczego sobie nie zamierzała odmawiać, ale ciągle miała w sobie tę potrzebę, aby każdy sukces, który teraz odnosiła najpierw świętować z nim.
Kiedy schodziła kamery wciąż śledziły jej ruchy. Dopiero, kiedy zniknęła za kulisami nie była już aż tak obserwowana. Ktoś z obsługi podał jej schłodzoną colę, odbierali od niej słuchawkę. Ktoś coś mówił, ale Sloane nie słuchała.
— Gdzie Ezra? — rzuciła w przestrzeń przed sobą, ale nie dostała odpowiedzi, choć tak bardzo jej teraz potrzebowała. Wszystko działo się też płynnie. Jak dobrze przećwiczony taniec, który znało się na pamięć.
I wtedy poczuła czyjąś obecność. Nie pachniała ona jak Ezra. Nie niosła tej energii, która się pojawiała, kiedy to Creighton stawał obok niej. Była inna.
Caden.
Poczuła najpierw jego dłoń na dole pleców, a potem ciepłe usta musnęły jej skroń. Pachniał czymś drogim, zbyt dopasowanym do sytuacji. Był blisko. O pół kroku bliżej, aby wyglądało to na przypadek. Nie ukrywała tej relacji, ale dziś to nie jej romanse na boku miały pierwszeństwo.
— Byłaś bardzo… skupiona.
Nie „świetna”. Nie „niesamowita”. Skupiona.
Sloane wzniosła brew, a głowę przechyliła lekko w stronę mężczyzny. Uśmiechnęła się kącikiem ust. Jeszcze okryta tą sceniczną aurą, która nigdy nie schodziła z niej zbyt szybko. Przekręciła się ciałem w jego stronę. Jakby szukała ramion, które ją obejmą, choć wiedziała, że to nie nadejdzie i nawet tego nie chciała. Nie on miał być pierwszą osobą, którą po zejściu ze sceny przytuli. Gdzie. Był. Ezra?
— Skupienie to komplement. — Odparła. — Zwłaszcza dziś.
Caden skinął głową, jakby właśnie to chciał usłyszeć. Jego dłoń leniwie przesunęła się w górę pleców do łopatek, a potem znów spłynęła w ich dół. Sukienka miała odkryte plecy, a palce mężczyzny były chłodne w porównaniu z jej ciałem, które rozgrzane było od emocji.
Współdzielił z nią przestrzeń. Jak ktoś, kto wie, gdzie powinien być widziany.
Usuń— Muszę… — Zaczęła, ale nie dał jej skończyć. Kciuk musnął miejsce między łopatkami, a potem sprawnym ruchem przyciągnął ją bliżej, aż wpadła na jego tors. Zaśmiała się cicho, bardziej jak odruch. — Caden… Muszę iść.
— Zatrzymaj się na sekundę. — Powiedział miękko. Dłoń nie przestała się poruszać na jej plecach. Delikatnie, powoli rozpracowywał w niej napięcie. — Zostań jeszcze na chwilę.
Blondynka spojrzała na niego pytająco. Uśmiech miał spokojny, zadowolony. Jak ktoś kto wygrał zakład, o którym ona nie miała pojęcia.
— Chciałam tylko… — Zaczęła znów, ale i tym razem nie miała okazji skończyć.
Caden nachylił się nad nią. Jego usta były tuż przy uchu blondynki, a on musnął prawie niezauważalnie miejsce tuż obok. Sloane cicho westchnęła. Rozpraszał ją.
— Wiem. — Głos mężczyzny wybrzmiał tuż przy uchu. — Ale to twój moment, mała. Nie pozwól, aby ktokolwiek ci go skradł.
Zrobił krótką pauzę, której Sloane nie wykorzystała, aby dorzucić coś od siebie.
— Pozwól, że najpierw nacieszę się nim z tobą.
Spojrzenie Sloane uciekło w inną stronę. Automatycznie, jakby ciało dowiedziało się o jego obecności zanim zdążył zarejestrować ją umysł. Dostrzegła go kątem oka. Ruch. Sylwetkę. Cień. Wystarczająco, by serce zareagowało szybciej niż powinno.
Caden to wyczuł.
W tej samej chwili jego dłoń zsunęła się o pół centymetra niżej na lędźwie. Wciąż było to bezpieczne. Wciąż było niewinne. Jakby obejmował ją tylko po danym występie. Jakby to było oczywiste, że to on jest tym, przy którym powinna teraz stać.
— Zaraz porwą cię do wywiadów. — Dodał wciąż spokojnie. — Zaraz będziesz dostępna dla wszystkich. — Uśmiechnął się i lekko opuścił głowę, aby musnąć jej szyję. — Teraz jesteś jeszcze dla mnie.
Sloane wzięła oddech. Brzmiało to jak troska, jak wspólne świętowanie. Jak coś, co powinna była przyjąć bez grama oporu w sobie. A jednak to poczuła. Subtelnie, delikatnie. Jakby nagle ktoś poprzestawiał meble w pokoju, który znała na pamięć.
— To jest dobry wieczór. — Odezwała się w końcu, neutralnie. Bez wybuchu emocji, bez radości, którą jeszcze pół sekundy temu w sobie miała.
— Bardzo dobry. I dopiero się zaczyna.
Jego dłoń wciąż była na miejscu. A Sloane pozwoliła jej tam zostać. Nie, bo musiała. Wiedziała czyja para oczu ją obserwuje. I wtedy znów pojawiło się to kujące uczucie. Że ktoś właśnie przesunął kolejność ważnych rzeczy. Tylko o jedno miejsce. Tylko o ułamek momentu, a jednak tyle wystarczyło, aby je odczuła.
sloane
Sloane czuła na sobie dodatkową parę oczu. Wzrok cięższy niż przypadkowego technika, który zerkał z ciekawości czy makijażystki, która sprawdzała, czy makijaż Sloane wciąż się trzyma. Ona znała ten wzrok aż za dobrze i był to wzrok należący do Ezry. Myślała, że kiedy zejdzie ze sceny będzie na nią czekał i być może czekał, ale Caden go prześcignął. Sloane wciąż trwała w jego objęciach z dłonią, która subtelnie i wyczuciem płynęła po nagiej skórze jej pleców. Obiecując coś, czego żadne z nich nie nazywało wprost.
OdpowiedzUsuńCzuła zmianę w sobie. Parę miesięcy temu nie dałaby rady wystąpić tak, jak zrobiła to dzisiaj. Nie miałaby w sobie ten energii. Tej pewności, że gdy wejdzie na scenę to ludzie nie tylko wstrzymają oddech, ale będą milczeć w zachwyceniu. Sloane weszła tu nie tylko z bezczelną pewnością siebie, ale przede wszystkim z przekonaniem, że jest w swoim zawodzie świetna i że wszystkie te miesiące pracy się opłaciły, a ona właśnie odbudowuje coś więcej niż tylko swoje imię i karierę. Tu od samego początku chodziło o coś więcej i dopiero jakiś czas temu zaczęła to wyraźniej widzieć.
Caden mówił coś do niej jeszcze. Ciągle trzymając ją blisko. Szepcząc coś do ucha. Czasem składał lekkie pocałunki na skórze, jakby zaznaczał, że z nim jest. Nie opierała się przed tym. I nie, dlatego, że wiedziała, że Ezra krąży w pobliżu i wszystko widzi. Sloane nie bawiła się w kto komu zagra bardziej na nerwach. To nie był jej sposób na pokazanie, że radzi sobie bez niego. Oboje się zgodzili – w milczeniu, ale jednak – na to, aby postawić na przyjaźń. Mimo, że kuło ją czasem w bok, kiedy widziała, że wychodził z Molly albo Kendall lub inną kobietą, która akurat miała okazję znaleźć się w kręgu jego zainteresowań. Sloane nie mogła okazywać tego co przypominałoby zazdrość. Ezra nie był jej do przywłaszczenia. Spróbowała tego raz, a on sprowadził ją na ziemię i oboje się zdystansowali. Nawet, jeśli czasem wciąż pojawiały się żarty, a spojrzenie było dłuższe niż wypadało. Blondynka nie mogła rościć sobie do niego żadnych praw, więc skupiła się na sobie. Na zapełnieniu sobie życia kimś innym. Nie mogła powiedzieć, że Caden jest tylko kolejną zabawką. Lubiła go, dogadywali się i było jasne, że nie szukają niczego długotrwałego, choć żadne zasady nie padły. Ot, nie nadawali sobie żadnych etykiet, choć z boku było to jasne, że ta dwójka jest razem. Mimo, że żadne oficjalne potwierdzenie nie padło ani z jednej ani drugiej strony.
Nie do końca potrafiła zrozumieć samą siebie. Bo Ezra miał być chwilową zachcianką. Tak sobie to tłumaczyła, a mimo profesjonalizmu, który przybrali to wcale nie zanosiło się na to, aby przestała o nim myśleć. Znalazła sobie po prostu zastępstwo. Może takie, z którego wyjdzie z czasem coś więcej. A może takie, które miało być tylko plastrem, dopóki jej myśli się nie uspokoją. Trudno było stwierdzić, a Sloane niekoniecznie chciała to robić dziś.
Ten wieczór był w pełni dla niej. Poświęcony jej karierze. Temu, że właśnie dała pierwszy, kameralny koncert, a premiera płyty sprawiła, że Sloane znów wybijała się na listach. Nie było zagubionej po rozwodzie dziewczyny. Była zupełnie nowa, która jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa, a ta płyta to był dopiero początek. To nie był koniec pracy. Nie miała czasu na wakacje i imprezy. Chciała zresztą pracować dalej. Miała energię, czas i wenę, nie było lepszego momentu na ruszenie dalej.
Sloane nie odsunęła się od Cadena, kiedy Ezra do nich podszedł. Jej spojrzenie za to się zmieniło. Stało się lżejsze, jakby w końcu dostała to czego chciała, a choć spodziewała się, że Ezra sięgnie do niej pierwszy to nic podobnego się nie wydarzyło. Przywitał się najpierw z Cadenem.
— Zapominasz o czymś? — Rzuciła lekko, trochę zgryźliwie, jakby musiała przypomnieć mu, że ten wieczór jest o niej, a nie o odnawianiu znajomości. Uniosła lekko brew, czekając, aż zwróci na nią swoją uwagę. Bo tylko tego chciała. Odrobiny uwagi, tego, aby zgarnął ją w ramiona i powiedział po swojemu „jestem cholernie, Sloane. Rozjebałaś to w najlepszy możliwy sposób”.
Tylko, a może aż tyle.
Była czasami jak mała dziewczynka, która bez uwagi usychała.
UsuńEzra objął ją delikatnie. Inaczej niż wcześniej, a choć chciała w tym uścisku potrwać chwilę dłużej to nie było jej dane. Nawet nie tyle co mężczyzna się odsunął, a ona w talii poczuła kolejny dotyk. Kolejne ciche przypomnienie. Nie jesteś już sama, tylko ze mną.
— Dzięki. — Odpowiedziała. Coś się zmieniło, ale nie potrafiła palcem wskazać dokładnie na to, co to było. — Nie mogło pójść lepiej. Żadnych błędów, potknięć… Nie mogło być lepiej.
Uśmiechnęła się. Tak, jak ona tylko potrafiła. W tym uśmiechu była duma, ale również lekkie zmęczenie i satysfakcja, której Sloane ukrywać nie potrafiła.
— Tak, pewnie. Chciałam cię poszukać, ale…
— Świętowaliśmy występ Sloane we dwójkę. — Wtrącił się Caden, niemal podkreślając, że to do niego przyszła pierwsza, choć przecież pierwszym jej pytaniem po zejściu ze sceny było „Gdzie jest Ezra?”. Ezra, nie Caden. — Nie każ mi czekać zbyt długo.
Sloane przewróciła oczami i przysunęła się, aby musnąć lekko jego policzek.
— Pracuję. Wrócę, jak skończę. — Jej głos nie był nieprzyjemny, ale twardy. Jakby właśnie stawiała granicę, bo choć czekało ją małe świętowanie to nie zamierzała się pospieszać. — Znajdę cię później.
Sloane nie zaczekała już na odpowiedź. Ezra był już parę kroków przed nią. Zwykle na nią czekał, choć to zależało od sytuacji. Czasami odchodził pierwszy, a ona podążała za nim. Innym razem niemal podawał jej swoją dłoń i szli ramię w ramię. Tym razem musiała go dogonić.
— Ezra, poczekaj. — Westchnęła. Sprawnie dorównała mu kroku. Właściwie to aż złapała za materiał rękawa marynarki, aby go zmusić do zwolnienia. — Wiem, że mam długie nogi, ale mógłbyś poczekać. — Mruknęła wywracając oczami. — Byłeś do końca? Widziałeś? Podobało im się! — Niemal zapiszczała, znów jak dziecko, które dostało nową zabawkę. — Boże, wiesz, że przez moment nic nie widziałam ani nie słyszałam? Mówiłam, że mniejsze widownie mnie stresują bardziej niż miliony ludzi.
Sloane trajkotała nad uchem, wesoło wyrzucając z siebie wszystko co w niej tego wieczoru siedziało. Każdą jedną emocję. Nie zdawała sobie sprawy, że wciąż nie puściła jego rękawa, jakby szukała w ten sposób kontaktu, który z jakiegoś powodu między nimi był mniejszy niż zazwyczaj.
— … a potem patrzyłam na miasto i było mi jakoś lepiej. — Mruczała dalej. Czasem bez ładu i składu, szybko i niepoprawnie, i wciąż w tych samych emocjach. — Nie mogłam cię znaleźć na koniec. Gdzie poszedłeś? — Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, a sposób w jaki wypowiedziała to zdanie było… Bliskie tego, aby jej głos się załamał, bo faktycznie w tych ostatnich sekundach już go nie widziała.
sloane
Sloane mówiła dalej, idąc obok niego z dłonią zaciśniętą wokół rękawa marynarki, jakby to tylko Ezra mógł ją teraz utrzymać na powierzchni. Działo się wiele, a choć przyzwyczajona była do tego, że ciągle żyje w pędzie to chciała zwolnić. Tak na sekundę i spróbować odetchnąć w spokoju, spojrzeć na ten cały wieczór z innej perspektywy, a potem wejść w to co czekało na nią za drzwiami. I jakaś jej część chciała również, aby przez moment była tylko ona i Ezra. Nawet, kiedy wokół było tłoczno i hałaśliwie to przecież niemal zawsze, gdy na siebie patrzyli to wszystko wokół po prostu cichło. Przez moment Sloane potrzebowała tylko tego. Tych paru sekund, które będą należeć tylko do nich, aby znaleźli się w miejscu, gdzie nikt inny nie miał dostępu. W miejscu, które rozumieli tylko oni.
OdpowiedzUsuń— Widziałeś? — Zapytała niemal z ulgą, bo choć wiedziała, że nie zostawiłby jej, nie w tak ważnym dla obojga dniu, to kiedy go na moment straciła z oczu poczuła w środku to dziwne ukłucie. Miała świadomość, że on wciąż tu jest i dzięki temu, ale i też przez to, jak cholernie uparta była, bo nie zamierzała tego rozpieprzyć tylko dlatego, bo straciła go na moment z oczu. To już nie była ta rozsypana wersja Sloane. Wciąż w środku nie wszystkie kawałki ułożone były w całość, ale coraz bliżej była tego, aby stać się całością, a nie tylko częściami. — Myślałam, że się wepchniesz do pierwszego rzędu i będziesz mnie podziwiał od spodu. Zawiodłam się.
Puściła mu oczko, wciąż się go uparcie trzymając i nie zapowiadało się na to, aby zamierzała go szybko puścić. Sloane robiła to nieświadomie, a może z premedytacją? Sama już nie wiedziała. Szukała z nim kontaktu w sposób, który znała, a który nie będzie zbyt nachalny. Tylko taki… Dla nich.
— Sloane i dojrzałość to połączenie, którego się nie spodziewałam. — Zaśmiała się. Miał jednak rację w swoich słowach. Nie mogła mu tego odmówić. — Wiem, zachwyceni byli, prawda? — westchnęła z krótkim rozmarzeniem w głosie. — Nie mogę się doczekać, jak skończymy ten ostatni teledysk i wszystko pójdzie w świat. To już jest zajebiste, ale jak skończymy… Jak nie dostaniemy jakiejś nagrody za ten teledysk to się wkurwię.
Ramiona poruszyły się od śmiechu, bo niby żartowała, ale faktycznie na to liczyła. Nie był ukończony, ale już był dobry i ciekawy. To nie było kolejne śpiewanie przed kamerą bez niczego w tle. Nie tym razem.
Sloane była obecna. Jak najbardziej, a kiedy jego palce musnęły jej poczuła przyjemny, znajomy dreszcz, który zawsze się pojawiał przy nim. Odetchnęła nieco głębiej. Jeszcze nie do końca puściły jej emocje, a w zasadzie to teraz one do niej wracały, kiedy w końcu mogła cieszyć się tym tak, jak powinna była. Z odpowiednią osobą. Ezra tu był i to było najważniejsze.
Westchnęła krótko po jego odpowiedzi, ale nie odwróciła głowy.
— Nie planowałam tego. — Wzruszyła ramionami. — Ciebie tam chciałam zobaczyć pierwszego.
Może nie widziała, a może nie chciała widzieć tego, co naprawdę się działo. Caden wślizgnął się doskonale na miejsce Ezry. Gdyby to Ezra pojawił się pierwszy Sloane przez długi czas pewnie nie zarejestrowałaby nawet obecności swojego nowego partnera. Cała jej uwaga skupiłaby się na tym, że jej i Ezrze udało się po raz kolejny. Dzieliła z nim ten sukces, a choć to przede wszystkim ona była w blasku świateł, a Ezra działał po cichu i za plecami to było jasne, że bez niego nie udałoby się to wszystko.
— Zrobimy to teraz, ale nie obiecuję, że będę myślała nad tym co powiem. — Rzuciła wesoło. To nie miało iść od razu na żywo, więc w razie czego, gdyby jakieś elementy jednak nie pasowały zawsze będzie można je wyciąć, nie? — Boże, wciąż mi się trzęsą ręce. — Zaśmiała się pod nosem i uniosła wolną dłoń, która faktycznie lekko drżała. — Myślisz, że to było widać?
Nie przejęłaby się tym za bardzo. Była tylko ciekawa czy to małe zdenerwowanie było po niej widać na scenie czy jednak tam się trzymała, a na trochę paniki pozwoliła sobie dopiero już po wszystkim.
— To wciąż jest mój wieczór. Jeszcze się nie skończył.
Gadała dalej. Nie potrafiła się dziś zatrzymać. W ciągu tych kilku minut wyrzuciła z siebie więcej słów niż zwykle. A połowa z nich nie miała większego sensu, ale to nie było teraz istotne. Sloane mówiła, Ezra słuchał. I to jej totalnie odpowiadało. Nie musiał odpowiadać jej słowami. Widziała, że jej słuchał. Widziała, że jest dumny i to czasem było bardziej zapewniające niż setki słów, które mógłby jej tego dnia powiedzieć.
UsuńZatrzymała się w ostatniej chwili. Sekunda później i wpadłaby mu w ramiona. Na co zdecydowanie by nie narzekała. Uniosła lekko brew, bo wyraźnie ją powstrzymywał przed wejściem do środka, ale nie przeszkadzało jej to.
Sloane patrzyła na niego w absolutnej ciszy. Chłonąc każde słowo, które właśnie jej serwował.
— Tylko nie skończmy jak w tym filmie. — Powiedziała cicho. Rozpoznała już, kiedy Ezra mówił poważnie, a teraz nie było w jego głosie grama ironii ani sarkazmu, jak zwykle. Była prawda, która dawała jej większego kopa. — Zrobiłam, bo mogłam. Bo ktoś dał mi taką możliwość.
Uśmiechnęła się ciepło z wdzięcznością. To nie była tylko jej zasługa, ale udało się i to było najważniejsze.
Odchyliła lekko głowę, poprawiła włosy i posłała mu takie spojrzenie, które nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Ten występ nie był odstępem od reguły. On był dopiero początkiem czegoś znacznie większego. Czegoś na co świat jeszcze nie był gotów.
— Dopiero zaczęłam się rozkręcać, kochanie. Nikt nie jest gotów na to, co będzie dalej.
Kiedy to mówiła zbliżyła się. Delikatnie, powoli, ale wystarczająco, aby odczuł jej bliskość na swojej skórze, a potem odsunęła się. Nie, bo nie chciała wprowadzać ich w zakłopotanie. Dla efektu.
— Pomyślę co dalej. Może szampan z producentem? — Zasugerowała z figlarnym śmiechem. To brzmiało lepiej niż powrót tam czy picie w samotności, nawet, jeśli towarzyszyliby jej ludzie.
Zaśmiała się, jakby właśnie usłyszała najlepszy żart, a potem westchnęła i pokręciła głową.
— Nie mam jednego hitu, Ezra. Mamy siedemnaście piosenek. I każda z nich jest zajebistym hitem. — Odparła. I ona w to wierzyła, naprawdę. — A ja mam pomysły na wersję deluxe, więc… oczekuj telefonów o drugiej w nocy, jak dostanę zastrzyk inspiracji. I robimy to. Za parę miesięcy, jak zaczną się domagać kolejnych tekstów. I to niby ja jestem zachłanna. Widziałeś tych ludzi? Dostali nowy album parę miesięcy po tamtym, a już chcą więcej. — Zaśmiała się ponownie i przewróciła oczami.
W momencie, kiedy te drzwi się otworzyły Sloane wiedziała, że długo stąd nie wyjdzie. Chciała dać to, czego od niej wymagano, a jednocześnie zostać sobą. Dopiero też wtedy jej palce puściły materiał marynarki Ezry. Zrobiła to niechętnie, ale wiedziała, że musi. Przynajmniej na moment musiała puścić się mężczyzny, którego znała i który prowadził ją przez te ostatnie miesiące, aby dotarli właśnie tutaj. Do miejsca, które było dopiero początkiem.
sloane
Sloane czuła się podobnie, jak wtedy po występie na Super Bowl, kiedy wokół panował istny chaos, a ona nie wiedziała, gdzie lub na kogo ma patrzeć. Oczywiście, że pierwsze co to szukała wzrokiem Ezry po występie. Jemu wpadła pierwszemu w ramiona i przytuliła się mocniej niż to pewnie było konieczne, ale to, jak bardzo go wtedy potrzebowała było nie do opisania. Podobnie było dziś. Z tą małą różnicą, że ktoś go wyprzedził, a ona, mimo że czuła małe rozczarowanie to też w miarę była zadowolona. Zresztą, to już było bez znaczenia, bo miała go teraz obok siebie. Skupionego na niej i na tym, jak świetnie jej poszło podczas występu. Wróciła do siebie, a może raczej otworzyła nową Sloane, która nie cofała się już absolutnie przed niczym. Taką, która nie bała się zaryzykować tylko wchodziła w te ryzyko. Mogła się na niego wściekać tysiące razy, mieć mu za złe odwołanie trasy, co już mu wybaczyła, ale opłaciło się. Słyszała od różnych osób, że popełnia błąd, że zrujnuje swoją karierę, jeśli przejdzie do jego wytwórni. Tymczasem jej kariera była zrujnowana przed nim. Sloane może zrobiła to na własne życzenie. Nie wiedziała i nie chciała tego rozgrzebywać. To była pora na zupełnie nową artystkę. Tamtą Sloane pogrzebała dziesięć metrów pod ziemią i dodatkowo zalała betonem, aby na pewno nie mogła się wygrzebać. Nie chciała już nigdy więcej wracać do bycia tamtą dziewczyną, która musiała hamować swoje pomysły, bo może są zbyt odważne, bo ludzie tego nie polubią. Tworzyć miała przede wszystkim dla siebie i to co śpiewa miało zadowolić ją, a jeśli komuś się nie podoba to trudno. Nie zmuszała nikogo do tego, aby jej słuchali.
OdpowiedzUsuńSloane zerknęła na niego, kiedy chwycił jej dłonie. Mocno i pewnie. Jego własne były ciepłe i tak przyjemnie znajome. Ścisnęła je, ale nie w obawie, że zaraz ją puści. Wciąż drżały od wszystkiego co w niej tego wieczoru siedziało i wiedziała, że tak łatwo to nie puści.
— Na dziś w planie jest tylko świętowanie z tobą i ekipą. Zawał może poczekać. — Zaśmiała się. I tak po prostu, uznała, że wieczór spędzi z nim. Jakby zapomniała, że obiecała Cadenowi, że go później poszuka, ale teraz nie facetów miała w głowie, a przynajmniej nie tego, który czekał, aż skończy i do niego potulnie wróci.
Blondynka na moment zamilkła. Ezra rzadko mówił takie rzeczy. Prędzej je pokazywał poprzez gesty, ale gdy już mówił to było pewne, że to nie są żarty. On naprawdę był z niej cholernie dumny, a Sloane to widziała i czułą każdą komórką swojego ciała. Instynktownie przysunęła się bliżej, jakby chciała zaczerpnąć z tej chwili trochę więcej.
— Hm, moja obojętność się jednak opłaciła. — Rzuciła. Pamiętała, jak się wtedy zachowywała. Jakby wcale nie była tym zainteresowana. Ani nim ani jego propozycją, jakby zapodał jej coś, czego wcale nie chciała. Tylko nie było tak, a Sloane, gdyby odmówiła, zrobiłaby ogromny błąd. — Dzięki… Naprawdę, dziękuję, Ezra.
Nie dodała nic więcej, bo słowa w zasadzie nie mogły pomieścić tego, ile w niej siedziało wdzięczności do niego. Zrobiła krok bliżej i musnęła jego policzek. Zostawiając tam usta na trochę dłużej niż to było konieczne.
— Zrobiliśmy to razem. I zrobimy jeszcze więcej. — Powiedziała, ale ledwo co odsunęła się od jego policzka. Czuła jego perfumy, ale również coś co było czymś więcej niż tylko drogim zapachem czy mieszanką papierosów lub jointa. Coś co należało tylko do niego i zdążyło znów jej zawrócić w głowie. — Teraz się mnie nie pozbędziesz.
Zrobili to. Wspólnymi siłami. Ona z początku była zrezygnowana. Nie widziała w tym celu. Potrzeby. Przecież, teoretycznie, miała wszystko. Teraz wiedziała, jak wiele straciłaby, gdyby nigdy do tego Los Angeles nie wróciła. Mogła psioczyć na to miasto, ale to co się wydarzyło było warte absolutnie wszystkiego. I nie zamierzała już więcej się za siebie oglądać. Tylko iść do przodu.
— Dobrze, że jesteś. Zamierzam dać ci jeszcze więcej powodów do tego, abyś mówił mi to częściej.
To nie była pusta obietnica. Teraz oboje wiedzieli, że Sloane naprawdę potrafi zrobić show, jeśli tylko tego zapragnie. I wcale nie potrzebowała do tego ogromnej sceny i tancerzy. Jedynie siebie i swój głos.
UsuńMusiała zrobić ten krok w tył, aby przypadkiem zbyt mocno się nie wciągnąć w coś w co obiecali sobie, że przecież nie wejdą. Sloane po otworzeniu drzwi nie musiała udawać zaskoczenia, bo i tak była. Tym, jak wiele ludzi chciało razem z nią to uczcić. To nie były przypadkowe osoby, ale ludzie, którzy równie mocno i ciężko pracowali razem z nią nad tym sukcesem. Każdy miał tu swoją małą rolę, a bez nich nic by się nie udało. Mimo, że to ona przede wszystkim zbierała laurki.
Jeden przekrzykiwał się przez drugiego. Zapanował istny chaos, nad którym nie dało się zapanować i Sloane kochała każdą sekundę. Uginała się niemal pod ciężarem bukietów. Były ogromne, piękne i pachniały jakby były nie z tej ziemi. Trzymała je na jednej dłoni, próbując objąć każdego kto do niej podszedł. Nie nadążała za dziękowaniem za gratulacje. Próbowała z każdym porozmawiać chociaż chwilę. To była autentyczna radość. Taka, której nie da się udawać. Sloane na moment się rozproszyła, bo nawet nie zauważyła, że Ezra zniknął, a zaraz był z kieliszkami. Oddała komuś bukiety, aby odłożyli je na bok. Zdążyli już zrobić jej dziesiątkę, jak nie setkę zdjęć z bukietami i od razu jak weszła do środka.
— Myślałam o innym szampanie. — Mruknęła cicho, aby tylko on usłyszał, kiedy odbierała od niego kieliszek i puściła mu oczko. Nie zwlekała jednak z upiciem pierwszego łyku. Szampan był idealnie schłodzony. Dokładnie taki, jaki powinien być.
Sloane bez protestu objęła Ezrę, kiedy ją przytulił, a jej uśmiech stał się szerszy, kiedy musnął jej skroń. To wszystko się działo i działo się naprawdę. Robiła ten ogromny krok do przodu i nic jej już nie powstrzyma.
Pisnęła wesoło, kiedy kieliszek rozbił się tuż pod ich nogami. Zaśmiała się zaraz po chwili i spojrzała na niego z nutą niedowierzenia, ale także… Tej cholernie upartej wdzięczności, która nigdy nie znikała. Nie w takich momentach.
— Okej! Moja kolej! — Zarządziła. Kieliszek wypełnił się jej od nowa szampanem, a Sloane bez problemu znalazła niski stolik. Złapała Ezrę za rękę i bez tłumaczenia tam podeszła, a potem na niego weszła. Mebel nawet się nie zachwiał. Zerknęła z góry na Ezrę z góry i uśmiechnęła się lekko.
Sloane przez chwilę nic nie mówiła. Tylko patrzyła na wszystkich wokół.
— Nie przyzwyczajajcie się, bo to nie będzie się działo często. — Zaznaczyła z lekkim uśmiechem na twarzy. — Wiem, że nie jestem najłatwiejszą osobą do pracy i że wkurwiłam każdego z was tysiące razy i wyklinałam jeszcze więcej, kiedy nikt nie słyszał — zaśmiała się krótko — ale nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie wasze zaangażowanie i… Zaufanie. Nie okazuję tego zawsze, ale kurwa, jestem za was wdzięczna. — Pokręciła lekko głową. Nie była osobą od przemówień. Była od robienia show, ale dziś zasługiwali na parę słów. — Za każdą osobę, która od miesięcy dokładała starań, aby ta płyta mogła wyjść. Że ten wieczór… To nie tylko kolejny koncert, o którym zaraz się zapomni. I oczywiście — zwróciła głowę w stronę Ezry — nie byłabym tutaj bez ciebie. Więc… Za kolejne sukcesy, wkurwianie się i… Za wszystko co jeszcze się wydarzy!
Sloane przechyliła kieliszek z szampanem i wypiła duszkiem wszystko, a potem, podobnie jak Ezra zbiła swój o podłogę. To nie było udawane. To było prawdziwe. I prawdziwszej Sloane nikt już nie dałby rady wyciągnąć.
sloane
Zdawała sobie sprawę z tego, jak istotni są ci wszyscy ludzie, ale prawda była taka, że równie dobrze mogłoby ich nie być, a ona ten wieczór mogłaby spędzić z Ezrą i nikogo więcej nie potrzebowałaby do tego, aby cieszyć się swoim sukcesem. Prawda była taka, że nie potrzebowała tłumów, ale ci wszyscy ludzie, którzy przynieśli jej kwiaty, nalewali szampana do kieliszka zasługiwali, aby usłyszeć od niej podziękowania. Każdy ciężko pracował, a Sloane nie chciała umniejszać nikomu.
OdpowiedzUsuńI była cholernie wdzięczna za to, co dla niej zrobili. Za to, jak bardzo się starali. Dlatego dziś mogła wygłosić tę kompletnie nieprzemyślaną przemowę, rozbić kieliszek o podłogę i śmiać się tak głośno, że pewnie było ją słychać piętro niżej.
Często czuła się pewnie, ale to co czuła dziś… Przebijało absolutnie wszystko. Przebiło nawet te przeklęte Super Bowl, przed którym chciała wziąć kreskę, aby wyjść w ogóle na scenę. Dzisiaj nie potrzebowała żadnych wspomagaczy, aby w ogóle na tę scenę wyjść.
Policzki miała czerwone, jednak nie były one rumiane przez zawstydzenie, ale przez emocje. Przez tę ogromną dawkę emocji, których już nie potrafiła trzymać dłużej w sobie. Sloane była w swoim żywiole i zamierzała się nacieszyć tą nocą aż do samego końca. Tak długo, jak to będzie możliwe.
— Panie i panowie, Sloane Pieprzona Fletcher! — Zawołał ktoś z tyłu, a potem narosła kolejna warstwa oklasków i wrzasków, które były jak porządna dawka endorfin, z których zdecydowanie zrezygnować nie chciała.
Sloane w dramatycznie teatralnym geście pochyliła się do przodu. Tak, jak aktorzy po zakończeniu grania sztuki, kiedy otrzymywali stojące owacje. Sloane wyszczerzyła zęby w wesołym prawdziwym uśmiechu. Czuła, że jutro będą ją bolały policzki od tego ciągłego uśmiechania się. Ale było absolutnie warto.
Nawet się nie zawahała, kiedy Ezra do niej podszedł. Ułożyła dłonie na jego ramionach i dała się ściągnąć ze stolika. Zrobili to z gracją, jakby ich ruchy od zawsze były ze sobą skoordynowane. Nie chciała teraz z jego ramion znikać. Chciała w nich zostać i trwać tak długo, jak to możliwe. Nie odsunęła się, nie uciekła wzrokiem. Patrzyła w ciemne tęczówki mężczyzny, który dla niej przez ostatnie miesiące zrobił więcej niż ktokolwiek inny. Nie miał podstaw, aby wyciągnąć do niej rękę. Sloane nie wiedziała, czy to była intuicja, zakład czy po prostu chwilowa głupota, ale jej zaufał i nie zamierzała po raz kolejny go zawieść.
— Nie zamierzam się zatrzymywać. — To nie brzmiało tylko jak obietnica. Tylko jak coś znacznie poważniejszego. Sloane tu zamierzała być i to tak długo, jak to możliwe. Bez cienia wahania i bez myślenia, żeby zniknąć. — Uważaj, Ezra. Nie wiem, czy po kolejnym show się pozbierasz.
Sloane jeszcze nie pokazała wszystkiego. To dopiero był słodki początek. Otwarcie nowej ery, która dopiero pokaże na co ją stać, a potem przy kolejnej udowodni znów światu, że Sloane Fletcher stać na więcej i więcej. Odpoczywać jeszcze nie chciała. Nie potrzebowała. Teraz był czas na pracę i na wszystko co z tym razem szło.
— Nie pozbędziesz się mnie już tak łatwo, Creighton.
Mogli się wkurzać do końca życia, ale dopóki nie wydarzy się coś, co zmusiłoby ją do odejścia to jej miejsce było przy nim. W jego wytwórni. Nigdzie indziej Sloane teraz być nie chciała. Wiedziała, że posypią się teraz propozycje. Dziesiątki ofert, którym ciężko będzie odmówić. Kuszące pieniądze i wizje, ale nie o to chodziło. Nie pieniądze były na pierwszym planie. Musiało być to coś, a to coś miała z Ezrą od pierwszego spojrzenia na tamtym tarasie. Wtedy jeszcze tego nie wiedziała. Dopiero po czasie zaczęła to rozumieć. Teraz rozrosło się to do takich rozmiarów, że już nie miała nad tym żadnej kontroli. I wcale kontrolować tego nie zamierzała, bo czymkolwiek ten chaos miał być, to Sloane wiedziała, że będzie wart.
Ezra widział ją w różnych wersjach. Rozpłakaną o trzeciej w nocy w studiu, kiedy myślała, że to wszystko jest gówno warte i gotową, aby usunęli wszystko nad czym pracowali. W złości, która aż kipiała jej z uszu. Rzucającą przekleństwami, jak przecinkami. Zadowoloną przy śniadaniu i kubku gorącej kawy. Widział ją już bez masek, które na siebie wkładała. I żadna z tych wersji mu nie kazała się wycofać. Widział ją również w pełni szczęśliwą i kompletną. Właśnie teraz, kiedy przez te kilka ułamków sekund patrzyli sobie w oczy, a samym spojrzeniem powiedzieli więcej niż jakimikolwiek słowami mogliby.
Usuń— Trzymaj się blisko to pierwszy ze mną na ten stół wejdziesz. Albo z niego ściągniesz. — Puściła mu oczko. Lubiła stoły, choć najczęściej wchodziła na nie wtedy, kiedy już niezbyt ogarniała co się dzieje wokół. Dziś tak nie było. Dziś to było w pełni świadome i z planem, choć ta krótka przemowa była nieplanowana. — Och, Ezra. Ja już jestem legendą. Dzięki tobie.
Niezbyt chciała go puszczać, ale to był już ten moment. Musiała się wycofać i znów wrócić do chaosu, który toczył się wokół nich. Tylko jeszcze przez moment nie spuszczała z niego wzroku, aż ktoś wszedł między nich. Flesze migały co chwilę. Sloane próbowała mówić o wieczorze, bo kamera słuchała. W międzyczasie ktoś robił zdjęcia. Potem przyciągnęli na moment Ezrę do wspólnego zdjęcia ze Sloane, które miało trafić wszędzie i być ich popisową fotką świętowania, choć tym zdjęciem równie dobrze mógł być moment, jak zdejmował ją ze stołu, bo nie było wątpliwości, że i ta scenka została uchwycona.
Sloane wiedziała, że to jest jej wieczór i jej czas, aby lśnić i zbierać pochwały. I korzystała z tego. Nawet nie wiedziała, ile czasu minęło. Godzina? Dwie? Bez znaczenia, ale w końcu powoli wszystko zaczynało wokół cichnąć. Nie, bo ludzie mieli dość. Tylko trzeba było iść dalej. Czekały ją jeszcze wywiady. Nie kończyło się tylko na kilku piosenkach i szampanie w garderobie. Sloane dziś naprawdę lśniła i nie tylko przez mieniącą się sukienkę czy brokat na oczach. Ona lśniła energią. Tak, jak jeszcze nigdy przedtem. Pierwszy raz bez żadnych cieni nad sobą. Bez demonów, które w niej drgały. Była tylko ona i ten moment, w którym w końcu wzięła głęboki wdech, a gardło przestała mieć ściśnięte. Już się nie dusiła. Po raz pierwszy od miesięcy czuła, że jest w końcu wolna. Może jeszcze nie od wszystkiego, ale ta noc była pierwszym wielkim krokiem w stronę nie tyle co lepszego jutra, a lepszej wersji samej siebie.
sloane