— Zemsta — rzekła sucho — jest rozkoszą umysłów miernych, słabych i małostkowych.
— Być może — zgodziła się z pozornie obojętnym uśmiechem. — Ale jednak rozkoszą być nie przestaje.
ANTOINETTE LAVEAU
Została gwałtownie wyrwana ze swojego życia w wieku czternastu lat. Jej dom był pełen miłości, ciepła i wiary. Do czasu aż jego próg przekroczył lokalny polityk, powiązany z gangiem i handlem ludźmi. Potrzebował duchowej pomocy, ale Yvette mu odmówiła, uznając że jest splamiony krwią niewinnych. Kilka dni później w środku dnia członkowie gangu Les Chiens Rouges wtargnęli do domu rodziny Laveau i na wejściu rozstrzelali jej ojca, zaś jej matka została zaciągnięta na ulicę i tam rytualnie zamordowana, na pokaz, jako ostrzeżenie dla innych mambo. Nigdzie nie znaleźli jednak ich córki, choć przeszukali cały dom. Antoinette była w tym czasie u swojej ciotki, Brigitte, od której miała odebrać zioła. Tylko dlatego przeżyła. Przez pieprzony przypadek. To wydarzenie złamało jej dzieciństwo i całe życie. Nie miała jednak czasu na żałobę, czy odprawienie modłów przy ciałach bliskich, bo zabójcy wciąż jej szukali. Dzięki ciotce wsiadła na łódkę, która wywiozła ją na Dominikanę, a stamtąd uciekła do Stanów Zjednoczonych, przy pomocy kuzyna, który załatwił jej odpowiednie dokumenty i pozwolenie na pobyt.
Najpierw trafiła do Nowego Orleanu pod opiekę starszej mambo, która uczyła jej drogi duchowego przewodnika: tego jak prowadzi się ceremonie, inicjacje, uzdrawia, a także sztuk dywinacji. Po pięciu latach jednak jej opiekunka zmarła, a ona została sama, na bruku, bez pieniędzy i pracy, bo wszystko co miała mambo zabrała szóstka jej dzieci. Ona zaś poszukała szczęścia gdzie indziej. Trafiła do miasta, które nigdy nie śpi, pełna nadziei, że to właśnie tu uda jej się zbudować dom. Początkowo podejmowała się każdej możliwej pracy: sprzątała, prała, gotowała, a po kilku latach udało jej się zaoszczędzić tyle, aby móc otworzyć mały sklepik Laveau Botanica & Spiritual Goods, mieszczący się w starej kamienicy w East Harlem, pomiędzy pralnią, a zamkniętym barem. Nad nim wynajęła malutkie mieszkanko, w którym stworzyła swoją bezpieczną przystań.
Jest cierpka jak agrest i słodka jak bez. Nie można jej odmówić czaru i uroku. Jej brązowe oczy zawsze żywo iskrzą się niczym błyskawice. Pełne, malinowe usta układają się w łobuzerski uśmiech. Potrafi czarować nie tylko swoim głosem. Jest iskrą, żywą i elektryzującą innych. Za tą beztroską wciąż kryje się jednak ból i nieprzepracowana trauma. Żałoba, której nigdy nie mogła przejść. Pożegnanie, którego zabrakło. Jest w niej światło, a jednocześnie ciemność, której nie umie poskromić. Coraz częściej myśli o zemście sprawiedliwości, która powinna dosięgnąć oprawców jej rodziny, a którzy wciąż żyją sobie jak gdyby nigdy nic na Haiti, w miejscu, które było jej domem, a do którego nie może wrócić.
Ukojenie odnalazła w niesieniu pomocy duchowej innym. Była ich kompasem, a droga którą wskazywała nie zawsze była prosta. Jedni mieli ją za wiedźmę, która wciska innym niedziałające eliksiry, drudzy za szarlatankę, która nie powinna pomagać innym. Ona jednak zawsze wierzyła w moc ziół, amuletów i talizmanów. Nie obchodziła jej opinia innych, czy niewybredne komentarze, które czasami usłyszała na swój temat. Nigdy jednak nie prosto w oczy. Zawsze za plecami, plotki, które niczym jad, lały się z ust do uszu.
Marie-Antoinette Laveau —
urodzona 12 maja 2002 roku w Haiti w okolicy Cap-Haïtien, głęboko zakorzenionej w tradycji vodou — jej matka Yvette, była mambo: kapłanką, do której przychodzili ludzie po ochronę, leczenie i rytuały sprawiedliwości, jej ojciec Jean, był cieślą i strażnikiem perystylu (świątyni), człowiekiem cichym, ale szanowanym — właścicielka malutkiego voodoo shopu na Harlemie, nad którym ma małe mieszkanko.
Cześć! Na zdjęciach Ashley Moore, cytaty to Sapkowski i Terry Pratchett. Ta panna dość długo chodziła mi po głowie i nie dawała spokoju, więc jesteśmy! Antoinette może rzucić na was klątwę, zdjąć z was czar, a czasami nawet powróży. Szukamy wszystkiego: klientów sklepiku, znajomych z przeszłości, dramatów i romansów. Znajdziecie mnie również tutaj: srebrnakrolowa@gmail.com

[Dzień dobry, cześć i czołem :) Nie dziwię się, że ta panna długo chodziła Ci po głowie - po przeczytaniu karty stwierdzam, że zdecydowanie miało co Ci po tej głowie chodzić ;)
OdpowiedzUsuńTo bardzo ciekawa postać, osobiście o vodou wiem tylko tyle, że istnieje i mam oczywiste skojarzenie z laleczkami vodou, które chyba jako jedyny element tradycji vodou wsiąknęły w popkulturę. Cóż, jestem kompletnie zielona w tym temacie, stąd nic mądrego nie dodam, a przed nie-mądrym się powstrzymam ^^
Pochwalę jeszcze dobór wizerunku, bo ta pani jest śliczna i ma oczy, w które można patrzeć i patrzeć 💙 Baw się dobrze z drugą postacią! A ja będę trzymać kciuki za to, żebyś kiedyś uraczyła nas postem fabularnym na temat bycia mambo!]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Niezwykle ciekawa postać, potwierdzam. I cóż za rzadko spotykana profesja ! Pełna klasa. Jestem ciekawa jak ta pokiereszowana, wyraźnie uduchowiona osóbka poradzi sobie w tak wielkim, chaotycznym mieście jakim. jest Nowy Jork. Oby jej sklepik odwiedzało jak najwięcej klientów, a ona sama nigdy nie została odnaleziona przez mafiozów, którzy zamordowali wcześniej jej rodzinę.
OdpowiedzUsuńŻyczę wspaniałej zabawy z kolejną postacią. W razie chęci na następny wątek, wiecie gdzie mnie znaleźć.]
[Uuu, to małe mieszkanko takie jakby luksusowe... Widzę się w tego typu wnętrzu i się po prostu zachwycam. ♥ Też chcę takie! :D Bardzo ciekawa postać. A jaka śliczna! Zachwyciłam się tą panią, gdy szukałam zdjęcia do miniaturki i nie mogłam wybrać, tyle było piękności.
OdpowiedzUsuńŻyczę powodzenia z drugą postacią i choć brakuje mi fajnego, babskiego wątku u Debbie, to chyba na razie się wstrzymam, bo przestanę w ogóle Wam odpisywać.
Baw się dobrze. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
Widząc SMS-a z prośbą o zastąpienie chorego kolegi w głównym oddziale MSH, westchnął ciężko. Nie lubił dyżurów na Manhattanie. I bynajmniej nie chodziło tu tylko o to, że przeciskanie się przez wiecznie zapchane uliczki Nowego Jorku zdawało się ciągnąć wówczas w nieskończoność, bo jednak ten brooklyński znajdował się zdecydowanie bliżej jego mieszkania. Nawet nie o większą ilość durni dzwoniących pod 911 jedynie dla zabawy, czy z tak błahymi sprawami jak zwykłe zadraśnięcie wyolbrzymiane niemal do rozmiarów rany postrzałowej. Po prostu istniało zdecydowanie zbyt wielkie prawdopodobieństwo, że pośród pacjentów znajdzie się ktoś z szerokich kręgów znajomych lub przyjaciół jego krewnych lub, co chyba jeszcze gorsze, któryś z nic samych. Odkąd jako szesnastolatek uciekł z domu i wyniósł się na swoje starał się unikać takich spotkań jak ognia. Wiedział że nigdy nie uda mu się odzyskać szacunku w oczach rodziny. Najzwyklejsza rozmowa z nimi doprowadzała zwykle do katastrofy, a sam ich widok niejednokrotnie potrafił przyprawić go o szybsze bicie serca. W pracy zaś musiał zachować klarowne wszystkie zmysły, ponieważ od tego dosłownie zależało ich życie. A jednak nie mógł przecież odmówić. Godząc się na posadę ratownika medycznego, wiedział że takie nagłe chwilowe przenosiny mogą się czasem zwyczajnie przydarzyć.
OdpowiedzUsuń- Trzymaj się mały. – Rzucił jeszcze do rozłożonego na sofie w salonie kota, po czym chwyciwszy klucze do auta, skierował się w kierunku wind.
Pod szpitalem jak zwykle stało pełno samochodów. Przynajmniej w części przeznaczonej dla petentów, bo w pracowniczej na całe szczęście o miejsca nie trzeba było już walczyć. Zostawił więc swego staruszka na pierwszym wolnym stanowisku i skierował się prosto do wejścia, a stamtąd korytarzem do szatni. Przebrawszy się planował wstąpić jeszcze do dyżurki po kawę, a dopiero następnie po ewentualne dyspozycje do dzisiejszego dyspozytora. Nie było mu niestety dane doznać tego luksusu, bo dosłownie parę sekund po tym, gdy wciągnął na siebie oficjalny mundurek, rozdzwonił się jego pager. Wyglądało na to, że jego dyżur właśnie oficjalnie się rozpoczął. O tyle dobrego, że dzielił go z Esme, młodą, wiecznie tryskającą niespożytą energią Francuzką. Przynajmniej szansa, że przed końcem dnia on sam zacznie przeklinać pod nosem ze zmęczenia była naprawdę niska.
- Hej, mam nadzieję że nie popsułam ci za bardzo planów tą wiadomością. – Rzuciła na powitanie, upewniając się jednocześnie czy wszystkie niezbędne sprzęty na pewno znajdują się we wnętrzu karetki.
- Nie ma o czym mówić. I tak miałem ten dzień spędzić w pracy, więc co za różnica. A ta akcja wygląda na całkiem przyjemną. – Zauważył, pakując się na miejsce pasażera i ponownie sprawdzając lokalizację. Niezbyt uśmiechało mu się jeżdżenie na sygnale po tutejszych drogach.
- Tak, zwykłe omdlenie. Chciałabym zawsze odbierać tego typu przypadki. – Odparła, informując pracownika dyżurki, że wyjeżdżają w stronę celu.
Biedacy nie zdawali sobie jeszcze sprawy, że ich założenia co do spokojnej, rutynowej akcji transportowej niedługo przemienią się w tor przeszkód.
Lio
[Razem z Leosiem pięknie dziękujemy za miłe słowa pod kartą i zapraszamy na chat dostępny na poczcie w celu omówienia szczegółów wątku: lifenotfair2@gmail.com :)]
OdpowiedzUsuńLeonard Allen