
Nazywa się Marisol Rivera.
Ma dwadzieścia osiem lat, urodziła się w meksykańskiej Oaxaca, a w Nowym Jorku jest nielegalnie od siedmiu lat. Nielegalnie to słowo, które dla niej brzmi jak wyrok, choć nigdy nie zrobiła nic złego. Po prostu została. Została, bo obiecano jej pracę, bo matka chorowała, bo powrót oznaczałby cofnięcie się do punktu, w którym nie było już nic do stracenia.
Jej świat mieści się w jednym pokoju na Bronxie: materac na podłodze, mały wentylator, krzesło znalezione przy śmietniku. Pracuje na czarno, gdzie tylko potrzebują rąk. Sprzątając biura nocą, czasem restauracje, czasem cudze mieszkania. Zawsze z uśmiechem, zawsze z życzliwością i sercem na dłoni. Ludzie mówią, że jest ich sunshine girl, chodzącym promyczkiem, i nie wiedzą, że ten blask to mechanizm przetrwania.
Bo bieda jest realna. Bo wszystkie pieniądze wysyła do Meksyku, by rodzinie żyło się lepiej. Bo nigdy już nie zobaczy swojej matki, bo nie posmakuje już kuchni babci, ani nie pójdzie z ojcem na spacer. Nie odwiedzi swojej kuzynki, a tym bardziej przyjaciół z dzieciństwa. Nie wsiądzie do samolotu i nie poleci w odwiedziny. Bo nie ma paszportu, wizy, zielonej karty. Bo to bilet w jedną stronę, bez powrotu.
A mimo to Marisol się śmieje.
Jej śmiech pojawia się nagle. W kolejce po kawę, w metrze, w kuchni restauracji, kiedy zmywa kolejne talerze. Ma w sobie lekkość, która nie pasuje do jej życia. Zawsze ma dla kogoś cukierek w kieszeni, zawsze zapyta jak się trzymasz?, nawet jeśli sama ledwo stoi na nogach.
Od kilku miesięcy jednak ten promień słońca drży.
Miasto się zmieniło, zmienił się kraj, zmienili się ludzie. W metrze nie spogląda ludziom w twarze. Na dźwięk syreny jej ciało reaguje szybciej niż myśl. Barki sztywnieją, dłonie szukają telefonu. Krążą historie: o kontrolach, o nalotach, o ludziach, którzy wyszli tylko do sklepu i już nie wrócili. Działania ICE wiszą nad jej codziennością jak ciężka chmura. Sprawdza trzy razy drogę do pracy. Unika pewnych ulic. Przestała chodzić do ulubionej piekarni, bo widziała tam raz agentów.
Najgorsze są poranki. Budzi się zanim zadzwoni budzik, z sercem bijącym zbyt szybko. Czasem śni jej się pukanie do drzwi. Czasem mundury wywlekające ją na ulicę. Wtedy zamyka oczy i liczy po hiszpańsku. Do dziesięciu. Do dwudziestu. Do Oaxaca. Do domu.
A jednak… kiedy wychodzi z mieszkania, prostuje plecy i wierzy, że uda jej się przetrwać.
Kupuje kawę u tego samego sprzedawcy, który zawsze mówi: Buenos días, sunshine. Pomaga starszej sąsiadce wnieść zakupy. W pracy śpiewa cicho po hiszpańsku i wciąż wierzy uparcie, że dobro jest aktem oporu. Że jej obecność, jej ciepło, jej uśmiech są sposobem, by powiedzieć: Todo pasa.
Marisol żyje w stanie zawieszenia: między deportacją a jutrem, między strachem a upragnionym poszukiwaniem szczęścia, między niewidzialnością a byciem kimś, kto naprawdę istnieje.
W tytule znalazł się niepowtarzalny Bad Bunny, który po części jest też sponsorem tej historii.
Zapraszamy w nasze skromne progi, robimy najlepsze memelas z babcinego przepisu!
[Bycie imigrantem jest z góry skazane na bycie sprawą ciężką, a jak dołożyć do tego jeszcze kwestie deportacji, ICE i strachu, robi się tylko gorzej. Wcale się nie dziwię, że dziewczyna jest przerażona. Natomiast, zdaje się radzić sobie w społeczeństwie dużo lepiej niż Wayne, co może wyczynem nie jest, ale z pewnością należy się jakieś dobre ciastko. W razie chęci zapraszamy do nas, jako że oboje nie mają konkretnej pracy, ich drogi mogą przeciąć się absolutnie wszędzie.]
OdpowiedzUsuńWayne Travers
Cześć, hej!
OdpowiedzUsuńTrochę tu umarłam, bo ostatnie tygodnie jakoś mięsa spokojne, ale to już ten czas, żeby trochę odmrozić Theę.
Nawet nie wiesz, jak strasznie smutno mi się zrobiło, kiedy czytałam fragment o tym, że Marisol nie wróci do domu, do bliskich jej osób. Uświadomiło mi to, jak realnie, wiele osób jest w jej sytuacji i co muszą przeżywać każdego dnia.
Jeśli chcesz, zapraszam do Thei. Marisol może u niej wylądować z polecenia, bo nie oszukujmy się, ona jest trochę zabiegana, a mieszkanie mimo wszystko wymaga sprzątnięcia. Więc Thea bardzo chętnie ją przyjmie, a nawet i wysłucha przy kubku herbaty i może pomoże w jakiś sposób!
Thea
[Śliczne to zdjęcie. I szkoda mi tej dziewczyny, bardzo, choć sama historia da Ci na pewno mnóstwo różnych i fajnych możliwości wątkowych. Dlatego mam nadzieję, że powrót na grupowce będzie owocny, a Ty zadomowisz się u nas na długo :) Życzę świetnej zabawy w Nowym Jorku!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
[Piękna jest, chociaż pierwsze zdjęcie, które widziałam przy tworzeniu się karty, zauroczyło mnie jeszcze bardziej, co chyba tylko potwierdza, że wizerunek został dobrany świetnie! ♥
OdpowiedzUsuńPoruszony motyw nielegalnej imigracji jest ciekawy i pewnie wcale nie prosty do odgrywania, ale to czyni postać Marisol tylko ciekawszą. Cieszę się, że na swój powrót wybrałaś NYC. Mam nadzieję, że zostaniesz jak najdłużej!]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald
Jestem niezaprzeczalnie zachwycona tą dziewczyną! To piękna, choć smutna historia pokazująca, że życie nie zawsze jest łatwe i kolorowe, a często stawia nas przed trudnymi wyborami. Wizerunek to strzał w dziesiątkę! Chodź na wątek, chodź na fajne powiązanie! <3
OdpowiedzUsuńMichael Bachmann.
[Cześć, podpinam się do powyższego, wybrałaś śliczny wizerunek, a Marisol jest ujmująca w swoim cieple. Jej optymizm i niegasnąca nadzieja są naprawde piękne, choć napisałaś jej bardzo smutny los. Wyobrażam sobie, jak wiele ma w sobie miłość i tęsknoty za bliskimi i za tym, co zna.
OdpowiedzUsuńTrzymam kciuki, abyście się odnalazły i dobrze bawiły i zostały z nami na dłużej. Bardzo, ale to bardzo życzyłabym sobie, aby jej słońce świeciło jasno, mocno i dawało kolory i dużo ciepełka! 💛 ]
Emma/ Lily
[Dzień dobry, część i czołem, nie jest ani trochę kulawo 💙 Jest ślicznie, jest przejmująco i jest do bólu prawdziwie, bo wszyscy mamy dostęp do atakujących nas ze wszystkich stron wiadomości. Sama bodaj ze dwa lata temu, może już trzy, prowadziłam postać imigranta i dobrze pamiętam, ile musiałam się naczytać, żeby jego pobyt w Nowym Jorku miał przysłowiowe ręce i nogi, a wtedy były przecież te lepsze czasy, nieco łatwiejsze.
OdpowiedzUsuńTym bardziej podziwiam, że Marisol pozostaje tym słoneczkiem, nawet jeśli tylko powierzchownie, bo to i tak spore wyzwanie. Będę mocno trzymać za nią kciuki 💙
Tobie natomiast życzę udanych wątków, które nie dają spać po nocach i długiego pobytu na blogu :)]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Wayne generalnie nie zdaje sobie sprawy, że potrzebuje pocieszenia, on żyje w ciągłym przekonaniu, że ma się świetnie, a życie właśnie tak powinno wyglądać. Natomiast nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spędzili ze sobą czas, a jeśli przy okazji Wayne za wiele nie będzie musiał myśleć, wspaniale. Mogą trafić na wspólne miejsce pracy: sprzątać razem restaurację albo hotel, a możemy pomyśleć nad czymś bardziej casual, Wayne nie jest ponad piciem na ławce w parku jakby miał szesnaście lat ani zaśnięciem na przypadkowej klatce schodowej, cóż, jak się odpowiednio napije to mógłby jej nawet zaproponować małżeństwo, żeby dostała zieloną kartę, bo myślenie to od lat nie jest jego mocna strona, więc świat stoi przed nami otworem.]
OdpowiedzUsuńWayne
[Jesli chcesz, napisz do mnie na maila, ustalimy jakies szczegóły wątku 😃]
OdpowiedzUsuńThea