Emma White
Skoro jesteś tu dłużej, możesz znać jej ojczyma, niegdyś naczelnego awanturnika, który na palcu budowy darł się najgłośniej i rzucał we wszystkich wyzwiskami, a dzisiaj marudzi pod nosem w drodze do sklepu po kolejne piwo – uważaj na niego. Jeśli bywasz tu od czasu do czasu, pewnie wiesz o wypadku sprzed roku, w którym zginęła jej matka, narzeczony i niedoszła teściowa, a ona wybudziła się cudem po długiej walce lekarzy o jej życie. Z tego, co kojarzę, w aucie był też ojciec chłopaka, ale teraz przebywa w domu opieki, utknął na wózku i do nikogo się nie odzywa. Możesz znać całą rodzinę jej ciotki, bo to ta najgłośniejsza, mieszkająca po drugiej stronie od remizy, z pięciorgiem dzieciaków wymazanych nutellą i trzema psami, które ujadają zza ogrodzenia nie tylko na listonosza. Może miałeś okazję poznać Michaela i jej pierwszego ojca i wiesz, że nigdy nikomu nie odmawiali pomocy. Możesz znać ich wszystkich, nawet wiedzieć od sąsiadki – tej co ma trzy czarne identyczne koty; że do rodziny została przygarnięta, bo jest podrzutkiem; a o niej nie pamiętać, wręcz zastanawiać się, czy posiadaczka wielkich jasnych oczu w ogóle istnieje. Bo jest cicha, niewidzialna, choć uprzejma i życzliwa, ale nie ma w niej nic, co zapada w pamięć. Jest jak podmuch wiatru, jak poranna rosa, dostrzegasz ją przez ten krótki moment, gdy stoi przed tobą, później znika. Gdy mówi, nie unosi głosu, uśmiecha się delikatnie i po chwili spogląda gdzieś w bok lub pod własne stopy. Może nawet teraz nie wiesz, o kim mowa, ale założę się, że jej ciastka kupujesz przynajmniej raz w tygodniu.
To taka osoba, która dopóki przebywała w domu dziecka, chciała dorosnąć, aby stamtąd uciec i odnaleźć biologicznych rodziców – ma ogromne pragnienie bycia częścią rodziny, bycia kochaną, potrzebną i dostrzeżoną, choć w sumie nosi w sobie tak ogromne pokłady nieśmiałości, że od uwagi sama ucieka. Gdy państwo White dali jej dom, nie chciała już żadnych innych bliskich, a były to dość dojrzałe decyzje jak na siedmiolatkę. Ukończyła szkołę średnią, a gdy jej tato zmarł na skutek wylewu, podjęła kolejną ważną decyzję – zamiast iść na studia i edukować się w kierunku przyszłościowego zawodu, wybrała naukę pod okiem mamy i jej siostry, aby pomagać, a z czasem (po wypadku) przejąć rodzinną cukiernię. Żyje jak duch, zajmując stary kąt w trzypokojowym zaniedbanym mieszkaniu, który ze złością w żałobie zdemolowała, później samodzielnie odmalowała, wymieniając wszystko, włącznie z deskami w parkiecie i oczywiście robiąc to na własną rękę, bo stary Thomas palcem nie kiwnął. Mieszkam tu od urodzenia, czasem słyszę jak ten drań wydziera się na nią i obwinia za własne porażki, ale jej odpowiedzi nikną w ścianach.
Jest z reguły łagodna, raczej pogodna, a gdy listonosz pomyli skrzynki osobiście odnosi pomylone przesyłki sąsiadom. Z wszystkim nauczyła się radzić sobie sama i zdecydowanie woli udzielać pomocy, niż o nią prosić. Obdarza innych opieką i czułością, choć w jej oczach czai się coś, co mnie niepokoi. Wybacza, nawet gdy ktoś na wybaczenie nie zasługuje, nie rozpamiętuje złego i nawet sama pierwsza wyciąga rękę na zgodę - pamiętam, gdy jeszcze jako podlotek w ramach pojednania upiekła rogaliki chłopakom z boiska, gdy ją przeprosili za zaczepki. Znosi kłamstwa i obelgi niewzruszenie, troski zamiata pod dywan, milczy o tym, co dzieje się w jej domu. Przykrości i zło jakie otrzymuje od coraz bardziej zrzędliwego i nieznośnego ojczyma przyjmuje ze spokojem i wydaje mi się, że wszystko tylko pozornie spływa po niej, nie naruszając wątłych ramion, ani nie szkodząc chudemu, blademu ciału. Nosi w sobie jakiś smutek i lęk, których po sobie nie zdradza.
Wygląda na to, że uśmiech ma ten sam co przed laty i przed wypadkiem, chęć do życia tą samą, a jednak jej spojrzenie przypomina pustą skorupę, z której uleciało życie. Martwi mnie to, lubię tę dziewczynę i to nie dlatego, że dzięki jej tortom mamy najlepsze słodycze w dzielnicy. Gdy widzę, jak jej włosy spływają po ramionach, przysłaniając białą skórę i siniaki na chudym ciele, coś mnie ściska w dołku, chyba domyślam się, co dziewczyna przeżywa. Mam okna naprzeciw jej cukierni, widzę jak się krząta za ladą, jak uprzejmie i z uśmiechem odnosi się do klientów i z jaką ekscytacją notuje nowe zamówienia, gdy dzwoni telefon, a pewnie dobijają się do niej z całego miasta, a może nawet i okolic po tym artykule z ostatniego miesięcznika, w którym napisali o tych cudownościach, które sama robi. Widzę, ile serca wkłada w utrzymanie tego miejsca i to chyba jedyne co ją podnosi na duchu po tym, co przeszła. Ale dziwne jest to, że co drugi dzień zostaje tam niemal do północy, choć przychodzi już po piątej rano, jakby jak najpóźniej musiała wrócić do domu.
Dziś tam byłem, kupiłem nowe ciastko mango z matchą i białą czekoladą i jedyne, co zapamiętałem z całej jej bladej twarzy, to czerwone pogryzione wargi i ciemne sińce pod oczami. Znowu mnie coś tknęło, choć wiem, że jej rysy nie wzbudzają u innych niepokoju, troski ani już niczego poza współczuciem i cichą akceptacją. Fakt, że wycofała się z życia społecznego ludzi nie dziwi, ale chyba nie wszystko można przypisywać żałobie, minął już przecież rok, a ona jest wciąż młoda - ma dopiero 28 lat. Wszystkim wydaje się, że rozumieją, że to jej sposób na odreagowanie po stracie, rozmawiałem z sąsiadem i jego żoną, i naszym zarządcą, ale ona nigdy nie była aż tak cicha i skryta, za to teraz ma na to przyzwolenie. Takie stawanie się kimś niedostrzeganym, niewidzialnym jest wygodne w sytuacji, w jakiej się znalazła i ja nie chcę się w niczyje życie wtrącać, ale... sam nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że ta dziewczyna ma silny charakter, że mimo spokojnego, rozważnego usposobienia jest dość wytrwała i uparta, aby zachować swoje zdanie, jednak teraz każdego dnia jest złamana i jedyne, czym się wydaje martwić, to dostateczna ilość bluzek z długim rękawem w szafie, które pozwalają ukryć kwitnące na białej skórze dowody na to, co ktoś jej robi - jestem tego pewien, bo przy witaniu klientów w cukierni ciągnie nerwowo rękawy w dół za każdym razem, gdy drzwi zahaczą o dzwonek zawieszony u sufitu.
Może ja jestem już stary i wymyślam, szukam jakiś sensacji w życiu, ale trzeba się temu przyjrzeć. Spójrz na nią, otwórz szerzej oczy i kiedy się znów zobaczymy, powiedz mi, co widziałeś. Może w końcu ją dostrzeżesz.
To taka osoba, która dopóki przebywała w domu dziecka, chciała dorosnąć, aby stamtąd uciec i odnaleźć biologicznych rodziców – ma ogromne pragnienie bycia częścią rodziny, bycia kochaną, potrzebną i dostrzeżoną, choć w sumie nosi w sobie tak ogromne pokłady nieśmiałości, że od uwagi sama ucieka. Gdy państwo White dali jej dom, nie chciała już żadnych innych bliskich, a były to dość dojrzałe decyzje jak na siedmiolatkę. Ukończyła szkołę średnią, a gdy jej tato zmarł na skutek wylewu, podjęła kolejną ważną decyzję – zamiast iść na studia i edukować się w kierunku przyszłościowego zawodu, wybrała naukę pod okiem mamy i jej siostry, aby pomagać, a z czasem (po wypadku) przejąć rodzinną cukiernię. Żyje jak duch, zajmując stary kąt w trzypokojowym zaniedbanym mieszkaniu, który ze złością w żałobie zdemolowała, później samodzielnie odmalowała, wymieniając wszystko, włącznie z deskami w parkiecie i oczywiście robiąc to na własną rękę, bo stary Thomas palcem nie kiwnął. Mieszkam tu od urodzenia, czasem słyszę jak ten drań wydziera się na nią i obwinia za własne porażki, ale jej odpowiedzi nikną w ścianach.
Jest z reguły łagodna, raczej pogodna, a gdy listonosz pomyli skrzynki osobiście odnosi pomylone przesyłki sąsiadom. Z wszystkim nauczyła się radzić sobie sama i zdecydowanie woli udzielać pomocy, niż o nią prosić. Obdarza innych opieką i czułością, choć w jej oczach czai się coś, co mnie niepokoi. Wybacza, nawet gdy ktoś na wybaczenie nie zasługuje, nie rozpamiętuje złego i nawet sama pierwsza wyciąga rękę na zgodę - pamiętam, gdy jeszcze jako podlotek w ramach pojednania upiekła rogaliki chłopakom z boiska, gdy ją przeprosili za zaczepki. Znosi kłamstwa i obelgi niewzruszenie, troski zamiata pod dywan, milczy o tym, co dzieje się w jej domu. Przykrości i zło jakie otrzymuje od coraz bardziej zrzędliwego i nieznośnego ojczyma przyjmuje ze spokojem i wydaje mi się, że wszystko tylko pozornie spływa po niej, nie naruszając wątłych ramion, ani nie szkodząc chudemu, blademu ciału. Nosi w sobie jakiś smutek i lęk, których po sobie nie zdradza.
Wygląda na to, że uśmiech ma ten sam co przed laty i przed wypadkiem, chęć do życia tą samą, a jednak jej spojrzenie przypomina pustą skorupę, z której uleciało życie. Martwi mnie to, lubię tę dziewczynę i to nie dlatego, że dzięki jej tortom mamy najlepsze słodycze w dzielnicy. Gdy widzę, jak jej włosy spływają po ramionach, przysłaniając białą skórę i siniaki na chudym ciele, coś mnie ściska w dołku, chyba domyślam się, co dziewczyna przeżywa. Mam okna naprzeciw jej cukierni, widzę jak się krząta za ladą, jak uprzejmie i z uśmiechem odnosi się do klientów i z jaką ekscytacją notuje nowe zamówienia, gdy dzwoni telefon, a pewnie dobijają się do niej z całego miasta, a może nawet i okolic po tym artykule z ostatniego miesięcznika, w którym napisali o tych cudownościach, które sama robi. Widzę, ile serca wkłada w utrzymanie tego miejsca i to chyba jedyne co ją podnosi na duchu po tym, co przeszła. Ale dziwne jest to, że co drugi dzień zostaje tam niemal do północy, choć przychodzi już po piątej rano, jakby jak najpóźniej musiała wrócić do domu.
Dziś tam byłem, kupiłem nowe ciastko mango z matchą i białą czekoladą i jedyne, co zapamiętałem z całej jej bladej twarzy, to czerwone pogryzione wargi i ciemne sińce pod oczami. Znowu mnie coś tknęło, choć wiem, że jej rysy nie wzbudzają u innych niepokoju, troski ani już niczego poza współczuciem i cichą akceptacją. Fakt, że wycofała się z życia społecznego ludzi nie dziwi, ale chyba nie wszystko można przypisywać żałobie, minął już przecież rok, a ona jest wciąż młoda - ma dopiero 28 lat. Wszystkim wydaje się, że rozumieją, że to jej sposób na odreagowanie po stracie, rozmawiałem z sąsiadem i jego żoną, i naszym zarządcą, ale ona nigdy nie była aż tak cicha i skryta, za to teraz ma na to przyzwolenie. Takie stawanie się kimś niedostrzeganym, niewidzialnym jest wygodne w sytuacji, w jakiej się znalazła i ja nie chcę się w niczyje życie wtrącać, ale... sam nie wiem. Zawsze wydawało mi się, że ta dziewczyna ma silny charakter, że mimo spokojnego, rozważnego usposobienia jest dość wytrwała i uparta, aby zachować swoje zdanie, jednak teraz każdego dnia jest złamana i jedyne, czym się wydaje martwić, to dostateczna ilość bluzek z długim rękawem w szafie, które pozwalają ukryć kwitnące na białej skórze dowody na to, co ktoś jej robi - jestem tego pewien, bo przy witaniu klientów w cukierni ciągnie nerwowo rękawy w dół za każdym razem, gdy drzwi zahaczą o dzwonek zawieszony u sufitu.
Może ja jestem już stary i wymyślam, szukam jakiś sensacji w życiu, ale trzeba się temu przyjrzeć. Spójrz na nią, otwórz szerzej oczy i kiedy się znów zobaczymy, powiedz mi, co widziałeś. Może w końcu ją dostrzeżesz.
Cześć! :) Piękny wygląd karty zawdzięczam niezastąpionej smole, dziękuję! :)
Antonio stał spokojnie, obserwując jej każdy ruch. Każda jej niepewność, każdy drobny gest – przyciąganie mankietów koszuli, drżące palce, spojrzenie unoszące się ku jego twarzy – było dla niego jak melodia, którą chciał zrozumieć, wyczuć każdy takt i oddech. Nie spieszył się, nie chciał niczego przyspieszać. Każda sekunda jej nieśmiałości była dla niego wartościowa, bo w niej było prawdziwe życie, niewymuszone, kruche i autentyczne. Odetchnął głębiej, gdy zdał sobie sprawę z jednej, konkretnej myśli, która od początku ich spotkania krążyła mu w głowie; stojącą przed nim Emma była niczym otwarta księga, z której czytał zbyt dobrze, co wzbudzało w nim pewne poczucie dyskomfortu. Nie była to umiejętność, która nabył w kontaktach z szeroką publicznością, była to umiejętność przypieczętowana tragedią, która nigdy nie powinna mieć miejsca. Zamiast słów, po prostu się uśmiechnął, uspokajająco, subtelnie, aby nie spłoszyć w pełni stojącej przed nim kobiety. Widział wszystko, co tak bardzo starała się przed nim ukryć, mimo, że jego wzrok nie starał się nie napierać na nią ciężarem czystej ciekawości okraszonej domieszką głębokiej troski.
OdpowiedzUsuń— Nie dziękuj, po prostu pozwól sobie odpocząć — poprosił beznamiętnie, tak po prostu, tak po ludzku, tak jak każdy na to zasługuje. Chciał, by czuła się bezpieczna, widziana, doceniona w każdym szczególe, który w oczach większości byłby nieistotny i choć nie wiedział skąd brały się w nim podobne pragnienia, to własne obawy i rozterki w tym momencie odkładał w pełni na bok. — Śpij dobrze, Ems — dodał po chwili, nim w pełni się odwrócił i skierował się w stronę drzwi, które zamknął za sobą z cichym trzaskiem.
Nim sam pozwolił sobie wygodnie ułożyć się w łóżku, skierował się do kuchni skąd wrócił ze szklanką pełna wody z dodatkiem kostek lodu. Dopiero w momencie, gdy jego głowa dotknęła poduszki, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo był wykończony, wręcz całkowicie wyeksploatowany psychicznie. Zasnął zaledwie kilka minut później, otulony bawełnianą pościelą. Przebudził się punkt trzecia, co w pierwszej chwili nie wydawało się być niczym, co zrujnuje jego czas na dalszy odpoczynek. Bezskutecznie kręcił się na łóżku, nie mogąc odnaleźć wygodnej pozycji, aż w końcu w pełni sfrustrowany zdecydował się wstać, wypić szklankę wody i przejść do salonu, gdzie rozsiadł się wygodnie na kanapie. Cisza wypełniała pomieszczenie, miękka, niemal namacalna, jakby samo powietrze chciało pozwolić mu wreszcie odetchnąć. Antonio przesunął dłonią po krawędzi kanapy, czując chłód materiału, a potem oparł się bardziej, pozwalając ciału powoli poddać się grawitacji.
Przeglądał dokumenty, notatki, coś, co wymagało skupienia, choć w rzeczywistości jego umysł wciąż krążył wokół Emmy – każdy jej gest, każdy oddech, każda niepewność, którą zauważył wcześniej. Tekst na ekranie zdawał się mieszać z obrazami, które miał w głowie, a on próbował uporządkować myśli, chociaż wiedział, że to bezcelowe.
♥️
Tamsin uparcie twierdziła, że nie ma w sobie za dużo współczucia i daleko jej do ciepłej, miłej osoby. Faktycznie, jeśli ktoś jej nie znał, mogła wydawać się raczej chłodna, bywała opryskliwa i bez większych oporów umiała pokazać komuś środkowy palec, gdy ten zaczepiał ją w złym momencie. Uważała, że była grzeczna wystarczająco długo w ciągu swojego życia i teraz już nie musi, dlatego usilnie starała się nie dbać o nic i o nikogo, co absolutnie jej nie wychodziło. Bo chociaż daleko jej było do głaskania kogokolwiek po głowie, pocieszania w chwilach smutku, czy zapewniania, że będzie okej, to dziwnym trafem zawsze była obecna. Zupełnie, jakby podświadomość chciała ją nauczyć empatii i wystawiała ją na nieszczęścia jej przyjaciół, by w końcu zaczęła być czulsza i milsza. Ale nie była. Była zadaniowa, ale przez własne przeżycia wiedziała też, jak paraliżujący potrafi być strach i wstyd. Dlatego nie pytała wprost, ale trwała.
OdpowiedzUsuń— Co Tammy? Jakbym umiała gotować, to z moim apetytem musiałabyś mnie toczyć po schodach, bo nie weszłabym do windy — wzruszyła ramionami, szczerze w to wierząc. Prawda była taka, że jako żona ozdoba nie musiała gotować, a później nie miała ani czasu, ani ochoty nadrabiać braków w tym zakresie. Patrząc na to, jak roztrzepana bywała, istniało spore prawdopodobieństwo, że puściłaby budynek z dymem, poza tym… To oznaczało, że musiałaby spędzać więcej czasu w domu, z którego starała się wychodzić możliwie często. I nie chodziło o same ściany, o to, ile wspomnień nosiło na sobie to miejsce, ale o coś znacznie bardziej prostego, prozaicznego wręcz, bo rozchodziło się o to, że Tammy bardzo nie chciała być sama. Nienawidziła, że gdy stała w kuchni, to jej głos rozchodził się echem po całej przestrzeni. Nienawidziła tego, że nie miała po kim odstawiać kubka do zmywarki, bo sama zawsze robiła to odruchowo. Nienawidziła zimna, które towarzyszyło jej w nocy, chociaż czekała na nie z takim utęsknieniem przez wiele lat. Myślała, że samotność będzie tym, w czym znajdzie pocieszenie i tak faktycznie było, przez pierwsze trzy lata faktycznie czuła szczęście, żyjąc szczęściem swojej przyjaciółki, która wydawała się w istocie być szczęśliwą. Śmierć bliskich Emmy uderzyła w nią rykoszetem, bo przypomniała o tym, co sama straciła, uświadamiając jej, że została na tym świecie sama w niemal równym stopniu, co ona. Z matką nie miała kontaktu, ojciec nie żył od lat, jej mąż zmarł tragicznie a ona… Ona nie miała nikogo, kogo faktycznie mogłaby nazwać rodziną.
Może to właśnie ta samotność tylko mocniej je do siebie zbliżyła? No i oczywiście brak umiejętności zadbania o siebie. W tym też były podobne.
Znała to uczucie. Przyłapanie, a jednocześnie ulgę, że zostało się przyłapanym. Wstyd, który aż bolał, ale był czymś znajomym, dlatego się do niego wracała. Przynajmniej ona dlatego do niego wracała. Bo znała swojego męża, chociaż próbował nią zawładnąć od najmłodszych lat i udało mu się to; gdyby nie przekroczenie pewnych granic, które nawet dla ślepo zakochanej Tamsin było przesadą, prawdopodobnie, gdyby nie umarł, trwałaby u jego boku nadal, wciąż tak samo wpatrzona w niego, jak w obrazek. Chociaż bywał względem niej okrutny już od samego początku ich znajomości. Tammy nie mówiła nikomu o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami, nawet w najgorszy upał nosząc długi rękaw i długie spodnie, mówiąc, że przecież Beduini noszą warstwy na pustyni, więc ona bierze z nich przykład. Całe lata nie nosiła szortów, dekoltów ani koszulek z krótkim rękawkiem, co teraz nadrabiała, wielokrotnie wybierając wręcz wulgarne ubrania. Może nie dzisiaj, bo nie było nic wulgarnego w szarych dresach.
Już chciała rozładować napięcie, zaśmiewając się do Emmy, że w końcu ktoś jej zrobi coś porządnego do jedzenia, kiedy dziewczyna dodała to pytanie, niby niewinne, ale dające jej jakiś cień nadziei, że w końcu nie będzie musiała ciągnąć tej szopki. Wciąż udawała, że nie wie, co się dzieje za drzwiami mieszkania White, jednocześnie dając jej jasno do zrozumienia, że wie doskonale. Zwyczajnie chciała dać jej wybór kiedy, jak i gdzie jej powie, albo czy właściwie wcale jej nic nie zdradzi. W końcu Tammy, w najgorszym momencie, kiedy zaczęła już robić zdjęcia każdego siniaka, każdego, najmniejszego nawet zadrapania, wciąż nikomu nie powiedziała. Dopiero, gdy pochowała męża i nie była w stanie zdzierżyć tego, jak na jego pogrzebie trzęśli się ludzie, którzy wcale go nie znali, nie wytrzymała. Opowiedziała Emmie jedynie część historii, pomijając najbardziej drastyczne i dramatyczne sytuacje, mając nadzieję, że jeśli je przemilczy, to one znikną. Znikną z jej życia, z jej pamięci i pozwolą cieszyć się każdym następnym dniem. O dziwo, to w jakiś sposób działało, chociaż odbijała sobie dawne zadry niebezpiecznymi znajomościami na jedną noc, czy właśnie nonszalancją w stosunku do własnego bezpieczeństwa we wszystkich innych aspektach życia. Jakby chciała sprawdzić, gdzie stoi granica.
Usuń— Wiem, Ems… Ale nie znajdę już nikogo sensownego na szybki numerek o tej godzinie, a mam zimną pościel, więc bardzo chętnie Cię w niej przyjmę — mrugnęła do niej, chcąc chociaż w ten sposób rozładować napięcie, które zawisło nad nimi. Odwróciła głowę w stronę, w którą patrzyła i uśmiechnęła się lekko, widząc pustą gablotę. Była z niej cholernie dumna. Z tego, jak była dzielna, jak pracowita i jak dużo na siebie wzięła pomimo żałoby, ale tak samo, jak była dumna, tak samo się o nią martwiła, bo szczerze pragnęła jej szczęścia. Życzyła go im obu, chociaż Tammy miała wrażenie, że jej było do niego bliżej przez złość przeważającą nad smutkiem. Passalis była wiecznie trochę zdenerwowana, za to White… Może to zamyślenie? Albo to, że Emma zawsze wydawała się przy niej cichsza, o co właściwie nie było wcale tak trudno?
— Wiesz… Wiesz, że pomogę Ci przy każdej zmianie? Jestem, Ems… — powiedziała cicho i sięgnęła ku jej dłoni, którą już po chwili ścisnęła lekko — Jeśli potrzebowałabyś… Potrzebowałabyś pobyć gdzieś indziej, to mam wolny pokój. Możesz się u mnie zatrzymać tak długo, jak będziesz chciała i nawet nie będziesz musiała ze mną spać, bo wstawimy Ci tam łóżko — uśmiechnęła się lekko, mówiąc o pokoju, w którym na jednej ścianie przyklejone były wytłoczki jajek, a na drugiej powieszony dywan, zaś na jego środku stało jedynie krzesełko na niewielkim, drewnianym podeście. Pokoju, w którym Tamsin ćwiczyła, ale który wcale nie musiał do tego służyć, bo w jej sypialni również było na to miejsce, tak samo jak w salonie.
Tamsin
[Jakie to zdjęcie jest przepiękne!!! 🩷]
Tamsin rozumiała obawy Emmy, bo sama ostatecznie nigdy nie przyznała głośno, że ma problem. Już wtedy, kiedy miała piętnaście lat a zainteresowanie nią wykazał mężczyzna prawie o trzydzieści lat od niej starszy, wiedziała, że nie jest to normalne, zdrowe ani bezpieczne. Wiedziała, że źle robi idąc z nim do hotelowego pokoju, wiedziała też, że źle robi ukrywając wszystko przed matką. Wiedziała, ale i tak to robiła, wiedziona ciekawością, strachem i bolącą, palącą wręcz potrzebą bycia chcianą, bo Carter Sullivan, jak nikt inny potrafił sprawić, że Tammy czuła się chciana.
OdpowiedzUsuńEmma nie była winna swojej sytuacji, Tamsin sama ją na siebie ściągnęła, chociaż im starsza była, tym bardziej się zastanawiała, czy faktycznie żałuje. A może to czas, który wyleczył jej siniaki i poobijane żebra, zatarł także pamięć o nich? O wszystkich złych słowach, wszystkich dramatach rozgrywających się kiedyś w ich apartamencie? Nie chciała o tym myśleć, ani się nad tym jakoś szczególnie skupiać, bo przeszłości nie mogła naprawić, a przyszłość… Nie wybiegała zbyt daleko do przodu. Niektóre rzeczy miała zaplanowane, ale nie widziała dla siebie przyszłości z rodziną, czy chociażby z partnerem u boku. Nie widziała, ale nie znaczyło to, że kiedyś by tego dla siebie nie chciała.
Tamsin była mistrzem robienia dobrej miny do złej gry, nie tylko przez sytuację z Carterem. Najpierw śmierć jej ojca, przez którą jej mama zwyczajnie się załamała i to załamanie musiały ukrywać przed światem. Później, przez wiele lat w czasie, gdy inne dzieci bawiły się po szkole, słuchały muzyki i spędzały ze sobą czas, ona godzinami ćwiczyła gre na wiolonczeli, wielokrotnie czując fizyczne wycieńczenie. Bolały ją palce, plecy, pośladki od średnio wygodnej pozycji. Często też bolała ją głowa, bo ciągły hałas wibrującego, rezonującego instrumentu przy uchu, najzwyczajniej w świecie bolały. Słuch muzyczny Tamsin miała bardzo dobry, ale na lewe uchu najzwyczajniej w świecie słyszała coraz gorzej z każdym rokiem, o czym wiedziała ona, jej lekarz i wszyscy inni muzycy, którzy mieli ten sam problem.
Chciała jej pomóc. Bardzo chciała. Chciała wywalić Thomasa z jej życia, wynieść jego rzeczy i zamknąć mu drzwi przed nosem tylko… Tylko wiedziała, że nawet jeśli to zrobi, to Emma wpuści go ponownie do życia. Ona wpuszczała Cartera wielokrotnie, chociaż sama pakowała jego rzeczy. Różnica była jednak taka, że ona Sullivana kiedyś szczerze, bezkompromisowo kochała, wielbiła wręcz zięmię po której chodził, a Thomas… Zastanawiała się, czy nie złamał Emmy w sposób, który dawał mu nad nią władzę podobną do tej, którą miał nad nią Carter, ale pozbawioną tej przyjemnej, pełnej miłości części. Jeśli tak, tym bardziej nie zasługiwał na dobroć Emmy, ale to nie było coś, z czym Tamsin mogła się mierzyć. To była walka White.
— Dla Ciebie to może być nawet one night stand ze śniadaniem, obiadem i dodatkowym nocowaniem — poruszyła porozumiewawczo brwiami, oblizując palce, którymi chwilę wcześniej oderwała kawałek kruszonki ze swojego kawałka ciasta — Możesz nawet zostać w ciuchach. Wiesz, ilu by zabiło za taką możliwość? Mam świeżą pościel, stosunkowo nowy materac i poduszki Tempur… Emma, spanie u mnie jest tak jakby luksusowe, okej? — mrugnęła do niej z rozbawieniem.
— Dom tam, gdzie serce Twoje, Ems… — powiedziała cicho, uważnie obserwując twarz i ewentualne na niej zmiany, u przyjaciółki. Palcem zebrała ostatnie okruszki ciasta z talerzyka, bezpardonowo oblizała palec i poprawiła wpadającą do oczu grzywkę.
— To chodź. Powiedz mi co zrobić, zamkniemy i idziemy do mnie. Mam jakieś wino, jak nie wino to jakaś cola, czy herbata też się znajdzie — wstała, podciągnęła dresy, które zsunęły jej się z bioder i spojrzała z wyczekiwaniem na dziewczynę.
Tamsin
Caruso uniósł powoli wyraźnie zmęczone spojrzenie ku górze, gdy delikatny, kobiecy głos musnął jego ciało. Nie spieszył się z odłożeniem dokumentów na bok. Zrobił to powoli, nieco leniwie nim jego oczy powędrowały ku górze. Westchnął, gdy napotkał wzorkiem niepewną, nieco wycofaną sylwetkę kobiety, która stała na zimnej podłodze o losie bez skarpet.
OdpowiedzUsuń— Nie zapominaj o oddychaniu, Emmo — zauważył słusznie, a kąciki jego ust drgnęły ku górze. Czuł jej ostrożność, w powietrzu, w każdym skrawku swojego ciała, dosłownie wszędzie.
Antonio sięgnął po koc z oparcia kanapy i bez słowa zarzucił go na jej ramiona — gest prosty, niemal automatyczny, ale wykonany z taką delikatnością, jakby dotykał czegoś kruchego, a jednocześnie ważnego.
— Zostań — dodał po chwili. — Nie musisz wracać do łóżka, jeśli to łóżko jest głośniejsze niż panująca tutaj cisza i chętnie zrobię dla nas kakao jeśli mnie poinstruujesz. Chętnie tez nauczę się robić kakao, takie jak twoja mama.
Mężczyzna wstał powoli z kanapy i delikatnym skinieniem głowy wskazał w stronę kuchni. Zbliżył się do jednej z szafek, z której wyjął dwa bezowe kubki, a następnie otworzył szafkę obok. W pierwszej chwili naszła go obawa, że może jednak w jego mieszkaniu nie zdołają odnaleźć smaku słodkiego kakao. Nic bardziej mylnego. Metalowe pudełko stało wciśnięte na najwyższej półce, do której można było sięgnąć tylko i wyłącznie po wejściu na blat.
Antonio spojrzał na nią przez sekundę z tym swoim spokojem, który zawsze sprawiał wrażenie, że najpierw słucha świata, zanim zdecyduje, jak go dotknąć. Potem bez słowa podszedł bliżej.
— Kakao, które prowadzi wojnę z grawitacją — skomentował półgłosem, jakby to była recenzja spektaklu.
Zanim Emma zdążyła odpowiedzieć, Antonio stanął za nią i pewnym, ale zaskakująco delikatnym ruchem uniósł ją w górę, podsadzając tak, jakby robił to od zawsze — bez wysiłku, bez pośpiechu, z naturalną elegancją kogoś, kto zna rytm cudzego ciała równie dobrze jak własną muzykę.
— Spokojnie — dodał, kiedy zauważył, że zupełnie odruchowo złapała się krawędzi szafki. — Nie spadasz. Ja nie pozwalam na złe zakończenia scen, Emmo.
Z szafki wyjął odrobinę cynamonu. Zatrzymał się na sekundę, po czym dodał go do jednego z kubków — bez komentarza, bez wyjaśnienia, jakby była to decyzja podjęta dawno temu.
— Akcent prosto ode mnie. Moja babcia tak robiła. Razem tworzymy coś nowego, widzisz?
Przesunął łyżkę w palcach i spojrzał na garnuszek, w którym dopiero rodziła się ciepła baza całego rytuału. Oparł się o blat, zakładając ręce, już nie ingerując w proces, ale wciąż obecny, jak ktoś, kto nie przejmuje steru, ale nie odchodzi ze sceny.
🐻♥️
Zatrzymał się lekko, kiedy przesunęła dłonią po jego włosach przy skroni. To nie było coś, do czego był przyzwyczajony — nie w taki sposób. Nie cofnął się, ale przez ułamek sekundy wyglądał, jakby nie wiedział, co z tym zrobić. Potem po prostu… pozwolił jej poprowadzić trwającą chwilę do końca. Jego oddech trochę się wyrównał, spojrzenie złagodniało. Kiedy jej palce musnęły jego policzek i linię żuchwy, przymknął na moment oczy, ledwie zauważalnie, jakby to go bardziej wyciszyło, niż zaskoczyło. Dopiero wtedy spojrzał na nią znowu. Już inaczej.
OdpowiedzUsuńWziął od niej kubek, zahaczając lekko palcami o jej dłoń. Nic wielkiego, ale zauważył rodzaj jej spojrzenia.
— To brzmi jak coś ważnego — mruknął cicho, bardziej do niej niż do siebie. Upił trochę kakao, bez pośpiechu. Skrzywił się ledwo zauważalnie, jakby sprawdzał smak, a potem odetchnął spokojniej. — Dobre — dodał po chwili, już pewniej. — Inne niż takie zwykłe.
Spojrzał na nią znowu, tym razem krócej, bardziej konkretnie. Zrobił krok bliżej, ale bez nachalności. Po prostu zmniejszył dystans, jakby to było naturalne. Zatrzymał wzrok na jej dłoni, tej przy rękawie, który wcześniej poprawiała. Delikatnie dotknął materiału przy nadgarstku, nie odsuwając go, tylko sprawdzając, czy może. Potem zamiast sięgać do materiału, przesunął spojrzenie wyżej — na jej twarz. Jakby to było ważniejsze niż wszystko, co próbowała ukryć. Nie było w tym pytania, raczej upewnienie się, że jest tu z nim, że nie musi się cofać. Dopiero wtedy, bardzo ostrożnie, dotknął jej dłoni. Nie rękawa. Jej. Lekko, ledwie zauważalnie, jakby dawał jej czas, żeby się wycofała, jeśli będzie chciała.
Nie analizował. Nie rozkładał tego na części. Po prostu był skupiony na tym, żeby nie zrobić nic za dużo. Nic, co mogłoby ją spłoszyć, zabrać jej komfort, albo — co gorsza — przypomnieć coś, od czego próbowała uciec. Jeszcze przez moment trzymał ją lekko, jakby sprawdzał, czy ten kontakt nadal jest w porządku, czy nie robi kroku za daleko. Dopiero kiedy sam uznał, że to wystarczy, cofnął dłoń powoli, bez pośpiechu.
Sięgnął po kubek, ale nie odsunął się od niej całkiem. Nie umiał w tej chwili w pełni wytłumaczyć intencji własnych gestów. Zbyt mocno czuł, że nad kobietą wiszą podłe, burzowe chmury.
— Usiądziemy? — zapytał cicho, bardziej propozycją niż decyzją.
Ruszył pierwszy w stronę kanapy, spokojnie, oglądając się na nią krótko, żeby upewnić się, że idzie za nim, a nie że ją gdzieś „prowadzi”. Usiadł z boku, zostawiając jej miejsce obok siebie. Nie za blisko, nie za daleko — tak, żeby mogła sama wybrać dystans.
— Zrobiło się trochę chłodno, może powinien podkręcić ogrzewanie, hm? — zapytał, czym przerwał trwającą ciszę. Antonio nie zastanawiał się dwa razy, gdy chwycił z kanapy starannie złożony w kostkę koc, którym okrył wątłe ramiona kobiety, aby ochronić ją przed chłodnem.
🐻♥️🐻
Antonio oparł się wygodniej o oparcie kanapy, trzymając kubek w dłoniach. Zamknął na moment oczy, a gdy tylko je otworzył, natychmiast zatrzymał spojrzenie na siedzącej obok kobiecie.
OdpowiedzUsuń— Lubię noc, ciężko mi to wyjaśnić, ale wtedy lepiej mi się pracuje — powiedział beznamiętnie i napił się kakao.
Na chwilę zamilkł, patrząc przed siebie, jakby to wystarczało za całą odpowiedź. Potem zerknął na nią krótko. — Jest ciszej.
Przesunął kciukiem po brzegu kubka i cicho westchnął.
— Nikt nie zawraca głowy, nie ma naglących telefonów, sterty wiadomości piętrzących się na skrzynce. Jest spokojnie.
Nie odsuwał się od niej, ale też nie robił nic więcej. Po prostu siedział obok, spokojny, obecny. Nie spodziewał się tego, co wydarzy się dalej, a mimo to zachował pełen spokój i opanowanie. Odstawił kubek na stolik trochę dalej, pewnym ruchem, żeby już nic więcej się nie wylało. Pochylił się w jej stronę, zanim zdążyła rozetrzeć plamę jeszcze bardziej.
— Emma, to tylko kakao, nic się nie stało, naprawdę — powiedział cicho, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jego słowa odbijają się od kobiety niczym od grubego muru. Sięgnął do jej rąk. Były szybkie, nieskoordynowane, ślizgały się po mokrym blacie i dywanie. Złapał je delikatnie, ale pewnie, obejmując jej nadgarstki tak, żeby przestały się ruszać.
— Hej, spójrz na mnie — poprosił i gdy tylko udało mu się nawiązać z nią kontakt wzrokowy, wziął głęboki wdech. — To tylko kakao, to tylko dywan, to nie jest koniec świata, Emmo, naprawdę.
Jeszcze przez chwilę trzymał jej nadgarstki, nim zdecydował się je puścić, a swoje dłonie przeniósł na jej ramiona. Czuł jak kobieta drży. Trzymał je na jej ramionach stabilnie, nie za mocno, ale na tyle pewnie, żeby nie mogła znowu rzucić się do sprzątania. Czuł pod palcami napięcie — drobne drżenie, które nie znikało mimo tego, że wszystko już się zatrzymało. Przesunął dłonie trochę wyżej, bliżej barków, jakby chciał ją po prostu unieruchomić w miejscu.
— Oddychaj — szepnął i zagarnął jej kosmyki włosów do tyłu, nim pozwolił, aby schowała się w jego ramionach, odnalazła na nowo powolny rytm oddechu.
Jedną ręką przytrzymał ją przy sobie, drugą jeszcze przez chwilę miał przy jej włosach, wygładzając je odruchowo, zanim opuścił dłoń niżej, na jej plecy. Nie mówił nic przez moment. Oddychał spokojnie, równo, jakby celowo trzymał tempo, które mogła przejąć. Jego dłoń przesunęła się powoli wzdłuż jej pleców, krótkim, powtarzalnym ruchem. Bez pośpiechu.
— Już dobrze — powiedział cicho. Oparł lekko brodę o jej głowę, przymykając na chwilę oczy. — Nic się nie stało.
Nie ściskał jej mocniej. Nie poprawiał uścisku. Po prostu ją trzymał, mocno i stabilnie. Czuł, że jej oddech nadal nie jest równy, ale już nie tak urwany jak wcześniej.
— Dobrze — powiedział po chwili ciszej. Nie odsunął się. Zamiast tego lekko poprawił ułożenie ramienia, żeby było jej wygodniej, i oparł się z powrotem o kanapę, wciąż trzymając ją blisko. Jego spojrzenie na moment padło na stolik. Rozlana plama była już częściowo wytarta, chusteczki leżały zgniecione obok. Nie skomentował tego. Zamiast tego wrócił wzrokiem do niej.
— Chcesz się położyć? — zapytał.
🐻♥️
Tammy była przede wszystkim dużo bardziej wyrachowana od Emmy, czego nauczył ją zarówno były mąż, jak i środowisko w którym dosłownie dorastała, bo środowisko muzyczne towarzyszyło jej przecież od najmłodszych lat. Bunt w Tamsin nie pojawił się nagle, gwałtem wchodząc do jej życia, ale rodził się powoli, tylko, że kiedy się w końcu rozgościł, zajął swoje miejsce to postanowił zostać, do tej pory zatruwając jej myśli. Nie miała pojęcia, skąd się w niej to wzięło, być może było od zawsze i nie nigdy nie byłaby w stanie nazwać tego siłą, bo chociaż umiała się kłócić we własnej sprawie, postawić się kiedy było trzeba, to przed największym oprawcą kładła po sobie uszy i ustępowała na każdym kroku. Jako wdowa, wciąż umiała walczyć, tyle tylko, że teraz po każdej walce zamykała się w mieszkaniu i wyła, jakby ktoś ją szlachtował, twarz wciskając w poduszkę, bądź zabijając szloch wodą.
OdpowiedzUsuńTammy wiedziała, że taką iskrę, której brakowało Emmie należy znaleźć samemu, bo nawet, jeśli ktoś Ci ją poda, to może łatwo pójść na stracenie, zgaszona przez zwykły podmuch wiatru zwątpienia i niepewności.
Thomasa znała słabo, bo też w czasie, gdy stawał się bliski dla Emmy, Tamsin była raczej niespecjalnie obecna w jej życiu, nie w tym wymiarze co teraz, a teraz nie miała ochoty nawet trochę poznać mężczyzny. Gdyby jednak Emma zdecydowała się z nią podzielić swoimi obserwacjami i tym, że za nieszczęście mężczyzny obwiniała siebie, Passalis najpewniej z lodowatym spokojem zaczęłaby zadawać jej pytania, które miałyby na celu nakierowanie ją na jedyną, słuszną prawdę – nic z tego, nie było winą Emmy. Wypadki, nawet najbardziej tragiczne, zwyczajnie się zdarzają wszystkim i zawsze, a tragiczny wypadek, który zatrząsł życiem jej przyjaciółki w fasadach, był kataklizmem niszczącym życie, nie był winą Emmy. Zaś Thomas… To, co najchętniej zrobiłaby Thomasowi Tamsin byłoby też czymś, za co Emma prawdopodobnie nigdy więcej nie chciałaby się do niej odezwać, czy mieć wspólnego.
Emma wiedziała, że zasypiając z Tammy w jednym łóżku musiała być naszykowana na zarzuconą na siebie nogę, możliwe że i rękę, bo odkąd Tamsin z nikim nie dzieliła swojego łóżka, zajmowała jego całą przestrzeń – wielokrotnie budząc się na nim w poprzek. To raczej Passalis była tym osobnikiem, z którym nikt nie chciał spać, chociaż ostatnio zdarzyło się to komuś, kto nie był Emmą, o czym Tamsin chyba nie chciała mówić Emmie, bo im dłużej o tym myślała, tym bardziej nie wiedziała, co właściwie myśleć powinna.
Posłusznie poszła za Emmą na zaplecze cukierni.
— Ja jutro nie pracuję, więc mogę wstać i Ci pomóc… Chociaż nie wiem, czy z moimi umiejętnościami kulinarnymi, to nie będę bardziej przeszkadzać. W każdym razie, mogę Ci trochę ponadawać nad uchem, gdyby Ci się nudziło — uśmiechnęłą się do przyjaciółki, wykonując jej prośbę, torbę wieszając na ramieniu, a płaszcz przekładając przez przedramię. Widząc małą karteczkę zmarszczyła brwi, podniosła ją z ziemi i bez cienia zastanowienia rozłożyła, nie myśląc nawet o tym, że mogłoby to być coś dla Emmy prywatnego. Już wystarczająco dużo prywatności pozwalała przyjaciółce zachować.
— Ems, mam nadzieję, że się na to zapisałaś! — powiedziała podekscytowana, podchodząc szybko do dziewczyny — Obiecuję, że będziesz mogła testować na mnie każdą składową tego tortu! Masz już jakiś szkic, zamysł jakie chcesz smaki i tak dalej? Jak brałam ślub hitem były torty naked, ale pewnie to się już zestarzało… Jeśli szukasz inspiracji, to pomogę Ci przejrzeć cały internet, możemy nawet pójść do muzeum, może coś Cię natchnie! Emma, to wspaniały pomysł jest przecież! — zatrajkotała.
Tamsin
[Są prze-sło-dkie!]
Jedna z brwi Debbie powędrowała ku górze. Nie rozumiała. Ani tej sytuacji, ani tej kobiety. Spojrzała na ciemnowłosą uważniej, na jej zmieszanie, zawstydzenie i bogowie tylko wiedzą co jeszcze. Grayson, która z pewnością nie należała do nieśmiałych osób, nie rozumiała, że można było się tak speszyć i zamknąć w sobie w ułamku sekundy. Dla niej wyjście do ludzi nie było problemem, wygłupy, gadki i zaczepki – to wszystko praktykowała, kiedy nie była w pracy, chociaż nawet tutaj nie stroniła od żartów i zacieśniania więzi z współpracownikami, bo… bo lubiła ludzi. Wiedziała, że byli wśród nich też tacy, których nie warto było lubić, ale wolała sparzyć się osobiście niż tkwić zamknięta we własnej skorupie.
OdpowiedzUsuńDebbie jednak też wiedziała, że nie mogła oceniać wszystkich względem jednej perspektywy. W końcu w jej życiu obecny był też Ian, który niespecjalnie garnął się do innych.
Wzięła pudełko z magdalenkami, bo kruche ciasteczka nie mogły się zmarnować, co do tego nie było żadnych wątpliwości.
— Wiesz… — zaczęła cicho, odgarniając palcami jednej dłoni rudy kosmyk za ucho. Uśmiechnęła się. — Może i nie jestem Louisem, ale trochę czasu spędziłam z nim w jednym radiowozie… — urwała, zastanawiając się, czy czasem to, co chce powiedzieć, nie jest czymś nieodpowiednim, zbyt poufałym. Nie znała tej dziewczyny, nie wiedziała o niej nic, poza tym, że znała Hunta.
Potrząsnęła ostrożnie pudełkiem z wypiekami, zagryzając na moment dolną wargę.
— Jeśli poczekasz na mnie pół godziny — mówiła nadal, wciąż nie mając pewności, czy to, co zamierza, jest okej — to skończę służbę i możemy… możemy pójść razem na kawę i zjeść twoje ciastka — zaproponowała, spoglądając na Emmę w oczekiwaniu. Spotkanie z Ianem przesunie, jeśli tylko zyska pewność, że kobieta jest w ogóle zainteresowana jej propozycją.
Zrobiło jej się szkoda nieznajomej.
— Wtedy magdalenki unikną gąb tych okropnych policjantów…
Debbie Grayson
Nowe zdjęcie, jakie cudo!
Antonio nie cofnął się, kiedy poprawiała materiał na jego koszuli, ani kiedy próbowała ukryć dłonie. Nie zrobił też tego odruchu, którego Emma najwyraźniej się spodziewała — nie odsunął jej, nie skomentował, nie próbował „naprawiać” jej zachowania. Po prostu był. Przez chwilę patrzył na nią w milczeniu, jakby pozwalał, żeby cisza między nimi zrobiła za niego resztę pracy. Dopiero potem jego wzrok zsunął się na rozlane kakao, dywan i stół — spokojnie, bez oceny. W zupełnym milczeniu w głębi własnych myśli szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania. Nie był w stanie określić dokładnie tego, co działo się w jego wnętrzu. Czy wypełniające go uczucie jest powiązane z chęcią pomocy, czy zdążyło wymknąć się poza granice, które tak uparcie w swojej codzienności przed każdym stawiał?
OdpowiedzUsuń— Nie przepraszaj, Ems, w życiu są o wiele gorsze sytuacje — powiedział w końcu cicho. Nie było w tym chłodu. Raczej prosta korekta czegoś, co uznał za zbędne.
Jego dłoń znów przesunęła się po jej plecach, wolniej niż wcześniej, bardziej świadomie. Jakby chciał jej przypomnieć, że nadal tu jest, że nic się nie zmieniło tylko dlatego, że coś się wylało.
— To tylko kakao, nic wielkiego — dodał po chwili, a kącik jego ust drgnął niemal niezauważalnie. — Dywan przeżyje. Ja i ty też.
Zamilkł na moment, jakby dobierał słowa ostrożniej niż zwykle. Kiedy wspomniała, że może zostać i nic nie ruszać, spojrzał na nią uważniej. Dłużej. Jakby sprawdzał, czy to prośba, czy już rezygnacja. Jego ręka na jej plecach na moment zamarła, a potem znów ruszyła, jakby wracał do rytmu, który wcześniej jej pokazał. Przechylił lekko głowę, patrząc na jej zapłakaną twarz, ale bez tego ciężaru, którego się obawiała. Raczej z czymś w rodzaju spokojnej uważności. Westchnął cicho, nie przestając gładzić jej pleców oraz miękkich kosmyków włosów. Nie czuł paniki ani potrzeby wycofania się, co samo w sobie było już czymś nietypowym. Zamiast tego pojawiło się ciche, nieprzyjemnie wyraźne uświadomienie: że ta bliskość nie jest neutralna. Że jej drżenie, jej obecność, sposób w jaki się go trzyma — zaczynają się „zapisywać” w nim głębiej, niż powinny. Przez krótką chwilę pomyślał, że jeśli ktoś zapytałby go teraz, co dokładnie robi… nie potrafiłby odpowiedzieć jednym, prostym słowem.
♥️🌷
Wyłowił ten gest w odbiciu wstecznego lusterka. To, jak Emma pokręciła głową, robiąc to w mocno niejednoznaczny sposób, jednak to właśnie ta niejednoznaczność powiedziała mu wszystko. Oczywiście, mógł się mylić, zawsze istniało takie ryzyko, jednakże intuicja podpowiadała mu, że Emma uciekała przed człowiekiem, którego tożsamość nie była jej obca. Miała rację co do tego, że Iana nie powinno to obchodzić – nie miał podstaw do tego, aby go to obchodziło i w istocie nie przejął się tym zbytnio. Nie tylko nie wyglądał na przejętego czy zaniepokojonego zaistniałą sytuacją, ale też taki nie był. Pozostał spokojny, wręcz zobojętniały w ten charakterystyczny dla niego sposób, który nie był do końca wyzbyty emocji, było ich w nim jednak tak niewiele, że prawie tyle, co nic. Tylko przez to prawie jechali teraz dalej, bez konkretnego celu i tylko przez to prawie Ianowi nie zależało na tym, by Emma zamówiła kolejny kurs.
OdpowiedzUsuńJego pasażerka nie miała jednak racji co do tego, że Ian nie mógłby nic z tym zrobić. Co prawda może nie rozwiązałby jej problemu trwale, ale zawsze mógł wyciąć z Cadillaca razem z nią i razem z nią pójść do cukierni, by następnie tego, wskazanego przez nią kogoś zupełnie nieuprzejmie poprosić o opuszczenie tego miejsca lub mógł zostawić ją w samochodzie i o nic nie prosić.
— Dorastałem tam — powiedział, teraz zerkając na odbicie kobiety we wstecznym lusterku za każdym razem, kiedy miał ku temu okazję, czyli kiedy nie musiał obserwować sytuacji na drodze. Potrafił doszukać się w jej sylwetce czegoś znajomego, choć nie był pewien, czy to wyobraźnia nie płatała mu figla. Nie miał wielu wspomnień z dzieciństwa, zarówno z tego sprzed bidula, jak i tego spędzonego już w bidulu i podejrzewał, że był to mechanizm obronny, który sprezentował mu jego własny umysł. Pamiętał jednak wystarczająco wiele, by wpłynęło to na jego tożsamość i to, kim był dzisiaj.
Nie potrafiłby wskazać wszystkich dzieci, które przewinęły się przez dom dziecka na Staten Island, mimo że sam spędził tam piętnaście lat i mury bidula opuścił dopiero, kiedy był pełnoletni. Było ich za dużo, a Ian nieszczególnie był nimi zainteresowany, bo trzymał się Zane’a i nie zamierzał trzymać się nikogo więcej.
IAN HUNT
Antonio nie cofnął się. Nie odsunął jej dłoni ani nie przerwał tej cichej, delikatnej atmosfery, która właśnie się między nimi zawiązywała. Przeciwnie — jego oddech tylko nieznacznie się pogłębił, jakby świadomie pozwalał sobie poczuć ciężar tej chwili, jej dotyk, jej obecność tak blisko. Przez moment patrzył na nią bez słów, a w jego spojrzeniu nie było ani zdziwienia, ani wahania. Była tam uważność i coś jeszcze — coś cieplejszego, głębszego, czego nie próbował ukrywać, ale też nie narzucał. Jego dłoń, ta sama, która wcześniej uspokajająco sunęła po jej plecach, zatrzymała się na chwilę, jakby dawał jej przestrzeń do wycofania się, jeśli tylko tego potrzebowała. Ale kiedy tego nie zrobiła, kiedy została — spokojnie, cicho, z tą kruchością, której nie maskowała — jego palce znów poruszyły się lekko, tym razem wolniej, bardziej świadomie.
OdpowiedzUsuń— Emma… — odezwał się w końcu, głosem cichym, niższym niż zwykle, jakby nie chciał zakłócić tej ciszy, która ich otulała. — Nie musisz mi dziękować.
Jego spojrzenie na chwilę opadło na jej dłoń spoczywającą przy jego szyi, jakby rejestrował każdy detal — ciepło jej skóry, delikatny nacisk, to niepewne, a jednocześnie szczere zbliżenie. Potem wrócił do jej oczu. Powoli uniósł drugą dłoń i, z tą samą ostrożnością, jaką ona wcześniej okazała jemu, przesunął palcami wzdłuż jej ramienia, aż zatrzymał się przy jej dłoni. Nie odsunął jej — tylko lekko ją objął, jakby chciał dać jej poczucie, że może zostać dokładnie tam, gdzie jest.
— Powinnaś odpocząć — zauważył słusznie, jednak nie odsunął się nawet na milimetr. Jedynie wyciągnął ramię w kierunku kanapy, aby ściągnąć z niej koc i okryć puszystym materiałem jej drobne ciało. To była właśnie jego granica. Chciał jej bliskości — to było widoczne w spojrzeniu, w tym, jak na nią patrzył, jak reagował na każdy jej ruch. Ale nie przekraczał ani jednego kroku więcej, niż ona była gotowa zrobić sama.
Jego kciuk znów powoli przesunął się po jej dłoni, ledwie wyczuwalnie niemal w tym samym momencie, w którym uderzyła w niego zaskakująca myśl, mówiąca o tym, że lubił, gdy była blisko. Oparł policzek na czubku jej głowy, pozwolił, aby jego powieki opadły, a panująca wokół cisza zrobiła całą resztę. Wszelkie inne słowa wydawały się być zbędne, zupełnie jakby nie posiadały w sobie najmniejszej mocy do tego, aby wyrazić, to co oboje czuli. Oparł głowę nieco pewniej o jej włosy, przymykając oczy. Ten gest był cichy, ale znaczący — jak przyzwolenie, jak przyjęcie jej obecności bez żadnych warunków. Lubił to. Bardziej, niż powinien i właśnie dlatego pilnował się jeszcze bardziej. Nie chciał jej spolszczyć, zburzyć spokoju, którego oboje tak bardzo pragnęli.
♥️♥️
Mimo zmęczenia, które uparcie chciało pochłonąć mężczyznę, Antonio skutecznie walczył z coraz mocniej opadającymi powiekami, podczas, gdy jedna z jego dłoni nadal nie przestawała gładzić miękkich włosów kobiety. Kręgosłup błagał o chwilę wytchnienia, podobnie, jak reszta ciała. Caruso nawet nie drgnął w obawie przed najmniejszym ruchem, który mógłby zniszczyć kruchy spokój, który wypełnił pomieszczenie. Oddychał powoli, cicho, jedynie co jakiś czas poprawiał koc, który spoczywał na ramionach Ems, dając im przyjemne poczucie ciepła. Nie był w stanie w pełni rozszyfrować kobiety u prawdopodobnie to był jeden z głównych punktów zaczepienia, który sprawiał, że Włoch nie chciał uciekać. Nie potrzebował odpowiedzi, nie teraz. Nie wiedział, gdzie to wszystko ich zaprowadzi, ani tym bardziej, co dokładnie napisał dla nich los. Ems była dla niego zagadką, którą nie próbował już na siłę rozwiązać — raczej chłonął jej obecność taką, jaka była. Cichą, nieoczywistą, pełną drobnych gestów, które znaczyły więcej niż słowa. Każde jej drgnienie, sposób, w jaki wtulała się odrobinę mocniej, jakby podświadomie szukała w nim schronienia, to mówiło więcej, niż jakiekolwiek wyznanie.
OdpowiedzUsuńDopiero, gdy ciało kobiety stało się nieco bardziej wiotkie, Antonio ostrożnie wsunął dłoń pod jej kolana, drugą dłoń ulokował na jej plecach, aby powoli wstać. Nie ruszył jednak od razu, przez chwilę stał i patrzył na jej twarzyczkę pogrążona we śnie, upewniając się, że nic nie zagrozi jej zasłużonemu odpoczynkowi. Dopiero wtedy ruszył w stronę pokoju gościnnego, gdzie ułożył ją wygodnie na łóżku, otulił kołdrą. Nie odwrócił się jednak od razu. Oparł dłoń o framugę drzwi, zmęczenie w końcu zaczęło wygrywać z uporem. Powieki opadły na moment dłużej niż powinny, a oddech stał się cięższy.
— Buonanotte, Ems — wymamrotał cicho, niemal bezgłośnie. Zamknął drzwi ostrożnie, pilnując, by nie wydały nawet najcichszego skrzypnięcia. Nim sam pozwolił sobie na chwilę wytchnienia, doprowadził salon do porządku, chcąc aby nadchodzący poranek był wolny od tego, co stało się zaledwie kilka godzin wcześniej.
Przeciągnął dłonią po twarzy, czując, jak zmęczenie wreszcie dopomina się o swoje. Mięśnie miał napięte, ramiona sztywne, a w głowie wciąż krążyły urywki ostatnich godzin. Spojrzał jeszcze raz w stronę korytarza prowadzącego do pokoju gościnnego, jakby chciał się upewnić, że ona nadal tam jest i naprawdę odpoczywa. Westchnął cicho i dopiero po dłuższej chwili zwykłego stania po środku salonu, pozwolił sobie na odpoczynek. Przespał trzy może cztery godziny, gdy punkt ósma poprawiał poduszki na swoim łóżku, ubrany w świeże ubrania zaraz po zimnym prysznicu. Kawa, potrzebował kawy i to w trybie przyspieszonym, dlatego nastawił ekspres żarz po tym, gdy wszedł do kuchni. Dopiero, gdy gorzki napar wypełnił jego usta, odetchnął głęboko, zakasał rękawy i zadbał o to, aby jego stół zapełnił się dość obszernym śniadaniem.
♥️♥️♥️
Antonio uniósł wzrok znad stołu dokładnie w chwili, gdy usłyszał jej delikatny głos. Zatrzymał się na ułamek sekundy. W jego oczach nie było najmniejszego śladu napięcia, rozczarowania czy dystansu. Emanował czystym ciepłem. Ciche, uważne, niemal skupione wyłącznie na niej.
OdpowiedzUsuń— Dzień dobry — odpowiedział miękko, a kąciki jego ust drgnęły delikatnie ku górze. Nie było w tym nic wymuszonego.
Nie wrócił od razu do układania talerzy. Oparł dłonie o blat, lekko pochylając się do przodu, jakby chciał skrócić dystans, który fizycznie ich dzielił. Jego spojrzenie było spokojne, ale przenikliwe — dokładnie takie, przed którym nie tak łatwo było uciec.
— Siadaj, proszę — odezwał się ponownie, po czym chwycił za jedno z krzeseł, które powoli odsunął. Zaczekał, aż Emma podejmie decyzję i wygodnie zasiądzie przy stole, który cóż, w tym momencie przypominał ucztę dla większej ilości osób niż ich dwójka. Antonio rzadko kiedy mógł sobie pozwolić na tak leniwe, pozbawione pośpiechu i stresu poranki. Chciał… w zasadzie, to sam nie wiedział, czego konkretnie chciał, po prostu czuł, że tak powinno być.
— Zwykle w moim domu rodzinnym śniadania wyglądały zupełnie inaczej niż te, które królują tutaj. Ja osobiście uwielbiam obie formy — powiedział, gdy spoczął na krześle tuż naprzeciwko kobiety. — We Włoszech nie jada się tak obszernych śniadań, zwykle jest to kawa i coś na słodko, coś naprawdę małego, ewentualnie tylko kawa — doprecyzował jednocześnie chwytając za dzbanek z kawą, aby móc nalać ciemnego płynu do dwóch filiżanek. Odstawił dzbanek powoli, niemal bezszelestnie, po czym przesunął jedną z filiżanek w jej stronę.
— Dobrze spałaś? — zapytał chwilę później. Na moment oparł się wygodniej o oparcie krzesła, ale jego spojrzenie nie straciło intensywności. Wręcz przeciwnie — było miękkie, ale uważne, jakby próbował zapamiętać każdy detal tej chwili, choć nie była ona w żaden sposób wyniosła, była po prostu zwyczajna, a jednocześnie tak mocno elektryzująca.
Antonio nie był w stanie wskazać motywu swoich działań i dlaczego budziło się w nim tak wiele pokładów troski w kierunku Emmy. Znali się dość długo, wiedzieli o sobie naprawdę wiele, a mimo to nie potrafił tego nazwać i to go niepokoiło bardziej, niż chciałby przyznać. Zawsze działał z jakiegoś powodu. Każda decyzja miała źródło — emocję, impuls, ideę. Nawet chaos w jego życiu miał swoją strukturę. A tutaj… Tutaj była tylko ona. I coś, co pojawiało się w nim bez zapowiedzi.
— Mam dziś sporo wolnego, muszę tylko skoczyć do teatru na godzinną próbę. Chcesz żebym cię odwiózł? — zapytał ostrożnie, po czym upił kilka łyków kawy. Podniósł wzrok znad filiżanki i zatrzymał go na jej twarzy. Dłużej niż wypadało. Dłużej niż wcześniej. Nie było w tym jednak nachalności. Raczej próba zrozumienia czegoś, co wymykało się spod jego własnej kontroli.
♥️✨
Antonio nie odpowiedział od razu. Patrzył na nią przez krótką chwilę — nie był w żaden sposób nachalny, nieoceniający, w pełni uważny, jakby próbował uchwycić coś więcej niż tylko słowa, które subtelnie kierowała w jego stronę. Jej rumieniec, drżenie głosu, sposób, w jaki dotknęła jego ramienia — to wszystko mówiło mu znacznie więcej, niż ona sama byłaby gotowa wypowiedzieć. Delikatnie przykrył jej dłoń swoją, zatrzymując ją tam, gdzie spoczęła, co w pewnym stopniu zaskoczyło również jego samego. Nie wiedział dlaczego jej delikatna bliskość ma na niego tak intensywny i wręcz niemożliwy do wytłumaczenia sposób, ale nie chciał w pełni bronić się przed tym, co obecnie czuł. Przesunął kciukiem po wierzchu jej dłoni, zupełnie nieświadomie, jakby ten gest był czymś naturalnym, niewymuszonym.
OdpowiedzUsuń— Nie przeszkadzasz mi, Emmo, a jeśli moja obleśność jest dla ciebie ważna, to postaram się podarować ci jej tak dużo ile sobie tylko życzysz. Ja też tego chce — odparł miękko. — Pójdziemy na spacer, a potem zabiorę cię na dobry obiad — dodał, po czym spojrzał w stronę salonu, koncentrując wzrok na dywanie. Na moment zamilkł, jakby próbował odpowiednio dobrać następne słowa. — To nie jest coś czym powinnaś się przejmować. To tylko dywan, naprawdę.
Antonio nie przykuwał uwagi do materialnych rzeczy, a tym bardziej do tak drobnych detali jakim był dywan, który wystarczyło wyprać, a po przykrym incydencie nie będzie najmniejszego śladu. Przesunął kciukiem po jej dłoni jeszcze raz, tym razem wolniej, bardziej świadomie. Na krótką chwilę zawiesił wzrok na jej ustach — zupełnie nieświadomie — ale zaraz wrócił do jej oczu, jakby złapał się na czymś, czego nie planował. W jego życiu były relacje, były rozmowy, była bliskość — ale zawsze podszyta kontrolą, dystansem, świadomością granic, których nigdy nie przekraczał bez namysłu. A teraz… teraz siedział obok niej i czuł coś, co wymykało się tym wszystkim zasadom. Coś, czego nie analizował na bieżąco, choć zwykle analizował wszystko.
Jej obecność nie była dla niego ciężarem ani zobowiązaniem. Była czymś, co przyjmował bez oporu. Co więcej — czymś, czego nie chciał odsuwać. To było dla niego nowe. Nie sama bliskość, ale sposób, w jaki ją odczuwał. Spokojniej, głębiej, bez potrzeby kontrolowania każdego gestu i każdego słowa. Bez wewnętrznego dystansu, który zwykle był jego tarczą. I może właśnie to go najbardziej zatrzymywało. Bo pierwszy raz od dawna nie miał potrzeby się bronić.
— Zjedz trochę — poprosił. Nie odsunął się, nie poganiał. Cały czas był obok. Cała reszta przyszła w sposób, którego nie zdążył przeanalizować ani zatrzymać — jakby coś go po prostu tchnęło, delikatnie przesuwając granicę, którą zwykle trzymał bardzo wyraźnie. Nachylił się wolniej, niż wcześniej zakładał. Bez napięcia, ale też bez pełnego zastanowienia. Pocałował ją krótko — spokojnie, bez dramatyzmu, bardziej jako impuls niż decyzję.
♥️♥️♥️
Antonio nie cofnął się ani o milimetr, kiedy poczuł jej ciężar na swoich kolanach — przeciwnie, jego dłonie instynktownie odnalazły jej talię, jakby to miejsce od zawsze było dla nich przeznaczone. Trzymał ją pewnie, ale bez najmniejszego śladu przymusu. Jego oddech był spokojny, choć wyraźnie płytszy niż wcześniej. Przez krótką chwilę tylko patrzył na nią — naprawdę patrzył, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół tej chwili: drżenie jej ust, ciepło dłoni na jego policzku, to pytanie ukryte w spojrzeniu, którego nie musiała wypowiadać. Przymknął oczy na ułamek sekundy, muskając policzkiem jej dłoń, jakby odpowiadał na jej gest w tym samym języku. Nachylił się znowu, tym razem wolniej, dając jej przestrzeń na cofnięcie się, jeśli by tego chciała, ale nie zabrał dłoni z jej talii.
OdpowiedzUsuń— Jeśli chcesz się zatrzymać… — szepnął, niemal przy jej ustach — Powiedz mi proszę.
Nachylił się i tym razem pocałunek nie był już tylko muśnięciem. Był spokojny, ale głębszy — nadal ostrożny, nadal uważny, jakby badał granice nie jej, a ich wspólne. Jego oddech zmieszał się z jej oddechem, a na moment wszystko inne przestało istnieć: dywan, kawa, poranek, wspólne śniadanie. Jedna z jego dłoni przesunęła się nieznacznie wyżej po jej plecach, zatrzymując się między łopatkami, gdzie materiał sukienki był cieńszy. Czuł ciepło jej skóry nawet przez tkaninę i to wystarczyło, żeby przez jego ciało przeszedł krótki, nie do końca kontrolowany dreszcz.
wchodził w takie sytuacje.
Zazwyczaj trzymał dystans — nie fizyczny, ale ten trudniejszy do uchwycenia. Kontrolował tempo relacji, rzadko pozwalał, żeby coś wymknęło się poza jego własne ramy. Przyzwyczajony był do bycia o krok z tyłu, do obserwowania, nie do wchodzenia w środek chwili. Dlatego to, co działo się teraz, było dla niego… nietypowe. Nie dlatego, że było niewłaściwe — raczej dlatego, że nie pasowało do jego schematów. Nie planował tego, nie analizował wcześniej, nie zatrzymał się w odpowiednim momencie, żeby to „rozsądnie” przerwać. I co ważniejsze — nie chciał. To było dla niego nowe w bardzo konkretny sposób: brak potrzeby wycofania się. Brak tego odruchowego kroku w tył, który zwykle pojawiał się, gdy coś zaczynało robić się zbyt bliskie, zbyt… realne.
— Nie ukrywam, że jest bardzo przyjemnie, ale wolałbym, abyś naprawdę coś zjadła. Zwłaszcza po wczorajszym incydencie — odezwał się już nieco pewniej, ale nadal pozostawał na tyle blisko, aby mogła bez przeszkód wodzić dłońmi po jego ciele. Jego spojrzenie na moment przesunęło się z jej ust wyżej, na oczy, jakby chciał upewnić się, że go słucha, że nie zignoruje tego całkowicie. Nie była to próba przerwania chwili — raczej jej delikatne wyhamowanie.
♥️
Kiedy go pocałowała, odpowiedział od razu — głębiej niż wcześniej, pewniej, jakby ten ślad marmolady był dosadnym zaproszeniem, którego nie zamierzał w żaden sposób ignorować. Jego dłoń zacisnęła się lekko na jej biodrze, przyciągając ją bliżej, zanim zdążył się powstrzymać. Dopiero gdy się odsunęła, oddychając szybciej, Antonio przez chwilę nie ruszał się wcale. Jego spojrzenie było cięższe, skupione — jakby wciąż czuł na ustach drobny ślad owoców. Uniósł dłoń i bardzo lekko, niemal odruchowo, przesunął kciukiem po własnej wardze — tam, gdzie jeszcze przed momentem była marmolada. Zaskoczyła go, cholera naprawdę to zrobiła.
OdpowiedzUsuń— Muszę przyznać… — rzucił miękko z szelmowskim uśmieszkiem. — To było wyjątkowo wyrafinowane, ale pozostawiające duży niedosyt.
Na moment jego spojrzenie znów opadło na jej malinowe wargi, krócej niż wcześniej, ale z większą świadomością. Mimowolnie rozchylił delikatnie usta, przez które z jego gardła wydobyło się ciche westchnięcie, gdy miękkie pocałunki Emmy doskonale wiedziały, co zrobić, aby złapać go w pełni w swoje sidła. Włoch nie był do końca tego świadom, ale jego głowa odchyliła się nieznacznie do tyłu w niemym geście mówiącym o tym, jak bardzo zdołał zatracić się w trwającej chwili. Zamknął oczy, wziął głęboki wdech i znów pozwolił sobie odetchnąć. Dopiero, gdy źródło dotyku znów zmieniło swoje miejsce, powoli otworzył oczy i przyjrzał się uważnie kobiecie.
Kiedy opuściła wzrok i zaczęła poprawiać sukienkę, przyglądał się temu w milczeniu. Nie w sposób nachalny, czy bezwstydny — raczej z tą uważnością, która zdradzała, że widzi więcej, niż powinien komentować. Dopiero po chwili jego palce cofnęły się powoli, z wyraźną kontrolą. Przysunął bliżej krzesło stojące obok, tak aby wręcz stykało się z jego własnym. Emma była lekka niczym piórko, gdy z łatwością przesadził ją ze swoich kolan na miejsce obok. Przysunął bliżej nich talerze, na które nałożył po trochu wszystkiego, co znajdowało się na stole. Antonio przez chwilę nie powiedział nic. Tylko spojrzał na nią, jakby jeszcze raz układał w głowie to, co przed momentem wydarzyło się między nimi — i jak bardzo to zmieniło nawet coś tak banalnego jak śniadanie. Potem, bez pośpiechu, przesunął jej talerz bliżej.
— Zjedz — powiedział spokojnie. — Jeszcze wrócimy do reszty, ale teraz postaraj się choć trochę zjeść, proszę.
Nie odsunął się całkiem. Krzesła wciąż stykały się bokami, ich ramiona były blisko, jakby ta przestrzeń między nimi przestała mieć znaczenie. Nie chciał też, aby kobieta poczuła się do czegokolwiek zmuszana, nawet do tak niepozornej rzeczy, jaką było śniadanie. W końcu sięgnął po widelec. Nie robił z tego żadnego gestu, nie komentował — po prostu zaczął jeść, spokojnie, jakby postanowił nadać tej chwili odrobinę normalności, zanim całkiem rozpłynie się w tym, co było wcześniej.
♥️
Antonio uniósł lekko brew, gdy oparła policzek o jego ramię, a potem jego spojrzenie zmiękło w ten charakterystyczny sposób, który pojawiał się tylko wtedy, gdy coś trafiało go głębiej, niż chciałby pokazać. Nie odsunął się ani o centymetr. Wręcz przeciwnie — przesunął dłonią po jej przedramieniu powoli, aż zatrzymał ją na jej dłoni.
OdpowiedzUsuńAntonio nie był człowiekiem, który łatwo tracił kontrolę. Przez lata nauczył się żyć w dyscyplinie własnych emocji — porządkować je jak nuty w partyturze, ukrywać pod elegancją gestów, spokojem głosu i tym swoim charakterystycznym opanowaniem, które sprawiało, że inni widzieli w nim człowieka pewnego siebie, niemal niewzruszonego. Nawet kiedy cierpiał, robił to po cichu. Nawet kiedy czegoś pragnął, potrafił zagłuszyć to obowiązkami, muzyką, samotnością. Dlatego to, co wydarzyło się między nimi, poruszyło go mocniej, niż chciałby przyznać.
Czuł to jeszcze w swoim ciele — w nierównym oddechu, w dłoni, która pamiętała miękkość jej sukienki pod palcami, w ustach wciąż rozgrzanych jej pocałunkami. Ale najmocniej odczuwał to gdzieś głęboko pod żebrami, w miejscu, którego zwykle nikomu nie pokazywał. Emma dotknęła w nim czegoś bardzo kruchego. Czegoś, co od dawna było zamknięte. I właśnie tego się bał. Nie jej. Nie tego, że zrobiła coś niewłaściwego. Bał się raczej tego, jak bardzo naturalne stało się dla niego trzymanie jej blisko. Jak szybko jego ciało przyjęło jej obecność jako coś oczywistego. Jak bardzo uspokajał go ciężar jej policzka na swoim ramieniu.
To było niebezpieczne.
Antonio przez lata przywykł do życia, w którym wszystko było tymczasowe — ludzie, miasta, sceny, sukcesy. Emocje przychodziły i odchodziły, a on nauczył się nie zatrzymywać ich przy sobie zbyt długo. Emma robiła coś odwrotnego. Nie wdzierała się do jego życia gwałtownie. Ona po prostu była. Cicho, cierpliwie, konsekwentnie. I właśnie dlatego rozbrajała go bardziej niż ktokolwiek wcześniej.
Kiedy spytała, czy wszystko będzie dobrze, poczuł ścisk w gardle. Bo zrozumiał, że ona nie pytała o pocałunek. Pytała, czy nadal będzie przy niej po tym wszystkim. Czy nie uzna tej chwili za błąd. Czy jej nie zawstydzi. Czy nie cofnie się teraz o krok, zostawiając ją samą z tym, co odważyła się pokazać. Patrzył na nią, na jej ostrożność, na to, jak zmienia temat na koszulę, jak chowa się w detalach, i czuł jednocześnie tkliwość oraz coś cięższego — wyrzuty sumienia, że ktoś tak delikatny nauczył się bać odrzucenia aż tak bardzo. Że nawet teraz, siedząc obok niego, nadal przygotowywała się na możliwość, że zniknie.
— Wszystko jest dobrze — odezwał się wreszcie, akcentując niemal każde słowo. — Nie musisz się martwić, nigdzie nie uciekam, Emmo — dodał, a na dowód swoich słów, złożył na czubku jej głowy czuły pocałunek.
W jego głosie pobrzmiewało rozbawienie, ale pod nim kryło się coś jeszcze. Czułość. Coś miękkiego i ostrożnego, czego Antonio zwykle pilnował bardziej niż własnych kompozycji.
— To już jest raczej twoja koszula, będzie na ciebie czekać — stwierdził z szerszym uśmiechem, co mocno go zaskoczyło. Z góry założył, że następny raz będzie miał miejsce.
Antonio opuścił na chwilę wzrok na swoją filiżankę, próbując ukryć własne emocje. Nagle poczuł się dziwnie odsłonięty. Jakby przez ten jeden niewinny komentarz powiedział jej więcej, niż planował. Znów się uśmiechnął.
— Chodź, posprzątamy potem, mamy dziś dużo na głowie — powiedział i dość niechętnie wstał, jednak nadal nadal pozostawał na tyle blisko, aby bez przeszkód mogła go dotknąć. — Mam zamiar cię dziś dobrze nakarmić i pokazać mój zwyczajny dzień. Jesteś na to gotowa, Ems?
💃🏼♥️
— Nie chowam rzeczy „na potem”, jeśli nie ma takiej potrzeby — powiedział spokojnie, bez nacisku w głosie. — Ta koszula zostanie tam, gdzie jest.
OdpowiedzUsuńBrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż reakcja na jej prośbę, ale nie było w tym chłodu. Raczej konsekwencja kogoś, kto rzadko działa pod wpływem impulsu. Gdy wstała, przesunął się pół kroku w bok, dając jej naturalne przejście przodem. Ten drobny gest był u niego niemal automatyczny — uprzejmość wpisana w nawyk, nie demonstracja.
Ruszyli razem, a on mówił już w bardziej praktycznym tonie, jakby wracał do swojego rytmu. Nie patrzył na nią cały czas. To nie było potrzebne. Wystarczało mu, że była w polu jego świadomości — jej kroki, oddech, to krótkie zawahanie przy przejściu z jednego pomieszczenia do drugiego. W jego mieszkaniu rzeczy miały swoje miejsca. Nie dlatego, że lubił porządek dla samego porządku, ale dlatego, że chaos kosztował go więcej energii niż większość ludzi była w stanie zrozumieć. Kontrola nie była wyborem estetycznym — była sposobem na nieprzeciążenie.
— Na zewnątrz jest chłodniej — powiedział, bardziej informacyjnie niż ostrzegawczo i ruszył pierwszy w stronę wyjścia, jednak zatrzymał się w pewnym momencie, aby zsunąć z wieszaka swój szalik, który wciąż intensywnie pachniał włoskimi perfumami. Przerzucił go luźno przez ramiona kobiety. Przechodzili przez mieszkanie w ciszy, która nie była napięta. Antonio nie wypełniał jej rozmową, bo nie miał potrzeby zagłuszania przestrzeni. Cisza była częścią porządku. Przy drzwiach wejściowych zatrzymał się na moment, sięgając po klucze i sprawdzając je odruchowo — nie dlatego, że mógłby ich nie mieć, ale dlatego, że wszystko miało swój rytuał. Nawet rzeczy oczywiste.
Na zewnątrz powietrze było chłodniejsze, bardziej ostre niż te, którego doświadczyli przez ostatnie dni. Antonio odruchowo poprawił kołnierz, nie zatrzymując się ani na sekundę. Na szczęście samochód stał niedaleko. Otworzył drzwi po stronie pasażera, ale nie wykonał żadnego zbędnego gestu. Nie przyspieszał jej wejścia, nie komentował. Po prostu trzymał drzwi, dając jej przestrzeń, żeby wsiadła. Dopiero gdy usiadła w środku, zamknął drzwi i obszedł samochód spokojnym krokiem, aby usiąść na miejscu kierowcy.
— Zaczniemy od wizyty w teatrze — powiedział spokojnie. — To nie jest próba w sensie pracy z aktorami. Raczej korekta całości. Dźwięk, wejścia, akustyka sali.
Gdy zapadła krótka cisza, jego dłoń — ta bliższa jej stronie — przesunęła się minimalnie z kierownicy. Nie było w tym pośpiechu ani znaczenia wykraczającego poza chwilę. Delikatnie dotknął jej dłoni, tylko na moment, jakby sprawdzając, czy nadal jest tam, gdzie powinna być w tej przestrzeni. Nie zatrzymał tego gestu. Nie uczynił z niego punktu rozmowy. Po prostu wrócił dłonią na kierownicę i kontynuował, jakby nic się nie zmieniło.
♥️
Ta dodatkowa przejażdżka, nie tak znowu krótka, jak w istocie mogłaby być, wystarczyła, aby chodnik przed cukiernią opustoszał. Emma wysiadła, zabrała swoje cenne pudełko i tym razem nie wskoczyła z powrotem do Cadillaca, aczkolwiek Ian i tak nie odjechał od razu. Zaczekał, najpierw aż Emma wejdzie do środka, a później jeszcze kolejnych piętnaście minut, nikomu nie wadząc, bo Cadillaca zaparkował równolegle do krawężnika, pomiędzy dwoma innymi samochodami, jednymi z wielu stojących wzdłuż prawej strony ulicy. Miał stąd dobry widok zarówno na wejście do cukierni, jak i jej bezpośrednie otoczenie. Nie wypatrywał niczego ani nikogo konkretnego, nie wiedząc, czego ani kogo powinien wypatrywać, jednak miał zwrócić uwagę na wszystko, co miało wydać mu się podejrzane. Po upływie kwadransa odjechał, przekonany, że nie będzie dłużej zaprzątał sobie głowy Emmą, a jednak Emma nie chciała z tej jego głowy wyjść.
OdpowiedzUsuńWzmianka o bidulu nie dawała mu spokoju do końca dnia, a także przez cały następny dzień. Nie dlatego, że przywoływało to bolesne wspomnienia, a dlatego, że nie dość, że Emma przez jakiś czas przebywała w tym samym domu dziecka, co Ian, to w dodatku wydawała mu się znajoma, nie potrafił jednak przyporządkować jej ani do konkretnego zdarzenia, ani konkretnego okresu swojego życia i właśnie to nie dawało mu spokoju. Ian nie lubił takich niewiadomych, dlatego jego umysł nieustannie pracował, póki na drugi dzień od spotkania z Emmą w Uberze coś wreszcie zaskoczyło.
Siedzący na kanapie Ian aż się wyprostował i to bynajmniej nie dlatego, że Arsenal nie wykorzystał kolejnego ataku na bramkę Atlético, kończąc udaną akcję nieudanym, bo niecelnym strzałem na bramkę. Wyprostował się, bo w końcu udało mu się przyporządkować Emmę do konkretnych zdarzeń z domu dziecka na Staten Island. Kiedy on do niego trafił, nie była jednym z dzieci przebywających tam na stałe, ale regularnie odwiedzała placówkę razem ze swoimi adopcyjnymi rodzicami, państwem White. Czyniła to względnie długo, bo Ian pamiętał wiele takich wizyt, a mury bidula opuścił dopiero po uzyskaniu pełnoletności. Świat był mały, cholernie mały, a Nowy Jork wręcz mikroskopijny, bo jaka była szansa na to, że spotkają się w losowej sytuacji po takim czasie?
Ian mógłby to zignorować. I najpewniej by to zrobił, gdyby nie to, że cukiernia, w której pracowała Emma, znajdowała się w bezpośrednim sąsiedztwie meliny, w której on i Zane porcjowali narkotyki oraz gdyby nie to, że Emma nadal mogła miewać trudności z wejściem do swojego miejsca pracy. Był ciekaw, co prześladowało wychowaną w domu dziecka, acz finalnie adoptowaną dziewczynę? A może, kto ją prześladował?
Kilka kolejnych dni później, około dziewiątej rano, Ian zjawił się pod cukiernią. Mieli z Zanem nową dostawę do podzielenia, a to należało zrobić sprawnie, żeby mieli czym handlować. Co prawda Ian zamierzał przestać handlować, o czym nawet już zdążył poinformować przyjaciela, nie oznaczało to jednakże, że miał rzucić biznes z dnia na dzień i również z dnia na dzień zostawić Maddoxa samego. Stąd miał stawić się na melinie, był jednak przekonany, że o tej godzinie raczej nie zastanie tam Zane’a, poza tym przed tym chciał jeszcze wstąpić do cukierni i powiedzieć Emmie, że pamięta.
Zawieszony nad drzwiami dzwoneczek zaanonsował jego wejścia. Ian postąpił w głąb lokalu, pozwalając, by puszczone skrzydło domknęło się za nim samo. Nie był jedynym klientem – kolejka liczyła sobie dwie osoby, przez co po podejściu do szklanej witryny miał czas przyjrzeć się wystawionym słodkościom.
IAN HUNT
Być może Debbie była skazana w swoim życiu na introwertycznych dzikusów, być może przyciągała do siebie takich ludzi i nawet nie miała tego świadomości. Jeszcze nie, w końcu co musiałoby się stać, żeby dotarło do niej zrozumienie zaistniałej sytuacji? Z pewnością musiałaby lepiej poznać ciemnowłosą dziewczynę, która stała przed nią, w korytarzu policyjnego komisariatu, z pudełkiem magdalenek w drżących dłoniach. Ciężko jednak było bowiem stwierdzić, czy drży, bo jest jej zimno, jest zestresowana czy wystraszona. Żadna z tych opcji nie była wadliwa i żadna z tych opcji nie musiała być prawdą. Debbie nie lubiła oceniać ludzi po pozorach i tego nie robiła. Pewnie gdyby tak było, to nie miałaby dzisiaj cudownego chłopaka, który zdecydowanie zasługiwał na miano introwertycznego dzikusa, chociaż Grayson widziała go i w sytuacjach, w których opuszczał mury tej cichej i spokojnej osobowości. Ian jednak nie był prosty, i gdyby Debbie już w tej chwili miała zacząć się nad tym zastanawiać, to zrozumiałaby, że Emma, która szukała Louisa, również taka nie była, ale Grayson jeszcze tego nie wiedziała.
OdpowiedzUsuńPosłała ciemnowłosej, młodej kobiecie pogodny uśmiech. Bo przecież Debbie była miła. Jasne, miewała te dni, kiedy wyżywała się na każdym i na wszystkim, miewała też momenty, kiedy sympatia do świata ulatywała z rudowłosej z prędkością światła, a zastępowała ją irytacja i zmęczenie. Skinęła głową i oddelegowała samą siebie do swoich zadań. Musiała przed zakończeniem służby, dokończyć jeden protokół, co zajęło jej ledwie kwadrans.
Zdanie broni i przebranie się w swoje cywilne ciuchy, kolejne piętnaście minut. Debbie zarzucając ciepłą kurtkę na ramiona, niemal pędziła korytarzem posterunku. Gdy unosiła lewe ramię, widoczny grymas wpełzł na jej twarz. Blizna i uszkodzenia po postrzale jeszcze momentami dawały jej się odczuć, może dlatego nadal nikt nie chciał wysyłać jej na patrole, tylko kazali jej siedzieć za biurkiem i wypełniać papierzyska.
— Gotowa? — spytała, podchodząc bliżej. Sięgnęła po zamek błyskawiczny i podciągnęła go do góry, naciągając dół kurtki. Owinęła szerokim, długim szalem szyję i spojrzała na ciemnowłosą. Nowy Jork o tej porze roku ich nie rozpieszczał. — Kolacja?
Musiały wybrać jakiś lokal. Kawiarnię, restaurację, bar, bo mimo całej swojej sympatii do świata, Debbie nie chciała zapraszać nieznajomej do swojego mieszkania.
Debbie Grayson