I’m not a businessman
I’m a business, man.
Ezra "VXIL" Creighton
1992 | VXIL/Vexile | OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
|
Obserwuje świat z dystansu kogoś, kto nauczył się patrzeć szerzej niż inni. Nie mówi wiele, ale każde jego zdanie jest przemyślane, celne, pozbawione zbędnych ornamentów. W branży pełnej krzyku i pozerstwa wyróżnia się tym, że nie próbuje niczego udowadniać na siłę. Lojalność traktuje jak świętość, ale nigdy nie myli jej z naiwnością. Wie, kogo dopuścić bliżej, a kogo trzymać na bezpieczny dystans. Emocje trzyma głęboko pod powierzchnią, nie z chłodu, lecz z ostrożności. Jest artystą i strategiem jednocześnie: człowiekiem, który słyszy więcej niż inni, ale myśli jak ktoś, kto od dawna gra według własnego planu. W biznesie potrafi być bezlitosny. Jego decyzje są precyzyjne, trafne, nie zawsze fair, ale zawsze skuteczne. W świecie, w którym każdy chce wygrać, on po prostu wygrywa. Jego historia jest równie cicha jak on sam. Zaczynał od beatów wrzucanych na SoundClouda, później produkował utwory jako ghost-producer dla nazwisk, które nawet nie wiedziały, jak wygląda. Viralowy hit otworzył mu drzwi do branży na poziomie, o jakim wcześniej tylko myślał. Był też tym, który wprowadził na scenę Zaire’a, od pierwszych koncertów w klubach po największe trasy. Przez lata był jego cieniem, doradcą, napędem. Rozstali się w dobrych stosunkach, ale z wyraźną zmianą dynamiki: on chciał iść wyżej, dalej, przestać być jedynie menedżerem jednej gwiazdy. Dziś jest współwłaścicielem firmy produkcyjnej OBSIDIAN TONE i VXIL RECORDS niezależnej wytwórni, surowej w estetyce, konceptualnej, zbudowanej dla artystów, którzy myślą szerzej niż mainstream. Labelu, który łączy rap, dokument, sztukę współczesną, modę i eksperyment. Zaire wciąż nagrywa u niego z sentymentu, lojalności, może z przyzwyczajenia, ale ich współpraca nigdy nir była prosta. Wisi między nimi napięcie: przyjaźń zbudowana na wspólnej historii kontra nowa równowaga sił, w której Ezra nie jest już „jego” menedżerem, tylko człowiekiem, który stoi wyżej, w innym miejscu niż kiedyś. Wszystko, co osiągnął, osiągnął po cichu. I właśnie dlatego jego nazwisko waży więcej niż krzyk całej sceny.
|
Czasami ją samą przerażało to, jak szybko potrafiła gwałtownie wyłączyć uczucia. W jednej chwili wrzeszczała, rozbijała wszystko na swojej drodze, aby po chwili, jakby ktoś przełączył w niej guzik, Sloane stawała się cicha. Niemal łagodna i potulna. Zupełnie niewzruszona tym, że zaledwie moment wcześniej próbowała spalić wszystko na swojej drodze. Była prawie pewna, że to wcale nie jest nic dobrego, a jednocześnie była zbyt leniwa, aby cokolwiek z tym zrobić. Nie wiedziała, czy bez tego balansowania między emocjami podkręconymi na maksa, a pustką potrafiłaby się odnaleźć we własnym ciele i życiu.
OdpowiedzUsuńZastukała paznokciami o kubek i prychnęła pod nosem na jego odpowiedź.
— Jak długo wytrzymam? — Powtórzyła. Przewróciła oczami. Mogła się rozebrać. To nigdy nie był problem i Ezra doskonale o tym wiedział. Miała w sobie jeszcze dość przyzwoitości, aby nie robić tego wtedy, kiedy temat był poważny, a przecież był. — Zabrzmiało jak wyzwanie, ale nie chcę zmarznąć. Zatrzymam ją sobie.
Mógł być pewien, że koszulki już nie odzyska. Nie była nawet interesująca. Żadnych nadruków. Niczego co mogłoby przyciągać uwagę. Ot, zwyczajna czarna koszulka. To co ją wyróżniało to fakt, że należała do Ezry. Że czasem ją nosił. Że pachniała nim, choć dopiero co wyjęła ją z garderoby.
Sloane przyglądała mu się z ukosa uważnie. Nie bacznie, a raczej jak od niechcenia. Chciała na spokojnie, wyjątek od reguły, do niego podejść. Bez gierek, bez kokietowania. Bez sloane’owych zachowań, których wszyscy, łącznie z nim, od niej mogli oczekiwać. Ten temat nie był drażliwy tylko dla niej, ale z jakiegoś powodu również dla Ezry. Mogła zacząć snuć własne teorie i wciskać mu je na siłę. Wolała zrobić coś jednak zupełnie innego. Jeszcze co prawda nie wiedziała, jakie to będzie miało konsekwencje ani czy się jej uda, ale podobno warto było próbować nowych rzeczy.
— To dobrze. — Westchnęła. — Można odetchnąć, nie? Wszyscy żyją.
Mimo tego, jaka Fletcher była, nie życzyła tej dziewczynie źle. Ani Carterowi. Mogła się z wierzchu wydawać płytka, często oziębła i skupiona na sobie, mająca za nic innych. Najczęściej tak było. Miała swoje powody, aby na pierwszym miejscu stawiać siebie. Nie nauczyła się w pełni tego, aby czasami postawić tam kogoś innego. A już na pewno nie postawiłaby tam laski, która wpakowała się na jej miejsce, ale to była historia na inny moment.
Cisza między nimi wcale nie była krępująca. I dobrze, bo takiej Sloane nie znosiła. Jeśli czuła, że robi się niewygodnie to musiała zakleić tę ciszę własnym gadaniem. Teraz mogła milczeć. Pić kawę. Patrzeć na mężczyznę, jak kręcił się między kuchenną wyspą, a blatami. Jak sięgał po kawę, odstawiał kubek.
— Często jesteś spięty. — Rzuciła sucho. Nie oskarżała go. Miał stresującą pracę i jak widać jeszcze bardziej stresującą noc, a ona mu nie ułatwiła poranka. Popołudnia najwyraźniej też mu nie ułatwiała. — Przydałby ci się masaż. Albo joga. Masaż po jodze. Czasem nieźle to człowieka wycisza, mógłbyś spróbować.
Kąciki jej ust drgnęły, kiedy wyobraziła sobie Ezrę na jodze. Dobra, może wyobraziła to przesada. Nie widziała go w ogóle w studiu czy nawet we własnym ogrodzie na macie. Ale wiele by dała, aby to zobaczyć.
— A czym jesteś tak zajęty, że nie masz czasu na małą zabawę w berka? — Oparła łokcie o blat, policzki objęła dłońmi i lekko pochyliła się do przodu. — Mogłoby być zabawnie.
Sloane miała możliwość, aby w każdej chwili znaleźć się na lotnisku. Nawet, jeśli nie leciałaby prywatnie swoim odrzutowcem, bo jednak to wymagało przynajmniej krótkiego uprzedzenia, to siedziałaby w pierwszej klasie z szampanem i truskawkami. Tylko coś jej podpowiadało, że to nie jest odpowiedni krok. I rozsądek wcale nie miał nic wspólnego z jej wielkimi przemyśleniami. Gdyby jakiś rozsądek w niej był to nie darłaby się o szóstej rano przed jego bramą.
— Nie, nie, nie. — Pokręciła głową. — I to był zakaz. Nie mogę dotknąć nawet ekspresu, pamiętasz? — Uniosła lekko brew. Sam jej tego zabraniał. — Może nie wszystkich obietnic dotrzymuję, ale tej… Możesz być pewien, że dotrzymam jej aż do śmierci.
Sloane i urządzenia kuchenne to był przepis na katastrofę. Nawet, jeśli nauczyła się nie spalać tostów na patelni to wciąż była zagorzałą fanką czekania aż śniadanie będzie podstawione jej pod nos.
UsuńRuchy Ezry były spokojne. Skupione. Z czymś się jej kojarzyły, ale nie potrafiła wskazać dokładnie z czym. Rzadko ktoś dla niej gotował. Nie licząc zatrudnionych do tego ludzi. Nie obserwowała czyjejś pracy w kuchni, a jego? Niemal nie odrywała wzroku, choć przecież nie robił nic specjalnego. Ot, rozłożył talerze, coś kroił, włączył kuchenkę.
Blondynka uniosła lekko brwi, gdy powiedział o laptopie. Przez chwilę miała wrażenie, że serce zabiło jej ciut mocniej. Zabrzmiało to niemal jak zaproszenie, po które sięgnie bez wahania.
— Hm, byłeś w trakcie układania grafiku dla swoich innych dziewczyn? — Prychnęła. Nie powinno, ale wciąż ją kuło, że widziała go z Molly w tamtej restauracji. — Mam nadzieję, że chociaż zarezerwowałeś dla mnie więcej czasu niż dla innych. Bywam wymagająca.
Mówiła to z przekąsem i byle odeszli od tematu, których ich ściągnął tu naprawdę. Sloane była jednak ciekawa co by tam znalazła, gdyby po tego laptopa sięgnęła. Tyle, że to był zły moment. Zabrałby jej go szybko. Nie zdążyłaby przejrzeć nawet ułamka tego co tam miał. Zamierzała poczekać. Nie chciał, aby tam zajrzała, a Sloane znała te spojrzenie. To „nie interesuj się”. I nigdy się tych spojrzeń nie słuchała.
Chwilowo jednak skupiła się na tym co działo się przed nią. Na tej dziwnie normalnej scenie. Mężczyzna przygotowujący jej śniadanie. Tak po prostu. Nie, bo mu kazała, ale bo chciał. Mógł przecież odmówić. To nie były typowe poranki Sloane. Nie z kawą i czekaniem na śniadanie. Nie z Ezrą. Tymczasem siedziała w jego kuchni nosząc jego koszulkę. Jasne promienie wpadały przez okna. Wybijając z jej włosów czerwony odcień, którego choć nie było widać to wybijał się zawsze przy słońcu. Był zaskakujący spokój, choć parę godzin temu krzyczała i rzucała telefonem.
Zsunęła się z krzesełka bez pospiechu. Podeszła do Ezry powoli. W pełni ignorując laptop, który jeszcze przez moment ją kusił. Stanęła przy nim zadzierając lekko głowę do góry.
— Mogę pomóc? — Pytanie było tak banalne, że zabrzmiało niemal głupio. — Nie dotknę kuchenki ani niczego podpiętego do prądu. — Obiecała. Co prawda chwilę temu zapewniała, że nie dotknie się niczego, ale siedzenie i czekanie ją nudziło. I jeszcze sekunda dłużej przed tym laptopem, a zabrałaby go ze sobą i zamknęła się z nim w łazience. Modląc się, aby był odblokowany.
— A co do przyzwyczajania się… To trochę za późno. — Dodała. Lekko wzruszyła ramionami. — Już to zrobiłam.
Może mówiła tylko o czekaniu na śniadanie i tym, że robił je dla niej. A może mówiła o tym, że przyzwyczaiła się do sposobu w jaki Ezra obecny był w jej życiu i że miało to bardzo niewiele wspólnego z tym, co zrobił z nią jako artystką, a wiele z tym co robił z nią w życiu, które nie odbywało się na scenie.
Sloane
Cóż za zdjęcie🤭🤭
Czasami drażniło ją to, jak perfekcyjny w swoje roli potrafi być mężczyzna. Człowiek, którego nigdy nic nie wytrącało z równowagi. Naprawdę trzeba było się postarać, aby Ezra Creighton stracił swoją zimną krew i się uniósł. Sloane coś o tym wiedziała, bo przecież tysiąc razy próbowała już mu namącić w życiu, a on rzadko pozwalał, aby wlazła mu pod skórę. I nawet, kiedy to robiła to nie w sposób, który byłby dla blondynki zadowalający.
OdpowiedzUsuńPrzesuwała wzrokiem po swojego sylwetce. Mięśniach odznaczających się pod koszulką, z którymi się dobrze zapoznała. W innej sytuacji, gdyby oni byli inni, stanęłaby pewnie za nim i wsunęła ręce pod materiał. Poczułaby pod palcami, jak się napinają, a jego oddech zmienia. Tylko, że to było zbyt intymne. Zbyt osobiste, aby w takiej chwili mogła sobie na to pozwolić.
— Raczej nie potrzebujesz znajdować sensu życia. — Wzruszyła ramionami. Ezra już go raczej posiadał, a tak przynajmniej myślała Sloane. — Ale joga bardzo miło rozciąga. Coś o tym wiesz. — Dodała i puściła mu oczko.
Z perspektywy Sloane wyglądało, jakby miał poukładane całe życie i wiedział dokładnie czego od niego chce, a także w jaki sposób chce je poprowadzić. Nie wątpiła, że to była kwestia organizacji i doświadczenia. Tego pierwszego jej zdecydowanie brakowało najbardziej.
— Naprawdę nie wiem, co może być lepsze od biegania za mną. — Westchnęła z przesądną teatralnością. Miał na pewno lepsze rzeczy niż ona, ale chwilowo Sloane chciała być w centrum jego zainteresowania. Nawet, jeśli wiedziała, że to się dobrze nie skończy dla żadnego z nich.
Pozwoliła sobie na zbyt wiele.
Wciąż sądziła, że to tylko zwykła potrzeba posiadania drugiej osoby. I to, że Ezra należy do kategorii „zakazany”, co jeszcze bardziej sprawiało, że blondynka go chciała. Pociągało ją w nim wiele, a to kim był to była jedynie wisienka na torcie.
— Nie robię się zazdrosna. — Wzburzyła się. Zmrużyła oczy, gdy mówił, że grafik ma dla niej. Jeszcze nie zadecydowała, czy to jest obraza czy komplement. — Wolę wiedzieć. Nie chciałabym tu wpaść i zastać jakiegoś rudzielca czy innej dziewczyny, a potem kłaść się do tej samej pościeli. — Mogła udawać, że jej to nie przeszkadza, Ale przeszkadzało. Trochę kuło ją w bok, że miał opcje i ze wieszały mu się one na szyję bez pytania. Wystarczyło, że spojrzał i miał wianuszek wokół siebie. Sloane może również, ale z nią to przecież była zupełnie inna historia.
Sloane nie miała pojęcia co robi. W kuchni potrafiła tylko włączyć ekspres, a cała reszta była dla niej czarna magia. Czynność okazała się jednak prosta. Nawet banalnie. Więc się na niej skupiła i powoli robiła swoje.
Podniosła wzrok na Ezrę, kiedy się odezwał.
— To już chyba mój problem, nie sądzisz? — Uniosła lekko brew. Nie była głupia, Ale bywała naiwna. Czuła dużo i szybko, a potem miała z tego kłopoty. Oboje wiedzieli, że Sloane zrobi z tego również problem dla Ezry. Jeśli coś pójdzie nie tak, jeśli naprawdę Sloane pozwoli sobie na więcej to nie tylko skończy się wrzaskami i awanturami. — Grafik przewiduje, ile mam czasu zanim mnie zostawisz? — Sam przecież powiedział, że nie jest stały. Czyli to, czymkolwiek to było, było jedynie tymczasowe.
sloane👩🏼🍳🍽️
Mogli w każdej chwili zawrócić z pytaniami i krążyć wokół powodu, dlaczego tak naprawdę ostatnie kilka godzin spędziła w jego łóżku. Zamiast tego Sloane wybrała coś zupełnie innego. Przekierowała temat na nich, choć przecież żadni oni wcale nie istnieli. Nie tak naprawdę. Mogła sobie samej wmawiać, że tak jest, ale w głębi doskonale wiedziała, że ich wcale nie ma. Była tylko głęboka potrzeba kogoś obok, fascynacja, może nuda, ale nie było przyszłości. Nie próbowała o nią zawalczyć. Tylko… Właściwie sama nie wiedziała co z tym robi. Bawiło ją, gdy mówiła o jego innych dziewczynach i jednocześnie wytrącało ją to z równowagi. Była wściekła, że jakieś były, choć nie miała przecież prawa do tego, aby mu stawiać jakiekolwiek warunki.
OdpowiedzUsuń— Nie wiem w czym gustujesz. — Wzruszyła ramionami. Widziała go z różnymi kobietami. Ciężko było stwierdzić, jaki faktycznie ma gust i czy lubi tylko blondynki, takie jak ona z ciemniejszymi włosami, czy to jednak te, których włosy kojarzyły się z księżycowym blaskiem były w jego top 10. A może nie lubił w ogóle blondynek. Tak wiele pytań, a odpowiedzi tak niewiele.
— Zazwyczaj wszystko później zmienia się w scenariusz.
Odpowiedziała bez spoglądania na niego. Całe swoje skupienie przeniosła na krojenie, co było idiotycznym zajęciem i wychodziło jej pokracznie. Zupełnie nie tak, jak sobie to wyobrażała. Czuła się, jak dziecko, któremu ktoś dał najmniejszy możliwy nóż, aby przestało prosić o pomaganie i się w końcu zamknęło.
Wyczuła, że Ezra na nią patrzy. Specjalnie przeciągała ten moment spoglądania w jego stronę trochę dłużej, jakby chciała sobie i jemu dać czas na przetworzenie słów, które między nimi padły. Atmosfera zrobiła się gęstsza, jednak nie z powodów, które już dobrze znali. Pojawiło się również napięcie, które niewiele wspólnego miało z tą chwilą, która dzieliła ich od zdjęcia z siebie ubrań. Było ono… Poważniejsze. Bardziej ludzkie. Bardziej namacalne i wcale się to Sloane nie podobało.
— Gapisz się. — Wytknęła mu. Zerknęła kątem oka na mężczyznę. Już nie kroił. Odłożył nóż, który jeszcze chwilę trzymał w dłoni, aby tę po chwili rozluźnić.
Ani trochę nie wierzyła mu w ten grafik. To, że miała rzeczy do zrobienia wiedziała. Tylko tak się stało, że zupełnie zapomniała co było w planie.
— Taaak? — Przeciągnęła. Nóż wbiła mocniej w deskę. Niemal czuła, jak zatapia się w drewnie mocnie niż należało. — I co takiego jest dla mnie w planie? Wiesz, każdy grafik się w końcu kończy. Koniec tygodnia, miesiąca, roku… Wszystko to kwestia czasu.
Nawet kontrakt, który podpisali miał datę ważności. Oczywiście pod koniec mogli go odnowić na kolejny rok, dwa lata, dekadę czy dwie, ale nieubłagalnie wszystko miało swój koniec. Niektóre rzeczy można było jedynie przeciągać. Nawet nie wiedziała skąd się w niej teraz wzięły te wszystkie przemyślenia. Chyba łatwiej było jej myśleć o tym niż o wydarzeniach w Nowym Jorku. Bo gdyby zaczęła się na tym zbyt mocno skupiać to znowu zaczęłaby się gubić, a nie spędzi tu kolejnej nocy. To, że jej telefon leżał teraz gdzieś na podłodze rozładowany ratował ją przed wykonaniem telefonów, które dadzą jej więcej informacji niż dawał jej teraz Ezra. Ale wszystko w swoim czasie.
— Nie wiedziałam, że słowo „tymczasowe” posiada inną definicję. — Prychnęła wywracając oczami. — To oświeć mnie. Skoro moja wersja „tymczasowo” nie jest odpowiednia… To jaka jest?
Według Sloane to nie miało sensu. Jeżeli coś nie było stałe, to było tymczasowe. Tymczasowe oznaczało koniec, który prędzej czy później się pojawi, a on jej próbował wmówić, że coś niestałego niekoniecznie równa się z byciem tymczasowym. I niby nie mącił jej w głowie, tak?
— Wcale tak nie myślę. — Rzuciła na swoją obronę. Myślała tak częściej niż gotowa była przyznać. Jeżeli potrafiła coś nazwać to zazwyczaj wiedziała, jak sobie ma z tym poradzić, a kiedy nie wiedziała – to udawała, że wie i to działało. W jakichś czterdziestu procentach działało. — Sam masz świra na punkcie kontroli, a będziesz mi wypominał, że lubię ją mieć?
Sloane uniosła spojrzenie na mężczyznę. Jej brew od razu powędrowała w górę. Nic dziwnego, że próbowała mieć kontrolę nad tym, co działo się teraz, skoro ostatni rok to była jedna wielka katastrofa. Wszystko wypadało jej z rąk. Niekoniecznie chciała teraz znów tracić wszystko w tak wybuchowy sposób, jak ostatnim razem.
UsuńOdłożyła na moment nóż, a dłonie oparła o blat. Nie podobało się jej, gdzie ta rozmowa idzie. Skręciła w stronę, w która Fletcher dalej iść nie chciała.
— Przed chwilą mi powiedziałeś, że mam się do ciebie nie przyzwyczajać, bo nie jesteś stały. — Wypomniała mu. Jego słowa, nie jej. — A teraz mi pieprzysz, że nie wszystko co jest niestałe nie jest chwilowe? — Zaśmiała się pod nosem. Pokręciła głową, a potem, jak gdyby nigdy nic wróciła do porzuconego zajęcia. — Może zaczynam pierwsza o tym myśleć, bo to jedyne co znam. — Wycedziła pod nosem. Nie zrzucała, wyjątkowo, winy na innych. Sloane miała swoje za uszami. Najczęściej ona pierwsza robiła tył zwrot, a potem oskarżała ludzi o to, że ją porzucają.
— Masz popieprzoną definicję wszystkiego.
Nie rozumiała i chyba nie chciała rozumieć. Sloane miała swoją rację. Ezra miał swoją i być może na tej płaszczyźnie do porozumienia nie dojdą.
— Nie martw się. — Odparła, gdy mówił o skaleczeniu się. To byłoby najmilsze co sama sobie by zrobiła w porównaniu do rzeczy, które robiła dawniej. Sloane podniosła wzrok na mężczyznę i spojrzała mu prosto w oczy. — To byłoby tylko chwilowe zranienie.
sloane🔪