
evelyn mercer
konsultantka prawna – freelance legal consultant – w jednoosobowej firemce mercer & veritas. przygotowuje strategie obrony i działań prewencyjnych dla dużych korporacji, analizuje umowy i po mistrzowsku zajmuje się czyszczeniem tego, co balansuje na granicy prawa. specjalistka od tego, jak z trudnych spraw wychodzić obronną ręką i jak sprawiać, aby coś, co wyglądało na niedopuszczalne, stało się legalne i niewzbudzające podejrzeń. jej życie zaczyna się w apartamencie na upper east side i kończy na spotkaniach, których nie powinna zapisywać w kalendarzu. z całą masą ognia i niejasności po drodze.
Soon
Trzy lata temu młoda, ambitna prawniczka współprowadziła sprawę z ramienia kancelarii broniącej oskarżonego w głośnej aferze korupcyjnej. Wchodziła na salę sądową jak do swojego mieszkania, pewna siebie i opanowana do tego stopnia, że nawet pojedynczy włosek na głowie nie ośmielał się wysunąć z ciasnego upięcia bez jej wyraźnej zgody. Pech chciał – chociaż prawdziwym pechem tego nazwać nie mogą – że jej przeciwnikiem był zastępca prokuratora okręgowego, a sprawą była dla niej przegrana od samego początku. Dobrze o tym wiedziała, nie jest głupia ani naiwna, ale to nie przeszkadzało jej zasiadać przy stole obrony tak, jakby szykowała się do zadania ostatecznego ciosu. W którymś momencie on, człowiek absolutnie uzależniony od swojej pracy, zaczął pojawiać się na tych rozprawach nie dla wygranego procesu, a dla niej. I to był początek niemożliwego. Przeważnie w takich historiach jest jakiś element zaskoczenia – ktoś wśliznął się do czyjegoś życia całkiem niepostrzeżenie i tak już zostało, chociaż nikt na początku tego nie planował. Z nimi było inaczej. Od pierwszej wymiany zdań na sali sądowej wiedzieli, że już do siebie należą. Każde złapane spojrzenie, każdy półuśmieszek, każdy żarcik rzucony mimochodem po zakończonej rozprawie były jak tykająca bomba, piorun, pożoga, która pochłonęła ich cały dotychczasowy świat. Kilka miesięcy później awansował na prokuratora okręgowego, a w środowisku zaczęła krążyć plotka, że zamierza zostawić dla niej swoją żonę – panią z dobrego domu, niesamowicie elegancką, poważną, ułożoną, zapewniającą prawdziwe bezpieczeństwo i stabilizację. I z czym tu było dyskutować? Od kiedy pojawiła się w jego życiu, a wparowała do niego razem z wyważonymi drzwiami i wyrwaną futryną, i od kiedy ukrywanie się po hotelach i motelikach za miastem zaczęło być dla nich męczące, to była tylko kwestia czasu. Ona – trzydziesto trzy letnia prawniczka, która zrezygnowała z pracy w kancelarii, by zająć się czymś, co w żaden sposób jej nie ograniczało i o dwanaście lat starszy on, któremu zarzucano, że w kryzysie wieku średniego coś rzuciło mu się na mózg, choć skuteczności, inteligencji i twardej ręki nie można mu było odmówić. Wiele z tego mogło się nie udać, a udało się wszystko. Kłótnie, przy których tłuką się talerze, pasja, o której nie wypada mówić. Emocjonalny rollercoaster, od którego oboje się uzależnili. Uwielbia te momenty, kiedy okazuje się, że nie musieli nawet ze soba rozmawiać, aby wszystko dookoła ułożyło się po ich myśli. Te powolne wieczory przy kieliszku wina, kiedy dowiaduje się przez telefon, że tego dnia jego kampania wyborcza wisiała na cieniutkim włosku i coś niewygodnego udało się zamieść pod dywan. Podejrzane przelewy na fundusz wspierający kampanię, widmo oskarżenia o pranie brudnych pieniędzy. Czy słuszne? Jak cholera, ale o tym elektorat przekonany o nieskazitelności pana prokuratora wiedzieć nie musi. Za to wie o tym ona – i wie, z kim musi porozmawiać, kogo zaszantażować, z kim się ułożyć, aby takie rewelacje nigdy nie ujrzały światła dziennego i żeby on mógł dowiedzieć się o tym na samym końcu. W momencie, kiedy pożar udało się zadusić u źródła, a jej spojrzenie jest pełne niewypowiedzianego spełnienia i cichutkiej groźby, jakby próbowała mu powiedzieć – tyle potrafię zrobić dla ciebie, jeszcze więcej zrobiłabym przeciwko tobie, gdybyś mnie do tego sprowokował. On pociąga za sznurki w polityce, ale to jej palce mogą je przeciąć jednym ruchem, gdyby tylko poczuła taką potrzebę. Nie jest tą śliczną buźką, która pokazuje się z nim na oficjalnych spotkaniach i bryluje w towarzystwie ku uciesze oczarowanych wyborców, ale machiną działającą w cieniu, bez której już dawno nie byłoby o czym mówić. Uzależnienie. Manipulacja. Władza. Fascynacja. Miłość? W jakiejś chorej, cudownej odmianie. Tym, co skleja ich najmocniej, jest świadomość, że to miasto należy do nich. Nowojorska power couple, której nic ani nikt nie może stanąć na drodze.

Tylko raz opowiedziała mi o swojej przeszłości i już nigdy więcej nie chciała do tego wracać. Mówiła o swoim ojcu, który codziennie wracał pijany z pracy – o ile w ogóle go z tej pracy nie wyrzucili – i urządzał dantejskie sceny nad talerzem zupy, bo była za słona, za gorąca, bo pływało w niej za dużo koperku. O matce, która stawała na rzęsach, aby ta rodzina rzeczywiście rodzinę przypominała i rwała sobie włosy z głowy nad gównianym mieszkaniem na Bronxie, gównianą szkołą dla dzieci i całym swoim gównianym życiem u boku degenerata. I o bracie, który może i miał potencjał na osiągnięcie czegoś więcej niż sprzedawanie kradzionych samochodów, ale był na to za leniwy, za łasy na pieniądze i po prostu za durny. Myślę, że ona nie chciałaby o tym pamiętać, a ja nie szukam w niej na siłę tamtej dziewczyny sprzed lat. Nie mam po co. I możliwe, że nawet jej już tam nie ma. Widzę, jak o poranku ogląda panoramę Manhattanu przy ulubionej kawie i jak wieczorem żegna się z tym widokiem w towarzystwie czerwonego wina, a w jej oczach majaczy nie tani sentyment, nie zachwyt, ani nawet nie potrzeba zachowania swojego codziennego rytuału. To satysfakcja. Patrzy na to miasto, jakby było jej królestwem, a każdy maleńki punkcik oglądany z okna mógł ugiąć się przed jej wolą, gdyby tylko wskazała na niego palcem. Wiem, że lubi tak o sobie myśleć – że żyje teraz życiem, do którego została stworzona i żadna przeszkoda po drodze nie mogła jej tego odebrać. Nie chodzi o pieniądze, o mieszkanie, samochód, ani nawet o czterdziestą parę butów, którą kupiła sobie w zeszłym tygodniu, bo to tylko ukoronowanie czegoś o wiele mniej namacalnego. Kręci ją nie majątek, ale świadomość, że już nikt nie może jej niczego odebrać. Widzi w gazecie moje nazwisko – Nathan Cole – czy zamieni rolę prokuratora okręgowego na stołek burmistrza Nowego Jorku? – i uśmiecha się na samą myśl o tym, że za kilka miesięcy to nazwisko będzie należało również do niej. W towarzystwie ludzie oczekują, że będzie ładnym dodatkiem do faceta, który ma tutaj coraz więcej do powiedzenia, ale prawda jest taka, że ja sięgam po władzę nad miastem, a ona – po władzę nad rzeczywistością. Lawiruje pomiędzy nieśmiałością i bezczelną pewnością siebie, rzuca niewyszukanymi żartami, doskonale odnajduje się w rozmowach o polityce, czasami powie coś, co na długo zapada człowiekowi w pamięć, a innym razem pozwala na to, aby jedyną zapamiętaną rzeczą był jej zaraźliwy śmiech. Wiedzą, co mają myśleć o mnie, ale Evie zostawia po sobie taki rodzaj niedopowiedzenia, który pozwala ją kochać z nienawiści, albo nienawidzić z miłości i właściwie nigdy nie można być pewnym, co czuje się do niej w danym momencie. Ty nie możesz być tego pewny, ale ona wydaje się mieć to wszystko dobrze zaplanowane i tylko ona wie, do czego może się jej to przydać. Niczego nie pozostawia przypadkowi. Te wszystkie zakazane gęby pod krawatami, które pojawiają się w jej biurze, nie miałyby czego tam szukać, gdyby pozwalała sobie na chwile zawahania. Pliki dokumentów, które ma przygotowane na biurku, podniesione głosy, negocjacje, spotkania, których nie powinna zapisywać w kalendarzu i nazwiska ludzi nie nadających się na partnerów – to wszystko wygląda tak, jakby za każdym razem przygotowywała się do fuzji na siedem zer, ale tak naprawdę po raz kolejny ratuje komuś tłuste dupsko, zanim rozleje się po za małym stołku. Nie interesuje jej, skąd wynikają jego problemy, ale czy jest gotowy zrobić wszystko, aby je rozwiązać. Bo ona jest na to gotowa, o ile liczy się dla niego rezultat, a nie droga do jego osiągnięcia. Oficjalnie to maleńkie biuro, które zagospodarowała sobie w naszym apartamencie, to dyskretne, komfortowe, pełne kontroli środowisko, pomogło niejednemu biznesmenowi uporać się z umowami, które byłoby dla niego niekorzystne. Oficjalnie to narzeczona prokuratora okręgowego, którego jest wizytówką w prowadzonej kampanii wyborczej i w prywatnym życiu, ale nikt, tak jak Evelyn Mercer, nie potrafi tworzyć iluzji idealnego świata. Świata, który przecież nigdy nie jest czarno-biały
@ soundslikeawoo@gmail.com | igo00873
Fc.: Blake Lively
Fc.: Blake Lively
[O, czyżbyś stworzył kogoś, kto wyciągnie Alexa i Livie z opresji? Bardzo, bardzo dobrze. Pewnie taka pomoc im się przyda, prawda?
OdpowiedzUsuńDaleko im do tego, aby ich świat był idealny (no, przykro mi, panie Ashford), więc ktoś od iluzji im się przyda na pewno! :D
Nic, nie widzę innego wyjścia, jak kiedyś napisać coś na linii Liv-Alex-Evelyn. Chociaż same babeczki też mogą zagrać, baw się tutaj dobrze i z panienką Mercer, która w swojej kreacji jest po prostu rewelacyjna.]
Olivia Fitzgerald
[Super wojownicza, silna babka! Dużo w niej samoświadomości i samozaparcia, ale ogólnie to niebezpieczna i pewnie nieprzewidywalna bestia! Baw się dobrze, tylko nie rozwal od razu wszystkiego! :P ]
OdpowiedzUsuńLily i Emka