Menu

New York City
Witaj w mieście, które nigdy nie zasypia

03/09/2026

[KP] W.I.T.C.H.

XVIII
✦ ☾ ✦
☾ ✦ ✧ ☽ ✦ ✧ ☾ · ✦ ✧
✦
Helen Lynch
wróżka Lea
☾
10 XI 1994 skorpion ✦ terapeutka zajęciowa w domu opieki ☾ wróżka, tarocistka, astrolożka ✧ rozmowy, czat, wideorozmowy, live’y, Instagram, TikTok
✦ ☽ ✧ ☾ ✦
✧ ☾ ✦
Od dwóch tygodni spotykasz się z chłopakiem, który wydaje się idealny, ale nie wiesz, czy to ten jedyny? Wybierasz Love Reading za 180 dolarów i wysyłasz wróżce Lei zdjęcie swoje i chłopaka oraz podajesz wasze daty urodzenia. Po kilkunastu minutach słyszysz, że między wami istnieje magnetyczne przyciąganie, ale jedna ze stron ma blokadę emocjonalną, dlatego relacja potrzebuje więcej czasu, żeby ustabilizować aurę. Kochana, jeśli jest idealny, to coś jest z nim nie tak. Może narcyz? Po pewnym czasie sama to zobaczysz. Lub do mnie wrócisz.

Codziennie zastanawiasz się nad tym, kiedy inni odkryją, że kompletnie się nie nadajesz na nowe stanowisko i że wszystkich oszukujesz? Piszesz do wróżki Lei i zamiast na czytanie z kart tarota za 50 dolarów umawiasz się na Deep Spiritual Reading za 220 dolarów. Wróżka Lea wyciąga kilka kart, odczytuje układ planet i analizuje twoje ostatnie dwa lata życia. Okazuje się, że twoje wewnętrzne ja jest niedomknięte. Twoje ja nie nadąża za tym, kim się stałaś, dlatego czujesz, że to nie ty, i wciąż czekasz. Na co? Wróżka Lea radzi, abyś przez dwa tygodnie zadbała przede wszystkim o siebie, wsłuchała się w swoje prawdziwe ja i kupiła tygrysie oko z jej sklepu internetowego (możesz wybrać wisiorek lub bransoletkę, tak abyś wzięła je ze sobą do pracy). A jeśli to nie pomoże, to warto zgłosić się do psychologa, który spojrzy na ten problem z innej perspektywy. Moja droga, musisz popracować nad poczuciem własnej wartości i pewnością siebie. Żadne ezo bajery ci nie pomogą. Idź do specjalisty.

Jest druga w nocy, a twoja dziewczyna nie odpisuje, choć już dawno odczytała wiadomość? Dzwonisz do wróżki Lei, wybierasz Emergency Reading i płacisz 260 dolarów, aby usłyszeć, że twoja energia jest zbyt intensywna, a aura twojej dziewczyny jest zamknięta, przez co dalsze wiadomości mogłyby tylko pogłębić dystans i zaburzyć równowagę. Komunikacji zdecydowanie nie sprzyja obecny układ planet. Wróżka Lea zaleca ci odłożyć telefon, dać przestrzeń swojej dziewczynie i – jeśli naprawdę zależy ci na tej relacji – pozwolić wróżce Lei oczyścić energię (oczywiście za dodatkową opłatą). Człowieku, ona pewnie już śpi. Daj spokój.

Kocham tę robotę.

To nie tak, że jest zwykłą oszustką czy naciągaczką. Chciałaby wierzyć, że w ten sposób daje nadzieję, otwiera nowe możliwości, pokazuje problem w innym świetle, każe się zastanowić, wspiera w podjęciu decyzji czy po prostu sprzedaje dobre rady. Ale nie. Wie, że ludzie bywają głupi i naiwni oraz że chętnie powierzają swoje życie innym – bogom, przywódcom religijnym, mężowi, influencerkom, coachom lub ChatowiGPT. Dlatego mówi o przyciąganiu pieniędzy, manifestacjach, retrogradacji Merkurego czy tranzycie Jowisza, tarocie, numerologii, paleniu szałwii, mocy kryształów i innych bzdurach, którym dzisiaj łatwo zaufać. Musi tylko mówić to, co ludzie chcą usłyszeć. Musi tylko w ciągu tych kilkudziesięciu minut stać się ich najlepszą przyjaciółką.

✦
Na co dzień wróżka Lea nazywa się Helen Lynch, pochodzi z całkiem nudnej rodziny nauczycieli oraz pracuje w domu opieki, gdzie prowadzi zajęcia artystyczne (arteterapia). Wynajmuje małe mieszkanko blisko miejsca pracy i parku, do którego chodzi pogapić się na drzewa i na psy. Zwłaszcza wtedy, gdy umiera jej podopieczny, bo kocha te pergaminowe dłonie. To ci piękni i doświadczeni ludzie od dawna wołają na nią wróżka Lea (i to nie dlatego, że przepowiadała przyszłość). Stawiać tarota nauczyła ją Myriam, o numerologii i astrologii dowiedziała się od Lisy, a od Williama usłyszała, że ma w sobie światło i potrafi odczytywać emocje jak nikt inny – teraz raz w miesiącu odwiedza ich na cmentarzu. Zdobyła kilka śmiesznych certyfikatów, nabyła kilka kamieni i kadzideł o magicznych mocach oraz zrobiła własną talię kart tarota (personalizowane karty też ma w ofercie swojego sklepu internetowego) i kilka świec, które mogą oczyścić aurę. Od dwóch lat zagląda ludziom w dusze. I w portfele.
✦ ☽ ✧
Hej, chodźmy razem powróżyć! Przepraszam wszystkie zodiakary. Zaczynam od nowa przygodę z pisaniem, dlatego przyda się trzymanie kciuków. Helen poza tym, że bawi się we wróżkę, jest zupełnie zwyczajną dziewczyną. Na zdjęciu Melanie Kieback (vanellimelli).
✧ ☾ ✦

18 komentarzy:

  1. [To niegrzeczne, można by powiedzieć, a nawet bezczelne. W.I.T.C.H. w tytule bawi, a pomysł na postać zachwyca; jestem bardzo zazdrosna, że sama na to nie wpadłam! Przecudowna, fantastyczna. Więc tak. Rozkładam karty tarota (nie mam kart?, nie szkodzi, mam wyobraźnię), a one mówią jasno - na Twej drodze pojawi się widmo wątku, wielu wątków, choć przecież każdy los, nawet najduszniejszy, da się jakoś obrócić. Chyba. Być może. Co zrobisz?
    Dzień dobry!]

    Leif & Len

    OdpowiedzUsuń
  2. [Ej, naprawdę ciekawy pomysł na postać. I na życie też! Podobno pieniądze leżą na ulicy, kwestia pomysłu jest, żeby je zdobyć :D Jak to dobrze mieć ten dar przekonywania i umiejętność zaskarbiania sobie sympatii ludzi, bo bez tego byłoby ciężko. Ja oczywiście będę trzymać mocno za Ciebie kciuki, chociaż moje przeczucia mowią, że Twoja przygoda szybko się tutaj rozwinie :D Życzę dużo dobrej zabawy, no i zapraszam w swoje progi!]

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  3. [Spełniła się, bo mam wprawę w zmyślaniu! Choć nie wróżb.
    A zostańmy przy Lenie, będzie ciekawiej, zresztą jest nowszy, to spragniona jestem nim pisania. Chociaż Leifem też jest śmiesznie, bardziej rozlatanie. W każdym razie - wątki aktorskie ciągle w cenie (choć bez opłat - chyba że liczymy literki komentarzy zostawiane w ofierze). Nie wiem tylko, czy Len miałby powód, aby zgłosić się do wróżki; bo gdyby szedł, to po nadzieję, a on ma, z jakiegoś powodu, jej w nadmiarze. Na razie. Więc sam może wpaść do domu opieki, a Ty może zechciałabyś wpaść do mnie na maila (krewsikorki@gmail.com), to pokombinujemy nad konkretami? ;D Albo na discorda.]

    Len Weston

    OdpowiedzUsuń
  4. [Bardzo fajna karta, super pomysł na postać i mega wizerunek! Jak na powroty do pisania fajna Ci wyszła pani i myślę że będziesz z nią miała dużo frajdy.
    Podziwiam za wybór profesji w domu opieki, bo to jest hardcore! Na jej miejscu rzuciłybyśmy wszystko za siebie i żyły jak pączek w maśle z trzepania kasy na przepowiedniach. Zwłaszcza, że z opisu Helen ma na swoje stronie niezły wybór przedmiotów i usług na których może kosić ludzi. Oby jak najlepiej na tym finansowo wyszła!
    Do mojej Mathilde nie zapraszam, bo dziewczyna miałaby za duży problem z moralnością Helen, no i w całe to wróżbiarstwo totalnie nie wierzy, plus nie lubi jak z ludzi robi się idiotów i wyłudza od nich pieniądze, chociaż ci robią to na własne życzenie.
    Niemniej gdybyś kiedyś miała jakiś pomysł, zawsze chętnie otworzymy trochę głowę ;)
    Baw się dobrze!]

    Mathilde Stevenson

    OdpowiedzUsuń
  5. [Dzień dobry! Piszę ten komentarz z telefonu, czuję się bardzo szalona, ale nie mogłam sobie odpuścić. Niebywale zachwyca mnie pomysł na postać i uśmiechnęłam się na w.i.t.ch., może będę musiała obejrzeć, bo już zostało zaszczepione wspomnienie. Helen może chce dobrze, Malmo też dobrze chce, najlepiej żeby dobrze mu się wiodło. Ostatnio natomiast nie bardzo się wiedzie, więc spora szansa, że szukał bardzie powodów w nieoczywistych miejscach! Serdecznie zapraszamy jeśli tylko są chęci na wątek z, trochę oderwanym, Magnusem!]
    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  6. [Jasne, zapraszamy na maila <3]

    Tanner Morgan

    OdpowiedzUsuń
  7. [Zadajesz intymne pytania, lubię to i już śpieszę z odpowiedzią: Irma! Mam nadzieję, że nie ma błędnych, a jeśli są to, że ta nie była. Ja mam nawet pomysł na wątek, w którym Helen może wykazać się umiejętnościami wróżkowymi, a Magnus powzdychać trochę. Plus, jako że Paul Mescal lubi latać w short shortach to mogą iść razem na tenisa? Chodź na emaila: born.this.whale@gmail.com, będzie prościej dogadać szczegóły i się nie zgodzić na proponowane bzdury.]

    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  8. [ O matko, kocham za pomysł na postać i za nawiazanie do w.i.t.c.h. <3
    Ciekawy pomysł na zarobek sobie wybrała Helen! Co prawda moi panowie raczej nie byliby skłonni skorzystać z takich usług, ale jakby po trudnym dniu wróżka chciała popatrzeć na pieska, albo się z takim pobawić, Nathaniel ze swoim Baramem się polecają!
    Dużo ciekawych wątków i czasu na pisanie! ]

    Nathaniel Park i Caleb Williams

    OdpowiedzUsuń
  9. [Ta karta i cała Helen to po prostu majstersztyk! Miałaś tak boski pomysł, tak inny od innych, tak wyjątkowy ^^ Fajnie opisane przypadki jej „klientów” czy tam osób szukających konsultacji. Jeden problem jest mi szczególnie bliski, bo mój mąż, jak był jeszcze moim chłopakiem, wielokrotnie dzwonił, pisał w nocy, typu 21:30-23:30, kiedy ja po prostu zmęczona, zasnęłam z telefonem w ręku, więc to normalne, bardzo bardzo prawdziwe ;D On się martwił, natomiast ja słodko spałam, niczym się nie przejmując. Widzę go dzwoniącego do Lei po konsultację! :P
    Wierzę, że z nią na nudę narzekać nie będziesz! Z nią to cały wachlarz przygód Cię czeka.
    Sukcesów na blogu! ^^]

    Jonatan Barlett

    OdpowiedzUsuń
  10. Na białym obrusie drżało słońce. Przedarłszy się przez dzikie wino porastające okno, wpadło do środka bez zaproszenia i rozpychało się coraz śmielej. Len przesunął się z krzesłem w lewo, uciekając ze snopu światła. Dziś był dobry dzień – po niedzielnych deszczach rozpogodziło się nie tylko niebo, ale też twarz starego Abe’a. Potrafił nawet utrzymać widelec w dłoni w miarę pewnym chwytem.
    – Ciepłota – powiedział, niewprawnie nabijając na sztuciec ostatni kawałek kotleta, wcześniej pokrojonego przez Lena. – Mam nadzieję, że rano wywiesiłeś pranie.
    – Tak, tato.
    Len poczuł ukłucie między żebrami, krótkie jak szczypnięcie, więc poderwał się, aby to rozchodzić. Kłamstwa od zawsze gładko przechodziły mu przez gardło, ale nie przez resztę ciała. Pranie wylądowało w suszarce, a nie na słońcu – niezależnie od przekonań Abe’a, ubrania nie musiały nałykać się witaminy C, aby nadawały się do noszenia.
    Nie musiały też być krochmalone i prasowane, ale Abe tego wymagał, więc kiedy Len zabierał jego brudną odzież, najpierw prał ją osobno – Abe nie akceptował zapachowych płynów do prania i hipoalergicznych proszków, których Len zwykł używać – a potem maczał w roztworze wody z mąką ziemniaczaną, wyciskał, suszył, rozbijał, a potem jeszcze wyciągał parownicę, która zazwyczaj robiła mu za ozdobę głębi szafy.
    Pracownicy domu opieki tak się z tym nie cackali, więc cackał się Len. Rozwieszanie na słońcu to było jednak za dużo. Prawdziwi synowie Abe’a nie płacili mu dostatecznie wiele. Właściwie – akurat za pranie nie płacili w ogóle.
    Było ich trzech. Ricky, Nicky i Mickey. Raz, dwa, trzy, riki-tiki, woła myszka Miki, gdzie są moje narkotyki, obiło się po głowie Lena, gdy pierwszy raz o nich usłyszał. Nie podzielił się dziecięcą rymowanką z obawy, że nie wzbudzi uznania Richarda. Mężczyzna przypominał mu ptaka, grubodzioba, z tym swoim szerokim nosem i małymi, okrągłymi oczami, wpatrującymi się w świat z ufnością; ciął zdania na ostre fragmenty, robiąc zbędne pauzy po trzech czy czterech słowach, wyrzucanych z taką prędkością, że czasem zlewały się w jedno, a gdy się irytował – szarpał ten jeden najciemniejszy włosek na prawym przedramieniu.
    Był najstarszym z braci. Drugi w kolejności Nicholas już na powitanie zamknął Lena w niedźwiedzim uścisku, a potem często wybuchał tubalnym śmiechem, który rozlewał się po całym pomieszczeniu, mimo że sam Nick skromnie przykucnął na skraju kanapy. Był luzakiem i lekkoduchem, który zapinał guziki aż pod szyję i wiązał sznurowadła na podwójną pętelkę.
    Najmłodszy z nich Michael – wciąż starszy od Lena, choć nie tak dużo – odzywał się najrzadziej, a kiedy w końcu mówił, połykał końcówki wyrazów. Mimo to bracia wtedy cichli, wsłuchując się w to, co ma do powiedzenia. Mickey często się z nimi zgadzał i najszybciej uginał się pod naciskiem, choć nie wiadomo było, co naprawdę myśli. Lenowi najłatwiej było go zrozumieć.
    Wszyscy oczywiście kochali swojego ojca, naturalnie, że tak, kochali do tego stopnia, że słychać było unisono trzask trzech serc, które łamały się na widok cierpienia staruszka. I jak tu się opiekować, gdy tak wewnętrznie krwawisz? I jak tu się opiekować, gdy wojaże po Europie wołają? No, nijak. W sukurs Ear Me Out – i Len do wynajęcia, wcielający się w umiłowanych potomków. Nie był podobny do żadnego z nich, umiał odegrać każdego.
    Wyglądem się nie przejmuj, zapewnił Rick. Tatuś mało już ogarnia, nawet nas między sobą nie rozpoznaje… Ostatnio wziął moją żonę za Micka.
    Zwykle nie brał takich zleceń. Zwykle wolał konstruować nieistniejące postacie, a nie wcielać w tych, którzy żyli naprawdę. Przede wszystkim pewniej się czuł, kiedy kontrakt był jasny – czyli gdy udawał bliskiego osoby, która go wynajęła i która znała prawdę. To jednak przyjął, bo kasa była dobra, i bo wystarczyło parę dobranych pod niego argumentów, by dał się przekonać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzisiaj był Mickiem – dlatego potulnie zgodził się na pranie. Jako Rick musiałby wdać się w dyskusję, a potem ze zniecierpliwieniem przejąć od ojca widelec i go nakarmić; jako Nick roześmiać się i zmienić temat, najchętniej proponując wyjście na zewnątrz.
      Co zresztą nie było takim głupim pomysłem.
      Len odwiązał śliniak i zdjął go z piersi Abe’a, a potem wytarł mu usta chusteczką.
      – Co tata teraz chciałby zrobić? – zapytał cicho, tonem Michaela. Jako jedyny z trzech synów zwracał się do ojca w trzeciej osobie.
      – Szachy. Na dworze – zarządził Abe.
      Len stłumił westchnięcie, bo wiedział, że Mick nie zareagowałby w ten sposób. Abe nie umiał grać w szachy, co nie przeszkadzało mu uważać się za arcymistrza.
      Żeby wyjść na podwórze, musieli opuścić mały pokoik, przejść przez korytarz i największy z salonów, mijając przy tym pracowników domu opieki. Lena to nie martwiło, już nie. Synowie Abe’a jakoś sprawili, że mógł tu bywać – nikt go nie niepokoił. Zwłaszcza pracowniczki wydawały się zadowolone z jego obecności, a wręcz wypatrywały odwiedzin.
      Ciężko było się im dziwić. Kto by się nie cieszył na przybycie młodego, na oko bardzo sprawnego mężczyzny, który choćby na kilka godzin gotów wziąć na siebie ciężar ponad dwustudwudziestofuntowego Abe’a?
      Dźwignął go teraz na nogi i pozwolił się o siebie oprzeć. Przemarsz był drażniąco powolny, jak zwykle, i nie sposób było przyspieszyć. Po paru minutach wędrówki po korytarzu stanęli naprzeciw nieznanej Lenowi kobiety; gdyby był sam, prześlizgnąłby się bokiem, ale w obecnych okolicznościach nie był w stanie.
      – Przepraszamy – mruknął niewyraźnie, aż ostatnie głoski zaczęły się rozpływać.
      – Synu, nie mamrocz jak potłuczony – obsobaczył go Abe. – Płaciłem za twojego logopedę do czternastego roku życia!
      – Niech tata da spokój – odpowiedział spokojnie Mickey, a Len się ucieszył, że wrzącej krwi nie da się poczuć przez skórę.

      Len Weston

      Usuń
  11. [Nie zaszkodzi spróbować coś razem stworzyć, osobiście widzę go dzwoniącego do wróżki 🧚 Zapraszam na chat google, jeśli nie korzystasz to na pocztę tusznapapierze@gmail.com]

    Jonatan Barlett

    OdpowiedzUsuń
  12. Gdy Len – podczas pierwszego spotkania z synami Abe’a – poniżył się na chwilę do parteru po upadły na dywan widelczyk, odkrył, że fleki butów Mickeya są kompletnie zdarte. A więc jednak. Wystarczyło na moment zmienić perspektywę i od razu widać, że najmłodszy z braci twardo stąpał po ziemi – choć niby jego myśli wiecznie fruwały wśród chmur.
    Teraz Len poszedł w jego ślady i wbił obcasy w podłogę. Stanęli na środku wąskiego korytarza, a wraz z nimi – jak się zdawało – zatrzymał się też czas i wszelki przepływ powietrza. Tylko pot wciąż spływał po Abie, lepiąc koszulkę do jego ciała i do ciała Lena przy okazji też. Staruszek źle znosił upały, a Len nie znosił sytuacji niezręcznych jak obecna. Ręka Abe’a, przerzucona przez ramię, mocniej dociskała go do gruntu. Mógłby przysiąc, że ściany drgnęły, ścisnęły się ku sobie – i wszechświat nagle skurczył się, mieszcząc w sobie tylko ich trójkę.
    Kim była stojąca przed nimi kobieta? Nie wiedział – i nawet nie mógł uważnie się przyjrzeć, skryty za nieśmiałością Mickeya i częściowo też za zwalistą sylwetką Abe’a, wysuniętego na pierwszy plan, przyjmującego na siebie wszystkie słowa, skazującego swojego syna na rolę niemego świadka rozmowy.
    Nie widział też twarzy Abe’a, ale nie musiał, by usłyszeć, jak rozsłonecznia się w uśmiechu. Każdy z synów doświadczał nieco innego rodzaju miłości.
    Król Richard był dumą, jak każdy pierworodny, wyczekiwany dziedzic, zamieniający członków rodziny w paziów i damy dworu, dostępnych na najmniejsze nawet skinięcie. Z mocną głową, przygotowaną na koronę, i jeszcze mocniejszymi barkami, gotowymi do dźwigania odpowiedzialności.
    Mickeyowi poskąpiono przywilejów władcy – otrzymał za to przywileje najmłodszego. Nie mógł być królem, mógł być za to książątkiem, ukochanym przez samo istnienie. Może nie ściągnięto by mu gwiazdki z nieba, ale od razu zaprzęgnięto kare konie do karocy, gdyby pokonał niepewność i o nie poprosił.
    Jednak prawdziwe szczęście ucieleśniał Nicky. Mimo że nie był upragniony jak Rick ani wychuchany jak Mick, to przy nim uczucie rozlewało się w wyjątkowy sposób. Sam kleił się do ludzi jak landryneczka, ale miłość Abe’a bardziej przypominała ziołową pastylkę – niby cukierek, więc słodycz, a jednak z domieszką czegoś gorzkawego. Może wyrzutów sumienia? Len nie wiedział, skąd się to wzięło; czuł tylko, że kiedy wchodził do pomieszczenia, odgrywając Nicka, ojciec zachowywał się czasem, jakby właśnie słońce wyszło zza chmur i wpadło przez okno.
    Z Mickeyem było prościej.
    – Dzień dobry – wymamrotał jego tonem, ale słowa wpadły w kołnierz Abe’a i chyba nie dotarły do stojącej przed nimi kobiety.
    I tak stali, stali, aż stał się przedmiotem oględzin. Chętnie by spod nich umknął – to przecież on był tym od patrzenia, przefiltrowywania ludzi przez własne spojrzenie, a nie wpadającym w oko innych; cudza tożsamość go jednak unieruchomiła.
    Oczy Lena były węższe, jaśniejsze, w zależności od otoczenia raz błyskały zielenią, innym razem na niebieskawo, czasem szarością, a bywało nawet, że żółciły się w świetle; zupełnie niepodobne do oczu Micka. Jak zresztą i ręce. Kiedy się witali, blada dłoń Mickeya kompletnie zniknęła w uścisku Lena.
    W ciemnościach można by się pomylić. Aż szkoda, że spotkali się w samo południe.
    – Tak – potwierdził. – Mickey. Poznaliśmy się. Już.
    Zdanie było dziwnie urwane, jakby siatka pełna słów nagle pękła i wyrazy ze stukotem rozsypały się po ziemi. Len mówił na modłę Micka i na jego modłę przełknął ślinę. Czuł prześlizgujące się po nim spojrzenie, jakby ktoś przez ucho chciał mu zajrzeć do umysłu; aż łaskotało po potylicy. Kusiło, by spojrzeć wprost na rozmówczynię, ale przecież – skoro już wyszedł z siebie, to teraz nie mógł wyjść z roli.
    Mickey rzadko spoglądał w oczy – raczej wybierał pojedynczy element w bliskiej ich okolicy i na nim skupiał wzrok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciężkie kolczyki kołysały się niespokojnie, w tę i we w tę, a jednak w rytmie płynniejszym niż przedziwna mowa Mickeya. Wraz z nimi kiwały się świetlne bliki, które aż opadły na posadzkę i zagasły w geometrycznej jodełce. Podążał wzrokiem w lewo i prawo, w prawo i lewo, prawie jak hipnoza, lewo-prawo, lewo-prawo, Mick-ey, Mick-ey, słyszał w brzęku. Błyskotki ruchliwe jak błyskotliwość ich właścicielki.
      Kim była, doprawdy, kim była? Przecież niby opowiedzieli mu o wszystkim – a zgodnie z relacjami, bracia nie mieli żadnej relacji z kimkolwiek spośród pracowników. A tu proszę.
      – No już tam, cicho, sza! – oświadczył Abe. – Idziemy pograć w szachy. Chcesz zobaczyć, jak matuje mojego Mickeya, złociutka?
      Gra w szachy, zważywszy na porę, będzie polegała na tym, że Abe rozłoży się na leżaku, nakaże rozsunąć nad sobą parasol, a potem przesuwać Mickeyowi figury po planszy zgodnie ze swoimi poleceniami. Po paru ruchach utnie sobie drzemkę.
      Lepiej, jakby teraz zdołał uciąć też tę rozmowę.
      – Możemy? – zapytał delikatnie Mickey.
      – Tak, tak, chodźmy, skarbeńku.
      Len chętnie znalazłby się teraz tam, gdzie prawdziwe skarby – głęboko pod ziemią.

      Len Weston

      Usuń
  13. Nie jest źle w tym Amazonie. Koledzy narzekają, że bolą ich plecy, że ludzie niemili, że szefostwo nie takie, ale Magnusa to właściwie żadna z tych bolączek nie dotyczy. Bo ciężkie paczki traktuje jak trening – może dzięki temu oszczędzić na siłowni, trzeba tylko dobrze chwytać i uważać, żeby nic sobie nie naciągnąć. W każdym razie, frajda i luzik, a do tego bez czekania na sprzęt. I tak, trafiają się niemiłe wały czasami, ale to też niezłe przygotowanie, tyle że do występów. Aktorstwo również wymaga treningu, więc sobie ćwiczy, zabija ich życzliwością, choć najchętniej traktowałby środkowym palcem. Uśmiecha się szeroko, tłumaczy spokojnie, oferuje wniesienie paczki, a na koniec jeszcze życzy miłego dnia. Chłop marzenie. No i wyćwiczone, next. A szefostwo? No szefostwo może i kiepskie, ale nie ma z dziadami za dużo wspólnego, więc wystarczy unikać. Albo można zyskać kilka punktów u kolegów i dołączyć do narzekania, oj oj, jak jest źle. A że źle nie jest, to Mange skłania się ku opcji pierwszej.
    Jeździ tak od miesiąca, rozwozi paczki i stara się nie nudzić. Wymyśla, co właśnie niesie. Ta mała paczuszka to na pewno pierścionek zaręczynowy. Z Amazona. Ta wielka paczka, w której coś się przewraca to pewnie rower w częściach. Albo puzzle. Świetna zabawa przez jakieś dwadzieścia minut. Później myśli już o ludziach, których spotyka. Ten typ z krzakiem zamiast wąsa, co wygląda jakby miał Magnusowi machnąć amerykańską flagą przed twarzą z pewnością zamówił coś wstrętnego. Trumpowe naklejki. Albo dmuchaną lalę z twarzą prezydenta. Tamta kobieta, co otworzyła drzwi dopiero po trzecim dzwonku, zabiegana i zmęczona na pewno zamówiła kneble dla jęczących w tle dzieci.
    Wciska guzik na domofonie, tym razem zostaje wpuszczony szybko. I jeszcze ciężko wymyślić do kogo zmierza i co właśnie trzyma w dłoniach. Ciężkie cholerstwo, ale to żadna sztuka. Jak ktoś zamówi czterdzieści kilo (albo frajersko, osiemdziesiąt osiem, przecinek osiemnaście funtów) mąki to też będzie się wnosiło źle, a zakupy nieciekawe. Dociera na drugie piętro zmachany tylko w trzynastu procentach, więc całkiem nieźle - przeciera czoło i puka.
    — Dobry! Paczkę mam. Tylko ciężka jest strasznie, więc wniosę — mówi, głową skinając w stronę korytarza. I nawet nie czeka na odpowiedź, tylko wchodzi do mieszkania, odkłada zamówienie na ziemię i odwraca się w stronę kobiety, która otworzyła mu drzwi. Normalnie to by wyszedł od razu, bo to jednak niegrzeczne tak się komuś wpychać na chatę, ale tym razem stoi w bezruchu i patrzy. Bo za babką (która nie ma ani wąsa ani krzyczącego dzieciaka) dzieją się cuda. Nikt nie zmienia wody w wino, ale nie musi, bo cuda na kiju mogą mieć też inne oblicza. Na przykład ten pokój: bo pierwsze co widzi to kryształowa kula i już mu się oczy świecą.
    Strasznie niegrzeczny, wymija dwoma krokami kobietą i opiera dłoń na framudze, głowę wciskając do tajemniczego pokoju. No bez jaj, co za przygoda! Oczy śledzą przeróżne przedmioty i ma ochotę dotknąć każdego kamienia i może rozsiąść się na fotelu. Przede wszystkim jednak dowiedzieć się czy w paczce nie ma może jakiegoś magicznego dziwadła. Ale by było!
    — Ale pokój! — mówi w końcu, odwracając się w stronę kobiety, podekscytowany jakby ktoś zaoferował mu powrót do drag race’u. Zamiast tego ma tajemniczą paczkę i jeszcze bardziej tajemniczy pokój więc też na wysokim poziomie! — Nie gadaj, że jesteś jakąś czarodziejką. Wróżką? Super sprawa, mega fajnie.
    Super sprawa, mega fajnie jest faktycznie, bo znów spogląda przez ramię kobiety, żeby wzrok zawiesić na tej kryształowej kuli, co go kusi najbardziej. Piękna sprawa, warta eksploracji.
    — A powróżysz mi? Najlepiej z kuli. — Pytanie rzuca lekko jak konfetti, uśmiechając się dużo ładniej niż do tych ludzi, co trzeba ich zabić życzliwością. Tę babkę może zabić jedynie ciekawością, ale to przecież tylko pierwszy stopień do piekła, jakby był niżej to by się martwił, a tak to nie ma czym.

    Magnus Valtersson

    OdpowiedzUsuń
  14. Hala targowa tętniła życiem, choć w otoczeniu nie było uporządkowanej elegancji, błyszczącej luksusem. Wszystko mieszało się ze sobą, jak w barwnym kalejdoskopie. Na długich stołach, przykrytych ciemnymi tkaninami, połyskiwały kamienie w każdym możliwym kolorze, od surowych brył aż po niewielkie okazy minerałów, których nazw nikt nie próbował zapamiętywać. Pomiędzy nimi leżały ręcznie obrabiane kamienie, fragmenty skamielin, czy nawet egzotyczne muszle przywiezione z najróżniejszych zakątków świata. Niektóre stoiska wyglądały jak niewielkie galerie jubilerskie, bo na aksamitnych podstawkach prezentowano pierścienie, czy bransolety, często wykonane w pojedynczych egzemplarzach. Złoto mieszało się ze srebrem, kamienie szlachetne z surowymi minerałami, a wśród tego wszystkiego można było znaleźć prawdziwy miszmasz kultur. Indiańskie amulety, afrykańskie koraliki, biżuteria inspirowaną dawnymi wierzeniami – wybór był tak wielki, jak wielka była hala targowa i cały ten festiwal minerałów, który organizowano tu co drugi rok. A ludzi kręciło się naprawdę sporo, choć dla większości była to po prostu okazja, żeby upolować coś w dobrej cenie, albo świetny sposób na znalezienie nietypowej ozdoby, która dobrze prezentowałaby się na półce w salonie. Na pewno byli też tacy, którzy kolekcjonowali minerały dla samej przyjemności ich posiadania, ale zapewne znalazłoby się również kilku prawdziwych pasjonatów, potrafiących godzinami rozprawiać o strukturze kamienienia czy jego pochodzeniu. Z drugiej strony nie każdy musiał przecież przychodzić tutaj po to, żeby podziwiać ich piękno. Dla niektórych ważniejsze były przypisywane im magiczne właściwości czy znaczenie, jakie od wieków nadawano poszczególnym kamieniom, dlatego dosłownie każdy mógł znaleźć tu coś dla siebie.
    A Tanner przechadzał się pomiędzy stoiskami bez konkretnego celu. Co jakiś czas zatrzymywał się przy którymś z nich, pochylał nad gablotą albo brał do ręki interesujący go przedmiot, obracając go powoli między palcami. Nie szukał niczego konkretnego. Przynajmniej nie w teorii. Lubił jednak takie miejsca, bo można było znaleźć tutaj rzeczy, których nie dało się wypatrzyć gdziekolwiek indziej. W kieszeni marynarki miał oczywiście kilka własnych kamieni, takich niewielkich, ale całkiem ciekawych okazów, które zabrał ze sobą na wszelki wypadek, bo nie byłby to pierwszy raz, gdy zamiast pieniędzy zaproponował komuś wymianę. Pieniądze bywały dość nudnym środkiem płatności, kiedy obie strony miały przy sobie coś, czego ta druga mogła naprawdę chcieć, więc zawsze warto było mieć przy sobie coś, co mogło okazać się interesującą kartą przetargową.
    Podszedł więc do kolejnego stanowiska, zatrzymując się pomiędzy innymi zainteresowanymi, którzy z nie mniejszą uwagą przeglądali wystawione okazy. Przeczesał spojrzeniem cały stół, przesuwając wzrok po kolejnych minerałach, aż ten zatrzymał się na mosiężno-żółtym kamieniu o bardzo ciekawym kształcie. Iskrzyk. Albo piryt, jak kto woli. Pochylił się nieco, przyglądając mu się uważniej, bo już na pierwszy rzut oka jego uwagę zwróciło charakterystyczne rozszczepienie u podstawy. Kamień był ewidentnie rozczłonkowanym bliźniakiem, a symetryczne pęknięcie sugerowało, że pierwotnie stanowił zrośniętą ze sobą strukturę. Na temat pirytów pisał kiedyś publikację, dlatego ten konkretny okaz przyciągnął jego uwagę. Były to pod wieloma względami fascynujące minerały, tak wrażliwe na wilgoć i lekko kwaśny odczyn skóry, że nawet zwykłe dotknięcie palcem mogło po kilku dniach pozostawić na ich powierzchni rdzawy ślad. Dlatego ten, który leżał na stole, miał już te specyficzne przebarwienia. Gdyby był pełnym bliźniakiem, byłby bardziej wartościowy, ale pewnie został kiedyś przełamany, bo przecież co dwa to nie jeden. Tak czy inaczej wciąż był ciekawy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego Tanner wyciągnął dłoń, chcąc złapać go u podstawy, a wtedy jego palce zderzyły się z tymi, które należały do widocznie zainteresowanej niż również kobiety. Poniósł na nią spojrzenie i uśmiechnął się, przeczuwając, że jej zainteresowanie tym kamieniem nie było przypadkowe. Piryty do złudzenia przypominały złoto, dlatego nazywano je złotem głupców. Ustąpiłby, ale ten okaz był ciekawy i chętnie wziąłby go pod lupę, więc szkoda, żeby stał i kurzył się gdzieś na półce.
      — Widzę, że nie tylko mnie przyciągnął. — Zerknął na jej dłoń. — A podobno na takich targach najtrudniej jest właśnie znaleźć coś interesującego. Chyba zaczynam zmieniać zdanie — dodał wymownie, przyglądając jej się ze wspomnianym zainteresowaniem. — Powinna mi pani powiedzieć, dlaczego akurat ten. Jestem ciekaw, czy mamy podobny gust — zachęcił, znów posyłając jej uśmiech.

      Tanner Morgan

      Usuń
  15. [Dzień dobry ☺️ Powoli wygrzebuję się z zaległości odpisowych, więc pora wygrzebać się także z zaległości w powitaniach. A że narobiłam sobie tych zaległości, to nie pierwszy raz, kiedy zaczęłam czytać kartę Helen, ale pierwszy, kiedy ją skończyłam i ojej, ten ostatni akapit robi robotę 💔 Tak Helen, jak i wróżka Lea bardzo mi się podobają. Myślę, że wróżka Lea to najbardziej twardo stąpająca po ziemi wróżka, z jaką miałam do czynienia, a jednocześnie nie brakuje jej magii. Jeśli o mnie chodzi, to z powodzeniem powinna nadal czarować, czy to w domu opieki, czy to na czacie ☺️
    Przy okazji niech czaruje także na blogu! Zostańcie z nami na długo, z wątkami, które nie dają spać po nocach 🧡]

    MAXINE RILEY & IAN HUNT

    OdpowiedzUsuń