Len Lenny Weston
(28 lat; zawodowo casting associate & scout; po godzinach współwłaściciel EAR ME OUT)
(28 lat; zawodowo casting associate & scout; po godzinach współwłaściciel EAR ME OUT)
Gdy świat stoi na pasach i czeka, aż zamryga zieleń, Len przechodzi na czerwonym. Nie obraża się na zasady – właściwie w ogóle nie bierze ich do siebie. Dobrze, że istnieją, ale po co od razu ich przestrzegać? Bez przesady. Przecież się spieszy.
Więc kroczy. Najpierw idą uszy, potem nos – i dopiero na końcu cała reszta. W poprzednim życiu pewnie był gryzoniem, rodzajem myszowatego, może szczurkiem przeciskającym się przez szczeliny, może myszoskoczkiem, który czeka, aż ktoś go pogłaszcze po grzbiecie.
W tym życiu akurat jest człowiekiem. W tym życiu przeżył już wiele żyć. Początek był niewinny. Działo się to, gdy Lenny miał siedemnaście lat i został wolontariuszem w hospicjum. Jedna z pacjentek wzięła go za wnuka – pierwszego dnia nie zaprzeczył, przez następne siedem też nie.
Od tamtej pory odgrywał już role czyjegoś dzieciaka, przyjaciela z dzieciństwa, księdza nawet. I bliskiego, z którym ktoś nie zdążył się pożegnać. Taki aktor osobisty, na drugą nóżkę i na drugi etat, zawsze do wynajęcia – razem z bratem stworzyli nieoficjalną agencję aktorską Ear Me Out i oferują ludziom właśnie to. Jeśli zapłacisz, przyjdzie jako twój chamski znajomy i powie sąsiadowi, że wszyscy mają dość jego dowcipów. Przetańczy noc na weselu. Usiądzie naprzeciwko ciebie w swetrze zmarłego syna i pozwoli wyznać wszystko, co powinno było paść wcześniej.

Radykalnie dobry, skrajnie nieetyczny. Len odbierze telefon o czwartej rano, pojedzie przez pół miasta i usiądzie obok kogoś na podłodze, dopóki ten nie przestanie płakać. Może przy okazji odwołać kolację z dziewczyną albo zapomnieć o urodzinach brata, nie ma problemu. To znaczy – oni zwykle mają.
Z obcymi idzie mu łatwiej. Obcy potrzebują od niego konkretnej rzeczy. Obecności na pogrzebie. Przykręcenia szafeczki. Ramienia, na którym można się wypłakać. Bliscy chcą Lena, a to zamówienie, które często pozostaje poza pakietem.
Na przeprosiny może się uśmiechnąć, choć wygląda wtedy, jakby wypchał sobie policzki jabłuszkami. Siostra powiedziała kiedyś, że uśmiech Lenny’ego czyni cuda – leczy trądzik, nawadnia pola. Cuda należy sobie dawkować, tak mówią zasady. A Len na zasady się nie obraża, właściwie to w ogóle nie bierze ich do siebie.
[Dzień dobry, część i czołem, witam serdecznie Twoją kolejną postać :) Do Leifa po jego powrocie nie przyszłam, bo przechodziłam wtedy małe wyeksploatowanie blogowo-wątkowe, ale już co nieco sobie odpoczęłam, więc przychodzę do Lenny'ego, żeby nadrobić.
OdpowiedzUsuńCudna postać 💙 I cudnie napisana karta, bo wybrzmiewa w niej to, co w moim odczuciu wybrzmieć powinno - ile ciężkiej głębi kryje się pod tą lekką powierzchownością.
Kusi mnie wątek, bo podoba mi się, jak piszesz i podoba mi się Lenny, więc jeśli masz ochotę na burzę mózgów, to zapraszam, najlepiej pewnie do Maxine, bo z nią będzie najbardziej po drodze. A burza mózgów, bo o ile już sobie odpoczęłam, o tyle wenę muszę dopiero na nowo rozkulać i proszę o pomoc w tym względzie ☺️
Wedle naszych wyliczeń z liskiem, Maxine i Andrea powinny być już po obronie dyplomu, więc może możemy pójść w jakieś filmowe klimaty? Może Len pomógłby się Max gdzieś zaczepić, jeśli ma jakieś ciekawe znajomości? Tylko najpierw musieliby się gdzieś poznać, ale o to pewnie nie będzie trudno. Może Len wcielałby się w rolę czyjegoś partnera na weselu kogoś z dalszej rodziny Max? Tak stereotypowo, jakiejś starszej siostry panny młodej, której matka suszy głowę o to, że ta jeszcze się nie ustatkowała, podczas gdy jej młodsza siostra jest taka idealna i wychodzi za wspaniałego człowieka?
Daj znać, co Ty na to, a przede wszystkim, czy masz czas i ochotę na pisanko ☺️]
bardziej MAXINE RILEY niż IAN HUNT
[Nazwa agencji jest złotem i jestem przekonana, że pocztą pantoflową, szeptana z uszka na uszko, cieszy się dużym powodzeniem 😁Tak jak i Leif, tak Len wydaje się być całkiem sympatycznym jegomościem. Gdybyś miała ochotę na zmontowaniem czegoś z którymś z mojej dwójki do śmiało dawaj znać - wiesz, gdzie mnie znaleźć . Może ktoś potrzebowałby wynająć parkę do udawania, że ma znajomych i Tamsin by mu się przydała...?🤔
OdpowiedzUsuńBaw się przewspaniale i samych ciekawych wątków z Lenem! 😁 ]
Tamsin Passalis i Ivan Voronin
[Piękne zdjęcie dostał Lenny i wygląda na nim jednocześnie jakby cię mógł przewieźć na drugą stronę jeziora, jak i zdzielić wiosłem przez głowę, bo go strasznie nudzisz. Jestem ogromną fanką całej karty, ale chciałabym mieć kubek z napisem "uśmiech nawadniający pola" oraz "uszy, co idą pierwsze", bo to piękne i prawdziwe słowa.
OdpowiedzUsuńMoże i Len jest nieetyczny, ale za to ma fajne uszy, więc mówi się trudno i tyle.
Wspaniała kreacja, czapki z głów.]
Magnus
[Kolejna oryginalna, nietuzinkowa postać! Hallo, jak Ty to robisz? :D Lenny wydaje się mieć kilka różnych twarzy i co najmniej parę osobowości... który Len jest prawdziwy??? No ale, KP czytało się lekko i szybko, ale kompletnie nie jestem zdziwiona!
OdpowiedzUsuńA gdyby coś, to wiesz, gdzie nas szukać, jakbyś chciała pomęczyć Lenny'ego :D]
Reilynn Bothwell & Lavender Wong & Vasilisa Dragunova
[Przeczytałam przed chwilą kartę jednego brata, a drugi wydaje się być równie barwny i ciekawy, co on! 😃 Bardzo mi się podoba ta lekkość treści, wyczerpująca, ale z nutą żartu, wciąga się to szybciutko i aż prosi o więcej 😊 Zgodzę się z przedmówcami, mega ciekawa i nietuzinkowa postać, która od razu chce się poznać bliżej 😋 Weny i masy wciągających wątków!]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
[Taka postaćkowa równowaga jest fajna, ja sama uważam, że na ten moment te postacie, które mam, zaspokajają wszystkie moje ciągoty. Póki jakieś nowe ciągoty się nie pojawią... ^^
OdpowiedzUsuńA to prawda, wątek z Leifem ma pełne prawo być preludium do tego, co nastąpi teraz, więc cieszę się, że zdążyłam się rozgrzać ^^
Czekam grzecznie na maila! I cieszę się, że udało mi się skusić Cię na wątek z uroczą Max ^^]
MAXINE RILEY
[Jak już z cichacza pisałam - Lenny jest cudowny. Zauroczył mnie ten typek, a od zdjęcia nie mogę oderwać oczu. Masz talent do tworzenia niekonwencjonalnych postaci. Każda kolejna (nieważne, że spod to druga postać, z którą mogę się tu zapoznać) jest jeszcze ciekawsza.
OdpowiedzUsuńObiecuję, o ile masz chęci, że jeśli się uporam z żyćkiem i tymi odpisami, które mam, to porwę Lena na wątek. Coś wymyślimy! ♥ Zostańcie jak najdłużej.]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
Maxine nie miała dużej rodziny, a raczej, ich podstawowa komórka rodzinna w postaci niej samej, ojca oraz matki nie utrzymywała szczególnie zażyłych stosunków z pozostałą jej częścią. Nie dlatego, że wszyscy pokłócili się ze wszystkimi, a dlatego, że po prostu jakoś tak wyszło – większość członków rodziny była rozrzucona po Stanach, więc chcąc, nie chcąc, częste, wzajemne odwiedziny nie były możliwe, lecz też należało przyznać, że nieszczególnie o nie zabiegano. Maxine nie uważała, aby było to coś złego, bo też nie czuła, aby przez to czegoś jej brakowało lub aby coś traciła. Uznawała to za zupełnie naturalny stan rzeczy, choć jednocześnie wiedziała, że było pełno rodzin, które funkcjonowały zupełnie inaczej. To jednak, jak funkcjonowały, było wyłącznie ich sprawą oraz ich wyborem, prawda?
OdpowiedzUsuńZarówno jej matka, jak i ojciec mieli po jednej sztuce rodzeństwa. Lucy posiadała starszego brata, Kevin młodszego. Podczas gdy oboje rodziców Lucy nie żyło, rodzice Kevina, oboje będący już po osiemdziesiątce, trzymali się jak na swój wiek bardzo dobrze. Maxine pamiętała dziadków po stronie mamy – babcia przegrała walkę z późno wykrytym nowotworem, kiedy Max miała osiem lat, a dziadek odszedł przed trzema laty, pokonany przez demencję. Paradoksalnie, ale to właśnie w czasie choroby dziadka częściej widywała się z kuzynostwem, z którym na co dzień w ogóle nie miała kontaktu. Jej dwie kuzynki, córki starszego brata mamy, były od niej starsze – Ann o cztery lata, Claire o siedem. Może dziś to nie było wiele, ale kiedy były dziećmi, stanowiło to między nimi przepaść nie do przeskoczenia. Maxine do dziś pamiętała, jak Ann i Claire nie chciały nigdzie jej ze sobą zabierać, kiedy były nastolatkami, bo przecież nie będą niańczyć dziecka, a ich niechęć paliła ją do żywego, co sprawiło, że cóż, sama Maxine, mimo że wtedy była dzieckiem, zapałała do kuzynek niechęcią. Nigdy nie dostały szansy, aby tę niechęć całkowicie zniwelować i teraz, jako dorosłe osoby, były sobie prawie całkowicie obce, a mimo tego, kiedy Ann rozsyłała zaproszenia na nadchodzący ślub, uwzględniła w nich zarówno państwa Riley, jak i ich córkę, Maxine.
Claire, mimo że starsza, pozostawała niezamężna, do niedawna także z nikim się nie spotykała i o ile dla Maxine było to doskonale obojętne, o tyle wiedziała od Lucy, że mama Claire, Mary, wprost nazywała starszą córkę starą panną, wytykając jej, że lata lecą i niedługo nikt jej nie zechce. Max uważała to za okrutne i nie rozumiała, jak w dzisiejszych czasach można było mieć takie podejście, ale swoje przemyślenia zostawiała dla siebie. Nie ona była od tego, aby wyperswadować ciotce, w dodatku nielubianej, ten tok myślenia i tylko ucieszyła się, kiedy przed dwoma miesiącami, na prawie że okrągłych, bo osiemdziesiątych piątych urodzinach dziadka, Claire pojawiła się z partnerem. Jej radość była jednak przedwczesna, bo niespełna dwa tygodnie później wpadła na tegoż partnera na mieście, z tym że nie był on w towarzystwie Claire, a innej kobiety. No, może nie dosłownie wpadła, bo zobaczyła ich w tej samej knajpce, w której jadła z przyjaciółmi, dostrzegając ich w zasadzie na chwilę przed opuszczeniem lokalu. A że na co dzień nie utrzymywała kontaktu z Claire, to nawet nie pomyślała o tym, żeby do niej napisać i zapytać o to, co się stało. Założyła, że ona i ten człowiek musieli się rozstać, bo było im ze sobą nie po drodze i zasmuciła się na myśl, że Mary nadal będzie męczyć Claire, nie na tyle jednak, by ten smutek przyćmił pozostały czas spędzony z przyjaciółmi.
Przypomniała sobie o tym w drodze na ślub Ann. To, że młodsza siostra miała ustatkować się prędzej, niż ta starsza miało stanowić dla Mary dodatkowy argument do pastwienia się – bo inaczej nie można było tego nazwać – nad Claire. Maxine mogła mieć tylko nadzieję, że na czas trwania uroczystości Mary odpuści i da spokój starszej córce, choćby przez wzgląd na to, że naturalnie ta uwaga powinna skupiać się na Ann.
Ślub miał odbyć się w Hudson Valley, położonym mniej więcej dwie godziny drogi od Nowego Jorku, a konkretnie w obiekcie Lambs Hill Venue. Ponieważ ceremonia była zaplanowana na piątkowe popołudnie, na godzinę szesnastą, Kevin zawczasu wystarał się o to, aby on, Lucy i Maxine mogli spędzić tam cały weekend. Zarezerwował pokój, podobnie jak większość członków rodziny, z których część państwo młodzi rozlokowali także po sąsiednich obiektach. Stąd z Nowego Jorku wyjechali przed południem, aby po dotarciu na miejsce móc w spokoju odświeżyć się oraz przyszykować do uroczystości.
UsuńMaxine nie miała osoby towarzyszącej, choć taka figurowała na jej zaproszeniu. Mogłaby zabrać Cody’ego, swojego przyjaciela, ale ten akurat był na wakacjach z rodzicami. Znalazłoby się też kilku innych kandydatów, ale Max nie miała parcia na to, aby koniecznie szukać sobie męskiego towarzystwa. Wiedziała, że będzie bawić się tak samo dobrze, z partnerem czy bez.
Stąd, kiedy o piętnastej trzydzieści była gotowa, uznała, że nie będzie czekać na rodziców i sama ruszyła ku ogrodowi, gdzie miała odbyć się oficjalna część ceremonii. Połowa rozstawionych na tę okazję drewnianych ław do siedzenia była już zajęta przez gości, a ci, którzy nie siedzieli, spacerowali po ogrodzie, podziwiając widoki, czemu nie można było się dziwić, bo Lambs Hill Venue było usytuowane na wzgórzu, z którego rozpościerał się piękny widok na dolinę Hudson.
Maxine rozejrzała się za znajomymi twarzami i dostrzegła ich więcej, niżby chciała, bowiem jej spojrzenie zatrzymało się na Claire i… jej partnerze, dokładnie tym samym, który towarzyszył jej na urodzinach dziadka, a którego później Maxine widziała z knajpce z inną kobietą. Skonsternowana, zmarszczyła ciemne brwi i zawahawszy się tylko przez ułamek sekundy, pchana dziwnym impulsem, podeszła do pary. Mimo tego, że dla niej sytuacja była co najmniej dziwna, odwzajemniła uśmiech kuzynki, który rozjaśnił jej twarz, kiedy ta ją spostrzegła.
Uścisnęły się lekko, równie lekko cmokając się w policzki.
— Claire, pięknie wyglądasz — odezwała się Maxine. — I widzę, że namówiłaś swoją drugą połówkę na krawat pod kolor sukienki — zaśmiała się krótko, przenosząc wzrok na mężczyznę, a kiedy ten się na nim zatrzymał, jej spojrzenie stało się wyraźnie chłodniejsze. — Zabij mnie, ale nie pamiętam twojego imienia, więc może… — zaśmiała się nerwowo, bo nawet jeśli ten tutaj delikwent zdradzał jej kuzynkę lub robił cokolwiek innego, ale robił to za jej plecami, czuła się głupio z tym, że jego imię kompletnie wyleciało jej z głowy. — Więc może uznajmy, że ty masz pełne prawo nie pamiętać mojego — wybrnęła i wyciągnęła ku niemu dłoń. — Maxine.
MAXINE RILEY
[Dzień dobry! Dziękuję za powitanie i przyszłam pochwalić obu panów, bo dawno mnie nie rozbawiły tak obie karty. Klasa.
OdpowiedzUsuńCo do wiary i przekonań, to cóż, na pewno dałoby się dyskutować i to dużo. Jakoś jednak postawę Mattie w tym temacie było trzeba przedstawić, bo uważam, że to ważny element całokształtu jej charakteru.
Bardzo bym chciała ją zestawić z tak nieetyczną osobowością jak Lenny, bo mogłoby być ciekawie i rozpętać się małe tornado, a wyjść coś z tego i dobrego by mogło. Bo przecież nie można się zamykać na ludzi, którzy są inni od nas, prada?
Jeśli jakaś wizja natknięcia się na siebie właśnie w skrajnych okolicznościach w pracy czy na jakimś pogrzebie Ci się widzi, to chętnie to wykorzystamy.]
Mathilde Stevenson
[Pointa i pointy – piękne połączenie, cześć! Josie chętnie podniesie wysoko zarówno głowę, jak i nogę w grand battement, aby pokazać rodzicom, że nauczyła się nie tylko tańczyć (choć chyba do tego jeszcze długa droga, w końcu dopiero co zaczęła).
OdpowiedzUsuńZakochałam się w obu panach, Josie na pewno też by ich polubiła. Chodźmy razem pouśmiechać się szeroko i uleczyć całe zło. Jeśli wolisz wrzucić właśnie Lenny'ego, to chętnie poznamy tego prawdziwego, nie tego na weselach i pogrzebach. Choć kuszące jest to, aby wynająć go do rozliczenia się z rodzicami, ale to Josie musi zrobić sama.]
Josephine Lincoln
[Bardzo mi się pomysł z oszukanym księdzem podoba! Proponuję, żeby to w ogóle był pacjent Mattie z OIOMu, który faktycznie jest w ciężkim stanie i któremu może nawet musiała pomagać w załatwienia usług Lenny'ego. Oczywiście, że nie omieszkałaby przy tym wygłosić swojej dezaprobaty do takich pomysłów i do pacjenta i do pana aktora, bo jednak budzi to w niej wiele moralnych problemów. A, że się reszta oddziału zainteresuje wizytą księdza, to zupełnie normalna sytuacja i w sumie dodatkowo komiczna w tej sytuacji. Punkt wyjścia jest to na pewno :)]
OdpowiedzUsuńMathilde Stevenson
[Słuchaj, w tej głowie nie ma ograniczeń, kazania prawić zdecydowanie lubi, gorzej z załatwianiem takich rzeczy x)
OdpowiedzUsuńMyślę, że chyba wygodniej byłoby już na oddziale. Ja w razie co mogę nam zacząć :)]
Mathilde
Czasami łapała się na tym, że miała za dobre serce. Naprawdę. Ilu osobom z jej zmiany czy w ogóle współpracownikom chciałoby się bawić się w coś takiego?
OdpowiedzUsuńNo dobra, ¾ z tych ludzi to równie łaskawe dusze i naprawdę starają się ułatwić niedolę przykucia do łóżka pacjentom na oddziale intensywnej terapii.
Ale żeby porywać się na coś takiego?
Popijając świeżo zaparzoną kawę znad papierów i stacji monitorującej stan pacjentów, wciąż nie mogła uwierzyć w co się wpakowała i do czego się przysłużyła. Lepiej, za minut kilka miała być świadkiem całej tej farsy, w którą została wplątana.
Ale po kolei.
Pan Robinson był uroczym starszym panem, jej pacjentem, który leżał już u nich czwarty miesiąc i perspektywy miał mówiąc pozytywnie - niezbyt rokujące. Ilekroć próbowano go rozintubować czy zmniejszać dawkę leków, zaraz im się zapadał. Walczyli już nie jedną noc o jego życie. I nadal był z nimi. Niestety z tracheotomią i przykuty do łóżka, pomimo usilnych wyczynów fizjoterapeutów z jego osobą. Potrafił posiedzieć kilka minut, ale to był szczyt jego możliwości.
Niemniej jego rodzina świadoma całej sytuacji gorąco namawiała go na pojednanie z Bogiem, czego ten uparcie nie miał zamiaru do tej pory uczynić. To Mattie zupełnie rozumiała, od dawna traktując nawrócenie na łożu śmierci jako objaw hipokryzji. Tak jak i wpychanie na siłę opłatka do ust umierających, byle kapelan mógł podnieść sobie statystyki. Moralnie, w obu przypadkach jej zdaniem była to okropna sytuacja.
Ponieważ jednak poza leżeniem i rozmyślaniem, jej pacjent nie miał za wiele do roboty, tak któregoś pięknego dnia przy śniadaniu, a potem toalecie, zaznajomił ją ze swoim iście przebiegłym planem. Chciał wynająć aktora, który miał odegrać przed rodziną szopkę, jak mężczyzna przyjmuje na niby sakrament i nawraca się na jedyna słuszna wiarę. Wszystko po to, by w końcu się od niego odczepili.
W pierwszej chwili myślała, że robi sobie z niej żarty, ale kiedy kolejnego dnia podjął próbę z tą samą prośbą, odmówiła tłumacząc jak ohydne, nieuczciwe i niemoralne to jest, a ona nie chce brać w tym udziału. Pan Robinson był dorosłym mężczyzną, szczęście lub nie, świadomym, a zatem powinien stać przy swoim zdaniu i rodzinie jasno dać do zrozumienia jakie ma stanowisko w tej sprawie.
Niestety nie poddał się tak łatwo.
Męczył ją bite dwa tygodnie, na każdej zmianie, prosząc by wykonała w jego imieniu telefon do agencji Ear Me Out. I w końcu się zgodziła.
Mało rzeczy stresowało ją jeszcze w tym życiu, ale ten telefon był jedną z takich sytuacji. O dziwo, rozmowa przebiegła całkiem łatwo, a jej rozmówca w ogóle nie wydawał się zdziwiony problemem i potrzebą, które mu nakreśliła. Doprawdy, świat robił się coraz dziwniejszy.
Tak zatem czekali - ona, pan Robinson i cała jego najbliższa rodzina.
Mathilde nie odważyła się przyznać nikomu ze zmiany, o tym co miało mieć zaraz miejsce. Takich rzeczy nie można psuć zawczasu, a bawią zawsze bardziej po fakcie.
Wtem rozległ się dźwięk dzwonka na oddział i Mattie odruchowo spojrzała na zegarek, a następnie na swojego pacjenta, aby się upewnić czy to pora na ich wyczekiwanego gościa.
— Tilly, jakiś ksiądz do pana Robinsona. — usłyszała pytanie od koleżanki na zmianie i kiwnęła potakująco głową.
— Wpuść go. Już po niego idę. — odpowiedziała podnosząc się z fotela i wychodząc naprzeciw wejścia na oddział.
Jasne, że była ciekawa jak wygląda człowiek, który para się tak niemoralnym zajęciem!
O dziwo był zupełnie normalny.
— Hej, jestem Mattie, to ze mną rozmawiałeś. — wyciągnęła dłoń na powitanie i zagarnęła mężczyznę ramieniem wprowadzając od razu do wielkiego pomieszczenia z 12 łóżkami. Każde było ponumerowane i zajęte. W większości byli to pacjenci nieprzytomni.
— Łóżko nr 3. Cała rodzina już tam jest. — dodała ciszej wskazując mu odpowiednie miejsce, gdzie powinien się udać, sama zaś wróciła na swój fotel, by dokończyć kawę i wnikliwie obserwować cały ten ambaras.
Siostra Miłosierdzia Mathilde
Nie miała pojęcia, czemu się zgodziła. Może to naturalna ciekawość przeżywania nowych rzeczy, które właściwie wcale tak nowe nie były? W końcu wiele razy udawała, grała, nawet na scenie nie zawsze w pełni oddawała się temu, co wychodziło spod jej palców, bo ile emocji można doszukiwać się w zapętleniu basowej sekcji? A jednak minę zawsze miała taką, jakby od każdej nuty zależał sukces całego utworu, a ona odnajdywała głębie w tej jednej nucie C, która jeszcze była pustą struną, więc już zupełnie nieciekawą. Przez kilkanaście miesięcy udawała też, że wcale nie jest ofiarą przemocy domowej i chociaż przy tym bawiła się znacznie gorzej, to była w tym całkiem niezła, ba! Nikt niczego by pewnie nie zauważył, gdyby raz nie poobijała się tak bardzo, spadając ze schodów, że jej litościwy mąż postanowił zabrać ją do szpitala. Tam niepokojące ślady zauważyła jedna z pielęgniarek, więc można było powiedzieć, że Tamsin wpadła.
OdpowiedzUsuńDzisiaj nie miała zamiaru wpaść. W umówionym miejscu była przed czasem. Włosy zafarbowała szamponetką, przez co nabrały rudych tonów – wyglądała przez to cieplej, może nawet trochę milej w szczególności, że zamiast klasycznego zestawu top i jeansy, zdecydowała się na sukienkę w kwiatki i baleriny. Nowoczesna żona ze Stepford – obcasów brakowało, bo i tak była wystarczająco wysoka, a nie chciała nikogo onieśmielać; miała być przystępna i prosta w odbiorze. Taką Emily sobie wymyśliła.
— Śmierdzi tutaj — powiedziała do Burns na przywitanie. Nie z pretensją – w końcu to nie była jej wina, bo śmierdziało kurzem i wilgocią. — Przydałoby się trochę wywietrzyć i może dać jakieś patyczki zapachowe… — zmarszczyła nos.
— Ciebie też miło widzieć. Wiem, przyjechałam przed chwilą. Pojadę na szybko do sklepu i kupię jakieś odświeżacze…
— I kwiaty. Jakieś kolorowe, bo wchodzi się tu jak do domu pogrzebowego z lat dziewięćdziesiątych — zmarszczyła nos Tamsin. Nie wiedziała, jak wyglądały wtedy domy pogrzebowe, ale mogła się domyślać, że właśnie tak, jak parter domu. Strasznego domu.
Burnes skinęła głową i nie odezwała się nic więcej, przez chwilę chyba zapominając, kto komu płaci. Zostawiła Tamsin samą, na co Passalis podskórnie liczyła. Nie chodziło o jakieś niecne zamiary, czy odpowiednie wczucie się w rolę – wtedy powinna była przypominać Morticie Adams; to miejsce zwyczajnie ją ciekawiło.
Było ciemne, chociaż okna w salonie były duże i odsłonięte. Ściany pomalowane na deweloperską modłę, czyli na modny wszędzie jasny beż, pod którym najwyraźniej próbowano ukryć ich historię, kuchnia odnowiona tak, jak Tamsin odnowiła swoją. Stare, drewniane fronty, pamiętające początek milenium, pociągnięte farbą o kolorze butelkowej zieleni, kamienny blat, niepokojąco kojarzący się z płytami nagrobnymi.
Przesuwała właśnie po nim dłonią, rozkoszując się przyjemnym chłodem i ciszą, kiedy usłyszała powitanie. Nie podskoczyła, bo spodziewała się jego przybycia, a skrzypiące na werandzie deski były w roli fanfar obwieszczających ten fakt.
— Burns pojechała po zasłonę dymną dla starości… Ma przywieźć jakieś odświeżacze powietrza. Otworzyłam okna, ale to nic nie daje — wyjaśniła, odwzajemniając uśmiech. Poprawiła kosmyk włosów, które zakręciła na końcach i podpięła po bokach stwierdzając, że gdyby była nauczycielką, którą w domyśle miała być Emily, to właśnie tak chodziłaby uczesana do pracy.
To było ciekawe. Widzieć, jak Len dosłownie na jej oczach zmienia się w Jima. Jak bezpardonowo objął ją ramieniem, jakby robił to już wiele razy wcześniej – nie poczuła się w żaden sposób niekomfortowo, bo strefę komfortu miała bardzo szeroką i wiele było potrzeba, żeby cokolwiek ją zaburzyło.
— Jesteśmy w końcu bez pamięci zakochani, a przeprowadzamy się, bo dostałeś ofertę pracy nie odrzucenia, ale w Bostonie. Bardzo nad tym ubolewam, bo uwielbiam, jak słońce wpada przez okna do salonu i jak mogę obserwować jesienią liście spadające z drzew, siedząc z kubkiem kawy na szczycie tej… Jakże malowniczej wieżyczki — raczej strasznej i wyglądającej tak, jakby przy silniejszym podmuchu wiatru mogła przechylić się na jedną stronę jeszcze bardziej. Zmarszczyła lekko brwi, widząc wybrzuszenie na dywanie w kształcie kwadratu. Klapa? Dodatkowe zejście do piwnicy?
UsuńOdsunęła się od Lena i podeszła do tego miejsca. Ostrożnie podniosła ciężki materiał, chwytając go ledwo dwoma palcami, z niezadowoleniem czując pod nimi drobiny piasku.
— O tym też mamy mówić? Len… Jak już skończymy sprzedawać, będziemy mogli zwiedzić ten dom dokładnie? Myślisz, że Burns ma klucze? — zapytała z błyskiem w oczach, bo przed nimi w istocie znajdowała się klapa z wmontowanym zamkiem. Zakryła ją szybko, i oparła ręce na biodrach, myśląc intensywnie nad tym, czym byłoby lepiej ją zasłonić – małym stolikiem kawowym, czy ciężkim pufem, bo kanapa nie wyglądała na jedną z tych, które mogliby przenieść we dwójkę.
— Pomóż mi z tym stolikiem. Zasłonimy to, żeby nikt się o to nie potknął i najlepiej nie pytał — wskazała na mebel z kamiennym blatem. Nie była to Ikea, bo z nią Tamsin poradziłaby sobie sama, a mebel, który miał z całą pewnością więcej lat niż Len, Burns i Tamsin razem wzięci. Może i on miał w sobie tajemnice?
Tamsin "Emily" Passalis
Maxine nie przepadała za wszelkiego rodzaju skandalami obyczajowymi. Szczerze nienawidziła w nich uczestniczyć i starała się robić wszystko, aby podobne skandale omijały ją szerokim łukiem, co innego jednak brać w podobnych skandalach udział, a co innego o nich słuchać. Słuchać Maxine mogła godzinami i pewnie byłaby ukontentowana, mogąc usłyszeć o tym, co przytrafiło się Claire. Bynajmniej nie dlatego, że miałaby czerpać satysfakcję z nieszczęścia kuzynki, a dlatego, że nie miała być w to nieszczęście w żaden sposób zamieszana, mogąc ograniczyć się do współczucia młodej kobiecie, która najpewniej nie miałaby najmniejszego problemu z tym, że jest singielką, gdyby nie jej nawiedzona matka i nie szukałaby kogoś, kto na dwóch następujących po sobie rodzinnych imprezach odgrywałby rolę jej partnera.
OdpowiedzUsuńTego ostatniego Maxine jednak nie mogła wiedzieć i dlatego była przekonana, że uczestnictwo we wspomnianym skandalu obyczajowym tym razem jej nie ominie, co z kolei sprawiło, że zaczęła odczuwać rosnącą irytację. Irytacja ta podskoczyła tym bardziej w odpowiedzi na śmiech Prestona, który był miły w ten charakterystyczny, mdły sposób – mdły zważywszy na wiedzę, którą młoda Riley posiadała.
Łudziła się jeszcze, kiedy Preston ściskał jej dłoń, robiąc to w ten przyjemny sposób, z pewnością i zdecydowaniem, przez co Max miała pewność, że wymienia uścisk dłoni z drugim człowiekiem, a nie, że ktoś wciska jej w dłoń śniętą rybę. Spoglądając na niego, próbowała przekonać samą siebie, że to nie Prestona widziała w tamtej knajpce, że być może coś jej się przewidziało, bo to przecież było mgnienie, kiedy już wychodziła, ale nie. Kiedy sunęła wzrokiem po jego twarzy, siłą rzeczy zerknęła także na odstające uszy, nie do pomylenia z żadnymi innymi uszami. To były te same uszy, co w tamtej knajpce, nieco nachalnie odstające od boków głowy, przyciągające uwagę, sprawiające, że to do nich uciekał wzrok. I czy Max się zdawało, czy teraz te uszy czerwieniały się delikatnie na samych czubkach?
— Jasne, nie ma problemu — rzuciła za oddalającą się Claire, zwracając się w zasadzie do jej pleców. Odprowadziła kuzynkę wzrokiem, odruchowo uśmiechając się przy tym lekko, bo Claire wyglądała naprawdę ładnie. Kiedy powróciła spojrzeniem do Prestona, zacisnęła pociągnięte bezbarwnym błyszczykiem wargi i po uśmiechu nie pozostał najmniejszy nawet ślad.
— Chętnie — odpowiedziała i gładko wsunęła dłoń pod podsunięte jej ramię Prestona, wspierając się na nim na tyle tylko, na ile wypadało w takich okolicznościach, to znaczy nieznacznie. — Nie musisz się martwić, nikt nie będzie mnie szukał — dodała lekko, może nawet wręcz słodko, w czym na co dzień nie było nic dziwnego, bo Maxine była miłą i uroczą dziewczyną, jednak teraz miało prawo zabrzmieć złowrogo.
Przeszli dalej, gdzie posadzone luźno brzozy wraz z kilkoma zwisającymi nisko wierzbami dawały przyjemny, acz nie głęboki dzień. Było tam wystarczająco wiele miejsca, by spacerować swobodnie, a pod wierzbami znajdowało się nawet kilka ławek.
Kiedy tylko Max poczuła, że słońce nie pada bezpośrednio na jej odsłonięte ramiona, co równało się z tym, że oddalili się wystarczająco od pozostałych gości, mocniej zacisnęła palce na ramieniu Prestona i lekko skłoniła się ku niemu.
— W co ty pogrywasz, Preston? — spytała bez ogródek, podnosząc na niego wzrok. — Nie więcej, jak tydzień temu, widziałam cię w restauracji z jakąś dziewczyną, która ani trochę nie przypominała Claire, więc nie może być mowy o żadnej pomyłce. Akurat pochylaliście się ku sobie i szczebiotaliście słodko, więc nawet nie chcę słyszeć, że to była twoja siostra, koleżanka z pracy czy ktokolwiek inny — mówiła szybko, początkowo nie dając mu dojść do słowa. Po kilku kolejnych krokach wysunęła dłoń spod jego ramienia, przystanęła przed nim i skrzyżowała ręce pod piersiami. — No? Słucham?
MAXINE RILEY
Choć cała sytuacja była co najmniej dziwna, to mężczyzna w koloratce sprawiał zupełnie normalne wrażenie, nic nie wydawało się podejrzane czy nienaturalne. Gdyby wydarzenie miało miejsca poza świadomością intrygi w którą Mattie była uwiązana, pewnie dałaby się nabrać. Od pewnego kroku, po naturalność wypowiedzi i nienachalność bytu, przy zachowaniu wiedzy o Piśmie, rzucaniu historiami na prawo i lewo, a przede wszystkim bez krzty niepokoju czy stresu, mogłaby powiedzieć, że to ksiądz jak każdy inny. Ot, człowiek przygotowany do swojej misji szerzenia wiary i zbierania owieczek po świecie. Z drugiej jednak strony, choć Tilly szeroko interesowała się religią wszechstronnie rozumianą oraz jej wpływem na ludzi i społeczeństwo ogółem, to jednak nie miała obycia i świadomości praktyk chrześcijańskich. Uczestniczyła w kilku wizytach w kościele, ale było to coś na zasadzie wyjątkowości odpustu i nie przykładała do tego większej wagi, ani pamięci. Nie dorastała w indoktrynacji jedyną słuszną religią, więc nie mogła w pełni ocenić jak doskonale lub też nie, fortel się powiódł.
OdpowiedzUsuńZasiadła do komputera, by uzupełnić dokumentację medyczną i dopić swoją jeszcze ciepłą kawę. Nie była przecież potrzebna przez cały czas trwania tej farsy. Zerkała tylko znad pulpitu co jakiś czas, by upewnić się, że wszystko w porządku. Zarówno w kwestii “nie tak duchownego” gościa, jak i parametrów stanu swojego pacjenta.
Prawie się jednak zakrztusiła kawą, robiąc przy tym wielkie oczy, kiedy usłyszała niecodzienne imię w odniesieniu do Pisma Świętego. Kim był kurwa Balaam?! Musiała, aż sprawdzić, czy taka postać faktycznie istniała, ale co najlepsze, nie tylko ją wprawiło to w konsternację, bo rodzina pana Robinsona również czuła się zakłopotana, gdy została postawiona w obliczu historii, które wcale nie były im znane, choć powinny. Tym chętniej ulotnili się z sali, w obliczu ostatniego namaszczenia.
Mattie patrzyła na to co robi Eli w lekkim zdziwieniu, nikt bowiem na tej sali, nie zapewniał nikomu aż takiej prywatności, a większość tutejszych kapelanów udzielała sakramentów niejako “w biegu”. Zresztą, niejeden pacjent umierał obok drugiej osoby zupełnie tego nie świadomej, dopóki na salę nie wjechał ktoś nowy. Oczywiście, część pacjentów się poprawiała, część przechodziła na inne oddziały, jechali na rehabilitację lub do hospicjum, jednak prawda jest taka, że duża część jednak takiego szczęścia nie miała. Choć śmierć była tutaj czymś na porządku dziennym pomimo pełnego zaangażowania personelu, Mattie naprawdę lubiła to miejsce. Odpowiadała jej specyfika pracy, fakt działania niejako w drużynie i pomagania sobie nawzajem oraz brak potrzeby wyrabiania ponadprzeciętnej liczby kroków, w przeciwieństwie do ER czy jakiegokolwiek innego oddziału wewnętrznego. W takich chwilach crocsy naprawdę nie zdawały egzaminu i wypadałoby mieć iście sprinterskie obuwie, tyle tylko, że kolorową gumę łatwiej było wyczyścić. Mathilde nie zliczy razy ile to miała na nich krew pacjenta, ile razy coś ulało się z cewnika lub flexa, bądź stomii, a nawet czasem dostała zalegająca flegmą przy lub po odsysaniu. Dlatego w szafce zawsze miała strój i crocsy na zmianę.
Przechodząc obok kotar łóżka pana Robinsona zajrzała przelotnie co tam się dzieje i uśmiechnęła się pod nosem na tą osobliwą wymianę zdań. Kimkolwiek by nie był ksiądz-aktor, ewidentnie poprawił jej pacjentowi nastrój. Takie chwile warto było oglądać.
Oczywiście poszła za Elim, gdy ten skinął jej głową, upewniając się, że koperta z pieniędzmi, które o zgrozo!, sama musiała wypłacić ze szpitalnego bankomatu kartą pana Robinsona, nadal znajduje się w jej kieszeni. To była szybka i łatwa robota.
— Muszę przyznać, że byłam sceptyczna, ale może to nie było takie złe… — zaczęła, gdy znalazła się z mężczyzną już na korytarzu, z dala od rodziny i personelu medycznego. — Znaczy moralnie zdaję sobie sprawę, że jest to absolutnie naganne, ale może komuś to pomogło?... Tylko nie chwal się tym zbytnio. — zauważyła, rzucając mężczyźnie groźne spojrzenie. Wolała, żeby tego typu praktyki nie były zbyt często powielane.
Usuń— Proszę księdza, proszę księdza! — dało się słyszeć okrzyki i zadyszkę w tonacji damskiej, a zaraz potem ukazała się młoda postać, z krzyżykiem na szyi, radośnie dyndającym w zagłębieniu jej pełnego, wyeksponowanego w scrubsie biustu. — Moi pacjenci też by chętnie skorzystali z księdza wizyty. To nie potrwa długo. Bardzo proszę. To wiele by dla nich znaczyło. Dla mnie też. — dodała, oczywiście z wielkim, zalotnym uśmiechem, którym zjednywała sobie lekarzy oraz pacjentów płci męskiej. Jej urok osobisty niewątpliwie działał na płeć przeciwną.
Mattie tylko przewróciła oczami na ten popis swojej koleżanki.
— Ruth, daj spokój. Obawiam się, że ksiądz Eli nie ma na to czasu. — burknęła Mathilde, łapiąc go pod ramię i ciągnąc w stronę wyjścia. Ruth jednak tak szybko nie odpuściła, chwytając mężczyznę pod drugie ramię i ciągnąc w stronę przeciwną. Zupełnie jak w przedszkolu.
— Proszę, proszę, proszę… To tylko chwila proszę księdza. — próbowała swoich zalotnych sztuczek młodsza pielęgniarka, przymilając się do Eliego z drugiej strony i czarując go swoim zalotnym spojrzeniem oraz uśmiechem. Widać, że nie nawykła do odmowy.
Tym samym mężczyzna w koloratce stał rozdarty między dwoma kobietami na środku szpitalnego oddziału intensywnej terapii. Bez pieniędzy trzeba dodać. Te bowiem nadal tkwiły w kieszeni mundurka Mattie.
Piguła roku Mattie
Tamsin skoczyłaby tylko pod warunkiem, że Len by jej w tym towarzyszył, bo chociaż entuzjazm miała szczery, to równie szczere były ciarki, które krążyły jej po plecach, odkąd tylko przekręciła mosiężną gałkę i przekroczyła próg skrzypiących drzwi. Gdyby Emily i Jim faktycznie zamieszkiwali kiedyś ten dom, to mogliby sporo pieniędzy zaoszczędzić na Halloweenowych dekoracjach, bo on w byciu niepokojącym nie potrzebował pomocy. Na co były szkielety wyskakujące w ogródki, kiedy Tammy miała wrażenie, że spod klapy mogłaby wychylić się koścista ręka i pomachać w jej kierunku?
OdpowiedzUsuńCichy, nieśmiały świst wiatru, wywołany przez przeciąg, ale tłumiony nieco przez dywany, grube tapety zdobiące wybrane ściany i obicia mebli, przypominał wyobrażenie skowytu ducha, który mógłby być tu uwięziony. Jeśli żaden nie był, to raczej dlatego, że nie istniał, niż dlatego, że nikt tu nie umarł, bo Passalis mogłaby przysiąc, że jedną z nut zapachowych unoszących się w domu, była mdląca słodycz rozkładających się zwłok. Może to dydelf, który wszedł pod werandę, ale nie znalazł nigdy wyjścia? Albo szczur, który wgryzł się w ścianę i tam utknął, już na zawsze? Może w domu nie odszedł człowiek, ale coś tu zdechło.
— Myślałam, że będzie lżejszy — stęknęła, kiedy odstawili stolik w miejsce docelowe. Pokój był na tyle specyficzny, dziwny wręcz, że stolik pośrodku, do którego nie szło sięgnąć ani z kanapy, ani z fotela, nie powinien był nikogo dziwić.
Wygładziła materiał sukienki, nieświadomie wcierając w nią pył brudnego dywanu, ledwo kątem oka dostrzegając odkrycie Lena. Nim zdążyła spytać, zerknąć mu przez ramię, czy odczytać podpis, jej uwagę odwrócił ruch na werandzie, który nie był jedną z niedojrzałych persymonek, czy krukiem, którego wcześniej przyuważyła przy podwórzu, gdy próbował otworzyć sobie klapę od śmietnika sąsiada. Hitchcock byłby w niebo wzięty, przeszło przez myśl Tamsin, bo zarówno dom, jak i całe jego otoczenie całkiem pasowało to twórczości reżysera, a przynajmniej tak kojarzyło się Passalis.
Spojrzała na wchodzącą kobietę z niezadowoleniem zauważając, że nie przywiozła kwiatów. Trudno, w domu Emily z pewnością stałyby gladiole w dużym, wysokim wazonie ze szkła weneckiego, ale Emily była wytworem wyobraźni Tamsin, więc musiała się pogodzić z brakiem mieczyków.
— Pozbędę się tego — wskazała palcem na głowę oryksa o szklanych, czarnych oczach, która wisiała tuż nad kominkiem. — To modna dzielnica, a to… To było modne jakieś sto lat temu — westchnęła, biorąc z kuchni krzesełko i już miała zamiar się wspinać, gdy Burns chrząknęła.
— Dekoratorki wnętrz nie zatrudniam.
— To mam to zostawić? — spytała, będąc już w połowie drogi do kuchni. Burns myślała przez chwilę nad czymś, patrząc to na zegarek, to na Tamsin, to znowu na biednego oryksa, który zginął prawdopodobnie tylko po to, żeby ktoś mógł nim straszyć ludzi.
— Dobra, zdejmuj kozę, powiesimy tam obrazek z komody — zdecydowała kobieta i po rzeczony obrazek udała się do przedpokoju. Tamsin przesunęła krzesło, zdjęła z niego pikowaną poduszkę i zgrabnie weszła. Emily pracowała w szkole, więc sporo miała takiej gimnastyki przy wieszaniu dziecięcych rysunków na sznurkach.
— Musiałeś być bardzo ładnym zwierzęciem — westchnęła cicho, zdejmując myśliwskie trofeum. W między czasie Burns zdążyła wrócić, odebrała więc od niej głowę zwierzęcia, jednocześnie podając ramkę ze stockowym zdjęciem gór. Sztuka.
— I gdzie to teraz schować? — spytała agentka, na co Tamsin rozłożyła ręce.
— Ty znasz ten dom najlepiej. Może w salonie pod podłogą? Jest klapa…
— Nikt nie ma klucza. Dobra, pójdzie pod schody do składzika — zdecydowała, nie wiedząc nawet, jak głęboko rozczarowała swoimi słowami Tamsin, która już wyobrażała sobie swoją podróż do wnętrza ziemi. — W kuchni jest naszykowana w puszce herbata i obok w słoiku kawa. Masz też do zaproponowania ciasto — zawołała za sobą, idąc w kierunku, w którym wcześniej poszedł Len.
Tamsin wykorzystała tą chwilę, by znowu skupić wzrok na klapie, która nie dawała jej nawet chwili spokoju, ale złapała się na tym w porę, by nie stracić zbyt dużo czasu. Zgarnęła kilka flakoników z patyczkami, po czym zaczęła rozstawiać je w kątach pokoju. Jeden upuściła niechcący, gdy na przywitanie w ciemnym kącie wyszedł jej gruby kątnik, który wyglądał, jakby to on był prawdziwym właścicielem domu.
Usuń— Kurw… — zaczęła, ale usłyszała przyspieszony krok Burns i już wiedziała, że pierwszy, potencjalny kupujący podjechał. Albo kupująca.
Podniosła się szybko, torebę z pobliskiego sklepu i kartonik po dyfuzorze, chowając do głębokiej kieszeni w sukience, w duchu przy tym dziękując za własną upierdliwość w wybieraniu kreacji.
Rozejrzała się z uważnością śledczego, doszukującego się śladów na miejscu zbrodni, ale nie zauważyła niczego, co wydawałoby się być na nie swoim miejscu. Ostatni raz spojrzała w lustro wiszące w przedpokoju, jakby chcąc się upewnić, że widzi w nim Emily, nie Tamsin i przywdziała swój uśmiech numer pięć, nie tak popularny jak perfumy o tej samej cyfrze, ale za to ładny i szeroki, więc nadrabiał fakt, że w domu pachniało odświeżaczem do toalety.
— Ooo, a to jest mój mąż, Jim — zwróciła się do nowo poznanej kobiety, gdy tylko Len pojawił się za jej plecami, z wyciągniętą na powitanie dłonią.
Na gest Lena odpowiedziała równie czułym uśmiechem, patrząc na niego z oddaniem typowym dla tych, którzy w okazywaniu swoich uczuć byli wręcz wylewni.
— Pani Robinson, może napije się Pani kawy, albo herbaty? Mam też coś słodkiego, taka godzina… — Tamsin/Emily wręcz zatrajkotała i była już gotowa zniknąć w kuchni, gdy kobieta powstrzymała ją lekkim ruchem dłoni.
— Proszę się nie kłopotać. Ile tu jest dokładnie metrów i które ściany są nośne? Ładna przestrzeń, tylko szkoda, że kuchnia jest osobno… — skrzywiła się lekko Pani Roberts i podeszła do obrazka, który zawisł kilka minut wcześniej nad kominkiem. — Tutaj pasowałaby bambi… Mój trzeci mąż ustrzelił w trakcie naszej podróży poślubnej. Biedaczek zmarł kilka miesięcy temu, dlatego szukam domu. Ciężko wytrzymać w murach przesiąkniętych chorobą — westchnęła ciężko, a Tamsin w moment doszła do wniosku, że właśnie do osoby takiej, jak Pani Roberts, ten dom pasował.
Tamsin Passalis/ Emily Jimmy
Za ten krawat należałaby się nagroda. Dla Setha, że go założył. Kto to bowiem wymyślił, żeby szacunek okazywać uwiązaniem sobie wokół szyi kawałka materiału i dlaczego ktoś ten tak nienawidził ludzi? Weston sprawdził to kilka lat temu, ale nazwisko gościa, który sprowadził to cholerstwo do Ameryki zostało przez niego wyplute i zginęło pod podeszwą. Więcej go nie wypowie.
OdpowiedzUsuńCzasem jednak wypada. Oczywiście, wolałoby się, żeby wypadły szczęśliwe numery w losowaniu albo chociaż dwa takie same symbole w zdrapce, ale Mortimer tak zrobił, że wypadało jedynie ubrać się ładnie. Może i mogli z Lenem odpuścić sobie pogrzeb: to nie tak, że chłop by ich sprawdził zza grobu, ale głupio tak po śmierci wyrzec się synostwa, które dopiero co się zyskało.
Poza tym, dopóki wszystko się nie zepsuło to robota była naprawdę świetna. Nikt nie kazał mu tańczyć. Istniało bardzo małe prawdopodobieństwo, że ktoś złamie mu nos. A do tego można sobie było nazmyślać dużo ciekawych historii i to jeszcze takich, gdzie się jest głównym bohaterem. Bohaterem przez duże B, bo przecież nie był jakimś tam nieudacznikiem z Idaho tylko Scottem-prawnikiem, co zarabiał dużo pieniędzy, miał własną kancelarię i zatrudniał aż siedem osób! I spłacony kredyt. I własny samochód. Definicja sukcesu. Oczywiście przez ten sukces właśnie tak rzadko mógł się widywać z ojcem, wiadoma sprawa.
No i, co równie ważne, mógł zmyślać z Lennym. A zmyślanie we dwójkę to jest w ogóle wspaniała sprawa, bo możesz mrugnąć do kogoś z drugiego krańca pokoju i ktoś odpowie tym samym, i oboje wiecie, że właśnie mrugacie za pieniądze. Za to wszyscy dookoła mogą jedynie założyć, że komuś wpadło coś do oka. Miło mieć kompana do tych zmyślanek-udawanek, bo choć Ear me out i w pojedynkę dawało dużo radości, w parze było zwyczajnie lepiej. Do kwadratu.
Może ta radość to słowo za duże by opisać obecne warunki, pogrzeb to bowiem żaden powód by się cieszyć, ale nawet teraz robiło się raźniej jak można było spojrzeć w bok, na brata i zobaczyć znajome ucho.
Seth włożył do ust najmniejszą kanapkę na świecie.
Jedzenie na stypie było raczej marne, a i moment średni, bo akurat dostał w żebra z łokcia i prawie się udławił. Przełknął więc wszystko, co miał w buzi, korzystają z tego, że porcja to była naprawdę niewielka i spojrzał na Lena, a potem na kobietę. I zdublował uśmiech brata, bo to był dobry uśmiech na taką sytuację.
– Jak Boga kocham — potwierdził, przytakując, choć mało energicznie, bo to jednak stypa. Trzeba się zachowywać. Działać stonowanie. Za szybko zjadł tę kanapkę, na pewno. – Aż dziwne, że o nas nie wspomniał – dodał po chwili, co by zrzucić trochę odpowiedzialności na siostrę Mortimera.
Bo w końcu, to ona powinna się wstydzić, że nie wiedziała, co słychać u brata. Oni wiedzieli. Wiedzieli, że dobrze grał w pokera. I że trzymał ogórki w szafce nocnej. I że miał dziwną sąsiadkę, która lubiła szczypać ich po policzkach. O, właśnie tę co zdawała się zbliżać do nich wielkimi krokami, mimo bardzo krótkich nóżek.
– Może kanapkę? Przyniosę – zaoferował, a zaraz potem sam podjął decyzję, a że miał długie nogi to dwoma krokami ewakuował się do stołu z przekąskami. Nie na tyle daleko, żeby nie słyszeć siostry Mortimera, ale wystarczająco, by odwrócić się tyłem do sąsiadki. A nuż się upiecze.
Seth
[Ślicznie dziękuję za tyle miłych słów i ciekawą przepowiednię – wow, chyba właśnie się spełnia, bo zrobiłam pierwszy krok (może raczej drugi, trzeci?), aby coś razem zmajstrować (wróżka Lea zazdrości, bo ona raczej nie ma takiej trafności).
OdpowiedzUsuńCudowni ci Twoi chłopcy, i ja zazdroszczę. Jeśli nie znudziły Ci się wątki aktorskie, to zapraszamy do domu opieki na „oszustwo” (tfu!) metodą na wnuczka (nawet mogłaby być zleceniodawczynią, trafi swój na swego, lub go zdemaskuje, czemu nie). A jeśli nie żal Ci pieniędzy, to zawsze zapraszamy na wróżby (teraz to Len może ją zdemaskować). Chyba że wolisz kombinować z Leifem? Bo możemy tak dalej, talia ma 78 kart. Kryształowo kulo, powiedz, jakiego wątku brakuje tym panom.]
wróżka Lea
Mathilde nie miałaby większych problemów, aby w warunkach szpitalnych wdać się w żywą dyskusję i jasno wytłumaczyć, czemu tą sytuację uważała za naganną i moralnie złą. Miejsce nie miało dla niej większego znaczenia, gdy w grę wchodziła rozmowa na tematy ważne, choć ciężkie i bardzo niejasne. Oczywiście, rozumiała czemu miało służyć to kłamstwo, a zatem co nim było można ugrać, ale w jej wartościach moralnych, długofalowo nie miało to sensu. Zwłaszcza w tak wrażliwym temacie jak wiara. Uważała, że albo się w coś wierzyło, albo nie. Tu nie było niczego pomiędzy. A udawanie wiary dla czyjegoś komfortu, nie miało w sobie sensu, nie prowadziło też do niczego. Na pewno nie do oświecenia.
OdpowiedzUsuńJasne, wychowana jako agnostyczka i obserwująca różne religie z zewnątrz, nie do końca rozumiała, jak swój kompas moralny i etyczny można pokładać w obcym istnieniu. Bóg, choć zdaniem wielu, jedyny, wszechpotężny i wszechwiedzący, nie był przecież dobry, widziała to na co dzień. Poza tym, czy w takim wypadku Latający Potwór Spaghetti był w jakikolwiek sposób gorszy? Rozumiała jednak, że większość społeczeństwa potrzebowała w ten konstrukt wierzyć, dla własnej wygody w obcowaniu ze światem. Czy było to głupie i naiwne jej zdaniem? Oczywiście. Nie narzucała jednak swoich przekonań nikomu na siłę, co miało miejsce niejednokrotnie w drugą stronę. Ile to już osób chciało ją nawrócić! Nikomu się jeszcze nie udało.
Mathilde miała dużo niechęci do ludzi, którzy zarabiali na cudzym nieszczęściu i potrzebach w sytuacjach podprogowych. Dlatego tak bardzo nienawidziła szarlatanów, którzy w swojej praktyce, dla zysku, odganiali pacjentów od rzetelnej wiedzy i pomocy medycznej w czasie, co konsekwencje miało tragiczne. Po części obecna sytuacja miał w sobie coś z tego. Nie wątpiła, że mężczyzna stojący przed nią jest tutaj dla zarobku, a nie z powodu chęci nawracania dusz, bo przecież inaczej pokierowałby swoim życiem i miałby już lata seminarium za sobą. Nie musiałby teraz, bez względu jak skutecznie, udawać, a zwyczajnie wykonywać to, do czego został przeszkolony/powołany.
Tak jednak nie było. Udawali oboje, a raczej cała ich trójka. Eli był w ten sposób prawdziwym duchowym, a Mattie i pan Robinson, co do tego najzupełniej pewni. I w pełni świadomie zgadzali się brać udział w tym teatrze.
— Oczywiście, ile tylko trzeba poczekam. Może ja jakąś kawę albo herbatę księdzu zrobię. Coś słodkiego? — Ruth uśmiechnęła się słodko, zwalniając swój uścisk i poprawiając swoją fryzurę i mundurek, z racji, że swój cel uznała za osiągnięty. Kilka minut oczekiwania przecież jej nie zbawi.
Mattie widziała po minie i zachowaniu Eliego, że daje się złapać na tą przynętę w postaci atrakcyjnej młodej kobiety. Czy mogła go winić jak wielu innych przedstawicieli płci przeciwnej? Tak, bo uważała to w wielu przypadkach za obrzydliwe, aby zniżać się do takiego prymitywizmu. Wystarczył raptem trzepot rzęs, ładny uśmiech i odrobina odsłoniętego ciała, by płeć przeciwna nagle traciła jasny osąd sytuacji. I jak w tym patriarchalnym świecie miało być kiedykolwiek dobrze?
Usuń— Naprawdę? To jeszcze nie skończyłeś? — zdziwiła się Mattie, wahając się w tej chwili czy faktycznie warto wręczać oszukanemu księdzu pieniądze, jeśli ten cały teatrzyk, to jeszcze nie był finał. Była przekonana, że to jednorazowa, stosunkowo szybka akcja. Ile bowiem można było się pastwić nad umierającym człowiekiem? — Porozmawiam z nim, ok, ale nie nastawialabym się na za wiele. Wiesz, dla niego to wszystko jest bardzo męczące.
Pozwoliła na chwilę ciszy zapaść, sama zaś westchnęła ciężko, by następnie spojrzeć uważnie na wynajętego aktora.
— Słuchaj, nie musisz się nią w ogóle przejmować. — wskazała za koleżanką z zespołu, która poszła w stronę sali głównej, wesoło wymieniając zdania już z innymi pracownikami zmiany. — Pacjentom nic się nie stanie, a ona zapomni o wszystkim po 5 minutach. Nie wiem nawet czy ktokolwiek z jej pacjentów jest przytomny, a co ważniejsze świadomy. — Tilly przeczesała ręką włosy, zastanawiając się realnie nad stanem ich podopiecznych, których mieli na oddziale. Nie znała ich, ale wiedziała w jakiej mniej więcej są kondycji. — Ruth chce po prostu na siłę uprawiać ewangelię. Nie wiemy nawet co sami chorzy by o tym myśleli i czy by tego chcieli. Chyba że masz ochotę odprawiać tu również egzorcyzmy, nawet jeśli doskonale wszyscy tu wiedzą że człowiek ma problem z głową a nie duszą. — uśmiechnęła się lekko na samą myśl o tym. To by dopiero był performance oddziałowy.
agnostyczka Mathilde Stevenson, która woli wierzyć w ludzi
Tamsin dobrze znała oba te smaki. Zarówno gorycz żałoby, jak i nieznośny zapach choroby, od którego nawet zdrowy mógł się poczuć zniedołężniały, dlatego tym bardziej patrzyła na potencjalną nabywczynię z ciekawością. Emily nie wyobrażała sobie, jak mogłoby wyglądać jej życie bez JJ-a ani właściwie kogokolwiek z jej rodziny, bo przecież pojęcie straty było jej obce. Była przekonana, że razem z jej Jimmy-Jim jakaś część niej też by umarła i z całą pewnością nie chciałaby się wyprowadzać z miejsca, w którym słyszała jego śmiech, w którym wciąż unosił się jego zapach, leżały jego rzeczy i pozostawały wszystkie te drobne elementy, które nie pozwalały jej wątpić, że on tu mieszkał. Wzrokiem odnalazła pojedynczy, lekko zakrzywiony gwoździk na ścianie, na której mogło przecież wisieć ich zdjęcie ślubne. Och, jacy byli wtedy szczęśliwi! Prawie jak teraz, ale bez tej słodkiej dojrzałości, która przychodzi z wiekiem i kolejnymi wyzwaniami. Bo Emily kochała Jimmy’ego-Jima tak, jak powinna – na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i nieszczęściu, jakim była dla niej cała ta przeprowadzka.
OdpowiedzUsuńZakryła usta dłonią w geście zaskoczenia, zbliżając ku sobie brwi w wyrazie zmartwienia, kiedy tylko pani Roberts wspomniała o śmierci małżonków, a Jimmy-Jim zawołał głośno, jak bardzo mu przykro. Tamsin przez chwilę musiała się zastanowić, czemu właściwie było mu tak przykro, ale Emily nie miała wątpliwości – jakże okropne musiało być życie bez najdroższego człowieka! Wprost nie umiałaby sobie wyobrazić życia bez Jimmy’ego, który jak nikt inny potrafił ją rozbawić i wypełnić sobą przestrzeń, którą przygotowała wokół siebie dla ukochanego. Dla odmiany Passalis wiedziała bardzo dobrze, jak to jest żyć w pojedynkę. Budziła się czasami z powodu zmarzniętych w nocy stóp, których nie miał kto przykryć w geście troski, bo przecież zasypiała, gdy w domu było jeszcze ciepło. Jeśli nie pamiętała o tym, by kupić kawę, to kawy nie miała, ale to nie brak kofeiny potrafił drapać nieprzyjemnie pod skórą. Robiła to właśnie ta pusta przestrzeń, którą Emily wypełniła miłością do Jima, a którą ona sama trzymała w złudnej nadziei, że ktoś kiedyś zawita tam i zechce rozgościć się na dłużej. Przez ostatnie cztery lata miejsce to przypominało bardziej poczekalnię u terapeuty – pacjenci byli wpuszczani pojedynczo, pojedynczo też czekali na swoją kolej i powracali cyklicznie, chociaż niekoniecznie byli tam mile widziani.
Żyjesz. Istniejesz. Wciąż.
Wiatr zdziera plandekę rozpostartą nad Tamsin przez dzieciństwo, wystawiając jej wciąż nierozwinięte liście, słabą łodygę i ledwo zawiązany kwiat na działanie żywiołu. Rośnie powykręcana od chaotycznych prób złapania promieni słonecznych, komórka po komórce próbując piąć się do góry, aż w końcu dostaje upragniony nawóz. Ale on śmierdzi, jest go za dużo i zbyt intensywnie okrywa jej korzenie, więc kiedy w końcu zostaje wypłukany przez nagłą burzę, Tamsin nie potrzebuje go więcej. W przeciwieństwie do Lena nie musi wystawiać się na stratę, bo ta towarzyszy jej od chwili, gdy wiatr zerwał plandekę mającą ją chronić. Przez długi czas chroniła ją za to właśnie żałoba. Nie była szóstym palcem u dłoni, lecz obciążeniową kołdrą, działającą jak Prozac dla niespokojnego nurtu myśli. O dziwo Passalis najspokojniejsza w życiu była właśnie po stracie, bo w końcu wiedziała, co musi robić. Przejść pięć etapów, zatrzymać się na ostatnim i trwać na nim aż do rozpoczęcia następnego cyklu.
Przez chwilę wpatrywała się jak zahipnotyzowana w zajączki skaczące po ścianach. Jak kot próbowała objąć spojrzeniem wszystkie naraz, zamierając w bezruchu, który przerwała dopiero wtedy, gdy aż podskoczyła od hałasu dobiegającego z góry.
— Pani Robinson, pokażę pani ogród i nasadzenia. Już teraz zaczynają przekwitać, ale hortensje rosną tutaj jak szalone! Pięknie wyglądają w wazonie. Przez cały sezon mieliśmy swoje w wazonie — zatrajkotała, wszelką mocą zabijając ciszę i zmieniając się z cichej, nieco wycofanej Emily w Emily, która swoją energią potrafiła przegonić własnego męża. Delikatnie musnęła łokieć kobiety, gestem tym zapraszając ją do wyjścia na tyły domu.
Usuń— Fantastyczny pomysł, Emily. Pani Robinson, oprowadzę panią po ogrodzie, później pokażę gabinet i sypialnię dla gości — Burns przepchnęła się biodrem na miejsce Tamsin, które ta szybko jej ustąpiła, domyślając się, że przejrzała jej plan. Czy planowała zająć się panią Robinson, a na górę wysłać agentkę i Lena? Bardzo możliwe. Czy bardzo nie chciała sama tam iść? Po krótkim przebłysku, gdzieś między szerokim a jeszcze szerszym uśmiechem, widać było, że najchętniej to właśnie z tego domu by wyszła. Ale żeby to odczytać, trzeba było ją znać, a Tamsin nie wiedziała, czy nawet Len zna ją tak dobrze, by się tego dopatrzyć. W końcu Emily była bardziej powściągliwa.
— O! To my skoczymy z Jimmy’m na górę pozamykać te okna, bo to aż niemożliwe, żeby aż tak hałasowało… Wie pani, nie było nas tu tydzień, bo jesteśmy w trakcie tej całej przeprowadzki, a jednak niewietrzony dom… Przedobrzyliśmy z tym wietrzeniem — wyznała z uśmiechem, całkowicie ignorując to, że odgłosy na górze nijak nie mogły być spowodowane przeciągiem. — Chodź, kochanie — westchnęła, nieco zakłopotana, nieco zestresowana. Delikatnie oparła dłoń na jego ramieniu, gdy ruszyli razem w stronę stopni, nawet na chwilę nie wychodząc z roli, bo uśmiech towarzyszył jej aż do podnóża schodów.
— Nie podoba mi się to trzaskanie… — zaczęła pani Robinson, ale Burns otworzyła drzwi prowadzące na taras i zaczęła swoją wyuczoną kwestię dotyczącą tego, jakie piękne podwórko ma dom, wręcz wypychając klientkę na zewnątrz.
W tym czasie Emily, a właściwie Tamsin, wzięła metalową łyżkę do butów wiszącą w przedpokoju i podała ją Lenemu, ale nie oparła ochrony przed przeciągiem tylko na nim. Wciąż patrząc w stronę wyjścia na ogród, szybko przebiegła do salonu i z niego dla odmiany ukradła pogrzebacz. Mieszkała jako samotna kobieta w dużym mieście, wyobraźnia sama nakazywała jej myśleć o każdym dziwnym dźwięku, jak o prawdopodobnym zagrożeniu. Czy coś tu żyło w podłodze?
Bardziej Tamsin niż Emily
Plotki, a raczej dobre wieści, szybko się rozeszły.
OdpowiedzUsuńHelen słyszała już od jakiegoś czasu, że ostatnio pana Abe’a odwiedza syn (według niektórych wersji tej dobrej nowiny odwiedza go pewien przystojny młodzieniec). Aż nie mogła uwierzyć. Przecież wszyscy trzej jego synowie – Richard, Nicholas, Michael – nigdy nie mieli czasu dla swojego starego i schorowanego ojca. A gdy przychodzili, to przychodzili na góra kilkanaście minut, w biegu, z telefonami pod ręką i ciągle przestępowali z nogi na nogę, będąc właściwie jedną nogą już w samochodzie.
Skoro ostatnio odwiedza go syn, to może Richard, ten co zawsze jest poważny, najszybciej się niecierpliwi i zwykle przywołuje ojca do porządku? Czy Nicholas, który wszystko zbywa śmiechem i podchodzi do wszystkiego na luzie, w końcu wszystko da się zrobić? A może Michael? Najmłodszy syn, mężczyzna, którego czasem nie dało się zrozumieć, co wcale nie irytowało jego braci?
Synów Abe’a widziała kilka razy. Najczęściej zjawiali się wszyscy trzej. Takiego tria nie dało się zapomnieć. Abe jednak miał problem, aby ich rozróżnić, i ciągle mylił ich imiona. Richard nieustannie poprawiał ojca i z każdym kolejnym „ale tatuś” wychodziła mu żyłka na czole. Nicholas głośno się śmiał i mówił, że przecież tatuś zawsze miał z tym kłopot, nie ma co się denerwować, tak jest zabawniej. Michael milczał.
Zapamiętała ten skład również dlatego, że chcieli z nią rozmawiać – o dziwo, po nich by się tego akurat nie spodziewała, wyrazili zainteresowanie zajęciami terapeutycznymi i samymi pracami ojca. Niewiele odwiedzających tak naprawdę chce oglądać nieudolne próby artystyczne swoich krewnych i dowiedzieć się czegoś więcej o przebiegu terapii, nie każdy wierzył w sztukę, nie każdy ją rozumiał i nie każdy chciał o niej dyskutować. Ricky więc dopytywał o arteterapię, jej przebieg i korzyści, czy na pewno tatuś uczestniczy w zajęciach i jak sobie radzi, czy widać poprawę, czy dzięki temu lepiej sypia. Nicky z uśmiechem przytakiwał, przeglądał obrazy i ceramikę i zasypywał ojca pytaniami, co właściwie przedstawiają, bo on sam nic nie widzi, albo widzi, ale chyba nie to, co powinien. A Mickey długo je kontemplował i chwalił Abe’a, nie wylewnie, jednym słowem, ale jednak. Tyle wystarczało tatusiowi.
Helen była więc ciekawa, który syn miał dzisiaj tak dobry dzień, aby odwiedzić starego ojca; który syn odłożył na później własne interesy i podróże. Bo oczywiście i do niej doszła informacja, że do Abe’a ktoś przyszedł. Jeśli ktoś, to tylko syn, bo nikt inny do niego nie zachodził. Pani Lydia nie omieszkała o tym wspomnieć, nachylając się nad swoim płótnem.
Helen właśnie skończyła sprzątać salę po zajęciach. Uprzątnęła farby, pędzle, rozstawiła obrazy do wyschnięcia, niektóre sztalugi zwinęła i odłożyła w kąt za zasłonkę. Wylała brudną wodę, w której tańczyły najróżniejsze kolory, a czystą, przezroczystą, podlała kwiatki. Otworzyła okno, aby wywietrzyć salę przed kolejną grupą, i zamknęła salę na klucz, aby przypadkiem nikt nie wpadł na głupi pomysł i nie wypadł. Miała jeszcze czas, choć nie zdjęła granatowego fartuszka w paski. Wyszła tylko po to, by zrobić sobie kawę i zamienić kilka słów z dziewczynami w dyżurce, ale zamarła w połowie korytarza. W jej stronę szedł Abe z synem. A raczej nie z synem, bo nie wyglądał na żadnego z nich. Miała dobrą pamięć do twarzy, tyle widziała. I to nie był ani Ricky, ani Nicky, ani Mickey.
– Abe, mój drogi, kto to jest? – zapytała ciepło, nieco zaskoczona widokiem staruszka z obcym mężczyzną. Może to wnuk? Dalszy krewny? Cholera wie. Znaczy ona wiedziała, że na pewno żaden z synów, choć zwrócił się do niego „synu”, a syn odpowiedział „tata”. No chyba że któryś z synów przeszedł w tej całej Europie operację plastyczną, wstrzyknął sobie botoks, poprawił nos i tak dalej. No ale nie, tak człowiek nie wygląda po w ciul drogim zabiegu, a raczej kilku zabiegach, medycyny estetycznej. Pan mógł być po operacji, owszem, nie mówi, że nie, ale był zbyt naturalny, zbyt mimiczny i zbyt memiczny. Był po prostu całkiem przystojny. Jak na gust Helen.
– Złotko, to przecież mój Mickey, najmłodszy. Chyba go znasz – odpowiedział z szerokim uśmiechem. Miał w sobie coś. Coś migotliwego, coś świetlistego, coś pięknego. W towarzystwie „Mickey” jakby na powrót stał się człowiekiem, którym kiedyś musiał być – kochanym i kochającym. Kimś, kogo niestety Helen nie poznała, a którym teraz była oczarowana.
Usuń– No właśnie nie znam – odparła jednak dość stanowczo. Może zbyt stanowczo? No nie, nie był to ani Ricky, ani Nicky, ani tym bardziej Mickey. Nie mogła się z tym kłócić, wierzyła swoim zmysłom. Nigdy od nich nie odchodziła. – I mówię ci, Abe, to chyba nie może być twój syn. Może wnuka się dorobiłeś i nic o tym nie wiesz?
– Helen, przestań, nie obrażaj mnie – uniósł się mężczyzna i tym samym spróbował się wyprostować, odpychając się od syna-nie-syna. – Oczywiście, że to Mickey. No spójrz – zademonstrował wolną ręką syna-nie-syna, od stóp do głów, w pełnej okazałości. – Ma moje oczy i palce mojej Abigail. Przecież poznałbym własnego rodzonego syna. Aż takim zniedołężniałym starcem nie jestem. Wciąż mam powodzenie. – Puścił wymownie oczko.
Helen pokręciła głową. Czyli to jakaś gra? Przekrzywiła lekko głowę i przyjrzała się uważnie twarzy nieznanego mężczyzny, jakby próbowała wyczytać z niej, kim jest, jakie ma zamiary, co tu robi, swój czy wróg. Analizowała, przetwarzała i jeszcze dłużej nie dowierzała. Mogła nawet zagrać w tę grę, ba, mogła nawet w niej oszukiwać. Była w końcu w tym dobra, bardzo dobra. Najpierw jednak chciała poznać jej zasady. Da szansę temu synowi-nie-synowi, a co. Niech pierwszy kula kostką. Nie jest przecież taka wredna, sama ma swoje za uszami. A za uszami tego pana na pewno jest wiele.
– Przepraszam bardzo, ale pan to kto? Mickey? – spróbowała jeszcze raz, tym razem patrząc temu panu prosto w oczy. Chciała, aby ten pan poczuł, jak wwierca mu się w czaszkę, jak próbuje dotrzeć do sedna sprawy, a raczej do mety. Uśmiechnęła się promiennie. Promienie słońca błąkały się po jej twarzy, mieniły w ciężkich kolczykach i odbijały od kilku srebrnych pierścionków i sygnetu z kamieniem księżycowym.
Widziała, że Abe już się niecierpliwi, cmoka z niedowierzaniem, macha ręką, chce ją wyminąć, obrazić się, o czym by pewnie niedługo zapomniał, ale chciała usłyszeć wersję zdarzeń od syna-nie-syna. Jeśli dzięki niemu staruszek ma towarzystwo, szeroko się uśmiecha i choć przez chwilę zapomina, że go wszystko boli, ma problemy z wypróżnianiem się, nie słyszy na prawe ucho i że ręce mu się trzęsą, przez co nie może pewnie utrzymać ani widelca, ani pędzla, to mogłaby stać się partner in crime syna-nie-syna. I to jakim! Ha, idealnym, dobra w tym jest. W końcu jest wróżką. Ale nie zamierzała tak łatwo odpuścić. Nie może przecież. Zaczęła grać w swoją grę. Owszem, szybko się podda, ale jeszcze nie w tej turze.
Helen Lynch
Ta piszczałka wepchnie go do grobu razem z Mortimerem. Flet na dwóch nogach. Seth nienawidził tej kobiety z całego serca, a że serce miał spore i dużo mógł tam zmieścić to i nienawiść była odpowiednich rozmiarów. W tej samej kategorii trzymał ludzi, którzy za wolno chodzą po sklepach i zatrzymują się znienacka. Pućka zasłużyła na swoje miejsce właśnie tym fleciarskim głosem, tą igłą wbijaną w uszy. A uszy czułe, gotowe przyjąć dźwięki. Kiedy więc taka baba się wydzierała, Sethowi tolerancja na jej towarzystwo spadała do zera.
OdpowiedzUsuńW całej tej sytuacji szczęściem nazwać mógł jedynie to, że trafił na poklepanie po plecach. Mogło być gorzej: mógł jak Lenny trafić w objęcia. Potem znowu hałas, bo przecież trzeba wejść z przytupem, smarkać też. Odwrócił się powoli, spojrzał na obie kobiety i poczuł jak wzrasta mu ciśnienie. Cóż za piękny moment!
Przesunął wzrok na brata, porozumiewawczo unosząc brwi. Nie było innej opcji – trzeba się rozdzielić, stworzyć alternatywne wersje i potem może zjeść jeszcze kanapkę. Póki co, nie mogli się nacieszyć wspólnym zleceniem, przynajmniej nie na tym spotkaniu. Wcześniejsze były dla Setha wydarzeniem naprawdę wspaniałym. Mortimer, choć dziwadło straszliwe, ogromnie Setha bawił. Miło było usiąść z przypadkowymi ludźmi, nawymyślać trochę i posłuchać pochwał. Ktoś częstował świeżą szynką, ktoś inny oferował herbatę i po kilku godzinach roboty wrócić mógł do swojego mieszkania, spełniony i zadowolony. A przy okazji pracował z Lenem, co nie zdarzało się znowu tak często. W końcu nikt nie potrzebuje dwóch narzeczonych, to byłby skandal! Miło więc było posiedzieć na ganku z bratem i Mortimerem, popsioczyć na wszystko.
Stypa już tak miła nie była.
– Wcale, wcale sobie nie radzimy — odpowiedział głosem przepełnionym smutkiem, raz jeszcze spoglądając na brata. – Wczoraj rozmawialiśmy właśnie, że byliśmy na to gotowi.
Ma długie nogi, więc zrobił krok do przodu i już był przy siostrze Mortimera, już położył jej dłoń na ramieniu i wskazał wolną dłonią wyjście na podwórko. Akcja ewakuacja.
– Przydałoby się trochę osobności, prawdę mówiąc, bo Morty przed śmiercią chciał ci coś powiedzieć, a nie zdążył, skubany – powiedział ściszonym głosem, wzmacniając uścisk na ramieniu i zaraz zaciągnął babsko kilka kroków dalej. Byle z dala od Pućki. Kto jak kto, ale Lenny sobie z drugą kobietą na pewno poradzi, jeszcze się nie spotkał z tym, żeby sobie nie poradził! A ufał statystyce, bo czemu nie.
Siostra Mortimera natomiast nie ufała jemu, a nawet jeśli ufała to jej twarz opowiadała inną historię. Dłoń strzepująca tę sethową również. Na szczęście zaniemówiła albo coś jej utknęło w gardle, bo nie komentowała już w żaden sposób nagłego odciągnięcia. Mógł zabrać kanapki na drogę, byłoby przyjemniej.
Łypała na niego spode łba, jakby to on zabił jej brata, ale wyszła na ganek, ręce krzyżując na piersi. Twarz poczerwieniała, ciężko powiedzieć czy przez złość, czy słońce, choć Seth był pewien, że powodów do złości dopiero jej przysporzy. Spojrzał przez ramię kobiety na brata i machającą rękoma Pućkę i stwierdził, że żaden z nich nie miał w tym dniu łatwej roboty. Albo marudna, nieufna siostra, albo skrzywiona sąsiadka, która w każdej chwili mogła się zapowietrzyć.
Len wyglądał na zmęczonego. Może też powinien zjeść kanapkę? Te z łososiem miały w sobie coś orzeźwiającego i Seth stwierdził, że musi o tym bratu wspomnieć. Tylko za chwilę, jak upora się z tym babiszczem, co patrzyło na niego jakby to on zamordował jej brata. A przecież nie zamordował, z tego co było mu wiadomo.
– Jezu drogi, teraz zapomniałem – powiedział w końcu, drapiąc się po policzku. Potem, jak prawdziwy aktor, uruchomił maszynę losującą. Padło na łzy. Pomyślał o filmiku z youtube’a, gdzie żołnierze po powrocie z misji witają się ze swoimi psami i poczuł jak wilgoć zbiera się w kącikach. I te psy tak wesoło merdały ogonami. Och, jak skakały! I ci wielcy faceci, co lądowali na kolanach, żeby przywitać swoje czworonogi! Zasmarkani, jęczący, za to najszczęśliwsi na świecie! Wzruszający to widok, idealny na płacz. Jedna łza na policzku, druga i Seth gotowy był na dalsze działanie. – Bo ja to nie mogę uwierzyć, że on odszedł, że aż ciężko… ciężko myśli zebrać – dodaje już płaczliwym tonem i naśladując wzór idealny, jak Pućka, wszedł w ramiona siostry Mortimera, szlochając głośno. Kiedy położył głowę na spiętym ramieniu, skulony prawie jak krewetka, wzrokiem odnalazł ponownie brata.
UsuńTen nie płakał – świetny znak!
Wywróciła oczami, usłyszawszy to ależ. Wywróciła nimi tak ostentacyjnie, że wywrócenie to, oprócz tego, że było doskonale widzialne, miało potencjał na stanie się także słyszalnym, gdyby tylko coś podobnego było możliwe. A że nie było, to dla dodania efektu dźwiękowego, Maxine prychnęła cicho, nim ponownie skupiła spojrzenie na Prestonie.
OdpowiedzUsuńMusiała zadzierać podbródek, by spoglądać w jego gładko ogoloną twarz, by zatrzymać spojrzenie na oczach, co do koloru których nie miała pewności, bo tęczówki inaczej prezentowały się w pełnym słońcu, a inaczej w cieniu, w który stali. Nie musiała jej mieć, bo nie musiała w te oczy spoglądać, w przeciwieństwie do Claire i w przeciwieństwie do tamtej dziewczyny, którą widziała w knajpce, a która nachylała się przez stolik tak głęboko, że z bliska miała szansę zgadnąć właściwy kolor.
— Chciałabym, żeby to była pomyłka — przyznała, brzmiąc już nieco spokojniej. Naprawdę chciałaby, żeby tak było. Żeby nie musiała mieć na głowie tego bałaganu podczas wesela swojej kuzynki, żeby nie musiała martwić się tym, że partner siostry tejże kuzynki ją zdradza lub zdradzić próbuje, lub robi cokolwiek innego, co jest po prostu nie w porządku wobec Claire. Dlatego złapała się tego, że to mogła być pomyłka, co Preston podsunął jej pod nos z całą premedytacją.
Złapała się, ponieważ miała dziwne przeświadczenie, że w tamtej knajpce widziała Prestona w zupełnie innym wydaniu. Tak jakby to nie był Preston, ponieważ był inaczej uczesany i inaczej ubrany, z drugiej strony, Preston mógł i miał pełne prawo ubierać się i czesać inaczej na uroczyste wydarzenia, niż robił to na co dzień, prawda?
Maxine lekko potrzasnęła głową, jakby ten gest miał pomóc w rozgonieniu wątpliwości, które mimo wszystko miała, a miała je dlatego, że wierzyła w ludzi. Wierzyła w ludzi i w to, że nie wszyscy z nich byli dupkami. Preston nim nie był, nie kiedy poznała go na urodzinach dziadka, a teraz nie chciała, żeby się nim stał, bo choć Claire nie wydała się być w nim zakochana po uszy, to wyglądała na zadowoloną z tego, że Preston był u jej boku, a to już było coś, prawda?
Zmarszczyła brwi, kiedy Preston zapytał ją o to, gdzie niby go widziała. Wciąż stała z rękoma skrzyżowanymi pod piersiami, ale teraz przestąpiła z nogi na nogę, przenosząc ciężar ciała z lewej na prawą. Uzmysłowiła sobie, że nie pamiętała nazwy knajpki, bo była w niej pierwszy raz. Pamiętała jednak coś innego.
— W knajpce przy Kent Ave, na Brooklynie — rzuciła. — Siedzieliście w rogu, ty plecami do wejścia. Jeszcze czekaliście na jedzenie, ale przed tobą już stało piwo — wymieniła tych kilka szczegółów, które zapamiętała, a które miały udowodnić Prestonowi, że faktycznie go widziała i że z nikim go nie pomyliła.
— Tu jesteście! — Claire wyrosła jak z podziemi. Wyszła zza pleców Prestona, stanęła przy nim i obrzuciła zarówno jego, jak i Maxine badawczym spojrzeniem. — Wszystko w porządku? — spytała, dziwiąc się nietęgim minom tej dwójki. Nie oczekiwała jednak, że którekolwiek z nich odpowie na jej pytania. — Zresztą, nieważne. Preston, musimy iść. Uroczystość zaraz się zacznie. — Wsunęła dłoń pod ramię mężczyzny niemalże w ten sam sposób, co wcześniej zrobiła Maxine i delikatnie, acz wymownie pociągnęła go za sobą.
Widząc to, Riley westchnęła ciężko, po czym złapała w obie dłonie spódnicę sukienki i podbiegła kilka kroków, doganiając oddalająca się parę. Zrównała krok z maszerującą energicznie Claire.
— Cieszę się, że nadal spotykasz się z Prestonem — rzuciła lekko, a nawet z uśmiechem. Claire łypnęła na nią, jakby nieco podejrzliwie, ale zaraz zreflektowała się i rozpłynęła w uśmiechu.
— Spadł mi jak gwiazda z nieba — powiedziała ze śmiechem, popatrzyła na profil mężczyzny i mocniej zacisnęła palce na jego ramieniu.
Wyszli z powrotem na słońce, które raziło ich prosto w oczy. Maxine pochyliła głowę i przymrużyła powieki, przez co kiedy ktoś zawołał ją po imieniu, nie widziała, kto to, ale po samym głowie od razu rozpoznała swojego ojca.
— Złapię was później — rzuciła i osłoniwszy oczy dłonią, spojrzała na Prestona. To miało być wymowne spojrzenie. Jeszcze nie wiedziała, jak to rozegra, ale jakoś musiała. Nie chciała psuć Claire tego dnia, ale też nie chciała, by ta nadal spotykała się ze swoją gwiazdką z nieba, skoro w rzeczywistości ta gwiazdka była meteorem, po uderzeniu którego w życiu Claire miał pozostać ziejący pustką krater.
UsuńUśmiechnąwszy się krzywo, co z powodzeniem można było zrzucić na to rażące i palące słońce, wciąż osłaniając oczy dłonią, Maxine rozejrzała się za Kevinem, a kiedy wypatrzyła jego i Lucy, odbiła w bok, ku właściwemu rzędowi ławek, jednemu z dalszych, gdzie zasiadali dalsi członkowie rodziny.
MAXINE RILEY
Siostra Mortimera zastygła chyba w miejscu; Seth poczuł jak ciało tężeje, by zaraz pojawiło się wstrząs ramion i prychnięcie. Odsunął się więc, wciąż zapłakany i spojrzał na różową ze złości twarz kobiety. Nie wyglądało to dobrze. Ba, wyglądało tragicznie. Chyba się nie wstrzelił w potrzeby widowni. Za dużo by chciał na raz. Musi zbastować. Poruszył niespokojnie ramionami, jakby zrzucić z nich chciał resztki płaczliwości i wytarł twarz przedramieniem. Nowy plan. Nie do końca jeszcze wiedział na czym nowy plan miał polegać, ale zaufał, że po to ma intuicję by ta wskakiwała w takich moment i robiła swoje. Może jeszcze będą przyjaciółmi!
OdpowiedzUsuń– Jakieś żarty to są. – Usłyszał z kobiecych ust, tonem pełnym złości, a może pogardy? Może jedno i drugie. Spojrzał w zmrużone oczy i potarł nerwowo kark. Nie żeby się denerwował, ale pasowało akurat, żeby tak do sprawy podejść.
– Jakie żarty? – zapytał Seth-Scott, prostując się w końcu. Górował nad Gryzeldą całkiem porządnie, mógłby jej pluć na głowę, gdyby zaszła taka potrzeba. Póki co jeszcze takiej nie widział, ale okoliczności nie były zbyt przyjemne, więc wiele mogło się zmienić.
– Mort ani razu o was nie wspomniał, nie uważasz że to ciekawe? — Dostał w odpowiedzi wraz z machnięciem dłońmi, które było zupełnie niepotrzebne. Tak samo zresztą jak podniesiony ton, który ciężko było zrozumieć, skoro nikt się nie kłócił. A przynajmniej Seth nie zamierzał, choć z pewnością nie pałał do tej baby sympatią, więc może byłoby to wskazane. Mógł jednak trochę się z nią podroczyć, czemu nie.
– Skoro żarty to chyba zabawne, co? – odpowiedział pytaniem, unosząc sugestywnie brwi i miał wrażenie, że Gryzelda trochę poczerwieniała. Pokręciła głową, jak to robią matki, gdy są niezadowolone, żeś zostawił ziemniaki przy obiedzie. A potem Seth-Scott zrobił coś, co podpowiedziała intuicja, odpalił się. – Mniejsza. Słuchaj, to czy ci Morty o nas mówił, czy nie to w sumie w ogóle mnie nie rusza. Z tego co mi wiadomo nie ma obowiązku informować członków rodziny o nowych kontaktach. Nie żebyś ty się kontaktowała wystarczająco często, żeby w ogóle zauważyć, że jesteśmy.
To ostatnie ewidentnie Gryzeldę dotknęło, bo różowa twarz stała się czerwona, niemal purpurowa i ręce zaczęły chodzić jak wiatraki, gdy otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Tyle, że nie powiedziała. Seth czekał jedną sekundę, drugą, trzecią, a ta w końcu przestała machać, przygładziła włosy, poklepała się po twarzy i spojrzała Sethowi prosto w oczy. I nie było to spojrzenie ani trochę przyjemne.
– Posłuchaj mnie uważnie, gagatku – zniżyła głos niemal do szeptu, pociągając Setha za koszulę (która w jego mniemaniu już i tak była ostatecznym poświęceniem). Dał się pociągnąć, bo co zrobić. – Widziałam twoje uśmieszki, słyszałam żarciki. Obserwuję ciebie i tego drugiego. Żebyś sobie nie myślał, że cokolwiek zgarniesz…
– Hola, ej – rzucił Seth-Scott, przerywając wypowiedź, bo powoli chęć zamknięcia tematu robiła się silniejsza niż ta by się powydurniać. Mógłby, ale to jednak pogrzeb. I akurat Morty’ego lubił, więc już w ogóle średnio tak za dużo strugać głupa. Oczywiście trochę trzeba, bo stary by się obraził, gdyby wszyscy stali jak te kołki i płakali. – Nikt nie chce nic zgarniać, to po pierwsze. A po drugie, nie bój żaby, my tu tylko przejazdem.
Po tych słowach zostawił ją samą, bo był zmęczony i chciał kanapkę, i najlepiej wyjść. Odnalazł wzrokiem Lena i kiedy ten spojrzał na niego chwilę później, skinął do niego głową w stronę kuchni. W międzyczasie zgarnął jeden z wolnych talerzy, nałożył kilka kanapek i takich śmiesznych ślimaków, chyba z serem, ale może być z grzybami, nie wiadomo. Wziął właściwie wszystko, co mu wpadło w ręce, a wpadło sporo. Pogrzeby były oczywiście tragiczne z oczywistych względów, ale Seth lubił pogrzebowe jedzenie. Tak samo zresztą jak ślubne. Albo urodzinowe. Głównie takie, co już było zrobione i czekało na niego przygotowane, a do tego było zabawne, bo malutkie. Tak przygotowany ruszył do kuchni, a z kuchni na ganek po drugiej stronie domu, ten sam, na którym grali w karty z Mortem. Przypomniał sobie jak siedzieli z nim wieczorem, pili cydr, co sam zrobił, a potem zostali ograni w karty jak nowicjusze. Prawie jak starzy przyjaciele. Jednego był pewien, że z Gryzeldą przyjaciółmi nie będą, dałby sobie ucho uciąć.
UsuńNie było jej dane zobaczyć ogrodu w pełnej krasie przed kilkoma dniami, kiedy Len w pojedynkę oglądał dom przy okazji, jak można było zakładać, omawiania zlecenia od Pani Burns. Nie widziała go też w całej okazałości teraz, bo pozostawiono w domu na zbyt krótki czas, by mogła zajrzeć w każdy kąt, nie mówiąc o tym, co znajdowało się za nim. Hortensji była jednak pewna, bo niebieska plama kwiatów, przebijała się przez cienką firankę w kuchni. Nagi róg okna umożliwia dokładniejsze przyjrzenie się ciężkim kwiatostanom, tak dużym, że podtrzymujące je łodygi zdają się przeczyć prawom fizyki, pozwalając dojrzeć też fragment równo skoszonego trawnika, który zapraszał do chodzenia po nim boso. No, może nie tam, gdzie słońce i zwierzęta napracowały się wspólnie, by zieleń przeszła w wypłowiałą żółć.Nie widziała ogrodu w całej okazałości, ale ten niewielki wycinek pozwolił jej wierzyć, że jest to coś wartego obejrzenia w szczególności, gdy na górze hulał przeciąg między zamkniętymi drzwiami, a Tamsin zaczynała wierzyć, że w tym domu było więcej osób niż ich czwórka. Technicznie rzecz ujmując, to dwójka, gdy za panią Roberts i Burns zamknęły się drzwi.
OdpowiedzUsuńNóżka. Wiolonczela może i była duża, a cios nią wywołany w istocie mógłby być bolesny, ale rzeczą, która mogłaby wyrządzić prawdziwe szkody był niepozorny, metalowy pręt. Niektórzy preferowali nóżki wyjmowane, do połowy zrobione z miękkiego drewna z maleńkim rysikiem na końcu, ale Tamsin nigdy nie trafiła na instrument, który podobałby się jej w brzmieniu i wyglądzie, a który miałby ten rodzaj wsparcia. Oba jej instrumenty – ten ładniejszy, ale gorzej brzmiący, jeszcze z liceum, który miała na tamtym castingu i ten profesjonalny, stary, którym zarabiała na życie – jak osy chowały swoje żądła w drewnianym wnętrzu. Wracając wieczorem do domu, gdy szkoda było jej pieniędzy na taksówke, w duchu się pocieszała, że zawsze może walczyć o życie właśnie nimi, ignorując fakt, że w obliczu prawdziwego zagrożenia nijak byłaby w stanie po nie sięgnąć a najlepszą obroną byłby głośny krzyk i gaz pieprzowy, który zawsze w takich chwilach trzymała w ręce. Nie była strachliwa, ale ostrożna i czujna, bo za wiele programów o przemocy naoglądała się podczas bezsennych nocy. Świat potrafił być strasznym miejscem dla ludzi.
Weszła do pomieszczenia zaraz za Lenem, początkowo za zapach obwiniając wilgoć rozlewającą się po ścianie, niechlubnie ukrytą za cienką warstwą białej farby, wyglądając jak nieudolnie zaprana plama po kawie. Przytrzymała drzwi zgodnie z jego prośbą, słysząc charakterystyczny skowyt powietrza wdzierającego się szczelinami do reszty pokoi, od którego włoski na przedramionach stanęły jej dęba. A może to od chłodu wpuszczonego przez Lena?
Te z włosków, które oparły się chęci powstania z zimna i wycia eteru, powstały natychmiast, gdy zobaczyła dwie bruzdy na podłodze i strzaskane drewno, które mogło być wszystkim i niczym jednocześnie. Odruchowo spojrzała na sufit, szukając drewnianych wsporników, które pod wpływem czasu, wilgoci i niechęci do remontów poprzednich właścicieli, zdecydowały się zacząć kapitulować i zrzucać części siebie, uprzedzając przez zarwaniem dachu. Ale sufit był gładki, błyszczący jasną bielą malowania, które musiało być wykonane w tym samym czasie, co pielęgnacja ogrodu.
Rozejrzała się po pomieszczeniu z większą niż dotychczas uwagą, poświęcając ją nie tylko kawałkom ostrych drzazg, ale przede wszystkim jego ubogiemu wyposażeniu i ozdobom rodem z katalogów wnętrzarskich sprzed dwudziestu lat. Może dobrze, że nie było modne? Czy znalazłaby wtedy ozdobną, szklaną kulę, a właściwie to uciętą kulę, bo ta stała stabilnie? Taką, która miała być ręcznie robiona, bo wewnątrz wiła się wstęga cieczy o takiej lepkości, że życia bym brakło, by zauważyć ruch. Sięgnęła po nią, zdejmując z drewnianej komody – zasłaniała odbity ślad po kubku na lakierowanym blacie, ale Tamsin nie przejęła się tym zbytnio. Postawiła ją na krańcu skrzydła, jak odwrócony odbojnik, drewnianą powierzchnię przybliżając do ściany maksymalnie tak, by gałka nie wbiła się w jej powierzchnię.
— Skąd to się tu wzięło? — spytała cicho, palcem wskazując na porysowaną podłogę, a odpowiedzi poszukując w oczach Lena. Emily została z Jimem na dole, a Tamsin miała coraz większą ochotę stąd wiać w zgodzie ze swoim instynktem samozachowawczym.
UsuńNie czekając na jego odpowiedź, zasłania odsłonięte uszkodzenie mebla, przesuwając stojący na nim wazon. Odruchowo rozgląda się też za czymś, czym można byłoby sprzątnąć odłamki dykty, ale z niezadowoleniem dochodzi do wniosku, że najlepiej byłoby ją wkopać pod łóżko i przesunąć na nim narzutę tak, by ta sięgała ziemi.
Tamsin Passalis
[I od razu widać, kto się na wuefie nie opierdzielał! Chłopaków masz tutaj naprawdę wysoce nietypowych, boże, nie wiem skąd czerpiesz pomysły, ale ja też chcę. Koda, szukaj tego źródełka, szukaj! A tak serio, dziękuję pięknie za powitanie. Nie wiem czy będzie z nami na ulicach spokój, postaramy się, a przy okazji zapraszamy 🫡]
OdpowiedzUsuńBrent Dawson
[Cześć! Dzięki za powitanie i podzielenie się świetną wizją. Ja sama akurat people pleaserem nie jestem, ale Naomi już tak i sama pewnie nie raz jeszcze wkopie się w podobne sytuacje. :D Natomiast muszę pochwalić za twoje kreacje, jak i wspomnieć, że z jakiegoś powodu estetyka twoich kart budzi we mnie nostalgię. W pozytywny sposób! :) Niemniej, postaram się dla Naomi znaleźć jakieś dobre miejsce w tym dużym świecie. :D
OdpowiedzUsuńDzięki raz jeszcze!]
Naomi Kim
Mathilde nie była fanką dodatków w pracy, które też nie oszukujmy się, w dzisiejszych czasach nie zdarzały się za często. Ciasta, ciasteczka, słodycze pojawiały się okazjonalnie i tylko jako forma podziękowania za opiekę, której finał był pozytywny. Często jednak przychodzili tutaj ludzie po rzeczy zmarłych. Wtedy rzadko kto miał ochotę na podziękowania czy zbytnie dywagacje z personelem. Większość chciała po prostu zamknąć rozdział i dopełnić formalności.
OdpowiedzUsuńTilly korzystała z form rzekomej nagrody jednak rzadko, preferując swoją rutynę oraz domowe, zdrowe posiłki. Grzeszyła tylko w wypadkach zawirowań w pracy i braku czasu na zjedzenie czegoś konkretnego. O co nie było wcale ciężko, zwłaszcza przy obstawianiu braków ER. Tutaj, na ICU żyła jak pączek w maśle, dopóki pacjent nie miał zapaści, nie było trzeba pomagać przy resuscytacji czy wyjątkowo ciężkim zabiegu przyłóżkowym.
Trudno jednak jej było ocenić potrzeby pacjentów poza tymi fizycznymi, bo nie ma się co oszukiwać, niewiele więcej dało się często zauważyć. Ludzie w ciężkim stanie naprawdę nie chcieli wiele, to te drobne rzeczy i gesty dawały im zazwyczaj siłę do walki o kolejny dzień. Religia czy duchowieństwo nijak nie wpisywały się tutaj jej zdaniem zasadnie. Rozumiała magię dobrego słowa, ale z drugiej strony obecne standardy postępowania z pacjentem były takie, iż nie można było już używać trywialnych sformułowań będzie dobrze, wszystko się ułoży, proszę się nie martwić. Ludziom chorym nie można obiecywać gruszek na wierzbie. Co więcej, Tilly była zwolenniczką mówienia tylko pewnych, rzetelnych tez i informacji. Pacjent miał prawo wszystko wiedzieć zgodnie z posiadaną przez nią wiedzą medyczną, ale nie mógł żyć nadziejami, nie od personelu medycznego. Być może właśnie po to byli ci magicy w koloratkach. Obiecujący wszystko, byle zagonić więcej wiernych w poczet swoich statystyk i indoktrynacji. Osobiście była tego przeciwniczką. Było to jawne wykorzystywanie dominującej pozycji nad schorowanym człowiekiem u kresu sił. To nie była godziwa wymiana. Mathilde wolała wiedzę nad czcze obietnice i bajki. Zdawała sobie jednak sprawę, że nie wszyscy mieli podobnie.
— Spróbuję z nimi porozmawiać, może się czegoś dowiem. A Ty tutaj poczekaj.
Wskazała Eliemu palcem miejsce w którym stał, żeby się z niego nie ruszał, dopiero po chwili orientując się w bezsensowności tego założenia. To udawanemu księdzu zależalo na zapłacie za swoje aktorstwo, więc nie ma żadnego interesu w ruszaniu się stąd. Ona jest przecież tylko posłańcem, niejako głosem chorego, któremu samemu mowa przychodzi z trudem. A kopertę wciąż ma w kieszeni. Właśnie to sprawdziła.
W takich chwilach Mathilde wolała nie myśleć co dzieje się w ośrodkach opieki paliatywnej i w jakie sytuacje włączany jest tamtejszy personel. Ta i tak już była wybitnie dziwna jej zdaniem.
— Przepraszam, muszę Państwa na chwilę przeprosić. Za chwilę będą mogli państwo wrócić i dalej osaaa… znaczy się dotrzymywać towarzystwa panu Robinsonowi. — przeprosiła rodzinę swojego pacjenta i na szybko uzgodniła z nim czy potrzebuje jeszcze usług płatnego aktora, czy dać mu już spokój. Mężczyzna ewidentnie miał już dosyć wszystkiego jak na jeden dzień. A przed nim jeszcze przecież rehabilitacja.
Tilly podeszła też niechętnie do Ruth chcąc się zorientować w sytuacji jej narybku i czy faktycznie jest do kogo wysyłać misjonarza. Zadziwiająco, było.
— Dobra, Robinson załatwiony. Ale masz jeszcze dwóch delikwentów. Panią Monroe oraz pana D… Dawsona. Pani nazbyt przytomna jak się dzisiaj okazuje, uważaj bo może Cię zagadać, z kolei pan Dawson lekko pobudzony, także z nim rozmowy na odległość bezpieczną dla Ciebie. W razie co krzycz, postaramy się Ci pomóc. — przedstawiła plan działania i spojrzała na młodego mężczyznę przed sobą. — W razie co, to twoja ostatnia szansa na ucieczkę. — dodała szeptem, nieśmiało i ostrożnie wyciągając rąbek koperty z kieszeni.
Mathilde Stevenson i wiele bolesnych cierpień
Dołączywszy do rodziców, Maxine stanęła przy mamie, zająwszy tym samym skrajne miejsce tuż przy szerokim przejściu między dwoma rzędami ław. Było to bardzo dobre miejsce, ponieważ wystarczyło, aby Maxine delikatnie wychyliła się w lewo, a już mogła popatrywać na stojącą centralnie parę młodą. Ze swojego miejsca widziała też doskonale przemarsz kuzynki prowadzonej przez ojca i nie mogła na ten widok się nie uśmiechnąć, bo odkąd pamiętała, podobała jej się każda panna młoda bez wyjątku. W końcu każda kobieta w starannie ułożonej fryzurze, profesjonalnym makijażu i pięknej sukni prezentowała się zjawiskowo, choć Maxine nie była tym typem dziewczyny, a odpowiednio wcześniej także małej dziewczynki, która marzyła, że pewnego dnia sama przywdzieje olśniewającą, białą suknię. Nie przeszkadzało jej to jednak, aby cieszyć się, kiedy to marzenie spełniała inna osoba, niezależnie od tego, czy ta należała do jej rodziny, czy pozostawała jej koleżanką.
OdpowiedzUsuńZe swojego miejsca Max miała nieco gorszy widok na zasiadających z przodu Claire i Prestona, ponieważ towarzysząca jej radość nie przeszkadzała jej w tym, aby w przerwach od obserwowania pana młodego i pani młodej, popatrywać ku starszej kuzynce i jej partnerowi. Pomiędzy ramionami gości, kiedy wyciągnęła szyję, widziała ledwo czubki ich głów. Widziała, że czubek głowy Prestona czasem zbliżał się do czubka głowy Claire, ale nic ponad to. Czy spodziewała się, że zobaczy coś, co utwierdzi ją w przekonaniu o winie Prestona? Być może. Nie wiedziała jednak, cóż takiego miałoby to być.
W całej tej pewności, z którą zarzuciła Williamsowi zdradę, była bardzo niepewna. Po krótkiej rozmowie z mężczyzną, który podczas poznania się na urodzinach dziadka wywarł na niej dobre wrażenie, a którego zachowanie – to samo, które przyczyniło się do wcześniejszego dobrego wrażenia – dziś niezmiernie ją irytowało, nie wiedziała, co właściwie powinna zrobić. Zastanawiała się nad tym nieustannie, śledząc ceremonię jedynie połową swej uwagi. Powtarzała gesty i zachowania gości z automatu, jednocześnie bijąc się z myślami.
O tym, że powie Claire o tym, co widziała, już zadecydowała. Jeśli Preston powinien coś komuś udowadniać, tłumaczyć się, to nie Maxine, a Claire właśnie. Nie potrafiła jednak zdecydować, kiedy powinna to zrobić. Jeszcze w trakcie wesela? Nie podobało jej się to, że miałaby zepsuć Claire tę skąd inąd ważną dla niej imprezę i nie podobało jej się, że w ten sposób zepsułaby także ważny, jeśli nie najważniejszy dzień w życiu Ann.
Kiedy westchnęła ciężko, Lucy nachyliła się ku niej i szeptem zapytała, czy wszystko w porządku i czy Max nie jest aby za gorąco. Równie szeptem młoda Riley zapewniła, że nie dzieje się nic złego i pomyślała, że jeśli było jej gorąco, to nie tylko od palącego słońca.
Obcasy jej sandałków zapadały się w trawie, kiedy ruszyła za rodzicami w głąb ogrodu. Kevin i Lucy podążali przodem, podczas gdy ona w pełni świadomie szła o krok za nimi, to rodziców wystawiając jako pierwszych na spotkanie z tymi wszystkimi członkami rodziny, którzy zechcą się z nimi przywitać. Tym sposobem mogła uniknąć tej bardziej wylewnej części powitań, za którą nie przepadała i zebrać wyłącznie zwięzłe ostatki, nie mając nic przeciwko temu.
Poszukiwanie przydzielonego stolika nie zajęło im wiele czasu. Szybko odnaleźli się na zgrabnej rozpisce, wywieszonej na tablicy rozstawionej przed stołami. Mieli siedzieć z kuzynem jej ojca i jego żoną, ich córką oraz jej mężem, a także ich czteroletnim dzieckiem. Maxine kojarzyła ich mgliście, przywitała się grzecznie, jako najmłodsza osoba ze zgromadzonego przy tym konkretnym stoliku towarzystwa wzbudzając spore zainteresowanie uroczej czterolatki, po czym zostawiła małą torebkę na złotym łańcuszku na swoim siedzisku i ruszyła w stronę bufetu, skąd porwała kieliszek z szampanem i skubnęła kilka winogron.
Po złożeniu życzeń i wręczeniu prezentów, a także po wzniesieniu kilku toastów poprzedzonych mową tak ojca Claire, jak i drużby pana młodego, podano obiad. Nic ciężkiego, co zmęczyłoby gości nie gorzej, niż słońce. Przez ten czas spojrzenie Max nawet nie uciekało do Prestona, choć będąc przy bufecie, rozejrzała się za nim. Później jednak udało jej się o nim zapomnieć. Skupiła się na jedzeniu i na rozmowie, szczególnie, że czteroletnia Charlie bardzo chciała opowiedzieć jej o tym, co słychać w przedszkolu. Maxine słuchała więc o tym, jak Matthew zabrał jej ulubionego misia i długo nie chciał go oddać, jak musiała zainterweniować pani przedszkolanka i że miś skończył z oberwanym uchem, które mama musiała przyszyć. Oczywiście ta opowieść pełna była dygresji, przerw na wciśnięcie w Charlie jeszcze jednego pieczonego ziemniaczka i kęsa piersi z kurczaka, ale Charlie była w tym wszystkim tak urocza, że nic z tego nie było uciążliwe.
UsuńPo obiedzie goście mogli rozpierzchnąć się po ogrodzie i wiele osób z tego skorzystało. Jedną z dostępnych atrakcji był bar, przy którym goście mogli zamówić dowolnego drinka, a że alkohole rozstawione na ich stoliku nie wzbudziły szczególnego zainteresowania Max, to ta stanęła w krótkiej kolejce, jaka zdążyła utworzyć się przy barze.
Oczywiście, że stanęła za Prestonem, co niekoniecznie było jej celem, ale jeśli tego dnia ktoś powinien kogoś unikać, to on jej, a nie ona jego, prawda?
— Jak tam twoja urażona duma? Czy cokolwiek innego, co uraziłam? — zagadnęła, przywoławszy w pamięci słowa, które do niej skierował, nim się rozdzielili. Zrobiła przy tym krok w lewo, tak że nie stała bezpośrednio za Prestonem, a nieco z boku. Nie mając co zrobić z rękoma, a nie chciała znowu krzyżować ich na piersi, splotła dłonie na podołku. Obróciła się jeszcze za siebie, wyłowiła wzrokiem Claire. Została przy stoliku, zapewne Preston miał zorganizować coś do picia tak sobie, jak i jej.
MAXINE RILEY
Seth lubi jak się dzieje. Czasem może za bardzo, czasem może odbiera mu to rozum i działa dla samego działania. Wyjątkiem są chwile, gdy obok ma Lena. O ile nie przeszkadza mu, że ewentualne świrowanie zaszkodzić mogłoby jego osobie, tak już bratu krzywdy zrobić nie pozwoli. A już w ogóle sobą. Trzeba mieć trochę lojalności do swoich. A swoich poznaje się po uszach. I może tym, że się jadło śniadanie przy jednym stole. Ale głównie po uszach!
OdpowiedzUsuńKiedy więc widzi, że Lenny to tak nie bardzo wygląda na żarty, chęć by pogrzeszyć chociaż przez chwileczkę, maleje. Nie będzie bratu pod górkę robił! I coś mu się wydaje, że przy okazji sobie, bo jednak sprawa wspólna.
No i szybko się okazuje, że faktycznie, jest przypał. Seth wciska więc jedną z kanapek w usta, patrzy na resztę i trochę jest rozczarowany, ale przecież nie będzie ich nosił, zwiewając. Odkłada jedzenie na stół na ganku - o, nawet na talerz (nie ma pojęcia, kto go tam zostawił, ale jest wdzięczny, w końcu lepiej na nieznanej ceramice niż drewnie). Zgarnia tylko pojedynczego ślimaka, bo nie miał okazji go jeszcze posmakować.
— A to ta jego siora też mi coś sugerowała — mówi, wychylając się za balustradę, żeby sprawdzić czy droga dookoła domu mogłaby się okazać najkorzystniejsza. I tak. Wygląda czysto. Wygląda jakby mogli zwinąć się prosto do samochodu. — Znaczy się, głównie, że my coś próbujemy zwinąć. Straszne babsko. Mam nadzieję, że jej Morty chuja zostawił w tym całym testamencie.
Ślimak w porządku, choć dupy nie urywa, ciasto jest zbyt chrupkie i sypie się wszędzie przy jedzeniu. Kanapki dużo lepsze, mniej syfu, więcej smaku. Gdyby Seth był krytykiem kulinarnym, może w końcu poczułby się spełniony i mógłby rzucić wszystko inne w cholerę? Oprócz Ear me out, oczywiście. Pewne rzeczy trzyma się blisko serducha.
— No to zwiewamy, nie? Swoje zrobiliśmy, piąte odbębnione, nie ma co się podkładać — dodaje, otwierając bramkę prowadzącą do ogrodu. Seth to może by się nawet podłożył, ale no, nie ta sprawa, nie ten dzień. Mortimer to był dobry gość, bez synów po prostu. I głupio by tak na jego stypie odwalać głupoty. Dlatego wciąż trzymał fason, a Gryzeldzie wygarnął jedynie odrobinę. — Ohio wzywa, Mikey!
Spogląda jeszcze raz na przekąski, ale sobie odpuszcza i wychodzi do ogrodu. Stąd już prosta droga przed dom, a stamtąd do auta. Nawet krzaki jakieś nieprzycięte i jak się człowiek by trochę pochylił to go nie widać. Seth jednak się nie pochyla, bo bez przesady, ma swój honor. Przynajmniej dopóki nie zauważa Pućki w salonowym oknie. Wtedy honor znika i idzie prawie zgięty w pół. Oby tylko na czas go stracił!
— Myślisz, że mnie widziała? — pyta półszeptem, choć przecież wcale nie musi. Konspiracja widocznie wymaga specjalnych ruchów. — Jeśli widziała to biegniemy, nie mam zamiaru z nią gadać — sugeruje, choć w dużej mierze mówi całkiem serio. O wielu sprawach by można było: o tym jak świetnie idzie praktyka, jak rozwija się infrastruktura w ich ukochanym mieście, że może któryś z nich startować będzie na burmistrza, co za radość! Ale nie o spadku. Ten jak widmo zdaje się krążyć nad nimi od kiedy pojawili się na pogrzebie. A po co tłumaczyć się z czegoś, co finalnie ugodziłoby najmocniej w starego Morty’ego, który jedynie chciał mieć dwóch świetnych synów? Biedak by w grobie zapłakał.
Seth Uszatek
[Wybaczenia nie będzie, bo jestem bardzo pod wrażeniem tego tekstu o niczym! Zawsze mi te komentarze od Lennego dają dużo uśmiechu :) ]
OdpowiedzUsuńRuth obserwowała scenę rozmowy księdza ze swoją pacjentką jak w hipnozie, urzeczona obrazkiem i słowami jakie dochodziły do jej centralnego układu nerwowego. Tymczasem Mattie wzdychała ciężko, ściągając włosy i skórę z czoła rękami, łokcie mając podparte na blacie ich biurka. Jeśli pani Monroe faktycznie hodowała hortensje to musiała mieć nie byle rozmiarów balkon żeby na to sobie pozwolić. Może ksiądz Eli powinien się zainteresować tą gadatliwą duszą bardziej niż panem Robinsonem, bo kto wie jakiego metrażu było to mieszkanie na Brooklyn Heights? Na pewno nie małego…
Mathilde nie mogła odmówić aktorowi tego, że doskonale dostosowywał się do swojego rozmówcy, naturalnie wyczuwając jego rytm i potrzeby, tak że to co mówił, nie miało większego znaczenia, o ile było spójne z monologiem jego dyskutanta, jak było w przypadku pani Monroe. Ona potrzebowała towarzystwa, kogoś kto będzie jej słuchał godzinami, a na co nikt tutaj nie miał czasu, nawet jej świątobliwa opiekunka w postaci Ruth. W pracy, niestety trzeba było pracować, a rozmowy były tylko miłym dodatkiem.
Swoją drogą, czy po tylu latach pani Monroe znajdzie swojego Wallyego w tym niebiańskim Edenie? Czy też wtopi się on w tłum szczęśliwych dusz i każe wypatrywać swojej pasiastej koszuli pośród gęstwiny ludzi?
— Jezu Tilly, skądś Ty go wzięłaś?
— Nie chcesz wiedzieć Ruth…— mruknęła Mattie, chcą czym prędzej uciąć ten temat i całe to przedstawienie zakończyć raz na dobre, w czym pielęgniarka jej nie pomagała.
— Właśnie, że chcę, bardzo chcę! Widziałaś jak doskonale wpływa na ludzi?
— Błagam Cię, pani Monroe zagada każdego, a pan Dawson za chwilę nie będzie pamiętał co tu miało miejsce.
— Myślisz, że wypada mi go zaprosić na niedzielny obiad w domu?
— Co?! — Mattie aż wstała na nogi, z przerażeniem patrząc na Ruth z jej odklejonymi pomysłami.
— Mama i babcia się w nim zakochają. U nas w parafii nie ma takich ludzi z powołaniem.
— Gwarantuję Ci, że się mylisz.
— Jak mam się mylić, skoro wiem co widziałam i słyszałam?
— Nie wiem, halucynujesz z niewyspania.
Ruth posłała jej pełne dezaprobaty spojrzenie.
— Mattie…
— Po prostu nie wydaje mi się żeby to był dobry pomysł.
— Wiesz co? Nie obchodzi mnie to. Zrobię jak uważam. — i na te słowa Ruth ruszyła w kierunku udawanego księdza, aby z zachwytem, wręcz piejąc, zaprosić go do swojego rodzinnego domu na niedzielny obiad. Nie obyło się bez łapania pod rękę, przysuwania niebezpiecznie blisko i czarowania każdą posiadaną przez siebie częścią ciała.
— Ja pierdolę…— Mattie westchnęła załamana obecnym stanem rzeczy.
— Widzę, że Ruth jak zwykle gustuje w niedostępnych? — wracający ze sklepiku z trzema puszkami coli kolega ze zmiany - Simon, zaśmiał się na widok młodszej koleżanki wdzięczącej się do mężczyzny z koloratką.
— Na tym froncie bez zmian. — zgodziła się Mathilde idąc w kierunku księdza Eliego w celu wyswobodzenia go ze szpon żmii. Jeśli tak dalej pójdzie, to za chwilę dostanie powołanie albo stały angaż na tym oddziale, ciekawe tylko kto go będzie opłacał? Ona nie miała najmniejszego zamiaru przyłożyć się do tego interesu choćby centem.
Raz że było to oszustwo, choć można uznać je za doskonały kunszt aktorski, dwa było to jawne naciąganie i pozorowanie wiary. A wszystko dla pieniędzy, w końcu nie spotkali się tu dla przyjemności. Choć trzeba przyznać, że chłopak zrobił trochę dobrego.
— Księże Eli, proboszcz Barnaby wydzwaniał właśnie do mnie zmartwiony czemu nie wracasz jeszcze na parafię z posługą dla lokalnych chorych. Przykro mi Ruth, ale musisz się już pożegnać.— tym sprytnym fortelem wymyślonym na poczekaniu Mattie próbowała wyswobodzić Eliego z rąk koleżanki po fachu.
— Proszę mi dać znać, tu ma ksiądz adres i telefon do mnie. Jeśli ksiądz nie da rady, to będzie nam bardzo przykro. Ale proszę pamiętać że we wszystkim zawsze chętnie pomogę! — zawołała jeszcze za odchodzącymi Ruth, wręczając mu uprzednio kartkę ze swoimi danymi.
Usuń— Nie wiem jak ją możesz znosić. — Tilly westchnęła ciężko, gdy już znaleźli się sami. Ewidentnie czuła się przytłoczona całym tym zamieszaniem i kawalkadą słów płynącą od zbyt wielu rozmówców.
— Mam nadzieję, że to jedyne nasze takie spotkanie. — wręczyła mu kopertę, chcąc mieć to wszystko już za sobą. — I chociaż nieźle Ci idzie dogadywanie się z chorymi ludźmi, może pomyśl o byciu po prostu wolontariuszem, a nie koniecznie „księdzem”. Myślę, że moralnie to lepsze wyjście, choć rozumiem, że na mieszkanie w ten sposób nie zarobisz… No nic, czułabym się chyba lepiej ze świadomością, że jutro nie zobaczę Cię jako rabina, a pojutrze jako imama.
Uśmiechnęła się pod nosem.
— Wychodzę na 5 minut! — krzyknęła przez drzwi do zespołu i zaprowadziła chłopaka w kierunku windy. Ewidentnie potrzebowała wyjść na świeże powietrze i przewietrzyć głowę. — Odprowadzę Cię do wyjścia.
przerażona obrotem spraw Mattie i zauroczona Ruth