
─────────────────────────────────
Alexandre Ioan | 31 XII | 30 lat
Astrofizyk | Inżynier kosmiczny | Astronom
Bibliotekarz | Wykładowca | Cukrzyk (I)
Bliźniak | Kociarz | Naukowiec | Pracoholik
Członek ESA, współpracujący z NASA
Tydzień na Columbia University
Weekendy w Jefferson Market Library
─────────────────────────────────
Alexandre Ioan | 31 XII | 30 lat
Astrofizyk | Inżynier kosmiczny | Astronom
Bibliotekarz | Wykładowca | Cukrzyk (I)
Bliźniak | Kociarz | Naukowiec | Pracoholik
Członek ESA, współpracujący z NASA
Tydzień na Columbia University
Weekendy w Jefferson Market Library
─────────────────────────────────
"You do not know the madness of scholarly curiosity, Mr Webster.
To be interested, and at the same time disinterested…"
To be interested, and at the same time disinterested…"
Genialne dziecko, padało w twoim kierunku, gdy jako przedszkolak rozwiązywałeś sekwencje matematyczne niezrozumiałe dla większości dorosłych, potrafiąc przy tym odczytywać nocne niebo z niebywałą łatwością. Nie bardzo rozumiałeś, co w tym zaskakującego, podzielałeś bowiem jedynie hobby swojej walijskiej matki, Gwyneth, która mimo młodego wieku potrafiła pogodzić pracę, studia, macierzyństwo i wczesne owdowienie. Nie wątpisz jednak, że to właśnie nadmiar obowiązków i systemowe spychanie na bok tych o nieodpowiednim pochodzeniu, sprawiło, że zmarła na raka w wieku zaledwie trzydziestu jeden lat, na krótko przed twoimi dwunastymi urodzinami.
Ojca, Jeana-Luca, prawie nie pamiętasz, ostatni raz widząc go w wieku siedmiu lat. Jako amerykański żołnierz, po 11 września bywał w waszym niewielkim domku w Snowdonii niezwykle rzadko. Chociaż nie wiesz, jak w zasadzie wyglądał świat przed owymi wydarzeniami, zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo ukształtowały one los twojej rodziny. Rówież, o ironio, w tym pozytywnym sensie. W końcu, gdyby nie poczucie długu wdzięczności pewnego angielskiego żołnierza, którego ocalił na froncie twój ojciec; zapewne ty i twój brat nigdy nie otrzymalibyście stypendium do jednej z najbardziej elitarnych szkół z internatem na świecie, gdzie dyrektorem był ojciec ocalonego Anglika.
Chociaż to twój bliźniak był tym normalniejszym, lepiej dogadującym się z otoczeniem, mniej skorym do niesubordynacji i nie był wstrzykującym sobie czegoś parę razy na dzień dziwakiem; trzymaliście się razem, mimo waszych wielu różnic. Najlepiej, jak tylko potrafiliście, wykorzystaliście poświęcenie waszych rodziców, kształcąc się w innych, lecz równie złożonych dziedzinach, przekraczając granice dla wielu ciężkie nawet do wyobrażenia.
Zresztą, mimo wielu nieprzyjemności zaznanych w owej placówce, doceniasz fakt możliwości nauczenia się francuskiego, greki i łaciny, poznania za młodu wielu uczonych, czy też dostępu do urządzeń i informacji, pomagających rozwinąć ci twoje zainteresowania oraz umiejętności. Zaznałeś tam również szczerej przyjaźni, nieodwzajemnionego lecz pouczającego zauroczenia, i odkryłeś nigdy nawet niepodejrzewany przez siebie talent do tenisa, który rozrywkowo nadal czasami trenujesz; czy sentyment do sztuki i poezji, który pozostał z tobą do dziś.
Zdając maturę wcześniej od większości rówieśników, ukończyłeś studia na Cambridge i Oxfordzie, w szybkim czasie robiąc doktorat i dostając się do Europejskiej Agencji Kosmicznej, gdzie kontynuowałeś swoje badania nad istotą kosmosu i wszechświata, po ciuchu licząc na spełnienie swojego największego marzenia. Wbrew wszystkiemu, z niemałą dawką szczęścia, udało ci się - jako jeden z najmłodszych i jako pierwszy cukrzyk w historii, poleciałeś w kosmos. I chociaż kosztowało to twój organizm więcej, niż byłbyś kiedykolwiek gotów przyznać szczerze na głos, nie żałujesz. Choćbyś miał ową podróż przypłacić życiem, poleciałbyś na tę misję za każdym razem.
A jednak, coś się zmieniło. Im głębiej zagłębiałeś się w realia ESA i NASA, tym trudniej było ci ignorować pewne fakty. Odwracać wzrok, gdy raz po raz odmawiano wam prośby o dotacje; nie protestować, gdy odrzucano kompetentnych kandydatów z byle powodu; udawać, że nie dostrzegasz tego, jak coraz to nowsze odkrycia i doświadczenia naukowe, były częściej niż nie wykorzystywane do ohydnych celów, sprzyjających nielicznym tego świata. Zupełnie, jak gdyby masowa broń jakiekolwiek typu i wizja kolonizowania świata pozaziemskiego, nie była czystym szaleństwem i mogła mieć cokolwiek wspólnego z prawdziwą nauką.
Naiwnie więc, opuściłeś Europę, postanawiając lepiej poznać ojczyznę ojca i zaczynając wykładać kosmologię i inżynierię kosmiczną na jednym z tutejszych prestiżowych uniwersytetów, gdzie miałeś nadzieję odnaleźć na nowo sens tego wszystkiego. Cóż, szybko zrozumiałeś, dlaczego wielu z tutejszych wykładowców jest od czegoś uzależnionym. Nauczanie ludzi, którzy wydają się sami nie wiedzieć, czego chcą i zdają się nie pamiętać czasami o posiadaniu zdolności intelektualnych, bywa szczerze dobijające.
Dlatego właśnie postanowiłeś zatrudnić się na weekendy w jednej z nowojorskich bibliotek publicznych, wykorzystując przy tym dodatkową magisterkę, którą zrobiłeś kiedyś z sentymentu. Biblioteki w końcu zawsze były dla ciebie źródłem komfortu; na długo przed prestiżowymi szkołami; pomimo tak wczesnej utraty matki i ojca; wbrew ich pewnym ograniczeniom i coraz mniejszej popularności - odnajdujesz tu niezmiennie spokój i trudne do opisania poczucie równowagi.
Sypiasz niewiele, niezmiennie z dziecięcym entuzjazmem studiując nocne niebo. Spotykasz się ze swoim nadopiekuńczym bratem, codziennie walczysz z własnym ciałem, zatracasz w książkach i naukowych badaniach, starając się z przy tym nie ograniczać swoich relacji międzyludzkich do przygód na jedną noc, i czysto profesjonalnych spotkań. Z marnym skutkiem. Nieszczególnie ci to jednak przeszkadza. Masz swoje kocie przyjaciółki, dostęp do wiedzy i informacji, niezliczone miejsca do odkrycia w tym wciąż obcym ci kraju oraz zapas żelek i soku pomarańcznowego...
Nie trzeba ci niczego więcej, prawda?
Ojca, Jeana-Luca, prawie nie pamiętasz, ostatni raz widząc go w wieku siedmiu lat. Jako amerykański żołnierz, po 11 września bywał w waszym niewielkim domku w Snowdonii niezwykle rzadko. Chociaż nie wiesz, jak w zasadzie wyglądał świat przed owymi wydarzeniami, zdajesz sobie sprawę z tego, jak bardzo ukształtowały one los twojej rodziny. Rówież, o ironio, w tym pozytywnym sensie. W końcu, gdyby nie poczucie długu wdzięczności pewnego angielskiego żołnierza, którego ocalił na froncie twój ojciec; zapewne ty i twój brat nigdy nie otrzymalibyście stypendium do jednej z najbardziej elitarnych szkół z internatem na świecie, gdzie dyrektorem był ojciec ocalonego Anglika.
Chociaż to twój bliźniak był tym normalniejszym, lepiej dogadującym się z otoczeniem, mniej skorym do niesubordynacji i nie był wstrzykującym sobie czegoś parę razy na dzień dziwakiem; trzymaliście się razem, mimo waszych wielu różnic. Najlepiej, jak tylko potrafiliście, wykorzystaliście poświęcenie waszych rodziców, kształcąc się w innych, lecz równie złożonych dziedzinach, przekraczając granice dla wielu ciężkie nawet do wyobrażenia.
Zresztą, mimo wielu nieprzyjemności zaznanych w owej placówce, doceniasz fakt możliwości nauczenia się francuskiego, greki i łaciny, poznania za młodu wielu uczonych, czy też dostępu do urządzeń i informacji, pomagających rozwinąć ci twoje zainteresowania oraz umiejętności. Zaznałeś tam również szczerej przyjaźni, nieodwzajemnionego lecz pouczającego zauroczenia, i odkryłeś nigdy nawet niepodejrzewany przez siebie talent do tenisa, który rozrywkowo nadal czasami trenujesz; czy sentyment do sztuki i poezji, który pozostał z tobą do dziś.
Zdając maturę wcześniej od większości rówieśników, ukończyłeś studia na Cambridge i Oxfordzie, w szybkim czasie robiąc doktorat i dostając się do Europejskiej Agencji Kosmicznej, gdzie kontynuowałeś swoje badania nad istotą kosmosu i wszechświata, po ciuchu licząc na spełnienie swojego największego marzenia. Wbrew wszystkiemu, z niemałą dawką szczęścia, udało ci się - jako jeden z najmłodszych i jako pierwszy cukrzyk w historii, poleciałeś w kosmos. I chociaż kosztowało to twój organizm więcej, niż byłbyś kiedykolwiek gotów przyznać szczerze na głos, nie żałujesz. Choćbyś miał ową podróż przypłacić życiem, poleciałbyś na tę misję za każdym razem.
A jednak, coś się zmieniło. Im głębiej zagłębiałeś się w realia ESA i NASA, tym trudniej było ci ignorować pewne fakty. Odwracać wzrok, gdy raz po raz odmawiano wam prośby o dotacje; nie protestować, gdy odrzucano kompetentnych kandydatów z byle powodu; udawać, że nie dostrzegasz tego, jak coraz to nowsze odkrycia i doświadczenia naukowe, były częściej niż nie wykorzystywane do ohydnych celów, sprzyjających nielicznym tego świata. Zupełnie, jak gdyby masowa broń jakiekolwiek typu i wizja kolonizowania świata pozaziemskiego, nie była czystym szaleństwem i mogła mieć cokolwiek wspólnego z prawdziwą nauką.
Naiwnie więc, opuściłeś Europę, postanawiając lepiej poznać ojczyznę ojca i zaczynając wykładać kosmologię i inżynierię kosmiczną na jednym z tutejszych prestiżowych uniwersytetów, gdzie miałeś nadzieję odnaleźć na nowo sens tego wszystkiego. Cóż, szybko zrozumiałeś, dlaczego wielu z tutejszych wykładowców jest od czegoś uzależnionym. Nauczanie ludzi, którzy wydają się sami nie wiedzieć, czego chcą i zdają się nie pamiętać czasami o posiadaniu zdolności intelektualnych, bywa szczerze dobijające.
Dlatego właśnie postanowiłeś zatrudnić się na weekendy w jednej z nowojorskich bibliotek publicznych, wykorzystując przy tym dodatkową magisterkę, którą zrobiłeś kiedyś z sentymentu. Biblioteki w końcu zawsze były dla ciebie źródłem komfortu; na długo przed prestiżowymi szkołami; pomimo tak wczesnej utraty matki i ojca; wbrew ich pewnym ograniczeniom i coraz mniejszej popularności - odnajdujesz tu niezmiennie spokój i trudne do opisania poczucie równowagi.
Sypiasz niewiele, niezmiennie z dziecięcym entuzjazmem studiując nocne niebo. Spotykasz się ze swoim nadopiekuńczym bratem, codziennie walczysz z własnym ciałem, zatracasz w książkach i naukowych badaniach, starając się z przy tym nie ograniczać swoich relacji międzyludzkich do przygód na jedną noc, i czysto profesjonalnych spotkań. Z marnym skutkiem. Nieszczególnie ci to jednak przeszkadza. Masz swoje kocie przyjaciółki, dostęp do wiedzy i informacji, niezliczone miejsca do odkrycia w tym wciąż obcym ci kraju oraz zapas żelek i soku pomarańcznowego...
Nie trzeba ci niczego więcej, prawda?
"As anyone who has ever been around a cat for any length of time well knows
cats have enormous patience with the limitations of the human kind."
cats have enormous patience with the limitations of the human kind."
────────────────────────────────────────────────
Cześć wszystkim!
Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś zawitam na grupowce. Co z tego wyjdzie, zobaczymy...
Wolę od razu uprzedzić, że współautorzy preferujący częste odpisy, nie powinni marnować na Alexandra i mnie czasu. Mimo szczerych chęci, nie mogę obiecać swojej regularnej obecności.
Przepraszam również za jakość powyższej kp - jak widać, wyszłam z wprawy.
Muzykę można znaleźć pod imieniem i nazwiskami powyższego pana.
W tytule Carl Sagan, w karcie Muriel Spark i Cleveland Amory.
Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś zawitam na grupowce. Co z tego wyjdzie, zobaczymy...
Wolę od razu uprzedzić, że współautorzy preferujący częste odpisy, nie powinni marnować na Alexandra i mnie czasu. Mimo szczerych chęci, nie mogę obiecać swojej regularnej obecności.
Przepraszam również za jakość powyższej kp - jak widać, wyszłam z wprawy.
Muzykę można znaleźć pod imieniem i nazwiskami powyższego pana.
W tytule Carl Sagan, w karcie Muriel Spark i Cleveland Amory.
[Nie masz za co przepraszać - karta jest świetna. ♥ Przeczytałam ją szybciutko i żałowałam, że równie szybciutko się skończyła. Wykreowałaś fantastyczną, złożoną postać i już podczas lektury miałam w głowie kilka pomysłów, jak powiązać Alexandra z Andreą, a Columbia nam to umożliwi bez większego trudu.
OdpowiedzUsuńZanim te pomysły mi się do końca wyklarują, to spytam, czy wolałabyś się przenieść na maila, o ile, oczywiście, z Twojej strony pojawi się chęć na wątek z Andy, czy raczej pozostać pod kartami? ;-)
No i cześć, bawcie się tu dobrze. Oby jak najdłużej!]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Olivia Fitzgerald 🌻
[Mam nadzieję, że będziesz się świetnie bawić ♥️♥️]
OdpowiedzUsuńLeoś
[Moja pasja do kosmosu wybuchła jak supernowa, gdy czytałam tę KP! :) Uwielbiam te tematy, więc cieszę się, że ktoś taki jak Alexander pojawił się na blogu! No i, zazdroszczę mu tego lotu w kosmos… 🚀
OdpowiedzUsuńUśmiechnęłam się też, czytając, że Alexander jest bibliotekarzem, bo Vasya to mól książkowy, więc hej, jednak osoby z różnych światów może coś łączyć xD Ja, oczywiście, zapraszam do Vasilisy, może się nie pozabijają i czegoś nowego się od siebie dowiedzą (Vasya na pewno, skoro Alexander jest astrofizykiem!]
Życzę dużo, dużo weny i samych wciągających wątków!]
jeszcze w roboczych Vasilisa Dragunova ⛸️ ✨
[Bardzo rozbudowana postać, na pewno nie jest przez to mdły i da się go określić jako ogromne zaskoczenie, bo przy Alexandrze to chyba nikt by się nie nudził. Tyle pasji, tyle zajęć, czy jest dzień, w którym usiedzi spokojnie na sofie? :D Jestem ciekawa, jaką reakcję miały inne dzieci i kadra pedagogiczna, gdy taki dzieciak rozwiązywał wiele trudnych zadań? Ja podziwiam, bo tak jak dogadałbym się z nim w temacie książek, tak niewiele wniosłabym w temacie matematyki ^^ I jak ja rozumiem miłość do żelków i soku pomarańczowego, oczywiście u mnie przede wszystkim wygrywa ten smak napoju, ale i żelki są pewnego rodzaju słabością dla mnie ;D
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu ^^]
Natalie Harlow i Vanessa Kerr
[Dzień dobry, cześć i czołem :) Po niedawnym seansie "Ukrytych działań i przy aktualnym rereadzie w audiobooku Projektu Hail Mary, kartę Alexandra czytałam z niegasnącym uśmiechem na twarzy 🩵 Myślę, że nie masz też za co przepraszać, bo kartę czyta się szybko i przyjemnie, i to bynajmniej nie dlatego, że bezmyślnie leci się po niej wzrokiem 😉 Zdjęcie kotów dodatkowo zrobiło mi dzień, także to naprawdę udana karta! Alexander natomiast jest ciekawą postacią, taką, która ma wiele do zaoferowania i taką, którą można rozwijać na wielu płaszczyznach, czego też Ci życzę.
OdpowiedzUsuńŻyczę Ci też tego, żeby ten powrót na grupowce był udany, skoro już się przydarzył 😊 Mnóstwa weny i jeszcze więcej czasu wolnego na pisanie! A jakbyś miała mieć go za dużo, to możesz się z nami podzieli xD]
MAXINE RILEY & IAN HUNT & CHRISTIAN RIGGS
[Cześć! Tymi kotami wygrał moje serce, ale czuję niedosyt i nie miałabym nic przeciwko, gdyby treść karty była dwa razy dłuższa, bo czytało się bardzo przyjemnie! Mam wrażenie, że cały jego geniusz, to jaka ścieżką idzie, to czy odwraca wzrok, czy się temu buntuje, całość drobnych niuansów i calkiem poważnych i solidnych cech jego charakteru, prowadzą do samotności. Przykro mi trochę gdy ci inni, wyjątkowi na swój sposób, niepozorni i odstający w pewnym sensie od ogółu są odtrącani, a choć wierzę, że Alexander nie daje się odsuwać nikomu na bok, takie uczucie przygnebienia gdzieś się we mnie urodziło, poznając go wraz z kolejnymi zdaniami w kp.
OdpowiedzUsuńWyszła Ci bardzo bogata i ciekawa postać, mądra i obyta, aż chciałabym spotkać go na żywo (choć pewnie sama poczułabym się jak biedna, szara mysz spod miotły xDD). Życzę udanej zabawy i ciekawych historii do napisania dla Was! W razie chęci, zapraszamy do nas! ]
Emma & Lily
[Dziękuję bardzo za miłe słowa! <3 Co do wątku, faktycznie mają punkty wspólne i może wyjść z tego coś ciekawego, szczególnie że ich temperamenty mogą się fajnie zderzyć :D
OdpowiedzUsuńPomyślałam, że faktycznie Alexander mógłby ją kojarzyć, Vasya jest raczej znana, jeśli ktoś choć trochę śledzi sporty zimowe i mistrzostwa, więc można to połączyć, że Vasya pojawia się w bibliotece i tutaj zagadanie może ze strony pana bibliotekarza, że skądś ją kojarzy? Pewnie wtedy będą mogli bardziej porozmawiać! :D]
Vasilisa Dragunova ⛸️✨
[Nie mam nic przeciwko rzadkim komentarzom, a Lily wpasuje się tu idealnie! Powiążmy ich przez jej brata, skoro Alexnder lubi zimowe sporty, to dobry pomysł :) Lily za to lubi wszystko i wszystkich, więc może po prostu zacznę od tego, że nawiedza Alexandra w jego domu, aby podrzucić jakieś smaczki dla jego kotów?]
OdpowiedzUsuńLily 🐈
Andrea Wilson wciąż poznawała Nowy Jork. Miasto nadal miało przed nią całą masę tajemnic, a sama dziewczyna zwyczajnie chciała móc je odkrywać bez żadnych ograniczeń. Gubiła się jednak. Między dzielnicami, przecznicami, skwerami. Momentami miała wrażenie, że poznaje to miejsce, a wystarczyło wychylić się zza róg jednej z kamienic, aby utwierdzić się w przekonaniu, że jest zupełnie gdzie indziej. Że jest tam, gdzie nigdy jeszcze jej nie było. Najprostszym było podróżowanie metrem. Wsiadała i wysiadała tam, gdzie chciała. Prosto. Ze stacji do stacji. Znacznie gorzej rzecz miała się wtedy, kiedy Wilson wychodziła na powierzchnię.
OdpowiedzUsuńLos Angeles było inne. Jaśniejsze, bardziej przestronne, zabudowa w Mieście Aniołów nie była taka wysoka i taka ciasna. Tęskniła za Los Angeles, za górującymi nad miastem wzgórzami Hollywood, za ciepłym powietrzem, za słońcem, za rodziną.
A potem oddawała się kolejnemu spacerowi po mieście, po Nowym Jorku i choć była tutaj od sierpnia ubiegłego roku, to nadal znajdowała tutaj zupełnie nowe, ciekawe rzeczy. I piękne budynki. I interesujących ludzi. Jej uwagę, tego dnia, słonecznego, początkiem kwietnia, przykuła wieża. Z zegarem, ze spiczastym dachem, dominująca nad lokalnym budownictwem w West Village. Stary, zużyty aparat miała przewieszony na szerokim pasku na swojej szyi. Zdołała zapełnić już połowę karty pamięci i wiedziała, że jeśli się nie uspokoi z kolejnymi kadrami, to lada moment będzie musiała wracać do akademika, zrzucić to, co zrobiła na dysk i wrócić. A Nowy Jork nie lubił takich rzeczy. Bo był ogromny, zwyczajnie w świecie przepastny i powrót z West Village do akademika mógł zająć jej tyle czasu, że powrót tutaj, aby zrobić zdjęcia w przepięknym świetle zachodzącego słońca, jawił się jako niemożliwy.
Nie było niczym dziwnym, że Wilson zaczepiła panią w podeszłym wieku, która wyprowadzała całkiem podobnego do niej białego pudla. Andrea, choć raczej była dosyć wycofana i nieśmiała, jeśli szło o relacje z grupą ludzi, o jakiekolwiek wystąpienia, tak nie miała problemu z tym, aby porozmawiać z pojedynczą jednostką, zwłaszcza, gdy okazywało się, że ta potrzebuje pomocy w rozplątaniu smyczy Boo. Boo okazał się być niesamowicie przyjemnym i nieco namolnym psiakiem, a rozmowa z jego właścicielką – Wandą, okazała się być dla młodej Andrei pouczająca. Dowiedziała się, że w soboty, taka, jak ta, Jefferson Market Library otwarta jest jedynie do godziny siedemnastej. A było już po szesnastej, więc Andy miała niewiele czasu, żeby wejść do środka i przynajmniej zapoznać się z układem wewnątrz budynku.
Przebiegła przez skrzyżowanie i mijając się w młodzieńcem objuczonym książkami, weszła do środka. Zapach od wejścia był charakterystyczny dla miejsca, w którym się znalazła. Pachniało tu papierem, tuszem i kurzem. Powietrze było lekko zatęchłe, choć przebijały się w nim też kwiatowe nuty, pewnie z odświeżaczy. Do pomieszczeń wpadało niewiele światła dziennego. Wchodziła powoli i ostrożnie, witrażowe okna robiły na niej niesamowite wrażenie, a choć trzymała dłonie na aparacie, w gotowości, aby uwiecznić to miejsce, szła dalej, aż z betonowej posadzki trafiła na pierwszy miękki dywan. Wnętrze biblioteki zachowało oryginalne elementy, a regały były dopasowane do tego, co tutaj zostali jej twórcy.
Była tak zachwycona sklepieniami oraz rozstawionymi wszędzie fotelami, drewnianymi stolikami, że nawet nie zauważyła, kiedy wpadła na jeden z nich, strącając z niego książkę, która z głuchym hukiem spadła na posadzkę. Andrea skrzywiła się, odliczyła do trzech i święcie przekonana, że nikogo tym nie zaalarmowała, usiadła nagle na podłodze. Stąd, z niska, miała świetny widok na jedno z witrażowych okien, przez które wpadały złote promienie słońca. Zrobiła zdjęcie. Dźwięk migawki rozciął ciszę.
Andrea Wilson 📸
Musiała coś zrobić. Miała dość ciągłego siedzenia w domu, a mieszkanie było już tak czyste, że niedługo mogłaby przejrzeć się we własnym odbiciu w wypastowanych panelach. Nuda była dotkliwa, szczególnie teraz, kiedy ciało wciąż domagało się ruchu, rutyny i znajomego zmęczenia. Vasya uwielbiała dyscyplinę – to w Rosji nauczyła się jej niemal fanatycznie przestrzegać, np. w porannym wstawaniu, bieganiu, treningu, rozciąganiu i w godzinach, podczas których oczekiwano od niej perfekcji. Trenerka kazała jej jeździć tak długo, aż uznawała, że jest zadowolona; każdy szczegół musiał być idealny: kąt uniesienia podbródka, wejście w skok, czyste, pewne lądowanie, wyśrodkowane obroty. Nie istniało „wystarczająco dobrze”. Albo robiło się coś idealnie, albo powtarzało od nowa, aż ciało przestawało protestować i zaczynało uginać się pod naciskiem presji, bólu i niekończących się poprawek. Vasya przywykła do tego rytmu tak mocno, że bez treningów czuła się nieswojo, jakby nagle odarto ją z czegoś, co przez lata wyznaczało porządek jej życia.
OdpowiedzUsuńPróbowała zagłuszyć to czymś innym. Joga, medytacja, nadrabianie filmów, czytanie książek, a czytała właściwie od zawsze – jeszcze w dzieciństwie lektury były jedną z nielicznych rzeczy, które uspokajały ją równie skutecznie jak łyżwy i lodowisko. Potrafiła spędzać długie godziny z nosem w powieściach, a kiedy mieszkała w Rosji, często odwiedzała bibliotekę; lubiła ciszę między regałami i zapach papieru. Kochała te historie z tą samą intensywnością, z jaką kochała łyżwy, może tylko w łagodniejszy, cichszy sposób, bo w tym przypadku nie musiała z nikim rywalizować.
Szczególny sentyment zachowała do rosyjskich baśni, tych, które pamiętała jeszcze z dzieciństwa: opowieści o Babie Jadze, o pięknej Wasilisie, o Iwanie Carewiczu i Szarym Wilku, o ognistym ptaku i dziewczynie o mądrych oczach, która musiała przejść przez mroczny las, zanim docierała do zamku. Było w tych historiach coś surowego, a jednocześnie kojącego, coś, co przypominało jej dom w sposób trudny do wyjaśnienia.
Biblioteka miała w sobie ten szczególny rodzaj ciszy. Nie była to martwa cisza, lecz delikatny bezruch pełen drobnych dźwięków: szelestu przewracanych stron, cichych kroków, stłumionego stuknięcia odkładanej książki, pojedynczego chrząknięcia gdzieś między regałami. Wszystko brzmiało intensywniej. Pachniało tutaj papierem; nie świeżym, drukarskim, ale tym starszym, bardziej suchym i ciepłym, przesiąkniętym kurzem, klejem i czasem. W powietrzu unosiła się też delikatna woń drewna i chłodna nuta klimatyzacji. Światło było rozproszone i łagodne, opadało po stołach szerokimi smugami, odbijało się od lakierowanych blatów i matowych okładek. Regały ciągnęły się równymi rzędami, wysokie, uporządkowane i być może trochę przytłaczające. Biblioteka nie onieśmielała przepychem, raczej uspokajała swoją prostotą. Dawała schronienie przed hałasem, pośpiechem, ludźmi, przed własnymi myślami. I chyba właśnie tego Vasya potrzebowała najbardziej.
Stanęła przy jednym z wyższych regałów, przesuwając spojrzeniem po grzbietach ustawionych równo książek. Jej palce przesunęły się lekko po tytułach, aż w końcu zatrzymały się przy jednym grzbiecie. Wyciągnęła egzemplarz; książka była trochę cięższa, niż się spodziewała, o twardej oprawie i lekko pożółkłych stronach, które pachniały papierem i kurzem. Stare wydanie Mistrza i Małgorzaty z przedmową i obrazkami. Przekartkowała je pobieżnie, zatrzymując wzrok na kilku pierwszych zdaniach, a potem zamknęła z szelestem.
Przycisnęła książkę do obojczyków, po czym odwróciła się i ruszyła w stronę biurka bibliotekarza. Kojarzyła już Alexandra, bo nie pierwszy raz ją obsługiwał, ale nie wiedziała o mężczyźnie nic więcej, znała tylko imię, które zdradzała plakietka, którą nosił. Zatrzymała się przed ladą i położyła książkę na blacie.
Usuń— Chciałabym ją wypożyczyć — powiedziała z lekkim rosyjskim akcentem. Uśmiechnęła się lekko, omiatając wzrokiem twarz Alexandra, a potem spuściła wzrok do lektury. — „Mistrz i Małgorzata” zawsze wydawała mi się jedną z tych książek, do których człowiek wraca w odpowiednim momencie. I dla mnie to chyba właśnie ten moment.
Vasilisa Dragunova ⛸️✨
[Uznałam więc, że nam zacznę od tego kolejnego przecięcia się w bibliotece :D]
W środku tygodnia, w zaskakująco słoneczne popołudnie jak na początek wiosny, Lily postanowiła wybrać się do biblioteki. Ubrała swoją ulubioną lekką kurtkę i delikatny uśmiech na twarzy. Nie tylko po to tam dzisiaj szła, by oddać wypożyczoną w poprzednim tygodniu książkę o malarstwie, ale też by podarować Alexandrowi coś miłego. Wiedziała, że jego koty uwielbiają przysmaki, więc przyniosła kilka specjalnych łakoci dla nich. Sama była zbyt zabiegana, aby przygarnąć zwierzątko, więc dbała jak mogła o te, które mieli wokół przyjaciele i znajomi - nawet ci dalsi.
OdpowiedzUsuńPowietrze nie było jeszcze tak ciepłe i przyjemne, jakby życzyła sobie tego Taylor, dlatego gdy dotarła na miejsce, na bladej twarzy malowały się już wyraźne rumieńce. Gdy weszła do biblioteki, od razu poczuła ciepło i znajomy zapach papieru. W niskich botkach nie robiła hałasu, idąc prosto do biurka, przy którym zajmował stanowisko Alenxander, choć nie zastała go tam. Rozpięła kurtkę, odwinęła fioletowy szalik i skierowała się miedzy regały, aby go poszukać. Pod ramieniem trzymała torbę a w niej tom do oddania i szeleszczący pakunek pełen niespodzianek.
- Dzień dobry, Alexandrze - przywitała się z uśmiechem, który rozświetlił jej twarz w momencie, gdy przy przewodnikach po całym świecie dostrzegła bruneta. - Mam dla twoich kotów coś specjalnego, mam nadzieję, że będą zadowolone - oznajmiła już na wstępie, bo ruda nie umiała ani utrzymać niczego w sekrecie, gdy to budziło jej ekscytację i miało być niespodzianka, a przede wszystkim przyszła głównie po to, aby sprawić mu przyjemność. Jeszcze nigdy jej za to stąd nie wywalił, więc miała nadzieję, że naprawdę nie ma jej tego za złe.
Lily zawsze była taka pogodna i ciepła, a jej dobre słowo potrafiło poprawić nawet najbardziej pochmurny dzień. Wiedziała, że małe gesty tworzą coś więcej niż tylko wymianę uprzejmości, to budowało przyjaźnie, w których każdy czuł się ważny. Sięgnęła do torby, wyjęła najpierw tom akademicki o sztuce, który przytrzymała przy biodrze, a drugą dłoń zanurzyła głebiej w torbie i zaraz w kierunku Alexandra wyciągnęła papierowy pakunek pełen chrupiących wypiekanych rybek.
- Biała ryba i kawior, to podobno przysmak - oznajmiła tak dumna z siebie, jakby dokarmiała własne zwierzaki.
Lilka
Leonard nie pamiętał, kiedy ostatni raz szedł tak spokojnie. Central Park nie zmienił się ani trochę — wciąż ten sam rytm kroków, rozmów, przypadkowych śmiechów unoszących się gdzieś pomiędzy drzewami. To on był inny. A może dopiero teraz zaczynał być sobą w sposób, którego wcześniej nie dopuszczał. Mężczyzna wsunął dłonie do kieszeni płaszcza i odetchnął głęboko. Powietrze było chłodne, wilgotne, osiadało gdzieś w płucach ciężej niż powinno, ale nie było w nim niczego, co kazałoby mu się cofnąć. Niczego, co przypominałoby tamten zapach. To wystarczało. Szedł przed siebie powoli, uważnie stawiając kolejne kroki, jakby każdy z nich miał znaczenie. W ośrodku uczono go skupienia na prostych rzeczach — na oddechu, na dotyku, na tym, co tu i teraz. Wcześniej wydawało mu się to absurdalne. Teraz… łapał się na tym, że robi to zupełnie odruchowo. Minął kobietę spacerującą z psem. Pies na moment zatrzymał się przy nim, spojrzał uważnie, jakby coś wyczuwał, a potem pobiegł dalej, pociągnięty lekko za smycz. Leonard odprowadził go wzrokiem, a na jego ustach pojawił się ledwie zauważalny uśmiech. Krótki. Niepewny. Ale prawdziwy.
OdpowiedzUsuńZatrzymał się przy jednej z ławek. Przez moment tylko na nią patrzył, jakby rozważał coś znacznie większego niż zwykłe usiąść albo iść dalej. W końcu jednak opuścił się powoli na drewniane siedzisko i oparł łokcie o kolana. Przymknął oczy. Jeszcze niedawno to byłoby błędem.
Obrazy przychodziły nagle, bez ostrzeżenia — ostre, duszące, zbyt realne. Teraz też gdzieś tam były, czaiły się pod powierzchnią, ale nie uderzały z taką siłą. Były bardziej jak echo niż krzyk. Leonard przesunął dłonią po karku, zatrzymując ją tam na moment, jakby próbował rozluźnić napięcie, które wciąż nie chciało go całkowicie opuścić. To nie znikało tak po prostu. Wiedział o tym. Powtarzano mu to wielokrotnie.
Szedł dalej, skupiony bardziej na własnym oddechu niż na otoczeniu. Mijał kolejne osoby bez większej uwagi, aż w pewnym momencie czyjeś ramię otarło się o jego bark. Zatrzymał się odruchowo, cofając pół kroku, a jego ciało napięło się na ułamek sekundy — krótko, niemal niezauważalnie dla kogoś z boku. Dla niego aż za bardzo znajomo.
— Przepraszam — mruknął ledwie słyszalnie Allen.
Przez moment tylko patrzył, jakby próbował dopasować obraz przed sobą do czegoś, co znał, ale co nie do końca chciało się ułożyć w całość. Twarz była ta sama, choć jakby starsza, bardziej zmęczona. Albo to on patrzył inaczej. Leonard wsunął dłonie głębiej w kieszenie płaszcza, zaciskając palce na materiale. Przyglądał się uważnie stojącemu przed nim mężczyźnie, jakby próbował odnaleźć w nim coś znajomego. Coś, co kiedyś było oczywiste.
🐻♥️🐻♥️