
All I ever wanted to do was know what's out there
Linda z westchnieniem opadła na tylną kanapę, a następnie wychyliła się i sięgnęła ku klamce, by z trzaskiem zamknąć za sobą drzwi.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
— Zróbmy rundkę wokół osiedla — poprosiła, a po chwili ich spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu wstecznego lusterka. Kobieta uśmiechnęła się blado, czego on nie odwzajemnił. Wrzucił bieg i pozwolił, by pojazd potoczył się w dół wysypanego żwirem podjazdu; lubił ten charakterystyczny chrzęst kół, więc nieśpiesznie zbliżali się ku bramie, zostawiając za sobą fasadę luksusowej willi.
— W ten weekend potworki są u swojego ojca — odezwała się Linda, kiedy wyjechali na osiedlową drogę. Był wieczór, więc co rusz wjeżdżali w plamy światła rzucane przez rozstawione po obydwu stronach drogi latarnie.
Potworki, pomyślał Ian i we wstecznym lusterku zerknął na zapatrzoną w okno czterdziestoletnią kobietę. O nas matka też tak mówiła.
Kolejne westchnienie uleciało spomiędzy rozchylonych warg Lindy. Ta jakby nagle otrzeźwiała; poruszyła się niespokojnie, usiadła wyżej na siedzeniu i wyprostowała, by wreszcie utkwić wzrok w tyle głowy Iana. Uśmiechnęła się lekko i tym razem ten uśmiech dosięgnął jej brązowych oczu.
— Jaki ci minął dzień, Ian? — zagadnęła niezobowiązującym, konwersacyjnym tonem.
— W porządku — odparł, wrzucił prawy kierunkowskaz i rozejrzał się, choć ruch na osiedlu, na którym mieszkała Linda, zawsze był znikomy, niezależnie od pory dnia. Skręcili i szatyn zredukował bieg, ponieważ właśnie wtaczali się pod łagodny pagórek, z którego wierzchołka rozpościerał się widok na bogate domostwa.
— A ty? Planujesz odpowiednio uczcić weekend bez potworków? — zapytał z grzeczności, mimowolnie kładąc nacisk na ostatnie słowo.
Linda zaśmiała się perliście.
— Inaczej bym nie dzwoniła.
Dwudziestominutową przejażdżkę zakończyli tam, gdzie ją rozpoczęli. Linda sięgnęła do torebki i wyjęła z niej portfel.
— Ile płacę? — spytała z przekąsem, ponieważ już znała odpowiedź.
— Tyle, ile zawsze.
Wyciągnęła rękę pomiędzy dwoma przednimi siedzeniami. Szatyn wyjął spomiędzy jej palców złożone banknoty, rzucił je na fotel pasażera po swojej prawej i otworzył schowek. Pojedynczy foliowy woreczek z kilkoma gramami amfetaminy wyglądał wyjątkowo smutno na tle pustej przestrzeni, ale na jego widok brązowe oczy Lindy zapłonęły niezdrowym blaskiem.
— Miłego weekendu, Lindo — życzył jej Ian, ale odpowiedział mu tylko trzask zamykanych drzwi. Nim odjechał, uśmiechnął się kwaśno i rzucił ostatnie spojrzenie kobiecie żwawym krokiem zmierzającej ku willi, która przypadła jej po rozwodzie z mężem.
***
Długimi susami pokonywał po dwa stopnie, aż znalazł się na trzecim piętrze. Lewą dłonią przytrzymał materiał kurtki, prawą zanurkował w kieszeni i namacał klucze. Kiedy uniósł głowę, jego spojrzenie napotkało mężczyznę opierającego się plecami o ścianę tuż obok drzwi jego mieszkania.
— Chłopaki planują akcję — odezwał się. — Lepiej, żebyś przez najbliższy tydzień się nie wychylał.
Nie patrząc w jego stronę, Ian wsunął klucz do zamka, przekręcił dwa razy i otworzył drzwi, które uchyliły się do środka.
— Pierdol się, Louis — poradził mu serdecznie i zniknął w środku.
I refused to lose without a fight
urodzony 29 stycznia 1999 roku w Nowym Jorku, USA ⬩ 27 lat ⬩ kierowca Ubera - Cadillac CT5V Blackwing ⬩ diler ⬩ wynajmuje mieszkanie na Harlemie, przy 119th Street ⬩ od 6 roku życia wychowanek domu dziecka ⬩ trzy epizody w dwóch różnych rodzinach zastępczych ⬩ starszy o 4 lata brat, Louis - policjant ⬩ rodzice zapili się lub zaćpali, co do tego nie ma pewności - wie tylko, że nie żyją ⬩ nie pije, nie pali, a już na pewno nie bierze narkotyków - wystarczająco napatrzył się na skutki uzależnień w domu i bidulu ⬩ nigdy nie poznał innego życia niż to, które prowadzi ⬩ nigdy nikt nie pokazał mu innej drogi ⬩ can you find a life that's like fairy tales, far from this tragedy? ⬩ od około roku raz w miesiącu gra w Texas Hold'em w Fire Moon ⬩ stały klient kameralnej osiedlowej siłowni THE GYM na Long Island City ⬩ wiosną, latem i wczesną jesienią amator biegania ⬩ new yorkers
We're just too young, ignorant and innocent
1. Did I disappoint you? 1.02.2025 ⬩ 6.07.2025
2. Did I disappoint you? 6.07.2025 ⬩ 25.11.2025
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time 25.11.2025 ⬩ 26.08.2026
4. If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me? 26.08.2026 ⬩ ???
2. Did I disappoint you? 6.07.2025 ⬩ 25.11.2025
3. Don't hope, it's the hope that kills me every time 25.11.2025 ⬩ 26.08.2026
4. If I lose it all, slip and fall, will you laugh at me? 26.08.2026 ⬩ ???
Like kids stay up all night in a tent
2199. Did I disappoint you? 8.09.2025
How do you see me? Am I who I used to be?
Cytaty: SiM - The Rumbling, SawanoHiroyuki[nZk] - Dark Aria (LV2)
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 4.10.2026 ⬩ karta postaci ⬩ powiązania
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
Wizerunku użycza: Nicholas Galitzine
Ostatnia aktualizacja: 4.10.2026 ⬩ karta postaci ⬩ powiązania
Kontakt: panienkazokienka92@gmail.com
Jak to bywa z naszymi autorskimi tworami, postać pokroju Iana od dłuższego czasu krażyła mi po głowie i dziekuję poison killer za pomoc w nadaniu jej finalnego kształtu :) Jeszcze nie wiem, czy potrafię w postacie takie, jak Ian, ale chcę spróbować!
Zapraszam wszystkich chętnych do wspólnej zabawy :) Staram się odpisywać regularnie, w zależności od ilości wolnego czasu, a jakiekolwiek większe odpisowe zaległości nadrabiam w weekendy :)
٩(๑> ₃ <)۶♥
OdpowiedzUsuńW pracy w szpitalu wiele rzeczy było niesamowitych, ale prawdopodobieństwo spotkania różnych ludzi ze swojego życia w najdziwniejszych sytuacjach, uh, to dopiero było coś! Zwłaszcza w miejscach takich jak ER, gdzie upadek człowieka widziało się wielokrotnie w ciągu doby. I wielu rzeczy mogłaby się na dzisiejszej zmianie spodziewać, ale na pewno nie tego, że diller, który sporadycznie podrzucał jej zioło, będzie leżał teraz przed nią. W dodatku z rozbitą głową.
OdpowiedzUsuńA to ci dopiero heca.
Całe szczęście w tym wypadku to ona była po tej korzystniejszej stronie i była stroną wygraną. Nie czuła choćby krzty zagrożenia ze strony jasnowłosego, bo niby jak mógłby jej zaszkodzić? Przecież nie przyzna się personelowi czym się trudni. To byłoby skrajną głupotą. No chyba że uznał poważnego urazu głowy. Wtedy jednak nie rozmawialiby sobe tak przyjemnie. A nawet jeśli? Miała tą przewagę, że mogła go sklasyfikować wtedy jako nielogicznego. Pacjent wypowiada treści o charakterze urojeniowym, twierdzi, że sprzedaje narkotyki personelowi oddziału.
Miała swoje cztery litery kryte, mogła spać spokojnie.
On niestety nie.
Była to jednak niepowtarzalna okazja, żeby dowiedzieć się o tym enigmatycznym mężczyźnie czegoś więcej. I Mattie wykonując swoją pracę najlepiej jak potrafiła, zamierzała wykorzystać swoje przywileje.
— Potrzebuję żebyś powiedział mi jak się nazywasz. Masz jakieś dokumenty przy sobie? — zagadnęła, jednocześnie przygotowując sprzęt medyczny, który leżał na pobliskiej szafce, by za chwilę przeprowadzić podstawowe badania niezbędne przy przyjęciu.
Pacjent przytomny, w kontakcie słowno-logicznym. GCS:...
Mattie skrupulatnie zapisywała wywiad na kartę w międzyczasie przysłuchując się, co jej diller ma do powiedzenia. Zważając na dobór słów i zachowanie, które w tym wypadku nie zakrawało jeszcz na pobudzenie psycho-ruchowe, wydawało się, że nic szczególnie groźnego mu się nie przytrafiło. Obejdzie się pewnie tylko na badaniach i szwach, a następnie puszczą chłopaka do domu. Wątpliwość pozostawiały tylko okoliczności zdarzenia i czy zajdzie potrzeba wzywania policji, czego, jak podejrzewała, jej pacjent mógł sobie nie życzyć.
— Podniesiesz ręce do góry? A następnie poruszaj stopami i spróbuj zgiąć kolana, raz jedno, potem drugie. — zaordynowała spokojnie, czekając by zobaczyć jego sprawność ruchową. Nie wyglądało na to, żeby miał jakiekolwiek deficyty. GCS:15.
— Nie dotykaj! — syknęła, gdy tylko zobaczyła jak brudna ręka chłopak zmierza do rany na głowie. — Chcesz żeby wdało się zakażenie i skończyć z zapaleniem opon mózgowych albo sepsą? Wtedy spotkamy się na innym oddziale, gdzie ktoś z rodziny będzie musiał podjąć decyzję, kiedy odłączyć Cię od respiratora. — uwielbiała straszyć i roztaczać katastroficzne scenariusze, które notabene niejednokrotnie widziała. W tym wypadku dawało jej to dodatkową frajdę. Straszenie własnego dillera to było coś.
— Zbadam Ci puls, sprawdzę ciśnienie, zrobię ekg i oczyszczą ranę na głowie. Za chwilę powinien też pojawić się lekarz, zleci badania i powie co dalej. Musisz się złotko jednak uzbroić w cierpliwość, bo trochę tu pewnie poleżysz. Pamiętaj żeby od tej pory nie pić i nic podjadać. Nawet jeśli nie zapowiada się na inwazyjne badania, takie mamy tu zasady. — spojrzała na niego groźnie i uważnie, a następnie z uśmiechem pewnej satysfakcji zabrała się za zakładanie mu mankietu ciśnieniomierza i pulsoksymetru na palec.
— Będę Cię musiała też obejrzeć… — stwierdziła poważnie, choć z cichą dozą pruderii, spoglądając sugestywnie po całym jego ciele.
Było to naprawdę zabawne spotkanie.
Piguła Mathilde
Magnus nie stroni od zabawy: czy to w chowanego, czy przy pomocy używek. Nie ma to większego znaczenia, póki na twarzy pojawia się uśmiech, a on na moment zapomnieć może o większych czy mniejszych przykrościach. Nie żeby tych przykrości znowu było jakoś mnóstwo, ale, gdy się pojawiały, dobrze było je gdzieś zagonić. Przynajmniej początkowo. Valtersson bowiem szczerze wierzy w moc rozmowy i tego, że jak się wystarczająco dużo papla to w końcu ktoś mądry usłyszy, i poradzi coś wyśmienitego. Albo poklepie po ramieniu. Albo przytuli. Warto jednak zacząć od pospolitego spychania problemów na dalszy plan aż urosną do rozmiarów ciężkich do zignorowania.
OdpowiedzUsuńTak jest zresztą i tym razem: bo kiedy pyta jednego z barmanów czy wie, gdzie może skołować coś lekkiego i dostaje numer dilera, nie waha się wcale. Mógłby zapewnić sobie rozrywkę w inny sposób: mógłby wrócić do domu z kimś atrakcyjnym albo poprosić o zrobienie świetnego drinka, mógłby iść na bingo albo się wyspać. Wybiera opcję mniej rozsądną, ale za to równie przyjemną. bo w końcu, jak wiadomo: nie stroni od zabawy. Nie rzuca się też na narkotyki dla dużych dzieci, bo nie jest durny. A nawet jeśli jest durny to nie jest wystarczająco bogaty by pozwolić sobie na drogi nałóg. Nie ma też w Nowym Jorku znajomych, z którymi byłby na tyle blisko, żeby w ich towarzystwie czuć się bezpiecznie biorąc cokolwiek. Może więc sobie pozwolić na niewielkie ilości ekstazy i lsd, żeby umilić sobie noc.
W zasadzie spodziewał się, że pytając barmana o dragi, ten okaże się trzymać je pod ladą, ready to go, a nie że wymagało to będzie przygotowań i ustaleń. Uparł się jednak, a uparty Magnus to Magnus działaniowy, toteż wysyła sms-a, a potem kolejnego. Zamawia więcej niż potrzebuje, bo przecież nie będzie się z gościem spotykał raz w tygodniu, żeby poprosić o pół molly. Ma trochę szacunku.
Potem właściwie nie ma czasu myśleć o tym wcale, bo wychodzi na scenę i nie ma zielonego pojęcia, jakim cudem w jego obliczeniach znalazł miejsce na to, żeby wykonać swój numer, a potem zdążyć na backstage, zmyć make-up i zdjąć z siebie ciasny strój. Pewne jest jedynie to, że obliczenia te oscylują na granicy błędu i głupoty, bo godzinę później wciąż jest w full dragu i w pośpiechu kończy rozmowę z jednym z chłopaczków, którzy z entuzjazmem chwalą jego występ. W innych okolicznościach na pewno postałby z nim dłużej, potaplał się w przyjemności komplementów. Widzi jednak zegar, co gorsza, wie jak go czytać. Klepie więc faceta po ramieniu, obiecuje że kiedyś tam jeszcze pogadają, może jutro, może nigdy i przedziera się do drzwi. Akurat rozpoczyna się kolejny występ, więc korzysta z momentu i wychodzi na zewnątrz.
Wysoki obcas stuka o chodnik, a wszyscy są śmiesznie mali. Bez dragu, przy swoim metr osiemdziesiąt nie robi żadnego wrażenia, ot, ginie w tłumie facetów o podobnym wzroście. Kiedy jednak dołożyć do tego szpile i uniesiony włos, robi się z niego potężna bestia. Gorset ściska go z taką siłą, że ledwo oddycha, ale powietrze to raczej zbędny koncept, kiedy jest się spóźnionym, a do tego w obcisłym kombinezonie, starając się zignorować spojrzenia przechodniów. Zazwyczaj nie pojawia się na ulicy w dragu, jeśli tylko może tego uniknąć: świat ruszył do przodu, ale ktoś czasem wciska hamulec i lepiej być na to gotowym niż później zakrywać siniaki podkładem.
UsuńWidzi go właściwie od razu. I też od razu wie, że to on. Pasuje tu jak pięść do nosa. Mange dociera do niego w kilku szybkich krokach, ramionami odcinając wścibskie spojrzenia palaczy i kładzie dłonie na biodrach, łapczywie walcząc o oddech.
— Już myślałem, że się nie wyrwę — rzuca przepraszająco na powitanie, zaraz rozciągając usta w szerokim uśmiechu. Spogląda na swoje odbicie w szybie zamkniętego lokalu, a potem nurkuje palcami w dekolcie, żeby wydobyć upchnięte tam banknoty. Nie tak planował płacić: dla niego przyszykowaną miał gotówkę w portfelu, ale że nie miał czasu cofnąć się na backstage, użyć musi tipów i kasy, którą ewentualnie przeznaczyć miał na drinki. — Ile ci jestem winien? — pyta, żeby się upewnić, bo nawet jeśli kwota padła w smsach, Mange zdążył o niej zapomnieć.
Magnus Valtersson, your friendly drag queen
Obserwując tylko jego zachowanie Mathilde mogła podejrzewać jak bardzo jej pacjent aka diler nie chce tutaj przebywać. Ba, wiedziała, że chce stąd wyjść, bo wcale mu nie na rękę być w systemie szpitalnym, który w najlepszym razie przypomni się z rachunkiem do zapłaty za leczenie jeśli ubezpieczenie czegoś nie pokryło. Musiał się jednak liczyć z tym, że profesja którą się trudnił wiązała się z ogromnym ryzykiem, nawet jeśli większość klientów była bezproblemowa. Widmo niepowodzenia było jednak wielkie. Jak z resztą u Mattie, która czasami sama zapędzała się w kozi róg histerii w obawie przed zarażeniem jakimś srogim gównem. Robiła wiele głupich rzeczy w życiu, na myśl o których teraz oblewał ją zimny pot. Była wdzięczna losowi, że ten jakoś uchował ją w zdrowiu i całości. Nawet jeśli psychika czasem szwankowała.
OdpowiedzUsuńNikt przecież nie był idealny.
— Ian… — powtórzyła za nim, po raz pierwszy słysząc to imię. Nie znali się w końcu prawie w ogóle, nawet jeśli chłopak miał okazję widywać ją w tych bardziej i mniej kompromitujących sytuacjach. Odbierała od niego towar w za dużych, powyciąganych ciuchach domowych podczas sprzątania swojej kawalerki, czy też w piżamie, czasem znowu wyglądającą jak inna osoba, gdy akurat szykowała się na jakieś wyjście. Raz chyba w biegu otworzyła mu w samym ręczniku. A mimo to, do tej pory nie znali się nawet z imienia.
Dla niej w życiu, jak i na Signalu, był po prostu Panem Ziółko.
— Będę potrzebowała twojego numeru ubezpieczenia. — powiedziała poważnie, wracając do zajmowania się swoją pracą i pacjentem. Zapięła mu mankiet, założyła pulsoksymetr, włączyła monitor i czekała, aż sprzęt będzie zdatny do użytku, by móc sprawdzić jego parametry i wpisać w kartę.
— Pamiętasz w ogóle jak tutaj trafiłeś? — zagadnęła, obserwując to kardiomonitor, to jego twarz i zachowanie, czy przypadkiem, już nie próbuje jej uciec z łóżka.
Zaśmiała się szczerze i pokręciła z niedowierzaniem głową, gdy usłyszała o odwdzięczeniu się. Złapała go konkretnie za dłoń, w której trzymał jej nadgarstek, by dać jasno do zrozumienia, żeby tego nie robił, bo i tak nic to nie pomoże. Mogą się nawet siłować, a ona i tak finalnie wygra.
Poza tym, Mattie nie była w ogóle fanką narkotyków, w zasadzie niczego innego poza zielskiem nie potrzebowała, ani nawet nie chciała brać. Nawet jeśli czasami apteczki szpitalne wprost wołały o to, by coś z nich zabrać. Zwłaszcza na oddziale intensywnej terapii, gdzie stacjonowała na co dzień, miała pełen wachlarz możliwości testowania substancji znieczulająco-odurzających. Posiadała jednak przede wszystkim rozsądek i instynkt samozachowawczy, który nie pchał ją w tego typu sytuacje. Naoglądała się upadku ludzi w przypadku uzależnień i jakoś nie widziała siebie w tej roli. Z resztą, kredyt za kawalerkę sam się nie spłaci. To chyba dobra motywacja by zasuwać nawet na dwóch zmianach?
— W gratisie to można w życiu dostać tylko wpierdol mój drogi. Bardzo mi przykro, ale nie ja ustalam tutaj warunki. Cokolwiek bym nie zrobiła, lekarz ma obowiązek Cię obejrzeć. — podniosła ręce do góry w geście bezradności. — Zawsze możesz wyjść na własne żądanie, czego na Twoim miejscu jednak bym nie robiła. Rana na głowie nie wygląda zbyt dobrze, a i z kolanem widzę, że miewasz problemy. — zacmokała sugestywnie. — W tym wieku, to niezbyt optymistyczna wizja.
UsuńWyglądał na młodszego i taki się zdawał Tilly, stąd mogła sobe pozwolić na prawienie tego typu morałów, nawet jeśli różnica wieku mogła nie być tak wielka. Warto jednak byłoby zainteresować się własnym zdrowiem w sytuacji, która tego wymagała. Nie było to przecież byle stłuczenie.
Westchnęła.
— Patrząc na twoją piękną buźkę musimy wykluczyć czy nie ma krwiaka. — dodała już spokojniej, bardziej empatycznie, chcąc dać mu do zrozumienia, że choć mu się to nie podoba, to wizyta w szpitalu ma naprawdę bardzo dużo sensu.
— Boli Cię coś? — zapytała jeszcze. Wiedziała, że nie minie 5 minut, jak ktoś za chwilę rozsunie kotarę, która oddzielała box w którym się znajdowali i pojawi się tutaj lekarz. Być może na 3 sekundy, może zrobi większy wywiad. Wszystko zależało od tego na kogo trafią.
Siostra nie ma nic za darmo Mathilde
Do tego po swojemu, którym charakteryzował się Ian, musiała przywyknąć. Początkowo nie zwracała nawet na to tak bardzo uwagi, w końcu umysł chłonący niczym gąbka endorfiny wynikające ze stanu zakochana, odpychał od niej wszystkie mniej przyjemne myśli. Dopiero potem dopadły ją wątpliwości. Bo kiedy ona wyznawała Ianowi, że za nim tęskni, że źle jej bez niego, a ostatecznie, że go kocha, on milczał. Albo był naćpany i odpowiadał. Albo milczał. Debbie nie mogła brać tego do siebie. Nie mogła, bo Ian taki był. To był jego styl. Jego sposób. Jego społeczne umiejętności. Nie mogła brać tego do siebie, ale trochę brała. Bo nie była tak bardzo wyrozumiała, jak mogłoby się wydawać, bo miała też wady, bo jej cierpliwość miała granice, bo chciała usłyszeć od Iana coś, co w jego głowie jawiło się jako oczywiste, bo czasami schowanie się w jego ramionach to było zbyt mało.
OdpowiedzUsuńDlatego dzisiaj też było jej tak dobrze. Wygodnie, miło i ciepło. Ale od środka. Rozkoszne ciepło rozlewało się po jej wnętrzu, zaczynało się w okolicy mostka, gdzie mocno i wyraźnie biło jej serce, rozprzestrzeniało się po brzuchu, rozlewało się na miękkie nogi, które – gdyby nie wsparcie Iana – pewnie ugięłyby się pod Debbie. Docierało też do jej głowy, gdzie mieszało się z szumem wynikającym z wypitego alkoholu, ale i szumem fal pod ich stopami, które rozbijały się o skałki.
Wspierała się na Huncie pewnie, a choć często rodziły się w niej pretensje wynikające z nierozumienia, to i tak do niego wracała. Dzisiaj była jednak przeszczęśliwa, miała zanotować ten dzień jako jeden z najwspanialszych w jej życiu, jeśli nie najwspanialszy. Cudowny. Ciepły. Z dala od nowojorskich problemów. Bo jej to powiedział. Powiedział jej, że ją kocha, a Debbie czuła się trochę jak ta filmowa nastolatka, która chce podskakiwać z radości, piszczeć i pędzić zapisać tę datę w swoim pamiętniku.
Nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego pozwoliła im się pogodzić, bo kłótnie im nie wychodziły. Były bolesne i paskudne, a Grayson – w przeciwieństwie do Hunta – nie miała zahamowań, jeśli chodziło o wyznawanie uczuć albo okazywanie emocji. Często najpierw mówiła, a dopiero potem myślała, zwłaszcza wtedy, jeśli w grę wchodziły silniejsze bodźce. A Hunt był takim silniejszym bodźcem. Często żałowała swoich wyskoków i oskarżeń, ale nie rozumiała. Wydawało jej się, że rozumie, czym jest związek z dealerem. W Nowym Jorku było to o tyle trudne, że Iana po prostu miała dla siebie mniej. Jego praca zabrała jej Iana także na Hawajach i to bolało, bo to miejsce miało być ich małym, prywatnym rajem na siebie. I stało się nim, ale z opóźnieniem.
W objęciach swojego chłopaka obserwowała ciemne niebo i odliczała razem z innymi. Gdy głośne i radosne: Nowy Rok wydobyło się z dziesiątek gardeł, Debbie również nie próżnowała. Uniosła jedną z lampek z szampanem i zrobiła łyk, a potem ostrożnie, uważając, aby nie ześlizgnąć się ze skałek, odwróciła na moment głowę, trafiając na spojrzenie Iana.
— Szczęśliwego Nowego Roku — powtórzyła po nim, a potem odwróciła się z powrotem, zadarła lekko głowę i ponownie patrząc w niebo, które teraz skrzyło się wieloma barwami, migotliwą czerwienią, rozbłyskającym fioletem, intensywną żółcią. Drobinki opadały w dół i gasły niedaleko nad taflą wody. Była zachwycona, ale po chwili powietrze przesiąknięte już było zapachem prochu. Uśmiechnęła się, gdy Ian pocałował jej policzek. Uśmiechnęła się, gdy brodą wbił się w jej bark i westchnęła cicho.
— To będzie dobry rok, prawda? — spytała, kiedy pokaz tracił na intensywności, a muzyka wypełniała znowu ciszę, która powstała w miejscu huków. Eleganccy goście hotelowi wracali do wnętrz budynku, choć nie wszyscy, Debbie kątem oka spostrzegła, że parę młodszych par zostało na plaży, sadzając się wygodnie na piasku.
Przechyliła zawartość dwóch lampek i puste plastikowe naczynia odwróciła do góry nogami, chwytając dwie niewysokie, smukłe nóżki w palce jednej dłoni.
Usuń— Idziemy do nich? — dopytała, spoglądając w kierunku plażowego baru, wokół którego tłoczyli się już goście Tonyi.
Debbie Grayson ♥ 🍾
Brew unosi się do góry w niemal teatralnym geście, gdy z ust mężczyzny zamiast słów pada to westchnienie i z początku ma ochotę dać mu pstryczka w nos albo uszczypnąć w policzek, co by pokazać, że do absurdu jeszcze im daleko. Powstrzymuje się w ostatniej chwili: w końcu też ma interes. Mały, bo mały, ale interes, no i gość się pofatygował z przyjazdem – Mange nie ma zielonego pojęcia czy to naturalne, czy może ktoś inny wymagałby od niego spotkania w ciemnej alejce po złej stronie miasta.
OdpowiedzUsuńI tak jak westchnienie wywołuje w nim chęć przewrócenia oczami (albo tego pstryczka, co byłoby dużo śmieszniejsze!), tak stary sprawia, że rozciąga usta w szerokim uśmiechu, bo przecież halo, prędzej I’m a bitch, I’m a lover. Malmo jest niemalże rozczulony. Wiele bowiem słyszał, ale w full dragu prędzej jednak przekleństwa albo pogwizdywania niż bro. Trochę to zabawne, głównie jednak miłe, bo zaskakujące. Nie komentuje natomiast na głos nic, szczególnie że Meredith Brooks na stałe rozgaszcza się w głowie i walczyć musi by nie zanucić refrenu.
— Może być i bez szacunku — zapewnia go rozbawiony, póki co nie rozjaśniając kwestii swojej tożsamości, bo skupia się na tym, żeby przestać machać pieniędzmi. To nie tak, że robi mu problem specjalnie, nijak mu po drodze utrudnianie życia dilerowi. Ogląda przecież filmy.
Zaraz również odwraca głowę, co by się zorientować, co takiego ciekawego dzieje się po drugiej stronie ulicy i z początku zauważa jedynie wpatrzoną w niego parkę. Macha im więc ze zbytnim entuzjazmem, prawie karykaturalnie, ale ci na nic innego nie zasłużyli. Dopiero wtedy dostrzega patrol policji i dociera do niego niefortunność sytuacji: również dlatego, że ogląda filmy. I ma trochę rozumu.
— Mange, Mange — zapewnia go, spoglądając ponownie na mężczyznę, w tej samej sekundzie decydując, że spotykanie się przy ruchliwej ulicy może nie było najlepszym rozwiązaniem, szczególnie jeśli wyjść musiał w szpilach. Bez względu na to jak przyzwyczajony jest do podobnego stanu, nikt dookoła nie zdaje się przejawiać podobnego znużenia tematem. Pewien poziom zainteresowania wpisany jest w ryzyko zawodowe. Nie czeka więc na reakcję dilera ani tym bardziej na decyzję patrolujących policjantów i zaciska palce na materiale opinającym cudzy tors, by zaraz pociągnąć go w stronę wejścia do klubu. — Chyba że wolisz stać tutaj? — upewnia się, ale i tym razem nie czeka na odpowiedź, bo odwrócić musi się w stronę bramkarza. — On jest ze mną, dziękuję ślicznie! — Uśmiecha się niewinnie, zaraz przekraczając próg.
W środku jest sporo ludzi i stanie przy wejściu również nie wydaje się szczególnie optymalne by załatwić cokolwiek - a już na pewno nie szemrane interesy!
— Na backstage'u będzie spokojniej — sugeruje, przy okazji puszczając go, co by sobie chłop nie pomyślał, że ma jakiś problem. Ma i to całkiem sporo, ale czy diler musi o tym wiedzieć? Zapewne nie. — Sorry, zazwyczaj nie jestem taki roztrzepany — mówi, przeciskając się w stronę zaplecza. I och, cóż to jest za kłamstwo! Tłuste i okrągłe jak pączek. Magnus łapie się jednak na tym, że brzmi całkiem wiarygodnie i to chyba w całej tej sytuacji dziwi go najbardziej.
Otwiera drzwi do niewielkiego pomieszczenia, które służy za przebieralnię, salę do przygotowań, backstage - w zależności od potrzeb. Gdyby to było jego mieszkanie, wstydziłby się ogromnie panującego tu chaosu, ale że nie jest to się nie wstydzi i wskazuje tylko krzesło, z którego szybkim ruchem zgarnia stertę ciuchów. Nie ma pojęcia czy facet potrzebuje czasu, czy są w stanie załatwić wszystko w dziesięć sekund na stojąco, ale jakim byłby gospodarzem w nieswojej przestrzeni, gdyby nie zaproponował nawet siedzenia! Szczególnie, że już odpuścił sobie proponowanie napojów i przystawek.
— Mogę już machać? — upewnia się, wyjmując ponownie pieniądze, a kącik ust unosi się ku górze.
Wciąż bardzo friendly Magnus
Lepszy niż poprzedni.
OdpowiedzUsuńUśmiechnęła się niewyraźnie w odpowiedzi na słowa Iana. Nietrudno było bowiem o to, aby kolejny, nadchodzący rok, który właśnie rozpoczęli, był lepszy niż ten, który skończył się kilka minut temu. Debbie doceniała rok dwa tysiące dwudziesty piąty. Z prostego powodu – poznała wtedy Iana. Na samym początku, w zimowe miesiące, w kawiarni. Blisko swoich urodzin, zupełnie tak, jakby los zsyłał jej prezent. Dostrzegała to dopiero teraz, z perspektywy czasu, którego – zależnie od perspektywy – upłynęło dużo albo mało. Miała Hunta za swoimi plecami, dawał jej oparcie i szukał wsparcia w niej – poczuła to przecież wtedy, gdy męski podbródek znalazł się na jej barku. Jak miała się nie uśmiechać? I nawet jeśli ten uśmiech był niewyraźny, to był. Przytłumiony natłokiem myśli, kolejną próbą zrozumienia
Ian był prezentem od losu. Chciała tak o nim myśleć, chciała się cieszyć jego obecnością, ale echo minionej kłótni wciąż jej w tym wszystkim towarzyszyło i nieco całą radość gasiło. Zdążyli się pogodzić, ale gdy Debbie docierała do sedna sprawy, gdy szukała rozwiązania, jak sprawić, aby kolejny rok był lepszy niż poprzedni, to wiedziała, że będą musieli podjąć radykalne decyzje, poczynić stanowcze kroki. Ian miał skończyć dealować. Niby proste. Niby łatwe. Ot, odciąć się od tego, co robił.
Problem jednak polegał na tym, że handel narkotykami w pewnym sensie definiował Iana. Bo to nie tak, że rozprowadzał susz konopny pod budynkami liceów. Działał w znacznie szerszym zakresie, był poważnym graczem, ale Grayson miała świadomość, że nad nim byli o wiele potężniejsze jednostki, a nawet ich grupy. Przecież w jej organizacji były wyspecjalizowane grupy do rozbrajania działalności zorganizowanej. Mieli przeszkolonych do tego ludzi – agentów. Jak Ian miał wyjść z tego bez szwanku? Będąc policjantką, nie mogła naiwnie wierzyć w to, że ot tak można przestać handlować dragami i związać się z mundurową.
Oczy zaszły łzami, kiedy do Debbie docierał cały ten bezsens, który jawił się w jej głowie teraz jako brak wyjścia. Potrząsnęła nią, wprawiając rudą czuprynę w ruch. Nie mogła zaburzać im tego szczęścia. Nie teraz, kiedy byli na Hawajach i mieli tutaj zostać jeszcze kilka kolejnych dni.
Zeszła ze skałek przy asekuracji Iana. A przynajmniej planowała. Odwróciła się w jego stronę i gotowa była zejść w dół, kiedy Ian spojrzał na nią tak, że i ona musiała spojrzeć na niego. Zadarła posłusznie brodę i uśmiechnęła się w zupełnie inny sposób niż wtedy, gdy stała tyłem do niego. Uśmiech rozpromienił teraz jej piegowatą buzię, sięgnął ciemnobrązowych oczu. Przygryzła dolną wargę. Bo doskonale wiedziała, dokąd to wszystko zmierza.
Cicho westchnęła, gdy ich usta się ze sobą zetknęły. Przylgnęła do Iana bardziej, pozwalając mu się do siebie przyciągnąć. Odwzajemniła pocałunek, pogłębiając go w tym samym tempie, co Hunt. Wolną dłonią objęła go w pasie i kiedy mogłoby się już wydawać, że znowu nie ma odwrotu, Debbie poczuła rozciągające się w uśmiechu usta i sama się zaśmiała, odsuwając się od niego.
— Zawsze lubiłam szampana — przyznała, a potem powoli zeszła ze skałek. Cholera. Nogi jej się nieco plątały, miękkie niczym z waty. Gdy stanęła na miękkim, chłodnym już piasku, zachwiała się. — Wiesz, kochanie — zaczęła cicho. — Chyba jednak jestem trochę pijana.
Debbie Grayson ♥
[Już ze dwa lata nie publikowałam się z nikim na głównej i, nie powiem, lekki stresik był! 😅 Ale jak człowiek czyta tyle miłych słów, to od razu jakoś tak lżej na serduszku, dziękuję! 🧡 Kurcze, ja chętnie pomyślałabym o czymś, bo skoro kumpelska relacja na TLS u naszych chłopaków daje radę, mimo moich nieregularnych odpisów tam, to i tu pewnie udałoby się coś ciekawego sklecić. Tym bardziej, że punkty zaczepienia są, no to aż się prosi! Będę myśleć i w razie co złapię cię może na Discordzie? 🤔 Teraz pewnie tam będzie wygodniej. Ty też wal z pomysłami śmiało, jakby co! Dzięki!]
OdpowiedzUsuńBrant Dawson
Mattie była typem samotniczki. Nie czuła potrzeby do posiadania kogoś tylko dla siebie, ani tym bardziej kogoś do ogarniania i dbania, wystarczająco wiele sił schodziło jej na robieniu tego dla innych w miejscu pracy. Lubiła swoją wygodę i święty spokój. Poza tym, mężczyźni… za dużo było z nimi problemów. Wolała krótkie, przelotne i powierzchowne relacje, by czerpać z kontaktu z drugim człowiekiem tylko tyle, na ile miała ochoty. A powiedzmy sobie szczerze, poza okazjonalnym seksem, niewiele tego było. Całą tą przestrzeń i lukę emocjonalną zapełniali przyjaciele, których grono też posiadała mocno okrojone.
OdpowiedzUsuńNie wierzyła do końca w miłość albo raczej lubiła ją dostrzegać u innych, choć samej nigdy nie przyszło jej tego zaznać, nad czym zupełnie nie ubolewała. Może kiedyś zrozumie to magiczne słowo? A może do końca przeżyje życie po swojemu? Nie wiadomo. I szczerze w ogóle nie zaprzątała sobie tym głowy. Chwytała dni takimi jakimi były.
— Ok, czyli pobicie. — skwitowała krótko, cały, zdawkowy wywód swojego dilera. Spojrzała też na jego miny, to jak się krzywi i momentami zwija na leżance, bez słowa podstawiając mu woreczek na wymioty, gdyby jednak potrzebował. Wstrząśnienie mózgu w tym wypadku było wielce prawdopodobne.
— Nie martw się, coś przeciwbólowego dostaniesz, spokojnie, zadbam o to. — starała się go uspokoić. — Musisz mi tylko powiedzieć czy na coś jesteś uczulony, to bardzo ważne.
Musiała wiedzieć czy podanie środka nie skończy się u niego zaraz wstrząsem anafilaktycznym, a to by znaczyło tylko czarniejszy scenariusz i wydłużony okres hospitalizacji, na czym Huntowi na pewno nie zależało.
— Opioidy? — prychnęła i wywróciła oczami na tą rewelację z jego ust. — Błagam, nikt Ci tu nie da opioidów w pierwszej kolejności. Zaczynamy raczej z niższego pułapu. Nie jesteś ani w ciężkim stanie, ani umierający, żeby aż tak Ci ulżyć w cierpieniu. Poza tym to nie taśma produkcyjna narkomanów.
Nie rozumiała tego strachu przed silnymi lekami przeciwbólowymi, tej obawy jakoby każdy chciał pacjenta nimi nafaszerować wzdłuż i wszerz. Wbrew pozorom nikomu nie zależało, żeby ludzi tak łatwo uzależniać od opioidów. Jasne, trafił się czasem jakiś wyjątek, ale co do zasady cały zespół medyczny wiedział z czym się wiązało podnoszenie poprzeczki w lekach przeciwbólowych. To nigdy nie kończyło się za dobrze. Na pewno nie długofalowo.
— Pójdę po doktora, a Ty mi tutaj nie świruj i przypadkiem nie uciekaj. — zagroziła mu, posyłając mu zarówno złowrogie, surowe spojrzenie, jak i grożąc palcem wskazującym. Jak ma mu pomóc, to muszą to zrobić na jej warunkach.
Piguła M
Ha! No tego to się nie spodziewała! Wiele rzeczy na dyżurach nocnych miało miejsce, od niesamowitych przypadków medycznych, po romanse w zespole, ale to, co miało miejsce właśnie na jej oczach było dla niej czymś zupełnie nowym. Ekscytującym, bez dwóch zdań!
OdpowiedzUsuńNie musiała być przecież asem logiki, ani mistrzem dedukcji, by zrozumieć sens zaistniałej sytuacji. A więc nie ona jedna w tym szpitalu znała Iana, co oznaczało tylko jedno. Mhh, ciekawe swoją drogą co doktor Simons ćpie? Choć wydawał się normalny, właśnie może ta jego normalność w tak niecodziennym i ciężkim do ogarnięcia miejscu powinna budzić niepokój. Na pewno to coś mocnego. Kokaina, amfetamina, benzo, Mdma…
— Świetnie, skoro się znacie, powinno pójść tym szybciej. Co robimy, doktorze? — Mathilde wbiła oczekujące spojrzenie w mężczyznę w kitlu po swojej prawej, oczekując dalszych instrukcji. Nie mogła nie ukrywać satysfakcji, ile jej przyniosło to wydarzenie. Ian, choć oczywiście go żałowała, sprawił że ten dyżur był jednym z bardziej wyjątkowych. Takiego arsenału tajemnic chyba nigdy nie posiadła tak szybko w swoim życiu.
— Ymmm… — doktor Simons wydawał się najbardziej skonsternowaną osobą w całym tym przedstawieniu. Potrzebował kilku sekund żeby pozbierać myśli i oswoić się z realiami. — No tak. Uraz głowy, prawda?
— Zgadza się. Parametry w normie, chociaż jest obolały. Brak deficytów neurologicznych, jeszcze przed chwilą chciał wymiotować, ale obyło się bez ulewania treści pokarmowej. — Tilly szybko sprawdziła, czy woreczek wręczony minuty temu Ianowi, nadal pozostał pusty. — Skarży się na ból głowy, pewnie tam musiał oberwać najmocniej. — Mattie sypała z rękawa swoje obserwacje, jednocześnie nie spuszczając wzroku z doktora. Całą sobą emanowała rozbawienie tym zajściem.
— Swoją drogą, doktorze Simmons, pacjent jest bardzo małomówny, nie wiem, czy to kwestia osobowości, czy uszkodzenia ośrodka mowy. Ja nie mam punktu odniesienia, ale doktor może się lepiej w tym temacie orientować. — nie omieszkała docisnąć szpili w takich okolicznościach. Chciała, żeby lekarz wiedział, że ona wie, a tym samym że jest na wygranej pozycji w tym trójkącie. Nawet jeśli doktor Simmons nabierze wątpliwości względem jej osoby. To co? Poskarży się, że oboje korzystają z usług tego samego dilera? Skrajnie nieprawdopodobne.
Czy była wyrachowana? W pewnych sytuacjach niewykluczone, że tak. I sprawiało jej to ogrom frajdy. — Yhm, ciężko stwierdzić. — niepewnie odpowiedział jej lekarz, mówiąc nienaturalnie cicho jak na siebie. Z wyraźnym zmieszaniem podszedł do pacjenta, chcąc go zbadać. Obejrzał ręce, nogi, bok oraz plecy mężczyzny, wykonał parę testów, pouciskał, zbadał brzuch i czym prędzej skierował się w kierunku wyjścia z pomieszczenia. — Dobrze. Zatem CT głowy, RTG klatki, podstawowa morfologia… na coś chorujesz? — dopytał jeszcze, wyrzucając rękawiczki do odpadów medycznych.
— Alergii nie zgłaszał. Coś przeciwbólowego? — Mattie odpowiedziała za Hunta.
— Może dostać paracetamol dożylnie.
— Jasne. — przyjęła zalecenie Mattie, momentalnie stając przy Ianie i już obmywając mu zgięcie łokcia, żeby wbić się z wenflonem. W międzyczasie przygotowała sobie worek z kroplówką, żeby szybko podłączyć ją do wkłucia.
— Zrobiłeś mi dzień Ian. — powiedziała mu z uśmiechem, gdy tylko zostali sami. — Dzięki.
Tak po prostu, po ludzku.
— Wrócę za kilka minut i dam Ci znać, kiedy będę mogła Cię zabrać na badania. Najszybszy pewnie będzie rentgen, potem tomografia, ale racja! Muszę Ci pobrać jeszcze krew. — Mattie cofnęła się w pół kroku od wyjścia i czym prędzej zabrała się za upuszczenie Ianowi krwi z drugiego przedramienia. Teraz mogła spokojnie się ulotnić.
— Przygaszę Ci światło. Możesz spróbować się zdrzemnąć. Jakby coś się działo, dzwonek jest na szafce. — wskazała niewielki blacik obok leżanki. — Postaram się wrócić możliwie najszybciej. — co jak wiadomo w żargonie medycznym mogło oznaczać wieczność. Mattie jednak była dobrej myśli.
wesoła Mattie i zakłopotany doktor Simmons
— Ja okrutna? — zaśmiała się, upuszczając Ianowi krew do probówki i oznaczając ją kodem. — Absolutnie. To nawet nie jest moje okrutne wydanie. Ja po prostu jestem zaskoczona sytuacją, którą wykorzystałam na własną korzyść. Oportunizm wydaje się tu bardziej pasować.
OdpowiedzUsuńSkwitowała z uśmiechem, jeszcze zanim zostawiła go samego, pozwalając na chwilę oddechu i zebrania myśli. Niewątpliwie całość zdarzeń składała się na dość stresujące przeżycie, ale jeśli mógł być czegoś pewien, to tego że Mathilde będzie się kierowała jego możliwie najlepszym dobrem. Z nią na zmianie nie zginie, a jeśli trzeba zrobi możliwie wszystko, aby przyspieszyć moment wypisu. Oczywiście w ramach rozsądnych norm i wytycznych medycznych.
Maszerując szybkim krokiem po korytarzu i zmierzając do koszyczka laboratoryjnego w którym miała zostawić próbkę krwi Hunta, najpierw poczuła oddech, a dopiero za chwilę usłyszała znajomy głos lekarza opiekującego się Ianem.
— Tilly posłuchaj, to nie tak...— zaczął nieporadnie Simmons, chcąc złapać Mathilde na oddziałowym korytarzu. Ta jednak zwinnie ominęła jego rękę, energicznym krokiem udając się do stanowiska komputerowego, żeby móc zadzwonić do odpowiednich pracowni i dowiedzieć się kiedy znajdą czas na Iana. Miała co robić, w przeciwieństwie do medyka, który widocznie stał się nie swój i ciężko mu było skupić się na pracy.
Nie jej wina, że byle gówno z życia wytrącało go z równowagi.
— Nie zesraj się. — odpyskowała szybko i bezwględnie lekarzowi, bez krzty wyrzutów sumienia, nawet jeśli miała postronnych słuchaczy. Niczego nie żałował.
Nie zamierzała w ogóle wchodzić w tą dyskusję. Czego miała niby słuchać? Głupich tłumaczeń o jednorazowym wybryku albo posiadaniu wszystkiego pod kontrolą? No i na pewno miała nikomu nic nie mówić. Bo rodzina, praca… Czy to był jej problem? Absolutnie. Drogę do uzależnienia i potrzebę tłumaczenia się z tego doktór Simmons wybrał sam, świadomie.
— Może później porozmawiamy… Słuchaj, naprawdę nikt nie — nie dała mu nawet dokończyć.
— Chuj mnie to interesuje! Typie, mam co robić, idź i zabierz się za leczenie ludzi, a nie płacz mi nad biurkiem. — widocznie poirytowana wciskała klawisze na stacjonarnym telefonie. Gorzej jak bycia skurwysynem, nie znosiła malkontenctwa. — No już. Raz, raz. — wygoniła go gestem ręki spod dyżurki. — Halo? Hej, z tej strony Tilly Stevenson. Mam pacjenta po pobiciu. Kiedy mogę go do was przywieźć? Co? Tak, skierowanie macie już w systemie.
Słysząc magiczne hasło 20 minut, podziękowała uprzejmie, zabrała się za wypełnianie dokumentacji medycznej Iana, a w międzyczasie zajrzała jeszcze do kilkorga pacjentów, których miała pod swoją pieczą. Wielki wyświetlacz sportowego zegarka na ręce dał jej tym samym znać, że wyrobiła już normę 20 tysięcy kroków, co nie było osiągnięciem szczególnie imponującym w tym miejscu.
Gdy godzina zapowiedzianego badania się zbliżała, czym prędzej zawinęła z korytarza wózek inwalidzki i wjechała z nim z impetem na salę Iana. Był to brutalny zwiastun końca jego odpoczynku.
— Zabieram Cię w podróż. — oznajmiła wesoło znad oparcia wózka. Nie było mowy żeby Ian teraz chodził, więc na badania musieli udać się w ten sposób. Miała też przygotowany koc na wypadek, gdyby było mu chłodno. — Zleciał Ci lek? — dopytała jeszcze, zastanawiając się, czy muszą jechać z całym kablem od lęku, czy też może go już odłączyć.
bezwzględna i okrutna Tilly
Często nie jest roztrzepany do tego stopnia. Drag rządzi się swoimi prawami, wiele elementów musi być większych, głośniejszych, efektowniejszych. Nawet w samym wyglądzie, włos na głowie, but czy biodra muszą się zgadzać, muszą zadziwiać. Jasne, czasem można bawić się subtelniej, ale na pewno nie w takim klubie – trzeba znać klientelę.
OdpowiedzUsuńTa wielkość lubi przenikać. Często w mowie. Czasem w gestach. Kiedy robisz coś wystarczająco długo, pewna maniera pozostaje. Matka Magnusa, kiedy jeszcze pracowała, była nauczycielką matematyki. Z upływem lat sporo elementów, które pomagały jej utrzymać spokój w klasie, przeniosły się również na rodzinny obiad. Dlatego czasami lepiej było siedzieć cicho, co by nie dostać linijką po łbie. A ta linijka to była nawet ta sama, co w sali lekcyjnej (tylko tam uderzała w biurko), trzymała ją w torebce jak atrybut władzy! Nie żeby władza to była wielka, raczej miniaturowa, bo nad trzynastolatkami.
W każdym razie Magnus przyzwyczajony jest do bycia wielkim. Jest to świetne! Ale jest to też bardzo męczące. Kiedy więc zostaje sam - albo tak jak teraz - prawie sam, może odetchnąć, może zejść o kilka decybeli. Świetna sprawa.
Myślami jest więc już przy rozbieraniu, ciało zaś wciąż pozostaje przed przystojnym dilerem. Trzeba się rozliczyć, wiadomo, nie przyszedł tu chłop na pogawędki. Magnus wyciąga więc pieniądze, przelicza, stwierdza, że brakuje, więc wciska to co ma w ręce mężczyzny, po czym rusza w stronę swojego plecaka. Grzebie w nim przez chwilę by w końcu wydobyć portfel i brakującą gotówkę.
— Myślałem, że mi dzisiaj więcej weszło — tłumaczy braki, choć pewnie wcale nie musi. Swoją drogą, strasznie drogo: kto ma pieniądze na uzależnienia? Na pewno nie on. Odbiera tabsy i wsuwa je do portfela, ten zaś ponownie wrzuca do plecaka.
Trochę go zaskakuje pytanie (może jednak przyszedł na pogawędki?!) – facet nie wygląda na takiego, co się bawi w smalltalk, a tym bardziej bez powodu. Zaskoczenie jest jednak chwilowe, a przy tym miłe, bo przecież lepiej tak niż jakby mieli sobie skinąć głową na pożegnanie i elo. Magnus lubi poznawać nowych ludzi, ba!, duża część jego osobowości składa się właśnie z towarzyskości, a że Nowy Jork jak na tak duże miasto nie zaoferował mu wielu znajomości, chwyta się czego może.
— No, na dzisiaj koniec — odpowiada, po czym siada przed lustrem, spychając podejrzanie wyglądającą perukę. Na pewno nie swoją. — Będzie ci przeszkadzało jak wyjdę z dragu? — pyta, choć bardziej rzuca pytanie w powietrze, bo finalnie, bardziej ostrzega go, że to się wydarzy niż pyta o pozwolenie. Spogląda na mężczyznę w odbiciu, po czym sięga do zapięcia przy bucie.
To właśnie butów pozbywa się jako pierwszych, nagle traci ponad dziesięć centymetrów, ale odzyskuje czucie w stopach, więc win-win.
— Jeśli jakimś cudem usłyszysz, że gdzieś szukają kogoś do zapewnienia rozrywki to weź wspomóż kolegę, co?
Tacy są koledzy, że nie zna jego imienia, ale przecież nie zacznie od tego. Chłop usiadł. To już coś. Zapytał o występ, większe coś. W magnusowych kategoriach już prawie wymieniali się pamiętnikami. Na górze róże, na dole fiołki, przyniosłeś mi dragi, coś tam coś tam dwa aniołki, tak by mu wpisał, bo nie może znaleźć rymu do fiołków, który by odpowiednio pasował. No ale, żeby doszło do wymiany pamiętników, trzeba jednak coś o drugim człowieku wiedzieć.
W międzyczasie udaje mu się pozbyć większości makeupu. Ściąga perukę i powoli zabiera się za odklejanie taśmy, krzywiąc się przy tym lekko.
— Weź mi odczep tę wsuwkę, bo nie mogę jej dobrze chwycić — rzuca w stronę kolegi, wskazując palcem miejsce przy potylicy, gdzie pod taśmą, siateczkę przytrzymuje zestaw kilku wsuwek. — Będziesz miał dłużnika — dodaje na zachętę wraz z szerokim uśmiechem, by zaraz jednak się zreflektować. — Pewnie kolejnego? Jakoś ta twoja branża to mi się kojarzy z klientami-frajerami.
Magnus, co to się zastanawia nad podrywem (jeszcze nie, ale kto wie!)
Nie miał pojęcia, kto pierwszy wpadł na pomysł zorganizowania wieczoru towarzyskiego dla stałych klientów siłowni, ale gdy Garett o nim opowiadał, wszystko brzmiało tak zachęcająco, że Brant nie znalazł ani jednego sensownego powodu, żeby odmówić. I dlatego nie było też potrzeby wcale go namawiać. Zaplanował sobie czas z Kodą w taki sposób, żeby pozałatwiać wszelkie sprawy służbowe, a potem zostawić go pod opieką siostry i ostatecznie punktualnie dotrzeć do pubu, w którym zorganizowano imprezę. Oczywiście dostosował się też do wytycznych, dotyczących ubioru, bo jeśli mieli wyglądać elegancko, to wypadało wyjąć z garderoby coś lepszego niż zwykły T-shirt i wygodne dresy, w których to można przespacerować się najwyżej do osiedlowego sklepu. Założył więc ciemną koszulę, którą zostawił zapiętą nieco luźniej pod szyją, i ciemne spodnie, a całość uzupełnił zegarkiem, który zwykle zakładał przy bardziej formalnych okazjach, ale ta poniekąd taką była. Nie przesadzał z przygotowaniami, bo nadal miał wyglądać jak on, a nie jak ktoś, kto przez pół wieczoru będzie pilnował, czy przypadkiem nie pogniótł sobie rękawa, więc ograniczył się do czegoś eleganckiego, prostego ale i wygodnego.
OdpowiedzUsuńNa miejsce dotarł chwilę przed czasem, ale wewnątrz gromadzili się już goście siłowni, których kojarzył mniej lub bardziej, albo z którymi ćwiczył w podobnych godzinach. Był stałym bywalcem THE GYM od kilku lat i przez ten czas zdążył poznać paru ciekawych kumpli. Siłownia była kameralna i właśnie dlatego ją wybrał, bo nie dość, że klimatem przypominała mu tą, na którą przez ponad dekadę chodził w Oklahomie, to nie kręcili się tu ludzie, którzy przychodzili okupować sprzęty tylko dla instagramowych fotek. A wolał mieć bardziej okrojone wyposażenie niż tabuny plączących się pod nogami influencerów, którzy robią sztuczny tłum. Poza tym siłownia nie mieściła się jakoś szalenie daleko od jego mieszkania, więc zdarzało się, że łączył trening na siłowni od razu z joggingiem. I do tego prowadzili ją bardzo w porządku ludzie, którym bardziej zależało na udostępnieniu pasjonatom miejsca do ćwiczeń, niż na milionowych zyskach. Same plusy. Przyjemnie było być klientem tego miejsca, więc Brant nim był i jak zdrowie pozwoli, będzie nim jeszcze przez długi czas.
Na sali od razu dostrzegł znajomych, z którymi na przywitanie wymienił symboliczne uściski dłoni, a potem wdał się w pogawędkę z Jasonem. Zatrzymali się przy barze z zamiarem zamówienia piwa, ale ostatecznie obaj tak wciągnęli się w temat zawodów, że tego nie zrobili. A po niedługim czasie pojawił się Ian.
— Cześć, Ian. — Brant uścisnął jego dłoń. Znali się dłuższy czas, ale pewniej zaczęli rozmawiać ze sobą jakiś rok temu. Tak się składało, że ćwiczyli w tych samych godzinach, więc od słowa do słowa i stali się kumplami z siłowni, którzy gadali o pierdołach i sprawnie wymieniali się stanowiskami, kiedy jeden z nich kończył sesję. Wiedział, że Ian jest od niego młodszy, ale im częściej się spotykali przy hantlach, tym mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że chłopak ma głowę na karku. I sporo siły w łapie. Nie byli przyjaciółmi, nie spotykali się nigdzie indziej, ale na siłowni zawsze mogli liczyć na krótką rozmowę, czasami też na wspólny trening, a niekiedy na ponarzekanie na życie. Potem każdy z nich wracał do swoich spraw.
— Wariat — potwierdził, lekko wzruszając ramionami. — Kolano ledwo się trzyma, ale ambicje dalej sprawne — zauważył, odprowadzając Jasona spojrzeniem do Karli. Obaj na pewno dobrze wiedzieli, że mogliby stanąć tu teraz na rzęsach, a Jason i tak zrobi swoje. Z jednej strony Brant się temu nie dziwił, bo facet przygotowywał się do startu w zawodach szmat czasu i chciał utrzymać formę, ale z doświadczenia wiedział, ile to jest roboty przy rehabilitowaniu nogi. Dwa miesiące zajął mu powrót do sprawności po postrzeleniu w udo, co i tak było niezwykle szybkim tempem, ale łaził grzecznie na zajęcia i stosował się do zaleceń fizjoterapeutów.
Pilnował się wtedy, jak cholera, nawet po klubach nie chodził, żeby przypadkiem nie stać się częścią jakiejś awantury, bo to były czasy, gdy jego lont na takie klubowe dramy był krótki, więc było łatwo o takie kłopoty. Rana była przelotowa i mięśnie goiły się długo, ale po dwóch miesiącach wrócił już do lekkich patroli, bo nie chciał ryzykować, ale jednocześnie nie był w stanie też wysiedzieć w miejscu. Znalazł kompromis, można by rzec. Nigdy nie traktował samego siebie jak porcelany, ale nogi wtedy nie forsował, bo wyszedł z założenia, że byłoby jednak całkiem fajnie, gdyby mogła posłużyć mu jeszcze przez długie lata.
Usuń— A jak już jesteśmy przy temacie… Dzięki, że pomogłeś Tate — powiedział, wracając spojrzeniem do Iana. — Nie mam pojęcia, jak ona to zrobiła, ale okazało się, że zwichnęła ten nadgarstek. Tydzień na siłowni bez skakanek i co? Już zdążyła zrobić sobie krzywdę. — Pokręcił głową, a już sama jego mina mówiła, co myśli na temat jej udzielania się w THE GYM. Może faktycznie powinna pozostać przy tych cudach na pośladki, zamiast od razu brać się za sztangę. Nie umniejszał jej, bo miała świetną formę, ale jej doświadczenie w takich ćwiczeniach było prawie zerowe, a akurat wtedy była na siłowni bez niego, więc nie mógł jej nawet przypilnować. Całe szczęście, że na miejscu był Ian i pomógł jej z tą sztangą, gdy nie utrzymała ciężaru i sztanga się nad nią przechyliła, bo może siedziałaby teraz w gipsie po pas.
— Napijesz się czegoś? — zaoferował. — Ja stawiam — zaznaczył zaraz i obrócił się w stronę baru, żeby spojrzeć, co ciekawego znajduje się na półkach i przy ladzie z nalewakami. Chciał się odwdzięczyć, bo miał świadomość, że wypadek Tate pewnie trochę pokrzyżował mu treningowe plany tamtego dnia, skoro musiał poświęcić jej czas.
Brant Dawson 💪🍻
To była akurat prawda. Mathilde się w tańcu nie pierdolila. A już na pewno nie z ludźmi, a tym bardziej z mężczyznami. Tych wolała trzymać krótko. Generalnie nie pozwala wejść sobie na głowę albo podskoczyć. Była uprzejma, ale stanowcza i w jej wypadku pewnych granic nie należało przekraczać, bo odbiłoby się to rykoszetem.
OdpowiedzUsuńNie znaczyło to jednak, że w całej tej surowości brakowało jej empatii. Wręcz przeciwnie. Potrafiła wiele zrozumieć i wiele zaakceptować, ale musiała mieć ku temu solidne podstawy. Dlatego zazwyczaj dowiadywała się czegoś więcej o swoich pacjentach, starając się im pomóc odpowiednio do ich sytuacji życiowej. Rozumiała, że to nie zawsze ludzka głupota doprowadziła ich tutaj, choć była to znacząca większość przypadków, ale często niewydolność i wadliwość systemu w którym funkcjonowała.
Tak samo teraz, choć znała Iana tylko jako dilera i choć generalnie nie poważała jego profesji, uznając iż chłopak mógłby zajmować się czymś lepszym w życiu, to jednak byłaby hipokrytką gdyby go za to skarciła. Przecież sama na tym korzystała! Po prostu uważała, że stać go na więcej. Miał jednak rację myśląc, że jeśli nie on, to znalazłby się ktoś inny. Próżnia w tym biznesie nie istniała.
Słysząc tylko tekst o tym, że sama ma sprawdzić kroplówkę, prawie i Huntowi nie odpyskowala jak statystyczna osoba jej profesji w sytuacjach głupich odpowiedzi na celowo zadane pytanie. Bo czy naprawdę tak trudno było odpowiedzieć tak lub nie, aby usprawnić jej pracę? Nie trzeba było być geniuszem żeby dostrzec czy pojemnik jest pusty. Z resztą, fiolka z paracetamolem z zasady zlatywała szybko, co lubili zarówno pacjenci, jak i personel.
— Tym cackiem objedziesz kawałek szpitala, nabijesz mu przebieg, a przy okazji zaliczysz badanie jedno po drugim. Z góry Cię uprzedzę, że na każdym dostaniesz zgodę do podpisania. — poinformowała Iana zawczasu, by oswoił się z tą myślą i wiedział co go za chwilę czeka. Ona w tym czasie przeciągnęła się i odetchnęła głęboko, czekając aż Hunt usiądzie na ich środku transportu.
— Simmons, chcąc nie chcąc musi do Ciebie przyjść, chyba że jakimś cudem wykręci się innym lekarzem dyżurującym. Nie sądzę, że jest w stanie wymyślić na tyle dobre kłamstwo żeby ktoś z pocałowaniem ręki Cię przejął. Jest póki co spokojnie, a młodzieży do wyręczania się w głupiej robocie brak. Także, powinien Cię odwiedzić wraz z wynikami badań i powiedzieć co dalej. — widząc jego minę szybko dodała. — To znaczy najprawdopodobniej wypuścić Cię do domu z jakimiś zaleceniami. Ale tak czy siak badania trzeba zrobić, żeby mieć pewność że nam jakoś nie zakrwawiasz, o tam. — palcem wskazała na własną czaszkę dla zobrazowania kontekstu. — Nie sądzę jednak żeby miał ochotę na pogaduszki z Tobą. Do mnie się za to klei jak stara guma do podeszwy. Obrzydliwe.
Zrobiła charakterystyczny dla siebie grymas zdegustowania, którego najczęściej w jej wykonaniu doświadczała płeć przeciwna, a mając juz swojego pacjenta na środku transportu, ruszyła przez szpitalny korytarz.
Wózek, choć sprawny, nie należał do asów lokomocji. Guma na kółkach parciała, jeden z hamulców nie działał, a podkładki pod stopy jakimś cudem były zamontowane na dwóch różnych wysokościach i nie szło tego zmienić. Cóż, nie było idealnie, ale było wystarczające.
I choć Mattie zdawała sobie sprawę z tego, że Ian najprawdopodobniej przeszedłby z nią tę 200 m do pobliskiego korytarza, gdzie mieścił się zakład diagnostyki obrazowej, to jednak wolała trzymać się wytycznych i nie ryzykować. Jemu nic się nie stanie, a ona będzie miała trening z obciążeniem. Lepiej dla kości i w ogóle.
Zatrzymała się dopiero na wysokości gabinetu z oznaczeniem promieniowaniem rentgenowskim. Zapukała i poinformowała o przyjściu pacjenta, a następnie wskazała brodą Ianowi, gdzie ma już udać się o własnych nogach.
— Będę na Ciebie czekać. — zapewniła z subtelnym uniesieniem kącików ust.
Mathilde, operatorka wózka nie widłowego
— Ehe — potwierdza, bo pytanie o napiwki jest proste. Dużo gorzej z drugim, bo początkowo jedynie wzrusza ramionami, nie bardzo wiedząc jak wytłumaczyć specyfikę dragu w Ameryce. Nie żeby musiał go edukować, ni to wiedza potrzebna, ni szczególnie ciekawa dla pobocznego obserwatora. — W Nowym Jorku bywa różnie. Jest sporo bardzo dobrych klubów, gdzie za angaż dostaje się krocie, ale tam to robią dziewczyny, które wygrały jakieś pageanty albo zaszły daleko w innych dragowych przedsięwzięciach, albo są z dobrej dragowej rodziny. — Postanawia, że nie będzie tłumaczył mu jak wyglądają dragowe rodziny, a już tym bardziej nie wspomni o tym, że pod dragowym przedsięwzięciem ukrył głównie drag race. Wątpi by faceta faktycznie interesowało to wystarczająco by wiedzę pogłębiać. — A tak to bywa różnie. Są porządne miejsca, gdzie za sam występ można coś zgarnąć, a są inne, gdzie trzeba liczyć na napiwki i można wrócić do chaty z niczym.
OdpowiedzUsuńZnów wzrusza ramionami. Mógłby płakać, że jego kariera powinna potoczyć się inaczej, ale do tego nie dopuszcza. Nie zrobił tego, kiedy odpadł i nie robi tego teraz. Są ważniejsze powody do płaczu: oglądanie Mustanga z dzikiej doliny albo wygrana w loterii (chociaż wtedy z radości). Kiedyś może jeszcze zapłacze za straconą szansą i wołał będzie do nieba dlaczego?!, ale to nie dziś. Póki co, odzywa się jedynie do dilera.
— Sam jesteś fatałaszek — mówi, nic sobie nie robiąc z tego, że żadne to wyzwisko. Właściwie nie ma pojęcia, co taka oblega mogłaby oznaczać, ale też szczególnie go to nie obchodzi.
Całkiem zadowolony jest, że nie musi przekonywać go do pomocy. Facet mógłby przecież uciec, a już na pewno odpuścić sobie pomoc.
— To całe szczęście, że nie zabrakło mi dolara — odpowiada, posyłając mu zaczepny uśmiech w lustrze. Nie bardzo zna się na dilerce. Jeśli zdarza mu się brać, sięga po lekkie tabsy, które mogą go chwilowo rozluźnić, rozbawić. I męczy je straszliwie, bo dzieli na dziesięć mniejszych części; uroki słabej głowy. No i najpierw musi sobie przypomnieć, że podobna rozrywka istnieje. To trochę jak tosty: albo jesz je bez przerwy albo zapominasz na rok. Magnus i używki wyglądają podobnie z tym, że bez przerwy oznacza jakiś okruch pod językiem na imprezie raz na miesiąc. A teraz nawet nie chodzi na imprezy, no ale może dobrze mieć. Tak w razie czego.
Wyłapuje ten uśmieszek rzucony w jego kierunku i odwzajemnia się podobnym, bo przecież nie będzie do typa szczeczył zębów, jak ten ledwo jest w stanie unieść kącik ust.
Zaraz jednak słyszy kurwa i wzrok z przystojnej twarzy przesuwa niżej, na trzymane kolano. Jedyne, co przychodzi mu do głowy to wstanie z krzesła i podsunięcie go mężczyźnie. Nie chce go ojojkiwać. Nie każdy to lubi. Nie każdemu z tym dobrze. Tym bardziej, gdy ojojkiwanie wykonywane miałoby być przez niego. Niby są kolegami od dwóch minut, ale przecież diler jeszcze o tym nie wie.
— Czego potrzebujesz? — pyta więc, zamiast latać i szukać rozwiązań na własną rękę. W międzyczasie jedna dłoń wychwytuje siateczkę i jednym ruchem pociąga ją by odrzucić na bok zabezpieczenie z taśmy utrzymujące jego włosy pod peruką. Jeśli ma jakkolwiek pomóc to najlepiej nie w połowie rozbierania się. Jasne, gotów jest polecieć w pięciu parach rajtuzów do baru po lód, jeśli akurat to będzie potrzebne, ale czym mniej pokaże światu, tym lepiej dla niego.
Zachowuje bezpieczny dystans, bo ludzie różnie reagują na stres, na ból, a przede wszystkim, na te sytuacje, z którymi nie mogą nic zrobić, które są poza ich kontrolą. Nie boi się, raczej nie chce nikogo osaczać.
Magnus, do którego uśmiechać można się częściej
To, że coś było wygodne, nie znaczy że było lepsze. Wiele najlepszych rzeczy w życiu osiągało się w znoju i pocie czoła. To akurat w tym wszystkim było pociągające. Jak tężyzna fizyczna, zdobywanie wiedzy czy pomnażanie oszczędności. Mathilde lubiła to uczucie, gdy docierało do niej jak wiele zawdzięcza samej sobie. Swojej wytrwałości, determinacji i przede wszystkim systematyczności. Lubiła mieć wpływ na rzeczy i na własne życie, które przecież składało się z małych, często powtarzalnych kafelków, które razem mogły składać się na piękną mozaikę.
OdpowiedzUsuńZdawała sobie jednak sprawę, że była pod tym względem wyjątkiem. Większość ludzi wolała proste rozwiązania i drogę na skróty, nie zawsze też mając wiele wyboru w tej kwestii. Nie znała zaplecza życiowego Iana i nie mogła się tu mądrzyć, ale jakby nie patrzeć, dilerka to nie jest zajęcie po kres dni. Nie opłaci mu składek, nie zapewni godnego życia na starość. A w razie wypadku, jak teraz, to co z ubezpieczeniem medycznym? Gdy jest się młodym, o wielu rzeczach się nie myśli, bo czasu zdaje się, że jest jeszcze wiele, a tego przecież nikt nie jest w stanie przewidzieć. O tym Tilly wiedziała zbyt dobrze, obserwując najróżniejsze wypadki, jakie miały miejsce w ludzkim życiu.
— Ósma. — odpowiedziała zgodnie z prawdą, a następnie ziewnęła, by za chwilę przetrzeć oczy. Makijaż miała zawsze minimalistyczny i robiony w 5 minut, więc tego typu zachowania nigdy nie niszczyły jej wyglądu. — Jeszcze cztery do przetrwania i potem wrócę do domu odpoczywać prawie dwa dni.
To była akurat błoga wizja i Mattie cieszyła się na nią bardzo, choć nie miała jeszcze nic zaplanowanego. Pewnie skoczy na siłownię, ogarnie coś w mieszkaniu, a tak to będzie przede wszystkim odsypiać.
— Rozczarowałeś się swoim doktorem? — prychnęła, choć w jej głosie pobrzmiewała też nuta współczucia. — Ja tam jestem mocno zaskoczona. Na Twoim miejscu zagrałabym tą kartą. Kto wie, może jeszcze coś ugrasz. Simmons sam w sobie jest raczej niegroźny, a ewidentnie jest teraz obsrany ze strachu, że życie mu się zawali.
Czy było to złe? Być może. Ale czasami w życiu trzeba było korzystać z okazji. I głupoty innych. Niewątpliwie ewentualne korzyści materialne bardziej przydałyby się Ianowi, niż jej. Ona dręczyłaby Simmonsa dla własnej, egoistycznej satysfakcji.
— Teraz prosto na TK. Jak się uda, to wszystko zrobimy za jednym razem. — poinformowała, mając nadzieję, że faktycznie pójdzie sprawnie i gładko, wrócą szybko na oddział i Hunt zostanie puszczony do domu. Niestety pchając wózek wzdłuż korytarza dostrzegła jadące przed nimi łóżko i już wiedziała, że nie pójdzie im tak szybko, jak na to liczyła.
Westchnęła ciężko.
— To nam się trochę zejdzie…
Wtem dobiegł ich kobiecy głos, odbijający się echem od korytarza szpitalnego. Poza dyżurującymi i nagłymi wypadkami było tu zupełnie cicho i pusto, momentami wręcz przerażająco, jeśli nie było się przyzwyczajonym do tego typu widoków.
— Tilly, querida, Ty wciąż tutaj? — nie wiedzieć skąd przy Mathilde wyrosła korpulentna kobieta w średnim wieku, latynoskiej urody, która bezpardonowo uściskała dziewczynę, w pierwszej chwili zupełnie ignorując jej pacjenta, tak jakby były tu całkiem same.
— Wzięłam dodatkową zmianę. — wytłumaczyła się na bezdechu Stevenson.
— Zamęczysz się dziecko. W tym wieku powinnaś siedzieć w domu i wychowywać dzieci, a nie…
— Tak wiem, Valentina… — jęknęła Mattie, wywracając oczami, bo był to wywód, który słyszała od koleżanki z intensywnej terapii przynajmniej raz w tygodniu. A po dziesiątym tłumaczeniu, o braku chęci na posiadanie własnej rodziny, straciła ochotę na powtarzanie się.
— Źle mówię, cariñito? — tu kobieta zwróciła się do Hunta, wyraźnie oczekując potwierdzenia swoich słów. Choć sądząc po tonie wygłaszanych przez nią prawd, nie było mowy by dopuszczała do siebie jakąkolwiek argumentację na inny stan rzeczy. — Ale Ci się trafił przystojniak! Powinieneś gdzieś zabrać naszą Tilly później. Sam słyszałeś, siedzi tylko w tym szpitalu. W tym wieku to nie wypada. No es verdad?
Usuń— Na razie czekamy na tomograf, bo jak rozumiem zajęliście nam kolejkę.
— Perdoname, ale przywieźli nam dopiero co pacjenta z innego szpitala z Mount Vernon i ledwo do nas przyszedł, to od razu zaczął krwawić do głowy. Nie ma dzisiaj spokoju.
— Rozumiem. — mruknęła Tilly i przysiadła przed pracownią tomografii, parkując uprzednio wózek z Ianem obok siebie.
— A Tobie, chico, co się przydarzyło?— Valentina nie zamierzała odpuszczać okazji do rozmowy, tym razem obierając sobie Hunta za cel.
Mathilde Stevenson i Valentina, mi amor
[Trochę górki weszły, ale to nic! Nie jest bratem, ale brata zna! Historia jest taka w skrócie, że Philip był kolegą brata. Brat akurat w więzieniu przebywał. A Philip się szlajał dalej w tym samym miejscu, co wcześniej, więc w domu kolegi. No i z Mickey'em, bo tam był - w sumie też kolega, bo jednak czasu razem spędzali dużo.
OdpowiedzUsuńTo tak słowem wstępu, żeby wyjaśnić kto i co!
A tak już poza tym to dziękuję za miłe słowa i mam nadzieję, że się złość wyleje gdzieś z dala od ludzi, co by nie robić sobie przypału!]
Philip/Magnus
[Brat, jak widzisz, nie, choć pomyłka uzasadniona i kochać też oczywiście nie, bo chłopcom przecież nie wypada.
OdpowiedzUsuńNad Mickeym nie lituj się tak przesadnie, bo to zły łobuz jest mimo wszystko, ale również: szereg możliwości przed nim teraz, a ja jeszcze nie wiem, co mu zgotuję.
Domyślam się, że jako pani adminka, to masz wiecznie nadmiar wątków, ale jakbyś razem coś chciała stworzyć, to może tym razem się uda - Ian pewnie prędzej, chociaż zderzenie dwóch światów też brzmi kusząco.]
Mickey Boyle
Starał się nie być tym rodzajem brata, który będzie przepytywał każdego faceta z zamiarów wobec siostry, ale wolał, żeby zainteresowanie Jasona nie skręcało w jej stronę. Mieli z siostrą pewną niepisaną zasadę, której oboje trzymali się od lat – on nie interesował się jej koleżankami, a ona nie interesowała się jego kolegami. Takie rozwiązanie było wygodne, a przede wszystkim pozwalało uniknąć całej masy niezręcznych sytuacji, gdyby któreś z nich zaangażowało się w relację, która później skończyłaby się źle. Wtedy żadne nie musiało wybierać między własnym rodzeństwem a przyjaźnią, ani zastanawiać się, po czyjej stronie powinno stanąć, gdyby druga osoba została zraniona. Wiadomo, że serca się nie oszuka, więc jeśli zasada zostałaby złamana, to przecież nikt nikogo z życia nie wywali, ale jeśli mogli zadbać o to, żeby nie komplikować sobie życia, to nie stwarzali szansy na pojawienie się tego rodzaju problemów. Powiedzmy. Akurat jego znajomości miały dziwny zwyczaj przybierania czasem dość niespodziewanego obrotu, tak grzecznie i poprawnie mówiąc. Na jego korzyść działało jednak to, że nie był typem człowieka, który łapie kontakt z każdym napotkanym człowiekiem i po tygodniu zna już pół miasta, więc okazji do fundowania sobie dodatkowych atrakcji siłą rzeczy nie miał na pęczki. Trzymał się sprawdzonego grona ludzi, a że był policjantem, to nikt nie próbował wdzierać się w jego prywatność, czy nawet z rozsądku zaglądać do niej bez wyraźnego zaproszenia. Przynajmniej do niedawna. Ostatnimi czasy został rozpoznany jako ten postrzelony z nagrań z bodycamu publikowanych na kanale siostry, co wystarczyło, żeby nagle przestał być anonimowym facetem w mundurze, a zaczął być kimś, kogo można było wskazać palcem, bo gdzieś w internecie mignęła jego twarz. Szaleństwo. Człowiek nie może już nawet zostać postrzelony w spokoju, żeby pół świata nie miało potem czego komentować.
OdpowiedzUsuńTate na pewno była trochę poirytowana tym wypadkiem, bo studiowała dziennikarstwo i potrzebowała tej ręki do robienia notatek i wielu innych rzeczy, ale w ogólnym rozrachunku to on był tym poirytowany jednak bardziej. Kontuzja dała jej doskonały pretekst do lekkiego naginania rzeczywistości, bo nagle rzeczy, które normalnie bez większego zastanowienia robiła sama, magicznym sposobem zaczęły wymagać jego pomocy. I nie chodziło o to, że on miał jakiś problem z pomaganiem jej, co to to nie. Odkąd jej nadgarstek wylądował w ortezie, zaczęła potrzebować jego pomocy akurat przy tych rzeczach, za którymi on sam szczególnie nie przepadał, a które normalnie należały do jej działki. I nawet nie próbowała udawać, że jest inaczej. Potrafiła poprosić go o coś z miną największego niewiniątka, a kiedy już się tym zajął, odwracała głowę i cicho chichotała pod nosem, doskonale świadoma, że właśnie po raz kolejny zrobiła go w konia. Miała z tego świetny ubaw. Ale nie mógł być na nią naprawdę zły, bo już pomijając fakt, że bezczelnie wykorzystywała sytuację dla własnej rozrywki, była przy nim wtedy, kiedy to sam jej potrzebował. Podczas pobytu w szpitalu nie odstępowała go na krok, a później, kiedy wrócił do domu i zaczęła się żmudna rekonwalescencja, również była przy nim, pilnując, żeby tylko nie przyszło mu do głowy nagle cudownie ozdrowieć. Wyssała z mlekiem matki pulę jej najlepszych cech.
Zasiadł na barowym stołku obok Iana i obrzucił spojrzeniem etykiety na butelkach, które stały na ściennej wystawce. Dojrzał tam F5 IPA ze swoich rodzinnych stron, więc wybór miał już z głowy. Gdy Ian zdecydował się na bezalkoholowe, przytaknął krótko i zaraz złożył zamówienie u barmana. On sam nie był jakimś szczególnym entuzjastą alkoholi, ale dziś nie zamierzał odmawiać sobie jednego piwka czy dwóch, skoro nie musiał prowadzić. Obowiązki miał za sobą, a jutro nie zapowiadało się na poranek, który wymagałby od niego szczególnej przytomności, choć po tych dwóch piwach pewnie nawet nie zauważy, że cokolwiek wypił.
— Przyjechałeś samochodem? — zapytał po chwili, zerkając na niego z ciekawością. — Czy w ogóle stronisz od alkoholu?
UsuńByła jeszcze trzecia opcja, że Ian mógł nie chcieć sięgać po alkohol akurat dzisiaj, ale nie musiał o to pytać, bo to na pewno i tak wyniknie z jego odpowiedzi. Nie zamierzał robić z tego żadnego przesłuchania, bo wiedział, że ludzie mieli różne podejście do alkoholu, a on sam lubił po prostu wiedzieć, z czego wynikał wybór rozmówcy. Ot, zwykła ciekawość. Jemu też alkohol nie był potrzebny do dobrej zabawy, więc w zupełności rozumiał tych, którzy potrafili spędzić cały wieczór z soczkiem w ręku i nadal bawić się równie dobrze jak reszta, a może nawet lepiej.
Brant Dawson
Przez pierwsze szesnaście lat życia pozostawał jedynakiem, chociaż nie miało to większego znaczenia w obliczu miejsca, w którym przyszło mu dorastać, bo więcej tamtego życia spędził wtedy na ulicy niż w domu. Dom nigdy nie kojarzył mu się z bezpieczeństwem. Rodzina nigdy nie była jednostką, u której mógł szukać wsparcia, bo ta jego istniała tylko na papierze. Kiedy ojciec wracał nachlany i rozbijał meble w ich ledwie trzymającym się kupy domku holenderskim, matka pracowała na nocną zmianę i sprzątała kible na dyskotekach. Gdy wracała nad ranem zmęczona, przesiąknięta zapachem środków czystości i mocnych papierosów, ojciec zwykle spał już na kanapie w małym saloniku, a on sam stał nad połamanym meblem z fioletowym śladem celnego sierpowego na twarzy i próbował doprowadzić wszystko do stanu, który pozwoliłby matce uwierzyć, że tej nocy wydarzyło się mniej, niż faktycznie miało miejsce. Nie miał do niej pretensji o samą pracę. Wiedział, że robiła, co mogła. Problem polegał na tym, że dla dzieciaka robiła, co mogła niewiele znaczyło, kiedy najbardziej potrzebowało po prostu kogoś dorosłego, kto byłby na miejscu i kto zakończyłby tę tyranię starego degenerata. Dom miał może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych, czyli zdecydowanie za mało, żeby dało się w nim naprawdę ukryć, dlatego nie szukał w nim schronienia. I nigdy nie kojarzył domu z bezpieczeństwem. Nauczył się znikać. Wychodził z domu, zanim zaczynało się piekło, włóczył się po ulicach do późna i wracał dopiero wtedy, kiedy uznawał, że ryzyko oberwania za coś, czego nawet nie zrobił, trochę zmalało. A niekiedy wracał dopiero po kilku dniach, bo ulica wcale nie była miejscem, w którym można było pojawić się z pustymi rękami i czuć się wolnym. Ulica rządziła się własnymi prawami, a każde z nich miało swoją cenę. Jeśli ktoś dał mu jedzenie, miejsce do spania albo wyciągnął rękę, kiedy naprawdę tego potrzebował, prędzej czy później przychodził moment, w którym trzeba było się odwdzięczyć. Nic nie było za darmo. Przysługa rodziła kolejną przysługę, pożyczona rzecz wracała do właściciela, a jeśli ktoś zrobił dla niego coś większego, należało oddać więcej, niż się dostało. Czasem pieniędzmi, czasem pracą, czasem czymś, czego wolałby nie robić. Najgorsze było to, że nie trzeba było nawet pytać, kiedy przychodził czas spłaty. Człowiek to po prostu wiedział. Dlatego bardzo szybko i dobitnie nauczył się, że na ulicy nie wystarczyło być głodnym dzieciakiem, któremu należała się pomoc. Tam trzeba było być użytecznym. Trzeba było wiedzieć, komu można zaufać, komu lepiej zejść z drogi i przede wszystkim nie brać więcej, niż było się w stanie oddać. Bo dług potrafił ciągnąć się długo, a jeśli ktoś próbował udawać, że o nim zapomniał, ulica bardzo szybko mu o tym przypominała. Dlatego nauczył się nie prosić, jeśli nie musiał, i dwa razy zastanawiać się, zanim przyjął cokolwiek od kogokolwiek. W domu bał się ojca. Na ulicy nauczył bać się konsekwencji. Im starszy był, tym rzadziej widywał matkę. Ojciec siedział we więzieniu, jeśli nie za rozbój, to za napad. Sam musiał pilnować się na każdym kroku, żeby nie zwrócić na siebie uwagi policji ani opieki społecznej. Wystarczył przecież jeden głupi wybryk albo ktoś, kto postanowiłby zainteresować się tym, gdzie właściwie podziewa się dzieciak, a mógł skończyć w bidulu. Wiedział, że jeśli raz ktoś uzna, że w domu nie ma dla niego warunków, że siedzi w nim sam mając naście lat, to nikt nie będzie specjalnie przejmował się jego zdaniem. Dlatego robił wszystko, naprawdę wszystko, żeby nikt nie zorientował się, jak bardzo było źle. W szkole uczył się pilnie. Nie pakował się w kłopoty, a jeśli już zdarzyło mu się w nie wdepnąć, robił wszystko, żeby wygrzebać się z nich, zanim ktokolwiek zdążył to zauważyć. Siniaki chował pod ubraniem. Zmęczenie zrzucał na niewyspanie. Gorszy dzień na cokolwiek.
OdpowiedzUsuńNie chodziło wcale o to, że był szczególnie rozsądny jak na swój wiek, bo w wielu przypadkach nie był rozsądny ani trochę. Po prostu wiedział, że nie miał prawa dać się złapać. Jeśli chciał cokolwiek w swoim życiu zmienić, a chciał, musiał najpierw dopilnować, żeby nikt nie zdecydował za niego, co dalej się z nim stanie.
UsuńA kiedy pewnego dnia matka oznajmiła mu, że na świecie pojawiła się jego siostra, ta informacja zmieniła wszystko. Ich życie nie stało się nagle lepsze, bo Brant od razu wiedział, że od tej chwili nie chodziło już tylko i wyłącznie o niego. Do tej pory mógł zniknąć na całą noc, wrócić po kilku dniach, oberwać za coś, czego nie zrobił i jakoś się z tym uporać. Był tylko on. Mógł ryzykować własną skórą, bo ostatecznie konsekwencje spadały wyłącznie na niego. A kiedy pojawiła się Tate, nabrał świadomości, że gdzieś obok niego dorastać będzie mała dziewczynka, która nie miała żadnego wpływu na to, do jakiego domu przyszła i w jakim otoczeniu przyjdzie jej trwać. Co prawda jej ojcem był ktoś zupełnie inny i to zmieniało w zasadzie wszystko, ale dla Branta istotnym stało się to, żeby tę dziewczynkę chronić, dlatego od samego początku ich relacja opierała się na czymś mocniejszym niż zwykłe rodzeństwo. Żeby jednak naprawdę móc ją chronić, potrzebował czegoś więcej niż własnych pięści. Musiał mieć po swojej stronie jakieś legalne narzędzia, a choć wtedy jeszcze nie wiedział dokładnie, jak miałby to osiągnąć, to coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że jeśli chce wyrwać siebie i Tate z tego życia, musi skończyć z ulicą. Definitywnie. Kosztowało go to wiele znajomości, równie dużo przysług, pieniędzy i jeszcze kilka innych rzeczy, których długo nie potrafił sobie wybaczyć. Musiał zamknąć za sobą drzwi, za którymi nauczył się przetrwania, i wejść w świat, w którym obowiązywały zupełnie inne zasady. Policja nigdy nie była dla niego romantyczną wizją służby, i nie jest nią również teraz, ale była narzędziem, jednym z niewielu, jakie znał, które mogło dać mu realną możliwość ochrony kogoś, kto jeszcze sam nie potrafił się obronić. Nie uwierzył też, że nagle będzie lepiej, bo jeszcze przez długi czas było przejebane, ale po raz pierwszy miał motywację i człowieka, dla którego warto było przynajmniej spróbować. Dlatego próbował do porzygu, ale przynajmniej wreszcie zmierzał wtedy do czegoś.
Przyciągnął sobie butelkę alkoholu, również odmawiając przelania w kufel, i pociągnął łyk znajomego piwa, którego nie pił już ładnych parę lat, bo ostatni raz jeszcze w Oklahomie. Przepadał za nim, ale nieczęsto miał okazję na nie w okolicy natrafić. Po chwili spojrzał na Iana, marszcząc nieco brwi, bo skoro nie przyjechał samochodem, a nie pił, to zostawała opcja druga, którą zaraz faktycznie potwierdził, choć z zaskakującym dodatkiem.
— Serio? — Popatrzył na niego z lekko zdumionym wyrazem twarzy. — Nie wyglądasz na kogoś, kto wpada w alkoholowe ciągi — przyznał. — Ale jasne, rozumiem, szanuję — dodał zaraz, unosząc dłoń, bo nie podważał w żaden sposób jego słów. — Myślałem, że może chodzi o wóz. Ten twój Cadillac, to przecież CT5V Blackwing, co nie? — rzucił, zerkając na niego z lekkim zainteresowaniem. Widział, gdy Ian parę razy z niego wysiadał. — Tego nie jeździ po ulicach tyle, co zwykłych Cadillaców. Dobrze się go prowadzi? — Pociągnął łyk piwa z butelki. On tak prywatnie najczęściej korzystał z take-home police vehicle, którym był Ford Explorer w wersji Police Interceptor Utility, bo mógł przewozić Kodę wyłącznie w takim specjalnie przygotowanym radiowozie, który mógł zabierać do domu i korzystać z niego jak z auta prywatnego. Oczywiście ten miał wszystkie policyjne oznaczenia. Miał jednak jeszcze drugie auto, swoje własne, Chevroleta Silverado i był nim kilka razy na siłowni, choć jeszcze częściej docierał do niej z buta, bo miał zaledwie 3 mile, więc wolał sobie tę odległość przebiec niż przejechać.
Brant Dawson
Mattie nie lubiła o sobie opowiadać, bo i zbytnio nie wiedziała o czym mówić, jeśli już miała opisywać własną osobę wolała to robić przez pryzmat działań i własnych osiągnięć. Nie należała też do wybitnych jednostek, nie zaliczała się ani w poczet wielkich myślicieli, ani naukowców. Była przeciętnym bytem, próbującym jakoś się odnaleźć i uwić sobie to gniazdko na ziemskim padole. Albo przynajmniej znaleźć jakiś pomysł na siebie. Coś więcej poza zaspokajanie podstawowych potrzeb, choć i z tymi można było mieć mnóstwo frajdy.
OdpowiedzUsuńCóż, sama w wieku trzydziestu trzech lat niewiele wiedziała o tym czego naprawdę chce od życia, o wiele więcej wiedziała czego nie chce i dzieci były takim niepożądanym przez nią aspektem, o co zadbała zawczasu. Lubiła się bawić, lubiła seks i chciała z przygód korzystać, ale nie wyobrażała sobie potem dźwigać ciężaru odpowiedzialności za chwile zapomnienia, zwłaszcza z nie swojej winy. Dlatego też aborcja była dla niej tak ważna. Po części z własnych pobudek, po części z empatii, którą zwyczajnie miała w stosunku do innych kobiet, na których cierpienie napatrzyła się zwłaszcza od czasów studiów. Uważała, że nikt nie powinien zmuszać kobiet do bycia inkubatorem, do przeżywania trudów ciąży, która rzadko wygląda tak bajkowo jak próbowały to wmówić social media, nawet jeśli te same kobiety gotowe były oddać dziecko do adopcji. Każda z przedstawicielek płci pięknej powinna mieć równy dostęp do aborcji, a poza tym to było do jasnej cholery podstawą opieki medycznej! Bez tej możliwości nagle całe zaplecze ginekologiczne upadało. Bo co z poronieniami, co z ciążą pozamaciczną i w końcu co z lekarzami, którzy nagle bali się o własną skórę, zamiast podejmować konkretne i szybkie decyzje dotyczące zdrowia pacjentki. Pod tym względem, strasznie bolało ją to, że każdy stan miał niejako swoją bańkę w tym temacie, ale z drugiej storny, wciąż było gdzie uciekać by szukać pomocy. Jeszcze… A trzeba przyznać, że nie chciała żyć w realiach “Opowieści podręcznej”. To byłby koszmar. A ze swoim pyskatym językiem pewnie długo by nie pociągnęła.
— Ah si, cariñito! Tomar un café es una gran idea! — zgodziła się Valentina, z uśmiechem przytakując głową i klepiąc młodszą koleżankę po plecach podekscytowana tym pomysłem. — Tilly uwielbia kawę, ale obawiam się, że zostają wam tylko automaty, lokalny bufet w tych godzinach nie pracuje. Jest w końcu środek nocy.
— Nie potrzebuję kawy, radzę sobie całkiem dobrze. Poza tym, Iana pewnie zaraz puszczą. Szkoda jego czasu na marną kawę i siedzenie w szpitalu. — mruknęła Tilly, w głowie odliczając 10 minut, za które powinni zaprosić chłopaka do środka, a tym samym ukrócić jej przyjemność wymiany zdań z Val.
— Jak Ci mężczyzna proponuje to mu się nie odmawia. — skarciła ją kobieta, tonem niczym matka, choć nić pokrewieństwa nie istniała przecież między nimi. Co najwyżej relacje zawodowe, które jak widać dla latynoski, bardzo szybko zamieniały się w te o wiele głębsze i ważniejsze. Roztaczała nad młodszą od siebie dziewczyną opiekuńczy i moralizatorski płaszcz.
— Wolę jak mi proponują co innego… — mruknęła pod nosem Tilly, jasno wskazując na dwuznaczność swoje wypowiedzi. Była pod tym względem jak zbuntowana nastolatka, która lubi podburzać atmosferę dla samej frajdy z tego, a przy tym wcale nie kłamie. To zawsze doprowadzało do szału starsze pokolenie.
W tym wypadku nie mogło być inaczej.
— Tilly, no wiesz! — obruszyła się Valentina, a różowe z emocji wypieki aż wstąpiły na jej policzki. — Dziewczynie tak nie wypada!
Usuń— Nie jestem dzieckiem, Val. — Mattie uśmiechnęła się prowokacyjnie, czym skutecznie znudziła swoją rozmówczynię z dalszego użerania się z jej osobą, a tym samym Valentina przerzuciła swoje zainteresowanie na Hunta.
Pokiwała głową z dezaprobatą na jego słowa.
— Niemożliwe jest to miasto! Naprawdę, jest coraz gorzej. — załamała ręce, a zaraz po tym wymamrotała po hiszpańsku z prędkością karabinu maszynowego jakąś modlitwę. — Kto to widział? W naszym mieście. Bardzo Ci współczuję, cariño. — westchnęła współczująco i niezdarnie objęła jego siedzącą na wózku osobę, chcąc w ten sposób okazać swoje wsparcie. Przestrzeń osobista, ryzyko zarazków i potencjalna niechęć drugiej strony, cóż, te rzeczy dla Valentiny nie istniały. Było za to nieograniczone zaplecze rodzicielskiej miłości i troski, którym chciała otoczyć niemal każdego.
Mathilde posłała Ianowi przepraszające spojrzenie i niezdarnie wzruszyła ramionami, pokazując, jak niewiele jest w stanie mu pomóc. Ten typ tak miał, a ona swoją piłeczkę odbiła. Tym samym miała okazję, żeby spojrzeć na niego uważniej, przypatrzeć mu się z ciekawością, tak po ludzku, co dotychczas w ogóle nie miało miejsca. Ich sporadyczne spotkania przy wymianie towaru, czy nawet teraz przy przyjęciu do szpitala, traktowała zupełnie jak coś przelotnego i oczywistego, w ogóle nie zastanawiając się nad tym ani chwili.
I tak, mogła teraz przyznać, że niewątpliwie Ian posiadał nienajgorszą urodę, zaliczającą go do grona przystojnych mężczyzn, również dobrze zbudowanych, mimo to Mattie roztaczała nad nim jakąś taką przyjacielską opiekę, bardziej niż fantazje na jego temat. Być może była to kwestia godziny i faktu że byli w miejscu jej pracy, a w barze i na ulicy może byłaby bardziej zaczepna. Albo i nie? Ciekawe, że nigdy o tym nie myślała.
Tymczasem drzwi do pracowni się otworzyły i wyjechało z nich łóżko, co oznaczało kolejną falę uścisków i soczystych buziaków od Val, skoro musiała się z nimi już pożegnać.
— Spokojnej zmiany, Tilly!
— Tobie również! — zawołała za nią Mattie i pomachała na odchodne, po czym zwróciła się do Hunta. — Dobra bohaterze, teraz Twoja kolej.
[A dziękuję! 💗 Po miesiącu wytrwałości w pisaniu zachciało mi się zmian. Zobaczymy ile ich jeszcze będzie do grudnia 😅]
pyskata Mattie i kochająca Val
Debbie nie patrzyła na Iana przez pryzmat problemu. Nie widziała w Ianie problemu, bo kiedy patrzyła na Iana, widziała młodą, przystojną twarz. Z wyraźnie zarysowanymi kościami policzkowymi, odznaczającą się linią żuchwy, pełnymi, miękkimi ustami, które tak chętnie całowała. Widziała jasnobrązowe, piwne, mieniące się złotem oczy, w które mogłaby wpatrywać się w godzinami. Widziała zgrabny, prosty nos i szerokie brwi. Widziała wszystko, tylko nie problem. Kochała Iana. Zakochała się w nim bez oporów. Owszem, pojawiały się wątpliwości, ale nie dotyczyły one jej uczuć. Wątpliwości dotyczyły tego, czy ich związek może przetrwać, czy nawzajem nieustannie będą łamać sobie serca. Debbie nie chciała łamać serca Hunta, a już zrobiła to niejednokrotnie. Zapewne wtedy, kiedy uciekła z kina samochodowego albo wtedy, kiedy nie dosłownie, ale kazała mu wypierdalać ze swojego łóżka. Pamiętała o tym doskonale, ale pamiętała też to, że kiedy zobaczyła go naćpanego, ruszyła wprost do niego, nie mogąc pozwolić na to, aby coś mu się stało.
OdpowiedzUsuńRównie dobrze problemem mogła być Debbie. Debbie jako policjantka, bo Debbie jako normalna, młoda kobieta nie byłaby problemem dla nikogo. Nieszczególnie rzucała się w oczy, nieszczególnie robiła wokół siebie raban i wiedziała, czym jest dyskrecja. Musiała wiedzieć i Ian też musiał jej w tej kwestii ufać, skoro związał się z funkcjonariuszką policji nie zatajając przed nią swojego własnego zawodu. Debbie była twardą babką, ale na samą myśl o tym, że mogłaby stracić Hunta bezpowrotnie, robiło jej się zimno i wyjątkowo nieprzyjemnie. Straciła już ojca, choć sposób był brutalny i nieprzewidywalny, ale nie chciała pozwolić na to, aby kolejna osoba, przy której – wbrew zdrowemu rozsądkowi – czuła się po prostu bezpiecznie, przepadła.
Miała więc w głowie wszystkie te słabsze momenty, kiedy ona krzywdziła Iana albo wtedy, kiedy dowiedziała się o jego zajęciu. Ale tak, jak Hunt, próbowała wyrywać światu momenty takie, jak ten. Nieczęsto mogli bowiem być na Hawajach i nieczęsto mogli słuchać szumu fal, spoglądać w ciemne, rozgwieżdżone niebo i napawać się swoją bliskością z dala od Nowego Jorku. Żałowała jedynie tego, że jest pijana. Bo nawet nie była wstawiona. Była pijana, choć zdołała już nieco wytrzeźwieć. Popełniała błąd, bo opóźnienie przylotu Iana na wyspę wzbudzało w niej frustrację, więc po prostu piła, nie znajdując żadnych innych sposób na to, aby sobie z tym poradzić. Mogła dzisiaj też pić mniej już w ciągu dnia i nie dolewać w siebie kolejnych ilości, kiedy zeszli już do towarzystwa. Ale Ian miał wprawę w ogarnianiu pijanej Debbie.
Nie chciała czekać. Serce zabiło mocniej, kiedy usłyszała jego słowa, gdy podchodzili do leżaka i kiedy rzucał na jego oparcie swoją koszulę, która nie nadawała się dzisiejszego wieczoru do niczego więcej. Dla niej widok Hunta bez koszulki mógł uchodzić za widok powszedni, ale za każdym razem, gdy go takiego widziała, robiło jej się po prostu ciepło. Rozkosznie ciepło. Może nie miękły jej nogi, zwłaszcza nie teraz, kiedy stała na już miękkim piasku i pod wpływem alkoholu lekko się chwiała, ale czasami się to zdarzało. Na przykład wtedy, gdy ją całował.
Usiadła na leżaku bokiem, tuż przy jego krańcu, wpatrując się w okolice mobilnego baru. Kolorowe światełka robiły klimat, muzyka sącząca się z głośników była taneczna, latynoskie rytmy wprawiły korpus rudowłosej w delikatny ruch. Ciepły, przyjemny wietrzyk wzruszył jej kosmykami, ale Debbie nie traciła z oczu Hunta. Widziała jego szerokie plecy, wąskie biodra i mocne nogi. Widziała, jak na niego patrzą te, które wcześniej śmiały się z jego abstynencji. I widziała Drake’a, który patrzył na nią, a potem na Hunta. Nie uśmiechał się. Nie był już tym samym przyjemnym facetem, którego poznała kilka dni temu. Krzywy uśmiech wpełzł na jej usta, czknęła i wzruszyła ramionami. Uciekła spojrzeniem do Hunta, który akurat wracał do niej z dwoma szklankami.
— Cola — powtórzyła po nim z uśmiechem i sięgnęła po szklankę. Siedząc bokiem do Iana i bokiem do oceanu, na który widok miał Hunt, mogła nadal obserwować bar i parkiet. — Hm? — zwróciła głowę w jego kierunku, kiedy się odezwał. Zrobiła łyk coli i posłała mu delikatny, ciepły uśmiech. — Ach. Brakuje… — przyznała, potakując przy tym lekko głową. — Ale mam swojego księcia — dodała, a potem jakby nigdy nic, umościła się między udami Iana, wspierając plecy o nagi, męski tors. — Widziałeś jak się na ciebie patrzyły? — spytała, a potem prychnęła. Sięgnęła po tę dłoń Iana, która trzymał za głową, łapiąc ją wpierw za przedramię, a potem za nadgarstek i wymagało to od niej niemałej gimnastyki. Przyciągnęła ją do swoich ust, składając na knykciach Hunta delikatny pocałunek.
UsuńDebbie Grayson ♥
Nie przyszło jej nigdy zastanawiać się nad nieskutecznością łamania serca Iana. Wystarczyło jej to, że przez dłuższy okres czasu nie mieli ze sobą kontaktu, a spotkanie Hunta pobitego, ba, zmasakrowanego, w opuszczonym magazynie, w niczym jej nie pomogło. Nic jej nie pomagało, kiedy Iana nie było obok niej. Zawładnął jej sercem i jakkolwiek ckliwie to brzmiało, nie chciała tego zmieniać. Nie była odpowiednim materiałem na bohaterkę komedii romantycznej, ale jednak przekonywała się całą sobą co znaczy kochać. Ale kochać właśnie w ten romantyczny, intensywny sposób. Ona nie bała się o tym mówić, nie bała się mówić o swoich uczuciach, pozostając jednak przy tym kompletnie racjonalną. Zupełnie tak, jakby ta wrażliwa i romantyczna część Debbie była głęboko zakopana. Ona jednak istniała. I dochodziła do głosu właśnie w takich momentach, chwilę po tym, kiedy kochali się na chłodnym już piasku, kiedy razem oglądała pokaz sztucznych ogni i kiedy otoczeni innymi ludźmi, nie widzieli świata poza sobą.
OdpowiedzUsuń— Ale nie chcę drinka — odparła, ściągając brwi, które musiała co jakiś czas ufarbować na ciemniejszy kolor, bo ich naturalny rudy odcień wypadał po prostu blado. — Może wystarczy na dzisiaj, co?
Ciężko było stwierdzić, czy to pytanie do Iana, czy do niej, czy do wszechświata, który spoglądał na nich tysiącami par oczu w postaci migoczących i pulsujących na ciemnym niebie gwiazd. Potem żaden drink nie był już istotny, kiedy Debbie trzymając swoją szklankę z zimną colą, rozsadzała się między nogami Iana. Zawsze znajdowała sobie przy nim miejsce, zawsze było jej wygodnie, nawet jeśli wymagało to umiejętności zaczerpniętych z zajęć jogi, którą – odkąd pracowała w policji – porzuciła na rzecz siłowni. Może jednak powinna do tego wrócić?
— Na pewno nie widziałeś? — spytała, nie do końca wierząc Huntowi. — Jakby chciały cię rozebrać, mimo tego, że paradujesz pół nagi po tej rajskiej plaży — przyznała, nie kryjąc ogarniającego ją powoli rozbawienia. Ian Hunt. Nagi mógł być tylko dla niej, ale nie miała nic przeciwko temu, aby spacerował na wyspach bez koszuli. Bo tylko ona wiedziała, jak napinają się jego mięśnie pod skórą, gdy jej szczupłe, drobne palce delikatnie sunąc pod wgłębieniach na brzuchu, jak badają niewielkie wypukłości na klatce piersiowej i jak szukają uwydatnionych żył na ramionach. Miała wrażenie, że zabiłaby każdą, która robiłaby do niego maślane oczy.
Było jej wygodnie. Komfortowo i ciepło, mimo tego, że jej odkryte nogi owiewał wiatr znad oceanu. Na kobiecych udach pojawiła się gęsia skórka. Zrobiła kolejny łyk coli, kiedy Ian w końcu oddał jej we władanie swoją dłoń i mogli spleść swoje palce. Nie protestowała, gdy ją obejmował, ba, przycisnęła ramię Hunta jeszcze mocniej do siebie, cicho wzdychając.
Już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, kiedy wyprzedziły ją słowa Iana. Do tej pory cmokał ją w głowę, raz na pokaz, kolejnym raz zupełnie prywatnie, ale nie mógł więc widzieć jej twarzy. Dlatego teraz sunąc głową po jego torsie, odchyliła się na tyle, aby zerknąć na niego od dołu i zmarszczyć czoło w pytającym wyrazie zaskoczenia. Szybko jednak z tego zrezygnowała. Nie chciała, aby Ian przestał mówić, więc wróciła do swojej poprzedniej pozycji, przymykając też oczy. Palcami sunęła po tym przedramieniu, którym dociskał ją do siebie. Spód chłodnej szklanki opierała o spodenki, które w niewielkim stopniu zakrywały jej uda.
— To dobrze, że się przejąłeś — zaczęła cicho. — Nie chciałabym być kolejną panną, której kazałbyś spadać — przyznała, chociaż wydawało się to być po prostu oczywiste. — Dziękuję — dodała w końcu, po chwili ciszy, której pozwoliła między nimi trwać. Nie wymagała od niego przeprosin, ale niesłusznie oskarżył ją o coś, co w ogóle nie miało miejsca. — Nigdy bym ci tego nie zrobiła.
Urwała. Jej deklaracja była szczera i Grayson chciała, aby to wybrzmiało. Palce kobiety znieruchomiały, a ona zrobiła niewielki łyk gazowanego napoju.
— Nigdy bym cię nie zdradziła, Ian. Mogę być na ciebie zła, mogę na ciebie psioczyć, mogę uważać, że jesteś dupkiem, skoro się spóźniasz i nie odbierasz telefonu, ale cię kocham i nie powinnam pozwolić Drake’owi na takie insynuacje. Nie sądziłam, że się do tego posunie — przyznała. — Przepraszam.
UsuńPrzeprosiła i ona. Głównie za Drake’a, bo był chujem i wykorzystał sytuację. Naprawdę nie wiedziała, co zrobiła, że młody mężczyzna chciał jej w ten sposób zaszkodzić. Westchnęła.
— Czasami to, że cię kocham… — zaczęła znowu po chwili, tym razem jednak ciszej. — Mnie paraliżuje. Bo boję się wtedy, kiedy nie odpisujesz. Boję się, że któregoś dnia przyjadę do pracy i usłyszę, że albo cię zamknęli, albo nie żyjesz… — teraz prawie szeptała, żeby nikt innych nie mógł ich usłyszeć. A Ian musiał wiedzieć, o jakim strachu mówiła Debbie. Przecież sama zdołała mu go już napędzić.
Ten wieczór, a właściwie ta noc była wyjątkowa pod wieloma aspektami. Bo Ian w końcu jej powiedział, że ją kocha, ale Ian zaczął też mówić. O tym, co myślał i dlaczego tak myślał. Dlaczego tak reagował. Przecież Debbie nie chciała niczego innego, bo nie mogła wiecznie snuć domysłów.
Debbie Grayson ♥
Debbie korzystała z życia. Korzystała z niego w sposób, który właściwy był młodym, żądnym dobrej zabawy ludziom. Korzystała, czasami nawet upijając się do utraty, może nie przytomności, ale na pewno pamięci. Wiedziała, że w ten sposób odreagowywała utratę ojca, na którą nie była gotowa i nudną pracę w ratuszu. Służba w nowojorskiej, mundurowej formacji nieco zmieniła jej podejście do imprezowania. Nadal wychodziła na miasto, nadal piła i nadal zarywała noce, ale nie było to znowu tak częste, nie w każdy weekend, bo nie każdy weekend Debbie miała wolny. Regularne godziny pracy porzuciła na służbę, która wymagała od niej bycia w gotowości całymi dniami bądź nocami. Grayson przyzwyczaiła się do tego, ale taki tryb życia zmusił ją do oszczędzania organizmu w innym zakresie. Ian, choć był dilerem, to wpływał na Debbie w kojący sposób. Nie zaczęła przy nim ćpać, chociaż miałaby dragi na wyciągnięcie ręki i była pewna, że Hunt nie wcisnąłby jej w te ręce byle gówna. Czasami popalała trawkę, ale zdecydowanie wolała napić się dobrego drinka. Przy nim piła mniej, prawdopodobnie dlatego, że Ian nie pił w ogóle. Nie uważała tego za wadę, ba, Hunt – być może nieświadomie – ale wpisywał się w nowe trendy zdrowego życia. Coraz więcej młodych ludzi ograniczało używki, zwłaszcza jeśli rozchodziło się o klasę średnią i tę zamożniejszą. Szukali oni radości w innych atrakcjach. Siłowni, pilatesie, innych sportach, spędzaniu czasu na świeżym powietrzu, na wycieczkach.
OdpowiedzUsuń— Nie wątpię w twoje poświęcenie, ale one mogłyby marzyć o kimś innym — odparła. — Wyobraź sobie, że każda z nich widzi ciebie w swoim łóżku… — mruknęła, bo owszem, sama kiedyś marzyła o innych kolesiach, których rozbierała wzrokiem, a teraz miała tylko dla siebie ideał faceta. Na pewno ideał pod względem fizycznym, Debbie nie wątpiła w to, że Hunt odnalazłby się na okładce magazynów dla pań albo na wybiegu. Ideałem był też dla Debbie, miał swoje wady, ale to one czyniły go odpowiednim dla Grayson. Czasami po prostu ją wkurwiał tym, że milczał. Ale nie wyobrażała sobie nikogo innego u swojego boku.
Zaskoczył ją. Tym, że się odezwał, że przeprosił, że zaczął wyjaśniać. Po prostu ją zaskoczył, a Debbie nie byłaby sobą, gdyby nie dołożyła do tego swoich kilku groszy, musiała się odezwać, bo Grayson rzadko kiedy milczała. Pozwalała sobie na ciszę, a właściwie to decydowała się na nią tylko wtedy, kiedy było naprawdę źle. Milkła w chwilach, gdy nie wiedziała co robić, gdy czuła obezwładniającą ją bezradność albo złość, dla której nie znajdowała ujścia. Krzyki i wyzwiska czy rzucanie przedmiotami pomagały do pewnego momentu, potem pojawiała się cisza.
Miała w sobie ogromne pokłady cierpliwości. Hunt przekonywał się o tym nie raz, a Debbie wiedziała, że wyćwiczyła ją w sobie dzięki siostrze. Maddie wymagała szczególnych względów i Maddie źle znosiła krzyk. Maddie potrzebowała swojej starszej siostry, a Debbie robiła to, co mogła, aby przy niej być. Tak samo działała względem Iana.
Umilkła i będąc ze sobą szczerą, nie spodziewała się nic więcej. To i tak było dużo. W ciągu kilku godzin, a właściwie w ciągu godziny z niewielkim naddatkiem osiągnęli naprawdę sporo. Ian się otworzył, Ian zaczął mówić i Grayson wiedziała, że nie powinna naciskać na więcej. Dlatego gdy skończyła mówić, wtuliła się w niego bardziej, rozkoszując się tym upajającym, łagodzącym jej układ nerwowych, ruchem kciuka Iana.
Uśmiechnęła się delikatnie, chociaż nie mógł tego widzieć, kiedy przyznał, że nie potrafiłby kazać jej spadać. Ona też tego nie potrafiła. Nie była do tego zdolna, a kiedy do tego się posunęła, wyrzuty sumienia niemal ją zabiły. Wiedziała, że wtedy nie uciągnęłaby dłużej, że znowu dotarłaby do stanu, w którym imprezowa Debbie bierze górę nad rozsądkiem, że zaprzepaściłaby karierę w policji, bo kiedy nie było Iana, niewiele rzeczy miało sens.
Zamruczała cicho, gdy ucałował fragment je skóry, tuż przy skroni i przymknęła oczy.
Naprawdę się o niego bała, to nie było nic wydumanego, nic wymyślonego na potrzeby chwili. Dlatego z ulgą przyjęła, że on nie uciekał, że przytulał ją do siebie mocniej i nawet jeśli miałby wydusić z niej ostatni dech – nie miałaby nic przeciwko temu. Zadrżała nawet w momencie, kiedy czubek nosa Iana dotarł do odkrytej skóry na jej barku. Spojrzała w prawo, by dostrzec, jak noga Hunta podskakuje niespokojnie. Powinna była milczeć. Nie powinna była nic mówić.
UsuńNawet nie wiedziała kiedy jej oczy zaszły łzami, więc poruszyła się niespokojnie tylko po to, by przycisnąć do ust szklankę coli. Ale gardło miała tak ściśnięte, że nie była w stanie zrobić nawet najmniejszego łyka. Nie wiedziała na co czeka. Liczyła się, że Hunt znowu odpowie jej ciszą, więc powinna wziąć się teraz w garść.
Ale on mówił. Upuściła szklankę z colą, która rozlała się i wsiąknęła w piasek po boku leżaka, na którym siedzieli. Teraz to jej drżały dłonie, bo Hunt znowu przepraszał, znowu mówił. Nie mogli zrobić nic z tym, że Grayson się o niego bała. Uśmiechnęła się, tym razem krzywo, choć nie było to niczym wymuszone, gdy przyznał, że chciałby obiecać jej wszystko.
A potem zamarło wszystko.
Świat zatrzymał się w miejscu. Czas stracił na znaczeniu. Bo Ian Hunt mówił o przyszłości.
Ich przyszłości. Tej wspólnej, do której Debbie nawet nie odważała się sięgać w swojej głowie, o której nawet nie marzyła, bo ich codzienność była okrutnie nieprzewidywalna i przeokropnie trudna, pełna strachu, znaków zapytania, ale i szczęśliwych chwil, które dzielili wtedy, gdy byli ze sobą po prostu… sobą. Kiedy byli Debbie i Ianem.
Zamarła również Debbie. Wstrzymała oddech, znieruchomiała z dłonią na jego przedramieniu. Zamrugała, a pojedyncza łza spłynęła na jej policzku. Przecież czuła, że chciałaby spędzić swoje życie z Ianem. Żeby to było ich życie, ale poza tym, że pierwsza odważyła mu się wyznać swoje uczucia, nie mówiła nic więcej, jakby jakakolwiek przyszłość stanowiła temat tabu.
W końcu jej dłoń dotarła do tego drżącego niespokojnie, męskiego uda. Oparła na niej swoje palce. Bała się odwrócić w jego stronę, bo nie chciała, aby widział, że płacze. A płakała, bo do pierwszej, samotnej łzy, zaczęły dołączać kolejne.
— Przecież coś wymyślimy — odpowiedziała cicho, zduszonym od wzruszenia głosem, ledwo wybrzmiewającym wśród głośnych rozmów, śpiewów i klubowej muzyki. — Musimy.
Debbie Grayson ♥
Tilly również nie należała do wybitnych jednostek w nawiązywaniu relacji międzyludzkich, choć była dzieckiem pani psycholog i w gruncie rzeczy cechowała ją ogromna empatia. Mimo swojego bardzo ostrożnego, nie mylić z wrogim, obycia przy pierwszym poznaniu, dość szybko zyskiwała w oczach nowo poznanych raczej jako osoba kontaktowa i ciepła, choć z charakterem. Poza tym, to nie ona walczyła o ludzi, oni sami przychodzili do niej, a praca w sektorze medycznym nauczyła ją tylko obycia z najróżniejszymi jednostkami.
OdpowiedzUsuń— W automatach jest kawa, czekolada i mleko z proszku, nic co nadaje się do picia ze smakiem. Chyba, że masz ochotę na paskudne doświadczenia, wtedy rzecz ma się zupełnie inaczej.
Szczerze mówiąc nie była fanką automatów i ichniejszych specjałów, wolała już okropną, najtańszą kawę z przelewu w socjalnym pokoju, a u siebie na OIOMie miała już z zespołem porządny ekspres. Chociaż kawę bardzo lubiła, jej też starała się z rozsądku nie popijać zbyt wiele. Tak jak z każdym uzależniającym specyfikiem, im większy był poziom wysycenia nim organizmu, tym gorsze działanie. A wiele nocy musiała być przytomna i gotowa do nagłych działań.
— Niemniej, musimy trzymać się wytycznych. Do końca badań nie możesz nic jeść i pić, niestety musi zdecydować o tym lekarz. Co najwyżej mogę się z Tobą napić mało ekscytującego tlenku wodoru. — uśmiechnęła się mając na myśli oczywiście najpospolitszą wodę. — A jeśli mam być zupełnie szczera, wolałabym pójść na dobrą kawę i ciastko już po godzinach pracy, jeśli nadal masz ochotę mnie nią uraczyć.
Dziwnie czuła się przystając w ogóle na tą propozycję i wychodząc z własną alternatywą pomysłu zainicjowanego przez Valentinę. Przede wszystkim chodziło o to, że Ian był dilerem, takim z którego usług korzystała sama, co już sprawiało że sytuacja była niekomfortowa. Po drugie, nie przywykła wychodzić od tak na kawę z pacjentami, nawet tymi, których znała trochę dłużej. A poza tym, obawiała się czy to nie będzie zbyt niezręczne? O czym mieli niby rozmawiać w zupełnie normalnych warunkach, nawet jeśli tutaj ta rozmowa jakoś szła.
— Z powrotem do salki. — przyznała z pewnym smutkiem, bo teraz czekało go najgorsze - musiał uzbroić się w cierpliwość i oczekiwać przyjścia Simmonsa, który w zależności od stopnia przerażenia sytuacją, mógł pojawić się szybciej lub opóźniać oglądanie Hunta możliwie najdłużej. Nie wiedziała jak zareaguje lekarz, to było jak wróżenie z fusów.
Pokierowała wózkiem z Ianem z powrotem na salę, gdzie spotkali się dzisiejszej nocy, chcąc zostawić go w jego boxie, a samej ruszyć w wir pracy, której na pewno przybyło przez okres, gdy wędrowała z blondynem na badania. ER nie znosiło próżni.
Ku ich szczęściu, natknęli się na Simmonsa od razu przy wejściu do sali. Mattie nie pozwoliła mu się nigdzie ruszyć, uprzednio chwytając mocno za rękaw fartucha i wskazując sugestywnie głową na jego pacjenta, żeby się nim zajął.
— Simmons twój pacjent wrócił. — zakomunikowała jeszcze werbalnie, gdyby przypadkiem gesty okazałaby się niewystarczające.
— Muszę dostać przecież wyniki. To przynajmniej pół godziny… — zaczął tłumaczyć się lekarz, próbując się wyrwać z żelaznego uścisku Stevenson.
— Masz pół godziny licząc od teraz. — Spojrzała na zegar wskazujący 3:14, a następnie stanowczo na doktora. Gniewnie, odważnie, nie znosząc sprzeciwu. Chciała to szybko zakończyć, a samemu lekarzowi nie pozwolić uciec. — 3:45 widzimy się tu ponownie.
Gdy ten jednak w końcu się ulotnił pod pretekstem wezwania do innego pacjenta, Mattie zwróciła się ostatni raz do Iana.
— Daj znać czy czegoś nie potrzebujesz. W razie co przyniosę Ci wodę, o ile chcesz. Poza tym, w razie nagłych wypadków i problemów zadzwoń dzwonkiem. — wskazała na sznurek z guzikiem znajdujący się na stoliku przy łóżku. Posłała mu łagodny, pocieszający w jakiś sposób uśmiech i za chwilę sama zniknęła w gąszczu oddziałowej krzątaniny.
gniewna siostra M.
Pokiwał głową w zrozumieniu. On też eksperymentował, ale nie były to eksperymenty, którymi chciał się chwalić, więc z reguły nawet o tym nie opowiadał. Zresztą dość rzadko wchodził w tematy związane ze swoją przeszłością, bo już pomijając fakt, że wciąż skrywał w niej kilka tajemnic, to dla przeciętnego człowieka nie było tam niczego ciekawego. Dzieciństwo, którego nie wspominał z sentymentem, złe decyzje, które wiele go kosztowały. Życie człowieka, który musiał radzić sobie od najmłodszych lat w świecie, w którym nikogo nie obchodziło, co stanie się z nim dalej, oczywiście dopóki nie zaczynał komuś przeszkadzać, bo wtedy przestawał być człowiekiem, a stawał się problemem do usunięcia. Nikt nie pytał, ile miał lat, czego się bał ani co próbował zrobić, żeby jakoś dotrwać do lepszego jutra. Jeśli wchodził komuś w drogę, należało go z niej sprzątnąć. Proste zasady, proste rozwiązania, które z czasem zaczęły działać w dwie strony, bo on też nie lubił przeszkód na swojej drodze. Tak czy inaczej, to co dla innych mogło być szokującą opowieścią, dla niego przez lata było zwyczajnym życiem, dlatego nigdy nie próbował robić z własnego dzieciństwa ckliwej historii o tym, jak to los rzucał mu kłody pod nogi, bo los nie miał z tym nic wspólnego. Po prostu urodził się w miejscu, w którym musiał nauczyć się przetrwania szybciej niż większość dzieciaków uczyła się wiązać sznurówki. To miejsce go ukształtowało, ono nauczyło go samodzielności i tego, żeby nigdy nie dać się złamać, ale dało mu również zasady, które zostały z nim do dziś. Nie mógł narzekać. Na pewno cudownie byłoby urodzić się w zdrowej rodzinie i piękną przyszłość mieć podaną na tacy, ale jeszcze lepiej było zawalczyć o swoje samemu, nawet jeśli oznaczało to poobijanie się po drodze i upadek na ryj, a potem konieczność podnoszenia się bez pewności, że tym razem człowiek zajdzie choćby kawałek dalej. Przynajmniej wiedział, że wszystko, co miał, wywalczył sobie własnymi rękami, bo nigdy nie dostał niczego za darmo, ale to właśnie dlatego potrafił docenić to znacznie bardziej niż ktoś, komu życie od początku układało się pod nogi.
OdpowiedzUsuń— Zdecydowanie, manualna skrzynia biegów to najlepsze, co może mieć auto, nawet w tutejszych korkach — przyznał, co do joty zgadzając się ze stwierdzeniem Iana, a doskonale rozumiał, o czym mówił, gdy chodziło o czucie auta. Żaden automat nie da człowiekowi świadomości, że naprawdę ma wpływ na to, co dzieje się z samochodem, bo tylko w manualu można dokładnie czuć, kiedy auto chce więcej, a kiedy trzeba odpuścić. Niestety, wszystkie standardowe pojazdy patrolowe Nowojorskiej Policji są wyposażone w automatyczne skrzynie biegów, a co więcej, nowoczesna flota to często już elektryczne SUV-y, więc Brant miał nad czym ubolewać. I ubolewał. A jeśli za wszelką cenę chciał mieć nad swoim pojazdem kontrolę, to pozostawało mu przerzucić się na rower z normalnymi pedałami.
Pociągnął łyk piwa z butelki i rozejrzał się po ludziach, którzy wypełniali lokal. Ktoś pomachał w ich stronę, więc kiwnął lekko głową, rozpoznając w tej osobie faceta przed pięćdziesiątką, który od kilku lat na THE GYM robił rzeźbę. Kiedyś, gdy obaj wyciskali na ławce obok siebie, opowiadał mu, że zagrał w kilku spotach reklamowych odżywek i suplementów dla sportowców. Brant nie pamiętał już nawet nazw tych produktów, ale zapamiętał, że facet mówił o tym z dumą, choć wcale się temu nie dziwił. Facet wyglądał naprawdę dobrze, jak na swój wiek.
— A ja nie zakładałem, że nasza siłownia ma aż tylu klientów — powiedział, posyłając Ianowi krótki, rozbawiony uśmiech. — Są osoby, które widziałem może z jeden raz, ale są też tacy, których nie widziałem wcale. — Wzruszył lekko ramieniem. — Może to osoby towarzyszące, czy coś.
Bywał na siłowni kilka razy w tygodniu, więc istniało jakieś prawdopodobieństwo, że z niektórymi klientami regularnie się mijał. Nie zmienia to jednak faktu, że wszyscy byli społecznością THE GYM i że społeczność ta okazała się naprawdę spora.
Usuń— O, chyba się zaczyna — powiedział, wskazując głową w stronę Garetta, który stanął już na środku, gotowy wygłosić swoją przemowę. Barbara towarzyszyła mu z pogodnym uśmiechem na ustach i patrzyła po zgromadzonych gościach. Pewnie próbowała oszacować, czy przyszli wszyscy, czy kogoś jednak brakowało. Było to naprawdę imponujące, że oni, jako właściciele, znali swoich klientów na tyle, żeby rozpoznawać ich po twarzach i pamiętać, kto właściwie regularnie pojawiał się na treningach. To pewnie dlatego atmosfera tego miejsca od początku była trochę inna niż w dużych, sieciowych siłowniach, gdzie człowiek potrafił przez pół roku ćwiczyć obok tej samej osoby i nadal nie wiedzieć nawet, jak ma na imię.
Brant Dawson 🎉
Gdyby miała go podsumować, to Ian był dobrym pacjentem. Buńczuczny i niechętny z początku, okazał się finalnie posłusznym i niestwarzającym problemów osobnikiem. I szczerze, Tilly była mu za to wdzięczna, bo dzięki temu jej praca była o wiele łatwiejsza. Oczywiście, potrafiła ukrócić wielu i wraz z doświadczeniem umiała tym lepiej podporządkowywać sobie ludzi, miło jednak było na dyżurze nocnym nie musieć z kimś walczyć. Zwłaszcza, że morale kogokolwiek o godzinie trzeciej w nocy nie mogą być zbyt wysokie. O tej porze zazwyczaj marzy się o łóżku, śnie, błogiej regeneracji, na co nie było miejsca na tutejszym oddziale ratunkowym. Brak kłótni i przepychanek mierzony był tutaj jako niemały sukces, sprawiający, że praca stawała się przyjemniejsza. A Mattie naprawdę nie chciało się już z nikim użerać. Zmęczenie coraz dokuczliwej dawało jej o sobie znać, a dodatkowo ciągle musiała mieć na oku Simmonsa, żeby ten przypadkiem czegoś nie odwalił lub nie porzucił Hunta na pastwę porannej zmiany, co patrząc po jego zachowaniu nie było scenariuszem niemożliwym. Wolała jednak, żeby lekarz czuł na sobie jej groźny wzrok i w obawie przed nim chociażby zmotywował się do opieki nad Huntem.
OdpowiedzUsuńTymczasem Simmons wysłany na misję ściągnięcia Valentiny Velazquez Morales, szybko przekonał się że jest to żądanie wcale nie należące do najłatwiejszych. Oczywiście, pielęgniarka z takim charakterem i stażem była znana w zasadzie na terenie całej placówki, bowiem renoma znacznie ją wyprzedzała, na pewno w szybkości stawianych przez nią kroków, niemniej była osobistością do której warto było udać się po radę czy pomoc w jakimkolwiek problemie dotyczącym pracy w szpitalu. Niestety jednak okazało się, że pracy na Intensywnej Terapii znacząco przybyło i Valentina nie mogła zejść tak szybko, jakby chciała jej na to pozwolić wrodzona ciekawość.
Z kolei zagubiona w gąszczu pracy i opiece nad innymi pacjentami Stevenson straciła nieco rachubę czasu i gdy zobaczyła, że jest już po umówionym czasie, czym prędzej skończyła opatrywać paskudną, ropiejącą stopę cukrzycową, która ewidentnie samym swoim zapachem dawała znać, że w całości nie utrzyma się już długo na miejscu i pobiegła tym prędzej żeby skontrolować sytuację u swojego dillera. Odetchnęła z ulgą, gdy wpadając do boxu ujrzała Simmonsa, który mówił o wynikach badań i wypisie.
— Jasne, zaraz się tym zajmę. — opowiedziała pośpiesznie lekarzowi, zakładając w biegu rękawiczki i szukając w tutejszym ekwipunku niezbędnych rzeczy do opatrzenia rany na głowie Iana.
— Czy powiedziałam coś Simmonsowi? — zastanowiła się stając nad blond czupryną mężczyzny, gdy zostali już tylko we dwoje, patrząc z uśmiechem na pozycję jaką przyjął Ian na łóżku. Faktycznie, brakowało żeby tylko radośnie machał nogami, a wyglądałoby to wręcz idyllicznie, nieprawdopodobnie do okoliczności. — Bardzo bym chciała, ale nie było nawet kiedy. — westchnęła ciężko, z wyraźnym zmęczeniem, tak jakby na swoich barkach dźwigała tonę gruzu ludzkich problemów przez te trzydzieści minut. Zamrugała kilkakrotnie powiekami, żeby nawilżyć mocno wyschnięte spojówki i pozwoliła sobie na małe ziewnięcie.
Na szczęście rana była mocno powierzchowna, nie było co zszywać, należało tylko ostrożnie ją oczyścić, a następnie miejsce uderzenia zabezpieczyć zapasem gazików, tak żeby sam poszkodowany nie zamoczył sobie jeszcze dzisiaj pościeli krwią.
— Daruj sobie dzisiaj prysznic, na pewno głowy nie mocz i nie myj, chociaż ze dwa dni, niech Ci się tutaj zrobi porządny strup. — poinstruowała go. — Jutro jak wstaniesz możesz spróbować zdjąć już opatrunek, ale uważaj na głowę. W razie co, przyłóż znowu gazy, a w razie jakbyś nie dawał rady, to wiesz gdzie mnie szukać.
Uśmiechnęła się do niego z góry, majstrując coś przy jego głowie, po czym przeklęła siarczyście, gdy okazało się że brakuje jej rzeczy niezbędnych do zabezpieczenia opatrunku w wózku opatrunkowym.
— Poczekaj chwilę, muszę pójść do magazynku po siatkę opatrunkową. Zaraz wrócę. — przeprosiła go na chwilę i sprawni ściągając rękawiczki, wyszła z boxu, aby możliwie najszybciej do niego wrócić z niezbędnym gadżetem, którego odebranie z magazynku wiązało się też z kolejnymi spowalniającymi krokami jak chociażby przykładaniem plakietki i szukaniem odpowiedniego pudełka z rzeczami.
UsuńDokładnie tą lukę pod nieobecność Tilly wykorzystała Val, która pojawiła się skrajnie zdyszana, ale promienna matczyną miłością jak zawsze u Hunta. Nie zdarzało się zbyt często by ktoś wzywał ją tutaj w środku nocy, gnała więc co sił w nogach, choć nie wiedziała o co może chodzić. Dopiero widok Iana ją uspokoił, ponieważ skojarzyła tą buzię, którą oglądała niespełna godzinę temu przed drzwiami gabinetu tomografii komputerowej.
— Que pasa, cariño?! — podeszła do Iana, oczekując wyjaśnień, a gdy usłyszała o jego sprytnym planie, nie potrzebowała dodatkowych namówień, aby mu w nim pomóc. — No te preocupes por nada! Zrobimy tak, żeby wszystko się udało. — zapewniła go swoim ciepły uśmiechem, a następnie objeła na pożegnanie i wychylając się ostrożnie zza drzwi rozejrzała się za Mathilde, żeby przypadkiem na nią nie wpaśc. — Powodzenia!
— No i co? Nie było tak strasznie. — Tilly pojawiła się u niego w salce dosłownie dwie minuty później, z całym zapleczem materiałów opatrunkowych, których mogła dzisiaj potrzebować, tym samym siląc się na optymistyczne podsumowanie jego dzisiejszej hospitalizacji, choć co prawda, żadne z nich nie widziało jeszcze rachunku za udzieloną pomoc. — Na szczęście obeszło się bez trwałych uszczerbków na zdrowiu, ale w ramach zaleceń pielęgniarskich sugerowałabym ostrożność i rozpoczęcie prac nad CV. Zmiana branży mogłaby podziałać na twój dobrostan zbawiennie. — zasugerowała, ponownie zabezpieczając mu ranę gazą, a następnie tworząc opaskę na głowę z przyciętej odpowiednio siateczki opatrunkowej. Wyglądał całkiem zabawnie w takim wydaniu, ale była to dla niej najwygodniejsza forma zabezpieczenia uderzenia.
— Wyglądasz teraz bardzo groźnie. — zażartowała, przygryzając co chwilę wargi, tak żeby nie parsknąć śmiechem, bo faktycznie, widok takiego dillera w drzwiach mógłby wprawić w podobny stan niejednego z jego klientów.
— To wszystko na dzisiaj. Uważaj na siebie i takie tam. — powiedziała pogodnie, wystawiając mu dłoń do uściśnięcia na pożegnanie. — A Simmonsem w ogóle się nie przejmuj.
nieświadoma Matylda i pomocna jak zwykle Val
Co do zasady Mathilde też nie czerpała chorej satysfakcji z ludzkiego nieszczęścia, choć zdarzały się oczywiście wyjątki, bo praca w szpitalu dostarczała ich całkiem niemało, ale w sytuacji kiedy ktoś sam się podkładał, tak jak teraz Simmons, to aż szkoda było nie skorzystać. Nie chodziło o okrutne dręczenie drugiej strony, ale subtelne niedopowiedzenia i ciszę, która czasem była bardziej konkretna niż wypowiedzi. Lekarz sam się wpakował w to bagno, a Tilly była po prostu trochę bardziej aktywnym obserwatorem tego zdarzenia. A posiadanie sprawczości w takich momentach dawało niezdrowego kopa, błogostan lepszy niż po niejednym psychotropie.
OdpowiedzUsuńCzy była przez to złym człowiekiem? Cóż, zależało od indywidualnej oceny obserwatora. Czy zamierzała się tym przejmować? Ani trochę.
— Co bym mu powiedziała gdybym mogła? Mhh… pewnie znowu, że jest skończonym idiotą i debilem. Nie wiem jak długo ma zamiar jeszcze się kryć. — zastanowiła się, kiedy Ian zadał jej pytanie odnośnie ich wspólnego znajomego. — Najpierw go trochę podręczę, zanim zastanowię się czy faktycznie go zgłosić, a jeśli o mnie chodzi, to… Może na mnie nawet nasłać policję. Jestem czysta.
Wzruszyła ramionami, bo nie była na tyle naiwna, żeby po pierwsze brać towaru dużo, raczej oscylowała zawsze w ilości legalnej do użytku, a po drugie starała się mieć to zawsze dobrze schowane. Teraz z kolei w ogóle nie miała w domu nic i szczerze, nie miała nawet potrzeby tego zmieniać. Działo się na tyle dużo, że nawet nie było czasu na relaks tego typu. Poza tym, dalej rozglądała się za ofertą pracy w Szwajcarii.
— Widziałam wielu groźnych ludzi. — zaśmiała się w odpowiedzi na jego sugestie o tym, że nie wie jak wygląda groźny diler. Wiedziała bardzo dobrze, nie zawsze jednak taki straszny był faktycznie człowiek, jakim go opisywano. Poza tym, umiała sobie poradzić w naprawdę wielu ciężkich sytuacjach. A niektórzy z pozoru przerażający, mieli też w sobie coś pociągającego.
Na jego podziękowania, machnęła tylko ręka, uznając że nie ma za co jej znowu dziękować, w końcu wykonywała tylko swoją pracę. Musiał też pamiętać, że oprócz opieki nad nim, to jego pojawienie się na oddziale wiązało się z odkryciem niemałej tajemnicy, która również dla niej okazała się bardzo cenna.
— Po prostu już tutaj nie wracaj! — zawołała za nim, gdy Hunt opuszczał pomieszczenie jak i sam oddział ratunkowy. Szczerze mówiąc nie życzyła mu powtórki z rozrywki i wcale nie miała zamiaru oglądać go tutaj znowu. Jeśli jednak coś by się wydarzyło, liczyła, że przynajmniej po tym doświadczeniu, trochę chętniej będzie dbał o swoje zdrowie.
Zapętlona w wir zadań i obowiązków Stevenson, sporadycznie zerkała na zegar w nadziei na rychłą godzinę zero do końca zmiany. Nie spodziewała się, by pozostały czas dyżuru mógł upłynąć szczególnie miło, ale jeśli nie będzie tragedii i poważnego wypadku w okolicy, wciąż będzie można uznać to za wygraną.
Stąd też jak ogromne było jej zdziwienie, gdy w zupełnie niespodziewanym momencie, w trakcie wypełniania dokumentacji medycznej, pojawiła się przy niej Val i obdarowała ją pudełkiem oraz kawą. Mattie spojrzała na nią co najmniej zdziwiona, wzrokiem pt. Co do chuja się tu dzieje?, bo jakkolwiek koleżanka znana była ze swojej wspaniałomyślności, nie miała jednak w zwyczaju obdarowywania ją w ten sposób bez okazji. Może gdyby miała urodziny, o czym mało kto wiedział, albo chociaż dyżur był faktycznie ekstremalnie ciężki, a oni tutaj ratowali pół miasta, ale tak po prostu?
Otrzymując jednak wyjaśnienie, kto jest autorem podarunku, uśmiechnęła się delikatnie na prezent, który wręczyła jej Valentina i podziękowała przede wszystkim jej, chociaż szybko została zganiona, że to przecież podziękowania należą się blondwlosemu chico, którym się dzisiaj opiekowała. I musiała przyznać, że była szczerze zdumiona, że Hunt dotrzymał obietnicy, wręcz poczuła miłe ciepło w ciele na ten jakże dobroduszny gest, który miał za chwile uprzyjemnić jej dzisiejszy dyżur. Ian wcale nie musiał w końcu wywiązywać się ze swojej obietnicy, tak naprawdę wciąż byli dla siebie całkiem obcymi osobami.
UsuńMimo to po pierwszym łyku kawy, która przyjemnie rozgrzała jej przełyk i żołądek, stanowiąc miłe urozmaicenie od picia zimnego lokalnego przelewu, postanowiła wysłać mu swoje uśmiechnięte zdjęcie z ciastkiem i kubkiem kawy w szyfrowanej aplikacji, której zazwyczaj używali w celu umawiania się raczej w innych celach. Uśmiechnięta fotka opatrzona była zwykłym, a prostym dziekuję.
Może dzisiejszy poranek nie zapowiadał się znowu tak najgorzej?
lekko wzruszona Matylda
[ Cześć!
OdpowiedzUsuńPrzyszłam podziękować za powitanie mojej panienki oraz za ciepłe słowa. Cieszę się ogromnie, że list wywołał wzruszenie, sama nigdy nie używałam takiej formy w karcie postaci <3
Raz jeszcze dziękuję i również życzę dalszej miłej zabawy! ^^ ]
Yena
Obaj wychowali się w warunkach, które nie rozpieszczały i które od najmłodszych lat wymagały od nich większej samodzielności, niż powinny wymagać kiedykolwiek od dzieciaków. Brant nie potrzebował wielu słów, żeby zauważyć, że Ian również nie należał do ludzi, którym wszystko w życiu przyszło bez większego wysiłku, ale to może właśnie dlatego tak łatwo było im rozmawiać, nawet jeśli poza siłownią nie znali się jakoś szczególnie dobrze. Naturalnie, jak na kumpli z siłowni przystało, poruszali tematy związane głównie z ćwiczeniami, ale jeśli przy okazji przerwy urywali sobie nieco dłuższą pogawędkę, to bez większego problemu potrafili przejść od treningu do samochodów, kobiet czy zwyczajnych pierdół, które akurat przyszły im do głowy. Żaden z nich nie potrzebował przy tym specjalnego powodu, żeby się odezwać, choć obaj nie byli krasomówcami, bo żaden z nich nie gadał więcej niż trzeba, ale istotne było to, że potrafili bez problemu pogadać, kiedy akurat mieli na to ochotę i nie musieli przy tym szukać tematów na siłę. Milczeć też potrafili w swoim towarzystwie i żadnego ta cisza nie raziła. A teraz pojawiła się okazja pogadać przy piwie, co może trochę zmieniało klimat, ale sami zobaczą, dokąd zaprowadzi ich rozmowa, bo ani jeden, ani drugi nie byli z tych, którzy luźną atmosferę uznawali za jakieś specjalne zaproszenie do grzebania komuś w życiu. Brant, jeśli o coś pytał, to zwykle dlatego, że temat sam się nawinął, ale mimo to nie dopytywał o szczegóły i nie urządzał nikomu prywatnego przesłuchania. Może poznawanie ludzi było w jakiejś części fajne, bo zawsze można było dowiedzieć się czegoś nowego, ale to nie mieściło się w jego podstawowych potrzebach. Mógł całkowicie obejść się bez rozbierania drugiego człowieka na czynniki pierwsze. Nie musiał też wiedzieć, co ktoś robił pięć lat temu, czy dlaczego rozstał się z żoną ani co dokładnie trzymał pod kluczem w chacie, ale jeśli ktoś chciał mu o tym opowiedzieć, nie miał z tym problemu, tyle że sam takich rzeczy z ludzi nie wyciągał. Nie był przecież żadnym zbawcą świata, żeby czuć potrzebę rozwiązywania problemów obcych ludzi. Powiedzmy. Był policjantem i niektóre problemy rozwiązywać musiał, ale to nadal nie czyniło go zbawcą świata, bo kimś takim to nawet nigdy nie paliło mu się być.
OdpowiedzUsuńPrzytaknął skinięciem głowy, bo Garret rzeczywiście robił dobrą robotę, a dodatkowo nie szedł w typową komercję, żeby ściągać influencerów do robienia reklam suplementów. Nie, żeby jakoś bardzo przeszkadzali mu tacy ludzie sami w sobie. Przeszkadzali mu jednak bardzo, gdy przeciągali się na ławeczkach w coraz to dziwniejszych pozach do zdjęć i blokowali do nich dostęp tym, którzy mieli kilka chwil przed robotą, żeby zrobić szybki trening. To w zasadzie nawet go wkurwiało. Z kolei to, co szczególnie mu w tej siłowni przypasowało, to że wszystko można było sprawnie sobie zorganizować, że nikt nie oblegał stanowisk bez sensu, bo ludzie robili co swoje i brali się za następne. I samo towarzystwo było bardzo w porządku.
Uśmiechnął się, gdy ludzie z entuzjazmem przyjęli wieść o jedzeniu i przekąskach. Nawet przyszło mu na myśl, żeby się odezwać i powiedzieć, że w tygodniu wszyscy będą zapieprzać trening HIIT na wioślarzu i robić burpeesy, żeby spalić to, co dzisiaj bez wyrzutów sumienia w siebie wrzucą, ale mniejsza o to. Po to był właśnie ten wieczór, żeby trochę wrzucić sobie na luz. Za chwilę przyłożył butelkę do ust, żeby pociągnął łyk piwa, a kiedy Ian wspomniał o Jasonie, odruchowo spojrzał w tamtą stronę. Bajerował dziewczynę, oj bajerował, ale dziewczyna na zainteresowaną jakoś szczególnie nie wyglądała, dlatego pokręcił lekko głową, biorąc w końcu łyk piwa.
— Nie jestem dobry w te klocki, ale moim zdaniem nic z tego nie będzie — powiedział, gdy przełknął łyk. — Gdyby była nim zainteresowana tak, jak on nią, to po takim czasie jego podchodów dziś nie przyszliby tutaj osobno — stwierdził, nieznacznie wzruszając ramieniem. Tak mu się przynajmniej wydawało, bo jednak Jason był zainteresowany Karlą nie od dziś, a z jakiegoś powodu nadal dało się zauważyć między nimi ten specyficzny dystans, kiedy to jedna strona jest zainteresowana, a druga już tak nie do końca. — Tak czy inaczej, lubię ich, więc życzę im dobrze. Mają moje błogosławieństwo — dodał i posłał Ianowi rozbawiony uśmiech. — A ty i Debbie? — rzucił przy okazji tematu, który się nawinął. — Też znacie się z siłowni? — Zerknął na Iana z nieznacznie uniesioną brwią. Pamiętał, że kilka razy przyprowadził ją na siłownię, ale nie znał ich sytuacji, więc starał się tak z góry nie zakładać, że są parą, jednak wiele na to wskazywało, że mogą się spotykać.
UsuńBrant Dawson
Czas biegł okrutnie szybko, gdy pracy było dużo. Od felernej nocy, gdy Mathilde spotkała Iana na ER minęło już kilka tygodni, choć ciemnowłosej wydawało się, że musiały minąć miesiące, jeśli nie większy odstęp czasu. Ilość pracy w szpitalu zatracającej człowieka bez reszty była na tyle ogromna, że momentami Tilly gubiła się w rzeczywistości, funkcjonując jakoś w utartych, życiowych schematach, ale robiąc to zupełnie automatycznie, bez większych refleksji.
OdpowiedzUsuńMimo wszystko, udało jej się dotrwać jakimś cudem do piątku, a przed nią szykował się wolny weekend, co zdarzało się naprawdę rzadko. Tym samym, chciała te kilka dni sowicie zaplanować pod własne potrzeby, realizując wiele zapomnianych obowiązków. Dlatego też, wracając po zmianie do domu, zdecydowała się najpierw na ogarnięcie mieszkania, a dopiero potem miała zamiar wyjść pobiegać. Prace domowe jak zwykle wykonywała w towarzystwie energicznych setów, które wybrzmiewały z domowego sprzętu stereo, a Stevenson krzątała się zwinnie, podrygując co chwila, by ogarnąć jakoś te swoje czterdzieści metrów.
Tym samym, do biegania zebrała się dość późno, bo chwilę przed 22, decydując się zrobić mimo wszystko większe kółko po dzielnicy, by znów dobić gdzieś w przedziale 8-10 km, aby trening uznać za udany. Nie bała się wcale pory, ani miejsca, bo robiła to już wiele razy, a determinacja do pobijania własnych rekordów i ułomności była większa, niż potencjalny strach na spotkanie jakiegoś creepa. Tych zjadała codziennie na deser, nie dając im żadnej satysfakcji, ani możliwości przewagi. Poza tym, jakkolwiek przylegający do ciała materiał legginsów i sportowa bluza w które była ubrana, nie były jej zdaniem niczym szczególnie pociągającym, choć wiadomo, do tragedii mogło dojść i bez tego.
Biegała jednak z frajdą, której brakowało jej w ostatnich tygodniach, zatracona w muzyce sączącej się ze słuchawek, zupełnie dysocjując z otoczeniem, uśmiechając się jednak z satysfakcją, pomimo braku oddechu. Była cała spocona, zdyszana, ale peak endorfin robił swoje, więc czuła się niezdrowo zmotywowana, jak na haju wręcz. Mocna, rytmiczna muzyka w tempie 150 bpm zagłuszała dźwięk ulicy i pewnie dalej trwałaby w tym ekstatycznym stanie, gdyby nie mignęła jej kątem oka znajoma twarz. Zatrzymała się na moment by przyjrzeć się dokładniej widokowi, jaki roztaczał się jeszcze przed chwilą za jej lewym ramieniem. Jasnowłosy diler z chłopcem stojący przy budce z hot-dogami. Coś wydawało się tutaj no yes.
Zatrzymując trening na wyświetlaczu swojego ogromnego zegarka sportowego, złapała kilka razy oddech, zanim podeszła w stronę mężczyzny.
— Ian? — wydyszała zdziwiona, wyciągając słuchawkę z ucha i podchodząc w kierunku blondwłosego chłopaka, który był w towarzystwie o wiele młodszego chłopca. Jak widać, miała teraz szczęście spotykać Hunta w wyjątkowo zaskakujących realiach.
— Zwariowałeś? Będziesz dziecko o tej porze karmił takim jedzeniem?! — naskoczyła na niego momentalnie, gdy mężczyzna z budki wręczał Huntowi hot-dogi, uznając tego typu posiłek o podobnej porze za tragiczną decyzję żywieniową. A choć była dla niego i jego towarzysza zupełnie obcą osobą, nie widziała przeszkód by stawiać się w moralizatorskim położeniu. Mogła nie przepadać za dziećmi, ale miała trochę zdrowego rozsądku i świadomości, jak dbać o ich zdrowie. W żadnym wypadku nie zadziałał tutaj instynkt macierzyński, tego Stevenson zwyczajnie nie posiadała.
Spoglądając na chłopca zwróciła swoje słowa bezpośrednio do niego.
— Jadłeś dzisiaj jakiś porządny posiłek w ogóle?
Sama nie wiedziała skąd ta troska i zainteresowanie z jej strony, ale dziecko nie wyglądało w jej ocenie na takie, które cieszy się życiem i unika jego problemów. Czy był to ktoś z rodziny Hunta? Czy był to jakiś rodzaj niewolnictwa albo Ian zaczął zajmować się czymś o wiele gorszym niż narkotyki? Wolała zakładać, że jednak nie. Jeśli jednak i on chciał pomóc temu chłopcu, powinien trochę lepiej myśleć nad tym co robi.
— Ale ja chciałem tego hot-doga… — usłyszała niemrawy głos młodzika, który choć przytłoczony jej mocnym wtargnięciem w ten wieczorny, męski wypad, chciał jednak wyrazić swoje zdanie.
UsuńTilly wywróciła oczami. Czego mogła się spodziewać po dziecku? Jasne, że chciał pałaszować, to co niezdrowe, ale smaczne. Winą za to obarczać należało jednak opiekunów, a z tego co widziała był nim Ian, więc wszelkie pretensje kierować należało w jego stronę. Jako dorosły powinien lepiej zatroszczyć się o dobrobyt młodszego pokolenia.
— Jesteś tak głodny, że musisz go zjeść? — zapytała już spokojniej wystraszone nieco dziecko, które nie chciało wcale utrzymywać z nią kontaktu wzrokowego. — Zapraszam Was na obiad, coś szybko przygotuję. Coś porządnego i wartościowego.
Zaproponowała zupełnie spontanicznie, skoro i tak skończyła trening na dzisiaj, będzie musiała w domu zrobić coś dla siebie, żeby nadgonić spalone kalorie, niewielkim więc wysiłkiem było przygotowanie kilku porcji więcej.
Tego Ian o niej nie wiedział, ale choć nie była szczególnym mistrzem kuchni, tak potrafiła w zadbanie o posiłki, których jakości sama bardzo skrupulatnie przestrzegała. Zależało jej na zdrowym odżywianiu i w miarę porządnym prowadzeniu się. A do tego czasami była pedantką i zwyczajnie sprawiało jej przyjemność, gdy jedzenie na talerzu tworzyło przyjemną dla oka kompozycję.
— Lubisz coś szczególnie? — zainteresowała się, zwracając się ponownie do chłopca. Przetarła na szybko pot z czoła, skóry nad wargą i poprawiła swój niedbały kucyk, a następnie wyciągnęła do niego swoją dłoń. Wypadało najpierw zadbać o stworzenie przyjaznej, bezpiecznej atmosfery. Tak jak i w pracy. Należało najpierw się przedstawić, by zyskać trochę aprobaty i zaufania. — Jestem Tilly.
trochę straszna ciotka Matylda, która zadba o wszystko
Mechanizmy Iana w przypadku ćpania i picia zadziałały prawidłowo. Strach w takiej sytuacji był czymś zupełnie normalnym i Debbie, która wiedziała o tym wyłącznie z opowieści Hunta, mogła bez trudu sobie to wyobrazić i mu uwierzyć. Wiedziała też przecież o jego rodzicach, bo powiedział jej o tym dość szybko, na początkowym etapie ich znajomości i do tej pory nie mogła zrozumieć, jakim cudem Ian był taki… normalny. Normalna z pewnością pozostawała fasada Iana Hunta. Zadbany, młody, przystojny i fizycznie zdrowy. Nie mogła jednak bez żadnych wątpliwości wierzyć w to, że psychika jej chłopaka pozostawała bez szwanku. Miała świadomość tego, jak wiele czasu potrzebowała, aby dojść do siebie po śmierci ojca. A Ian? Nawet jeśli już dawno pogodził się ze śmiercią matki i ojca, nawet jeśli wychowywał się w przeczuciu, że ich nie potrzebuje, musiał przeżyć swego rodzaju traumę. Może to ją próbował zatuszować ćpaniem i piciem, a jednak pozostawał w tym wszystkim niesamowicie silny – to paradoksalne tak myśleć o dilerze, którego powinno się zamknąć, ale był dla niej silny, bo prowadził względnie normalne życie i nie sięgał po używki. Hunt zdawał się wiedzieć, czego chce od życia, a dzisiaj jej o tym powiedział. Ian powinien bać się wtedy, gdy dotarła do niego świadomość staczania się na dno. Debbie natomiast nie odczuwała żadnego strachu w związku z własnym losem, siedząc na plażowym leżaku w jego objęciach, czując ciepło bijące od jego ciała na swoich plecach. Nie bała się, chociaż życie nie rysowało przed nimi zbyt perspektywicznej przyszłości. Jeszcze nie teraz, kiedy nadal nie postanowili co dalej. Hunt miał skończyć handlować. Ale co dalej?
OdpowiedzUsuńOczywiście, że bała się o niego. I zamierzała mu to powtarzać zawsze wtedy, gdy uzna to za niezbędne, tak samo, jak często mówiła mu, że go kocha, jakby tego typu wyznania miały wpłynąć na głębszą socjalizację Iana. Debbie przywykła do jego jowialności emocjonalnej. Przywykła do tego, że to ona była od wyzwania uczuć, od okazywania ich w bardziej domyślny sposób. Ale kochała go i kochała też to, jak on jej okazywał swoje uczucia, jak powoli i stopniowo się przed nią otwierał. Nie chciała przecież niczego innego jak Iana.
Płakała. Żałowała cholernie tego, że się rozpłakała. Bo to hej, Debbie sprawiło, że drgnęła i prędko otarła policzek wierzchem dłoni. Nie protestowała jednak, kiedy Ian zaczął się ruszać za jej plecami. Zerknęła lekko w bok, kątem oka dostrzegając kolejną szklankę, tym razem nie jej, lądującą na piasku. Jej imię z ust Hunta padło jeszcze dwa razy. Pomiędzy tym Ian spytał, czy powiedział coś nie tak.
Coś nie tak.
Zachłysnęła się własnym płaczem, rozpaczliwie łapiąc powietrze w płuca, jakby ten cichy, bezgłośny płacz nagle przechodził w nieskrywany już szloch, gdy silne ramiona Hunta zamykały ją w szczelnych objęciach. Nie pomagał. Ale jednocześnie to nie była jego wina. Do szlochu dołączył jej urywany śmiech, którym parsknęła w odpowiedzi na to jego całe już będę cicho, obiecuję.
Nie rozumiał. Nie rozumiał, że jego słowa wzruszyły ją na tyle, że nie była w stanie powstrzymać się od płaczu. Nie rozumiał, że nie płakała ze smutku, a z radości, która obejmowała swoim płomieniem teraz całe jej wnętrze. Nie rozumiał, że ten moment, ta chwila na leżaku, była jedną ze szczęśliwszych w jej życiu. I jak wpierw czuła, że oparł swój ciepły policzek o jej mokry, tak teraz wiedziała, że oparł czoło o jej bark. Świadoma była też jego odetchnięcia. Ale nie przestawała – nieco już histerycznie – płakać i śmiać się. Nie mogła się opanować. Policzki zaczynały ją boleć od uśmiechu, który rozciągał kobiece usta i szczypać od słonych łez, które nieustannie znaczyły jej skórę. Bryza znad oceanu łagodziła nieco obydwa te odczucia.
— Nie… — zaczęła, kiedy złapała głębszy, porządniejszy oddech. — Masz mówić. Właśnie o to chodzi, że masz mówić. Heeej… — szepnęła i teraz to ona się poruszyła. Odwróciła głowę w bok, całe swoje ciało wykręcając w kierunku Iana, tak, by móc chwycić palcami jego policzek, a potem podważyć palcem wskazującym męską brodę, by ją unieść. Miała usta przy policzku Iana, więc żal było go nie ucałowała. Zrobiła to, napawając się zapachem skóry Hunta. — Chcę, żebyś mówił — powiedziała jeszcze ciszej, ustami nadal niemal muskając ten policzek, do którego niemal się przykleiła. — Wszystko jest bardzo tak, Ian.
UsuńDebbie Grayson ♥
Konwenanse, przywitania, nie, o tym nie myślała w chwilach, gdy działo się coś nieprzewidywalnego i w jej odczuciu należało w jakiś sposób interweniować. O ile przywitałaby się przyjaźnie z Ianem, gdyby przy budce z hotdogami spotkała wyłącznie jego, podziękowała pewnie jeszcze raz za kawę i sernik, tak musiał zrozumieć, że widok dziecka w jego towarzystwie budził w Mathilde wiele podejrzeń i wątpliwości. Dlatego tak skrupulatnie przez całą ich wymianę zdań, a raczej swój monolog pełen wyrzutów co do decyzji opiekuńczych, skupiała na Huncie badawcze i uważne spojrzenie, oczekujące wyjawienia jej szczegółów tej historii. Co do cholery robił na mieście z tym kilkuletnim dzieckiem? I czyje właściwie było to dziecko?
OdpowiedzUsuń— Ian? — pretensjonalny ton głosu oczekujący wyjaśnień skierowany był jednak tylko do dorosłego, tak jak i groźne spojrzenie. Z tej matczynej wręcz postawy sugerującej przeskrobanie czegoś wcale nie małego, wyrwał ją dopiero głosik chłopca.
Proszę Pani?!
Skrzywiła się na dźwięk tych słów, nie poczuwając się do roli, aż tak dorosłej, ani tym bardziej wiekowej. Pozwoliło jej to jednak wziąć kilka głębszych oddechów i przykucnąć przy chłopcu.
— Nie zrobimy o tej porze już porządnego ragú, ale szybki sos boloński już tak. — odpowiedziała mu spokojnie z przyjaźniejszym wyrazem twarzy i lekkim uśmiechem, dla złagodzenia swojego wyglądu. — Masz szczęście, akurat mam świeże mięso mielone, które miało pójść na robienie gyozy, ale klasyczne spaghetti też będzie w porządku.
Zapewniła malca, podnosząc się zaraz na proste nogi i mierząc znowu Iana wzrokiem, który zjadł już swoją porcję jedzenia z budki.
— Myślałam dzisiaj co prawda bardziej o jakimś szybkim ramenie typu Tantanmen, ale bolognese też brzmi dobrze. — dodała, wyciągając w stronę dziecka swoją dłoń, chcąc by złapał ją i pozwolił się prowadzić w bezpieczne miejsce. Westchnęła zdecydowanie zbyt ciężko, gdy trafił jej się lepiec z umorusanej ketchupem i musztardą dłoni chlopca. To nic, ciuchy i tak pójdą do prania. Nic jej nie będzie, to tylko estetyczne przyzwyczajenia związane z higieną.
— Na lody nie masz co liczyć kolego, jest zdecydowanie za późno na taką ilość cukru. Ode mnie na deser możesz co najwyżej dostać banana z masłem orzechowym. A, i u mnie jada się warzywa. Nie będzie tolerowane żadne grymaszenie w tym temacie. — przedstawiła chłopcu zasady obowiązujące w jej domu i kuchni, co nie znaczy, że chciała go tym przestraszyć. Wręcz przeciwnie, przygotować na to, że jeśli będzie jej gościem, wymaga się od niego, by jadł porządne rzeczy.
Przerażało ją natomiast to, że Samuel posiadał wygórowane podniebienie niczym dwulatek. Tilly nie potrafiła zrozumieć jakim cudem i czyim wysiłkiem, dziecko w wieku szkolnym może posiadać tak mały arsenał rzeczy, które je i lubi. Ciekawe z czego wynikało to jego skąpe menu, w dodatku oparte na nie najzdrowszej piramidzie żywieniowej. Poza tym, karmienie dziecka w tym wieku łatwo przyswajalnymi węglowodanami, mogło się skończyć dla Tilly i Iana prawdziwym koszmarem, a raczej żadne z nich nie widziało siebie w roli niańki do 3 nad ranem, ze skaczącym po mieszkaniu chłopcem, który wywiesza w nim girlandy z papieru toaletowego. Mattie na pewno nie.
— Słuchaj Samuel, umiesz coś zrobić sam w kuchni? Posługujesz się nożem albo chociaż obierasz warzywa? Nie ukrywam, że przydałaby mi się pomoc. — liczyła na to, że zaangażowałaby chłopaków do pracy, jak tylko weszliby do jej mieszkania, sama zaś wzięłaby super szybki prysznic, a następnie zajęła robieniem posiłku. Taka współpraca byłaby najwygodniejsza.
— Do mnie stąd to jakieś 2 km, nie wiem czy zaparkujesz pod blokiem, więc decyzja należy do was, czy wolicie spacer czy 5 minutową jazdę. — spojrzała wyczekująco po obydwu swoich towarzyszach oczekując decyzji w tym względzie, jej było naprawdę wszystko jedno. Jedyne co, to robiło się późno, a więc z każdą chwilą coraz chłodniej, co zapewne za moment odczują całą trójką.
Adresu chyba nie musiała podawać, Ian powinien go już znać do tej pory.
mocno zaniepokojona Matylda
Chwilę akurat może mu dać. Może dać nawet dwie. Nie wymaga to od niego ani wysiłku, ani zaangażowania, wolny jest więc do zajęcia się sobą. Posyła więc jedynie w kierunku mężczyzny uważne spojrzenie, ale nie kwestionuje cudzych potrzeb. Odwzajemnia za to uśmiech.
OdpowiedzUsuń— Ta woda za tobą to moja, gdybyś chciał się napić — proponuje jedynie, bo co jak co, płyny są ważne, bez względu na to w jakim stanie jest twoje kolano. Sięga do zamka przy kombinezonie i rozpina go do pasa, w ekspresowym tempie wyplątując ręce z ciasnego materiału. Kiedyś przywrócenie się do stanu używalności po występie zajmowało mu często więcej czasu niż ten spędzony na scenie; teraz wprawa pozwala przez kolejne etapy przechodzić niemal ekspresowo.
— Masz osteoporozę? — pyta, mając ogromną nadzieję, że nie. Żart wypadłby naprawdę słabo, gdyby jego diler okazał się bardzo dobrze zachowanym starcem. Bardzo szybko orientuje się, że właściwie nie istnieje żaden powód, gdyby byłby faktycznie zabawny. Jednym pociągnięciem pozbywa się taśmy utrzymującej pierś w miejscu i odrzuca ją do śmietnika, drugą ręką rozmasowując zaczerwienioną skórę. — Liczę, że wyjebałeś się na worku ziemniaków albo poszła ci rzepka przy robieniu świecy, bo inaczej wyjdę na straszliwego chuja — dodaje, posyłając mu przepraszający uśmiech. Nie żeby go szczególnie interesowała historia kolana, ale pewien jest, że gdyby przyszedł w gipsie, też prędzej czy później zapytałby o powód. To jak sprawdzanie samopoczucia. Podstawy small-talku. Pogoda i dolegliwości, europejskie maniery. — Tak serio to nie musisz mówić nic.
Trochę się z nim droczy, ale zakłada, że nie jest to znowu wielki grzech. A jeśli tak to chłop i tak nie bardzo może się obrazić i wyjść.
Wygina ręce do tyłu i rozpoczyna żmudne rozplątywanie gorsetu, wpatrzony w dilera.
— Przedstawisz mi się? Trochę głupio nazywać cię dilerem ze słabymi kolanami — pyta, walcząc z upartym supłem. Z uśmiechem nie walczy, posyła mu pełen, całkowicie szczery, tak dla równowagi.
W końcu udaje mu się rozwiązywać gorset i zdejmuje go z siebie z niemałą ulgą. Przeciąga się kilkukrotnie, nabierając do płuc dużo więcej powietrza niż to konieczne, jakby chciał przywrócić objętość płuc wydartą przez ciasny dodatek.
— Następnej części tobie oszczędzę — mówi, wchodząc za niski parawan. Gdy się wyprostuje, głowa wciąż wystaje za beznadziejną przebieralnię. Zdejmuje do końca kombinezon, odkleja silikonowy padding bioder i pośladków, by następnie schylić się i oderwać ostatnie paski taśmy. Wzdycha cicho z ulgą, całkowicie wolny.
Dopiero teraz dociera do niego, że właściwie znajdują się w niezwykle przedziwnej sytuacji.
— Mam nadzieję, że nie muszę dopłacić za te ekshibicjonistyczne wstawki — mówi wesoło, sięgając po swoją bieliznę, a następnie sportowe szorty. Wychodząc zza parawanu chwyta jeszcze koszulkę. — Może jak je pocałuję to będzie lepiej — dodaje zadziornie, spoglądając na kolana mężczyzny. Przypominają mu się sposoby każdej matki, która chuchaniem i buziakami wyleczyć chciała zadrapania na kolanach i zdarte łokcie. Może ma takie same moce?
Droczy się z nim już jawnie, ale dlaczego by nie? Czy to flirt? Może odrobinę; zamiary Magnusa często nie są znane nawet jemu, gdy się odzywa. Posiada jednak gejdar, który w tej chwili w ogóle się nie uaktywnia, więc prawdziwe zaloty wyklucza już na wstępie.
Zakłada koszulkę i zaczyna powoli zbierać swoje rzeczy. Strój, padding, makeup, peruki, buty, wszystko z trudem upycha do sportowej torby.
— Marzy mi się już siedzenie w jednym miejscu, serio, ten koczowniczy tryb życia jest strasznie wkurwiający na dłuższą metę — skarży się. Gdy tylko słowa opuszczają jego usta, unosi oczy ku niebu, bo co jak co, ale on przecież nie narzeka, nie kłóci się z wolą wszechświata, akceptuje to, co się przed nim pojawia: nie ma miejsca na sprzeciw. Żałuje więc, że zdanie wymyka się niespodziewanie. Pociesza go jedynie, że typa nie zna, najpewniej zobaczy go ponownie za rok i to, co wie na jego temat jest tak samo istotne jak wiedza jego ulubionego kasjera w 7-Eleven.
Magnus już jako Magnus, nadal w pełni uśmiechnięty!