I’m not a businessman
I’m a business, man.
Ezra "VXIL" Creighton
1992 | VXIL/Vexile | OBSIDIAN TONE | VXIL RECORDS
|
Obserwuje świat z dystansu kogoś, kto nauczył się patrzeć szerzej niż inni. Nie mówi wiele, ale każde jego zdanie jest przemyślane, celne, pozbawione zbędnych ornamentów. W branży pełnej krzyku i pozerstwa wyróżnia się tym, że nie próbuje niczego udowadniać na siłę. Lojalność traktuje jak świętość, ale nigdy nie myli jej z naiwnością. Wie, kogo dopuścić bliżej, a kogo trzymać na bezpieczny dystans. Emocje trzyma głęboko pod powierzchnią, nie z chłodu, lecz z ostrożności. Jest artystą i strategiem jednocześnie: człowiekiem, który słyszy więcej niż inni, ale myśli jak ktoś, kto od dawna gra według własnego planu. W biznesie potrafi być bezlitosny. Jego decyzje są precyzyjne, trafne, nie zawsze fair, ale zawsze skuteczne. W świecie, w którym każdy chce wygrać, on po prostu wygrywa. Jego historia jest równie cicha jak on sam. Zaczynał od beatów wrzucanych na SoundClouda, później produkował utwory jako ghost-producer dla nazwisk, które nawet nie wiedziały, jak wygląda. Viralowy hit otworzył mu drzwi do branży na poziomie, o jakim wcześniej tylko myślał. Był też tym, który wprowadził na scenę Zaire’a, od pierwszych koncertów w klubach po największe trasy. Przez lata był jego cieniem, doradcą, napędem. Rozstali się w dobrych stosunkach, ale z wyraźną zmianą dynamiki: on chciał iść wyżej, dalej, przestać być jedynie menedżerem jednej gwiazdy. Dziś jest współwłaścicielem firmy produkcyjnej OBSIDIAN TONE i VXIL RECORDS niezależnej wytwórni, surowej w estetyce, konceptualnej, zbudowanej dla artystów, którzy myślą szerzej niż mainstream. Labelu, który łączy rap, dokument, sztukę współczesną, modę i eksperyment. Zaire wciąż nagrywa u niego z sentymentu, lojalności, może z przyzwyczajenia, ale ich współpraca nigdy nir była prosta. Wisi między nimi napięcie: przyjaźń zbudowana na wspólnej historii kontra nowa równowaga sił, w której Ezra nie jest już „jego” menedżerem, tylko człowiekiem, który stoi wyżej, w innym miejscu niż kiedyś. Wszystko, co osiągnął, osiągnął po cichu. I właśnie dlatego jego nazwisko waży więcej niż krzyk całej sceny.
|
Nowy Jork był dla niej domem od wielu lat, a coraz częściej czuła, że musi z niego uciec. Każda ulica przynosiła zbyt wiele wspomnień, a własny apartament zapełniła wspomnieniami, które gryzły ją każdej nocy i przypominały, jak wiele przez te wszystkie miesiące utraciła. Wszystko, bo nie potrafiła zapanować nad emocjami. Przytłaczały ją problemy osobiste. Przytłaczał ją ten wyrok, który nad nią wisiał. Nawet, jeśli nie zrobiła nic złego – nawet jeśli technicznie była krystalicznie czysta w tej sprawie – miała swoje obawy, których nie potrafiła zagłuszyć.
OdpowiedzUsuńLos Angeles z kolei było miejscem, w którym Sloane nigdy nie czuła się dobrze. Wracała tutaj tylko wtedy, kiedy absolutnie musiała. Musem zawsze była praca – koncerty, eventy, na których musiała się pojawić. Czasem się wyłamała i na imprezowej fali lądowała w mieście aniołów, ale nigdy nie zaglądała do Beverly Hills. Omijała tę dzielnicę z daleka. Jeszcze przypadkiem wpadłaby na matkę, a to skończyłoby się morderstwem, a Sloane, jak już ustaliła, nie wyglądała dobrze w pomarańczowym.
Los chciał, że jej noga po raz kolejny stanęła na kalifornijskiej ziemi.
Penthouse pulsował nocnym światłem jak żywy organizm. Od podłogi po sufit – szkło. Miasto migotało pod nimi jak rozlane złote morze, a wszystkie światła odbijały się w czarnym lakierze podłóg i w ciałach ludzi, którzy krążyli między barami, kanapami i wnękami, które dawały subtelne, ale złudne uczucie prywatności. Sloane jeszcze nie weszła do branży muzycznej, a słyszała o Velvet Vault Summit. Prywatny ekskluzywny event dla osób powiązanych z muzyką, nie dla byle kogo – liczyły się tu nazwiska, wyświetlenia, osiągnięcia. Dostanie się tu było przywilejem, który i w końcu dotarł do niej. Mogła się okłamywać, że dorobiła się wszystkiego sama, ale cholera, posiadanie ojca, który prawie czterdzieści lat temu zaczynał podbijać rockową scenę muzyczną na pewno pomagało. Co nie pomagało to jego zamiłowanie do kobiet młodszych o niemal trzydzieści lat i zmiana z rockmena na hipstera, ale to w kocu już nie było zmartwienie Sloane, prawda?
Nie było kamer. Nie było telefonów. Nikt nie udawał, że przyszedł „tylko na chwilę”.
Nie było sztucznej eleganckiej atmosfery. Był luz, śmiech, muzyka nie zagłuszała rozmów. Była prywatność, która pozwalała na bycie sobą, ale nie Sloane. Ona sobie na to pozwolić nie mogła.
Sloane przeszła przez wejście jak ktoś, kto wciąż nie jest pewien, czy dobrze zrobił, że tu przyszedł. Prezentowała się inaczej niż zwykle, choć nikt poza nią nie wiedziałby, że jest tu w innej wersji niż to, co reprezentowała sobą na co dzień. Miała na sobie czerwoną, jedwabną mini sukienkę na cienkich ramiączkach, która kończyła się dokładnie w tym miejscu, gdzie trzeba. Nie centymetr niżej, nie centymetr wyżej. Krój był subtelny, wysmakowany, a materiał układał się na niej jak druga skóra. Dekolt jak na Sloane był zbyt skromny, niemal niewinny. Gładka linia pleców, odkryta aż do lędźwi, a wzdłuż kręgosłupa spływał długi złoty naszyjnik. Włosy opadały miękkimi falami na ramiona – udawany nieład, perfekcyjnie zaplanowany przez stylistę. Zdradzał ją makijaż jak zawsze miała przydymione oko, rozmazane jakby przespała w nim trzy dni, ale każdy pigment był dokładnie tam, gdzie miał być.
Spojrzenie dzikie, mimo, że próbowała je utemperować.
Kiedy Sloane weszła w tłum otoczyły ją perfumy. Mocne, egzotyczne i drogie. Słyszała fragmenty rozmów. … trasa w Europie… serial dokumentalny HBO… nowa wytwórnia szuka kobiecego głosu…
Czuła się jak obserwatorka własnego życia. Otoczona ludźmi, których znała i widywała na galach muzycznych. Niektórzy tu obecni wręczali jej narody, niektórym to ona wręczała. Potrafiła wskazać z kim na VMA paliła jointa w łazience. Kto obmacywał ją po ciemku podczas Billboard Music Awards.
Zamówiła przy barze drinka, coś z wanilią i cytrusami.
UsuńBez dram Sloane. To okazja, abyś pokazała, że stanęłaś na nogi. Że wciąż masz coś do powiedzenia w tej branży. Głos Clary brzmiał w jej głowie niczym ostrzeżenie. Innymi słowy: nie puszczaj się z nikim, nie bierz żadnego gówna i na litość żadnego kolejnego PR’owego horroru, za który JA będę płacić.
Im dłużej tam stała, tym ciężej było udawać, że jest spokojna, ułożona i stabilna. Wszystko po to, aby wyglądać na kogoś kto już nie pisze piosenek o seksie, zdradach i ochroniarzach. A przecież ona taka nie była.
Sloane Fletcher była głośna. Wyzywająca, wyuzdana. Nie bała się kontrowersji – ona nią oddychała. Nie potrafiła przespać spokojnie nocy bez chaosu. Kogo więc próbowała udawać?
Wyszła na zewnątrz zawieszając wzrok na panoramie Los Angeles. Panował tutaj inny rytm. Wolniejszy, mniej kontrolowany. Dwóch producentów obok niej przekazywało sobie jointa; jeden z nich skinął na nią głową. Nie potrzebowała zaproszenia, aby go przyjąć.
— Dobrze cię tu widzieć, Sloane. — Powiedział ktoś obok, ale nie zarejestrowała twarzy. Kojarzyła głos. Odpowiedziała krótkim „Mhm, dzięki”, udając nonszalancję, która w jej przypadku nie była udawana.
Przez chwilę naprawdę wierzyła, że nikt nie zauważy tej sztucznej wersji siebie. Spokojniejszej, eleganckiej bardziej… Odpowiedniej. Miała być tą dziewczyną, z którą można się utożsamić. Skończyć z chaosem, romansami na boku i przede wszystkim rzucić prochy. Rzuciła, nie było lepiej i kusiło ją, aby wrócić z powrotem, ale jeszcze się trzymała. Miała wrócić do bycia Sloane sprzed Zaire’a, ale prawda była taka, że tamta Sloane ją wkurwiała. Nie była już nastolatką, która wrzucała kawałki o chłopaku z klasy wyżej i modliła się, aby spojrzał na nią podczas balu. Ani tą, która odkryła nowe życie w Nowym Jorku i cieszyła się z tego, że po prostu jest.
Może sama jeszcze nie wiedziała kim tak naprawdę jest, ale na pewno nie była dziewczyną, którą na siłę próbowała tutaj teraz pokazać.
Aż w pewnym momencie poczuła spojrzenie.
Twarde, bezpośrednie, jakby ktoś próbował zajrzeć w nią głębiej niż to było dozwolone. Nie lubiła, kiedy ktoś ją rozczytywał. Sloane przymrużyła oczy. Jeszcze niezdecydowana czy te spojrzenie było wyzwaniem czy zaproszeniem. Podniosła wzrok, który był zacięty i niespokojny, a ona jak zawsze czujna. Stał zaledwie kilka metrów dalej opierając się o barierkę tarasu. Wyglądał dokładnie jak ktoś, kto nie musi mówić, aby zostać zauważonym. Udało mu się ściągnąć jej uwagę, choć nie wypowiedział nawet słowa w jej kierunku. Nie musiał.
Sloane znała tę twarz. Wiedziała kim jest.
I wiedziała, że to spojrzenie wcale nie jest przypadkowe. Było nazbyt świadome, a może ona zbyt spragniona uwagi.
Pociągnęła kolejny łyk drinka, a gorzki smak alkoholu rozlał się po jej gardle. Odstawiła szklankę na bok. Między usta wsunęła cienkiego papierosa, którego odpaliła i mocno zaciągnęła się dymem, który wcale nie koił tego, co w niej szalało. Mogła znajdować się prawie trzy tysiące mil od Nowego Jorku, ale zdawało się, że ten nigdy nie przestanie jej prześladować.
Nie podeszła pierwsza, ale nie uciekła też spojrzeniem.
Cisza pomiędzy nimi była ciężka i elektryzująca, jak preludium czegoś większego. I cokolwiek miało się wydarzyć tej nocy zacznie się właśnie tutaj.
Na dachu penthouse w Downtown.
sloane
Jeszcze parę miesięcy temu, zanim wszystko tak spektakularnie się zjebało, Sloane byłaby sercem takiej imprezy. Weszłaby tu z pewnym siebie uśmiechem, który dla jednych byłby zachęcający, a innych by przerażał. Wciągałaby się rozmowy z ludźmi, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak istotne było mieć tutaj kontaktu. Im więcej, tym teoretycznie, lepiej. Ta branża zmieniała się z sekundy na sekundę. Nigdy nie było też wiadomo, kiedy nagle ukochany menażer nie wbije noża w plecy. Kiedy wytwórnia nie podłoży kłód pod nogi i nie zgarnie dla siebie wszystkiego, na co się pracowało. Należało być ostrożnym. Nie mówić zbyt wiele, ale sprawiać wrażenie otwartego na nowe perspektywy.
OdpowiedzUsuńSloane to wszystko było też obojętne. Nie interesowało jej wciąganie się w nowe projekty. Nawiązywanie nowych znajomości czy udawanie, że chce tutaj być. I to też nie tak, że naprawdę nie chciała tu być. Z jednej strony owszem, chciała się znaleźć w tym miejscu. Elitarne i niedostępne od ręki, ale ostatni czas nie był dla niej łaskawy, a wciąganie na twarz maski, aby przetrwać wieczór zdawało się być zbyt wymagającym zadaniem. Sloane planowała jednak odegrać swoją rolę najlepiej, jak tylko potrafiła. Pokazać się od tej najlepszej strony. Przecież się ogarnęła, prawda? Nagrała album i dwa teledyski. Na sesjach pojawiała się trzeźwa i na czas. Na próby przychodziła bez marudzenia i siedziała w studiu od rana do nocy, aby wszystko doszlifować. Promowała album jeżdżąc na wywiady; od Jimmy’ego Fallona po mniej istotne programy, gdzie prezentowała okładkę, opowiadała o kawałkach i inspiracjach. Wszystko w dobrym tonie, aby nie zdradzić zbyt wiele. Mimo, że ludzie się domyślali. Wiedzieli, że za tymi piosenkami kryje się prawda, której na głos nie mówiła ani Sloane, ani Zaire. Opowiadali o tych wszystkich krzywdach w singlach. Tworzyli metafory i nigdy nie odpowiadali wprost. Chociaż mogli. Mógł rzucić „ta suka mnie zdradzała ze swoim ochroniarzem”, ale nigdy tego nie zrobił. Sloane nie wiedziała, dlaczego. Z jakichś resztek szacunku, który do niej może miał czy powstrzymywał go menadżer? W to drugie ciężko było jej uwierzyć. Miał przećpany mózg tak samo, jak wszyscy w otoczeniu Crawforda.
Zaciągnęła się ponownie papierosem.
Ezra.
Niby się poznali. Niby kiedyś się widzieli, ale nie byli nawet znajomymi. Nie miała o nim żadnego zdania. Zdawała sobie sprawę z tego jaką rolę pełnił w życiu Cartera, ale to by było na tyle. Kiedy się więc na nią patrzył spojrzeniem, którego Sloane nie potrafiła rozszyfrować, zastanawiała się, czego może chcieć. Tacy mężczyźni, jak on, raczej nie należeli do osób, które szukają uwagi. Ludzie sami do niego przychodzili, a przynajmniej się starali.
Dym gryzł ją w płuca. Nieprzyjemnie i ciężko. Zdawał się teraz być też jedyną realną rzeczą, która Sloane czuła. Dym był prawdziwy. Osiadający na niej zapach był prawdziwy, a i tak to wszystko zdawało się być udawane. I może takie właśnie było.
— Nic mnie nie trzyma za gardło. — Prychnęła na swoją obronę, kiedy się odezwał.
Sloane patrzyła, jak wyciąga jointa i go odpala. Dokończyła swojego papierosa, którego zgasiła w jednej z wielu rozłożonych tu popielniczek. Jeszcze nie była pewna, dokąd ta rozmowa ją doprowadzi, ale była ciekawa.
Nie zawahała się, gdy wyciągnął go w jej stronę. Odebrała go bez większego przejęcia. Pomoże się jej rozluźnić. Nie był niczym groźnym po czym Sloane robiłaby awantury. Zawsze po tym wtedy miękła, wyciszała się, a w najgorszym wypadku zdarzało się, że zaczynała płakać bz konkretnego powodu, ale tutaj nie wypadało tego robić, nie?
Sloane fanką Los Angeles nie była. Gdyby nie obowiązki, to by jej tutaj nie było. Wolałaby grzać tyłek na Barbadosie, ale na pewno nie w mieście, od którego uciekła kilka lat temu. Teraz od Nowego Jorku uciekała dokładnie tak samo, jak ucieka przed LA, a mimo wszystko znów znalazła się w miejscu, które kiedyś ją skrzywdziło i nigdy nie przeprosiło.
Sloane wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby Ezra przejrzał ją szybciej zanim Sloane zdążyła się odezwać. W ostatnim czasie to nie było trudne. Całe jej życie było teraz na wystawie. Oglądane przez tysiące ludzi każdego dnia. Komentowane. Jedni z niej szydzili. Drudzy przyklaskiwali. Inni się martwili. Niekończąca się historia.
UsuńZreflektowała się jednak po chwili, Zaciągnęła jeszcze raz jointem, a gęsty dym na moment między nimi zawisł zanim mu go podała z powrotem.
— To może jakaś rada? Dla… mniej doświadczonej koleżanki z branży? — Zagadnęła i uniosła lekko brew.
sloane
Nienawidziła tego miasta.
OdpowiedzUsuńInfluencerów, którzy codziennie wrzucali na Instagrama swoje śniadania. Tosty z jajkiem i awokado. Bowle wypełnione owocami, których nazw nikt nie potrafił wymówić. Miasto z uczuleniem na gluten i prawdziwe twarze. Wracając do Los Angeles każdy przybierał maskę. Miasto aniołów bardziej przypominało miasto dietetyków i wychudzonych influencerek, które wypożyczały markowe torebki i ubrania dla zdjęć przed światem udając bogactwo. Sloane wcale nie była lepsza, a choć jej garderoba zapełniona była markami, o których inni mogli pomarzyć – to nie zmieniało faktu, że ona wciąż przed światem udawała. To, że potrafi być szczęśliwa. To, że pozbierała się i teraz zaczyna nowy rozdział z nową Sloane. Że ta dziewczyna, która nosiła zbyt obcisłe sukienki, zapijała wódkę martini i potrafiła wypalić paczkę papierosów w ciągu jednej nocy właśnie przeszła na emeryturę, a na jej miejsce wchodziła… Inna dziewczyna, której Sloane nie poznawała w lustrze.
— LA zawsze czegoś ode mnie chce. To dobre miejsce dla turystów. — Prychnęła przewracając oczami. Widok z bodajże czterdziestego piętra, Sloane nie była pewna, był naprawdę zapierający dech w piersiach. Zdawała sobie sprawę, że niektórzy mogą to zobaczyć tylko na ekranie laptopa czy telefonu, a ona miała przed sobą i nie czuła się wdzięczna. — Ale sprawia wrażenie wyluzowanego z ładnymi plażami. Prawie jak wakacje, ciepły piasek i ocean.
Łatwo było się zapomnieć, gdy się tu było. Znaleźć nagle na plaży i pomyśleć, że może… Że może człowiek da radę tutaj odpocząć. Rzeczywistość zakradnie się po cichu i bez ostrzeżenia a potem złapie za gardło i zaciągnie w mroczne miejsca zmuszając do najgorszego.
Nieszczególnie podobało się jej to, jak Ezra sprawnie poruszał tematy, które Sloane trzymała za zamkniętymi drzwiami. Mogli się kojarzyć, ale to jeszcze przecież nie oznaczało, że znał jej historię, prawda? Że wiedział co tak naprawdę dzieje się w jej życiu. A to, co mu pokazywała, było tym co chciała pokazać, a przynajmniej tak sobie to Sloane wmawiała. Bo zdawało się, że już dawno straciła możliwość panowania nad chronieniem samej siebie przed innymi ludźmi. Czytali z niej łatwiej i szybciej niż dawniej, kiedy jeszcze budowała wokół siebie ogromne mury i przepuszczała nielicznych, którzy potem i tak napotykali kolejne mury i kolejne, i następne i tak w kółko, bo Sloane nigdy przecież nie potrafiła się na sto procent otworzyć przed ludźmi.
— Na przyszłość. — Odpowiedziała od razu. Nie zamierzała przecież się przyznać, że coś i owszem ściska jej gardło, a on to właśnie rozgryzł za pomocą jednego spojrzenia na blondynkę.
Sloane nie próbowała z nim flirtować. Ezra nie zdawał się być mężczyzną, z którym tak po prostu można flirtować. Podchodziła do niego ostrożnie i z uwagą, której nie dałaby też byle komu. Nie traktowała go jak natrętnego rozmówcy, a jak człowieka, od którego może być w stanie wyciągnąć przydatne informacje.
— Dlaczego nie? Rada od człowieka, który częstuje jointem nie wydaje się być błędem.
Sięgnęła po jointa znowu.
Była zaintrygowana. Ezra bez wątpienia był człowiekiem z doświadczeniem, który mógłby dać niejedną radę. Pytanie, czy nie rozdawał ich za darmo czy byle komu. Sloane zdesperowana nie była, ale z czystej ciekawości gotowa byłaby zapłacić za usłyszenie rady od kogoś, kto obracał się w tym świecie dłużej. I bez wątpienia radził sobie lepiej z miastami, które ściskały za gardło, a potem twarz dociskały do betonu.
Sloane uśmiechnęła się pod nosem. Trochę w rozbawieniu sytuacją, ale bardziej samą sobą. Miała wrażenie, że ta rozmowa przypomina stąpanie po cienkim lodzie. Z tym, że pod spodem wcale nie czekała lodowata woda. I to było przerażające, bo nie wiedziała, co ją tam czeka. I właśnie z tego powodu – aby poczuć tę nutkę ekscytacji, której jej brakowało – zrobiła krok do przodu. Nie w prowokacyjnym geście. W zaintrygowanym, a to była znacząca różnica.
— A jeśli lubię płonąć? Wtedy co? — To nie była niespodzianka, że Sloane potrzebowała ognia, aby poczuć, że żyje. Bez tego dopiero zaczynała się dusić. — Wtedy też mam trzymać zapalniczkę?
Tę najczęściej i tak oddawała innym ludziom. Pozwalała, aby dolewali oliwy do ognia i patrzyli na to, jak to ona płonie. Dopiero, kiedy miała dość to zaczynała się szarpać o zapalniczkę z powrotem. Czasem miała szczęście, a zapasowa trzymała w dłoniach. Innym razem to była krwawa walka, która musiała skończyć się zwycięstwem blondynki.
UsuńPrzeciągnęła wzrokiem po jego profilu. Ciemna skóra oświetlona fioletowym światłem. Ciągnąca się od kącika ust na policzek blizna. Uważne spojrzenie, które nie pomijało szczegółów.
— Wiem. — Przyznała wzruszając lekko jednym ramieniem. Nie miała pojęcia, dlaczego to robi, ale… Przestać też nie mogła. — Mogę przestać… Ale wydaje mi się, że dobrze się bawisz.
sloane
Sloane… Sloane musiała płonąć, aby coś poczuć. Kiedy zaczynało robić się zbyt cicho i zbyt chłodno – wtedy wszystkie demony wychodziły na jaw. To był jej sposób na to, aby się wyciszyć. Sloane potrzebowała hałasu i krzyku, aby wyciszyć wszystko w głowie to, co nie dawało jej spokoju. Blondynka nie funkcjonowała w ciszy. Gdy robiło się za cicho – ona szukała sposobów na wszczęcie awantury. Na podpalenie czegoś z kimś, co później będzie mogła gasić wspólnymi siłami. Jedni myśleli, że żartowała, gdy mówiła o tej ciągłej potrzebie czucia… Czegoś. I byli bardzo zdziwieni, kiedy Sloane stała z zapalniczką w jednej dłoni i kanistrem benzyny w drugiej. Niewielu było takich, którzy jeszcze z uśmiechem szliby z nią ramię w ramię. Czasami znajdowała spokój, ale na dłuższą metę był on nużący. Sprawiał, że zaczynała się gubić. Że nie wiedziała, gdzie jest i co robi. W spokoju czuła się jak obcy. Jakby nagle ktoś włożył ją w cudze ciało. Niby wyglądała jak ona. Mówiła jak ona, ale coś było nie w porządku.
OdpowiedzUsuńEzra z kolei nie wydawał się być mężczyzną, którego coś tak prostego, jak ogień mogło odstraszyć. Zdawał się jej być człowiekiem, który również przeszedł przez piekło i widział wystarczająco wiele syfu w życiu, aby coś tak wręcz prostego mogło go odtrącić.
Sloane uśmiechnęła się lekko pod nosem, a potem bez pytania wyciągnęła rękę po jointa. Zaciągnęła się raz, ale zrobiła to dłużej, zanim mu go oddała. Dym przetrzymała chwilę dłużej w płucach, jakby z nadzieją, że narobi większych szkód.
— Lubię być podziwiana, Ezra. — Nie musiała się do tego przyznawać. Zapewne wiedział to i bez tego. Sloane nie ukrywała też, że lubi uwagę. Lubi, kiedy ludzie patrzą i jej pożądają. Kochała widzieć w ich oczach ten błysk krótkiej myśli, że mogą ją mieć. Kochała dawać nadzieję, a potem odchodzić i zostawiać z niczym. — I lubię robić to dla siebie. Powiedzmy, że to… Daje lepszego kopa niż najczystsza kreska.
Zaśmiała się krótko pod nosem. To właśnie to uczucie bycia pożądaną i podskórny ogień było jej pierwszym uzależnieniem. Zaczęła na tym polegać być może za bardzo, a teraz, kiedy zaczął się wypalać Sloane nie wiedziała, co ma zrobić. Jak go znów w sobie wzniecić, aby chociaż przez krótki moment… Poczuła w sobie coś więcej. Miała wrażenie, że przez te miesiące zapanowała w niej większa pustka niż była gotowa przyznać.
— Owszem, nie lubią tego. — Zgodziła się z nim. Ona czasem też nie chciała wszystkiego kontrolować. Wydawało się jej, że wie, kiedy wypuścić ją z rąk i pozwolić, aby to świat działał. Decydował, czy Sloane spali się do końca czy może jednak ktoś ją z tego wyciągnie, zanim będzie za późno. — Nie wszyscy chcą się nauczyć jak ją trzymać. Zresztą, chyba wiesz, że nie wystarczy samo trzymanie, prawda? To wymaga… pewnych umiejętności.
Sloane była zaintrygowana tą rozmową. Była to pierwsza rozmowa, która ją naprawdę wciągnęła. Mimo, że jeszcze miała w sobie małą nutkę chęci ucieczki. Pojawiała się zawsze, kiedy Sloane czegoś nie była pewna lub nie mogła przewidzieć następnych kroków. Ezra emanował spokojem, z którym Sloane sobie nie radziła. Nie była nauczona jego spokoju. Nie wiedziała, na ile może sobie pozwolić, a kiedy się wycofać. Balansowała… Nawet nie na granicy. Między wszystkim i niczym starając się wyczuć mężczyznę.
— Nie jestem jedyną gwiazdą tutaj. — Zauważyła. Kręciło się tu wiele znajomych z branży. Znajoma niska blondyneczka, która również podbijała listy przebojów. Mniej znajomy, ale goszczący na playliście raper, który wyluzowany stał kilka metrów dalej bajerując jakąś dziewczynę, której Sloane nie znała. Mignęły jej nawet rude loki, z którymi się nie lubiła, a media kręciły wokół nich narrację nienawiści, a miesiące temu ktoś rozesłał plotkę, że niby pobiły się w damskiej toalecie na imprezie.
— Czerwone = krzykliwe, co? — Mruknęła. Nie jej wina, że lubiła ten kolor. — Wyglądałabym na mniej głodną uwagi w czerni?
Sloane jeszcze nie wiedziała, po co tutaj przyszła. Czy chciała uwagi, czy może tylko się pokazać. Wypić drinka z ludźmi, którzy mogli kiedyś okazać się przydatni, a może naprawdę chciała tej uwagi. Bez znaczenia od kogo. Może wyciągała ją właśnie od Ezry. Nie dawał jej uwagi w nielimitowanej ilości i nie robił tego w sposób, który Sloane uwielbiała, ale wystarczająco, żeby poczuła się popchnięta do dalszego działania.
Usuń— Skąd pomysł, że gram? — Uniosła brew. Bo wszyscy wiedzą, że to robisz. Kogo próbujesz oszukać? Sloane przecież wiedziała, że to, co próbowała pokazać to kłamstwo. Być może największe w jej całym życiu. — Może to właśnie prawdziwa ja. Grzeczna i pokorna. — Powiedziała to tak, że nie było wątpliwości, że sama w to nie wierzy.
Może uwierzyłby w to ktoś, kto kompletnie nie miał pojęcia o tym, jaka Sloane jest. Ale nie Ezra, któremu Fletcher czasem przez życie się nie przewijała. Poznał ją osobiście wieki temu, musiał o niej jeszcze więcej słyszeć. I takich jak ona widział pewnie setki. Wypalone, przygniecione i… udające, że spokój je pociąga.
Coraz mniej podobało się jej to, jak idealnie Ezra trafiał swoimi słowami. Wchodził w miejsce, które były zamknięte przed publiką.
— A może po prostu już taka jestem? — Pytanie padło ostrzej niż planowała. Nawet nie rozumiała, dlaczego tak broni tej wersji siebie, która była daleka od prawdy. Udawała wiele, ale to… To było czymś innym. — Chcę wielu rzeczy, Ezra. I wszystkie z nich są… Prawie nieosiągalne. — Wzruszyła ramionami. Mogła chcieć, aby ktoś przejrzał jej kłamstwa i nią potrząsnął, ale nikt, a już na pewno nie on, nie zmusi jej do tego, aby się do tego przyznała.
Nie odpowiedziała mu na ten zarzut. Nie musiał na niego brzmieć, aby w jej głowie się nim stał. Nie znała go. Znała jego nazwisko, a to było za mało, aby przyznawać się do swoich słabości. Nawet, jeśli umiejętnie wchodził jej pod skórę to było za mało, aby Sloane się ugięła i przyznała, że to wszystko to ściema, a ona sama nie wie, czego chce, a może raczej, że wie, ale boi się po to sięgnąć, bo chce… Czegoś co utraciła. Czegoś co nigdy nie było jej.
sloane
Sloane mogła wydawać się płytka. Sprawiała takie wrażenie i wcale nie zależało jej na tym, aby ludzie widzieli w niej coś więcej. Nie musiała i tym bardziej nie chciała nikomu udowadniać, że poza ładną buźką i tekstami o rozstaniu jest w niej dziewczyna, na którą warto zwrócić uwagę. Jeśli ktoś był tego ciekaw, to odkryje to z czasem. Sloane też tak naprawdę wcale nie była trudna w obejściu. Wystarczyło być uważnym i słuchać. Nauczyć się, kiedy reagować, a kiedy zostawić ją w spokoju. Nie każdy słuchał, a Sloane nie była z tych cierpliwych i nie wręczała manualnego podręcznika do obsługi Sloane. To było coś, co należało samemu ogarnąć i nauczyć się żyć w jej chaosie.
OdpowiedzUsuńBlondynka nie prowadziła z Ezrą pojedynku. Jeszcze nie weszła na ten etap, aby z nim o coś walczyć. Póki co, ale to naprawdę była rozmowa. Taka, od której ciężko było odejść. Zaciekawił ją tym, że po prostu był. Nie ubiegał się o jej uwagę, a jednocześnie Sloane nie mogła pozbyć się wrażenie, że czegoś od niej może chcieć. Sprawdzała, póki co, czy będzie potrafił rozmawiać z nią na takim poziomie, który Sloane znała i w którym się odnajdowała. Nie wyglądał jej na człowieka, który łatwo się ugina i znika, a to dla niej był już ogromny plus. Potrafiła rozpoznać, kiedy przytłacza kogoś swoją obecnością. Samym faktem, że istnieje i odzywa się w sposób, który nie pasował, według niektórych, do młodych kobiet. Choć teraz nie było w niej tej zadziorności, którą dawniej by wręcz ociekała. Była… Cichsza.
Miała w sobie to przytłaczające przeczucie, że jeśli pójdzie w tę stronę – tej dziewczyny, która gryzie się w język, a z szafy wyrzuca wszystkie krótkie sukienki to zgubi się jeszcze bardziej. Dryfowała między tym, co wydawało się, że należy robić, a tym co chciała. Ciągnięta była raz w jedną, a raz w drugą stronę. I nie potrafiła, a może nie chciała sama decydować. Może tym razem chciała, aby ktoś nią szarpnął i wykrzyczał w twarz co ma zrobić. Może bez tego sobie nie poradzi. Może, gdy posłucha się Clary i Julie, wszystkich swoich doradców i asystentów, to naprawdę straci to, nad czym pracowała od cholernie długiego czasu. Może cała jej kariera zakończy się szybciej niż ona myślała.
Sloane nie cofnęła się, kiedy Ezra przesuwał po niej wzrokiem. Była przyzwyczajona do tego, że ludzie na nią patrzą. Jego spojrzenie było uważniejsze i bez nuty pożądania, którą często widywała u ludzi, z którymi współpracowała albo po prostu znaleźli się w jej otoczeniu. Spojrzenie mężczyzny było zupełnie inne. Wnikało w nią głębiej niż była gotowa przyznać. Zaglądało w szpary, które myślała, że załatała alkoholem i prochami.
— I co takiego widzisz w tych oczach? — Nie pozwoliła sobie na krok w tył. Wręcz przeciwnie. Maskowała to, że trafił zbyt dobrze. Ona to wiedziała. W oczach tkwił… Cały człowiek tak naprawdę. To w oczach było widać kim się jest, a Sloane swoje wyraziste spojrzenie ostatnio straciła. Z lustra spoglądała na nią zupełnie inna kobieta. Sztuczna. Podstawiona przez ludzi, którym wydawało się, że robią dobrze. I może robili, ale ile tej dobroci było dla Sloane, a ile dla nich?
Nie chciała dać po sobie poznać, że to… Nie tyle co zabolało, ale trafiło w czuły punkt. I ten punkt zapiekł. Sięgnęła po swojego drinka, który już dawno przestał jej smakować, ale i tak upiła niewielki łyk. Dla oczyszczenia gardła.
Na moment zamilkła. Niepewna, czy chce przyznać mu rację, że to wszystko jest udawane, czy iść w zaparte, że Sloane się właśnie zmieniła i od jakiegoś czasu jest tą grzeczniejszą wersją. Sloane przesuwała po nim wzrokiem z uwagą. Również nie w celu flirtu. Studiowała jego mimikę. To, jak reaguje, ale był niemal niewzruszony. Był… Zbyt spokojny, a ten spokój zawsze ją denerwował.
— Czemu cię interesuje to, czy gram? — Zapytała wprost. Nie mogła pojąć, czego mógłby od niej chcieć. Sloane miała swoją wytwórnię i była do niej przywiązana. Nie zamierzała jej zmieniać. Przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. — Jeśli udaję pokorną… To co z tego?
Próbowała przekonać chyba bardziej samą siebie niż jego, że to nic takiego. Wszyscy tu obecni czasem udawali. Wszyscy wkładali maski i to była informacja, której Sloane dawać Ezrze nie musiała. Był aż nazbyt świadom tego, jak ta branża działa. Nie można w niej było funkcjonować bez masek.
UsuńPrawda była taka, że Sloane czekała, aż ktoś to z niej zdejmie. Aż pozwoli, aby poczuła, że nie musi udawać. Nie dla wytwórni, nie dla menadżerów i nie dla publiki. Problem leżał w tym, że odkąd pamiętała udawała. Zawsze szukała czegoś więcej i wciąż tego nie znalazła. Może sama nie wiedziała, czego tak naprawdę szuka, a może to coś wcale nie istniało.
Blondynka przysunęła się odrobinę bliżej. Odległość między nimi w trakcie tej rozmowy zmniejszyła się drastycznie, ale wciąż była ona w granicach dobrego smaku. Wystarczająco, że nie musieli do siebie krzyczeć, a gdyby chcieli szeptać to i tak by się usłyszeli.
— I jak niby to się kończy? — Mruknęła, choć sama dobrze wiedziała. Nie kończyło się na pochwałach. Kończyło się zapomnieniem.
Sloane zatrzymała swoje spojrzenie na jego ciemnych oczach, a kącik jej ust drgnął. Nie do uśmiechu, raczej, jakby coś sobie właśnie uświadomiła.
— Dobry jesteś. — Mruknęła i sięgnęła po papierosa między jego palcami. Wsunęła go sobie między usta, zaciągając się mocniej. Jego były mocniejsze od jej. Bardziej drapały w gardło. — Przerażająco dobry.
sloane
— I według ciebie marnuję swój potencjał? — Powtórzyła te słowa bardzo powoli, jakby próbowała zrozumieć, czy on naprawdę w tej chwili ją po prostu obraził. Tak się poczuła. Jak człowiek, który znienacka dostaje prosto w twarz z otwartej dłoni, ale uderzenie niebezpośrednio pochodziło od osoby, która ten cios wymierzyła. Nie, to pochodziło od niej samej. Sloane nie dopuszczała do siebie myśli, że może coś tracić. Tak, miała trasę przed sobą, która się już prawie wyprzedała. Tak, jej album odnosił sukcesy. Tak, wciąż była na szczycie, ale to nie było wszystko. I cholernie dobrze zdawała sobie z tego sprawę, ale nie chodziło tylko o liczby i stan konta. Liczyło się również coś więcej.
OdpowiedzUsuńZacisnęła palce mocniej wokół szklanki z drinkiem. Spojrzała tam na moment. Na dłoń, na której błyszczały się pierścionki. Na żółtego drinka, od którego robiło się jej niedobre. Nie przez jego smak, ale przez gorzką prawdę, którą Ezra rzucał jej prosto w twarz, a przed którą ona nie mogła się obronić.
— Wydaje mi się, że w takim razie osiągnęłam swój cel. — Zauważyła. Panując jeszcze nad głosem, który nie ociekał złośliwością, ale była krok od tego, żeby zaczęła się z niej wylewać. — Ktoś zauważył. Jestem tu od godziny i przez godzinę słyszałam „komplementy” o „nowej” mnie — prychnęła przewracając oczami jednocześnie — dziesięć minut z tobą i rozbierasz mnie z gorszych rzeczy niż czerwona kiecka. I w dodatku obrażasz. Więc tak, powinnam ci wylać tego drinka na twarz, ale mam w sobie resztki przyzwoitości i jestem zbyt trzeźwa, a takie atrakcje zapewniam tylko po nieprzyzwoitej ilości tequili.
Mogła nim cisnąć mu w twarz i odejść z uniesioną głową. Nikogo raczej by nie dziwiło, że ktoś kogoś wkurwił i ktoś komuś wylał drinka na twarz. Sloane była przekonana, że to miejsce widziało gorsze rzeczy. Tylko trzeźwa Sloane, a ta, w żyłach której płynął alkohol lub prochy to dwie bajki.
— To nie jest żaden sekret. Wszyscy o tym wiedzieli i trąbili przez miesiące. — Wzruszyła ramionami. Oni zachowywali się głośno, gdy byli razem, a media były jeszcze głośniejsze, gdy się rozstali. Jak na przekór, bo akurat wtedy oboje wybrali milczenie i czasem tylko porozumiewali się za pomocą piosenek, ale to by było na tyle.
Ezra nie musiał mówić nazwiska. Nawet imienia. Tyle w zupełności wystarczyło.
Mięśnie Sloane napięły się niemal natychmiast, gdy usłyszała te jedno słowo.
Desperacja.
Tego się zawsze obawiała. Tym nigdy nie chciała się stać, ale… Była. Była tą cholerną desperatką. Nie tylko tutaj, ale i w swoim życiu, gdy wracała z błaganiem. Do wszystkich ludzi, którzy mieli powody, aby ją odtrącić. I nie uczyła się na błędach. Po prostu udawała, że tamte poprzednie akcje nie miały miejsca, ale nie można było tego unikać w nieskończoność, bo w każdy wszystko dopada człowieka. Bez znaczenia, jak bardzo próbuje to ukryć przed światem lub samym sobą.
Była świadoma, że nie miała w sobie już buntu. Zgubiła to, gdzieś… Między jednym błaganiem, a drugim. Między płaczem, a wybuchem śmiechu, który nic nie miał w sobie z radości. Zgubiła siebie w tym świecie, który kochała, a który zaczął się od niej odwracać, bo podjęła kilka decyzji, które być może były niewłaściwie.
W zasadzie przyznała mu, że to wszystko to maska. W dodatku niezbyt udana. Taka, której człowiek nie chce mieć na twarzy. Ześlizguje się i ukazuje brzydką prawdę, a może właśnie to Sloane powinna była pokazać.
Spoglądała mu głęboko w oczy. Nie cofając się przed spojrzeniem. Nie po to, aby z niego coś więcej wyczytać. Gdyby spojrzała na bok – przyznałaby się do słabości, a tego robić nie zamierzała. Nie teraz i najlepiej – nie nigdy.
A kiedy mówił dalej… Nie bolało jej to, że o niej zapomni. Bo to nie o niego chodziło. Świat mógł za rok o niej już nie pamiętać. Trasa się skończy. Może nie być nawet sukcesem. Sloane mogła po prostu przestać z dnia na dzień istnieć. Pojawi się ktoś lepszy. Bez dramatów. Bez byłego męża, który wznosił ją do chmur, a potem pozwolił, aby rozbiła się o najostrzejsze kawałki na ziemi.
Sloane chciała być tą, którą ludzie pamiętali. Była tą dziewczyną.
UsuńZabijali się o nią. Wytwórnie chciały ją mieć dla siebie. Magazyny błagały o wywiady. Tęskniła za tym. Za tym kim była przed tym, jak dała się połamać na małe kawałki. Sloane myślała. Uważnie i szybko, ale nie w typowym dla siebie szale. Analizowała każde słowo, które jej powiedział i przetwarzała.
— Wiele ludzi będzie niezadowolonych, gdybyś to rozdmuchał. — Uniosła brew. Nie zaczepiłby jej, gdyby nie miał gotowego pomysłu. Lub jego szkicu. Kącik jej ust drgnął. Uniosła głowę nieco wyżej, a potem zrobiła jeden krok w jego stronę. — Chcesz prawdy?
Odgarnęła włosy na bok i pozwoliła sobie na jeszcze jeden krok.
— Gdyby zestawić Sloane z tego roku z tą z tamtego… Wyśmiałabym samą siebie. — Obnażała się bardziej niż sobie tego życzyła, ale z jakiegoś znanego tylko światu powodu mówiła dalej. — Ona nie potrzebowała tego, aby ktoś cokolwiek w niej rozdmuchał, bo to nigdy nie wygasło. Była swoją własną siłą napędową, a cala reszta… Cała reszta to były miłe dodatki, którymi ona rządziła.
Obecna Sloane stała się tym dodatkiem. Zezwoliła na to i straciła siłę, aby to zmienić.
sloane
— Miewałam lepsze okresy.
OdpowiedzUsuńTaka była prawda, której Sloane nie musiała udawać. Zwłaszcza, że pisały o tym różne dzienniki. Pojawiały się przeróżne plotki na jej temat, których nie dementowała. Najczęściej miała w te całe gadanie wywalone, bo to były tylko plotki, ale teraz… One rosły i najgorsze było to, że zawierały w sobie ziarno prawdy, które kuło ją w oko. Tak samo, jak słowa Ezry, który był aż nazbyt celny.
Zacisnęła szczękę, bo ta przerwa w jego wypowiedzi zabolała właśnie najbardziej. Bo Sloane wiedziała co się za nią kryje i nie mogła udawać, że jest ponad to. Że wszystko jest w porządku. Teraz już nie tylko żyła, ale po prostu egzystowała. Wykonywała swoją pracę poprawnie, ale to dawno nie był etap, który zadowalał ją w stu procentach. Dawniej potrafiła godzinami, a nawet całymi dniami siedzieć w studiu – nagraniowym albo tanecznym. Szlifować układy do perfekcji, a teraz wystarczyło jej, gdy było po prostu dobrze. Od kiedy ona zadowalała się czymś, co jest tylko dobre? Ona nie była dobra. Sloane była genialna w tym co robiła. Nawet ze swoimi płytkimi tekstami, ale czasem musiała odetchnąć i odłożyć na bok słownik, a napisać coś prostego. Coś, przy czym będzie mogła z uśmiechem potańczyć na scenie.
— Nie schodzę ze sceny. — Ale nie była pewna, czy próbowała przekonać siebie czy jego. To nie była również jej decyzja. Mogła chcieć dalej śpiewać i robić show, ale gdyby wytwórnia zablokowała jej wszystko… To straciłaby tę możliwość. Nikt tego w planach, raczej, nie miał, ale przyszłość była bardzo niepewnym zjawiskiem. — Jeszcze się na niej porządnie nie rozgrzałam, a miałabym już schodzić? — Prychnęła. Nie, było na to za wcześnie. O kilka dekad za wcześnie. Sloane chciała to dalej robić. Ona musiała to dalej robić. Nie dla innych, ale dla samej siebie.
Nie, tamtej Sloane nie było. I nie planowała wracać.
Został z niej popiół, z którego nie da się już nic wygrzebać. I może, jakimś cudem, da się wyciągnąć coś z tej dziewczyny, która stała teraz przed nim i odsłaniała wszystkie swoje słabości, które i tak były widoczne gołym okiem.
— Jesteśmy szczerzy, więc nie będę tego ukrywała, ale nie wiem, co jeszcze we mnie jest. Nie wiem kim obecnie jestem. — Może zdradzanie takich… Cóż, jakby nie patrzeć, ale poufnych informacji o sobie komuś z kim tak naprawdę nie miała żadnego powiązania, nie było rozsądne, ale kiedy ona robiła cokolwiek rozsądnego? — Ale jestem gotowa zaryzykować. To w końcu biznes, nie? Wyjdzie albo pójdzie się jebać.
Wzruszyła ramionami, wcześniej powtarzając to, co sam o biznesie powiedział. Nie proponował jej prowadzenia za rączkę i poszukania dobrego specjalisty, który pomógłby jej naprawić to, co złamane i popsute. Sloane to musiała zrobić sama. Bez żadnego doktorka, który pisałby notatki, a jej potem kazał robić ćwiczenia na oddech i kontrolować swój gniew.
— Co mi w takim razie proponujesz? Jaki masz pomysł na… rozdmuchanie mnie na nowo?
Uniosła lekko brew. Czego Ezra tak naprawdę mógł od niej chcieć? Cokolwiek planował, jeśli wypali przyniesie im obojgu kupę forsy. Była świadoma, że tu chodzi głównie o to, a nie jakiś caritas ratowania zagubionej duszy piosenkarki, która się zgubiła między klubem, a mieszkaniem męża i kochanka. Nie, tutaj w grę wchodził zysk, który Sloane mogła mu dać. I nie potrzebowała, aby mówił jej, że to z dobrego serca. W biznesie nikt nic nie robił, bo miał dobre serce, a żeby się tu utrzymać trzeba było wiedzieć, jak grać i przede wszystkim z kim, a co do Ezry… Chyba nie miała zastrzeżeń. Nie pamiętała teraz jego osiągnięć. Tego co robił i z kim, ale wiedziała wystarczająco, aby nie odmawiać.
— Widzę, że się ich nie boisz. — Mruknęła. To było widać na odległość. Podejmował ryzyko. Brał coś, czego inni nie chcieli tknąć. Brał ją. Sloane nie była łatwym przypadkiem, ale na pewno nie najtrudniejszym z jakim pracował lub jeszcze go zaskoczy. To się dopiero miało okazać.
Myśli Sloane wirowały. Głośno i w sposób, który wcześniej był uśpiony. Za i przeciw, zgodzić się czy odejść z uniesioną głową? Powiedzieć, żeby się odwalił i dał jej spokój, czy zaciągnąć na rozmowę, aby zdradził więcej szczegółów? Kiedy miała dzwonić do Clary? Czy w ogóle miała jej to mówić?
UsuńSloane nie chciała być tylko jedną z wielu. Chciała coś po sobie zostawić. Nie chciała być towarem, tylko artystką. Kimś godnym podziwu. Kimś za kim patrzyło się tęsknym wzrokiem wiedząc, że się jej nigdy nie będzie miało.
— Chcę szczegóły.
sloane
Sloane odpowiedzi chciała tu i teraz. Nie lubiła czekać i być tą, która przychodzi i się prosi. Skoro Ezra zaczął temat, to Sloane była pewna, że chce to zacząć od razu i nie będzie kazał jej czekać ani tym bardziej nic udowadniać, że jest warta zainwestowania w siebie czasu i pieniędzy. Problem polegał na tym, że przedtem Sloane nie musiała nic udowadniać, bo to po niej zwyczajnie było widać. Obecnie sprawy wyglądały z lekka inaczej. Sloane nie przyzwyczaiła się do tego, że musi komuś się pokazać od najlepszej strony. Z reguły ludzie to o niej wiedzieli. Miała głos, który wznosił ją na szczyty przebojów. Miała w sobie charyzmę, aby przyciągnąć ludzi. Mimo, że to nie była łatwa branża to Sloane się utrzymywała na powierzchni. Nie ledwo łapiąc oddech, a ona wręcz dryfowała na wygodnym jachcie, kiedy wszyscy ludzie wokół znajdowali się na prowizorycznych szalupach. Tym razem rolę się odwróciły, a Sloane wygodny jacht zamieniła na przeciekającą łódkę. Może jeszcze nie w pełni, ale nie była ona w stanie pociągać jej daleko, jeśli zostanie w tym miejscu, w którym była.
OdpowiedzUsuńKącik jej ust drgnął. Jak zawsze, kiedy nie dostawała tego, czego chciała od razu. Ezra rozbudził jej ciekawość i sprawił, że blondynka pragnęła poznać wszystkie informacje już w tej chwili, ale on zamiast jej je dać - ściągnął ją na ziemię. W sposób, do którego nie była przyzwyczajona. Z reguły dostała od razu to, czego chciała, a przy Ezrze napotkała mur. Nie wydawał się on być nie do przeskoczenia, ale już sam fakt, że się pojawił stał się dla blondynki niewygodny.
— Nie ja Cię zaczepiłam. — Zauważyła. Być może przeszłaby obok niego obojętnie i nawet się nie przywitała. Znaleźli się w tej sytuacji, bo to on na nią spojrzał pierwszy. I nie odpuszczał, a Sloane poczuła się zaintrygowana i chciała wiedzieć więcej. Tylko, że zamiast odpowiedzi on tak naprawdę zostawił ja z czymś, czego Sloane przed sobą sama przyznać nie chciała.
Boże, jak ona nienawidziła, kiedy ludzie wrzucali jej prosto w twarz to, przed czym próbowała uciec. Ezra aż nazbyt dobrze trafiał ze wszystkim co jej mówił, a Sloane miała ochotę zniknąć. Nie unieść głowę wysoko, jak to miało miejsce zwykle, a po prostu zniknąć.
Mogłaby się żachnąć i mruknąć, że nie potrzebuje jego łaski, a już tym bardziej pomocy i aby wsadził sobie te wszystkie słowa tam, gdzie nikt ich nie znajdzie. Ezra przenikał jej do kości. Pozwoliła sobie i wszystkim wokół sprawić, że przestała… Błyszczeć. Mogła wkładać cekinowe kiecki i wysokie obcasy, ale to zawsze był tylko dodatek, z którego teraz wyglądało na to, że Sloane nawet nie potrafi poprawnie skorzystać.
Nie wybrała milczenia, bo nie miała nic do powiedzenia. Wybrała milczenie, bo… To była lepsza opcja. Słowa Ezry nie spłynęły po niej bez zostawienia po sobie śladu. Może nie miały mocy kwasu i nie wypalały skóry. Zrobiły coś znacznie gorszego. Zostawiły w jej duszy ślad. Sięgały tam, gdzie inni się nawet nie dotykali, jakby się bali, że mogą tym obudzić wersję Sloane, która nie pasowała do obrazka, który wszyscy wokół próbowali namalować.
Spojrzała na jego wyciągniętą dłoń z wizytówką. Sloane się nie wahała, ale zanim po nią sięgnęła podniosła na mężczyznę wzrok. Jego własny był niewygodny i ciężki, taki, który zmuszał do refleksji. Nawet, a może szczególnie wtedy, kiedy nie miało się na to najmniejszej ochoty. Wcale nie musiał krzyczeć, żeby Sloane słuchała. Miał ten rodzaj podejścia, który trafiał do niej bardziej niż krzyk, z którym chodziła całe życie.
Gdzie jest ta Sloane, którą się wszyscy zachwycali?
Ona też chciałaby wiedzieć. Czuła, że jest głęboko w środku, ale… Schowana przed wszystkim i wszystkimi. Jakby ktoś nagle wcisnął w niej guzik „wycofaj się” i nie było już możliwości, aby wróciła do tego miejsca z powrotem.
— Dzięki. — Rzuciła biorąc w końcu wizytówkę do ręki. Ciężką i matową. Taką, którą może wręczyć tylko ktoś kto radzi sobie w biznesie. Przez moment ją oglądała, jakby była najciekawszą rzeczą na świecie.
Sloane się nie wycofała.
UsuńOna myślała nad jego słowami. Były ciężkie i surowe. Kładły nacisk na to, co ona chowała sama przed sobą i przed światem. Sloane mogłaby go wyśmiać, że sobie nawymyślał, ale przejrzał ją zanim ona się tak naprawdę odezwała i cokolwiek mu potwierdziła.
— Wiesz… Parę miesięcy temu za to wszystko bym cię wyśmiała. — Obróciła twardym kartonikiem między palcami. — Że jesteś kolejnym facetem, który próbuje mi wmówić, jak mała jestem. Jak niewiele znaczę bez mężczyzny, który prowadziłby mnie za rączkę.
Kwaśna mina przez sekundę przemknęła jej przez twarz. Sloane słyszała to zbyt wiele razy, że nie da sobie rady bez męskiej dłoni, a potem w trakcie małżeństwa, że to Zaire ją utrzymuje i wypromował, co było kłamstwem, ale dobrze się sprzedawało.
Zatrzymała wzrok na jego oczach. Jej własne były skupione i słuchały.
— Zadzwonię. — Obiecywała to sobie, a nie jemu. I nie sam fakt wykonania tej czynności, ale tego, że wciąż tkwi w niej ogień, który jakiś czas temu przygasł.
Potem zrobiła niewielki krok. Sloane chciała czy nie, ale musiała przełknąć fakt, że Ezra ją właśnie sprawdził na ziemię i nie pozwolił, aby dalej tkała swoją rzeczywistość wyobrażeniami, że wszystko wciąż jest w porządku.
— Och i Ezra? Ta błyskotka nie chciała dać się rozebrać z czerwonej sukienki. — Poprawiła go. — Dała się rozebrać z prawdy. I to coś znacznie gorszego niż błyszczący materiał.
sloane
Wtedy by się go nie posłuchała. Nie znalazłaby w sobie tej siły, która pozwoliłaby jej na dostrzeżenie, że tym razem to ona jest w błędzie. Przekonywałaby siebie i wszystkich wokół, że ma rację, a Ezra nie widzi w niej nawet interesu, który może przynieść pieniądze, a kolejną laleczkę do kontroli. Nie mogła powiedzieć, że dojrzała w pełni. Zmieniła się na pewno, a jej perspektywa również się zmieniła z czasem. Teraz wiedziała, że sama nie zawsze sobie da radę, a proszenie o pomoc nie zawsze jest złym krokiem. Czasami to najlepszy prezent, jaki można sobie samemu dać.
OdpowiedzUsuń— Dobrze. Nie jestem zainteresowana w robieniu za akcesorium. — Rozumieli się, a to mogło świadczyć o dobrze rozwijającej się między nimi współpracy. — Rozumiem, co mówisz, Ezra. Siedzisz w tym długo, więc wiesz, jak ten świat działa i jak często dziewczyny takie, jak ja, znikają, bo weszły w układ z nieodpowiednimi mężczyznami.
Zbyt głodnymi pieniędzy i władzy. Sloane, jak i każdy inny artysta, musiała być uważna. Nie chciała dać zbyt dużo od siebie, jeśli potem to wszystko miało się na niej odbić. Wiedziała też, że Ezra nie powie jej tutaj wszystkiego. Nie wiedziała, jeszcze, na ile mu ufa. Wzbudzał zaufanie. Może przez wspólnego znajomego. Jeszcze tego nie wiedziała, ale chciała się przekonać. Mógł być jej jedyną szansą, a tym Fletcher nie lubiła dawać przechodzić koło nosa.
— Nie boję się tych numerów. — Takich dziewczyn było dziesiątki. Ile z nich miało głos, ale żadnej szansy? Ile tych dziewczyn próbowało swoich sił, ale okazywało się, że mają niewystarczająco dużo pieniędzy, aby popchnąć karierę dalej? Ile z nich zostało stłamszonych przez ludzi, którzy mieli władzę? — Wiem, jak wiele mogę stracić. I jak o wiele więcej mogę zyskać. To byłoby głupie, gdybym dała temu przejść koło nosa, nie?
Sloane nie zamierzała dać się nikim zastąpić. Było na to zbyt wcześnie, a ona była zbyt uparta, żeby oddawać swoją koronę. Mogła się potknąć, popełnić błędy, ale wróci z hukiem, którego się nikt po niej nie spodziewa. Jeszcze nie wiedziała, jak się za to zabierze, jak mu to udowodni, ale nie musiała decydować dzisiaj. Dzisiaj i tak by w to nie uwierzył, a Sloane musiała się z tym wszystkim przespać i dopiero potem zacząć działać.
— Wyglądam na dziewczynę, która robi karierę przez łóżko? — Uniosła brew. — Nie sypiam w zamian za coś. Nie muszę się poniżać w ten sposób. Wiem, jak pokazać na co mnie stać i jak przekonać do siebie ludzi bez wchodzenia im do łóżka. Sukienki ściągam dla przyjemności, nie dla dobicia targu.
Miała zasadę, aby nie sypiać z ludźmi, z którymi pracowała. Zaire był wyjątkiem. Nagrywali tylko wspólnie kawałek. To nie on jej płacił, to nie on kierował jej karierą. Znaleźli się w tej samej wytwórni, pisali razem kawałki. Sypianie z producentami, menadżerami było nieetyczne. I nie tyle, co się przejmowała tym co jest etyczne, a co nie, a wiedziała, że może prowadzić do kłopotów. Zresztą, coś przecież już wiedziała o konsekwencjach wchodzenia do łóżka mężczyznom, z którymi łączył ją biznes. Lepiej było się od tego trzymać z daleka.
Sloane nie każdego faceta, który trafił pod jej radar obserwowała pod kątem, czy nada się do zabrania do łóżka. O nim tak nie pomyślała. Miał inne spojrzenie. Nie pełne pożądania ani nawet zaintrygowania tym, co miała pod spodem. Nie, jego interesowało to, co jest w środku. Chciał sięgnąć po coś, czego Sloane nie dawała tak łatwo. Wyciągnąć z niej tę dziewczynę, za którą płonęła podłoga, kiedy wchodziła do pomieszczenia.
— Nie potrzebuję i nie chcę bajek, Ezra. One się i tak nigdy dobrze nie kończą. — Były tylko ładnym kłamstwem, które potem bolało. — Zaciągnięcie dziewczyny do łóżka nie jest wyczynem. Malo imponujące, każdy najprzeciętniejszy facet to zrobi. — Wzruszyła ramionami. Nie ją, o nią trzeba było się postarać, a Sloane była też próżna. Jeżeli ktoś się jej wizualnie nie podobał, to nie zwróciłaby uwagi. — Więc, jak już mówiłam. Nie sypiam w zamian za pracę. Zaproponowałeś mi coś, ja jestem tym zainteresowana. Wszystkie ubrania zostają na miejscu.
Nie chciała go zaciągnąć do łóżka. Nawet nie pomyślała o tym ani razu. Serio, nie przyszło jej to do głowy. Ezra ją rozbierał, owszem. Ale nie z ubrań. Tylko z lęków, których inni nie tykali, a nawet jej nie znał. Wystarczyło mu odpowiednie spojrzenie, aby dostrzec to, co Sloane tak bardzo próbowała ukrywać przed samą sobą i całym światem.
Usuń— To chyba nie był slut-shaming, co? Jeśli tak to niezły początek współpracy. —Uniosła brew i parsknęła krótkim śmiechem. Nie była urażona, ale na pewno nie zamierzała przepraszać też za to, że korzystała z życia i nie robiła tego w grzeczny sposób. Kiedy miała z tego korzystać, jak nie teraz, kiedy była młoda i miała chęci? Zresztą, było ich tylko trzech. Nie ma co przesadzać.
Ta rozmowa mogła zakończyć się tutaj. Sloane „przypadkiem” mogłaby zgubić wizytówkę, ale zamierzała się jej trzymać. Wyczuła, że Ezra naprawdę mógłby odmienić jej obecne życie zawodowe. Wróci tam, gdzie była wcześniej, a może będzie wspinała się jeszcze wyżej.
Odprowadziła go wzrokiem. Prawie się śmiejąc, kiedy ten biedny asystent został pozostawiony bez większej uwagi. Tymczasem ona trzymała wizytówkę w dłoni. Pojęcia jeszcze nie miała, jak ma mu pokazać, że nie jest jedną z tych gwiazd, które błyszczały przez chwilę, a potem spadły z hukiem i nigdy więcej już się nie podniosły, ale to wymyśli.
Za tydzień, za miesiąc, ale w końcu zadzwoni i wtedy nic jej już nie zatrzyma.
sloane
Sloane została na tarasie sama ze swoimi przemyśleniami.
OdpowiedzUsuńEzra zostawił ją ze słowami, które nie cięły, ale były brutalne i surowe. Nie próbował głaskać jej po głowie, kiedy wszyscy inni zadawali się chodzić wokół niej na paluszkach, aby tylko przypadkiem jej nie rozzłościć. Było w tej konwersacji coś innego, czego Sloane jeszcze nie była w stanie zrozumieć. To miejsce nie było odpowiednie też do tego, aby się nad tym zastanawiać. Dopiła drinka i zapaliła jeszcze jednego papierosa. Wpatrując się w rozciągającą panoramę Los Angeles przed sobą. Mogła udawać, że ta potulna wersja jest tą lepszą, ale dobrze przecież wiedziała, że to jest po prostu zwykłe udawanie. Kłamstwo, którym karmiła przede wszystkim samą siebie. Ciężka wizytówka jeszcze przez chwilę ciążyła jej w dłoni, zanim schowała ją do małej kieszonki w torebce. Nie chciała jej zgubić, bo wiedziała, że będzie jej potrzebowała. Mimo, że jeszcze nie miała pojęcia, jak będzie wyglądała ta współpraca ani czy okaże się w oczach Ezry wystarczająco interesująca, aby inwestował czas i pieniądze. To nie jemu chciała się pokazać, ale przede wszystkim samej sobie. Móc w przyszłości spoglądać na swoje odbicie w lustrze bez zastanawiania się, czy jest jeszcze coś warta. Dawniej była, ale teraz… Straciła swój żar. Poddawała kawałki siebie innym ludziom, a potem nigdy ich nie odzyskała. Sloane też wiedziała, że ich od nich nie odzyska. Musiała je zbudować na nowo. Bez pomocy osób trzecich. Bez mówienia, że wszystko będzie dobrze, bo to były tylko puste słowa.
Została tam jeszcze przez chwilę.
Wystarczyła jej rozmowa z Ezrą. Kolejnych kontaktów tu znajdować nie musiała. Zmyła się może po godzinie. Pokręciła po tarasie i w środku. Wdawała się w mało istotne rozmowy w trakcie, których myśli Sloane wracały do tego, co wydarzyło się na tarasie. To była tylko dość krótka, ale konkretna rozmowa, której Sloane nie potrafiła z siebie strząsnąć.
Był w jej myślach nawet wtedy, kiedy wróciła do hotelowego apartamentu. Jednak nie tak, jak dawniej mężczyźni gościli w jej głowie. Wracały do niej jego słowa. Żadnych obietnic. Żadnych konkretów, ale ściągnięcie jej na ziemię w sposób, jakiego wcześniej Sloane nie znała. To wystarczyło, żeby jej uwaga co chwilę uciekała w jego kierunku. Była dziwnie poruszona tym, w jaki sposób Ezra do niej podszedł.
Musiała przespać się z tymi informacjami, ale sen niewiele przyniósł. Wizytówka wciąż była w jej torebce i nie wyjęła jej przez najbliższe kilka dni. Miała zamiar zniknąć z Los Angeles zaraz po tej imprezie, na której nie wydarzyło się nic spektakularnego, ale ciągle o niej myślała. Wypełniała sobie dzień typowymi dla siebie aktywnościami, które nie były w żaden sposób powiązany z równie ułożonymi kreskami. Ciągle jednak myślała o tym, co mówił jej Ezra. Jak do cholery miała mu pokazać, że tamta Sloane wciąż w niej siedzi? Nie ta wybuchowa i gwałtowna, która rzucała się z pazurami, ale ta, która ciągnęła za sobą spojrzenia. Pewna siebie i tego, co robi – świadoma, jak wiele osób chce być na jej miejscu i być z nią, a tymczasem…
Dla inspiracji, jak zwał tak zwał, odpaliła filmiki na YouTube ze sobą. Niektóre były sprzed Zaire’a, inne w trakcie. Nie była już tą kokietującą dziewczyną, która uśmiechała się oczami i jedyne co za nimi ukrywała, to kolejne plany na swoją karierę. Nie było w niej strachu, dziwnego odrętwienia, jakie towarzyszyło jej od dawna. Była po prostu Sloane. Z trochę zbyt krótkimi sukienkami, błyszczącymi oczami i uśmiechem, który był szczery, ale też… Na swój sposób szczęśliwy. Oglądała je przez najbliższe kilka godzin. Dla inspiracji. Dla samej siebie. Dla tej dziewczyny, która była w niej głęboko i próbowała się wydostać, ale tkwiła głęboko w przepaści, która miała śliskie i wygładzone ściany, a nikt nie zrzucał liny ratunkowej. Dopóki nie zaczęła znów myśleć o Ezrze. Nie był światełkiem w tunelu. Nie był jej liną. Nie, on mógł ewentualnie podrzucić narzędzie, aby Sloane te śliskie ściany rozbijała i znalazła wyjście inną drogą. Nie tą, którą znała, ale nową. Niewygodną, prawdopodobnie, ale należącą do niej.
Nie patrzyła na godzinę, kiedy zaczęła szukać torebki. Hotelowy pokój przypominał miasteczko, przez które przeszło tornado. Ubrania były wszędzie, buty, sukienki. Nic nie było na swoim miejscu. Długo nie mogła znaleźć torebki, aż w końcu się jej to udało. Po dziesięciu minutach szukania okazało się, że zasłoniła ją szlafrokiem, który wisiał na drzwiach. Wygrzebała z niej wizytówkę. Wciąż była tak samo ciężka, matowa i ze znaczeniem, którego Sloane nie potrafiła rozszyfrować.
UsuńNajpierw jeden sygnał. Potem drugi. Trzeci.
— Szybciej, kurwa. — Syknęła dokładnie w tym samym momencie, kiedy połączenie zostało odebrane. No, świetne pierwsze wrażenie, nie ma co. Prawie się uśmiechnęła. Może uzna, że to urocze, w co wątpiła.
— To Sloane. — Przedstawiła się. — Kidy możemy się spotkać?
Konkretny. Bez rozgadywania się o tym, jak znalazła swój cel w życiu i jak bardzo go teraz potrzebuje. Nie, prosto i na temat, a potem… Potem zacznie myśleć nad całą resztą.
sloane
To byłoby łatwiejsze. Wrócić do Nowego Jorku i udawać, że wszystko jest na swoim miejscu. Rozważała to nawet przez jakiś czas. Myśl o powrocie była równie paraliżująca, jak utracenie wszystkiego. Dłużej nie mogła już udawać, że trzyma wszystko w garści. To, co dawniej było pewne, teraz wymykało się jej z rąk. Jeszcze nie była gotowa tego przed sobą w pełni przyznać, ale zrobiła już pierwszy krok. Mogła mówić, że nie przejmuje się tym, ile osób jest na jej miejsce, ale poniekąd ją to przerażało. Nie chciała zostać kolejną zapomnianą gwiazdką. Następne nepo baby, które przez chwilę miało karierę, ale potem spadło na dno i już więcej się nie podniosło. Ile było takich, które miały karierę podaną wraz z wzięciem pierwszego wdechu, ale ją zniszczyły własnymi wyborami? Sloane tym nie tyle, co nie mogła się stać, a po prostu nie chciała.
OdpowiedzUsuńRozmowa była krótka, ale konkretna. Dokładnie taka, jakiej Sloane oczekiwała po Ezrze. Bez żadnych długich wstępów. Prawie parsknęła śmiechem, kiedy wręcz kazał jej zrezygnować z rzucania przekleństwami na dzień dobry. Sloane miała gotową odpowiedź, aby się przyzwyczajał, ale nie zdążyła tego powiedzieć.
Rozłączył się.
Dupek.
Sloane aż uśmiechnęła się pod nosem. To mogła być owocowa współpraca albo się pozabijają. To miało się dopiero wyjaśnić w trakcie, a póki co… Sloane była zdenerwowana i podekscytowana jednocześnie. SMS z adresem przyszedł chwilę później. Był suchy. Żadnych emotek. Żadnego zobaczymy się tutaj. Po prostu adres. Sloane na niego nie odpowiedziała. Nie zareagowała w żaden sposób. Musiała się do tego spotkania przygotować. I pierwsze co zrobiła to wybranie się na zakupy, bo w swoich walizkach nie miała nic co nie krzyczałoby, że właśnie wybiera się na after party. Miała czas na zakupy i na zastanowienie się, co chce sobą pokazać, kiedy tam przyjdzie. Zależało jej. Nie na tym, co pomyśli Ezra, ale na samej sobie. Mogła sprawiać wrażenie, że wszystko jest jej obojętne, ale prawda była zupełnie inna. Sloane chciała jeszcze coś znaczyć. Chciała czegoś więcej niż kilku koncertów w ciągu roku. Być zapchaj dziurą na festiwalach, bo nikt inny nie zgodził się wystąpić. Sloane chciała zostawić po sobie ślad, który będzie nie tylko fajnym wspomnieniem, ale wręcz… Legendą. Może sięgała po zbyt wiele, ale nikt kto wątpił w swoje umiejętności nie zaszedł daleko, prawda? I może to właśnie był ten moment, kiedy Sloane się przebudziła.
Czwarta nadeszła zbyt szybko. Ciemny SUV podjechał pod budynek, a Sloane w towarzystwie ochroniarza weszła do budynku. Stukot czarnych, klasycznych szpilek rozbijał się o marmurową podłogę. Nie było żadnych cekinów. Były za to obcisłe garniturowe spodnie, gorsetowy top na ramiączkach i marynarka z rękawem ¾. Włosy upięła w wysokiego kucyka, a dwa pasemka zwisały jej wokół twarzy. Nie przesadzała z makijażem. Mimo, że nie mogła wyjść z domu bez brokatowych powiek. Świeciły się delikatnie, odbijając padające na nią światło. Przyciągały uwagę, ale nie ściągały jej na siebie kompletnie.
Wydawało się jej, że ma przy sobie wszystko, czego Ezra mógł chcieć, a może nawet więcej. Czuła się, jakby szła na przesłuchanie. Zabrała ze sobą wszystko. Każdy notes, w którym pisała żywe i surowe teksty, iPada, na którym w szczelnie zamkniętych folderach były krótkie filmiki – Sloane nucąca melodię, która przyszła jej do głowy, śpiewająca jakieś zwrotki, które na już powstały w jej głosie. Nagrania voice memo, które były bez żadnego filtra, bez upiększania. Z głosem czasem jeszcze okrytym sennością, czasem zmęczony. Nie zdziwiłaby się, gdyby któreś z nich zawierały urywki jej płaczu, którego nawet nie pamiętała. Ale to była teraz ona. Z tym całym bałaganem, który w niej siedział. Jeśli jakoś miała się go pozbyć, to znała na to tylko jeden sposób. Misz masz wszystkiego, co towarzyszyło jej przez ostatnie miesiące. I co wcale nie było żałosnym proszeniem o to, aby którykolwiek z ex’ów do niej wrócił. Jeszcze nie była w stanie tego nazwać.
Sprawnie przeszła przez recepcję i ochronę. Pokierowana została do osobnej windy. Nie było w niej przycisków z numerami. Ochroniarz użył karty, a ona została w ciszy. Winda jechała wolno. Czuła lekkie napięcie w żołądku. To nie był strach, a raczej moment przejścia.
UsuńKiedy drzwi się w końcu otworzyły Sloane poczuła, że znalazła się w innej przestrzeni. Znała takie miejsca i wiedziała, jak funkcjonują, a jednak miała wrażenie, że tutaj panują inne zasady. Takie, których Sloane jeszcze nie zna, ale na które jest otwarta.
Jeszcze nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Czy może nie wyjdzie stąd z krzykiem i obrażona na cały świat i na Ezrę, a może… Może to wszystko będzie dokładnie tym, czego potrzebowała, aby stanąć znów pewnie na nogach i przestać rozgrzebywać przeszłość, jakby miała w niej znaleźć odpowiedzi na to, jakim człowiekiem się właśnie stała.
Pojawiła się na czas. Nie minutę wcześniej, nie minutę później. To jeszcze nie był czas na to, aby Sloane mogła się spóźniać, jak to zwykle miewała w zwyczaju.
Mogłaby rzucić „dzięki, że znalazłeś czas”, ale tego nie zrobiła. Dopiero miało się okazać, czy faktycznie znajdzie dla niej czas, czy może to nie on ją stąd wyrzuci, bo uzna, że jednak tego czegoś w sobie nie ma.
— Przyniosłam wszystko, co mam. — Powiedziała. Postawiła torebkę, z której wylewały się jej notesy, iPad, pendrive walał się w głębi torebki. Pomięte kartki papieru, które z jakiegoś powodu były ważne. Ulubiona szminka z koncertów, co było nieistotne, ale i tak ją ze sobą miała. Po prostu wszystko co… Było ważne i wciąż było jej.
sloane
Sloane patrzyła na to, w jaki sposób Ezra siedział. Biła od niego energia, z którą rzadko się spotykała. Pewność siebie tego mężczyzny była wręcz dusząca. Ona dawniej też taką miała i teraz gotowa była zrobić wszystko, aby to jeszcze raz w sobie poczuć. Nawet, jeśli na moment nie wiedziała, czy chce powrotu tej Sloane. Nie, wróć. Czy chce stworzyć nową Sloane i odkryć to, kim tak naprawdę jest. Nie dziewczyną ze złamanym sercem. Nie tą, która w klubowych łazienkach układa kreskę na telefonie. Dziewczyną, która przede wszystkim zasługuje na swoje miejsce w świecie muzyki. Nazwisko robiło jedno. Ojciec jej pomógł na początku, choć był niezadowolony, że Sloane poszła w pop, ale to nigdy nie było wystarczające. Musiała jeszcze pokazać, że poza nazwiskiem, głosem i wyćwiczonym talentem naprawdę zasługuje, aby tutaj być.
OdpowiedzUsuńWywróciła oczami na jego komentarz.
— Jakby mnie nie obchodziło, to bym tu nie przyszła. — Westchnęła, jakby to nie było wystarczająco jasne. Owszem, Ezra mógł być jej ostatnią deską ratunku. Facetem z władzą, który albo ją wciągnie na szczyt albo zostawi w miejscu, w którym tkwiła od miesięcy. Niektórym pasowało to, że Sloane była taka… Wręcz nijaka. Pasująca do mainstreamu, który lubił powtarzalność. To, co się wyróżniało nie było tak chętnie wspierane, a Sloane mimo muzyki, jaką tworzyła to wyróżniała się na tle innych artystek. Nie chciała być tylko tą, co śpiewa do mikrofonu. Ona robiła show. Głosem i ciałem. Scena była jej domem, a ona ten dom sama z siebie podpaliła i teraz zamierzała go odbudować. Z jego pomocą albo nie. W końcu znalazłaby sposób, żeby odbić się od dna, ale skoro był tutaj już i jej coś proponował, to byłaby skończoną idiotką, gdyby tego nie wykorzystała.
Sloane chciała pomocy, ale na swoich warunkach. Nie grać znów tak, jak jej będą kazali. Nie zależało jej na tym, aby stworzyć kolejną rolę, której będzie musiała się nauczyć grać. Wykuć na pamięć, jak się poruszać, co mówić, kiedy się uśmiechać, a kiedy zamilknąć. Zbyt wielu ludziom dała się stłamsić. I jeśli nie chciała, aby to stało się po raz kolejny musiała znaleźć w sobie tę iskrę, która dawniej nie tyle co pozwalała jej na bunt, ale na wyraźne stawianie granic, których nie pozwalała nikomu przekraczać. To nie było „po mojemu albo wcale”, a raczej świadome podejmowanie decyzji, które miały należeć do niej, a nie do menadżerki, producenta, wytwórni. Miały być one jej. Ezra mógł jej w tym pomóc albo być kolejnym, który ustawi ją tak, jak mu się to podoba, a ona… Zniknie albo się temu powinna. Musiała się przekonać.
— Błyskotko? — Powtórzyła. Była gorzej nazywana. Zwykle jednak przezwiska zaczynały się na „s”, a kończyły na „uka”, więc może błyskotka wcale nie była taka zła.
Sloane nie przyszła tu po komfort. Radziła sobie bez niego i w znacznie gorszych sytuacjach.
Nie planowała też, aby Ezra ją przytłoczył. Mógł być wyższy, to mógł być jego teren, ale ona wciąż miała tu coś do powiedzenia. Nawet jeśli miało to być soczyste „spierdalaj”, gdy będzie wychodziła z wysoko uniesioną głową i dłonią wystawiając w jego stronę środkowy palec.
Nie napięła się, gdy sięgnął po notes. Uścisk poczuła w środku. Notes był stary. Obity czarną skórą, która odchodziła w niektórych miejscach. Kartki w środku były poplamione. Łzami, winem, kawą. Na niektórych wypalone były dziury po papierosach. Resztki szminek czy lakieru do paznokci. Było w nich tak naprawdę wszystko.
— A co, nie lubisz piosenek o rozstaniach? — Wywróciła oczami. Musiała z nimi skończyć. Prędzej czy później. Nie była tą, która wiecznie pisze o rozstaniach. Mimo, że właśnie na nich opierał się cały jej ostatni album. Mógł sprzedawać się w ogromnych liczbach, a wyświetlenia rosły na platformach streamingowych, ale to nie była prawdziwa Sloane. Ten album był wpluciem z siebie tego, co w niej siedziało przez ostatni rok. Vegas, Włochy, Nowy Jork, tamten domek… I znowu Nowy Jork.
Sloane wbiła wzrok w mężczyznę, który przesunęła po nim, gdy ten przesuwał kosz na śmieci w jej stronę. Ten notatnik to było jedyne miejsce, w którym te teksty miała zapisane. Jeśli się ich pozbędzie… Znikną na zawsze. Były w jej głowie, ale już niewyraźne. Przypominały raczej pojedyncze słowa niż zwrotki, które napisała. Sloane przygryzła wnętrze policzka, przez moment się wahając. Czy była gotowa, aby go zostawić za sobą? Odpuścić? I cholera, nie była. Nie w stu procentach, ale trzymała się tych tekstów jak kamizelki, która miała ją unosić na wodzie.
UsuńSloane patrzyła na niego dłużej niż to było konieczne.
W końcu sięgnęła, prawie szarpiąc za notes. Ułożyła go płasko na biurku i zaczęła kartkować. Dobrze wiedząc, które kartki zawierały to, czego miała się pozbyć. O Zairze, o Jamesie. O wszystkich facetach, których nie umiała wybić sobie z głowy. Wyrwała najpierw jedną kartkę. Potem kolejną. Nie było ich wiele, ale wystarczająco dużo, aby sama mogła zobaczyć, jak mocno pozwoliła im na to, żeby w niej siedzieli i ile miejsca zajmowali jej w głowie i sercu.
— Jej się opłaciło pisanie o ex. — Burknęła pod nosem do siebie. Ale nie, Sloane nie była i nie zamierzała być drugą Taylor Swift. Była Sloane Fletcher. To jej w zupełności wystarczyło.
Zanurzyła dłoń na moment w torebce. Panował tam chaos większy niż w jej życiu.
— Mam nadzieję, że nie masz wrażliwych czujników dymu.
Uniosła głowę, aby spojrzeć na Ezrę, ale nie czekała na odpowiedź. Domyślała się, że nie miał. Nie, gdy w takich miejscach zioło potrafiono palić na kilogramy. Dobra, przesadzała, ale wiedziała, jak studia wyglądają z takimi ludźmi. Wygrzebała w końcu zapalniczkę z otchłani torebki. Zgarnęła powyrywane kartki papieru w jedno. Pochyliła się lekko nad koszem i odpaliła zapalniczkę, a papier zajął się ogniem. Wrzuciła je do kosza,
Bez uronionej łzy. Bez westchnięcia. Mimo, że w środku coś w niej właśnie pękało.
Wyprostowała się i znów na niego spojrzała. Między nimi unosił się dym palonych za sobą mostów. Spojrzenie Ezry wciąż było tak samo stalowe i mocne. Wciąż ją sprawdzał, a Sloane… Sloane nie była pewna, czy przeszła przez pierwsze zdanie.
— Żadnych więcej ex.
sloane
Z każdą wyrwaną kartką z notesu Sloane miała wrażenie, że wyrywa kawałki siebie. Nie chciała się tych tekstów pozbywać. Chciała je trzymać dla siebie. Wracać do nich i… I co? Wiedziała, że tak naprawdę to one ją trzymały na uwięzi. Każde słowo napisane o kimś z przeszłości komu nie pozwalała odejść. Z głupiego przywiązania, a może raczej… z uzależnienia, którego Sloane nie chciała leczyć w nadziei, że coś się w końcu zmieni, a ona znajdzie się na nowo w tym miejscu, które ją, kiedy rozpalało do czerwoności.
OdpowiedzUsuńKiedy kartki się paliły Sloane patrzyła na Ezrę. Bez cienia uśmiechu czy dumy, bez kpiny, ale z czymś co mogło przypominać zrozumienie. Może akceptację, że to co za nią naprawdę trzeba wyrzucić do śmieci.
— To tylko kartki. — Wzruszyła ramionami. Oboje wiedzieli, że to wcale nie były tylko kartki. Dla nikogo kto był twórcą, a kto rozpisywał swoje najgłębsze myśli na papierze to nie był tylko przedmiot. Tam się wylewało swoją duszę.
Sloane bezgłośnie westchnęła, jakby właśnie ją przejrzał, bo owszem coś tam jeszcze było o Carterze. Coś o Jamesie. O ich pokręconej sytuacji, w której Sloane się znalazła na własne życzenie.
— Pewien jesteś? Trójkąty ostatnio wróciły do mody i dobrze się sprzedają. — Mruknęła kąśliwie. W tej samej tej chwili wyrwała kolejną kartkę, gdy przekartkowała ich parę do przodu. Spoglądała na swoje niechlujne pismo, plamy po jedzeniu albo piciu, a potem zgniotła kartkę w dłoniach i wrzuciła ją do kosza, w którym jeszcze się tlił ogień na pierwszej części kartek. Notes był gruby, a Sloane odchudzała go coraz bardziej.
Sloane spojrzała na mężczyznę, kiedy się pochylił w jej stronę. Jego spojrzenie było przeszywające na wskroś. Bez pytania zaglądał w ciemne zakamarki jej umysłu, jakby miał do tego prawo, a Sloane nie potrafiła go powstrzymać. Nawet, gdyby naprawdę chciała… to nie mogłaby mu zabronić wstępu. Zresztą, czy nie po to właśnie tu przyszła? Żeby Ezra zajrzał dokładnie w te miejsca, a potem wypierdolił z nich to, co trzeba?
Możesz być świetna. Nawet więcej niż świetna.
Powtarzała sobie te słowa w głowie i… Wierzyła w nie. Nie mogła tu stać przed nim, palić swoich myśli w metalowym koszu i nie wierzyć, że jeszcze to coś w sobie ma. Chciała to udowodnić przede wszystkim, ale samej sobie. Nie Ezrze. Nie żadnemu byłemu. Czy innym ludziom, którzy już w nią nie wierzyli. Sobie. Tej Sloane, która w niej wciąż była i błagała, aby wypuścić ją na wierzch.
Kąciki ust Sloane lekko drgnęły, a ona… Sama nie była pewna na co ma bardziej ochotę. Śledziła wzrokiem jego twarz. Piękną, ale strasznie wkurwiającą w tym momencie. To przez ten uśmiech. Zdecydowanie.
— Oboje mogą się jebać. — Nie potrzebowała, już, żadnego faceta, aby określić kim tak naprawdę jest. Nie chciała przez resztę życia być oceniana przez pryzmat tego, że na rok sobie zagarnęła Zaire’a i bawiła się w żonkę. Nie chciała też być tylko i wyłącznie kojarzona jako córka tego muzyka, który podobnie, jak ona, ale zaliczał swój karierowy zjazd. To też najwyraźniej u nich było rodzinne.
Przesunęła językiem po ustach, ścierając z nich błyszczyk z drobinkami brokatu, a potem podniosła wzrok na Ezrę.
— Nawet nie masz pojęcia, jaką mam ochotę, żeby dać ci w twarz. — Wypowiedziała to tak miękko, na ile było ją stać. Jakby właśnie wyznawała mu miłość, a nie przyznawała się do agresji, która siedziała jej pod skórą. To wszystko przez ten pieprzony uśmiech. Jeden ruch i zdarłaby mu go z twarzy.
— Przekonamy się kim jestem.
Bo tego jeszcze nie wiedziała. „Sobą” nie brzmiało już jak prawdziwe słowo, a jak coś… Nieistotnego. Na początek musiała się ogarnąć, a to, że tutaj było dla blondynki okazało się pierwszym, ale trudnym krokiem do zrobienia. Nie chciała jednak wiecznie uciekać. Z tego właśnie była znana. Z uciekania przed tym, co ją bolało, ale może pierwszy raz w życiu Sloane nie musiała już wciskać gazu. Może teraz wystarczy, aby zmieniła bieg na mniejszy i trochę zwolniła. Może wtedy dostrzeże to, co z taką prędkością wokół niej przemijało.
— Cóż, dziękuję. — Westchnęła teatralnie. Bez wątpienia jeszcze będzie miał okazję, aby sobie na nią popatrzeć, kiedy będzie wkurwiona.
UsuńSloane nie czuła się gotowa, ale nie miała też wyjścia.
Wiedziała dobrze, co mu chce pokazać. Żaden łzawy kawałek o stracie faceta czy o utracie samej siebie. Wybrała coś innego. Coś co miała dawno napisane, ale nie pokazywała tego nikomu. Napisała to między jednym załamaniem, a drugim i jeszcze nie była pewna, czy będzie to miało jakikolwiek potencjał.
Nie zwlekała. Nie wahała się. Weszła do przeszklonego pomieszczenia, a kiedy zamknęła za sobą drzwi wszystko przestało mieć znaczenie. Nie było tu ciasno, ale Sloane czuła się klaustrofobicznie. Jakby dusiła się sama w sobie.
Założyła słuchawki. Nie poprawiła włosów. Nie poprawiła postawy.
Zamknęła za to oczy, bo to zawsze jej pomagało się odciąć od tego, co widziała przed sobą. Nie chciała patrzeć na Ezrę. Potrzebowała patrzeć na siebie.
Wiedziała, jak odbierze ten tekst, który mu prezentowała. Mimo, że go nikomu wcześniej nie pokazywała – potrafiła przewidzieć reakcję. Tekst przy pierwszym przesłuchaniu brzmiał, jakby znów śpiewała o destrukcyjnej miłości. O pragnieniu zasmakowania kogoś, kto ją zostawił. Kto rozrywał ją na malutkie kawałeczki, a potem wracał po więcej. Niekończąca się historia. O byciu muzą dla tej osoby, która nigdy nie chciała zostać, ale o której nie potrafiło się zapomnieć. Dopiero jeden, krótki wers zmieniał całokształt piosenki. you never left, i left myself.
To nie było o Zairze. To nie było o Jamesie.
Było o niej. Porzuceniu samej siebie. Utrzymane w sensualnym rytmie ze słowami, które osiadały na końcu języka i potrafiły sparzyć. Z atmosferą, którą w swoich piosenkach Sloane lubiła najbardziej – tą nutą niepewności, czy to będzie moment, aby zdejmować ubrania. To było ckliwe, płaczliwe.
Piosenka miała być dla niej przypomnieniem. O tym, że ta dziewczyna wciąż w niej istnieje. Że jej smak nie zniknął. Tylko czeka, aż Sloane przestanie się bać tego, jak intensywna potrafi być, kiedy nic nie stoi jej na przeszkodzie. Kiedy pozwala sobie być sobą.
I jeśli ktoś po tej piosence będzie myślał, że to kolejny utwór o toksycznej relacji to Sloane nie będzie go poprawiać.
Najniebezpieczniejsza relacja jaką miała zawsze była tą, którą miała sama ze sobą.
sloane
— Jeszcze nie zaczęłam się dzielić swoimi fantazjami. — Przewróciła oczami. Żaden sekret z tego, że Sloane bujała się między jednym facetem, a drugim. Zaire o tym wszystkim powiedział na jednym ze swoich koncertów, kiedy jeszcze byli razem. Nie rzucił nazwiskami, ale było wiadome, że to jest o niej. O swoje laski na boku by się tak nie pluł, gdyby miały innych na boku. Ale to już było nieistotne. Przeszłość. Rozdział prawie zamknięty, a przynajmniej tak Sloane chciała myśleć, że to wszystko jest już za nią i więcej tam wracać nie będzie musiała. Cholernie na to liczyła, ale wiedziała, że przed nią jeszcze długa droga, aby odciąć się od tego w pełni.
OdpowiedzUsuń— Ochota może przerodzić się w czyny.
Nie próbowała brzmieć, jakby go ostrzegała. To był zwyczajny fakt, a Sloane czasami nie panowała nad sobą. Wcale nie byłaby zdziwiona, gdyby się okazało, że któregoś razu ją do takiego stanu doprowadzi, że się już nie powstrzyma. Zamierzała być jednak grzeczna, ale nie w sensie, który Ezra chciał z niej wyplenić. Ona również miała ochotę pozbyć się tej dziewczyny, która wszystkim starała się wmówić, że „nowa ja” to ta poprawna wersja.
Żadnej pewności nie miała, czy mu się to spodoba. Czy uzna, że to jednak brzmi i jest kawałek o kolejnym byłym. Nie pisała tego kawałka z myślą o żadnym z nich. Pamiętała, że była wtedy w Madrycie. Zrobiła sobie krótkie wakacje od wszystkiego i wszystko zaczęło ją przytłaczać. Nie spała, była druga w nocy, a ona zaczęła pisać. Między łykiem wina, podwójną dawką xanaxu wyszło to. Poprawiała to później wiele razy, aż w końcu trafiła na odpowiednią wersję, ale nikomu tego nie pokazywała. Aż do dziś. Ezra mógł ją wyśmiać. Wyrzucić i kazać zapomnieć, że cokolwiek jej proponował. Mógł uznać, że nie widzi w tym jednak potencjału, a dalsze błaganie o to, aby ktoś po nią wrócił. Że wyczuje ten strach przed samotnością, który jej nie opuszczał mimo tego, że już dawno temu powinna się była do niej przyzwyczaić.
Sloane nie potrzebowała, aby wszyscy ją lubili. Ezra nie musiał jej lubić. Z ludźmi, z którymi się pracowało lepiej było się nie lubić. To pozwalało zachować profesjonalizm. Sloane tylko chciała, aby dał jej to, co sam oferował. Zmianę. Nie szukała w nim przyjaciela. Raczej może… mentora. Kogoś kto wie lepiej. Nie zawsze potrafiła zamknąć usta i często uważała, że jest tą, która wie lepiej, więcej i tym razem nie chciała znów tą dziewczyną być, bo to rzadko prowadziło do dobrych rzeczy.
Wyszła z pomieszczenia po chwili. Potrzebowała kilkunastu sekund dla siebie, zanim znów wróci do świata. Gotowa była na krytykę, choć jej nie lubiła, ale potrafiła przyjąć. Inaczej nigdzie by nie zaszła, gdyby nie umiała słuchać.
Kącik jej ust drgnął, ale nie w podziękowaniu. Daleko było jej do tego, aby mu dziękować za to, że jej wysłuchał i nie odłączył jej mikrofonu po pierwszej zwrotce, która jak nic, ale brzmiała jak jęczenie za tym, że ktoś ją zostawił. Celowy zabieg. Prawdziwa inspiracja dla tej piosenki pojawiała się w ostatnim wersie.
— Spodziewałeś się czegoś innego. — Sloane nie pytała. Nie dawała powodów, aby myśleć, że może z siebie wyrzucić coś więcej. Samą siebie tym zaskoczyła, szczerze mówiąc. Może krok po kroku odkryje to, co w niej jeszcze siedzi.
Sloane była gotowa na zmiany, a przynajmniej zaczynała być gotową. One nie nadejdą jutro, ale stopniowo będą się pojawiać. Jedna po drugiej, aż w końcu w lustrze znów zobaczy dziewczynę, na którą chciała patrzeć. Nie tylko tę poranioną Sloane, która jeszcze nie wiedziała, jak naprawdę się nazywa i ile z tego to akt, nad którym już nie panuje.
— A ze złych wiadomości? — Uniosła brew. Nie dziękowała za szansę. Jeszcze było na to za wcześnie. Sloane dziękowała dopiero wtedy, kiedy widziała efekty. Nie tylko Ezra musiał się narobić, żeby to zadziałało, ale przede wszystkim Sloane. A wiedziała, że może wystarczyć jedno niefortunne spotkanie, aby wszystko nad czym pracowała poszło się jebać.
Słuchała go i notowała wszystko w głowie. Nie potrzebowała notesu i długopisu, aby pewne rzeczy spamiętać, a akurat to, co mówił jej Ezra było ważne. Nie wchodziło jednym uchem i nie wychodziło drugim. To w niej zostawało.
Usuń— Czy teraz dałam ci ckliwy tekst o byłych? — Uniosła brew, ale nie czekała na odpowiedź. — Miało być bez nich i takie jest. Dostali uwagę w poprzednim albumie. Chyba wystarczy, nie sądzisz? — Pochyliła się lekko i wzruszyła ramionami. Tamten album się udał, bo były miliony takich, jak ona, które przechodziły przez złamane serca. Dziewczyny, chłopaki – każdy coś znalazł dla siebie, ale to nie była Sloane, którą chciała sprzedać światu. Napisała ten album, bo cholera, musiała się wyżyć artystycznie. Opowiedzieć to, co w niej siedziało na sposób, który tylko ona znała.
Poczuła pod skórą przyjemny dreszczyk. Coś, czego nie czuła w sobie już dawno.
Album o niej. Nie o romansach. Nie o tym, jaka jest skrzywdzona. Album o Sloane, która obnaży się na tyle, ile trzeba i wróci na scenę z takim hukiem, jakiego nikt się po niej nie spodziewa.
— Wszystko jest do negocjacji. — I niekoniecznie mówiła tutaj o umowie. Odebrała od niego teczkę, ale zawartość przejrzy na spokojnie. I mógł być pewien, że zrobi to z prawnikiem. Musiała. Nie mogła ślepo we wszystko wierzyć. Była skłonna sprzedać duszę, ale musiała być pewna, że będzie warto. — Szkoda, lubię waniliowe świece w garderobie, wodę Fiji dla psa i Coca-Colę Zero w hurtowych ilościach. I masażystę na zawołanie.
Rzuciła to w formie żartu. Miała swoje wymagania, ale tym mogła zająć się asystentka. Zresztą, Sloane nie była tą rozpieszczoną gwiazdką, która marudzi, bo dostała złą markę wody do garderoby. Miała swoje wymagania, jak wszyscy, ale nie rzucała szkłem, bo dostała zwykłego Red Bulla zamiast tego bez cukru. Bez przesady, nie?
— Julie? — Powtórzyła po nim. Sloane lekko zacisnęła palce na teczce. Julie była z nią od długiego czasu i miał rację, nie lubiła jej. Często miała ochotę się jej pozbyć. Julie i Clary. Wszystkich szczerze mówiąc. Każdego kto próbował ją tłamsić. Ale Sloane była lojalna. Niestety, najczęściej nie tam, gdzie jej lojalność byłaby doceniona.
— Daj mi kilka dni. Przejrzę umowę i może, może, nie będę miała żadnych zastrzeżeń. Podpiszemy co trzeba, a Julie tego samego dnia dostanie wypowiedzenie.
Miała ochotę pozbyć się jej już dawno. Nigdy nie umiała się do tego zmusić. Może potrzebowała małego kopa, którego właśnie dostała. Sloane nie chciała wspominać o tym, jak błyszczała dawniej. Ona chciała robić to dalej, ale na większą skalę. I czuła, że być może pierwszy raz ją ktoś zrozumiał.
sloane
Sloane nienawidziła tej nonszalancji, która doprowadzała ją do szału. Nie miała z kolei nic przeciwko temu, kiedy sama w ten sposób się zachowywała. Ona w końcu była wyjątkiem, nie? Jej wolno było wszystko. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła. Spoglądała na Ezrę, zastanawiając się, jak oni się dogadają. Widać było po tych krótkich wymianach zdań, że oboje są uparci jak cholera i nie odpuszczają. Że nie zmierzają odpuszczać.
OdpowiedzUsuńNa ten komplement, bo dla niej to był komplement, Sloane się aż uśmiechnęła.
— Popracujemy nad moją upartością? — Zaśmiała się. Dobre sobie. Chciałaby to zobaczyć, czy faktycznie uda mu się to z niej wyplenić, ale było dla niej jasne, że nie. Wielu próbowało i nawet, jeśli na chwilę Sloane przestawała się rzucać, jak wariatka to ostatecznie i tak wracała do bycia tą upartą dziewczyną, która nie dawał sobie wejść na głowę. — Będziesz pierwszym, jeśli ci się to uda. I nie wątpię, że jesteś mężczyzną wielu talentów, ale z tym… Nie nastawiałabym się na sukces.
Tego Sloane w sobie nie chciała zmieniać. Lubiła to, że jest uparta. Mogła rozważyć ewentualnie rozpatrzenie, aby nie być upartą każdego dnia i we wszystkim, ale to jeszcze było do przemyślenia.
Sloane była ciekawa, jak to się wszystko dalej potoczy. Prawda była taka, że chciała się pozbyć Julie od dawna. Clara bywała w porządku, ale przestały się dogadywać. Być może Sloane naprawdę potrzebowała zmiany, a ta zmiana musiała się zacząć od ludzi, którzy przyklaskiwali sobie nawzajem na pomysły, aby trzymać Sloane w zamknięciu. Ukrytą przed samą sobą. Przed wersjami, którymi mogła być. Tłamszona „dla własnego dobra”.
— Jasne. — Przytaknęła. Julie out. Clara out. Nowy początek, tak to właśnie brzmiało. A chociaż jeszcze nie wiedziała, co jej to przyniesie to Sloane była skłonna zaryzykować. W nadziei, że Ezra przysłowiowo nie robi jej w chuja. Ufała już nieodpowiednim osobom i nie chciała, aby on stał się kolejną do kolejki. Miał w tym cel – pieniądze. Odpowiednio ukierunkowana Sloane mogła przynieść wielkie zyski. Wiedziała o tym. — W styczniu zaczynam trasę. Póki co tylko po US, połowa stycznia, cały luty i marzec.
Pewnie o tym wiedział, ale chciała to jeszcze sama powiedzieć. Jakby tym samym zaznaczała, że nie wycofa się z trasy. Nie zrobi tego swoim fanom, którzy oszczędzali kasę, brali specjalnie wolne. Sloane od tygodni się już do tej trasy przygotowywała. Wszystko było dopięte już na ostatni guzik. I ona naprawdę chciała ją zrobić. W dokładnie takiej wersji w jakiej miała być. Zgadzając się na ewentualnie niewielkie zmiany.
Jego uśmiech był niebezpieczny. To właśnie sugerował. Niebezpieczeństwo, po które Sloane sięgała garściami. Czuła tą znajomą nutkę niepokoju, której już dawno w sobie nie miała. I cholera, chciała więcej, chociaż jeszcze nie była pewna, co tak naprawdę to oznacza.
Sloane czuła, że ona już podjęła decyzję. Musiała się najpierw upewnić, że nie wyjdzie na tym źle, a potem… Potem mogła zacząć od nowa. Po swojemu, ale kierowana przez Ezrę. Podobało się jej to bardziej niż grzanie dalej wersji grzecznej dziewczyny, która próbuje zadowolić wszystkich, ale nie samą siebie.
— Będą wściekłe. — Mruknęła pod nosem do samej siebie. Och, zdecydowanie będą wściekłe, ale chyba w tym leżała cała zabawa, nie? Sloane była gotowa zacząć od nowa. Pod okiem kogoś innego. Z kimś kto nie będzie próbował z niej robić potulnej i łatwej w odbiorze. Ezra mógł jej to wszystko dać, a Sloane mimo obaw gotowa była sięgnąć po to bez choćby chwili wahania.
— Nie po twojemu. — Poprawiła o. Owszem, zmierzała się posłuchać. W pewnych kwestiach. — Po naszemu.
Mógł mówić co chciał, ale Sloane nie zmierzała robić wszystkiego pod czyjeś dyktando. Zauważył już, że jest uparta. I zamierzała ten upór dalej pokazywać. I na pewno nie będzie brała grzecznie wszystkiego, co jej podsunie pod nos.
Przygryzła wnętrze policzka. Wszystko co jej mówił brzmiało, jakby okraszone było groźną nutą. Czymś, od czego większość ludzi by uciekała, a Sloane nie mogła się doczekać, aż będzie mogła się w tym kąpać. I była gotowa na to, co będzie dalej.
— Nie zamierzam być kolejną zapomnianą gwiazdką. — Odezwała się po chwili, ale z namysłem. Nie w sposób, który miał przekonać Ezrę czy ją samą. Pochyliła się nad mężczyzną, a przy zbliżeniu czuła nie tylko mocne, drogie perfumy, ale przede wszystkim pewność, że to im wypali. — Może kopać, krzyczeć i gryźć, jeśli trzeba.
UsuńJeszcze nawet nie spojrzała na dokumenty, ale wiedziała, że dokonali właśnie transakcji.
— Nie pożałujemy tego.
To nie była obietnica, to był fakt. Sloane czuła się przekonana. Zauważona, a to więcej niż dostała w ostatnim czasie.
sloane
Sloane jeszcze nie znała go na tyle, aby być w stanie odróżniać, kiedy jego uśmiech jest kpiną, a kiedy po prostu jest tylko uśmiechem. Musiała się tego nauczyć, a nie zrobi tego w jedno popołudnie. Teraz jej coś jednak mówiło, że on z niej wcale nie kpił. Jednak nauczenie się tego, jak ten mężczyzna działa zajmie czas. A tego Sloane ostatnio miała aż nadto. W dodatku nie mogła się doczekać, aż go rozgryzie po swojemu.
OdpowiedzUsuń— Widzisz? Jedno spotkanie i już istnieje jakieś „my”. — Zaśmiała się. Biznesowe „my”, żeby była jasność. Sloane jakiekolwiek inne „my” sobie zamierzała darować. Z nim i z kimkolwiek innym. Wolała nie zaprzątać sobie głowy teraz takimi problemami. Miała ważniejszy na głowie. Siebie. Musiała najpierw ogarnąć siebie, a potem mogła myśleć o całej reszcie.
Sloane zmrużyła oczy. Doskonale wiedząc, że Ezra ma rację. Musiała się nauczyć, nie tylko jego, ale przede wszystkim, jak w tym świecie ma się odnaleźć na nowo. Stawiała tu dopiero kroki. Malutkie i jeszcze niepewne. Jak dziecko, które dopiero się uczy chodzić. Minie chwila zanim będzie chodziła z tą samą pewnością, którą dawniej w sobie miała.
— I tu mamy problem… Nie potrafię być posłuszna, Ezra. — Wzruszyła ramionami. Buntowała się, krzyczała i drapała, ale… Ostatnio mniej, więc może nie będzie miał z nią tak ciężko, jak się mogło wydawać. — I lubię, kiedy sprawy idą po mojemu. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, kiedy nie powinnam mieć żadnej władzy w rękach.
Patrzyła na niego uważnie. Słuchając i pozwalając, aby te słowa do niej docierały. On nie próbował jej zgarnąć dla siebie. Takie wrażenie sprawiał, a to… To było dla Sloane coś.
— Mogę się postarać, ale nie obiecuję, że będzie łatwo.
Ezra raczej też nie liczył, że Sloane da mu się oswoić bez buntu. Mogła się pogubić, ale to wciąż była ona. Nie nadawała się pod tresurę. Nie była jedną z tych, którymi można kierować wedle własnego widzimisię się. Może obecnie, bo na to pozwoliła i pogubiła się cholernie mocno w tym wszystkim co się z nią działo przez ostatnie miesiące, ale Ezra dał jej nową perspektywę. Dał jej coś, czego Sloane nie mogła wypuścić z rąk. Coś czego nie mogła zjebać.
— Nigdy nie byłam lubiana. Z czasem, jasne. Ale nie mam ckliwej historyjki dziewczyny, która wygrała X Factora i pochodzi z biednej rodziny. — Wzruszyła ramionami. Nie przeszkadzało jej to, że nie wszyscy ją lubili, ale trafiała do ludzi. Potrafili się z nią utożsamić, a to wystarczyło. — Nie mam być lubiana. Ja mam być niezapomniana.
Uśmiechnęła się nieco szerzej. Pewniej, a przede wszystkim z tym błyskiem w oku, który równie dobrze mógł być zapowiedzią tej Sloane, którą Ezra tak bardzo chciał z niej wyciągnąć.
— I jak już ją zobaczysz to puścisz w samopas? — Zaśmiała się, jakby właśnie wyobrażała sobie to ckliwe pożegnanie, bo odradziła się jak feniks z popiołów i może ją wypuścić na dobre. — Powrót dekady, huh? Wcale nie brzmi tak źle. — Stwierdziła. Przynajmniej raz nagłówki będą mówić coś innego niż o jej kolejnych upadkach. — Ja już zaczęłam te rzeczy palić.
Sloane ześlizgnęła się sprawnie z biurka. Zrobiła co miała. Reszta rozwiąże się sama.
— Kolejna błyskotka do kolekcji? — Rzuciła nie pozbywając się lekko kąśliwej nuty z głosu. Na upartego prawie zazdrosnej, że komuś innemu będzie poświęcał teraz uwagę. — Nowy Jork już jest rozpieprzony. Jeśli coś zrobisz… to może mi go poskładasz do kupy.
Sięgnęła po swoją marynarkę, którą rzuciła na kanapę, gdy tu weszła. Wyjęła spod niej włosy i obrzuciła go ostatnim spojrzeniem. Miała już łapać za torebkę i wyjść, kiedy zawahała się na moment, a potem wyjęła z niej pendrive. Śmiesznie różowego w kształcie świnki. Prawie parsknęła, kiedy go mu podawała.
— Przejrzyj go. Zobaczysz co mi ostatnio siedziało w głowie. Wypierdol to, co się nie nadaje. Albo powiedz tylko co myślisz. — Wzruszyła ramionami. — Podeślę ci hasło do niego. Długi ciąg numerków i znaczków, sam wiesz, jak to działa.
sloane
Zgodnie z obietnicą Sloane wysłała mu hasło zaledwie parę minut później, kiedy siedziała już w aucie i miała wrócić do hotelu. Różowy pendrive w kształcie świnki był niepoważny, a jednocześnie nikt nie spodziewałby się, że właśnie tam Sloane będzie trzymała ważne dla siebie rzeczy. Chodziło o to, aby wyglądał niepozornie. Jak głupota, na której pewnie trzyma zdjęcia z wakacji czy inne nieistotne rzeczy. Nie wiedziała, czy Ezra znajdzie tam coś godnego uwagi. Spędzili razem może godzinę albo trochę ponad, ale to było zbyt mało, aby takiego człowieka rozczytać. Rzucał tekstami, które nie były oczywiste. Miał uśmiech, który miała ochotę zedrzeć mu z twarzy i aurę człowieka, który wie co robi, a przede wszystkim, dlaczego to robi. Sloane dawniej miała w sobie coś podobnego, ale to wszystko utraciła. I teraz albo to odzyska albo straci raz na zawsze.
OdpowiedzUsuńNie mówiła tego głośno, ale przerażała ją wizja bycia zapomnianą. Rzucą w kąt, jak zepsutą zabawkę. Miała czasem wrażenie, że właśnie tym się dla tych wszystkich ludzi wokół siebie stała. Zepsuta zabawką, której nie było po co reperować, bo jeszcze czasem wydawała z siebie jakieś zadowalające dźwięki, więc można było od czasu do czasu po nią sięgnąć, gdy zaszła taka potrzeba.
Sloane spędziła resztę popołudnia i wieczoru czytając dokładnie całą zawartość czarnej, eleganckiej teczki. Przeczytała to wszystko trzy razy. W swoim dorosłym, choć krótkim, życiu czytała setki umów. Nie olewała tego i nie zrzucała na prawnika. Ona również musiała wiedzieć na co się pisze i to zrozumieć. Kolejne dwie godziny spędziła na telefonie z Kathleen i Williamem, który pierwsi zawsze czytali wszystkie jej umowy, zajmowali się tą prawną stroną jej kariery. Niezależni od Clary czy Julie, wytwórni i producentów. Byli tylko i wyłącznie dla niej. Przesłała im wszystkie dokumenty. Miała trzy dni, aby zadecydować i nie zamierzała podejmować tej decyzji w jeden wieczór. Zrobi to na spokojnie. Następnego dnia oboje przylecieli do Los Angeles, bo rozmowy przez telefon i na teamsie nie mogły zastąpić tej twarzą w twarz. Wyjaśnili jej wszystko co wydawało się niejasne. Wskazali na to, co wydawało się być odrobinę niepewne, ale koniec końców nie mieli tak naprawdę zastrzeżeń co do tego, co oferował jej Ezra. Sprawdzili również, ile może ją kosztować ewentualne odejście od obecnej wytwórni, jak wiele może stracić i wszelkie straty nie były aż na tyle kosztowne czy straszne, żeby nie mogła odejść od tego, co znała.
Sloane stała teraz najprawdopodobniej przed jedną z tych decyzji, które odmienią jej życie na dobre. Jeden podpis był wystarczający, aby Sloane odcięła się grubą kreską od tego, co znała. Do czego była przywiązana. Takie zmiany nigdy nie przychodziły jej łatwo, ale zrobiła to. Spędziła trzy dni na długich rozmowach. Kończących się czasem jej przekleństwami i wrzaskami, trzaskaniem drzwiami, ale zrobiła to. Jej podpis spoczął na dokumentach. Nie zadrżała jej ręka. Nie odwracała głowy i nie szukała na twarzach Williama czy Kathleen odpowiedzi, że robi źle.
Dokładnie trzy dni po rozmowie z Ezrą, Sloane w południe, będąc już nakręconą po kawie i dwóch energetykach wybrała jego numer. Może się spodziewał, że go oleje, spali dokumenty i więcej nie pokaże się na oczy. Wróci do Nowego Jorku i do starego teamu, który nie będzie jej wznosił. Tylko trzymał na tym bezpiecznym poziomie.
Tym razem sygnałów było więcej niż trzy. Nie miał przy sobie telefonu tak, jak wcześniej albo specjalnie nie odbierał od razu i sprawdzał. Co? Bóg jeden wie. Albo i nie. Sloane wątpiła, że w ich świecie istnieje jakikolwiek bóg.
Dopiero po ciągnących się sekundach usłyszała po drugiej stronie jego głos, ale nie przywitała się. Rzuciła za to innym tekstem.
— Jak ma się moja świnka? — Strasznie ją bawiło, że taki mężczyzna jak Ezra w marynarce tamtego dnia miał różowego pendrive ze świnką. Sloane wstrzymała śmiech, który bardzo chciał z niej uciec. To na potem. — Masz czas się dzisiaj spotkać? Musimy coś omówić.
sloane
W oczekiwaniu aż odbierze Sloane nerwowo stukała paznokciami o blat stolika, który stał obok fotela, na którym siedziała. Prawdę mówiąc była trochę zdenerwowana, ale nie chciała tego przed nim pokazywać. Miała wrażenie, że chociaż nie widział jej teraz to jest w stanie zobaczyć każde drgnięcie jej powieki czy nerwowy uśmiech. Dla Sloane to była ogromna zmiana, którą czuła już w kościach, a dopiero co złożyła podpis. Wszystko inne było jeszcze przed nią.
OdpowiedzUsuń— Tylko jedną Grammy? Liczyłam na co najmniej trzy. — Prychnęła pod nosem. Jedną już miała, a teraz Sloane gotowa była na znacznie więcej. Nie chodziło o prestiż, ale o odbicie się od tego dnia, w którym siedziała. Było tu pełno mułu i tych lepkich, obleśnych rzeczy, których nigdy więcej Sloane nie chciała już dotykać.
Domyślała się, że jego twarz zdobi teraz ten uśmieszek, który działał jej na nerwy. I być może wypadałoby, aby Sloane była nieco milsza, skoro właśnie oddawała mu całą swoją karierę w ręce. Pewnie powinna była przestać z tym mówieniem, jak bardzo ma ochotę mu go zetrzeć z twarzy. I myśleć, bo znów miała przeczucie, że Ezra doskonale wie co Sloane sobie w tej chwili myśli.
— Planowałam zadzwonić równo o północy, ale mi się nudziło. — Byłam zniecierpliwiona. Chciała zacząć już teraz i nie czekać nawet sekundy dłużej. Potrzebowała jakiegoś ruchu. Fizycznego i mentalnego. Zacząć myśleć nad tym, jak teraz będzie wyglądało jej życie i kariera. — Teatralna część jest jeszcze prze tobą. Nie martw się, Ezra. Dostaniesz ode mnie cały pakiet.
Mógł chcieć, aby Sloane skończyła z dramatami, ale to była jej siła napędowa. Nie potrafiła bez tego funkcjonować, a prędzej czy później miał się przekonać o tym na własnej skórze. To nie będzie łatwa współpraca. Tyle wiedziała, ale zamierzała zrobić wszystko, aby wytrwali w tym do końca. Nawet wtedy, a może szczególnie wtedy, kiedy będą chcieli się nawzajem pozabijać.
Parsknęła pod nosem.
— I niby ja wymyślam z waniliową świeczką i woda Fiji? — Przewróciła oczami. A to dopiero byłby początek listy życzeń Sloane Fletcher. To będzie owocna współpraca. Była tego pewna.
Sloane nie mogła się doczekać, jak to wszystko będzie wyglądało później. Teraz się dogadywali i patrzyli w tym samym kierunku, ale była nauczona, że to zwykle tak długo nie trwa. Że z czasem perspektywy się zmieniają.
Spędziła resztę popołudnia szykując się i na telefonie z Kathleen, która wróciła już do Nowego Jorku. Zostawiła ją z listą pytań, które mogła, a nawet musiała zadać Ezrze i obiecała w razie czego być pod telefonem. To, co było przedstawione w umowie pasowało Sloane. Już obejdzie się bez tych swoich świeczek i masażysty. Podobało się jej to, co zamierzali razem stworzyć. Musiała się nauczyć zaufania do mężczyzny. Bezpiecznego zaufania. Ufać, ale bez przesady. Ezra zresztą doskonale wiedział, jak to działa. Oddawanie zbyt wiele również nie prowadziło do niczego dobrego.
Była trochę spóźniona, ale bez przesady. Pięć minut to jeszcze nie była tragedia.
Sloane zgodnie ze wskazówkami, które podał jej przez telefon znalazła w garderobie coś eleganckiego. Przerwała jednak tę elegancję skórzaną kurtką. Luźno narzuconą na jasną koszulę, która mimo kroju miała w sobie coś z grzechu. Sloane czuła, że musi na nowo odnaleźć swój styl. Kręciła się między pociętymi w szale koszulkami z logami zespołów, a dopasowanymi spodniami garniturowymi. Nie zmieniały się jedynie szpilki. Te zawsze były wysokie i głośne. Na miejscu asystentka kazała jej chwilę zaczekać, a ona sama poszła poinformować Ezrę o jej przybyciu. Sloane pohamowała w sobie chęć, aby po prostu iść za nią i wbić mu do biura, jak do siebie. Na to jeszcze przyjdzie czas. Dopiero, kiedy kobieta po nią wróciła Sloane skierowała się do biura.
Nowoczesne, utrzymane w ciemniejszych kolorach. Po samym wejściu czuć było tu sukces, który nie udawał się każdemu. Trzymała w dłoniach czarną teczkę, w której spoczywały podpisane już dokumenty. Nie przyszła się wykłócać o umieszczenie dodatkowych klauzuli.
Wchodząc do środka jej szpilki odbijały się echem od marmurowej podłogi.
Usuń— Ty nie jesteś „niektórzy”. Musiałabym bardziej przeskrobać, żebyś mnie tam zesłał.
Kącik ust jej drgnął, a spojrzenie na moment zatrzymało się na mężczyźnie. Spokojny, jak zawsze, ale z tą pewnością siebie, która od niego biła, a która mogła być przytłaczająca, jeśli nie było się do takiej energii przyzwyczajonym. Sloane się od tego odzwyczaiła, ale była z nią zaznajomiona i nie dała się nią zagiąć. Zajęła miejsce wskazane przez Ezrę, a teczka wylądowała na biurku między nimi. Założyła nogę na nogę, nie odrywając wzroku od mężczyzny.
— Dobra jest. — Skinęła głową w stronę umowy. Była cholernie dobra, a dla Sloane oznaczała nowy początek. — I jest podpisana.
Podpis na niej złożyła szybciej niż się spodziewała. Bez martwienia się o Clarę czy Julie. O ludzi, z którym pracowała przez lata. Nadszedł czas zmian, a Sloane już się nie cofała.
— Brakuje twoich i… Oficjalnie będę twoja.
sloane
To, że Sloane nie miała uwag jeszcze nie oznaczało – przynajmniej dla niej – że na ślepo się zgodziła. Studiowała umowę dokładnie. Rozkładała ją na czynniki pierwsze i gotowa była zrezygnować ze swoich widzimisię. Obecna umowa oferowała jej więcej wszystkiego niż to, co miała w poprzedniej wytwórni. Sloane nie tylko patrzyła na swoją lojalność, ale i na korzyści. Bywała gwałtowna, ale nie zamierzała pozwolić, aby jej niewyparzony język powstrzymał ją przed rozpoczęciem czegoś, co odmieni jej karierę i życie osobiste o sto procent. Czasem jednak wiedziała, kiedy się zamknąć.
OdpowiedzUsuń— Dramaty zachowam na lepsze momenty. Nie będziesz się ze mną nudził, Ezra. — Obiecała i puściła mu oczko. Nie flirtowała, a na swój sposób obiecywała, że nie zamierza grać grzecznej dziewczynki, którą widział jakiś tydzień temu. — Uznałam, że nie ma co walczyć o waniliowe świece. A reszta… Reszta mi odpowiada.
Potrafiła docenić dobry deal, a ten… Plułaby sobie w brodę, gdyby dała temu odejść, bo miała jakieś własne urojenia, które musiał spełnić, aby ich współpraca się w ogóle odbyła. Sloane i tak wiedziała, że będzie ciężko i że pojawią się momenty, kiedy oboje będą mieli siebie nawzajem dosyć, ale na ten moment o tym nie myślała. Obecnie była zachwycona nową współpracą, a przede wszystkim tym, że Ezra nie chciał jej ustawiać tak, aby dobrze wypadała. Chciał ją… W jej wersji. Nieoszlifowanej, kontrowersyjnej. Nie potrzebował tylko ładnej buźki z głosem, bo to mógł dostać na zawołanie. Sloane mogła dać mu coś, czego nie da mu inna i o tym wiedziała.
— Myślałam, aby jeszcze dodać „i nie będzie uśmiechał się w ten wkurwiający sposób”, ale bądźmy szczerzy, niektórych rzeczy wykonać się po prostu nie da.
I najgorsze było to, że Sloane ten jego wkurwiający uśmiech zaczynała lubić. Pasował do niego i do sposobu w jaki się obnosił. Mimo, że to było wkurwiające to musiała zacząć się przyzwyczajać. Skoro czekała ich współpraca i to wcale niekrótka – jej własne przemyślenia musiały iść na bok.
Zaśmiała się na jego teksty.
— Zaczynam żałować, że nic takiego jednak od siebie nie dodała. Czekaj! Mogę to jeszcze zmienić? — Położyła dłoń na biurku, jakby zamierzała sięgnąć po dokumenty, ale palce znajdowały się zbyt daleko, aby mogła po nie faktycznie sięgnąć. — Ustne porozumienie hm… — Powtórzyła po nim. — Do rzucania szklankami nie potrzebuję klauzuli. Tylko nie bawmy się w zakazy zbliżania. Jeszcze w nikogo nimi nie trafiłam. — Trafiłaby, gdyby chciała. Zawsze celowała z boku, a nie w kogoś. Jeszcze tego jej brakowało, aby miała splamioną kartotekę. Wystarczyło, że miała na koncie parę razy szybką jazdę i dwa nieopłacone mandaty, o których się jej zapomniało. No bywa. Jest zajętą kobietą, która nie ma czasu na sprawdzanie własnej poczty. Więc to nie jej wina. Meave miała przeglądać jej pocztę i tego nie dopilnowała. Jeśli trzeba kogoś winić to na pewno nie Sloane. Zapłaciłaby to tego samego dnia, a tak przypomnienie przyszło pół roku później.
Sloane odchyliła się lekko na fotelu, a dłonie splotła ze sobą i położyła je na kolanie.
— Nie byłam tego pewna na początku. Ani kiedy przeczytałam umowę. Brzmi… Zbyt dobrze, aby była prawdą. — Przyznała. Było w niej parę szczegółów, które Sloane nie pasowały w stu procentach, ale to nie było nic istotnego co miałoby ogromny wpływ, więc to zostawiła. Gotowa na mały dyskomfort. To była w końcu praca, a nie wakacje. — Byłam w tej wytwórni od samego początku. Z Clarą i Julie… Ze wszystkimi. Może niedługo, ale wystarczająco, aby się przyzwyczaić. Pewnie rozumiesz, że nagłe zmiany nie są łatwe.
Zwłaszcza w jej sytuacji, kiedy Sloane tak naprawdę nie wiedziała, czy dobrze robi czy może jednak popełnia błąd, z którego nie wygrzebie się przez najbliższe kilka lat. Chciała jednak postawić na siebie. Ufała samej sobie, choć nie zawsze należało to robić, ale w sprawach biznesowych jeszcze potrafiła decydować. Czasem przed współpracą czuła, że ona nie wypali. Pojawiało się ostrzegawcze uczucie w klatce. Z Ezrą tego nie miała.
Miała chwilę zawahania, kiedy chciała podrzeć dokumenty i zwiać z powrotem do Nowego Jorku, a jednak mimo wszystko siedziała dalej tutaj. I wcale nie zamierzała tak szybko odchodzić. Była podekscytowana nowymi perspektywami, które Ezra dla niej miał.
UsuńPrzyglądała mu się, gdy sięgał po eleganckie czarne pióro ze złotymi zdobieniami. Te zdobienia lekko odbiły światło z góry, gdy odkręcał zakrętkę i zaczynał pisać. Wraz z jego podpisem to wszystko stało się naprawdę realne. Bez żadnego powrotu. Legalnie – praca Sloane, jej głos i ona sama należały do VXIL Records. Jej kopia została przesunięta w jej stronę, ale nie sięgnęła po nią od razu. Wstała z sekundowym opóźnieniu do Ezrze. Miał dużą, ciepłą i zdecydowaną dłoń, ale także uścisk, który nie pozostawiał żadnych wątpliwości.
— Podpisałam właśnie umowę z diabłem? — Nie powstrzymała się od rzucenia krótkiego żartu. Uśmiechała się jedną stroną ust z tą pyskatą pewnością siebie, która na nowo zaczynała się w niej rozgaszczać.
Uścisk trwał dłużej. Prawie jak przypieczętowanie czegoś więcej niż tylko umowy.
— Teraz — zaczęła — kiedy zaczynam i co robimy? Ale przede wszystkim… Co z trasą?
Przejście do XVIL to jedno, ale było jeszcze milion szczegółów, które należało dopiąć. Takich, których Sloane sama nie ogarnie, a którymi zajmowała się właśnie wytwórnia. Ezra miał własnych zaufanych ludzi, którym powierzał zadania, ale Sloane musiała ich poznać. Jak każdego z kim zamierzała pracować. Bo może ona tylko śpiewała i tańczyła, ale chciała i musiała wiedzieć komu powierza to, co dla niej najcenniejsze.
sloane
Sloane ten pewny uścisk dłoni odwzajemniła, a na jej twarzy gościł pełen zadowolenia uśmiech. Coś, co przypominało „wiem co robię i z kim”, a jednocześnie sugerowało, że jest gotowa na wszystkie zmiany, które zamierza wprowadzić w jej życiu. Nawet te, które będą niewygodne i będą ją kuły po bokach. Wiedziała, że ona tej zmiany potrzebuje i bez niej niewiele osiągnie. Że gdyby się na to nie zgodziła, to byłaby dalej w tej samej czarnej dupie tylko mogłaby udawać, że jest spoko, bo ma przed sobą trasę, album był sukcesem i jej konto ładnie wyglądało.
OdpowiedzUsuń— Prawie poczułam się jak księżniczka. — Prychnęła. Podobał się jej ten układ. I limitowane świeczki. — Tylko żadnych gównianych zapachów, jasne? Żadnej lawendy na uspokojenie. — Upomniała go, a na samą myśl o takim zapachu robiło się jej słabo. — Jeszcze nawet nie zaczęłam żądać masażysty po koncertach, a już mnie upominasz, że to nie spa. — Westchnęła przewracając oczami.
Zrobiła to i nie było już żadnego odwrotu od tej sytuacji. I dobrze, bo Sloane nie miała w zwyczaju cofać się przed podjętymi już decyzjami. Zwłaszcza nie przed takimi, które otwierały przed nią nowe możliwości. Od dawna wiedziała, że jeśli zostanie tu, gdzie była do tej pory to nigdy tak naprawdę nie uda się jej rozkwitnąć bardziej. Trzymaliby ją na tym samym poziomie, a to jej nie satysfakcjonowało. Ezra rozwinął przed nią przyszłość, w którą Sloane wejdzie z dumą i wysoko uniesioną głową, a nie schowana pod kapturem i z nadzieją, że nikt nie zauważy.
— W takim razie dobrze trafiłam. — Odpowiedziała z uśmieszkiem.
Ezra był konkretny. Mówił wprost i nie zwodził jej bajeczkami, w które miała uwierzyć. Sloane wiedziała, że to będzie ciężka praca i nie od razu wejdzie w ten sam rytm, ale choćby miała się zaharować na śmierć to zamierzała wykorzystać swój potencjał w pełni. Wiedziała, że go ma i że potrafi nim pokierować tak, żeby wszyscy, ale przede wszystkim ona była zadowolona.
— O której to spotkanie? — Pytała, jakby zamierzała właśnie obliczyć, o której godzinie ma skończyć swoje świętowanie, żeby nie pojawić się skacowana na rozmowach, na których miała być skupiona i poważna. W rzeczywistości jeszcze nie była pewna, czy pójdzie świętować, ale… Ale chyba wypadałoby. Miała w końcu co świętować, prawda? Nie mogła obojętnie przejść obok tak życiowych zmian.
Sloane przesunęła językiem po wewnętrznej stronie policzka, kiedy Ezra mówił dalej, a potem uniosła lekko brwi.
— Masz jakieś zarzuty wobec mojego stylu? — Wypowiedziała to bardzo dokładnie, jakby chciała, aby się dwa razy zastanowił nad odpowiedzią. Przesunęła się w jego stronę o krok. Szpilki tylko cicho raz zastukały o marmurową posadzkę. — Zajebiście ciekawa jestem z kim mi przyjdzie współpracować. I jak szybko się pozabijamy.
Z Ezrą, jeszcze, nie byli nawet blisko tej granicy, gdzie Sloane zaczęłaby rzucać butelkami. Mężczyzna robił jednak wszystko, aby znaleźli się tam coraz szybciej. Lubił życie na krawędzi albo po prostu sprawdzał, jak wiele blondynka jest w stanie znieść.
— W porządku. — Przytaknęła. Na tym jej przede wszystkim zależało. Nie chodziło tylko o nią, ale o ludzi, którzy czekali na te koncerty. O fanów, a choć Sloane ostatnio była wycofana to lubiła kontakt z fanami. Rozmowy z nimi, zatrzymywanie się na fotki i autografy, a ostatnio nie miała do tego głowy ani okazji.
Cała reszta mogła się zmienić, ale to musiało zostać. To był tak naprawdę jedyny warunek, którego Sloane nie zamierzała oddawać i się uginać.
Nie mogła doczekać się tych zmian. Mogły brzmieć one z lekka przerażająco, ale Sloane rzadko kiedy się bała.
Sloane tego też nie mówiła, ale zaufała mu. W chwili, kiedy tusz spoczął na dokumentach Sloane przelała tam całe swoje zaufanie jakie tylko miała do człowieka, którego nie znała. Prawdziwe zaufanie miało przyjść dopiero z czasem, ale póki co to musiało im wystarczyć. Jeszcze się poznawali i przed nimi była długa droga zanim szczerze będą sobie mogli powiedzieć „ufam ci”.
Ściągnęła ze sobą łopatki, kiedy rzucił o wyprowadzce z Nowego Jorku. Tam miała… Wszystko. Wszystko co ją tak naprawdę ciągnęło w dół. Apartament pełen wspomnień. Ulice pamiętające każde spacery. Restauracje wypełnione randkami. To nie było wahanie, ale stanięcie przed decyzją, której nie podejrzewała. Bardziej stawiała na to, że będzie często w samolocie, a tymczasem miała tu zamieszkać.
Usuń— Aww, uroczo. — Zamruczała. — Nie spodziewałam się po tobie takiej opiekuńczości.
Sama nie miała ochoty na mierzenie się z ludźmi, którzy zadawaliby zbyt wiele pytań. Sloane była pewna, że lawina już ruszyła. Może jeszcze nie w mediach, ale informacje docierały do ludzi. Uśmiechnęła się pod nosem.
— Wiesz co jest zabawne? — Oparła się ręką o biurko i lekko pochyliła do przodu. — Przyleciałam tu, bo mi kazali. Pobawić się na tej imprezie, nawiązać kontakty. Wygląda, jakby praktycznie… Wepchnęli mnie w twoje ramiona. — Zaśmiała się. Clara naciskała, że ma iść i poszła, a Sloane… Sloane trafiła na kogoś innego kto ją przygarnął.
— Radzę sobie z tym. — Odpowiedziała stanowczo. Nie w obronie, bo nie miała czego bronić. Siedziała w tym gównie przez Zaire. Może nie wpychał jej nic na siłę do gardła, ale ciężko było przy nim nie brać. — Jak przestanę to będziesz o tym wiedział. I błagam, żadnej grupowej terapii. 1:1 tylko i wyłącznie. Wystarczy mi mój syf w życiu, cudzych nie muszę słuchać.
Podchodziła do tego poważnie. Nawet, kiedy żartowała i udawała, że wszystko wokół ją bawi.
— Masz mnie. Skupioną i gotową do pracy. Nie zamierzam tego zjebać.
sloane
Sloane wzruszyła lekko ramieniem na ten mały przytyk.
OdpowiedzUsuń— Nie zawsze można tworzyć same dobre teksty. — Rzuciła. Taki proces twórczy. Jedno wychodziło lepiej od drugiego, a na jeszcze inne nie można było dwa razy spojrzeć, bo odrzucało człowieka, gdy czytał te teksty. Kiedy się takie zdarzały to Sloane miała wrażenie, że czterolatka byłaby w stanie napisać lepszą piosenkę od niej. A potem jej przechodziło, kiedy tekst pisał się sam. Melodia układała tak, jak powinna, a cała reszta przychodziła z czasem.
Boże, zapłaciłaby grube pieniądze, aby zobaczyć, jak wkłada jej różowego pendrive do swojego laptopa. Poważny człowiek z różową świnką. Jeszcze bardziej chciała zobaczyć, jak ktoś go z tym widzi.
— Popchnęli. Nie byłoby mnie tam, gdyby mnie nie zmusili. — Wzruszyła ramionami. Nikt nie przewidział, że Sloane nawiąże kontakty, które odetną ją od obecnej wytwórni i teamu. Sloane tamtego wieczoru nie sądziła, że on mówi na poważnie. Myślała, że to wszystko to jakaś głupia gierka. Sprawdza coś, a tydzień później ona miała podpisaną umowę i przeprowadzała się do jebanego Los Angeles, z którego uciekła parę lat temu. — I wtedy… — Urwała, jakby nagle zaskoczyła w niej jakaś myśl, a potem kąciki jej ust lekko drgnęły. — Byłabym tutaj nawet, gdybyśmy się nie spotkali na tym durnym przyjęciu, prawda?
Z tego co Sloane zauważyła Ezra nie był mężczyzną, który podejmuje decyzje pochopnie. Musiał o tym myśleć na długo przed przyjęciem. Chyba, że nagle go olśniło, że Sloane mimo swojej głupiej przemiany jest jeszcze coś warta, a on może to z niej wyciągnąć.
Zacisnęła zęby. Nie ze złości. Sama jeszcze nie wiedziała, co właściwie poczuła. Nie brała tak, jak wcześniej, gdy była z Zairem. Nie wracała do domu po tygodniu nieobecności. Ale wciąż się jej zdarzało. Rzadziej, ale nie potrafiła przejść obojętnie obok oferowanej kreski lub molly. Wszystko, aby zbyt długo nie myśleć?
— Brzmi fair.
Zignorowała część o terapeucie w golfie i kadzidełkach. Obie opcje były beznadziejne i Ezra o tym wiedział. Sloane prędzej wbiłaby sobie długopis w oko niż wytrzymała w gabinecie z taka osobą. Nie chciała odwyku. Nie potrzebowała go.
Zamrugała zaskoczona godziną. Ósma? Od lat nie budziła się o godzinie ósmej.
— Nie piję espresso. — Rzuciła gorzko. Nie dość, że jej nie smakowało to kojarzyło się jej jeszcze… Z kimś o kim należało zapomnieć dawno temu. — I na przyszłość, nie ważne o której godzinie mnie ściągniesz zawsze będę ładna.
Była w niej ta płytkość, której Sloane nawet nie ukrywała. Ona wiedziała, że jest ładna i ludzie wokół wiedzieli, że jest ładna. Jaki był sens, aby to ukrywać i udawać, że nie jest się świadomym swoich zalet?
— Nie jesteś zabawny. — Przewróciła oczami. Ósma, dobry żart. Sloane prędzej pojawiłaby się przyjeżdżając prosto z imprezy, a nie z hotelu gotowa do tego, aby prowadzić poważne rozmowy. — Nie kuś mnie. Przyniosę ci jeszcze cały zestaw z woskami do palenia.
Sloane sama nie była pewna skąd w niej taka… Ugoda. Nie była uległa. Rządziła się i stawiała na swoim. Marudziła i krzyczała, dopóki nie dostała tego, czego chce, a teraz przytakiwała w zasadzie na wszystko. To dla niej była niespodzianka. Z czasem miało się dopiero okazać, czy blondynka naprawdę się tak na wszystko wesoło zgadza czy sobie tylko wykłada ścieżkę, którą potem bez ostrzeżenia będzie mogła zdeptać.
— A jeśli się spóźnię to co? — Uniosła lekko brew. — Wymienisz mnie na tę laskę, która szuka swojego wewnętrznego bachora aromaterapią i szałwią? — Żadna konkurencja dla Sloane. I Ezra o tym wiedział. Sloane jedyne zagrożenie jakie czuła pochodziło od niej samej. Nie porównywała się do innych artystek. Nie patrzyła na ich sukcesy i wyniki. To nigdy do niczego dobrego nie prowadziło. Sloane zapatrzona była w siebie. Na swoje cele i marzenia, na plany i na przyszłość, którą budowała sama. Cóż, może nie tak w pełni sama. — Nie zdradzaj mi wszystkich konsekwencji. Lubię być zaskoczona.
Sloane pokręciła głową.
Usuń— Los Angeles i ja mamy love-hate relationship. Nigdy się nie polubimy i nigdy się nie pokochamy.
Próbowała, ale nienawidziła tego miejsca, odkąd pamięta. Ezra mógł jej je odczarować, ale tylko na moment i to na krótki, bo Sloane wiedziała, że mimo wszystko, ale jej serce leżało w Nowym Jorku. Tym, który teraz okryty był puchowym śniegiem, a tutaj… tutaj grzało słońce i temperatury były wysokie.
— Lepiej, żeby to mieszkanie było warte przeprowadzki. — Wtrąciła, zanim zaczęła się zbierać. — Nie schodzę poniżej dwudziestego piątego piętra i lubię widok na ocean. Nie zawiedź mnie.
Dobra, może zmiana miejsca zamieszkania wcale nie będzie taka zła. To w końcu tylko chwilowe. Jest tu dla pracy i odrobiny przyjemności.
— I odpierdol się od mojej garderoby.
sloane
Sloane nie wiedziała, jeszcze, jak to zrobi, ale zamierzała odzyskać swój dawny blask. Ten, który dla jednych był przytłaczający i uciekali przed samym spojrzeniem blondynki, a inni do niego lgnęli jak ćmy do światła. Miała w głowie i sercu burdel, ale zamiast go ogarnąć to ona podsycała to wszystko. Wspomnieniami, ewentualnymi, „a co, jeśli”. W niczym jej to nie pomagało, a trzymało w miejscu. Chciała do tego wrócić przede wszystkim, ale dla samej siebie. Do bycia tą dziewczyną, o którą się kiedyś zabijano. Rozumiała, że zmiana jest potrzebna. Musiała ona być gwałtowna i na już. Bez przeciągania decyzji z miliona nieistotnych powodów.
OdpowiedzUsuńMogłaby powiedzieć, że Ezra spadł jej z nieba, ale wtedy jego ego urosłoby o kilka rozmiarów, a już było wystarczająco wielkie, że zapełniało całe biuro. Nie było żadnej pewności, że ten budynek utrzymałby się w pionie, gdyby Sloane jeszcze rzuciła mu komplementem, Może za parę miesięcy to powie, kiedy zacznie widzieć autentyczne zmiany. Póki co miała tylko uczucie, ale to było zbyt mało.
— To lepiej niech się znajdzie. — Odparła. Zawsze ładna na koszulkach albo crop topach rozeszłoby się w kilkanaście minut. Daty koncertów z tyłu, a z przodu Sloane z tym napisem. Najlepiej coś w ciemnych kolorach z ładnym fontem. — Chyba nie oczekujesz, że sama będę robiła projekt?
Lubiła mieć coś do powiedzenia przy swoim merchu, ale przedtem zajmował się tym odpowiedni team. Team, który teraz pochodził od Ezry. Sloane pozwoliła sobie na to, aby przez ten tydzień uważniej przyjrzeć się pracy Creightona. Kogo miał pod swoimi skrzydłami, jak wyglądały obecnie ich kariery i to naprawdę było obiecujące.
Sloane uniosła brew, wstrzymując zduszony śmiech.
— Już nie jest za wcześnie na dzielenie się fantazjami?
Spoglądała na niego bez słowa, kiedy podchodził bliżej. Sloane sunęła po jego sylwetce wzrokiem. Trochę bezosobowym. Bez zachwytu, ale i nie była także znudzona. Sloane była zaintrygowana człowiekiem, który wszedł nagle do jej życia i zamierzał je wywrócić do góry nogami. Już wywracał, a dopiero co ta przygoda się rozpoczęła. Być może w innej sytuacji poczułaby się przytłoczona tym, jak blisko był i jak bardzo górował nad nią wzrostem, jak bardzo wypełniał sobą przestrzeń, ale nie dała się tym myślom.
— Nie widzę problemu. — Wzruszyła ramionami. Była taka, odkąd pamiętała. Krótkie sukienki zakryte skórzaną kurtką, wysokie obcasy na cienkiej szpilce, porwane rajstopy i skórzane spodenki lub spódniczki. — I nie będę brała modowych rad od faceta, który ostatnio był widziany w pomarańczowej kamizelce. Jeśli ktoś potrzebuje stylisty, to ty. To wyglądało, jakbyś okradł sklep pływacki i zmierzał na pierwszą lekcję pływania.
Odprowadziła go wzrokiem, kiedy wracał za biurko. Jeszcze nie potrafiła określić ich relacji, ale już wiedziała, że ona wcale nie będzie łatwa. Z nim ani z ludźmi, których Sloane dopiero miała poznać.
— To vintage. — Rzuciła w obronie kurtki, której niby miała się pozbyć. Jeszcze czego. — Jaki niby pomysł macie na mój styl? Zdzirowato-dziewczęcy styl jak Sabrina? Sukienki w kwiatki i wstążki jak Madison?
Sloane dobrze czuła się w tym swoim modowym chaosie. Nie wszystko zawsze musiało pasować i być idealnie do siebie dobrane. Musiał się narobić, aby spróbować z niej chociaż wyplenić noszenie skóry. Na tych ostatnich spotkaniach z nim była grzeczna. Ubierała się poprawnie. Poszła na głupie zakupy, aby nie wpaść do niego w miniówce, w której nie mogłaby się nachylić, bo inaczej zaświeciłaby wszystkim. Mógłby to docenić.
— Będzie gotowe do końca dnia? — Już powinna się była tam wprowadzać. Miło było w hotelu, ale o wiele bardziej wolałaby być już w mieszkaniu, które przynajmniej tymczasowo będzie należało do niej. — I chcę powitalny kosz ze słodyczami, winem i odręcznie napisaną karteczką, przez ciebie, jak bardzo się cieszysz, że jestem. I tak ogromny bukiet kwiatów, że nie dam rady go podnieść.
Mógł sam zadecydować czy Sloane mówiła na poważnie czy żartowała z całej tej sytuacji czy faktycznie oczekiwała takiego princess treatment.
— Mam swoje powody, aby nie lubić się z tym miastem. — Odparła. Wszystkiego wiedzieć nie musiał. Jak tak dalej pójdzie to z każdym miastem będzie się nie lubiła. To mogła być druga szansa dla niej, aby się w LA zakochać na nowo. Lub je znienawidzić jeszcze bardziej. Wyjdzie w praniu. — Zobaczymy. Może jeszcze o nim zmienię zdanie, a co do Nowego Jorku… Muszę wrócić. Zabrać psa. Nie przyleci tu sama ani z nikim obcym. Chyba, że osobiście polecisz po Rue. Wtedy nie ruszę się stąd nawet na kilometr.
UsuńByła gotowa, aby już iść i poświętować tak, jak należało. Jeszcze czego, aby spędziła ten dzień w hotelowym pokoju z Netflixem i winem. Zamierzała się porządnie nacieszyć ostatnim dniem wolności. Przez moment spoglądała na Ezrę, gdy stał przy oknie.
Sloane uśmiechnęła się pod nosem na te wyproszenie z biura. Albo na propozycję, aby została. Dobra, opcja zostania w biurze i wkurwiania go dalej kusiła.
— Może zostanę. — I w tej samej chwili znów rozsiadła się na fotelu. Założyła nogę na nogę i krótko westchnęła, a potem spojrzała na swoją dłoń, na której błyszczało się parę pierścionków. — Skoro stawiasz kolacje, to jak mogłabym odmówić?
sloane
Wypełniał całą przestrzeń sobą. Lubiła takich ludzi i zaczynała lubić też jego, choć nie pozwalała sobie nigdy na to, aby zbyt mocno spoufalać się ze swoimi szefami. Bo tym przecież właśnie był. Sloane robiła za gwiazdę, ale to Ezra za wszystko odpowiadał.
OdpowiedzUsuń— Nie lubię marnować czasu. Zwłaszcza, kiedy mam pomysły i chęci. — Odpowiedziała zgodnie z prawdą, która w niej siedziała. Sloane spędziła ostatnie tygodnie nie robiąc zbyt wiele. Wypuściła album, potem zrobiła te dwa teledyski i promocja, przygotowywała się do trasy, ale to by było na tyle. Zaczynając tę przygodę z Ezrą szła z nową energią, której jeszcze nie rozpracowała, a chociaż uwielbiała mieć jasność tu i teraz to zmierzała rozgrywać to powoli. W ten sposób było zabawniej. — Lepiej tak niż żebym się opierdalała, prawda?
Jeden zero dla Sloane. Podobało się jej to.
— To była zbrodnia dla mody, Ezra. Prada czy nie… Czasami trzeba umieć mówić „nie”. — Puściła mu oczko. A zwłaszcza, gdy outfit kojarzył się z pierwszymi zajęciami pływackimi. Trochę się z niego śmiała i czepiała, ale nie mogła się powstrzymać i musiała odgryźć za to, jak skrytykował jej ciuchy. — To się nazywa karma. I uważałabym. Wiesz, istnieje coś takiego jak „Top 10 Najgorszych Outfitów Ezry Creightona” i nie zawaham się ich użyć.
Sloane również takie miała. Wszyscy, którzy w jakiś sposób byli znani mieli swoje lepsze i gorsze modowe momenty. Ale ona przynajmniej nie chodziła w kamizelkach pływackich. Nie dodała tego, że nawet w tak dziwacznym elemencie garderoby wyglądał zaskakująco dobrze. Nie zamierzała łechtać jego ego.
— Wyglądam ci na taką, która nosi wstążki i podkolanówki? — Wzniosła brew. Nie pasował do niej tej słodki, dziewczęcy styl w sukieneczki z kwiatowymi wzorami i aurą, jakby właśnie spędziła popołudnie na łące otoczona sarenkami i króliczkami. — Ezra, przysięgam, że jeśli ktokolwiek będzie próbował mnie wbić w soft girl aesthetic to cały budynek pójdzie z dymem.
Tak w zasadzie to było jej obojętne, gdzie będzie mieszkała. Dopóki nie będzie to melina, ochrona zadowalająca, a mieszkanie nowoczesne i urządzone w guście i nie wyjęte prosto z pierwszego lepszego katalogu, w którym dominowała beż z bielem. Może odpoczynek od penthouse’ów dobrze jej zrobi. Zawsze miała mieszkania. Dom… Dom znała z czasów, kiedy mieszkała z matką. Białe podłogi i ściany. Muzeum, a nie dom.
— Lubię mieć kilka opcji. — Rzuciła wzruszając ramionami. Nie chciała przyznać, że zaczęła to właśnie rozważać. Dom na wybrzeżu wcale nie brzmiał źle. Byłby miłą odmianą od tego co znała w Nowym Jorku, a skoro miała zacząć od nowa to może warto było również zacząć w miejscu, które nie będzie witało ją wieżowcami, ale bryzą znad oceanu i miękkim słońcem. Dobra, czuła się przekonana, ale najpierw chciała zobaczyć z tym będzie pracowała. — Bywam niecierpliwa, nic na to nie poradzę. Ale kosz i kwiaty chcę koniecznie. Wiesz, żebym poczuła się tutaj mile widziana i takie tam. To dobrze wpływa na budowanie relacji.
Wyszłaby, ale rzucił hasłem „sushi” i była kupiona. Naprawdę myślała, że skończyła się ta rozmowa, a oni się rozejdą i zobaczą dopiero jutro. Wystarczyła sekunda, aby Sloane siedziała z powrotem z tą energią, jakby to było jej biuro. Była tu tylko gościem, ale z każdą upływającą chwilą coraz mniej przypominała gościa, a bardziej kogoś kto zaczyna przymierzać się do rozkładania kart. Nawet jeśli jeszcze ich w dłoni nie miała.
— Oczywiście, że nie odmówiłam z grzeczności. Jeszcze pomyślisz, że przyszłam tylko po pieniądze. — Zaśmiała się i lekko pokręciła głową. — Następnym razem, jak będziesz chciał się mnie pozbyć szybciej nie wspominaj o sushi.
Może nie należało się z nim tak spoufalać. Spędzać czasu w ten sposób, jednak zależało jej na tym, aby go poznać. Nie od strony wymagającego szefa, który ma wizję i plany. Nie lubiła, gdy w tych relacjach nie było niczego poza biznesową stroną. I nie, nie zamierzała nikogo uwodzić ani się zaprzyjaźniać, ale w miarę dobra relacja była obowiązkowa. Sloane chciała się upewnić, że będą się dogadywać i to nie będzie dla nich droga przez mękę.
Nie spodziewała się, że przejdą do sesji terapeutycznej jeszcze przed jedzeniem.
UsuńSzybki był. Nie tracił czasu. Musiała przyznać, że zaczynała to w nim lubić. Nawet, kiedy uśmiechał się w ten wkurwiający sposób, od którego jej dłonie świerzbiły. Dobra, trochę przesadzała. Ezra wcale nie był taki zły. Trafiała na gorszych producentów.
— Rodzice. — Odpowiedziała krótko. Żaden sekret, że Sloane się z Ivonne nie dogadywała. Ani z ojcem. Ani z przyrodnim rodzeństwem, których imion nie pamiętała, bo było ich zbyt wiele. — Chcesz szczegóły moich mommy i daddy issues? To wszystko się zaczęło w dzieciństwie… — Wetchnęła teatralnie i na moment jej wzrok spoczął, gdzieś poza nim, jakby znajdowała się poza własnym ciałem i umysłem. Zaraz jednak wróciła do siebie i parsknęła pod nosem rozbawiona samą myślą, że miałaby tu z siebie wszystko wyrzucać.
— Możesz sobie to wszystko wygooglować, jeśli masz ochotę na lore o życiu Sloane Fletcher i jej zjebanej relacji z rodzicami.
sloane
Spokój w jego oczach ją… Drażnił.
OdpowiedzUsuńSloane znała chaos i wybuchy. Niebezpieczne drganie powiek i błysk, który zawsze oznaczał kłopoty. Łykała to wszystko, jakby to były najlepsze witaminki na świecie. W ciszy zaczynała się gubić, ale także pękać i mówić rzeczy, które należało zatrzymać dla siebie. Jeszcze było zbyt wcześnie, aby zaczęła pękać przed Ezrą. Ale to cholerne spojrzenie… Spokojne, ale ciężkie. Wyciągało z człowieka wszystko to, co próbował ukryć przed światem, a Sloane miała wiele do ukrycia. I jakby nie patrzeć, ale nie wszystko wypadało mówić swojemu szefowi, nie?
— Moda to nie jest strata czasu.
Nie w ich przypadku, gdzie każda modowa decyzja była rozpatrywana przez fanów czy samozwańczych krytyków mody. Sloane miała opinię ludzi naprawdę gdzieś, ale jeśli już mieli mówić to niech mówią dobrze. Była łasa na rozgłos, ale nie tak zdesperowana, aby zadowalało ją „nie ważne co mówią, ważne, żeby mówili”. To się nigdy dobrze nie sprzedawało.
— Całe Los Angeles jest za małe na twoje ego. — Zaśmiała się. Z ich stylem życia i tym co robili – to był komplement. Bez tego ciężko byłoby cokolwiek osiągnąć, prawda? Sloane oczywiście, ale nie zamierzała przyznać, że wyglądał dobrze. Nie musiała tego mówić, żeby zdawał sobie sprawę z prawdy, ale zamierzała za to dalej rzucać złośliwościami. — Gdyby była czerwona to mógłbyś robić za ratownika na plaży.
Sama wizja Sloane w wersji… Naprawdę ugrzecznionej ją bawiła. Nie wyśmiewała tego stylu, bo były laski, które naprawdę dobrze to robiły. Którym to pasowało, ale Sloane nie była jedną z nich. Nie miała urody, która nadaje się do koronkowych skarpetek i zwiewnych sukienek. Sloane była stworzona do mocnego makijażu i ciężkich ubrań. Mogła mieć swoje problemy z ojcem, ale przecież nie mogła zignorować tego, że była córką gwiazdy rocka, prawda?
— Wiesz… Ludzie wtedy by pomyśleli, że naprawdę potrzebuję pomocy. — Zaśmiała się. — Może kiedyś na… Jeden bardzo krótki album albo EP-kę mogę zaryzykować nowy styl. Parę miesięcy i wrócę do tego co lubię. — Jeszcze wszyscy by się zdziwili, gdyby Sloane to polubiła, ale… To wydawało się niemożliwe. Sloane nie poruszała się bez srebrnych, błyszczących cieni i bez wyrazistej kreski na boku. Mimo chęci, ale nie umiała sobie wyobrazić, że nagle zacznie się ubierać na słodko. Soft Sloane nie miała prawa zaistnieć. Ani w jej głowie ani w rzeczywistości. To byłby projekt skazany na porażkę. Albo niespodziewany sukces. Jeszcze by się zaskoczyła, gdyby to naprawdę wyszło.
Nie mówiła mu tego, bo chciała jakiegoś nierealistycznego wsparcia.
Była przyzwyczajona już do tego, jak wyglądają jej relacje. Ta z matką ograniczała się do spotkań raz w roku, aby zachować pozory, a przez resztę czasu czasem zostawiła jej jakiś komentarz na Instagramie pod zdjęciami. Z ojcem Sloane nie widywała się prawie wcale. Ostatni raz, jak odnawiał swoją przysięgę ślubną, co było jednym wielkim cyrkiem, który odchorowywała przez dwa tygodnie. No i kwiaty – dostała kwiaty po ślubie z Zairem. Tyle z tej wielkiej relacji by było.
— Melodramatyczny klasyk, tak. — Przytaknęła i wzruszyła ramionami. — I nie, nie jestem tu, żeby się zwierzać z przeszłości.
Mogłaby, ale wtedy nie wyszłaby stąd do rana, a im obojgu popsułyby się humoru. Ezra miałby jej dość, a Sloane dość samej siebie. Jeszcze coś by pewnie z wściekłości rozbiła, a na takie atrakcje Ezra po prostu musiał zaczekać. Przynajmniej, dopóki Sloane nie będzie miała pewności, że nie wyrzuci jej na zbity pysk, kiedy to zrobi.
Sloane zaczynała mu ufać. Małymi kroczkami, ale zbliżała się do tego, żeby pozwalać mu na coraz więcej, a nie minęło dość czasu, żeby czuła się przy nim komfortowo. To się po prostu działo, a ona nie miała na to żadnego wpływu.
— Ech, a już myślałam, że też się zaliczasz do tych ludzi… — Westchnęła przewracając oczami. Przez moment się wahała, czy ma mówić, ale w końcu jednak to z siebie wyrzuciła. — Wiem, że jestem trudna. Ale naprawdę tego chcę i… Nie chcę sobie od razu psuć z ludźmi relacji. Palić od razu wszystkich mostów, bo coś mnie raz wkurwiło.
Sloane taka już była, że reagowała gniewem w pierwszym odruchu i często rzucała słowami, których potem nie dało się cofnąć. Miała z Ezrą i jego zespołem pracować, a żeby ta współpraca wyszła to nie mogła wszystkich skreślić, bo raz się w czymś nie będą zgadzać. Musiała otworzyć się na nowe możliwości i zaufać, że chcą dla niej dobrze.
Usuń— Pieniądze to miły dodatek, ale nie są wszystkim. Znaczy są, nie wciskam ci kitu, że nie jestem materialistką. Ale oboje wiemy, że chodzi o coś więcej niż długi ciąg cyferek na koncie.
W szczegóły nie musiała się wdawać. Ezra doskonale wiedział, jak to wszystko działa.
Sloane zamilkła, kiedy Steph weszła do gabinetu. Z tego wszystkiego nie zdawała sobie sprawy, że faktycznie była głodna. Nie jadała wiele w ostatnim czasie. Żyła na latte macchiato z syropem waniliowym i na smakowych energetykach, a potem jako wisienka na torcie był iqos. Chwytała coś w locie, ale o pełnoprawnych posiłkach mogła zapomnieć.
— Nie żartowałam z tą wodą Fiji dla niej. Ona pije tylko taką albo filtrowaną.
Rozpuściła tego psa, ale gotowa była dla tego kundla cały świat nagiąć.
— Skoro nie muszę tam wracać… To dobrze. — Niemal odetchnęła z ulgą, że nie musiała wracać do Nowego Jorku. Może chciała, ale wiedziała, że wtedy będzie intensywniej myśleć, a Sloane mimo, że nie chciała być w Los Angeles to wolała być tutaj niż tam. LA było mniejszym złem.
— Nazywa się Peggy. — Rzuciła z rozbawieniem kiwając głową w stronę pendrive. — Jak ta z Muppetów.
Nie, w środku nie było nic absurdalnego. Żadnych nieodpowiednich zdjęć, które nie powinny się znaleźć w zasięgu wzroku Ezry czy filmików, czy innych głupot, które miała, ale którymi się nie dzieliła z nikim. Pendrive zawierał tylko treści artystyczne. Jedne lepsze od drugich.
— Mhm, recenzja na żywo. Nie mogę się doczekać. — Mruknęła.
Wzięła do ręki pałeczki, które wyjęła z opakowania i odłączyła je od siebie. Nie pytała, czy na niego zaczekać. Udawała, że nie słucha, ale słuchała. Dokładnie i wszystkiego co Ezra puszczał. Jej głos. Jej teksty. Jej własna melodia, którą wymyślała na bieżąco. Jej… Umysł tak naprawdę. Inaczej tego nie można było nazwać. Walczyła chwilę z pałeczkami i serwetką, zanim ułożyła je odpowiednio. Raz prawie się poddając i myśląc, czy nie wyciągnąć ich w jego stronę, aby to dla niej naprawił, ale wstrzymała się. Poradziła sobie sama. Złapała pałeczkami pierwszą rolkę i zamoczyła ją w sosie sojowym. Serio, ostatnie czego się spodziewała to jedzenia z nim sushi i słuchania własnego demo.
— I? — Rzuciła, kiedy w gabinecie zapanowała cisza. — Bo masz taką minę, jakbyś nie wiedział, czy powiedzieć, że coś z tego będzie czy że to jednak straszny syf.
sloane
— Całkiem niezły początek, nie? — Prychnęła. — Nadaje się idealnie na spacerek do HR’u i długą rozmowę o nieprzyzwoitych tekstach szefa.
OdpowiedzUsuńPatrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, jakby coś sprawdzała. Może szukała w nim odpowiedzi, których nie potrafiła nazwać, a może… Może tym razem nie szukała niczego, bo tak na dobrą sprawę dał jej już wszystko? Dostała szansę, której nie miała w poprzedniej wytwórni i z zespołem, który niby stał przy niej, ale nie popychał w stronę, którą Sloane chciała obrać. Potrzebowała czegoś więcej niż zmiany wizerunku. Musiała odbić się od dna. Zrobić… Coś innego ze swoim życiem. Zaczynając od tego zawodowego. Prywatne, sądziła, że rozwiąże się z czasem. Że sam pobyt z dala od Nowego Jorku będzie odpowiedzią, której potrzebowała. Żadnej betonowej dżungli. Może dom z ogrodem i basenem. Plaża i ocean… Brzmiało idealnie. Brzmiało, jak sen, po który Sloane bała się jeszcze sięgnąć, ale małymi kroczkami ostrożniej się otwierała na taką opcję.
— Zdaję sobie. — Przytaknęła. Nic tu nie działo się przypadkiem. Ezra miał plan i go wykonywał, a Sloane za tym poszła. Jakby był ostatnią deską ratunku, która pomoże zostać jej na scenie. Nie była gotowa, aby z niej zejść. Nie rozgrzała się na niej porządnie, a kończenie… Kończenie w tym wieku byłoby głupotą. Co niby miałaby robić? Iść na studia? Zmienić się w influencerkę? To odpadało. Wszystko poza śpiewaniem czy tańczeniem odpadało.
Nie dodała tego, ale była wdzięczna za szansę. Nie prosiła o nią. Ezra sam przyszedł, a Sloane mogła odmówić. Czego nie zrobiła. Przyszła do niego po czasie, a potem wszystko się zaczęło układać. Nic nie było, jeszcze, naprawione, ale nie oczekiwała niemożliwego od razu.
— To jaki jest plan, Ezra? Kolejny album? Powrót z pierdolnięciem, ale bez przesady? — Uniosła brew. Chciała wiedzieć co on konkretnie od niej chce. Jak to widzi. Bo tak, mogła nagrać kolejny album. Po tej trasie wybrać się w następną. Co tylko będzie chciał, ale potrzebowała planu, a przede wszystkim potrzebowała wiedzieć, co ma się wydarzyć. — Mówisz mi o tych wszystkich zmianach, o planie na mnie… Ale ja wiem, że chodzi o coś jeszcze. O coś, czego jeszcze mi nie powiedziałeś.
Nie sugerowała, że trzymał to w sekrecie. A raczej, że czekał na odpowiedzi moment, aby powiedzieć jej, co jeszcze ma w rękawie. Tutaj nie mówiło się wszystkiego od razu, a oni dopiero co podpisali tę umowę. Oficjalnie ta współpraca zaczęła się jakieś czterdzieści minut temu.
Chaos kiedyś potrafiła kontrolować. Wypuściła z rąk joysticka dawno temu i nie potrafiła go znów odnaleźć. Po prostu jej… Zniknął. Wypadł, a Sloane nie umiała nad tym już zapanować bez jego pomocy. Wiedziała dokładnie, co Ezra miał na myśli.
— Tak, coś w tym jest. — Przyznała niechętnie. Sloane chciała zmian, ale była trudna w tym, żeby się na nie zgodzić. Mimo, że teraz zdawało się, że blondynka robi wszystko, aby grać pod zasady Ezry. I grała. Nie była przecież skończoną idiotką, aby rządzić się, kiedy tak naprawdę przed sobą miała możliwości, których nie można było znaleźć na ulicy. — No to będzie ciekawie… Nie pamiętam, kiedy te pasy ostatni raz zapinałam.
Odetchnęła głębiej, a potem znów skupiła się na sushi. Sięgnęła po te z łososiem na wierzchu. Zapomniała, jak się nazywa. I to było i tak bez znaczenia. Jedzenie było drugorzędną sprawą, ale musiała się czymś zająć. Inaczej zaczęłaby myśleć, jak wariatka. Nakręcać się, że Ezra znienawidził każdy wers. Nigdy nie była tak krytyczna wobec siebie, ale obecnie traciła tę pewność siebie i jeszcze nie wiedziała, jak ma ją odzyskać.
Dłoń Sloane zatrzymała się wpół ruchu. Straciłem apetyt. Spojrzała na niego ułamek sekundy, jakby nie wierzyła, że powiedział to naprawdę.
— Jesteś dupkiem.
Nie obrażała się łatwo za krytykę, o ile była ona sensowna. I prawdę mówiąc chciała dobrze wypaść. Zdawała sobie sprawę z tego, że na pendrive są rzeczy, które mu się nie spodobają, ale kurwa, nie musiał od razu włączać w niej trybu paniki.
— Nie miało być idealne od razu. — Mruknęła. Jeszcze chyba nie zeszło z niej w pełni to, że Ezra żartował. — Sprawia ci to radość, nie?
UsuńOdchyliła się na fotelu bez precyzowania o co jej chodzi. Ezra dobrze wiedział, co Sloane miała na myśli. To terroryzowanie dziewczyny. Badanie jej reakcji. Może sprawdzał, czy straci w samą siebie wiarę, a potem powrót do rzeczywistości, jakby nic się nie wydarzyło.
Peggy wyglądała zabawnie podpięta do laptopa. Wokół otaczało ich ciemne drewno, elegancja, a ona… Przedzierała się przez te warstwy. Wprowadzała małe zamieszanie do niemal idealnego świata producenta muzycznego.
— Poczekaj, aż poznasz resztę ferajny. — Puściła mu oczko w rozbawieniu. Miała jeszcze parę asów w rękawie. — Wiesz, byłam fajna, dopóki nie narobiłam… Problemów. Potem się rypnęło. — Wzruszyła ramionami. Nie musiała mówić o co chodzi. Wiedział na pewno. Wszyscy wiedzieli, którzy chociaż trochę interesowali się jej życiem, a skoro ją do siebie ściągnął to research zrobił porządny.
Zaśmiała się pod nosem i pokręciła głową.
— Wybij mi ten pomysł z głowy, jak kiedyś ci przedstawię pitch na taki album. — Mruknęła żartobliwie proszącym tonem. — Świat ma dość pastelowych piosenkarek, ale Sloane Fletcher jest tylko jedna i nie będzie się wciskała w pastele i serduszka.
Mówiła to z uśmiechem, bo nie zamierzała wbić się w popularną estetykę, aby zadowolić ludzi. Wolała zgarnąć mniej, ale być sobie wierną.
— Nie tworzyłam tego z myślą o albumie. Znaczy, jasne na kiedyś, ale to raczej zrywki tego, co siedziało mi w głowie. Nie wszystko do siebie pasuje. Lubię chaos, ale jeszcze bardziej lubię, kiedy piosenki w albumie się ze sobą pokrywają. — Wyjaśniła. Lubiła opowiadać historię. Najnowszy album taki był. O miłości, zakochiwaniu się, popełnianiu błędów w relacji, aż jej zakończeniu. To, co nosiła w sobie Peggy było chaosem, ale najwyraźniej takim, z którym da się pracować.
— Niczego nie obiecuję. Za wcześnie na to, abym trzeźwo myślała przed rozbijaniem rzeczy o ścianę.
sloane
Gdyby faktycznie jakakolwiek granica została przekroczona, to Sloane nie siedziałaby tutaj zadowolona i szczęśliwa. Ezra po prostu dostałby po twarzy, a dzień później pismo od jej prawnika i na tym zakończyłaby się jakakolwiek znajomość. Potrafiła jednak wyczuć, gdzie zaczyna się żart, a gdzie on kończy. Trafili z identycznym humorem, a wszystko co między nimi padało, było… Cóż, było po prostu żartami i niczym, o co należałoby się przyczepiać.
OdpowiedzUsuń— Cholera, dziewczyna od razu jest na przegranej pozycji z tobą. — Zaśmiała się i przewróciła oczami. — Nie masz za wiele na głowie, aby jeszcze się w HR bawić? — Uniosła brew. Z jednej strony to rozumiała. Jeśli fatycznie coś się działo i szło to prosto do niego mógł problem rozwiązać „od ręki”. I z jednej strony to było spore ułatwienie. Z drugiej, o nic go nie podejrzewała i żadne nieodpowiednie myśli nawet nie przyszły jej do głowy, trzymanie aż takiej władzy przez nikogo nie było odpowiednim rozwiązaniem.
— Po pierwsze, to ten o tym, ilu ludzi próbowało mnie rozebrać. — Technicznie powiedział to jeszcze przed tym, jak oficjalnie zaczęli współpracę, ale to było bez znaczenia. — Po drugie, ta twoja panienka, którą się miałeś zająć… Serio, uważaj co mówisz, bo trafisz jeszcze na taką, która nie tylko weźmie to do HR’u, ale do całego internetu.
Spoważniała nieznacznie, gdy temat wrócił do niej. Sloane po prostu chciała znać wizję, którą na nią miał. Niekoniecznie w szczegółach. Po tych kilku rozmowach, które mieli zauważyła, że Ezra nigdy nie mówi wszystkiego wprost. Kręci i mąci, zostawia z niedopowiedzeniami. Nienawidziła czegoś takiego. Mimo, że sama robiła dokładnie to samo i zachowywała się identycznie.
— Mówisz mi, że mam się nie doszukiwać drugiego dna, a potem rzucasz „może jest, może nie jest”. — Westchnęła, po czym pochyliła się lekko do przodu. Robił to specjalnie i Sloane o tym wiedziała. Próbowała nie pozwolić mu na to, aby zalazł jej za skórę, ale robił to tak umiejętnie, że ona nawet nie chciała się bronić. Wszystko po to, aby zobaczyć, co jeszcze zrobi i wymyśli, aby Sloane podkurwić. Prawdę mówiąc, wychodziło mu to zaskakująco łatwo. Jeszcze nie zrobił tego do poziomu, aby rzuciła w niego tacą z jedzeniem, ale kto wie co będzie w przyszłości, prawda?
— Bo wszystko jest już gotowe, Ezra. — Odparła spokojnie. — Cała trasa na US. Choreografia, scena, set lista… I dobrze wiesz, że odwołanie trasy „bez powodu” to byłby zajebiście wielki problem. I potrzebuję tego. Potrzebuję wrócić na scenę. Nie muszę być gotowa w dwustu procentach, ale bez tego… Zwariuję. Potrzebuję tej trasy.
Nie dla pieniędzy. Wiadomo, nie robi niczego za darmo i z dobroci serca, ale naprawdę tego potrzebowała. To tylko dwa i pół miesiąca. Bujanie się po Stanach, a potem… Potem mogła zrobić przerwę i zniknąć. Odpocząć, cokolwiek. Ten rok był wystarczająco przejebany, aby nie chciała siedzieć w mieszkaniu z własnymi myślami.
— Na dokument? — Powtórzyła i lekko uniosła brew. Okej, to nie było niespotykane. Wszyscy teraz praktycznie nagrywali jakieś dokumenty. Fani byli ciekawi tego, co działo się za kulisami i po koncercie. Każdy drobny szczegół był dla nich istotny. Sloane nigdy nie miała nic przeciwko temu, aby dzielić się takimi rzeczami. Kiedy miała do tego więcej głowy robiła live na TikToku czy Instagramie po koncertach, a czasem, gdy była już w hotelu z toną żarcia. — Hm, roboczy tytuł „Życie Sloane Fletcher poza fleszami”? — Zaśmiała się, ale absolutnie nie wyśmiewała tego pomysłu. W zasadzie… Była ciekawa, jak to może wyglądać. — Mam wszystko na swoim laptopie. Wrócę do hotelu i ci prześlę to, co trzeba. Z resztą sobie poradzisz.
To było tylko jakieś trzydzieści cztery koncerty w ciągu trzech miesięcy. W cholerę dużo, ale Sloane tego potrzebowała. Nawet jeśli miała sypiać po trzy godziny na dobę i nie jeść to dostarczy takie show, że wszyscy będą zachwyceni. Łącznie z Ezrą, a może przede wszystkim z nim.
— Poznajesz. Całą i bez filtrów. Wiesz lub nie. — Wzruszyła ramionami. Nie udawała przy nim, a przynajmniej tak się jej wydawało.
Sloane uśmiechnęła się w ten słodki, prawie niewinny sposób.
Usuń— Ostatnio byłam grzeczna. Nie wiem o czym mówisz. — Zaćwierkała. Prawda była taka, że pamiętała każdą rzecz, którą odwaliła w ostatnich miesiącach, a to, czego nie pamiętała zostało jej zgrabnie przypomniane. Próbowała wyjść na prostą, ale to wcale nie było takie łatwe, na jakie mogło wyglądać. Sloane nie dawała się zbyt łatwo ujarzmić, a gdy szarpali jej za smycz to ją odgryzała i robiła jeszcze gorsze rzeczy. — Żadnych obietnic nie składam. Nie lubię łamać danego słowa.
Nie do końca kłamała, a choć zdarzało się jej okłamywać i łamać obietnice to czasem lubiła być wierna własnym słowom, ale było za wcześnie, aby Ezra słyszał od niej „obiecuję”, które jeszcze długo nic nie będzie znaczyło.
— I według ciebie już jestem w formie? — Nie powstrzymała się od uśmiechu, który sam cisnął się jej na usta. — Sobota w Thirteen. Zapamiętane. Boże, nie odpocznę przy tobie. Spotkanie tu, impreza tam… — Westchnęła przewracając oczami. — A już myślałam, że LA będzie moją krainą tostów z awokado i jogi na dachu wieżowca przy wschodzie słońca.
sloane
Sloane po wyjściu z biura pierwsze co, to pojechała do hotelu, aby się ogarnąć. Potrzebowała tego wyjścia dzisiaj i porządnie opić swój nowy rozdział w życiu, który zamierzała wykorzystać tak dobrze, że wszystkim, którzy w nią wątpili pójdzie w pięty. Zwłaszcza tym, którzy próbowali trzymać ją na silę w jednym miejscu.
OdpowiedzUsuńEzra we wszystkim miał rację, ale to jeszcze nie oznaczało, że Sloane miała mu ją przyznać. Zdawało się, że on wie co blondynka sobie pomyśli, jeszcze zanim w ogóle w niej ta myśl wykiełkuje. Dlatego trzymała język za zębami i nie zdradzała wszystkiego, bo to, że się domyślał było dla niej najgorszą karą. Wieczór świętowania zaczęła od kolacji z grupą znajomych. Same znane twarze i nazwiska, które wiele znaczyły nie tylko w świecie muzyki, ale w całym tym show biznesie. Kolacja w knajpie, gdzie chodziły same gwiazdy, a potem pół nocy przetańczone w zbyt wysokich szpilkach i powrót o piątej nad rano do hotelu z cheeseburgerem w ręku. Pojawiła się też, spóźniona, o tej dwunastej na kolejne spotkanie. Przyszła sześć minut po czasie. Zrobiła to specjalnie, a jej zamiary zdradzał uśmieszek, którym Sloane obdarowała Ezrę. To nie był łatwy dzień, ale spokojny. Nikt nie podnosił głosu, mimo, że pojawiło się wiele niespójności między nimi. Między Sloane i Ezrą. Między Sloane i stylistą, który miał wdzięczne imię Sage, a Sloane nie była pewna, czy to naprawdę jego imię czy ksywka, ale na pytania nie było czasu. Dzień był chaotyczny, długi i cholernie irytujący, ale wszystko, co miało być zrobione było na tej długiej liście Ezry odhaczone.
Sloane nigdy przedtem nie stresowała się poznawaniem nowych ludzi.
Teraz sytuacja wyglądała trochę inaczej, kiedy chciała naprawdę wszystko zacząć od początku. Bez tej Sloane, która znana jest ze skandali. Bez tej, która na środku ulicy po imprezie potrafiła się popłakać, bo coś w życiu jej nie wyszło. Nie chciała tutaj być byłą żoną Zaire’a ani tą dziewczyną, która prawie rozpieprzyła sobie karierę. Los Angeles miało być jej nowym początkiem i właśnie tego się trzymała. Żadnych skoków w bok, schodzenia z wyznaczonej ścieżki. Po prostu Sloane w wersji, która była najbliższa tej prawdziwej. Sloane, która nie ukrywa się już po kątach, ale nie zamierza też wskakiwać prosto w środek burzy tak, jak dawniej.
Kontrolowany chaos.
Tym miała być. Tym chciała być. Panować nad chaosem, który rozgrywa się w jej życiu, a nie ślepo za nim podążać i rozwalać na swojej drodze wszystko dookoła. Słowa Ezry powtarzała sobie do końca weekendu.
Zdążyła spotkać się też z agentem nieruchomości. I tak, jak wszystkie te penthouse’y były przepiękne, Sloane zakochała się w przestronnym domu w stylu hiszpańskim z wijącymi się po ścianach zewnętrznych pnączami. Ezra to wszystko przewidział, a Sloane niemal z irytacją napisała, który dom wybrała i chociaż wtedy go nie widziała to potrafiła wyobrazić sobie ten bezczelny uśmiech, który zawsze mu gościł na twarzy. Następnego dnia przeniosła się z hotelu do domu i poczuła… Jeszcze nie wiedziała co. Nie było to nic w stylu „tak, to tu jest moje miejsce”, a raczej brzmiało to jak „jestem skłonna dać temu miejscu szansę”. Brakowało jej tu tylko Rue, ale ona miała dołączyć na dniach. Wtedy nic już nie będzie jej w Nowym Jorku trzymało, a przynajmniej w ten sposób chciała myśleć.
Wiedziała, że teraz wszystko zależy od niej. Jak się będzie pokazywała, co będzie robiła i Sloane zamierzała pokazać się od jak najlepszej strony. Bez wulgaryzmu, którzy towarzyszył jej na co dzień. Nie było krótkiej mini sukienki czy spódniczki. Była za to sukienka, która sięgała jej niemal do kostek z rozcięciem na nodze. Na pierwszy rzut oka sukienka była w odcieni głębokiej czerni, jednak przy odpowiednim świetle przełamywała się przez nią brudna czerwień. Może ubrała się nie do tematu, może było zbyt poważnie – bez znaczenia. Wiedziała, że zrobiła wrażenie w sekundzie, jak się tutaj znalazła. Nawet, jeśli nie tyle co strojem, co samym faktem, że po prostu Sloane w takim miejscu się znalazła.
Ta dziewczyna, która nie potrafiła ogarnąć swojego życia od ponad tygodnia była widywana w Los Angeles. Żadnych kompromitujących fotek i nagrań. Nawet to zdjęcie z cheeseburgerem sprzed hotelu, gdy poszło w viral nie oblało się hejtem. Wręcz przeciwnie. Ludzie to pokochali, a Sloane to zdjęcie spodobało się na tyle, że wrzuciła je w formie postu na Instagrama.
UsuńZamówiła dla siebie białe wino. Chwilowo nie mając ochoty na wymyślne koktajle, a na coś… Klasycznego. Pasowało do sukienki, której czerń przełamała złotą torebką. Przechadzała się między gośćmi swobodnie. Czasem zatrzymywała na krótką rozmowę, ale szukała wzrokiem kogoś innego. Nie w ten intensywny sposób, który mógłby przytłoczyć, a raczej z ciekawości, czy on już ją wypatrzył, czy może jeszcze nie. I wtedy przeszła dalej, a jej wzrok niemal automatycznie powędrował w stronę Ezry. To nie był człowiek, którego nie dało się nie zauważyć. Wyróżniał się na tle innych ludzi. Może to była energia, a może… Może coś, czego Sloane nie wiedziała, jak nazwać.
Przystanęła w miejscu, gdy ich spojrzenia się zderzyły. Na jej twarzy nie było szerokiego uśmiechu, a raczej coś spokojnego i delikatnego. Uniosła lekko brew, jakby chciała powiedzieć: Podoba ci się? Pojawiła się – zgodnie z obietnicą, której mu nie złożyła.
Rozpoznała gest, którym ją obdarzył. I najpierw sama wzniosła kieliszek lekko w górę, pociągnęła łyk wina, a na szkle mimo mocnych ust nie został ślad po szmince. Dopiero wtedy pewnie ruszyła do Ezry i towarzyszących mu mężczyzn oraz kobiety. Lekko kołysząc biodrami, jak do melodii, która wybrzmiewała tylko w jej głowie. Podeszła swobodnie, bez napięcia w ramionach.
Sloane nie potrzebowała zaproszenia, aby podejść, ale skoro je dostała – to wykorzysta je w pełni.
— Uroczy wieczór. — Odezwała się miękko, gdy stanęła tuż po prawej stronie Ezry, którego obdarzyła spojrzeniem jako pierwszego, a po chwili spojrzenie przeniosła na towarzyszące mu osoby. — Sloane Fletcher.
sloane
Ten wieczór miał być pozbawiony dramatów z Nowego Jorku.
OdpowiedzUsuńSloane, gdy tu przyszła zrobiła to z przekonaniem, że wszystkie swoje problemy zostawiła niemal trzy tysiące mil dalej. W Los Angeles nie miało prawa dotknąć ją nic. Powtarzała sobie, że tutaj czeka na nią nowy początek. Toksyczne zachowania, toksyczne relacje i wspomnienia miały zostać w wielkim jabłku, a tutaj… tutaj Sloane planowała swoje życie od nowa. Rozmawiając z ludźmi, których warto było znać i mieć z nimi dobre kontakty, choć miała w sobie też to przekonanie, że skoro ma za sobą Ezrę, to nikt więcej nie jest jej potrzebny. Ezra był wpływowym i potężnym człowiekiem w tej branży. Sloane nie mogła lepiej trafić, a wszyscy wokół… Byli dodatkami, które dobrze było u swojego boku mieć.
Rozmowa była utrzymana w luźnych tonach. Dokładnie tak, jak można było się spodziewać. Niektórzy utrzymywali zawodowy dystans, inni z kolei zachowywali się tak, jakby znali Sloane całe życie. Wolała to drugie podejście. Czuła się od razu lżejsza. Uwaga Ezry o jednym spotkaniu ze stylistą nie przeszła bez echa. Spiorunowała go wzrokiem, a potem rzuciła kąśliwą uwagą, która leżała jej na końcu języka. Nie potrzebowała opiekunki, więc, gdy ta wysoka, olśniewająca kobieta, której imię było na językach całego modowego świata podeszła do Ezry, Sloane tylko się do niego uśmiechnęła. Nawet nie próbowała ukryć, że jej uwagę przyciągała ta modelka. To nie było nachalne gapienie się, a raczej podziw, że można być tak zniewalającym. I tak, jak Sloane nie miała kompleksów, tak gdyby postała przy niej kilka dodatkowych minut mogłaby zacząć wątpić w samą siebie. Rozszyfrowała spojrzenie, które posłał jej Ezra, gdy odchodził. Puściła mu oczko i pozwoliła sobie jeszcze na to, aby zlustrować tył kobiety, z którą odchodził. Jej usta ułożyły się w nieme wow, a potem lekko się roześmiała i pokręciła głową, a swój uśmiech zatuszowała kieliszkiem, który przystawiła do ust.
Szybko znalazła sobie zajęcie.
To zdecydowanie nie było jedno z tych nudnych przyjęć, na których trzeba na siłę szukać sobie towarzystwa. Ezra czasem jej mijał gdzieś w tle, kiedy wracała do baru po kolejny kieliszek wina. Wciąż w towarzystwie tej samej modelki. Czasem na nich spoglądała, ale nie z błyskiem zazdrości w oku, a raczej… Jakby coś, kogoś, jej to przypominało. Bo przypominało. Te wszystkie eventy, na które chodziła z Carterem. Gdy siedzieli w ten sam sposób przy barze, a jego palce muskały jej udo. Posyłał jej wtedy podobne uśmiechy i w ten sam sposób lustrował ją wzrokiem. W ten wygłodniały sposób, który zawsze prowadził ich w jakieś ustronne miejsce, gdzie bez świadków mogli się oddać sobie. Pamiętała te wszystkie chwile, kiedy udawali, że się nie znają i prowadzili między sobą gierki przy barze, a ich obrączki odbijały wszystkie światła. Jak ludzie, którzy ich nie znali, a usłyszeli urywek rozmowy z wyrzutem patrzyli na obrączki i oceniali. Patrzenie na Ezrę i tę kobietę niespodziewanie przywołało w niej uczucia i wspomnienia, które miały zostać w Nowym Jorku. Zapomniane i pogrzebane. Carter już nie był przecież jej, a Sloane upewniła się, że więcej już nie będzie. Nigdy nie potrafiła wybrać go na sto procent. Zawsze chciała kogoś innego. Zawsze chciała czegoś więcej. Nigdy nie zadowoliła się tylko jednym mężczyzną. Musiała zawsze ich mieć po kilka, jakby inaczej nie potrafiła funkcjonować. Tylko, że teraz… Teraz tęskniła a tym, który najbardziej ją rozbił i który kochał ją mocniej niż wszyscy razem wzięci. Wszystkie jej humorki i wybuchy, kochał ją z taką siłą, która ją czasem przerażała, ale i przyciągała jednocześnie. I teraz ten rodzaj miłości dawał komuś zupełnie innemu.
Miała za sobą już kilka kieliszków wina, a potem pojawiły się autorskie shoty, których nazw nie potrafiła wymówić. Wciąż trzymała się zaskakująco dobrze. Łyknęła tylko jedną molly. Na lepszy humor. Dla większej zabawy. Wszyscy tu palili, dzielili się tym co mieli – Sloane nie odbiegała od normy, która tu panowała. Czuła się, jak ryba w wodzie. Jakby właśnie znalazła się w miejscu, gdzie zawsze powinna była być.
Sloane akurat poprawiała szminkę w przestronnej, eleganckiej łazience, kiedy jej telefon zawibrował. Ekran się rozświetlił, a ją powitała tapeta z Rue. Uśmiechnęła się na jej widok. Tęskniła za nią, naprawdę. Zdążyła zapomnieć już o tym, jak godzinę, a może dwie lub trzy – nie wiedziała, czas płynął tutaj inaczej, patrzyła na Ezrę z tamtą kobietą i czuła ukłucie w sercu, bo to kiedyś była ona, ale z innym mężczyzną. Ten sam uśmiech spłynął z jej twarzy, kiedy zobaczyła kto do niej napisał. Jules.
UsuńWiedziała, że to błąd odczytywać od niego jakąkolwiek wiadomość.
Zawsze kończyło się tym samym rozjebaniem emocjonalnym. Za każdym, kurwa razem. Rozsądek mówił Sloane nie, nie wolno. Sloane za to powiedziała jebać to i otworzyła wiadomość. Poczuła jak żołądek się jej ściska.
Nowa pani Crawford.
Do tego załącznik z filmikiem. I kliknęła, oczywiście, że kliknęła. Dźwięk trochę trzeszczał, a przy znajomej loży stał Carter z Sophią. Jego ramię przerzucone przez jej, a drugą ręką trzymał jej dłoń. Dłoń, na której błyszczał brylant. Carter coś mówił, śmiał się, a potem ktoś, najpewniej Kai, podał mu butelkę z whisky, z której pociągnął spory łyk. Zanim Sloane wyłączyła filmik Carter przyciągnął do siebie Sophię i ją pocałował. Z tą samą pasją, z którą całował ją.
— Kurwa…
Odtwarzała filmik jeszcze trzy razy, zanim wpadła do pierwszej kabiny. W dupie miała, czy ktoś ją zobaczy, ale nie zamierzała też ryzykować, że jakaś elegancka laska wejdzie i będzie świadkiem upadku. Bo to właśnie tym było. Upadkiem. Z torebki wygrzebała ten wielki woreczek, który jeździł z nią wszędzie. Na kryzysowe sytuacje, a to była kurewsko kryzysowa sytuacja. Ruchy miała mechaniczne. Znała je na pamięć. Kilka ruchów, rozsypanie proszku na ekranie, który chwilę temu wyświetlał Zaire’a. Jej Zaire’a.
Wyszła z łazienki po dziesięciu minutach. Kierując się od razu w stronę baru. Kolejny kieliszek wina, a może szampana – nie była pewna. Jeszcze nie wiedziała czego lub kogo szuka, a wtedy… wtedy jej wzrok padł na małą lożę. Ezra z tą swoją modelką. Jakby skryci przed światem, ale nie przed nią. Sloane dopiła drinka, a potem wzięła kolejnego. Ruszyła w ich stronę. Bez zaproszenia.
— Mogę? — Obrzuciła ich spojrzeniem, czując, że coś przerwała. Kąciki jej ust uniosły się w górę. — Wyglądaliście, jakbyście byli… w trakcie czegoś miłego. Nie chcę być tą, która przeszkadza. — Zapewniła i upiła łyk wina. — Ale mogę być tą, która dołączy…
sloane
Szukanie Ezry może nie było najlepszą opcją. Sloane dostrzegła w nich tę wyraźną zmianę dynamiki, kiedy się dosiadła bez uprzedzenia. Przerwała coś intymnego, co rozgrywało się między tą dwójką. Pamiętała, co poczuła, kiedy widziała ich wtedy przy barze. Uśmiechniętych, szukających wspólnego dotyku, jednak nie w nachalny sposób, który mógł zwracać uwagę. Absolutnie nie chodziło jej o Ezrę, gdy się tu dosiadła. Był jej obojętny pod tym kątem. Sloane podświadomie wiedziała, że przyjście tutaj było cichą prośbą o pomoc, której wciąż nie nauczyła się mówić na głos. Ezra nie znał jej z tej strony, aby wiedzieć, kiedy dobra noc zmienia się w koszmar, z którego jeszcze przez wiele godzin nie będzie w stanie się obudzić. Potrzebowała zajęcia. Kogoś kto będzie stymulował jej umysł, a Ezra grał na podobnych zasadach co Sloane. Wiedziała, że u niego znajdzie coś, czego szuka, choć sama jeszcze nie wiedziała do końca, czym to właściwie jest. Może wszystkim, a może niczym. Może tylko potrzebowała odrobiny uwagi, zanim zacznie się rozpadać, a może rozpadła się jeszcze zanim wyszła z łazienki.
OdpowiedzUsuńPrzyszła pani Crawford.
Filmik przeleciał jej przed oczami. Błysk pierścionka przeleciał jej przed oczami.
To było jak strzał. Bezpośrednio w serce. Dokładnie tam, gdzie zaboli najbardziej.
Jebany Jules. Za każdym razem robił jej to samo. Jedno zdjęcie albo filmik. Rozpieprzał ją na małe kawałeczki. I kurwa, wiedziała, że robił to samo Zaire’owi z nią. Jak wtedy, gdy wpadł na nią w klubie, kiedy była z Nico. Sloane nie musiała tego widzieć, ale wiedziała, że pochwalił się Carterowi, że wciągała z nim w klubie i brała od niego jakieś pigułki. Teraz, chociaż była na zachodnim wybrzeżu i znajdowała się w cholerę daleko do domu, on znajdował sposób, aby jej dojebać. W sposób, który działał najbardziej.
— Nudzę się.
Tyle, jakby chodziło tylko i wyłącznie o to, że Sloane zaczęła się nudzić. Było to dalekie od prawdy, bo jeszcze piętnaście minut temu było świetnie. Tak, łyknęła sobie jakieś ekstazy, ale to tylko podbiło jej dobry nastrój. Nie było niczym zły, tak jakby. Sloane wirowała wśród ludzi, bezwstydnie flirtowała z innymi i zaczepiała. Pierwszy raz od dawna nie potrzebowała większych umilaczy, aby impreza była udana. Ale to wszystko zniknęło w momencie, kiedy odblokowała telefon. Należało go dawno temu zablokować, a jednak… Nie zrobiła tego. Jakby w środku cały czas czekała na to, aż kiedyś napisze i coś wyśle. Pokaże jej, co Zaire robi. I spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, że się zaręczył. Z jakąś laską, która nie będzie nigdy w stanie znieść jego stylu życia. Która ucieknie jeszcze szybciej niż Sloane to zrobiła. Ona się przecież nie nadawała do Cartera. Była za miękka. Zbyt… Zbyt delikatna na ten świat. Nie było szans, że to przetrwa. Tak myślała dawniej, a teraz… Teraz on się jej oświadczył.
— Dom jest świetny. Steven ma dobre oko. — Pochwaliła i wzruszyła ramionami. — Ale to nie zmienia faktu, że się nudzę. Przyprowadziłeś mnie tu… to mnie zabaw.
Sloane sięgnęła po kieliszek, który od niej odsunął. Poruszała się i mówiła szybciej niż zazwyczaj. Stare przyzwyczajenia… Dobre sobie. Potrzebowała ulgi. I jej nie dostała. Już dawno nie czuła po niej ulgi.
— Przeszkadzam? — Tym razem zwróciła się do Molly, która była zaskakująco milcząca. Sloane nie znała modelek z Los Angeles. Te w Nowym Jorku… One zachowywały się inaczej. Nawet, kiedy nie było wyraźnego zagrożenia i tak zachowywały się jak małe pieski obronne, które szczekają z torebek. — Mogę iść, ale… Skoro Ezra mnie zaprosił, to byłoby niegrzeczne swojego gościa olewać, prawda? Zwłaszcza takiego, za którym się biegało. — Uśmiechnęła się do mężczyzny, jakby chciała podkreślić, że jest tu, bo on tego chce, bo od tygodnia gra według jego zasad, a teraz zaczynało się jej to już nudzić i potrzebowała zmiany.
— Wiesz, myślałam, że jesteś bardziej… Rozrywkowy. — Westchnęła wręcz z rozczarowaniem. — Pracujesz w rozrywkowej branży, a jak na kogoś kto ją dostarcza… No dalej, Ezra. Naprawdę mam uwierzyć, że sączenie szkockiej ci wystarcza?
Nie wątpiła, że mogło. Zwłaszcza w towarzystwie takiej kobiety jaką była Molly. Na obecny stan Sloane to było zwyczajnie nudne. Potrzebowała zajęcia, zanim zacznie robić się gorzej, a jeśli zostanie sama… Jeśli zostanie sama to będzie tylko gorzej.
Usuń— Blisko punktu kulminacyjnego? — Powtórzyła po nim z wyraźną obrazą. — Jeszcze nie robię dramatu, ale… Chyba trzeba. Jest nudno. Wszyscy w LA są tacy… sztywni?
Założyła nogę na nogę, a choć materiał sukienki się z jej uda ześlizgnął to w ruchach Sloane nie było nic prowokującego. Nie tym razem i nie przy nim. Myślami była w innych stronach. Daleko od Los Angeles.
— Wolałbyś, żebym zniknęła ci z radaru? — Oczy jej niemal błysnęły, jakby właśnie podsunął jej świetny pomysł, z którego Sloane gotowa była skorzystać. Miała tu w kim przebierać. Pamiętała, jak patrzył się na nią tamten facet w granatowym garniturze z rozpiętą koszulą. Nie przywitał się, nie odezwał słowem, ale spojrzenie było wymowne. — Wiesz co? — Niemal syknęła nachylając się do niego, jakby chciała mu to wysyczeć prosto w uchu. — Może powinnam poszukać kogoś, kto bardziej doceni moje towarzystwo. Bo zdaje się, że ten, któremu najbardziej zależało zainteresowany już nie jest.
sloane
Znała swoje schematy, a także to, co się dzieje w trakcie. Tylko to wszystko znała z Nowego Jorku, gdzie zawsze, gdzieś z tylu głowy miała myśl, że ktoś ją złapie. Zawsze trafiała w odpowiednie ramiona, kiedy trafiała w najgorsze bagno. Nawet wtedy, kiedy znajdowała się w miejscach, z których nie powinna była wyjść żywa. Ktoś się zawsze pojawiał i trzymał ją mocno, ale z pewną delikatnością w dotyku. Nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś nie zamierza za nią biegać. Ezra… Ezra nie biegał. On nawet nie kiwnął palcem. Nie dał jej takiej reakcji, której Sloane oczekiwała. Uciekała w kolejne dawki alkoholu, seks albo jeszcze więcej używek. Nie podsunął jej swojej whisky, nie szarpnął jej za włosy, a już na pewno nie podał jej na języku kolejnej tabletki. Żadnego po tym będzie ci lepiej, Sloane. Tylko twardy pragmatyzm, który doprowadzał do szału.
OdpowiedzUsuńPrzez tydzień wszystko układało się tak, jak należało. Było przecież dobrze. Było zajebiście dobrze. Jedna wiadomość. Tyle wystarczyło, żeby w Sloane coś pękło, a ona wracała do starych nawyków. Nawyki mogła mieć stare, ale była w nowym miejscu. W takim, gdzie nikt nie trzymał jej za rękę, nie ocierał łez i nie próbował zapewnić, że jakoś się poukłada.
— Gówno wiesz. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby, kiedy zaczął ją diagnozować. — Myślisz, że wszystko wiesz, bo naczytałeś się o mnie w necie? Bo ktoś ci coś powiedział?
Nie znał jej. Jej historii. Tego co w niej siedziało tak głęboko, że nikt nie byłby w stanie tego z niej wyrwać. Nawet mimo starań – wciąż by się to nikomu nie udało, bo Sloane na to nie pozwalała. Ona te uczucia w sobie wręcz pielęgnowała. Tylko zamiast skupiać się na dobrych, wybierała te, które robiły jej w głowie największy rozpierdol.
Sloane już nawet nie zwracała uwagi na to, że była tu jeszcze ta modelka. Dla niej przestała istnieć w momencie, kiedy Ezra zaczął uderzać w te punkty, które bolały najbardziej. W to, co Sloane tak bardzo próbowała ukrywać, a co było widoczne właściwie gołym okiem. Bo nikt nie musiał się wcale długo starać, aby dostrzec to, co bolało ją najbardziej.
Nie chciała, żeby miał rację. Żeby mówił jej to wszystko. Żeby sprowadzał ją na ziemię, kiedy ona tak bardzo chciała z niej zniknąć. Chciała być w innej rzeczywistości. W tej, gdzie zgubiona była w tłumie ludzi na parkiecie. Z obcymi dłońmi na ciele, które przez parę minut piosenki pozwoliły jej nie myśleć. Chciała to znaleźć z nim. Żeby ją stąd zabrał i pozwolił… Nie czuć. A może to wcale nie jego chciała. Może tu przyszła, bo był jedyną tak naprawdę osobą, którą tu lepiej znała. Której mogła w pewien sposób zaufać, a Sloane, gdy nie była sama, to zawsze uciekała tam, gdzie czuła namiastkę zaufania.
Wzrok miała utkwiony w mężczyźnie. Oczy odrobinę przymrużone. Palce mocno ściskały nóżkę kieliszka. Jeszcze nie była pewna, czy wściekłość z nich się ulatnia czy dopiero zaczyna pulsować. Potrzebowała jakiegoś bodźca. Czegoś, aby nie zniknąć, a on… On jej tego nie dawał. Nie pozwalał jej. Nie szedł według jej schematu. Schodził ze znajomej ścieżki.
— I niby, jak mi tego chcesz zabronić? Weźmiesz mnie za rączkę, odprowadzisz do domu i wpakujesz do łóżka? — Zaśmiała się. Sama ta wizja była absurdalna. — Czego się tak boisz, co? Radzę sobie, nie potrzebuję cię i twojej łaski.
Drugą dłonią nerwowo i zbyt szybko stukała o blat niskiego stolika. Powinna była stąd wyjść. Zniknąć. Nie przychodzić tutaj. Iść… do kogokolwiek innego, kto pomógłby jej zapomnieć. Chociaż na dziesięć minut, a potem zastanawiałaby się co dalej. Mogła wziąć kolejną kreskę. Kolejną pigułę w nadziei, że to pomoże, ale tylko rozbiłoby ją bardziej.
Zamrugała powoli, kiedy pokazał jej telefon. Ekran przez moment był zbyt jasny, a blondynka musiała przymknąć na chwilę oczy.
— I co? Ten twój kierowca jest zabawniejszy od ciebie? — Prychnęła, udając, że nie rozumie o co mu chodzi. Że popycha ją z jednej imprezy na drugą. Z tej publicznej, choć nieotwartej dla wszystkich do prywatnej, gdzie będą sami.
Sloane nie chciała przypadkowych ludzi. Nie tak naprawdę. Sądziła, że ich potrzebuje, bo to było znajome. W ciałach się odnajdowała. Tak, jak dawniej z Ruby, która pozwoliła jej nie myśleć. Jak wiele razy z innymi. Tylko na parkiecie. Tylko pocałunki. Tylko dotyk, który mógł przerodzić się w coś więcej, ale zawsze kończył się wtedy, co piosenka.
Usuń— Idę zapalić. — Nie prosiła i nawet nie chciała, aby za nią szedł. Dla niej to był koniec rozmowy. Nie ruszyła się, tylko otworzyła torebkę, ale ta była… Pusta. Telefon był, zapalniczka była, ale… Nie było papierosów. — Zajebiście. — Mruknęła, po czym się roześmiała. Przyłożyła dłoń do czoła. Nie płakała, nie tutaj i kurwa nie przy nim. Gdzieś je zostawiła. Może w łazience. Może na tarasie. Może komuś oddała.
Odchyliła się do tyłu, a głowę oparła o ścianę za sobą.
sloane
Dla Sloane te momenty były niemal jednym i tym samym. Radziła sobie, bo musiała. Bo gdzieś tam w środku naprawdę jej zależało, aby nie zjechać na samo dno. Jeszcze się trzymała, bo jaki wybór miała? Gdyby to wszystko porzuciła w tej chwili… Gdyby naprawdę puściły jej wszystkie hamulce to Sloane byłaby już przy barze. Być może przy tym mężczyźnie w granatowym garniturze, którzy łypał na nią okiem cały wieczór, jakby czekał na okazję. Zamiast niego wybrała Ezrę, bo jeszcze sobie radziła. Bo jeszcze było za wcześnie, aby upadła tak, żeby nie dała rady się podnieść.
OdpowiedzUsuńFrustracja w niej narastała, gdy nie mogła znaleźć tych przeklętych papierosów w torebce, a potem zmieniła się w głupi, nijaki śmiech, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że ich tutaj nie znajdzie. Najpewniej nawet nie było ich już w łazience, bo zostały sprzątnięte, a Sloane była zbyt daleko w myślach, aby teraz tam wracać i się łudzić, że je znajdzie.
Czekała na zakazy. Z nimi potrafiła się buntować, a Ezra dawał jej wybór. Nie zatrzymywał na siłę, nie groził w żaden sposób. On po prostu… Pozwolił jej samej zadecydować, a na to Sloane nie była gotowa. Potrzebowała „Sloane, nie”, aby zacząć krzyczeć i się awanturować. Nie umiała się bić ze spokojem, a ten, który miał w sobie Ezra był wręcz przeszywający na wskroś. Już nawet na niego nie patrzyła, bo wiedziała co tam znajdzie. Ten rodzaj uśmiechu, który może nie był pogardliwy, ale miał w sobie coś znacznie gorszego. Cięższego. Sloane z wetchnięciem pokręciła głową. Sama nie była pewna, czy w odpowiedzi na to, co mówił, czy sama do siebie. Była zmęczona, była zła i była przytoczona.
Przyszła pani Crawford.
Ona nią była. Ona nosiła jego nazwisko. Nawet, jeśli oficjalnie nigdy tego nie zmieniła. Nie znalazła nigdy czasu na to, żeby pójść do urzędu. Ona nie chodziła po urzędach. Nie zaprzątała sobie głowy takimi rzeczami. Ale i bez formalnej zmiany czasem przedstawiła się jego nazwiskiem. Sloane Crawford… To ona nią miała być. Nie Sophia. Nie dziewczyna, która niczym nie pasowała do jego świata, a zgarnęła dla siebie wszystko tymi sarnimi oczami i niewinnością.
Milczała w ten swój uparty sposób, który dla niego miał być karą, a najpewniej był błogosławieństwem, że w końcu się Sloane zamknęła. Nie zmuszał jej do niczego i to było najgorsze. Nawet się nie odwrócił, czy za nim idzie, jakby go to wcale nie obchodziło. I może nie obchodziło, czy pójdzie, czy wpadnie w cudze objęcia, aby znaleźć odrobinę… Ukojenia. Sloane podniosła się z kanapy z opóźnieniem. Ruszyła za nim bez słowa, ale z wysoko uniesioną głową, jakby nie chciała, aby ktokolwiek pomyślał, że coś jest nie w porządku. Idąc przez kuchnię Sloane zatrzymała się przy leżących tacach z przekąskami. Jakieś deserki i słone przekąski. Wzięła, bez pytania, czy może, dwie tartaletki z owocami i jakimś kremem w środku. Zjadła jedną zanim wyszła za Ezrą na zewnątrz. Drugą akurat kończyła, a gdy się w nią wgryzała jedna z borówek sturlała się z wierzchu i spadła między nimi na podłogę.
Miał rację, której nie chciała mu przyznawać. Na to było o wiele za wcześnie. Otrzepała o siebie dłonie i po chwili wzięła od niego papierosy i zapalniczkę. Wsunęła jednego między usta i odpaliła po chwili, mocno się zaciągając, ale nie ważne, jak gryzący ten dym teraz mógł być to i tak nie potrafił załagodzić tego, co się w niej działo. Tego pulsującego bólu pod skórą. Ból nie wyparował z jej płuc tak, jak zrobił to dym, który wypuściła nad swoją głową. Opierała się o barierkę i patrzyła przed siebie. Na ocean, w którym odbijał się księżyc. Patrzyła czasem w dół. Na przeróżne rośliny, których Sloane nie potrafiła nazwać. Ani teraz, ani nigdy przedtem.
Stała w tej eleganckiej sukni, ale w niej nic nie było eleganckie. Ani ten papieros ani włosy, które już nie były tak ułożone, jak przedtem. Roztrzepane po dobrej zabawie, bo faktycznie bawiła się przez jakiś czas dobrze. Nie miała błysku w oczach, który nie byłby niepokojący. Zaciągnęła się znowu, wciąż milcząc. Mogła mu powiedzieć, ale co by to dało?
Wyśmiałby ją. I miałby przy tym rację.
Od miesięcy miał nad nią kontrolę. Kiedy myślała, że się wyleczyła to Carter wracał. W najmniej oczekiwanym momencie. Nie wracał nawet z własnej woli. Tylko… Tylko wracał pod postacią kogoś. Najczęściej przez Julesa. Wiadomość lub jedna rozmowa. I wszystko się sypało na dobre kawałeczki.
UsuńKątem oka widziała, jak się nachylił w jej stronę, ale nie spojrzała na Ezrę.
— To bez znaczenia.
Gdyby naprawdę było bez znaczenia, nie stałaby tutaj teraz. Nie byłaby w tym stanie między histerią, a wrzaskiem. Nie drżałyby jej dłonie. I nie chciała mu mówić. Przyznać się, że to wszystko to prawda. Że wciąż jest tą dziewczyną, która tęskni za facetem, który pewnie już nie wypowiada nawet jej imienia. Że wciąż nie odpuściła, chociaż należało zostawić to dawno za sobą.
sloane
Sloane czuła od samego początku, że Ezra nie miał najmniejszego zamiaru wyciągać z niej informacji, które trzymała głęboko w sobie. Żadnego dzielenia się sekretami, które trzymała w sobie. Nie próbował jej zrozumieć. Sloane sama nie wiedziała, czego chce. Kiedy ktoś próbował ją zrozumieć to ona zaczynała się buntować. Albo rozbijała się z nim o największe skały, jakie tylko były w pobliżu. Ściągała na samo dno, a kiedy była zostawiona sama sobie to głupiała. On nie próbował jej sprowadzić na dobrą drogę. Nie próbował jej pokazać, którędy ma iść. Ezra po prostu był, a to ją wkurwiało. Żadnych wybuchów w jej kierunku i umoralniania. Żadnych tekstów, że psuje sobie zdrowie, rozpierdala życie. Nie, on tylko nie chciał, aby się zbłaźniła przed nowym światem, w który ją wprowadził.
OdpowiedzUsuńChciałaby, żeby to było bez znaczenia. Albo żeby miała prawdziwy powód, bo to… To przecież nie był powód. Nie tak naprawdę, nie? Tylko jej urojenia. Takie, którymi żyła od miesięcy i nie potrafiła odpuścić. Wciąż przekonana, że prędzej czy później oni znajdą do siebie drogę. Zawsze przecież znajdowali, więc co teraz ich różniło? Gdyby tylko nie było jej w obrazku… Gdyby jej nie było, gdyby jakimś cudem zniknęła, to wystarczyłoby jedno spojrzenie, aby wszystko do nich wróciło, a oni wcale by się nie bronili przed uczuciami. Sloane wiedziała, że nie jest Carterowi obojętna, że on wciąż coś czuje. Nawet jeśli przykrył to nowym związkiem i nową dziewczyną, to Sloane wciąż się liczyła.
Nie dało się nie zauważyć tego drgnięcia, gdy zaczął wyliczać o co chodzi. Wszystko po trochu. O faceta, którego nie umiała sobie odpuścić. O przeszłość, która miała być zamkniętym rozdziałem, a do którego Sloane nieustannie wracała. O coś, co powracało niczym bumerang. Bo nawet jeśli Sloane myślała, że to już daleko za nią, to w najmniej oczekiwanym momencie uderzały wspomnienia, a czasem rzeczywistość, a ona potem kończyła z rozszerzonymi źrenicami, gotowa do wybuchu.
— Sam mówisz, że żaden z ciebie terapeuta i zbawca, to co ci po tym, jak ci powiem? — Mruknęła obracając papierosa między palcami, zanim znów się nim zaciągnęła. Mocny dym gryzł w płuca i przełyk. Drapał i zostawiał po sobie nieprzyjemne mrowienie, ale właśnie tego Sloane potrzebowała. Tego uczucia, że coś w niej jest żywe. — Chcesz plotek? Nah, nie twój styl. Chyba, że się mylę, a na śniadanie pierwsze co robisz to czytasz Los Angeles Times i rubryczkę z plotkami.
Nawet nie próbowała sobie tego wyobrazić. Ezra w swoim gabinecie o dziewiątej rano z papierową gazetą i zaczytujący się w plotkach.
Dawał jej coś, czego nie dostała od innych. Może coś na kształt zrozumienia. Niekoniecznie, że znał dokładnie jej sytuację, ale może w przeszłości przechodził coś podobnego. Może obserwował to u innych ludzi. Widział w jaki sposób to wszystko się kończy.
— Nie próbuję… Wiem, że nie jestem ponad tym. — Wzruszyła ramionami i mówiła to pod nosem, jakby nie chciała się przyznawać do własnych słabości. Bo nie chciała. Nie chciała, aby Ezra wiedział, że ona jakieś słabości ma. Mimo, że je widział i znał, zanim w ogóle Sloane powiedziała chociaż słowo. Wystarczyło na nią popatrzeć odrobinę dłużej i wszystko stawało się jasne. — Wszędzie, ale nie ponad. — Wymamrotała pod nosem i ostatni raz zaciągnęła się papierosem zanim zgasiła go w kryształowej popielniczce.
To wszystko było takie bez sensu. Takie… Nijakie.
Chciałaby czasem przestać czuć i się nie przejmować. Sobą, Carterem, tym gównem, w którym siedziała po uszy. Zniknąć z powierzchni ziemi. Żadnych kontraktów, wywiadów, sesji, żadnej trasy i uśmiechania się do tysięcy kamer wyciągniętych w jej stronę. Żadnych obowiązków, które na nią czekały, a na które Sloane absolutnie nie czuła się gotowa.
Popatrzyła w jego ciemne oczy, w których nie było współczucia, gniewu, rozczarowania. Nie było w nich absolutnie niczego, czego Sloane mogła się spodziewać i to było najgorsze, bo kiedy na niego patrzyła to nie wiedziała, jaki będzie jego kolejny krok, a ona lubiła być zawsze krok czy dwa przed innymi.
I w tej samej chwili ją zaskoczył, kiedy te kilka zdań padło z jego ust. Bez ostrzeżenia. Bez wygładzania rzeczywistości. Oczy Sloane w sekundę się zwęziły, kiedy to ostrzeżenie padło, a palce zacisnęły wokół barierki.
Usuń— Przepraszam? — Uniosła brew patrząc tak, jakby powiedział jej właśnie najbardziej absurdalną rzecz. — Jeśli ominę jedno spotkanie to nagle koniec wszystkiego? Słyszysz siebie? — Prychnęła. Przecież wiedziała, jak to działa. Nie pojawia się = koniec zabawy. Zacisnęła szczękę, jakby chciała coś powiedzieć, ale żadne słowa przez chwilę nie wychodziły z jej ust.
Mierzyła go spojrzeniem, ale on się nie uginał. Nie był jak inni, którzy w końcu zaczynali czuć się niekomfortowo.
— Będę na tym pierdolonym spotkaniu. — Wysyczała. — I kto tu kogo, kurwa, szantażuje.
Pokręciła głową na boki. Bez pytania sięgnęła po jego paczkę z papierosami i odpaliła kolejnego. Tym razem nie była pewna, czy dłonie jej drżą z wściekłości na Ezrę czy Cartera.
— Może mnie w ogóle uwiąż na smyczy, co? Pilnuj 24/7, żebym ci przypadkiem nie przyniosła wstydu. — Warknęła. Zrobiła krok w jego stronę. Stała tak blisko, że czuła zapach jego wody kolońskiej. Nie chciała go przestraszyć, bo i tak by tego nie osiągnęła. Może, gdyby rzuciła się w przepaść, ale wątpiła. — Wiedziałeś na co się piszesz, Ezra. Nie dam się poskładać do kupy, bo tak zarządzisz. Ty mnie wybrałeś, nie na odwrót. Przyzwyczaj się albo mnie wypierdol już teraz. Nie obiecywałam, że ta współpraca będzie łatwa. Chcę jej, ale mam swoje problemy i nie będę przepraszać za to, że mi czasem odjebie. A jak ci z tym tak źle, jak było Clarze, Julie i całej reszcie… To chyba nie mamy o czym rozmawiać.
sloane
— Świat się nie zawali, gdybym opuściła jedno spotkanie. — Prychnęła i przewróciła oczami. Przecież się pojawi. Była sobota, a ona miała całą niedzielę, żeby dojść do siebie. Zamierzała się tam pojawić nawet, gdyby miała za sobą ciągnąć kroplówkę i pielęgniarkę, która będzie pilnowała, aby Sloane nie wyrżnęła orła.
OdpowiedzUsuńAż nie wierzyła, że to naprawdę powiedział. Sloane wcale nie dramatyzowała, ale to była przesada. Każdy czasem odpuszczał jakieś spotkanie. Zdarzało się, że ktoś się nie pojawił. Przesuwało się je o tydzień, a potem bum – wszystkie sprawy załatwione. W czym niby dramat? Chciała zrobić dobre wrażenie. Jasne. Nie znała tych ludzi. Nowy team, nowe twarze. Sloane nie chciała, aby znali ją z plotek, a ona na pierwszy raz da popis swoich umiejętności. Już chyba i tak dała, ale tylko przed Ezrą i tą jego modelką.
— Pewien jesteś? Wyglądasz na takiego, co lubi dominować. — Warknęła, jeszcze nie ochłonęła po tej groźbie, którą rzucił jej prosto w twarz. Tym to właśnie było. Groźbą, bo jak niby inaczej to miała nazwać?
Wbiła wzrok z powrotem w czarny ocean przed nimi. Kąpiel wcale nie wydawała się takim durnym pomysłem. Mimo, że woda pewnie była zimna i nienadająca się na kąpiele, a już zwłaszcza w nocy. Mimo dość wysokich temperatur wciąż potrafiło tu bywać chłodno, a Sloane… Sloane się tym nigdy nie przejmowała. W Nowym Jorku potrafiła w cienkiej sukience biegać przez całe miasto. Nie ważne, że z klubu do klubu i była na zewnątrz łącznie pięć minut. Bez znaczenia czy wiało, padało czy sypał śnieg.
— Wyglądasz, jakbyś tego żałował.
Wszyscy prędzej czy później żałowali współpracy z nią. Większość trzymały kontrakty. Inni próbowali w niej coś zobaczyć, ale Sloane zbyt mocno dążyła do wyniszczenia samej siebie. Jakby znalazła się poza etapem, w którym można zaakceptować pomoc. I jedyne na co liczyła to kolejne prochy, które nigdy nie pomagały jej zapomnieć.
Sloane była zbyt nakręcona, aby zobaczyć, że coś się w nim zmieniło. Był inny przez zaledwie ułamek sekundy. Trwało to stanowczo zbyt krótko, aby Fletcher mogła to zauważyć. Byt skupiona była również na sobie, aby mogła to zauważyć. Być może w innej sytuacji by dostrzegła, że coś w Ezrze się zmieniło, ale nie tym razem. Teraz… Teraz Sloane gapiła się dalej na ocean.
Inaczej reagować nie potrafiła. To był odruch, który pomagał się jej bronić przed rzeczywistością. Nawet, jeśli ją tylko bardziej otępiał, a nie faktycznie pomagał. Sprowadzał na nią największe gówno, a ona zamiast z niego wyjść to brnęła w dalej. Jakby liczyła, że na końcu znajdzie to swoje szczęście, którego nigdy nie potrafiła nazwać. Miała w głowie mętlik i w życiu, a także zero samozaparcia, aby coś zmienić. Łatwiej było sięgnąć po kolejną kreskę. Wypić następnego shota. Wszystko, byle tylko nie patrzeć na rzeczywistość.
Obserwowała go kątem oka. Unosząc lekko brew na widok jak wyjętej z innej epoki papierośnicy, która nijak nie pasowała do klimatu miejsca, w którym się znajdowali. Sloane nic jednak nie powiedziała. Żadnego złośliwego komentarza. Tylko głucha cisza, którą w tle czasem przerywały daleko pod nimi rozbijające się o brzegi fale. Dym zatańczył między nimi po chwili. Gęsty i ciężki. Zawahała się, jakby faktycznie rozważała, czy należy od niego to brać, gdy już była naćpana i nakręcona, ale w końcu odebrała od niego skręta. Przez kilka minut panowała między nimi cisza, której nie musieli wypełniać żadnymi słowami. Ta cisza im pasowała. Była… Dziwnie spokojna.
— Długo jesteście razem? — Nie wiedziała, po co się pyta. Nie interesowało jej, ale minuta dłużej w tej ciszy, a Sloane oszaleje. Musiała o czymś mówić. Najlepiej o czymś co nie jest jej problemami, które wciąż wylewały się z niej i nie odchodziły, ale chociaż na parę minut chciała odłożyć ten temat. Po prostu… Zapomnieć o wszystkim.
sloane
Chciała rozmowy, która nie wniesie nic szczególnego. Takiej, która nie będzie zaliczała się do rozgrzeszania z błędów czy szukania w sobie wad. Zwykłe pytanie, które mogło paść między dwójką… Znajomych? Raczej nie mogli się tak nazywać. Ezra był jej szefem, a nie kolegą. W dodatku w pierwszym tygodniu pracy Sloane zdążyła mu nadepnąć na odcisk już kilka razy i wcale też zbyt szybko nie zamierzała przestać. Gdyby to naprawdę było takie proste, że wystarczy w niej coś przełączyć, aby przestała się tak zachowywać zrobiłaby to bez wahania. Tylko, że taki przełącznik nie istniał, a żeby taka zmiana w niej zaszła potrzebna była praca, której Sloane nie była gotowa podjąć. Bywało już lepiej, ale wciąż miała takie noce, jak ta, kiedy w jednej sekundzie wszystko się waliło, a ona próbowała się podtrzymać tym, co znała najlepiej, ale co działało na nią najgorzej.
OdpowiedzUsuń— Jasne. — Mruknęła, ale nie z przekąsem, jakby mu nie wierzyła. Znała takie relacje. Widywani razem w odpowiednich miejscach. Zbyt rzadko, aby uznać to za związek, ale zbyt często, aby to był przypadek.
Wyczuła, że to nie temat, który Ezra ma chęć z nią poruszać, a Sloane nie zamierzała dopytywać. Mimo swojej ciekawskiej natury i zamiłowania do plotkowania o cudzym życiu. Ona po prostu przyjęła ten fakt milczeniem.
— Ciebie da się lubić? — Uniosła brew z tym kpiącym uśmieszkiem, którego tym razem, ale nie mogła sobie podarować. — Dla znajomych pewnie jesteś przyjemniejszy, co? — Mruknęła i szybciej wypuściła powietrze nosem, jakby próbowała się zaśmiać, ale nie zrobiła tego naprawdę. Westchnęła przeciągle, a kiedy odbierał od niej skręta i musnął jej dłoń wyczuła to. W żyłach krążył już nie tylko alkohol i ekstaza, którą wzięła wcześniej, ale i ten boski biały proszek wciągnięty w kabinie łazienkowej. Zbyt wcześnie, aby ją puściło, ale dym… Dym pozwalał się jej wyciszyć. Zawsze tak było. Nawet nakręcona na full potrafiła się po nim wyciszyć.
— M O L L Y. — Przeliterowała, jakby smakowała to imię na języku, a potem westchnęła po raz kolejny. — Śmiesznie… Molly nie tylko w formie groźnych cukierków, ale długonogiej modelki. I pewnie z nią równie taki sam odjazd, hm?
Nie potrzebowała, aby jej odpowiadał. Mogła sobie wyobrazić, a i tak miała przeczucie, że Ezra ją po prostu zignoruje z tym pytaniem. Niby wiedziała, że nie chce o tym gadać, a nie potrafiła się zamknąć tak w pełni. Często w takich sytuacjach rzucała tekstami, które miały za cel trochę podkurwić, ale nie na tyle, żeby trzaskać drzwiami i kazać jej wypierdalać. Chociaż kto wie. Może ten spokój Ezry był tylko przykrywką, a lada moment pryz niej pęknie, bo palnie za wiele.
Sloane potrzebowała gadania. Ale kiedy zapadła cisza nie odważyła się jej przerwać w żaden sposób. Palili w ciszy, dzieląc się skrętem. Może udawali, że nic się nie wydarzyło, a może wręcz przeciwnie. Może wydarzyło się więcej niż była skłonna przyznać. Mimo, że jeszcze nie zrobiła nic takiego spektakularnego. Sloane było stać na więcej, ale póki co trzymała jeszcze parę asów w rękawie. Nie chciała przecież, aby Ezra jednej nocy dostał cały pakiet, nie? Musiała zachować coś na przyszłość, aby nie nudził się zbyt szybko. O ile jakaś przyszłość jeszcze istniała, bo kto wie, może podrze ten kontrakt, gdy tylko dotrze w poniedziałek do biura.
Przekręciła lekko głowę w jego stronę, po czym się roześmiała. Tak, jak chyba nigdy przedtem przy nim.
— Serio? — Prychnęła, ale nie w złości, a raczej niedowierzaniu. — To będzie pierwszy komplement, który od ciebie dostanę? — Uśmiechała się może trochę zbyt szeroko. Zbyt wesoło. Nie liczyła tych wszystkich momentów, kiedy mówił, że jest dobra w robieniu muzyki. To wiedziała. Tego była świadoma.
— Żadne „zabójczo piękna w czerni”, nie. „Zabójczo dobra w robieniu rozpierdolonego pierwszego wrażenia”. — Znów się zaśmiała, po czym pochyliła nad barierką, wokół której mocno zacisnęła palce. Nie chciała polecieć. — Ale dzięki. Staram się, żeby nie było nudno.
Musiała nieco przymrużyć oczy, gdy znów zobaczyła ten uśmieszek. Ciągle ten sam, który bez przerwy miała chęć, aby mu zedrzeć z twarzy. W mniej lub bardziej bolesny sposób, ale jak to zrobi, to jeszcze się okaże. Póki co zamierzała być grzeczna.
Usuń— Uparta suka, która się nie słucha? — Wtrąciła, zanim podał jej prawdziwą odpowiedź. I jak się okazało, ale była całkiem blisko.
Znalazła w nim jeszcze jedną rzecz, która ją wkurzała. Te długie pauzy, po których nie wiedziała, czego ma się spodziewać. Jakiegoś pocisku czy niespodziewanego komplementu.
— Podoba mi się bomba atomowa w cekinach. — Roześmiała się z tą lekkością spowodowaną krążącą w jej żyłach chemią. Przymknęła delikatnie oczy. — Jak kot… Lubię koty. — Przytaknęła. — Chciałam jednego, ale nie mogłam go kupić. Głupie alergie i to w dodatku nie moje. — Mruknęła przewracając oczami.
Znów zapadła cisza, a Sloane uważniej na niego spojrzała.
— Z ciebie też uparte stworzenie. Jak muł. — Powtórzyła po nim z tym zadziornym uśmieszkiem, który był odpowiedzią na jego porównanie. — Jesteś… inny od mężczyzn, których spotkałam. Jeszcze nie wiem do jakiej kategorii pasujesz. Zdecydowanie Top 5 najbardziej wkurwiających, ale… Jest coś jeszcze. I to w końcu rozgryzę.
sloane
Czasami ta cisza jej przeszkadzała, kiedy nagle tam milknął, a wokół nich unosiły się jedynie dźwięki natury wokół. Nawet impreza trwająca w środku stała się nagle jakimś odległym punktem, którego nie dało się zbyt łatwo zlokalizować. Takim nieznaczącym nic dźwiękiem w tle, który teraz dochodził do nich, jak zza grubej szyby, która nie pozwalała przepuszczać zbyt wielu dźwięków.
OdpowiedzUsuńSloane nie akceptowała tego, że ktoś kto spędził z nią tydzień jest w stanie rozszyfrować ją ot tak. Ezra może, jeszcze, tego nie zrobił, ale był coraz bliżej tego, aby rozwiązywać ją jak najłatwiejszą krzyżówkę, która trafiła mu w miejsce. Tylko, że po rozwiązaniu kilku haseł pojawiały się takie, które ciężko było odpowiedzieć bez przygryzania języka i główkowania przez wiele godzin.
— Nigdy nie powiedziałam, które miejsce w tej kategorii zajmujesz. — Odparła puszczając mu oczko. Zdecydowanie był teraz numerem jeden, ale jeszcze nie straciła mózgu na tyle, żeby mu to mówić na głos. Wystarczyło jej, że ta jego pewność siebie i zuchwałość miał przyklejone na twarzy podczas regularnego, nudnego dnia, a co to by z nim zrobiło teraz?
Sloane odwróciła się do niego bokiem. Lekko opierając o barierkę, a dłoń oparła na biodrze. Przechyliła głowę na bok, kiedy mówił i uniosła brew.
— Nie uważasz, że gdybym miała taką kategorię… to nadawałoby się to do zgłoszenia do HR’u? — Mruknęła. Doskonale pamiętała ich rozmowę. To, że Ezra jest HR’em. Że jest tak naprawdę wszystkim w tej wytwórni. — Jesteś pewien, że tego tytułu nie da się kupić? — Rzuciła zaczepnie. Niestety, nie można było tego kupić.
Materiał rozchylił się na jej udzie, na którym Sloane poczuła lekki, niemal ciepły podmuch wiatru. Nie spuszczała jednak wzroku z Ezry. Skubany zdawał sobie sprawę z tego, że wygląda cholernie dobrze, ale jeszcze było za wcześnie, żeby mu to przyznawała. W zasadzie, zawsze będzie za wcześnie. Był jej szefem, a nie kumplem, którego mogła podrywać bez konsekwencji. Nawet, jeśli wpadał bezpośrednio w jej typ.
— Twoja artystka od szałwii i szukania wewnętrznego dziecka się nie sprawdziła? — Prychnęła rozbawiona. Boże, chciałaby wiedzieć kto to jest. Nie potrafiła sobie nikogo takiego przypomnieć. — Oczyszczała ci gabinet szałwią? Albo kryształami? Zbierała energię z księżyca czy inne gówno? — Zaśmiała się. Dla zabawy mogłaby się w coś takiego bawić, ale na poważnie? Nie było szans.
— Trzymiesięczny okres próbny? — Uniosła lekko brew. Czyli jeden tydzień miała za sobą, a wcale nie była bliżej tego, aby go polubić. Była bliżej niż sobie zdawała sprawę, ale odpychała to od siebie. Dał jej szansę, rozumiał jej humor. Jak miałaby go nie polubić? Nawet ten wkurwiający uśmiech miał w sobie to coś. — Deal. Zobaczmy, czy za trzy miesiące ci powiem, że cię lubię. Bo póki co… Jesteś zajebiście irytujący.
W normalnej pracy, chyba, za takie teksty wyleciałaby na zbity pysk. Przynajmniej tak się jej wydawało, bo przecież to nie tak, że Sloane kiedykolwiek miała normalną pracę. Nie musiała kosić trawników, roznosić gazet czy co tam ludzie robili, aby zarobić pierwszy grosz. Miała chyba dziesięć lat, kiedy ojciec dał jej pierwszego Amexa i pozwolił szaleć do woli. Wydawała, oczywiście, na same zabawki i dziecięce głupoty, a potem jej pierwsza praca zahaczyła o pieniądze w ogromnych kwotach więc… Nie wiedziała, jak się pracuje w innym życiu. Nie odnalazłaby się.
— Cholera, to przykre. — Mruknęła. — Odlot dla Molly tylko po molly… — Roześmiała się zaraz, kiedy to zdanie wybrzmiało w jej głowie. — Tylko mi nie mów, że seks z Molly po molly jest dopiero odlotowy, bo zacznę ci współczuć.
Wyciągnęła jeszcze rękę po skręta, którego dostała natychmiast. Przez moment nic nie mówiła. Pozwoliła sobie wchłonąć jego słowa. Proste, ale efektowne. Sloane uśmiechnęła się do siebie, bo prawda była taka, że niewiele osób to dostrzegało. Miała… Wielkie mniemanie o sobie, ale nie wzięło się ono znikąd. Była inteligentna, nawet, gdy podejmowała głupie decyzje. Taki wiek, a może taki świat. Nie wiedziała.
— Więc mnie lubisz. — Wyłapała to, jakby to była najważniejsza rzecz z tego wszystkiego. — I pazury też mam ostro, jak koty. — Zaśmiała się i wyciągnęła rękę. Jak zawsze długie szpice, które odpowiednio wykorzystane mogłyby komuś wybić oko, ale nie planowała dziś większych krzywd dla innych. — Ludzie tego nie lubią. Zwłaszcza u kobiet. Zwłaszcza tak młodych.
UsuńWiedział, co miała na myśli i dlaczego to mówiła. Odpychało to tak naprawdę każdego. Jakby jedyna poprawna wersja to była ta łagodna, którą można trzymać na uwięzi i ukierunkować tak, jak się samemu tego sobie wymarzy.
— Zaskoczyłam? — Powtórzyła po nim. Kącik ust jej lekko drgnął, ale pozwoliła mu dokończyć. On ją również zaskoczył. Tym, że tak o niej myślał. Sloane była na początku pewna, że to tylko akt, aby podpisała kontrakt i się przeniosła. — Myślałam, że miałam siebie pod kontrolą. Przez moment… Tak było. Parę tygodni po rozwodzie ja… Szczerze, miałam czas mojego życia. Było zajebiście dobrze, ale popsułam to. Jak zwykle i… I znowu nie mam kontroli, nie mam samej siebie. Mam… jedno wielkie zero.
Nie mówiła tego, aby się pożalić. Mimo, że przenikał on przez jej głos. Była tego świadoma w taki bolesny sposób, którego nie dało się pominąć. Nie z taką historią, jaką miała Sloane.
Sloane przez moment tylko na niego patrzyła spod wachlarza długich rzęs. Trochę głębiej niż robiła to przedtem.
— Robi się… niebezpiecznie, kiedy kogoś lubię, Ezra. — Wyznała, a jego imię na języki w przyjemny sposób zapiekło. Mogła tej nocy popełnić wiele błędów, ale ją przed tym powstrzymał, a mimo to stał przed nią i mówił dokładnie to, co popychało ją do kolejnych. — Więc… może udaję, że nikogo nie lubię.
sloane
Sloane uważnie na niego patrzyła. Mimo, że jej spojrzenie było lekko zamglone to wciąż pozostawało na tyle uważne, na ile było to możliwe. Zaczynała bawić się całkiem nieźle, kiedy tak między sobą rozmawiali. Nie padały żadne konkretne wyznania, a jednak Sloane miała wrażenie, że wyciąga z tej rozmowy naprawdę wiele. Jakby między tą ciszą, a żartami pozwalali sobie na to, aby poznać się od innej strony niż ta zawodowa.
OdpowiedzUsuń— Grzeczność do ciebie nie pasuje. — Skomentowała. Nie, zdecydowanie to do niego nie pasowało. Wszystko w nim wręcz mówiło, że nie pasuje do grzecznego i poukładanego faceta. Mógł nim być wtedy, kiedy należało, ale Sloane miała przeczucie, że to jedna z jego wielu wersji. Nie maska, bo mimo wszystko, ale Ezra nie wydawał się jej być człowiekiem, który potrzebuje masek. On po prostu wiedział, jak przy niektórych ludziach się zachować. — Z grzeczności… — Powtórzyła, jakby smakowała to słowo na języku i próbowała je do niego przykleić, ale mimo starań się to blondynce nie udawało.
Napięcie między nimi było niemal widoczne gołym okiem. Sloane mogła nie wiedzieć, jak je nazwać ani skąd ono się nagle wzięło. Nie można było jednak zaprzeczyć, że było. Ciężkie, mocno wyczuwalne. Zbliżające bardziej niż by wypadało w ich sytuacji. Uwielbiała balansować na takich granicach między tym co wypada, a czego absolutnie robić nie można. Wtedy czuła, jak zaczyna odżywać, kiedy musiała być ostrożniejsza w swoich ruchach i słowach, a nieodpowiedni krok mógł naciągnąć na nią konsekwencję, których nie chciała.
Sloane nie mogła sobie pozwolić na to, aby spojrzeć na niego w inny sposób. Zakodowała sobie w głowie, że jest jej szefem i tak chciała go traktować. Jako szefa, który widzi ją na początku rozsypki z kokainą krążącą w żyłach. Mogła mu nawrzucać, że go nienawidzi, że ją wkurwia, a on zamiast rzucić jej wypowiedzeniem uśmiechał się, a Sloane zamiast puścić focha to patrzyła na ten przeklęty uśmiech dłużej niż było to dozwolone. I nie odwracała wzroku.
Powoli uniosła brew, aby po chwili się roześmiać. W ten prosty, wesoły sposób, który był u niej rzadkością. Bez kpiny, choć jego komentarz bez dwóch zdań właśnie na to zasługiwał.
— W poniedziałek zaniosę formalne zażalenie. Odręcznie napisane. — Zagroziła. Gdyby dał jej kawałek papieru i długopis to mogłaby je napisać już teraz. — Jeszcze moment i zacznę myśleć, że sam sobie przyznajesz te nagrody. — Przewróciła oczami, a jej usta wygięły się w lekko kpiącym uśmiechu, którego nie potrafiła powstrzymać.
Jego uśmiech się zmienił. Był… Taki zwykły, a Sloane zamiast odpowiedzieć ty samym podtrzymała ten uśmiech sprzed chwili.
— Jesteś irytujący. — Potwierdziła. — I z wysokim ego. Ale nie, Ezra, nie podobasz mi się.
W pewien sposób jej imponował i nie mogła temu zaprzeczyć. Nawet, gdy takie słowa opuszczały jej usta to, gdyby przyjrzał się uważniej, a nie wątpiła, że to robił, mógłby dostrzec, że wypowiadane słowa wcale nie pokrywają się z jej myślami. Ale to, że być może, się jej podobał jeszcze nic nie oznaczało. Sloane się wielu ludzi podobało. Z tym, że przyznanie tego Ezrze nie było na liście do odhaczenia. Z uwagi na jego wysoką opinię o sobie. Nie potrzebował jej komplementów, aby się wysoko wznosić.
Nie przeszkadzała jej cisza, która na moment zapadła. Znała już ten schemat. Chwila ciszy, a potem znów płynnie wejdą w rozmowę. W tym czasie jej wzrok przesuwał się po jego sylwetce. Na tych idealnie dobrych ubraniach. Sprawnych dłoniach, gdy gasił skręta. Palcach, które zdobiła biżuteria. I z powrotem wróciła do jego oczu.
— Lubienie kogoś zawsze coś kosztuje. — Brzmiała tak, jakby nie istniały uczucia bez kary. Może dla innych ludzi uczucia nie były karą. Nie były czymś czego nie da się unieść. Patrzyła uważnie, gdy tak krok po kroku ją rozgryzał i mówił o tym wszystkim. Kącik jej ust drgnął. A Ezra… Ezra trafiał prosto w punkt. — Nie boję się, ja wiem, że ich nie utrzymam. Próbowałam… Parę razy. I zawsze kończy się tak samo, Ezra. Lepiej jest… nie pozwalać sobie na polubienie kogoś.
Może Sloane nie potrafiła tak naprawdę żyć bez chaosu. Zdawała sobie sprawę, że to ona sama ściągała te nieszczęścia na siebie. Nawet, gdy kogoś lubiła to sabotowała relację. Czekając, aż to ta druga strona będzie ją ratować i czasem ratowała, a czasami Sloane przesadzała i nie było już czego ratować.
UsuńPrzemilczała, kiedy jego ramię musnęło jej. Było to tak delikatne, że gdyby nie fakt, że była na nim tak skupiona to nawet by tego nie zauważyła.
— Odpalanie pełnej wersji mnie… Raczej nie jest bezpieczne. — Zauważyła, a kącik jej ust lekko drgnął. — Ale pieprzyć bezpieczeństwo, nie?
Przecież nie dla bezpieczeństwa do niego przyszła. To miała w poprzedniej wytwórni. Pewny plan, który mógł pociągnąć ją przez kolejne dwa, może trzy lata. Potem dopiero by się martwiła. Ezra wciągał ją na pola minowe, które ona sama zasadziła, ale nie pamiętała, gdzie kryją się wybuchy.
Ezra nie musiał przekraczać żadnej granicy. Ona, niezauważalnie, ale i tak została przekroczona. Nie dotykiem, a nawet nie nieodpowiednimi słowami, które czasem rzucali w swoją stronę. Wzrok blondynki przez chwilę błądził po jego twarzy, nim wróciła do jego oczu. Akurat w tym samym momencie co on.
— Myślałam, że ty już mnie lubisz. — Odparła cicho. Może, gdyby poznali się w innych okolicznościach… może wtedy mogłaby pozwolić sobie na więcej. Na śmiałość, która teraz była skryta. — Teraz będzie mi przykro.
Nie odsunęła się ani nie ugięła od spojrzenia, które ciężko na niej osiadło.
Wszystko zmieniło się w chwili, kiedy zadał to jedno pytanie. Bez konkretnego imienia czy ksywki. Nie musiał tego wypowiadać, aby Sloane wiedziała o kogo mu chodzi. Lekko napięła ramiona, a jej palce owinęły się wokół barierki. Na krótki moment spojrzała na ocean. Tak dziwnie spokojny.
— Zawsze chodzi o niego. — Nie podniosła głosu i przez chwilę na niego nawet nie patrzyła. Wiedziała, że nie dostanie u niego współczucia, ale i tak nie chciała tego tam dostrzec. — Żałosne, wiem. Oświadczył się jej.
Wzruszyła ramionami, jakby to już nie było ważne, choć pół godziny temu wciągała kreskę w łazienne, bo nie umiała poradzić sobie z emocjami. Stała się tym rodzajem dziewczyny, który zawsze wyśmiewała. Uzależniona od faceta. Trzymająca się kurczowo przeszłości.
Dopiero po chwili pozwoliła sobie spojrzeć na Ezrę. Nie odsunęła się, więc wciąż dzieliła ich ta sama niewielka odległość, którą łatwo było przekroczyć. Mogłaby to zrobić. Była smutna, a on był blisko… I patrzył, a może tylko sobie to wmawiała, tak, jakby mógł zdjąć z niej cały ten smutek i go z niej wyrwać.
sloane
— Oczywiście, razem ze skromnością i subtelnością. — Roześmiała się, jakby właśnie rzucili oboje taki żart, któremu ciężko jest się oprzeć. Widziała ten błysk, który jednocześnie przyciągał ją bliżej, ale miał w sobie też coś równie irytującego, jak ten uśmiech. Ale może właśnie w tym był cały urok? Przyciągać irytacją, zatrzymać inteligencją.
OdpowiedzUsuńSloane poprawiła swoją postawę, kiedy Ezra zapytał co według niej do niego pasowało. Zrobiła to, jakby musiała lepiej mu się przyjrzeć, zanim odpowie. Mimo, że przecież robiła to od dobrych kilkudziesięciu minut. Próbowała wyłapać wszystkie cechy, które wcześniej jej przy nim umknęły.
— Kiedy ci powiem, wykorzystasz to przeciwko mnie. — Mruknęła z lekkim rozbawieniem. Wcale nie miałaby nic przeciwko. Tego wiedzieć nie musiał. Zastanawiała się, czy odpowiedzieć na poważnie czy przeciągnąć to w jakąś gierkę, która między nimi zapadła. Sam będzie musiał zdecydować, czy Sloane mówi poważnie czy się z droczy. — Ale skoro musisz wiedzieć… Jesteś intrygującą osobą z charyzmą, którą ciężko znaleźć u innych ludzi. Przyciągasz, jak magnes. Masz coś w sobie… Prawie niebezpiecznego. Trochę jak… wiesz, że się sparzysz, ale i tak chcesz spróbować, bo wiesz, że będzie warto.
Blondynce samej było ciężko stwierdzić, czy to co mówiła zabarwione było flirtem czy tylko byciem nietrzeźwą i na haju. Kiedy pierwszy raz go spotkała na tamtym przyjęciu od pierwszego spojrzenia czuła się zachęcona. Do samej rozmowy. Wymienia kilku zdań, aby sprawdzić, czy jest faktycznie tak interesujący na jakiego wygląda. Rzeczywistość okazała się o wiele lepsza niż jej wyobrażenia.
Może zapamięta, aby przynieść mu tę skargę w poniedziałek. Chwilowo ten pomysł wyparował już z jej głowy, a myśli blondynki krążyły wokół czegoś zupełnie innego. Kącik jej ust uniósł się nieznacznie w górę, kiedy mruknął o ciosie prosto w serce.
— Cóż… Jesteś moim szefem. — Zauważyła, jakby to wcale nie było takie oczywiste. — Nie mogę powiedzieć, że mi się podobasz… Jeszcze mnie poślesz do HR’u na pogadankę o podrywaniu szefa. — Dodała z rozbawieniem i puściła mu oczko. Rozluźniała się coraz bardziej. To napięcie sprzed kilkunastu minut z niej ulatywało. Nie tak szybko, jak powietrze z pękniętego balonika, ale Sloane zamierzała już w tę lepszą stronę.
Zapewne był bardziej w jej typie niż Sloane gotowa była przyznać. Wystarczyło popatrzeć na to z kim spędziła ostatni rok, aby wiedzieć, że jak najbardziej do tego gustu się Ezra zaliczał. Choć, akurat Sloane swoich preferencji nie ograniczała.
Odwróciła się do niego bokiem i na moment wyciągnęła twarz w stronę ciemnego nieba. Gdyby był środek dnia można byłoby pomyśleć, że chce złapać parę promieni słońca, ale teraz… Teraz chyba próbowała się po prostu odłączyć od rzeczywistości. Włosy spływały jej po plecach, lekko się poruszając wtedy, gdy ona się ruszała i przez delikatne, wciąż ciepłe podmuchy wiatru.
Mogła mieć przymknięte oczy, lekko bujać się na boki do melodii, która wybrzmiewała tylko w jej głowie, ale słuchała go. Uważniej niż mogłoby mu się wydawać. Przy kimś innym uznałaby, że bredzi, ale nie on. On doskonale wiedział o czym mówi.
— Mhm. — Przytaknęła krótkim mruknięciem. — A co z sytuacją, gdy nawet po powrocie na szczyt nie jesteś w stanie tego docenić? — Westchnęła. Może mówiła o sobie, a może pytała czysto retorycznie. Może liczyła, że Ezra rzuci radą, która się do niej przylepi jak rzep do psiego ogona, a ona w końcu zacznie słuchać. Na pierwszy rzut oka Sloane nie wydawała się być tą dziewczyną, która słucha rad, ale zawsze je zapamiętywała. Tylko niekoniecznie się ich słuchała, ale małymi kroczkami może kiedyś jeszcze się do nich da radę zastosować.
Odwróciła się z powrotem w jego stronę. Z luźniejszym spojrzeniem niż wcześniej, choć gdzieś tam w nim tkwił ten smutek, który próbowała maskować różnymi używkami, innymi ludźmi. Nie ściągała tej maski z twarzy często, a gdy już to robiła to w takich momentach, jak ten, kiedy czuła się dziwnie bezpiecznie. Słuchana i rozumiana. Nawet, jeśli to było złudne wrażenie spowodowane wypaloną trawką w towarzystwie swojego szefa.
Sloane miała dziwną obsesję na punkcie bycia lubianą. Nigdy nie potrafiła sobie samej tego wytłumaczyć, ale zależało jej zawsze na tym, aby usłyszeć „tak, wciąż cię lubię, Sloane”. Nawet, kiedy wiedziała, że to jest kłamstwo wypowiedziane, aby ją uspokoić przed kolejnym niepotrzebnym wybuchem. Ezra nie musiał jej lubić i tak naprawdę nie szukała u niego aprobaty. Ale z jakiegoś powodu mu zaczęła ufać, więc się otwierała i gadała – żartowała niepoprawnie, wciągała w gierki, ale przede wszystkim próbowała patrzeć na niego, jak na swojego szefa, a nie kolejnego przyjaciela, który wysłucha jej wszystkich żali.
Usuń— To ładne kłamstwo. — Uśmiechnęła się połówką ust. Może zbyt mocno przekonywała samą siebie, że taka jest i zaczęła w to wierzyć. — Minęły miesiące, Ezra. Zdążyłam być z różnymi ludzi, on też, a i tak… — Przerwała i pokręciła głową, jakby sama nie wierzyła, że jest w tym miejscu. — Wracam tam, gdzie nikt mnie nie chce i nie ma dla mnie miejsca. To żałosne. Możesz to powiedzieć. Obiecuję, że nie będę rzucać krzesłami.
Dodała to niby w formie żartu, ale tak naprawdę sprowokowana mogłaby to zrobić i on pewnie o tym wiedział.
Słuchała go z cieniem uśmiechu na ustach. Słyszała już wiele na ten temat, ale nigdy do niej nic nie docierało. Nie ważne, ile razy ją ktoś ostrzegał, błagał i namawiał – ona trwała przy jego boku.
— Kiedyś mi się wydawało, że jestem. — Wzruszyła ramieniem. — Ale… Chyba już tam dla mnie nie ma miejsca.
Gdyby dostała jedną, minimalną szansę wykorzystałaby ją bez wahania. Tylko po to, aby chociaż jeszcze przez parę chwil ją potrzymał w objęciach. Aby poczuła się tak, jak wtedy, kiedy byli razem.
Zawahała się nad odpowiedzią, ale nie, bo Carter jej coś zrobił. Krzywdzili siebie nawzajem, owszem. Gdyby ktoś znalazł jakieś nagrania z ich penthouse to ludzie zaczęliby się zastanawiać, dlaczego nie pozywają siebie nawzajem.
— Chciałabym wiedzieć. — Roześmiała się pod nosem. — Nie wiem… On po prostu… Pochłania ludzi, wiesz? Kiedy z nim byłam czułam, jakbym była w innym świecie. Nie, kiedy coś braliśmy i impreza trwała tydzień. Nawet nie pamiętam żadnych imprez, ale pamiętam, jak było, gdy byliśmy tylko we dwójkę… — Uśmiechnęła się do wspomnienia, które przebiegło jej przez myśl, a przez które z zewnętrznego kącika oka spłynęła jedna łza, którą starła, kiedy odwróciła głowę, jakby nie chciała, aby Ezra zbyt wiele widział.
— Powiedzmy, że to karma za to co ja zrobiłam jemu.
sloane
Sloane mogła zwalić te wszystkie słowa na fakt, że była naćpana. Porządnie, ale wyciszona przez kilkanaście buchów zioła, które z nim wzięła. Była spokojniejsza i rozluźniona. Bez tego ostrego błysku w oczach, który szukał zaczepki w pierwszej napotkanej osobie. Po to przyszła do Ezry, aby odpowiedział na jej zaczepkę, a on ją wyprowadził z budynku na chłodniejsze powietrze, dał zapalić i zaczął wyciągać z niej głęboko ukryte prawdy.
OdpowiedzUsuń— Czasem jeszcze to coś w sobie znajdę. — Odparła z lekkim rozbawieniem, które jej towarzyszyło już od jakiegoś czasu. Mogła to zamaskować kolejnym sarkastycznym żartem lub znowu mu powiedzieć, że ją wkurza, ale poczuła się natchniona do czegoś zupełnie przeciwnego. Zawiesiła na nim swoje spojrzenie, ale jeszcze nie próbowała z niego wyciągnąć więcej. Nie musiała się zastanawiać, czy dobrze trafiła, bo wiedziała, że to zrobiła.
— Owszem, mam rację. — Przyznała z dumą. Uwielbiała mieć rację, ale kto tego nie uwielbiał? Szczególnie, gdy było się taką osobą, jak Sloane. — Wiesz co, może jak te trzy miesiące minął to sama ci kupię jakąś statuetkę. Wiesz, „dla szefa, którego może da się lubić”. — Roześmiała się, a potem zaraz dodała. — Żebyś miał jakąś nagrodę na tej swojej półeczce chwały, której sam sobie nie kupiłeś.
Kiedy do dodała puściła mu oczko i posłała wesoły uśmiech, tak w pełni rozluźniony i niezagracony żadnym smutkiem z przeszłości. Przynajmniej pojawił się on na chwilę. Był jak taki przerywnik między jedną, a drugą rozmową. Nawet, jeśli drugi temat był mniej przyjemny to wolała tak się kręcić między jednym, a drugim, a nie tylko skupiać na jednym. Gdyby mówili tylko o niej i Carterze momentalnie Sloane wróciłaby do tego stanu, który wniósł ją na salę po przyjęciu kreski.
— Z nakazem trzeźwego myślenia, ale nie z zakazem podrywania szefa? — Mruknęła zerkając na niego kątem oka. Sama nie miała pewności, czy go w ogóle tu podrywała. Ton na pewno był lekko zabarwiony… Weselszym klimatem. Takim, który nie był odpowiedni. — Nie doczytałam jakie konsekwencje mogę ponieść za… nieodpowiednie zachowania wobec szefa.
Jej usta zaciągnęły się w kolejnym uśmiechu. Takim, który nie zdradzał do końca, czy z nim flirtuje czy tylko się drażni w bezpieczny sposób, ale z pewnością znajdowała się, gdzieś na tej granicy między byciem tylko jedną z wielu jego artystek, a dziewczyną, która znalazła się w towarzystwie przystojnego mężczyzny, który kusił nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim swoimi słowami i postawą. Niby nonszalancki, ale nie w sposób, który Sloane znała. Nie był obojętny w tym, co mówił i robił, a to na nią zawsze działało.
Spojrzała na niego nieco uważniej niż przedtem. Jego słowa zdawały się mieć drugie dno, którego nie chciał przed nią ujawniać, a Sloane bez wyraźnej zgody nie chciała też grzebać w jego życiu. Jasne, wystarczyło Google, ale jak już mówił – to było dla leniwych. I prawda nie kryła się w artykułach, ale w człowieku.
— Jak długo ty się tego uczyłeś? — Spytała. Nie musiał, jeśli nie chciał, dzielić się z nią szczegółami. Po tych kilku jego słowach wiedziała, że przeżył coś, co zostało po sobie ślad w jego umyśle, a może i nawet w jego sercu. Może nosił ciężar, którego mimo upływu lat nie można było z siebie strząsnąć. Bez względu na to, jak bardzo człowiek się starał.
Potrafiła zachowywać się jak histeryczka, ale to nie była ta chwila, kiedy musiała swoje emocje okazywać w głośny sposób. Zapewne, gdyby Ezra nie miał w sobie tego spokoju to Sloane również by się nie wyciszyła. Chłonęła energię innych. Dopasowywała się do niej. Zwykle tak się działo, gdy ludzie mieli… Większe doświadczenie, jak sobie radzić z emocjami. Ezra był spokojny i cichy, nie reagował na jej krzyki, więc Sloane również się wyciszyła. Może rozumiała, że na niego krzyk nie zadziała, że bez względu na to, jak bardzo ona będzie się starała to Ezra nie podejmie jej gry. Nie dał się sprowokować, a kilka razy już próbowała.
Przygryzła wnętrze policzka, ale niezbyt mu wierzyła.
Usuń— Trochę jestem. — Upierała się i wzruszyła ramionami. Nie potrzebowała zapewnień, że wcale tak nie jest. Śmiała się z takich dziewczyn, a teraz sama się nią stała. Ale jeszcze nie doszła do momentu, w którym samą siebie wyśmieje. — Nie ma w tym nic silnego, Ezra. — Wzruszyła ramionami. Nie próbowała odebrać sobie „zasług”, ale naprawdę nie widziała w sobie siły. Nie, gdy chodziło o tę konkretną sprawę.
Na kilka chwil znów spojrzała przed siebie. Chciała ukryć swoje emocje przed samą sobą, ale i również przed nim. Odsłoniła się trochę zbyt mocno, a teraz zatrzymać też nie potrafiła.
— Sądziłam, że wróci. Że ta dziewczyna, Sophia, to tylko zabawa na chwilę. — Zmarszczyła nos i wypuściła powietrze powoli. — Dałbyś wiarę… Carter i laska, która równie dobrze mogłaby chodzić z aureolą na głowie. Taką świętą sobie przygruchał. — Prychnęła. Niby z pogardą, niby zazdrością, ale było w tym również coś więcej. Był… Zwyczajny smutek, że to nie ona już daje mu to, czego chciał.
Potrząsnęła głową w odpowiedzi. Wiedziała, co Ezra miał na myśli, bo myślała o Carterze podobnie, ale to już nie była prawda. Przynajmniej sprawiał takie wrażenie.
— Zmienił się. Tym razem… Jest inny. Ona zmieniła go. — Nie była pewna, czy jest na to bardziej zła czy zaskoczona, że w ogóle się jej udało zmienić kogoś takiego jak Carter. Może nie diametralnie, ale wystarczająco, aby te zmiany w nim były widoczne.
— Ja to wszystko wiem, Ezra. Wiem, jaki jest albo był… co potrafi zrobić z człowiekiem. Jak… uzależnia od siebie. — Westchnęła. To od niego najbardziej była uzależniona. Nie od prochów, ale przede wszystkim od niego, a teraz… Od miesięcy była na odwyku, z którego czasem uciekała, aby zasmakować Cartera na nowo.
— Pieprzyłam się ze swoim ochroniarzem za jego plecami. — wyrzuciła to z siebie z taką lekkością, jakby mówiła o tym, że dziś na obiad zjadła łososia. — Wszystkie te miłosne piosenki z albumu… Żadna nie była o Carterze. Więc, tak… Karma.
Wzruszyła ramionami, jakby akceptowała to, że długo jeszcze będzie pokutowała za swoje wybory. Raz ich żałowała, a innym razem mówiła, że powtórzyłaby to wszystko bez mrugnięcia okiem i że było warto mimo tego, jak bardzo teraz bolało.
Sloane parsknęła śmiechem, kiedy nawiązał do rzucania przez nią krzesłami. Ten śmiech dziwnie wybrzmiał po tych słowach, które mówiła, ale nie był udawany.
— Nie, nie. Jak cię uprzedzę to stracę element zaskoczenia. — Ramiona pierwszy raz zatrzęsły się jej od śmiechu, a nie wstrzymywanych emocji. — Ale może… może dla tego hełmu… Trafiłoby to na pewno do top 10 najdziwniejszych stylizacji Ezry.
sloane
Reputacja Ezry nie była żadną tajemnicą, którą Sloane musiałaby odkryć za wszelką cenę. W ich świecie pewne rzeczy się wiedziało bez udziału mediów. Oczywiście, że przed rozpoczęciem z nim pracy zrobiła mały research. Niewiele pamiętała z tych razów, kiedy widziała go jeszcze z czasów, kiedy była z Carterem. Może widzieli się tylko raz albo dwa, Sloane nie była pewna. Carter za wiele o Ezrze też nie mówił. Sloane z kolei nie interesowała się plotkami, a przynajmniej nie słuchała ich z zapartym tchem. Wolała dowiadywać się prosto ze źródła, a było jeszcze zabawniej, kiedy te źródło nie chciało zbyt wiele mówić. A tak się składało, że Ezra nie mówił o sobie wcale. Rzucał półsłówkami, kazał szukać prawdy w nich, ale nawet wtedy nie było pewności, że to co się usłyszało właśnie tym jest. I wcale mu się nie dziwiła, że nie otwierał się przed byle kim. Sloane pewnie powinna była wziąć przykład i przestać klepać jęzorem na lewo i prawo, ale on już o tych najgorszych rzeczach wiedział. O Carterze, o jej zjazdach, które potrafiły czasem trwać kilka dni. Wiedział, że Sloane zalicza dno, ale nie wiedział tego z plotek. Media były dla niej ostatnio łaskawe.
UsuńSloane oparła cały swój ciężar na jedną nogę i spogląda na niego z błyskiem w oku, który pojawiał się zawsze wtedy, kiedy wyczuwała, że ma przed sobą wyzwanie, któremu może być ciężko się oprzeć.
— Dlaczego? — Zapytała z udawaną niewinnością, która próbowała błysnąć jej w oczach, ale było to w zasadzie niemożliwe, aby coś takiego jak niewinność gościło jej w oczach. Zbyt wiele miała na swoich barkach grzechu, aby to było możliwe. — Pod tymi skrojonymi na miarę garniturami ukrywa się seryjny morderca? — Rzuciła kpiąco. Z ich rozmowy można było wywnioskować, że oboje pozwalają sobie na więcej niż było to w ich sytuacji dozwolone, ale żadnemu to również nie przeszkadzało. — Łamacz serc? Zakocham się od pierwszego razu, a ty nie będziesz w stanie mi dać tego, czego pragnę? — Uśmiech jej niemal nie schodził z twarzy, a Ezra chciał czy nie, ale tym wyznaniem sprawił, że Sloane miała ochotę na własnej skórze przekonać się, dlaczego miałaby nie chcieć go podrywać. W dupie miała moralność i to, że był starszy. Akurat to w jej przypadku działało na plus. To, że nad nią górował pozycją pewnie powinno ją odstraszyć. — Nie możesz tak rozpalać ciekawości dziewczyny i zostawiać jej z niczym. — Westchnęła. Niemal urażona tym, że Ezra nie mówi jej całej prawdy, a jedynie wokół się niej kręci. Prawdopodobnie nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że właśnie stał się dla niej celem, który Sloane ma ochotę złapać między palce i nie wypuszczać.
— Dalej Ezra. — Sloane zrobiła krok w jego stronę, a głowę musiała nieco wyżej wyciągnąć. Ciężko było jej stwierdzić, czy faktycznie coś poczuła, czy to była jednak tylko zwykła chęć przekonania się, czy i on będzie się jej opierał. — Chyba cię nie odstraszył ten cały cyrk z Zairem, co? Moje życiowe nieogarnięcie czasem bywa urocze. — Zaśmiała się. Nie spuszczała jednak wzroku z jego oczu. Teraz niemal nie widziała ich koloru, a czerń, w której łatwo mogłaby się zgubić i była już tego bliska. Może przez to, że się naćpała, a może przez wszystko inne wokół.
Odetchnęła nieco głębiej, kiedy mówił, a jego słowa przyniosły jej dziwny komfort, którego nie umiała sobie wytłumaczyć. Ona jeszcze nie potrafiła tego zrobić. Panować nad swoimi demonami, ale prawda była taka, że ona nawet nie próbowała nad nimi zapanować. Sloane pozwalała im na to, żeby robiły z nią to, co chciały.
Uśmiechnęła się kącikiem ust, kiedy mówił dalej.
— Tak… Niektórzy lepiej tak funkcjonują. — Przyznała. Nie musiał wskazywać na nią palcem, żeby Sloane wiedziała, że mówił dokładnie o niej. — Może potrzeba na to czasu. — Wzruszyła ramionami. Może po prostu Sloane jeszcze nie dojrzała do tego, żeby panować nad demonami. Była młoda i miała prawo do błędów, nie? Do odnalezienia prawdziwej siebie. Takiej wersji, która będzie sobie radziła z tym chaosem, który głęboko w niej siedział.
— I teraz życie na krawędzi cię już nie rajcuje, jak poskromiłeś swoje demony? — Zapytała z lekko uniesioną brwią.
Niemalże czuła bijące od niego ciepło, a to nigdy nie kończyło się dla Sloane dobrze. Mogłaby zrobić jeszcze krok, a może dwa mniejsze i sięgnęłaby po coś, co miało zostać nietknięte. Nawet nie w sferze fantazji. Po prostu nieruszone.
Usuń— Polecę tekstem moje terapeutki — zaczęła i przewróciła oczami na jego minę. Może ją zrobił, a może tylko sobie to wyobraziła. — Ale twierdzi, że potrzebuję chaosu, bo się w chaosie urodziłam. No wiesz, starzy, którzy się wiecznie kłócili, naćpany ojciec wszystkim co możliwe i kiedy robi się cicho to czekam, aż coś się rozpierdoli. — Zaśmiała się, a gdyby w dłoniach miała teraz papierosa to chętnie by się nim zaciągnęła.
To nie ona się zbliżyła, ale zrobił to Ezra. Miała wrażenie, że trzyma się na dystans. Zbliża na tyle, aby była w stanie go poczuć, ale bez zamiaru przekraczania tej granicy. Jej oczy niemal rozbłysły, gdy powiedział o byciu zafascynowanym jej chaosem.
— Chcesz zobaczyć tego więcej? — Niemalże szepnęła. Wiedząc, że ten moment w każdej chwili może wrócić, gdy za długo skupi się na rozmowie o Carterze. Sloane wtedy zaczęłaby wracać do tego, co znała najlepiej.
Sloane się roześmiała na jego słowa.
— Nigdy nie powiedziałam, że tego nie zrobiłam. — Parsknęła. — A tak między nami, to wylałam morze łez, błagałam i prosiłam, a zdjęcia spaliłam. A potem wydrukowałam je na nowo i spaliłam znowu. To był niekończący się proces. — Wzruszyła ramionami. Radziła sobie po swojemu. — I miałam czerwone włosy przez pewien czas. Serio, gdybyś mnie zobaczył… jak on mnie widział to nie pomyślałbyś, że jestem tą sama dziewczyną.
Odrzucało ją, kiedy myślała o tym, jak Cartera błagała o jeszcze jedną szansę. Ile razy mu wyła, aby ją wziął z powrotem, a on ją za każdym razem odrzucał.
— Może i tak, nie wiem. — Westchnęła i wzruszyła ramionami. Może Sophia go faktycznie zmieniła, a może Carter tylko tak zajebiście dobrze udawał. — Gdyby istniała pigułka… taka mała, która pozwoli mi o nim zapomnieć… Wzięłabym ją bez wahania. Mogłabym je nawet przedawkować. — Mruknęła wzruszając ramionami. Sloane naprawdę chciała o nim zapomnieć. Przestać go tak kochać, ale… To zwyczajnie wydawało się niemożliwe. Wciąż trzymała się wspomnień. Tego, jak dobrze między nimi było. Wciąż liczyła, że jeszcze dostanie drugą szansę.
— A według ciebie… mój ogień się jeszcze tli czy już nie ma dla niego szans? — Zapytała. Czuła, że on jeszcze w niej jest, ale na ile był silny, żeby przetrwać?
sloane
Sloane lubiła, kiedy Ezra nie odpowiadał jej od razu. Jak przeciągał swoje odpowiedzi tym milczeniem, które równie dobrze mogło posłużyć za odpowiedź. Blondynka oczekiwała na nią z niecierpliwością, którą miała wymalowaną w oczach, a z kolei te były wlepione w Ezrę z taką intensywnością, od której mogło robić się niekomfortowo. Zdążyła poznać go wystarczająco, aby wiedzieć, że takie ruchy go nie ruszały, a raczej nie wprawiały w zakłopotanie.
OdpowiedzUsuńUniosła lekko brew po jego odpowiedzi. Poczuła się zachęcająco.
— Możesz zdradzić. Będę wiedziała, których miejsc unikać. — Pochyliła się lekko w jego stronę. — Albo mi podsuniesz miejscówki, gdzie zakopać irytującego szefa.
Zaczynała go lubić. Jako szef dalej był wkurzający i była pewna, że w poniedziałek będzie go wyklinała pod niebiosa. Zakładając, że zdąży na to spotkanie, ale oboje byli świadomi, że ich zawodowa relacja nie będzie łatwa. Może szybko poszło im podpisane dokumentów i dogadanie szczegółów, ale to był tak naprawdę dopiero początek. Praca się wcale jeszcze nie zaczęła. Natomiast jeśli chodziło o ich prywatną znajomość, Sloane jeszcze nie była pewna w jaką stronę się to potoczy. Była gotowa się przekonać. Nawet, jeśli zamierzała się sparzyć.
— Hm. — Uniosła brew. Może to był pomruk pełen zadowolenia, uznania, a może niedowierzania. — Czym jest jedno dodatkowe załamanie? — Poruszyła lekko ramieniem, jakby była już przygotowana na to, aby wziąć sobie od Ezry to, czego chciała. Mimo, że wcale tak naprawdę nie wiedziała, czego jeszcze sama chce i dlaczego tak się zaczęła na niego upierać. Może nie upiera, bo póki co, ale to wszystko w jej głowie było po prostu żartem owiniętym w flirt.
— Mów tak dalej, a jeszcze się zakocham. — Westchnęła przewracając oczami. Zdecydowanie zbyt często mówił jej dokładnie to co Sloane chciała usłyszeć. Te wszystkie zapewnienia sprawiały, że czuła się lepiej. Mimo tego, jak rozstrojona była w środku. Jak gitara lub pianino, z którego nikt od dawna nie korzystał, a uderzając w struny lub naciskając klawisze dźwięki były nieczyste i ciężkie w odbiorze.
— To był wypadek. — Zastrzegła z lekkim uśmiechem. Media trochę inaczej to ujęły, ale z ręką na sercu mogła powiedzieć, że nie zrobiła tego specjalnie. — Dla bezpieczeństwa może zwiększ sobie ubezpieczenie. — Zaśmiała się. Jeszcze tego brakowało, żeby przez nią wylądował w szpitalu. To dopiero byłby istnie wybitny nagłówek na początek współpracy.
Ezra musiałby się mocniej postarać, aby ją zawstydzić. Sloane musiałaby być chyba trzeźwa, żeby poczuła coś co chociaż w małym procencie przypomina wstyd. Teraz nic podobnego się jej nie trzymało. Kiedy ich spojrzenia się spotykały było to jak intensywne mocne zderzenie, którego nic i nikt nie był w stanie zatrzymać. I mimo tego, jak bardzo poplątane to wszystko mogło się stać, jeszcze lub wcale, sobie na to nie pozwalali. Trwali przy tej dziwnie kuszącej granicy, której przekroczenie mogłoby zmienić absolutnie wszystko. Tylko czy nie było za wcześnie, aby wchodzić w kolejny chaos, kiedy jeden, który wciąż tak głośno dudnił jej w głowie?
Pochyliła się lekko w jego stronę.
— Zdradzisz mi jakie rzeczy kuszą ciebie? — Zapytała, choć znała, że nie będzie miała szczęścia z tym pytaniem. — Nawet obiecam na mały palec, że nie będę się śmiała i nie puszczę ploty w obieg. Zwłaszcza, jeśli kusi cię Molly po molly. — Roześmiała się, kiedy przypomniała sobie tę rymowankę. — No dalej, tak będzie fair. Ja ci tu całe swoje życie streściłam w pół godziny. Odwdzięcz się czymś.
Wierciła spojrzeniem dziurę w mężczyźnie. Na innych to działało, ale na niego raczej niekoniecznie zadziała Sloane ze swoim nieustępliwym spojrzeniem. Potrafił odwdzięczyć się jej jeszcze mocniejszym. W dodatku takim, które mogło ją w każdej chwili wyprowadzić z równowagi, ale jeszcze sobie nie pozwalała na to, aby zbyt szybko to pokazać.
— Niech zgadnę… — Uniosła lekko dłoń ze śmiechem na ustach. — Blondynki z długimi nogami, piwnymi oczy i długą historią napadów histerii w miejscach publicznych. — Zaśmiała się lekko. Była daleko od prawdy, najpewniej. Wcale jej też zresztą nie zależało. Droczyła się z nim.
UsuńSloane westchnęła przeciągle, kiedy jego słowa do niej dotarły. Stało się to z małym opóźnieniem. Myślenie miała zamglone wypalonym ziołem i tym wszystkim co wzięła wcześniej.
— Wygląda na to, że długa droga przede mną zanim dotrę do tego poziomu.
Nawet nie było jej z tego powodu smutno czy źle. Musiała do tego kiedyś dotrzeć, ale na pewno nie wydarzy się to w najbliższej przyszłości. Nie była na to gotowa. Jeszcze… Jeszcze musiała się kilka razy potknąć zanim naprawdę stanie na nogi.
— Jest w NYC, ja jestem tutaj. Sesje na zoomie są do bani. — Westchnęła i wzruszyła ramionami. — Zresztą, brzmisz lepiej niż ona. I dajesz mi zioło, a pani Johnson kręci nosem na paracetamol. — Terapia nie była dla niej. Wyciągnęła z niej tyle, że ma problemy i sobie z nimi nie radzi. Jakby nie wiedziała tego i bez płacenia trzech stów za godzinę, a podobno była jedną z lepszych w swoim fachu.
— Rzucić terapeutkę, znaleźć lepszy chaos… Okej, panie szefie. To też mam w umowie czy to… kolejna ustna klauzula? — Uniosła lekko brew, gdy czekała na jego odpowiedź.
Ezra miał teraz rację w irytujący sposób, a Sloane wcale nie miała ochoty na to, aby mu cokolwiek przyznawać. Sloane lekko przygryzła wnętrze policzka, kiedy tak wpatrywała się w Ezrę, a jego słowa uderzały dokładnie tam, gdzie należało.
— Nie zastanawiałeś się nad zmianą zawodu? Albo dorobieniem kwalifikacji i na emeryturze naprawiać popsute artystki? — Przewróciła oczami, jednocześnie chyba uznając, że ma już dość tego zaglądania w jej najciemniejsze zakamarki.
Zerknęła znów na ocean, a potem na Ezrę. W tej samej chwili w jej głowie pojawiła się myśl, którą miała jakiś czas temu, ale zdążyła o niej na jakiś czas zapomnieć.
— Jak się stąd schodzi? Chcę iść na plażę.
sloane
Nie brzmiał jak człowiek, który urodził się ze spokojem. Gdyby tak było, to nie potrafiłby jej zrozumieć, a zdawało się, że Ezra doskonale wie skąd w Sloane bierze się ta potrzeba szukania chaosu i wywoływania wokół siebie burzy. Przeszedł być może przez coś podobnego, a może jeszcze gorszego niż ona. Nie próbował jej poskładać. Żadnych zapewnień, że wszystko będzie w porządku. Wiedział, że najpierw trzeba upaść, rozbić tyłek i stracić być może wszystko, zanim zacznie się doceniać to, co już się ma. Sloane jeszcze tego nie potrafiła. Dla niej było za wcześnie, aby rozumieć te rzeczy. Jeszcze nie dosięgnęła tego upadu, który pozwoli jej naprawdę spojrzeć na życie z innej perspektywy.
OdpowiedzUsuń— Sprawdź, a potem pokażesz mi te miejsca. — Roześmiała się lekko. Przymknęła oczy, wyobrażając sobie o jakich miejscach Ezra mógł mówić. Sloane do planowania morderstwa się nie nadawała. Naoglądała się wiele dokumentów kryminalnych, ale wpadłaby raz dwa. Gubiła włosy jak pokręcona, paznokciami przebiłaby rękawiczki i jeszcze zostawiłaby niedopałek papierosa ze swoim dna na miejscu zbrodni. Lepiej było to zlecić komuś innemu.
Zerknęła na niego kątem oka. Wyraźnie zaintrygowana tym wszystkim. Mało brakowało, a kazałaby się zabrać do tego miejsca już w tej chwili.
— Możesz mnie tam zabrać? — Przysunęła się do niego, bardziej szurając szpilkami po posadzce niż faktycznie robiąc krok. Jeszcze moment, a wpadłaby na mężczyznę. Zaśmiała się z własnej nieporadności.
Sloane pokiwała głową. Była w niej ta dziwna miękkość, która pojawiała się tylko, gdy była w pełni rozluźniona. Tak, jak miało to miejsce teraz. Przez zioło i jego kojący głos. Spokojny, ale nie wkurwiający. Był dokładnie taki, jaki powinien być.
— Szybko się zakochuję. — Zdradziła. — I często w kilku osobach na raz. Ale… nie mów nikomu, dobrze? — Poprosiła z rozbawieniem. Czuła się jakby zdradzała mu właśnie największy sekret jaki w sobie nosiła. — Albo skończyłoby się… miło. Musiałbyś się przekonać.
Sloane prychnęła na jego odpowiedź o cichych kobietach. Jak urażona, że nie potwierdził, że to właśnie ona – głośna, chaotyczna, spragniona dźwięków i dotyku była tym co kusi najbardziej. Nie takiej odpowiedzi się spodziewała, a jednocześnie też nie spodziewała się, że zalicza się do listy pokus Ezry Creightona. Można było pomarzyć, prawda? Nie wiedziała, jak ma czytać sygnały, które jej wysyłał, a może których nie wysyłał. Sama nie była już pewna tak naprawdę co się wokół niej dzieje. Chwilami miała wrażenie, że coś się wydarzy, a potem… Potem wracała na ziemię.
— To jakiś sygnał, żebym się zamknęła? — Mruknęła z rozbawieniem w głosie, ale jeśli oczekiwał, że Sloane będzie milczeć to był w błędzie. — Ciche kobiety nie pasują do tego świata, Ezra. W tym świecie ciche kobiety giną. W muzyce… i przy mężczyznach. Nawet ta twoja Molly… cicha… wygryziona przez tę głośniejszą laskę.
Ezra nie musiał Sloane przy sobie trzymać i pilnować. Nie miał takiego obowiązku wobec niej, a mimo wszystko kazał modelce odejść, a uwagę skupił na niej. Naćpanej, nieogarniającej rzeczywistości i pragnącej zrobić głupoty, których potem na pewno będzie żałowała.
— Nie wiem, nie znam Molly po molly. — Wzruszyła ramionami, a po chwili na jej twarz wślizgnął się ten rodzaj uśmiechu, który zawsze sugerował, że Sloane pomyślała o czymś, co należało zachować dla siebie. — Wiesz… gdyby ja też po molly jestem fajna. — Przechyliła lekko głowę na bok. — I ta twoja Molly… bardzo śliczna. Jakby się wam nudziło… — Westchnęła i bez pozwolenia dłonią musnęła jego ramię. Niby przypadkowo. — Dobrze działam w grupach.
Puściła mu oczko. Przekonana, że zaraz znów usłyszy coś o dzieleniu się fantazjami, jak wtedy tamtej pierwszej nocy. Zaczynało się jej nudzić. Nie rozmowa, ale to stanie w miejscu i choć widok był piękny to nie potrafiła się nim teraz zachwycić. Teraz Sloane potrzebowała jakiegoś bodźca. Czegoś co ją zajmie. Pozwoli nie myśleć o Ezrze, który był niby na wyciągnięcie ręki, ale trzymał się na dystans, którego ona nie potrafiła skrócić. Było w nim coś, co jej na to nie pozwalało.
— A chcesz być? — Momentalnie podchwyciła to, że może powinien być naćpany, aby było fair. Właśnie, to nie było, że Sloane się tak otwierała, a Ezra wchłaniał te wszystkie informacje o niej. — Mam… miłe rzeczy. — Zdradziła z wesołym uśmiechem. Sama gotowa do tego, aby zanurkować do torebki i wyjąć kolejne ekstazy, może jeszcze jedną, nieśmiałą kreskę, która sprawi, że popłynie jeszcze dalej.
Usuń— Wszystko ci mogę powiedzieć, Ezra. — Obiecała. Nie miała żadnych hamulców w tej chwili. Mógł pytać o wszystko, a ona nie martwiłaby się tym, że powie coś co należało zachować jednak dla siebie. — Jestem bardzo… otwarta.
Roześmiała się, mimo, że w tych słowach wcale nie było nic zabawnego. Może to ich wydźwięk, a może coś jeszcze innego. Pojęcia nie miała, ale było jej wesoło. Lepiej, aby się śmiała niż płakała, prawda?
— Mhm, a już przez chwilę czułam się wyjątkowa. — Westchnęła z udawanym urażeniem, kiedy przyznał, że byli gorsi od niej. — Więc… kolejny projekt do naprawy. — Podsumowała się z krótkim westchnięciem. Ciężko było nawet zaprzeczyć. Tym Sloane właśnie była i o tym wiedziała. Nie musiał zaprzeczać.
Sloane zaśmiała się pod nosem.
— Moja śmierć będzie bardziej spektakularna niż utonięcie. — Zapewniła, jakby miała to już dokładnie zaplanowane.
Ruszyła za nim z kilkusekundowym opóźnieniem. Trzymała się poręczy, kiedy schodziła po schodkach. Nie ufała sobie na tyle ani tym schodom, że z nich nie zleci na sam dół. Miała wrażenie, że schodki ciągnął się w nieskończoność, aż w końcu stanęła na piasku, a raczej zatopiła się w nim na szpilkach. Złapała się ramienia Ezry, a w drugą rękę bez słowa wepchnęła mu torebkę i telefon, aby je przetrzymał. Walczyła przez chwilę z paseczkami przy kostkach, aż w końcu puściły, a Sloane wyswobodziła swoje stopy ze szpilek. Nie brała ich do ręki. Zostawiła je przy tych schodkach. Piasek był przyjemnie chłodny. Idealne ukojenie po godzinach spędzonych w szpilkach.
Przez moment szli w milczeniu. Ramię w ramię, a jedyne dźwięki pochodziły z oceanu.
— Masz w sobie trochę spontaniczności? — Spytała po chwili i zerknęła na mężczyznę. Padało na jego twarz światło księżyca i parę świateł z góry od klubu, a Sloane teraz miała wrażenie, że nigdy przedtem nie widziała go tak wyraźnie, jak w tej chwili.
— Rozepnij mi ją.
Odwróciła się plecami do niego, a włosy zgarnęła na bok. Nie prosiła, tylko czekała, aż to zrobi.
sloane
Obecnie cisza jej nie przeszkadzała. Nie z nim, choć na ogół Sloane nie potrafiła się odnaleźć w milczeniu. W przeszłości, kiedy próbowała kogoś karać ciszą to zawsze pierwsza się łamała. Najczęściej zanim ta osoba w ogóle zorientowała się, że Sloane właśnie wymyśliła dla niej karę. Cisza była jedną z tych rzeczy, które Sloane doprowadzały do szału. Jedynie czasem z odpowiednią osobą Sloane potrafiła milczeć, a milczenie z Ezrą niosło za sobą dziwny spokój, który teraz był jej potrzebny.
OdpowiedzUsuńRoześmiała się głośno, kiedy to powiedział. Bo była w stanie to zrobić. Gdyby ktoś ją znalazł spacerującą samotnie po plaży i rzucił, że ma jacht, na którym trwa impreza i koniecznie musi z nim pójść to zgodziłaby się bez wahania. Trafiłaby pewnie jeszcze na jakichś przemytników albo jeszcze gorszych ludzi. Taki talent miała do szukania sobie nowych znajomości. Jakby nie patrzeć, jej były mąż w końcu się bawił w ten sposób, nie? Tacy ludzie do niej po prostu lgnęli.
— Nie będę zaprzeczała. — Pokręciła rozbawiona głową, a ta wizja mogłaby się stać prawdą. Tylko skąd ona teraz miałaby wytrzasnąć jacht? Jakoś nie widziała, aby ktokolwiek w okolicy tutaj sobie pływał. Ocean był niezakłócony żadnymi imprezami na wodzie, aż szkoda. — Zawsze może skorzystać… Wtedy może bym z nim grzecznie wróciła do środka. — Dodała z uśmieszkiem i błyskiem w oku, który niejednoznacznie stwierdzał, czy Sloane dalej żartuje czy tym razem mówi prawdę.
Już na samym początku obiecała sobie, że nie pójdzie z nim do łóżka. Choćby z nieba miały spadać same studolarowe banknoty - nie zrobi tego. Był jej szefem. Zajmował się teraz jej karierą, a to było bardzo niebezpieczne połączenie. Flirtowanie to inna kwestia. Wychodziło jej to samo, ale dobranie się do rozporka Ezry nie wchodziło w grę. Być może oboje wiedzieli, że to są tylko żarty, które nie przerodzą się w rzeczywistość. Bez względu na to, jak wiele razy robiła do niego tej nocy maślne oczy, specjalnie czy nie, pewnych rzeczy się o sobie dowiedzieć po prostu nie mogą. Nawet, jeśli chwilami tego wieczoru miała ochotę złamać tę zasadę, którą sama sobie narzuciła. Jednocześnie wiedziała, że jeśli ta granica zostanie przekroczona to Sloane wcale siebie czy jego umoralniać nie będzie.
— Obietnice są nic niewarte. — Powiedziała bez tej miękkości, którą miała wcześniej w głosie. Bardziej z rezygnacją. — Wiesz, zbyt wiele razy już coś obiecywałam. Lepiej… Lepiej powiedzieć, „kiedy zobaczę, że nie schrzanisz sobie życia przed czasem”.
Obiecać mogła mu teraz wszystko, ale za każdym razem, kiedy coś obiecywała to wiedziała, że prędzej czy później ją złamie. Złamała ich zbyt wiele, aby mogła za nimi nadążyć. Teraz po prostu mówiła, że się postara. Bez obiecywania poprawy, której jeszcze nie było w jej kartach zapisanej.
— Te ciche… — Urwała na moment, musząc złapać myśli, które nie chciały się jej teraz zbyt mocno trzymać. Głowę nie tylko miała jak poza swoim ciałem, ale próbowała się skupić na zbyt wielu rzeczach na raz. — …, nie wiem. Nie znam się na byciu cichą. Lubię być głośna.
Wzruszyła ramionami, poniekąd trochę gubiąc z nim wątek, ale to już było bez znaczenia. Sloane dryfowała swoim umysłem we własnym świecie, a Ezra mógł za nim nadążyć albo udawać, że nadąża, ale chyba póki co nie sprawiało mu trudności w tym, żeby połapać się, gdzie Sloane się obecnie znajduje.
Sloane spojrzała na niego z tym swoim lekko kpiącym uśmiechem, a także błyskiem w oku. Nie spodziewała się po nim tego, że znaleźliby wspólny język. Może efektem było to, że ona była naćpana, a Ezra teraz nie wydawał się być taki… Irytujący. Bez tej aury szefa, który ją mógł zbesztać za nieodpowiednie zachowanie wobec niego. Po prostu był zwykłym facetem, który z nią rozmawia i na swój sposób rozumie. Zastanawiała się przez moment, czy to przez to, że widział w niej coś znajomego co kiedyś miał w sobie lub… czy nie przypominała mu kogoś z przeszłości.
— Hm i te osoby, w których się zakochujesz… One są zakochane w tobie? — Spytała. No proszę, kolejna rzecz, którą dzielili.
Chciałaby wiedzieć, jak to jest kochać tylko jedną osobę. Nie mieć w sobie tej potrzeby, aby szukać czegoś więcej w innych mężczyznach. Sloane nie była pewna, czy to przez to, że lubi mieć wybór i zawsze do kogo wrócić, czy naprawdę miała w sobie tyle tej miłości, że aż musiała rozdawać ją na lewo i prawo.
UsuńNie musiała się odwracać, aby wiedzieć, że na nią patrzy. Przesuwa wzrokiem po ciele i zastanawia się nad odpowiedzią. Cisza zrobiła się cięższa niż ta sprzed chwili. Sloane, pozbawiona wstydu, nabrała powietrza i powoli je wypuściła, ale jeszcze bez irytacji, że nie wypełnia jej prośby od razu.
— Mam też wiele innych talentów, Ezra i jesteś blisko, aby się o nich przekonać. — Mruknęła, a głowę odwróciła delikatnie na bok. Wystarczająco, żeby na niego spojrzeć spod rzęs i aby mógł dostrzec uniesiony kącik ust. — Woda jest chłodna. Nie mogę wejść do niej sama. Ale z kimś… mogłabym.
Był grudzień, a temperatura wody wahała się od trzynastu do szesnastu stopni. Przynajmniej o dziesięć mniej, jak na upodobania Sloane, ale wytrwałaby. Zwłaszcza z krążącą w jej żyłach mieszanką alkoholu i narkotyków.
Westchnęła przeciągle, a po chwili odwróciła się w jego stronę.
— Jestem dokładnie, gdzie powinnam być i z kim. — Powiedziała, próbując bardziej przekonać Ezrę niż samą siebie. Zrobiła krok w jego stronę. Większy niż ten który zrobił on. Gdyby się pochyliła to wpadłaby mu na klatkę. — Nie chcę pić ani rozmawiać z tamtymi ludźmi. Chcę zostać tutaj z tobą.
Wiedziała, że nie złapie jej za rękę i nie pociągnie z powrotem, jak rozkapryszonej pięciolatki. Sloane stanęła na palcach, ale straciła na moment równowagę i mimo wszystko, ale na niego wpadła. Roześmiała się, gdy ją złapał, a swoje dłonie zacisnęła na jego przedramionach.
— Pięć minut, Ezra. — Poprosiła podnosząc głowę. — Wejdź tam ze mną… Pięć minut i tylko do pasa… Proszę. Potem… Potem mnie weźmiesz, gdzie chcesz.
sloane
Słuchała go, a jednocześnie skupiała się na chłodnym piasku pod swoimi stopami. Jakby nie potrafiła już skupić się na dwóch rzeczach jednocześnie. Wyciszała się zbyt szybko, choć nie powinna. Nie chciała wrócić znów do tego miejsca, kiedy będzie się zastanawiać nad swoim życiem głębiej niż to konieczne.
OdpowiedzUsuńSloane tym razem już słuchała. Jakby poczuła, że weszli na temat, który wymaga od niej większej uwagi, a ona chciała wiedzieć też więcej. Zamiast skupiać się na sobie, skupiła się na Ezrze. Na rozmyślaniu o jego życiu miłosnym, które brzmiało na skomplikowane. Może było nawet bardziej pokręcone od jej własnego. Gdyby dobry scenarzysta tak znał wszystkie szczegóły to mógłby z tego wyjść dobry melodramat z potencjałem na Oscara.
— Myślisz, że kiedyś była dziewczyna, która… Nie chciała tych materialnych rzeczy ani pozycji, tylko ciebie? Z całym bagażem i syfem, który zbiera się przez życie? — Zapytała. Nie chciała, jeszcze, detali. Nie pytała o imiona i może właśnie to było najintymniejsze. Sloane pytała o utraconą miłość, której się żałowało, że się straciło, bo nie było się wystarczająco dobrym.
Mógł zostawić ją w ciszy, która równie wiele by jej powiedziała. Nie zamierzała naciskać, bo sama nie chciałaby stanąć przed takim pytaniem. Nie wiedziałaby zresztą, jak miałaby na nie odpowiedzieć, aby nie zabrzmiała ona jak kłamstwo.
— Myślę… Myślę, że kochali to, co mogą ze mną zrobić. — Sloane łatwo ulegała, kiedy była lub sądziła, że jest zakochana. Spokojny wieczór z winem i filmem? Załatwione. Głośna impreza i taka ilość prochów, która mogłaby zabić? Bez problemu. Włamanie się do hotelu i kradzież szlafroków? Ustawi się pierwsza w kolejce. — Niektórzy lubili ten chaos, ale… nie kiedy robił się niebezpieczny. Wtedy… Wtedy znikali. Inni tylko chcieli chaos, a gdy ja potrzebowałam ciszy… znikali. Żadnego złotego środka.
Wzruszyła ramionami, jakby to było już nieistotne. Wszyscy coś dla niej znaczyli. Wszystkich Sloane na swój sposób kochała. Jednych mniej, innych bardziej. Przez wspomnienia i sentyment, przez teraźniejszość i bezpieczeństwo, przez uzależnienie i potrzebę adrenaliny. Każdy dawał jej inne powody do tej miłości, a ostatecznie wszystkie one były nieistotne i niewystarczające. Czy gdyby kochali się naprawdę, czy gdyby ona kochała naprawdę to byłaby teraz na tej plaży z Ezrą?
Palce Sloane mocniej wbiły się w jego przedramię, jakby tym chciała go przy sobie zatrzymać. Zauważyła ten dystans, który wprowadził. Znowu i fuknęła pod nosem cicho w niezadowoleniu, ale nie była pewna, czy to tylko przez to, że się odsunął, czy że powiedział jej „nie”.
— Nie wejdę głęboko. — Upierała się przy swoim. Mimo, że podskórnie wiedziała, że już go nie przekona. Mogła próbować, ale to i tak się nie uda. — Będę współpracowała z oceanem, proszę… Wiem, że jest grudzień, a my jesteśmy na zachodnim wybrzeżu i jest ciepło… Tak jakby. No dalej, Ezra. Nic się przecież nie stanie.
Próbowała go przekonać, aby z nią tam wszedł. Albo pozwolił wejść tylko jej. Obserwowałby z brzegu, czy Sloane nie wchodzi głębiej niż obiecała. Przechyliła lekko głowę na bok, jakby chciała w ten sposób mu pokazać swoje niezadowolenie z jego decyzji. Nie była dzieckiem, które musiał pilnować. Mogła iść sama, a jednocześnie nie chciała. Żadna zabawa wejść tam samej.
— To zostaniemy dziesięć minut… albo godzinę… albo do rana.
Sloane zamknęła oczy i odchyliła głowę z rezygnacją, choć jeszcze się nie poddawała.
— No to się zmieni w coś, trudno. Jesteśmy dorośli, poradzimy sobie. — Prawie się zaśmiała, bo nie, Sloane sobie by nie poradziła z czymkolwiek co się stanie. Nie teraz, kiedy była taką emocjonalną rozsypką i szukała sobie innego zajęcia, aby nie myśleć o tym co tak naprawdę bolało.
Spojrzała na niego i zmrużyła lekko oczy, kiedy powiedział jej imię. Przez moment nic nie mówiła. Tylko po prostu patrzyła, może oceniała.
— Miałam na myśli, że zabierzesz mnie z powrotem do willi, ale dobrze wiedzieć, że byś żałował, gdybyś mnie przeleciał. — Warknęła. Nawet nie rozumiała, czemu to ją tak zabolało, gdy od początku było jasne, że nic się nie wydarzy między nimi.
Sloane wyszarpała się z jego uścisku. Lekkiego, ale stanowczego.
Usuń— Nie chcę już tych twoich pieprzonych pięciu minut. — Syknęła. Nastrój momentalnie zmienił się z rozmarzonego w zirytowany, podchodzący pod coś czego nie chciała znów tego wieczoru czuć. Nie mogła pojąć, dlaczego poczuła się tak… Źle. Odrzucił ją i to zabolało. Nie próbowała z nim tych sztuczek, które zadziałałyby na innych. Nie zależało jej na niczym, poza tym, aby z nią wszedł do tej pieprzonej wody i pozwolił trochę odetchnąć.
— Wracaj sobie sam. Molly pewnie już czeka. — Wycedziła z jadem, którego w żaden sposób nie potrafiła wytłumaczyć sobie samej. Odwróciła się od niego plecami, ignorując wszystko o udawaniu, że jest kuloodporna i ruszyła przed siebie po miękkim piasku. Mógł za nią iść, mógł sobie wrócić. Było jej wszystko jedno. Ona na pewno tam nie wracała, a już na pewno nie z nim.
Słyszała tylko szum fal, ale nie to, czy szedł za nią. Nawet się nie odwróciła. Tylko szła w pustą ciemność przed sobą.
sloane
Musiała się upewnić, że on wciąż tutaj jest i ją trzyma, że nie wyobraziła sobie tej rozmowy i nie gada sama ze sobą. Czasem do siebie mówiła, ale wtedy wiedziała, że jest sama. Gdyby okazało się, że chodzi po plaży i strzela miny do powietrza sama z siebie zapisałaby się na odwyk i może do psychiatry. Nic z tego sobie nie wyobraziła, a Ezra naprawdę przy niej był, a może razem z nią. Już nie wiedziała co jest prawdą, a co sobie sama dopowiada. Ale słuchała go, bez wpatrywania się w niego jak urzeczona, a raczej zaciekawiona historią i chciałaby dowiedzieć się więcej. Dopytać o to kim była ta kobieta, dlaczego im nie wyszło i teraz spędza wieczory z narwaną małolatą, która nie panuje nad swoim życiem albo z Molly, która robi się fajna tylko po molly. Ta rymowanka jeszcze długo się będzie jej trzymała. Była tego pewna.
OdpowiedzUsuń— Przykro mi. — Brzmiała szczerze. Nie udawała litości, a tej mu też zresztą nie pokazała. Życie weszło w drogę, a już zwłaszcza takie życie, które oni prowadzili. Czasami się zastanawiała czy w tym wielkim, pokręconym świecie, który znali jest miejsce na prawdziwą miłość czy tylko na ulotne romanse, które zostawiają po sobie zniszczenie. Nie musiała dodawać nic więcej, ale też czuła, że Ezra wcale nie będzie chciał się jej zwierzać z tych wszystkich sekretów, które w sobie nosił. Być może tej nocy powiedział jej więcej niż Sloane kiedykolwiek miała usłyszeć.
— Myślę, że niektórzy ludzie kochają sposób w jaki są kochani, ale nie osobę, która ich kocha. — Powiedziała po głębszym zastanowieniu się. Być może ona tak ich wszystkich kochała. Nie konkretne osoby, ale to co byli w stanie dla niej zrobić. To, jak sprawiali, że się czuła. Kochana i potrzebna. Zabierali od niej samotność, której się tak przerażająco bała, a czego nie potrafiła nikomu wytłumaczyć. Kochała, że rozumieli, dlaczego zostawia zapalone światło przed spaniem. Kochała wszystko, ale… Ale może nie kochała poprawnie.
— Taka osoba może też nie istnieć. — Cień uśmiechu przemknął jej przez twarz, kiedy to powiedziała. Coraz bardziej zaczynała wątpić, że ktoś mógłby szczerze i bez granic pokochać ją, a ona jego. Nie chciała miłości jak z filmu czy książek. Tylko czegoś prawdziwego. Z burzami i wschodzącym słońcem. Z gorącymi słowami na języku. Ze zrozumieniem. Tylko, że większości sama nie potrafiła dać, a nikt – i była tego świadoma – na długo nie chciał żyć z kimś tak chaotycznym. Może w jej życiu były pisane tylko przelotne romanse, które ostatecznie będą tylko cierpkim wspomnieniem.
Nie słuchała już Ezry, gdy wyjaśniał, dlaczego się nie zgadza na jej mały pomysł. Szła przed siebie i próbowała go ignorować. Licząc, że zniknie mu gdzieś w czerni, a on nie będzie w stanie jej już znaleźć. Plaża się nie mogła przecież szybko skończyć, nie? Gdzieś w końcu dojdzie, a może jeśli będzie szła wystarczająco szybko to go zgubi. Na prostej drodze? Przewróciła oczami do własnych myśli. Mogła przysiąc na życie własnej matki, że niczego od niego teraz nie chciała. Prosiła o niewinne rzeczy – z jej perspektywy. Chciała wejść do tej przeklętej wody. I tak, miał rację. Chciała tego, bo potrzebowała coś poczuć, a skoro tak się martwił, że się utopi to mógł wejść razem z nią, ale nie. Musiał próbować ją zatrzymać. Nie chciał, bo gdyby coś się wydarzyło to by tego żałował. Twierdził, że oboje by żałowali, ale Sloane tego tak nie widziała. Kiedy to powiedział zobaczyła przed oczami krwistą czerwień i najlepsze co mogła w tej chwili zrobić to odejść. Zostawić go na tym piasku i się modlić, że za nią nie pójdzie.
Dopiero po chwili zorientowała się, że za nią idzie. I przyspieszyła kroku. Trochę jak obrażone dziecko, ale była obrażona. Tak bardzo, że sama siebie zaskoczyła tym, jak silne to uczucie było i jak mocno popychało ją do tego, żeby od niego uciec. Nie potrafiła sobie tego wytłumaczyć. Nawet nie próbowała. Szła dalej przed siebie. Ignorując to, że ją woła. Mógł zacząć nawet krzyczeć, a i tak by się nie odwróciła.
Sloane nie zareagowała na ten ton głosu. Nie była jak większość ludzi. Szanowała go jako producenta, miała do niego respekt za to, jak poprowadził swoją karierę, ale nie wkurzała się teraz na swojego szefa. Tylko na tego faceta, który zabrał ją na plażę, a potem wyrzucił w twarz, że by żałował.
UsuńŻadne sensowne myśli nie przychodziły jej teraz do głowy. Żadne wytłumaczenie.
Chciała od niego odejść i to zamierzała zrobić, ale ją dogonił. W pierwszej chwili się szarpnęła i warknęła pod nosem jakieś przekleństwo, ale tym razem już tak łatwo nie mogła mu się wyrwać, a zanim się obejrzała znów stała do niego przodem. Z tą dziką furią w oczach, czymś co przypominało żal i nieodchodzącym smutkiem, który wywołał Ezra, a może wspomnienia. Trudno stwierdzić.
— Puszczaj mnie. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby i po raz kolejny próbowała się wyrwać. Chwyciła go drugą dłonią, ale to było na marne. Mogła wbijać paznokcie w jego skórę i się szarpać, ale nie zmieniłoby to niczego. Sloane była naćpana, a i bez tego miała mniej siły niż on. — Ezra, puszczaj. — Powtórzyła.
Spojrzała mu w oczy, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że nic nie wskóra.
— Nic nie testuję. — Broniła się. — Mam cię dość i chcę sobie iść. Puszczaj.
Nie wiedziała, gdzie by doszła. Daleko od niego i to się liczyło.
— Znajdź sobie inną zabawkę. Może taką, której nie będziesz żałował.
sloane
W jej oczach błyszczała złość, którą Ezra tylko podjudzał. Tym, jak ją trzymał i sposobem w jaki na nią patrzył. Miała ochotę zacząć wrzeszczeć i się wyrywać dalej, a kiedy w końcu ją puścił zrobił to w tym samym momencie, w którym Sloane się szarpnęła przez co zatoczyła się o parę kroków do tyłu. Nie próbowała zrozumieć, dlaczego ją tak zabolało to, co Ezra powiedział. W końcu wiedziała, że on ma rację. Żałowaliby, gdyby cokolwiek się wydarzyło. Sloane mogłaby udawać, że nie, ale miała już za sobą ten etap, kiedy robiła głupoty i nie odczuwała na sobie ich skutku. Teraz… Teraz by to ją rozbiło. Cokolwiek by nie zrobili. Czy to byłby lekki pocałunek, czy gdyby faktycznie się ze sobą przespali, nawet zbyt długie trzymanie jej w ramionach mogło teraz mieć dla niej przykre konsekwencje. Rozmyślałaby nad tym wszystkim, czy to miało jakieś znaczenie, czy było to czymś więcej. To by ją wewnętrznie rozbiło na jeszcze więcej kawałków.
OdpowiedzUsuńSloane taka już była. Przyciągała ludzi i robiła wszystko, aby zwrócili na nią uwagę, a gdy odrobinę jej otrzymała lub usłyszała zdanie, które się jej nie podobało zaczynała znikać. Odwracała się i krzyczała. Przestawała być tą dziewczyną, którą była jeszcze parę minut temu, gdy patrzyła na niego wręcz z adoracją z oczach. Spojrzenie blondynki wciąż było tak samo silne i uparte, nie zamierzała się z tego wycofać i błagać, żeby jednak z nią został.
— Idź! — Krzyknęła, a jej głos rozniósł się po pustej plaży. Z tym, że w tym krzyki było wszystko, ale nie prośba o to, żeby faktycznie ja zostawiał. — To najlepsze co wy wszyscy możecie zrobić! Zajebiście dobrzy w tym jesteście!
Odwróciła się od mężczyzny plecami i znów zaczęła iść przed siebie. Tym razem ze łzami, które kuły w oczy. Sloane nie była pewna, ile przeszła zanim w końcu opadła na piasek. Obejrzała się za siebie tylko raz. I widziała postawna sylwetkę mężczyzny oraz tlący się papieros. Nie zostawił jej nawet jednego. Dupek. Obracała telefon w dłoniach. Łzy cicho spływały jej po policzkach. Nie chciała scen. Naprawdę ich nie chciała, a jednak… Odblokowała telefon i przez moment błądziła palcem po kontaktach. James. Nico. Carter. I tak w kółko. Który odbierze? Który mógłby zabrać ją do domu? Zaopiekować się tak, jak tego potrzebowała? I w końcu wybrała. Ten ostatni. Ten za którym prawdziwie tęskniła. Nie odebrał za pierwszym razem. Ani za drugim. Dopiero za trzecim. Pierwsze co zrobiła to przeprosiła, że dzwoni. Trochę łamiącym się głosem. Takim, który obiecuje, że tym razem będzie lepsza, że się poprawi, a potem przerwał jej damski głos, którego się nie spodziewała.
— Aresztowali Cartera, jesteś z siebie zadowolona?
Sloane zamarła w odpowiedzi na głos i słowa Sophii. Carter i aresztowanie. Kurwa. Poczuła, że momentalnie trzeźwieje, chociaż to wcale nie była prawda. Sloane była wciąż tak samo mocno naćpana, a może teraz te uczucie się tylko pogłębiło. Zaklęła pod nosem i próbowała coś powiedzieć, ale Sophia się rozłączyła. Sloane siedziała wciąż na piasku, kiedy wykręcała numer do Jamesa milion razy. Tyle samo razy pisała, ale na nic się to zdało.
Siedziała jeszcze tak przez chwile. Może siedziała tak godzinę, a może to trwało tylko dziesięć minut. Zwróciła głowę w stronę willi. Tętniącej życiem i basem. Pełnej ludzi, którzy pewnie nie musieli się mierzyć z takimi problemami. Jej krok był chwiejny, niepewny. Nie widziała stojącego gdzieś niedaleko ochroniarza, który ruszył za nią, kiedy wracała do willi. Musiała się stąd wydostać. Nowy Jork. Potrzebowała Nowego Jorku. Przy wejściu schyliła się po swoje szpilki, a wejście po schodach teraz zdawało się być okrutnie trudnym zadaniem.
— Nie dotykaj mnie. — Wycedziła przez zaciśnięte zęby, kiedy ochroniarz za nią próbował jej pomóc. Mężczyzna zabrał dłonie, a Sloane powoli zaczęła wspinać się na górę. Makijaż miała nienaruszony mimo, że płakała przez ostatnią, zdawałoby się, że wieczność. Mimo, że to wszystko trwało może piętnaście albo dwadzieścia minut.
UsuńSchodki ciągnęły się w nieskończoność, aż w końcu weszła na taras. Nie zwróciła uwagi na to, czy Ezra tu był czy nie. Znalazła ławkę i na niej usiadła. Musiała założyć te przeklęte szpilki. Zamówić ubera. Musiała się stąd wydostać.
sloane
Siedziała w samolocie jak na szpilkach. Rue kręciła się obok niej, jakby wręcz chłonęła wszystkie nerwy, które Sloane miała w sobie. Przeczuwała, że coś jest nie w porządku. Blondynka nie powiedziała tego na głos, ale była zwyczajnie rozczarowana, kiedy Carter nie wsiadł z nią na pokład samolotu. Rozumiała, dlaczego tego nie zrobił. Nie mogli być widziani razem, a przynajmniej nie częściej niż ostatnio. Wyszły już jakieś zdjęcia z tamtego wieczoru spod klubu, Ale były na tyle nieistotne, że w moment o tym wszyscy zapomnieli. Pilnowali się już później, aby nie pojawiły się kolejne plotki i niepotrzebne historie, które by tylko podsyciły to, co media o nich już mówili. Sloane leciała do Los Angeles w samotności, bo Carter miał rodzinę, o którą musiał zadbać. Rodzinę, której nie założył z nią i której nie chciał mieć z nią. Sloane musiała się z tym pogodzić. Prędzej czy później, choć wolałaby zrobić to później. Te kilka dni, które spędziła z nim były warte tego cierpienia, które dopiero miało nadejść. Sloane odciągała od siebie te myśli, ale w końcu do niej wrócą. Zaskoczy w pełni któregoś razu, że te święta i weekend to było zakończenie wszystkiego między nimi, że w końcu zgodzili się na to, aby na zawsze się rozejść. Mimo tego rozejścia wciąż byli dla siebie ważni. Wciąż gotowi rzucić, niemal wszystko, aby sobie nawzajem pomóc.
OdpowiedzUsuńLos Angeles przywitało ją jesienną pogodą i niewielkimi opadami deszczu. Zupełnie inaczej było tu niż w Nowym Jorku, który żegnał ją opadami śniegu i iście świąteczną atmosferą. Pogoda za oknem odpowiadała jej nastrojowi. Krople deszczu spływały po szybie auta, kiedy jechała do studia. Wiedziała, że Ezry nie ma w biurze i udało się jej go namierzyć właśnie tam. Nie miała większego planu na to, co mu powie i jak się zachowa. Nawet nie próbowała trzymać emocji w sobie, bo to tylko pogłębiłoby problem. Miała zacięty wyraz twarzy i przekonanie, że ma rację. Carter odwiódł ją od pomysłu wrzucania tego głupiego stories. Bo owszem, kogoś narobić sobie dodatkowych kłopotów. Obecnie miała ich cholernie wiele, a z kolejnymi się nie chciała już mierzyć. Narobiła sobie ich za dużo, ale nie z takich kłopotów udawało się jej wyrwać. Carter miał w tym rację. Nienawidziła mu jej przyznawać, ale w tym miał. Przez cały ten okres jak się znali - jak byli razem - Sloane wpakowała się w tyle kłopotów, że Ezra będzie po prostu łatwym orzeszkiem do zgryzienia.
Auto zatrzymało się delikatnie przed budynkiem, gdzie znajdowało się studio. Miała kartę dostępu, chyba, że Ezra zdążył je już wyłączyć, ale okazało się, że wcale nie. Dostała się do środka bez problemu. Towarzyszył jej cichy stukot szpilek i setki myśli w głowie. W powietrzu unosił się znajomy zapach, który Sloane rozpoznała od razu. Trochę zioła i drogich perfum. Standardzik.
Nie pukała i nie czekała na zaproszenie. Po prostu wpadła do środka i od razu zwróciła na siebie uwagę. Przeleciała wzrokiem pomieszczenie, a najbardziej interesująca ją osoba siedziała na skórzanym ciemnym, niskim fotelu. Między palcami ozdobionymi sygnetami trzymał jointa. Cholera, gdyby nie to, jak wściekła była zauważyłaby, jak dobrze wygląda i że tym razem nie mogła wyśmiać jego outfitu.
— Muszę przyznać, to było podłe i świetnie. — Wzruszyła ramionami i weszła do środka głębiej. Jeszcze nie zamierzała dać po sobie poznać, jak bardzo ją to skrzywdziło. — Planowałam zrobić sobie wakacje po trasie, Ale widzę, że zależy ci, abym pojechała na nie szybciej.
Przyjęła inną taktykę niż krzyk. To mogło zaczekać, a przynajmniej powinno. Znała siebie i wiedziała, że jeszcze kilka zdań i wydarzy się tu coś więcej niż tylko uprzejmości zmieszane z wyzwiskami.
sloane
Sloane nie spodziewała się, że to tak się potoczy. W tamtą sobotę, kiedy obiecywała, że pojawi się na poniedziałkowym zebraniu, a potem po prostu zniknęła i znalazła się na wschodnim wybrzeżu. Nie do końca wróciła do starych przyzwyczajeń. Gdyby tak było to spędziłaby ostatnie dni na haju i nie mając pojęcia, gdzie się znajduje i z kim sypia. Tymczasem była bardzo świadoma tego, gdzie i z kim była. Sloane miała złe priorytety i była tego świadoma. Carter nigdy jej już nie wybierze. Nie w taki sposób, jakby Sloane tego chciała, ale jeszcze nie dopuszczała do siebie tej myśli. Powtarzała sobie, że gdyby sytuacja była inna to Carter bez wahania wsiadłby w ten samolot razem z nią i wparował do tego studia z paczką solonego popcornu i patrzył jak świat wokół Fletcher zaczyna płonąć. Tymczasem Sloane była tutaj sama, a Carter uganiał się za dziewczyną, która go zostawiła. Za dziewczyną, dla której zbyt ciężkie było zostanie, kiedy tego potrzebował. Tylko czy mogła ją winić? Sama doskonale wiedziała, jak to jest i również uciekła, kiedy zaczęło się robić zbyt ciężko. Sloane miała łatwiej, bo nie była w ciąży, a Sophia właśnie przejebała sobie całe życie. Nie powiedziała mu tego na głos, ale kiedy przyznał, że to dziecko jest prawdą to Sloane poczuła, że dla niego to będzie zbyt dużo. Może chciał się zmienić, ale ludzie ich pokroju nie znosili zmian łatwo. Przez chwile potrafiło się dostosować, ale koniec końców wracali do tego co znali najlepiej i w czym czuli się komfortowo. Nawet jeśli ich to od środka zabijało.
OdpowiedzUsuńSloane naprawdę pojawiłaby się na tym spotkaniu. Pierwszy raz zależało jej na czymś tak mocno, aby tego nie zjebać na wejściu. Problem pojawił się wtedy, kiedy zadzwoniła do Zaire’a. Na upartego mogła zwalić winę na Ezrę, bo zostawił ją wtedy samą na tej plaży i nikt nie miał nad nią żadnej kontroli. Gdyby wtedy został to mógłby jej ten telefon zabrać. Nie doszłoby do tej rozmowy. Nie znaleźliby się teraz w tej sytuacji. I zamierzała mu to wszystko wyrzucić, ale w swoim czasie. Nie zamierzała odmówić wszystkiego na raz. I owszem, to była wina Ezry. Nawet nie pamiętała co takiego wtedy powiedziała, że się wkurwił i zostawił ją samą. Pewnie kazała mu wypierdalać, bo w tym była dobra, a teraz nie miała pojęcia i to było w zasadzie bez znaczenia. Zwłaszcza, że nie da rady cofnąć czasu. Sloane mogła próbować, ale musiała najpierw udowodnić, przede wszystkim sobie, że jest godna tego co robi i że jej nazwisko nie jest znane tylko i wyłącznie przez ojca, że sama również coś znaczy w tym świecie. Teraz pokazała, że nie można jej zaufać i że olewa swoje własne sprawy, kiedy w grę wchodzi Zaire dla Sloane nic innego nie ma już znaczenia.
Pojawiłaby się na koncertach. świat mógł się walić, a ona by tam była. Mogła ignorować wszystkie spotkania, ale nigdy nie opuściła żadnego koncertu ani żadnej próby. Pojawiała się zawsze. Mogła być chora, biegać do łazienki co dziesięć minut czy nie rozumieć co dzieje się wokół niej, ale pojawiała się zawsze. Ezra tego nie wziął pod uwagę. Patrzył na to, co się dzieje, ale nie na to co się działo w przeszłości. Sloane nie była znana z odwoływania tras. Nawet jeśli naprawdę należało to ona zmuszała się do tego, aby na tej cholernej scenie się pojawić. Nie mogła, chyba, winić go do końca za to, że tak postąpił. Miała kilkadziesiąt godzin, aby się uspokoić i zacząć myśleć na trzeźwo.
— Były święta, Ezra. Ty nie świętowałeś z… nie wiem, Molly? — Uniosła brew. Nie dała się sprowokować. Nie zamierzała dać mu się sprowokować. Było zbyt wcześnie, choć ten ociekający sarkazmem głos i jego spojrzenie oraz uśmiech doprowadzało ją do szewskiej pasji. — Mogę wejść jeszcze raz, Ale tym razem z hukiem skoro moje grzeczne załatwianie spraw ci przeszkadza.
Opadła dłoń o biodro i uniosła lekko brew. Spodziewał się awantury? Proszę bardzo. Chętnie mu ją da.
Przyjrzała mu się uważnie. Spokój, który od niego bił był drażniący. Sprawiał, że Sloane nie wiedziała co tak naprawdę ma robić. Nie umiała w pełni funkcjonować w spokoju. To hałas ją napędzał, a Ezra był dziwnie cichy. Próbowała wykorzystać to, czego nauczyła się przy Jamesie, bo i on był spokojny, a Sloane nie zawsze wiedziała, jak sobie z tym radzić i dopiero z czasem zaczęła jakoś w tym pływać sprawniej, Ale spokój Harpera, a Creightona to dwie różne rzeczy. I spokoju tego drugiego jeszcze nie ujarzmiła.
Usuń— Ty za to wyglądasz niesamowicie spokojnie, jak na kogoś kto jeszcze nie wie, jak bardzo kogoś wkurwił. — Sparafrazowała jego słowa i uśmiechnęła się w kierunku mężczyzny, ale ten uśmiech nie miał nic wspólnego z byciem miłą. — Jedno potknięcie, a Ty już mnie skreślasz?
Sloane przechyliła głowę na bok. Ignorowała wszystkich wokół, jeśli mieli coś do dodania - mogli się wypowiedzieć, Ale to była sprawa między nią, a Ezrą przede wszystkim.
— Nie gramy w to samo? Boże, ominęłam jedno spotkanie i przez parę dni nie odebrałam telefonu. Pozwij mnie. — Przewróciła oczami, choć dobrze wiedziała, że to niejako on ma racje. Może gdyby mu powiedziała, że musi wrócić do Nowego Jorku ja chwile to wszystko wyglądałoby inaczej. Nie miała żadnej pewności, Ale teraz to było za wcześnie. — Może ja jestem królowa dramatu, Ale Ty za to dostajesz tytuł największej panikary w całej Kalifornii. Serio, Ezra? Kilka dni ciszy, a ty mówisz o traceniu milionów?
Zaśmiała się pod nosem i wzruszyła ramionami, kiedy podszedł bliżej. Wystarczająco, aby czuła jego perfumy oraz zioło, Ale dość daleko, żeby żadne z nich nie sądziło, że jakaś granicą jest przekroczona.
— To co robiłam to moja sprawa. — Warknęła. Zbyt blisko uderzył domu. Zmrużyła oczy. — Nie skończyłam w kajdankach i wróciłam do LA. Jak na moje to sukces, a Ty zacząłeś niepotrzebnie panikować i podejmować decyzje za moimi plecami.
Dokładnie to zrobił i o tym wiedział. Clara nie odważyłaby się podjąć takiej decyzji. Nikt przedtem nie odważył się podjąć takiej decyzji, a tymczasem Ezra zrobił to bez chwili wahania.
— Zejdź ze mnie, Ezra. Dobrze wiedziałeś, że wrócę. Chciałeś mi dać jakąś nauczkę? Pokazać mi, że jesteś ponad mną i Twoje decyzje za ważniejsze od moich? — zmrużyła oczy i zrobiła krok w jego stronę. Będąc tą, która naruszyła granice między nimi.
Prychnęła pod nosem, kiedy to wszystko powiedział i pokręciła głową. Uderzał w miejsca, które bolały i doskonale o tym wiedział.
— Aż tak bardzo chcesz, żebym zaczęła rzucać rzeczami? — Uniosła kącik ust, mogła mu to dać skoro tak bardzo tego chciał. — Nie zasłużyłeś na to, żebym przychodziła do Ciebie z płaczem. Spokojnie, nie popełnię tego błędu po raz kolejny. — Syknęła. Teraz wiedziała, że to był błąd, kiedy do niego przyszła i szukała pocieszenia. Szukała czegokolwiek tak naprawdę w tamtym momencie, a dostała jedno wielkie nic.
— Nie mam dla Ciebie nic. Nie będę się tłumaczyła z tego, co robiłam w tym czasie. Miałam powód, aby zniknąć i miałam powód, aby wrócić. — Wycedziła i nie spuszczała z niego wzroku, kiedy to mówiła. — Wystarczyło zaczekać, ale w porządku. Niech będzie po Twojemu.
Odwołał jej trasę. Czekała, aż jej powie, że ma wypierdalać, a umowa między nimi jest skończona. Naprawdę na to czekała i nie byłaby zaskoczona, gdyby się to wydarzyło. Ale to też tak nie działało. Jedna wpadka nie skreślała jeszcze wszystkiego.
— Chciałeś? To masz.
Pochyliła się obok niego i sięgnęła po ciężka popielniczkę. Rzuciła nią w konsole, nie patrząc na to, ile to będzie ją kosztować. Huk był głośny, coś pękło, a coś się zbiło. Twarz Sloane była za to wciąż niewzruszona. Przeszła dalej do barku, gdzie były butelki z alkoholami i nalała sobie kieliszek, wypiła to w ciszy, a szklankę rozbiła o najbliższą ścianę.
— Mogę tak caaaały dzieeeń.
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, jakby właśnie wręczył jej czek na dwadzieścia milionów, a nie prawdopodobny pozew i wniosek o zakaz zbliżania.
sloane💣
Sloane mogła się tak bawić przez resztę dnia i całą noc. Naprawdę niewiele mogło ją teraz wyrwać z tego transu, w którym się znalazła. Ezra oczekiwał sceny i mu ją właśnie dała. Sądził, że jest tylko rozpieszczoną piosenkarką, która robi wszystko zawsze po swojemu i strzela fochy? Proszę bardzo. Nawet nie będzie próbowała udawać, że jest inaczej. On już wydał na nią wyrok, prawda? Zadecydował, że Sloane nie zasługuje na zaufanie, bo raz potknęła się jej noga. Jeden jedyny raz kiedy zaczęli razem współpracę. Nie pojawiła się na jednym spotkaniu i przez parę dni nie odbierała telefonu. To jeszcze przecież nie był koniec świata, ale najwyraźniej do niego owszem i nie mogła już nic na to poradzić. Przynajmniej nie w tym momencie.
OdpowiedzUsuń— Oczekiwałeś tego, prawda? — Uniosła kącik ust. — Sloane Fletcher, która wbija i robi zamieszanie. Krzyczy i niszczy rzeczy. Z chaosem, ale nie tym dobrym, nie? Tylko z tym, od którego się ucieka, bo nikt tego syfu dotykać nie chce.
Wzruszyła ramionami, chłodzą naprawdę próbowała nad sobą zapanować. Wiedziała, jak to przecież działa. Oczekiwano od niej najgorszego, więc jaki był sens, aby w ogóle starać się udowodnić, że jest się lepszym? No właśnie. Nie było żadnego, a Sloane… Sloane miała dość, że każdy próbował ją sobie ułożyć pod własne widzimisię. Ezra mógł mieć rację, ale Sloane nie zamierzała mu jej jeszcze przyznawać.
Blondynka nawet nie zwróciła uwagi na to, że był tu ktoś jeszcze. Kiedy Ezra wskazał na tamtego chłopaka, gotowego do akcji i przygotowanego poczuła coś bardzo nieprzyjemnego. Czekał trzy miesiące, aby się tutaj znaleźć.
— Pierdol się, Ezra. — Syknęła odwracając wzrok od chłopaka. — Nie będziesz mi grał na emocjach. Jeśli trzeba, to pójdę i go przeproszę.
Nie chciała odbierać nikomu takiej szansy. Na moment to sprawiło, że blondynka się wyciszyła. Nie chciała dać po sobie zbyt mocno poznać, że ją to ruszyło. Musiała zapamiętać, aby go jakimś cudem odszukać i wystawić mu czek na zadośćuczynienie. Pieniądze może nie rozwiążą obecnej sytuacji, ale może będą miłym zadośćuczynieniem.
— Masz do dyspozycji całe studio. Przenieście się w inne miejsce, nie widzę problemu. — Wysyczała, jakby to naprawdę było tak proste, Ale przecież wiedziała, że nie jest. I jak bardzo to wkurwia, kiedy coś idzie nie po myśli. Nie podobało się jej to, jak bardzo pod ścianą ją postawił. Zrobił z niej wariatkę, a ona w zasadzie pozwoliła mu na to, kiedy zaczęła urządzać sceny przy wszystkich.
— Nie wiesz, dlaczego tam pojechałam. — Warknęła w obronie. To wcale nie było takie proste, a Sloane nie zrobiła tego, aby dać się przelecieć kilka razy z nudów. — Myślisz, że chciałam to zrobić? Zniknąć na kilka dni i naprawdę mieć w dupie to, na co się umówiliśmy? Nie chciałam! To się wydarzyło i mogłabym przeprosić, ale nikt stąd nie chce przeprosin od Sloane, prawda? Wszyscy zawsze oczekują awantury, więc proszę - dostałeś ją.
Nie skomentowała tego, co powiedział o Carterze. Nie wskoczyła też z obroną. Bo miał racje. Cartera tutaj nie było, a ona dla niego zaryzykowała całą swoją karierą, aby upewnić się, że on jeszcze żyje. Zamrugała kilka razy, jakby chciała się pozbyć tego uporczywego szczypania pod powiekami. Miał rację. Znowu miał pierdoloną rację, której Sloane nie zamierzała mu przyznawać. To było ja odsłonięcie swoich słabości.
— Odwołałeś, bo mogłeś. — Wypowiedziała każde słowo ostrożnie. Niemal z jadem. — Wiedziałeś, że mi na tym zależy. Od początku ci mówiłam, że trasa zostaje.
Jej głos był spokojny, jednak w tej chwili to właśnie spokój bardziej mógł przerażać niż jakiekolwiek krzyki. Założyła włosy za ucho, a potem spojrzała na Ezrę.
Usuń— Odebrałeś mi to… bo wiedziałeś, że to jedyne na czym mi zależy. — Niemal się zaśmiała. — Gratulację, miałeś swoje ostatnie słowo. Wygrałeś. Tym razem. Ale chcesz wiedzieć kogo tak naprawdę tym skrzywdziłeś?
Sloane się nie zbliżyła. Nie próbowała zmniejszyć dystansu między nimi. Patrzyła na sylwetkę mężczyzny z tym nieodgadnionym spojrzeniem, które raz mówiło, że zacznie krzyczeć, a za chwilę, że uśmiechnie się słodko i będzie po wszystkim.
— Przyznaję, zniszczyłam Javiemu dziś to spotkanie. Ale będzie miał następne. Ale Ty… ty odebrałeś możliwość setkom tysięcy ludzi. I żaden zwrot za bilet im tego nie wynagrodzi.
sloane
Milczenie z jego strony było przekleństwem. Gorzkim do przełknięcia lekiem. Mówiło jej więcej niż jakiekolwiek słowa Ezra mógłby rzucić w jej kierunku. Wszystko co mówił wcześniej było prawdą, której Sloane nie chciała przyjąć na klatę. Nie chciała, bo wtedy musiałaby przyznać się do własnych słabości. Do tego, że Carter miał ją gdzieś, bo gdyby te kilka dni z nim coś naprawdę znaczyło to byłby tutaj razem z nią. Wszedłby tu za nią, a tymczasem Sloane mierzyła się ze swoimi problemami sama. Stała murem za Carterem, kiedy jego świat się walił i w zasadzie popchnęła go w ramiona innej, a kiedy ona poprosiła o jedną rzecz — jego tutaj nie było.
OdpowiedzUsuń— Bo tak właśnie jest, Ezra! — Wysyczała robiąc krok w jego stronę. Sloane szczerze w to wierzyła i przyjęła taką linie obrony. Zniknęła na parę dni, ale to przecież jeszcze nie był koniec świata. Zbliżał się i tak koniec roku, był koniec roku. Ludzie nie myśleli w tych dniach o pracy, a już na pewno nie Sloane, która trochę przestawiła swoje priorytety w ciągu ostatniego tygodnia. — Ukarałeś mnie za milczenie, bo odważyłam się wziąć parę dni dla siebie? Przepraszam, że nie lecę do Ciebie z każdą osobistą sprawą i nie proszę o radę. Stało zie. I nie, nie latałam po klubach bawiąc się w najlepsze!
Nie mogła mu powiedzieć o wizytach w biurze Harpera. O rozmowach, które mogą zagrażać życiu. O wszystkim co się wydarzyło. Ludzie mogli widzieć ją z Carterem, ale nie znali prawdy. Nie widzieli tego, co się działo za zamkniętymi drzwiami.
Blondynka cofnęła się o krok, kiedy Ezra to wszystko z siebie wyrzucił. Zamrugała parę razy, jakby nie rozumiała do końca co właśnie Ezra powiedział. Ale rozumiała aż nazbyt dobrze. I dotarło to głębiej niż się spodziewała. „Nie ma w tobie nic więcej”. Poczuła to zdanie mocniej niż się spodziewała. Ułożyła dłoń płasko na swoim idzie, wstrzykując się resztkami sił, aby nie wbić w skórę paznokci, co na moment odciągnęłoby jej myśli od tego co się właśnie działo. Od tych wszystkich myśli, które Ezra wrzucił jej do głowy. Trzymała ją wysoko i nie dała się uciąć tymi słowami. To nie był czas, aby się załamywać. Nie przed nim i nie przed tymi wszystkimi ludźmi.
To zdanie znów przewinęło się jej przez głowę.
„Nie ma w tobie nic więcej”.
I jeszcze raz.
Jeszcze kolejny.
I znowu.
Zwilżyła delikatnie usta językiem i przymknęła oczy. Na kilka sekund, jakby potrzebowała oddzielić się od rzeczywistości i tego, co Ezra jej właśnie powiedział. Wrócić myślami do jakiegoś przyjemniejszego miejsca. Tylko nie potrafiła. Zamiast tego podwinęła palce pod dłoń, a paznokcie wbiła we wnętrze dłoni. „Nie ma a tobie nic więcej.” Wiedziała, że to poniekąd wyrwane z kontekstu, ale boksy. Cholernie bolały i uderzały dokładnie tam, gdzie powinny.
— Nie olałabym tego. — Wycedziła. Nic nie było ważniejsze niż trasa. Tak, postawiła teraz Cartera ponad wszystko, Ale wystąpiłaby każdej nocy. Pojawiłaby się na tych koncertach. Ezra o tym wiedział. Sloane zawaliła wiele rzeczy, ale to jedno o niej musiał wiedzieć, że nigdy nie odważyłaby się ominąć chociażby próby. — Och, to jeszcze jakieś resztki zaufania mam? Nie spisałeś mnie już na starty? — Prychnęła. Nie była pewna, czy ona mu jeszcze ufała. Obietnice w tym świecie były nic niewarte. Obiecał jej, że nie tknie trasy i mimo wszystko, ale to zrobił.
— Pierdol się. — Powtórzyła przez zęby. Nie był zabawny, a już na pewno nie z tymi żartami. Kryształowa popielniczka leżała rozbita na podłodze razem z odłamkami konsoli. Ile tysięcy ją to będzie kosztowało?
Zranił ją. Nie prywatnie, ale zawodowo. To było o wiele gorsze. Sloane radziła sobie z zawodami w życiu osobistym, ale te zawodowe uderzały mocniej.
— Masz rację, nie jestem nią. — Westchnęła, jakby próbowała się zdystansować od tego wszystkiego. — Może nie będą płakać miesiącami, Ale takich rzeczy się nie wybacza i nie zapomina. Powinieneś coś o tym wiedzieć. Podobno jesteś jednym z najlepszych w tym biznesie.
UsuńBrew Sloane uniosła się lekko. Nie musieli za nią płakać przez miesiące, ale takich nagłych odwołań się nie wybaczało. Zostały niecałe cztery tygodnie do pierwszego koncertu, a Ezra to wszystko sprzątnął jej sprzed nosa.
— Dlaczego ci tak zależy, co? — Zrobiła krok w stronę mężczyzny. Nagle przypomniała sobie słowa Cartera, że nie chodziło o jej karierę, ale o nią. Nie, aby zamierzała to Creighton’owi teraz wypominać. — Mogłeś zostawić mnie tam, gdzie byłam. Robiłabym swoje, Ty miałbyś spokój… Ale nie, Ty się bawisz w zbawcę. Naprawdę myślisz, że to naprawisz? — Prawie zaśmiała się pod nosem. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, jakby szukała tam odpowiedzi, których nie poda jej od razu.
— Co Cię podkusiło, aby pracować z dziewczyną, która jest chodzącym finansowym zagrożeniem? — Przechyliła głowę na bok. Nie zależało mu na jej karierze. Sloane mogła się skończyć, a Ezry to nie powinni obejść. Tymczasem wziął ją pod swoje skrzydła, a na dzień dobry Sloane podarowała mu finansowe obciążenie w postaci odwołanej trasy.
Wzruszyła ramionami, jakby nie miała nic już do stracenia.
— I nagram co? Nie ma gotowych tekstów. Nie mam nic. — Wiedział to, a przypływ weny i inspiracji nie pojawiał się na zawołanie. — I nie pracuje na gotowcach. Nie wezmę czyjegoś tekstu.
Nie napisze nic pod presją. Nawet jednej zwrotki. Mogliby tu siedzieć do śmierci, a nic nagrane na siłę nie będzie brzmiało nawet w małym ułamku dobrze.
sloane
Milczenie było najgorszym co Ezra mógł jej teraz dać. Nie krzyczał i nie unosił się. Nie pozwolił jej na to, aby dalej krążyła wściekła po studio i urządzała awantury. Jakaś jej część rozumiała, że dalsze wykłócanie się z nim nic tak naprawdę między nimi nie zmieni. Był odporny na jej przekleństwa i na jej wybuchy, które nie robiły na nim najmniejszego wrażenia. Im spokojniej się do niej odzywał tym większą Sloane miała ochotę, aby wrzeszczeć dalej. Tylko… Tylko wtedy zrobiłaby kolejną scenę. Pokazałaby kolejnym ludziom, że jest dokładnie tym kim myśleli, że jest. Zachowywała się jak obłąkana. Wiecznie przekonana, że to ona ma rację, a wszyscy dookoła się mylą. Teraz również była pewna, że tak jest, a wszystko co mówił Ezra było kolejną formą kontroli. Nie chciał jej w roli grzecznej dziewczynki, którą próbowano z niej zrobić, ale nie chciał też, aby była tym kim jest obecnie. Ona sama nie wiedziała kim naprawdę jest i co robi ze swoim życiem. Karmiła się tym syfem, który wokół siebie tworzyła, jakby nie potrafiła już żyć inaczej, a przecie nie zawsze tak było. Jeszcze kilka lat temu funkcjonowała zupełnie inaczej, a przede wszystkim sprawniej. Nie było facetów, którym pozwalała robić ze swojego życia burdel. Nie było prochów, bez których nie mogła przetrwać dnia. Była za to Sloane, która nie zawsze sobie radziła, ale nigdy nie stoczyła się do tego stopnia, aby jej kariera i życie zawodowe dosłownie legło w gruzach. Nie miała teraz tak naprawdę żadnego wyboru i wiedziała, że jeśli nie Ezra, to Sloane zostanie sama. Nikt nie będzie chciał z nią pracować. Nie, kiedy Sloane nie potrafiła się ogarnąć i sprowadzała więcej problemów niż to było warte. Ezra w końcu też przejrzy na oczy i zauważy, że związał się kontraktem ze złą dziewczyną. Sloane mogła być ciekawym eksperymentem, ale na koniec dnia jeśli z niej naprawdę nic nie wyciągnie nowego znajdzie lukę w kontrakcie, aby ją wykopać i zostawić z niczym, a po nim nikt nie odważy się wziąć jej do siebie i dać szansy. Nie, skoro nawet jemu nie udało się jej naprawić ani doprowadzić do porządku. Sloane tego wszystkiego była boleśnie świadoma. Tu i teraz mogła naprawić swoją karierę albo zakończyć ją na zawsze.
OdpowiedzUsuńSloane milczała. Wybrała ciszę zamiast awantury z nim, która była zbędna. Zniszczyła konsolę, Javi - kimkolwiek był - przez nią również miał zniszczony dzień, a jej było daleko do przepraszania. Uniosła się dumą. Łatwiej było się zamknąć niż mówić więcej, a to i tak przecież nie zmieni niczego. Sloane miała swoją prawdę, a Ezra miał swoją prawdę i nie potrafili dojść do porozumienia. Przynajmniej jeszcze tego nie potrafili zrobić, ale wszystko przed nimi. Chyba, że wcześniej się pozabijają.
Nie powiedziała już nawet słowa. Po pierwsze nie zdążyła, a po drugie nie chciała. Mogło się wydawać, że nie słyszała tego co powiedział, ale każde słowo do niej dotarło. Mocniej niż gotowa była przyznać.
Sloane zostawiła za sobą chaos.
Zniszczoną konsolę, pękniętą popielniczkę i plamy po alkoholu, który wylała w ataku zbyt głodnej furii. Wychodząc nie siliła się na bycie cichą. Trzaskała drzwiami i nie próbowała nawet udawać, że zależy jej na byciu niezauważoną. Nie zwracała uwagi na szepty ani spojrzenia. Na to, że wyzywano ją cicho pod nosem. Mieli do tego pełne prawo, nie? Dała w końcu im powody, żeby myśleli o niej w najgorszy z możliwych sposobów. Gdzie nie weszła tam było zamieszanie i awantury, a sprzątaczki miały ręce pełne roboty.
Rozważała wszystko co powiedział jej Ezra. Każde jedno słowo utknęło jej w głowie. Nie chciała się pojawiać tam jutro. Wrócić z podkulonym ogonem, ale to właśnie zrobiła. Spędziła całą noc na rozmyślaniu o wszystkim i o niczym. Pisała. Wymazywała kolejne wersy. Nagrywała melodię, która przyszła jej do głowy. Nie dla niego. Dla siebie. Chciała udowodnić sobie, że jeszcze coś potrafi. Że nie skończyła się na tym ostatnim albumie, który wcale nie był jej najlepszym. Nic z tego może nie być. Mogło się okazać, że nie ma już nic do zaoferowania. Wszystko co wymyśliła brzmiało źle. Nienaturalnie. Wymuszone. Jakby ktoś wpychał jej do gardła wersy, pod którymi Sloane wcale nie chciała się podpisywać.
UsuńW studiu była na pół godziny przed czasem.
Przespała może półtorej godziny. Rano nie uraczyła się kreską, nie wzięła niczego na poprawę humoru. Wypiła podwójne espresso, które było paskudne i miała ochotę je wypluć. Okazało się, że kawa wcale nie pomogła na to, aby się rozbudzić.
Kiedy wchodziła ochrona odprowadziła ją do samego studia. Jakby miała zaraz się rzucić na kogoś i przegryźć mu tętnice zębami. Nic podobnego się nie wydarzyło. Grzecznie weszła do środka i siedziała na sofie. Piła mango matchę, przeglądała swoje notatki z zeszłam nocy i miała ochotę umrzeć. Tak po prostu.
Co ja tutaj robię?, pomyślała. To było bez sensu. Sloane nie miała mu nic do zaoferowania. Nie w tym momencie, a nie chciała śpiewać cudzych tekstów. Współpracowała z ludźmi, aby polepszyć swoje teksty, ale nie brała gotowców. Cudzej pracy pod którą mogła się później podpisać dla świętego spokoju.
— Co za gówno. — Mruknęła pod nosem i wyrwała kartkę z notesu. Ścisnęła ją w dłoni i rzuciła do kosza, Ale zamiast wpaść do środka odbiła się od obręczy i spadła na podłogę.
Pociągnęła nosem, walcząc z głupim katarem, który od zeszłej nocy jej nie opuszczał. W przeciągu następnych minut podłoga obok kosza zapełniła się pogniecionymi kartkami, a notes Sloane był niemal pusty. Jakieś rysunki, słabe teksty. Nic wartościowego.
Podciągnęła nogi pod siebie. Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chciała już stąd wyjść i w zasadzie to zamierzała zrobić. Złapała swoją torebkę i zerwała się do wyjścia. Tylko, że w momencie, kiedy otworzyła drzwi od studia wpadła prosto na Ezrę. Odbiła się od jego torsu i zaklęła pod nosem.
— Zajebiste masz wyczucie czasu. — Syknęła. Bez żadnego „dzień dobry” czy „jesteś dupkiem”, co byłoby lepszym powitaniem.
Zrobiła krok do tyłu. Nie była gotowa na to, co przygotował i czego od niej chciał. Mogła wyjść. Nie tłumaczyć się i wyjść, ale nie zrobiła tego. Tylko wciąż stała w miejscu i czekała… Sama nie wiedziała na co.
sloane
Sloane zrobiła kilka kroków do tyłu, kiedy wpadła na Ezrę. Miała nadzieję, że miała jeszcze kilka minut na to, aby zniknąć niezauważoną ze studia. Tylko, że to się jej wcale nie udało, a Ezra już tutaj był. Piekielnie punktualny, co sobie właśnie uświadomiła, kiedy zerknęła na złoty zegarek na swoim nadgarstku. Służył bardziej do ozdoby niż faktycznego odmierzania czasu.
OdpowiedzUsuń— Wróciłam. — Wzruszyła ramionami. Jeszcze nie do końca była pewna, czy na pewno wróciła czy tylko sprawdzała, jaki ma grunt pod nogami. Mówiła mu, że bierze to na poważnie, ale jej nie wierzył. Nie popisała się ostatnio zaufaniem, więc co innego miała niby zrobić? Gdyby tu nie przyszła to byłoby jasne, że kończy współpracę. Na to zresztą nie mogła sobie pozwolić. Zbyt wiele by to kosztowało, a Sloane innego wyboru tak naprawdę nie miała.
— Chciałam skorzystać z łazienki. — Skłamała lekko. Uciekała. W tym była dobra, Ale spóźniła się o kilka minut. Nie powinna była uciekać, a teraz jedyne co mogła zrobić to cofnąć się do studia i wysłuchać co Ezra miał do powiedzenia. — Tak, cóż. Niekoniecznie mogę sobie pozwolić na szastanie kasą na lewo i prawo, nie? — Mruknęła. Teraz to nawet pewna nie była, jak zamierzali uporać się ze szkodami, które wyrządziła wczoraj. Jeszcze faktury nie otrzymała, ale może to była kwestia czasu.
Sloane opadła z cichym westchnieniem na sofę, na której siedziała przed chwilą. Miejsce było jeszcze ciepłe po niej.
Ona również nie rzucała żadnymi komentarzami. Nie próbowała go przekonać, że wie lepiej czy że jest ponad tym wszystkim. Sloane wiedziała, że potrzebuje pomocy i nie ma żadnej innej opcji. Ezra, na ten moment, był jedynym, który mógł jej pomóc stanąć na nogi. Nie w prywatnym życiu, Ale tym zawodowym, a jeśli ogarnie się zawodowo to może ogarnie się prywatnie. To było jeszcze do ustalenia.
— Jesteś kutasem. Nie muszę ci tego powtarzać codziennie. — Wzruszyła ramionami. — Pewnie mówisz sobie to co rano przed lustrem.
Jednak się okazało, że Sloane nie potrafiła w pełni zrezygnować z uszczypliwości. Jak widać, ale jeszcze nie potrafiła w pełni być tą grzeczniejszą wersją, którą próbował z niej wyciągnąć.
Nie robiła min. Poza jedną, wycieka usta w odwrócony uśmiech, kiedy przyznał, że są jeszcze ludzie, którzy są skłonni do tego, aby z nią współpracować. Była zaskoczona, że tak jest i że nie uciekli z krzykiem.
Przymknęła na ułamek sekundy oczy, kiedy obok niej przechodził, a zapach jego perfum w nią uderzył jak niechciane wspomnienie. Znała ten zapach. Nie na pamięć, ale był znajomy i siedział gdzieś w niej, a przecież wcale nie powinien.
— Nie mam nic nowego. — Przyznała. Było zbyt szybko, aby mogła coś mieć. Skrawki, które mogła mu pokazać, a które nic nie wniosą, bo były bezużyteczne. — Świnka ma wszystko nad czym pracowałam w ostatnim czasie.
Na podłodze za to leżały kartki z tekstami, które napisała w nocy. Nie całe piosenki, Ale jakieś wersy, pół zwrotki czy refrenu. Może dałoby się coś z tego wyciągnąć, ale nie była z tego zadowolona.
Pochyliła się nad tekstami, które przygotował dla niej Ezra. Sloane zagryzła policzek od wewnętrznej strony, kiedy patrzyła na teksty. Nie były zły. Wiedziała, że ludzie tak robią. Dostają fotosy tekst. Śpiewają go i są zadowoleni. Ona tak nie lubiła robić. Wszystko wychodziło od niej. Miała pomoc, aby były jeszcze lepsze, ale nie odkupowała praw autorskich. Nie szukała kogoś kto za nią napisze tekst.
— Nie spałam. Mój cel jest dziś trochę gorszy. — Mruknęła w odpowiedzi na jego tekst o śmiecenie. Mógł się cieszyć, bo to oznaczało, że nie dostanie przez głowę jeśli jednak coś w jej ręce wpadnie.
Usuń— Nie są głupie. — Zacisnęła usta, jakby właśnie przyznawała się do czegoś wstydliwego. Poniekąd tak właśnie przecież było, prawda? — Coś bym zmieniła. Nie podobają mi się w stu procentach, ale to coś z czym można pracować.
Sloane nie zachowywała się jak Sloane. Teraz nie była pewna, jak ma się zachować. Mruknęła cicho pod nosem i pokiwała głową, kiedy Ezra mówił. Nie obrażała się za byle co, a przecież wiedziała, że nie mówił tego wszystkiego, aby ją zranić czy pokazać, że sama ze swoimi tekstami nie zajdzie daleko.
— Zgubiłeś „a” w moim imieniu. — Wskazała palcem na ekran. — To boli, Ezra. Podobno jestem nie do zapomnienia. — Westchnęła i wzruszyła ramionami. Jeden weekend wystarczył, aby już robić literówki w jej imieniu?
Złapała butelkę jedną ręką, kiedy rzucił nią w jej kierunku. Nie zwracała uwagi na to, ile i czy w ogóle piła coś co nie było kawą albo jakimś niesłodzonym napojem.
— Musisz się postarać bardziej, żebym cię znienawidziła. — Wzruszyła ramionami. Taka była prawda, bo Sloane potrzebowała więcej niż danie jej tekstu jakiejś lasce, która nie umie wyciągnąć z tekstu potencjału.
— Nie olałam. — Wtrąciła. Kolejne kłamstwo. Doskonale o tym wiedziała. Westchnęła ciężko i ścisnęła nos u nasady. — W porządku, olałam, ale nie od razu. Musiałam się czymś zająć, Ezra. Okej? Poniedziałek znalazł się poza moimi zmartwieniami.
Nie zamierzała mu się tłumaczyć. Wiedział, że cokolwiek Sloane załatwiała było związane z Zairem. Więcej wiedzieć nie musiał. Nikt nie wiedział o aresztowaniu i tak miało zostać.
— Mhm, czy to była ta co szukała swojego wewnętrznego dziecka? Bo jeśli tak, to uznam, że naprawdę nisko mnie cenisz. — Przewróciła oczami, Ale naprawdę liczyła, że to chociaż była sensowniejsza dziewczyna. Wcale nie podobało się jej to, że ktoś inny miał dostęp do jej tekstów. Ktoś kto nie był Ezrą lub ludźmi z zespołu. Obca dziewczyna? To nie wchodziło w grę, ale było na to za pozo.
Nie powiedziała już nic więcej. Pozwoliła, aby otoczył ją głos dziewczyny, której nie znała, a która śpiewała jej tekst. Nie miała złego głosu. Miała zły głos do tego tekstu. Albo to Sloane była zbyt pewna siebie, już bez znaczenia. Nie patrzyła na Ezrę, a gdzieś przed siebie. Niekoniecznie zachęcona, Ale też nie w pełni zrezygnowana.
— Nie jestem tego fanką. — Odezwała się po chwili. Wciąż jednak nie patrzyła na mężczyznę. — Ale zróbmy to, tę profanację usuniesz i nigdy więcej o niej nie wspomnisz. — Dodała jako warunek, którego nie można było negocjować. Wstała z miejsca, a palec opadł na blat biurka tuż przed laptopem. — Ale nie pierdol mi, że nie chcesz mnie zmienić, Ezra. Gdybyś nie chciał, nie byłbyś na mnie wkurwiony, a jesteś. Pod tą warstwą spokoju cały kipisz. Może nie chcesz tego robić drastycznie, ale zmiana jest wciąż w grze, prawda?
Uniosła lekko brew.
Ezra miał swój plan na nią, a nie będzie mógł go wykonać, jeśli Sloane się nie zmieni.
— Zapraszasz mnie na obiad czy po prostu się martwisz o moje nawyki żywieniowe? — Przechyliła głowę na bok. Prawdopodobnie jadła ostatni raz… Z Carterem. Ile to było? Dwa dni temu? Bez znaczenia. Jakoś dawała sobie przecież radę. — A to jest matcha z mango. Dobre, chcesz spróbować?
Wyciągnęła rękę z napojem w jego stronę, choć pewna była, że oferty nie przyjemnie.
sloane
Poznała go już na tyle, aby wiedzieć, że kiedy Ezra milczy obudzę niezainteresowanego to jest właśnie skupiony. Mógł zlewać jej słowa, ale wszystko co Sloane mówiła trafiało do Ezry. Każda niby oblega i komentarz rzucany o nim czy o tej dziewczynie, która zaśpiewała jej tekst, bo blondynka nie pojawiła się na umówionym spotkaniu. Nie była za to zła, raczej po prostu nie podobało się jej to, że ktoś obcy miał dostęp do jej głowy. I z pewnością miał też opinię na ten temat, ale tego Sloane słyszeć nie chciała.
OdpowiedzUsuń— Przed nagrywaniem zapaliła szałwię i oczyściła studio z negatywnej energii czy zawołaliście ją po moim wyjściu? — Zapytała, choć wcale nie oczekiwała odpowiedzi. Było jasne, że to ona wnosiła negatywną energię. Może faktycznie przydałoby się jej nosić jakieś kamienie ogrzewane energia księżyca, aby przestała być taka agresywna. — Dobra, to jaka jest szkoda? Sto tysięcy? Osiemdziesiąt tysięcy? Więcej? Mniej? — Wyrzucała z siebie kolejne liczby. Gotowa do tego, aby w każdej chwili zrobić mu przelew czy wystawić czek, który pokryje wszystkie szkody. Nie żartowała z tego, naprawdę gotowa była zapłacić za ten mały pokaz „siły”, który urządziła zeszłego popołudnia. Prychnęła krótko, kiedy nazwał ją autodestrukcją z brokatem. Miał w tym jakąś rację, a Sloane wyniszczała samą siebie od bardzo dawna. Tylko nie potrafiła przestać, jakby bez tego nie umiała normalnie funkcjonować. Ale to było zmartwienie na później.
Sloane nieznacznie napięła mięśnie, kiedy Ezra zbliżył się do niej. Te parę kroków nie oznaczało nic złego, ale Sloane żyła w wiecznym napięciu i niemal ciągle oczekiwała, że coś się wydarzy.
— Nie ma złego głosu. Tylko to… dziwne. — Wzruszyła ramionami. Słuchać swój tekst z innym głosem. O nic więcej nie chodziło, a Ezra dobrze znał te wszystkie muzyczne rozterki. — Nie marudziłabym tak bardzo, gdyby to był sampel, a nie mój tekst. I tak, to beznadziejne uczucie.
Sloane zaśmiała się, kiedy zagroził jej śpiewaniem piosenek z High School Musical. Przewróciła oczami, jakby to faktycznie była jeszcze jakaś groźba.
— Znam je na pamięć. Te z Hannah Montany również. Co mam zaśpiewać? We’re All In This Together? Bop To The Top? Breaking Free? Fabulous? — Wyliczała i kogoś to robić dalej, a póki co wyliczyła tylko piosenki z HSM. — Wymyśl lepsze groźby, bo póki co czuje się zachęcona. A co do Twojej drugiej Lany Del Rey… to trochę się zaciąga. Powinieneś ją wysłać na sesje z trenerem wokalnym, a nie mnie. Ja swoje odbębniłam w tym roku. — Puściła mu oczko. Wcale nie mówiła tego też ze złośliwością w głosie. I pewnie o tym już wiedział, Ale nie zaszkodziło wspomnieć, prawda?
Zawahała się przy propozycji obiadu. Nie, bo nie chciała, ale to najpewniej nie był dobry pomysł. I jednocześnie bez Ezry Sloane najpewniej zje dopiero jutro lub jak sobie w końcu przypomni, jak porzyga się z głodu.
— Oby te żarcie było tego dobre. — Mruknęła, co było jednoznaczne z tym, że zgadza się z nim wyjść na obiad. Z nim i zespołem, bo najwyraźniej nie będą w knajpie sami.
— Matcha. To taka japońska sproszkowana zielona herbata z liści Camellia coś tam. A to żółte pływające na dole to mango, a mango to… — Tłumaczyła mu to tonem, jakby czytała gotowa formułkę z Google. Przerwała, kiedy Ezra spojrzał na nią z tym politowaniem, które nie pojawiało się u niego często. — Po prostu spróbuj i przestań marudzić.
Sloane patrzyła jak sięga po kubeczek. Rozluźniła palce, kiedy co złapał. Matcha w rękach takiego mężczyzny wyglądała po prostu śmiesznie. Patrzyła uważnie na to, czy faktycznie się napije, a on mieszał przez chwilę i wtedy wsunął słomkę między swoje usta. Cokolwiek w tej chwili Sloane poczuła było czymś dziwnym.
— Dramatyzujesz. — Przewróciła oczami, kiedy Ezra skrzywił się na posmak matchy. Bez wątpienia to był smak, do którego trzeba było się przyzwyczaić i nie był on dla każdego.
W pierwszej chwili nie była pewna, jak ma zareagować. Ezra czasami rzucał czymś co wytrącało ją z równowagi i potrzebowała trzech sekund, aby dojść do siebie.
Usuń— Mhm, i byłoby o wiele lepiej, gdybyśmy się naprawdę całowali. Ale wyobraźnia będzie musiała ci wystarczyć. — Puściła mu oczko. Musiała się jakoś odsunąć od tych myśli, które zagościły teraz w jej głowie. Ezra wchodził jej do głowy zbyt sprawnie, a ona mu na to pozwalała.
— Jakbyś nie zauważył, ale mam tendencję do omijania randek. Od razu ślub albo nic. — Wzruszyła lekko ramionami. Nie pamiętała, kiedy była ostatni raz na randce. Nie tak dawno temu, ale na takich faktycznych randkach, gdzie się poznaje drugą osobę nie było.
Może jednak dobrze będzie, aby Sloane darowała sobie kolejne dramaty małżeńskie. Wystarczyło, że miała za sobą jeden rozwód. Drugi był absolutnie zbędny.
— Nie czekam na wyrok. — Przewróciła oczami. — Czekałam na Ciebie. Byłam przed czasem. Słyszałeś o czymś takim; przed czasem jest na czas, a na czas jest po czasie? Spóźniłeś się więc na nasze spotkanie.
Prawie brzmiała na urażoną, że musiała na niego przez chwile zaczekać, a w rzeczywistości pasowało jej, że mogła przez chwilę pobyć sama.
— Prowadź. — Machnęła ręka i nachyliła się, aby sięgnąć po torebkę. Sloane odetchnęła głębiej, po czym ruszyła za mężczyzną.
Wczoraj rzucała w niego przekleństwami, a dziś wybierali się na obiad. Biznesowy, ale to wciąż był obiad. Zrównała z kim krok.
— Wiesz, że ty płacisz, prawda? — Podniosła głowę, aby na niego spojrzeć z drwiącym uśmiechem. Naprawdę ostatnie czego się spodziewała to tego, że będzie z nim się wybierała na obiad.
sloane
Nie mogła powiedzieć, że zna go na wylot, ale była dobrą obserwatorką i zauważała znacznie więcej niż mogło się wydawać. Milczał, ale zauważał wszystko dookoła, a już zwłaszcza szczegóły, które innym mogłyby umknąć. Udawał, że nie słuchał, a w rzeczywistości pochłaniał informacje, które później mógł wykorzystać, aby rozczytać człowieka. Sloane czasem również lubiła bawić się w takie rzeczy, ale teraz była zbyt zmęczona na to, aby wchodzić w jakiekolwiek gierki z Ezrą. Póki co, ale było na to zbyt wcześnie. Nie doszła do siebie po kilkugodzinnym locie i małej ilości snu w ostatnich dniach, choć zdawać się mogło, że sypia po kilkan aście godzin na dzień, ale bywała… Zajęta i nie miała czasu na to, aby porządnie odpocząć.
OdpowiedzUsuńPrzyglądała mu się w ciszy, kiedy sięgał po jakieś papiery. Jeszcze nie rozgryzła, czy naprawdę ich potrzebował czy tylko udawał. I było to bez znaczenia tak na dobrą sprawę.
— Sam chciałeś mnie i moją negatywną energię, nie narzekaj teraz. — Przypomniała mu. Może faktycznie przydałoby się jej jakieś oczyszczanie. Albo egzorcyzmy. Na pewno nie zaszkodzi. — Dogadałaby się z żoną mojego ojca. Ona też bawi się w uzdrawianie wodą księżycową i inne gówna. Może ją tu ściągnę, aby lepiej oczyściła studio po mnie? Ostatnio jak się z nią widziałam to obiecywała mi jakieś magiczne napoje, które podobno zmieniają człowieka.
Wzruszyła ramionami, jakby właśnie opowiadała o jakiejś najnowszej kolekcji od Gucciego, a nie o trochę szurniętej żonie swojego ojca. To wszystko było codziennością, w której Sloane żyła każdego dnia. Z taką rodziną nie miała prawa być normalna. Nawet na moment.
— Javi dostał ode mnie zadośćuczynienie. — Powiedziała, ale bez dumy ani prośby, żeby teraz ją chwalić za to, że zrobiła coś dobrego. Zrobiła, bo wcześniej zrobiła dużo złego, więc to wcale tak z dobrego serca nie było. — Według ciebie nie przyniosę żadnych zysków?
Sloane oparła dłoń o biodro i prychnęła pod nosem, ale ani trochę nie była rozczarowana jego słowami, a raczej rozbawiona. Bo Sloane Fletcher przynosiła zyski. I to zajebiście duże bez znaczenia na to, czy aktualnie znajdowała się na dnie emocjonalnym czy nie.
Sięgnęła z powrotem po matchę, jeszcze przed wyjściem i napiła się sama, ale w przeciwieństwie do Ezry nie robiła żadnych dzikich min. Naprawdę przesadzał. To wcale nie było takie złe.
— Jezuu. — Przewróciła oczami na jego komentarz. — Masz strasznie wysokie mniemanie o sobie, a dla ścisłości mówiłam o tym, że gdybyś mnie całował faktycznie to byłoby lepiej, a tak przez słomkę to wiesz… Możesz sobie tylko wyobrazić. — Puściła mu oczko. Całkiem bawiła ją wizja jej i Ezry, ale skubany miał rację – nie mogła tego obrazu wyrzucić z głowy. Głównie z czystej ciekawości, ale nie zamierzała się z tym zdradzić, choć wszystko wskazywało na to, że on już to wie oraz, że Sloane wcale nie jest jedyną, która o tym myślała.
— Nie, nie, nie. — Pokręciła głową z uśmiechem. — Po tym jak się napiłeś mojej matchy powiedziałeś, że to prawie, jakbyśmy się całowali. A ja cię poprawiłam, że gdybyśmy to faktycznie to robili to byłoby to lepsze niż te niby całowanie się przez słomkę. Naucz się słuchać, Ezra.
Zakręciła słomką w kubeczku, próbując nie parsknąć śmiechem albo nie sprawdzić teorii w praktyce.
— Gdybyś faktycznie był przekonujący… To wcale byś się nad tym nie zastanawiał.
Sloane wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się do mężczyzny, ciekawa jak wiele strun właśnie naruszyła. I najlepsze, że była gotowa pociągnąć za następne i jeszcze kolejne, dopóki nie będzie kazał się jej odpierdolić.
Westchnęła z rozczarowaniem, kiedy nałożył jej bana na wyjazdy do Vegas. Nie, aby planowała tam szybko wracać. Od tamtego razu tam nie wróciła, a choć teraz znajdowałaś się wyjątkowo blisko to wcale nie miała ochoty się tam zjawiać
— Cholera, szkoda. Wiesz, mam słabość do nazwisk zaczynających się na C. Crawford już zaliczyłam, teraz liczyłam, że w dokumentach będę widniała jako Creighton.
Prychnęła wesoło. Nie zamierzała zrobić ze swojego życia kolejnego reality show. Upokorzyła się wystarczająco mocno w ostatnim czasie i kolejnego zdecydowanie nie potrzebowała. Kolejne ośmieszenie było jej zbędne. Nawet, jeśli miałaby się dobrze przy tym bawić to będzie lepiej, żeby przestała gonić za skandalami.
UsuńPrzesunęła wzrokiem po jego twarzy, kiedy się nachylił. Zbyt blisko i zbyt szybko, zbyt… Zbyt niepotrzebnie. Sloane cofnęła minimalnie głowę. Zacznie mieszać jej w głowie, jeśli tego przerwie.
— Strasznie mnie zawiodłeś. — Przyznała cicho, choć nie tak pewnie, jak jeszcze chwilę temu rzucała żartami.
Dopiła swoją matchę, a jak skończyła to pusty kubek wrzuciła do pierwszego kosza, który znalazła po drodze. Zaśmiała się ponuro, kiedy nazwał ją bankrutem.
— Całe szczęście, że do finansowego mi jeszcze daleko. — Mruknęła przewracając oczami. Jeszcze tego brakowało, aby Sloane miała liczyć każdy cent.
— Jeszcze przed nami cały dzień i cała noc… Happy end może się jeszcze zdarzyć.
Sloane przechodziła obok Ezry i na sekundę, a może na dwie zwrócona do niego była przodem. A może zatrzymała się w tej pozycji na dłużej, chłonąć jego obecność i bliskość, choć jeszcze nie wiedziała co ona ma w zasadzie oznaczać.
sloane
Ezra był nieznośnie pewny siebie. Podobnie Sloane, która zachowywała się identycznie. Czasami miała wrażenie, że patrzy w lustro, kiedy się odzywał. Z tym, że on wiedział, kiedy się zamknąć, a Sloane… Cóż, Sloane tylko niepotrzebnie się nakręcała i nic do niej przez większość czasu nie docierało. Tym razem była wyciszona, choć nie była pewna, dlaczego. Mogłaby się w sekundę poddać temu co widziała w jego uśmiechu i oczach. Prowokował ją i wychodził mu to wyjątkowo dobrze, ale to byłoby zbyt proste. Zarówno dla niej, jak i dla niego. Poza tym, lubiła cokolwiek między nimi się działo. Tę gierkę, którą prowadzili między sobą od samego początku.
OdpowiedzUsuń— Przydałoby ci się trochę ogłady, Ezra. Taka pewność siebie zabija, a ja… Cóż, ja nie wierzę na słowo. — Odparła. Głowa blondynki nieznacznie opadła na bok, a ona spojrzała na niego spod rzęs z lekkim prowokującym uśmiechem. Ciekawa, czy nie zademonstruje jej tego na żywo, ale jak już mówiła, to byłoby dla nich zbyt proste. — Tak, tak właśnie powiedziałam. Masz z tym problem? Zgłosisz mnie do HR’u? Zwolnisz za niestosowne zachowanie wobec szefa?
Uniosła lekko brew, czekając na jego odpowiedź. Sloane gotowa była na to, aby prowadzić tę grę do samego końca. Albo jedno się ugnie albo przez resztę życia będą wokół siebie chodzić na palcach. I szczerze mówiąc? Nie miałaby nic przeciwko. Ezra mógł ją wkurwiać do granic możliwości i testować, jak wiele strun w niej może pociągnąć, ale ona robiła dokładnie to samo. I z tym samym zaangażowaniem co on.
— Pomyślałeś o tym.
Ona na pewno o tym pomyślała, ale z nim tylko grała. To co było między nimi równie dobrze mogło być tylko wesołą gierką, która skończy się szybciej niż się zaczęła, ale nie zaszkodzi trochę jej podrasować prawda? Sloane pochyliła się do przodu, aby trochę zmniejszyć dystans między nimi.
— Och, przepraszam. Myślisz o tym. — Poprawiła się i uśmiechnęła szerzej, Przygryzła delikatnie dolną wargę i przesunęła wzrokiem po jego twarzy, a oczy na moment zatrzymała na jego ustach, zanim wróciła spojrzeniem do ciemnych oczu mężczyzny.
Zaśmiała się pod nosem.
— Za takie oskarżenia można iść siedzieć. — Odparła. Wciąż uparcie spoglądając mu w oczy tak, jak przed chwilą. — A Sloane Creighton brzmi… jak legenda.
Brzmiało to również, jak przepis na idealne kłopoty. I wiedziała, że jeżeli nie przestaną to szybko mogą się w tych kłopotach znaleźć, ale jakoś nieszczególnie jej to przeszkadzało.
— Emocjonalnie jestem bankrutem od dawna i ledwo się trzymam. — Westchnęła, niemal rozżalona, że tak właśnie to w tej chwili wygląda. — Ale potem pojawiłeś się ty… Hm, może uda mi się z tego emocjonalnego bankructwa wyjść, co?
Sloane słuchała go, ale nie jakoś wybitnie uważnie. Raczej…. Bez większego zaangażowania, chociaż każde jego słowo do niej docierało, a potem zaczął znów o tym happy endzie, a Sloane się roześmiała.
— Och, Ezra. — Westchnęła, a dłonią przesunęła po jego ramieniu. Pokręciła głową, jakby strząsała z siebie opowiedziany przez niego właśnie żart. — Mój happy end, a twój happy end… Mają najwyraźniej dwie definicje. O tym moim… nie opowiadasz przy stole prawnikom.
Zdecydowanie rozjechali się w tym, jak happy end według nich wygląda.
— Gdybyśmy mieli mieć happy end… To ewentualne zniszczenia byłyby tego warte i uwierz mi, ale nie byłyby one zrobione w gniewie. — Dodała z pełną powagą. Pozwoliła mu resztę sobie wyobrazić, o ile oczywiście będzie miał ochotę, ale Sloane przeczuwała, że Ezra wcale nie będzie się powstrzymywał przed tym, aby to i owo sobie wyobrazić.
Sloane na kolejne Vegas nie miała ochoty, ale nie miała też pojęcia co się wydarzy za jakiś czas, więc kto wie? Wolałaby nie, ale Ezra tego wiedzieć nie musiał i mogła się z nim podrażnić, a w tym była całkiem niezła. Zwłaszcza w ciągu ostatniego tygodnia zdążyła go wyprowadzić z równowagi.
— Żadnych? Nawet jednego? — Upewniała się z miną niewiniątka, które nie ma najmniejszego zamiaru się słuchać. — Szkoda, zaczęłam się już przyzwyczajać do Sloane Creighton. Brzmi jak dziewczyna, która jest ogarnięta. Albo tylko dobrze udaje.
Sloane przewróciła oczami, choć sama nie była już pewna, dlaczego. Ezra miał na nią już po prostu taki wpływ, że albo klęła pod nosem albo przewracała oczami bez przerwy. Chwilowo wypadło na to drugie. Zdawać się też mogło, że oboje wolą, kiedy Sloane jest w tym drugim nastroju, bo ten nie groził nieplanowanymi wybuchami złości.
UsuńPrzez moment faktycznie zastanawiała się, czy ma iść dalej czy się z tego wycofać. Nie chodziło o obiad sam w sobie, bo na jedzenie szła. Tego była bez dwóch zdań pewna, ale zapytania pojawiały się, bo chodziło o nich. O to, jak Ezra na nią patrzył i co do niej mówił. Raz jak szef, a po chwili, jak facet, który nie widzi w niej piosenkarki, ale zwykłą dziewczyną, a to na nią zawsze źle działało i mieszało w głowie. Bardziej niż gotowa była przyznać.
— Nie odpowiem na to. — Pokręciła lekko głową z uśmiechem. — Będziesz musiał się przekonać, czy sprawdzam własną cierpliwość, twoje nerwy czy… Czy zastanawiam się nad tym, jakby to wyglądało, gdybyś przestał się hamować i przyszpilił mnie do ściany i pocałował tak, abym zapomniała, jak się nazywam?
Widziała, jak otwiera przed nią szerzej drzwi. Zamierzała z tego, oczywiście, skorzystać. Tylko zamierzała jeszcze chwilę z tym wstrzymać.
— Kto powiedział, że chcę to zrobić tylko w swojej głowie? — Zapytała i przeciągnęła wzrokiem po jego torsie. Okłamywałaby samą siebie, gdyby powiedziała, że o tym nie pomyślała. Myślała o wielu rzeczach, a w tym również o tym co kryje się pod jego koszulką. — Możemy zawsze olać obiad.
Sloane nie miała potrzeby, aby przypodobać się Creighton’owi. Nie była, jak jedne z tych dziewczyn, które cieszą się, bo przystojny i bogaty facet jest obok. Ezra dla Sloane nie był kolejnym facetem, który coś może jej dać, ale przede wszystkim był jej szefem i przekroczenie tej granicy byłoby zwyczajnie nie w porządku, a Sloane nie chciała się mierzyć z oskarżeniami, że sypia z producentem, aby jej kariera nie poszła się jebać. Nie bala się mu odpyskować ani rzucić ostrymi słowami. Mogła z nim flirtować i rzucać mu tekstami, które niejednego powaliłyby na kolana. On się trzymał, a przez to Sloane miała ochotę próbować jeszcze dalej przeciągać granice. I wcale jeszcze nie skończyła.
— Nie powiesz mi, że o tym nie myślałeś. Pamiętam twój wzrok, kiedy prosiłam, żebyś zdjął mi sukienkę… Chciałeś tego, ale… Ale pod tym zimnym skurwysynem jednak kryje się dżentelmen, który nie rozbierze laski po molly. Mam rację?
sloane
Sloane tym wszystkim była – krzykliwa, prowokująca, złośliwa. Potrafiła tym wszystkim jednak odpowiednio żonglować, aby nie wyglądało to śmiesznie. Przynajmniej przez większość czasu, bo miała swoje momenty, kiedy przestawała nad sobą panować, a kiedy tak się działo to Sloane nie była w pełni sobą, a raczej jakąś marną podróbką samej siebie, która nie radziła sobie z rzeczywistością. Nigdy nie przymilała się do nikogo. Miała ten komfort, że nie musiała tego robić. Słodzenie komuś, aby dostała wymarzony kontrakt? To nie było w jej stylu. Sloane brała to, co chciała i nie musiała robić rzeczy, które wiele innych osób robiło, aby dostać odrobinę uwagi. Ona ściągała ją na siebie sama. Pomagało w tym to czyją córką była, a nie było co ukrywać, że nazwisko Fletcher coś w tym świecie znaczyło. Nawet jeśli jej ojciec się uganiał teraz za czarodziejką z księżyca i przestał dawno temu być gwiazdą rocka. Teraz była jej kolej, aby nazwisko kojarzone było z nią, a nie z ojcem.
OdpowiedzUsuńEzra ją pociągał. Nie przez wygląd, ale to zdecydowanie pomagało. Imponowały jej osiągnięcia i jego umysł, ale nie pieniądze. Te miała własne. Nawet, jeśli przez moment myślała, że straciła wszystko i pora będzie oszczędzać, bo Sloane w oszczędzanie nie potrafiła. Nawet z cholernym doradcą finansowym wydawała pieniądze, jak pokręcona. Gdyby nie był jej szefem to zrobiłaby kolejny krok w jego stronę, ale póki co pozwalała sobie na to. Może nigdy nie pozwoli i to wszystko między nimi będzie jedną wielką fantazją, która nigdy się nie spełni. W którym kierunku to nie pójdzie – oboje będą zadowoleni.
Fletcher zaśmiała się, kiedy to powiedział.
— Zabrzmiało, jakbyś miał pięćdziesiątkę na karku, a nie ledwo przekroczył trzydziestkę. — Westchnęła, wciąż rozbawiona tymi słowami. Tak po prostu i już bez gierek ją tym rozbawił. Sobą. — Ale tak, ogłady. Przydałaby ci się.
Sloane nie uciekała od niego. Nie tym razem. Przez moment myślała, że pozwoliła sobie na zbyt wiele i najpewniej pozwalała, ale skoro Ezra również wszedł w tę grę, to dlaczego ona miałaby przerwać? Wypadałoby już dawno się odsunąć i mieć ten obiad z głowy, a tymczasem oni ledwo dotarli do drzwi i wcale nie zapowiadało się na to, aby szybko mieli przez nie przejść.
Nudziła się, kiedy robiło się monotonnie. Potrzebowała zajęcia, które nie będzie łatwe do przewidzenia, a Ezra wcale łatwy nie był. Czasami myślała, że już go rozgryzła, a on po chwili robił coś zupełnie innego. Coś, czego Sloane się wcale nie spodziewała. Tym samym strącał ją z torów, które znała i musiała iść nową drogą, ale w tym przecież była cała zabawa, nie? W odkrywaniu nowych miejsc, a przy nim odkrywała ich cholernie wiele i wszystko wskazywało na to, że będzie odkrywała ich jeszcze więcej.
Zastanawiała się jednak, ile minie zanim Ezrę zacznie to męczyć. To, jaka Sloane była. Jej nieprzewidywalność i zmienne nastroje, które przechodziły w sekundę od euforii po furię. Wcale nie musiała być naćpana, aby pojawiały się takie wahania nastroju. One po prostu w niej były.
— Mówiłeś mi, że ty jesteś HR’em… więc, zgłosiłbyś mnie do samego siebie? — Zapytała słodko. Pamiętała tamtą rozmowę i on również ją pamiętał. Jak jest wszystkim w tej wytwórni i jak wszystko przechodzi przez niego. W tym skargi. — Och? Zobowiążę? Na przykład do czego? Kolejnej prośby, aby mój szef zdjął ze mnie sukienkę? Czy… Jaka byłaby kara, panie Creighton? — Zapytała.
Sloane się nie odsunęła. Ezra otworzył przed nią bardzo niebezpieczne drzwi, od których ciężko było się odwrócić. Mimo, że wiedziała, że to wszystko to nic więcej, jak zwykłe żarty. Coś co, przynajmniej, teraz nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości. Sloane wiedziała, jak się zachowuje, kiedy jest smutna i potrzebuje uwagi od mężczyzn, a Ezra wiedział, że obecnie przez jednego została skrzywdzona i ma sieczkę w głowie. Nie był głupi, aby wchodzić z nią w układy, które mogą pogrążyć emocjonalnie nie tylko ją, ale i jego. I przy okazji mogłoby jebnąć wszystko dookoła.
Wystarczyłoby jej jeszcze jedno słowo lub gest, aby przestała traktować to tylko jako grę. Ona to wiedziała i Ezra to wiedział, ale wciąż balansowali jeszcze na tej granicy, którą z trudem można było nazywać przyzwoitością. Sloane nawet nie drgnęła, kiedy się nachylił. Wystarczająco blisko, aby czuła jego perfumy, których jeszcze nie potrafiła rozgryźć. Podobnie, jak jego. Wystarczająco blisko, aby jego ciepły oddech musnął w którymś momencie jej skórę.
UsuńNie przymknęła oczu i nie wydała z siebie żadnego zdradliwego dźwięku. Mimo, że mogła, ale wtedy dałaby mu przewagę, której tak łatwo oddać nie chciała.
— Ale zamierzasz to zrobić. — Wyłapała. Nie, jeśli będzie naćpana lub zmęczona światem, nie, kiedy będzie uciekała przed wszystkim co ją raniło. — Zabrzmiało jak obietnica, wiesz o tym? — Kąciki jej ust lekko drgnęły w górę, kiedy sobie uświadomiła, że… Chyba na to zamierzała czekać. Na ten moment, kiedy Sloane z tej pogubionej dziewczyny wróci do bycia tą, która ogarnia swoje życie. Może nie w stu procentach, ale na tyle, aby nie robić z siebie ofiary, a nią była ostatnio zbyt długo.
Sloane nie zareagowała, kiedy mówił dalej. Uniosła jedynie lekko brew, bo wbrew pozorom, ale Ezra miał sporo racji w tym co mówił. Ostatnio traktowała mężczyzn, jak plaster na ranę, której nie dało się zasklepić. A teraz… Po tym tygodniu potrzebowała takiego plasterka, ale właśnie wyraził się jasno, że nim nie będzie.
I ona to szanowała.
— Auć. — Pokręciła lekko głową. Może z rezygnacją, a może z uznaniem. — Ale w porządku. Żadnego plastra na ranę. Żadnej broni… Żadnego odgrywania się na ex.
Mimo, że miała na to ochotę. Nawet nie chodziło o to, aby zranić Cartera, ale otworzyła się przed nim w tym tygodniu. Powiedziała mu wiele, pokazała wiele i dała całą siebie, a on… On wybrał tę, która przed nim uciekała. Wiedziała za to, jak zareagował, kiedy rozmawiali o Ezrze i o tym jak niemal zazdrosny o to był, a takiej reakcji Sloane chciała, aby poczuć, że znów ma kontrolę nad Carterem, choć teraz jakie to niby miało znaczenie? Nie było go tutaj. Nie było go nawet w tym samym stanie co ona, więc niby dlaczego miałaby się nim przejmować?
— Znaczyłoby tyle. — Przyznała szczerze. Bez wstydu czy zawahania. Oboje to wiedzieli. — Przynajmniej teraz.
Nie wstydziła się tego przyznać. Zwłaszcza, że on to wiedział od samego początku. Jeszcze zanim cokolwiek się wydarzyło. Sloane była w emocjonalnej pustce od miesięcy i szukała byle kogo, aby tę pustkę zapełnić. Ezra mógł to zrobić i robił, ale bez przekraczania granic, które ona już dawno by przekroczyła. I podobało się jej to. To było odświeżające, kiedy nie wszystko kończyło się tak, jak zawsze.
Skorzystała więc z przetrzymywanych dla niej drzwi i weszła w końcu do środka. Na chwilę gra mogła zostać wstrzymana, ale to wcale nie oznaczało, że nie będą kontynuować jej później. Potrzebowała tego, aby coś się w niej ruszyło. Nie szybkiego seksu na zapomnienie. Czegoś co pozwoli jej myśleć. Czegoś co poruszy w niej coś więcej niż tylko ten żal, który w sobie nosiła. Po byciu porzuconą przez męża, kochanka i byłego chłopaka – przez każdego kto coś dla niej znaczył.
sloane
Sloane potrafiła wchodzić w różne role, jeśli wymagała tego sytuacja. Tym razem jednak nikogo nie udawała. Nie miała potrzeby, aby wślizgnąć się za maskę, która nie ukaże żadnych prawdziwych emocji. Była sobą, ale bez tej dzikiej pewności siebie. Pracowała nad tym, aby ją w sobie odnaleźć. Nawet, jeśli na pierwszy rzut oka mogło się wydawać, że Sloane aż nią kipi. To wcale tak nie było. Jeszcze nie odnalazła tego stabilnego gruntu, pod którym dawniej chodziła.
OdpowiedzUsuń— Postaraj się trochę bardziej… to może stracę dla ciebie głowę. I nie tylko. — Odparła pozwalając, aby sam mógł sobie dopowiedzieć co jeszcze mogłaby zgubić w jego obecności.
Sloane nigdy przedtem nie flirtowała ani nie zachowywała się tak w obecności żadnego producenta. Może dlatego, że ci z którymi pracowała przedtem nie byli w jej guście, a ona była wtedy zdecydowanie zbyt młoda, aby nawet zerkać w stronę starszych mężczyzn. Ezra odwzajemniał każdy flirt i uśmiech, a potem trzymał ją na wyciągniecie ręki, jakby wiedział, że przekroczenie tej jednej granicy w niczym im nie pomoże. I nie była pewna, dlaczego jej na to wszystko pozwala. Każdy inny na jego miejscu już dawno ustawiłby ją do pionu, ale nie Ezra. On wchodził w to głębiej.
— Obietnica czy ostrzeżenie… znaczy prawie to samo.
Nie robiła kroku wstecz, kiedy nagle zapalała się w niej lampka ostrzegawcza. Dla Sloane to było jak wyzwanie, które chciała przyjąć. Coś, czemu ciężko było odmówić. Ezra robił teraz wszystko, aby Sloane nie chciała z tej przyjemnej wymiany zdań zbyt szybko zrezygnować.
— Przyzwoity? — Zacmokała z dezaprobatą. — Ezra, przyzwoity człowiek nie mówi swojej podopiecznej, że myśli o zdejmowaniu z niej sukienki.
Łatwo było się pogubić w tym, co jest prawdą między nimi, a co tylko złożoną grą, której zasady rozumieją tylko oni. Sloane wiedziała, że chodzą po bardzo cienkim lodzie i że tylko jedno z nich ma w sobie dość przyzwoitości, o ironio, aby nie zaszło to zbyt daleko. I to na pewno nie była Sloane, która dla odrobiny uczucia była skłonna zrobić wiele. Cokolwiek, aby poczuć, że żyje. I wiedziała, że Ezra jej tego nie da. Nie w sposób, który blondynka znała i praktykowała od dawna.
Samo jego spojrzenie było w stanie wytrącić człowieka z równowagi. W tym również ją, ale nie zamierzała mu się zbyt łatwo dać. Wtedy uciekłaby im cała zabawa, prawda? Jego bezczelność przekraczała wszelkie granice, a momentami Sloane nie wiedziała, jak ma sobie z nią radzić.
— Mhm, czyli co? Po tiramisu mam poprawić błyszczyk i zaczekać na ciebie? — Uniosła lekko brew odwzajemniając uśmiech, który posłał jej przed sekundą. Gdyby powiedział, że to właśnie ma zrobić – Sloane dokładnie to by zrobiła. Błyszczyk poprawi i bez obietnicy, że zapozna się z jego ustami. Nie zaszkodzi zapytać. — Czy może darujemy sobie główne danie i od razu przejdziemy do deseru? Czekaj, nie… Najpierw zjemy. Zbudujemy atmosferę. Będzie zabawniej w ten sposób.
Puściła mu oczko, a potem poprawiła włosy, choć wcale nie musiała tego robić. To było tylko dla efektu. Złość na Ezrę jeszcze jej nie przeszła. Za odwołaną trasę. Jej telefon wybuchał od powiadomień. Tysiące komentarzy, oznaczeń i to wszystko od rozczarowanych fanów, którzy domagali się, aby Sloane wypowiedziała się w tej kwestii. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Ani w jaki sposób to zrobić. Gdyby znów działała w emocjach to wstawiłaby te stories, aby swoje żale kierowali do Ezry, a to w niczym by jej nie pomogło. Ostatnio na to nie wyglądało, ale zależało jej na tym, aby wrócić do siebie. Do pracy, która nie była tylko pracą. Czymś co odbębni w ciągu ośmiu godzin i wróci do domu, aby napić się kieliszka białego wina do kolacji, a potem spędzi wieczór na tarasie z Rue na kolanach i będzie czytała jakąś głupią książkę, której fabuły nawet nie zapamięta. Sloane bez przerwy myślała. Nad tekstami. Melodią. Układem. Była ciągle w ruchu, a ostatnio… Tak, napisała album, ale nie taki, który ją zadowalał w stu procentach. On po prostu był, bo musiała wypluć z siebie to co w niej siedziało od miesięcy.
Ezra miał rację.
UsuńSloane do pisania potrzebowała emocji, ale nie byle jakich. Tylko czegoś co sprawi, że nie będzie mogła przestać o tym myśleć, ale nie w ten rozbijający sposób, jak ostatnio, kiedy łapała się byle czego, aby przetrwać kolejny dzień. Wyciągając głowę nad powierzchnię tylko odrobinę, aby zaczerpnąć łyk świeżego powietrza zanim znów zacznie tonąć. Miała dość bycia na dnie. Znajdowała się w nim od miesięcy. Popełniała błąd za błędem. I chciała przestać to w końcu robić. Może zajmie jej to miesiąc, pół roku, a może całą dekadę, ale w końcu nauczy się, jak żyć, aby nie trafiać na samo dno, jak ostatnim razem. I Ezra mógł jej w tym pomóc. Swoją bezczelnością i ironią, sarkazmem i błyskotliwymi, ale pyskatymi odpowiedziami. Trafiał dokładnie tam, gdzie poruszało ją to najbardziej. Sloane się również nie zapędzała, a mogłaby. Nie potrzebowała wiele, aby się zauroczyć. To było żałosne, że wystarczyła jej odrobina uwagi, aby zapominała o całym świecie. Tym razem tak nie było. Flirtowała, tworzyła nieprzyzwoite wizje i rzucała tekstami, które w innym miejscu pozbawiłyby ją pracy, ale nie pozwalała sobie na więcej. Nie potrzebowała kolejnych dramatów ani zawodów miłosnych. Potrzebowała, aby ktoś w nią uwierzył bardziej niż ona w tym momencie wierzyła w samą siebie.
— Idziesz? Czy czekasz, aż ja wejdę pierwsza, żebyś mógł się pogapić na mój tyłek?
sloane
Właśnie takiej odpowiedzi Sloane od niego się spodziewała. Trochę pyskatej i bezczelnej, a jak wisienka na torcie te uśmieszek, który prawie wcale nie schodził mu z twarzy, a który Sloane miała ochotę milion razy mu z niej zetrzeć. Potrafiła wyczuć, kiedy zaczynała przesadzać i kiedy wypadałoby przestać, ale nie przy nim. Przy Creightonie Sloane miała ochotę iść dalej. Sprawdzać dalej, jak bardzo pozwoli jej stać na krawędzi zanim straci do niej całkiem cierpliwość.
OdpowiedzUsuń— Nigdy nie chwalę się czymś, czego nie mam. — Odpowiedziała z wesołym uśmieszkiem. Jednocześnie wcale jej też przeszkadzać nie będzie, że Ezra się pogapi. Było na co, więc śmiało. Przez moment tylko na niego patrzyła w tej absurdalnej ciszy, od której dźwięczało jej w uszach, ale to nie był zły dźwięk. Wręcz przeciwnie. Kiedy stali tak blisko siebie, że wciąż niemal czuła na skórze oddech mężczyzny, Sloane odnosiła wrażenie, że między nimi coś się zmieniło. Coś, czego nie była w stanie jeszcze nazwać. — Skoro chcesz się zasłaniać przyzwoitością, to śmiało. Niech tak będzie. Dżentelmen, który otwiera drzwi i przepuszcza kobiety pierwsze.
Twarz Sloane rozjaśnił niewielki uśmiech, gdy mówił o jej chęci zabicia go i zaciągnięcia do łóżka w jednym. Faktycznie, coś w tym było i nie zamierzała tego przed nim ukrywać.
— Pomyśl tylko, co zrobiłabym z tą całą energią w łóżku. — Pochyliła się nad nim lekko, kiedy to wypowiedziała cichym mruknięciem. Niższym niż zwykle głosem, takim, który obiecywał najpiękniejsze rzeczy. — Między miłością, a nienawiścią jest bardzo cienka linia, Ezra. Łatwa do przekroczenia.
Sloane nie zastanawiała się nad tym, co będzie, jeśli przekroczą tę granicę między nimi. Stawiała jednak na to, że Ezra jest zwyczajnie zbyt porządny, aby to zrobić, a Sloane chciała się trzymać swoich zasad i nie sypiać z facetami, którzy trzymali w garści jej karierę. Niepoprawny flirt? Nie ma sprawy, ale coś więcej? To z wielu powodów byłoby zwyczajnie nieodpowiedzialne, a ona… Za szybko się przywiązywała. Może nie wyobrażała sobie od razu wspólnego życia czy ślubu, ale przywiązywała się. I potem oczekiwała, że ktoś przy niej po prostu będzie, że Sloane będzie mogła być czyjąś do kochania. Nie uzależniała od tego całego swojego życia, a przynajmniej tak się jej zdawało.
— Nie uważasz, że wyczerpałam limit głupot na ten rok? — Zapytała z lekkim rozbawieniem. Całe szczęście, że się kończył i nowe szanse pojawią się z chwilą, kiedy pierwszy stycznia wybije w kalendarzu.
Rozmowa między nimi była bardziej stymulująca niż się spodziewała. Ezra aż nazbyt dobrze wiedział jakie guziki wcisnąć, aby Sloane rozbudzić. Jeszcze nie była pewna, czy to faktycznie jest tylko gra czy może zaprowadzi to do czegoś więcej. Wiedziała jednak, że jeśli miałoby to być czymś więcej to oboje będą chodzić po bardzo cienkim lodzie, który w każdej chwili będzie mógł się pod nim załamać, a blondynka nie była absolutnie gotowa na to, aby po raz kolejny znaleźć się w jakiejś emocjonalnej rozsypce, a po tej rozmowie wiedziała, że jeśli do czegokolwiek dojdzie na jakimkolwiek etapie tej znajomości – będzie po niej.
— Nope. — Odparła na jego pytanie. Potrzebowała trochę więcej czasu, aby się uspokoić, ale nie zamierzała mu odpuścić zbyt łatwo. — Jestem na nią gotowa i o tym wiesz. Przygotowywałam się od miesięcy. Nie wiem, czy to miała być jakaś forma kary czy pokazania kto tu tak naprawdę rządzi. — Ton głosu się jej zmienił. Nie ociekał już flirtem, jak przed chwilą. Był szorstki. Nieprzyjemny.
— Nie, nie jesteś, Ezra. Dobrze, że zdajesz sobie z tego sprawę.
Mogła z nim flirtować, rzucać tekstami, jakby za moment miała go zaciągnąć do najbliższej toalety w restauracji i zamknąć się z nim w kabinie, ale to wciąż nie zmieniało faktu, że była wściekła za trasę. Czekała na nią od miesięcy. Była podekscytowana. I zjebała raz, zniknęła na tydzień, a kiedy powoli zbierała się do tego, aby wrócić on wszystko odwołał. Tak po prostu zabrał jej jedyną rzecz, na której jej w ostatnim czasie zależało i którą chciała wykonać w stu dziesięciu procentach.
Została na ten moment z niczym. Mógł sobie planować płytę, ale Sloane nie zacznie pisać, bo jej się rozkaże. I może specjalnie teraz dawał jej to wszystko, aby wyciągnąć z niej jakieś resztki emocji. Nie miała bladego pojęcia i chwilowo jej to teraz już nie obchodziło.
Usuń— I ten twój magiczny człowiek niby załagodzi to, co się dzieje online? — Uniosła brew. Działo się źle i musiał być tego świadom. — Jeden odwołany koncert to dużo, a cała jebana trasa? — Prychnęła i przewróciła oczami. Każdy jej krok będzie teraz śledzony. Będą patrzeć jej na ręce. — To jaki powód wymyśliłeś, że jest odwołana? Załamanie nerwowe artystki? Przyćpała i wyląduje na odwyku? Nie mogę w spokoju przejrzeć TikToka bez filmików ludzi, którzy po mnie jadą jak po ścierwie przez odwołaną trasę.
Akurat spokojne przeglądanie social mediów było jej najmniejszym problemem, ale niech wie, że utrudniał jej również czas wolny.
Spojrzała na niego lekko zdekoncentrowana, kiedy to powiedział, a potem uniosła brew w górę. Prychnęła pod nosem,
— To ostrzeżenie? Planujesz mnie wkurwiać jeszcze bardziej? — Jasne, że tak. Nie musiała się nawet pytać. — Uważaj czego sobie życzysz, Ezra. Mam dobrego cela i kolejnym razem popielniczka może wylądować na tobie, a nie na konsoli.
sloane
Przewróciła oczami po jego słowach. Z łatwością przechodzili z flirtu do czegoś, czego Sloane nawet nie potrafiła nazwać. Z nim naprawdę nie można było wygrać. Nawet, kiedy się bardzo chciało.
OdpowiedzUsuń— Może to były przeprosiny, a może nie. Jeszcze nie zadecydowałam. — Wzruszyła ramionami. Za to, co zrobiła wczoraj powinna była zostać wyrzucona na zbity pysk. Bez możliwości przeproszenia i kolejnej szansy, a Ezra jej ją dawał. Jakby doskonale wiedział, że ona tego potrzebowała, aby coś w niej rozruszać. Chwilowo sama nie była pewna, jak to wszystko się dalej potoczy. Bo z jednej strony miała ochotę na to, aby jebnąć czym popadnie i zniknąć z powierzchni ziemi, a jednocześnie chciała tutaj być i się z nim droczyć, wkurwiać nawzajem i pracować nad nowym albumem i rebrandingiem, który podobno ma zadziałać. Sloane sama nie była pewna, w którą stronę chcę iść ze swoją karierą, bo od dawna tak naprawdę nie podejmowała większych decyzji. Napisała swoje piosenki, które miały jej brzmienie i estetykę wokół albumu zbudowała wobec swojego widzimisię, ale i tak nie czuła, że to jest to. Może to było zamknięcie pewnego rozdziału. Sama nie była pewna, jak ma to traktować, ale może należało tak zrobić. Nowa wytwórnia, nowa ja. Czy coś podobnego.
— To były chujowe miesiące, nawet by z tym nie kłamał. — Przyznała. Imprezowała, wrzucała zdjęcia z uśmiechami i z podróży, więc w internecie wszystko wyglądało tak, jakby Sloane się trzymała, ale w rzeczywistości wcale tak nie było. — Nie powiedziałam, że mi się to nie podoba. Ja i PR nie idziemy ze sobą w parze, więc lepiej, aby tym zajmował się ktoś kto faktycznie się na tym zna.
Była tresowana od małego. Jak wypowiadać się w mediach i zachowywać, aby dobrze wypaść. Tylko te wszystkie lekcje dawno zostały przez nią zapomniane, a Sloane nie zamierzała udawać kogoś kim nie była. Mówiła, jeśli coś się jej nie podobało. Jak wtedy, gdy pożarła się z jakąś piosenkarką i szczerze w wywiadzie przyznała, że cała ta Bailey stara się bardziej niż to jest potrzebne, a w dodatku nie jest oryginalna. Wybuchła wtedy wojna między fanami Sloane, a Bailey i do dziś żadna za nic nie przeprosiła. A to w zasadzie był równie dobrze początek góry lodowej.
— Jak się dowiedziałam o odwołanej trasie to byłam o krok od tego, aby wrzucić na Insta post, w którym używam ładnych określeń wobec ciebie. — Wyznała i wzruszyła ramionami. Nie miałaby nawet wyrzutów sumienia. — Ale nie byłam sama i mi wybił ten pomysł z głowy, więc przynajmniej uniknęliśmy dodatkowej katastrofy.
Podziękowania i zażalenia proszę kierować do… I dopisała parę innych zdań, które do cytowania się już nie nadawały.
Wzdrygnęła się na słowo „ciąży”. Nie mógł wiedzieć, a i tak… Na moment wróciła do swojego mieszkania w Nowym Jorku. Wszystkich pytań, czy to prawda. Cartera, który jej mówił, że nie może polecieć z nią do Los Angeles, bo jego dziewczyna ma usg i musi na nim być. Bo przecież Carter będzie ojcem i nie ma już czasu na swoje byłe żony lub obecne kochanki. Już nie była pewna, jaki tytuł jej przysługuje,
— Nie zapędzaj się. Prędzej bym się zabiła niż wpadła. Wymyślcie coś lepszego i coś… mniej politycznego. Zaraz by mnie wciągnęli w przepychanki, a na to nie mam ochoty.
Wypuściła powietrze przez nos. To jednak był drażliwy temat.
— Poczułam, jakby to była kara. — Odpowiedziała. Jakby była nieposłusznym dzieckiem, którem trzeba pokazać, że można mu odebrać zabaweczkę, jeśli jest nieposłuszne. — Nie wiem, Ezra. Może pójdę na strzelnicę albo porzucać siekierkami i przykleję do tarczy twoje zdjęcie. Może wtedy to wszystko ze mnie zejdzie i wszyscy dostaną to, czego chcą.
I musiała sobie ten pomysł zapisać, bo wcale nie był głupi. Naprawdę go skrzywdzić przecież nie chciała, a zdjęcie nikomu nie zrobi krzywdy.
— Wiem, że jest zajebisty. A wygląda jeszcze lepiej w samych czerwonych, koronkowych stringach. — Odwróciła głowę przez ramię, aby puścić mu oczko, a potem ruszyła przed siebie.
Nie zwracała uwagi na otoczenie, bo znacznie bardziej interesował ją Ezra. To co mówił i sposób w jaki na nią patrzył. Nie chciała, aby widział w niej tylko dziewczynę, która w złości rzuca popielniczką o konsole, przeklina i wrzeszczy. Była kimś więcej niż chaosem zamkniętym w ładnym ciele. Tylko, aby on to zobaczył Sloane musiała najpierw to znów w sobie znaleźć.
Usuń— Nie, zdecydowanie nią nie jestem. — Przytaknęła. Miała zbyt wulgarną urodę nawet na bycie dziewczyną z sąsiedztwa. — I nigdy nie planowałam nią być. Trzymaj kamery blisko, Ezra. Nigdy nie wiesz, kiedy mi znów przyjdzie ochota rzucać czym popadnie.
Wcześniej nie zastanawiała się nad dokumentem. Wydawało się jej, że jest zbyt wcześnie na takie rzeczy. Owszem, coś w trakcie poprzedniej trasy było nagrywane. Ale to było bardziej jak pamiętnik. Krótkie filmiki z przygotowania. Ona siedząca na krzesełku, a team uwijający się wokół niej. Włosy i makijaż. Zmiany stroju. Żadnej kontrowersji. Same ładne ujęcia.
— Mogę nazywać cię kutasem i nie wytniecie tego? — Zapytała, nawet rozbawiona taką wizją, ale… Gotowa to zrobić.
Była ciekawa, jak to wszystko wyjdzie. Jak to ma wyglądać. Przyzwyczaiła się do kamer, ale jednak do tej pory były one obecne w inny sposób.
— Nienawiść sprzedaje się równie dobrze, co szalona miłość… więc tak, to mógłby być dobry finał.
I mimo wszystko, ale czuła, że wcale go nie znienawidzi, choć naprawdę próbowała. Wtedy byłoby łatwiej, a zamiast tego spędziła ostatnie minuty na flirtowaniu z mężczyzną, o którym przez ostatnie godziny myślała, jak o wrogu.
— Pospiesz się. Jestem głodna, a ty zamiast mnie nakarmić to bezwstydnie ze mną flirtujesz.
Kelnerka pojawiła się tuż po chwili. Uprzejmym głosem mówiąca, że zaprowadzi ich do stolika, który już na nich czekał. Sloane nie odwróciła się tym razem na Ezrę. Tylko poszła za kobietą, która szła przed nią do odosobnionej części restauracji, gdzie znajdowały się większe stoliki i była również większa prywatność.
sloane
W Sloane wciąż siedziała ta zabójcza mieszanka uczuć, które mogły palić mosty lub nawet miasta. Musiała je jednak w sobie wyciszyć, aby nie puścić pół Los Angeles z dymem. Przyszła tu, bo chciała się z Ezrą dogadać. W cztery oczy. Tak, jak powiedział to jej Carter, kiedy siedziała na podłodze rzucając telefonem i warcząc na niego w złości, choć to wcale nie on był powodem tych negatywnych uczuć, ale on z kolei ją uspokoił, aby nie robiła czegoś irracjonalnego czego później by pożałowała. Kiedy szła za kelnerką do stolika specjalnie trochę zbyt intensywnie kręciła biodrami wiedząc, gdzie wzrok Ezry wyląduje. Gdyby mógł widzieć jej twarz to dostrzegłby bezczelnie pewny siebie uśmiech, który przy nim pojawiał się wybitnie często. Zamiast uśmiechu miał kołyszące się biodra i tyłek opięty ciasno materiałem, który pozostawiał pole do popisu dla wyobraźni. W zasadzie Sloane nie była pewna, czy flirtuje z nim, bo czegoś może od niego chcieć w przyszłości, czy po prostu, bo to było łatwe i przychodziło jej przy nim naturalnie. Nigdy nie miała problemu z tym, aby flirtować, ale nie przy każdym to wychodziło tak luźno. A już na pewno nie każdego wyzywała od najgorszych, aby pięć sekund później mu rzucić o tym jaki kolor bielizny nosi.
OdpowiedzUsuńZajęła miejsce na miękkim fotelu. Torebkę postawiła na stoliku w miejscu, gdzie nie będzie przeszkadzała, a jej wzrok spoczął na mężczyźnie, kiedy ten usiadł w końcu naprzeciwko niej.
— Prawie jak randka. — Odezwała się. Intymna, ale nieprzesadnie atmosfera. Ciche szmery rozmów w tle z delikatną muzyką, która sączyła się ze schowanych głośników. — Ile zanim przyjdą pozostali i będę musiała się zacząć zachowywać i nazywać cię panem Creightonem?
Sloane lekko odchyliła się na fotelu. Pozwoliła sobie na więcej luzu niż było to potrzebne. Łokieć oparła o podłokietnik, a na palec zaczęła nawijać kosmyk włosów.
— Wyślę ci fotkę, jak wyglądasz po sesji ze mną. — Obiecała. Zdecydowanie się na taką zabawę wybierze. Kto wie, może to będzie terapeutyczna sesja dla Sloane? Może cała ta złość, którą w sobie nosiła przez decyzję Ezry zniknie, kiedy rzuci w niego kilka razy siekierą. Albo postrzela. Jeszcze nie była pewna, która opcja bardziej jej pasuje. — Czy chcesz iść ze mną? Będę grzeczna. Zbyt wiele świadków, abym dokonała morderstwa. I nie lubię pomarańczowych wdzianek, a w więzieniu nie można robić paznokci. Będziesz bezpieczny.
Posłała mu jeden ze swoich uśmiechów, które mógł rozczytać na różne sposoby. Wciąż nawijała włosy na palec i wbijała w niego spojrzenie. Uważne, jakby próbowała z niego wyczytać coś więcej niż jej dawał.
— Film czy serial? — Zapytała. To było istotne, czy zamierzał wszystko umieścić w półtoragodzinnym filmie czy podzielić to na kilka części dzięki czemu nagrają więcej materiału, a fani dostaną więcej Sloane. Takiej, której świat jeszcze nie widział. I której być może, ale nie widziała ona sama. — Jeśli ucieknę to będziesz miał dobry materiał. Ty szukający mnie po świecie… Nie martw, nie będę wracała do NYC. Już tam nic dla mnie nie ma.
Przynajmniej tymczasowo. Nie chciała grać roli kochanki, choć pewnie mogłaby. Znała słabe punkty Cartera. Mogłaby go przyciągnąć do siebie. Mogliby się ukrywać. Ale to nie tego chciała. Nie po raz kolejny się ukrywać z uczuciami. Zrobiła to raz i… I mimo, że to na swój sposób było ekscytujące to nie chciała tego powtarzać. Jeżeli już z kimś miała być, a nie zapowiadało się, to tak, aby cały pieprzony świat o nich wiedział.
— Mhm, parę wyzwisk, TikToki z dramatyczną muzyką… Brzmi nieźle. — Zaśmiała się i sięgnęła po kieliszek z wodą. Choć wolałaby, aby było to białe wino, ale nie zdążyła jeszcze nawet przejrzeć menu i sprawdzić co mają do zaoferowania.
— Bo jestem. — Przytaknęła. YSL gościło w jej garderobie od lat, a buty? Mimo opinii Sloane była pewna, że przebiegłaby w nich maraton. — Jeśli ci dobrze pójdzie… to nauczysz się, co robić, aby mnie rozbroić.
Uniosła lekko jedno ramię, jakby to było proste zadanie. Wcale nie było. Chwilami wystarczyło jedno nieodpowiednie słowo, aby Sloane wpadła w szał. Jedna decyzja, z którą się nie zgadzała.
— Uwierzysz, jeśli powiem, że tak?
UsuńWiedział, że z nim była. Sloane nie umknęło to, że ich „przyłapano” razem. Sama była tym zaskoczona, że to Zaire wybił jej ten pomysł z głowy. Była przekonana, że będzie pierwszy do tego, aby kliknęła „opublikuj”. Tylko po to, aby napsuć Ezrze krwi i patrzeć, jak wszystko wokół płonie.
Sloane kpiąco roześmiała się na jego kolejne słowa. Wielu rzeczy można było się po Carterze spodziewać, ale nie tego, że polecałby terapeutyczne kąpiele. Chociaż… Pamiętała jak mamrotał coś o dwunastoetapowej pielęgnacji pod prysznicem, więc kto wie co mu tak naprawdę siedziało w głowie.
— Właściwie, nie. Powiedział, abym ci skopała tyłek i pokazała z kim masz do czynienia, ale najpierw porozmawiała w cztery oczy. Dla dramaturgii zmieniłam kolejność. — Wzruszyła ramionami. Nie tego się spodziewała po Carterze, naprawdę. I najwyraźniej Ezra również nie. — Niezależnie od tego, czy odwołałbyś tą trasę czy nie, wciąż byś mnie wkurwiał. Opcja z niewkurwianiem faceta, który finansuje mój come back jest nieaktualna.
Dostrzegała ten złośliwy uśmiech, a może nawet szyderczość w głosie mężczyzny. To tylko sprawiało, że była jeszcze bardziej ciekawa co tak właściwe się wydarzyło między nimi, że oboje się tak bardzo nie lubili. Carter nie musiał rzucać przekleństwami, aby Sloane wiedziała, że Ezra nie znajduje się na szczycie listy osób, które lubi. A Ezra swoim tonem i złośliwością udowadniał jej, że Zaire również nie znajduje się na tej licie u niego.
— Nie działam dobrze w emocjach. Więc nie, nie zachowałam klasy sama przez siebie. Może w przyszłości, jeszcze się tego uczę. — Powiedziała i nie było w tym nawet grama wstydu, że gdyby nie Zaire to mieliby na głowie większy problem. Była młoda, bardzo młoda i mogła popełniać głupie błędy, prawda?
— To była jednorazowa sytuacja. Nie jest moim głosem rozsądku, doradcą ani powiernikiem sekretów. To koniec. — Przez jej twarz nie przemknęła nawet jedna emocja, kiedy to powiedziała. Głos jej nie zadrżał. Jedynie oczy na moment skierowały się w inną stronę, bo nie chciała, aby widział, że to bolało. Ale Sloane wiedziała, że u Cartera nie ma już swojego miejsca.
— Chcesz mi wprowadzić kontrolę rodzicielską? — Zaśmiała się. — Nie wrzucam fotek z wanny… Już. — Kącik jej ust lekko drgnął. — Zresztą, jeśli jakaś by wpadła… to nie musiałbyś dłużej sobie wyobrażać. Czy wolisz dostać zdjęcie prywatnie na skrzynkę? Bez cenzury w postaci piany? Czy wolisz filmiki? — Droczyła się.
Musiałaby być albo naćpana, albo pijana, aby taki pomysł wpadł jej do głowy. Do wysłania zdjęć czy filmów do Ezry. To byłoby przekroczeniem już wszystkich granic, które między nimi w zasadzie przestały istnieć.
— To było w emocjach. Nie liczy się. Jeśli będę chciała… Cóż, znam lepsze pomysły, jak ci uprzykrzyć życie.
I była w tym jednocześnie obietnica oraz groźba. Sloane podczas gwałtownych emocji działała bez zastanowienia, ale jeśli miała sekundy, aby się zastanowić… Dopiero wtedy robiła się groźniejsza.
— Za rebranding. — Powtórzyła po nim, a kącik jej ust delikatnie się uniósł. Kiedy na niego patrzyła widziała coś więcej niż tylko swojego producenta i mężczyznę, który doprowadzał ją do białej gorączki. — U najbardziej wkurwiającego producenta, jaki chodził po tym świecie.
Upiła niewielki łyk wody, wciąż żałując, że to nie wino.
— Będziesz głodził swoją najlepszą artystkę? — Zapytała. Odstawiła kieliszek z winem z powrotem na stolik i sięgnęła po menu. Przeglądała je od niechcenia. W końcu je odłożyła i zamknęła.
— Wybierz za mnie. Zaskocz mnie.
Blondynka westchnęła cicho. Nie zamierzała składać żadnych obietnic. Jeszcze trochę, a zacznie tu obiecywać, że jest grzeczna i nie będzie go więcej wyklinała. Do tego dopuścić nie mogła.
— Nie dawaj mi powodu i cię nie skrzywdzę.
Zawiesiła na nim wzrok. Podobnie, jak on dłużej niż to konieczne. Z myślami, których nie powinno być i ekscytacją, której nie potrafiła zrozumieć.
sloane
Rozmowa z nim była niczym chodzenie po polu minowym. Nigdy nie miało się pewności, że zaraz nie natrafi się na skrytą minę. Sloane balansowała cały czas na cienkiej granicy, którą z chęcią by przekroczyła dalej, ale nie w tym miejscu. Nie chodziło tylko o pracę i fakt, że dobrze się jej z nim rozmawiało, a flirt przychodził sam z siebie. Jak nieproszony gość, którego nie dało się wypędzić. I wszystko też wskazywało na to, że żadne z nich tego przerywać nie chce, dlaczego niby mieliby, prawda?
OdpowiedzUsuńSiedziała zrelaksowana, a wzrok miała wbity w mężczyznę, który od samego początku doprowadzał ją do białej gorączki. Nie wiedziała, czy to jego sposób bycia czy wziął sobie za cel to, aby ją na dobre wkurzyć i sprawić, aby dalej rzucała czym popadnie i wrzeszczała jak opętana, gdy coś nie szło po jej myśli.
— Moglibyśmy tak zrobić. — Przytaknęła, a przez jej twarz przebiegł cień uśmiechu. Sloane Fletcher rzucająca w podobiznę Ezry siekierkami albo strzelająca z pistoletu. To mogło być ciekawe. W końcu która gwiazda obnosi się z tym, że nie lubi swojego producenta? Wszyscy starali się pokazywać od jak najlepszych stron i udowadniać wielkie przyjaźnie, a oni mogą iść zupełnie inną drogą. I to nie tak, że Sloane go nie lubiła, ale nie znała go prywatnie. I nie musiała o lubić, a on nie musiał lubić jej. Tak naprawdę byli dla siebie niczym więcej jak transakcją.
— Ale lubię rzucać telefonem. — Wcale nie lubiła. Było za dużo zachodu z ogarnięciem nowego, a potem te wszystkie logowania, hasła i multum innych rzeczy. Dlatego przez większość czasu Sloane łaziła ze zbitą szybką, a iPhone działał raz gorzej, a raz lepiej. Jak ten obecny, który trochę był pokiereszowany przez ostatnie wydarzenia. — Swoją drogą, wisisz mi nowy. To przez ciebie się stało. Tylko nie bierz tego pomarańczowego. Jest paskudny.
Przewróciła oczami na ten jego zakaz wchodzenia na Instagram. Jeszcze czego. Była uzależniona, chyba jak większość, od oglądania reelsów i innych rzeczy w internecie. I od śledzenia ludzi, ale to była zupełnie inna kwestia, której nie zamierzała z nim poruszać.
Widziała, że jej nie wierzy. I szczerze mówiąc, ona sama sobie również by nie wierzyła, że to właśnie Zaire ją od tego odciągnął. Nawet nie chciała myśleć, że tak naprawdę chciał się jej pozbyć i dlatego wysłał ją do Los Angeles. To była opcja, ale Sloane po tych kilku dniach z nim miała inne odczucia. Mimo, że w środku wiedziała, że ich historia się skończyła. Przynajmniej na tym etapie. Nie zamierzała się bawić w dzieci ani udawanie, że rozumie teraz jego nowe życie. Właściwie to nie mogła zrozumieć, czemu nie zaciągnął tej swojej nowej panny do kliniki i nie zdecydowali się na – według niej – jedyne sensowne wyjście z tej sytuacji. Ale nie jej cyrk, nie? Sloane przecież wiedziała, że Zaire nie jest typem ojca. Prędzej by go podejrzewała o to, że będzie jednym z tych, którzy wychodzą i nie wracają, a nie, że nagle w jego penthousie stanie kołyska i grzechotki, a on będzie zmieniał pieluchy. Po psie nie chciał sprzątać, a miał niby to robić po małym człowieku?
— Mówiłam ci. Zmienił się.
Nie powiedziała, że to przez tę jego dziewczynę. Że pewnie też przez to, że zostanie ojcem. Że to Sloane go zmieniła, kiedy brutalnie i bez patrzenia na jego uczucia poszła z innym, a wszystko co budowali – nawet, jeśli koślawo – wyrzuciła bez patrzenia za siebie, a kiedy uznała, że jednak tego życia bez niego nie chce, to było już za późno na zmiany.
— Nie został nim nagle. Ale czasami nawet on wie, kiedy przestać pchać się w gówno i po prostu zatrzymać. — Powiedziała, bo to nie tak, że odmienił swoje życie o sto osiemdziesiąt stopni. — I tak, przegapiłeś dużo, a nasza historia jest znacznie dłuższa niż to, co było w mediach i co opowiadali znajomi znajomym i tak dalej.
Może zafundował jej bilet w jedną stronę, aby uciekła z miasta, kiedy on wróci do Sophii. A może faktycznie zależało mu, aby nie popsuła sobie relacji z Ezrą bardziej niż sama to zrobiła. Zaire dobrze wiedział, jak jej zależy na karierze. Rozważała opcje, ale żadnych też nie skreślała.
Być może Sloane oszukiwała samą siebie, że Carter miał jej dobro na uwadze, a nie tylko swoje. To nie było żadne zaskoczenie, że Sophia jej nie lubiła i jej nie ufała. Będąc wcześniej na jej miejscu też nie ufała Jade, która się wiecznie kręciła obok, a Sloane często robiła Carterowi afery za sam fakt, że tamta oddycha w jego obecności. Może miała ku temu powody, a może sobie je wymyśliła, ale Sophia… Ona miała powody, aby się o Sloane martwić, bo Sloane chciała Cartera z powrotem, a Moreira o tym wiedziała. Do cholery, słyszała, jak łka do telefonu myśląc, że to Carter i jak go błaga, aby wziął ją z powrotem. Sama się podłożyła.
Usuń— Kpij sobie do woli, skoro ci to sprawia przyjemność.
Wzięła znów kieliszek z wodą, aby się napić. Choć przez moment przeszła jej myśl, aby jego zawartość wylać mu na twarz. To dopiero byłoby interesujące, ale powstrzymała się. Jeszcze na sceny było za wcześnie. Zmazałoby mu to na pewno ten uśmiech z twarzy, który jej właśnie posłał. Sprawiał on za każdym razem, że Sloane miała ochotę cokolwiek wykrzyczeć mu w twarz, aby przestał się tak uśmiechać.
— To bez znaczenia już. — Wzruszyła ramionami. Nie mówiła mu tego, aby jej współczuł. Miała to wszystko na własne życzenie. Ezra nie był jej terapeutą ani tym bardziej kolegą, aby zwierzała mu się z sercowych problemów. Z tym poradzi sobie sama. Miała butelkę tequili w domu, nieograniczony dostęp do łzawych filmów, aby przetrawić to tak, jak normalne osoby.
Zdawała sobie sprawę, że zapamiętuje każde jej słowa. Czyta z niej więcej niż daje po sobie poznać. Ona również to robiła z nim. Próbowała w ten sposób go poznać. Zobaczyć w nim kogoś więcej niż producenta, który ją wkurza swoimi tekstami i tym, jakim jest człowiekiem.
— To nie jest początek żadnych złych decyzji, a raczej ich… Zakończenie. — Odparła spokojnie. — Nie mam po co wracać do Nowego Jorku ani do niego. Nie potrzebuję współczucia ani rady.
Mimo, że sprawiała często wrażenie, jakby tego właśnie chciała. Może tak było, ale nigdy nie przyznałaby się do tego wprost.
Kąciki ust Sloane lekko się uniosły w górę, kiedy to powiedział. Dobrze myślała, że jej… agresja go nakręca. Nie była jednak pewna w którym kierunku dokładnie.
— Nie rzucałam w ciebie. Tylko w konsolę. To zasadnicza różnica. — Przypomniała. — Wiedziałbyś, gdyby to było skierowane na ciebie.
Sloane nie odwróciła wzroku tym razem. Patrzyła na niego dalej z tą samą zaciętością, co wcześniej. Zmieniła się jedynie atmosfera, a choć flirt na moment opadł to wrócił po tej wymianie zdań. Subtelnie, cicho. Uwagi kelnerce nie poświęciła. Wpatrzona wciąż w Ezrę, ale nie jak w obrazek. Bardziej jak w mężczyznę, którego chciała lepiej poznać.
— O co wam poszło? — Zapytała lekko pochylając się do przodu. — Tobie i Carterowi. Pracowaliście razem, a teraz… kiedy o sobie mówicie to mam wrażenie, jakbyście opowiadali o ludziach, których nie chcecie znać.
sloane
Potrzebowała zmienić temat. Jeszcze dwie minuty rozmowy o niej i Carterze, a zaczęłaby wywlekać wszystkie swoje bolączki, które nosiła. Ezra tego słuchać nie musiał, a przede wszystkim nie powinien. Wygadać mogła się w inny sposób i komuś innemu.
OdpowiedzUsuń— Nie rozmawialiśmy o tobie.
Mieli inne tematy do rozmów, a w przeszłości Sloane jakoś nieszczególnie interesowała się tym, co się między nimi wydarzyło. Ezra mignął jej zaledwie kilka razy w przeszłości, ale nigdy nie na tyle długo, aby zapamiętała go sobie lepiej. Carter o nim też nie mówił za wiele, a potem to wszystko jakoś przestało ją interesować. Dopiero teraz, kiedy Ezra pojawił się na nowo w jej życiu i tym razem trwale, Sloane była ciekawa co między nimi faktycznie się wydarzyło.
Dostrzegła jednak, że ta niechęć nie wynikała tylko z różnych poglądów dotyczących muzyki. Musiałaby być naprawdę ślepa, aby nie widzieć takich rzeczy. Musiało wydarzyć się coś poważniejszego. Coś o czym żaden nie chciał mówić. Nie zdążyła Cartera wypytać o Ezrę. Teraz, jak o tym myślała, to dość szybko wykopał ją z Nowego Jorku. Prosto w ramiona Ezry. Mogłaby się o to wściec, ale na ten moment to niczego by jej nie przyniosło.
Była ciekawa, że to właśnie nią się zainteresował. Skoro między nimi było źle, to współpraca z byłą żoną Cartera nie powinna być jego priorytetem. Nie powinien nawet zerkać w jej stronę, a mimo wszystko… Zrobił to. Spojrzał. Ściągnął do Los Angeles w przeciągu tygodnia. Podpisała z nim kontrakt. Przeniosła całe swoje życie tutaj. Pracowała pod jego skrzydłami. W głowie miała wciąż słowa Cartera, że nie chodziło mu o nią jak o artystkę, ale po prostu o Sloane. I nie potrafiła znaleźć żadnego sensownego powodu, dlaczego. Chciał się w ten sposób na nim odegrać? Nie byli razem, a Sloane nie pobiegnie do niego z płaczem, bo coś jej zrobił. Carter widział ten wybuch tylko dlatego, że był akurat wtedy z nią. Gdyby nie to, pewnie nawet by mu nie powiedziała.
— Przypadkiem nie od ciebie zaczęła się jego kariera? — Zrobiła mały research. W zasadzie nie musiała, bo tyle wiedziała jeszcze zanim się pojawił w jej życiu. — Pierwsze małe koncerty, aż po wyprzedane stadiony? — Uniosła lekko brew. Ezra był jego początkiem, czyż nie?
Podejrzane układy, których nikt nie kwestionował.
To nawet nie było dla niej zaskoczeniem. Carter obracał się wśród samych podejrzanych układów. I na moment jej myśli poszły w tym kierunku. Ezra też był w to zamieszany? Wiedział o wszystkim? W LA wcale nie czuła się bezpiecznie, wciąż czasem odwracała się za ramię. Sprawdzała, czy drzwi są na pewno zamknięte zanim poszła spać. Skoro znaleźli ją w Nowym Jorku, to tutaj również mogli znaleźć. Ona była w końcu tą, która poskarżyła się na dokuczliwe towarzystwo. I wiedziała, że takie historie nie kończą się w przyjemny sposób.
Sloane nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że ich historia w jakikolwiek sposób mogła dotyczyć również i jej. Gdyby jej to powiedział to nie mogłaby znaleźć powodu, który powie jej, dlaczego jej dotyczy. Ezra dla Sloane był kimś nowym w życiu. Mogła go poznać wcześniej, ale to na uprzejmościach się kończyło. Carter robił z nim swoje, Sloane się nie wtrącała. Nie zadawała pytań, nie słuchała rozmów.
Tutaj z niego tego nie wyciągnie. I nie zamierzała też ciągnąć go za język w restauracji, gdzie ktoś niepożądany mógł podsłuchać rozmowy. Do tego potrzebowała innego miejsca. Bezpiecznego i prywatnego, a choć mieli tu ułamek prywatności to knajpa nie nadawała się do takich rozmów.
— Nie brzmisz, jakby to było nieistotne. — Sloane potrafiła być nieugięta i nie chciała teraz odpuszczać, ale musiała. Postawa Ezry i ton jego głosu mówiły wystarczająco wiele. Między tą dwójką coś się wydarzyło. Coś o czym najwyraźniej zbyt chętnie nie mówił. — Nie, masz rację. Nie po to tutaj jestem. To w końcu się działo między wami. Nie ma ze mną nic wspólnego.
Wzruszyła ramionami, ale to jeszcze wcale nie oznaczało, że Sloane zamierzała odpuścić. Tymczasowe zawieszenie broni. Tak to mogła nazwać.
— Nie potykam się w szpilkach. W życiu? Owszem, ale nigdy na obcasach.
— Wolałbyś, żebym pytała się o twoje nieudane związki? — Zapytała z wciąż uniesioną brwią. Nigdy nie ukrywała tego, że jest wścibska. Dopytywała o niewygodne informacje, o to co bolało, ale z nim, jeszcze, nie mogła tego zrobić w pełni. Dlatego zapytała o Cartera i to, co dawniej ich łączyło. — Może wspólne trauma dumping nas połączy bardziej i znajdziemy wspólny język.
UsuńSloane nie miała pojęcia, jak blisko jest ognia. Nigdy tego nie wiedziała, dopóki nie było za późno. Orientowała się dopiero wtedy, kiedy jej ręka była już w pełni pochłonięta przez złośliwe języki ognia, a ona nie miała miejsca, aby się wycofać. Z kolei blondynka nie była pewna, czy może mu ufać. Zaufała, bo nie miała wyboru. Oddała swoją karierę w ręce kogoś kto mógł ją wznieść wysoko albo zniszczyć kompletnie. I modliła się, żeby to nie był błąd. Prywatnie… Prywatnie nie była pewna. Mogła z siebie wyrzucić prywatne rzeczy, ale to nie było nic czego już by nie wiedział.
— Chcesz się założyć, że mi się to uda? — Zapytała odchylając się lekko na fotelu. — Nie jestem tak narwana, aby dwa dni z rzędu rzucać rzeczami. Mogę cię wykląć, ale mikrofony będą bezpieczne. Przynajmniej dzisiaj.
Sloane spojrzała jak przesunął rękę po stole z pendrivem. Przez moment on po prostu leżał na stoliku, aż w końcu po niego sięgnęła.
— Niczego nie obiecuję. — Mruknęła. Uśmiechnęła się lekko kątem ust. — Zakaz dzwonienia o drugiej w nocy… Jasne. Może nie zapomnę.
Kolejnych słów się nie spodziewała. W pierwszej chwili myślała, że się przesłyszała. Sloane nawet nie mrugnęła. Tylko patrzyła na niego w ten dziwnie cichy sposób. Przetwarzała daną jej informację.
— Co? — Tylko tyle. Krótkie słowo, bo nie wierzyła. — Załatwiłeś mi Super Bowl? — Powtórzyła. Bardzo powoli, jakby te słowa nie do końca miały sens. — Mówimy o tym samym Super Bowl?
Jeśli chciał ją zszokować – to mu się to udało.
— Kurwa.
I Bogu dzięki, że kelnerka przyniosła w międzyczasie wino, bo to właśnie po nie sięgnęła. Nie wypiła go duszkiem, choć bardzo chciała. Wzięła jednak więcej łyków niż to było potrzebne.
— Dam radę z krótkim deadlinem. — Zapewniła. Nawet się nie zawahała, kiedy to powiedziała. Miała dość czasu, aby przećwiczyć piosenki, choreografię i wszystko inne. Nie było szans, że to zjebie. Ośmieszać się mogła w innych miejscach, ale nie tam. — Ale jak…? Nie mieli już kogoś wybranego?
Takie decyzje podejmowało się miesiące wcześniej, a do Super Bowl było mniej niż dwa miesiące.
— Wiesz co, nie chcę wiedzieć. — Powiedziała nie dając mu szansy na odpowiedź. — Jedziemy na Super Bowl.
I wciąż nie wierzyła. Mimo wszystko, ale nie wierzyła.
— A zdjęcie z wanny trafi tylko do ciebie. — Dodała odwzajemniając ten sam bezczelny uśmiech, który właśnie sam jej posłał.
sloane
Sloane o Carterze wiedziała dużo, ale nie wiedziała wszystkiego. Zdawała sobie sprawę z tego, że były historie, których nigdy z nią nie poruszył lub nie opowiedział w pełni. Przez długi czas oboje byli zbyt pochłonięci imprezami, aby myśleć o poważnych rozmowach, które mogłyby ich do siebie zbliżyć, które pozwoliłyby im się poznać lepiej. Jedną z nich był Ezra, a raczej to, jak ich współpraca wyglądała. Sloane też zdawała sobie sprawę z tego, że nie dowie się wszystkiego od Creightona. Mogła wyciągnąć to i owo, ale w gruncie rzeczy to nie była jej sprawa, jak między nimi było. To już nie była jej sprawa.
OdpowiedzUsuń— I przypadkiem teraz współpracujesz z jego byłą żoną. — Powiedziała, a każde słowo smakowała na języku. Patrząc na to, jaką niechęcią go darzył Sloane była zaskoczona, że to właśnie jej zaproponował przejście do swojej wytwórni. Może potrafił tak dobrze oddzielić od siebie sprawy zawodowe od prywatnych, choć, jakby nie patrzeć, ale Carter był zarówno zawodową, jak i prywatną.
W przypadku Sloane chodziło o jedno i drugie. Chciała się dowiedzieć więcej, bo była ciekawska i lubiła rozmawiać o innych, ale próbowała też sięgnąć do miejsc, do których Ezra nie dawał jej łatwego dostępu. Sloane nie wiedziała, jeszcze, czy przypadkiem, jeśli do tego miejsca sięgnie to się nie sparzy, ale coś jej mówiło, że będzie warto. Więc pchała się w to dalej i będzie pchała wciąż, dopóki nie ustawi jej do pionu, ale nawet wtedy nie było pewności, czy ona na pewno w przyszłości nie spróbuje znów tej samej gierki.
— To co takiego zrobił, że wszystko spieprzył? Jest kreatywny, więc musiało być… mocne, że ci dał w kość. — Sloane próbowała na nim swoich sztuczek, ale jeszcze nie miał jej dość. I najwyraźniej wcale nie wkurzyła go na tyle, aby i puścił ją z torbami i kazał szukać szczęścia w innym miejscu. — Potwór? — Uniosła lekko brew. Różnie mogła określić Cartera, ale nie użyłaby tego słowa. Wcześniej może się zdarzało, ale Sloane mówiła bardzo wiele różnych rzeczy, które akurat jej pasowały i to wcale jeszcze nie oznaczało, że faktycznie w ten sposób o nim myśli. Teraz na pewno tak nie było.
Tak naprawdę to ona gotowa była siedzieć z notesem i zapisywać każde słowo. Lub włączyłaby dyktafon w telefonie. To był o wiele prostszy sposób niż zapisywanie. I dopytałaby o każdy jeden szczegół. O wszystko co tylko przyszło jej do głowy. Jak się poznali, dlaczego uznał, że mu pomoże z karierą, czy kiedykolwiek się przyjaźnili, dyskretnie podpytałaby, czy wiedział co Zaire robił na boku. W głowie miała już setki pytań, które gotowa była mężczyźnie zadać, ale restauracja raczej nie była do tego dobrym miejscem.
Wzrok blondynki prześlizgnął się po mężczyźnie. Jakby analizowała to, co właśnie robi. Każe jego mrugnięcie, przesunięcie palcem po krawędzi kieliszka, jego uśmiechy czy sposób w jaki zmieniały się oczy.
— Widzę i cię słyszę, ale cokolwiek powiesz. — Wzruszyła ramionami. Skoro nie, to nie. Sięgnęła po swój kieliszek z winem i upiła niewielki łyk. Temat równie dobrze mogli uznać za zakończony, a przynajmniej na ten moment. Jeszcze do niego zamierzała wrócić, ale nie w tej chwili. W takiej, która bardziej będzie odpowiadała warunkom.
Super Bowl.
Znów wróciła do niej ta ekscytacja. Takich informacji Sloane się nie spodziewała. Nie była z ligi tych, którzy występowali dla Super Bowl. Daleko było jej do tych artystów i to nie tak, że miała się za gorszą, ale była o wiele młodsza, nie miała aż takiego doświadczenia. W porównaniu z nimi mogła być traktowana jako nieznana artystka wręcz. Do tej pory grała dla dwudziestu, może trzydziestu tysięcy ludzi na raz. Tam będzie ich dwa razy tyle. Miliony przed telewizorami.
Uśmiechnęła się do siebie, jeszcze też nie w pełni przetworzyła to, że faktycznie się tam znajdzie.
— W zeszłym roku było tam sześćdziesiąt pięć tysięcy ludzi i ponad sto dwadzieścia milionów oglądało w domach. — Liczby robiły wrażenie, ale jej nie przestraszyły. Może odrobinę, bo to mimo wszystko, ale było wyzwanie. — Och, spodoba się. Tak im się spodoba, że będą mnie tam chcieli za rok.
Może przemawiała przez nią pycha, ale jeśli sama nie będzie w siebie i swoje umiejętności wierzyć, to co ona właściwie tutaj robiła? Równie dobrze mogłaby się spakować i wrócić do domu. Przez chwilę nad czymś myślała. Nad rzeczami, które należy zrobić, jak się przygotować. I wiedziała, że to oznacza jedno – koniec imprez, a na pewno codziennie. Koniec z prochami. Musiała być skupiona. Nie naćpana i skupiona. Musiała być Sloane, a nie jedną z wielu wersji siebie.
Usuń— Wypadł, huh? — Mruknęła i uniosła lekko brew. Wolała nie wiedzieć, jakie sznurki musiał pociągnąć Ezra, aby Sloane dostała Super Bowl. — Nie ważne. Ja tam jadę.
Nawet nie ukrywała, że to zrobiło na niej wrażenie. Może nie dostała trasy, ale dostała kolejną szansę i zamierzała ją wykorzystać w stu procentach. Jeszcze nie było żadnych planów, a Sloane już wiedziała, że zrobi takie show, że zapamiętają ją wszyscy. I udowodni mu tym samym, że dobrze zrobił wybierając ją.
— Nie zepsuję tego. — To nie tylko była obietnica, ale przede wszystkim fakt, który zamierzała mu udowodnić. Sloane tego nie zepsuje. Choćby miała stanąć na rzęsach to zrobi wszystko, aby to się udało.
Uniosła lekko brew, kiedy mówił dalej i parsknęła śmiechem krótko.
— Twoim telefonem? — Przechyliła lekko głowę na bok. — Wtedy nie potrzebowałbyś zdjęć, miałbyś obraz na żywo, a to znacznie lepsze niż zdjęcie. — Dodała i powstrzymała kolejny śmiech, bo jednak wizja jej w wannie i Ezry gdzieś obok… To się nie kleiło. Mimo flirtów i żartów, które się ich trzymały.
sloane
Zauważyła, że jego uśmiech trochę przygasł. Nie zamierzała głaskać Ezry po głowie, bo nie była od pocieszania i raczej też nie od niej chciał tego pocieszenia. Nie wyglądał również na człowieka, który go w ogóle chce. Jeżeli chciał to na pewno nie okazywał tego przed artystkami, z którymi podpisywał kontrakty.
OdpowiedzUsuńPokiwała lekko głową, bo rozumiała co miał na myśli. Przynajmniej tak sądziła, że rozumie. Carter nie miewał najlepszych momentów jako przyjaciel, a choć korciło ją, aby zapytać o więcej to nie chciała tego robić w tej chwili. Musiała znaleźć lepszy moment.
— Musiało być w takim razie nieciekawie. — Powiedziała. Tylko tyle. Bez ciągnięcia tematu dalej. Ezra nawet nie zdawał sobie sprawy z tego z jakimi niedopowiedzeniami ją zostawiał. Otworzył się minimalnie, ale kiedy zaczynało się robić ciekawie to ucinał temat. I z jednej strony wcale mu się nie dziwiła, bo mimo wszystko, ale to nie mógł być łatwy temat. Nie dawał tego po sobie poznać, ale znała Cartera, a kiedy coś robił to nie robił tego byle jak. Skoro zalazł Ezrze za skórę to musiał uderzyć w naprawdę czuły punkt. I owszem, wyczuła, że nie chodziło o coś małego. To raczej nie była kłótnia o pieniądze ani nawet inny tok myślenia. Coś osobistego. Coś, czego nie należało dotykać. Miała w sobie jeszcze dość przyzwoitości, aby nie pytać się go o takie rzeczy między winem, a krewetkami i gośćmi w restauracji i powracającą tu co chwilę kelnerką.
Była. Już dawno temu powinno jej to przejść, a jednak tak się nie wydarzyło. Carter zakładał rodzinę i to nie z nią. Nigdy nawet nie chciała, ale to po prostu bolało, że jakaś inna go miała w wersji, o którą Sloane walczyła. Najwyraźniej niewystarczająco mocno, bo nie udało się jej go zatrzymać.
— Sorry za pokrzyżowanie planów. — Mruknęła pod nosem. Dałaby cholernie wiele, aby się z niego wyleczyć. Próbowała wiele razy i z różnymi ludźmi, ale nie wychodziło. Sloane zawsze wracała do Cartera, jakby on był tym jednym jedynym, z którym powinna być, choć teraz on wybierał kołyski z inną. — Wiem, że byłoby łatwiej bez… niego. — Wzruszyła ramionami. W każdym aspekcie życia byłoby jej łatwiej, gdyby nie Carter. Gdyby potrafiła się z niego wyłączyć zrobiłaby to już dawno temu. Ruszyła do przodu, zapomniała o jego istnieniu i skupiała się na sobie, a tymczasem on wciąż miał na nią wpływ. Prędzej czy później działo się coś, co było powiązane z nim.
— Trudno było nie pomyśleć, że z tego względu ze mną podpisałeś ten kontrakt. — Powiedziała szczerze. I na pewno Sloane nie byłaby jedyną, która w ten sposób pomyślała. — Ale dobrze, że tak nie jest. Mam coś więcej do zaoferowania niż bycie ex żoną z przypadku.
Bo to był jeden wielki przypadek, że tą żoną została. Albo jeden wielki plan ze strony Cartera. Nie miała bladego pojęcia, jak naprawdę to wyszło. Nawet jeśli zrobił to, aby go kryła to bez znaczenia. I Carter wcale tak naprawdę nie potrzebował papierka, aby Sloane go chroniła. Kłamałaby dla niego bez względu na okoliczności. Pociągnie w dół każdego, ale nie jego.
— Bo mam potencjał. — Zgodziła się z nim. I to nie było żadne wywyższanie się czy udawanie lepszej. Sloane wiedziała o swojej, ile, o talencie i ogromie pracy, którą włożyła w to kim była teraz. I drugie tyle musiała włożyć, aby to wyciągnąć z siebie na nowo. — Daj mi trochę czasu i cierpliwości, a Sloane, której szukasz, wróci.
Było to całkiem zabawne, jak balansowali między flirtem, rozmową o występie na Super Bowl i prywatnych problemach. Raz jej mina poważniała, a chwilę później mówiła o sobie w wannie i z nim obok. I zdecydowanie powinna była przestać. To się mogło źle skończyć, a jednocześnie – nie potrafiła. To było silniejsze od niej.
— Jeszcze nie zaczęłam wizualizować. Lubię kąpiele z pianą i świeczkami, dla klimatu. — Puściła mu oczko, jakby oczekiwała, że to zapamięta. — I duże wanny. Tak, aby… zainteresowani się zmieścili. — Dodała. Tym razem nie próbowała nawet ukrywać uśmiechu za kieliszkiem. Po prostu się uśmiechnęła. Czekając na to, czy podłapie grę dalej czy może ją zbeszta za niepoprawne zachowanie.
— I jak chcesz, żebym to zrobiła? — Zapytała. Bez żartu i kpiny. Może było za wcześnie, aby dogadywać szczegóły, że nie uwierzy, że Ezra nie miał wizji na to, jak występ ma wyglądać. Sloane tego, jeszcze, nie potrafiła sobie wyobrazić. Jakby nagle dostała za dużo informacji, których nie potrafiła poukładać sobie w głowie.
UsuńPrawdopodobnie Ezra był jedyną osobą, która na nią patrzyła jak na kogoś kto jeszcze może podbić nie tylko scenę, ale i muzyczny świat. Mimo kłopotów, które za sobą niosła – nie kazał jej wypierdalać, bo wybuchła w studio. Inni na jego miejscu podarliby kontrakt i kazali znikać, ale nie on. On powiedział, gdzie i kiedy ma się pojawić, a potem zabrał ją na obiad. Dał jej kolejną szansę, choć tę pierwszą zrujnowała. Wciąż była zła za trasę, a informacja o Super Bowl trochę tę złość przykryła. Ezra dał jej cel, a to na nią działało. Jeżeli miała do czego dążyć zaczynała się sprężać, faktycznie działała, a nie tylko mówiła, że zacznie.
Cisza nie była drażniąca, a obiecująca. Już wiedziała, że on powie coś, co się jej spodoba. Jakby testował, ile może zwlekać zanim się zacnie irytować, że z nią nie rozmawia, aby potem rzucić czymś co ją kompletnie wybije z rytmu i nada znów sens wszystkiemu co robiła.
— Wiesz co chciałabym najbardziej? — Powiedziała i pochyliła się lekko do przodu. Spoglądała mu w oczy, ale nie w sposób, jakby chciała z niego wyciągnąć więcej. W jej własnych było coś niemal dzikiego, jednak nie z tego rodzaju, który błagał, aby się nie odpaliła i nie zrobiła czegoś głupiego. — Żeby wszyscy, którzy już mnie przekreślili zaczęli żałować, że nie pozwolili mi na to, czego chciałam. Żeby pożałowali pomysłu zamknięcia mnie w roli, która nigdy nie była moja.
I miała cholerną nadzieję, że tak się stanie. Że znów będą próbowali o nią zabiegać, żeby wróciła i tym razem to ona dała kolejną szansę, a nie dawano ją jej.
— Tylko jakieś sto trzydzieści tysięcy. Pikuś, nie? — Prychnęła. — I to tylko w samych Stanach, nie mówiąc o tym, ile ludzi oglądało na całym świecie.
sloane
Mogłaby się wzdrygnąć o tego, jak skupiony był i jak dziwne uczucie w niej to wzbudziło, ale nic podobnego nie miało miejsca. Sloane weszła w podobny tryb, choć jeszcze była rozstrojona przez tę bombę, którą na nią zrzucił Ezra. Potrzebowała dłuższej chwili, aby do siebie dojść po tych newsach. Wszystko w swoim czasie. Jeszcze chwila i się uspokoi, a potem będzie mogła myśleć nad wszystkim co się ma wydarzyć w najbliższej przyszłości.
OdpowiedzUsuńZ każdym kolejnym słowem mężczyzny jej oczy tylko ciemniały. Z ekscytacji na nowe możliwości, ale również z czegoś nowego. Zemsty. Nie tej brutalnej, która sieje zniszczenie. Lecz takiej, która pokazuje, jak wiele się straciło, gdy przestało się w nią wierzyć. Dalej tkwiłaby w tym miejscu, co dawniej. Powoli nie tylko świat by o niej zapomniał, ale ona o samej sobie.
— To dokładnie, co chcę osiągnąć. — Potwierdziła. I zapłaciłaby wiele, aby zobaczyć miny każdej osoby, która choć raz w nią zwątpiła w ostatnim czasie. — Wiem, że mówili, że powoli się kończę, wykorzystałam swój prime i teraz schodzę na bok. Ale to co było wcześniej? Udowodnię, że to była tylko rozgrzewka.
Szybka kariera, która szybko się skończyła. To mogło mieć sens, ale nie z nią. Nie tyle co nie chciała kończyć, a co nie była na to gotowa. Ledwo co rozgrzała struny głosowe na tych scenach, na których miała okazję występować. Jeszcze nie osiągnęła nawet w jednej dziesiątej tego, co chciała. Wiedziała już, że nie wróci na scenę kontrowersją, a na pewno nie taką, jak przedtem. Jeśli zszokuje to w taki sposób, aby ciężko było odwrócić od niej wzrok.
Tym zachęcało się ją do pracy. Nie kolejnymi zakazami, nie próbami pokazania kto rządzi. Jeżeli Ezra to robił, a nie był co udawać, że nie robił, to znalazł sposób, aby Sloane nie poczuła, jakby nie miała w tym nic do powiedzenia. Nie było „zrobisz to, a potem tamto”, a raczej wskazówki co może zrobić, a cała reszta zależała już od tego czy Sloane je weźmie sobie do serca czy uzna, że są nic niewarte i zrobi wszystko po swojemu.
— Sztuka, nie dramat. — Powtórzyła po nim cicho, jakby smakowała te słowa na swoim języku i jakby wreszcie coś się w niej przestawiło. — Zrobię co mogę.
Nie mogła obiecać, ale mogła się postarać. I to właśnie zamierzała zrobić. Postarać się i pracować nad tym tak długo, aż nie dojdzie do perfekcji, która ją zadowoli w stu procentach. Dwustu, jeśli będzie trzeba. Zrobi wszystko, aby ten występ nie tyle co przeszedł do historii, a stał się dla niej przepustką do rzeczy, po które chciała sięgnąć już dawno, ale nie miała do tego odpowiednich narzędzi, a jedno właśnie siedziało przed nią.
— Chcę moich tancerzy. Wiem, wiem. Miałam się pozbyć starego zespołu i to zrobiłam, ale pracowałam z nimi od dawna i są świetni. I ufam im. — Nie prosiła, oznajmiała. — I załatwisz mi najlepszego choreografa. Mogłabym się kłócić, że nie potrzebuję i wymyślę wszystko sama, ale to byłoby głupie.
Pomysły przelewały się jej przez głowę, ale jeszcze było za wcześnie, aby chociaż jeden ułożył się w całość. Ezra ją zaskoczył. Prawie uznałaby to za spóźniony prezent na gwiazdkę.
— Pomyślę i dam ci znać, ale myślę, że powinnam odejść od estetki, którą stworzyłam sobie ostatnio. Jak mówiłeś, bez dramatów. — Zawahała się na moment, jakby coś właśnie jej kliknęło w głowie. Wzrok jej powędrował na bok, ale przez to, że myślała, a nie uciekała od niego. Trwało to kilkadziesiąt sekund, zanim znów spojrzała na Ezrę. — Albo… możemy pójść w dramat. Tylko nie w żadne płakanie za ex. Dramatyczna sztuka, o której będą mówić przez miesiące, jak nie lepiej.
Musiała pozbierać myśli, ale już się w niej układały pomysły. Dziesiątki do przedyskutowania z ludźmi, którzy będą mieć ostateczne zdanie w tym temacie, ale wiedziała jedno – nie będzie nudno ani nie będzie smętów. Będzie za to Sloane, która potrafi zrobić dramatyczne wejście.
— W końcu to Super Bowl, a mój halftime nie może być nudny.
Na moment z biznesowej Sloane zmieniła się znów w tę bezczelną małolatę, która pozwalała sobie rzucać zbyt mocnymi teksami w stronę szefa. Dawno za nie powinna była oberwać lub dostać chociaż upomnienie.
Usuń— Och, a już myślałam, że będziemy w tej wannie sami. — Westchnęła z udawany, a może nie, rozczarowaniem. — Ale skoro ci na tym zależy… Jakoś przełknę to i kamerę. Żebyś miał co oglądać wieczorami. — Dodała z rozbrajającym uśmiechem udając, że wcale nie powiedziała i nie zasugerowała rzeczy, które się między nimi wydarzyć nie powinny.
Upiła łyk wina, jednak tym razem prawie był on jak w toaście małego zwycięstwa. Bo jakieś tego dnia odniosła.
— O jakim rodzaju deseru mówimy? — Wzrok znów się po nim prześlizgnął, a kąciki ust niebezpiecznie drgnęły, jakby zaraz miała się uśmiechnąć. — Pewnie. Coś z czekoladą. Najlepiej płynną i na ciepło.
sloane
Według Sloane już zrobiło się między nimi niebezpiecznie. Być może, gdyby nie miejsce, w którym się znajdowali to wystarczyłoby tylko jedno odpowiednie słowo, spojrzenie czy gest, aby cały profesjonalizm, który tak nieudolnie próbowali zachować, zwyczajnie wyparował. Balansowali idealnie na granicy profesjonalizmu i tej nieprzyzwoitości, która mogła wpędzić ich w kłopoty.
OdpowiedzUsuń— Możemy to zrobić. — Wzruszyła lekko ramieniem. Ezra nie musiał jej na ten pomysł nawet namawiać. I nie, wcale nie chodziło o to, że miałaby okazję się rozebrać. Sloane nie przeszkadzały skąpe ubrania czy nawet ich brak, choć na to drugie trzeba było sobie zasłużyć i mimo tego, jak łatwo przychodziło jej zrzucanie z siebie ręczników przed mężczyznami, nie robiła tego przed każdym, którego spotkała i polubiła. — Klipu w wannie jeszcze nie robiłam, a widzę, że bardzo ci zależy na tym, aby mnie w niej zobaczyć. — Dodała i puściła mu oczko. Z rozmowy bardziej wynikało, że to jej zależy na widokach, które miałby Ezra, a nie jemu, ale przecież nie mogła się przyznać. Nawet, jeśli to były tylko żarty, które nie zmienią się w nic więcej.
Sloane spoglądała na Ezrę w milczeniu, jakby coś sobie analizowała w głowie. Prawdę mówiąc, była przekonana, że mężczyzna wybije jej takie pomysły z głowy. Że będzie próbował ją ściągnąć na ziemię. Żadnego flirtowania z szefem, wciągania go ze sobą do wanny czy podsyłania fotek z wanny. Czysty profesjonalizm, który jakoś się blondynki nie chciał przy nim trzymać.
— Nagrywaj sobie co chcesz. — Wzruszyła ramionami, ale najwyraźniej nie była świadoma tego, co powiedziała i na co mogła się zgodzić. Z jakiegoś powodu, ale była przekonana, że nie będzie chciał mieć ujętego każdego momentu. Zgadzała się na rzeczy, o których wcześniej nawet by nie pomyślała. — Daj mi chociaż minimalną prywatność. Wiem, że pewnie wszyscy chcieliby zobaczyć domową Sloane, ale ona nie jest ciekawa i nie ma co z niej pokazywać.
Sloane w domu zachowywała się jak, prawie, każda inna dwudziestodwulatka. Życie Fletcher robiło się bardziej interesujące, kiedy dookoła były flesze, a ona miała co pokazać. Nikt tak naprawdę nie chciał oglądać jej w rozciągniętej koszulce, jak je owsiankę na śniadanie lub w ciszy pali papierosa na zewnątrz i patrzy na wschodzące lub zachodzące słońce. I tak, wiedziała, że należało rzucić. Aż dziwne, że Ezra nie załączył tego do kontraktu.
— Dobrze. — Przytaknęła. Tyle jej wystarczy. Wiedziała, że do takiego show jakim było half time potrzeba więcej tancerzy, ale chciała tam mieć ze sobą ludzi, którym ufała. Resztę mogli jej znaleźć sami, a utalentowanych ludzi była cała masa. — Nie chcę kogoś kto będzie mi przytakiwał, tylko kogoś kto nie będzie się bał mnie ustawić do pionu, jeśli moje pomysły okazałyby się denne. Mało prawdopodobne, ale realistyczne. Mam parę nazwisk w głowie. Pomyślę i dam ci znać do kogo się odezwać albo zrobię to sama. — Powiedziała. Nie musiała „zwalać” wszystkiego na Ezrę. Zresztą, Sloane naprawdę chciała się w to zaangażować i zrobić to nie tyle co po swojemu, ale tak, aby każdy kto zwątpił choćby przez sekundę widział, jak wiele może osiągnąć, kiedy nie jest trzymana na smyczy i wypuszczana tylko na krótki wybieg.
— Aw, a już myślałam, że wkurwianie mnie to twój największy priorytet. — Westchnęła z teatralnym rozczarowaniem. Może faktycznie żałowała. Jak widać, ale to wkurwianie dobrze mu wychodziło.
Miała w głowie wizje, które potrzebowały rozplanowania. Nie mogła być nudna. Nie mogła odstawać od pozostałych ludzi, którzy występowali przed nią. Chciała zrobić show, o którym będzie się mówić dużo i głośno. Zamierzała spisać wszystkie pomysły, a potem się nimi podzielić. Nie po to, aby czekać na pochwałę, ale krytykę, którą przyjmie i z którą da się pracować.
— Żadnego płakania po ex w pracy. — Obiecała. Ale nie była to pusta obietnica. Chciała skończyć z pisaniem o nim kolejnych piosenek. — A co do dramatu… to jeszcze się zastanowię. Może będziesz moją główną inspiracją, a wtedy nie będę miała wyjścia i będę musiała cię zaangażować.
— Och, wydaje mi się, że zasłużyłam. I być może nawet na podwójny deser.
UsuńNie zrobiła, jeszcze, nic wyjątkowego. Sam fakt, że się pojawiła i niczego nie zepsuła jeszcze nie był powodem do świętowania. Ale to nie było już istotne, a Sloane chciała swój deser. I go dostała, więc narzekać też nie miała zamiaru.
Kolejne słowa Ezry wybrzmiały ciężko. I powinny. Zrujnowała jedną szansę, a kolejnej nie zamierzała już zepsuć. Wiedziała, że tego nie mogła zawalić. I planowała się do tego studia przenieść ze wszystkim, jeśli będzie taka potrzeba. Bo zrobi dokładnie to czego od niej wymagał, ale żeby było ciekawiej – Sloane dorzuci od siebie swoje własne grosze, aby się przekonał, że nie wyrzucał pieniędzy w błoto, a inwestycja w nią była inwestycją, która się opłacała.
Uśmiechnęła się lekko, gdy mówił o premierze singla. Tak, to zdecydowanie było coś, czego się Sloane nie spodziewała, a przynajmniej nie w tym życiu. Ezra podarował jej wejście w nowy etap, a to zamierzała wykorzystać w pełni.
— Uważaj, bo jeszcze się zakocham za te nowe szanse w życiu. — Rzuciła prawie powtarzając jego poprzednie słowa i puściła mu oczko. Wesoła, rozbawiona tym, jak skakali między tematami. Raz nic tylko interesy, a po chwili znów wanna i wciąganie się w coś w czym nigdy być nie powinni. — Daj dziewczynie kawałek sceny, a będzie dozgonnie wdzięczna.
sloane
Sloane momentalnie weszła w tryb skupienia.
OdpowiedzUsuńPrawie zapominając o tym, jak wściekła była za to, że odwołał trasę. Fani jej wciąż nie wybaczyli. Niektórzy sądzili, że odwołała, bo chciała być tylko na Super Bowl, inni krzyczeli, że przecież przeniosła się do innej wytwórni i to nie ona podjęła decyzję – prawda. Krzyki trwały parę tygodni, aż w końcu się uspokoiło. Przez ten czas starała się jak najmniej zaglądać do internetu i szczerze mówiąc, ale nie miała na to tak naprawdę czasu. Większość dni i nocy spędzała w studiu lub na Sali treningowej. Zasypiała w przedziwnych miejscach. W studiu na fotelu, kiedy brała „tylko” pięć minut przerwy. W aucie, kiedy odwozili ją do domu. Nie ominęła ani jednego dnia do tamtej rozmowy w restauracji. Ezra wciąż ją drażnił, kiedy wtrącał swoje zdanie, z którym Sloane nie do końca się zgadzała. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz była na takim haju, który wcale nie był spowodowany kolejną kreską czy ekstazy. Zmęczenie mieszało się z ekscytacją, ale także nerwami, które raz się pojawiały, a potem znikały. Sloane przez długi czas nie myślała o tym, jak to będzie wyglądało, kiedy już się znajdzie na tym Super Bowl. Póki co, ale traktowała to jako próby do zwykłego koncertu. Mimo, że te kilka minut, które będzie na scenie mogło znaczyć więcej niż wszystko co tej pory osiągnęła.
Oczekiwali od niej, że coś po drodze zepsuje, a Sloane wzięła sobie za punkt honoru, aby tak nie było. Wiedziała, że niektórzy tylko czekali na to, aż Sloane przestanie się pojawiać, ale ona była obecna codziennie. Siedem dni w tygodniu. Bez imprez. Bez dramatów. Skupiona w pełni na zadaniu, które jej powierzyli. Nie tylko, bo chciała coś sobie udowodnić, ale bo po raz pierwszy od miesięcy poczuła, że to co robi naprawdę ma sens i nie jest tylko kolejnym zapychającym dziurę w karierze albumem. Pracowała ciężko, ale nie dla pochwał. Nie słyszała ich często. Ezra nie był człowiekiem, który głaskałby ją po głowie i mówił „dobra robota”, ale widziała to w jego oczach. Kiedy wyczerpana leżała na podłodze po kolejnej próbie, a w jego spojrzeniu w końcu był uznanie, które mówiło jej wystarczająco wiele. Gdy nie mówił „jeszcze raz”, bo ten ostatni był doskonały.
Często się nie zgadzali. Nie tylko z Ezrą miała nie po drodze, ale z wieloma innymi ludźmi również. Ona miała swoje pomysły, oni swoje i kiedy następowało zderzenie nie zawsze patrzyli w tym samym kierunku. Czasem to ona się zamykała i słuchała, a innym razem to blondynka zmuszała wszystkich, aby się zamknęli i posłuchali w końcu jej. Znajdowali złoty środek, mimo że nie zawsze wyglądało na to, aby na niego trafili.
Im bliżej było występu, tym gorzej się czuła. Dopiero zaczynało do niej docierać, że to wszystko dzieje się naprawdę. Na początku jeszcze żartowała, że mogłaby poszukać sobie miłego futbolisty i to dobra okazja, aby się z kimś zapoznać, ale teraz, kiedy na kilka dni przed meczem Sloane powtarzała piosenki i układy zaczynało do niej docierać, że to dzieje się naprawdę. Napięcie pod skórą pojawiło się momentalnie i nie odpuszczało. Było wyraźne i mocne. Takie, którego nie dało się zignorować. Mimo, że próby wychodziły znakomicie to na ich koniec Sloane nie zostawała, aby pośmiać się z innymi czy wyjść na kolację. Uciekała do siebie. Wykręcała się zmęczeniem i potrzebą odpoczynku, a w rzeczywistości wszystko w niej się skręcało z nerwów. Nic o tym nie mówiła, bo co usłyszałaby w odpowiedzi? Nie martw się, będzie dobrze? Nie potrzebowała pustych zapewnień. Musiała poradzić sobie z tym na własny sposób.
Sloane nawet nie była pewna czy ktoś ją słyszał, kiedy mówiła o tym, że bez małej pomocy tam nie wyjdzie. Cała się trzęsła. Tym razem nie, bo czegoś się nabrała i z niej to schodziło. Z nerwów. Liczby, które tygodnie temu powtarzała przy obiedzie z Ezrą teraz były zbyt wielkie. Stadion był zapełniony ludźmi. Celebrytami. Politykami. Aktorami. Znajomymi. Przed ekranami siedziały miliony ludzi na całym świecie. I to może nie ona była najważniejsza, ale to ona miała ich zabawiać w czasie trzynastominutowej przerwy.
Siedziała w szlafroku na sofie w garderobie na jednym z największych stadionów na jakim kiedykolwiek była. Miała ogrom czasu do swojego występu. Powinna była gdzieś teraz siedzieć i oglądać mecz. Kibicować jednej drużynie, ale z nerwów nawet nie wiedziała kto gra. Nie denerwowała się tak… Nigdy. Nawet przed pierwszym koncertem, na którym było może z tysiąc osób albo mniej. Kameralnie, niewiele i bliski kontakt z fanami. Teraz było inaczej. Teraz były miliony. Tylko, że nie fanów. Może mały procent ludzi obecnych na stadionie ją faktycznie lubił i znał z jej muzyki, a nie dramatów czy przez ojca.
UsuńNogi podciągnięte miała pod samą brodę.
Potrzebowała czegoś co ją uspokoi. Czegoś po czym tam wyjdzie i nie będzie myślała o tych wszystkich ludziach. Czegoś co nie sprawi, że się potknie o własne buty. Wysadzane kryształkami kozaki od Louboutin, specjalnie robione pod nią i na ten występ, patrzyły się na nią wyzywająco. Podobnie, jak strój, który wisiał na wieszaku. Nie była gotowa. Nie powinno jej tu być. To nie był czas dla niej.
Próbowała załatwić sobie coś po cichu. Cokolwiek, aby się odprężyć i nie czuć tego przytłaczającego uczucia, jakby zaraz miała się rozlecieć. Nie wzięła pod uwagę tego, że zaraz ktoś poleci do Ezry i wszystko mu wyśpiewa. Pierwszego pukania do drzwi nie usłyszała. Zbyt skupiona na swoich myślach. Pozwalając na to, aby pochłaniały ją do reszty. Aby to wszystko co czuła się mnożyło i odpychało od tego na czym naprawdę musiała się skupić. Za drugim razem zerwała się z miejsca. Z nadzieją, że kiedy je otworzy w jej ręce wpadnie to, czego potrzebowała. Drzwi otworzyła szeroko i zbyt szybko, jakby się jej spieszyło.
Ezra.
— Co? — Warknęła, już nawet nad tym nie panując. Niby wiedziała, że to do niego należało iść w pierwszej kolejności, gdy zaczęła się sypać, ale powtarzała sobie, że da radę. Że to chwilowe, ale nie przechodziło, a teraz już zwyczajnie było za późno.
sloane
Patrzyła się na mężczyznę, którego tutaj teraz zdecydowanie nie powinno było być. To nie na jego powrót czekała. Liczyła, że kiedy kolejnym razem otworzy te drzwi dostanie to czego tak naprawdę sądziła, że potrzebuje. Nie, że pojawi się w nich Ezra z tą swoją opanowaną miną, która doprowadzała wszystkich do szału. Odsunęła się bez słowa, a właściwie to odwróciła zarzucając włosami, które chyba tylko cudem nie uderzyły go w twarz, gdy z taką szybkością się odwracała. Nic nie szło tak, jak powinno i Sloane to wiedziała. Dzisiaj coś było nie tak. I nie potrafiła tego wytłumaczyć. Bo nie chodziło o żadnego ex, który nagle się zjawił w jej DM’ach, nie było żadnej rocznicy, którą z kimś miała obchodzić. Tym razem to wszystko pochodziło od niej i jej problemów, z którymi nie umiała sobie w tej chwili poradzić.
OdpowiedzUsuńPrzez ostatnie tygodnie Sloane wyciskała z siebie siódme poty, aby dopiąć wszystko na ostatni guzik. Pokazywała, że traktuje to poważnie i że nie zamierza odpuścić sobie nawet jednego dnia. W studiu spędzała czasem nawet całą noc, bo nie opłacało się jej wracać do domu. I teraz to wszystko miało iść na marne?
Sloane milczała dłuższą chwilę. Próbowała pozbierać myśli, które teraz były wszędzie i nigdzie jednocześnie. Nieznacznie drgnęła, kiedy się zapytał czy potrzebuję czegoś na odwagę. Owszem, potrzebowała. Najlepiej czegoś w nieograniczonej ilości.
— Może. — Mruknęła pod nosem i wzruszyła ramionami, ręce za chwile skrzyżowała pod piersiami, a jej wzrok padł na ścianę, bo na Ezrę nie była w stanie się patrzeć bez bycia przeczytaną na wylot.
Problem był taki, że nie zawsze potrafiła być szczera. Nawet nie dlatego, że nie chciała, a było jej zwyczajnie ciężko wydusić z siebie poszczególne słowa. Przyznawanie się do błędów i słabości nie leżało w jej naturze, ale czy był sens coś ukrywać, kiedy Ezra już tutaj był i najwyraźniej wiedział wszystko? Sama jej postawa dużo mówiła. Napięte ramiona, skrzyżowane nogi, uciekający wzrok. Tak nie zachowywała się artystka, która jest pewna siebie, a Fletcher przez ostatni miesiąc przecież taka właśnie była. Więc co zmieniło się teraz?
Spogląda na Ezrę, kiedy przeszedł się po całej garderobie aż do barku. Sloane tam nawet nie zaglądała, a na myśl o choćby łyku alkoholu zbierało się jej na wymioty. Wciąż tak uparcie nie patrzyła na Ezrę, mimo że on patrzył na nią. Nie skomentowała, gdy nalewał sobie alkohol. Nie miała mu przecież zamiaru tego odbierać. Chciał to śmiało.
Sloane przecież nie była tą, która się przed czymkolwiek cofa. Wychodziła zawsze pierwsza przed szereg. Nie pozwalała na to, aby cokolwiek jej stało na przeszkodzie. Aż do dziś. Dziś była tą, która sama siebie blokowała.
— Nie mogę tego zrobić. — Niemal to wyszeptała pod nosem. Bez pewności, czy Ezra ją słyszał. Bez choćby grama tej Sloane, która rozstawiała ludzi po kątach przez ostatnie tygodnie, która brała sprawy w swoje ręce i udowadnia każdemu, że poradzi sobie z każdym zadaniem, które jej powierzą. — Jest za wcześnie, Ezra. Nie powinno mnie tu być.
Spojrzała na niego w końcu z bezsilnością. Nie próbowała się przekonywać, że na pewno sobie nie poradzi, ale czuła to coraz mocniej. Każde uderzenie serca było bolesne. Biło w jej piersi zbyt mocno. Być może nakręcała się niepotrzebnie. Wiedziała, że sobie poradzi. Ćwiczyła to dziesiątki razy. Znała układ na pamięć, kiedy piosenki się zmieniają i nie tylko przekonywała się, ale ona była tego wręcz pewna, że sobie poradzi. Aż ostatnie dni zaczęły w niej coś zmieniać. Żołądek się zaciskał, a przez usta nie chciało przejść jej nawet jedno słowo.
Odwróciła po chwili wzrok od mężczyzny. Nie chciała współczucia ani rozczarowania. I nie dawał jej tego, a przynamniej nie było w nim współczucia dla niej. Rozczarować zdążyła go w przeszłości już kilka razy.
— Nie poradzę sobie.
Brzmiała, jakby naprawdę w to wierzyła. Sloane pierwszy raz tak naprawdę od tygodni pokazała, że nie zawsze jest ponad tym wszystkim. Nie chciała, aby ją zapewniał pusto, że da radę. Chciała wyjść tam i nie myśleć o tych wszystkich ludziach, którzy będą oceniać każdy jeden jej ruch. Było jej słabo i jedyne co chciała to teraz zniknąć z powierzchni ziemi. Nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy tak bardzo się denerwowała przed występem.
Usuń— Ale to były próby! — Nie wybuchła, a przynajmniej jeszcze nie. Próbowała sama jakoś zrozumieć to, co się w niej teraz działo i dlaczego tak ciężko było jej się zebrać do tego, aby zrobić show, które przecież potrafiła zrobić. — A teraz… Teraz są tam dziesiątki tysięcy ludzi.
Machnęła ręka jakby chciała wskazać na stadion. Nawet tutaj było słuchać jak ludzie świętują. Ich śmiechy i okrzyki, cały stadion się niemal trząsł od tego, ile ludzi tu było.
— Jak ja mam tam wyjść? — Syknęła. Nie była na niego zła, nie miała za co być w końcu. Była przerażona, że będzie musiała wyjść na scenę przed dziesiątki tysięcy kibiców, a miliony będą oglądać ją w domach. — Nie jestem gotowa, nie jestem… — Urwała, bo sama też nie do końca w to wierzyła. Sloane była gotowa. Nie mogła być bardziej gotowa niż już była, a i tak pojawiła się w niej ta myśl, że gdy tylko znajdzie się na tej scenie to coś pójdzie nie tak.
Musiała czymś sobie ulżyć. Wziąć cokolwiek co pozwoli jej nie myśleć o tym, ile rzeczy może pójść nie tak podczas tego występu. Blondynka opadła na sofę, która przyjęła na siebie jej ciężar w ciszy. Zagryzła dolną wargę, jakby to w czymkolwiek miało jej pomóc. Chciała zniknąć i najlepiej jak najszybciej.
— Więc tak, znieczulenie byłoby zajebistą opcją. — Zastukała paznokciami o udo. Gotowa do wzięcia więcej niż tylko kreski. Jednocześnie wiedziała, że nie może tego zrobić. Pokazać się tam przed kamerami, które wychwycą każdy detal w jej twarzy. Każdą zmianę. A nie potrzebowała plotek, że ćpa przed występami. Jednocześnie wzięcie czegoś było teraz jedyną sensowną opcją, ale nie zapowiadało się na to, aby ktokolwiek jej w tym miał ulżyć.
sloane
Sloane wiedziała, że to było głupie. Cały ten stres, który pojawił się teraz nie wziął się znikąd, może i miała do niego podstawy, ale również wiedziała, że dawała sobie radę ze znacznie większymi sytuacjami i nie tylko wychodziła z nich obronną ręką, a przede wszystkim świetnie się bawiła. Miała przeczucie, że gdy będzie po wszystkim to jej ulży, ale teraz, gdy do połowy nie było aż tak wiele casu Sloane czuła, jak wszystkie te negatywne emocje ściskają ją za gardło i nie pozwalają oddychać w spokoju. Byłoby prościej, gdyby nie czuła absolutnie nic, ale w jej przypadku zawsze było wszystko albo nic. Mocno lub wcale. Więc, kiedy teraz strach złapał ją za gardło i spojrzał w oczy to nie była, jak zwykła trema przed występem.
OdpowiedzUsuńPodniosła na niego wzrok, kiedy powiedział jej imię, a gdy zapytał czy to faktycznie jest tylko to miała ochotę się roześmiać. To nie on wychodził przed ogromną publiczność, to nie jego będą wyśmiewać, jeśli coś pójdzie źle. Przy takich występach nikt nie patrzył na producentów, na ludzi od świateł. Będą patrzeć na nią. Sloane się nie przejmowała hejtem, który w zasadzie spływał po niej, jak woda po kaczce. I nawet nie chodziło o to, że później mogą pisać, że była beznadzieja. Ale przejmowała się własną karierą i nie była pewna, czy sobie poradzi. Dawała radę na próbach, gdzie było miejsce na błędy, ale tutaj już nie mogła ich popełniać. Nie mogła zrobić złego kroku, krzywo zaśpiewać. Tutaj wszystko musiało być perfekcyjne.
— Nie występowałam nigdy przed tyloma ludźmi. — O tym wiedział. Nie musiała mu tłumaczyć, że dla niej to był pierwszy raz, kiedy tyle ludzi będzie ją oglądało. Wiedziała też, jak ważny jest ten występ. Jaką dawało jej to promocję, ile nowych kontraktów mogło się pojawić, a przede wszystkim po tym dołączy do tego nielicznego grona wykonawców, którzy tu występowali, a to nie był przecież przywilej dla każdego.
— Ja nie robię takich rzeczy. Nie panikuję w ten sposób.
To nie była jej typowa histeria wywołana własnym widzimisię. Nie strzelała, tym razem, fochów, bo czegoś nie dostała. Siedziała tu i była przerażona, ale nie występem samym w sobie, a wszystkimi „co, jeśli”, które wpadały jej do głowy. I nie miała pojęcia, jak ma sobie z tym poradzić. Przed koncertami towarzyszył jej zawsze tej haj, który wysoko ją wznosił, ale tam było inaczej. Tam mogła pozwolić sobie na błąd, bo nikt jej za to nie skrytykuje, a najgorsze co mogło się wydarzyć to filmik na TikToku z komplikacjami z trasy.
— Nie… — Pokręciła głową na boki. Nie chciała tego odwoływać. Chciała tam wyjść i pokazać samej sobie, że potrafi to zrobić. Pochyliła się do przodu, a twarz schowała w dłoniach. Gotowa do tego, aby w każdej chwili wybuchnąć z bezsilności. — Jeśli zniknę to nie będę miała po co wracać, prawda? — Przechyliła głowę, aby na niego spojrzeć. Od tygodni wszyscy mało spali i mało jedli, cała energia szła w ten występ. W te trzynaście minut na scenie i to nie mogło się zepsuć przez nią. Przez każdego innego, ale nie przez Sloane.
— Nie wiem, czego potrzebuję. — Jęknęła z bezsilnością w głosie. — To nie pomoże, jeśli mi to załatwisz. Wszystko byłoby po tym gorsze. Zawsze jest. — Zaśmiała się ponuro pod nosem. Mogła się oszukiwać, ale gdy brała podczas skrajnych emocji to nigdy jej nie pomagało się ogarnąć, a tylko pogłębiało obecny stan i po tym Sloane nie wyszłaby nigdzie, a Ezra też nie wypuściłby jej naćpanej przed kamery, aby się ośmieszyła.
Kiedy raz po raz na niego zerkała nie widziała w nim oburzenia ani irytacji. Za to dziwną troskę, która jej do niego nie pasowała, bo to okazywał rzadko. Jeśli nie wcale, a Sloane teraz chyba właśnie tego potrzebowała. Nie szefa, nie faceta, który liczy cyferki i osiągnięcia, ale kogoś kto tu posiedzi i nie pozwoli jej się rozpaść całkiem.
— Nie wiem, jak mam tam wyjść i to zrobić. — Odezwała się po chwili ciszy, która zapadła w garderobie. Na zewnątrz było tłoczno i głośno, ale nie tutaj. Tutaj Sloane miała ciszę i obecność Ezry, choć teraz to mogło nie wystarczyć.
— Co, jeśli nie jestem gotowa? — Bo nie była. — Co, jeśli wszystko popsuje?
Spojrzała w końcu na Ezrę, nie wiedząc już co i jak ma robić. Czy próbować stąd uciekać i zostawić go z problemami, które się posypią, bo artystka, którą zarezerwowali na half time się nie pojawiła? Nie była naiwna i wiedziała, że ucieczka byłaby przekreśleniem kariery, bo nikt już nie będzie chciał z nią pracować. Nie, gdy nie potrafiła wywiązać się z umowy. I to ostatnie co Sloane chciała robić. Jakaś jej część była gotowa tam wyjść i zrobić show, ale ta mniej pewna i bardziej strachliwa wolała się przed całym światem schować i udawać, że nie ma żadnych obowiązków do wypełnienia.
Usuń— Nie chcę tego zepsuć, Ezra. — Odnalazła jego wzrok i zaczepiła się swoimi oczami o jego, jakby teraz w tych ciemnych tęczówkach mężczyzny mogła odnaleźć odpowiedzi na wszystko co ją teraz dręczyło.
sloane
Sloane nie zadawała pustych pytań. Dla niej to naprawdę było ważne i martwiła się, że tego dnia coś pójdzie nie tak. W głowie miała zbyt wiele scenariuszy, które pokazują ją w złym świetle, a im bliżej było tego, aby znaleźć się na scenie tym bardziej realistyczne się one robiły. Mogła spróbować je od siebie odepchnąć, ale nawet wtedy, gdyby to zrobiła to one przeciąż wciąż będą siedziały jej z tyłu głowy.
OdpowiedzUsuńWiedziała, że Ezra ma rację, a Sloane znała przecież układ na pamięć. Ćwiczyła do upadłego przez tygodnie. Obudzona w środku nocy potrafiła wyrecytować każdą piosenkę, a gdyby została poproszona to i wykonałaby krok po kroku choreografię. Nie mogła pozwolić na to, aby cokolwiek ją powstrzymało, a jednocześnie Sloane była teraz jedyną osobą, którą powstrzymywała samą siebie przed wyjściem tak jak należało. Nikt w twarz nie powiedział, że nie da rady. Nawet, jeśli tak ktoś z jej nowego otoczenia myślał nie mówili tego wprost, a już na pewno nie przy niej obecnej.
Spojrzała na niego, kiedy mówił i wiedziała, że Ezra ma pieprzoną rację w każdym słowie, które właśnie do niej mówił. Sloane szukała wymówek na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Aby po wszystkim mogła mu wykrzyczeć, „a nie mówiłam” i zwalić winę na niego, wypomnieć, że zabrał ją tutaj, chociaż wcale nie była na to gotowa. A czy właśnie nie działała najlepiej, kiedy wyrzucana była na głęboką wodę? Nawet, kiedy miała chwilę się podtapiać to ostatecznie przecież znajdowała wyjście z każdej sytuacji.
— Skąd masz pewność, co? — Niespodziewanie nieznacznie uniosła głos. Już nie był płaczliwy, jak przed chwilą, a bardziej zirytowany. Ale nie na niego, choć równie dobrze to Ezra mógł być powodem tej irytacji, — Wszystko może pójść nie tak. Co z tego, że znam układ set? Co z tego, że ćwiczyłam przez tygodnie? To nie już nie jest hala treningowa!
Pierwszy raz nie potrafiła pozbierać samej siebie przed występem, który będzie miał ogromny wpływ na jej karierę. Nie była jak poprzedni artyści, którzy tu występowali. Oni już mieli za sobą ogromny fanbase, dekady doświadczenia niemal, a Sloane? Sloane ledwo kilka lat to robiła. I niby wiedziała, że nie ma sensu się porównywać, a jednak to robiła i w niczym jej to nie pomagało.
— Skąd ta pewność, co? — Powtórzyła wzruszając ramionami i przez moment patrzyła na ścianę ponad jego ramieniem. Wiedząc, że jeśli pozwoli sobie spojrzeć mu w oczy to sprowadzi ją na ziemię, a Sloane jeszcze musiała chwilę panikować zanim weźmie się w garść i przestanie trząść. — Skąd niby wiesz, że zrobię to dobrze? Bo widziałeś próby? Wiem, że tam mi wychodziło i było zajebiście, ale to jeszcze nie znaczy, że tu też mi tak wyjdzie.
Pieprzyła teraz od rzeczy i o tym wiedziała. Sloane trochę za bardzo odpływała w tych wszystkich „a co, jeśli coś pójdzie nie tak”. Znała siebie i wiedziała przecież, jak zachowuje się na scenie. Kiedy na nią wchodziła świat zewnętrzny przestawał istnieć. Byli jej tancerze, był mikrofon i zadanie do wykonania, a cała reszta? Całej reszty nawet nie widziała.
Sloane prychnęła pod nosem na jego kolejne słowa.
— I co? Wciśniesz się w moje kryształkowe body i pokręcisz się na scenie za mnie? — Roześmiała się bez choćby grama wesołości w głosie. — Czy twoja dziewczyna od świeczek na boku trenowała mój układ? Tak w razie, gdyby Sloane jednak wszystko spierdoliła i nie dotrzymała umowy.
Nie była pewna, czy bardziej chce się jej śmiać czy płakać na myśl, że mógł mieć opcję zapasową. Kogoś kto faktycznie wszedłby na jej miejsce, bo Sloane stchórzyła lub z jakiegokolwiek innego powodu nie mogła wyjść na scenę.
Spojrzała, gdy sięgnął ręką do kieszeni. Spodziewała się wszystkiego, ale nie tego, że będzie gotów na otwartej dłoni podać jej to czego podobno tak desperacko szukała. Ciepło jego dłoni, które poczuła na udzie rozproszyło ją jednak bardziej niż ten mały zapomniany przez świat pakiet z kokainą. Dotykał jej przecież już wcześniej. Czasem, gdy chciał ustawić ją pozie, którą miał w głowie. Czasem przypadkiem, bo stała za blisko. Nigdy przedtem nie było to jednak tak otwarte.
I na moment jej myśli bardziej skupiły się na cieple oraz ciężarze dłoni niż na tym, co znajdowało się w jego drugiej ręce. Przez głowę przeleciały jej wszystkie tygodnie, które spędzili na wspólnym droczeniu się, ale nie na przekraczaniu granic. Zawsze balansowali tuż przy nich i nie robili nic, co mogłoby ich popchnąć w stronę decyzji, których już się nie da cofnąć. Ciepło od Ezry przenikało przez jej skórę. Udo drżało, ale już nie była pewna, czy to tylko zasługa mężczyzny czy tych wszystkich emocji, które w niej teraz siedziały.
Usuń— Myślałam, że nie bierzesz. — Odezwała się cicho. Jej wzrok jeszcze przez chwilę spoczywał na małej paczce w jego dłoni. Dopiero po chwili podniosła spojrzenie na mężczyznę. Jej własne było rozbiegane, trochę zaszklone od wszystkiego co właśnie się działo. Od poczucia winy po odpowiedzialność, która siedziała na jej barkach.
Swoje pierwsze Super Bowl zrobiłaś po kokainie. To uderzyło w nią bardziej niżby sobie tego życzyła. Bo Ezra miał tę pieprzoną rację, znowu. Przekonywała się, że nie może tam wyjść bez wspomagaczy, że inaczej nie da rady, że bez tego nie ma Sloane. Jednak wypowiedziane na głos brzmiało o wiele gorzej niż w jej głowie. Gdyby wzięła, ktoś by się zorientował, a ona na długie miesiące, jak nie lata byłaby znana z tego, że wystąpiła na Super Bowl naćpana. I nie było żadnej pewności, że to nie pogrążyłoby jej bardziej. Kreska mogła jej pomóc lub mogła ją wciągnąć w jeszcze większą panikę.
Leżące na jego dłoni zawiniątko wyglądało zachęcająco. Mogła po nie sięgnąć i się znieczulić. Zapomnieć o wszystkim, a potem wyjść i może zrobić to show, które chciała, ale wtedy to nie byłaby ona. To byłaby Sloane po koce, która wtedy niczego się nie bała. Wahała się, oczywiście, że się wahała. Rozwiązanie miała na wyciągnięcie dłoni. Ile by jej to zajęło? Kilkadziesiąt sekund, aby to rozpakować i przygotować?
— Pieprzyć to. Nie chcę tego. — Odwróciła wzrok od jego otwartej dłoni. Nawet, jeśli nie brzmiała na przekonaną to nie mogła tego zrobić, a przede wszystkim nie zamierzała tego zrobić. — Nie wyjdę tam naćpana i nie wezmę tego. — Pokręciła głowa i wydała z siebie ciężkie westchnięcie, któremu jednak daleko było do ulgi.
Jeśli miałaby to zjebać to jako ona, a jeśli wyjdzie… To również miało jej wyjść, bo sama tego dopięła, a nie przez wspomagacze.
Opuściła wzrok na jego drugą rękę. Na tę, która wciąż była na jej udzie. Nie poruszył nią. Nie zaciskał palców. Nie gładził. Tylko ją tam trzymał, a ona chyba pierwszy raz nie była pewna, co ma o tym sądzić. Wiedziała tylko, że gdyby go tutaj teraz nie było, a do garderoby dotarłby przed nim ktokolwiek inny z prezentem dla Sloane to Ezra znalazłby ją naćpaną i kompletnie niegotową do tego, aby wyjść i roznieść scenę w proch.
Rozluźniła uścisk palców na materiale szlafroka, jakby już nie musiała się tak go kurczowo trzymać, bo znalazła coś innego co dawało jej równowagę. Oddech blondynki również powoli zaczynał się uspokajać. Nie było w nim już tej paniki, która przemawiała przez nią na samym początku.
Powoli podniosła wzrok z jego dłoni na jej udzie na jego oczy. Nie odzywała się, bo nie wiedziała, co mogłaby powiedzieć ani czy była potrzeba, żeby mówić cokolwiek. Robił to, bo chciał, czy to była tylko próba uspokojenia jej? Czymkolwiek to miało być – zadziałało. Sloane się nie poruszyła nawet na milimetr, jakby się bała, że jeden niepotrzebny ruch go od niej odsunie, a teraz… Teraz naprawdę nie chciała, aby Ezra się od niej odsuwał.
— Możesz to schować. — Szepnęła, jak w obawie, że głośniejszy ton głosu wszystko między nimi popsuje. Mimo, że Sloane nie miała pojęcia, czym to wszystko jest.
Wzrok blondynki tylko na sekundy uciekł na jego dłoń, a za moment wrócił do jego oczu. Niepewna, czy to był tylko gest, aby ją uspokoić, sprawdzał, czy to co między nimi się działo przez tygodnie było prawdziwe czy może jednak wszystko sobie wyobraziła.
sloane
Sprawiał wrażenie człowieka, który od twardych narkotyków raczej trzyma się z daleka. Najwyraźniej to było błędne założenie z jej strony. Zaskoczył ją, gdy wyjął tę małą paczkę z kieszeni i zaproponował, że weźmie razem z nią, skoro tego potrzebuje.
OdpowiedzUsuń— Najwyraźniej się myliłam. — Odparła. Niemal poczuła się zbesztana tamtego wieczoru, kiedy sama wzięła i do niego przyszła przerywając mu moment z tamtą modelką. Być może bardziej chodziło o to, że mu popsuła możliwe szczęśliwe zakończenie z Molly niż że się naćpała. Bez znaczenia już to w obecnej sytuacji było.
Uśmiechnęła się pod nosem i skinęła głową. Owszem, wielu rzeczy o nim nie wiedziała. I nie musiała wiedzieć, a on w końcu nie był tu jako jej przyjaciel. Między nią, a Ezrą było wiele rzeczy, ale przyjaźń raczej jedną z nich nie była. Ciężko było w zasadzie stwierdzić, ale w tym momencie wystarczyło jej, że tu przyszedł i nie próbował na silę jej przekonywać do swoich racji. Nie myślała nad tym, jakby to wyglądało, gdyby była tu ze swoim starym zespołem, bo z nimi nie znalazłaby się na Super Bowl, a ostry głos byłej menadżerki by do Sloane nie dotarł. Urządziłaby aferę, która przejęłaby uwagę od rozgrywającego się nad ich głowami meczu.
— Nie lubię znać ludzi na wylot. — Odciągała od siebie główny temat, ale chyba właśnie tego na ten moment potrzebowała. Zwilżyła usta, na moment błądząc myślami, gdzieś, poza tym pokojem, stadionem, a nawet stanem. — Żadna zabawa, kiedy wiesz wszystko i nie możesz się dowiedzieć niczego nowego.
Prawda była taka, że Ezry nie znała wcale. Wiedziała minimalne podstawy i to co wiedzieli wszyscy, ale nie pikantne szczegóły, których dowiedzieć mogła się tylko od niego. A Sloane lubiła zadawać niewygodne pytania. Takie, które sprawiały, że człowiekowi robiło się nieprzyjemnie, a odpowiedzi wcale nie należały do najłatwiejszych.
— Gdybym powiedziała „tak”, to byłoby pójście na łatwiznę. — Mruknęła. Może i by w czymś jej pomogło, ale na moment i potem owszem, ale przez resztę życia musiałaby przeżyć ze świadomością, że Super Bowl zrobiła naćpana i pewnie nie miałaby nawet grama wspomnienia z tego dnia, a za to gram czegoś zupełnie innego w systemie. — A ja nie chodzę na skróty. Nie, kiedy pracuję.
W życiu osobistym? Najczęściej wybierała najkrótszą drogę, ale tym razem nie zamierzała tego zrobić. Mimo, że to wciąż było na wyciągnięcie ręki, ale zwyczajnie nie mogła tego zrobić. Chciała móc spojrzeć sobie w twarz, gdy będzie po wszystkim i widzieć tylko haj z emocji, a nie po kokainie.
Spojrzała na mężczyznę, gdy mówił i słuchała. Ale tak naprawdę, a nie jednym uchem. I pozwoliła, aby te słowa do niej trafiały. Aby zabierały od niej te części tej przerażonej dziewczyny, która nie chciała na tę scenę wejść. Nie była jedyną, która się stresowała. Miała za sobą cały sztab ludzi, którzy podobnie, jak ona gryźli paznokcie z nerwów. Będzie miała na scenie ze sobą tancerzy, którzy również się denerwują. Ale przede wszystkim to Sloane miała Ezrę, który prawdopodobnie wierzył w nią bardziej niż wszyscy ci ludzie razem wzięci.
— Kreska na odwagę lepsza niż dla dobrej zabawy? Ciekawe. — Mruknęła pod nosem i pokręciła głową, jakby usłyszała właśnie świetny żart. Daleko było jej do wyluzowanej dziewczyny, choć powoli zaczynała do niej schodzić. Jeszcze nie była blisko, ale robiła postępy. — Zgaduję, że dopiero zaczęło do mnie docierać, jak ważne to jest.
Zaśmiała się pod nosem i spuściła wzrok na swoje dłonie. Idealnie zrobione paznokcie pod kolor kozaków i stroju, a także biżuterii, którą miała na sobie. Wszystko dziś było do siebie dobrane. Bez miejsca na błędy. Wiedziała, że jeśli popełni błąd to najprawdopodobniej nikt poza ludźmi z produkcji tego nie wyłapie, więc również na dobrą sprawę, ale nie miała co się przecież tak panicznie bać, nie?
Sloane pokiwała lekko głową, bo rozumiała. Ona naprawdę rozumiała wszystko to, co Ezra do niej teraz mówił. I pozwoliła na to, żeby te słowa do niej docierały, a nie tylko się od niej odbijały. Inaczej całe to siedzenie tutaj nie miałoby większego sensu.
— Dzięki.
UsuńW tym jednym słowie zawarła chyba więcej emocji niż pokazywała w ciągu ostatnich tygodni razem. Mogła się oszukiwać, że dałaby sobie radę sama ze wszystkim, ale prawda była taka, że nie, nie dałaby. Tylko Sloane nie dopuszczała też każdego, a Ezra znalazł sposób, aby do niej dotrzeć i nie zrobił tego na siłę, ale dając jej wybór i to bez nacisku, który jest lepszy, a tak się jej przynajmniej zdawało, że zrobił.
— Okej. Zróbmy to. — Powiedziała i tym razem, ale nie było w jej głosie niczego co mogłoby sugerować, że nie jest gotowa. — Nie będę płakała i rozczulała się nad sobą. Wystarczy tego.
Sloane podniosła się z kanapy. Niemal czując, że sekunda dłużej i cyrk zacznie się od nowa. Podeszła do lodówki, z której wyciągnęła zimnego Red Bulla i otworzyła go z cichym sykiem.
— Możesz zawołać mój glam team. — Rzuciła, gdy wzięła pierwszy łyk energetyka. — Ale musisz wyjść. Będę naga, a nie wiem, czy mój szef powinien to widzieć. — Dodała i zwróciła się w jego stronę. Szlafrok miała ciasno zawinięty w talii, ale jeden niefortunny ruch mógłby ją wiele kosztować.
— Sto trzydzieści, Ezra. To jest sto trzydzieści milionów. — Poprawiła go z ciężkim wetchnięciem, niemal nie rozumiejąc, jak mógł takiego szczegółu nie pamiętać. — Dam radę. Wejdę tam i będę boska, a ty może w końcu mi powiesz, że jesteś ze mnie dumny.
Dodała to półżartem, półserio. Nie musiał jej chwalić na głos. Dumę okazywał w inne sposoby.
sloane
Jak już miała się dobijać to prawdziwymi liczbami, które ją tak przerażały, prawda? Nie było co tego zaniżać i to o takie miliony. Jakieś siedemdziesiąt tysięcy ludzi będzie na nią patrzyło na żywo, a wszystkie pozostałe miliony będą oglądać z komfortu swojej sofy. Bez znaczenia, że pewnie znacząca ich część wykorzysta ten czas na zaspokojenie potrzeb lub zwyczajnie przełączy, bo nie będą mieli ochoty jej słuchać. Ci tutaj przełączyć jej nie mogli, wyłączyć się również nie mogli i nawet, jeśli pójdą do łazienki – to wciąż będą ją słyszeć. Żadnej ucieczki od niej tutaj nie było.
OdpowiedzUsuńCoś faktycznie przełączyło się w niej. Jakby odrzuciła od siebie tę opcję, że wszystko dziś pójdzie nie tak i zaakceptowała jedynie, że rozniesie stadion i ludzi w proch, że nie będą się mieli do czego przyczepić, bo nie będą mieli. Upewni się, że tak właśnie będzie. Nie było w niej już nawet śladu po tej dziewczynie, która jeszcze przed chwilą z nerwów zaciskała dłonie na szlafroku i szukała ukojenia w czymś co na pewno by jej nie pomogło. Sloane teraz zamierzała dać z siebie wszystko i zrobić wszystko, aby Ezra był z niej więcej niż tylko dumny.
Prychnęła, gdy przyznał, że jest z niej dumny, ale widziała, że tak właśnie jest. I że Ezra nie mówił takich rzeczy często, ale dziś Sloane sobie na to może jeszcze nie zasłużyła, ale potrzebowała. Od początku nie tylko siebie chciała zadowolić, ale przede wszystkim jego. Udowodnić, że nie popełnił błędu, kiedy wziął ją pod swoje skrzydła.
— Zgłoszę się po kolejną dawkę za rok. — Obiecała i pokręciła głową. Mimo wszystko, ale te słowa dodały jej pewności, której w sobie dziś znaleźć nie mogła. Dały jej znacznie więcej niż te wszystkie wspomagające rozmowy, które mogła przeprowadzić tu z każdym.
Ezra był z niej dumny, a to… To było już coś. To był znak, że idzie w dobrym kierunku i że jeszcze więcej takich występów jest przed nią.
— Nie widziałeś wszystkiego, a w wannie miałam cielistą bieliznę. Nie liczy się! — Rzuciła na swoją obronę. — Poza tym… Wiesz jaki to byłby skandal, gdybyś tu został? — Zaśmiała się. I prawdopodobnie nie miałaby nic przeciwko, ale czy na pewno? Mimo wszystko, ale niektóre rzeczy lepiej było robić bez niego. Jak wbijanie się w obcisłe body, pod którym nie mogła mieć bielizny, bo odznaczałoby się na materiale. Wywalczyła jedynie dół bielizny, aby jeszcze zachować jakieś resztki godności i nie świecić tak całkiem swoim ciałem przed, jakby nie patrzeć, ale grupą obcych jej osób, z którymi dopiero się zapoznawała.
W Sloane nie było nawet grama zawahania.
Cokolwiek w niej siedziało wcześniej – wyparowało. Zostało dawno już zapomniane. Z lustra patrzyła na nią dziewczyna, którą Fletcher dobrze znała, a której dawno nie było. Widziała ten dziki błysk w oku, który, odkąd tylko pamiętała, ale sprawiał, że była nie do poskromienia. Wszystko na niej leżało idealnie. Od idealnie dobranego kostiumu, aż po włosy, które opadały na jej plecy falami. Nie tylko nie było tu przestrzeni na pomyłki, ale przede wszystkim Sloane na żadne nie zamierzała sobie pozwolić. Nie dzisiaj.
Na scenie, która zapełniona była tancerzami, rekwizytami, a przede wszystkim nią samą – Sloane błyszczała. Głos nie zadrżał jej nawet na sekundę. Oczy miała rozpalone. I dała tam z siebie wszystko. Była w niej ta drapieżność, którą odkryła w sobie dawno, jednak teraz wybrzmiewała ona dojrzalej. Nie była w końcu już tą dziewiętnastolatką, która jeszcze szukała swojego brzmienia. Teraz wiedziała kim jest. Flirtowała z kamerą, a choć każdy jej ruch wyćwiczony był na pamięć to wychodził z niej tak płynnie, że można było pomyśleć, że jest improwizowany. I być może niektóre ruchy faktycznie takie były. Tego dopatrzyłoby się tylko te oko, które znało układ taneczny na pamięć. Sloane bawiła się na tej scenie. Nie tylko zapewniała show, ale sama przede wszystkim czerpała z tego garściami, bo ona nie tylko wróciła, ale nigdy tak naprawdę nie zniknęła. Wciąż była obecna, mimo, że na parę miesięcy zniknęła, a o niej nie było głośno przez osiągnięcia muzyczne, a prywatne rozczarowania.
Przedstawienie, bo tym to można było nazwać, trwało dokładnie trzynaście minut i czterdzieści cztery sekundy. Było głośne, oszałamiające, z detalami, których nie da się wychwycić od razu. Ze smaczkami dla jej fanów, którzy znali ją na tyle dobrze, aby poszczególne symbole wychwycić i zacząć się zastanawiać, co dla nich jeszcze szykuje. Było głośno i było kolorowo. Były dziesiątki kolorowych fajerwerków. Było zmęczenie, ale przede wszystkim była świadomość, że odwaliła kawałek dobrej roboty. Bo na koniec stadion zawrzał. I nawet jeśli to nie byli wszyscy, nawet jeśli ktoś przez te trzynaście minut przewracał oczami to Sloane miała swój moment. I wykorzystała go cholernie dobrze.
UsuńWciąż oszołomiona szukała wzrokiem Ezry, bo to ten mężczyzna był pierwszą osobą, którą chciała zobaczyć już po wszystkim. Nie koleżanki, a choć ściągnęła sobie tu swoje dziewczyny, bo w międzyczasie zdążyła się z nimi pogodzić, to nie z nimi chciała się widzieć. Potrzebowała Ezry.
Ktoś podawał jej zimną butelkę z wodą i słomką wsadzoną do środka. Sięgała po nią odruchowo. Ezra. Tylko to imię tłukło się jej teraz w głowie. Nie szukała go jednak tak desperacko, jak w garderobie. Teraz rozsadzała ją duma, a także ta niepohamowana chęć podzielenia się tymi emocjami właśnie z nim.
— Zrobiłam to! — Krzyknęła, już nawet nie potrafiąc doczekać do momentu, aż znajdzie się blisko niej. Szeroki uśmiech siedział jej na twarzy. Ten od którego będą ją później bolały policzki. Wcisnęła komuś tę wodę. — Zrobiłam! Zrobiłam, zrobiłam! — Brzmiała niemal jak dziecko, ale w tej chwili miała pełne prawo do tego, aby się tak czuć.
Nie dała mu nawet chwili na to, aby odpowiedział. Pokonała ten niewielki dystans między nimi i nie tyle co wpadła mu w ramiona, ale niemal uwiesiła mu się na szyi, w której schowała twarz. Tylko on teraz mógł wyczuć tę ulgę, że było już po wszystkim, a jednocześnie te uniesienie, że to zrobiła wcale z niej nie schodziło.
Sloane nie pomyślała o tym, jak to może wyglądać. Że może zbyt mocno się z nim spoufaliła w tej chwili, ale jeżeli z kimś miała to świętować to przecież tylko z Ezrą, bo nie byłoby jej tutaj, gdyby tego czegoś w niej nie zobaczył.
sloane
Serce waliło jej w piersi, jak oszalałe. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się w ten sposób bez brania czegokolwiek. Dziesiątki emocji przewijały się przez jej ciało i umysł. Niepewna, której ma się chwycić na raz. Euforia zdawała się być większa niż po jakiejkolwiek dawce ekstazy czy kokainy. W żyłach miała prawdziwy ogień. Wywołany przez nią samą. Przez to, jak się czuła, kiedy weszła na tę scenę otoczona znajomymi twarzami tancerzy i tancerek, kiedy zaśpiewała pierwszą zwrotkę. Już nawet nie pamiętała, jak właściwie to zrobiła. Nie zapamiętała większości. Wszystko stało się w zasadzie jednym wielkim blurem, ale to było teraz bez znaczenia. Zrobiła to. I zrobiła to lepiej niż na początku sądziła, że jej pójdzie.
OdpowiedzUsuńW momencie, kiedy Ezra otoczył ją swoimi ramionami wszystko wokół ucichło. Nagle te okrzyki radości, gratulacje, gwizdy stały się odległe. Była tylko ich dwójka, choć tak nie powinno być, prawda? Było jej głośno bijące serce, absolutny chaos w głowie, ale tym razem – po raz pierwszy od miesięcy – był to dobry chaos. Otoczyły ją nie tylko jego ramiona, ale i zapach. Rześki, ziołowy zmieszany z mocną kawą. Sloane odetchnęła głęboko, jakby dopiero tutaj mogła pozwolić sobie na to, aby zeszły z niej wszystkie emocje. Przez to, jak wiele na raz czuła i jak intensywne to było zaszkliły się jej oczy, a oddech urywał się w połowie. Kiedy ją uniósł pisnęła, jak mała dziewczynka i zgięła nogi, a ramiona mocniej objęła wokół mężczyzny. Nawet przez sekundę nie zastanawiała się, czy tak można było ze swoim producentem robić.
Sloane wciąż ciężko oddychała. Nawet, gdy ją postawił. Spojrzenie blondynki skupione było jednak na nim. To u niego szukała pochwały, chociaż nie przyznałaby się do tego na głos. Ale chciała ją otrzymać, a dziś dostała ją podwójnie.
— Zrobiłam… O Boże, ja zrobiłam! — Pisnęła. Nie dbała o mecz, o to, która drużyna wygra. To mógł być ich mecz, ale to był jej dzień. Sloane Fletcher wróciła i zrobiła to w stylu, który nie miał w sobie przesadnego dramatyzmu, ale jego odpowiednią ilość.
Nie tylko mieli co świętować, ale przede wszystkim musieli to świętować.
Sloane wzroku prawie nie odwracała od Ezry. Nie była wpatrzona, jak w obrazek, ale to dzięki niemu tutaj była. Nie byłoby jej tu, gdyby została ze swoim poprzednim teamem. Była tu, bo Ezra w nią uwierzył. Wierzył w nią bardziej niż ona sama w siebie. Wierzył i dlatego tutaj teraz stała, a przed nimi była noc pełna świętowania, a nie zgrzytania zębami i myślenia, jak ratować wizerunek.
Ona również się nie odsunęła. Jakoś kompletnie odruchowo objęła go, gdy stał tak obok niej. To z nim dzieliła ten sukces. I z masą innych osób, które były tu obecne, ale nikt w nią nie wierzył tak, jak Ezra i to jemu przede wszystkim była wdzięczna. Nawet, jeśli Sloane nie zawsze tę wdzięczność okazywała to dziś to zrobiła.
Gdzieś przy nich kręcili się fotografowie, którzy uwieczniali każdy moment. Niektórzy robili zdjęcia prywatnymi telefonami. Sloane już nie wiedziała, co właściwie wokół się niej dzieje. Dawno nie czuła już takiej mieszanki. I to wszystko na trzeźwo. Niemal nie wiedziała, jak ma sobie z tym wszystkim poradzić. Nie potrafiła skupić się na jednej osobie. Każdy się przekrzykiwał, ktoś wręczył jej bukiet, a potem kolejny i już nie obejmowała Ezry. Uśmiechała się do zdjęć, w pospiechu coś mówiła przy nagrywanym filmiku. Nie miała pojęcia, co właściwie się dzieje. Wciąż drżała, a chwilami miała wrażenie, że zaraz odpadną jej nogi, a ona na tych obcasach się wywróci z emocji.
— Dziękuję… — Zero pewności do kogo to było mówione. Do Ezry? Tancerki, która ją ściskała i gniotła kwiaty? Do makijażystki, która nie tylko jej gratulowała, ale i coś o wytrwałym makijażu rzuciła? Słowa padały z ust Sloane, ale nie były one skierowane do nikogo konkretnego.
Sloane była dumna i nikt nie mógł jej tego odebrać. Nikt się nawet nie starał, a każdy – każdy – niemalże odetchnął z ulgą, że ten występ się udał, a Sloane może spaliła scenę, ale nie swoją karierę. Kariera blondynki z tym występem się właśnie odrodziła.
Było tu więcej osób niż Sloane początkowo się spodziewała. Niektórych twarzy nawet nie kojarzyła, ale nie gwiazdorzyła. Żadnego „nie wiem kim jesteś, nie zbliżaj się”. Cieszyła się, że mimo wszystko, ale wciąż były osoby, które w niej widziały gwiazdę i chciały jej kibicować. To było wszystko o co mogłaby prosić, a może nawet więcej.
UsuńKtoś rzucił, aby dali jej trochę przestrzeni i odetchnąć, była tak oszołomiona tym wszystkim, że nie potrafiła sama o to poprosić. I w zasadzie to nie chciała o to prosić.
Kiedy usłyszała głos Ezry odwróciła w jego stronę głowę. I znalazł się bliżej niż blondynka się spodziewała. Przesunęła wzrokiem po jego twarzy, a kąciki jej ust lekko się uniosły.
— Nie przyzwyczajaj się, że często będę to mówiła… Ale miałeś rację. — Powiedziała, a z tymi słowami uśmiechnęła się nieco szerzej. — Udało się nam. — Dodała. Tak, ona dala radę na scenie, ale to był wspólny sukces. Bez niego jej tu by nie było, a Ezra… Ezra bez niej pewnie by sobie poradził, ale czy tak samo dobrze?
— Pasuje ci ten uśmiech. Powinieneś częściej go nosić.
Puściła mu oczko, jakby nawet teraz nie mogła się powstrzymać od małej dawki flirtu.
sloane
Dzisiaj Sloane nie była zirytowana jego półuśmiechami czy zdaniami, które czasem trudno było odczytać. Dzisiaj wszystko to miało sens, a jego obecność była najprawdopodobniej jedyną, której potrzebowała. Nigdy w takich chwilach nie liczyła na osoby, które podobno nazywała rodziną. Swoje sukcesy Sloane odnosiła w samotności. Nie było żadnego face time do rodziców czy rodzeństwa, do nikogo kto nosił to samo nazwisko co ona. Był za to jej nowy zespół z najbardziej wkurwiającym szefem, ale czy potrzebowała czegoś więcej? Cóż, tak, ale o to nie mogła już prosić i obiecała sobie, że dzisiaj nie da tym myślom wejść na głowę. To był jej dzień i wykorzysta go w dwustu procentach.
OdpowiedzUsuń— Tego ci po raz drugi przyznawać nie będę. — Zastrzegła i wywróciła oczami. Bo ją miał, ale Sloane zbyt wiele razy w ciągu ostatnich dwóch godzin mu mówiła, że ją miał. Jeszcze obrośnie jej w piórka, a jego ego tego wcale nie potrzebowało. Bez tego było wielkie i nie mieściło się w tym pomieszczeniu ani nawet na całym tym pieprzonym stadionie. — I nie świeciłabym tak sama z siebie.
Ezra dobrze wiedział, że to jego zasługa. Dał jej szansę, a Sloane mimo, że pierwszą spieprzyła to zaparła się i zrobiła wszystko, aby kolejna wykorzystać najlepiej, jak tylko potrafi. I właśnie to zrobiła.
Spoglądała na niego z iskrzącymi się oczami, gdy dotykał jej włosów i mówił te wszystkie rzeczy. Nie myślała nad tym, jak to może wyglądać. O tym, że uśmiech, który mi posłała może zostać źle odczytany przez innych. Że spojrzenie – wciąż rozmarzone po występie, rozemocjonowane i błyszczące – stanie się źródłem plotek. Na moment znów była Sloane i Ezra, a ta chwila może coś znaczyła, a może była tylko gratulacjami, które padały tu co chwilę.
— Owszem, wszyscy zaniemówili. Mówiłam, że nie przesadzam z fajerwerkami. — Zaśmiała się i odruchowo przechyliła głowę na bok, co z boku mogło wręcz wyglądać, jakby wtulała się twarzą w jego dłoń, a może to robiła. Ciężko teraz było stwierdzić, co naprawdę teraz nią kierowało. — Nie, dzisiaj niech zostanie. Jutro znów mnie zacznie wkurwiać, ale nie dzisiaj. — Dodała. Bardziej miękko niż planowała i ze spojrzeniem już spokojniejszym, choć za cholerę nie wiedziała co to wszystko ma znaczyć.
Dla Sloane to dopiero był początek. Jeszcze nie zamierzała się zatrzymywać. Ten występ tylko sprawił, że była głodna i chciała sięgnąć po więcej, a także, że była gotowa to zrobić bez oglądania się za siebie. Kiedy Ezra ją objął, blondynka nie tyle co się w niego wtuliła, ale tak po prostu przytuliła do jego boku. Mimo fochów, którymi strzelała i wariactwa, które w niej siedziało – potrafiła być wdzięczna, a dziś miała za co i to jemu należało dziękować. Oparła lekko głowę o jego ramię i zamknęła oczy, aby na chwilę się schować przed tymi wszystkimi emocjami i spróbować wyciszyć, ale to było w obecnej sytuacji niemożliwe.
Trwało to chwilę, zanim wrócili do świętowania tej chwili. Sloane roześmiała się w głos, gdy korek strzelił. Szampan ciekł po butelce i dłoni Ezry. Prawie odebrała od niego klejącą się butelkę, kiedy drugi korek wystrzelił. Może to ona, a może ktoś inny pisnął. To było już bez znaczenia. Z wesołością, którą ciężko było jej udawać, odwróciła się plecami, gdy mężczyzna zaczął polewać szampanem w ich stronę. Spodziewała się, że oberwie, ale… Nic podobnego. Uniosła niemal brew, kiedy zobaczyła Ezrę, który stał jak tarcza między nią, a lejącym się szampanem.
— Dziś mi się kąpiel z szampana należy. — Rzuciła wesoło w odpowiedzi i puściła mu oczko. Włosy miała trochę sklejone, ale poza tym prawie była nieruszona. — Nie wiem kto się będzie tłumaczył projektantowi, że strój i buty są zniszczone… — Zażartowała, bo to była akurat najmniej istotna sprawa, a zniszczenia tak czy siak były pokryte jakimś ubezpieczeniem, o którym Sloane nie wiedziała.
Odebrała już butelkę i tym razem, ale w końcu się z niej napiła. Pociągnęła spory łyk. Niewielka ilość spłynęła jej z kącika ust, ale starła ją wierzchem dłoni. Wszystko dziś było dokładnie takie, jakie być powinno.
Sloane odsunęła od siebie butelkę z psotnym błyskiem w oku, który mógł tylko i wyłącznie zwiastować kłopoty. Złapała ją pewniej, potrząsnęła krótkim, zdecydowanym ruchem. Szampan niemal natychmiast zapienił się pod szyjką. Sloane przechyliła butelkę w stronę Ezry, a choć efekt nie był już tak spektakularny, jak przy otwieraniu to wciąż mógł robić wrażenie. Strumień szampana wystrzelił mocząc jego koszulę. Była na tyle miła, aby nie celować w twarz.
Usuń— Musiałam, przepraszam! — Zaśmiała się. Wzruszyła ramieniem, a jeśli coś w środku jeszcze zostało, Sloane postanowiła wypić. I nie było tego za wiele. Może wystarczyło na łyk albo dwa.
Śmiech wyrywał się z jej piersi bezwiednie, szczerze i z lekkością, której nie miała w sobie od dawna.
sloane🍾
Chyba nigdy przedtem nie widziała Ezry w takim stanie, jak właśnie teraz. Zawsze trzymał się na dystans we wszystkim, rzadko okazywał większe emocje. Uśmiechał się często, owszem, ale Sloane mogła przysiąc, że dopiero teraz pierwszy raz uśmiechał się tak szczerze. Bez tego uśmieszku, który Sloane próbowała mu ściągnąć z twarzy. Coraz częściej przyłapywała się na tym, że ten uśmiech się jej w dziwny sposób podoba i kiedy ją nim obdarzał to wcale nie złościła, choć wciąż przed nim udawała, że się złości. Jego śmiech brzmiał tak szczerze i wesoło, Sloane mogła przysiąc, że nie słyszała w jego głosie takiej beztroski, jak właśnie w tej chwili.
OdpowiedzUsuńKoszula ociekała mu szampanem, a twarz rozświetlał mu uśmiech. Mogłaby się przyzwyczaić do tego dźwięku. Zaraz, kiedy tylko przyłapała się na tej myśli to miała ochotę się roześmiać. Niby do czego miałaby się przyzwyczaić? Do Ezry i jego śmiechu? Przecież to było niedorzeczne.
— Straciłam? Ja sobie na nią właśnie zapracowałam. — Roześmiała się wesoło. Jeśli już, to należała się jej dodatkowa premia za to, jak świetnie jej poszło dzisiaj. Była przez moment naprawdę przekonana, że nie pójdzie jej to tak dobrze, jak wyszło. Przekonywała się niemal ma każdym kroku, że pójdzie coś nie tak, jak powinno, a tymczasem… Tymczasem było dokładnie tak, jak powinno. Sloane dała z siebie wszystko i zdawało się, że kibicom się to również podobało. Nawet, jeśli nie wszystkim to wystarczająco dużo się bawiło dobrze. — Ja nie piorę, ale inne życzenia mogę spełnić. — Zażartowała i puściła mu oczko. Koszula Ezry pewnie skończyłaby o kilka rozmiarów za mała.
Sloane ułożyła dłonie na jego torsie, koszula była lepka i zimna od szampana, który na niego wylała. Przez moment nie mówiła nic. Spoglądała mu tylko w oczy, mogąc przysiąc, że cokolwiek między nimi się działo można było na części kroić nożem. Westchnęła cicho, kiedy to Ezra się odsunął, a jego dłonie poluźniły uścisk w jej talii. Poczuła się, prawie, jakby została przyłapana na gorącym uczynku. A nic złego przecież nie robili.
Wchłaniała te wszystkie emocje. Mimo, że zajęta była rozmową z innymi i uśmiechaniem się do zdjęć do jej wzrok raz po raz uciekał w stronę Ezry. Zupełnie, jakby Sloane cały ten czas musiała się upewniać, że mężczyzna naprawdę jest obok i nie odchodzi nawet na moment. Przede wszystkim, ale to z nim chciała dzielić swój sukces. Osiągnęła to przede wszystkim dzięki niemu i jeśli komuś miała być wdzięczna to właśnie jemu. W końcu po jakimś czasie udało się jej wrócić do garderoby, gdzie nie tylko mogła wziąć prysznic i zmyć z siebie szampan, który na nią przeszedł, gdy Ezra ją objął, ale też trochę odetchnąć. Nie interesowała się meczem, więc nie spieszyła się specjalnie, aby zdążyć jeszcze obejrzeć drugą połowę. Potrzebowała też tej chwili dla siebie, aby się trochę ogarnąć.
Sloane była gotowa po niemałej godzinie. Odświeżona, ale wciąż z tymi samymi emocjami, które miała tuż po zejściu ze sceny. Nie wiedziała, jaki jest plan na potem, gdzie będą świętować czy najpierw nie chcą obejrzeć do końca meczu, bo niby wpadało się pokazać w loży, która była dla nich przygotowana? I właśnie tam się Sloane udała. Do przestronnego miejsca, które mieściło wiele osób. Mecz trwał w najlepsze, kibice byli głośni, ale to wszystko dalej było tylko tłem. Mało istotnym zresztą, bo znów, gdy się tu znalazła to jedyne czego szukała to Ezry. I w końcu jej wzrok na niego trafił. W zmienionych ubraniach. Prezentował się niemal nienagannie. Sloane przez moment patrzyła dłużej niż to było konieczne. Podeszła do niego dopiero po chwili, niby udając, że to dla tych skrzydełek, przy których stał. Nie jadła od wczoraj, a dopiero teraz głód dał się jej we znaki.
— Planujesz już, gdzie zabierzesz mnie dalej czy wracamy do LA i zamykasz mnie w studiu? — Rzuciła żartobliwie, lekko ocierając się o jego bok biodrem, gdy się nachylała nad stolikiem, żeby nałożyć sobie trochę tych skrzydełek i frytek, bo skoro później czekało ich świętowanie, najpewniej w klubie, to nie zamierzała pić na pusty żołądek, a trzeźwa również nie planowała być.
Sloane
Wymknęła się po jakimś czasie, kiedy zainteresowanie powoli zaczęło opadać. Już jakiś czas temu zauważyła, że nie ma tu Ezry, a przecież powinien być. Sloane uwielbiała być w centrum zainteresowania, a jedyna osoba, od której uwagę chciała postanowiła zniknąć. To był ich pierwszy wspólny sukces, który Sloane uważała jako początek historii, która wciąż się pisała. Nie liczyła się już zabrana trasa, którą niby i tak miała obiecaną ani wszystkie te kąśliwe uwagi, które sobie nawzajem rzucali. Nie tyle co wybrała się na poszukiwania, a po prostu wiedziała, gdzie go znajdzie. Sloane w swoim kostiumie znacząco się wyróżniała, kiedy szła korytarzem, który doprowadził ją do garderoby Ezry. Wiedziała, gdzie jest tylko dlatego, że wcześniej jej pokazał, gdzie może go znaleźć, gdyby czegoś potrzebowała. Rzuciła wtedy kąśliwie, że nie zamierza go szukać i proszę, tym razem się tu znalazła.
OdpowiedzUsuńSloane po drodze zgarnęła butelkę szampana. Nieotwartą i gotową do użytku.
Wcale nie była pewna, czy dobrze robi, ale… To było bez większego znaczenia. Chciała z nim chyba też porozmawiać. Mimo, że nie była pewna o czym tak właściwie mieliby rozmawiać, a wszystko co mogło między nimi paść już dawno padło. Wiedział, że była mu wdzięczna. Widać to było po jej oczach, a także mowie ciała. Nie mogła też strząsnąć z siebie tego uczucia, które Ezra po sobie zostawił. Mimo, że Sloane dobrze wiedziała, że między nimi absolutnie do niczego nie może dojść. To była w końcu tylko zabawa, prawda? Nic groźnego. A jednak każde spojrzenie, dotyk czy słowa zostawiały po sobie dziwne uczucie, którego nie potrafiła wytłumaczyć. Nie było to żadne zakochanie, na pewno nie. Może tylko dziwne przywiązanie? Spędziła z nim setki godzin, zasypiała mu na ramieniu w aucie, gdy po próbach odwoził ją do domu.
Stanęła w końcu przed odpowiednimi drzwiami. Nie zastanawiając się, ile osób ją zobaczy. Zobaczyć mógł każdy, bo kręciło się tu dużo ludzi z obsługi, pracowników z wytworni i nawet kompletnie przypadkowe osoby, które wzięły się tu nie wiadomo skąd.
Uniosła rękę i zapukała kilka razy, ale nie czekała na to, aż otworzy jej drzwi. Liczyła na to, że nie będą one zamknięte i jak na jej szczęście – nie były. Otworzyła drzwi, nie myśląc nad tym w jakiej sytuacji mogłaby go zostać. Nie przewidziała, że mogła trafić na niego bez koszulki i ociekającego wodą. Nie pierwszy raz widziała mężczyznę półnagiego, ale pierwszy raz widziała tak Ezrę. Przez kilka sekund, które zdawały się ciągnąć w nieskończoność stała w drzwiach z jedną ręką na klamce, a w drugiej trzymała butelkę z szampanem i gapiła się, bo owszem, gapiła się, na mężczyznę. Przesunęła wzrokiem po jego ciele, aż dotarła do oczu. I wtedy lekko się uśmiechnęła.
— Zniknąłeś
Niemal brzmiało to jak wyrzut. Zrobiła krok do przodu i zamknęła za sobą drzwi. Oparła się o nie plecami, a z płuc wypuściła ciężkie westchnięcie. Jakby to właśnie tutaj wszystkie emocje z niej dopiero mogły zejść.
— Przyniosłam coś do świętowania. — Uniosła rękę z butelką. Uśmiech prawie nie schodził jej z twarzy. — I chyba… chyba chciałam też podziękować.
Sloane rzadko się zdarzało, aby dziękowała. Już mu to dziś mówiła, ale zasłużył, aby usłyszeć to jeszcze raz z jej ust. Chciała, aby wiedział, że mimo tego, jak traktowała go na początku to jest za tę opcję wdzięczna i że wcale nie zamierza zatrzymać się tylko na tym jednym występie.
sloane
Teoretycznie to nie powinno jej tu być.
OdpowiedzUsuńMiała co świętować. Ezra jej pogratulował. Zrobili sobie parę fotek, które po obróbce będzie mogła wstawić na Instagrama i się pochwalić, jak zajebiście było jej w nowej wytwórni, która nie tylko jej słucha, ale również wspiera. Z tym, że to wszystko mogło poczekać. Aż emocje opadną jeszcze bardziej, a Sloane trzeźwym okiem będzie mogła spojrzeć na całą tę sytuację. Nie mogła doczekać się oficjalnych materiałów, aby zobaczyć, jak to wyglądało. Zacierała już ręce, aby obejrzeć cały filmik z jej występu. Asystentka miała jej przyszykować materiały, które wrzuci na Instagrama i TikToka, a na resztą platform zajmie się Meave. Sloane sama wrzucała tylko na te dwa wymienione. Reszta jej absolutnie nie interesowała.
— Nie, już nie będę marnować dobrego alkoholu. — Odpowiedziała z rozbawieniem. Wzrok blondynki znów przesunął się po sylwetce mężczyzny. Stał tuż przed nią, więc to jakby sam się prosił, aby na niego się patrzyła, prawda? Tak sobie to mogła przynajmniej tłumaczyć. — Moja wygląda znacznie ładniej. — Stwierdziła i odruchowo rozejrzała się po pomieszczeniu. Sloane w swojej znaleźć mogła wszystko. Od ulubionych napojów po słodkości i najważniejsze przedmioty do użytku codziennego. Postarali się, aby naprawdę czuła się tu jak w domu. Miała wygodną kanapę, fotel przy toaletce, gdzie może nie robiła sama makijażu, ale było jej tam wygodnie i przede wszystkim własną łazienkę, której nie musiała dzielić z nikim.
Wróciła do niego spojrzeniem po chwili. Bez słowa sprzeciwu, kiedy odbierał od niej butelkę z szampanem. Mogła faktycznie tam wrócić i zostać z przyjaciółkami, tancerzami i być po prostu otoczoną ludźmi, którzy poświęcą jej resztę wieczoru, ale wybrała, żeby przyjść do niego. Nawet, jeśli nie do końca wiedziała, czy na pewno podziękowanie to jedyny powód, dla którego się tu znalazła.
— Sprawiam wrażenie, jakbym chciała cię ignorować? — Uniosła brew i faktycznie czekała na odpowiedź. W wielu innych sytuacjach Sloane by zlekceważyła obecność Ezry i wróciła do osób, które znała, ale dziś czuła, że powinna się właśnie z nim znaleźć. Mimo, że jeszcze konkretnego powodu swojej wizyty nie znała.
Ciało Sloane dopiero odzyskiwało swój rytm. Tętno się uspokoiło, serce nie waliło w piersi, jak szalone. Głowa jeszcze nie ochłonęła, ale prawdopodobnie nie ochłonie przez najbliższe kilka dni. I nie było w tym raczej nic złego, że tyle emocji w niej siedziało. To była mila odmiana od tej dziwnej pustki, którą w sobie miała od dawna. Nagle ta pusta przestrzeń się czymś zapełniła i to nie byle czym, a Sloane… Cóż, Sloane cieszyła się, że nie były to puste uczucia wywołane przez kolejną kreskę, ale przez autentyczne doświadczenie, którego nikt jej nie odbierze.
— Oddałeś mi mój moment. — Powtórzyła po nim smakując te słowa na języku. Może faktycznie coś w tym było, że jej go oddał. Problem leżał w tym, że Sloane nie chciała tego sukcesu dzielić sama. Na ogół była samolubna, ale nie tego wieczoru.
Wracał powoli ten Ezra, którego Sloane dobrze znała. Z tym swoim uśmiechem, który jednak dziś wyglądał trochę inaczej. Jakby zabrakło w nim kpiny, która towarzyszyła mu na co dzień. Zastanawiała się, czy właśnie odkrywała Ezrę, który bardziej przypominał człowieka, a mniej robota, z którym miała do czynienia niemal każdego dnia w pracy.
Przewróciła oczami na jego słowa. Ktoś tu nie potrafił otrzymywać pochwał, które mu się należały. Bez niego jej tu by nie było, ale to już sobie ustalili jakiś czas temu i również nie zamierzała się po raz kolejny powtarzać.
— Dlatego lepiej mi nie odcinaj premii. Jak podsuną mi ciekawszą ofertę to kto wie, może się skuszę. — Zażartowała. Wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby teraz sypały się milionowe kontrakty, ale nimi Sloane nie była zainteresowana. Gdyby zależało jej tylko na pieniądzach to pewnie, czemu nie. Równie ważne dla niej było zaufanie, a tego nie rozdawała jak na straganie za grosze. — Wiesz, nie będę miała też nic przeciwko, jeśli będziesz o mnie walczył, abym z tobą została.
Zaśmiała się krótko pod nosem, jakby sama nie dowierzała, że to właśnie powiedziała. Mimo wszystko, ale zaczęła być ciekawa, jakby to wyglądało, gdyby pojawiła się konkurencyjna wytwórnia i jak bardzo Ezra starałby się, aby Sloane z nim została. Wybitnie by nie musiał, bo blondynka chciała zostać w VXIL Records. Musieliby się na amen pokłócić, żeby rozważyła odejście w najbliższym czasie albo jedno z nich wyjątkowo mocno złamać kontrakt, który między nimi padł.
Usuń— Bez fajerwerków teraz, hm? — Rzuciła pod nosem, kiedy otwierał butelkę.
Oczywiście, że zadarła głowę do góry. Nie potrafiła nazwać tego, co było między nimi. Może to nawet nie było nic takiego szczególnego, a większość Sloane sobie dopowiadała, ale czy na pewno? Mógłby ją za to skarcić w każdej chwili. Sloane w końcu pozwalała sobie na znacznie więcej, ale on zamiast ją karcić to szedł ramię w ramię.
— To nasz sukces, Ezra. — Odezwała się, bez spuszczania wzroku. Nie lubiła się dzielić sukcesem, ale dziś? Dziś się należało nim podzielić, a Ezra był jedyną osobą, z którą gotowa była to zrobić. Jasne, wchodziło w jej sukces dziesiątki innych, ale to nie o nich teraz chodziło. — Wezmę kieliszki.
Ale nie poruszyła się, jeszcze nie. Wciąż stała w tej samej pozie, prawie przyparta do drzwi ze wzrokiem utkwionym w mężczyznę.
sloane
Przesunęła dłońmi po udach, szukając sobie dla nich jakiegokolwiek zajęcia, skoro już nie trzymała butelki. To wciąż zdawało się być surrealistyczne. Wszystko co działo się w ostatnich tygodniach było jak wyjęte ze snu. Sloane zawsze wysoko mierzyła i jeszcze nie była gotowa, aby się zatrzymać. Jak już to występ na Super Bowl tylko podkręcił jej apetyt i sprawił, że chciała znacznie więcej niż już otrzymała. I nie było w tym absolutnie nic złego. Nie chciała osiadać na laurach. Teoretycznie mogła, ale nie przyniosłoby jej to żadnej radości w dalszym życiu. Gotowego planu na kolejne lata może nie miała, ale na ten moment wystarczyło jej, że wiedziała co będzie robić w tym roku, a reszta przyjdzie już jakoś sama.
OdpowiedzUsuń— Lubię gratisy. — Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się pod nosem. Uniosła również lekko brew, zastanawiając się, czy to zdanie niesie za sobą drugie znaczenie, którego teraz lepiej było nie rozpakowywać.
Ona również nie wiedziała, czy ma tu zostać czy będzie lepiej, gdy wyjdzie. Z jakiegoś powodu jednak się tutaj znalazła, a skoro już tu była to równie dobrze mogła to wykorzystać. Jeszcze nie wiedziała w jaki sposób. Może napiją się tylko szampana, chwilę porozmawiają, a potem Ezra odeśle ją do siebie. Też musiała się ogarnąć, zmienić te ubrania, ale to jeszcze chwilę mogło zaczekać. Przynajmniej kilka. Do wyjścia jakoś wcale się blondynce nie spieszyło.
— Ej, dzisiaj się jeszcze nie kłóciliśmy. — Wytknęła mu. Pomijając incydent na parkingu, ale puściły jej nerwy i nabluzgała pod nosem, choć nic w zasadzie się nie wydarzyło. — Aż tak tęsknisz za naszymi kłótniami? — Zapytała z rozbrajającym uśmiechem. Czasem odnosiła wrażenie, że ich kłótnie wchodzą na jakiś wyższy poziom. Nie byłaby zaskoczona, gdyby pozostali prowadzili między sobą zakłady, ile Sloane zajmie zanim zacznie się na Ezrę wydzierać. Można było na tym zbić sporo kasy. Choć ostatnio była bardziej przewidywalna niż zwykle. Była skupiona, a jej gniew, gdy już się pojawiał, spowodowany był frustracją, gdy coś szło niezgodnie z planem.
— I owszem, nasz sukces. Mój artystyczny, twój producencki. — Puściła mu oczko. — Wiem, co ludzie między sobą mówili, kiedy wypuściłeś info, że przeniosłam się do ciebie. Co pisali. Więc tak, to równie twój sukces, co i mój.
Rzadko czytała takie artykuły, ale nie dało się przejść obojętnie. Sloane nie była pewną artystką w ostatnim czasie. Nawet, jeśli nie wiedzieli tego jej fani to wiedziały wytwórnie. Sloane powodowała kłopoty. Wpędzała w finansowe zobowiązania. Ezra ryzykował, kiedy z nią podpisywał kontrakt, ale jak widać się opłaciło, a ona mimo pierwszej wtopy wcale nie zawiodła. Dostarczyła dokładnie to, czego od niej oczekiwano.
— Hm, biednie cię te NFL potraktowało. — Rzuciła z przekąsem. Faktycznie, jej garderoba w przeciwieństwie do jego była wypchana czym popadnie, ale w końcu należało spełniać wymagania artystki, prawda? — Ja dostałam prawdziwe kieliszki na szampana i tequilę, ulubioną markę wody i zapas Red Bulli, a do tego mleczne czekoladki w kształcie gwiazdek. Postarali się.
Przechwalała się, choć to nie to było teraz istotne.
— Przesadzasz. — Przewróciła oczami, kiedy zaczął wymieniać z czego i jak powinna pić. — Wystarczysz mi ty, a białe rękawiczki i kryształ ci daruję.
Prawie mogła brzmieć na śmiertelnie poważną. Jeszcze tego brakowało, aby Ezra ją poił. Chociaż, mogłoby to być ciekawym doświadczeniem, gdyby jednak do tego doszło. Sloane nie była pewna, czy powstrzymałaby się wtedy od śmiechu czy może… Czy może to nie rozpoczęłoby między nimi czegoś, czego absolutnie być nie powinno.
— Nie wiem, czy moje kruche ego wytrzyma picie z plastikowego kubeczka. — Westchnęła ciężko, kiedy od niego odbierała kubeczek. Wzięła pierwszy, bardzo dramatyczny łyk. — Chyba nadaję się tylko do kryształowych kieliszków i bycia pojoną przez przystojnych mężczyzn.
Musiała wstrzymać śmiech, który chciał się z niej wyrwać. Już dziś niepotrzebnie kilka razy karmiła ego Ezry, a teraz tylko mu dokładała kolejnych warstw. Jakby ich jeszcze faktycznie potrzebował.
— Nie lubię ptaków. Jak już to znajdę sobie egzotycznego kota, który będzie naćpany, aby mnie nie zagryzł i mruczał mi przy uchu grzejąc się na słońcu. — Poprawiła go, a sama taka wizja była rozbrajająca. Nie odwaliło jej, i oby nigdy nie odwaliło, aby faktycznie coś takiego wymyśliła. Nie wybaczyłaby chyba samej sobie, a już na pewno nie wybaczyłby jej tego świat pełen obrońców zwierząt. I w sumie dobrze. Tak daleko popłynąć nie zamierzała, więc raczej nie wkurzy żadnych weganów. Nie, ich wkurzała, bo chcąc nie chcąc, ale zdarzało się jej założyć skórę czy jakieś vintage futra na wyjścia, które zawsze były wypożyczane.
Usuń— Nie uderzy. Jeszcze trochę z tobą chcę popracować. Nawet, jeśli mnie wkurwiasz. — Zapewniła. Nie było co udawać, ale mimo wybuchów ich współpraca była całkiem udana. — Za to dziś może mi uderzyć, ale nie będę za to odpowiadała, bo dziś mi się absolutnie należy.
Przeszła się po garderobie, a przez chwilę jedyne co to słychać było jej obcasy. Body opinały jej ciało, dopasowane były co do centymetra. Wyglądała, jakby zaraz znów miała wejść na scenę, a nie jakby dopiero z niej zeszła.
Spojrzała na niego, kiedy zaczął mówić. Już się nie uśmiechała, jakby wiedziała, że to jest poważniejszy temat. Wyraźnie dostrzegła zmianę w jego głosie. Był cieplejszy, bardziej… Ludzki. Bez tego profesjonalnego tonu, który często mu towarzyszył.
— Wiedziałeś. — Wiedział, że dostarczy tego, czego od niej oczekuje. Wymagała tylko być odpowiednio pokierowana, a robiła się nie do zatrzymania. Tak, jak dziś. — To co będzie kolejne? Headline na Coachelli? Lollapalooza? Czy zamkniesz mnie w studio, abym nagrała najlepszą płytę w swoim życiu, a potem poślesz na największą trasę życia? — Upiła jeszcze jeden łyk szampana. Bąbelki niemal łaskotały w gardło. — Nie było mnie jeszcze w Australii, Azji i Afryce z trasą. Mógłbyś mnie tam wysłać.
sloane
Próbowała się nie gapić, ale Ezra ją rozpraszał. Tym, że stał półnagi i łaził po tej garderobie, a ona nic nie mogła z tym zrobić. Mogła tylko się gapić. Jeszcze chwila i zacznie myśleć, że przyszła tu po coś więcej niż tylko krótka pogawędka po udanym występnie i podzielenie się szampanem, który w dodatku ukradła. Sloane nie miała czasu na randki. Zainstalowała sobie tę głupią aplikację do randek dla celebrytów, ale zalogowała się tam może raz w ciągu ostatnich tygodni. Ostatni raz była z Carterem, ale tego wspominać nie chciała. Nie, bo było źle, ale wspominanie tego było, jak otwieranie puszki Pandory, a to ostatnie na co Fletcher miała ochotę. Nie pomagało jej też to, jak Ezra tu paradował. Ok, był u siebie i to ona tu wtargnęła, ale odrobina przyzwoitości by nie zaszkodziła. Po tych wszystkich słowach, które między nimi padały – po tym otwartym flircie – ciężko było jej się nie patrzeć. Oczywiście wszystko w celach edukacyjnych. Chciała się tylko przekonać, czy było o co flirtować. No i było, pomyślała, ale westchnięcie już padło z jej ust i było głośniejsze niż planowała.
OdpowiedzUsuńSkupiła się na moment na kubeczku i dopiła resztę szampana.
— Wrócimy i możesz ze mną robić co chcesz. — Powiedziała wzruszając ramionami. Sloane dalej była w trybie „praca” i nie zapowiadało się, aby szybko z niego zamierzała wyjść. — To szybko, Ezra. Niewiele czasu do Coachelli zostało, a ja chętnie tam wystąpię w tym roku. — Westchnęła w pospieszający sposób. Nie wątpiła, że mógłby jej to załatwić. Dał jej Super Bowl, czym był największy festiwal muzyczny, nie? Prosta sprawa, którą na pewno uda mu się załatwić.
Wciąż byli w Kalifornii, a do Los Angeles równie dobrze mogli wrócić jeszcze wieczorem i zamknąć się w studio, ale było jasne, że nikt obecnie nie jest w stanie, aby nagrywać cokolwiek. Najpierw należało porządnie świętować to zwycięstwo, a potem przyjdzie cała reszta.
— Bo nie lubię powtarzalnych schematów. — Potwierdziła i brzmiała na kompletnie śmiertelną w swoim wyznaniu. — Nie chce konfetti w Dubaju, nie podoba mi się tamto miasto. I będę ci roztaczać wizje, ile mi się zamarzy. Jak trzeba to zrobię jebanego PowerPointa i wytłumaczę, dlaczego mam rację.
I najlepsze było, że Sloane naprawdę zamierzała to zrobić. O ile Ezra ją ładnie poprosi. Albo odpowiednio wkurzy. Raczej nie miał żadnych wątpliwości, że Sloane mogłaby pojawić się z rana w biurze, okej w południe, bo rano to nawet jego tam nie było, a potem zaprezentować swoje pomysły i zmusić go do słuchania.
— Dostaniesz tą płytę. Nawet wersje Deluxe.
To nie była pusta obietnica, którą składała, aby się odczepił. Sloane naprawdę zamierzała to zrobić. Ostatnio poczuła, jakby odkręciła w sobie kurek z kreatywnością, a pomysły zapisywały się same. Często je z nim omawiała. Dzieliła się nimi i wpatrywała oczekując reakcji. Raz kiwał głową w zamyśle. To zwykle znaczyło, że mu się zaczyna podobać. Dłuższe milczenie dla Sloane było znakiem, żeby sobie to jeszcze przemyślała. Dogadywali się. Nawet, jeśli czasem lub często dochodziło między nimi do kłótni.
— Podbijemy świat. Ale z lepszą płytą. Najpierw ją skończymy, a potem… Potem świat jest nasz.
Jak widać, ale Sloane się jednak uczyła. Nie trzeba było jej od razu skreślać, bo raz zarzuciła fochem. Sloane potrzebowała cierpliwości, a Ezra jej ją dał. Więcej niż oczekiwała, ale to mu się opłaciło. Sloane nie zjebała występu, nie uciekła i była obecna bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
Sloane roześmiała się słysząc o tej plotce. Nie była ona do końca nieprawdziwa.
— Tak w Empire. — Potwierdziła. Nie było innej opcji. Wyszukała najlepszy klub, a ta noc zasługiwała na odpowiednie świętowanie. — I fontanna z tequilą jest. Nawet dwie. Jedna dla truskawkowej tequili, a druga dla tej zwykłej. A co do neonu… będziesz musiał się sam przekonać. I to nie prywatny stolik, Ezra. Całe pieprzone piętro.
Sloane nie bawiła się w drobiazgi, a ludzi mieli ze sobą wystarczająco dużo, więc piętro wydawało się być najlepszą opcją.
Pozwoliła sobie nalać jeszcze trochę szampana. Dla znieczulenia ogólnego, czy coś. Bez znaczenia. Potrzebowała jeszcze dodatkowej dawki alkoholu po tym szaleństwie, które się działo. Sloane jeszcze nie opuściły emocje. Było ich wiele, a ona próbowała jakoś sobie z nimi poradzić.
UsuńWzrok blondynki spoczął na Ezrze. Znów na jego odsłoniętym torsie pokrytym tuszem. Spoglądała śmielej niż wypadało, ale nie uważała, aby miała za co przepraszać. Uniosła lekko brew, kiedy zaczął mówić, a jej usta rozciągnęły się w uśmiechu.
— Och, prywatna stylistka? — Powtórzyła po nim, jakby chciała się upewnić, że dobrze go usłyszała. — Umowa, ale nie wierzę, że dałbyś mi się wcisnąć w brokatowe spodnie.
Zaśmiała się. Nawet nie umiała sobie go w tym wyobrazić, choć był znany z odważnych stylizacji.
— Owszem, mam oko. Wpadnij, ubierzemy cię, jak należy. I obiecuję, żadnych cekinów. Nie będziesz mi kradł nocy.
sloane
Wcale by nie pogardziła, gdyby zrobił piruet, aby mogła obejrzeć go dokładniej z każdej strony. Nie odważyła się o to poprosić. Mimo, że alkohol już szumiał jej w żyłach to był stanowczo za slaby, aby Sloane mówiła niepoprawne rzeczy. I okej, wcale nie potrzebowała do tego alkoholu, ale nie wypadało o takie rzeczy prosić swojego szefa, nie? Swojego dobrze wyglądającego szefa. Sloane nie poczuła się, jak przyłapana na gorącym uczynku. Nie próbowała ukryć swojego spojrzenia. Potrafiła, gdyby chciała. Ale jej zależało, aby on to zobaczył, choć nie miała na swoje wytłumaczenie nic, gdyby zaczął się pytać, dlaczego się na niego gapi. Bo mogę i mnie przed tym nie powstrzymujesz, pomyślała z przekąsem i jednocześnie jej usta się uniosły do uśmiechu, kiedy to pomyślała, a który znaczenie miał tylko dla niej. Dla Ezry to najpewniej był kolejny z jej drwiących z sytuacji uśmiechów. Jeden z tysięcy, które już mu posłała w przeszłości.
OdpowiedzUsuń— Zawsze wolę mężczyzn roznegliżowanych. — Odpowiedziała bez większego poruszenia. Nie sądziła, że jego w takiej wersji kiedykolwiek zobaczy. Ezra nie widział jej jeszcze w każdej odsłonie, ale dostał ją w tej przeklętej wannie, kiedy nagrywała klip. Choć wtedy był tam obecny w innej roli, a przynajmniej tak się Sloane zdawało. Różnie z nim bywało. — Jestem wielozadaniowa. Nie rozpraszam się łatwo. Możesz sprawdzić, jeśli mi nie wierzysz.
Sloane lekko uniosła głowę, jakby potrzebowała lepszego widoku na Ezrę, kiedy podniósł kubeczek do ust. Spojrzenie blondynki z niego wręcz nie schodziło nawet na moment. Niełatwo było ją zagiąć, a to była gra, którą sama rozpoczęła. Ona rozdawała karty. Ona dyktowała warunki. Wymyślała na bieżąco zasady. Przynajmniej chwilowo, a dynamika między nimi zmieniała się szybko. Równie dobrze za pół sekundy to Ezra mógł ją mieć w garści, a Sloane będzie dygotać z ekscytacji i niewiedzy co wydarzy się dalej.
Kiedy przechodził obok niej, niemal jej dotykając Sloane poczuła bijące od niego ciepło, a także perfumy, słodki szampan i coś ziołowego, co mu towarzyszyło niemal zawsze. Blondynka niemal na moment wstrzymała oddech. Próbowała nie dać po sobie poznać, że cokolwiek poczuła. Czymkolwiek to coś było Sloane nie potrafiła tego nazwać. Ruszyła za nim dopiero po chwili, jakby potrzebowała sekundy, aby pozbierać własne myśli. Dopiero wtedy poszła. Była ledwo kilka kroków za nim, a wzrok miała wbity w jego plecy i była niemalże pewna, że czuje na sobie jej spojrzenie.
Drzwi od garderoby zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Nie zwróciła uwagi na to, ile osób po drodze mogli minąć, czy ktoś się im przyglądał. To było bez znaczenia w tej chwili. Sloane zatrzymała się na moment, aby na niego lepiej spojrzeć, jakby potrzebowała tego do wybrania odpowiedniej stylizacji.
— Pewien jesteś? — Zapytała z lekkim uśmiechem. — W kamizelce budowlanej mogłeś wyjść, ale kolorowe trampki cię przerastają? — Zażartowała. Podeszła swobodnie do wieszaków. Przechodząc obok Ezry znów poczuła to samo. Tę dziwną mieszankę, którą kojarzyła już tylko z nim.
Zaczynało się robić niebezpiecznie, kiedy mężczyźni zaczynali się jej podobać. Choć robiła wszystko, aby Ezra się jej nie spodobał. Mógł mieć przystojną twarz, ale to jeszcze nie musiało znaczyć niczego więcej, prawda?
Otrząsnęła się lekko, gdy przeglądała kolejne koszule. Mamrotając pod nosem: zbyt nudna, nijaka, zbyt obcisła, nie twój kolor i inne pierdoły, które tak naprawdę były bez znaczenia, a Sloane mówiła je tylko po to, aby Ezrę wybić sobie z głowy. To twój szef. Były kumpel Zaire’a. Szef. Starszy szef, ale czy to właśnie nie była zaleta?
Zerknęła na niego kątem oka, a na spodniach dostrzegła plamy po szampanie. Uniosła lekko brew, a potem spojrzenie.
— To też do wymiany. Ściągaj. Czy potrzebujesz pomocy? — Rzuciła. Stała do niego bokiem. W tym swoim obcisłym kostiumie ze sceny, który nawet i bez kolorowych świateł dalej błyszczał.
sloane
Wypowiedziała to w tak luźny i pewny siebie sposób, że ciężko było stwierdzić, czy Sloane zaraz faktycznie nie podejdzie, aby mu pomóc. I szczerze? Zrobiłaby to bez wahania i z kamienną miną udając, że to wcale nie było nic takiego. Zrobiła to specjalnie i z ciekawości, czy to było już to przekroczenie granic, o którym ciągle sobie mówiła czy jednak ich granice były plastyczne i to oni wyznaczali, kiedy należy powiedzieć sobie stop. Choć, jak widać – do tego etapu jeszcze nie dotarli.
OdpowiedzUsuńSloane nie spuszczała z niego wzroku. Nie uciekła, kiedy jego bezczelnie wkurwiające spojrzenie na nią padło i przesunęło się po jej sylwetce. Nawet nie wtedy, kiedy pod skórą poczuła przyjemny dreszcz i nie była pewna, jak ma go nazwać ani czy w ogóle należało coś podobnego czuć. Zewnątrz mogła wydawać się obojętna, ale jej oczy takie wcale nie były. Nie dziko rozpalone, ale jednak iskrzyło w nich już coś więcej niż ten niewinny flirt, którym się obdarzali przez ostatnie tygodnie. Przychodziło im to z taką samą łatwością, co wkurzanie siebie nawzajem. Było jak chleb powszedni, a gdy nie dawali się sobie we znaki to oznaczało tyle, że zmęczenie i przeciążenie materiałem i pracą było zbyt wielkie, aby jeszcze znajdowali na siebie nawzajem siłę. Wzrok Sloane na moment skupił się na jego dłoniach, którymi w drażniąco wolny sposób przesuwał po szufladzie. W głowie Sloane pojawiła się za to inna myśl, której mieć nie powinna była. Co, gdybym to ja była na miejscu tych szuflad.
— Ociągasz się, więc najwyraźniej jej potrzebujesz.
Wzruszyła ramieniem, jakby o niczym specjalnym właśnie nie rozmawiali.
— Wyglądałeś, jakbyś urwał się z budowy. Metka nie ma znaczenia. — Odparła. Wciąż była ciekawa, ile mu zapłacili za to, że ją na siebie włożył. Głośno by się do tego nie przyznała, ale jej też zdarzały się modowe wpadki. Z tym, że jej nikt nie widział w kamizelce odblaskowej. — Zawsze cię oceniam. Muszę mieć pewność, że jak jesteśmy widziani razem to nie trafisz znów do top 10 najgorszych oufitów Creightona. To wszystko z przyjacielskiej troski.
Nawet, gdyby Sloane próbowała to nie odwróciłaby wzroku. W którymś momencie ta gra przestała być tylko zabawą, a stała się prawie sprawdzaniem własnych wytrzymałości. I na pewno nie będzie ona tą, która przegra. I miał rację, nie odwróciła wzroku. Jednocześnie nie rumieniła się ze wstydu. Spojrzenie blondynki było twarde i prawie niewzruszone. Zdradzać mógł ją jedynie ich blask. Bo teraz absolutnie nie była pewna, w jakim kierunku to wszystko pójdzie, gdzie ich to zaprowadzi i czy to dalej był tylko flirt, który zakończy się w odpowiednim miejscu czy podejmowała właśnie nieodwracalne decyzje. Ciszę przeciął cichy dźwięk rozsuwanego rozporka, a Sloane udawała, że wcale nie drgała jej od tego dźwięku skóra. Wchodzili na niestabilny grunt. Wystarczył jeden ruch, a blondynka mogła zacząć znów popełniać głupie błędy. Nie było o to trudno.
— To w końcu mam pomóc czy się odwrócić? — Zapytała z uniesioną brwią. Głos prawie ugrzązł jej w gardle, ale ostatecznie wybrzmiała niemal tak, jak zawsze. — Chyba nie masz się czego wstydzić, co? — Rzuciła zaczepnym tonem, trochę prowokującym i bez choćby pomysłu, aby się faktycznie odwracać.
Sloane zamiast tego wzięła do ręki koszulę, która się jej spodobała. Guziki były rozpięte, więc przynajmniej miała ułatwione zadanie. Podeszła do Ezry, ale nie po to, aby wręczyć mu koszulę i czekać, aż sam ją włoży. Sięgnęła ręką za jego plecy, jakby go obejmowała i uniosła lekko materiał, aby mógł włożyć ręce w rękawy. Jednocześnie nie spuszczała wzroku z jego oczu, choć ciężko było jej nie przesunąć nim po jego torsie. Wciąż pachniał jak szampan, ale przede wszystkim jak on.
— Miałam pomóc, czyż nie?
sloane
Sloane starała się zawsze zachowywać tak, jakby miała swoje pięć minut. Jakby nie patrzeć, ale właśnie zeszła ze sceny, a wszystkie emocje, które trzymały się jej na scenie jeszcze z niej nie zeszły. Wręcz przeciwnie. Miała wrażenie, że dopiero teraz zaczynają do niej bardziej docierać. A może już nie wiedziała, czy to, co czuje to resztki z występu czy tylko Ezra i to co z nią wyprawiał. Sloane nie wiedziała, co robi, a tak się jej przynajmniej zdawało, bo szczerze mówiąc… Zaczynała się gubić, ale coś jej też mówiło, że będzie się bawiła całkiem dobrze, więc nie musi się zatrzymywać.
OdpowiedzUsuń— Tylko wykonuję polecenia. — Odezwała się miękko. Posłusznie wręcz, co nie pasowało do tego co właśnie miała w oczach. Sloane jeszcze nie była pewna, co właściwie zamierza zrobić i dlaczego to robi, bo wcale nie chciała go ubierać. Chować za kolejną warstwą materiału. Jeszcze się nie napatrzyła. Może miała na niego plan, ale taki, którego jeszcze do końca nie znała.
— Dasz mi to zrobić po mojemu? — Mruknęła z cichą frustracją w głosie. Może ją wkładała, bo chciała zobaczyć, jak na nim będzie leżała, a jeśli się jej nie spodoba to weźmie inną. Tak, to brzmiało, jak sensowny plan.
Zdecydowanie Sloane nie zamierzała odpuszczać. Nie będzie tą, która zmięknie pierwsza. Wciągała na jego ciało materiał powoli. Niemal tak, jakby nie chciała go zakrywać. Bo nie chciała i cholera, on doskonale o tym wiedział. Powodu nie mogłaby mu podać, bo to po prostu się działo. I miała dziwne przeczucie, że Ezra również tego nie potrafiłby wytłumaczyć. Może to tylko było jakieś dziwne wzajemne przyciąganie, o którym oboje wiedzieli, a którego granic przekraczać nie chcieli. Tylko czy aby na pewno? Bo Sloane już wcale taka pewna nie była, czy jakieś granice przekroczone nie będą.
— Nie martw, nie zapomniałam o spodniach. — Zapewniła poprawiając kołnierzyk przy koszuli. Poprawiała go trochę zbyt długo, jakby nie do końca chciała zabierać ręce z jego ciała i wręcz potrzebowała, aby jeszcze przez moment coś poczuć. Nie byle co, nie byle kogo. Jego. I z jakiegoś powodu to się jej wcale nie podobało, bo nie chciała tego czuć. Ezra miał być niedostępny. Tylko, czy właśnie nie najlepiej smakował ten, który był zakazany? Ostrzegali ją przed Carterem, a ona nie słuchała. Był tym zakazanym owocem, po który sięgnęła bez zawahania. Później to samo było z Jamesem. On jeszcze bardziej był zakazany. I teraz Ezra. Równie zakazany. Nie chciała popełniać tych samych błędów, co dawniej, ale być może… Być może jeszcze się nie nauczyła, jak tego nie robić.
Ezra był jej producentem. Człowiekiem, który pomógł jej wrócić na szczyt, choć jeszcze to nie stało się w pełni. Wprost mu powiedziała, że nie sypia z ludźmi, którzy trzymają jej karierę w garści, więc to teraz właściwie robiła? Udawała, że nie widzi co między nimi się dzieje? Tego, że oboje zatrzymywali na sobie spojrzenia dłużej niż to było konieczne? Że czuli coś, czego zdecydowanie nie powinno było czuć żadne z nich?
— To było pytanie, a nie stwierdzenie. — Odparła luźno. Jej spojrzenie nie zmiękło, nie zmieniło się, choć może było bardziej zadziorne niż przed chwilą. — Jeszcze nic nie widziałam, aby wydawać taki werdykt. — Mruknęła, ale nie powstrzymała się przed równie bezczelnym uśmiechem. Bawiła się wybornie, choć nie była pewna, ile z tego było prawdziwe, a ile udawane.
Sloane lekko uniosła brew, kiedy zapytał, czy na tym kończą, czy może zamierza go czymś zaskoczyć. Nie roześmiała się, ale coś rozważała. Mogłaby z łatwością zrobić teraz coś czego albo zacznie żałować albo co skończy się w sposób, którego nie przewidzi żadne z nich. Ale to byłoby za proste, a poza tym… Nie chciała być pierwszą, która się złamie, a pod skórą czuła, że gdy wyjdzie ten jeden nieodwracalny krok to właśnie osoba, która o wykona będzie przegranym, a Sloane przegrywać z nim nie zamierzała.
— Nie podoba mi się.
Obrzuciła go krótkim spojrzeniem, a choć koszula leżała idealnie to Sloane jej na nim nie chciała. Zsunęła ją z jego ramion, opuszkami dotykając ciepłej skóry, która mogła przysiąc, że napięła się pod jej dotykiem. Nie zareagowała. Nie uśmiechnęła się, choć chciała.
UsuńObecnie Sloane nie wiedziała już, gdzie się znajdują i co właściwie ani dlaczego robią. To nie miało sensu. I jednocześnie miało go bardzo wiele, jakby się nad wszystkim zastanowić. Koszula spadła na podłogę, a ona go znów miała bez niej. Słów użyć nie zamierzała, aby mu powiedzieć, że w tej wersji jakoś woli go bardziej. Musiał się zadowolić gestami.
— Znajdziemy ci inną. — Odezwała się cicho. Niby przypadkiem, kiedy ściągała ręce w dół dotknęła torsu. Raz zerknęła w dół, na rozpięte, ale nie do końca spodnie. Mogła się teraz wycofać, ale zamiast tego złapała za materiał z guzikiem i przetrzymała go, a między palce chwyciła uchwyt suwaka. Przeciągnęła go do samego końca, aż nie napotkała oporu. Jeśli wcześniej nie przekroczyli granic, to teraz bez dwóch zdań to zrobili.
Ezra nie tylko ją kusił, ale wręcz zachęcał do przekroczenia kolejnych granic. A potem jeszcze jednych, kolejnych i tak dalej, dopóki Sloane nie byłaby tą, która się podda pierwsza. I może się poddawała, nie wiedziała i już jej to chyba nie obchodziło.
Puściła zamek, ale nie spodnie. Złapała je z drugiej strony, nie szarpała. Jedynie lekko zsunęła, aby zeszły z jego bioder. Zaledwie parę centymetrów, nie więcej, a spojrzenie wciąż miała wbite w jego, choć jej własne szalało już od tego co się działo.
sloane
Sloane próbowała sobie jakoś wytłumaczyć to, co właściwie się działo i jaki miała w tym wszystkim cel, Ale prawda była taka, że nie miała absolutnie żadnego pojęcia. Nie chodziło o to, że chciała się na nim jakoś zemścić za te wszystkie półżarty, którymi się obdarzali. Działo się to wszystko w końcu za obopólną zgodą, prawda? Przynajmniej flirt i spojrzenia, którymi czasem się obdarzali. Nikt przedtem nie przekroczył tych granic w tak mocny sposób, prawda? Wcześniej się nie dotykali, nie ubierali, a już na pewno się nie rozbierali. Tymczasem Sloane robiła to tak, jakby miała pełne prawo do dotykania jego skóry. Do zdejmowania mu koszul i spodni. Kiedy zdejmowała koszule upewniła się, że jej palce niby to nieświadomie dotknął jego skóry. Owszem, chciała również zapamiętać jaką na strukturę skóry. Czy jest ona tak miękka na jaką wyglądała. I była, a nawet miększa niż się spodziewała lub sobie to zwyczajnie wyobraziła.
OdpowiedzUsuń— Ale mi się nie podobała. — Odparła niewzruszona tym, że jemu koszula odpowiadała. Prawda była taka, że jej również pasowała, ale chciała zobaczyć go jeszcze przez chwilę bez koszuli. — Ustaliliśmy, że to ja bawię się w stylistę. Ty miałeś tylko przytaknąć na to, co wymyślę. — Zauważyła. Nic między sobą nie uzgadniali. Miała tylko wybrać mu ciuchy, aby mógł się pokazać w nieubrudzonych szampanem ubraniach. Ona też lepiła się od szampana, który chcąc nie chcąc, Ale sięgnął również jej.
Sloane była ciekawa, co właściwie się wydarzy, jeśli pozwolą sobie na więcej. Właściwie już pozwalali sobie na więcej. Tylko jeszcze żadne z nich nie zrobiło tego kolejnego kroku. Mogla przekroczyć granice. Przybliżyć się. Dłońmi niechcący przesunąć tak, aby dotknąć więcej niż tylko skóry ramion czy torsu. Ezra był niemal na wyciągnięcie ręki, a Sloane po niego nie sięgnęła. Choć mogła. Może by się jej nie opierał, a może wręcz przeciwnie? Może doprowadziłby ją do porządku i wyraźnie zaznaczył, że Sloane przesadziła? Że oboje przesadzili. Nie tylko ona była winna. Ezra jej na to pozwalał, a skoro jej pozwalał to nie widziała powodu, aby się zatrzymać, chociaż były ich całe dziesiątki.
Przez ciało Sloane przebiegały teraz dziesiątki uczuć. Dłonie mogły drzeć, ale im na to nie pozwalała. Patrzyła za to mężczyźnie prosto w oczy. Mogło się zdawać, że Sloane jest niewzruszona, ale tak naprawdę w środku wszystko w niej wręcz wrzało. I popychało do tego, żeby zrobić coś czego oboje mogą później żałować.
— Nie rozbieram siebie ani innych dla umowy. — Przypomniała mu, choć wątpiła, że musiała. Nie robiła tego, bo był dla niej wcześniej miły i dzięki niemu dała sobie radę na scenie. — Miałam ci pomóc, pamiętasz? — Sloane przesunęła wzrokiem po jego torsie, a w głowie miała niepoprawne myśli, które musiała zacząć od siebie odpychać, jeśli nie chciała zrobić czegoś głupiego. Już robiła coś głupiego.
Podchwyciła jego spojrzenie, ale nie dała się temu co słyszała w jego głosie. Ton wskazywał na to, że zaraz ją wyśmieje, choć wiedziała, że tego nie zrobi.
— Nie lubię mówić wprost czego chce. — Przyznała z lekkim uśmiechem. Wszystko czego Sloane mogła chcieć błyszczało jej właśnie w oczach. I Ezra doskonale wiedział czego Sloane chciała, ale poprosić nie zamierzała. — Nie lubisz odrobiny niebezpieczeństwa? — Zaśmiała się pod nosem, a wzrok przesunęła po jego torsie. Tatuaże, których nie znała. Struktura skóry, która była jej obca. Wszystko było nowe i nieznane, a Sloane gotowa, aby się z tym zapoznać wbrew temu, że nie wypadało jej tak nawet o własnym szefie myśleć.
— Bycie przyłapanym bywa czasem ekscytujące. — Mówiła dalej, jakby właśnie na to liczyła, choć dobrze wiedziała jakim skandalem by takie plotki mogły się skończyć. Nawet nie plotki, bo gdyby ktoś tu wszedł to zastałby ciekawą scenę między nimi. — Mamy reputację do utrzymania, racja?
UsuńKiedy się odsunął jej dłoń zsunęła się z jego biodra. Powstrzymała to ciche westchnienie pełne rozczarowania, kiedy Ezra choć wciąż w zasięgu jej dotyku to nie był już tak blisko. Nie zaczepiła go po raz kolejny, mimo, że mogła.
I uznała, że tę rundę wygrała ona.
Bez znaczenia, że Ezra odsunął się przez zdrowy rozsądek. Bo wejść tu mógł każdy. Może nie każdy, Ale wiele osób, a to było aż nadto.
— Ubiorę cię. Żebyś mi się tu nie zawstydził przypadkiem.
Wzięła o ton ciemniejszą koszulę, którą mu podała, a po chwili to samo zrobiła ze spodenkami. Licząc, że trafiła z rozmiarem. Jeśli nie będzie musiał radzić sobie sam.
— Znaczy, ty się ubierzesz. — Poprawiła się, stojąc z koszula i spodniami w ręku. Wzrok blondynki spoczął znów na mężczyźnie, chociaż teraz patrzyła mu w oczy. Jakby zejście wzrokiem niżej poparzyłoby ich nawzajem. — Czy wciąż jednak potrzebujesz pomocy?
sloane
Nie tylko on się wahał.
OdpowiedzUsuńSloane przez moment była pewna, że jednak pozwoli sobie na więcej. Sytuacja aż się o to prosiła, prawda? Bez myślenia, czy ktoś tu wejdzie i ich przyłapie, bez zastanawiania się co wypada, a co nie. I prawda była taka, że parę sekund dłużej, a nie trzymałby w rękach ubrań, ale ją. Nic jednak się nie wydarzyło. Sloane nie uciekła od jego spojrzenia, które mogło być przytłaczające, ale nie dla niej. Lubiła takie gry. Ten moment, kiedy żadne z nich nie miało pewności co wydarzy się za pół sekundy.
Przechyliła lekko głowę na bok, kiedy Ezra się odezwał. Uśmiech blondynki nieznacznie się zmienił. Z tego bezczelnie pewnego siebie na bardziej… Niewinny? Słodki? Niepasujący niczym do atmosfery, którą między nimi rozgrzewała co chwilę.
— A co próbowałam tu z tobą zrobić, Ezra? — Zapytała. Potrafiła przejść do tej nieświadomej dziewczyny, która nie zdawała sobie sprawy z tego co robiła. Chryste, rozbierała go. Koszulę można było przeżyć, ale reszta? Sloane sprawnie przecięła przed chwilą granice i zdawała sobie z tego sprawę. — Próbowałam ci tylko pomóc… Jak dobra stylistka. Byłam grzeczna.
Wzrok blondynki ześlizgnął się na jego dłonie. Była niemal pewna, że dostrzegła, jak mu raz zadrżały. Albo sobie to wyobraziła. Tego nie była pewna, ale i tak było to bez znaczenia.
— Chyba nie są nami zainteresowani, skoro nikt się tu nie dobija i nas nie szuka. — Wzruszyła ramionami. Albo widzieli, jak tu się razem zamykają i mimo wszystko, ale woleli nie przerywać. Sloane nie byłaby zaskoczona. Plotki w takim miejscu tworzyły się szybko. Chyba, jak w każdym miejscu pracy. To byłaby zresztą soczysta plotka. Sloane i Ezra razem? Brzmiało to nieprawdopodobnie, ale sprzedawałoby się dobrze.
Uśmiechnęła się lekko pod nosem, prawie kręcąc głową.
— Och, wykonuję posłusznie polecenia. — Zapewniła znów odnajdując jego oczy. Niepotrzebnie się ubierał i tworzył ten dystans, mógłby się o tym przekonać. — Tylko nie miałeś okazji się o tym przekonać, a jedną… Zmarnowałeś.
Nie mówiła tego z żalem ani rozczarowaniem. Przynajmniej jedno z nich wykazało się rozsądkiem, którego Sloane najwyraźniej dziś kompletnie zabrakło. I za to przepraszać nie miała najmniejszego zamiaru. Była świadoma tego, co robiła i jak to mogłoby się skończyć, gdyby Ezra nie postawił granicy. Cienkiej, łatwiej do zburzenia, ale wciąż granicy.
Stała spokojnie, kiedy zdjął spodnie. Bez choćby cienia emocji na twarzy. Nie była to obojętność, ale nie reagowała też przesadnie. Chwilami sama nie wiedziała, co ma właściwie o tym wszystkim sądzić i czy nie powinna była się wycofać. Ezra był jej producentem. Powtarzała to sobie jak mantrę, ale niezbyt to do blondynki trafiało. I przez to, że nie trafiało zlustrowała go wzrokiem. Nawet nie udając, że to się dzieje przypadkiem. Bo w końcu między nimi nic nie działo się przypadkiem, prawda? Nawet, jeśli się wydawało, że tak jest to nic z tego nim nie było.
— Wyglądasz dobrze. Nie masz tam iść, jak nastolatek po imprezie. — Przewróciła oczami, ale skoro było mu w tym za elegancko… To proszę bardzo. Niech ubiera się sam. Na niej zrobił większe wrażenie. Rękawy powinny być podciągnięte do łokci, trochę rozpięta, aby nie było zbyt przesadnie grzecznie. To zrobiłoby robotę, ale najwyraźniej tylko na nią działały takie elementy.
Sloane nie wtrąciła się w to, jak próbował poszukać czegoś lepszego. Stała obok, ręce skrzyżowane miała pod piersiami, a jej wzrok nie schodził z jego sylwetki nawet na sekundę. Próbowała się uspokoić, odciąć, ale gdy tylko była tego blisko on robił coś innego. Koszula w moment zniknęła z jego torsu, a ten znów był odsłonięty. Jej myśli przyspieszyły. Ezra działał jednak szybciej, a Sloane nie zdążyła zareagować ani wyrzucić z siebie choćby słowa.
Wrzało jej pod skórą. Była głodna dotyku i uwagi, ale nie byle jakiej. Kogoś kto potrafił za nią nadążyć, a Ezra… Wyglądało na to, że on potrafi. Tylko Ezra był naprawdę niedostępny i musiała wbić sobie to do głowy, zanim wydarzy się coś, czego nie będą w stanie cofnąć.
Uśmiechnęła się połową ust, gdy przyznał, że dobrze wygląda. Owszem, cholernie dobrze wyglądał, ale tego już nie zamierzała powiedzieć mu na głos. Zbyt dużo zrobiła już i tak. To był moment, aby zacząć odpuszczać, ale Sloane nie byłaby sobą, gdyby naprawdę już odpuściła.
Usuń— Na pewno nie przyjechaliśmy tu dla meczu. — Odparła. Byli tu dla niej i oboje o tym wiedzieli. Mecz, może i ważny, ale dla nich nie był najważniejszy. Teraz był on tylko dodatkiem do tego co naprawdę się liczyło.
Musiała na moment przymknąć oczy, gdy przechodził obok i się o nią otarł. Tylko, że to nic nie dało, a kiedy jej dotknął unosząc głowę do góry jej usta mimowolnie, ale się rozchyliły. Była niemal pewna, że kciukiem musnął dolne usta blondynki, albo i to sobie wyobraziła. Znalazł się blisko… Niebezpiecznie blisko, a ona przez moment naprawdę myślała, że się nachyli, aby ją pocałować, ale zamiast tego… Nic. Cholera.
— Zapomniałeś o mnie. — Odezwała się, ciszej niż zamierzała, ale zanim jego dłoń chwyciła klamkę. Dostrzegła moment zmieszania w jego oczach, krótki i ledwo zauważalny, ale tam był. Zrobiła krok w jego stronę, odgarniając włosy na jedno ramię, a potem odwróciła się do niego plecami. Body miało wszyty cienki suwak. Niemal niezauważalny. Niewielki, który pewnie rozsunęłaby sama, ale nie musiała. — Przynajmniej go rozepnij.
sloane
Dobrze wiedziała, że przesadzili. Nie wydarzyło się nic spektakularnego, a jednak unosząca się w powietrzu atmosfera zdradzała, jak wiele w nich teraz buzowało. Kosztowało ją to znacznie więcej niż skłonna była przyznać, aby zachować resztki profesjonalizmu, który podobno w sobie miała. Próbowała się przekonać, że to wszystko było tylko w jej głowie, ale dobrze wiedziała, że nie. Oboje to czuli, choć nie potrafili tego nazwać. I może nie wszystko trzeba było nazywać, a na ten moment to było niepotrzebne.
OdpowiedzUsuńPróbowała od siebie odepchnąć wszystko to, co poczuła, kiedy stał za nią i niemal czuła na karku jego oddech. Spokojny, niemal niewzruszony tym co się między nimi działo. Gdyby Sloane nie znała go w ogóle uznałaby, że Ezra nie odczuwa żadnych emocji. Czasami owszem sprawiał takie wrażenie, ale widziała dziś zbyt dużo, aby posądzić go o to, że nie ma ich w sobie. Miał, ale dobrze się z nimi krył. Powoli wypuściła powietrze przez nos, kiedy rozsuwał jej kostium. Przez ułamek sekundy myślała, że jednak go to złamie, ale nic podobnego się nie wydarzyło. Padło tylko te ciche „ogarnij się”, które wcale nie brzmiało jakby zrobiła coś złego, ale… Faktyczna troska, którą okazywał jej dziś w zastraszająco dużej ilości.
W powietrz wisiało wciąż te „może kiedyś”, które mogło nigdy nie nadejść, ale nie wyglądało na to, aby mieli sobie tego kiedyś specjalnie zakazywać. Sloane się już nie odezwała. Zupełnie jakby ta rozmowa między nimi sprawiła, że nie była w stanie już z siebie wydać nawet dźwięku. Kiedy drzwi się za nim zamknęły Sloane zsunęła z siebie body. Poczuła natychmiastową ulgę, bo choć było ono dopasowane, to było jej w nim już zwyczajnie niewygodnie i ciężko. Wzięła szybki prysznic, aby rozluźnić mięśnie, zmyć z siebie pot i szampana, a także trochę się ostudzić. Cokolwiek, aby przestać o nim myśleć. Tylko, że on cały czas siedział w jej głowie. Wciąż przed oczami miała półnagiego Ezrę z tym swoim bezczelnie kpiącym uśmiechem, który doprowadzał ją do szału. Był irytująco nieznośny, a jednocześnie to właśnie to ją do niego przyciągało najbardziej. Miała kłopoty i o tym wiedziała. Nie zawodowe. Z nim. Przez to do czego sama doprowadziła w swojej garderobie. Przez tę wymianę zdań i spojrzeń, zbyt bliski kontakt. Oddechy, które się ze sobą niemal mieszały. Sloane do tego doprowadziła, a Ezra w tę grę wszedł. Potrafił sprowadzać ją na ziemię, czego nie zrobił. On do niej dołączył.
Poprawiła makijaż, dorobiła ciemniejsze oko i dołożyła odrobinę więcej bronzera na policzki. Wbiła się w krótką, czarną skórzaną spódniczkę, obcisły crop top, który był wcześniej dłuższą koszulką, a którą Sloane wieki temu rozcięła i kabaretki, klasycznie. Potrzebowała wrócić, chociaż na moment, do tej wersji siebie, która cięła nożyczkami ubrania, a potem wychodziła w nich do klubu. Zrezygnowała ze szpilek, choć te czarne, skórzane patrzyły na nią tęsknym wzrokiem, na rzecz botek na słupku. Bardziej swoim strojem mogła dawać znać, że idzie na szybką kawę, a nie na after party, ale to było dla niej nieistotne. Jej wieczór. Jej sukces. Jej zasady.
Gra tocząca się na boisku jej nie interesowała. Interesował ją Ezra i to trochę za bardzo. Powinna była teraz siedzieć z kumpelami, pić kolejnego szampana, a kiedy tylko wróciła pierwsze co, to podeszła do mężczyzny i wciąż udawała, że wszystko co się działo było jednym, wielkim przypadkiem, na który nie miała wpływu.
Uśmiechnęła się pod nosem na jego odpowiedź.
Wsunęła jedną frytką do ust, a potem na niego spojrzała.
— Rozebrać cię? Sam poprosiłeś, żebym została twoją stylistką, a potem to zignorowałeś. — Odparła niewzruszona, choć w środku w niej wciąż wrzało dokładnie tak samo. — Mam tam łazienkę i o tym wiesz. Mogłeś zawsze pójść się tam przebrać. To nie moja wina, że postanowiłeś to zrobić przede mną.
Wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic wielkiego. W teorii to było coś wielkiego. Może przesadzała, ale zwyczajnie nie spodziewała się, że między nimi dojdzie do czegoś więcej niż parę zaczepnych uwag, a to… To było czymś więcej i oboje zawali sobie z tego sprawę.
Usuń— Przecież sobie nakładam i będę jadła. — Przewróciła oczami na jego uwagę. Nie jadła dużo, to fakt. Ta frytka była pierwszym co zjadła od wczoraj. Próbowała zjeść śniadanie jeszcze w hotelu, ale nie dała rady. Odrzucało ją. Jechała na kofeinie i nadziei, że się uda.
I się udało.
Nie było tych frytek ani skrzydełek dużo. Mniej niż zwykle, ale żołądek wciąż miała ściśnięty nerwami. Nie tak, jak jeszcze chwilę temu, ale odczuwała jeszcze skutki występu, a może Ezry. Ciężko było jej stwierdzić co tak właściwie teraz jest powodem zaciśniętego żołądka.
— Kto w ogóle gra? I kto prowadzi? — Spytała. Przez ogromne okno z widokiem na boisko widać było biegających za piłką ogromnych facetów, choć z tej perspektywy byli naprawdę mali.
Jadła frytki niby patrząc na boisko, niby gdzieś na ścianie zawieszony był telewizor i nadawali mecz na żywo, ale jej uwaga i tak raz po raz uciekała w stronę mężczyzny, choć już absolutnie nie powinna była zwracać na niego uwagi.
sloane
Nawet, kiedy przypominała sobie, że Ezra jest człowiekiem, któremu zawdzięcza to, że w ogóle może siedzieć w tej loży po udanym występie – na cholernym Super Bowl – to wciąż nie potrafiła przestać myśleć o tym, co się między nimi wydarzył. Wiedziała, że do tego doprowadziła, ale on nic nie przerwał. Był równie winny co Sloane, a może nawet bardziej.
OdpowiedzUsuń— Zaproponowałam, czy mam ci pomóc, a ty… Ty mnie pogoniłeś, że nie pomagam ci ze spodniami. — Odpowiedziała, ale ciszej tym razem. Bo już nie byli sami w garderobie, a wokół było stanowczo zbyt dużo ludzi, którym Sloane nie ufała. Nawet, jeśli każdy tu był z podpisaną umową o poufności to pewne rzeczy lepiej było zachować dla siebie. — Wydaje się, że to wcale nie mi zależało najbardziej.
Puściła mu oczko i uśmiechnęła się, jakby rozmawiali o pogodzie, a nie o tym, jak rozbierała go wzrokiem (i nie tylko) w garderobie. Tylko rozbierała. Nie pamiętała, czy kiedykolwiek był moment, kiedy rozbierała faceta, a ten ubrał się i nie wydarzyło się nic. Z jednej strony ją to zaskoczyło, a z drugiej… Sama nie wiedziała co ma o tym myśleć. Może właśnie tego spodziewała się po Ezrze? Może tylko zagrał w jej grę, odnajdywał się w niej, ale nie była ona niczym więcej, jak właśnie tylko grą. Taką, która nigdy nie odnajdzie mety.
— Nic mi nie będzie. — Przewróciła oczami, znowu. Mimo, że miał rację. — W porządku, dawaj to udko. — Westchnęła widząc, jak się nad nim wręcz modli. Wybór był tu spory, a ona siedziała z tymi trzema frytkami na krzyż. Jadła, nie głodziła się. To stres i wszystko inne. — A poza nim zamierzasz się ze mną szarpać?
Wciąż nie potrafiła zejść w pełni z tego flirciarskiego tonu, choć należało. Zwłaszcza tutaj, bo w każdej chwili ktoś mógł podejść. Porozmawiać z nią czy nim, o coś zaczepić. Przedtem Sloane nie zwracała uwagi na to, czy ich zaczepki ktoś słyszy, a potrafiły być one głośne. Ale były właśnie tym. Zaczepkami, a garderobie sama już nie wiedziała w jakim miejscu się w zasadzie z tą relacją znajdują.
— Super. — Mruknęła i zerknęła na ekran, ale cholera, tyle lat oglądania tego, a i tak nie wiedziała o co w tym chodzi. Amerykańska tradycja, której chyba nikt nie rozumiał. Sloane nigdy nie potrafiła. Pamiętała, jak jej matka zawsze narzekała, kiedy albo wszyscy we trójkę na Super Bowl lecieli albo ojciec oglądał w telewizji. Sloane tam była tylko, dlatego że nie miała innego wyjścia. — Jesteś fanem?
Zerknęła na niego, a to chyba był pierwszy raz, kiedy pytania nie ociekały tym nieustającym flirtem. Ot, zwykłe pytanie o sport, o którym wiedziała tyle co nic, mimo że oglądała od małego, a potem z Carterem. Chyba dwa razy. Jej pamięć nie była teraz w najlepszym stanie.
Sloane spojrzała na swoje ubrania, a potem na niego.
— Co ci niby nie pasuje? — Uniosła brew, a jej ton wcale nie musiał być defensywny. Wyglądała dobrze i o tym, cholera, wiedziała. On również. — Chcesz mnie przebrać?
To było dosłowne pytanie. I dałaby mu to zrobić. Wcale nie, dlatego że chciała znaleźć się z nim sam na sam. Była ciekawa w czym on ją widział. Cukierkowa sukienka mini? Coś bardziej stonowanego? Spodenki imitujące spódniczkę zamiast miniówki, w której nie mogła się nachylić nawet o pół centymetra? Klasyczne szpilki zamiast ciężkich botek?
— Nie porównuj tamtej kamizelki do tego. — Ostrzegła, a oczy lekko przymrużyła. — To była twoja modowa wpadka, ale nie umiesz się do tego przyznać. Rozumiem, wszyscy mamy swoje „ale to wyglądało dobrze”, kiedy w rzeczywistości… Aż dziwne, że ktoś cię nie zagonił na najbliższą budowę i nie wcisnął kasku na głowę. — Sięgnęła po frytkę, którą zmoczyła w sosie, chyba BBQ, ale nie była pewna i wsunęła ją do ust. Dla niego, aby przestał jej marudzić, że niewystarczająco je.
Bez pytania o pozwolenie sięgnęła po puszkę, którą trzymał w ręku. Dłonie miał przyjemnie cieple w kontraście do schłodzonej puszki. Nie interesowała się tym, co jest w środku. Tylko się napiła. Od słonych frytek strasznie chciało się jej pić. Potem równie bez słowa mu ją wcisnęła z powrotem w dłoń.
Mogła udawać, że ciekawi ją gra, ale ciekawił ją on. Wciąż wracała myślami do tego, co między nimi się wydarzyło. Coś się faktycznie wydarzyło, czy to była jednorazowa sytuacja, która więcej się nie powtórzy? Mieli udawać, że nic nie poczuli? Nawet, jeśli to było chwilowe? Tak byłoby najlepiej, ale w końcu Sloane nie podejmowała rozsądnych decyzji. I tym razem również nie zamierzała. Sprowadzić na ziemię mógł ją tylko on, a nie zapowiadało się na to, aby Era tej grze miał powiedzieć stop.
Usuńsloane
Czy jej zależało? Nie była pewna. Być może po części. Sloane, a przynajmniej tak się jej wydawało, że miała za sobą etap sypiania z kim popadnie, bo jej się nudzi i potrzebuje uwagi. Albo była po prostu zbyt zajęta w ostatnim czasie, aby o tym myśleć. Ezra zapełnił jej grafik po brzegi. Nie miała zbyt wiele czasu dla samej siebie i jej to odpowiadało, bo to oznaczało, że nie musi myśleć o sobie i własnych problemach, które często nie pozwalały jej spać w nocy.
OdpowiedzUsuń— To źle? — Owszem, to źle. Nie powinna była tego chcieć od niego. Dawniej mogłaby powiedzieć, że to wszystko wydarzyło się, bo Ezra dawał jej uwagę i sprawił, że czuła się ważna, a teraz? Nie miała żadnej wymówki, bo to się po prostu wydarzyło. Nie dążyła celowo do tego, co się między nimi wydarzyło. Choć nie wydarzyło się wiele.
Sloane nie drgnęła, kiedy się nad nią pochylił. Jej spojrzenie pozostało uważne i skupione na jego. Wciąż pod skórą czuła to, co wtedy w garderobie, kiedy był blisko. Tylko teraz miała nad tym lepszą kontrolę. Blondynka uśmiechnęła się nieznacznie w odpowiedzi, jakby ten uśmiech miał mu powiedzieć wszystko.
— Gdybyś nie miał ochoty… Nic by się nie wydarzyło. — Była tego pewna. Odsuwał się, kiedy ona przekraczała kolejne granice, ale nie dystansował się, bo mu przeszkadzała, ale bo w przeciwieństwie do niej wiedział lepiej. — Jeśli według ciebie mogę wyglądać lepiej, to śmiało. Tylko żadnych kamizelek.
Sloane lubiła słyszeć potwierdzenia, że jest pożądana, ale przy nim nie potrzebowała słów. Widziała wystarczająco wiele w oczach, gdy się do niego zbliżała, a jej dłonie raz były przy jego szyi, a chwilę później paznokciami zaczepiała o napięty brzuch. Zauważyła, jak wtedy jego oddech się zmienił i zmianę w spojrzeniu również widziała. To jej wystarczyło w zupełności na tamten moment.
Odchyliła się lekko, ale nie po to, aby zbudować między jakiś dystans. Ezra od samego początku był z nią szczery, więc nie miała żadnego powodu, aby sądzić, że teraz jest inaczej.
— Skoro rozbieranie/przebieranie mamy za sobą, to chociaż mi powiedz w czym wyglądałabym lepiej. — Sloane nie potrzebowała jego aprobaty. Wiedziała, że wygląda dobrze. Może nie jakby właśnie wróciła na szczyt, ale nie miała na sobie byle czego. Zawsze mogła okleić się różnymi markami, ale nigdy jej o to nie chodziło, a już zwłaszcza dziś nie chciała zwracać na siebie uwagi metkami, a przede wszystkim samą sobą.
Siedziała tuż obok niego, a pod skórą wciąż czuła to przyjemne drżenie, jak wtedy, kiedy była pewna, że ją pocałuje. Tylko nic podobnego się nie wydarzyło. Nie, bo nie chcieli, a bo jedno z nich było bardziej odpowiedzialne od drugiego. Ezra balansował teraz między tym producenckim tonem, którego używał, gdy był z nią w studio, a tym pochodzącym od faceta, który pozwalał jej na to, żeby go rozbierała w garderobie. Sloane wtedy przez moment zastanawiała się, czy uspokoiłby ją, gdyby jednak go pocałowała, czy może wszedłby w to z pełnym zaangażowaniem, a potem udawaliby, że nic się między nimi nie wydarzyło.
— Wiesz, jestem chyba dziś w nastroju, żeby spełniać życzenia. Więc… możesz to wykorzystać i mnie odesłać, żebym wróciła ubrana odpowiednio? — Była gotowa, aby to zrobić i bez zaciągania go z powrotem ze sobą, choć ton jej głosu wskazywał, że nie będzie miała nic przeciwko jeśli postanowiłby pójść tam razem z nią. Tylko zniknięcie teraz razem… Dopiero mogłoby wzbudzić plotki, a tych raczej nie potrzebowali, a jednocześnie Sloane nie miała sil, aby się tym przejmować.
Na moment dobrze było odejść od tego podszytego flirtem tonu. Skupić się na czymś tak prozaicznym, jak na rozgrywającej się przed nimi, a nie między nimi, grą.
— Wyglądasz mi na fana Eagles. Trafiłam? — Nie była pewna skąd się w niej to przekonanie wzięło. A może wyglądał, skoro teraz nie miał już za bardzo czasu na drobne przyjemności, jak bieganie po stadionach, aby obejrzeć mecz. Teraz biegał po stadionach, aby oglądać ją, prawda?
Sloane przyjęła jego odpowiedź w milczeniu. Bez rzucania żadnego „przykro mi” czy innego współczucia, które najpewniej powinno być pierwszym odruchem. Taka w końcu kolej rzeczy, nie?
— Masz okazję dziś nadrobić. — Rzuciła luźno, jakby przed chwilą wcale mu nie proponowała, aby jednak wrócili do garderoby. Albo żeby ona tam wróciła. Bez znaczenia w zasadzie. — Nigdy nie rozumiałam o co w tym chodzi. Ojciec mnie też zabierał na mecze, jak byłam młodsza. Koszulki LA Chargers, hot-dogi z musztardą. Lubiłam to albo to, że to był jeden z niewielu momentów, kiedy był sobą. — Wzruszyła ramionami bez większych emocji, jakby to już teraz było bez znaczenia.
Usuń— Z obowiązku rodzinnego robię inne rzeczy. — Uśmiechnęła się kwaśno kątem ust. Żadna tajemnica, że Sloane jednak poszła w ślady rodziców i ubarwiała sobie czas białym proszkiem. — Może nie będę oglądała wszystkich meczy, ale Super Bowl nie przegapię. To chyba obowiązek każdego Amerykanina.
sloane
Zatrzymała odpowiedzieć z tylko jednego powodu. Gdyby mu powiedziała co tak naprawdę myśli coś musiałby z tym zrobić, a to nie było miejsce ani czas, żeby coś robili. Nie była ślepa i nieczuła, aby nie zauważyć, że to co między nimi się wtedy działo nie było kwestią przypadku. Owszem, mogło być wywołane chwilą i tym, jak traktowali siebie nawzajem przez ostatnie tygodnie, ale jeśliby się wydarzyło to tylko dlatego, że oboje tego chcą. Sloane nie chciała się przyznać do tego, czego chciała naprawdę. Sloane chciała jego uwagi, ale równie mocno chciała, aby ją rozebrał z własnej inicjatywy, napędzany przez pożądanie i namiętność, którą między sobą zbudowali, a które teraz próbowali ugasić. Nieskutecznie, jak widać. Bo w tamtej chwili, gdy byli w jej garderobie, kiedy czuła na skórze jego oddech i ciepło bijące od wpół rozebranego ciała Sloane nie widziała w nim swojego producenta – tego bezwzględnego przedsiębiorcy, który zabrał ją na Super Bowl i dał występ, którego nie zapomni. Widziała faceta, od którego nie potrafiła oderwać wzroku. Mężczyznę, z którym dzieliło ją wszystko, a z którym znalazła wspólny język i któremu nie potrafiła się oprzeć. Mimo, że powinna. To ona wtedy czekała na ruch z jego strony, jak na potwierdzenie, że to nie działo się tylko w jej głowie. Nie odpowiedziała, bo może mimo wszystko, ale będzie lepiej zatrzymać się teraz niż gdy będzie już za późno, a oni nie będą w stanie spojrzeć sobie w oczy. Zdusić w zarodku to, co się działo. Czymkolwiek to miało być.
OdpowiedzUsuńUniosła lekko brew na wzmiankę o collabie.
— Może zrobimy. — Zgodziła się z nim. Zwykle dopytałaby o szczegóły, jakby już na miejscu gotowa była szykować kolejną bombę, która zszokuje fanów, ale teraz Sloane się rozluźniała. Potrzebowała tej chwili luzu, zanim znów wpadnie w sieć imprezy, a to nadchodziło dużymi krokami.
Sloane ostrożnie nachyliła się w jego stronę, kiedy wrócili do tematu jej ubrań. Zapamiętywała to, co jej mówił. Robiła notatki w głowie. Zapamiętywała na później, jakby chciała to kiedyś wykorzystać i w ten sposób go może zaskoczyć? Sama nie wiedziała. Ale na moment znów poczuła się, jak w tej garderobie, gdy był blisko.
— Może jednak powinnam dać ci się ubierać od czasu do czasu. — Mruknęła w odpowiedzi, a w jej głosie była cicha nuta zaczepności, której nie potrafiła sobie odmówić. Przesunęła wzrokiem po jego sylwetce, zanim wróciła do jego oczu. — Ale marynarka na mecz… to może za dużo. Ale czeka nas w końcu after party, prawda? — Pytała, jakby się upewniała, czy tej nocy faktycznie zamierza bawić się razem z nią. Nawet, jeśli tylko miało to być przez chwilę. Jedynie wspólne wejście do klubu, a potem każde rozproszy się w swoją stronę? Była tu w końcu z koleżankami, z którymi najpewniej właśnie spędzi resztę nocy, ale wyraźnie też zaznaczyła, że nie miałaby nic przeciwko, gdyby Ezra przypadkiem odnalazł ją w klubie gdzieś samą.
Rozluźniona Sloane to była gadatliwa Sloane. Wystarczyło ją odpowiednio podejść, a mogła zacząć gadać o wszystkim, a już zwłaszcza o swoich problemach. Działo się to szybciej, gdy komuś ufała, a Ezra od niej tego zaufania dostał więcej niż się blondynka spodziewała.
— Drużyn się podobno nie wybiera, one wybierają ciebie. — Zaśmiała się, a to brzmiało na całkiem rozsądne wytłumaczenie. — Nie pytam, nie oceniam. Koszulkę miałeś chociaż podpisaną? Nie wiem, czy bez autografu się liczy.
Zanotowała sobie, że miał brata. Nie wiedziała o tym. Zanotowała również to, co mówił o ojcu. Sloane aż za bardzo lubiła grzebać w życiu prywatnym i pewnie pociągnęłaby ten temat dalej, ale to nie było miejsce ani czas.
Zaśmiała się pod nosem na jego stwierdzenie o jej „ulubionym” temacie. Było boleśnie prawdziwe.
— Lepiej funkcjonuje, kiedy mam co robić. — Przyznała i wzruszyła ramionami. Problemy się zaczynały, gdy jej się nudziło. Zbyt wiele wolnego czasu oznaczało kłopoty, a od paru tygodni Sloane była od nich wolna. Studio, hala do przećwiczenia układu, siłownia i do domu na sen. Nie miała, gdzie wciskać swoich dramatów.
sloane
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem. Cały wieczór była przekonana, że widzą się w Empire, bo o to właśnie pytał. Wpadnę — właśnie to powiedział. Zapewnienie, że tam będzie. W klubie, gdzie Sloane osobiście zrobiła rezerwację dla siebie, kumpelek, które jej teraz zniknęły z oczu, ale najpewniej były niedaleko zachwycając się futbolistami i zastanawiając, który jest wolny lub, skoro grali Chiefsi, to w której loży siedzi Taylor i czy udałoby im się tam przedostać, skoro Sloane wcześniej wyraźnie zaznaczyła, że nie będzie korzystała z kontaktów, żeby im załatwić fotkę. Nawet sobie nie załatwiała takich rzeczy. Ezra tam miał być. Świętować razem z nią, więc teraz, kiedy rzucił te „nie wiem, czy jestem wpisany na listę gości” pomyślała, że może o czymś zapomniała, czy że przypadkiem dała mu o zrozumienia, że go tam nie chce. Chciała. Na długo przed tym, jak cokolwiek się między nimi wydarzyło. Wciąż uważała, że to był ich sukces, a nie tylko jej.
OdpowiedzUsuń— Mówiłeś, że wpadniesz. — Powiedziała. Być może ukryła to, jak na moment zgasła, kiedy pojawiła się ewentualność, że go tam nie będzie, a może była ona aż nazbyt widoczna. Sama wizja, że mogłoby go tam nie być w moment sprawiła, że nie miała ochoty iść. Jakby świętowanie bez niego, nawet siedzącego przy stoliku, nie miało już żadnego sensu. — Jak chcesz, nie czuj się zobowiązany.
Niekoniecznie musieli tam jechać razem, jeśli nie chciał. Sama już nie wiedziała, co właściwie sobie myślała. Liczyła może na wspólnego shota, bo im się udało. Nienawidziła w sobie tego, jak takie małe i na pozór nieistotne rzeczy ją rozbrajały i odbierały humor w moment. Te dawanie obietnic, a potem ich zabieranie, jakby nic nie znaczyły.
Sloane na moment skupiła się na uszczuplaniu swojej porcji frytek i skrzydełek. Pusty talerz odłożyła na stolik przed sobą, a potem niby z nudów wyjęła telefon, aby nagrać kawałek rozgrywki i wrzucić na stories, choć ani jej ta gra nie interesowała ani nie bawiła w obecnej chwili.
— Nie wiem, jakie priorytety miały dzieciaki w tamtym czasie. Nawet wtedy nie istniałam. — Brzmiało to trochę zabawnie, patrząc na to, że siedzieli teraz ramię w ramię, a wtedy Ezra nawet nie miał pojęcia, że dwadzieścia parę lat później będzie go wkurwiać młoda piosenkarka, która wszystko zawsze musiała mieć ustawione według własnego widzimisię. — Teraz, gdybyś chciał… mógłbyś zgarnąć autograf kogo chcesz. Ale raczej nie bawisz się w kolekcjonowanie podpisów. Rozdajesz własne.
Sloane sama też nie potrafiła wyobrazić samej siebie uganiającej się za autografami od kogoś. Może to kwestia wychowania. Tego, że od małego była w tym świecie. Że niedzielne grille odbywały się w towarzystwie ludzi, których większość widywała tylko na ekranach telewizorów i zwyczajnie przestało to na niej robić jakiekolwiek wrażenie.
— Nie, nie wytrzymałabym długo. Wątpię, że z kimś takim bym się dogadała. — Wzruszyła ramionami. Nie miała problemu, aby włożyć coś dla Zaire’a, gdy postawił ją przed faktem dokonanym, ale to była inna sytuacja. Nie kontrolował jej garderoby. To były zachcianki, które Sloane chętnie realizowała. — Ale zawsze rozważę propozycję, jeśli jestem w dobrym nastroju. Potrafię się czasami słuchać innych.
Sloane dawno była na tej cienkiej linii między zniszczeniem samej siebie, a kompletnym wypaleniem. Ezra ją od tego odciągał, a ona się nie buntowała. Wiedziała, że musi odkryć na nowo kim jest. Tylko te zmiany nie przychodziły w ciągu tygodni. Zajmowało to więcej czasu, ale pracowała nad sobą. Nad tym, aby nie potrzebować wiecznie zajęcia, aby się nie pogubić.
— Dobrze, kiedy zdają sobie z tego sprawę i mogą coś z tym zrobić, nie sądzisz?
Odwzajemniła spojrzenie mężczyzny, którego nie musiała analizować. Wiedziała, czego w niej szukał, kiedy się przyglądał. Mówił o niej, a Sloane to wiedziała. Sama mu się przyznała już dawno, jak wygląda jej rzeczywistość i że jest pogubiona, ale się stara. Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie próbowała swojego życia naprawić.
— Wypełniłeś mi grafik na najbliższe pół roku. Aż dziwne, że mam wolne dziś wieczorem.
Potrzebowała mieć zapełniony grafik. Przynajmniej na ten moment, a potem… Potem będzie już łatwiej, kiedy nie będzie musiała tak o wszystkim myśleć. Może do tego czasu obecne problemy przestaną mieć już jakiekolwiek znaczenie, a Sloane na dobre będzie mogła skupić się już tylko na sobie.
UsuńUniosła lekko brew, kiedy zaczął mówić dalej. Sloane przez moment milczała, jakby tym razem to ona analizowała jego. Na usta cisnęły się jej same niepoprawne odpowiedzi. Kąciki ust lekko się uniosły, a w oczach zatańczyły te same iskierki, które wyciągnął z niej pół godziny temu, gdy byli sami.
— Wiedziałam, że chcesz tam ze mną wrócić. — Ton miała figlarny, zaczepny wręcz. Oni znów w garderobie? Przecież to prosiło się o kłopoty, a Sloane najwyraźniej nie miała ich dość. — Ale w porządku, możemy udawać, że chodzi o modę, sztukę… — A nie o to, które z nas ulegnie pierwsze. Po wszystkim co się działo Sloane już nawet nie byłaby zaskoczona, gdyby się okazało, że to jednak ona przegra.
— Deal. Jeden taniec za outfit.
sloane
Sloane roześmiała się na jego komentarz, który równie dobrze mógł być przytykiem. Dobre, dziecko z rozwodem na koncie, ale może faktycznie w porównaniu z nim właśnie tym była. Dzieciakiem, który znalazł się na tym świecie przez pomyłkę i tylko starał się na moment zaistnieć.
OdpowiedzUsuń— Dwa lata pełnoletnia. Nie martw się, nie skończysz w pomarańczowym kombinezonie. — Odparła, wciąż rozbawiona i ani trochę urażona, choć może powinna. Daleko było jej do dziecka. Nawet, jeśli zachowywała się, jak rozkapryszona małolata, bo nią była. Dwadzieścia trzy lata, przynajmniej rocznikowo, bo do urodzin miała jeszcze trzy miesiące. Niektóre w tym wieku miały dzieci. I Sloane nawet mogła palcem wskazać kto. Na sekundę zmarkotniała. Nie. Dziś o tym nie ma myślenia. Nie ma szans, że pozwoli, aby ktokolwiek, a już zwłaszcza oni popsuli jej ten dzień. Jej dzień.
Nie wydawało mu się. Sloane go tam chciała. Nie w desperackiej potrzebie uwagi, a jako osobę, bez której to wszystko by się nie udało. Ezrę, który mimo jej humorków, które zmieniały się co dziesięć sekund nie kazał jej wypierdalać, tylko zaciskał szczękę w ten swój sposób, a potem dosadnym tonem kazał się jej uspokoić i brać do roboty, a ona się słuchała. Nie płakałaby, gdyby się nie zjawił. Trudno, prawda? Sam mówił, że to jest jej noc, więc być może, ale nie chciał psuć jej wieczoru swoją powagą i zostawi samą z koleżankami. Jego wybór i do niczego go nie zmusi.
Kiedy robiła filmik, aby się od tego odciąć na moment mocniej zacisnęła zęby. Jakby powstrzymywała samą siebie przed wypowiedzeniem czegoś na głos. Nie lubiła okazywać słabości, a czuła, że gdyby mu powiedziała, że go tam chce to właśnie to by zrobiła. Więc udawała, że jej to obojętne czy się pojawi, czy jednak uzna, że nie warto. W końcu, ale jakby nie patrzeć to już razem świętowali. Tuż po. Tyle powinno jej wystarczyć.
Wywróciła oczami na jego komentarz.
— Jasne. Zamknąłbyś w studiu artystkę, która ledwo dziś nad sobą panuje, aby nagrywała kolejne kawałki i za każdym nieudanym psioczył pod nosem, że wszystko jest do kosza. — Zaśmiała się. Dziś praca by im nie wyszła, a na pewno nie ta skoncentrowana na tworzeniu muzyki. Sloane jeszcze nie zeszła z tej sceny, na której niedawno była. Ciągle się czuła, jakby właśnie na niej się znajdowała. I może poniekąd faktycznie tak było. — W zasadzie… to jutro, pojutrze i popojutrze mam wolne… Dobroduszny się zrobiłeś. Jutro rozumiem, wyleczenie kaca, ale dwa dni? Jesteś zbyt hojny, nie wiem, jak się odwdzięczę.
Westchnęła teatralnie, jakby faktycznie się zastanawiała, jakim cudem dostała od niego tyle dobroci. Ale należało im się. Nie tylko jej, ale również i jemu. Odpocząć, nabrać sił, a potem powrót do studia, szybkie obiady w międzyczasie i zasypianie przed mikrofonem. Na to była gotowa.
— Spoko. — Odparła niby to od niechcenia. Niby jeszcze miała mu pokazać, że się ucieszyła? Ale to było po niej widać. Po tym, jak jej ramiona powoli opadają, a uśmiech nie jest już tak wymuszony jak sprzed chwili. Naprawdę go tam chciała. Nie, bo liczyła, że puszczą im tam hamulce, że się nie powstrzymają i dokończą to, co rozpoczęli. Ezra już trochę ją znał, więc miała nadzieję, że nie będzie musiała mówić na głos, dlaczego go tam chce.
Zamrugała kilka razy. Zaskoczona jego słowami.
— Co? — Rzuciła. — Masz dla mnie ciuchy na after? — Uniosła brew próbując zrozumieć to, co właśnie usłyszała. Nie wiedziała, dlaczego ją to tak bardzo zaskoczyło. Przecież to nie tak, że był za to odpowiedzialny. Sloane się tego kompletnie po nim nie spodziewała, a dostała. I nie była pewna, jaka reakcja będzie poprawna.
— No dobra, panie producencie. Może masz rację i uznałabym, że to obraza dla mnie i mojego wyczucia stylu. Niech będzie, że miałeś rację, aby mi nie pokazywać wcześniej. — Mruknęła przewracając oczami. Pewnie by go wyklęła, a potem powiedziała, że ubierze się sama i nie potrzebuje do tego jego pomocy. Teraz jego pomocy przy ubieraniu by nie odmówiła.
— Ale najpierw muszę zobaczyć, czy w ogóle do czegokolwiek się nadaje. Potem… może dam się ubrać.
Pokręciła lekko głową, bo jeśli już myślała, że Ezra jej nie zaskoczy to on robił coś co wytrącało ją z równowagi kompletnie, a to taką właśnie rzeczą było. Zastanawiała się, dlaczego właściwie to zrobił. Miała stylistę i to podesłanego od niego. Ezra nie zaznaczył, że to wyszło od stylisty, ale od niego. Może szukała w jego słowach czegoś, co nie było prawdą. Bo równie dobrze to mogło być od Marcello, tego lekko stukniętego faceta z wyczuciem, który łączył ze sobą ubrania i sprawiał, że najnudniejsza bluzka dobrze wyglądała.
Usuń— Powiesz mi co to jest, czy dopiero się przekonam po meczu? — Spytała wyraźnie zniecierpliwiona i z nadzieją, że uchyli rąbka tajemnicy.
sloane
Mogła się domyślić, że nie będzie chciał jej niczego powiedzieć. Sloane nawet nie powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Zrobiła to z nutą irytacji, bo tak, jak była przyzwyczajona do tego, że dostaje wszystko na zawołanie to przy nim musiała się nagimnastykować, aby dostać to na co zasługuje.
OdpowiedzUsuń— Jeśli to jedna z twoich marynarek… — Przerwała, jakby wizja Sloane noszącej jego marynarkę, kiedy pod spodem nie ma niczego nagle była zbyt intensywną myślą. I taką, którą chętnie przerodziłaby w rzeczywistość, a nie tylko słodkie myślenie.
Siedziała teraz, jak na szpilkach. Zirytowana, że nie może wstać i zobaczyć co teraz jest za pokrowcem w jej garderobie. W teorii nic jej nie powstrzymywało, aby tam pójść i zobaczyć, ale to oznaczałoby, że musiała zostawić Ezrę, bo nie miała wątpliwości, że tym razem z nią jednak nie pójdzie. Nie, skoro strój był już gotowy, a ona miała się tylko przebrać. Choć, chyba nic nie stało mu na przeszkodzie, aby później ewentualnie ten sam strój, który dla niej wybrał z niej zdjąć, ale Sloane już nie była pewna, czy właściwie to co się między nimi działo było prawdą, potrzebą, czy może jednak wszystko sobie wyobraziła, a Ezra był na tyle uprzejmy, aby jej wyobrażeń zbyt szybko nie przerywać.
— Jesteś bardzo pewny tego, że nie będę marudziła. — Zauważyła. Strój albo był tak dobry albo Ezra bezczelnie pewny siebie. I Sloane była pewna, że to jest jedno zmieszane z drugim, bo jeżeli była czegoś pewna to Ezry i jego bezczelności, która nigdy niemal nie schodziła mu z twarzy. — Nie zatrzymujesz się tylko na jednym, prawda?
To nie było pytanie, które oczekiwało odpowiedzi. Sloane nie ukrywała, że to się jej podoba. Branie wszystkiego, a nie tylko trochę. Przedtem, kiedy ona tego próbowała to zawsze ktoś ją hamował. Jakby to było wręcz niepoprawne, aby być kimś więcej niż tylko księżniczką popu. Aby zrobiła miejsce dla kogoś innego w pozostałych kategoriach, ale Sloane tego wcale robić nie chciała. Oddawać komuś swojego miejsca, a Ezra to doskonale rozumiał. Nie zatrzymywał się, gdy osiągnął jeden cel. Sięgał po kolejny. I tym razem sięgał po to dla niej. Nie z dobroci serca, bo przecież miał z niej zyski, a może raczej będzie mieć, ale póki co wszystko wskazywało na to, że ta niebezpieczna inwestycja w Fletcher zacznie mu się zwracać.
— Nie wiem, Ezra. Lubię swoją reputację zimnej suki, a publiczne podziękowania to może być za wiele. — Zaśmiała się. Po chwili zaniżyła jednak głos, jakby na moment wróciła do tego, co było między nimi wcześniej. Jakby specjalnie chciała zaczepić go jeszcze raz. — Ale bardzo ładnie potrafię podziękować na osobności.
Chciała czegoś więcej niż być hitem dla TikToka. Okładek w magazynach. Billboardów krzyczących jej imię. I Ezra tę potrzebę rozumiał. Być może jako pierwszy ze wszystkich ludzi, którzy do tej pory z nią pracowali. Być może był pierwszym, który naprawdę chciał jej pokazać, jak wiele może osiągnąć, jeśli tylko będzie odpowiednio skupiona na celu, jak przestanie rozpraszać się rzeczami i ludźmi, którzy nie powinni mieć już większego znaczenia.
Kąciki ust Sloane lekko drgnęły. Specjalnie zaczepiał o temat bielizny. Była tego pewna, że wciąż sprawdzał, czy w niej dalej siedzi ten ogień, który zobaczył w garderobie, a Sloane nie zamierzała chować się za ładnym uśmiechem.
— Zazwyczaj… Nie noszę bielizny. — Odpowiedziała z głową zwróconą w jego stronę. Nie była zaskoczona, że znów znaleźli się w tym samym miejscu. Miała wrażenie, że oni z niego nigdy nie wyszli, a jedynie na moment przerywali, aby złapać oddech, a potem wrócić z czymś co podwójnie się w nich wbije. — Ale nie zapomnę podziękować, jak już mi ją zaczniesz wybierać. Lubię czerwień. I zajebiście dobrze w niej wyglądam.
Z łatwością mogła znów z nim w ten sposób rozmawiać. Zapomnieć, że nie są tu sami, zapomnieć o rozgrywającej się przed nimi grze. I właśnie to zrobiła, kiedy wzrok padł na niego. Na pełne usta, o których nie przestała myśleć. Na oczy, w których się odbijała, a których odczytać nie potrafiła. Czuła, jakby byli tu kompletnie sami, a nie otoczeni ludźmi zajętymi oglądaniem meczu.
Wystarczyłoby tylko jedno słowo z jego strony lub jeden gest, aby podniosła się i wróciła d garderoby. Do tej, której może nie dało się zamknąć, ale która miała łazienkę z zamkiem. Wrócić tam i skończyć co zaczęli, ale wykazała się cierpliwością. Sam w końcu powiedział, że nie wszystkie okazje trzeba wykorzystywać od razu. I może w ich wypadku cierpliwość była właśnie tym czego potrzebowali.
Usuńsloane
Sloane była świadoma co robi, kiedy wypowiedziała te słowa. Nie chodziło o to, że koniecznie chciała go zaczepić, ale nie potrafiła się powstrzymać, gdy okazja nadarzała się wręcz sama. Niejako chciała też sprawdzić, czy Ezra wciąż jest w tym samym miejscu co ona i prędko się przekonała, że oni z tej garderoby wcale nie wyszli, a jedynie dobrze się maskowali, kiedy wymagała tego sytuacja. Wciąż były między nimi dokładnie te same uczucia, które pojawiły się w tamtej chwili, która skupiona była tylko wokół nich.
OdpowiedzUsuńNie lubiła, kiedy miał rację, ale musiała przyznać, że z sukienką trafił w dziesiątkę. Była idealna, ale oczywiście nie zamierzała mu o tym powiedzieć ani przyznać się wprost, że się jej spodobała. Przylegała do ciała idealnie. Jakby uszyta była dokładnie do jej wymiarów i prawdę mówiąc, ale Sloane wcale nie byłaby zaskoczona, gdyby tak właśnie było. Nie od razu pojechała do klubu. Najpierw z dziewczynami zahaczyły jeszcze o restaurację. Były w klubie parę minut przed północą, a loża była gotowa. Neon? Zamówiony i wisiał na ścianie. Fontanna z tequilą? Załatwiona. Dmuchany różowy flaming? Również był, choć akurat Sloane była pewna, że on znalazł się tutaj przypadkiem. Na wejściu przez moment rozglądała się za mężczyzną, ale nigdzie nie widziała znajomej sylwetki ani tym bardziej twarzy, a po kilku minutach przestała go szukać. Nie, bo nie chciała, ale wciągnęła ją impreza. Ktoś ją rozpoznał – o co nie było ciężko. Ktoś chciał zdjęcie. Chwilę rozmowy. Sloane była w swoim żywiole, a chociaż zwykle wolała imprezy tylko w towarzystwie znajomych to teraz, gdy słyszała swoje imię i widziała grupę niemal niedowierzających dziewczyn, że ją widzą podchodziła bez wahania. Uśmiechając się do fotek, nawet czasem, którejś dała się przytulić, bo wiedziała, że dla niektórych to jedyna taka okazja, a poza tym naprawdę uwielbiała ten kontakt z fanami. Nie chciała tego zaniedbać. Przez to wszystko nie miała czasu, aby dorwać się do swojej fontanny z tequilą, ale może to nawet było lepiej. Bo trzeźwa Sloane bywała groźniejsza niż ta w żyłach której płynął alkohol.
Stała z dziewczynami ze swoim pierwszym drinkiem tej nocy. Już na uboczu, bliżej miejsca, gdzie nikt jej nie mógł zaczepić i miała przestrzeń tylko dla siebie. Piła coś różowego. Piekielnie słodkiego, ale z nutą ostrej papryczki. Niemal czuła, jak od tego pulsują jej usta i być może to nawet była prawda.
Roześmiała się w głos z czegoś co powiedziała koleżanka. Mimo zajęcia rozmową to jej umysł co jakiś czas wracał do Ezry. Do myślenia, czy faktycznie się pojawi czy może jednak to była pusta obietnica, którą jej rzucił. I miała nadzieję, że nie. Jej zaufanie można było łatwo stracić. Nawet przez tak drobne rzeczy, jak niepojawienie się. Próbowała o nim nie myśleć, kiedy upiła znów łyk drinka, ale niemal w tej samej chwili, kiedy szkło dotknęło ust czyjeś, jego, ramię oplotło się wokół jej talii. Sloane niemal natychmiast zwróciła głowę w stronę mężczyzny. Niższa była o parę centymetrów. Nie widziała zaskoczonych min koleżanek. W dotyku nie było zaborczości, ale to bez znaczenia, bo Sloane nastawiona była na spędzenie nocy z nim. Pozwoliła sobie na większy uśmiech, rozluźniony, ale mimo to wciąż lekko zadziorny. Jakby właśnie jego się spodziewała u swojego boku.
Wzrok przesunął się po jego twarzy, ale zatrzymał na oczach.
— Aż za dobrze. — Powtórzyła po nim, jednak nie w formie pytania. Bardziej jakby smakowała jego słowa na własnym języku. Może jakby chciała posmakować jego. — Taki chyba był cel, prawda? Wyglądać dobrze, ikona mody… czy coś pomyliłam?
Uśmiech schowała za szkłem. Wzrok blondynki nie odpuszczał. Wciąż tak samo intensywnie się w niego wpatrywała, a parę godzin spędzone osobno wcale nie sprawiły, że Sloane zapomniała o tym, jak się przy nim poczuła, kiedy byli tylko we dwoje. Te uczucia nagle wróciły i być może, ale ze zdwojoną siłą.
Nie odsunęła się od niego. Nawet nie przeszło jej to przez myśl. Ani to, żeby przedstawić mu dziewczyny. Przedtem nie było na to czasu, a teraz Sloane nie miała na to ochoty. Ochota była za to na coś zupełnie innego.
Z jednej strony wiedziała, że to co się między nimi wydarzyło należało zostawić w tamtej garderobie i o tym zapomnieć, ale nie potrafiła. Nie, skoro pojawił się obok, a jego dłoń znalazła się na jej talii. Nie, kiedy w oczach mężczyzny dostrzegła ten sam błysk, który widziała kilka godzin temu. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego, ale Sloane nie robiła kroku wstecz.
Usuń— Długo tu jesteś? — Spytała. Kompletnie tracąc zainteresowanie wcześniej prowadzoną rozmową. Jeśli miały z tego być problemy, to trudno. Niech się pojawiają. Gorszym rzeczom stawiała czoła, a w tej sytuacji… Była gotowa zaryzykować.
sloane
Sloane przewróciła oczami, a ona sama jakoś tak zupełnie przypadkowo przylgnęła do boku mężczyzny. Jakby jej miejsce było właśnie przy jego boku. Wcale nie powinni byli stać przy sobie w ten sposób. On nie powinien jej dotykać, a ona nie powinna była na to pozwalać. Z każdej strony byli ludzie, a tuż przed nimi była grupka jej koleżanek, które obserwowały, notowały i później wyciągały swoje obserwacje w najmniej oczekiwanym momencie. I Sloane już teraz wiedziała, że będzie musiała się później z tego wytłumaczyć. Że każdą interakcję z mężczyzną, która była bliższa i nie przypominała koleżeńskiej od razu obierały jako cel. Jako „kolejnego męża”, którego mogła do siebie przyciągnąć.
OdpowiedzUsuń— Hm, ty przyznający mi rację. Boże, muszę zapamiętać tę noc. — Roześmiała się wesoło. To były rzadkie momenty, a Sloane? Sloane zamierzała sobie to naprawdę porządnie zapamiętać. — Widzisz? Jestem opłacalną inwestycją.
Wzruszyła lekko ramieniem, jakby dokładnie tym była. Inwestycją. Poniekąd w końcu faktycznie nią została, a Ezra nie robił tego, bo był dobrym samarytaninem, który postanowił ją uratować przed samą sobą. Chyba, że czegoś jednak o nim nie wiedziała i jednak postanowił zmienić się w producenta, który wszystko robi z dobroci serca, a nie po to, aby zgadzały się cyferki. Sloane dobrze wiedziała, że przynosiła ogromne pieniądze, a odpowiednio poprowadzona mogła przynieść ich jeszcze więcej.
Czuła w jego głosie dumę, ale nie pozwoliła sobie na to odczucie tego zbyt mocno. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła się rozklejać? Przecież nie będzie mu tu, znowu, dziękowała. Wystarczyło, a przynajmniej tak się jej zdawało, że spojrzy na niego w sposób, który rozpozna tylko on. Nie przepełniony tym dziwnym pożądaniem, które w niej rozbudzał, ale czystą wdzięcznością, że się nie poddał, kiedy zawaliła po raz pierwszy.
Powoli uniosła brew na jego odpowiedź.
— Docenić swój gust czy docenić mnie? — Zapytała, a odpowiedź na to pytanie była tylko jedna i oboje o tym wiedzieli. Sloane na języku miała coś zupełnie innego. Inne pytanie, które wywołałoby między nimi kolejną falę sprzecznych ze sobą uczuć, z którymi ciężko było walczyć, ale usłyszała w tle jakieś prychnięcie, a może śmiech i nagle zorientowała się, że nie są tutaj przecież sami, a tuż obok stały dziewczyny. Przez chwilę dla Sloane były one nieistotne. Nie, kiedy ciepła dłoń spoczywała na jej talii, a oczy wpatrywały się w jej, jakby nic innego wokół nie istniało. Albo wszystko tylko to sobie wyobraziła.
Sloane nie poruszyła się, kiedy Ezra zrobił krok w bok i zabrał dłoń. Nie zrobił tego w pospieszny sposób, który mógłby wskazać na to, że zostali przyłapani na gorącym uczynku. Raczej było to spokojne, a jego ruchy zupełnie pozbawione paniki. Jej zresztą również.
— Ezra. — Powtórzyła jedna z dziewczyn. Przedstawiły się po kolei. Luna, Raya i Cleo. Każda niemal zachwycona jego obecnością, a Sloane miała ochotę przewrócić oczami na ten mały pokaz wdzięczności, który się właśnie odbywał. Nie były nowe w tym środowisku. Choć żadna z nich nie była ani aktorką, ani piosenkarką. Okazjonalnie modelkami. Ten sam skład, z którym była we Włoszech, bo już zdążyły się pogodzić po tym co zrobił Zaire. Jakby w końcu zostały jej przebaczone wszystkie grzechy z przeszłości.
Westchnęła ciężko, gdy zaczęły sypać jej sekretami z lewa i prawa. Sączyła swojego drinka powoli. Faktycznie szczypał w usta i gardło. Wszystko przez te papryczki, które w sobie miał.
— Nie martw się. Słyszały tylko jakim jesteś dupkiem. — Zapewniła Sloane i uśmiechnęła się, jednak coś w jej uśmiechu mówiło, że nie tylko o takich rzeczach mówiła dziewczynom. Żadne „zakochałam się”. Nic z tych rzeczy, ale Sloane potrafiła docenić Ezrę jako mężczyznę. I jak się okazało to, że był z nią w garderobie wcale nie umknęło niczyjej uwadze, bo Luna dostrzegła, że Sloane zniknęła zaraz po występie i dobrze wiedziała, gdzie poszła, a potem… Potem ktoś ich razem widział, jak szedł bez koszulki, a Sloane podążała za nim. Jak już mówiła, ale plotki rozchodziły się w takich miejscach błyskawicznie.
Sloane przechyliła lekko głowę, zerkając na Lunę.
Usuń— Powodzenia. Nie wiem, czy możesz konkurować z Molly. — Mruknęła pod nosem, a jej spojrzenie powędrowało w stronę Ezry.
— Co, że z ekstazy? — Padło pytanie, a Sloane niemal miała ochotę się roześmiać. Luna czasami trochę zbyt wolno myślała, a może raczej innymi kategoriami niż Sloane.
Odwzajemniła jego spojrzenie, jednak jej mówiło coś innego. Raczej, że owszem jej usta się nie zamykały, ale to wcale jeszcze nie oznaczało, że Sloane o nim mówi dobrze. Takie rzeczy zachowywała dla siebie, bo z nikim nie obgadywała facetów. Żadnej nie żaliła się na Zaire. Nie chwaliła. Mimo, że próbowały z niej wyciągnąć każde szczegóły. Ona po prostu taka nie była. Nie potrzebowała się wygadać, a na pewno nie dziewczynom.
— Wisisz mi taniec i shota, pamiętasz? — Przypomniała się, zanim by odszedł. Nie zamierzała mu tego odpuszczać. Zdecydowanie nie. Zamierzała go na ten parkiet zaciągnąć i wlać w niego tequilę z fontanny lub cokolwiek innego będzie chciał. — Jedyne nagłówki jakie zobaczysz to z Super Bowl i mojego występu. A tutaj… postaram się być grzeczna. — Dodała i puściła mu oczko. Noc jeszcze się nie kończyła, fontanna dalej wesoło tryskała tequilą. Wszystko mogło się jeszcze wydarzyć.
sloane
Elektryzujące napięcie między Sloane, a Ezrą odczuwalne było z odległości. I zdawało się, że nie są oni jedynymi osobami, które je odczuwają. Dziewczyny, owszem były rozanielone jego obecnością. To działo się niemal z każdym z kim Sloane się spotykała czy utrzymywała bliższą relację, choć między nimi przecież nie było nic poza pracą, prawda? Tak się jej przynajmniej wydawało, że jest. Jeszcze nie miała co do tego żadnej pewności, a czy chciała się przekonać… Owszem, chciała. Tylko nie była pewna, jak ma się do tego zabrać i czy zrobi to dzisiaj czy znajdzie inny moment. Najlepiej taki, w którym nie będzie wokół koleżanek, które czasem krążyły dookoła jak stado sępów. Sloane nie chciała, aby były świadkami tego co się między nimi działo. Poniekąd, ale chciała to zatrzymać tylko dla siebie. Przede wszystkim, bo sama jeszcze nie wiedziała, co tak właściwie się działo z nimi. Jeśli okazałoby się, że to wszystko było tylko jakimś dziwnym wytworem jej wyobraźni lub niewiele znaczącym momentem to nie było sensu roztrząsać tego przed innymi. A jednocześnie mimo tego, jak Sloane potrafiła się otwierać przed ludźmi i opowiadać o swoich największych i najgorszych przeżyciach to wciąż niektóre rzeczy lubiła zostawić dla siebie.
OdpowiedzUsuńŚwiętowanie nie pochłonęło jej w pełni. Czasem, gdzieś na parkiecie, kiedy ginęła wśród innych ciał miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje. Mimo, że go nie widziała i nie potrafiła zlokalizować. Nie tak do końca w każdym razie, bo czasem miała wrażenie, że mignęła jej znajoma marynarka w tle, ale było tu wiele mężczyzn ubranych podobnie. Może to był ktoś inny. Miała za sobą trzy drinki, parę shotów. Była przyjemnie rozluźniona, trochę może podpita, ale krok wciąż stabilny, choć rozluźniony bardziej niż zazwyczaj.
Próbowały wyciągnąć z niej więcej. Ich loża wypełniła się pytaniami, śmiechami. Tylko Sloane naprawdę nie miała historii do opowiedzenia. Wszystkie były przekonane, że zdążyła wskoczyć mu do łóżka. Jak, niby, inaczej wyjaśnić nagłą zmianę wytwórni i wywrócenia do góry nogami swojego życia? Porzuciła wszystko co miała w Nowym Jorku. Ulubione kluby, sklepy, parki… Cartera. Wszyscy wiedzieli, jak kochała Nowy Jork i nagle z dnia na dzień przeniosła się do Los Angeles, którego unikała jak ognia? Poniekąd to faktycznie mogło wyglądać, jakby porzuciła to dla kolejnego mężczyzny, ale tym razem zrobiła to dla siebie. Nie, bo musiała, ale bo mogła. Bo dostała ofertę, której nie mówiło się nie. A to, że przez przypadek wyglądało to, jak wyglądało i że dzisiaj im obojgu puściły hamulce to była zupełnie inna sprawa, której nie zamierzała z nikim jeszcze omawiać. Najpierw musiała sama zobaczyć na czym stoi. Czy to wszystko co czuli było czymś więcej czy może przez udany występ i chwilę prywatności pozwolili sobie na wyraźniejszy flirt. Taki, który nie zahaczał już tylko o słowa, ale również czyny.
Nie szukała go specjalnie. Wtedy na parkiecie? Owszem. Rozglądała się. Krążąc teraz po klubie już nie patrzyła tylko za nim. Właściwie za nikim specjalnym się nie rozglądała. Podchodzili do niej mężczyźni, starsi lub w jej wieku, ale nie była zainteresowana flirtem z nimi. Choć odpowiadała, jeśli rozmowa wydawała się być odpowiednio interesująca, ale przy żadnym nie było tego błysku. Żaden nie nosił bezczelnej pewności siebie i żaden nie miał marynarki.
Sloane dostrzegła go po chwili. Kawałek dalej w towarzystwie jakiejś kobiety. Długie nogi, błyszczące, kruczoczarne włosy. Dłoń, która w nienachalny sposób znajdowała się blisko jego. Ona coś powiedziała, on się zaśmiał. Jednak nie tak, jak śmiał się przy niej. Może zrobił to z grzeczności, a może żart nie był tak zabawny, że zasługiwał na większą reakcję. Nie podeszła. Nie przerwała tego, jak jakaś zazdrosna laska, która przez moment dostała uwagę i teraz sądziła, że należy się jej wszystko. Przystanęła z boku, ciekawa czy ją zauważy, ale też uważna. Nie analizowała każdego ruchu, a raczej… Spoglądała z ciekawością, jak potoczy się ta noc dalej.
sloane