To nie żadna niesamowita historia, ot przeciętne życie jakich wiele. Pełna rodzina, bez większych życiowych zawirowań i ekscesów. Ojciec adoptowany Koreańczyk w latach 70’, profesor nauk politycznych na CUNY, matka Amerykanka, psycholog dziecięcy. Dominujące geny w fizjonomii postawiły na azjatycką urodę u Mattie, brak jednak w rodzinie odniesień czy zamiłowania do kultury przodków ze wschodu. Rodzice zawsze czuli się po prostu Amerykanami.
Państwo Stevenson posiadali zrównoważone podejście do wychowania swojej pociechy, zależało im wyłącznie na tym by była samodzielna, myśląca i niezależna jako kobieta. Wyrosła im zatem bardzo buczna, skora do dyskusji feministka, z dużym pokładem empatii, którą jednak chowa głęboko w sobie, tylko dla tych najbardziej potrzebujących. Bywa wulgarna, chętnie stosuje w swoich wypowiedziach sarkazm, uparcie też szuka dowodów na poparcie czyichś przekonań, bo jak wiadomo stanowisko niepoparte dowodami, to żadne stanowisko. Mattie wierzy w fakty. Stąd, choć rozumie koncept religii, tak ciężko jej jednak pogodzić się z sytuacją, że ludzie uciekają od odpowiedzialności za własne życie w każdy możliwy kontekst kulturowy. Plus, dziwnym trafem, każdy bóg myśli zazwyczaj w sposób, w jaki świat postrzega jego wyznawca.
Mathilde marzyła kiedyś o rzeczach wielkich i chęci zmiany świata, niestety szybko przekonała się jak prawdziwe życie brutalnie i brzydko wygląda. Nie ma więc większych oczekiwań od swojego czasu na tym ziemskim padole, chce je jakoś przeżyć. Wypadałoby godnie, ale z tym też nie jest tak prosto. W momentach zwątpienia w ten koncept kraju, szuka posad w Szwajcarii. Poza tym poszukuje wrażeń i zrozumienia dla rzeczywistości w podróżach w niepopularne, nie zawsze bezpieczne rejony planety. W całym swoim doświadczeniu życia najbardziej szkoda jej tych niewinnych. Samej śmierci się nie boi, przecież to tylko chwila. Umieranie, którego jest świadkiem na co dzień, to o wiele gorszy konspekt, którego nie chciałaby nigdy doświadczyć.
W tytule The Strokes.
Szukamy z Tilly przyjaciół, wrogów, romansów, dziwnych zdarzeń, imprez, wakacji i co tam tylko przyjdzie do głowy!
Lojalnie uprzedzam, że udzielać się mogę tylko do końca roku.
Za pomoc z kartą klasycznie ukłony dla smoły!
[No dzień dobry, bardzo miło zobaczyć Cię tutaj po tak długim czasie 😊 I od razu żałuję, że możesz zostać z nami tylko do końca roku. Na pewno nie da się na dłużej? 🥺
OdpowiedzUsuńZ Mathilde jest bardzo konkretna babeczka i to do tego stopnia, że myślę, że mogłabym czuć się przy niej niego onieśmielona. Nie zmienia to tego, że jako postać, bardzo mi się podoba. Jest charakter na i wyraźna, a takie postacie lubię 😊
To co, życzę udanej zabawy, póki czas będzie na nią pozwalał? Mam nadzieję, że uda Ci się z nami rozerwać na tym L4 😁
MAXINE RILEY & IAN HUNT
[ Hej, hej! Witamy ciebie i twoją konkret babeczkę! Chętnie bym się z nią zaprzyjaźniła, gdybym miała okazje poznać taką personę w życiu prywatnym!
OdpowiedzUsuńDobrej zabawy na blogu, żeby czas na l4 minął ci naprawdę przyjemnie! Dużo fajnych wątków!
W razie cięci zapraszam do moich panów! ]
Nathaniel & Caleb
[Takie powroty po latach zawsze chwytają za serducho. Mam nadzieję, że świetnie spędzisz z nami ten czas! A z Mathilde rzeczywiście jest konkret kobietka, ja chyba też czułabym się nieco onieśmielona, ale z drugiej jednak też zaciekawiona. Poza tym muzyka klasyczna i techno to bardzo ciekawy kontrast :D Ciekawe, ile takich kontrastów ona w sobie jeszcze ma! Życzę mnóstwa dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńTanner Morgan
& Gert Brennan
[Nie wiem, czy fotka przygotowała mnie na tak mocny charakter! Chociaż może powinna - spojrzenie zacięte, to i podejście do życia też. Jest ciekawie, jest wysoko. Podoba mi się zasygnalizowanie zdrobnień, Tilly/Mattie, tak na miękko, to dopiero kontrast z postawą życiową. Nie wiem tylko, czy rzeczywiście bogowie myślą jak ich wyznawcy. Dałoby się dyskutować, bo patrząc na część religijnych osób, można by stwierdzić, że wręcz przeciwnie.
OdpowiedzUsuńDzień dobry, hej, wszystkiego dobrego!]
Leif & Len
[Totalnie rozumiem miłość do muzyki klasycznej i techno jednocześnie - Tamsin też. Cześć! Nie wiem, czy określiłabym ją jako przeciętną, ale wydaje się być przyjemnie normalna. Życzę samych udanych wątków, odnalezienia kreatywności i świetnej zabawy! Gdybyś miała ochotę na wątek, zapraszam do siebie ;) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis i Ivan Voronin
[Dobry jazz nie jest zły, chociaż chyba nie umiałabym za bardzo odróżnić tego dobrego, od złego. Szkoda czasu na takich typów! Różnica wieku jest, ale z drugiej strony to już chyba ten czas, kiedy te różnice się nieco zacierają. Chyba mam nawet pomysł, jak można byłoby dziewczyny połączyć. Chcesz ustalić szczegóły tutaj, czy wolisz przenieść się na maila? :) ]
OdpowiedzUsuńTamsin Passalis
[ hahaha o proszę! My na taką analizę się piszemy podczas przerwy śniadaniowej, a co tam! ]
OdpowiedzUsuńCaleb
[Cześć! Fajna ci ona! Przepiękna karta, przepiękna pani, co tu więcej mówić. ♥ Szkoda, że Twój pobyt tutaj jawi się jako krótki, ale jeśli tak, to mam nadzieję, że nam sam koniec wyślesz Tilly do tej Szwajcarii.
OdpowiedzUsuńNiech ten okres będzie dla Ciebie dobrze spożytkowanym czasem. Baw się dobrze, masy weny i mnóstwo wątków. ♥]
Andrea Wilson, Debbie Grayson & Evan Roth
[ Benjamin Netanjahu is a world criminal - 👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏👏!
OdpowiedzUsuńI to jest najważniejsze w tej karcie, kilka linijek dalej poczułam się urażona, bo i ja, i Paweł mamy osobowość i to nie całkiem wątpliwej jakości, Tejlor kochamy, nie przestaniemy! ;D
Bawcie się dobrze, bo wyszła naprawdę mocna. Jak chcecie love-hate to zapraszamy do Pawła :D ]
Pawełek Wysocki
Ocknął się, kiedy z noszy przerzucano go na łóżko, a że jeszcze pięć minut temu stał przed szpitalem, tuż przy podjeździe dla karetek, to ewidentnie coś mu się nie zgadzało. Stąd od razu poderwał się do siadu i również od razu został spacyfikowany przez czarnoskórego pielęgniarza, który jedną ręką przytrzymał go za ramię, a drugą ułożył na jego piersi i stanowczo, a także przy użyciu siły w stopniu wystarczającym do tego, by Ian poczuł, że nie miał po co próbować podrywać się po raz drugi, docisnął jego tułów z powrotem do twardego łóżka.
OdpowiedzUsuń— Proszę pana, spokojnie. — Nie cofnąwszy dłoni, pielęgniarz złapał z nim kontakt wzrokowy i nawet uśmiechnął się lekko, kiedy spostrzegł, że Hunt dość przytomnie skupił na nim wzrok. — Jest pan w szpitalu, ma pan uraz głowy, zaraz się panem zajmiemy — wyłuszczył i zręcznie pochwycił nadgarstek Iana, kiedy jego lewa ręka powędrowała do głowy, na której chciał rzeczowy uraz wymacać, ewidentnie nie dowierzając słowom pielęgniarza.
— Proszę nie dotykać.
— Zatrzymanie krążenia na trójce! Logan, biegiem!
Ktoś klepnął czarnoskórego pielęgniarza, Logana, w ramię i wybiegł z salki, podczas gdy Logan wywrócił oczami, by następnie te oczy, tak ciemne, że niemal czarne i o przekrwionych ze zmęczenia białkach, utkwić w Ianie.
— Leżeć. Nie. Dotykać — powtórzył, wyraźnie artykułując każde słowo. — Zaraz ktoś przyjdzie! — To ostatnie rzucił już w biegu, a Ian, który wyciągnął szyję, by odruchowo odprowadzić wzrokiem oddalającego się mężczyznę, poczuł ból tak nagły i przeszywający, że pociemniało mu przed oczami. Na dodatek zrobiło mu się niedobrze, stąd, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia, akurat zaciskał powieki i walczył z tym wszystkim, co go nękało. Aktualnie najbardziej zależało mu na tym, żeby się nie porzygać.
Otworzył jedno oko dopiero, kiedy ten ktoś, kto wszedł, postanowił się odezwać. Drugie wciąż przymykał, ale kiedy w sylwetce pielęgniarki rozpoznał znajomą osobę, a brzmienie jej głosu w tej znajomości go utwierdziło, otworzył też drugie, mimo że padające zewsząd jasne światło zadawało mu fizyczny ból podobny do tego, jakby ktoś wbijał parę sztyletów prosto w jego oczodoły.
— Mattie — sapnął na początek, całkiem dobry, bo skoro ją rozpoznał, to nie oberwał tak mocno. Z tym że, dlaczego w ogóle oberwał? Zmarszczył ciemne brwi. — W szpitalu — odpowiedział, chyba jeszcze nie zarejestrowawszy tego, że będzie musiał tutaj zostać, bo znowu podniósł się do siadu, a że w pobliżu nie było Logana, to także dotknął swojej głowy. Przesunął dłonią od potylicy po czoło i gdzieś po drodze natrafił na punkt tak tkliwy, że aż syknął. Na placach została mu krew, ciepła i intensywnie czerwona.
— Kurwa, co jest — mruknął, co z powodzeniem mogło uchodzić za odpowiedź na drugie pytanie zadane mu przez Mathilde. Był w szpitalu, bo miał w nim być. Był tu umówiony z klientem, miał przekazać towar i ruszyć dalej, z tym że z niewiadomych względów tkwił na oddziale.
Podniósł wzrok na Mattie, spoglądając na nią tak, jakby oczekiwał, że to ona wytłumaczy mu, co zaszło, mimo tego, że to on dostał po głowie i chyba nie tylko, bo z opóźnieniem docierało do niego, że bolą go także inne miejsca na ciele.
nieco splątany, ale na pewno nadal ulubiony diler IAN HUNT
[To bardzo się cieszę, że rozbawiły! Leif to wesoły chłopak jest ogólnie, Lenny nie aż tak, ale też nie smutas i gorąco wierzę, że da się ukręcić wątek trochę do śmiechu i trochę nie do śmiechu.
OdpowiedzUsuńA skoro już tak o wierze i religii mówimy, to można to pociągnąć. Bo wierzę też, że Len dobrze wygląda w ornacie. Więc taka sytuacja - rodzina jakiegoś pacjenta chciałaby, żeby tenże pacjent wreszcie pojednał się z Bogiem; pacjent odmawia, ale kończy mu się i cierpliwość, i asertywność jednocześnie, a jednak tę swoją rodzinę kocha. Przy okazji jednak B/boga nie kocha, bo w jego istnienie nie wierzy. I jak wybrnąć z tego konfliktu? Na pewno istnieją jakieś rozsądne ścieżki, ale typ akurat wybiera inną - a imię jej Len Weston i Ear Me Out.
Czyli zatrudnia go jako księdza, żeby rodzina zobaczyła i się odczepiła. Przy okazji niektórzy inni pacjenci mogliby chcieć porozmawiać z, dajmy na to, ojcem Elim, skoro już jest na miejscu. A idąc za kartą, może i bojowa Mathilde zechciałaby coś pokwestionować?]
Len Weston
[ ja jestem bardzo politycznym cżłowiekiem. U mnie tak samo jak fuck Netanjahu, tak samo fuck Donald :D
OdpowiedzUsuńmam pomysł, odezwę się na @ ]
PAWEŁEK
[ albo i nie, bo nie widzę, więc zapraszam Ciebie do mnie: shakespeare.is.not.dead@gmail.com ]
Usuń[Bardzo mi się to podoba, że mogłaby pomóc w zatrudnieniu Lena, a potem robić mu wyrzuty z powodu etyki! Lenny udaje księdza, ale to Mathilde prawi kazania :D To co, kluczowe pytanie jest takie, od czego zaczynamy - od samego zwerbowania Lena czy Lena/księdza Eliego już na oddziale?]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Jeśli możesz zacząć, to super; jeśli nie, to też super, wezmę to na siebie :D, tylko musiałabyś chwilkę poczekać, aż się ogarnę.]
OdpowiedzUsuńLen Weston
[Ja powiem tak, właśnie takich przeciętno-niesamowitych historii, jak historia Tilly nam potrzeba! Tyle niespodzianek w tej karcie ;D Tyle różnych emocji, doświadczeń i przede wszystkim tego, jak logicznie podchodzi ona do życia. Nie chwilą, a solidnym przemyśleniem wszystkiego, co może mieć różne nieprzyjemne konsekwencje ^^ To mi się w niej spodobało. Szkoda tylko, że nie możesz z nią zostać tu na dłuższy czas, niż na 4 krótkie miesiące.
OdpowiedzUsuńSukcesów na blogu! ;D]
Jonatan Barlett
[Dzień dobry - z opóźnieniem, ale się witamy!
OdpowiedzUsuńDziesięć razy bardziej preferuję normalność prezentowaną przez Tilly niż gdyby na przykład miała mieć poglądy odwrotne i uważać się za specjalną. Och, to byłoby cięższe do przełknięcia! Bardzo przyjemnie mi się czytało kartę, tak sobie poprzytakiwałam wielkokrotnie i w końcu stwierdziłam, że może wątek? Jeśli masz ochotę oczywiście - wtedy zapraszamy!]
Magnus Valtersson
[Na szczęście to moja postać i mogę stwierdzić, że występuje cyklicznie! A więc występuje, słuchaj. Obecnie to raczej dwa wieczory w tygodniu, ale to zawsze coś, no i fajnie jak płacą za coś, co się lubi. Warto jednak wpleść w to również Tilly, bo głupio jakby biedna po prostu patrzyła jak on wywija na scenie. Może mu jednak postawić drinka po występie albo w ogóle całą butelkę to jej walnie prywatnego death dropa. Może też oczywiście w zupełnie innych okolicznościach go zobaczyć: ktoś mógł Magnusa poturbować i mógł trafić na izbę na przykład, bo niestety, czasem bywa niebezpiecznie jak się przejdzie w szpilach przez miasto. A jakby w full dragu musiał wylądować na izbie to w ogóle miałaby do czynienia z niecodzienną wersją Magnusa, bo on raczej z tych pogodnych: no tu pogodny by nie był.]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
[Och tak, obie są z innych światów! Ale muszę przyznać, że Mathilde jest bardzo imponującą postacią, taką zdecydowaną i konkretną. Pewnie mogłyby zostać sąsiadkami, bo zakładałam, że Gina również mieszka na Brooklynie, tylko brakuje mi konkretnego pomysłu na wątek, który udałoby się nam ciekawie poprowadzić. Jeśli tobie chodzi coś po głowie, chętnie się zapoznam. Dziękuję bardzo za powitanie! :)]
OdpowiedzUsuńGina Roberts
Tamsin lubiła czuć się dobrze. Nie było to zależne specjalnie od ubioru, który miała na sobie, czy tego, jak danego dnia układały się jej włosy – zazwyczaj tak samo, a jeśli cokolwiek odbiegało od normy, to nie próbowała tego naprawiać tańcami deszczu, wałkami, czy innymi piankami, tylko upinała je w koka. Żadnej filozofii i zagłębiania się w temat, bo chociaż Tamsin nie robiła niczego, od czego zależałoby czyjekolwiek życie, to zwyczajnie nie miała na to czasu. Czasu i przestrzeni w głowie, żeby się takimi rzeczami przejmować.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak samo, jak nie miała czasu za długo zastanawiać się, co powinna założyć. Była szczupła, wysoka i wymiarowa na tyle, że większość rzeczy mniej, lub bardziej na nią pasowała, więc nigdy nie musiała specjalnie kombinować, w czym jej praca tylko jej ułatwiała. Od dziecka była przyzwyczajona do eleganckich sukienek. Najpierw, kiedy jeszcze ubierała ją mama, były to sukienki odcięte pod biustem, którego jeszcze tam nie było, z wstążkami, często z aksamitu albo satyny, jakby to właśnie taki materiał był zarezerwowany do tych konkretnych sukienek. Czuła się w nich jak Wioletka Baudelaire z “Serii niefortunnych zdarzeń”, a przynajmniej jak swoje wyobrażenie o niej. Później urosła, chociaż lepszym określeniem byłoby, że dosłownie wystrzeliła w górę, bo stało się to tak szybko, że sama nie była pewna kiedy dokładnie. I wtedy musiała przestać być Wioletką, a stać się Tamsin, albo chociaż Tammy, bo nie mogła nosić już sukienek dla małych dziewczynek, tylko suknie. Najlepiej czarne, na tyle skromne, by móc w nich grać w kościele i na szkolnych popisach, ale na tyle strojne, by nie odstawać od starszych uczniów w orkiestrze. I tak, jak wtedy polubiła jeden, konkretny krój, który męczyła aż do ukończenia szkoły średniej, tak teraz miała szafę pełną wariacji na jego temat.
Dlatego teraz miała sukienkę zabudowaną z przodu, bo nie lubiła, jak instrument odbijał jej się na dekolcie, ale z gołymi plecami, bo sceniczne lampy dawały tyle ciepła, że każdy przewiew był mile widziany. Chociaż nie była solistką i nie siedziała w pierwszym pulpicie, to grała tak, jakby jutra miało nie być. Grała tak zawsze, wkładając w swoją pracę całe serce i gram skupienia, jaki posiadała, bo miała ten niesamowity przywilej, że mogła utrzymać się ze swojej pasji. Doceniała każdy angaż, każdą linijkę do zagrania, nawet jeśli była to jedna nuta powtarzana w zapętleniu. Ta jedna nuta była potrzebna, by w partyturze nie było pustki podobnej do tej, którą kiedyś czuła.
Od czterech lat budowała swoje życie na nowo a jedynym, co towarzyszyło jej niezmiennie, jedyną przyjaciółką, którą miała od dziecka była wiolonczela. Wiedziała, że taki jeden, wierny przyjaciel to więcej, niż niektórzy mieli przez całe życie, dlatego nie narzekała. Nie narzekała też wtedy, kiedy Tilly się nią zajmowała – była przekonana, że ma to na własne życzenie. Nie to, że Carter okazał się ostatnim złamasem, czy to, że się nad nią postawił, ani to, że właściwie zajął cały jej świat, gdy była jeszcze nieletnia. Na własne życzenie miała to, że zamiast pozostać tylko przy swojej wiernej przyjaciółce, zaczęła rozglądać się za miłością i wpadła w łapska, z których nie umiała się wydostać, bo te z każdym ruchem zaciskały się coraz ciaśniej, jak ruchome piaski powodując, że zapadała się coraz głębiej. Tamsin mało narzekała tak naprawdę, bo to i tak nic by nie zmieniło – zamiast tego, wolała działać. Hop, hop, hop, długie legato, smyczek w palce i szarpiemy struny w pizzicato. Może nie zawsze kontrolowała swoje życie, ale smyczek umiała i wyjątkowo w trakcie tego koncertu była z siebie zadowolona – smyczek smyczkował.
Próbowała odnaleźć wzrokiem Mattie, gdy stała i czekała, aż dyrygent się ukłoni i będą mogli zejść ze sceny. Próbowała było słowem kluczowym, bo mając na sobie lampy w rzeczywistości niewiele widziała, a tłum tworzył jedynie kolorową masę – nawet zmrużyła oczy, jakby to miało wyostrzyć widzenie, ale cóż… Zobaczyła przysłowiowe nic, chociaż patrzyła się wprost na Stevenson – w końcu wiedziała, jakie miejsce zajmuje młoda kobieta.
Ze sceny zeszła dziarsko, bo też w takim tempie prowadziły ich kontrabasy. Wiolonczele wytarła po graniu czule, odtłuściła struny, zluzowała włosie w smyczku i wsunęła do środka nawilżacz, bo przy tak starych instrumentach, dobrze było jeszcze odmawiać pradawne modły, by przypadkiem się nie rozkleiły. Futerał wsunęła do swojej szafki z szyfrowym zamkiem dopiero, kiedy się przebrała w coś mniej wygodnego, bo mimo wszystko bardziej ograniczającego ruchy. Czarne spodnie, czarny top i wysłużona, skórzana kurtka, która prawdopodobnie pamiętała poprzednie stulecie, bo z samą Tamsin była od dziesięciu lat, a kiedy ją kupiła, mogłaby pójść o zakład, że już była bardzo stara.
UsuńPrzeszła z zaplecza opery, po drodze żegnając się z ochroną, życząc każdemu z osobna dobrej nocy. Miała nadzieję, że Tilly nie czeka na nią zbyt długo, bo spieszyła się bardzo, ale niektórych rzeczy zwyczajnie nie była w stanie przeskoczyć.
Ciemne włosy, szczupła, ubrana elegancko, ale wygodnie… Jest! Kiedy zobaczyła Mathilde, uśmiechnęła się szeroko i podeszła do niej energicznym krokiem. Zasłoniła jej oczy, szybko, ale delikatnie, żeby jej niepotrzebnie nie wystraszyć, tylko raczej mile zaskoczyć.
— Zgadnij kto to — było to oczywiste, bo przecież to na Tammy czekała.
Tamsin Passalis
[Możemy spróbować w takim razie dać im chwilę na poznanie się już po jej zmianie na izbie? Zakładam, że i tak nie miałaby czasu na jakieś wielkie rozmowy, u Magnus pewnie też nieszczególnie z ochotą, a jak emocje trochę opadną, mogą usiąść na tej samej ławce pod szpitalem i dopiero tam faktycznie porozmawiać. Dzięki temu unikniesz kolejnego wątku szpitalnego, a on będzie miał okazję zaprosić ją na występ. Co ty na to?]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
Koloratka łapała spojrzenia i wdzięczyła swoją bielą, tak wyróżniającą się na tle czarnego ubioru. Jeśli Bóg istnieje, to wpychanie koszuli w spodnie powinno być obrzydliwością w jego oczach – a jednak jego słudzy, umiłowane owieczki, tak postępowali. Barany. Nic jednak dziwnego. To nie pierwszy raz, gdy księża przeciwstawiali się słowom Księgi.
OdpowiedzUsuńLen dobrze o tym wiedział – w końcu od czasu do czasu sam stawał się kapłanem. W okresach pomiędzy aktywnie grzeszył. W trakcie zresztą też, ale wtedy ludzie sami przydawali mu świętości. Wybacz, Boże, ecce homo.
Prawdziwi księża rozkładali ręce i mówili o woli Bożej. Len wolał brudzić ręce kłamstwem, byle tylko ten świat stał się choć odrobinę znośniejszy. Już przed laty zrozumiał, że prawda wcale nie wyzwala, a dobrze skrojona iluzja – bywa aktem miłosierdzia.
Nie żeby wszystkie zlecenia były tak uduchowione i czyste. Rachunki same się nie płaciły. Dzisiejsza koloratka też miała swoją cenę. Wcale nie tak niską.
Ksiądz Eli maszerował przez szpitalne korytarze. Tak jak Len – chodził lekko przygarbiony, ale w przeciwieństwie do Lena, jego chód był spokojniejszy i bardziej harmonijny, a kiedy stawał, unosił brodę ku górze. Lekko się kołysał na piętach; gdy miał na sobie albę czy sutannę, wprawiało to materiał w ruch. Gdy zamiast nich nosił spodnie, wprawiał tylko sam siebie w śmieszność.
Nie szkodzi.
Pierwsza pielęgniarka zaprowadziła go do drugiej. Tej, z którą rozmawiał przez telefon.
– Eli – przedstawił się Len. Chwycił podaną dłoń mocno, ale nie siłowo, tak uczciwym uściskiem, że jeszcze trochę, a chciałoby się go zakwestionować. – Miło poznać.
Przy łóżku numer trzy zgromadził się mały wianuszek rodziny pana Robinsona. Gdy tylko Len się zbliżył, poczuł, że jest wystawiony na ostrze ocen. Nie ugiął się pod ogniem spojrzeń, a zamiast tego cicho się przywitał. Rzucił parę niezobowiązujących słów o korkach na moście, o tym, że Nowy Jork z roku na rok robi się coraz bardziej nieznośny dla pieszych, oraz że w tak zagonionym świecie nawet duch święty miałby dzisiaj problem ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego, czym idealnie skrócił dystans i uśpił ich czujność.
– Tak się cieszymy, że ksiądz jest z nami! – zawołała jedna z kobiet. – Ojciec zawsze był bardzo uparty… jak osioł.
– Albo jak oślica – odparł Eli, splatając ręce za plecami.
Posłał ciepły uśmiech leżącemu na łóżku panu Robinsonowi.
– W historii Balaama to ona jedna wiedziała, kiedy należy się zatrzymać. – Spojrzał znów na kobietę. – Czasem człowiek się uprze, bo czegoś nie rozumie. A czasem dlatego, że jako jedyny dobrze widzi drogę.
Kobieta zamrugała, zbita z tropu teologiczną woltą. Robinson nie patrzył na córkę, tylko prosto na Eliego. W jego oczach tliła się jeszcze resztka trzeźwej, głębokiej wściekłości na świat. Len poczuł na karku chłodny dreszcz – to był ten moment.
– A teraz, jeśli pozwolicie – Eli zniżył głos do miękkiego barytonu. – Chciałbym zamienić z waszym ojcem kilka słów. Sam na sam. Jak uparty z upartym.
Gdy rodzina posłusznie opuszczała salę, Len położył na jednym z krzeseł elegancką teczkę i ją otworzył. W środku pyszniły się błyskająca fioletem stuła, metalowe naczynko z olejkiem, brewiarz oraz Pismo Święte, co prawda w wydaniu protestanckim, ale Len wątpił, że ktoś się zorientuje. Sam tak preferował, chociaż, co przyznawał niechętnie, katolickie skurwysyny potrafiły ubrać się z lepszym rozmachem.
W czasie przygotowań i rozkładania szpitalnej kotary na kółkach, by choć trochę przysłonić łóżko, Eli prowadził swobodny small talk z Robinsonem – o tym, jak zaczynasz poznawać współtowarzyszy z sali po samym sposobie, w jaki chrapią; albo też zastanawiali się, jaki procent sprzedaży crocsów to personel medyczny.
Kotara w końcu szurnęła na prowadnicy, prowizorycznie odcinając ich od reszty świata. Głos Robinsona był chrapliwy, świszczący; mówił niewiele, a kiedy już przemawiał, to z wyraźnym wysiłkiem. Len czuł, jak bardzo to starszego mężczyznę frustruje.
– Wie pan – zaczął, zakładając stułę na szyję. – Mojżesz był chujowym mówcą, choć nie wiadomo, o co do końca chodziło. Gadają, że się jąkał, ale może tylko znał mało słów. Jak Bóg kazał mu przemawiać publicznie, to ten o mało się nie posrał ze strachu. Nie, Boże, nie, tylko to nie to! – Len uniósł dłonie, parodiując Mojżesza. – Ja nie umiem! To się naucz, mówi Bóg. Nie dam rady! Dasz, mówi Bóg. Nie, błagam, nie, zbłaźnię się! No to weź, mówi Bóg, Aarona, kurwa, niech on gada za ciebie.
UsuńLen zahaczył stopę o jedną z nóg krzesła i dosunął je bliżej do łóżka. Rozsiadł się wygodnie, a chwyciwszy Biblię, położył ją na kolanach; nie otworzył jej jednak.
– Aaron był bratem Mojżesza – kontynuował. – Starszym. Też mam starszego brata. Ma równie odstające uszy. – Len wskazał na swoje. – Gdy byliśmy smarkaczami i wydawało mu się, że podoba mi się jedna dziewczyna, zadzwonił do niej ze stacjonarnego i zaprosił do kina, udając, że to ja. Jak przyszła, grałem na pleju z kumplami i nie byłem na nic przygotowany. Uznała, że wystawiłem ją dla żartu. Ach, ta rodzina, co nie? Zawsze wie, co dla nas najlepsze.
– Tak – odparł Robinson. – Chcą… dobrze, a ja… żeby się odpierdolili. Odpraw swoją magię.
– Mhm. – Len otworzył Biblię na losowej stronie. – Niech myślą, że wygrali.
Kiedy kilkanaście minut później Len odsuwał kotarę, Robinson drzemał – albo tylko udawał. Jego córka natychmiast dotruchtała do rzekomego księdza, złapała go za ramię i zapytała przyciszonym głosem:
– Tata… tata naprawdę się wyspowiadał?
– Tajemnica – odparł Len tonem księdza Eliego i puścił oczko. – Spowiedzi.
Kiedy zdejmował stułę i pakował ją do teczki, usłyszał jeszcze pytanie:
– A namaszczenie?
– Nie budźmy chorego. Potrzebuje spokoju. Do zobaczenia.
Gdy wychodząc, mijał pielęgniarkę Mattie, skinął jej głową. Miał nadzieję, że za nim podąży, ba, wierzył, że za nim podąży – w końcu religia mu nakazywała. Jej za to wskazane było zainteresowanie, w końcu była zleceniodawczynią.
ksiądz Eli albo Len Weston
[Bardzo lubię takie konkretne, idące pewnie przed siebie i broniące swoich wartości kobitki, fajnie, że rodzice nie blokowali jej w wyrażaniu własnej opinii i poglądów. I też ubolewam nad tym, że pozostaniecie tutaj tak krótko (choć kto wie, życie bywa czasem nieprzewidywalne i pisze różne scenariusze 😊). Z racji L4 - życzę dużo zdrówka. Weny i masy ciekawych wątków, a gdyby tych nie było w nadmiarze, zapraszamy też do siebie 🩷]
OdpowiedzUsuńTheodore Lannister
Ian nie lubił szpitali, nie lubił ich jednak z innych powodów, niż przeciętny obywatel. Każde pojawienie się w szpitalu jako pacjent równało się dla niego z pojawieniem się w systemie, a z oczywistych względów Ian nie chciał w nim figurować. To jednak nie było możliwe, nie do końca. Ian Hunt nie był człowiekiem widmo, który dla systemu, a tym samym dla władz nie był nieuchwytny. Miał wyrobione prawo jazdy, posiadał podstawowe ubezpieczenie medyczne, a umowę najmu mieszkania podpisał osobiście. Gdzieś, we właściwym do tego urzędzie, musiał tkwić jego akt urodzenia, nota z interwencji opieki społecznej wraz z policją, skutkująca tym, że w wieku sześciu lat Ian Hunt trafił do domu dziecka. Pewnie można było znaleźć o nim więcej drobnostek, jednak nic na temat tego, że Ian był notowany. O to dbał Louis. Konsekwentnie czyścił kartotekę młodszego brata, choć ten nigdy go o to nie prosił.
OdpowiedzUsuńO to, aby nie pojawić się w szpitalu, Ian zadbałby sam, gdyby nie to, że stracił przytomność. Nie było innego wytłumaczenia na to, że tkwił teraz w szpitalnym łóżku. Jeśli miał taką potrzebę, korzystał z klinik działających pro bono, gdzie nikt nie pytał go o dane osobowe. W jednej z takich klinik poznał Olivię, panią doktor i panią prezes, wielką fankę oxy i to ona zajęła się nim po ostatnim, ciężkim pobiciu, nie mając o nic pytać tak długo, jak długo Ian miał mieć dla niej kolejną dostawę.
Znał też Mattie.
— Ian Hunt — powiedział, bo o ile kobieta znała jego imię, dotąd nie poznała nazwiska. Spuściwszy wzrok z jej twarzy na bliżej nieokreślony punkt, zawieszony gdzieś w przestrzeni, poklepał się po kieszeniach ciemnych jeansów. — W samochodzie — westchnął i to tyle, jeśli chodzi o dokumenty. W zasadzie dobrze, że nie miał ich przy sobie, ale niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę. Wstrętnie pulsujący ból głowy przytępiał jego instynkt samozachowawczy, co Mattie, jeśli faktycznie chciała dowiedzieć się o nim więcej, mogła niecnie wykorzystać.
Skoro już siedział, to podniósł ręce do góry, obie na raz. Opuściwszy je, lekko zaparł się dłońmi o twardy materac i ugiął nogi. Kiedy zginał prawe kolano, poczuł i usłyszał, jak coś w nim przeskoczyło. Stary uraz, po pobiciu. Czasem staw się blokował i Ian musiał poświęcić bolesną chwilę na to, by znowu wyprostować nogę. Skrzywił się, ale tym razem kolano współpracowało.
— O rany — mruknął, kiedy kobieta na niego fuknęła. Popatrzył na nią spode łba, po czym umazane krwią palce wytarł w cienkie prześcieradło, skoro pewnie i tak miało trafić do kosza, kiedy już stąd wyjdzie. Jak na kogoś, kto nie chciał tutaj być, zachowywał się nad wyraz potulnie. Podstawił Mattie rękę, trochę ułatwiając jej założenie rękawa. Nie wyglądał przy tym na zadowolonego, ale wiedział, że jego sprzeciw przyniósłby odwrotny skutek i spędziłby tu dwakroć więcej czasu.
— Bez lekarza — odezwał się, podnosząc na nią wzrok. Twarz miał lekko pobladłą, pod oczami słabe zasinienie. — Pooglądaj mnie sobie, proszę bardzo. Załóż jakiś opatrunek na głowę. I nie ściągaj tu lekarza — wyrecytował, a kiedy Mattie poprawiała mu pulsoksymetr, wykorzystał okazję i wolną dłonią naprawdę delikatnie, acz sugestywnie przytrzymał ją za nadgarstek, zaplatając wokół niego wyłącznie kciuk i palec wskazujący. Złapał jej spojrzenie.
— Odwdzięczę się. Kiedy następnym razem będziesz czegoś potrzebować, dowiozę gratis.
IAN HUNT, za darmo to uczciwa cena
Ten dyżur był naprawdę ciężki i zdecydowanie dał mu się we znaki. Od wielu godzin praktycznie nie miał chwili wytchnienia. Kolejne wyjazdy, wypadki, ludzie potrzebujący pomocy, a pomiędzy tym wszystkim jeszcze strzelanina, po której adrenalina długo nie chciała zejść. Caleb był przyzwyczajony do trudnych dyżurów, ale ten wyjątkowo mocno go wyczerpał. W pewnym momencie przestał nawet sprawdzać godzinę.
OdpowiedzUsuńNie pamiętał już, o której właściwie powinien skończyć pracę. Wiedział tylko, że zdecydowanie został zbyt długo. Zresztą często mu się to zdarzało. Kiedy ktoś prosił go o pozostanie na zmianie, rzadko odmawiał. Nadgodziny były oczywiście miłym dodatkiem do wypłaty, ale prawda była taka, że pieniądze nigdy nie były dla niego wystarczającym powodem, żeby zostawać. Po prostu miał zbyt duże poczucie obowiązku. Nie potrafił powiedzieć „nie”, kiedy wiedział, że ktoś inny musiałby za niego przejąć dyżur. Zawsze znajdował jakiś powód, żeby zostać. Czasami sam zastanawiał się, czy nie przesadza, ale ostatecznie i tak robił swoje. Co zabawne, czasem miał wrażenie, że w pracy męczy się mniej niż w domu. Tutaj przynajmniej wiedział, co ma robić. Każde wezwanie miało swój początek i koniec. Był problem, trzeba było zareagować. Trzeba było działać, podejmować decyzje, pomagać. Nie było czasu na zastanawianie się nad własnymi emocjami. W domu było zupełnie inaczej.
Nad ranem w końcu skończył dyżur i teoretycznie mógł wrócić do domu. Samo słowo „dom” sprawiło jednak, że przez chwilę stał bez ruchu, patrząc gdzieś przed siebie. Był zbyt zmęczony, żeby jeszcze teraz wsiadać do samochodu. Do tego żołądek przypominał mu, że przez całą noc właściwie nie miał czasu porządnie zjeść.
W końcu skierował się do szatni. Ogarnął się najlepiej, jak potrafił. Zmył z siebie resztki zmęczenia, przebrał się i dopiero wtedy ruszył do pokoju socjalnego. Zaległy obiad dawno zdążył stać się kolacją, a może już właściwie śniadaniem. Nie miał pojęcia. Na tym etapie przestało mieć to większe znaczenie.
Podgrzał sobie jedzenie i zrobił herbatę. Kawa kusiła go przez moment, ale szybko z niej zrezygnował. Kolejna byłaby już dużym przegięciem, nawet jak na niego. Usiadł przy stole i przez chwilę po prostu jadł. Bez telefonu. Bez patrzenia na zegarek. Bez myślenia o tym, co jeszcze powinien zrobić.
W pewnym momencie usłyszał znajomy głos, a zaraz po nim przekleństwo rzucone pod adresem czegoś, co najwyraźniej wyjątkowo wyprowadziło jego właścicielkę z równowagi. Caleb odwrócił głowę. Na widok kobiety, którą znał, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Przeżuł spokojnie kęs do końca, a dopiero potem uniósł dłoń i pomachał jej na powitanie.
— Hej. — Przywitał się spokojnie, po czym oparł się wygodniej na krześle. — A... nawet nic nie mów. Miałem mieć dzionek, a skończyło się na tym plus nocce — zaśmiał się cicho, choć jego głos zdradzał zmęczenie. Przeczesał dłonią włosy, które po całej nocy zdecydowanie nie chciały już współpracować.
Spojrzał na nią z zainteresowaniem.
— Jakieś ciekawe przypadki u was?
Był autentycznie ciekawy, co właściwie tak bardzo ją zezłościło. Poza tym rozmowa była dobrą okazją, żeby na chwilę przestać myśleć o własnym dyżurze.
Na jej komentarz dotyczący powrotu do domu tylko ciężko westchnął. Tym razem nawet nie próbował tego ukryć. Wyczerpanie zrobiło swoje. Zwykle potrafił trzymać emocje na wodzy, ale po takiej nocy zwyczajnie nie miał już na to siły. Perspektywa powrotu do mieszkania, zamiast dawać mu ulgę, zaczynała ciążyć gdzieś z tyłu głowy.
Kochał Sam. W pewien sposób nadal ją kochał, choć nie było to już to samo uczucie, które kiedyś ich połączyło. Z czasem coś się zmieniło. Caleb nie potrafił dokładnie wskazać momentu, w którym zaczęło się między nimi psuć, ale coraz częściej miał wrażenie, że ich małżeństwo opiera się bardziej na obowiązku niż na tym, czego oboje naprawdę chcieli. I to właśnie najbardziej go przytłaczało. Mimo wszystko nie potrafił odejść. Nie teraz. Nie wtedy, kiedy Sam była w takim stanie. Wiedział, że gdyby nagle ją zostawił, mogłaby kompletnie się rozsypać. A Caleb nie był człowiekiem, który potrafiłby przejść obok tego obojętnie. Dlatego wracał. Nawet jeśli czasami miał wrażenie, że coraz bardziej brakuje mu sił.
OdpowiedzUsuńSpojrzał na swoją herbatę, po czym cicho westchnął raz jeszcze. Pozostawało mu jedynie mieć nadzieję, że ten dzień okaże się dla Sam choć odrobinę lepszy. Że kiedy wróci do domu, zastanie ją w nieco lepszym stanie i nie będzie musiał od razu martwić się o kolejną rzecz. Może wtedy uda mu się położyć. Może nawet na trzy godziny. Na tym etapie to naprawdę wystarczyłoby mu w zupełności.
CALEB
[Chętnie sprowadzę go odrobinę ,,na ziemię", podrzucam mail do kontaktu, żebyśmy mogły dograć sobie szczegóły wątku - zatenpapierostuzpo@gmail.com]
OdpowiedzUsuńTheodore
[Jeśli tylko masz ochotę zacząć to ja poczekam!]
OdpowiedzUsuńMagnus Valtersson
– Dlaczego naganne?
OdpowiedzUsuńŁagodny wyraz twarzy Eliego się nie zmienił, ale niecierpliwość rozlała się po ciele Lena. Dotąd lekko pochylony, wyprostował się, a złożone za plecami dłonie nagle się zacisnęły – jedna na drugiej. Zmiany były nieznaczne, niemal niedostrzegalne, ale mimo wszystko całym sobą protestował przed kategorią niemoralności.
Nikomu nie zrobił krzywdy, wręcz przeciwnie – Mathilde sama przyznała, że to pomogło. Dlaczego trzymać się arbitralnie wyznaczonego zbioru, który jednemu elementowi nadawał wagę, a drugiemu ją zabierał; jeden wskazywał jako etyczny i drugi jako jego przeciwieństwo. Tak jakby cokolwiek było raz na zawsze dane.
Ksiądz Eli nie istniał – to fakt. Był wytworem umysłu, któremu Len nadał ciało. Spleciony z fikcji i czyichś pragnień, powołany do życia tylko na chwilę i z jej potrzeby, mógł jednak wpłynąć na cudzą rzeczywistość skuteczniej niż jakakolwiek prawda. Lepiej niż jakakolwiek prawda.
Intelektualnie – rozumiał, czemu jego postępowanie budziło w ludziach opór. Emocjonalnie wciąż nie potrafił się z nimi zgodzić. Ale ksiądz Eli miał na ten temat inne zdanie, chyba, a teraz to przecież jego potrzebowano.
Gdy na korytarzu rozległo się wołanie, Len drgnął. Rozluźniona sylwetka powróciła do naturalnej miękkości Eliego, jego delikatnych i płynnych ruchów. Ksiądz Eli, pozbawiony gniewu – przynajmniej w tej chwili – nie był jednak pozbawiony człowieczeństwa, w całej jego krasie. Ksiądz Eli był też mężczyzną. Niełamiącym złożonych ślubów, ale wcale nie tak wolnym od bodźców.
Len nie zamierzał tego trzymać w ryzach, zwłaszcza że przecież – sam był mężczyzną i sam się w Eliego wcielał. Więc kiedy druga pielęgniarka, tak pełna wdzięku i uroku, posłała promienny uśmiech, nie mógł nie odpowiedzieć tym samym.
– Tak? Co się stało? – zapytał z łagodnym zainteresowaniem.
Ruth. A więc Ruth. Jak Moabitka, pramatka dawidowego rodu, która zbierała plony ziemi; ta również krążyła w przestrzeni, gotowa zgarnąć młodego duchownego na swoje własne poletko chorych i cierpiących. Len pomyślał, że musi odrobinę zmniejszyć gorliwość w przygotowywaniu się do odgrywanych ról. Jak tak dalej pójdzie, to pewnego dnia naprawdę wstąpi do seminarium – tylko po to, by jak najlepiej wpasować się w ramy scenariusza, który sam sobie narzucił.
Był rozdarty. Nie tylko dlatego, że jedno ramię chwyciła Mathilde, a drugie Ruth – tak bardziej metaforycznie też się dwoił. Z jednej strony stał rozsądek i obowiązek: przyszedł do pana Robinsona, zrobił co trzeba, więc pora się zmywać. Z drugiej strony stała prośba.
Problemem Lena było to, że nie był na nie głuchy – i to, że nie postrzegał tego jako problemu. Ksiądz Eli codziennie, kilka razy dziennie, klękał, by szeptać modlitwy; Len nie odmawiał ani ich, ani ludziom, którzy do niego przychodzili.
Pewnego dnia, kiedy wychodził z metra, dopadli go wolontariusze zbierający podpisy pod petycją, która miała zapewnić niezależnemu kandydatowi miejsce na karcie wyborczej.
Był po nieudanym spotkaniu, a im bardziej słońce prażyło, im bardziej spływał po nim pot, im bardziej t-shirt kleił się do karku, tym był wścieklejszy. Do tego spieszył się do biblioteki, która tamtego dnia zamykała się wcześniej – i tak przetrzymał książki, więc czekała na niego kara do zapłacenia, nie zamierzał jej zwiększać.
Wolontariusz zastąpił mu drogę z podkładką pod papiery i poprosił o podpis. Len odmówił i powędrował dalej. Sprawa, o którą walczyli aktywiści, nie była jego sprawą. Ani z wyboru, ani z zainteresowania.
Przeszedł pół przecznicy. Może całą. Był już w każdym razie daleko, gdy coś go zakłuło w boku, a o serce obiły się wyrzuty sumienia. Zaklął pod nosem, zawrócił i odnalazł tego samego wolontariusza i powiedział, że jednak chce się podpisać, a ten ze śmiechem i uśmiechem podsunął mu kartkę.
To wciąż nie była jego sprawa, ale – była czyjaś. A skoro była czyjaś, powinna mieć prawo istnieć. Powinna dostać swoją szansę, choćby tylko po to, żeby później można ją było uczciwie odrzucić. Reszta należała już do ludzi.
Nie odmawiał. Nie chciał. Albo może nie mógł? Może stał za tym patologiczny przymus? Nie był pewien; nie zakładał raczej, że dobroć. Prędzej skrajny egoizm. Zgódź się, bo ktoś będzie cierpiał – a jeśli dołożysz do tego rękę, to i ciebie zaboli.
UsuńNie w sposób karmiczny, odrzucał przeznaczenie. Somatyka nie odrzucała jego.
Wyswobodził się ostrożnie z uścisków i na chwilę położył prawą rękę na ramieniu Mathilde, a lewą – na Ruth.
– Spokoooojnie – powiedział tonem, w którym powinno usłyszeć się uśmiech. Spojrzał na Ruth. – Mogę prosić o pięć minut? Albo dziesięć, najdłużej kwadrans. Potem przyjdę.
Kiedy młodsza pielęgniarka odtruchtała, Len odwrócił się do Mathilde i przetarł czoło dłonią. Na chwilę z jego twarzy zniknęła księżowska miękkość, a wstąpiło całkiem prozaiczne zmęczenie.
– Dobra – powiedział. – To tak. Nie jestem pewien, czy sprawa z panem Robinsonem jest skończona. Rodzina chyba oczekuje jeszcze jednej wizyty. Zagadasz z nimi?
Robinson był zmęczony i naprawdę przysypiał, więc Len nie chciał wydłużać całej tej sytuacji jeszcze bardziej. Rodzina założyła, że odbył spowiedź, ale wydawało się, że liczyli jeszcze na wspólną modlitwę, dzisiaj raczej niemożliwą. A jeśli tak, należało im wszystkim tego dostarczyć.
Zlecenie nie dotyczyło liczby spotkań – a wykonanie zadania. Teraz miał poczucie, że pochód zatrzymał się może nie w pół drogi, ale jednak sporo metrów przed metą. Dlatego zakładał jeszcze jedną wizytę, w żaden sposób niewpływającą jednak na wynagrodzenie.
Tak samo zresztą jak rozmowa z pacjentami Ruth.
Kasa, oczywiście, była ważna. W zasadzie najważniejsza. Zawsze. Bardzo chciał wyznawać w nią wiarę.
uwierz w duch…ownego Eliego, bo w Lena Westona wierzyć nie trzeba
Tammy miała tylko to. Dobry słuch, dużą dłoń, jak na kilku latkę i silną potrzebę przebywania w swojej głowie, bo zawsze bardzo dużo myślała. Nie umiała rysować, do tej pory była gdzieś na etapie przedszkolaka, ludzi rysując przy użyciu prostych kresek i kilku kółek. Nie uczyła się wybitnie, na zawsze pozostając wśród średnich uczniów, których rodzice nie byli wzywani na wywiadówki, ale oni sami też nie byli wywoływani na scenę za szczególne osiągnięcia. Tamsin grała w szkolnych orkiestrach, ale z reguły ją to nudziło – nie dlatego, że w orkiestrze nie lubiła grać, ale dlatego, że te szkolne były zazwyczaj trochę słabsze, często głównie dęte, więc po godzinie próby w ciasnej sali lekcyjnej wychodziła z bólem głowy i złością, że za jej plecami siedzi tuba, czy inny puzon.
OdpowiedzUsuńOceny jednak nie były wyznacznikiem ciekawości świata. Tamsin nie bardzo miała kogo pytać, szczególnie po śmierci taty – mama była wiecznie zapracowana, a jeśli nie była w pracy, to była zbyt zmęczona, by tłumaczyć, albo samemu sprawdzać, czemu niebo jest niebieskie, słońce wydaje się żółte, drewno jest drewnem, a nie stalą. Dlatego świat poznawała długi czas na swój sposób – przez obserwację, wyciąganie wniosków, ale też stawianie tez bez pokrycia, zapominając o potrzebie ich potwierdzenia. To, czego nie dosłyszała, albo nie do końca wiedziała, to sobie dopowiadała, wymyślając w ten sposób własną rzeczywistość, w której płyn do naczyń przytulał resztki obiadu, gdzie olej walczył z wodą i dlatego się z nią nie mieszał, zaś szkło było odmianą lodu, ale dla innej cieczy nic woda. Nic nie było do końca kłamstwem, ale też nie do końca stanowiło prawdę.
Tamsin w szarości świata doszukiwała się kolorów, głęboko wierząc, że w końcu uda jej się pokolorować monochromatyczny obraz. Może była naiwna, mogła wydawać się prosta, ale nie widziała sensu w umęczaniu się problemami, na które nie miało się wpływu. Pozostawało czerpanie z życia łyżeczka, po łyżeczce, drobnymi partiami, one day at a time.
Wyczuła jej napięcie, więc dłonie cofnęła w chwili, gdy usłyszała swoje imię. W końcu Tilly wcale nie zgadywała tak długo, Tamsin też aż takiej umiejętności czytania ludzkiego ciała nie miała i już chciała ją przeprosić, gdy dziewczyna zaśmiała się, upewniając ją, że nic aż takiego nie zrobiła. Odpowiedziała na jej powitanie równie entuzjastycznie, wysoko unosząc kąciki ust i pokazując zęby. Uśmiechy bez zębów nadawały się do reklamowych biuletynów.
— Oj nie przesadzaj! Ale faktycznie, dobrze wyszło, maestro był zadowolony, więc nie będzie ględzenia w poniedziałek o tym, co powinniśmy jeszcze dopracować — stwierdziła i założyła kosmyk włosów za ucho, ale wcale nie z zawstydzenia pochwałą. Wyszło faktycznie dobrze, ale też na nic innego nie liczyła – ćwiczyli dużo i sumiennie, a że na orkiestrę składali się faktycznie bardzo dobrzy muzycy, to nie było innej możliwości.
— Brzmi przepysznie, chociaż nie mam absolutnie zielonego pojęcia, czego mogę się spodziewać po karaibskiej kuchni. A jeśli o mnie chodzi… W zasadzie nic nowego. Wpadło mi ostatnio nagranie dla Netflixa, więc jak tylko wyjdzie serial, to powiem ci, gdzie można mnie usłyszeć, ale poza tym… Jak to mówią, stara bieda — nie taka znowu bieda, bo Tamsin nie narzekała na to, by brakowało jej na cokolwiek, więc miała więcej szczęścia, niż pewnie ponad połowa Nowego Jorku. Ujęła Tilly pod ramię i nie tyle, co pociągnęła, o ile poprowadziła w stronę wyjścia z opery.
Czas leczył rany, a Tamsin była tego dobrym przykładem, bo chociaż małżeństwo z Carterem Sullivanem dalej kładło się cieniem na jej życiu, to żyła dalej. Nie, jak gdyby nigdy nic – to byłoby zbyt proste, a Tamsin musiałaby mieć pamięć złotej rybki, by zapomnieć o wszystkim, ale żyła dalej i mogła śmiało powiedzieć, że bywała szczęśliwa. Chociażby teraz, gdy przekroczyła próg miejsca, w którym jako mała dziewczynka marzyła, by zagrać kiedykolwiek.
— A co u Ciebie? Dyżury bardzo dają w kość? Powiem ci szczerze Mattie, że to nie mnie i grę należy podziwiać, a to, co ty robisz… Gdyby nie ty i osoby, które mierzą się z podobnymi do ciebie wyzwaniami, ten świat… Ten świat byłby dużo mroczniejszym miejscem — stwierdziła szczerze.
UsuńTamsin Passalis
[Pięknie dziękuję za przywitanie i tyle miłych słów!
OdpowiedzUsuńHelen tego nie pokazuje po sobie, ale praca mocno na nią wpływa. Pewnie też ma na koncie co najmniej jedno wypalenie zawodowe jak Mathilde. Chyba właśnie z tego powodu zajmuje się bzdurami i życiami innych, by nie zadręczać się tym, że inni je tracą (i na to patrzeć, każdego dnia). Sama również ma problem ze swoją moralnością, ale wciąż tłumaczy sobie, że robi to w dobrej wierze i chęci pomocy. No i ustaliła wiele zasad (na pewno nie oszukuje żadnej osoby starszej) i wyznaczyła granicę, której nigdy nie przekracza. A za zarobione pieniądze stara się zrobić dużo dobrego (zwłaszcza dla swoich podopiecznych). Ale tak, zgadzam się z Tilly (która jest wspaniała, cudowna kreacja!) :D
Co do wątku – znajdę nawet mały pomysł. Na pewno ciekawie byłoby je skonfrontować. Jeśli jednak miałabyś chęć i czas, to zapraszam na maila: harusamenomichi@gmail.com. A jeśli na razie chcesz spasować, to ja to świetnie rozumiem, bez obaw :)]
Helen Lynch
Chciałoby się rzec, że Magnus jest odpowiedzialny, ale raczej jedynie bywa. I tym razem niekoniecznie, bo coś naprawdę durnego musiało strzelić mu do głowy, żeby wyjść z klubu w pełnym dragu. Niby miał swoje powody, ale te z biegiem czasu wydają się niezbyt istotne w obliczu konsekwencji. Powtarzamy, tylko innymi słowami: nie jest głupi. A jednak kiedy podejmuje decyzję, że te kilkanaście przecznic pokona pieszo i już w mieszkaniu zdejmie z siebie cały oręż, żeby zaoszczędzić czas to nie mądrość pcha się na usta jako komentarz. Naiwność. Może durnota.
OdpowiedzUsuńI niby wie, że nie jest winny, a jednocześnie ma pewność, że gdyby maszerował w trampkach i portkach uniknąłby nieprzyjemności. Te chłopaki, co sobie zrobiły z niego worek treningowy zdawały się przecież nie mieć problemu z kutasami - w końcu sami znajdowali się w tej kategorii. Bolączka ewidentnie dotyczyła tego, że jego nie znajdował się w spodniach. Straszne rzeczy, warte pięści.
Nie jesteś w domu, złotko, myśli sobie przy pierwszym wyzwisku, bo żeby ktoś podniósł na niego głos w Malmö musiałby chyba pojawić się na ulicy nago. A nie planował! Bierze głębszy oddech, potem kolejny i przyspiesza kroku, bo może to prędkość jest problemem. Szybko okazuje się, że nie. Nie dostaje przestrzeni by powiedzieć cokolwiek i kilka następnych minut spędza na heroicznym bronieniu głowy. Żebra się zrosną, mózg nie.
Chce wrócić do domu. Wziąć kąpiel. I może żeby tym chłopom odpadła jakaś część ciała. O ile o ostatniej chęci nie wspomina kobiecie, która przystaje przy nim, oferując podwiezienie na izbę przyjęć, tak o reszcie już owszem. Jakimś cudem te metr pięćdziesiąt zdają się jednak nie brać takiej opcji pod uwagę i stawiają go przed dwiema opcjami: zawozisz się sam, zawiozę cię ja. Korzysta więc z pomocy, bo nie ma siły się kłócić i przeklina w duchu te pół godziny, które chciał zaoszczędzić.
Gdy tylko dociera na izbę, tempo zdarzeń nie zwalnia. Ktoś wskazuje mu miejsce, gdzie ma usiąść, ktoś inny podaje formularz do wypełnienia i Magnus w pierwszej chwili jest zbyt oszołomiony, by dotarło do niego, że właściwie każdy się na niego gapi. Och, w innych okolicznościach wykorzystałby ten moment na reklamę. Albo chociaż by się uśmiechnął. Zamiast tego spogląda na swoje odbicie w metalowej podkładce i krzywi się nieznacznie, choć w gruncie rzeczy jest zadowolony ze stanu twarzy. Peruka zdaje się trzymać ostatkami sił, makeup jest rozmazany, ale to niewielkie ofiary: żaden cios nie rozwalił mu nosa, nie ma podbitych oczu ani krwawiącej wargi. I głowa też cała. Problemy zdają się zaczynać w okolicy torsu i promieniować przez kręgosłup aż do lędźwi, gdzie oberwał najbardziej. Właściwie nie widać po nim, że coś się stało. Równie dobrze mógł potknąć się o krawężnik. Albo własną nogę.
Wypisuje więc kwestionariusz, podaje swoje dane i zaznacza brak ubezpieczenia, nie mając pojęcia jeszcze jak tę sprawę rozwiązać. To jednak zdaje się być problemem na później. Odkłada papiery na bok i czekając na personel medyczny, wyciąga z włosów wsuwki i odrywa ostatnie pasy taśmy, trzymające ją w miejscu. Wiele nieprzyjemności spotyka go tego wieczora: fakt, że musi pokazać się światu w tak marnym wydaniu z pewnością jest jedną z nich.
Gdy chwilę później pojawia się przed nim kobieta, sięga w znane sobie schematy: uśmiechnąć się i czarować, byle szybko się stąd zwinąć. Byle wrócić do domu. Wziąć kąpiel. Póki co ledwo może zmusić się do pierwszego. Rozciąga usta, choć daleko mu do zwyczajowej lekkości, co wcale nie poprawia marnego humoru.
— Właśnie buciury się stały — mówi, siląc się na żarty. Ten jednak jest słaby, nie wart zachodu. Marszczy więc nos, bo to w sumie nie miejsce na zagadki i jeśli chce wyjść stąd jeszcze dziś, warto pewnie coś dodać. — Tylko nie moje. A dokładniej trzy pary buciorów w zbyt bliskim kontakcie z moimi żebrami.
UsuńSpogląda na te, o których wspomina pielęgniarka i tym razem uśmiecha się już szczerzej, bo czemu miałby nie? Gdyby towarzystwo sprzed klubu potrafiło docenić, co ma na nogach, może nie musiałby się teraz chwalić szpilami na izbie przyjęć. To wszystko ich wina. Wiadomo. Poza tym uśmiechem, który już jest ponad magnusowe siły, ma wrażenie, że resztki energii opuszczają go w tempie ekspresowym. Sen. Kąpiel. A przede wszystkim własne (no, na jakiś czas) cztery ściany i zero wścibskich spojrzeń.
— Czy jak ci powiem skąd mam trepy to może uda się zorganizować trochę więcej prywatności? — pyta chwilę później, walcząc z tym by nie objąć się w pasie. — Z natury to jestem pierwszy, żeby się pokazać i jak się gapią to nawet pomacham, ale na dzisiaj mi chyba wystarczy. Jak się nie uda to też ci powiem — zapewnia zaraz, bo przecież to żadna tajemnica, musi sobie tylko przypomnieć.
Magnus Valtersson i jego super buty
[Nie wybaczam, bo nie ma czego!]
– Dziękuję, ale nie trzeba.
OdpowiedzUsuńDelikatny uśmiech wychynął na twarz księdza Eliego, kiedy odmawiał miękko, kręcąc głową. Życie bywało słodkie, ale gdy wśród gamy smaków pojawiały się kwaśniejsze bądź bardziej gorzkie tony – co zdarzało się nierzadko – należało je przyjmować bez docukrzania.
Dostatecznie wiele parafianek wyciągało ręce pełne smakołyków, wabiąc młodego duchownego. Jak nie reese’s, to pralina rozpuszczająca się na języku. Jak nie pralina, to jabłecznik z lodami. Jak nie jabłecznik z lodami, to może wino, tym razem niemszalne, tym razem opierające się cudowi przeistoczenia.
Gdyby uległ, to cóż – Bóg by wybaczył. Niechby skusił nawet keks z bakaliami, a i tak grzechy zostaną odpuszczone, tako rzecze Ozeasz. Tak miłuje Pan synów Izraela, choć się do bogów obcych zwracają i lubią placki z rodzynkami.
Tak sobie to tłumaczył Len, częściowo odprowadzając wzrokiem Ruth, która drobiła kroczki, stawiając stopy niemal jedna za drugą. Motywacja była o wiele prostsza – nie lubił herbaty, kawę już pił, a do wieczora nie chciał za wiele jeść. Czekał go rodzinny obiad; prawdziwie rodzinny, taki z rodzoną matką i rodzonym ojcem, nawet rodzeństwem zrodzonym z tych samych rodziców. Tym razem żadnego udawania brata, syna, szefa, kochanka, narzeczonego czy nawet księdza na proszonym podwieczorku u chórzystki.
– Nie wiem – Len wzruszył ramionami. – Jak rodzina i Robinson będą zadowoleni, to okej. Po sprawie.
Nie miał żadnego interesu w tym, by przedłużać zlecenie. Sztywna koloratka, mimo że luźniejsza niż pętla biurowego krawata, gryzła go w szyję. Zapięta na ostatni koszula głównie drażniła, a wpuszczona w spodnie – krępowała ruchy. Choć odgrywanie księdza Eliego zawsze było ciekawym doświadczeniem, wcale nie pragnął zostawać w jego skórze dłużej niż było to konieczne.
Więc jeśli okaże się, że pan Robinson oczekuje czegoś więcej, Len w postaci Eliego będzie musiał przyjść ponownie i dokończyć robotę. W innym wypadku – koniec posługi.
Zmyje się bez szemrania, jeśli wyjdzie na to, że rodzina Robinsona jest w pełni usatysfakcjonowana i wcale nie oczekuje wspólnej modlitwy. Zniknie, i Mathilde już nie będzie musiała przyglądać się jego oszustwom, jeśli krewni zgłoszą jakieś problemy, ale zleceniodawca zrezygnuje z kolejnej wizyty. Chyba że…
Chyba że ktoś inny będzie potrzebował pomocy.
– Dobra – powiedział. – Z przytomnymi i chętnymi chwilę pogadam, tyle.
Ruth był ładna i trzepotała rzęsami jak motyl macha skrzydłami, a jej uśmiech mienił się kolorami, nawet jeśli tylko metaforycznie. Łatwiej i chętniej zgodzić się na prośbę kogoś, kto się o to stara i wprawnie gra na cudzej próżności. Len mógł pchać się w oczywiste pułapki, ale uroda i ruch bioder wpływały może na entuzjazm, a nie – na chęć samą w sobie.
Ruth mogłaby mieć dwie głowy, włosy meduzy i twarz sędziwego dziadka Westona, a Len wciąż zgodziłby się zajrzeć na salę do jej pacjentów, bo przecież – może ktoś z nich naprawdę potrzebował rozmowy z księdzem. W takim wypadku powinien ją dostać, nawet jeśli pod czernią stroju i bielą koloratki krył się facet bez święceń, który mógłby powiedzieć to samo również i w cywilu. Odpowiedni strój i zmieniona tożsamość zamieniała jednak zwykłe słowa w te najdroższe sercu osoby wierzącej.
Len nie zamierzał nikogo nawracać, broń Boże, ani ewangelizować – dać raczej to, co potrzebne tym, którzy i tak wierzą. Możesz walczyć o prawdę, możesz też spróbować dodać trochę otuchy komuś, kto wkrótce odejdzie. Albo uśmiechnąć się. Ścisnąć za rękę. Niewiele więcej.
– Egzorcyzmy może we wtorek, jak będę w purpurze – powiedział, uśmiechając się półgębkiem. – Dziś nie zlecono mi udawania biskupa.
Jak pech to pech. Dupa biskupa. Najwyżej mogą zagrać w karty.
Len Weston
[ Nie ma czym się przejmować, Tammy ładne imię, więc się nie dziwię 😁]
OdpowiedzUsuńW tym wszystkim Tamsin miała się za ogromną szczęściarę – życioweg kota, który spada zawsze na cztery łapy, obojętnie z którego piętra ktoś go zrzuci. Była przed trzydziestką, miała mieszkanie ze stałym czynszem, na które nie musiała brać kredytu, bo dostała je w spadku po babci i zarabiała na życie z pasji. Chociaż jej dzieciństwo nie należało do tych, które wspomina się z utęsknieniem, to obecnie traktowała to jako formę zapłaty za ten spokój, który udało jej się utrzymywać od kilku lat. W końcu to było znacznie więcej, niż potrafili mieć inni i Passalis ani myślała wybrzydzać przy kartach, które dostała od losu.
Rozterki, które targały małą Tilly były jej obce, bo to ona była tym dzieckiem, którego rodzice prowadzili życie, w którym potrafiło brakować pieniędzy – nie miała więc przestrzeni w głowie na to, by zastanawiać się, czemu ktoś bał się stracić dom, skoro sama żyła z mamą na wynajmie. Mała Passalis nie musiała dopytywać o krzyże, bo od dziecka grała na parafialnych uroczystościach, przeskakując między kościołami z każdą przeprowadzką, w każdym odnajdując się szybko, równie szybko powtarzając słowa kaznodziei, bezdźwięcznie poruszając przy tym ustami, bo pewne partie wszędzie były w końcu takie same. To, że nie wszyscy mogli mieć po równo dobitnie wyjaśniła jej babcia, opowiadając o tym, jak już byli tacy, co chcieli równo dzielić, ale i wśród nich znaleźli się tacy, co chcieli równiej, czyli więcej dla siebie. Dlatego Tamsin wolała skupiać się na rzeczach bardziej przyziemnych, bezpiecznych dla jej małej głowy.
Nauczona pokory przez lata gry, wciąż nie buntowała się przeciwko prawom rządzącym światem, co nie oznaczało, że się z nimi zgadzała. Nie była w końcu ani ślepa, ani głucha, ani nie należała do grona ignorantów, którzy udawali, że jeśli coś nie dotyka ich bezpośrednio, to nie jest ich problemem. Nie czuła jednak gniewu – prędzej smutek, który czasami może przeradzał się w złość, ale kończył się tam, gdzie zaczynała się świadomość Tamsin, że na pewne rzeczy zwyczajnie nie ma wpływu. Ot, nie była Don Kichotem, by podejmować się próby walki z wiatrakami.
— Tilly, zaraz zacznę się ślinić, to brzmi tak dobrze — gdyby Tamsin umiała ćwierkać, to prawdopodobnie właśnie zapuściłaby skowronkowy trel zadowolenia, całkowicie poddając się ekscytacji Mattie.
— To nie jest sprawiedliwe! Ty możesz mnie chwalić, a ja ciebie nie? Jak ty sobie to wyobrażasz? — obruszyła się, brwiom pozwalając zbliżyć się ku sobie, niemal w pocałunek, uniemożliwiony przez zmarszczkę na czole. Dla Tamsin każdy, kto pomagał innym był kimś niesamowitym i chociaż sama należała do tych z gatunku pomocnych, to tak jak inni ludzie, którzy pomagali i ona nie dostrzegała w sobie heroizmu. Upraszczając sobie świat, nie uważała, by jedynie pomaganie okupione cierpieniem, altruizmem, było coś warte. Jeśli pomagało się, żeby pomóc, nawet dla własnego, lepszego samopoczucia, to czy było w tym coś rzeczywiście złego?
— Tilly, nie mówię przecież, że jesteś Matką Teresą, ale nie musisz tak tego upraszczać… Mogłaś równie dobrze klepać na komputerze w jakimś korpo, a jednak zakładasz ludziom motylki, robisz im wymazy i często jesteś ich towarzystwem w najgorszych chwilach życia — nie mogła się powstrzymać od tego komentarza, ale tak samo nie powstrzymała uśmiechu, kiedy usłyszała o chaosie w jej pracy. — Przynajmniej nie możesz narzekać na nudę – stwierdziła, czego nie mogła zawsze powiedzieć o sobie, bo chociaż uwielbiała swoją pracę, to czasami brakowało jej czegoś, o czym mogłaby opowiadać, albo samemu wracać myślami. A tak? Czasami wpadła plotka, lub dwie, ale nic specjalnego.
— Jakbyś mnie nie znała… Z gościem z Fedexa sypiam we wtorku, z tym z Amazona w czwartki, ten z UPS jest poza zasięgiem, bo odkąd ogolił brodę, wygląda jakby miał osiemnaście lat, a ja wolę starszych — akurat o ostatniej rewelacji wiedziały obie, chociaż im starsza Tamsin była, tym więcej widziała patologii w tym, w czyje ramiona uciekła jako nastolatka, ale płakała nad tym zbyt długo, by teraz powstrzymywać się od żartów. Humor był w końcu czymś, co potrafiło oswoić strach, rozgonić smutek i nawet dzień do dupy zmienić w taki, żeby chociaż przez chwilę był znośny.
OdpowiedzUsuńJak kurka strosząca lekko piórka przed zajęciem pozycji do wysiadywania jajek, tak Tamsin zamiast w suchą trawę, wtuliła się w Tilly, samą przyjemność odnajdując w tej bliskości.
— Może ich jakoś przyciągasz? — spytała, ale zaraz dodała, coby Tilly nie pomyślała, że i ona należała do sekcji dziwne w jej życiu. — Nie mówię o jakiś czary-mary, ale… Wiedzą gdzie pracujesz, wiedzą, że jesteś porządną firmą, więc zamiast rozbijać się gdzieś po mieście, wolą iść tam, gdzie jest szansa, że spotkają ciebie, albo jakiegoś twojego znajomego… Może nawet nie chodzić o… dziękuję — powiedziała do mężczyzny, który przytrzymał im drzwi, gdy wchodziły do wnętrza restauracji. — Może nawet nie chodzić o same znajomości a o to, że jednak w sytuacji jakiegoś zagrożenia, albo bólu, zwyczajnie milej jest mieć przy sobie kogoś znajomego — wzruszyła lekko ramionami, bo odwiedziny dziwnych ludzi w szpitalu brzmiały… Brzmiały właściwie jak coś, co faktycznie mogło mieć miejsce, zwłaszcza w tym ogromnym mieście; jednak, jak wiele dużych miast, w ostateczności było wielkie tylko pozornie, a krewni i znajomi królika, ostatecznie zawsze dosięgali łapkami do krewnych i znajomych innych zwierząt.
Tamsin Passalis
Paweł wszedł na izbę przyjęć tak, jakby wchodził do baru, który odwiedza się co piątek i sobotę. Nie było w tym może jeszcze etapu, na którym rzucałby wszystkim po imieniu „cześć”, ale brakowało niewiele. Drzwi rozsunęły się przed nim, a on przytrzymał je ramieniem, żeby przepuścić Marka, który był blady, wkurwiony i kompletnie niezainteresowany faktem, że Paweł od dwudziestu minut tłumaczył mu, iż mówił mu, żeby uważał.
OdpowiedzUsuń— Powiedziałem ci, żebyś nie łaził po tych płytach — odezwał się po raz chyba ósmy, idąc za nim. — Powiedziałem czy nie?
— Pablo, zamknij się. — Marek odwrócił głowę.
— Czyli powiedziałem.
— Wyjebałem się, dobra? Zdarza się.
— No. Niektórym częściej.
Ręka była prowizorycznie usztywniona tym, co znaleźli na budowie, nim przyjechali do szpitala. Luis chciał ją nastawiać, ale Paweł zgromił go wzrokiem i zakazał meksykańskich praktyk magicznych na współpracowniku. Jak zobaczył, że nadgarstek Marka zaczyna puchnąć w tempie ekspresowym, wsadził go do samochodu i tyle było z dyskusji i pomocy medycznej Luisa. Kiedy znaleźli się przy rejestracji, Paweł pomyślał o kimś jeszcze. Rozejrzał się odruchowo po oddziale.
— Nawet, kurwa, nie zaczynaj — powiedział Marek.
— Co? — Paweł spojrzał na niego niewinnie.
— Wiem, kogo szukasz.
— Nikogo nie szukam.
— Jasne. Od wejścia patrzysz, czy jest ta pielęgniarka.
— Jaka pielęgniarka? — Marek prychnął, a Paweł uśmiechnął się pod nosem.
No dobrze. Może rozglądał się trochę. Mathilde Stevenson stanowiła swego rodzaju stały element jego doświadczeń z amerykańską służbą zdrowia. Zaczęło się kilka lat wcześniej od rozciętego łuku brwiowego jednego z chłopaków, później był gwóźdź wbity w dłoń, upadek z drabiny, coś ze stopą, czego Paweł nawet nie chciał pamiętać, własne szycie dłoni i cała długa lista pomniejszych katastrof będących naturalnym skutkiem zatrudniania dziesięciu facetów pracujących codziennie na budowie pełnej potencjalnych wypadków. Nie to, żeby jego ludzie byli jakimiś idiotami. Po prostu statystycznie rzecz ujmując, na budowie musza się zdarzać wypadki. Chociaż, patrząc na Marka, czasami jednak zachowują się jak idioci.
Mattie trafiała na nich za każdym razem. Za pierwszym była dla niego po prostu pielęgniarką z wyrazem twarzy sugerującym, że świat rozczarował ją już przed śniadaniem. Za drugim pamiętała jego nazwisko. Za trzecim powiedziała mu, że jeśli jeszcze raz zacznie przeszkadzać podczas zakładania szwów, może sam sobie je założyć. Za czwartym Paweł odkrył, że doprowadzanie jej do irytacji jest jednym z tych drobnych uroków życia, których człowiek nie powinien sobie bez potrzeby odmawiać. Bo Mathilde miała tę cudowną właściwość, że nie udawała uprzejmości. Kiedy uważała go za kretyna, Paweł dokładnie wiedział, że uważa go za kretyna. A Wysockiego to po prostu bawiło.
Usiedli w końcu w części dla oczekujących, a Marek ułożył chorą rękę na brzuchu.
Usuń— Ile tym razem minie minut, zanim ją wkurwisz? — zapytał.
— Nie wiem. Dwie? — Paweł spojrzał na zegarek.
— Daję ci trzy, chociaż ostatnio wystarczyło ci trzydzieści sekund.
— Bo przyszła już zdenerwowana.
— Powiedziałeś jej, że wygląda na zmęczoną i że może powinna więcej spać.
— To była troska o pracownika amerykańskiej służby zdrowia, która trzyma nas przy życiu.
— Jesteś pojebany. — Marek spojrzał na niego takim wzrokiem, jakim zwykle patrzy się na człowieka świadomie wkładającego widelec do kontaktu.
— A ty masz złamaną rękę przez własne nogi. Nie wiem, który z nas gorzej wypada w tym zestawieniu.
Paweł rozparł się na plastikowym krześle, wyciągnął telefon i sprawdził kilka wiadomości z budowy. Odpisał szybko jednemu z chłopaków, żeby skończyli bez nich, przypomniał o zabezpieczeniu miejsca, w którym Marek zrobił swój popis kaskaderski, po czym jeszcze raz zerknął w stronę korytarza. Nikogo znajomego. Żadnej Mattie na horyzoncie. Dziwne, jakie to było rozczarowujące, skoro już tracił pół dnia na ER, dobrze było mieć jakąś rozrywkę. Piętnaście minut później ktoś wywołał Marka, Paweł podniósł się razem z nim.
— Pan może zostać — odezwała się kobieta z recepcji.
— On słabo mówi po angielsku. — Paweł wskazał na Marka, ten spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— I speak fucking English.
— Widzi Pani? — Paweł zwrócił się do kobiety. — Tragicznie.
Recepcjonistka przez chwilę wyglądała, jakby zastanawiała się, czy warto wchodzić w tę dyskusję, ale ostatecznie odpuściła. Kilka minut później znaleźli się za drzwiami oddziału i wtedy ją zobaczył. Najpierw charakterystyczny szybki krok, potem ciemne włosy i w końcu ten wkurwiony wyraz. Uśmiech pojawił się na jego twarzy automatycznie.
— O, kurwa — mruknął Marek.
— Zamknij mordę, Marek.
Mattie jeszcze ich nie zauważyła. Paweł patrzył, jak kończy krótką rozmowę z innym pracownikiem, sprawdza coś na ekranie komputera, a potem podnosi wzrok prosto na nich. Moment rozpoznania był bezcenny. Naprawdę. Paweł widział dokładnie tę sekundę, w której jej twarz przechodziła od zawodowej neutralności do czegoś, co można było opisać mniej więcej jako: not fucking today.
Właśnie dlatego uśmiechnął się jeszcze szerzej i podniósł rękę w powitalnym geście.
— Stevenson! Mathilde! — rzucił zdecydowanie za głośno jak na odległość dzielącą ich może dziesięciu metrów. Marek jęknął coś pod nosem, kręcąc głową. — Stęskniłaś się?
PAWEŁEK
Ian akceptował to ryzyko, które wiązało się z wykonywaniem jego zawodu. Nie było to ryzyko kontrolowane, ponieważ nie miało prawa takim być, kiedy w grę wchodził czynnik ludzki i kiedy Ian stanowił tylko jego ułamek, jednak na tyle, na ile pozostawało to możliwe, Ian starał się mieć to ryzyko pod kontrolą. Był ostrożny, nie postępował pochopnie i woził ze sobą tylko tyle towaru, ile potrzebował dany klient, a jednocześnie zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy. Mógłby przez to popaść w paranoję, ale nie zrobił tego, zupełnie świadomie. Prościej i wygodniej, ponieważ dzięki temu nadal mógł spać spokojnie w nocy, było założyć, że w końcu wpadnie. To było nieuniknione. Mogło stać się za godzinę, za tydzień, za miesiąc albo za pięć lat, ale w końcu miało się stać i Ianowi nie przeszkadzała te perspektywa, a przynajmniej nie przeszkadzała mu do niedawna, bo nie wiedział, co lepszego mógłby zrobić ze swoim życiem.
OdpowiedzUsuńNie rozchodziło się nawet o to, że odkąd poznał Debbie, zaczął mieć co robić ze swoim życiem. Rozchodziło się o to, że kiedy w końcu trafi do więzienia, przekreśli nie tylko swoje życie, ale też życie Debbie. Nie całkowicie, ale w pewnym stopniu i na pewien czas. Debbie miała z nim wystarczająco wiele problemów, nie chciał więc dokładać jej kolejnego, choć ten problem stanowił rozwiązanie wszystkich innych, czyż nie? To było skomplikowane i nic z tego nie miałoby miejsca, gdyby Ian potrafił odpuścić sobie Debbie, ale nie potrafił, tak jak nie do końca potrafił zrozumieć, dlaczego Debbie nie może odpuścić sobie jego. Nie był dobrym materiałem na chłopaka, nie tylko dlatego, że był dilerem. Miał wiele innych ułomności, wynikających z tego, w jakimś środowisku został wychowany. Był trudny, widać jednak nie tak trudny, żeby odpuszczać.
Odpuścić nie chciała także Mattie, choć w jej przypadku wynikało to z czegoś zupełnie innego. Ian był pewnie jednym z przyjemniejszych pacjentów, jakich miewała w swojej karierze. Był czysty, nie był agresywny i mimo wyraźnej niechęci, współpracował. Musiałby bardzo się postarać, aby Mattie odpuściła, a niekoniecznie chciał w ten sposób uprzykrzać jej zmianę.
— Nie bardzo — odpowiedział, ignorując pytanie o numer ubezpieczenia. — Musiałbym się zastanowić, a chwilowo w zastanowieniu się przeszkadza mi to, że nakurwia mnie łeb — wyznał, bo od pulsującego bólu głowy nadal lekko go mdliło. Stąd skrzywił się, kiedy kobieta roześmiała się dźwięcznie, bo o ile w normalnych okolicznościach ten dźwięk mógł uchodzić za przyjemny, o tyle teraz ani trochę przyjemny nie był, przeciwnie, penetrował wnętrze głowy Hunta nie gorzej, niż robiłby to młot pneumatyczny.
Wtem coś go tknęło. Puścił dłoń Mattie, zarówno pod wpływem jej dotyku, jak i tej myśli, która zaczęła tłuc się po jego obolałej głowie.
— To chyba był wpierdol — zgodził się z nią a propos tego, co mogło się stać, ale nie o to mu się rozchodziło. Nie dlatego marszczył teraz brwi, wpatrując się przy tym we własne stopy i zastanawiając się, jak ubrać w słowa to, co chce przekazać. W końcu podniósł na nią wzrok.
— Dacie mi coś przeciwbólowego? — spytał, bo raz, że chciał coś takiego dostać, a dwa, potrzebował żeby nie było to nic, czego później mógłby chcieć więcej. — Mattie, możesz dopilnować, żeby to nie były opioidy ani inne gówno?
Nie odpowiadał na jej pytania, nie kontynuował tematów, które poruszała, co z powodzeniem można było zrzucić na to, że nakurwiał go łeb, ale gdyby Mathilde miała okazję porozmawiać z nim dłużej, niż tych kilka minut potrzebnych na przekazanie towaru, zorientowałaby się, że Hunt potrafił rozmawiać w ten sposób także na co dzień, robiąc to bez najmniejszego wysiłku. Tak jakby prowadził rozmowę i jednocześnie jej nie prowadził, za to ciągnął wygodny dla siebie monolog. Teraz także zmierzał w kierunku, który interesował jego, ale niekoniecznie interesował ciemnowłosą kobietę, czym być może nie uprzykrzał jej zmiany, ale także bez wątpienia jej nie ułatwiał.
IAN HUNT
[Cześć! Prawda, nie znamy się, ale właśnie się poznałyśmy. Chyba. :D Dzięki za powitanie i od razu przyznam rację. To prawda, nie najgorsze ma to życie, trochę się nad sobą użala i nie potrafi postawić na swoje. Ale pracujemy nad tym, a mi Naomi chyba pomaga rozbudzić więcej cierpliwości i empatii wobec ludzi z jej typem osobowości. :D No ale, lubię ją. :)
OdpowiedzUsuńPolubiłam też Matty! Ło panie, to przecież przeciwieństwo mojej N. A taka przyjaciółka z pewnością przyda jej się w życiu! Ja bym tu widziała świeżą, dopiero rozwijającą się od jakiegoś czasu przyjaźń. Bo poza Erin Blake, N. w zasadzie nigdy nie miała takiej przyjaciółki-przyjaciółki, więc może kogoś takiego znalazłaby właśnie w Matty! Sama ma w sobie ogromne pokłady miłości do ludzi, tylko nie do końca ma to z kim w pełni dzielić. Mogę mieć nawet pomysł na punkt zaczepienia. ;) Jeśli to coś, co widzisz, to możesz napisać na maila. Preferuję tego typu ustalenia. :D cinnamoonlattee@gmail.com
Raz jeszcze dziękuję za powitanie!]
Naomi Kim
Brant od kilku minut obserwował stolik sąsiedni, coraz bardziej przekonany, że kumpelski wieczór tamtejszych pijaczków zaraz zamieni się w książkową chryję. Najpierw były tylko podniesione głosy. Nc szczególnego. Wszyscy byli już wstawieni, poza tym bar pełen ludzi miał to do siebie, że czasami trudno było stwierdzić, czy ktoś prowadzi ożywioną dyskusję, czy za chwilę wszyscy zaczną się okładać po twarzach. Zwłaszcza w takiej spelunie, gdzie stali bywalcy znali się po imieniu i każdy wiedział, na jakie hasło można dostać towar spod lady. Ale do tych podniesionych głosów doszły za chwilę nerwowe gesty, ktoś wrzasnął, inny wstał. Drugi też się podniósł i złapał kolejnego za koszulkę tak gwałtownie, że ten wpadł na postronnego gościa, który szedł z piwem. Szklanka przechyliła się w dłoni, zawartość rozlała się na podłogę, a kilka kropel chlapnęło przy okazji na spodnie Branta. Kurwa, no nie.. Facet nawet tego nie zauważył. Zamachnął się tylko i przywalił przeciwnikowi prosto w nos.
OdpowiedzUsuńKrzesło Branta zaskrzypiało o podłogę, kiedy odsunął je nogą i wstał. Zrobił dwa kroki i złapał najbliższego z awanturników za fraki, szarpnięciem odrywając go od przeciwnika. Facet nawet nie zdążył porządnie zaprotestować, kiedy Brant przerzucił go na drugą stronę, prosto w wolną przestrzeń między stolikami. Drugi już ruszał za nim, ale Brant złapał go za ramię, obrócił i równie sprawnie posłał w przeciwnym kierunku. Pozostali goście szybko zorientowali się, że warto pomóc i przytrzymali obu, zanim ci zdążyli ponownie rzucić się sobie do gardeł.
— Macie dzisiaj jakiś konkurs na największego idiotę, czy to jakiś lokalny zwyczaj?
Zdołał ledwie wyrzucić z siebie ostatnie słowo, kiedy coś ciężkiego z impetem uderzyło go w głowę. Zacisnął powieki, a z jego ust wyrwało się krótkie przekleństwo. Poczuł ból w okolicy brwi, pulsujący nieprzyjemnie aż do skroni. Odruchowo przyłożył dłoń do czoła i przez chwilę stał tak, próbując zorientować się, co właściwie się stało, a kiedy odsunął rękę, zobaczył na palcach krew. Opuścił wzrok na podłogę, dopiero teraz zauważając przedmiot, który zsunął się tuż obok jego buta. Krzesło. Dosłownie ktoś rzucił w nich krzesłem. W Oklahomie może spodziewałby się czegoś podobnego, ale w Nowym Jorku? Przez moment patrzył na to krzesło z niedowierzaniem, po czym uniósł wzrok na faceta stojącego kawałek dalej.
— Ty jesteś, kurwa, poważny?
Facet próbował coś powiedzieć, ale Brant wszedł mu w słowo.
— Rozdzielam ich, żeby się nawzajem nie pozabijali, a ty bierzesz krzesło i rzucasz nim na oślep?! — syknął, robiąc krok w jego stronę. Krew zaczęła spływać mu cienką strużką wzdłuż czoła, więc otarł ją wierzchem dłoni, czując ból przy każdym nawet najmniejszym dotyku.
Awanturnicy dali sobie spokój, jeden burknął coś do drugiego i całą grupą się rozeszli. Barmanka pojawiła się chwilę później z woreczkiem lodu i kawałkiem wątpliwej jakości gazy, mówiąc coś o tym, że powinni byli mieć apteczkę, ale ostatnio jakoś nie było okazji jej uzupełnić. Zajebiście.
Przyłożył lód do brwi, a gazę docisnął drugą ręką. Zimno przyniosło chwilową ulgę, choć rana nadal pulsowała przy każdym ruchu. Nie zamierzał jednak robić z tego większej sprawy, bo nie pierwszy raz miał rozcięty łuk brwiowy i pewnie nie ostatni. Wiedział, że się zagoi. Problem polegał tylko na tym, że tym razem prawdopodobnie zostanie po nim pamiątka.
Do mieszkania miał raptem trzy przecznice. Szedł spokojnie, trzymając lód przy brwi, dopóki ten nie zaczął topnieć i znikać w palcach, aż w końcu przestał mieć z niego jakikolwiek pożytek.
Kiedy oderwał gazę od skóry, zobaczył, że przesiąkła krwią prawie całkowicie. Westchnął. Tate na pewno zrobi mu przesłuchanie i nie odpuści, dopóki nie dowie się, co zaszło. Znów westchnął i tym razem zatrzymał się na środku chodnika. Wizja pytań wydawała mu się znacznie gorsza niż wizyta w szpitalu, więc wyciągnął więc telefon, zamówił Ubera i po kilku minutach siedział już na tylnym siedzeniu, kierując się do najbliższego Emergency Department. Na miejscu zgłosił się do rejestracji, gdzie po krótkiej wymianie zdań dostał kolejny kawałek gazy – tym razem niewątpliwej, bo jałowej Cudownie. Przycisnął ją do brwi, podziękował i grzecznie usiadł na jednym z krzeseł ustawionych wzdłuż korytarza. Krew wciąż sączyła się z rany, powoli przesiąkając przez opatrunek. Oparł się więc wygodniej i spojrzał przed siebie, bo teraz pozostawało mu już tylko czekać. Podobno na panią pielęgniarkę.
UsuńBrant Dawson
Wziął od Mathilde woreczek na wymioty, a że pierwszy raz miał do czynienia z tym wynalazkiem, to obejrzał go sobie dokładnie z każdej strony. Zakończywszy krótkie oględziny, zacisnął usta i pokiwał głową, robiąc tę charakterystyczną minę świadczącą o tym, że oto obdarzył uznaniem wręczony mu gadżet. Skupienie się na przedmiocie sprawiło, że nudności stały się mniej dokuczliwe, nie oznaczało to jednak, że ustąpiły zupełnie, przez co Ian wolał mieć woreczek w pogotowiu.
OdpowiedzUsuń— Nie jestem na nic uczulony.
A przynajmniej do tej pory nie trafił na nic, na co by był. Trochę tych substancji przetestował, stąd jego pytanie o opioidy. Nie tylko słyszał historie o ludziach, którzy uzależniali się w sposób, który zobrazowała mu pielęgniarka Mathilde, a jego klientka Mattie, a który rzekomo nie miał miejsca tak często, jak się uważało, ale też miał z tymi ludźmi do czynienia. Jedna z jego najnowszych klientek, swoją drogą pani doktor, łykała oksykodon jak cukierki, a niekoniecznie łykała go w celu uśmierzenia bólu kręgosłupa po wypadku samochodowym. Jeśli już uśmierzała w ten sposób jakiś ból, to innego rodzaju.
— To dobrze — skomentował krótko tym razem on i wygodniej rozłożył się na szpitalnym łóżku. Do tej pory siedział stosunkowo sztywno, teraz oparł się plecami o podniesioną pod pewnym kątem część i wyciągnąwszy nogi przed siebie, skrzyżował je w kostkach. Byłoby mu jeszcze wygodniej, gdyby oparł głowę, ale tę trzymał prosto i sztywno, napinając kark. Miał dziwne wrażenie, że rana, guz czy cokolwiek innego, co widniało tam po uderzeniu, znajdowało się dokładnie w tym miejscu, w którym jego potylica zetknęłaby się z zagłówkiem.
Parsknął cicho, kiedy Mattie pogroziła mu palcem.
— Nie zeświruję — obiecał. — Aż tak mocno nie oberwałem.
Kiedy Mattie zniknęła za zasuniętą kotarką, wygradzającą z przepastnego pomieszczenia trochę przestrzeni osobistej dla Hunta, ten miał czas zastanowić się nad tym, co zaszło. W obolałej, nieustannie pulsującej głowie odtworzył przebieg wydarzeń sprzed trafienia do szpitala.
Zaparkował Cadillaca dwie przecznice dalej. Zabrał ze schowka maleńki woreczek z dokładnie sześcioma pigułkami dla doktora Simmonsa. Wysiadł, zamknął samochód, pokonał tych kilkaset metrów piechotą i już z odległości pięćdziesięciu metrów, będąc jeszcze po drugiej stronie ulicy, wypatrzył Simmonsa czekającego przy podjeździe dla karetek. Przeciął jezdnię, nie kwapiąc się w szukaniem najbliższego przejścia, podszedł do Simmonsa i w niespełna minutę załatwił z doktorkiem, co miał do załatwienia. Bogatszy o kilka stówek, odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę. Ostatnim, co pamiętał, to to, że przeszedł przez ulicę i skręcił w jedną z bocznych alejek, żeby skrócić sobie drogę.
To w tej alejce, a w zasadzie w wąskim przesmyku między dwoma budynkami, takim, w którym stały kubły na śmieci, a wokół tych kubłów walały się kartony i, a jakże, śmieci, musiał oberwać. I musiał oberwać najpierw w głowę, bo bolało go jeszcze kilka innych miejsc na ciele. Głównie lewy bok, od łopatki aż po biodro.
Cmoknął cicho, z uznaniem. Ten ktoś, kto sprzedał mu ten celny cios w głowę, musiał się postarać. To nie była pierwsza rana głowy Hunta, ale pierwsza, która z miejsca pozbawiła go przytomności i to na czas wystarczający do tego, aby ktoś sprowadził pomoc i zaciągnął go do pobliskiego, bo znajdującego się tuż za rogiem, szpitala. Ciekawe, ile był nieprzytomny? Popatrzył za smartwatcha zapiętego na nadgarstku. Z Simmonsem był umówiony na dwudziestą pierwszą, dochodziła dwudziesta pierwsza czterdzieści. No nieźle.
Kotarka, która zapewniała mu tę odrobinę prywatności, z której był uradowany, rozsunęła się gwałtownie, ze zgrzytem metalowych kółek o metalowy stelaż. Ian skrzywił się i mocniej zacisnął palce na usztywnionych krawędziach woreczka na wymioty. Obdarzył Mattie nieprzychylnym spojrzeniem, a następnie popatrzył na podążającego tuż za nią mężczyznę, który przystanął przy łóżku i zapatrzony w kartę, nawet nie popatrzył na pacjenta.
— Dobry wieczór — odezwał się, poślinił palec i przerzucił kartkę, wywijając ją na zewnątrz. Czy ślinienie palca nie było przpadkiem nawykiem, którego lekarz mieć nie powinien…? — Jestem…
Usuń— Doktor Simmons. — Ian wszedł mu w słowo, a kiedy doktor Simmons podniósł wzrok, nie podnosząc przy tym głowy, przez co uwydatnił się jego drugi podbródek, Hunt posłał mu głupkowaty uśmiech.
Może to doktorek miał uzupełnić jego około trzydziestominutową lukę w pamięci? Było by miło, zważywszy na to, że Simmons dostał, co chciał, a Ian dostał tylko wpierdol.
Coś go tknęło. Puścił woreczek, poklepał się po prawej kieszeni jeansów, a potem wcisnął w nią dłoń.
— Kurwa.
Gotówki, którą wręczył mu Simmons, nie było.
biedniejszy o kilka stówek IAN HUNT i doktorek
Siedział grzecznie, z zamkniętymi oczami, układając sobie w głowie krótkie wyjaśnienie na wypadek, gdyby jego siostra postanowiła urządzić mu wykład, dlaczego nie powinien łazić po tych spelunach, skoro wokół tyle jest cywilizowanych barów. Wolał być przygotowany, bo dobrze wiedział, że nie będzie łatwo jej wytłumaczyć, że rozcięta brew była efektem ubocznym próby rozdzielenia dwóch pijanych idiotów, podczas gdy trzeci rzucił krzesłem. To wydawało się tak absurdalne, że nawet on, siedząc teraz na tym szpitalnym korytarzu, miał wrażenie, że brzmi jak kiepski żart albo jak wymówka wymyślona na poczekaniu. W tym czasie pomyślał od razu, że personel szpitalny pewnie słyszał już niejedną podobną historię i żadna z nich nie robiła na nich większego wrażenia, więc przynajmniej tu nikt nie będzie wnikać w szczegóły. Oni widzieli ludzi przywożonych po bójkach i po znacznie głupszych pomysłach, więc krzesło rzucone w głowę na pewno ze spokojem zajmowało miejsce gdzieś w środku tej listy popieprzonych przypadków, a nie na jej czele.
OdpowiedzUsuńSpojrzał w głąb korytarza, kiedy zza drzwi wyłoniła się pielęgniarka, a potem skierował się za nią do jednego z pomieszczeń, gdzie grzecznie usiadł na wskazanym miejscu. Rozejrzał się krótko po wnętrzu, przypominając sobie tamte czasy, gdy trafił do szpitala z o wiele gorszym przypadkiem. Wtedy kula zrobiła mu znacznie więcej szkody niż dzisiejsze krzesło, choć i z tamtego wykaraskał się całkiem sprawnie, bo po dwóch miesiącach rehabilitacji wrócił do patrolu. Fakt, że rana była przelotowa, a kula ominęła kość i wszelkie nerwy oraz tętnice, robiąc spustoszenie jedynie w tkankach miękkich, więc obyło się skomplikowanych powikłań. Oczywiście od tamtego czasu aż do teraz było jeszcze parę takich odwiedzin, bo w pracy na ulicy działy się różne rzeczy, a czasami nie wypadało zbagatelizować nawet głupiego rozcięcia. Częściej miewał jednak urazy, które można było załatwić opatrunkiem i kilkoma szwami, niż takie, z którymi trzeba było zostać na dłużej, bo po piętnastu latach służby człowiek w końcu wpaja sobie pewne nawyki, a przede wszystkim takie, by nie robić sobie krzywdy na własne życzenie. Dziś wyglądało to zgoła inaczej, ale dawno był po godzinach i próbował zrobić po prostu dobry uczynek.
Siedząc na leżance, przyglądał się ruchom kobiety, zastanawiając się z automatu, którym z kolei pacjentem był i czy miała już jakieś ciekawsze przypadki tego dnia, czy wszyscy przyjeżdżali z bolącymi paluszkami. Albo rozciętymi brwiami. Generalnie to miał dziwne wrażenie, że w ogóle nie powinno go tutaj być, bo przecież rozcięta brew to nie koniec świata, można płakać jedynie nad walorami estetycznymi, gdy zagoi się jak popadnie. Ale on musiał jutro jakoś pokazać się w pracy i byłoby dobrze, gdyby ta rana nie rozlazła mu się przy pierwszym gwałtowniejszym pochyleniu po psią smycz. Musiał to ogarnąć. Po prostu musiał
— Poza kamuflażem? No nie wiem, może nieudana próba zaprzyjaźnienia się z krzesłem? — odpowiedział, uśmiechając się nieznacznie. — Rozdzielałem dwóch pijanych mężczyzn. Trzeci uznał, że przyda im się jeszcze uzbrojenie, więc rzucił w naszą stronę... krzesłem.
Wycelował spojrzenie w jej oczy, gdy usiadła naprzeciwko na taborecie. Nie ruszał się, obserwując, jak jej wzrok biegał po jego twarzy w poszukiwaniu jakichś istotnych zmian, które mogłyby wyglądać niepokojąco.
— Głowa boli, ale jeszcze wiem, gdzie jestem i jak się nazywam, więc chyba nie jest źle. Widzenie bez zmian. Ręce i nogi też działają. — Poruszył lekko palcami, chcąc jej to dodatkowo zademonstrować. — Nudności brak. Wymiotów też nie planuję, jeśli to cię uspokoi.
Na ostatnie pytanie uniósł lekko brew, po czym przypomniał sobie, że akurat ta brew jest aktualnie w kiepskim stanie do robienia jakichkolwiek min. Za chwile w ogóle przestał się poruszać, bo Mathilde zabrała się za oczyszczanie tej rany.
— Pamiętam wszystko. Nawet moment, w którym pomyślałem, że powinienem jednak zostać przy swoim piwie i pozwolić tym kretynom samym się pozabijać — przyznał, czując lekkie szczypanie w miejscu, które właśnie odkażała. Uwinęła się z tym tak sprawnie, że nie był nawet w stanie sobie na nią dobrze popatrzeć. A urodę miała nietuzinkową.
UsuńZaraz usłyszał znajomy głos tutejszego lekarza, więc uśmiechnął się krótko bo te okoliczności może i były lepsze, ale tych spotkań i tak nie zaliczał do wartych powtarzania. Dlatego starał się powtarzać je jak najrzadziej.
— Dobry wieczór, doktorze — przywitał się, a potem spojrzał na Mathilde, która nagle jakby doznała dziwnego przypływu oświecenia. Miał świadomość, że nagrania z kamer nasobnych często trafiają do sieci, bo policja na życzenie niektórych agencji udostępnia je czasem w celach edukacyjnych, ale nie spodziewał się, że kiedykolwiek zostanie rozpoznany w ten sposób gdziekolwiek na świecie. Poza Oklahomą, bo tam całe miasto wiedziało. Był zaskoczony, bo nawet jeśli to spektakularne nagranie z postrzelenia zostało wyświetlone miliony razy, to jakie było prawdopodobieństwo, że w tej grupie znajdzie się pani pielęgniarka, która tego wieczoru będzie przygotowywała jego brew do szycia? Może powinien zagrać w zdrapki, skoro miał szczęście do trafiania na mało prawdopodobne przypadki. Co więcej, znany był jako ten z postrzału. Cudownie. Dzięki, Tate.
Wzruszył lekko ramionami, bo ciężko było mu zrzucić taki obrót spraw na szczęście. Szczęścia w tym raczej nie było. Albo to napastnik nie umiał strzelać, albo to on wiedział, jak unikać kul, żeby zminimalizować ryzyko ciężkich obrażeń. A może i jedno i drugie złożyło się finalnie na to, że miał tę nogę w pełni sprawną, a po tamtym incydencie została tylko brzydka blizna. I ten specyficzny ból, bo tego rodzaju bólu też nie dało się zapomnieć, ani zestawić z żadnym innym.
— Rana była przelotowa, pocisk przeszedł wzdłuż włókien — potwierdził, bo faktycznie obeszło się bez szycia. Napastnik strzelał z góry i trafił w zgiętą nogę. Zresztą, nie bez powodu zawsze pracował na ugiętych kolanach, schodząc nisko na nogach przy każdym kontakcie ogniowym, bo latami uczył się tej pozycji właśnie po to, by w razie trafienia zminimalizować ryzyko strzaskania kości czy rozerwania tętnicy. Tamtego dnia ta nawykowa dbałość o geometrię własnego ciała być może uratowała mu życie. A na pewno nogę.
— Cóż, miło wiedzieć, że przynajmniej ktoś oglądał z przejęciem. — Zerknął na nią z lekkim rozbawieniem. A potem poczekał, aż przyniesie odpowiedni sprzęt do zasklepienia rany i pozwolił lekarzowi zacząć procedurę.
Brant Dawson
Porzuciwszy gmeranie dłonią w pustej kieszeni, która nie mogła stać się już bardziej pusta, niż była, Ian cofnął rękę i podniósł głowę, by móc spostrzec, że postawa Mathilde diametralnie się odmieniła. Już wcześniej kobieta była energiczna, poruszała się z werwą, a kiedy mówiła, to konkretnie, co sprawiało, że biła od niej mocna aura zdecydowanego, pewnego siebie człowieka, ale teraz wręcz promieniała wewnętrznym blaskiem. Jej ciemne oczy, utkwione w Simmonsie, błyszczały niemal jak w gorączce, zdradzając niezdrową ekscytację.
OdpowiedzUsuńNo tak. Ian uśmiechnął się pod nosem. To, że oprócz pracy, stał się dodatkowym ogniwem łączącym tę dwójkę, musiało być interesujące. Mniej dla niego, bardziej dla Mathilde, a najbardziej dla doktora Simmonsa, który po entuzjastycznym powitaniu dilera nie wiedział, co ze sobą począć.
Lekko zadarłszy podbródek i przechyliwszy głowę, Ian nadstawił uszu, by nie uronić ani słowa z rozmowy tej dwójki. Na jego twarzy malowało się uprzejme zainteresowanie, a sam Ian pozostawał niewzruszony tym, że zachował się wyjątkowo nieprofesjonalnie. Był dobrym dilerem. Dyskretnym. Takim, który dbał o to, by tożsamość jego klientów nie była jawna. Tymczasem wystawił doktora Simmonsa aż miło, choć przy tym nie wystawił samej Mattie. Pielęgniarka wystawiła się sama, swoimi słowami sprawiając, że każda z przebywających tutaj osób doskonale zdawała sobie sprawę z tego, kto jaką pełnił rolę w ich małym trójkącie. Cóż, swoje drobne potknięcie Ian mógł wytłumaczyć urazem głowy, który nie był wyimaginowany, bo ból ściskający jego czaszkę był jak najbardziej prawdziwy. Poza tym, podświadomie chyba miał za złe Simmonsowi, że to, co go spotkało, spotkało go akurat po dostawie dla niego. Kto wie, może Simmons był w zmowie z napastnikiem?
Cierpliwie poddał się badaniu. Pozwolił doktorkowi pooglądać się z każdej strony, w zasadzie wyglądało na to, że Ian podczas tego badania rozluźnił się już całkowicie i przestało tak bardzo zależeć mu na tym, aby opuścić szpital jak najszybciej. Nie mógł przecież wymarzyć sobie lepszej opieki, prawda? Pielęgniarka, której dostarczał zielsko i lekarz, którego zaopatrywał w benzo.
— Jesteś okrutna — zauważył, kiedy zostali sami i kiedy Mattie śmiało poczynała sobie z jego żyłami. Wodził za nią wzrokiem i uśmiechał się przy tym lekko, a kiedy nazywał ją okrutną, brzmiało to bardziej jak komplement niż przytyk. — I nie ma za co.
Pokiwał tylko głową, kiedy tłumaczyła mu, co dalej. Nie wypadało mu przecież choćby potaknąć, skoro przedstawiła go jako małomównego, prawda? Zresztą, to nie była tylko poza. Ian naprawdę niewiele mówił. Dokładnie tyle, ile było trzeba, a że jego zdaniem ludzie często mówili zdecydowanie więcej, niż było to konieczne, to na ich tle wypadał wyjątkowo blado. Instrukcje Mattie były jasne, on je rozumiał i nie miał żadnych zastrzeżeń co do tego, że miał poczekać, więc skinięcie było absolutnie wystarczające.
Odetchnął głębiej, kiedy został sam. Przymknął powieki, a nawet ostrożnie podparł głowę, tak by nie urazić bolącego miejsca, czym odciążył napięty kark. Woreczek na wymioty wciąż trzymał pod ręką, tak na wszelki wypadek i czekał, aż podany dożylnie paracetamol zacznie działać. Potrzebował sprawnie działającego umysłu, żeby podpytać Simmonsa, czy wiedział, co dokładnie zaszło.
małomówny, ale grzecznie czekający IAN HUNT
Pokręcił tylko głową, odprowadzając Tilly wzrokiem, aż ta zniknęła z jego pola widzenia. Pomyślał, że być może mógłby dogadać się z nią w życiu prywatnym. Pomyślał także, nie wiedzieć czemu, że Mathilde potrafiłby zjeść go na przystawkę – lub na jeden kęs, jak te modne finger foods serwowane na przyjęciach. Wystarczyło mu te niespełna pół godziny, z przerwami, spędzone w jej towarzystwie, by zaobserwować, a poniekąd także poczuć na własnej skórze, że Mathilde nie pierdoliła się z ludźmi. I dobrze. Ian także tego nie robił, ponieważ tego nie lubił, dlatego cenił w innych akurat tę cechę.
OdpowiedzUsuńJego przemyślenia nie trwały zbyt długo, a przez to nie zaprowadziłby go daleko, bo zgodnie z poleceniem opiekującej się nim pielęgniarki Mathilde, zapadł w płytką drzemkę. W normalnych okolicznościach raczej zachowałby czujność i nie pozwolił sobie na sen, ale to nie były normalne okoliczności. Nie co dzień Ian trafiał na ER, gdzie obskakiwała go dwójka jego klientów, choć należało zaznaczyć, że obskakiwali go wyłącznie z zawodowej konieczności. Tak jak Ian nie lubił pierdolić się z ludźmi, tak też nie lubił być przez nich obskakiwanym.
Szkoda, że musiał zostać w swoim pokoiku, bo nie mógł zobaczyć, jak Mathilde nie pierdoli się z Simmonsem. Będąc tego świadkiem, w duchu przyklasnąłby kobiecie, a doktorem by wzgardził. Był dilerem, działał wbrew wszelkiej etyce i nie katował się tym ani na co dzień, ani w bezsenne noce, w które mogłyby dopaść go wyrzuty sumienia. Hunt nie miał żadnych wyrzutów sumienia przez to, że handlował prochami. Nie on, to inny diler, prawda? Dlatego nie żałował swoich klientów, ponieważ ci byli dorosłymi ludźmi, którzy potrafili samodzielnie dokonywać wyrobów i równie samodzielnie niszczyli sobie w ten sposób życie.
Z drzemki wyrwało go wtargnięcie Mathilde na salkę. Zrobiła to tak gwałtownie, że opony wózka zapiszczały o gumolit, kiedy wykręcała nim przy łóżku. Pisk ten nie był tak nieprzyjemny, jak mógłby być jeszcze kilkanaście minut temu, a to oznaczało, że radośnie krążący w krwiobiegu Iana paracetamol musiał zacząć działać.
— Tym cackiem? — Wskazał na wózek. — No nieźle — skomentował, jako fan motoryzacji doceniając zaoferowany mu środek lokomocji.
— Czy zleciał? Nie wiem, nie znam się. Ty mi powiedź, z naszej dwójki to ty masz odpowiednie kompetencje — zauważył, nawet z nutą rozbawienia w tonie głosu, co musiało oznaczać, że lek nie tylko zleciał, ale też działa ja ta lala. Ian, podniósłszy się do pozycji siedzącej, popatrzył na podwieszony na haczyku worek. Wydawał się pusty. No i łeb już go nie nakurwiał, co najwyżej tylko lekko pobolewał.
Spuściwszy nogi za krawędź łóżka, podstawił Mathilde przegub. Chyba powinna tam coś odkręcić i zakręcić, prawda?
— Simmons jeszcze przyjdzie? — zagadnął, popatrując na Tilly. — Chciałbym z nim chwilę porozmawiać.
Kiedy tylko został uwolniony z kroplówki, przesiadł się na wózek. Mógłby wykłócać się, że pójdzie sam. Przecież nic takiego mu nie było, bywał naprawdę w gorszym stanie, a na początku zeszłego roku ledwo pozbierał się po jednym, wyjątkowo paskudnym pobiciu. Ta rana głowy, ten obity bok, to było nic. Z tym że Ian naprawdę chciał przejechać się tym cackiem, a że miała popychać je sama Mathilde, to już w ogóle.
shut up and drive! IAN HUNT
Rozumie czemu pielęgniarka jego żart sprowadza do krótkiego podsumowania, nie może się dziwić. Gdyby ktokolwiek przyszedł do niego poobijany też nie bawiłby się w śmichy-chichy, tylko skupił na sprawie. Magnus jednak gdzieś musi uciec, żeby nie oszaleć ze złości, a do humoru mu najbliżej.
OdpowiedzUsuńGdyby jednak na moment musiał przystanąć, mogłoby się okazać, że tej złości nosi w sobie całkiem sporo. Za głupie teksty, gdy idzie ulicą bez dragu, ale, nie daj boże, ma zrobione kolorowe kreski. I za tych facetów z dzisiaj, bo przypomnieli mu, że nie żyje w bańce i nie może pozwolić sobie na moment zapomnienia, że jeden fałszywy ruch ma swoje konsekwencje. To ważna lekcja. Smutna, ale ważna.
Dlatego rzadko kiedy przystaje. Raczej biegnie. Sprintuje. Wyprzedza durne gadki i jeszcze durniejsze pięści. Po prostu tego wieczora się nie udaje.
— Głównie żebra — odpowiada w końcu, żeby nie robić kobiecie problemów. Na pewno ma wielu pacjentów i nie potrzebuje żarcików tylko konkretnych informacji. Poza tym, on nigdy nie był trudny. Teraz też nie zamierzał zacząć. — I trochę lędźwie. — Wzdycha z irytacją. — Może trochę bardziej niż trochę.
Odpowiada uśmiechem na jej uśmiech, choć ten zaraz blednie. Rozgląda się w poszukiwaniu swojego plecaka, ale ten wciąż leży na krześle przy łóżku, gdzie go zostawił. Może nie będzie tak źle.
— Obejdzie się bez szykownie, jeśli będzie wygodniej — stwierdza, bo tak jak chęć wyglądania najlepiej jest dla niego często motywacją, tak nie w tej chwili. Podnosi materiał tak jak prosi, bo przecież jest łatwy i przechyla głowę na bok by spojrzeć na młodego lekarza. Ma tylko nadzieję, że to nie stażysta, naoglądał się wystarczająco Grey’s Anatomy, żeby tych unikać jak ognia.
Nie próbuje się wtrącać w tę słowną próbę zrozumienia jego osoby, bo to zwyczajnie śmieszne. No i czasem wystarczy zapytać, nic w tym złego. Magnus często bez dragu nazywany jest Malmo i często w dragu nazywany jest Magnusem, zależy kto mówi. To samo tyczy się pan i pani, no i wniosek był jeden: najmniej mylili się ci, co zapytali.
— Dzięki — mówi, zanim kobieta zostawia go samego, po czym schodzi z łóżka i sięga po swój plecak. Wyrzuca na pościel produkt do demakijażu i ręcznik. Zazwyczaj działa dużo ostrożniej, bo nie chce ani uszkodzić sobie cebulek włosów, kiedy pozbywa się peruki ani zniszczyć cery makijażem, ale teraz to jego najmniejsze zmartwienia. W ekspresowym tempie wylewa zatrważające ilości produktu na trzymany ręcznik i przesuwa nim po twarzy. Trochę piecze, bo za dużo trze, ale trudno. Spogląda na siebie w lusterku w kosmetyczce, zrywa sztuczne rzęsy i domywa kilka miejsc, które wciąż mają na sobie make-up. Przeczesuje włosy palcami, przypadkiem znajdując w nich jakąś zagubioną wsuwkę.
Ledwo udaje mu się wrzucić zużyty ręcznik z powrotem do plecaka, pojawia się ponownie pielęgniarka. Wspaniale, z (prawie) najgorszym się wyrobił.
— Pewnie — mówi, schylając się by odpiąć klamrę przy bucie. Ten spada na ziemię. To samo dzieje się z drugim. — Możesz mi tam tylko wyjąć tę agrafkę? Przy zamku u góry — pyta, odwracając się do niej plecami. Nie powinno być to szczególnie trudne: odzyskał swój zwyczajowy wzrost, włos nie straszy, twarz też już zupełnie inna. — Odpiąłbym sam, ale trochę mi się ręce trzęsą. — Głupio się przyznać, ale przecież nie będzie udawał, że nie. A musi się z tej kiecy wyswobodzić, a potem z pięciu par rajstop, które utrzymują sztucznie stworzone z pianki biodra. I będzie gitara. Dziękuje wszelkim istniejącym i nieistniejącym bóstwom, że nie zdecydował się tego wieczora na strój, który wymagałby tuckingu. — To już prawie koniec, słowo — dodaje jeszcze, co by kobiety nie martwić, że zajmie jej pół zmiany swoimi przebierankami.
Magnus, co w sumie dość chętnie się przebiera
W zostawaniu bywał całkiem niezły – choć zazwyczaj bardziej zostawaniu kimś niż gdzieś. Skoro jednak tak polecono, zatrzymał się w miejscu i byłby może nawet zastygł, gdyby nie to, że od żony Lota wolał Ikarowe loty i pieprz od soli też. Oparł się o ścianę i wytupując na podłodze energiczny rytm, przeglądał wiadomości na telefonie. Dostał trochę video początkowych aktorów do obejrzenia, pod casting. Będzie miał co robić w metrze i w domu.
OdpowiedzUsuńWyprostował się, kiedy Mattie wróciła. Koperta bieliła się niczym koloratka i tak jak ona – była równie święta. Albo równie potworna. Len oderwał jednak od niej wzrok i wzruszył ramionami. Po to tu przyszedł i po to tu wróci, już za chwilę; teraz nie chciał jednak brać jej ze sobą. Po co kusić los? Jeszcze wypadnie mu z kieszeni przy kolejnych wiernych.
– No, dobra – odparł. – To idę do nich, a potem się policzymy.
Pani Monroe, wbrew znaczącemu nazwisku, nie miała pieprzyka nad kącikiem ust czy perfekcyjnej fryzury z hollywoodzkimi falami. Z jej szczupłej twarzy śmiały się brązowe, ciepłe oczy, a włosy zaczesała w ciasnego koczka. Mimo zmęczenia i mimo choroby – wiele wskazywało, że za młodu musiała być ogromnej urody. Na Boga, wciąż przecież, nawet u schyłku, było w niej coś magnetycznego.
Mówiła cicho, słabym głosem, za to – nieprzerwanie. Kiedy ksiądz Eli dostawił sobie krzesło i przycupnął skromnie, właśnie historią o hortensjach zabawiała każdego, kto chciał słuchać. Albo miał czas.
Eli chciał. I mógł, co pomogło sytuacji. Opowieść była trywialna – opiewała dawne dzieje, gdy pani Monroe mieszkała w starej kamienicy na Brooklyn Heights i hodowała na balkonie hortensje, wielobarwne kwiaty, których każdy listek był ponoć pielęgnowany z osobna. Rozwijały się z rozmachem, aż te białe odmiany zaczęły przysłaniać barierki, a włożone do doniczek wiszących niebieskie baldachy dawały więcej cienia niż zadaszenie. Gdy tak się rozrastały, pani Monroe rosło serce. Po to właśnie to robiła – by nacieszyć oczy, by zająć czymś ręce, by rywalizować z sąsiadką o piękniejszy balkon.
Oba były, powiedziała, piękne. Z sąsiadką się zaprzyjaźniły. Ze swoim szwagrem też utrzymywała dobre kontakty, choć to historia jeszcze dziwniejsza. Przeżył swoje dwie żony, obie były siostrami pani Monroe. Szwagier od pierwszej był starszy osiem lat, a od drugiej – która za niego wyszła na polecenie ojca – o piętnaście. Po jej śmierci żył jeszcze niespełna dwie dekady.
– Już się nie ożenił? – zapytał ksiądz Eli.
– Gdzie tam! – Pani Monroe machnęła dłonią. – Ja, najmłodsza, na szczęście już byłam zamężna, no to sióstr do żeniaczki zabrakło.
– To dobrze. Po trzeciej siostrze miałbym parę pytań.
– Wszyscy mieliśmy, ale to był dobry człowiek. Dożył też pięknego wieku. A ksiądz ile ma lat?
– Dwadzieścia osiem.
– Strasznie ksiądz młody.
– Przepraszam.
– Nie szkodzi, nie szkodzi. Ja księdzu strasznie tego wieku współczuję, tyle jeszcze ksiądz musi się narobić, porobić, nażyć się. Jezu, mi już się nie chce! Chyba nie wolno tak mówić?
– Dlaczego? Mamy wolną wolę, więc ja wolę, gdy się mówi, co się chce.
– To mi się podoba. No. To tak. Niech mnie ksiądz źle nie zrozumie, miałam dobre życie. Wiem, że się mówi o całym tym życiu wiecznym i byciem jednością z Bogiem, że prawdziwe szczęście to zbawienie i niebo. Ale ja raj chciałam mieć na ziemi, no bo przecież… Gdzie się człowiek cieszy, tam raj, prawda?
Pani Monroe poprawiła się w pościeli – uniosła się trochę, na szczęście tylko dosłownie, bo mówiła tonem spokojnym, w którym jednak igrała lekka figlarność. Jaśniała drobna twarz, poznaczona wiekiem, poprzecinana siateczką zmarszczek; najbardziej widać było kurze łapki. Łapała, pomyślał Len, wiele, wiele radości w życiu.
– Pewnie – odparł. – Niebo poczeka.
– Mój Wally, mąż, zmarł trzynaście lat temu. Bardzo go kochałam. Wszyscy mnie chcą tak pocieszać, że przynajmniej niedługo już się spotkamy, ale czy ja wiem, czy ja tak bardzo chcę go znów spotkać?
– Bóg jest miłosierny, pani Monroe. Może nie skaże pani na wieczność z Wallym.
– Oby! Po trzynastu latach człowiek przywykł, że jest spokój i nikt nie chrapie nad uchem. Żeby było jasne, dużośmy mieli szczęścia. Walter był porządnym człowiekiem. Aż do znudzenia. Myślałam ja czasem, że gdyby miał więcej wolnej woli, no i gdyby nie poznał kogoś tak wspaniałego jak ja, to sam byłby kapłanem. Kochał prawić kazania, niestety. Aż do znudzenia.
Usuń– Niestety – powtórzył Eli. – Biblijnie. Święty Paweł zanudził kiedyś kogoś na śmierć.
– E? Ja to tak na Biblii się nie znam.
– Mówił kazanie tak długo, że jeden typ usnął i wypadł przez okno. Z trzeciego piętra. Zginął. Paweł go wskrzesił. I mówił dalej.
– A ksiądz potrafi wskrzeszać?
– Broń Boże. Dlatego staram się streszczać.
– Niebywałe, ksiądz bez ględzenia! Czy ksiądz na pewno jest księdzem?
– Mogę coś powiedzieć po księżowsku. – Eli uśmiechnął się ciepło. Wstał i uniósł dłonie. – Ach, zaprawdę powiadam ci, córko marnotrawna, małżeństwo to święty sakrament, chrapanie to tylko mała próba wiary, a na drodze do zbawienia każdy musi dźwigać swój krzyż. Nawet hortensje o tym przypominają, mając liście nakrzyżległe. Pomodlimy się, pani Monroe? – zakończył już bez parodii.
– Jeśli ksiądz musi…
Zaśmiał się cicho i zmówił niewielką modlitwę.
Rozmowa z panem Dawsonem była dużo krótsza. Zgodnie z relacją pielęgniarki, rzeczywiście wydawał się pobudzony – choć bardziej było to widać w spojrzeniu niż w ciele. Na łóżku leżał prawie nieruchomo; wiele wskazywało na to, że niegdyś był potężnym mężczyzną, a teraz zapadał się w sobie, jakby jakaś moc zasysała go od środka. I tak uwięziony, rozbieganym spojrzeniem krążył po sali, usta wykrzywiając prawdopodobnie w bólu, choć tylko z prawej strony. Drugi kącik ani drgnął. Od pana Dawsona biło cierpienie. I gniew.
Przemawiał bełkotliwie, a wraz ze słowami, wyrzucał z siebie drobinki śliny. I choć był głośniejszy niż pani Monroe, to Len nie rozumiał połowy zdań, więc po krótkim czasie, wbrew zaleceniom, przysunął się jednak bliżej.
– Ch-chryste... gówno. Na krzyżu... znosić to cier-cierpliwie? Mnie kurrrwa rozrywa. Jak mam się... się... się... nie...
Opadł na poduszkę, świszcząc głośno przez zęby, a w jego gorączce lśniła czysta, bezsilna furia.
– Jezus też się wkurwiał – odezwał się cicho Eli. – Choć może nie wtedy. Ale to nawet i dla niego gorzej…
Pan Dawson próbował coś jeszcze dodać, ale nie mógł, więc tylko wpatrywał się w Eliego, spojrzeniem zadając pytanie.
– Miał ochotę kiedyś na figę – kontynuował Eli. – Więc podszedł do figowca, a tam figa z makiem. Nic. Same liście, bo to nie był sezon na figi. Jezus się wkurwił, przeklął drzewo i to uschło na amen. Skoro nawet Bóg się złości z błahego powodu, to co dopiero człowiek, gdy ma jakiś większy.
Dawson charknął, jakby chciał się zaśmiać, ale z gardła wydobyło się tylko rzężenie. Wciąż był bardzo nerwowy, ale coś w jego twarzy mówiło, że odpowiedź księdza Eliego przypadła mu do gustu.
Odmówili różaniec, choć to bardziej Eli szeptał coś nad paciorkami, a Dawson to przymykał oczy, to je otwierał, aż w końcu chyba przysnął, płytko i niespokojnie, ale zawsze coś.
Len wytarł z czoła i policzków odpryski śliny, a kiedy opuszczał salę, zaczepiła go pani Monroe.
– A przyjdzie ksiądz jeszcze?
– Ja… – odchrząknął i powrócił do tonu Eliego. – Zobaczymy.
– Nie zobaczymy, tylko do zobaczenia.
– Postaram się!
Len zerknął na zegarek. Chryste, minęło dużo więcej czasu niż planował tu zostać. Jeśli pójdzie tak dalej, to ani się obejrzy, a miną długie, długie lata i sam wyląduje w którymś z tych łóżek.
Mattie dorwał na korytarzu.
– Jestem – powiedział. – Skończyłem, więc jak wszystko okej, to… no, możemy się żegnać.
Złapał dłonią za koloratkę, chcąc ją poluzować i oddalić od szyi. Już niedługo, już zaraz kapłaństwo przestanie drapać go w gardło i uwolni się z więzienia duchowieństwa.
Ksiądz Eli po posłudze, Len Weston po zapłatę, no i ja po wybaczenie, że tak dużo tekstu o niczym!
Całkiem to było miłe, że mu pani pielęgniarka dawała czas na przebranie się. Jest pewien, że mógł trafić na taką, co specjalnie woziłaby go po oddziałach w pełnym dragu, tylko po to, żeby zrobić przedstawienie. Ludzie lubią sensacje. Tym bardziej w miejscach, które kojarzone są ze smutkiem i cierpieniem. Raz nawet występował w szpitalu i było to całkiem niezłe doświadczenie i prawie wszystkim się podobało. Ci co im się nie podobało to wyszli i też było w porządku.
OdpowiedzUsuń— Pewnie, pobieraj ile chcesz — deklaruje gotowość, raz, dlatego, że obiecał sobie nie utrudniać jej pracy, dwa, że dużym szczęściem był jednak brak rozwalonego nosa czy skroni, więc krwi ma więcej niż się spodziewał.
Igieł nigdy się nie bał, pobierania krwi również, więc samo przedsięwzięcie trwa właściwie chwilę.
Gdy ponownie zostawia go samego, ściąga z siebie wszystkie warstwy przytrzymujące padding i rzuca zarówno rajstopy jak i piankę na krzesło. Zostaje w samej bieliźnie, zakłada szpitalną piżamę. Przydałby się się jakiś laczek, żeby nie latać na boso. I jakiś pasek, żeby w tym paskudztwie zaakcentować biodra. Taka kosmetyczna uwaga.
Kiedy jednak Mathilde wraca, faktycznie jest gotowy: makeup zmyty, peruka zdjęta, strój i cała magia leżą obecnie na krześle.
— Dzięki — mówi miękko, uśmiechając się łagodnie, bo naprawdę jest jej wdzięczny. Różnie bywa, więc człowiek zwyczajne gesty zaczyna traktować jak niespotykane dobro. To wciąż lepsze niż zaskoczyć się wrogością, na tę lepiej być przygotowanym.
Ma ogromną nadzieję, że jest tylko poobijany. Nie ma czasu ani środków, żeby działo się coś poważniejszego. Udało mu się zaklepać trzy występy w tym tygodniu i żeby wyjść na plus, musi pokazać się na każdym. Nie zadzwoni przecież i nie powie, że ktoś go skopał. To byłoby niepoważne.
— Teraz to różnie, trochę się tułam z miejsca na miejsce — mówi, wzruszając ramionami, Męczący to moment, kiedy nie masz załatwionego stałego angażu, ale Magnus wierzy, że prędzej niż później uda mu się coś ogarnąć. — Krótko jestem w Nowym Jorku, jeszcze się nie rozeznałem dobrze, co i jak. No i dużo tu dobrych dziewczyn, więc spora konkurencja.
Poprawia za dużą piżamę, bo jest prawie pewien, że wiszące elementy zaraz wkręcą się w kółka wózka. Wolałby iść. Oglądał seriale medyczne więc wie, że protokół to protokół i nie będzie z nim walczył dla samej walki: w końcu obiecał nie utrudniać jej roboty.
— Ale ostatnio miałem kilka nocek w Bottoms up, więc może się skuszą i zakręcę się tam na dłużej — dodaje jeszcze, prawie pewien, że Mathilde zapytała go z grzeczności. Kim jest jednak by nie dać jej obszernej odpowiedzi na pytanie, na które może wcale nie chce jej znać? A jeśli chce to tym lepiej!
— A ty? — odpowiada, bo znowu, oglądał seriale medyczne i wie, że duża część personelu medycznego nie działa tylko w jednej placówce. Poza tym, wypada też o coś zapytać, a ona zdołała wyrwać z niego odpowiedzi na co najmniej pięć zanim jeszcze opuścili salę na izbie przyjęć. — Tylko tu czy latasz po innych szpitalach? — dodaje tak w razie czego, gdyby pytanie nie było zrozumiałe.
Lędźwie dają o sobie znać chwilę później, ale przykrywa dyskomfort kolejnym uśmiechem i wciągnięciem powietrza przez nos. Przecież nie jest słaby, żeby zaraz narzekać na byle jakie dolegliwości.
wścibski bądź nie wścibski Magnus
Tamsin zastanawiała się czasami, co by było, gdyby rzuciła wszystko i zaszyła się na jakimś pustkowiu. Po śmierci Cartera przytuliła całkiem pokaźny spadek, który w dużej części leżał na koncie nietknięty bądź pracował w jej imieniu na giełdzie – nie były to kokosy, bo jej były mąż żył w dużej mierze na kredyt, ale były to pieniądze, które spokojnie wystarczyłyby jej na wygodne życie do samego końca jego trwania. Wstawałaby wcześnie, szła na spacer do lasu otoczona przez kilka psów, drzwi domu zamykając tak, by nie dać umknąć kotom. Przechadzałaby się po lesie, zbierała jagody i grzyby, a raz w tygodniu jeździłaby do najbliższego miasteczka po odbiór poczty, zamówionych książek i zakupy spożywcze, prawdopodobnie dziczejąc z każdym dniem coraz bardziej. Już teraz, gdy przez cały tydzień miała próby, a po nich czas jedynie na sen, bez chwili nawet na spotkanie z kimkolwiek, kto nie byłby członkiem orkiestry, czuła, jak jej umiejętności społeczne zaczynają kuleć. Szybko zaczynała wytracać pewność siebie, humor i pewność tego, co mówiła, przybierając postać paprotki – obecna, ale właściwie wtapiająca się w tło, będąca jedynie elementem otoczenia. Łapała się na tym, że czuła się niezręcznie, nie umiała ubierać myśli w słowa i nie wiedziała, czy było to spowodowane tym, że jej myśli płynęły często szybciej niż słowa, wielokrotnie błądząc gdzieś między jednym a drugim pytaniem, czy tym, że aparat mowy zwyczajnie nie nadążał, chociaż przecież nie należała do grona typowych gaduł.
OdpowiedzUsuń— Skończyłabyś z opinią wrednej pindy pewnie. Wiesz, takiej, co rządzi się i rozstawia wszystkich po kątach, a wszyscy się jej boją. Gdybyś była facetem, prawdopodobnie daliby ci za to awans, ale… No wiesz — wzruszyła ramionami, patrząc na Mattie z zastanowieniem. Gdyby obie trafiły razem do jednego korpo, prawdopodobnie skończyłyby jako te dwie zołzy, które lubią tylko siebie, a na resztę syczą. Tilly pewnie trochę głośniej, ale Tammy kąsałaby po kostkach.
— To dobrze, Tilly. Pomyślałabym, że ktoś cię podmienił i musiałabym znaleźć ciebie prawdziwą, bez wzbudzania podejrzeń u klona… Nie będę hipokrytką, miewam zapędy do samobiczowania i altruizmu, ale rzeczywistość zazwyczaj w porę sprowadza mnie na ziemię — westchnęła, bo niezbyt była z siebie z tego powodu dumna. Miewała chwile, właściwie całe okresy, kiedy postrzegała siebie samą jako źródło nieszczęść innych, jako kogoś niewystarczającego do pomocy, sfrustrowana brakiem możliwości zmienienia świata, chociaż ten próbowała ograniczać do własnego podwórka. Drażniła ją niemoc, gdy nie mogła pomóc raz a dobrze nastolatkowi, niemal młodemu dorosłemu, którego matka nadużywała alkoholu – miał klucze do jej mieszkania, żeby móc się w nim zaszyć w razie libacji rodzicielki. Chociaż Tamsin nie bardzo lubiła gotować, to zawsze „akurat miała jakieś resztki”, kiedy wiedziała, że wpadnie, a ciuchy, które mu kupowała, dostała za grosze w jednym ze sklepów Salvation Army. Nie wspominając o „koledze, który wisiał jej przysługę, dlatego pomagał mu czasami z matmą” – kolega dostawał za tę znajomość całkiem dobre pieniądze. Co z tego wszystkiego, skoro to nie rozwiązywało głównego problemu, a jedynie proponowało mu jakiś kompromis? Zgłoszenie problemu służbom wchodziłoby w grę, gdyby nie to, że chłopak miał prawie siedemnaście lat i niedużo mu zostało, by się maksymalnie usamodzielnić – nie chciał zmieniać szkoły, lądować w domu zastępczym czy w jednym z ośrodków, gdzie w jedno miejsce trafiały dzieciaki z takich domów jak jego i te, które same miały ze sobą problemy. Na ten przejaw altruizmu u siebie nie była akurat zła, bo według niej stosunkowo niewiele ją kosztował. No i odciągał ją od samobiczowania, które uprawiała niezbyt systematycznie, ale za to zawsze z całym sercem i przekonaniem.
— No leci, leci, ale raczej z chujem pod moje drzwi — wyszczerzyła się głupkowato, ale spoważniała już chwilę później, gdy Tilly wspomniała o spotykaniu pacjentów poza pracą. W przeciwieństwie do jej wyimaginowanych wyczynów z kurierami to brzmiało mało zabawnie.
— Tilly, ale to coś poważnego? Jakiś stalker, niepokojące typy…? — zmarszczyła brwi w zmartwieniu, bo to, co mówiła Stevenson, nie brzmiało dobrze. — Jak trzeba komuś nastukać, to może ja się nie nadaję, ale to Nowy Jork… Ktoś się znajdzie — wzruszyła ramionami, oczywiście trochę żartując, ale też nie do końca, bo gdyby ktoś faktycznie zagrażał bezpieczeństwu Mathildy, Tamsin byłaby gotowa poruszyć niebo i ziemię, żeby jej pomóc.
UsuńTamsin uwielbiała ludzi. Lubiła z nimi przebywać, ale też było to pewnie spowodowane jej pracą, która chociaż działa się często w tłumie, to w rzeczywistości była bardzo samotna – większość czasu przebywała w końcu sama w swojej głowie, z nikim nie rozmawiając, bo próby nie od tego były. W domu, w trakcie rozczytywania nowych utworów, ćwiczenia wprawek, pasaży czy dwudźwięków też przebywała sama ze sobą. Jednak podobnie do Tilly nie lubiła osaczania, a niezapowiedzianych wizyt sama raczej nie robiła, w swojej śmiałości będąc na nie zbyt nieśmiałą, chociaż jej się zdarzało. Z Tilly jeszcze do tego nie doszło, ale zawsze mógł być ten pierwszy raz, kiedy będąc w jej okolicy, zadzwoni z informacją, że ma coś dobrego, chce się z nią tym podzielić i wprasza się na kawę. Ale uprzedzi – stojąc pod blokiem.
— Ja chcę ten o nazwie „All inclusive”, uwielbiam połączenie wiśni i toniku… A później Painkillera, bo będę ci zazdrościć — mrugnęła do niej tuż przed tym, jak podszedł do nich kelner.
— Za spotkanie! — stuknęła się szkłem z Tilly i pociągnęła spory łyk, z uznaniem, nieco teatralnie mlaskając. — Pyszne. Spróbuj sobie, jak masz ochotę — podsunęła szklankę w jej stronę i zawiesiła wzrok na jednym z fikuśnych kinkietów z kolorowych szkiełek, przez chwilę zamyślając się nad tym, co powiedziała jej rozmówczyni.
— Chyba rozumiem… Ale mam też wiele pytań. Co takiego głupiego mogłaś robić jako dzieciak, a nie możesz teraz? Chciałabyś cofnąć się do bycia dzieckiem czy zwyczajnie móc coś nawywijać, bo jeśli to drugie… To moja piękna, noc jest jeszcze młoda, my jesteśmy dopiero na początku pierwszego drinka i według mnie możemy szaleć do białego rana! — zaśmiała się i konspiracyjnie nachyliła w stronę przyjaciółki. — Możemy też zasadzić się na któregoś z tych natrętów i go przepłoszyć albo… Karaoke. Ale nie takie w zamkniętym pokoju, takie prawdziwe, przy tabunie pijanych ludzi. Wchodzisz w to? — uniosła brew w minie, której miała nadzieję, że nie da się odmówić.
Tamsin Passalis
[Dziękuję serdecznie za powitania Declana! Też go polubiłam i mam nadzieję, że się będziemy lubić dalej :D Jak wpadnę na jakiś pomysł, to będę dawać znać i w razie, gdyby Tobie coś przyszło do głowy, to też serdecznie zapraszam, wiesz, gdzie mnie znaleźć <3 ]
[Hej, pięknie dziękuję za tyle ciepłych słów, śmietniki łączą ludzi. A jakie cuda można na nich znaleźć! To teraz zaciekawiłaś mnie tą skrzynią.
OdpowiedzUsuńZostałam fanką (pewnie nie pierwszą) Mattie, jest cudowna. Myślę, że świetnie odnalazłaby się w świecie The Pitt ;)
Co do Milo – bardzo chętnie sprzedamy plakat, nawet drugi dorzucimy za darmo, co by jednemu nie było smutno w tej biednej kawalerce. Tilly wolałaby go kupić przez internet czy w kawiarni? Jeśli przez Etsy, chłopak sam dostarczy (choć może nie przyzna się, że jest autorem), nawet wybierze miejsce i powiesi, aby było ładnie. A jeśli w kawiarni, to Milo pomoże w wyborze i sam się wprosi do mieszkania. Co myślisz?]
Milo Hathaway
Do Magnusa dociera, że przecież nie przedstawiał się swoim pseudonimem scenicznym, a więc i jego pochodzenie nie jest znowu taką oczywistością. No i fajnie, że nie słyszy akcentu. On tak. Za każdym razem, gdy się odzywa ma wrażenie, że jego u charczy jak stare auto. Skoro jednak dzieje się tak jedynie w jego głowie, czas zaakceptować, że jest po prostu świetny w języki obce.
OdpowiedzUsuń— Wcześniej to w Szwecji, w Malmö — mówi i normalnie na tym by zakończył, ale Mathilde wydaje się zainteresowana tym, co plecie, więc plecie trochę więcej. — Ale pojawiła się szansa, żeby się trochę wybić, no i ruszyłem do Stanów dwa miesiące temu? Jakoś tak. A potem to już słaba historia, która kończy się na tym, że występuję, gdzie się da i tyle.
Nie powie jej przecież, że się wyjebał. Jeśli wie to wie. Jeśli nie, lepiej dla Magnusa. Nie żeby spędzało mu to sen z powiek, viral viralem, ale człowiek naprawdę przyzwyczaja się do największych głupot, nawet jak cię manager klubu prosi żebyś się specjalnie wyłożył, co by się trochę ludzie pośmiali. Raz się nawet zgodził, bo dostał sto dolców, a za sto dolców to już można szaleć! Albo jak Magnus, dołożyć do czynszu.
— Ty jesteś Mathilde? Jakoś można na ciebie inaczej wołać? Strasznie długie masz to imię — narzeka, gdy zdaje sobie sprawę, że ciągle mówi do niej bezosobowo. A to nieładnie tak. Szczególnie, że ma dobre imię. W Szwecji pewnie Matilda. Też w porządku. Zaraz przechodzi jednak do jej odpowiedzi na pytanie o występy – wychyla się za wózek, żeby zobaczyć crocsy, bo to najważniejsza część stroju. Cmoka z aprobatą. — Ogólnie dałoby się coś z tego zrobić. I z crocsów, i całej stylówy. Kiedyś lubiłem bawić się w metamorfozy. Raz własną mamę wrobiłem nawet.
To był śmieszny dzień, na pewno lepszy niż ten, w którym z poobijanymi żebrami jechał na RTG. Jego mama powiedziała, że wygląda jak clown, ale dla Magnusa to wyglądała super, po prostu nie była przyzwyczajona do takiej ilości makeupu. Clown. Też coś.
— Ktoś mógłby pomyśleć, że intensywniej jest jednak na ER, a nie intensywnej terapii. — Ten ktoś to on.
— Mają stronę na insta, gdzie możesz sobie zobaczyć, kiedy kto występuje. Nie namawiam, ale polecam wybrać się na Malmo Mia!, słyszałem, że super.
Posyła jej niewinny uśmiech, całkiem żałując, że dojeżdżają już do pracowni RTG. Tak samo, jak że w ogóle musi badanie robić. Salutuje jej smutno na pożegnanie, po czym przekracza próg.
No i znowu musi się rozebrać, tym razem przed starszym gościem, który instruuje go, by zrzucić piżamę i stanąć w wyznaczonym miejscu. A potem się obrócić. I jeszcze raz. Tak więc Malmo trochę się poobracał, założył kiecę i wrócił na korytarz.
— To co następne na agendzie? — pyta, siadając na wózku. Już z przyzwyczajenia uśmiecha się w momencie, gdy żebra bolą najbardziej. — Nigdy jeszcze nie jadłem tej waszej słynnej, szpitalnej galaretki — sugeruje, unosząc wyczekująco brwi. Istnieje spora szansa, że pielęgniarka stwierdzi, że pacjentem jest wybitnie męczącym i zostawi go samego na korytarzu. Niektórzy płakaliby z tego powodu. Magnus też.
strasznie rozgadany Magnus
Ian mógłby zajmować się w życiu czymś lepszym, bo był stosunkowo inteligentnym i bystrym chłopakiem, choć brakowało mu wykształcenia, ale to zawsze można było jeszcze zdobyć. Ian mógłby zajmować się w życiu czymś lepszym, ale to narkotyki były tym, na czym znał się najlepiej i nie byłoby przesadą powiedzenie, że wiedzę o nich wyssał z mlekiem matki. Będąc dzieckiem dwójki ćpunów, którzy kochali wyłącznie siebie nawzajem i heroinę, był osobą wręcz stworzona do rozprowadzania towaru, a wychowawcy w bidulu nie wpoili mu dość skutecznie, że mógłby osiągnąć w życiu coś więcej i tak, otrzymawszy od swojego jedynego przyjaciela propozycję wejścia do tego intratnego biznesu, Ian się zgodził.
OdpowiedzUsuńDobrym przykładem na to, jak różnie mogły skończyć dzieciaki z domu takiego, jak ich, był Louis, starszy brat Iana. Lou postanowił zostać policjantem i został nim, a teraz uprzykrzał życie Ianowi, prawdopodobnie próbując zadośćuczynić mu za to, co miało miejsce w dzieciństwie, z tym że Ian żadnego zadośćuczynienia nie chciał. Ten sześciolatek, który tkwił gdzieś głęboko w jego wnętrzu, nadal obwiniał brata, że to przez niego trafili do domu dziecka i to przez niego ich rozdzielili, bo system zawiódł gdzieś po drodze. Stąd dorosły Ian już niczego nie chciał od dorosłego Louisa.
— Która to już godzina dyżuru? — zapytał po tym, jak Mathilde się przeciągnęła, a on usadowił na wózku. Materiał siedziska skrzypiał cicho pod jego ciężarem tak długo, jak długo Hunt wiercił się w poszukiwaniu wygodnej pozycji, ale niezależnie od tego, jak ułożył ciało, zawsze coś gdzieś go uwierało, więc tak szybko jak zaczął, tak szybko przestał się wiercić.
To, że objedzie na tym cacku kawałek szpitala, przyjął spokojnie i bez głupiego komentarza, co by nie nadwyrężać cierpliwości Mattie, nawet jeśli kompletnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że nadwyrężył ją komentarzem o kroplówce. On naprawdę się nie znał, a postanowił być grzecznym pacjentem.
Zaśmiał się, krótko i cicho, kiedy pielęgniarka przyrównała Simmonsa do wyplutej na chodnik gumy do żucia.
— Trochę się nim rozczarowałem — przyznał.
Ian nie miał żadnych oczekiwać względem swoich klientów, ponieważ jego klienci byli po prostu ćpunami, ale zdarzało mu się mieć wobec nich pewne odczucia, tak jak teraz wobec pana doktora. Rozumiał, co mogło oznaczać dla niego to, że ktoś z jego środowiska dowiedział się, że ten brał, ale cóż, Ian siłą niczego mu nie wciskał, ani do ręki, ani tym bardziej do gardła. Jeśli coś nim rządziło, to wyłącznie uzależnienie, a to Simmons rozwinął sam. Mógłby więc wziąć to na klatę, prawda? Ian mógł mieć tylko nadzieję, że Simmons nie zacznie kleić się do niego, ale nie przewidywał, że coś podobnego mogłoby mieć miejsce, bo niby po co miałby się do niego kleić? Póki płacił, póty Hunt miał mu dostarczać towar, bo dokładnie do tego sprowadzała się każda jego relacja z klientem.
Nie rozglądał się nadto, kiedy pokonywali trasę do pracowni rentgenowskiej. Podparł łokieć na podłokietniku wózka, by następnie podeprzeć podbródek na dłoni i wodził wzrokiem wyłącznie za tym, co pojawiało się w jego polu widzenia. Mathilde operowała wózkiem jak zawodowy kierowca i cóż, funkcje operatora wózka nie-widłowego musiała mieć poniekąd wpisany w zawód. Przed pracownią wyhamowała zgrabnie, bez nieprzyjemnego, gwałtownego szarpnięcia, co Ian docenił.
— Nie zejdzie mi długo — zapewnił, podnosząc się z wózka, jakby miał na cokolwiek wpływ i odpowiedziawszy bardzo podobnym uśmiechem na jej uśmiech, zniknął za ciężkimi drzwiami.
W surowo urządzonym pomieszczeniu, gdzie znajdowały się tylko niezbędne sprzęty, przejęła go niska blondynka. Sięgała Ianowi może do ramienia, ale od razu ustawiła go przed aparatem. Po tym, jak wysoko uniósł ręce, ustawiła urządzenie na odpowiedniej do jego wzrostu wysokości i dopiero po tym kazała mu ściągnąć koszulkę.
Przyodziała go też w ciężki, ochronny fartuch, osłaniający go od pasa do kolan, raz jeszcze ustawiła, kazała się nie ruszać, a także nie oddychać. Nie od razu, a dopiero na jej komendę, bo zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu, zamykając za sobą kolejną parę drzwi.
UsuńProcedura była szybka, a niska blondynka konkretna, bo kiedy oceniła, że zdjęcie jest w porządku, powiedziała, że nie widzi na nim niczego niepokojącego, ale że trzeba będzie poczekać na opis i wygoniła Hunta z pomieszczenia tak szybko, że wychodząc, Ian jeszcze obciągał na koszulkę.
— Nie składasz obietnic bez pokrycia — zauważył, zerknąwszy na Mattie, która faktycznie na niego zaczekała i umościł się wygodnie na wózku, na którym chyba mu się spodobało. — Gdzie teraz?
dzielny i grzeczny pacjent IAN HUNT
Wiedział, czego się spodziewać, bo nie pierwszy raz miał zszywany łuk brwiowy. Samo szycie nie robiło już na nim większego wrażenia. Było nieprzyjemne, owszem, szczególnie kiedy środek dezynfekujący szczypał w świeżo rozciętą skórę, ale daleko mu było do rzeczy, których naprawdę nie chciał już więcej powtarzać. Siedział więc spokojnie, bez wiercenia się i narzekania pozwalając lekarzowi robić to, co do niego należy. Podziękował krótko, gdy skończył i spojrzał na panią pielęgniarkę, kiedy zajęła miejsce naprzeciwko. Oczywiście weźmie sobie do serca wszystkie te zalecenia, choć już na tym etapie wiedział, że o ile saunę i basen odpuści, tak z treningami będzie miał dużo większy problem, bo ćwiczy prawie codziennie, jeśli nie sam, to z Kodą. Tak czy inaczej skinął głową, przyjmując słowa Mathilde do wiadomości, a potem wstał z leżanki i uścisnął jej dłoń, żegnając się krótko.
OdpowiedzUsuńOpuścił szpital i wrócił do mieszkania, gdzie od progu czekały na niego zjeby od Tate za spóźnienie na kolację, bo przecież przygotowała Indian tacos specjalnie dla niego i wszystko zdążyło już dawno wystygnąć. Dopiero po chwili, gdy ucałował ją w głowę, zauważyła opatrunek na jego brwi, więc złość ustąpiła miejsca trosce. Na moment. Kiedy dowiedziała się, w jakich okolicznościach dorobił się szwów, szybko wróciła do umoralniania go za pakowanie się w czyjeś awantury, a ponieważ on wiedział, że jego mała siostrzyczka też się o niego martwiła, pokornie tego kazania wysłuchał. Nie próbował nawet specjalnie się bronić, bo doskonale wiedział, że każde ale z jego strony tylko niepotrzebnie przedłuży całą tyradę.
Następnego dnia pojechał z Kodą na służbę. Poranek minął im na rutynowych patrolach i na kilku interwencjach, a później na sprawdzeniu zgłoszenia dotyczącego podejrzanego mężczyzny kręcącego się przy jednym z magazynów. Brant większość czasu spędził za kierownicą albo przy boku Kody, pilnując, żeby pies nie nudził się bardziej niż on sam. Pod koniec zmiany wrócili jeszcze na komisariat, gdzie Brant złożył stosowne raporty i później dotarli w końcu do domu. Po południu standardowo ruszyli jeszcze z Kodą na jogging. Zwykle robili około sześciu kilometrów, w zależności od tego, ile czasu mieli i jak bardzo Koda potrzebował się jeszcze wyszaleć. Tym razem dobiegli do pobliskiego parku, gdzie Brant pozwolił psu złapać chwilę oddechu na trawie, a potem przeszedł z nim do kilku rutynowych ćwiczeń. Najpierw krótkie komendy niewerbalne z zatrzymaniem i zmianą kierunku, później przywołanie z różnych odległości, siad i warowanie na komendę, a na końcu kilka ćwiczeń z utrzymaniem pozycji mimo rozproszeń. Te ostatnie w parku przychodziły całkiem naturalnie, bo co jakiś czas ktoś zatrzymywał się przy nich, chcąc zadać parę pytań czy zamienić kilka słów, albo po prostu Kodę pogłaskać. Brant nie miał z tym problemu i pozwalał, kiedy ktoś pytał, dobrze wiedząc, że pies nie ruszy się choćby o milimetr z wyznaczonego miejsca, dopóki sam nie da mu jasnego sygnału, że może.
Po wszystkim dał Kodzie chwilę luzu. Pies dostał pozwolenie na swobodne obwąchanie trawy, obejście najbliższych drzew i sprawdzenie, czy przypadkiem pod ławkami nie kryje się coś zdecydowanie bardziej interesującego niż człowiek, z którym przyszedł na spacer. Brant w tym czasie napił się wody i rozciągnął obolałe po bieganiu nogi, opierając dłonie na biodrach. Nie zamierzał jeszcze wracać do domu. Pogoda była całkiem przyzwoita, a skoro i tak już wyszli, szkoda było kończyć po godzinie.
Koda w pewnym momencie podniósł łeb i znieruchomiał, wpatrując się w kogoś biegnącego alejką. Brant początkowo nie zwrócił na to większej uwagi, bo pies miał zwyczaj interesować się wszystkim, co pojawiało się w jego zasięgu wzroku, więc sam zerknął dopiero wtedy, gdy Koda poruszył ogonem i ponownie spojrzał w tamtą stronę. Brant zmrużył oczy i przyjrzał się biegnącej kobiecie, dopiero po chwili kojarząc twarz z nocną wizytą na ER. Pani pielęgniarka. Mathilde.
Usuń— No proszę. Człowiek ledwo wyjdzie ze szpitala, a już spotyka pielęgniarkę na joggingu — rzucił z lekkim uśmiechem, kiedy znalazła się bliżej. — Mam nadzieję, że nie biegniesz po to, żeby mnie dogonić i sprawdzić, czy faktycznie stosuję się do zaleceń — zażartował, spoglądając na nią, a później na Kodę, który nadal śledził ją wzrokiem, ale grzecznie siedział przy nodze Branta i zamiatał ogonem stare liście. — Ładny dzień na bieganie, prawda?
Brant Dawson
[Chyba „Wiesz co? Nie obchodzi mnie to. Zrobię jak uważam” wtłoczę sobie w słownik i będę używała w życiu!]
OdpowiedzUsuń– Proszę księdza, proszę księdza!
Słodki szczebiot doleciał do Lena, ale nim zdążył się obejrzeć, czyjaś dłoń musnęła go gdzieś na wysokości żebra. Gdy się obrócił, stanął oko w oko z Ruth, choć właściwie – oko w czoło, bo był jednak wyższy.
– Już się obawiałam, że nie zdążę księdza złapać! – zaćwierkała. – Tak pięknie ksiądz z nimi rozmawiał...
Ksiądz Eli uśmiechnął się nieśmiało i skromnie spuścił oczy; Len przy okazji rzucił spojrzenie na nogi Ruth, mimo że strój pielęgniarki ich nie eksponował.
Przyniosła ze sobą ptasie trele, jakby wleciała do pokoju przez otwarte na oścież okno. Skróciła dystans jednym podrygiem, sprawiając, że świat nagle się zacieśnił do rozmiarów ich dwojga. Słówka wpadały w jedno ucho Lena, plątały się po myślach, i wylatywały drugim; bardziej niż znaczeniu, poddawał się ich rozkołysanej melodii.
Ręka na ramieniu. Na chwilę na boku. Muśnięcie biodrem. Przelotne spojrzenie na usta, zalotne wprost w oczy. Ruth czarowała z bliska całym swym powabem. Kołnierzyk ocierał się o szyję, spinka we włosach odbijała światło, aż słoneczny zajączek przemknął po policzku Lena.
Nawet ksiądz Eli nie znał modlitwy, która rozganiała urok. Ale kto wie, czy gdyby znał, to chciałby ją odmówić? Odmówić musiał jednak niedzielnego obiadu, który Ruth proponowała, mimo że przecież tak miło mu mąciła w głowie.
– Dziękuję – powiedział miękko. – Ale niedziela to czas dla rodziny. I naszego Pana. Od świtu do wieczora nie zdejmę nawet stuły.
Ruth była prawdziwą katoliczką, najwyraźniej, i człowiekiem wielkiej wiary. Jak Jakub po walce z aniołem odgrażał się, że nie puści, póki mnie nie pobłogosławisz – i jak Jezusowa wdowa, nachodząca sędziego, który wziął ją w końcu obronę tylko po to, by przestała mu się naprzykrzać, tak Ruth nie ustawała w ogromnym uporze.
Więc kiedy Mattie przyszła, by ją przegonić, szybko naskrobała na karteczce adres i numer telefonu.
– Tak, tak – potwierdził ksiądz Eli, zerkając na zegarek. – Już ta godzina! Proboszcz Barnaby na pewno zrozumie, ale chorym... Chorym nie mogę kazać czekać.
Len nie odprowadził Ruth ani krokiem, ani wzrokiem, ale papierek wsunął do kieszeni, a zaraz obok niego – przechwyconą właśnie kopertę. Wzruszył ramionami.
– Dlaczego? – zapytał. – Jest miła.
Miła, ładna, nieszkodliwa. Jedne z ulubionych cech Lena. Do tego jeszcze dużo gadała, co też było przyjemne, bo wystarczyło reagować w odpowiednich momentach.
– Dzięki – odparł i skinął głową. – Wolontariuszem już byłem, rabinem jeszcze nie. W życiu trzeba próbować, nie? Shema Israel, Adonai Elohenu. Muszę jeszcze poćwiczyć.
Kto wie – może w przyszłości do Ear Me Out wpadnie zapłakana chrześcijanka i powie, że jej hear me out jest pięknym żydem z sąsiedniej przecznicy i och, tak bardzo chciałaby za niego wyjść, ale konflikt religii nie pozwala; konflikt objawiający się w postaci rodziców ukochanego. Rety, rety, ratuj mnie i konwertuj na judaizm! To by było ciekawe, choć i przerażające – bo jak tu nauczyć 613 przykazań, samemu ich nie poznawszy? Na razie to umiał przekonwertować co najwyżej PDF na docs, a i to za pomocą gotowych już narzędzi.
O wymaganiach islamu nawet nie chciał myśleć. Chyba musiałby sobie kupić dywanik do oddawania pokłonów. Nie miał dywanika. Ruszył przed siebie, do wyjścia.
– Jeśli się z nimi dogaduję – mruknął do idącej obok Mattie – to dlatego że chcieli usłyszeć takie słowa od księdza, a nie od obcego typa. Nie wiem, co w tym takiego złego.
Len Weston wychodzący zza księdza Eliego
Prawdę mówiąc nie zdarzało mu się wpadać tutaj na ludzi z interwencji niemalże wcale, ale to może dlatego, że większa ich część odbywała swoje kary, albo dlatego, że nie miał jednego stałego miejsca pracy, które siłą rzeczy kręciłoby się wokół tych samych ulic czy blokowisk. Pracował na terenie całego miasta, a czasami nawet poza nim, bo jako członek jednostki specjalnej był kierowany tam, gdzie akurat był potrzebny. Nie miał więc zbyt wielu okazji, żeby regularnie mijać tych samych ludzi na ulicy, a już tym bardziej spotykać ich przypadkiem podczas wieczornego joggingu. Nie dotyczyło to jedynie sąsiadów, choć tych znał głównie z widzenia na klatce schodowej czy przy skrzynkach na listy, a i tak rzadko zdarzało mu się zamienić z nimi więcej niż kilka słów. Prawie zawsze wychodził pobiegać z psem, a ten zaskarbiał uwagę większości mijanych osób, co właściwie wcale mu nie przeszkadzało, bo wolał, kiedy ludzie zatrzymywali się, żeby pogłaskać psa, niż kiedy na siłę próbowali ciągnąć z nim rozmowę. Koda był przy tym psem ułożonym i doskonale wiedział, gdzie jest jego miejsce. Podczas zwykłego spaceru trzymał się blisko nogi Branta, reagując na najdrobniejsze zmiany jego tempa czy kierunku, nawet jeśli w okolicy działo się coś znacznie ciekawszego. Smycz była bardziej kwestią zasad niż rzeczywistej potrzeby, bo Brant dobrze wiedział, że Koda i tak nie oddali się bez pozwolenia, ale przepisy były jasne, więc kiedy wychodzili w miejsce publiczne, pies zawsze szedł przypięty. Dopiero kiedy docierali do odpowiedniej strefy, a pies dostawał pozwolenie, mógł swobodnie odejść kawałek dalej. Wtedy zwykle zaczynał szukać swojej ulubionej gałęzi, najlepiej takiej, która była kilka razy większa od niego, a później dumnie nosił ją w pysku przez większość czasu. Cała ta kontrola nie brała się jednak wyłącznie z dobrego charakteru psa, bo Koda był programowany od szczeniaka i znał dziesiątki komend, ale równie ważne było dla niego obserwowanie Branta i odczytywanie jego zachowania. Wiedział, kiedy ma pracować, kiedy zostać na miejscu, kiedy iść przy nodze, a kiedy może się rozluźnić i zachowywać jak zwyczajny pies. Dlatego mogłoby się wokół palić i walić, a on, dopóki nie dostanie odpowiedniego sygnału, i tak pozostanie skupiony na Brancie i nie ruszy się z miejsca.
OdpowiedzUsuńCzy stosował się do zaleceń? Ciężko było jednoznacznie odpowiedzieć, bo z jednej strony się stosował, z drugiej nie stosował, ale szwy cały czas niezmiennie trzymały się jego brwi, a to było chyba najważniejsze. Jemu też zależało na tym, żeby brew jak najszybciej się zagoiła, bo im szybciej pozbędzie się szwów, tym szybciej będzie mógł wrócić do normalnych treningów bez konieczności pilnowania, żeby przy każdym ruchu nie zahaczyć przypadkiem o świeżo zszytą skórę i nie rozpruć jej na nowo. Ale nie mógł zrezygnować ze wszystkiego, a skoro w pracy nie siedział na tyłku, to i po pracy trochę pobiegać przecież nie zaszkodzi. Na główkę do basenu nie skakał i saunę też grzecznie omijał.
Popatrzył na Mathilde, gdy ocierała z twarzy pot, i uśmiechnął się na jej pogróżki o zostaniu lokalnym postrachem.
— Jeśli będę jak Quasimodo to przynajmniej oglądalność kanału wzrośnie — stwierdził. — A potem znajdziemy Cygankę Esmeraldę i zrobimy zupełnie nowy kontent — dodał, zerkając na Kodę, który siedział z wywieszonym na bok jęzorem i ziajał, jakby te kilka kilometrów wcale nie wystarczyło, żeby spożytkować jego nadmiar energii. — Na razie tylko z psem, ale wieczór jest jeszcze młody — odpowiedział, wracając spojrzeniem do Mathilde. Posłał jej lekko zaczepny, rozbawiony uśmiech, a potem zmarszczył brwi. Przyglądała mu się. Nie miał pojęcia, czego na nim szukała, ale z pewnością nie odpowiedzi na pytanie, czy faktycznie stosował się do zaleceń lekarza, bo poniżej klatki piersiowej raczej trudno było znaleźć dowody na stan jego brwi. Gdy rzuciła krótki komplement, przechylił głowę w bok.
— Staram się — przyznał. — A potem pojawia się ktoś, kto wygląda lepiej — odpowiedział, wymownie zatrzymując na niej spojrzenie i nawet nie siląc się na to, żeby zabrzmiało to niewinnie. Nie dało się nie zauważyć, że dbała o sylwetkę. Może nie z potrzeby robienia rzeźby i budowania mięśni na pokaz, co dbania o formę tak w ogóle, ale ciało miała zadbane i proporcjonalne, co przy jej stroju do biegania trudno było przeoczyć.
Usuń— Pies wabi się Koda. — Spojrzał na swojego towarzysza, który zaraz poruszył się przy jego nodze. — Kolego, gdzie twoje maniery, chyba wypada się przywitać.
Brant wydał krótką komendę, a Koda od razu podszedł do Mathilde, usiadł przed nią i zaczął unosić łapę w jej stronę. Z ekscytacji cicho sobie przy tym popiskiwał, ale utrzymywał odpowiedni dystans i wcale nie był nachalny. Brant dobrze wiedział, że gdyby pozwolił mu na samowolkę, pies najchętniej wsadziłby jej łeb pod rękę i domagał się natychmiastowego głaskania, a najlepiej jeszcze kilku dodatkowych pieszczot w ramach wyjątkowo udanej znajomości. Koda był typem, który kochał ludzi całym swoim psim jestestwem i najchętniej zaprzyjaźniał się z każdym, kto tylko poświęcił mu odrobinę uwagi. Na szczęście szkolenie nauczyło go, że nawet największa ekscytacja nie zwalnia z czekania na pozwolenie, dlatego nie narzucał się i grzecznie czekał.
Brant Dawson
[Dzięki za powitanie Philipa! Prawie dałam mu na imię Edward, ale to pewnie byłaby już przesada i co wtedy. Niewątpliwie przychodzą do niego też i po swastykę, tylko nie ma zniżki żadnej.]
OdpowiedzUsuńMagnus/Philip
Tak, Ian wiedział, że dilerka to nie zajęcie na całe życie. Nie, jeśli miało się na to życie jakiś pomysł lub chociaż plan, a on nie miał. Przez dwadzieścia siedem lat nie zdołał wymyśleć, co innego mógłby robić, bo też to, że handlował narkotykami, nieszczególnie go uwierało. W zasadzie, nie uwierało go to wcale przez bardzo długi czas i pewnie byłoby tak nadal, gdyby nie to, że nieco ponad półtorej roku temu poznał Debbie. Grayson okazała się pierwszą dziewczyną, na której zaczęło mu prawdziwie zależeć, a wtedy zrozumiał, że tak naprawdę nie miał jej niczego do zaoferowania. Co prawda bez kłopotu mógłby utrzymać ich dwójkę, a także zapewnić wygodne życie, ale czy miało to jakąkolwiek wartość, kiedy jednocześnie każde kolejne jutro stanowiłoby wielką niewiadomą? Żadną.
OdpowiedzUsuńDlatego Ian dilował coraz mniej. Swoich stałych klientów kierował do Zane’a i pewnego dnia miał pokierować do niego także Mattie, samemu stając się kierowcą Ubera na pełen etat, ale kiedy o tym myślał, nie czuł spokoju czy satysfakcji. Lubił jeździć samochodem, a swojego Cadillaca hołubił nie gorzej, niż samą Debbie, ale nie uśmiechało mu się kursowanie po mieście tam i z powrotem aż do emerytury, jeśli nie dłużej. Ian lubił spokój, ale jednocześnie lubił adrenalinę, a jako diler, nie mógł narzekać na jej brak.
Był więc w kropce. Z czego sam chyba jeszcze nie do końca zdawał sobie sprawę, ponieważ aktualnie był na etapie wycofuję się z interesu, ale przecież nie zostawię Zane’a z dnia na dzień. I nie widział, że etap ten trwał już stosunkowo długo. Że jeszcze tylko ta ostatnia dostawa do podzielenia, jeszcze tylko obskoczę tego ostatniego klienta ani razu nie stały się tymi ostatnimi. Był świadom wielu mechanizmów rządzących jego życiem – dlatego sam nie sięgał po żadne używki – lecz nadal nie tego jednego.
Miał nadzieję, że nie będzie musiał dotrzymywać towarzystwa Mathilde aż do końca jej dyżuru. Jakkolwiek pogodził się z tym, że w szpitalu spędzi więcej czasu, niżby chciał, nie zakładał, że będą to kolejne cztery godziny. Trzymał więc kciuki za to, żeby kolejki do badań nie były długie, a wyniki wskakiwały w system stosunkowo szybko, tak by Simmons mógł przyjść do niego bez zbędnej zwłoki i złożyć zamaszysty podpis na jego wypisie.
— Myślę, że i bez tego powie mi, czy widział coś więcej — rzucił, bo chciał porozmawiać z doktorkiem nie o swoim stanie zdrowia, a o tym, czy ten nie zauważył kogoś podejrzanego, kiedy po ich małej transakcji Ian zaczął się oddalać. — Ale jeśli miałby mówić tym chętniej, to skorzystam — dodał i wzruszył ramionami, bo to, w jaki sposób wyciśnie informacje z Simmonsa, o ile ten posiadał jakieś informacje, było mu w zasadzie obojętne – tak jak obojętnych mu było wiele innych rzeczy w jego życiu bez pomysłu i planu.
— Dlaczego? — zapytał, kiedy Mattie westchnęła ciężko. — To szpitalne łóżko przed nami oznacza, że jest źle?
Nim jednak Hunt uzyskał odpowiedzi na zadane pytania, pojawiła się przy nich kobieta, bez wątpienia tutejsza pracownica, która z rozpędu wzięła Mathilde w ramiona i uściskała ją serdecznie, co Ian dostrzegł, wykręciwszy się na wózku. Zważywszy na to powitanie, pogawędka między paniami bez wątpienia zapowiadała się na dłuższą, więc Ian okręcił wózek, manewrując jednym z kół. Nie wyszło mu to tak zgrabnie, jak wychodziło to osobom poruszającym się na tym sprzęcie na co dzień, ale wcale nie zależało mu na podobnej gracji. Najważniejsze, że ustawił się w pozycji dogodnej do obserwacji Mattie i jej koleżanki, choć gdyby wiedział, że sam zostanie wciągnięty w rozmowę, raczej pozostałby zwrócony do nich plecami.
— Po tomografii mogę ją zabrać na kawę do bufetu — zaoferował i w uśmiechu wyszczerzył zęby do Valentiny, bo po ich krótkiej wymianie zdań odniósł wrażenie, że Tilly nie była z tych, które chętnie dają zabierać się na kawę, nawet takim przystojniakom jak on. Bo z tego, że był przystojny, Ian obiektywnie zdawał sobie sprawę, nie był jednak próżny, by kiedykolwiek grać tą kartą. No, może czasem, kiedy trochę się wyzłośliwiał, tak jak teraz.
Zerknął na Mathilde, kiedy ta go przeparkowała i uśmiechnął się do niej lekko, prawie niewinnie, po czym podniósł wzrok na zagadującą go kobietę.
Usuń— Najprawdopodobniej ktoś za mną nie przepada — poinformował, w ostatniej chwili decydując, że jednak nie powie, że najprawdopodobniej dostał wpierdol. Tak jak Valentina bez skrępowania strofowała Tilly, tak pewnie zaczęłaby strofować także jego, a tego wolał uniknąć. Mimo że na co dzień nie zależało mu na budowaniu relacji międzyludzkich, nie był gburem. Kiedy chciał, potrafił zaskarbić sobie czyjąś sympatię i może nawet był przy tym trochę czarujący? Na pewno dobrze maskował obojętność, którą każdego innego dnia obdarzał świat i ludzi, co w jego zawodzie bywało przydatną umiejętnością.
— Może pani też chce iść na kawę? — spytał, bo skoro już miał tu tkwić, to mógł zapewnić sobie w tym czasie nieco rozrywki, a rozrywką było słuchanie Mathilde i Valentiny. Ich rozmowa powiedziała mu o Tilly więcej, niż sam kiedykolwiek zechciałby się dowiedzieć i niż wiedzieć potrzebował, ale tak jak niektórzy jego klienci sami opowiadali mu wiele o sobie, tak Tilly nie miała takiej potrzeby. Co oczywiście działało na jej korzyść.
[Jak tu pięknie! 🧡🧡🧡]
zapraszający na kawę IAN HUNT
Przyglądał się z uśmiechem tej prezentacji mięśni, którą właśnie przed nim urządziła. Nie był zafiksowany na punkcie ćwiczeń i robienia masy mięśniowej, bo sam trenował przede wszystkim po to, żeby pilnować swojej formy, ale odnajdywał w tym też pewnego rodzaju spokój i sposób na odreagowanie po całym dniu. Lubił wyżyć się na hantlach i wyrzucić z siebie nadmiar energii, a przy okazji zrobić coś pożytecznego dla własnej kondycji. Wychodził więc z prostego założenia, że skoro i tak musi gdzieś spożytkować nerwy, równie dobrze może przy okazji popracować nad formą. Do tego oczywiście biegał, ale z tą formą aktywności musiał polubić się ze względu na czworonożnego towarzysza, który odwalał, gdy zbyt długo siedział na tyłku. Koda zawsze wiedział, jak dać mu do zrozumienia, że czas ruszyć dupę z kanapy, zaczynając od przynoszenia mu smyczy, a kończąc na wpychaniu mu łba pod rękę i gryzieniu stóp. Albo nogi od krzesła, jeśli w danym momencie siedział na krześle. Ten pies nie miał litości pod żadnym względem, a naprawdę bywały momenty, w których po prostu chciałoby się choć na chwilę wyciągnąć z niego baterie.
OdpowiedzUsuńOczywiście pies przyjął jej pieszczoty z nieskrywanym zadowoleniem, bo każdy rodzaj atencji był dla niego powodem do szczęścia. Od razu zaczął merdać ogonem, wyglądając przy tym tak, jakby właśnie wygrał los na loterii, a znalezienie nowej osoby do głaskania było najlepszą rzeczą, jaka mogła mu się tego wieczoru przytrafić. Chyba, że z nieba spadłby nagle deszcz jego ulubionych smaczków o smaku królika, bo wtedy pewnie byłby skłonny porzucić pieszczoty i całą swoją policyjną powagę na rzecz obżerania się nimi w nieskończoność. Brant miał je zresztą przy sobie, bo były nagrodą, którą dawał mu, gdy dobrze wykonał polecenie albo zachował się tak, jak powinien podczas treningu. Czasami tylko trochę go przedrzeźniał i specjalnie nie dawał mu ich od razu, na co Koda oczywiście szybko odpowiadał szczekaniem i psim lamentowaniem, bo przecież właśnie spotkała go największa niesprawiedliwość na świecie, więc należało o tym głośno poinformować wszystkich w promieniu kilometra.
Zgodził się pójść do sklepu, bo i tak znajdował się po drodze, w którą oni zamierzali za jakiś czas biec, więc zapiął Kodę w pewnym momencie na smycz i całą trójką przeszli do najbliższego lokalu. Mathilde zniknęła na chwilę w środku, a oni poczekali na zewnątrz, bawiąc się na uboczu w prostą zabawę polegającą na tym, że Brant przesuwał czubkiem buta niewielki patyk po chodniku, a Koda próbował go złapać łapą, nie ruszając się przy tym z wyznaczonego miejsca. Gdy powróciła z zakupionym prowiantem, Brant pozwolił Kodzie odpuścić pozycję, więc pies znów obdarzył ją pełnym zainteresowaniem.
— Może na to nie wygląda, ale on też jest rozpuszczony — przyznał. — W domu jest czasami kompletnie nie do opanowania. Ale dokarmiać pozwalam, choć wyłącznie tym, co sam dla niego mam — wyjaśnił krótko, bo zasada była taka, że pies nie zje z ręki obcego bez pozwolenia, a za pozwoleniem zje wyłącznie to, co jeść może. Dieta tego psa była uregulowana policyjnym regulaminem, a on dostawał specjalną karmę co miesiąc w ramach uposażenia, więc Brant zupełnie nie miał wpływu na jego jedzeniowe menu. Karmił go tym, co wydawano mu odgórnie. Koda był natomiast wyszkolony i zaprogramowany w taki sposób, żeby zawsze słuchać się poleceń, ale to nie oznaczało, że nie miał swoich humorków. Potrafił w nocy ściągać z niego kołdrę, gdy uznawał, że zdecydowanie za długo śpi, a jemu samemu zrobiło się nudno, albo otwierał sobie szafkę i wyciągał rolkę papieru toaletowego, którą później rozwlekał po całym mieszkaniu jak wściekły dzik. Był nawet w stanie pogryźć listwy przypodłogowe i dostać się do kabla od ładowarki, który oczywiście też musiał przegryźć. Dlatego Brant już dawno zrozumiał, że najlepszym sposobem na uniknięcie takich sytuacji było po prostu porządne wybieganie psa. Koda musiał się zmęczyć do upadłego, bo dopiero wtedy jego nadmiar energii przestawał szukać ujścia we wszystkim innym, co akurat znalazło się w zasięgu jego pyska.
Im więcej ruchu miał w ciągu dnia, tym większa była szansa, że wieczorem położy się spokojnie i nie wpadnie na kolejny genialny pomysł, który on następnego ranka odkryje z lekkim niedowierzaniem. Z tego właśnie powodu bieganie stało się ich stałym elementem dnia. Nie zawsze miał na nie ochotę, ale przy Kodzie szybko nauczył się, że czasami łatwiej było przebiec kilka kilometrów, niż później naprawiać mieszkanie po znudzonym psie.
UsuńGdy dwa strzały niespodziewanie rozbrzmiały gdzieś w oddali, Brant odruchowo uniósł głowę, próbując zlokalizować kierunek, z którego dobiegły. Jego wzrok przesunął się po ulicy, a dłoń zacisnęła mocniej na smyczy Kody, nieco ją skracając. Nie zauważył jednak w pobliżu żadnego zamieszania ani ludzi uciekających w popłochu, dlatego pozostał spokojny, jedynie uważniej obserwując otoczenie. Automatycznie wyciągnął telefon i wybrał policyjny numer.
— Chodź, zejdziemy na chwilę na bok — powiedział spokojnie, wskazując głową w stronę mniej odsłoniętego miejsca. — Na wszelki wypadek.
Zaraz w telefonie rozbrzmiał głos dyspozytora.
— Brant Dawson, NYPD, obecnie off-duty — przedstawił się krótko. — Dwa strzały, usłyszane w okolicy McCarren Park. Nie widzę na razie żadnego zamieszania ani poszkodowanych, ale chciałbym zgłosić zdarzenie i ustalić, czy w tej okolicy nie ma już żadnego zgłoszenia.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza, podczas której dyspozytor sprawdzał zgłoszenia. Brant nie odrywał wzroku od ulicy, co jakiś czas przesuwając spojrzeniem po najbliższej okolicy. Koda również wyczuł zmianę jego nastawienia i przestał interesować się wszystkim dookoła, skupiając uwagę na swoim przewodniku.
— Rozumiem — odezwał się po chwili Brant, słuchając kolejnych pytań. — Nie, nie widziałem żadnych osób ani samochodów, które mogłyby mieć z tym związek. Strzały były dwa, jeden po drugim. Kierunku nie jestem w stanie określić dokładnie, ale dochodziły mniej więcej od strony Lorimer Street.
Wysłuchał odpowiedzi dyspozytora i skinął lekko głową, choć ten oczywiście nie mógł tego zobaczyć.
— Jasne. Zostaniemy w bezpiecznym miejscu i dam znać, jeśli coś się zmieni.
Rozłączył się dopiero wtedy, gdy usłyszał potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia. Schował telefon do kieszeni, ale nie wrócił do wcześniejszej rozmowy. Przez chwilę stał nieruchomo, obserwując okolicę.
— Podobno już ktoś jedzie — powiedział w końcu do Mathilde. — Więc na razie nie mamy czego szukać. Poczekamy tutaj.
Brant Dawson
– Mówisz? – zapytał Len, uśmiechając się półgębkiem. – To może pójdę.
OdpowiedzUsuńPrzez szpitalny korytarz zdążał jeszcze krokiem księdza Eliego, spokojnym i miarowym, jeszcze plątała go koloratka i wepchnięta w spodnie koszula, zapięta na ostatni guzik. A mimo to zza kostiumu księdza powoli zaczynał wychylać się Len, choć jeszcze utrzymywał fasady . Nie mógł pozwolić na zupełne wyjście z roli.
Nadusił przycisk windy, a gdy połówki drzwi rozchyliły się, by zaprosić ich do środka, wpuścił przed siebie Mattie. Udźwig do 2000 funtów, witał napis, do 10 osób. Nie sprecyzowano, czy liczą się tylko te stojące na podłodze – czy te w lustrze również. Jedna Mattie wbijała w niego chmurne spojrzenie, ta z odbicia spoglądała gniewnie na drugiego Lena. Albo Eliego. Który był którym – i który z windy wysiądzie?
– Trochę – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Dość wcześnie zaczynałem, powiedzmy.
Minęła już ponad dekada, choć samo Ear Me Out trwało krócej – dopiero w 2019 roku zarejestrowali z bratem działalność. Wcześniej działał sobie sam i przyjmował więcej kopert; teraz standardem były jednak przelewy.
Uśmiechnął się nieznacznie, niemal nieśmiało, do stojącej przed nim pielęgniarki, jakby nie miał pomysłu na skruszenie jej niechęci. Przypominała mu nieco starszą siostrę; nie tak dosłownie i na pewno nie z urody, ale w jej geście i ruganiu tkwiło coś z zachowania typowego dla rodzeństwa. Chociaż jego prawdziwa siostra prędzej złapałaby się pod boki niż założyła ręce na piersi, a i spod złości szybko zaczęłyby prześwitywać cieplejsze uczucia.
– Nie, nie sądzę – odparł, uśmiechając się trochę szerzej, choć przecież nie żartował. – Czy zrobiłem im coś złego?
Winda się zatrzymała, więc poczekał, aż Mattie wyjdzie, a potem wyskoczył i za nią. Drzwi wejściowe już było widać, stały niewzruszone i kusiły wolnością. Za chwilę będzie można się rozstać – żegnaj, szpitalu, żegnaj księże Eli! Choć ten drugi pewnie z czasem powróci w różnych zleceniach.
Len naprawdę nie postrzegał tej roli jako czegoś złego. Nie udawał przecież lekarza, który obiecuje cudowny lek na wszelkie choroby – i natychmiastowy powrót do zdrowia.
– Przecież to mogło być prawdziwe – mruknął jeszcze, chwytając za klamkę. – Fakty są takie, że facet w koloratce pogadał z paroma ludźmi, którzy tego chcieli.
Prawda to było jednak więcej niż fakty – ale jak wszystko, co podległo spojrzeniom i interpretacjom, mogła dla każdego wyglądać trochę inaczej. Dlaczego proste zrelacjonowanie wydarzeń miałoby powiedzieć o świecie i ludziach coś prawdziwszego, bardziej znaczącego, niż fikcja? Różnie bywało.
Na zewnątrz było rześko i choć łatwiej dostrzec wiatr – bo przez niego drgały liście na drzewach – niż skryte zza chmurami słońce, to i to drugie dało się odczuć, gdy w plamie światła rzucało się na kark.
– Luz – odpowiedział i wzruszył ramionami. – Też tego nie chcę.
Bez wahania uścisnął dłoń Mattie i skinął głową.
– Nie chciałbym być księdzem. I wiesz, ostatecznie z własnej woli wzięłaś w tym udział. Nawet powołałaś do życia proboszcza Barnaby’ego. I jak się z tym czujesz?
ksiądz Eli, choć tym razem dużo bardziej Len Weston
Ian także nie lubił opowiadać o sobie. Jeśli ktoś zadał mu konkretne pytanie, na które można było konkretnie odpowiedzieć, odpowiadał. Nie był jednak jedną z tych osób, które nawet obcym potrafiły z marszu opowiedzieć historię swojego życia. Informacje o sobie dawkował oszczędnie, mówiąc tylko tyle, ile było konieczne, a wspomnianych odpowiedzi nie udzielał zawsze, bo przecież wszystko zależało od kontekstu i sytuacji. Bynajmniej nie wynikało to z tego, że był dilerem i dzięki temu chronił swoją skórę, co nie było bez znaczenia, jednakże gdyby tym dilerem nie był, postępowałby dokładnie w ten sam sposób. Nie był mistrzem w nawiązywaniu relacji międzyludzkich, a jeśli już je nawiązywał, to te przeważnie miały w sobie toksyczny pierwiastek. Jego relacja z bratem nie była zdrowa, z najlepszym przyjacielem tym bardziej. Nawet jego związek na tym cierpiał, bo kto przy zdrowych zmysłach, będąc dilerem, umawiałby się z policjantką?! Tutaj akurat to, że był dilerem, miało niebanalne znaczenie, ale i bez tego Debbie miałaby z nim ciężko, ponieważ Ian nie bardzo potrafił w emocje czy uczucia. Nie potrafił o nich mówić ani rozmawiać, nie pozwalał też na to, aby emocje go ponosiły, potrafiąc zachować wręcz stoicki spokój niemal w każdej sytuacji, choć to nie tak, że nie dawał im się ponosić wcale. Tracił kontrolę, najczęściej wtedy, kiedy nie do końca rozumiał, o co mu chodzi i co tak właściwie się dzieje.
OdpowiedzUsuńStąd, nie musząc mówić o sobie, Hunt nie miał nic przeciwko przysłuchiwaniu się rozmowie dwóch kobiet, z której został wykluczony, przynajmniej początkowo. Siedział na wózku, rozparty na nim na tyle wygodnie, na ile było to możliwe. Przyjął tę samą pozycję, co w drodze przez szpitalne korytarze. Podparł rękę o podłokietnik, by z kolei na dłoni podeprzeć podbródek. Wodził spojrzeniem od Mathilde do Valentiny i z powrotem, by zatrzymywać wzrok na tej, która akurat mówiła.
Nie znał hiszpańskiego, rozumiał tylko pojedyncze słówka, ale entuzjazm, z jakim Valentina zareagowała na jego propozycję zabrania Tilly na kawę był nadto czytelny i nieznajomość języka w niczym tutaj nie przeszkadzała. Wnioskując po tym, co starsza pielęgniarka powiedziała wcześniej, wcale nie był zaskoczony tym, że jego propozycja spotkała się z jej aprobatą. Wyglądało także na to, że Val od razu obdarzyła go bezwarunkową i bezgraniczną akceptacją, choć Ian podejrzewał, że obdarzała tak szczodrze każdego napotkanego człowieka. W tym także Mattie, która pyskowała jej bez najmniejszego zawahania, czym Valentina była oburzona, ale na pewno nie urażona, nie biorąc uwag młodszej koleżanki po fachu personalnie.
Bawił się więcej, niż dobrze, także wtedy, kiedy Valentina zaczęła ubolewać nad nim. Co prawda nie przepadał, kiedy uwaga skupiała się na nim, ale tyczyło się to raczej większych grup, niż pojedynczych jednostek. Gdyby Val wiedziała, kogo przyszło jej żałować, pewnie nie byłoby jej tak bardzo przykro, tymczasem nim Ian zdążył zareagować, znalazł się w objęciach Latynoski. Nad jej ramieniem posłał Mathilde nieco spanikowane, a na pewno wyrażające zaskoczenie spojrzenie, bo piwne oczy miał szeroko rozwarte. Na szczęście nadprogramowy dla Iana, a zupełnie zwyczajny dla Valentiny uścisk nie trwał długo, bo w dalszej części korytarza nastąpiło poruszenie. Val na krótko ścisnęła go mocniej, uścisk pocieszający przeistaczając w pożegnalny, a kiedy odsunęła się od niego, w podobny sposób wyściskała Mattie, choć ją jeszcze dodatkowo wycałowała, Ian jednak nie miał poczucia, że na czymś przez to traci.
— Bohaterze? — podchwycił. — Do bohatera jest mi bardzo, ale to bardzo daleko — zauważył i podniósł się ze skrzypiącego wózka. Do pracowni odprowadził się sam, pozostawiając Mathilde na krzesełku, które wcześniej zajęła.
O ile miał już wcześniej wykonywane zdjęcia rentgenowskie różnych części ciała, o tyle tomografii nigdy. Nawet wtedy, kiedy jeszcze w domu dziecka rozwalił głowę o kaloryfer, na który popchnął go Zane. Została mu po tym blizna na lewym łuku brwiowym, tuż pod linią włosków. Stąd o ile w pracowni rentgenowskiej mniej więcej wiedział, czego się spodziewać, o tyle tutaj był jak dziecko we mgle i również jak to dziecko, pozwolił tutejszemu pracownikowi poprowadzić się za rączkę.
UsuńBył wolny stosunkowo szybko. Kiedy wyszedł na korytarz, Mattie siedziała w tym samym miejscu, w którym ją zostawił, a to oznaczało, że w międzyczasie ani nie wynudziła się na tyle, by zechcieć się oddalić, ani nie wydarzyło się nic na tyle pilnego, by została wezwana gdzie indziej.
— Z powrotem do salki? — zagadnął, przystanąwszy przy wózku. O ile dobrze usłyszał i zapamiętał, Simmons skierował go tylko na dwa badania. — Chyba że jednak dasz się namówić na kawę? Albo cokolwiek innego, co macie w automatach? — Rozejrzał się, ale tutaj żadnego nie wypatrzył, natomiast na pewno widział jakieś po drodze. Powrócił więc spojrzeniem do Mathilde i schowawszy dłonie w kieszeni spodni, uśmiechnął się do niej lekko. Cóż, akurat czegoś innego nie mógł jej zaproponować, nawet jeśli w jego repertuarze znajdowała się przynajmniej jedna rzecz, którą Mattie mogłaby być zainteresowana. Niestety ani przy sobie, ani w Cadillacu nie miał zielska.
[Wiesz, masz mało czasu na te zmiany, więc w razie czego się nie krępuj i szalej 😁]
nadal zapraszający na kawę IAN HUNT
Ta potrzeba dołożenia swojej cegiełki do zmieniania świata chyba najbardziej przyciągnęła Tammy do Mathildy. W dniu, w którym się poznały, zdawała się być zupełnie inną osobą, niż była teraz i wydawało jej się, że faktycznie – po śmierci przemocowego męża – Tamsin w końcu odnalazła siebie. Nie wierzyła w afirmacje, nie chodziła na pilates i nie piła matchy, wciąż woląc czarną kawę – nie była to zmiana powierzchowna, podyktowana modnymi trendami. Nadrabiała stracone młodzieńcze lata, które spędzała na zabawie w dorosłą, którą ani nie była, ani właściwie nie chciała być, co odkryła o chwilę zbyt późno, by móc odrobić wszystkie stracone lekcje, ale nie żałowała.
OdpowiedzUsuńZwłaszcza w takie wieczory jak ten, gdy po dobrze wykonanej pracy mogła spotkać się z kimś, kogo podziwiała i uwielbiała.
Nie zmieniało to faktu, że czasami wolałaby być mężczyzną i myśl ta nie wynikała z kryzysu tożsamości, a ze zwykłej zazdrości i przekonania, że ci mieli w życiu zwyczajnie łatwiej. Jasne, stały przed nimi inne wyzwania, inne problemy i kłopoty, a jednak ciężko było jej sprzeciwiać się swojemu przekonaniu o niesprawiedliwości kart, którymi każdy miał rozegrać swoją partię. Mając same liczby, wygrana z figurami wydawała się z góry skazana na porażkę.
— Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdyby światem rządziły kobiety… Myślisz, że którejś chciałoby się wywoływać wojny? Mówią, że kobiety są bardziej kłótliwe od mężczyzn, a jednak to nie one są odpowiedzialne za większość przemocy na świecie. Wolę darcie się niż obijanie i zabijanie siebie wzajemnie – westchnęła ciężko i uśmiechnęła się do Mattie. – Ja chcę mieć kiedyś dzieci. Dwójkę, trójkę może, chociaż pewnie nie zdążę, bo zegar tyka, a jednak i tak mnie to wkurwia. Uproszczenie życia kobiety do bycia kurą domową i klaczą rozpłodową – wzruszyła ramionami, wyznając jedną z rzeczy, którymi do tej pory z Tilly nigdy się nie dzieliła.
Chciała mieć rodzinę. Nie dusiła w sobie tego pragnienia, chociaż było uporczywe i często powodowało nieprzyjemny dyskomfort, gdy zazdrość robiła swoje. Wystarczyło, by widziała rodzinę z dziećmi – nie musiał być to reklamowy obrazek, gdzie wszyscy się uśmiechają, idą za ręce i wyglądają, jakby zostali wyjęci z ulotki biura podróży. Wystarczył jej wózek zakupowy pchany przez ojca, siedzący w nim maluch i idąca obok nich kobieta, którą z góry nazywała w swojej głowie mamą. Coraz częściej łapała się na tym, że uszczęśliwiłyby ją cotygodniowe wypady do sklepów z rodziną, robienie list, planowanie posiłków, których nie umiała nawet przygotować, ale to nic. Nauczyłaby się. Tylko w tym obrazku nie chciała być sama.
Nie chciałaby wychowywać dziecka w pojedynkę, bo sama była takim dzieckiem i nie wiedziała, czy w końcu i ona nie byłaby tak zgorzkniała jak jej matka. Historia nieszczęśliwości pani Passalis nie wynikała jedynie z tego, że z Tammy zostały same – był to właściwie jedynie element układanki, bo jej matka nigdy nie chciała być matką. A mimo to Tamsin bała się, że i ją dotknęłoby takie zgorzknienie, a na to nie zasługiwało żadne dziecko. Im starsza była, tym bardziej była tego świadoma.
— Tilly, to za karaoke. Za to na taką imprezę bym poszła. Tylko musiałabym się wcześniej chociaż zjarać, bo mam wysoką tolerancję, ale obawiam się, że bez jakiegoś znieczulenia nie wyrobię tempa imprezy – bała się piguł. W życiu wzięła jedną, jeden raz i cały następny dzień przespała, uznając to za najlepsze wyjście. Był to sen niespokojny, pełen potu i walki jej organizmu z toksynami, bo pigułkę przepiła dużą ilością alkoholu i nawet nie była pewna, czy się chociaż dobrze bawiła poprzedniej nocy. Dno i wodorosty.
— Nie masz może jakiegoś pacjenta, który mógłby coś ogarnąć? – spytała konspiracyjnie, cicho, jakby faktycznie planowała znieczulenie na tę noc. Kelner przyniósł ich zamówienie i nim skończył zestawiać talerzyki na stół, Tamsin domówiła kilka shotów do ich stolika.
UsuńWpakowała sobie do buzi niebanalną porcję curry z koźliną i zamruczała z uznaniem. Mięso rozpływało się w ustach, puszczając soki, a korzenno-pikantny smak atakował z każdej strony kubki smakowe, przypominając Tammy o tym, że jedzenie nie ograniczało się do makaronu z sosem pomidorowym i wegańskich sznycli, które jadła nie przez umiłowanie do planety, a przez to, że wystarczyło je podgrzać pięć minut. Nawet mrożone nuggetsy potrzebowały więcej czasu.
— O szlak, jakie to jest pyszne…
Tamsin Passalis
Może, gdyby uważał się za jakiegoś superprzystojnego gościa, jej zaczepna uwaga ubodłaby jego męskie ego, ale był zwykłym facetem, a nie modelem z okładki Men's Health, więc nie miał powodu brać jej do siebie. Doskonale wiedział, że nie wygląda źle, ale też nie spędzał przed lustrem pół godziny, zastanawiając się, pod jakim kątem najlepiej prezentuje się jego szczęka, albo który kosmyk włosów powinien zalotnie opadać na brew. Szczerze? Wyjebane w to miał. Był tak bardzo sobą we wszystkim, zarówno w stylu bycia, jak i w stylu życia, że chyba samo to sprawiało, że ludzie zwracali na niego większą uwagę, niż gdyby na siłę próbował robić z siebie kogoś, kim nie był. Nie musiał niczego udowadniać ani specjalnie się starać, żeby czuć się dobrze we własnej skórze. Po prostu robił swoje i to wystarczało. Można było go zatem lubić, albo nie lubić, uważać za przystojnego albo nie uważać, ale nie zamierzał przecież z tego powodu zmieniać charakteru czy całego swojego podejścia do życia. Jeśli komuś odpowiadał taki, jaki był, to świetnie. Jeśli nie, świat się w ogóle od tego nie kończył. Poza tym, chłopcy w policyjnych mundurkach jechali już na miejsce, więc szansa na poznanie ich wciąż była tak samo duża. Dyspozytor kazał poczekać, żeby w razie czego mogli wskazać funkcjonariuszom kierunek, z którego dobiegły strzały, albo poświadczyć, gdyby nagle sytuacja zrobiła się niespokojna.
OdpowiedzUsuń— Nadal jest duża. Ale czy będą przystojni, to już sama ocenisz — powiedział, bo jego uwaga nie kierowała się w stronę mężczyzn pod żadnym względem, więc to ocenianie pozostawi już w jej zakresie. Małe było prawdopodobieństwo, że będzie kolegów znał, bo to nie był jego stały rejon, ale mógł trzymać kciuki, że nie przyjadą tu żadne chłopy w poważnym już wieku, których ściągnęli tutaj z przerwy na kolejnego donuta i kawę w papierowym kubku. Chociaż nie miał tak naprawdę pojęcia, w jakich typach Mathilde gustowała, i czy w typach tak w ogóle. Może wolała typiary.
Oparł ciężar ciała na jednej nodze i popatrzył na nią, gdy pociągnęła kolejny łyk wody z butelki. Nie urodził się wczoraj, żeby nie zorientować się, że ta gadka z jej strony była jakąś formą flirtu. Przerabiał już podobne sytuacje wystarczająco wiele razy, żeby wiedzieć, kiedy zwykła rozmowa zaczyna skręcać w trochę mniej niewinną stronę. Nie robiło to na nim większego wrażenia, ale też nie zamierzał udawać, że niczego nie zauważył. Gdyby miał przy sobie kajdanki, może nawet przetestowaliby i sprawdzili, czy coś takiego rzeczywiście ją jara. Ale do biegania nie zabierał ze sobą ani broni ani kajdanek. Miał przy sobie jedynie odznakę, a to już mniej podniecający gadżet, i psa, który ludzi co najwyżej rozczulał, ewentualnie obrzydzał wiecznie wywieszonym jęzorem, z którego skapywała ślina.
— Nie mieszkam w okolicy — odpowiedział. — Czasami tylko biegam w te strony — dodał dla wyjaśnienia, bo rzeczywiście mieszkał jakieś siedem kilometrów stąd, może osiem, i generalnie nie pojawiał się jakoś często w rejonie Williamsburga. Żeby mieć święty spokój najczęściej biegali na Wyspy Randalla i Warda, bo tam była cała masa pól, żeby Koda mógł polatać bez smyczy. I był też niczego sobie widoczek na Manhattan.
— Nie mam przy sobie kajdanek, ale jeśli naprawdę zastanawiasz się, jak to jest, możemy poprosić kolegów, jak przyjadą. Może któryś udzieli prywatnej lekcji — zasugerował, poruszając brwiami. A potem posłał jej rozbawiony uśmiech, bo jakoś ciężko było mu sobie wyobrazić, że złożyłaby któremuś z policjantów taka ofertę, nawet jeśli jemu dyskretnie dawała do zrozumienia, że nie obraziłaby się, gdyby spróbowali.
On już tego próbował, ale musiał, tak samo jak siły tasera i teleskopowej pałki, żeby mieć dokładny obraz tego, czego sam używa wobec napastników. Wiedział już też jak to jest oberwać z ostrej, choć tamto nie odbywało się w ramach testów. Sponiewierać się w kajdankach w łóżku nigdy się nie dał, ale to raczej dlatego, że zdecydowanie bardziej odpowiadała mu rola tego, który je zakłada, niż tego, który pozwala sobie je założyć. Lubił rozdawać karty, ale prawda jest taka, że rozdawał je wyśmienicie, skoro w sposobie prowadzenia przez niego gry kobietom wcale nie spieszyło się do odzyskania kontroli.
UsuńBrant Dawson
W chęci posiadania potomstwa przez Tammy było coś samolubnego. Pełną rodzinę miała raptem do ósmego roku życia. Miała kochającego, chociaż posiadającego własne demony, ojca i matkę, która swoich dorobić miała się później, przytłoczona samotnym rodzicielstwem. Jako dorosła osoba Tamsin wiedziała, że nie stanowili przykładu rodziny idealnej, a jednak w samych wspomnieniach znajdowała coś na tyle pokrzepiającego, by tęsknić za tym często, równie często zastanawiając się, czy gdyby depresja nie ściągnęła ojca w alkoholowy ciąg, mieliby szansę na normalność. Dobrze pamiętała domy swoich koleżanek z wczesnego dzieciństwa. Tata chodził do pracy, mama często też, ale to ona zajmowała się domem. U nich było odwrotnie. Matkę Passalis nigdy nie interesowały domowe obowiązki, ale jej ojciec nigdy się na to nie skarżył, przez co z perspektywy czasu Tamsin dochodziła do wniosku, że jak na tamte czasy był całkiem postępowym mężczyzną.
OdpowiedzUsuńNie była do końca pewna, jak często widziała ojca pijanego czy trzeźwego ani jakim mężczyzną był w rzeczywistości. Jej wspomnienia były wybrakowane, dziurawe jak szwajcarski ser, w którym ubytki powypełniała pewnego rodzaju gloryfikacją, która miała uczynić chociaż pewien okres jej życia rzeczywiście szczęśliwym. Przez to, jaki moment nieświadomie wybrała, szczęście właśnie z tym jej się kojarzyło – z rodziną, która spędzała ze sobą czas, obecną, nieprzyklejoną do ekranu telewizora czy pochłoniętą własnymi, indywidualnymi sprawami.
Chciała ją mieć nie tylko dlatego, że pragnęła dołożyć własną cegiełkę do świata w postaci dziecka, ale chciała poczuć to utracone wrażenie przynależności do jakiejś grupy. Na dobre i na złe, bo tak jej się wtedy wydawało.
Była też łagodniej nastawiona do mężczyzn od Mattie, chociaż nie mogła powiedzieć, by miała do nich szczęście. Patrząc na swoje życie, musiała uczciwie przyznać, że gust miała do tej pory wybitnie do dupy. Mając piętnaście lat, pozwoliła zawładnąć swoim życiem dorosłemu facetowi, który wkradł się do niego bez większego problemu, czyniąc z siebie centrum jej świata. Rozgościł się w tym miejscu na tyle długo, że okres, gdy większość uczyła się, co im się podoba albo przeszkadza w partnerach, Passalis zwyczajnie przespała. A potem?
A potem, jeśli uznać, że sukcesem był awans z worka treningowego na kogoś, kogo można było olać po kilku randkach albo próbować udusić nadmierną atencją, to można powiedzieć, że było trochę lepiej. Trochę było kluczowe. Po kilku nieudanych próbach Tamsin postanowiła, że musi do tego podejść jak do grania. Większość ludzi postrzegało artystów jako kompulsywnych i działających często bez większej logiki, dlatego Passalis lubiła myśleć o sobie bardziej jak o rzemieślniku niż takim prawdziwym artyście, co to pod wpływem natchnienia potrafił stworzyć prawdziwe dzieło. Ona nie tworzyła. Bardziej odtwarzała i interpretowała, do każdego utworu podchodząc wręcz z inżynierską precyzją. Najpierw przeglądała nuty na sucho, zaznaczała potencjalnie mniej wygodne miejsca jako te, które należało w pierwszej kolejności przećwiczyć. Później dochodziło opracowanie palcowania i smyczków, takt po takcie, fraza za frazą, z dokładnym uwzględnieniem partii innych instrumentów. Tak też zaczęła podchodzić do relacji – ostrożnie, z rozmysłem i najchętniej z granicami, których nie chciała przekraczać. Z mężczyznami się przyjaźniła albo z nimi sypiała. Nic pomiędzy.
Może dlatego tak odważnie mówiła o marzeniach, których wcale nie była pewna? Bo była przekonana, że te nie mają prawa się spełnić i skonfrontować jej wyobrażeń z ponurą rzeczywistością?
— Tak sobie pieprzę głupoty, Tilly. Mam wrażenie, że ledwo ogarniam swoje życie, a co dopiero, jakbym miała ogarniać jeszcze cudze… Zwyczajnie… Coraz częściej łapię się na tym, że nie mam celu — przyznała, dopijając drinka do końca z taką łatwością, jakby to nie alkohol piła, a spragniona dopijała szklankę wody. — To takie naturalne w życiu kobiety. Kariera zrobiona, chata jest, to czego brakuje? A, nie wiem, ale wokół tyle mówi się o rodzinie i rodzeniu dzieci, że to chyba to… To chyba tego brakuje do poczucia spełnienia — tak było łatwiej. Iść drogą utartą przez miliony kobiet przed nią, które może nie zawsze mówiły, że to było dobre, ale najgłośniej wypowiadały się zazwyczaj te, dla których macierzyństwo stanowiło sens istnienia. A tego sensu ostatnio Tamsin brakowało, co uświadamiała sobie zazwyczaj, leżąc w majtkach na łóżku, zastanawiając się, co dalej, nieprzyzwyczajona do tego, że w życiu pewne etapy mogą trwać dłużej niż kilka miesięcy.
Usuń— Muszę sobie obmyślić jakąś listę, wiesz? Zawsze miałam coś do odhaczenia. Jakiś kurs, konkurs, semestr do zaliczenia, trasę do odhaczenia, a od czterech lat płynę z prądem i czuję niepokój, że o czymś zapomniałam. Jakby była jakaś lista, a ja zamiast iść zgodnie z jej punktami wszystko pomieszałam i płynę z prądem, bo brakuje mi odwagi, by wyjść na brzeg i samemu zdecydować, gdzie iść — uśmiechnęła się lekko, wzrokiem wyłapując kelnera, który podszedł już po chwili. Zamówiła następnego drinka, czując, jak ten pierwszy przyjemnie otępił jej zmysły. — Prowadzisz się dobrze? Jezu, Tilly, to brzmi jak regularny sen, trzy posiłki dziennie i aktywność fizyczna. Musiałabym całe swoje życie zmienić — zaśmiała się, bo nigdy nie ukrywała, że nie po drodze było jej z myśleniem o jedzeniu, spaniem albo bardzo dużo, albo prawie wcale, i aktywnością fizyczną ograniczającą się do niesamowitej ilości kroków, co już uznawała za trening sam w sobie. Często jeszcze z obciążeniem!
— Za kobiecą wolność! — stuknęła się z przyjaciółką szklanką.
Sięgnęła po wciąż ciepłego chipsa i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Tłuszczyk i lekka słodycz – czego chcieć więcej?
— To mam inny pomysł. Umówimy się kiedyś na jaranie. Ja zrobię brownie z masłem orzechowym, bo chociaż słabo gotuję, to brownie robię zajebiste, przyjdę w dresach i obejrzymy sobie „Rick i Morty”. Możemy zamówić jeszcze pizzę… Ja już mam plan na wieczór. Zrobimy sobie nocowankę, albo u mnie, albo u ciebie i… Ej, nie mogę się doczekać — Tamsin ekscytowała się swoim pomysłem tak, jakby to rzeczywiście było coś niesamowitego. Może dlatego, że nie miała takich nocowanek jako nastolatka? A może chodziło tylko o towarzystwo Tilly, które zwyczajnie uwielbiała?
— A dzisiaj postawmy na te shoty, które stoją przed nami i parują. Najwyżej będę się darła za nas obie, może być? — zaproponowała, jeden kieliszek stawiając przed sobą, drugi zaś przesuwając w stronę ciemnowłosej.
Tamsin Passalis
Nigdy nie był typem faceta, który leci na wszystko, co się rusza. To, że kobieta obdarzała go zainteresowaniem, nie oznaczało, że on automatycznie odwzajemniał je w takim samym stopniu, a czasami nie oznaczało nawet najmniejszego zainteresowania z jego strony. Potrafił zauważyć flirt i docenić komplement, a nawet pobawić się chwilę w podobne zaczepki, ale nie każda kobieta, która zwracała na niego uwagę, od razu trafiała na jego radar. Nie był desperatem, a do zainteresowania potrzebował czegoś więcej niż tylko ładnej twarzy i chętnych spojrzeń, dlatego większość takich znajomości kończyła się, zanim w ogóle zdążyła dobrze się rozpocząć. Na pewno ciekawe okazje przelatywały mu przez to koło nosa, bo takie dziewczyny, które chętnie rozkładały nogi, miały wiele do zaoferowania, choć wtedy zapewne włącznie z całym pakietem STI, ale nie ubolewał z tego powodu. Już pomijając fakt, że nie potrzebował przypadkowych znajomości, żeby się zabawić, bo w swoim stałym otoczeniu daleko okazji szukać nie musiał, to na ogół niechętnie wpuszczał nowe osoby do swojego świata i tym bardziej nie miał potrzeby robić w nim miejsca dla każdego, kto akurat pojawił się na jego drodze. Lubił ryzyko, lubił dobrą zabawę i z pewnością nie należał do facetów, którzy całe życie przeżywali według utartych schematów, ale nawet on potrafił czasem pomyśleć o konsekwencjach, zanim narobił sobie problemów, których później musiałby się pozbywać. Nie był ani grzeczny, ani ułożony, a jednak miał w sobie wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, żeby żądze nie wyłączyły mu myślenia i nie wpędziły go w jakieś absurdalne bagno. Był stróżem prawa, więc wyjątkowo kiepskim pomysłem byłoby pakowanie się w jakąś seksualną aferę tylko dlatego, że w odpowiednim momencie zabrakło mu rozsądku, a nie miał przecież żadnej pewności, co finalnie może odwalić dziewczyna, której praktycznie nie znał, a którą sponiewierał w łóżku dzień wcześniej. W pomiętej pościeli wszystko mogło wyglądać świetnie, dopóki nie okazywało się, że po wszystkim druga strona miała jednak zupełnie inny pomysł na ciąg dalszy znajomości.
OdpowiedzUsuńCzy więc udzielał prywatnych lekcji? Czasem tak, czasem nie. Wszystko zależało od sytuacji, od tego komu miał ich udzielać i czy rzeczywiście cokolwiek sprawiało, że miał na to w ogóle ochotę. Dlatego na razie zostawił to pytanie bez odpowiedzi, szczególnie, że zaraz padła wzmianka o odwdzięczaniu się i zabrzmiała dość intrygująco. A skoro byli już w temacie, warto było przynajmniej dowiedzieć się, co miała na myśli, twierdząc, że umiała to robić.
— Na przykład jak? — Uniósł lekko brew, utrzymując spojrzenie w jej twarzy.
Koda za moment poruszył się niespokojnie, więc Brant przeniósł wzrok w stronę alejki. Po chwili dostrzegł dwóch funkcjonariuszy zbliżających się w ich kierunku. Jeden z nich trzymał dłoń przy radiu, co jakiś czas spoglądając w stronę ulicy i otoczenia, podczas gdy drugi rozglądał się uważnie. Obaj byli raczej przed czterdziestką, wysocy, szczupli i w pełni umundurowani. Kajdanki z daleka błyszczały wsunięte w kieszenie ich taktycznych pasów.
— Dog man i bite officer? — rzucił jeden z nich z uśmiechem, podchodząc bliżej i zerkając na Kodę, który stał i patrzył na nich czujnie.
— We własnej osobie — odpowiedział Brant z lekkim uśmiechem i poruszył smyczą, na co Koda usiadł przy jego nodze. — Ale dzisiaj obaj po służbie.
— Dawson, tak? To pan zgłaszał strzały?
— Dwa. Jeden po drugim. Dochodziły mniej więcej stamtąd. — Wskazał głową w stronę alejki. — Niczego więcej nie widziałem. Żadnych ludzi uciekających ani samochodu, który zwróciłby moją uwagę — wyjaśnił, nie czekając na pytania, bo dobrze znał schemat takich interwencji, więc nie widział sensu w przeciąganiu sytuacji. Poza tym oni i tak już znali tę wersję, bo dyspozytor przekazał im wszystkie informacje, więc była to kwestia potwierdzenia wcześniejszych słów i tego, że od tamtej pory nic się nie zmieniło.
Usuń— W porządku. Sprawdzimy teren. — oznajmił i spojrzał na Mathilde. — Pani też je słyszała?
Brant Dawson
Ian ze spokojem słuchał, jak Mathilde kolejnymi argumentami bombardowała jego propozycję zgarnięcia kawy z jednego z tutejszych automatów. Uśmiechał się przy tym, lekko unosząc kąciki ust. Wyciągnął dłonie z kieszeni i uniósł ręce w geście kapitulacji, kiedy pielęgniarka przypomniała, że powinni trzymać się wytycznych, aczkolwiek, przechyliwszy nieco głowę, spojrzał na nią z zainteresowaniem, kiedy wysunęła propozycję dalece wykraczającą poza popijanie niedobrej kawy na szpitalnym korytarzu.
OdpowiedzUsuń— Pomyślimy — odparł, sadowiąc się z powrotem na wózku, skoro kawa w szpitalu nie wchodziła w grę. Z kolei kawa poza murami szpitala wydawała mu się tak samo niedorzeczna, jak Tilly. Jego propozycja wypłynęła z chęci zabicia czasu, nie z chęci zacieśnienia więzi ze swoją klientką, jakkolwiek był miło zaskoczony tym, że spędzanie czasu z Mathilde okazało się nie tylko bezproblemowe, ale i sympatyczne. Wiele osób, z którymi Ian miał do czynienia, posiadało w sobie coś, co go irytowało. Tilly albo nie miała w sobie tego pierwiastka, który skutecznie działałby mu na nerwy, albo jeszcze nie zdążył go odkryć. W każdym razie, głównie dzięki niej jego początkowa niechęć do spędzenia części tej nocy na ER gdzieś się ulotniła, bo jak można było zauważyć, Ian przestał się spieszyć i przestał okazywać niechęć, za to wręcz potulnie poddawał się kolejnym badaniom i procedurom. Przyświecał im wspólny cel – może nie jak najszybsze, ale na pewno jak najbardziej sprawne wypchnięcie Hunta do domu, więc może dlatego dość dobrze im się ze sobą współpracowało? Istniało jednak pewne ryzyko, nawet całkiem spore, że kiedy już ten wspólny cel osiągną, nie wyznaczą kolejnego, a przez to wyjście na kawę i ciastko mogło okazać się kompletnym fiaskiem, bo niby po co mieliby to robić?
Przestał zastanawiać się nad tym, co z tą kawą, kiedy w polu jego widzenia zamajaczył Simmons. Ian poderwał głowę i przyszpilił lekarza wzrokiem, podczas gdy Mattie zaatakowała go na swój sposób. Wydawało się, że w tym krzyżowym ogniu nie miał dokąd uciec, ale wymówił się oczekiwaniem na wyniki badań, czego ani Mathilde, ani tym bardziej Ian nie mogli podważyć. Sądząc jednak po reakcjach osób, które operowały sprzętem na poszczególnych pracowniach, które odwiedził, Ianowi nic nie dolegało.
— Dzięki, niczego mi nie trzeba — odparł, przesiadając się z wózka na łóżko. Popatrzył na Tilly, potem na dzwonek i skinął głową, aczkolwiek nie przewidywał, że miałby z niego skorzystać. Po raz kolejny odprowadził oddalającą się Mathilde wzrokiem, a kiedy zniknęła, wyciągnął się na łóżku. Ułożył ręce pod głową, ale skrzywił się, kiedy natrafił na tkliwy punkt. Wyczuwał pod palcami zgrubienie, twardą opuchliznę wokół niedużej rany, którą ponownie, a jakże, zmacał paluchami. Poprawił ułożenie rąk tak, by nic go nie bolało i… czekał.
Po kilku minutach wpatrywania się w sufit sięgnął po telefon. Zrobił to zupełnie odruchowo, bo telefonu nie było tam, gdzie był najczęściej, w prawej kieszeni spodni. Zostawił go w samochodzie, uznawszy, że skoro sprawę z Simmonsem załatwi w góra pięć minut, to nie musi go ze sobą brać. Przyszło mu na myśl, żeby wymknąć się z salki i po niego pójść. Cadillac nie stał tak daleko, by nie obrócił w te pół godziny. Porzucił jednak ten pomysł, nie chcąc robić kłopotu nie tyle Mathilde, co sobie – potrafił bowiem bez problemu wyobrazić sobie, jak znajoma pielęgniarka opierdala go za to, że wyszedł i choć jej opierdol pewnie spłynąłby po nim jak woda po kaczce, czuł wobec Tilly wdzięczność, która odwiodła go od szargania jej nerwów.
Do głowy przyszło mu coś innego. Coś, co mogło rozwiązać problem kawy i ciastka.
Simmons pojawił się w boksie o trzeciej czterdzieści trzy, jeszcze przed Mathilde. Trzymał w dłoniach kartotekę Iana, uzupełnioną o opis badań. Przerzucił kilka kartek, wyjął z kieszonki fartucha długopis i kliknął nim trzykrotnie.
— Wyniki są w porządku — poinformował, popatrując na swojego dilera. Nie wydawał się już być tak spłoszony. Może zdążył ochłonąć, może pomógł mu fakt, że Hunt niedługo miał zniknąć mu sprzed oczu i nie uprzykrzać dyżuru. — Nie masz pękniętych żeber ani innych obrażeń wewnętrznych, na tomografii widać tylko obrzęk wokół rany. — Wycelował długopisem w jego głowę. — To nie twoje pierwsze pobicie, co? — rzucił, bo wyniki ujawniły kilka starych, dawno zaleczonych urazów.
Usuń— I pewnie nie ostatnie — odparł Ian. Zza Simmonsa popatrzył ku wejściu, jakby spodziewał się, że do środka zaraz wpadnie Mattie, ale nic podobnego nie miało miejsca. Widać musiano ją zatrzymać przy innych pacjentach. — Słuchaj, Mark. Sprowadzisz mi tutaj Valentinę? Pielęgniarka, korpulentna latynoska? Przytula każdego, kto się napatoczy? — Opisywał kobietę, wymieniając jego zdaniem jej najbardziej charakterystyczne cechy. Simmons popatrzył na niego niechętnie, z długopisem zawieszonym nisko nad dokumentami, które w międzyczasie uzupełniał.
— Czego chcesz od naszej Val?
— Czegoś zupełnie innego, niż od ciebie, Mark — rzucił konwersacyjnym tonem, ale spojrzenie, którym obdarzył Simmonsa, nie było przyjemne. — Nie panikuj. Mam do niej prośbę.
Lekarz kliknął długopisem. Tym razem tylko dwa razy, wolniej, niż poprzednio, bo bez zdecydowania, ale z namysłem.
— Dobrze — odpowiedział i obejrzał się przez ramię, bo do salki weszła Mathilde, zaszczycając ich swoją obecnością, spóźniona tylko o dwie minuty. — Jeszcze raz oczyść i opatrz ranę, proszę — zwrócił się do niej grzecznie, o wiele bardziej grzecznie, niż do Iana, co dilera w żaden sposób nie ubodło, a go rozbawiło. Skinieniem głowy wskazał na nieduże, acz świeże ślady krwi na poduszce i spodniach Hunta, w które ten wytarł palce, tłumacząc w ten sposób swoje zalecenie. — Puszczamy go. Przygotuję wypis — poinformował i póki miał ku temu szansę, opuścił salkę. W zasadzie, to nieomal z niej wybiegł, nie dając Mattie czasu na jakikolwiek komentarz.
— Powiedziałaś mu coś jeszcze w międzyczasie? — zapytał szczerze rozbawiony Ian. Już nie leżał, a siedział na łóżku, z opuszczonymi nogami i dłońmi wspartymi o krawędź materaca. Gdyby nie to, że jego stopy swobodnie spoczywały na podłodze, z uciechy zamachałby nogami. — Może zrobiłaś?
IAN HUNT, który ma plan 🍰
Był bardzo chętny do słownych przepychanek, ale nie był na ten moment zainteresowany Mathilde w taki sposób, żeby traktować każdą jej zaczepkę jako zaproszenie do czegoś więcej. Raz, że w ogóle jej nie znał i nie miał pojęcia, co właściwie chodziło jej po głowie, a dwa, że kiedy dał jej możliwość rzucenia paru konkretów, jej odpowiedź o przykładach odwdzięczania się zabrzmiała na tyle zachowawczo, że nie było w tym żadnej dobrej zachęty. On lubił konkrety, szczególnie w łóżku. A Mathilde mogła flirtować, mogła się z nim droczyć, ale równie dobrze mogła po prostu lubić rozmowy prowadzone w takim zalotnym tonie, a finalnie wycofywać się w momencie, w którym granice przestawały być już tak umowne i rozmowa zaczynała zmierzać w stronę czegoś bardziej intymnego. Odwdzięczając się, chciała mu zaoferować dobre ręce, ale on w dobrych rękach może być każdego dnia, więc to żaden rarytas korzystać akurat z tej okazji. Dla niej to też na pewno nic straconego, w końcu w okolicy z pewnością dałoby się znaleźć jeszcze niejednego biegacza, który chętnie skorzystałby z takiej oferty.
OdpowiedzUsuń— Oczywiście, że jestem porządny — przyznał, zadowolony z takiego podsumowania. — Odznaka zobowiązuje — dodał, wzruszając niewinnie ramieniem. Był policjantem, więc im częściej sprawiał wrażenie porządnego i grzecznego, tym lepiej, szczególnie że prywatnie wciąż miał w sobie sporo z tamtego młodego chłopaka z Oklahomy, który nauczył się żyć z dnia na dzień i przetrwać na wiele różnych sposobów, nie zawsze zgodnych z prawem. Mundur zmienił sporo, ale nie wymazał wszystkiego, co ukształtowało go wcześniej. Właściwie to nie wymazał prawie niczego, a jedynie doszlifował trochę zachowań, które z czasem nauczył się lepiej kontrolować i dostosowywać do życia, jakie prowadził teraz. Nadal potrafił sobie radzić bez oglądania się na zasady, ale w mundurze znacznie rozsądniej było wyglądać na człowieka, który zawsze postępuje właściwie, niż udowadniać wszystkim, że wcale nie musi tak być. Mathilde była panią pielęgniarką z lokalnego szpitala, więc zdecydowanie lepiej, że widziała go jako porządnego gliniarza.
— A moja dziewczyna jest ze mnie bardzo dumna — odparł. — Codziennie tylko czeka, aż wreszcie przypnę ją kajdankami do łóżka i przelecę tak ostro, że zapomni własnego nazwiska. Niekiedy sama grzecznie się przypina. Tyle wystarczyło, żeby ją sobie bezbłędnie podporządkować — powiedział, patrząc na Mathilde całkiem beznamiętnie. Słowa brzmiały bezwzględnie i twardo, ale wyrzucił je z siebie bez cienia emocji, bo nie miały dla niego żadnej wagi. Już abstrahując od faktu, że z nikim się nie wiązał i nie miał zamiaru tego robić, to nie kręciło go tanie poniżanie kobiet. Był ostry, wymagający i bez kompromisów doprowadzał partnerki na skraj obłędu, ale zawsze istniała cienka granica między czystym pragnieniem a zwykłym upokorzeniem, której nie przekraczał. Grzeczność zostawiał za drzwiami sypialni, ale szacunek zabierał ze sobą do środka. Ale to było oczywiście zarezerwowane dla jego dziewczyny, bo skoro Mathilde założyła istnienie takowej, to nie zamierzał wyprowadzać jej z błędu. Jeśli sama wyłapie w tym sarkazm, to wtedy sama wyciągnie też odpowiednie wnioski, a on nie będzie musiał jej przekonywać, że jest inaczej. Jeśli nie, to nie. Niejeden raz dla świętego spokoju zaznaczał, że kogoś już ma, więc to, czy Mathilde wróci do swoich spraw z tą myślą, było mu całkowicie obojętne.
Gdy rozległy się kolejne strzały, Brant odruchowo wyprostował się i natychmiast przeniósł wzrok w stronę, z której dobiegł huk. Koda również momentalnie zbystrzał, unosząc łeb i napinając sylwetkę, bo z miejsca wyczuł, że tym razem coś rzeczywiście się dzieje. Brant mocniej zacisnął dłoń na smyczy, przez chwilę obserwując teren, a kiedy gdzieś po drugiej stronie alejki zrobiło się lekkie zamieszanie, funkcjonariusze bez zbędnego czekania ruszyli biegiem w tamtą stronę.
Nie zamierzał im przeszkadzać ani tym bardziej pakować się w sam środek sytuacji, która przestała być już jego problemem, dlatego mocniej skrócił smycz Kody i zerknął na Mathilde.
Usuń— Nic tu po nas — rzucił, rozglądając się za miejscem, w którym mogliby chwilę jeszcze poczekać, aż policjanci opanują sytuację. Poza tym zaraz zjadą się dodatkowe radiowozy i zablokują teren. — Chodź. Schowamy się gdzieś na chwilę — powiedział do Mathilde i ruszył w stronę betonowej podwaliny trybun przy boisku, gdzie mogli zejść poniżej linii wzroku i osłonić się od strony ulicy. Te znajdowały się najbliżej. — Nie ma sensu ryzykować i łazić teraz po otwartym parku, dopóki nie będzie wiadomo, co się tam właściwie odwaliło. Uspokoi się, to pójdziemy dalej.
Betonowa konstrukcja trybun dawała im idealną osłonę, bo w ich niższym segmencie znajdowała się niewielka, techniczna wnęka, w której zmieściliby się bez problemu, znikając całkowicie z oczu komukolwiek na zewnątrz, a w przeciwieństwie do zamkniętego budynku nie stawała się pułapką bez wyjścia. Pozwalała Brantowi w każdej chwili się wychylić, żeby zachować pełną kontrolę nad sytuacją. Było to też znacznie bezpieczniejsze niż ucieczka przez otwarty park, gdzie łatwo można było wbiec wprost pod przypadkowy rykoszet, albo, już nie daj boże, pod lufę spłoszonego napastnika.
Brant Dawson
Tamsin już od dziecka uczyła się, jak rozkładać rzeczy bardziej skomplikowane na mniejsze, tym samym zabierając wszelką moc, jaką otrzymywały przez złożoność bryły i mechanizmów. Każdy problem starała się rozpatrywać nie jako całość, a poszczególne składowe i to właśnie na nich się skupiać, je rozwiązywać, niszczyć albo próbować je oswoić, jeśli to miało pomóc jej być i żyć dalej. A Tamsin kochała życie i chyba właśnie ta miłość napędzała ją każdego dnia, nawet w tym najbardziej mrocznym czasie, gdy czuła się zupełnie zagubiona. Teraz, z perspektywy czasu, starsza o kilka lat, chciałaby tamtą Tamsin przytulić, powiedzieć jej, że nic z tego, co się dzieje, nie jest jej winą i że ma rację z planowaniem zostawienia Cartera. Dużo musiało się wydarzyć, by dojrzała do tamtej decyzji, która nie była podjęta pochopnie, pod wpływem któregokolwiek z wydarzeń i w zasadzie mogłaby nigdy nie zostać podjęta, gdyby coś się nie zmieniło.
OdpowiedzUsuńPamiętała, jak piła wtedy kawę, siedząc wbrew sobie – wyprostowana, z nogami dotykającymi zimnej podłogi, chociaż miała ochotę podciągnąć kolano pod brodę, stopę opierając na siedzeniu. Siedziała u szczytu długiego, futurystycznego stołu ze szklanym blatem wspartym na nodze wyglądającej jak metalowy żuraw origami, na krześle o podobnej konstrukcji, ale zamiast ze szkła zrobionym z pleksiglasu, przez co nie można było na nim siadać w spodniach z dżetami na pośladkach. Nie pamiętała, kiedy po raz ostatni nosiła przez to dżinsy, bo ze wszystkich sił nie chciała się zapomnieć.
Dżinsy.
Spodnie będące niegdyś symbolem klasy robotniczej, coś, co zawsze było w jej szafie na wierzchu, bo było zakładane tak często. Zmarszczyła wtedy brwi i próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miała je na sobie. Pamięta, że spojrzała wtedy na Cartera, zupełnie nieświadomego myśli żony, który niewzruszony czytał coś na tablecie. Wtedy też uderzyło ją to, że pozwoliła zaszczuć się do tego stopnia, że bała się w domu założyć spodnie z barwionego włókna, byle go nie rozzłościć, a świadomość tego, że doprowadził ją na taki skraj, uderzyła w nią mocno. Mocno na tyle, że przy następnym łyku kawy zaczęła zastanawiać się, jak to zrobić, by zakończyć tę całą farsę możliwie szybko i najlepiej tak, by nie mógł na nią wpłynąć, gdy papiery pójdą w ruch. Już raz się w nim zakochała, nie mogła popełnić tego błędu ponownie.
Życie rozwiązało pewne problemy za nią, za nią też podjęło szereg decyzji, na które czuła się już wtedy przygotowana i pierwszy raz miała wrażenie, że los się, w bardzo pokręcony sposób, do niej uśmiechnął. Nie lubiła jednak o tym mówić. Nie lubiła do tego wracać i wychodziła z założenia, że skoro była w stanie oddychać bez ciągłego wspominania własnych traum, to nie było sensu, by je ciągle rozdrapywać. Mogła się załamać po tym pierwszym razie, gdy piekł ją policzek, po którym spływały łzy i właściwie tak było – nie odzywała się przez kilka dni, czując, jakby ktoś odebrał jej głos. Ale później uwierzyła w jedne przeprosiny, drugie, a następnie, jakkolwiek by to źle nie brzmiało, nauczyła się działać tak, żeby nie wywoływać konfliktów, co z jej charakterem wcale takie łatwe nie było. Aż do tych przeklętych dżinsów, które w końcu ją ocuciły.
— To pieprzenie, Mattie. Plany powinny mieć możliwość spełnienia, mieć swój początek i koniec, zamykać się w jakichś ramach, a to… To tylko gadanie – stwierdziła, a później posłusznie wysłuchała tyrady Tilly, nie kryjąc ani na chwilę swojego rozbawienia.
Nie chcąc przerywać przyjaciółce, kiwała głową na wszystko, co mówiła w geście zgody, ani myśląc się z nią kłócić, podziwiając ją za pasję, z jaką potrafiła rozmawiać przy obiedzie, podczas gdy sama Tammy… Była trochę za bardzo pogubiona w tym, czego chciała, czego się bała i co wydawało jej się być w realnym zasięgu, więc jej samej zwyczajnie takiego oddania brakowało. Pewności co do tego, co uważa rzeczywiście.
— Mattie, nie musisz się martwić o mój feed, bo prawie nie korzystam z sociali. Mam przyjaciół, niewielu, ale mam i cieszy mnie fakt, że są oni w moim życiu, ale… Ale brakuje mi rodziny. Zawsze brakowało i to jest fakt, którego nie zmienię, luka, której nie wypełnię, bo musiałabym cofnąć się daleko w czasie, a i tak nie byłabym w stanie na to wpłynąć – powiedziała spokojnie, biorąc dłoń przyjaciółki w swoją. Ścisnęła ją lekko. – A punkty na liście… Muszę je wymyślić sama. I to był żart… Chujowy, ale żart. Nie potrzebuję mieć domku na przedmieściach, faceta ze stabilną pracą i dzieci, żeby czuć się spełniona, to zupełnie nie to… Chyba zwyczajnie myślałam, że będzie tego więcej. Wiesz, że dorosłość będzie bardziej spektakularna, ciekawa, a jest… Spokojna. Właściwie to jest najspokojniejszy czas w moim życiu i chyba zwyczajnie do tego nie przywykłam, ale nie postrzegam tego jako coś złego. Jest to inne, słabo to rozumiem, ale ma też sporo plusów – wzruszyła lekko ramionami i puściła dłoń przyjaciółki, wracając do swojego kieliszka.
UsuńOd czterech lat mieszkała w jednym miejscu. Prócz krótkiej pracy na kontrakcie na statku właściwie podróżowała tylko w celach wakacyjnych, a i tego było niewiele, bo poruszała się głównie między Nowym Jorkiem a Los Angeles, każdy z wyjazdów i tak łącząc z pracą; był to najdłuższy czas zamieszkiwania jednego miejsca, odkąd skończyła osiem lat. Może to przez to czuła się niespokojna? Może niemal koczowniczy tryb życia wywarł na niej takie piętno, wszedł jej pod skórę tak głęboko, że gdy za długo stała w miejscu, nakazywał jej ruch?
— Rany, Tilly, to brzmi świetnie! – uśmiechnęła się szeroko i szczerze, bo wizja spędzenia wieczoru w towarzystwie przyjaciółki, zamiast jedynie kątnika, którego próbowała upolować od tygodnia, była niezwykle przyjemna.
Ona za często się przeprowadzała i zbyt często wstydziła się swojego domu, żeby zapraszać do niego koleżanki. Za dużo była też w rozjazdach i na stypendiach, by nawiązać relacje na tyle bliskie, by nawet zostać zaproszoną na nocowanie. Jeśli dobrze pamiętała, była na jednym, ale nie był to jeszcze wiek, w którym rozmawiało się o chłopakach, a nawet jeśli, to nie przypominała sobie, żeby takie rozmowy miały miejsce. Mogła to też zwyczajnie wyprzeć z pamięci, bo w tym była wręcz niepokojąco dobra.
— Karaoke. Jak po tym jedzeniu i alkoholu jeszcze się zjaram, to nigdzie nie wyjdę, tylko zasnę ci na kanapie… I nie żeby coś, to jest wręcz cudowna wizja, ale nie chcę tak spędzić tego wieczoru. Mam ochotę potańczyć, pośpiewać, jeszcze coś wypić i może wrócić do mieszkania z numerem jakiegoś przystojniaka, którego tak dla zasady oleję – wyszczerzyła się szeroko i wystukała coś w telefonie. – Dwie przecznice stąd jest miejsce, w którym są moi znajomi… Nie z orkiestry, bo to byłaby impreza geriatryczna, ale z zespołu, z którym gramy chałtury, czasami coś tam nagramy. Bardzo spoko ludzie, nie musimy z nimi się spiknąć, ale to zawsze raźniej, jak ktoś znajomy jest w pobliżu. Zainteresowana? – spytała i wytarła usta serwetką, przygotowując się tym samym do wyjścia.
Tamsin Passalis
Na ten moment nie czuł się ani testowany, ani tym bardziej badany. Tego typu potyczki słowne traktował jak niewinną zabawę, czyli coś, o czym zapomni sekundę po przekroczeniu progu własnego mieszkania. Jeśli więc wydawało jej się, że tak gładko go podejrzewa i podchodzi, to pewnie tylko dlatego, że w rzeczywistości to on owijał ją sobie wokół palca. A miał nieodparte przeczucie, że wystarczyłoby jedno jego odpowiednio wyreżyserowane posunięcie, żeby grzecznie i bez protestów poszła za nim jak po sznurku. Gdyby doskwierała mu samotność albo brak przelotnych relacji, być może chwytałby się tego, co akurat podsuwał mu los, ale nie musiał iść na takie kompromisy. I niestety, albo stety, był zbyt wybredny, a może po prostu wcale nie tak łatwy, żeby łapać się na pierwsze lepsze przynęty. Ale oczywiście nie był tu od tego, żeby oceniać czyjeś podejście, dlatego nawet nie próbował. Świat był pełen ludzi gotowych brać wszystko, co popadnie, i nic mu do tego. On po prostu znał swoją cenę i nie zamierzał schodzić z marży tylko dlatego, że kolejna dziewczyna ładnie uśmiechnęła się w jego stronę. Na razie nie czuł się zafascynowany na tyle, żeby sprawdzać, czy ma do zaoferowania coś więcej, ale przecież nie spotkali się tu taj po to, żeby nawzajem się czarować. Po prostu znaleźli się w tym samym miejscu i czasie, jak wielu przypadkowych ludzi, którzy na moment krzyżują gdzieś swoje drogi.
OdpowiedzUsuńOczywiście, że nie był na nią zły. Tak naprawdę nie miał wobec niej żadnych emocji na ten moment, bo spotkał ją zaledwie drugi raz i traktował ją tak, jak wszystkich tych, z którymi urządzał sobie jednorazowy small talk, tyle że ten był podkręcony dodatkowo o kilka zalotnych słówek. Ale to też nie było dla niego niczym nowym, przecież nie urodził się wczoraj, a na odciętego od świata ascetę też nie wyglądał. Dobry flirt nie musiał oznaczać obietnicy czegokolwiek. Dla niego był czasami intelektualną gimnastyką, a czasami po prostu zręcznym sposobem na zabicie nudy. Niczym więcej i niczym mniej. Nie musiał iść za nim żaden głębszy sens ani tym bardziej ciąg dalszy. Można było rzucić kilka celnych uwag i poczuć lekkie napięcie, a potem uśmiechnąć się pod nosem i bez oczekiwań po prostu pójść w swoją stronę. Ale jeśli Mathilde koniecznie chciała bawić się dalej, nie zamierzał jej przerywać, dopóki scenariusz tego widowiska dalej będzie pisał on.
Pokiwał głową do szczęściary, bo gdyby rzeczywiście wszedł w związek, to całkiem możliwe, że byłby skłonny uchylić swojej kobiecie kawałek nieba w każdej dziedzinie życia. Ale nie myślał o tym na obecnym etapie swego życia i nie wiadomo czy pomyśli o tym kiedykolwiek, bo nie lubił mieć zobowiązań wobec drugiego człowieka. Wynikało to z jego przeszłości i doświadczeń, które mocno zakorzeniły się w jego głowie. Zawsze szedł przez życie w pojedynkę, bo nikomu nie ufał tak bardzo, jak samemu sobie, i nie miał potrzeby tego zmieniać.
— Może potrwać godzinę, albo dwie, a nawet pięć — odpowiedział, wchodząc do wnęki pod trybunami. Nie miał pojęcia, jakie było sedno tych strzałów, czy ktoś kogoś potraktował z ostrej, czy ktoś strzelał z nudów gdzie popadnie. Jeśli sprawca był na miejscu, to pewnie już go mieli, a jeśli ruszył w długą, to wszystko będzie zależało od tego, jak szybko uda się ustalić, w którą stronę uciekł i czy ktokolwiek zdołał go wcześniej zauważyć. — Ale myślę, że za dobre pół godziny, jeżeli w okolicy będzie spokojnie, możemy się stąd zmywać.
Beton był chłodny, co dało się odczuć od razu po zbliżeniu się do ścian, które rzucały cień na cały ten fragment przestrzeni pod trybunami. Rzucił krótkie spojrzenie wnęce, odpiął smycz i poklepał Kodę po boku. Pies usiadł na krawędzi cienia i wlepił spojrzenie w otwartą przestrzeń, przejmując wartę.
— Tak, chowanie się pod trybunami to moje największe guilty pleasure — odparł, posyłając Mathilde krótkie, rozbawione spojrzenie. Machając końcówką smyczy, przeszedł się wzdłuż wysokiej ściany, która wydawała się naprawdę masywna, ale chyba nic zaskakującego, skoro nad nimi znajdowały się dziesiątki plastikowych siedzisk.
Usuń— Myślę, że szatnia jest, ale na pewno nie taka, do której moglibyśmy się włamać. — Odwrócił się w jej stronę. Ona oczywiście mogła robić, co jej się żywnie podoba, ale jemu, jako trzeźwo myślącemu policjantowi, nie wypadało włamywać się do miejsca, które jest obkamerowane z każdej możliwej strony. Już nie chodziło o konsekwencje, a o sam fakt, że spaliłby się ze wstydu za wykazanie się taką amatorką. Jeżeli już robić coś niepoprawnego, to przynajmniej nie tak, żeby dać się złapać jak ostatni frajer.
— Zanim jednak spróbujesz, sprawdź, czy nie jest otwarte — zasugerował. — Wcześniej chłopaki grali mecz, więc może ktoś tam jeszcze jest.
Wzruszył lekko ramionami, zostawiając jej wolną rękę. Na pewno ktoś ten obiekt sprzątał, więc istnieje jakaś szansa, że drzwi będą po prostu otwarte, choć to też w żaden sposób nie wykluczało możliwości włamania się, jeśli to na tym szczególnie Mathilde zależało. Powstrzymywać jej nie zamierzał, przecież nie jest strażnikiem dobrych obyczajów, zwłaszcza po godzinach, kiedy życie toczy się swoimi zasadami.
Brant Dawson
Nie chodziło o to, że nie kwapił się do dłuższych relacji, bo relacja mogła trwać nawet i dziesięć lat, pod warunkiem, że on nie miał wobec niej żadnych zobowiązań, a ona wobec niego żadnych oczekiwań. W jego przypadku nie chodziło o to, że nie był zdolny do wyższych emocji, czy uczuć, bo był i jeśli miałby ochotę się postarać, to z pewnością wspiąłby się na wyżyny swoich możliwości. Ale nie chciał i właśnie o to przede wszystkim chodziło – że nie pchał się w żadne zobowiązania, bo przez wiele lat jego życie przypominało odbijanie się od długu do długu i to wcale nie finansowego, bo to byłby wtedy najmniejszy problem. Nie chciał kolekcjonować w swoim życiu ludzi, którym musiał coś obiecywać, przed którymi musiał się tłumaczyć, a już tym bardziej takich, którzy czekaliby aż spełni ich oczekiwania. Wygodniej było mu mieć obok kogoś, z kim mógł dzielić dobre chwile, ale bez konieczności podpisywania na to jakiegokolwiek kontraktu. Miał jednak przyjaciół, którzy może nie wiedzieli o nim wszystkiego, ale z którymi łączyło go zaufanie podparte latami znajomości i wspólnie przeżytymi sytuacjami, a nie musiał opowiadać im o sobie wszystkiego, żeby wiedzieć, że może na nich liczyć. I miał też siostry, a może właśnie przede wszystkim siostry, bo za nie dałby się pociąć. To były osoby, dla których bez większego zastanowienia rzuciłby wszystko, gdyby naprawdę go potrzebowały. A jeśli siostrom potrafił uchylić nieba, a potrafił nawet bardzo, to z pewnością byłby w stanie zrobić to również dla tej kobiety, której nie chciałby wypuszczać nigdy więcej ze swych rąk. Nie zamykał się na taką możliwość, związków też wcale nie demonizował, bo znał ludzi, którzy mieli świetne relacje, ale szukanie drugiej połówki nigdy nie mieściło się w jego priorytetach, więc tego nie robił. Po prostu nie potrzebował tego rodzaju uczuć dla swojego osobistego spełnienia.
OdpowiedzUsuńPopatrzył na nią z uniesioną brwią, gdy zasugerowała, żeby ją osłaniał. Najpierw rzuca abstrakcyjne pomysły, a teraz chce, żeby on stał na ich straży? Za kogo powinien ją mieć? Nie mogła sobie poradzić z tym w pojedynkę, skoro i tak skłaniała się w iściu przez życie w właśnie w pojedynkę? Jeszcze gdyby chodziło może o jakąś szczególnie ciekawą miejscówkę, ale ona mówiła o włamywaniu się do szatni. Do kawałka przestrzeni z kiblem i prysznicem. No nie, świat się nie zawali jeśli nie umyje się przez następne pół godziny, bo dokładnie za tyle czasu zamierza stąd spadać, a eksplorowanie szatni po grających mecz chłopakach nie mieściło się w zakresie zajęć, z których czerpałby jakąkolwiek przyjemność.
— Nie? — odparł w odpowiedzi na jej pytanie. — Ja nie robię za prywatnego ochroniarza — rzucił, patrząc na nią wymownie. A potem wyszedł kawałek zza trybun, żeby spojrzeć w stronę alejki, z której przyszli. Gdzieś w oddali od budynków odbijało się czerwone i niebieskie światło, więc akcja była w toku. Wrócił z powrotem pomiędzy ściany wnęki i oparł się plecami o jedną z nich, wygodnie splatając ramiona na wysokości klatki piersiowej. Czuł chłód ściany przez materiał koszulki, ale chłodziła plecy w przyjemny sposób, więc opierał się dalej.
— Nie jestem zainteresowany, Mathilde — wyjaśnił, patrząc na nią, siedzącą na podłodze w staniku. I chodziło tu zarówno o kreatywne pomysły tego pokroju, jak i o obezwładnianie jej. Gdyby miał chęć niwelować dystans, na pewno sam już dawno pokusiłby się o taką próbę, ale nie miał. Dlatego najlepiej gdyby wzięła go za porządnego i grzecznego pana policjanta, nudziarza ze szczęściarą na głowie, a w dodatku za gbura, dupka, egoistę czy cokolwiek tam jeszcze sobie wymyśli, bo jego to nie ruszy, ale dla niej może będzie to przynajmniej słuszny wniosek, żeby nie uwzględniać go w swoich planach na jakąkolwiek, krótszą czy dłuższą przyszłość. Czyli dać sobie z nim święty spokój.
Generalnie to już dawno byłby w drodze do mieszkania, ale wolał to niż kolejną kulkę, więc musiał tu być. Choć zrobiłby z dziesięć ciekawszych rzeczy w tym czasie, w którym musiał tu stać, żeby dla bezpieczeństwa przeczekać strzelaninę nieopodal, dlatego miał jednak szczerą nadzieję, że koledzy po fachu ogarną temat sprawnie i szybko. Że reszta wieczoru nie jest bezpowrotnie stracona.
Usuń— A jeśli chcesz zobaczyć bliznę, to proszę — powiedział. Rozplótł ręce i podciągnął materiał prawej nogawki krótkich spodenek, a potem sam spojrzał na to miejsce nieco wyżej nad kolanem, w które kilka lat temu wbił się pocisk, zanim przeleciał z drugiej strony i tam też zostawił stały ślad. Na co dzień wcale nie zwracał już na to uwagi, mimo że blizna z przodu miała kilka centymetrów i była jaśniejsza od reszty jego skóry, a przy tym nierówna w miejscu, w którym tkanka nigdy nie zrosła się już tak jak wcześniej. Ta z tyłu była nieco większa i bardziej nieregularna, a czasami po karkołomnym treningu czuł tam lekkie ciągnięcie, ale nie było to nic, z czym nie dało się na co dzień żyć.
Brant Dawson
Ian był też dobrym chłopakiem. Z reguły nie uprzykrzał ludziom życia, ponieważ nie czerpał z tego żadnej satysfakcji, choć czasem okoliczności zmuszały go do zastosowania rozwiązań dalekich od powszechnie uważanych za przyjemne. Dotyczyło to problematycznych klientów lub jeszcze bardziej problematycznej konkurencji, a że Mathilde nie zaliczała się ani do tych pierwszych, ani tym bardziej do tych drugich, to Ian stosunkowo szybko powściągnął swoje niezadowolenie wynikające z pobytu na oddziale ratunkowym. To, że miał z tym problem, było wyłącznie jego problemem, a nie był osobą, która swoje problemy, te drobne czy te całkiem poważne, przerzucała na innych. Niektórzy mieli tego typu tendencję, ale nie Ian, który szanował pracę Tilly, jak i ją samą.
OdpowiedzUsuńNajczęściej nie miał najlepszego zdania o swoich klientach. Prędzej czy później, każdy jeden z nich staczał się na samo dno jak po równi pochyłej, z tą różnicą, ze u każdego ta równia miała inny kąt nachylenia. Jedni potrafili popłynąć w ciągu kilku miesięcy, drudzy brali latami, tkwiąc w złudnym poczuciu posiadania kontroli, przez co pogrążali się powoli, ale konsekwentnie. Były też wyjątki potwierdzające tę regułę i Mathilde była jednym z nich. Nigdy nie chciała od Hunta niczego mocniejszego, ograniczała się do trawki, którą popalała nieszczególnie często. Ian uważał, że jeśli kiedyś usunie jej numer z kontaktów, to dlatego, że Mattie całkowicie zrezygnuje z tej drobnej przyjemności, na jaką sobie pozwalała, a nie dlatego, że przestanie być wypłacalna i stanie się wyjątkowo upierdliwa.
— A co chciałabyś mu powiedzieć? — spytał, jak na niego będąc tym wyjątkowo zainteresowanym. Dynamika relacji tej dwójki była dla niego tak zabawna, jak zaskakująca. W końcu Simmons wręcz w popłochu uciekał przed Mathilde, jakby stało za tym coś więcej, niż to, że Mattie dowiedziała się o jego małym sekrecie. Pewnie, że mogła go sprzedać. Może nawet powinna to zrobić? Nawet Ian nie chciałby mieć do czynienia z lekarzem, który chadzał naćpany, dlatego w pewnym momencie spojrzał Simmonsowi głęboko w oczy, a także obserwował jego zachowanie, ale nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Widać pan doktor dopiero miał zrobić użytek z tego, co Ian wręczył mu na podjeździe dla karetek.
— Dobrze — rzucił w odpowiedzi na instrukcje Tilly. Nie miał ich zlekceważyć, bo nie miał żadnego interesu w tym, by rana na głowie goiła się długo, lub, co gorsza, zaczęła się paprać. Już raz zaniedbał w ten sposób draśnięcie po nożu i od tamtej pory bardziej się pilnował, stając się przez to naprawdę dobrym pacjentem. Może Ian nieszczególnie szanował swoje życie, zważywszy na to, jaką ścieżkę dla siebie obrał, ale tak dla odmiany dbanie o zdrowie wychodziło mu bardzo dobrze.
Westchnął, kiedy Mathilde zniknęła. Znowu. Musiała jednego dnia robić tyle kroków, ile Ian przez tydzień.
Nie na długo został sam, bo w progu pojawiła się Valentina. Ian naprawdę rzadko uśmiechał się na widok kogokolwiek, ale w przypadku Val nie dość, że się wyprostował, to jeszcze posłał jej lekki uśmiech. Najpierw uspokoił kobietę, bo przecież nic się nie stało, a później przedstawił jej swój plan. Zupełnie prosty, taki, którego głównym założeniem było, aby Mathilde otrzymała w miarę dobrą kawę i ciastko, ponieważ całodobowe sklepy czy stacje benzynowe nie serwowały prawdziwych rarytasów, na pewno jednak lepsze, niż produkty dostępne w szpitalnych automatach. Jednak aby ten plan wypalił, Ian potrzebował kogoś, kto tę kawę i ciastko dostarczy prosto do rąk Mathilde i właśnie tym kimś miała być Valentina. Hunt mógłby jej w to nie angażować, a wróciwszy do szpitala z kawą i ciastkiem, mógłby poprosić kogokolwiek, aby ściągnął do niego Tilly – o ile takie prośby były tutaj w ogóle realizowane – ale raz, że Valentina była pewniakiem, a dwa, może z tego tytułu miała jeszcze trochę pouprzykrzać Tilly życie, tak aby ta nadal mogła ćwiczyć się w pyskowaniu?
Kiedy Val opuszczała jego box, Ian wciąż czuł na sobie ciepło jej ciała. Pokręcił parokrotnie głową, przestając to robić akurat, kiedy do boxu wpadła Mathilde. O mały włos!
— Nie było — potwierdził, bo naprawdę nie miał na co narzekać i cierpliwie poddał się pracy rąk Tilly, przygarbiając się nieco i pochylając głowę, by ułatwić jej założenie opatrunku. Nawet się nie skrzywił, kiedy dociskała gaziki do rany, nawet jeśli paracetamol nie uśmierzył całkowicie bólu i jego mina zrobiła się niewyraźna dopiero, kiedy zobaczył, a potem poczuł na głowie tę śmieszną siatkę.
Usuń— Chyba nie widziałaś groźnego dilera. — Łypnął na nią, unosząc obie dłonie do głowy, bo oczywiście, że chciał tę siateczkę pomacać, ale w ostatniej chwili zreflektował się i opuścił ręce, dłonie układając na udach. Jeśli Mathilde korzystała z jego usług, to faktycznie miała prawo nie widzieć groźnego dilera. Ianowi daleko było do takich, aczkolwiek kiedy musiał, potrafił wejść w rolę. Taka praca.
— Dziękuję, Matti. — Zsunął się z łóżka i uścisnął jej dłoń, zamykając ją w pewnym uścisku. Simmonsem nie miał się przejmować w ogóle, więc wymienił z nią ostatnie spojrzenie, jeszcze na odchodne skinął głową i opuściwszy box, poszedł wzdłuż szpitalnego korytarza. Gdzieś przy wyjściu złapała go jeszcze jedna z pielęgniarek, przekazała podpisany przez Simmonsa wypis i tym sposobem całkowicie legalnie, w środku nocy Ian mógł opuścić mury szpitala.
Cadillac stał dokładnie tam, gdzie go zostawił. Obszedł go z drżącym sercem, obejrzał dokładnie i odetchnął dopiero, kiedy nie znalazł żadnego nowego zarysowania. Skoro ktoś z nim obszedł się tak mało delikatnie, mógł tak samo postąpić z jego samochodem, prawda? Na szczęście czarny lakier był nienaruszony i namierzywszy najbliższą stację, Ian ruszył w drogę.
Na szpitalnym parkingu, a dokładnie tej jego części przeznaczonej dla pacjentów i odwiedzających, zaparkował niecałą godzinę później. Zaopatrzony w niewielkie pudełko ze słodką zawartością i papierowy kubek z dużą kawą, wszedł do środka. O ile wszystko dobrze sobie policzył, Mathilde powinna niedługo kończyć zmianę, więc zależało mu na czasie. Zahaczył o recepcję oddziału ratunkowego, gdzie umęczonej dyżurującej uprzejmie wyjaśnił, że jest umówiony z Val i czy ta może na chwilę zejść. Kobieta siedząca za pleksą patrzyła na niego z powątpiewaniem, ale wykonała telefon, a kiedy dobiła się do Valentiny i okazało się, ze Ian nie kłamie, zaczęła popatrywać na niego już nie z ukosa, a z zaciekawieniem.
Val znowu go uściskała. Zgarnęła flat white, które wydawało się Ianowi najbezpieczniejszym wyborem, zgarnęła też zapakowany w kartonowe pudełko kawałek sernika baskijskiego, który z kolei wydawał się Ianowi najświeższy pośród dostępnych kawałków ciast i mimo zajętych rak, co chyba nie stanowiło dla niej żadnej przeszkody, uścisnęła go raz jeszcze, powiedziała, żeby o siebie dbał i popędziła na poszukiwania Mathilde. Wypatrzywszy ją na korytarzu, zawołała za nią niemal z jego drugiego końca. Przyspieszyła kroku, przez co kiedy już dotarła do Tilly, była lekko zasapana.
— Por favor! — Wręczyła jej kawę i ciastko. — Es de tu chico guapo. — Mrugnęła do niej porozumiewawczo, obdarzyła uściskiem, okręciła się na pięcie i zawinęła do siebie.
W tym czasie Ian był już w drodze do mieszkania z zamiarem przespania się, by już względnie wyspanym zastanowić się nad tym, kto tym razem zechciał go uszkodzić i czy był to ktoś nowy, czy może ktoś, z kim już miał na pieńku.
IAN HUNT 🍰☕
[Cześć, ale masz przepiękną i estetyczną kartę! :) Tilly jest śliczna i ciekawie wykreowana. Aż chciałoby się ją poznać bliżej.
OdpowiedzUsuńTo prawda, od jakiegoś czasu chodziła mi postać żyjąca w zgodzie z naturą i będąca zawsze blisko niej. Kaya była dla niej idealną inspiracją, szczególnie że uwielbiam tą książkę i film. A Effy, cóż, jest do niej pewien sentyment i do tych niebieskich oczu *.*
Dziękuję pięknie za powitanie i gdybyś miała ochotę poznać moją pannę bliżej to zapraszam na wątek!]
Love Iris Anderson
Nie było w nim absolutnie żadnej rezerwy ani strachu. Był po prostu kimś, kto miał jasno sprecyzowane zasady, które nie zawsze pasowały innym, ale jeśli innym nie pasowały, to cóż – w ogóle go to nie obchodziło. Możliwe, że umiejętność czytania z ludzi nie była mocną stroną Mathilde, skoro myliła się w tak podstawowych kwestiach dotyczących jego osoby, ale nie można było oczekiwać, że każdy będzie na równym poziomie rozumiał czyjś sposób działania. Niektórzy potrzebowali dużo więcej czasu, żeby zrozumieć człowieka, którego mieli przed sobą. Prawdą było jednak to, że jego kalkulacje były rozsądne, nawet bardzo, bo nie działał na oślep, a pomysły na miarę nastoletnich wygłupów zwyczajnie się go nie trzymały. Przeszłość nauczyła go myśleć, zanim coś zrobił, i zastanowić się, zanim coś powiedział. Ale ludzie, którzy przez całe życie mieli wszystko podane na tacy, mogli nie przejawiać zdroworozsądkowych zachowań i tego nie rozumieć, tyle że on wcale nie oczekiwał zrozumienia. Tak naprawdę, miał głęboko w poważaniu czyjeś zrozumienie.
OdpowiedzUsuńOn był doskonale świadom niebezpieczeństw, ale nie musiał mieć sióstr, żeby to wiedzieć. Najważniejsze jednak było to, że jego siostry nie musiały ze wszystkim radzić sobie same. Nie musiały wiecznie walczyć o swoje i udowadniać światu, że poradzą sobie bez niczyjej pomocy, bo miały wokół siebie ludzi, zarówno mężczyzn jak i kobiety, na których mogły liczyć. I dla nich to właśnie to było najważniejsze. Oczywiście nie prosiły go o byle pierdołę, ale jeśli trzeba było otworzyć w domu słoik z ogórkami, to jasne, że z przyjemnością wyręczały się jego dłońmi. Jeśli potrzebowały wsparcia w czymś, czego nie potrafiły albo nie chciały robić same, miały do kogo się zwrócić i dla całej ich trójki nie było w tym nic uwłaczającego. Byli rodziną, mieli przede wszystkim siebie.
— Oczywiście, że mógłbym. W niektórych przypadkach pewnie nawet chciałbym, ale nie w tym — zgodził się, patrząc na Mathilde z rozbawionym wyrazem twarzy. — Naprawdę schlebia mi to, że jesteś zainteresowana mną w ten sposób, ale to zainteresowanie musi działać w dwie strony... a nie działa — zauważył, wzruszając ramionami niby to bezradnie. Na ten moment nie widział w niej niczego, co skłaniałoby go do szukania z nią bliższego kontaktu. Była miła, dobrze się z nią rozmawiało, ale wciąż była tylko kolejną osobą, którą poznał w mniej typowych okolicznościach, i na tym etapie zupełnie mu to wystarczało. Oczywiście, gdyby zdarzyło się kiedyś, że przez dłuższy czas nie miałby nikogo w swoim łóżku, wtedy mógłby sobie o niej przypomnieć. Chyba nie wypadnie to jakoś zbyt chamsko, skoro sama nie miała nic przeciwko takiemu układowi i nie przeszkadzało jej przedmiotowe traktowanie. Chociaż, tak naprawdę to nie miał do niej żadnego kontaktu, więc z planu awaryjnego w jej osobie też raczej nici.
— Mam ziemię. Mieszkanie może za jakiś czas. Okaże się — odpowiedział krótko, gdy Mathlide oglądała bliznę po ranie. Nie wiedział, czy zostanie w tym mieście na stałe, więc na razie tu nie inwestował. Miał ziemie w rodzinnej Oklahomie, którą mógł sprzedać w każdej chwili, tym bardziej, że deweloperzy składali mu sporo ofert, żeby zaorać wszystko i postawić tam swoje wypasione bloki. Może tam wróci, a może zdecyduje się na zupełnie inny stan, czas pokaże. Prawdę mówiąc, do służbowej emerytury zostało mu jakieś pięć, sześć lat, więc do tego czasu może stwierdzi, że chce się później realizować na jakimś innym polu. Wątpliwe, bo lubił swoją robotę, ale miał też inne zajęcia i pasje, więc kto wie, co życie przyniesie za pięć lat.
— Alternatyw nie rozważałem ale służba to nie tylko działanie w terenie, więc w najgorszym przypadku pewnie ogarnąłbym sobie jakąś robotę za biurkiem — stwierdził. Pewnie byłoby mu tam nudno, ale zrównoważyłby sobie tę nudę czymś innym, jak zawsze. Kiedyś chciał spróbować base jumpingu, więc może miałby ku temu jakąś okazję. — Ale dobra, bo tematy kręcą się stale wokół mnie, a co ty powiesz o sobie? Pielęgniarstwo to był od początku twój pomysł czy życie samo cię tam zaprowadziło? — zapytał i spojrzał na Kodę. Klepnął w bok swojej nogi, a kiedy pies podbiegł do niego, wyciągnął z kieszeni niewielkie opakowanie smaczków i podał mu na dłoni jedno prasowane ciasteczko z królika. Koda chapnął smaczek i grzecznie usiadł przy jego nodze.
UsuńBrant Dawson
Tamsin uparcie twierdziła, że rozdrapywanie przeszłości wcale nie pomagało w budowaniu przyszłości. Oczywiście, gdyby dokończyła terapię, na którą poszła kierowana resztkami zdrowego rozsądku, który posiadała, prawdopodobnie dość szybko uświadomiłaby sobie, że bez przepracowania pewnych rzeczy nie mogła ruszyć do przodu. Tyle, że Tamsin była niecierpliwa. I cholernie sceptyczna co do tego, że rozmawianie z obcym człowiekiem, mogłoby jej w jakikolwiek sposób pomóc. Dlatego trwała w dobrze znanym sobie zawieszeniu i chociaż brakowało jej listy rzeczy do odhaczenia, szczytów do zdobycia i skonkretyzowanego celu, to żyło jej się całkiem dobrze. Bywała nawet szczerze szczęśliwa.
OdpowiedzUsuń— Dlatego wolę gadać o bzdurach — jęknęła Tamsin z niezadowoleniem wywracając oczami. Nie miała ochoty dalej kontynuować rozmowy, która wymagała większą otwartość niż była gotowa dzisiaj zaprezentować. Była po pracy, zbyt trzeźwa na wybebeszanie się i zbyt zmęczona, by być w stanie pilnować każdą myśl ubraną w słowa, często bez ładu i składu, nieraz bez zrozumienia przez nią samą. Zupełnie, jakby z jej ust wychodził zwykły bełkot.
Oblizała usta powstrzymując się przed stanowczym zaprzeczeniem, że przecież ona była dzieckiem z mało świadomego rodzicielstwa i jakoś sobie dawała radę, gdzie niestety jakoś było kluczowe w określeniu jej dzieciństwa. Dzieci zasługują na wszystko, co najlepsze i z tym oczywiście się zgadzała, ale w tej jednej chwili, w karaibskiej knajpce, dotarła do niej wątpliwość, która zawsze w niej była, gdy tylko zaczynała myśleć o posiadaniu potomstwa. Abstrakcyjnym koncepcie, który jeszcze kilka lat temu nie miał prawa pojawić się w jej myślach, a teraz wracał z potwarzalnością zmieniających się pór roku. Nie było to w końcu coś, co wciąż wisiało jej u szyi i nie dawało spokojnie żyć, ale siedziało w niej to ciągle, wystawiając łeb w najmniej oczekiwanych momentach. Czy mogłaby być dobrym rodzicem? Czy świadome rodzicielstwo chroniło przed popełnianiem błędów? Czy istniała możliwość, by ochroniła dziecko przed wszelkim złem?
— Tilly, zostawmy proszę temat mojego bezsensownego memlania jęzorem, chyba nie mam dzisiaj siły wchodzić głębiej w takie tematy — przyznała odruchowo oblizując usta, dopiero po chwili przypominając sobie o tym, że powinna je wytrzeć w chustkę. Przejechała językiem po zębach, potencjalnie ukrytej między nimi zieleniny, po czym dopiła drinka do końca.
Tamsin robiła to, co uważała dla siebie za najlepsze – uciekała od tematów, które nie były dla niej wygodne i nie chodziło wcale o rozdrapywanie starych ran, a bardziej o zadawanie sobie nowych. Wolała żyć jeszcze przez kilka miesięcy, może lat w przekonaniu, że pozna kogoś, z kim będzie chciała założyć rodzinę, może mieć dzieci, a może żyć tylko we dwoje, bo to też brzmiało, jak coś potencjalnie miłego.
Spotkania we dwie wyszły trochę same z siebie – nie dlatego, że Tamsin w jakikowliek sposób się Tilly wstydziła, ale Mathilde zahaczała o tamto życie. To, w którym nie miała zbyt wielu znajomych, o którym nie mówiła nikomu, kogo poznała w przeciągu ostatnich czterech lat, jeśli nie było takiej potrzeby. Nie tak, że ukrywała cokolwiek przed kimkolwiek, zwyczajnie nie wywalała całego swojego życiowego syfu, jeśli ktoś nie pytał, a raczej mało kto wpadłby na pomysł, by w wieku dwudziestu ośmiu lat była wdową z historią przemocy domowej. Nie dość, że to było dużo nieszczęścia, jak na jedną osobę, to Tammy była zwyczajnie młoda i z reguły pogodna – daleko jej było do stereotypowo umęczonej duszy, która szukałaby spokoju.
Należało jednak iść do przodu. Nie mogła ciągle udawać, że wszystko grało i trzymać ludzi z kiedyś i ludzi z dzisiaj osobno w szczególności, gdy byli jak Mattie – niby z przeszłości, ale przyjaźnić zaczęły się jednak już po śmierci Cartera. Poza tym, chyba zwyczajnie chciała, żeby Mathilde’a poznała ludzi z którymi pracowała, wypełniając jej codzienność swoją obecnością.
Nie lubiła, gdy ktoś za nią płacił, ale nie miała zamiar kłócić się z przyjaciółką, postanawiając, że odpłaci się w jakiś sposób w pubie – w końcu ona ten bilet też miała za darmo.
Usuń— Za przystojniaków! — zaśmiała się Tamsin, trzymając Tilly pod ramię.
Droga z knajpki do pubu nie zajęła im szczególnie dużo czasu, chociaż Nowy Jork jak zwykle nie pozwalał człowiekowi przejść kilku przecznic w całkowitej ciszy. Samochody przesuwały się ulicą niemal bez przerwy, gdzieś obok ktoś rozmawiał przez telefon zdecydowanie za głośno, inny ktoś ze swojego aparatu puszczał muzykę, a z otwartych drzwi kolejnych lokali wylewały się zapachy jedzenia. Tamsin szła obok Tilly, co jakiś czas coś do niej mówiąc, bardziej już skupiona na tym, co czekało je na miejscu niż na rozmowie, którą prowadziły wcześniej.
Pub mieścił się na parterze jednej z niepozornych kamienic, a nad wejściem wisiał podświetlany szyld. Zanim jeszcze weszły do środka, dało się usłyszeć muzykę i czyjś głos próbujący zdecydowanie zbyt ambitnie śpiewać piosenkę, której tekst najwyraźniej znał tylko częściowo. Karaoke. Tamsin uśmiechnęła się pod nosem, popychając drzwi.
W środku było tłoczno, ciepło i głośno. Kolorowe światła odbijały się od butelek ustawionych za barem, przy stolikach siedzieli ludzie, a niewielka przestrzeń przed mikrofonem co jakiś czas stawała się sceną dla kolejnej osoby, która najwyraźniej uznała, że kilka drinków wystarczy, żeby odkryć w sobie ukryty talent wokalny. Nad wszystkim górowała muzyka i rozmowy, które zlewały się w jeden przyjemny, chaotyczny hałas. Tamsin zdecydowanie bardziej odpowiadało to niż eleganckie lokale, w których trzeba było pilnować sposobu siedzenia, tonu głosu i tego, czy przypadkiem nie rozlało się odrobiny wina na elegancki, biały obrus, albo stół z rzadkiego, egzotycznego drewna.
Dostrzegła znajomych niemal od razu. Pomachała do nich, zanim podeszła bliżej, a potem przywitała się z kilkoma osobami, zatrzymując się na dłużej przy Caitlyn i Taylerze. Z nimi znała się najlepiej – grywali razem różne chałtury, czasami bardziej opłacalne, czasami mniej, ale zazwyczaj wystarczająco ciekawe, żeby po wszystkim mieć o czym opowiadać. Caitlyn mocno przytuliła na powitanie, Taylera również. Declana kojarzyła zaledwie z dwóch wcześniejszych spotkań. Był raczej znajomym Taylera niż kimś, z kim Tamsin miała własną, złożoną relację, więc posłała mu tylko uśmiech i krótkie „hej”, nie próbując udawać większej zażyłości, niż rzeczywiście między nimi istniała.
— Tilly, to jest Caitlyn i Tayler — przedstawiła w końcu przyjaciółkę, wskazując kolejno na oboje. — Grywam z nimi czasem różne rzeczy. Jeśli kiedyś usłyszysz, że ktoś potrzebuje wiolonczelistki na wczoraj, prawdopodobnie któreś z nas właśnie dostało ode mnie kopa w tyłek.
— Tamsin zawsze mówi, że to ostatni raz — dorzucił Tayler.
— Bo zazwyczaj taką mam nadzieję — odparła, nawet nie próbując zaprzeczać.
— A potem dzwoni do nas tydzień później i mówi, że jednak jest dostępna.
— Nie da się zaprzeczyć — uśmiechnęła się szeroko Passalis.
Caitlyn parsknęła śmiechem, a Tamsin przeniosła wzrok na stojącego nieco dalej mężczyznę.
— A to Declan — dodała, wskazując na niego ruchem głowy. — Znajomy Taylera. Kojarzymy się, chyba dwa razy się widzieliśmy.
— Trzy — poprawił ją Tayler.
— Tym bardziej. Czyli znamy się świetnie — stwierdziła Tamsin, zerkając na Declana z rozbawieniem.
Nie było w tym jednak niczego więcej. Declan był po prostu jednym z ludzi, których kojarzyła z nowojorskiego kręgu znajomych, podobnie jak dziesiątki innych osób, które przewijały się przez jej życie przy okazji pracy, muzyki czy przypadkowych spotkań.
Tamsin Passalis
Ian miał permanentnie wyciszony telefon. Na wyposażony w dwie karty sim smartfon przychodziło wystarczająco wiele powiadomień, by Ian pamiętał o ich sprawdzaniu bez nieustannych przypominajek w postaci irytujących plumknięć w parze z wibracjami. Z kolei o przychodzących połączeniach informował go zapięty na lewym nadgarstku smartwatch. Wystarczył rzut oka na rozświetloną tarczę, by Ian wiedział czy musi sięgnąć po telefon, czy może bez wyrzutów sumienia zostawić go tam, gdzie akurat postanowił go odłożyć, to jest najczęściej na blat wygradzający otwartą kuchnię od salonu.
OdpowiedzUsuńZdjęcie od Mathilde pozostało niewyświetlone do czasu powrotu Iana do mieszkania. Dopiero po zamknięciu za sobą drzwi i zrzucenia odzienia wierzchniego Hunt sięgnął po komórkę, zrzucił część zupełnie nieistotnych powiadomień bez otwierania wiadomości i wszedł w konwersację z Mattie, pełną krótkich i konkretnych wiadomości, teraz urozmaiconą jej uśmiechniętym zdjęciem. Wygląda na to, że ci smakuje. Smacznego. I to ja dziękuję. Posłał jej tę wiadomość i odłożył telefon, mając sięgnąć po niego dopiero za kilka godzin. Dwadzieścia minut później już spał.
Pięć tygodni później po ranie na głowie pozostało wyłącznie blade zaróżowienie, zupełnie niewidoczne spod gęstych włosów Hunta. Ian zapomniał o zranieniu, ale nie zapomniał o tym, że zebrał cios w głowę oraz przynajmniej kilka kopniaków w korpus. Udało mu się ustalić, głównie na podstawie późniejszej rozmowy z Simmonsem, że mężczyzną, który go pobił, był już mu znany człowiek Ortegi. Po tym, jak Ian się oddalił i zniknął w najbliższej uliczce, pozostający na podjeździe dla karetek Simmons widział, jak za nim do tej uliczki wchodzi średniego wzrostu, łysy mężczyzna, który miał pod okiem albo tatuaż, albo wyjątkowo dorodny pieprzyk. Z tej odległości Simmons nie potrafił tego określić, ale Ian nie miał wątpliwości co do tego, że był to tatuaż. Nie wiedział, czemu ten gość tak bardzo się na niego uparł, choć mogło to wynikać wyłącznie z tego, że był wyjątkowo durny. Wiedział, że będzie musiał coś z tym zrobić, ale odsunął to w czasie, bo nie chciało mu się użerać z tym idiotą.
Póki co, użerał się ze swoimi klientami. Szczególnie z Lindą. Znali się już długo, widywali w co drugi piątek, a ostatnio nawet częściej. Linda, która była rozwódką i matką dwójki dzieci, lubiła amfetaminę. Stosunkowo długo trzymała uzależnienie w ryzach, ale i na nią w końcu przyszła pora. Ian widział, że jest coraz gorzej i nie podobało mu się to. Raz, że próbował przestać handlować i większość jego klientów przejmował Zane, a nie chciał przekazywać mu tych kłopotliwych. Dwa, oznaczało to, że musiał odciąć Lindę, a nie zawsze był to prosty proces. Czasem wystarczyło, że Ian blokował numer. Czasem musiał osobiście wytłumaczyć, że to ostatni raz i pora poszukać innego dilera, bo on nie zamierzał jeździć do kogoś, kto w zamian za pięć gram proponował, że mu obciągnie. Miał nadzieję, że Linda zachowa tę resztkę przyzwoitości.
Wiedział, że coś jest nie tak, już kiedy podjeżdżał wysypanym żwirem podjazdem pod dom. Linda zwykle czekała na niego na ganku. Paliła, oparta o balustradę lub siedziała na jednym z ogrodowych krzeseł. Czasem stała na ostatnim schodku, opatulając się swetrem. Dziś nigdzie nie widział Lindy, za to na ostatnim schodku siedział Samuel, jej syn. Blondwłosy i brązowooki, bardzo podobny do matki. Kulił się, obejmował nogi rękoma, brodę podpierając na jednym z kolan.
Ian zatrzymał Cadillaca, zgasił silnik i wysiadł. Widywał Samuela naprawdę rzadko, prawie w ogóle. Linda odzywała się do niego, kiedy dzieci były u ojca, zdarzyło jej się jednak już kilka potknięć, a ostatnio każde jedno kończyło się spektakularnym upadkiem. Sam nie lubił Iana. Raz jeden rzucił się na niego, uderzył go i kopnął, samemu się przy tym wywracając. Hunt pomógł mu wstać, po czym pozwolił mu pobiec z powrotem do Lindy, uprzednio zadbawszy o to, że młody nie zobaczy, jak jego matka, która w międzyczasie, pijana, zaplątała się we własne nogi i wywróciła, gramoli się na ganku. Od tego czasu Samuel unikał Iana, ale kiedy zdarzało się, że był w domu, kiedy Ian przyjeżdżał, popatrywał na niego z okna swojego pokoju.
UsuńA teraz siedział na ostatnim schodku, mając za sobą uchylone drzwi wejściowe i pogrążony w ciemności dom. Świeciły się tylko reagujące na ruch lampki ogrodowe, które rozświetliły się, kiedy Ian podjechał.
— Co jest? — Ian przystanął tuż przed nim, zadziwiony tym, że młody nie uciekł na jego widok. Samuel podniósł wzrok, spoglądając na niego niechętnie.
— Jestem głodny. A mama śpi — odezwał się cicho.
— A twoja siostra?
— Poszła na nocowankę do koleżanki ze szkoły.
— Nie powinieneś być u taty?
— To nie jego weekend.
Ian westchnął. Stojąc nad Samuelem, popatrzył na dom. Linda faktycznie mogła spać kamiennym snem pijanego, naćpanego lub jedno i drugie człowieka, zapomniawszy o tym, że się z nim umówiła i że miała na niego czekać. Mogła też właśnie dławić się własnymi wymiocinami.
— Zaczekaj tu — polecił Ian, wyminął siedmiolatka i wszedł do środka. Namierzył Lindę w salonie, wyciągniętą na kanapie. Na niskim stoliku stały dwie butelki po winie, gdzieś obok nich majaczył niedbale rozmazany dłonią biały ślad.
— Linda. — Ian złapał ją za ramię i potrzasnął. Najpierw lekko, a kiedy to nie poskutkowało, mocniej. Stał tak nad nią, wbijając palce w jej ciało, póki się nie obudziła. Drgnęła, otworzyła szeroko przekrwione oczy i popatrzyła nieprzytomnie na Hunta.
— Jak bardzo jesteś napierdolona?
W odpowiedzi Linda zajęczała, potem coś wybełkotała i machnęła ręką, jakby próbowała odgonić bzyczącego nad uchem komara. Nie było najmniejszych szans na to, żeby wstała i zrobiła własnemu dziecku chociaż kanapkę, bo już po chwili odpłynęła. Ian pozwolił sobie zakląć pod nosem. Leżącą na plecach Lindę przekręcił na bok wyuczonym ruchem, który pierwszy pokazał mu starszy brat. Potem wyszedł przed dom, domknął za sobą drzwi i rzucił Samuelowi zgarniętą po drodze z wieszaka kurtkę, która wydawała się należeć do chłopca.
— Chodź, pojedziemy na hot doga.
— Nigdzie z tobą nie pojadę. Zaczekam, aż mama wstanie.
— Twoja mama będzie spała do rana, a w lodówce nie macie nawet mleka, żebyś mógł zalać sobie płatki. Wiem, bo sprawdziłem.
Pół godziny później byli daleko od bogatego osiedla pełnego luksusowych domów, za to bliżej tętniącego życiem, nieco tylko obskurnego centrum. W Nowym Jorku, który nigdy nie zasypia, pełno było bud z jedzeniem otwartych także w środku nocy, choć pora nie była szczególnie późna. Dochodziła dwudziesta druga. Budka z hot dogami nieopodal siłowni, na którą chodził Ian, była otwarta do dwudziestej trzeciej, czasem dłużej w zależności od ruchu. Teraz Ian i Samuel stali przed tą budą i podczas gdy Hunt miał proste menu na wysokości wzroku, Sam musiał zadzierać głowę, żeby coś przeczytać.
— Nie widzę — poskarżył się. — Jakie są sosy?
— To tylko bułka z parówką. Weź sobie keczup z musztardą.
— Chcę jeszcze prażoną cebulkę.
— A masz dolara? — Ian docisnął palec wskazujący do miejsca, w którym wypisana była cena za dodatkowy składnik i popatrując z góry na Sama, uśmiechnął się wrednie. No przecież, że miał mu wziąć tę prażoną cebulkę, ale młody nie musiał o tym wiedzieć.
IAN HUNT & little SAM
Hej! Przyznaję, że się takiego komentarza nie spodziewałam, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w ostatnim czasie odstawiłam biednego Marco na bok, co zresztą widać na pierwszy rzut oka pod kartą... Niemniej, bardzo mi miło, że ten mój nicpoń wpadł Ci oko i obudził chęci na wątek, miód na moje autorskie serduszko, naprawdę. ^^
OdpowiedzUsuńTilly jest równie ciekawa, a tak się akurat składa, że chciałabym spróbować ruszyć na nowo z wątkami, więc wspólnemu pisaniu mówię entuzjastyczne tak.
Pytanie, czy jakiś pomysł chodzi Ci już po głowie, czy urządzimy sobie burzę mózgów?
MARCUS LOCKHART
Hunt wyciągał ręce po dwa hot dogi, kiedy gdzieś za jego plecami padło jego imię. Niestety zdarzało mu się wpadać na nieodpowiednie osoby w najmniej odpowiednich do tego momentach, dlatego odruchowo spiął się, ściągając łopatki. W podzięce skinąwszy głową sprzedawcy, obrócił się z dwoma hot dogami w dłoniach, trzymanymi na wysokości piersi. Wyraz twarzy miał niemrawy, podchodzący wręcz pod niezadowolony, ale kiedy jego spojrzenie padło na Mathilde, jego gęste brwi powędrowały ku górze, nieco wygładzając ten grymas. Trwało to mgnienie, bo ubrana na sportowo Mattie, spocona i zziajana po biegu, który najpewniej musiała przerwać, dostrzegłszy Iana i Samuela przy budce z jedzeniem, zaczęła go opieprzać. Uśmiech, który zadrżał w kącikach ust dilera, gotów rozciągnąć się szerzej, momentalnie zgasł, aczkolwiek Ian nie był zdenerwowany. Po prostu ze stoickim spokojem wysłuchał tego, że siedmioletni chłopiec nie powinien jeść o tej porze hot doga.
OdpowiedzUsuń— Cześć, Mattie — przywitał się, czego nie zrobiła ona. Wykorzystał moment, w którym kobieta przerwała. Z przyspieszonym po wysiłku oddechem, nie była w stanie mówić tak szybko i tak dużo, jak mówiła chociażby na dyżurze w szpitalu, kiedy trafił tam Ian, co teraz wiele ułatwiało.
Tymczasem Samuel przysunął się bliżej Iana. Zadarł blondwłosą głowę, popatrzył na mężczyznę, na trzymanego przez niego hot doga, a potem na tę panią, która pytała go o to, czy jadł dziś jakiś porządny posiłek. Jeśli za porządny posiłek można było uznać płatki z mlekiem, które zjadł na śniadanie, to tak. Rano nie lubił jeść dużo, głodniał dopiero później i zazwyczaj to drugie śniadanie było u niego tym bardziej obfitym, ale nie dziś. Musiał po raz drugi zjeść płatki, z żalem zauważając, że skończyło się mleko. Wlał jego resztkę do miseczki, zapełniając ją ledwo w jednej trzeciej.
Nie poprosił mamy o nic do jedzenia. Od rana bolała ją głowa, mocno. Nie powiedziała mu o tym, ale Samuel nauczył się rozpoznawać, kiedy tak było. Nauczył się także, że lepiej było wtedy mamie nie przeszkadzać. Robiła się nieprzyjemna, wyganiała go z sypialni, czasem nawet krzyknęła. Zdecydował, że zaczeka na obiad, ale się nie doczekał.
Dlatego naprawdę chciał tego hot doga.
— Tak, proszę pani — odezwał się więc, poczuwszy nieprzyjemny skurcz w pobolewającym brzuchu. — Mogę? — zapytał, ostrożnie podnosząc wzrok na nieznajomą, by zaraz przenieść go na Iana.
— Możesz — odparł ten i wręczył chłopcu hot doga, tego z prażoną cebulką. — Tylko jedz powoli — pouczył go, z doświadczenia wiedząc, co potrafiło dziać się z żołądkiem po całym dniu nie jedzenia, kiedy nagle zjadło się za szybko i za dużo na raz. Przerabiał to, będąc jeszcze młodszym od Samuela.
— A mógłbym zjeść też obiad? — To pytanie Sam zadał już po przełknięciu pierwszego kęsa bułki z parówką. Obrócił się przy tym ku Ianowi, to u niego szukając aprobaty. Poniekąd nie miał innego wyjścia, jak zaufać tej dwójce dorosłych. Nie lubił Iana, ale to dzięki niemu prażona cebulka przyjemnie chrupała pod jego zębami. Poza tym Ian wiedział, gdzie mieszka i na pewno później miał zabrać go swoim fajnym autem do domu. Może to przez Iana jego mama źle się czuła, bo to Ian przywoził jej narkotyki, ale dzisiaj to Ian, w przeciwieństwie do mamy, zdawał się wiedzieć, co robi.
Z tym że Ian kompletnie nie wiedział, co tak właściwie odpierdala. Nie powinien zabierać Samuela z jego domu. Gdyby Linda się obudziła – co raczej nie miało prawa mieć miejsca, ale gdyby jednak się obudziła – i odkryła, że nie ma jej dziecka, na pewno wszczęłaby alarm. Nie była jeszcze na tym etapie, by mieć na wszystko wyjebane, byle tylko móc wciągnąć następną kreskę. Hunt powinien zostawić chłopca na schodkach na ganku, może ewentualnie podrzucić mu coś do jedzenia, ale na pewno nie brać go ze sobą. Coś jednak sprawiło, że teraz stali tutaj, a Mathilde, która pojawiła się znikąd, zapraszała ich na obiad.
Ian łypnął na nią, jakby miał wyrazić swój sprzeciw, ale skapitulował.
— Mógłbyś — odpowiedział czekającemu na odpowiedź Samuelowi, który był już w połowie swojego hot doga. Ten wyraźnie się ucieszył i obrócił ku Tilly.
Usuń— Samuel — odparł z pełną buzią i uścisnął dłoń kobiety swoją drobną dłonią, już umorusaną w keczupie i musztardzie, ale kto by się tym przejmował. Na pewno nie Sammy, który zajadał wybornie smakującego hot doga. — Lubię makaron z sosem. Różnym, ale najbardziej chyba pomidorowym. Lubię spaghetti. Lubię też pieczonego kurczaka, frytki i lody czekoladowe — wyliczył i spojrzał na Tilly. Był ciekaw, czy miała u siebie którąś z tych rzeczy, a jednocześnie trochę się bał. Miał już siedem lat i wiedział, że to nie była normalna sytuacja. Starał się jednak w tej nienormalnej sytuacji zachowywać jak najbardziej normalnie, chyba głownie dlatego, że był głodny i że niemalże cały dzień spędził sam, a teraz w końcu coś się działo, nawet jeśli było to odrobine straszne.
— Zaparkowałem niedaleko — zaoferował Ian, wolną dłonią wskazując, w jakim kierunku powinni się udać, po czym odwinął papierek i wgryzł się w swoją porcję. Hot dogi nie były duże i o ile Samuel zajadał swojego, zgodnie z poleceniem, względnie powoli, o tyle Ian miał mieć go na trzy gryzy. W porywach cztery, bo w przeciwieństwie do Samuela, nie był szczególnie głodny i na pewno nie chciał obiadu.
bardziej SAMUEL niż IAN HUNT
Tamsin wiedziała, że ma w Matildzie oparcie, ale nie sądziła, by dla swoich wyborów sprzed lat znalazła zrozumienie i wcale nie było to spowodowane tym, że nie wierzyła w empatyczność Tilly. Jak mogła oczekiwać, że byłaby w stanie ją zrozumieć, kiedy sama nie do końca siebie rozumiała? Dodatkowo nie chciała winić przeszłości za własne pogubienie w teraźniejszości, bo nie wierzyła, by rozwiązanie zaległych spraw, które nie mogły znaleźć zakończenia innego niż jej przebaczenie, cokolwiek pomogło. A ona już dawno wybaczyła. Wielu powiedziałoby, że zbyt łatwo, za lekko i bez jakiegoś dramatycznego momentu katharsis, ale chociaż żal do niej powracał, nie umiała jednoznacznie wskazać winnego tego, co ją spotkało i co dotykało ją do tej pory. Uwięziona w tym zagubieniu wolała twierdzić, że sama sobie z nim poradziła, bo musiała jakoś żyć, iść do przodu.
OdpowiedzUsuńNie chciała zresztą pozwolić, żeby przeszłość stała się czymś więcej niż częścią jej historii. Nie mogła zmienić tego, co już się wydarzyło, ale też nie uważała, żeby wszystko, co miało miejsce wcześniej, miało dzięki temu prawo decydować o tym, kim była teraz. Gdyby pozwoliła, żeby dawne wybory, cudze decyzje i rzeczy, na które nie miała żadnego wpływu, bez końca tłumaczyły jej zachowanie, mogłaby równie dobrze zatrzymać się w miejscu i uznać, że skoro kiedyś została skrzywdzona, to już zawsze będzie miała prawo być zagubiona, ostrożna albo zwyczajnie nieszczęśliwa. A ona nie chciała tak żyć. Przeszłość mogła być powodem, dla którego czegoś się bała, mogła zostawić po sobie blizny, przyzwyczajenia i odruchy, których pozbywała się latami, ale nie chciała robić z niej wyroku. Nie mogła przecież za każdym razem wracać do tego, co było, żeby usprawiedliwiać to, czego nie potrafiła zrobić dzisiaj. W końcu życie nie zatrzymało się wtedy, kiedy wydarzyło się coś, co miało ją na zawsze zmienić. Tamsin również się nie zatrzymała.
Może właśnie dlatego tak uparcie próbowała patrzeć przed siebie. Nawet jeśli czasami oznaczało to udawanie przed samą sobą, że niektóre rzeczy wcale nie bolały już tak mocno, jak bolały naprawdę. Łatwiej było jej powiedzieć, że sobie poradziła, niż przyznać, że niektóre części niej samej wciąż tkwiły gdzieś pomiędzy tym, kim była kiedyś, a tym, kim próbowała być teraz.
Stanowczo wolała myśleć o przystojniakach. Albo właściwie nie myśleć, a pocieszyć się na krótką chwilę uwagą jakiegoś, po czym odprawić go z kwitkiem przynajmniej dzisiaj, bo nie tylko wychodziła z Tilly, ale najzwyczajniej w świecie nie miała ochoty zapraszać kogoś do siebie na noc. Albo budzić się w obcym łóżku.
— O! Coś nam się szykuje pod koniec października… — zaczęła Caitlyn, a Tamsin pokręciła głową.
— Zapomnij, odpadam, sezon…
— Tammy, gadasz tak przez cały sezon, a i tak grasz — zauważył Tayler.
— A może w tym roku postanowiłam mieć czas na trochę więcej życia towarzyskiego i prywatnego?
— Tak, może jeszcze przy okazji zaczniesz wymieniać włosie w smyczku co miesiąc, struny co trzy i spać po osiem godzin — zaśmiała się Caitlyn, na co Tammy też zareagowała śmiechem, bo faktycznie były to rzeczy, których absolutnie nigdy nie robiła, zostawiając je na ostatni moment, a noce zarywając częściej, niż przesypiając je w całości.
Declan przysłuchiwał się im z lekkim rozbawieniem błądzącym gdzieś w nieznacznym uśmiechu. Chodzili z Taylerem do jednej szkoły, gdzie jego kolega grał w szkolnej orkiestrze, podczas gdy on sam był członkiem drużyny footballowej. Bazując na stereotypowych relacjach w liceum, nie mieli prawa być dobrymi kolegami, a jednak było inaczej, bo to z Taylerem usiadł pierwszego dnia szkoły i siedział z nim na wszystkich wspólnych zajęciach, nie bawiąc się w licealne gierki, które miałyby poróżnić sportowców i muzyków. Nie był artystycznie uzdolniony tak jak Tayler, a z kolei Tayler nigdy nie polubił się z aktywnością fizyczną, a jednak nie kończyły im się tematy do rozmów i z czasów szkolnych był jedną z nielicznych osób, z którymi Declan trzymał kontakt. Albo raczej to Tayler trzymał kontakt z nim, pamiętając o przyjacielu z dawnych lat, gdy ten wracał na jakiś czas do Nowego Jorku pomiędzy poszczególnymi przydziałami. Teraz, gdy przyszłość Declana malowała się niepewnie, tym bardziej cenił sobie taką stałą w swoim życiu.
UsuńMimo wszystko to nie Tayler przyciągał teraz jego uwagę najbardziej. Co jakiś czas jego wzrok mimowolnie wracał do Tilly, szczególnie gdy się odzywała albo reagowała na żarty pozostałych. Nie znał jej jeszcze na tyle dobrze, by wiedzieć, czego się spodziewać, a może właśnie dlatego zaciekawiała go bardziej niż reszta. Była nową osobą w grupie, kimś, kto pojawił się w jego otoczeniu właściwie za sprawą Tamsin, a jednak nie czuł przy niej tego rodzaju dystansu, który zwykle pojawiał się wobec obcych. Złapał się nawet na tym, że bardziej niż treść rozmowy interesowało go czasem to, jak Tilly reagowała na poszczególne słowa, jak się uśmiechała albo czy śmieszył ją ten sam żart co pozostałych. Nie przywiązywał do tego większej wagi. Przynajmniej jeszcze nie.
— Licząc mnie podwójnie, to mamy idealną równowagę… Słoń mi na ucho nadepnął — odpowiedział Tilly, pomijając fakt, że nie był to słoń, a mina przeciwpiechotna i że faktycznie nie dosłyszał na jedno ucho.
— Proponuję, żebyśmy zaczęli od shotów, a później może jakieś drineczki… – zaproponowała Tamsin, a Caitlyn zrobiła duże oczy, jakby wpadła na jakiś pomysł.
— Proponuję, żeby każdy zadał po jakimś pytaniu i wszyscy musimy kolejno odpowiedzieć. Trochę się poznamy, przełamiemy lody… Właściwie, to ty nas trochę poznasz, Tilly, chociaż nie będę ściemniać, że pytanie o zawód możemy pominąć, bo Tamsin nam trochę o Tobie opowiadała — wyszczerzyła się i uścisnęła ramię ciemnowłosej. — Bycie pielęgniarką musi być szalenie ciekawe i szalenie wykańczające.
— Kto by pomyślał, że muzycy i ludzie służby potrafią się dogadać — zauważył Tayler, po czym szybko dodał: — Ty służba zdrowia, Declan służba wojskowa — wskazał brodą w stronę kolegi.
— Zobaczymy, jak długo — mruknął Doyle i potarł o siebie ręce. — Pójdę nam po shoty. Chcecie coś jeszcze? — spytał, patrząc po wszystkich uważnie, wzrokiem zatrzymując się na Tilly.
Tamsin Passalis i Declan Doyle